Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

W ciągu ostatnich trzydziestu lat wszystko to zmarnowaliśmy – stwierdza Tony Judt na jednej z początkowych stron książki „Źle ma się kraj”. Na pierwszy rzut oka może się ona wydawać jednym wielkim lamentem za „starymi dobrymi czasami”. Ale autor, zmarły przed dwoma laty, nie był konserwatystą – był lewicowym myślicielem i przez wiele lat konsekwentnie należał do obozu, który miał na sztandarach postęp. Dlatego jego niewielka, za to bardzo treściwa rozprawa-manifest, jest tak ciekawa.

Czym jest wspomniane „to”, nad którego zmarnowaniem ubolewa historyk i intelektualista? Najprościej mówiąc, trzy ostatnie dekady były okresem podkopywania porządku, który swą pełną, udaną postać osiągnął w jeszcze wcześniejszych trzech dziesięcioleciach. Można „to” nazwać państwem dobrobytu lub wcieleniem w życie wartości socjaldemokratycznych. Okres po II wojnie światowej, stanowiącej apogeum szaleństwa i destabilizacji, był – również dosłownie – czasem odbudowy ruin. W ich miejsce udało się szybko i w niespotykanej w dziejach skali stworzyć porządek może nie idealny, jednak na pewno pod wieloma względami znakomity.

Stale rosnący poziom życia mas społecznych, nie zaś wybranych jednostek. Zmarginalizowanie takich problemów, jak bezrobocie czy ubóstwo. Poczucie stabilizacji – nie tylko materialnej. Do tego błyskawiczny rozwój „infrastruktury społecznej” – od obligatoryjnych zasiłków, przez masowe budownictwo mieszkaniowe i rozwój szkolnictwa, aż po sprawny transport publiczny i dostęp do dóbr kultury – czyniącej życie lepszym, wygodniejszym i bardziej egalitarnym, nawet dla tych, którzy wciąż uwikłani byli w różne kłopoty.

A wszystko to – podkreślmy ów fakt bardzo, bardzo dobitnie – w atmosferze wolności, poszerzania zakresu swobód zarówno politycznych, jak i tych zwykłych, ludzkich. Jeśli zmiana, to oswojona, rozsądna, a przy tym niezmiennie na lepsze. Jeśli niepewność, to tylko podszyta dreszczykiem przyjemnej emocji, bo zza każdego kolejnego zakrętu wyłaniało się coś doskonalszego. Nawet jeśli nie wszystkie problemy zostały rozwiązane, to ich skala i zakres nieustannie malały, więc nawet ci, którzy pozostawali w tyle, mogli mieć uzasadnione nadzieje, że lada moment wydobędą się z takiego czy innego bagna. W skondensowanej formie „Źle ma się kraj” przypomina czytelnikom, że – trawestując znane powiedzenie – jeszcze nigdy tak wiele nie udało się zrobić dla tak wielu w tak niewielkim okresie czasu.

Judt podkreśla, że wbrew demagogicznym, a nierzadko także ignoranckim wywodom liberalnych mędrków, ta epokowa zmiana nie dokonała się bynajmniej wskutek knowań rewolucyjnych mitomanów. Wręcz przeciwnie – powojenny okres stabilizacji był możliwy, gdyż reformom społecznym, nieraz ogromnym i dalekosiężnym, przyświecało pragnienie opanowania bezładu. Jakkolwiek idee progresywne zawsze zawierały pierwiastek pozytywnego szaleństwa, pozwalającego wybiegać myślą poza horyzonty wystraszonych kołtunów oraz zawodowych hochsztaplerów rozgrywających ich strach, to zmiany, którym zawdzięczamy powojenną „złotą trzydziestkę”, były w swej istocie reakcją na kilka dekad chaosu i destrukcji, ciągnących się od I wojny światowej, przez wielki kryzys i rozkwit zamordyzmów politycznych, po hekatombę II wojny. Celem takiego państwa nie miało być zrewolucjonizowanie stosunków społecznych, a już z pewnością nie inauguracja epoki socjalistycznej. Keynes, podobnie jak większość ludzi odpowiedzialnych za innowacyjne ustawodawstwo tamtych lat – od Clementa Attlee w Wielkiej Brytanii, Charlesa de Gaulle’a we Francji i samego Franklina Delano Roosevelta – był instynktownym konserwatystą. Wszyscy zachodni przywódcy tamtego okresu – sami dżentelmeni w podeszłym wieku – urodzili się w stabilnym świecie […] Wszyscy przeżyli traumatyczne zmiany. Podobnie jak bohater „Lamparta” Giuseppe di Lampedusy pojęli, że postawa konserwatywna wiąże się z koniecznością zmian […] Pozostaje intrygującym paradoksem, że kapitalizm miał zostać ocalony – co więcej, miał kwitnąć w ciągu następnych dziesięcioleci – dzięki zmianom kojarzonym wtedy (i później) z socjalizmem – pisze Judt.

Odpowiedzią na rozpad społeczeństw, w latach kryzysu i wojny noszący wręcz znamiona powrotu do stanu dzikości, była zdroworozsądkowa koalicja szerokiego wachlarza sił społecznych. Oszalały kapitalizm, niszczący fundamenty stabilizacji, na przeciwnym biegunie zaś faszyzm i komunizm, oferujące ład za cenę terroru, spotkały się z reakcją, która powściągnęła wolność (czy raczej samowolę) podmiotów gospodarczych, ale ocaliła wolność społeczeństwa. W Wielkiej Brytanii w połowie lat pięćdziesiątych […] politycy osiągnęli taki poziom porozumienia w kwestii wydatków publicznych, że główny nurt debaty określono mianem „butskellizmu”, łączącego idee R. A. Butlera, umiarkowanego ministra konserwatystów, i Hugh Gaitskella, centrystycznego przywódcy opozycji z Partii Pracy. Butskellizm miał zresztą charakter uniwersalny. Pomijając specyficzne różnice, francuskich gaullistów, chrześcijańskich demokratów i socjalistów łączyła wiara w aktywne państwo, planowanie gospodarcze i inwestycje publiczne na szeroką skalę. W dużym stopniu to samo można było powiedzieć o konsensusie przyświecającym polityce w Skandynawii, krajach Beneluksu, Austrii, czy nawet w rozdzieranych przez spory ideologiczne Włoszech. Chociaż niemieccy socjaldemokraci aż do 1959 roku posługiwali się retoryką […] marksistowską, niewiele ich dzieliło od chadeckiego kanclerza Konrada Adenauera – zauważa autor. Podobnie było nawet w USA, które wbrew liberalnym tradycjom dokonały wielkich reform społecznych, a w dziedzinie planowania gospodarczego i inwestycji publicznych nierzadko zdystansowały kraje Starego Kontynentu.

Kolejna „nieoczywista oczywistość” w narracji Judta to fakt, że – wbrew popularnym w Polsce wywodom troglodytów korwinowskich – wspomniana polityka władz publicznych była korzystna nie tylko dla ubogich, bezrobotnych czy „cwaniaków na zasiłkach”, lecz także dla klasy średniej. Nawet jeśli drobni producenci czy usługodawcy płacili stosunkowo wysokie podatki, w zamian otrzymywali liczne usługi publiczne zarówno jako obywatele, jak i przedsiębiorcy. Ponadto, znacząco wzrastała siła nabywcza ludności, co wzmagało popyt na ofertę sektora prywatnego. Natomiast państwowe regulacje i ingerencje sprawiły, że zamiast „dzikiego” kapitalizmu, w którym rekiny nieustannie pożerają płotki, otrzymano system, gdzie w miarę bezpiecznie mogła funkcjonować znaczna ilość „średniaków”. Judt pisze: […] przedstawicielom klasy średniej zaoferowano taką samą pomoc społeczną i świadczenia jak klasie pracującej i biednym: darmowe wykształcenie, tanią lub bezpłatną służbę zdrowia, emerytury i zasiłek dla bezrobotnych. W konsekwencji, kiedy tak wiele niezbędnych wydatków życiowych pokrywały podatki, europejska klasa średnia zaczęła w latach sześćdziesiątych dysponować znacznie większymi przychodami niż kiedykolwiek po 1914 roku.

Dla odmiany warto wrzucić kamyczek do ogródka ukąszonych przez Różę Luksemburg i mitomanów pomniejszej klasy. Otóż stworzenie takiego ładu gospodarczego było możliwe nie na mocy triumfu abstrakcyjnej idei politycznej czy ekonomicznej, lecz dzięki istnieniu konsensu przekonań moralnych w danej, konkretnej społeczności. Nowy ład posiadał silne zakorzenienie w milcząco akceptowanym systemie wartości grupy o stosunkowo jednolitym etosie kulturowym. Nie internacjonalizm, nie wzniosłe ideały, nie różnorodność, nie „procesy dziejowe” – fundamentem społeczeństwa dobrobytu było państwo narodowe, jego raczej homogeniczna kultura oraz wezwanie do solidarności na gruncie konkretów, do pomagania „takim jak my”, a następnie wynikające z tegoż wezwania intencjonalne decyzje polityczne. To „my” nie było oczywiście tak ekskluzywne, jak chcieliby np. nacjonaliści, nie było wszakże tak „rozciągliwe”, jak roją sobie dzisiejsi specjaliści od projektowania świata czy choćby kontynentu bez granic i barier. Judt wskazuje, że państwa narodowe i ich obywatele wyznający podobny system wartości to naturalna przestrzeń dla kluczowych cech społeczeństwa dobrobytu – zaufania i współpracy.

Dlaczego ten „raj” utracono? Autor „Źle ma się kraj” nie epatuje – jak uwielbia to czynić „radykalna lewica” – wizjami neoliberalnych spisków, w których Chicago Boys za pieniądze wielkiego biznesu namieszali w głowach przywódców i obywateli państw połowy świata. Nie kreśli również karkołomnych analiz spod znaku rosnącego stopnia koncentracji kapitału, co w korelacji z nasilaniem się imperializmu prowadzi nieodmiennie do kryzysu strukturalnego. Wskazuje natomiast, że państwo opiekuńcze stało się z jednej strony nadopiekuńcze, ingerując w coraz to więcej sfer życia obywateli, z drugiej zaś – zbyt mało opiekuńcze, gdy w efekcie tego pierwszego zjawiska przestało radzić sobie z zaspokajaniem kluczowych potrzeb społecznych. Przywołuje także, rzadko dostrzegany przez lewicę, czynnik psychologiczny. Dla pokolenia, na którego oczach powstały zręby państwa opiekuńczego, proces ten jawił się jako swoista pełzająca rewolucja, obfitująca w istotne i namacalne zdobycze. Tymczasem kolejne generacje, dorastające w otoczeniu powszechnej służby zdrowia i szkolnictwa, ubezpieczeń społecznych, marginalnego bezrobocia, tanich mieszkań, nie potrafiły docenić „rogu obfitości”. Dla każdego, kto urodził się po 1945 roku, państwo opiekuńcze wraz ze swymi instytucjami nie stanowiło rozwiązania dawnych problemów, ale było zastaną sytuacją życiową, dość przy tym nudną. […] Spadkobiercy pokolenia reformatorów nie interesowali się już celami poprzedników. Przeciwnie – cele te postrzegano coraz bardziej jako ograniczenie indywidualnej ekspresji i wolności – pisze Judt.

Gdy do takiego poczucia doszły przeobrażenia struktury społecznej, polegające głównie na dorastaniu pokolenia wyżu demograficznego oraz na kurczeniu się tradycyjnej klasy robotniczej (malejąca rola „starego” przemysłu i znaczny wzrost poziomu życia pracowników najemnych, zacierający granice oddzielające ich od klasy średniej), dokonała się daleko idąca zmiana w łonie samej lewicy. „Nowa lewica”, uosabiana przez młodzieżową kontrkulturę – studentów i rozmaitych freaków – odrzuciła wspólnotową perspektywę dawnej socjaldemokracji na rzecz indywidualizmu, ekspresji, „luzu”, krytyki rzekomo sztywnego porządku i „koszarowości” państwa opiekuńczego. Takie zbiorowe podmioty, jak robotnicy czy ubodzy, zostały wypchnięte z centrum zainteresowania przez grupy bądź to „niszowe” (mniejszości etniczne, seksualne i kulturowe), bądź dla odmiany zbyt szerokie z punktu widzenia sensownie adresowanej polityki publicznej (kobiety). Własne, „nudne” społeczeństwa ustąpiły miejsca jako punkt odniesienia odległym, jawiącym się jako ciekawsze – nawet za cenę swoistej schizofrenii politycznej, gdy krytycy zachodnioeuropejskiej czy amerykańskiej „uniformizacji” wychwalali faktycznie koszarowe maoistowskie Chiny lub afrykańskie klany etniczne. To, co prywatne – a właściwie egocentryczne – stało się, zgodnie ze znanym hasłem tamtej epoki, kwestią polityczną. Tyle że wskutek owego procesu coraz mniej polityczne stawało się to, co publiczne.

W efekcie niepisany konsensus lat powojennych pękał; wyłaniało się nowe, zdecydowanie nienaturalne porozumienie skoncentrowane wokół prywatnego interesu. Młodzi radykałowie nigdy nie określiliby swych celów w ten sposób, ale najsilniejsze emocje budziło w nich właśnie rozróżnianie pomiędzy chwalebną wolnością prywatną a drażniącymi ograniczeniami publicznymi. Ironia polegała na tym, że dokładnie to samo rozróżnienie stało się fundamentem wyłaniającej się nowej prawicy – konkluduje Judt.

Prawica liberalna przeszła do ofensywy, po kilku dekadach zapaści, wskutek podobnych czynników. Pokolenia wychowane w dobrobycie nie mogły pamiętać realiów, które parę dziesięcioleci wcześniej skłoniły społeczeństwa do poparcia socjaldemokracji czy prosocjalnych nurtów prawicy. Rozrost, a niekiedy przerost państwa opiekuńczego bywał dokuczliwy – urzędnik pomocny w czasach chaosu, potrafił uprzykrzać życie w dobie stabilizacji. Poza tym, jak stwierdza autor „Źle ma się kraj”, narcyzm ruchów studenckich, ideologów nowej lewicy i kultury popularnej lat sześćdziesiątych musiał wywołać konserwatywną reakcję. Gdy kiedyś to lewica reprezentowała masy, a prawica warstwy uprzywilejowane, tak teraz przeobrażona lewica, kolokwialnie mówiąc, wypięła się na owe masy, dzięki czemu prawica mogła obwołać się reprezentantem narodu czy „milczącej większości”. Dopiero na tak przygotowanym gruncie dokonała się inwazja ideologii neoliberalnej. To nie spisek Hayeka, Misesa i Friedmana przyniósł kres „socjalizmowi” – to opisany ciąg procesów i postaw politycznych sprawił, że podobne persony wylazły z nor i poniosła je fala popularności. Reagan i Thatcher powinni z wdzięczności ufundować pomnik Nieznanego Lewaka…

Oczywiście Tony Judt nie twierdzi, że wszystko, co zrobiła i w co wierzyła nowa lewica było złe czy choćby bezpodstawne. Dostrzega on autentyczną i uzasadnioną troskę o grupy, które nawet w warunkach dobrobytu i egalitaryzmu pozostawały na materialnym czy kulturowym marginesie. Jednak bezrefleksyjność oraz dziecinnie, by nie powiedzieć szczeniacko pojmowany radykalizm, doprowadziły do wylania dziecka z kąpielą. Zamiast poprawić kondycję różnych mniejszości w łonie społeczeństwa, polepszono ich sytuację, ale za cenę równoległej rezygnacji z obrony owego społeczeństwa. Dzisiaj znajduje się ono w rozsypce.

Kolejny paradoks, który analizuje Judt, polega na tym, że zbiorowości poddane wolnorynkowej ofensywie stają się przeciwieństwem zarówno celów deklarowanych przez doktrynerów nowej lewicy, jak i tych niesionych na sztandarach liberalnej prawicy. Parę dekad demontażu funkcji państwa, poczynając od sfery socjalnej po dbałość o infrastrukturę, media publiczne i kulturę narodową, przyniosło społeczeństwo – jak nazywa to autor książki – wypatroszone. Dominują w nim nie swobodne, spontaniczne i pełne ekspresji „wolnościowe” grupy, których oczekiwała nowa lewica, ani też nie rodziny i tradycyjne wspólnoty, których odrodzeniem mamią prawicowi liberałowie, lecz dziwaczna hybryda. Tworzy ją państwo, które choć nie dba już o socjalne wsparcie obywateli, wcale nie stało się „minimalne” (neoliberałowie u władzy rozbudowali inne jego funkcje, jak sektor militarny, agendy zajmujące się wspieraniem biznesu, siły policyjne, aparat inwigilacji itp.), oraz jednostki: rozproszone, samotne, miotane wichrami przemian wolnorynkowych. Jakkolwiek instytucje publiczne państwa opiekuńczego bywały przerośnięte i „dokuczliwe”, dawały one wsparcie zarówno jednostkom, jak i wspólnotom lokalnym czy zbiorowościom pracowniczym, a socjalny model zabezpieczał podmioty kolektywne przed rozpadem generowanym przez gwałtowne przemiany rynkowe, kulturowe czy technologiczne.

Rozpad(ł)a się nie tylko spójność społeczna pojmowana w kategoriach materialnych, ale także wspólny etos kulturowy, identyfikacja obywatelska, tożsamość zbiorowa. Ludzie dzięki rozwojowi technologii wydają się żyć bliżej siebie, ale w „samotnym tłumie” łączy nas coraz mniej. Jeśli maleje ilość przestrzeni publicznej i takich instytucji, jeśli nowolewicowo-liberalnoprawicowy przekaz podkreśla to, że każdy jest kowalem własnego losu i panem własnej wolności, efektem staje się deficyt zaangażowania w życie zbiorowe i rozkład poczucia przynależności. Rozmaite namiastki – czy będą to wirtualne lub hobbystyczne społeczności dla „nowocześniaków”, czy rodziny lub fundamentalistyczne wspólnoty religijne i nacjonalistyczne dla „tradycjonalistów” – nie zmieniają faktu, że mamy ze sobą niewiele wspólnego, że zamiast społeczeństwa istnieje raczej zbiorowisko „sekt” oraz nasilająca się wojna wszystkich ze wszystkimi. To samo dotyczy ruchów politycznych i społecznych. Jak wskazuje Judt, istnieje coraz więcej odseparowanych inicjatyw „tematycznych”, „ruchów jednej sprawy”, ale towarzyszy temu zanik projektów i postulatów uniwersalnych, całościowych.

Tam, gdzie nie istnieje spójne społeczeństwo, niełatwo również o debatę publiczną z prawdziwego zdarzenia. Indywidualizacja sprawia, że jeśli dyskusja wykroczy poza zestaw standardowych i coraz bardziej banalnych tematów, koncentruje się ona na kwestiach etycznych. Dylematy moralne i związane z nimi stanowiska „za” lub „przeciw” to właściwie jedyne, co dyskutujemy i w co się angażujemy. Tymczasem, jak przypomina historyk, demokracje istnieją wyłącznie dzięki zaangażowaniu obywateli w zarządzanie sprawami publicznymi. Gorące spory o kwestie dotyczące etyki seksualnej czy postaw kulturowych toczą się w sytuacji, gdy ludziom wmówiono, że istnieje jedyna możliwa polityka społeczno-gospodarcza (neoliberalna), że niezależnie od różnic klasowych wszyscy mamy podobne cele (ogólnikowo rozumiany rozwój), a także, iż problemy ekonomiczne to wyłącznie domena fachowców, nie zaś „obywatelskich laików”. Nowolewicowo-wolnorynkowy indywidualizm okazał się w istocie przyczyną dewastacji zbiorowej woli i interesów, a zaowocował nie ekspresją oryginalnych postaw, lecz konformizmem i jednomyślnością w sprawach niegdyś zasadniczych. Może współistnieć wiele wzajemnie sprzecznych stanowisk wobec aborcji, imigracji czy wegetarianizmu, natomiast w kwestii podatków czy polityki społecznej niemal wszyscy mówią jednym głosem.

Musimy dokonać tego, co autor „Źle ma się kraj” nazywa „ponownym otwarciem kwestii społecznej”. Najpierw powinniśmy ponownie nauczyć się myśleć w kategoriach dobra publicznego i interesów zbiorowych, a także debatowania o nich i zaangażowania w rozmaite działania prowadzące ku takim celom. Odnowienie myślenia w kategoriach kolektywnych oraz poszukiwanie recept na bolączki społeczne w działaniach instytucji publicznych jest konieczne nie tylko dla powstrzymania dalszej dezintegracji społeczeństwa, lecz także z powodu przygotowania się na zupełnie nowe formy i skalę problemów. Przykładowo, ogromny rozwój sił wytwórczych sprawia, że niedobór miejsc pracy nie jest już okresową dysfunkcją gospodarki lub efektem knowań właścicieli środków produkcji (dla których istnienie „rezerwowej armii pracy” jest z wielu względów korzystne) czy też immanentną cechą kapitalizmu. Staje się on problemem prawdopodobnie nierozwiązywalnym w sposób prosty (poprzez takie czy inne sposoby tworzenia nowych etatów), a jednocześnie dotykającym znacznie większe rzesze społeczne, w tym również grupy dotychczas wolne od tego rodzaju ryzyka. Przyczyny, dla których należy ożywić państwo, nie wynikają tylko z jego znaczenia dla nowoczesnego społeczeństwa pojmowanego jako projekt kolektywny; istnieje znacznie bardziej paląca potrzeba. Wkroczyliśmy w wiek lęku – przekonuje Judt.

Odbudowa państwa pomocnego w sferze opiekuńczej stanowi zatem odpowiednik systemu alarmowego i procedur bezpieczeństwa na wypadek katastrofy. Zagrożenia wynikające zarówno z przeobrażeń technologicznych, jak i z zaawansowanych procesów rozkładu społeczeństwa, powinny nas również uczulić na kwestie braterstwa i równości. Stosunkowy dobrobyt krajów Zachodu oraz istnienie – jako pozostałości po „złotej erze” – różnych możliwości „miękkiego lądowania” w przypadku kłopotów jednostkowych bądź zbiorowych, topnieją (neoliberalny sposób podziału dochodu sprzyja wyłącznie garstce wybrańców, reszcie zostawiając ochłapy) oraz są wciąż jeszcze celowo demontowane. To, co w lepszych czasach mogło się jednostkom wydawać opłacalne – na propagandzie akcentującej sukcesotwórczy wymiar egoizmu ufundowano wszak popularność neoliberalizmu – wkrótce może się okazać samobójcze. Nierówności to zjawiska szkodliwe dla wielkich rzesz, w tym i dla osób, którym dzisiaj wydaje się, że są bezpieczne, bo przecież „nie są nieudacznikami”. Gdy proces dewastacji ochronnych funkcji państwa, rozkładu społeczeństwa i marginalizacji dobra wspólnego posunie się jeszcze dalej, a gospodarka działająca wedle neoliberalnych wzorców będzie generowała wciąż więcej i więcej niestabilności, większość z nas może okazać się przegranymi lub zagrożonymi – dokładnie tak, jak nasi pradziadowie w epoce przed stworzeniem państwa opiekuńczego. Nierówność, rozumiana jako istnienie wielu barier w dostępie do podstawowych dóbr, jest w takich realiach nieopłacalna lub ryzykowna dla zdecydowanej większości społeczeństwa.

Oprócz wspomnianych zaleceń dotyczących sfery postaw, idei i przekonań, brytyjski myśliciel kładzie nacisk na narzędzie, jakie stanowi instytucja państwa. Już w samej nazwie „państwo opiekuńcze” zawarte jest bardzo konkretne i nieprzypadkowe przesłanie. Mówi ona nie tylko, że podmiotem odpowiedzialnym za funkcje socjalne i rozwojowe jest państwo, lecz także i to, że dotychczas to właśnie ono, jako jedyna forma organizacyjna, wykazało się zdolnością usuwania czy łagodzenia bolączek nękających duże zbiorowości. Jest wystarczająco silne, aby odpowiedzieć na wyzwania istotne dla wielkich grup, a zarazem ma w pieczy zbiorowość wciąż na tyle jednorodną i zintegrowaną, aby skierowana ku niej polityka mogła być skuteczna. Judt przekonuje, iż mitem jest opinia, że państwo nie może lub nie mogłoby w dobie globalizacji stawić skutecznie czoła wielu problemom. Co więcej, nie istnieją dla niego realne i sprawdzone alternatywy. Warto zacytować dłuższy fragment, bo w Polsce w środowiskach lewicy „alterglobalnej”, „europejskiej” i oczywiście „niezaściankowej” takie opinie są rzadkością: Kiedy upadają banki, kiedy dramatycznie rośnie bezrobocie, kiedy pojawia się potrzeba działań naprawczych na szeroką skalę […] jest tylko takie państwo, jakie znamy od osiemnastego wieku. To wszystko, co mamy. Po tym jak przez kilkadziesiąt lat państwa narodowe stopniowo traciły na znaczeniu, teraz zaczynają ponownie odgrywać dominującą rolę w polityce międzynarodowej. W obliczu braku bezpieczeństwa gospodarczego i socjalnego ludzie odwołują się do symboli politycznych, praw i zabezpieczeń, które może zapewnić tylko państwo terytorialne. […] Przepływ międzynarodowego kapitału wymyka się krajowym regulacjom. Jednak płace, godziny pracy, emerytury i wszystko, co ma znaczenie dla ludności pracującej danego kraju, nadal negocjuje się – i krytykuje – na poziomie lokalnym. […] Podobnie […] jak kiedyś społeczne instytucje pośredniczące – partie polityczne, związki zawodowe, konstytucje i prawa – ograniczyły swobodę królów i tyranów, tak obecnie samo państwo może się stać „instytucją pośredniczącą”, stojącą między bezbronnymi, zagrożonymi obywatelami a nieczułymi, nieprzewidywalnymi korporacjami czy agendami międzynarodowymi. Państwo – przynajmniej państwo demokratyczne – zachowuje wyjątkową legitymizację w oczach obywateli. […] Na obecnym etapie powinniśmy już wiedzieć, że polityka pozostaje narodowa, nawet jeśli ekonomia narodowa nie jest […].

Recenzowana książka to nie szczegółowy program polityczny, wiele kwestii zostało więc potraktowanych bardzo skrótowo, łącznie z propozycjami zmian. „Źle ma się kraj” ma przede wszystkim skłaniać do ogólnych refleksji, w tym do ponownego przemyślenia rozwiązań już sprawdzonych. Nawet jeśli niektóre części tej rozprawy wydają się nazbyt nostalgiczne, to Tony Judt był zbyt mądry, żeby proponować nam zwyczajny „powrót do przeszłości”. Przeszłość to naprawdę inny kraj: nie możemy tam wrócić. Jednak jeszcze gorsze od idealizowania przeszłości – albo ukazywania jej sobie i naszym dzieciom jako komnaty strachów – jest skazanie jej na zapomnienie – stwierdza. Ów swoisty lewicowy konserwatyzm jest próbą nie tylko ocalenia pamięci o najlepszych dokonaniach naszych poprzedników, ale również, jak sądzę, wynika z chęci zwrócenia uwagi, że tak wielkie zdobycze były efektem złożonego i dość szczęśliwego splotu okoliczności; choć nie da się go po prostu powtórzyć, jego dziedzictwo można częściowo ocalić, a także – gdy solidnie odrobimy tę lekcję historii – rozwinąć.

Jeśli to konserwatyzm, jest on najwyższej próby, ponieważ bazuje nie na sentymencie i obawach przed „nowym”, lecz na rozsądku. Powinniśmy […] przypomnieć sobie dokonania dwudziestego wieku i wyobrazić, jakie konsekwencje może pociągnąć za sobą ich bezmyślne odrzucenie. […] Instytucje, ustawy, służby i prawa odziedziczone po wielkich reformach dwudziestego wieku uznajemy za coś oczywistego. Czas przypomnieć sobie, że jeszcze w 1929 roku wszystko to było nie do pomyślenia. Jesteśmy szczęśliwymi beneficjentami transformacji o bezprecedensowej skali i wpływie. Wiele jest do obrony. […] „Lewica” zazwyczaj nie kojarzy nam się z ostrożnością. W zachodniej wyobraźni politycznej „Lewica” wiąże się z tym, co radykalne, niszczące, nowatorskie. W istocie jednak istnieje bliski związek między instytucjami postępowymi a duchem rozwagi. […] To właśnie doktrynerzy wolnego rynku od dwustu lat żyli w optymistycznym przekonaniu, że każda zmiana ekonomiczna jest zmianą na lepsze.

Zapewne spora część lewicowych czytelników zapyta: tylko tyle? Socjaldemokracja i nic więcej? Odrestaurowanie tego czy tamtego sprzed kilku dekad? Powstrzymanie demontażu resztek przeszłości? Odpowiedź brzmi: tylko tyle – i aż tyle. Judt nie kusi nas intelektualnymi fajerwerkami, nie zabiera do krainy o nazwie Utopia, nie obiecuje cudów. Czyni tak nie tylko dlatego, że jako jeden z niewielu intelektualistów, którzy zachowali identyfikację z lewicą, jednocześnie porzucił fascynacje marksizmem oraz buńczucznym wizjonerstwem. Nie tylko dlatego, że książka pisana u schyłku życia jest spojrzeniem człowieka, który widział i przeżył wiele, więc rozumie, że świat niekoniecznie daje się łatwo zmieniać, a w dodatku wszelkie zmiany mają zarówno zalety, jak i wady. Nie tylko dlatego, że „Źle ma się kraj” to rozprawa pisana w momencie szczególnym, w chwili wielkiej i skutecznej ofensywy sił reakcji, a zatem wywody o nieodległym skoku do królestwa obfitości brzmiałyby po prostu komicznie dla umysłów trzeźwych i ceniących konkret.

Jest coś, czego Judt co prawda nie mówi wprost, ale nasuwa się to jako wniosek z całego wywodu. Otóż uznaje on model socjaldemokratyczny za optymalny. Mimo iż posiada niedoskonałości i nie rozwiązuje raz na zawsze wszystkich problemów, stanowi prawdopodobnie maksymalny wyraz skutecznych ludzkich dążeń do bezpieczeństwa socjalnego, gdy idzie ono w parze z demokracją i swobodami obywatelskimi, a także ze spójnością kulturową i stabilizacją społeczną. Historia lewicy pokazuje również, że o ile śmiałych i ciekawych pomysłów nigdy jej nie brakowało, to jednak albo niewiele z nich wynikało w praktyce, albo wręcz przeciwnie – wynikało nazbyt wiele i do dziś liżemy po tym rany. Model socjaldemokratyczny, państwo opiekuńcze, nie są może szczytem intelektualnej podniety, nie zaspokoją też tego specyficznego lewicowego nienasycenia, które każe projektować ziemski raj. Stanowią natomiast najbardziej udany w dziejach eksperyment społeczny, który wielu milionom ludzi z dwóch czy trzech pokoleń zapewnił życie znacznie bardziej godne niż może to uczynić dziki kapitalizm – i znacznie bardziej „pożywne” niż radykalne czytanki i obiecanki. Jest przy tym ów model na tyle zróżnicowany w skali świata i niedogmatyczny, że pozostawia pole manewru w kwestii udoskonalania zastanych rozwiązań, nie krępując ludzkiej kreatywności ani swobód obywatelskich. Wyobrażanie sobie, że socjaldemokracja lub inny podobny ruch polityczny ucieleśnia przyszłość, której pragnęlibyśmy w doskonałym świecie, jest rzeczą miłą, ale zwodniczą. Byłby to powrót do zdyskredytowanego bajania. Socjaldemokracja nie ucieleśnia doskonałej przyszłości, nie ucieleśnia nawet doskonałej przeszłości. Mimo to pozostaje najlepszym z obecnie dostępnych rozwiązań – przekonuje Judt.

Czytając „Źle ma się kraj” miałem satysfakcję. Pomijając jednostkowy głos Ryszarda Bugaja, „Nowy Obywatel” jest w Polsce w zasadzie jedynym środowiskiem, które głosi podobne tezy. Pisaliśmy, że lewica „obyczajowa” wspiera dewastację myślenia w kategoriach kolektywnych dokładnie tak samo, jak czynią to ultraliberałowie, a wojny kulturowe nie tylko niszczą spójność społeczną, ale także odwracają uwagę od kwestii publicznych. Mówiliśmy, że choć w dzisiejszym świecie nie ma miejsca na izolacjonizm, to jednak państwo narodowe wciąż pozostaje główną płaszczyzną i instrumentem potencjalnych reform prospołecznych. Krytykowaliśmy lewacki „radykalny” frazes, przekonując, że zazwyczaj stanowi on wygodnicką pozę, która pod pozorami wielkich obietnic skrywa jeszcze większy brak zainteresowania konkretnymi zmianami na lepsze. Przekonywaliśmy też, że obecnie ów frazes jest odpychający w ogóle, a szczególnie w takim kraju jak Polska (po epoce sowieckich dyktatur Judt radzi definitywnie porzucić słowo socjalizm, jako niemożliwe już – mimo szlachetnej przeszłości – do obrony przed negatywnymi skojarzeniami). Wskazywaliśmy, że partnerem dla lewicy powinna być prospołeczna i etatystyczna część prawicy, nie zaś środowiska liberalne gospodarczo, za to zafiksowane na swoich preferencjach seksualnych, nielubieniu biskupów czy zażywaniu zakazanych substancji. Podkreślaliśmy, że współpraca czy solidarność ponadnarodowa stanowią cenne wartości, ale zobowiązania moralne i zadania polityczne mamy przede wszystkim tutaj, w Polsce – nie w Paryżu, Wenezueli czy Palestynie. Nie popadając w typową dla niektórych studencko-inteligenckich grupek chłopomańską fascynację „prawdziwymi robotnikami” i tylko nimi, odcinaliśmy się także od nic nie znaczących mód typu „prawa kobiet”, bo dobrze wiemy, że inne interesy i problemy ma sprzątaczka, a inne madame Kulczykowa. Za to wszystko spotkała nasze niewielkie pismo niewspółmiernie wielka fala ataków ze strony mainstreamu i rozmaitych politycznych sekt, a epitety typu „faszyści”, „narodowi socjaliści” czy „ciemnogród” były w tym szmatławym procederze na porządku dziennym. Dziś ukazują się po polsku książki tak wybitnych umysłów, jak Tony Judt czy Richard Rorty (jego „Spełnianie obietnicy naszego kraju” recenzowałem w nr. 51 „Obywatela”), w których znaleźć można tezy bardzo podobne do tych, jakie propagujemy – zapewne mniej sprawnie – już ponad dekadę. Co prawda, trudno oczekiwać, że autorzy wspomnianych ataków wyciągną z tego jakieś wnioski, bo polska „prawdziwa lewica” jest doskonale bezrefleksyjna i pozbawiona autokrytycyzmu, poza tym nierzadko z głoszenia modnych bzdur czerpie profity, ale lepiej z mądrymi stracić, niż z głupimi zyskać.

Oczywiście, „Źle ma się kraj” warto przeczytać nie ze względu na ten mało ważny kontekst. Po tę książkę sięgnąć trzeba dlatego, że daje nadzieję. Nadzieję niełatwą, pozbawioną błyskotek i tandetnych obietnic, ale przypominającą, że inny kraj jest możliwy – lepszy kraj.

Remigiusz Okraska

_________________________

Tony Judt, Źle ma się kraj. Rozprawa o naszych współczesnych bolączkach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, przełożył Paweł Lipszyc.

Książkę można nabyć u wydawcy: Wydawnictwo Czarne, Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma, ul. Zwrotnicza 6, 01–219 Warszawa, tel./fax 22 632 83 74, e-mail: mtm-motyl@wp.pl, księgarnia internetowa: www.czarne.com.pl

Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

Po pierwsze równość, głupcze!

Czy równość jest jedynie społecznym i politycznym mitem? Czy koncepcje egalitarne mają rację bytu w świecie, w którym bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi? I ostatecznie: czy i jaki pożytek płynie z równości? Do takich pytań skłania książka Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, „Duch równości”.

Warto przybliżyć polskim czytelnikom sylwetki autorów. Richard Wilkinson jest jednym z prekursorów międzynarodowych badań nad społecznymi uwarunkowaniami zdrowia oraz wpływu nierówności na kondycję społeczeństwa. Studiował historię gospodarczą świata w London School of Economics. Jest honorowym profesorem wydziału medycznego University of Nottingham i University College London. Z kolei Kate Pickett wykłada na University of York oraz jest pracownikiem naukowym brytyjskiego National Institute for Health Research. Dla propagowania wyników swych badań i egalitarnych koncepcji społecznych założyli fundację Equality Trust.

Autorzy stwierdzają, że na początku badań trwających już 30 lat, zajmowała ich przede wszystkim kwestia, dlaczego im niższy szczebel drabiny społecznej, na którym człowiek się znalazł, tym gorsza kondycja zdrowotna tego człowieka. […] Wydawało się, że nierówności istniejące w społeczeństwach krajów wysoko rozwiniętych są zbyt małe, aby móc wywierać jakikolwiek mierzalny wpływ na kondycję tych społeczeństw. Prawda okazała się inna.

Jednak ta właśnie prawda – o dobroczynnym wpływie równości na kondycję społeczeństw, okazuje się wciąż, celowo lub nieświadomie, ignorowana czy wprost zwalczana. Wilkinson i Pickett obrazują to zagadnienie przy pomocy analogii: w 1847 roku Ignaz Semmelweiss odkrył, że mycie rąk przez lekarzy przyjmujących porody zdecydowanie zmniejsza liczbę kobiet umierających w wyniku gorączki połogowej. Zanim jednak odkrycie to uratowało wiele istnień ludzkich, Semmelweiss musiał przekonać mnóstwo osób – zwłaszcza swoich kolegów po fachu – do zmiany zwyczajów. […] Znaczna część lekarzy nie traktowała jego pracy poważnie. Jego poglądy wyśmiewano, co doprowadziło go do obłędu i samobójstwa. Jak podkreślają autorzy „Ducha równości”, o wiele większa trudność dotyczy koncepcji społecznych, ich przyjmowania i upowszechniania: Przyrodnicy i fizycy nie muszą przekonywać do swoich teorii poszczególnych komórek czy atomów, które opisują. Teoretykom społeczeństwa natomiast przychodzi ścierać się z mnogością indywidualnych poglądów i stawiać czoła potężnym siłom interesu.

Istotny w świetnie udokumentowanej pracy Wilkinsona i Pickett jest interdyscyplinarny charakter badań nad trendami społecznymi i problemami jednostek. Bardzo często nie są one wynikiem indywidualnych wyborów czy zaniedbań, lecz wynikają z trendów społeczno-ekonomicznych lub zależą od kwestii ustrojowych, przyjętych w danych państwach. Jest to perspektywa, której wciąż zbyt mało w polskim dyskursie publicznym, zdominowanym przez narracje indywidualistyczne lub pseudowspólnotowe, które często – nieświadomie lub z premedytacją – mają ukryć systemowe czy klasowe źródła ludzkich problemów i kondycji życiowej (zdrowotnej, materialnej, kulturowej) Polaków.

Druga istotna kwestia, ściśle związana z pierwszą, wiąże się ze sprawą na pozór oczywistą, ale chyba także w Polsce wciąż ignorowaną czy traktowaną jak „nowinkarstwo”. Problemów dzisiejszych społeczeństw, przechodzących bardzo dynamiczne zmiany, nie można analizować za pomocą schematów czy analogii odnoszących się do niegdysiejszych realiów życia, rzeczywistych czy zmistyfikowanych. Stąd np. zrozumienie problemów agresji dzieci, ich kłopotów ze zdrowiem, także psychicznym, albo współczesne rozumienie biedy i jej konsekwencji w świecie (względnego) dobrobytu wymaga zdecydowanie staranniejszych analiz i ocen, niż uznanie, że „dzieciom brak wychowania”, a bieda polega na tym, iż „nie ma czego włożyć do garnka”.

Wilkinson i Pickett dają czytelnikowi narzędzie do zrozumienia zachodzących procesów społecznych i historycznych, wyzwalając myślenie ze złud subiektywności, które często uniemożliwiają pracę nad efektywnymi zmianami czy rzetelne diagnozy sytuacji. Książka jest również protestem przeciw atomizacji społecznej i antagonizowaniu jednych grup przeciwko drugim. Wszak równość – jak dowodzą autorzy – jest korzystna dla wszystkich, a zrozumienie, jakie korelacje zachodzą między problemami i tragediami społecznymi a istnieniem ekonomicznych, politycznych, edukacyjnych, kulturowych czy rasowych nierówności, jawi się jako warunek niezbędny do przeprowadzenia zmian na lepsze. Pierwszym krokiem ku temu jest ukazanie najszerszym rzeszom społecznym tego zagadnienia i uświadomienie, że nie są skazani na strategie indywidualistyczne. Choć tu i teraz taki pogląd może wydawać się mrzonką.

Pierwsza część książki nosi tytuł „Materialny sukces, społeczna porażka”. Autorzy stawiają pytanie: Jak doszło do tego, że w naszym życiu jest tyle cierpienia psychicznego mimo osiągnięcia niespotykanego w dotychczasowej historii poziomu zamożności i komfortu? Wyraźny jest kontrast między niepowodzeniami społecznymi wielu państw cieszących się dużym bogactwem materialnym. Wilkinson i Pickett stwierdzili, że różnice dochodów w obrębie społeczeństwa, do którego należy dana jednostka wpływają na nią znacznie bardziej, niż różnice między przeciętnymi dochodami w poszczególnych krajach zamożnych. Stąd też problem ubóstwa jawi się – by powołać się na cytowanego przez autorów Marshalla Sahlinsa, autora pracy „Stone Age Economics” – jako określony status społeczny. Pojęcie to pojawiło się jako piętno oznaczające ludzi niższej klasy.

Jednym z problemów w obrębie społeczeństw głęboko rozwarstwionych (jako bodaj modelowa przedstawiona tu została sytuacja w USA) jest poczucie dyskomfortu wynikające z własnego statusu materialnego i różnoraka presja, wywierana na gorzej sytuowanych, która uświadamia im niekorzystne położenie i wymusza ciągłą rywalizację i życie w napięciu. A ponieważ „równanie do najbogatszych” jest niewykonalne (różnego rodzaju blokady klasowe, rozpiętość zarobków itd.), staje się źródłem licznych napięć społecznych i frustracji, skutkuje życiem w przewlekłym stresie. Uznać wręcz można, że ów stres jest nie tylko przypadłością psychofizyczną jednostek, lecz stanem społecznym. Wilkinson i Pickett stwierdzają, że w toku badań uświadomili sobie, iż niemal wszystkie problemy występujące częściej w dole drabiny społecznej (między innymi zły stan zdrowia obywateli, wysoki poziom agresji) są powszechniejsze w społeczeństwach bardziej nierównych. To wywołuje coraz silniejsze obawy, że współczesne społeczeństwa, mimo dostatku materialnego, ponoszą klęskę w wymiarze społecznym.

Tezy powyższe nie są gołosłowne. Autorzy wskazują, że dane unaoczniające głęboko niepokojące symptomy społeczne w krajach o dużym poziomie nierówności pochodzą ze źródeł o najlepszej reputacji, między innymi z Banku Światowego, ze Światowej Organizacji Zdrowia, z Organizacji Narodów Zjednoczonych, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Stąd też waga konsekwencji wynikających z dysproporcji społeczno-ekonomicznych jest tak niebagatelna. Skala nierówności jest dla autorów „Ducha równości” niczym szkielet, który obrasta różnicami klasowymi i kulturowymi. Te różnice mają niebagatelne konsekwencje: jakość życia psychofizycznego, edukacja, aktywność lub bierność obywatelska, (nie)świadomość konsumencka, kapitał społeczny, jakim dysponują poszczególne grupy społeczne – wszystko to znajduje źródło w stopniu rozwarstwienia i nierówności, jakich doświadczają poszczególne państwa.

Te problemy społeczne znajdują odzwierciedlenie w konkretnych danych. Przyjmując za punkt wyjścia badań nad wpływem nierówności bytowych na kondycję społeczeństw wyłącznie wiarygodne statystyki, skoncentrowali się oni na dziewięciu zagadnieniach. Są to: poziom zaufania, zaburzenia psychiczne (w tym alkoholizm i narkomania), przeciętne dalsze trwanie życia i umieralność niemowląt, otyłość, wyniki nauczania dzieci, urodzenia przez nastoletnie matki, zabójstwa, współczynnik pryzonizacji (liczba więźniów na 100 tys. mieszkańców) i mobilność społeczna. Zebrali dane dla wszystkich problemów społecznych i zdrowotnych w poszczególnych krajach wysoko rozwiniętych (m.in. Wielka Brytania, Portugalia, Kanada, Włochy, Francja, Norwegia, Japonia) i poszczególnych stanach USA, obliczając dla każdego z nich „indeks problemów zdrowotnych i społecznych”. Ukazuje on skalę zjawiska w każdym z badanych państw. Wyniki mówią, że problemy zdrowotne i społeczne nie tylko są bardziej rozpowszechnione w gorzej sytuowanych grupach w obrębie każdego społeczeństwa, ale też brzemię tych problemów jest o wiele cięższe w społeczeństwach o większych nierównościach.

Tu drobna dygresja: w jednym z rozdziałów części pierwszej autorzy stwierdzają, że rozwiązaniem problemów wynikających z istnienia nierówności nie jest masowa psychoterapia, nastawiona na to, aby wszyscy stali się mniej wrażliwi. Z sarkazmem, a być może zupełnie na serio trzeba jednak stwierdzić, że w krajach takich jak Polska, ideolodzy i wyznawcy „realnego liberalizmu” od lat stosują właśnie taką terapię i codziennie jest ona dawkowana masom. Nierzadko przybiera też formy pozornego współczucia (różne odmiany działalności charytatywnej), kryje za sobą jednak społeczną nieodpowiedzialność i klasową/ideologiczną obojętność, a nawet wrogość wobec kulturowo napiętnowanej biedy i „biedoty”.

Druga część książki, „Koszty nierówności”, dotyczy m.in. takich zagadnień, jak aktywność obywatelska i stosunki społeczne, zdrowie psychiczne i narkotyki, młodociane matki, przemoc, więziennictwo i system kar czy ograniczenia mobilności społecznej. Rozdział otwiera cytat z dzieła de Tocqueville’a „O demokracji w Ameryce”, który skonfrontowany z dzisiejszymi realiami USA brzmi niemal jak szyderstwo: Spośród wszystkich nowych zjawisk, jakie przyciągnęły moją uwagę podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, najbardziej uderzyła mnie panująca tam powszechna równość możliwości. Spostrzegłem szybko nadzwyczajny wpływ, jaki ten podstawowy fakt wywiera na rozwój społeczeństwa. O ile zatem „równość możliwości” jest czynnikiem wzrostu, wpływającym aktywizująco na życie jednostek i rozwój społeczny, o tyle głęboka „nierówność możliwości” staje się przyczyną apatii i patologii życia społecznego.

W kontekście problemów toczących polski system szkolnictwa warto zwrócić uwagę na poruszone w książce kwestie dotyczące relacji pomocy socjalnej (rozumianej nie jako fasadowy „socjal”) i edukacji. Autorzy „Ducha równości” przytaczają wyniki badań epidemiolożki Arjumand Siddiqi i jej współpracowników. Wymowne: analiza biegłości czytania 15-latków (na podstawie danych z analiz PISA 2000) wskazuje, że lepiej wypadały kraje o długiej historii państwa opiekuńczego. Ponadto, dobre wyniki w czytaniu oraz małe nierówności społeczne charakteryzują narody „wyróżniające się silniejszymi świadczeniami socjalnymi”.

Kwestia ta łączy się z następnymi. Otóż skutki nierówności społecznych ujawniają się już we wczesnym okresie rozwoju dziecka, na długo przed rozpoczęciem formalnej edukacji. Wilkinson i Pickett przytaczają wyniki badań w Wielkiej Brytanii, wskazujące, że już trzylatki ze środowisk upośledzonych społecznie są edukacyjnie zapóźnione, nieraz nawet o rok w porównaniu z dziećmi z rodzin znajdujących się w lepszej sytuacji. Autorzy wskazują, jak sytuacja życiowa rodziców niejako automatycznie i powszechnie generuje problemy ich potomstwa, rozpoczynającego dopiero życie: ubodzy, zestresowani, pozbawieni wsparcia dorośli, żyjący w podobnym środowisku nie są w stanie zapewnić dzieciom kapitału społecznego, niezbędnego do awansu życiowego.

I tu następuje konkluzja, która w rodzimych warunkach musi brzmieć jak herezja, stanowi jednak wymowny znak tego, jak dalece w polskich realiach odbiegamy od standardów cywilizacyjnych, czy choćby teorii dyskutowanych na poważnie przez opinię publiczną innych krajów. Warto przytoczyć ją w całości: społeczeństwo może poprawiać jakość wczesnego dzieciństwa, zapewniając świadczenia rodzinne i korzystne zasady opodatkowania, mieszkania socjalne, opiekę zdrowotną, programy sprzyjające znalezieniu równowagi między pracą a życiem rodzinnym, egzekwowanie alimentów oraz, co chyba najważniejsze, zapewnienie wysokiej jakości edukacji wczesnodziecięcej. […] Eksperymenty wykazały, że dzieci ze środowisk społecznie upośledzonych, które otrzymują wysokiej jakości edukację wczesnodziecięcą, rzadziej potrzebują później kursów wyrównawczych, rzadziej wchodzą w konflikt z prawem, a w dorosłym życiu uzyskują lepsze zarobki. Państwowe nakłady na takie programy przynoszą wymierne zyski.

Warto podkreślić coś, co dobrze świadczy o rzetelności autorów i co znacząco podnosi jakość książki – Wilkinson i Pickett nie są zwolennikami jednego modelu standardów kulturowych. Egalitaryzm nie oznacza homogenizacji! Równość możliwości to nie „koszarowe społeczeństwo”. Autorzy wskazują na tę kwestię, opisując pułapki edukacji kształtowanej na modłę klasy średniej: Ludzie z klasy robotniczej w pewnym stopniu opierają się narzucaniu ich dzieciom edukacji i wartości typowych dla klasy średniej, gdyż zdobycie wykształcenia wymagałoby od nich rezygnacji z pewnych cenionych przez nich sposobów bycia. […] Rodziny te chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, ale owo „najlepiej” to niekoniecznie oznacza: „wykształcenie, wykształcenie i jeszcze raz wykształcenie”. Ten opór nie oznacza braku aspiracji. Problemem jest jednak to, że w krajach o większych nierównościach rozziew między aspiracjami a faktycznymi możliwościami i rzeczywistymi oczekiwaniami jest większy. Autorzy „Ducha równości” wskazują na pozorny paradoks, zdiagnozowany podczas badań: aspiracje są wyższe w tych krajach, w których poziom osiągnięć w nauce jest niższy. W krajach tych więcej dzieci aspiruje do zawodu dającego wysoki status społeczny, ale mniej z nich uzyska odpowiednie kwalifikacje, aby taki zawód zdobyć.

W drugim rozdziale książki omówiona została także kwestia współczynnika pryzonizacji dla poszczególnych państw wysoko rozwiniętych. Statystyki wskazują, że współczynnik ten jest szczególnie wysoki w przypadku krajów o wysokim poziomie nierówności społecznych: USA i Wielkiej Brytanii. Dane są wymowne: od wczesnych lat 70. XX wieku więzienna populacja Stanów Zjednoczonych ciągle wzrasta. W 1978 roku za kratami było przeszło 450 tysięcy ludzi, w roku 2005 już przeszło 2 miliony. W Anglii w roku 1990 było 46 tys. uwięzionych, a w roku 2007 już 80 tysięcy: w lutym 2007 roku brytyjskie więzienia i areszty były tak przepełnione, że minister spraw wewnętrznych napisał okólnik do sędziów, zalecając zasądzanie kar więzienia tylko za najpoważniejsze przestępstwa. Natomiast – dla kontrastu – populacja więzienna w Szwecji przez całe lata 90. nie zmieniała się zasadniczo, w Finlandii zmalała, a w Danii i Japonii wzrosła stosunkowo nieznacznie (o 8 i 9 procent). Kraje te z kolei są państwami o wiele bardziej egalitarnymi, niż USA czy Wielka Brytania.

Co takiego dzieje się z poziomem przestępczości w USA i Wielkiej Brytanii, że tamtejsze współczynniki pryzonizacji rosną lawinowo? – pytają autorzy „Ducha równości”. Przede wszystkim, badania kryminologów Alfreda Blumsteina i Allena Becka przeprowadzone w USA w latach 1980–1996 wskazują, że tylko w 12 procentach odpowiada za to wzrost liczby przestępstw, związanych głównie z narkotykami. Natomiast pozostałe 88 procent bierze się z częstszego zasądzania kar pozbawienia wolności zamiast innych sankcji oraz z faktu, że zasądza się dłuższe wyroki. Może to brzmieć kuriozalnie, ale w 2004 r. w Kalifornii 360 osób odsiadywało wyroki dożywocia za… drobne kradzieże popełnione w sklepach. Również w Wielkiej Brytanii przyczyną wzrostu statystyk więziennych są dłuższe wyroki oraz częstsze stosowanie kar pozbawienia wolności za przestępstwa, które wcześniej karano grzywnami lub były dotychczas traktowane jako wykroczenia. Tam, gdzie coraz większe są nierówności, pełne więzienia okazują się zwodniczym panaceum na bolączki społeczne.

Trzecia część publikacji nosi tytuł „Lepsze społeczeństwo”. Tu z całą mocą ujawnia się służebny cel przyświecający badaniom Wilkinsona i Pickett: Jeśli mają powstać lepsze społeczeństwa, niezbędny jest wytrwały, zdeterminowany ruch w tym kierunku. Wymaga on kilku dekad konsekwentnych przemian politycznych. Aby się one dokonały, społeczeństwo musi wiedzieć, dokąd chce zmierzać. Działania dwójki naukowców przypominają najlepsze, niegdysiejsze wzorce aktywności społecznej polskiej inteligencji lewicowej. Równocześnie zadają kłam rozpowszechnionym opiniom, że taka postawa jest dziś niemożliwa czy nieracjonalna. Owszem, postawa i cele, jakie stawiają sobie Wilkinson i Pickett, wydawać się mogą utopijne, a wiara w to, że społeczeństwa ludzkie mają jeszcze egalitarny potencjał, możliwy do zrealizowania, może się jawić jako naiwna. W czasach, gdy bombardowani jesteśmy propagandą przekonującą, że logika globalnej, nieegalitarnej gospodarki wymaga coraz dalej idących ograniczeń opiekuńczych funkcji państwa i demontażu sfery publicznej, wizje i postulaty autorów „Ducha równości” są wyraźnym głosem sprzeciwu wobec tej „filozofii klęski”.

Według Wilkinsona i Pickett, najważniejszym „zadaniem społecznym” do wykonania jest obecnie wzbudzenie woli politycznej doprowadzenia do większej równości w społeczeństwie. Czy jest to możliwe? Badacze przekonują, że tak: bezalternatywność istniejącego systemu jest iluzją. Optymizm ma dawać wiedza, że rozwiązanie problemów jest możliwe. Świat, w którym możliwy będzie większy egalitaryzm, a co za tym idzie powszechniejszy dobrostan, to świat w którym przestaniemy bolączki „widzieć osobno”. To równocześnie świat, w którym ubożsi przestaną być traktowani w paternalistyczny sposób, jako „klienci” państwa, instytucji socjalnych czy organizacji charytatywnych. Nowa rzeczywistość wymaga właściwie zmian rewolucyjnych, choć, co wprost wynika z propozycji badaczy, możliwych na drodze reform, nie katastrof społecznych. Choć niewykluczone, że takiej katastrofy, katastrofy świata głębokich nierówności, właśnie doświadczamy. Zachęca się ludzi – stwierdzają autorzy „Ducha równości” – żeby się dużo ruszali, nie uprawiali seksu bez zabezpieczenia, mówili „nie” narkotykom, starali się zrelaksować, znajdowali równowagę między pracą a życiem prywatnym i spędzali z dziećmi czas w „wartościowy” sposób. Jedyne, co łączy wiele z tych polityk, to przekonanie, że biednych należy nauczyć bardziej rozsądnego postępowania. Oczywisty fakt, że owe problemy mają wspólne źródło w postaci nierówności dochodów i ubóstwa względnego, jakoś znika z pola widzenia.

Na drodze do lepszego, bardziej egalitarnego świata stoi egoizm bogatych i ich wpływ na resztę społeczeństwa. Z perspektywy neoliberalnej takie stwierdzenie jest bluźnierstwem. Autorzy „Ducha równości” stwierdzają, że konsumpcja ludzi bogatych osłabia u wszystkich innych poziom satysfakcji z tego, co mają, gdyż uświadamia im, że są gorsi. Richard Layard, założyciel Centrum Badań nad Wydajnością Ekonomiczną przy London School of Economics, przedstawił i oszacował na kartach książki „Happiness” ten dyskomfort uboższych i ubogich jako koszt, którym zamożniejsi dodatkowo obciążają społeczeństwo. Stąd powinni zań zapłacić tak jak za zanieczyszczający środowisko dym z komina. Straty pokryłoby obłożenie ludzi zamożniejszych dodatkowym 60-procentowym podatkiem. Jak zaznaczają przy tym Wilkinson i Pickett, Layard w swojej pracy nie wziął pod uwagę zagadnień, na których skupili się oni, czyli kwestii zdrowotnych i społecznych, które rodzą głębokie rozwarstwienie.

Istnieje jeszcze jeden, interesujący aspekt tego zjawiska. Robert Frank na kartach książki „Falling Behind: How Rising Inequality Harms The Middle Class” udowadnia, że liczba bankructw wzrasta najbardziej w tych rejonach USA, w których uprzednio najbardziej powiększyła się nierówność. Autorzy „Ducha równości” komentują ten fakt na dwa sposoby. Po pierwsze wskazują, że tam, gdzie rosną nierówności, jednostce trudniej utrzymać standard porównywalny ze standardem innych. Presja na wzmożoną konsumpcję skłania ludzi do ograniczania oszczędności i brania pożyczek. Ta konsumpcja bez faktycznego wzrostu ma być ich zdaniem jedną z przyczyn spekulacji finansowych, które doprowadziły do ostatniego kryzysu gospodarczego. Można zatem stwierdzić, że „strukturalna chciwość” to zamknięta spirala, wciągająca świat w kryzys. Po drugie, wydatki na reklamę zmieniają się wraz z poziomem nierówności. W krajach o większych nierównościach pochłania ona większą część produktu krajowego brutto. USA i Nowa Zelandia wydają na reklamę dwa razy więcej niż Norwegia i Dania.

Czy damy szansę równości? Wilkinson i Pickett tchną w czytelnika tę nadzieję. Opartą nie na mrzonkach czy mitologii, lecz na programie zmian opartych o ludzką wiedzę. I na – nie ukrywajmy – optymistycznej filozofii dziejów. Wiara w postęp, także w etyczne wydoskonalenie ludzkości, pojawia się niejednokrotnie na kartach tej książki. Autorzy cytują Martina Luthera Kinga: moralność wszechświata wędruje okrężną drogą, ale w końcu skłania się ku sprawiedliwości. A jeśli taka filozofia dziejów, taki pogląd jest nazbyt optymistyczny? Jeśli „moralność wszechświata” nie istnieje? To wcale nie oznacza, że nie warto walczyć o bardziej egalitarne, sprawiedliwe, bardziej przyjazne społeczeństwa. Nie ma wcale pewności, że ludzkość zachowuje się zawsze racjonalnie w jakimś wyższym, uniwersalnym tego słowa znaczeniu, ale „Duch równości” pokazuje, że istnieją racjonalne, naukowo opisane i udowodnione przesłanki po temu, iż koncepcje egalitarne mają sens. Tylko trzeba o nie walczyć. Ta książka jest bronią.

Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, przełożył Paweł Listwan.

Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

Pokaż, lekarzu…

W czerwcu 2009 r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła pandemię świńskiej grypy. W maju tego samego roku WHO zmieniła definicję pandemii – wykreślono zapis o dużej liczbie ofiar. Przy 144 zgonach wywołanych świńską grypą WHO podniosła poziom zagrożenia chorobą do najwyższego. Wiele krajów na świecie kupiło miliony szczepionek przeciwko tej odmianie grypy – zachęcała do tego WHO piórami swoich ekspertów, podając między innymi informację – która nie miała uzasadnienia naukowego – jakoby na świńską grypę mogły zachorować nawet 2 miliardy ludzi (czyli niemal ⅓ ludzkości!).

Dzisiaj liczne państwa usiłują wyplątać się z umów zawartych z koncernami farmaceutycznymi na dostarczenie szczepionek przeciwko świńskiej grypie. Jest ona znacznie mniejszym zagrożeniem dla zdrowia publicznego niż „zwykła” grypa. Eksperci piszący dla WHO wytyczne dotyczące choroby przyjmowali jednocześnie honoraria za wykłady i konsultacje od firm produkujących szczepionki przeciwko grypie. WHO konfliktu interesów nie ujawniła, a producenci szczepionek byli największymi beneficjentami pandemii: sprzedaż szczepionek rosła lawinowo. Te przeciwko świńskiej grypie były 2–3 razy droższe niż klasyczne szczepionki przeciwko grypie, które prawdopodobnie wystarczyłyby, aby uchronić się przed chorobą.

Polska była jednym z nielicznych krajów europejskich, który nie zamówił szczepionek – minister Ewa Kopacz oparła się wówczas presji koncernów. Nie znaczy to jednak, że nasze państwo jest odporne na działania firm farmaceutycznych, używających wszelkich środków, by zwiększyć sprzedaż leków. Pisze o tym zajmująco Paulina Polak w książce „Nowe formy korupcji. Analiza socjologiczna sektora farmaceutycznego w Polsce”. Publikacja jest niezwykle gęsta: autorka opisała mnóstwo przykładów nieuczciwych – choć nie zawsze w świetle polskiego prawa nielegalnych – praktyk, których dopuszczają się lekarze, ordynatorzy, funkcjonariusze publiczni oraz firmy farmaceutyczne.

Autorka stawia tezę, że korupcja w sektorze farmaceutycznym nie jest wyjątkiem czy rzadko występującą patologią. To powszechnie stosowana i skuteczna metoda działania. Taką korupcję, którą firmy traktują jako pełnoprawne narzędzie w walce z konkurencją, autorka nazywa korupcją przemysłową. Można powiedzieć, że korupcja się zinstytucjonalizowała i sprofesjonalizowała. Nikt już nie wręcza kopert pod stołem, raczej płaci za fikcyjne badania marketingowe albo konsultacje. Korupcja ma wymiar ponadjednostkowy – nie przekupują pojedyncze osoby, ale całe firmy. Nawet jeśli zaproszenie do ekskluzywnego spa wręcza ginekolożce czy kardiologowi przedstawiciel medyczny, robi to w imieniu swojej firmy, dla której jest to całkowicie akceptowalna metoda pozyskiwania sympatii lekarzy.

Paulina Polak wyróżnia trzy poziomy korupcji. Pierwszym poziomem nazywa korumpowanie zwykłych lekarzy, drugim – „pozyskiwanie” tak zwanych liderów opinii, czyli medyków poważanych w środowisku, najczęściej dyrektorów szpitali, ordynatorów, konsultantów wojewódzkich i krajowych, a także osób zasiadających w gremiach opiniujących rejestrowanie i refundację leków. Najwyższy poziom korupcji to zdobywanie przychylności urzędników odpowiedzialnych za rejestrację i refundację leków.

Autorka zaczyna od opisu korumpowania zwykłych lekarzy. Prezentuje postać tak zwanego repa, czyli przedstawiciela medycznego. Właśnie z nim zwykli lekarze mają kontakt najczęściej. Rep odwiedza gabinety i „przypomina” o lekach danej firmy. Życzliwość przedstawiciela w żadnym razie nie jest bezinteresowna: sprawdza on w aptekach, czy lekarz rzeczywiście wypisuje „jego” leki. Lekarze chętnie przepisujący wybrane medykamenty są odpowiednio nagradzani, od gadżetów po wycieczki. Ci, którzy się opierają, mimo że przyjmują prezenty, są strofowani. Relacja między lekarzami a repami jest czysto pragmatyczna. Lekarze traktują repów dość pogardliwie: przedstawicielami są często ludzie przypadkowi, bez wykształcenia medycznego. Repy z kolei dbają tylko o liczbę wypisanych recept, ale lubią przyjmować rolę „dobrych znajomych” – takich, którzy pamiętają o imieninach żony czy ulubionych gadżetach.

Autorka ciekawie opisuje status przedstawiciela, który jest biernym wykonawcą poleceń firmy, posiada mało prestiżową pracę i nierzadko czuje niższość wobec dobrze wykształconych medyków. Gorszą pozycję w kontaktach z lekarzem przedstawiciel rekompensuje sobie dozowaniem nagród – ostatecznie to on przyznaje bonusy, na których lekarzowi zależy. Z drugiej strony zadziwia usłużność części lekarzy, którzy gorliwie wypisują odpowiednie recepty, byle tylko załapać się na darmowe szkolenie czy wyjazd. Ci bardziej pewni siebie wręcz wymuszają konkretne dobra, traktując cały proceder jak transakcję wymienną. Autorka podkreśla, że lekarze nie mają nic do stracenia, przepisując recepty – przecież płacą za nie albo sami pacjenci, albo Narodowy Fundusz Zdrowia.

Zwykli lekarze mają jednak dość niewielkie możliwości promowania konkretnych leków. Dlatego ważniejsze jest zdobycie życzliwości liderów opinii i aktorów podejmujących najważniejsze decyzje dotyczące danego specyfiku. Wachlarz działań jest olbrzymi. Oczywiście lekarze nie otrzymują tak po prostu pieniędzy od koncernów. Zasłoną dymną dla korupcji są (najczęściej fikcyjne) badania marketingowe, konsultacje czy artykuły, a dla bardziej poważanych specjalistów: sponsorowane wystąpienia, referaty podczas konferencji i wykłady w czasie różnych uroczystych spotkań.

Wydaje się, że polska „ordynatorsko-profesorska” medycyna, jak nazywa ją autorka, jest szczególnie podatna na korupcję. Po pierwsze dlatego, że firmy nie muszą docierać do zespołów i przekonywać kilkuosobowych gremiów – wystarczy, że do promowania lekarstwa namówią jednego wybitnego profesora lub ordynatora, który następnie będzie reklamował lek w swoim środowisku. System polegający na skupianiu dużej władzy w rękach jednej osoby o niepodważalnym autorytecie wydaje się być dla koncernów dodatkowym ułatwieniem, jednak ten wątek w książce nie jest rozwijany i możemy się tylko domyślać, o ile zachodnioeuropejska medycyna, opierająca się na pracy zespołowej, jest silniejsza w starciu z koncernami od polskiej „medycyny mistrzów”.

Po drugie, hierarchiczne stosunki panujące w polskiej służbie zdrowia i nie dość drożne kanały awansu dodatkowo motywują młodych ambitnych lekarzy do powielania złych wzorców. Jeśli wielu doświadczonych, poważanych lekarzy nie waha się przystawać na różne korupcyjne propozycje, to ich młodsi stażem koledzy chcą szybko osiągnąć na tyle wysoki status, by móc robić to samo. Oto, co mówi jeden z respondentów autorki: I to jest trochę, tak powiem, to się stała taka zła tradycja. To jest taka tradycja, że starzy profesorowie to robią, a ludzie, którzy czekają tylko, aż zostaną tylko docentami i od razu wejdą ten… już czekają, że jak zrobią habilitacje, to… Tak jak ja mówiłem Pani z własnego doświadczenia, zrobiłem habilitację, stałem się opinion liderem i od razu, że tak powiem, stałem się przedmiotem zainteresowania. I wszyscy czekają na to, że to jest taki skok, że zamiast takiego ciężkiego ciułania i dyżurowania to będzie można wziąć 2 tysiące za wykład. To jest jakiś magnes, no i w tym momencie, no jeszcze ludzie mają różne żony, prawda. Mi moja żona pokazała palcem, że mam tego nie robić, a inna żona powie, że ta Kowalska to już ma futro, mówi weź tych parę wykładów, a co ty tam będziesz mówił to…

Lekarze, którzy protestują przeciwko korupcji, są tak nieliczni, że autorka… wymienia ich z imienia i nazwiska. Obraz polskich medyków wyłaniający się z książki Pauliny Polak jest nader pesymistyczny, a niektóre specjalizacje – jak ginekologia – doczekały się łatki profesji wyjątkowo pazernych. Stosunki między firmami a lekarzami i urzędnikami przypominają relacje klientelistyczne – w zamian za określone dobra lekarze i urzędnicy opowiadają się za danym lekiem, przepisując go pacjentom lub wpisując na listę leków refundowanych. Naruszają w ten sposób przyjęte oficjalnie zasady gry rynkowej oraz zasady etyki, które powinny obowiązywać w służbie zdrowia. Patron – w roli którego występuje firma – ma ogromne środki, ale stosunkowo małe możliwości samodzielnego osiągania zamierzonych celów, klient natomiast (lekarz lub urzędnik) posiada małe zasoby, lecz odpowiednie kompetencje oraz właściwą pozycję w strukturze administracyjnej czy środowiskowej hierarchii, by z powodzeniem realizować postanowienia patrona.

Działania firm farmaceutycznych nie kończą się na opłacaniu wyjazdów i wykwintnych kolacji. Aby przykuć uwagę opinii publicznej, koncerny organizują czasem kampanie reklamowe imitujące kampanie społeczne. Mają one uświadamiać ludziom, jak „ogromne niebezpieczeństwo” stanowi dana choroba i przygotować grunt pod sprzedaż leków produkowanych przez koncern. Jedna z takich kampanii dotyczyła pneumokoków – miała uświadomić rodzicom, że bakterie te są ogromnym, śmiertelnym zagrożeniem dla małych dzieci. Jej oficjalna nazwa brzmiała Społeczna Kampania Edukacyjna: „Stop pneumokokom”, a pokazywane w ramach kampanii spoty reklamowe przedstawiały młode kobiety rozpaczające po śmierci niemowląt. W rzeczywistości zarażenie bakteriami prowadzi najczęściej do zapalenia ucha lub gardła, a przypadki śmiertelne zdarzają się bardzo rzadko. Na stronie internetowej kampanii nie było informacji o jej organizatorze – koncernie produkującym szczepionki przeciwko pneumokokom. Dopiero po dwóch latach intensywnej kampanii i krytycznych artykułach w prasie, Główny Inspektorat Farmaceutyczny nakazał zawiesić akcję.

Kto traci z powodu korupcji w polskim sektorze farmaceutycznym? Przede wszystkim pacjenci, którzy nie otrzymują leku najlepszego, lecz najsilniej promowany. Dalej: budżet państwa – największe boje toczą się o leki refundowane, za które płaci Narodowy Fundusz Zdrowia. Czasem przegrywają również polskie firmy farmaceutyczne, produkujące tańsze zamienniki drogich specyfików. W osłabianiu rodzimych producentów niechlubną rolę odgrywają czasem stowarzyszenia pacjentów. Organizacje zrzeszające chorych i ich rodziny są uzależnione od dużych firm, co koncerny wykorzystują bez ograniczeń: Organizacje pacjentów są na całym świecie i tak to wygląda, że po prostu jak firma nie może, to organizuje organizację pacjentowską. I organizacje pacjentowskie potem robią coś takiego i mówią: tak, no tutaj jesteśmy strasznie biedni, mamy np. SM [stwardnienie rozsiane] i nie daje nam się Interferonu, prawda. Wychodzą do gazet, do mediów. Organizacje pacjentowskie są takie, że, że tak powiem, złamanego grosza bym nie dał za nie […].

Autorka opisuje działania najbardziej znanego polskiego stowarzyszenia chorych na cukrzycę, które w mediach bardzo krytycznie wypowiadało się o krajowej insulinie, rzekomo gorszej od tej produkowanej przez zagraniczne koncerny. Larum wszczęto, gdy okazało się, że polska insulina ma zastąpić na liście leków refundowanych dotychczasową insulinę zagraniczną, której producenci kategorycznie odmówili obniżenia cen. Polska insulina była tańsza i jej kupno miało przynieść państwu spore oszczędności. Szczególnie aktywny w szkalowaniu polskiej insuliny był prezes stowarzyszenia cukrzyków, ale wielu znanych lekarzy również publicznie poparło pomysł, by nie zastępować droższej insuliny tańszą krajową. Ostatecznie zmiany dokonano i polska insulina okazała się równie dobra jak zagraniczna – być może prezesa stowarzyszenia przekonał o tym samochód podarowany przez polskiego producenta.

Organizacjom pacjentów poświęcony został osobny fragment książki i jego lektura pokazuje, w jak cyniczny sposób firmy i „działacze” traktują trzeci sektor. Organizacje pozarządowe lobbują na rzecz leków innowacyjnych, produkowanych przez koncerny i otrzymują za to lekarstwa, sprzęt medyczny, samochody. Firmy interesują się, rzecz jasna, głównie tymi stowarzyszeniami, które zajmują się chorobami leczonymi farmakologicznie. Im dłuższa i droższa terapia, tym korzystniej dla firmy. Najlepiej, aby państwo w całości finansowało leczenie, bo wówczas pacjenci będą z wielką determinacją walczyć o najlepsze – w domyśle najdroższe – lekarstwa. Chociaż polskie firmy generalnie przegrywają rywalizację z potężnymi koncernami, same uciekają się do bardzo podobnych metod: producenci wykorzystują bez oporów kontakty polityczne, a skompromitowani politycy z łatwością znajdują dla siebie miejsce w firmach produkujących leki.

Środki masowego przekazu pojawiają się często jako bohater drugoplanowy książki – nie zawsze pozytywny. Wydaje się, chociaż autorka nie formułuje podobnej tezy expressis verbis, że media w pogoni za sensacyjnym tematem tracą z pola widzenia interes publiczny – rozpisując się o groźnych pneumokokach, świńskiej grypie czy polskiej insulinie. Wzmagają presję na decydentów, by przyjęli rozwiązanie korzystne z punktu widzenia koncernów. Czy mediami rządzi wyłącznie logika wzrostu oglądalności? Czy może firmy w jakiś sposób wpływają na redakcje i dziennikarzy, aby podejmowali określone tematy? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Działalność mediów ma jednak też drugą stronę: dziennikarze wydobywają na światło dzienne afery w sektorze farmaceutycznym i służbie zdrowia, ujawniają powiązania między politykami a producentami leków.

Właściwie każdy przypadek opisany w książce to konflikt interesów. Tymczasem w Polsce nie ma zwyczaju artykułowania zagrożenia, jakie stanowi dla dobra publicznego konflikt interesów. Jednocześnie oburzenie wywołują najmniejsze wyrażone wprost podejrzenia o korupcję lub nadużycie pozycji. Bezczelność, z jaką urzędnicy, lekarze i działacze organizacji pozarządowych tłumaczą się z wycieczek i bankietów, a firmy – z nieczystych zagrań, jest uderzająca. Nie powinna jednak zaskakiwać, ponieważ właściwie wszystkie nieuczciwe praktyki pozostają bez konsekwencji. Weźmy znany przykład: w 2006 r. „Gazeta Wyborcza” i TVN ujawniły materiały ze szkolenia dla pracowników pewnego koncernu – plansze ze szkicami różnych sytuacji. Zadaniem uczestników szkolenia było właściwe uzupełnienie makiet. Jedna z plansz dotyczyła sytuacji w jednostce podstawowej opieki zdrowotnej i lekarza, który „nie wywiązuje się z zobowiązań, kłamie i oczekuje realizacji umowy. Pisze leki konkurencji”. Przedstawiciel czuje się „zawiedziony, bezradny, wściekły i oszukany”. Wyraźnie określa biznesowy charakter relacji z lekarzem, mówiąc o umowie, jaką ze sobą zawarli. „W aptece nie widać nowych recept… Umawialiśmy się na 10 nowych pacjentów, a przybyło tylko 5, więc nie mogę zrealizować mojej części umowy”.

Firma twierdziła, że ten fragment szkolenia pokazywał, w jaki sposób kształtują się patologiczne relacje między lekarzami a przedstawicielami, a także przekonywała, że dziennikarskie hipotezy, jakoby uczestnicy ćwiczyli się w korumpowaniu medyków, są tak absurdalne, iż koncern nie będzie się do nich odnosił. Śledztwo w tej sprawie nadal trwa, ale jak dotąd nikomu nie postawiono zarzutów – ta fraza powtarza się zresztą w książce wielokrotnie z pewnymi modyfikacjami. Kolejne skandale farmaceutyczne nie wywołały już takiej reakcji, nie było konferencji prasowych, nie wszczynano śledztw itd.

Wiele wskazuje na to, że konflikt interesów we współczesnej medycynie jest nieunikniony: lekarze w niewielkim stopniu dystansują się wobec firm, z których produktów stale korzystają. Skoro nie można konfliktu interesów wyeliminować, należałoby skutecznie nim zarządzać. Jednak polską receptą na uwikłanie lekarzy i urzędników w konflikt interesów są kodeksy etyczne i regulacje wewnętrzne. Czy kodeksy etyczne, których łamanie nie pociąga ze sobą żadnych sankcji, to rzeczywiście najlepsza bariera dla działań korupcyjnych?

Nacisk na wewnętrzne regulacje w sektorze farmaceutycznym pokazuje, że państwo nie radzi sobie z zagrożeniami wynikającymi z wątpliwych etycznie działań firm. Prawo farmaceutyczne powstało dopiero w 2001 r., natomiast rynek leków został uwolniony już na początku lat 90. Przez 10 lat najwięksi gracze stosowali wszelkie chwyty, by zdobyć uprzywilejowaną pozycję na rynku, a jedyne, co ich ograniczało, to pojedyncze i rozproszone po różnych aktach prawnych przepisy. Pociąganie do odpowiedzialności osób prawnych, którymi są koncerny, jest w Polsce nadal bardzo trudne. Mamy właściwe przepisy, takie jak wprowadzony w 1997 r. nowy kodeks karny oraz ustawę o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych z 2002 r., jednak sankcje nadal spadają tylko na pojedyncze osoby bezpośrednio naruszające prawo. Nie na producentów i importerów leków, którzy de facto odpowiedzialni są za działania swoich pracowników – wszak szkolą ich do zdobywania przychylności lekarzy i za to samo wynagradzają.

Największą zaletą książki, która jest również dowodem na to, jak podatny na korupcję jest cały system opieki zdrowotnej w Polsce, są rozmaite przykłady nagannych praktyk i liczne studia przypadków. Autorka omówiła wszystkie największe afery korupcyjne związane z sektorem farmaceutycznym, które wybuchły w ostatnich latach. Wskazała też wielu aktorów, którzy pośrednio lub bezpośrednio biorą udział w korupcyjnym procederze, nie tylko lekarzy, urzędników i polityków, ale też aptekarzy (informujących repów o tym, czy lekarz przepisuje dany lek), organizacje pozarządowe czy towarzystwa naukowe. Pokazała również, jak zróżnicowane sposoby oddziaływania na lekarzy i urzędników stosują firmy farmaceutyczne i dokładnie je opisała, przytaczając często wypowiedzi respondentów, skądinąd bardzo interesujące. Paulina Polak przeanalizowała wszystkie etapy prowadzące do zarejestrowania leku, a później wpisania go na listę specyfików refundowanych, i podała konkretne przykłady nieprawidłowości, które pojawiały się na różnych szczeblach prac administracyjnych.

Praca wydaje się dobrze udokumentowana, zawiera kompleksowe ujęcie problemu korupcji w sektorze farmaceutycznym w Polsce. Książka jest solidnym naukowym opracowaniem sygnalizowanego wielokrotnie, np. w mediach, problemu, jednak ma kilka wad. Część metodologiczna praktycznie nie istnieje. Nie znajdujemy niemal żadnych informacji o respondentach – sformułowania w króciutkiej części dotyczącej badania są raczej enigmatyczne. Brak krytyki źródeł obniża wiarygodność badań – autorka nie przedstawiła czynników mogących osłabiać siłę wypowiedzi respondentów.

Kolejne zastrzeżenie dotyczy ram teoretycznych, w których mieścić się ma narracja o sektorze farmaceutycznym. Polak wybrała teorię systemów Niklasa Luhmanna. Interesująco i przystępnie zaprezentowała wypieranie logiki jednego systemu, jakim jest służba zdrowia, przez logikę zysku, którą rządzi się drugi system, czyli sektor farmaceutyczny. W dyskursie dotyczącym służby zdrowia stwierdzenia o jej kolonizowaniu przez pieniądz pojawiają się wciąż zbyt rzadko i ustępują miejsca zapewnieniom o konieczności „racjonalizacji wydatków”, dlatego słowa autorki zasługują na uwagę. Proporcje książki są jednak lekko zachwiane – trudno oczekiwać, by część teoretyczna dorównywała objętością części empirycznej, ale w tym wypadku różnice są trochę zbyt wyraźne: najpierw mamy ciekawą, ale zbyt krótką część teoretyczną, następnie ogromny materiał empiryczny, a na końcu jedynie skromne podsumowanie.

Wadą publikacji jest również brak rekomendacji dotyczących sektora farmaceutycznego. Autorka opisuje pozytywne praktyki z innych krajów, np. z USA, które upowszechniają instytucję tzw. whistleblowera – informatora, który alarmuje opinię publiczną o patologiach toczących daną firmę lub instytucję. Książka nie zawiera jednak wyraźnie sformułowanego projektu uodpornienia polskiej służby zdrowia na korupcję ze strony dużych firm. Otrzymujemy katalog złych praktyk, świadczący o niebywałej pomysłowości koncernów, nie mamy natomiast dla niego należytej przeciwwagi. Pozostawia to czytelnika absolutnie przekonanego o powadze problemu, jednak pesymistycznie nastawionego wobec możliwości zmian.

Paulina Polak, Nowe formy korupcji. Analiza socjologiczna sektora farmaceutycznego w Polsce, Wydawnictwo NOMOS, Kraków 2011.

Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

Zapomniany demokrata

Historia to kapryśna i roztrzepana dama. Jej pamięć jest wysoce wybiórcza, a okraszona pewną dozą złośliwości potrafi skazać na zapomnienie najbardziej zacne postaci. W przypadku Jana Kantego Podoleckiego sytuacja była jeszcze bardziej dziwaczna. Chichot historii sprawił, że w 1923 r. nazwisko galicyjskiego szlachcica wypłynęło na karty książek z powodu oskarżenia, w stan którego postawiła go Wisława Knapowska. Badaczka w swej pracy „Wielkie Księstwo Poznańskie przed wojną Krymską” wysunęła (niemożliwą do obrony) hipotezę, iż Podolecki krótko przed śmiercią był pruskim szpiegiem o pseudonimie Jan Schultz.

Ów iście prokuratorski przebłysk nie oznaczał jednak renesansu pamięci. Dopiero w 1955 r. ukazała się antologia tekstów tegoż zapomnianego, acz bardzo interesującego publicysty i myśliciela. Pomimo typowej dla tamtych czasów tendencyjności, „Wybór pism” Podoleckiego można uznać za jego swoisty, papierowy pomnik. Od tamtej pory jednak znowu zapadło przejmujące milczenie, które trwa do dzisiaj.

***

Jan Kanty Podolecki urodził się w 1800 r. w drobnoszlacheckiej rodzinie w Lesku (ziemia sanocka) 1. Data nie jest bez znaczenia – oznacza ona, że należał do tego pokolenia Polaków, którzy w Europie byli postrzegani jako rewolucjoniści; co więcej, pokolenia oglądającego rok 1812, zwany przez lud „rokiem urodzaju”, przez żołnierzy „rokiem wojny” 2. Jego pochodzenie społeczne – familia o wysokim kapitale kulturowym – dawało dobrą pozycję startową dla przyszłego erudyty, publicysty politycznego i historiozofa, a także badacza kultury ludowej. Natomiast pochodzenie klasowe – pauperyzująca się szlachta – wieszczyło przystanie do szeregu niespokojnych duchów.

O jego wczesnej młodości, z powodu milczenia źródeł, nie można powiedzieć niemal nic. Pewne jest jedno: od najmłodszych lat miał szerokie horyzonty i zainteresowania, począwszy od literatury, poprzez historię i politykę, na etnografii skończywszy. Jak twierdził w jednym z listów, praca quasi-naukowa stanowiła dla niego swego rodzaju ucieczkę przed trudną sytuacją materialną.

Powstanie listopadowe tchnęło ożywczy powiew w galicyjski zaścianek, w którym funkcjonował Podolecki. Wówczas, jako trzydziestolatek, z kilkoma mniej lub bardziej udanymi próbami poetyckimi na koncie (utwory opiewające kulturę ludową publikował pod pseudonimem „Jaśko z Beskidu”), zadebiutował w życiu publicznym poprzez objęcie funkcji sekretarza w komitecie pomocy dla powstania. Być może to wówczas po raz pierwszy Podolecki zetknął się z Joachimem Lelewelem i Komitetem Narodowym w Paryżu. Komitet ów, przesiąknięty konserwatyzmem, nie mógł być jednak odpowiednim instrumentem politycznym dla szlacheckich demokratów i rewolucjonistów. Z tego też względu, w 1832 r. w Galicji powstał tajny Związek 21, w skład którego wchodził również Podolecki. Przez oponentów politycznych już wówczas oskarżany był o jakobinizm. Oznacza to, że poglądy, które kilkanaście lat później wyłożył w płomiennych artykułach, dojrzewały w jego sercu i głowie od wielu lat.

Wkrótce Podolecki nawiązał kontakt ze spiskiem Zaliwskiego i stał się łącznikiem między Związkiem 21 a konspiracją. Hasła karbonaryzmu przeraziły jednak członków związku tak bardzo, że doszło do jego rozwiązania. Czarę goryczy przelała dekonspiracja spisku i idące z nią w parze aresztowania. W połączeniu z zaostrzeniem kursu władz austriackich wobec tajnych organizacji, szlacheccy radykałowie musieli stonować, do tego stopnia, że zaniechano nawet wydawania planowanego czasopisma propagującego zasady demokratyzmu. Nagrodą pocieszenia w zaistniałej sytuacji okazało się wydawanie tytułu o charakterze naukowo-literackim pod egidą Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Jednak i tej inicjatywy nie można uznać za udaną – w lecie 1834 r. nielegalna działalność została wykryta. Szlachcic z Leska został oskarżony o współudział w zdradzie stanu. Uniewinnienie nastąpiło po ciągnącym się trzy lata procesie sądowym.

Represje uśpiły ruchy spiskowe w Galicji. Podolecki oddał się wówczas pracy w gospodarstwie oraz kontynuował badania literackie i naukowe. Przebudzenie przyniósł dopiero rok 1846 – w lutym wyjechał ze Lwowa, zmierzając na miejsce zbiórki oddziału powstańczego. Los sprawił, że wzbierająca fala rewolucji wyrzuciła go we Francji, gdzie 2 czerwca wstąpił w szeregi Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Miesiąc później organ prasowy organizacji – „Demokrata Polski” – opublikował jego pierwszy artykuł: „O demokratyzmie polskim”. Publicystyka Podoleckiego dobrze trafiała do przygnębionych, emigranckich serc demokratów.

Wewnątrz TDP szybko objął Podolecki przywództwo w tzw. osadzie Heryskiej. O znaczeniu i prężności tego stronnictwa najlepiej świadczą obawy, jakie budziło ono wśród publicystów monarchistycznego „Trzeciego Maja”. Ówczesnego renesansu znaczenia podupadającego chwilę wcześniej TDP, który objawiał się choćby w pęczniejących szeregach organizacji, monarchiści polscy dopatrywali się właśnie w działalności „osady Heryskiej”.

Od 1847 r. rosło znaczenie Podoleckiego w szeregach TDP. Wpływ na to miał jego talent posługiwania się słowem pisanym i mówionym. W wyborach do Centralizacji, a więc kierownictwa organizacji, ów – świeżo przecież przyjęty – działacz otrzymał kilkanaście głosów; m.in. od samego Lelewela.

Rewolucyjna fala Wiosny Ludów zaniosła szlachcica na ziemie polskie, gdzie odegrał dużą rolę w wydarzeniach lwowskich, wchodząc w skład ścisłego kierownictwa rewolucyjnego. Dzięki swym historiozoficznym publikacjom, wykazującym demokratyczny rodowód Polski, dorobił się Podolecki tak dużej popularności wśród lwowskich studentów, że wysunęli oni jego kandydaturę na objęcie katedry historii Polski na tamtejszym uniwersytecie.

Po pacyfikacji ruchu rewolucyjnego Podolecki, zagrożony aresztowaniem, ponownie wyemigrował do Paryża, z którego wkrótce został przez władze wydalony do Londynu. Tam, obok Wojciecha Darasza i Stanisława Worcella, wszedł w skład Centralizacji TDP. W grudniu 1852 r. Podolecki wyjechał z Anglii i resztę swoich dni spędził w południowej Francji. W szeregach TDP wciąż cieszył się sporą popularnością, w latach 1853–55 w wyborach do Centralizacji głosowali na niego emigranci z Anglii, Francji, a nawet Ameryki. Mimo to, po jego śmierci (28 maja 1855 r.) w „Demokracie Polskim”, który był już wówczas pismem dogorywającym (podobnie jak TDP), nie ukazał się nawet lapidarny nekrolog. Wraz ze schyłkiem Towarzystwa nazwisko galicyjskiego szlachcica zaginęło w mrokach historii.

***

Znaczenia Podoleckiego nie należy przeceniać. Warto wszakże pamiętać, że Zygmunt Miłkowski umieścił go w triadzie trzech najistotniejszych członków Towarzystwa Demokratycznego Polskiego w połowie XIX w. Wyrazem władzy w tymże gronie miał być Darasz, rozumu – Worcell, a strony ujmującej, poezją okraszonej – Podolecki. Na zapomnienie jego dorobku publicystycznego duży wpływ miał fakt anonimowości sporej części artykułów powstających w latach 1846–51. Z wcześniejszego okresu znane są jedynie jego utwory poetyckie o tematyce ludowej lub historiozoficzno-patriotycznej.

W sferze ideowej drobnoszlachecki rewolucjonista bez wątpienia pozostawał pod przemożnym wpływem koncepcji najwybitniejszego bodaj polskiego radykalnego demokraty I połowy XIX w., Joachima Lelewela3. Tenże wszelkie nieszczęścia spadające na polski naród – rozbiory i klęskę powstańczego zrywu z lat 1830–31 – złożył na karb postaw szlachty. Jego niechęć do tego stanu nie miała jednak nic wspólnego z fanatyzmem i nie stępiała przenikliwości analitycznej, trzeźwości spojrzenia i wnioskowania. Przeciwnie – ów światowej sławy historyk głosił konieczność restytucji demokracji szlacheckiej. Tyle że Lelewel dopuszczał tę możliwość jedynie pod sztywnym warunkiem rozszerzenia przywilejów (czyli czegoś, co dziś określilibyśmy raczej mianem „praw obywatelskich”) na ogół społeczeństwa.

Podolecki zatem – jak większość ówczesnych polskich rewolucjonistów – w części swych poglądów utrwalał lub rozwijał Lelewelowskie koncepty. Trudno jednak odmówić mu również wielce oryginalnych własnych propozycji politycznych. Jego poglądy były co prawda niespójne i z czasem podlegały ewolucji, a język prac przez swą sugestywność i emocjonalność w wielu momentach burzy jasność wywodu. Nie należy jednak tego faktu jednoznacznie poczytywać za wadę. Zygmunt Miłkowski u progu XX w. wspominał: Co tydzień z niecierpliwością wyglądałem nowego Demokraty Polskiego numeru dla rozkoszowania się artykułem jego pióra, dającym się z łatwością wyróżnić śród na chłodno poprawnych artykułów innych4.

Spoiwo poglądów Podoleckiego stanowi przekonanie o demokratycznych tradycjach głęboko zakorzenionych w polskości (…i kto dziś nie jest demokratą, ten nie chce być Polakiem5), czy może szerzej: słowiańskości. Podolecki twierdził wprost: Ten żywioł rodowy, wiejski, solidarny jest głównym piętnem, odróżniającym nas od zachodu, gdzie przeciwnie, żywioł miejski górował i góruje6. Dlatego doszedł on do przekonania, że każdy naród ma zasadniczą ideę, która determinuje jego rozwój. Ideą Polski jest wiejskość, zaś ideą państw zachodnich – miejskość. Naturalnym dla Słowian miał być taki ustrój, w którym prawa wynikają z obowiązków.

Zasada ta w najczystszej formie została w toku dziejów przechowana przez Polaków i uwidaczniała się w tym, iż szlachcic posiadał ziemię dlatego, że był żołnierzem. Owemu „lechickiemu” demokratyzmowi przeciwstawiał Podolecki germańską ideę „civitas”, która wyrażała się w indywidualizmie, własności bezwarunkowej i wynikała z podboju, czyli z przemocy. Stąd na zachodzie zjawiska takie, jak monarchizm, centralizacja, absolutyzm i arystokracja.

Zdaniem Podoleckiego, demokratyczna idea „lechickości” uległa w Polsce spaczeniu pod wpływem prądów i instytucji Zachodu. Te bowiem w żaden sposób nie przystawały do miejscowych warunków, gdyż pierwotna instytucja naszego społeczeństwa nie znała żadnej dziedziczności, żadnej hierarchii stanów, żadnych przywilejów, jej zasadą była solidarna wiejska równość, skąd wypłynęła moralna dążność narodu7. Z powodu odstępstwa od tych zasad wypływająca z obowiązku – a zatem warunkowa – własność szlachecka stała się własnością dziedziczną, a obowiązki chłopów względem szlachty-żołnierzy przeszły w poddaństwo i pańszczyznę. Pojawiły się podziały społeczne i system monarchiczny, który w połowie XIX w. uznawał on za należący do czasów minionych, a jego obrońców – za utopistów (sic!).

Przesłanki te przywiodły Podoleckiego do przekonania, że odrodzenie Polsce może dać tylko powrót do rodzimej „idei społecznej” (ta miała konstytuować i legitymizować narody), która przybierze formę realną przez zaprowadzenie równości, zniesienie poddaństwa i pańszczyzny. Rządy zaborcze zaś – w swoim interesie – podtrzymują i wykorzystują antagonizm między szlachtą i chłopami, co stanowi przyczynę klęski wszystkich powstań. W istocie bowiem podział ten nie był antagonistyczny, a zatem nie miał charakteru Marksowskiej walki klas. Przeciwnie: wynikał raczej ze spaczenia rozwoju społecznego Polski, a zatem był swego rodzaju aberracją. Wszakże, wedle Podoleckiego, jeszcze w XIX w.: Chłop nasz zachował wiele pamiątek pierwotnej rodowej instytucji. Dotąd posiada użytkowanie tylko, nie własność gruntu; dotąd uważa obszar gromadzki za całość, siebie za spółposiadacza […]. Kłoci się z dziedzicem, nie cierpi go czasem, lecz w zatargach granicznych z innymi wsiami gotów bronić własną krwią całości granic8.

Specyfika Polski miała stwarzać możliwość jedności stanu szlacheckiego i włościańskiego. Należy zatem – zdaniem Podoleckiego – doprowadzić do zharmonizowania „siły moralnej” szlachty i „siły materialnej” (ilościowej) chłopstwa. Zniesienie pańszczyzny jest niezbędne, gdyż oznacza powrót do idylli pierwotnego stanu. Działanie to byłoby również aktem sprawiedliwości dziejowej, ponieważ szlachta – z powodu nieutrzymania niepodległości narodowej – utraciła „na wieki” przywilej administracji i obrony. Samo uwłaszczenie miało być dobrowolne i odbywać się bez jakiegokolwiek odszkodowania. Podolecki pojmował je jako moralny i polityczny środek wyzwolenia narodu. Zwiastunem nadchodzącego wyzwolenia miała być rewolucja krakowska z 1846 r.

Mimo to, w odróżnieniu od większości współczesnych mu radykalnych demokratów, ale podobnie do np. Ludwika Mierosławskiego – chciał oprzeć rewolucję na warstwie szlacheckiej. Dostrzegał wprawdzie ryzyko, że uciśnione przez nią chłopstwo może w pewnym momencie spontanicznie zainicjować czyn zbrojny, jednak uważał, że jedynie szlachta może być nośnikiem owej idei „lechickości”, która miała doprowadzić do zbratania obu stanów, a w efekcie – do zwycięskiego boju, który skończyć się musi zwycięstwem demokratyzmu, braterstwem ludów, złamaniem potęgi caratu i wskrzeszeniem Rzeczypospolitej Polskiej 9. Chłopstwo zaś mogło mieć jedynie siłę niszczącą.

Wychodząc od takiej diagnozy rzeczywistości, „Jaśko z Beskidu” chwalił postawę szlachty, która w 1846 r. ułożyła powstanie na zasadach demokratycznych: wyrzekła się własności gruntów chłopskich, pańszczyzny, danin, sądownictwa wiejskiego, nazwiska nawet szlachty, aby cały naród zlać w jedno ciało, w masę jednolitą10.

Warto podkreślić, iż w kwestii afirmacji „pierwotnego gminowładztwa” Podolecki ekwilibrystycznie odwrócił – na korzyść idei rewolucyjnej – szlachecką legitymizację ustroju folwarczno-pańszczyźnianego. Przedstawiciele jego własnego stanu twierdzili wszak, że posiadanie ziemi jest im należne z tytułu odbywania służby wojskowej i obrony ludności przed napaścią. „Jaśko z Beskidu” zaś uznał, iż utrata niepodległości przez Rzeczpospolitą dowiodła tego, że szlachta nie spełniła w sposób należyty swego „dziejowego” obowiązku i dlatego powinna zostać pozbawiona praw, wyróżniających ją spośród reszty społeczeństwa. Wszak wedle niego szlachcic, czyli żołnierz uposażony rolą narodową, nie był jej właścicielem, ale tylko dożywotnim, a raczej doczesnym posiadaczem, to jest póty jej używał, póki wojskowo służył 11.

Warto również postawić pytanie o miejsce socjalizmu w poglądach Podoleckiego. Trzeba mieć przy tym na uwadze, iż zbyt łatwe ochrzczenie go mianem „radykalnego demokraty” czy „szlacheckiego rewolucjonisty” byłoby pójściem w sukurs dyskursowi komunistycznemu, którego luminarze chcieli zarezerwować „socjalizm” dla adeptów „jedynie słusznej” linii marksistowsko-leninowskiej12.

Podolecki z całą pewnością nie pojmował „socjalizmu” w kategoriach całościowego systemu politycznego. Wydaje się, że miała to być raczej idea, która porwie masy do działania; idea bliżej nieokreślona, która we współczesnej autorowi polskiej publicystyce oznaczała tyle, co przeciwieństwo indywidualizmu i egoizmu. Podolecki pisał: Co to jest socjalizm? Ów wyraz brzemienny niedaleką przyszłością, nie mający dotąd ogólnej, wyraźnej definicji, to „coś” nieoznaczone a wielkie, to coś – jednym śmiertelny postrach, drugim nadzieja i otucha, dla wielu tajemnicza zagadka?13 Kilka stron dalej pada odpowiedź – socjalizm to wyzwolenie jednostki pod względem społecznym, tak jak wolność osobista jest jej wyzwoleniem cywilnym. Dlatego też demokratyzm jest działaczem, socjalizm działaniem. Demokratyzm całością, socjalizm tejże całości częścią 14. Innymi słowy, definicją wolności cywilnej jest wyzwolenie spod ucisków bezpośrednich, nielegalnych. Definicją socjalizmu – wyzwolenie spod ucisków pośrednich wykonywanych za osłoną legalności 15.

Powyższe wyimki wskazują, że samego Podoleckiego można określić jako socjalistę, gdyż opowiadał się on przeciwko własności indywidualnej. Jego zdaniem: Własność w pojęciu socjalnym i postępowym jest rodzinną i względną, a przy tym niepodległą; w pojęciu zaś dawnym i wstecznym albo bezwzględną i osobistą, albo też nadaną, przeto uprzywilejowaną lub służebną16.

Należy jednak poczynić zastrzeżenie, iż socjalizm – podobnie jak demokratyzm – był dla niego tylko jednym z instrumentów na drodze do umasowienia ruchu powstańczego, a w dalszej perspektywie: do odzyskania niepodległości. Jednocześnie jednak galicyjski szlachcic dostrzegł konieczność ścisłego sprzężenia socjalizmu i demokracji na kilka dekad przed stwierdzeniem Róży Luksemburg, iż nie ma socjalizmu bez demokracji.

***

Poglądy Podoleckiego mogą dziś budzić zdziwienie czy wątpliwości. To, co w nich najcenniejsze, kryje się bowiem pod warstwą naleciałości charakterystycznych dla epoki, w której przyszło mu żyć; i tylko odpowiednia kontekstualizacja owych koncepcji umożliwi sprawiedliwą ich ocenę.

Co zatem aktualnego pozostaje w pracach Podoleckiego? Z jego twórczości wyłania się pięć, interesujących również dziś, spostrzeżeń.

Po pierwsze, czymś niezwykłym – w obliczu poczucia niższości wobec Zachodu, towarzyszącego większości dzisiejszych komentatorów i publicystów – może wydać się przekonanie, iż Polska ma prawo podążać własną drogą. Podolecki na kartach swej płomiennej publicystyki celnie antycypuje i zarazem punktuje okcydentalistycznych epigonów. Publicysta z Galicji, w momencie braku niepodległego bytu państwowego, rozbitego kilka dekad wcześniej przez agresywnych, absolutystycznych, „nowoczesnych” sąsiadów, nie wahał się przypisywać Polsce cech szczególnych. W jego bowiem ujęciu, Polska to jedyny teraz reprezentant dawnej słowiańskiej wiejskości, przez co nie potrzebuje ona chwytać obcych i nowych myśli społecznych, ale powinna tylko rodzime swe zasady oczyścić z obcej rdzy i plugastwa wiekami przymieszanego, a przy tym rozprzestrzenić je i wykształcić wedle tegoczesnych potrzeb 17. Myśląc kontrfaktycznie, bez trudu można wyobrazić sobie współczesnego Podoleckiego, ironizującego z postmodernistycznych krzykaczy zapatrzonych w Slavoja Žižka czy wykpiwającego cierpiących na kompleksy budowniczych autostrad, zmierzających – jak nowoczesność przykazała – po finansowych i przyrodniczych trupach do asfaltowego celu.

Przechodząc jednak ad rem, Podoleckiemu chodziło o próbę znalezienia odskoczni od kapitalizmu, czy raczej od wszelkich plag charakterystycznych dla gospodarki wolnorynkowej. Na bazie modnego wówczas stawiania prymatu ducha nad materią, próbował – podobnie jak większość jego ideowych pobratymców – stworzyć ideologię pozwalającą zachować to, co najcenniejsze w ustroju demokracji szlacheckiej, a jednocześnie oczyścić ją z wypaczeń. Pierwsze skrzypce grała tutaj równość demokratyczna, która nie polega na tym, aby wszyscy posiadali jednakową liczbę zagonów ziemi, ale na tym, aby każdy obywatel mnożąc bogactwo narodowe na jakiejkolwiek drodze zbierał cały owoc swej pracy, czyli swojego poświęcenia, aby nikt nie był Negrem drugiego i za suchy kawałek chleba nie wzbogacał jego kieszeni 18.

W tym miejscu pojawia się druga istotna myśl w pracach Podoleckiego. Za ideową brawurę uznać wszak należy otwarte głoszenie przekonania o demokratycznych tradycjach, wpisanych w istotę polskości. Co więcej, tradycji tych doszukał się on w ustroju demokracji szlacheckiej, który dzisiaj wśród znakomitej większości postępowych komentatorów spotyka się co najwyżej z wykpiwaniem. Podolecki stanął zatem w opozycji do swoistego narodowego masochizmu, którym pewne gremia w swoim dobrze pojętym interesie zatruwają debatę publiczną. Pisarstwo polityczne Podoleckiego, który analizując narodową historię sprawnie oddziela ziarno od plew, nie popadając ani w bezmyślną afirmację, ani w ograniczoną negację, stanowi swoiste antidotum na tego rodzaju postawy.

Powinniśmy przeto – wskazuje „Jaśko z Beskidu” – koniecznie wpatrywać się w naszą przeszłość, bo ona wskazuje nam widomie niezbędną drogę przyszłości; poznawszy „czym byliśmy” i „dlaczego”, poznamy z zupełną pewnością – „czym będziemy”. Tysiącletnia nić chrześcijańskiej socjalnej idei naszej, wysnuta z kłębka przedhistorycznych czasów, nigdy u nas zerwaną nie była; trzymajmyż się jej pilnie, bo owa idea wyprowadzi nas z labiryntu obłędnych a ułudnych wyobrażeń i pojęć, jakie zamącać muszą dzisiejszą przechodową epokę człowieczeństwa 19.

Po trzecie, wbrew deterministom inspirowanym marksizmem, odrzucił Podolecki przekonanie o „stopniach rozwoju sił wytwórczych”, „formacjach ekonomicznych” itp. W tej kwestii poszedł on zupełnie innym torem, przekonując, iż budowa bardziej sprawiedliwego ładu jest możliwa (a może nawet bardziej prawdopodobna) w społeczeństwach „zacofanych”.

Po czwarte, Podolecki nie dokonywał bezrefleksyjnej afirmacji postępu technicznego. Przeciwnie, proces ten raczej go niepokoił i skłaniał do zastanowienia nad spodziewanymi skutkami społecznymi. W tej sferze galicyjski szlachcic zdaje się być myślicielem dojrzalszym od zafascynowanych industrializmem wielu ówczesnych i późniejszych ludzi zachodniej lewicy, których ślepa, deterministyczna wiara w tak pojęty rozwój wydaje się być dziecinadą w dobie konsumpcji jego, w części zatrutych bądź zgniłych, owoców. W tej mierze znacznie dojrzalsze są refleksje publicysty z Leska. Nie znaczy to, że Podolecki bał się mechanizacji. Uważał on, że zastępowanie pracy człowieka przez maszynę nie jest złe samo w sobie, wymaga jednak sprawiedliwego podziału dóbr wytwarzanych – dzięki postępowi właśnie – w coraz większych ilościach. Rzecz tę ujmował Podolecki następująco: Zbyteczne rozwinięcie przemysłu ze stratą innych stosunków i względów społecznych nie tylko szkodzi klasie robotniczej przyprawiając ją o nędzę i ubóstwo, nie tylko pogarsza położenie rolników, drobnych posiedzicieli ziemskich, ale co większa, rujnuje samą własność i wystawia ją na pastwę kapitałowi i kapitalistom 20.

Wreszcie po piąte, sylwetka i poglądy Podoleckiego zadają kłam stereotypowemu postrzeganiu szlachcica jako zaściankowego konserwatysty, którego horyzonty myślowe nie przekraczają płotu własnego podwórka. Jego dwór w Rzepedzi, z bogatym księgozbiorem i inteligentnym, erudycyjnym gospodarzem (Podolecki znał pisma m.in. Arystotelesa, Locke’a, Rousseau, Proudhona, Sismondiego, Smitha, Ricarda, Bastiata, McCullocha, Careya, J.S. Milla, Saint-Simona, Fouriera i Owena), był lokalnym ośrodkiem życia towarzyskiego i kulturalnego, a także azylem dla zbiegłych powstańców i niespokojnych duchów, ściganych przez służby bezpieczeństwa despotycznych zaborców. Sama zaś postawa Podoleckiego, którego czyny zakwalifikowały go – znowuż sięgając do wspomnień Miłkowskiego – jeżeli nie na szubienicę, to na dożywotni w Kufszteinie pobyt 21, wskazuje, że warstwa szlachecka w XIX w. nie składała się li tylko z oportunistów, ale i z oddanych ideałom, romantycznych buntowników.

***

Warto podkreślić, że poglądy Podoleckiego były dość typowe dla większości ówczesnej polskiej lewicy. Świadczy o tym nie tylko analiza tekstów innych rewolucjonistów I połowy XIX w., ale także fakt, że w swych artykułach przedstawiał koncepcje, pod którymi mogliby podpisać się także Darasz, Worcell, a może nawet i Lelewel. Miłkowski u progu XX w. wspominał, iż teksty pióra Podoleckiego wykuwały się zazwyczaj w toku ostrej dyskusji pomiędzy nim i kilkoma emigracyjnymi, ideowymi pobratymcami, którzy gościli w jego domu.

Przyglądając się postaci Podoleckiego trzeba ze smutkiem skonstatować, że to, co było oczywiste dla polskiej lewicy przed 150 laty, trzeba części jej współczesnych przedstawicieli, wpatrzonych w zagraniczne problematy, wyjaśniać od samego początku.

Piotr Kuligowski

Przypisy:

  1. Zachowało się bardzo niewiele danych o życiu Podoleckiego. Większość przytoczonych tu informacji pochodzi z: J. K. Podolecki, Wybór pism z lat 1846–1851, wyboru dokonał i wstępem opatrzył Andrzej Grodek, Warszawa 1955; część również z: Z. Miłkowski (T. T. Jeż), Sylwety emigracyjne, http://literat.ug.edu.pl/jez/002.htm
  2. Z. Miłkowski (T. T. Jeż), Sylwety…
  3. Informacje nt. ideologii Podoleckiego pochodzą z: J. K. Podolecki, Wybór pism…; B. Baczko, Poglądy społeczno-polityczne i filozoficzne Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, Warszawa 1955.
  4. Z. Miłkowski (T. T. Jeż), dz. cyt.
  5. J.K. Podolecki, Równość [w:] Wybór pism…, s. 28.
  6. Tenże, O demokratyzmie polskim [w:] Wybór pism…, s. 11.
  7. Tamże, s. 13.
  8. Tamże, ss. 12–13.
  9. Tenże, Rewolucja i kontrrewolucja w Europie [w:] Wybór pism…, s. 85.
  10. Tenże, O demokratyzmie polskim [w:] dz. cyt., ss. 1–2.
  11. Tamże, s. 9.
  12. Por. L. i A. Ciołkoszowie, Zarys dziejów socjalizmu polskiego, s. 5. Choć i Podolecki, wzorem Marksa i Engelsa, miał tendencję do „unaukowienia” socjalizmu, pisząc że nie St. Simon, nie Fourier lub Owen byli jego twórcami lecz ekonomiści, bez ich pomocy systemata socjalne pozostałyby utopią (Znaczenie rewolucji socjalnej w Europie i w Polsce, Wybór pism…, s. 279).
  13. J. K. Podolecki, O socjalizmie [w:] Wybór pism…, s. 159.
  14. Tamże, s. 164.
  15. Tamże, s. 165.
  16. J. K. Podolecki, Socjalność [w:] Wybór pism…, s. 177.
  17. Tenże, O idei społecznej [w:] Wybór pism…, s. 20.
  18. Tenże, Równość [w:] Wybór pism…, s. 25.
  19. Tenże, O idei społecznej [w:] dz. cyt., s. 21.
  20. Tenże, Rok 1852, czyli położenie Europy i stanowisko Polski, s. 242.
  21. Z. Miłkowski (T. T. Jeż), dz. cyt.
Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

Socjalista niepokorny (rzecz o Adamie Próchniku)

W całej swojej działalności i politycznej, i naukowej Adam Próchnik pozostawał wierny ideałom, które przyjął za swoje już w latach młodości. Jeden z jego ostatnich artykułów konspiracyjnych w „Barykadzie Wolności” nosił znamienny tytuł: „O niepodległość, socjalizm, wolność”. Te trzy słowa charakteryzują dobitnie całość życia i działalności człowieka, polityka, historyka, wychowawcy – pisał w 30. rocznicę jego śmierci prof. Krzysztof Dunin-Wąsowicz.

***

Adam Próchnik przyszedł na świat 21 sierpnia 1892 r. we Lwowie. Jego matka, Felicja Nossig-Próchnikowa, to, jak na owe czasy, kobieta niezwykle oryginalna. Była głośną publicystką, zwolenniczką ruchu sufrażystek, a także jedną z pierwszych kobiet w Galicji, które uzyskały tytuł doktora filozofii (specjalizowała się w socjologii). Z prawnego punktu widzenia, ojcem Adama był Izydor Próchnik, zwykły urzędnik bankowy. Małżeństwo nie trwało jednak zbyt długo, a większą jego część małżonkowie spędzili w separacji. Wtedy też przyszedł na świat Adam Próchnik, którego biologicznym ojcem, jak głosiły plotki, był Ignacy Daszyński, wybijający się już wówczas na jednego z przywódców ruchu socjalistycznego w Galicji. Jego ojcostwo jest prawdopodobne, choć dziś historycy nie są już w stanie potwierdzić owego faktu niezbitymi dowodami.

Dorastał Próchnik w środowisku lewicowców i liberałów. Nic więc dziwnego, że już jako nastolatek wstąpił do socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Promień”, zrzeszającej uczniów galicyjskich szkół średnich. Jego młodzieńcza droga jest charakterystyczna dla wielu działaczy PPS, którzy zaczynali w organizacjach uczniowskich, później wstępowali do Związku Walki Czynnej (ZWC), Związku Strzeleckiego, i wreszcie angażowali się w działalność partyjną w szeregach Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska. Próchnik we wszystkich tych organizacjach działał już jako uczeń szkoły średniej.

Jednak jego największą namiętnością wcale nie była polityka, lecz historia. W 1911 r. podjął studia historyczne na Uniwersytecie we Lwowie. Jak wynika ze wspomnień kolegów i zachowanych dokumentów, przyszły działacz PPS był nie tylko zdolnym studentem, ale z czasem stał się także jednym z liderów środowiska lwowskiej lewicy akademickiej, sympatyzując wówczas z utworzoną przez Feliksa Perla tzw. PPS-Opozycją.

Do przerwania studiów zmusił Próchnika wybuch I wojny światowej. Jako „poddany” Franciszka Józefa, otrzymał kartę mobilizacyjną i trafił na front w mundurze armii austriackiej. Niewiele brakowało, a wojna skończyłaby się dla niego tragicznie – podczas walk w Karpatach odmroził sobie nogi i tylko dzięki usilnym staraniom Daszyńskiego udało się uratować je przed amputacją. Do walki jednak już się nie nadawał, co miało swoje dobre strony, mógł bowiem wrócić na uniwersytet.

Studia skończył jeszcze w trakcie trwania konfliktu i w 1917 r., na podstawie dysertacji „Demokracja kościuszkowska”, otrzymał tytuł doktora filozofii. Dobór tematu wyraźnie wskazywał na zainteresowania Próchnika, którym wierny został w swej pracy historycznej do końca. Nie chciał być kronikarzem wielkich wojen i zbrojnych potyczek czy apologetą monarchów, badał ruchy społeczne i prądy intelektualne, dążące do zmiany status quo. Interesowali go ci, którzy walczyli o postęp, demokratyzację i poszerzanie granic wolności człowieka. Stąd też bohaterami jego książek stawali się francuscy rewolucjoniści, polscy reformatorzy doby Oświecenia, czy – przede wszystkim – działacze ruchu robotniczego i bojowcy PPS. Jego prace w wielu aspektach do dziś zachowują żywotność, nie tylko ze względu na świetny warsztat badawczy, ale także dzięki niepospolitym zdolnościom literackim. Nie była z pewnością podyktowana kurtuazją opinia wybitnego historyka, Henryka Wereszyckiego, który pisał, że Próchnik jest jednym z pionierów badań nad epoką popowstaniową polskich dziejów i to – jednym z pionierów najważniejszych. Gdy przeglądamy dorobek historiograficzny okresu, który przed r. 1939 nazywał się historią najnowszą, to można bez wahania stwierdzić, że dorobek w nim Próchnika jest najpoważniejszy, i to nie tylko ilościowo, ale co najważniejsze i jakościowo.

Listopad 1918 r. zastał Próchnika we Lwowie, gdzie jako żołnierz POW brał udział w toczonych z Ukraińcami walkach o władzę w mieście. Wkrótce jednak trafił do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie objął funkcję dyrektora państwowego archiwum. Z Piotrkowem i piotrkowską organizacją PPS związany był przez 10 lat, szybko stając się jedną z centralnych postaci życia politycznego i kulturalnego w tym mieście.

***

W latach 20. pozostawał jednak w zasadzie jedynie działaczem lokalnym, którego nazwisko niewiele mówiło opinii publicznej. I choć nie miał większego wpływu na ówczesną politykę ogólnopolskiej PPS, to brał aktywny udział w publicystycznych debatach na temat najważniejszych problemów państwa i kierunków polityki partii. Szczególnie zajmowała go kwestia powojennego ułożenia stosunków narodowościowych w Europie i jej znaczenie dla Polski. Uważał, że „porządkowanie” mapy politycznej Europy dobiega końca i z czasem wszystkie narody kontynentu uzyskają własne państwo. Oczywiście, nie było to dla niego równoznaczne z całkowitym rozwiązaniem problemu. Pisał: Pozostaną, naturalnie, sprawy sprawiedliwego rozgraniczenia tych państw i sprawy mniejszości narodowych. Ale sprawy te nie będą mogły już mieć tego kolosalnego znaczenia, jakie dawniej posiadały. Realizacja tej pokojowej wizji, którą zresztą Próchnik mocno wiązał ze zwycięstwem socjalizmu, była jednak dużo trudniejsza niż mu się zdawało. Pokazał to choćby problem przynależności państwowej terenów Litwy, Białorusi i Ukrainy, o które przyszło toczyć walkę odrodzonej Rzeczypospolitej oraz Rosji Radzieckiej.

Kwestia wschodniej granicy państwa i polityki wobec obszarów na wschód od Bugu budziła w łonie PPS duże kontrowersje i przyznać trzeba, że do pokoju ryskiego nie zdołali socjaliści wypracować spójnej i powszechnie akceptowanej propozycji programowej. Różnie interpretowano koncepcję „federacyjną” i różnie też oceniano kolejne posunięcia Józefa Piłsudskiego, kształtujące wówczas polską politykę wschodnią. Sprawom tym wiele uwagi poświęcał też Próchnik, polemizując z kierownictwem partii i jej głównym teoretykiem – Mieczysławem Niedziałkowskim. Zdecydowanie odrzucał zarówno, posiadającą endecką proweniencję, tzw. koncepcję inkorporacyjną (przyłączenie do Polski rozległych obszarów na wschodzie), jak i popularną na lewicy ideę federacyjną. Próchnik odrzucał pomysł budowy federacji Polski oraz mniejszych państw na wschodzie (rozważano Białoruś, Ukrainę i Litwę), jako oparty na błędnym założeniu o „niedokończeniu” procesów narodowościowych na tych terenach. Nie ma bowiem – pisał – w gruncie rzeczy ukończonych procesów narodowościowych. W istocie bowiem procesu narodowościowego leży cecha płynności […]. Próchnik dowodził, że roztoczenie swoistej kurateli nad „młodszymi braćmi” i pomaganie innym narodom w „dorastaniu” do pełnej niepodległości jest nie tylko wątpliwe etycznie, ale także błędne z politycznego punktu widzenia. Dopóki Polska będzie państwem burżuazyjnym, dopóty Białorusini czy Ukraińcy nie mogliby liczyć na możliwość pokojowego opuszczenia federacji. Jedyną drogą, aż nazbyt dobrze znaną Polakom, byłaby więc irredenta. Z sarkazmem pisał, że koncepcja przemienienia Polski w zakład wychowawczy życia niepodległościowego dla sąsiadów przyniosłaby w rezultacie szkodę zarówno nam, jak i naszym uczniom.

Co proponował w zamian? Pełne urzeczywistnienie prawa samostanowienia narodów o swym losie, rozszerzenie Polski do swych granic etnograficznych i rozdzielenie terenów pośrednich między rodzinę wolnych i swobodnych narodów. […] Nie wmawiać w jedne narody, że nie dojrzały do państwowości własnej, a w drugie, że mają do spełnienia misję pedagogiczno-polityczną. Pamiętamy zbyt dobrze, jak nas wychowywano do niepodległości. Nasz program wschodni powinien być wyraźny i jasny: dać głos ludności. Propozycje Próchnika nie zyskały zbyt wielu zwolenników, jednak samodzielność jego sądów wzbudziła zainteresowanie i uznanie. Nie przypadkiem zwróciliśmy uwagę na ten aspekt poglądów Próchnika – po pierwsze, jest to mało znana część jego dorobku, a po drugie, właśnie podczas debaty nad polityką wschodnią wyraźnie zaznaczyło się jego stanowisko opozycyjne wobec przywódców partii. Jak zobaczymy, nie było mu po drodze z liderami PPS w zasadzie przez całe międzywojnie.

***

Mimo udziału w polemikach i dyskusjach na łamach prasy socjalistycznej, przez długi czas stał na uboczu „wielkiej polityki”. Uwagę poświęcał przede wszystkim działalności społecznej i samorządowej. W wielu wspomnieniach widnieje opinia, że miał duszę społecznika, angażującego całą energię dla dobra wspólnoty. Był przez całe dwudziestolecie aktywnym członkiem niezliczonej ilości stowarzyszeń, zasiadał także w samorządzie Piotrkowa Trybunalskiego i Warszawy. Jako ławnik piotrkowskiego magistratu, a później prezes Rady Miejskiej, dbał o realizację takich postulatów lewicy, jak upowszechnienie oświaty, tworzenie kas chorych czy budowa tanich mieszkań. Dowodem uznania było obdarzenie go w 1928 r. przez mieszkańców Piotrkowa mandatem poselskim.

Kariera sejmowa Próchnika trwała, wobec przedwczesnego rozwiązania izby, jedynie dwa lata, śmiało jednak można powiedzieć, że był to punkt zwrotny w jego życiu. W pracy poselskiej zajmował się przede wszystkim najlepiej sobie znaną problematyką oświaty. Z sejmowej mównicy bronił szkoły wolnej, demokratycznej i nastawionej na wyrównywanie szans. Przestrzegał przed, coraz bardziej widocznymi, dążeniami sanacji do podporządkowania szkolnictwa własnym interesom. Przypominał, że szkolnictwo służy celom szerszym i dalszym, celom przyszłości, a nie może być uzależnione od bieżącej polityki, od jej zmienności i kaprysów. Bronił też, ograniczanej przez administrację, niezależności nauczycieli. Zwracając się do ówczesnego ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego (tak nazywał się wówczas resort oświaty), Stanisława Czerwińskiego, pytał: Czyż może być wychowawcą młodzieży człowiek bojący się własnego cienia, pozbawiony swobody myśli, żyjący w ciągłym strachu utraty pracy, zmuszony do ukrywania swych poglądów, jeżeli już nie do płaszczenia się przed władzą? Czyż ten brak charakteru ma być wzorem dla młodzieży?

Swoje oświatowe pasje kontynuował Próchnik w latach 30. jako działacz Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, a także jako wieloletni członek Zarządu Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. Wierzył, że demokratyczna oświata, pobudzająca ciekawość, a zarazem skłaniająca do krytycyzmu i nonkonformizmu, jest środkiem, który przybliża urzeczywistnienie socjalizmu. Szkoła nasza musi więc być inna od zwyczajnej szkoły. Musi chować członków przyszłego solidarnego świata pracy. Ma ona zatem dwa zasadnicze cele: 1) musi wytworzyć człowieka, który potrafi walczyć o nowy ustrój, 2) człowieka, który zdolny będzie do życia w owym ustroju, który będzie pożytecznym i twórczym członkiem przyszłego społeczeństwa. W rychłe nadejście owego „przyszłego społeczeństwa”, równego i wolnego, zachowywał niezachwianą wiarę przez całe życie.

***

Zdecydowanie antysanacyjne wystąpienia sejmowe Próchnika, a także coraz ostrzejszy ton jego artykułów prasowych sprawiły, że zaczęła się skupiać wokół niego grupa członków PPS kontestujących dotychczasową – w ich mniemaniu kunktatorską – politykę kierownictwa partii. Przyznać trzeba, że w jego publicystyce nie było awanturnictwa i efekciarstwa, nie poszukiwał taniego poklasku. Widać to choćby na przykładzie prowadzonych analiz narastania w Polsce autorytaryzmu. Nie wysuwał personalnych oskarżeń, nie chciał wyszydzić i ośmieszyć poprzez wyolbrzymianie drobnych incydentów. Pragnął natomiast zrozumieć przyczyny porzucenia demokracji i mechanikę rządów dyktatorskich.

Zastanawiając się nad fenomenem dyktatury, Próchnik zauważał, że historia uczy, iż zazwyczaj najwyższa władza przypada w takich wypadkach jednostkom przeciętnym i małym, faworytom szczęścia, kabotynom, zarozumialcom, pustym pęcherzom rozdętym przez zręczną reklamę. Rządy autorytarne, mimo wytwarzania iluzji sprawności i siły, były w jego opinii dużo mniej skuteczne niż normalnie funkcjonujący system demokratyczny. Za fasadą realizacji „woli ludu” kryło się jedynie ograniczanie swobód obywatelskich, forowanie konformizmu i mierności, łamanie moralności społeczeństwa. Wszystkie te negatywne przejawy dyktatury można było, zdaniem Próchnika, wskazać także w Polsce rządzonej przez Piłsudskiego i jego współpracowników. Trzeba raz wreszcie wyrzec się naiwnej wiary w cudowne skutki uderzenia szabli czy stuknięcia buta. Że się go przerażają ludzie małego ducha, że się korzą przed nim ludzie słabego charakteru, nie znaczy to bynajmniej, aby to samo uczynić miały spory narodowościowe, aby się ulęknąć miał kryzys gospodarczy. Zagadnień tych nie można przerazić, trzeba je rozwiązać. em>Tych problemów rozwiązać nie umiał, zdaniem Próchnika, rządzący w Polsce obóz sanacyjny.

Szczególną formą dyktatury, której wiele uwagi poświęcał, był faszyzm, rozsadzający ramy tradycyjnych interpretacji socjalistycznych. Aby móc z ruchem tym skutecznie walczyć – pisał Próchnik – trzeba znać dobrze jego istotę, trzeba wiedzieć, co on reprezentuje. Te wewnętrzne czynniki faszyzmu pozwalają dopiero wytworzyć sobie prawdziwy obraz jego siły i trwałości, i umożliwiają ocenę perspektyw toczącej się walki. Dla Próchnika faszyzm był próbą ratowania – pogrążonego w kryzysie – kapitalizmu, poprzez stworzenie iluzji, że istnieje inna droga naprawy niż ta postulowana przez ruch socjalistyczny. Porównywał jednocześnie dziejową rolę faszyzmu do tej, którą przyszło odegrać oświeconemu absolutyzmowi. Pisał na ten temat: Ludy są rzekomo niezdolne do decydowania o swym szczęściu. Operację, która jest niezbędna przeprowadzi dyktatura, która jedna posiada tajemnicę jak uszczęśliwić ludzkość. Politykę tę można nazwać śmiało polityką „oświeconego faszyzmu”. Człowieku, przemawia faszyzm do obywatela, ty nie wiesz, na czym polega twe szczęście, ja cię uszczęśliwię, ale pozwól, że najpierw wezmę cię za łeb. I tę wstępną czynność przeprowadza z energią i zapałem.

***

Walka z faszyzmem, czy szerzej, z wszelkimi formami dyktatury, a więc także z sanacją, wymagała jego zdaniem stworzenia bloku sił, który byłby zdolny przejąć władzę i rozpocząć budowę ustroju socjalistycznego. Tutaj też, jak się wydaje, kryła się jedna z głównych przyczyn intensywnych polemik, jakie toczył w latach 30. z kierownictwem PPS. To wtedy właśnie „niepokorny” Próchnik został przez komunistów okrzyknięty przywódcą „lewicy socjalistycznej” i zwolennikiem jednolitego frontu, pojmowanego na sposób kominternowski. Tak też przez długi czas przedstawiano jego postać w PRL, widząc w nim nieomal jednego z ojców „zjednoczenia ruchu robotniczego”, czego wyrazem miało być – w oficjalnej interpretacji – powstanie PZPR. Stanowisko takie nie było jednak do końca uzasadnione.

Niewątpliwie w połowie lat 30. Próchnik, dostrzegając postępy faszyzmu w Europie, zaostrzanie dyktatury w Polsce oraz wzrost wpływów Stronnictwa Narodowego i ONR, stał się zwolennikiem współpracy socjalistów z komunistami. Uważał, że w tych warunkach zbliżenie wszystkich sił walczących o nowy ustrój jest konieczne. Nie chodziło jednak o podporządkowanie PPS interesom Moskwy, lecz o trzeźwy, wolny od uprzedzeń stosunek do komunistów. Uważał, że można znaleźć w nich cennego sojusznika w walce ze wspólnym wrogiem, a być może także sojusznika w budowie nowego ładu społecznego. Pisząc o swoich doświadczeniach z żoliborskiej WSM, gdzie obok siebie zamieszkiwali i współpracowali przedstawiciele różnych partii socjalistycznych, komuniści i bezpartyjni lewicowcy, zauważał: Mamy niejednokrotnie różne poglądy co do drogi, która prowadzi do celu, hołdujemy różnym metodom walki, należymy do różnych kierunków i partii politycznych. I nie może być inaczej. Nie jesteśmy jednak oderwani od ogólnego pnia klasy pracującej, żyjemy jednym z nią życiem i po organizmie naszym krążą te same prądy, które krążą po jej organizmie. Rzucił też hasło, jego zdaniem streszczające sens idei frontu ludowego: Mamy wspólne cele, starajmy się o wspólną drogę.

Poszukiwanie zbliżenia przede wszystkim z komunistami i polemika z nawiązującymi do koncepcji „nowego Centrolewu” poglądami Niedziałkowskiego czy Pużaka, w przypadku Próchnika wynikały z przeprowadzonej analizy procesu dziejowego. Próchnik uważał, że systemy autorytarne i faszystowskie, ukształtowane w okresie międzywojennym, nie są jedynie odstępstwem, koszmarnym interludium w procesie budowy demokracji parlamentarnej, lecz stanowią po prostu kolejną fazę rozwoju społecznego, poprzedzającą socjalizm. Ci, którzy początkowo przypuszczali, że faszyzm jest to lokalne zboczenie z drogi demokracji, byli w błędzie. Faszyzm jest pewną fazą rozwojową, pewnym okresem procesu dziejowego. Dlatego też wspólna z ludowcami czy tzw. lewicą sanacyjną walka o przywrócenie stosunków politycznych sprzed przewrotu majowego, była jego zdaniem naiwną próbą zawrócenia koła historii. Przy innej okazji pisał wprost: Nie będziemy wszak walczyć z faszyzmem pod hasłem odbudowy swobód demokracji burżuazyjnej, ale pod hasłem bezpośredniej całkowitej przebudowy ustroju. Po obaleniu faszyzmu przyjść miał więc czas budowy socjalizmu, nie zaś okres restytucji demokracji burżuazyjnej.

Aby podjąć skuteczną walkę o zdobycie władzy, zdaniem Próchnika potrzeba było jednak znacznie więcej, niż tylko zawrzeć porozumienie z komunistami i pozyskać dla idei frontu ludowego warstwy zdeklasowane, np. bezrobotnych, wywłaszczonych chłopów czy ubogich urzędników. Przede wszystkim należało zmienić kierunek polityki PPS – naturalnego lidera całego projektowanego bloku. Próchnik chciał, aby partia zerwała z zachowawczą i ostrożną polityką, dostosowując się do narastających radykalnych nastrojów społecznych. Podobnie jak on myślało wielu innych działaczy, np. Norbert Barlicki czy Stanisław Dubois. Ta partyjna „lewica”, choć bardzo niejednolita, dzięki swemu dynamizmowi i radykalizmowi zdobywała coraz większe poparcie wśród szeregowych pepeesowców. Świadczył o tym choćby ostry, momentami rewolucyjny ton, uchwał podjętych przez kongres partii w 1934 r. Rok później, w tym samym kręgu powstał projekt nowego programu PPS, który mógł być zapowiedzią poważnego zwrotu w polityce partii.

Kim byli autorzy owego – jak go nazwano – „żółtego programu”? Dziś trudno ustalić skład całej grupy, ale wśród nich znalazł się Próchnik. Na łamach prasy z zapałem przekonywał o słuszności programu: Zasadniczą rzeczą, która przemawia za projektem „mniejszości” jest to, że stanowi on pewną logicznie, konsekwentnie przemyślaną i przeprowadzoną koncepcję. Nie ma tam niejasności i wnioski są wyciągane aż do końca. Program stwierdza więc, że przeżywamy fazę kapitalizmu monopolistycznego, bankructwo form gospodarczych i polityczny odpowiednik tego – faszyzm. Czy na takich przesłankach można skonstruować program reformistyczny? Niepodobna.

W istocie, projekt daleki był od reformizmu i kunktatorstwa. Zapowiadał ostrą walkę z rządami sanacyjnymi, aż do możliwości obalenia ich drogą zbrojnego przewrotu włącznie. Zwycięstwo w tej walce miało otworzyć drogę do budowy nowego, socjalistycznego ładu. W początkowym okresie socjalistyczny rząd miał sprawować władzę w formie dyktatury, aby złamać wszelkie pojawiające się próby restytucji kapitalizmu. Próchnik w artykułach na ten temat pisał, że program, który współtworzył, przewiduje szereg ograniczeń wolności i praw politycznych, niezbędnych w okresie dyktatury. Ale odrzuca równocześnie karę śmierci i kary połączone z udręczeniami. Konstytuuje dyktaturę jako demokrację proletariacką, istniejącą z woli klasy pracującej i pod jej kontrolą. Ostrze jej ma być skierowane przeciw wrogom klasowym warstw pracujących, ale nie przeciw samym tym warstwom.

Wbrew pozorom, nie oznaczało to zanegowania demokratycznej tradycji europejskiego ruchu socjalistycznego. Jego myśl szła podobnym torem, co ówczesne rozważania sporej części teoretyków Międzynarodówki Socjalistycznej, z Otto Bauerem na czele. Próchnik od początku aktywności publicystycznej podkreślał zalety systemu demokratycznego, jako najsprawiedliwszej, optymalnej formy rządów. O ile jednak w latach 20. wierzył, że powszechne prawo wyborcze i rządy parlamentu będą w stanie uruchomić proces demokratyzacji życia społecznego i tym samym przybliżą Polskę do socjalizmu, o tyle w latach 30. rozważał to zagadnienie w sposób bardziej zniuansowany. Przeprowadził wówczas wszechstronną, wielopłaszczyznową i… chyba do dziś w wielu miejscach aktualną krytykę demokracji przedstawicielskiej. Z jednej strony bowiem maskuje ona, pod pozorami równości i wolności, rzeczywiste antagonizmy klasowe i konflikty społeczne. Z drugiej zaś sprowadzenie „rządów ludu” jedynie do ponawianego co kilka lat aktu wyborczego owocuje brakiem zainteresowania sprawami kraju. Współczesna mieszczańska demokracja […] oddaje czynną rolę w ręce kilkunastu ministrów i kilkuset posłów. A aktywność reszty społeczeństwa polega na udziale co kilka lat w akcie wyborczym. W praktyce równa się to niemal bierności, gdyż nie można wymagać, aby w tych warunkach mogło się wytworzyć poczucie odpowiedzialności za losy kraju.

Demokracji politycznej przeciwstawiał Próchnik koncepcję demokracji integralnej – obejmującej obok sfery polityki (ze szczególnym naciskiem na instrumenty bezpośredniego wpływu społeczeństwa na decyzje), również sferę ekonomiczną i społeczną. Taka demokracja oddaje w ręce społeczeństwa wszystko, oddaje mu decydowanie w pierwszej i ostatniej instancji w sprawach politycznych, narodowych, kulturalnych, gospodarczych, społecznych i wszystkich innych. Znosi nie tylko absolutyzm króla czy dyktatora, ale również absolutyzm kapitalisty, fabrykanta, bankiera. Jednak realizacja tego ideału możliwa była, zdaniem Próchnika, wyłącznie w ramach ustroju socjalistycznego. W jego imię, warto było sięgnąć – choćby przemocą – po władzę i zastosować w okresie przejściowym środki dyktatorskie wobec wszystkich, którzy chcieliby czynnie zwalczać rząd socjalistyczny.

Radykalne koncepcje Próchnika i jego towarzyszy nie miały jednak, w specyficznych warunkach drugiej połowy lat 30., większych szans na realizację. Dzięki zabiegom kierownictwa PPS znacznie zmniejszyły się wpływy zwolenników porozumienia z komunistami i bezpośredniego starcia z sanacją. Tym samym nie było jakichkolwiek szans na przeforsowanie współtworzonego przez Próchnika projektu programu PPS. On sam zresztą, w obliczu narastania groźby wojny i wiadomości o kolejnych procesach pokazowych w Moskwie, sukcesywnie eliminował bardziej radykalne tony ze swoich tekstów. Wobec informacji o oskarżeniach wysuwanych wobec znanych przywódców bolszewickich, jak Zinowiew, Bucharin czy Radek, Próchnik tracił zaufanie do komunistów. Wciąż wierzył w konieczność stworzenia bloku sił walczących o socjalizm, wciąż nazywał go frontem ludowym, lecz w miejsce dawnego optymizmu, w jego wypowiedziach coraz częściej pojawiały się sceptyczne, powątpiewające tony. Ostatecznie nadzieje na „jednolity front” przekreślił Stalin, likwidując KPP i pozbawiając życia większość jej przywódców.

***

Tymczasem na pierwszy plan wysuwały się zagadnienia międzynarodowe i problem obrony kraju. Po zajęciu Czechosłowacji przez Niemcy, Próchnik z zimnym realizmem pisał: Stoimy sam na sam w obliczu państwa osiemdziesięciomilionowego, które swoją własną potęgę techniczną powiększyło o walory techniczne reprezentowane przez Czechosłowację. Z tym stanem trzeba się liczyć. […] Obalona została wiara w różne deklaracje polityczne, w składane obietnice, w ofiarowywane gwarancje. […] Świat nie będzie miał spokoju. Będzie wciąż niepokojony, nie dadzą mu zażyć ciszy. To jest właśnie tą realnością, z którą należy się rachować. Warto podkreślić jednak, że nawet w obliczu zagrożenia wojną, Próchnik pozostał bardzo wyczulony na wszelkie przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Podkreślał, że tylko zgodna współpraca Polaków oraz przedstawicieli mniejszości narodowych daje nadzieję na pomyślny rezultat wojny. Przestrzegał, że dopóki państwo polskie prowadzi politykę dyskryminacji ze względu na pochodzenie narodowościowe, nie może ono liczyć na to, że do jego obrony stanie 1/3 jego obywateli, czyli przedstawiciele mniejszości narodowych. Ze szczególną energią zwalczał antysemityzm i faszystowskie tendencje widoczne zarówno w obozie rządzącym, jak i – szczególnie jaskrawo – w kołach endeckich.

Jeszcze dzisiaj bardzo aktualnie brzmią jego słowa z artykułu zamieszczonego w „Robotniku”: Są ludzie, którzy mają pełne usta wielkiej Polski, do której rzekomo dążą. Wszystko zależy od tego, w czym widzimy wielkość Polski. Ale Polska barbarzyństwa, Polska młodych nieuków bijących szyby i napadających na kobiety, Polska brutalnej siły fizycznej nie jest z pewnością wielka. I co najważniejsze nie jest bezpieczna […]. Nie należy bowiem popełniać błędu i mieszać brutalności z siłą, odwagi z bezczelnością, energii z barbarzyństwem i dzielności z rozwydrzeniem, które wyrosło na bezkarność. Małe idee rodzą małych ludzi. Wielka Polska – to Polska kultury, Polska ludzi wolnych i szczęśliwych.

Najgorsze przewidywania się sprawdziły – 1 września wybuchła wojna. Próchnik w trakcie oblężenia Warszawy pracował w utworzonym przez działaczy PPS Robotniczym Komitecie Pomocy Społecznej. Po wkroczeniu Niemców zaangażował się od razu w działalność konspiracyjną: prowadził tajne komplety, udzielał w WSM schronienia ukrywającym się działaczom, redagował różne podziemne wydawnictwa. Podjął także pracę w tworzonym – w ramach Związku Walki Zbrojnej – Wojskowym Biurze Historycznym, dla którego prowadził kronikę okupacji. Znalazł się jednak początkowo na uboczu konspiracyjnego życia politycznego. Nie znalazło się dla niego miejsce w utworzonej w celu zastąpienia PPS nowej konspiracyjnej organizacji, nazwanej WRN – Wolność, Równość, Niepodległość.

Wkrótce jednak Próchnik zaangażował się w wydawanie socjalistycznego pisma „Barykada Wolności”, powstałego z inicjatywy Norberta Barlickiego i Stanisława Chudoby. Na łamach tego pisma rozważał możliwe scenariusze wydarzeń w ogarniętej wojną Europie. Był głęboko przekonany, pamiętając choćby zakończenie poprzedniej wojny światowej, że konflikt skończy się rewolucją społeczną, która otworzy drogę do budowy socjalizmu. Wojna, jego zdaniem, „obudziła” bierne dotychczas masy, uzmysłowiła im zgubne skutki trwania kapitalizmu. Przepowiadał: Wojna jest to olbrzymie przedstawienie, na którym wszyscy są obecni. A przy końcu przedstawienia do głosu dojdą widzowie. […] Olbrzymia lawina została poruszona i z wolna zaczyna się posuwać.

Po początkowej izolacji, szybko wyrósł na jednego z liderów podziemnej lewicy. Grupa działaczy skupionych wokół „Barykady Wolności” powołała we wrześniu 1941 r. nowe ugrupowanie: Polscy Socjaliści (PS), na którego czele stanął właśnie Próchnik. Deklaracja programowa PS głosiła konieczność rewolucyjnego zakończenia wojny i utworzenia opartej na wzajemnym zaufaniu „Federacji Europejskiej”. W Związku Radzieckim widziano cennego sojusznika w walce z Niemcami, ale zarazem, co warto mocno zaakcentować, zastrzegano: nie zmieniamy naszego negatywnego stosunku wobec politycznego ustroju Sowietów.

Rozłam w ruchu socjalistycznym stanowił okoliczność bardzo niekorzystną, nic dziwnego więc, że w zasadzie tuż po powstaniu PS rozpoczęto rozmowy na temat połączenia PS i WRN w jednolitą, kontynuującą przedwojenne tradycje, PPS. Jednym z głównych uczestników negocjacji był oczywiście Próchnik. Nie udało mu się jednak ich z powodzeniem ukończyć. Zmarł nagle, 22 maja 1942 r. Dostał ataku apoplektycznego w jednej z warszawskich kawiarni w trakcie rozmów na temat przywrócenia jedności w ruchu socjalistycznym.

***

Adam Próchnik to jedna z najciekawszych postaci międzywojennej PPS. Trudno uznać go za typ „działacza partyjnego”, zorientowanego w kuluarowych rozgrywkach, z bezwzględnością zwalczającego przeciwników. Nigdy też nie szukał taniego poklasku, pochwał i pochlebstw. Był za to intelektualistą naprawdę dużego formatu, bez wątpienia jednym z najtęższych umysłów PPS. Jego spuścizna historyczna w dużej mierze do dziś zachowuje aktualność – przykładem może być jedna z najgłośniejszych prac, „Pierwsze piętnastolecie Polski Niepodległej”, pisana „na gorąco” historia II Rzeczypospolitej, do której odwołania można spotkać we współczesnych rozprawach naukowych.

Analiza publicystyki Próchnika ukazuje nam go jako przenikliwego obserwatora wydarzeń politycznych, samodzielnego i oryginalnego w swych sądach i opiniach. Był Próchnik zarazem humanistą i marksistą, przekonanym o tym, że inny, lepszy świat jest możliwy. Walce o ten lepszy świat poświęcił w zasadzie całe swoje dorosłe życie.

Socjaldemokracja albo barbarzyństwo

Efekty samorządu uczniowskiego w Polsce

Wychowanie moralne

1. Ogólne wyniki samorządu pod względem moralnym są dodatnie wszędzie (kilka wyjątków). Formułują się w następujący sposób: „rozwój poczucia godności osobistej i odpowiedzialności zbiorowej”, „kształci wolę, uprzejmość, solidarność, prawdomówność”, „samodzielność, odpowiedzialność, solidarność, zaufanie do przełożonych”, „tępi egoizm, kłamstwo, kradzież, plotkarstwo”, „w klasie wzięły górę jednostki najlepsze, które pociągają za sobą oporniejsze”, „kształci wolę, urabia charakter, budzi i rozwija instynkty społeczne, zabija egoizm, rozwija altruizm pod warunkiem aktywizacji wszystkich jednostek wchodzących w skład danej grupy samorządowej”, „szczerość, rozwój odwagi cywilnej”, „zmniejszenie się bójek, nie ma skarg, nic nie ginie, porządek, mniej kłamstwa, więcej szczerości, spotęgowanie ambicji”, „zaradność w rozmaitych sprawach szkolnych i pozaszkolnych, współżycie i wzajemna pomoc”, „zrozumienie pojęcia zła i dobra bez względu na karę i nagrodę”. Są to motywy, które powtarzają się w różnych wariantach i połączeniach wszędzie. Kilka wyjątków brzmi przeważnie lakonicznie: wyniki są „małe” (po 4 miesiącach), „wątpliwe” (po roku przerwany), samorząd jest „bez wpływu”, „niezupełnie zadowalające, ale jest postęp” (po roku stosowania).

Pewne zastrzeżenie przy dodatnich wynikach ogólnych zawarte jest w następującej odpowiedzi: „Z ogólnych wyników byłem zupełnie zadowolony. Klasa w krótkim czasie przeistoczyła się w grupę poważnie traktujących swe obowiązki osobników. Wzrosło poczucie odpowiedzialności, ale, co gorsza, zniknęła z twarzyczek wesołość, ustępując miejsca zbytniej stosunkowo powadze”.

2. a) Więcej nieco ograniczeń (45 wypadków) daje odpowiedź pozytywna co do ducha pomocy wzajemnej, wyrabianego w pracy samorządowej. W 33 wypadkach wynik taki dał się zauważyć tylko „częściowo”, stosunek ten wyrażany jest nieraz ściślej, np. u 50%, 3/4, 25–75%. U innych wynik jest „mały” albo „żaden” (po 3 miesiącach stosowania), albo też „jeszcze” nie nastąpił (po roku); czasem też wymagania lub nadzieje widocznie są zbyt wygórowane, np. „tego (dobrych wyników w tym kierunku) nie zauważyłem – może ze względu na wiek” (istotnie, dzieci są w wieku 8–9 lat, a nauczyciel stosuje samorząd od… 4 miesięcy). Niektórzy ograniczają wpływ samorządu w danym kierunku: osiągający wyniki w rozwoju ducha pomocy wzajemnej nie przypisują ich samorządowi albo nie wyłącznie. Jedna odpowiedź określa wyniki jako „obłudę”, inna zaś zastrzega się, że „byli tacy, co nadużywali pomocy kolegów”. Inni natomiast podkreślają bardzo duże wyniki w tym kierunku: „u niektórych dzieci aż do fanatyzmu” „nawet u 7–8-letnich mogą to stwierdzić”. Forma tej pomocy wyraża się przeważnie w pomocy przy nauce młodszych lub mniej uzdolnionych w pewnych przedmiotach; rzadziej w pomocy materialnej. W każdym razie jest tu 80% odpowiedzi pozytywnych bez zastrzeżeń.

b) Niewłaściwą dążność do wysuwania się na czoło spotyka się w 56 wypadkach stale, w 160 wypadkach „częściowo”, „rzadko”, w 147 wypadkach objawów takich nie ma. Niektóre odpowiedzi zawierają inne uwagi, np.: „zdarza się, ale czy to zawsze jest złe?” albo podobnie: „dążność tę uważam za bardzo właściwą”, „każdą ambicję wysuwania się na czoło można wykorzystać, przydzielając odpowiednią pracę; wolałem takich niż obojętnych”. Dzieci, u których tę dążność się spostrzega, to albo dzieci młodsze, albo chłopcy, albo jednostki ambitne, albo „zdolne, ale często mniej wartościowe”, albo dzieci, „które to z domu wyniosły”, albo „w żeńskiej nie, w koedukacyjnej tak”. Jak różne (a może i niepewne) jest doświadczenie nauczycieli pod tym względem, dowodzi zeznanie 8 nauczycieli (różnych klas w jednej szkole (powszechnej): 4 razy – tak, 1 – często, 2 – rzadko, 1 – nie.

c) Chęć krytykowania i obmowy występuje bez omówień w 71 wypadkach, jako zjawisko częste („wprost walczyć trzeba z tym”) w 2 wypadkach, czasem (rzadko, początkowo) w 105 wypadkach, u dziewcząt w 11 wypadkach, krytyka – tak, obmowa – nie w 22 wypadkach albo też jeżeli występują, to nie w związku z samorządem i nie jako skutek systemu lub przy źle prowadzonym samorządzie, albo też w czasie, kiedy istniał sąd, „przeto sąd został usunięty”, czasem „u tych, którzy piastowali urzędy”, czasem zaś przeciwnie, „hamuje się przez wybór krytyków do zarządu”, niekiedy samorząd wpływa na usunięcie poprzednio istniejącej wady obmowy.

d) Wzrost poczucia odpowiedzialności jest niemal powszechny, zaznaczony jest bez zastrzeżeń w 335 wypadkach, w tym w 31 wypadkach podkreśla się taki skutek jako wybitny, „może to najpoważniejsza zdobycz systemu”, „występuje to już od samego początku”, „już po trzech miesiącach pracy i wśród najmłodszych dzieci się objawia”.

Częściowe wyniki otrzymało 14 nauczycieli, nie uzyskało dobrych wyników w tym kierunku zaledwie 11 odpowiadających; inni jeszcze uzależniają osiągnięcie poczucia odpowiedzialności od dobrego prowadzenia samorządu, od typu dziecka, od jego wieku (jedni od starszego, inni od młodszego), od sprawowania przez nie urzędu, od długości pracy.

e) Skłonność do sądzenia i sprawiedliwości spotyka się również bardzo często, acz nie powszechnie, przy tym więcej jest różnorodnych zastrzeżeń. Bezwzględnie przyznaje taki skutek 264 nauczycieli, przyznaje sprawiedliwość, zaprzecza sądzeniu – 10, reszta zaprzecza obojgu, wyrażając przekonanie, że dzieci umieją wytykać błędy, ale nie sądzić obiektywnie, że „gdyby nie osoba wychowawcy, sprawiedliwość ucierpiałaby na korzyść uczucia”, że „duża impulsywność (dzieci) utrudnia prawidłowy wymiar sprawiedliwości”, wymiar sprawiedliwości jest zbyt surowy.

f) Podobnie przedstawia się wyrabianie przez samorząd większego panowania nad sobą: w 293 wypadkach wynik taki osiągano bezwzględnie, w 23 wypadkach tylko częściowo („rzadko”, „nie u wszystkich”, „u paru”), w kilku tylko wypadkach u tych, którzy zajmowali stanowiska odpowiedzialne lub tylko po dłuższym stosowaniu samorządu albo też z trudnością, czasem osiągało się tylko „dobre chęci”, w 10 tylko wypadkach wyników w tym kierunku nie uzyskano.

g) Znacznie słabszy wynik otrzymało się w kierunku poszukiwania kompromisu, bo tylko w 181 wypadkach bezwzględnie, w 27 wypadkach częściowo, w 7 tylko u starszych albo u tych, co pełnią urzędy, w 67 wypadkach wyników w tym kierunku nie osiągnięto; jedna z odpowiedzi zaznacza, że praca w samorządzie nie usposabia do kompromisu, raczej do radykalizmu. Czasem odpowiedzi budzą wątpliwości, wynikają bowiem ze zrozumienia pytania, jako dotyczącego niegodzenia sprzecznych interesów grup lub sprzecznych mniemań, lecz schodzenia z linii uznanej za właściwą; na przykład zdarzyło się to „u kilku mniej wartościowych” albo kompromis „między dobrem a złem? Tak, stanowi to, niestety, wadę nie tylko młodzieży, ale i ogółu społeczeństwa, z którego ona pochodzi”.

h) Skłonność do intryg występuje dość rzadko: w 31 wypadkach wymieniona jest bez zastrzeżeń, w 70 wypadkach z oznaczeniem „rzadko”, „czasem”, „wyjątkowo”, „w ciągu 10 lat zauważyłem tylko 4 razy”, „w ciągu 5 lat dwa wypadki”, w 4 wypadkach „z początku”, w 4 wypadkach „w okresie dojrzewania”, „w klasach wyższych” (gimnazjum), w 10 wypadkach „wśród dziewcząt”, w 3 wypadkach „u pewnych typów”, np. u „ambitnych a mało uspołecznionych”, w 3 wypadkach samorząd taką skłonność „zmniejsza”, czasem na tle narodowościowym lub religijnym. W 154 wypadkach skłonność ta nie występuje wcale.

i) Natomiast częściej występuje nadmierna ufność do własnego zdania i pewność siebie, bo na ogół w 158 wypadkach, przy czym jednak w 116 wypadkach wymieniana jest jako objaw rzadki, występujący u inteligentnych, u starszych (4 odpowiedzi), to znowu u młodszych (1 odpowiedź) lub nawet w klasach średnich gimnazjum albo też u „jedynaków”, „u członków zarządu”, „u niektórych, o ile zbyt długo piastują urząd”. W 6 odpowiedziach zaznacza się, że skłonność ta, o ile występuje, nie może być uważana za skutek systemu samorządowego, lecz że najwyżej „samorząd wyzwala tę skłonność”, ale jej nie wytwarza, „u jednostek, mających te właściwości z natury, samorząd potęguje je”. Uznając pewien wpływ samorządu na wytwarzanie się tych skłonności u pewnych jednostek lub grup, podkreślają równocześnie niektórzy zjawisko odwrotne, pewnej uległości, „przygaszenia” względnie reakcji oporu ze strony tych jednostek lub grup, które nie mogły się wybić.

Objawu pewności siebie pod wpływem instytucji samorządu nie dostrzeżono w 108 wypadkach.

3. Ułatwianie przez samorząd uczniowski samowychowania stwierdzone jest przez wszystkie odpowiedzi z wyjątkiem jednego wypadku stanowczego przeciwnika tej metody. Niektórzy podkreślają znaczenie samorządu w tym kierunku jako „jedyny środek” albo „główny cel”. W kilku wypadkach są drobne zastrzeżenia, jak np. że to środek tylko częściowy (3 odpowiedzi), że jest mało skuteczny w zastosowaniu do dzieci poniżej lat 14. lub do dziewczynek w tym wieku, lub do dzieci słabych i nieśmiałych, które wolą podporządkowywać się tylko innym, wreszcie, że wyniki w tym kierunku są na ogół dobre, ale „spotkałem jednostki, u których samorząd uwydatnił silniej zboczenia”, „zwiększa to konieczność czuwania wychowawcy nad kierunkiem tego samowychowania. Łatwo o zboczenia: fałszywa ambicja itp.”.

4. Równie jednomyślna jest opinia o objawianiu się w samorządzie charakteru indywidualnego wychowańców. Wprawdzie odpowiedzi negatywnych jest nieco więcej, bo 3, ale też mniej zastrzeżeń, że udaje się to tylko w małym stopniu lub u niektórych; takich zastrzeżeń jest 4. Natomiast w kilku wypadkach uznano samorząd za jedyny względnie najlepszy środek do poznania wychowanków, „nawet skrytych i pojedynków”, przy czym samorząd ujawnia nie tylko „typy bardziej aktywne, pomysłowość, trafność sądu, zaradność, inteligencję i inicjatywę”, ale także „ofiarność lub aspołeczność”, albo „często niezaradność życiową uczennic lepszych, a samodzielność gorzej się uczących”.

5. Podobnie rzecz przedstawia się z poznaniem wychowanków pod względem moralnym. Stanowczo zaprzecza tej możności tylko 5 odpowiedzi, potwierdzają z pewnym ograniczeniem („często, ale nie zawsze”, „czasem”, „trochę”) 4 odpowiedzi, we wszystkich innych wypadkach odpowiedzi są twierdzące z podkreśleniem, że w tym kierunku „nie ma lepszego systemu w dzisiejszej szkole”, że „dopiero teraz poznałem dobrze swoje dzieci”, że system „dał wiele materiału i wiele ciężkich, ale i pięknych przeżyć”, że rezultaty były „często nawet rewelacyjne” lub że poznawało się dzieci „częściej pod względem ujemnym”.

6. Powierzanie odpowiedzialnych czynności w samorządzie, jako środek wpływu wychowawczego na kolegów, nie było stosowane w 81 szkołach, przy czym tylko w 3 z uzasadnieniem, że miało się w tym kierunku „złe doświadczenie”, „wynik niepomyślny” lub że unikało się tego, ponieważ stanowi „pole do nadużyć i złośliwości, co się może minąć z celem”. W 267 wypadkach jest ten środek stosowany, przy czym w 8 z zastrzeżeniem, że dzieje się to z inicjatywy nauczyciela albo też „stosuje to nauczyciel, nie podając tego samego uczniom, bo wykonywaliby pewne czynności z poczuciem, że to jest kara, co wpływałoby na niesumienność wykonania”. Niekiedy podkreśla się, że przeważnie stosował to nauczyciel sam, ale niekiedy także i dzieci, albo że właśnie metoda powstała samorzutnie. Zakres i formy tych czynności są dość rozmaite. A więc wybiera się „brudasów na porządkowych”, „niesfornych na wójtów”, powierza się nawet kasę „dziewczynce posądzonej o kradzież – skutek był doskonały”, „spóźniającej się – ewidencję nieobecnych i spóźniających się” albo „uczniowi, który się spóźniał, polecono badać temperaturę i notować przed godziną 8 – nie spóźniał się więcej”, „uczniowi, który często podlegał kodeksowi, powierzono misję sądzenia – skutek był pomyślny”.

Wpływ kolegów w samorządzie wyraża się także w innej formie: na przykład „starsze są opiekunkami młodszych klas” albo „czasem samorząd prosi o utrzymanie w zakładzie jakiegoś zagrożonego usunięciem chłopca, zobowiązując się rozciągnąć nad nim specjalną opiekę”.

[…]

Wychowanie społeczne

1. W kierunku wychowania społecznego wszystkie niemal samorządy, z wyjątkiem 3, otrzymały wyniki dodatnie. Wyjątki te sprowadzają się do następujących okoliczności: a) zdecydowanie ujemne ustosunkowanie się względem metody samorządowej w ogóle, wprowadzonej przez nauczyciela wskutek nakazu; b) „wątpliwe” wyniki ogólne samorządu wprowadzonego na próbę i przerwanego po roku, c) „ogólnie słabe” wyniki samorządu, wprowadzonego bez stadiów przygotowawczych do klasy przyzwyczajonej przez poprzedniego nauczyciela do surowego rygoru.

Poszczególnie wyrabiane zalety społeczne dzieci prowadzących samorząd zdefiniowane są jako: wyrobienie poczucia obywatelskiego, zrównanie społeczne klasy, zrozumienie idei demokratycznej, wiara w pracę zbiorową, sprawność techniczna w pracy zbiorowej, solidarność, poczucie zbiorowej odpowiedzialności, pogłębienie instynktów społecznych, spotęgowanie uczuć altruistycznych, ofiarność, poczucie prawa i sprawiedliwości, karność dobrowolna. Przykłady sformułowań: „zrozumienie istoty współżycia organizacyjnego, wzajemna tolerancja, poszanowanie prawa i władzy, umiejętność wspólnego rozstrzygania wszelkich spraw i wątpliwości, które nastręczają się w życiu dzieci”. „Samorząd szkolny, jako wyraz zorganizowanej i owianej jednym duchem społeczności szkolnej, okazał się dobrym środkiem wychowania społecznego, ponieważ pozwala uczniom poznać takie fakty społeczne, jak: solidarność, kierownictwo, podporządkowanie się woli jednostki kierowniczej, posłuszeństwo, współdziałanie, karność, obowiązkowość, poczucie potrzeby norm, lojalność, zdolności organizacyjne itd. Tu do pewnego stopnia zaznajamia się młodzież z techniczną stroną organizacji społecznych. Jeżeli chodzi o dziedzinę wychowania obywatelskiego, to ustrój samorządowy sprzyja krzewieniu i utrwalaniu pewnych cnót obywatelskich, jak: oszczędność (prawie wszyscy uczniowie posiadają książeczki oszczędnościowe), popieranie wytwórczości krajowej, ofiarność na cele państwowe (flota narodowa, liga obrony powietrznej i przeciwgazowej, budowa łodzi podwodnej, szkoły polskie na obczyźnie)”. „Współżycie i współdziałanie (zabawy uczniów starszych dla młodszych, odczyty), ofiarność (pomoc materialna i intelektualna, korepetycje bezinteresowne), zmysł społeczny i obywatelski (np. samorząd ustanowił stałe stypendium ku uczczeniu 10. rocznicy odzyskania niepodległości)”.

Rzecz godna podkreślenia, że praca organizacyjno-społeczna i wprawa w niej nabyta odzywają się w dalszym życiu. Niestety, nie zawsze szkoła ma możność śledzenia dalszych losów wychowanka. Niejednokrotnie wszakże fakty są przytoczone. Na przykład: „Informacje o pracy byłych wychowanków na stanowiskach nauczycielskich, ich zainteresowania społeczne, udział w samorządach, spółdzielniach, strażach ogniowych zachęcają do dalszej pracy nad samorządem szkolnym”. „Jednostki z samorządu pracują potem w zarządach kół młodzieży wiejskiej”. A potem: „Zżycie się, solidarność i poczucie odpowiedzialności wszystkich za uczynki jednego z nich przetrwały długo poza czas pobytu w szkole”.

2. Co do poszczególnych stron życia zbiorowego, samorząd dał uczniom pojęcie o tym, co to jest: a) prawo – w 198 wypadkach, b) sąd – w 159 wypadkach, c) sejm – w 169 wypadkach, d) podział władz – w 187 wypadkach. W innych wypadkach albo tych pojęć nie dał, albo tylko je zbliżył lub ułatwił, albo też, jak w sposób charakterystyczny zeznaje jeden z nauczycieli, uczniowie znają te pojęcia skądinąd, „ale tu poznają technikę”. W każdym razie w tym kierunku samorządy uczniowskie w Polsce w większości wypadków nie są nastawione.

3. Natomiast w kierunku wychowania obywatelskiego samorząd wychowuje bez zastrzeżeń według 314 odpowiedzi, przy czym w 46 wypadkach czyni to w sposób wybitny, jest „najlepszym”, a nawet „jedynym środkiem”, „jednym z głównych zadań”, „jedyną realną prawdziwie «poglądową» formą tego wychowania w szkole powszechnej i niższym gimnazjum, niezbędną również na poziomie wyższym”. W 21 wypadkach samorząd tylko przyczynia się do wychowania obywatelskiego lub w niewielkim stopniu może być do tego pomocny. W niewielu wypadkach spotykamy zastrzeżenia: „jeśli w planie lekcyjnym udzielić na to czasu”, „stopień zależy od typu samorządu”, „całkowicie nie daje, gdyż nie posiada wszystkich znamion komórki życia obywatelskiego”, „może być pomocą, ale nie mniej ważnym czynnikiem jest atmosfera życia obywatelskiego wytworzona przez Dyrekcję i Radę Pedagogiczną”, „względnie stosowany – tak, inaczej stwarza warcholstwo”, „o ile jest prowadzony poważnie i systematycznie przez szereg lat”, „tylko obejmujący wszystkie klasy i o jednym systemie”, „sam – nie, może tylko pomagać skutecznie innym zabiegom szkoły”.

4. Zagadnienia mniejszości narodowych i wyznaniowych w większości samorządów (60%) nie są poruszane bądź dlatego, że szkoła jest pod względem narodowym i wyznaniowym jednolita, bądź dlatego, że dzieci są młode, bądź dlatego, że sprawy te nie należą do istoty samorządu i omawiane są na lekcjach i pogadankach historycznych, spółdzielczych, etycznych. Dobre wyniki wychowawcze w kierunku wyrównania sprzecznych interesów i uprzedzeń wobec mniejszości osiąga się więc i poza samorządem: „Mamy wśród wychowanek seminarium grupy wyznaniowe: ewangelicką, prawosławną i żydowską, po kilka uczennic każdej grupy w całym seminarium. Stosunki koleżeńskie wszystkich grup są najserdeczniejsze. Żydówki wybierane bywają do zarządu. Nie jest to jednak zasługą samorządu uczniowskiego, tylko ideologii Rady Pedagogicznej, która oddziałała na uczennice”. Często nauczyciele wprost pomijają te tematy w szkołach o składzie mieszanym, aby uniknąć zadrażnień, gdy tymczasem w innych szkołach o takim składzie życie samorządowe samo przynosi z sobą takie zagadnienia, które wymagają rozstrzygnięcia. Praca na terenie samorządu w kierunku zwalczania tych antagonizmów nie zawsze jest skuteczna, bo silnie działają tu wpływy domu, ale niejednokrotnie daje jednak dobre wyniki. Tak np. kwestie te powstawały z początku, „potem przestały istnieć wskutek wpojenia tolerancji” albo powstają „szczególnie przy urządzaniu wspólnych prac, jednak z domu dzieci wynoszą złe nastawienia i nienawiść do mniejszości, którą zwalcza się jednak skutecznie”, „większość dzieci nie chce zastanawiać się nad sprawiedliwym ujęciem praw, przysługujących mniejszościom narodowym, sądzę, że nastawienie takie jest wynikiem wychowania domowego”.

Pomijanie zasadniczego rozpatrywania zagadnień mniejszości jest nieraz celowe i metodyczne: „Unikamy tych zagadnień, ujmując rzeczywistość szkolną z punktu widzenia równości obywatelskiej bez uwzględnienia różnic narodowościowych i wyznaniowych”, „natomiast wpajamy w dzieci szacunek dla państwa jako zbioru i ochrony interesów zamieszkujących w nim różnych narodowości i wyznań”, albo: „traktuję dzieci jednakowo bez dyskusji i zastanawiania się”. W innych wypadkach samorząd, nie rozwiązując tych spraw z góry i teoretycznie, jest praktyczną szkołą wyrobienia sobie sprawiedliwego podejścia do trudności. „W gminie jest 10 Żydów. Z wprowadzeniem samorządu wyeliminowano Żydów, względnie nie pozwolono Żydom sprawować żadnych urzędów w gminie, mimo iż większość z nich to najzdolniejsi i najpilniejsi uczniowie. Przy ponownych wyborach weszli do zarządu gminy dwaj Żydzi, większość bowiem przekonała się, że będą lepszymi urzędnikami niż każdy inny”. Podobnie: „Kwestie te wyłaniają się często przy wyborze przodowników i dają sposobność zrozumienia, że dobrym, obywatelem (klasy, szkoły, państwa) może być każdy rozumny i uczciwy człowiek, który pracą swoją dla dobra gminy lub państwa nabywa różnych praw, mimo różnicy wyznania czy narodowości”.

5. Sąd polubowny był instytucją, do której praca samorządowa uciekała się w niewielu stosunkowo, bo w 54 wypadkach. Zazwyczaj w tych wypadkach odwoływano się do wychowawcy, jako do „superarbitra” lub „rozjemcy”.

6. Stronnictwa powstawały w 109 samorządach. Były to przeważnie ugrupowania czasowe, doraźne, wynikające na tle poszczególnych spraw, czasem w związku ze zdarzeniami życia pozaszkolnego („przed wyborami do ciał ustawodawczych – na tle przynależności rodziców do ugrupowań politycznych”). Samorząd jako taki rzadko je wytwarzał, „raczej tylko ujawniał, bo istniały niezależnie od niego”. Jeżeli więc ujawnia się w nim rywalizacja grup, „przyczyna tego leży we wpływie domu, imprez teatralnych i organizacji pozaszkolnych, które na młodzież wpływ swój wywierają, niwecząc, a nawet do pewnego stopnia anulując pracę nauczyciela, przejętego np. wychowaniem pacyfistycznym, lub też dając dzieciom możność wnikania w te sprawy, zagłębiania się i wyciągania nieodpowiednich wniosków”.

7. Stron niedogodnych dla życia klasy samorząd nie miał w 185 wypadkach. Dość często zatem był połączony z trudnościami w różnych kierunkach. W kierunku organizacyjnym, gdy np. „nie obejmował całokształtu życia szkolnego i nie był uznawany i poważnie traktowany przez ogół grona nauczycielskiego”. W kierunku utrzymania karności: „brak natychmiastowej egzekutywy”, „czasem nieład”. W kierunku pracy naukowej: „czasem wpływał ujemnie na inne obowiązki”, wywoływał „zaniedbanie w nauce”, „absorbował nieraz czas przeznaczony na przedmioty naukowe”, „absorbował czas i energię umysłową”. W kierunku moralnym: „podchodzenie nauczyciela, umizgi względem przełożonych”, „niektórzy starali się pochlebiać wychowawcy lub szefom”, „rozwinął zmysł pieniactwa”, „chęć wywyższenia się niektórych”. W kierunku społecznym: „koterie narodowościowe”, „antagonizmy”, „wprowadzony zbyt wcześnie, zamiast łączyć, rozdrabniał (koterie, intrygi, stronniczość)”. Czasami wynikać mogą niedogodności dalej jeszcze sięgające. „Przy pewnych niedopatrzeniach wytwarzały się wśród członków samorządu nastroje opozycyjne względem szkoły, co utrudniało pracę wychowawczą. Objawy takie powstawały pod wpływem najrozmaitszych czynników, nie zawsze dających się przewidzieć, ulegały zawsze zlikwidowaniu dzięki znajomości młodzieży i taktowi wychowawców”.