przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
August Cieszkowski to postać wymykająca się wszelkim klasyfikacjom. Jedni określają go mianem filozofa katolickiego, inni zarzucają popadanie w herezje. Spotykamy się z określaniem go mianem konserwatysty, liberała oraz przedstawiciela młodoheglistów. Zarzuca mu się czasami mistycyzowanie i romantyczny irracjonalizm lub widzi w nim prekursora pozytywizmu, popularyzatora wzorców „pracy organicznej”. Traktowany jest jako wybitny przedstawiciel „filozofii narodowej” XIX w., ale nazywany był też „znamienitym niemieckim pisarzem”, zarzucano mu niewolnicze trzymanie się heglizmu oraz nadmierne czerpanie z myśli francuskiej.
Znany jest przede wszystkim jako filozof, czyli – wedle utartych przekonań – ktoś bujający w obłokach, pogrążony w kontemplacji, teoretycznych rozważaniach, a jednocześnie słabo orientujący się w sprawach świata. Stereotyp ten jednak zupełnie nie pasuje do Cieszkowskiego, który mimo, że poświęcił niemało uwagi problemowi Boga, przeznaczeń końcowych ludzkości etc., to równocześnie dał się poznać jako właściciel majątku ziemskiego propagujący i wdrażający w nim nowe metody uprawy, krzewiciel oświaty, działacz społeczny i polityczny. Implikuje to już sama, na wskroś praktycystyczna, wizja filozofii, którą odnajdujemy w jego pismach. Postulował on bowiem tworzenie nowego typu filozofii, która nie byłaby tylko rozumowym dążeniem do prawdy, ale i jej ucieleśnianiem. W związku z tym, stawiał przed nią cel praktyczny: musi tworzyć, wdrażać, zmieniać, winna znaleźć swój wyraz w życiu społecznym i politycznym, a nie tylko zadawalać się kontemplowaniem i poznawaniem.
***
Cieszkowski urodził się 12 września 1814 r. w Suchej koło Siedlec, zmarł 12 marca 1894 r. w Poznaniu. Jego ojciec był właścicielem majątków ziemskich na Podlasiu, Wołyniu i ziemi chełmińskiej. W dzieciństwie spędził kilka lat we Włoszech, gdzie ojciec oddał go pod opiekę byłej wychowawczyni Zygmunta Krasińskiego, baronowej de la Haye. Po powrocie do kraju pobierał nauki w Warszawie i Krakowie. Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, które kontynuował w Berlinie i Heidelbergu, gdzie w 1838 r. z powodzeniem obronił pracę doktorską. Następnie przez kilka lat podróżował po Europie, we Francji uczestniczył w zebraniach naukowych na Sorbonie i w Collége de France, przysłuchiwał się posiedzeniom parlamentu, zwiedzał fabryki i gospodarstwa rolne, w Anglii zaś studiował panujące tam stosunki społeczne, polityczne i ekonomiczne.
W 1840 r. wrócił do kraju i rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność społeczną i polityczną. Początkowo przebywał w zaborze rosyjskim, wkrótce jednak kupił majątek w Wierzenicy k. Poznania. W 1848 r. z jego inicjatywy powstała Liga Polska, której celem było „…utrzymanie, bronienie, popieranie i rozwijanie sprawy narodowej polskiej na drodze jawności i legalności”1. Liga działała bardzo prężnie, czego dowodem jest fakt, iż po roku miała 246 placówek w Wielkopolsce i na Pomorzu. Po jej zamknięciu przez władze pruskie w 1850 r., Cieszkowski kontynuował działalność patriotyczną. W 1857 r. założył Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, którego prezesem był trzy kadencje. Przez kilkanaście lat zasiadał w parlamencie pruskim, występując m.in. w obronie języka polskiego w życiu publicznym, postulując tworzenie towarzystw kredytowych i nowych szkół w Wielkim Księstwie Poznańskim, które pod względem ich liczebności zajmowało ostatnie miejsce w monarchii pruskiej. Jego szczególne zainteresowanie budziły sprawy finansowe i na te tematy najczęściej zabierał głos na forum parlamentu; Cieszkowskiemu zaproponowano nawet stanowisko ministra finansów, którego jednakże nie przyjął.
Z działalności politycznej wycofał się w 1866 r., poświęcając większość uwagi gospodarstwu w Wierzenicy, pracy naukowej i społecznej.
***
Jako filozof kojarzony jest Cieszkowski przede wszystkim z oryginalnym systematem historiozoficznym, przedstawionym przez niego najpełniej w pracach „Prolegomena do historiozofii”, „Bóg i palingeneza” oraz „Ojcze nasz”. Ostatnia z nich stanowi bez wątpienia jego dzieło życia. Cieszkowski podjął jej ideę w 1836 r., kiedy to w czasie modlitwy ze swoim ojcem miał doznać objawienia i zrozumieć, iż Modlitwa Pańska nie ma li tylko charakteru błagalnego, ale stanowi swoiste proroctwo, zapowiedź „Królestwa Bożego na Ziemi”, które nie pojawi się jednak samo z siebie, w sposób automatyczny, ale tylko wtedy, gdy ludzkość poprzez czyn, działanie, pracę, doprowadzi do jego urzeczywistnienia. Na kartach „Ojcze nasz” konstatuje on bowiem, iż ustał już czas Łaski, nastał zaś czas Zasługi.
W swojej historiozofii Cieszkowski wyszedł od zakwestionowania Heglowskiej periodyzacji dziejów, obejmującej cztery epoki, podkreślając, iż berliński filozof popełnił błąd odchodząc od schematu trójdzielnego na rzecz czterodzielnego, zawieszając w tej kwestii działanie praw dialektyki. Drugim kardynalnym jego błędem miało być usunięcie przyszłości z obszaru swych rozważań – Hegel, który tak mocny nacisk położył w „Fenomenologii ducha” na całość, jej pierwotny wobec części charakter, na tej płaszczyźnie znów dopuścił się niekonsekwencji. Dzieje rozważane jako całość nie mogą bowiem obejmować tylko wydarzeń przeszłych i teraźniejszych, ale i to, co się dopiero zdarzy. Zdaniem Cieszkowskiego, „…bez poznawalności przyszłych czasów, bez przyszłości jako integralnej części historii przedstawiającej urzeczywistnienie przeznaczeń ludzkości” nie można dojść do poznania procesu dziejów powszechnych2.
Całość dziejów Cieszkowski dzieli na trzy epoki: przeszłość (starożytność, epoka Sztuki), teraźniejszość (świat chrześcijański, epoka Nauki) i przyszłość („Królestwo Boże na Ziemi”, epoka Czynu). Zgodnie z Heglowską dialektyką, pierwsza faza ma charakter tetyczny (okres nadmiernej materialności), druga antytetyczny (okres spirytualistyczny, zwrócenia się człowieka ku własnemu wnętrzu), trzecia zaś syntetyczny (jedność praktyki i teorii, bytu i myśli, powszechna reintegracja). Kolejne epoki następują po sobie ewolucyjnie, każda z nich jest koniecznym ogniwem rozwoju, najwyższą wartość posiada oczywiście przyszłość, ale ta nie mogłaby zaistnieć, gdyby nie okresy ją poprzedzające i wartości wypracowane w nich.
Nie ma więc u Cieszkowskiego przeciwstawienia świetlanej przyszłości dawnym wiekom ciemnoty i niesprawiedliwości, ani też utopii retrospektywnej, mitu „złotego wieku”. Prawdziwy konserwatysta, jego zdaniem, oddaje sprawiedliwość przeszłości i teraźniejszości, nie przestając ani na moment być człowiekiem przyszłości. Ideał i rzeczywistość nie stanowią przeciwieństw – ten pierwszy jest raczej rozwinięciem, udoskonaleniem drugiego. Pisze on wręcz, iż głównym błędem każdej utopii jest to, iż „…zamiast rozwijać się razem z rzeczywistością, chce ona wtargnąć w rzeczywistość; a to nigdy jej się nie uda, skoro bowiem jest utopią musi ją dzielić od rzeczywistości otchłań nie do przebycia”3.
Przyszłość zaś to dla Cieszkowskiego uniwersalna synteza, harmonia, przezwyciężenie dualizmu działalności duchowej i praktycznej, religii i polityki, myśli i bytu, „stopienie zewnętrzności i wewnętrzności w procesie absolutnego czynu”. Jak pisze Piotr Bartula, aktywność ludzka rozumiana była przez Cieszkowskiego dwojako: „raz jako mistyczne obcowanie istot ziemskich z Absolutem i metafizyczną z nim współpracę w urzeczywistnieniu dziejowego prawa, po wtóre jako działanie polityczne, jako czyn społeczny. W filozofii czynu przezwycięża Cieszkowski dualizm działalności duchowej i działalności praktycznej. Mistyczna więź z Absolutem nie jest sprzeczna z praktyczną działalnością w świecie ziemskim. Człowiek chcący wspiąć się na wyższy szczebel bytu nie powinien porzucać doczesności na rzecz zaświata, pracy i rozumnej konsumpcji na rzecz ascezy. Nie powinien pogardzać swą skończonością, ziemską egzystencją, ani dążyć do anihilacji w absolucie. Kłóciłoby się to bowiem z samą naturą Absolutu. Jest nią wszak syntetyzowanie jednostkowości i ogólności, doczesności i wierności, materii i ducha. /…/ Człowiek dotychczas rozparcelowany w czasie historycznym na segmenty: estetyczny, religijny, intelektualny, przejdzie w nową fazę syntetyczną: istoty mistyczno-praktycznej”4.
Filozofia w epoce przyszłości, zdaniem Cieszkowskiego, przejdzie „z czystej swej postaci w inny element”. Przestanie być jedynie czystą teorią bytu, rozumowym dążeniem do prawdy, będzie zaś kreowaniem, przekształcaniem świata, „filozofią stosowaną”, upraktycznioną. Odkrycie metody – jak pisze Cieszkowski – stanowi bowiem upragnione od dawna odkrycie „…kamienia mądrości: teraz chodzi o to, aby zdziałać owe cuda, które leżą w jego mocy”5. Przyszłe uniwersalistyczne „Królestwo Boże” nie oznacza też dla Cieszkowskiego jakiejś powszechnej uniformizacji, jedność nie jest tożsama z ujednostajnieniem. „Rzeczywista jedność jest zawsze Jednością wielu, czyli zjednoczeniem, pojednaniem, jest zawsze organizmem, skojarzeniem różnorodnych żywiołów, nie zaś stopieniem ich w jedną martwą formę”6. Kto marzy zaś o kosmopolitycznym „…zatarciu narodowości, o zamalowaniu wszystkich ludów jedną barwą, i przypasowaniu ich do jednej miary, tenby marzył tylko o Prokrustowem łożu dla ludów”7.
***
Dla Cieszkowskiego nie ma uniwersalnych form rządu, odpowiednich w każdym miejscu i czasie, nie istnieją jednakowo dobre dla wszystkich rozwiązania społeczno-gospodarcze. Świat bowiem to nie sterylne laboratorium, a więc „…życie instytucji społecznych musi rozwijać się na gruncie pierwiastków Narodowych pod karą śmierci bezowocnej”8. Zdaniem badaczy problemu, w poglądach ekonomicznych Cieszkowskiego najmocniej widoczne są wpływy konserwatywnych romantyków niemieckich na czele z Adamem Müllerem, socjalistów utopijnych oraz ekonomii drobnomieszczańskiej Jeana Charlesa Sismonde de Sismondiego9. Sposób gospodarowania co prawda, jak podkreśla, „…u rozmaitych narodów różnym być powinien, stosownie do różnicy ducha narodowego”10, jednak można oczywiście wskazać pewne ogólne mechanizmy, którymi powinien się kierować.
Przede wszystkim winno nastąpić „organiczne pojednanie” między interwencjonizmem państwowym a leseferyzmem. Zasadę laissez faire laissez passer należy zastąpić inną, mówiącą aidez á faire et developpez – organisez (pomagajcie i rozwijajcie). Wprawdzie z sympatią mówi o wolnym handlu, jednak odrzuca skrajny liberalizm gospodarczy, uznając, iż państwo ma prawo interweniowania w życie gospodarcze, byle czyniło to w sposób umiarkowany, ostrożny i okazjonalny. „Kapitały prywatne – podkreślał – kosztem teraźniejszości niewiele dbają o przyszłość; wymagają korzyści natychmiastowych i wyzyskują najchętniej to, co już mniej lub więcej dochód przynosi. Słowem kąt widzenia jednostki, a nawet stowarzyszenia nie obejmuje widnokręgu dość rozległego. /…/ Tylko przeto działanie publiczne może pomóc w sposób pobudzający i dodatnio protekcyjny niedomaganiem akcji prywatnej; dlatego właśnie uznajemy konieczność zarządzeń administracyjnych”11.
Przykładowymi dziedzinami, które pozostawałyby poza zainteresowaniem prywatnego kapitału ze szkodą dla dobra publicznego, są kolejnictwo czy górnictwo, wymagające wielkich nakładów finansowych i nie generujące natychmiastowych zysków. Cieszkowski zwraca tutaj zresztą uwagę na jeszcze jeden mechanizm, podkreślając, iż w wypadku eksploatacji górniczej już zaawansowanej, kiedy kopalnie przynoszą poważne dochody „…wzgląd na rentowność przeważa nad troską o przyszłość, a chciwość osobista może błędnymi zarządzeniami wyczerpać źródła bogactw, z których korzystać by mogła rozsądna eksploatacja”. Rolnictwo czy leśnictwo to kolejne gałęzie gospodarki narażone na poważne szkody w przypadku pozostawienia wszystkiego wolnej grze interesów oraz całkowitej prywatyzacji.
Cieszkowski bynajmniej nie jest jednak zwolennikiem monopolu państwowego, nie żąda całkowitej nacjonalizacji górnictwa, lasów czy kolejnictwa. Zaleca jedynie istnienie państwowej konkurencji w tych gałęziach gospodarki czy też ich wspomaganie przez państwo. Widzi potrzebę równoległego współdziałania i współistnienia różnych form własności: prywatnej, państwowej i samorządowej, wierząc, że zapewni to gospodarce harmonijny rozwój i zapobiegnie tworzeniu się monopoli, w których upatrywał największe zagrożenie dla swobody gospodarowania i wolności politycznej. Nie podzielał natomiast opinii, iż niewidzialna ręka rynku jest w stanie zawsze doprowadzić do powszechnego dobrobytu i harmonii, że realizacja egoistycznych interesów per saldo wychodzi na dobre społeczeństwu.
Z drugiej strony jednakże przestrzega przed nadmiernym interwencjonizmem państwa, zwracając uwagę, iż tam, gdzie interesy prywatne w żaden sposób z publicznymi nie kolidują, „wkroczenie rządowe zdołałoby jedynie spaczyć lub wstrzymać” rozwój prywatnego przedsiębiorstwa. Państwo winno rozwijać w dziedzinie gospodarczej działalność pozytywną, granice jego kompetencji powinny być ściśle zakreślone. Tam, gdzie jednostka, a przede wszystkim zrzeszenia wytwórcze (czyli tzw. asocjacje, używając nomenklatury autora „Ojcze nasz”), których tworzenie postuluje, mogą sobie poradzić bez jego pomocy, winno ono pozostawić im swobodę działania.
Wiąże się to z bardzo mocnymi akcentami decentralistycznymi. Jego zdaniem, każdy obywatel ma nie tylko prawo, ale i obowiązek brać udział w życiu publicznym, czego warunkiem jest organizacja państwa na zasadach samorządności. Państwo bowiem to wspólnota wspólnot – postuluje on zatem przekazanie szeregu prerogatyw samorządom terytorialnym oraz zawodowym, czyli wspomnianym asocjacjom. W „Ojcze nasz” czytamy, iż „jak środkiem i organem Wolności jest współuczestnictwo wszech obywateli do spraw publicznych oraz samorządność gmin i wszelkich społeczeństw – tak znowu środkiem i organem Porządku jest Rząd – silna centralizacja administracyjna, nie wyłączająca wcale owej samorządności gmin w większych i mniejszych zakresach…”12.
Cieszkowski wysuwa również postulaty udziału pracowników w zyskach przedsiębiorstwa, widząc w tym środek, który posłuży najlepiej pobudzaniu do większej aktywności i bardziej twórczej pracy. Wedle niego, robotnikowi oprócz zwykłej pensji, zapewniającej „minimum egzystencji”, wypłacane powinny być również tantiemy stanowiące narzędzie uwłaszczenia, w dalszej perspektywie pozwalające dojść nawet do posiadania własnego przedsiębiorstwa. Postuluje też zabezpieczenie każdemu człowiekowi niezbędnego minimum, proporcjonalnego do aktualnego dobrobytu danego społeczeństwa. Obejmowałoby ono nie tylko dochód pieniężny, ale i podstawową edukację powszechną czy dostęp do dóbr kulturalnych. Obowiązek zabezpieczenia wszystkim owego minimum spoczywać miał na państwie. Człowiek bowiem dopiero wówczas stanie się człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu, gdy nie będzie już pracował, aby przeżyć, lecz żył po to, aby pracować, tzn. rozwijać się i doskonalić.
Tego rodzaju stanowisko Cieszkowskiego powoduje, iż niektórzy badacze, jak np. Andrzej Walicki, kwalifikują je jako antycypację koncepcji welfare state. Wydaje się jednak, iż bliżej autorowi „Ojcze nasz” do pomysłów rozwijanych w ówczesnej katolickiej nauce społecznej. Sporo racji wydaje się mieć więc ks. Michał Poradowski pisząc, iż był on tym dla Polaków, kim bp. Wilhelm von Ketteler dla Niemców, a Frédéric Ozanam dla Francuzów, a nawet nazywając go poprzednikiem Leona XIII13.
***
Cieszkowski nie był jednak człowiekiem, który jedynie dawał rady innym. We własnym gospodarstwie usiłował bowiem wcielać w życie te pomysły, które przedstawiał w swoich pracach. W 1842 r. osiadł w Wierzenicy, stając się właścicielem jej oraz kilku okolicznych folwarków. Dobra te należały do najbogatszych wówczas podpoznańskich majątków. Został właścicielem olbrzymiego areału rolnego oraz torfowisk, gorzelni, młyna, cegielni czy wapniarni.
Od początku postanowił przekształcić ów majątek w gospodarstwo wzorcowe, służące przykładem dla innych, w którym wdrażano by w życie najnowsze osiągnięcia agrotechniczne. Na łamach „Ziemianina” pisał w 1850 r., że dziś „…już nie może ślepa rutyna prowadzić rolnika, obudził się do najwyższego stopnia duch spekulacji. W rolnictwie są pewne zasady, pewne niezbite aksjomata, z których za pomocą nauk przyrodniczych wystawiona została ściśle naukowa i umiejętna budowa gospodarstw rolnych. Porównajmy gospodarstwa nasze z gospodarstwami Belgii, Anglii, Niemczech. Jakże daleko za nimi jesteśmy”14. W związku z tym stworzył gospodarstwa doświadczalne, rolnicze stacje naukowo-badawcze, promował swe pomysły, nowe rozwiązania i techniki jako członek Towarzystwa Włościańskiego, Towarzystwa Agronomicznego czy Towarzystwa Rolników Poznańsko-Szamotulskiego.
Mając na celu polepszenie bytu pracowników, w swoim majątku w Wierzenicy dopuścił ich na określonych zasadach do udziału w dochodach z gospodarstwa. Cieszkowski zainicjował również tworzenie tzw. ochronek wiejskich – zagadnieniu temu poświęcił zresztą osobną rozprawę pt. „O ochronach wiejskich” – zapewniających dzieciom opiekę, ale i realizujących określony program wychowawczy. Postulował rozwój sieci tego rodzaju placówek, finansowanych przez rząd, w całym kraju. Wskazywał na potrzebę właściwego wychowania dziecka w wieku przedszkolnym. Tym bardziej, że dzieci wiejskie, przychodzące do szkół elementarnych, nie mają żadnego przygotowania. Szkoła zaczyna pracę pedagogiczną, lecz nie od początku; pominięty zostaje bowiem zupełnie pierwszy, 7-letni okres rozwojowy.
Zainteresowania pedagogiczne Cieszkowskiego nie kończyły się jednak na wychowaniu przedszkolnym. Dążył również do przełamania tradycyjnego modelu kształcenia rolniczego. Chciał oprzeć je na podstawach naukowych, stworzyć w Wierzenicy zalążek gospodarstwa doświadczalnego, a następnie instytutu naukowo-badawczego. Powołał w związku z tym Wyższą Szkołę Rolniczą im. Haliny w Żabikowie (nazwaną na cześć żony zmarłej w 1861 r.), która miała na celu kształcenie młodzieży do zarządzania majątkami. Dysponowała bogatą biblioteką, laboratoriami i poletkami doświadczalnymi – zyskała rangę szkoły wyższej i stanowiła, zdaniem badaczy, prekursorską pod wieloma względami uczelnię rolniczą w Europie. Oprócz przedmiotów teoretycznych, w programie nauczania znajdowały się podstawy produkcji roślinnej i zwierzęcej, budownictwo wiejskie, maszynoznawstwo, użytkowanie i hodowla lasu, melioracje rolnicze i leśne oraz ekonomika i organizacja rolnictwa, leśnictwa, ogrodnictwa, sadownictwa, warzywnictwa. Wyższa Szkoła Rolnicza nie tylko przygotowywała absolwentów do pracy zawodowej, ale rozwijała również własną działalność naukową w zakresie rolnictwa i leśnictwa. Jednak fakt, iż obok nauczania rolniczego nie zaniedbywano tam również formacji patriotycznej, zaniepokoił władze pruskie i w 1876 r. została zlikwidowana przez Bismarcka. Przez 25 lat toczył też Cieszkowski, zakończoną niestety niepowodzeniem, batalię z rządem pruskim o erygowanie w Wielkim Księstwie Poznańskim uczelni wyższej. Kiedy zaś, już po jego śmierci, w roku 1919 doszło do utworzenia w Poznaniu polskiego uniwersytetu, w jego skład, oprócz Wydziałów Filozoficznego i Prawnego, wszedł także Wydział Rolniczo-Leśny (w 1951 r. przekształcony w samodzielną Wyższą Szkołę Rolniczą, dziś Akademia Rolnicza), oparty w dużym stopniu na dorobku naukowym i dydaktycznym oraz zasobach materialnych Wyższej Szkoły Rolniczej z Żabikowa.
***
Hegel w „Wykładach z filozofii dziejów” pisał o szczególnym talencie Niemców do teoretycznych spekulacji, Francuzów zaś do praktycznego działania. Polakowi Cieszkowskiemu, jak się wydaje, udało się harmonijnie połączyć te dwie tendencje w swym życiu i twórczości. Poprzez działalność pisarską i społeczną potwierdził słowa Krasińskiego, który akceptując ową Heglowską dyferencjację stwierdzał, iż jest jeszcze obok „plemienia” francuskiego (politycznego) i niemieckiego (filozoficznego), także plemię słowiańskie – religijne, syntetyzujące pierwiastki francuskie i niemieckie, „…nie goniące wyłącznie za doczesnymi przypadki ni też fanatycznie zapatrzone w światło oderwanej od świata mądrości”15.
Cieszkowskiego można również nazwać osobą budującą pomost między romantyzmem i pozytywizmem, a raczej ilustrującą słabości akademickich podziałów „romantyzm – pozytywizm”, wedle których przedstawicieli pierwszej z epok przedstawia się jako pięknoduchów, z niechęcią patrzących na sprawy przyziemne, natomiast drugiej jako ludzi twardo stąpających po ziemi, realistów zajętych organicznikowską pracą. Tego rodzaju rozróżnienie okazuje się nie mieć wielkiego przełożenia na rzeczywistość, a przykład Cieszkowskiego jest co prawda jednym z wielu, ale bardzo wymownym tego dowodem. Autor „Ojcze nasz” to bowiem romantyk, człowiek swojej epoki, współczesny nie tylko czasowo, ale i filozoficznie Mickiewiczowi, Krasińskiemu, Hoene Wrońskiemu, a jednocześnie adept „konkretnej roboty”.
Piotr Bartula, usiłując uwypuklić specyfikę myśli Cieszkowskiego, podkreśla, iż dostrzegamy w niej splatanie się elementów utopijnych i realistycznych, konserwatywnych, liberalnych i socjalnych, odrzucenie rewolucyjnych metod działania, ale i zdystansowanie się od czysto technicznego rozumienia polityki jako realizacji woli panowania. Świat zaś aby mógł, wedle niego, zmierzać we właściwym kierunku „musi być Boską harmonią przez ludzi poznaną i odegraną. Prawo to nie jest dane raz na zawsze przez Łaskę Absolutną, ale musi być kultywowane przez Czyn i Zasługę wielu pokoleń. Jest bowiem to prawo wkomponowane w proces ewolucyjnego samorozwoju moralnego ludzkości zbliżającej się nieustannie do samopoznania swej kondycji i wstąpienia do Królestwa Bożego. Z jednej strony Cieszkowski sądził, iż możliwe jest przewidywanie przyszłości i tworzył wizję socjalną tej przyszłości, z drugiej natomiast przeprowadził krytykę rewolucyjnych ideologii, gotowych poświęcać teraźniejszość dla przyszłości. Gdy ważny jest tylko »bój nasz ostatni«, nieważna staje się rzeczywistość istniejąca »tu i teraz«, a to przesądza o zapaści cywilizacyjnej i obniżeniu się poziomu dziejów”16.
Przypisy:
1 J. Kutta, Działalność parlamentarna Augusta Cieszkowskiego w latach 1848-1866 [w:] Spacer aleją filozofów. August Cieszkowski i jego intelektualna spuścizna, pod red. J. Banaszaka, W. Trzeciakowskiego, Bydgoszcz 2004, s. 25.
2 A. Cieszkowski, Prolegomena do historiozofii, Poznań 1911, s. 8.
3 Ibid., s. 99.
4 P. Bartula, „Jako w niebie tak i na ziemi”. August Cieszkowski redivivus, Kraków 2006, ss. 37-38.
5 A. Cieszkowski, op. cit., s. 88.
6 Tenże, Ojcze nasz, t. 4, Poznań 1906, s. 84.
7 Ibid., s. 100.
8 Tenże, O izbie wyższej i arystokracji w naszych czasach, Poznań 1908, s. 6.
9 A. Roszkowski, Poglądy społeczne i ekonomiczne Augusta Cieszkowskiego, Poznań 1923; G. Spychalski, Myśl społeczno-gospodarcza Augusta Cieszkowskiego, Łódź 2001.
10 A. Cieszkowski, O kredycie i obiegu, Poznań 1911, s. 251.
11 Ibid., s. 99.
12 Tenże, Ojcze…, s. 163.
13 Ks. M. Poradowski, Palimpsest, [Wrocław] 1994, s. 144.
14 J. Stępień, Społeczno-ekonomiczne aspekty funkcjonowania majątku Cieszkowskiego w Wierzenicy [w:] Duch wielki serce złote. August Cieszkowski i jego intelektualna i materialna spuścizna, red. A. Kurowski, E. J. Buczyńska, W. Buczyński, Swarzędz 2004, s. 59.
15 Z. Krasiński, O stanowisku Polski z Bożych i ludzkich względów [w:] Tenże, Pisma filozoficzne i polityczne, Warszawa 1999, ss. 51-52.
16 P. Bartula, „Jako w niebie tak i na ziemi…, s. 96.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Stanisław Grabski znany jest przede wszystkim jako długoletni działacz obozu narodowego i brat Władysława Grabskiego – architekta reformy monetarnej i skarbowej w Polsce międzywojennej. O wiele słabiej kojarzony jest zaś jako działacz społeczny oraz profesjonalny ekonomista, twórca autorskiego programu ekonomii społecznej.
Na taki stan rzeczy złożyło się wiele przyczyn. Grabski w zasadzie odszedł od czynnej działalności politycznej po 1926 r. Nie do końca akceptował bowiem ewolucję swojej formacji, krytycznie oceniał niektóre posunięcia Dmowskiego oraz kierunek ideowy wyznaczany przez młodą generację obozu narodowego, która zaczęła dochodzić do głosu po przewrocie majowym. Z drugiej strony, młodzi narodowcy traktowali koncepcje Grabskiego jako nie odpowiadające potrzebom chwili, wyrażające przebrzmiałego już ducha pozytywizmu, kształtującego ideologię obozu narodowego w pierwszej fazie jego istnienia.
Do tego doszedł fakt zaangażowania się Grabskiego po II wojnie światowej w przemiany w Polsce, dokonujące się pod dyktando sowieckie. Spowodowało to, iż narodowcy w latach powojennych z dystansem i nieufnością podchodzili do jego osoby i niezbyt chętnie odwoływali się do niego jako antenata ideowego. Nie bez racji już w międzywojniu Adolf Bocheński pisał o Grabskim, że „…jego działalność polityczna budzi o wiele większe zainteresowanie od jego twórczości pisarskiej”1.
***
Stanisław Grabski urodził się 7 kwietnia 1871 r. w Borowie w woj. mazowieckim, w rodzinie ziemiańskiej. W młodości związany był z ruchem socjalistycznym. Od początku odstawał jednak od poglądów dominujących w tym środowisku. Co prawda w młodości przestudiował „Kapitał” Marksa oraz „Manifest komunistyczny” i jak twierdził, był bodaj jedynym w Polsce gimnazjalistą, który mógł się tym poszczycić, jednak już wkrótce nie zawahał się bezpardonowo krytykować doktryny Marksa i Engelsa. Lektura „Krytyki czystego rozumu” Immanuela Kanta i „Logiki” Wilhelma Wundta doprowadziła go do „odrzucenia materialistycznej filozofii”, a wraz z tym stracił dla niego „wszelki urok i materializm dziejowy”2.
Kolejną z punktu widzenia ortodoksji marksistowskiej herezją Grabskiego było tzw. patriotnictwo. W 1892 r. ogłosił na łamach „Gazety Robotniczej” cykl artykułów, w których podkreślał, wbrew opinii dominującej w środowiskach socjalistycznych, iż nie można czekać ze sprawą niepodległości Polski aż do całkowitego załamania ustroju kapitalistycznego, lecz postulat ten winien być natychmiast włączony do programu politycznego socjalistów polskich. Reakcją na to był list podpisany m.in. przez Juliana Marchlewskiego i Różę Luksemburg, zarzucający Grabskiemu „…przemycanie do programu socjalistycznego »patriotnictwa«, które jest z istoty swej siłą reakcyjną. List ten kończył się retorycznym pytaniem, czy nie zamierzam wprowadzić na wiece socjalistyczne zamiast »Czerwonego sztandaru« – »Jeszcze Polska nie zginęła« wraz ze słowami »dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy«, i patetycznym wykrzyknikiem: »Więc Bonaparte, nie Marks«”3.
Dodatkowo, w redagowanej przez Grabskiego w Berlinie „Gazecie Robotniczej” pojawiły się artykuły Stanisława Przybyszewskiego, pełne cytatów z Nowego Testamentu i Ojców Kościoła. Jak pisze Grabski, była to „najgorsza herezja”, o której doniesiono przywódcom niemieckiej Socjalnej Demokracji. W konsekwencji został zaproszony przed oblicze Augusta Bebla, Karla Liebknechta i Ignaza Auera, którzy ostro skrytykowali odejście „Gazety Robotniczej” od zasad materializmu. Grabski miał odpowiedzieć dłuższą tyradą, której zwieńczenie stanowiła deklaracja, iż nie będzie „z polskich serc zabierał Boga, bo wtedy zostanie w nich tylko błoto”4. Choć sam wówczas niewierzący, ostro sprzeciwiał się bowiem atakowaniu religii. Dał temu wyraz również na paryskim zjeździe socjalistów polskich w 1892 r., konstatując, że „nie należy na religię napadać”, a obrona ateizmu nie ma sensu, gdyż jest on nienaukowy5.
Po powrocie z zagranicznych wojaży, Grabski aktywnie działał na niwie społecznej. Czerpiąc wzorce z rozwiązań szwajcarskich, którym przyjrzał się podczas pobytu w tym kraju, usiłował założyć np. we wsi Tonie spółkę mleczarską, aby ułatwić chłopom sprzedaż mleka. Na własny koszt dokonał wizytacji wszystkich kółek rolniczych w powiecie krakowskim, próbując propagować nowe techniki uprawy i uzyskać rozeznanie na temat stanu polskiej wsi oraz roli, jaką odgrywają organizacje samopomocowe. Rekonesans utwierdził go ostatecznie w przekonaniu, że jeśli Polska Partia Socjalistyczna chce rzeczywiście dotrzeć do mas ludowych, to musi porzucić frazeologię marksistowską.
Dał temu wyraz na łamach „Głosu Ludowego”, gazetki, którą wydawał w Krakowie. Spotkało się to z niechęcią środowiska socjalistycznego i krytyką pod jego adresem, w efekcie został odsunięty od edycji pisma. W odpowiedzi wysłał do kierownictwa partii list, w którym oznajmił: „Ja uważam stronnictwo za środek, za metodę postępowania, wy za cel, a naród za środowisko działania. /…/ Wierzę w to głęboko, że za lat parę przyjdziecie do tego samego co ja, do potępienia walki klasowej, do ideału chłopa i robotnika obywatela kochającego ojczyznę, dążącego do praw na zasadzie przyjmowanych przez się obowiązków – a porzucicie dzisiejszy ideał proletariusza walącego silną pięścią w gmach społeczny, by otworzyć sobie drogę do dobrobytu i władzy. Wierzę w to i dlatego chcę i mogę czekać spokojnie. Tylko boję się, że później ciężko będzie odrabiać błędy dzisiejsze, bo wkrótce przekonacie się, że propaganda walki klasowej i egoizmu klasowego na wsi – to woda na młyn moskiewski. Nie świadomości odrębnych swych interesów klasowych, lecz poczuć obywatelskich, lecz ideałów Ojczyzny, wolności i sprawiedliwości chłopu dziś brakuje”6.

RYS. ROCKWELL KENT
***
Stopniowo tracił kontakt z ruchem socjalistycznym, przesuwając się w stronę obozu narodowego. Rozczarowany był do programu i metod działania socjalistów, coraz bardziej krytyczny wobec Józefa Piłsudskiego, a przede wszystkim z niepokojem patrzył na wzrost znaczenia w PPS internacjonalistów niechętnych „socjalpatriotyzmowi”. Na początku XX w. podejmował bezskuteczne próby na rzecz porozumienia PPS i Ligi Narodowej. Piłsudski, jak pisze, chciał „…jak najsilniej zrewolucjonizować lud polski. Do tego miały prowadzić po pierwsze – masowe demonstracje, po drugie – zbrojne działania /…/ Dmowski obawiał się, że gdy zacznie się w Królestwie walka rewolucyjna podobnymi, jak to się działo w Rosji, metodami – w masach ludowych zaczną brać górę dążenia klasowe nad narodowymi”7.
Przystępując do Ligi Narodowej, Grabski zastrzegł, iż nie weźmie udziału w działalności galicyjskiego Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, w związku z zaangażowaniem w prace społeczno-kulturalne i naukowe. Wówczas bowiem został wybrany do zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych, gdzie kierował akcją zakładania sklepików kółek rolniczych, którym, jak wspomina, starał się nadać bardziej spółdzielczy charakter8. Jego zainteresowanie sprawami wsi zaowocowało porozumieniem między Narodową Demokracją a Stronnictwem Chrześcijańsko-Ludowym znanego działacza chłopskiego, ks. Stanisława Stojałowskiego.
W czasie I wojny prowadził szeroko zakrojoną działalność w Rosji, później zaś jako członek Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu zajmował się m.in. kwestią powojennych granic polskich. W II Rzeczypospolitej aktywnie działał na forum parlamentarnym jako jeden z inicjatorów konsolidacji środowisk narodowych, czego wyrazem był utworzony w lutym 1919 r. klub parlamentarny Związku Sejmowego Ludowo-Narodowego. Jako delegat sejmu odegrał wiodącą rolę podczas rokowań pokojowych z bolszewikami w Mińsku i Rydze. W następnych latach dał się poznać również jako główny architekt konkordatu z 1925 r., za co uhonorowany został tytułem doktora honoris causa Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie oraz orderem Piusa XI.
W 1924 r. wszedł w skład tzw. Komisji Czterech, której zadaniem było uporządkowanie przepisów dotyczących urzędowego języka na Kresach Wschodnich. Grabskiemu udało się przeforsować projekt tworzenia na obszarze województw wschodnich szkół dwujęzycznych dla ludności ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej, który został przyjęty 31 VII 1924 r. Tak uzasadniał ów projekt: „We wsiach narodowo mieszanych dzieci do siódmego roku życia bawiły się zgodnie na pastwisku gminnym, bez różnicy narodowości. Ale w siódmym roku życia jedno miało iść do szkoły ukraińskiej z nauczycielem, najczęściej ukraińskim nacjonalistą, apoteozującym bunty kozackie, a drugie do szkoły polskiej, w której by uczono je chwały zwycięskiego pod Beresteczkiem polskiego rycerstwa. Dwie w tej samej wsi odrębne szkoły państwowe dla polskich i niepolskich dzieci kształciłyby w nich z konieczności rzeczy poczucie nie tylko odrębności, ale i przeciwieństw narodowych ideałów i dążeń. Zaproponowałem więc oparcie szkolnictwa powszechnego w województwach narodowo mieszanych na wspólnych dla dzieci obu narodowości szkołach z nauką w dwu językach, w połowie godzin po polsku, a w drugiej połowie po ukraińsku lub białorusku. Przy tym decyzję o języku nauczania oddawałem rodzicom dzieci. Jeśli w danym obwodzie ogół rodziców żądał nauki w języku ukraińskim albo białoruskim, szkoła miała być ukraińska lub białoruska. Ale jeśli w obwodzie szkolnym o większości ukraińskiej lub białoruskiej rodzice dwadzieściorga dzieci żądają nauki w języku polskim – szkoła będzie dwujęzyczna”9.
Pełniąc funkcję ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego usiłował przeprowadzić reformę ustroju szkolnego, polegającą m.in. na zwiększeniu liczby szkół zawodowych oraz liceów i gimnazjów o takim profilu, dających absolwentowi konkretną profesję. W jednym z artykułów zarysowywał ideę tego projektu: „Obecnie nauka kształci przede wszystkim myślenie dedukcyjne, w podstawie swej mające teoretyczne formuły czy frazes literacki. Należy to zmienić. Trzeba zreformować i programy szkolne, i sposób nauczania, by szkoła od najmłodszego wieku uczyła przede wszystkim dokładnej, ścisłej obserwacji /…/ Trzeba zwiększyć ilość ćwiczeń praktycznych i wycieczek przy nauce przyrody /…/ Jeśli nadal przeważać będzie u nas typ zdolnego dyletanta o niedostatecznym wykształceniu zawodowym – nie wytworzymy z Polski nowoczesnego mocarstwa. Musimy z gruntu zmienić hierarchię wartości intelektualnych. Musimy ustalić w powszechnej świadomości, że dobra znajomość szewstwa i stolarstwa jest bardziej szacowna od powierzchownego, dyletanckiego filozofowania”10. Pomysł jednak nie doczekał się realizacji, przeszkodził w tym zamach majowy. Dopiero w wyniku reformy szkolnictwa J. Jędrzejewicza w latach 1932-33 wdrożono wiele zmian postulowanych przez Grabskiego.
***
Po zamachu majowym wycofał się z życia politycznego, poświęcając się pracy naukowej i dydaktycznej. W 1927 r. przystąpił do pisania monumentalnej „Ekonomii społecznej”. Praca została podzielona na 10 tomów – ukazywały się w latach 1927-33 – co miało ułatwić studentom jej zakup. W badaniach społeczno-ekonomicznych Grabski przyjmował metodę historyczną, odrzucając możliwość generalizowania zjawisk gospodarczych i wyodrębnienia niezmienności motywów gospodarowania.
Jego zdaniem, przyjęcie stanowiska szkoły klasycznej nadawało ekonomii charakter nauki abstrakcyjnej, nie uwzględniającej historycznej zmienności życia gospodarczego. „Uważam /…/ że nie sposób wyodrębnić, jak to czyniła szkoła liberalna, zjawiska ekonomiczne z całokształtu życia społecznego, że więc bez zrozumienia tego ostatniego, bez analizy socjologicznej, nie zrozumiemy dobrze kształtowania się tej jego strony, jaką stanowi gospodarcze współżycie i współdziałanie ludzi”11. Motywy indywidualne jego zdaniem są pochodne wobec społecznych, w związku z tym podkreśla, iż to „nie współżycie gospodarcze powstaje z rozwoju życia indywidualno-gospodarczego, lecz życie indywidualno-gospodarcze rozwija się stopniowo ze współżycia gospodarczego gromad ludzkich”12. Nie może więc dochodzić do wypreparowania motywów indywidualnych, prowadzi bowiem ono, wbrew temu, co się zwyczajowo twierdzi, do skonstruowania abstrakcyjnego „…człowieka urojonego, jakiego nigdy i nigdzie nie było”13.
Opieranie ekonomii na modelu wyizolowanej jednostki, kierującej się wyłącznie motywem zysku, uważał za nierealne. Życie gospodarcze kształtuje się bowiem zawsze w określonym środowisku, w specyficznych warunkach i organizacji społecznej, mającej u podstaw pewien system etyczno-religijny, regulujący stosunki pomiędzy ludźmi. Aby to zrozumieć, należy poznać całokształt życia społecznego, prawa jego kształtowania się i rozwoju. Dążenia i zabiegi gospodarcze jednostek można wytłumaczyć raczej „…ich kulturą, wychowaniem, majątkiem, pojęciami moralno-religijnymi niż wyprowadzić formy współżycia gospodarczego ludzi z ich sądów i działań indywidualno-gospodarczych (w izolacji i z abstrakcji)”.
Regułą, którą przyjmował Grabski było komplementarne traktowanie kultury, polityki, życia społecznego oraz gospodarczego, które jest ściśle związane z całokształtem stosunków w danej społeczności, z nich wypływa i w nich jest zanurzone, tak więc nie jest możliwe jego wypreparowanie14. Z tych pozycji krytykował koncepcje liberalne i marksistowskie, podkreślając iż oparte były na „czystej”, logicznej dedukcji i nie posiadały żadnych związków z rzeczywistością, stąd pełne są fałszywych wniosków.
Grabski rozróżniał trzy kategorie praw społeczno-ekonomicznych: okresowe, podstawowe i rozwojowe. Pierwsze określają prawidłowości kształtowania się form gospodarczego współdziałania w poszczególnych okresach i ustrojach. Drugie ujmują te prawidłowości „zawsze i wszędzie”, jest nim np. prawo wartości, istniejące w każdym ustroju, choć konkretne jego przejawy przybierają postać okresowego prawa wartości. Trzecie dotyczą zaś prawidłowości rozwoju form współżycia gospodarczego całej cywilizacji. Wyróżnił tutaj siedem okresów cywilizacji: rodowy, plemienny, państw pierwotnych, państw ze zwierzchnią władzą społeczeństwa, państw feudalnych, nowoczesnych monarchii absolutnych oraz współczesnego kapitalizmu. Wyodrębnił też trzy rodzaje czynników, które oddziałując wzajemnie na siebie wpływały na rozwój cywilizacji ludzkiej. Pierwsze mają charakter indywidualistyczny przyczyniają się do słabnięcia i rozpadania wielkich grup społecznych; tworzą je pociąg do bogactwa, panowania, podboju itp. Drugie mają wartość uspołeczniającą i jednoczącą rody w plemiona i państwa, stany w narody. Trzecie, o charakterze ideowo-duchowym, podnoszą na wyższy poziom technikę wytwarzania i organizację społeczną, nadają wyższą rangę więzom duchowym. Interakcje, które zachodzą między nimi, powodują, że życie społeczne stopniowo staje się coraz bardziej świadome, a czynniki przymusu odgrywają coraz mniejszą rolę. Postęp nie jest jednak linearny – Grabski skłania się tu ku modelowi przedstawionemu przez Giambattistę Vico – lecz przebiega raczej po spirali, mamy więc do czynienia w różnych epokach z nawrotami indywidualizmu lub kolektywizmu. Jednak każdy nowy cykl, każda nowa epoka rozpoczyna się jakby na wyższym poziomie15.
Opierając się na tych właśnie założeniach, Grabski podjął próbę wypracowania polityki agrarnej, która posłużyłaby rozwojowi wsi w Galicji. Nie proponował cudownych recept, mających jakoby uniwersalny charakter i automatycznie powodujących wzrost poziomu życia społeczeństw, które zechcą je wdrożyć. Dokonał natomiast mozolnej i skrupulatnej analizy formowania się stosunków społeczno-gospodarczych na wsi polskiej, ich tendencji rozwojowych, problemów kredytu, własności ziemskiej, rynków zbytu, melioracji, agrotechniki itp.16 Stanowiło to warunek wstępny do ustalenia spójnego programu naprawczego, odpowiadającego warunkom czasu i miejsca.
Stan rolnictwa w Galicji oceniał jako katastrofalny, pisząc: „Jesteśmy krajem rolniczym, a jednak nigdzie w całej Europie rolnictwo nie stoi tak nisko, jak u nas. /…/ jesteśmy takim dziwnym krajem rolniczym, co wywozi robotnika rolnego, a przywozi z zagranicy zboże”17. Opracowany program zmian obejmował m.in. postulaty dostarczania kredytów parcelacyjnych, melioracyjnych i in., tworzenia systemu szkół agronomicznych, stacji doświadczalnych, ustanowienia prawa hipotecznego chroniącego chłopów przed wydziedziczeniem za długi, budowy elewatorów czy tworzenia tzw. spółek włościańskich. Jeśli chodzi o ostatnią kwestię, Grabski stwierdzał, iż należy dążyć do tego, aby w gminie istniały „…wszystkie spółki, które są jej istotnie potrzebne. Gdy cały kraj pokryje sieć spółek, tj. organizacji samopomocy społecznej i ekonomicznego współdziałania, będziemy mogli o poważniejszych mówić rezultatach”18.
Podkreślał również znaczenie interwencjonizmu państwowego, służącego utrwalaniu równowagi sił produkcyjnych. Grabski uznawał, że liberalny indywidualizm jest sprzeczny z istotą i zadaniami państwa, prowadząc do despotyzmu silniejszych. Zauważał istnienie w nim stałej tendencji do niszczenia słabszych i mniejszych podmiotów przez wielkie koncerny. W związku z tym wzywał do niwelowania zbytniej przewagi wielkiego przemysłu i posiadłości rolniczych poprzez poddanie ścisłej kontroli publicznej zakładania i działalności karteli, trustów, syndykatów oraz wspieranie drobnej i średniej produkcji. Uważał, iż w przypadku gospodarek zacofanych, polityka protekcjonizmu jest jedyną drogą ich efektywnego unowocześnienia. Państwo winno wspierać niwelowanie kulturalnych i materialnych dysproporcji poprzez odpowiedni system podatkowy czy rozwój powszechnego nauczania. Zwracał również uwagę na wysokie zarobki robotników jako najwłaściwszy miernik bogactwa narodu. Tutaj państwo również powinno wykazywać aktywność poprzez ustalanie minimum płac, maksimum godzin pracy, wprowadzanie przymusowych ubezpieczeń czy wspieranie organizacji robotniczych19.
Będąc zwolennikiem kapitalizmu, akcentował jednak, iż musi on ulec przeobrażeniu. W tym przekonaniu utwierdził go wielki kryzys gospodarczy. Uznał, że stanowi on przełom analogiczny do tego „…jaki w historii średniowiecznego ustroju stanowo-korporacyjnego nastąpił z początkiem Odrodzenia”. Przede wszystkim poderwana została wiara w idee, które go dotychczas konstytuowały, zwłaszcza w dobroczynne skutki wolności gospodarczej, współzawodnictwa i indywidualnej przedsiębiorczości. Przed kapitalizmem stawiał w związku z tym alternatywę: zmiany lub destrukcja. Ewolucja stosunków w Europie, jak podkreślał, „…doprowadzi, zależnie od kierunku polityki społecznej państwa i narodów, albo ku wywłaszczeniu i upaństwowieniu przedsiębiorstw, albo ku uwłaszczeniu robotników, przez umożliwienie im dochodzenia własną pracą i oszczędnością do posiadania akcji przedsiębiorstw, w których pracują i zapewnienie im udziału w zwiększanych w miarę wzrostu intensywności ich pracy zyskach tych przedsiębiorstw”20.
W swojej pracy z lat 30. Grabski, odnosząc się do metod realizacji programu reform gospodarczych, zauważał jednak, iż aby „…przełamać kryzys ekonomiczny naszego życia, trzeba nasamprzód przełamać wzajemną nieufność, dzielącą dziś społeczeństwo od rządu, a rząd od społeczeństwa. Oczywiście rząd sam musi zdecydować, czy chce tę tylko po sobie pozostawić w przyszłych pokoleniach pamięć, że umiał się długo trzymać u władzy, czy też ma większe dziejowe ambicje. Ale prawem i obowiązkiem ekonomisty jest to powiedzieć, że dla przeprowadzenia wielkiego programu ekonomicznego nie wystarczą siły samej tylko administracji państwowej ani bierny posłuch ludności”21. Adresatem tych słów były oczywiście rządy sanacyjne, ale dyrektywa ta jest na tyle uniwersalna, że warto byłoby, aby zechcieli ją również przemyśleć aktualnie sprawujący władzę.
***
We wrześniu 1939 r. Grabskiego aresztowało NKWD we Lwowie, a następnie skazało na 8 lat pobytu w obozie pracy przymusowej. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski został uwolniony i w 1941 r. przybył do Londynu. Na emigracji pełnił funkcję przewodniczącego Rady Narodowej. Po zakończeniu wojny, wraz ze Stanisławem Mikołajczykiem wrócił do Polski. Wkrótce został jednym z zastępców przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej, wierząc w to, iż walkę o przyszłość Polski należy podjąć w kraju, a nie na emigracji, że jest możliwość wpływania na bieg wypadków w Polsce oraz współpracy z komunistami, a nawet uwolnienia się spod ich wpływów. W liście do Stanisława Kirkora pisał, iż „…powoli z dużymi zakrętami, bardzo mozolnie, ale idziemy ku normalnemu cywilizowanemu życiu i powrotowi obywatelskich wolności. Ale nic się samo nie stanie. Wszystko musi być przez nas samych zrobione i uzyskane. I do tego trzeba jak najwięcej ludzi rozumnych, fachowych i prawych”22.
Realia pokazał, iż jego analiza sytuacji była błędna, a nadzieje złudne, co zresztą sam wkrótce dostrzegł. Pod koniec życia współpracował z „Tygodnikiem Warszawskim”, publikując na jego łamach artykuły popularyzujące nauczanie społeczne Kościoła, w których wzywał do tego, aby Polska w warunkach powojennych zaproponowała światu model państwa kierującego się całkowicie ideałami chrześcijańskimi. W 1947 r. zaprzestał działalności politycznej i objął katedrę ustrojów społecznych na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Zmarł w 1949 r. w Sulejówku.
Przypisy:
1 A. Bocheński, Mielizny ideologiczne Stanisława Grabskiego, „Bunt Młodych” 1933 nr 8.
2 S. Grabski, Pamiętniki, t. I, Warszawa 1989, s. 75.
3 Ibid., s. 77.
4 Ibid., s. 82.
5 W. Wojdyło, Stanisław Grabski (1871-1949). Biografia polityczna, Toruń 2004, s. 54.
6 S. Grabski, op. cit., s. 140.
7 Ibid., s. 145.
8 Ibid., s. 159.
9 Ibid., t. II, s. 228.
10 Ibid., s. 241.
11 Ibid., ss. 260-261.
12 Ibid., s. 260.
13 Tenże, Ekonomia społeczna, cz. II, Lwów 1927, s. 94.
14 S. Wójcik, Ekonomia społeczna według koncepcji Stanisława Grabskiego, Lublin 1995, ss. 127-128.
15S. Grabski, Ekonomia…, cz., I, ss. 93-95.
16 S. Wójcik, op. cit., s. 104.
17 S. Grabski, Spółki włościańskie, Kraków 1905, ss. 3, 5.
18 Ibid., s. 44.
19 S. Wójcik, op. cit., ss. 108-109.
20 S. Grabski, Ekonomia…, cz. VII, Lwów 1928, s. 95.
21 Tenże, Trzeba szukać drogi wyjścia, Lwów-Warszawa 1934, s. 153.
22 Cyt. za W. Wojdyło, op. cit., s. 385.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
26 stycznia 1929 r. na łamach wileńskiego „Słowa” artykułem „Katolicyzm a ideologia państwowa” zadebiutował dwudziestoletni Henryk Dembiński. „Słowo” było pismem elitarnym, wyrażającym poglądy tzw. żubrów wileńskich (skrajnie konserwatywnych obszarników, dla których nawet endecja była „nazbyt lewicowa”). Dlatego dopuszczenie na te łamy syna maszynisty świadczyło o niepoślednich talentach tegoż.
Jako protegowany Stanisława Cata-Mackiewicza, młody katolicki publicysta głosił wówczas korporacjonistyczne idee „państwa stanowego”, występując przeciw jakobińskiemu dziedzictwu demokracji i nacjonalizmu. Z jednej strony więc, uznawszy demokrację za utopię, „pragnie oprzeć życie społeczne na sprawiedliwości, na zasadzie hierarchii i organicznej nierówności”. Z drugiej pisze, że „Nacjonalizm opiera się wyłącznie na pierwiastkach irracjonalnych duszy ludzkiej, /…/ na niskich instynktach egoizmu narodowego /…/”. Endeckiej koncepcji państwa narodowego przeciwstawia „ideę jagiellońską”: „Za mało dla Polski ciasnego, zatęchłego podwórka endeków” – pisał. Trzeba „/…/ połączyć narodowość polską, białoruską, litewską i ukraińską w jedną państwowość”.
***
Inspiracją dla Dembińskiego był katolicyzm – ale interpretowany w szczególny sposób. Konsekwentnie stosował się do zasady: „Walczmy z fałszywymi poglądami – kochajmy błądzących bliźnich”, zaś z idei katolickiego uniwersalizmu wyprowadzał akceptację pluralizmu politycznego. Przede wszystkim jednak nie był to katolicyzm kontemplacyjny, lecz społecznie zaangażowany, zanurzony w świecie doczesnym. „Wieczność to nie zwycięstwo nad życiem /…/, lecz to spotęgowane do nieskończoności życie doczesne /…/. Przyrodzoność i nadprzyrodzoność nie są czymś obcym sobie i wrogim. Chodzi o przeniknięcie do cna przyrodzonego przez nadprzyrodzone, przez Ducha Bożego. Nie niszczyć /…/, ale ubóstwiać życie przyrodzone – oto cel prawy chrześcijanina” – pisał. Co za tym idzie: „Praca produkcyjna jest dla katolika przetwarzaniem materii ku chwale i służbie Bożej, jest radosnym uczestnictwem człowieka w akcie twórczym Boga”.
Bratnie dusze odnalazł Dembiński w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Deklaracja SKMA mówiła: „Zrywamy z fałszywą pokorą i ckliwie pojętą miłością chrześcijańską, wypleniamy lęk i bezradność wobec idących olbrzymich, a nieraz bolesnych przewrotów współczesnych. /…/. Chcemy wychować pokolenie ludzi czynu i tworzyć życie polskie we wszystkich jego dziedzinach”. Program „Odrodzenia” kapitalistycznemu wyzyskowi przeciwstawiał umocnienie rodziny i ustrój korporacyjny. Wspierany przez tę organizację Henryk dwukrotnie (w 1929 i 1931 r.) został wybrany prezesem wileńskiej Bratniej Pomocy, przełamując monopol endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej, kontrolującej podówczas studenckie samorządy w Polsce.

RYS. BARBARA LATHAM
Konflikt z endekami oraz pogłębiający się kryzys ekonomiczny prowadziły do radykalizacji poglądów Dembińskiego i jego towarzyszy. Ks. Wojs pisał o nich: „Jest pewna grupa tak bardzo zapalonych apostołów sprawiedliwości społecznej /…/, że w niecierpliwości swojej, już dzisiaj chcieliby usunąć ustrój gospodarczy choćby nawet w sposób gwałtowny. Przejęci grozą zalewu komunizmu pogańskiego, pragnęliby go ochrzcić, aby w ten sposób uciśnione i cierpiące masy, ulegające pogańskim, materialistycznym wpływom uratować dla Boga, dla Kościoła”. Publikowane na łamach „Żagarów” na przełomie 1931 i 1932 r. artykuły Dembińskiego konstatowały, że „kapitalizm zdycha jak stara wypracowana szkapa”, a ich autor domagał się nacjonalizacji bankowości, rozbudowy przemysłu, mechanizacji rolnictwa… Powołuje się na lidera ruchu „Sillon”, Marca Sangniera. Do nienadążających woła: „Czyżby naprawdę katolicyzm ograniczał się do sentymentalnych paralityków przykościelnych? Czy Wy Panowie myślicie, że miłość, miłosierdzie i przebaczenie chrześcijańskie polegają na mazgajskim niesprzeciwianiu się wyzyskowi proletariatu i zwyrodnieniu kultury burżuazyjnej”. Większość jednak go nie rozumiała. Konflikt eksploduje w czasie organizowanego przez SKMA latem 1932 r. w Lublinie XI Tygodnia Społecznego – w efekcie Dembiński opuścił „Odrodzenie”.
***
W maju 1932 r. związał się z piłsudczykowską lewicą, skupioną wokół „Kuriera Wileńskiego”. Neutralny wobec sanacji, uznał autorytet marszałka Józefa Piłsudskiego. Działał wówczas w Akademickim Związku Zorganizowanej Pracy, głosząc program syndykalistyczny: „Wszystkie branże produkcji zorganizują się w trusty, monopole państwowe, których hierarchicznie ułożona administracja spoczywa w rękach zorganizowanych w syndykaty robotników i pracowników danej branży na czele z nowymi władzami kolektywnej produkcji. Razem wszystkie zmonopolizowane branże produkcji bierze się w kleszcze jednolitego zwierzchniego kierownictwa, które ześrodkowując całą produkcję narodową i łącząc w zorganizowane rynki spożycia w postaci intensywnie rozbudowanej sieci spółdzielczości spożywczej, prowadzi planowe gospodarstwo narodowe zgodnie z potrzebami całego społeczeństwa”.

RYS. ARCHIWUM
Podkreślał zarazem patriotyczne i chrześcijańskie źródła swego radykalizmu: „/…/ jesteśmy korzeniami serc naszych wrośnięci w idee państwowości polskiej, jest ona naczelnym motywem naszego radykalizmu. Nie chcemy, by /…/ niepodległa Polska, stała się elastycznym narzędziem w ręku zorganizowanych karteli i przekleństwem w ustach polskiego świata pracy. /…/ jesteśmy katolikami. Nie możemy pogodzić się z tym ustrojem, gdzie religia jest w rękach polityki burżuazyjnej niczym więcej jak piłką, którą się zachwyca i zjednuje masy. /…/ Pełne odrodzenie religijne musi się łączyć z zupełnym zburzeniem kapitalizmu i jego nadbudówek”. Akcentował też antykomunizm: „Partia komunistyczna nie pracuje w interesie mas pracujących Polski, lecz dla ambicji potrzeb ZSRR i czerwonej biurokracji Stalina”.
***
Kolejny przełom nastąpił w 1934 r. Świeżym tropem Dembińskiego postępuje grupa radykalnych katolików, skupionych wokół dwutygodnika „PAX”. Ich lider, Antoni Gołubiew głosił to samo, co dwa lata wcześniej Henryk: „Walczymy z komunizmem, gdyż komunizm to wróg Boga i człowieka. Ale z nie mniejszą zajadłością winniśmy walczyć z kulturą, którą wiek XIX narzucił chrześcijaństwu. /…/ Walkę widzimy na dwa fronty”.
Dembiński poszedł jednak już dalej, twierdząc, że nie istnieje trzecia strona barykady – są tylko dwie i trzeba się opowiedzieć za jedną z nich. Wielki wpływ na jego ewolucję wywarł pobyt zagranicą, gdzie przebywał jako stypendysta Funduszu Kultury Narodowej. W Wiedniu był świadkiem krwawej rozprawy autorytarnego chadeckiego rządu Dolfussa z socjaldemokratycznymi robotnikami, w Watykanie natomiast zbulwersowała go współpraca Kościoła z reżimem faszystowskim. Kapelan wileńskiego „Odrodzenia”, ks. Walerian Meysztowicz tak opisywał jego poglądy: „Henryk chronił swe uczucia próbując wierzyć, że religia, choć tak nadbudowana [nad „bazą” ekonomiczną – przyp. J. T.], może być mimo to prawdziwa /…/; przeciwieństwo partii komunistycznej i Kościoła było /…/ zjawiskiem nieistotnym, właściwym naszej epoce historycznej; wywołane przez konserwatyzm kleru /…/. Wrócił do Wilna utwierdzony zarówno w marksizmie, jak i w katolicyzmie, z zamiarem »ochrzczenia komunizmu« i z wiarą w możliwość takiego chrztu”.
Poglądy te podzielała grupa dawnych odrodzeniowców, zorganizowana przez Marię Żeromską, a żartobliwie nazywana Kołem Matki Boskiej KZMP-owskiej. W 1933 r. środowisko to uformowało konspiracyjną organizację „Front”, na czele której stanął Kazimierz Petrusewicz. „Front” odwoływał się do idei antyfaszystowskiego Frontu Ludowego, którą propagował na łamach pism „Poprostu” i „Karta” (maj 1935 – lipiec 1936). W imię walki z faszyzmem nawiązał współpracę na zasadach autonomii z Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi. Co ciekawe, ewolucja grupy Dembińskiego nie znalazła jednak początkowo uznania w oczach komunistów. Jak odnotował historyk ruchu robotniczego, Józef Kowalski, marksistowski „Dwutygodnik Ilustrowany” w 1934 r. uważał „twórczość »Żagarów«, »w których /…/ organizują się katoliccy komuniści«, jeśli nie za prosanacyjną, to co najmniej za /…/ próbę dezorientowania robotników »mieszczańskim fałszem«”.
Podejrzliwość stalinowskich ortodoksów okazała się być uzasadniona. Procesy moskiewskie skutecznie ostudziły prokomunistyczne sympatie wśród poputczyków Frontu Ludowego. Rozmawiając jesienią 1936 r. z liderem PPS, Niedziałkowskim, Dembiński oświadczył: „Nie mogę i nie będę mógł nigdy współpracować z ruchem, którego ośrodki dyspozycji znajdują się poza granicami Państwa Polskiego”. Oficjalnie ogłosił: „/…/ miejsce nasze w życiu politycznym jest tylko tam, gdzie jest Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe i młodzież syndykalistyczna ZZZ [Związek Związków Zawodowych – przyp. J. T.]”. 1 kwietnia 1937 r. wstąpił w szeregi PPS. Wanda Wasilewska wspominała: „Odniosłam wówczas takie wrażenie, że on w tych pepesowskich ramach znajdzie dla siebie wystarczające miejsce i nic go specjalnie nie razi i nie odpycha”.
Paradoksalnie, pięć dni później został aresztowany pod zarzutem spisku komunistycznego i skazany na 4 lata więzienia (choć według Jerzego Putramenta, „Henryk na procesie zbyt dużo energii włożył w podkreślanie swoich rzekomych różnic w stosunku do partii [komunistycznej – przyp. J.T.]”). W jego obronie interweniował u premiera Składkowskiego ks. Władysław Korniłowicz, dzięki którego poręczeniu Dembiński opuścił więzienie w marcu 1938 r. Udał się wówczas do Warszawy, gdzie związał się z żoliborskim ośrodkiem lewicy socjalistycznej Adama Próchnika, utrzymując zarazem kontakt z postępowo-katolickim kwartalnikiem „Verbum” ks. Korniłowicza.
***
Po wybuchu wojny Dembiński zgłosił się na ochotnika do wojska. Jako komunista nie został przyjęty, udał się więc do rodzinnego Wilna. Trafił do strefy okupowanej przez ZSRR. Nie angażował się jednak w działalność polityczną, podjął pracę jako dyrektor szkoły w Starej Wilejce. Jak wspominała z wyrzutem Wasilewska: „Mnie się wydaje, że to, iż Dembiński w 1939 r. na terenie ZSRR zadowolił się posadą nauczyciela na głuchej prowincji i żadnego udziału w pracy [politycznej – przyp. J. T.] /…/ nie brał, bo przecież nie nawiązał kontaktu ze Lwowem ani z białostockim środowiskiem, to widocznie przechodził jakiś wewnętrzny kryzys. /…/ jego postępowanie na terenie Związku Radzieckiego tłumaczy się tym, że z takich czy innych względów odszedł na inne pozycje”. Dla faszystów Dembiński jednak i tak pozostał wrogiem. Po ataku na ZSRR, gestapo aresztowało go, a 12 sierpnia 1941 r. został rozstrzelany.
***
Droga Dembińskiego może zadziwiać: w ciągu pięciu lat przejść z konserwatywnej skrajnej prawicy przez piłsudczykowski patriotyczny syndykalizm na marksistowską skrajną lewicę! Kierunku tej trajektorii nie wyznaczała jednak ani infantylna fascynacja ideologicznymi nowinkami, ani tym bardziej koniunkturalizm. Dembiński szedł pod prąd, tak, jak nakazywało mu sumienie. Był duchem gorejącym, którego żarliwy idealizm pchał do ekstremizmu: „Ale nic nie ma dla nas wstrętniejszego jak pokój za wszelką cenę – pisał w początkach kariery. Cynizmem i uwiądem starczym trąci ta świadoma apoteoza kompromisu dla życia. /…/ Ortodoksi i fanatycy wszystkich wieków podajcie sobie ręce, my z wami. Niech się leje krew, niech się w czerwieni łun rodzi heroizm nowego życia, niech będą same mocne wstrząsy, ale niech świat się toczy jedną drogą, niech będzie jedna myśl, jedna wola, jeden pion ideowy”.
Mimo dramatycznych przewartościowań, jego myśl społeczno-polityczną cechowała elementarna ciągłość. Na przykład nawet jako zdeklarowany internacjonalista nigdy nie wyrzekł się patriotyzmu. W 1939 r. pisał: „/…/ pokój kupiony kosztem dobrowolnego pójścia w jarzmo obcej niewoli, pokój uzyskany kosztem kapitulacji przed obcym zaborcą byłby oczywiście śmiertelnym ciosem dla ruchu robotniczego /…/ I dlatego w chwili istotnego zagrożenia niepodległości narodu ruch robotniczy staje w pierwszym szeregu tych, którzy z całą odpowiedzialnością gotowi są pracować nad umocnieniem obronności kraju”. A trzy lata wcześniej: „/…/ broniąc pełnego równouprawnienia wszystkich narodów zamieszkujących Państwo Polskie, walcząc piórem o wolność i swobody obywatelskie, o podniesienie poziomu kulturalnego i ekonomicznego mas ludowych, robiłem to z tym przekonaniem, że sprawy powyższe są istotne dla godności i przyszłości narodu polskiego, że walka o pokój, wolność, chleb i kulturę jest elementarnym obowiązkiem patriotycznym każdego uczciwego Polaka”.
Jego wizja ustroju politycznego na pierwszy rzut oka dokonała zwrotu o 180 stopni: od potępienia demokracji do jej apoteozy. W rzeczywistości, następujące po sobie koncepcje korporacjonistycznego „państwa stanowego”, syndykalistycznego „państwa zorganizowanej pracy” i wreszcie socjalizmu samorządowego zawierają wspólne jądro – ideę organicznego ładu, opartego na autonomicznych grupach społecznych. W latach 30. idea ta zwracała swe ostrze w pierwszym rzędzie przeciw stalinowskiemu centralizmowi, określanemu przez Dembińskiego jako „proletariacka dyktatura kliki o mentalności burżuazyjnej wyzyskująca proletariat”. Jako remedium na biurokratyczne deformacje zalecał Dembiński demokrację bezpośrednią. „Demokracja /…/ to nie tylko rządzenie i administrowanie ludu przez wybranych przedstawicieli, ale też rządzenie i administrowanie bezpośrednio przez sam lud, przez samych rządzonych i administrowanych”.
By demokracja bezpośrednia mogła funkcjonować – niezbędna jest decentralizacja, którą Dembiński śmiało przeciwstawiał panującemu w marksizmie kultowi centralizmu i „wielkiej skali”. Pisał: „/…/ skuteczna, wolna od biurokratycznego marnotrawstwa i tępoty centralizacja w dziedzinie ogólnego planowania i administrowania wymaga jednocześnie decentralizacji w dziedzinie szczegółowego wykonawczego planowania i administrowania mniejszymi jednostkami terytorialnymi; dyspozycjom, planom i kontroli, idącym z góry, musi iść na spotkanie inicjatywa, aktywność, nadzór i samorządowa praca od dołu, od strony najmniejszych, najbliższych jednostce grup społecznych”. Decentralizacja nie może jednak być mechaniczna. „Wielkie miasta /…/ są zbudowane /…/ z małych i najmniejszych grup społecznych i tylko poprzez te grupy można trafić do żywego człowieka, do jego świadomości i interesów. /…/ Demokratyczne rządzenie się /…/ bez oparcia się o małe grupy, w których by tworzyła się i utrzymywała kultura demokratycznego samorządu, zawsze będzie biurokratyczną karykaturą demokracji”. Małe jest piękne! By jednak system ów mógł sprawnie funkcjonować, niezbędna jest transformacja mentalności społecznej w duchu obywatelskim. Dembiński pisał: „Nie ma /…/ większego wroga dla społecznie zorganizowanej roboty aniżeli bierność, /…/ aniżeli uchylanie się od współuczestnictwa w prowadzeniu i kontroli instytucji społecznych i w powoływaniu ich władz”.
W ten sposób docieramy do kolejnej kwestii będącej stałym składnikiem światopoglądu Dembińskiego – do pamiętającej czasy SKMA idei połączenia reformy moralnej i strukturalnej. Równolegle do przemian w „bazie” muszą następować przeobrażenia w „nadbudowie” – naprawie ustroju towarzyszyć musi doskonalenie człowieka. „Przez wszystkie eksperymenty ustrojowe w historii, przez wszystkie smutne doświadczenia przewrotów społecznych przeziera zawsze jedna prawda. Wartość ustroju zależy przede wszystkim od moralnego podłoża, od wartości moralnej tych ludzi, którzy ustrój ten realizują. /…/ Dlatego też konieczną przesłanką zmiany ustroju jest rewolucja moralna”. Stąd wypływał wniosek: „/…/ jeśli nie będzie równowagi między podłożem psychicznym produkcji i kultury a rozmachem materialnych sił wytwórczych – to nie można mieć trwałego zwycięstwa, bo wcześniej czy później /…/ znów /…/ zamajaczy się ludziom ta sama morda ludzkiego zwierzęcia”.
Idealizm nakazywał Dembińskiemu bezkompromisowo stawiać problem korupcji. Przemawiał przezeń ascetyzm chrześcijańskiej proweniencji, gdy pisał: „Służba społeczeństwu, tak samo jak służba Bogu, jest zawodem, który wymaga specjalnych wyrzeczeń. Wymagając od działaczy publicznych celibatu w stosunku do kapitału /…/ umożliwia się tym ludziom poczucie czystości własnego sumienia /…/”. Moralizatorski rys daje się odnaleźć także w jego w filipikach przeciwko alkoholizmowi: „Alkohol jest też wiernym przyjacielem burżuazji w jej wysiłkach nad demoralizowaniem i ogłupianiem robotnika. /…/ nie można być pijakiem i spółdzielcą /…/ w jednej osobie /…/. Byłoby bardzo wskazane, gdyby działacze społeczni /…/ zorganizowali /…/ planową i stanowczą propagandę na rzecz walki z alkoholizmem”. Tu jednak obok chrześcijańskiej bagażu odnajdujemy nawiązanie do zapomnianych dziś tradycji robotniczego ruchu abstynenckiego.
***
Idea rewolucji etycznej stawia Dembińskiego w rzędzie kontynuatorów tradycji Abramowskiego i Brzozowskiego. Nie może nam jednak umknąć, że pierwszoplanowym źródłem inspiracji pozostawał dlań do końca katolicyzm interpretowany w duchu Mouniera i Maritaina. Łącząc chrześcijańską teologię wyzwolenia od grzechu z marksistowską teorią i praktyką wyzwolenia społecznego, stawał się Dembiński niejako prekursorem Teologii Wyzwolenia. W liście z więzienia pisał do żony: „/…/ moja »rewolucyjność« była tylko nędznym, dwudziestowiecznym odbłyskiem rewolucyjności Tego, którego wizerunek na krzyżu stoi na stole sędziowskim”.
Cały program Dembińskiego to próba nadania politycznego wyrazu Ośmiu Błogosławieństwom. Celem miało być „społeczne miłowanie się prawdziwie równouprawnionych ludzi”, „bezklasowe społeczeństwo, gdzie na glebie uspołecznionej produkcji i kultury rosnąć będą ludzie podobni /…/ »ptakom niebieskim, co dla swego zysku nie sieją i nie żną, ani nie zbierają dla swych prywatnych gumien«. /…/ ubóstwo jako ewangeliczna cnota jednostki zrośnie się organicznie z bogactwem /…/ społeczeństwa i wówczas staną się własnością ludzi słowa, które dziś brzmią jak pusty dźwięk. »Nie troszczcie się o żywot wasz, obyście jedli, albo obyście pili, ani o ciało wasze, czymbyście się odziewali. Ale szukajcie naprzód Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego«”.
Boga Dembiński doszukiwał się wszędzie. „Obecnie żyję pod znakiem »Katechizmu Soboru Trydenckiego«, i /…/ w tym katechizmie znajduję /…/ prawdziwie katolicką afirmację marksowskiego rozumienia dziejów. /…/ Sąd Boży zlewa się /…/ z sądem historii, a czyn jednostki porwany w wir dialektyki rozwojowej całej ludzkości jest sądzony tak długo, jak długo trwa historia globu ziemskiego”. W innym miejscu stwierdzał: „Prawa rozwoju dziejowego wykryte przez socjologię marksistowską /…/ można też uważać za narzędzie Opatrzności. Prawa Newtona i Keplera /…/ nie likwidują też logicznie Boga. Na odwrót, pozwalają ludziom wierzącym /…/ szukać nowych /…/ obrazów potęgi Bożej”. I wreszcie: „Mądrość Boża jest rozlana w całym stworzeniu od ogromów planetarnych do małej niezapominajki”. W tym ostatnim zdaniu odnajdujemy zalążek chrześcijańskiej refleksji ekologicznej.
Etyczny perfekcjonizm kazał Dembińskiemu pisać, że „Mieszczański stosunek do Boga jest równie obrzydliwy, jak stosunek burżujów do kobiety, rodziny i ojczyzny”. On wymagał od wszystkich bezwarunkowej, wszechogarniającej miłości, sam konstatując w liście do żony, że „/…/ nie umiem nienawidzić konkretnego żywego człowieka”. Wymieniając jako trzy swoje inspiracje „chrześcijaństwo, marksizm i miłość do żony”, zwracał uwagę na nierozdzielność ideowego zaangażowania w życiu publicznym i osobistej postawy w sprawach codziennych. „/…/ w społeczeństwie, w którym wielka ilość ludzi umie doskonale kochać swe żony, /…/ tam też umieją kochać przyjaciół, sztukę i Boga. Bo miłość do żony /…/ jest najlepszą szkołą wszelkiej miłości, a więc miłości bliźniego i Boga /…/” – pisał. Imperatyw bezinteresownej miłości chyba najdobitniej wyrażają słowa: „/…/ Religia, która by heroicznie wyrzekając się nieśmiertelności człowieka mimo to uczyła czcić i kochać Boga, byłaby jedyną religią, którą by nie można podejrzewać o ukryty egoizm”.
Dlatego, pomimo wszystkich tych wolt, możemy stwierdzić, że Dembiński zawsze pozostał wierny sobie i zapożyczonej od św. Tomasza dewizie: In necesariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas – W koniecznym jedność, w wątpliwym wolność, we wszystkim miłość.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Znany publicysta i historyk literatury Wilhelm Feldman pisał o nim: „Jedna z najwybitniejszych indywidualności jakie się przesunęły na widowni nowszych dziejów polskich, skomplikowana, tragiczna, wielka, poetyczna dusza, o fantazji wykarmionej na utworach wieszczów polskich, tworzącej za pomocą kolumien cyfr, jak oni tworzyli szeregami wierszy i strof. /…/ chciał rzucić »granit pod tęczę« romantyków narodowych, zsyntetyzować ich dusze z mózgiem angielskim. Stąd dwoistość w jego naturze, którą on mógł godzić w sobie, ale do tej harmonii nie mógł dostosować społeczeństwa. W tym niedopasowaniu się leżała tragedia i rychła katastrofa”1. Owa wybitna indywidualność to Stanisław Szczepanowski. Przemysłowiec, filozof i polityk, romantyk i pozytywista, człowiek wielu talentów i niespożytej energii, którego historia życia jest równie niebanalna, jak spuścizna, którą po sobie pozostawił.
***
Stanisław Szczepanowski urodził się 12 grudnia 1846 r. w wielkopolskim Kościanie. W latach 1854-1857 uczył się najpierw w gimnazjum w Chełmnie nad Wisłą, później zaś w Wiedniu. Po ukończeniu nauki, przez dwa lata pracował z ojcem w Banacie (ówczesne Węgry) przy budowie kolei. W 1863 r. dostał się na politechnikę wiedeńską, którą cztery lata później skończył ze świetnymi wynikami.
W 1867 r. wyjechał na Zachód, najpierw do Paryża, później do Londynu, gdzie spędził kilkanaście lat. Zwiedzał tam zakłady przemysłowe, rozwijał swoje zainteresowania w dziedzinie chemii, metalurgii, geologii czy ekonomii. W 1870 r. jako ekspert trafił do India Office (ministerstwa ds. indyjskich). Uczestniczył w wielu brytyjskich przedsięwzięciach na terenie Indii, np. w rozbudowie kolei, opracował statystykę upraw pszenicy w centralnych Indiach. Pracując w India Office obserwował mechanizmy stosunków pomiędzy krajem opóźnionym gospodarczo a eksploatującym go mocarstwem. W 1879 r. na zaproszenie Księcia Walii Edwarda miał udać się jako ekspert do Indii, jednak zrezygnował z tego niewątpliwego zaszczytu i powrócił do Polski.
Osiadł w Galicji, która z jednej strony była najbardziej zacofaną gospodarczo częścią Polski, z drugiej zaś posiadającą najszerszy zakres samorządności. Wedle Szczepanowskiego, to ona była predestynowana, aby stać się polskim Piemontem, dokonującym w przyszłości dzieła jednoczenia kraju. Wedle Stefana Kieniewicza, „czuł się już człowiekiem przeznaczenia, wiedział co zrobi, gdy stanie na czele kraju, aby go wyprowadzić na drogę pomyślności. Ale w tej chwili był nieznanym nikomu przybyszem, nie mógł się też spodziewać szerszego posłuchu. Postanowił sobie dojść do celu bardziej okólną drogą: naprzód zrobić majątek, pokazać rodakom, jak to można i trzeba pracować, w ten sposób zdobyć sobie zaufanie, a potem dopiero zabrać głos publicznie. Sposób szybkiego zdobycia fortuny widział przed sobą oczywiście jeden – w nafcie”2. Rozpoczął poszukiwania ropy w paśmie podkarpackim, które szybko przyniosły efekt w postaci odkrycia bogatego złoża w Słobodzie Rungurskiej nieopodal Kołomyi. Następne tego rodzaju sukcesy pojawiły się wkrótce w Otyni, Jaśle, Krośnie, Sanoku, Drohobyczu, Schodnicy czy Gorlicach. W Peczeniżynie wybudował destylarnię przetwarzającą wydobyty surowiec.
Jednocześnie budował na tych terenach domy mieszkalne dla robotników, organizował sklepy spółdzielcze i domy ludowe, w których ogłaszał odczyty, prowadził szkolenia zawodowe, podnosząc kwalifikacje swoich pracowników, a w Kołomyi założył tygodnik „Pomoc Własna”, promujący idee spółdzielczości. Kiedy jego działalność gospodarcza zaczęła przynosić profity, zaangażował się mocniej w politykę. W 1889 r. został posłem do sejmu krajowego, gdzie walczył o rozszerzenie autonomii Galicji, większą decentralizację monarchii, rozwój dotacji na rzecz szkolnictwa, przemysłu i rolnictwa na ziemiach polskich. Posłów „Koła Polskiego” przekonywał o potrzebie konsolidacji wysiłków i wzmożenia walki z polityką rządu austriackiego, traktującego Galicję jako kolonię dostarczającą metropolii tylko surowców i rekruta. W 1890 r. zaczął wydawać pismo „Ekonomista Polski” we Lwowie, zaś z m.in. Adamem Asnykiem założył Towarzystwo Szkoły Ludowej, mające na celu krzewienie oświaty wśród warstw ludowych. Równocześnie działał w ruchu spółdzielczym, stojąc na czele Związku Stowarzyszeń Zarobkowych i Gospodarczych, prezesował też Towarzystwu Pedagogicznemu, a od 1897 r. wydawał dziennik „Słowo Polskie”.
Ta dynamicznie rozwijająca się działalność została zahamowana wskutek skandalu, który wybuchł wokół inwestycji Szczepanowskiego. Proces, który był tego następstwem, zdruzgotał go moralnie i fizycznie, przyczyniając się do przedwczesnej śmierci. Coraz mocniej angażując się w działalność publiczną, Szczepanowski mniej czasu poświęcał interesom. Kłopoty zaczęły się właśnie w momencie, gdy przestał doglądać wszystkiego osobiście. Dobrze rozwijający się biznes wymagał ciągłych inwestycji. Z pomocą przyszedł mu Franciszek Zima, prezes galicyjskiej Kasy Oszczędnościowej, udzielając kredytów wbrew statutowi kasy, który zabraniał tego rodzaju spekulacji. Zima, były powstaniec styczniowy, członek Ligi Polskiej i znajomy Szczepanowskiego jeszcze z Anglii, wedle Stanisława Borzyma, „…zawsze wierzył w jego szczęśliwą gwiazdę, a ryzyko nielegalnego udzielania kredytu traktował nieomal jako konspirację patriotyczną przeciw serwilistycznie nastrojonym zachowawcom zarządzającym Galicją, konspirację mającą na celu utrzymanie w polskich rękach miejscowego przemysłu”3.
Wkrótce zaczęły się poważne problemy. Szczepanowski, aby pokryć część zadłużenia, sprzedał za milion złotych reńskich szyby naftowe w Schodnicy, które wkrótce okazały się najbardziej wydajnymi na Podkarpaciu, przynosząc nowym właścicielom ogromne zyski. Na domiar złego, opierając się na błędnych ekspertyzach i fałszywych raportach nieuczciwych współpracowników, ulokował kapitał w kopalniach węgla brunatnego w Myszynie i Dżurowie, co skończyło się całkowitym fiaskiem i bankructwem. Kontrola przeprowadzona przez Galicyjską Kasę Oszczędnościową i wątpliwości, jakie ona przyniosła w kwestii polityki kredytowej Zimy, spowodowały 19 stycznia 1899 r. wybuch paniki wśród jej udziałowców, poruszonych plotką o niewypłacalności kasy na skutek nielegalnego przyznawania kredytów przedsiębiorstwom zagrożonym bankructwem.
Rozpoczęto śledztwo, które wykazało, iż długi Szczepanowskiego w Kasie wynoszą ponad 5,5 miliona złotych reńskich, a dyrektor Zima tworzył fikcyjne konta, ukrywając w ten sposób wysokość udzielanych pożyczek. Szczepanowski oświadczył prokuratorowi, iż poczuwa się do współodpowiedzialności za wykroczenia dyrektora Kasy i w związku z tym chce w procesie występować nie jako świadek, lecz w charakterze oskarżonego. Proces rozpoczął się 2 października 1899 r. (dwa miesiące wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach w więzieniu zmarł główny oskarżony, Franciszek Zima) i towarzyszyła mu antypolska nagonka w Wiedniu. Sam bohater skandalu odpowiadał z wolnej stopy i bronił się mówiąc: „Byłem nieudolny, byłem słaby, byłem wielkością przecenioną, nie mówcie tylko że byłem nieuczciwy”4. Został jednogłośnie uniewinniony od postawionych mu zarzutów, iż współdziałał z Zimą w tworzeniu fikcyjnych kont.
Kazimierz Odrzywolski, przyjaciel Szczepanowskiego, stwierdził, że jego kłopoty były spowodowane tym, że „…nie brał pod uwagę w dostatecznym stopniu nikczemności ludzkiej”5, zaś rząd bardziej pilnował ściągania podatków od rodzimych przedsiębiorców niż wspierania ich odpowiednią polityką kredytową. Sprawa Szczepanowskiego stała się kanwą powieści Ignacego Maciejowskiego (Sewera) „Ponad siły” oraz „Nafta”. Tadeusz Miciński natomiast w „Nietocie” nazwał Szczepanowskiego człowiekiem, który chciał sercem zwyciężyć nędzę tego świata i padł ofiarą intrygi wrogów politycznych, którzy nie cofnęli się przed niczym, aby go zdyskredytować. Niespełna rok po zakończeniu procesu, 31 października 1900 r., Szczepanowski umarł w uzdrowisku niemieckim Bad Nauheim, pochowany został na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.
***
Sławę Szczepanowskiemu przyniosła praca „Nędza Galicji w cyfrach”. Książka ta została wydana po raz pierwszy w 1888 r. i wywołała wielkie ożywienie. Stała się przedmiotem polemik, komentarzy, a dla niektórych bodźcem do wysiłków mających doprowadzić do zmiany katastrofalnej sytuacji Galicji oraz swoistym programem działania.
Pierwsze kilkadziesiąt jej stron to w zasadzie różnego rodzaju tabele i dane statystyczne, opatrzone przez autora komentarzem. Wynika z nich m.in., iż przeciętna długość życia w Galicji w tamtych latach wynosiła 27 lat dla mężczyzn oraz 28,5 dla kobiet, w porównaniu z 33 i 37 latami w Czechach, 39 i 41 we Francji czy 40 i 42 w Anglii. Roczne spożycie mięsa w Galicji to średnio 10 kg na głowę w porównaniu z 24 kg na Węgrzech, 33 kg w Niemczech i 50 kg w Anglii. Przeciętny roczny dochód na głowę w Galicji wynosił 53 zł reńskie, w Królestwie Polskim natomiast 91 zł reńskich, a w Anglii 450 zł reńskich. Na tysiąc rolników przypadało tam 551 sztuk bydła, zaś na Węgrzech 760, w Rumunii 1162, a w Anglii 1645.
Z pewną dozą przesady Szczepanowski stwierdzał, iż nie był w stanie wyszukać w Europie i Azji kraju, który pod względem ubóstwa i zacofania mógłby konkurować z Galicją. „Galicjanin – czytamy w „Nędzy Galicji” – mało pracuje, bo za mało je, nędznie się żywi, bo za mało pracuje, i wcześnie umiera, bo się nędznie żywi – a na domiar naturalnym wynikiem tej krótkiej trwałości życia ludzkiego jest to, że w stosunku do osób dorosłych jest tu większa część ludności wymagającej opieki jak w innych krajach. /…/ Tak samo jak Galicja zawiera z wszystkich krajów strefy umiarkowanej największą ilość ludności rolniczej na kilometrze, jak każdy rolnik wytwarza najmniej płodów rolniczych – tak też nie ma kraju na całej kuli ziemskiej, w którym by się gorzej i nędzniej żywiono”6.
Dodatkowo, w związku z niedorozwojem galicyjskiego przemysłu, importuje się o wiele więcej towarów niż w innych krajach oraz eksportuje 25% produkcji za granicę. „Galicja posiada najmniejszą wytwórczość rolniczą – pisze Szczepanowski – tak małą, że już i bez eksportu nie wystarczałoby na utrzymanie ludności przy sile i zdrowiu. Ale i z tej mizernej produkcji i tak niewystarczającej, jeszcze się pozbawiamy jednej czwartej części na zaspokojenie naszych potrzeb zagranicznych /…/. Mając ostatecznie pewne zapotrzebowania przemysłowe, a nie mając przemysłowców w kraju, u których byśmy się mogli choć w części zaopatrzyć, najdrobniejszej rzeczy musimy szukać za granicą, podczas kiedy Węgrzy już w znacznym i coraz wzmagającym się stopniu zaopatrują się we własnym kraju. Ta sama okoliczność nadmiernie podsyca u nas handel eksportowy. Nie mając własnych przemysłowców, nie mamy też domowych konsumentów na własne płody. Ażeby je spieniężyć, musimy je wysyłać za granice. W ten sposób to się tłumaczy, że stosunkowo najbiedniejszy kraj, zarazem zależy w tak przeważny sposób od handlu zewnętrznego, z uszczerbkiem daleko zyskowniejszego i pewniejszego handlu wewnętrznego. Potrzebujących w kraju mamy pod dostatkiem, ale sama potrzeba jeszcze nie tworzy konsumenta, nie jest siłą finansową”7.
Szczepanowski w związku z tym żąda zmian. Podkreśla jednak, że na nic zdadzą się najlepsze ustawy, zarządzenia i działania administracyjne, jeśli nie dojdzie do przemiany człowieka. Jak pisze, architekt może mieć najlepsze umiejętności, ale jeśli nie ma odpowiedniego materiału, jego trud pójdzie na marne. „Otóż biorąc rzeczy przeciętnie – pisze autor „Nędzy Galicji” – nasz materiał ludzki tak się ma do materiału ludzkiego w Anglii, Francji i Niemczech, jak piasek, glina i słoma, z których lepimy nasze lepianki się mają do ciosu i żelaza, z których wznoszą gmachy publiczne gdzie indziej”8. Nie siląc się na żadne eufemizmy stwierdza wprost, iż „szlachcic utracjusz, mieszczanin kołtun, chłop tuman i żyd pijawka trzymają się razem”, stanowiąc objaw „społeczeństwa zgnuśniałego i zgangrenowanego”9.
Konstatuje przy tym, iż jedyną warstwą rozwijającą się, jest w Galicji biurokracja, licząca 80 tys. osób, pobierających ok. 11% dochodu krajowego. Zauważał, iż polityka budowania szerokiej i mocno zhierarchizowanej machiny biurokratycznej miała służyć nie tylko sprawności machiny państwowej, ale przede wszystkim ubezwłasnowolnieniu ludności imperium Habsburgów. Utożsamiał on zresztą biurokratyzm z socjalizmem czy komunizmem, krytykując je i podkreślając, iż „…autokratyczni mężowie stanu, dążący do utrwalenia wszechwładztwa państwowego i do zagarnięcia pod kontrolę biurokratyczną coraz to więcej spraw, które w zdrowym społeczeństwie same jednostki załatwiać powinny – są właściwie apostołami socjalizmu. Zabijają wszelką niezależność, indywidualność i oryginalność i przyzwyczajają całe społeczeństwo do powodowania się mechanicznymi regułami i przepisami, wykluczającymi działanie na podstawie własnego sądu i pod poczuciem osobistej odpowiedzialności. Mając społeczeństwo tak wytresowane i maszynę biurokratyczną tak wszechwładną, wystarcza zmienić sternika nawy państwowej, a już ideał teraźniejszych socjalistów będzie osiągnięty”10.
Szczepanowski krytykował socjalistów postulujących równiejszy podział dochodu krajowego pomiędzy wszystkich mieszkańców jako panaceum na galicyjską biedę. Wedle niego, w Galicji nie ma co dzielić, „produkcja tak jest nędzną”, że „…przy zrównanych warunkach egzystencji wszyscy zarówno by popadli poniżej poziomu nędzarzy angielskich”11. Pisze, iż rozumie istnienie socjalizmu w krajach, w których jest co dzielić, jak np. Anglia czy Francja, że docenia jego znaczenie jako nurtu dostarczającego niezbędnego fermentu umysłowego, bez którego niemożliwy byłby jakikolwiek rozwój. Podkreśla też doniosłość socjalizmu, będącego protestem przeciwko „…brakowi poczucia obywatelskiego u kapitalistycznego średniego stanu w Niemczech i Francji”12, ale uważa, iż w Galicji należy stworzyć najpierw taki stan, a dopiero później jego błędy będzie można poprawiać. W warunkach galicyjskich socjalizm to dla niego przede wszystkim niepotrzebne dzielenie społeczeństwa oraz rozbudzanie resentymentów.
Nie wierzył zresztą w żadne cudowne recepty, mające przynieść natychmiastowy skutek. Postrzegał katastrofalną sytuację Galicji w całej jej złożoności i nie przyjmował do wiadomości, iż stan ten wynika ze zbyt wysokich czy zbyt niskich podatków, złej redystrybucji dochodu krajowego czy gospodarczej przewagi ludności żydowskiej. Żyjąc w świecie urojeń, uczyniliśmy z Żydów, jak pisał, kozła ofiarnego „…wszystkich naszych niepowodzeń i naszego niedołęstwa, a zaledwie przeczuwamy istnienie przyczyn upadku i głębszych i trudniejszych do usunięcia”13. Za równie prostackie uznawał też poglądy, iż sytuacja jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poprawi się momencie, kiedy wprowadzone zostaną cła zbożowe czy też ułatwienia w dostępie do tanich kredytów.
Nasuwa się pytanie, gdzie w takim razie szukać wyjścia z tej pozornie beznadziejnej sytuacji. Przede wszystkim zmiany muszą być kompleksowe, zaś warunkiem ich powodzenia jest w pierwszym rzędzie „odbudowa” społeczeństwa, uobywatelnienie mieszkańców Galicji, którzy winni w większym stopniu poczuć się odpowiedzialni za to, co się wokół nich dzieje. Trzeba uczynić z galicjanina świadomego obywatela. „Sama nazwa obywatela – pisze Szczepanowski – jest zarazem programem i zawiera wszystkie obowiązki społeczne. Żaden język nie posiada słowa podobnego. Ani niemieckie Bürger, ani francuskie citoyen, ani angielskie citizen, nie dają najmniejszego wyobrażenia o tym, co dla każdego Polaka tkwi w samym wyrażeniu obywatel, duch obywatelski, obowiązek obywatelski, działać po obywatelsku. To wyobrażenie takie uniwersalne, tak głęboko filozoficzne, tak doskonale odpowiadające potrzebom czasu, jest zarazem tak pospolitym i utartym u nas, że je każdy Polak, czy szlachcic czy żyd, chłop lub mieszczanin od razu zrozumie. Każdy od razu ocenia jego doniosłość, mimo woli pociągniętym jest do niedoskonałego chociaż urzeczywistnienia, a ze wstrętem odwraca się od obłudnego przywłaszczenia sobie imienia bez wypełniania obowiązków, które to miano nakłada. /…/ Obywatelstwo wymaga poświęcenia się sprawie publicznej, wyzwolenia się z wszystkiego co marne i błahe, wymaga prostoty życia, szlachetności duszy i podniosłości myśli. A jednak bez dążenia do tego już nie można być Polakiem, można być karykaturą Polaka, człowiekiem paplającym bezmyślnie po polsku, ale nie Polakiem duchem i prawdą”14.
Lekarstwem na bolączki Galicji jest według Szczepanowskiego zarówno podniesienie produkcji krajowej, jak i moralne odrodzenie, kultywowanie cnót heroicznych, ale i rozwój przymiotów kupieckich czy mieszczańskich. Nie ma u niego sprzeczności między jednym a drugim – przeciwnie, stanowi to system naczyń połączonych, mamy do czynienia z interakcją. Konstatował co prawda wyraźny przerost u Polaków cnót heroicznych nad bardziej pospolitymi, pisząc, iż w zasadzie każdy w potrzebie pójdzie na śmierć za Ojczyznę, „on tylko żyć nie potrafi”15. W związku z tym apelował do rodaków, aby byli Polakami nie tylko w chwili, w której trąby wzywają do boju, ale każdego dnia, w szarym życiu codziennym, podczas wykonywania wszystkich obowiązków społecznych. Nie oznacza to jednak postponowania przez niego cnót heroicznych czy degradacji sfery ducha na rzecz spraw czysto materialnych. Podkreśla bowiem, iż najoczywistszym faktem psychologicznym jest to, „…że Polak nie może się obejść bez idealnych sprężyn działania”16, a w innym miejscu pisze: „Myśl wysoka płynie tylko z szlachetnego serca i wtóruje tylko dzielności czynów”17.
Podobnie zresztą postrzegał kwestię odzyskania niepodległości przez Polskę. Jego zdaniem, nie ma co wyczekiwać na cud, drogą do niej nie może być też nieprzygotowany, spontaniczny zryw. Pożądany efekt może przynieść tylko praca każdego pojedynczego Polaka i wszystkich razem nad sobą. Szczepanowski pisze, iż Polska upadła, ponieważ anarchia panowała w mentalności każdego Polaka i dopóki nie uzdrowi on „…swojej duszy i nie zrobi jej wizerunkiem tej Ojczyzny, która ma zmartwychwstać”, dopóty na nic zda się polityka, dyplomacja, pomoc zewnętrzna czy sprzyjająca koniunktura międzynarodowa18.
***
O tym wszystkim mówi polska filozofia narodowa, takie było przesłanie poezji wieszczej. Trzeba sięgnąć do tej tradycji, przyswoić ją i zacząć wcielać w życie. W pismach Krasińskiego, Mickiewicza czy Słowackiego, a zwłaszcza w „Ojcze nasz” Augusta Cieszkowskiego, jest koherentny i dostosowany do polskiej specyfiki program przebudowy narodowo-społecznej, „…tkwi tam głębszy zarodek przyszłości niż w sofizmatach współczesnych”19. Należy jednak go tam dostrzec, tymczasem twórczość ta odbierana jest powierzchownie, podziwiana jedynie za walory estetyczne oraz treści patriotyczne. Szczepanowski, samemu przecież będąc człowiekiem „cyrkla, wagi, miary”, który „zjadł zęby na cyfrach i statystykach” pracując i ucząc się w Wiedniu, Francji czy Anglii, odrzucał poglądy pozytywistycznych krytyków mesjanizmu, widzących w nim tylko mętne mistycyzowanie.
Autor „Nędzy Galicji” nie wierzył w możliwość uzdrowienia sytuacji społecznej przy pomocy mechanicznego przeszczepiania na nasz grunt obcych idei i koncepcji. Pisał, iż „…socjalizm, tak samo jak jezuityzm, lub kapitalizm i wiele innych izmów, jest tylko obcą naleciałością, zaszczepieniem na naszym gruncie obcych wyobrażeń, wytworzonych pod zupełnie innymi warunkami, stojących w sprzeczności z naszymi własnymi tradycjami obywatelskimi /…/ Powróćmy do samodzielnego i oryginalnego życia umysłowego, do dalszego budowania na podstawach już przeszłością narodu uzyskanych, do rozwoju zarodków tkwiących w naszej własnej organizacji społecznej i narodowej – a tak jak słońce rozprasza mgłę, tak powrót do naszych własnych tradycji rozpędzi te choroby zachodnio-europejskie, naśladownictwem do nas przeniesione”20. Polacy dokonując niezbędnych reform muszą więc stanąć na gruncie idei polskiej, nie mogą abstrahować od doświadczeń narodowych.
Wedle niego, myśl polska w latach między powstaniem „Dziadów” i „Ojcze nasz” „…zakreśliła i narodowi polskiemu, i całej ludzkości zadanie i misję po wsze czasy”21. Program zawarty w pismach mesjanistów, mając charakter narodowy, jest bowiem jednocześnie w pełnym tego słowa znaczeniu uniwersalny. Jądrem jego są odwieczne prawdy, podane w nowej postaci. Jest to po prostu zastosowanie „…zasad złożonych w Piśmie Świętym całej ludzkości do nowej sfery stosunków społecznych i międzynarodowych, bo ta sfera przecież nie może być wykluczona z dziedziny praw uniwersalnych obowiązujących zawsze i wszędzie”22.
Akcentując związek mesjanizmu z chrześcijaństwem, postrzegając jego program jako rozciągnięcie zasad chrześcijańskiej moralności na sferę polityczną, społeczną i gospodarczą, podkreślał, że Polska będzie katolicka lub nie będzie jej wcale. Polityk zaś, który tego pewnika nie chciałby uznać „…musiałby wyjść z potwornego założenia, że społeczeństwo może się rozwijać bez religii, ale w tej chwili stanąłby nie tylko poza obrębem własnego narodu, ale też poza obrębem ogólnego doświadczenia całej ludzkości”23. Nie przeszkadzało mu to jednak krytykować w ostrych nieraz słowach tej formy katolicyzmu, którą określał mianem jezuityzmu. Jezuityzm, będąc skostniałą, spetryfikowaną formą katolicyzmu, implikującą inercję, kwietyzm, zacofanie cywilizacyjne krajów katolickich w porównaniu z protestanckimi, jest dla autora „Nędzy Galicji” przyczyną wszystkich nieszczęść, których na przestrzeni wieków doświadczyła Polska.
Jednak tego rodzaju konstatacje nie doprowadziły go bynajmniej do odrzucenia katolicyzmu i afirmacji protestantyzmu (jak to miało miejsce chociażby u Jana Stachniuka, posiłkującego się chętnie jego autorytetem). Nie stało się tak, ponieważ uznał on jezuityzm jedynie za zdegenerowaną formę katolicyzmu. Typ właściwy czy pożądany, reprezentowany m.in. przez Tomasza Morusa, Jana Zamoyskiego, Erazma z Rotterdamu, Josepha de Maistre’a, François-René Chateubrianda, Josepha von Görresa czy Alberta de Muna, znacznie przewyższa protestantyzm. Decyduje o tym jego społeczny charakter, w przeciwieństwie do protestanckiego skupienia się na jednostce i zbawieniu indywidualnej duszy, koncepcja wolnej woli, przekonanie, iż wiara bez uczynków jest martwa, wyższość pierwiastka duchowego nad świeckim czy wreszcie większa elastyczność24.
***
Wrogowie Szczepanowskiego nie szczędzili przy okazji wspominanego procesu słów krytyki pod jego adresem. Mówiono o spektakularnej klęsce, bankructwie, fiasku poniesionym przez człowieka zadufanego w sobie. Nic bardziej błędnego. Proces doprowadził co prawda do ruiny finansowej i zdrowotnej samego Szczepanowskiego, ale tego, co rozpoczął, już cofnąć się nie dało. Sama „Nędza Galicji” była niezwykle istotnym zarzewiem zmian, impulsem, który doprowadził do tego, że już po 1890 r. Galicja zaczęła się przekształcać, pojawiły się inwestycje, rozwój infrastruktury itp. Jej mieszkańcy „…jakby zirytowani treścią książki Szczepanowskiego, ruszyli do pracy. Książka wywołała wielką debatę publiczną. Idee Szczepanowskiego rozpropagowano między elitami, ale to w końcu one podejmowały decyzje o kierunku zmian, modernizacji”25.
Przypisy:
1 S. Kieniewicz, Dramat trzeźwych entuzjastów. O ludziach pracy organicznej, Warszawa 1964, s. 207.
2 Ibid., s. 184.
3 S. Borzym, Idea polska Stanisława Szczepanowskiego [w:] S. Szczepanowski, Idea polska. Wybór pism, Warszawa 1987, s. 6.
4 S. Kieniewicz, op. cit., s. 204.
5 Cyt. za K. Ratajska, Neomesjanistyczni spadkobiercy Mickiewicza, Łódź 1998, s. 56.
6 S. Szczepanowski, Nędza Galicyi w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego, Lwów 1888, wyd. 2, ss. 24-25.
7 Ibid., s. 43.
8 Ibid., s. 49.
9 Ibid., s. 125.
10 Ibid., ss. 110-111.
11 Ibid., s. 112.
12 Ibid., s. 113.
13 Ibid., s. 120.
14 Ibid., s. 134.
15 Tenże, Idea polska wobec prądów kosmopolitycznych [w:] Tenże, Idea…, s. 303.
16 Tenże, Nędza…, s. 147.
17 Tenże, Racjonalizm narodowy [w:] Tenże, Idea…, s.197.
18 Tenże, Idea polska…, s. 310.
19 Tenże, Idea polska…, s. 260.
20 Tenże, Nędza…, s. 113.
21 Tenże, Idea polska…, s. 327.
22 Ibid., s. 309.
23 Ibid., s. 264.
24 Ibid., ss. 281-282.
25 Galicyjskość to szacunek dla własnych korzeni. O Galicji i Tarnowie z prof. Andrzejem Chwalbą, historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawiają Jarosław Krawczyk i Tomasz Bohun, http://www.mowiawieki.pl/artykul.html?id_artykul=1781
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

RYS. GERENCJUSZ, WWW.ALKEMIQ.PL
W długim szeregu bojowników PPS ostatnim chorążym Niepodległości, Demokracji i Socjalizmu był Adam Ciołkosz. Urodził się 5 stycznia 1901 r. w Krakowie, jednak jego dzieciństwo i młodość związane były z Tarnowem. Rodzina kultywowała patriotyczne i lewicowe tradycje. Matka była córką powstańca z 1863 r., ojciec – nauczyciel chłopskiego pochodzenia – członkiem PPS od 1918 roku. Dla Adama szkołą społecznego działania stało się harcerstwo, do którego wstąpił w wieku lat dziesięciu i któremu pozostał wierny na długo (będąc m.in. członkiem Głównej Kwatery ZHP).
Niebawem czas przyniósł trudniejsze próby. Pod koniec wojny Ciołkosz znalazł się w niepodległościowej Polskiej Organizacji Wojskowej, a jako 17-latek wstąpił na ochotnika do Wojska Polskiego. Już po roku zdobył szlify oficerskie, po dwóch został dowódcą kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Walczył na froncie wschodnim o Lwów, Warszawę i Wilno, w bitwie nad Niemnem został ranny. Latem 1920 r. wziął udział w akcji plebiscytowej w Prusach Wschodnich, a kiedy rok później wybuchło III powstanie śląskie – pośpieszył tam jako dowódca pociągu pancernego.
Gdy Rzeczpospolita okrzepła w swych granicach, Ciołkosz rzucił się w wir działalności politycznej. Wobec zwycięstwa w ZHP żywiołów endecko-klerykalnych, jesienią 1921 r. zakłada lewicowe Wolne Harcerstwo – trzy lata później jednak tę inicjatywę przechwycili komuniści. Równocześnie wstąpił do PPS i został przewodniczącym Sekcji Akademickiej (studiował prawo na UJ) tej partii w Krakowie, działając zarazem w kierownictwie Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej (tu poznał swą przyszłą żonę Lidię Kahn). Od 1924 r. był sekretarzem redakcji krakowskiego dziennika socjalistycznego „Naprzód”. Partia doceniła talent i zaangażowanie młodego działacza i wystawiła jego kandydaturę w wyborach w 1928 roku. Ciołkosz zdobywszy w rodzinnym Tarnowskiem 25 tys. głosów został – jako 27-latek – jednym z najmłodszych posłów, a potem sekretarzem klubu parlamentarnego PPS. W 1931 r. został wybrany do Centralnego Komitetu Wykonawczego partii.
Nie zapomina wszakże o swoich małopolskich wyborcach – jest tu na każdej demonstracji, przy każdym strajku. Zakładał związki nawet tam, gdzie słyszał od robotnic nieświadomych pochodzenia jego żony: „Ale mamy do Was, towarzyszu Ciołkosz, prośbę: nie przysyłajcie nam na mówców żadnych Żydów, najlepiej niech zawsze przychodzi towarzyszka Ciołkoszowa”. Do legendy przeszła historia, jak Ciołkosz w czasie strajku tarnowskich robotników cegielnianych rzucił się pod lokomotywę pociągu, zatrzymując łamistrajków. Żona wspominała, że „Adam był naprawdę kochany przez robotników i sam był z nimi głęboko uczuciowo związany”. Nic więc dziwnego, że w wyborach 1931 r. został ponownie wybrany do Sejmu (rekordową ilością głosów!) a gdy aresztowała go policja, w Tarnowie wybuchły rozruchy. Działalność opozycyjna wymagała samozaparcia: aresztowania, pobicie przez sanacyjną bojówkę w czerwcu 1931 r., wyrok trzech lat więzienia w procesie brzeskim… Represje jednak tylko hartowały kadrę socjalistów.
Kroczący autorytaryzm sanacji doprowadził do rozdźwięków w Polskiej Partii Socjalistycznej. Piłsudczycy pod wodzą Rajmunda Jaworowskiego wyodrębnili się w PPS – dawną Frakcję Rewolucyjną. Główny nurt (Tomasz Arciszewski, Mieczysław Niedziałkowski, Kazimierz Pużak, Norbert Barlicki, Zygmunt Żuławski) opowiadał się za parlamentarną opozycją w ramach Centrolewu; Arciszewski i Pużak później zaczęli szukać modus vivendi z sanacją. Natomiast radykałowie (Ciołkosz, Zygmunt Zaremba, Stanisław Dubois, Jan Stańczyk) woleli tworzyć klasowy blok wraz z socjalistycznymi partiami mniejszości narodowych.
Nie miało w nim jednak być miejsca dla komunistów! Jak mówiła Lidia Ciołkoszowa: „Uważaliśmy, że komunizm jest sprzeczny z ideami socjalistycznymi, że niszczy wolność, demokrację, swobodę dyskusji i opozycji, szerzy terroryzm, prowadzi do masowego zniewolenia ludzi, do nędzy, a potem też do stworzenia wielkiego systemu pracy niewolniczej. /…/ Wiedzieliśmy, że komunistyczna Rosja jest wrogiem niepodległej Polski”. Na popularne w latach 30. hasło jednolitego frontu antyfaszystowskiego odpowiadała: „/…/ my uważaliśmy, że nie można przeciwstawiać się czarnemu czy brunatnemu totalitaryzmowi przy pomocy totalitaryzmu czerwonego”. Raziło ją wreszcie oderwanie komunistów od codziennego życia proletariatu („Zawsze ma się wrażenie, iż poza zebraniami z robotnikami stykali się tylko wtedy, gdy zamawiali ubranie u krawca lub buty u szewca”), wyrażające się w forsowaniu nierealistycznych celów kosztem bieżących interesów robotnika.
Z tego stanowiska wynikała nieustanna walka na dwa fronty: przeciw prawicy i przeciw kompartii. Z jednej strony, krakowska PPS uniemożliwiła marsz ONR na żydowski Kazimierz i wymusiła ustąpienie sanacyjnego wojewody Świtalskiego po masakrze w fabryce „Semperit”. Z drugiej, wystrzegała się jakichkolwiek kontaktów z komunistami – nawet wtedy, gdy chcieli udzielić pomocy finansowej robotnikom z „Semperitu”. Gdy komuniści i ich sympatycy zorganizowali jednolitofrontowy Zjazd Pracowników Kultury w Obronie Pokoju we Lwowie – PPS odpowiedziała Dniami Kultury Robotniczej w Krakowie. Walka ta przenosiła się w głąb PPS, gdzie Ciołkosz ścierał się tak z jednolitofrontowcami, jak i z żuławszczykami (zwolennikami centrowego Frontu Morges). Charakterystyczne dla Ciołkoszów było jednak, że politycznych zmagań nie przenoszono na płaszczyznę stosunków prywatnych. Ciołkoszowa wspominała wiceprezesa Stronnictwa Narodowego, Tadeusza Bieleckiego: „Politycznie staliśmy na antypodach, ale osobista sympatia między nami pozostała na całe życie”.
Gdy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna, Ciołkosz zgłosił się na ochotnika do wojska, ale jako czynny opozycjonista został odrzucony. Ucieka więc z Krakowa do Lwowa, gdzie wysłannik Pużaka nakazał mu przedostać się na Zachód. Przekroczywszy w bród graniczny Czeremosz, przez Bałkany dotarł do Paryża. Jak zawsze dwoi się i troi: jest członkiem Rady Narodowej (emigracyjnej namiastki parlamentu), sekretarzem Centralnego Komitetu Zagranicznego PPS, reprezentuje polskich socjalistów w międzynarodowym komitecie socjalistycznym. Na forum Rady domaga się reformy rolnej, zwalcza antysemityzm tygodnika „Jestem Polakiem”, a także… uniemożliwia nowelę konstytucyjną, która miała otworzyć księciu Kentu drogę do tronu Polski.
Niebawem Ciołkosz przesuwa się do opozycji wobec rządu Sikorskiego, którego polityki wobec ZSRR nie akceptuje. W liście do Oskara Lange z 3 maja 1940 r. pisał: „Rosję Sowiecką uważamy za czynnik obiektywnie reakcyjny i najwyższy czas, aby poza symboliką jeszcze na pozór socjalistyczną dojrzeć prawdziwe oblicze Sowietów na wskroś imperialistyczne, a przez to i reakcyjne. /…/ Starcie niemiecko-sowieckie /…/ będzie niczym innym, jak tylko konfliktem dwóch imperializmów /…/”. Krytykuje więc układ Sikorski-Majski, zbliżając się wraz z Zarembą do przedstawicieli prosanacyjnego skrzydła PPS (Arciszewski, Pużak, Adam Pragier, Tadeusz Tomaszewski). Choć większość CKZ pod kierownictwem Liebermana poparła Sikorskiego, to opozycyjna grupa socjalistów znalazła się w jednym antysowieckim froncie z sanatorami i endekami! Co ciekawe, nie przeszkadzało to Ciołkoszowi współpracować z trockistą Izaakiem Deutscherem, przed wojną członkiem PPS, który na propozycję przyjęcia obywatelstwa brytyjskiego, odparł: „Matki w nieszczęściu się nie opuszcza”. Przynależność do mniejszościowej frakcji uniemożliwiła jednak Ciołkoszowi przyjęcie stanowiska premiera po śmierci Sikorskiego. Premierem rządu londyńskiego został Stanisław Mikołajczyk, a gdy ten wybrał porozumienie z Gomułką – Tomasz Arciszewski.
Emigracyjną PPS rozdarł jednak w marcu 1945 r. rozłam – działacze tacy jak Stańczyk, Ludwik Grosfeld czy Julian Hochfeld opowiedzieli się za uznaniem Jałty i powrotem do kraju. Ciołkosz odbudowuje struktury partii na emigracji. Objął przywództwo organizacji partyjnej w Wielkiej Brytanii i stanowisko wiceprzewodniczącego CKZ; najwyższe funkcje objęli jego przyjaciele – Arciszewski został przewodniczącym CKZ, a Zaremba przewodniczącym Rady Centralnej. Ciołkosz jest wraz z Zarembą architektem polityki PPS. Na zjeździe partii w Pont-a-Lesse w maju 1947 r. podjęto uchwałę zalecającą: „Prowadzić nieustępliwą walkę z imperializmem sowieckim i jego agenturami w imię odzyskania wolności Narodu Polskiego i włączenia go wraz z innymi ujarzmionymi dziś narodami sowieckiej strefy wpływów z powrotem do rodziny wolnych narodów świata…”.
***
Na emigracji Ciołkosz – dotąd raczej praktyk polityki – zaczął rozwijać talenty publicysty i ideologa, dostosowując niepodległościowy socjalizm PPS do nowych warunków. Co więcej, jako przedstawiciel Unii Socjalistów Europy Środkowo-Wschodniej, pracował w komisji, która przygotowała deklarację frankfurcką Międzynarodówki Socjalistycznej z 2 lipca 1951 roku!
Ciołkosz zaczyna dystansować się od marksizmu, podkreślając, że socjalizm może wynikać „/…/ z naukowej analizy społecznej i gospodarczej, albo /…/ z zasad humanitarnych, etycznych, albo też /…/ z takiej czy innej religii”. Dlatego akcentuje niespójność i ewolucję myśli Marksa, jako zasadniczą Marksowską wskazówkę przyjmując jego dewizę „de omnibus dubitare”. Podkreślając zasługi Marksa, nadaje im wymiar głównie historyczny: „Można a nawet musi się zrezygnować dzisiaj z doktryn Marksa w rozwiązywaniu problemów społeczeństw współczesnych, lecz nie da się usunąć Marksa z historii socjalizmu. /…/ [ruch robotniczy] tylko dzięki Marksowi wszedł ostatecznie na tory organizacji masowej i działającej jawnie, /…/ występującej w polityce samodzielnie i wysuwającej na czoło zasadę, wedle której wyzwolenie robotników powinno być dziełem samych robotników”. Zresztą, jak zwróciła uwagę jego żona, „Popularność Marksa wśród polskich robotników wynikała nie z jego teorii ekonomicznych, ale z tego, że w 1864 r. zgłosił w I Międzynarodówce wniosek popierający niepodległość Polski w przedrozbiorowych granicach”.
Pozwala to Ciołkoszowi z otwartą przyłbicą podnieść sztandar rewizjonizmu. Powołuje się tu na Eduarda Bernsteina i Ludwika Krzywickiego. Pierwszy miał dokonać rewizji marksistowskiej teorii ekonomicznej, zwracając uwagę na elastyczność kapitalizmu i wyciągając stąd wniosek, że „/…/ przejście od ustroju kapitalistycznego do ustroju socjalistycznego drogą pokojową jest, po pierwsze, możliwe, po drugie, pożądane”. Krzywicki natomiast – odchodząc od bezwzględnego determinizmu ekonomicznego – rzucił nowe światło na teorię rozwoju społecznego: „/…/ związki przyczynowe, rządzące rozwojem społecznym, dotyczą tylko procesów masowych, a nie zachowania się poszczególnych jednostek. /…/ rozwój jest wypadkową nie tylko sił wytwórczych i powstałych pod ich wpływem idei społecznych, ale także podłoża historycznego, istniejącego w danym miejscu i czasie”. Miało to niezwykle istotne konsekwencje: „/…/ teoria Krzywickiego stanowi naukowe uzasadnienie dla poglądu, że w zależności od podłoża historycznego będą się wyłaniały różne formy ustroju socjalistycznego i że formy te będą się przeplatały, nawzajem na siebie wpływały i dopełniały się wzajemnie, że zatem istnieć będą różne drogi do socjalizmu i różne modele socjalizmu”.
Określając się jako marksista nieortodoksyjny, Ciołkosz zarzuca zarazem komunizmowi, że jest… antymarksistowski. Lenin miał odwrócić Marksowski determinizm: o ile według Marksa socjalizm miał nadejść niejako automatycznie, gdy dojrzeją ku niemu warunki materialne, o tyle Lenin chciał przejąć władzę w celu stworzenia warunków do budowy socjalizmu. To był niejako grzech pierworodny leninizmu, gdyż aby przeprowadzić w szybkim tempie pierwotną akumulację kapitału, trzeba było ustanowić dyktaturę. W ten sposób zamiast socjalizmu pojawiła się „autarkia gospodarcza i kapitalizm państwowy”, a za parawanem władzy ludu usadowiły się „rządy biurokracji i »aparatczyków« sprawującej władzę monopartii”.

RYS. GERENCJUSZ, WWW.ALKEMIQ.PL
Logiczną konsekwencją takiej oceny komunizmu było odrzucenie wszelkich kompromisów z komunistami. „Zgodnie z tradycją i wyczuciem ruchu robotniczego należy zawsze ustalać, kto jest wrogiem aktualnie najważniejszym i najgroźniejszym i tego wroga przede wszystkim zwalczać. Wrogiem naczelnym jest w obecnym okresie imperializm moskiewski i dyktatura komunistyczna” – pisał Ciołkosz. Dlatego „/…/ partia socjalistyczna współpracująca z komunistami bynajmniej nie jest robotnikom polskim potrzebna /…/. Robotnikom polskim potrzebna jest partia socjalistyczna walcząca z komunizmem”. Co więcej: „Nieustanne podtrzymywanie i zaznaczanie granicy, dzielącej socjalizm od komunizmu, jest dzisiaj główną przesłanką ocalenia przyszłości PPS. Istnieje tylko jeden rodzaj komunistów, z którymi socjaliści spod znaku PPS mogą wchodzić w porozumienia: mamy na myśli komunistów typu Milovana Dżilasa albo Imre Nagy’a, którzy przeszli na pozycje integralnej demokracji /…/”. Gwoli prawdy odnotujmy jednak, że potrafił wypowiadać się też pozytywnie o Leninie (gdy ten bronił interesów małych narodów) czy Luksemburg (gdy krytykowała antydemokratyczne zapędy bolszewizmu).
Przy całym swym pryncypialnym antykomunizmie Ciołkosz pozostaje socjalistą. Socjalizm definiuje jako „/…/ koncepcję ustrojową, która usunie wszelkie postacie wyzysku i ucisku człowieka przez człowieka, zlikwiduje podział społeczeństwa na klasy i zastąpi produkcję orientującą się na zysk jednostek produkcją orientującą się na zaspokojenie potrzeb ludzkich; ustrój ten podporządkuje społeczeństwu środki produkcji, transportu i wymiany oraz zastąpi ślepy bieg produkcji produkcją świadomą i planową”. Gdy jednak przechodzimy do konkretów, Ciołkoszowa wizja socjalizmu rysuje się dość mgliście – to „niekończące się zadania” „powiększania dochodu społecznego” i „coraz bardziej egalitarnego podziału dochodu społecznego”. Skromny jest też program-minimum: republika parlamentarna, równość praw obywatelskich, reforma rolna, własność społeczna zakładów przemysłowych, „które zostały wzniesione kosztem i wysiłkiem całego narodu”. Jasno i jednoznacznie zarysowany został tylko stosunek do demokracji: „/…/ socjaliści odrzucają wszelką dyktaturę, także dyktaturę proletariatu /…/ Socjaliści stoją na stanowisku demokracji politycznej, z równymi prawami dla wszystkich stronnictw politycznych i dla wszystkich obywateli, także dla przeciwników socjalizmu”.
Szczególną rangę Ciołkosz przydaje wolności wyznania, z której wyprowadza stosunek do Kościoła: „Socjaliści polscy zawsze uznawali wolność sumienia, prawo do wierzeń i przekonań religijnych za jedno z podstawowych praw człowieka i obywatela. Ilekroć zagrożone lub naruszone były prawa mniejszości wyznaniowych w Polsce międzywojennej, stawaliśmy w ich obronie. Dzisiaj stajemy w obronie praw większości [katolickiej – przyp. J. T.], w obronie jej przekonań i jej uczuć /…/”.
Socjalizm musiał wszakże spełniać jeszcze jeden warunek: „/…/ winien być niepodległościowy, to jest stać na gruncie praw Polski do niepodległego bytu państwowego /…/”. Patriotyzm był dla Ciołkosza równie ważny, co socjalizm i demokratyzm. Wartości te postrzegał zresztą jako splecione w nierozerwalną całość: „/…/ optymalny byłby stan rzeczy, w którym moglibyśmy na stałe pogodzić /…/ z sobą solidarność klasową proletariatu z /…/ miłością ojczyzny oraz miłością ludzkości”. Tak jest w każdym razie w przypadku polskiego patriotyzmu: „interesy Polski, co najmniej od stu pięćdziesięciu lat, były zawsze zgodne z interesami sił wolnościowych w świecie”. Dlatego „My w Polsce łączymy w jedną całość jedno i drugie: walkę z uciskiem narodowym i walkę z uciskiem społecznym i gospodarczym; walkę o wolność narodu i walkę o wyzwolenie gospodarcze i społeczne”.
Na tej podstawie, powołując się na Stanisława Worcella i Louisa Blanquiego, konstruuje Ciołkosz teorię podwójnej przynależności: „/…/ możliwy jest taki stan rzeczy, w którym pod pewnymi względami zachowujemy solidarność klasową wobec przynależnych do /…/ proletariatu, mimo że należą do innych narodowości, a jednocześnie odnosimy się /…/ pod pewnymi względami solidarnie do osób przynależnych do narodu, którego część stanowimy, choćby nawet te osoby należały do innych klas społecznych”. Na tej podstawie konstatuje, że „/…/ współczesne partie socjalistyczne /…/ prowadzą politykę podyktowaną własnym zrozumieniem interesów klasy robotniczej swego kraju, które nie zawsze są zgodne z interesami klasy robotniczej innych krajów” [podkr. J. T.]. Okazuje się, że nie ma jednolitego interesu proletariatu, a interesy klas robotniczych różnych krajów są wbudowane w interesy ogólnonarodowe! Patriotyzm traci zarazem wymiar klasowy, jako że „Nie ma socjalistycznej ojczyzny polskiej, jest tylko polska ojczyzna, jedna dla wszystkich, jedna od tysiąca lat”.
Ba, Ciołkosz skłonny jest nawet patriotyzm stawiać wyżej od internacjonalizmu, gdyż „/…/ aberracją byłoby /…/ odrzucenie miłości własnego narodu w imię solidarności proletariatu całego świata albo też umiłowania całej ludzkości. Własny naród nie jest bowiem abstrakcją, natomiast ludzkość jest abstrakcją”. Patriotyzm Ciołkosza był głęboko emocjonalny: „/…/ gdybym się nie był urodził Polakiem, chciałbym być właśnie Polakiem. Kocham mój kraj. Lgnę do niego” – wołał do brytyjskich fabianów w 1943 roku.
Zarazem Ciołkosz podkreślał, że „Socjalizm absolutnie nie da się pogodzić z krzywdą i sponiewieraniem czy to całych narodów, czy też grup narodowościowych, tzw. mniejszości narodowych”. W stosunkach międzynarodowych „Zabezpieczeniem może być tylko demokracja w stosunkach pomiędzy narodami, bezpieczeństwo zbiorowe i pomoc wzajemna. /…/ Stosunkami między narodami winna rządzić równość wobec prawa narodów /…/”. Starannie odróżnia patriotyzm od nacjonalizmu: „/…/ nacjonalizm zaślepia, nie pozwala dostrzegać i mówić prawdy o własnym narodzie, gdy ten naród schodzi na błędne drogi, /…/ natomiast patriotyzm nie tylko pozwala, ale i nakazuje to czynić”. Z tych pozycji krytykuje obie skrajności: „/…/ egoizm narodowy jest tak samo negacją zdrowego i koniecznego /…/ patriotyzmu, jak jest nią nihilistyczny kosmopolityzm, brak łączności duchowej z własnym narodem i obojętność na jego losy”. Konkluduje: „Będziemy bronili słusznych /…/ praw Polski do wolności i do niepodległego bytu, lecz biały sztandar nacjonalizmu nie jest nam do tego potrzebny. Wystarczy sztandar biało-czerwony”.
Jak przekładało się to na sprawę polską w okresie zimnej wojny? Ciołkosz podkreśla, że „Nie są nam wcale potrzebne pretensje do mocarstwowości /…/ ale nie możemy się zgodzić na rolę niemieckiego czy też rosyjskiego państwa wasalnego albo satelity albo kolonii” (nazbyt optymistycznie uważał, że z przyczyn geograficznych takiego zagrożenia nie ma ze strony USA i Zachodu). Pryncypialnie broni granicy na Odrze i Nysie, spierając się o nią z narodowo nastawionym przywódcą SPD Kurtem Schumacherem (gdy zaś dowiedział się o wizycie przywódcy niemieckich „wypędzonych”, Czaji, domagał się, by go „zrzucić ze schodów”). Natomiast na wschodzie walczy o zwrot Kresów Wschodnich, podkreślając, że gdy „/…/ piszę: »nasza ziemia«, mam na myśli wszystkich tych, którzy na niej mieszkają. /…/ ziemia ta rządzona będzie po tej wojnie przez wszystkich, którzy na niej mieszkają”. Jego żona dawała nieco inną wykładnię tego stanowiska: „/…/ dopóki trwa układ jałtański, trzeba bronić granicy ryskiej z 1921 roku. Gdy Jałta się zawali, a Ukraińcy, Białorusini i Litwini odzyskają niepodległość, wtedy sprawę granicy wschodniej trzeba będzie załatwić bezpośrednio z nimi”.
***
Gdy w 1947 r. masoński (sic! – tak twierdziła Lidia Ciołkoszowa) spisek piłsudczyków uniemożliwił Arciszewskiemu objęcie stanowiska prezydenta i doprowadził do rozłamu w partii (Związek Socjalistów Polskich Pragiera i Tomaszewskiego) – PPS przeszła do opozycji. Wraz ze Stronnictwem Narodowym i lewicowo-piłsudczykowskim Polskim Ruchem Wolnościowym „Niepodległość i Demokracja” utworzyła Radę Polityczną, konkurencyjną wobec Rady Narodowej. W 1954 r. te dwie główne siły polskiej emigracji pojednały się, zaś Ciołkosz został wiceprzewodniczącym, a dwa lata później przewodniczącym Egzekutywy Zjednoczenia Narodowego (co odpowiadało stanowisku premiera).
W PPS jednak narastał kolejny rozłam. Grupa Zaremby (dotąd najbliższego współpracownika Ciołkosza) i Jana Kwapińskiego (skonfliktowanego z Ciołkoszem od czasów wojny) kwestionowała legalizm – oparcie emigracyjnego życia politycznego na konstytucji kwietniowej – jako fikcję oderwaną od życia kraju („humorystyczne tytuły zastępczo-prezydenckie i ministerialne”). Bazą opozycji stała się francuska organizacja partii – silnie ukorzeniona wśród tamtejszej emigracji zarobkowej, powiązana z radykalnymi socjalistami francuskimi domagała się zerwania z polityką jedności narodowej. Konflikt zaostrzył się w 1955 r., gdy po śmierci Arciszewskiego jego miejsce w Radzie Trzech (kolektywnej „głowie państwa”) zajął gen. Bór-Komorowski, co socjaliści odebrali jako próbę wyeliminowania PPS. Ujawnił się wreszcie z całą mocą na tle stosunku do przemian Października 1956 r. w Polsce.
Wyjaśnić tu trzeba, że dojście Gomułki do władzy obudziło wśród polskiego wychodźstwa nadzieje na uniezależnienie i demokratyzację Polski. Juliusz Mieroszewski w imieniu paryskiej „Kultury” zadeklarował kredyt zaufania dla Gomułki; wtórowali mu zarówno politycy prawicy (np. Klaudiusz Hrabyk, zespół „Horyzontów”), jak i lewicy (m.in. Zaremba). „Narodowy komunizm” został uznany za najlepszą drogę ewolucji ustroju od totalizmu do demokracji, co pociągało za sobą otwarcie na rewizjonistyczne skrzydło PZPR. Wydarzenia Czerwca, a następnie Października potraktowano jako dowód, że punkt ciężkości ruchu niepodległościowego przesunął się z emigracji do kraju. Tym energiczniej więc zwalczano legalizm.
Ciołkosz nie dał się uwieść „naprawiaczom komunizmu”. Choć doceniał znaczenie przemian (pisał: „/…/ w istniejących okolicznościach społeczeństwo polskie osiągnęło w październiku ub. r. maksimum swoich możliwości”), to nie ufał Gomułce, uważając, że ten „bynajmniej nie zamierza zrywać więzów, jakimi Polska przytroczona jest do Związku Sowieckiego, chce je tylko rozluźnić”. Komunizm pozostał wrogiem – wedle słów jego żony, „poszerzanie zakresu wolności w Polsce może odbywać się tylko na drodze walki przeciw PZPR i przeciw Gomułce”. Uzasadniał to następująco: „Zadanie lewicy antykomunistycznej nie może polegać na głoszeniu ideologii demokratyzacji, bo to nie jest ideologia, a tylko taktyka /…/. Ideologią jest demokracja i socjalizm demokratyczny. Kto z tych założeń ideologicznych rezygnuje /…/ ten sam się rozbraja i musi przegrać wszystko w starciu z dyktaturą komunistyczną /…/. Naszym celem nie jest reforma komunizmu, lecz likwidacja dyktatury komunistycznej”. Dlatego bez entuzjazmu odniósł się też do partyjnych rewizjonistów: uznając wprawdzie ich poszukiwania za krok w dobrym kierunku, ale dalece niewystarczający, wymagał od nich stanięcia bez reszty na gruncie demokratycznego socjalizmu.
W szerszym kontekście Ciołkosz sceptycznie patrzył na możliwość wybicia się na niepodległość własnymi siłami – po wypadkach poznańskich żądał więc konferencji międzynarodowej w sprawie przywrócenia Polsce niepodległości. Dlatego uważał, że kładąc nacisk na klasę robotniczą w kraju, nie można lekceważyć wychodźstwa: „Wyobcowanie się PPS z życia emigracji, dobrowolne wydanie emigracji w ręce polskiej prawicy – w imię czystości ideologicznej socjalizmu /…/ – byłoby błędem, który może się ciężko pomścić w przyszłości. /…/ Pozbawiony skrzydła socjalistycznego, ośrodek ten [emigracyjny – przyp. J. T.] automatycznie przesunie się na prawo, a tym samym następstwa secesji PPS będą odwrotne od zamierzonych”. W przeciwieństwie do Zaremby nie widzi zagrożenia ze strony „reakcji i klerykalizmu”, taktyczny sojusz z siłami prawicowymi pragnie utrzymać do pierwszych wolnych wyborów.
IV zjazd PPS we wrześniu 1957 r. przyjął stanowisko bliskie Ciołkoszowi (który został przewodniczącym Rady Centralnej), jednak organizacja francuska partii nie złożyła broni. Pod jej naciskiem, w styczniu 1959 r. Rada Centralna PPS wezwała do stworzenia „silnego ośrodka ideologicznego” przeciwko „zarówno doktrynom totalistycznego komunizmu, jak i reakcji politycznej i klerykalnej” oraz do rewizji Aktu Zjednoczenia, stanowiącego fundament prawny władz emigracyjnych. Na znak protestu Ciołkosz ustąpił z Rady i złożył funkcję redaktora „Robotnika”. W grudniu wraz z większością klubu PPS odmówił podporządkowania się antylegalistycznej uchwale CKZ. Otwarty już konflikt próbowano zażegnać zawierając porozumienie w marcu 1960 r., ale przetrwało ono tylko cztery dni, zerwane pod naciskiem Rowmunda Piłsudskiego (przywódcy PRW-NiD – sojusznika PPS w antylegalistycznym froncie). Zaremba wprawdzie obawia się rozłamu, ale Kwapiński nie chce słyszeć o kompromisie. W pierwszej połowie kwietnia z partii zostali wydaleni m.in. Adam i Lidia Ciołkoszowie.
Usunięte osoby utworzyły 15 kwietnia 1960 r. Centralny Komitet Odbudowy PPS. Przeciw usunięciu ciołkoszowców protestują socjaliści z Niemiec (Michał Gamarnikow, Wawrzyniec Czereśniewski) i Związek Socjalistów Polskich w Ameryce, na znak protestu z PPS wystąpił Gustaw Herling-Grudziński. Rozłam miał jednak stosunkowo niewielki zasięg. Zarembę i Kwapińskiego poparły najsilniejsze organizacje partii we Francji, Belgii i… Wielkiej Brytanii. Ten ostatni przypadek może dziwić, ale na niekorzyść Ciołkosza zagrał tu fakt, że stosunkowo nieliczni socjaliści polscy w tym kraju czuli się marginalizowani przez „londyńską” prawicę. Oparciem Centralnego Komitetu Odbudowy stały się grupy socjalistów w Anglii i Niemczech, poparcia udzielał mu też amerykański ZSP. Jak napisał Stanisław Wąsik: „Stanowiła ona [grupa Ciołkosza] mniejszość, ale mając poparcie władz emigracyjnych i dobre stosunki z rozgłośnią »Radia Wolna Europa«, znajdowała się w sytuacji uprzywilejowanej. W rezultacie nastąpił w praktyce rodzaj podziału funkcji między dwiema strukturami: w sferach zbliżonych do rządu emigracyjnego grupa A. Ciołkosza głosiła poglądy socjalistyczne, natomiast władze partyjne reprezentowały PPS w Międzynarodówce Socjalistycznej /…/”.
Ciołkosz udziela się więc przede wszystkim na forum władz emigracyjnych – w 1963 r. ponownie stanął na czele EZN, którą to funkcję piastował przez trzy lata. Jako „premier” był inicjatorem dwóch wielkich imprez, które odbyły się w 1966 r.: Światowego Zjazdu Polski Walczącej oraz Kongresu Współczesnej Nauki i Kultury Polskiej na Obczyźnie. Był też przewodniczącym londyńskiej delegacji Zgromadzenia Ujarzmionych Narodów (ACEN). Przede wszystkim jednak wyżywa się w pracy pisarskiej i publicystycznej. W latach 1966-1970 wydaje wraz z Józefem Żmigrodzkim rocznik „Lewy Nurt”, a od 1970 r. kwartalnik „Zew”. Pisuje do nowojorskiego „Robotnika Polskiego” i londyńskiego „Orła Białego”, współpracuje z Radiem Wolna Europa. Publikuje książki: „Od Marksa do Chruszczowa” (1962), „Karol Marks a powstanie styczniowe” (1963), „Opór zbrojny w getcie warszawskim” (1963, wspólnie z Pełczyńskim), „Koniec monolitu” (1964), „Ludzie PPS” (1967), „Zarys dziejów socjalizmu polskiego” (wraz z żoną – t. I 1966, t. II 1972).
***
Żyje przy tym bardzo skromnie. Jak wspominała Lidia Ciołkoszowa: „Pensje w Egzekutywie były arcyskromne i głównie pokrywały koszty podróży. /…/ Nasza sytuacja materialna była podła jak zawsze, ratowało nas radio i moje zarobki z przygotowania cudzych książek do druku i ze zwykłej drukarskiej korekty /…/”. Mimo to Ciołkosz nie poddaje się, wierząc w nieuchronność przemian. W 1975 r. pisał: „Nosicielami tej nadchodzącej rewolucji będą robotnicy /…/ nie dlatego, że są ludźmi ulepionymi z lepszej gliny, lecz dlatego, że warunki bytu zmuszają ich do solidarności i walki”. Spotkały go kpiny, pisano, że stracił kontakt z rzeczywistością. Rok później w Radomiu i Ursusie robotnicy zastrajkowali, wyszli na ulice. Ciołkosz znów rusza do walki. W październiku 1976 r. angażuje się w Obywatelski Komitet Zbiórki na Pomoc Ofiarom Wydarzeń Czerwcowych, który nawiązał współpracę z Komitetem Obrony Robotników w kraju. Wtedy KOR był bardzo bliski emigracyjnym socjalistom, z PPS związani byli jego współzałożyciele: Ludwik Cohn, Antoni Pajdak, Aniela Steinsbergowa, Adam Szczypiorski i Edward Lipiński. Po latach jednak Ciołkoszowa mówiła o Adamie Michniku: „Z jego obecnymi poglądami politycznymi trudno byłoby mi się pogodzić; czasem z radością czytam jakieś jego oświadczenie lub artykuł przypominający dawnego Michnika”.
Ciołkosz słabnie jednak coraz bardziej. Przeszedł kilka zawałów. W 1977 r. przekazał kierowanie partią Tadeuszowi Podgórskiemu, pozostając honorowym przewodniczącym PPS. Wciąż jednak nagrywa audycje dla RWE, pisze artykuły, przyjmuje gości z kraju. Umiera 1 października 1978 roku. Do końca na posterunku.
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Wiosną przypada 80. rocznica utworzenia jednej z najbardziej aktywnych i wyjątkowo oryginalnych pod względem ideowym, a jednocześnie dziś niemal całkiem zapomnianych organizacji społecznych w Polsce. Mowa o Związku Młodzieży Wiejskiej RP, popularnie zwanym „Wiciami”.
***
W czerwcu 1919 r. utworzono Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej pod patronatem Centralnego Związku Kółek Rolniczych. Kładł on nacisk na rozwój inicjatyw samokształceniowych młodzieży wiejskiej: amatorskich zespołów teatralnych, grup śpiewaczych, bibliotek, szkoleń i konkursów w zakresie gospodarki rolnej, kursów higieny itp.
Od 1922 r. CZMW wydawał tygodnik „Siew”. Na początku 1928 r. organizacja liczyła 2225 kół z 60 tys. członków. W południowej Polsce schedą po zaborach były silne wpływy Małopolskiego Związku Młodzieży przy Małopolskim Towarzystwie Rolniczym. Oba młodzieżowe związki współpracowały ze sobą. Jednoczyła je m.in. działalność Wiejskiego Uniwersytetu Ludowego w podkrakowskich Szycach, założonego z inicjatywy CZMW dzięki wsparciu Związku Nauczycielstwa Polskiego. Placówka ta, mająca kształcić młodzież wiejską na kilkutygodniowych kursach w duchu świecko-humanistycznym, prowadzona była przez Ignacego Solarza i jego żonę, Zofię.
***
Nastroje młodzieży wiejskiej ulegały radykalizacji. Nie poprawiała się, a okresowo wręcz pogarszała kondycja wsi. Reformę rolną przeprowadzono szczątkowo, wbrew nadziejom i żądaniom ruchu ludowego. Powolny rozwój przemysłu skutkował niewielkim odpływem ludności do miast. To rodziło „głód ziemi” – młode pokolenie nie miało gdzie iść „na własne”. Gospodarstwa ich rodziców były mało dochodowe. Znikła wiara, że państwo samo z siebie zadba w odpowiednim stopniu o los wsi. „Apolityczność” CZMW zastępowały głosy domagające się politycznej reprezentacji chłopów. Jesienią 1927 r. pisano w „Siewie”: „/…/ wyznajemy ideę ludową, określamy siebie jako młodą demokrację wiejską. /…/ jesteśmy cząstką ruchu ludowego, jego młodym i żywym prądem. Na tym stanowisku stoimy i będziemy wiernie służyć idei Polski Ludowej”.
Od 1924 r. nasilały się także wpływy nowej doktryny – agraryzmu. Polacy zapożyczyli go z Czechosłowacji, gdzie był ideologią silnego ruchu ludowego. Agraryzm uznawał, że podstawą bytu społecznego jest ziemia, a jej opiekunem oraz żywicielem wszystkich – chłop. Praca na roli i życie na wsi są kluczowe dla istnienia narodu (zapewnienie wyżywienia, ostoja fundamentów kultury narodowej), zatem należy im się szczególna ochrona. Chłopi, z racji liczebności, znaczenia społecznego i cech moralnych, powinni mieć istotny wpływ na rządzenie państwem.
Polacy nadali tej idei własny wymiar. Uważali, że w stosunkowo zamożnej Czechosłowacji zbyt słabo akcentuje się kwestie własnościowe (reforma rolna) i klasowe (pozycja chłopów w podziale dochodu narodowego). „Siew” wiosną 1927 r. pisał: „My musimy być bojownikami, my musimy walczyć, my musimy łamać, a często i burzyć. /…/ musimy zdobyć prawo do życia, prawo do równości. /…/ musimy krzepić ducha, /…/ stwarzać ten złom, który młodzież czechosłowacka /…/ ociosuje”. Sądzili też, że „sąsiedzka” wersja agraryzmu niedostatecznie zwraca uwagę na symboliczny wymiar i wartości pracy chłopskiej i bytowania na wsi. J. Dec pisał: „/…/ stosunki czeskie nie są dla nas ideałem, nikt nie myśli /…/ by nasze wielkie ideały zamknąć w utuczonych krowach i świniach lub utopić w szklanicy dobrego piwa”.
***
Radykalizacji nastrojów towarzyszył nacisk na wyrwanie się spod kurateli CZKR. W 1925 r. większość we władzach zyskali zwolennicy samodzielności, wśród nich prezes Zygmunt Załęski oraz kierownik (osoba podejmująca kluczowe decyzje w pracy bieżącej) Józef Niećko.
Osobna kwestia to przewrót majowy. Choć młodzi ludowcy darzyli Piłsudskiego szacunkiem i początkowo pozytywnie oceniali objęcie przezeń władzy, to jednak gdy w 1927 r. doszło do zakusów sanacji na ograniczenie uprawnień Sejmu, „Siew” piórem Bolesława Babskiego głosił: „/…/ będziemy stali na gruncie demokracji parlamentarnej, czyli ludowładztwa. /…/ ustrój ten posiada liczne braki. Jednakże ze wszystkich /…/ zapewnia on najwięcej praw warstwom pracującym i daje możność osiągnięcia ich w drodze pokojowej”. Po podobnym artykule prezesa Załęskiego, prorządowy CZKR wprowadził w „Siewie” cenzora. 5 grudnia 1927 r. nagle zwolniono z pracy kierownika – Niećkę, sekretarza CZMW – A. Zielińskiego, redaktora „Siewu” – Babskiego oraz przejęto redagowanie pisma.
Liczono na zastraszenie młodych działaczy. Tymczasem niemal cały Zarząd stanął na stanowisku niezależności. Przyspieszono tworzenie samodzielnej struktury w postaci federacji organizacji wojewódzkich. 25 marca 1928 r. wydano pierwszy numer tygodnika „Wici” (pomysłodawcą tytułu, nawiązującego do terminologii dawnych Słowian, był Niećko). Solarz pisał w nim: „Sami sobie dawać radę chcemy, sami ćwiczyć się we włodarzeniu, silić z trudnościami, hartować mięśnie woli, doświadczać dróg, by zdrowo doskonalić w sobie człowieka i obywatela”.
Decyzja o usamodzielnieniu oznaczała utratę funduszów, zaplecza technicznego, wieloletniej marki itp. Jednak na zjazd ogólnopolski przybyło 29 czerwca 1928 r. ponad tysiąc osób, w tym niemal 500 delegatów kół. W głosowaniu poparto samodzielność oraz zmianę nazwy na Związek Młodzieży Wiejskiej RP. Wkrótce, od tytułu tygodnika, potocznie zaczęto określać go „Wiciami”. We władzach ZMW RP zasiedli m.in. Załęski jako Przewodniczący Prezydium Zarządu Głównego, jego zastępcą został Adam Bień, a kierownikiem Niećko.
W tym samym okresie zwolennicy sanacji przejęli wpływy w Małopolskim Związku Młodzieży. Na przełomie 1928 i 1929 r. większość jego członków również wybrała samodzielność, tworząc Związek Młodzieży Wiejskiej w Krakowie, który rok później wszedł w skład ZMW RP.
W wyniku szeroko zakrojonego i hojnie finansowanego kontrataku, CZMW częściowo odzyskał wpływy. Sprawozdanie z wiosny 1929 r. pokazuje, że z „Wiciami” związało się 32% kół i 34% członków dawnego CZMW. Ale, jak zgodnie twierdzą historycy, była to najbardziej ideowa, aktywna i świadoma część działaczy. Wkrótce utworzono struktury ZMW RP w woj. kieleckim, lubelskim, łódzkim, mazowieckim, nowogródzkim i małopolskim. Rok po usamodzielnieniu istniało 746 kół z 22 tys. członków. Na początku 1933 r. było już 1900 kół i 45 tys. członków. Trzy lata później – odpowiednio 2650 i 90 tys. Przed wybuchem wojny liczba „wiciarzy” przekroczyła 100 tys. W międzyczasie wskutek nacisków władz odłączył się związek nowogródzki, utworzono natomiast wojewódzką strukturę we Lwowie, w 1936 r. sfinalizowano kilkuletnie rozmowy zjednoczeniowe z Wielkopolskim ZMW, a dwa lata później powstał Pomorski ZMW.
***
„Wiciarze” byli znakomicie „zakorzenieni” społecznie. Działali w lokalnych środowiskach, gdzie wszystkich znali i gdzie znano też ich. Odrzucali model „mędrka”, który „oświeca” innych i przemawia z pozycji wyższości moralnej czy intelektualnej. Nie pracowali „dla ludu”, lecz „z ludem”, traktując chłopów podmiotowo i po przyjacielsku.
Na dużą skalę prowadzono działalność edukacyjno-samokształceniową. Samych bibliotek przy lokalnych kołach ZMW RP było w 1938 r. aż 1840. Do tego setki prelekcji – przygotowanych przez wybranych członków koła lub przez instruktorów powiatowych i wojewódzkich. Nierzadkie były kilkudniowe kursy, organizowane własnym sumptem – przyjezdni nocowali u zaprzyjaźnionych gospodarzy, każdy przywoził produkty rolne na wspólne posiłki itp. Tylko w 1936 r. w skali powiatów zorganizowano 113 kursów społeczno-oświatowych, 26 gospodarczych i 34 dla dziewcząt – brało w nich udział ok. 10 tys. osób. Organizowano też kursy rolnicze – dotyczące ogrodnictwa, wydajności upraw i hodowli, higieny w gospodarstwie, kroju i szycia.
Szczególne miejsce zajmuje dorobek „wiciowych” uniwersytetów ludowych. Wspomniany UL w Szycach k. Krakowa propagował oryginalny model wychowawczy, oparty na egalitaryzmie, dyskusjach, zachętach do samorozwoju, pochwalano interdyscyplinarne zainteresowania i sięganie po intuicyjne sposoby poznawania rzeczywistości. Ważne miejsce zajmowały zajęcia terenowe i wspólnotowe formy spędzania czasu, nierzadko o charakterze bliskim rytuałowi.
„Szyce” były ważnym ośrodkiem kształtowania się ideologii „wiciowej”, a także promieniowania radykalnych poglądów na polską wieś. Władze ZNP pod naciskiem sanacji zamknęły placówkę w 1931 r. – w uzasadnieniu napisano, że kształtowała u wychowanków „radykalne poglądy społeczne”. Odrodzenie nastąpiło wkrótce w Gaci Przeworskiej na Podkarpaciu, najpierw w izbach udostępnianych przez okolicznych chłopów, później w budynku wzniesionym ze składek i dzięki społecznej pracy „wiciarzy”. Na kilkutygodniowych kursach gościło w nim kilkaset osób, które po powrocie do domów utrzymywały kontakt, regularnie organizowano zjazdy wychowanków. W 1937 r. działacze ZMW RP utworzyli drugi uniwersytet ludowy – w Nietążkowie k. Kościana.
Najpopularniejszą formą aktywności kulturalnej „wiciarzy” był ruch teatrów amatorskich. W kręgu „Wici” istniało mnóstwo takich inicjatyw. Począwszy od lekkich sztuk o tematyce wiejskiej, przez utwory z tradycji patriotycznej, kończąc na inscenizacji sztuki awangardowego poety Brunona Jasieńskiego, „Słowo o Jakubie Szeli”. Tworzono też widowiska z okazji „Święta Żniwnego” (dożynek), „Święta Wiosny” (obchodzono je w dawną Noc Kupały), ważnych rocznic historycznych, nawiązujących do cyklów płodności gleby, rytmu przyrody, prastarych tradycji itp., nadając im nowe formy i wymowę. W samym 1928 r. 285 kół „Wici” wystawiło 854 przedstawienia dla ok. 28 tys. widzów. W latach 1931-37 ponad połowa kół miała stałe zespoły teatralne, a od 70 do 83% kół doraźnie wystawiało spektakle. Tylko na Kielecczyźnie „wiciarze” zorganizowali w 1932 r. 195 przedstawień aż 121 różnych sztuk, natomiast koła Krakowskiego ZMW w 1936 r. przygotowały 325 przedstawień. Nie chodziło jednak wyłącznie o aspekt kulturalny. „Działacze /…/ »Wici« widzieli w nim [teatrze ludowym] czynnik sprzyjający popularyzowaniu radykalnych treści społecznych i politycznych /…/” – stwierdza S. Pastuszka. Solarzowa na łamach „Prosto z mostu” pisała w 1935 r.: „Wsi trzeba teatru, sceny, z której by odezwały się słowa nowe, nieznane, przeczuwane, z której powiałoby życie dzisiejsze – zagadnienia i sprawy palące”.
Na uwagę zasługuje też swoisty „feminizm” ZMW RP. Kobietę uznawano za mającą pełne prawo do działalności społecznej i samorozwoju. Oczywiste różnice biologiczne i wynikające z nich role społeczne nie powinny być ani pomijane, ani nadmiernie eksponowane. Należy dążyć do tego, by ułatwić kobietom spełnianie obowiązków matek czy żon, zamiast traktować jako pretekst do izolowania ich od życia publicznego. Już w 1929 r. Walny Zjazd deklarował: „/…/ w pracach Kół winna w większym stopniu znaleźć miejsce sprawa udziału kobiet /…/”. W 1933 r. stwierdzał w uchwale: „Przebudowa obecnego ustroju, jak również /…/ osiągnięcia pełnej demokracji, na której ma się oprzeć ustrój przyszłej Polski Ludowej – sprawiedliwej – wymaga, aby kobieta brała na równi z mężczyzną udział w życiu nie tylko domowym, ale i /…/ społecznym /…/”. Przy strukturach kieleckiej i lubelskiej utworzono Komisje Społeczno-Wychowawcze Kobiet. W prasie organizacyjnej poświęcano wiele uwagi problematyce kobiecej – w „Wiciach” od 1936 r. ukazywał się dział „Wiciarka”, wiosną 1939 r. członkinie koła w Markowej na Podkarpaciu rozpoczęły edycję miesięcznika „Kobieta Wiejska”. Zorganizowano kilka spotkań i konferencji poświęconych tematyce kobiecej. W połowie lat 30. w Krakowskim ZMW dziewczęta stanowiły ok. 27% członków, w Łódzkim – 33%, a w Kieleckim aż 40%. Jak na ówczesne realia były to wskaźniki wysokie.
W drugiej połowie lat 30. zaczęto prowadzić tzw. Nowiznę Wiciową, czyli zajęcia dla starszych dzieci. Oprócz formowania charakterów w duchu „wiciowym”, celem było promowanie pozytywnych sposobów spędzania czasu – często bowiem dzieci wiejskie pozbawione były opieki i padały ofiarą różnych wypadków i urazów, lekkomyślnie niszczyły mienie itp. Od 1935 r. związkowy tygodnik regularnie zamieszczał wkładkę „Nowizna Wiciowa”. Rok później takie formy opieki – prowadzone społecznie – istniały przy 171 kołach, obejmując 3 tys. dzieci.
W 1929 r. działały zespoły sportowe przy 303 kołach ZMW RP, skupiając 3 tys. młodzieży. Późniejsze pogorszenie sytuacji materialnej wsi zaowocowało trudnościami z zakupem sprzętu sportowego i tego rodzaju inicjatywy podupadły. Wciąż jednak sporo uwagi poświęcano aktywności fizycznej, zwłaszcza formom niewymagającym nakładów finansowych (ćwiczenia gimnastyczne, biegi). Podobnie było z propagowaniem higieny i opieki zdrowotnej. Oprócz zwrócenia uwagi na katastrofalną sytuację wsi, „Wici” zachęcały do oddolnych inicjatyw na miarę możliwości młodzieży chłopskiej. Terenowym oddziałom udało się zorganizować liczne kursy z zakresu higieny, dbałości o zdrowie i racjonalnego żywienia. Udało się też wysłać kilkadziesiąt wiejskich dziewcząt na szkolenia pielęgniarek i położnych.
Wszystkie te działania świadczą nie tylko o pomysłowości i zaangażowaniu „wiciarzy” w sprawy nierzadko „małe”. Przede wszystkim ukazują przyczyny sukcesów Związku. Robiąc to wszystko, nie tracono z oczu szerszej perspektywy. Załęski deklarował, że „Wici” są „ruchem społeczno-wychowawczym – a więc nie oświatowym, nie zawodowym, nie sportowym lub teatralnym, lecz ruchem wychowującym człowieka”.
***
Jak wspomniano, rozłam w CZMW dokonał się z powodu konfliktu wokół stosunku do antydemokratycznych poczynań sanacji. W. Janczak pisał w „Wiciach”: „Nie uwierzymy nigdy /…/, żeby w interesie Polski leżało wyrzeczenie się walki o /…/ demokratyczne zasady w życiu społecznym i państwowym, a zamienienie ich na jakieś barbarzyńsko-faszystowskie nowinki. Polska, kraj chłopów i robotników, tylko w oparciu o demokrację ostać się może”. T. Rek przekonywał: „forma rządów parlamentarno-demokratyczna /…/ [to] ustrój dogodny i jedyny sprawiedliwy dla szerokich mas /…/, gdyż tylko przy daleko posuniętej jawności, powszechności i kontroli życia publicznego można myśleć i mówić o słusznych prawach i /…/ przestrzeganiu tych praw”.
Nie chodziło tylko o mechanizm wyboru i sprawowania władzy. „Wiciarze” byli przekonani, że odrodzona Polska jedynie wtedy może być silna, gdy zyska oparcie w masach obywateli traktowanych podmiotowo. Tymi obywatelami, zarazem najliczniejszą i najbardziej wykluczoną grupą, byli głównie chłopi. J. Grudziński na łamach „Wici” przekonywał, że „Jednym z największych radykalizmów, jakie w życiu Polski mogą być /…/ dokonane, będzie poruszenie całego masywu chłopskiego do czynnego udziału w życiu narodu i państwa”.
Nie chodziło o powrót do realiów sprzed przewrotu majowego, często przez „wiciarzy” określanych „sejmokracją”. W piśmie „Młoda Myśl Ludowa” (MML) czytamy: „Demokracja, przyszedłszy ponownie do władzy, będzie musiała poddać gruntownej rewizji /…/ dotychczasowe obyczaje, /…/ prawa, /…/ metody pracy i rządzenia państwem. /…/ będzie musiała spoglądać częściej i głębiej w masy /…/, podjąć olbrzymią pracę uzdrowienia atmosfery życia państwa przez /…/ zdemokratyzowanie administracji /…/”. Wielką wagę przywiązywano do decentralizacji państwa. Stanisław Młodożeniec, znany poeta – „chłopski futurysta”, pisał w „MML”: „Na miejsce żądzy panowania zbiorowość chłopska wysuwa zasadę obywatelskiego współdziałania. Nie państwo więc, a czynna pospólność obywatelska musi się stać organizacyjną formą /…/ narodu polskiego”. Krytykowano ideę „silnego państwa”, gdy oznaczała ona eliminowanie wpływu obywateli na życie publiczne. „Wiciarze” uważali, że przynosi to odwrotne skutki, tj. powstaje państwo słabe, nie mające oparcia w społeczeństwie.
Sprzeciw ZMW RP wywoływało łamanie swobód obywatelskich. Wobec procesów brzeskich pisano w „Wiciach”: „Brześć to już nie tylko słuszny czy niesłuszny akt polityczny – /…/ to /…/ sprawa poniewieranej godności człowieczej. I nie tylko godności jednostek /…/, ale i /…/ narodowej. /…/ tragedia brzeska dokonywała się w budynku /…/ państwowym i urągała pojęciom praw w państwie obowiązującym”. Równie mocno krytykowano podniesienie wieku nabywania prawa wyborczego do 24 roku życia, zmianę ordynacji na niekorzystną dla opozycji itp.
***
Władze sanacyjne robiły co mogły, żeby utrudnić działalność „wiciarzy”. Zakazano szkołom i innym instytucjom udostępniać im sale na zebrania, policja nachodziła działaczy i próbowała ich zastraszyć. Władzom samorządowym zabroniono przyznawać dotacje na inicjatywy, które współtworzyli młodzi ludowcy.
Wiele kół terenowych zlikwidowano, a majątek skonfiskowano (np. w 1933 r. tylko w pow. limanowskim rozwiązano 47 kół), zabraniano organizowania jakichkolwiek imprez publicznych. Uniemożliwiano rejestrowanie kół nowych – np. 50 kół na początku lat 30. w Lwowskim; w 1937 r. w tym samym regionie, na 78 zgłoszonych, władza zatwierdziła 8. W 1931 r. rozwiązano administracyjnie całą strukturę małopolską, która po jakimś czasie wznowiła działalność w formie spółdzielni oświatowej i przetrwała dwie próby likwidacji, podobnie jak Lubelski ZMW.
Na Zamojszczyźnie w 1936 r. dokonano brutalnej pacyfikacji wsi, gdzie aktywny był ruch ludowy – szczególnie ostro traktowano „wiciarzy” (zlikwidowano 39 kół Związku), doprowadzając do zaniku działań wskutek zastraszenia ludności. Działacz wojewódzki z Małopolski, Narcyz Wiatr, został uwięziony w Berezie Kartuskiej. Wielu działaczy trafiało do aresztów, zdarzały się prowokacje i pobicia. Cenzura ingerowała w gazety młodych ludowców, konfiskowano całe nakłady czasopism (np. „MML” zablokowano 11 numerów na 72 wydane za sanacji).
„Wiciarze” stanowili rdzeń akcji protestacyjnych na wsi w latach 1936-37 – wieców, demonstracji i wielkiego strajku chłopskiego. Młodzi ludowcy często pełnili funkcję patroli ścigających łamistrajków wiozących płody rolne na sprzedaż, licznie brali udział w potyczkach z policją. Urzędnik z Krakowa raportował: „Między najagresywniejszymi terrorystami i przywódcami bojówek byli wychowankowie UL w Gaci”. Jednak to policja zamordowała w sumie pięciu działaczy ZMW RP podczas tych protestów. Po zakończeniu strajku, „wiciarze” organizowali akcje pomocy ofiarom prześladowań i ich rodzinom. „Wzruszenie ogarniało /…/ gdy na pola /…/ aresztowanych za udział w strajku chłopów, maszerowały gromady chłopców i dziewcząt z koła /…/ »Wici« pomagać osamotnionej żonie lub matce /…/. Pracowali bez wynagrodzenia z gorliwością i zapałem, bo to była jakaś święta praca” – wspominał S. Malawski. Z kolei Solarz dokumentował łamanie prawa przez siły rządowe podczas strajku, aby ludowcy mogli w parlamencie przedstawić raport w tej sprawie.
***
W ZMW RP dość popularny był antyklerykalizm, często spotykany w całym ruchu ludowym. Krytyce poddawano faktyczne i wydumane postawy kleru – nadmierne bogacenie się, wspieranie warstw posiadających, porzucenie „ideałów chrystusowych” itp. Byli też w „Wiciach” nieliczni, lecz wpływowi działacze, którzy atakowali sam katolicyzm. Wieloletni kierownik ZMW RP i redaktor „Wici”, Niećko, oskarżał Kościół o wykorzenienie przemocą z Polski religii pogańskiej, opartej wedle niego na demokracji, łagodności, braterstwie i współbytowaniu z przyrodą. Uważał, że należy wrócić do dawnych form, rytuałów i postaw, propagował zastępowanie chrześcijańskiego wymiaru świąt nową, „pogańsko”-ludową formą celebracji.
Z kolei kler, nierzadko w środowisku wiejskim związany z ziemiaństwem, negatywnie reagował na program „wiciarzy”, widząc w nich kogoś na kształt bolszewików. Poza tym na wsi toczyła się walka o rząd młodzieżowych dusz między plebanią i organizacjami katolickimi (głównie Stowarzyszeniem Młodzieży Polskiej) a młodymi ludowcami.
To wszystko złożyło się na dość wrogi stosunek Kościoła wobec ZMW RP. Biskup kielecki Augustyn Łosiński już w 1929 r. potępił „Wici” jako organizację „bezbożniczą”. Rok później z podobną krytyką wystąpiła konferencja biskupów. To sprawiło, że w wielu parafiach księża atakowali lokalne koła „wiciowe”. Na początku 1936 r. prymas Polski August Hlond ogłosił list pasterski, w którym pisał, że „wiciarze” „/…/ szerzą w duchu bezbożnictwa ordynarny i bolszewicki antyklerykalizm, zalecając zastąpienie katolickiej etyki na wsi etyką świecką i swobodnym obyczajem /…/”. Wkrótce podobne listy pasterskie wystosowali biskupi częstochowski, tarnowski, przemyski i włocławski. Ks. Stanisław Bełch wydał pod pseudonimami dwie broszury, będące atakiem na „Wici”.
Co ciekawe, prymas Hlond, po odwiedzinach delegacji „wiciarzy” z Wielkopolski, na Boże Narodzenie 1936 r. przesłał swoje błogosławieństwo do tamtejszego ZMW (wówczas już należącego do ZMW RP). Wpłynęło to na postawę lokalnego kleru, który w aż 50% był przychylny działaniom młodzieży ludowej – w innych regionach ten odsetek był znacznie mniejszy. Deklaracje tej regionalnej struktury „Wici” potępiały „nadużywanie haseł katolickich i narodowych”, ale głosiły, że „w trosce o trwałość kultury polskiej wobec naporu bolszewizmu z jednej, a neopogańskiego hitleryzmu z drugiej /…/ – zasadę katolickości uznaliśmy za kamień węgielny młodowiejskiego ruchu”.
„Centrala” ZMW RP deklarowała, iż „»wiciowy« ruch młodzieży wiejskiej zasad chrześcijańskich nie podważa, lecz przeciwnie – wzmaga je w życiu jednostkowym i gromadnym /…/”. Tygodnik „Wici” pisał: „ruch wiciowy nie walczył i nie walczy z religią chrześcijańską – natomiast ruch uznaje zasady moralności chrześcijańskiej, co /…/ odróżnia nas od wyznawców materializmu dziejowego”. Krytykowano natomiast dążenia polityczne kleru i jego współpracę z prawicą oraz zamożnymi. M. Szczawińska pisała w „Wiciach” w grudniu 1935 r.: „/…/ widzimy olbrzymią jeszcze dal, jaka nas dzieli od urzeczywistnienia się Idei Jezusowej, choć tyle już lat minęło /…/, gdy tę ideę /…/ głosił i za nią swe życie oddał. O sprawiedliwość walczył, miłość wzajemną wśród ludzi biednych głosząc. Z nimi zawsze był. /…/ Nie z bogaczami”.
Wiele ataków kleru było nieuczciwych bądź opartych na pobieżnej znajomości poglądów „wiciarzy”. Mocno przesadzono np. z opinią o „nieobyczajności”. Właśnie ze względu na stanowisko Kościoła, w środowisku „Wici” nie przeforsowano – mimo dążeń kilku osób i grup – poparcia dla postulatu dopuszczania przerywania ciąży. „Wiciarze” w wielu miejscowościach propagowali urządzanie bezalkoholowych nie tylko wesel, chrzcin i pogrzebów, ale także zabaw ludowych.
Można spotkać także środowiska kościelne przychylne „Wiciom”. Tacy byli np. jezuici związani z periodykami „Sodalis Marianus” i „Wiara i Życie”. Z kolei pismo „Ruch Katolicki”, związane z Akcją Katolicką, w 1937 r. ripostowało wspomnianemu ks. Bełchowi: „/…/ zna ruch wiciowy tylko z pisma »Wici«, czytanego przy /…/ stoliku w mieście. Niech /…/ przyjedzie na wieś, /…/ obejmie funkcję proboszcza, jako odpowiedzialnego duszpasterza /…/, niech zacznie pracować /…/, prowadzić parafię, stowarzyszenia parafialne, akcję charytatywną, niech się zetknie bliżej z wiciarzami, a w ten czas zacznie innymi oczyma patrzeć na ten »konflikt«”.
Z kolei znany kapłan-społecznik, ks. Jan Zieja, nie tylko pozytywnie oceniał większość działań „wiciarzy”, ale także uczestniczył w ich konferencjach programowych, publikował w „MML”, przyjaźnił się z Solarzem. Dostrzegał negatywne z punktu widzenia Kościoła wpływy „patronów wolnomyślnych” na ZMW RP, ale zwracał uwagę na zbyt słabą pracę kapłanów w środowisku wiejskim oraz złe świadectwo, jakie Kościołowi i chrześcijaństwu wystawia zachowanie niemałej ilości księży.
***
„Z /…/ organizacjami opartymi na zasadach faszystowskich /…/ – jak: /…/ endeckie, /…/ komunistyczne itp. – ruch wiciowych nie będzie współpracował” – głosiła uchwała Zarządu Głównego ZMW RP z 2-3 maja 1936 r. Wyraża ona wierność demokratyzmowi oraz wskazuje na kluczowe podziały polityczne.
„Nasza idea odmienna od idei Dmowskich i faszyzmów wszelakich” – pisał S. Ignar w „Wiciach”. Nacjonalizm uznawano za doktrynę „ciasną”, opartą na nienawiści i wykluczaniu, zaś jej zwolennikom zarzucano niechęć wobec demokracji i dążenia totalistyczne. Uważano, że hasła endeków są kamuflażem dla interesów warstw posiadających i chęci blokowania reform społecznych. Zarząd Główny ZMW RP w uchwale z maja 1936 r. stwierdził, iż: „/…/ to, co się reklamuje w Polsce i w innych krajach jako ruch narodowy – jest tylko ruchem politycznym pewnych grup i warstw społecznych o celach wyraźnie klasowych – które, poza parawanem /…/ haseł i idei narodowej, dążą do zrealizowania /…/ programu wstecznego pod względem politycznym, a przede wszystkim społecznym i kulturalnym”. Z kolei „MML” uważała, że „Jednym z pierwszych czynów zwycięskiej endecji byłoby zgniecenie wszystkich ruchów i strzaskanie wszelkich organizacji”. To samo pismo w 1936 r. głosiło, że celem narodowców jest „Zacząć awanturę pod przykrywką walki z Żydami, uderzyć potem na »komunistów«, to znaczy cały obóz ludowy i socjalistyczny, rozbić go – i hulaj dusza! – faszyzm swój, narodowy, endecki zaprowadzić! Wtedy już wszystko poszłoby gładko i składnie, chłopa bierze się za pysk, robotnikowi kajdanki”. T. Rek dodawał, że „W nienawiści rasowej chcą utopić całą dążność mas chłopskich do rzeczywistych i koniecznych zmian ustrojowych”.
Początkowo w łonie ZMW RP pojawiały się sporadyczne wypowiedzi krytyczne pod adresem Żydów, dotyczące konfliktu interesów ekonomicznych, głównie w sferze handlu i kredytów. Jednak coraz częściej podkreślano, iż Żydzi stanowią, tak jak Polacy, zbiorowość zróżnicowaną ekonomicznie, są zatem wśród nich wyzyskiwacze oraz wyzyskiwani. Przede wszystkim uważano, że rozwiązaniem konfliktu ekonomicznego nie jest walka narodowo-rasowa z Żydami, lecz zmiany w systemie gospodarczym. Wiosną 1937 r. „Wici” pisały: „/…/ wrogami chłopa i organizacji chłopskich są też Żydzi, ale nie ci spośród Żydów, którzy żyją, podobnie jak my, w nędzy i ciemnocie, jeno Żydzi kapitaliści, przemysłowcy i obszarnicy. Ale takimi samymi wrogami chłopów i organizacji chłopskich są kapitaliści, przemysłowcy i obszarnicy innych wyznań religijnych czy /…/ pochodzenia narodowościowego”. J. Dusza na łamach „Znicza” przekonywał, że wśród Żydów „/…/ tak jak i w innych grupach narodowościowych, obok proletariatu i ludzi uczciwie na chleb zarabiających, zobaczymy ludzi wyzysku żyjących z krwi i potu ludzi pracy. /…/ [Tym] drugim musimy wydać ostrą i bezwzględną walkę /…/ nie dlatego, że są Żydami, ale dlatego, że są wyzyskiwaczami, tak samo jak walczyć się musi z wszystkimi innymi wyzyskiwaczami, chociażby byli patentowanymi Polakami”.
Podobne stanowisko zajmowano wobec innych mniejszości narodowych. Szczególnie słowiańskie, w znacznej mierze „chłopskie”, z Kresów, traktowali „wiciarze” jako pobratymców. W odniesieniu do Białorusi głoszono koncepcję federacji obu krajów. Twierdzono, że wszelkie szykany i naciski przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych. Uważali, że Ukraińców należy z Polską związać przyznaniem swobód kulturowych i religijnych oraz autonomii politycznej. „Znicz” pisał: „Przeciwstawienie nacjonalizmowi ukraińskiemu nacjonalizmu polskiego do niczego nie doprowadzi. Pogłębi tylko istniejącą przepaść. /…/ Polska Ludowa musi uwzględnić na tym terenie jednakowo potrzeby chłopa polskiego i ukraińskiego”. Ale zasada działała w obie strony. T. Rek pisał w „Wiciach”, że „jak /…/ zwalczamy szkodliwy nacjonalizm polski, tak też uważamy za zgubny nacjonalizm innych narodowości, pozostających w granicach państwa polskiego. Nacjonalista ukraiński, białoruski, litewski czy żydowski /…/ swoją nieobliczalną działalnością leje wodę na młyn polskich ugrupowań nacjonalistycznych i przynosi ogromną krzywdę i swojej narodowości, i /…/ całemu społeczeństwu”.
***
ZMW RP zajmował negatywne stanowisko również wobec komunistów. Kluczową rolę odgrywały zarzuty o postawy antydemokratyczne, dochodziła też krytyka uzależnienia od ZSRR i tamtejszego zamordyzmu. Swoje zrobiły zajadłe ataki werbalne komunistów na „wiciarzy” i agraryzm, stosowanie takich określeń, jak „wiejska burżuazja”, „sługusy sanacji”, „ludofaszyzm” etc. Po 1936 r., wraz ze zmianą dyrektyw Stalina, stonowano je, a nawet próbowano przekonać „wiciarzy” do tzw. frontu ludowego.
ZMW RP negatywnie oceniał zarówno idee, jak i taktyczne wybiegi komunistów. Uchwała Zarządu z 2-3 maja 1936 r. głosiła: „Hasło tzw. frontu ludowego dla obrony demokracji przed faszyzmem /…/ jest wyrazem zmiany taktyki na drodze do przenikania i opanowywania ruchów demokratycznych celem zepchnięcia ich w łożysko ideologii wytyczonej ze stanowiska politycznej racji stanu Rosji Sowieckiej. /…/ Komunistyczna akcja, z jej obłudnymi i prowokacyjnymi metodami – będzie ze specjalnym naciskiem zwalczana na równi z akcją klerykalno-endecką i sanacyjno-faszystowską”. Kolejna uchwała mówiła: „/…/ potępiamy nieuczciwą taktykę komunistów, którzy pod osłoną haseł demokratycznych usiłują w nieświadomych masach wywołać odruchy, za które krwią i więzieniami płacą niewinni, gdy /…/ inspiratorzy pozostają w ukryciu”. Mazowiecki ZMW przestrzegał członków przed współpracą z komunistami. Na początku roku 1937 z ZMW RP usunięto sporo osób znanych z sympatii komunistycznych oraz rozwiązano kilka kół terenowych, w których silne wpływy mieli komuniści.
Na łamach „Znicza” ZSRR wraz z hitlerowskimi Niemcami i faszystowskimi Włochami potępiano jako systemy totalistyczne. Stwierdzano, że „komunizm jest sprzeczny z naturą ludzką” i że należy odrzucić idee komunistyczne „tam bowiem, gdzie program ich został wykonany, idea sprawiedliwości społecznej nie została zrealizowana, ucisk i wyzysk mas chłopskich dalej pozostał na porządku dziennym”. J. Borkowski pisał: „Nawet najbardziej lewicowi działacze ruchu wiciowego ogłaszali w tym czasie [II poł. lat 30. – przyp. R. O.] artykuły odgradzające się od bolszewizmu lub potępiające stalinowskie metody rządzenia”. Znamienne są opinie z „Chłopskiego Życia Gospodarczego” (organ Łódzkiego ZMW), najbardziej lewicowego spośród periodyków środowiska „wiciarzy”. N. Kasperek stwierdzał, że „ruch ludowy w Polsce idzie drogą /…/ samodzielną, nie wzorując się ani na komunizmie, ani też na endeckim faszyzmie”. J. Orchowski dodawał: „socjaliści i ludowcy nie chcą mieć z komunistami nic wspólnego”. O sowieckich sowchozach pisano, że ten sposób gospodarowania „jest źródłem panowania jednostki (komisarza) nad masami, czyli wraca mimo woli do formy kapitalistycznej”.
Potępiano sowiecką przemoc, przymusowe tworzenie kolektywów rolnych, brak demokracji i swobód obywatelskich. Marksizm krytykowano za apoteozę rewolucji i wyolbrzymianie znaczenia proletariatu. Negatywnie oceniano biurokrację, scentralizowanie podejmowania decyzji.
Najbliżej, oprócz Stronnictwa Ludowego, było „wiciarzom” do PPS-u i jego młodzieżowych organizacji, jak OMTUR. Łączyły ich ideały sprawiedliwości społecznej i radykalnych reform socjalnych. W robotnikach widzieli naturalnych sojuszników. Z jednej strony, co prawda, mieli oni łatwiejszy dostęp do wielu dóbr, z drugiej zaś byli – inaczej niż chłopi – wyzuci z własności środków produkcji. Ideał Polski Ludowej miał się ziścić właśnie we współpracy z lewicą stojącą na gruncie patriotyzmu i niepodległości Polski. Wiele zrobiono dla zadzierzgnięcia takiego sojuszu – spotkania, wzajemne przedruki artykułów programowych, wspólne imprezy (np. zorganizowana przez Łódzki ZMW na stadionie Robotniczego Towarzystwa Sportowego w Łodzi).
***
Rozwój sytuacji przyspieszył udział „wiciarzy” w „wielkiej polityce”. Mieli oni znaczny wpływ na powstanie zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Już po połączeniu chłopskich ugrupowań kładli nacisk na jedność, zwalczając rozłamy oraz zadawnione waśnie. Uważali, że wieś musi mówić jednym głosem, gdyż w przeciwnym razie przegra swoje interesy. Walny Zjazd ZMW RP w 1931 r. uznał SL za jedyną polityczną reprezentację ruchu ludowego.
W połowie lat 30. „wiciarze” wyrośli na czołowych teoretyków partii ludowej, a wkrótce zaczęli się liczyć w jej władzach. Po kryzysie i mini-rozłamie w SL, latem 1935 r. pięciu działaczy ZMW RP zostało dokooptowanych do Naczelnego Komitetu Wykonawczego partii. To jeszcze bardziej zwiększyło ich wpływ na stronnictwo, doprowadzając do jego radykalizacji programowej i praktycznej. Było to możliwe także dzięki wsparciu, jakie uzyskali od działaczy starszego pokolenia, m.in. Ireny Kosmowskiej, Stanisława Thugutta i Macieja Rataja. Ten ostatni wspominał: „Na całość ruchu ludowego Wici wywarły wielki wpływ i tego się wcale nie wstydzę”. Wkrótce deklaracje ideowe dość skostniałego SL zaczęły zawierać postulaty żywcem skopiowane od radykalnych „wiciarzy”, zwłaszcza w kwestiach społeczno-gospodarczych. Starosta powiatu tarnobrzeskiego pisał w raporcie do władz centralnych: „/…/ po ostatnich wypadkach strajkowych można twierdzić, że nie SL wywiera wpływ na związek »Wici«, ale odwrotnie”.
Liderzy ZMW RP negatywnie oceniali „politykierstwo” starszego pokolenia ludowców. J. Grudziński krytykował „wiecowy” i sloganowy sposób uprawiania polityki przez „starych”: „Dziś, gdy na kartce wyborczej można budować najwyżej /…/ domek z kart, słowo musi /…/ uczyć /…/ dokonywania zbiorowym wysiłkiem faktów, z których każdy /…/ będzie szczeblem rozwojowym w jakiejś dziedzinie życia wsi /…/”. S. Świetlik stwierdzał: „/…/ koła Stronnictwa Ludowego należałoby /…/ oczyścić z »polityki«, polegającej na intrygowaniu, zaszczepianym przez »wodzów« wzajemnie się zwalczających. Natomiast zaszczepić nieco więcej troski o społeczne życie wsi”. Krytykę budziły także niektóre inicjatywy polityków starszego pokolenia. Młodzi negatywnie oceniali np. próby pozyskania SL do centroprawicowego Frontu Morges.
„Wiciarze” niejednokrotnie protestowali przeciwko przedmiotowemu traktowaniu młodzieży ludowej. W 1933 r. w specjalnej odezwie pisali: „/…/ uważamy za niewłaściwe i szkodliwe dla Związków Młodzieży Wiejskiej czynienie z /…/ ich ogniw organizacyjnych terenu akcji politycznej i posługiwanie się nimi przez Stronnictwo Ludowe /…/ i jego działaczy jako instrumentem do /…/ doraźnych celów politycznych”. A. Bień po latach wspominał: „Ruch »wiciowy« pragnął ukształtować nowy typ chłopa-obywatela, który będzie czuł swą odpowiedzialność za rozrost całego polskiego dobytku, a nie tylko tej jego części, którą można zmieścić w komorze, stajni, stodole. To się wielu – również ludowcom – nie podobało. W różny sposób próbowali nas rozbijać, wyciszać, ku sobie kaptować”.
„Wiciarze” byli przekonani, że nową wieś trzeba tworzyć „od dołu”, oni sami zaś mają być cząstką ruchu społecznego, nie zaś „partyjniakami”. Patrzono im zresztą na ręce. Maria Maniakówna pisała: „Baczmy, by koledzy nasi w zapamiętaniu, w ostrej walce partyjnej, do sprawiedliwej Polski poprzez krzywdę ludzką nie szli”.
***
Światopogląd członków ZMW RP można określić jako „agraryzm wiciowy”, w odróżnieniu od pokrewnej, lecz odmiennej wersji, jaką był „agraryzm środkowoeuropejski”. Ten ostatni reprezentowali głównie działacze ludowi z Czechosłowacji, Jugosławii i Bułgarii, zwłaszcza Słowak Milan Hodża oraz Czech Antonin Švehla. Hodża twierdził, że chłopi są specyficzną warstwą społeczną, na co składają się trzy filary: tradycja religijna (wieś jest mocniej przywiązana do wartości religijnych niż miasto), rodzina (silne więzi rodzinne i poczucie wspólnoty, w przeciwieństwie do miejskiego indywidualizmu i atomizacji) oraz poczucie porządku społecznego.
„Wiciarze” znali idee agrarystyczne już przed rozłamem w CMZW. Zarówno wtedy, jak i później współpracowali z agrarystami czeskimi i innych krajów w ramach Słowiańskiego Związku Młodzieży Wiejskiej. Dokonali jednak wieloaspektowej refleksji, nadając tej doktrynie nowy kształt, bardzo odmienny od koncepcji „ojców-założycieli”.
„Wiciarze” kładli nacisk na inne aspekty chłopskiego bytowania. Podkreślali wartość i znaczenie pracy na łonie natury. To właśnie bytowanie wśród przyrody, w rytmie pór roku, decydowało o specyfice chłopskiej postawy, uodparniając mieszkańców wsi na postulaty utopijne oraz „miejskie” myślenie w kategoriach dychotomii i skrajności. Z przyrodą – bardziej niż z wierzeniami religijnymi – wiązał się „mistycyzm” chłopów i niechęć wobec doktryn materialistycznych, nawet gdy dystansowali się wobec instytucji kościelnych.
Drugim elementem, na który zwracali uwagę, było prowadzenie gospodarstwa rolnego. Taka forma własności uczyła chłopów indywidualizmu, poczucia wolności, odpowiedzialności i roztropności oraz polegania na sobie. Nie wiązała się ona z wyzyskiem i żerowaniem na innych, gdyż każdy gospodarował „na własnym”. Dodatkowo jednak – to trzeci istotny czynnik – uczyła współpracy. Efektywna uprawa ziemi i hodowla zwierząt wymagały współdziałania całej rodziny, a wiele zadań realizowano w obrębie wsi w szerszym kręgu – w „gromadzie”, czyli całej lokalnej społeczności lub jej znacznej części.
W efekcie powstawał splot jednostkowej niezależności (antyteza komunistycznego kolektywizmu), silnego zakorzenienia we wspólnocie (przeciwieństwo liberalnego indywidualizmu) oraz „rdzennej” demokracji i samostanowienia (przeciwieństwo konserwatyzmu). I. Solarz przekonywał: „Drobne gospodarstwo chłopskie chowa w sobie dziwną tajemnicę łagodzenia /…/ przeciwieństw /…/, jakie niepokoją i wywracają dotychczasowy ustrój społeczno-gospodarczy, przeciwieństw między pracą a posiadaniem i rozporządzaniem owocami tej pracy /…/. /…/ wszyscy są i przy pracy, i przy rządzeniu, sprawiedliwie dokonuje się rozdział świadczeń i korzyści. Jest to wartościowy psychicznie podkład pod zrzeszeniową dobrowolną organizację w nowym ustroju”.
Chłopi stanowili wówczas znakomitą większość społeczeństwa, a sama wieś – terytorialny „rdzeń” państwa. A także jego biologiczny fundament z racji produkowania żywności. Splot czynników obiektywnych (liczebność, znaczenie społeczno-gospodarcze) z subiektywnymi (chłopski etos i styl życia), sprawiał zdaniem agrarystów, że chłopi powinni mieć dużo większe znaczenie w państwie. W. Furmanek głosił w „Wiciach”: „Twórcą ustroju sprawiedliwego może być tylko człowiek pracy twórczej, a przede wszystkim człowiek tworzący chleb wespół z ziemią i przyrodą całą”. W „Zniczu” pisano: „Różnym kierunkom polityczno-społecznym, jak liberalizm, socjalizm, komunizm itp. przeciwstawiamy /…/ nowy kierunek, rodzący się obecnie z żywiołową siłą /…/ Ziemia, chłop-człowiek i jego stosunek do świata – oto rusztowanie, około którego mamy wznosić gmach nowego światopoglądu”.
***
Początkowo agraryzm bazował na ogólnikowych postulatach poprawy ekonomicznej sytuacji wsi, zwiększenia politycznego znaczenia chłopów, nasycenia kultury narodowej wartościami kultury ludowej. Zmiana miała nastąpić dwutorowo. Państwo powinno przeprowadzić reformy, a sama wieś musi dokonać olbrzymiej pracy społecznej oraz nabrać wiary w siebie i zmienić złe nawyki. Od państwa „wiciarze” domagali się głównie reformy rolnej, rozwoju szkolnictwa dla młodzieży wiejskiej, działań na rzecz modernizacji upraw i hodowli, różnych gwarancji instytucjonalno-ustawowych. Sami zaś zamierzali dołożyć starań, aby wieś zreformować „od dołu”. Uchwała Zarządu Głównego ZMW RP ze stycznia 1933 r. głosiła: „Mamy dążyć i pracować nad tym, aby we wspólnym i wielkim gospodarstwie, jakim winna być Polska, nie było uprzywilejowanych i wyzyskiwanych, przesyconych i głodnych, aby praca wszystkich warstw i zawodów, a więc i praca drobnych rolników – była należytą opieką otaczana i sprawiedliwie wynagradzana”.
Szybko jednak okazało się, iż strukturalne zmiany wsi są znikome (niewielka skala i tempo reformy rolnej), a zamiast rozwoju demokracji sanacja ogranicza prawa obywatelskie. Kryzys gospodarczy końca lat 20. i początku 30., szczególnie dotkliwy na wsi, rozwiał z kolei złudzenia, że pozytywne przeobrażenia są możliwe w ramach kapitalizmu. Walny Zjazd z lata 1933 r. deklarował, że kapitalizm jest źródłem nędzy i wyzysku, opiera się na ugruntowaniu nierówności i niesprawiedliwości w podziale dóbr. Postulowano, aby ziemię uprawną jako podstawę bytu społecznego i gospodarczego oddać tym, którzy ją uprawiają. J. Dusza na łamach „Wici” grzmiał: „Zbudowane chłopskimi rękami szlacheckie pałace i magnackie zamki przemienić się muszą w chłopskie uniwersytety i domy kultury”. S. Słupek w „Zniczu” pisał: „warstwy tzw. wyższe (szlachta, kler, część mieszczaństwa) w ciągu wieków przyzwyczaiły się /…/, że chłop wiecznie ma na kogoś robić /…/, w chwili obecnej toczy się zażarta walka /…/ z każdym przejawem samodzielności ruchu chłopskiego”. W. Bieniasz oznajmiał w „Wiciach”, że „My, dzisiejsze pokolenie wsi – zaczynamy zdobywać się na odwagę /…/ samodzielnego myślenia i robienia w gromadzie dla gromady. Bez opiekunów i patronów – i nie dla opiekunów i patronów, ale dla własnej sprawy chłopskiej”. W. Kojder pisał w „Zniczu”: „/…/ wieś szuka własnej, nie wzorowanej na kimś drogi. Na wsi rodzi się potrzeba urządzenia i zagospodarowania Polski po /…/ chłopsku”.
Sedno ideologii agrarystycznej w kwestii roli i znaczenia chłopów dobrze streścił W. Piątkowski: „Założenie, iż związek człowieka z ziemią określa jego wartości moralne i obywatelskie, implikuje tezę o prymacie politycznym chłopów”. Na łamach „MML” przekonywano zatem: „/…/ agraryzm ma w chwili obecnej najwięcej szans ku temu, aby stać się nie tylko /…/ ideologią całej warstwy chłopskiej, ale również ideologią Polski /…/”.
***
Nie chodziło bynajmniej o naiwne wizje „rządów wsi”. Z biegiem czasu coraz bardziej krytycznie odnoszono się do popularnych wcześniej koncepcji „rustykalnych”, autorstwa głównie J. Niećki. Wybijający się na czołowego teoretyka ruchu S. Miłkowski krytykował „typowe podejście pewnej kategorii »myślicieli« /…/, którzy wierzą głęboko /…/, że chłop w Polsce ma wielkie posłannictwo dziejowe do spełnienia. Trzeba tylko obudzić w nim twórcze prasiły, odziedziczone po pradziadach, trzeba, aby w masie swojej uczuł ową słoneczność i radość życia /…/ przodków orzących miłośnie i szczęśliwie matkę ziemię, a wszystko inne automatycznie zostanie rozwiązane”.
Krytykowano jednak kulturę miejską i takiż styl życia, podkreślano wartościowe cechy wsi. Ten sam Miłkowski pisał w 1935 r.: „Agraryzm jest /…/ reakcją i protestem przeciwko zbytniej urbanizacji społeczeństwa, a więc odrywania go od ziemi. Jest kierunkiem, który /…/ przeciwstawia się koncentracji ludności w miastach i nie tylko ludności, ale również dóbr materialnych, kulturalnych itp. /…/ Miasto jako sztuczne siedlisko ludzkiego bytowania na przestrzeni dłuższego okresu czasu degeneruje człowieka fizycznie i moralnie, zabija w nim siły twórcze, mechanizuje go”.
Nie należy jednak utożsamiać tych deklaracji z infantylnymi tęsknotami za „rajem utraconym”. Choć „wiciarze” krytycznie oceniali część aspektów rozwoju przemysłu, urbanizacji itp., to uważali, że w gospodarce rolnej należy wdrożyć wiele technologii, które ułatwiłyby osiąganie dobrych efektów pracy, uczyniły ją lżejszą, pozwoliły chłopom sprawniej współpracować itp. Uznawano, że Polska powinna być przede wszystkim krajem agrarnym, z dominującą produkcją i przetwórstwem płodów rolnych. Jednocześnie z dużym uznaniem przyjęto budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego, jako krok do rozwoju kraju oraz sposób na „wchłonięcie” przez przemysł nadwyżki ludności z terenów wiejskich.
W przełożeniu na język konkretów wszystko to przybierało ciekawe postaci. „Wiciarze” postulowali m.in. dekoncentrację przemysłu i instytucji publicznych oraz nakładów budżetowych. Chodziło o częściowe przeniesienie do średnich i małych miast, aby prowincjusze mieli do nich równomierny dostęp, zaś wielkie aglomeracje przestały odgrywać dominującą rolę kulturową i gospodarczą. S. Młodożeniec pisał w „MML” w 1935 r.: „Wszelkie dobra materialne i kulturalne, które ześrodkowały się w zaduchu wielkomiejskim, będą równomiernie rozprowadzone po całym kraju”. Same miasta postulowano przekształcić tak, aby powiększyć tereny zielone, promować indywidualne domy z ogródkami itp. Zamiast wielkich skupisk ludności, proponowano tworzenie mniejszych ośrodków, w formie tzw. miast-ogrodów, dogodnie skomunikowanych, lecz oddzielonych terenami leśnymi i wiejskimi.
Z kolei kulturę narodową „wiciarze” chcieli nasycić wątkami zaczerpniętymi z kultury ludowej. Nie chodziło o powierzchowną chłopomanię, lecz o dostrzeżenie lekceważonych aspektów ludowego dorobku. Pozwoliłoby to tchnąć nowe siły w kulturę narodową i powstrzymać tendencje kosmopolityczne. Uchwała Zarządu z 2-3 maja 1936 r. głosiła: „Ruch wiciowy /…/ nawiązujący do rodzimych pierwiastków kultury ludowej – mimo że /…/ wychodzi z pobudek klasowych, w istocie swojej ma charakter najbardziej narodowy. Na tych bowiem rodzimych pierwiastkach kultury ludowej musi się oprzeć budowa nowej kultury narodowej i odnowa życia polskiego /…/”. „Wiciarze” mocno akcentowali „swojskość” kultury ludowej i jej narodowy charakter. Uważali, że chłopi najlepiej „przechowują” wzorce składające się na polskość, gdy inne warstwy i środowiska ulegają trendom kosmopolitycznym.
„Przeciwstawianie się /…/ treściom kulturowym reprezentowanym przez inne warstwy społeczne nie było /…/ sprzeczne z /…/ ideą wspólnego tworzenia kultury narodowej. Miało tylko przyczynić się do ustalenia właściwych proporcji udziału w niej kultury chłopskiej, którą oceniano za pomocą takich kryteriów, jak: rodzimość wynikająca ze słowiańskiej genealogii, wysoki poziom moralny i etyczny wywodzący się z samej istoty związków z ziemią i charakteru pracy” – tak wizję „wiciarzy” podsumowują M. Drozd-Piasecka i W. Paprocka.
***
„/…/ teza agrarystów wiciowych [głosiła], iż demokracja polityczna w najgłębszym znaczeniu tego terminu zakłada istnienie demokracji ekonomicznej, ponieważ nierówności ekonomiczne ograniczają demokrację polityczną /…/” – pisze W. Piątkowski. Oprócz moralnego wymiaru biedy i wykluczenia, bardzo istotny był dla „wiciarzy” właśnie aspekt społeczno-polityczny tych zjawisk. Jeśli Polska ma być krajem „obywatelskim” i demokratycznym, musi oprzeć się na niwelacji znacznych różnic w kwestii posiadania osobistych majątków, kontroli środków produkcji oraz wpływu każdego człowieka na własne miejsce w procesach wytwórczych. Z takich przesłanek, wzmocnionych wpływem czynników obiektywnych (kryzys gospodarczy lat 30., ugruntowana bieda na wsi) oraz klimatem epoki (powszechne przekonanie o wyczerpaniu możliwości rozwojowych kapitalizmu), wypływał program gospodarczy agraryzmu „wiciowego”.
Jego sednem była oczywiście „kwestia chłopska”, czyli akcentowanie konieczności stworzenia jak najlepszych warunków dla indywidualnych (rodzinnych) gospodarstw rolnych. Gospodarstwa rolne nie opierają się na wyzysku pracowników najemnych, natomiast ich kondycja zależy od pracowitości, pomysłowości i inicjatywy właścicieli. Na tę ostatnią kwestię negatywny wpływ mają jednak czynniki niezależne od chłopów. Pierwszy to struktura własności ziemi w Polsce. Gospodarstwa były wówczas niewielkie, ich grunty rozdrobnione, brakowało ziemi na potrzeby tworzenia nowych (młode pokolenie). Większość chłopów nie dysponowała warsztatem pracy wystarczającym do godnego poziomu życia, mimo dużej pracowitości oraz wydajności. Dlatego kluczowym postulatem „wiciarzy” była reforma rolna. Nie był to postulat nowy w ruchu ludowym, jednak ZMW RP nadał mu radykalny wymiar.
Deklaracja Walnego Zjazdu z jesieni 1933 r. stwierdzała dość ogólnikowo, iż „/…/ ziemia, jako podstawowy /…/ czynnik w życiu narodu i państwa i jako warsztat, w którym wytwarzane są konieczne dla całego społeczeństwa produkty rolne, winna w ilościach nadających się do racjonalnego gospodarowania należeć do tych obywateli, którzy sami na niej pracują”. Była to zapowiedź odmówienia racji bytu rolnym posiadłościom wielkoobszarowym, bazującym na pracy najemnej. Uchwały późniejsze o dwa lata stwierdzały, iż „własność prywatną środków produkcji, będącej w swej nieograniczonej formie podstawą dzisiejszego ustroju kapitalistycznego, agraryzm uznaje tylko tam, gdzie względy społeczne tego wymagają; w żadnym wypadku nie może ona stwarzać warunków do wyzysku człowieka przez człowieka. /…/ ziemia w całości musi przejść w ręce tych, którzy na niej osobiście pracują. Podstawą przyszłego ustroju rolnego będzie samodzielny warsztat rolny, obrabiany rękoma na nim osiadłej rodziny, jako gwarantujący najwyższą wydajność i łączący w sobie zgodnie element pracy i kapitału”.
Uchwały ZG z listopada 1936 r. domagały się już wprost wywłaszczenia wielkiej własności ziemskiej (prywatnej, publicznej, kościelnej) bez odszkodowania. Konieczność reformy rolnej uzasadniano nie tylko względami społecznymi, lecz także ekonomicznymi. „Wici” pisały, że „drobny rolnik z tej samej powierzchni ziemi potrafi nawet czterokrotnie więcej wygospodarować aniżeli obszarnik” (powoływano się na analizy W. Grabskiego). Nie określono dokładnie obszaru, od jakiego należałoby rozpocząć wywłaszczanie, m.in. dlatego, że każdy region oraz struktura upraw i hodowli miały swoją specyfikę. Dlatego też pojawiły się głosy, że skala reformy powinna być zróżnicowana (zaczynać się powinna powyżej 20, 30 lub 50 ha, zależnie od okoliczności). Nie uważano też, by rozparcelowanie wielkich posiadłości wystarczyło dla znaczącego polepszenia sytuacji wsi – obszar ziemi do podziału oraz ilość bezrolnych i gospodarstw karłowatych nie pozwalały mieć takiej nadziei.
Agraryści uważali, że jedną z przyczyn mizernej kondycji wsi jest pośrednictwo w handlu. Producenci wiejscy otrzymują niewielką zapłatę, jednak konsumenci w miastach płacą drogo, gdyż większość zysku przejmują pośrednicy. Wpływa to na zjawisko tzw. nożyc cenowych – mieszkańcy wsi uzyskują niewielkie stawki za płody rolne, natomiast produkty przemysłowe, które muszą nabywać, są drogie. Utrzymuje to wieś w stanie zacofania ekonomicznego, gdyż poza przetrwaniem nie ma możliwości poczynienia inwestycji, dokonania modernizacji gospodarstw i podniesienia poziomu życia.
Rozwiązaniem problemu powinna być spółdzielczość. „Prywatne pośrednictwo handlowe, będące dzisiaj w przeważnej części podstawą wyzysku i źródłem niewspółmiernego do wysiłków bogacenia się jednostek, musi zniknąć, zaś jego funkcje we wszystkich stadiach i formach przejmie spółdzielczość” – głosiła uchwała Walnego Zjazdu z 1935 r. Rozwój spółdzielczości sprawiłby, że chłop uzyskiwać miał zacznie wyższe dochody. Wkrótce uznano, że spółdzielczość powinna także dostarczać na wieś produkty przemysłowe. Uchwała Ogólnopolskiej Konferencji Przedstawicieli Komisji Gospodarczych SL i „Wici” z jesieni 1938 r. głosiła: „/…/ skoncentrowanie w ludowych ośrodkach dyspozycji obrotu wytworami rolnika może w przyszłości wytworzyć taką siłę gospodarczą, która będzie się mogła przeciwstawić potędze zgubnych dla wsi zmów kapitalistycznych. Tak pojęta spółdzielczość będzie /…/ nie tylko wyrazem wszechstronnego postępu wsi /…/, lecz również /…/ instrumentem walki w dziedzinie gospodarczej i społeczno-kulturalnej w rękach świadomej i niezależnej ludności wiejskiej”.
***
Z owych typowo „wiejskich” przesłanek wypływała znacznie głębsza refleksja „wiciarzy” na tematy gospodarcze. Z tych samych powodów, dla których w rolnictwie poparli indywidualny wysiłek oraz upowszechnienie własności prywatnej, w innych dziedzinach zaproponowano rozwiązania zgoła odmienne. Oprócz rolnictwa i drobnego rzemiosła (które agraryści traktowali z podobną atencją, jak trud rolnika), pozostałe formy pracy w kapitalizmie oparte są na wyzysku i korzystaniu z pracy najemnej. Rozwiązaniem tej kwestii agraryści zamierzali uczynić spółdzielczość. Walny Zjazd ZMW RP z 1-2 listopada 1931 r. deklarował: „/…/ wzrastające zubożenie i nędza /…/ ma źródło w systemie gospodarki kapitalistycznej, opartej na pracy dla zysku. Przeciwstawieniem tego systemu jest rozwijający się ruch spółdzielczy, oparty na wzajemnej pomocy ludzi pracy. Tworzy on nowe formy gospodarki społecznej, gdzie walkę i nienawiść zastąpi współdziałanie, a celem będzie człowiek i jego potrzeby”.
Spółdzielczość miała szybko i namacalnie poprawić kondycję gospodarczą rolnictwa i społeczności wiejskich. Chodziło nie tylko o handel produktami rolnymi i zaopatrzenie wsi w wyroby przemysłowe. Spółdzielcze formy gospodarowania miały na prowincji objąć całą bazę przetwórczą: mleczarnie, chłodnie, przerób mięsa, młyny i piekarnie, a także sektor finansowy (spółdzielcze kasy oszczędnościowo-pożyczkowe) i techniczny (użytkowanie maszyn rolnych, elektryfikacja wsi itp.). W tej kwestii „wiciarze” przywoływali jako wzór znakomite osiągnięcia spółdzielczości wiejskiej w Danii i w Jugosławii.
Ale spółdzielcze wizje nie ograniczyły się do wsi. Związkowy tygodnik pisał: „/…/ ustrój całego państwa winien być oparty na formach spółdzielczych, gdyż spółdzielczość oparta jest na demokratyzmie, na woli członków, ogółu”. W. Fołta na tych samych łamach przekonywał: „My spółdzielcy /…/ nie gromadzimy broni, nie stawiamy barykad, nie nawołujemy do rewolucji. Ale dziś już, nie czekając na to, żeby ktoś nam przyniósł poprawę, budujemy nowy świat, świat uczciwszy i lepszy”. W „Zniczu” pisano: „W spółdzielczości jest najmocniej zaakcentowana idea miłości bliźniego, walka z wyzyskiem /…/. Spółdzielczość uwzględnia wolność osobistą jednostki, wszystko uzależnia od jej dobrej woli”. Dlatego też spółdzielczość widzieli „wiciarze” jako rozwiązanie ogólnospołeczne. Zwłaszcza w miastach i przemyśle zniosłaby ona wyzysk, umożliwiła wpływ pracowników na całokształt warunków zatrudnienia, odnowiła nadwerężonego ducha współpracy. W „MML” S. Młodożeniec wzywał: „Wszystka więc ziemia – chłopom! Wszystkie inne warsztaty pracy – robotnikom, na zasadach spółdzielczego ładu”. W jego wizji Polska stać się miała Kooperatywną Republiką Ziem i Zawodów.
To wszystko miało się dokonać w znacznej mierze oddolnym wysiłkiem, poprzez świadomą, długofalową pracę coraz szerszych kręgów społecznych na wsi i w miastach. Bardzo krytycznie oceniano pseudospółdzielczość sowiecką, opartą na kontroli państwa i przymusowym udziale, stanowiącą de facto sektor gospodarki państwowej. Krytykowali zamordyzm, skutkujący nie tylko wypaczeniem idei spółdzielczości, ale także mizernymi efektami gospodarczymi, wywołanymi pracą „na siłę”, bez entuzjazmu i zaangażowania oraz wpływu na rzekomo wspólną własność.
„Wiciarze” domagali się od państwa wsparcia spółdzielczości – nie poprzez zakładanie spółdzielni czy inne formy bezpośredniej ingerencji, lecz dogodnego systemu podatkowo-kredytowego, kampanii informacyjnych, rozwoju sektora naukowo-badawczego na potrzeby tej formy gospodarowania etc. Gospodarka miała przybrać charakter „obywatelski” – oparty na dobrowolnym akcesie i udziale, oddolnej kontroli, samodzielności, ograniczeniu do niezbędnego minimum ciał i funkcji biurokratyczno-nadzorczych. Takie stanowisko zbliżało ich do wizji „socjalizmu bezpaństwowego” E. Abramowskiego oraz do koncepcji anarchizmu. Ale tylko zbliżało. Agraryści byli realistami i nie podzielali hurraoptymistycznej oceny natury ludzkiej. Dlatego nie odrzucili potrzeby istnienia instytucji państwowych. Dążyli natomiast do tego, by stworzyć silne i prężne społeczeństwo obywatelskie – świadome swych praw, zdolne kontrolować władzę i wymóc na niej realizację swoich postulatów.
***
Zarówno w kwestii własności ziemskiej, jak i przemysłowej uważali, że jej koncentracja jest szkodliwa, a istniejąca struktura posiadania uniemożliwia przeobrażenia społeczne. Uchwała Walnego Zjazdu ZMW RP z 1935 r. głosiła: „Fabryki, kopalnie, banki, większe obszary lasów oraz zbiorowe jednostki gospodarki rolnej przejdą na własność zorganizowanego społeczeństwa (państwo, samorząd, spółdzielczość)”. Wszelka wielka własność środków produkcji miała zostać wywłaszczona przez państwo bez odszkodowania.
Agraryzm postulował gospodarkę trójsektorową. Kluczowe i strategiczne gałęzie przemysłu i zasoby naturalne – górnictwo węgla i minerałów, zbrojeniówka, koleje, lasy, wedle części „wiciarzy” także główne zakłady hutnicze i chemiczne – miały stanowić własność państwową. Aby ograniczyć etatyzm, marnotrawstwo i biurokrację, powinny mieć one obowiązek dbałości o dobre wyniki ekonomiczne (rozliczane w skali roku), agraryści chcieli także wprowadzić mechanizmy oddolnej, pracowniczej kontroli nad działaniami kierownictw firm (nie sprecyzowano jej formy). Postulowali również wprowadzenie w państwowych przedsiębiorstwach mniejszościowego akcjonariatu pracowniczego, który związałby zatrudnionych z zakładem, a udział w wypracowanych zyskach skłaniał do uczciwej pracy „na państwowym”.
Średnie przedsiębiorstwa produkcyjne i usługowe oraz handel hurtowy i detaliczny, a nawet część placówek oświatowych, kulturalnych i medycznych, miały być domeną stopniowo rozwijającej się spółdzielczości. Tam, gdzie pozostałaby własność prywatna, ważną rolę miały pełnić związki zawodowe. Trzeci sektor, w całości prywatny, obejmowałby rodzinne gospodarstwa rolne oraz wszelkie nieduże firmy indywidualne i rodzinne, czyli rzemiosło, wolne zawody etc.
W ślad za przeobrażeniami w sferze własnościowej powinna iść zmiana systemu politycznego. Agraryści postulowali likwidację senatu i zastąpienie go samorządem gospodarczym – Naczelną Izbą Gospodarczą, który miałby uprawnienia władzy ustawodawczej. W jej skład wchodziliby reprezentanci pracowników, czyli działacze związków zawodowych, liderzy czołowego sektora wytwórczego, czyli spółdzielcy oraz przedstawiciele struktur nadzorujących procesy gospodarcze – samorządu terytorialnego. NIG miał sprawować ogólny nadzór nad gospodarką i w razie potrzeby dokonywać ingerencji, np. w kwestii wysokości cen wybranych produktów, ustalania niektórych płac (np. odpowiednik dzisiejszej pensji minimalnej) i ceł, opiniować wielkość podatków itp. Podejmowałby te decyzje suwerennie, „odbierając” państwu większość prerogatyw w kwestii ingerowania w gospodarkę. Osobnym zadaniem NIG byłoby planowanie gospodarcze. Nie chodziło jednak o „centralne planowanie” w stylu ZSRR, lecz o ustalenie ogólnych kierunków rozwoju gospodarki i najważniejszych branż. Zadaniem NIG miała być m.in. próba zbilansowania możliwości wytwórczych w stosunku do potrzeb konsumentów (np. wsparcie rozwoju branż mało wydajnych, lecz wytwarzających produkty poszukiwane na rynku), rozpoznawanie potrzeb rynku (sondaże wśród konsumentów), szukanie dróg wyjścia z problemów społeczno-gospodarczych (np. w sytuacji bezrobocia NIG mogłaby zwiększyć zakres robót publicznych), tworzenie strategii gospodarowania zasobami ważnych surowców naturalnych. NIG miała posiadać odpowiedniki na niższych szczeblach (województwo, powiat, gmina – Rady Samorządu Gospodarczego), pełniące rolę regionalnych koordynatorów polityki gospodarczej.
Samorząd terytorialny miałby w Izbie być reprezentowany z tego powodu, że to właśnie jego instytucje stanowić powinny struktury koordynujące procesy gospodarcze. Przeniesienie tych zadań na szczebel samorządu podyktowane było chęcią uniknięcia zbytniego zbiurokratyzowania państwa oraz jego omnipotencji, było też kolejnym dowodem potraktowania serio ideałów samorządności. Innym przykładem ostrożności było zalecenie, aby w spółdzielczości oprócz dużych zrzeszeń w danej branży istniały też niezależne mniejsze i średnie spółdzielnie.
Agraryzm „wiciowy” był swego rodzaju „trzecią drogą” między socjalizmem a kapitalizmem. P. Woroniecki dochodzi do wniosku, że „Dążąc do realizacji /…/ dwóch zasad: efektywności oraz sprawiedliwości społecznej młodoludowcy przeprowadzili syntezę najbardziej wartościowych myśli zawartych w doktrynie liberalnej i socjalistycznej. Od socjalizmu agraryzm zaczerpnął ideę ograniczenia własności prywatnej, jeśli wymagają tego względy sprawiedliwości społecznej /…/. Z myśli liberalnej natomiast zaczerpnięto tezę, iż jednostce należy zapewnić maksymalne możliwości rozwoju osobistej inicjatywy i przedsiębiorczości. Agraryzm zweryfikował te założenia wymogiem niestosowania wyzysku wobec drugiego człowieka”. Z kolei A. Golec stwierdza: „Agraryzm miał stanowić zaprzeczenie zarówno skrajnego liberalizmu, jak i socjalizmu, gdyż liberalizm ogranicza rolę państwa do minimum i nie uwzględnia interesów społecznych, socjalizm zaś wyolbrzymia rolę państwa”.
***
J. Zawierucha w 1930 r. apelował w „Wiciach”: „trza, aby luminarze spółdzielczości grube dzieła Abramowskiego nie tylko wydawali na papierze, ale i wcielali w życie – poczynając od siebie”. Rok później uchwała głosiła: „/…/ Zjazd wychodząc z założenia, iż jednym z najbardziej istotnych celów ruchu ludowego jest spółdzielczo-gospodarcze zorganizowanie wsi /…/ – postanawia, iż /…/ młodzież wiejska /…/ powinna się przygotowywać i brać czynny udział w rozbudowie spółdzielczości na wsi”. Zalecano zakładanie przy Kołach sekcji przysposobienia spółdzielczego (miały kształcić młodzież w zakresie spółdzielczości oraz propagować tę formę gospodarowania), wstępowanie do spółdzielni, zakup do „wiciowych” bibliotek książek o tematyce spółdzielczej, prowadzenie prelekcji z tego zakresu i organizowanie wycieczek do spółdzielni.
Członkowie Krakowskiego ZMW w 1935 r. mogli się pochwalić kilkunastoma sklepami spółdzielczymi, podobną liczbą szkółek drzew owocowych, gospodarstw ogrodniczo-warzywnych, punktów zbierania ziół, a także hodowlanym stawem rybnym i spółdzielnią elektryfikacji wsi. W następnym roku stworzyli dwa spółdzielcze stawy, pięć spółdzielni pastwiskowych, dwie elektryfikacyjne i jedną ogrodniczo-sadowniczą. Przy lokalnych Kołach w regionie powstało kilkadziesiąt spółdzielczych punktów skupu jajek, zaczęto organizować zbiorcze transporty z zaopatrzeniem wsi w produkty przemysłowe (węgiel, wapno, cement, nawozy, maszyny i narzędzia). W połowie 1937 r. „wiciarze” z woj. krakowskiego prowadzili 57 różnych spółdzielni, kolejnych 38 było w stadium organizowania, do tego kilkadziesiąt punktów skupu jaj i ziół na potrzeby spółdzielczości, przy 82 Kołach istniał stały system hurtowych, zbiorczych zamówień produktów przemysłowych, w 48 kołach właśnie wdrażano to rozwiązanie.
Podobnie było w woj. lwowskim. Młodzi ludowcy w ramach „Społem” utworzyli 123 spółdzielnie spożywców, co pozwoliło powołać w Rzeszowie nowy okręg organizacyjny tej struktury, przygotowali też magazyn hurtowy „Społem” w tym mieście. W Kraczkowej, Husowie i Białobrzegach członkowie ZMW RP stworzyli spółdzielnie mleczarskie, w Gaci – spółdzielnię koszykarską. Na tym terenie „wiciarze” założyli pierwsze w Polsce: spółdzielcze biblioteki publiczne (w Gaci Przeworskiej i Soninie), spółdzielnię drzewną (w Żołyni), spółdzielnię materiałów budowlanych (w Kraczkowej), a przede wszystkim spółdzielnię zdrowia (przychodnię) w Markowej.
Z innych regionów nie ma dokładnych informacji. Wiadomo, że na Lubelszczyźnie w latach 1935-38 powstały 302 wiejskie spółdzielnie spożywców, a udział „wiciarzy” w ich tworzeniu był znaczny. W Kieleckim ZMW istniało kilkadziesiąt punktów skupu jaj, owoców i runa leśnego dla spółdzielczości, a w samym tylko powiecie Stopnica „wiciarze” założyli 23 spółdzielnie spożywców. Agraryści z Warszawy stworzyli spółdzielnię kinematograficzną, organizującą objazdowe kino na wsi. Wycinkowe dane z „centrali” ZMW RP mówią, że tylko w 1936 r. młodzież „wiciowa” miała udział w tworzeniu 120 spółdzielni spożywców, 15 spółdzielni mleczarskich, 4 betoniarskich, 2 piekarskich, 6 pasiek spółdzielczych, 22 punktów skupu jaj.
Dokonano także wielkiego wysiłku promocyjno-szkoleniowego i analitycznego. Przy zarządzie Związku powołano w 1936 r. Główną Komisję Gospodarczą, która zajmowała się m.in. badaniem możliwości zakładania spółdzielni w „nowych” branżach, m.in. wikliniarstwie, koronkarstwie, ceramice, ceglarstwie, pszczelarstwie. Prasa „wiciowa” zamieszczała liczne artykuły o spółdzielczości, w tym „instrukcje”, jak tworzyć i prowadzić spółdzielnie. Zorganizowano dziesiątki prelekcji poświęconych idei i konkretnym umiejętnościom (np. księgowość spółdzielcza), prowadzonych przez instruktorów ZMW RP i działaczy „Społem”. Władze ZMW RP kilkakrotnie zalecały członkom, aby wszelkie oszczędności deponowali w spółdzielczych „kasach Stefczyka” i zachęcali do tego starsze pokolenie mieszkańców wsi.
J. Dąbrowski pisał w „Zniczu”: „Czy przez zakładanie małych kramików wiejskich, jak spółdzielcze sklepy, zaważymy coś w historii? /…/ Spółdzielczy ruch wiejski /…/ jest i będzie nie lada siłą świadomości społecznej, /…/ źródłem obudzenia i wykształcenia chłopskiej samowiedzy społecznej, a wraz z nią i politycznej. /…/ Spółdzielcze sklep wiejskie /…/ nie zaspokoją głodu ziemi i pracy. Nie obalą w pierwszej fazie rozwoju dyktatur ani kapitalizmu. Nie zrobią tego na początku ani później same placówki gospodarczo-spółdzielcze, ale dokona tego zbiorowy człowiek, którego wykształci spółdzielczość”.
***
Słowo „wiciarz” często stanowiło synonim kogoś o wysokich walorach moralnych, uczciwego, zaangażowanego w życie wsi, skłonnego do poświęceń itp. Wiejskich organizacji młodzieżowych było wiele, ale w ocenie zarówno sympatyków, jak i osób postronnych, a nawet wrogo nastawionych urzędników sanacji – właśnie w „Wiciach” znaleźli się najbardziej ideowi i pracowici.
W. Skuza pisał: „W mieście gazety piszą dziś wiele o »zajściach«, strajkach /…/. Przeciętny czytelnik wyobraża sobie, że polityczni przywódcy rozwinęli agitację na wsi, zgromadzili kupę ciemnych chłopów, takich jak to malują na obrazkach. O jak błędnie myśli człowiek, który tak sobie wieś dzisiejszą wyobraża. /…/ na wsi zrodził się nowy typ człowieka. To już nie ten potulny kmiotek, malowany na kolorowo, to nie ten pastuszek śpiewający »ojdanowate« piosenki /…/. Człowiek ten świadomie już wkraczać zaczyna w każdą dziedzinę naszego życia. Ci sami ludzie, którzy wczoraj strajkowali, dziś borykają się z troską o założenie nowej spółdzielni, o wybudowanie nowej drogi, o zwożenie drzewa na Dom Ludowy /…/”.
M. Matosek, wspominając postać „wiciarza” Józefa Rękawka z Jagodnego na Mazowszu, pisał: „Zafascynowała Józefa ich praca z młodzieżą i dla młodzieży, nieustanne obcowanie z przyrodą, miłość do ojczyzny, autentyczny entuzjazm i bezinteresowność”. Inny „wiciarz”, z okolic Puław, stwierdzał: „Przesiąkłem po prostu zapałem pracy społecznej, nieraz chciałem odpocząć parę miesięcy i popatrzeć, jak ta praca się prowadzi, lecz nie mogłem”. „Wiciarka” z powiatu mieleckiego relacjonowała: „W kole młodzieży wiejskiej widzę większą wartość jak w innych organizacjach, ponieważ /…/ młodzież pracuje pod hasłem miłość, równość i braterstwo, a nie dla różnych ochłapów, jak szklanki herbaty, kiełbasy i tym podobne”. Jeden z „wiciarzy” pisał: „/…/ w tym czasie [połowa lat 30. – przyp. R. O.] pod wpływem silnej organizacji Wiciowej we wsiach ustały bójki, kradzieże, młodzież zajmowała się oświatą /…/”.
„Wiciarz” z Lubelszczyzny opisywał swoją działalność: „/…/ trzeba było iść do Kół na zebrania czy kursy, najczęściej pieszo, przemierzać długą drogę. Boć przecie każdemu wiadomo, iż Zw. »wiciowy« nie jest zasilany przez fundusze państwowe, by sobie pozwolił na szerszą pracę i wyjazdy. A potrzeba jest iść i nieść słowa żywe gromadzie o kulturze wsi, o wychowaniu, o oświacie, o nowem życiu, o przebudowie społecznej i gospodarczej. /…/ Mówimy /…/ o uczciwości, braterstwie, sprawiedliwości. Chcemy wychować młodzież wiejską w nowem piękniejszym życiu. /…/ To też pomimo utrudnienia, jakie nam w przeszkodach stawiają, mimo tylu oszukiwań i zawiedzeń, my jednostki wyrosłe z wsi, nie ustajemy w pracy. I przez to można dziś zaobserwować postęp wśród młodzieży. Dziś, gdy idę z pogadanką do którego z Kół w powiecie, to słyszę coraz więcej głosów świadomych, sił pełnych, by wieś przebudować. I to dodaje sił i ducha”.
Jan Wiktor w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” opisywał w 1936 r. zebranie „Wici” w Kraczkowej, przerwane przez policję sanacyjną: „Widzę twarze żywe, rozgorzałe, widzę oczy pełne uniesienia i natchnienia i uzmysławiam sobie, że to nie ten dawny skulony chłop, pokorny wobec kija /…/. W nędzy żyją, ależ jaki w nich zapał, rozmach, żywość”. Akcentowanie godności chłopskiej było jednym z głównych aspektów działalności ZMW RP. Bronisław Majek, „wiciarz” z Mazowsza, tak wspominał pobyt w uniwersytecie ludowym w Szycach: „Poznałem wiele, wiele cennych wartości wsi, która mi się nieraz wydawała rzeczą »najgorszą pod słońcem« i z której marzyłem czasami o »wyrwaniu się« /…/. Poczułem się dumny ze swego chłopskiego pochodzenia, którego się wiele razy wstydziłem /…/. Nauczyłem się cenić wartość ludzi nie po ich zewnętrznym wyglądzie, ale po wewnętrznej i życiowej wartości. Poznałem swą /…/ godność człowieczą i poczułem się równym rozmaitym »inteligentom« czy »półpankom« z miasta, którzy wydawali mi się przedtem ogromnie »wysokimi figurami« /…/. Poznałem swój cel życia i swoje /…/ przeznaczenie i obowiązki. Nauczyłem się cenić swoją godność i honorność chłopską”.
***
Agraryzm „wiciowy” był jednym z najpiękniejszych w Polsce przykładów działania publicznego oraz rozwoju ideowego. Stanowił podstawę dynamicznego ruchu społecznego, bardzo licznego i mającego wiele dokonań, mimo iż dysponującego skromnymi środkami. Był też oryginalną, nieszablonową i niedogmatyczną ideologią, która w twórczy sposób, bazując na uważnej i uczciwej obserwacji rzeczywistości, przezwyciężała słabości dominujących nurtów myśli politycznej, stale poddając rewizji także własne założenia, gdy odbiegały od rzeczywistości.
Co szczególnie warte podkreślenia, był ideologią samorodną, powstałą w oparciu o polskie realia, otwartą na doświadczenia innych krajów, lecz niechętną ślepemu naśladownictwu. Był też ideologią tworzoną przez autentycznych działaczy społecznych, nie zaś mędrków-teoretyków; wykuwającą się w doświadczeniu zbiorowego działania. Był wreszcie, co równie warte podkreślenia, ideologią o wyraźnym obliczu klasowym, lecz mającą na uwadze stale akcentowane dobro wspólne.
Choć dziś sytuacja jest diametralnie odmienna niż w okresie działalności ZMW RP, warto pamiętać o „wiciarzach”. Nie tylko jako o ciekawostce z przeszłości czy świadectwie szlachetnych postaw. Prof. Andrzej Lech trafnie bowiem zauważa, że „agraryzm wiciowy /…/ może być w dalszym ciągu atrakcyjny dla tych kręgów /…/, którym nie są obce idee sprawiedliwości społecznej, umiłowania ziemi i przyrody, równości i wolności jednostki /…/”.
P. S. Niniejszy tekst celowo kładzie nacisk na zbiorowy wymiar działalności i dorobku programowego „Wici”, akcentując to, co było wspólne dla całego środowiska lub jego dominującej części. Celowo ograniczony został aspekt personalny, gdyż poglądy i działalność liderów ZMW RP (Józef Niećko, Ignacy Solarz, Stanisław Miłkowski) staną się w przyszłości tematem osobnych artykułów.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

RYS. GERENCJUSZ, WWW.ALKEMIQ.PL
„A jeśli bzy już będą, to bzów mi przynieś kiść
i tylko mnie nie całuj, i nie broń, nie broń iść.
Bo choć mi wrosłaś w serce, karabin w ramię wrósł
i ciebie z karabinem do końca będę niósł.
To wymarsz Uderzenia i mój, i mój, i mój,
w ten ranek tak słoneczny piosenka nasza brzmi —
słowiańska ziemia miękka poniesie nas na bój —
Imperium gdy powstanie, to tylko z naszej krwi”
A. Trzebiński, Wymarsz Uderzenia
„Życie to wcale nie rzecz bez wartości, rezygnacja z życia dziś właśnie – to zwycięstwo, to przełamanie tych wszystkich kurczowych, stęsknionych żądz…” – pisał w swoim „Pamiętniku” Andrzej Trzebiński. W innym miejscu tego niezwykłego diariusza czytamy zaś: „Pragnę śmierci. Trzeba umrzeć, może już na jesieni, a w każdym razie w tym roku. To bynajmniej nie odbiera życiu sensu /…/. To dopiero ów sens nadaje. Każda z chwil wyodrębnia się i żyje jaskrawo. /…/
– Umrzeć.
Trzecia jesień – śmierć. Tylko zrobić to mądrze, bardzo mądrze”1.
Niestety, pragnienia młodego poety niedługo miały się ziścić. Można zapytać, skąd taka fascynacja śmiercią, przenikająca całą jego twórczość, ze szczególnym uwzględnieniem „Pamiętnika”. Może należy traktować to po prostu jako rodzaj literackiej kreacji? Taka interpretacja wydaje się jednak fałszywa. Można mówić nie tyle o jakimś tanatycznym pędzie lub przywdziewanych maskach, ale raczej o swoistym oswajaniu śmierci i przeczuciu rychłego jej nadejścia, przeradzającym się w pewność potęgowaną odchodzeniem kolejnych przyjaciół. Stąd zapewne to frenetyczne przeżywanie każdej chwili, „wysokie napięcie” w twórczości i życiu, czerpanie z niego pełnymi garściami, intensyfikacja wszystkiego, maksymalizm, a z drugiej strony – wrażenie jego marnotrawienia w nadmiernym stopniu.
To poczucie kruchości istnienia, darowania każdej chwili, przeczucie śmierci czyhającej za każdym rogiem, pozwoliło temu bardzo młodemu człowiekowi pozostawić po sobie spuściznę, której nie powstydziłby się niejeden leciwy artysta. Przejmujący i do bólu szczery „Pamiętnik”, ukazujący jego ewolucję duchową i intelektualną, dramat „Aby podnieść różę…”, piosenki i niezwykłej urody liryki, które znają niemal wszyscy, choć mało kto potrafi rozpoznać ich autora („O niebieskim pachnącym groszku” czy „Tak najprościej”, zaczynający się od słów „takaś mała a łzy takie ogromne”). Do tego należy dodać aktywną działalność w Podziemiu, studia na tajnych kompletach, redagowanie najważniejszego pisma literackiego okresu okupacji oraz stworzenie od podstaw tzw. Ruchu Kulturowego.
21 lat – w tym wieku Trzebiński został rozstrzelany. Skończył dorosłe życie wtedy, gdy większość osób dopiero je rozpoczyna.
***
Urodził się 27 stycznia 1922 r. w Radgoszczy k. Łomży, dzieciństwo spędził w majątku Ose k. Łodzi, a następnie na Pojezierzu Kaszubskim. W 1932 r. jego rodzina przeprowadziła się do Warszawy. W stolicy uczęszczał do Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Czackiego, na ten okres przypadają jego pierwsze próby literackie. W czasopiśmie gimnazjalnym „Promień Szkolny” publikuje pod koniec lat 30. debiutanckie prace. Po wybuchu wojny, w mundurze Przysposobienia Obronnego udaje się na wschód, do Warszawy wraca w październiku 1939 r. Wówczas to opuszcza dom rodzinny i rozpoczyna samodzielne życie.
W 1940 r. zdaje na tajnych kompletach maturę i podejmuje konspiracyjne studia polonistyczne i slawistyczne. Jednocześnie pracuje jako rikszarz, robotnik budowlany, tracz na kolei i korepetytor. Bierze czynny udział w działalności podziemnej, wiążąc się z utworzoną przez Bolesława Piaseckiego organizacją Konfederacja Narodu (KN). Tadeusz Sołtan podkreślał, iż był on „typowym przedstawicielem młodych intelektualistów okresu konspiracji, szarpiącym się między książką i karabinem, między żądzą konkretnego czynu i pasją życia a skłonnością do spekulatywnych, teoretycznych rozważań”2. Tadeusz Borowski natomiast pisał, iż „…chodził wiecznie głodny i niewyspany. Nie miał porządnych butów. Nosił drewniaki. Ubranie miał jeszcze to z licealnej, ciasne, krótkie i wysłużone. Słynne były jego nogawki, sięgające do pół łydki. Rzucał się wszędzie w oczy. Kto go raz widział, pamiętał na zawsze”3.
W 1941 r. angażuje się w prace nad stworzeniem miesięcznika „Sztuka i Naród”, którego zostanie redaktorem po śmierci Wacława Bojarskiego w czerwcu 1943 r. „Sztuka i Naród” to pierwsze polskie czasopismo literackie ukazujące się w czasach okupacji. Jego motto i swoisty program działania pisma stanowiła parafraza fragmentu z „Promethidiona” Cypriana Norwida, który widniał na pierwszej stronie każdego numeru: „Artysta jest organizatorem wyobraźni narodowej”. Czasopismo było organem tzw. Studium Kulturowego KN, członkami Konfederacji byli też wszyscy kolejni jego redaktorzy (Onufry Kopczyński, Bojarski, Trzebiński, Tadeusz Gajcy).
SiN-owcy szybko zaczęli prowadzić szeroko zakrojoną działalność kulturalną, organizując wieczory autorskie i dyskusyjne (brali w nich udział m.in. Czesław Miłosz, Jerzy Zawieyski i Anna Świrszczyńska), koncerty muzyczne czy przedstawienia teatralne w prywatnych mieszkaniach (pierwszym zrealizowanym spektaklem był „Wariat i zakonnica” Witkacego). Organizowano też konkursy poetyckie, a wkrótce zaczęto wydawać tomiki poetyckie w ramach Biblioteki „Sztuki i Narodu”.
***
Twórcy związani ze „Sztuką i Narodem” wychodzili z założenia, iż odpowiedzialność za klęskę wrześniową ponoszą przedwojenne warstwy kulturotwórcze, które nie potrafiły czy nie chciały stać się Norwidowskimi organizatorami narodowej wyobraźni. Izolowały się od społeczeństwa w wieży z kości słoniowej, nie mając ambicji oddziaływania na rzeczywistość, alienując się od realnego życia i traktując kulturę w kategoriach żartu i kaprysu. „Kultura – pisał Trzebiński – nie była zaprzątnięta żadnym dziełem na miarę historii. Nie podejmowała ani misji oddziaływania na zewnątrz /…/, ani wciągnięcia w świat swoich spraw szeroko zatoczonych kręgów społecznych, ani wyrwania się spod kulturalnej hegemonii zachodnioeuropejskich demokracji. Przeciwnie: starała się wieść życie możliwie autonomiczne, kontemplacyjne i wygodne”4.
W związku z tym postulowano postawę imperializmu kulturalnego, wieszczono nadejście nowej epoki kulturalnej. Trzebiński pisał: „1. Musimy dać, musimy się zdobyć na ekspansję nie tylko wielkiej tradycji historycznej, ale i poczuwającej się do obowiązku wielkości – aktualności życia kulturalnego. 2. Polska idea kulturalna nie może być ideą polityczną: subiektywną ideą polskiej polityki. Będzie natomiast ponadpolską ideą kultury. Będzie dążyć do stworzenia wartości, w pewnym sensie, w sensie Europy środkowej – obiektywnych. 3. Polska idea kulturalna nie będzie zakapturzoną kulturą francuską, angielską czy w ogóle kosmopolityczną, ale własną, przez siebie stworzoną, odpowiadającą duchowi słowiańszczyzny”5. Sztuka nie może służyć samej sobie, nie powinna być li tylko igraszką i zabawą ani czczym eksperymentatorstwem. Winna natomiast służyć dobru, aktywizować człowieka, zmieniać świat, oddziaływać na rzeczywistość. Artysta co prawda tworzy w samotności, jednak jego dzieło musi dotykać spraw szerszych, wykraczać poza problematykę jednostkową, nie ograniczać się jedynie do wywoływania Witkiewiczowskich „bebechowstrząsów”.
Trzebiński wysunął postulat realizmu kulturalnego, będącego „pełnym napięciem woli, jakiego wymaga równie pełne ogarnięcie rzeczywistości świadomością kulturalną”6. W jednym z esejów pisał, iż tragiczna śmierć we wrześniu 1939 r. Józefa Czechowicza stanowi symboliczny koniec liryki w ogóle: „obie te śmierci – liryka i liryki – stając się jednocześnie, stały się jednym i tym samym”. Liryka to dla Trzebińskiego jednak nie tyle gatunek literacki, co pewien styl przeżycia literackiego, w którym „poeta chcąc tworzyć, odsuwał się od zdarzeń, odchodził drogą pod gwiazdami w ciszę i w samotność – i tam dopiero zaczynała się jego twórczość – »słowa… słowa… słowa…«”. Skończyła się w ten sposób w literaturze epoka słów, którą winien zastąpić nowy okres, epoka czynu, „postawy bezpośredniego stosunku do rzeczywistości, postawy czucia się w sercu tej rzeczywistości, w samym nie-do-przeniknięcia – sercu”7.
Trzebiński kładł również duży nacisk na rolę mitu. Za Sorelem i Brzozowskim wierzył, że jest on koniecznym czynnikiem mobilizującym siły społeczne do zmieniania świata. Jak pisał bowiem badacz mitu Ernst Cassirer, jego specyfiką jest to, iż działa nie tylko na siły intelektu, ale i emocje. Kultura wedle Trzebińskiego ma spełniać właśnie rolę mitotwórczą, stanowić motor umożliwiający przebudowę Polski, realizację konfederackich projektów. Jak pisze, konieczny jest „mit kultury imperialnej. Mit wielkiej historii: ogień, który zapala sumienia, oczyszczając je z małości”, który umożliwi przebudowanie „polskiego snobizmu na polską samodzielność, polskiego importu, na polski eksport, polskiego subiektywizmu i pamiętnikarstwa /…/, na obiektywizm, w którym wyraża się męski, dojrzały, z tomizmu wyrastający postulat tworzenia – kreowania”8.
Postulaty te związane są nieodłącznie z koncepcją Imperium Słowiańskiego – tworu skupiającego narody i państwa zamieszkujące międzymorze (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne), którego powstanie po wojnie zdaniem ideologów KN stanowiło wręcz konieczność dziejową. Misją Polski miało być uruchomienie procesów sprzyjających tej integracji oraz przewodzenie powstałemu w jej wyniku organizmowi, mającemu stanowić najlepsze zabezpieczenie przed imperializmem niemieckim i rosyjskim (sowieckim). Jego utworzenie miało też przyczynić się do przezwyciężenia odwiecznej słabości oraz peryferyjności narodów zamieszkujących te tereny. Warto tutaj jednak dodać, iż określanie tego tworu mianem Imperium Słowiańskiego nie oznacza bynajmniej, że wchodzić w jego skład miały jedynie narody słowiańskie. Konfederaccy ideolodzy widzieli w nim również miejsce dla Estończyków, Łotyszów, Litwinów, Węgrów czy Rumunów.
***
Konkretnym efektem tych przemyśleń i zapatrywań było zorganizowanie przez Trzebińskiego tzw. Ruchu Kulturowego. Jerzy Hagmajer pisał, iż Trzebińskiemu nie wystarczało redagowanie „Sztuki i Narodu”. „Chciał działać organizacyjnie. Grupa ludzi skupiona przy »SiN« już od samego początku swego istnienia prowadziła działalność kulturalną, organizowała wieczory literackie, spotkania autorskie. Zaproponowałem wówczas Andrzejowi, by rozszerzył i pogłębił tę działalność. Po dłuższych dyskusjach doszliśmy do wniosku, że w oparciu o dotychczasowe doświadczenie, jak również siatkę organizacyjną KN, należy rozpocząć organizację Ruchu Kulturowego”9.
Ruch Kulturowy był organizacją apolityczną, skupiać miał ludzi bez względu na przynależność partyjną. W „Pamiętniku” Trzebiński zapisał: „»Podstawy myślowe« Ruchu opracowałem w ciągu dnia na 5 kartkach maszynopisu. Etapy: wyzyskanie momentu odradzania się polskiej idei politycznej dla pojęcia rewolucji kulturalnej. Celem rewolucji jest stworzenie nowej koncepcji kultury narodowej i jej realizacja. Podstawą koncepcji jest równanie kultura narodowa = kultura samodzielna. Wytworzenie własnego stylu kultury jest kwestią siły. Siłę można uzyskać jedynie przez uczynienie podmiotem rewolucji pełnego człowieka. /…/ Ruch wyrzeka się rewolucji w imię hasła »od nowa«. Ruch grupuje ludzi wojny, jest rewolucją pokolenia wojennego”10.
***
Pisząc o Trzebińskim, trudno uciec od zagadnienia nacjonalizmu. Deklarował się on jako nacjonalista, swoją epokę nazywał nacjonalistyczną, oczekiwał narodzin nowego świata, w którym Nacjonalizm (pisany właśnie majuskułą) będzie dominującym światopoglądem i siłą kreującą. Ale trzeba pamiętać, że nie był to tzw. nacjonalitaryzm, że nie miał on nic wspólnego z ciasnym szowinizmem.
Trzebiński jawi się jako zwolennik regionalizmu – odwołuje się do Maurice Barrèsa i jego powieści „Les Déracinés” (dosłownie „Wykorzenieni”, po polsku wydana w 1904 r. pod tytułem „Wyrwani z gruntu ojczystego”). Barrès to francuski nacjonalista, który jednak w pierwszym rzędzie uważał się za Lotaryńczyka i apelował do swoich rodaków, aby czuli się Lotaryńczykami, Alzatczykami, Bretończykami, Belgami czy Żydami i poprzez to tworzyli francuską wspólnotę, szukając tego, co łączy, a nie dzieli.
Trzebiński tak charakteryzował Barrèsowskie koncepcje: „Regionalizm był filozofią głęboką, nie działającą na powierzchowną i niedojrzałą wyobraźnię. Jakże naiwnie dla tych oszalałych, walczących w święte imię Abstrakcji, inteligencji, socjalizmu i komunizmu, przedstawiał się opanowany regionalizm Barresa. Przywiązani do środowiska, do własnej prowincji, do małych, rodzinnych miasteczek, zabudowanych jeszcze mniejszymi domkami i zielonymi bryłami drzew. Tu nowy, wspaniały świat, cywilizacja, tu stuletnia, prawie-że religijna wojna z naturalizmem i Katolicyzmem o postęp człowieka a tam… przywiązanie do własnej prowincji, do małych naiwnych miasteczek, w których przeżyło się dzieciństwo i pokończyło szkoły, przywiązanie do ziemi, z której się dosłownie wyrosło”.
Nacjonalizm jego zdaniem walczy właśnie przede wszystkim z człowiekiem wykorzenionym, „pozaśrodowiskowym, całym tym dziewiętnastowiecznym nomadyzmem człowieka pozbawionego własnego miejsca w świecie. /…/ Nie boi się nawet tak niepopularnego dla ekonomii kosmopolitycznej hasła, jak dekoncentracja przemysłu”11.
Ostatnia myśl pokazuje też ową wzmiankowaną niezależność Trzebińskiego, wysuwającego postulaty dekoncentracji produkcji, nie cieszące się zbyt wielką estymą w jego środowisku politycznym, które postulowało raczej dynamiczną rozbudowę przemysłu i centralne sterowanie. Trzebiński pisze, że współczesna ekonomia „twierdzi, iż dekoncentracja przemysłu przeczy jakiejkolwiek kalkulacji”, jednak takie argumenty „dla myśli Nacjonalizmu nie stanowią żadnej przeszkody. Nacjonalizm przyznaje wprawdzie, że w warunkach obecnych koncentracja przemysłu daje rezultaty najlepsze, ale nie waha się zakwestionować samych warunków obecnych. Uważa za konieczność warunki te zrewolucjonizować, uczynić nowym warunkiem rozwoju przemysłowego postawę twórczą każdego z pracujących”12.
***
Ten nacjonalizm usiłował Trzebiński wiązać harmonijnie z uniwersalizmem, opierając się oczywiście na koncepcjach wypracowanych przez kapelana KN, ks. Józefa Warszawskiego. „Ojciec Paweł” pisał w swojej wydanej w czasie okupacji broszurze, iż pytanie, co jest wyższe – ludzkość czy naród, nie ma żadnego sensu, ponieważ „zawsze ludzkość jest wyższa, zawsze naród jest bliższy. Nie ma sensu pytanie: czy istnieje jakaś sprzeczność, niezgodność interesów między dążeniem narodu a dążeniem ludzkości. Pierwsze są zawsze realizacją drugich, a drugie realizują się zawsze w pierwszych i poprzez pierwsze. Nie można być dobrym członkiem w ciele ludzkości, nie będąc uprzednio dobrym synem własnej ojczyzny; nie można należycie służyć własnej ojczyźnie, nie realizując równocześnie celów, do których zmierza – cała ludzkość”13.
Stojąc na gruncie tomistycznego realizmu pojęciowego, ks. Warszawski przypominał bowiem, iż całość istnieje tylko przez części, ich istnieniem, jest wielka ich wielkością. Z drugiej strony części, czyli jednostki, to nie Leibnizowskie „monady bezokienne”, niezależne od siebie, wyalienowane, samowystarczalne – całość jest celem owych części. Rozwiązanie to w zamierzeniu ks. Warszawskiego miało przezwyciężyć antynomię indywidualizmu i totalizmu. Nie ma to być jednak złoty środek pomiędzy owymi biegunowymi rozwiązaniami, ale – jak pisze Trzebiński – złoty szczyt, ich wyższa synteza14. Konfrontację demoliberalizmu z totalizmem przedstawił Trzebiński w groteskowym pojedynku ping-pongowym bez piłeczki, toczonym przez dwóch bohaterów jego dramatu „Aby podnieść różę…”.
Jako ojców duchowych swojego nacjonalizmu Trzebiński wymienia też Brzozowskiego, Bergsona i Heideggera. Można zapytać, co łączy te postaci z nacjonalizmem. Odpowiedzi Trzebińskiego są dosyć zdawkowe i enigmatyczne. W przypadku Bergsona chodzi tutaj przede wszystkim o irracjonalizm i indeterminizm, ideę élan vital (pędu życiowego) zmagającego się z bezwładem materii i w ten sposób tworzącego rzeczywistość. To właśnie francuski filozof, jak pisał Brzozowski, w najbardziej konsekwentny sposób ujął problematykę tworzenia, podkreślając, iż aby w ogóle móc o nim myśleć, należy myśleć w kategoriach nieistniejącego i za pomocą tego doprowadzić do jego urzeczywistnienia. Zasługą Heideggera ma być natomiast uświadomienie, że człowiek „nie żyje w próżni”, podniesienie rangi „związków jednostki z otoczeniem” i demaskacja fikcji „istnienia abstrakcyjnego, istnienia »czystego«, życia w niczym”15, czyli po prostu Heideggerowskie bycie-w-świecie, podkreślanie, iż Dasein zawsze znajduje się już w jakimś świecie, jest otwarte na swoją przeszłość, tradycję, dziedzictwo, zakorzenione w historii swojej wspólnoty, której pamięć konstytuuje niejako jego istotę. Jeśli chodzi zaś o Brzozowskiego, to urzekła Trzebińskiego przede wszystkim jego filozofia czynu, krytyka elit, polskiej gnuśności i niedołęstwa, ów antytradycjonalistyczny „nacjonalizm proletariacki”, postrzeganie narodu w głównej mierze jako obowiązku i zadania.
Widzimy więc, że nacjonalizm Trzebińskiego był specyficzny, nie odwołujący się do Dmowskiego czy Popławskiego. Nacjonalizm, który łączy przywiązanie do tradycji i dziedzictwa narodowego (Barrès, Heidegger) ze swoistym antytradycjonalizmem (Bergson, Brzozowski), polegającym na bezpardonowej często krytyce tego, co w tej tradycji zostało uznane za niewłaściwe, implikujące słabość oraz nacechowany mocnym przechyłem w stronę przyszłości, położeniem akcentu na tworzenie, zmianę, doskonalenie, rozwój. „Myśl kosmopolityczna – pisze Trzebiński – dążąc ku celom abstrakcyjnym, ku ideałowi niezamieszkałego świata z bezdomnymi ludźmi, powoływała się na argument naturalnych swoich źródeł. /…/ Naturalne było powstawanie wielkich centrów przemysłowych, naturalne było zatracenie przez ludzi indywidualnego oblicza, naturalne było, że ludzie mogący rządzić nie chcieli mieć już nic wspólnego z pracą, z twórczością. Cele myśli kosmopolitycznej były natomiast wprost przeciwne: abstrakcyjne, zaprzeczające wszelkiej naturalności. /…/ Myśl Nacjonalizmu odwróciła wzajemne stosunki. Naturalne są cele, które ma osiągnąć. Naturalny jest obraz ludzi zamieszkujących swoje metafizyczne domy, ludzi współdziałających ze sobą nie wspólnym fatalizmem, ale wspólnym celem, nie pańszczyzną pracy, lecz świadomą twórczością. Naturalny jest obraz zlania się dwu – rozdzielanych dotychczas – funkcji: tworzenia i rządzenia. Nienaturalne, gdyż twórcze, irracjonalne są źródła, skąd to ma przyjść. Skąd ma się zacząć realizacja celów. Źródłem ma być rewolucyjne przebudowanie człowieka. Nastawienie człowieka tak, aby zaczął realizować cele. U źródeł myśli Nacjonalizmu tkwi twórcza i celowa (a nie naturalnie i bezcelowa wybuchła!) rewolucja. Rewolucja charakteru”16.
***
W listopadzie 1943 r. Trzebiński został aresztowany w stołówce niemieckiej fabryki, w której nie pracował. W czasie zatrzymania dodatkowo miał przy sobie fałszywe dokumenty na nazwisko Andrzej Jarociński. 12 listopada wraz z grupą 30 osób został rozstrzelany przy ulicy Nowy Świat w Warszawie. Jak mówi poetycka legenda, w momencie egzekucji miał zagipsowane usta…
Henryk Jerzmański w swoich wspomnieniach dotyczących Trzebińskiego pisał, iż tym, co najbardziej urzeka w postawie pokolenia wojennego „…jest dążenie do jedności słów i czynów, praktyki i teorii. Bez względu na różnorodność artystycznych i ideowych zainteresowań łączyło tych młodych ludzi głębokie poczucie tragizmu, któremu zapragnęli przeciwstawić własne życie i twórczość”17. Rzeczywiście, jest to niewątpliwie coś, co do dziś działa na wyobraźnię i czyni z osób w rodzaju Gajcego, Trzebińskiego, Wacława Bojarskiego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Krystyny Krahelskiej czy Józefa Szczepańskiego, niezależnie od różnic ich dzielących, wzorzec zaangażowania w sprawę, którą się wyznaje, traktowania jej z całą należną powagą. Zaledwie dwudziestoletni Trzebiński notował w swoim „Pamiętniku”: „Jestem odpowiedzialny przed Bogiem i historią, przed nimi każdego dnia zdawać rachunek. Wykluczyć każdą słabość i nikczemność. Wobec Boga i historii, tych dwu okrutnych pokus, nie istnieją pokusy inne”18.
Przypisy:
1 A. Trzebiński, Pamiętnik [w:] Tenże, Kwiaty z drzew zakazanych. Proza, Warszawa 1972, ss. 88, 171-172.
2 Z dziejów podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1961, s. 299.
3 T. Borowski, Portret przyjaciela [w:] W gałązce dymu, w ognia blasku… Wspomnienia o Wacławie Bojarskim, Tadeuszu Gajcym, Onufrym Bronisławie Kopczyńskim, Wojciechu Menclu, Zdzisławie Stroińskim, Andrzeju Trzebińskim, oprac. J. Szczypka, Warszawa 1977, s. 249.
4 A. Trzebiński, Pokolenie wojenne [w:] Tenże, Aby podnieść różę. Szkice literackie i dramat, Warszawa 1999, s. 66.
5 A. Trzebiński, Przebudowa polskiej świadomości kulturalnej [w:] Ibid., s. 45.
6 Tenże, Polska fantastyczna [w:] Ibid, s. 32.
7 Tenże, Pokolenie liryczne i dramatyczne [w:] Tenże, Kwiaty…, ss. 29, 31, 32.
8 A. Trzebiński, W klimacie kultury imperialnej [w:] Tenże, Aby..., ss. 70-71.
9 Z. Kobylańska, Konfederacja Narodu w Warszawie, Warszawa 1999, s. 142.
10 A. Trzebiński, Pamiętnik, s. 247.
11Tenże, Korzenie i kwiaty myśli współczesnej [w:] Tenże, Aby..., ss. 50, 51, 52.
12 Ibid., s. 52.
13 Ks. J. Warszawski T. J., Uniwersalizm. Zarys narodowej filozofii społecznej, Biała-Podlaska 2005, s. 68.
14 A. Trzebiński, Metoda „złotego szczytu” (glosy na temat „Uniwersalizmu”) [w:] Tenże, Aby…, ss. 58-64.
15 A. Trzebiński, Korzenie…, ss. 51-52.
16 Ibid., s. 54.
17 H. Jerzmański, Spłonąć najjaśniej [w:] Portrety twórców „Sztuki i Narodu”, pod red. J. Tomaszkiewicza, Warszawa 1983, s. 121.
18 A. Trzebiński, Pamiętnik, s. 258.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

FOT. WWW.DOMPOLSKI.EU
Rewolucjonista w sutannie i ugodowiec, apologeta Aleksandra Wielopolskiego, gorący patriota, ekskomunikowany ultramontanin, współpracownik konserwatystów, narodowych demokratów, socjalistów i ludowców, prekursor ruchu ludowego i chrześcijańsko-społecznego na ziemiach polskich… Wszystkie te określenia odnoszą się do jednej osoby – ks. Stanisława Stojałowskiego, działacza społecznego i politycznego, budzącego olbrzymie kontrowersje i atakowanego ze wszystkich możliwych stron.
Kazimierz Chłędowski w swoich „Pamiętnikach” przedstawił w taki oto przerysowany sposób postać naszego bohatera: „Do reszty obrzydliwą figurą był ksiądz Stojałowski /…/ istna figura zbrodniarza. Chudy, blady, bez cery, w zasmarowanej brudnej sutannie, nie umyty, nie uczesany, o spojrzeniu stępionym, podstępnym, pełen fałszu i obłudy. Wyglądał tak, jakby ciągle walał się po szynkach i domach publicznych, a dla odpoczynku przychodził od czasu do czasu do parlamentu. Usta jego zapełnione były śliną ropuchy, która truje, gdy padnie na inne żywe stworzenie…”1. U stóp pomnika św. Stanisława w Szczepanowie znajduje się natomiast niewielkie popiersie z dedykacją: „Ks. Stanisławowi Stojałowskiemu, niestrudzonemu bojownikowi i obrońcy praw ludu, w dowód czci i wdzięczności ludność parafii i okolic Szczepanowa”.
Ks. Stojałowski to bowiem niewątpliwie postać, która położyła niezwykle wielkie zasługi, jeżeli chodzi o walkę o prawa warstw upośledzonych społecznie oraz o rozbudzenie świadomości ludności wiejskiej. Był jednym z pierwszych działaczy tego typu – konsekwentnie, przez lata, nie zrażając się piętrzącymi trudnościami i kłodami, które rzucano mu pod nogi, pracował usiłując urzeczywistnić swe ideały. Wincenty Witos pisał wręcz, iż „nie może ulegać najmniejszej wątpliwości, że pierwszeństwo w pracy nad obudzeniem śpiącego snem wiekowym chłopstwa należy się bezwzględnie temu kapłanowi. Tej prawdy nie mogą zmienić ani jego błędy, ani przewinienia, jakie mu zarzucano, ani też mniejsze czy większe wyniki prowadzonej przez niego roboty”2.
***
Stanisław Stojałowski urodził się 14 maja 1845 r. w Zniesieniu koło Lwowa, w ubogiej rodzinie szlacheckiej. Uczył się w Przemyślu, później w gimnazjum we Lwowie. W 1863 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego, gdzie zyskał solidną formację duchową i intelektualną, studiując m.in. filozofię i teologię w Krakowie. W 1870 r. przyjął święcenia kapłańskie, po czym został przez przełożonych wysłany do Belgii w celu pogłębienia prowadzonych przez siebie studiów nad kwestiami społecznymi.
Po powrocie opuścił zakon, przechodząc w szeregi duchowieństwa diecezjalnego. Najpierw został wikariuszem w Gródku Jagiellońskim, później we Lwowie, wreszcie zaś proboszczem w Kulikowie niedaleko Lwowa, gdzie rozwinął ożywioną działalność duszpasterską i społeczną. Wincenty Witos rysuje obraz ówczesnego chłopa, pisząc, iż sam uważał się on „za niższe i mniej wartościowe stworzenie od innych. Nie tylko że w to sam święcie wierzył, ale i drugich w tym umacniał, obniżając rozmyślnie swoją wartość w ich oczach. Był niewolnikiem tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”, przerażał go „żandarm, wójt, urzędnik. Czuł wieczny lęk przed leśnym, karbownikiem, polowym, nie śmiał oczu podnieść na księdza, nauczyciela, leśniczego, ekonoma. /…/ Namnożył sobie różnych nie istniejących grzechów i przestępstw, z którymi nie mógł sobie dać żadnej rady. Strach niemal przed wszystkim i przed wszystkimi, niewiara w swoje siły i niemożliwość zmiany robiły z niego posuwający się mechanicznie automat pozbawiony woli. /…/ Poza tym wiecznym strachem przed wszystkim i wszystkimi, stosunki uczyniły chłopa podejrzliwym, nieufnym i niewiernym. Nie wierzył nikomu, bo został prawie przez każdego oszukany, podejrzewał też wszystkich, że czyhają na niego, bo miał do tego dosyć powodów”3. Ks. Stojałowski postawił sobie za cel zmianę tego stanu rzeczy, poświęcając w zasadzie całe życie pracy z ludem, wśród ludu i dla ludu, kontynuując dzieło wielkich poprzedników, ks. Bronisława Markiewicza czy ks. Wojciecha Blaszyńskiego.
***
W 1875 r. nabył, dzięki wsparciu finansowemu i przychylności lwowskiego Arcybiskupa Franciszka Wierzchleyskiego, bankrutujące wydawnictwo, do którego należały dwa pisma – „Wieniec” i „Pszczółka”. Stojałowskiemu udało się ożywić podupadające periodyki. W jego zamierzeniu „Wieniec” poświęcony miał być tematyce społeczno-gospodarczej i politycznej, natomiast „Pszczółka” kwestiom religijno-moralnym. W 1895 r. będą miały już 4,5 tys. prenumeratorów przede wszystkim wśród ludności wiejskiej, co, zważywszy na poziom analfabetyzmu na ówczesnej wsi galicyjskiej, było wynikiem imponującym.
Dzięki sukcesowi wydawniczemu, Stojałowski mógł poszerzyć ofertę o nowe pisma. Dla inteligencji przeznaczono „Piasta” i „Polskę”, do duchowieństwa skierowany był „Dzwon”, do już istniejących stworzono specjalistyczne dodatki („Niewiasta”, „Cepy”, „Gospodarz Wiejski”, „Rolnik”). Po latach napisał o sobie: „Postanowiłem zostać agitatorem – i bez układania obszerniejszych programów, których w owym czasie i tak nie byłby lud zrozumiał, ująłem program i hasło ruchu ludowego w dwóch słowach: gazetki polityczne i wiece. To były środki, a celem, który mi przyświecał, było unarodowienie chłopa i pozyskanie dla ojczyzny nowych synów i obrońców”4.
Pisma te stanowiły narzędzie, za pomocą którego ks. Stojałowski usiłował szerzyć wśród ludu oświatę, zachęcać do wdrażania nowych technologii i metod upraw, uczyć postaw obywatelskich, organizacji pracy, propagować ideały pomocy wzajemnej, a także podnosić poziom intelektualny i moralny. Niemało uwagi poświęcił walce z plagami będącymi jego zdaniem ważnymi przyczynami takiej, a nie innej kondycji ludu – wśród nich naczelne miejsce zajmowało pijaństwo. Środkiem walki z tym problemem miały być zakładane przez niego tzw. Bractwa Trzeźwości.
W działalności na rzecz ludu ks. Stojałowski nie stał bynajmniej na stanowisku klasowym, o co niejednokrotnie był oskarżany, nie dążył do jątrzenia i pogłębiania różnic. Zgodnie z wytycznymi przedstawionymi przez Leona XIII w encyklice Rerum novarum, wzywał do zgodnej współpracy klas i warstw w imię dobra powszechnego, widząc w solidaryzmie jedyny sposób na rozwiązanie bolączek ówczesnego życia społeczno-gospodarczego. Dewiza Zygmunta Krasińskiego – „Z polską szlachtą polski lud”, stanowiła niejako dyrektywę całej jego działalności. Terminem „lud” określał nie tylko ludność wiejską, ale i proletariat. Zadanie jakie sobie stawiał, to uczynienie z ludu świadomych Polaków i obywateli, mogących wziąć samodzielnie odpowiedzialność za własny los. Podobnie jak w tamtym czasie narodowi demokraci z Janem Ludwikiem Popławskim na czele, wydawca „Pszczółki” dążył do wprowadzenia w krwioobieg organizmu narodowego tego ciągle jeszcze nieuświadomionego, biernego elementu. Podkreślał, iż aby to osiągnąć, należy do ludu się zbliżyć, kształcić go, wciągać w sprawy publiczne, rozwijać jego naturalne predyspozycje.
Tego rodzaju praca stanowiła także, zdaniem ks. Stojałowskiego, najwłaściwszą drogę do odzyskania niepodległości, choć żmudną i nie przynoszącą natychmiastowych efektów. Jawił się on jako przeciwnik „gorączki patriotycznej”, nieprzygotowanych i bezsensownych zrywów powstańczych, pociągających za sobą jedynie wzmożenie represji ze strony zaborców. Uznawał, że tylko systematyczna praca u podstaw i czekanie na międzynarodową koniunkturę sprzyjającą wybiciu się na niepodległość, może przynieść trwałe i wymierne efekty. Wzór utożsamienia sprawy narodowej z ludową stanowił dla niego Śląsk, który – jak podkreślał – posiada taką samą ilość ludności polskiej co Galicja czy Wielkopolska, z tą różnicą, że są to przede wszystkim chłopi i robotnicy, ponieważ szlachta i inteligencja uległa w większości zniemczeniu. „Chłop śląski – jak pisał – przez to, że został chłopem polskim uratował tę dzielnicę dla Polski /…/ rozbudził sprawę narodową, pomnożył naród o pół miliona”5.
Praktyczny wyraz działalności ks. Stojałowskiego z ludem i dla ludu stanowiło chociażby Towarzystwo Ludowe Oświaty i Pracy, założone w 1878 r. Jego celem było niesienie pomocy właścicielom małych gospodarstw rolnych. Prowadziło działalność oświatową, rolniczą, kredytową, handlową, ubezpieczeniową. W 1882 r. założył natomiast Towarzystwo Kółek Rolniczych, popierane w zasadzie przez wszystkie ugrupowania polityczne w Galicji. Poza tym organizował różnego rodzaju spółki rzemieślnicze, związki zawodowe (np. Polski Związek Chrześcijańskich Robotników i Robotnic w Białej) stowarzyszenia robotnicze „Bratnie Pomoce”, placówki oświatowo-kulturalne6.
***
W swej działalności ks. Stojałowski napotykał na poważne przeszkody. Wszedł w konflikt ze środowiskiem konserwatystów galicyjskich, którzy nie przebierając w środkach usiłowali zdyskredytować jego dzieło. Przedstawiciele tych kręgów byli najzacieklejszymi wrogami i krytykami działalności ks. Stojałowskiego. On sam wobec nich nie pozostawał zresztą dłużny, mimo że jeszcze w 1876 r. wysuwał projekt utworzenia stronnictwa polsko-katolickiego, skupiającego wszystkich Polaków-katolików – bez względu na pochodzenie społeczne – pod kierownictwem krakowskich konserwatystów. Do urzeczywistnienia tej idei jednak nie doszło, a projekty współpracy przerodziły się w bezpardonową walkę, pełną wzajemnych oskarżeń. Jeden z czołowych przedstawicieli tego środowiska, Stanisław Tarnowski, pisał w związku z tym o ks. Stojanowskim, iż był „przebiegły i zręczny, umiał w pismach swoich i prawdę przekręcić i do umysłów trafić, namiętny, przewrotny, umiał wymownie namiętność podżegać. Jedną ręką drukował pisemka, drugą w prywatnych listach grozi biskupom i świeckim”7. Stojałowskiemu zarzucano sianie zamętu i anarchii, propagowanie haseł wywrotowych, komunistycznych.
Skutkiem tego było umieszczenie przez biskupów lwowskiego, przemyskiego i tarnowskiego pism „Wieniec” i „Pszczółka” na indeksie, a następnie suspendowanie ich redaktora pod zarzutem zaniedbywania obowiązków duszpasterskich. W wyciszeniu konfliktu nie pomagał porywczy charakter ks. Stojałowskiego, który coraz mocniej okazywał nieposłuszeństwo biskupom, otwarcie krytykował ich postępowanie. W efekcie Kongregacja Świętego Officjum 22 kwietnia 1896 r. zagroziła mu klątwą, a jako że ks. Stojałowski nie ukorzył się, w maju nuncjusz papieski orzekł wobec niego suspensę i interdykt, a 5 sierpnia 1896 r. papież Leon XIII nałożył na niego imienną ekskomunikę.
Wincenty Witos wspomina, iż „Rzucona /…/ klątwa na ks. Stojałowskiego /…/ zrobiła w powiecie niesłychane wrażenie. Podczas odczytywania jej w kościołach rozlegały się głośne płacze i przytłumione szlochania. Tak klątwa, jak i ceremoniał zastosowany przy odczytywaniu robiły prawdziwą grozę i przestrach, ale równocześnie wzbudzały też nie tylko zaciekawienie, ale cichy, zacięty bunt, żal do władzy i sympatię dla wyklinanego. Ks. Stojałowski stawał się dla chłopów jakąś wielką legendarną postacią, budzącą z jednej strony obawę, lecz z drugiej rosnący dla niego z dnia na dzień niezwykły szacunek. Za jego wyklętymi gazetami specjalnie szukano, czytano je w nocy po kryjomu, chroniąc się przed żandarmami i niektórymi księżmi”8. Pomimo więc suspensy i klątwy, a tym samym zakazu kontaktów z ks. Stojałowskim oraz czytania wydawanych przez niego pism, spotkał się on z pomocą i poparciem w środowisku wiejskim.
Początkowo ks. Stojałowski zareagował na to wszystko w swoim stylu, hardo i buńczucznie. Ogłosił pismo pt. „Nie pójdziemy do Kanossy”, w którym twierdził, iż klątwa nie robi na nim żadnego wrażenia9. Wkrótce jednak złożył na ręce papieża obszerny memoriał „Fractionis Christiano-Socialis in Polonia Austriaca”, w którym przedstawił swoje poglądy społeczno-polityczne. Dołączono do niego również pisemne oświadczenia znanych austriackich działaczy społecznych, Karla Luegera i księcia Johanna von Liechtensteina, którzy udzielali mu poparcia, ręcząc, że propagowany przez niego program jest całkowicie zgodny z nauczaniem katolickim. Papież po zapoznaniu się z memoriałem nie wyraził żadnych zastrzeżeń wobec przedstawionych tam poglądów.
W związku z tym po odwołaniu i potępieniu przez ks. Stojałowskiego swojego postępowania względem zwierzchników, nie było już przeszkód, aby ekskomunika została cofnięta, co stało się faktem 5 września 1897 r. Nie oznaczało to jednak końca kontrowersji pomiędzy krnąbrnym duchownym a jego zwierzchnikami, zwłaszcza kardynałem Janem Puzyną, jednak ks. Stojałowski był już o wiele ostrożniejszy. Po oczyszczeniu się z zarzutów udał się do Białej na Podbeskidziu (obecnie Bielsko-Biała), gdzie kontynuował swoją pracę.
***
Ks. Stojałowski mocno angażował się również w działalność polityczną, będąc jednym z prekursorów na ziemiach polskich nie tylko ruchu ludowego, ale i chrześcijańsko-demokratycznego. Na tej płaszczyźnie także nie obeszło się bez poważnych trudności i szykan, kilkakrotnie bowiem ks. Stojałowski w związku ze swoją aktywnością był aresztowany.
W wyborach do Sejmu Galicyjskiego z 1889 r. czynnie uczestniczył w kampanii, przeprowadzając wybór trzech posłów na czele ze Stanisławem Potoczkiem, którzy utworzyli klub katolicko-ludowy, będący zalążkiem powstałego w 1892 r. Stronnictwa Chłopskiego (SCh). Ks. Stojałowski, choć wszedł do jego zarządu, to na przewodniczącego wysunął właśnie posła Potoczka. Wkrótce jednak nastąpiło zerwanie między SCh a Stojałowskim, który przed wyborami do sejmu w 1895 r. zaangażował się w stworzenie międzypartyjnego Stronnictwa Ludowego. Ostatecznie nie wszedł jednak do niego i w konsekwencji w 1895 r. ogłosił program nowopowstałej formacji Stronnictwo Chrześcijańsko-Ludowe (SChL).
Głównym celem, który stawiała sobie ta organizacja, było przywrócenie „prawu chrystusowemu” znaczącego miejsca w życiu społeczno-gospodarczym i politycznym oraz działania na rzecz warstw upośledzonych. Ruch ten bez wątpienia możemy określić mianem jednego z pierwszych na ziemiach polskich ugrupowań o charakterze chrześcijańsko-demokratycznym czy raczej chrześcijańsko-społecznym. Jest to demokracja chrześcijańska w duchu encykliki Graves de communi Leona XIII czy też głównego teoretyka tej problematyki z przełomu XIX i XX w., Giuseppe Toniolo, podkreślającego, iż „chrześcijańska demokracja jest to porządek społeczny, w którym wszystkie siły społeczne, prawne i ekonomiczne w pełni swego rozwoju hierarchicznego współdziałają proporcjonalnie dla dobra wspólnego, aby osiągnąć ostateczny cel – przeważającą korzyść dla klas niższych”10.
Rozumienie tego terminu jest zatem diametralnie odmienne od współczesnego – opiera się nie na zacieraniu różnic, lecz na hierarchicznej strukturze społeczeństwa. Dowodem na to jest chociażby fakt, iż ks. Stojałowski był zwolennikiem monarchii, uznając ją za ustrój najdoskonalszy. Nie negował również potrzeby istnienia warstwy szlacheckiej, akcentując jej niezwykle doniosłą rolę jako rezerwuaru narodowych tradycji, obyczaju czy wiary. Nie ma więc mowy o brataniu się z ludem, a ten, kto żyje pośród niego „tak w karczmie jak i w chacie”, nie wart jest miana szlachcica. Dla ks. Stojałowskiego istniejąca stratyfikacja ma charakter naturalny i trzeba ją podtrzymywać, wykluczone jest mechaniczne zrównanie, zglajszachtowanie wszystkiego, a zwłaszcza równanie w dół. Mimo tego, że nie przebierając w słowach krytykował szlachtę za sobkostwo i lenistwo, to widział potrzebę jej istnienia jako odrębnego stanu. Zróżnicowanie owo nie upoważnia jednak szlachty do wyzysku warstw niższych. Pomiędzy istniejącymi klasami, wedle ks. Stojałowskiego, powinna zapanować nie walka, a pokój i współpraca. Z biegiem lat zaś, jak przewidywał, różnice owe być może zostaną zniwelowane na skutek postępu społecznego i nowej redystrybucji dóbr. Winno jednak to zachodzić stopniowo, ewolucyjnie, a nie na drodze nagłego przewrotu.
Przeciwny był również nadmiernemu wzmacnianiu uprawnień organów centralnych. Obserwując zapewne rozbudowę aparatu biurokratycznego w Austrii, stwierdzał, iż nazbyt szeroka działalność państwa niszczy oddolne inicjatywy, ducha samodzielności, kreatywność jednostek. Postulował więc, zgodnie z fundamentalną dla katolickiej nauki społecznej zasadą pomocniczości, ograniczenie interwencji państwa w sprawy tak jednostek, jak i mniejszych grup społecznych.
Specyfiką ruchu ks. Stojałowskiego, w porównaniu z analogicznymi organizacjami tworzącymi się w całej Europie, jak np. Partia Chrześcijańsko-Społeczna Karla Luegera, z którym zresztą ks. Stojałowski współpracował, było to, iż o ile tamte nastawiały się na prace w środowisku robotniczym, o tyle założyciel SChL kierował swoją uwagę w stronę wsi. Związane jest to oczywiście przede wszystkim z terenem, na którym przyszło mu działać. W słabo uprzemysłowionej Galicji, będącej synonimem biedy i zacofania, zainteresowanie społeczników siłą rzeczy musiało zwracać się w kierunku ludności wiejskiej. Nie ma tutaj jednak mowy o jakiejś wyłączności – na Śląsku Cieszyńskim oddziały SChL miały bowiem już charakter przede wszystkim robotniczy.
W 1906 r. doszło zaś do połączenia SChL ze Stronnictwem Katolicko-Narodowym i utworzenia nowej formacji pod nazwą Polskie Centrum Ludowe11. Miała ona charakter stronnictwa ponadklasowego, na jej czele stanął ks. Leon Pastor, a do komitetu wykonawczego weszli poza ks. Stojałowskim duchowni, chłopi, przedstawiciele arystokracji (np. Andrzej Beaupré, wówczas związany z „Głosem Narodu”, a w latach międzywojennych redaktor krakowskiego „Czasu”) czy profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego (m.in. Włodzimierz Czerkawski i Maurycy Straszewski). Zasadnicze cele, jakie stawiała sobie ta formacja, to obrona rodziny, wiary, własności, narodowości oraz warstw pracujących, głównego przeciwnika postrzegała zaś w konserwatystach galicyjskich. Po kilku latach, na skutek animozji pomiędzy ks. Pastorem a ks. Stojałowskim, doszło do rozpadu i likwidacji PCL. Wówczas to ks. Stojałowski coraz mocniej zbliżał się do narodowej demokracji. W wyniku połączenia posłów reaktywowanego SChL z posłami narodowymi, w 1909 r. powstał w parlamencie wiedeńskim blok partyjny pod nazwą Związek Narodowo-Ludowy. Na kilka miesięcy przed śmiercią pisma „Wieniec” i „Pszczółka” przekazał Stronnictwu Narodowo-Demokratycznemu.
Ostatnie lata życia spędził w Krakowie, umierając w nędzy i zapomnieniu 23 października 1911 r. Pochowany został na Cmentarzu Rakowickim, pogrzeb zgromadził olbrzymie tłumy. Na nagrobku widnieje napis: „Ks. Stanisław Stojałowski, obrońca ludu polskiego, ur. 15 maja 1845 zm. 23 października 1911 r. Wiecznie wdzięczny lud polski”.
***
Wielu badaczy podkreśla, iż w zasadzie ks. Stojałowski nie osiągnął tego, co chciał i mógł. Na przeszkodzie miała stanąć jego bezkompromisowość, nadmiernie wybujały temperament, indywidualizm i porywczość. Cechy te stanowiły z pewnością przyczynę dość częstych wolt politycznych ks. Stojałowskiego, prób zawierania porozumień z przedstawicielami w zasadzie wszystkich partii w Galicji.
Trzeba jednak pamiętać, że przewodnią ideą niezmiennie pozostawało dobro ludu, był to naczelny imperatyw całokształtu jego działań. W związku z tym wszelkie sojusze traktował instrumentalnie, jako środek przybliżający do tego nadrzędnego celu. Charakterystyczna dla ks. Stojałowskiego, a wynikająca zapewne z jego temperamentu, była olbrzymia ilość różnorakich inicjatyw, które podejmował, a przy tym niestety częstokroć ich krótkotrwałość.
Jednak jego wieloletnia, żmudna, pełna wyrzeczeń i przeciwności praca, nie poszła na marne. Cytowany już Witos konstatuje wręcz, w swoich wspomnieniach pisanych na emigracji w Czechosłowacji, iż powiaty, w których działał ks. Stojałowski „należą dziś do najlepszych, tak pod względem zdrowia moralnego, jak i solidarności chłopów. Dotyczy to szczególnie Małopolski środkowej. Zachodnie powiaty, zarażone socjalizmem, były gorsze. Więcej tam widać warcholstwa, samolubstwa i małostkowości”12.
Przypisy:
1 K. Chłędowski, Pamiętniki. Wiedeń 1881-1901, t. II, Wrocław 1951, ss. 280-281.
2 W. Witos, Moje wspomnienia, cz. 1, Warszawa 1998, s. 200.
3 Ibid., ss. 64, 65, 66.
4 Cyt. za: A. Zakrzewski, Od Stojałowskiego do Witosa, Warszawa 1988, s. 13.
5 Warszawiak [wł. ks. S. Stojałowski], Ze spraw śląskich, Lwów 1895, s. 169.
6 A. Kudłaszyk, Ksiądz Stanisław Stojałowski. Studium historyczno-prawne, Wrocław 1998, ss. 53-56.
7 S. Tarnowski, Lud wiejski między ładem i rozkładem, Kraków 1896, s. 23.
8 W. Witos, op.cit., ss. 192-193.
9 A. Kudłaszyk, op. cit., s. 16.
10 Cyt. za K. Domagalski, Pionierzy katolickiej nauki społecznej, Ząbki 2000, s. 223.
11 Cz. Strzeszewski, Chrześcijańska myśl i działalność społeczna w zaborze austriackim w latach 1865-1918 [w:] Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, red. Cz. Strzeszewski, R. Bender, K. Turowski, Warszawa 1981, ss. 167-168.
12 W. Witos, op. cit., s. 203.
przez redakcja | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Gdzie tylko zamieszkał, skupiał wokół siebie przyjaciół. Całe jego życie było nieustannym dialogiem z ludźmi i całym światem. Wybitni uczeni, chłopi, żołnierze sowieccy – przychodzili do niego, by choć przez chwilę w towarzystwie tego dobrodusznego mężczyzny odpocząć, zaczerpnąć ciepła i nadziei. A jego nic tak bardzo nie zajmowało, jak poszukiwanie prawdy, która jednoczy wszystkich ludzi na świecie.
Stanisław Vincenz żył i tworzył w jednym z najciekawszych momentów naszej historii. Wiek XX był czasem gwałtownego rozwoju techniki, zwłaszcza środków transportu i masowego przekazu. Świat stał się nagle mały, ludzie mogli prowadzić rozmowy czy interesy niezależnie od miejsca pobytu. Zdawać by się mogło, że oto nastały idealne warunki do porozumienia ludzkości ponad narodami. Tymczasem rozwój cywilizacyjny zamiast zbliżać – oddalał. Ludzie doświadczali coraz bardziej okrutnej samotności. XX wiek naznaczony był okrucieństwem dwóch wielkich wojen światowych i systemów totalitarnych.
Jasną stroną minionego stulecia były natomiast działania zmierzające do zachowania i poszanowania praw człowieka oraz starania, by łagodzić spory lokalne, narodowe czy międzywyznaniowe na drodze dialogu. Wśród pionierów tego ruchu wymienić należy żydowskiego filozofa polskiego pochodzenia, twórcę filozofii dialogu – Martina Bubera, wybitnego rosyjskiego myśliciela, twórcę dialogizmu rosyjskiego – Michaiła Bachtina, a także polskiego pisarza, myśliciela, gorącego rzecznika budowania porozumienia przez dialog – wspomnianego Stanisława Vincenza.
***
Urodził się 30 listopada 1888 r. w Słobodzie Runguskiej na Huculszczyźnie jako syn inżyniera-ziemianina. Po śmierci ojca, Stanisław odziedziczył niewielki majątek ziemski wraz z wysychającym już polem wiertniczym, wydobywającym naftę. Obco brzmiące nazwisko pozostało śladem francuskich korzeni pradziada.
U podnóża Karpat Stanisław Vincenz przeżył 50 lat. W dzieciństwie wiele czasu spędzał w Krzyworówni u dziadków ze strony matki. Tu zapoznał się z huculską gwarą i obyczajami. Jego nianią była Pałahna Slipenczuk-Rybenczuk – Hucułka, którą z życzliwą wdzięcznością wspominał do końca życia. Tu też zbierał pierwsze materiały do swego największego dzieła – cyklu epickiego „Na wysokiej połoninie. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej”.
Vincenz odebrał staranne wykształcenie. Najpierw w gimnazjum w Kołomyi, później w gimnazjum klasycznym w Stryju. Był uczniem niepokornym, ale z pasją poznawczą. Uczestniczył w spotkaniach kółka samokształceniowego, któremu przewodniczył Stefan Vrtel-Wierczyński, późniejszy wybitny naukowiec. Studia Vincenz rozpoczął na Uniwersytecie Lwowskim, kontynuował je w Wiedniu. Przez pewien czas nie mógł znaleźć swojego miejsca w świecie nauki. Interesowało go wszystko, zatem studiował prawo, biologię, sanskryt, psychologię i filozofię. Edukację uniwersytecką zakończył pracą doktorską na temat wpływu filozofii Hegla na Feuerbacha. Zebrał również materiały do rozprawy habilitacyjnej o Heglu, jednak wszystko zaginęło w zawierusze wojennej.
W czasie I wojny światowej brał udział w walkach pod Haliczem, a także w wyprawie kijowskiej Piłsudskiego. Pracował jako wykładowca w szkole wojskowej w Modlinie. Po wojnie przez krótki okres zajmował się polityką, szybko jednak zniechęcił się do tej formy działalności. Czas dwudziestolecia międzywojennego spędził z żoną i dziećmi w swoim majątku w Słobodzie Runguskiej.
Po wybuchu II wojny światowej pisarz wraz z rodziną uciekł na Węgry, tam zaangażował się w pomoc Żydom, za co po wojnie przyznano mu tytuł „Sprawiedliwego wśród narodów świata”. Nie wrócił już nigdy do kraju. W latach 1946-47 przebywał w Niemczech, później zamieszkał w południowo-wschodniej Francji, a od 1964 r. w Lozannie w Szwajcarii. Tam zmarł 28 stycznia 1971 r.
W każdym miejscu, w którym się znajdował, był zaangażowany w życie kulturalne danego kraju czy regionu.
***
Działalność literacką rozpoczął od przetłumaczenia „Trzech poematów” Walta Whitmana (1921). Później współpracował z miesięcznikiem „Droga”, którego przez dwa lata był redaktorem naczelnym. Przed wojną wydał drukiem pierwszą część huculskiej tetralogii, „Prawdę starowieku”. Całość „Na wysokiej połoninie” powstawała i była publikowana na przestrzeni kilkudziesięciu lat, do 1979 roku. W latach 1938-1944 prowadził Vincenz zapiski z czytanych lektur oraz luźnych przemyśleń (wydane jako „Outopos. Zapiski z lat 1938-1944”, oprac. A. Vincenz), które stały się później fundamentem esejów tworzonych już na emigracji. Ich tematem są zagadnienia związane z wieloma dziedzinami: antropologią, historiozofią, filozofią, religioznawstwem, językoznawstwem i literaturoznawstwem. Szkice te publikowane były najpierw w różnych czasopismach emigracyjnych, m.in. w paryskiej „Kulturze”, później zostały zebrane w zbiorze „Po stronie pamięci” (Paryż 1965). Za życia Vincenza opublikowano także „Dialogi z Sowietami” (Londyn 1966) – eseje wspomnieniowe z okresu okupacji. Po śmierci pisarza ukazało się jeszcze kilka zbiorów esejów: „Tematy żydowskie”, „Z perspektywy podróży”, „Po stronie dialogu”, „Eseje i szkice zebrane”.
***
„On jest stamtąd, skąd wszyscy – pisze Czesław Miłosz o Vincenzie w eseju „La Combe”. – Tak żartobliwie określa się pochodzenie ludzi najbardziej intelektualnie aktywnych na Zachodzie”. W innym miejscu wspomina: „Vincenz, zukraińszczały i zżydziały dokładnie w takim stopniu, jaki jest niezbędny, żeby w jego osobie dokonał się stop trzech pierwiastków jego ojczyzny. /…/ Kiedy chce ująć coś dobitnym ludowym zwrotem, używa ukraińskiego. W swoich medytacjach nad Samaelem, czyli Złym, zapuszcza się w przerażające głębie dialektyki żydowskich bałagułów spod Kosowa /…/. I nagle z polskiego szlachcica wyziera ktoś inny: cadyk w huculskim kożuchu”.
Galicja Wschodnia, ojczyzna Vincenza i Bubera, w dwudziestoleciu międzywojennym była prawdziwym tyglem etnicznym i kulturowym. Na terenie tym współistniały obok siebie wspólnoty pozostające pod wpływem m.in. polskim, ukraińskim, żydowskim, węgierskim, mołdawskim i ormiańskim. Przez wieki ścierały się tu wpływy dziedzictwa bizantyjskiego i zachodnioeuropejskiego. Wskutek wojen z imperium otomańskim okresowo silne były też wpływy tureckie. Pod koniec XVIII w., po upadku Rzeczpospolitej, część tych ziem weszła do wielonarodowej monarchii austro-węgierskiej. Obrazu wielokulturowości dopełniały wspólnoty żydowskie, znajdujące w Galicji schronienie przed wzbierającymi co jakiś czas w Europie falami antysemityzmu.
Teren pogranicza kultur wymagał szczególnych relacji między członkami poszczególnych grup. Wzajemna otwartość, zrozumienie, tolerancja chroniły przed konfliktami i jednocześnie ubogacały życie całych wspólnot, głęboko osadzonych we własnych tradycjach. To przenikanie się kultur, połączone z powszechnym głębokim szacunkiem dla świata przyrody, jego praw, kształtowało ludzi szczególnie wrażliwych, twórczych i niezależnych.
Jednym z owoców obcowania w tym regionie kultury żydowskiej z innymi, jest chasydyzm, ruch religijno-mistyczno-społeczny z XVIII w. Zapoczątkował go żydowski pustelnik i myśliciel Baal Szem Towa. Według jego nauki, Bóg prowadzi dialog z człowiekiem za pośrednictwem świata, zwłaszcza przyrody i drugiego człowieka. Na początku XX w. chasydyzm miał wciąż wielu zwolenników, zwłaszcza wśród huculskich Żydów. Vincenz zafascynowany był duchowością chasydów, radosną i pobożną, stojąc jednak poza religią żydowską nie mógł w niej uczestniczyć. Interesował się chasydyzmem w jego społecznym wymiarze, szczególnie skutecznością nauki Baal Szem Towa oraz samym twórcą ruchu, osobowością niezwykle charyzmatyczną. W 1933 r. z przyjaciółmi odbył wędrówkę śladami Baal Szem Towa. W dorobku Vincenza możemy odnaleźć ślady wpływu chasydyzmu – patrzenie na świat jak na wielką księgę, która zaprasza człowieka do odczytania, do wejścia z nią w dialog, a przez to odczytanie do zrozumienia samego siebie. W eseju „O książkach i czytaniu” pisarz, przestrzegając przed niewłaściwym, bezmyślnym czytaniem książek, przestrzega jednocześnie przed zamknięciem się w świecie literatury: „Byśmy nie stali się »literożercami«, którzy wszystko czerpią z papieru, a nie umieją spojrzeć na życie. Nie potrafią spojrzeć na las, na łąkę, na chmury, na ludzi. Nie zaczną nigdy uczyć się z tej wielkiej księgi »czytać niewidzialne pismo światowe« (Psd 1, s. 85)”.
***
Wszyscy, którzy go znali, chylili czoła przed jego erudycją. Trudno zaznaczyć granice między różnymi dyscyplinami naukowymi, w obszar których wkracza pisarstwo Vincenza. Wedle słów Miłosza, reprezentował on „rzadki gatunek, gatunek, któremu wiedza humanistyczna zawdzięcza swoje najwyższe osiągnięcia: prywatnego myśliciela, przerzucającego pomosty między różnymi dyscyplinami, posługującego się czytanym po grecku Homerem w swoich rozważaniach nad herosami Karpat, niechętnego dyskusjom historiozofii w oderwaniu od filozofii pasterzy”. Jarosław Iwaszkiewicz napisał z kolei o nim, że „tylko drobną część swojej wiedzy i talentu przekazał nam w druku”.
Vincenza cechowała szczególna pasja poznawcza. „Tak wielki był w nim głód do każdego z najróżnorodniejszych głosów człowieka w całej ich dosłowności i swoistości – po śmierci Vincenza pisała Jeanne Hersch, szwajcarska filozofka i przyjaciółka rodziny Vincenzów – że osiągnął zdolność czytania w oryginale w czternastu rozmaitych językach. Ale przywiązywał się tylko do arcydzieł. Nie wydaje mi się, żeby mógł choć jeden dzień spędzić bez Homera czy Dantego i Szekspira. /…/ żył za pan brat z największymi autorami naszych czasów w jakiejś kpiarskiej komitywie, w poufałym zachwycie”. Wyraz tego dał w licznych esejach komentujących dzieła swoich mistrzów, w których odkrywa najgłębsze warstwy omawianych utworów.
Eseistyka Vincenza stawia czytelnikowi bardzo wysokie wymagania. Pisarz – jak zauważa Eugeniusz Czaplejewicz, jeden z badaczy tej twórczości – w swoich rozważaniach kluczy, wyprowadza czytelnika w pole, figlarnie maskuje i ukrywa tezy, wnioski i intencje. Ten sposób pisania, który przypomina cechy sokratycznego dialogu, może zniechęcać czytelnika przyzwyczajonego do łatwej lektury. Miłosz w Przedmowie do paryskiego wydania esejów „Po stronie pamięci” stwierdza, że największą trudnością dla współczesnego czytelnika jest konieczność zmiany „rytmu” – „niespieszne rozważanie o sprawach trudnych, nie zmierzające do żadnych dramatycznych wniosków może znużyć”.

„POTOMKOWIE OPRYSZKÓW”, ZDJĘCIE Z PIERWODRUKU KSIĄŻKI PRAWDA STAROWIEKU
***
Dialog jest najważniejszą ideą wskrzeszoną z tradycji antycznej przez Vincenza. Najważniejszą, bo z nią wiążą się wszystkie inne idee i wartości. „W naszej epoce monologów i monologistów – pisał w eseju poświęconym Gandhiemu – jako, że zerwały się, czy ukryły sieci wspólnoty, ludzie dość rzadko przemawiają jeden do drugiego. Raczej mówią obok siebie, nie starając się, nie dbając o porozumienie, nawet wtedy, gdy mówią bardzo wyraźnie, aż do okrucieństwa. Nie tylko życie polityczne, nawet sztuka i literatura dają wiele przykładów zawziętego monologizmu, także monologizmu grup i grupek, bez oglądania się na porozumienie. I jakoś mimo woli rodzi się niesamowite przeczucie, że wszystkich razem czeka takie porozumienie, a raczej unifikacja, w której nikt nie będzie miał nic do gadania. Wydaje się przeto stosowną formą porozumienia, także w pisaniu powinien być dialog. Niekoniecznie zewnętrzna forma dialogu, raczej jego zasada: wysłuchanie innych, uwzględnienie nie tylko głosów, ale nawet szeptów”.
Powyższe słowa, pisane już po II wojnie światowej, stanowią bardzo surową ocenę współczesności i skutków, jakie powoduje brak troski o porozumienie. Zatracenie poczucia wspólnoty ludzkiej, monologizm, tj. zamknięcie się na odmienność, odrzucenie różnorodności i uznanie siebie za ostateczną miarę prawdy, to zagrożenia, które dotykają ludzi w każdym systemie politycznym. Zagrożone są nimi nie tylko poszczególne jednostki, ale i całe grupy. Skutki przyjęcia przez grupy postawy monologowej są szczególnie okrutne, rodzą „systemy monologizmu”, czego przejawem w historii Europy były faszyzm i komunizm. Dialog jest antidotum na te zagrożenia. Przytoczony fragment dobrze ilustruje szerokie spojrzenie Vincenza na ideę dialogu – dialog to nie forma, lecz zasada, postawa, którą może przybrać każdy człowiek, twórca oraz całe grupy społeczne.
Twórczość Vincenza, przesycona jest duchem dialogu. Samo pojęcie „dialog” nie zostało jednak nigdzie przezeń zdefiniowane. Pisarz najczęściej używa tego słowa na określenie sytuacji konwersacji. Mimo to, podobnie jak w filozofii Bubera i teorii Bachtina, jego sens wykracza poza tę sytuację, wchodzi w obszar relacji między różnymi wspólnotami kulturowymi. W odróżnieniu jednak od wymienionych nurtów myślowych, dialog w jego twórczości nie jest przedmiotem rozważań teoretycznych – jest praktyką.
Vincenz wielokrotnie powtarzał, że słuchanie i zrozumienie w dialogu jest po stokroć ważniejsze niż mówienie. Na podstawie rozmyślań rozsianych po różnych esejach, osobistych wspomnień pisarza, a także relacji zachodzących między bohaterami cyklu „Na wysokiej połoninie”, można pokusić się o zestawienie warunków niezbędnych do zaistnienia sytuacji dialogowej. Po pierwsze, wykazywał on szczególną troskę o dobre przekłady i komentarze do wielkich dzieł literackich. Uważał bowiem, że podstawowym warunkiem do zbliżenia różnych kultur jest ich objaśnianie w językach zrozumiałych dla odbiorców. Po drugie, dialog nie może zaistnieć w sytuacji, gdy partnerzy stają na nierównych pozycjach, zatem nie należy wartościować siebie nawzajem. Po trzecie, w prawdziwym dialogu może uczestniczyć tylko człowiek zakorzeniony w tradycji swojej wspólnoty, świadom wartości, które może wnieść do powszechnego dziedzictwa. Dzięki zakorzenieniu człowiek może odkryć własną tożsamość, a to jest warunek autentyczności. Po czwarte, konieczne są otwartość poznawcza, zaangażowanie, wzajemna sympatia, zainteresowanie partnerem dialogu i jego sprawami. Bez tych czynników trudno stworzyć sytuację, w której każda ze stron zostanie należycie wysłuchana.
***
Myśliciel z Pokucia opowiadał się za przyznaniem kulturom ludowym należnego miejsca w dziedzictwie światowym. Zaliczał je do drugiej warstwy kultury powszechnej – warstwy nieuświadomionej i spontanicznej. Doskonale znał obyczaje i podania huculskie, na bieżąco śledził także rozwój myśli antropologicznej. Uważał, że odkrycie kultur prymitywnych, skazanych przez wieki na swoistą „banicję kulturową”, jest wydarzeniem donioślejszym niż odkrycie psychoanalizy.
Vincenz cenił kulturę nieświadomą jako autentyczną, nierozerwalnie związaną z życiem – pracą, rodziną, przyrodą, a przez to odpowiadającą na najgłębsze potrzeby człowieka: pragnienie piękna, nieśmiertelności, Boga, bezpieczeństwa. W niej odnajdywał uniwersalny pierwiastek, wspólny całej ludzkości. Często podkreślał w swoich pracach szczególną bliskość ludów europejskich, którą dostrzegał w sprawach zawiązanych ze współistnieniem w obrębie społeczności. Chrzest, konfirmacja, wesela, pogrzeby – Vincenz wielokrotnie był świadkiem takich uroczystości, nazywał je „teatrami obyczaju i okazjami do uczenia się dla pamięci tradycjonalnej”.
Pisarz zaangażowany był w działania zmierzające do rozprzestrzenienia idei „bliższej ojczyzny”, w naszym współczesnym języku powiedzielibyśmy – „małej ojczyzny”. Miejsce dorastania, jego krajobraz, tradycja, zanurzenie w pewnej wspólnocie, dają człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Zakorzenienie w „małej ojczyźnie” umożliwia twórcy i każdemu człowiekowi samoidentyfikację, jest gwarancją autentyczności, a więc warunku niezbędnego do zaistnienia dialogu. Homer, Dante, Goethe, Mickiewicz – to pisarze wymieniani przez Vincenza jako ci, którzy czerpiąc ze skarbca kultur, w których wzrastali, wnosili regionalizmy do dziedzictwa światowego. Vincenz był jednym z organizatorów zjazdów ludzi, którym bliska była idea zachowania poszczególnych regionów w ich kształcie kulturowym.
***
Eseje Vincenza i przedstawione w nich poglądy, wg słów Eugeniusza Czaplejewicza, „stanowią raczej kunsztowną oprawę i naturalne uzupełnienie, rzec można: tło dla koronnego klejnotu”. Tymże klejnotem jest natomiast czterotomowy cykl „Na wysokiej połoninie”. Sam pisarz nazywał go „dziełem życia”, pracował nad nim nieustannie prawie 40 lat. To utwór absolutnie oryginalny i nie mający swoich odpowiedników w literaturze polskiej. Przez ponad 2300 stron Vincenz snuje opowieść o huculskim świecie, niesamowitej górskiej przestrzeni, mieszkańcach należących do różnych wspólnot kulturowych, ich obyczajach, wierzeniach, pracy – o wszystkim, co stanowiło istotę życia huculskich pasterzy i ich sąsiadów.

ILUSTRACJE Z PIERWODRUKU KSIĄŻKI TEMATY ŻYDOWSKIE
„Połonina” jest opowieścią gawędziarza, który nie dba o chronologię wydarzeń, bo są one tylko pretekstem do opowiedzenia o sprawach znacznie ważniejszych, uniwersalnych – o ścieraniu się człowieka ze światem przyrody, o odwiecznej walce dobra ze złem. Vincenz, wzorem Homera, zbiera podania, obserwacje własne z wielokulturowej Huculszczyzny i na ich podstawie buduje w najdrobniejszych szczegółach obraz świata odchodzącej cywilizacji pasterskiej. Jest to jednocześnie próba nakreślenia idealnej wspólnoty, wzoru budowania głębokich relacji między ludźmi i otaczającym ich światem przyrody. Podstawą tych relacji jest sokratyczny dialog – rozmowa równego z równym w atmosferze wzajemnej otwartości.
Tę Atlantydę Słowiańszczyzny zatapia napływ cywilizacji zachodniej. „Na wysokiej połoninie”, a zwłaszcza „Pasmo 2” – „Nowe czasy. Zwada”, to głos sprzeciwu Vincenza wobec wprowadzania praw cywilizacji miejskiej w obszar kultur ludowych. To zderzenie dwóch zupełnie różnych porządków świata, a nawet różnych czasów. „Do miasta przychodzi gazda – opowiada narrator „Prawdy starowieku” – albo zbyt rano o świcie i tam wyczekuje cierpliwie przed urzędem do południa, albo choć w biały dzień przyjdzie, ale dla nich czegoś za późno, czekajże teraz przez noc. Tam u nich swój czas”. Prawa zachodniego świata są dla Hucuła obce i burzą istotę dialogu, bo miejsce człowieka zajmuje abstrakcyjna instytucja, przestaje więc nagle funkcjonować zasada, że „gazda z gazdą zawsze się dogada i pogodzi”. Foka, główny bohater cyklu, domyśla się, że głównym gazdą w tym obcym świecie jest pieniądz.
„Czas górski” nie ma układu linearnego. Vincenz tak go opisuje: „czas się jakoś rozwiewa, rozpyla, a nie spieszy /…/ rozwija się, rozpościera jak wachlarz i rozszerza po łąkach – nie czas to, lecz – fala wieczności”. Kompozycja całości cyklu rozpościera się na podobnej „fali”. Czas akcji „Połoniny” ma ściśle określone ramy – jesień 1887 roku. Jednak akcja jest tylko zaczynem, z którego wyrastają historie minione – te bliższe, z lat 60. XIX w. i te najstarsze – z prawieku. Ożywają w nich dawni bohaterowie i dawna tradycja. Dzięki zerwaniu z linearnością czasową, jednocześnie otwiera się tu perspektywa wieczności: „nasz obyczaj stary /…/ najlepszy dla nas. I nas przeżyje” – powie w „Zwadzie” Foka włoskim przybyszom.
Motywem scalającym wszystkie tomy powieści jest wesele we dworze w Krzyworówni. „Temat – wyjaśniał pisarz w jednym z listów – wzięty z wesela mojej Matki, na którym spotykają się wszystkie stany, a nawet cudzoziemcy przybywają. Cóż to znaczy? To zagadnienie już nie regionalne, tylko pytanie, co nasz kraj, względnie jego postacie duchowe, mogą dać światu. /…/ Idąc śladami Platona, ale nie naśladując go, chciałem postawę i światopogląd wyrazić za pomocą tych naszych rodzimych mitów”.
Vincenz obdarzony był niezwykłym talentem gawędziarskim. Epicki rozmach tego dzieła ma swą przyczynę przede wszystkim w tym, że od początku do końca wyrasta ono z tradycji ustnej. Andrzej Vincenz, syn pisarza, tak wspomina pracę ojca: „całe »Na wysokiej połoninie« jest tekstem mówionym, jednym wielkim opowiadaniem, rozmową z czytelnikiem. O tym należy stale pamiętać. Gdyż także pisane było w ten sposób: najpierw notowane /…/ jako pierwszy brulion, z którego dyktował potem mojej Matce na maszynę tekst mniej więcej definitywny. Niektóre teksty były dyktowane dwa albo trzy razy, wszystkie powstały jako teksty ustne, mówione. Łatwo się o tym przekonać, czytając je na głos”.
Sam Vincenz po skończonej pracy, gdy zebrał wokół siebie rodzinę i przyjaciół, „czytał głośno wieczorem przy winie swoje kroniki: o Boku, który tarł czarnego byka w nadziei, że wybieleje /…/ o radości jaka zapanowała na dworze króla Hiszpanii, kiedy zjawił się tam krawiec Pinkas, bo chrześcijanom jest nakazane kochać nieprzyjaciół, a oni wytępili swoich Żydów i nie mieli już kogo kochać. Ale przede wszystkim był promieniujący, epicki, z tym rodzajem humoru, który równy jest szczodrobliwości /…/ i obdziela wszystkich na równi nie po to, żeby górować, ale żeby komizm włączyć w strukturę bytu” – wspominał Czesław Miłosz.
***
Dom Vincenzów, czy to u podnóża Karpat, czy w sąsiedztwie Alp, często był pełen gości. Nawet w czasach emigracji, gdy na stole u gospodarzy nie było nic prócz pomidorów i mamałygi, pielgrzymowali do Mistrza z Pokucia intelektualiści różnych formacji kulturowych i wyznań. Przychodzili, by szukać uspokojenia i uzdrowienia, by, wedle słów Miłosza, „odtruwać się” z jadu współczesnej cywilizacji. Józef Czapski napisał: „Jeżeli nie zdziczeliśmy wszyscy na naszych wyspach oddalonych /…/ zawdzięczamy to paru ludziom wśród nas – miary Stanisława Vincenza – którzy byli naszym sumieniem historii”.
W czym tkwił sekret Vincenza? Był człowiekiem nadziei. Dostrzegał cywilizacyjne zagrożenia, a w swej twórczości – jak zauważa Stanisław Tomala – zdawał się zmierzać, wbrew opinii Miłosza, do dramatycznego wniosku: jeżeli ludzkość zrezygnuje z dążeń do porozumienia i nie przyjmie postawy dialogowej, może stanąć „w obliczu zagrożeń, którym nie będzie umiała przeciwdziałać”. Mimo to, wzrok czytelnika i każdego napotkanego człowieka, Vincenz starał się odwracać w stronę piękna i dobra, tak jakby przeczuwał, że lekiem na zło jest skierowanie uwagi na to, co naprawdę wartościowe.
Czapski napisał o Vincenzie: „Do końca dominowało w nim błogosławieństwo życia, każdego życia, w jego nieskończonej różnorodności i nawet w latach wojny, klęsk, zbrodni, deptania wszelkiej godności ludzkiej, nawet wówczas umiał jeszcze wskrzeszać światło”. Miłosz, opisując swoje pobyty w La Combe, wiosce, w której Vincenzowie spędzali lato, wyznaje: „Podpatrywałem sekret Vincenza. Miałem przed sobą kogoś, kto obalał /…/ rozdęte mitologie /…/ lamentujących »tułaczy«, gotowych zmarnować życie na tymczasowość i oczekiwanie powrotu /…/, byle udawać, że nie są, gdzie są. /…/ Znikąd nie był wygnany. /…/ Dokoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu”.
Na parę lat przed śmiercią wyznał jednej z przyjaciółek rodziny: „Nie pamiętam człowieka, którego bym poznał i wobec którego bym nie czuł, że mógłby być moim przyjacielem”. Prawdziwość tych słów potwierdzają „Dialogi z Sowietami” – zapis wspomnień z okresu II wojny światowej. Jest to surowa ocena nieludzkiego systemu, przed którym Vincenz uciekał, obawiając się m.in. nudy wynikającej z jednokierunkowości myślenia. To również wspomnienie spotkań z sowieckimi żołnierzami, w których pisarz dostrzegał przede wszystkim ludzi. Sowieci to wyczuwali i garnęli się do niego. Wyraźne jest to zwłaszcza w opisie wydarzeń z 1944 r., kiedy wojska radzieckie weszły na teren Węgier. Przychodzili zmęczeni frontem mężczyźni, żeby po prostu pogawarit’.
Przyjaciółmi Vincenza byli również ludzie, wśród których mieszkał. W Słobodzie Runguskiej rozmawiał ze swymi sąsiadami w ich narzeczu, był jednym z huculskich mieszkańców podnóża Czarnohory. Huculi darzyli go niezwykłą przyjaźnią. I często tłumnie odwiedzali w niedzielne popołudnia, gdy „Dochtor” puszczał specjalnie dla nich z patefonowych płyt koncerty muzyki klasycznej.
Sekret dobrego sąsiedztwa Vincenz zabrał ze sobą na emigrację. „W małej wiosce La Combe, gdzie spędzał długie letnie miesiące /…/ był cudzoziemcem – wspomina przyjaciela Jeanne Hersch – tym, który nie mówi tak jak wszyscy. Ale był ich przyjacielem. Skoro tylko miał chwilę czasu, przychodzili do niego. Starzy, dzieci, mężczyźni, kobiety – wszyscy. Listonosz zjawiał się z twarzą rozpromienioną odświętnie. Przychodzili, aby opowiedzieć, co się wydarzyło albo że nic się nie wydarzyło. Każdy siadał na chwilkę, aby być wysłuchanym, dostrzeżonym, pokochanym”.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Wybitny działacz i teoretyk społeczny, ks. Aleksander Wóycicki, pisał: „Głównym i pierwszym organizatorem robotniczych zrzeszeń chrześcijańskich jest bezsprzecznie ks. Marceli Godlewski. Działacz ten jest postacią w naszym duchowieństwie nieprzeciętną. Energiczny, pełen inicjatywy, nie liczący się z żadnymi trudnościami, umiejący chcieć i wytrwale dążyć do urzeczywistnienia swych planów, ks. Godlewski wyrasta /…/ o całą głowę ponad przeciętny ogół swych współbraci duchownych”1.
Królestwo Polskie pod koniec XIX w. stało się terenem dynamicznego rozwoju przemysłu, a co za tym idzie, wzrostu liczebności warstwy robotniczej. Jej problemy stopniowo będą wysuwać się na pierwszy plan zagadnień społecznych na tych terenach. Kościół i duchowieństwo katolickie nie od razu potrafili właściwie zareagować na dokonujące się zmiany. Jednym z pierwszych w tym kręgu, który dostrzegł tragiczne położenie robotników, był ks. Marceli Godlewski. Analizując sytuację, pisał on, iż robotnicy zostali zdani „/…/ na łaskę i niełaskę fabrykanta i administracji fabrycznej. A nawet i wówczas, gdy prawo bierze w obronę pracującego, przedsiębiorcy potrafili prawo obejść bez względów żadnych, nawet czysto ludzkich. Chęć osiągnięcia jak największych zysków zagłusza wszelkie uczucia. Na robotnika patrzono więc tylko jako na siłę roboczą, jako na maszynę czysto mechaniczną, z której chciano wycisnąć jak największą korzyść. Wówczas, gdy robotnik zarabiał zaledwie tyle, aby tylko z głodu nie umarł, to kierownicy fabryk otrzymywali pensje aż nazbyt wygórowane…”2. W związku z takimi konstatacjami postanowił podjąć pracę społeczną i wychowawczą w środowiskach robotniczych.
***
Ksiądz Marceli Godlewski urodził się 15 stycznia 1865 r. we wsi Turczynie k. Łomży, jako syn Ignacego i Katarzyny z Kuczyńskich3. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Szczuczynie oraz gimnazjum w Suwałkach, kontynuował naukę w Seminarium Duchownym w Sejnach. W lutym 1888 r. otrzymał tam święcenia kapłańskie, po czym wyjechał do Rzymu, gdzie podjął studia na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. W 1893 r. uzyskał stopień doktora teologii. Od 1890 r. pracował jako wikary w Nowogrodzie k. Łomży, następnie zaś w Zambrowie i Jedwabnem. Po przeniesieniu do archidiecezji warszawskiej pełnił posługę duszpasterską w Mieleszkach i Szymanowie pod Łodzią, a potem w parafii św. Krzyża w Łodzi i od 1896 r. w kościele św. Krzyża w Warszawie. W 1897 r. otrzymał nominację na profesora Warszawskiego Seminarium Duchownego. W 1906 r. został rektorem kościoła św. Marcina, a następnie w latach 1915-1945 był proboszczem parafii Wszystkich Świętych w Warszawie. W 1906 r. uzyskał honorowy tytuł szambelana papieskiego oraz ustanowiony przez Leona XIII w 1888 r. order „Pro Ecclesia et Pontifice”.
Głównym celem ks. Godlewskiego było stworzenie w Polsce prężnej Demokracji Chrześcijańskiej, czyli ruchu, który realizowałby zadania nakreślone przez Leona XIII w encyklice Rerum novarum. W związku z tym wszedł w skład Komisji Pracy Społecznej, powołanej 9 maja 1905 r. przez episkopat. Komisja wkrótce opracowała zasady Chrześcijańskiej Demokracji, w których czytamy, iż jest „/…/ faktem, że w obecnym ustroju społecznym panują stosunki nienormalne /…/ Ludzie przejęci ideą sprawiedliwości, nie mogą patrzeć obojętnym okiem na taki stan rzeczy, dlatego łączą się, zrzeszają, aby zwalczać zło wspólnymi siłami we wspólnej akcji. Taką właśnie akcją jest Demokracja Chrześcijańska. Nazywa się demokracją, dlatego że obejmuje wszystkich ludzi, dla wszystkich pracuje, dla wszystkich żąda sprawiedliwości. Ponieważ zaś sprawiedliwości tej najbardziej jest pozbawiony lud, klasy pracujące, przeto najpierw dla ludu i z ludem należy dążyć do reform społecznych. Zaznaczamy, że demokracja nie jest opieką nad ludem, lecz idzie razem z ludem, uświadamia go, walczy razem z nim i chce przez lud wywalczyć dla ludu słuszne prawa i odpowiednie warunki życia. Demokracja nazywa się Chrześcijańską dlatego, że wypływa z ducha nauki Chrystusowej i opiera się na zasadach etyki Chrystusowej”.
Zastrzegano jednak, iż niewłaściwym byłoby postrzeganie jej jako akcji stricte religijnej. Jest ona bowiem „/…/ pracą społeczną. Stara się ona przede wszystkim, aby zapanowała idea sprawiedliwości w stosunkach społecznych, występuje w imię ideałów i haseł ogólnoludzkich i pracuje dla całej ludzkości”. Z drugiej strony podkreślano, że „Demokracja Chrześcijańska wyklucza ze swego programu politykę i nie służy żadnym partiom i żadnym celom politycznym”4. Twórcy tej deklaracji byli wiernymi uczniami Leona XIII, rozumieli termin chrześcijańska demokracja w ten właśnie sposób, w jaki został on przezeń zdefiniowany w encyklice Graves de communi, w której czytamy, iż termin ów nie powinien być upolityczniany, natomiast należy dążyć, by „/…/ ci, którzy żyją z pracy rąk i ze swego zawodu, znaleźli się w znośniejszym położeniu i stopniowo tyle zarabiali, by sami o siebie troszczyć się mogli, w domu i w życiu publicznym swobodnie pełnić mogli obowiązki cnoty i religii, by się czuli nie zwierzętami, lecz ludźmi /…/. Do tego celu zmierzać powinna działalność ludzi, przychylnie usposobionych dla ludu chrześcijańskiego, któremu w tym kierunku nieść należy pomoc, by go ustrzec od zarazy socjalizmu”5.
***
Pomysł zajęcia się kwestią robotniczą zaczął kiełkować u ks. Godlewskiego w 1891 r. podczas pobytu w Wielkim Księstwie Poznańskim. Tam działalność społeczna duchowieństwa rozwijała się dynamicznie już od lat sześćdziesiątych XIX w. Ksiądz Godlewski zetknął się ze stowarzyszeniami robotniczymi i zapoznał z metodami pracy w tym środowisku. Również pobyt w Belgii, Niemczech czy Holandii niewątpliwie miał swoje znaczenie.
Pierwsze prace w tym kierunku podjął ks. Godlewski w parafii św. Krzyża w Łodzi, następnie kontynuował je w Warszawie przy kościele pod tym samym wezwaniem, gdzie na przełomie lat 1903 i 1904 zaczęły zbierać się osoby zainteresowane sprawami społecznymi. Ksiądz Godlewski gromadził też wokół siebie coraz liczniejsze grono robotników, prowadząc w każdą niedzielę po nieszporach pogadanki o treści społecznej. Wkrótce tym sposobom pracy nadano formy organizacyjne na prośbę samych robotników. W ten sposób powstaje tajne stowarzyszenie „Straż” Królestwa Polskiego i Litwy. Jego statut zawierał 8 punktów, w których stawiano za cel m.in. zwalczanie teorii niezgodnych z duchem chrześcijańskim i narodowym, zapobieganie i przeciwdziałanie strajkom, popieranie przemysłu i handlu polskiego, szerzenie oświaty, promowanie zasad solidaryzmu czy stworzenie kasy samopomocowej dla członków stowarzyszenia6.
„Straż” funkcjonowała jako zrzeszenie nielegalne do jesieni 1905 r., kiedy to wykorzystując liberalizację wywołaną zamętem rewolucyjnym, ks. Godlewski przekształcił ją w legalne Towarzystwo św. Józefa, mające przede wszystkim cele kulturalne i etyczne. Było to jednak niewystarczające, w całym Królestwie narastało wrzenie rewolucyjne, mnożyły się strajki, zaogniała walka pomiędzy socjalistycznymi a endeckimi organizacjami robotniczymi. Ks. Godlewski uznał, iż w tej sytuacji należy zająć stanowisko, wyciągnąć do robotników pomocną dłoń, zwłaszcza iż oni sami zwrócili się do niego przekonani, że „/…/ należy im się jakaś pomoc od Kościoła, że w tej walce między organizacjami /…/ jest naturalny pośrednik – kapłan katolicki”7.
W związku z tym ks. Marceli w niedzielę 16 września 1905 r. w kościele św. Marcina oznajmił przybyłym robotnikom powołanie do życia Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich (SRCh). Statut SRCh zarejestrowany został dopiero 21 grudnia 1906, ale nie czekając na jego formalne zatwierdzenie ks. Godlewski zaczął tworzyć koła Stowarzyszenia, liczące minimum 30 członków. Powstał też Komitet Ratunkowy SRCh, którego zadaniem było niesienie doraźnej pomocy robotnikom i ich rodzinom, np. w postaci darmowych obiadów, których wydawano setki dziennie. Statut przewidywał, iż SRCh będzie organizacją ogólnokrajową i stwierdzał, że stawia sobie ono za cel „/…/ podniesienie stanu robotniczego pod względem religijno-moralnym, umysłowym, materialnym i narodowym”. W 1908 r. wprowadzono do niego zapis mówiący o zakazie agitacji partyjno-politycznej w łonie organizacji. Złamanie tego zakazu skutkować miało wykluczeniem ze Stowarzyszenia, poza nim natomiast „/…/ każdy członek może należeć według własnego uznania do wszelkich partii politycznych na gruncie narodowym stojących, zgodnych z zasadami wiary”8.
O członkostwo w stowarzyszeniu mogli ubiegać się nie tylko katolicy, ale wszyscy chrześcijanie, choć udział niekatolików nie był nazbyt imponujący – należało do niego kilku ewangelików i jeden prawosławny. Tym niemniej, kwestia ta była przedmiotem poważnych kontrowersji. Głównymi oponentami Godlewskiego byli ks. Włodzimierz Jakowski z Częstochowy i ks. Andrzej Rogoziński z Łodzi, propagujący wizję czysto katolickiego zrzeszenia. Kwestia ta stanowiła zagadnienie o charakterze ogólnokościelnym, po tym jak w Niemczech wybuchł spór zwany berlińsko-kolońskim, dotyczący preferowanego modelu związków robotniczych – czy mają mieć one charakter mono- czy międzykonfesyjny. W sprawie zabrał głos papież Pius X wydając w 1912 r. encyklikę Singulari quadam, w której dopuścił pod pewnymi warunkami możliwość udział robotników katolickich w stowarzyszeniach międzywyznaniowych.
Drugi spór w SRCh dotyczył zasad funkcjonowania ruchu. Ks. Godlewski opowiadał się za jak największym udziałem samych robotników w kierowaniu Stowarzyszeniem, ks. Jakowski natomiast stał na stanowisku zwanym patronalistycznym i postulował znaczne rozszerzenie zakresu władzy księży. Na II Zjeździe SRCh, który odbył się 9-10 stycznia 1907 r. w Warszawie, przyjęto jednak, iż duchowni patroni będą mieć decydujący głos w sprawach moralno-religijnych, w pozostałych natomiast jedynie doradczy, gdyż robotnicy powinni sami rozstrzygać o kwestiach bezpośrednio ich dotyczących9.
***
Stowarzyszenie realizowało cele m.in. poprzez urządzanie regularnych spotkań, na których dyskutowano najistotniejsze problemy dotykające robotników, tworzenie biur pośrednictwa pracy i porad prawnych, bibliotek, sądów polubownych, instytucji samopomocowych oraz organizowanie wolnego czasu robotników. W kwestii odpowiedniej formacji religijno-moralnej stanu robotniczego twórcy SRCh wychodzili z dość pesymistycznych konstatacji. Nie było u nich hurraoptymizmu, wynikającego z pełnych świątyń na niedzielnych nabożeństwach czy z generalnie dobrej kondycji polskiego Kościoła w porównaniu z jego odpowiednikami na zachodzie Europy. Dlatego niemało uwagi poświęcono organizowaniu rekolekcji robotniczych czy odczytów i pogadanek, którym przyświecała dążność do tego „/…/ aby dać w sposób jasny i przystępny światopogląd chrześcijański i zasady katolickie, a w sercach rozbudzić gorące umiłowanie wiary i Kościoła”10.
Nie zaniedbywano rozwoju intelektualnego oraz godziwej rozrywki. Temu miały służyć robotnicze domy ludowe zakładane przez SRCh na terenie całego kraju – warto nadmienić, iż żadna inna organizacja nie utworzyła na terenie Królestwa Polskiego tylu tego rodzaju placówek. Organizowano w nich nie tylko posiedzenia, ale i koncerty, odczyty, zabawy, przedstawienia teatralne, pokazy filmowe, w nich rozwijały się i ćwiczyły chóry robotnicze, orkiestry, teatry amatorskie. Zakładano również szkoły oraz kursy dla analfabetów. Wydawano też tygodnik dla robotników pt. „Pracownik Polski”, wychodzący w szczytowym okresie rozwoju w nakładzie 18 tys. egzemplarzy. Na jego łamach propagowano idee Leona XIII z encykliki Rerum novarum i analizowano aktualne, konkretne kwestie społeczno-gospodarcze z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej. Problematyce tej poświęcano także niemało miejsca na łamach redagowanych przez ks. Godlewskiego miesięczników „Któż – jak Bóg” i „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny” oraz pisma „Pracownica Polska”.
Stowarzyszenie prowadziło również ożywioną działalność gospodarczą, mającą na celu pomoc materialną robotnikom. Wyrazem tego były organizacje samopomocowe i spółdzielcze. Zakładano kasy zapomogowe dla chorych, zapomogowo-pogrzebowe oraz zapomogowo-pożyczkowe czy oszczędnościowo-pożyczkowe, przy warszawskim oddziale funkcjonowała również „kasa oszczędności dla dzieci ludu pracującego”. Spółdzielcze efekty pracy SRCh również były niemałe, z inicjatywy jego członków powstało bowiem ok. 500 takich inicjatyw, głównie spożywczych. Warto także odnotować funkcjonowanie biura porad prawnych oraz punktu porad lekarskich.
W latach 1907-08 SRCh liczyło w Królestwie Polskim 79 kół, skupiających ponad 22 tys. robotników. Istnieją jednak informacje wskazujące na dwa razy większą liczebność – obejmują one prawdopodobnie nie tylko osoby płacące składki, ale i sympatyków Stowarzyszenia, biorących mniej lub bardziej regularnie udział w jego pracach.
***
Pierwsze trzy lata to zdecydowanie najlepszy okres organizacji. Później początkowy dynamizm zaczął słabnąć i SRCh przeżyło wyraźny kryzys. Zadecydowały o tym nie tylko przyczyny zewnętrzne, ale i słabość samego ruchu, który zaczął się kurczyć, gdy znikł pierwszy zapał. Jego twórcy nie ustrzegli się licznych błędów. Brak było spójnego, długofalowego planu funkcjonowania i rozwoju SRCh, działano spontanicznie i trochę po omacku. „W działaniu /…/ – jak podkreśla A. Wóycicki – nie widać żadnego systemu, planu, nie ma nowych metod, wypróbowanych gdzie indziej, jak np. w Księstwie Poznańskim lub zagranicą”11.
Do tego doszły przeszkody stawiane przez władze rosyjskie, brak poparcia dla działań ks. Godlewskiego ze strony pracodawców, rodzimej inteligencji i hierarchii kościelnej. Niektóre środowiska w polskim Kościele darzyły SRCh nieskrywaną niechęcią i zaczęły wysuwać pod adresem ks. Godlewskiego zarzuty o inklinacje modernistyczne. Były one szczególnie nośne w tamtym okresie i dotkliwe dla oskarżonego, ponieważ w 1907 r. papież św. Pius X potępił tzw. tendencje modernistyczne w dekrecie Lamentabili oraz encyklice Pascendi Dominici Gregis. W odpowiedzi delegacja SRCh z ks. Godlewskim udała się do Rzymu. Przyjęto ich na specjalnej audiencji, w czasie której Papież wyraził jednoznacznie poparcie dla ich działalności: „Błogosławię was wszystkich, wasze rodziny, wasze prace, a gdy wrócicie do swoich, powiedzcie im, że z całego serca błogosławię waszą organizację, aby zawsze wierną będąc Bogu, rozwijała się z jak największym pożytkiem dla swych członków”12.
Pierwsza wojna światowa ostatecznie doprowadziła do wygaśnięcia działalności SRCh. Po odzyskaniu niepodległości doszło do odrodzenia ruchu, jednak ks. Godlewski już w jego pracach nie uczestniczył.
***
W latach międzywojennych coraz mocniej współpracował z obozem narodowym, z którym już wcześniej był powiązany jako członek Ligi Narodowej. Nie wrócił do aktywnego udziału w życiu chrześcijańsko-społecznym, zajmując się przede wszystkim problematyką żydowską. Sprawiło to, że zaczęto określać go mianem jednego z czołowych antysemitów w polskim Kościele.
Życie jednak przynosi niespodzianki i obala utarte stereotypy. W listopadzie 1940 r. kościół Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim znalazł się za murami getta. Ks. Godlewski dobrowolnie pozostał w swojej parafii. Wkrótce zaczął nieść ofiarną pomoc ludności żydowskiej. Uczynił to człowiek, który przed wojną postulował bojkot handlu żydowskiego, nie zgadzając się z opiniami osób, które w imię zasad chrześcijańskich nawoływały „/…/ abyśmy nie omijali handlu Żydów i zaniechali pracy nad odżydzeniem handlu i przemysłu polskiego”; człowiek twierdzący, iż popierając hasło „»swój do swego« jako chrześcijanie nie wykraczamy przeciwko wierze katolickiej, lecz przeciwnie, spełniamy jej wskazania i do niej się stosujemy”13.
Ludwik Hirszfeld, światowej sławy serolog i immunolog pochodzenia żydowskiego, poświęcił mu w swoich wspomnieniach osobny rozdział, zatytułowany „W cieniu kościoła Wszystkich Świętych”. „Prałat Godlewski – czytamy we wspomnieniach Hirszfelda. – Gdy wymawiam to nazwisko, ogarnia mnie wzruszenie. Namiętność i miłość w jednej duszy. Ongiś bojowy antysemita, kapłan wojujący w piśmie i słowie. Ale gdy los zetknął go z tym dnem nędzy, odrzucił precz swoje nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom. Gdy pojawiała się jego piękna siwa głowa, przypominająca oblicze Piotra Skargi z obrazu Matejki, w miłości i pokorze schylały się przed nim głowy. Kochaliśmy go wszyscy: dzieci, starcy i wyrywaliśmy go sobie na chwilę rozmowy. A nie skąpił siebie. Uczył dzieci katechizmu, stał na czele Caritasu dzielnicy i kazał rozdawać zupę bez względu na to, czy głodny jest chrześcijaninem, czy Żydem. Często przychodził do nas, by pocieszać i pokrzepiać. Nie tylko myśmy go cenili. Chciałbym przekazać, co o nim myślał prezes gminy [żydowskiej] Czerniaków. Na posiedzeniu u docenta Zweibauma zebraliśmy się z okazji rocznicy [tajnych] kursów [medycyny]. I tam prezes opowiadał, jak prałat rozpłakał się w jego gabinecie, gdy mówili o żydowskiej niedoli, i jak się starał pomóc i tej niedoli ulżyć. Mówił on, ile ten ksiądz, b[yły]. antysemita, serca Żydom okazywał”14.
Po zamknięciu kościoła i usunięciu duchownych z getta, ks. Godlewski kontynuował działalność. Organizował tajne lokale, w których ukrywano dużą liczbę Żydów. Szczególną opieką w świetle relacji i wspomnień, otaczał dzieci żydowskie15. Zmarł 26 grudnia 1945 r. w Aninie k. Warszawy.
Przypisy:
1 Ks. dr A. Wóycicki, Chrześcijański ruch robotniczy w Królestwie Polskiem. Monografia społeczna, Piotrogród 1915, s. 154.
2 Cyt. za R. Bender, Społeczne inicjatywy chrześcijańskie w Królestwie Polskim 1905-1918, Lublin 1978, s. 84.
3 Na temat ks. Godlewskiego zob. R. Bender, Marceli Godlewski [w:] Słownik biograficzny katolicyzmu społecznego w Polsce, t. 1, Lublin, 1994, ss. 147-148; Marceli Godlewski [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. VIII, Wrocław-Kraków-Warszawa, 1959-1960, s. 180.
4 Cyt. za R. Bender, Społeczne inicjatywy… op. cit., ss. 66-67.
5 Leon XIII, Graves de communi [w:] K. Grzybowski, B. Sobolewska, Doktryna polityczna i społeczna papiestwa (1789-1968), Warszawa 1971, ss. 279, 280, 281.
6 Ks. dr A. Wóycicki , Chrześcijański ruch robotniczy w Polsce. Monografja społeczna, Poznań-Warszawa 1921, s. 81.
7 Ibid., s. 82.
8 Cyt. Za R. Bender, Społeczne… op.cit., s. 72.
9 S. Gajewski, Społeczna działalność duchowieństwa w Królestwie Polskim 1905-1914, Lublin 1990, ss. 60-66.
10 Ks. dr A. Wóycicki, Chrześcijański ruch robotniczy w Polsce… op.cit., s. 118.
11 Ibid., s. 143.
12 Ibid., s. 120.
13 Ks. M. Godlewski, Bojkot Żydów a Kościół, „Głos Narodu” nr 63/1913.
14 L. Hirszfeld, W cieniu kościoła Wszystkich Świętych [w:] Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945, oprac. W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, Kraków 1969, s. 817.
15 Zob. W. Smólski, Losy dziecka, Warszawa 1961, ss. 238-240; Tenże, Zaklęte lata, Warszawa 1964, ss. 290-294.
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

„Więc pozostanie Irena Kosmowska w więzieniu polskim; więzienie rosyjskie poznała już dokładnie przed laty. Rola Ireny Kosmowskiej w dziejach pracy niepodległościowej i w dziejach ruchu ludowego nie będzie /…/ ani pomniejszona, ani zmieniona, wręcz odwrotnie!” – pisał w 1930 r. „Robotnik”, organ Polskiej Partii Socjalistycznej. Osobę wspomnianą w artykule właśnie skazano na 6 miesięcy pozbawienia wolności za nazwanie Józefa Piłsudskiego „obłąkańcem”.
***
Stołeczne mieszkanie państwa Kosmowskich przy Nowogrodzkiej 42 tętniło życiem. Bywali tu m.in. Orzeszkowa, Prus, Świętochowski, Krzywicki i wielu innych myślicieli, publicystów, działaczy społecznych. „Dom Kosmowskich – pisze Regina Kociowa – cieszył się szczególną popularnością /…/ dlatego, że spotykali się w nim ludzie nawet sprzecznych przekonań politycznych i często w dyskusjach znajdowali punkty styczne. Gromadził /…/ wszystkich, którzy dążyli do rozbudzenia życia narodowego, niezależnie od pochodzenia, zamożności lub wyznania”. W takiej atmosferze, 20 grudnia 1879 r. urodziła się córka Kosmowskich – Irena.
Jej matka, również Irena, pochodziła ze średniozamożnej szlachty z Małopolski. Wysłana do szkoły w Warszawie, tam poznała przyszłego małżonka i zamieszkała w stolicy. Prowadziła działalność filantropijną, działała w ruchu krajoznawczym, głosiła idee „pracy dla ludu”, głównie postulaty edukacji niższych warstw społecznych. Jej mąż, Wiktoryn Kosmowski, był lekarzem – absolwentem uczelni w Warszawie i Paryżu. Interesował się systemem opieki medycznej dla ubogich i społecznymi przyczynami chorób. Oprócz komercyjnej praktyki prowadził darmowy punkt lekarski dla warszawskiej biedoty. Założył pismo „Kronika Lekarska”, poświęcone m.in. analizie zdrowotnych skutków złych warunków życia oraz przygotowaniu lekarzy do pomocy biedakom. Był również współtwórcą banku spółdzielczego, propagował samopomocowe kasy oszczędnościowe wśród mieszkańców wsi.
Córka obojga społeczników najpierw pobierała nauki w domu, później uczęszczała do Szkoły Rzemiosł, gdzie ukrywano przed władzami carskimi zajęcia z języka polskiego i historii, pedagogiki, psychologii, nauk humanistycznych. Później wysłano ją do tzw. szkoły gospodarczej w podzakopiańskich Kuźnicach. Miała naśladować matkę – zarządzać gospodarstwem domowym, a jednocześnie prowadzić „pracę dla ludu”.
Ale dziewczyna trafiła w krąg osób, które krytykowały paternalistyczne traktowanie niższych warstw. Zamiast „pracy dla ludu”, głosiły one hasła „pracy z ludem”, upodmiotowienia chłopów i robotników, uczynienia z nich pełnoprawnych obywateli, demokratyzacji życia społecznego. Tak oto stała się „warszawską radykałką” – jak kilka lat później określił ją lider polskich socjalistów, Ignacy Daszyński.
***
Irena podczas nauki w Kuźnicach nawiązała kontakty z przedstawicielami społecznie zaangażowanej elity zaboru austriackiego, często odwiedzającymi Zakopane. Wkrótce została wolną słuchaczką na uniwersytecie we Lwowie. Tam trafiła w krąg kształtującego się ruchu ludowego. Poznała jego twórców – inteligenckie małżeństwo Marii i Bolesława Wysłouchów (wydawali pismo „Przyjaciel Ludu”) oraz chłopskiego działacza Jakuba Bojkę. Efektem tych kontaktów, wzmocnionych o ferment polityczny rewolucji 1905 r., było wyzwolenie się Ireny spod ideowego wpływu rodziców. Jeszcze w 1906 r. została nauczycielką w żeńskiej szkole gospodarczej w Mirosławicach nieopodal Kutna, prowadzonej przez Koło Ziemianek, w którym działała jej matka. Ale wkrótce, widząc rozdźwięk między wielkopańską „łaskawością” wobec ludu a ideami faktycznej emancypacji chłopstwa, porzuciła tę posadę, przerwała też studia.
W działalność społeczną na szerszą skalę zaangażowała się w 1907 r. (niektórzy badacze podają datę o dwa lata wcześniejszą i twierdzą, że Kosmowska działała w radykalno-chłopskim Polskim Związku Ludowym, jednak brak na to „twardych” dowodów). Wówczas powstało „Zaranie” – tygodnik, który radykalna inteligencja oraz działacze chłopscy z Kongresówki założyli w celu propagowania ideałów „uobywatelnienia” ludu. Pismo miało charakter głównie edukacyjny, ale głosiło też hasła równouprawnienia bez względu na status majątkowy i pochodzenie. Propagowało nowatorskie rozwiązania gospodarcze (spółdzielczość) i radykalne przeobrażenia własnościowe, czyli reformę rolną w postaci rozparcelowania wielkich majątków ziemskich między chłopów małorolnych i bezrolnych. „Zaranie” krytykowało to, co wówczas zwano „patronatem”, czyli przewodzenie ludowi przez ziemian, kler itp., opowiadając się za samodzielnością warstwy chłopskiej. Naczelnym hasłem pisma było „Sami sobie” – postulat zarazem praw dla ludu, jak i wezwanie go do działania, zerwania z biernością i liczeniem na łaskę ze strony wyższych warstw społecznych.
Pierwszy numer „Zarania” ukazał się w listopadzie 1907 r. Kosmowską wkrótce zaproszono do współtworzenia pisma. „Przychodziła do redakcji co dzień, siedziała od rana do wieczora i albo pisała tu, albo zastępowała mnie w rozmowach z przyjezdnymi czytelnikami. /…/ Początkowo /…/ pobierała po 25 rubli /…/ pensji, ale to się niedługo skończyło i /…/ całe następne lata pracowała za darmo. Rodzice byli w dostatku, a przy nich i ona, zwłaszcza że była skromna i nie wymagała ani strojów, ani szczególnych wygód” – wspominał redaktor naczelny, Maksymilian Malinowski.
Niebawem została redaktorką działu kulturalno-oświatowego i sekretarzem redakcji. W „Zaraniu” listy od czytelników i odpowiedzi na nie stanowiły ważną część pisma – zajmowały co tydzień 2-4 strony na samym początku gazety! Kosmowska prowadziła też osobistą korespondencję z czytelnikami. „Od wielu chłopów /…/ wiem, jakie znaczenie miały listy pisywane przez Irenę /…/. Miała już wówczas cechę, która później rozwinęła się wybitnie; umiała w każdym człowieku /…/ dostrzec to, co najlepsze, odgadnąć dążenia, podsuwać im wyraz” – pisała działaczka oświatowa i naukowiec, Helena Radlińska.
Efektem jej współpracy ze środowiskiem młodych absolwentów szkół rolniczych była założona w 1911 r. comiesięczna wkładka do gazety, zatytułowana „Świt – Młodzi Idą”, współredagowana przez Kosmowską. Z jej inicjatywy rok później pojawił się dodatek „Sprawy Szkolne”, będący trybuną popularyzowania oświaty ludu, a także forum wiejskiej inteligencji.
Przyciągała do „Zarania” nie tylko chłopów i mieszkańców wsi. W 1913 r. Stefan Żeromski, sławny już wówczas pisarz, przesłał na ręce Kosmowskiej część właśnie tworzonej powieści „Wszystko i nic”, z sugestią nieodpłatnej publikacji w odcinkach. Postawił jeden warunek. Było nim umieszczenie dedykacji: „Pannie Irenie Kosmowskiej jako wyraz braterskiego pozdrowienia, pracę tę składa autor”. Niestety, carska cenzura zablokowała druk utworu.
Inna forma aktywności Kosmowskiej to działalność w Towarzystwie Kółek Rolniczych im. St. Staszica. Powstało ono pod koniec 1906 r. w tym samym środowisku, które utworzyło „Zaranie”. Celem było stworzenie organizacji samopomocowo-ekonomicznej, która reprezentowałyby interesy chłopów. TKR powstał w opozycji wobec Centralnego Towarzystwa Rolniczego, powołanego i kierowanego przez wielkich posiadaczy ziemskich. Kosmowska przez pierwszych kilka lat jego działalności pełniła funkcję sekretarza zarządu oraz propagowała ideały kółek, tj. samodzielność chłopów w gospodarczych przeobrażeniach wsi – spółdzielczość, nowe metody upraw i hodowli, zbiorowy zakup i użytkowanie maszyn rolniczych itp. Przekonała działaczy TKR, że kółka powinny prowadzić również działalność oświatową, m.in. poprzez zakładanie bibliotek i czytelni wiejskich.
Wspominając po latach działalność TKR i „Zarania”, pisała: „Stałam /…/ przy ognisku, przy którym skupiały się /…/ siły polskiego ludu rolnego, gnębionego przez wieki najpierw rodzimą, potem obcą niewolą. Skupiały się przy tym ognisku i rosły siły ludzkiego pragnienia i rwały w przyszłość poprzez żandarmską przemoc, poprzez wrogość klasowych uprzedzeń i interesów, poprzez tamy ciemnoty i nędzy. /…/ Były to warsztaty samodzielnej myśli i dążeń chłopa polskiego /…/, który własną duszę pańszczyźnianą zmógł, /…/ szukał dróg pełnego wyzwolenia /…/”.
***
Była jednym z czołowych piór tygodnika. Rzadko sygnowała teksty nazwiskiem lub inicjałami – przybrała pseudonim „Jasiek z Lipnicy”. Propagowała oświatę ludu, ruch krajoznawczy, a przede wszystkim zachęcała chłopów do samodzielnego myślenia, ośmielała ich w kwestii działalności publicznej.
W jej tekstach znajduje wyraz ideologia radykalno-demokratyczna, wyłożona prostym, konkretnym językiem. Dziś te treści wydają się oczywiste, ale wówczas skutkowały oskarżaniem „Zarania” o wywrotowy charakter. W styczniu 1911 r. pisała np. o nierówności szans: „Wszystkie dzieci przychodzące na świat podobniusieńkie są do siebie, każde /…/ przynosi z sobą /…/ w duszyczce /…/ nasiona utajone różnych zdolności i właściwości i sił, które potem w życiu rozwinąć się mają. Jednemu pójdzie życie tak, że warunki sprzyjać będą rozwojowi tych sił /…/, u innego zmarnieją one w zaniedbaniu. /…/ położenie, majątek pozwalają jednym od małości swobodnie rosnąć i kształcić się /…/, jedni jakby z przyrodzenia bliżej stali tego skarbca, w którym gromadzi się cały dorobek ludzki, inni zaś z trudem i wysiłkiem dobijają się do niego, a do ogółu to i wieść o istnieniu takiego skarbu nie doleci”.
Demaskowała ludzką krzywdę, niesprawiedliwe stosunki społeczne oraz hasła, którymi próbowano przesłonić ów stan rzeczy. Jesienią 1911 r. przekonywała: „W /…/ ujawnioną skargami sprawę trzeba by wniknąć, prawdzie spojrzeć w oczy, rady szukać, a nade wszystko trzeba by przyznać, że skarżący się chłop jest obywatelem mającym prawo głosu, że on już ma swój sąd własny /…/. Czyż nie wygodniej krzyknąć: »Cicho tam, wszystko jest w porządku!«. Ale takie omijanie prawdy się mści – /…/ w takim zaprzeczaniu jej w żywe oczy /…/ zatraca się zaufanie wzajemne ludzi z różnych grup społecznych – ta hałaśliwie broniona »jedność« się zatraca”. Mówiąc, że chłop jest obywatelem, nie podważała jeszcze status quo. Ale głosząc hasła samodzielności tej warstwy, jej prawo do samostanowienia, hasła chłopskiej godności i niezależności, wymierzała policzek temu, co Marks nazwał „myślami klasy panującej”.
Aby chłop miał równą pozycję w państwie, musi być aktywny. Celem nie jest zastąpienie jednego „patrona” – szlachcica czy księdza – innym, lecz demokracja oparta na powszechnym zaangażowaniu. Jesienią 1913 r. przekonywała wiejskich czytelników: „/…/ w Galicji mamy politykę ludowców, ale nie mamy życia ludowego; mamy przywódców, co zabiegają o głosy ludowe, ale nie mamy świadomej woli ludu, bo nie mamy gromady myślącej o życiu własnym, jeno tłum idący za tym przywódcą, który obiecuje więcej wytargować i lepiej skorzystać z okoliczności, a nie wymaga gromadnego wysiłku, /…/ o sobie stanowienia. /…/ będzie milion idących karnie za /…/ przywódcą /…/ – a polskie życie ludowe nie ruszy na krok z miejsca, jeśli każdy ludowiec nie będzie człowiekiem myślącym, /…/ co wyznawane zasady /…/ na każdym kroku w życiu własnym i zbiorowym, obywatelskim wprowadza /…/. /…/ za dużo /…/ mamy przywódców, co robią z nami politykę, a tu trzeba nam samym robić nasze nowe życie”.
***
Jednym z kluczowych tematów nurtujących środowisko Kosmowskiej była oświata ludu. Rozumiano, że wiejskiej biedy i marazmu nie zmienią same reformy ekonomiczne. Istotny był także aspekt patriotyczny – szkoła miała związać chłopów z Polską i jej kulturą. Takich funkcji nie spełniały szkoły carskie i placówki zakładane przez ziemian czy duchowieństwo – w jednych nie było mowy o polskim patriotyzmie, w drugich o reformach społecznych i emancypacji chłopów.
Działalność pedagogiczna była oczkiem w głowie Kosmowskiej. W 1909 r. na II Kongresie Pedagogicznym we Lwowie wygłosiła referat o konieczności zakładania szkół rolniczych dla dziewcząt – odbił się on szerokim echem na samym Kongresie i poza nim. Sama marzyła o założeniu takiej placówki oświatowej. I udało się. Przyszły mąż jej kuzynki przeznaczył przed ślubem 6 tys. rubli na cele społeczne, resztę zebrała wśród znajomych i poprzez apele w „Zaraniu”. Zakupiono dworek w Krasieninie (powiat Lubartów) na Lubelszczyźnie. W styczniu 1913 r. zainaugurowano działalność. Mimo kiepskich warunków bytowych, szkoła działała prężnie, prowadząc 11-miesięczne kursy dla wiejskich dziewcząt. Kosmowska dobierała kadry, współtworzyła program, przyjeżdżała z Warszawy prowadzić zajęcia. Wszystko to przerwała I wojna światowa.
***
Środowisko Kosmowskiej łączyło wzorce „pracy u podstaw” z przekonaniem, że Polska nie odzyska niepodległości bez czynu zbrojnego. Swoje zrobiły też osobiste doświadczenia – Kosmowską skazano na półtora roku więzienia za druk w „Zaraniu” eseju o „Weselu” Wyspiańskiego. Karę zamieniono na wysoką grzywnę, jednak trudno było mieć złudzenia, że w takich realiach można dokonać znaczących przeobrażeń. Wyzwolenie społeczne musiało współgrać z wyzwoleniem narodowym.
W 1913 r. we Lwowie wzięła udział w jednym ze zjazdów stronnictw niepodległościowych. Reprezentowała bardziej upolitycznioną część środowiska „Zarania”, które wkrótce współtworzyło piłsudczykowski Związek Chłopski. Kosmowska uczestniczyła w powołaniu Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. W środowisku młodzieży ludowej prowadziła prace konspiracyjne, była również członkinią tajnej Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego.
Po wybuchu wojny opublikowała w „Zaraniu” wymowny artykuł pt. „Bracia!”. Czytamy w nim: „Wszystkich nas jednakowo dotyka to, co się dziś dzieje, /…/ ale najtrudniej przeżyć te chwile próby naszym braciom robotnikom /…/. My, rolnicy, /…/ co choć po skrawku matki-karmicielki mamy /…/ i we własnej chacie żyjemy, jesteśmy w lepszym położeniu niż /…/ robotnicy. /…/ Pora pokazać, że /…/ zaraniarze to nie sobki, ale /…/ przezorni gospodarze, a dla reszty pracującego ludu polskiego – bracia. Serca i domy nasze otwórzmy /…/ dla tych /…/, co warsztatu pracy, a więc i sposobu do życia są teraz pozbawieni. Wezwijmy ich do siebie i przyjmijmy na wspólną pracę, na wspólne biedowanie, byle razem przetrwać ten ciężki czas – czas próby”.
Jesienią 1914 r. powstał prorosyjski Komitet Narodowy Polski, który złożył hołd carowi. Kosmowska napisała i wraz z grupą „zaraniarzy” sygnowała protest, w którym czytamy: „chłopi-ludowcy endecko-pańskiemu samozwańczemu Komitetowi nie przyznają prawa przemawiania w imieniu całego narodu polskiego”. W ten sposób autorka wystąpiła przeciwko własnemu ojcu – Wiktoryn Kosmowski był współtwórcą KNP. Antyrosyjską opcję „Zarania” wyrażały też dwa nielegalne pisma – „Na naszej ziemi” i „Już blisko”. Oba współredagowała Kosmowska. Carska policja wkrótce wpadła na trop tej działalności. W maju 1915 r. aresztowano liderów „zaraniarzy”, w tym Kosmowską. Po czterech miesiącach wywieziono ją do moskiewskiego więzienia na Tagance.
Wkrótce do stolicy Rosji przybyła ciotka, Maria Kozłowska, bardzo zżyta z Ireną. Wysoka łapówka i oficjalna kaucja umożliwiły wyjście na wolność, jednak z zakazem powrotu do Polski. Kosmowska zgłosiła się więc w Petersburgu do Polskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny, gdzie przez prawie dwa lata kierowała Komisją Oświatową, prowadziła kursy dla nauczycielek i pracownic punktów opieki nad dziećmi.
Entuzjastycznie oceniała rewolucję lutową. „/…/ pamiętam te dni, kiedy z frontu masowo wracali żołnierze ze słowami: dość mamy krwi dawanej na carski rozkaz nie wiadomo za co! I mając jeszcze w ręku broń mówili: nie tknę brata, choćby mi kazał pułkownik albo i sam car. /…/ A nie było przy tym rozlewu krwi, tylko spokojna potęga zbudzonego tłumu, który odwiecznym krzywdzicielom powiedział: precz!”.
We wrześniu 1917 r. wyjechała z ciotką do Finlandii, a później przez Sztokholm dotarła po czterech miesiącach do Polski. Przywiozła też 70 polskich sierot, które „podrzuciła” matce, mającej znajomości w organizacjach opiekuńczych.
Po powrocie rzuciła się w wir działalności. Wstąpiła do Polskiego Stronnictwa Ludowego, które skupiło dawnych „zaraniarzy” i inne środowiska chłopskiej lewicy patriotycznej. Wspierała edycję organu PSL, pisma „Wyzwolenie”. Z jej inicjatywy, w marcu 1918 r. powstała wkładka „Sprawy Szkolne i Oświatowe”. W pierwszym numerze pisała: „Nie nawykliśmy /…/ do zabierania głosu w publicznych sprawach. Za nas stanowiono, za nas wszystko urządzano – na naszą szkodę i stratę. Czas z tym skończyć. Trzeba nam się dziś na gwałt przyuczać do samodzielnego kierowania gromadzkim życiem”.
Im bliżej końca wojny, tym ostrzejsze były spory o kształt przyszłej Polski. Kosmowska na prośbę kolegów z PSL napisała odezwę, w której czytamy: „Polska ma być Zjednoczona i Niepodległa. Polska ma być Ludową Rzeczpospolitą. /…/ My musimy stanąć jako gospodarze tej ziemi i pozbywając się obcego jarzma, nie dopuścić do tego, by władzę nad nami zagarnęli pańscy rządziciele, którzy już tyle razy przez swe samolubstwo klęski /…/ na ojczyznę sprowadzali”.

***
Po powołaniu w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, powierzono Kosmowskiej stanowisko wiceministra propagandy. Po odzyskaniu niepodległości została członkiem Zarządu Głównego PSL „Wyzwolenie”, którą to funkcję sprawowała przez kilkanaście kolejnych lat.
W pierwszych wyborach zdobyła mandat poselski z Ziemi Lubelskiej, ponownie wybierano ją do Sejmu w 1922 i 1928 r. Była jednym z niewielu posłów-kobiet, lecz bardzo aktywnym. Zasiadała w Komisji Spraw Zagranicznych, od 1921 r. reprezentując Polskę w Międzynarodowej Unii Parlamentarnej. Zajmowała się m.in. warunkami życia i pracy polskich emigrantów zarobkowych oraz międzynarodowymi rozwiązaniami ochrony matek i dzieci.
Na forum krajowym stawała w obronie mniejszości narodowych, głównie z Kresów Wschodnich. Z sejmowej trybuny apelowała, by naród, który do niedawna sam pozbawiony był ojczyzny, nie sięgał pochopnie po przymus wobec mniejszości – w ten sposób, zamiast związać je z Polską, osiąga się efekt odwrotny. „Czy /…/ sternicy sprawiedliwości w Polsce /…/ nie rozumieją, że zbudzenie poczucia krzywdy w duszy tysięcy ludu /…/ na wschodnich kresach naszego państwa, to wielka krzywda wyrządzona Polsce?” – pisała na łamach „Wyzwolenia” w 1928 r. O Polaków też się upominała. Apelowała, by państwo polskie aktywnie i bez szukania „oszczędności” wsparło ludność Górnego Śląska, która ucierpiała w efekcie sporu granicznego z Niemcami i powstań śląskich. Uważała, że ci, którzy w godzinie próby opowiedzieli się za Polską, poświęcając dla niej wiele, powinni otrzymać możliwie jak najdalej idącą pomoc.
Pozostała wierna idei „sami sobie”. „Nie dadzą nam – pisała – Polski Ludowej ustawy i urzędy. Powstanie ona dopiero, gdy to, co stanowi istotną treść narodu, będzie w naszych rękach /…/. Samorządy, związki, stowarzyszenia, instytucje samopomocy i twórczości zbiorowej /…/. [Musimy] wziąć w swe ręce i napełnić własną treścią wszystkie ogniska życia: gminy, sejmiki, rady szkolne, opiekę społeczną, kółka rolnicze, stowarzyszenia wytwórcze, kasy, związki oświatowe”.
Nic dziwnego zatem, że to ona była głównym mówcą lewicowych ludowców podczas obrad sejmu nad ustawą o spółdzielczości. Kluczowym punktem sporu był zapis w ustawie, że celem spółdzielczości jest większy zysk w efekcie zjednoczenia pracy lub kapitału. Kosmowska, w zgodzie z tradycjami ruchu spółdzielczego, przekonywała, że oznacza to ogromne zubożenie wizji spółdzielczości. Mówiła więc w sejmie w październiku 1920 r., że „przecież nie zarobek, nie zysk z przedsiębiorstwa jest celem kooperatywy, ale wszechstronne zaspokajanie wspólnymi siłami materialnych i kulturalnych potrzeb członków. /…/ w ustawie /…/ musimy bezwzględnie wyodrębnić pojęcie »przedsiębiorstwa« udziałowego, akcyjnego, obliczonego na jak najwyższe oprocentowanie włożonego weń kapitału, od pojęcia »spółdzielni«, w której widzieć chcemy dźwignię twórczej pracy i czynnik podniesienia gospodarczego, obyczajowego i kulturalnego /…/”.
Jako jedna z pierwszych dostrzegła problem alienacji władzy i niedoskonałość demokracji przedstawicielskiej. „Na to, żeby ogół poczuwał się do odpowiedzialności za losy państwa, musi /…/ być uczestnikiem wszystkich czynności państwowych, a nie jeno obiektem płacącym podatki i głosującym na swoich parlamentarnych przedstawicieli co lat kilka” – mówiła w Sejmie 16 października 1920 r. Dwa tygodnie wcześniej stwierdziła: „Powstaje /…/ grono specjalistów od polityki, którzy wyosabniają się od /…/ realnego życia i zatracają /…/ czucie z potrzebami mas, których są /…/ przedstawicielami. To jest niebezpieczeństwo, które tkwi w parlamentaryzmie współczesnym /…/”.
Współczesnej „wyzwolonej” lewicy szokujące wyda się stanowisko Kosmowskiej wobec pornografii. Przemawiając w Sejmie 30 lipca 1926 r. w debacie o ratyfikacji konwencji ws. walki z pornografią, mówiła: „Mamy przed sobą akt [którego] celem jest zabezpieczenie /…/ przed przeciekaniem z kraju do kraju produkcji intelektualnego paskudztwa, a więc rozmaitych wydawnictw pornograficznych /…/. Należy nie tylko uchwalić tę konwencję /…/, ale wykonać ją”. Jednak w tym samym przemówieniu przekonywała, że „aby nie było tej moralnej zarazy /…/, musi istnieć szeroka akcja popularyzacji narodowego dorobku kulturalnego, inaczej ta ustawa będzie martwa. /…/ Młody, który czytał Słowackiego i Wyspiańskiego, nie weźmie do ręki broszury pornograficznej. Ten, co od dziecka nauczył się patrzeć z miłością na Matejkę czy Malczewskiego, nie będzie szukał zadowolenia w pocztówce z widokiem pornograficznym /…/. Ale dopóki warunki u nas są takie, że »Zachęta« jest niedostępna dla szerokich mas wskutek wysokiej ceny wstępu, a klasa robotnicza czy sukmana wywołują zdziwienie w teatrze, /…/ dopóty policja niewiele zrobi w zakresie wykonania tej ustawy /…/”.
***
Należała do tej części polskiej inteligencji, której odczucia wyraził Żeromski w „Przedwiośniu”. Radość z odzyskania niepodległości i nadzieje na sprawiedliwą Polskę, szybko ustąpiły miejsca rozczarowaniu. Jesienią 1923 r. pisała: „/…/ skończył się okres ofiarnego trudu /…/, zaczęły się kalkulacje, intrygi, /…/ tumanienie mas ludowych frazesem bez treści. Sobki i szachraje podnieśli głowy, a wszelka miernota »narodowa« uwierzyła, że Polska na to wstała, by ona w niej była syta, kosztem cudzej pracy”.
Dwa lata później z trybuny sejmowej ostrzegała w duchu „Przedwiośnia”, że brak prospołecznych reform to nie tylko krzywda wyrządzona tym, którzy już wiele wycierpieli, ale również destabilizacja odrodzonego państwa. Kosmowska w dyskusji o reformie rolnej przemawiała: „/…/ nienadanie chłopu ziemi z rąk nowo powstałego państwa polskiego jest kopaniem dla tego państwa bardzo niebezpiecznej przepaści, do której ono stoczyć się może. Bo państwo współczesne istnieć może tylko wiarą, siłą i współdziałaniem wszystkich /…/ obywateli. /…/ dzisiejsze pogrzebanie reformy rolnej jest poważnym zagrożeniem bytu państwa polskiego”. Wbrew stanowisku swej partii popierała projekt PPS, który domagał się nieodpłatnego przejęcia wielkich posiadłości rolnych i rozparcelowania ich między bezrolnych mieszkańców wsi i ubogich chłopów.
Krytykowała też oszczędności budżetowe kosztem oświaty. „/…/ dla 700 tysięcy dzieci naszych miejsca w szkole zabrakło, a miliony ich tłoczyć się będą w ciasnych, przepełnionych lokalach szkolnych /…/. Stoimy wobec hasła »oszczędności«. A oszczędność ta – chroniąc samochody urzędnicze i wszelką reprezentacyjną pompę przy lada okazji – bezwzględnie stosuje redukcję sił nauczycielskich, hamuje budownictwo szkolne, poddaje nawet w wątpliwość tę wywalczoną przez nas /…/ podstawę życia ludowego, jaką jest 7-letnia szkoła powszechna” – pisała w 1931 r. Trzy lata później dodawała: „Oświata powszechna była hasłem, z którym szliśmy do budowy zrębów /…/ państwa polskiego. /…/ Poprzednie »reformy« odsunęły dzieci chłopskie od tworzenia zastępów zawodowej inteligencji; ostatnie decyzje /…/ wywołają powrót do analfabetyzmu. /…/ Rząd, oszczędzający na oświacie, sądzi widać, że do osiągnięcia potęgi mocarstwowej starczy… armia analfabetów”.
Z okazji 10. rocznicy utworzenia rządu Daszyńskiego, pisała w „Wyzwoleniu”: „/…/ pokolenie bojowników o niepodległość Polski grzeszyło tym, że pozwoliło opanować się poczuciu, że przez niepodległość rozstrzygną się /…/ wszystkie sprawy /…/ narodowego życia. Dziś, po latach dziesięciu /…/, wołamy jednak jeszcze: ziemi, wiedzy i władzy dla ludu”.
***
Dbała o to, by po zniszczeniach wojennych przywrócić szkole w Krasieninie dawną świetność. Powierzyła placówkę Centralnemu Związkowi Kółek Rolniczych, zastrzegając sobie wpływ na program kształcenia. Gościła w szkole, gdy tylko pozwalał jej czas, w okresie letnim prowadziła wiele zajęć. Stale interesowała się życiem placówki, przesyłała nauczycielkom i uczennicom rady, starała się pozyskać najlepszą kadrę, nadsyłała prasę i książki.
Jedna z nauczycielek, Helena Brodowska, wspominała: „Nie moralizowała, uczyła życia i rozumienia spraw międzyludzkich. Wzywała do zbiorowych działań i codziennej służby społecznej. Potępiała egoizm i sobkostwo. Budziła wrażliwość serca i uczuć”. Uczennica Zofia Gorczycanka napisała zaś tak: „Gdyby mnie ktoś zapytał, który nauczyciel czy wychowawca utrwalił mi się w pamięci, dla którego miałabym największe uznanie, powiedziałabym z ręką na sercu – Irena Kosmowska. Był to człowiek wielkiej idei, a zarazem cichy i skromny”. Takich świadectw jest mnóstwo.
Jej zaangażowanie w sprawy oświatowe przybrało również inną postać. W miarę podporządkowywania sanacji Związku Nauczycielstwa Polskiego i organizacji oświatowych, rósł opór środowisk, które nie godziły się na taki dyktat. Przy udziale Kosmowskiej powstało w 1932 r. Towarzystwo Oświaty Demokratycznej „Nowe Tory”. Skupiało głównie działaczy z kręgów PPS i lewicy chłopskiej, domagało się przywrócenia demokracji, stało na gruncie niezależności ruchu nauczycielskiego od władz państwa, postulowało upowszechnianie oświaty, zwłaszcza wśród niższych warstw społeczeństwa. W domu Kosmowskiej mieściła się siedziba organizacji, ona sama weszła w skład zarządu, a od 1937 r. była przewodniczącą TOD.
Do listy organizacji, w których aktywnie działała, należy dodać Polski Komitet Opieki nad Dzieckiem, Towarzystwo Popierania Przemysłu Ludowego i Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Znalazła się też wśród inicjatorów konkursu na pamiętniki chłopów, który zaowocował znakomitym poznawczo materiałem o życiu wsi polskiej.
U Kosmowskiej brak było rozdźwięku między głoszonymi ideami a osobistym postępowaniem. Kosmowska-polityk i Kosmowska-poseł harmonijnie łączyły się z Kosmowską, która zdolne uczennice Krasienina zabierała do Warszawy na studia, oferując gościnę we własnym domu (bywało, że za darmo mieszkało u niej nawet 8 dziewcząt), z Kosmowską, która ratowała niezamożnych studentów-ludowców bezzwrotnymi „pożyczkami”, która zabierała robotnicze dzieci na wieś na wakacje albo wysyłała – nierzadko anonimowo – wiejskim rodzinom odzież czy książki.
Członkowie Związku Młodzieży Wiejskiej RP powszechnie zwali ją „ciocią”, a nawet „matką ludu polskiego”. To uznanie nie miało nic wspólnego z tanią popularnością. Kosmowska nierzadko zabierała krytyczny głos w ludowej prasie młodzieżowej. Szerokim echem odbił się jej artykuł „Prędko syci” z 1931 r.: „Z wdzianiem czarnej marynarki odstaje taki od swojej gromady. /…/ Dziewczyna idąca do miasta na służbę zostaje często analfabetką, ale modę zna. Taki też prędko nasyca się: posadą, urzędem, miejską rozrywką i wsiąka w służbę bezmyślnie, a stanowisko zdobywa schlebianiem tym, co rządzą od wieków. I stara się stać do nich podobny. /…/ Klęską ruchu ludowego są ci łatwi do nasycenia posadką, frakiem, orderem – za cenę chłopskiego sumienia”.
***
Działacz ruchu ludowego, Józef Niećko, napisał: „/…/ daleka była od metod wyrosłych z hasła: »cel uświęca środki«. Nawet w walce politycznej sposoby, środki i drogi wiodące do celu musiały być dla niej tak samo czyste i święte, jak czystą była jej wiara w cele, w imię których /…/ działała /…/”. W parlamencie była wzorem szacunku dla przeciwnika. Jarosław Iwaszkiewicz, zatrudniony wówczas w Biurze Sejmowym, nazwał ją „Aniołem lewym”.
Tym bardziej wymowna jest historia wspomnianego na wstępie procesu sądowego. Jak ogromna większość polskiej lewicy, Kosmowska początkowo pozytywnie oceniła zamach majowy. Spodziewała się, że rządy Piłsudskiego będą oznaczały realizację prospołecznych reform i zmarginalizowanie wpływów warstw posiadających. Te złudzenia nie trwały długo. Już w marcu 1928 r. pisała, że Marszałek „spróbował oprzeć państwowość polską nie na zadowolonym chłopie i robotniku, jeno na uproszonym o lojalność obszarniku i fabrykancie”. Z biegiem czasu coraz krytyczniej oceniała „paniczyków, co dziś każdy tydzień pobytu w legionach obliczają jako szczebel do kariery i tytuł do honorów”.
Wraz ze swą partią przeszła do twardej opozycji wobec sanacji. Uczestniczyła w kongresie Centrolewu w czerwcu 1930 r. W kampanii wyborczej, przemawiając na wiecu w Lublinie 14 września 1930 r., wzburzona prasowym wywiadem z Piłsudskim, który miotał obelgi pod adresem posłów i parlamentu w ogóle, Kosmowska stwierdziła, że Polska znalazła się pod rządami obłąkańca. Tego samego dnia została aresztowana, a kilka dni później skazana na pół roku więzienia za znieważenie władzy państwowej. Zwolniona za kaucją, wróciła do Warszawy.
Sprawa odbiła się szerokim echem w Polsce i zagranicą. Wyrazy szacunku przesłał na ręce Kosmowskiej nestor polskich socjalistów, Ignacy Daszyński. Wśród osób, które odwiedziły ją po opuszczeniu więzienia, był nawet związany z piłsudczykami pierwszy „pomajowy” premier Kazimierz Bartel. Kolejne fazy procesu trwały dwa lata, aż Sąd Najwyższy utrzymał wyrok. Kosmowska zgłosiła się nazajutrz z własnej woli do więzienia, by po kilku godzinach dowiedzieć się, że prezydent Ignacy Mościcki w nadzwyczajnym pośpiechu wydał decyzję o jej ułaskawieniu. Bynajmniej nie ustała w krytyce sanacji, a w roku 1938 odmówiła przyjęcia Krzyża Niepodległości.
***
Był to okres rozmaitych problemów w jej życiu. W sfałszowanych i przeprowadzonych w atmosferze zamordyzmu wyborach „brzeskich” z 1930 r. utraciła mandat poselski (unieważniono listę nr 7 na Lubelszczyźnie). W lutym 1930 r. zmarł jej ojciec, niespełna dwa lata później – ukochana ciotka i współpracownica, a po kilku tygodniach odeszła matka. Coraz silniejsze były ataki epilepsji – choroby nękającej Kosmowską od lat młodzieńczych.
Gdy sanacyjne władze zwolniły ją z posady wykładowcy w seminarium dla przyszłych nauczycielek rzemiosła, postanowiła wyemigrować Brazylii. Chciała pracować wśród tamtejszej Polonii jako nauczycielka. Będąc posłanką, wielokrotnie zajmowała się problemami emigracji, stojąc na stanowisku, że odrodzone państwo powinno zachęcać do powrotu Polaków rozsianych po świecie. Wyjazd nie doszedł jednak do skutku – nie otrzymała pozwolenia od władz państwa, a koledzy-ludowcy uznali, że to szaleńczy pomysł. W nadzwyczajnym trybie ci ostatni zadecydowali o zatrudnieniu Kosmowskiej w redakcji „Zielonego Sztandaru”, organu prasowego niedawno zjednoczonego ruchu ludowego – Stronnictwa Ludowego. Stała się de facto głównym redaktorem, gdyż formalny szef pisma, Maciej Rataj, pełnił czasochłonną funkcję prezesa partii.
***
Od zjednoczenia ruchu ludowego do wybuchu wojny wchodziła w skład Rady Naczelnej Stronnictwa Ludowego, w latach 1936-38 pełniła funkcję zastępcy członka Naczelnego Komitetu Wykonawczego partii. Szczególnym dowodem uznania było powołanie jej w skład liczącej zaledwie siedem osób komisji programowo-ideowej SL, jako jedynej kobiety.

Irena Kosmowska w redakcji „Zielonego sztandaru”
Irena Kosmowska nigdy nie pretendowała do roli ideologa. Była przede wszystkim działaczką społeczną i publicystką, bez ambicji kreślenia szerokich wizji. Nie zmienia to faktu, że bardzo liczono się z jej opiniami, a ona formułowała tezy, które wpływały na kierunek ewolucji ruchu ludowego. Do ogólnikowych początkowo rozważań twórców agraryzmu, Kosmowska wprowadziła pytania o konkrety. W „Młodej Myśli Ludowej” pisała w 1932 r.: „A więc: gospodarka indywidualna czy zbiorowa? Jeśli indywidualna, to na warsztacie jakiego przeciętnego rozmiaru? /…/ Jaki udział państwa przy zbycie, nabywaniu, wymianie? Jaka przy tym rola organizacji spółdzielczych? W stosunkach zewnętrznych: czy ścisła barykada celna, czy wolna wymiana? Jakie warunki pracy najemnej w rolnictwie? Jaki zakres działania gminy? Jaka organizacja przedstawicielstwa interesów rolniczych w rządzie? Jakie formy ubezpieczeń? Jaka rola państwa, a jaka samopomoc gromady w zaspokajaniu potrzeb kulturalnych itd.”. Stanowczo krytykowała tych, którzy uważali, że ludowcom nie potrzeba spójnej ideologii, lecz zdobycia władzy. Postulowała stworzenie „myśli agrarnej – nie przeciwstawiającej się, ale współrzędnej socjalizmowi”.
Typowa dla agraryzmu była synteza rzekomych przeciwieństw. Dlatego Kosmowska pisała o kryzysie gospodarki kapitalistycznej, który staje się „ogólnym kryzysem współczesnej cywilizacji”. A jednocześnie uważała, że „poddawanie wszystkich przejawów życia (samorząd, spółdzielczość, organizacje polityczne, społeczne, oświatowe, prasa) pod komendę państwową prowadziło do stopniowego zaniku dobrowolnych wysiłków dla dobra publicznego”.
W 1938 r. pisała: „/…/ demokracja, z którą masa chłopska chce pójść, to nie tylko wybory, to szkoła, szpital, teatr dla wszystkich, to owa twórczość techniczna, naukowa i artystyczna, wprowadzona na orbitę planowo zaspokajanych potrzeb ogółu; to wreszcie i przemysł, zorganizowany nie dla zysku i kariery jednostek /…/. Całokształt /…/ tej gospodarki – to solidarna i harmonijna współpraca wolnych i równych ludzi, stale i świadomie dźwigających wzwyż kulturalny poziom własnego życia”.
***
Miała 60 lat, gdy hitlerowcy napadli na Polskę. Po klęsce wrześniowej włączyła się w prace podziemnego ruchu ludowego, głównie we wsparcie ofiar wojny i nazistowskich prześladowań. Znajomi załatwili jej pracę w Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń, aby miała za co żyć. Wraz z aresztowaniami kolejnych liderów ruchu ludowego, namawiano ją na opuszczenie Warszawy i wyjazd na wieś. Przez krótki okres przebywała w szkole spółdzielczej w Bychawie, jednak mimo ostrzeżeń wróciła do stolicy, by organizować pomoc prześladowanym.
Nocą z 18 na 19 lipca 1942 r. w jej domu gestapo przeprowadziło rewizję. Choć nie znaleziono żadnych obciążających materiałów, Kosmowska została uwięziona na Pawiaku. Wielokrotnie przesłuchiwana i przetrzymywana w ciężkich warunkach, szybko podupadła na zdrowiu, miała wycieńczony organizm, nasilała się epilepsja. Mimo to została wywieziona do Niemiec – najpierw do więzienia w Berlinie, później do obozu pracy w Mahlow. Coraz silniejsze dolegliwości sprawiły, że przewieziono ją następnie do szpitala w Wittenau w Berlinie. Tam przebywała osiem miesięcy, cały czas jej stan zdrowia ulegał pogorszeniu.
Podczas jednego z alianckich nalotów została ranna w nogę. Doczekała zakończenia II wojny światowej, jednak nie zdołała już wrócić do Polski. Zmarła 21 sierpnia 1945 r. w berlińskim szpitalu. Początkowo została pochowana w Niemczech, w styczniu 1961 r. staraniem działaczy ruchu ludowego jej prochy sprowadzono do kraju i złożono w Alei Zasłużonych na Powązkach.
Bibliografia (ważniejsze pozycje)
- Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
- Jan Borkowski, Postawa polityczna chłopów polskich w latach 1930-35, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
- Jan Borkowski, Józef Kowal, Stanisław Lato, Witold Stankiewicz, Alicja Więzikowa, Zarys historii polskiego ruchu ludowego (tom II – 1918-1939), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
- Czasopiśmiennictwo ludowe w Królestwie Polskim 1905-1914 (Głos Gromadzki, Życie Gromadzkie, Wieś Polska, Zagon, Siewba, Zaranie), wybór i wstęp Witold Stankiewicz, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1957.
- Stefan Inglot (red.), Historia chłopów polskich – tom III: Okres II Rzeczypospolitej i okupacji hitlerowskiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980.
- Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL Wyzwolenie 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
- Regina Kociowa, Irena Kosmowska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1960.
- Irena Kopytowska, Opowieść o Irenie Kosmowskiej, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1968.
- Maksymilian Malinowski, Chłopski ruch zaraniarski w b. Kongresówce przed pierwszą wojną światową (wydanie II), Spółdzielnia Wydawnicza „Chłopski Świat”, Warszawa 1948.
- Wiesław Piątkowski, Dzieje ruchu zaraniarskiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1956.
- Stanisław Stępień, Prasa ludowa w Polsce. Zarys historyczny, Wydawnictwo „Prasa ZSL”, Warszawa 1984.
- Henryk Syska, Od „Kmiotka” do „Zarania”. Z historii prasy ludowej, Wydawnictwo Ludowe, Warszawa 1949.
- Dionizja Wawrzykowska-Wierciochowa, Irena Kosmowska (1879-1945) /w:/ Przywódcy ruchu ludowego. Szkice biograficzne, praca zbiorowa pod red. Alicji Więzikowej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
- Dionizja Wawrzykowska-Wierciochowa, Z dziejów kobiety wiejskiej. Szkice historyczne 1861-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1961.
- Wspomnienia o Irenie Kosmowskiej (oprac. Zofia Mazurowa), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1974.
- Czesław Wycech, Towarzystwo Oświaty Demokratycznej „Nowe Tory” 1931-1939, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1966.
- Czesław Wycech, Wspomnienia 1905-1939, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1969.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Była to bez wątpienia postać nietuzinkowa, o olbrzymim charyzmacie, niespożytej energii, działająca z równym powodzeniem na różnych płaszczyznach. Z wielkim poświęceniem pomagał, jak ujął to ks. Jan Zieja, zarówno osobom ociemniałym fizycznie, jak i duchowo1.
W swoich wspomnieniach kardynał Stefan Wyszyński pisał, iż: „Wśród kapłanów, którym przypisuję największy wpływ na moje życie, w pierwszym rzędzie znajduje się ksiądz Władysław Korniłowicz, jeden z twórców dzieła dla niewidomych w Laskach, najbliższy współpracownik i duchowy kierownik Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek. Temu kapłanowi zawdzięczam bardzo dużo, chociaż /…/ nie wszystko wziąłem, co mógłbym od niego wziąć, na skutek właściwych człowiekowi oporów przeciwko łasce, jakiej wiele można było przez niego otrzymać”2.
Wskutek pochodzenia oraz wychowania ks. Korniłowicz był związany z kręgiem inteligencji polskiej epoki pozytywizmu. Urodził się w 1884 r. jako trzeci syn dr. Edwarda Korniłowicza, znanego w Warszawie psychiatry, „pozytywisty z przekonań, przyrodnika i psychologa z wykształcenia”3. Jak pisze s. Teresa Landy, ksiądz Korniłowicz „wyniósł z atmosfery rodziny o wysokim poczuciu obywatelskim, uspołecznionej i szlachetnej, ścisłą więź ze swoim pokoleniem oraz szczególne dane do przyszłej swojej działalności apostolskiej. Choć rodzina zwłaszcza w osobach ojca i braci nastawiona racjonalistycznie, włączyła się w życie tworzącej się inteligencji radykalnej i wolnomyślnej, Władysław Korniłowicz nie uległ wpływom rodzinnym jeśli chodzi o sprawy religijne i zachował żywą wiarę dzieciństwa”4. Co więcej, jak się wydaje, owe doświadczenia pomogły mu później w dotarciu do osób o podobnej postawie – „kółkowicze” ks. Korniłowicza będą rekrutować się głównie spośród osób religijnie indyferentnych.
W 1903 r. po zdaniu matury postanowił wstąpić do seminarium duchownego. Decyzja ta spotkała się z dezaprobatą ojca, który wymógł na synu przesunięcie rozstrzygnięć w tej sprawie do czasu ukończenia studiów przyrodniczych w Zurychu. Okres studiów w Szwajcarii ułatwił mu z pewnością znalezienie wspólnego języka ze swoim pokoleniem, zaznajomił z kierunkami dominującymi w ówczesnej nauce oraz z poglądami i postawami powszechnymi wówczas w środowiskach akademickich i inteligenckich. Tam też zetknął się z prof. Friedrichem W. Foersterem, którego wykłady wywarły na niego duży wpływ i definitywnie utwierdziły w zamiarze porzucenia studiów przyrodniczych i wstąpienia do seminarium duchownego, co uczynił w 1905 r.5 W seminarium w Warszawie przebywał kilka miesięcy, po czym w kwietniu 1906 r. udał się do Fryburga Szwajcarskiego, gdzie podjął studia teologiczne. Miejsce to było wówczas ośrodkiem formacji tomistycznej, więc studia tam dały mu gruntowną znajomość owej doktryny. Kardynał Wyszyński pisał po śmierci ks. Korniłowicza, iż: „Najbardziej charakterystyczną cechą umysłowości i duchowości Ojca był tomizm. Nie był Ojciec książkowym naukowcem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nie szperał w Tomaszu, ale żył nim. /…/ Cała duchowość Ojca była tomistyczna, tu znalazł miarę dla swej pracy w dziedzinie moralnej i duszpasterskiej. /…/ Tomizm stał się potężnym narzędziem apostolskiej działalności Ojca. Cały wielki jego wpływ na inteligencję, na młodzież akademicką, na odbiegłych od Boga, na szukających Go, na siostry zakonne, na młodzież ociemniałą tłumaczy się przeżyciem tomistycznym Ojca”6.
W 1912 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie, następny rok poświęcił przygotowaniom do doktoratu. Przerwała je wojna. Lata 1914-1916 spędził w Kuźnicach, pracując z młodzieżą. Następnie jako kapelan polowy przebywał na froncie. Stanisław Krzywoszewski wspomina, iż spędził on „/…/ blisko tydzień w okopach razem z żołnierzami /…/ pokazał nam wartość cierpienia i ofiary, wartość pogardy śmierci, wartość energii ducha i ciała – bez kazań – tylko w rozmowach po kilka osób lub po jednemu, w okopie i na placówce”7. Później zaś wrócił do Warszawy, gdzie w 1917 r. powstało „Kółko”.
***
Jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa Landy pisała: „»Kółko« powstało w 1917 r. w sposób czysto rodzinny /…/ Grupka przyjaciół – sześć do ośmiu osób – widziała braki swego uświadomienia religijnego, rozumiała że musi je uzupełnić. W skład tej pierwszej grupki, jak zresztą przez cały czas trwania »Kółka«, wchodziła młodzież o wybitnych zainteresowaniach i zdolnościach naukowych lub artystycznych. Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady fides quaerens intellectum [wiara poszukująca rozumu – przyp. red.] /…/ Zaczęto zbierać się w małej grupce, zdobywać książki religijne, o które było wtedy bardzo trudno w Warszawie. Poprosiliśmy ks. Korniłowicza, by nam pomógł”8.
„Kółko” nie było formalną organizacją i nie stawiało sobie określonych celów. Stanowiło grupę ludzi, która wspólnie czytała, dyskutowała, modliła się. Większość członków „Kółka” stanowili konwertyci lub ludzie przełamujący po prostu utrwalony indyferentyzm religijny. Grono to ciągle się powiększało, obejmując stopniowo coraz szersze kręgi inteligencji. W charakterze gości lub sympatyków brali udział w zebraniach „Kółka” m.in. literaci Zofia Nałkowska i Czesław Miłosz, krytycy literaccy Karol Irzykowski, Ludwik Fryde czy Jan Kott, dziennikarze, artyści, lekarze, prawnicy i filozofowie. Byli to ludzie wywodzący się z różnych środowisk, o różnorakich poglądach. Dość powiedzieć, iż można tam było spotkać jednocześnie zarówno Ludwika Winteroka, w latach 30. redaktora „Robotnika” – centralnego dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej, jak i Jana Mosdorfa, w latach 1926-1934 przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej, Rady Naczelnej Obozu Wielkiej Polski, Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego, później współzałożyciela i przywódcę Obozu Narodowo-Radykalnego.
Ksiądz Korniłowicz nie był kierownikiem czy przełożonym „Kółka”, lecz raczej jego inspiratorem i duchowym opiekunem. W świetle wspomnień s. Teresy Landy, nie chciał on niczego narzucać w kwestii tematów i metod prowadzenia obrad, często jego rola ograniczała się tylko do podsumowania czy podsunięcia ewentualnych rozwiązań9. Zadaniem „Kółka” miało być uformowanie nowej elity katolickiej, świadomej swej wiary, jej zasad. Pogłębianie znajomości prawd wiary było tak ważne dlatego, iż sytuację polskiego katolicyzmu w tamtym czasie miała charakteryzować powierzchowna, tradycyjna religijność. Ojciec Jacek Woroniecki konstatował, że „elita katolicka w Polsce żyje tylko okruchami wiary, nie domyślając się nawet całego bogactwa, jakie się w niej zawiera”10. Charakterystycznym miał być też brak znajomości doktryny społecznej Kościoła11. „W zachodnio-europejskiej inteligencji – pisał ten dominikanin – ustosunkowanie się do religii jest owocem głębokiego przemyślenia, które doprowadziło do stworzenia sobie zasady. Dalsze postępowanie jest już tylko zastosowaniem się do przyjętych zasad i odznacza się męską konsekwencją. U nas niestety – inaczej – wszyscy unikają myślenia jak największej chłosty”12.
***
„Kółko” w znacznej mierze przyczyniło się do odrodzenia życia religijnego i tworzenia elity katolickiej w Polsce. Wyrazem tej działalności oraz jej narzędziem był założony przez „kółkowiczów” kwartalnik kulturalno-społeczny „Verbum”. Zdaniem wielu, „Verbum” było najlepszym czasopismem katolickim dwudziestolecia, prezentującym nową, intelektualną, otwartą postawę katolickiej inteligencji polskiej. Wywierało ono wpływ nie tylko na środowiska katolickie, związane z Kościołem, ale także na pewne koła inteligencji niewierzącej13. Periodyk stanowił dość elitarne pismo, o czym świadczyła zarówno „/…/ tematyka artykułów, jak i nazwiska autorów, wśród których znajdowali się najwybitniejsi polscy i obcy myśliciele katoliccy”14. „Verbum” powstało w 1934 r. Redaktorem naczelnym dwóch pierwszych numerów był Konrad Górski, historyk literatury i krytyk literacki, uczestnik zebrań „Kółka” od 1926 r. Po nim funkcję tę pełnił do roku 1939 sam ks. Korniłowicz. Na łamach pisma można było spotkać artykuły takich autorów jak: Jacques Maritain, ks. Charles Journet, o. Innocenty M. Bocheński, Leopold Caro, Ludwik Górski, ks. Konstanty Michalski, Czesław Strzeszewski i wielu innych. Swoje poezje zaś zamieszczali w nim m.in. Czesław Miłosz, Leopold Staff, Wojciech Bąk, Jerzy Liebert czy Kazimiera Iłłakowiczówna.
Równocześnie z czasopismem powstało wydawnictwo o tej samej nazwie, które opublikowało szereg pozycji, m.in. „Rewolucja pokojowa” Antonio de Oliveiry Salazara, „Trzej reformatorzy: Luter – Descartes – Rousseau” Jacquesa Maritaina, Modlitwy i pieśni św. Franciszka z Asyżu czy Księgę Psalmów w przekładzie Leopolda Staffa.15
Fakt, iż „Verbum” stanowiło nową jakość na rynku prasy katolickiej w Polsce międzywojennej potwierdzają liczne wypowiedzi i opinie z tamtego okresu. Maria Morstin-Górska odnotowywała pojawienie się nowego periodyku, pisząc, iż wnosi on „/…/ do naszej literatury religijnej jakiś nowy ton, wypełnia lukę, którą się w tym dziale piśmiennictwa naprawdę odczuwało. /…/ Wszystkie /…/ pisma redagowane przez duchowieństwo mają założenia ściśle dydaktyczne, nauczanie i oświecanie wiernych. Żadne z nich nie stało się wyrazem tej przemiany jaka nastąpiła w stosunku społeczeństw do religii katolickiej /…/. Ten ton młodości i pracy twórczej, ten dynamiczny ton dzisiejszego katolicyzmu znajduje właśnie swój wyraz w »Verbum«”16. Wojciech Bąk natomiast konstatował, iż „wśród czasopism kulturalno-literackich wysuwają się na pierwszy plan tak ważkością poruszanych zagadnień, jak i objętością dwa kwartalniki »Marchołt« i »Verbum«. /…/ Katolicyzm polski nie odgrywa w życiu kulturalnym Polski roli jaką mógłby odgrywać. Jest to w dużej mierze jego wina. /…/ Brak poważnego, odważnego, intelektualnego, wysoko stojącego organu publicystyki stara się powetować »Verbum«. Oczywiście ono jedno nie wystarcza. Dobrze jest jednak, że istnieje choć jedno katolickie pismo, które prezentuje nie katolicyzm »prostaczków«, ale usiłuje się zbliżyć i tym samym zbliżyć czytelnika do katolicyzmu »doktorów«”17.
„Verbum” niewątpliwie promowało styl katolicyzmu inny od wówczas dominującego. Jego cechami była otwartość intelektualna i ideologiczna, aprobata wszystkiego, co nowe i twórcze w katolicyzmie europejskim, tolerancja wobec odmiennych poglądów. Propagowało katolicyzm świadomy intelektualnie, poświadczony działaniem i podkreślający rolę świeckich w życiu Kościoła. Wynikało to wprost z charakteru i postawy samego ks. Korniłowicza, który, jak wspominają liczne osoby, był człowiekiem niezwykle otwartym, bezpośrednim w kontaktach z ludźmi, akceptującym inne osoby z ich słabościami, problemami, a jednocześnie bezkompromisowym w sprawach wiary i moralności, stawiającym wobec innych wymagania, jakie stawiał samemu sobie. Henryka Twarowska pisze, iż był on człowiekiem serdecznym, bezpośrednim i przyjacielskim, ośmielał wręcz „/…/ ludzi do zawierania z nim znajomości. Cechowała go delikatność, powodująca, że niczego innym nie narzucał. Miał dar uważnego słuchania człowieka i niesienia mu natychmiastowej pomocy. Do wszystkich odnosił się jednakowo; nie obojętne były mu smutki i radości drugiego człowieka /…/ Cechowała go szlachetność i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, ale nie pobłażliwość”18.
***
Jednak najbardziej znanym dziś efektem działalności ks. Korniłowicza są Laski. „Laski służą niewidomym – pisał przed laty Tadeusz Mazowiecki – zwłaszcza niewidomym dzieciom. Ale także ludzie obdarzeni wzrokiem widzą tu więcej. Laski to równocześnie pojęcie we współczesnej kulturze i historii chrześcijaństwa w Polsce. I wreszcie Laski to miejsce codziennej ciężkiej pracy wielu ludzi: Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, świeckich, księży, pracowników, wychowawców, nauczycieli. /…/ Laski są cząstką chrześcijaństwa i cząstką Polski, uformowaną poprzez cierpienie i poprzez otwartość wobec ludzi; są jednym z tych miejsc w świecie, którym dane było i jest być dla innych znakiem na drodze”19.
W roku 1922 ks. Korniłowicz przeprowadził się do Lublina, gdzie rozpoczął pracę jako dyrektor konwiktu księży studiujących w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. „Kółko” jednak nie zaprzestało swej działalności po jego przenosinach. Wręcz przeciwnie – ciągle się rozwijało. Zebrania coraz częściej odbywano w Bibliotece Wiedzy Religijnej w Warszawie. Bibliotekę tę, z inicjatywy ks. Korniłowicza, założyła w 1919 r. Irena Tyszkiewiczowa, która później, po śmierci męża rozstrzelanego w Powstaniu Warszawskim, wstąpiła do Zgromadzenia SS. Franciszkanek. Zebrania organizowane w bibliotece były jednym z przejawów zbliżenia „Kółka” do matki Elżbiety Czackiej i środowiska Lasek.
Ks. Korniłowicz w 1918 r. zetknął się i rozpoczął wieloletnią współpracę z Matką Czacką – prawnuczką Tadeusza Czackiego, która utraciła wzrok w 1898 r., w 1910 r. założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Warszawie, a w 1917 r. przyjęła habit III Zakonu św. Franciszka jako siostra Elżbieta20. Przez pierwsze lata kontakty były incydentalne, ponieważ ks. Korniłowicz dojeżdżał wówczas z Lublina do Warszawy, a od 1922 r. do Lasek, gdzie przeniesiono Zakład. Dzięki Korniłowiczowi w pracę Zgromadzenia SS. Franciszkanek włączyli się nowi ludzie. „Kółko” zacieśniło współpracę z dziełem matki Czackiej z chwilą, gdy jedna z jego współzałożycielek, Zofia Sokołowska, zdecydowała się wstąpić do franciszkanek21. W 1924 r. ks. Korniłowicz wspólnie z matką Czacką nadali dziełu Lasek nazwę „Triuno”, która miała symbolizować jedność trzech podmiotów (sióstr franciszkanek, świeckich pracowników i niewidomych) oraz trzech celów (charytatywnego, wychowawczo-tyflologicznego i apostolskiego)22.
Był to także rok, w którym samo „Kółko” weszło w nowy okres rozwoju. Związane było to przede wszystkim z osobami Jerzego Lieberta i Rafała Marcelego Blutha, o których s. Teresa Landy pisze, że wnieśli „całe bogactwo swoich zainteresowań i dociekań literackich”23. W tym czasie powstał pod wpływem spotkań Laskowych najdojrzalszy i najlepszy tom poezji Lieberta – „Gusła”, w którym mówi on o ks. Korniłowiczu „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia”24. Z czasem zebrania w sposób naturalny przeniosły się do Lasek, gdzie w 1927 r. zorganizowano pierwsze zamknięte rekolekcje „Kółka”. Jednak najbardziej zbliżył „Kółko” do dzieła matki Czackiej powrót z Lublina ks. Korniłowicza, który w 1930 r. został kapelanem Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.
W 1933 r. z inicjatywy Korniłowicza i dzięki jego wsparciu finansowemu – przeznaczył na ten cel pieniądze, które otrzymał w spadku – powstał w Laskach Dom Rekolekcyjny. Ks. Korniłowicz przykładał do tej inicjatywy olbrzymią wagę, uznając za jednym ze swoich mistrzów, Friedrichem Foersterem, iż domy takie są we współczesnym świecie bardziej potrzebne niż sanatoria. Laski, jak pisał jeden z „kółkowiczów”, „/…/ były i dla Kółka i dla innych związanych z ks. Korniłowiczem środowisk, nie tylko zresztą świeckich, szkołą praktycznego uczenia się chrześcijańskiego świadectwa ad extra”25. Ze wspomnień mieszkańców ośrodka w Laskach, dotyczących ks. Korniłowicza, wyłania się postać nie tylko wyjątkowego kierownika duchowego i spowiednika, ale także osoby pełnej humoru, towarzysza zabaw dzieci ociemniałych. Mirosław Miroński, przebywający w Laskach w latach 1933-43, pisze o nim, iż „miał duże poczucie humoru i wprowadzał wiele radości /…/ Ojciec zawsze umiał znaleźć czas, by być razem z nami. Śpiewaliśmy i bawiliśmy się, a Ojciec umiał tak się do nas dostroić, że nie wytwarzał dystansu”26.
***
Działalność „Kółka” została brutalnie przerwana przez wojnę. Wielu jego członków poniosło przedwczesną śmierć. Rafał M. Bluth – rozstrzelany w 1939 r. jako jedna z pierwszych ofiar hitlerowskiego terroru; Ludwik Bujalski – ranny w czasie oblężenia Warszawy, zginął w 1939 r. w zbombardowanym szpitalu; Stanisław Krzywoszewski – więzień obozu oświęcimskiego, w którym zmarł w 1940 r.; Jerzy Siwecki – śmiertelnie ranny w czasie kampanii wrześniowej.
Ksiądz Korniłowicz w czasie okupacji musiał się ukrywać, ponieważ poszukiwało go gestapo w związku z odezwą do katolików niemieckich, którą ogłosił tuż przed wybuchem wojny. Przebywał pod przybranym nazwiskiem w Żułowie, gdzie znajdowała się placówka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Opieką duszpasterską otaczał tam nie tylko mieszkańców placówki, ale i okoliczną ludność. Organizował rekolekcje, prowadził regularne studia tomistyczne dla sióstr ze Zgromadzenia oraz dla osób świeckich.
Okres ten to jednak również czas, gdy coraz szybciej rozwijała się u niego choroba nowotworowa. W kwietniu 1944 r. ks. Korniłowicz przeszedł pierwszą operację głowy, po której przyjechał do Lasek. Tam właśnie zmarł 26 września 1946 r. po drugiej operacji nowotworu mózgu. Pochowany został na tamtejszym cmentarzu, na tablicy nagrobnej napisano proste słowa: „Nasz Ojciec”. W 1976 r. rozpoczął się proces informacyjny jako wstęp do procesu beatyfikacyjnego ks. Korniłowicza.
***
Zakład w Laskach okazał się najtrwalszym jego dziełem. W czasie wojny powstał na jego terenie szpital wojskowy, którego wzmożona działalność przypadła na czasy powstania warszawskiego. Stanowił on także punkt kontaktowy oddziałów konspiracyjnych. W 1942 r. do Lasek przybył ks. Stefan Wyszyński, który spędził tam następne trzy lata, pełniąc funkcję kapelana obwodu AK.
Po wojnie placówka działała nadal. Miała ona istotne znaczenie nie tylko ze względu na działalność tyflologiczno-wychowawczą. Władze PRL na wiele sposobów przeszkadzały w funkcjonowaniu Lasek, a nawet próbowały w latach 50. doprowadzić do zamknięcia ośrodka. Mimo tych problemów, nastąpił dynamiczny rozwój placówki, m.in. dzięki darom Polonii amerykańskiej powstały nowe budynki przedszkola, szkół i warsztatów. Laski stały się też wówczas dla dużej części intelektualistów swego rodzaju przystanią, miejscem zadumy, przemyśleń, wyciszenia, mniej lub bardziej formalnych spotkań, oazą spokoju i wolności w czasach PRL. Nieprzypadkowo cmentarz w Laskach pełen jest nagrobków z nazwiskami wybitnych ludzi, którzy postrzegali to miejsce jako swoją duchową ojczyznę – dość wymienić Mariana Brandysa, Jana Lechonia, Jerzego Lieberta, Andrzeja Munka, Antoniego Słonimskiego, Jerzego Zawieyskiego, ks. Jana Zieję i wielu innych. Laski stały się nawet miejscem regularnych odwiedzin i pobytu osławionej Julii „Luny” Brystygierowej, w pierwszej połowie lat 50. dyrektora Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnego m.in. za walkę z Kościołem27.
Obecnie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym przygotowuje do samodzielnego życia ok. 300 niewidomych i niedowidzących dzieci z całej Polski. Oprócz ośrodka w Laskach funkcjonują również placówki Towarzystwa w Żułowie, Sobieszewie oraz Rabce.
Przypisy:
1 s. E. J. Niszczota FSK, Ojciec wszystkich poszukujących. Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, spowiednik, kierownik duchowy i wychowawca, Warszawa 1998, s. 477.
2 Stefan Kardynał Wyszyński, Nasz Ojciec Ksiądz Władysław Korniłowicz, Warszawa 1986, s. 53.
3 B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Paryż 1985, s. 304.
4 Siostra Teresa Franciszkanka [T. Landy], Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1959 nr 57, s. 366.
5 s. T. Landy, s. R. Wosiek, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Znak” nr 207, 1971, ss. 1167-1169.
6 ks. S. Wyszyński, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Tygodnik Powszechny” nr 50/1946, s. 1.
7 s. E. J. Niszczota FSK, op.cit., s. 27.
8 [T. Landy], op.cit., ss. 370-371.
9 [T. Landy], op.cit., s. 371.
10 ks. J. Woroniecki, Pełnia modlitwy, Poznań 1924, s. 7.
11 ks. A. Wóycicki, Zadania i potrzeby katolicyzmu społecznego w Polsce, Warszawa 1922, ss. 9, 19.
12 ks. J. Woroniecki, Życie religijne współczesnej inteligencji polskiej, „Prąd” nr 1, 1926, s. 3.
13 Por. Verbum (1934-1939). Pismo i środowisko, Lublin 1976, s. 7; J. Turowicz, Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1957 nr 40, ss. 403-409.
14 S. Sawicki, Verbum – Pismo i środowisko, „Znak” nr 108, 1963, ss. 648-649.
15 Ibid., ss. 473-477.
16 Ibid., s. 51.
17 Ibid., ss. 59-60.
18 s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., ss. 459-460.
19 Ludzie Lasek, pod red. T. Mazowieckiego, Warszawa 1987, ss. 8-9.
20 s. R. Wosiek, Podstawy ideowe dzieła Lasek, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1974, s. 5.
21 S. Sawicki, op. cit., s. 647.
22 s. R. Wosiek, op. cit., s. 5.
23 [T. Landy], op. cit., 382.
24 J. Liebert, Romantyczność, [w:] Poezje zebrane, Warszawa 1951, s. 138.
25 S. Frankiewicz, Ojciec Władysław Korniłowicz, „Więź” nr 9/1971, s. 80.
26 s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., s. 395.
27 J. Żaryn, Córka marnotrawna, czyli Luna w Laskach, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 11, 2005.
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Cóż my możemy przeciwstawić /…/ komunizmowi czy nacjonalizmowi? Tamte kierunki wychowują swoich ludzi na bogatej literaturze, a my /…/ w kółko powtarzamy, że chłop powinien rządzić państwem, bo stanowi większość, chłop potęgą jest i basta… siła leży w ludzie… i na tym koniec. /…/ Ruch ludowy bez naukowego opracowania swych podstaw nie osiągnie tego, do czego dąży. Czas więc najwyższy podjąć pracę w tym kierunku – pisał w 1932 r. zaledwie 27-letni Stanisław Miłkowski. W ciągu kilku następnych lat stworzył jedną z najciekawszych doktryn ideowych w historii Polski.
***
Urodził się 6 czerwca 1905 r. we wsi Sikorzyce nieopodal Dąbrowy Tarnowskiej. Jego rodzice byli niezamożnymi właścicielami 3-hektarowego gospodarstwa. Mimo to zdecydowali się na wyrzeczenie, jakim było finansowanie nauki syna. W 1926 r. ukończył gimnazjum w Tarnowie i zaczął studiować polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po trzech latach zrezygnował z niej na rzecz prawa, którego absolwentem został w 1934 r.
Tuż po rozpoczęciu studiów został członkiem Polskiej Akademickiej Młodzieży Ludowej – organizacji studentów sympatyzujących z ruchem ludowym, pochodzących z rodzin wiejskich. W oddziale krakowskim był jednym z liderów sekcji pracy społecznej, przewodniczącym komitetu prasowego, a w roku akademickim 1929/30 wybrano go prezesem. Współpracował także z Ludowym Związkiem Artystyczno-Literackim „Promieniści”. Grupa stawiała sobie za cel „oświecanie” środowisk wiejskich przez pochodzących z nich inteligentów, którzy po studiach mieli wracać na wieś i propagować wzorce ogólnonarodowe. Dość anachroniczny, bo odtwarzający wzorce z początków wieku, program szybko przestał wystarczać Miłkowskiemu. W 1929 r. na łamach „Promienia”, organu grupy, odwracał tę optykę: Lud nasz ma swoją bardzo wartościową kulturę, której twórcą był on sam, bo nie przejął jej znikąd. /…/ kultura ludowa niezawodnie stanie się tworzywem przyszłej kultury polskiej. Ta dość naiwna wizja, była zapowiedzią bardziej dojrzałych rozważań.
W 1929 r. Miłkowski należał do osób, które poparły secesję młodych ludowców z Małopolskiego Związku Młodzieży, opanowanego wówczas przez sanację. Utworzyli oni wojewódzką strukturę Związku Młodzieży Wiejskiej RP, zwanego „Wiciami”. W latach 1930-31 był wiceprezesem krakowskiego ZMW, po przekształceniu go w spółdzielnię pełnił w l. 1931-32 funkcję wiceprezesa rady nadzorczej, a kolejne dwa lata – prezesa zarządu. Wchodził także w skład redakcji organu prasowego, pisma „Znicz”. W roku akademickim 1930/31 był prezesem Ogólnopolskiego Związku Akademickiego Młodzieży Ludowej. Wreszcie, w latach 1932-34 ukończył Wyższy Naukowy Kurs Spółdzielczy na Wydziale Rolnym UJ.
Był to okres fermentu ideowego wśród młodych ludowców. „Dorosły” ruch ludowy nie miał im nic do zaoferowania – najpierw podzielony na trzy skłócone ugrupowania, a po zjednoczeniu w Stronnictwie Ludowym nie potrafiący wyjść poza zaklęty krąg doraźnego politykierstwa, które po maju 1926 r. pozbawione było nawet roli, jaką posiadało w zwykłej demokracji. Miłkowski negatywnie ocenił brak wizji ideowej. „Dorosły” ruch ludowy koncentrował się na wyborach, obsadzeniu posad, na hasłach i obietnicach, natomiast nie formułował koncepcji i szczegółowych propozycji rozwiązań konkretnych problemów.
Druga przyczyna fermentu wśród młodej inteligencji ludowej była ważniejsza niż spór ze „starymi”. Wielki kryzys gospodarczy przełomu lat 20. i 30. postawił pod znakiem zapytania sens liberalnego kapitalizmu. W Polsce kryzys nie tylko skutkował znacznym spadkiem poziomu życia, a w przypadku wsi dotkliwą nędzą, ale także obnażył skutki ślimaczego tempa przeobrażeń prospołecznych. Kapitalizm okazał się niewydolny, a polski w dodatku archaiczny.
***
W takich realiach Miłkowski został czołowym ideologiem niezależnej młodzieży wiejskiej. Różnym kierunkom polityczno-społecznym, jak liberalizm, socjalizm, komunizm itp. przeciwstawiamy kierunek nowy, rodzący się obecnie z żywiołową siłą /…/; kierunkiem tym jest agraryzm – pisał w 1930 r. w pierwszym numerze „Znicza”. Wkrótce miał stać się najbardziej oryginalnym ideologiem tego nurtu.
Agraryzm był popularny m.in. w Szwajcarii, Niemczech, do pewnego stopnia w krajach skandynawskich. Najsilniej rozwinął się jednak w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie warstwa chłopska była liczniejsza, kultura ludowa wciąż żywa, w kształtowaniu tożsamości młodych narodów ważną rolę pełniły rozmaite „chłopomańskie” wizje, istniało także poczucie odrębności od „starych”, przemysłowych narodów Europy Zachodniej. Agraryzm bułgarski, jugosłowiański i czechosłowacki eksploatował właśnie takie wątki, wzbogacone o przekonanie o szczególnej roli i wartości warstwy chłopskiej jako tej, która stanowi większość obywateli, zapewnia narodowi pożywienie oraz żyje z „uświęconej” pracy na roli, w harmonii z przyrodą, kultywuje „odwieczne” obyczaje itp.
Starsze pokolenie polskich ludowców przyjęło agraryzm w postaci zbliżonej do czechosłowackiej, czyli „centrowej”, natomiast młodzież ludowa szybko nadała mu rys bardziej radykalny i mniej idealistyczny. Kryzys gospodarczy końca lat 20. pchnął twórców polskiej wersji „na lewo”. Głównym ideologiem tego nurtu stał się właśnie Miłkowski. Działając we wspomnianych organizacjach, pełnił m.in. funkcję prelegenta i organizatora dyskusji ideowych. Został wówczas przez współpracowników nakłoniony do stworzenia syntezy tego, co ustalono podczas licznych debat. Oczywiście jego osobisty wkład w formułowanie propozycji programowych był znaczny. Latem 1933 r. Miłkowski wygłosił referat zawierający wstępną wersję przemyśleń środowiska krakowskiego ZMW na ogólnopolskiej konferencji „wiciarzy” w Kępie Celejowskiej. Tam przekonano go do opublikowania referatu w „Młodej Myśli Ludowej” (czołowe teoretyczne pismo ruchu ludowego), a dodatkowe koncepcje złożyły się na zawartość wydanej w 1934 r. książki Miłkowskiego pt. „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego”. Wkrótce przyszły kolejne teksty, natomiast rok 1936 przyniósł publikację jego drugiej książki, „Walka o nową Polskę”.
***
Już referat z Kępy Celejowskiej zawiera tezę kluczową w doktrynie Miłkowskiego: nowożytny ustrój, powstały po rewolucji francuskiej, teoretycznie zagwarantował równość polityczną, ale w praktyce nie oferuje jej wskutek dysproporcji ekonomicznych. /…/ tylko drogą urzeczywistnienia demokracji gospodarczej – można stworzyć trwałe podstawy dla demokracji politycznej i społecznej. Demokracja bowiem nie zbankrutowała, jak to z triumfem głoszą zwolennicy różnych form dyktatury – lecz /…/ nie miała dotychczas odpowiednich warunków do ugruntowania się.
Kapitalizm bazuje na wyzysku, gdyż – Miłkowski upraszcza tezę Marksa – pracownik najemny otrzymuje tylko część owoców pracy w postaci wynagrodzenia, resztę zagarnia właściciel środków produkcji. Idąc dalej: Teoretycy liberalizmu twierdzili, że będzie to ustrój najsprawiedliwszy, albowiem jest w nim zachowana zasada równości szans. Każdy ma możność czynnego brania udziału w życiu gospodarczym i bogacenia się. Było to jednak fałszywe postawienie sprawy, albowiem w punkcie wyjściowym /…/ stawali jedni z większym lub mniejszym kapitałem – drudzy zaś z gołymi rękami, zdolni najwyżej do wynajmowania się tym pierwszym – pisał na łamach „Agronomii Społecznej i Szkolnictwa Rolniczego”. O ile wczesny, „liberalistyczny” kapitalizm faktycznie oferował pewne pole manewru wskutek swobodnej konkurencji wielu podmiotów oraz ścierania się interesów pracowników, konsumentów i pracodawców, o tyle kapitalizm, w którym nastąpiły procesy koncentracji własności i zdominowanie rynku przez potentatów, pozostawia tej swobody nieporównanie mniej. Następuje „bogacenie się jednostek i zubożenie mas”, te ostatnie są skazane na warunki dyktowane przez koncerny, kartele i monopole. Jeśli państwo dokonuje interwencji w rynek, to wspiera albo wielkich producentów, albo w najlepszym razie zorganizowane grupy społeczne. Wieś pozostaje jedynym obszarem, gdzie występuje wciąż „pierwotny” wolny rynek i dlatego traci najbardziej. Chłop jako samodzielny, drobny producent nie ma szans w starciu z gigantami. Jest też bezsilny jako konsument. W efekcie sprzedaje tanio, a kupuje drogo.
Miłkowski nie negował podziałów majątkowych wśród chłopstwa, jednak stwierdzał, iż różnice te są stosunkowo niewielkie, a w okresie kryzysu jeszcze maleją, zatem zasadne jest traktowanie całej warstwy jako jednolitej. Stymulowanie w jej łonie podziałów byłoby szkodliwe również z punktu widzenia potencjału współdziałania i siły politycznego nacisku. Zresztą, w sytuacji panującego „głodu ziemi” i powolnej industrializacji kraju, nawet stosunkowo zamożni chłopi muszą dzielić gospodarstwa między potomków, co sprawia, że jedyny „kapitał” rolników podlega rozproszeniu, nie zaś koncentracji.
Ideologie konkurencyjne wobec kapitalizmu – socjalizm czy komunizm – operują kategoriami dostosowanymi do realiów przemysłu. Rozpatrując rolnictwo wedle tych prawideł, nie biorą pod uwagę, że znacznie większą rolę odgrywają w nim czynniki niezależne od człowieka (siły natury) oraz niematerialistyczne (emocje, nastawienie psychiczne etc.). W produkcji przemysłowej, /…/ prawie zupełnie zmechanizowanej, maszyna jest wszystkim, a człowiek tylko dodatkiem. W produkcji rolniczej zachodzi stosunek odwrotny, tj. człowiek jest wszystkim, a maszyna tylko dodatkiem. /…/ o ile w przemyśle jest stosunkowo łatwo przeprowadzić uspołecznienie /…/ środków produkcji, o tyle w rolnictwie nastręcza się szereg zasadniczych trudności – mówił Miłkowski w Kępie Celejowskiej. Wniosek ten, bazujący na czysto „wiejskich” przesłankach, stał się ważnym elementem ogólnoustrojowej teorii agrarystycznej.
Specyfika pracy chłopów przekłada się na sferę etyczną. Właściciel gospodarstwa rolnego nie jest ani kapitalistą, ani proletariuszem. Jest czymś pośrednim /…/ – samodzielnym wytwórcą. /…/ w tej /…/ komórce gospodarczej [gospodarstwie rolnym] możemy się doszukać elementów przyszłego ustroju, znoszącego wyzysk społeczny, a równocześnie dostosowanego do natury ludzkiej. Chłop bowiem nikogo nie wyzyskuje /…/, wszystko zaś co ma, zdobywa ciężką pracą – przekonywał w referacie. Choć rolnik posiada środki produkcji, inaczej niż robotnik, to jednak pracujący sam wraz z rodziną /…/, tylko wyjątkowo posługujący się obcą pomocą – jest bliższy robotnikowi, należy do świata pracy. Podlega również wyzyskowi wskutek dysproporcji między znikomą własną siłą a potęgą „zmów kapitalistycznych”. Chłop i robotnik /…/ należą do świata pracy, chociaż pracują w różnych gałęziach wytwórczości. /…/ te dwie warstwy świata pracy winny iść solidarnie w walce o nowy, sprawiedliwy ustrój społeczny – przekonywał na łamach „Agronomii Społecznej…”.
Agraryzm zatem, głosił referat Miłkowskiego, jest kierunkiem pośrednim między liberalizmem gospodarczym a socjalizmem. Jest niejako syntezą dodatnich stron tych dwu kierunków, jest złotym środkiem, którym zwykle idzie życie. /…/ Głównym [jego] założeniem jest postulat zniesienia wyzysku człowieka przez człowieka /…/. Chodzi więc o realizację demokracji gospodarczej, o dostarczenie każdemu pracy bądź to na warsztacie swoim, bądź też wspólnym, aby każdemu dać podstawę do życia, a zarazem znieść rażące nierówności na punkcie posiadania. W „Agronomii Społecznej…” dodawał, że w przyszłym ustroju społecznym każdy człowiek winien żyć tylko z własnej pracy.
Wniosek stąd taki, że agraryzm /…/ w dużym stopniu godzi we własność prywatną i wysuwa postulat zniesienia jej wszędzie tam, gdzie ona stwarza podstawę do wyzysku człowieka przez człowieka. Natomiast własność prywatną zatrzymuje tam, gdzie zjawisko wyzysku nie występuje – pisał w „Agronomii…”.
W wizji Miłkowskiego, produkcja rolna i drobne rzemiosło miały pozostać w rękach prywatnych również z tego względu, że osobiste „doglądanie” pracy skutkuje wyższą wydajnością. Człowiek w swojej naturze ma dość głęboko wkorzeniony instynkt posiadania i zazwyczaj inaczej pracuje, gdy ma świadomość, że owoce tej pracy przypadną w udziale jemu samemu. /…/ nie wierzymy, by dało się zmienić pewne cechy natury ludzkiej, które się przejawiają w niej od wieków – pisał w „Agraryzmie…”.
Przemysł drobny i średni powinien zostać domeną spółdzielczości, czyli przybrać formę oddolnej, dobrowolnej współwłasności, co pozwoli wyeliminować wyzysk, a jednocześnie emocjonalnie powiąże zatrudnionych z ich warsztatem pracy. Natomiast wielkie przedsiębiorstwa, szczególnie o znaczeniu strategicznym, miałyby zostać upaństwowione, jednak pod społeczną kontrolą.
W tym duchu przeprowadzona przebudowa ustroju gospodarczego otworzy /…/ okres rozwoju /…/ opartego na zasadach sprawiedliwości społecznej. Agraryzm /…/ ma szanse skupienia na wspólnej platformie całego świata pracy, a więc chłopa, robotnika, rzemieślnika i pracownika umysłowego – wieś i miasto – przekonywał w Kępie Celejowskiej.
***
W pierwszej książce pisał: Głównym celem działalności gospodarczej w ustroju kapitalistycznym jest osiągnięcie zysku, podczas gdy sama produkcja i kwestia zaspokojenia ludzkich potrzeb jest tylko środkiem do celu. /…/ Kapitalizm wytworzył swoją odrębną etykę, która stara się uzasadnić wszelkie rozboje, dokonywane w pogoni za zyskiem. /…/ W etyce kapitalizmu brak jakichkolwiek momentów natury moralnej, jak sprawiedliwość społeczna /…/. W artykule „Pożniwne rozważania” z „Wici” w 1936 r. dodawał: Wszystkiego jest pod dostatkiem, wszystkiego jest za dużo – a milionom ludzi głód zaziera w oczy. Czy to nie jest największym oskarżeniem pod adresem dzisiejszego porządku społecznego?
Alternatywy nie stanowi komunizm. Pomijając nawet wspomniany jego „defekt” w postaci błędnej oceny charakteru pracy rolnej, a także naiwność i utopijność tej doktryny, posiada on również inne wady. Wskutek braku powiązania człowieka z efektami pracy, ustrój komunistyczny jest nieefektywny, czego przykładem sowieckie kołchozy i sowchozy – mniej wydajne niż latyfundia, a daleko ustępujące drobnym gospodarstwom. Prowadzi też do nowej formy wyzysku i jeszcze większego podporządkowania mas pracujących – tym razem kaście biurokratycznej. W ustroju komunistycznym, mając pod rozkazami wszystkie warstwy pracujące, można oczywiście dokonywać /…/ wielkich rzeczy, można budować Magnitogorski i Dnieprostroje. Ale czy to jest miarą wartości tego ustroju? Do dziś dnia przetrwały liczące tysiące lat piramidy egipskie, dzieła potężne jak na ówczesny stan techniki /…/, wzniesione rękami /…/ niewolników – a mimo to nikt nie stawia /…/ ówczesnego ustroju Egiptu za ideał – pisał w „Agraryzmie…”.
W „Agronomii…” podkreślał etyczno-personalistyczny wymiar agraryzmu: Przy formalizowaniu przyszłych form ustrojowych należy mieć na uwadze to, aby one swoim ciężarem nie przygniatały człowieka i nie przekształcały go w bezwolne tylko narzędzie. /…/ Nie człowiek dla doktryny, ale doktryna dla człowieka! /…/ W okresie prawych i lewych dyktatur i miażdżenia jednostki – agraryzm podejmuje walkę o wolność społeczną /…/.
Akcentował konieczność porzucenia wiary w samoistność przemian ustrojowych lub upatrywania jedynych przyczyn negatywnych zjawisk w kwestiach materialnych. Podkreślał dwutorowość zmian – nie tylko „technicznych” (formy polityczne i organizacyjne), ale także moralnych. Pisał w „Zniczu” w 1933 r., iż /…/ musimy być świadomi, /…/ że agraryzm jest najtrudniejszą formą gospodarowania /…/, jako że /…/ koniecznym jest wysoki stopień uświadomienia i uspołecznienia każdego obywatela. Przeto z krystalizowaniem nowych form ustrojowych musi iść w parze kształcenie naszego umysłu i przeobrażenie duszy naszej /…/.
***
Kluczowym zagadnieniem dla działacza ludowego i teoretyka agraryzmu (zakładającego prymat chłopów w społeczeństwie) była reforma rolna. Ówczesna Polska to kraj, gdzie kilka milionów gospodarstw było zbyt małych, aby zapewnić produkcję pozwalającą na godziwe dochody czy choćby pełne zaspokojenie biologicznych potrzeb właścicieli. Kolejne kilka milionów stanowili bezrolni mieszkańcy wsi. Uwzględniając utrzymanie kilku osób z jednego gospodarstwa, odpływ ludności do przemysłu i miast, procesy demograficzne itp., Miłkowski szacował liczbę „ludzi zbędnych” wśród mieszkańców wsi na ok. 9 mln.
Logicznym wnioskiem było żądanie rozparcelowania wielkich majątków ziemskich – prywatnych, państwowych i kościelnych (oraz niekatolickich związków wyznaniowych) – i rozdzielenie ich między bezrolnych i małorolnych chłopów. Reforma miała także oczywiście cele polityczne – m.in. ograniczenie roli ziemiaństwa, które zdaniem Miłkowskiego stanowiło warstwę blokującą rozwój i modernizację Polski. Pozostawienie w rękach ziemian części areałów (od 20 do 50 ha) związałoby tę warstwę z pracą i mentalnie zbliżyło do innych grup społecznych. Upowszechnienie własności rolnej wzmocniłoby natomiast państwo polskie, gdyż dotychczasowi biedacy mieliby w posiadaniu „swój kawałek” ojczyzny.
Nie mniej ważny cel stanowiło polepszenie efektywności rolnictwa. Polska produkcja rolna w stosunku do istniejącego areału ziem uprawnych nie była imponująca ani z uwagi na potrzeby rynku wewnętrznego, ani pod względem możliwego potencjału eksportowego. Miłkowski, bazując na badaniach m.in. Władysława Grabskiego i szwajcarskiego naukowca prof. E. Laura, udowadniał, że drobna własność w rolnictwie jest najbardziej efektywna, gdyż chłop pieczołowicie dba o to, żeby z ziemi „wycisnąć” jak najwięcej w taki sposób, by nie wyeksploatować jej zasobów. Drobny rolnik jest z konieczności najbardziej racjonalnym użytkownikiem ziemi.
Miłkowski nie idealizował wsi. Nie traktował zatem reformy rolnej jako panaceum na wszelkie bolączki chłopstwa. Wiedział, że znaczna część drobnych gospodarstw jest zacofana. Dlatego chciał „obudować” reformę przemianami technicznymi i organizacyjnymi. Miało temu służyć szkolnictwo rolnicze, tworzenie stacji doświadczalnych, kursy zawodowe, upowszechnianie nowoczesnej techniki rolnej, kredytowy system finansowania innowacji, a także rozwój infrastruktury wiejskiej – ogólnej (elektryfikacja, sieć transportowa) i branżowej (zakłady przetwórcze, punkty skupu płodów rolnych).
Po zagospodarowaniu wszelkich zasobów ziemi, pozostaną na wsi jeszcze 2-3 miliony osób pozbawionych warsztatu pracy. Jednym ze sposobów rozwiązania problemu byłoby tworzenie etatów związanych z rolnictwem pośrednio – wszelkiej maści zakładów przetwórczych. Osobna kwestia to rozwój nowatorskich form zarobkowania, np. chałupnictwa wiejskiego (rzemiosło, rękodzieło użytkowe i artystyczne). Trzeci kierunek rozwoju to swoista migracja gospodarki nie tyle na wieś, ile na prowincję – Miłkowski jako jeden z pierwszych postulował, aby polityka państwa wspierała sytuowanie zakładów produkcyjnych także w mniejszych ośrodkach.
Czwarty wreszcie sposób, to uprzemysłowienie kraju. W przeciwieństwie do wielu ludowców, Miłkowski dostrzegał konieczność skoku cywilizacyjnego poprzez rozwój przemysłu. Choć miał świadomość negatywnych aspektów urbanizacji i industrializacji – dlatego postulował odejście od „koszarowego” budownictwa na rzecz domów z ogródkami, zwiększenie ilości zieleni w miastach czy tworzenie tzw. miast-ogrodów – niemal wolny był od nierzadkich w ruchu ludowym ciągot „stagnacyjnych”. Przyszły rozwój życia gospodarczego winien być nastawiony na stopniowe przesuwanie nadmiaru ludności wiejskiej do innych gałęzi /…/, głównie do przemysłu, robót publicznych itp. Polska jest krajem, który ma do wykonania olbrzymią ilość pracy. Poza rozbudową przemysłu /…/, musimy budować drogi, przeprowadzać regulację rzek, meliorować grunty, /…/ budować nowe linie kolejowe, mosty itd. – pisał w „Wiciach” w 1935 r.
Oczekiwał zatem od państwa aktywnej roli w przeobrażeniach gospodarczych. Był jednak ostrożny w kwestii etatyzmu. /…/ upaństwawianie życia gospodarczego nosi niewątpliwie w sobie /…/ niebezpieczeństwo rozrastania się polipa biurokracji, który w pewnych warunkach może się rozrosnąć do takich rozmiarów, że potrafi nawet zastąpić kapitalistycznych wyzyskiwaczy – zauważał w „Walce…”.
***
Kluczową rolę przyznawał natomiast spółdzielczości. Agraryzm, pragnący urzeczywistnić demokrację gospodarczą i oprzeć rozwój życia gospodarczego na dobrowolności, w spółdzielczości musi znaleźć główne oparcie – pisał w pierwszej książce.
Ta forma posiada same zalety z punktu widzenia ideałów agraryzmu, a także realiów społecznych. Uczy współpracy, nie przekreślając jednak zalet indywidualizmu. Pewne formy upaństwowienia, uspołecznienia czy kolektywizacji z reguły będą działać hamująco na rozwój indywidualności człowieka, natomiast spółdzielczość jest /…/ formą zbiorowego działania, która z istoty swej rozwija jego samodzielność. /…/ jakkolwiek jest kolektywną formą działania, to jednak nie unicestwia jednostki /…/ – przekonywał w „Walce o nową Polskę”.
Łączy też ona rozproszone wysiłki wielu podmiotów i sprawia, że nabierają dodatkowej mocy – pojedynczy chłop nie posiada żadnej siły w negocjacjach z hurtowym odbiorcą płodów rolnych, nie jest też w stanie przetwarzać ich samodzielnie; podobnie rzecz ma się z zakupem kosztownych urządzeń zwiększających rentowność gospodarstw. Trzecia grupa zalet spółdzielczości to jej dobrowolność, oddolność i równość – każdy spółdzielca ma jeden głos (inaczej niż np. w spółkach akcyjnych), każdy ma interes w dbałości i zaangażowaniu w działania spółdzielni, a jednocześnie nie istnieje tu zorganizowana forma przymusu. Ma też spółdzielczość silny walor moralny – jej głównym celem nie jest wąsko pojęty zysk, który należy za wszelką cenę eskalować, lecz szerzej rozumiany dobrobyt członków, czyli np. dbałość o ich zdrowie, rozrywki kulturalne, okolicę, którą zamieszkują etc.
Spółdzielczość dla Miłkowskiego to jednak nie tylko idealna forma gospodarowania, czym była w wizjach różnych pięknoduchów. Miała rozwiązać kluczowy problem chłopów. /…/ jedną z najważniejszych bolączek trapiących wieś jest prywatne pośrednictwo handlowe. Chłop w pocie czoła wypracowany produkt oddaje pośrednikowi, który bardzo często w jednym dniu na nim tyle zarabia, co wytwórca za szereg miesięcy znojnej pracy. Polska jest jedynym krajem w Europie, gdzie zachowały się formy „dzikiego” handlu jeszcze z czasów średniowiecza – pisał w „Wiciach” w 1936 r. Chłop sprzedaje własne produkty za niewielkie kwoty, co utrzymuje go w stanie ubóstwa i uniemożliwia rozwój gospodarstw; jest też całkowicie zależny od „kaprysów” pośredników. Ten sam problem dotyczy nabywania przez chłopów produktów przemysłowych – trafiają one na wieś z wysoką marżą. Dlatego docelowo – pisał w „Wiciach” – wszystko to, co rolnik ma do zbycia – winien zbywać sam przy pomocy przez siebie zorganizowanych placówek spółdzielczych, /…/ wszystko to, co rolnik kupuje, winien nabywać przez własne spółdzielnie zakupów, a to: rolnicze, handlowe i spożywców.
Rozpatrując rzecz szerzej, pisał rok później na tych samych łamach: Ustrój rolny oparty o drobny i indywidualny warsztat chłopski – tylko w takim wypadku okaże się korzystny, o ile zdoła wytworzyć silną /…/ nadbudowę spółdzielczą, /…/ skupić rozproszone siły chłopskie w silne organizmy gospodarcze /…/ Na tej jedynie drodze wieś może się usamodzielnić gospodarczo. Czyli doprowadzić do tego, że chłop w końcu zacznie robić tylko na siebie – a nie składać wiecznego haraczu na rzecz coraz to nowych wyzyskiwaczy. Na tej drodze widział także rozwiązanie podnoszonego przez endecję problemu zdominowania handlu przez Żydów – uważał, że to problem mechanizmu ekonomicznego, nie zaś struktury etnicznej. Rzecz nie w tym, by kupców żydowskich zastąpili polscy, lecz aby pośrednictwo z rąk prywatnych przeszło w sferę spółdzielczą.
Poza handlem, spółdzielczość wiejska powinna w następnym etapie objąć znaczną część przetwórstwa płodów rolnych, a nawet część produkcji (wspólne gospodarowanie na zasadach dobrowolności) oraz innowacyjności technicznej (zbiorowy zakup i użytkowanie maszyn i urządzeń) czy wręcz infrastrukturalnej (np. elektryfikacja). Taka forma gospodarowania miałaby jeszcze inny ważny wymiar – chodzi /…/ o zagadnienie odciążenia człowieka wsiowego od nadmiaru pracy fizycznej, o to, aby mógł on znaleźć trochę więcej czasu na życie rodzinne, na odpowiednie wychowanie swoich dzieci, na sprawy kulturalne, na rozwijanie swojego umysłu itp. – pisał w „Agraryzmie…”.
Tak, jak spółdzielczość może wzmocnić indywidualne gospodarstwa rolne, tak samo daje szansę na poprawę doli rzemiosła. W tym sektorze – częściej bazującym na pracy najemnej, nierzadko w formie archaicznych zależności personalnych – miałaby również humanizować stosunki pracy i ograniczyć skalę wyzysku. Spółdzielczość to także szansa poprawy kondycji ekonomicznej mieszkańców miast jako konsumentów – członkostwo w spółdzielczości spożywców pozwala zarazem nabywać tańsze produkty, jak i własnymi pieniędzmi wspierać bardziej „ludzkie” formy zatrudnienia.
***
Upowszechnienie własności w rolnictwie oraz uspółdzielczenie średnich podmiotów wytwórczych, usługowych i handlowych pozwoliłoby też zabezpieczyć interesy narodowe i zapewnić stabilność systemu gospodarczego. Jak bowiem trafnie zauważył Miłkowski w „Walce o nową Polskę” na wiele lat przed epoką globalizacji, kapitał obliczony na zysk w sentymenty patriotyczne nigdy się nie bawił. Gdy interes przestanie się opłacać /…/, bardzo szybko ulotni się tam, gdzie coś będzie można jeszcze zarobić.
Ten sam rodzaj względów przemawia za ograniczeniem własności prywatnej w wielkim przemyśle. W rękach państwa powinien znaleźć się przede wszystkim przemysł związany z jego obroną oraz tego rodzaju przedsiębiorstwa jak kolej lub poczta, których znaczenie dla całej gospodarki społecznej nie podlega dyskusji – przekonywał w „Walce…”. Obawiał się jednak biurokracji, omnipotencji państwa i marnotrawstwa, które towarzyszyłyby „zwykłej” i powszechnej nacjonalizacji przemysłu. Wypowiadając się przeciw nadmiernej etatyzacji warsztatów pracy – stoi[my] na stanowisku uspołecznienia wielkiego przemysłu w formie przejęcia go przez zorganizowane społeczeństwo /…/ – pisał w 1935 r. w PPS-owskim „Robotniku”. Proponował zatem jeszcze inną formę własności, mianowicie samorząd gospodarczy.
Składałby się on z demokratycznie wybieranych przedstawicieli samorządu terytorialnego, spółdzielczości i związków zawodowych, wspartych o delegatów państwa, którzy czuwaliby nad legalnością przedsięwzięcia. Samorząd gospodarczy byłby wielostopniowy – gminny (każdy zakład pracy z terenu gminy delegowałby przedstawicieli), powiatowy, wojewódzki i ogólnopolski. Na każdym szczeblu nadzorowałby i koordynował działalność gospodarczą. Najwyższy szczebel samorządu gospodarczego, Naczelna Izba Gospodarcza, miałby także prerogatywy ustawodawcze, zastępując zlikwidowany Senat. NIG byłby również formalnym właścicielem tych przedsiębiorstw.
W ten sposób ujęta organizacja życia gospodarczego /…/ gwarantowałaby udział czynnika fachowego w dziedzinie gospodarczej, oraz co najważniejsze, wciągałaby całe społeczeństwo do pracy twórczej /…/. /…/ społeczeństwo przyzwyczajałoby się do samodzielnego podejmowania działań gospodarczych, do brania swoich spraw w swoje ręce bez oglądania się na państwo /…/ Miałoby to również olbrzymie znaczenie wychowawcze. Ustrój /…/ który wszystko składa na barki biurokracji państwowej, a społeczeństwo odsuwa od wpływu na rozwój życia gospodarczego, nie może wytworzyć dla siebie silnych i trwałych podstaw – pisał w „Agraryzmie…”.
W systemie tak pomyślanego uspołecznienia gospodarki należałoby zadbać nie tylko o udział pracowników w podejmowaniu decyzji, ale także o ich utożsamienie się z zakładami pracy. Pierwsze rozwiązanie to zasada udziału w corocznych zyskach, która skłaniałaby do pracy bardziej wydajnej. Z upokarzającego stanowiska najmitów, pracujących dla zysków prywatnych jednostek, przeszliby do roli wytwórców pracujących dla siebie /…/ – pisał w pierwszej książce. Drugim ze sposobów byłby mniejszościowy akcjonariat, oparty o egalitarną zasadę jednego udziału, co dawałoby połowiczne uspółdzielczenie przemysłu pozostającego poza właściwą spółdzielczością.
Synteza samorządu, udziału w zyskach i pracowniczej kontroli wyeliminowałaby nie tylko zagrożenie zbiurokratyzowaniem, lecz także uchroniłaby przed niebezpieczeństwami, jakie niesie faszystowski korporacjonizm. Na pierwszy rzut oka jest on podobny, lecz ze względu na brak demokracji, silną rolę państwa i prywatnego biznesu stanowi przeciwieństwo agraryzmu, będąc natomiast metodą ubezwłasnowolnienia pracowników najemnych i wyeliminowania konfliktów klasowych bez wykorzenienia ich przyczyn.
Dziś brzmiącym jak herezja aspektem wizji Miłkowskiego, swoistym jej zwornikiem, był postulat ogólnokrajowego planowania gospodarczego. Nam kojarzy się to z absurdami gospodarczymi i niedogodnościami społecznymi „centralnego planowania” realnego socjalizmu. Miłkowski nie miał jednak na myśli planowania w stylu ZSRR, gdzie wyalienowani biurokraci i przywódcy polityczni decydują, co i jak produkować – przeciwnie, od modelu sowieckiego odcinał się ze względów tyleż pragmatycznych (niewydolność gospodarcza), co etycznych (pogwałcenie swobód społecznych). W jego wizji, wspomniana Naczelna Izba Gospodarcza miałaby w demokratyczny sposób i w oparciu o to, co dziś nazwalibyśmy „badaniem rynku”, wytyczać ogólne kierunki rozwoju gospodarczego i stymulować je (np. zwiększając okresowo środki kredytowe). Pozwoliłoby to podejmować niezbędne inwestycje infrastrukturalne, wyrównać regionalne różnice ekonomiczne, wspierać branże i inwestycje społecznie potrzebne, lecz nie przynoszące szybkiego zwrotu nakładów, reagować na doraźne oraz długofalowe tendencje gospodarcze (np. poprzez rozwój kształcenia kadr w kluczowych sektorach) i cywilizacyjne (wzrost wydajności technologii mógłby skutkować skróceniem ustawowego czasu pracy). Tak pomyślane planowanie byłoby odpowiednikiem dzisiejszej polityki gospodarczej państwa – tyle że w większym stopniu poddanym społecznej kontroli.
Gdyby chcieć krótko określić wizję Miłkowskiego, można użyć terminu, którym on sam się posługiwał – uspołeczniony indywidualizm. Można ją nazwać również „państwem minimum – społeczeństwem maksimum”. W doktrynie agrarystycznej kluczowe było bowiem włączenie szerokich rzesz w procesy decyzyjne i oddolną kontrolę, ale także rozbudzenie odpowiedzialność ludzi za ich postawy. Miłkowski był zwolennikiem „rdzennej” demokracji, nie ograniczonej do sporadycznych wyborów parlamentarnych. Demokracja jest przede wszystkim systemem życia – a nie tylko formą ustroju politycznego państwa. /…/ Bardzo często zdarza się, że całe obozy polityczne, głoszące obronę demokracji, w życiu praktycznym za rzecz najważniejszą uważają zdobywanie mandatów bez głębszej troski o to, co ci wybrańcy mają robić, nie mówiąc już o wyborcach, których zostawia się w spokoju aż do następnych wyborów /…/. Rzecz naturalna, że tak /…/ stosowana demokracja musi się po pewnym czasie załamać, przynosząc rozczarowanie dotychczasowym jej wyznawcom, którzy w tym nastroju stają się mało odporni na uderzenia propagandy totalistycznej – pisał w 1939 r. w „Młodej Myśli Ludowej”.
Powstrzymać tendencje autorytarne może zjednoczony front świata pracy: Gdy do warstwy chłopskiej dołączy się warstwa robotnicza i kategoria pracowników umysłowych /…/, to powstanie potężny obóz społeczny, poza którym pozostanie zaledwie kilka procent społeczeństwa. To jest droga do zmontowania granitowych podstaw dla trwałości rządów demokratycznych, wykonujących władzę w imieniu całego prawie ogółu i nastawionych na dobro całości, a nie drobnej uprzywilejowanej grupki /…/. W dodatku, Sprawiedliwy ustrój społeczny i demokratyczny ustrój państwa, mające potężną podbudowę w warstwach pracujących, wyzwolą uśpioną i ujarzmioną dzisiaj w masach energię narodową, ujawnią niewyzyskane dotychczas talenty i siły twórcze /…/. One to dopiero nadadzą właściwy sens odbudowanemu państwu polskiemu – stwierdzał w „Walce…”.
***
W 1934 r. przeniósł się do Warszawy, gdzie został zatrudniony w Związku Izb i Organizacji Rolniczych, dwa lata później podjął pracę w Związku Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych. Od 1933 r. do wybuchu wojny był członkiem Zarządu Głównego ZMW RP, a w latach 1935-38 (i od kwietnia 1939 r. ponownie) pełnił funkcję pierwszego wiceprezesa tej organizacji. Od 1935 r. wchodził w skład redakcji „Młodej Myśli Ludowej”. W roku 1936 wybrano go przewodniczącym Głównej Komisji Gospodarczej ZMW RP i redaktorem „Wici Gospodarczych” – tematycznego dodatku do organizacyjnego tygodnika.
Po zjednoczeniu partii chłopskich został członkiem Stronnictwa Ludowego. Odegrał bardzo ważną rolę w neutralizacji rozłamu w dopiero co osiągniętej jedności – gdy w 1935 r. część działaczy w sprzeciwie wobec decyzji o bojkocie wyborów postanowiła odejść i pod nowym szyldem kandydować do parlamentu, Miłkowski był jednym z pomysłodawców i sygnatariuszy listu potępiającego ich. W ramach zacieśniania współpracy „starego” i „młodego” ruchu ludowego, najpierw został wybrany zastępcą członka Naczelnego Komitetu Wykonawczego SL, a na Kongresie SL w 1935 r. powołano go do Rady Naczelnej ugrupowania.
W ZMW RP i SL odegrał bardzo ważną rolę w formowaniu założeń programowych. Na Walnym Zjeździe ZMW RP w październiku 1935 r. był autorem przyjętej deklaracji społeczno-gospodarczej (już deklaracja programowa z 1933 r. nosi wyraźne piętno jego poglądów). Na Kongresie SL w grudniu tego roku był jednym z dwóch referentów założeń programowych partii. Deklaracje stronnictwa i związku odzwierciedlają niemal w całości tezy Miłkowskiego, w przypadku SL sformułowane nieco mniej radykalnie i bardziej ogólnikowo. Szczególnie w łonie „Wici” Miłkowski zdobył „rząd dusz” swoimi poglądami. Nie było to łatwe, bowiem w organizacji oprócz opcji „konkretnej”, akcentującej kwestie społeczno-gospodarcze, istniał też starszy i początkowo silniejszy nurt „mistyczny”, reprezentowany głównie przez Józefa Niećkę. Miłkowski, bazując na konkretach i racjonalnych argumentach, lepiej trafił do „chłopskiego rozsądku”, lepiej wyczuł też nastroje związane z kryzysem gospodarczym.
Jako sojusznika ruchu ludowego postrzegał Polską Partię Socjalistyczną, reprezentanta miejskiej części świata pracy. Wielokrotnie podkreślał konieczność współpracy z socjalistami, przekonywał do tego innych działaczy chłopskich, a w drugiej połowie lat 30. zarówno on sam, jak i PPS-owcy konstatowali zbliżenie programowe i ideowe obu środowisk. Przeciwny był natomiast sojuszowi – nawet na gruncie doraźnej opozycji wobec obozu sanacyjnego – z ugrupowaniami endeckimi i prawicowymi, które zajmowały stanowisko antyegalitarne i krytykowały postulaty reform socjalnych.
Warto wspomnieć o praktycznych działaniach Miłkowskiego na rzecz spółdzielczości. Był popularyzatorem tej formy gospodarowania, w ZMW RP utworzono pod jego kierownictwem specjalną sekcję, która kierowała pracami spółdzielczymi (efektem był znaczny wzrost liczby spółdzielni założonych lub współtworzonych przez młodzież wiejską), w 1936 r. wraz z Janem Duszą opublikował broszurę „Chłopi na front gospodarczy”. Propagował także „inwazję” spółdzielczości w nowych sektorach. Dotychczas koncentrowała się ona głównie w handlu spożywczym, mleczarstwie i sektorze oszczędnościowo-kredytowym, autor „Agraryzmu…” proponował zaś poszerzenie jej zasięgu m.in. o różne rodzaje rzemiosła i chałupnictwa, nowatorskie wówczas sektory gospodarki rolnej czy takie formy, które mogą bazować na lokalnych zasobach, co umożliwi działanie bez ponoszenia dużych wydatków (wikliniarstwo, pszczelarstwo, rybne stawy hodowlane itp.). W 1938 r. opublikował broszurę „Spółdzielczość przemysłowa wiejska”, a rok później „Spółdzielczość ogrodnicza w Polsce”.
Najlepszym podsumowaniem postawy Miłkowskiego z międzywojnia są jego własne słowa z „Wici” z 1936 r.: Jeżeli chcemy dojść do Polski Ludowej – to /…/ musimy mieć świadomość tego, że nie spadnie nam ona sama z obłoków, ale jej osiągnięcie będzie wynikiem naszej walki, naszej pracy i naszego trudu – podejmowanych celowo i świadomie na wszystkich polach.
***
Po nastaniu hitlerowskiej okupacji, Miłkowski włączył się w działalność podziemnego ruchu ludowego. Wiosną 1940 r. z jego inicjatywy zorganizowano konspiracyjną konferencję ZMW RP, która zadecydowała o zjednoczeniu z działaczami SL. Powierzono mu funkcję przewodniczącego struktur podziemnego Stronnictwa Ludowego „Roch” w woj. warszawskim. W kwietniu 1940 r. został również przewodniczącym Komisji Programowej Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego. Miała ona wypracować wytyczne na czas po rychłym, jak się spodziewano, zakończeniu wojny – uwzględniające przyczyny i skutki przedwojennej słabości Polski oraz reformy, które miały rozwiązać te problemy.
Już w sierpniu 1940 r. ukazała się I część „O formę i treść przyszłej Polski”, druga miesiąc później, w kwietniu i lipcu 1941 r. – dwie ostatnie. Głównym autorem dokumentu był Miłkowski, choć sygnowano go nazwą komisji, a w treści uwzględniono także uwagi innych osób (aczkolwiek londyńską edycję z 1943 r. sygnowano pseudonimem Miłkowskiego – W. Starzak). Wizja ta nie różniła się w istotny sposób od wcześniejszych koncepcji Miłkowskiego, nieco bardziej akcentując jedynie społeczną kontrolę nad upaństwowionymi przedsiębiorstwami strategicznymi oraz wzmocnienie roli związków zawodowych w tych zakładach, które pozostaną prywatną własnością. W kwestii reformy rolnej nastąpił odwrót od postulatu bezpłatnego rozdysponowania wielkich gospodarstw pomiędzy chłopów – stwierdzono, że powojenne ciała ustawodawcze powinny zdecydować, czy ziemia trafi do nich za darmo, czy też za niewygórowane ceny i przy wsparciu państwowych kredytów. Uznano natomiast, że niezbędne będzie organizacyjne i finansowe wsparcie państwa dla gospodarstw tworzonych na części rozparcelowanych majątków, szczególnie na zachodnich i północnych obszarach kraju, łącznie z dofinansowaniem tworzenia zabudowy mieszkalnej i technicznej.
Jednym z elementów prac Komisji była edycja teoretycznego miesięcznika ruchu ludowego „Przebudowa”, którego pierwszy numer ukazał się w listopadzie 1941 r. Miłkowski pełnił funkcję redaktora naczelnego, był też jednym z czołowych publicystów pisma. Ze względów konspiracyjnych niejasne jest, które artykuły napisał, pismo wyrażało jednak poglądy niemal identyczne jak przedwojenne publikacje Miłkowskiego. Silniejszy nacisk kładło jedynie na rolę państwa, co w sytuacji przewidzianej powojennej odbudowy kraju było zrozumiałe. W numerze z listopada 1942 r. redakcyjny artykuł stwierdzał: /…/ ustrój liberalistyczny oparty na wolnej konkurencji i nieograniczonym prawie prywatnej własności musi ustąpić miejsca ustrojowi opartemu o system gospodarki planowej. /…/ Znaczy to, że państwo weźmie na siebie bezpośrednie kierownictwo nad całością rozwoju życia gospodarczego. Nie stanowiło to jednak odwrotu od wcześniejszych koncepcji, ani pochwały etatyzmu i biurokratyzmu. W tym samym numerze deklarowano: Rząd /…/ ma tylko /…/ zatwierdzić ostateczny plan gospodarowania. Ale przygotowanie tego planu, jego przepracowanie i przedyskutowanie przeprowadzi samorząd gospodarczy, który także będzie jedynym wykonawcą tego planu.
W koncepcji samorządu gospodarczego dla Polski powojennej pojawiły się natomiast dwa nowe elementy – likwidacja szczebla gminnego (podstawowym miał być szczebel powiatowy) oraz stworzenie dodatkowej instancji świata pracy. Izby pracy powstaną na szczeblu wojewódzkim jako wyraziciel interesów pracowników najemnych (z wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od formy własności), a ich krajowa struktura będzie funkcjonowała jako autonomiczny podmiot w łonie Naczelnej Izby Gospodarczej. Oprócz uczestnictwa w formułowaniu ogólnych zadań i zasad gospodarki, stanowiła będzie ona kluczowy podmiot w kwestii regulacji stosunków pracy, przejmie również zadania inspekcji pracy. Taka zmiana miała być odpowiedzią na rosnącą rolę – także liczebną – pracowników najemnych.
Innym ważnym polem podziemnej aktywności Miłkowskiego była współpraca z polskimi antykomunistycznymi socjalistami skupionymi w PPS – Wolność, Równość, Niepodległość. Pierwsze jego kontakty z przedstawicielem PPS-WRN, Zygmuntem Zarembą, datują się już na początek roku 1940, a od wiosny działacz ludowców miał dla nich mandat ze strony swego ugrupowania. Zintensyfikowano je jesienią, dążąc do opracowania wspólnego programu. W pracach czołową rolę odegrał Miłkowski, nieco mniejszą Zaremba, wsparł ich Teofil Wojeński ze Stronnictwa Demokratycznego. Efektem stał się „Program Polski Ludowej”.
Dokument zawierał zapowiedź przeobrażeń społeczno-ustrojowych po zakończeniu wojny i okupacji. W dziedzinie gospodarczej zawierał tezy niemal bliźniacze w stosunku do przedwojennych koncepcji Miłkowskiego. Deklarował przeprowadzenie reformy rolnej poprzez rozparcelowanie wielkich majątków ziemskich bez odszkodowania, niezależnie od ich formy własności, wywłaszczenie i przekazanie państwu, samorządowi i spółdzielczości znacznej części przemysłowej własności prywatnej, szeroko rozwinięty system demokratyczny, bezpłatne szkolnictwo, swobodę wyznania i wolność słowa. Zapowiadano zniesienie wszelkich form wyzysku, a jedynym źródłem utrzymania miała stać się praca. Niestety, tuż przed oficjalnym podpisaniem i edycją „Programu”, w marcu 1941 r. kierownictwo polityczne ruchu ludowego wycofało się z tej inicjatywy. Przyczyny nie są jasne – pretekstem uczyniono współpracę socjalistów ze środowiskami sanacyjnymi, z kolei Zaremba wskazywał na destrukcyjną personalną rolę J. Niećki, który był przed wojną czołowym oponentem Miłkowskiego w „Wiciach”. Ostatecznie PPS-WRN uznał „Program Polski Ludowej” za swój manifest i opublikował trzy wydania (pierwsze w sierpniu 1941; opublikowano także angielski przekład) w łącznym nakładzie 30 tys. egz., zaznaczając, że jest on wynikiem rozważań i dyskusji, przeprowadzonych przede wszystkim w obozie robotniczym i chłopskim /…/. /…/ wyraża dojrzałe poglądy, będące wspólnym dorobkiem zarówno zorganizowanych mas chłopskich, jak i robotniczych. Dokument ten stał się jednym z najbardziej znanych i popularnych podziemnych manifestów politycznych.
Miłkowski nie zaprzestał też działalności w ruchu spółdzielczym. Z ramienia SL „Roch” wszedł do Tymczasowej Konspiracyjnej Rady Spółdzielczej. Jego poglądy w kwestii kluczowej roli spółdzielczości w zreformowanej gospodarce nie zmieniły się ani na jotę, czego dowodem są okupacyjne dokumenty Komisji Programowej CKRL. Wyraźne piętno ideowe, ale także stylistyczne, odcisnął Miłkowski na wydanym w 1943 r. „Programie spółdzielczości polskiej”, sygnowanym przez Komitet Spółdzielczy, utworzony w porozumieniu z Delegaturą Rządu przez Miłkowskiego i lidera spółdzielczości spożywców, Mariana Rapackiego. Również Wydział Planowania CKRL, powstały w miejsce Komisji Programowej, opublikował „Tezy ruchu spółdzielczego w Polsce” oraz „Program ruchu spółdzielczego”, których głównym autorem był Miłkowski. Nie odbiegały one zbytnio od przedwojennych koncepcji w tej dziedzinie, jedynym istotnym novum było zaakcentowanie roli, jaką w wyzwolonej Polsce powinna odegrać spółdzielczość mieszkaniowa. W czasie okupacji autor „Agraryzmu…” wszedł także w skład władz Spółdzielczego Instytutu Wydawniczego, utworzonego jesienią 1941 r.
***
Stanisława Miłkowskiego aresztowało Gestapo 26 sierpnia 1944 r. Najpierw przewieziony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, a w marcu 1945 r. trafił do obozu w Bergen-Belsen. Zmarł tam z wycieńczenia tuż przed końcem wojny.
Zygmunt Zaremba w swych wspomnieniach „Wojna i konspiracja” pisał: Idea stworzenia podstaw programowych współpracy robotniczo-chłopskiej znalazła w Miłkowskim entuzjastę. Czy można właśnie do niego zastosować takie określenie? Zawsze pozostawał chłodnym /…/ – nie pamiętam jednego uniesienia czy poddania się rojeniu o przyszłości – zawsze realistyczny, przy tym uparty i konsekwentnie zdążający do swego. A jednak, czy upór w przeprowadzaniu swej idei nie jest swoistym wyrazem wewnętrznego entuzjazmu? /…/ kiedy później opracowany przez nas obu „Program Polski ludowej” nie stał się dla ludowców tym, czym był dla nas, Miłkowski cierpiał i nie krył tego przede mną. Ale nie tracił swego uporu: Mimo wszystko zrobiliśmy rzecz trwałą. Nie dziś, to jutro muszą nasze ruchy znaleźć wspólny język.
Miłkowski propagował ideał Polski Ludowej – sprawiedliwej, egalitarnej i nowoczesnej – i do niego dążył. Po roku 1945 zwycięscy komuniści przejęli ten termin przedwojennych ludowców i socjalistów. Wymownym, ni to gorzkim, ni to ironicznym faktem jest to, że po kilku dekadach szkalowania agraryzmu jako ideologii bądź to burżuazyjnej, bądź to zbyt mało postępowej, w roku 1988, czyli tuż przed końcem PRL-u, wznowiono oficjalnie przedwojenne prace Miłkowskiego. Pięć lat wcześniej „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” i „Walka o nową Polskę” zostały wydane przez podziemne wydawnictwo związane z „Solidarnością”. Tyle właśnie miał PRL wspólnego z Polską Ludową Miłkowskiego i socjalistów.
Bibliografia (ważniejsze pozycje):
- Jan Borkowski, Wizje społeczne i zmagania wiciarzy. W świetle młodzieżowej prasy ludowej 1928-1939 („Wici”, „Znicz”, „Społem”, „Młoda Myśl Ludowa”, „Chłopskie Życie Gospodarcze”), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
- Tadeusz Chrobak, Filozoficzne przesłanki agraryzmu. Studium wybranych zagadnień, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Rzeszów 1998.
- Edward Chudziński, W kręgu kultury i literatury chłopskiej 1918-1939. Z dziejów chłopskiej prasy literackiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
- Stanisław Dąbrowski, Koncepcje przebudowy Polski w programach i publicystyce ruchu ludowego 1939-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.
- Edward Gołębiowski, Stanisława Jarecka-Kimlowska (wstęp i opracowanie), Związek Młodzieży Wiejskiej RP „Wici” w walce o postęp i sprawiedliwość społeczną. Wybór dokumentów 1928-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1978.
- Anna Golec, Agrarystyczne koncepcje gospodarcze, Wydawnictwo Uniwersytetu M. Curie-Skłodowskiej, Lublin 1994.
- Józef Jasiński, Z dziejów polskiej spółdzielczości spożywców podczas II wojny światowej, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1965.
- Józef Kowal, „Wici” – powstanie i działalność społeczno-wychowawcza 1927-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1964.
- Andrzej Lech, Agraryzm wiciowy, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 1991.
- Józef Mężyk, Organizacje akademików-ludowców w środowisku krakowskim, „Roczniki Dziejów Ruchu Ludowego” nr 9, 1967.
- Stanisław Miłkowski, Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego, Nakładem Związku Młodzieży Wiejskiej Spółdzielni Oświatowej w Krakowie, Kraków 1934.
- Stanisław Miłkowski, Pisma publicystyczne 1930-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1988.
- Stanisław Miłkowski, Walka o nową Polskę, brak wydawcy, Warszawa 1936.
- O formę i treść przyszłej Polski – Zarys programu ruchu ludowego, opracowany przez Komisję Programową CKRL /w:/ Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego, tom IV 1939-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
- Wiesław Piątkowski, Myśl agrarystyczna Stanisława Miłkowskiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
- Błażej Poboży, Społeczeństwo obywatelskie w polskiej myśli politycznej obozu rządowego 1939-1945, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2007.
- Program Polski Ludowej /w:/ „My tu żyjemy jak w obozie warownym”. Listy PPS-WRN Warszawa – Londyn 1940-1945, Puls Publications, Londyn 1992.
- Spółdzielczość polska podczas II wojny światowej, praca zbiorowa (redakcja naukowa Czesław Szczepańczyk, Halina Trocka), Wydawnictwo Instytutu Morskiego, Gdańsk – Słupsk – Szczecin 1982.
- Michał Śliwa, Polska myśl socjalistyczna (1918-1948), Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1988.
- Światła z podziemi. Myśl ludowa w Polsce 1939-1944, Nakładem członków Stronnictwa Ludowego, Londyn 1944.
- Halina Trocka, Spółdzielczość w programach i polityce polskich stronnictw ludowych do roku 1939, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1969.
- Paweł Woroniecki, Uspołeczniony indywidualizm – główna teza programu gospodarczego agraryzmu /w:/ J. Jachymek, K. Z. Sowa, M. Śliwa (red.), „Chłopi, naród, kultura” (tom I – „Myśl polityczna ruchu ludowego”), Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Rzeszów 1996.
- Zygmunt Zaremba, Wojna i konspiracja, Wydawnictwo B. Świderski, Londyn 1957.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Imię moje CZŁOWIEK. Nie jestem na ziemi sam. Podobnych do mnie – są miliony. Jestem jednym z wielkiej rodziny, której na imię ludzkość. Z ludzkością łączę się przez swą rodzinę i przez swój NARÓD.
/…/
Kocham swój naród. KOCHAM POLSKĘ.
I dokądkolwiek losy mnie poniosą, zawsze i wszędzie, będę o niej pamiętał i dla niej pracował.
JESTEM POLAKIEM.
I ja, i moja rodzina, i cały nasz lud, i cała ludzkość należymy do Boga; jesteśmy drobniuchną cząsteczką wielkiego Bożego Królestwa, które od wieków powoli staje się wśród ludzi.
Ks. Jan Zieja, Życie religijne
Największym problemem, na który napotyka autor usiłujący przybliżyć postać ks. Jana Zieji jest to, jak choćby z grubsza zarysować wszystkie pola jego aktywności. Wojna polsko-bolszewicka, działalność społeczno-polityczna w okresie II Rzeczypospolitej, kampania wrześniowa, konspiracyjny Front Odrodzenia Polski, Rada Pomocy Żydom „Żegota”, Szare Szeregi i Armia Krajowa, powstanie warszawskie, Laski, Komitet Obrony Robotników. Mógłby ktoś zadać pytanie, czy jest człowiek, który brał aktywny udział we wszystkich z tych wydarzeń i przedsięwzięć. Odpowiedź brzmi: tak! Tą niezwykłą osobą jest właśnie ksiądz Zieja.
Człowiek niezwykle aktywny, wszechstronny, o niespożytej energii, a przy tym skromny, oddany cały sobą Bogu i bliźnim. Wedle zgodnej opinii osób, które miały szczęście spotkać go na swojej drodze, prawdziwy „szaleniec Boży” i kandydat na ołtarze.
Stanisław Szczepański w swoich wspomnieniach dotyczących ks. Zieji pisał, iż dla niego to jeden z najważniejszych tematów, z jakimi w czasie całego życia miałem styczność. To rzecz święta. Tak jak Powstanie Warszawskie, Armia Krajowa, Katyń, Monte Cassino. To, co teraz piszę, z całą pewnością jest zrozumiałe dla każdego przedstawiciela mojego pokolenia. Wzrastaliśmy w klimacie niedopowiedzianych, mówionych szeptem i nie do końca, a tak do końca wyczuwanych spraw1. Kazimiera Iłłakowiczówna zaś podkreślała, iż przede wszystkim był on wrażliwy na krzywdę ludzką i niesprawiedliwość społeczną. Swoją postawą nawiązywał do najlepszych polskich tradycji społecznikowskich i obywatelskich. Gdziekolwiek się pojawiał, natychmiast powstawały uniwersytety ludowe, gimnazja chłopskie, kursy dokształcające, dom dla samotnych matek. /…/ Ludzie go kochali i trudno nawet dzisiaj wymienić wszystkie tytuły, którymi go obdarzali – sam ks. Zieja czułby się zapewne zakłopotany, gdyby je usłyszał. Pisano o nim: świadek Ewangelii, szaleniec Boży, prorok XX wieku, natchniony kaznodzieja, kapelan wszystkich potrzebujących. Ale chyba najwymowniejsze świadectwo pozostawił anonimowy osobnik, który przed wojną w Radomiu, napisał na drzwiach jego mieszkania: „Tu mieszka dobry ksiądz”. Papież Jan Paweł II, który jako biskup nominat uczestniczył w rekolekcjach prowadzonych przez ks. Zieję, określił go jako „kapłana o wybitnej osobowości”. Św. Urszula Ledóchowska mówiła o nim „bardzo dobry i święty”. Czy Święta mogła się mylić?2
***
Urodził się w 1897 r. w biednej chłopskiej rodzinie we wsi Osse w powiecie opoczyńskim. Od chodzącego po kolędzie proboszcza matka pięcioletniego Jana usłyszała, iż chłopca należy koniecznie edukować. Tak też się stało. Najpierw w domu, później na plebanii, zaś od 1907 r. w warszawskiej szkole Zieja pobierał nauki. W 1915 r. wstąpił do Seminarium Duchownego w Sandomierzu, gdzie w 1919 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Mariana Ryxa. W październiku tego roku rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, które jednak wkrótce przerwał i zgłosił się w maju 1920 r. do wojska, w którym służył jako kapelan podczas wojny polsko-bolszewickiej.
Doświadczenia wojenne odcisnęły na nim niezatarte piętno. W latach późniejszych wspominał: Mój wzięty od Mickiewicza entuzjazm malał, gdy przechodziłem przez kolejne pola walk i potyczek. Widziałem, czym naprawdę jest wojna od strony nas, broniących się, i tych, którzy nas napastują. Całkowicie się wtedy nawróciłem na przekonanie, że Boskie przykazanie: Nie zabijaj znaczy nigdy nikogo, że udział w wojnie jest przeciw woli Bożej3. To przekonanie utwierdzą w nim później walki bratobójcze w trakcie zamachu majowego z roku 1926.
Po wojnie kontynuował studia teologiczne, najpierw w Warszawie, potem w Rzymie. W kolejnych latach pracował jako prefekt szkół podstawowych w Radomiu i Zawichoście. W ostatnim z tych miejsc podjął decyzję o wstąpieniu do zakonu kapucynów, uznając, iż nie będzie w stanie pracować na parafii po tym, jak otrzymał upomnienie od władz zwierzchnich, aby stosował się do oficjalnie przyjętych taryf za usługi duszpasterskie. W zakonie jednak również nie wytrwał długo – po dwóch miesiącach odszedł rozczarowany m.in. tym, iż kapucyni dla siebie gotowali zupę na mięsie, a dla biednych chudą, nie okraszoną.
Po wystąpieniu z zakonu został wikariuszem w Kozienicach, a wreszcie w 1929 r. przeniósł się na Polesie, do biskupa diecezji pińskiej, Zygmunta Łozińskiego, który pozwolił mu wcielać w życie swe poglądy na temat duszpasterstwa i prowadzenia parafii. Został proboszczem parafii w Łohiszynie, liczącej trzy tysiące wiernych, spośród których połowa przystąpiła do baptystów prowadzących ożywioną działalność misyjną na tych terenach. Najbardziej spektakularnym owocem pracy duszpasterskiej ks. Zieji był gremialny powrót mieszkańców do Kościoła katolickiego.
Wkrótce jednak biskup mianował go organizatorem i dyrektorem Akcji Katolickiej na całą diecezję pińską oraz dyrektorem „Caritasu”. W 1932 r. wrócił do Warszawy, gdzie przez dwa lata studiował judaistykę na Uniwersytecie Warszawskim, odnawiając wówczas wcześniejsze kontakty ze Stowarzyszeniem Młodzieży Katolickiej „Odrodzenie”. Współpracował też z ks. Edwardem Szwejnicem, założycielem organizacji studenckiej o charakterze samokształceniowym i samowychowawczym – „Iuventus Christiana”.
Włączył się również w działalność Związku Młodzieży Wiejskiej RP, zwanego „Wiciami”. Był to radykalny ruch młodzieży chłopskiej, oskarżany o komunizowanie, w którym w pewnym momencie za sprawą zwłaszcza Józefa Niećki i Ignacego Solarza ujawniły się nawet tendencje o charakterze neopogańskim. Nic więc dziwnego, że Kościół patrzył nań z wielką nieufnością. Zieję do „Wici” przyciągnął ich program społeczny. Był on bowiem szczególnie wyczulony na krzywdę społeczną. Jak pisała Zofia Kossak-Szczucka, gdy mówił o niej, z ust jego padały gromy. Omawiając siódme przykazanie, stwierdzał, że Bóg, który wszystko przewidział, zaopatrzył ziemię w wystarczającą ilość środków żywności dla ludzi każdej epoki. „Jeżeli komuś brak chleba – wołał z uniesieniem – to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar! Biada tym złodziejom, co nie z głodu, a z chciwości okradają bliźnich! Nie znajdą miłosierdzia u Pana!”4. Formalnie nie będąc członkiem „Wici”, został zaproszony na ogólnopolski zjazd tej organizacji w 1932 r. Dzięki niemu, w dyskutowanym wówczas projekcie deklaracji ideowej zamiast sformułowania o walce z klerykalizmem miało znaleźć się zdanie, iż organizacja w swojej działalności będzie opierać się na zasadach moralności chrześcijańskiej.
W 1934 r. wrócił na Polesie i przy Kościele katedralnym w Pińsku założył bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Po śmierci bpa Łozińskiego nowy ordynariusz piński, bp Kazimierz Bukraba, skierował ks. Jana Zieję do pracy z szarymi urszulankami Serca Jezusa Konającego. Ich założycielka, Matka Urszula Ledóchowska, otrzymała w darze folwark i postanowiła rozszerzyć na Polesie apostolsko-oświatową działalność swojego zgromadzenia. Jak wspomina jego członkini: Dla naszej Założycielki ta pomoc kapłańska była wielkim darem Opatrzności i znakiem, że miłe są Panu Bogu te małe dwu i trzyosobowe placówki apostolskie, które zaczęły powstawać coraz liczniej w najbardziej zaniedbanych zakątkach Polesia, całkowicie pozbawionych kościoła i kapłana. Ksiądz Zieja dojeżdżał kolejno do wszystkich tych maleńkich placówek z posługą kapłańską, z której korzystały nie tylko siostry, ale i okoliczna ludność przybywająca nieraz z odległych stron. Od lipca 1937 roku powstał większy ośrodek urszulański w Mołodowie, w majątku ofiarowanym Zgromadzeniu przez rodzeństwo Skirmunttów. Ksiądz Zieja objął tam obowiązki stałego kapelana dla wspólnoty zakonnej, liczącej ponad dwadzieścia sióstr, i duszpasterza – „proboszcza” dla okolicznej ludności. W promieniu ponad dwudziestu czterech kilometrów nie było ani kościoła, ani księdza, choć wśród ludności tamtejszej nie brakowało rodzin katolickich. Wkrótce ksiądz Zieja zasłynął jako ukochany pasterz tej rozległej „parafii”, w skład której wchodzili nie tylko katolicy, ale także prawosławni oraz wyznawcy wielu szerzących się na Polesiu sekt, zwłaszcza baptyści. Służył niezmordowanie, zawsze z wielką godnością, a jednocześnie z prostotą i pogodną łagodnością. Dobry, przystępny dla dzieci i starszych, dla zdrowych i chorych, których często w domach odwiedzał i zaopatrywał na ostatnią drogę do wieczności. Bezgranicznie dobry i serdeczny był dla smutnych i biednych, z którymi dzielił się nie tylko sercem i współczuciem, ale także odzieżą, pościelą i żywnością – wszystkim cokolwiek miał na sobie czy w swoim ubożuchnym mieszkaniu. Był też ksiądz Zieja utalentowanym nauczycielem i wychowawcą. Miał w Mołodowie trzy swoje szczególnie ukochane dzieła: Pierwsze – to gimnazjum. Żal mu było wiejskich chłopców, którzy, podobnie jak on sam kiedyś w rodzinnej wsi Osse, chcieli się dalej uczyć, a po ukończeniu szkoły powszechnej nie mieli żadnych ku temu możliwości. Prosił więc, aby się do niego zgłosili, a on będzie ich uczył. Zanosiło się, że kandydatów będzie sześciu. Tymczasem na ten apel zgłosiło się dwudziestu czterech chłopców i dwie dziewczyny. Na ich naukę poświęcał ksiądz Zieja trzy-cztery godziny dziennie. Przerobili w półtora roku program III i IV klasy gimnazjum, łącznie z łaciną. Wszyscy uczyli się z ogromnym zapałem i wytrwałością. Warto dodać, iż ks. Zieja przerobił ze swoimi prawosławnymi uczniami nawet program z religii, gdyż duchowny prawosławny odmówił uczenia za darmo.
Drugim dziełem księdza Zieji był uniwersytet ludowy dla gospodarzy z Mołodowa. Zbierali się w każdą niedzielę po południu w izbie szkolnej, wypełniając ją po brzegi. Siedzieli w kożuchach, bo nie było szatni, a izba była niewielka. Z własnego wyboru zapragnęli czytać z księdzem Pismo Święte, ale z objaśnieniami i dyskusją. Byli spragnieni wiedzy o świecie, o Bogu, o życiu, mieli swoje problemy, pytania, wątpliwości. Zarówno ksiądz jak i słuchacze byli niestrudzeni. Zajęcia kończono, gdy gasła lampa naftowa z powodu braku tlenu, bo w izbie nie było otwieranych okien. Trzecie dzieło to Koło Przyjaciół Bożej Radości, skupiające sporą gromadkę dorastającej młodzieży, zagubionej i nie widzącej przed sobą przyszłości w trudnych i smutnych przedwojennych czasach na Polesiu5.
***
Gdy wybuchła wojna, ks. Zieja znów poszedł do wojska – jako kapelan 84 Pułku Strzelców Poleskich. Po kapitulacji został z rannymi żołnierzami najpierw w Modlinie, a później w Legionowie, gdzie Niemcy przenieśli szpital. Pod koniec listopada po zwolnieniu przez Niemców udał się do Lasek, gdzie został w zastępstwie ukrywającego się przed okupantem ks. Władysława Korniłowicza kapelanem Zakładu dla Ociemniałych, prowadzonego przez Siostry Franciszkanki.
Wkrótce włączył się aktywnie w działalność ruchu oporu. Współpracował z Frontem Odrodzenia Polski, podziemną organizacją założoną przez Zofię Kossak-Szczucką i Witolda Bieńkowskiego, był też pracownikiem komórki „Credo”, stanowiącej ośrodek dyspozycyjny ugrupowania6. Wedle relacji Jana Hoppego, równie bliska współpraca miała łączyć go z organizacją „Unia” Jerzego Brauna7. Brał też udział w akcji ratowania Żydów, współpracując z Radą Pomocy Żydom „Żegota”. Przede wszystkim został naczelnym kapelanem „Szarych Szeregów”, a później Komendy Głównej Armii Krajowej oraz Batalionów Chłopskich.
Jak pisała Zofia Kossak-Szczucka: Wojna wyrwała proboszcza Zieję z parafii, rzuciła na palący stopy bruk zajętej przez Niemców Warszawy. Ksiądz Jan nie przestał nigdy tęsknić za swym Mołodowem, lecz wokół czekała praca. Był kapelanem sióstr urszulanek, ale to łatwe i miłe zajęcie wyczerpywało zaledwie ułamek jego energii. Nędzy nigdy nic brakło, w owe zaś czasy widmo jej straszyło zewsząd. Ludzie byli obdarci, a zimy szły srogie, jakich nie pamiętano od lat. Ksiądz Jan oddawał przygodnym znajomym ubranie, bieliznę, zatrzymując tylko płaszcz. Siostry urszulanki dokonujące co pewien czas inspekcji garderoby swego kapelana uzupełniały najbardziej rażące braki. Nie na długo. Ksiądz Zieja był niepoprawny i uciułany z trudem przez siostry przyodziewek tegoż samego dnia zazwyczaj zmieniał właściciela. Do zajęć spowiednika i kwestarza dołączyło się wprędce ratowanie Żydów. Pomoc tym najnieszczęśliwszym stanowiła wówczas obowiązek każdego katolika. Mało kto uchylał się od tego obowiązku, lecz podejście bywało różne. Przeciętny człowiek ratował Żydów z litości, z poczucia powinności chrześcijańskiej, uważając w duchu całą sprawę za ciężki dopust Boży. Ksiądz Jan inaczej. Ukrywał skazańców z radością, z miłością, jak ukochane rodzeństwo. Inni liczyli się ze swoimi możliwościami. „Możemy przyjąć najwyżej jedno dziecko…”. On nie liczył. Często nie miał gdzie nocować, gdyż swój pokoik oddał paru rodzinom żydowskim. Okupacja zamierzona na jedną noc przeciągała się nieraz na dłużej. Domyślni przyjaciele ofiarowywali bezdomnemu księdzu nocleg. Przyjmował z wdzięcznością i wieczorem przyprowadzał jakiegoś „podopiecznego” o wybitnie semickim wyglądzie. „Dajcie mu to miejsce, co miało być dla mnie”8.
W czasie powstania warszawskiego miał osobiście przenosić rannych, nierzadko spod pola ostrzału. Teresa Bojarska tak wspomina postać ks. Zieji, z którym zetknęła się w tamtym czasie: Człowiek w zakurzonych wysokich butach, w ubielonym wapnem, wytartym cegłą kombinezonie, takim jak mój, z taką jak moja biało czerwoną opaską na ramieniu i ze stułą spowiednika na szyi. Chwilę biegniemy obok siebie. Szepczę, nie, krzyczę, by głos przeniknął huragan dźwięków, swoje wyznanie winy. Uniesiona dłoń, znak krzyża, Ego te absolvo, ta, ta ta ta… zamiast palca spowiednika pukającego w drzewo konfesjonału zaterkotała salwa. Rozbiegliśmy się. Kapłan przyklęknął nad rannym, odprowadzić go w lepszy świat, ja – odbiegłam donieść meldunek9.
Można zapytać, jak to wszystko pogodzić z bezkompromisowym pacyfizmem ks. Zieji. On sam w rozmowie z Jackiem Moskwą stwierdzał, iż: Każdy człowiek musi tutaj wybierać za siebie. Nikt nie może mu dyktować; on sam ma podjąć decyzję. Chrystus mówi: Kto może pojąć, niech pojmuje. Wzywał nas i wyraźnie pokazywał drogę, jaką sam szedł. Chce, abyśmy nią szli. Dla mnie – ja tak przyjąłem – jest to droga wyrzeczenia się przemocy, wierności temu Boskiemu przykazaniu Nie będziesz zabijał jako Nie zabijaj nigdy nikogo. We mnie tak to stanęło, ale widzę, że u innych – biskupa Łozińskiego na przykład, który jest kandydatem na ołtarze – ta sprawa inaczej wyglądała. Muszę uszanować sumienie każdego człowieka. Każdy odpowiada za siebie, tak samo jak ja. Kiedy się bierze Ewangelię i wszystko zestawi razem, nie tylko jedno zdanie czy jakieś powiedzenie, ale całość, zostaje właśnie to: ty odpowiadasz i on odpowiada. Ty inaczej, on też inaczej, ale wszyscy odpowiadamy przed Chrystusem, jak Go zrozumieliśmy10.
Po powstaniu został z tłumem cywilów ewakuowany do Pruszkowa, a następnie uciekł stamtąd do Lasek. Po kilku dniach przedostał się do Krakowa. Tam został zastępcą ks. Ferdynanda Machaya, który pełnił funkcję archiprezbitera w Kościele Mariackim, a także opiekunem wszystkich księży z innych diecezji, którzy znaleźli w Krakowie schronienie. Wkrótce jednak ks. Zieja prawie chyłkiem uciekł z „ciepłej posadki” i podążył na zachód, dowiedziawszy się, iż brakuje tam kapłanów. Dzięki pomocy AK otrzymał papiery niemieckie na wyjazd do Królewca na roboty w charakterze pomocnika ogrodnika, gdzie jednak nie udało się mu dostać. Ostatecznie dotarł w okolice Rugii, gdzie pracował jako robotnik rolny i niósł pomoc duchową wywiezionym tam przymusowo Polakom.
***
W czerwcu 1945 r. rozpoczął pracę duszpasterską w Słupsku, gdzie początkowo był jedynym księdzem katolickim, obsługującym cztery kościoły w mieście oraz kilka następnych w powiecie. Tam wraz z Anielą Urbanowicz zorganizował i prowadził Dom Matki i Dziecka, w którym w grudniu 1946 r. znajdowało schronienie 40 matek i 60 dzieci. Z jego inicjatywy powstał w Słupsku pierwszy w Polsce i przez długi czas jedyny pomnik Powstańców Warszawskich11.
W kronice parafialnej z tamtego okresu czytamy: Praca w Słupsku to praca od podstaw: duszpasterstwo w czterech kościołach, ich remonty, nauka w trzech szkołach podstawowych, w gimnazjum i liceum, troska o więźniów, otwarcie Uniwersytetu Ludowego mającego swą siedzibę początkowo na plebanii i wykłady w nim. W niedzielę trzy msze święte, cztery lub pięć kazań, chrzty, śluby i wyjazdy do kościołów filialnych, odległych od Słupska do 35 km12. Jak widzimy, praca ponad siły dla każdego człowieka, a zwłaszcza osoby zupełnie nie dbającej o swoje potrzeby i z zapałem realizującej ideały franciszkańskiego ubóstwa.
W tej samej kronice czytamy zapis mówiący o tym, iż ks. Zieja chciałby być najuboższy we wszystko na całej swojej parafii /…/, najmarniej się odżywiać, mieć tylko siennik, koc i ze słomy poduszkę do spania. On sam zaś w liście z 18 września 1945 r., zatytułowanym „Do moich kochanych i bardzo mi drogich współpracowników w parafii słupskiej”, oświadczał, że jego „pragnieniem i szczerym postanowieniem było zawsze i jest dążyć do najwyższego ubóstwa, to znaczy do takiego sposobu życia, żeby w mej parafii nie było nikogo uboższego ode mnie w rzeczy tego świata, co do odzienia, pożywienia i mieszkania”. Bez prowadzenia takiego trybu życia, chociaż przez tę resztę dni, jakie mi na ziemi pozostały, lękam się stanąć przed sądem Bożym13. Skrajne ubóstwo z wyboru, dzielenie się wszystkim z bliźnimi, ale bez żadnego cierpiętnictwa, zadęcia i ostentacji…
Po śmierci kard. Augusta Hlonda, w listopadzie 1948 r. prymasem Polski i arcybiskupem metropolitą warszawsko-gnieźnieńskim został Stefan Wyszyński, długoletni przyjaciel i współpracownik ks. Zieji. Wkrótce po ingresie ks. Prymas sprowadził ks. Zieję do Warszawy, chcąc mieć go blisko siebie. Najpierw został wiceproboszczem, a później proboszczem parafii św. Wawrzyńca na Woli, a od 1950 r. rektorem warszawskiego kościoła Wizytek. Po aresztowaniu prymasa Wyszyńskiego, gdy realne niebezpieczeństwo zaczęło grozić ks. Zieji, za radą ponoć samego Józefa Cyrankiewicza przekazaną Anieli Urbanowiczowej, usunął się z Warszawy. Najpierw udał się do Nowej Wsi pod Michalinem k. Warszawy, a następnie w celu podreperowania zdrowia wyjechał do Zakopanego; wedle zgodnych relacji rekonwalescencja wyglądała dokładnie tak, jak możemy się tego domyślać.
W 1956 r. został współtwórcą i kapelanem Klubu Inteligencji Katolickiej, powstałego na fali tzw. odwilży. Niósł również pomoc więźniom powracającym z ZSRS. Utworzono bowiem wówczas za zgodą rządu przy Zarządzie Głównym Czerwonego Krzyża komórkę pod nazwą „Ogólnopolski Komitet Pomocy Repatriantom z Rosji”, na czele której stanął minister oświaty Władysław Bieńkowski. W skład prezydium wszedł również ks. Zieja. Jak wspomina Ryszard Saper, wówczas zastępca Bieńkowskiego, ksiądz należał do najaktywniejszych działaczy: nie szczędząc trudu wraz z ministrem Bieńkowskim i ze mną jeździł do odległych punktów repatriacyjnych (Terespol, Medyka). Podejmował się razem ze mną skutecznych interwencji u ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza. Zasługą ks. Zieji było też uzyskanie od kardynała Stefana Wyszyńskiego znacznych funduszy na pomoc dla ludzi wracających z łagrów sowieckich14.
W latach 1960-63 był profesorem w Seminarium Duchownym w Drohiczynie, zaś od 1963 r. aż do śmierci żył i pracował w domu Sióstr Urszulanek Szarych na warszawskim Powiślu, gdzie od czasów okupacji czekało na niego zawsze przygotowane miejsce. Poświęcał się wówczas przede wszystkim pracy pisarskiej i duszpasterskiej. Przesłał na ręce polskich uczestników II Soboru Watykańskiego memoriał dotyczący piątego przykazania Dekalogu, wskazując w nim, iż przykazanie „Nie zabijaj” należy rozumieć jako: „Nie zabijaj nigdy nikogo”. Zafascynowany postacią sekretarza generalnego ONZ Daga Hammerskjölda i jego działaniami podejmowanymi na rzecz pokoju na świecie, nauczył się szwedzkiego i przetłumaczył na język polski jego książkę „Drogowskazy”.
We wrześniu 1976 r. znalazł się wśród 14 sygnatariuszy założycielskiego apelu Komitetu Obrony Robotników. Pełnił funkcję przewodniczącego Rady Funduszu Samoobrony Społecznej KOR. Przesłuchiwany w prokuratorze w związku ze swoją współpracą z tym środowiskiem stwierdził, iż związał się z nim z tego powodu, że ludzie ci jawnie wystąpili w obronie słabszych, pokrzywdzonych, prześladowanych, poniżanych, pozbawianych pracy, niosąc im pomoc materialną i prawną. Osoby związane z KOR w tamtym czasie nazywają go „empirycznym dowodem na istnienie Boga”, podkreślając, że łagodził spory nie dlatego, że był księdzem czy sędziwym starcem, ale dlatego, że uczył nas patrzenia na problemy z innej perspektywy. Henryk Wujec podkreślał, iż w KOR, zwłaszcza wśród „starszych państwa”, byli ludzie o niesamowitych biografiach. Ale nawet na tym tle ks. Zieja się wyróżniał. Symbol świętości. Gdy brał udział w zebraniach, była inna atmosfera. Czuliśmy, że jest wśród nas ktoś, kto ma bezpośrednią łączność z rzeczywistością, która przekracza nasze doświadczenie. /…/ Starał się nas jednoczyć. Michnik, Kuroń, Macierewicz, wszyscy mu byli bliscy. KOR był takim małym parlamentem i do ostrych dyskusji dochodziło. Ale to, że do końca istnienia (wrzesień 1981) nigdy się brzydko nie podzielił, jest zasługą łagodzenia księdza Zieji15. W późniejszych latach był sympatykiem „Solidarności”, wspierając ją duchowo aż do śmierci.
Ostatnie 28 lat życia spędził w warszawskim domu urszulanek przy ulicy Wiślanej i tam właśnie, nad ranem 19 października 1991 r. zmarł. Cztery dni później w kościele sióstr wizytek odbyło się nabożeństwo pogrzebowe za zmarłego, które odprawił Prymas Polski kard. Józef Glemp. Ksiądz Zieja został pochowany na cmentarzu w Laskach. Kilka lat później okres od 19 października 1996 r. do 19 października 1997 r. ogłoszono Rokiem Pamięci Ojca Jana Zieji16.
***
Jerzy Turowicz w przedmowie do wywiadu-rzeki z ks. Zieją pisał: Ewangelia dla Jana Zieji znaczyła: prawda, miłość i ubóstwo. Wcielał ją w swoje życie z – można by rzec – chłopskim uporem, co wywoływało nieraz postawy nonkonformizmu, czasem konflikty, gesty kontestacji /…/. Jest człowiekiem charyzmatu, człowiekiem wielkiej, profetycznej wizji, człowiekiem modlitwy i kontemplacji. Należy do tej franciszkańskiej rasy ludzi, którzy umiłowali ubóstwo i służbę ubogim, do takich jak Matka Teresa z Kalkuty, Dom Helder Camara, Dorothy Day, Jean Vanier czy nasz Brat Albert17.
Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Postać ks. Zieji ciągle fascynuje i działa na wyobraźnię, traktowany jest przez wielu jako wzór kapłana, święty naszych czasów, a wręcz prorok. Należał do owych marszałków, o których mówił doktor Delbende w „Pamiętniku wiejskiego proboszcza” Georgesa Bernanos – upadających na kolana przed biedakiem, kaleką czy trędowatym, podczas gdy kaprale poprzestają na przyjacielsko-protekcjonalnym poklepaniu go po ramieniu. Można powiedzieć, iż w całej działalności był wierny maksymie Marka Aureliusza, radzącego, aby ten, kto wyświadcza jakieś dobrodziejstwo nie rozgłaszał tego, lecz przechodził do innej sprawy, jak winna latorośl by w porze stosownej zawsze owoc wydać18.
Przypisy:
1 S. Bartos, G. Wójcik, Ks. Jan Zieja – w służbie Bogu i ludziom, Krynica-Zdrój [2008], s. 93.
2 Ibid., ss. 119-120.
3 Cyt. za Ks. W. Wojdecki, Wstęp [w:] Ks. J. Zieja, W ubóstwie i w miłości. Wybór kazań, Leszno k. Błonia 1997, s. 10.
4 Z. Kossak, W Polsce Podziemnej. Wybrane pisma dotyczące lat 1939-1944, Wybór i opracowanie Stefan Jończyk, Mirosława Pałaszewska, Warszawa 1999, cyt. za http://www.zieja.ovh.org/relacje_kossak.htm
5 Matka Andrzeja Górska, Ks. Jan Zieja i jego współpraca z bł. Urszulą oraz Zgromadzeniem Sióstr Urszulanek SJK w latach 1935-1991, „Szary Posłaniec” nr 56, 1991.
6 Cz. Żerosławski, Katolicka myśl o Ojczyźnie. Ideowopolityczne koncepcje klerykalnego podziemia 1939-1944, Warszawa, 1987, s. 18.
7 J. Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Londyn 1972, s. 287.
8 Z. Kossak, op. cit.
9 S. Bartos, G. Wójcik, op. cit., s. 115.
10 J. Moskwa, Ewangelia według księdza Zieji, „Tygodnik Powszechny” nr 10/1997.
11 T. Rogowski, Pierwszy powstańczy, „Gość Niedzielny” 2004, za: http://www.zieja.ovh.org/art_pomnik.htm
12 Ks. W. Wojdecki, op. cit., s. 28.
13 Ibid., ss. 29-30.
14 Ryszard Saper, Wspomnienie o ks. Janie Zieji, „Tydzień Polski” (Londyn) nr 51/1991.
15 M. Nocuń, A. Brzeziecki, Prorok. Ks. Jan Zieja (1897-1991): świadek wieku XX, „Tygodnik Powszechny” nr 4/2007 (dodatek „Historia w Tygodniku”).
16 K. i J. Piątkowscy, Ks. Jan Zieja – prorok XX wieku, „Niedziela” 30.03.1997.
17 J. Turowicz, Przedmowa [w:] Ks. Jan Zieja. Życie Ewangelią. Spisane przez Jacka Moskwę, Paryż 1991.
18 Marek Aureliusz, Rozmyślania, Kęty 2003, s. 41.
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Należał do pokolenia działaczy społecznych z własnego, nieprzymuszonego popędu. W działaczu takim najsilniejszym bodźcem jest wiara w jego dzieło, w jego realność i siłę pomimo ciężkich ofiar i wielkiego wysiłku, stojącego przed realizacją dzieła. Krótkie /…/ życie Romualda Mielczarskiego /…/ było jednocześnie długim życiem działacza społecznego: 15 lat więzień, poniewierki, wygnania, emigracji i 20 lat żmudnej, twardej, nie zawsze wdzięcznej pracy społecznej – pisał dekadę po jego śmierci prof. Konstanty Krzeczkowski.
***
Urodził się 5 lutego 1871 r. w Bełchatowie. Ojciec był kierownikiem miejscowej poczty, matka zmarła, gdy chłopiec miał 12 lat. W wieku 9 lat rozpoczął naukę w 3-klasowej prywatnej szkole w Radomsku. Po jej ukończeniu trafił do gimnazjum państwowego w Częstochowie. Po dwóch latach przeniósł się w 1885 r. do V gimnazjum w Warszawie. Początkowo mieszkał u ciotki, później usamodzielnił się. Jak wspominał Stefan Żeromski, jego ówczesny sąsiad, Izba na strychu, wszystkie stołki spalone, możliwości pożyczek wyczerpane, widmo głodu. A jednak był w pobliżu nas człowiek jeszcze biedniejszy: codziennie o 9-ej wieczorem do sieni poddasza, w której hulały wiatry i przeciągi, mizerak-uczeń wnosił na plecach siennik, zapalał lampkę naftową, układał się na gołym sienniku, okrywał się płaszczem i długie godziny kuł lekcje lub czytał książki.
Ze szkolnymi kolegami – byli wśród nich m.in. Stanisław i Władysław Grabscy – zakładał nielegalne kółka samokształceniowe. Kluczowe tematy ich rozważań to niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczna. Mielczarski utrzymywał kontakt z działaczami nielegalnego tzw. II Proletariatu, jednak krytykował stosowanie terroru, był zwolennikiem masowych działań społecznych. Żył z udzielania korepetycji, uczył się znakomicie, miał otrzymać szkolny medal za dobre wyniki. Jednak kilka dni przed maturą, 1 maja 1890 r. wczesnym rankiem udał się na Powiśle, by sprawdzić reakcję robotników warszawskich na odezwy wzywające do udziału w manifestacji z okazji Święta Pracy. Carscy żandarmi znaleźli przy nim materiały agitacyjne, chłopak został aresztowany, usunięto go ze szkoły, o maturze nie było mowy.
Po czterech miesiącach pobytu w Cytadeli wypuszczono go za kaucją i objęto dozorem policyjnym. W kwietniu 1891 r. carski sąd ogłosił wyrok – 20-latka skazano na rok ciężkiego więzienia w Krestach w Petersburgu oraz objęto dwuletnim zakazem powrotu na ziemie Kongresówki. W celi więziennej przymusowo pracował 11 godzin dziennie jako nawijacz przędzy, resztę czasu poświęcał nauce języków obcych. Po opuszczeniu więzienia zamieszkał w granicznym Białymstoku, później w Grodnie, po kilku miesiącach starań uzyskał pozwolenie na wyjazd zagranicę. Pod koniec czerwca 1892 r. przybył do Berlina, gdzie zamierzał podjąć studia, jednak uniemożliwił to brak rosyjskiej matury.
Z ciepłym przyjęciem spotkał się w gronie politycznych emigrantów z Polski, skupionych w Towarzystwie Socjalistów Polskich, wydającym „Gazetę Robotniczą”. Wraz z S. Grabskim redagował to czasopismo, będąc – jak wspominał jeden z kolegów – najgorliwszym zwolennikiem wprowadzenia do programu socjalistycznego walki o niepodległość Polski. Nie działali jednak długo – pod naciskiem Rosjan, władze niemieckie aresztowały Polaków i zmusiły do wyjazdu zagranicę.
Mielczarski wybrał Zurych, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu podjął studia – nauki przyrodnicze, ekonomię i historię. Żył jednak w skrajnej biedzie i dlatego za namową kolegów wydalonych z Berlina przeniósł się do Belgii, gdzie łatwiej było o zarobek. Rozpoczął studia w Antwerpii w Instytucie Handlowym, uważanym wówczas za najlepszą europejską uczelnię w dziedzinie nauk ekonomicznych. W Belgii nie porzucił działalności politycznej. Wszedł w skład redakcji „Przeglądu Socjalistycznego”. Środowisko to w 1894 r. połączyło się z Polską Partią Socjalistyczną. W utworzonej Centralizacji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich (z siedzibą w Londynie), Mielczarski tworzył sekcję belgijską. W tym samym roku nakładem PPS ukazała się skierowana do chłopów jego – sygnowana pseudonimem Jan Wierzba – broszura agitacyjna „O czym każdy włościan wiedzieć powinien”, która przemycona do kraju cieszyła się dużą popularnością. Takie działania znów ściągnęły na niego uwagę agentów Ochrany, którzy za pośrednictwem ambasady rosyjskiej nakłonili władze belgijskie do wydalenia Mielczarskiego z kraju. Na przeszkodzie temu stanęła studencka akcja w jego obronie, którą podchwycili na forum parlamentu deputowani lewicy.
W roku 1896 z wyróżnieniem ukończył studia. Do kraju wracać nie mógł, bo czekało go więzienie. Odrzucił propozycję intratnej posady w Kongu Belgijskim. Objął natomiast po Stefanie Żeromskim stanowisko bibliotekarza w Muzeum Polskim w szwajcarskim Rapperswilu. Spędzone tam niemal cztery lata to czas wytężonej pracy ideowej. Do popularnonaukowego socjalistycznego periodyku „Światło” napisał cykl tekstów poświęconych historii Polski, akcentując tendencje demokratyczne i prospołeczne w naszych dziejach oraz negatywną rolę warstw posiadających, ich egoizm, prywatę i brak reform socjalnych jako przyczyny upadku kraju i niemożności zrzucenia jarzma zaborczego. W 1898 r. opublikowano jego kolejną broszurę (ponownie sygnowaną jako Jan Wierzba) przeznaczoną dla chłopów – „1848 rok w Polsce”. Powstały wówczas jeszcze dwie większe prace. Pierwsza to obszerna analiza dziejów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego z lat 1832-1863 – niestety jej rękopis zaginął później w toku burzliwych perypetii autora. Druga to „Broszura programowa”, napisana dla PPS, jednak z niejasnych przyczyn nie wydana wówczas.
***
W poglądach Mielczarskiego z tego okresu można wyróżnić trzy kluczowe aspekty: akcentowanie w programie socjalistycznym kwestii niepodległości, stale rosnący demokratyzm i apoteozę zaangażowania mas społecznych oraz uznanie przewagi konkretnych osiągnięć nad wywodami teoretycznymi.
O sile patriotyzmu Mielczarskiego świadczy choćby początek tekstu z pisma „Światło” z roku 1899: Podział naszego narodu i wydarcie mu niepodległości były najhaniebniejszą zbrodnią, jaką kiedykolwiek popełniono na ludzkości i cywilizacji. Ale wątki patriotyczne w swoich rozważaniach i postulatach programowych uzasadniał nie tylko etycznie. Mielczarski w kwestiach społeczno-gospodarczych był wówczas typowym socjalistą. Uważał kapitalizm za system zarówno niesprawiedliwy, oparty na wyzysku pracowników i przywłaszczaniu nadwartości przez pracodawców, jak i wadliwy, kryzysogenny, prowadzący do stałej koncentracji bogactwa oraz nieracjonalnego wykorzystania sił wytwórczych. Sądził, że rozwiązaniem problemu będzie uspołecznienie dużej i średniej własności środków produkcji. Od nurtu marksistowskiego odróżniała go postawa reformistyczna, socjaldemokratyczna – wierzył, że przeobrażenia społeczne dokonają się na drodze pokojowej i parlamentarnej, a ich czołowym wykonawcą będzie państwo podporządkowane woli mas społecznych. Dlatego też w „Broszurze programowej” przekonywał, że Aby państwo chciało i mogło przeprowadzić reformę ekonomiczną zgodną z interesami polskiej klasy robotniczej, nie może ono pozostać tym, czym jest dziś, nie może pozostać państwem samowładnym i państwem najezdniczym. /…/ Wyrzucić z kraju despotyczny najazd, aby na jego ruinie stworzyć niepodległą Polskę demokratyczną, jest najistotniejszym zadaniem polskiego proletariatu.
Niepodległość jest niezbędna dla socjalizmu także dlatego, że jej brak oznacza zakonserwowanie istniejących porządków: /…/ najwyższym interesem despotyzmu jest bierność społeczeństwa uwiecznić [utrwalić]. W tym to właśnie celu rząd despotyczny zakazuje wszelkiej działalności zbiorowej. Obywatele państwa despotycznego nie mają ni wolności osobistej, ani wolności słowa i druku, ani wolności zmów, zgromadzeń i zrzeszeń, ani wolności związków politycznych, jednym słowem tych wszystkich wolności, bez których łączenie się ludzi jednakowych przekonań dla osiągnięcia pewnych celów jest niemożliwe.
Co oczywiste, despotyczne rządy zaborcze ograniczają demokrację, a zatem hamują rozwój jednego z kluczowych ideałów socjalistycznych. Społeczeństwo nasze /…/ dawno już dojrzało do rządów konstytucyjnych, wolnościowych, dzięki jednak temu, że jesteśmy gwałtem skuci ze społeczeństwem rosyjskim, mniej od nas pod względem gospodarczym i obyczajowym rozwiniętym /…/ zmuszeni jesteśmy ulegać barbarzyńskiemu prawu /…/, karzącemu więzieniem i Sybirem za udział w strajkach, w towarzystwach politycznych, uznającemu nawet karę śmierci za przestępstwa polityczne. Musimy również ulegać wadliwemu ochronnemu prawodawstwu fabrycznemu, które /…/ z ochrony robotnika stało się ochroną fabrykanta. A co na to warstwy posiadające? Zdawałoby się, że najazd, który w dodatku obraża uczucia narodowe, powinien być kapitalistom nienawistny, a ich najgorętszym pragnieniem jego obalenie. Ale od czegóż kapitaliści są kapitalistami! Jeżeli nienawidzą oni rządu jako najazdu, to kochają go jako despotyzm, gdyż despotyzm pozwala im bez wszelkiej kontroli napychać sobie kieszenie krwią i potem robotnika. Na świadomych i strajkujących ma kule, więzienia i Sybir.
Jeszcze jeden ważny wymiar ma brak niepodległości – zacofanie gospodarcze. Jak wiemy, kapitalizm był wedle Marksa fundamentem socjalizmu, tj. umożliwiał rozwój sił wytwórczych, na bazie których możliwe byłoby dopiero powstanie nowego ustroju, zaspokajającego potrzeby szerokich rzesz, wydobywającego je z nędzy i zacofania. Tymczasem o ile kraje suwerenne mają możność prowadzenia polityki modernizacyjnej, o tyle Polska jest traktowana jako wewnętrzna kolonia, peryferia innego państwa. Polityka celna, regulacje prawne, strategie inwestycyjne – nie pozwalają na maksymalny rozwój, utrwalając zapóźnienie cywilizacyjne. /…/ najazd /…/ nas traktuje jako społeczeństwo podbite i wszystko, co dla naszego narodu jest szkodliwe, uważa dla siebie za pożyteczne; /…/ Dlatego też rolnictwo nasze /…/ postępuje tylko powoli, mając do zwalczenia niesłychane gdzie indziej trudności. Przemysł nasz /…/ nie stoi na takim stopniu rozwoju, jak by to być mogło. Podobnie handel nasz /…/ znajduje się dziś jeszcze ciągle w stanie zwyczajnego oszustwa.
Niepodległość jest warunkiem sine qua non rozwoju społecznego, ekonomicznego czy wręcz cywilizacyjnego. PPS jest organizacją proletariatu polskiego, a proletariat polski, właśnie dlatego, że jest proletariatem i że jest polskim, ma największy interes w niepodległości kraju, bo niepodległość tylko pozwoli mu opanować rządy kraju i zabezpieczy kulturze polskiej, przyszłemu dziedzictwu proletariatu, normalny rozwój.
Tak, jak odzyskanie niepodległości warunkuje reformy społeczne, tak niepodległość bez socjalnego „farszu” traci wiele ze swej wartości. Mielczarski nie zostawiał suchej nitki na „Polsce pańskiej”. Jego broszury historyczne, skierowane do chłopów, pełne są gorzkich słów pod adresem warstw posiadających. Polska musi być zatem demokratyczna i przeprowadzić reformy społeczne. /…/ lud polski dwóch ma wrogów śmiertelnych. Tymi wrogami są car moskiewski i panowie polscy. Dopóki ci dwaj wrogowie żyć będą na polskiej ziemi, wszystko się zmienić może, tylko niewola i nędza ludu polskiego zostanie.
Jak wspominał S. Wojciechowski, Mielczarski dzielił się z nim wnioskami z analizy dziejów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego: Najbardziej ofiarne i szlachetne jednostki giną w walce z najazdem, na placu zostają karierowicze i frazesowicze ze wszystkimi wadami zdemoralizowanej szlachty. Wszyscy mówią o ludowładztwie jako najlepszej formie rządzenia /…/, ale większość cofa się przed przyjęciem konsekwencji takiego programu. /…/ Zbawienie Polski przez garstki choćby najbardziej genialnych i bohaterskich jednostek, jest utopią. Sprawić to może tylko praca samego ludu; trzeba pracować przede wszystkim nad jego usamodzielnieniem we wszystkich kierunkach, nie zastępować przez inteligencję, która w znacznym stopniu uległa rozkładowi upadku.
Trzeci wyraźny rys ówczesnych poglądów Mielczarskiego to pragmatyzm. Choć był bezkompromisowym ideowcem, cenił wszelkie konkretne – nawet jeśli niewielkie – zdobycze, które polepszają los świata pracy. Nie lubił bezustannego bajtlowania o programie, ustawach itd., a jak pisał prof. Krzeczkowski, dziwi[ł] się, czemu ludzie /…/ nie interesują się ruchem konkretnym: organizacjami zawodowymi, kooperatywami itd.
***
Na początku roku 1900 zdecydował się opuścić Rapperswil i wrócić do kraju. Był przekonany, że władze carskie już o nim zapomniały i będzie mógł prowadzić legalną działalność społeczną. Stało się inaczej – w czerwcu owego roku został aresztowany podczas przekraczania granicy i osadzony w więzieniu w Petersburgu. Na kilka miesięcy rodzina i znajomi stracili z nim kontakt – Mielczarski odmawiał napisania listu po rosyjsku i uczynił to dopiero po uzyskaniu zgody władz więzienia na krótki komunikat po polsku. Wypuszczony po ośmiu miesiącach, otrzymał wyrok zakazujący powrotu do kraju. Przez kilka miesięcy żył w biedzie w granicznym Białymstoku. Odrzucił propozycję PPS powrotu do Polski z fałszywymi dokumentami i zajęcia się pracą partyjną. Nieoczekiwanie zrezygnował z wszelkiej działalności politycznej. W liście do władz partii tłumaczył to względami bytowymi i rodzinnymi, a w zakończeniu pisał: Oto cała moja spowiedź krótka i węzłowata. Nie wiem, czy po niej nie stracę resztki zaufania, jakie mieliście dla mnie. Byłoby to dla mnie bardzo bolesne. Sądzę, że do najgorszych nie należę i z czasem zapewne tego dowiodę.
Wyjechał na Kaukaz do Tyflisu, gdzie objął jedno ze stanowisk kierowniczych w kopalni manganu. W 1903 r. przeniósł się do Charkowa – tam w firmie H. Meyera został szefem działu sprzedaży importowanych z Polski wyrobów hutniczych. Do Polski wrócił jednak szybciej niż się spodziewano – rewolucja 1905 r. poskutkowała możnością legalnego pobytu w kraju. Pod koniec 1906 r. Mielczarski odrzucił propozycję intratnej posady i przybył do Warszawy. Przez kilka miesięcy był zatrudniony w firmie Siemens, później w Stowarzyszeniu Spożywczym Pracowników Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej (największa wówczas polska spółdzielnia spożywców), a wkrótce podjął pracę jako szef działu handlowego w „Uranii” – formalnie była to spółka, w praktyce zaś stowarzyszenie wytwarzające pomoce dydaktyczne dla polskich szkół.
Na fali porewolucyjnej aktywności społecznej powstał w 1905 r. z inicjatywy Edwarda Abramowskiego Związek Towarzystw Samopomocy Społecznej, zrzeszający postępową inteligencję oraz liderów inicjatyw chłopskich i robotniczych. W łonie tej organizacji powołano wkrótce Towarzystwo Kooperatystów, które miało zająć się krzewieniem ekonomicznej samoorganizacji i samopomocy, czyli spółdzielczości. Mielczarski został członkiem TK wkrótce po jego utworzeniu, a niedługo później był już jednym z najbardziej ofiarnych działaczy i liderów organizacji. Na pierwszym oficjalnym zjeździe TK wszedł wraz z S. Wojciechowskim i Rafałem Radziwiłłowiczem w skład zarządu. Wkrótce podjęli decyzję o edycji pisma „Społem!” (tytuł wymyślił Żeromski), mającego propagować ideały spółdzielcze. Redaktorem został Wojciechowski, zaś Mielczarski był czołowym autorem tekstów „pragmatycznych”, tj. zawierających konkretne informacje o zasadach spółdzielczości, sprawach organizacyjnych, procedurach itp. We dwóch napisali odezwę ideową nowego pisma. Spod pióra Mielczarskiego wyszły takie słowa: Gdy chodzi o poprawę materialnych i kulturalnych warunków bytu warstw pracujących, istnieją dwie drogi /…/ Pierwsza /…/ to droga walki: ludzie łączą się tutaj w partie polityczne, związki zawodowe, ażeby za pomocą solidarnego nacisku /…/ uzyskać dla siebie lepsze warunki /…/ Nie podajemy w wątpliwość doniosłości wysiłków ludzkich w tym kierunku, ale nie uznajemy uroszczeń przywódców tego ruchu do wyłączności /…/ Nie masz jedynego środka przeciwko nędzy i wadliwościom ustroju społecznego! I choć słyszymy głosy, że w chwili obecnej wszystko inne, aniżeli walka, oczekiwanie reform z góry, powinno zejść na bok – za obowiązek sobie poczytujemy podjąć pracę w innym kierunku, dotąd u nas zaniedbanym /…/. Tą inną drogą /…/ jest zrzeszanie się ludzi dla celów zbiorowej samopomocy, dla celów kooperacji. W przeciwstawieniu do pierwszej nie chodzi tutaj o to, żeby na kimś drugim wymóc ustępstwo, ulgę, poprawę, lecz o to, żeby przez zbiorowe racjonalne użycie posiadanych środków czy zarobku ująć w swoje ręce zaspokajanie swoich potrzeb /…/ druga droga jest drogą zabiegów twórczych, rozwijających ducha niezależności i solidarności bez zacieśniania jej do granic partyjnych czy klasowych. I dlatego właśnie działalność kooperacyjna nazywa się szkołą solidarności i uczuć obywatelskich.
Inicjatywy tego typu istniały już wcześniej, jednak rozproszone, niewielkie, źle zarządzane, prowadzone przez pasjonatów pozbawionych wiedzy fachowej itp. – nie przynosiły wielkich rezultatów. Środowisko skupione w TK dążyło do zjednoczenia ruchu spółdzielczości spożywców i nadania mu nowoczesnych form organizacyjnych. Mielczarski studiował doświadczenia Europy Zachodniej, odwiedził kooperatywy rosyjskie, w 1908 r. napisał podręcznik „Rachunkowość stowarzyszenia spożywców” (do 1945 r. doczekał się 15 wydań!). Pociągami, na furmankach i pieszo wędrował po całym kraju, wizytując spółdzielnie spożywców, rozpoznając ich błędy i ucząc prawidłowej działalności. Jako pierwszy wystąpił z wnioskiem o powołanie wspólnej hurtowni, która mogłaby zaopatrywać spółdzielnie w tańsze produkty i ułatwić konkurowanie z handlem prywatnym. Opracował metodologię funkcjonowania spółdzielczości spożywców, nadając jej nie tylko nowoczesny, ale i ekonomicznie celowy charakter. Dotychczas polska spółdzielczość spożywców stanowiła zazwyczaj eksperyment społeczny, nierzadko utrzymany w duchu pięknoduchostwa. W najlepszym razie funkcjonowała nieźle i przynosiła korzyści ekonomiczne swoim członkom, ale ograniczała się do niewielkiego grona osób. Dopiero pragmatyzm Mielczarskiego, połączony jednak z głęboką ideowością i dalekowzrocznością, sprawił, że wyszła ona z utopijno-środowiskowego getta.
Jesienią 1908 r. postanowiono dokonać zjednoczenia luźno współpracujących spółdzielni spożywców w jeden związek. Sekretarzami tymczasowego Biura Informacyjnego zjazd wybrał Mielczarskiego i Wojciechowskiego, a po zarejestrowaniu Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych (władze carskie nie zgodziły się na przymiotnik „polski”) w 1911 r. objęli oni funkcje dyrektorów organizacji. Mielczarski uporządkował reguły działania spółdzielni, które przystąpiły do Związku – koordynował ich politykę zakupów i cen, wprowadził przejrzystą i fachową księgowość, kształcił kadry, ograniczył sprzedaż produktów nie-członkom. W nowych realiach można było również na szeroką skalę propagować idee kooperatyzmu, bezpardonowo eliminować nadużycia. A także zadbać o warunki zatrudnienia pracowników (/…/ kooperatywa ma obowiązek płacić swoim urzędnikom lepiej niż przeciętnie i zbytnią pracą ich nie obciążać. Jeżeli kooperatywa ma być zarodkiem lepszego układu gospodarczego /…/, musi tak postępować), o podniesienie jakości usług (/…/ kooperatywa ma obowiązek przestrzegać przepisów zdrowotności i dobrego smaku. /…/ Sklep /…/ powinien być widny, czysty i przestronny, aby dawał wszelkie gwarancje, że towary, które się tu sprzedaje, są dobre i zdrowe, i krzewił wśród stowarzyszonych zamiłowanie do czystości, porządku i dobrego smaku) oraz o przezwyciężenie ducha „sklepikarskiego”, sprawiającego, że w okolicy powstawało wiele małych i niezamożnych spółdzielni zamiast kilku oddziałów jednej sprawnej organizacji. Spółdzielczość spożywców pod jego wodzą stała się czymś zupełnie innym niż była uprzednio – sprawnym organizmem ekonomicznym, który w sposób konkretny i namacalny poprawiał dolę członków ruchu.
Jego największym dziełem stricte ekonomiczno-organizacyjnym było utworzenie centralnej hurtowni WZSS. „Społem”, bo tak potocznie nazywano organizację, dokonało w ten sposób ogromnego skoku jakościowego i ilościowego. Hurtownia powstała w Warszawie przy ul. Smolnej. Cały pierwszy okres próbny hurtowni od 1 października 1911 r. do 31 grudnia 1912 r. Mielczarski siedział w biurze Związku od wczesnego rana do późnej nocy, nie dał się namówić na żaden wyjazd, choćby na tydzień dla wypoczynku. Z wielkim nakładem jego pracy i wiedzy uruchomiona organizacja hurtowni nie zawiodła oczekiwań. /…/ obrachunek wykazał nadspodziewanie dobre rezultaty – wspominał Wojciechowski.
Już na początku hurtownia dokonała rzeczy dotychczas niemożliwych – z pominięciem prywatnych monopolistów sprowadzono do Polski duży transport śledzi ze Szkocji oraz nawiązano współpracę z rosyjską kopalnią soli, co pozwoliło rozbić zmowę cenową hurtowników tego produktu. Jest to pierwsza poważna walka, w której wystawiona została na próbę nasza solidarność. Gdy spekulanci, polujący na naszą łatwowierność, przekonają się, że żadne nowe szyldy i zniżki cen nie osłabią naszego pragnienia wyzwolenia, że jesteśmy jednością silni – będą musieli wyrzec się opanowania handlu solą i w rękach naszego ludu pozostaną tysiące, na które teraz polują – przekonywał spółdzielców w 1913 r. i walka zakończyła się zwycięstwem. Wkrótce przyszły podobne sukcesy w dziedzinie towarów importowanych – Mielczarski osobiście zjeździł całą Europę, by wyjednać kontrakty z dostawcami, stosunki handlowe nawiązano także ze spółdzielcami angielskimi. Tak oto ten wątły fizycznie, ale niezmiernie silny duchem kooperatysta, zabiegając o kupno soli i pieprzu, myślał o wyzwoleniu ludu polskiego i zapewnieniu Polsce potęgi – pisał Wojciechowski.
Sukces odniesiono jednak przede wszystkim w efekcie zastosowania zasad, które sformułował (lub zapożyczył z zagranicy): spółdzielnie miały się zaopatrywać głównie w związkowej hurtowni, nie zaś u „prywaciarzy” (nie było mechanizmów przymusu, lecz jedynie wytężona edukacja działaczy w tej kwestii), do wyjątkowych przypadków ograniczono im sprzedaż na kredyt, lokalne spółdzielnie powinny się porozumiewać i zamawiać wspólnie duże partie towarów (nie było mowy o wysyłaniu mnóstwa drobnych zamówień, gdyż to znacznie windowało koszty), a hurtownia oferowała głównie produkty najczęściej nabywane, nie zajmując się poszerzaniem oferty o wyroby niszowe. Cokolwiek byśmy myśleli o ostatecznych celach stowarzyszenia spożywczego, jakiekolwiek byśmy przyznawali mu znaczenie społeczne, /…/ jest [ono] w ostatecznym rezultacie sklepem, przedsiębiorstwem handlowym – pisał w roku 1907.
Mielczarski wyprzedził epokę, wprowadzając zasady, na których wiele lat później bazowała ekspansja i sukces finansowy sieci dyskontów. Tam tylko kooperatywa zachowa swój właściwy charakter, gdzie każdy nowowprowadzony towar będzie odpowiadał istotnym potrzebom znacznej większości członków. Każda dobrze zorganizowana kooperatywa rozpoczynała od niewielu najniezbędniejszych artykułów i rozszerzała swój zakres działania tylko w miarę /…/ nowych potrzeb. Kooperatywy rozpoczynające od wszystkiego albo smutnie kończyły, albo zamieniały się na kramiki. Model „dyskontowy” wprowadził jednak z tą zasadniczą i oczywistą różnicą, że korzyści i zyski płynęły nie do wielkiego prywatnego kapitału, lecz do szeregowych spółdzielców jako współwłaścicieli i konsumentów. Po pierwsze, wiele produktów nabywali oni taniej, po drugie – zgodnie z główną zasadą spółdzielczości – część corocznego zysku była dzielona między nich (tzw. zwrot od zakupów).
W 1913 r. utworzono w Dąbrowie Górniczej pierwszą filię „społemowskiej” hurtowni, a jesienią oddano do użytku wybudowaną od podstaw nową siedzibę WZSS i hurtowni w stolicy. W czerwcu 1914 r. Związek zrzeszał już – po zaledwie kilku latach istnienia – ponad 50 tys. członków, skupionych w niemal 300 stowarzyszeniach.
***
Pragmatyzm i „surowość” Mielczarskiego wynikały z przesłanek dalekich od „handlowej” mentalności. Choć po Mielczarskim pozostały głównie teksty czysto techniczne – poświęcone sprawom formalnym, księgowym, organizacyjnym itp. – czytelnika uderzają w nich właśnie takie wtręty, jakich próżno szukać u dzisiejszych technokratów i pragmatyków.
W artykule pt. „Rachunkowość” (1906) tak uzasadniał rzetelne kontrole w spółdzielniach: Przede wszystkim majątek (kapitał) kooperatywy jest majątkiem publicznym. Uszczuplenie lub zupełny zanik majątku kooperatywy odbija się niekorzystnie na położeniu wszystkich stowarzyszonych, z których wkładów kapitał ten powstał. /…/ Celem ruchu kooperacyjnego nie jest tylko zapewnić stowarzyszonym dobry towar za niską cenę. Ruch kooperacyjny ma również cele wychowawcze, mianowicie przygotować społeczeństwo do objęcia spraw gospodarczych we własne ręce, wychować je dla samorządu gospodarczego. Rok później, propagując ideę spółdzielczych zakupów hurtowych, przekonywał: Zasadą etyczną kooperacji jest, że silny i doświadczony powinien pomagać słabemu i niedoświadczonemu. Stosuje się to przede wszystkim do stowarzyszeń większych. Nie powinny one samolubnie trzymać się z dala od ogólnego prądu /…/, nie powinny na swoją rękę nadal uskuteczniać zakupów, lecz razem z innymi, bo tylko w połączeniu zdołamy swój cel osiągnąć i usunąć te opłakane stosunki, jakie dziś w handlu panują. W tekście „Kontrola sklepowego” w tym samym roku pisał: Poszanowanie majątku publicznego jest jeszcze u nas bardzo słabe, słyszy się nawet cyniczne: co wszystkich – to niczyje; walczyć z tym rakiem zatruwającym nasze życie społeczne należy wszędzie, przede wszystkim zaś w stowarzyszeniach spółdzielczych. To tylko drobna część podobnych uwag.
O jeszcze jednej kwestii należy wspomnieć. Mielczarski, choć przed I wojną światową stał na czele dużej, a po odzyskaniu niepodległości – największej instytucji handlowej w Polsce, żył niezwykle skromnie, więc jego „biznesowe” podejście do „Społem” nie miało nic wspólnego z interesem prywatnym. Jak wspominała Wanda Papiewska, Mielczarskiego trzeba było zmusić, ażeby pozwolił sobie podwyższyć pensję. Jako dyrektor miał mniej od lustratora. Gdy jego stosunkowo niewielkie pobory wynosiły 900 zł, przekazywał co miesiąc 200 zł Polskiej Partii Socjalistycznej. Zachowało się też wspomnienie, że gdy dyrektor Mielczarski miał jechać do Grecji, by negocjować ważny kontrakt importowy, niemal zmuszono go do zabrania nowego garnituru, kupionego bez jego wiedzy. Pracował natomiast kilkanaście godzin dziennie, nie wyłączając niedziel i świąt. Stołował się zaś w „kuchni higienicznej”, zorganizowanej na zasadach spółdzielczych w gronie znajomych, z których każdy kolejno pełnił rolę obsługującego pozostałych.
***
Wybuch wojny przerwał rozwój spółdzielczości i zdezorganizował jej działania. Braki towarów na rynku, zmniejszenie produkcji, kłopoty z transportem, chaos finansowy, kontyngenty na rzecz armii, spekulacja, zmieniające się władze – wszystko to, nie wspominając o zniszczeniach wojennych, uniemożliwiło normalne funkcjonowanie ruchu spożywców. Część placówek zaprzestała działalności, inne rozpoczęły sprzedaż dla nie-członków, a centrala organizacji próbowała skupować i oferować w normalnych cenach produkty, których brak ludność odczuwała najbardziej.
Mimo trudnej sytuacji, Mielczarski starał się nie tylko o przetrwanie Związku, ale także podjął szereg działań reformatorskich. W kilku dużych miastach utworzono oddziały hurtowe i koordynacyjne, w 1917 r. wznowiono edycję pisma „Społem” oraz powołano Zrzeszenie Pracowników Stowarzyszeń Spożywczych, pełniące rolę związku zawodowego. Mielczarski snuł plany podjęcia działalności produkcyjnej przez spółdzielczość spożywców. We wrześniu 1918 r. w podwarszawskim Ołtarzewie „społemowcy” otworzyli średnią szkołę spółdzielczą (z internatem), a Mielczarski w porozumieniu z Wyższą Szkołą Handlową organizował kursy dla przyszłej spółdzielczej kadry kierowniczej.
Postanowił również zintensyfikować prace nad propagowaniem spółdzielczości oraz zadbać o podniesienie morale i świadomości ideowej osób już zrzeszonych w WZSS. W „Społem” pisał: Gdzie kooperatywa nie jest równorzędnie istotną szkołą samorządu, kształcącą tysiące oddanych, zapalonych entuzjastycznych zwolenników, przyszłość jej nie jest zapewniona. Tymczasem u nas cały ruch zmierzał wyłącznie w kierunku handlowym /…/. Przed zjazdem spożywców z terenu okupacji austriackiej, który zwołał na marzec 1917 r. w Lublinie, przekonywał: /…/ kooperacja jest tym właśnie ruchem, w którym działalność gospodarcza musi iść w parze z oświatą. Kooperacja jest organizującą się gospodarczo demokracją, a nie ma demokracji bez oświaty i solidarności.
Wszystko to robił w trudnej sytuacji wojennej i pozbawiony pomocy najbliższego współpracownika, ponieważ Wojciechowski w zawierusze wojennej znalazł się w Rosji. Mielczarski prowadził sekcję zaopatrzenia w żywność dla miasta Warszawy, jednak niechętnie współpracował z władzami niemieckimi, zarówno ze względu na ich okupacyjny charakter, jak i oceniając problem w perspektywie geopolitycznej. Gdyby państwa centralne zwyciężyły – mówił w kółku radykalnej inteligencji warszawskiej – stalibyśmy się co najwyżej państewkiem buforowym, łagodzącym możliwość starć pomiędzy nimi i Rosją; pod względem gospodarczym bylibyśmy wystawieni na żer przemysłu niemieckiego – pisał po latach S. Wojciechowski.
W pierwszym numerze wznowionego „Społem”, Mielczarski przekonywał: Gdzie narodowi swą wolę narzucają obcy, /…/ szeroki masowy ruch spółdzielczy nie może mieć miejsca. Małe rzeczpospolite, jakimi są stowarzyszenia spożywcze, rosną, kwitną i wydają wspaniałe owoce tylko w majestacie Niepodległej Ojczyzny, w cieple i świetle wolności i równości. Na zjeździe pełnomocników WZSS w czerwcu 1917 r. mówił: Dla normalnego rozwoju naszego ruchu niezbędne są nam jak najszersze swobody obywatelskie, zupełna wolność prasy, zebrań, zgromadzeń i zrzeszeń, jak najszersza demokratyzacja wszelkich urządzeń państwowych i administracyjnych, jak najszerszy udział ludu w życiu publicznym. Wszystkie jednak swobody polityczne nie są fikcją tylko wtedy, gdy naród sam sobą rządzi. Istotną gwarancją swobód jest niepodległa ojczyzna. Ojczyzna ta sięga tak daleko, jak szeroko rozsiadł się, pracuje i cieszy się życiem lud polski. Jako kooperatyści nie umiemy sięgać po cudze, ale swego bronić będziemy z zawziętością i uporem. I dlatego też, gdy nadejdzie chwila, w której nas zapytają o nasze aspiracje, powiemy jasno i dobitnie: bardziej od wody i powietrza potrzebna nam jest niezależna Rzeczpospolita Ludowa na ziemiach polskich.
***
Odzyskanie niepodległości otworzyło nowe perspektywy przed spółdzielcami. Wreszcie można było działać całkiem swobodnie, znikły bariery komunikacyjne i graniczne między ziemiami Polski. Tylko w 1919 r. Związkowi przybyło ponad 150 stowarzyszeń członkowskich, rok później przeciętna liczba członków spółdzielni wzrosła w ciągu 12 miesięcy o niemal 40%. W tym samym roku w budynkach „Społem” w Kielcach dokonał się kolejny milowy krok w rozwoju polskiej spółdzielczości spożywców – podjęła ona działalność produkcyjną. W 1922 r. hurtownia „społemowska” miała już 18 terytorialnych oddziałów. Rok później Związek zrzeszał 734 spółdzielnie z 343 tys. członków.
Na czele tej armii zorganizowanych konsumentów stał Mielczarski. W 1921 r. Międzynarodowy Związek Spółdzielczy na kongresie w Bazylei powołał go w skład swego Komitetu Centralnego. W tym samym roku decyzją Ministra Skarbu wszedł do Państwowej Rady Spółdzielczej. Odrzucił natomiast propozycje objęcia stanowisk ministra przemysłu i handlu oraz doradcy ministra skarbu, które proponowali mu Stanisław Wojciechowski i Władysław Grabski.
W 1919 r. był jednym z czołowych „lobbystów” podczas prac nad ustawą o spółdzielniach. W znacznej mierze to jego uporowi i talentom zawdzięcza Polska przyjęcie ustawy, która wyraźnie akcentowała ideowy wymiar spółdzielni jako organizacji powołanych do celów nie tylko gospodarczych, ale także społeczno-kulturalnych, co stanowi samo sedno tradycji spółdzielczości, a czego ustawodawcy początkowo nie rozumieli, traktując spółdzielnie jako li tylko jedną z wielu form zarobkowania.
Mielczarski odrzucał budżetowe wsparcie spółdzielczości spożywców i kooperatyw pożyczkowych poza sytuacjami absolutnie wyjątkowymi (jak krach gospodarczy). Nie godził się też na to, by instytucje państwowe przejęły uprawnienia lustracyjne (kontrolne) w spółdzielniach, gdyż groziłoby to zniszczeniem oddolnego charakteru ruchu. Dopuszczał jedynie wsparcie państwa w rozwoju spółdzielczości wytwórczej, jako wymagającej na wstępie bardzo dużych nakładów, których zwrot następuje powoli. Jeden jedyny raz zwrócił się o pomoc państwa, gdy po analizie regulacji podatkowych wyliczył, że prywatny handel ma możność obniżać wysokość płaconych należności o kilkadziesiąt procent. Wystąpił wówczas o obniżenie opodatkowania spółdzielni spożywców do czasu załatania wszelkich luk w prawie, korzystnych dla prywatnego kupiectwa.
***
Mimo dynamicznego rozwoju spółdzielczości spożywców w odrodzonej Polsce, Mielczarskiego spotkały na tym gruncie dwa silne ciosy. Pierwszy był efektem niefortunnego zbiegu okoliczności. W roku 1919, w obliczu niedoborów na rynku spustoszonym przez wojnę, uzyskał – kierując się prośbami władz państwa – od angielskiej hurtowni spółdzielczej CWS z Manchesteru pożyczkę w postaci produktów spożywczych o wartości ok. 160 tysięcy funtów. Wybierał to, co Polsce pracującej było najbardziej potrzebne. Żadnych luksusów, żadnych zbędnych przedmiotów nie sprowadził – wspominał Józef Jasiński. Spłata wydawała się banalnie prosta w obliczu znacznego popytu wśród polskich konsumentów. Niestety, w ciągu kilku miesięcy nastąpił tak znaczny spadek wartości marki polskiej, że „społemowcy” zostali z długami trudnymi do spłacenia. I choć angielscy spółdzielcy, najbogatsi wśród tego typu inicjatyw, postanowili znaczną część długu umorzyć, Mielczarski odrzucił taką propozycję. Za punkt honoru uznał, by polscy spółdzielcy nie narazili angielskich kolegów na jakiekolwiek straty. Poprosił jedynie, by można było spłacić dług w ciągu kilku lat za pomocą eksportu polskich towarów do Anglii. Dług spłacono co do grosza, jednak cała sprawa kosztowała Mielczarskiego sporo zdrowia, co wedle współpracowników miało znaczny wpływ na jego przedwczesną śmierć.
Drugi problem był natury jeszcze poważniejszej, bo dotyczącej sfery ideowej. Po odzyskaniu niepodległości nie spełniło się marzenie Mielczarskiego o zjednoczeniu całego ruchu spółdzielczego – nie udało się pokonać ani zaborczego „rozbicia dzielnicowego”, ani podziałów „branżowych”. Co gorsza, doszło do rozłamów i podziałów w spółdzielczości spożywców. Zamiast jednego silnego związku, powstały trzy „frakcje”. Spółdzielczość „neutralną” krytykowano z lewa i prawa.
Spółdzielczość wielkopolska, gdzie silne były wpływy kleru, utworzyła własny związek o nazwie Hurtownia Spółek Spożywczych. Miał on charakter sprzeczny z zasadami spółdzielczości, bowiem uznano, że centrala tego związku będzie zaopatrywała również kupców prywatnych (stanowili oni ok. 50% kontrahentów) w celu ułatwienia im konkurowania z handlowcami żydowskimi i niemieckimi. Tymczasem naczelną ideą ruchu spożywców było wyeliminowanie prywatnego handlu jako takiego, nie zaś wybór między jego opcjami etnicznymi.
Analogiczny rozłam nastąpił ze strony spółdzielczości „klasowej”, która uznała „społemowców” za nie dość radykalnych, jako że ich spółdzielnie nie pytały swoich członków o status społeczny i zawodowy. Na takim podłożu w 1919 r. powołano Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych. Znaczną rolę w inspirowaniu rozłamu odegrali komuniści, ale główna moc sprawcza należała do działaczy PPS, co Mielczarskiego, sympatyka tej partii, bardzo dotknęło. Jak pisze Zbigniew Świtalski, Działacze, którzy praktycznie stykali się z działalnością spółdzielczą, byli za zjednoczeniem. /…/ Natomiast działacze, którzy na całe zagadnienie patrzyli z punktu widzenia interesów partii, uznali zjednoczenie za przedwczesne.
Tymczasem już w 1917 r. Mielczarski tak uzasadniał potrzebę jedności ruchu spożywców: Im kooperatywa liczy więcej członków i im ci członkowie są mocniej z nią spojeni, tym doskonalej i łatwiej wypełnia ona swe zadanie. Kooperatywa, z natury rzeczy musi stać otworem dla wszystkich, musi być bezpartyjna. Chadecy, endecy, pepesowcy, esdecy, zaraniarze są nam w kooperatywie jednakowo drodzy. /…/ jako członkowie kooperatywy musimy, nie pytając o przekonania, zgodnie społem pracować. Kto tę zasadę zwalcza, tym samym nie chce wielkiego ruchu spółdzielczego. Sześć lat później, na Kongresie Spółdzielni Spożywców, mówił: Pewne odłamy kooperatystów występują przeciwko zasadzie powszechności, uważając, że w tym wypadku kooperacja zatraca swój charakter klasowy. /…/ Jeżeli przez „klasowość” mamy rozumieć negatywne stanowisko do kapitalizmu, to każda kooperatywa spożywców jest klasowa, bo samo jej założenie stanowi wyłom w kapitalizmie. Powiem więcej, w tym znaczeniu kooperatywa powszechna nosi bardziej charakter klasowy, bo prędzej i skuteczniej zwalcza kapitalizm niż najbardziej czerwona kooperatywa zamknięta.
Życie pokazało, iż rację miał Mielczarski, nie zaś „narodowi” i „klasowi” rozłamowcy. Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych po pięciu latach działalności stanął na progu bankructwa. Rozpoczęto negocjacje o połączeniu ze „społemowcami”. Działacz PPS i spółdzielczości, Bronisław Siwik, wspominał: /…/ Mielczarski był bezwzględnym zwolennikiem zjednoczenia ruchu spółdzielczego spożywców w Polsce. Lecz właśnie dlatego, że był głębokim i mądrym spółdzielcą, uważał, że nie każde zjednoczenie i nie za jakąkolwiek bądź cenę jest dobre i pożądane. Gdy przybyłem do Mielczarskiego i rozpocząłem sondowanie jego opinii co do połączenia, przerwał mi krótko: „Chcecie połączenia? Przyjdźcie i wstąpcie do naszego Związku!”. Było to całkowicie w jego duchu. Nie lubił próżnego gadania, układów długich i pertraktacji, zwłaszcza, że opinię o Związku Robotniczym, jeżeli chodzi o stronę gospodarczą, miał ujemną. W kwietniu 1925 r. odbył się kongres zjednoczeniowy, w efekcie którego powstał Związek Spółdzielni Spożywców RP. W tym samym roku „narodowa” Hurtownia Spółek Spożywczych w obliczu widma bankructwa została po cichu zlikwidowana. Na jej miejsce wkrótce utworzono w Poznaniu regionalny oddział „Społem”, który przejął zadania HSS wobec lokalnych spółdzielni spożywców.
Na zjeździe zjednoczeniowym „Społem” z kooperatywami „klasowymi”, Mielczarski mówił: /…/ jesteśmy twórcami wielkiego przeobrażenia, które odda całą wymianę i całą produkcję w ręce spożywców, które wytworzy obok demokracji politycznej demokrację gospodarczą.
***
Ten do bólu praktyczny człowiek, niechętny traceniu czasu na dyskusje i rozważania, mimochodem wniósł wkład do jednej z ciekawszych ideologii w historii polskiej myśli społeczno-gospodarczej.
W XIX wieku, o czym mało kto pamięta, konkurowały ze sobą dwie ideologie emancypacyjne wymierzone w kapitalizm. Pierwsza, doskonale znana, zakładała, że „wolny rynek” należy zaatakować od strony produkcji. Mówiła ona, że pracownicy najemni (lub ich część – proletariat wielkoprzemysłowy) bądź to obalą kapitalizm rewolucyjnym zrywem, bądź też „przegłosują” go za pomocą zdobycia większości parlamentarnej, a w efekcie doprowadzą do uspołecznienia środków produkcji i wyeliminowania prywatnej własności w tej sferze. Ten nurt, zróżnicowany i mający wiele odłamów, można zbiorczo nazwać socjalizmem. Był też jednak nurt drugi, zwany kooperatyzmem lub pankooperatyzmem. On z kolei chciał zaatakować kapitalizm od strony konsumpcji, czyli jak wówczas mówiono – spożycia. To konsumenci-spożywcy – a są nimi wszyscy, nawet ci, którzy nie pracują, zatem baza społeczna ruchu jest potencjalnie szersza – zorganizowani w zrzeszeniach-spółdzielniach i nabywający produkty za ich pośrednictwem, mieli odmienić porządek społeczny.
Teoretycy spółdzielczości spożywców jako ruchu na rzecz przeobrażeń społecznych (głównym ideologiem był Francuz Charles Gide, w Polsce zaś Edward Abramowski i Edward Milewski) widzieli ten proces jako ewolucję. Mielczarski na zjeździe spółdzielczości spożywców mówił wiosną 1917 r.: Ustrój kapitalistyczny ze swą cudowną techniką i bajeczną organizacją handlową wydaje się twierdzą nie do zdobycia. A jednak w tej twierdzy /…/ znajduje się punkt nieosłonięty, przez który łatwo zrobić wyłom i zmusić twierdzę do kapitulacji. Tę słabą stronę kapitalizmu, która pozwoli go obalić, stanowi sprzedaż. Kapitalizm powstaje dla zysku, zysk powstaje przy wytwarzaniu, ale zrealizować zysk można tylko przez sprzedaż. Przemysłowiec może wyprodukować bez liku towarów, nie osiągnie on jednak żadnego zysku, dopóki towarów nie sprzeda. /…/ Ten fakt ma nadzwyczaj doniosłe konsekwencje. Jeżeli bowiem zysk kapitału realizuje się przez sprzedaż, wynika stąd, że w ustroju kapitalistycznym istotnym panem położenia jest odbiorca towarów, jest spożywca. Nie kto inny jak spożywcy decydują o tym, jaki ogólny zysk przypada kapitalistom. /…/ Nominalnie pan położenia, jest on [jednak] igraszką kapitału, bo nie jest zorganizowany. Ale z chwilą, kiedy zrozumie swoją moc i zechce się zorganizować, ze sługi stanie się faktycznym panem kapitału. Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym, stanowi istotny cel i istotne zadania kooperatywy spożywców. /…/ Każda dobrze zorganizowana i istotna kooperatywa musi dać nadwyżkę. Ta nadwyżka w innych warunkach, jako zysk, przypadłaby prywatnemu kupcowi i zasiliłaby kapitalizm, przez kooperatywę zaś dostaje się do rąk zorganizowanych spożywców. Im większa jest kooperatywa i im wszechstronniejsza jej działalność, tym większa część zysku, która zasilała prywatny, kapitalistyczny handel, dostaje się spożywcom. Część lub całość nadwyżki może być w miarę rozwoju kooperatywy obracana na wytwórczość w zakresie potrzeb członków, a wtedy do zysku handlowego dołącza się zysk z produkcji, który dawniej wzmacniał kapitał przemysłowy. Kooperatywy łączą się w kooperatywę hurtową, w swój związek. W ten sposób znowu zysk z handlu hurtowego, zamiast zasilać prywatny handel, dostaje się zorganizowanym spożywcom. Związek w miarę swego wzrostu, od zwyczajnego handlu hurtowego przechodzi do produkcji artykułów zbywanych przez stowarzyszenia. I znowu zysk, który dawniej dostawał się kapitałowi prywatnemu, przechodzi do rąk zorganizowanych spożywców. W miarę dalszego rozrostu Związku da się pomyśleć nie tylko już produkcja artykułów gotowych, ale i niezbędnych surowców i maszyn potrzebnych do fabrykacji itd. W ten sposób obok wszechwładnych dawniej przedsiębiorstw kapitalistycznych staje coraz więcej przedsiębiorstw spółdzielczych, zatrudniających coraz większą liczbę robotników. Coraz większa część rocznego zysku i coraz większa część kapitału narodowego z prywatnego przekształca się na kapitał wspólny. Z ustroju kapitalistycznego, opartego na współubieganiu się [konkurencji], krok za krokiem przechodzimy do ustroju spółdzielczego, opartego na powszechnej solidarności.
Spółdzielcy są w lepszej sytuacji niż prywatni handlowcy, gdyż nie muszą za wszelką cenę eskalować zysku w krótkim okresie (to nie zysk jest motywem przewodnim ich działalności), a przede wszystkim – mają możliwość konsumpcji i produkcji planowej. O ile prywatne przedsiębiorstwo wytwarza towary „na oślep”, nie mogąc przewidzieć koniunktur, wahań popytu, kryzysów, wpływu konkurencyjnych producentów itp., o tyle spółdzielczość, bazująca na członkostwie (nie zaś na przypadkowym i zmiennym ruchu klientów) i potrafiąca oszacować wynikający stąd popyt, dostosowuje zamówienia i produkcję do faktycznego zapotrzebowania. Słabym punktem jest jedynie niskie morale członków, czyli dokonywanie zakupów poza spółdzielczością. Gdy już znamy te zasady, łatwiej nam zrozumieć niemal kaznodziejski ton, jakim Mielczarski wzywał do stworzenia hurtowni spółdzielczej, do łączenia małych spółdzielni w większe związki, do jedności wszystkich spożywców, do „zakupowej dyscypliny” członków spółdzielni, dlaczego za tak ważne uważał tworzenie własnego sektora produkcyjnego itp. Wszystko to miało jeden jedyny cel – krach kapitalizmu.
„Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami!” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami” [fragment pieśni „Czerwony Sztandar” – przyp. R. O.], lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz – mówił w 1917 r.
***
/…/ w ostatnich czasach często narzekał na brak sił, mówił, że dni jego są policzone, ale nie dał się skłonić ku odpoczynkowi: nie jestem malowanym dyrektorem, muszę iść do biura, nie mogę dawać złego przykładu pracownikom. I szedł do biura, chwiejąc się na nogach. Dnia 30 marca 1926 r. przestało bić jego serce – pisał Wojciechowski rok po śmierci swego przyjaciela i współpracownika. I dodawał: To, co dziś wydaje się takie jasne i proste na utorowanej przez niego drodze, w początkach jego działalności uważane było niemal za utopię /…/. Jakże można marzyć przez organizację robotników i włościan, w połowie analfabetów, nie mających żadnego pojęcia o handlu, stworzyć w Polsce największą instytucję handlową? A jednak Mielczarski przez 17 lat swojej działalności wychowawczej, organizatorskiej i handlowej tego właśnie dokonał: zostawił po sobie Związek, obejmujący 828 spółdzielni z 550000 członków /…/.
Bibliografia (ważniejsze pozycje):
- Stanisław Dippel, Spółdzielnie spożywców w Polsce Odrodzonej, „Społem!” nr 21-22, listopad 1938, numer specjalny pt. „1918-1938 – Rola spółdzielczości spożywców w gospodarce Polski”.
- Karol (Charles) Gide, Kooperatyzm, Nakładem „Społem” Związku Spółdzielni Spożywców R.P., Warszawa 1937.
- Józef Jasiński, Romuald Mielczarski, Nakładem „Społem” Związku Gospodarczego Spółdzielni R.P., Warszawa 1946.
- Konstanty Krzeczkowski, Romuald Mielczarski. Zarys życia /w:/ R. Mielczarski, Pisma, tom I, Nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców RP, Warszawa 1936.
- Romuald Mielczarski, Pisma, tom I i II (wybór i opracowanie K. Krzeczkowski), Nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców R.P., Warszawa 1936.
- Romuald Mielczarski. Materiały dotyczące życia i działalności, praca zbiorowa, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw ZCSR, Warszawa 1977.
- Edward Milewski, Sklepy społeczne (rzecz o kooperacji spożywców), Związek Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1930.
- Ernest Poisson, Rzeczpospolita spółdzielcza, Wydawnictwo Wydziału Propagandy Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców, Warszawa 1921.
- Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, część II – 1918-1938, Zakład Wydawnictw CZSR, Warszawa 1980.
- Społem – organ Związku Spółdzielni Spożywców RP nr 7/1931 (blok wspomnieniowy o Mielczarskim z okazji 5. rocznicy jego śmierci; teksty Bronisława Siwika, Stanisława Thugutta, Józefa Jasińskiego, Leona Wasilewskiego i W. S.).
- Edward Strasburger, Kooperacja spożywcza i jej rozwój w Królestwie Polskim, Gebethner i Wolff, Kraków-Warszawa 1909.
- Adam Światło, Poglądy społeczne przedstawicieli neutralnej myśli spółdzielczej do roku 1939, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963.
- Kazimierz Weydlich, Ruch spółdzielczy w Polsce w latach 1914-1926. Zagadnienia dotyczące współdziałania grup i typów spółdzielni oraz zmiany zaszłe w ustroju ruchu, Wydawnictwo Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Kraków-Poznań 1927.
- Stanisław Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej do 1914 roku, Nakładem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Warszawa 1939.
- Stanisław Wojciechowski, Moje wspomnienia, tom I, Książnica Atlas, Lwów-Warszawa 1938.
- Stanisław Wojciechowski, Romuald Mielczarski. Pionier spółdzielczości w Polsce, Wydawnictwo Związku Spółdzielni Spożywców Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1927.
- Wspomnienia działaczy spółdzielczych, praca zbiorowa, tom I, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963 (wspomnienia Wandy Papiewskiej, Janiny Święcickiej i Henryka Jackiewicza).
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Biskup Stanisław Adamski to postać wciąż niestety budząca pewne kontrowersje czy raczej nieporozumienia, będące wynikiem jego działalności w czasie II wojny światowej.
Pracując bowiem na Śląsku w czasach niemieckiej okupacji, biskup postanowił wszelkimi dostępnymi środkami ratować mieszkających tam Polaków, nie dopuścić do ich masowych wyjazdów i tym samym do zmajoryzowania ludności polskiej przez niemiecką, w związku z czym postanowił znieść w kościołach diecezji katowickiej śpiew i publiczne modlitwy w języku polskim, nakazując wykorzystanie w zamian pieśni łacińskich, a nawet zaczął wzywać do przyznawania się w tzw. palcówce (deklaracji narodowościowej, potwierdzonej odciskiem palca) do niemieckości. Miało to stanowić jedynie metodę maskowania się i uchronić ludność polską przed deportacjami, aresztowaniami i innymi prześladowaniami. Uczynił to w porozumieniu z rządem gen. Władysława Sikorskiego oraz Stolicą Apostolską, a sam zadeklarował narodowość polską. Główny cel został przez bpa Adamskiego osiągnięty, całą sprawę zresztą wyjaśnił obszernie w wydanej zaraz po wojnie broszurze1. Mimo to, jego poczynania dały komunistom asumpt do oszczerczej nagonki, która niestety do dziś odbija się czkawką i powoduje, że jest on kojarzony przede wszystkim z działaniami z czasów II wojny światowej. Zapomina się zaś zazwyczaj o jakże bogatej jego aktywności z lat wcześniejszych.
***
Stanisław Adamski urodził się 12 kwietnia 1875 r. w małej miejscowości Zielona Góra niedaleko Szamotuł jako najstarszy spośród trzech synów Piotra i Heleny. Do szkoły elementarnej uczęszczał w Obrzycku, później kontynuował naukę we Wronkach, Poznaniu i Międzyrzeczu. W 1896 r. rozpoczął studia w Seminarium Duchownym w Poznaniu, trzy lata później zaś otrzymał święcenia kapłańskie. Pracę duszpasterską podjął w Gnieźnie w parafii Świętej Trójcy, od początku angażując się w działalność społeczną. Zafascynowany postacią znanego wielkopolskiego społecznika, ks. Piotra Wawrzyniaka, zainteresował się sprawami związanymi ze spółdzielczością, czego efektem była broszura dotycząca zakładania kas oszczędnościowych2.
Jego działalność nabrała rozmachu, gdy został przeniesiony do Poznania i mianowany wikariuszem przy kolegiacie św. Marii Magdaleny, przy której następnie pełnił funkcję kanonika i prałata kustosza. Trafił tam pod opiekę ks. Antoniego Stychla, społecznika i organizatora stowarzyszeń robotniczych. Wkrótce ks. Adamski został sekretarzem generalnym Związku Katolickich Towarzystw Robotników Polskich w archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej, założył organ Towarzystwa – czasopismo „Robotnik”, ukazujące się w Poznaniu w latach 1904-1939. Powołał do życia Związek Stowarzyszeń Kobiet Pracujących oraz jego organ prasowy, „Gazetę dla Kobiet”. Ponadto uczestniczył w pracach krzewiącego czytelnictwo i zakładającego na wsiach biblioteki Towarzystwa Czytelni Ludowych, fundującego ubogiej młodzieży stypendia Towarzystwa Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego3, Towarzystwa Kolonii Wakacyjnych i Stacji Sanitarnych „Stella” oraz Towarzystwa Opieki nad Wychodźcami Sezonowymi. Zasiadał w zarządzie Towarzystwa Społeczno-Higienicznego, Opieki Katolickiej nad Służbą Żeńską, przewodniczył Towarzystwu Opieki nad Dziećmi Katolickimi. Współtworzył też, a następnie redagował dwutygodnik „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny” i tłumaczył na język polski prace znanych przedstawicieli niemieckiego katolicyzmu społecznego, ks. Franza Hitze oraz Josepha Biederlacka.
Jak pisał w swych wspomnieniach: W 1904 r. powołał mnie śp. arcybiskup Florian Stablewski do Poznania, na stanowisko sekretarza generalnego diecezjalnego Związku Katolickich [Towarzystw] Robotników Polskich. Byłem sekretarzem generalnym związku do końca 1910 roku. Robotnicy rolni oraz kobiety nie posiadali jeszcze w owym okresie w państwie pruskim praw koalicyjnych, czyli nie wolno im było łączyć się w związki zawodowe, które by wpływały na polepszenie warunków płacy i pracy. Wobec tego, za inicjatywą śp. arcybiskupa Stablewskiego, zakładaliśmy dla nich, w myśl encykliki Rerum novarum, stowarzyszenia o charakterze oświatowym, kulturalnym i samopomocowym. Stowarzyszenia lokalne połączyliśmy w związek, obejmujący archidiecezję gnieźnieńską i poznańską. Zakładaliśmy stowarzyszenia w poszczególnych parafiach. W ciągu mojego urzędowania, jako sekretarz generalny, założyłem w archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej około 250 nowych stowarzyszeń. Liczba członków indywidualnych wzrosła do 30 tysięcy. Działalność ta była solą w oku władz pruskich i uchodziła za polonizacyjną, a tym samym wrogą państwu. Pozostawała ona jednak w ramach prawnych, dlatego jej nie uniemożliwiono. Każdy mój wyjazd na zebranie kontrolowali wysłannicy policji pruskiej, usiłując bądź stawiać przeszkody, bądź też uzyskać materiał do oskarżenia o działalność niedozwoloną. Nie zdołano nam jednak wykazać przekroczeń. Znaliśmy doskonale ustawę pruską o stowarzyszeniach i zebraniach i przestrzegaliśmy dokładnie jej przepisów4.
Bardzo mocno zaangażował się w popularyzację wśród polskich robotników ubezpieczeń społecznych, które w owym czasie weszły w życie w państwie niemieckim. W związku z barierą językową, robotnicy polscy początkowo korzystali z nich rzadko. Ks. Adamski postawił sobie w związku z tym za cel ich upowszechnianie. Czynił to publikując cały szereg broszur i artykułów w „Robotniku”, organizując różnego rodzaju kursy, szkolenia i zebrania. Przy sekretariacie generalnym zaś – jak wspomina – urządziłem centralne biuro porady prawnej, w którym prawnik udzielał członkom związku /…/ porad prawnych w języku polskim. Nadto założyłem bezpłatne biura porady prawnej w szesnastu mniejszych miastach Wielkopolski, aby robotnikowi ułatwić korzystanie z porad i wykorzystanie ubezpieczeń robotniczych. Prócz tego urządzałem kursy dokształcające dla członków stowarzyszeń, zwłaszcza dla członków zarządu5.
***
Jednak głównym polem jego aktywności stała się spółdzielczość. Już w czasie pracy w Gnieźnie wszedł do zarządu „Kasy Ul”, stanowiącej początkowo spółdzielnię handlową drobnych rzemieślników, która następnie przekształciła się w spółdzielnię oszczędnościowo-kredytową dla wszystkich zawodów. W 1906 r. został zaś wybrany członkiem zarządu Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych całego zaboru pruskiego. Patronem, czyli prezesem spółdzielni, był w tamtym czasie ks. Piotr Wawrzyniak, lecz po jego nagłej śmierci w 1910 r. funkcję tę objął właśnie ks. Adamski, pełniąc ją przez następne 17 lat. Związek był centralą wszystkich spółdzielni polskich znajdujących się na terenie Rzeszy, obejmował banki ludowe, spółki rolniczo-handlowe, spółdzielnie mleczarskie, parcelacyjne, kupieckie i spożywcze.
Spółdzielczość stanowiła dla ks. Adamskiego główne narzędzie walki z antypolską polityką, germanizacją ziem zaboru pruskiego i próbami zmuszenia ludności polskiej do emigracji lub sprowadzenia jej do rangi obywateli drugiej kategorii. Stanowiła więc instrument służący utrzymaniu polskości na tych ziemiach, a w dalszej kolejności odzyskaniu niepodległości. Zdaniem bpa Adamskiego, Dzięki zgodnej i zręcznej propagandzie polskiej – spółdzielczość polska stała się głównym czynnikiem jednolitej i zwartej ekonomicznej siły i obrony polskiej przeciw agresji niemieckiej. Patron spółdzielni stał z natury rzeczy na czele frontu walki ekonomicznej społeczeństwa polskiego przeciw naporowi rządu pruskiego /…/ Przybywszy jako gimnazjalista do Poznania w roku 1886 policzyłem z ciekawości polskie sklepy na Starym Rynku w Poznaniu. Naliczyłem ich tylko sześć. Po przeprowadzeniu zaś podobnej statystyki w roku 1913, sytuacja tak się odwróciła, że na Starym Rynku stwierdzono już tylko sześć sklepów niemieckich i żydowskich; inne przeszły w ręce polskie. W tym samym czasie zmniejszyła się liczba Niemców w miasteczkach Wielkopolski i Pomorza tak dalece, że z dawnych 70% pozostało zaledwie 5-7%. Wynik ten zawdzięczamy rosnącemu uświadomieniu narodowemu szerokich warstw, pracy organizacji polskich, a przede wszystkim spółdzielczości polskiej6.
W 1917 r. na zjeździe kierowników wszystkich central i związków spółdzielczych z całej Polski, który odbył się w Lublinie, ks. Adamski został wybrany przewodniczącym zjazdu i powierzono mu zadanie zorganizowania następnych tego rodzaju spotkań. Odbyły się one we Lwowie i Poznaniu i doprowadziły do zacieśnienia współpracy pomiędzy różnymi związkami spółdzielczymi. Jednak zasadniczy cel, jakim było scalenie całej spółdzielczości polskiej w jedną organizację, nie został osiągnięty. Jak wspominał bp Adamski, Rozmowy dr. Stefczyka i jego ludzi ze mną i moją grupą o utworzenie wielkiego połączenia raiffeisenowskiego7 i wielkopolskiego systemu w jedną całość nie doprowadziły do wyniku. Wobec tego dr Stefczyk założył Zjednoczenie Spółdzielni Rolniczych, do którego przyłączyły się spółdzielnie typu raiffeisenowskiego w Małopolsce i Królestwie. Związek zaś spółdzielni zarobkowych i gospodarczych w Poznaniu, związek spółdzielni kredytowych w Królestwie, związek kas oszczędnościowo zaliczkowych oraz związek ekonomiczny kółek rolniczych z Małopolski utworzyły drugą wielką grupę nazwaną: Unia Związków Spółdzielczych, pod moim przewodnictwem. »Społem« ze swymi spółdzielniami tworzyły trzecią grupę. Każda z tych grup działała na zasadzie swojej ideologii i starała się włączyć do swojego zespołu coraz to szersze koła spółdzielczości i społeczeństwa polskiego. Współzawodnictwo okazało się raczej czynnikiem dodatnim. /…/ Przewodniczącym Unii Związków Spółdzielczych byłem aż do złożenia urzędu patrona spółdzielni. /…/ Liczba oszczędzających była bardzo wielka. Byli to ludzie wszelkich stanów i zawodów: włościanie, rzemieślnicy i robotnicy. Składali oni swe oszczędności na zaopatrzenie swych dzieci, na starość lub na czarną godzinę. Poza tym składali u nas pieniądze ludzie wszelkich zawodów, posiadający pewne zasoby pieniężne, których nie zużywali na razie w swoich warsztatach pracy. Jednym z najważniejszych zadań kierowników spółdzielczości była propaganda za składaniem każdego zbędnego grosza w Banku Ludowym, gdyż wtedy stanie się on pożytecznym społeczeństwu i ułatwi obronę polskości8.
Działalności na odcinku spółdzielczym poświęcił ks. Adamski wiele aktywności, wspierając tego rodzaju inicjatywy przez kilkadziesiąt lat. Widać u niego jednak bardzo zdroworozsądkowe podejście do tej kwestii. Podkreślał bowiem, iż spółdzielczość bynajmniej nigdy nie była jego bożyszczem. Nie byliśmy nigdy fanatykami spółdzielczości, sądzącymi, że spółdzielczość jedyną jest i wyłączną formą gospodarczą, uprawnioną do bytu i życzliwości społeczeństwa. Spółdzielczą formę organizacji społeczeństwa uważaliśmy raczej za neutralną, za jedną z licznych form gospodarczych, z których każda w pewnych warunkach największe daje dogodności. Potrafiliśmy na sejmikach spółdzielni dawać rady spółdzielniom, aby zamieniły się na inną formę handlową, gdy przekonaliśmy się, że forma spółdzielni błędnie była zastosowaną. Uważamy, że spółdzielczość jako typ organizacji gospodarczej, zapewniający trwałe korzyści pewnym warsztatom pracy lub ludziom skazanym na współdziałanie, niczym nie może być zastąpiona9.
***
O ile przed I wojną światową spółdzielczość odgrywała w jego wizji przede wszystkim rolę narzędzia walki z antypolską polityką zaborców, środek obrony „wobec napaści wymierzonej przeciw Polakom, jako narodowi”, to w latach międzywojennych na czoło wysunęły się jej inne aspekty. Oczywiście nie przestał być aktualny narodowy wymiar spółdzielczości, która stanowić ma najlepszy instrument zmagań z obcym kapitałem, ale większą uwagę zwrócił ks. Adamski na pozostałe jej zalety.
Przede wszystkim chodziło o podstawy moralne spółdzielczości i o coś, co moglibyśmy określić jej psychologicznymi skutkami. Ks. Adamski podkreślał, iż sprzyja ona rozwojowi pożądanych cech, postaw i zachowań, a więc spełnia rolę formacyjną czy wychowawczą. Pisał, iż angielscy, niemieccy czy polscy pionierzy spółdzielczości od samego początku odbiegali od pewnych zasad kupieckich i z góry opierali swoją działalność finansową i ekonomiczną na momentach, które się w kupiectwie zwykłym uwzględnia dopiero w późniejszym stadium rozwoju, po licznych, dobrych doświadczeniach. Oparli oni swój system na zaufaniu do ludzi, na miłości bliźniego, na wzajemnej życzliwości i na uczciwości sumiennego człowieka, to znaczy, oparli go na etycznych wartościach zachodu, czyli na moralności chrześcijańskiej.
Zasady moralności chrześcijańskiej, jak konkluduje ks. Adamski, wręcz muszą stanowić fundament każdej spółdzielczej pracy, jeśli ma ona przynieść rezultaty, wymierne efekty. Nie da się bowiem nakłonić ani nakłaniać nikogo do przejęcia nieograniczonej odpowiedzialności całym swym majątkiem za zobowiązania innych, jeżeli się nie ma przeświadczenia, że tamci stoją na dostatecznie wysokim stopniu moralnym i że zasad uczciwości chrześcijańskiej w życiu gospodarczym przestrzegać będą niezachwianie. Nie może Rada Nadzorcza oddać kierownictwa spółdzielni w ręce ludzi, do których uczciwości nie ma pełnego zaufania, wiedząc, że kontrola, chociażby najlepiej zorganizowana, zdoła wprawdzie sprzeniewierzenie wykryć, ale nie zdoła przed nim uchronić spółdzielni. /…/ Powodzenie, rozwój, zaufanie do spółdzielczości podnosi się i upada w miarę poziomu moralnego członków spółdzielni i jej pracowników. Sama forma spółdzielni nie obroni nas przed krzywdą i oszustwem, jeżeli zdrowe zasady moralności i sumienności członków i pracowników nie zapewnią nam bezpieczeństwa gospodarczego10.
W związku z tym ubolewał bardzo mocno nad kryzysem spółdzielczości w pierwszych latach II Rzeczypospolitej, opiniami jakoby była przestarzałą formą gospodarczą, która swoje zadania już wypełniła w czasach zaborów i może oraz powinna zostać zastąpiona przez inne modele organizacyjne. W następnych latach jednak z satysfakcją zauważał, iż wszystkie te ponure proroctwa nie sprawdziły się, lecz doszło do ożywienia i rozkwitu spółdzielczości zamiast jej zmierzchu. Okazało się bowiem, jak stwierdzał ks. Adamski, że spółdzielczość jest i pozostanie tak ważnym narzędziem w rękach ekonomicznie odradzających się społeczeństw, tak wyłącznym środkiem gospodarczego podniesienia się najszerszych warstw zarobkujących i drobnych warsztatów pracy, tak niezastąpioną studnią wielkich zasobów finansowych, tworzących się z okruchów rozproszonych i rozsianych w rękach tysięcy ludzi, tak dogodnym źródłem pożyczek dla tych, którym trudno dotrzeć do wielkich źródeł kredytu, tak znakomitym środkiem regulowania cen na rynku towarowym i tak dobrym sposobem zbiorowego władania tymi środkami produkcji, które dla jednostek biednych są nie do owładnięcia, że zastąpić spółdzielczości ani pod względem jej wszechstronności, ani pod względem jej użyteczności nie można żadną inną formą organizacji, jakąkolwiek dotąd stosowano w dziejach świata w dziedzinie spraw ekonomicznych11. Rzeczywiście, wedle danych Państwowej Rady Spółdzielczej, którymi posiłkował się ks. Adamski, w 1924 r. udzielono spółdzielczych pożyczek na sumę 253 milionów złotych, natomiast 3 lata później już na 787 milionów złotych, wkłady oszczędnościowe zaś w analogicznym okresie wzrosły z 18,6 miliona do 225 milionów złotych. Liczby te wskazują na znaczny i systematyczny wzrost znaczenia spółdzielczości, która bez wątpienia stanowiła jeden z najistotniejszych czynników gospodarczych w skali całego kraju.
***
Państwo, jak podkreślał to z całą mocą ks. Adamski, winno troszczyć się o spółdzielczość, pielęgnować ją i wspierać, ponieważ przynosi to wymierne korzyści ogółowi społeczeństwa. Odnosząc się do skarg kupiectwa niezadowolonego z udzielania spółdzielczości ulg podatkowych i argumentującego, iż wszystkie podmioty gospodarcze należy traktować jednakowo, stwierdzał, iż wcale tak nie powinno być: Spółdzielczość bowiem jest organizacją samopomocy zainteresowanych, załatwiających zbiorowo pewne gospodarcze czynności. Spółdzielnia jest zrzeszeniem jednostek, zmierzających ku wspólnemu celowi, i załatwia pewne sprawy gospodarcze w ich imieniu i na ich korzyść, a nie na korzyść spółdzielni jako takiej. Ani Państwo, ani spółdzielczość nie wykluczają żadnej warstwy ludności ani żadnego stanu od udziału w korzyściach spółdzielczej organizacji samopomocy. Przeciwnie, czynią wszelkie ułatwienia, ażeby każdy stan mógł się posługiwać organizacją spółdzielczą celem ułatwienia sobie zbiorowej pracy.
Władze publiczne powinny popierać spółdzielczość poprzez ustawodawstwo choćby z tego powodu, iż podnosi ona zdolność zarobkową obywateli, a tym samym wpływa na zwiększenie ich siły podatkowej. Stanowi w życiu gospodarczym państwa zbiornik „najdrobniejszych okruchów sił finansowych i ekonomicznych”, tworząc z nich istotną siłę gospodarczą, która nigdy by nie powstała, gdyby nie te działania. Ułatwia też spółdzielczość bankowi emisyjnemu i rządowi politykę gospodarczą, wprowadzając do obiegu „drzemiące zasoby pieniężne”. Stanowi wreszcie szkołę ekonomiczną dla szerokich warstw ludności, które właśnie za jej sprawą poznają podstawowe zasady handlowe, znaczenie oszczędności itp., czyli pełni po prostu rolę edukacyjno-wychowawczą. Z tego powodu jest ona jednym z najpoważniejszych państwowo-twórczych czynników samopomocy ekonomicznej swoich obywateli12.
Co więcej, spółdzielczość niezmiernie pozytywnie wpływa również na rzeczywistą konkurencyjność w handlu czy produkcji, jest jednym z gwarantów i stymulatorów prawdziwie wolnego rynku. Korzystają z tego wszyscy – nawet ci, co towary zakupują nie w naszych spółdzielniach, lecz u firm nam obcych i konkurencyjnych. Nie rozumieją oni, że jeżeli w tych firmach uzyskują ceny dogodne i towar dobry, w wielkiej części jest to zasługą ruchu spółdzielczego. Wystarczy sobie przypomnieć pierwsze czasy zakładania „Rolników”. Zakładaliśmy „Rolnika” w Nakle. Istniała tam potężna firma Baerwalda. Rolnictwo skarżyło się, że jedyny ten na miejscu kupiec płacił ceny [skupu] o wiele niższe od wszelkich notowań. Zaledwie spisano protokół zakładający „Rolnika”, jeszcze „Rolnik” nie był zarejestrowany, a tym mniej nie zaczął działać, a już p. Baerwald z obawy przed przyszłą konkurencją zaczął podnosić ceny i dostosowywał je do rynku ogólnego13.
***
W latach międzywojennych ks. Adamski brał również czynny udział w życiu politycznym, pełniąc zarówno mandat posła, jak i senatora. W 1919 r. stworzył w Sejmie Narodowo-Chrześcijański Klub Robotniczy, następnie zaś powołał do życia partię pod nazwą Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Robotnicze, która następnie przekształciła się w Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy, aby ostatecznie przyjąć nazwę Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji. Pełnił wówczas nie tylko rolę przywódcy polskiej chadecji, lecz także był twórcą jej podwalin ideowo-programowych14. Na zaproszenie premiera Władysława Grabskiego brał czynny udział w przygotowywaniu reformy walutowej, kierował Drukarnią i Księgarnią św. Wojciecha w Poznaniu, a na Uniwersytecie Poznańskim prowadził wykłady z zakresu spółdzielczości.
Po zamachu majowym wycofał się z działalności politycznej i gospodarczej, oddając się przede wszystkim pracy duszpasterskiej. Poświęcił wówczas wiele uwagi powołaniu Akcji Katolickiej, opracowując statuty i zostając pierwszym dyrektorem jej Naczelnego Instytutu z siedzibą w Poznaniu. Ideę Akcji Katolickiej propagował bardzo mocno papież Pius XI, miała ona być w założeniu organizacją koordynującą i kontrolującą działania wszystkich organizacji i stowarzyszeń katolickich w poszczególnych krajach, za pomocą której usiłowano skuteczniej oddziaływać na sferę społeczną i doprowadzić do chrystianizacji czy też rechrystianizacji wszystkich dziedzin życia. Oczywiście tego rodzaju cele, które zostały przedstawione przez Piusa XI w encyklice Ubi arcano Dei, bliskie były zapatrywaniom ks. Adamskiego, który podkreślał niejednokrotnie potrzebę „odnowienia wszystkiego w Chrystusie”, konstatując, iż główną przyczyną problemów, z którymi boryka się współczesny świat, jest fakt, iż opuścił on drogę przez Chrystusa wskazaną, zerwał łączność z Bogiem i podeptał wolę Bożą. /…/ Do czasu zachowuje pozory życia pokąd w nim działają ostatki soków i sił, swego czasu zaczerpniętych z pnia Chrystusowego. Ale gałąź oderwana od pnia nie ma dopływu nowych sił i chociaż może jeszcze zrodzi liść nowy, chociaż zakwitnie pozorami rozwoju, owocu nie przyniesie a końcem jej być musi rozkład i zgnilizna. /…/ Świat ten więc jest skazany na to: albo marnie zginąć w rozbiciu duchowym i anarchii życia zbiorowego, albo ocalić się, wracając do Chrystusa. Innej nie ma drogi, innego nie ma sposobu ocalenia15.
W 1930 r. został mianowany przez Piusa XI biskupem katowickim. Diecezją tą kierował do końca życia, choć nie bez poważnych perturbacji związanych ze zmuszeniem go do jej opuszczenia w czasach okupacji przez władze niemieckie w 1941 r., a później z wydanym przez władze PRL w 1952 r. zakazem pobytu na jej terenie przez okres pięciu lat za rzekomą działalność godzącą w interesy społeczne Państwa Polskiego.
Zmarł 12 listopada 1967 r. w Katowicach, będąc wówczas najstarszym polskim biskupem. Mszę pogrzebową odprawił ówczesny metropolita krakowski, kard. Karol Wojtyła, natomiast mowę pożegnalną wygłosił prymas Polski kard. Stefan Wyszyński.
Uczeń i następca ks. Szamarzewskiego, ks. Wawrzyniaka, ks. Stychla, abp. Stablewskiego, zwolennik pracy organicznej, pozostawił po sobie ogromny wkład w różnych dziedzinach życia, był bowiem człowiekiem niesłychanej energii i pracowitości, skupiającym jednocześnie w swoich rękach wiele funkcji, poświęcającym uwagę równocześnie i z analogicznym zaangażowaniem różnorakim kwestiom. W szkicu pośmiertnym ks. Stanisław Szymecki pisał, iż jego cechą charakterystyczną było to, że: Ufał Bogu i ludziom. Wierzył człowiekowi. Wierzył w dobroć i uczciwość drugiego człowieka. Nie chodził w obawie, że go ktoś może nabrać albo wykorzystać. Nie posługiwał się nigdy ironią i nie kpił z człowieka. Miał wielki szacunek dla ludzi. /…/ Ks. Biskup, który nie bawił się w spekulację, widział zawsze konkretnych ludzi. Tak było w ciągu całego życia, kiedy poświęcał swój wolny czas i swoje siły organizując różne związki i fundusze dla człowieka, który potrzebował pomocy materialnej i moralnej16.
Przypisy:
1 S. Adamski, Pogląd na rozwój sprawy narodowościowej w wojew.[ództwie] śląskim w czasie okupacji niemieckiej, Katowice 1948.
2 X. St. Adamski, Kasy oszczędności w obrębie towarzystw, Poznań 1904.
3 Abp S. Szymecki, ks. inf. R. Rak, Biskup Stanisław Adamski jakiego nie znamy, Katowice 2003, s. 30.
4 Z życia i publicznej działalności biskupa Stanisława Adamskiego, do druku przygotował, wstępem i przypisami opatrzył A. Gulczyński, Poznań 2000, ss. 50-51.
5 Ibid., s. 53.
6 Ibid., ss. 63-64.
7 Tym mianem określa się spółdzielnie rolnicze i kasy pożyczkowe, których założycielem był niemiecki działacz społeczny Friedrich Wilhelm Raiffeisen (1818-1888). Różniły się od wcześniejszych organizacji pomocowych tym, że ich działalność koncentrowała się jedynie na gwarantowaniu pożyczek, a pożyczkobiorcy musieli być członkami związku. W Polsce na wzór kas Raiffeisena powstały w Galicji „Kasy Stefczyka”.
8 Z życia… op. cit., ss. 68-69.
9 Ks. S. Adamski, Najbliższe zadania spółdzielczości zorganizowanej w Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych. Przemowa wstępna na Sejmiku Spółdzielni wygłoszona dnia 25 września 1923 roku, Poznań 1924, s. 11.
10 Ibid., ss. 14-15.
11Tenże, Unia Związków Spółdzielczych w Polsce, Poznań 1929, s. 7.
12 Ibid., ss. 21-22.
13 Tenże, Przeszłość i przyszłość „Rolników”. Spółdzielni Rolniczo-Handlowych, Poznań 1924, s. 11.
14 Zob. Tenże, Zasady i dążenia Chrześcijańsko-Narodowego Stronnictwa Pracy, Poznań 1921; Tenże, Zadania Chrześcijańskiej Demokracji w Polsce, Poznań 1922.
15 Tenże, W służbie wielkiej idei, Warszawa b.d.w., ss. 12-13.
16 Ks. S. Szymecki, Kwitnąca jesień. Wspomnienie o zmarłym Biskupie Adamskim, „Gość Niedzielny” nr 3/1968.
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Krzyczeli, żeśmy stumanieni, / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! – „My, Pierwsza Brygada” (autor nieznany)
W kraju, gdzie postać Józefa Piłsudskiego stanowi jedną z najważniejszych „ikon” politycznych, mało kto pamięta o czołowym ideologu jego środowiska. W kraju, w którym niedawno rządziła partia nawołująca do „rewolucji moralnej”, niemal nikt nie wie, że już wiele lat temu ktoś posługiwał się tym hasłem.
Jeśli mówić o ruchu umysłowym obozu rządowego po maju 1926, to stworzył go właśnie Adam Skwarczyński – pisał Andrzej Micewski. Ale postać ta zasługuje na pamięć nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim jako „mózg” sanacji. Skwarczyński to wielki nauczyciel, który nieustannie przypominał, że życie publiczne to przede wszystkim problem moralny. Nauczyciel, który uczył jednocześnie patrzyć i w niebo, i na ziemię. Cel musi być wysoki, realizacja prawdziwa, przyziemna, niefałszowana pięknym słówkiem – tak wspominał go uczeń i współpracownik, Jan Hoppe.
***
Urodził się 3 grudnia 1886 r. w Wierzchni Polnej w Małopolsce Wschodniej, w zubożałej rodzinie ziemiańskiej. Jego ojciec, Wincenty, to uczestnik powstania styczniowego, zaś matka Maria była córką powstańca listopadowego. Po śmierci ojca, gdy chłopiec miał zaledwie dwa lata, rodzina przeniosła się do Lwowa.
Tu w roku 1898 rozpoczął naukę w gimnazjum. Należał do tajnych kółek samokształceniowych polskiej młodzieży. Do raczej standardowych, lecz głęboko przeżywanych lektur Mickiewicza, Słowackiego i Norwida wkrótce doszło zainteresowanie dorobkiem Żeromskiego i Wyspiańskiego, a także ideami Edwarda Abramowskiego i Stanisława Brzozowskiego. Tym właśnie inspiracjom pozostanie wierny całe życie. Wkrótce dołączyła do nich kolejna, tyleż ideowa, co personalna fascynacja – 17-letni Skwarczyński jesienią 1903 r. wziął udział w tajnym lwowskim odczycie dla młodzieży, poświęconym powstaniu styczniowemu. Prelegentem był Józef Piłsudski. Jemu też pozostanie wierny aż do śmierci.
Zaowocowało to politycznym zaangażowaniem. Ze szkolnym kolegą Tadeuszem Dąbrowskim założył organizację Polska Młodzież Narodowa Bezpartyjna. Łączyła hasła powstańczo-niepodległościowe z programem radykalnych reform socjalnych, bliska była „prawemu” skrzydłu Polskiej Partii Socjalistycznej. Grupą liczącą kilkaset osób kierował zakonspirowany, wzorowany na masonerii zespół „Świt”, w skład którego wchodził m.in. Skwarczyński. Chłopak sformułował wówczas tezę, że większość starszego pokolenia jest stracona dla sprawy niepodległości. Było to zbieżne z koncepcją Piłsudskiego, wedle której – jak zauważył Bohdan Urbankowski – proletariat zastąpiono młodzieżą jako grupą, która stanie się motorem napędowym przeobrażeń społecznych. Skwarczyński współredaguje międzyszkolne pisemko, pisze broszurę o metodach walki o „spolszczenie” galicyjskich szkół zaborczych, prowadzi prelekcje dla młodych robotników. Rozpoczyna studia polonistyczne na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Chce zostać nauczycielem, aby móc kształtować umysły młodego pokolenia.
Wkrótce, w 1908 r., następuje intensyfikacja jego działań. Regionalna sekcja PPS – Frakcja Rewolucyjna tworzy we Lwowie Związek Walki Czynnej, kuźnię kadr przyszłych oddziałów zbrojnych. W powołanej przy ZWC Niższej Szkole Wojskowej ukończył Skwarczyński kursy podoficerski i oficerski. W tym samym okresie w owym środowisku powstaje młodzieżowa, ponadpartyjna organizacja „Życie”, o programie socjalno-niepodległościowym – Skwarczyński zostaje sekretarzem jej władz, później przez rok jest przewodniczącym. Na początku 1909 r. wstępuje zaś do PPS-FR, będąc czołowym działaczem partii w lokalnym środowisku studenckim. Innym elementem tego ruchu jest młodzieżowe pismo „Promień”, w którym publikuje swe pierwsze teksty, a następnie wchodzi w skład redakcji. Wykłada również na kursach wojskowych ZWC. Gdy w 1910 r. Piłsudski we Lwowie tworzy Związek Strzelecki, Skwarczyński zostaje jego aktywistą. Rozpoczyna wówczas, po skończeniu studiów, pracę zawodową – najpierw w Rohatynie, a od 1912 r. we lwowskich gimnazjach. Jest także publicystą partyjnego pisma „Przedświt”.
W obliczu narastającego prawdopodobieństwa wybuchu wojny, Związek Strzelecki intensyfikuje prace szkoleniowe – Skwarczyńskiego mianowano najpierw komendantem grup młodzieżowych, a następnie Oddziału Żeńskiego, którego uczestniczki szkoli w pracy kurierskiej i wywiadowczej.
***
W pierwszym swym poważniejszym tekście, „Zagadnienia patriotyzmu polskiego”, Skwarczyński krytykował w „Promieniu” wiosną 1910 r. przeciwstawianie dążeń do niepodległości oraz postulatów socjalnych: Postępowe, rewolucyjne, socjalistyczne uzasadnienie patriotyzmu polega na uznaniu narodu za podstawę jedyną dla realizacji wartości ogólnoludzkich, stworzenia jak najdogodniejszych warunków pracy, twórczości i rozwoju. Koniecznym postulatem, wynikającym z takiego poglądu, jest niepodległość narodu. Prawdziwie owocna i prawdziwie odpowiedzialna praca odbywać się może tylko w obrębie samodzielnego organizmu państwowego, którym sam naród włada, a który nie jest zawisły od decyzji obcego rządu ani od obcego układu sił społecznych, na który nie możemy wysiłkami naszymi wpływać.
Ważny temat jego ówczesnych rozważań to krytyka „pracy organicznej” jako rzekomo jedynej właściwej metody działania w istniejących realiach politycznych. Czymże jest /…/ owa ideologia pokojowej, za wszelką cenę, pracy organicznej? Nie jest to nic innego jak propagowanie, z obywatelskim gestem, idei bezpiecznego kącika. Posada, warsztacik, sklepik dla mego gniazdka, mojej „rodziny Połanieckich”. Poza nią może się dziać, co chce – w ostrych słowach chłostał „organiczników” na łamach „Przedświtu” w 1914 r. Skwarczyński uważał, że gdyby nie potępiane przez „realistów” zrywy zbrojne, nie zaistniałyby warunki do pracy pokojowej. Jego zdaniem, to właśnie powstania i inne formy czynnego oporu sprawiły, że zaborcy zmuszeni zostali do poluzowania więzów krępujących polską aktywność – zaowocowały one reformą stosunków w rolnictwie i przyspieszeniem rozwoju przemysłu. Wyrzekanie się walki zbrojnej przez pozytywistów i endecję jest zatem nie tylko moralnie naganne (jako quasi-kolaboracja z wrogiem), ale i krótkowzroczne z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego ziem polskich. Nie znaczy to, że odrzucał „małe” formy działania – przeciwnie, uważał, że wartościowe są wszelkie pozytywne inicjatywy społeczne, przynoszące konkretne zdobycze materialne i przemiany świadomości. Nie należy jednak traktować ich jako celu samego w sobie – jest nim bowiem niepodległość, którą należy wywalczyć jak najszybciej – ani przeciwstawiać rzekomo szaleńczym inicjatywom spod znaku bojowego oporu wobec zaborców.
Bardziej oryginalnym, a w przyszłości kluczowym, aspektem jego młodzieńczego światopoglądu, była apoteoza czynu, przekształcania rzeczywistości wedle własnej woli. Skwarczyński sytuuje się tu w opozycji zarówno wobec „realizmu” środowisk konserwatywnych (robimy tyle, na ile warunki pozwalają), jak i nierzadko towarzyszącej postawom religijnym wiary w „cud” (realia odmienią się na lepsze za sprawą boskiej interwencji lub zbiegu okoliczności), ale także w kontrze do marksowskiego przekonania o deterministycznym charakterze procesów dziejowych. Nie uważał oczywiście, że „wszystko jest możliwe”, jednak wychodził z założenia, że kluczowy czynnik to swoiste „natężenie” woli ludzkiej, nadające moc sprawczą wysiłkowi zbiorowemu. Pisał w tygodniku „Życie” w tekście „Fetysze ideologiczne”: …chodzi nam o patriotyzm działania. Z tego, że jesteśmy Polakami, zgoła nic jeszcze nie wynika. Czyn nasz jest określony tym, czym być mamy i czym być chcemy… /…/ urojonym jest wszystko to, co nie jest przedmiotem samowiednego czynu naszego – fetyszem jest wszelki „żywioł”, który nas w działaniu ma wyręczać – a w rezultacie jest tylko formułką, która sankcjonuje nasz bezczyn.
***
W sierpniu 1914 r. jako oficer sztabu I Brygady Legionów wyruszył na front u boku Piłsudskiego. Wziął udział w walkach w okolicach Kielc. Wkrótce został zastępcą szefa Oddziału Wywiadowczego brygady, ponadto koordynował działania kurierskie i szpiegowskie grupy kobiecej. Następnie w stopniu podporucznika skierowano go jako przedstawiciela I Brygady do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Zajmował się m.in. nielegalnym werbunkiem ochotników do polskich oddziałów. Od marca do sierpnia 1916 r. ponownie brał bezpośredni udział – jako dowódca kompanii – w walkach frontowych, tym razem na Wołyniu.
Później został oddelegowany do Warszawy – Piłsudski powierzył mu reprezentowanie swego środowiska w Komendzie Naczelnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Jesienią 1916 r. wraz ze Stanisławem Thuguttem i Tadeuszem Hołówką rozpoczął Skwarczyński edycję nielegalnego pisma wyrażającego poglądy piłsudczyków – „Rząd i Wojsko”; w styczniu 1917 r. został redaktorem naczelnym. Tworzy wokół czasopisma ugrupowanie polityczne Związek Dobra Publicznego, jednak nie odegra ono większej roli. Warto jednak zacytować jego pisane po latach wspomnienia nt. owej organizacji: Związek Dobra Publicznego miał być organizacją o charakterze społeczno-moralnym, /…/ wypracowującą nowe metody skupienia się zespołu na podstawach bezwzględnego zaufania i bezwzględnej odpowiedzialności jednostki przed zespołem za wzięte na siebie obowiązki społeczne i za praktykowanie wyznawanych zasad.
20 czerwca 1917 r. Skwarczyński został aresztowany przez niemiecką policję w nielegalnej drukarni „Rządu i Wojska”. Uwolniony w październiku, wszedł w skład tajnej piłsudczykowskiej grupy Konwent, do jej centrum kierowniczego – Organizacji A. Wkrótce ponownie aresztowany, trafił do twierdzy w Modlinie, gdzie w więziennych warunkach podupadł na zdrowiu, rozwinęła się dotychczas lekka gruźlica. Wraz z kolegami przygotowuje ucieczkę za pomocą podkopu, jednak nie zdążyli z niego skorzystać. 12 listopada 1918 r. wyszedł na wolność już w niepodległym kraju.
Dwa dni później w „Nowej Gazecie” opublikował tekst „Straszak bolszewizmu”, wymierzony w tych, którzy blokują przeobrażenia społeczne. Skwarczyński, wierny swemu światopoglądowi, przekonuje, że po osiągnięciu pierwszego celu – odzyskaniu niepodległości, należy sięgnąć po drugi, reformy socjalne: Niesprawiedliwy porządek, hamujący rozwój narodu ku słońcu /…/, nazywają świętością nietykalną. /…/ Widzą tylko ciasny interes: To samo bożyszcze, o którym już pisał Mickiewicz w „Księgach narodu”, że jest najszkaradniejsze.
Wkrótce został redaktorem naczelnym wspomnianej „Nowej Gazety”. W styczniu 1919 r. dziennik przekształcono w „Gazetę Polską”, która pod wodzą Skwarczyńskiego ukazywała się do końca listopada tego roku. Wznowił też edycję tygodnika „Rząd i Wojsko”. W kwietniu 1920 r. inicjuje kolejne pismo – dziennik „Naród”. Wszystkie te gazety były organami nieformalnego środowiska piłsudczykowskiego, na ich łamach formułowano oceny sytuacji bieżącej, wykuwała się także doktryna grupy w nowej sytuacji – w wolnej Polsce. Skwarczyński był czołowym publicystą wspomnianych periodyków, wyrósł też na jednego z głównych ideologów swego obozu. Zasadniczy temat jego ówczesnych rozważań to sytuacja geopolityczna – wojna z sowiecką Rosją, zabezpieczenie granicy wschodniej oraz powołanie federacji krajów „międzymorza”, aby wytworzyć przeciwwagę dla wpływów rosyjskich. Sam zresztą w obliczu najazdu sowieckiego zgłosił się na ochotnika do wojska, nie brał jednak bezpośredniego udziału w walkach – ze względu na stan zdrowia objął stanowisko w Wydziale Oświaty i Kultury MSW.
Stosunek wobec „sprawy wschodniej” sprawił, że ostrze jego krytyki kieruje się wówczas głównie przeciwko endecji, tradycyjnie „filorosyjskiej” i niechętnej wobec „agresywnej” polityki Piłsudskiego na wschodnich rubieżach państwa. Jednak spór Skwarczyńskiego z endecją dotyczy również, a może nawet głównie stosunku wobec reform socjalnych. Uważa, że stronnictwo Romana Dmowskiego, choć mówi o interesach narodowych, jest de facto głosem warstw posiadających. Stąd też wynika niechęć narodowców wobec przeobrażeń socjalnych i ustrojowych oraz próby kanalizowania radykalnych nastrojów mas za pomocą kreowania mniejszości narodowych na kozła ofiarnego. Na łamach „Rządu i Wojska” w styczniu 1920 r. pisze: Ani sprawy konstytucji, ani reformy agrarnej, ani ochronnego ustawodawstwa robotniczego, ani sprawy waluty, przemysłu i aprowizacji kraju /…/ – nie rozstrzygnie się podniosłym okrzykiem „Bóg i Ojczyzna” lub mniej podniosłymi hasłami antysemickimi.
Wierny jest młodzieńczym postulatom socjalistycznym, ale gra toczy się o coś więcej – o cywilizacyjny rozwój Polski. Polska przywileju szlacheckiego /…/ nie różni się od Zachodu wielkością ucisku społecznego, bywał on tam nawet jeszcze większy niż u nas. Ale gdy na Zachodzie na gnojnym ugorze tej ujarzmionej pracy wyrastała potęga państw i dorobki kultury, to u nas jej owocem była swawola bezpłodnej kulturalnie i państwowo klasy wiecznie niedojrzałych starych dzieci, bądź bezgranicznie krótkowzrocznych sybarytów. Z podobnych względów podjął także krytykę Kościoła – choć nie bez znaczenia było poparcie kleru właśnie dla endecji oraz ataki na piłsudczyków jako „bezbożników” i „bolszewików”. W 1920 r. propagował tzw. kościół narodowy (dość silny wśród Polonii amerykańskiej, zdobywający pewne przyczółki także w kraju) i ograniczenie autonomii struktury organizacyjnej Kościoła katolickiego. Wątek ów został jednak szybko wyciszony ze względów taktycznych, bowiem piłsudczycy nie chcieli eskalować tego konfliktu.
Doktryna narodowej demokracji to wedle niego obcy „przeszczep”, naśladownictwo analogicznych tendencji z krajów Zachodu, niezakorzenione w miejscowym etosie. Jeśli stronnictwo Dmowskiego odrzuca tak ważne elementy rodzimej tradycji, jak dorobek epoki romantyzmu, jeśli potępia powstańcze zrywy narodowowyzwoleńcze, to jego zdaniem ponad tradycję narodową przedkłada zagraniczne doktryny, obce „duszy polskiej”. W szkicu „Rozwój idei narodowej a Narodowa Demokracja” pisał o dwóch programowych manifestach endecji – „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowskiego i „Egoizmie narodowym” Zygmunta Balickiego, iż charakterystyczną cechą obu tych książek jest to, że nie wyłaniają się one z żadnej tradycji ideowej polskiej; choć słowa „tradycja” używają na każdej niemal stronicy /…/. /…/ są zlepkiem utartych „trzeźwych prawd” moralnych oraz /…/ spopularyzowaniem wzorów angielskich, niemieckich, japońskich – wypowiedzianym za pomocą /…/ modnej wówczas terminologii pozytywistycznej i ewolucjonistycznej /…/.
***
Skwarczyński bronił dziedzictwa romantyzmu przed endekami, gdyż było ono dlań rdzeniem polskości, najwyższym wykwitem geniuszu narodowego. To nie tylko literatura, nie trend poetycki – przeciwko takiemu rozumieniu romantyzmu protestował, nie godząc się na przykrawanie go do szkolnych formułek. Wedle Skwarczyńskiego, polscy romantycy stworzyli samoistny, niezwykle oryginalny nurt filozoficzny i kulturowy, nie mający wiele wspólnego – wbrew obiegowej opinii – z analogicznymi trendami w innych krajach.
Sięgał tu po analizę Brzozowskiego, którego rozprawę „Filozofia romantyzmu polskiego” uznawał za najlepsze odczytanie ducha tamtej epoki. W ślad za nim przekonywał, że romantyzm polski jako jedyny trafnie rozpoznał pełnię nauki chrystusowej (ale także innych wielkich tradycji religijnych), jako wezwania do wzniesienia ludzkiego ducha na wyżyny. Człowiecza wolność, geniusz twórczy, czyn, miały być swoistym moralnym obowiązkiem, świat konieczności zaprzeczyć i świat swobody porodzić z siebie, jak pisał w recenzji pracy Brzozowskiego. To ludzka wolność tworzenia, ale wysoce moralna, skierowana zawsze ku górze, nie dołowi, będąca drogą ku samostwarzaniu i samowładztwu, stanowiła wedle niego kwintesencję bożego Słowa.
Jako taki stał się więc romantyzm polski także przesłaniem dla całej ludzkości. Szczególnie ważny jest jednak na gruncie narodowym, bowiem tu zespoliły się jego mistyczne i etyczne aspekty z realiami zaborów. Literatura stała się w Polsce, mocno jak nigdzie indziej, natchnieniem do zmagań z uciskiem narodowym. I nie tylko narodowym, gdyż Skwarczyński podkreślał, jak bardzo splątane są idee romantyzmu z postawami i projektami emancypacyjnymi, z polskim radykalizmem społecznym, z nową moralnością, która odrzuca poddaństwo również wewnętrzne, klasowe.
Jednak w tym właśnie aspekcie odchodził od romantyzmu. Uważał, że ze względu na realia epoki, czyli brak własnego państwa, nurt ten rozwinął się jednostronnie – pozbawiony możliwości konkretnej pracy społecznej, nieproporcjonalnie wiele oczekiwań pokładał w przeobrażeniach dokonujących się dzięki bożej łasce czy duchowi dziejów. Choć jako poetów najbardziej cenił Mickiewicza i Słowackiego, ideowo bliższy był mu Norwid, akcentujący znaczenie pracy jako instrumentu przekształcania ducha indywidualnego i zbiorowego. Za najbardziej „udanego” adepta dziedzictwa romantyzmu uważał Stanisława Szczepanowskiego, który wizje i wskazania moralne wieszczów potrafił przekuć – nie spłycając ich – w dokonania na niwie gospodarczej, organizacyjnej itp. Paradoksalnie, Skwarczyński ideowe dziedzictwo romantyzmu zalecał uzupełnić praktyką niemal pozytywistyczną. My żyjemy w innej epoce /…/ Nasz czyn musi więc być „dopełnieniem w życiu własnym i sercu” – ale równie silnie musi być dopełnieniem w rzeczywistości nas otaczającej: w rzeczywistości materialnej i społecznej. /…/ musi naród polski przemienić misję swą na zadania konkretne, domagające się wykonania dziś i jutro – pisał w recenzji pracy Brzozowskiego.
***
Choć głównym przeciwnikiem politycznym i ideowym była dlań prawica, wkrótce skierował polemiczne ostrze również w stronę lewicy. Początkowo w PPS-ie i lewicujących stronnictwach chłopskich widział sojusznika, co miało wszak silne uzasadnienie w niedawnej przeszłości. Nie porzucił postulatów prospołecznych, popierał lewicowe rozwiązania ustrojowe, jak wybór prezydenta w wyborach powszechnych, był przeciwny instytucji Senatu. Uważał, że to lewica byłaby najlepszym gospodarzem kraju. Posiada ona ku temu racje moralne, jako ci, którzy popierali „insurekcjonistyczną” politykę wobec zaborców zamiast endecko-konserwatywnego lojalizmu, a także sformułowała wizję modernizacji państwa i społeczeństwa, dającą możliwość przezwyciężenia dystansu cywilizacyjnego wobec krajów, które rozwijały się bez jarzma niewoli.
Jednak tak, jak endecji zarzucał reprezentowanie interesów posiadaczy, tak i lewicę spotkała krytyka za to, że przedkłada interesy klasowe ponad dobro państwa. Naród dzieli się na klasy i interesy klas dotąd upośledzonych są tymi potężnymi dźwigniami, które podnoszą ku górze sprawę doskonalenia się społecznego narodu. Ale chodzi o to, by klasa, dochodząc do znaczenia i do władzy, umiała myśleć kategoriami obejmującymi całość sprawy narodu i państwa /…/. Żeby ciasno i egoistycznie pojęty interes klasy nie przysłaniał tego zadania naczelnego /…/ – pisał w 1920 r. Tymczasem, jego zdaniem, stronnictwa lewicowe przesadnie akcentowały interesy klasowe.
Na ów konflikt wpływ miały niewątpliwie względy przyziemne – socjaliści i lewica chłopska radzili sobie w niepodległej Polsce bez sojuszu z obozem Marszałka, w dodatku byli sceptyczni wobec militarystycznej „polityki wschodniej”. Natomiast piłsudczyków coraz bardziej marginalizowano – nie potrafili stworzyć reprezentacji parlamentarnej, tracili stanowiska w instytucjach państwowych, a sam Piłsudski był stopniowo odsuwany od wpływu na siły zbrojne.
Ale nie tylko w tym tkwiły przyczyny sporu. Jego sednem stała się walka z „partyjniactwem”, czyli z partykularnymi postawami oraz z przedkładaniem sloganów ponad konkretną pracę. W 1922 r. Skwarczyński pisał: Śmiało można rzucić dziś pytanie: czy np. dzięki frazesom „programowym” i /…/ stronnictwom politycznym /…/ choć jedna z dziedzin życia narodowego: polityka zewnętrzna, przemysł, szkolnictwo, armia, administracja, nauka, zyskała coś więcej oprócz kamieni na drodze; czy dzięki programom partii politycznych /…/ Polska zyskała choć jedną szkołę, jednego żołnierza czy armatę, jedną maszynę czy fabrykę. Takie stanowisko otwierało Skwarczyńskiemu drogę do stworzenia nowej jakości na gruncie polskiej myśli ideowo-politycznej.
***
Na początku 1922 r. powołał do życia kolejne pismo – dwutygodnik (później miesięcznik) „Droga”. Stało się ono teoretycznym organem obozu piłsudczykowskiego oraz miejscem kształtowania jego ideologii. Główne zręby linii programowej to oprócz oczywistego w tych kręgach kultu Piłsudskiego oraz afirmacji tradycji romantycznej, również znacznie bardziej nieszablonowe koncepcje. W sferze etycznej to przede wszystkim apoteoza Czynu i Pracy, przeciwstawionych determinizmowi i teoretyzowaniu. W sferze politycznej było to przedkładanie państwa i dobra publicznego nad partykularne interesy oraz – w wymiarze praktycznym – przeciwstawienie „partyjniactwu” i demokracji parlamentarnej silnej władzy, wspartej jednakże o mobilizację mas w organizacjach społecznych. W sferze ekonomii – radykalizm społeczny, jednakże w wersji „nieklasowej”, przybierający postać koncepcji etatystycznych w gospodarce oraz wątków syndykalistycznych w dziedzinie organizacji świata pracy.
W artykule programowym w pierwszym numerze „Drogi” zawarł Skwarczyński znamienne przesłanie. Życie dawne /…/ każe nam dziś /…/ nie sięgać wysiłkiem w jutro, /…/ ograniczyć się do Polski streszczonej w programach i ideałach sytego chama i sklepikarza, w myśli zapatrzonego w prawo do lenistwa proletariusza, w duchu dewotki i stróża porządku, chcących uzyskać prawo do świata bez wysiłku, bez trudu, raju niemocy /…/. Prawdę nowego życia ludzie ci /…/ chcą nagiąć do swoich wygód i spokoju. Ale ich czas już mija: Muszą wyrosnąć czynniki, które oczyszczą życie państwowe Polski z tego wszystkiego, co żeruje na rzeczywistym wysiłku kraju /…/. Musi powstać człowiek i warstwy, które /…/ rozsadzą /…/ zakrzepłe, zatęchłe z czasów jezuityzmu i racjonalizmu formy /…/ Przeciwstawią one produkowaniu nieudolnych moralnie i fachowo do czynu ludzi wychowanie wszystkich zdolności, sił fizycznych, moralnych i intelektualnych, wychowanie człowieka woli i czynu, człowieka pracy i myśli zbiorowej. /…/ Ilekroć w nowym wysiłku rozrosną się formy nowego życia, o ile mocniej odetchnie człowiek wolny i szerzej obejmie władzę nad światem – głośniej zahuczy maszyna, mocniej uderzy młot i dalej zagłębi się pług w ziemię oraną; o ile naród nasz, nie lękając się przemocy obcych, silniej wykuwać będzie organa życia i potęgi; o ile wyżej sięgnie uczucie i westchnienie człowieka ku Bogu; o ile głębiej wniknie myśl w tajnie żywota; pewni bądźmy: i pień twardy wieczysty drzewa, tradycja – i liść i kwiat doroczny, bunt – będą służyły Życiu wiecznemu, prawdzie.
Znamienna była też atmosfera w redakcji „Drogi”. Z okazji 10-lecia edycji pisma, Skwarczyński pisał: „Psychologia awangardy” – tak można by streścić postawę duchową „Drogi”; psychologia małej garści, wdzierającej się w nowe dziedziny, ale nie dla samej tylko rozkoszy nowych doznań i myśli, lecz w poczuciu, że za nią idzie z zamiarami trwałej budowy „siła główna”. Owa siła główna to oczywiście obóz piłsudczykowski.
***
Należał Skwarczyński do tej części swego pokolenia, której rozczarowanie odrodzoną Polską opisał w „Przedwiośniu” Stefan Żeromski. Wierzył, że niepodległa ojczyzna nie tylko wespnie się na wyżyny rozwoju, ale w dodatku dokona tego zgodną, wytężoną pracą ogółu obywateli. Zamiast tego przyszła szara rzeczywistość. Po latach pisał: Walka o władzę… pozorna: bo w niej o zaszczyty, o wpływy, o zyski, o satysfakcję wreszcie chodziło, a nie o odpowiedzialność. Wyścig demagogiczny partii – poniżający człowieka, bo ogłupiający go fantastycznymi hasłami i obietnicami w celu wyłudzenia dla siebie poklasku, popularności, mandatów. Wyścig do tanich zysków, karier, zaszczytów.
A na dodatek dezawuowanie znaczenia i marginalizowanie roli publicznej tych, którzy położyli podwaliny pod niepodległość. Obóz piłsudczykowski to dlań nie tylko bohaterowie wygranej batalii o wolną Polskę. Ich czyn zbrojny i postawa znamionowały coś znacznie większego – przezwyciężanie zastanych realiów, zdolność wyrośnięcia aktem własnej woli ponad siebie samego. Manifestem ideowym Skwarczyńskiego z owego okresu stał się artykuł z „Drogi” o znamiennym tytule „Historia posłuszna woli ludzkiej” – i równie znamiennym podtytule „W dziesięciolecie Legionów”. Autor kreśli w nim obraz legionistów jako grupy, która wbrew atmosferze epoki – „zatęchłej rupieciarni” – oraz uwarunkowaniom politycznym, osiągnęła wielki cel. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. /…/ poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. /…/ Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardzo rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej /…/. /…/ uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, /…/ szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakim ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.
Ten etos i ci ludzie powinni zatem „opanować” Polskę, jeśli wspiąć ma się ona na wyżyny, wbrew niekorzystnym, zdawałoby się, uwarunkowaniom. Jest to bowiem naturalna elita, o której pisał wręcz, że pod zaborami stanowiła jakby osobny, nieliczny, szlachetny naród. Już w 1921 r. na łamach „Rządu i Wojska”, Skwarczyński przeciwstawiał ich czyn ogółowi: Zbyt znikomo mała część narodu włożyła w sprawę niepodległości pracę i ponosiła dla niej ofiary. /…/ Ogół narodu odczuł uzyskanie niepodległości jako dar, a przeto nie doceniał jej wagi, nie mógł traktować jej jako rzeczy z własnej krwi i kości zrodzonej. /…/ Tę zatem lukę w psychice naszej /…/ zapełnić musi ów okres nowy /…/ systematycznej, budującej pracy. /…/ Do tej pracy trzeba nie mniejszej mocy moralnej, nie mniejszego rozpędu i nie mniejszej odwagi niż do walki orężnej. Muszą do niej /…/ stanąć ci ludzie, którzy najwięcej okazali dojrzałości narodowej, najwięcej zrozumienia istoty i potrzeby samodzielnego bytu i najwięcej wartości moralnych. Dźwignęli oni wśród pożogi miecz Polski, narzucili światu i narodowi swemu, zgnuśniałemu w niewoli, prawo jego bytu. Teraz w dumnym jego cieniu rozpocząć muszą orkę i zasiew, bo to tylko druga postać tej samej pracy. Innymi słowy: dowódcy z lat wojny powinni zostać liderami w czasie pokoju.
***
W 1924 r. Skwarczyński przewodził próbie powołania politycznej reprezentacji tego środowiska – Konfederacji Ludzi Pracy. Nie wyszła ona jednak poza stadium organizacyjne i programowe. Realia były niekorzystne – piłsudczycy coraz bardziej tracili wpływ na politykę państwa, głównie na rzecz znienawidzonej endecji. Punktem zwrotnym stał się przewrót majowy.
Redaktor „Drogi” należał do ścisłego grona doradców Marszałka, którzy zostali wtajemniczeni w plany zamachu. Tydzień po przejęciu władzy przez piłsudczyków zaczął Skwarczyński wydawać pismo „Nakazy Chwili”, które opatrzył podtytułem „Sprawie Rewolucji Moralnej w Polsce”. W ostrych słowach chłoszcze w nim prawicę, wychwala nową władzę, zapowiada daleko idące przemiany społeczne. Żywot pisma nie trwa długo. Piłsudski jest pragmatykiem, ogłasza, że zrobił „rewolucję bez rewolucyjnych konsekwencji”, nie podejmuje wielkich reform, a w pierwszym szeregu jego ekipy stają raczej technokraci i organizatorzy niż ideowcy. Skwarczyński usuwa się w cień, jednak nie żywi urazy – przekonany o geniuszu Piłsudskiego, uważa też, że to dopiero początek zmian, które potrwają lata i stopniowo obejmą wszelkie dziedziny życia. Chce służyć „nowej Polsce” bez ambicji wysuwania się na czoło i z ufnością, że jego wizje będą realizowane prędzej czy później.
Przewrót majowy to dla niego punkt zwrotny w dziejach kraju. Oczywiście nie bez znaczenia jest sam triumfalny powrót obozu piłsudczykowskiego do władzy, jednak „rewolucja majowa” to dla Skwarczyńskiego coś o wiele bardziej istotnego. Przede wszystkim postrzega powodzenie akcji Marszałka jako potwierdzenie teorii o znaczeniu siły woli w kształtowaniu rzeczywistości. To niejako powtórka czynu legionowego, gdy zdeterminowana garstka wbrew, zdawałoby się, zdrowemu rozsądkowi i niekorzystnym okolicznościom, osiągnęła swój cel.
Przewrót majowy zajmuje miejsce w jego wizji dziejów Polski jako kraju, gdzie rozwój dokonuje się w sposób skokowy, dzięki natężeniu siły sprawczej, przeciwko ograniczeniom sytuacyjnym i determinizmowi. W programowym tekście „Prawda jedyna o czynie ludzkim” głosi: Gdzież więc – jeśli nie tu prawda czynu, ta prawda, która u nas już tyle razy w świetnych blaskach zorzy „romantycznej” świeciła, gdzież więc, jeśli nie tu ta prawda objawiona człowiekowi być powinna? Gdzież jeśli nie tu. Tu były puste i szare epoki, tu był leniwy i bierny ogół. A na tym tle heroizm ludzki zmagał się z szarzyzną i biernotą – samotny tak, jak samotny jest człowiek we wszechświecie i tak zuchwale dumny, jak dumnym stanie się człowiek, gdy pojmie, że prawda jest tylko w jego czynie.
Warto wspomnieć, jak Skwarczyński postrzegał swoje środowisko. W liście otwartym do Tadeusza Hołówki pisał: Tymi odpowiedzialnymi pionierami nowej przyszłości – możemy /…/ być tylko my. Co znaczy to „my” – wiesz dobrze. Nie jest to partia żadna, ani organizacja, jawna czy tajna. /…/ Są to ludzie Nowej Polski, ci, którzy niepodległymi /…/ byli już przed wojną, bo ich dusz niewola ani nie spodliła, ani nie wyjałowiła, ludzie, którzy /…/ mają w sobie niepohamowany pęd naprzód i głęboką pogardę dla wszelkiego „interesu” /…/.
Jak pisał Leszek Kamiński, wedle Skwarczyńskiego Mandat do władzy w Polsce daje piłsudczykom właśnie to, że są oni spadkobiercami romantyków /…/. Moralne prawo do „rządu dusz” daje Piłsudskiemu i legionistom fakt, że oni właśnie urzeczywistnili swoją walką Mickiewiczowskie hasło „mierz siły na zamiary”, że stanęli jak opisani przez poetę „ludzie szaleni”, wbrew „ludziom rozsądnym” /…/. Dorobku moralnego Legionów nie można zaprzepaścić, trzeba go w narodzie upowszechnić. Stąd właśnie wzięła się Skwarczyńskiego koncepcja „rewolucji moralnej”. Przewrót majowy miał wyzwolić nowe siły etyczne w narodzie, podciągnąć go w górę, ku wyżynom, na których znajdowali się wedle niego dawni legioniści, a w ten sposób na nowe tory pchnąć całą Polskę.
Wyszedłszy od wspomnianej tezy o „dwóch narodach”, tj. bojowej i szlachetnej garstce, która wywalczyła niepodległość, oraz biernej większości, której wolna Polska „spadła z nieba”, przekonywał Skwarczyński, iż: Rewolucji moralnej naród, opętany biernością, nie podjął. Podjął ją Piłsudski, ale dokończyć i utrwalić musi ją naród, bo inaczej nie byłaby ona rewolucją moralną. /…/ w tej chwili hasłem być musi: „Wszystko dla Polski i jej odrodzenia – nic dla Polaków”. Polacy zbyt długo gnuśnieli w bierności, by w tej chwili jedynym dla nich nakazem nie było tylko to jedno: ofiara. Ofiara z dóbr osobistych, z pragnień i aspiracji najsłuszniejszych na rzecz państwa, które zbiorowym wysiłkiem uczynić musimy przybytkiem najwyższego podniesienia duchowego i twórczego wszystkich obywateli i narzędziem walki o najszczytniejszą przyszłość narodu i ludzkości. W 1933 r. przekonywał, że Sprawa kształtowania duszy nowego człowieka, będąc najtrudniejszą, jednocześnie jest najbardziej zasadniczą, podstawową. Wiara, że fakty materialne, przemiany ekonomiczne kształtują automatycznie nowy typ człowieka, zbankrutowała. /…/ Trwałą podstawą pomyślnej przyszłości w rozwoju materialnym i organizacyjnym, oraz pięknych zdobyczy w dziedzinie ideowej i kulturalnej będą tylko charaktery ludzi.
Jan Hoppe pisał: Dla Skwarczyńskiego nade wszystko jasnym było to, że zły człowiek nie zdoła tworzyć rzeczy dobrych i pięknych, że żądni zysków i pragnący dobrych interesów ludzie, nie stworzą tej innej, nowej, tak patetycznie zapowiadanej i idealistycznie pojmowanej przyszłości.
***
Polem i zarazem narzędziem rewolucji moralnej miał stać się czyn, który w epoce niepodległości powinien przybrać postać pracy – nad sobą oraz dla dobra ojczyzny, wzajemnie się dopełniając. Mamy zbudować nową Polskę i nowego w Polsce człowieka. Tej budowy nie zaczniemy wznosić samym umysłem, samym myśleniem, samymi ideami, programami. /…/ Budowa ta bowiem odbywa się przez wyrabianie charakterów i moralności, a te wartości można tylko wypraktykować. Skwarczyński uważał, że w czasie pokoju należy krzewić wzorce „małego heroizmu”. Typy sportowców-lotników Żwirki i Skarżyńskiego, konstruktora Wigury /…/ są typami niepodległymi przyszłości, a rodzić się mogą i rodzą się coraz częściej w każdym zawodzie. Typ tego bezrobotnego, który na pożyczkę narodową przyniósł przechowane od lat złote monety, bo chciał wzmocnić /…/ państwo, jest typem moralnym tej samej rasy – przekonywał.
Pracę rozumiał dwojako. Nie tylko o wysiłek każdego Polaka z osobna mu chodziło, nie tylko o zespolenie owych wysiłków w dzieło zbiorowe. Polska miała stać się „państwem pracy” (taki tytuł przybrał nb. organ prasowy Legionu Młodych, którego „guru” był – o czym później – Skwarczyński). W 1923 r. z goryczą pisał w „Drodze”, iż wbrew wszelkim szumnym hasłom, głoszonym wszędzie i przez wszystkich, praca, w żadnej swej postaci, nie daje dziś w Polsce ani siły, ani znaczenia, ani honoru, nie zapewnia nawet możności życia i utrzymania. Panuje natomiast kapitał i to nawet nie kapitał produkcyjny, ale kapitał spekulacyjny i pasożytniczy. Tymczasem, jak streszczał jego poglądy Hoppe, Praca musi wyznaczać miejsce w życiu, a nawet w hierarchii społecznej.
Polska miała stać się krajem, w którym zaznaczy się przewaga Pracy nad Kapitałem – nie na darmo przewrót majowy określał Skwarczyński mianem „rewolucji żołnierskiej i robotniczej”. Choć on sam nie formułował szczegółowych wskazówek w tej dziedzinie – tym zajmowali się jego współpracownicy, jak ideolog polskiego etatyzmu, Stefan Starzyński, a cały zespół „Drogi” inicjował takie wydarzenia, jak np. monumentalne wydawnictwo „Na froncie gospodarczym” – to rozproszone wzmianki nie pozostawiają wątpliwości w kwestii jego poglądów. W 1928 r. stwierdzał: Linia postępowania obozu „piłsudczyków” w tych sprawach jest ustalona; /…/ a streszcza się w roli państwa nie tylko jako regulatora życia ekonomicznego, lecz jako czynnika inwestującego i kierującego nim – w imię interesów ogółu, a mimo lub nawet wbrew interesom partykularnym prywatno-kapitalistycznym.
Nie znaczy to, że Skwarczyński zajmował stanowisko klasowe, bliskie socjalistom. Był to raczej swoisty solidaryzm narodowy – swoisty, bo zakładający prymat świata Pracy, jednak mającego na uwadze dobro wspólne, stan państwa. Reforma społeczna oprzeć się u nas będzie mogła nie na zwycięstwie siłą jednej klasy nad innymi /…/, chociażby to nawet było zwycięstwo „klas pracujących”. Oprze się ona na gruntownej zmianie stosunku człowieka do zawodu swego i warsztatu, jako nie do środka zarabiania na życie, ale do instrumentu wybranej z powołania twórczości – pisał tuż po przewrocie majowym we wspomnianym liście do Hołówki.
Właśnie w tej kwestii zaciągnął największy dług ideowy u Brzozowskiego, który postulował „przetworzenie pracy z musu w przedmiot miłości i swobody”. W całej logice dzisiejszego porządku społecznego i /…/ panującej ideologii – tak mieszczańskiej, jak i robotniczej – praca nie jest połączona wewnętrznymi węzłami ze swym przedmiotem, z produktem – jest odeń moralnie oderwana, jest on dla niej obojętny – pisał Skwarczyński w artykule „Rola inteligencji w ruchu zawodowym świata pracy”. Zmiana tego stanu rzeczy nie zależy jednak tylko od reform socjalnych, przeobrażenia stosunków własnościowych czy od polepszenia warunków pracy. Musi ona stać się także przedmiotem wytężonych wysiłków samych pracowników najemnych i ich organizacji zawodowych. Relacja człowiek – praca, musi objąć aspekt etyczny, duchowy, nie tylko materialny. Pracownik powinien doskonalić się w wykonywaniu swych obowiązków, wkładać w nie serce, zaś związki zawodowe mają za zadanie nie tylko dbałość o warunki zatrudnienia, lecz także działalność edukacyjną i wychowawczą, by ułatwić zawodowe doskonalenie siebie oraz metod i warsztatów swej pracy i w ten sposób przetworzyć ludzi pracy z najemników na twórców.
***
Piłsudczycy, a wśród nich Skwarczyński, byli przekonani, iż dobrem najwyższym jest państwo. Ta „świętość” to zarówno efekt odzyskania niepodległości oraz odczuwanego zagrożenia ze wschodu i zachodu, ale także skutek przekonania, że państwo i jego wysiłki są kluczową płaszczyzną organizacji życia narodu. Obóz ten krytycznie traktował wszelkie pomysły spod znaku „państwa-minimum”, motywowane czy to gospodarczo, czy z punktu widzenia swobód obywatelskich. Uważano, że tylko silne i sprawne państwo zapewni właściwy rozwój Polsce i jej mieszkańcom. Ponieważ jednak państwo było w ich odczuciu słabe – zarówno z instytucjonalnego, jak i mentalnego (skutek dziedzictwa zaborów) punktu widzenia – uważali, że konieczne są wzmożone wysiłki na rzecz jego wzmocnienia.
Skwarczyński u schyłku lat 20. krytykował stanowisko, zgodnie z którym Mówi się ciągle obywatelowi o obowiązkach, jakie wobec niego ma rząd i państwo, ale przemilcza się systematycznie obowiązki obywatela /…/. Kwintesencję jego poglądów na to zagadnienie stanowi podsumowanie pracy zbiorowej „Pod znakiem odpowiedzialności i pracy”, będącej zapisem dyskusji organizowanych pod kierunkiem Skwarczyńskiego. Pisał tam następująco: Zawsze mówmy ludziom w pierwszym rzędzie o ich obowiązkach, a nie o uprawnieniach. /…/ Wykreślić z naszego słownika słowa „Protestujemy” i „Żądamy” – i zastąpić je słowami: „Dążymy”, „Pracujemy”. Wykreślić słowo „Interes”, nawet w znaczeniu „interes zbiorowy” – a zastąpić je słowem „Służba”.
Nie oznacza to, że redaktor „Drogi” uważał, iż „jednostka niczym”, że państwo powinno być „totalne”, a obywatele posłusznym stadem owiec. Stworzył koncepcję, która stanowiła „trzecią drogę” między liberalną demokracją parlamentarną a totalitarnymi reżimami faszystowskimi i komunistycznymi. Nazwał ją „uspołecznieniem państwa”. Termin ten zaczerpnął od jednego z prominentów obozu piłsudczykowskiego, Walerego Sławka, jednak znacznie rozwinął i pogłębił jego koncepcję. Uważał, że państwo jest silne nie wtedy, gdy odbierze obywatelom ich inicjatywę, lecz gdy potrafi powiązać ją z celami ponadpartykularnymi. Chodziło o stopniowe rozkładanie odpowiedzialności za państwo na szerokie sfery zorganizowanego społeczeństwa /…/ na barki związków społecznych: gospodarczych /…/, zawodowych /…/, oświatowo-kulturalnych, wychowawczo-wojskowych itd. W tekście „O podstawy demokracji” przekonywał, że /…/ wciągnąć musimy do współpracy wszystkich ludzi, posiadających dobrą wolę i ambicję twórczą, których niejednokrotnie dzielą dzisiaj różne hasła i przekonania, a których złączą dyscyplina moralna zaufania, poszanowanie człowieka i kult „wielkiego zbiorowego obowiązku”.
Jak wspomniałem, redaktor „Drogi” negatywnie oceniał „rozdrapywanie” Polski przez grupy interesu skupione w stronnictwach politycznych. Zapewne część tej niechęci wynikała z fiaska piłsudczykowskich projektów partyjnych, jednak towarzyszyła jej bardziej wnikliwa diagnoza. Zgrupowani wokół „Drogi” autorzy – w tym czołowy polski ideolog syndykalizmu, Kazimierz Zakrzewski, autor książki „Kryzys demokracji” – uważali, że wyczerpała się dotychczasowa formuła polityczna. Kryzys demokracji jest faktem przede wszystkim w znaczeniu przeżycia się obowiązującej w niej ideologii oraz zbankrutowania form organizacyjnych – pisał Skwarczyński w 1926 r. Uważał, że zdobycz rewolucji francuskiej, jaką było wyrwanie człowieka z ograniczeń ancien régime’u, została w demokracji parlamentarnej zatracona wskutek „masowego” postrzegania obywateli-wyborców. Zwycięstwo takiego czy innego programu miało być osiągnięte drogą liczby: takim czy innym głosowaniem. Większość miała być tym, co załatwi sprawę. /…/ Liberalizm zmarnował zdobycz Wielkiej Rewolucji: wyzwolenie człowieka; nie wciągnął tego człowieka w ustrój społeczny, tylko jego surogat: abstrakcyjną jednostkę. Toteż zadaniem /…/ jest wcielić pełnego, odpowiedzialnego człowieka w pracę zespołową – przekonywał w 1932 r. w piśmie „Jutro Pracy”.
Już 10 lat wcześniej konstatował, że coraz powszechniejsze jest znienawidzenie partii i ich polityki sejmowej natomiast coraz wyraźniejsze – obejmowanie życia publicznego przez organizacje społeczne /…/. Rozwijają się świetnie i koncentrują związki samorządów wiejskich i miejskich, zamiast „stronnictw” ludowych coraz silniej do głosu dochodzą chłopskie zrzeszenia gospodarcze i kulturalne, zamiast partii robotniczych analogiczne organizacje robotnicze /…/. To właśnie miało stać się podstawą nowego ustroju. Skwarczyński parlamentarnej demokracji frazesu, demokracji niwelującej, demokracji poniżającej człowieka przeciwstawiał demokrację realizacji, rozciągającą się nie tylko na uprawnienia polityczne, ale również na życie zarówno w samorządach lokalnych, jak i gospodarczych, na życie kulturalne, gospodarcze, zawodowe, oświatę, wciągając najszersze warstwy jako świadomego, odpowiedzialnego współtwórcę /…/.
W artykule programowym „Uspołecznienie państwa” pisał: Przewrót majowy odsunął /…/ demokrację starego typu: /…/ partii, werbalnych „programów”, nieobowiązujących haseł /…/. Otworzył natomiast możliwości dla nowej formy współpracy społecznej – tej, która gardząc werbalizmem pisanych programów, organizuje zespoły konkretnej pracy; tworzy dobra rzeczywiste, materialne i kulturalne – i ma ambicję demokratyzować społeczeństwo nie tylko politycznie, lecz również i gospodarczo i kulturalnie /…/.
***
Dziwnie brzmi dzisiaj apoteoza demokracji – choćby nieparlamentarnej – w wykonaniu ideologa obozu sanacyjnego. Skwarczyński odrzucał jednak tezę, że porządek polityczny ustanowiony w efekcie przewrotu majowego, jest dyktaturą. Był przekonany, iż rządy piłsudczyków są odległe od tego modelu, stanowiąc typowo polską, nową jakość. /…/ rządy nasze mają na ogół o wiele mniej „silną rękę”, niż gdzie indziej rządy najbardziej demokratyczne czy liberalne.
W tekście „Myśl wychowawcza Piłsudskiego” przekonywał, iż /…/ jego ideał wychowawczy zmierza do urobienia człowieka własnowolnego i własnowolnego społeczeństwa, do wydobywania z ludzi i ze społeczeństwa czynu. Nie nakazywania /…/, ale /…/ stawiania człowieka i społeczeństwa w takim położeniu, w którym rodzi się decyzja, poczucie odpowiedzialności i czyn. Na łamach „Jutra Pracy” dodawał: Zaledwie znajdzie się w sytuacji dyktatora (listopad 1918, maj 1926, „Brześć”), natychmiast z sytuacji tej wyciąga konsekwencje wprost przeciwne: demokratyczne, liberalne, konstytucyjne. Zaledwie konsekwencje te ujawniać zaczynają swe sprzeczne z postulatem odpowiedzialności oblicze, rzuca im pod nogi „dyktatorskie” gesty. Bo w gruncie rzeczy przez cały czas chodzi mu o tę rzecz /…/, która nie mieści się ani w liberalnej demokracji, ani w dyktaturze. Chodzi mu właśnie o odpowiedzialność ludzi /…/.
Jego zdaniem, „władczość” Piłsudskiego ma specyficzny rys, wynikający z polskiej tradycji. Kluczowe były tu doświadczenia powstania styczniowego, które Marszałek wnikliwie studiował. Wówczas władza obywała się bez przymusu, którego organów Rząd ów nie posiadał, tylko przez nacisk i autorytet moralny /…/. Wedle niego, Piłsudski wcielił tę ideę w życie w czasach Legionów i POW, które również nie posiadały żadnych uprawnień administracyjno-decyzyjnych, a cały posłuch wynikał z moralnego autorytetu inicjatyw i ich twórców. Rok 1863, Legiony, a zwłaszcza POW /…/ – we wszystkich tych momentach /…/ objawia się zbiorowa inspiracja, polegająca /…/ na tym, że zbiorowością natchnioną rządzi nakaz nie formalno-prawnej, lecz moralnej natury, nakaz, który przyjmowany jest przez „podwładnych” bez przymusu, w sposób zupełnie dobrowolny – pisał w „Prawdzie jedynej…”. Oczywiście w warunkach odzyskanej niepodległości i istniejącego aparatu państwowego, nie jest ani możliwa, ani pożądana sytuacja całkowitej dobrowolności postaw i poczynań obywateli, jednak wedle Skwarczyńskiego obóz piłsudczykowski i jego lider nie dążą do typowej dyktatury. Ich ideałem jest władza silna, a na dobrej woli oparta.
Z takich właśnie pozycji – minimalizowania przymusu instytucjonalnego oraz kładzenia nacisku na wychowanie, dobrowolną przemianę moralności obywateli – krytykował ustroje totalitarne: faszyzm i komunizm: Odrzućmy sztywność i „zasadniczość” obu tych eksperymentów, wyzwólmy się z lenistwa umysłowego, które stwarza u nas co chwila modę to na sowiety, to na faszyzm, modę szkodliwą i głupią.
***
W styczniu 1927 r. Adam Skwarczyński objął kierownictwo referatu społecznego w Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP. Jego służbowe mieszkanie na Zamku Królewskim stało się placówką organizacyjną propiłsudczykowskich inicjatyw. Wieś, ruch zawodowy, młodzież robotnicza, szkolna i akademicka, instytucje oświatowo-kulturalne, wydawnictwa, konferencje porozumiewawcze tu znajdują swe ognisko, ducha i plan działania – pisał Bolesław Wasylewski.
Już w 1922 r. Skwarczyński współtworzył Powszechny Uniwersytet Korespondencyjny, pomagający poszerzać wiedzę osobom z prowincji oraz pracującym mieszkańcom dużych miast. Po przewrocie majowym inicjował lub czynnie wspierał kolejne organizacje społeczne, m.in. Związek byłych Więźniów Ideowych, Organizację Młodzieży Pracującej, Instytut Oświaty i Kultury, Unię Związków Pracowników Umysłowych. Pod jego kierownictwem powstał „Atlas organizacji społecznych”.
Kluczowe były dlań jednak organizacje młodzieżowo-wychowawcze. Uważał, że „rewolucja żołniersko-robotnicza” w pełni dokona się wtedy, gdy dominującą rolę w Polsce zacznie odgrywać generacja „ludzi pomajowych”, nie obarczona nawykami i wzorcami pokolenia swoich rodziców. Dlatego też gros wysiłku poświęcił pracy formacyjnej w środowiskach młodzieżowych. Na początku 1930 r. inspirował utworzenie Legionu Młodych – Akademickiego Związku Pracy dla Państwa. Organizacja ta, o charakterze elitarnym, była w zamierzeniu placówką formacyjną w środowisku studenckim, a od 1932 r., po zmianie nazwy na Związek Pracy dla Państwa – Legion Młodych, również wśród młodzieży robotniczej i urzędniczej. Legion Młodych głosił – jak pisze Zbigniew Osiński – hasła antynacjonalistyczne, antykapitalistyczne, antyklerykalne i antyniemieckie, opowiadał się za ograniczeniem własności prywatnej, ustanowieniem silnej kontroli państwa nad gospodarką, planowaniem gospodarczym, uniezależnieniem się od kapitału zagranicznego, a także /…/ potrzebę reform społecznych. Skwarczyński wchodził w skład tzw. Senioratu, czyli grupy wspierająco-doradczej LM. Innym środowiskiem tego typu, z którym współpracował, była grupa związana z tygodnikiem „Jutro Pracy” o orientacji piłsudczykowsko-nacjonalistyczno-syndykalistycznej, wywodząca się ze związków zawodowych pracowników umysłowych.
W 1932 r. rozpoczęła działalność Straż Przednia – Organizacja Pracy Obywatelskiej, również powołana z inicjatywy Skwarczyńskiego. Była przeznaczona dla osób w wieku 15-21 lat i miała za zadanie wychowywać w duchu wskazań redaktora „Drogi” uczniów szkół średnich. Ważną rolę w jej działaniach pełniły zajęcia samokształceniowe oraz praktyczne – wychowanie poprzez pracę i czyn. Skwarczyński był trzy lata prezesem organizacji, redagował także jej organ – miesięcznik „Kuźnia Młodych”. SP i redakcja „KM” były inicjatywami, w które włożył mnóstwo energii i wysiłku. Nieco mniej, lecz także sporo zaangażowania poświęcił Centralnemu Komitetowi ds. Młodzieży Wiejskiej, którego był przewodniczącym. W 1934 r. powołał Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Regionalnych.
Nie zaniedbał też pracy formacyjnej wśród osób bardziej dojrzałych. Wieczory dyskusyjne organizowane pod jego kierownictwem gromadziły intelektualną elitę obozu piłsudczykowskiego. Na początku lat 30. formułował wizje nowej elity państwowej, wyłonionej w oparciu o dorobek w pracy na rzecz państwa, nie zaś wedle pochodzenia społecznego czy zamożności. Inspirowany tyleż elitaryzmem dawnych legionistów, co projektem Abramowskiego „Związek Rycerzy Polski”, powołał w 1930 r. niejawny Zakon Dobra i Honoru Polski. Aleksander Ivánka pisał o tej organizacji, iż stawiała sobie za cel wypracowanie zasad nowego ustroju, przede wszystkim opierając się na zasadach moralnych i podporządkowując interesy osobiste interesom państwa.
***
Pod koniec lat 20. odnowiły się u niego powikłania związane z gruźlicą. Szybki rozwój choroby sprawił, że w 1929 r. musiał poddać się amputacji obu nóg. Przykuty do wózka inwalidzkiego, nie zaprzestał intensywnej pracy, a wręcz można odnieść wrażenie, iż podwoił dotychczasowe wysiłki. Po kilku latach nastąpił jednak kolejny silny nawrót choroby. Adam Skwarczyński zmarł 2 kwietnia 1934 r. Do już posiadanych Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i Krzyża Niepodległości pośmiertnie dodano Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta.
Na jego dorobek ideowy kładzie się dwuznaczny cień w postaci silnych powiązań z obozem władzy, któremu zdarzało się podejmować decyzje zasługujące na krytykę czy wręcz – jak np. sprawa procesów „brzeskich” – haniebne. Na pewno idealizm Skwarczyńskiego zderzał się z twardymi realiami oraz z niedoskonałościami personalnymi członków elity władzy. Gdy on widział w piłsudczykach niemalże zakon świętych mężów, zdarzali się tam również cynicy, karierowicze, osoby nieudolne czy czerpiące splendor z dawno minionej legionowej szlachetności. Gdy uzasadniał ograniczanie „partyjniactwa” dobrem państwa, jego towarzysze widzieli w tym poręczny instrument eliminowania politycznej konkurencji, a w obozie rządzącym odtwarzały się wszelkie cechy systemu partyjnego, tyle że w postaci frakcji i nieformalnych klik. Gdy Skwarczyński wprowadzał dychotomię piłsudczyków i reszty, przypisując im biegunowo przeciwne kwantyfikatory, z całym dobrodziejstwem inwentarza akceptował również osoby miernej kondycji intelektualnej i moralnej, a odrzucał wiele szlachetnych postaci – w tym własnych dawnych towarzyszy i współpracowników – które również chciały i potrafiły służyć Polsce, tyle że niekoniecznie w „jedynie słusznych” szeregach.
Na rzecz Skwarczyńskiego przemawiają jednak nie tylko cenne i wciąż aktualne elementy dorobku intelektualnego, ale również cechy osobowościowe i postawa, które przekreślają sporą część zasygnalizowanych wątpliwości. Cieszył się szacunkiem nawet wśród przeciwników politycznych, mając opinię człowieka krystalicznie uczciwego i ideowego. Przykładowo, Karol Popiel, lider przedwojennej chadecji, który sanacji „zawdzięczał” m.in. proces polityczny i więzienie, pisał o Skwarczyńskim, że był jednym z tych bardzo nielicznych „starych piłsudczyków”, którzy rozumieli, iż nie wystarczy zdobyć zbrojnie władzę w państwie, by rządzić narodem, ale trzeba mu dać wizję lepszej przyszłości i wychować odpowiedni zespół ideowych pracowników, którzy by ją wcielali w życie. Daria Nałęcz, oceniając jego życie po latach i z dystansem badacza, stwierdziła, że wyróżniał się /…/ wyjątkową wręcz bezinteresownością osobistą. Nie wzbudzały jego pożądania żadne dobra materialne. Nie przejawiał ambicji zrobienia kariery. Nie ciągnęły go wielkie gabinety, lśniące limuzyny i kłębiące się tłumy petentów. W przeciwieństwie do wielu swych kolegów wiódł życie niezwykle skromne, wręcz ascetyczne. Sprawiał wrażenie człowieka, który w pełni oddał się wielkim sprawom ideowym. Na łamach „Państwa Pracy” wychowankowie z Legionu Młodych żegnali go tak: Był dla nas tym większym autorytetem, że zasadzie Czynu, Odpowiedzialności i Honoru podporządkował przede wszystkim i bez reszty całe swoje życie osobiste i całą swą publiczną działalność.
Bibliografia (ważniejsze pozycje):
- Andrzej Chojnowski, Piłsudczycy u władzy. Dzieje Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986.
- Jacek Czajkowski, Jacek M. Majchrowski, Adam Skwarczyński (3 XII 1886 – 2 IV 1934) /w:/ tychże, Sylwetki polityków Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Znak, Kraków 1987.
- Andrzej Garlicki, Od maja do Brześcia, Czytelnik, Warszawa 1981.
- Jerzy Holzer, Mozaika polityczna Drugiej Rzeczypospolitej, Książka i Wiedza, Warszawa 1974.
- Jan Hoppe, Adam Skwarczyński /w:/ tegoż, Wierzyłem… (artykuły), Nakładem Wydawnictwa „Jutra Pracy”, Warszawa 1938.
- Jan Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Organizacja Młodzieży Pracującej, Warszawa 1934.
- Jan Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Odnowa, Londyn 1972.
- Aleksander Ivánka, Żołnierz Dobra i Honoru Polski /w:/ Wspomnienia o Stefanie Starzyńskim, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982.
- Leszek Kamiński, Romantyzm a ideologia. Główne ugrupowania polityczne Drugiej Rzeczypospolitej wobec tradycji romantycznej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław 1980.
- Kazimierz Koźniewski, Zamknięte koła. Wspomnienia z lat 1929-1945, tom I, wydanie II przejrzane i uzupełnione, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław 1984.
- Władysław T. Kulesza, Koncepcje ideowo-polityczne obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1935, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1985.
- Teodor Ładyka, Polska Partia Socjalistyczna (Frakcja Rewolucyjna) w latach 1906-1914, Książka i Wiedza, Warszawa 1972.
- Andrzej Micewski, W cieniu marszałka Piłsudskiego. Szkice z dziejów myśli politycznej II Rzeczypospolitej, Czytelnik, Warszawa 1968.
- Daria Nałęcz, Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994.
- Daria Nałęcz, Wstęp do: Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
- Tomasz Nałęcz, Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Polska Akademia Nauk – Wydział I Nauk Społecznych, Wrocław 1984.
- Zbigniew Osiński, Janusz Jędrzejewicz – piłsudczyk i reformator edukacji (1885-1951), Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2007.
- Karol Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ Jerzy Braun, Karol Popiel, Konrad Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Odnowa, Londyn 1981.
- Marian Stępień, Spór o spuściznę po Stanisławie Brzozowskim w latach 1918-1939, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976.
- Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
- Adam Skwarczyński, Myśli o nowej Polsce, Biblioteka Drogi, prawdopodobnie Warszawa 1930.
- Adam Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
- Bolesław Wasylewski, Adam Skwarczyński – życiorys /w:/ A. Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
- Bohdan Urbankowski, Filozofia czynu. Światopogląd Józefa Piłsudskiego, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1988.
- Iwo Werschler, Tadeusz Hołówko. Życie i działalność, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
- W. Z. (Wacław Zagórski), Autorytet moralny, „Państwo Pracy” nr 13/1934 (8 kwietnia).
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
„Jeden drugiego brzemiona noście…”
(Ga 6,2)
Droga, jaką przed wielu laty obrał prof. Caro, nie była łatwą ani wdzięczną. Walka z ówczesnym kapitalizmem to walka z silnymi. Pod tym względem Caro poszedł w ślady prof. Schmollera, reprezentanta szkoły historyczno-etycznej, przedstawiającej ekonomikę jako naukę związaną z etyką i głoszącą w miejsce liberalizmu i socjalizmu hasło dobra ogółu /…/ Ukochał on prawdę i walczył o jej supremację, nie zważając ani na nienawiść możnych, ani wzruszenie ramion obojętnych, ani na niezrozumienie ze strony tych, którym przede wszystkim pragnął służyć i w obronie których od najwcześniejszej swej młodości staczał boje. Wrażliwy i czujny na wszelką krzywdę ludzką, wprzągł swój twórczy intelekt w obronę słabszych od pierwszej chwili swej pisarskiej działalności, pełnej młodzieńczego entuzjazmu i uczuciowości – tak pisał w księdze pamiątkowej wydanej po śmierci Leopolda Caro jego uczeń, Jan Karol Sondel1.
Natomiast późniejszy Prymas, ks. Stefan Wyszyński, na łamach „Ateneum Kapłańskiego” w ten sposób przedstawiał lwowskiego ekonomistę: Myślą przewodnią wielkiej ilości dzieł, rozpraw i artykułów prof. Caro jest walka o moralność życia gospodarczego. Walka o prymat etyki w życiu gospodarczym, to bodaj największa zasługa prof. Caro i dla nauki i dla polskiego życia społeczno-gospodarczego. Prof. Caro widział dobrze bliski związek spraw społeczno-gospodarczych z naukami moralnymi; różne zagadnienia gospodarcze usiłował oświetlać i rozwiązywać według zasad religijno-moralnych i w nich szukał światła dla dziś coraz to trudniejszych rozwiązań w złożonym życiu gospodarczym. Już w swej pierwszej i znanej ekonomistom zagranicznym pracy, ujmującej głęboko zagadnienia lichwy: „Der Wucher, eine socialpolitische Studie” (Lipsk, 1893, s. 311, XV.) przyznał w życiu gospodarczym etyce pierwszeństwo przed wolnością2.
***
Leopold Caro urodził się 27 maja 1864 r. we Lwowie w rodzinie o tradycjach patriotycznych – jego ojciec Henryk był powstańcem z 1863 r. Po ukończeniu szkoły powszechnej oraz gimnazjum, rozpoczął we Lwowie studia na wydziale prawa, a później także filozofii, uzyskując w 1887 r. tytuł doktora praw oraz absolutorium z filozofii. W latach 1885-1887 podjął też studia ekonomiczne w Lipsku pod kierunkiem prof. Miaskowskiego.
Już w czasie studiów dużo publikował, głównie na tematy społeczno-ekonomiczne. W krakowskim „Czasie” ogłaszał cykliczne „Pogadanki ekonomiczne”. W tamtym czasie powstały jego pierwsze większe rozprawy; w 1892 r. w Lipsku ukazała się poświęcona problematyce żydowskiej praca „Die Judenfrage eine ethische Frage”, którą rok później przetłumaczono na polski i wydano w kraju. W drukarni „Czasu” opublikował natomiast rozprawę poświęconą Augustowi Cieszkowskiemu, w której nazywa dzieło autora „Ojcze nasz” rękawicą rzuconą całemu materialistycznemu światu i protestem przeciw uciskowi, niewoli i ślepej nienawiści jednych a zaskorupiałemu egoizmowi i bezczynności a rozpuście drugich…3.
W tym samym roku ujrzały światło dzienne kolejne jego prace w języku polskim i niemieckim, które przyniosły mu już pewien rozgłos – stanowiły one podsumowanie badań dotyczących zagadnienia lichwy4. W pracach tych Caro zdecydowanie i ostro wystąpił przeciwko lichwiarstwu, żądając surowego karania osób parających się tym procederem. W związku z tym oczywiście musiał pokusić się o definicję lichwy. Duża część wzmiankowanych rozpraw to właśnie rozważania teoretyczne dotyczące tego zagadnienia, wszystko to Caro ilustruje konkretnymi przykładami z Galicji, pokazującymi mechanizmy, omijanie prawa, różnego rodzaju machinacje osób trudniących się lichwą. Książka „Der Wucher” spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem najwybitniejszych wówczas ekonomistów, obszerne recenzje ukazały się m.in. w prestiżowych pismach „Jahrbücher für Nationalökonomie” i „Political Science Quarterly”.
Po zdaniu egzaminu adwokackiego, na trzy lata osiadł Caro we Lwowie. Do pracy habilitacyjnej usiłował go pozyskać jego lwowski profesor, Roman Pilat, do czego jednak nie doszło, podobnie zresztą jak w przypadku późniejszej propozycji z Uniwersytetu Lipskiego. W 1897 r. po ślubie z Salomeą Chelińską przeniósł swą kancelarię prawną do Krakowa. Mając zapewnione znaczne wpływy z praktyki adwokackiej, coraz więcej uwagi poświęcał sprawom naukowym.
Przede wszystkim zainteresowała go kwestia emigracyjna, poświęcił wiele czasu i środków na zbadanie położenia polskich emigrantów zarówno stałych, jak i sezonowych. Jak pisze Jan K. Sondel: Emigranta traktowano wtedy na równi z towarem jako ładunek okrętowy; o obowiązkach społeczeństwa i państwa wobec wychodźców nikt nie myślał /…/ [Caro] pierwszy i jedyny w Europie, z wielkim nakładem własnych funduszów objeżdżając porty europejskie, z których wyjeżdżali nasi wychodźcy, badając urządzenia w portach, stan okrętów, opiekę duchowną, badając bezpośrednio wyjeżdżających i przyjeżdżających do kraju wychodźców, wypytując się o ich los, korespondując z konsulami w Ameryce, studiując prasę zamorską /…/ zebrał w ciągu lat czterech (1905-1909) ogromny materiał i zdobył tak gruntowną znajomość zagadnień emigracyjnych, że miewał w tej dziedzinie odczyty w Wiedniu, Berlinie, Budapeszcie, Pradze, Brukseli, Dreźnie, Warszawie, Lwowie i Krakowie. Został też delegowany przez Austriackie Towarzystwo Ekonomiczne /…/ na kongresy w Berlinie 1909 i w Budapeszcie 1910, gdzie udało mu się przeprowadzić szereg rezolucji, zawierających program nowoczesnej polityki emigracyjnej i wyjednać znaczne ulgi dla polskich robotników sezonowych w Niemczech5. Zaowocowało to wszystko tym, iż wybitny niemiecki ekonomista Gustaw von Schmoller, prezes Towarzystwa Polityki Społecznej (Verein für Sozialpolitik), zaprosił go do napisania książki poświęconej polityce emigracyjnej. Efektem tego stała się praca „Auswanderung und Auswanderungspolitik in Österreich”, wydana w 1909 r. w Lipsku w prestiżowej serii „Schriften des Vereins für Socialpolitik”.
W czasie pobytu w Krakowie, Caro wraz z ks. Włodzimierzem Ledóchowskim, późniejszym generałem jezuitów, założył Towarzystwo św. Antoniego opiekujące się szwaczkami, Towarzystwo św. Zyty, zajmujące się losem służby domowej oraz Towarzystwo św. Józefa, opiekujące się robotnicami z krakowskiej fabryki cygar. Prowadził również darmowe biuro porad prawnych.
W 1914 r. został powołany do armii austriackiej, w której służył do końca wojny, kiedy to zgłosił się jako ochotnik do wojska polskiego. Pełniąc służbę we Lwowie jako oficer korpusu sądowego, otrzymał z Politechniki Lwowskiej propozycję objęcia katedry ekonomii społecznej. Przyjął ją i wkrótce został mianowany profesorem ekonomiki społecznej i nauk prawniczych. W latach 1922-1923 wykładał również na Uniwersytecie Jana Kazimierza w zastępstwie, sprawującego wówczas urząd ministra, Stanisława Grabskiego. W 1927 r. został wybrany prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, które przez 12 lat, kiedy sprawował tę funkcję, rozwinęło działalność na szeroką skalę. W tym samym roku został również powołany przez ówczesnego premiera, Kazimierza Bartla, na członka Komisji opiniodawczej przy Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. W 1934 r. na życzenie papieża Piusa XI została powołana przez Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda, Rada Społeczna, która za główny cel stawiała sobie popularyzowanie programu społecznego, zawartego w encyklice Quadragesimo anno. Prezesem Rady został ks. Antoni Szymański, natomiast funkcję wiceprezesa do 1938 r., kiedy to zrezygnował ze względu na stan zdrowia, pełnił właśnie Leopold Caro.
Okres II Rzeczypospolitej to czas, w którym powstały najważniejsze jego prace. Przedstawił w nich swoją wersję solidaryzmu chrześcijańskiego. Zagadnienie to przewija się we wszystkich jego pracach, począwszy od najwcześniejszych, początkowo jednak taka problematyka obecna była naskórkowo. We w pełni dojrzałej i wykrystalizowanej formie podjął ją właśnie w latach międzywojennych, w takich pracach jak: „Zasady nauki ekonomii społecznej”, „Solidaryzm”, „Współczesne prądy gospodarcze a spółdzielczość”, „Zmierzch kapitalizmu”, „Problem społeczny w katolickim oświetleniu”, „Prawa ekonomiczne i socjologiczne”, „Liberalizm i kapitalizm” czy „Kapitalismus und Solidarismus”. Zmarł 8 lutego 1939 r., został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.
***
Należy zgodzić się z jego uczniem, iż niemożliwym jest wyodrębnienie w pracach Caro poszczególnych zagadnień, że próba oddzielenia od siebie problematyki etycznej, społecznej, ekonomicznej, filozoficznej czy socjologicznej jest z góry skazana na niepowodzenie i musi razić sztucznością. Caro bowiem traktował wszystko to łącznie, kwestie te przeplatały się w jego pracach, zachodziły na siebie, daleki był od „kawałkowania” życia ludzkiego czy społecznego, wyodrębniania z niego rzekomo izolowanych obszarów. Stojąc na stanowisku uniwersalistycznym, widział dokładnie zazębianie się zjawisk gospodarczych z rozmaitymi przejawami życia. Z tego względu obcą i nieżyciową była dla Niego koncepcja „człowieka ekonomicznego”, wyjałowionego ze wszystkich uczuć, którą posługiwała się szkoła liberalna przy formułowaniu swych praw ekonomicznych6. Sam Caro zresztą podkreślał, iż solidaryzm traktuje ekonomikę jako naukę opartą na etyce, rozumie, że człowiek myślący, działający i gospodarujący, nie dadzą się od siebie odłączyć i że każdy człowiek, mający samoistny, wyższy cel w życiu, działa i gospodaruje zarazem z tych wyższych pobudek, w których tkwi rękojmia przyszłego rozwoju i spełnienia posłannictwa całej ludzkości7.
Czym jest ów solidaryzm? Pojęcie to jest dość powszechnie używane, w ciągu kilku ostatnich lat było odmieniane przez wszystkie przypadki, jednakże niewielu tak naprawdę potrafi coś na jego temat powiedzieć. Traktowane jest przez tych, którzy nim szermują, raczej jako swoisty wytrych, słowo-klucz czy pałka na przeciwników politycznych. Tymczasem jest to rozbudowana doktryna, mającą solidne podstawy teoretyczne, swoją historię, odmiany i wybitnych przedstawicieli.
Co gorsza, widoczna jest aż nadto tendencja, o której pisał już Caro, polegająca na sprowadzaniu całokształtu spraw ekonomiczno-społecznych do walki między liberalizmem a socjalizmem. Wszelkie inne rozwiązania, „trzecie drogi”, miałyby być jedynie zakamuflowaną, służącą zmyleniu przeciwnika wersją jednej z tych koncepcji lub idee fixe niepoprawnych marzycieli-teoretyków. Są ludzie wmawiający w ogół – pisał Caro – że dwa tylko kierunki, dwa światopoglądy istnieją w nauce ekonomii społecznej, liberalny, czyli indywidualistyczny i socjalistyczny. Dla prawowiernych liberałów każdy, kto żąda od kapitału ruchomego uwzględniania interesu publicznego także i wówczas, gdy wchodzi on w kolizję z interesem majątkowym jednostek, otrzymuje w najlepszym razie przydomek marzyciela lub człowieka przy zielonym stoiku, nie rozumiejącego praktycznego życia. Najchętniej przedstawiono by go jako prostego ignoranta lub ukrytego socjalistę i nawet czyni się tak, póki tylko to jest możliwym. /…/ Podobną jest sytuacja i po drugiej stronie. W oczach socjalistów /…/ każdy, kto nie przysięga na Marksa i nie jest zwolennikiem jego teorii materializmu dziejowego, jest tym samym „drobnomieszczaninem”, zwyczajnym „burżujem”, z którym i mówić nie warto. W tej sytuacji, atakowani z dwóch stron, znaleźli się w Europie powojennej w chwili renesansu myśli liberalnej, dawni zwolennicy szkoły historyczno-etycznej niemieckiej, solidarystycznej francuskiej i szkoły samopomocy spółdzielczej z Nimes, demokraci chrześcijańscy i solidaryści. Leon Bourgeois i Gustaw Schmoller, Leon XIII i Walter Rathenau, Henryk Pesch, Karol Diehl i Othmar Spann, Henryk Ford i Benito Mussolini, słowem wszyscy, ludzie różnych wyznań i obozów politycznych, którzy widzą jasno zarówno bezdroża liberalizmu, jak i nieuniknione przepaści socjalizmu8.
Wróćmy jednak do solidaryzmu. Sam termin jest stosunkowo młody, jako jeden z pierwszych użył go francuski saintsimonista Pierre Leroux (ten sam, który przypisywał sobie również ukucie pojęcia socjalizm) w 1839 r. na łamach lewicowego „L’Humanité Socialiste”. Przez długi czas określenie to charakteryzowało poglądy niemarksistowskiej lewicy, która odrzucając kapitalizm dystansowała się równocześnie od ideologii walki klasowej. Caro jednak podkreśla, że korzenie solidaryzmu są o wiele starsze, jego przewodnie idee odnajduje on w Mahabharacie, myśli Lao-Tse, Państwie Platona, Polityce Arystotelesa, w Starym i Nowym Testamencie, filozofii stoików, pismach Ojców Kościoła czy św. Tomasza z Akwinu, a nawet wskazuje takowe w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” Adama Smitha. Następnie zaś przywołuje jako bezpośrednich prekursorów kierunku solidarystycznego nazwiska tak wydawałoby się odległych ideowo myślicieli, jak Adam Müller, Jean Charles Sismonde de Sismondi, Henri Saint-Simon, Philippe Buchez, August Comte, Charles Fourier, Louis Blanc, Pierre-Joseph Proudhon, Charles Kingsley, Thomas Carlyle, John Ruskin, Benjamin Disraeli, William Godwin, Piotr Kropotkin, Frédéric Le Play, Albert de Mun, René de La Tour du Pin, ks. Franz Hitze, bp Wilhelm von Ketteler, Karl von Vogelsang, Leon XIII.
Za właściwego twórcę solidaryzmu, już jako określonej szkoły czy kierunku myślowego, uznaje natomiast Charlesa Gide’a (lidera szkoły z Nimes, jednego z czołowych teoretyków spółdzielczości), który wskazał na trzy główne zasady solidaryzmu. Po pierwsze, jak podkreśla Gide, nawet egoista, rozumiejący jednak istnienie solidarności międzyludzkiej, winien dobrze życzyć bliźnim, wiedząc, iż wszystko dobre i złe co się im przydarzy, wpływa również na jego losy. Po drugie, musi sam wobec innych dobrze postępować, w związku z wpływem ich położenia na swoje własne. Wreszcie, każdy pod wpływem tego kierunku musi stać się wyrozumialszy dla błędów innych, a bardziej wymagający wobec siebie samego9.
Kolejny twórca solidaryzmu par excellence to Leon Bourgeois, autor pracy „La solidarité”, w której wskazywał, iż jedni zyskują przewagę nad innymi często bez własnej zasługi, z czego wynika konieczność zmian w imię sprawiedliwości. Dopiero gdy uznamy jednych za dłużników drugich, kiedy zrozumiemy, iż niektórzy wzbogacają się kosztem innych, przywłaszczając sobie korzyści, na które nie zapracowali, może nastąpić wyrównanie. Powstaje w ten sposób rodzaj quasi-kontraktu pomiędzy ludźmi, który rodzi określone zobowiązania – to, co dotychczas uznawane było za zwykły akt hojności, staje się w świetle tych ustaleń aktem sprawiedliwości, spłaceniem długu i niczym więcej10.
Solidaryzm przeciwstawia się zarówno zasadom leseferyzmu, jak i marksizmu, jednakże siłą rzeczy, w związku z dominacją w ówczesnym świecie liberalizmu ekonomicznego, Caro gros uwagi poświęca krytyce „prawd objawionych” przedstawicieli tego ostatniego. Jak podkreśla, naczelna teza liberalizmu głosi, że każdy winien dbać o własny interes, o dobro własne, a „całość sama się złoży”, suma dóbr jednostkowych składa się bowiem na dobro wspólne. Egoizm jest czymś pożądanym i dobrym, gdyż przynosi korzyść ogółowi, można więc mówić o sacro egoismo, czy nawet za Ayn Rand o cnocie egoizmu. Liberalizm w tym podobny jest do gąsienicy, siedzącej na liściu a nie wiedzącej i nie troszczącej się o drzewo, którego integralną częścią jest gałąź, a jej znów cząstką liść ów zjadany przez to żarłoczne a ograniczone stworzenie, podczas gdy solidaryzm widzi w społeczeństwie samoistny organizm, żyjący własnym życiem i naginający jednostki, acz nie pozbawione, jak w kolektywizmie, gospodarczej samodzielności, do działania gwoli dobru publicznemu11. Solidaryzm bowiem odrzuca zdecydowanie traktowanie człowieka jako środka służącego osiągnięciu określonego celu – nieważne, czy tym celem jest zysk jednostki, kapitalisty, czy korzyść ogółu, na którą powołuje się komunizm.
Caro krytykuje również hipokryzję liberałów, którzy powołując się na wyższość idei miłości nad zasadą sprawiedliwości, domagają się wyłącznie dobrowolnych świadczeń na rzecz bliźnich, wskazując, iż przymusowość pozbawia je jakiejkolwiek wartości moralnej, a dobroczyńców jakiejkolwiek zasługi. W życiu społecznym, jak pisze Caro, idzie jednak nie o pobudki czynów dobrych, rozstrzygające w dziedzinie religii i etyki. Idzie przede wszystkim o same czyny. Nie o danie sposobności temu lub owemu, by sam wzniósł się na wyższy szczebel moralny lub zyskał pochwałę współobywateli, ale o to, aby każdego współmieszkańca danego państwa zabezpieczyć przed ostateczną nędzą niezależnie od stopnia uświadomienia społecznego i poczucia obowiązku poszczególnych jednostek i każdemu ze swego nadmiaru przyjść w razie potrzeby z pomocą. Pole dobroczynności i miłości bliźniego pozostaje obok tego jeszcze bardzo szeroko otwarte12.
Kapitalizm, mając jako ideę przewodnią zysk, deifikując go, traktując jako bożka, któremu wszystko musi być podporządkowane, implikuje liczne patologie. Caro daje liczne przykłady takich zachowań wypływających właśnie z kapitalistycznego oddawania czci Mammonowi. I tak w Brazylii – pisze on – w roku 1930 zniszczono 4 miliony krzaków kawowych. Ogromnych ilości kawy użyto jako nawozów lub je spalono. W Santos zatopiono w morzu 5000 worków dobrej kawy brazylijskiej. Pełne ładunki okrętowe cukru oraz wiele tysięcy cetnarów korzeni zatopiono w morzu. W Argentynie zużywa się ogromne masy kukurydzy na karmę dla bydła lub się je spala. Od kilku lat pali się bawełnę w Ameryce, Egipcie, Indiach, a farmerzy bawełny popadli w nędzę wskutek niemożności jej zbytu. /…/ Na Cejlonie zrywa się z roślin herbacianych tylko po dwa listki zamiast trzech w celu obniżenia zbiorów o 75-100 milionów funtów angielskich. A równocześnie tyle milionów ludzi łaknie herbaty, kawy, cukru i ciepłych ubrań, a tylko nie jest w stanie za nie zapłacić13.
Dążenie do jak największego zysku indywidualnego spowodowało więc zupełne nieliczenie się z dobrem czy interesem powszechnym. Zysk jest wartością najwyższą i jedyną, której wszystko inne zostało podporządkowane. Wychodzący z tego założenia „człowiek ekonomiczny” czyni tylko to, co przynosi mu korzyść, co jest zgodne z jego indywidualnymi interesami, nie zważając przy tym na inne wartości czy dobro społeczne. Dostarcza broni dla Burów podczas wojny z nimi, chociaż jest Anglikiem, uważa bowiem, że wojnę prowadzi państwo, a jego interes indywidualny nie może z tego powodu ponieść uszczerbku. Jeśli rząd chiński zabrania dowozu do Chin opium, w interesie zdrowia i życia własnych obywateli, w imię wolności handlu wymusza na rządzie brytyjskim wojnę z Chinami, z powodu tak zacofanego zakazu: wszak jeśli opium szkodzi zdrowiu Chińczyków, sami będą mieli ten rozum, że nie będą go kupowali. Jego sumienie kapitalistyczne nic mu nie mówi, że sprzedając towar szkodliwy dla ludzkiego zdrowia i życia popełnia zbrodnię, tudzież że nie wszyscy ludzie wiedzą równie dobrze, co wychodzi na ich szkodę14.
Odrzuca również Caro ideę wolnej konkurencji w wersji propagowanej przez teoretyków liberalizmu. Poddaje krytyce przekonanie, że mamy tutaj do czynienia z samoregulującym się mechanizmem, który powoduje, iż np. ceny układają się na optymalnym poziomie. Ceny tworzone przez wolną konkurencję – pisze Caro – mają być najlepsze, najodpowiedniejsze, „naturalne”. Ale wszak poszczególni kupujący i sprzedający nie mają przecie poglądu na całość rynku i skoro każdy z nich – wiedząc w najlepszym razie wszystko, co zaszło przedtem i nie wiedząc z natury rzeczy tego, co robią równocześnie inni konkurenci, to bowiem osłonięte jest tajemnicą interesu – powiększa lub odnawia swoją produkcję, musi w następstwie powstać chaos i nadmiar. Co więcej, każde nowe cło, nowy traktat handlowy, nowa taryfa frachtowa, nowy wynalazek, odkrycie nieznanego dotąd miejsca istnienia surowca lub otwarcie nowego terenu zbytu zmienić mogą /…/ zasadnicze warunki wymiany międzynarodowej. /…/ Czy rolnik czeka może na automatyczne pokonanie chwastów przez pszenicę, czy też czynnym współdziałaniem, w danym wypadku bezwzględnym tępieniem chwastów „miesza się” do produkcji? I czy nie zwymyślano by go od idiotów, gdyby postępował wedle pierwszego szablonu? W Polsce moc jest ludzi, mających starsze tradycje gospodarcze, większą wprawę i zdolności handlowe od rdzennych Polaków. Ludzie ci nie są lub jeszcze nie są Polakami i sami się do tego przyznają. Sympatiami swymi ciążą często ku krajom leżącym poza Polską. Dlaczegoż ich zwycięstwo miałoby być koniecznością gospodarczą i dlaczego rządowi polskiemu nie miałoby być wolno pomagać Polakom, aby byli panami we własnym domu15.
Wolny rynek to dla Caro tak naprawdę mit, który został stworzony przez oligopole i monopole, aby zabezpieczyć ich interesy. Wolnej konkurencji we właściwym tego słowa znaczeniu nie ma we współczesnym świecie, ponieważ doskonale dbają o to kartele. Wolną konkurencję porzucili ostatecznie właśnie jej wyznawcy w kartelach. Zachowała ona żywot tylko w podręcznikach szkół akademickich16. Podstawowa zasada ekonomiczna liberałów – tanio kupować, drogo sprzedawać – również zostaje przez Caro całkowicie zdyskredytowana, jako nie mająca większego sensu, efektowna, acz pozbawiona treści. Przecież aby ktoś tanio kupił, ktoś inny musi mu daną rzecz tanio sprzedać, i odwrotnie: aby drogo sprzedać, musi się znaleźć osoba, która pod wpływem nagłej potrzeby dany towar przepłaci. Na połowę ludzi robiących dobre interesy, wypadałaby w ten sposób druga połowa kroczących prostą drogą ku ruinie. Okazuje się stąd, że ta idea przewodnia liberalizmu gospodarczego już w założeniu swym obliczona jest nie na przyniesienie pożytku całemu ogółowi ludzi, ale że jest hasłem pasożytniczym, wymagającym dla własnej egzystencji i rozwoju utrzymania połowy ludzkości na poziomie zupełnego analfabetyzmu gospodarczego17.
Spiżowe prawa ekonomii, na które częstokroć powołują się liberałowie, to zdaniem lwowskiego naukowca kolejny wybieg. Nie ma bowiem żadnych „niezłomnych” czy „żelaznych” praw gospodarczych, których wyszukiwaniem trudnią się myśliciele liberalni, uznający, iż rolą nauki i rozumu jest ich wykrywanie, a następnie implementacja. Podkreślają oni całkowitą autonomię tej dziedziny życia, odrzucając wszelką ingerencję „pozagospodarczych” czynników, takich jak moralność czy państwo. Tajemnicze prawa gospodarcze – pisze z ironią Caro – wydają się więc silniejszymi, niż siła elektryczna pioruna, ujarzmionego wszak przez piorunochrony; siła przyciągania ziemi, zniwelowana przez aeroplany; niż wszelka odległość, unicestwiona przy pomocy telegrafu czy telefonu; niż przeszkody gór i oceanów, usunięte w drodze budowy tuneli, statków i łodzi podwodnych. Tu wola ludzka zwyciężyła, tam tylko żadnej nie odgrywa roli. Niezwykła to istotnie potęga praw gospodarczych!18 Kapitalizm wedle Caro przyczynia się do erozji więzi międzyludzkich, atrofii komunikacji społecznej, niszczy naturalne wspólnoty, których istnienia nie potrzebuje i nie zauważa, widząc jedynie jednostkę, wyalienowanego homo oeconomicusa. Jedyny związek, który pozostaje, to – mówiąc słowami Thomasa Carlyle’a – cash nexus, wszystko staje się przedmiotem handlu, kontraktu, oceniane jest przez pryzmat zysku, jaki może przynieść. Rockefeller – podkreśla autor „Solidaryzmu” – na widok gołębi, myśli o ich cenie na targu, jak sam przyznaje się do tego w swoich pamiętnikach. Nie przychodzi mu na myśl ich piękność, wzajemne przywiązanie do siebie, ani fakt, że były one od tysięcy lat symbolem pokoju i miłości. /…/ Przyroda, to dla niego surowce, które można odszukać w głębi ziemi, to dochody z gleby i hodowli, nic więcej. Drugi człowiek, to bądź siła kapitałowa, bądź też ręce robocze19.
W ten sposób system ów prowadzi do dehumanizacji i reifikacji człowieka, przyczynia się też do zalewu bylejakości i tandety, przyjęcie tych zasad implikuje bowiem uniformizację, pośpiech, oparcie produkcji na zasadzie „jak najwięcej i jak najszybciej”. Caro wskazuje na spółdzielczość jako model, który wart jest propagowania, gdyż sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich, solidarności, uczy współpracy i samopomocy. Spółdzielczość, jego zdaniem, przynosi niezwykle doniosłe i pozytywne zmiany gospodarcze, ale, co nawet bardziej istotne, także mentalne, zmieniając gruntownie myślenie ludzi; wszystko to dobrze służy sprawie solidaryzmu, przybliża jego ustanowienie, stąd z całą mocą należy ją wspierać20. Żadna ustawa sama przez się, choćby najlepsza, żaden przymus etatyzmu i socjalizmu nie zda się na nic, gdy materiał ludzki będzie lichy i tępy. Przerabianie ludzi na lepszych i dojrzalszych to szczytne zadanie spółdzielczości21. Warto nadmienić, iż w twórczości Caro pobrzmiewają wyraźnie pewne wątki mesjanistyczne, jego zdaniem bowiem Polska ma szczególne predyspozycje, by wprowadzić idee solidarności i sprawiedliwości, nie tylko w stosunki gospodarcze, ale i narodowe.
Ksiądz Józef Tischner pisał w książce „Etyka solidarności”, iż solidarność wyrasta na fundamencie poczucia wspólnoty między ludźmi. Gdy człowiek zrozumie, że nie jest samotną monadą, iż nigdy nie jest sam, wtedy dopiero może rozkwitnąć solidarność, stanowiąca spontanicznie powstałą wspólnotę ludzi dobrej woli. Solidarność to przede wszystkim budowanie i tworzenie, a nie walka czy niszczenie; działa ona dla dobra ogółu, a nie przeciw komukolwiek22. Uczeń prof. Caro w swoich wspomnieniach natomiast słusznie podkreślał, iż: Nie ulega wątpliwości, że solidaryzm wymaga przemiany dusz i dlatego trudno liczyć na wprowadzenie go w życie z dnia na dzień. Prof. Caro jednak głęboko wierzył, że przemiana taka jest możliwą i całe życie poświęcił pracy nad jej przygotowaniem i urzeczywistnieniem. Wierzył w potęgę woli ludzkiej, która zdołała ujarzmić potężne siły przyrody i zaprząc je do pracy dla swego dobra. Wierzył, że za postępem technicznym pójdzie i postęp moralny ludzkości, który dopiero umożliwi korzystanie wszystkim ze zdobyczy geniuszu ludzkiego23.
Na zarzuty, iż solidaryzm jest jedynie konstruktem myślowym, niedostatecznie rozwiniętym, nie mającym żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, Caro odpowiadał zaś, iż krytycy solidaryzmu zachowują się w tym przypadku tak samo, jak ów systematyk niemiecki, który wzbraniał się wejść do wody, póki nie nauczy się pływać. Innymi słowy, postanowiono zażądać od reprezentantów solidaryzmu i kierunków pokrewnych opracowania we wszystkich szczegółach planów przyszłego gospodarstwa społecznego, by w ten sposób przenieść teren dyskusji z krytyki kapitalizmu na krytykę nowych pomysłów. Życie jednak nie czeka i zanim ten program zostanie w sposób zadowalający wielki kapitał opracowany we wszystkich szczegółach, może nastąpić potop. Pływać bowiem nauczyć się można tylko w wodzie24.
Przypisy:
1 Dr J. K. Sondel, Życiorys i prace śp. prof. dra Leopolda Caro /w:/ Księga pamiątkowa ku czci śp. dra Leopolda Caro, prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i profesora ekonomii Politechniki Lwowskiej, pod. red. E. Hauswalda, Lwów 1939, ss. 11, 13.
2 ks. S. Wyszyński, Śp. Prof. Leopold Caro, „Ateneum Kapłańskie” 1939, t. 43.
3 Dr L. Caro, August Cieszkowski, Kraków 1893, s. 15.
4 L. Caro, Lichwa na wsi w Galicji w latach 1875-1891. Pogląd na zebrany dotąd materiał statystyczny wraz z projektem nowego badania w tym przedmiocie, Lwów 1893; Idem, Der Wucher. Eine socialpolitische Studie, Leipzig 1893.
5 Dr J. K. Sondel, op. cit., s. 21.
6 W. Romanów, Wspomnienie /w:/ Księga pamiątkowa…, s. 175.
7 L. Caro, Solidaryzm. Jego zasady, dzieje i zastosowania, Lwów 1931, ss. 5-6.
8Ibid., ss. 5-6.
9 Ibid., s. 87.
10 Ibid., s. 77.
11 Ibid., s. 7.
12 Ibid., ss. 10-11.
13Idem, Zmierzch kapitalizmu, Poznań 1934, s. 12.
14 Idem, Zasady nauki ekonomii społecznej, Lwów 1926, ss. 164-166.
15 Idem, Zmierzch…, ss. 14-15.
16 Idem, Liberalizm i kapitalizm, Włocławek 1937, s. 30.
17 Idem, Zmierzch…, s. 23; Idem, Liberalizm…, s. 34.
18 Idem, Solidaryzm…, s. 206.
19 Idem, Liberalizm…, ss. 91-92.
20 Idem, Współczesne prądy gospodarcze a spółdzielczość, Lwów 1932, ss. 13-14. Zob. też rozdział Przez spółdzielczość do solidaryzmu /w:/ Idem, Solidaryzm…, s. 229.
21 Idem, Solidaryzm…, s. 249.
22 J. Tischner, Etyka solidarności, Kraków 1981.
23 W. Romanów, op. cit., s. 177.
24 L. Caro, Współczesne prądy…, s. 11.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Roman Dmowski w mowie pożegnalnej na pogrzebie Popławskiego stwierdził, iż to, co jest najlepsze w zakresie polskiej myśli politycznej, wyrosło z ziaren przez Popławskiego zasianych1. Pisząc o początkach ruchu narodowego, podkreślał, że Te młode koła były dziećmi epoki względnie trzeźwej, społeczeństwa przekształcającego się w kierunku nowożytnym, miały zaczątki rozumienia rzeczywistości polskiej i miały wśród siebie człowieka o dziesiątek lat od swych współpracowników starszego, który tę rzeczywistość ogromnie jasno widział i o Polsce szerszą, niż ktokolwiek wówczas, wiedzę posiadał. /…/ Był to duchowy ojciec nowoczesnej polityki polskiej2.
***
Jan Ludwik Popławski urodził się 17 stycznia 1854 r. w Bystrzejowicach pod Lublinem, w rodzinie ziemiańskiej, jako trzecie dziecko Wiktora i Ludwiki z Ponikowskich3. W Lublinie uczęszczał do gimnazjum, jednak został usunięty za awanturę z kolegą szkolnym, którego podejrzewał o szpiegostwo i donosicielstwo. W związku z tym wydarzeniem maturę zdał eksternistycznie w 1872 r. W 1873 r. rozpoczął studia na Wydziale Prawa Carskiego Uniwersytetu Warszawskiego i wkrótce włączył się tam w konspiracyjną działalność studencką.
W 1877 r. założył z Adamem Szymańskim organizację, która funkcjonuje w literaturze przedmiotu pod nazwą Związek Synów Ojczyzny. Powiązana była ona prawdopodobnie z galicyjską Konfederacją Narodu Polskiego. Organizacja Popławskiego stawiała sobie za cel przygotowanie w Królestwie struktur organizacyjnych przyszłego antyrosyjskiego powstania, które planowano wywołać w przypadku wojny pomiędzy zaborcami. W 1878 r. grupa została rozbita przez carską Ochranę, a Popławskiego osadzono w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli, gdzie spędził rok. W styczniu 1879 r. został skazany na ośmioletnie zesłanie w głąb Rosji, z którego wrócił jednak już w 1882 r. dzięki usilnym staraniom rodziny i w związku z chwilową liberalizacją w Rosji za rządów Michała Loris-Mielikowa.
W rok po powrocie do kraju Popławski podjął pracę w tygodniku „Prawda”, wydawanym przez „papieża pozytywizmu”, Aleksandra Świętochowskiego. Dość szybko zyskał w piśmie ważną pozycję wraz ze swoim przyszłym szwagrem, Janem Karolem Potockim. W tym samym roku został ponownie aresztowany i odsiedział trzy miesiące w warszawskiej Cytadeli, oskarżony o działalność propagandową w duchu rewolucyjnym i utrzymywanie kontaktów z członkami „Proletariatu”. Rok później Popławski i Potocki odchodzą z „Prawdy”, argumentując to polityką pisma, które nie dość konsekwentnie miało eksponować „kwestię ludową” (w szerokim rozumieniu tego słowa) – przedstawiało co prawda nędzę i wyzysk robotników, nie wskazując jednak palcem sprawców tego stanu rzeczy.
***
Po zerwaniu z „Prawdą”, Popławski i Potocki zakładają tygodnik „Głos”. W Prospekcie, poprzedzającym wydanie pierwszego numeru pisma, deklarowano: W naszym „Głosie” znajdą swój wyraz i poparcie przekonania i dążenia ludzi, którzy potrafią swe interesy oraz sympatie społeczne, polityczne i narodowe skojarzyć z wymaganiami rzetelnych potrzeb ludu4. Wśród członków zespołu redakcyjnego i stałych współpracowników znajdujemy postacie reprezentujące różnorodne kierunki ideowe: marksistów, patriotycznych socjalistów, ludowców – m.in. Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego, Aleksandra Łętowskiego, Mieczysława Brzezińskiego, Teodora Tomasza Jeża (Zygmunta Miłkowskiego) czy Edwarda Paszkowskiego. Ten ostatni to autor powieści opisującej zespół głosowiczów, w której Popławski (powieściowy Pacławski) przedstawiony został jako idealista i altruista, heroicznie walczący o realizację wyznawanych przez siebie ideałów oraz niekwestionowany przywódca całego środowiska, górujący nad nim intelektualnie5. W „Głosie” debiutowali m.in. Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz, Władysław Reymont czy Kazimierz Przerwa-Tetmajer.
Decydujący wpływ na kształt pisma miał właśnie Popławski. Objął on funkcję redaktora politycznego i sekretarza redakcji, jego autorstwa była większość artykułów wstępnych z działu społeczno-politycznego i ekonomiczno-społecznego, stały felieton pt. „Z kraju” oraz poważna ilość recenzji, omówień, krytyk, polemik itp. W swej publicystyce Popławski kontynuuje tematykę ludowo-narodową, której wiele uwagi poświęcał już wcześniej, jego poglądy na te sprawy wyraźnie krystalizują się w tym okresie. Przede wszystkim samo pojęcie ludu zostaje wyraźnie poszerzone – w ujęciu Popławskiego obejmuje ono nie tylko ludność chłopską, ale także robotników i warstwy pośrednie. Coraz więcej miejsca w jego pisarstwie zaczyna wówczas zajmować tematyka znaczenia zachodnich terenów kraju – można go wręcz uznać za twórcę polskiej myśli zachodniej.
W 1887 r. „Głos” staje się de facto ekspozyturą nowoutworzonej organizacji Liga Polska (LP), natomiast Popławski jej komisarzem w Królestwie Polskim. Z kolei w 1890 r. poznaje debiutującego wówczas na łamach „Głosu” Dmowskiego, z którym pozostanie w przyjaźni do końca życia. Rok później wspólnie zorganizują w Warszawie obchody stulecia Konstytucji 3 Maja, a w następnym roku wespół jeszcze z trzecim „ojcem założycielem” obozu narodowego, Zygmuntem Balickim, doprowadzą do przekształcenia LP w Ligę Narodową (LN). „Głos” zostaje zamknięty przez władze carskie w 1894 r., po aresztowaniu – w trakcie manifestacji w stulecie insurekcji kościuszkowskiej – współpracowników pisma. Po reaktywacji periodyku w 1895 r., Popławski współpracuje z nim już tylko przez niespełna rok, do czerwca 1896 r.
***
Wkrótce po opuszczeniu więzienia przedostaje się nielegalnie do Lwowa. Początkowo współpracował tam z wydawanym przez Bolesława Wysłoucha i Karola Lewakowskiego „Kurierem Lwowskim”, następnie przejął kierownictwo nad świeżo pozyskanym przez Ligę Narodową „Przeglądem Wszechpolskim”, który będzie redagował do 1902. W tym głównym organie teoretycznym LN Popławski jest autorem artykułów wstępnych, a także stałych felietonów pt. „Z całej Polski”, które podpisuje pseudonimem J. L. Jastrzębiec lub po prostu Jastrzębiec, od swojego rodowego godła. Słynne były również jego „korespondencje” z zaboru pruskiego, które preparował na podstawie doniesień prasowych z tamtych ziem – jak wspominał Dmowski, samym Poznaniakom wydawały się one tak autentyczne, że ich autora doszukiwano się wśród dziennikarzy ze stolicy Wielkopolski6.
W październiku 1896 r. rozpoczął wydawanie miesięcznika dla ludu pod tytułem „Polak”. Formalnie redaktorem pisma był Kasper Wojnar, faktycznie zaś kierował nim Popławski, przynajmniej do roku 1901. Pismo było przeznaczone dla ludności wiejskiej wszystkich zaborów. Nie bez słuszności „Polak” uważany jest za najwybitniejsze osiągnięcie publicystyczne Popławskiego, spośród pism obozu narodowego cieszył się on też największą popularnością. Popławski prowadził w nim regularnie, aż do 1907 r., stałą rubrykę „Sprawy polskie”, w której przybliżał dzieje Polski, eksponując zwłaszcza tradycję wojen obronnych i powstań narodowych, a szczególnie udział w nich przedstawicieli ludu (Bartosz Głowacki, Jan Kiliński), oraz omawiał zagadnienia z zakresu polskiej geografii, kultury, obyczajów i języka. Wszystko to oczywiście służyć miało rozbudzeniu świadomości narodowej wśród ludności wiejskiej, przetworzeniu tej biernej masy w Polaków rozumiejących swą ponadzaborową jedność oraz w obywateli zdających sobie sprawę z obowiązków, jakie nakłada przynależność do jednego narodu.
Zasługą Popławskiego był również cały szereg inicjatyw powołanych do życia we Lwowie w celu popularyzacji idei wszechpolskiej oraz dających „kolonii emigrantów” z Królestwa Polskiego stałą pracę i dochód. Można tutaj wymienić: Kasę Pożyczkową, prowadzoną przez Ernesta Adama, przetworzoną później w Kredytowy Bank Ziemski; fabrykę wyrobów chemicznych i kosmetyków „Tlen”, założoną przez Bronisława Koskowskiego; powołane w 1897 r. Towarzystwo Wydawnicze, nakładem którego ukazały się m.in. „Syzyfowe prace” Żeromskiego; Związek Naukowo-Literacki, którego prezesem został Jan Gwalbert Pawlikowski, będący ośrodkiem spotkań i forum wymiany myśli lwowskich sfer naukowych, artystycznych i dziennikarskich; Szkołę Nauk Politycznych. W 1902 r. Liga Narodowa nabyła we Lwowie drugi dziennik – założone jeszcze przez Stanisława Szczepanowskiego „Słowo Polskie”. Popławski wchodzi do redakcji pisma, w którym zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę, w styczniu następnego roku bierze zaś udział w powołaniu tygodnika „Ojczyzna”, przeznaczonego dla ludności wiejskiej w zaborze austriackim.
W 1906 r. powrócił do Warszawy, aby przejąć po Dmowskim redakcję „Gazety Polskiej”. W dzienniku tym pracował jednak tylko do jesieni 1907 r., bowiem stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Od tego momentu odsunął się od działalności politycznej, zaprzestał pracy zawodowej. Dodatkowo, jak się wydaje, był w tym okresie dość krytycznie nastawiony do polityki realizowanej przez Ligę, wyrażał swoje wątpliwości wobec angażowania jej w bieżącą politykę poprzez udział w Dumie oraz wobec uczestnictwa w ruchu neosłowiańskim. Zmarł 12 marca 1908 r. w Warszawie, bezpośrednią przyczyną był rak gardła. Pochowany został trzy dni później na warszawskich Powązkach.
***
Dwa tematy zdominowały publicystykę Popławskiego: kwestia ludowa i zachodnia. Były one ściśle powiązane ze sprawą odzyskania przez Polskę niepodległości. Popławski poszukiwał środków, które ową niepodległość mogą przynieść, zastanawiał się, co należy uczynić, aby jej osiągnięcie stało się realne. Usiłował też wskazywać, jak ta niepodległa Polska winna wyglądać. Rozumiejąc, iż niepodległość nie jest czymś danym raz na zawsze, niemało uwagi poświęcił ziemiom zachodnim i kwestii granic, uznając, że ich odpowiednia konstrukcja jest równie ważna jak samo odbudowanie państwa. Jeśli przyszła Polska nie ma być tworem efemerycznym czy też zależnym od krajów ościennych, konieczna jest, jak podkreślał, jej rekonstrukcja w odpowiednim kształcie terytorialnym.
Oceniając szanse na odzyskanie niepodległości, Popławski uznawał, iż jest ono możliwe jedynie w przypadku wojny – albo pomiędzy mocarstwami zaborczymi, albo któregoś z nich z innym państwem – i połączonego z nią powstania narodowego. Nie twierdził jednak bynajmniej, iż do tego momentu należy czekać z założonymi rękami, wyglądając z utęsknieniem sprzyjającego Polsce rozwoju wypadków. Wręcz przeciwnie – należy ten czas wykorzystywać w sposób optymalny, uruchamiając procesy, które w odpowiedniej chwili umożliwią powodzenie zrywu niepodległościowego. Wytężona praca na różnych polach jest bowiem najlepszym gwarantem tego, iż w sprzyjającym momencie Polacy będą w stanie odbudować swoje państwo.
W artykule z 1900 r. pisał, iż kwestia odzyskania niepodległości politycznej Polski przedstawiać się musi każdemu, kto się nad nią zastanawia, jako rezultat współdziałania dwóch czynników: zbiegu pomyślnych okoliczności zewnętrznych, w bardzo małym stopniu od nas zależnych lub niezależnych wcale i od naszej wewnętrznej siły narodowej i społecznej. Nasza polityka narodowa przed 1863 r. zwracała szczególną uwagę na okoliczności zewnętrzne – kombinacje dyplomatyczne i zatargi międzynarodowe lub ruchy rewolucyjne. Nie lekceważyła ona bynajmniej siły wewnętrznej społeczeństwa, jak to niektórzy publicyści dziś twierdzą, sądziła jednak, że ta siła istnieje w stanie utajonym…7. Popławski, jak się wydaje, nie wierzył w te czekające na sygnał ukryte siły, które zostaną zbudzone w odpowiednim momencie. Uważał, iż na tym polu również konieczna jest wielka praca, że doraźna propaganda i agitacja nie są w stanie ad hoc zorganizować i poruszyć tej drzemiącej rzekomo potencji. Stąd też zainteresowanie Popławskiego i waga, jaką przykładał do tzw. kwestii ludowej.
***
Termin „lud” oznaczał dla niego początkowo przede wszystkim ludność wiejską, której instynktownie narodową postawę, wyrażającą się choćby w obronie swej ziemi przed zakusami Komisji Kolonizacyjnej w zaborze pruskim, przeciwstawiał wątpliwej jakości patriotyzmowi szlachty („Głos” drukował np. nazwiska Polaków sprzedających Niemcom swe majątki w Wielkopolsce i na Pomorzu). Lud stanowił więc dla niego naród in statu nascendi, swego rodzaju potencjał narodowy, który należało zaktualizować i wykorzystać. Popławski uznał nawet, iż w Polsce istnieją dwie odrębne cywilizacje – chłopska i pańska, będące względem siebie przeciwstawne. Po jednej stronie /…/ stoi cała warstwa uprzywilejowana w jakikolwiek sposób, cała inteligencja narodu – po drugiej zwarta masa ludowa, związana tylko nieświadomym poczuciem wspólności plemiennej – naród pański i naród chłopski. /…/ Interesy ludu nie tkwiły dotychczas w interesach narodu. Doprowadzenie dwóch tych liczb do wspólnego mianownika – to zadanie przyszłości, ale zadanie nie tak łatwe, jak się na pozór zdaje8.
Chłopi uosabiali dla Popławskiego przywiązanie do tradycji, obyczajów, ziemi, języka oraz tzw. poczucie gromadzkie, stojące w opozycji wobec liberalnego indywidualizmu. Tak mocne akcentowanie kwestii ludowej było zresztą powodem wysuwanych pod jego adresem zarzutów o powielanie na gruncie polskim wzorców rosyjskiego narodnictwa. Paralele takie wydają się jednak zupełnie nietrafione. Podstawowa różnica pomiędzy narodnikami a Popławskim jest tego rodzaju, że ci pierwsi idealizowali lud, wyposażając go we wszystkie możliwe przymioty, postrzegali go jako nosiciela prawdy oraz usiłowali niejako „uludowić” cały naród, przeciwstawiając sobie te dwa pojęcia. U Popławskiego nie ma natomiast jakiejś naiwnej „ludomanii”, kultu „swojszczyzny”, programu uczenia się od ludu czy postulatów uludowienia narodu.
Wręcz przeciwnie – chodziło mu o unarodowienie ludu. Jego antyszlacheckość, jak i widoczny czasami antyklerykalizm, również nie miały charakteru programowego. Krytyka tych warstw wynikała z przeświadczenia, że zbyt mało uwagi poświęcały one sprawom ludu, co niekorzystnie wpływało na kwestię narodową. Z biegiem czasu Popławski rozszerzył zakres semantyczny tego pojęcia, obejmując nim całość tzw. warstw pracujących, a więc włączając również robotników, inteligencję i mieszczaństwo. Już w artykule z 1887 r. pisał: Osobiście sam należę do ludu, bo lud stanowią nie tylko ci, którzy ziemię orzą lub w fabryce mają robotę, ale i ci wszyscy, którzy żyją wyłącznie z rezultatów swojej pracy osobistej. Lud to po prostu zbiorowość wszystkich klas pracujących9.
***
Nowe społeczeństwo polskie, którego stworzenie postulował Popławski, wymagało, aby – jak pisał Norwid w „Promethidionie” – została zasypana przepaść pomiędzy „słowem ludu, a słowem pisanym i uczonym”. Lekarstwem na to rozdarcie miała być demokratyzacja, stopniowe zlewanie się tych warstw w jedną całość. Proces ten jednak oczywiście sam z siebie nie jest w stanie zajść, potrzebny jest więc ogromny wysiłek warstw wyższych, inteligencji w kierunku podnoszenia ludu, włączenia warstw ludowych w krwioobieg narodowy, stworzenia z nich Polaków świadomych, a można byłoby rzec – wręcz nowoczesnych, przekształcenia biernej narodowo masy etnograficznej w aktywną siłę polityczną. Gdyby polityka Poznańczyków – pisał Popławski w 1888 r. – od dawna weszła na tory demokratyczne, gdyby z pominięciem interesów warstw innych wszystkie usiłowania skierowano ku podniesieniu moralnego i materialnego stanu ludu, stworzono silną ekonomicznie drobną własność, tanie instytucje kredytowe, szkoły rękodzielnicze, stowarzyszenia wytwórcze itp., kolonizacja niemiecka i próby germanizacji byłyby raz na zawsze pozbawione podstaw działania10.
Bez współpracy wszystkich warstw społecznych, marzenia o niepodległości pozostaną zdaniem Popławskiego jedynie mrzonkami, nie mającymi żadnego pokrycia w rzeczywistości. Szlachta posiadała bowiem tradycje politycznego działania, lud natomiast mógł zapewnić jej polityczną siłę. Tak też należy chyba rozumieć głoszoną przez Popławskiego formułę podporządkowania interesom ludu interesów warstw odrębnych, jego przekonanie, iż sprawa ludowa bynajmniej nie zawiera się w sprawie narodowej jak część w całości oraz hasło „nie przez naród do ludu, lecz przez lud do narodu”11. Popławski stwierdza bowiem, iż w danym momencie historycznym podporządkowanie interesów wszystkich klas interesom ludu w pełni odpowiada interesom całego narodu, przybliżając niepodległość12.
***
Wydawałoby się, że postulaty Popławskiego bliskie były tym, które w owym czasie lansowali pozytywiści. Jednak bliskość ta jest pozorna. Owszem, zarówno Popławski, jak i pozytywiści kładli nacisk na coś, co możemy określić mianem „pracy organicznej”, jednak ten pierwszy wcale nie miał zamiaru w związku z tym spychać na drugi plan kwestii niepodległości. Niepodległość bowiem to dla Popławskiego „wielka idea”, która winna towarzyszyć wszelkim poczynaniom Polaków.
Program pozytywistyczny, oznaczający rezygnację z dążeń niepodległościowych w imię spokoju, rozwoju gospodarczego oraz możliwości indywidualnego bogacenia się, to dla niego obniżenie ideałów społecznych. W związku z tym stwierdzał wręcz, iż teza, że w polityce nie wolno rządzić się uczuciem, a tylko rozsądkiem, jest tyleż efektowna, co fałszywa. Nie można bowiem jego zdaniem zaprzeczać doniosłości udziału uczuć w sprawach społecznych, należy owszem liczyć się z nimi i na nich politykę swoją opierać, inaczej bowiem najkunsztowniej zbudowane jej rusztowanie runie przy pierwszej próbie jak domek z kart13.
Tak więc Popławski mówił nam ni mniej ni więcej to, że właśnie prawdziwy realizm polityczny wymaga liczenia się z uczuciami, brania pod uwagę również tego czynnika. Praca organiczna, codzienna, praktyczna – jak najbardziej tak, ale w jej imię nie można zapominać o celu zasadniczym, ponieważ jedynie wówczas ma ona wartość, sens i znaczenie, gdy ją ogrzewa i oświeca płomienne słońce jakiejś wielkiej idei14. Bez tej wielkiej idei nie uda się nawet skutecznie wypełniać owych drobnych, codziennych obowiązków, ona bowiem stanowi najlepszy katalizator działań, nadaje im „ruch i spójnię” i jest dla nich „magazynem zapasowym siły”.
Złudzeniem jest również wedle Popławskiego pogląd, iż poprzez działania zmierzające do rozwoju gospodarczego, żmudną, codzienną pracą można powoli, stopniowo osiągając coraz większą autonomię, doprowadzić do odzyskania przez Polskę niepodległości. Przekonywał on, iż państwa ościenne nigdy z własnej woli do tego nie dopuszczą, że jeśli własnym wysiłkiem zbrojnym i przelaną krwią Polacy do tego nie doprowadzą, to nie ma co liczyć na jej urzeczywistnienie. Praca organiczna, codzienna to środek wspomagający, pomocniczy jedynie, natomiast sama niepodległość musi wiązać się ze zrywem powstańczym, który jednak poprzez tę mozolną pracę zostanie właściwie przygotowany.
***
Wspomniana druga sfera aktywności Popławskiego, to kształt przyszłego niepodległego państwa polskiego. Zasługi Popławskiego na tym polu to przede wszystkim zwrócenie uwagi na znaczenie ziem zachodnich. Można śmiało powiedzieć, iż to właśnie za jego sprawą doszło do przeorientowania polityki w kwestii etnicznie polskich ziem zachodnich. Roman Dmowski pisał wprost o doniosłej roli współtwórcy Ligi Narodowej na tym polu, podkreślając, iż Człowiekiem, który otworzył oczy naszemu pokoleniu na znaczenie ziem zaboru pruskiego dla przyszłości Polski, który jasno widział, że bez tych ziem możemy być tylko słabym, uzależnionym od sąsiadów, stopniowo topniejącym narodkiem, w którego nieocenionych i po dziś dzień niedocenionych pismach politycznych ta myśl przewija się nieustannie – był Popławski15. Tenże bowiem już w 1887 r. podkreślał: Wolny dostęp do morza, posiadanie całkowite głównej arterii wodnej kraju – Wisły, to warunki konieczne prawie istnienia naszego. /…/ Nasi politycy marzą jeszcze o Wilnie i Kijowie, ale o Poznań mniej dbają, o Gdańsku zapomnieli prawie zupełnie, a o Królewcu i Opolu nie myślą zgoła16.
W związku z takimi konstatacjami pilnie śledził i analizował Popławski dane statystyczne dotyczące areału ziemi i liczby gospodarstw polskich czy też zmian struktury narodowościowej w zaborze pruskim. Akcentował negatywne dla Polaków tendencje jeżeli chodzi o stan posiadania, natomiast pozytywne w sferze przyrostu demograficznego na tych terenach17. Ranga ziem zachodnich była wedle Popławskiego tak duża, iż dopuszczał nawet możliwość zrzeczenia się Litwy, Białorusi i Ukrainy w przypadku, jeśli wymagałyby tego interesy pozyskania terenów zaboru pruskiego. Walka toczona na kresach zachodnich była jego zdaniem problemem o fundamentalnym znaczeniu dla całego narodu.
Przywołując ukute po Kongresie Wiedeńskim hasło „głupia Polska bez Poznania”, Popławski pisał, że marna byłaby ta przyszła Polska, dla której żyjemy i działamy, ta Polska, której nie doczekamy zapewne, ale którą oglądać będą dzieci i wnuki nasze – nie tylko bez Poznania, ale i bez Śląska, bez dostępu do morza, a więc bez Gdańska i Królewca. Te prowincje, które dziś do Prus należą, są koniecznym warunkiem istnienia państwa polskiego, już dziś są warunkiem utrzymania potęgi prusko-niemieckiej. Dla nas tym bardziej nie może być w tej sprawie kompromisu. /…/ bez tych ziem Polska nie może istnieć, że choćby w innych granicach powstała, do opanowania tych ziem dążyć musi. Niemcy już to rozumieją – my nie wszyscy jeszcze18. Konflikt polsko-niemiecki w zaborze pruskim w związku z tym postrzegał on jako coś nieuchronnego ze względu na strategiczne znaczenie tych ziem nie tylko dla Polski, ale i dla Niemiec.
***
Popławski niewątpliwie był człowiekiem, który stworzył podwaliny ideowe obozu narodowego, mimo iż nie pozostawił po sobie żadnego zwartego dzieła. Jego ogromna spuścizna (rozsiane w prasie artykuły zdaniem wydawcy jego „Pism politycznych” złożyłyby się na około 40 tomów po 300 stron każdy!19), nie odeszła w zapomnienie. W latach międzywojennych mieliśmy nawet do czynienia ze swego rodzaju sporem o nią między Stronnictwem Narodowym a ugrupowaniami dysydenckimi, które zdecydowały się na współpracę z rządami sanacyjnymi, argumentując ten krok trzymaniem się właśnie wskazań politycznych Popławskiego.
Nieżyjący już wówczas „mistrz” zawsze podkreślał, iż trudno przewidzieć, w jakich okolicznościach Polacy zyskają możliwość odbudowy państwa i w związku z tym nie można opracować szczegółowego planu działania oraz dokonać wyboru środków potrzebnych do urzeczywistnienia tego zasadniczego celu. Mimo to jednak, kierunek wszelkich działań powinien mieć charakter stały. Należy przede wszystkim skupić się na dążeniu do wytworzenia takiego zasobu siły narodowej, do takiego jej wyćwiczenia i uruchomienia, żebyśmy zawsze mogli w chwili sposobnej skorzystać z pomyślnych okoliczności i odpowiednio je wyzyskać dla osiągnięcia ostatecznego celu polityki narodowej – niepodległości państwowej Polski20.
W związku ze 150. rocznicą jego urodzin podjęto inicjatywę, aby uchwałą Sejmu RP ogłosić rok 2004 „Rokiem Jana Ludwika Popławskiego”. Niestety, projekt ten został odrzucony głosami postkomunistów.
Przypisy:
1 T. Kulak, Wstęp /w:/ J. L. Popławski, Wybór pism, wybór, wstęp i opracowanie T. Kulak, Wrocław 1998, s. 16.
2 Roman Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa t. I, Warszawa 1988, ss. 51-52.
3 Biografia Popławskiego głównie na podstawie książek: T. Kulak, Jan Ludwik Popławski 1854-1908. Biografia polityczna t. 1 i 2, Wrocław 1989; E. Maj, Jan Ludwik Popławski. Poglądy i działalność polityczna, Lublin 1991.
4 J. Żurawicka, Zespół redakcji „Głosu” (1886-1894), „Roczniki Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego” 1962, t. 1.
5 E. Paszkowski, Podniebie. Z kroniki czwartego piętra, Lwów 1901.
6 Roman Dmowski, Popławski i młodzież jego czasów, „Akademik” nr 8-9, 1923.
7 J. L. Popławski, Podwójna polityka /w:/ Tenże, Wybór…, s. 142.
8 Tenże, Demokratyzacja zasad /w:/ Tenże, Wybór…, ss. 19-21.
9 Tenże, Z kraju, „Głos” nr 23, 1887.
10 Tenże, Łamańce oportunistyczne, „Głos” nr 33, 1888.
11 Tenże, Lud i naród /w:/ Tenże, Wybór…, s. 50.
12 Tenże, Interesy ludu i polityka narodowa /w:/ Tenże, Wybór…, s. 74.
13 Tenże, Obniżenie ideałów /w:/ Tenże, Wybór…, s. 28.
14 Tenże, Wielkie i małe idee /w:/ Tenże, Wybór…, s. 31.
15 R. Dmowski, Polityka…, s. 64.
16 J. L. Popławski, Środki obrony /w:/ Tenże, Wybór…, s. 45.
17 Ibid., ss. 33-42.
18 Tenże, Polityka polska w zaborze pruskim /w:/ Tenże, Wybór…, s. 86.
19 Z. Wasilewski, Na widowni, „Myśl Narodowa” nr 15, 1933.
20 J. L. Popławski, Organizacja sił narodowych /w:/ Tenże, Wybór…, s. 117.
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Choć traktowana na ogół z nutką sympatii, kultura ludowa kojarzy się ze skansenem, „cepeliadą”, czymś archaicznym i konserwatywnym. Istniał jednak w Polsce nurt kulturowo-polityczny, który traktował dziedzictwo wsi i prowincji jako punkt wyjścia do śmiałych, wręcz awangardowych projektów artystycznych, które z kolei miały stanowić siłę sprawczą emancypacji niższych warstw społecznych. Spiritus movens takich koncepcji i inicjatyw był Jędrzej Cierniak.
***
Urodził się 15 października 1886 r. we wsi Zaborów w powiecie Brzesko w Małopolsce. Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem typowej „nędzy galicyjskiej”. Gdy jednak okazało się, że chłopiec jest bardzo zdolny, rodzina – kosztem wielu wyrzeczeń – zapewniła mu możliwość edukacji. Po maturze podjął na Uniwersytecie Jagiellońskim studia filologii klasycznej i polonistyki, które ukończył w 1913 r., zaś rok później zdał egzamin nauczycielski. Przejawiał również zdolności muzyczne, literackie i malarskie, jednak ze względów materialnych nie miał możności ich profesjonalnego rozwijania.
Zajął się natomiast działalnością społeczną. W wakacje 1905 r. zaborowska młodzież za jego namową wystawiła amatorską sztukę „Dziesiąty pawilon” o tematyce patriotycznej. W 1908 r. założył wiejski zespół teatralny; próby odbywały się w domu rodzinnym. Wraz z kolegami z gimnazjum powołał też tajne kółko samokształceniowe, na cmentarzu w Bochni ślubowali wytrwałość w walce o odzyskanie niepodległości. Podczas studiów działał w akademickim kole Towarzystwa Szkoły Ludowej, brał także udział w szkoleniach wojskowych Związku Strzeleckiego.
Gdy wybuchła wojna, wstąpił do Legionów. Brał udział w walkach na terenie dzisiejszej Ukrainy, na froncie spędził niemal trzy lata. Po tzw. kryzysie przysięgowym sierżant Cierniak zagrożony był wcieleniem do armii austro-węgierskiej, więc latem 1917 r. wyjechał z fałszywym paszportem do Warszawy. Tam podjął pracę jako nauczyciel polskiego i łaciny w renomowanym gimnazjum Wojciecha Górskiego. Jego talent pedagogiczny i zaangażowanie w życie szkoły szybko zaowocowały awansem na stanowisko wicedyrektora (tzw. inspektor) placówki.
***
Szkoła Górskiego, w której chętnie sięgano po niestandardowe metody wychowawcze, była dogodnym miejscem dla amatorskiej działalności teatralnej z udziałem uczniów. Z inicjatywy Cierniaka zorganizowano około 25 pokazów „Szopki krakowskiej”, a następnie, wedle autorskiego scenariusza, wystawiono widowisko „Wesele krakowskie”, które zyskało znakomite recenzje.
Wkrótce ten rodzaj aktywności wykroczył poza szkolne mury. Cierniak w 1923 r. podjął się społecznie funkcji redaktora pisma „Teatr Ludowy”, któremu z braku funduszy groził upadek. Szybko pozyskał do współpracy w finansowaniu i kolportażu organizacje społeczne – pismo okresowo ukazywało się, oprócz standardowego wydania, m.in. w formie wkładki do różnych gazet trafiających do liderów społeczności wiejskich, osiągając nawet 10 tys. egz. nakładu.
Jako jego redaktor, wszedł do Komitetu Wykonawczego Związku Teatrów Ludowych. W 1924 r. został członkiem komisji kulturalnej Centralnego Związku Młodzieży Wiejskiej, co pozwoliło wpływać pod względem organizacyjnym i ideowym na zespoły teatralne związane z tą prężną i masową inicjatywą. W roku 1927 w ramach ZTL zainicjował Cierniak wraz z Adamem Bieniem szeroko zakrojone badania amatorskiego ruchu teatralnego. Ich wyniki, omówione następnie w książce „Teatry ludowe w Polsce”, nie tylko dały pierwszy całościowy obraz zjawiska, ale przede wszystkim pomogły autorom sformułować wnioski dotyczące pożądanych kierunków rozwoju.
***
Amatorski teatr ludowy był jednym z prężnych fenomenów kulturowych międzywojnia. Szacuje się, że działało wówczas na wsi 5-7 tysięcy stałych zespołów teatralnych, które dawały rocznie 20-30 tys. przedstawień. Do tego dochodzą amatorskie zespoły w miastach, a także znaczna liczba inicjatyw okazjonalnych, co w sumie oznacza ok. 10 tys. oddolnych, niezawodowych przedsięwzięć teatralnych. Była to zatem ogromna rzesza ludzi – aktywnych twórców, a zwłaszcza odbiorców ich wysiłku można liczyć w setkach tysięcy.
Teatr ludowy nierzadko był na prowincji jedynym przejawem zbiorowych działań artystycznych, a w wielu przypadkach jedną z nielicznych form jakiejkolwiek aktywności społecznej. Na wsi w owym okresie zamieszkiwało zaś 75% obywateli Polski. Gdy do tego dodamy małe miasta oraz amatorskie wysiłki teatralne w łonie środowisk robotniczych, młodzieżowych, w różnych grupach zawodowych, wówczas widzimy, że było to zjawisko o niemałym zasięgu i znaczeniu.
Jędrzej Cierniak zdawał sobie doskonale sprawę, że to, jaki repertuar i metody pracy przyjmie ów ruch artystyczny, stanowić będzie o rozwoju kulturowym mas społecznych. Natomiast to, jaki będzie udział owych mas w życiu kraju, wpłynie znacząco na oblicze kultury narodowej. I wreszcie – to, co i jak będą w swych inicjatywach kulturalnych czyniły masy, nie pozostanie bez wpływu na ich pozycję społeczną, siłę polityczną i udział w życiu publicznym.
***
Na początku lat 20. nawiązał współpracę z warszawskimi twórcami teatru zawodowego. Byli to m.in. Leon Schiller, Juliusz Osterwa i Mieczysław Limanowski. Związani z eksperymentalnym teatrem „Reduta”, propagowali nowe trendy w tej dziedzinie sztuki. Schiller stworzył koncepcję teatru monumentalnego – takiego, którego odbiorcami są masy ludowe, a same spektakle przybierają rodzaj uroczystości, swoistego obrzędu. Zespół „Reduty” opierał działalność i program ideowy na pracy zespołowej (swoistym uspołecznieniu pracy aktorów), a także na faktycznym przeżywaniu treści widowiska przez jego twórców (aktor „jest” daną postacią, nie zaś ją „gra”).
Sojusz wielkomiejskich eksperymentatorów z chłopskim społecznikiem wynikał z podobnych dążeń, choć nieco inaczej akcentowanych. Oni chcieli, by „teatr narodowy” zwrócił się do mas ludowych (nie tylko chłopskich), by stał się teatrem bazującym na zbiorowych emocjach i czerpał z autentycznych tradycji ludowych (Schiller już w 1919 r. wystawił „Szopkę staropolską”, która w „Reducie” przybrała postać „Pastorałki”). Cierniak zaś dostrzegał w kulturze ludowej inspirujący „materiał” artystyczny, wśród mieszkańców wsi twórców i odbiorców monumentalnych widowisk, zaś w amatorskim teatrze – potencjał „obywatelski”.
Jerzy Zawieyski, wieloletni i bodaj najbliższy współpracownik Cierniaka, pisał, że był twórcą teatru ludowego. Twórcą prawdziwym, to znaczy, że odrzucił wszystko, co w tej dziedzinie zastał i urzeczywistnił własną wizję o tym, jaki powinien być teatr ludowy, nowoczesny, zgodny z dążeniami współczesnej wsi. Przede wszystkim postawił odważną, a dla wielu obrazoburczą tezę, że choć amatorski ruch teatralny rozwija się prężnie, to jednak jego znaczną, jeśli nie dominującą część stanowią inicjatywy pozbawione większej wartości. Dotychczasowy rozwój teatru ludowego bazował bowiem na kilku negatywnych trendach.
Po pierwsze, służyć miał głównie rozrywce. W praktyce oznaczało to, że sięgano po utwory łatwe w przygotowaniu, lecz pozbawione wartościowego wpływu na odtwórców oraz widzów. W dodatku teksty te w niewielkim stopniu odzwierciedlały realia i problemy niższych warstw społecznych. Były to tandetne „sztuczki”, które pisali zazwyczaj miejscy literaci niskiej klasy, a ich edycją zajmowały się wydawnictwa zainteresowane zyskiem, nie zaś rozwojem artystycznym ludu.
Po drugie, nawet jeśli takim inicjatywom przypisywano funkcje wychowawcze, to bardzo wąsko rozumiane – ot, wiejska młodzież zamiast się nudzić, miała „zająć się teatrem”, zaś widzowie otrzymać „coś patriotycznego lub religijnego”. Po trzecie, teatr taki nieudolnie kopiował wzorce z zawodowego teatru miejskiego, od scenografii poczynając („pudełkowa” scena), poprzez podział pracy (reżyser, który „tresował” aktorów) i granie przedstawień w celach zarobkowych (z tą różnicą, że dochód przeznaczano zwykle na cele społeczne), a kończąc na pozbawionej refleksji nauce ról na pamięć i beznamiętnym ich odgrywaniu. Teatr taki polega – pisał Cierniak – na niewolniczym naśladowaniu w treści i formach teatru zawodowego, /…/ z pominięciem prawdziwego artyzmu sceny zawodowej.
Ani repertuar, ani sposób przygotowywania przedstawień i ich odgrywania oraz społeczna i kulturowa rola takich inicjatyw, nie pozwalały mówić o właściwym teatrze ludowym. W żaden sposób taki teatr nie odwoływał się do specyfiki społecznej ludu, ani nie czerpał z jego dorobku kulturowego. W książce Cierniaka i Bienia czytamy: my właściwie w obecnej Polsce /…/ nie mamy teatru ludowego w istotnym tego słowa znaczeniu. Trzeba go zatem dopiero tworzyć. A któż go ma stworzyć, jeżeli właśnie nie masy ludowe, skoro to ma być ich teatr /…/. uważamy, że 1) teatr ludowy będzie o tyle ludowym, o ile jak najwięcej będzie w nim samorodnej twórczości samego ludu /…/ 2) organizacje winny wspomagać, wyzwalać uzdolnienia artystyczne w masach, a nie musztrować, nie tresować ich w bezmyślnym naśladownictwie.
Teatr ludowy to nie tylko teatr wiejski czy chłopski, aczkolwiek wieś i chłopstwo ze względów demograficznych stanowiły wówczas główny punkt odniesienia. Bień i Cierniak pisali: Nasz teatr jest przede wszystkim teatrem /…/ gromad ludzkich, a gromady te mogą być rozmaite, jak np. mieszkańcy wsi lub miasteczka, członkowie jakiegoś stowarzyszenia, młodzież w szkole, żołnierze w oddziale wojskowym, robotnicy w fabryce itd. Każda taka gromada żyje w skupieniu, jakby szersza rodzina, wszyscy się znają wzajemnie, a teatralne przedstawienia urządzają rzadko, od święta, sami dla siebie. I właśnie dlatego ten teatr ma dla danej społeczności osobliwy urok, jest przecie wyrazem jej uczuć, myśli i marzeń, daje całej zbiorowości chwile zespołowych przeżyć i doznań estetycznych.
Teatr ludowy to zatem teatr oddolny, będący efektem pasji członków społeczności, zrośnięty z życiem i kulturą danej zbiorowości. /…/ zasadą organizacji winna być jak największa jej prostota i przystosowanie do warunków miejscowych, zasadniczo bezinteresowny – społeczny – stosunek /…/ do tej pracy, oparcie wzajemnych stosunków członków na zasadach demokratycznych – pisali autorzy „Teatrów ludowych w Polsce”.
***
Być może dlatego, że pochodził z chłopskiej rodziny, nie idealizował ludu. Przekonaniu o samoistnych wartościach kultury plebejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem wiejskiej, towarzyszyła wyważona ocena faktycznych możliwości tych warstw. Dostrzegał wady chłopstwa, będące skutkiem m.in. wieków poddaństwa, a także wciąż trwającej marginalizacji. Stąd też postawy chłopów, oprócz cech wartościowych, charakteryzują się nadmiernym, bezrefleksyjnym konserwatyzmem, wąskimi horyzontami, nieumiejętnością odróżnienia tandety.
Z tego względu przekonany był, że konieczny jest długotrwały, mozolny wysiłek formacyjny w kwestii repertuaru, metod pracy teatralnej, doboru technik scenicznych itp. Dostrzegał potrzebę istnienia „przewodników” w dziele zmiany negatywnych tendencji, powinny to jednak być osoby „z ludu” lub potrafiące z nim znaleźć wspólny język i uszanować tę warstwę. Dziś nie czas na dawanie łaskawego chleba za korny ukłon i ucałowanie pańskiej ręki, dziś chcemy być równi /…/ dziś nie czas, by narzucać ludowi gotowe recepty /…/. Ludowi polskiemu trzeba służyć braterską pomocą, by dojrzał i sam sobą pokierował. Bo gdybyśmy masom ludowym narzucili wszystko w gotowiźnie, nie pozwolili rozwinąć się samodzielnie, to byśmy zabili w nich nie tylko zdolności, ale samą potrzebę własnej samorzutnej twórczości. /…/ praca artystyczna wśród /…/ mas ludowych powinna polegać tylko na wytwarzaniu dla tych gromad warunków, w których by taki czy inny, drzemiący w człowieku talent lub zdolność mogły się wyzwolić, odezwać i uzewnętrznić, ale możliwie samodzielnie, tak jak myśli, czuje i wierzy. To będzie twórczość jego własna – pisał w roku 1927 w programowym tekście „Nasz cel i nasze drogi”.
Cierniak zresztą przy każdej sposobności akcentował potrzebę samodzielności i demokratyczności w pracach teatralnych. W 1926 r. w przedmowie do edycji „Wesela krakowskiego”, pisał: Reżyser teatru ludowego na takich samych prawach, co każdy członek zespołu. On tylko z woli wszystkich czuwa nad ładem w pracy, rozpala indywidualną inicjatywę, ale liczy się z każdym głosem, z każdym samorodnym pomysłem. Bo teatr stwarzamy wszyscy razem.
Nie uważał też, że należy dokonywać separacji teatru ludowego i kultury wiejskiej od wpływów „miastowych”. Wręcz przeciwnie – kultura ludowa powinna być punktem wyjścia, tyleż z uwagi na jej wartości, ile z racji tego, że stanowi istotną część etosu warstw plebejskich, jednak należy ją wykorzystać w sposób krytyczny oraz czerpać ze wsparcia innych środowisk. Stąd nie tylko związki Cierniaka z awangardową „Redutą” i zainteresowanie jej eksperymentami repertuarowymi, scenograficznymi czy dotyczącymi metod pracy w zespole, ale także inne jego pomysły. Przykładowo, poszukując wartościowego repertuaru dla teatrów ludowych, z uznaniem wypowiadał się np. o komunizującym poecie, reżyserze i dramaturgu Witoldzie Wandurskim i dokonanej przez niego nowoczesnej adaptacji ludowej legendy o madejowym łożu. Gdy natomiast postulował odrodzenie w teatrze ludowym nurtu religijnego, jako że chrześcijańska wiara i obrzędowość odgrywały niebagatelną rolę w życiu polskich plebejuszy, to jako potencjalnego twórcę scenariuszów o takiej tematyce wskazywał… mocno lewicującego i awangardowego Emila Zegadłowicza. Teatr ludowy nie miał być teatrem konserwatywnym i czołobitnym wobec tradycji.
Miał jednakże być silnie zakorzeniony w życiu ludu i jego dorobku kulturalnym. Jak pisał prof. Stanisław Pigoń, Cierniak zerwał stanowczo z mniemaniem, że teatr ludowy to jest teatr amatorski, odgrywający po wsiach popularne sztuczki komiczne lub patriotyczne. Nie włączał doń nawet sztuk pisanych po wsiach przez samorodnych autorów-chłopów. Wszystko to miał za czczą zabawkę. Jego koncepcja teatru ludowego była o wiele głębsza. Wychodził z założenia, że pierwotne życie gromadzkie wsi wytworzyło i utrwaliło pewną ilość obrzędów – widowisk o charakterze właśnie dramatycznym, ześrodkowujących w sobie momenty jakichś donioślejszych zespoleń duchowych. /…/ Remanenty takich prastarych, w sakralny porządek dramatyczny ujętych obrzędów są wcale częste po wsiach, związane z porą roku (gaiki czy maje, sobótki), z czynnościami gospodarskimi (żniwne, kosiarskie, zakładziny domostwa), z biegiem życia i śmierci (pogrzeby, zaduszki). Jednym słowem, właściwe widowisko dramatyczne dla chłopa – to nie zabawa, nie „kumedyje”, to obrzęd społeczny o charakterze sakralnym /…/ za główne zadanie teatru ludowego uznał /…/ przywrócenie widowiskom obrzędowym ich charakteru i dostojeństwa i uczynienie ich ogniskiem życia artystycznego /…/.
Oprócz wymienionych „składników” postulowanego teatru ludowego, Cierniak interesował się pomniejszymi elementami kultury plebejskiej, jak pieśni, które zazwyczaj opowiadają fabułę z wątkiem dramatycznym, a także podania, legendy, rozmaite „gadki”. Podkreślał w tej kwestii wagę regionalnego zróżnicowania kultury ludowej i wynikające stąd dodatkowe możliwości w kwestii urozmaicenia repertuaru.
Chodziło mu jednak o twórcze inspiracje, nie zaś o naśladownictwo przeszłości. W 1934 r. pisał, iż Folklor ma być z jednej strony materiałem na ów teatr o charakterze odświętnym (i nie może być nadużywany!); ale z drugiej strony ma także stać się jakby punktem wyjścia dla przyszłych autorów i inscenizatorów /…/. Dlatego repertuar teatru ludowego planował wzbogacić o całkiem nowe formy, jak np. inscenizacje z okazji „Święta Wolności”, czyli w rocznice „cudu nad Wisłą” czy o te elementy dorobku kultury wysokiej i narodowej, które współgrają z „duchem” ludu. W jego środowisku sięgano także po nowatorskie, czy wręcz tzw. kontrowersyjne formy wyrazu – jednym z ciekawszych eksperymentów była inscenizacja II części „Dziadów”, zorganizowana na Wołyniu w scenerii prawdziwego cmentarza, dokonana z aprobatą Cierniaka przez pozostającego pod jego dużym wpływem Stanisława Iłowskiego.
***
Rok 1927 przyniósł wydarzenie, które umożliwiło Cierniakowi promowanie swoich wizji na skalę znacznie większą niż dotychczas. Zaproponowano mu w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego posadę wizytatora ds. oświaty dorosłych, uniwersytetów ludowych i teatru ludowego. Choć praca ta wiązała się z pensją znacznie mniejszą niż wicedyrektora prywatnego gimnazjum, przyjął propozycję.
Piastując stanowisko, wiele przebywał w terenie, wizytując placówki związane z amatorskimi inicjatywami teatralnymi. Cierniak oprócz zaangażowania ideowego dysponował też innym atutem. Wszyscy wspominają go jako człowieka łatwo zjednującego sobie sympatię, podbijającego szczególnie serca młodzieży pasją, ale także sposobem bycia oraz wrażliwością na rozmaite problemy i zaangażowaniem w ich rozwiązywanie. Niezliczone wyjazdy, podczas których propagował swoje wizje w sposób daleki od standardu – do legendy przeszły jego gawędy przeplatane grą na gęślikach, czyli miniaturowych skrzypcach – przysparzały mu zwolenników, zaszczepiały idee, przekonywały młodzież i jej opiekunów do zerwania z teatralną sztampą, do sięgnięcia po nowy repertuar i metody pracy.
Wiosną 1929 r. utworzono w Warszawie Instytut Teatrów Ludowych. Prezesem Instytutu wybrano jego pomysłodawcę, czyli Cierniaka, a zastępcą został Schiller. Organizacja ta miała w sposób systematyczny i całościowy propagować oraz wcielać w życie Cierniakową ideę teatru ludowego. W 1931 r. jego twórca pisał: Instytut /…/ chciałby wypracować wzorowy w treści i formach teatr naprawdę ludowy, teatr samoistny, niezależny od zawodowego, o ile możności w typie oryginalny, nasz rdzennie polski. W ramach Instytutu prowadzono prace badawcze (dokumentowano „teatralne” aspekty kultury ludowej), archiwizacyjne (zbiór publikacji o teatrze amatorskim oraz rekwizytów), wydawnicze (przejęto edycję „Teatru Ludowego”, opublikowano kilka książkowych edycji dramatów scenicznych, m.in. „Pastorałkę” Schillera i „Powsinogi beskidzkie” Zegadłowicza), a przede wszystkim formacyjne. Mimo iż Instytut dysponował niezwykle skromnymi środkami – zazwyczaj pozwalającymi opłacić jeden stały etat; Cierniak pracował całkowicie społecznie – zasięg jego działalności był znaczny.
Jedną z głównych form aktywności były kursy i konferencje szkoleniowe. Pomniejszych spotkań tego rodzaju odbywało się nawet kilkadziesiąt w roku, zaś corocznie urządzano jedną dłuższą konferencję programową, gdzie oprócz formułowania koncepcji i wymiany myśli, wspólnie opracowywano jedno „wzorcowe” przedstawienie, które następnie liderzy ruchu propagowali w swoich regionach, także w postaci swoistych wariacji na temat.
W kręgu bezpośredniego oddziaływania Związku Teatrów Ludowych oraz Instytutu Teatrów Ludowych znajdowało się w latach 30. od 1000 do 1400 zespołów dość ściśle współpracujących oraz ponad drugie tyle o luźniejszych więzach z tym środowiskiem.
***
Cytowany już Pigoń napisał o Cierniaku, że był on jednym z najpiękniejszych przykładów inteligenta, który się nie dał wykorzenić z gruntu rodzinnego. Choć od lat mieszkał w Warszawie, nigdy nie zapomniał o maleńkim Zaborowie. W nawale pracy zawodowej i społecznikowskiej, znajdował czas na różnorakie formy wspierania społeczności lokalnej.
To dzięki jego wieloletnim zabiegom sfinalizowano w niedużej wiosce budowę okazałego Domu Ludowego, w którym siedzibę znalazły wszelkie miejscowe inicjatywy społeczne. Sporą część środków na ten cel wyjednał u emigrantów, którzy za chlebem wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Był jednym z głównych fundatorów księgozbioru zaborowskiej biblioteki, a także pomysłodawcą badań socjologicznych lokalnej zbiorowości, realizowanych przez Instytut Gospodarstwa Społecznego. W 1936 r. ukończył i wydał w znacznej mierze własnym sumptem książkę „Wieś Zaborów i zaborowski Dom Ludowy” – była to pierwsza, a przy tym fachowa monografia rodzinnych stron autora.
Wynikało to nie tylko z przywiązania do „ojcowizny”, lecz także ze swoistej filozofii życiowej Cierniaka. Jak pisał po latach Franciszek Mleczko, lubił podkreślać potrzebę dwóch krzyżujących się spojrzeń na ojczysty kraj. Jedno – to spojrzenie ze stanowiska stolicy, drugie – spojrzenie ze stanowiska prowincji dalekiej od stolicy. Prawdę według niego zdobywa się dopiero w punkcie przecięcia tych dwóch spojrzeń.
***
Jędrzej Cierniak zasłużył się dla popularyzacji teatru ludowego (oprócz „TL”, okresowo redagował także „Teatr w Szkole” i „Pracę Oświatową”), dla nadania mu form organizacyjnych i polepszenia jakości repertuaru. Był również autorem kilku dobrze ocenionych przez krytykę utworów dramatycznych dla teatrów ludowych – „Franusiowa dola”, „W słonecznym kręgu”, „Wesele krakowskie”. Jednak na pamięć zasługuje przede wszystkim jako twórca nowatorskiej koncepcji teatru, daleko wykraczającej poza sztukę czy nawet działalność kulturalną.
Jak pisał Zawieyski, który po latach nazwał wizję Cierniaka „wiejskim teatrem monumentalnym”, widział /…/ teatr inaczej, niż go dotąd widziano. Nie jako budę z pudełkową sceną, lecz raczej jako przestrzeń sceniczną, którą może być na wsi polana, uroczysko leśne, fragment architektury. Marzyła mu się ta nowa, wiejska scena na podobieństwo sceny antycznej greckiej /…/. Pieśń zespołowa – mówił nieraz – lub zespołowa recytacja w widowisku wiejskim, wpleciona do akcji, może być czymś jak chór w tragedii Sofoklesa. /…/ Miał to być teatr prawdziwie ogromny, wielkie święto dla wszystkich ludzi ze wsi, którzy uczestniczą w widowisku nie jako bierni widzowie, lecz współdziałający aktorzy. Nade wszystko chodziło Cierniakowi o zbiorowe, gromadzkie przeżycie artystyczne, silne, podnoszące i budujące. Teatr wedle Cierniaka miał być „uroczysty” w sensie budzenia wzniosłych uczuć, kreowania atmosfery święta, poczucia uczestnictwa w czymś istotnym, niecodziennym. W ten sposób miał nie tylko oddziaływać na indywidualne zmysły, lecz także stanowić zbiorowe przeżycie, cementujące wspólnotę, nadające jej swoistą moc.
Tak rozumiany teatr był z jednej strony silnie zanurzony w przeszłości – nie w „folklorze” i „zwyczajach”, lecz w najgłębszych, wręcz uniwersalnych aspektach kultury ludu, jakimi są wiejskie „święta”, czy to o charakterze religijnym, czy świeckim, związane z rytmem przyrody, pracą na roli i innymi ważkimi wydarzeniami w życiu wspólnoty. Z drugiej zaś strony był to teatr na wskroś nowoczesny. Wielkie widowiska, z masowym udziałem widzów-aktorów, oznaczały nie tylko odrzucenie naśladownictwa schematycznych ram teatru zawodowego. Przede wszystkim wyrażały idee emancypacyjne i demokratyczne – lud przestawał być biernym odbiorcą, a stawał się równouprawnionym współtwórcą. Prezentując swą wizję, stwierdzał Cierniak w roku 1930: To już nie będzie teatr dla ludu, ograniczającego się do biernego odbierania wrażeń, ale teatr ludu, odprawiany zbiorowym wysiłkiem wszystkich danego widowiska uczestników. Masy ludowe w teatrze Cierniaka wchodziły na scenę nie tylko dosłownie, lecz także w wymiarze symbolicznym, wkraczały w życie publiczne, zrzucając jarzmo wielowiekowej pańszczyzny i późniejszego traktowania jako obywateli drugiej kategorii. Tak pomyślany teatr nadawał ludowi poczucie siły i własnej wartości. Folklor nie miał tu nic wspólnego z sentymentalnym wzdychaniem za „starymi dobrymi czasami”, z kurczowym trzymaniem się tradycji, lecz służył jako budulec tożsamości mas ludowych. Nawet jeśli nie był doskonały – i należało go rozwijać, ulepszać, co Cierniak podkreślał wielokrotnie – to był własny, pozwalał chłopom czuć się samodzielnymi twórcami, nie zaś zaledwie konsumentami tego, co przygotowały dla nich stare elity społeczno-kulturalne.
Redaktor „Teatru Ludowego” uważał, że nowy repertuar i sposoby uczestnictwa w widowiskach są zarazem odpowiedzią na zachodzące tendencje społeczne, jak i przyspieszają ich rozwój. W programowym tekście „O treść teatru chłopskiego” pisał w 1937 r., że nowości w teatrze ludowym pozostają w ścisłym związku /…/ z ogólną atmosferą /…/ w Polsce, w której /…/ musiał się obudzić w najszerszych warstwach, a więc i na wsi, pęd do światła, do nauki, w ogóle do kultury. /…/ życie na wsi i jej szybki rozwój organizacyjno-społeczny przyniosły nowe treści, nowe niepokoje, konflikty, marzenia i tęsknoty, które domagają się właściwej wypowiedzi w teatrze. Wieś się budzi do nowego życia, pręży się, z uporem idzie ku nowej historii i właśnie chciałaby się zobaczyć na scenie w tej nowej, tworzącej swoje chłopskie i ogólnonarodowe jutro, postawie. Chciałaby zobaczyć to, co już wyrażać zaczyna w wierszu, w pismach młodzieży, w dyskusjach i zjazdach, /…/ w uniwersytetach ludowych, na zebraniach kół młodzieży wiejskiej, spółdzielni, kół Stronnictwa Ludowego. W tym samym roku na łamach „Pracy Oświatowej” stwierdzał: /…/ tęsknimy przecież – jak zawsze – ku nowej, lepszej przyszłości, stąd tyle marzeń o wielkich przemianach. /…/ Dzisiejsze czasy, zwłaszcza w życiu wsi polskiej, są czasami naprawdę epokowymi, bo właśnie teraz rozpoczął się ów historyczny pochód chłopa ku państwu i jego sprawom, ku dojrzewaniu do podjęcia pełnej odpowiedzialności za losy tego państwa /…/.
***
W dorobku Cierniaka oprócz szeroko pojętego „artyzmu”, wyraźnie widzimy – jak ujęła to Kazimiera Zawistowicz-Adamska: drugi nurt – to „sprawa chłopska”, to ideologiczna walka o pozycję chłopa, o wydźwignięcie go z upośledzenia gospodarczego i kulturalnego, o zapewnienie pełnoprawnego uczestnictwa w kulturze narodowej. Zawieyski zaś dodaje, że należał całym sercem do radykalnego ruchu chłopskiego i był w ostatnich latach przed wojną członkiem opozycyjnego Stronnictwa Ludowego. Pragnął tego, czego pragnęli wówczas wszyscy radykalni działacze polityczni i chłopskie partie /…/.
Sympatie ideowe i organizacyjne Cierniaka nie pozostawiają wątpliwości, że o lata świetlne odległy był od kultury ludowej w pojęciu „skansenu” czy kurczowego trzymania się „tradycji”. Dodajmy, że tego rodzaju jawne afiliacje stanowiły dowód znacznej odwagi cywilnej, wszak Cierniak pozostawał urzędnikiem państwowym na etacie w sanacyjnym ministerstwie. Tylko szacunek dla jego autorytetu i uznanie dla wielkiej pracy społecznej sprawiły, że redaktor „Teatru Ludowego” nie popadł w niełaskę w obozie rządzącym. A Cierniak, choć dobroduszny i serdeczny, nie cofał się przed ostrą krytyką ówczesnej rzeczywistości. We wspomnieniach uczestnika Ogólnopolskiej Konferencji Teatralnej w Katowicach w maju 1934 r. zachował się taki incydent: /…/ przedstawiciel Komendy Głównej Związku Strzeleckiego zaatakował działalność Instytutu Teatrów Ludowych /…/, że „nie uwzględniają w repertuarze teatru ludowego dzisiejszej rzeczywistości”. Na to porwał się Cierniak /…/: „Owszem, możemy uwzględnić waszą propozycję i inscenizować /…/ dzisiejszą rzeczywistość, ale mam wątpliwości, czy nam władze pozwolą inscenizować sprawę Brześcia i Berezy Kartuskiej”.
Nie należy jednak wiązać tego z polityką pojmowaną jako walka o interesy partyjne. On sam określał się mianem „ludowca”, jednak odcinał od zbyt silnych identyfikacji partyjnych; sojuszników potrafił dostrzec w środowiskach nierzadko odległych od swego „zaplecza”. Bywałem z nim na uroczystościach otwarcia domów ludowych i świetlic. /…/ Cieszył się z każdej świetlicy – Wiciowej [radykalna młodzież ludowa], TUR-owej [PPS] czy Siewowej [sanacja] lub Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży [bliskie endecji]. /…/ zawsze podkreślał te momenty w działaniu, które wieś łączą, scalają jej wysiłki w kierunku pozytywnych przeobrażeń – wspominał Marian Trendota.
Młodzi radykałowie z ruchu ludowego zarzucali mu czasem pozostawanie „na służbie” obozu władzy. Ale Cierniak też był radykałem, tyle że na głębszym poziomie. Przemawiając w 1936 r. na konferencji zorganizowanej przez Prezydium Rady Ministrów, mówił do sanacyjnych urzędników: Nie cofajmy się, gdy zajdzie wyższa potrzeba, przed poświęceniem /…/ nie tylko interesów grupowych, ale także dziś obowiązujących zarządzeń ustrojowych, jeżeli wejdzie w grę Salus Republicae [Dobro Rzeczypospolitej].
***
Po niemieckiej napaści na Polskę, pozbawiony pracy, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji materialnej – miał na utrzymaniu żonę i córki. Gdy udało mu się otrzymać posadę nauczyciela w szkole na warszawskim Targówku, zaczął tę pracę od pomocy dla najbiedniejszych uczniów. W liście do Pigonia pisał: /…/ już temu zaradziłem zorganizowawszy wewnątrz klasy samopomoc śniadaniową: dzieci zamożniejsze przynoszą po kromce chleba dla niezamożnych i dzielimy się tym tak, że przynajmniej te dzieci, co nie jedzą w domu, zawsze w szkole na pauzie coś przetrącą /…/. Zbieram po znajomych i innych szkołach rzeczy ubraniowe, bieliznę, obuwie, przybory szkolne, książki i obdzielam tych biedaków.
Włączył się też w działalność konspiracyjną w Stronnictwie Ludowym „Roch”, wkrótce został członkiem Komisji Oświaty tegoż ugrupowania. W 1940 r. utworzył podziemny Ludowy Instytut Oświaty i Kultury, pełnił rolę jego lidera. Brał czynny udział w redagowaniu i kolportażu prasy podziemnej. Prawdopodobnie zadenuncjowany za tę działalność, został aresztowany przez Gestapo 22 kwietnia 1941 r. i osadzony na Pawiaku. Ciężko chory, spędził kilka miesięcy w więziennym szpitalu.
2 marca 1942 r., w odwecie za zastrzelenie kilku gestapowców przez ruch oporu, hitlerowcy w zbiorowej egzekucji w nieznanym do dziś miejscu rozstrzelali 100 więźniów Pawiaka, między nimi Jędrzeja Cierniaka. Jego symboliczny grób znajduje się w Palmirach. Tuż po zakończeniu wojny, znany pisarz chłopski, Jan Wiktor, napisał: Zginął w bezimiennym dole, a mógłby być jutro dumą Polski, najpracowitszym cieślą przy wznoszeniu zrębu dla przyszłych pokoleń.
Bibliografia (ważniejsze pozycje):
- Edward Chudziński, W kręgu kultury i literatury chłopskiej 1918-1939. Z dziejów chłopskiej prasy literackiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
- Jędrzej Cierniak, W słonecznym kręgu. Widowisko cykliczne, oparte na zwyczajach i obrzędach z żywobyciem wiejskiego człeka w dorocznym obiegu słońca związanych, Instytut Wydawniczy „Sztuka”, Warszawa 1948.
- Jędrzej Cierniak, Zaborowska nuta, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1956.
- Jędrzej Cierniak, Źródła i nurty polskiego teatru ludowego. Wybór pism, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1963.
- Mirosława Drozd-Piasecka, Wanda Paprocka, W kręgu tradycji i sztuki ludowej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
- Henryk Tymon Jakubowski, Amatorski ruch teatralny. Zarys historii do roku 1939, Centralny Ośrodek Metodyki Upowszechniania Kultury, Warszawa 1975.
- Arkadiusz Jędraszczyk, Adam Bień 1899-1998. Działalność społeczna i polityczna, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2005.
- Antoni Olcha, Jędrzej Cierniak /w:/ tegoż, Żywe ogniwa. Szkice i sylwetki, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1965.
- Stefan Józef Pastuszka, Amatorski ruch artystyczny na wsi polskiej 1918-1939, Kieleckie Towarzystwo Naukowe, Kielce 1994.
- Teatry ludowe w Polsce. Dotychczasowy rozwój ruchu, możliwości ideowe i organizacyjne na przyszłość, opracowali Adam Bień i Jędrzej Cierniak, Wydawnictwo Związku Teatrów Ludowych, Warszawa 1928.
- Wiejskie uniwersytety ludowe w Polsce. Biuletyn konferencji oświatowej poświęconej sprawie uniwersytetów ludowych, Krzemieniec 6-8 października 1938, Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Ludowych, Warszawa 1939.
- Wspomnienia o Jędrzeju Cierniaku, wybór i opracowanie Zofia Mazurowa i Leonilda Wyszomirska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1982.
- Jerzy Zawieyski, O Jędrzeju Cierniaku /w:/ tegoż, Dobrze, że byli, Biblioteka „Więzi”, Znak, Warszawa – Kraków 1974.
- Kazimiera Zawistowicz-Adamska, Społeczność wiejska. Doświadczenia i rozważania z badań terenowych w Zaborowie, Polski Instytut Służby Społecznej, Łódź 1948.
- Józef Zięba, Ruch teatralny na wsi 1918-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976.