Oczy po mamie, bezrobocie po tacie?

Jednym z najpopularniejszych usprawiedliwień braku sukcesów w walce z bezrobociem jest specyficzny rodzaj kultury, mającej ponoć wytwarzać się w rodzinach dotkniętych długotrwałym brakiem pracy. Powiązane z nim przeświadczenie, że do „dziedziczenia bezrobocia” przyczyniają się świadczenia socjalne, jakoby wzmacniające postawy bierności, bywa istotnym drogowskazem przy projektowaniu polityki społecznej. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej złożona niż powszechne mity.

Zacznijmy od tego, że nie sposób znaleźć jakichkolwiek wiarygodnych badań na temat przekazywania w polskich rodzinach wzorców bierności zawodowej – tak twierdzi dr hab. Ryszard Szarfenberg z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje jednocześnie, że jeśli przyjąć założenie o istnieniu tego rodzaju mechanizmu psychologicznego, to biorąc pod uwagę hojność – na tle Polski – brytyjskiego systemu świadczeń socjalnych, należałoby się spodziewać, że wśród mieszkańców Wysp zjawisko „wychowania do bezrobocia” ma szczególnie duży zasięg. Tym ciekawsze są wyniki badań przeprowadzonych w zubożałych sąsiedztwach Glasgow oraz Middlesbrough1 na zlecenie Joseph Rowntree Foundation, organizacji pozarządowej działającej w sferze polityki społecznej.

Autorzy opracowania2mówią wprost: klimat wychowawczy panujący w rodzinach bezrobotnych nie stanowi istotnej przyczyny marginalizacji kolejnych pokoleń na rynku pracy. Wspomniane badania pokazały, że wbrew zakorzenionemu stereotypowi rodziny utrzymującej się z zasiłków już trzecią generację, do którego odwołują się często decydenci (nie tylko brytyjscy), czynniki kulturowe same w sobie nie są ważnym źródłem bezrobocia, w tym długotrwałego. Badacze podkreślają, że niełatwo znaleźć rodzinę, w której choćby dwa kolejne pokolenia nigdy nie pracowały i były uzależnione od „socjalu”.

Co więcej, w analizowanych gospodarstwach domowych w ogóle nie stwierdzono czegoś, co można by nazwać „kulturą bezrobocia” – ugruntowanych postaw, które uniemożliwiają zdobycie zatrudnienia, a jednocześnie wzmacniają uzależnienie od wsparcia socjalnego. Osoby w wieku produkcyjnym wychowane w domach naznaczonych długotrwałym bezrobociem okazały się przypisywać pracy taką samą wartość, jak ich „normalni” rówieśnicy, traktując samodzielność finansową jako ważny element dorosłości i zdecydowanie przedkładając ją nad świadczenia z pomocy społecznej. Ponadto młodzi Brytyjczycy ze zubożałych środowisk ujawnili silną motywację, by uniknąć losu rodziców. Również starsze pokolenia odbiegają od medialnych wyobrażeń. Trwale wykluczeni zawodowo rodzice aktywnie angażują się w pomoc dzieciom w znalezieniu pracy. Ich własne, długotrwałe bezrobocie wynika ze splotu przyczyn strukturalnych i da się przekonująco wytłumaczyć bez odwoływania się do rzekomej skazy kulturowej.

Punktem wyjścia badań była zaskakująco skromna liczba danych empirycznych mogących potwierdzić narosłe stereotypy. Zespół naukowców postanowił zidentyfikować rodziny, które ze względu na położenie społeczne wydają się „pewniakami” do przekazywania kultury bezrobocia w kolejnych generacjach. Pierwszą niespodziankę stanowił fakt, że mimo wytężonych wysiłków nie udało się znaleźć ani jednej rodziny, w której trzy kolejne pokolenia nigdy nie podjęły pracy zawodowej. Z innych danych wynika, że brak jakichkolwiek doświadczeń zawodowych przedstawicieli dwóch kolejnych pokoleń występuje w mniej niż 0,1% brytyjskich rodzin3.

Po znalezieniu odpowiedniej liczby rodzin dotkniętych traumą bezrobocia badacze wytypowali 20, w przypadku których długookresowy brak pracy występował w dwóch następujących po sobie generacjach. Ponieważ najstarsi członkowie wspomnianych rodzin w większości nie żyli lub byli przewlekle chorzy, pogłębionymi wywiadami retrospektywnymi objęto po jednym przedstawicielu pokoleń „średniego” (trzydzieści kilka – pięćdziesiąt kilka lat, co najmniej pięć lat dorosłego życia bez pracy) oraz „młodego” (wiek produkcyjny, aktualnie pozostający bez pracy, w większości bez wcześniejszych doświadczeń zawodowych). Celem rozmów było zidentyfikowanie jawnych oraz nieuświadomionych wartości i postaw mogących być źródłem problemów na rynku pracy, a w razie ich stwierdzenia – znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy są one przekazywane w rodzinach.

Co istotne, badacze skoncentrowali się na rodzinach doświadczających szczególnie dotkliwych problemów materialnych oraz w kwestii funkcjonowania społecznego. Mało któremu z ich rozmówców ze średniego pokolenia można przypisać jeden decydujący powód długotrwałego pozostawania poza rynkiem pracy. Normą był raczej kompleks poważnych kłopotów wynikających z biedy i wykluczenia społecznego, a zarazem tę marginalizację wzmacniających. Wśród jego częstych składników można wymienić brak/słabe wykształcenie, nadużywanie alkoholu, wplątanie się – w obliczu braku alternatyw – w nielegalne sposoby zarobkowania (np. handel narkotykami), problemy z prawem, bycie ofiarą przestępstw lub przemocy domowej, niestabilną sytuację mieszkaniową. Wspólnym dla większości badanych źródłem wykluczenia, wynikającym nierzadko z wymienionych poprzednio, były kłopoty ze zdrowiem, w tym psychicznym. Na i tak ciasnym rynku zatrudnienia kombinacja tego rodzaju problemów osobistych i rodzinnych ustawia doświadczające ich jednostki na samym końcu długiej kolejki za pracą. Przedstawiciele młodszego z badanych pokoleń usiłowali wejść na rynek zatrudnienia w okresie wysokiego bezrobocia, szczególnie dotkliwego w skali lokalnej. Domy rodzinne, trapione rozmaitymi brakami, nie zapewniły im dobrej pozycji startowej, jednak ich indywidualne problemy nie były aż tak rozległe czy niezwykłe, by wyjaśnić brak jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę silną motywację do jej znalezienia. Przy lepiej funkcjonujących gospodarkach lokalnych prawdopodobnie wielu z tych młodych ludzi znalazłoby zajęcieczytamy w podsumowaniu badań.

Pogłębione wywiady nie wykazały śladów przekazywania w rodzinach wartości, postaw czy wzorów zachowań przypisywanych kulturze bezrobocia. Niezależnie od wieku badani wykazywali autentyczne zrozumienie społecznych, finansowych i psychologicznych korzyści z utrzymywania się z pracy, podczas gdy alternatywę tego stanu postrzegali jako degradującą. Z ich rozmów z badaczami wyłania się skala wyzwań – zarówno praktycznych, jak i emocjonalnych – którym muszą na co dzień stawiać czoła rzekomo beztroscy bezrobotni. Co prawda wielu przedstawicieli pokolenia rodziców sprawiało wrażenie pogodzonych z losem, tj. niewielkimi szansami na znalezienie pracy, biorąc pod uwagę czas pozostawania poza rynkiem zatrudnienia czy skalę przeżywanych problemów, jednak te same osoby bez wyjątków pragnęły odmiennego losu dla swoich dzieci. W tym celu podejmowały konkretne działania, np. towarzyszyły potomkom podczas rozmów o pracę czy od małego uczyły ich zarabiania, np. za pomocą roznoszenia gazet czy ulotek.

Młodzi uczestnicy badań również akcentowali pragnienie, by nie podzielić losu niesamodzielnych rodziców. W toku wywiadów ujawniali przywiązanie do tradycyjnych wyobrażeń na temat wartości pracy, a swoje aspiracje życiowe i materialne – wbrew stereotypowi roszczeniowej postawy klientów opieki społecznej – ściśle łączyli z wysiłkiem niezbędnym do ich realizacji. Dowodem na to, że powyższe deklaracje nie są jedynie próbą budowania pozytywnego wizerunku w oczach rozmówcy, jest duża aktywność badanej młodzieży w poszukiwaniu zatrudnienia, mierzona m.in. liczbą wysłanych listów motywacyjnych.

Środowiska dotknięte chronicznym bezrobociem wiązane są często ze zjawiskiem pracy na czarno, jednak brytyjscy badacze nie znaleźli potwierdzenia tego stereotypu. Tym niemniej wielu bohaterów wywiadów okazało się posiadać zajęcie poza sektorem rejestrowanego, odpłatnego zatrudnienia. Zwłaszcza kobiety świadczyły pracę opiekuńczą na rzecz dzieci czy chorych członków rodziny. Jej wymiar czasowy, w połączeniu z trudną sytuacją ogólną, w praktyce bardzo często uniemożliwiał jakikolwiek udział w kursach doskonalenia zawodowego, „przekwalifikowanie się” czy korzystanie z innych recept na poprawę swego losu, zazwyczaj rekomendowanych bezrobotnym przez osoby stojące wyżej na społecznej drabinie.

Co ciekawe, wielu ankietowanych, np. osoby niezdolne do podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu ze względu na zły stan zdrowia, okazało się angażować w pracę nieodpłatną (wolontariat), czerpiąc z niej część korzyści społecznych i psychologicznych niedostępnych zwykle bezrobotnym, a jednocześnie świadcząc wartościowe usługi na rzecz otoczenia. Rzecz jasna zdarzały się także, zwłaszcza wśród starszych badanych, przypadki działalności kryminalnej, którą zwykle stanowiły kradzieże sklepowe lub handel narkotykami, przy czym obie te postawy dotyczyły głównie osób uzależnionych.

Badania potwierdziły ponadto zdroworozsądkowe przypuszczenie, że teza o „izolacji kulturowej” jednostek, rodzin i społeczności doświadczonych przez długotrwałe bezrobocie, wpisana w stereotyp o „wyuczonej bezradności”, daleko odbiega od rzeczywistych doświadczeń takich ludzi. Wyobrażenia na temat kultur bezrobocia zakładają, że długotrwale pozbawieni pracy są odcięci od tych, którzy ją posiadają, oraz że uczestniczą w sieciach relacji, w których bezrobocie stanowi swego rodzaju normę społeczną. Zważywszy na wysokie wskaźniki bezrobocia w sąsiedztwach objętych badaniem, nie stanowiło zaskoczenia, iż ankietowani pozostają w regularnych interakcjach z osobami w podobnym położeniu. Tym niemniej nawet w bardzo zubożałych okolicach bezrobotni nie stanowią większości. Ankietowani znali wiele normalnie pracujących osób. […] Bardzo często inni członkowie rodziny, w tym rodzeństwo, mieli pracę. […] Dla młodszych członków badanych rodzin ich członkowie posiadający pracę często stanowili wzorce osobowe.

W podsumowaniu raportu z badań autorzy jednoznacznie stwierdzają, że nie udało im się uchwycić niczego takiego jak przekazywane w rodzinie wzorce kulturowe niepodejmowania pracy, możliwego dzięki istnieniu sieci zabezpieczenia socjalnego. Argumentują, że skoro nie występują one w przypadkach wielowymiarowego, skrajnego wręcz – jak na brytyjskie warunki – wykluczenia społecznego, trudno przypuszczać, by mogły być istotną przyczyną bezrobocia w skali całego społeczeństwa. Tymczasem, także w Polsce, przekonanie o demoralizujących skutkach ubocznych wsparcia socjalnego jest bardzo silne i w dużej mierze „ustawia” dyskurs oraz praktykę polityki społecznej.

Z kolei centralne założenie realizowanych polityk rynku pracy stanowi przeświadczenie, że jedną z zasadniczych przyczyn bezrobocia jest, mówiąc w skrócie, mentalne niedopasowanie części społeczeństwa do wymagań współczesnej gospodarki. W związku z tym należy bezrobotnych „aktywizować”, a wręcz tresować, np. uzależniając zakres świadczonego wsparcia materialnego od oczekiwanych aktywności, które stanowić będą dowód, że dana osoba rzeczywiście stara się poprawić swój los.

Oczywiście nie powinno się wyciągać zbyt daleko idących wniosków z pojedynczych badań, zrealizowanych ponadto w kraju o pod wieloma względami odmiennych realiach społecznych. Kolejne eksploracje świata kulturowego osób dotkniętych marginalizacją, w Polsce podejmowane m.in. przez Tomasza Rakowskiego, Anitę Gulczyńską czy Elżbietę Tarkowską4, współbrzmią jednak w swoich konkluzjach. Okazuje się, że pod względem obecności w nim takich wartości jak (szeroko rozumiana) przedsiębiorczość, odpowiedzialność czy pragnienie autonomii nie różni się on zasadniczo od rzeczywistości „normalnych”. Podobnie jest z zachowaniami o charakterze aspołecznym, np. wyłudzaniem świadczeń socjalnych, spotykanym na wszystkich poziomach zamożności. W tym kontekście upatrywanie źródeł wykluczenia z rynku pracy w zakorzenionych postawach osób nim dotkniętych – nawet opatrywane zastrzeżeniem, że „to przecież nie ich wina” – dowodzi, owszem, wyuczonej bezradności. Tyle że nie bezrobotnych, lecz publicznych służb zatrudnienia oraz polityków, pozbawionych pomysłów na stymulowanie prozatrudnieniowego wzrostu gospodarczego, zwłaszcza w skali lokalnej.

Nie chodzi rzecz jasna o bagatelizowanie traumy, jaką stanowi wieloletni brak pracy, którego skutki mogą rzutować także na szanse życiowe dzieci osób bezrobotnych. Kwestionowanie istotnego znaczenia „kultury bezrobocia” nie oznacza także negowania sensu pracy pedagogicznej z rodzinami oraz całymi społecznościami podlegającymi marginalizacji lub zagrożonymi nią. Wreszcie, nie może być wątpliwości, że bezrobocie znacznie utrudnia zapewnienie dzieciom dobrego startu w dorosłe życie, a istotne znaczenie ma tutaj mniejszy kapitał kulturowy rodzin o niskim statusie materialnym. Działania państwa we wszystkich tych sferach powinny stanowić ważne uzupełnienie polityk rozwoju oraz rynku pracy. Te zaś będą mogły stać się bardziej skuteczne, gdy odpowiedzialni za ich kreowanie przestaną nieproporcjonalnie dużą część istniejących problemów przypisywać ofiarom swojej bezradności.

Przypisy:

  1. Miasto w północno-wschodniej Anglii liczące 140 tys. mieszkańców, silnie dotknięte upadkiem lokalnego przemysłu w latach 70. i nazywane czasem „najgorszym miejscem do życia w całej Wielkiej Brytanii”.
  2. Tracy Shildrick, Robert MacDonald, Andy Furlong, Johann Roden oraz Robert Crow, Are „cultures of worklessness” passed down the generations, Joseph Rowntree Foundation, grudzień 2012. Tekst dostępny na www.jrf.org.uk. Informacja o publikacji została zaczerpnięta ze strony internetowej R. Szarfenberga: rszarf.ips.uw.edu.pl.
  3. Ściślej: gospodarstw domowych, w skład których wchodzą osoby w wieku produkcyjnym.
  4. Rozmowy ze wspomnianymi badaczami opublikowaliśmy odpowiednio w numerach 51, 55 oraz 58.

Wszystkie ręce na pokład! – rozmowa z komandorem Tomaszem Szubrychtem

Zacznijmy od ogólnego określenia aktualnego i potencjalnego znaczenia Bałtyku oraz opartych na nim tzw. przemysłów morskich w życiu ekonomicznym kraju.

Tomasz Szubrycht: Państwa można podzielić na zorientowane na morze oraz te, które są zorientowane na ląd. Wśród naszych rodaków panuje przekonanie, które dobrze oddaje cytat ze sztuki „Flisacy”: „Po co Polakowi morze, kiedy sieje i orze?”. Przez wiele wieków nie potrafiliśmy dostrzec jego znaczenia, mimo że w okresie I Rzeczypospolitej największe zyski na handlu polskim zbożem osiągał Gdańsk, a nie szlachta. Zapominaliśmy i nadal zapominamy o tym, co dawno zrozumieli Brytyjczycy, którzy twierdzą, że kto włada morzem, włada bogactwem.

W czasopiśmie „Orzeł Biały” krótko po zakończeniu I wojny światowej zamieszczono artykuł, w którym dokładnie wyliczono, ile uzyskuje się z morgi ziemi (zboża, mięsa), a ile z morgi morza – okazuje się, że porównanie to wypada na korzyść morza, a przecież morza nie trzeba uprawiać, lecz jedynie „zbierać plony”. Tymczasem przeciętny Polak przypomina sobie o morzu dwa razy do roku: gdy planuje urlop i kiedy ma ochotę na śledzika. Zupełnie zapominamy np. o tym, że transport morski jest wielokrotnie tańszy od lądowego oraz że to właśnie morzem przewożone jest 90% globalnej wymiany towarowej. Idąc do sklepu i kupując np. wyprawkę szkolną dla swojego dziecka, nie rozmyślamy, jak dostały się do Polski składające się na nią produkty i ile musiałaby ona kosztować, gdyby nie były transportowane drogą morską. Morze ma także ogromne znaczenie dla naszego eksportu. Przez Gdynię, Gdańsk, Szczecin i Świnoujście przechodzi rocznie prawie 31 mln ton towarów, które sprzedajemy za granicę. Łącznie w polskich portach przeładowywane jest każdego roku prawie 60 mln ton towarów, czyli nieco ponad 1,5 tony na statystycznego Polaka, nawet tego spod Rzeszowa. Co ważne, przeładunki w naszych portach zwiększają się – może nie aż tak, jak byśmy chcieli, ale jednak. W przewozach drogą morską tkwią jeszcze spore niewykorzystane rezerwy gospodarcze.

Warto pamiętać, że największe zyski osiąga się dzięki samodzielności, np. wydobywając ropę, przetwarzając ją i sprzedając na stacjach. Dlaczego my nie mielibyśmy produkować towarów, sami je przewozić morzem, a następnie sprzedawać?

Transport morski zawsze był, jest i będzie. Zmienia się co najwyżej jego filozofia. Obecnie ważnym trendem jest tworzenie tzw. hubów, czyli portów głównych. Podam przykład Morza Śródziemnego: wszystkie statki przypływają np. na Maltę do portu La Valetta, tam się rozładowują, ponownie załadowują i wypływają, a następnie przypływają do tego portu mniejsze statki, które rozwożą dostarczone towary do mniejszych portów i przywożą z nich ładunki, które później załadowywane są na przypływające duże jednostki. Aktualnie toczy się intensywna walka o to, żeby taki hub dla Morza Bałtyckiego powstał w Polsce, w oparciu o Gdańsk czy Gdynię.

Co się tyczy przemysłu stoczniowego, to często słyszy się, że jest on nierentowny, gdyż Chińczycy czy Koreańczycy budują statki o wiele taniej. To prawda, ale jedynie w przypadku najprostszych konstrukcji, gdyż te specjalistyczne dalej budowane są w portach europejskich. Co więcej, zapominamy, że jeśli sprzedajemy statek, to zarabiamy nie tylko na „blachach”, ale również na tym, co jest w środku: wyposażeniu, meblach, sprzęcie gospodarstwa domowego, kafelkach itd. Stocznia jest tylko miejscem, gdzie się statek „montuje” – w tym samym czasie na jej rzecz produkują huty z południa Polski, wytwórnie laminatów i wiele innych zakładów. Z jedną polską stocznią współpracowało łącznie 800 krajowych podmiotów, dlatego upadek tego sektora gospodarki morskiej oznaczał problemy nie tylko dla Wybrzeża, ale i np. dla zakładów Cegielskiego w Poznaniu czy innych firm zajmujących się automatyką, armaturą, urządzeniami do sterowania i mnóstwem innych rzeczy.

Nie pamiętamy także o tym, że przemysł stoczniowy to również jachty i łodzie rekreacyjne. W Polsce w 2011 r. wybudowaliśmy 535 jachtów, z czego 528 zostało wyeksportowanych. Proszę mi pokazać drugą dziedzinę produkcji, w której 99% stanowi produkcja eksportowa. Oprócz jachtów budujemy też duże łodzie motorowe, wyprodukowaliśmy 340 takich jednostek, z czego 95% sprzedano za granicę.

Wydaje się, że duży potencjał rozwojowy mają także różne gałęzie turystyki.

W dokumencie „Zielona Księga. W kierunku przyszłej unijnej polityki morskiej: europejska wizja oceanów i mórz” stwierdzono, że łączna wartość wędkarstwa morskiego w Unii Europejskiej została oszacowana na 10 mld euro rocznie, na co składają się m.in. łodzie, czartery i sprzęt. Również u nas część dawnych rybaków zajmuje się organizowaniem wypraw na połowy dorsza czy belony. Do tego dochodzi płetwonurkowanie, rozwija się też żeglarstwo, co widać po rosnącej liczbie marin. Jak widać – jest to bardzo lukratywny rynek usług.

Potencjał rozwoju posiada ponadto przemysł surowcowy – nie tylko na Bałtyku, gdzie pozyskiwane są kruszywa budowlane czy ropa naftowa i gaz ziemny (np. platforma Petrobalticu), ale również np. na Morzu Północnym, gdzie firma Lotos ma pewne udziały w polach naftowych. Dalej: energetyka wiatrowa. W Polsce dopiero raczkuje, niemniej na Półwyspie Helskim czy wzdłuż Środkowego Wybrzeża widać coraz więcej farm wiatrowych, a mają one powstawać również na morzu. Oczywiście daleko nam jeszcze do Danii, która już teraz ok. 16–17% zapotrzebowania na energię elektryczną zaspokaja dzięki morskim farmom wiatrowym.

A jest jeszcze przecież rybołówstwo (w tym dalekomorskie) oraz branże przyszłościowe, takie jak akwakultura, czyli uprawy morskie, np. wszelkiego rodzaju alg, stosowanych choćby w przemyśle kosmetycznym. No i nie zapominajmy o tym, że jesteśmy potęgą w dziedzinach eksploatacji i jubilerstwa bursztynu.

Nasza gospodarka nie czerpie za to korzyści z rozwoju żeglugi, gdyż nasze statki pływają pod tzw. tanimi banderami.

Nim przedstawię problem żeglugi morskiej, odniosę się do innego zagadnienia. Otóż często słyszę zarzut: „po co nam trzy uczelnie morskie, kiedy mamy tak mało statków?”. Tymczasem wspomniane szkoły kształcą nie tylko nawigatorów czy mechaników, ale też np. elektryków, którzy równie dobrze mogą wykonywać swój zawód na lądzie, a także logistyków czy towaroznawców, poszukiwanych w różnych sektorach gospodarki. Niektóre państwa zlikwidowały szkolnictwo morskie, a teraz gdy chcą je odtworzyć, muszą zmierzyć się z wielkimi wyzwaniami i problemami, a co więcej – jego odbudowa trwa bardzo długo. Być może błędem było stopniowe wygaszanie kierunku budownictwo okrętowe (teraz to się nazywa oceanotechnika) na politechnikach, chociaż mieliśmy i mamy znaczące osiągnięcia w tej dziedzinie.

Wracając do meritum: to nieprawda, że nie mamy własnej floty. Otóż mamy – 120 jednostek, a łączny tonaż naszych statków powolutku rośnie. Trzeba również pamiętać, że ludzie pracujący na statkach nawet tych pływających pod obcymi banderami zarabiają pieniądze, które wydają na utrzymanie rodzin w Polsce, w związku z czym środki te trafiają ostatecznie do naszej gospodarki. Ponadto skoro pływają u obcych armatorów, to w dużej części świadczenia emerytalne również będą pobierali z krajów innych niż Polska.

Podsumowując wszystko, co zostało powiedziane do tej pory: mimo że państwo traktuje szeroko rozumianą gospodarkę morską po macoszemu, ona nie daje się tak łatwo. Bezpośrednio zatrudnionych jest w niej obecnie 83 tys. osób. Zakładając, że rodzina liczy średnio 4 osoby, ok. 320 tys. ludzi żyje z morza. Do tego dochodzą kooperanci, których liczbę trudno rzetelnie wyliczyć np. w przypadku zakładu, który zatrudnia 500 osób, ale tylko część produkcji wykonuje na potrzeby gospodarki morskiej. W ostatnich latach inwestycje (publiczne i prywatne) w ten sektor wynosiły zaledwie 0,5% inwestycji w pozostałych gałęziach gospodarki, przyniosły natomiast zysk netto aż o połowę większy w stosunku do poniesionych nakładów. To również pokazuje olbrzymie możliwości rozwojowe szeroko rozumianej gospodarki morskiej.

Oczywiście trzeba do profitów z gospodarki morskiej przykładać odpowiednią miarę. Kiedy wcześniej wspominałem, że łączne przeładunki we wszystkich polskich portach wynoszą 60 mln ton, ktoś mógłby dla porównania przywołać jeden tylko port – Rotterdam – gdzie wielkość przeładunku jest sześciokrotnie większa niż we wszystkich portach polskich. Ale musimy wziąć pod uwagę, że Bałtyk jest jednak akwenem peryferyjnym, chociaż zyskującym na znaczeniu. Okazuje się np., że są nim zainteresowani Chińczycy, ponieważ w ich ocenie dostarczenie towarów stosunkowo tanią koleją transsyberyjską, a następnie ich transport z portów bałtyckich do Europy byłby o wiele szybszy, a w wielu przypadkach czas to pieniądz.

Morze ma mnóstwo niewykorzystanego potencjału, który mógłby stanowić jedno z kół zamachowych polskiej gospodarki. Nie jest rzecz jasna żadnym panaceum na wszystkie trudności, ale można czerpać z niego poważne korzyści, jeśli umiejętnie wykorzystuje się nadmorskie położenie państwa. Wystarczy popatrzeć na Holandię, która właściwie nie ma żadnych bogactw naturalnych, a żyła początkowo z rolnictwa, później – z handlu morskiego. Historia daje przykłady wielu państw, które zbudowały swoją potęgę na gospodarce morskiej.

Do jakiego stopnia niedorozwój przemysłów morskich wynika z niewłaściwie prowadzonej polityki państwa: inwestycyjnej, własnościowej, naukowej, zagranicznej etc.?

Na sytuację poszczególnych branż złożyło się mnóstwo czynników obiektywnych, ale też błędów i zaniechań, w tym oczywiście również tych na poziomie polityki. Nie można jednak powiedzieć, że winę ponosi ta czy inna opcja polityczna, lecz każda, która sprawowała władzę lub współrządziła od lat 90. Inwestycje w gospodarkę morską zwracają się bowiem w ciągu kilku-kilkunastu lat, a politycy myślą zwykle w perspektywie bieżącej kadencji – także dlatego, że długofalowe inwestycje mogłyby być wykorzystane przez ich konkurentów politycznych. Co więcej, Polska wśród państw nadbałtyckich – pomijając Rosję – ma stolicę najbardziej oddaloną od wybrzeża, może i w tym należałoby upatrywać powodów takiego zaniechania w odniesieniu do morza i gospodarki morskiej.

Istotną kwestią jest ponadto świadomość obywateli. Tu trzeba się uderzyć w piersi. Wielokrotnie powtarzałem, że za lekceważenie sfery, o której mowa, winę ponoszą również ludzie morza. Nie potrafimy przekonać społeczeństwa, że gospodarka morska przynosi zysk każdemu, także mieszkańcom Krakowa, Krosna czy Poznania. Jeśli my ich do tego nie przekonamy, to później bardzo często na postulat zwiększenia nakładów na gospodarkę morską i marynarkę wojenną politycy odpowiadają, że brak na takie posunięcie przyzwolenia społecznego. Nawiasem mówiąc to, że przez ostatnie lata część najważniejszych stanowisk w państwie obejmowały osoby pochodzące z Wybrzeża, wcale nie oznaczało niczego dobrego dla gospodarki morskiej. W niektórych przypadkach wspomniani politycy byli nawet bardziej sceptyczni czy zachowawczy niż inni, właśnie dlatego, aby im nie zarzucono, iż preferują interesy swojego regionu.

Mówiąc o zrozumieniu znaczenia morza, warto posłużyć się pewnym przykładem. Otóż przed wojną najsilniejsze oddziały Ligi Morskiej i Kolonialnej były na Śląsku – dlatego że Ślązacy wiedzieli, że flota jest potrzebna do eksportu węgla, widzieli więc korzyści, jakie daje im morze. Tak jak wówczas, tak i teraz bardzo trudno jest ludzi przekonać, że z morza można mieć korzyści, a inwestycje w gospodarkę morską nie są fanaberią. Wymowny jest fakt, na który w jednej ze swoich książek zwrócił uwagę były minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski: „[…] gdy się odwiedza kraje bałtyckie, to tam nazwy głównych ulic, budynków czy sal są często związane z tematyką morską, a u nas nawet nad morzem tak nie jest”.

Czy jednak wydarzenia ostatnich lat – przyjęcie kilku dokumentów o charakterze strategicznym, powstanie ministerstwa gospodarki morskiej (następnie włączonego w struktury resortu transportu, budownictwa i gospodarki morskiej) oraz Międzyresortowego Zespołu ds. Polityki Morskiej RP – nie świadczą o pewnym dowartościowaniu tematyki morskiej?

Zapytam prowokacyjnie: czy jest Pan w stanie podać przykłady planów, które zostały w Polsce w pełni zrealizowane? Jesteśmy perfekcyjni w pisaniu dokumentów, w opracowywaniu raportów, natomiast można zauważyć przewagę ducha romantycznego nad pozytywistycznym. Codzienna, mozolna praca, wytrwałość i konsekwencja – to nasze słabe strony.

Nadal właściwie nie mamy polityki morskiej. Proszę spytać któregokolwiek polityka, jakie akweny mają żywotne znaczenie dla Polski. Powie: Bałtyk. A co z innymi? Czy żywotnego znaczenia dla naszego kraju nie mają Morze Czerwone i cieśnina Bab al-Mandab, przez które przewożona jest ropa naftowa? Czy nie mamy aby interesów w Cieśninach Bałtyckich, a może ważny jest dla nas jedynie Kanał Kiloński? Musimy najpierw odpowiedzieć sobie, które akweny mają dla nas kluczowe znaczenie, a następnie określić, jakie są nasze interesy morskie, i dopiero na tej podstawie można tworzyć politykę i strategię morską.

Brak kompleksowej wizji gospodarki morskiej wynika głównie z mentalności, tj. z braku świadomości, że morze jest Polsce potrzebne. Jeżeli w dokumencie „Narodowy Plan Rozwoju. Wstępny projekt 2007–2013”, który liczy ponad 100 stron, sprawom morskim poświęcono w sumie 10 wersów, a restrukturyzacji rolnictwa ponad 30 stron, to pokazuje, jak postrzegamy tę problematykę. Dlatego potrzebna jest nam praca u podstaw, bo wtedy łatwiej będzie wszystkich, także polityków, przekonać do pewnych działań.

Inna sprawa, że bardzo trudno stworzyć zespół, który by opracował strategię morską. W ramach różnych działów gospodarki morskiej są wspólne, ale i sprzeczne interesy: to, co jest dobre dla ludzi chcących rozwijać turystykę morską, nie zawsze jest zgodne z tym, czego domagają się rybacy, których interesy są z kolei często sprzeczne z oczekiwaniami ekologów; armatorom nie zawsze jest po drodze z przemysłem stoczniowym itd.

Panu szczególnie bliski jest temat bałtyckiego wymiaru bezpieczeństwa państwa.

Ostatnio miał miejsce Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego, zorganizowany przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego pod patronatem Prezydenta. Jeśli przeciągniemy linię przechodzącą przez Toruń, to obszar na północ od tej linii był reprezentowany w pracach tego zespołu zaledwie przez dwie osoby: ówczesnego rektora Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, inspektora Letkiewicza, oraz byłego dowódcę Marynarki Wojennej Pana admirała Łukasika. Czy taki zespół może właściwie postrzegać sprawy morskie? Przecież bezpieczeństwo morskie jest istotnym elementem bezpieczeństwa narodowego – nie tylko militarnego, ale również np. energetycznego. Jak można dyskutować o dywersyfikacji dostaw nośników energii i gazoporcie, jeśli w zespole nie ma nikogo z tamtego rejonu?

Przejdźmy do konkretnych postulatów środowisk morskich.

Trwają bardzo trudne negocjacje dotyczące rejestrowania statków przez polskich armatorów pod polską banderą, co w warunkach globalnej konkurencji jest obecnie nieopłacalne. Jeśli chodzi o przewozy morskie, mamy naprawdę znikomy tranzyt towarów przez porty polskie z państw takich jak Białoruś, Czechy czy Słowacja. Dla naszych południowych sąsiadów o wiele bardziej atrakcyjny jest niemiecki Rostock. Najważniejsza rzeczą, jaką może tutaj zrobić państwo, jest dokonać inwestycji w infrastrukturę transportową, bez której nie da się rozwijać przewozów morskich i portów. Aby dowieźć do portu towary albo je z niego wywieźć, potrzeba dobrych, tanich i nowoczesnych dróg i linii kolejowych. Nie wolno zapominać, że najtańszym środkiem transportu jest żegluga śródlądowa, a wiemy, jak wygląda ona w Polsce, a jak w Niemczech czy w Holandii. Musimy przy tym powiedzieć sobie jasno: Niemcy nie są w tym przypadku naszymi przyjaciółmi, lecz konkurentami. Spory dotyczące toru wodnego Szczecin-Świnoujście, o których niewiele się mówi, służą temu, by maksymalnie osłabić te porty, a wzmocnić pozycję portu Rostock.

Na dodatek środowiska morskie podnoszą zagadnienia związane z budową gazoportu, nowego terminalu kontenerowego w Gdańsku, szeregiem niezbędnych modernizacji w portach i na Wybrzeżu Środkowym, budową marin oraz pewną liberalizacją prawa, np. w zakresie płetwonurkowania. W wielu przypadkach wystarczy jednak zasada z kodeksu Hipokratesa: „po pierwsze nie szkodzić”. Niech politycy nie przeszkadzają gospodarce morskiej i niech będą otwarci na sugestie, bo środowisko związane z morzem wie najlepiej, co jest dla niego dobre i jakie działania należy podjąć.

Co zatem można zrobić dla podźwignięcia z upadku polskiego okrętownictwa – do niedawna ważnego sektora rodzimej gospodarki?

Rozwijajmy produkcję specjalną. Zadzwoniłem kiedyś do biura projektowego Stoczni Gdynia S.A. i spytałem, ile kosztuje kontenerowiec – okazuje się, że koszt nowoczesnej, średniej wielkości jednostki tego typu to około 60 mln dolarów, podczas gdy za najtańszy kuter patrolowy trzeba zapłacić o połowę więcej. Co się zatem bardziej opłaca budować? Jeśli jednak chcemy sprzedawać jakikolwiek sprzęt wojskowy innym państwom, musimy go najpierw mieć na wyposażeniu własnych sił zbrojnych. Gdyby Pan zobaczył, że sąsiad uprawia pomidory, ale sam je warzywa od innych rolników, to czy kupowałby Pan od niego? Skoro nie chce jeść swojego produktu, to znaczy, że jest on słabej jakości.

Zwróćmy uwagę, że Szwecja – państwo prowadzące politykę neutralną – jest jedną z największych potęg w dziedzinie produkcji uzbrojenia: eksportuje okręty, samoloty, wyposażenie, uzbrojenie rakietowe i artyleryjskie itd. Nasz sprzęt wojskowy również jest bardzo dobry, ale wymaga właściwej promocji. Powinniśmy tutaj brać przykład choćby z Rosji, która w swojej strategii morskiej zawarła zapis, że jednym z ważnych zadań sił morskich są wizyty w portach zagranicznych z zadaniem promowania krajowego wyposażenia i sprzętu wojskowego.

Rozwijanie budowy okrętów wymaga jednak pewnych decyzji politycznych. W przypadku większości państw wygląda to następująco: kupuje się licencję i buduje jeden okręt, później stara się opracować własne konstrukcje na swoje potrzeby, wreszcie – uruchamia się produkcję na eksport, zazwyczaj w ramach różnego rodzaju konsorcjów. Tak robimy ze śmigłowcami, więc dlaczego nie mamy tego robić z okrętami? I wcale nie musimy zaczynać z najwyższego pułapu – nie mamy potencjału, żeby budować lotniskowce, ale możemy konstruować dobrej klasy niszczyciele min, jednostki patrolowe, okręty specjalistyczne. Skoro budowaliśmy kontenerowce czy zbiornikowce, to dlaczego nie mielibyśmy budować okrętów wsparcia logistycznego dla innych państw?

Możliwości rozwoju polskiego okrętownictwa są, tylko musimy mieć świadomość, że proces jego odbudowy wymagać będzie czasu i cierpliwości, a także wsparcia ze strony państwa. Wędkarz zanim zacznie łowić ryby, najpierw je zanęca, podkarmia. Tak samo trzeba robić w biznesie: najpierw zanęcanie kosztem mniejszych zysków, by po pewnym czasie stały się one coraz większe. W dziedzinie produkcji uzbrojenia (również budowy okrętów) trwa bezpardonowa walka konkurencyjna, bo toczy się ona o naprawdę olbrzymie pieniądze. Polska również powinna podjąć walkę na tym rynku.

Jak Pan ocenia prężność inicjatyw na rzecz dowartościowania morza i powiązanych z nim gałęzi gospodarki?

Wiodącą w tym zakresie jest Liga Morska i Rzeczna. Oczywiście współczesnej Lidze bardzo daleko do zasięgu oddziaływania przedwojennej Ligi Morskiej i Kolonialnej, która miała ponad milion członków. Co więcej, praktycznie w każdym województwie w zarządzie Ligi był wówczas jakiś generał, wojewoda, minister czy poseł. Ten establishmentpolityczno-wojskowy nie tylko nadawał rangę organizacji, ale również zapewniał realną możliwość skutecznego działania politycznego. Obecnie w Lidze Morskiej i Rzecznej nie działają politycy, a jedynie pasjonaci. Bardzo aktywne są oddziały w Kołobrzegu, ale również w Ulanowie k. Tarnobrzega czy w Wyszogrodzie, skąd pochodzi orkiestra reprezentacyjna organizacji, a także w Bielsku-Białej, Poznaniu czy Łodzi, gdzie jednak zajmują się głównie szeroko pojmowanym wychowaniem wodnym. Ci ludzie, zwykle młodzi, ale też nauczyciele czy emeryci, mają autorytet w swoich środowiskach, natomiast w szerszej skali ich głos nie jest tak znaczący jak kiedyś. Może gdyby do Ligi Morskiej i Rzecznej należało kilku celebrytów, byłoby o niej głośniej? Swoją drogą wiele znanych osób zajmuje się żeglarstwem, jednak my – ludzie, którym leży na sercu Polska morska – nie potrafimy tego wykorzystać.

Zmieniła się także ranga morza w procesie wychowania. Ile jest programów telewizyjnych o tematyce morskiej? Wiele osób z mojego pokolenia wyrosło na programach red. Sienkiewicza, na „Bractwie Żelaznej Szekli”, „Latającym Holendrze”, czasopismach takich jak „Morze” czy książkach z serii „Miniatury Morskie”, które można było dostać w każdym kiosku w Polsce. Obecnie takich czasopism już nie ma, a książki o morzu często są za drogie dla młodego czytelnika. Dni Morza kiedyś były centralnym świętem, którego obchody organizowano w Gdyni albo w różnych innych miejscach w Polsce, a przyjeżdżały na nie najważniejsze osoby w państwie. A teraz? Ile osób wie, kiedy jest Święto Morza?

Natomiast cieszy mnie, że w Radzie Budowy Okrętów – pierwszej w powojennej Polsce organizacji obywatelskiej działającej na rzecz rozwoju polskiej floty wojennej oraz powiązanych z nią sektorów – są nie tylko osoby związane z tą sferą, ale i posłowie. To jeden z nielicznych przykładów, kiedy politycy wszystkich opcji wyrazili gotowość współpracy „ponad podziałami”. Szeroko pojęta gospodarka morska potrzebuje reakcji takiej jak na żaglowcu podczas alarmu do żagli: wszystkie ręce na pokład! Nie czas na szukanie winnych obecnej zapaści, bo to tylko powoduje powstawanie konfliktów. Trzeba powiedzieć: jest taki, a nie inny stan gospodarki morskiej i marynarki wojennej, ale co możemy wspólnie zrobić na rzecz poprawy tej sytuacji? Ocenę przeszłości zostawmy historykom albo przynajmniej przełóżmy ją na czas, kiedy gospodarka morska będzie w o wiele lepszej kondycji; teraz myślmy o tym, co zrobić, żeby naprawić aktualny stan rzeczy. Takie założenie przyświecało powstaniu Rady Budowy Okrętów: dopóki ta organizacja i jej działania będą apolityczne, będzie ona miała rację bytu.

Trzeba koniecznie reaktywować problematykę morską w świadomości ludzi, edukację zaczynając od przedszkola. Niemcy, gdy budowali swoją potęgę morską, zaczynali od tworzenia kół przyjaciół morza i marynarki. Może od tego właśnie trzeba zacząć, od teleturniejów i konkursów dla dzieci, wykładów otwartych dla studentów itd.

Osób skupionych wokół morza wcale nie jest tak mało, tylko każdy zajmuje się wyłącznie swoim obszarem. Są to modelarze, żeglarze, windsurfingowcy, miłośnicy turystyki wodnej, pasjonaci okrętów i historii marynarki itp. Gdyby ich wszystkich zebrać i gdyby politycy uświadomili sobie, że ci ludzie tworzą razem znaczącą grupę, można by wówczas im powiedzieć: skoro nic nie robicie dla morza, to i miłośnicy morza nic dla was nie zrobią w dniu wyborów.

Wydaje się, że zwłaszcza marynarka wojenna to dla przeciętnego Polaka szczególnie trudny do zaakceptowania kierunek publicznych inwestycji: mamy pokój, Bałtyk jest morzem niedużym itd.

Pozwoli Pan, że coś przeczytam: „Przeciętny polski obywatel nie twierdzi już wprawdzie, że nam morze niepotrzebne, ale z chwilą, gdy zaczyna się mówić o marynarce wojennej, przypomina wielce strusia chowającego głowę w piasek. Tych strusi są u nas trzy rodzaje. Struś pierwszy: małe wybrzeże – marynarka niepotrzebna. Struś drugi: nie mamy pieniędzy, marynarka bardzo drogo kosztuje. Struś trzeci: choćby i zbudowali, to nas pobiją, więc wysiłek będzie stracony. Po czym chór śpiewa znany motyw: tyle mamy ważniejszych i pilniejszych spraw: brak nam dróg, szpitali, szkół, fabryk, przytułków, różnych instytucji kulturalnych czy społecznych. I będziemy budować flotę?… Zbrodnia”. To fragment książki Juliana Ginsberta „Prawda morska” z 1934 r. Czy od tego czasu coś się zmieniło w mentalności społeczeństwa polskiego?

Zacznijmy od argumentów natury ekonomicznej. Jak obliczył jeden z moich kolegów, aż 35% kosztów budowy okrętu dla marynarki wojennej wraca do budżetu, m.in. w ramach VAT-u oraz różnych podatków, w tym od pensji pracujących przy nim stoczniowców – nie mówiąc o tym, że gdyby go nie budowali i nie mieliby pracy, trzeba byłoby im wypłacić zasiłki dla bezrobotnych. Poza tym inwestycje w marynarkę procentują w postaci postępu technicznego. Wszelkiego rodzaju batyskafy, skafandry do nurkowania czy kamizelki ratunkowe, podobnie jak radary, GPS i sprzęt łączności, będące obecnie standardowym wyposażeniem statków i jachtów – to wszystko miało swój początek w marynarce wojennej i służyło najpierw celom militarnym, a dopiero później znalazło zastosowania cywilne.

Oczywiście nieszczęściem marynarki jest to, że okręty dużo kosztują. Co więcej, aby jednostka określonego typu mogła prowadzić działania operacyjne, trzeba mieć wielokrotność trzech okrętów, ponieważ z każdej trójki tylko jeden okręt może prowadzić działania, bo dwa pozostałe np. przygotowują się do rejsu lub kończą wykonywanie zadania. I nagle okazuje się, że potrzebne są olbrzymie pieniądze. Zapomina się jednak o tym, że eksploatacja okrętu trwa ok. 30 lat – rozkładając koszty na tak długi okres, zobaczymy, że nie są one aż tak wielkie. Przede wszystkim należy jednak odwrócić pytanie: ile kosztuje nieposiadanie dobrze rozwiniętej marynarki wojennej? Większość osób jest zdziwionych, słysząc, że wiele państw śródlądowych również posiada swoją flotę. Aż 35 państw członkowskich Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego nie ma dostępu do morza, a Czechy i Słowacja są na jej forum o wiele bardziej aktywne niż Polska. Dlaczego? Bo mają świadomość potencjalnych zysków. Pamiętajmy, że większość obszarów na lądzie została już podzielona, podczas gdy na morzu – nie. Gdy zacznie się rywalizacja o ten „tort”, którym są akweny morskie i ich zasoby, ożywione i nieożywione, to kto będzie miał głos decydujący? Proszę zwrócić uwagę, ile pieniędzy wydała Rosja, nagłaśniając swoje roszczenia do obszarów Północy, swoją drogą zrobiła to bardzo sprawnie. Kurczą się zasoby surowców na lądzie, natomiast morze ma ich bardzo dużo i coraz częstsze będą spory o obszary morskie, które będzie można eksploatować dopiero za kilkadziesiąt albo więcej lat. Czy silna marynarka wojenna nie będzie wówczas istotnym argumentem w takich sporach?

Idźmy dalej. Wszyscy politycy mówią o konieczności dywersyfikacji dostaw nośników energii. Kto zagwarantuje bezpieczeństwo gazowcom, kiedy już wybudujemy gazoport? Inne pytanie powinno brzmieć następująco: czym będzie przewożona ropa naftowa przez Morze Czarne, gdy zostanie ukończony rurociąg Odessa – Brody, a także kto będzie zapewniał ochronę tych przewozów po wodach Morza Czarnego? Rosjanie? Co zrobi Polska, jeśli z powodu różnego rodzaju zagrożeń w rejonach Zatoki Perskiej czy Gwinejskiej konieczne będzie zapewnienie ochrony jednostek przewożących ropę naftową lub gaz ziemny również do Polski – gdy będziemy musieli wysłać tam okręty dla zabezpieczenia dostaw, a polska marynarka wojenna nie będzie posiadała okrętów zdolnych do wykonania takiego zadania? Wówczas najprawdopodobniej będziemy musieli zapłacić państwom, które będą to robiły za nas.

Musimy być świadomi, że jeśli zmniejszamy potencjał naszej marynarki wojennej, wycofując okręty i nie wprowadzając na ich miejsce nowych jednostek, to natychmiast muszą za tym iść dwa pytania: których zadań ma nie realizować marynarka wojenna oraz na których akwenach ich nie będziemy realizować? Bo nie da się obniżać potencjału marynarki wojennej, pozostawiając bez zmian zakres zadań i ich geograficzny zasięg. Gdy ktoś dobrowolnie wyzbywa się jednego z instrumentów realizacji polityki państwa, w nieunikniony sposób staje się uboższy, mniej elastyczny, ma mniejszą siłę oddziaływania.

A jakie jest czysto militarne uzasadnienie dla zwiększania inwestycji w rozwój marynarki wojennej?

Jak zareagowaliby Polacy, gdyby prezydent, premier czy minister obrony narodowej oświadczyli, że nasza armia jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo, integralność i suwerenność obszaru Polski za wyjątkiem województwa świętokrzyskiego? Otóż wody terytorialne to taka sama integralna część Polski jak województwo świętokrzyskie, a ich powierzchnia jest nawet ciut większa od tego województwa. Tymczasem kiedy mówimy o bezpieczeństwie, o suwerenności, to bardzo często zapominamy o obszarach morskich.

Można również podać inne porównanie. Czy jest nam wygodnie, siedząc się na krześle, które ma jedną nogę za krótką? Czy wolno w takim razie doprowadzić do sytuacji, że mamy trzy rodzaje sił zbrojnych, które dysponują adekwatnym do potrzeb potencjałem, oraz jeden, który jest rażąco niedoinwestowany? Nie da się pewnych rzeczy zrobić bez udziału sił marynarki wojennej, której rola we współczesnych konfliktach systematycznie wzrasta. Choćby dlatego, że w odróżnieniu od wojsk lądowych marynarka wojenna ma swobodę manewru – nie potrzebuje zgody, aby się poruszać poza wodami terytorialnymi. Jeśli krążownik obcego państwa będzie stał 12,5 mili od wybrzeży Polski, nic nie możemy zrobić, gdyż nie będzie naruszał żadnych przepisów międzynarodowych. A jeśli zechce wejść do Gdyni bez naszej zgody, wystarczy mu pół godziny, albo jeśli zagrozi nam ostrzałem rakietowym – jak na to zareagujemy, nie mając dobrze rozwiniętej własnej floty?

Kiedy rozpoczyna się konflikt na morzu, to nawet jeśli dane państwo należy do paktu militarnego, to i tak wsparcie nie przyjdzie od razu. Jeśli w tym czasie przeciwnik zdobędzie panowanie na morzu, to żaden kraj nie przyśle swoich okrętów na taki akwen. Każde państwo powinno mieć zatem taką marynarkę, która uniemożliwi potencjalnym agresorom uzyskanie panowania na morzu przez czas niezbędny dla uzyskania wsparcia od sojuszników. Dążąc do tego celu, nie powinniśmy myśleć wyłącznie o Bałtyku.

Pamiętajmy, że Bałtyk jest praktycznie morzem wewnętrznym Unii Europejskiej, a leżące nad nim państwa – nie licząc Rosji, Finlandii i Szwecji – należą również do NATO. Kiedy okaże się, że potrzebne jest działanie na akwenach morskich, w ramach art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, to jakie siły, jako członkowie Paktu, zaangażujemy?

I jeszcze jedno. Jeśli chcemy, żeby nasz głos się liczył, musimy brać czynny udział w różnych operacjach, np. w ramach Paktu Północnoatlantyckiego. Pamiętajmy, że operacje lądowe zawsze będą generowały niebezpieczeństwo utraty życia przez naszych żołnierzy, tymczasem udział w operacjach morskich nie wiąże się z takim ryzykiem. Wobec tego wiele państw woli wysyłać okręty, wiedząc, że dzięki temu prawdopodobieństwo utraty życia przez ich obywateli w ramach operacji morskiej jest znacznie mniejsze.

Od prawie 10 lat nasz kraj jest członkiem Unii Europejskiej. Jakie z tego wynikają konsekwencje dla istniejących i potencjalnych sposobów gospodarczego wykorzystania Bałtyku i jego wybrzeża?

Unijny – mówiąc brzydko – bat nad nami ma ten pozytywny efekt, że wymusza stosowanie się do pewnych standardów. Wymóg, by każde państwo wytwarzało określoną część energii ze źródeł odnawialnych stał się impulsem do rozwoju elektrowni wiatrowych, również na Wybrzeżu oraz bezpośrednio na Bałtyku. Ponadto wiele naszych plaż może być wykorzystywanych turystycznie tylko dzięki działaniom wymuszającym ze strony Brukseli. Korzystna jest też możliwość wspólnego działania w ramach różnych organizacji, jak np. European Sea Ports Organisation, skupiająca porty krajów UE.

Ale, jak to mówią, każdy kij ma dwa końce. Sytuacja gospodarki morskiej po naszym wstąpieniu do Unii jest analogiczna do sytuacji rolnictwa. Oczywiście, są dopłaty, dzięki którym można np. nawet w małych miejscowościach nadmorskich stworzyć coś atrakcyjnego turystycznie, ale również pewne ograniczenia, limity (np. w rybołówstwie) i zwiększone wymagania. Żaden przepis nie daje gotowych rozwiązań, jedynie stwarza możliwości i ograniczenia. To od nas zależy, jak się w nich odnajdziemy i jakie wyciągniemy z nich korzyści.

Morze Bałtyckie jest jedynym akwenem, dla którego UE przygotowała osobną strategię. Jednocześnie nadal nie ma ona wspólnej polityki morskiej, gdyż w sferze gospodarki morskiej istnieje wiele sprzecznych interesów państw członkowskich. Dlatego musimy pamiętać, że dokumenty tworzone dla całej Unii nie zawsze muszą być korzystne dla Polski – i my musimy walczyć o nasze interesy. Aby było to możliwe, musimy je najpierw zrozumieć.

Dziękuję za rozmowę.

Gdynia, 21 kwietnia 2013 r.

Od buntu do demokracji bezpośredniej. Refleksje po protestach studenckich w Quebecu

Protesty i strajk studentów w Quebecu uznano za jeden z ruchów protestu, w jakie obfitował rok 2012. Co pozostało z mobilizacji społecznej, nazwanej „wiosną klonową”, a przede wszystkim z jej najciekawszego i ponadczasowego elementu, jakim była demokracja bezpośrednia?

Iskra

Protesty miały miejsce między 13 lutym a 7 września ubiegłego roku. Ich momentem kulminacyjnym był trzymiesięczny strajk studencki. Bezpośrednią przyczyną buntu stał się plan podwyżek opłat za studia w Quebecu. Do tej pory były one najniższe w całej Kanadzie. Przez prawie 40 ostatnich lat opłaty za studia były zamrożone. Rząd Jeana Charesta, premiera prowincji Quebec, zapowiedział podwyżkę, która początkowo miała wynosić 325 dolarów rocznie przez pięć lat, a później została zmniejszona do 245 dolarów rocznie przez siedem lat (co w sumie oznacza większą kwotę niż w przypadku pierwszej propozycji).

Według ankiety firmy badawczej Léger Marketing, zrealizowanej dla federacji studentów uniwersytetów prowincji Quebec (FEUQ), w 2009 r. 80% studentów studiów licencjackich pracowało, zarabiając średnio 10220 dolarów rocznie. Opłaty związane ze studiami i materiały potrzebne do nauki kosztują 3560 dolarów rocznie. Choć nie jest to szczególnie duża kwota, koszty utrzymania są stosunkowo wysokie. Z badania wynika, że 39% respondentów otrzymywało kredyt studencki w wysokości 3140 dolarów, 26% studentów pobierało stypendium o średniej wysokości 3950 dolarów, 69% studentów poniżej 24. roku życia dostawało pieniądze od rodziców (średnio w wysokości opłat za studia), 48,5% studentów niemieszkających z rodzicami korzystało z kredytu studenckiego, a 33% spośród tych studentów otrzymywało stypendium. FEUQ szacuje, że 65% studentów w Quebecu jest zadłużonych po skończeniu (trwającego 3 lata) licencjatu. Wysokość długu wynosi średnio 15 tys. dolarów.

Na ulice

Zapowiedzi podwyżek wywołały masową mobilizację. Po pierwszych wzmiankach o rządowych planach na ulice wyszło 200 tys. osób w regionie zamieszkałym przez niespełna 8 milionów ludzi. Zwycięstwo wyborcze Partii Quebeckiej (Parti Quebecois) we wrześniu 2012 r. przypisywane jest złożeniu przez nią obietnicy zamrożenia opłat za studia. Jednak po trzech miesiącach od wygrania wyborów nowy rząd Quebecu zapowiedział duże cięcia (124 mln dolarów) w budżecie przeznaczonym dla uniwersytetów.

Protesty i strajk utrudniły życie codzienne i pracę uczelni wyższych. Mobilizacja trwała sześć miesięcy i zaangażowanych w nią było wedle organizacji zrzeszających młodzież akademicką ok. 300 tys. studentów w Quebecu. Wprowadzono rozporządzenia zapobiegające blokowaniu ulic. Artykuł 78, uchwalony przez rząd prowincji 18 maja 2012 r., został uznany przez prawników współpracujących ze studentami za niekonstytucyjny z powodu ograniczenia wolności słowa i swobody zgromadzeń. Prawo wymaga powiadomienia policji o trasie organizowanej demonstracji z ośmiogodzinnym wyprzedzeniem, jeśli ma brać w niej udział więcej niż 50 osób. Organizacje studenckie mogłyby się liczyć z karą w wysokości 125 tys. dolarów w przypadku niedopełnienia tego obowiązku.

Aresztowania uczestników protestów były na porządku dziennym. Podczas ponad 700 demonstracji między lutym a wrześniem 2012 r. dokonano 1868 aresztowań. W zimie brutalność policji uległa nasileniu. Podczas trzech marcowych demonstracji w 2013 r. dokonano ponad 650 aresztowań. Przeciętna grzywna wynosiła 634 dolary. Oskarżenia wobec pojedynczych policjantów w większości przypadków są rozstrzygane na ich korzyść. Aktywiści organizują monitoring policjantów poprzez publikowanie ich zdjęć i numerów służbowych na blogu, Facebooku i Dropboxie, aby ułatwić pozew zbiorowy. Tymczasem sami zostali postawieni w stan oskarżenia za organizację demonstracji przy braku zgody władz. Sprawa, a właściwie wiele spraw, jest nadal w toku. Strategia aktywistów to zakwestionowanie całego prawa, a nie bronienie poszczególnych przypadków.

Gadanina

Wiele osób poniosło osobiste konsekwencje działalności. Jednak organizacje studenckie i część profesorów nadal chcą zniesienia opłat za studia. W dniach 25–26 lutego 2013 r. odbył się kongres na temat szkolnictwa wyższego, zorganizowany przez nowy rząd premier Pauline Marois. Piętnaście zespołów obradowało na temat przyszłości edukacji. Zrzeszenie studentów ASSE (L’Association pour une solidarité syndicale étudiante), liczące 70 tys. członków z Quebecu i będące głównym motorem wiosennego strajku, postanowiło zbojkotować to spotkanie, gdyż zniesienie opłat za studia nie było planowane jako przedmiot obrad. Wspomniana wcześniej FEUQ, licząca 125 tys. członków, wzięła udział w spotkaniu, ale zapowiedziana przez rząd Marois podwyżka opłat za studia o 70 dolarów rocznie zawiodła stowarzyszenie.

Z kolei grupa Profesorowie Przeciw Podwyżkom (Profs contre la hausse) sprzeciwia się zaproponowanej przez nowy rząd formie obrad na temat edukacji, argumentując, że dyskusja jest ograniczona do aspektu ekonomicznego edukacji, skoncentrowanego na korzyściach finansowych dla prowincji, umiejscowionego w dogmacie neoliberalnym. „Profs” bronią natomiast humanistycznej i demokratycznej misji edukacji. Anna Kruzynski, adiunkt w School of Community and Public Affairs na Uniwersytecie Concordia i aktywistka-anarchistka, wyjaśnia decyzję ASSE o bojkocie w kontekście stosunków między społeczeństwem obywatelskim a państwem neoliberalnym. Państwo zaprasza przeciwników reform do rozmów, by przeforsować swoje cele. Ta taktyka stawia opozycję w trudnej sytuacji: W momencie, gdy opozycja zasiada przy stole z rządzącymi, aktywiści czują się ograniczeni w możliwościach krytyki podjętych decyzji, co prowadzi do oddalenia się od strategii konfrontacyjnych i akcji bezpośrednich, które umożliwiłyby ponowne zakwestionowanie tych decyzji i przyjętych struktur organizacyjnych prowadzonych debat. Na ulicy stowarzyszenia też mogą brać udział w debacie i przedstawiać swoją wizję edukacji1.

Organizacja oporu

Renaud Poirier St-Pierre, były rzecznik prasowy CLASSE (szerszej koalicji skupionej wokół ASSE), tak opisuje strategię i przebieg strajku. Przygotowania trwały dwa lata. Początkowo studenci okazywali brak zainteresowania akcjami, co uświadomiło organizatorom potrzebę odbudowania ruchu studenckiego. Uważano również, że aby zachęcić do strajku, należy pokazać, że inne środki były nieskuteczne. Zbiórka podpisów pod petycją, stanowiąca pierwszy etap akcji, miała też na celu rozpowszechnienie informacji na temat planów rządu. Następnie organizacja różnych akcji i happeningów pozwoliła na ocenienie, ile osób byłoby zainteresowanych bardziej radykalnymi formami protestu. Przed głosowaniem nad podjęciem strajku organizatorzy przeanalizowali, które kampusy najprawdopodobniej udzieliłyby poparcia tej inicjatywie. Właśnie tam zorganizowano głosowania w pierwszej kolejności, aby uzyskane pozytywne wyniki zachęciły inne kampusy2.

Wybuch wiosennych protestów bazował na liczącej ponad dziesięć lat tradycji protestów antykapitalistycznych w Quebecu. W kwietniu 2001 r. miały tam miejsce demonstracje przeciw szczytowi państw północnoamerykańskich, dotyczącym powołania strefy wolnego handlu w obu Amerykach (Free Trade Area of the Americas, FTAA). Przy okazji protestów zawiązała się koalicja grup antykapitalistycznych (Convergence des lutes anticapitalistes, CLAC), która do dzisiaj organizuje co miesiąc zgromadzenia swoich członków.

Organizacje studenckie biorące udział w protestach przeciwko podwyżkom odzwierciedlają cechy nowych ruchów społecznych. Oznacza to nie tylko sprzeciw wobec kapitalistycznych reguł i wartości, ale także praktykowanie zasad demokracji bezpośredniej. Stoi za tym wizja systemu zdecentralizowanego, w którym decyzje podejmowane są przez obywateli w formie komitetów i zgromadzeń. Takie rozwiązanie stanowi odpowiedź na ograniczenia systemu opartego na delegowaniu. Samorządność i samoorganizacja są głównymi zasadami ruchu.

Organizacja CLASSE, będąca koalicją grup studenckich w czasie strajków, bazowała na luźnej współpracy, horyzontalnych strukturach i braku przywódców3. Uczestnictwo w CLASSE było dla dziesiątek tysięcy studentów okazją, by poznać, jak funkcjonuje demokracja bezpośrednia.

„To nie tylko strajk studentów, to przebudzenie społeczeństwa”

Protesty studentów pociągnęły za sobą dalszą mobilizację. W Montrealu powstały społeczne autonomiczne zgromadzenia dzielnic (Assemblées populaires autonomes de quartier, APAQ). Ideą przewodnią tych działań był rozwój demokracji bezpośredniej na poziomie dzielnic.

Nicolas van Caloen, jeden z organizatorów zgromadzenia mieszkańców montrealskiej dzielnicy Pointe-St-Charles i jeden z twórców projektu „Documentaire Semences” (serii filmów na temat alternatywnych rozwiązań społecznych w Ameryce Łacińskiej4), znał osoby zaangażowane w podobne struktury w Argentynie, utworzone w wyniku kryzysu w 2001 r. Otrzymał od nich dwie rady na temat zgromadzeń. Po pierwsze powinny one być uznane jako struktury stałe i regularne od samego początku. Po drugie powinny sformułować swój cel długofalowy i „większy”, zamiast być tylko odpowiedzią na bieżące wydarzenia. W dzielnicy Pointe-St-Charles organizatorzy zgromadzeń byli zainspirowani wolnościową wizją społeczeństwa. Warto przyjrzeć się temu zjawisku, ponieważ jest to rzadki przykład próby wcielenia w życie demokracji bezpośredniej, która nadal jest bardziej teorią niż praktyką.

W Pointe-St-Charles, ubogiej dzielnicy robotniczej, mającej długą – bo sięgającą końca lat 60. – tradycję mobilizacji społecznych, lokalni anarchiści inicjowali spotkania mieszkańców. Organizatorzy starali się uniknąć koncentracji władzy. Po pierwszych dwóch spotkaniach wprowadzono rotację zadań, takich jak pisanie sprawozdań, planowanie następnego zebrania i prowadzenie zgromadzenia. Łączono w grupy zadaniowe osoby, które miały już wprawę z poprzednich tygodni z tymi, które jeszcze nie miały takiego doświadczenia, aby wprowadzić i nauczyć jak najwięcej osób. Celem organizatorów nie było zrealizowanie konkretnej wizji, lecz stworzenie miejsca, gdzie obywatele mogą się spotkać, by przedstawić, sformułować, przedyskutować i wspólnie zadecydować o własnej wizji. Ten proces sam w sobie i zdolność wspólnego podejmowania decyzji były uważane za urzeczywistnienie celu wolnościowego.

Spotkania w tej dzielnicy trwały do momentu, gdy studenci zdecydowali o zakończeniu strajku. Zgromadzenie miało zamiar wesprzeć pobliską szkołę wyższą w razie protestu, ale po decyzji zaprzestania strajku pomoc okazała się zbyteczna. Według François Genesta z dzielnicy Plateau Mont-Royal koniec mobilizacji w wielu zgromadzeniach był również związany z wyborami, w które część członków ruchu się zaangażowała.

Comiesięczne zebrania w dzielnicy Hochelaga-Maisonneuve nadal się odbywają. W dzielnicy Rosemont-Petite-Patrie na początku na spotkania przychodziło 200 osób. Później grupa wykruszyła się do ok. 20 uczestników. Pierwsze zebrania były poświęcone dyskusjom, a po kilku miesiącach zaczęto organizować comiesięczne warsztaty na tematy polityczne, takie jak mieszkalnictwo, brutalność policji, suwerenność, nacjonalizm. Ponadto mieszkańcy pracują nad organizacją wspólnej kuchni, rodzajem kolektywu kuchennego. Zbiorowe przygotowywanie jedzenia jest dość popularną praktyką, pozwalającą na zaoszczędzenie czasu i pieniędzy. W Montrealu działa ok. 500 takich kuchni. Ten projekt różni się jednak nieco od większości tego typu inicjatyw, ponieważ uczestnicy zdobywają część produktów poprzez odzyskiwanie jedzenia, które byłoby wyrzucone przez sklepikarzy.

Jak (nie) działać

W Pointe-St-Charles ze zróżnicowanej grupy, liczącej na początku 75 osób, na końcu zostali głównie anarchiści. Spadek zaangażowania miał charakter stopniowy. Anna Kruzynski uważa, iż to doświadczenie, następne po ruchu Occupy, pokazuje, że tego typu społeczne przebudzenie służyło jako platforma dla spotkań i dyskusji wśród sąsiadów. Wiele niezwykłych rzeczy wyniknęło z tych zgromadzeń. Jednak jak w każdej zaczątkowej próbie urzeczywistnienia demokracji bezpośredniej, pojawiły się spięcia, gdy uczestnicy próbowali uzgodnić wspólne stanowisko. Dyskusje były długie i czasem nudne, przez co niektórych odstraszyły. Zawsze łatwiej jest zdefiniować to, przeciw czemu jesteśmy, niż sformułować wspólnie rozwiązania.

Nicolas van Caloen z tej samej dzielnicy miał wrażenie, że uczestnicy, skoncentrowani na załatwieniu konkretnych spraw, nie byli zmotywowani, by podjąć dyskusję na temat stworzenia wizji nowego społeczeństwa. Nie zrozumieli procesu, jakim jest demokracja bezpośrednia. Według niego obecny sposób funkcjonowania społeczeństwa kładzie nacisk na szukanie szybkich rozwiązań, natomiast głębsza refleksja na temat zmiany społecznej nie jest postrzegana jako priorytet. Z tego powodu ludzie nie są przyzwyczajeni do uczestniczenia w spotkaniu, gdzie nie ma wcześniej określonych propozycji i rozwiązań i gdzie uczestnicy decydują wspólnie, czym chcą się zajmować, jakie propozycje i rozwiązania rozpatrywać podczas spotkania. W takiej sytuacji mogą czuć się zdezorientowani. Dla niektórych zgromadzenia były zbyt ukierunkowane na proces.

Innym elementem kontekstu kulturowego, mającego wpływ na przebieg zgromadzeń, jest fetyszyzacja ekspertyzy, co może prowadzić do zjawiska autocenzury wśród osób, które nie są pewne swojej wiedzy. Ponieważ w społeczeństwie panuje dominacja intelektualna, jak zauważa van Caloen, demokracja bezpośrednia wymaga emancypacji intelektualnej uczestników i wypracowania przekonania, że każdy może mieć coś wartościowego do dodania, niezależnie od formalnej wiedzy czy doświadczenia. Należy stworzyć bezpieczną przestrzeń, gdzie wszystkie typy opinii są „na miejscu”. Niektóre osoby miały wrażenie, że pomimo zachęty, aby dzielić się swoimi poglądami, ich opinie nie mogą być swobodnie wyrażone, nie czuły się pewnie.

François Genest z dzielnicy Plateau Mont-Royal był od długiego czasu zainteresowany polityką, ale dopiero przy okazji ruchu Occupy i zajęcia przez protestujących placu Victoria 15 października 2011 r., które zostało przerwane przez policję po sześciu tygodniach, zaczął brać udział we wspólnych akcjach. Następnie zorganizowano mniejsze protesty w dzielnicach. Genest zaobserwował, że dzięki udziałowi w akcjach wiele osób zyskało poczucie pewności i wiarę we własne zdolności do podjęcia inicjatywy i organizowania się. Jego zdaniem nie należy oczekiwać ponownej masowej mobilizacji w ramach zgromadzeń dzielnicowych. Ci mieszkańcy, którzy stali się aktywni politycznie, będą raczej angażować się w inne ruchy społeczne i organizacje lub tworzyć nowe.

W dzielnicy Plateau z początkowych ok. 50 osób pod koniec listopada do dzisiaj działa już tylko kilka. François Genest tłumaczy spadek zaangażowania rozczarowaniem ludzi, którzy na początku przyszli pełni zapału, a potem okazało się, że proces podejmowania decyzji w strukturach demokracji bezpośredniej wymaga dużo czasu, cierpliwości i wysłuchania każdego. Jego zdaniem te osoby, które nie miały doświadczenia w ruchach społecznych i organizacjach, zniechęciły się, natomiast ci mający już wcześniej do czynienia z aktywnością publiczną działają nadal. Prawdopodobnie brak szybkich decyzji oraz dyskusje na temat spraw spornych nie spodobały się tym pierwszym.

Szerszy kontekst

Społeczny zryw i próby zainicjowania struktur demokracji bezpośredniej w Montrealu ilustrują ograniczenia wizji systemu zdecentralizowanego. Niekoniecznie należy uznać tę próbę za powód do krytyki całego modelu, lecz raczej jako okazję do uzmysłowienia sobie problemów koniecznych do rozwiązania w przyszłości. Doświadczenie ze zgromadzeń można rozpatrzyć w dwojaki sposób: jako ograniczenia wynikające z dynamiki relacji między uczestnikami zgromadzeń (mogące odzwierciedlać podziały społeczne) lub jako ograniczenia wynikające z bardziej ogólnych zmian charakteryzujących pokolenia ruchów społecznych. Na przykład warto rozważyć dalszy rozwój umiejętności komunikacji i tworzenia atmosfery do dyskusji. Refleksja na temat, w jaki sposób stworzyć kulturę demokracji bezpośredniej w realiach kultury zorientowanej na rezultaty, a nie na proces, jawi się jako główne zadanie ruchów wolnościowych, obywatelskich, lewicowych itp.

Można też analizować doświadczenie zgromadzeń z Montrealu w kontekście sposobu, w jaki działają współczesne ruchy społeczne. W tym świetle wniosek z doświadczeń z Quebecu mógłby brzmieć: centralizacja oraz odgórne i/lub szybkie podejmowanie decyzji nie są taką formą uczestnictwa w życiu politycznym, która odpowiada współczesnym obywatelom. Richard J.F. Day opisuje pokolenia ruchów społecznych, których taktyki ewoluują dzięki wyciągnięciu wniosków z błędów poprzednich pokoleń. Nowoczesne ruchy społeczne nie są zainteresowane hegemonicznymi rozwiązaniami5. Mimo że spotkania na poziomie dzielnic były skoncentrowane na działaniach i decyzjach zapadających wśród zebranych osób, więc nie przypominały sposobu funkcjonowania starszych ruchów, mogły one być zinterpretowane jako działania hegemoniczne. Organizatorzy i aktywiści mają przed sobą trudne zadanie dostosowania formy zgromadzeń lub stworzenia przestrzeni dla partycypacji, które biorą pod uwagę nieufność obywateli wobec organizacji.

„Idziemy powoli, ponieważ zmierzamy daleko” – zapatyści

W roku 2012 można było zaobserwować mobilizację społeczną w różnych miastach Polski. Warto więc zastanowić się nad strategią ruchów społecznych i ich próbami zaktywizowania obywateli w kontekście doświadczeń z innych krajów. Montreal to jeden z ostatnich przykładów, lecz nie jedyny. Spadek aktywności zgromadzeń w Buenos Aires, której erupcja miała miejsce w 2001 r., również może służyć jako lekcja z tego typu eksperymentu, gdzie jednym z problemów był udział partii politycznych i demobilizacja przez interwencję państwa, np. poprzez oferowanie liderom zgromadzeń posad w instytucjach państwowych. Jednak w niektórych dzielnicach rozwinęły się grupy autonomiczne, chcące uniezależnić się od państwa poprzez system barterowy, anektowanie przestrzeni miejskiej na działania społeczne czy zajmowanie pustostanów na cele mieszkalne. W miejscach tych praktykowane są horyzontalne struktury i wspólne podejmowanie decyzji. Według Mariny A. Sitrin tego typu zgrupowania są formą stworzenia i praktykowania władzy, która nie bazuje na posiadaniu wpływu na innych (power over), lecz jest wyrazem potencjału i autonomii społeczeństwa, które są zawarte w relacjach między członkami grup (power with)6.

Przypisy :

  1. Anna Kruzynski, ASSÉ de se faire avoir! Boycotter le Sommet, décision stratégique. http://www.lapointelibertaire.org/node/2143 (17 lutego 2013).
  2. Wywiad Mathiasa Marchala z Renaud Poirier St-Pierre, Dans les coulisses du mouvement étudiant, „Journal Metro”, 19 marca 2013.
  3. Anna Kruzynski, Rachel Sarrasin i Sandra Jeppesen (Collectif de recherche sur l’autonomie collective „CRAC”), It didn’t start with Occupy, and it won’t end with the student strike! The persistence of anti-authoritarian politics in Quebec, „WI: Journal of Mobile Media” (Out of the Mouth of „Casseroles”), Spring issue 2012 (http://wi.mobilities.ca/it-didnt-start-with-occupy-and-it-wont-end-with-the-student-strike-the-persistence-of-anti-authoritarian-politics-in-quebec/).
  4. Można oglądać je na stronie www.documentairesemences.blogspot.com
  5. Day Richard J. F. (2004): From hegemony to affinity: The political logic of the newest social movements, „Cultural Studies” 18(5): 716–748. Day Richard J. F. (2005): Gramsci is Dead: Anarchist Currents in the Newest Social Movements. London: Pluto Press and Toronto: Between the Lines.

W książce Mariny A. Sitrin „Everyday Revolutions: Horizontalism and Autonomy in Argentina” (wydanej w 2012 przez Zed Books) nowa logika organizacji ruchów społecznych bazująca na przykładzie Argentyny jest dogłębnie zanalizowana. Polecam również artykuł po angielsku na temat przyczyn demobilizacji zgromadzeń obywatelskich, zatytułowany „The Fall of the Argentine Assembly Movement”, opublikowany na stronie New Compass.

Niespecjalne traktowanie

Choć szkoły specjalne są częścią polskiej rzeczywistości oświatowej od blisko stu lat, wydają się prawie nieobecne w debacie edukacyjnej.

Niewiele wspomina się o nich nawet gdy pojawia się temat edukacji dzieci niepełnosprawnych, choć ponad 40% uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi uczy się właśnie w tego typu placówkach. Wzmianki o szkołach specjalnych pojawiają się przeważnie dopiero przy okazji omawiania nieprawidłowości w funkcjonowaniu niektórych spośród tych szkół. Wycinkowe traktowanie zagadnienia nie pozwala na ukazanie znaczenia tego typu instytucji i ich dynamiki – zarówno jeśli chodzi o pedagogiczną treść, organizacyjne przeobrażenia, jak i społeczny kontekst funkcjonowania. W szkolnictwie specjalnym – dziś nieco zdewaluowanym w świetle współczesnych trendów pedagogiki specjalnej, promującej integrację i „włączanie” – zachodzą ciekawe procesy. Bynajmniej nie stanowi ono skansenu dawnych praktyk, lecz jest żywym i dynamicznym systemem instytucji, wrażliwym na zjawiska demograficzne, społeczne i edukacyjne.

Punkt wyjścia

Zdecydowana większość (4/5 na poziomie szkoły podstawowej i gimnazjum) uczniów szkół specjalnych uczy się w ośrodkach miejskich. Tak duża rozbieżność wiąże się ze znacznie większą świadomością i możliwościami organizowania tego typu kształcenia w mieście niż na wsi, a także większą liczbą istniejących tu poradni pedagogiczno-psychologicznych, które orzekają o specjalnych potrzebach edukacyjnych.

Zarówno na poziomie szkół podstawowych, jak i gimnazjalnych w szkołach specjalnych istnieje znaczna przewaga chłopców nad dziewczętami. Na poziomie szkół podstawowych istnieje 786 placówek specjalnych (z czego 81% w miastach), w których zdobywa wiedzę 23,8 tys. (40,6%) wszystkich uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi1. Do gimnazjów specjalnych uczęszczało z kolei 28,6 tys. uczniów, i tu widać wyraźną przewagę liczebną chłopców nad dziewczynkami (na 100 chłopców przypada 55 dziewczynek). Tylko co piąta taka szkoła znajduje się na wsi2. Na poziomie ponadgimnazjalnym istnieje 1009 szkół specjalnych (w tym policealnych), z czego 764 dla osób z upośledzeniem umysłowym (75% tego typu szkół), 86 dla uczniów niesłyszących i słabo słyszących (8,5%) oraz 28 dla niewidomych i słabo widzących (2,8%). W przypadku uczniów z upośledzeniem umiarkowanym lub znacznym są to szkoły przysposabiające do pracy (418 szkół). Z kolei dla uczniów niepełnosprawnych w stopniu lekkim przeznaczone są specjalne zasadnicze szkoły zawodowe oraz uzupełniające licea ogólnokształcące3.

Cały czas mowa o uczniach o specjalnych potrzebach edukacyjnych, a nie o niepełnosprawnych. To istotne rozróżnienie, a pojęć tych nie można stosować wymiennie. Specjalne potrzeby edukacyjne są orzekane nie przez powiatowe zespoły orzekania o niepełnosprawności, lecz przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Nie każda niepełnosprawność wiąże się ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, zaś specjalne potrzeby edukacyjne obejmują nie tylko uczniów niepełnosprawnych, lecz także dzieci szczególnie uzdolnione albo nieprzystosowane społecznie.

Z systemem orzekania wiąże się w polskiej praktyce edukacyjnej wiele problemów, z których część ujrzała światło dzienne w ostatnich latach. Chyba najgłośniejsza była sprawa zbyt częstego orzekania o specjalnych potrzebach edukacyjnych wobec dzieci romskich, w efekcie czego w ponadprzeciętnej liczbie trafiały one do placówek specjalnych. W tej grupie etnicznej ów wskaźnik wynosi ponad 20%, co oznacza częstotliwość 9-krotnie większą niż wśród uczniów ogółem. Badacze zidentyfikowali, że obok kwestii środowiskowych oraz zaniedbań we wcześniejszych – przedszkolnych – fazach kształcenia i wychowania źródłem tych różnic jest konstrukcja testów wykorzystywanych przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Bazowały one w dużej mierze na kompetencjach językowych, które u małych dzieci romskich ze zrozumiałych względów statystycznie bywają niskie, jeśli chodzi o rozumienie i artykułowanie myśli w języku polskim. Mimo że na ten trop trafiono już wcześniej, a prasa nagłaśniała problem w październiku 2011 r.4, rok później można było przeczytać, że ministerstwo nie podjęło stosownych kroków w celu uzdrowienia owego mechanizmu5.

Skutki tego zjawiska mogą być dramatyczne przede wszystkim dla dzieci, które wbrew swojemu potencjałowi trafią do szkół specjalnych, gdzie będą mogły przebywać tylko wśród niepełnosprawnych i podlegać metodom kształcenia i socjalizacji przystosowanym do możliwości dzieci niepełnosprawnych. Tym bardziej, że dziś w tego typu placówkach jest coraz mniej uczniów z lekkim stopniem niepełnosprawności, a coraz więcej dzieci głęboko upośledzonych. Do tego dochodzi fakt, że dzieci romskie i ludność romska ogółem są szczególnie zagrożeni marginalizacją i życiem w swoistej izolacji względem reszty społeczeństwa. Ogranicza to szanse awansu społecznego młodego pokolenia, a także przełamania negatywnych stereotypów dotyczących tej grupy etnicznej – byłoby to łatwiejsze, gdyby dzieci z tej mniejszości powszechniej korzystały ze szkół masowych, względnie z klas integracyjnych.

Nie oznacza to bynajmniej, że szkoły specjalne, jako segregacyjny segment kształcenia, są z zasady gorsze czy tracą rację bytu. Wręcz przeciwnie, są dzieci, których stopień i rodzaj niepełnosprawności w sposób naturalny predestynuje do nauki w szkołach specjalnych, a wręcz w ramach kształcenia indywidualnego. Chodzi głównie o dzieci z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i znacznym, a także o te z niepełnosprawnościami sprzężonymi. To one stanowią dziś główny rdzeń młodzieży uczącej się w szkołach specjalnych, podczas gdy dzieci o lżejszych niepełnosprawnościach przechodzą do innych placówek. Trend ku promocji integracji i włączenia edukacyjnego nie jest wyłącznie polską specyfiką. Materiały dostępne w Europejskiej Agencji na rzecz Rozwoju w zakresie Specjalnych Potrzeb Edukacyjnych6 w większości poświęcone są koncepcji edukacji włączającej (inclusive education) i temu, na ile jest realizowana w poszczególnych krajach.

Jak było kiedyś

W Polsce wizja kształcenia dzieci niepełnosprawnych z pełnosprawnymi rówieśnikami była znana już w latach 70., gdy koncepcja ta nabierała popularności także na Zachodzie. Mimo to system kształcenia dzieci niepełnosprawnych był w okresie PRL-owskim prawie w całości segregacyjny, oparty na placówkach specjalnych. „Prawie”, gdyż – jak wskazuje Zenon Gajdzica – dzieci niepełnosprawne zawsze były obecne w polskich szkołach masowych, z tym że dawniej jednak ich kształcenie nie wiązało się z instytucjonalnie gwarantowaną specjalną pomocą oraz nie było normowane aktami prawnymi regulującymi funkcjonowanie klas integracyjnych. Zapewne nie najlepsza sytuacja tej grupy uczniów w szkołach powszechnych była jednym z ważnych czynników rozwoju szkolnictwa segregacyjnego7.

Choć edukacja niepełnosprawnych w okresie PRL opierała się na szkołach specjalnych, system nie zawsze dawał sobie radę nie tylko z modernizacją adekwatną do doskonalonych udogodnień technicznych i rozwijanych koncepcji pedagogicznych, ale również z zapewnieniem minimalnych standardów funkcjonowania. Tak było m.in. w szkole w Łbiskach pod Piasecznem, która w połowie lat 80. znalazła się w opłakanym stanie. Ówcześnie tego typu placówka była czymś incydentalnym na edukacyjnej mapie Polski, zaczęto więc kierować tu dzieci o głębszej niepełnosprawności intelektualnej, także z dalekich stron, zwłaszcza że obok funkcjonował internat.

Zatrudnione tam nauczycielki postanowiły powołać Społeczny Komitet Budowy Szkoły, mający na celu stworzenie nowoczesnej, większej placówki, w której można byłoby kontynuować pracę i misję w godziwych warunkach. Jak czytamy w dokumencie z 1985 r.: Wybudowanie nowej szkoły jest sprawą konieczną. Obecna szkoła mieści się w drewnianym, poniemieckim baraku, gdzie w okresie zimowym temperatura spada do zera stopni. Pękające tynki i nadpróchniałe stropy stanowią zagrożenie dla przebywających tam dzieci. Ostatecznie nauczycielkom udało się z czasem – dzięki dużej determinacji własnej, a także wsparciu „Teleexpressu” – pozyskać fundusze na przebudowę i rozbudowę szkoły, która istnieje do dziś, obecnie jako zespół szkół z internatem.

Z cytowanej odezwy wynikało ponadto, że w Polsce placówek specjalnych jest jak na lekarstwo, a w przypadku wielu dzieci upośledzonych obowiązek szkolny odracza się ze względu na brak miejsc. PRL-owska architektura bezpieczeństwa socjalnego była, można rzec, grubo ciosana – zapewniając względną stabilność szerokim grupom, pomijała specyfikę sytuacji rodzin o szczególnych potrzebach.

Niepokojące tendencje i nieusuwalne dylematy

Osobne szkolnictwo specjalne, mimo pewnych zalet, ma także ten mankament, że swoich adresatów sytuuje poza powszechnym systemem. W związku z tym problemy i potrzeby uczniów i nauczycieli z tego segmentu trafiają do publicznej świadomości zwykle z dużym opóźnieniem, w ograniczonym zakresie, a niekiedy wcale.

W 1989 r. powstało pierwsze przedszkole integracyjne przy rehabilitacyjnej placówce zdrowotnej. Jednak rozwój kształcenia integracyjnego i włączającego następował w Polsce bardzo powoli i przyspieszeniu uległ dopiero w XXI wieku. Jeszcze w roku szkolnym 1999/2000 aż 80% dzieci z niepełnosprawnością uczyło się w szkołach lub klasach specjalnych, ale już w roku szkolnym 2006/2007 do szkół specjalnych uczęszczało 44,6% dzieci z niepełnosprawnością, 19,5% chodziło do szkół i klas integracyjnych, a 35% do ogólnodostępnych8. Dynamika zmian w tym okresie jest znacząca i prowadziła w kierunku coraz większego udziału kształcenia integracyjnego i włączającego. Zmiany ilościowe, zgodne z dominującymi dziś poglądami na temat nauki dzieci niepełnosprawnych, pozostawiają jednak w Polsce wiele do życzenia, jeśli chodzi o jakość. Pojawiają się wręcz głosy, że integracja to mit, a system pod wieloma względami nie jest przygotowany na wspólne kształcenie dzieci niepełnosprawnych i pełnosprawnych.

Problemy zaczynają się już na poziomie finansowania. Teoretycznie z budżetu przydzielone są niemałe środki na dostosowanie warunków kształcenia do specjalnych potrzeb edukacyjnych dziecka. W zależności od rodzaju niepełnosprawności na dane dziecko przyznawana jest podwyższona waga przeliczeniowa z oświatowej części subwencji ogólnej, która np. w przypadku dzieci autystycznych wynosi aż 9,5 jednostek. Okazuje się jednak, że bardzo często środki te nie trafiają w miejsce, gdzie dziecko pobiera naukę. Samorządy mają bowiem pełną dowolność w dysponowaniu środkami przydzielonymi im na takich uczniów, więc często przeznaczają pieniądze na inne cele, np. na premie dla nauczycieli czy remont szkoły. W obliczu trudności z dopięciem gminnych budżetów i konieczności wywiązania się ze swoich zadań w sferze oświaty lokalne władze nieraz ulegają pokusie sięgnięcia po zasoby z puli przygotowanej na dostosowanie warunków do potrzeb kształcenia dziecka niepełnosprawnego. W ostatnim czasie ujawniono tego typu praktyki choćby we Wrocławiu9. Również dyrekcje szkół nie zawsze właściwie spożytkowują takie środki. Wielu rodziców nie ma dostatecznej wiedzy na temat praw przysługujących ich dzieciom albo siły przebicia i wytrwałości, by walczyć o ich respektowanie.

Wprawdzie oferta kształcenia dzieci niepełnosprawnych jest we współczesnych szkołach specjalnych znacznie szersza, a baza lokalowa stabilniejsza, jednak niepewność pracy – zwłaszcza w obliczu polityki cięć oświatowych – wciąż stanowi zagrożenie dla nauczycieli pracujących w tym obszarze. Na horyzoncie czają się w dodatku proponowane przez samorządowców zmiany prawne, które mogą skutkować redukcją zatrudnienia wszelkiej maści nauczycieli „nie-tablicowych”, a wspomagających proces kształcenia w wymiarze opiekuńczym i wychowawczym (logopedów, pedagogów etc.). W przypadku edukacji dzieci niepełnosprawnych tego typu kadry są niezbędne, aby proces edukacyjny przebiegał prawidłowo. W razie problemów wychowawczych czy zdrowotnych dziecka pedagog i psycholog nie tylko pomagają złagodzić trudną sytuację w szkole, ale również działają poza murami szkolnymi, kontaktując się z rodzicami, instytucjami pomocy społecznej i centrami pomocy rodzinie. Właściwa opieka nad dzieckiem niepełnosprawnym musi włączać także środowisko życia dziecka i inne podmioty pomagające rodzinie dziecka z niepełnosprawnością. Sami nauczyciele nie udźwigną wyzwań stojących przed kształceniem dzieci o specjalnych potrzebach.

Opieka nad dziećmi głęboko niepełnosprawnymi wiąże się z ponadprzeciętną skalą rozmaitych wyzwań. Dzieci te mają znacznie mniejsze szanse dożycia pełnoletniości, choć dziś i tak czas trwania życia tych osób jest dłuższy niż dawniej. Trauma związana ze śmiercią dziecka jest wpisana w życie rodziców osób niepełnosprawnych umysłowo. Z drugiej strony wielu rodziców boi się, że odejdzie wcześniej niż ich dzieci, którym wówczas może zabraknąć fachowej opieki. Jedna z matek, której niepełnosprawny syn uczy się w szkole specjalnej, powiedziała mi kiedyś, że marzy o tym, by przeżyć choć o jeden dzień własne dziecko, bowiem nie sądzi, by w jakiejś całodobowej instytucji mogło ono znaleźć odpowiednią opiekę. Ten przykład ilustruje, z jak odmiennymi dylematami i troskami mierzą się rodzice dzieci niepełnosprawnych.

Również doświadczenie nauczycieli w szkołach specjalnych jest całkowicie odmienne od tych, którzy pracują tylko z młodzieżą pełnosprawną. Ci pierwsi mają znacznie mniejsze szanse, że spotkają po latach swych dawnych wychowanków, którzy założyli rodziny, nieźle sobie radzą, odnieśli różne sukcesy itp. Niemałą część absolwentów tych szkół czeka przyszłość krótka albo szara. Czas, który spędzą w szkole, będzie jedynym okresem, gdy ktoś poświęcił swoją uwagę i energię, by wspierać ich rozwój. Jest coś imponującego w tym, że nauczycielki w placówkach specjalnych – mimo owych skromnych perspektyw – podejmują się tej pracy. A także współpracy z rodzicami, co w wielu przypadkach też nie jest łatwe. Zwłaszcza że ludzie ci, żyjąc w polskich realiach, zazwyczaj nie są przygotowani na niepełnosprawność swojego dziecka, podobnie jak dalsze otoczenie, które nierzadko odsuwa się, zamiast udzielić wsparcia.

Część rodziców nie jest w stanie udźwignąć ciężaru sytuacji, a możliwość skierowania dziecka do szkoły z internatem traktuje jak wybawienie. Wówczas dzieci te, szczególnie narażone na deficyt ciepła i zainteresowania, wymagają szczególnej troski ze strony pedagogicznej kadry, której zadania wykraczają poza obowiązki socjalizacyjno-dydaktyczne, a siłą rzeczy powinny mieć wymiar opiekuńczy.

Coraz mniej bezpiecznie

Praca z dziećmi zwykle bywa eksploatująca. Tym, co sprawia, że bywa ona tak trudna, jest szczególnie silny element niepewności i nieprzewidywalności. W przypadku dzieci niepełnosprawnych intelektualnie owa nieprzewidywalność często jest spotęgowana. Do tego dochodzi kwestia bezpieczeństwa. Niektóre trafiające do szkoły osoby z zaburzeniami psychicznymi (co w obliczu likwidowania placówek psychiatrycznych bywa coraz częstsze) stanowią zagrożenie dla siebie, innych uczniów oraz samych pedagogów, którzy nie mają często siły ani instrumentów, by temu zagrożeniu przeciwdziałać.

Sporo mówi się w debacie publicznej o obniżającym się z roku na rok poziomie bezpieczeństwa w szkołach masowych, mało się natomiast wie i mówi o braku bezpieczeństwa w szkołach specjalnych. Tu zagrożenia mają zgoła odmienny charakter niż w szkołach masowych. Nie ma przemocy świadomej, systematycznej, ale za to, nie tylko okazjonalnie, pojawia się przemoc spontaniczna, nieoczekiwana, którą trudno okiełznać.

Nauczycielki, z którymi rozmawiałem, wskazywały, że młodzież, którą przyszło im uczyć i wychowywać, jest coraz trudniejsza. Część dzieci, łatwiejszych we współpracy, które jeszcze kilkanaście lat temu trafiały zazwyczaj do szkół specjalnych, dziś w związku z rosnącymi możliwościami kształcenia w formule integracyjnej i zmianą oczekiwań ze strony wielu rodziców przechodzi do placówek innego typu. Z drugiej strony trafiają tu w większym stopniu dzieci upośledzone głęboko, które niegdyś częściej znajdowały się poza systemem edukacyjnym, w domach lub placówkach opiekuńczych.

Owe przesunięcia wywołane ogólniejszymi przekształceniami strukturalnymi i mentalnymi, jakie zaszły w sektorze edukacji i opieki, sprawiają, że przekrój dzieci i młodzieży, z którymi muszą pracować nauczyciele szkół specjalnych, jest dziś zupełnie inny. Praca z nimi wymaga zastosowania innych metod, a także otoczenia szerszą siecią wsparcia ze strony specjalistów. Czy decydenci mają tego świadomość, a programy kształcenia oraz środki przeznaczone na dostosowanie szkół do nowych realiów idą wystarczająco szybko za zmieniającymi się uwarunkowaniami? Wszystko wskazuje na to, że nie do końca.

Trudna sytuacja szkół i… rodziców

Choć pod pewnymi względami funkcjonowanie tego segmentu oświaty nie nadąża za koniecznymi zmianami, nie można powiedzieć, że zupełnie się nie zmienia. Miałem okazję odwiedzić jedną z placówek tego typu. Obok sal, gdzie odbywają się zajęcia ogólnorozwojowe z zakresu plastyki czy muzyki, w szkole istnieje szereg gabinetów ściśle ukierunkowanych na rozwój i rewalidację osób niepełnosprawnych, z nowoczesną aparaturą i pracownikami przygotowanymi do jej obsługi. Praktykowane są takie formy terapii jak choćby biofeedback – metoda treningowa umożliwiająca harmonizowanie czynności fal mózgowych na zasadzie bioregulacji i samouczenia się mózgu. Część tych działań, jak np. integracja sensoryczna, nie wymaga drogiego, specjalistycznego sprzętu, lecz odpowiedniego zorganizowania przestrzeni oraz kompetentnego i życzliwego nauczyciela.

Oprócz tego powstają w szkołach specjalnych także zespoły rewalidacyjno-rehabilitacyjne. Jak czytamy na jednym z portali edukacyjnych: Istotna zmiana sytuacji osób niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu głębokim nastąpiła stosunkowo niedawno, bo 30 stycznia 1997 roku, kiedy to w życie weszło Rozporządzenie MEN w sprawie organizacji zajęć rewalidacyjno-wychowawczych. Fakt ten stanowił realizację prawa osób niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu głębokim do edukacji. Przez wiele lat osoby głęboko upośledzone pozostawały poza zakresem zainteresowania władz oświatowych, zajmował się nimi resort zdrowia i opieki społecznej, a oferowana pomoc sprowadzała się najczęściej do zapewnienia pobytu w domu opieki społecznej10.

Są to oddziały liczące zwykle do czterech osób, przeznaczone dla uczniów szczególnie głęboko upośledzonych. Upowszechnienie tego typu zespołów w ramach placówek szkolnych (a także wiedzy o nich) postrzegam jako szansę na odciążenie części rodziców, którzy współcześnie oddają się całodobowej opiece nad swymi dziećmi, wymagającymi specjalnej troski. Dziś, nie mogąc opłacić odpowiedniej opieki, są oni często zmuszeni zrezygnować z pracy, a w zamian dostają zaledwie 620 zł świadczenia pielęgnacyjnego. Jeśli nikt inny w rodzinie nie pracuje, np. gdy mamy do czynienia z rodziną monoparentalną (zazwyczaj jest to samotna matka z dzieckiem), owo niewysokie świadczenie uzupełnione o również niewielkie kwoty przysługujące bezpośrednio na niepełnosprawne dziecko staje się niekiedy jedynym środkiem utrzymania. W praktyce oznacza to nędzę i wykluczenie.

Część rodziców doświadczających tego zorganizowała się, by walczyć o zmianę polityki, wysyłając petycje do różnych organów i organizując protesty. Na pierwszy plan wysunęły się postulaty socjalno-bytowe, jako najbardziej pilne do uregulowania i dotyczące szerokiej grupy opiekunów, niezależnie od rodzaju niepełnosprawności dziecka. Z nastrojów w ruchu, z którym współpracuję, i z wypowiedzi niektórych jego przedstawicieli wnioskuję, iż prędzej czy później kwestia kształcenia i rehabilitacji dzieci głęboko niepełnosprawnych zostanie również podjęta przez Ruch Rodzin Osób Niepełnosprawnych.

Integracja o motylich skrzydłach

Niezależnie od tego, czy dany uczeń trafi do szkoły specjalnej, klasy integracyjnej czy też do ogólnodostępnej – nie powinno to przesądzać o jego prawie do integracji z otoczeniem społecznym. Istnieją sposoby na objęcie integracją także tych dzieci, którym przyszło uczyć się w systemie segregacyjnym.

We wspomnianej placówce w Łbiskach owa integracja organizowana jest w sposób usystematyzowany od września 2011 r., wspólnie przez szkołę oraz Polską Fundację Sportu i Kultury. Polega ona m.in. na warsztatach artystycznych, przygotowywaniu mikołajek i spotkań bożonarodzeniowych. Miałem okazję uczestniczyć w zajęciach plastycznych. Polegało to na tym, że grupa uczniów z Fundacji została zaproszona do wspólnego malowania motyli z uczniami szkoły specjalnej. Motyle były najpierw odrysowywane według odpowiedniego szablonu, a następnie malowane wedle tego, co dyktowała wyobraźnia i wyczucie uczestników. Najbardziej okazałe motyle miały potem zostać przeniesione na jedną ze szkolnych ścian. Młodzież pracując w zespole, wzajemnie się poznawała i stopniowo integrowała. Aby jednak tego typu działania miały szanse przynieść trwalszy efekt, z pewnością nie wystarczy jednorazowe spotkanie. Warto też pamiętać o kilku elementach, które pod wpływem poczynionej obserwacji wypunktowałem:

  1. Dzieci pełnosprawne i niepełnosprawne powinny być wymieszane i angażowane do tych samych, wspólnych zadań.
  2. Pożądane byłyby zadania zespołowe, wykonywane w małych grupach (duże mogą nie sprzyjać bardziej personalnym relacjom). Nie powinny być też to zadania zbyt trudne, lecz takie, żeby każdy mógł je z grubsza wykonać i nikt nie czuł się gorszy.
  3. Dobrze byłoby, gdyby liczba dzieci z dwóch szkół była w miarę symetryczna, aby każdy mógł uczestniczyć w bezpośredniej integracji z przedstawicielem drugiej placówki.
  4. Spotkania powinny odbywać się co najmniej kilka razy – wówczas pojawia się szansa na stworzenie nieco trwalszej więzi między jednostkami.
  5. Ważna wydaje się integracja nie tyle w czasie pracy (tj. w przypadku dzieci – w trakcie nauki), lecz w czasie wolnym, a więc np. gdy dzieci jedzą razem posiłki lub oddają się rozrywce.

W polskim dyskursie integrację edukacyjną często sprowadza się do klas i szkół integracyjnych. Tymczasem można i trzeba ją widzieć nie jako jedną z opcji kształcenia niepełnosprawnych, ale jako ogólniejszą koncepcję, która może być realizowana w różnych formach organizacyjnych. Tak też postrzega się to często w literaturze zachodniej, podczas gdy w Polsce dominuje węższe rozumienie tego pojęcia, co ma swoje niekorzystne skutki praktyczne. Jak zauważa Anna Firkowska-Mankiewicz: Koncentrując się na ocenach zagrożeń płynących z integracyjnego kształcenia, polscy pedagodzy specjalni zaniedbują rozwój teorii integracji i – tworzonej na jej bazie – metodyki integracyjnego kształcenia […]. Z kolei barierą w rozwoju rozwiązań metodycznych dla klas integracyjnych jest niskie zainteresowanie naszych pedagogów specjalnych orientacjami dydaktycznymi, które za punkt wyjścia przyjmują heterogeniczne grupy uczniów […]. Polska metodyka kształcenia specjalnego nadal skoncentrowana jest na poszczególnych typach niepełnosprawności. Warto przy tym zwrócić uwagę, że koncentracja taka stanowi barierę dla podnoszenia efektywności kształcenia w szkołach specjalnych, w których klasy szkolne są coraz mniej jednorodne pod względem rodzaju i stopnia niepełnosprawności. Widać, że takie a nie inne podejście do integracji uderza nie tylko w to, co odbywa się w systemie integracyjnym, ale także w omawiane tu szkoły specjalne.

Marginalizacja i jej źródła

Nie będąc pedagogiem specjalnym, dostrzegam też jeszcze jedno zjawisko. O ile w szeroko dostępnej literaturze znacząco częściej pojawiają się pozycje z zakresu metodyki kształcenia uczniów z danym typem niepełnosprawności niż te odnoszące się do edukacji w niejednorodnej grupie uczniów, o tyle w materiałach na temat sytuacji w polityce edukacyjnej wobec niepełnosprawnych i kierunków jej zmian jest odwrotnie. Często można znaleźć teksty na temat sensu edukacji integracyjnej i włączającej, potrzeby jej wprowadzenia i barier skutecznej realizacji, zaś materiały na temat funkcjonowania szkół specjalnych i polityki reform w tym zakresie są nader skromne.

Dotyczy to nie tylko pozycji książkowych, ale także wiedzy dostępnej w Internecie, w tym tej generowanej przez inicjatywy działające na rzecz poprawy ogólnej sytuacji uczniów niepełnosprawnych. Istnieje np. portal „ABCD edukacji włączającej”, ale próżno szukać analogicznej platformy poświęconej edukacji w placówkach specjalnych. Również edukacja integracyjna cieszy się większym zainteresowaniem, mimo że jej obecny stan realizacji pozostawia wiele do życzenia (nie tyle w sensie ilościowym, co jakościowym). Pojawiają się artykuły w internecie i na papierze na temat potrzeby integracji. Powstają też ekspertyzy oraz organizowane są spotkania. Także wielce zasłużona dla walki o zmianę systemową, jeśli chodzi o kształcenie niepełnosprawnych, inicjatywa pod nazwą „Wszystko jasne”, z ramienia której powstała przed dwoma laty społeczna instytucja ucznia niepełnosprawnego, poświęca tym, którzy pozostali w systemie specjalnym, bardzo niewiele uwagi w porównaniu z tymi, którzy próbują swoich sił w szkołach ogólnodostępnych. Wśród tych ostatnich porażka integracji w szkołach masowych skutkuje nieraz wykluczeniem szkolnym i trafieniem do segmentu segregacyjnego. Proces ten zasadniczo przebiega w jednym kierunku.

Pominięcie w dyskursie edukacyjnym praw uczniów uczęszczających do szkół specjalnych może mieć według mnie trzy zasadnicze źródła. Pierwsze – na swój sposób pozytywne – wynika z założenia, że szkoły specjalne realizują swoją misję prawidłowo w odróżnieniu od form integracyjnych, w których zachodzi wiele nieprawidłowości i zjawisk dalekich od założeń modelowych. Jeśli więc tam jest relatywnie dobrze, a tu źle, zajmijmy się gorzej działającą częścią systemu. Z takim stanowiskiem spotkałem się w rozmowach z niejednym komentatorem rzeczywistości oświatowej.

Drugie – już mniej pozytywne – wiąże się z przekonaniem, że przyszłość należy do edukacji integracyjnej i włączającej. To jest kierunek naszych dążeń, więc zostawmy na boku sprawy szkół specjalnych i zajmijmy się działaniami na rzecz dostosowania szkół masowych do przyjęcia niepełnosprawnych uczniów. Takie podejście klasyfikuje szkoły specjalne jako mało znaczące.

Trzecie źródło to fakt, iż szkolnictwo specjalne działa poza głównym nurtem i polem widzenia reszty społeczeństwa i decydentów. Szkoły tego typu są bytami wyizolowanymi. O ich problemach, znaczeniu i osiągnięciach wiedzą z reguły – poza badaczami – jedynie rodzice, którzy posyłają tam dzieci, oraz kadra pedagogiczna tych szkół. Informacje na ten temat z rzadka przedostają się do głównego nurtu.

Wyłączeni z myślenia o włączeniu

Rekonstrukcja źródeł marginalizacji segmentu szkolnictwa specjalnego w debacie edukacyjnej czyni owe zjawisko poniekąd zrozumiałym, tym niemniej nie powinniśmy przystawać na ów szkodliwy status quo. Po pierwsze prowadzi to do deprecjacji doświadczeń i wysiłków wielu osób wykonujących wspaniałą i pożyteczną, a bardzo ciężką pracę. Po drugie pomijanie szkolnictwa specjalnego utrudnia reagowanie w porę na strukturalne problemy tego sektora. W efekcie narastają one poza sferą tego, co publicznie widzialne, i mogą przynieść bolesne skutki. Należy zatem przywrócić obecność szkół specjalnych w myśleniu o polityce edukacyjnej wobec niepełnosprawnych, a z czasem polityce edukacyjnej jako takiej, jednocześnie uprawomocniając segment szkół specjalnych jako integralny i potrzebny element systemu oświaty w Polsce.

Nie wiem, czy w kręgach politycznych i eksperckich występuje wystarczająca świadomość tego zagadnienia. Skądinąd inspirujący i wartościowy raport Rzecznika Praw Obywatelskich z 2012 r. niemal pomija specyfikę problemów w edukacji dzieci uczących się w szkołach specjalnych. Główna uwaga skupiona jest na edukacji włączającej i integracyjnej (traktowanej tu jako rozwiązanie połowiczne i niepozbawione wad). Szkolnictwo specjalne jest na kartach raportu niemal niewidoczne, jakby nie istniało. Podobnie słabo obecna jest specyfika potrzeb dzieci, które stanowią głównych jego adresatów – tych z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu znacznym i umiarkowanym oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi. Być może owo pominięcie – jak sądzę nie intencjonalne, ale i nieprzypadkowe – wynika z faktu, że tę kategorię bardzo trudno wpisać w model społeczny (włączający) edukacji niepełnosprawnych, który jest bliski autorom opracowania. Jednak gdy programowo mówimy o równych prawach czy o integracji i włączeniu, powinniśmy być szczególnie wyczuleni na choćby nieumyślne wykluczenie i tworzenie segregacji w naszych myśleniu (w tym przypadku segregacji między uczniami uczęszczającymi do różnych typów szkół).

Ślimak z czterolistną koniczynką

Innym powodem niefortunnego pominięcia uczniów szkół specjalnych może być to, że koncepcja równych praw, z uwzględnieniem także dzieci najciężej upośledzonych, może wydawać się na pierwszy rzut oka nieco karkołomną konstrukcją do pomyślenia, a tym bardziej do zrealizowania.

Czy możemy mówić o dążeniu do równosci praw uczniów otrzymujących ze względu na stopień niepełnosprawnosci opiekę w zespołach rehabilitacyjno-rewalidacyjnych i pełnosprawnych uczniów ze zwykłych szkół? Otóż możemy, pod warunkiem, że za Tomaszem Garstką przyjmiemy prostą tezę, iż równo nie musi znaczyć to samo. W omawianym kontekście równość nie oznaczałaby tylko wymieszania wszystkich ze sobą i poddania oddziaływaniu tego samego programu szkolnego, ale zagwarantowanie każdemu szans rozwoju i opieki optymalnych w kontekście jego potrzeb i możliwości. Wówczas to, że poszczególne dzieci będą odbywać edukację w innego typu placówkach i na innych zasadach, nie kłóci się z ideą równości praw.

Szkoła w Łbiskach za swoje logo przyjęła wizerunek ślimaka trzymającego w pyszczku czterolistną koniczynę. Na stronie internetowej placówki jej pracownicy napisali o nim: symbolizuje on nasze podejście do ucznia – każdy może osiągnąć sukces na miarę swoich możliwości i w swoim własnym tempie.

Przypisy:

  1. GUS, Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2011/2012.
  2. Ibid.
  3. Ibid.
  4. Zob.: http://wyborcza.pl/1,76842,10543315,Romskie_dzieci_bezpodstawnie_wysylane_do_szkol_specjalnych.html
  5. Zob.: http://www.rp.pl/artykul/958656.html
  6. Zob.: http://www.european-agency.org/
  7. Zob.: Z. Gajdzica, Sytuacje trudne w opinii nauczycieli klas integracyjnej uczniów niepełnosprawnych, Kraków-Katowice 2011, s. 84.
  8. GUS, cyt. za: Anna Firkowska-Mankiewicz, Grzegorz Szumski, Pedagogika specjalna i system kształcenia osób z niepełnosprawnościami w Polsce, w: Deborah Deutsch Smith, Pedagogika specjalna, Warszawa 2009.
  9. Zob.: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,12497374,
    Na_co_we_Wroclawiu_ida_pieniadze_dla_autystycznych.html
  10. Zob.: http://www.edukacja.edux.pl/p-1806-zajecia-rewalidacyjnowychowawcze.php

Katolickie, więc społeczne

Dzieła realizujące Katolicką Naukę Społeczną są tyleż ważne, co niewidoczne w przestrzeni publicznej. Często nie otrzymują również należytego wsparcia ze strony ustawodawców, mediów, biznesu, a także członków i pasterzy samego Kościoła. A szkoda – refleksja nad postulatami i praktycznym dorobkiem takich inicjatyw pomogłaby nam znaleźć rozwiązanie przynajmniej niektórych bolączek społecznych.

Trzy drogi w jedno miejsce

Jadąc od Zambrowa w stronę Łomży, z drogi międzymiastowej należy skręcić w lewo. Po pokonaniu krótkiej trasy wśród gęstego, iglastego lasu docieramy do Czerwonego Boru. Mieszka tu znacznie ponad tysiąc osób. A precyzyjniej: ponad tysiąc więźniów. To jeden z największych zakładów karnych w kraju. Oprócz więzienia znaleźć można w Czerwonym Borze tylko jedno gospodarstwo – „Przystanek w Drodze”, czyli dom dla byłych więźniów i osób bezdomnych, działający pod auspicjami łomżyńskiego Caritasu. Wita nas jego gospodarz, ksiądz Adam Jabłoński, niespełna czterdziestoletni, energiczny kapłan o potarganej fryzurze.

Zupełnie inaczej wygląda droga do siedziby Fundacji Archidiecezji Warszawskiej „Nadzieja”, wspierającej osoby trwale bezrobotne, utalentowaną młodzież i rodziny w wyjątkowo trudnej sytuacji materialnej. Wchodząc do reprezentacyjnego budynku Domu Katolickiego Roma, w samym centrum Warszawy, przy ulicy Nowogrodzkiej, spodziewam się wielu pokojów i sztabu personelu. Nic bardziej mylnego. Fundacja mieści się w maleńkim pokoiku z dwoma biurkami. Oprócz jej prezesa, Jana Kabicza, na stałe pracuje tu tylko jedna osoba.

Aby zaś odwiedzić mieszczącą się na peryferiach Lublina wspólnotę „Emaus”, z centrum miasta najlepiej wziąć taksówkę. Autobus dojeżdżający do Krężnicy Jarej kursuje bowiem średnio raz na godzinę, a z końcowego przystanku do siedziby wspólnoty trzeba jeszcze dojść 2,5 kilometra. Gości mnie twórca tego miejsca, Zbyszek Drążkowski, ponad pięćdziesięcioletni Kaszub o niemałej charyzmie. Moim przewodnikiem będzie zaś dwudziestoletni, choć wyglądający na starszego, Bartek Mitura, nieco hipstersko ubrany i brodaty chłopak. Od szesnastego roku życia uzależniony od alkoholu i narkotyków.

Wszystkie trzy inicjatywy łączy jedno: zakorzenienie w Ewangelii i Katolickiej Nauce Społecznej. Realizować postulaty tej ostatniej nie jest dziś jednak lekko.

Budując na kartoflisku

Wszystko zaczęło się w 1989 roku, gdy Zbigniew Drążkowski, mający już wtedy działkę w Krężnicy Jarej, gościł pochodzących ze Szwajcarii Jacqueline i Frédèrica. Gdy usłyszeli, że za 40 arów ziemi trzeba zapłacić zaledwie 400 dolarów, uznali, że to dobry moment, by coś razem zrobić. Z kapeluszem w ręku uzbierali wśród szwajcarskich znajomych Jacqueline kilka tysięcy dolarów. To wtedy powstała Fundacja „Między nami”, pierwszy etap tworzenia wspólnoty.

Za te pieniądze Drążkowski kupił cztery hektary ziemi, na których znajdowało się zwykłe kartoflisko. Dzięki sponsorom, którzy podarowali głównie materiały i użyczyli maszyn, w lipcu 1990 r. stała już pierwsza kondygnacja domu. Był to początek wielkich projektów.

Najpierw, we współpracy z „Lekarzami bez granic”, powstały zajęciowe pracownie terapeutyczne dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, przekształcone później w warsztat terapii zajęciowej, w którym dziś uczestniczy 36 osób, tworząc bajecznie piękną ceramikę, ręcznie malowane, drewniane zabawki, poduszki, dywany, bombki i wiele innych małych dzieł sztuki. Już wcześniej Drążkowski miał styczność ze wspólnotami „Arki” Jeana Vaniera i ruchem „Światło-Życie”. Jednak strzałem w dziesiątkę okazało się dla niego dopiero dzieło legendarnego Abbé Pierre’a, francuskiego księdza, twórcy międzynarodowego ruchu „Emmaus”.

– Moja sąsiadka z Lublina, która dobrze znała Francję, napisała list do Emmaus, w którym podzieliła się swoim marzeniem, by również w Polsce zaczęła działać ta wspólnota – wspomina Drążkowski. Po jakimś czasie zadzwoniła do niego przerażona: „Zbyszek, ratuj, przyjeżdża tu ktoś z Emmaus i nie wiem, co mam robić”. Przyjechał Stephan Drechsler, wiceprzewodniczący ruchu i bliski współpracownik Abbé Pierre’a, zapraszając Drążkowskiego na walne zebranie organizacji. W Polsce wszyscy mi mówili, że tak się nie da, że to nierealne, a tam spotkałem mnóstwo ludzi, którzy myśleli jak ja, zobaczyłem, że to działa w wielu krajach. Okazało się, że cele, jakie stawiał sobie Drążkowski, są zbieżne z ideami „Emmaus”. A wsparcie międzynarodowego ruchu było nie do przecenienia dla małej wspólnoty spod Lublina.

Głównym źródłem finansowania wszystkich wspólnot ruchu na świecie jest zbiórka i sprzedaż rzeczy używanych: mebli, naczyń, książek, ubrań, sprzętów gospodarstwa domowego i wielu innych. Na potrzeby pierwszej wspólnoty w krajach Europy środkowo-wschodniej zorganizowano tak zwaną sprzedaż wyjątkową. Dzięki wsparciu trzydziestu wspólnot z całego kontynentu grupa w Kolonii zebrała 120 tys. marek niemieckich i sporo sprzętu, który trafił do sprzedaży w sklepie błyskawicznie utworzonym w Lublinie. Do dziś około połowa przedmiotów sprzedawanych w dwóch sklepach wspólnoty przyjeżdża do Polski TIR-ami na zachodnich rejestracjach.

Rozrastającej się wspólnocie, dziś liczącej 30 osób żyjących w trzech domach, potrzebne było jednak dodatkowe źródło utrzymania. Początkowo powstał jedynie niewielki warsztat, w którym remontowano niektóre meble, by móc je sprzedać drożej. – Po jakimś czasie zaczęło to żyć własnym życiem – wspomina Drążkowski. Dziś we wspólnocie działają stolarnia, tartak, warsztat spawalniczo-ślusarski i betoniarnia, oferujące najróżniejsze elementy małej architektury – wiaty przystankowe, kosze na śmieci, meble ogrodowe czy bramy i ogrodzenia. Łatwo jednak nie jest. Drążkowski mówi otwarcie: Cały czas jesteśmy na styk. Zarabiamy od 1 do 29, na dwa dni w miesiącu nie starcza. Pod koniec roku daje to już miesiąc.

Z chmur na ziemię

Dużo młodsza Fundacja „Nadzieja” powstała w 2003 r. dzięki wspólnej inicjatywie biskupa Piotra Jareckiego i Davida Thomasa, przewodniczącego Polsko-Brytyjskiej Izby Handlowej. Pomysł, wzorowany na potężnej organizacji „The Prince’s Trust”, założonej przez księcia Karola w Wielkiej Brytanii, powstał w chmurach, podczas wspólnej podróży samolotem do Rzymu. Gdy Fundacja rozpoczęła działalność, jej liderzy szybko musieli zejść z chmur na ziemię. Kapitał początkowy skończył się błyskawicznie, a w ślad za pierwszymi sukcesami nie poszło wsparcie sektora prywatnego i przemysłu. – Liczyliśmy na to, że duży biznes zacznie wspierać nasze działania. Ale odzew, inaczej niż w Anglii, był minimalny – przyznaje otwarcie prezes Kabicz.

Model działania Fundacji był prosty. Osobom trwale bezrobotnym proponowano fachowe szkolenie z dziedziny przedsiębiorczości, księgowości, wsparcie psychologiczne, pomoc w pisaniu biznesplanu etc. Na uczestników programu, którzy ukończyli szkolenie, czekała również nieoprocentowana pożyczka na rozruch działalności. W trakcie rozkręcania biznesu fundacyjni doradcy, pracujący jako wolontariusze, wciąż służyli podopiecznym wsparciem. Prezes Kabicz wspomina: Przewróciliśmy do góry nogami zasady bankowości, udzielając pożyczek osobom bez żadnej zdolności kredytowej, często zagrożonym lub już objętym wykluczeniem, z wyłączonym prądem w mieszkaniach i komornikiem szacującym ich majątek. Pożyczka od Fundacji miała być sposobem na wyjście ze swoistego błędnego koła. Można nawet powiedzieć, odwołując się do utartego sloganu, że podopieczni Fundacji otrzymali nie tylko dobrej jakości wędkę, ale także kilka ryb. Zdecydowana większość pożyczek została później umorzona. Skuteczność programu Kabicz ocenia na 60–70%.

Czas szeroko zakrojonej działalności „Nadziei” skończył się wraz z jednoczesnym zmniejszeniem i sprofilowaniem strumienia funduszy unijnych płynących do Polski i zwiększeniem konkurencji przy ubieganiu się o europejskie granty. Zaczęła się praca od projektu do projektu, bez stabilności i wiedzy, jak długo jeszcze będzie możliwa działalność. Fundacja wspierająca bezrobotnych musiała przeprowadzić się z kilku pomieszczeń do jednego pokoiku, i, o smutna ironio, zwolnić część pracowników.

Pan Bóg mnie kupił

Zgoła odmiennie wygląda sytuacja w Czerwonym Borze. Powojskowy teren z każdym rokiem staje się bardziej uporządkowany, powstają kolejne budynki, a już istniejące są sukcesywnie remontowane. Ksiądz Jabłoński zaczynał działalność na niewielkiej przestrzeni. Dziś wszystko robi imponujące wrażenie. Prace budowlane wykonują sami mieszkańcy oraz więźniowie pobliskiego zakładu karnego.

Wchodzimy do budynku. Ksiądz Adam przedstawia nas młodemu mężczyźnie stojącemu przy drzwiach. – To dobrzy ludzie są, dziennikarze – mówi. To strażnik więzienny, pilnujący, jak co piątek, młodocianych przestępców odwiedzających ośrodek, by poczuć namiastkę domu. O to dba przede wszystkim matka księdza Adama, spędzająca w Czerwonym Borze pięć dni w tygodniu. Razem z synem tworzą dobrze uzupełniający się duet: Ja bym bez niego nic nie zrobiła, on by beze mnie też nic.

Pomysł na ośrodek nie wziął się znikąd. Ksiądz Adam wychowywał się wspólnie z pięciorgiem rodzeństwa adoptowanego przez jego rodziców, a w domu Jabłońskich zawsze było ubogo. Poszedłem do seminarium, bo chciałem łatwych pieniędzy. W Wyszkowie, gdzie mieszkaliśmy, księża zawsze mieli dobre zegarki, dobre buty i kręciły się wokół nich najlepsze dziewczyny – mówi, jak zwykle, bez ogródek. Cechuje go radykalność sądów i języka. Podobno nie przysparza mu to przyjaciół.

Nawrócenie przeżył podczas rekolekcji w seminarium, gdy podeszła do niego kobieta ze słowami: Pan chce coś do ciebie powiedzieć, by po chwili dodać: Ja ciebie kocham i nigdy cię nie zostawię. Ksiądz Adam przeżywał wtedy nie tylko duchowe rozterki, ale także kłopoty finansowe. – Kilka dni później podszedł do mnie kolega z seminarium i powiedział, że pewna kobieta została cudownie uzdrowiona i chciałaby wspomóc kleryka. Zapłaciła za studia księdza Adama 15 tysięcy złotych. Gdy wrócił, znalazł także przekaz od wujka na kolejne 1,5 tysiąca. – W ciągu tygodnia miałem opłacone studia i jeszcze zapas pieniędzy. Pan Bóg kupił mnie wtedy za 16,5 tysiąca.

Dziś podobnie czyni wobec więźniów: A to kurtkę kupimy, a to buty. Chrystus mówił: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków”. Kupujemy ich, bo miłość wyraża się w gestach. Nie możesz mówić człowiekowi o Panu Jezusie, a kiedy przychodzi w rozwalonych butach, to nie dać mu porządniejszych. Po niedługim pobycie na parafii, gdzie również wspierał ubogich, po dotkliwym odczuciu dysonansu między swoim wygodnym życiem na plebanii a sytuacją mieszkańców całej dzielnicy ubóstwa, w której pracował, stwierdził, że nie może tak dalej żyć. Wtedy pojawiła się propozycja pracy w więzieniu w Czerwonym Borze. Do dziś jest jego kapelanem, spędzając tam codziennie kilka godzin.

Linia najtańszego oporu

Podstawowe punkty odniesienia Katolickiej Nauki Społecznej, takie jak spółdzielczość, zasada pomocniczości czy korporacjonizm, w oczach wielu osób uchodzą dziś za doszczętnie skompromitowane, nieaktualne lub nieprzystające do rzeczywistości. Ogólnopolska moda na ekonomię społeczną, jaka powstała przy okazji strumienia pieniędzy płynącego z unijnego projektu EQUAL, wytraciła impet krótko po tym, gdy zakręcono kurek z funduszami. Wiele spośród powstałych w latach 2000–2006 przedsiębiorstw społecznych nie zdołało utrzymać się na rynku i pozbawione wsparcia z budżetu Unii szybko upadły. Wynika to nie tylko z braku funduszy.

– Ponieważ rozwój ekonomii społecznej w Polsce został uzależniony od środków unijnych, to ktoś, kto zajmuje się pracą podstawową, chcąc pomagać dzieciom, niepełnosprawnym lub bezdomnym, nie ma szans – przekonuje Drążkowski. – A jeśli zajmie się projektami, to zapomni o swojej misji, realizując takie działania, na jakie są pieniądze. To podcina tożsamość organizacji pozarządowych.

Przekonali się o tym także pracownicy Fundacji „Nadzieja”, którzy od jakiegoś czasu zajmują się również wsparciem idei przedsiębiorczości społecznej jako możliwego uzupełnienia wolnego rynku, zwłaszcza na obszarach masowego bezrobocia. Prezes Kabicz nie ma wątpliwości, że bez ułatwień legislacyjnych, a przede wszystkim bez wsparcia władz lokalnych, niełatwo będzie osiągnąć jakikolwiek postęp w tej dziedzinie. Dzisiaj prawie zawsze dobrze zarządzane prywatne przedsiębiorstwo będzie sprawniejsze niż spółdzielnia socjalna. To jednak nie powód, by rezygnować z ich wspierania. – Władze poszły po linii najtańszego oporu, przyjmując ustawę o ściśle kapitalistycznych, dogmatycznie liberalnych założeniach, w ramach których daję ci pieniądze i mam cię z głowy – mówi Kabicz. Jak ocenia Drążkowski, w kwestii ekonomii społecznej w Polsce wszystko stoi na głowie: Jednym z głównych kłopotów jest urzędnicze myślenie o spółdzielczości i przedsiębiorczości. To nie urzędnicy zakładają firmy. Urzędnik zajmuje się wydawaniem pieniędzy, czym innym jest jednak ich zarabianie.

Niemniej nie zawsze są to trudności nie do przezwyciężenia. Ideały ekonomii społecznej realizuje również dom w Czerwonym Borze. Jego mieszkańcy wspólnie prowadzą hodowlę cielaków, kur i świń. Produkują znakomitą kiełbasę, wędliny, sery, sprzedają jajka. Wszystko w symbiozie z zakładem karnym – inwentarz karmiony jest resztkami ze stołu więźniów. Wieść o jakości produktów z „Przystanku w Drodze” rozchodzi się sama – ludzie przyjeżdżają do niego specjalnie na zakupy.

Człowiek o podciętych skrzydłach

Trudno mówić o Katolickiej Nauce Społecznej nie odwołując się do pojęcia pracy. Zarówno dla Fundacji „Nadzieja”, jak również dla duchowości domu w Czerwonym Borze oraz dla wspólnoty Emaus praca jest jednym z ideałów nadrzędnych. W „Przystanku w Drodze” regulamin obejmuje tylko jeden punkt: „Żyjemy i pracujemy wspólnie”. Podobnie rzecz ma się w Krężnicy Jarej. – Nie dając ludziom pracy, nie da się ich resocjalizować. Człowiek to nie pies, któremu dasz jeść i ciepły koc i to wystarczy. Jako ludzie wiary, musimy w nim rzeczywiście dostrzec człowieka mówi ksiądz Adam. Kabicz dodaje: Nie można zostawiać ludzi samych sobie. Robimy wszystko, żeby ludzie zobaczyli tę naszą tytułową „Nadzieję”. Często jest nią możliwość stworzenia sobie miejsca pracy.

W szczególnej sytuacji są podopieczni księdza Adama – więźniowie, byli więźniowie i bezdomni. Jak mówi ich kapelan, w więzieniu człowiek ma podcięte skrzydła, wręcz „cofa się w rozwoju”. Przestępcy odsiadujący wyrok w Czerwonym Borze przychodzą więc do domu księdza Adama nie tylko po to, żeby czymkolwiek zająć dłużące się niemiłosiernie godziny i dni lub pomóc w rozbudowie i remontowaniu ośrodka. Jest to dla nich okazja, aby zdobyć nowe umiejętności, często ucząc się od siebie nawzajem hodowli zwierząt, prac budowlanych czy wykończeniowych. – Miłość realizuje się poprzez wspólne podejmowanie obowiązków. Ktoś, kto nie podejmuje obowiązków codziennych, jako człowiek dorasta z poważnym defektem – mówi ksiądz Adam. I to próbuje przekazać swoim podopiecznym.

Jego wsparcie nie kończy się jednak podczas pobytu w Czerwonym Borze. Organizuje również mieszkańcom domu pracę zarobkową poza ośrodkiem. Jak mówi, ma wśród znajomych wielu pracodawców gotowych zatrudnić i zaoferować dach nad głową byłym więźniom. Przyznaje jednak, że wielu z nich nie radzi sobie podczas okresu próbnego, a przede wszystkim tuż po nim – po pierwszej wypłacie. Bardzo niewielu z nich za pierwszym razem utrzymuje stałą pracę. Większość wraca do Czerwonego Boru, by za jakiś czas spróbować ponownie.

Bartek

Po raz kolejny spróbować chciał również Bartek, mój przewodnik po terenie wspólnoty Emaus. Jest jej członkiem zaledwie kilka miesięcy, ale widać, że czuje się znakomicie – nie mówi o niej inaczej niż w pierwszej osobie liczby mnogiej, czasami sprawiając wrażenie, jakby mieszkał tu od dawna. To człowiek obrotny, szybko orientujący się w otoczeniu. Obecnie zajmuje się promocją wspólnoty na zewnątrz, uaktualniając jej stronę internetową, prowadząc profil na Facebooku i szukając przetargów, w których spółdzielnia socjalna mogłaby wystartować. Chce reaktywować klub rowerowy. Jest karany i zadłużony. Gdy nie dawał już sobie rady z własnym życiem, zadzwonił do kolegi, który pracuje w Emaus. Za pierwszym razem jednak nawiał z terapii. Dopiero po spotkaniu ze Zbyszkiem Drążkowskim i wspólnotowym terapeutą podjął ją na nowo. W jego pokoju wisi zegar z płyty winylowej i duża flaga Polski. Jego opowieść pełna jest nadziei.

Bardzo nie chciałem pokazać, że jestem osobą wrażliwą, otwartą, bo wydawało mi się, że jeśli okażę słabość, to zostanie to wykorzystane przeciwko mnie. Stało się inaczej. We wspólnocie odkrywam wszystko na nowo. Każdy dzień na trzeźwo jest dla mnie czymś nowym. Nigdy nie przeżyłem żadnych świąt w tym stanie. Poprzednie spędziłem na komisariacie w Warszawie. A tu mam ciszę, spokój i ludzi, do których mogę się zwrócić. Sam odchodziłem od osób, które miały do mnie zaufanie, rujnowałem je. Było mi trudno sobie zaufać i zaufać komuś. W życiu straciłem wszystko oprócz dziewczyny, Doroty, która wyciągnęła mnie z dna. Zapisałem się do szkoły zawodowej, będę mechanikiem. Kiedyś pracowałem, ale wywalili mnie za picie i ćpanie. Chciałbym wyjść tu na zero: spłacić długi, odbyć dozór kuratorski, zdobyć potrzebne mi kwalifikacje. Potem wyjeżdżam do Irlandii z Dorotą do jej brata. Powoli odzyskuję relację z Mamą i braćmi. Kiedyś znikałem na długi czas, nie przejmowałem się tym, że ktoś się o mnie martwi, że na mnie czeka. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem – wiem, że ktoś się o mnie troszczy, że mam gdzie pracować, dokąd wrócić. Tylko z ojcem już nie odbuduję relacji. Za dużo razy wyciągałem do niego rękę. Kiedyś nie pił, ale znów zaczął. To nie ja mam być ojcem i dawać przykład.

Dziś ma już tylko jeden nałóg. Mówi, że i papierosy kiedyś rzuci.

Co człowiek, to świat

Z innymi problemami niż ośrodek w Czerwonym Borze w swojej działalności na rzecz zatrudnienia styka się Fundacja „Nadzieja”. – Rynek jest zawsze nieprzewidywalny i ludzie też są nieprzewidywalni. Nigdy nie mamy pewności, że dany pomysł na firmę wypali – mówi prezes Kabicz. Można odnieść wrażenie, że historia każdej spośród ponad tysiąca osób, które ukończyły fundacyjny program wspierania przedsiębiorczości, to w istocie opowieść nie tylko o trudnej sytuacji przed przestąpieniem progu „Nadziei” na Nowogrodzkiej, ale także o zmaganiu się z niełatwą rzeczywistością po założeniu firmy. Prezes fundacji opowiada: Co człowiek, to świat. Zwracamy uwagę na bardzo dokładne przyjrzenie się temu, jak to przedsiębiorstwo będzie funkcjonowało, chociażby na to, o której będzie trzeba wstać. Uświadamiamy naszym podopiecznym, że ich życie, zwłaszcza na początku, to nie będzie żaden luksus. Wręcz przeciwnie: będzie dużo cięższe niż przedtem.

Działania na rzecz tworzenia własnych firm nie wszędzie mają rację bytu. W Polsce mamy do czynienia z rozwojem enklawowym i o ile Warszawa jest enklawą względnego dobrobytu, o tyle czasami pomysł założenia firmy przez bezrobotnego to cel piękny i szczytny, ale zupełnie nierealny w regionach masowego bezrobocia – mówi Kabicz. Tym dotkliwiej dźwięczy w uszach cisza, z jaką spotykają się te tematy w krytycznej, a przede wszystkim systematycznej refleksji duszpasterskiej w Polsce. Niedawny, pierwszy od dwunastu lat (co samo w sobie jest znamienne) dokument społeczny Konferencji Episkopatu Polski, choć przedstawiany jako nowa jakość, w istocie był zbiorem zgrabnych cytatów z encyklik społecznych kolejnych papieży.

Drążkowski jest w tej kwestii bezlitosny: Jeśli mówimy o rozumieniu pomocy społecznej i pomocy drugiemu człowiekowi, to w Kościele instytucjonalnym spotykamy podejście bardzo tradycyjne, charytatywne. Ty masz, więc daj temu, który nie ma. A skoro ja mam i mnie stać, to ja jestem człowiekiem dobrej woli, a ty jesteś maluczki. To sytuacja zależności, w której brakuje partnerstwa. W Emaus żyjemy razem i pracujemy razem. Jesteśmy partnerami, bo razem coś robimy. Właśnie dlatego Kościół posiada olbrzymi potencjał w promowaniu spółdzielczości i zbiorowej samopomocy, że jest organizacją wspólnotową, a jak niekiedy zwykło się mówić, wręcz wspólnotą wspólnot. Budowanie na fundamencie zaufania, jakie powstaje w podobnych grupach, jest szansą na przetrwanie i sukces dzieła. Jak zauważa Kabicz, wiele spółdzielni w ramach różnorakich projektów zakładają ludzie, którzy się nie znają: Małżeństwa się rozpadają, a my oczekujemy, że pięć obcych sobie osób założy dobrze prosperujące przedsiębiorstwo społeczne, w którym będą się wszystkim dzielić i dobrze razem żyć. Gdy dodatkowo są to osoby z grup wykluczonych, które więcej w życiu przegrały, niż wygrały, skazuje się tych ludzi na kolejną porażkę. A tego, jak przekonują Drążkowski i poczucie przyzwoitości, robić nie wolno.

Zbawieni będziemy pojedynczo

Nie da się zrozumieć Katolickiej Nauki Społecznej i działań wcielających ją w życie, dopóki nie uświadomimy sobie, że w samym jej centrum zawsze stoi człowiek. Soborowa konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, „Gaudium et spes”, opisuje to bardzo trafnie: Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych. Te słowa najlepiej oddają skróconą wersję całego nauczania społecznego Kościoła.

Dlatego działalność Fundacji „Nadzieja” nie ogranicza się do promocji przedsiębiorczości i ekonomii społecznej. Zapytany o to Jan Kabicz wstaje i wyciąga kilka segregatorów z napisem „SOS”. To dokumentacja dotycząca próśb i pomocy udzielonej osobom w najtrudniejszej sytuacji materialnej. – Gdyby przeczytał pan te listy, to włos by się panu zjeżył na głowie – mówi, przerzucając zawartość segregatora. Mimo trudnej sytuacji Fundacja stara się nie odmawiać pomocy: Działamy w wyjątkowych przypadkach, gdy widać już tylko czarną rozpacz, bo rodzina nie ma nawet co włożyć do garnka. Zdarza się również, choćby w przypadku pożarów, że pomoc oznacza mobilizowanie znajomych ludzi z branży budowlanej, oferujących robociznę lub materiały.

Wspólnota Emaus, w duchu zasady solidarności zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej, rozdaje natomiast ciepłe posiłki przez całą zimę na starym mieście w Lublinie. Nie odmawia również osobom, które przychodząc w ciężkiej sytuacji do sklepu, nie są w stanie zapłacić za ciepłe buty czy kurtkę. Mimo tak szerokiej działalności Drążkowski przyznaje, że czegoś mu jeszcze brakuje. – Przed laty przejęliśmy od gminy budynek starej szkoły, wyremontowaliśmy go za znaczne pieniądze i zaczęliśmy tam organizować zajęcia dla dzieci, aerobik dla pań, szkółkę szachową, małe przedszkole… – wspomina. – Działo się tam mnóstwo rzeczy aktywizujących okolicznych mieszkańców, a zwłaszcza młodzież. Z tej działalności wyrosły trzy funkcjonujące do dziś stowarzyszenia. Gdy wspólnota nie była już w stanie udźwignąć ciężaru utrzymania budynku, zwróciła go gminie.

W centrum zainteresowania Katolickiej Nauki Społecznej znajduje się człowiek. Ale trzeba również pamiętać, że zawsze jest to człowiek rozumiany przez pryzmat wiary. – Jedynym założeniem ideologicznym naszego domu jest Pan Jezus, a najważniejszym środkiem działania jest miłość – mówi ksiądz Adam, z prostotą dodając, że mając duży dom, chciał po prosty przyjąć do niego tych, którzy nie mają nikogo. Wszystko rozpatruje w perspektywie zbawienia – swojego i podopiecznych: Mniej mnie obchodzi, czy będą potem dobrymi obywatelami, czy przestaną pić. To ważne, ale najbardziej dbam o to, żeby spotkali Jezusa Chrystusa, który każdego człowieka zbawia pojedynczo. Znam wielu takich, którzy poukładali sobie życie bez alkoholu, ale nie mają wiary, nie umieją kochać. I całe życie kuleją.

Jezus z odzysku

– Zawsze poczuwałem się do odpowiedzialności za to, co się dzieje na świecie – mówi Drążkowski. – Bez mojego chrześcijaństwa nie byłoby też mojego zaangażowania. Nazwa wspólnoty dobrze to opisuje. Do Emaus szli ludzie, którzy nie rozumieli, co się dzieje, których życie się zawaliło. Podszedł do nich Ktoś, kto im to wyjaśnił, powiedział, pomógł. Byłbym szczęśliwy, gdybyśmy my jako wspólnota pomagali innym odzyskać sens życia.

Tym, co prócz wielu innych kwestii łączy Jana Kabicza, księdza Adama Jabłońskiego i Zbigniewa Drążkowskiego, jest poczucie misji i ideowość, słowem: powołanie. Dotyczy to także matki księdza Adama, która wspomina trudne początki działalności syna w Czerwonym Borze. – Któregoś dnia pokłóciliśmy się i Adam powiedział: „Mamo, przecież to jest moje”. A ja na to: „To jest tak twoje, jak i moje, a przede wszystkim Pana Boga”. Uniosłam się honorem i pojechałam do domu. Po miesiącu zadzwonił: „Mamusiu, pytają o ciebie, może byś przyjechała, zobaczyła, jak to tu wygląda?”. Od tamtej pory czwarty rok razem to ciągniemy. Ksiądz Adam dodaje, że póki co jest łatwo, bo wciąż ma jeszcze dużo energii: Najgorzej będzie, kiedy zachoruję. Wtedy zacznie się najtrudniejszy czas, kiedy już nic nie będę mógł od siebie dać. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa Pascha.

Oprócz bezpośredniości, otwartości i gościnności ksiądz Jabłoński odznacza się również wyjątkowym zmysłem gospodarskim. To na pewno także pomaga mu w prowadzeniu ośrodka. Jak mówi, wszystko na jego terenie jest efektem recyclingu – nic tu się nie zmarnuje. Przy bramie wita przybyszów „Jezus z odzysku”, wyrzucony obok kościoła. Wszystkie meble zostały znalezione lub podarowane. Podłoga w pomieszczeniach obłożona jest kościelnymi marmurami, niepotrzebnymi po remoncie jednej ze świątyń. Kuchenny blat w mieszkanku księdza Adama zrobiony został z nagrobkowego lastryko. Podświetlony neonowy napis „Kaplica” niegdyś był logiem jednego z warszawskich sklepów sieci „Reporter”.

Nic też nie marnuje się we wspólnocie Emaus. W sklepie w Zemborzycach, usytuowanym w wielkim hangarze, stare rzeczy otrzymują nowe życie. Trochę jak ludzie. Niektórzy z tej szansy nie korzystają. Podczas mojej wizyty w sklepie i znajdującym się obok niego domu mieszkalnym wspólnoty spotykamy, wraz z Bartkiem, dwóch wyraźnie podchmielonych członków wspólnoty. – Jeden drugiego ciągnie – mówi Bartek. – Poszaleli, i to bezczelnie, w domu, gdzie mogą ich zobaczyć inni uzależnieni. Po krótkim czasie pod sklep zajeżdża odpowiedzialny za dom członek wspólnoty. Pijani koledzy zostaną póki co wydaleni. Podobnie jak jedna pani, która oszukała kilku innych członków. Taką decyzję podejmują wszyscy na wspólnym, poniedziałkowym zebraniu.

Nie każdy nadaje się do takiej pracy. Wspominają o tym ksiądz z matką. Ksiądz Adam opowiada, jak do Czerwonego Boru przyjechała na wigilię terapeutka, bardzo pobożna kobieta. – Mówię do niej: Bardzo miło, że chcesz nam pomóc, ale gdzie są twoi rodzice? – W Warszawie zostali. – A kto z nimi Wigilię spędza? – Nikt, sami zostali. – To ty nie jedziesz do nich, tylko do nas przyjechałaś? Jedź tam, gdzie nikogo nie ma! Jego matka wspomina zaś wizytę pewnego księdza, który cały czas chodził spięty i przestraszony – wyraźnie obawiał się więźniów, z którymi miał się zetknąć. – A to są dobrzy, normalni ludzie. Na wolności gorszych spotykam – dodaje.

Choć znój to niełatwy, warto go podejmować. Na ścianie sklepu wspólnoty Emaus w Zemborzycach widnieje rysunek Abbé Pierre’a i jego słowa skierowane do skazanego za zabójstwo i planującego targnąć się na własne życie George’a: „Pomóż mi pomagać innym”. Gdy po latach pytano George’a, co skłoniło go, by przystać na propozycję nowo poznanego księdza, odpowiadał: „Abbé Pierre dał mi powód, by żyć”. Ksiądz Adam dodaje zaś: Jak święty Paweł, „stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby ocalić przynajmniej niektórych”. Człowiek musi wiedzieć, że jest potrzebny, że ktoś na niego czeka. Więc my czekamy. I kończy z uśmiechem: A jeśli chodzi o Katolicką Naukę Społeczną, to nie wiem, czy was szczególnie ubogaciłem.

Z serca, ale z głową

Mądra filantropia nie tylko zaspokaja najbardziej podstawowe potrzeby osób w trudnej sytuacji, ale także uruchamia cały łańcuch pozytywnych i trwałych efektów, również w ich otoczeniu.

Najbardziej oczywistą formą wsparcia dla cierpiących niedostatek jest pomoc materialna. Niestety miewa ona szereg negatywnych „skutków ubocznych”. Bardzo często stygmatyzuje obdarowanych lub na inne sposoby narusza ich poczucie własnej wartości. Nie jest też wyłącznie liberalną propagandą twierdzenie, że długoterminowe ustawianie ubogich w roli biernych odbiorców pieniędzy czy żywności może utrwalać ich marginalizację. Wreszcie, z pomocą potrzebującym wiąże się ryzyko wykorzystywania jej niezgodnie z przeznaczeniem, czego sztandarowym przykładem są świadczenia na rzecz rodzin, w których dorośli nadużywają alkoholu. Próby ograniczania tego rodzaju zjawisk, nawet jeśli skuteczne, łączą się z upokarzającymi procedurami, wprowadzają atmosferę podejrzliwości i utrwalają negatywne stereotypy. Można to wszystko zrobić inaczej.

Ja Tobie

Sklep socjalny Fundacji „Jeden Drugiemu”, prowadzony w stolicy w porozumieniu z Ośrodkiem Pomocy Społecznej Dzielnicy Wola, stanowi innowacyjną na polskim gruncie formę wspierania osób w trudnej sytuacji, pozwalającą uniknąć wspomnianych zagrożeń. Co więcej, tworzy on przestrzeń dla innych rodzajów pomocy, takich jak wsparcie psychologiczne czy kształtowanie właściwych nawyków. Organizacja deklaruje, że celem jest nie tylko zabezpieczanie potrzeb materialnych, ale także okazywanie troski, dawanie nadziei na zmianę, dążenie do polepszania samooceny oraz aktywizowanie do intensywnego życia w społeczeństwie, a w odniesieniu do otoczenia osób wykluczonych – propagowanie szeroko rozumianej empatii.

Idea jest zaskakująco prosta. Do kupowania w placówce uprawnieni są ci, którzy w ocenie OPS-u szczególnie zasługują na pomoc. – Przekierowujemy do Fundacji osoby, które wspólnie z pracownikiem socjalnym wykonały bardzo dużą pracę, żeby poprawić swoją sytuację w różnych obszarach życia, ale mimo to nadal mają zbyt mało środków na zaspokojenie elementarnych potrzeb – mówi Bogusława Biedrzycka, dyrektor Ośrodka. Osoby te – samotni rodzice czy schorowani seniorzy – mogą dokonywać w sklepie dowolnych zakupów. Jedynym warunkiem jest nieprzekraczanie limitów przypisanych do imiennej karty – wynoszą one 200–400 zł miesięcznie w zależności od wielkości gospodarstwa domowego, 100 zł tygodniowo oraz 50 zł dziennie; istnieją ponadto ograniczenia ilościowe dla poszczególnych kategorii asortymentu. Zakupione towary muszą być wykorzystane na własny użytek. Socjalny wymiar sklepu przejawia się w tym, że ceny podstawowych produktów spożywczych i przemysłowych (środki czystości, artykuły dla niemowląt, pomoce szkolne itd.) są w nim co najmniej o połowę niższe od rynkowych. Jego klienci, których obecnie jest ok. 200, mają zatem możliwość pełniejszego zaspokojenia potrzeb w ramach swoich skromnych budżetów.

To, że fundacja nie rozdaje towarów, lecz umożliwia ich samodzielne nabywanie w oparciu o posiadane środki i autonomiczny wybór priorytetów, jest głęboko przemyślaną strategią. Taki system pozwala bowiem na udzielanie wymiernej pomocy w sposób, który nie narusza, lecz wzmacnia poczucie własnej wartości u jej adresatów. Z tego samego powodu oferta placówki uwzględnia produkty renomowanych marek. Odróżnia ją to od unijnego wsparcia żywnościowego dla najuboższych, mającego postać „anonimowych” towarów, których opakowania eksponują za to ich socjalny charakter.

Co więcej, formuła sklepu – zamiast punktu odbioru pomocy – wzmacnia kompetencje korzystających w zakresie racjonalnego gospodarowania domowymi finansami. – Dzięki temu zwiększa się ich szansa na usamodzielnienie – przekonuje dyr. Biedrzycka. Dodaje, że z punktu widzenia celów pomocy społecznej zaletą systemu „kart stałego klienta” jest także możliwość dyskretnego wglądu w nawyki poszczególnych osób. – Nasi podopieczni niestety najczęściej nie mają dobrych wzorców, w związku z czym edukacja np. w obszarze zdrowego odżywiania się jest w ich przypadku bardzo ważna. Kiedy dowiemy się od Fundacji, że osoba mająca otyłe dzieci regularnie kupuje kiełbasy, a nie np. jogurty – tworzy się przestrzeń do rozmowy.

O modelowym charakterze warszawskiej inicjatywy decyduje także to, że aktywizuje ona lokalną społeczność. Daleko idąca obniżka cen oraz prowadzenie dodatkowych działań są możliwe dzięki współpracy z licznymi firmami, które przekazują towary, oferują rabaty, wpłacają darowizny czy świadczą bezpłatne usługi (m.in. agencja kreatywna wspierająca pozyskiwanie środków, kancelaria adwokacka). – Naszych stałych partnerów zainteresowały przede wszystkim innowacyjność przedsięwzięcia oraz jego profesjonalizm, na który składa się m.in. to, że mogą mieć swoją pomoc pod kontrolą, na każde życzenie otrzymać dane na temat jej wykorzystania. To ich utwierdziło w przekonaniu, że warto spróbować, mimo że projekt tak naprawdę był pilotażowy – nikt wcześniej czegoś podobnego w naszym kraju nie robił – ocenia Dorota Zalewska, prezes Fundacji „Jeden Drugiemu”. Dodaje jednocześnie, że w ostatnich miesiącach, w obliczu spowolnienia gospodarczego, nowe firmy przestały się włączać w program.

Z kolei obsługę placówki zapewniają wolontariusze. Dzięki nim klienci mogą liczyć nie tylko na korzystne ceny, ale także na zainteresowanie i życzliwość, co jest szczególnie istotne dla mieszkających samotnie. – Bardzo często jesteśmy pierwszymi osobami, które dowiadują się od nich o niektórych sprawach, zarówno dobrych, jak i złych – mówi Łukasz Drzewiecki. – Tu jest inaczej niż w zwykłym sklepie. Tutaj ludzie przychodzą, żeby z nami porozmawiać, pożartować czy się wyżalić. Możemy ich wysłuchać, a jeśli ktoś ma problem – doradzić czy załatwić za niego jakąś sprawę. Wiedzą, że mogą w każdej chwili do mnie zadzwonić. Oni są zadowoleni i my jesteśmy zadowoleni, że możemy im pomóc. Pomoc to fajna rzecz – zapewnia Regina Kunicka. – Dzięki wolontariatowi odzyskujemy to, co tracimy na co dzień, w atmosferze powszechnej pogoni za pieniędzmi – przekonuje Drzewiecki. A Dorota Zalewska dodaje, że w gronie wolontariuszy znajdują się również emeryci czy samotni rodzice, którzy są w stanie zaoferować odpowiednim grupom szczególnie dużo zrozumienia i wsparcia.

Wśród wspomagających fundację są także jej byli i obecni podopieczni. – Dwie takie osoby są naszymi stałymi wolontariuszami, obsługującymi sklep. Bardzo często ludzie zgłaszają się z konkretną ofertą pomocy, np. umycia okien w siedzibie fundacji. Jeden pan z zawodu jest stolarzem i naprawia nam wszystkie meble. Kiedy się patrzy, w jaki sposób nasi podopieczni chcą się odwdzięczyć, to aż serce rośnie – mówi pani prezes.

Model sklepu socjalnego daje gwarancję, że wsparcie trafia do właściwych osób i odpowiada na ich najpilniejsze potrzeby.Skierowania wydajemy na kwartał albo maksymalnie na pół roku i po tym okresie poddajemy je analizie, gdyż liczba osób, które mogą skorzystać z pomocy, jest ograniczona. Kierujemy się różnymi kryteriami. Jeżeli ktoś, dajmy na to, robił nieduże zakupy raz w miesiącu, a więc jego korzyść była niewielka, wtedy nie przedłużamy mu skierowania, tylko dajemy je np. rodzinie z czwórką dzieci, która bardziej go potrzebuje – wyjaśnia Bogusława Biedrzycka. Te i inne zalety sklepu sprawiają, że jego fundatorzy – pochodzący z Austrii właściciel firmy budującej nowoczesne oczyszczalnie ścieków oraz jego pracownicy – przekonują innych przedsiębiorców z całej Polski, by poszli w ich ślady. – Pomysł się podoba i budzi zainteresowanie, ale nie znaleźliśmy jeszcze nikogo, kto podjąłby się powielenia naszego modelu, wiążącego się z ciężką pracą, odpowiedzialnością i kosztami. Są prowadzone rozmowy na ten temat, ale toczą się w bardzo powolnym tempie – przyznaje pani Dorota, która przed poświęceniem się działalności filantropijnej sama pracowała w dużym biznesie. Dodaje, że choć jej zdaniem najlepsze byłoby zaszczepienie wspomnianej idei wśród właścicieli firm, do fundacji zgłasza się bardzo dużo organizacji pozarządowych, które chcą z jej pomocą założyć podobną placówkę. – Nie chciałabym zapeszać, ale myślę, że do końca roku na północy Polski powstanie drugi sklep socjalny – zdradza. Punktem odniesienia pozostaje Austria, w której sieć SMW ma ponad 4000 zarejestrowanych klientów.

Animatorzy przedsięwzięcia dążą jednocześnie do tego, by docelowo „sprzedaż socjalna” z wykorzystaniem imiennych kart odbywała się nie w specjalnych placówkach, ale za pośrednictwem istniejących sklepów osiedlowych. Dzięki temu status odbiorcy pomocy byłby dla podopiecznych fundacji jeszcze mniej odczuwalny.

Talerz pełen dobra

Lubelskie Bractwo Miłosierdzia im. św. Brata Alberta ponad 20 lat wspiera bezdomnych i ubogich. Prowadzi m.in. schronisko, noclegownię i Ośrodek Aktywizacji Społecznej i Zawodowej oraz wydaje bezpłatne posiłki. Od pewnego czasu jednym ze źródeł finansowania tej misji jest działalność gospodarcza, tworząca jednocześnie miejsca pracy dla osób wykluczanych z rynku zatrudnienia.

Założone przez Bractwo Przedsiębiorstwo Społeczne „ProBono” prowadzi w jego dawnym biurze Bar Mieszczański. Lokal, położony w centrum miasta, oferuje obiady domowe, wyroby garmażeryjne oraz catering. Wypracowane dochody zasilają budżet jadłodajni dla potrzebujących, z której codziennie korzysta ok. 300 osób.

„ProBono” postawiło na niezawodny model biznesowy. Potrawy serwowane w „Mieszczańskim” są tanie, a jednocześnie smaczne i świeże, bo przygotowywane na bieżąco na miejscu. Warto wspomnieć, że wykwalifikowana kadra Bractwa w minionych latach zdobyła nagrody w konkursie Wojewódzki Lider Smaku za roladę z pstrąga oraz pierogi wiejskie z kaszą i miętą.

Społeczny wymiar baru, w tym obsługiwanie go przez osoby „po przejściach” – odstraszające klientów będących pod wpływem negatywnych stereotypów – dla wielu stanowi dodatkowy powód, by stołować się właśnie w tym miejscu. – Klienci otrzymują informację, że korzystając z naszych usług wspierają podopiecznych stowarzyszenia i wiem, że to dla nich ważne. Jedna osoba powiedziała mi nawet, że specjalnie przyjeżdża tu z drugiego końca miasta. Wśród naszych stałych klientów są studenci, ale także radni czy przewodniczący sądu rejonowego. Pełen przekrój społeczny – mówi Wojciech Bylicki, prezes Bractwa. Podkreśla, że chciałby, aby „Mieszczański” postrzegano nie jako zwykłą firmę, lecz miejsce praktykowania dobroczynności.

Z jego opowieści wyłania się obraz mądrze i stale rozwijanego przedsięwzięcia. – Zaczęliśmy od rozdawania bezpłatnych posiłków, do czego początkowo angażowaliśmy wolontariuszy. Następnie uruchomiliśmy staże dla kucharzy, w tym także dla naszych podopiecznych. Często najpierw ktoś przychodził do nas po darmową zupę, a potem pytał, czy może jakoś pomóc. Organizowaliśmy więc np. prace społecznie użyteczne na terenie kuchni. Później utworzyliśmy Klub Integracji Społecznej z dwiema grupami: kulinarną i porządkową. Mieliśmy stażystów np. z Centrum Integracji Społecznej, z których trójka teraz u nas pracuje. Ważny etap stanowiła wygrana przetargu ogłoszonego przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, a następnie na przejęcie prowadzenia stołówki akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – w tym drugim przypadku o sukcesie zadecydowała deklaracja zatrudnienia dotychczasowych pracowników placówki. Łącznie działalność gastronomiczna Bractwa daje obecnie zajęcie ponad 30 osobom, a kolejne uzyskały nowe kompetencje, dzięki regularnie organizowanym praktycznym szkoleniom zawodowym.

Historia pani Bożeny pozwala lepiej zrozumieć, ile dodatkowych korzyści społecznych potrafi przynieść decyzja o ekonomizacji prowadzonych działań charytatywnych. – Przez 25 lat pracowałam w przychodni, po czym wraz z 450 innymi osobami straciłam zatrudnienie, gdy publiczne placówki były likwidowane. Przez pół roku byłam na zasiłku, potem pracowałam na czarno. Spędziłam 9 miesięcy na kontrakcie we Włoszech, ale gdy po powrocie znów szukałam zajęcia w kraju, wszędzie słyszałam, że jestem za stara – opowiada. Później była praca w hurtowni, podczas której wydarzył się wypadek, a po nim – całkowite załamanie. Pani Bożena całe życie była niezależna, dlatego źle znosiła bezrobocie. – Mówiłam wręcz mężowi, że muszę iść do ludzi, bo czuję, że mchem zarastam. No i najpierw poszłam na półroczny staż, przez 2 lata pracowałam w kuchni przy noclegowni jako wolontariuszka, aż wreszcie dostałam etat w barze otwartym przez Bractwo. I teraz czuję się fantastycznie.

Wojciech Bylicki podkreśla, że choć szefowa kuchni stawia wysokie wymagania, jeśli chodzi o jakość potraw, jedyne kryterium wstępne dla szukających zajęcia stanowi tak naprawdę chęć do pracy. – Mamy np. osobę niepełnosprawną, która nie jest w stanie wykonywać pięciu czynności naraz, ale robi świetne sałatki i się w tym odnajduje. Przyjęliśmy też na praktyki podopieczną CIS, która miała kuratora sądowego i była alkoholiczką. Bardzo jej zależało, więc daliśmy jej szansę. Jest u nas już dwa lata i niesamowicie odżyła, opiekuje się czworgiem swoich dzieci itd.

Prezes stowarzyszenia zwraca uwagę, że obecnie wiele firm za środki publiczne organizuje szkolenia, po których uczestnicy nie znajdują zatrudnienia, a szkolący nie biorą za nich odpowiedzialności. – Osoby wykluczone często przechodzą z projektu do projektu i ze szkolenia na szkolenie, a nadal nie mają pracy. Chcieliśmy uniknąć takiej sytuacji. Dlatego najpierw dawaliśmy pomoc materialną (jedzenie, ubranie), potem zachęcaliśmy do udziału w szkoleniach i wreszcie – tworzyliśmy miejsca pracy. Bo np. bezdomnym trudno jest znaleźć zajęcie na otwartym rynku nawet wtedy, gdy mają konkretne kwalifikacje. Przy czym oczywiście kiedy ktoś po pewnym czasie chce spróbować podjąć zatrudnienie gdzie indziej, wówczas to robi. Dla niektórych praca u nas stanowi po prostu start zawodowy w komfortowych warunkach.

Lubelscy filantropi-przedsiębiorcy nie zwalniają tempa. Jakiś czas temu przy Bractwie zawiązała się Spółdzielnia Socjalna „Inicjatywa”, zajmująca się pracami remontowo-budowlanymi, a działalność na tę branżę ma zamiar rozszerzyć także „ProBono”. Bylicki tłumaczy, że tworzenie miejsc pracy idealnie wpisuje się w misję stowarzyszenia, którą jest przywracanie ludzkiej godności – a to najlepiej robić, wspomagając bliźnich w uzyskaniu samodzielności.

Trening nowego życia

Ambitne i nowoczesne organizacje dobroczynne mają bezdomnym do zaoferowania znacznie więcej niż tylko ciepły kąt w noclegowni czy schronisku. Dobrym przykładem jest Caritas Archidiecezji Warszawskiej i jego program mieszkań treningowych dla osób zaawansowanych na drodze wychodzenia z bezdomności.

Rekrutacja do programu, który realizowany jest od ponad 10 lat, odbywa się przede wszystkim wśród mieszkańców Ośrodka Charytatywnego „Tylko z Darów Miłosierdzia” przy ul. Żytniej w stolicy. Jak tłumaczy kierownik ośrodka Mariusz Olszak, warunki ubiegania się o jeden z 20 samodzielnych pokoi to: osiąganie dochodów z pracy przez minimum 6 ostatnich miesięcy (względnie prawo do renty), figurowanie na liście oczekujących na lokal socjalny lub komunalny, podpisanie indywidualnego programu wychodzenia z bezdomności, a w przypadku osób uzależnionych – także utrzymywanie trzeźwości oraz udział w terapii. Pani Ewa tak podsumowuje kryteria, które musiała spełnić: Trzeba pracować i trzeba pracować nad sobą, czyli odbywać spotkania z psychologami, robić jakieś kursy… Po prostu coś ze sobą robić. Mariusz Olszak wyjaśnia: To jest pomoc kierowana do osób na ostatnim etapie radzenia sobie z kłopotami. Do noclegowni trafiają bezdomni, którzy nie są jeszcze gotowi na kompleksową pomoc, na to, żeby powiedzieć całą prawdę o swoich kłopotach i uzależnieniach. Tutaj trzeba wyłożyć wszystkie karty na stół, opowiedzieć pracownikowi socjalnemu, terapeucie i psychologowi, z czym się przybywa. Dlatego trafiają do nas osoby nie z noclegowni, ale ze schronisk, gdzie mieszkały wiele miesięcy albo nawet kilka lat, chcące się usamodzielniać i mające perspektywy na przydzielenie lokalu socjalnego.

O ile w noclegowni bezdomny ma jedynie możliwość przenocowania od godz. 22.00 do 6.00, a do kontaktu tylko pracownika socjalnego, pomoc w mieszkaniach treningowych ma wszechstronny charakter. – Uczestnicy programu są objęci stałą opieką pracownika socjalnego, psychologa, terapeuty uzależnień oraz prawnika. Pomagamy im rozwiązywać podstawowe problemy, np. w kontaktach z rodziną i instytucjami, takimi jak ośrodek pomocy społecznej czy wydział zasobów lokalowych. Staramy się nie wyręczać ich w niczym, ponieważ uczymy samodzielności – podkreśla Olszak. Prawnik podpowiada w kwestiach związanych z prawem rodzinnym czy prawem pracy, ale także radzi, jak rozłożyć na raty długi komornicze. Pracownik socjalny przybliża wiedzę na temat form pomocy dostępnych po uzyskaniu lokalu od miasta, takich jak zasiłki celowe na zakup pralki czy lodówki, dodatki mieszkaniowe itp. Doradca zawodowy pomaga zaplanować poszukiwanie lub zmianę zajęcia oraz pisać CV i listy motywacyjne. Indywidualne spotkania z psychologiem pozwalają zdobyć umiejętności w sferze poprawnej komunikacji, asertywności, motywacji i radzenia sobie ze stresem, ale także zarządzania czasem wolnym i korzystania z dostępnej oferty kulturalnej.

Program obejmuje ponadto mniej oczywiste elementy. – Specjalista ds. budżetu domowego ostrzega przed korzystaniem z tzw. szybkich pożyczek, przez które można się zadłużyć. Uczy planowania wydatków i tego, że nawet z niewielkiego dochodu można coś odłożyć na upragnione cele, którymi mogą być nowe meble czy wycieczka – wyjaśnia kierownik ośrodka. Lokatorzy mieszkań treningowych – zdani na samych siebie w zakresie przygotowywania posiłków – przechodzą także kurs gotowania. – Osoby bezdomne, które funkcjonują w schroniskach przez rok, dwa lub dłużej, mając zapewnione wyżywienie, tracą podstawowe umiejętności kulinarne. Uczymy je, jak można przyrządzać niedrogie, a jednocześnie zdrowe dania. Wreszcie, w ramach programu organizowane są zajęcia integracyjne w postaci aktywnego spędzania czasu poza ośrodkiem. Są to m.in. wizyty w teatrze, imprezy plenerowe czy wycieczki (np. do Wilanowa czy Żelazowej Woli).

Całość przedsięwzięcia dobrze trafia w potrzeby usamodzielniających się bezdomnych. – Pierwsza rzecz: jestem sama w pokoju; to dla mnie bardzo ważne. Mam telewizor, mamy kuchnię, lodówkę, prysznice – wszystko, co potrzebne w normalnym mieszkaniu. Jesteśmy jakby na swoim, mimo że w ośrodku i pod kontrolą, i w ten sposób uczymy się życia na zewnątrz, np. jak gospodarować pieniędzmi, żeby nam wystarczyło od pierwszego do pierwszego. Pani socjalna, która się nami opiekuje, przychodzi dość często i pyta o nasze potrzeby, ale też sami możemy się zgłaszać ze swoimi problemami. Mamy się do kogo zwrócić, jest np. psycholog, z którym można porozmawiać, jeśli ma się „doła” – wylicza p. Ewa. Zadowoleni są także pracownicy Caritasu, gdyż jedynie 5–10% uczestników programu trafia z mieszkania socjalnego ponownie do schroniska – przeważnie z powodu powrotu do nałogu, którym zwykle jest alkohol lub hazard.

Satysfakcję z dobrej roboty psują niestety samorządowe realia: na lokal socjalny czeka się w stolicy 2–3 lata (pani Ewa wyczekuje na niego w mieszkaniu treningowym już drugi rok). Nie zawsze dobrze układają się relacje z instytucjami publicznymi. – W niektórych dzielnicach współpraca między naszym programem i całym Caritasem a wydziałami zasobów lokalowych jest dobra, w innych – zła. Przykładowo są wydziały, które nie odpisują na składane wnioski – mówi Olszak. Dodaje, że aktualnie organizacja ubiega się o dodatkowe środki na pomoc psychologiczną i pracę socjalną z osobami, które już otrzymały mieszkania: Tak naprawdę powinien to robić Ośrodek Pomocy Społecznej, który ma takie zadania w celach statutowych. Niestety rzadko spotykam się z sytuacją, aby pracownik OPS docierał do takich osób. Robi to zazwyczaj dopiero wtedy, gdy są zadłużone i czekają na eksmisję, a wówczas jest już za późno.

Publiczny system pomocy potrzebującym mógłby się od prawdziwych społeczników wiele nauczyć.

Samorząd pracy chronionej

Polski model kapitalizmu generuje coraz większe bezrobocie i brak dostatecznej liczby miejsc pracy. Niektóre samorządy, mając świadomość problemu, próbują wypełnić tę lukę i wesprzeć najsłabszych mieszkańców.

W Polsce od wielu lat państwo wykazuje znikomą aktywność w zakresie tworzenia miejsc pracy lub pomocy osobom, które chcą wyjść z bezrobocia. Bardzo często wynika to z wyznawanej na szczeblach władzy ideologii neoliberalnej, głoszącej, że odpowiednią liczbę etatów może zagwarantować tylko rynek, a państwo i samorządy nie powinny w to ingerować. Kłam tym teoriom zadają realia. Istniejące od lat wysokie bezrobocie skutkuje tym, że coraz więcej ludzi wyjeżdża, by szukać zatrudnienia w innych krajach. Efekty już teraz są widoczne – malejąca liczba obywateli, a co za tym idzie, zmniejszające się wpływy z podatków.

Te problemy są szczególnie widoczne na tzw. peryferiach Polski, czyli w mniejszych miejscowościach, powiatach lub gminach, skąd mieszkańcy emigrują nie tylko za granicę, ale również do większych ośrodków w kraju. Dlatego przedstawiciele kilku samorządów, na przekór panującym tendencjom, zainicjowali działania mające na celu tworzenie miejsc pracy, aby przynajmniej częściowo ograniczyć migrację mieszkańców „za chlebem” oraz zmniejszyć skalę lokalnych problemów społecznych.

Spółdzielcza Łomża

Krzysztof Kozicki to człowiek, który posiada spory wkład w to, że powiat łomżyński może poszczycić się wyjątkowo dużą jak na polskie realia liczbą spółdzielni socjalnych. Pełniąc tam funkcje starosty i wicestarosty powiatowego, zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji pracowników. – Gwałtowne zmiany społeczno-gospodarcze, jakie miały miejsce w całej w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat, sprawiły, że ogromna grupa osób znalazła się na marginesie. Powstało zjawisko wykluczenia społecznego dotychczas nieznane władzom samorządowym. Jednostki wykluczone nie były w stanie przystosować się do życia w gospodarce rynkowej – ocenia Kozicki.

Rozwiązania tych problemów w regionie łomżyńskim postanowił poszukać przy pomocy metod tzw. ekonomii społecznej. – Wcześniej pracowałem w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, co pozwoliło mi zrozumieć problemy osób wykluczonych i wykorzystać tę wiedzę, gdy zacząłem pełnić funkcję starosty łomżyńskiego. Widziałem, że tradycyjne formy pomocy społecznej nie przynoszą zamierzonych skutków i nie powodują jakościowych zmian. Oferowane przez urząd pracy zasiłki i zapomogi pomagają przeżyć osobom bezrobotnym, ale nie mają wpływu na zmianę ich sytuacji zawodowej i społecznej. Dostrzegłem w ekonomii społecznej szansę na faktyczne „przywrócenie” tych osób do życia w zbiorowości. Dlatego Starostwo Powiatowe w Łomży od kilku lat aktywnie poszukuje nowych rozwiązań, niekonwencjonalnych działań pomagających aktywizować osoby wykluczone społecznie i zawodowo – twierdzi Kozicki. W 2006 r. starostwo przystąpiło do budowania partnerstwa w zakresie ekonomii społecznej wśród instytucji, przedsiębiorców, ośrodków szkolenia oraz organizacji pozarządowych. Utworzone podmioty ekonomii społecznej w postaci spółdzielni socjalnych, Centrum Integracji Społecznej i prowadzone warsztaty terapii zajęciowej doprowadziły do powstania kilkuset miejsc pracy i w związku z tym powrotu na rynek osób dotychczas długotrwale bezrobotnych.

Początki nie były łatwe. Pierwsza spółdzielnia socjalna, która powstała w Łomży dla podopiecznych Centrum Integracji Społecznej, niestety nie przetrwała. Stało się tak pomimo wsparcia ze strony Kozickiego (wówczas starosty), który przyczynił się do tego, że placówce przyznano pieniądze z puli środków przeznaczonych na aktywną walkę z bezrobociem. Klęska placówki bynajmniej nie zniechęciła starosty do podejmowania kolejnych prób. W 2009 r. ze środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki zainicjowano projekt „Spółdzielnia socjalna moją szansą na pracę”, dzięki któremu powstały dwa podmioty – Awans i Info Card. Obie spółdzielnie prowadzą działalność typu call center. Awans obsługuje jedną ze znanych firm telekomunikacyjnych, natomiast Info Card zajmuje się telefoniczną obsługą klientów firm z terenu całego kraju. Projekt był skierowany do 15 osób. Uzyskały one dofinansowanie na założenie spółdzielni. Wcześniej przyszli spółdzielcy odbyli wielomiesięczne kursy przygotowujące ich do prowadzenia przedsiębiorstwa społecznego. Obie spółdzielnie prosperują dobrze po dzień dzisiejszy i zatrudniają w sumie około pięćdziesięciu pracowników.

W międzyczasie do Powiatowego Urzędu Pracy w Łomży zgłosiło się pięć kobiet, które zostały zwolnione z niewielkiej firmy szewsko-obuwniczej. Znalazły się w bardzo trudnej sytuacji, bo na lokalnym rynku pracy niewiele jest ofert w tej branży. Sposobem na „nowe życie” stało się dla nich założenie spółdzielni socjalnej „Alexis”, która świadczy usługi krawieckie. Pomogli im w tym pracownicy PUP. – Przede wszystkim każda z pań dostała dotację wynoszącą czterokrotność średniej pensji, która przysługuje każdej nowo zakładanej spółdzielni socjalnej. Zapewniliśmy im również refundację składek ZUS-owskich. Popieramy powstawanie podmiotów ekonomii społecznej, dlatego panie mogą liczyć na nasze stałe wsparcie. Gdy jakiś czas temu brały kredyt, wstawiłem się za nimi w banku. Ponadto gdy ostatnio wystosowały prośbę do władz miasta o przeniesienie spółdzielni w miejsce, które jest bardziej przestronne, a więc lepiej przystosowane do warunków produkcji, zwróciłem się do Prezydenta Łomży o życzliwe potraktowanie, szczególnie jeśli chodzi o ustalenie wysokości czynszu – mówi dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy, Mieczysław Bieniek. W tej sprawie za spółdzielcami wstawił się również wicestarosta, co w efekcie sprawiło, że spółdzielnia funkcjonuje obecnie już w innym, dogodniejszym miejscu.

Wsparcie władz i instytucji lokalnych było szczególnie istotne, gdyż pierwszy rok działania spółdzielni wiązał się ze znacznymi wydatkami oraz dużą niepewnością. – Jesteśmy otwarci na współpracę i pomoc osobom, które chcą zakładać spółdzielnie socjalne, bo wiemy, jak bardzo niekorzystna jest obecnie sytuacja na rynku pracy. Oprócz dotacji i refundacji składek ZUS-owskich wspomagamy spółdzielnie stażami i ofertami prac interwencyjnych – podkreśla dyrektor Bieniek.

Projekt „Spółdzielnia socjalna moją szansą na pracę” nie był jedyną inicjatywą zainicjowaną przez starostwo w celu tworzenia etatów w sektorze ekonomii społecznej. Obecnie trwa realizacja kolejnego projektu: „Spółdzielnia socjalna – szansą na lepsze jutro”. Dzięki środkom przeznaczonym na jego realizację w styczniu bieżącego roku w Łomży uruchomiono spółdzielnię socjalną „Netlajt”, w ramach której funkcjonują sklep komputerowy oraz serwis techniczny. W sumie dzięki projektom Starostwa Powiatowego oraz pomocy udzielanej przez inne instytucje w powiecie łomżyńskim powstało aż 9 spółdzielni socjalnych. – Spółdzielnie są u nas już trwałym elementem krajobrazu gospodarczego. Powstało kilka partnerstw na rzecz ekonomii społecznej, pracujemy także nad klastrem podmiotów tego sektora. Ekonomię społeczną w naszym powiecie tworzą ludzie, którzy angażują się w nietypowe przedsięwzięcia, przecierają nowe szlaki i wyszukują nisze dla swoich działań. To ciężka praca, pełna wzlotów i upadków, ale wysiłków zakończonych sukcesem jest całkiem sporo – podsumowuje Kozicki.

Starostwo przeznacza również duże środki finansowe z funduszy unijnych na inne działania w celu poprawy sytuacji bezrobotnych. Organizowane są dla nich m.in. szkolenia przygotowujące do zawodów, które akurat są pożądane przez lokalne firmy, np. księgowego, kierowcy kat. C, operatora koparko-ładowarki itp. I choć Krzysztof Kozicki nie jest już starostą, to bakcyl ekonomii społecznej został w Łomży zaszczepiony na stałe.

Ekonomia solidarna z Czarnkowa

Kolejnym przykładem prowadzenia aktywnej polityki walki z bezrobociem jest gmina Czarnków w woj. wielkopolskim. Duża w tym zasługa Bolesława Chwarścianka, który pełni funkcję wójta od 1999 r. – Funkcjonujemy bardzo dobrze w ramach szerokiego porozumienia, tzw. Partnerstwa Ekonomii Społecznej Ziemi Czarnkowskiej, które łączy działania wójta, starostwa powiatowego, Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej oraz wielu innych instytucji, stowarzyszeń i spółdzielni socjalnych zainteresowanych pomaganiem osobom bezrobotnym. Partnerstwo zostało założone w 2009 r. Choć użyłem sformułowania „ekonomia społeczna”, to my jednak wolimy określenie „ekonomia solidarna”, czyli taka, która jest solidarna z ludźmi, ze społeczeństwem – tłumaczy Chwarścianek.

Zaczęło się od tego, że kilka lat temu władze gminy zdecydowały się na stworzenie Centrum Integracji Społecznej i Praktyk Kulturalnych. – W założeniu jest to projekt skierowany do osób długotrwale bezrobotnych. Praca z takimi osobami to spore wyzwanie, bo trudno jest przywrócić je na rynek pracy – przedsiębiorcy niechętnie je zatrudniają. W ramach CIS-u bezrobotni mogą bezpłatnie uczyć się zawodu poprzez korzystanie z warsztatów i kursów specjalistycznych (np. gastronomicznych lub zieleniarskich). Istnieje również możliwość zasięgnięcia porady profesjonalnego doradcy zawodowego. Ważną funkcją tej instytucji jest to, że ludzie bez pracy mogą się integrować, przebywać ze sobą, rozmawiać i nie zostają ze swoimi problemami sami. Do CIS-u można należeć przez rok – przez ten czas jego uczestnikom przysługują świadczenia integracyjne – mówi Chwarścianek. Centrum pomogło już wielu bezrobotnym, którzy dzięki wsparciu po jakimś czasie znaleźli zatrudnienie.

To jednak nie jedyne pomysły wójta na zmniejszenie bezrobocia. Gmina zasłynęła z wykorzystania klauzuli społecznych w przetargach. Choć zapis o klauzulach społecznych w prawie zamówień publicznych, który preferuje przedsiębiorstwa społeczne zatrudniające osoby wykluczone oraz niepełnosprawne, istnieje już od 2009 r., to nie jest on zbyt często wykorzystywany przez samorządy. Gmina Czarnków może natomiast w tym zakresie stanowić wzór do naśladowania. – Klauzule są świetnym sposobem na ograniczenie bezrobocia w regionach szczególnie nim zagrożonych. Stosujemy je w przypadku zamówień na drobne usługi. Z klauzul korzystają spółdzielnie socjalne z naszej gminy. Przykładem jest tutaj spółdzielnia „Słoneczko”, zajmująca się sprzątaniem mieszkań oraz świadczeniem usług opiekuńczych. Wygrała ona jeden z przetargów, który ogłosiła gmina. Bez klauzul społecznych nie byłoby to możliwe. W przetargach bardzo często zwycięża również Centrum Integracji Społecznej, które później zleca prace swoim podopiecznym – opowiada wójt.

Wspieranie spółdzielczości jest kolejną inicjatywą, której podejmują się władze Czarnkowa. Na terenie gminy od dwóch lat dobrze prosperuje wspomniana spółdzielnia socjalna „Słoneczko”. Ponad rok temu powstała też spółdzielnia socjalna „Jodełka” w Paliszewie, której członkowie zajmują się pracami leśnymi, pielęgnacją zieleni oraz usługami porządkowymi. – Osoby, które zdecydowały się na założenie spółdzielni, mogły liczyć na naszą pomoc i nie ograniczała się ona tylko do przyznawania dotacji przez Powiatowy Urząd Pracy. Organizowaliśmy m.in. warsztaty, podczas których świeżo upieczeni spółdzielcy uczyli się, jak sprawnie zarządzać przedsiębiorstwami społecznymi. Poza tym doszliśmy do porozumienia z Nadleśnictwem Sarbia, które gwarantuje spółdzielni „Jodełka” stałe zlecenia, co niewątpliwie wpływa bardzo pozytywnie na funkcjonowanie tego przedsiębiorstwa. Przekonanie nadleśniczego nie było łatwe, ale na szczęście rozmowy przyniosły oczekiwany efekt. Wiedzieliśmy, że musimy pomóc tym ludziom, bo sami mogą sobie nie poradzić w pierwszym, trudnym okresie działalności – opowiada Chwarścianek. Wsparcie ze strony władz dotyczy nie tylko kwestii finansowych czy szkoleniowych. – W ramach Partnerstwa Ekonomii Społecznej wciąż opiekujemy się tymi spółdzielniami. Na przykład staramy się łagodzić konflikty, które niekiedy narastają ze względu na różne temperamenty pracowników – wyjaśnia wójt Czarnkowa.

Pilzno i Wodzisław walczą z bezrobociem

Na pomysł stworzenia Centrum Integracji Społecznej wpadły również władze Pilzna. Gmina znajduje się w woj. podkarpackim, które zajmuje wysokie miejsca w statystykach bezrobocia, a jednocześnie plasuje się na ostatnich pozycjach rankingów dotyczących wysokości zarobków. Ta sytuacja zmusza powiatowe i gminne samorządy do sporej kreatywności w zakresie troski o osoby wykluczone. W Pilźnie idea powołania CIS zrodziła się przy okazji spotkania z przedstawicielami Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, w którym uczestniczyli reprezentanci gminy. – Tam właśnie dowiedzieliśmy się o możliwości powstania w Pilźnie Centrum Integracji Społecznej. W spotkaniach uczestniczyli kierownicy działających już CIS-ów z wielu województw. „Zarażeni” pomysłem, zostaliśmy zaproszeni do udziału w wizycie studyjnej w Byczynie i Strzelcach Opolskich, gdzie istnieją zarówno Centra, jak i spółdzielnie socjalne. Właśnie po tych wizytach uznaliśmy, że tę ideę warto zaszczepić na naszym gruncie – opowiada Justyna Dziedzic z referatu administracyjno-organizacyjnego w Urzędzie Miejskim w Pilźnie. Pomysł wspierała burmistrz miasta, Ewa Gołębiowska.

Choć na wniosek gminy wojewoda przyznała Centrum Integracji Społecznej odpowiedni status, na uroczyste otwarcie trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. – Planowaliśmy inaugurację na 1 lutego 2013 r., ale na początek potrzebujemy znacznej dotacji finansowej, którą może nam przyznać tylko Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego. Środki te planujemy wydać na remont budynku przeznaczonego na działalność Centrum oraz zakup odpowiedniego wyposażenia. Już niedługo Urząd Marszałkowski będzie organizował konkurs dla gmin, które mają utworzyć Centra na swoim terenie. Oczywiście mamy zamiar w nim wystartować i te środki zdobyć. Gdyby jednak teraz się nie udało, będziemy próbować do skutku, bo jesteśmy bardzo zdeterminowani w dążeniu do naszego celu – przekonuje pani Dziedzic.

Jak zakładają władze gminy, w pilźnieńskiej instytucji zatrudnienie mogłoby znaleźć ok. 20 osób, które teraz korzystają ze wsparcia Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. W CIS osoby te pod okiem instruktora uczestniczyłyby w warsztatach podnoszących ich kwalifikacje. Jednocześnie wykonywałyby prace zlecone przez gminę lub inne instytucje czy firmy. – W naszym centrum planujemy trzy warsztaty. Zajmowałyby się one utrzymaniem zieleni, sprzątaniem stadionu, prowadzeniem szaletów miejskich. CIS świadczyłby też w pewnym zakresie usługi opiekuńcze, tzn. osobom wymagającym opieki sprzątałby mieszkanie czy robił zakupy – wyjaśnia Gołębiowska.

Na stworzenie instytucji, w której pracują osoby wykluczone z rynku pracy zdecydowano się także w powiecie wodzisławskim w woj. śląskim. Od 2008 r. funkcjonuje tam Zakład Aktywności Zawodowej. – Zgodnie z przepisami w Zakładzie zatrudnienie mogą znaleźć osoby ze znacznym lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, u których stwierdzono autyzm, upośledzenie umysłowe lub chorobę psychiczną (dotyczy osób z umiarkowanym stopniem). Obecnie pracuje tam 20 osób niepełnosprawnych oraz 7 osób pełnosprawnych. Zakład świadczy usługi pralnicze i pokrewne, np. magiel – opisuje Wojciech Raczkowski, rzecznik prasowy Starostwa Powiatowego w Wodzisławiu Śląskim. Warte podkreślenia jest to, że klienci są bardzo zadowoleni z jakości usług świadczonych przez Zakład. Dzięki temu liczba zleceń stale wzrasta.

Zainspirowało to władze Wodzisławia do poszerzenia oferty tej jednostki i tym samym zwiększenia liczby miejsc pracy. – Pod koniec 2012 r. władze powiatu wodzisławskiego opracowały i skierowały do Zarządu Województwa Śląskiego wniosek o rozbudowę Zakładu poprzez adaptację istniejącego w sąsiedztwie jego siedziby budynku na potrzeby pralni chemicznej. Koszt tej inwestycji oszacowano wstępnie na ok. 740 tys. zł. Dzięki niej szansę na zatrudnienie może mieć kolejne 10 osób niepełnosprawnych oraz 3 pełnosprawne. Pod koniec kwietnia Zarząd Województwa Śląskiego podjął pozytywną decyzję w sprawie dofinansowania Zakładu. Właśnie bierzemy się do dzieła, podpisujemy umowy z nowymi pracownikami – mówi Raczkowski.

Nysa wzorem dla innych

O innowacyjnych projektach władz Nysy dla bezrobotnych już od kilku lat rozpisują się zarówno lokalne, jak i ogólnopolskie media. Pracownicy Powiatowego Urzędu Pracy wpadli na pomysł pozwalający zmniejszyć bezrobocie, a jednocześnie rozwiązać problem deficytu mieszkań, na których budowę wciąż brakowało środków finansowych. Bezrobotni mieli wybudować blok mieszkalny. – Projekt „Budowa domów poprzez system szkoleń osób bezrobotnych” został zainicjowany w okresie, w którym rynek pracy w powiecie nyskim cierpiał na niską liczbę wykwalifikowanych pracowników budowlanych. Pomysł zrodził się z analizy systemu szkoleń realizowanych przez Powiatowy Urząd Pracy. Pomimo przeprowadzania wielu rodzajów kursów budowlanych trudno było dostrzec ich konkretny efekt. Podjęcie inicjatywy budowy prawdziwego domu, poprzedzonej szkoleniami, wydawało się optymalnym pomysłem na stworzenie efektywnych i odpowiedzialnych społecznie programów szkoleniowych. Ponadto przeprowadzone rozpoznanie wśród pracodawców z branży budowlanej wskazywało, iż będą oni zainteresowani zatrudnieniem absolwentów takich kursów w swoich firmach – opowiada Kordian Kolbiarz, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Nysie i jeden z pomysłodawców projektu.

Zainteresowanie udziałem w przedsięwzięciu wyraził wójt gminy Paczków. Dokonano ścisłego podziału obowiązków. – Gmina Paczków przygotowała nieruchomość pod względem formalno-prawnym, dokumentację techniczną oraz pozwolenia budowlane. Zabezpieczyła też część materiałów budowlanych. Zapewnienie maszyn, urządzeń, kadry nadzorującej budowę, w tym kierownika budowy, wykładowców i instruktorów, należało do Powiatowego Urzędu Pracy. W tym celu zorganizowaliśmy szereg szkoleń obejmujących 176 osób, które były przyuczane m.in. do zawodu tynkarza, murarza, betoniarza, elektryka czy specjalisty od wykończenia wnętrz. Szkoleniami zajmowało się Centrum Kształcenia Praktycznego w Nysie – wspomina Kolbiarz. W listopadzie 2008 r. oddano do użytku dwupiętrowy blok z 12 mieszkaniami, który obecnie służy za lokum dla kilkunastu rodzin oczekujących na przyznanie mieszkania socjalnego. Są to głównie samotne matki. Część budowlańców, którzy pracowali przy budowie bloku, znalazła zatrudnienie w firmach, jeszcze inni zdecydowali się na założenie działalności gospodarczej. W 2009 r. projekt zdobył „Europejską Nagrodę Przedsiębiorczości”.

Instytucje odpowiedzialne za zmniejszanie bezrobocia w Nysie i władze miasta nie osiadły na laurach. „Praca za naukę” – tak nazywa się najnowsza inicjatywa, współtworzona przez Powiatowy Urząd Pracy, Starostwo Powiatowe oraz Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Nysie. Celem projektu jest nabycie przez osoby bezrobotne kwalifikacji zawodowych w ramach studiów zaocznych na nyskiej uczelni. W pierwszej kolejności program obejmie 50 osób bezrobotnych mających wykształcenie średnie. Naukę rozpoczną w nowym roku akademickim na kierunku zdrowie publiczne ze specjalnością aktywizacja osób starszych. To nie jedyna korzyść wynikająca z uczestnictwa w programie. Studenci otrzymają bowiem na samym początku… pracę. – W trakcie każdego z trzech lat studiów każdej osobie będzie przysługiwało prawo do 6-miesięcznej pracy w jednostkach sektora pomocy i opieki społecznej. Zatrudnienie będzie finansowane w ramach robót publicznych. Podczas całego okresu nauki osoba bezrobotna przepracuje zatem co najmniej 18 miesięcy. Warunkiem skierowania do pracy będzie wywiązywanie się z obowiązków studenta (zaliczone egzaminy itp.). Przez całe studia osoba bezrobotna zarobi około 25000 zł, co z pewnością umożliwi opłacenie czesnego, które w sumie wyniesie 10000 zł. Resztę pieniędzy będzie mogła wydać wedle własnego uznania – wyjaśnia Kordian Kolbiarz. Po skończeniu studiów otrzymają oni tytuł licencjata, nauczą się jednego z trzech języków: angielskiego, czeskiego lub niemieckiego, a przede wszystkim – zawodu, który da im szansę na znalezienie pracy, ponieważ tego rodzaju specjaliści są i będą poszukiwani ze względu na proces starzenia się społeczeństwa. W przyszłości uczelnia planuje uruchomić również inne specjalności, a środki na to przedsięwzięcie będą pozyskiwane z programów unijnych.

Dzięki takim inicjatywom Nysa zdecydowanie wyróżnia się na tle innych samorządów. Od kilku lat miasto jawi się jako wyjątkowo przyjazne dla bezrobotnych. Warto czerpać z niego wzorce, a także inspirować się pomysłami innych gmin, które również realizują politykę zgodną z potrzebami społeczności lokalnych.

Alternatywna deska ratunku

W obliczu gospodarczej katastrofy i drakońskiej polityki finansowej mieszkańcy Europy Południowej oddolnie tworzą zręby alternatywnej ekonomii. Choć rządzi się ona zasadami wolnego rynku, to jednak nie zna długów, spekulacji finansowych i derywatów, które doprowadziły do ostatniego kryzysu.

Klasie średniej udział w tym eksperymencie dał z powrotem dostęp do dóbr i usług, które po 2007 r. były dla niej nieosiągalne. Dla bezrobotnych i ubogich stał się sposobem na samodzielne zapewnienie środków niezbędnych do przeżycia. Jeszcze inni kreślą dalekosiężne plany i widzą w alternatywnej ekonomii szansę na utworzenie egalitarnego społeczeństwa, lokalnych wspólnot złączonych silnymi więzami, a także gospodarki, która służy mieszkańcom regionu i chroni ich przed niekontrolowanym przepływem pieniędzy, prowadzącym do kryzysów ekonomicznych. W Europie Południowej powstały setki regionalnych walut, banków czasu czy LETS-ów (Local Exchange Trading System – Lokalny System Wymiany Handlowej). Są to zrzeszenia, które zastępują fizyczne pieniądze – punktami.

W Hiszpanii działa obecnie ponad 300 takich inicjatyw i biorą w nich udział dziesiątki tysięcy ludzi, zarówno przedstawiciele klasy niższej, jak i średniej. Nowe zrzeszenia wyłaniają się każdego tygodnia. W samej Barcelonie funkcjonuje ok. 100 banków czasu, które pod względem organizacyjnym niczym nie ustępują bankom komercyjnym – podlegają nawet audytom. Największy z nich zrzesza 3 tys. osób. W Maladze sporą popularnością cieszy się internetowa platforma operująca alternatywną wirtualną walutą. Dzięki niej 470 osób prowadzi wymianę gospodarczą – są to głównie 20- i 30-latkowie, wśród których bezrobocie jest wyjątkowe wysokie. W mieście Villanueva y Geltrú w Katalonii krąży natomiast społeczna waluta, nazywana turutas. Płatność nią akceptują nie tylko prywatne osoby, ale także liczne sklepy z elektroniką, delikatesy i piekarnie.

Grecy, którzy utracili w czasie kryzysu 40 proc. swoich dochodów, również rozwijają alternatywną ekonomię, m.in. na przedmieściach Aten, w Patras, na wyspie Korfu i w Katerinii. Znanym przyczółkiem nowej gospodarki jest Volos, miasto słynące niegdyś z tytoniu, ciężkiego przemysłu i portu, który łączył Grecję i Bliski Wschód. Dzisiaj bezrobocie sięga tam 26 proc. Od 2010 r. mieszkańcy płacą tu za produkty i usługi na zasadzie barteru wielostronnego, posługując się walutą zwaną tem. Transakcje dokonywane przez 1300 członków systemu wymiany są rejestrowane w komputerowej bazie. Znaczenie takich inicjatyw zostało dostrzeżone nawet przez grecki rząd, który w zeszłym roku wprowadził prawo ułatwiające rozwój alternatywnej ekonomii. Podobne przepisy już od dekady istnieją we Włoszech – w oparciu o nie działa w kraju ponad 300 banków czasu.

Podstawowym zadaniem wszystkich tych przedsięwzięć jest przywrócenie lokalnym społecznościom wpływu na własne życie przez podporządkowanie ekonomii potrzebom mieszkańców. W sytuacji, gdy z krajowej gospodarki odpływają pieniądze, dzięki którym ludzie mogą wymieniać się dobrami i usługami, alternatywna ekonomia daje im nowe środki płatnicze. W zasadzie – jak podkreśla wielu aktywistów i badaczy – powinno się mówić nie o „alternatywnej”, lecz o „komplementarnej” ekonomii. Powstające inicjatywy mają bowiem działać równolegle do oficjalnego systemu monetarnego i uzupełniać niedobór pieniędzy, który pojawia się w czasach kryzysu. Dzięki temu mieszkańcy mogą ponownie wziąć odpowiedzialność za własny los, nie czekając na pomoc państw, która – owszem – nadciąga, ale najpierw do bankierów.

Alternatywna ekonomia daje ludziom poczucie sprawczości również dzięki temu, że wprowadza niekapitalistyczne reguły ekonomiczne na lokalnym szczeblu. Regionalne systemy są projektowane w taki sposób, aby środków wymiany płatniczej nie można było ani wydrenować, ani kapitalizować – mają one służyć wyłącznie wymianie. Lokalne społeczności prowadzące liczne i silne alternatywne systemy nie muszą obawiać się zmniejszenia płynności i prędkości przepływu gotówki, co w dalszej konsekwencji prowadziłoby do spadku wewnętrznego popytu i pogłębienia się kryzysu. To dzięki tej cesze alternatywna ekonomia działa niczym smar, który umożliwia gospodarce działanie, gdy jej mechanizmy zaczynają się zacinać. Jednocześnie mieszkańcy mogą być pewni, że ich własna praca wzbogaci społeczność, w której żyją, zamiast zasilać konta nowojorskiej i londyńskiej finansjery. Pieniądze zostają w rękach społeczności i służą do wzmocnienia lokalnej gospodarki, która staje się bardziej samowystarczalna, a przez to odporniejsza na zawirowania globalnej ekonomii.

Pozytywny wpływ alternatywnej ekonomii na pogrążone w recesji gospodarki zaczyna być powoli dostrzegany. Rządy krajów południa Europy wprowadzają nowe ustawy ułatwiające zakładanie kolejnych zrzeszeń, a w prasie pojawiają się dyskusje, czy alternatywna ekonomia jest sposobem na uratowanie Grecji przed bankructwem. Znany cypryjski pisarz Michael Paraskos argumentował, że rozwój nowych systemów może stanowić „trzecią drogę” wyjścia z greckiego kryzysu. Z jednej strony takie rozwiązanie nie stwarzałoby żadnych zagrożeń dla projektu europejskiej unii walutowej, a z drugiej – poprawiło położenie zwykłych mieszkańców kraju. Te nadzieje mają podstawę nie tylko w teorii, ale także w historii, sięgając czasów wielkiego kryzysu z przełomu lat 20. i 30. ubiegłego stulecia.

Uwolnij swoje pieniądze

Historia alternatywnej ekonomii zaczyna się 5 lipca 1932 r. w Wörgl, niewielkim austriackim miasteczku w górach Tyrolu (obecnie Bawaria w Niemczech). Związana jest z nazwiskiem Michaela Unterguggenbergera, ówczesnego burmistrza i twórcy „cudu w Wörgl”, jak okrzyknęli jego osiągnięcia współcześni. Szybko rozwijające się w pierwszych dekadach XX w. miasto popadło w głęboką recesję w 1929 r. Gdy w 1931 r. Unterguggenberger został burmistrzem, w czteroipółtysięcznym mieście żyło ok. 1,5 tys. bezrobotnych, a 200 rodzin było zupełnie pozbawionych środków do życia. Jeszcze jako radny Unterguggenberger planował przeprowadzić w mieście inwestycje infrastrukturalne, m.in. zapewnić wszystkim mieszkańcom dostęp do bieżącej wody i wybrukować ponownie ulice. Kiedy objął urząd, w skarbcu miasta znajdowało się zaledwie 40 tys. szylingów – zdecydowanie za mało, by zrealizować plany. Burmistrz tymczasowo porzucił swoje zamiary, a za miejski budżet wydrukował freigeld – „wolne pieniądze”, które miały uzupełnić niedobór oficjalnej waluty w lokalnej gospodarce. Pierwszą transzą nowych banknotów, odpowiadającą wartości 1800 szylingów, wynagrodzono miejskich urzędników. Od tej pory połowę swojej wypłaty odbierali w alternatywnej walucie; później aż 75 proc. W całości freigeldami pokrywano koszty prac publicznych. Łącznie wypuszczono 32 tys. freigeldów.

Nowa waluta przypominała wyglądem raczej bony niż tradycyjne banknoty. Na każdym bonie znajdowały się wolne miejsca, na które można było przyklejać znaczki – również emitowane przez miasto – zapobiegające dewaluacji pieniądza. Freigeld był bowiem tak zaprojektowany, aby każdego miesiąca tracił 1% wartości. Żeby przywrócić pierwotną wartość bonu, należało wykupić znaczki odpowiadające liczbie miesięcy, w których pieniądz znajdował się w obrocie. To rozwiązanie miało skłonić mieszkańców do szybkiego wydawania zarobionych pieniędzy, natomiast zyski ze sprzedaży znaczków przeznaczano na pomoc socjalną. Dzięki planowanej dewaluacji pieniądza freigeld zaczął krążyć w lokalnej gospodarce 14 razy szybciej niż szyling, a większość pierwszej transzy weszła do drugiego obiegu w ciągu zaledwie doby, zwracając w podatkach koszt emisji. Trzeciego dnia eksperymentu podejrzewano, że bony zostały sfałszowane, gdyż szacowano, iż po tym krótkim okresie czasu przyniosły miastu zysk 5100 szylingów w postaci podatków, które miały zostać uiszczone przez mieszkańców.

W ciągu pierwszych miesięcy eksperymentu za freigeld opłacono roboty publiczne warte 100 tys. szylingów, a wpływy z zaległych podatków wzrosły ośmiokrotnie; co ciekawe, wielu mieszkańców płaciło swoje należności z wyprzedzeniem, by uniknąć dewaluacji. Miastu udało się przeprowadzić wszystkie inwestycje planowane przez Unterguggenbergera, a nawet zrealizować kolejne projekty, jak budowa nowych domów, skoczni narciarskiej i mostu (na którym dumnie widniał napis „Zbudowany za wolne pieniądze”) czy zalesienie terenów wokół miasta. Co najważniejsze, szybki przepływ gotówki zlikwidował problem bezrobocia. Już na początku eksperymentu bezrobocie w mieście spadło z 30 do 14%, by później niemal zniknąć.

Wiadomość o sukcesie mieszkańców Wörgl obiegła świat. Jeszcze w czasie trwania projektu system walutowy skopiowało sześć okolicznych wsi i jedno miasto. W czerwcu 1933 r. Unterguggenberger spotkał się z przedstawicielami kolejnych 170 miast i wsi. Łącznie w samej Austrii ponad 200 miejscowości było zainteresowanych wdrożeniem alternatywnych walut. Znany jest także przypadek niemieckiego miasta Schwanenkirchen, które z dużym sukcesem wprowadziło lokalną walutę. Do miasteczka zaczęli ściągać ekonomiści i politycy z innych krajów. Przybył tu np. francuski minister finansów, a amerykański rząd powołał specjalną komisję do badania „cudu w Wörgl”; wyniki posłużyły do wprowadzenia lokalnych walut w kilkunastu miejscowościach. Niestety wieść o freigeld nie ominęła Austriackiego Banku Centralnego, który w obawie przed utratą monopolu emisyjnego zaskarżył inicjatywę. Sąd Najwyższy przychylił się do oskarżeń i po 13 miesiącach waluta została zdelegalizowana. Miasto ponownie pogrążyło się w recesji, a stopa bezrobocia wróciła do poziomu sprzed ekonomicznego eksperymentu.

Unterguggenbergera do zaprojektowania lokalnej waluty zainspirowała teoria tzw. wolnej ekonomii, autorstwa Silvio Gesella, niemieckiego ekonomisty z początków XX w. Próbował on dać odpowiedź na pytanie, jak przywrócić pieniądzom walor środka wymiany gospodarczej, a zarazem ukrócić takie zjawiska jak lichwa, spekulacje i tezauryzacja waluty, które zakłócają przepływ gotówki. Problemy i kryzysy ekonomiczne miały, zdaniem Gesella, źródło w systemie monetarnym: jeśli pozwolimy, aby pieniądze stały się środkiem oszczędzania lub przedmiotem inwestycji, to drugą stroną tego zjawiska będzie odpływ waluty z gospodarki, która zacznie cierpieć na niedobór środków wymiany. Odpływ pieniędzy i ich kumulacja w rękach niewielkiej grupy elit finansowych prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której ludzie nie mogą się wymienić dobrami i usługami, choć nadal istnieje na nie popyt oraz są osoby zdolne zapewnić podaż. Zjawisko to – znane jako deflacja – ma tendencję do pogłębiania się: im mniej ludzie mają, tym mniej skłonni są wydawać, co sprawia, że gospodarka pogrąża się w coraz cięższym kryzysie.

Aby zapobiec konsekwencjom tezauryzacji pieniądza, Gesell zaprojektował system gospodarczy zwany wolną ekonomią. Składają się na niego trzy elementy: 1) wolny handel regulowany przez prawa popytu i podaży; 2) tzw. uwolnienie ziemi, czyli zakaz używania działek jako lokaty oszczędnościowej lub przedmiotu spekulacji; 3) wolny pieniądz, czyli waluta, która jest środkiem wymiany ekonomicznej, a nie gromadzenia kapitału. Trzeci składnik to właśnie samodewaluujące się bony, których przykładem są freigeldy. Gesell uważał za pozbawione racjonalnych podstaw oczekiwania kapitalistów, że gromadzony przez nich pieniądz nie utraci swojej wartości, ale ją zwiększy w wyniku oprocentowania dodatniego. Waluta – podobnie jak inne dobra – powinna się z czasem zużywać.

W systemie monetarnym Gesella odzyskanie pierwotnej wartości pieniędzy wymaga od właściciela zainwestowania środków i wiąże się z kosztami, tak samo jak np. renowacja budynku. Stąd doktryna wolnej ekonomii jest czasem nazywana „ekonomią w porządku naturalnym”. Ujemne oprocentowanie pieniądza, które działa tu jak swoista opłata postojowa, nie tylko nakręca popyt, ale także chroni mniejszych przedsiębiorców i ludzi pracy przed działaniami monopolistów i finansjery. W systemie kapitalistycznym pieniądze wyjęte spod praw natury dają osobom, które je posiadają, przewagę nad wytwórcami, dysponującymi towarem o określonej dacie przydatności. Walutę znacznie łatwiej upłynnić niż dobra i usługi, dlatego monopoliści mogą szantażować producentów. Ujemne oprocentowanie odwraca tę relację sił: na wolnym rynku bez kapitalizmu rządzi nie ten, kto posiada 1000 zł, ale ta osoba, która ma dziesięciu nabywców gotowych wydać na jej towar po 100 zł. Ludzie zaspokajający potrzeby innych wracają na należną im pozycję w społecznej hierarchii.

Wśród współczesnych alternatywnych walut najsłynniejszy jest chiemgauer, wyemitowany po raz pierwszy w 2003 r. w Prien am Chiemsee w Bawarii. Jego nazwa pochodzi od regionu w okolicach jeziora Chiemsee. Pomysłodawcą był Christian Gelleri, nauczyciel ekonomii, który aby wyjaśnić swoim 16-letnim uczniom, jak działają systemy monetarne, zaprojektował jeden z nich. Chiemgauer w pierwszym roku istnienia nie spotkał się z zainteresowaniem lokalnej społeczności. Zarejestrowało się 130 użytkowników nowej waluty i akceptowały ją tylko nieliczne sklepy. Łączny obrót w 2003 r. wynosił 75 tys. euro. Jednakże w 2012 r. w projekcie uczestniczyło już ponad 600 przedsiębiorców i 2,5 tys. konsumentów, co zapewniło obrót przekraczający 6 mln euro. Chiemgauer krąży w tej chwili 2,5 razy szybciej niż oficjalna waluta eurostrefy.

Regionalny pieniądz obłożony jest opłatą postojową: co trzy miesiące waluta traci 2% swojej wartości, którą użytkownik może odzyskać, kupując znaczki. Firmy rejestrujące się w systemie monetarnym muszą zapłacić 100 euro, a później wnosić miesięczną opłatę od 5 do 10 euro w zależności od obrotów, jakie uzyskały. Jeśli chcą wymienić chiemgauery na oficjalną walutę, muszą wnieść kolejną opłatę w wysokości 5% transakcji. Około 40% opłat idzie na obsługę systemu, a reszta jest przekazywana lokalnym organizacjom pozarządowym. Do organizacji trafia też 3% z każdej transakcji, której dokonują użytkownicy chiemgauerów – konsumenci w momencie zapisów do systemu sami mogą wskazać beneficjentów. Od początku trwania projektu trafiło do nich już ponad 300 tys. euro. Emisją pieniądza i rejestracją zajmują się osobne organizacje i banki. Niektóre z nich, np. Raiffeisenbank, wypuszczają nawet specjalne karty debetowe. Drobni przedsiębiorcy zarejestrowani w systemie mogą liczyć na nieoprocentowane kredyty.

Mimo sporej popularności lokalnej waluty jej obrót odpowiada tylko 0,2% całego PKB w regionie. Gelleri patrzy jednak w przyszłość z nadzieją i uważa, że jest szansa, by za pośrednictwem chiemgauerów przeprowadzano połowę lokalnych transferów. Niezależnie od tego, czy wierzymy w te zapewnienia, należy podkreślić, że Niemcy są w tej chwili krajem, w którym alternatywne waluty rozwijają się najszybciej na świecie. W 2011 r. działało tu 28 lokalnych systemów, które zrzeszały ponad 2,5 tys. przedsiębiorców, i wystartowało 37 kolejnych. Wszystkie inicjatywy są wspierane przez Regiogeld, krajową organizację promującą komplementarne waluty. Peter North – badacz alternatywnych pieniędzy – przyrównuje Niemcy do bioróżnorodnego ekosystemu. Duży zasięg alternatywnej ekonomii będzie dla kraju zabezpieczeniem w przypadku poważnych problemów: ewentualnego upadku wspólnej europejskiej waluty, kolejnych fal recesji czy wyczerpania się zasobów paliw kopalnych. Takiego stopnia stabilności nie mogą zapewnić systemy wzniesione na pieniężnej monokulturze.

Informacje w obiegu

Innymi przykładami alternatywnej ekonomii są systemy oparte nie o fizyczną walutę, lecz o informację. Do nich zaliczyć można m.in. banki czasu i LETS-y. W tym przypadku pierwszym krokiem do utworzenia alternatywnego rynku jest zrzeszenie ludzi, sklepów i firm, które spisują swoje potrzeby i oferty. Na tej podstawie tworzy się wspólną bazę danych, publikowaną zwykle co dwa miesiące. Umożliwia ona kontakt i wymianę między członkami. W ramach LETS-ów płatności dokonuje się za pomocą „fałszywych pieniędzy”: uczestnicy wymiany handlowej wyceniają wartość swoich dóbr i usług za pomocą punktów czy kredytów, a wyniki transakcji zapisują na czekach. Następnie noty są zbierane i sumowane jak w banku, by określić saldo poszczególnych osób. Rozliczenie jest ogólnie dostępne dla wszystkich zarejestrowanych w systemie. Aby uniknąć oszustw, oprócz salda publikuje się również historię przeprowadzonych transakcji. Równolegle aktualizowane są bazy danych o ofertach i zapotrzebowaniu.

W bankach czasu jednostką płatności są natomiast godziny. W przeciwieństwie do LETS-ów przyjmuje się tu często zasadę, że praca każdej osoby posiada tę samą wartość – np. godzina pracy lekarki jest warta tyle samo co ogrodnika. Wiele banków czasu odchodzi jednak od tej zasady i uwalnia ceny. Niezależnie od przyjętego systemu rozliczeń zarówno LETS-y, jak i banki czasu rządzą się prawami podaży i popytu. Podobnie jak w przypadku komplementarnych walut, w systemach operujących informacją nie istnieje możliwość zbierania kapitału, ponieważ bilans wszystkich rozliczeń wynosi zero. Przy każdej transakcji jedna strona zyskuje dokładnie taką samą sumę kredytów lub godzin, jaką traci druga. Pożyczanie środków na procent nie ma sensu, gdyż informacje nie są emitowane przez odrębną instytucję i nigdy nie zabraknie ich w systemie – w każdej chwili można je za darmo powielić. Powszechna dostępność środków finansowych oznacza również, że nikt nie musi pod ekonomicznym przymusem pracować w niekorzystnych warunkach.

Osoby z deficytem są motorem alternatywnej gospodarki. Aby zniechęcić gapowiczów, w systemie można ustanowić dolny limit. We wzorcowych zrzeszeniach decyzje administracyjne podlegają demokratycznej kontroli wszystkich członków. Ludzie zarządzający systemem są wynagradzani w wewnętrznej walucie. Kolejnym problemem jest odprowadzenie podatków. Każdy członek sam jest odpowiedzialny za rozliczenie się z fiskusem, dlatego często zaleca się, by część wynagrodzeń opłacać w oficjalnej walucie. Z tego powodu zwykle przyjmuje się, że wartość kredytów odpowiada narodowej walucie w stosunku 1 : 1. W niektórych krajach ignoruje się obowiązek podatkowy, gdyż alternatywna ekonomia oznacza dla rządów mniejsze wydatki na walkę z biedą. Czasem państwa odbierają daninę, korzystając z usług oferowanych przez LETS-y.

Pierwszy LETS powstał w 1983 r. w Courtney (zachodnie wybrzeże Kanady) i miał stanowić próbę rozwiązania problemu recesji, która dotknęła region – w samym mieście bezrobocie wynosiło 18%. Pomysłodawcą systemu był Michael Linton. Obserwował on zależność między ilością pieniędzy w obiegu a szybkością wymiany handlowej. Pakietem ratunkowym Lintona stały się tzw. zielone dolary. Ponieważ nie były one fizyczną walutą, lecz informacją, stanowiły powszechnie dostępne dobro, ułatwiające wymianę ekonomiczną. Niedługo później Linton zaprojektował pierwszy program informatyczny, który służył do obsługi LETS-u. W 1985 r. alternatywny rynek w Courtney skupiał 500 członków, a łączna wartość wymienionych dóbr i usług wynosiła 300 tys. dolarów. Jednocześnie Linton wraz z Hazel Henderson („zieloną” ekonomistką) zaczęli promować systemy w kolejnych regionach.

W 1987 r. w Kanadzie istniało dwanaście LETS-ów, a kolejnych dziesięć w innych krajach. Połowa systemów z pierwszego pokolenia upadła jeszcze przed końcem lat 80., również pionierski projekt z Courtney, który nie był w stanie pokryć kosztów swojego działania. Przełom lat 80. i 90. to początek następnej ofensywy, która tym razem szybko podbiła serca wielu lokalnych społeczności, głównie poza Ameryką Północną. W 1995 r. było już ok. 500 LETS-ów, w tym po 200 w Wielkiej Brytanii i Australii oraz 70 w Nowej Zelandii. Popularność alternatywnej ekonomii w tych krajach pozostawała w bezpośrednim związku z sytuacją gospodarczą. W Wielkiej Brytanii w latach 1986–1991 działało zaledwie dziesięć systemów, jednak gdy pod koniec 1992 r. dotknął ją kryzys, liczba LETS-ów zaczęła przyrastać w tempie geometrycznym. Podobny scenariusz obserwujemy w Nowej Zelandii, gdzie LETS-y (nazywane tu częściej Green Dollar Exchange lub Exchange and Barter Systems) rozwijały się na dużą skalę po 1987 r., gdy kraj zmagał się z wysokim bezrobociem, efektami krachu na giełdzie i światowej recesji. Popularność LETS-ów była tu tak duża, że powstały nawet czasopisma i programy telewizyjne poświęcone alternatywnej ekonomii.

Innymi czynnikami, które wyraźnie sprzyjają powstawaniu zrzeszeń, są przychylne władze i odpowiednie przepisy podatkowe. Wzorcowa jest tu Australia. Pierwszy LETS powstał tam w 1987 r. Idea spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony silnego ruchu na rzecz regionalnej samowystarczalności. Państwo zainteresowało się alternatywną ekonomią na początku lat 90. Początkowo reakcja władzy była nieprzychylna, a systemami zajął się fiskus. Jednak w kolejnych latach wprowadzono korzystne dla LETS-ów zmiany w prawie podatkowym, a nawet przeznaczono osobne środki na wspomaganie nowych inicjatyw. Dzięki temu Australia jest do dziś w czołówce krajów z rozwiniętą alternatywną ekonomią.

Na świecie funkcjonuje obecnie od 1,5 do 2,7 tys. alternatywnych systemów handlowych różnego typu. Liczby te należy jednak traktować jako szacunkowe, gdyż rynki nieustannie wyłaniają się i zanikają. Zwykle osiągają one wielkość kilkudziesięciu lub kilkuset uczestników. Do rzadkości należą systemy zrzeszające więcej niż 500 osób. Magiczną liczbę 1000 uczestników przekroczyło do tej pory zaledwie kilka z nich. Warto również nadmienić, że powstają organizacje, które pozwalają prowadzić wymianę handlową między poszczególnymi systemami. Do takich należą m.in. krajowe platformy w Australii (Australian Exchange Groups – Australijskie Grupy Wymiany; Timebanking Australia – Bank Czasu Australia) czy międzynarodowa inicjatywa Community Exchange System (Społeczny System Wymiany).

Na osobne omówienie zasługuje barter wielostronny w Argentynie, gdyż stanowi on dobry przykład tego, jak systemy wzorowane na LETS-ach mogą przygotować społeczność na kryzys i pozwolić – dosłownie – przeżyć ekonomiczny krach. W 1995 r. w Buenos Aires powstał zalążek sieci RGT (Red Global de Trueque – Globalna Sieć Barteru), założonej przez członków ekologicznej organizacji Programma de Autosuficiencia Regional (Program na rzecz Regionalnej Niezależności). Inicjatywa była odpowiedzią na restrykcyjną politykę fiskalną rządów prezydenta Carlosa Menema, która przyczyniła się do zwiększenia obszarów biedy. Sieć wzorowano na wprowadzonym w północnej części stanu Nowy Jork systemie Ithaca Hours – jednym z największych LETS-ów na świecie, który skupiał wówczas ok. 4 tys. przedsiębiorców i jeszcze większą liczbę zwykłych uczestników.

RGT na początku istnienia była typowym LETS-em, korzystającym z bazy komputerowej, w której rejestrowano transakcje. Inicjatorzy zaczęli jednak eksperymentować z innymi nośnikami wartości, by na końcu przekonać się do not (kuponów) kredytowych, pozwalających na prowadzenie barteru wielostronnego, również poza lokalną społecznością. Tę swoistą walutę nazywano creditos lub arbolitos. Sieć była utworzona z małych, nowo powstałych ryneczków-klubów (nodów), działających m.in. w salach kościelnych, opuszczonych fabrykach, na boiskach czy parkingach, gdzie ludzie spotykali się, aby wymienić punkty. Metoda handlu, którą na początku posługiwało się zaledwie 30 osób, w pierwszych latach XXI w. zyskała akceptację miliona Argentyńczyków, a połowa regularnie brała udział w spotkaniach ponad 4 tys. klubów barterowych w całym kraju. Największy z nich, w okolicach Mendozy, miał skupiać nawet 36 tys. obywateli.

Na targowiskach za punkty można było kupić wszystkie dobra i usługi potrzebne w normalnym życiu: pieczywo, owoce i warzywa, ubrania i kosmetyki, znaleźć fryzjera lub manikiurzystów, a nawet wykupić ubezpieczenie czy usługi lekarskie. Zwykle targi odbywały się raz w tygodniu i trwały kilka godzin. Do niektórych klubów dopuszczani byli tylko okoliczni mieszkańcy, inne były otwarte na obcych i akceptowały jednostki płatnicze, których same nie emitowały. Argentyńczycy chętnie korzystali z dostępu do różnych rynków i często podróżowali między miastami, aby nabyć to, czego potrzebowali. Mimo rozwoju bardzo licznych systemów rozliczania najpopularniejszą walutą pozostał arbolitos emitowany przez PAR. Sieć, która objęła cały kraj, nie była jednak administrowana przez żadną ponadlokalną organizację.

Dla wielu Argentyńczyków alternatywna ekonomia stała się jedynym dostępnym rynkiem, gdy w 2001 r. kryzys osiągnął apogeum – prywatne konta bankowe zostały zamrożone. To w tym czasie sieć przyciągnęła największą liczbę konsumentów i drobnych producentów. Wśród nich była rosnąca rzesza tzw. nowych biednych – przedstawicieli klasy średniej, którzy utracili pracę wskutek kryzysu. Jak argumentował PAR, to właśnie ponadlokalny charakter inicjatywy, otwartość na nowych uczestników, niewielki nadzór i pragmatyczny stosunek do handlu pozwoliły stworzyć podaż zaspokajającą potrzeby obywateli, którzy wypadli poza system dominującej gospodarki. Kierunek, w jakim rozwinęło się przedsięwzięcie, spotykał się jednak również z krytyką, m.in. ze strony RTS-u (The Red de Trueque Solidario – Solidarne Sieci Barteru). Przedstawiciele organizacji twierdzili, że nadmierna emisja arbolitos prowadzi do inflacji, a słaby nadzór rodzi nadużycia. Dlatego domagali się przywrócenia inicjatywie bardziej regionalnego charakteru oraz wprowadzenia jasnych procedur decyzyjnych. Sieć miałaby bazować wyłącznie na lokalnych systemach wymiany, nowe grupy dołączałyby wyłącznie za zgodą pozostałych, a uczestnicy oddelegowani na comiesięczne krajowe spotkania podejmowaliby decyzje o kształcie dalszej współpracy. Postulowano także wprowadzenie demokratycznego nadzoru na poziomie poszczególnych klubów, łącznie z programem edukacyjnym dla nowych członków. Akceptacja etosu lokalnych grup byłaby warunkiem niezbędnym udziału w targowiskach. RTS chciał upowszechnić postawę prosumenta – członka klubu, który jest jednocześnie konsumentem i mikroprzedsiębiorcą.

Grupy kierujące się zasadami RTS-u stanowiły tylko niewielką część całej sieci, ale już w 2002 r. okazało się, że ich postulaty większego nadzoru i transparentności były potrzebne. To, co stanowiło o sile argentyńskiego barteru – zasięg i niska kontrola – okazało się również przyczyną jego upadku. Pogrążeni w ubóstwie Argentyńczycy konkurowali ze sobą bezwzględnie o najlepsze ceny, nie stroniąc nawet od bójek. Nie brakowało wśród nich drobnych spekulantów, którzy czekali na okazję, by sprzedać po zawyżonej cenie tanio kupione dobra. Jeszcze inni fałszowali noty – policja przechwyciła 2 mln podrobionych creditos. Jesienią 2002 r. jedna z największych argentyńskich telewizji wyemitowała materiał, w którym sieć barteru została przedstawiona jako przekręt. Mimo że aktywiści odpierali zarzuty, twierdząc, że program telewizyjny powstał z inspiracji rządu, reputacja przedsięwzięcia została zniszczona. W ciągu jednej nocy od alternatywnej ekonomii odwróciło się w zależności od regionu od 10 do 40% członków. Kryzys zaufania w mniejszym jednak stopniu dotknął grupy, które kierowały się zasadami RTS-u.

Bywa ciężko

Do tej pory zdecydowana większość systemów tworzących alternatywną ekonomię nie była trwała. Zyskiwała ona duże poparcie lokalnych społeczności w czasie kryzysów, szalejącego bezrobocia i gwałtownego spadku dochodów. Wówczas do osób poszukujących odmiennego stylu życia dołączały grupy, które znalazły się na marginesie społeczeństwa. Wiele nowych systemów monetarnych dokonywało jednak swojego żywota, gdy tylko sytuacja gospodarcza regionu się poprawiała lub malał zapał założycieli. Na niewiele zdaje się tu obietnica przemodelowania społeczeństwa, którą składa alternatywna ekonomia. Niektórzy jednak, jak North, mają nadzieję, że inicjatywy rozwijane w Europie Południowej tym razem okażą się trwałe. Swoją wiarę wiążą z Ruchem Oburzonych, który ma stanowić silną podstawę alternatywnej ekonomii. Jeszcze inni spekulują, czy w połączeniu z nowymi środkami komunikacji może ona stać się zarzewiem globalnego ruchu oporu wobec kapitalizmu – czymś na wzór komunistycznej światowej rewolucji. Póki co, alternatywna ekonomia stanowi zaledwie ułamki promili światowej gospodarki i ta sytuacja prędko się nie zmieni. Nawet w tych krajach, gdzie jej systemy mają najdłuższą tradycję, obrotów osiąganych w ramach komplementarnych rynków nie można porównywać z tymi, które generuje kapitalizm. Większość aktywistów z zazdrością patrzy na takie inicjatywy jak Berkshares w Great Barrington w stanie Massachusetts, która osiąga obrót 2 mln dolarów, a przecież w globalnej skali to zaledwie kropla.

O słabości nowych systemów monetarnych decydują różne czynniki. Pierwszą ich grupę wskazaliśmy pośrednio, przedstawiając historię freigeld w Wörgl i barteru w Argentynie. Znaczący udział w upadku tych systemów miały decyzje polityczne. W pierwszym przypadku użyto środków prawnych do zdelegalizowania inicjatywy, która mogła stanowić zagrożenie dla monopolu emisyjnego Austriackiego Banku Centralnego. Przypadek Argentyny stanowi natomiast przykład partyjnej walki, w której strona rządowa i przychylne jej media dyskredytują alternatywną ekonomię. Obie sytuacje pokazują, jakie zagrożenia mogą spotkać systemy, którym uda się rozrosnąć na wielką skalę. Jednak również mniejsze inicjatywy spotykają się z niechęcią. Badania nad LETS-ami w Manchesterze pokazywały, że część lokalnych przedsiębiorców nie chciała współpracować z uczestnikami systemu wymiany, gdyż ci prowadzili styl życia kojarzący się z subkulturami. Z kolei w Argentynie biznesmeni trzymali się z dala od osób zaangażowanych w barter. Niektórzy aktywiści wręcz posądzali liderów reprezentujących sektor małych przedsiębiorstw o próby wywarcia presji na politykach w celu zaostrzenia przepisów regulujących wymianę barterową. Mimo to australijskie doświadczenia, działania niektórych europejskich polityków oraz postawa wielu lokalnych przedsiębiorców pokazują, że alternatywna ekonomia może bez przeszkód funkcjonować jako suplement kapitalistycznej gospodarki i monetarnego systemu państwa.

W tym miejscu dochodzimy do kolejnej istotnej grupy czynników ograniczających alternatywną gospodarkę, które możemy nazwać ekonomicznymi. Większość inicjatyw nie osiąga masy krytycznej, dzięki której miałaby szansę działać efektywnie. Nowo powstałe grupy zrzeszają zwykle kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Sporadycznie przyłączają się do nich przedsiębiorcy. Podaż jest niewielka i zwykle składają się na nią raczej nietypowe usługi, a przecież nie samymi korepetycjami człowiek żyje. Kiedy grupie nie udaje się powiększyć rozmiarów, jej członkowie odwracają się od gospodarki niedostatku i wracają na obfite łono dominującej ekonomii. Włączenie do akcji nawet nieuprzedzonych przedsiębiorców może być dla organizatorów nie lada wyzwaniem. Może się bowiem okazać, że firma za zarobione alternatywne pieniądze nie będzie w stanie prowadzić interesów ze swoimi kontrahentami. Efektywna gospodarka lokalna potrzebuje również odpowiedniego prawa podatkowego, aby przedsiębiorcy mieli szansę uczciwie rozliczyć się z fiskusem. Udział lokalnego biznesu nie oznacza jeszcze istotnej poprawy podaży, ponieważ zalew rynku importowanymi dobrami sprawia, że regionalna produkcja nie jest w stanie wyjść naprzeciw potrzebom społeczności. Kolejną przeszkodą są środki finansowe, które muszą posiadać organizatorzy, aby powołać do istnienia alternatywną gospodarkę. Z badań przeprowadzonych w USA przez Joanne Poyourow, aktywistkę Ruchu Przemian z Los Angeles, wynika, że koszt wprowadzenia lokalnej, fizycznej waluty waha się od 10 do 25 tys. dolarów. Są to koszty dystrybucji i przygotowania pieniędzy, które muszą być odpowiednio zabezpieczone przed fałszerzami i spełniać pewne standardy estetyczne, aby społeczność nie miała wrażenia, że bawi się w grę „Monopoly”. Do tego dochodzą koszty administracyjne.

W pierwszej chwili może się wydawać, że problem braku funduszy rozwiązują banki czasu i LETS-y. W przeciwieństwie do banknotów informację można wytworzyć za pomocą długopisu i kartki, czyli w zasadzie za darmo. Nic bardziej złudnego. Duże systemy generują bardzo wysokie koszty związane z ich używaniem. Ciekawą, krytyczną perspektywę przedstawia Andrzej Żwawa, który w 2008 r. opublikował raport dotyczący alternatywnej ekonomii w Polsce. Chociaż pisze on o zaledwie kilkunastu przedsięwzięciach, a szczegółowo analizuje tylko jedno (LETS w Krakowie), to z jego tekstu wyłania się obraz, który wydaje się dobrze tłumaczyć słabość alternatywnej ekonomii. O niepowodzeniach poszczególnych przedsięwzięć stanowią zwykle prozaiczne przyczyny. Informacja – z pozoru darmowa – ma swoją cenę, która w przypadku źle zaprojektowanych, nieudolnie zarządzanych lub nierozwiniętych systemów może znacznie przewyższać koszty posługiwania się tradycyjną walutą. Zakup nawet najprostszej usługi za pomocą wirtualnych środków wymiany wymaga od nabywcy podjęcia wielu dodatkowych działań, takich jak przeszukanie listy usług, skontaktowanie się z usługodawcą telefonicznie lub e-mailowo, dojazd do oddalonych miejsc. Może się okazać, że usługodawca nie będzie mógł zrealizować nawet prostego zamówienia w krótkim terminie lub w ogóle nie jest zainteresowany transakcją. Gdy podaż w alternatywnej gospodarce jest niewielka, następuje zwrot w stronę tradycyjnego rynku.

Aby dokonać transakcji, musimy przezwyciężyć dodatkowe bariery technologiczne i psychologiczne, zainwestować tradycyjne pieniądze (dojazd, telefon) i pozwolić sobie na komfort czekania. Ponadto systemy oparte o informacje niejako wymagają od uczestników, żeby przy okazji wymiany prowadzili życie towarzyskie: to, co dla jednych jest wartością dodaną, dla innych może być „haraczem”, którego dobrowolnie nigdy nie uiszczą. Kosztowne jest również zarządzanie systemem. Teoretycznie administratorów można opłacić komplementarną walutą. Niewielki zakres ofert na alternatywnym rynku sprawia jednak, że nie jest to wystarczająca gratyfikacja i osoby odpowiedzialne za zarządzanie pełnią funkcje jako wolontariusze. Tymczasem już obsługa bazy danych kilkudziesięciu osób jest pracą na cały etat, wymagającą ponadto odpowiedniego oprogramowania. Dla wielu społeczności rozwiązaniem problemu finansowego byłoby wsparcie ze strony władz, organizacji pozarządowych lub sponsorów, na to jednak większość inicjatyw nie może liczyć. Gdy wspomnimy jeszcze o potrzebie skonstruowania efektywnych procedur podejmowania decyzji i niejasnościach prawnych („Jak rozliczyć się z zarobionych godzin z urzędem skarbowym?”, „Czy pracując w LETS, uzbieram na emeryturę?”), to obraz całego przedsięwzięcia staje się jeszcze bardziej zagmatwany.

Historia alternatywnej ekonomii pozwala nam również wyrokować na temat przyszłości systemów powstających w krajach Europy Południowej. Możemy przypuszczać, że ich trwałość nie będzie zależeć tak bardzo od ideowych deklaracji Ruchu Oburzonych jak od organizacyjnej sprawności. Doświadczenie pokazuje również, że wielką naiwnością jest upatrywanie w alternatywnej ekonomii narzędzia politycznego oporu. To współpraca z władzą i biznesem przyczyniała się jak do tej pory do największych sukcesów lokalnej gospodarki. Alternatywna ekonomia jest najsilniejsza w tych krajach, gdzie istnieje odpowiednie prawo podatkowe, władze na szczeblu krajowym i lokalnym sa przychylne takim inicjatywom, udaje się uzyskać odpowiednie środki finansowe na ich wspieranie, jak ma to miejsce np. w Australii. Największy dotąd sukces alternatywnej ekonomii – cud w Wörgl – nie był dziełem obywatelskiej aktywności, lecz władz miejskich. Pieniądze były emitowane w ratuszu, system był zarządzany przez wykwalifikowanych i dobrze opłacanych urzędników, a waluta została wprowadzona odgórnie, co zapewniło dużą podaż. W dodatku freigeld miał moc zwalniania z obowiązku podatkowego, a wpływy z tego tytułu trafiały bezpośrednio do miejskiego skarbca. To właśnie kształt systemu podatkowego przesądził o triumfie Unterguggenbergera – skali jego sukcesu nie udało się już nigdy powtórzyć.

Znaczenie efektywnego zarządzania widać równie wyraźnie na przykładach systemów alternatywnej ekonomii stworzonych przez przedsiębiorców. Spośród kilkunastu inicjatyw zainspirowanych eksperymentem z Wörgl do dziś działa tylko jeden – Swiss Wirtschaftsring (Szwajcarski Krąg Gospodarczy). Jest to system barteru wielostronnego, w którym bierze udział 62 tys. firm. Działa on nieprzerwanie od prawie 80 lat i osiąga roczny obrót odpowiadający 2 mld franków szwajcarskich. Podobne przedsięwzięcie od 2000 roku funkcjonuje także w Polsce pod nazwą Barter System (wcześniej BCI Poland), stanowiąc platformę wymiany dla 500 firm, które każdego roku wymieniają między sobą towary i usługi warte 7 milionów złotych. Polskie i szwajcarskie inicjatywy pokazują, że umiejętne zarządzanie i – w konsekwencji – ekonomiczne korzyści potrafią przekonać do alternatywnej ekonomii nawet te grupy społeczne, które są do niej najmocniej uprzedzone. Co więcej, skuteczność tych systemów sprawiła, że przedsiębiorcy biorący w nich udział zaczęli żywo interesować się ideami alternatywnej ekonomii. Barter System organizował konferencje poświęcone lokalnej gospodarce, nieoprocentowanym pieniądzom czy negatywnym konsekwencjom korporacjonizmu. Trudno o lepszy przykład oddziaływania bazy na nadbudowę.

Nadzieja na przyszły rok?

Trudności, które napotyka alternatywna ekonomia, bynajmniej nie pomniejszają jej zalet. Gdy zaczniemy mierzyć siły na zamiary, widać, że jest ona dobrym narzędziem niwelowania konsekwencji kryzysów gospodarczych – konsekwencji zarówno stricte ekonomicznych, jak i psychologicznych. Z pewnością warte trudu jest każde przedsięwzięcie, które umożliwia osobom pozbawionym pracy lub zubożałym ponowne włączenie się do gospodarki. Świadczą o tym wypowiedzi członków lokalnej ekonomii, którzy mówią, że alternatywne waluty przywróciły im poczucie sprawczości, a jednocześnie zmusiły do innowacyjnych działań oraz namysłu nad swoimi umiejętnościami i potrzebami innych. Alternatywna gospodarka zbliża mieszkańców, którzy znów mogą poczuć się wspólnotą, i daje im wiarę, że każdy członek społeczności może coś do niej wnieść i jest potrzebny.

Inni – w nieco mniej patetycznym tonie – podkreślają terapeutyczny wpływ takich inicjatyw. Greczynka Ioanitou o udziale w LETS mówi: Dla kobiet, których bezrobocie dotknęło najmocniej i które nie mogą, tak jak mężczyźni, udać się do knajpy, to jest jak przynależenie do silnie wspierającego towarzystwa. Ponadto możliwość decydowania o losach społecznej waluty pełni rolę lekcji poglądowej – podczas jej trwania uczestnicy uczą się, jak funkcjonują systemy monetarne. Wreszcie, nawet małe LETS-y i banki czasu mogą bardzo ułatwić życie, jeśli tylko ich uczestnicy dobrze rozpoznają swoje potrzeby, np. pary szukające osób do okazyjnej opieki nad dzieckiem nie muszą powoływać do życia kilkudziesięcioosobowego systemu – wystarczy, że znajdą grupę rodziców, którzy będą gotowi wziąć na siebie odpowiedzialność. Tymczasem odpowiedź na pytanie „Czy alternatywna ekonomia zdoła przemodelować lokalne społeczności i rozpiąć nad nimi parasol ochronny?” trzeba przełożyć na później.

Małe jest prospołeczne? Ruchy narodowe i polityka socjalna w Quebecu i Szkocji

Rozwój regionalizmów i ruchów niepodległościowych jest jednym z fenomenów ostatnich dekad. Dążenia mające na celu uzyskanie większej autonomii, a nawet niepodległości są widoczne po obu stronach Atlantyku. W Europie należą do nich m.in. nacjonalizm kataloński w Hiszpanii, flamandzki w Belgii czy szkocki ruch narodowy. Ten ostatni jest szczególnie interesujący ze względu na zaplanowane na 2014 r. referendum niepodległościowe i otwarcie głoszoną przez Szkocką Partię Narodową (Scottish National Party, SNP) chęć opuszczenia Wielkiej Brytanii. Poza Europą można wskazać na działalność Partii Quebecu (Parti Québécois, PQ), dążącej do oderwania tej prowincji od Kanady. Tym, co łączy dwa wspomniane ugrupowania polityczne, jest częste odwoływanie się do haseł socjalnych. Mariaż idei narodowych z polityką społeczną jest – jak pokazują przykłady Quebecu i Szkocji – możliwy do zrealizowania.

Dość powszechnie koncepcję welfare state wiąże się z powstaniem współczesnych państw narodowych. System ubezpieczeń społecznych wprowadzony przez kanclerza Otto von Bismarcka w drugiej połowie XIX w. miał być czynnikiem jednoczącym obywateli powstałego państwa niemieckiego. Podobną „narodowotwórczą” rolę pełniły reformy Lorda Beveridge’a w Wielkiej Brytanii w latach 40. ubiegłego stulecia. Co więcej, wielu autorów wskazuje, że dla powstania państw dobrobytu ważna była nie tylko „spójność kulturowa i społeczna”, ale również ustrój terytorialny, charakteryzujący się pewną centralizacją władzy politycznej. Wprawdzie trudno tu mówić o twardym podziale na państwa unitarne i federalne (przykładem państwa federalnego z rozwiniętą polityką społeczną są np. Niemcy), jednak pozostaje faktem, że łatwiej było wprowadzać rozbudowane programy społeczne w krajach scentralizowanych.

Szkocka Partia Narodowa i secesjoniści z Quebecu mogą być postrzegani jako zagrożenie dla uniwersalnego (tj. obejmującego wszystkich obywateli) państwa dobrobytu. Po pierwsze podkreślają różnice narodowe, np. odwołują się do narodowości szkockiej w opozycji do „uniwersalnej” narodowości brytyjskiej, której symbolem jest powszechna opieka zdrowotna – National Health Service. Po drugie chcą własnych instytucji, również w zakresie polityki społecznej. Ale partie te nie są przeciwne polityce społecznej, a wręcz odwrotnie – chcą bardziej rozbudowanych programów społecznych niż te, które istnieją obecnie.

Niepodległość i socjaldemokracja

Quebec liczy blisko siedem milionów mieszkańców i pod względem potencjału ludnościowego i gospodarczego stanowi drugą po Ontario prowincję Kanady. W przeciwieństwie do pozostałej części kraju około 80 proc. mieszkańców stanowią tu Kanadyjczycy pochodzenia francuskiego (wyjątkiem jest również New Brunswick, który ma charakter dwujęzyczny, tj. angielsko-francuski). Mieszkańcy Quebecu zachowali nie tylko własny język, ale również obyczaje, religię (katolicyzm) oraz, w pewnym stopniu, system prawny, bazujący na francuskim kodeksie cywilnym. Odmienność kulturowa i przede wszystkim językowa stała się podstawą do formułowania haseł secesjonistycznych, zakładających uzyskanie niepodległości lub przynajmniej większej suwerenności w ramach federalnego ustroju kraju.

Do tej pory odbyły się dwa referenda niepodległościowe. Pierwsze, zorganizowane w 1980 r. z inicjatywy ówczesnego premiera Quebecu, René Lévesque’a, nie przyniosło zakładanego rezultatu; zaledwie 40 proc. mieszkańców prowincji opowiedziało się za oderwaniem od reszty kraju. Drugie miało miejsce 30 października 1995 r. i również zakończyło się porażką secesjonistów. Tym razem wynik był jednak bardzo wyrównany – „za” głosowało 49,42 proc. uprawnionych. Ostatnie referendum wywołało liczne kontrowersje; wielu wyborców wskazywało, że pytanie zostało sformułowane niejasno, co skłoniło ich do głosowania na „nie”. W kolejnych latach idea niepodległości cieszyła się mniejszą popularnością: w badaniu przeprowadzonym w 2009 r. 32 proc. respondentów uznało, że Quebec jest w wystarczającym stopniu suwerenny i powinien pozostać częścią Kanady, 28 proc. opowiedziało się za oderwaniem od reszty kraju, a 30 proc. mieszkańców prowincji chciało większej suwerenności, ale w ramach jednego państwa.

W wyniku przeprowadzonych w 2012 r. wyborów mniejszościowy rząd w prowincji utworzyła secesjonistyczna Partia Quebecu, co wskazuje, że nastroje niepodległościowe cały czas są popularne w tamtejszej społeczności.

W Kanadzie występuje konstytucyjny podział kompetencji pomiędzy rządem federalnym a dziesięcioma prowincjami (istnieją jeszcze trzy terytoria, jednak ich zależność od rządu federalnego jest większa). Teoretycznie kompetencje prowincji są bardzo duże – regionalne parlamenty mają wyłączne prawo do uchwalania ustaw w zakresie zabezpieczenia społecznego, edukacji czy opieki zdrowotnej. W praktyce od lat 40. XX w. rząd federalny podjął szereg działań mających na celu ograniczenie niezależności prowincji w kreowaniu polityki zatrudnienia oraz zdrowotnej. Działania rządu federalnego wywołały niezadowolenie opinii publicznej i w latach 60. i 70. stały się jedną z przyczyn rosnącej popularności ugrupowań nawołujących do oderwania się Quebecu od Kanady. Powiązanie haseł narodowych z postulatami socjalnymi wynikało również z sytuacji społeczno-ekonomicznej – w powojennych dekadach Quebec był jedną ze słabiej rozwiniętych prowincji, w której anglojęzyczna mniejszość kontrolowała znaczną część gospodarki.

Momentem przełomowym w historii Quebecu było wygranie w 1976 r., po raz pierwszy, wyborów przez Partię Quebecu – ugrupowanie, które określało się jako socjaldemokratyczne. We wspomnianym referendum w 1980 r. PQ otwarcie nawiązała do haseł socjalnych, na trwałe wiążąc je z kwestią suwerenności. W kampanii poprzedzającej referendum suwerenność została przedstawiona jako projekt emancypacji frankofońskiej większości prowincji i jednocześnie jako szansa na utworzenie bardziej postępowego i egalitarnego społeczeństwa. Program polityczny partii opierał się na przekonaniu, że mieszkańcy Quebecu są inni od reszty Kanadyjczyków pod względem przekonań społecznych (egalitaryzm i kolektywizm versus poglądy liberalne, charakterystyczne dla reszty kraju) oraz przejawiają większą troskę o najbiedniejszych członków społeczności. Jako dowód tego stanu rzeczy przedstawiciele partii wskazywali, że w latach 80. prowincja oparła się neoliberalnemu zwrotowi w polityce społeczno-gospodarczej. Zdaniem kanadyjskich ekonomistów Daniela Bélanda i André Lecours nie jest to do końca prawdą, ponieważ w latach 90. rząd prowincji podjął szereg strukturalnych reform mających na celu ograniczenie deficytu w finansach publicznych. Pozostaje jednak faktem, że w tym samym czasie wprowadzono powszechny program refundacji leków oraz zbudowano system usług opiekuńczych nad dzieckiem.

Ta ostatnia reforma jest najważniejszym wyznacznikiem polityki społecznej w Quebecu; tzw. 5-dollars-a-day daycare program gwarantuje wszystkim rodzicom dostęp do usług opiekuńczych (przedszkoli, punktów opiekuńczych, opieki domowej) dla dzieci do piątego roku życia za opłatą w wysokości do 5 dolarów kanadyjskich. W późniejszym okresie kwota ta została podniesiona do 7 dolarów, co zresztą spotkało się z niezadowoleniem społecznym i demonstracjami na ulicach stolicy prowincji. Dla europejskich czytelników tego typu rozwiązanie nie jest niczym szczególnym, jednak na kontynencie amerykańskim było to novum, gdyż nigdzie indziej dostęp do usług opiekuńczych nie jest tak tani.

W Quebecu wydłużono również długość urlopu macierzyńskiego do 18 tygodni oraz wychowawczego do 52 tygodni – tymczasem zgodnie z prawem federalnym długość tych urlopów wynosi odpowiednio 17 i 37 tygodni. Podstawowym celem reform było ułatwienie godzenia życia rodzinnego i zawodowego oraz zwiększenie uczestnictwa kobiet w rynku pracy, a tym samym podniesienie niskiego wskaźnika dzietności w Quebecu. Dla PQ istotny był nie tylko wymiar społeczny polityki prorodzinnej, ale również przesłanki polityczne, gdyż zwiększenie dzietności może być kluczem do wygrania kolejnego referendum niepodległościowego. Badania dowodzą, że w referendum w 1995 r. na „nie” głosowała nie tylko anglojęzyczna mniejszość, ale również imigranci.

Wśród innych działań podejmowanych przez władze prowincji warto wymienić wdrożenie na początku poprzedniej dekady programu na rzecz zwalczania ubóstwa, gwarantującego znaczne wsparcie dochodowe dla najbiedniejszych członków społeczności. Obecnie uniwersytety w Quebecu oferują najniższe na całym kontynencie stawki czesnego dla studentów, mieszkańcy prowincji mają dostęp do tanich (subsydiowanych ze środków publicznych) leków i taniej energii elektrycznej. Wszystko to wskazuje, że postulaty socjalne zostały na trwałe powiązane z dyskursem dotyczącym suwerenności narodowej. Bycie mieszkańcem Quebecu oznacza dziś nie tylko posługiwanie się językiem francuskim, ale również przywiązanie do idei egalitaryzmu, solidarności i sprawiedliwości społecznej.

Opisana sytuacja jest przedmiotem licznych debat i kontrowersji. Władze prowincji wskazują, że z jednej strony odpowiadają za realizację bardzo kosztownych polityk, a z drugiej Quebec nie ma wystarczającej autonomii fiskalnej, gdyż większość dochodów podatkowych jest transferowana do rządu federalnego. W praktyce dochody prowincji opierają się głównie na dotacjach pochodzących z budżetu centralnego, co nie odpowiada aspiracjom polityków z Quebecu.

W końcu lat 90. próbowano unormować tę kwestię za pomocą projektu unii socjalnej (Social Union Framework Agreement), jednak ostatecznie władze Quebecu nie zdecydowały się na jej podpisanie. Według ówczesnego, wywodzącego się z PQ premiera prowincji, Luciena Boucharda, projekt porozumienia nie uwzględniał w wystarczającym stopniu specyfiki narodowościowej i kulturowej prowincji. Zaistniała sytuacja jest również krytykowana w pozostałych częściach kraju. Wielu Kanadyjczyków negatywnie ocenia finansowanie „rozrzutnych” programów społecznych w Quebecu ze środków federalnych.

Waleczne serce prospołeczne

Współczesna Szkocja jest na kontynencie europejskim przykładem siły, jaka tkwi w hasłach narodowej mobilizacji i terytorialnej integracji. Podobnie jak miało to miejsce w Quebecu, Szkoci przez stulecia zachowali swoją narodową i kulturową odmienność, chociaż – w przeciwieństwie do frankofońskich mieszkańców Kanady – własny język nigdy nie odegrał tu ważniejszej roli. Elementami odróżniającymi Szkocję od reszty kraju była natomiast religia (szkocki kościół narodowy Kirk jest w pełni niezależny od kościoła anglikańskiego), system prawny, szkolnictwo oraz ustrój władz lokalnych.

Podobnie jak w Quebecu, czynnikiem integrującym naród szkocki były kwestie społeczne, gdyż nierówności dochodowe należą tu do największych w całym Zjednoczonym Królestwie. W przeszłości część środkowa Szkocji stanowiła jeden z najważniejszych w Wielkiej Brytanii regionów przemysłowych. Gospodarka regionu była zdominowana przez przemysł ciężki: stoczniowy, wydobycie węgla kamiennego oraz stalowy. Głównym ośrodkiem przemysłowym było Glasgow oraz tereny położone wokół miasta. Przeprowadzona w latach 70. i 80. restrukturyzacja tradycyjnych gałęzi przemysłowych przyczyniła się do stagnacji regionu – zamykanie kopalń i hut spowodowało wzrost bezrobocia, szczególnie w dawnych okręgach wydobywczych i produkcyjnych.

Głównym orędownikiem uzyskania większej autonomii (a nawet niepodległości) była założona w 1934 r. Szkocka Partia Narodowa, która – podobnie jak Partia Quebecu – chętnie odwoływała się do haseł sprawiedliwości społecznej. Ugrupowanie to zaczęło zdobywać popularność w trudnych latach 70. i 80. na fali niezadowolenia wywołanego reformami autorstwa Margaret Thatcher.

W Szkocji w 1979 r. odbyło się nieudane referendum niepodległościowe – głosowanie było nieważne ze względu na zbyt małą frekwencję. Jednak na tym podobieństwa z Quebekiem się kończą. Zjednoczone Królestwo, w przeciwieństwie do federacyjnej Kanady, jest państwem scentralizowanym, co oznacza, że Szkocja musiała przejść znacznie dłuższą drogę do własnych instytucji i polityki społecznej. Po drugie ostatnie referendum z 1997 r. zostało zorganizowane przez rząd Partii Pracy (od czasów premiera Tony’ego Blaira nazywanej „nową”), a nie miejscowy ruch narodowy. Co więcej – w przeciwieństwie do głosowania przeprowadzonego dwa lata wcześniej w Quebecu – było to referendum zwycięskie, gdyż za utworzeniem regionalnego parlamentu i rządu opowiedziało się 75 proc. wyborców przy frekwencji wynoszącej 60 proc. Dla Blaira przyznanie Szkocji ograniczonej autonomii było środkiem mającym na celu zneutralizowanie wpływów Szkockiej Partii Narodowej. Dodatkowo politycy Partii Pracy czuli się silni, gdyż od lat 80. Labour Party notorycznie wygrywała tu wybory – od czasów Margaret Thatcher Szkocja jest stracona dla konserwatystów. Jak miała pokazać przyszłość, nadzieje Blaira nie zostały spełnione. W 2007 r. władzę zdobyła Szkocka Partia Narodowa i utworzyła rząd mniejszościowy; partia ta powtórnie wygrała wybory w 2011 r.

W wyniku przeprowadzonej reformy Szkocja uzyskała kompetencje m.in. w zakresie służby zdrowia, polityki edukacyjnej i usług społecznych (tzw. devolved powers), jednak polityka społeczno-gospodarcza w dalszym ciągu prowadzona jest z Londynu. Bank Anglii kreuje politykę pieniężną, a rząd centralny odpowiada za politykę fiskalną – szkocki parlament ma jedynie możliwość zwiększenia lub zmniejszenia stawki podatku od osób fizycznych o maksymalnie 3 proc. W sumie oznacza to, że – podobnie jak Quebec – Szkocja ma niewielki zakres autonomii fiskalnej oraz budżet oparty na subwencjach rządu centralnego.

Pomimo tych ograniczeń devolution (angielskie określenie dla reformy decentralizacyjnej kraju) wywołało nadzieję na lepszą, bardziej sprawiedliwą społecznie Szkocję. Oczekiwano, że nowy rząd będzie realizował aktywną politykę społeczno-gospodarczą, odpowiadającą potrzebom restrukturyzacyjnym poprzemysłowych części kraju. Szkoci są bardziej przywiązani do socjaldemokratycznych wartości od pozostałych mieszkańców wysp. Według badań opinii społecznej 50 proc. Szkotów zgadza się z redystrybucją dochodów (w Anglii – 38 proc.), a 85 proc. obywateli uważa, że opieka nad osobami starszymi jest zadaniem rządu (w Anglii odsetek ten jest nieco niższy). Wszystko to wskazuje, że polityka społeczna stała się dla pierwszych rządów Szkocji niezwykle ważna. Realizując bardziej odważne programy społeczne, politycy – najpierw z Partii Pracy, a później szkoccy narodowcy – mogli pokazać, że utworzenie krajowego parlamentu i rządu przełożyło się pozytywnie na życie zwykłych ludzi.

Przy okazji reformy administracyjnej zwrócono również uwagę na różnice występujące na długo przed devolution. W Szkocji od lat istnieje system bezpłatnej opieki długookresowej dla osób powyżej 65. roku życia, a studenci nie płacą czesnego (istnieje natomiast jednorazowa opłata za wydanie dyplomu). Inaczej jest w Anglii, gdzie zarówno opieka długookresowa, jak i nauka na uczelni wyższej mają charakter odpłatny. W Szkocji zrezygnowano z wprowadzenia w służbie zdrowia mechanizmów rynkowych, które występują w Anglii, m.in. rankingu szpitali, który do pewnego stopnia wpływa na podział środków finansowych pomiędzy jednostkami służby zdrowia. Różnice te rzucają nowe światło na tezę o uniwersalnym, tj. gwarantującym wszystkim obywatelom ten sam zakres świadczeń społecznych, państwie dobrobytu w Wielkiej Brytanii.

Klimat pierwszych lat niezależności dobrze oddają słowa Donalda Dewara, pierwszego premiera kraju, który napisał w 1998 r., że Szkocja będzie krajem „równych szans i sprawiedliwości społecznej”. Rok później rząd Szkocji przyjął swoją pierwszą strategię rozwojową („Social Justice… A Scotland Where Everybody Matters”), której celem była walka z ubóstwem. W dokumencie tym połączono kwestię uzyskania podmiotowości politycznej kraju z inkluzją społeczną i redystrybucją. Innymi słowy Szkocka Partia Pracy starała się wykazać, że utworzenie regionalnego rządu i parlamentu stanowi nowe otwarcie w historii społecznej regionu. Już sam język, którym posłużyli się autorzy strategii, wskazuje na jej egalitarystyczny, lewicowy charakter. Niespotykane jest jednak umiejscowienie strategii, która jest najważniejszym programem, przysłowiowym „okrętem flagowym”, realizowanym nieprzerwanie przez dwie kolejne ekipy rządzące.

Nic dziwnego, że po przejęciu władzy Szkocka Partia Narodowa również uchwaliła program walki z ubóstwem i wykluczeniem społecznym: „Achieving Our Potential: A Framework to Tackle Poverty and Income Inequality in Scotland” z 2008 r. Był to dokument unikalny jak na Wyspy Brytyjskie, gdyż nie tylko odwoływał się do zasady solidarności społecznej, ale stawiał za wzór ustrój społeczny państw nordyckich. Autorzy opracowania sugerowali, że Szkocja powinna pójść drogą modelu socjaldemokratycznego, odrzucając tym samym dziedzictwo brytyjskie jako zbyt liberalne i niesprawiedliwe społecznie. Bardzo wyraźnie podkreślono rolę polityk redystrybucyjnych, ustalając jako cel zwiększenie dochodów grup najuboższych do 2017 r. W świetle tego dokumentu SNP jawi się jako ugrupowanie centrolewicowe, a „szkockość” jest przedstawiana jako idea ściśle związana z programem socjaldemokratycznym.

Inną sprawą jest rzeczywista możliwość realizacji tych haseł, skoro kompetencje w zakresie szeroko pojmowanej polityki społecznej (zabezpieczenie społeczne, polityka rynku pracy) zostały zarezerwowane dla Londynu. W tej trudnej sytuacji rząd zdecydował się na współpracę z samorządami lokalnymi w zakresie lokalnej polityki społecznej i rewitalizacji terenów poprzemysłowych. Wyznaczono szereg wspólnych celów, w tym m.in. zmniejszenie liczby pracujących odbiorców świadczeń społecznych na 1000 osób, zmniejszenie odsetka nastolatek zachodzących w ciążę oraz redukcję odsetka dzieci wychowujących się w gospodarstwach domowych utrzymujących się ze świadczeń społecznych. Niewątpliwie wypełnienie tych celów wskazywałoby na zwiększenie się dobrobytu społecznego, jednak trudno je uznać za znaczący krok w stronę ustroju socjaldemokratycznego. Wydaje się raczej (co zresztą podkreślali politycy SNP), że póki co Szkocja nie została wyposażona w kompetencje, które pozwalają na tworzenie polityk skierowanych wprost na przeciwdziałanie ubóstwu.

Patrząc w przyszłość

Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze ruchy narodowe w Szkocji i Quebecu dążą do bardziej sprawiedliwych ustrojów społecznych. Oznacza to, że w przypadku uzyskania niepodległości poziom zabezpieczenia społecznego w tych krajach byłby zapewne wyższy niż w Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Problem w tym, że wymaga to znacznych nakładów finansowych, a gospodarcze podstawy niepodległości obu regionów są dyskusyjne. Szkocja (podobnie jak Quebec) korzysta na finansowych transferach z centrum. Przykładowo w połowie ubiegłej dekady wydatki publiczne na głowę jednego mieszkańca były o tysiąc funtów większe w Szkocji niż w Anglii. Trudno powiedzieć, czy w przypadku uzyskania niepodległości dałoby się te dochody zrekompensować wpływami z innych źródeł, np. z zysków z wydobycia gazu ziemnego i ropy naftowej. Światowy kryzys gospodarczy dotknął Szkocję bardzo mocno i pokazał, że bez pomocy z Londynu trudno byłoby wspierać wzrost gospodarczy w okresach dekoniunktury.

Druga istotna kwestia to związek ruchów narodowych z wartościami lewicowymi. Bez wątpienia zarówno Partia Quebecu, jak i Szkocka Partia Narodowa są ugrupowaniami centrolewicowymi, jednak powstaje pytanie, czy myśl narodowa (z natury wykluczająca i dzieląca świat na „swoich” i „obcych”) może być na trwale powiązana z lewicą. Przykłady Szkocji i Quebecu pokazują, że takie połączenie jest możliwe.

Droga do równości i dobrobytu – rozmowa z prof. Włodzimierzem Aniołem

„Model nordycki” często sprowadzany jest do tamtejszej wersji państwa opiekuńczego. Tymczasem w książce „Szlak Norden. Modernizacja po skandynawsku” pokazuje Pan, że ma on szerszy zasięg i obejmuje także inne wymiary polityki publicznej, a ponadto np. stosunki pracy. Jakie wspólne cechy wysoko rozwiniętych państw północnej Europy określają zatem model nordycki?

Włodzimierz Anioł: Użył Pan terminu „model”, który jest zresztą często stosowany w tym i podobnych kontekstach, ale ja za tym pojęciem, mówiąc szczerze, nie przepadam. Po pierwsze dlatego, że zakłada ono pewną statyczność, niezmienność określonych rozwiązań. Po drugie dlatego, że sugeruje ono, iż kraje te mogą stać się całościowym wzorem, swoistym prototypem możliwym do wiernego odtworzenia gdzie indziej, w całkiem innych warunkach lokalnych.

Wolę mówić o drodze, ścieżce rozwoju, szlaku – stąd też tytuł mojej książki. Droga, jak to droga, zazwyczaj zmienia się – jest czasem równa, czasem wyboista, prowadzi niekiedy pod górkę, czasem w dół. Bywa, że wije się, krzyżuje z innymi traktami albo biegnie jakiś czas równolegle do nich; tak czy inaczej zachowuje pewną swoistość. Ma swój historyczny początek, ale i otwartą przyszłość.

Kiedyś, zgodnie z modnymi po II wojnie światowej teoriami modernizacji, wierzono na ogół, że rozwój społeczeństw i państw ma charakter jednoliniowy i konwergentny, tzn. wszyscy poruszają się mniej więcej w tym samym kierunku, choć w różnym tempie, ale dystans między nimi powoli się zmniejsza. Czyli odmienności ustępują stopniowo miejsca podobieństwom. Dziś zdecydowanie przeważa pogląd, że rozwój jest raczej wieloliniowy i dywergentny, a więc panuje tu bardzo duża – zdaniem wielu nawet narastająca – różnorodność.

Co się tyczy „modelu nordyckiego”, czyli specyficznego dla pięciu państw nordyckich – Danii, Finlandii, Islandii, Norwegii i Szwecji – to od lat 60. ubiegłego stulecia, to znaczy od czasu, kiedy wyrażenie to pojawiło się w rozważaniach akademickich, różni autorzy w rozmaity sposób określali dotąd jego specyfikę, eksponując te czy inne atrybuty nordyckiej filozofii czy strategii rozwoju. Nie chodzi tu tylko o wąsko rozumiane państwo opiekuńcze, ale także o inne aspekty, bo mówi się i pisze również np. o nordyckim modelu demokracji, społeczeństwa, zarządzania korporacjami albo o skandynawskim modelu dyplomacji pokojowej czy zagranicznej pomocy humanitarnej itp.

Nie wchodząc w detale i multum rozmaitych interpretacji, pozwolę sobie ująć najbardziej dziś charakterystyczne cechy nordyckiego paradygmatu rozwojowego w lapidarnej formule „7 × E-ROZWÓJ”:

  1. Egalitarne społeczeństwo.
  2. Empowering lub enabling welfare state. To takie państwo opiekuńcze – zwane też państwem dobrobytu czy socjalnym – które wspomaga, otwiera, usamodzielnia, uwalnia ukryty potencjał, ułatwia realizację ludzkich aspiracji, wyposaża ludzi w nowe umiejętności i możliwości, mówiąc potocznie – daje im „power”.
  3. Edukacja.
  4. Efektywna praca.
  5. E-gospodarka.
  6. Ekologia i energia odnawialna.
  7. Etyczna polityka zagraniczna, inaczej: empatyczne zaangażowanie i aktywność międzynarodowa.

Ów zestaw cech i właściwości to według mnie bardziej busola niż kanoniczny model. W większym stopniu wartości i zasady niż dalekosiężny, wyidealizowany cel. Raczej sposób podejścia i metoda, modus operandi i zespół dyrektyw aniżeli jakiś genialny schemat czy plan, jakaś nienaruszalna konstrukcja.

W tym też sensie określam w książce tę formułę rozwojową mianem Konsensusu Nordyckiego, bo chodzi tu przede wszystkim o pewien wspólny mianownik, o generalne priorytety, o wspólną ogólniejszą orientację, o kierunkowe wytyczne do działania i rekomendacje.

Polityka społeczna krajów takich jak Szwecja czy Norwegia kojarzy się wielu Polakom głównie z wysokimi zasiłkami.

Sieć zabezpieczenia społecznego to tylko jeden z wymiarów nordyckiej polityki społecznej; bardzo ważny, ale daleko nie jedyny. Sieć ta odgrywa rolę ochronną, niekiedy wręcz ratunkową, gdy – mówiąc metaforycznie – dochodzi do upadku z dużej wysokości. Pełni funkcję podobną do tej, jaką spełnia siatka w cyrku, która ratuje zdrowie lub życie artystom dokonującym skomplikowanych ewolucji pod kopułą namiotu. Z tym aspektem kojarzymy najczęściej zasiłki socjalne.

Ale szerzej rozumiana sensowna polityka społeczna może być także – i tak właśnie jest w krajach skandynawskich – trampoliną. Pomaga odbić się od ziemi, nabrać wysokości, rozwinąć skrzydła. Używając fachowych, anglojęzycznych terminów – oprócz protective welfare jest jeszcze productive welfare, czyli produktywistyczna i aktywizująca misja świadczeń i usług społecznych. One mają nie tylko amortyzować możliwe wstrząsy i upadki, nie tylko neutralizować negatywne skutki rozmaitych tzw. ryzyk socjalnych (jak choroba, wypadek przy pracy czy utrata środków utrzymania), ale i skutecznie je ograniczać, najlepiej wręcz zapobiegać ich występowaniu.

Z orientacji prewencyjnej wypływa cała, tak popularna w Skandynawii, filozofia „inwestycji społecznych”. Czyli zapobiegliwe antycypowanie przyszłych problemów i zagrożeń (jak np. zapaści demograficznej lub postindustrialnych zawirowań na rynku pracy) każe dziś kierować poważne środki finansowe na żłobki i przedszkola, na wspomaganie obojga rodziców w łączeniu ról zawodowych i domowych, na rozwój edukacji i kształcenie ustawiczne (lifelong learning), na profilaktykę zdrowotną itp.

Summa summarum, zwłaszcza w dłuższej perspektywie, taka strategia sprawdza się i bardzo opłaca, gdyż pozwala uniknąć dużo kosztowniejszych interwencji publicznych w przyszłości. Pomaga także, na przykład, rozbrajać odpowiednio wcześniej tykającą dziś – we wszystkich krajach europejskich – zegarową bombę geriatryczną albo stosownie przygotować się do wyzwań związanych z nieuniknioną restrukturyzacją gospodarki, bezrobociem strukturalnym czy wciąż narastającą mobilnością na rynku pracy.

Kraje nordyckie są programowo „państwami inwestycji społecznych” (social investment states), zabiegającymi o rozwój kapitału ludzkiego i społecznego. O bardzo konkretnych instrumentach takiej orientacji – w polityce rodzinnej, zatrudnienia, oświatowej czy innowacyjnej – piszę szerzej w swej książce. Tu podkreślę tylko generalną zasadę przyświecającą tym działaniom: „Już dziś warto sadzić lasy, a nie tylko krótkowzrocznie je wycinać”.

Wróćmy do wspomnianych na początku stosunków pracy. Proszę opowiedzieć, jakie rozwiązania na rzecz walki z bezrobociem, stabilności zatrudnienia, podnoszenia kwalifikacji pracowników etc. są stosowane w interesującej nas części Europy. W naszym kraju słychać czasem głosy, że powinniśmy wzorować się na specyficznym dla Danii modelu „elastycznego bezpieczeństwa”.

Duńska koncepcja „elaspieczeństwa”, jak krócej proponuję ją określać w nawiązaniu do oryginalnego neologizmu angielskiego (flexicurity), to rzeczywiście bardzo głośna idea, bodaj najbardziej innowacyjna w ostatnim dwudziestoleciu w ramach ewoluującej skandynawskiej polityki zatrudnienia. Stara się ona godzić narastającą niestabilność i płynność rynków pracy z bezpieczeństwem socjalnym i wsparciem dla bezrobotnych.

Duńczycy mówią w tym kontekście o „złotym trójkącie”. Na jego trzy boki składają się: po pierwsze – elastyczne regulacje dotyczące zatrudniania i zwalniania pracowników, po drugie – hojny system zabezpieczenia społecznego, pozwalający tracącym pracę nie tracić poczucia bezpieczeństwa, po trzecie wreszcie – tzw. aktywna polityka rynku pracy, której prekursorem jeszcze w latach 50. była Szwecja. W tym ostatnim przypadku chodzi przede wszystkim o pomoc w podnoszeniu kwalifikacji dzięki rozmaitym szkoleniom, stażom zawodowym itp., ale także o wsparcie w poszukiwaniu nowego zatrudnienia oraz o zachęcanie do podjęcia lub kontynuowania pracy (jak w przypadku osób starszych czy młodych matek).

W 2011 r. w Danii aż jedna trzecia całej populacji w przedziale wiekowym 24–64 lata w ciągu ostatniego roku brała udział w jakichś formach kształcenia, co było najwyższym wskaźnikiem w całej Unii Europejskiej przy średniej na poziomie niecałych 10%.

W Polsce przy różnych okazjach mówi się o flexicurity,m.in. w związku z aktywnym promowaniem tej idei od jakiegoś czasu przez Unię. W praktyce oznacza to jednak najczęściej tylko uelastycznianie rynku pracy oraz póki co zaniedbywanie i lekceważenie dwóch pozostałych boków wspomnianego trójkąta. Asymetria ta przynosi naturalnie profity przede wszystkim pracodawcom, osłabia zaś pozycję i bezpieczeństwo pracowników, ogranicza również ich „zatrudnialność” (employability). Otwiera też pole dla nadmiernej ekspansji tzw. umów śmieciowych oraz szybkiego przyrostu liczby tzw. złych stanowisk pracy (bad jobs). To dlatego niektórzy w Europie ostrzegają, iż flexicurity – przy kulawym zastosowaniu – może zamieniać się we „fleksploatację” (flexploitation).

Podkreślę jednak, że istota „elaspieczeństwa” sprowadza się nie do unikania bezrobocia w ogóle, lecz do przeciwdziałania bezrobociu długoterminowemu. Inaczej mówiąc – chodzi o długookresowe bezpieczeństwo zatrudnienia, a nie o bezpieczeństwo konkretnego, zajmowanego aktualnie miejsca pracy. Postępująca restrukturyzacja gospodarki, w tym szczególnie dynamiczny rozwój sektora usług, wymaga dziś ciągłych zmian i dostosowań, co musi dotykać także siłę roboczą. Rzecz w tym, by w procesie tych przekształceń pomagać przede wszystkim ludziom, a nie upadającym, niekonkurencyjnym fabrykom. Zgodnie zresztą ze starą żeglarską zasadą, która mówi, że kiedy tonie statek, to marynarze ratują najpierw pasażerów, a nie okręt.

Jakie są inne charakterystyczne cechy nordyckich stosunków przemysłowych, np. w zakresie dialogu społecznego, partycypacji pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami itd.?

Skandynawski korporatyzm zakłada bardzo bliską współpracę zorganizowanych grup interesu (zwłaszcza pracodawców i pracowników) zarówno między sobą, jak i między nimi a instytucjami państwowymi. To jeden z podstawowych filarów ustrojowych nordyckiego państwa opiekuńczego. Rokowania i porozumienia zbiorowe, które określają stosunki przemysłowe, szczegółowe warunki pracy itp., mają długoletnią tradycję. Pierwszy w Skandynawii kompleksowy tzw. układ ogólny duńska centrala związków zawodowych wynegocjowała z organizacją pracodawców jeszcze w XIX w., bo w 1899 r. Dziś porozumienia zbiorowe obejmują w pięciu krajach nordyckich zdecydowaną większość pracowników – najwięcej w Islandii (99%), stosunkowo najmniej w Norwegii (74%). Poziom uzwiązkowienia siły roboczej wprawdzie w ostatnim okresie nieco się zmniejszył, ale wciąż pozostaje – na tle innych krajów w Europie i na świecie – relatywnie bardzo wysoki (Islandia – 85%, Szwecja – 71%, Finlandia – 69%, Dania – 68%, Norwegia – 52%, według danych z 2009 r.).

Dialogu społecznego nie wyczerpuje jednak tylko uzgadnianie regulacji pracowniczych. Partnerzy społeczni są także aktywni w fazie wdrażania wypracowanych decyzji, np. w ramach szwedzkiej Krajowej Rady Pracy ich przedstawiciele angażują się w proces zarządzania biurami zatrudnienia. Związki zawodowe administrują afiliowanymi przy nich funduszami ubezpieczeniowymi i zasiłkami dla bezrobotnych (system nazywany gandawskim). Nie tylko związkowcy i przedsiębiorcy, ale i inne organizacje pozarządowe i segmenty społeczeństwa obywatelskiego są włączane w proces kształtowania i wcielania w życie różnorodnych polityk publicznych. Ich reprezentanci biorą aktywny udział w pracach różnych ciał doradczych, komisji eksperckich i badawczych – także tych powoływanych przez rząd i parlament – których zadaniem jest np. konsultowanie projektów ustawodawczych (praktyka zwana remiss) lub monitorowanie implementacji podjętych decyzji.

W ostatnich dwóch dekadach sporo mówi się o kryzysie korporatyzmu nie tylko w krajach skandynawskich. Tradycyjne instytucje i mechanizmy dialogu nie zawsze zadowalająco radzą sobie z nowymi zjawiskami, jakie niosą choćby umiędzynarodowienie rynków i stosunków pracy, migracje zarobkowe, tzw. dumping płacowy i socjalny, outsourcing, rosnąca konkurencja w zakresie usług transgranicznych itp. Z jednej strony powstaje potrzeba ustanowienia międzynarodowych czy wręcz ponadnarodowych regulacji w tych dziedzinach (np. na poziomie Unii Europejskiej), z drugiej zaś – poszczególne firmy i sektory gospodarki wymagają bardziej zindywidualizowanych reakcji i dostosowań do presji wywieranych przez otoczenie zewnętrzne. Stąd też obserwowany także w Norden trend decentralizacyjny w zbiorowych negocjacjach i porozumieniach pracowniczych. Generalnie osłabły krajowe struktury dialogu, wyraźnie wzrosło natomiast znaczenie rokowań branżowych i na poziomie firm w takich kwestiach jak wysokość płac, restrukturyzacja zakładów pracy czy programy szkoleniowe. Rozstrzygnięcia zapadające na niższym szczeblu pozwalają w większym stopniu uwzględniać lokalną specyfikę.

Państwo opiekuńcze nie jest możliwe bez relatywnie dużych obciążeń podatkowych. Zgodnie z tym, co słyszymy w radiu i telewizji lub czytamy w gazetach głównego nurtu, powinno to skutkować mało dynamiczną gospodarką, wysokim bezrobociem itd.

Skandynawskie państwo opiekuńcze opiera się na uniwersalnej regule: wszyscy korzystamy ze szczodrych świadczeń społecznych i usług publicznych, ale też wszyscy wnosimy do wspólnej kasy znaczące wkłady, by umożliwić ich finansowanie. Przy czym bogatsi płacą więcej, biedniejsi mniej; idea podatku liniowego nie znajduje tam poparcia ani opinii publicznej, ani klasy politycznej. Ludzie rozumieją, że na egalitaryzującej redystrybucji zyskują nie tylko grupy uboższe, lecz także ci zamożniejsi, a więc całe społeczeństwo. Przekonująco pokazali to np. Richard Wilkinson i Kate Pickett w swej książce „Duch równości” (wyd. pol. 2011), która stała się głośna, bo to, o czym pisali autorzy, dla wielu czytelników wychowanych w epoce neoliberalnej hegemonii było niespodziewanym odkryciem.

Teza, że wyższe podatki bezwzględnie muszą hamować wzrost gospodarczy i zwiększać bezrobocie, to oczywiście mitologia wolnorynkowego fundamentalizmu. Nie ma takiej prostej zależności. O wiele ważniejsze od wysokości podatków jest to, na co wydawane są publiczne pieniądze, czy nie są gdzieś po drodze marnotrawione, na ile system budżetowy jest szczelny i nie uprzywilejowuje – często w drodze nieprzejrzystych przetargów – silniejszych politycznie grup itd. Żeby nie być gołosłownym, przytoczę tylko jedno porównanie. Według danych OECD w latach 2002–2011 dynamika wzrostu PKB była średnio o niemal 1 punkt procentowy wyższa w Szwecji niż w USA, gdzie podatki są znacznie niższe.

Inna sprawa, że stereotyp astronomicznych podatków i ich niewyobrażalnej gdzie indziej progresji, łączony ze współczesnymi krajami nordyckimi, też rozmija się z rzeczywistością. Owszem, podstawa podatkowa jest tam szeroka, relatywnie wysoki jest VAT, podatki od konsumpcji, dziedziczenia czy wzbogacenia, ale opodatkowanie dochodów przedsiębiorstw jest tam tradycyjnie umiarkowane i w dodatku ostatnio spada. Na przykład w Szwecji zapowiedziano zmniejszenie w tym roku CIT z 26,3 do 22%.

Znacząco wyższe niż w innych krajach są natomiast podatki od dochodów osób fizycznych, większa też jest ich progresywność, choć ona również jest ostatnio ograniczana. Pozostając przy przykładzie szwedzkim, maksymalna stawka PIT wynosi tam obecnie 57%, podczas gdy w 1983 r. sięgała nawet 84%.

Jeśli spojrzeć porównawczo na tzw. klin podatkowy w krajach europejskich, to okaże się, że jego skala wcale nie jest najwyższa w państwach nordyckich. Z raportu OECD z 2011 r. wynika, że podatki i składki ubezpieczeniowe stanowią w Szwecji około 43% średnich zarobków, a w Danii i Norwegii – 38% (czyli niewiele więcej niż w Polsce, gdzie wynoszą nieco ponad 34%). Natomiast wskaźnik ten jest zdecydowanie wyższy w takich krajach jak Belgia (56%), Niemcy (50%), Francja (49%) czy Włochy (48%). Z drugiej strony warto pamiętać o relatywnie wysokim udziale wydatków na politykę społeczną w PKB – w przypadku Szwecji i Danii na poziomie 28–31% (wyższy wskaźnik odnotowała tylko Francja – 32%), przy średniej dla wszystkich krajów OECD w wysokości 22%. Dla porównania Polska osiągnęła tu tylko 20%. Wszystkie te szacunki dotyczą 2012 r.

Znamienne jednak, że trzy czwarte ankietowanych niedawno Norwegów zadeklarowało, że byliby gotowi poprzeć nawet podwyżkę podatków, jeśli miałoby się to przyczynić do utrzymania państwa opiekuńczego. Jest to zatem kwestia zaufania do władzy publicznej i przekonania, iż warto godzić się na spore obciążenia podatkowe w zamian za wysoki standard świadczeń i usług społecznych. Mówiąc nieco żargonowo, nie żal wkładać dużo do systemu, jeśli jest niemal pewne, że kiedyś się z niego sporo wyciągnie.

Rzadkim przypadkiem, kiedy nasi politycy wprost mówili, że „powinniśmy naśladować Skandynawię”, była polityczna akcja na rzecz podwyższenia wieku emerytalnego. Powstaje jednak pytanie o to, do jakiego stopnia sytuacja polskich seniorów jest porównywalna z położeniem ich rówieśników z Północy. Jakie rozwiązania, np. w zakresie wspierania zatrudnienia osób 50+, towarzyszą w krajach nordyckich wysokiemu wiekowi przechodzenia na emeryturę?

Wiek emerytalny był rzeczywiście w ostatnich latach w krajach skandynawskich, podobnie jak prawie wszędzie w Europie, podnoszony. Wobec wydłużania się przeciętnej długości życia jest to, także według mnie, nieuniknione i zrozumiałe. Ale tendencja ta ma w Norden swoją specyfikę, wbudowana jest bowiem w szerszy system innych działań i rozwiązań. Wypracowuje je i wprowadza w życie władza publiczna w porozumieniu ze związkami zawodowymi, pracodawcami, samorządami, organizacjami pozarządowymi, środowiskami naukowymi i mediami.

Na przykład w Szwecji wiek emerytalny jest obecnie elastyczny, rozciągnięty między 61. a 67. rok życia. Wcześniejsze przejście na emeryturę powoduje, iż świadczenie jest proporcjonalnie niższe, o ok. 9% z każdym rokiem. Corocznie każdy pracownik otrzymuje informację o tych szacunkach (tzw. pomarańczową kopertę). Nie dotyczy to jednak tzw. emerytury gwarantowanej (obywatelskiej), do której uprawnienia uzyskuje się dopiero po ukończeniu 65 lat. Skłania to do przedłużania aktywności zawodowej. Faktyczny przeciętny wiek przechodzenia na emeryturę wynosi w Szwecji 64 lata, wyższy w Europie jest tylko w Islandii (66 lat), a na świecie – w Japonii. Według opracowania Eurostatu z 2012 r. dwa lata wcześniej Szwecja miała najwyższe w UE wskaźniki zatrudnienia osób w przedziale wiekowym 55–59 lat (81%) oraz 60–64 lata (61%). Dla porównania w Polsce stopy te wynosiły odpowiednio 46 oraz 19%.

Starszych Szwedów do pozostawania na rynku pracy skłania wiele dodatkowych okoliczności. Wśród nich wymienić można: wspieranie przez państwo możliwości przekwalifikowania (publiczny, w tym organizowany przez samorządy, system edukacji dla dorosłych), wzmacnianie profilaktyki i opieki zdrowotnej, redukowanie utrudnień przy ponownym zatrudnianiu emerytów czy uelastycznianie czasu pracy seniorów. Do tego dochodzą dotacje i ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw zatrudniających takie osoby. Po osiągnięciu przez pracownika 72. roku życia pracodawca nie musi odprowadzać za niego składki emerytalnej. Ze zwolnień podatkowych korzystają także indywidualne osoby, które nadal pracują mimo nabycia prawa do emerytury.

W zakładach pracy przywiązuje się dużą wagę do tzw. zarządzania wiekiem (age management). Chodzi m.in. o stwarzanie odpowiednich warunków pracy, np. w koncernie Volvo powstały osobne stanowiska dla seniorów, z nieco zwolnionym tempem przesuwu taśmy montażowej. W Danii utworzono specjalny fundusz prewencyjny, z którego finansowane są posunięcia ograniczające wcześniejsze odchodzenie z pracy z powodu fizycznego i psychicznego wyczerpania. O pieniądze mogą ubiegać się podmioty prywatne i publiczne, które chcą wprowadzić takie ułatwienia i zabezpieczenia w pracy dla starszych osób, jak np. odpowiednie krzesła czy klawiatury. Gwarantowane są doroczne bezpłatne badania stanu zdrowia. Podejmowane są działania zapobiegające monotonii i stresowi, zniechęcającym do kontynuowania zajęć zawodowych. Niektóre firmy zapewniają godzinę gimnastyki w tygodniu w ramach płatnych godzin pracy itp. Szwedzka Konfederacja Pracodawców realizuje specjalny program pt. „Rynek pracy dla ludzi w każdym wieku”. Także związki zawodowe są na ogół przekonane, iż dalszą pomyślność kraju może zapewnić tylko praca dłużej wykonywana, ale też lepiej zorganizowana i dostosowana do starzejącej się siły roboczej.

W Norwegii od 2011 r. elastyczny wiek przechodzenia na emeryturę mieści się między 62. a 75. rokiem życia – im później się to zrobi, tym wyższe jest świadczenie. Duńskie rozwiązania przewidują indeksowanie wieku emerytalnego, w miarę jak wydłuża się przeciętna długość życia obywateli. Zbliżone regulacje dotyczące automatycznego ograniczania wysokości wypłacanych świadczeń, w zależności od przewidywanej długości życia, wprowadzono w Finlandii. Likwidowane są wczesne i pomostowe emerytury. W efekcie w ciągu ostatnich sześciu lat zatrudnienie Finów w grupie wiekowej 55–64 lata wzrosło z 35 do 50%.

Jak wygląda organizacja systemów zabezpieczenia emerytalnego w krajach Norden?

Warto zwrócić uwagę, iż w krajach skandynawskich nie występują takie jak w Polsce przywileje emerytalne dla wybranych kategorii zawodowych. Na przykład szwedzcy żołnierze i policjanci wstępujący do służby w wieku 20 lat, aby otrzymać emeryturę, muszą przepracować minimum 41 lat, a nie 15, jak przewiduje dotychczasowy system dla pracowników naszych służb mundurowych.

Co do finansowej konstrukcji systemu szwedzkiego, to jego reforma z 1999 r. – uznawana często za wzorcową nie tylko w Skandynawii – choć miała sporo zbieżności z wprowadzoną w tym samym roku reformą w Polsce, charakteryzowała się jednak pewnymi swoistościami. Na pierwszy rzut oka mogłyby one wydawać się mało istotne, acz w kontekście blamażu naszego mechanizmu OFE, o czym ostatnio coraz głośniej, warto o nich wspomnieć. Niezależnie bowiem od podobnego głównego założenia obu reform, jakim było przejście od „zdefiniowanego świadczenia” do „zdefiniowanej składki”, widać tutaj szereg różnic.

Po pierwsze w okresie przechodzenia do systemu repartycyjno-kapitałowego szwedzki rząd uruchomił znaczne środki specjalne z Funduszu Rezerw, utworzonego jeszcze w latach 60. Po drugie ze składki emerytalnej w wysokości 18,5% wynagrodzenia brutto od samego początku tylko 2,5% trafia do filaru kapitałowego (Premiepension), pozostałe zaś 16% pozostaje w filarze repartycyjnym. Pierwsza część zasila maksymalnie pięć funduszy emerytalnych, które każdy ubezpieczony wybiera spośród ok. 800 obecnie działających (przy możliwej w każdej chwili zmianie nie ponosi się żadnych kosztów). Informuje i doradza w tej sprawie, a także kontroluje politykę inwestycyjną, nadzoruje i administruje funduszami specjalny Urząd Emerytalno-Rentowy (Pensionsmyndigheten), który połączył zadania zlikwidowanego w 2010 r. Urzędu Emerytur Kapitałowych i część kompetencji szwedzkiego odpowiednika ZUS-u. Po trzecie warto podkreślić, iż w kompleksowym systemie bezpieczeństwa dochodowego szwedzkich seniorów występują także emerytura gwarantowana (Garantipension) oraz obowiązkowy filar zawodowego ubezpieczenia emerytalnego. Pierwsza z nich w Polsce praktycznie nie istnieje, zaś do przypominających ten ostatni dobrowolnych programów należy u nas zaledwie ok. 2% pracowników.

Bodaj najczęstszym argumentem przeciwko nawiązywaniu przez Polskę do wzorców nordyckich jest to, że nas na to nie stać – wedle takich opinii egalitarne polityki mają być możliwe do realizacji dopiero po osiągnięciu wysokiego poziomu rozwoju ekonomicznego.

Podobna argumentacja to w moim przekonaniu jeszcze jeden klasyczny, neoliberalny zabobon. Że niby dopiero jak się wzbogacimy, to będzie można pomyśleć o polityce społecznej, albo że materialny awans najzamożniejszych grup w naturalny sposób przełoży się na poprawę sytuacji bytowej najbiedniejszych, zgodnie z tzw. teorią skapywania (trickle down concept), której to teorii praktyka jednak nie potwierdza etc. Otóż w tym zakresie nie ma żadnego automatyzmu. Wzrost gospodarczy sam z siebie nie wyrównuje warunków życia w społeczeństwie, nie usuwa starych i nowych dysproporcji, dyskryminacji czy różnic w statusie. Mówiąc metaforycznie, przypływ fali wcale nie podnosi równomiernie wszystkich łodzi na morzu, jak próbują obrazowo przekonywać niektórzy ekonomiści. On może też podtapiać i zatapiać mniejsze czy gorzej wyposażone łódki.

Jest taki pogląd, że kraje nordyckie zaczęły w latach 30. XX w. budować na dobre swoje systemy opiekuńcze już po osiągnięciu stosownego poziomu zasobności, a więc mogły sobie pozwolić na pewien luksus, konsumpcyjne fanaberie i rozrzutność. Niezależnie od słabej akuratności tej analizy historycznej oraz mylenia skutku z przyczyną (lub jedną z przesłanek) na tym rozumowaniu ciąży przez cały czas wadliwe przekonanie, że polityka społeczna jest tylko obciążeniem, balastem czy właśnie fanaberią, na którą nie wszystkich, na określonym etapie rozwoju, stać. Tymczasem wyznawcom podobnej logiki można by zadać pytanie dokładnie odwracające cały ich tok myślenia. A mianowicie: czy kraje na dorobku, podejmujące modernizacyjny wysiłek, próbujące przedzierać się do europejskiej czy światowej czołówki stać jest w ogóle na NIEPOSIADANIE ambitnej, dobrze przemyślanej i rozwiniętej polityki społecznej?

Szwedzi, Norwegowie czy Duńczycy – tworzący zręby swych państw opiekuńczych w pierwszej połowie XX wieku – odpowiadali negatywnie na to pytanie. Uznali wówczas po prostu, że nie stać ich na niepoważne traktowanie społecznych czynników rozwoju, czyli na niezajmowanie się polityką rodzinną, edukacją czy polityką rynku pracy.

Inną z często wskazywanych barier dla wzorowania się na krajach nordyckich jest ich fundament kulturowy, różny od naszego. Przywoływany jest także argument stosunkowo niewielkiej liczby ludnosci poszczególnych krajów regionu, mającej ułatwiać realizację niektórych egalitarnych polityk publicznych.

Przeszkód i utrudnień jest tu oczywiście bez liku. Ale wszystkie one nie oznaczają, że nie warto podejmować prób transferowania przez Polskę sprawdzonych gdzie indziej wzorów społecznych, tzw. najlepszych praktyk (best practices), także tych pochodzących z Norden. Na tym właściwie w dużej mierze polega przecież cywilizacyjny postęp.

Jeśli zaś chodzi konkretnie o zasadność i możliwości przenoszenia do naszego kraju rozwiązań skandynawskich, to wyróżniłbym w tej sprawie cztery podstawowe stanowiska.

Pierwsze z nich stwierdza, iż nie warto, wręcz nie należy inspirować się „modelem nordyckim”, bo jest szkodliwy i skazany na porażkę. Bywa on krytykowany i oskarżany z różnych „paragrafów”. A to ekonomicznych – monstrualne podatki i wydatki państwa, nieefektywna i przeregulowana gospodarka, przerośnięty sektor publiczny itp. A to moralnych – powszechna demoralizacja i rozleniwienie ludzi z powodu biurokratycznej nadopiekuńczości. A to w końcu politycznych – ograniczanie wolności i prywatności ludzi nieodwołalnie musi prowadzić do państwa policyjnego czy wręcz totalitarnego.

Od wielu rodzimych ekonomistów, publicystów i polityków po 1990 r. nieraz słyszeliśmy, że model skandynawskiej „trzeciej drogi” niechybnie poprowadziłby nas wprost do Trzeciego Świata. Ignorowano go bądź ośmieszano, nierzadko wciąż wybrzydza się na „szwedosklerozę”, na „szwecjalizm”, jako swoistą krzyżówkę komunizmu z faszyzmem itp. Przedstawicieli tej orientacji myślowej – zresztą nie tylko polskich, ale i rozrzuconych po świecie – określiłbym mianem „nordfobów” albo „nordgrabarzy”, bo już od dawien dawna, niekiedy najwyraźniej obsesyjnie, próbują złożyć do grobu nordyckie państwo opiekuńcze. Tymczasem ono wciąż jakoś nie poddaje się tym zabiegom, wstaje, prostuje się i straszy – niczym Frankenstein – swoich zagorzałych antagonistów.

Drugie stanowisko – bardziej umiarkowanych „nordsceptyków” – zakłada, że może i byłoby warto czerpać inspiracje z tych krajów z racji niekwestionowanych walorów wielu tamtejszych rozwiązań, ale sam proces ich przeszczepiania na polski grunt nie rokuje żadnych szans. To jest po prostu nierealne, „nie da się” tego zrobić. I tu znów pojawiają się rozmaite uzasadnienia. A to że Polski, przynajmniej na razie, na to nie stać, a to z powodu ograniczeń społeczno-kulturowych – inna mentalność, religia (katolicyzm tak różny od protestantyzmu), inny stosunek do państwa oraz poziom zaufania społecznego, pozycja kobiet w rodzinach i życiu zbiorowym itp.

Jedni przekonują, że „import” z Północy byłby dziś tylko przedwczesny, inni – że jest w ogóle wykluczony ze względu na historyczno-kulturową specyfikę, wyjątkowość tamtejszej ścieżki rozwojowej. Kraje nordyckie – małe, geograficznie peryferyjne, jednorodne etnicznie, luterańskie, morskie itd. – nie mogą zatem stać się dla nas źródłem inspirujących zapożyczeń, bo Polskę charakteryzują uwarunkowania i parametry akurat całkiem różne od wymienionych.

Trzeci pogląd to, w porównaniu z dwoma poprzednimi, skrajność w drugą stronę – czyli przekonanie, że możliwa jest szybka, mechaniczna, ślepa imitacja nordyckich wzorów, na zasadzie „kopiuj-wklej”. O manowcach takiej „kseromodernizacji” i myślenia w tym duchu – mając za punkt odniesienia wiele historycznych przykładów, a także współczesnych przypadków w innych regionach świata – napisano wiele opracowań.

Nie rozwijając zatem tematu, poprzestanę na uwadze, domyśle czy przestrodze, która mówi, że także w relacjach nordycko-polskich podobny scenariusz musiałby zapewne prowadzić do – żeby posłużyć się tu obrazową metaforą – kiepskiego karaoke. Zabawa ta, jak wiadomo, polega na tym, że amatorzy starają się naśladować supergwiazdy piosenki, ale z reguły nie wychodzi im to najlepiej. Przygodni soliści, bez stosownego przygotowania, zwykle śpiewają nieporadnie, fatalnie przy tym fałszując. Taki sam los może zatem czekać naiwnych „nordentuzjastów”.

Czwarte stanowisko – nie ukrywam, że mi najbliższe – można by sformułować następująco. Niezależnie od wszystkich ograniczeń warto jednak próbować przenosić najlepsze skandynawskie praktyki do Polski oraz twórczo je adaptować do miejscowych warunków. Korzystne inspiracje i transfery z zewnątrz są zawsze możliwe, nie jesteśmy skazani tylko na lokalne źródła modernizacji ani na przemieszczanie się wyłącznie po starej, własnej, tradycyjnej trajektorii rozwojowej. Wracając do metafory drogi: dzięki zagranicznym ideom i innowacjom udaje się nieraz skierować marsz w innym, bardziej obiecującym kierunku. Impulsy zewnętrzne często pomagają wytrącić kraj z dotychczasowej, słabo rokującej na przyszłość koleiny – błotnistej, zapadającej się, a więc takiej, w której można na dobre ugrzęznąć.

Część komentatorów ekonomicznych zwraca uwagę na fakt, że kraje północnej Europy stosunkowo dobrze oparły się światowemu kryzysowi, który nie oszczędził przecież wielu innych państw klasyfikowanych jako najwyżej rozwinięte. Tymczasem krytycy Konsensusu Nordyckiego zwykli sugerować, że on się coraz bardziej załamuje, a przynajmniej jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie, choćby ze względu na presję globalnej konkurencji. Jak to zatem jest – czy istnieją przekonujące podstawy, by dowodzić szczególnej żywotności „modelu nordyckiego”, czy też raczej obserwujemy jego erozję, która wymusi korektę tej koncepcji?

Nic oczywiście nie stoi w miejscu, panta rhei– jak przekonywał Heraklit. Zmienia się także skandynawskie państwo opiekuńcze. Jest pytaniem otwartym, czy przetrwa ono pod naporem obecnych i przyszłych wyzwań. Czy zachowa swą tożsamość, swe fundamentalne wartości i zasady, cele i mechanizmy? Czy też ulegnie ciśnieniu np. „wyścigu do dna” (race to the bottom) w polityce społecznej pod wpływem zaostrzającej się globalnej konkurencji ekonomicznej? Nic tu nie jest przesądzone raz na zawsze.

W swojej książce przyjrzałem się ewolucji „nordyckiego modelu” w ostatnich dwóch dekadach. I skonkludowałem, iż niezależnie od wielu zmian skandynawski Dom Ludu – by posłużyć się tu znanym hasłem Folkhemmet, jakie wysunął w 1928 r. lider szwedzkich socjaldemokratów i późniejszy premier Per Albin Hansson – nie zawalił się ani nie uległ rozbiórce. Podlegał on raczej remontowi, odnowie swej fasady. Jego fundamenty pozostały natomiast stabilne, nie naruszyły ich ani poważne wstrząsy z początku lat 90. (zwłaszcza w Finlandii i Szwecji), ani tlący się od 2008 r. w Europie i na świecie obecny kryzys finansowo-gospodarczy.

W różnych analizach eksperckich i opracowaniach naukowych nierzadko oczywiście mówi się o zagrożeniu „modelu nordyckiego” postępującą erozją, jak piszą niektórzy – „paradygmatycznym dryfem”, rekomodyfikacją (w nawiązaniu do terminologii znanego duńskiego badacza welfare state Esping-Andersena), stopniowym odchodzeniem od uniwersalizmu lub podskórnym, wywrotowym neoliberalizmem (subversive neoliberalism). Pewne zaniepokojenie wzbudza wzrost nierówności dochodowych i społecznych w krajach skandynawskich, choć podziałom tym jeszcze daleko do średniej europejskiej.

Ogólnie przeważa jednak pogląd o zasadniczej trwałości i żywotności Konsensusu Nordyckiego. Swoisty facelifting, jakiemu on ostatnio podlegał, bynajmniej nie unieważnił, a w wielu miejscach wręcz wzmocnił w praktyce takie typowe dla niego pryncypia jak równość społeczna (np. między kobietami a mężczyznami), powszechny dostęp do dóbr i usług publicznych (np. w zakresie opieki nad dziećmi), pielęgnowanie kapitału ludzkiego i społecznego (przywiązywanie jeszcze większej wagi do edukacji) czy ideał „społeczeństwa pracy” (wysokie wskaźniki zatrudnienia).

Osobiście przychylam się do tej ostatniej tezy, traktując pojawiające się nieraz doniesienia o zgonie nordyckiego welfare state – by sparafrazować znane powiedzenie Marka Twaina – za cokolwiek przesadzone.

Które z rozwiązań charakterystycznych dla Północy uważa Pan za szczególnie godne naśladowania i możliwe do owocnej adaptacji w polskich warunkach? Mam tutaj na myśli konkretne instrumenty, ale także ogólne kierunki rozwoju społeczno-gospodarczego, filozofię myślenia o poszczególnych sferach czy nadrzędne wartości obecne we wszystkich realizowanych politykach publicznych.

Cztery centralne rozdziały książki poświęciłem kolejno czterem wybranym nordyckim politykom publicznym, według mnie najbardziej nowatorskim, w których po 1990 r. pojawiło się stosunkowo najwięcej nowości i które mają znaczny potencjał inspirujący dla innych krajów, w tym dla Polski. Chodzi tu, po pierwsze, o szwedzką politykę prorodzinną – stawiającą na „kapitał dziecięcy”, promującą równouprawnienie płci i solidarność międzypokoleniową. Po drugie – o wspomnianą już duńską koncepcję „elaspieczeństwa” w polityce rynku pracy. Po trzecie – o fińską politykę edukacyjno-innowacyjną. Po czwarte wreszcie – o nordyckie działania międzynarodowe, zorientowane na „cywilizowanie” globalizacji i współczesnego świata, m.in. w zakresie dyplomacji pokojowej, pomocy rozwojowej i humanitarnej czy społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw (CSR).

Co się zaś tyczy ogólnej filozofii myślenia o rozwoju społeczno-gospodarczym, o politykach publicznych oraz ich koniecznym reformowaniu w obliczu nowych wyzwań, to w jednym z rozdziałów wyróżniłem i omówiłem pokrótce pięć podstawowych „sekretów” skandynawskiej modernizacji. Brak tu miejsca na bliższe ich scharakteryzowanie, dlatego ograniczę się do zasygnalizowania trzech specyficznych cech nordyckiego podejścia do procesów modernizacyjnych.

Jedna z tych recept systemowych to preferowanie modernizacji inkluzywnej, czyli włączającej, integrującej grupy zmarginalizowane społecznie lub zagrożone w procesie reform. Idzie tu zatem o ideę rozwoju inkluzywnego, wyeksponowaną notabene również w nazwie najnowszej unijnej strategii „Europa 2020”. Chodzi także o inkluzywny rynek pracy, wzmacniany przez aktywizującą politykę zatrudnienia, o inkluzywną edukację. Ten sposób myślenia wykazuje zbieżność z ideą tzw. konstruktywnej destrukcji (constructive destruction), jaką już w połowie XX w. zarysował jeden z najwybitniejszych ekonomistów tego stulecia, Joseph Schumpeter. Za jeden z centralnych dylematów kapitalizmu uznawał on poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: jak z potencjalnych ofiar zmian i reform uczynić zwycięzców?

Drugą ze skandynawskich „tajemnic” można by określić jako praktykowanie modernizacji konsensualnej, czyli nastawionej na współdziałanie, ucieranie pakietowych kompromisów, poszukiwanie zgody. Skandynawowie dochodzą do niej na drodze często żmudnych, ale zawsze cywilizowanych dyskusji, rokowań i deliberacji. Ich wizję demokracji i społeczeństwa konsensualnego można by ująć w skrótowej formule „7 × K”: kooperacja, konsultacje, koncyliacyjność, kompromis, koordynacja, koalicje, konsensus. Głębszy instytucjonalny wyraz formuła ta znajduje w nordyckiej wersji korporatyzmu, czyli dobrze rozwiniętym dialogu partnerów społecznych (pracownicy i pracodawcy), poszerzanym ostatnio o dodatkowe formy dialogu obywatelskiego.

Trzeci sekret Nordyków to strategia modernizacji permanentnej, a więc ustawicznej, niejako pełzającej. Rzecz polega na ewolucyjnym, a nie rewolucyjnym charakterze zmian. Skandynawowie wolą koncentrować się na stopniowych, pragmatycznych naprawach, preferują organiczną pracę u podstaw i skuteczne rządzenie na co dzień, a nie romantyczne akty strzeliste i „słomiany ogień” od święta. Mają bogate tradycje politycznego reformizmu: silny ruch socjaldemokratyczny, wpływowe partie centrowe o rodowodzie chłopskim, nawet konserwatyści przechrzcili się w Szwecji na „moderatów”, czyli umiarkowanych.

Inaczej mówiąc, nasi północni sąsiedzi starają się być aktywni, systematyczni i staranni na wszystkich etapach formowania polityk publicznych – od wnikliwej diagnozy problemów i analizy różnych wariantów ich rozwiązania, poprzez podejmowanie akceptowalnych społecznie decyzji, aż po sprawne wdrażanie ich w życie, stały monitoring, ocenę efektów i możliwe korekty. Takie podejście wyraźnie kontrastuje z kształtowaniem polityk publicznych choćby w Polsce, gdzie profesjonalne zaplecze analityczno-strategiczne na użytek decydentów politycznych właściwie nie istnieje, podobnie jak stały mechanizm ewaluacji reform, uczenia się na błędach i wprowadzania w stosownym czasie koniecznych poprawek. Pierwszy z brzegu przykład to reforma emerytalna z 1999 r., której realnemu funkcjonowaniu przez dziesięć lat z okładem nikt się u nas – jak widać ostatnio – poważniej nie przyglądał.

W swojej książce koncentruje się Pan na pozytywnych aspektach „modelu nordyckiego”. Jakie są jego największe „cienie”? Wśród często spotykanych wyobrażeń znajduje się m.in. zbyt daleko idący paternalizm tamtejszych państw opiekuńczych, mający być zagrożeniem dla prywatności jednostki, władzy rodzicielskiej itd. Państwa o hojnych świadczeniach socjalnych oraz rozbudowanych sieciach usług publicznych są też podejrzewane o tłumienie aktywności obywateli: na rynku pracy, w ramach tzw. społeczeństwa obywatelskiego etc.

Nie ma systemów idealnych, więc także Norden nie jest krainą wiecznej szczęśliwości. Nawet Norwegia – nazywana niekiedy Kuwejtem Północy albo naftowo-gazowym Eldorado – ma swoje trudne do zlekceważenia problemy społeczne.

O dużym wyzwaniu, jakim jest dla Skandynawów choćby perspektywa życia w coraz bardziej wielokulturowym społeczeństwie – a także o innych poważnych wyzwaniach przyszłości, jak globalizacja czy europeizacja – nie piszę w książce obszerniej, bo to tematy na osobną pracę (którą zresztą mam w planach).

Z tego samego powodu w „Szlaku Norden” nie omówiłem też bliżej różnych patologii społecznych i politycznych, jakie zwłaszcza we wcześniejszym okresie wiązały się z „nadopiekuńczością” czy „nadaktywnością” instytucji państwowych wobec nordyckich obywateli. Mam tu na myśli także różne próby i formy praktykowania ambitnej, a gwałcącej swobody obywatelskie inżynierii społecznej, jak choćby stosowana w Szwecji aż do początku lat 70. przymusowa czy wymuszana sterylizacja.

Warto mieć świadomość, iż coraz większe zróżnicowanie etniczne, religijne i kulturowe społeczeństw skandynawskich może w jakimś sensie naruszać jeden z fundamentów nordyckiego państwa opiekuńczego. Słabnąć bowiem może tradycyjnie silne poczucie lojalności i solidarności, specyficzny duch egalitaryzmu, który w dużym stopniu kształtował się na gruncie narodowej jednorodności. Pojawienie się nowych wspólnot mniejszościowych, postulaty domagające się respektowania ich prawa do autonomii i pielęgnowania odrębnych tożsamości mogą w istocie podmywać i rozsadzać od środka tę dotychczasową konstrukcję.

Ale to tylko jedno z istotniejszych wyzwań, jakim Skandynawowie będą musieli stawić czoła w najbliższej przyszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 12 maja 2013 r.

Maszerować oddzielnie, uderzać razem

W inicjatywach krytycznych wobec tego, co umownie nazywamy neoliberalizmem, ścierają się dwie koncepcje. Jedną wyraża tytuł niegdyś popularnej, choć zazwyczaj dość prostacko odczytywanej książki Ernsta F. Schumachera „Małe jest piękne”. Drugą można spotkać w postaci przekonania, że piękne jest tylko duże – czy będzie to scentralizowane państwo, czy nadzieje pokładane we władzy o zasięgu kontynentalnym (Unia Europejska) lub wręcz światowym, czy globalny ruch oporu w wielu miejscach naraz zamiast postawy „moja chata z kraja”.

W Polsce obecnie triumfuje raczej opcja pierwsza, szczególnie wśród liderów i strategów inicjatyw krytycznych wobec status quo. Mało kto z nich wierzy w państwo jako czynnik sprawczy zmian prospołecznych, coraz mniej jest też osób przekonanych, że w takim kierunku może zmierzać polityka Wspólnoty Europejskiej. Wśród rozmaitych buntowników kwitnie wiara w oddolność i spontaniczność, panuje niechęć do biurokracji i hierarchii, na topie są referenda, partycypacje, mobilizacje społeczne i zdemokratyzowanie wszystkiego, co się da.

Jak to zwykle bywa z modami, znaleźć tam można sporo oczekiwań naiwnych lub bzdurnych. Wokół największego związku zawodowego kręcą się ludzie, którzy w imię walki z oligarchią polityczną propagują jednomandatowe okręgi wyborcze – czyli sprawdzony w kilku krajach sposób na ugruntowanie oligarchii. W tym i innych środowiskach zapanowała też wiara w referenda jako lek na całe zło. Niestety nie pojawia się tam refleksja, że dopóki media, pieniądze, własność oraz władza polityczna i kulturowa są skupione w rękach nielicznych, dopóty bezpośredni werdykt będzie zazwyczaj podobny do decyzji wyborców w kwestii przedstawicieli popieranych co 4 lata. Jeszcze inna zbawcza moc przypisywana jest tzw. budżetom partycypacyjnym i ruchom miejskim. Oto decyzje w sprawie usytuowania skweru lub wydatkowania kilkuset tysięcy złotych postrzegane są jako groźny rywal firm czy grup interesu, które podobne kwoty przeznaczają na zawartość barku swoich szefów.

Nie jest moim zamiarem negacja sensu takich postaw i działań. Dzisiejsza Polska to społeczna pustynia, gdzie warto docenić niemal każdy odruch niezgody i aktywności publicznej. Jeśli nie z uwagi na ich cel, to przynajmniej z punktu widzenia kultury politycznej odmiennej niż obecna. Dzieci aktywistów na rzecz JOW-ów mają o wiele większe szanse zostać aktywistami przeciwko JOW-owej i każdej innej oligarchii niż dzieci rodziców spędzających czas wolny wyłącznie w centrach handlowych i przed telewizorem z bzdurnymi programami. Dopóki będziemy stadem biernych baranów, dopóty będą nas przeganiali w dowolny kąt pastwiska i strzygli z wełny. Wszystko, co zamienia barany w obywateli, jest pozytywne. Dlatego też powyższa krytyka zafiksowania się na inicjatywach oddolnych dotyczy jedynie przesadnej wiary w tę czy inną metodę.

Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy w dużej mierze refleksjom o tym, co i jak robić. Są w nim teksty o tym, że „małe jest piękne”, oraz wskazujące, iż „małe jest słabe”. Obszernie przedstawiamy nordycki model prospołeczny, bazujący na silnej roli państwa i instytucji publicznych. Pokazujemy też jednak, że w państwie słabym i liberalnym, czyli m.in. w Polsce, niekiedy lepiej sprawdzają się inicjatywy samorządowe, pozarządowe, charytatywne, a nawet funkcjonujące w swoistej szarej strefie, jak alternatywne systemy ekonomiczne. Na przykładzie Szkocji i Quebecu wskazujemy, że decentralizacja może służyć wartościom egalitarnym. Natomiast analiza rządów brytyjskich liberałów świadczy, iż za hasłami „lokalizmu” skrywa się kolejna ofensywa urynkowienia oraz wycofanie państwa z odpowiedzialności za godne życie obywateli. W artykule o studenckich protestach w Kanadzie mowa jest o wartościach demokracji bezpośredniej i „płynnej”. Z kolei tekst o mediach społecznościowych pokazuje słabości inicjatyw pozbawionych jasnej struktury i hierarchii decyzyjnej.

Małe czy duże? Oddolne czy wymuszone ustawą? Lokalne czy globalne? Prospołeczne.

Spółdzielcza Republika WNET

Spółdzielcza Republika WNET

Media, zarówno publiczne, jak i prywatne, obniżają jakość nadawanych programów. W szumie informacyjnym coraz trudniej odnaleźć wartościowe, ciekawe informacje. Trzy lata temu pojawił się pomysł zupełnie nowy w Polsce: Radio WNET. O tej inicjatywie, mediach i spółdzielczości jako formie organizacyjno-finansowej mediów rozmawiamy z Lechem Rusteckim, członkiem zarządu Spółdzielczych Mediów WNET.

***

Jak powstało Radio WNET?

Lech Rustecki: Zaczęło się od Krzysztofa Skowrońskiego, który był dyrektorem Programu Trzeciego Polskiego Radia. W czasie „zawieruchy politycznej” zwolniono go dyscyplinarnie. W geście solidarności wraz z nim odeszła grupa dziennikarzy, m.in. Katarzyna Adamiak-Sroczyńska, Grzegorz Wasowski, Monika Makowska-Wasowska. Zastanawiali się, co robić dalej. Jednym z pomysłów było radio w Internecie. Grzegorz Wasowski rzucił hasło WNET – szybko i w Sieci. Od początku istniał pomysł stworzenia portalu społecznościowego, aby to było miejsce, gdzie ludzie mogą tworzyć. Testowano kilka pomysłów, aż powstał zalążek wersji z obecnymi eterami, gdzie każdy mógł zostać republikaninem, założyć swój eter i publikować. Typowe radio pojawiło się w 2010 r. Wkrótce rozpoczęła się współpraca z Radiem Warszawa, transmitującym „Poranki w eterze”, a po nim dołączyły Radio Nadzieja z Łomży i Radio Fiat z Częstochowy i Wielunia. W międzyczasie portal ulegał zmianom, powstała Wolna Antena Radia WNET, w tym momencie licząca ok. siedemdziesięciu autorów i ponad pięćdziesiąt audycji.

Czemu użytkownik portalu nazywa się „republikaninem”?

L.R.: Krzysztof Skowroński nawiązywał do I Rzeczypospolitej jako źródła wartości – republika jako rzecz wspólna, którą wspólnie tworzymy. I rzeczywiście, to otwarte i wspólne miejsce, każdy ma szansę zaangażować się i zrobić coś własnego. Nie jest to korporacja ze zdefiniowaną hierarchią – tutaj siadamy, robimy sejmik, dyskutujemy i coś z tego wychodzi. Jest lider, ale nie jest to technokratyczna instytucja.

Często uchodzicie za medium prawicowe. Gdzie kończy się Wasza otwartość?

L.R.: W zeszłym roku powstały Spółdzielcze Media WNET. W statucie zawarliśmy deklarację tożsamościową, która wyznacza nasze granice i określa, kim jesteśmy. W deklaracji zawarliśmy wartości takie jak wolność i odpowiedzialność, których korzeni dopatrujemy się w tradycjach chrześcijańskich I Rzeczypospolitej oraz „Solidarności” lat 80. To bardzo pojemny zbiór. Słuchacze Wolnej Anteny i czytelnicy portalu mogą poznać całe spektrum poglądów. Owszem, są audycje prawicowe, ale jest też m.in. wasz „Głos Obywatela” czy audycja Milo Kurtisa, współzałożyciela Maanamu, Greka, który w zeszłym tygodniu, po latach, uzyskał polskie obywatelstwo – nie można o nim powiedzieć, że ma prawicowe poglądy.

Wspomniałeś o Spółdzielczych Mediach WNET. Na czym polegał pomysł stworzenia medium, które jest spółdzielnią?

L.R.: W 2011 r. zastanawialiśmy się, jaki powinien być następny krok w rozwoju radia. Jednym z pomysłów było wejście na giełdę NewConnect, dzięki czemu spółka mogłaby się rozwijać. Ale chcieliśmy też skorzystać z tzw. oferty publicznej, żeby zaoferować wielu osobom możliwość nabycia udziałów w Radiu. Wszyscy doradcy finansowi, z którymi rozmawialiśmy, odradzali ten pomysł, mówiąc, że to się nie sprawdza. Ich zdaniem powinniśmy skierować ofertę do kilku osób, które kupią mniejszościowy, ale spory kawałek spółki. Nie zdecydowaliśmy się na to, ponieważ dla Krzysztofa Skowrońskiego kluczową wartością była niezależność medium od kapitału, od pojedynczych właścicieli – to daje dziennikarzom wolność prezentowania informacji, które uznają za ważne. Mecenas Jacek Jonak, prawnik specjalizujący się w rynkach kapitałowych, który teraz jest przewodniczącym Rady Nadzorczej Spółdzielczych Mediów WNET, początkowo był przeciw spółdzielni, pokazywał negatywne strony tego przedsięwzięcia. Z czasem zaakceptował projekt i stał się jego współtwórcą. To umożliwiało nam zaangażowanie wielu osób w formule demokratycznej, gdzie każdy ma równy głos, niezależnie od liczby udziałów. To zupełnie inny styl działania, ale wynika z niego wiele pożytecznych rzeczy.

Ilu członków liczą Spółdzielcze Media WNET?

L.R.: Obecnie ponad pięciuset. Mamy siedem grup członkowskich, każda grupa wybiera piętnastu przedstawicieli. Około stu przedstawicieli zjawi się na pierwszym zjeździe. Grupy członkowskie mogą zgłaszać tematy na spotkanie. To duże wyzwanie organizacyjne, by przy pięciuset członkach zapewnić demokrację, a mamy nadzieję, że ta liczba będzie rosła.

Jakie są powiązania między spółką a spółdzielnią?

L.R.: Mamy Radio WNET, które było pierwsze i powstało w formie spółki. Później powstały Spółdzielcze Media WNET, teraz kończymy pisanie statutu spółdzielni spożywców, powstałej w ramach akcji „Uratuj rolnika i samego siebie”, od jesieni ub.r. organizujemy też Jarmarki Spożywcze.

Obecnie zarząd Spółdzielczych Mediów WNET stanowią Krzysztof Skowroński jako prezes, członkami zarządu jesteśmy ja i Katarzyna Adamiak-Sroczyńska, wiceprezesem Andrzej Kensbok, który tworzy spółdzielnię spożywców. W czwórkę stanowimy „sztab połączony” projektu WNET. Wszystkie te instytucje tworzą jeden system. Osoby, które się angażują, działają w ramach jednej struktury, która jest koordynowana przez „sztab”. Ważną rolę pełni Rada Nadzorcza, w skład której wchodzą Jacek Jonak, Paweł Esse i ks. Adam Jabłoński z Czerwonego Boru pod Łomżą, kapelan więzienia prowadzącego „Przystanek w Drodze” dla bezdomnych i byłych więźniów [o działalności ks. Adama będzie można przeczytać w „Nowym Obywatelu” z lata 2013 – przyp. redakcji]. Czerwony Bór jest naszą duchową stolicą.

Miejscem zaangażowania członków jest m.in. „Miasto Spółdzielców” w Internecie, powstałe z inicjatywy pierwszych spółdzielców, których przyjęliśmy i którzy chcieli się nawzajem poznać. To pozwoliło „spłaszczyć hierarchię”, bo tam wszyscy się widzą, można się z każdym skontaktować, rodzą się inicjatywy, wyrażane są uwagi co do sposobu działania, które się pojawiają i są uwzględniane. W modelu docelowym wszystkie nasze media muszą być kontrolowane przez spółdzielnię, żeby zadbać o niezależność i demokrację. Natomiast wokół medium tworzy się rynek, powstają różne pomysły biznesowe, które mogą, ale nie muszą być spółdzielcze. Często są osoby, które mówią: mam pomysł, chciałbym zainwestować, ale nie widzę tego w kooperatywie. Nie jesteśmy purystami, nie wszystko musi być spółdzielnią, ale nasza strategia zakłada, że wszystko, co jest medialne, jest kontrolowane spółdzielczo.

Wspominałeś o tworzeniu spółdzielni spożywców. Będzie prawdopodobnie pierwszą, która „od zera” powstanie w III Rzeczpospolitej w sformalizowanej postaci. Skąd pomysł na kooperatywę spożywców i dlaczego spółdzielnia medialna zaangażowała się w zupełnie inną dziedzinę?

L.R.: Pomysł narodził się latem 2012, gdy ruszyliśmy w podróż. Jeżdżąc po Polsce, docieramy do celu dzień przed poranną audycją i mamy kilka godzin popołudniowych i wieczornych, by poczuć ducha miejsca, porozmawiać z ludźmi, którzy są naszymi gośćmi. Wszystko po to, aby program poranny był interesujący. Każdy „Poranek” nadawaliśmy z innego miejsca. Trafiliśmy do Pińczowa i wsi Nieprowice. Tam pojawił się wątek dysproporcji między cenami skupu płodów rolnych a cenami sprzedaży w mieście. Po audycji wróciliśmy do goszczących nas gospodarzy i kontynuowaliśmy rozmowę. Wtedy pojawiła się myśl, żeby tamtejsze, znakomite warzywa i owoce zawieźć do Warszawy, a nawet zorganizować spływ tratwą z tymi warzywami. W międzyczasie otworzyłem arkusz kalkulacyjny i zaczęliśmy liczyć, jakie tu są ceny, jakie w Warszawie i czy jest sens ekonomiczny, żeby to zrobić. Oczywiście nie tratwą, bo to ekonomicznego sensu nie ma, choć jest spektakularne. Gdy wróciliśmy do Warszawy, odezwali się rolnicy z Pińczowa i powiedzieli, że już budują tratwę. Pomysł został rzucony pół żartem, pół serio, ale okazało się, że w okolicy jest człowiek, który zna się na budowaniu łodzi i zbudował tratwę. I rolnicy przypłynęli na początku września.

Flisacy trochę się bali, że utkną na mieliźnie, ale się udało. Trwało to tydzień i było zorganizowane w ramach akcji uświadamiającej problem różnicy cen, pod hasłem „Od rolnika przez pośrednika 300 procent znika”, co zostało medialnie zauważone.

W międzyczasie przygotowywaliśmy normalną dostawę ciężarówką i pod koniec września odbyła się pierwsza akcja „Uratuj rolnika i samego siebie”. W Radiu wystartowała redakcja rolna. Pojawił się Andrzej Kensbok, który wcześniej był członkiem spółdzielni, o którym wiedzieliśmy tyle, że jest w rejestrze członków. Gdy się dowiedział, że zajmujemy się tematami rolniczymi, ujawnił swoje wieloletnie doświadczenie na rynku rolno-spożywczym i pozytywne doświadczenia ze spółdzielczością na Zachodzie, m.in. w Szwajcarii i Niemczech. Zaangażował się w akcję, zrezygnował z dotychczasowej pracy i w całości poświęcił budowaniu spółdzielni spożywców. Kooperatywa spożywców pokazała to, co wcześniej widzieliśmy w Spółdzielczych Mediach WNET – zaangażowanie i współpracę ludzi. W tym momencie działalność Jarmarku jest na tyle rozwinięta, że możemy zatrudnić dwóch pracowników, którzy zajmują się tym tematem, ale całość nie byłaby możliwa do zrealizowania przez dwie osoby, w związku z tym angażuje się kilkanaście, a może kilkadziesiąt osób, część przychodzi o 5 rano odebrać dostawę, uruchomić Jarmark, a potem sprzątać. Widać ducha spółdzielczości, współdziałania, współpracy. Kończymy pracę nad statutem spółdzielni i nie boimy się, że nie będzie chętnych, aby ją tworzyć. Spodziewamy się, że wielu spośród około dwóch tysięcy klientów, którzy się przewinęli przez Jarmark, zainteresuje się modelem spółdzielczym.

Opowiedz o innych pomysłach realizowanych w obrębie Radia WNET, jak Wolna Antena, Republika czy Akademia.

L.R.: Radio WNET jest żywym, rozwijającym się tworem. Wolna Antena wywodzi się z republikanów, czyli użytkowników strony tworzących własne audycje. Właśnie powstała „Wolna Antena” – stowarzyszenie na rzecz kultury radiowej, zainicjowane przez autorów audycji w Wolnej Antenie Radia WNET. Chcemy, aby stowarzyszenie było miejscem, do którego zapraszamy osoby z innych środowisk radiowych, bo są przecież inne radia internetowe, np. Radio Kontestacja, sportowe Radio Brazylia, Niepoprawne Radio, Rewers, a także wielu autorów audycji podcastowych.

Akademia WNET na początku była pomysłem typowej akademii dziennikarskiej. Teraz funkcjonuje jako miejsce spotkań ludzi, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o świecie, czyli jest nastawiona na słuchaczy. Wszystko zaczęło się rok temu od kursu „Jak nam robią wodę z mózgu?”, przygotowanego przez dr. Romana Zawadzkiego, psychologa, który w Radiu WNET prowadził audycję o muzyce fortepianowej. Dołączył do niego Lech Jęczmyk, wspólnie opracowali kurs, zgłosiło się kilkadziesiąt osób. Okazało się, że kurs nie miał końca, najpierw jedna edycja, potem kolejne spotkania, aż grupa stała się w ramach Radia WNET wspólnotą, która co parę tygodni organizuje zebrania. Oprócz zagadnień proponowanych przez organizatorów zapraszani są goście referujący tematy wybrane przez grupę. Jesienią ruszy kolejna edycja, ale już zdefiniowana – będzie mieć początek, koniec, określoną ilość spotkań i te osoby, które się zdecydują, będą mogły dołączyć do wspólnoty zawiązanej w ramach Akademii. Planujemy na uniwersytetach pięć spotkań pt. „Źródła kryzysu”, zaczynamy w Warszawie, kończymy w Toruniu, a po drodze odwiedzimy Łódź, Kraków i Lublin.

Ważnym elementem Radia WNET jest Spółdzielcza Agencja Informacyjna (SAI), projekt prowadzony przez Katarzynę Adamiak-Sroczyńską i członków Akademii. W Akademii są osoby różnych zawodów, środowisk, o różnych zainteresowaniach, czyli mają dostęp do różnych ciekawych, źródłowych informacji. Propozycje tematów uczestników Akademii często są podejmowane na antenie Radia WNET. Produktami SAI są „Kurier WNET” (papierowa gazeta niecodzienna) i dziennik internetowy, a także radiowy serwis informacyjny pod tą samą nazwą.

Przy okazji rozwijania spółdzielni spożywców otworzyliśmy księgarnię, a po przeprowadzce na Koszykową 8 Klub Wnet, organizujący kameralne spotkania, do 70 osób (przy takiej liczbie część gości stoi na korytarzu). Klub zbiera się raz w tygodniu i aranżuje spotkania z autorami książek, pokazy filmów, poruszamy tematy interesujące dla uczestników, np. o racji stanu. Chcemy poszerzyć ideę, zapraszać przedstawicieli różnych środowisk. Nie chcemy takiej formuły: godzinny wywiad, a potem pięć minut pytań i do domu. Zależy nam, by w połowie wystąpienia dać głos uczestnikom z sali. Łączymy to z dziennikarstwem rozumianym jako poszukiwanie odpowiedzi na pytania.

Często pada pytanie: jaka jest wasza grupa docelowa? My ją nazwaliśmy grupą ludzi myślących. Możemy debatować, jaki to procent społeczeństwa, ale na pewno jest to odsetek, który może rosnąć.

Do jak dużej liczby odbiorców dociera WNET?

L.R.: Trudno powiedzieć, ale szacujemy, że 300-500 tys. w czasie „Poranka”, który jest dostępny różnymi kanałami: na żywo w Internecie i na falach zaprzyjaźnionych stacji, a potem do odsłuchania na stronie.

Skąd się wziął pomysł, by dookreślić WNET jako „media prawdziwie publiczne”?

L.R.: To była odpowiedź na doświadczenia pracy w mediach publicznych. To są raczej media państwowe, a nawet partii rządzącej. Chcieliśmy podkreślić, że tak sobie wyobrażamy media publiczne. Chcemy pokazywać ludziom rzeczy, którymi mogliby się zainteresować, ale o których nie mieliby szansy się dowiedzieć, gdyby nie było mediów. Dobrze zrobiony reality show przyciąga dużo widzów, ale czy taka jest rola mediów publicznych? Należy dbać o różnorodność i sięgać nawet po kwestie, które nie są popularne, ale mogą znaleźć odbiorców, osoby zainteresowane takim tematem. W tym sloganie mieści się słowo „prawdziwie”, czyli prawda, dążenie do tego, by informować prawdziwie, starać się odkryć, co jest prawdą.

Dlaczego alternatywa w postaci WNET jest potrzebna na rynku medialnym?

L.R.: Uważam, że wolność w tworzeniu mediów powinna być nieskrępowana. Gwarantuje to konstytucja, ale niestety realnie jest to bardzo trudne. WNET jest jedną z propozycji, ale jest ich więcej, wiele zmieniło się na rynku medialnym. Trudno jednak powoływać nowe projekty medialne. Chcieliśmy tworzyć radio na UKF-ie, ale to jest praktycznie niemożliwe. Nie wystarczy mieć pieniądze, pójść do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zarejestrować i gotowe. Okazuje się, że „nie ma częstotliwości”, tzn. częstotliwości są, ale nie można ich uzyskać. Telewizja podlega procesowi cyfryzacji, co wynika z prawa unijnego, radio nie podlega temu procesowi. Dużym nadawcom na tym nie zależy, bo musieliby zmieniać technologię, choć to pozwoliłoby na uzyskanie większej ilości pasm. Zapisy konstytucji o wolności mediów są w efekcie fikcją.

Można by tę sytuację zmienić, ale nie ma ku temu klimatu. Uczestniczyliśmy w trzech postępowaniach koncesyjnych na rozgłośnie lokalne, przygotowując model radia i spółdzielni. Wszystkie zakończyły się porażką. Przy okazji miałem doświadczenia z KRRiTV. Dowiedziałem się, że na częstotliwości, o które się staramy, było kilkadziesiąt wniosków, a oceną części ekonomicznej zajmowała się jedna pani, więc czas podjęcia decyzji jest nieokreślony…

Jak oceniłbyś kondycję mediów w Polsce?

L.R.: To bardzo trudne pytanie, bo zacząłem obserwować media poprzez WNET, a przez lata zajmowałem się inną działalnością. Znalazłem się tutaj trochę przypadkiem, jako miłośnik radia, który dowiedział się, że powstał taki projekt i pojawiła się możliwość zobaczenia z drugiej strony, jak wyglądają media. Byłem zawiedziony, myślałem, że informacje w głównych środkach przekazu są robione rzetelniej. Ujrzałem specyfikę mediów, które cały czas się spieszą. Dziennik czy program radiowy trzeba zrobić na już, często media nie mogą sobie pozwolić na to, na co może sobie pozwolić bloger – spokojnie pogrzebać, sprawdzić i przygotować tekst na podstawie sprawdzonych informacji. Wiele informacji jest kopiowanych, np. „Gazeta Wyborcza” i TVN podają informację, która potem jest podawana w wielu miejscach, często bez weryfikacji.

Odkryłem też, że jest wiele ciekawych i ważnych informacji, które nie pojawiają się, bo się nie sprzedadzą albo są niepopularne w danej redakcji. Na pewno mamy kryzys mediów, ale mamy też kryzys społeczeństwa, które nie potrafi konsumować mediów. Odbieranie mediów na zasadzie oglądania dziennika telewizyjnego nic nie przynosi. Od pewnego czasu nie oglądam telewizji. Kiedyś oglądałem „Fakty”, było siedem wiadomości, ostatnia musi być żartobliwa i nie niesie żadnej informacji, jedna była o pogodzie, kolejna nieważna. W sumie były dwie informacje, które uznałbym za przydatne, a dla wielu ludzi jest to jedyne źródło informacji.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, współpraca Krzysztof Wołodźko.

Poznaj swój kraj

A kogo to obchodzi? Taka odpowiedź padnie zapewne na propozycję, żeby podjąć gromadzenie, analizę, publikację i propagowanie – jako swoistego zwierciadła epoki – wspomnień „zwykłych ludzi”. Media nie sięgną po nie nawet w ramach epatowania odbiorców ciekawostkami – konkurencję w kategorii „szok i przerażenie” zawsze wygrają Katarzyna W. z Sosnowca, pijane matki, dzieci pogryzione przez groźne psy, dzieci w beczkach, pijani ojcowie, matki pogryzione przez groźne psy itd., itp. Nie zainteresują się również pokłosiem takich inicjatyw decydenci i ich doradcy, elity polityczne i kulturalne czy opiniotwórcze media. Polska demokracja (a coraz bardziej także demokracja w ogóle) nie polega przecież na wsłuchiwaniu się w głos ludu. A w dodatku ze wspomnień i refleksji „szarego człowieka” mógłby się wyłonić obraz zupełnie odmienny od urzędowego optymizmu i propagandy sukcesu, prezentowanych przez celebrytów pełniących obowiązki premierów, liderów, komentatorów i jurorów.

Nie chodzi tylko o brak zainteresowania opiniami, owszem, subiektywnymi, lecz poszerzającymi przecież nasz ogląd świata i wiedzę o nim. Chodzi również o brak wiary w to, że „zwykli ludzie” mogą mieć coś wartościowego do powiedzenia, że ich spostrzeżenia mogłyby rzucić światło na ważne, lecz skrywane aspekty kondycji współczesnej Polski. Deficyty polskiej demokracji wynikają w mniejszym stopniu z tego, że lud jest niedoskonały czy bierny, bardziej natomiast z przyjmowanego a priori założenia, że on właśnie taki jest. Jeśli „zwykły człowiek” zagości w mediach w charakterze innym niż sensacyjny, to jedynie jako ktoś, kto w trybie konkursowym zaśpiewa, zatańczy, rozwiąże zagadkę, ugotuje lub po­chwali się wiedzą encyklopedyczną. Żyjemy w czasach, w których przez wszystkie przypadki odmieniane są „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”, a jednocześnie za nic ma się obywateli, ich opinie, odczucia, przemyślenia. Ba, żyjemy w czasach, gdy publicyści uważający się za lewicowych uznają każdy przejaw ludowego gniewu czy buntu za prymitywny resentyment. I w czasach, gdy intelektualiści uważający się za lewicowych są przekonani, że im bardziej jakaś teoria jest hermetyczna w treści i formie, tym jest słuszniejsza, mądrzejsza i bardziej lewicowa.

Bywało inaczej. W czasach znacznie trudniejszych niż obecne pod względem tak prozaicznym, jak umiejętność pisania i czytania czy dostępność środków komunikacji mieliśmy w Polsce bardzo dynamiczny nurt badawczy, poświęcony wspomnieniom i relacjom zwykłych mieszkańców naszego kraju. Mieliśmy wówczas także szerokie zainteresowanie mediów, opinii publicznej i elit społecznych efektami tychże badań. W niniejszym numerze przypominamy trzy teksty stanowiące świadectwo takich postaw.

Pierwszy z nich jest autorstwa wybitnego naukowca, prekursora socjologii w Polsce, działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859–1941). To fragmenty przedmowy do książkowej edycji „Pamiętników bezrobotnych” (1933), zawierającej 57 pamiętników spośród 774 nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1931 przez Instytut Gospodarstwa Społecznego (IGS). Instytut był placówką naukowo-badawczą o wyraźnie prospołecznym, lewicującym profilu, mającą w okresie II RP ogromny dorobek w dziedzinie analizy i dokumentacji rozmaitych problemów socjalnych i kondycji warstw społecznych i grup zawodowych. Konkurs na pamiętniki bezrobotnych, skierowany do pozbawionych zatrudnienia pracowników fizycznych, został ogłoszony w momencie kulminacyjnym wielkiego kryzysu gospodarczego. Odzew na tę inicjatywę – zarówno w postaci ilości i jakości nadesłanych prac konkursowych, jak i reakcji mediów i opinii publicznej (kilkaset recenzji książki w prasie, wielokrotne przywoływanie wyników konkursu przez rozmaite gremia polityczne czy naukowe) – przeszedł oczekiwania organizatorów.

W roku 1933 ogłoszono zatem kolejny konkurs, tym razem na pamiętniki chłopów. Jego inicjatorką była Irena Kosmowska – znana działaczka społeczna, jedna z liderek lewicowego ruchu ludowego. W ramach projektu zebrano 498 pamiętników, z których najlepsze doczekały się edycji książkowej. Z kolei w roku 1936 ogłoszono konkurs na pamiętniki emigrantów – Polaków, którzy wyjechali za chlebem na stałe lub na dłuższy okres do jednego z siedmiu państw, gdzie tego rodzaju emigracja była najbardziej nasilona (Francja, USA, Kanada, Urugwaj, Brazylia, Argentyna i Paragwaj). Tym razem nadesłano 212 pamiętników, a efektem były kolejne publikacje. Również one wywołały duże zainteresowanie opinii publicznej i poskutkowały wieloma omówieniami i analizami.

Tego rodzaju wysiłki poznawcze nie kończą się na IGS. Drugi z prezentowanych tekstów wyszedł spod pióra Floriana Znanieckiego (1882–1958) – najwybitniejszego polskiego socjologa, uczonego światowej sławy oraz jednego z prekursorów badania rzeczywistości społecznej przy wykorzystaniu autobiografii, pamiętników, listów itp. dokumentów. Tekst Znanieckiego to przedmowa do „Młodego pokolenia chłopów” Józefa Chałasińskiego – monumentalnego, czterotomowego dzieła stanowiącego analizę i dokumentację efektów konkursu na pamiętniki młodzieży wiejskiej, z naciskiem na osoby zaangażowane w działalność organizacji młodzieżowych. Konkurs został ogłoszony przez Państwowy Instytut Kultury Wsi przy współpracy z czasopismem „Przysposobienie Rolnicze” na przełomie lat 1936 i 1937, a nadesłano na niego 1544 prace.

Książka Chałasińskiego, wydana w roku 1938, do dzisiaj jest uznawana za jedno z czołowych dokonań rodzimej socjologii. Również i ona odbiła się szerokim echem w ówczesnej Polsce, wywołując wiele debat i refleksji na temat kondycji wsi i warstwy chłopskiej. Zamiarem autora była jednak nie tylko analiza status quo, ale także ogląd kształtowania się „nowego chłopa”. W młodym pokoleniu mieszkańców wsi zachodziły wówczas niezwykle ciekawe procesy emancypacji, samodzielnego, wbrew wielu przeszkodom, „uobywatelnienia”.

Trzeci z prezentowanych tekstów to przedmowa do tomu „Robotnicy piszą” (1938). Książka zawierała 25 najwyżej ocenionych spośród kilkuset pamiętników nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1935. Autorzy publikowanego tutaj tekstu to Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), profesor UJ, pedagog, teoretyk wychowania, oraz Feliks Gross (1906–2006), socjolog, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, kierownik Szkoły Nauk Społecznych przy krakowskim Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego, autor pionierskiej na gruncie polskim książki „Proletariat i kultura” (1938). Choć obaj nie ukrywali lewicowych przekonań, ich wysiłek poznawczy może być wzorem naukowego obiektywizmu, a także – co ważniejsze – autentycznej ciekawości świata, chęci poznania środowiska robotniczego bez przykrawania go do wygodnych i oczekiwanych założeń. Samą istotę oraz historię badań opisuje ich tekst, więc tutaj warto podkreślić tylko, że była to inicjatywa szczególna, bowiem jej pomysł zrodził się podczas seminarium samokształceniowego z udziałem krakowskich robotników, oni też byli współtwórcami części aparatu badawczego i uczestnikami prac związanych z analizą zebranego materiału.

W ciągu zaledwie 20 lat trwania II RP oprócz już wspomnianych badań polegających na gromadzeniu pamiętników plebejuszy zorganizowano jeszcze konkursy m.in. na wspomnienia prowincjonalnych lekarzy, na życiorys pracownika fizycznego (Polski Instytut Socjologiczny) czy zapiski wiejskiego działacza społecznego (Instytut Socjologii Wsi). Wszystkie one znajdowały żywy oddźwięk w mediach oraz wśród elit społeczno-politycznych, zyskiwały także wsparcie wybitnych przedstawicieli kultury i nauki (w jury wspomnianych konkursów zasiadali m.in. Maria Dąbrowska, Tadeusz Boy-Żeleński, Andrzej Strug). Można wręcz mówić o swoistej modzie na konkursy pamiętnikarskie, choć takie stwierdzenie sugerowałoby działanie pochopne i bezrefleksyjne. Tymczasem było zgoła inaczej – tego rodzaju badania postrzegano jako inicjatywę znaczącą zarówno ze względów naukowych i poznawczych, jak i społeczno-politycznych. Ówcześni politycy i działacze państwowi traktowali ich wyniki jako wgląd w realną sytuację grup społecznych i obszarów kraju, dla naukowców były one natomiast okazją do zmierzenia się z subiektywnym, lecz szczegółowym materiałem badawczym, pozwalającym zweryfikować wiele teorii i przypuszczeń. Wszyscy reformatorzy społeczni, obojętnie skąd się wywodzący, czerpali z nich wiedzę o problemach, ich skali i możliwych receptach na przezwyciężenie.

Badania pamiętników i konkursy na relacje różnych grup społecznych są przeprowadzane również współcześnie. W roku 2001, w siedemdziesiątą rocznicę rozpoczęcia konkursu Instytutu Gospodarstwa Społecznego na pamiętniki bezrobotnych, zorganizowano podobną inicjatywę. W apogeum bezrobocia w III RP, gdy jego poziom wynosił ok. 20%, w konkursie wzięło udział 1635 prac, ukazało się kilka tomów zawierających pamiętniki osób pozbawionych pracy. Organizowano także konkursy pamiętnikarskie m.in. dla rolników i młodzieży, a w momencie, gdy piszę te słowa, trwają one m.in. na pamiętnik samotnego rodzica oraz na wspomnienia działaczy spółdzielczości z okresu początków transformacji ustrojowej. Nie są to już jednak wydarzenia, które ogniskowałyby tak wiele energii i wysiłku świata nauki. Ale przede wszystkim nie spotykają się one z porównywalnym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej, a tym bardziej decydentów i elit społecznych. Jeśli nawet jakaś instytucja podejmuje podobny trud, jego efekty zazwyczaj interesują głównie organizatorów i uczestników.

Polska międzywojenna była krajem wielu problemów społecznych, których skala jest dla nas wręcz niewyobrażalna. Była też przez sporą część istnienia państwem, w którym występowały deficyty demokracji. Była wreszcie krajem, w którym działało znacznie mniej ośrodków naukowych i kanałów informacji niż obecnie. Ale interesowano się tym, co lud myśli, jak żyje, co odczuwa, jakie trapią go bolączki – dyskutowano o tym, traktowano to jako istotny problem społeczny i wyzwanie polityczne, temat ten był obecny w wystąpieniach postaci z „górnej półki” politycznej czy kulturalnej.

Te – i inne oczywiście również – różnice wiele mówią o dzisiejszej Polsce. Nie mówią o niej niestety niczego dobrego.

Słowa mogą być bronią

Na czym polegają dzisiaj wrażliwość społeczna i takież zaangażowanie najwybitniejszych polskich ludzi kultury? Odpowiedź jest oczywista: na potępianiu rodzimego Ciemnogrodu oraz na dbaniu o środowiskowe interesy. Przez ponad 20 lat istnienia III RP do wyjątków należały sytuacje, gdy twórcy o głośnych nazwiskach zabrali głos w sprawie istotnych problemów społecznych.

Jasne, istnieje i regularnie przypomina nam o sobie instytucja tzw. listów otwartych, sygnowanych przez postacie znane i uznane, nagradzane, wychwalane, z samych szczytów zasług i splendoru. A to potępią Rydzyka, a to oburzą się na prowincjonalny przypadek antysemityzmu, a to zachęcają, abyśmy byli bardziej europejscy niż czołowe kraje Europy. Ich autorzy są niezwykle pomysłowi i odważni, skoro z otwartą przyłbicą wygłaszają opinie wygłaszane przez… wszystkie wielkie i wpływowe media.

W efekcie zamiast głosu narodowego sumienia mamy głos środowiskowego kołtuna. I co z tego, że ów kołtun jest nowoczesny, wykształcony, obyty i bywały, skoro jego opinie są tak samo konformistyczne i bezrefleksyjne, jak poglądy najciemniejszego tłumu? Pani Dulska pozostaje sobą także wtedy, gdy posiada profesorski tytuł lub jest laureatem/-ką prestiżowej nagrody. Inna rzecz, że co drugi z tych „listów otwartych” nawet nie udaje głosu w sprawie na serio publicznej – jest obroną którejś z kolesiowskich instytucji, uznaniowo stworzonej posady czy dotacji przeznaczonej dla „samych swoich”.

Próbuję sobie przypomnieć przypadek, gdy nazwiska z górnej półki zabrały głos w obronie słabszych i pogardzanych, a przy tym niemodnych środowisk. Czy upomniały się, dajmy na to, o rolników żyjących na skraju biedy, o ich dzieci pozbawione perspektyw, o wielkomiejskich bezrobotnych, o kolejne grupy zawodowe tracące „przywileje” w postaci stałej umowy o pracę czy pensji ciut wykraczającej ponad poziom przetrwania, o likwidowane prowincjonalne biblioteki i szkoły, o brakujące przedszkola i bankrutujące szpitale? Bieda, bezrobocie, zapaść cywilizacyjna całych rzesz i regionów, jawnie szkodliwe decyzje wymierzone w najsłabszych, cynizm i pogarda okazywane im przez elity władzy i biznesu – to wszystko przechodzi bez reakcji luminarzy literatury i sztuki. Syci i zadowoleni mają syte i zadowolone poglądy. W końcu byt określa świadomość, jak zauważył pewien niemodny dziś myśliciel.

Podobnie jest z twórczością takich person. Polska ostatnich dekad – gdyby sądzić na podstawie rodzimego dorobku kulturowego tuzów tego światka – jest krajem szczęśliwym, nieomal kwitnącym. Jeśli coś tu odbiega od ideału, to jedynie dlatego, że ktoś indywidualnie zbłądził czy zgrzeszył, tak samo przypadkowo, jak przypadkowo trąba powietrzna powstaje niekiedy nad zamieszkałą okolicą, nie zaś w szczerym polu. Czasem w ich filmach czy książkach ktoś pije, bije żonę lub stracił pracę albo wolność, bo pił lub bił żonę. Problemy społeczne, a tym bardziej ich systemowe uwarunkowania niemal nie istnieją w twórczości sławnych i znanych.

Ktoś powie, że kultura, sztuka i literatura nic nie muszą, że twórca to człowiek wolny, więc w duszy mu gra to, co chce. Nie zmuszajmy nikogo do pisania, wyśpiewywania, fotografowania czy malowania biedy, bo to się skończy źle. Wolna myśl i talent umrą śmiercią naturalną, gdy spróbujemy wtłoczyć je na siłę w „tematykę społeczną”. Czeka nas wówczas powtórka z socrealizmu, polityka zabije sztukę, będzie nudno, szaroburo i ponuro, widz lub czytelnik zacznie ziewa

lub przeklina

złe ulokowanie gotówki w takim nieporadnym dziele sztuki. Oczywiście te obawy odchodzą w niepamięć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy trzeba schlebiać silnym i możnym. Wtedy pani Dulska płci obojga popiera, protestuje, apeluje, tworzy komitety honorowe, oburza się i ostrzega. Kiedyś artystyczne wolne duchy mówiły non serviam – nie będę służył. Dzisiaj powtarzają za politycznymi kołtunami sprzed ponad stulecia, że przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy. I nieważne, czy Najjaśniejszymi Panami są premier i minister finansów, czy znany biznesmen lub organizacja „pracodawców”, czy wpływowa gazeta, której nie jest wszystko jedno.

Można by ciągnąć ten lament jeszcze długo, ale bardziej wymowne jest skonfrontowanie postaw dzisiejszych Pań Dulskich z ich poprzednikami po fachu. Z ludźmi, którym talent i szerokie horyzonty nie tylko nie przeszkadzały oprócz uprawiania „czystej sztuki” interesować się problemami społecznymi, ale wręcz przeciwnie – uważali oni, że właśnie ów talent i związane z nim pozycja i autorytet zobowiązują ich do ukazania problemów trudnych, niewygodnych i zamiatanych pod dywan.

Przypominamy w dziale „Nasze Tradycje” bardzo drobny wycinek takich postaw. Pierwszy z tekstów to fragmenty książki Pawła Hulki-Laskowskiego. Dziś to postać raczej zapomniana, jeśli kojarzona przez szersze rzesze, to jako pierwszy polski tłumacz „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, za życia należał jednak do literackiego mainstreamu. Oprócz książki Haška przełożył na nasz język dzieła m.in. Jonathana Swifta, Karela Čapka, J. F. Coopera, wydał kilka książek własnych, publikował liczne teksty w najważniejszych czasopismach literackich międzywojnia. Wśród jego znajomych byli nie tylko liczni ludzie kultury czy wpływowe postacie rodzimej polityki, ale i np. prezydent Czechosłowacji, T. G. Masaryk. Mógł do woli brylować na salonach, walczyć z „ciemnogrodem”, uprawiać „czystą sztukę” itd. Zrobił jednak coś zgoła przeciwnego.

Przez 8 lat prowadził wytężoną kampanię publicystyczną, próbując zwrócić uwagę opinii publicznej na to, co dzieje się w jego rodzinnym mieście – Żyrardowie. A działo się bardzo źle. Wielkie zakłady włókiennicze, niegdyś znane w całej Europie i stanowiące jeden z symboli przemysłu na ziemiach polskich, były stopniowo doprowadzane do ruiny przez – jak byśmy to dziś nazwali – „inwestora zagranicznego”, konkretnie zaś francuskiego, który przejął fabrykę na początku lat 20. Prowadzono tam rabunkową gospodarkę, nie licząc się z nikim i niczym – ani z pracownikami, ani z lokalną społecznością, dla której zakłady były niegdyś głównym żywicielem, ani z interesami państwa polskiego i z jego regulacjami prawnymi. Było tam wszystko, co najgorsze: i straszliwy wyzysk, i wyrzucanie setek ludzi na bruk, i zrujnowanie budżetu miasta, i oszustwa podatkowe, i fałszowanie wyrobów, i nielegalny transfer zysków zagranicę itd., itp.

Hulka-Laskowski poruszył niebo i ziemię, żeby temu przeciwdziałać – napisał wiele artykułów w prasie wszelkiego rodzaju, przygotował liczne apele do władz różnego szczebla, dwoił się i troił, żeby ratować swoją „małą ojczyznę”, choć mógł wyjechać gdziekolwiek i tam się beztrosko urządzić. Zwieńczeniem jego wysiłków była książka „Mój Żyrardów”, wydana w roku 1934. Otwierała ją wymowna dedykacja: Robotnikom żyrardowskim, towarzyszom walk i porażek, z wyrazem niezłomnej wiary w ostateczne zwycięstwo.

Książka to przeplatana wątkami autobiograficznymi swoista kronika upadku miasta pod jarzmem bezwzględnego kapitału. Pełna emocji, osobistych refleksji, ale i bardzo rzetelna pod względem dokumentacyjnym – fakty, daty, nazwiska i liczby są tu zebrane pieczołowicie, brzmiąc jak fachowa mowa oskarżycielska. Przypominamy niewielki fragment „Mojego Żyrardowa”, które mówią same za siebie w kwestii postawy pisarza. Warto wszakże zwrócić uwagę na jedno – otóż Hulka-Laskowski nie tylko dokumentuje lokalny przypadek, bliski mu z racji pochodzenia (jego rodzice – i on sam w młodości – byli pracownikami zakładów żyrardowskich, zanim rozpoczęła się tam gospodarka rabunkowa) i zamieszkania. Jego refleksje wykraczają poza Żyrardów i jedną fabrykę – obserwując ich losy, pisarz nabiera świadomości społecznej, dostrzegają, że choć sytuacja lokalna jest w swej brutalności może wyjątkowa, to stanowi przejaw szerszej tendencji. Tak oto z literackiego pięknoducha rodzi się człowiek dostrzegający strukturalne wady ówczesnego porządku ekonomicznego i dający w książce świadectwo owej przemiany.

Warto dodać jeszcze jedno, żeby opowieść była pełna. Otóż 8-letnia kampania Hulki-Laskowskiego przyniosła efekt. W ślad za jego artykułami i apelami poszły w końcu działania wymiaru sprawiedliwości i władz publicznych. W 1934 r., kilka miesięcy po wydaniu „Mojego Żyrardowa”, państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje konfliktem dyplomatycznym z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach właścicielem fabryki zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rosną produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.

Kolejny przypomniany przez nas tekst to fragment „Rozdroża” Marii Dąbrowskiej. Autorki przedstawiać nie trzeba, natomiast o książce nieco mówi jej podtytuł – „Studium na temat zagadnień wiejskich”. Praca ta to fachowy, pełen skrupulatnie zebranych informacji niemal 200-stronicowy apel o rozwiązanie palącego problemu, jakim była w ówczesnej Polsce sytuacja chłopów i mieszkańców wsi. Mówiąc krótko, były to realia przeraźliwej biedy, zacofania i braku perspektyw. Dąbrowska stała się głosem tych ludzi, wołając o wielkie reformy społeczne, które pozwolą im wydobyć się z dna otchłani. W kwestii doraźnej był to także apel o przeprowadzenie wreszcie autentycznej reformy rolnej, która wskutek oporu warstw posiadających była przez niemal cały okres II RP realizowana w formie szczątkowej. W książce tej, wydanej w roku 1937, pisarka upomina się jednak nie tylko o chłopów czy wieś. Wskazuje ona, że poprawa kondycji tych terenów i warstw społecznych jest kluczem do rozwoju i umocnienia państwa polskiego jako takiego. Można powiedzieć, że to modelowy przykład obywatelskiej troski o dobro publiczne, o rzeczpospolitą.

Fragmenty „Rozdroża” wybraliśmy nieprzypadkowo. Maria Dąbrowska była od młodości związana z inicjatywami społecznymi. W wieku niespełna 20 lat weszła w krąg lewicowo-ludowego pisma „Zaranie”, wkrótce potem stała się entuzjastką i propagatorką ruchu spółdzielczego, była wszędzie tam, gdzie powinna być zaangażowana inteligencja, czyli wśród słabych i wykluczonych, oraz tam, gdzie powstają inicjatywy mające ich zorganizować w celu poprawy losu. Wśród jej publikacji nieliterackich są broszury takie jak np. „Finlandia – wzorowy kraj kooperacji”, „Kooperatyzm we wsi belgijskiej” (obie napisała w wieku zaledwie 24 lat) czy „Spółdzielczość zwyciężająca”, a jej broszura „O wykonaniu reformy rolnej” została wydana w roku 1921, czyli w początkach odrodzonej Polski.

„Rozdroże” jest jednak warte szczególnej uwagi. Powstało, gdy jego autorka była już znaną i cenioną pisarką – momentem kluczowym była tu edycja „Nocy i dni” w latach 1932-34. Również ona, podobnie jak Hulka-Laskowski, nie musiała już zajmować się żadnymi kwestiami społecznymi, a tym bardziej takimi i w taki sposób, które z punktu widzenia możnych i wpływowych były bardzo niewygodne. Tymczasem pisarka uważała, że nadal ma zobowiązania społeczne, nie mniej ważne niż kariera literacka. Jej książka wywołała wielką dyskusję na temat problemów wsi i rolnictwa, nierzadko były to głosy oburzenia i potępienia albo polemiki dalekie od rzetelności, za to napastliwe wobec autorki. Ona nie tylko nie wycofała się ze swego stanowiska, ale w dodatku rok później opublikowała kolejną książkę – „Moja odpowiedź. Refleksje nad polemiką z »Rozdrożem«”, gdzie jeszcze dobitniej sformułowała swoje stanowisko. Nie była to zresztą ostatnia tego rodzaju publikacja Dąbrowskiej – już kilka miesięcy później na księgarskie półki trafił jej książkowy reportaż „Ręce w uścisku. Rzecz o spółdzielczości”. To jedna z najlepszych publikacji dokumentujących rozwój polskiego ruchu spółdzielczego oraz biorących go w obronę przed zarzutami warstw posiadających.

W tekstach Hulki-Laskowskiego i Dąbrowskiej warto zwrócić uwagę na pewną kwestię. Otóż to nie są li tylko apele do sumień, napisane pod wpływem emocji w obronie słusznej sprawy. Oboje poświęcili omawianym problemom wiele wysiłku. Ich książki zawierają mnóstwo informacji wymagających wgryzienia się w temat i wytrwałości, powstawały miesiącami, które można było poświęcić na cokolwiek innego. To coś więcej niż odruch serca oburzonego na taki czy inny problem – to przemyślany, poważny wysiłek ludzi przekonanych o tym, że jego podjęcie stanowi społeczny obowiązek.

Trzeci z prezentowanych tekstów ma charakter nieco inny niż poprzednie. Autora, Stefana Żeromskiego, również nie trzeba przedstawiać. Jego zaangażowanie społeczne jest podobnie wieloletnie i imponujące jak w przypadku Dąbrowskiej. Był m.in. współzałożycielem „uniwersytetu ludowego” w Nałęczowie, wymyślił dla spółdzielczości spożywców nazwę organu prasowego (która później stała się nazwą całego ruchu) – „Społem”, u zarania II RP brał udział w powołaniu Towarzystwa Przyjaciół Pomorza, apelował o obronę polskości Spisza, był inicjatorem utworzenia związku zawodowego literatów itd.

Prezentowany tekst poświęcony jest jednak grupie stosunkowo niewielkiej, ale wyjątkowej – żołnierzom, którzy stracili wzrok w czasie wojny. Są to zarazem osoby wymagające pomocy, słabsze i niesamodzielne, a jednocześnie ludzie, którzy zdrowie narażali w celu szlachetnym, jakim jest walka o niepodległość. Dlaczego ów tekst jest szczególny? Stefan Żeromski poparł „Latarnię” – towarzystwo pomocy ociemniałym – nie tylko słowem, ale i czynem. Był członkiem owej inicjatywy, a nawet pełnił w niej społecznie, do czasu znacznego pogorszenia stanu swego zdrowia, funkcję skarbnika. Zbierał składki, drobiazgowo je notował i rozliczał wydatkowanie, wszystko to robiąc już w czasach, gdy był bodaj najbardziej szanowanym żyjącym polskim pisarzem, postacią nieomal pomnikową. Gdy zmarł, niewidomi nazwali jego imieniem swą świetlicę terapeutyczno-integracyjną w Warszawie.

Cóż można dodać na temat postaw trojga literatów, których teksty prezentujemy w niniejszym numerze? Wystarczy jedynie tyle, że na ich tle bardzo kiepsko wypadają dzisiejsze „wielkie nazwiska” polskiej literatury. Pani Dulska zatriumfowała – oby nie na zawsze.

Skąd się biorą obywatele?

Gdyby serio potraktować slogany obecne w debacie publicznej, należałoby uznać, iż żyjemy w demokratycznym raju. „Społeczeństwo obywatelskie”, któremu poświęcono tysiące rozpraw, analiz, artykułów, wykładów i przemówień oraz miliony złotych, euro, dolarów i innych walut w postaci dotacji na jego „krzewienie” czy „propagowanie”, ma się znakomicie na gruncie teoretycznym. W praktyce – niekoniecznie.

Jeśli odrzucimy życzeniowe zaklęcia, a zejdziemy na twardy grunt faktów, może okazać się, iż w Polsce „społeczeństwa obywatelskiego” właściwie… nie ma. Owszem, mamy przeróżne inicjatywy czy to całkiem oddolne i spontaniczne, czy to na różne sposoby „animowane” i „wspierane” przez rozmaite instytucje, ale trudno mówić o istnieniu silnej, prężnej, utrwalonej tkanki aktywności społecznej. Czy weźmiemy pod uwagę frekwencję w wyborach władz różnych szczebli, czy częstotliwość uczestnictwa w działaniach organizacji pozarządowych, czy udział w życiu takich podmiotów, jak choćby spółdzielnie mieszkaniowe (w tego rodzaju lokalach zamieszkuje wszak kilka milionów Polaków), nasz kraj sytuuje się zazwyczaj w końcówce państw Europy.

Można to oczywiście wyjaśniać na wiele sposobów, poczynając od zaszłości historycznych, przez brak ukształtowanej „kultury obywatelskiej” oraz zjawiska kulturowe (zachłyśnięcie się konsumpcjonizmem) i ekonomiczne (walka o przetrwania ogranicza możliwość innej, niepłatnej aktywności), a kończąc na przeróżnych kwestiach patologicznych (lokalne czy „branżowe” sitwy, które zniechęcają do działania, konserwując status quo) czy natury systemowej, jak niedorozwój instrumentów udziału w życiu publicznym lub brak przełożenia postaw ludzkich na decyzje i procesy społeczne (modelowym wręcz przykładem „dezaktywacji” społeczeństwa może być niedawne całkowite zlekceważenie 1,5 miliona podpisów obywateli pod żądaniem referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego). Tak, wyjaśniać można, a nawet trzeba, aby nie popaść w ton narzekactwa i kompleksów spod znaku wywodów, że Polacy są tacy straszni, nie to co ci wspaniali ludzie na Zachodzie, ulepieni jakoby z lepszej gliny. Jednak nam potrzeba nie tylko wyjaśnień, ale przede wszystkim zmiany niekorzystnych trendów.

Tymczasem jak na dłoni widać, że ze wspomnianej wielości odgórnego wspierania i animowania społeczeństwa obywatelskiego, zazwyczaj odbywających się w ramach kolejnego unijnego, ministerialnego czy jeszcze innego „priorytetu działania” (sam ten bełkot skutecznie zniechęca do aktywności), wynika doprawdy niewiele, szczególnie gdy chodzi o inicjatywy i postawy długofalowe, autentyczne i „żywe”. Świadczą o tym zarówno wspomniane kiepskie wskaźniki zaangażowania społecznego w Polsce, ale także szara rzeczywistość tzw. sektora pozarządowego. Kto choć otarł się o ów światek, częściej dostrzeże w nim marazm, rutynę i poczynania dostosowane do oczekiwań aktualnych sponsorów, niż faktyczną energię i kreatywność różnych środowisk. Skąd się zatem mają brać obywatele?

Odpowiedzi jest wiele, zresztą nasze czasopismo podejmuje tę tematykę – również w obecnym numerze – wielostronnie i konsekwentnie od lat. Warto jednak przywołać taką płaszczyznę formowania postaw pro publico bono, która jest zarazem wręcz oczywista, a jednocześnie w Polsce AD 2012 niemal zupełnie zaniedbana lub sprowadzona do postaci atrapy. Mam na myśli kształtowanie etosu zaangażowania społecznego, aktywności obywatelskiej od momentu, gdy człowiek może świadomie przyswajać takie wartości. Mówiąc krótko – chodzi o samorząd uczniowski.

W niniejszym numerze przypominamy, że jest to zjawisko o głębokich korzeniach, rozwijające się dynamicznie wiele lat temu i angażujące wysiłki mnóstwa osób, w tym nierzadko postaci naprawdę wybitnych. To zresztą kolejny paradoks. Żyjemy w czasach, które traktujemy jako niezwykle demokratyczne i liberalne w rozumieniu społeczno-politycznym, nierzadko przeciwstawiając je niegdysiejszym „ciemnym epokom”. Jednak nasze zadowolenie jest zazwyczaj mocno na wyrost. Nawet jeśli wiele rozwiązań formalnoprawnych i instytucjonalnych stanowi dziś oczywistość i korzystamy z nich chętnie, to niemal zupełnie zatraciliśmy postawę wykraczającą poza to, co jest. Status quo uważamy za najlepszy system z dotychczasowych, albo wręcz za optymalny, sądząc, że właściwie wszystko już osiągnięto. Spoczęliśmy na laurach organizacyjnych i politycznych, a nawet intelektualnych.

Pomijając niewielkie środowiska apologetów myśli utopijnej, a skompromitowanej, jak komunizm, główny nurt kultury politycznej jest niezwykle konserwatywny. Konserwatywny w tym sensie, że poza innowacjami technicznymi nie pojawia się niemal żadna świeża i szerzej zakrojona koncepcja, która mówiłaby na przykład to, że wcale nie osiągnęliśmy optimum i że w kwestii takich wartości, jak demokracja-ludowładztwo, jest mnóstwo obszarów i dziedzin, gdzie można by dokonać znacznie więcej. Jeśli takie projekty i pomysły są dyskutowane, to w środowiskach marginalnych, zaś wszyscy „poważni ludzie” odżegnują się od czegokolwiek, co mogłoby choć trochę ożywić obecny skostniały system.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ samorząd uczniowski należał niegdyś do tych konceptów, które wydawały się oczywiste nie tylko adeptom myśli, nazwijmy to ogólnie, postępowej, ale w zasadzie wszystkim stojącym na gruncie takich wartości, jak zaangażowanie obywateli w losy wspólnot lokalnych, regionalnych i narodowych czy państwowych. Natomiast dzisiaj w Polsce, jeśli samorząd uczniowski występuje, to zazwyczaj jako rutynowa atrapa – odbywają się wybory do samorządu szkolnego i na stanowisko „gospodarza klasy”, ale są to zazwyczaj „posady” reprezentacyjne lub z bardzo ograniczonym zasobem kompetencji decyzyjnych, w dodatku dotyczą wybranych jednostek, prawie nigdy nie stając się zaczynem postaw zbiorowych. Więcej w tym zabawy i „konkursowości” niż – dostosowanych do wieku i poziomu rozwoju uczniów – prób ukształtowania w społeczności szkolnej ducha demokracji, zaangażowania, odpowiedzialności za wspólne dobro.

Dawne formy rozwoju samorządu uczniowskiego wynikały z oczywistej konstatacji: jeśli mamy wyrobić nawyki i postawy obywatelskie, to należy zacząć możliwie wcześnie oraz na takim gruncie, gdzie każdy, nawet pozbawiony szerszych horyzontów czy zainteresowań, może poznać i zrozumieć ich znaczenie dla samego siebie i wspólnoty, z którą jest związany. Czy był to żarliwy lewicowy utopista, czy stateczny centrysta, a nawet prawicowy wielbiciel „ładu i porządku”, rozumieli oni, że kształtowanie postaw prospołecznych u ludzi dorosłych będzie w wielu przypadkach już spóźnione i nieefektywne. W dodatku rozumiano, że państwo naprawdę demokratyczne nie polega li tylko na ustanowieniu praw, spisaniu zasad i epatowaniu wzniosłymi hasłami, lecz stanowi przede wszystkim efekt faktycznych postaw społecznych. Postawy te zaś nie biorą się znikąd. Stąd też samorząd uczniowski nie był traktowany ani jako dziwactwo, ani jako niezobowiązująca zabawa. Mnóstwo poważnych osób i instytucji traktowało go jako najlepszą szkołę demokracji „dorosłej”. Trawestując słynną maksymę, rozumiano, że takie będą Rzeczypospolite, jakie młodzieży wychowanie w duchu samorządności.

Przypominamy trzy teksty dotyczące tej tematyki. Józef Wójcik, czynny pedagog, kierownik szkoły powszechnej nr 29 w Warszawie, definiuje podstawowe cele samorządu uczniowskiego. Choć zamieszczony przez nas fragment jego obszernej rozprawy ma charakter teoretyczny, stanowisko autora jest pokłosiem zaawansowanej praktyki. Cały tekst opisywał bowiem 8-letnie dzieje samorządu, i to w szkole grupującej głównie młodzież ze środowisk „trudnych” i „zaniedbanych”, a mówiąc wprost – z ubogich rejonów warszawskiego Powiśla. Nie są to więc mrzonki lekkoducha, lecz efekt przemyśleń na bazie bardzo konkretnych, nieraz niełatwych doświadczeń. Ich autor mówi nam przede wszystkim, że choć samorząd uczniowski nie jest (jeszcze) powszechnie stosowany, to bez jego wcielenia w życie wśród ogółu szkół trudno będzie o wyrobienie postaw obywatelskich w Polsce.

Kolejny tekst, Adolpha Ferriere,przedstawia natomiast wybrane przykłady zastosowania idei samorządu w szkolnictwie kilku krajów, na które Polacy zazwyczaj są zapatrzeni jeśli chodzi o trendy kulturowe i społeczne. Ferriere, wybitny szwajcarski pedagog, wtedy i dzisiaj zaliczany do grona najważniejszych postaci w dziedzinie rozwoju oświaty, opisuje pokrótce najciekawsze lub prekursorskie przykłady samorządu uczniowskiego, opatrując je także uwagami natury ogólnej, wykraczającej poza kontekst opisywanych krajów. Z jego dzieła, liczącego ponad 250 stron drobiazgowych opisów samorządności szkolnej w wielu państwach i typach placówek edukacyjnych, mogliśmy przedrukować zaledwie drobny wycinek, jednak i on mówi, że wdrażanie uczniów w postawy obywatelskie i prospołeczne nie było jakąś fanaberią czy dziwacznym eksperymentem, lecz znaczącym ruchem społecznym o wartościowych rezultatach.

Trzeci tekst, autorstwa Adama Zieleńczyka, dotyczy polskich realiów samorządu szkolnego. Z obszernej rozprawy wybraliśmy fragmenty streszczające najważniejsze wyniki badań. Otóż na przełomie lat 20. i 30. Międzynarodowe Biuro Wychowania w Genewie prowadziło w krajach Europy badania ankietowe systemu edukacji. W Polsce objęto nimi aż 400 szkół różnego typu, a zebrane wyniki pozwoliły Zieleńczykowi na szeroką analizę zjawiska. Otrzymujemy zatem w efekcie swoisty reflektor skierowany na to zjawisko, jego skalę i efekty – mówią one m.in., że efekty wprowadzenia samorządu były zazwyczaj bardzo pozytywne.

Dwie kwestie warto podkreślić. Po pierwsze, samorząd był naprawdę samorządem. Każdy z autorów podkreśla, że nie chodzi tutaj o odgórne wpojenie uczniom jakichś zasad i przekonań. Nie jest „wkuwanie” na podobieństwo przyswajania wzorów matematycznych czy reguł gramatyki. Jest to demokracja na serio, samorządność posunięta jak najdalej tylko pozwalają ramy społeczności szkolnej; mamy tu wręcz przestrogi przed niepotrzebnymi, paternalistycznymi ingerencjami w to, jak dzieci i młodzież będą się rządzić. Widać zatem, że samorząd uczniowski nie był traktowany przez pedagogów instrumentalnie. To, co rzuca się w oczy, zwłaszcza na tle dzisiejszego skostnienia instytucji oraz pesymistycznej oceny ludzkich skłonności, jest otwartość na nowe formy, akceptacja swobody, a także wiara, że mimo błędów i trudności młodzież dzięki takim nowatorskim pomysłom „wyjdzie na ludzi” bez konieczności stania nad nią z kijem, marchewką i zestawem paragrafów.

Druga kwestia warta podkreślania, choć już wspominałem o niej, dotyczy statusu takich inicjatyw. Jeśli dzisiaj pojawia się cokolwiek nowatorskiego, możemy być pewni, że wywodzi się ze środowiska takiej czy innej „niszy”, że stoją za tym jacyś, sympatyczni zazwyczaj, ale dziwacy, którym otoczenie pozwala na intelektualne „zabawy”, lecz traktuje to z przymrużeniem oka. Tymczasem około 80 lat temu, bo mniej więcej tyle liczą zamieszczone tutaj teksty, za pomysłami takimi jak autentyczny samorząd uczniowski stały poważne persony i instytucje. Jak wspomniałem, profesor Ferriere, jakkolwiek innowator społeczny, traktowany był z wielkim respektem już wtedy. Polska edycja jego książki ukazała się w prestiżowej serii przekładów zagranicznych dzieł wybitnych pedagogów, nakładem dużego, renomowanego wydawnictwa. Tekst Józefa Wójcika, będącego – jak wspomniałem – kierownikiem stołecznej szkoły, opublikowano w zbiorze wydanym nakładem oficyny należącej do największego związku zawodowego nauczycieli, a cały tom przedmową opatrzył wybitny pedagog prof. Bogdan Nawroczyński, wówczas kierownik Katedry Pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego. Z kolei Adam Zieleńczyk zamieścił swoją rozprawę w fachowym czasopiśmie naukowym, a sam na co dzień był nie tylko profesorem Wolnej Wszechnicy Polskiej, ale także pracownikiem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, czyli odpowiednika dzisiejszego MEN-u. Widzimy zatem, że było to zjawisko poważne i popierane przez kluczowe instytucje „branżowe”. Potwierdza to moją powyższą opinię, że właśnie wtedy, w epoce postrzeganej dzisiaj nierzadko jako „ciemna”, było więcej nowatorstwa, odwagi i postępu niż obecnie, gdy przekonani jesteśmy o swojej nowoczesności i oświeceniu. Zarówno my, jak i teraźniejsza polska szkoła wypadamy na tle czasów sprzed kilku dekad jako „ciemnogród”. Czas to zmienić. Zacznijmy od dziecka.

Lewica przeciwko ZSRR

Od lat istnieje teza – znana głównie osobom ponadprzeciętnie zainteresowanym dziejami tej opcji politycznej – która mówi, że nikt nie wyrządził lewicy tyle zła, co nominalnie przecież lewicowy komunizm. Komunistyczne zbrodnie, brutalne deptanie nawet podstawowych praw obywatelskich, niewydolność gospodarcza – wszystko to poszło na konto lewicy. Każdej lewicy.

Oczywiście sporo osób wie, że nie każda lewica to komuniści, że komunizm był tylko jedną z kilku „odnóg” myśli lewicowej, że lewica niekomunistyczna była przez realny komunizm zwalczana. Ale tylko garstka dokonuje tego rodzaju dokładnych rozróżnień. Dla pozostałych natomiast nierzadko „coś jest na rzeczy”, to znaczy uważają, iż granice między komunizmem a resztą lewicy są umowne i niejasne, a od socjalizmu czy socjaldemokracji nie jest wcale daleko do bolszewizmu i sowietyzmu. Jeszcze gorzej wygląda wszak sprawa ze „zwykłymi ludźmi” w krajach takich jak Polska, które mają za sobą kilkadziesiąt lat zamordyzmu przyobleczonego w czerwone sztandary.

Tutaj kojarzenie lewicy z komunizmem jest powszechne. Przede wszystkim dlatego, że poczynając od Bieruta i Bermana, przez Gomułkę i Kliszkę, a na Jaruzelskim i Rakowskim kończąc, włodarze PRL-u przedstawiali się jako lewica najprawdziwsza i najbardziej lewicowa ze wszystkich lewic. A bywało wręcz, że jako lewica jedyna, wszystko inne bowiem było wedle komunistycznej propagandy mniej lub bardziej reakcyjne czy „oportunistyczne” (zarzut w ustach partyjnych kacyków i biurokratów-karierowiczów doprawdy komiczny).

W dodatku te środowiska, które w PRL-u były opozycją wobec reżimu, a zarazem odwoływały się do demokratycznego socjalizmu czy do antykomunistycznych i antytotalitarnych wątków myśli lewicowej, po roku 1989 niemal gremialnie porzuciły takie identyfikacje. Znakomita większość tej formacji, z „Gazetą Wyborczą” na czele, ma dziś dla wszelkiej lewicowości – pomijając pomstowanie na „ciemnogród” oraz wspominanie „etosowej” młodości z czasów KOR-u – jedynie pogardę, streszczającą się w etykietowaniu niemal każdej postawy prospołecznej lekceważącym terminem homo sovieticus. Tym sposobem, a także namaszczając postkomunistów na „demokratyczną lewicę”, dawni opozycjoniści przykładają rękę do skojarzeń, że komunizm i lewica to w zasadzie „coś w podobnym stylu”.

Rozmaici nostalgicy PRL-u lubią się pocieszać sondażami, które wskazują na stosunkowo niezłą ocenę realiów sprzed roku 1989. Nie potrafią jednak odróżnić wspominania wyidealizowanej przeszłości (któż pomyśli źle o czasach, gdy był młody, zdrowy i wcześniej niż sąsiad dostał talon na „malucha”?) od chęci realnego powrotu do niej. Ta ostatnia postawa jest niszowa. Z tego też względu prawicy jest na rękę utożsamienie wszelkiej lewicowości z PRL-em. Wówczas można przedstawiać lewicowe pomysły jako chęć przywrócenia dawnych rozwiązań, za którymi mało kto tęskni, a dodatkowo nieustannie obarczać lewicę odpowiedzialnością za przeróżne „błędy i wypaczenia” czy po prostu zbrodnie komunizmu. Ileż to razy w „dyskusjach” o polityce prospołecznej, choćby jej zwolennicy proponowali rozwiązania nowoczesne i znane z najbogatszych krajów Zachodu, w odpowiedzi wysyłano ich na Kubę i do Korei Płn. oraz posądzano o chęć przywrócenia sklepów pełnych jedynie octu.

Polska prawica co prawda czasem wspomni, że zamiast postkomunistów chciałaby silnej lewicy „prawdziwej – takiej jak Bugaj albo dawny PPS”, ale gdy ktokolwiek formułuje postulaty właśnie w stylu dawnego PPS-u czy zachodnich socjaldemokracji, to i tak w odpowiedzi słyszy o gułagach, gierkowskich długach, kartkach na żywność, wielkim głodzie na Ukrainie, ubekach i Katyniu.

Jednak niezależnie od bieżących sporów, pomówień i tandetnej propagandypolitycznej, sprawa ta ma wymiar znacznie ważniejszy. Prawica lubi powtarzać za jednym ze swoich guru, że „tylko prawda jest ciekawa”. Tymczasem prawda mówi coś dokładnie przeciwnego niż prawicowa agitacja i skojarzenia większości opinii publicznej. Ta ciekawa prawda mówi mianowicie, że jednymi z pierwszych i najbardziej dobitnych krytyków komunizmu byli właśnie socjaliści. W dodatku, inaczej niż większość prawicy, nie krytykowali komunistów w sposób dla nich nieszkodliwy, czyli za pomocą gorzkich żalów, iż nie przejmują się „świętą własnością” burżujów lub samopoczuciem wrażliwych właścicielek ziemiańskich dworków.

Socjaliści natomiast krytykowali komunistów za to, że ich poczynania stanowią zaprzeczenie samego sedna idei lewicowych, marksizmu nie wyłączając. Pozbawiają społeczeństwo nawet tych swobód obywatelskich, które oferowała „demokracja burżuazyjna”, zamiast robotniczej kontroli nad środkami produkcji tworzą klasę nowych posiadaczy – biurokratów partyjnych, równość i braterstwo pod rządami komunistów okazują się systemem wodzowskim i terrorem policyjnej pałki, a wydanie gospodarki na łup „biernych, miernych, ale wiernych” prędzej czy później prowadzi do jej zapaści.

Historia lewicowej krytyki komunizmu jest bardzo długa. Już anarchista Bakunin punktował takie założenia teoretyczne marksizmu i taktyki jego zwolenników, które niosły ryzyko, że „lepszy świat” okaże się „większą tyranią”. Polski teoretyk „socjalizmu wolnościowego”, Edward Abramowski, już pod koniec XIX w. wskazywał z niemal proroczą przenikliwością, iż socjalizm „odgórny” czy „państwowy” może się przerodzić w ustrój jeszcze gorszy niż kapitalizm, bowiem uczyni ludzi niewolnikami kasty biurokratów, panującej nad nimi w każdej sferze życia. Przykłady takie można mnożyć.

Dziś przypominamy trzy takie głosy. Celowo pominęliśmy rozważania teoretyczne sprzed bolszewickiego przewrotu. Chcemy bowiem pokazać, iż lewica dokonała szybkiej i dogłębnej krytyki właśnie tego, co przeszło do historii jako „pierwsze państwo robotników i chłopów”. Nie był to, jak w przypadku choćby Bakuninowskiej krytyki marksizmu, spór na gruncie idei, wizji czy po prostu personaliów i temperamentów, lecz analiza zaistniałych faktów. Analiza pozbawiona złudzeń, niemal natychmiast celnie wskazująca, że sowiecka Rosja ma niewiele wspólnego z realizacją ideałów lewicowych. Pominęliśmy także teksty autorstwa polskich myślicieli i działaczy lewicowych, którzy bolszewizm i Związek Radziecki atakowali wielokrotnie i bez pardonu. Pojawiają się czasem opinie, że lewicowi Polacy krytykowali ZSRR jako kontynuację Rosji – doświadczenia z epoki zaborów miały rzutować na umiejętności „właściwej” oceny Kraju Rad, nasycając ją uprzedzeniami i fobiami. Z tego też względu oddajemy głos autorom z Zachodu i z… samej Rosji.

Pierwszym z nich jest Karl Kautsky (1854-1938), jeden z najwybitniejszych działaczy i myślicieli w dziejach lewicy, czołowy popularyzator marksizmu (szczególnie ekonomicznych aspektów tej doktryny) i teoretyk rozwijający jego rozmaite wątki, jeden z liderów niemieckiej socjaldemokracji, organizator wielu inicjatyw lewicowych. Kautsky to swoista ikona lewicy w ogóle, a szczególnie lewicy zarazem konsekwentnej w swych przekonaniach, jak i demokratycznej, nie godzącej się na zamordystyczne rzekome „drogi na skróty” do socjalizmu, bo jak trafnie oceniał, drogi takie wiodą nieodmienne na manowce. Wydana na początku lat 20. książka Kautsky’ego, której fragment zamieszczamy, nie była jego pierwszą krytyczną publikacją o bolszewizmie i państwie sowieckim, co oznacza, że lewica wierna swoim pryncypiom dostrzegła w zasadzie od razu, iż nic dobrego z tego nie będzie. Warte uwagi jest to, że Kautsky poddał system sowiecki krytyce w książce stanowiącej polemikę z Trockim. Ten ostatni w środowiskach ludzi naiwnych uchodzi do dziś za szlachetnego dysydenta, który chciał uchronić ZSRR przed błędami Stalina, za co zapłacił najwyższą cenę, zamordowany na jego polecenie. W rzeczywistości był to jedynie spór w rodzinie, bowiem jak wykazuje Kautsky, Trocki był żarliwym apologetą tych cech systemu sowieckiego, na bazie których wręcz musiał wyrosnąć „stalinizm”. Jeśli Trocki przedwcześnie spoczął w grobie, to tylko dlatego, iż sam go sobie wykopał.

Drugi z publikowanych tekstów wyszedł spod pióra Otto Bauera (1881-1938). Znów jest to postać wybitna i bardzo zasłużona dla lewicy, wieloletni lider socjaldemokracji austriackiej, ekonomista i filozof, jeden z głównych przedstawicieli austromarksizmu, akcentującego etyczne aspekty socjalizmu. Przedrukowane tu fragmenty jego książki, wcześniejszej jeszcze niż rozważania Kautsky’ego, bowiem napisanej na początku roku 1920, poświęcone są kwestii niezwykle ważnej, a stosunkowo rzadko poruszanej w analizach reżimu sowieckiego. Bauer wskazuje, że u zarania ZSRR nastąpiło odejście nie tylko od takich podstawowych zasad socjalizmu, jak swoboda przekonań i wolność organizowania się, co bolszewicy tłumaczyli „wojną prowadzoną z reakcją”. Już niemal na starcie porzucili oni również swoisty dogmat myśli lewicowej, tj. przekonanie, iż socjalizm oznacza społeczną własność środków produkcji, zarządzanie zakładami pracy przez robotników oraz egalitaryzm ekonomiczny. Austriacki myśliciel i polityk opisuje, jak w ciągu zaledwie dwóch lat istnienia nowego systemu zasady te zostały brutalnie złamane. Zamiast robotników – fabrykami rządzą biurokraci z partyjnej elity, wyzysk pracowników najemnych dokonuje się wedle reguł znanych z brutalnego kapitalizmu, a wręcz wprowadzany jest przymus pracy, co oznacza de facto powrót niemal do niewolnictwa. Zamiast wyzwolenia ludzi pracy jest ich zniewolenie pod butem garstki komunistów, posiadających władzę iście tyrańską.

Ostatni z prezentowanych tekstów to rozdział książki Victora Serge’a (Wiktora Kibalczicza, 1890-1947). Postać to niezwykle barwna – urodzony w Belgii w rodzinie rosyjskich emigrantów politycznych, najpierw anarchista, we Francji uwięziony za rzekomy udział w działaniach grupy polityczno-rabunkowej, w 1919 r. przybył do Rosji, gdzie wstąpił do partii bolszewickiej. Był wysokiego szczebla działaczem Kominternu, w połowie lat 20. związał się ze skupionym wokół Trockiego środowiskiem opozycyjnym wobec Stalina. Wyrzucony z partii, kilkakrotnie więziony, w 1936 r. uwolniony po protestach zachodnich lewicowych intelektualistów. Wyemigrował do Belgii, a następnie do Francji, zaś po zajęciu jej przez Niemcy – do Meksyku. Początkowo pozostał sympatykiem Trockiego, jednak zerwał z nim wskutek niezgody na niemal bezkrytyczną ocenę przez tego ostatniego „przedstalinowskiej” fazy w dziejach ZSRR. Serge po opuszczeniu Rosji sowieckiej opublikował kilka obszernych analiz degeneracji tamtejszego ustroju. Publikowany tutaj rozdział jednej z tych prac uderza w sam rdzeń wszelkich postaw filosowieckich. Nawet pośród lewicowców krytycznych wobec ZSRR spotyka się opinie, że owszem, bolszewicy bezpardonowo pogwałcili liczne zasady i wartości socjalistyczne, jednak przynajmniej zapewnili ludności Rosji awans materialny, byli więc mniejszym złem wobec carskiego feudalizmo-kapitalizmu. Victor Serge, który realia porewolucyjnej Rosji znał z autopsji, pozostał odporny na tego rodzaju wywody, zazwyczaj będące pochodną sowieckiej propagandy. W roku 1937, a więc dwie dekady po triumfie rewolucji październikowej, opisuje on szarą, a raczej czarną rzeczywistość radzieckich ludzi pracy: ich wyzysk, biedę, zażartą walkę o byt oraz ogromną rozpiętość dochodów między robotnikami a partyjnymi karierowiczami.

Cóż jeszcze można dodać oprócz tego, że lewica autentyczna, wierna swoim przekonaniom i zasadom, stała w pierwszym szeregu krytyków komunizmu? Wszystko jest jasne.

Lepsze jutro było wczoraj?

Niemal cała myśl polityczna oraz intuicja potoczna bazują na przekonaniu, że państwo jest obywatelom potrzebne po to, aby ich wspierało, ulepszało kondycję życia zbiorowego oraz pomagało dokonać tego, co przekracza możliwości oddolnych wysiłków, a co jest korzystne dla społeczeństwa. Jeśli państwo nie podejmuje takich działań, można postawić pytanie, po co ono w ogóle istnieje. Pytanie takie stawiają dziś Polacy przy wielu okazjach.

Przekaz, który płynie do nich od państwa, brzmi mniej więcej tak: „mam was gdzieś, sami martwcie się o siebie”. Państwo „nie ma” na benzynę do policyjnych radiowozów, państwo nie buduje dróg, państwo zamyka urzędy pocztowe i placówki sądowe w mniejszych miastach. Władze mówią nam, że nie stać ich właściwie na nic – czy będzie to wizyta obywatela u lekarza-specjalisty, czy zaopatrzenie biblioteki w nowe książki, czy nawet położenie chodnika. Za komuny pewien kabareciarz żartował, że nie ma nic prostszego niż praca w sklepie – wystarczy przez 8 godzin dziennie mówić „nie ma”. Dziś równie mało wymagająca jest praca włodarzy gminnych, powiatowych, wojewódzkich i ministerialnych: „nie mamy”.

Nic dziwnego, że w XXI w. nawet inwestycje w tak „nowatorską” i „luksusową” sferę, jak budowa sieci kanalizacyjnej, muszą być oznakowane tablicami informującymi, że 3 środków na ten cel pochodzi z programu operacyjnego numer milion sto dwadzieścia tysięcy dwieście szesnaście, łamane przez duże C, finansowanego przez najwyższy urząd ds. wykopów ziemnych, z siedzibą w lewym skrzydle gmachu Komisji Europejskiej. W Polsce na takie cuda, jak oczyszczanie ścieków – „nie mamy”.

Na domiar złego państwo kpi z obywateli. Choćby wtedy, gdy za pomocą reklamowych spotów zachęca ich do płodzenia dzieci, a zarazem likwiduje żłobki, przedszkola i szkoły. Lub gdy poucza bezrobotnych, że są roszczeniowymi cwaniakami i leniami, jednocześnie obcinając kwoty na programy aktywizowania osób pozostających bez pracy. Albo wtedy, gdy przekonuje obywateli, że powinni być „mobilni”, a w tym samym czasie masowo likwidowane są połączenia kolejowe i autobusowe oraz niszczeje cała towarzysząca im infrastruktura.

W kraju, w którym do aktów prawnych – od Konstytucji poczynając – oraz do wszelkich deklaracji czynników oficjalnych wpisywana jest równość szans, sprawiedliwość społeczna, ochrona życia itd., można przy odrobinie pecha umrzeć podczas transportu między wymigującymi się od odpowiedzialności placówkami służby zdrowia. Można zostać odciętym od elementarnych zdobyczy cywilizacyjnych i instytucji. Można po wypadku skutkującym utratą ręki lub nogi stawać co roku przed komisją orzekającą niezdolność do pracy („nie odrosło wam przypadkiem, obywatelu?”)…

To wszystko nie dzieje się przypadkiem. Choć zdarza się indolencja, brak wyobraźni, lenistwo czy wieloletnie zapóźnienia cywilizacyjne, większość tego rodzaju problemów ma przyczyny w przyjętej ideologii i wynikających z niej sposobach działania. Ideologia ta jest jawnie antyspołeczna, a na imię jej neoliberalizm. Mówiąc w dużym skrócie, zasadza się ona na przekonaniu, że państwo nie jest dla ogółu obywateli, lecz dla wybranych, choć nikt tego nie mówi wprost. To samo państwo, które „nie ma” na połączenia kolejowe dla obywateli, wykłada ogromne kwoty na rozwój infrastruktury mającej ułatwić zagranicznym koncernom wożenie towarów przez Polskę ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Państwo, któremu „nie starcza” na przedszkola, jest zawsze gotowe obniżać podatki Kulczykowi i telewizyjnym celebrytom. Państwo, które za palenie papierosa lub picie piwa w niedozwolonym miejscu wręcza kilkusetzłotowy mandat bezrobotnemu lub emerytowi, podobnej wysokości kary nakłada na operującą w skali globu firmę handlową, której zyski bazują na zorganizowanym systemie wyzysku tysięcy pracowników. Innymi słowy, neoliberalizm jest socjalizmem dla bogatych.

W Polsce mamy do czynienia ze skrajną odmianą tej ideologii i towarzyszących jej rozwiązań. Wystarczy wspomnieć, że nawet w krajach symbolizujących liberalizm społeczno-gospodarczy istnieją systemy wsparcia obywateli na skalę, o której Polacy mogą tylko pomarzyć. W Stanach Zjednoczonych ponad czterdzieści milionów osób (!) otrzymuje od państwa talony na produkty żywnościowe, bo nawet liberałom nie mieści się w głowie, że w cywilizowanym kraju można być w dzisiejszych czasach głodnym. W Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyło się liberalne tsunami autorstwa Thatcher i jej następców, system wspierania rodzin i rodzicielstwa wygląda tak, że wśród polskich emigrantów zarobkowych w Londynie czy Glasgow – nie będących wszak nawet obywatelami owego kraju! – mówi się o prawdziwym baby boomie.

Jak wspomniałem, nie jest to dziełem przypadku, lecz efektem decyzji podjętych świadomie na progu tworzenia nowego ładu instytucjonalnego. Autorzy polskiej transformacji, niezależnie, czy mieli zawziętą twarz Leszka Balcerowicza, czy dobroduszne oblicze Jacka Kuronia, po prostu wypięli się na społeczeństwo, nie poczuwając się do jakichkolwiek obowiązków wobec niego. Żadnym usprawiedliwieniem nie jest przy tym fakt, że w nowe realia wchodziliśmy z garbem dziedzictwa 45 lat niewydolnego, marnotrawnego i rozsypującego się w oczach „realnego socjalizmu”. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał przecież, że po chwili i bez wysiłku będzie nad Wisłą tak, jak nad Łabą, Sekwaną czy Tamizą. Problem polega jednak na tym, że decydenci celowo wybrali zupełnie inną drogę – drogę antyspołeczną.

Porównania z innymi krajami są zawsze obarczone ryzykiem błędu, czyli nieuwzględnienia tamtejszej historii, kultury i mentalności z jednej strony, z drugiej zaś położenia, naturalnych atutów lub takowych przeszkód. Dlatego też w niniejszym wydaniu działu „Nasze tradycje” przypominamy polską myśl prospołeczną sprzed lat. Ten sam kraj, podobne realia naturalne, podobne momenty historyczne – w ostatnich dekadach wychodzenie z komunizmu, w II RP zaś zmaganie się z dziedzictwem zaborów. Za to dwa zupełnie różne sposoby myślenia o społeczeństwie, roli państwa i jego powinnościach.

Publikujemy teksty obrazujące, że nawet w trudnych warunkach władze publiczne i wspierający je specjaliści mogą dla obywateli wiele dokonać i jeszcze więcej planować. Zacofanie gospodarcze, niedobory budżetowe czy brak struktur instytucjonalnych ograniczają pole manewru, jednak nie stanowią nieprzezwyciężalnej bariery. Dla chcącego nic niemożliwego – zdają się mówić autorzy publikowanych rozważań.

Melania Bornstein-Łychowska, radca przedwojennego Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, opisuje ogół wysiłków dopiero odtwarzanego państwa na rzecz pomocy swoim obywatelom. Z jej obszernej publikacji mogliśmy wybrać stosunkowo krótkie fragmenty, jednak nawet one pokazują, iż kraj biedny, pozbawiony właściwie wszystkich atrybutów nowoczesnego i stabilnego państwa, podjął na wielką skalę wysiłki zarówno praktyczne, jak i ustawodawczo-instytucjonalne, aby chronić słabszych. Nie oferował im oczywiście manny z nieba, dawał tyle, ile mógł, a zapewne mniej niż mógłby, jednak za oczywisty obowiązek uznawał nie tylko podejmowanie takich wysiłków, ale także ich intensyfikację i rozwój. Nawet jeśli ówczesna pomoc socjalna była z konieczności „dzieleniem biedy”, to była właśnie dzieleniem, solidarnym wobec współobywateli, nie zaś lekceważeniem ich i odwracaniem się plecami.

W kolejnym tekście dr Władysław Landau, naukowiec o poglądach prospołecznych, opisuje nie tylko dokonania. Jego rozważania w równej mierze poświęcone są temu, co dopiero można i należy zrobić. Nie ma w tym żadnego minimalizmu i spoczywania na laurach po „odfajkowaniu” pewnego zestawu zadań – jest odwaga wizji, chęć ulepszania rozwiązań i zmiany realiów w duchu ochrony słabszych i potrzebujących. Ba, sporo tu wyrażanego wprost niezadowolenia ze status quo, czyli niedostatecznych – wedle autora – wysiłków i efektów. Inaczej niż dzisiejsi mędrkowie na stabilnych, rządowych posadach, którzy zalecają społeczeństwu zaciskanie pasa, bycie konkurencyjnym (czytaj: mniej wymagającym) i równanie w dół, formułuje on zalecenia, abyśmy na drodze rozwoju gospodarczego nie zapominali o rozwoju społecznym, bo tylko wówczas będzie w ogóle można mówić o rozwoju jako takim. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy przypomnimy sobie, że „prospołeczny” i „wrażliwy” Jacek Kuroń miał w analogicznej sytuacji do zaoferowania kocioł z lichą zupą i odkładanie faktycznej troski o społeczeństwo do momentu „aż się wzbogacimy”, czyli w modelu neoliberalnym de facto na święty nigdy.

Ostatni z przypomnianych tekstów, autorstwa nie znanego nam nawet z pełnego imienia R. Siennickiego, to ciekawe studium przypadku, dotyczące bardzo konkretnych zagadnień, mianowicie dbałości o pracowników najemnych. Dbałości nie byle gdzie, bo w państwowym przedsiębiorstwie. Tym, co uderza dzisiejszego czytelnika, jest nie tylko afirmatywny opis dokonań, ale przede wszystkim wyrażane przez autora przekonanie, że do zakończenia wysiłków droga jeszcze daleka. Znów mamy zatem myślenie o rozwiązaniach prospołecznych nie w kategoriach przykrej powinności, której najlepiej byłoby się pozbyć pod byle pretekstem, lecz pozytywnie postrzeganego zobowiązania wobec słabszych członków wspólnoty.

Oczywiście czasy opisywane przez trójkę autorów były dalekie od ideału i nie ma sensu tworzenie fałszywego przeciwstawienia rzekomo cudownej II RP oraz koszmarnej Polski współczesnej. Tym, co warte podkreślenia, jest nie tyle odmienność realiów, lecz różnice w sferze mentalności. Celowo wybraliśmy teksty autorów, którzy niewiele mieli wspólnego z radykalizmem politycznym. Choć ich poglądy były niewątpliwie prospołeczne, były to zarazem poglądy głównego nurtu, a przynajmniej jednej z opcji ścierających się w jego ramach. Nietrudno byłoby znaleźć z tego samego okresu teksty znacznie bardziej radykalne, czy nawet krytykujące prezentowane tu stanowiska jako nazbyt zachowawcze. Nas jednak interesuje tym razem pokazanie, że takie opinie były pełnoprawnym elementem dyskursu publicznego.

Broszura Bornstein-Łychowskiej to oficjalna publikacja jednego z ministerstw. Tekst Landaua ukazał się w pracy zbiorowej, stanowiącej manifest ideowy lewego skrzydła rządzącego wówczas obozu sanacyjnego. Artykuł Siennickiego zamieszczono w pracy zbiorowej Instytutu Spraw Społecznych – instytucji utworzonej przy pomocy poważnych placówek publicznych, tj. zakładów powszechnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych.

Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby dzisiaj teksty o takim przesłaniu i utrzymane w takim tonie stanowiły coś zwyczajnego w wywodach decydentów i osób z ich otoczenia, a tak właśnie było wówczas. Ówczesne państwo bowiem, mimo licznych wad i niedoskonałości, było państwem dla obywateli. Dzisiejsze jest państwem lekceważącym obywateli. Może już czas to zmienić?

Wspólna sprawa

„Tolerancja”, zachwyty nad „różnorodnością”, „poznawanie innych kultur” – to dzisiaj postawy bardzo modne. Można dzięki nim zdobyć lepszą posadę, zrobić karierę medialną, zasłużyć na pochwały, w najgorszym razie spędzić czas na niezobowiązującym kolekcjonowaniu wrażeń. Niewiele ma to jednak zazwyczaj wspólnego z faktyczną troską o owych „Innych”, a jeszcze mniej z dbałością o wspólną przestrzeń, w której żyjemy zarówno „my”, jak i „oni”.

We współczesnym świecie nie ma mowy o izolacjonizmie. Sprawny transport, masowe media, globalizacja gospodarki, ponadnarodowe struktury polityczne – wszystko to skutkuje przenikaniem się kultur na ogromną skalę, ale także migracjami ludności. Czy będzie to „drenaż mózgów” przez zachodnie firmy, czy próba wyrwania się z biedy poprzez ucieczkę do lepszego świata, jest to proces, który w takich realiach będzie trwał niezależnie od woli jednostek.

Dotyczy on niemal wszystkich. Gdy 10 czy 15 lat temu ksenofobowie lub prawicowi doktrynerzy alarmowali, że „starą Europę” „zalewają” przybysze z krajów arabskich czy w ogóle z Trzeciego Świata, nie przewidzieli, że już wkrótce w tym samym kierunku ruszą za chlebem i euro setki tysięcy ich rodaków. Tak działa ten mechanizm, niezależnie od ideologicznych zaklęć. Częściowo – ale tylko częściowo – mogłaby go ograniczyć zmiana samych fundamentów obecnego systemu gospodarczego, bazującego na tanich surowcach, taniej produkcji i taniej sile roboczej, wędrujących nieodmiennie w jednym kierunku, z krajów biedniejszych do bogatszych. Wówczas imigrantów byłoby w krajach zamożnych nieco mniej – mniej byłoby tam również tzw. dobrobytu.

Nawet jednak w przypadku realizacji takiego, mało wszak prawdopodobnego scenariusza, proces „mieszania się” ras, narodów, stylów życia i wartości będzie postępował w zglobalizowanej gospodarce i w kulturze bazującej na masowych mediach. Musimy się nauczyć żyć obok siebie, a raczej – żyć razem. Tym bardziej, że na przestrzeni zaledwie 200 lat populacja globu wzrosła niemal siedmiokrotnie, a rozmaite „ziemie niczyje” zostały zasiedlone i zagospodarowane.

Co jednak znaczy „razem”? Dotychczasowa polityka wobec imigrantów i ich zbiorowości cechuje się swoistą schizofrenią. Z jednej strony nierzadko wręcz zachęcano obcokrajowców do przybywania – gdy brakowało rąk do pracy, zwłaszcza do pracy „brudnej” i gorzej płatnej – natomiast z drugiej mnoży się zakazy i nakazy, wciąż traktując ich jak obywateli drugiej kategorii. Swoje zrobiły też rozmaite obawy i tabu kulturowe. Imigrantów „rozpieszczano”, obawiając się oskarżeń o rasizm i kultywując – całkiem słuszne – poczucie winy za czasy kolonializmu, a jednocześnie, mimo deklaratywnej afirmacji ich postaw i kultury traktowano jak duże dzieci, które nie obejdą się bez paternalistycznej opieki. Skutkowało to nierzadko brakiem choćby minimalnej integracji ze społeczeństwem, do którego przybyli, a ze strony „tubylców” podskórnym brakiem wiary w to, że przybysze naprawdę mogą „być tacy jak my”.

W przypadku środowisk szeroko pojętej liberalnej lewicy przybrało to postać coraz bardziej tandetnych zachwytów nad wszystkim, co zrobi „Inny”, przy rezygnacji wobec owego „Innego” z wymagań nawet w tych kwestiach, które stanowiły sedno tradycji emancypacyjnej. Gdy „odwieczny” lub „większościowy” mieszkaniec wspomni o ojczyźnie lub odmienności kobiet i mężczyzn, wówczas oskarża się go o ciągoty wręcz faszystowskie lub o karygodny seksizm i zacofanie. Wychwala się natomiast „ekspresję kulturową” murzyńskich wykonawców hip-hopu wykrzykujących jawnie rasistowskie plugastwa pod adresem białych. Albo imigrantów z krajów arabskich, którzy ideę równości kobiet wybijają swoim małżonkom i córkom z głowy, nierzadko dosłownie. Tego rodzaju liberalizm i lewicowość oznaczają wywrócenie do góry nogami – o czym będzie jeszcze mowa – całej tradycji owych obozów.

Na takim podłożu bujnie krzewi się rasizm i dawno, zdawałoby się, skompromitowane postawy ksenofobiczne. Obsesyjnie kultywowane prawo do odmienności i „życia po swojemu” skutkuje tym, że na jednej ziemi żyją ludzie kompletnie sobie obcy, nie mający kulturowego wspólnego mianownika. Co gorsza, mniejszości oraz imigranci, jako zazwyczaj znajdujący się w gorszej sytuacji ekonomicznej (której zresztą brak integracji jest jedną z przyczyn), częściej szukają ratunku i wsparcia w tożsamości etnicznej czy religijnej, jeszcze bardziej okopując się na pozycjach swojej „inności”. I tak oto przepaść stale rośnie. Gdy w dodatku sytuacja ekonomiczna pogarsza się dla jednych i drugich – dla większości i mniejszości – wówczas jeszcze trudniej o wzajemne zrozumienie, współpracę i faktyczną tolerancję. „Inność”, która w czasach dobrobytu mogła być sympatyczną egzotyką, zaczyna być piętnem i źródłem obustronnych obaw.

Żerują na tym różne siły. Ksenofobiczna prawica roztacza wizje, wedle których gdyby nie „obcy”, wszystko byłoby piękne jak w „starych, dobrych czasach”. Oczywiście ani słowem nie wspominając, że „stare, dobre czasy” zostały rozmontowane nie przez samorzutny napływ „imigranckich hord”, lecz przez splot różnych czynników, z których jednym z głównych były poczynania wielkiego kapitału. A tym bardziej o tym, że „stare, dobre czasy” były czasami niesprawiedliwymi – skoro Zachód chce mieć tanią arabską ropę naftową, to dlaczego nie miałby w pakiecie dostać muzułmańskiej społeczności religijnej, z meczetem i muezinem, którzy tak drażnią „statecznych mieszczan” z pełnymi bakami?

Z kolei współczesna lewica jedyne, co potrafi robić, to miotać oskarżenia o rasizm i nienawiść etniczną. Tyle że takie zaklęcia nie zmniejszają rosnącego poparcia dla haseł antyimigranckich czy antymniejszościowych, okazując się wobec nich bezradnymi. A przede wszystkim nie rozwiązują istniejących problemów – „Inny” nadal pozostaje „Innym”, którym można się czasem zachwycić, np. w „etnicznej” restauracji czy na folklorystycznym festynie, ale na co dzień pozostaje on na ogół w swoim getcie, będąc łatwym do wskazania kozłem ofiarnym.

Wszystko to zmierza w coraz gorszym kierunku. Na garstkę imigrantów, która potwierdza prawicowe stereotypy i sprawnie żeruje na „socjalu”, przypada ogromna większość tej zbiorowości, zasilająca szeregi najuboższych mimo ciężkiej pracy. Zamiast integracji, mamy erupcję frustracji w postaci zamieszek i palonych samochodów z jednej, a jawnie rasistowskie ustawodawstwo z drugiej strony. Głośna niedawno była sprawa deportacji Romów z Francji, mimo teoretycznego istnienia „otwartych granic” w ramach Europy. W Szwajcarii demokratyczne referenda – czyli coś zgoła innego niż decyzja urzędnika lub polityka – przesądziły o zakazie budowy minaretów, a następnie o tym, że osoby nie posiadające obywatelstwa, nawet mieszkające w tym kraju od dawna, będą zeń wydalane po odbyciu kary więzienia nie tylko w przypadku ciężkich przestępstw, ale i drobnych wykroczeń, np. nieuprawnionego pobierania świadczeń socjalnych. Typowa kwadratura koła – im więcej utyskiwań na rasizm i ksenofobię, zastępujących wysiłki na rzecz integracji mniejszości z większością, tym więcej faktycznego rasizmu i ksenofobii.

W takiej sytuacji chcemy przypomnieć perspektywę zupełnie inną, perspektywę zarazem „starej” lewicy, jak i propaństwowo-obywatelską. Jak wspomniałem, dzisiejsza lewica wobec mniejszości i imigrantów prezentuje stanowisko mające niewiele wspólnego ze swoimi odpowiednikami sprzed lat. Zachwyca się i pochyla ona nad takimi środowiskami ze względu na ich „inność”, akcentując odmienność kulturową, domagając się specjalnych uprawnień i odmiennego traktowania, tym samym utwierdzając ów „innościowy” status. Dawniej natomiast lewica widziała w mniejszościach nie „Innych”, lecz przede wszystkim „takich samych”. Owszem, dostrzegała i brała pod uwagę swoiste cechy kulturowe czy religijne danej zbiorowości, ale akcentowała nie różnice, lecz podobieństwa. „Inny” był taki jak my: tak samo wyzyskiwany jako robotnik, tak samo głodny jako bezrobotny, tak samo stłoczony w małych izbach i suterenach, mający podobne człowiecze marzenia, analogiczne powody do niepokoju, a także identyczny status obywatelski. Nie chodziło o to, że wszyscy są dokładnie tacy sami lub być takimi powinni, lecz o to, aby umieć wznieść się ponad różnice i dostrzec klasowe czy ogólnoludzkie podobieństwa, a także nauczyć się żyć razem na tym samym terytorium.

Z takiej postawy wynikały dwie zasady. Pierwsza to traktowanie mniejszości jako prawdziwego partnera, zdolnego do sprostania tym samym wyzwaniom i zadaniom, co większość, nie zaś jak dziecko, które trzeba traktować ulgowo i nie pozwalać na zbytnią samodzielność. Po drugie, mniejszościom należy przyznać równe prawa, ale jednocześnie można od nich wymagać tego wszystkiego, czego wymaga się od pozostałych obywateli. Równość – nie „inność”, podobieństwo – nie eskalowanie różnic w imię „różnorodności”, wspólna sprawa – nie „tolerancja” i nie „getto”.

Pierwszy tekst jest autorstwa Stanisława Thugutta (1873-1941) – wybitnego działacza i teoretyka spółdzielczego, żołnierza Legionów i wojny polsko-bolszewickiej, lidera lewego skrzydła ruchu ludowego, ministra trzech rządów w II RP. W jego przemówieniu sejmowym mamy modelowy przykład, jak umiejętnie dokonać syntezy troski o ochronę praw mniejszości narodowych z dbałością o interes państwa jako wspólnej przestrzeni, w której bytuje większość i mniejszości. Zamiast przeciągania liny, co grozi jej rozerwaniem, wskazuje Thugutt na konieczność powściągania wzajemnych roszczeń jako niezbędny warunek jeśli nie harmonijnego, to przynajmniej stosunkowo mało konfliktowego współistnienia.

Kolejny tekst wyszedł spod pióra Leona Wasilewskiego (1870-1936). Autor to wieloletni działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z bliskich współpracowników Józefa Piłsudskiego, minister spraw zagranicznych, uczestnik polskiej delegacji w rokowaniach pokojowych po I wojnie światowej. Choć specjalizował się w polityce wschodniej i sytuacji słowiańskich mniejszości narodowych, przypominamy jego tekst poświęcony polskim Żydom. Wasilewski w powstałej jeszcze pod zaborami broszurze, której prezentujemy tylko niewielkie fragmenty, pisze o relacjach polsko-żydowskich zarówno bez fobii, jak i bez tabu. Stojąc na stanowisku tolerancji i pełnych praw obywatelskich dla Żydów, nie przemilcza pól konfliktu z „etnicznymi” Polakami. Obala rozmaite antysemickie stereotypy, wskazuje na rolę władz carskich w podsycaniu wzajemnej niechęci obu zbiorowości, ale także analizuje negatywne zjawiska w łonie społeczności żydowskiej. I przekonuje, że waśnie niczego nie rozwiążą – poprawę nie najlepszej sytuacji przyniosą procesy ekonomiczne, swobodny rozwój polityczny we własnym państwie oraz asymilacja Żydów. Asymilacja nie tyle kulturowa, tutaj bowiem istnieje sporo głębokich różnic, ile państwowa, uznanie niepodległego państwa polskiego za fundament współpracy i wzajemnego „ucierania się” obu grup.

Ostatni z tekstów napisał Tadeusz Hołówko (1889-1931). Działacz niepodległościowy i socjalistyczny, piłsudczyk, współtwórca BBWR, zwolennik daleko posuniętej współpracy ze „wschodnimi” mniejszościami narodowymi, zamordowany w zamachu zorganizowanym przez nacjonalistów ukraińskich. Fragmenty jego obszernego artykułu wskazują konkretne rozwiązania w relacjach z mniejszościami na terenach „niełatwych”, bowiem takich, gdzie to „rdzenni” Polacy znajdują się w mniejszości. Wizja Hołówki zawiera wiele propozycji ustępstw na rzecz grup mniejszościowych, a zarazem wskazuje granice takich postaw, wyznaczane interesem państwa i dbałością o większość. Jakże odmienne jest to stanowisko od dzisiejszych enuncjacji, w których teoretycznej bezgranicznej tolerancji towarzyszy umacnianie podrzędnego położenia mniejszości. Ważnym elementem tych rozważań są szeroko zakrojone inicjatywy o charakterze gospodarczym, mające na celu ogólną poprawę kondycji regionów zamieszkiwanych przez mniejszości, aby w taki sposób związać je z państwem polskim i unaocznić troskę o grupy nierzadko marginalizowane.

Oczywiście publikowane rozważania nie stanowią programu działania „tutaj i teraz”. Powstały one w sytuacji zupełnie odmiennej niż obecna, a ówczesnych realiów nie ma sensu porównywać ani z dzisiejszą Polską, ani tym bardziej z sytuacją mniejszości w którymkolwiek z pozostałych współczesnych krajów europejskich. To nie recepta – to inspiracja. To wskazanie takich dróg działania, które wykraczają poza jałowy spór „tolerancji” i „multikulturalizmu” z „rasizmem” i „ksenofobią”. Zamiast epatowania prostymi, a raczej prostackimi rozwiązaniami, mówią one, że trudne problemy można rozwiązać tylko niełatwą, lecz niezbędną wspólną pracą na rzecz wspólnego dobra.

Ekologia – stara polska tradycja

Są tacy, dla których ochrona środowiska oznacza przede wszystkim worek z unijną forsą. Dla innych jest ona „lewactwem”, winnym wszelkiemu złu tego świata. Dla niektórych – sposobem zaistnienia w polityce.

Do pierwszej kategorii należy zaliczyć urzędników różnego szczebla i organizacje pozarządowe. Ich podejście ma również zalety, bowiem z rodzimego budżetu gotówka na „zielone” cele płynie bardzo cienkim strumieniem. Do drugiej grupy należą prawicowi politycy i publicyści, lubujący się w pomstowaniu na ekologów, którzy zawiązali spisek w celu sabotowania rozwoju Polski. Ostatnią grupę tworzą liderzy kanapowych partyjek, z których najpopularniejsza dokonała syntezy ochrony przyrody oraz wspierania gejów i lesbijek.

Dla wszystkich tych grup ekologia jest pewną nowością, która przyszła z Zachodu wraz z obaleniem komuny lub wręcz akcesją do UE. Tymczasem ma ona u nas bardzo długą tradycję – niestety, niemal zapomnianą. Bywało w dziejach tak, że Polska pod względem ochrony przyrody była światowym prekursorem lub liderem.

Pierwszy na świecie akt świadomej ochrony ginącego gatunku wyszedł spod ręki Zygmunta III Wazy w 1597 r.! Polski król wprowadził ochronę tura, którego ostatnie osobniki żyły w dzisiejszej Puszczy Bolimowskiej, by turowie […] mieli swe dawne stanowiska. Władysław Taczanowski w 1860 r. opublikował „O ptakach drapieżnych w Królestwie Polskim pod względem wpływu jaki wywierają na gospodarstwo w ogóle”, gdzie jako jeden z pierwszych na świecie wykazał, że ptaki drapieżne, dotąd uznawane za szkodniki, czynią szkody nieznaczne w porównaniu z działalnością człowieka, a zarazem spełniają w ekosystemie bardzo pożyteczną rolę; książka wywołała duże poruszenie. Po raz kolejny pierwsi byliśmy w działaniu, które dziś nazywamy ochroną gatunkową zwierząt: w 1869 r. Sejm Krajowy Galicji uchwalił ustawę zakazująca zabijania i łapania kozic i świstaków. Jako pierwsi objęliśmy ochroną gatunkową grzyby (1983 r.). „Oskalpowana Ziemia” Antoniny Leńkowej, wydana w 1961 r., w przystępny sposób ukazała zniszczenia, które człowiek czyni w środowisku naturalnym. Jej fenomen polegał na wyprzedzeniu o 8 lat tez zawartych w słynnym „Raporcie U Thanta”, który wstrząsnął „światowym sumieniem ekologicznym”. Książka Leńkowej doczekała się przekładów na kilkanaście języków.

Gdy wybuchła I wojna światowa, polscy patrioci zaczęli układać plany… ochrony przyrody w niepodległej ojczyźnie. U progu odzyskaniu wolności Rada Regencyjna wydała dekret „O opiece nad zabytkami sztuki i kultury”, w którym pojawiły się zapisy chroniące dziedzictwo naturalne. Rada włączyła również ochronę przyrody w kompetencje Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W kolejnym roku, pomimo walk zbrojnych na niemal wszystkich granicach, uchwalono pierwsze ustawy poświęcone stricte tej problematyce oraz powołano Tymczasową Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przyrodnicy, z wielkim zapałem i przy wsparciu władz państwowych, przystąpili do tworzenia rezerwatów i parków narodowych. W tym samym czasie z inicjatywy Jana Sztolcmana rozpoczął się pierwszy proces restytucji gatunku, który całkowicie wyginął na wolności. Dzięki temu w ogrodach zoologicznych całego świata informują, że żubra uratowali Polacy. W międzywojniu Polska zabiegała o utworzenie międzynarodowej organizacji chroniącej przyrodę. Została ona powołana dopiero w 1948 r., gdy utworzono Światową Unię Ochrony Przyrody; oczywiście uczestniczyła w tym dziele delegacja naszego kraju.

Pierwszą polską ustawę o ochronie przyrody uchwalono w 1934 r. Należała do najnowocześniejszych na świecie. Wybuch II wojny światowej przyniósł kres staraniom na tym polu. Jednak wraz z umilknięciem dział, naukowcy i działacze, którzy uniknęli śmierci, przystąpili do pracy. Prof. Władysław Szafer odtworzył PROP i już we wrześniu 1945 r. odbyło się jej pierwsze od 8 lat posiedzenie. W tym czasie dzięki staraniom polskich przyrodników udało się zapobiec wywiezieniu ocalałych żubrów do ZSRR (ostatecznie Sowieci zadowolili się połową populacji).

W PRL tworzono nowe formy ochrony przyrody, nawet zanim pojawiły się stosowne możliwości prawne. Suwalski Park Krajobrazowy powstał w 1976 r., choć formalnie tę kategorię ochronną wprowadziła dopiero ustawa z 1991 r. Pomimo odrzucenia zapisu mówiącego o „interesie publicznym ochrony przyrody” (określenie wprowadzone przez Jana Gwalberta Pawlikowskiego, przedwojennego działacza endecji – posłom strony „solidarnościowej” kojarzyło się z… PRL), po raz kolejny mieliśmy wówczas do czynienia z bardzo nowoczesnym aktem prawnym. Podobnie jak po poprzednich „wyzwoleniach”, tak i tym razem pomyślny wiatr uwolnił wiele energii wśród miłośników przyrody. W szkołach wszelkich szczebli pojawiły się elementy ochrony środowiska, przyspieszył proces tworzenia parków narodowych i krajobrazowych, rezerwatów i innych form ochrony.

Niestety, od połowy lat 90. klimat się zmienił, czego efektem było m.in. zatrzymanie procesu powstawania nowych obszarów chronionych. Co gorsza, wskutek manipulacji przy ustawie o planowaniu przestrzennym zlikwidowano większość tzw. małych form ochrony przyrody. Zmian dokonano pod hasłami zniesienia przeszkód dla przedsiębiorców i uwolnienia od „ekotyranii”. Pomstowanie na ochronę przyrody łączy zazwyczaj wszelkie opcje polityczne (w głośnej sprawie obrony Doliny Rospudy PiS popierał projekt forsowany uprzednio przez SLD), a podawane jest w sosie sugestii, że ekologia to nowoczesny, dziwaczny wymysł, narzucony przez Zachód i sprzeczny z interesami Polski.

Postawa liberałów, którzy dążą do celu po trupie przyrody, nie zaskakuje. Jeszcze przed powrotem Polski na mapy, obrońcy przyrody piętnowali ich za usuwanie wszelkich przeszkód dla bogacenia się. Zdumiewa natomiast postawa ugrupowań deklarujących konserwatyzm lub lewicowość, które to opcje ideowe tradycyjnie stały w Polsce po stronie ochrony przyrody. Najlepszymi przykładami są endek Pawlikowski oraz lewicujący Stefan Żeromski, m.in. propagator powołania Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Niezależnie od różnic politycznych, łączyło ich hasło „Chrońmy przyrodę ojczystą!”. To zawołanie chyba najlepiej wskazuje na patriotyczne korzenie ruchu ochrony przyrody. Jego uczestnicy już w czasach zaborów łączyli konieczność ochrony rodzimej natury z dążeniami narodowowyzwoleńczymi. Działaniom na rzecz utworzenia parku narodowego w Tatrach, podejmowanym od połowy XIX w., towarzyszyło przekonanie o czynieniu tego dla Polski i rodaków. Ono też towarzyszyło pracom po odzyskaniu niepodległości. Zupełnie inaczej wygląda początek XXI w., z jednym z ministrów apelującym do organizacji przyrodniczych, by o nieprawidłowościach przy tworzeniu sieci obszarów chronionych Natura 2000 nie powiadamiać Brukseli. Odwoływał się przy tym do… uczuć patriotycznych i powinności wobec własnego kraju.

Jeśli zestawimy dawne organizacje z dzisiejszym stanem ruchu ekologicznego, to otrzymamy obraz nadzwyczaj smutny. Wówczas o sprawę walczyła armia ochotników, wsparta przez nielicznych „zawodowców”, za to zazwyczaj popierała ich opinia publiczna. Dziś mamy rzeszę urzędników, pracowników nauki i organizacji pozarządowych, przy minimalnej liczbie społeczników-wolontariuszy. Jeszcze nigdy na ochronę przyrody nie mieliśmy tak olbrzymich środków – a jednocześnie dyskusja na ten temat nigdy nie była tak „milcząca”, nawet w PRL-u. Duże, pokazowe akcje, prowadzone w ostatnich latach przez niektóre organizacje, są zauważalne w popkulturze, ale nie przekładają się na autentyczną debatę publiczną wokół istotnych kwestii dotyczących środowiska naturalnego. Jeszcze nigdy tak wielu, za tak wiele, nie znaczyło tak niewiele.

Prezentowane obok teksty to niewielka cząstka olbrzymiego dorobku polskiej myśli ochrony przyrody. Autorem pierwszego jest Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939), swoisty człowiek-instytucja: działacz niepodległościowy, jeden z liderów Narodowej Demokracji, naukowiec, ekonomista, pionier nowoczesnego taternictwa, animator kultury, badacz twórczości Juliusza Słowackiego. A przede wszystkim – jeden z rodzimych prekursorów ochrony przyrody, bardzo zasłużony w tej dziedzinie, autor pierwszej w Polsce i oryginalnej w skali świata rozprawy filozoficzno-etycznej, poświęconej ochronie dziedzictwa przyrodniczego „Kultura a natura” (pierwsze wydanie w roku 1913, niedawno wznowione przez „Obywatela”). Tekst Pawlikowskiego, mimo upływu niemal 90 lat, niewiele stracił na aktualności, a i to głównie w sferze aktów prawnych, nie zaś samych problemów i rozwiązań. Jego autor szczególną wagę przywiązywał do popularyzowania idei, wskazywał na powody, dla których ochrona przyrody jest celem i zadaniem szerokich rzesz.

Pawlikowski, choć był aktywnym działaczem, przeszedł do historii głównie jako ideolog ochrony przyrody. Jako człowiek zaś, który ową myśl przekuł na konkretne dzieło, tworząc system ochrony przyrody, zapisał się w dziejach prof. Władysław Szafer (1886-1970). Był on m.in. żołnierzem Legionów, a później wybitnym naukowcem, dyrektorem krakowskiego Ogrodu Botanicznego, twórcą polskiej szkoły paleobotanicznej, rektorem Uniw. Jagielońskiego (także jego tajnych struktur w czasie okupacji hitlerowskiej), współtwórcą wielu parków narodowych i rezerwatów. On też spełnił zamysł „ojca-założyciela” – Pawlikowskiego, sygnalizowany we wspomnianym tekście. To dzięki jego zabiegom w 1926 r. powstała Liga Ochrony Przyrody, pierwsza w Polsce masowa organizacja o takich celach. W publikowanym tutaj tekście prof. Szafer wyłuszcza motywy ochrony przyrody i przypomina pokrótce historię działań w jej obronie.

Ostatni z prezentowanych artykułów powstał tuż po zakończeniu II wojny światowej, kiedy przystępowano do odbudowy kraju. Jego autor, prof. Jerzy Hryniewiecki (1908-1989), był grafikiem, inżynierem, pracownikiem Politechniki Warszawskiej, wykładał architekturę w wielu krajach, od Chin po USA. Przed wojną kierował jednym z oddziałów Biura Planowania Miasta Warszawy, walczył w kampanii wrześniowej, został odznaczony Krzyżem Walecznych za obronę stolicy, po wojnie był współtwórcą odbudowy zakładów Cegielskiego, budowy FSO na Żeraniu i Stadionu Dziesięciolecia. W 1928 r. zaprojektował logo Ligi Ochrony Przyrody, używane przez tę organizację do dziś. Zawodowo niewiele mający wspólnego z ochroną przyrody – wedle dzisiejszych trendów powinien raczej ją lekceważyć – postulował harmonizację terenów zabudowanych z otaczającym je krajobrazem. Wskazywał też, jak ingerencja techniki w świat naturalny może prowadzić do jego oszpecenia. Warto o tym pamiętać także dziś, gdy kolejne „ułatwienia dla inwestycji” nie ominęły gospodarki przestrzennej; zniesiono niemal wszystkie miejscowe plany zagospodarowania, dając tym samym zielone światło dla budowania według widzimisię inwestora. Tymczasem mądre planowanie może zarazem podnieść jakość życia ludzi i służyć ochronie przyrody.

Obecnie ochrona środowiska to jedno z kluczowych zagadnień polityki państw wysokorozwiniętych. Tymczasem nasz kraj coraz bardziej zaczyna przypominać w tej dziedzinie trzeci świat. Używamy nawet podobnej retoryki: „Wy u siebie zniszczyliście przyrodę, a nam każecie żyć w zacofaniu, by ją chronić”. W tej sytuacji przypominamy korzenie myśli ekologicznej w Polsce – aby pokazać, że ochrona przyrody ojczystej to długa i piękna tradycja, że to nasz patriotyczny i społeczny obowiązek.

Państwo to my

Co stanowi wspólny mianownik niemal wszystkich opcji i obozów politycznych w Polsce, ponad podziałami ideowymi, historycznymi, personalnymi itp.? Lekceważenie i niechęć wobec aktywnej roli państwa w gospodarce. Między innymi dlatego znajdujemy się w gronie państw w najlepszym razie drugoligowych. Jeśli doganiamy jakąś Amerykę, to wyłącznie Łacińską, z tym oczywistym zastrzeżeniem, że nie mam na myśli „regionalnego imperium”, czyli Brazylii, lecz raczej Paragwaj.

Żarty żartami, ale wszystkie kolejne rządy po roku 1989 panicznie bały się uznać, że państwo może odegrać istotną pozytywną rolę w gospodarce. Czy byli to ministrowie wywodzący się z kasty, która jeszcze całkiem niedawno ręcznie sterowała wszystkim, co w gospodarce wykraczało ponad poziom „prywaciarskiej” budki z warzywami, czy też „etosiarze” ze związku zawodowego, bazującego głównie na państwowych przedsiębiorstwach – jedni i drudzy przekonywali nas, że „rynek wie lepiej”. Tak bardzo wielbili ów rynek, że aż sprzedali wielką państwową firmę telekomunikacyjną wielkiej państwowej firmie telekomunikacyjnej – tyle że francuskiej. Jeśli z uznaniem wypowiadali się o przedsiębiorstwach państwowych, to jedynie wówczas, gdy ich koledzy lub krewni mogli otrzymać posady w radach nadzorczych tychże – wówczas zdarzało się nawet, że firmy takie określano mianem strategicznych…

Jeśli spojrzymy na jakikolwiek nowoczesny kraj, to nie znajdziemy wśród nich żadnego, w którego rozwoju obeszłoby się bez interwencjonizmu państwowego. Czy to bezpośredniego, jak sfinansowanie całych fabryk, a nawet gałęzi przemysłu, czy to na poły bezpośredniego, jak duże rządowe zamówienia w prywatnych przedsiębiorstwach, czy pośredniego, jak gigantyczne nakłady na infrastrukturę transportową, dzięki której łatwo i tanio można przewozić surowce do produkcji i ekspediować gotowy produkt do konsumenta. Nie jest przy tym wcale tak, że interwencjonizm państwowy był potrzebny jedynie kiedyś, w epoce wielkiego przemysłu i w ogóle „wielkich budów”, zaś dzisiaj wszystko załatwia rynek i inicjatywa prywatna. Dość wspomnieć, że w inwestycjach i przedsięwzięciach państwowych ma swoje korzenie np. Internet (powstał na styku sektora wojskowego i dotowanych z budżetu wyższych uczelni) czy łączność satelitarna (pochodna rządowych programów „podboju kosmosu”), a więc takie technologie, które stanowią o „być albo nie być” mnóstwa hipernowoczesnych usług i produktów.

Mimo to, w obliczu liberalnego doktrynerstwa mówi się o roli państwa w gospodarce zazwyczaj półgębkiem i nieco wstydliwie. Jakkolwiek doprowadzony do przesady – czy raczej do absurdu – interwencjonizm państwowy przyniósł więcej szkody niż pożytku, jak w państwach bloku sowieckiego, to jednak tam, gdzie stosowano go niedogmatycznie i z umiarem, jest „ojcem” ogromnych zdobyczy cywilizacyjnych: samego ich powstania, ale również, co nie mniej ważne, upowszechnienia. Nie ma potrzeby umniejszać znaczenia czynnika prywatnego w gospodarce, jednak gdyby poprzestać tylko na nim, to znaczna część liberałów do dzisiaj pasałaby gęsi, nie zaś pouczała nas o czymkolwiek.

Owi liberałowie często wyszydzają rolę państwa, pytając, czy produkuje ono np. zapałki. Nie produkuje – stwierdzają z triumfem – a jednak są one dostępne co krok, w każdym kiosku i sklepiku. Czyli „da się”. Problem w tym, że zapałki stanowią produkt prosty, tani w wytwarzaniu i dystrybucji. Zamiast zapałek, zapytajmy np. o Internet.

Jeśli mieszkamy na „okablowanym” blokowisku w centrum wielkiego miasta, zazwyczaj możemy w dostawcach Sieci przebierać jak w ulęgałkach. Gdy jednak jesteśmy mieszkańcami miasta średniej wielkości, do wyboru pozostaje już tylko jeden dostawca telewizji kablowej i Neostrada. W miasteczku małym – już tylko ta ostatnia, nie licząc tzw. Internetu mobilnego, drogiego i zawodnego. W wielu wioskach nie ma nawet tej ostatniej możliwości, bądź też możliwa do uzyskania prędkość transferu danych pozwala jedynie na korzystanie z podstawowych funkcji. Wiem oczywiście, że liberałowie niezbyt przejmują się mieszkańcami prowincji, ale nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, że funkcjonują tam także liczne firmy prywatne. W jaki sposób mają one konkurować z tymi z dużych ośrodków w epoce, w której coraz większa część operacji okołobiznesowych odbywa się właśnie w „wirtualu”?

Ktoś powie, że jeśli na prowincji faktycznie zaistnieje popyt na taką czy inną usługę, wówczas prywatne firmy będą się prześcigać, by na nią odpowiedzieć swoją ofertą. Jest to oczywista bzdura, bo całkiem sporo usług wymaga poniesienia wielkich nakładów np. właśnie na infrastrukturę. Stąd też opłaca się „okablować” osiedle, gdzie na niewielkiej przestrzeni mieszkają tysiące osób, natomiast nie opłaca się prowadzić wielu kilometrów kabla do prowincjonalnych, rozproszonych domostw. W tym pierwszym przypadku zwrot nakładów na inwestycję jest szybki, w drugim – bardzo wolny. Zamiast inwestować w cokolwiek, co odpowiadałoby na popyt „wieśniaków”, wygodniej i równie zyskownie jest zainwestować te same pieniądze w obligacje, lokaty itp.

Interwencjonizm państwowy oznacza jednak coś więcej niż samo umożliwienie obywatelom korzystania z jakichś dóbr czy usług. O wiele ważniejsze jest to, że ingerencja w procesy gospodarcze pozwala realizować cele ponadjednostkowe i wykraczające poza perspektywę kilku miesięcy czy lat. Państwo jest tego rodzaju wspólnotą, której szczególnie mocno potrzebujemy jako zbiorowość duża i rozpatrywana w kategoriach długofalowych. Wraz z rodziną czy przyjaciółmi poradzimy sobie z większością małych, codziennych spraw, jednak myśląc o procesach dotyczących narodu i pokoleń, wkraczamy na płaszczyznę zadań trudnych do zrealizowania przez choćby najlepiej zorganizowane i prężne inicjatywy oddolne i spontaniczne. Państwo funkcjonujące celowo, nie zaś tylko siłą historycznego rozpędu, państwo faktycznie służące obywatelom i próbujące im stworzyć optymalne warunki bytowania – jest właśnie państwem szeroko pojętego interwencjonizmu gospodarczego. Realizowanego różnorakimi metodami, z większym lub mniejszym natężeniem wysiłków, w zależności od potrzeb i woli społecznej, jednak zawsze tak czy owak obecnego.

Rozumiano to doskonale w okresie, w którym byliśmy państwem na serio własnym, państwem upodmiotowionym, choć oczywiście dalekim od doskonałości, mianowicie w okresie międzywojnia. Wówczas, podobnie jak dziś, różni „eksperci”, zrzeszeni w Lewiatanach i sponsorowanych przez biznes „stowarzyszeniach”, perorowali, że wszystko, co państwowe, jest złe i nieefektywne, że etatyzm to rak toczący Polskę, że gdyby nie podatki i budżetowe wydatki, kraj nasz spływałby mlekiem i miodem. Jednak gdy tak gadali i gadali na konwentyklach i kursokonferencjach, mało kto się tym – inaczej niż dzisiaj – przejmował. Państwo ówczesne, suwerenne, świadome swoich powinności, robiło to, co uprzednio i później czyniły wszystkie kraje mające na celu długofalowy rozwój cywilizacyjny czy nadganianie zapóźnień wobec światowej czołówki. Po prostu aktywnie uczestniczyło w życiu gospodarczym. Nie czekało aż „niewidzialna ręka rynku” zainteresuje się – albo i nie – budową nowoczesnego portu morskiego, lecz stworzyło takowy w Gdyni dosłownie od zera. Zamiast w nieskończoność oczekiwać, aż na całych połaciach kraju powstaną prywatne zakładziki w ilości jeden na powiat, stworzyło w zapyziałych i zapomnianych okolicach Centralny Okręg Przemysłowy, dzieło znakomicie zaplanowane i rozpisane na sporo dużych, wzajemnie dopełniających się inwestycji. Pomniejszych tego rodzaju dokonań było wiele, a tych zaplanowanych i niezrealizowanych wskutek wybuchu II wojny światowej – jeszcze więcej. Nie miejsce tu na dokładne omawianie roli państwa w gospodarce w tamtych czasach, należy natomiast podkreślić, że owa rola była znaczna i fakt ten uznawano w łonie elit politycznych za oczywisty i pozytywny, o tym ostatnim świadczyły zaś efekty w postaci udanych inwestycji, rozwoju całych regionów itp.

Dziś przypominamy trzy teksty poświęcone tej tematyce. Pierwszy z nich, autorstwa Stefana Starzyńskiego (1893-1943), to swoisty manifest środowiska piłsudczykowskich etatystów, zamieszczony w głośnej wówczas, monumentalnej pracy zbiorowej „Na froncie gospodarczym”, która była jednym z przejawów krystalizacji owego środowiska, nazwanego „Pierwszą Brygadą Gospodarczą”. Jego autor, działacz niepodległościowy, żołnierz Legionów, później urzędnik państwowy wysokiego szczebla i wiceprezes Banku Gospodarstwa Krajowego, a także prezydent Warszawy od roku 1934, był jednym z najwybitniejszych teoretyków i praktyków interwencjonizmu gospodarczego. Bliski lewicy piłsudczykowskiej, uważał, że państwo nowoczesne, o rozwiniętym przemyśle i innych sektorach, a jednocześnie prospołeczne, realnie ulepszające sytuację bytową szerokich rzesz, musi być aktywne w gospodarce, pełnić rolę inicjatora i stymulatora takich inwestycji i przeobrażeń, które są zgodne z jego wizją Polski. Począwszy od „Programu Rządu Pracy”, który opublikował tuż po przewrocie majowym, rozwijał teorię polskiego etatyzmu. Jako wicedyrektor BGK promował udzielanie kredytów na rozmaite przedsięwzięcia publiczne, ważne ze społecznego punktu widzenia. Będąc prezydentem Warszawy, doprowadził do realizacji wielu inwestycji komunalnych i państwowych, m.in. budowy gmachów publicznych (starał się je lokować w pierwszym rzędzie w uboższych i bardziej zaniedbanych dzielnicach), kilkudziesięciu szkół, przy wsparciu z budżetu miasta powstało kilkadziesiąt tysięcy mieszkań, dokonano także przebudowy układu komunikacyjnego, planował również kolejne inicjatywy, m.in. metro oraz organizację olimpiady (w 1956 r.), w czym przeszkodziła wojna.

Drugi z prezentowanych materiałów ma nieco inny charakter, jest to bowiem przemówienie wygłoszone w Sejmie, dotyczące konkretnych zadań i celów polityki gospodarczej rządu, planowanej na ówczesny okres. Jego autorem jest Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), bez wątpienia jeden z najwybitniejszych polskich polityków i działaczy państwowych. Znakomity praktyk i teoretyk – wykładowca Politechniki Warszawskiej, ale także dyrektor techniczny państwowych „Azotów” w Chorzowie; minister handlu i przemysłu, jak również „główny budowniczy” portu w Gdyni oraz współtwórca polskiej floty handlowej i dalekomorskiej floty rybackiej; wicepremier, minister skarbu, jeden z „mózgów” budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego; autor ważnej i głośnej w owym czasie książki „Dysproporcje”, opisującej przyczyny zacofania społeczno-gospodarczego Polski oraz drogi wyjścia z tej sytuacji.

Ostatni z tekstów to, mówiąc żartobliwie, laurka autorstwa Józefa Radzimińskiego. Popularna historia i zarazem reklama Centralnego Okręgu Przemysłowego, pochodzi z opublikowanego niemal w przededniu II wojny światowej albumu „Budujemy Polskę”. Wydany w celach propagandowych, czy raczej – jak wówczas mawiano – ku pokrzepieniu serc, prezentował materialny i organizacyjny dorobek II RP. Oczywiście zawiera lukrowany opis rzeczywistości, jednak dla nas interesujące jest to, iż wydany z poparciem władz (przedmowa E. Kwiatkowskiego, edycja środkami Wojska Polskiego) bez wahania opowiada się za interwencjonizmem gospodarczym, traktując go jako potężne i sprawne narzędzie rozwojowe państwa i społeczeństwa. Wszystkie publikowane tu materiały mają dwie kluczowe zalety. Optują za silną rolą państwa w gospodarce oraz nie czynią z tego faktu powodu do wstydu, a wręcz przeciwnie. Zważywszy, że ich autorami były m.in. czołowe osoby w Polsce, znane z wielu wybitnych dokonań, pozwala to spojrzeć na problem w świetle zupełnie odmiennym niż czynią to dziś liberalni propagandyści. Państwo to my, jego obywatele. Państwo powinno służyć naszym interesom, nie zaś oligarchicznym kacykom i „zagranicznym inwestorom”. Służyć długofalowo, nie bać się wielkich wyzwań i wielkich czynów. Nie domagamy się niczego ekscentrycznego ani utopijnego – wystarczy nam współczesny COP i ludzie pokroju Kwiatkowskiego i Starzyńskiego na rządowych stanowiskach.