Polska wola mocy

Gdy w przestrzeni publicznej ktoś formułuje opinie mówiące o potędze i sile, może liczyć jedynie na napiętnowanie jako nacjonalista o krwiożerczych zamiarach. Oczywiście dotyczy to tylko „nacjonalistów” z krajów zastraszonych, bo nikt tego rodzaju bzdurnych zarzutów nie formułuje, gdy „wielkość” swoich państw postulują przywódcy lub politycy np. Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii.

Nic dziwnego zatem, że władze krajów słabych nie potrafią formułować swoich zamierzeń i wizji w takich kategoriach, jak dążenie do rozwoju, potęgi, umocnienia własnej pozycji. Nie chodzi wcale o plany ekspansji zewnętrznej – owszem, skłaniające do ostrożności, bo wszelkich konfliktów narodowościowych było w historii aż nadto i już ich wystarczy – lecz o cele i zamiary dotyczące polityki wewnętrznej. Elity władzy takich krajów jak Polska nie prezentują obywatelom żadnych pomysłów, które zawierałyby obietnice „wielkości” – nie żadnej „Wielkiej Polski”, lecz sukcesów i znaczącego dorobku w sferze kultury, w nauce, gospodarce, rozwoju technologii itp. Przestraszeni własnego cienia, mają na ustach jedynie „mały realizm”. Zbudujemy 78,7 km nowych dróg, stopniowo zmodernizujemy to czy tamto, stworzymy warunki do rozpoczęcia siedmiu lub dwunastu inwestycji, wszystko to etapami, do roku 2050, wedle rozpiski ze 148 załącznika do rządowej strategii w sprawie XYZ. Kto chce mało, otrzymuje jeszcze mniej, tyle co nic.

Nie ma przy tym nic do rzeczy obiektywnie kiepska sytuacja wyjściowa. Oczywiście Polska rozpoczynała start z pozycji nienajlepszej, dysponując ograniczonymi zasobami aktywów zarówno materialnych, jak i ludzkich czy kulturowo-symbolicznych. Byliśmy jednak – i jesteśmy nadal – w sytuacji o niebo lepszej niż nasi przodkowie, którzy po ponad stuletniej epoce zaborów stworzyli zręby nowoczesnego państwa, zbudowali port w Gdyni i Centralny Okręg Przemysłowy itp. A my dzisiaj nie jesteśmy w stanie wymienić rozlatującego się taboru państwowych kolei czy sfinansować małomiasteczkowych oczyszczalni ścieków bez żebraniny, zwanej aplikowaniem o brukselskie dotacje.

Różnica między nami a nimi jest taka, że wówczas istniała zupełnie inna atmosfera zbiorowych wysiłków. Owszem, czasem naznaczona megalomanią, innym razem propagandowymi sztuczkami, jeszcze kiedy indziej składanymi na wyrost obietnicami „szklanych domów”, ale potrafiąca zogniskować społeczną energię i wysiłek w konkretnych, wielkich czynach. Była to atmosfera twórczego mitu budowy Polski potężnej i lepszej. Dziś natomiast dominuje atmosfera przepraszania za to, że w ogóle żyjemy.

Obecne realia nie wytrzymują porównania nie tylko z II RP, ale nawet – przy wszelkich obiekcjach wobec tamtych czasów i ich głównych aktorów – z powojenną odbudową kraju przez komunistów. Czego byśmy nie powiedzieli o słabościach punktu wyjścia w roku 1989, bilans minionych dwóch dekad wypada nędznie również w zestawieniu z tym, co dokonało się w krajach o wiele słabszych lub mniejszych na różnych etapach ich dziejów. Sto lat temu Szwecja była postrzegana jako zapyziały kraj pijaków, leni i bezmyślnych awanturników, by po kilku dekadach dołączyć do światowej czołówki. Ten sam dystans przebyła Finlandia, jeszcze w połowie XX wieku zupełnie marginalne państewko drwali i mleczarek, dziś jeden z najbardziej rozwiniętych regionów świata i liderów w dziedzinie nowoczesnych technologii. A czym była Turcja, gdy Mustafa Kemal Pasza rozpoczynał tam proces modernizacji i tworzenia regionalnej potęgi? Ba, przecież współczesne polskie dokonania dwóch dekad wypadają blado nawet na tle operetkowego reżimu pułkownika Kaddafiego w Libii, który w ciągu 20-30 lat odmienił nie do poznania afrykański kraik beduinów, przekształcając go w państwo nowoczesne – zwłaszcza na tle realiów kontynentu. Że Libia miała ropę naftową? A czy Polska nie ma w porównaniu z Libią żadnych atutów, jeśli nie surowcowych, to innych, jak potencjał demograficzny, poziom wykształcenia ludności, położenie geograficzne itd.?

A przecież obywatele i elity żadnego ze wspomnianych krajów nie składali się z samych idealnych herosów – o ich „wadach narodowych” można by napisać litanię nie krótszą niż te, w których wylewane są żale pod adresem Polaków, nierzadko jak najbardziej słusznie. Wszystkie te projekty – i wiele innych, wszak to nieliczne przykłady – zawdzięczają sukces różnym metodom i strategiom, ale wspólne jest to, że bazowały na ideologiach i wizjach silnie nacechowanych poczuciem własnej godności i wiarą w to, że „my możemy, my potrafimy, my damy radę”. Czy Polacy – których wielu wad mam aż nazbyt dużą świadomość – są jakoś „genetycznie” znacząco gorsi? Jak to się dzieje, że wielu z nas, potrafiąc w kraju tylko narzekać i utwierdzać się w przekonaniu, że „nic się nie da zrobić”, okazuje się na emigracji solidnymi pracownikami, znakomitymi naukowcami, ludźmi porywającymi się na znacznie więcej, niż odważyliby się dokonać tutaj? Oczywiście wielkie znaczenie mają zagraniczne realia instytucjonalne, ale także atmosfera, w jakiej zachodzą działania zbiorowe i jednostkowe. Gdy tam dominuje przekaz „możemy wiele”, u nas powszechny jest „nie uda się na pewno”. No i się nie udaje.

To przetrącenie skrzydeł, zanim ktoś w ogóle spróbuje się poderwać do lotu, widać w przeróżnych sferach. To smętny, płaczliwy ton liderów politycznych. To kompleksy i skierowana ku obcym wzorcom czołobitność twórców kultury czy myślicieli. To paraliżujące narzekania „zwykłych ludzi” przy wódce. To nawet język politycznych, wedle własnych deklaracji, radykałów – dziś pogrobowcy orędowników „Wielkiej Polski” potrafią jedynie stękać i kwękać, że prześladuje ich Rusek, Niemiec i Żyd, zaś pogrobowcy tych, którzy śpiewali „Dziś niczym, jutro wszystkim my”, pojękują z cicha i wstydliwie, że są dyskryminowani, że zasłużyli na równe prawa i że proszą o litość, gdyż uginają się pod ciężarem wyzysku. Dziś niczym, jutro niczym wy.?.?.

Przypominamy trzy archiwalne teksty spod znaku „polskiej woli mocy” – takie, które odrzucają płaczliwe biadolenie i wzywają do wielkich czynów w wymiarze zbiorowym i jednostkowym. Celowo wybraliśmy takie, których nie da się obłożyć wspomnianymi na wstępie klątwami oskarżeń o nacjonalizm. Wielkość Polski i wielkość Polaków były postulatami myślicieli nie tylko odległych od nacjonalizmu o lata świetlne, ale i znanych jako zaciekli krytycy polskich środowisk nacjonalistycznych, a nawet sztampowo pojmowanej „tradycji narodowej”.

Pierwszy z prezentowanych tekstów to swoista deklaracja ideowa autorstwa Adama Skwarczyńskiego (1886-1934), początkowo działacza Polskiej Partii Socjalistycznej, później Legionisty, w niepodległej Polsce związanego ze środowiskami lewicującej inteligencji, a następnie jednego z czołowych ideologów obozu sanacji (obszernie prezentowałem postać Skwarczyńskiego w „Obywatelu” nr 47). Napisany w roku 1924, w dziesięciolecie powstania Legionów, jest chyba najbardziej dobitnym manifestem tego, co określa się jako polską „filozofię czynu”. Wskazuje, jak wielką rolę w dziejach mogą odegrać wola, determinacja i zapał – i choć bez wątpienia jest to nieco zmitologizowany obraz zjawiska, znakomicie oddaje on atmosferę, w której takie mity powstają, stając się następnie jej ważnym, wzmacniającym elementem.

Kolejny z prezentowanych tekstów to fragmenty słynnej „Legendy Młodej Polski” (ukończonej w roku 1909) autorstwa Stanisława Brzozowskiego (1878-1911). Autor, całe życie związany z lewicą, przeszedł drogę od stosunkowo ortodoksyjnego marksizmu do własnej „filo­zofii pracy”. Zsyntetyzował w niej – mówiąc w uproszczeniu – przekonanie, że praca ludzka jest wartością najwyższą, stwarzając świat kulturowy i wyzwalając ze świata przyrody, z wpływami syndykalizmu (klasa robotnicza jako główny czynnik sprawczy procesów dziejowych, w dodatku nieskażony burżuazyjną „zniewieściałością”) i akcentowaniem interesów wspólnoty narodowej. Zaowocowało to dogłębną, bezpardonową krytyką zastanej kultury polskiej („Polska zdziecinniała”), ale zarazem wezwaniem do wytężonych, pozbawionych zapatrzenia w obce wzorce wysiłków na rzecz stworzenia jej nowej, wyższej, znakomitej formy. Brzozowski mocno jak chyba nikt inny wzywał Polaków do czynu, do pracy, do przezwyciężenia uwarunkowanej historycznie gnuśności i apatii.

Ostatni z przypominanych tekstów wyszedł spod pióra wybitnego naukowca, znakomitego działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859-1941). Pisany w okolicach rewolucji 1905, w ramach cyklu skierowanego do młodzieży o poglądach prospołecznych, różni się od dwóch przypomnianych tu tekstów tym, że odwołuje się nie do zbiorowości i jej wspólnych poczynań, lecz do jednostek. Na tej właśnie płaszczyźnie akcentuje Krzywicki „moc” człowieczą, potrzebę jej kształtowania, nieulegania bierności i minimalizmowi. Tekst ów, stanowiący część cyklu, razem z innymi składał się na swoisty elementarz moralny przyszłych bojowników spraw wielkich i szlachetnych, wzywał młodzież do pracy nad sobą, przekonywał, że należy śmiało zmierzać ku wielkim celom, wbrew rozmaitym rodzajom malkontenctwa i „realizmu”.

Wszystkie prezentowane materiały – wybrane ze znacznie większych zasobów tego rodzaju – mają mimo różnic cechujących autorów, a nawet sam moment i intencje powstania, ten wspólny element, że akcentują czynnik wolnej woli oraz wartość jej swoistej koncentracji. Pisane w czasach trudniejszych niż dzisiejsze, w czasach, gdy można było wskazać wiele czynników usprawiedliwiających przekonanie, iż „tak być musi” czy „nic zrobić się nie da”, nie poddawały się takim nastrojom. Wręcz przeciwnie – dobitnie podkreślały, że to człowiek stwarza swój świat oraz świat społeczny, że mimo różnych ograniczeń bardzo wiele zależy od nas samych, od tego, w jakim stopniu będziemy potrafili świadomie oddziaływać na realia jako jednostki i członkowie wspólnot.

Dziś niczym, jutro wszystkim my?

To nie tak musiało być

„Głupi ludzie wierzą w głupie bzdury, mądrzy ludzie wierzą w mądre bzdury” – śpiewał przed laty zespół Dezerter. Jedną z bzdur, w które wierzą ludzie nierzadko mądrzy i porządni, jest fatalistyczne przekonanie, że po zakończeniu II wojny światowej alternatywą wobec komunizmu było w Polsce wyłącznie odtworzenie przedwojennych porządków.

Tego rodzaju pogląd jest wyrażany nierzadko przez osoby dalekie od sympatii wobec komunizmu, a posiadające poglądy prospołeczne. W ich mniemaniu, PRL był niedoskonałą, lecz jakąś w ogóle realizacją ideałów socjalnych i emancypacyjnych, które w przeciwnym razie nie zostałyby nawet podjęte. Alternatywą wobec tej ułomnej modernizacji Polski – przekonują oni – byłoby odtworzenie realiów II RP, z jej biedą, zacofaniem, masowym wykluczeniem, elitaryzmem. Innymi słowy, z niepodzielną władzą pana, wójta i plebana w ich najgorszych wersjach. Nie szczędzą zatem słów krytyki wobec „komuny”, zwłaszcza tej z okresu „stalinizmu”, lecz twierdzą z pewną rezygnacją, że tak być musiało, że tę cenę warto było zapłacić. Polska gomułkowskich bloków ze ślepymi kuchniami i gierkowskich „mrówkowców” z wielkiej płyty nie jest Polską czworaków i wiejskich chałup, pozbawionych nawet podłóg.

Nie miejsce tu, by rozważać inne aspekty problemu, jak choćby realia geopolityczne i militarne, które zaowocowały tym, że PRL stał się faktem dokonanym. Nie miejsce też na ocenę II RP w kontekście epoki i krajowych realiów. Zamiast tego, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy po wojnie faktycznie nastąpiłby powrót do stosunków społecznych sprzed września 1939 r., gdyby nie międzynarodowy układ sił i wcielenie Polski do sowieckiej strefy wpływów.

Wielu historyków wskazuje, że podczas wojny dokonał się znaczny zwrot nastrojów społecznych „na lewo”. Niekoniecznie w sensie poparcia dla formacji wprost lewicowych, ale jako uznanie dla rozwiązań o charakterze egalitarnym. Natomiast klęska wrześniowa sprawiła, że uświadomiono sobie słabość państwa – nie tylko militarną, ale również ekonomiczną, infrastrukturalną itp. W połączeniu z narastającym wskutek kryzysu gospodarczego już w latach 30. przekonaniem o fiasku liberalizmu gospodarczego – w kierunku „etatyzmu” ewoluowały pod koniec II RP niemal wszystkie istotne siły polityczne – tworzyło to dobry grunt pod dokonanie przeobrażeń prospołecznych. Nie przypadkiem w czasie wojny Polska Partia Socjalistyczna – Wolność, Równość, Niepodległość była jednym z najsilniejszych podziemnych ugrupowań politycznych. Nie przypadkiem drugą pod względem liczebności – 160 tysięcy żołnierzy! – formacją militarną ruchu oporu były Bataliony Chłopskie (związane z ruchem ludowym, wówczas już mocno lewicującym). Nie przypadkiem tyle kłopotów komunistom sprawiło po wojnie Polskie Stronnictwo Ludowe z jego programem dalekim od liberalnego kapitalizmu – o którym to programie zresztą wolą nie pamiętać dzisiejsi centroprawicowi budowniczowie kapliczek ku czci Mikołajczyka.

Osobną sprawą są trendy ponadnarodowe. Te zaś po II wojnie światowej były przez kilka dekad takie, że w szeroko pojętym świecie zachodnim wszystkie kraje przeszły forsowną modernizację. Zjawisko to miało tak wielki zasięg, że objęło nawet państwa niedemokratyczne i rządzone przez siły bardzo konserwatywne obyczajowo oraz liberalne lub „nielewicowe” w sferze gospodarki. Gdy wychwalamy gierkowskie blokowiska w zestawieniu z sytuacją mieszkaniową II RP, to warto pamiętać, że nawet Grecja – przed wojną uboga, po niej zaś wiele lat rządzona przez prawicową juntę – była w latach 70. krajem o wiele bardziej nowoczesnymi i z mniejszym rozwarstwieniem społecznym niż 40 lat wcześniej.

A co dopiero powiedzieć o demokratycznych państwach Europy Zachodniej czy o jakimkolwiek kraju skandynawskim! Oczywiście Polski nie byłoby stać na taki „socjal”, na jaki mogła sobie pozwolić Francja czy Niemcy, ale trudno zrozumieć logikę, wedle której nie byłoby jej stać na taki, jaki oferował marnotrawny i przaśny „socjalizm” gomułkowski czy gierkowski. A jeśli wiemy, z jakiego poziomu startowała np. Finlandia w okresie zbliżonym do początków PRL-u – kraj mały, peryferyjny, z niekorzystnym klimatem, wówczas biedny, chłopski, pozbawiony przemysłu – to całkowitą groteską stają się stwierdzenia, że dzięki ubekom i „mężom stanu” pokroju Gomułki i Jaruzelskiego nasza ojczyzna cokolwiek zmodernizowała, nadgoniła czy przeskoczyła.

Oczywiście PRL był faktem, którego nie można odmienić dziś, a zapewne nie było można odmienić nawet w połowie lat 40., jeśli weźmiemy pod uwagę potęgę sowiecką i potraktowanie Polski przez zachodnich „sojuszników”. Nawet jednak gdyby uznać, że PRL był rzeczywiście okresem realizacji ideałów egalitarnych, postępowych i modernizacyjnych – co nie jest wcale pewne nawet w wymiarze stricte ekonomicznym, zostawiając na boku kwestię swobód obywatelskich – to niewiele wspólnego z faktami ma opinia, iż gdyby go nie było, mielibyśmy do czynienia z rzeczywistością znacznie gorszą.

Wszelkie rozważania spod znaku „co by było, gdyby”, obarczone są oczywiście znacznym ryzykiem pomyłki. Sprawdźmy jednak, czego chciały i co deklarowały dwie siły polityczne, które w czasach okupacji miały duże poparcie społeczne. Jak wyobrażały sobie one Polskę po zrzuceniu hitlerowskiego jarzma? Przypominamy dziś dwa dokumenty z lat okupacji, sygnowane przez ruch socjalistyczny i ludowy.

Przede wszystkim jest to „Program Polski Ludowej”, manifest polityczny, poświęcony wizjom kraju po zakończeniu wojny.

Zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu okupacji hitlerowskiej, Zygmunt Zaremba, znany przed wojną socjalista, działacz bliski lewemu skrzydłu PPS, nawiązał jako przedstawiciel konspiracyjnego PPS-WRN kontakty ze Stanisławem Miłkowskim. Ten ostatni był czołowym teoretykiem ruchu ludowego, przed wojną ideologiem i działaczem Związku Młodzieży Wiejskiej RP i Stronnictwa Ludowego, podczas okupacji zaangażował się w prace konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego „Roch” (przewodniczący okręgowego kierownictwa w woj. warszawskim), był też przewodniczącym Komisji Programowej Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego (o Miłkowskim pisałem obszernie w „Obywatelu” nr 45). Z upoważnienia władz obu ugrupowań, Zaremba i Miłkowski postanowili przygotować wspólny program polityczny, umożliwiający stworzenie płaszczyzny porozumienia tych znaczących ugrupowań, reprezentujących klasę robotniczą i chłopów. Wkrótce do współpracy pozyskali również przedstawicieli politycznych inteligencji zawodowej, czyli Stronnictwo Demokratyczne.

Uważali, że wojna i okupacja nie powinny być okresem zawieszenia pracy ideowo-programowej, a wręcz przeciwnie – Polacy powinni nie tylko walczyć o niepodległość, lecz także posiadać wizję przyszłej, nowej Polski. Zaremba w swych wspomnieniach „Wojna i okupacja” pisał: Myśl przewodnia „Programu Polski Ludowej” polegała na związaniu sprawy walki z okupantem o odzyskanie niepodległości z przebudową polityczną i gospodarczą państwa.

Głównym autorem manifestu był Miłkowski, a kolejne spotkania dyskusyjne odbywały się w drugiej połowie roku 1940. Ostateczną wersję dokumentu przygotował zespół w składzie Miłkowski, Zaremba i Teofil Wojeński z SD (podczas okupacji jeden z liderów i twórców struktur podziemnego szkolnictwa), a wedle niektórych także Tadeusz Szturm de Sztrem (wybitny naukowiec – ekonomista i statystyk, związany z Instytutem Gospodarstwa Społecznego, w czasie wojny działacz PPS-WRN, członek Komendy Głównej Gwardii Ludowej, odpowiedzialny za akcje dywersyjne). Całość była gotowa późną jesienią 1940, zaś na początku roku 1941 władze ludowców i socjalistów zatwierdziły ów dokument jako swój oficjalny manifest programowy.

„Program Polski Ludowej” nigdy nie został jednak ogłoszony jako wspólny dla PPS-WRN i SL „Roch”. Z niejasnych do dziś przyczyn taktycznych i/lub personalnych część ludowców doprowadziła do zerwania współpracy z socjalistami (sam Miłkowski był przeciwny tej decyzji). Ci ostatni postanowili jednak opublikować dokument, który – jak stwierdzał Zaremba – został uznany za wyraz dążeń aktualnych PPS. Napisał on wstęp wyjaśniający, iż jest to stanowisko powstałe wspólnym wysiłkiem trzech środowisk, reprezentujących robotników, pracowników umysłowych i chłopów. W sierpniu 1941 r. wydano broszurę w Polsce.

Manifest spotkał się z dużym odzewem. Oddajmy głos Zarembie: Bezpośrednio po ukazaniu się „Programu” w kraju został on w mikrofilmach przesłany do Londynu i ogłoszony w „Robotniku Polskim”. Tuż potem ukazał się w wydaniu broszurowym po polsku i po angielsku z przedmowami Artura Greenwooda, jednego z przywódców Labour Party, i Jana Kwapińskiego. Inne jeszcze wydanie po angielsku ukazało się w Stanach Zjednoczonych. Opublikowanie „Programu Polski Ludowej” w języku angielskim zrobiło ogromne wrażenie w świecie politycznym Zachodu. Miarą tego może służyć wielka ilość odgłosów prasowych, wielokrotne cytowanie i komentowanie „Programu” w różnojęzycznych audycjach radiowych BBC, a może najbardziej fakt rozesłania broszury przy oficjalnym biuletynie prasowym Partii Pracy […] z komentarzem, w którym czytamy: „Siła, wytrwałość i skuteczność walki polskiego podziemnego ruchu z niemieckim najeźdźcą znane są nam i podziwiamy je od dłuższego czasu. Nie wiedzieliśmy jednak, że nie bacząc na rządy terroru […] polskie masy pracujące wsi i miast jednocześnie ze stawianiem oporu Niemcom zastanawiały się nad przyszłością spraw kraju i kreśliły plany Polski, która powstanie po zwycięstwie narodów zjednoczonych. »Program Polski Ludowej« i plan jego wykonania powinny być czytane przez wszystkich członków Partii Pracy”. […] w listopadzie 1942 na posiedzeniu Rady Narodowej w Londynie dwunastu przedstawicieli socjalistów, ludowców i demokratów złożyło wniosek, zalecający rządowi opracowanie projektu ustroju państwa polskiego na zasadzie tekstu „Programu Polski Ludowej”. […] Zapotrzebowanie czytelników na broszurę […] było tak ogromne, że nie wystarczył nawet drugi 10-tysięczny nakład. Trzeba było wypuścić trzecie wydanie, które również rozeszło się w oka mgnieniu po wszystkich zakątkach kraju. PPS-WRN poszła za ciosem, publikując kilka kolejnych broszur z „Materiałami do Programu Polski Ludowej”, szerzej omawiających wybrane kwestie ustrojowe.

Choć ludowcy zawiesili współpracę z socjalistami, nie oznacza to, że porzucili poglądy wyrażone w „PPL”. Wręcz przeciwnie, ich kluczowe deklaracje ideowe zawierały w zasadzie identyczne postulaty. Dokumentuje to przypomniana przez nas czwarta część manifestu „O formę i treść przyszłej Polski”, zatytułowana „O nową treść i formę”. Tekst ten został przygotowany przez Komisję Programową Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego, a sygnowany był przez Stronnictwo Ludowe „Roch” i kolportowany przez jego podziemną siatkę współpracowników. Prawdopodobnie głównym autorem dokumentu był właśnie wspomniany Stanisław Miłkowski. Manifest „O formę i treść przyszłej Polski” ukazał się w czterech częściach, z których pierwszą opublikowano już w sierpniu 1940 r., drugą miesiąc później, trzecią – w kwietniu 1941, zaś ostatnią, przypominaną przez nas, w lipcu 1941 r. (wedle niektórych badaczy, jeden z dokumentów traktuje się jako część piątą, opublikowaną we wrześniu 1941 r.) Publikujemy czwartą część z tego względu, że poprzednie w znacznej mierze poświęcone są rozważaniom natury historycznej i ideowej, ta zaś wypełniona jest społeczno-gospodarczymi „konkretami”, pokazując, jak ruch ludowy wyobrażał sobie Polskę po odzyskaniu niepodległości.

Jak wspomniałem, „gdybanie” bywa jałowe i naraża na ryzyko śmieszności. Przedstawione dokumenty mówią jednak sam za siebie i pokazują taką wizję przeobrażeń społecznych i gospodarczych – autorstwa dwóch znaczących ugrupowań politycznych – która nie ma nic wspólnego z chęcią odtworzenia realiów II RP. A jednocześnie nie ma nic wspólnego z tym, czym okupiona została władza komunistów. Socjaliści i ludowcy rozumieli, że chleb i wolność są jednako ważnymi wartościami i celami.

Historia potoczyła się tak, jak się potoczyła. Dzisiejsi „realiści”, którzy twierdzą, że tak być musiało, nie rozumieją jednak, iż na każdy fakt dokonany przypada inny fakt dokonany. Skoro PRL „musiał być”, to „musiał być” również jego demontaż czy „plan Balcerowicza”; wszystko to było „realne”, „nie miało alternatywy” itd. Jeśli ktoś uznaje, że warte uwagi jest tylko to, co się wydarzyło, bez zwracania uwagi na koszty takiego rozwoju wypadków i na jego wymiar moralny, to nie tylko broni PRL-u, ale też pozbawia się intelektualnego i etycznego oręża, aby obronić go skutecznie.

Pokora wobec faktów i realiów nie powinna usprawiedliwiać tworzenia mitów. W tym takiego, który mówi, że komuniści byli „mniejszym złem” wobec mało realnego powrotu realiów II RP.

Chleb nasz powszedni

Kościół jest instytucją, której cele nie koncentrują się wokół spraw, nazwijmy to, ziemskich. W sensie „technicznym” jest strukturą organizacyjną, w sensie zaś metafizycznym dbać ma o zbawienie obecnych i potencjalnych wiernych. I to właśnie temu zadaniu podporządkowane jest sedno jego aktywności.

Z tego względu próby przykrojenia misji, działań, dogmatyki i przesłania Kościoła do ram programów politycznych, projektów społecznych, a tym bardziej bieżących problemów, są w sferze praktyki chybione, gdyż ich adresat nie tym się zajmuje. Są również nieuczciwe etycznie, gdyż bazują na instrumentalnym, czysto pragmatycznym podejściu, które oznacza po prostu brak szacunku wobec podmiotu takich starań. Niezależnie, czy sojusznikiem Kościoła pragnie zostać prawica, czy do swych celów usiłuje go wykorzystać lewica, są to zazwyczaj próby przejęcia czy podczepienia się pod strukturę stworzoną i przeznaczoną do celów zgoła innych.

Nie sposób jednak abstrahować od dwóch kwestii. Chrześcijaństwo, którego wyrazicielem i głosicielem jest m.in. instytucjonalny Kościół, wpłynęło swoim przesłaniem, zasadami wiary i wskazaniami moralnymi na znaczącą część światowego „etosu” zarówno indywidualnego, jak i publicznego, a w naszym kręgu kulturowym jest jedną z głównych „idei” – nawet w krajach, które dziś są silnie zsekularyzowane, a katolicyzm stanowi w nich religię mniejszościową. Zresztą, samo pojęcie sekularyzacji jest dość zwodnicze, bowiem w skali globu – nie zaś Europy Zachodniej – liczba wiernych wcale nie maleje znacząco. W dodatku, Kościół jest istotnym i czynnym podmiotem życia publicznego, a jego głos w kwestiach wykraczających poza wąsko i dosłownie pojmowaną sferę wiary pozostaje wciąż duży – w krajach takich jak Polska nierzadko wręcz kluczowy. Nie jest zatem obojętne – niezależnie, czy spoglądamy na problem z pozycji ludzi wierzących i związanych z Kościołem, czy też jako adepci innego wyznania, ateiści (bądź agnostycy) lub wręcz krytycy owej instytucji – to, jakie stanowisko w sprawach „przyziemnych” zajmuje hierarchia lub szeregowi wierni.

Jak wspomniałem, nieuczciwa bywa często postawa nacechowana próbami przeciągania Kościoła na swoją stronę, podpierania się nim w kwestiach „ziemskich” czy uprawomocniania własnych idei za pomocą udawania, iż jest się osobistym przyjacielem i powiernikiem Pana Boga. Jest to również nieco jałowe, gdyż o ile w kwestii wiary czy w bezpośrednio związanej z nią i dającej się jasno ująć sferze moralności Kościół zajmuje wyraźne stanowisko (przykładowo, bezwarunkowo potępia zdradę małżonka), o tyle w sprawach społecznych czy politycznych nie sposób precyzyjnie powiedzieć, jakie ono jest. Jeśli papież czy pomniejsi hierarchowie zalecają dbać o godność każdego człowieka, to jednak istnieje całe mnóstwo dylematów, w przypadku których owo wezwanie nie przekłada się na jasno zdefiniowany konkret.

Nie wiemy zatem na przykład, czy Kościół sądzi, iż kobieta powracająca do pracy po urlopie macierzyńskim powinna być w każdym kraju, ustroju politycznym i rodzaju działalności gospodarczej przyjęta na wcześniej zajmowane stanowisko, czy też pracodawca może z jakiegoś powodu odmówić jej tego prawa i wysłać na bezrobocie. To, co nosi nazwę „katolickiej nauki społecznej” zawiera wiele wskazań i opinii, ale niekoniecznie precyzyjnych na poziomie szczegółowych rozwiązań. Nie ma powodu, by formułować z tego tytułu jakieś pretensje. Skoro nie oczekujemy od związków zawodowych, że będą dbały o zbawienie naszych dusz, tak samo nie powinniśmy zakładać, iż papież prześle każdemu z krajów mniej lub bardziej katolickich drobiazgowe uwagi do projektu Kodeksu Pracy.

Co więcej, ukierunkowanie aktywności Kościoła na kwestie „nieziemskie”, sprawia, iż jest on instytucją funkcjonującą poza, a raczej ponad wieloma podziałami związanymi ze społeczną aktywnością człowieka. Skutkuje to istnieniem w łonie Kościoła przeróżnych środowisk ideowych – o ile katolicy mają moralny obowiązek sprzeciwiać się np. aborcji, o tyle ich duchowi przywódcy nie wymagają od nich popierania podatku progresywnego czy liniowego. A zatem pełnoprawnymi wiernymi są zarówno katoliccy liberałowie, jak i osoby przekonane, że zamożni powinni płacić wyższe podatki, aby państwo mogło sfinansować choćby egalitarny dostęp do edukacji czy lecznictwa. Z tego to powodu nie sposób w wielu przypadkach powiedzieć, czy Kościół jest naszym sojusznikiem, czy też przeciwnikiem na płaszczyźnie projektów i inicjatyw społecznych. Nie wiemy tego także my, prezentując na łamach „Obywatela” różne pomysły, inicjatywy, opinie i stanowiska.

Mamy natomiast coraz częściej do czynienia z próbami uprawomocnienia autorytetem Kościoła takich przedsięwzięć ze sfery idei i praktyki, które w naszym przekonaniu są społecznie szkodliwe. Mam na myśli aktywność środowisk opowiadających się za daleko idącym liberalizmem gospodarczym. Dawniej, na przykład w XIX wieku, ideologia liberalizmu gospodarczego była podpierana głównie argumentami rzekomo naukowymi (jakoby taki system był „obiektywnie słuszny” i najkorzystniejszy społecznie) lub bazowała na etyce „zdroworozsądkowej” (każdy ma prawo np. tak rozporządzać swoją własnością, jak mu się podoba, gdyż to przecież właśnie jego własność, nie zaś cudza). Natomiast dziś znacząca część środowisk wolnorynkowych, ze szczególnym uwzględnieniem tych najbardziej skrajnych, odwołuje się właśnie do chrześcijaństwa i katolicyzmu, twierdząc, iż Biblia, Ojcowie Kościoła, papieże itd., uznawali gospodarkę rynkową w jej jak najmniej regulowanej postaci za optymalną, sprawiedliwą, godną i jedynie słuszną.

Ten mariaż wartości katolickich (lub tylko chrześcijańskich) z agresywną promocją liberalizmu gospodarczego widać szczególnie mocno w anglosaskim neokonserwatyzmie, który w ostatnich dekadach w wielu częściach świata przetoczył się jak walec po innych ideologiach społeczno-gospodarczych. W Polsce zdobył wielkie wpływy intelektualne w środowiskach prawicy i w mediach katolickich, jak również w polityce gospodarczej. Liberałom „bezbożnym”, czyli laickim, jak Leszek Balcerowicz czy środowisko „Gazety Wyborczej”, sekundują liberałowie „pobożni”, jak posłowie AWS-u i PiS-u lub związani wprost z Kościołem, np. publicyści poczytnego katolickiego tygodnika „Gość Niedzielny”.

Nie odmawiamy komukolwiek, a więc i katolikom, prawa do posiadania poglądów liberalnych w sferze gospodarczej. Natomiast sprzeciwiamy się fałszywej wykładni czy choćby próbie stworzenia wrażenia, iż stanowisko takie jest jedynym uprawnionym na gruncie katolicyzmu. To po pierwsze nieuczciwe, bo jak wspomniałem – nie istnieje żadne szczegółowe stanowisko Kościoła w sferze rozwiązań gospodarczych. Po drugie – jest to oczywisty fałsz, gdyż równie uprawnione i często spotykane na gruncie katolicyzmu są postawy znacznie bardziej „socjalne”, krytyczne wobec przekonania, iż nieskrępowany wolny rynek to system optymalny i sprawiedliwy, że etyka kapitalizmu idealnie współgra z etyką katolicyzmu.

Dlatego w niniejszej odsłonie „Naszych Tradycji” prezentujemy trzy teksty, które prezentują stanowisko odmienne. Tym razem zresztą nagłówek „nasze tradycje” należy wziąć w cudzysłów i nie traktować go dosłownie, gdyż zamieszczone obok teksty odwołują się w 2/3 nie tyle do tradycji „obywatelskich”, ile do takich, które na płaszczyźnie pozagospodarczej bliższe są właśnie wielu wolnorynkowym katolikom. Autorzy dwóch z nich – Stefan Wyszyński i Wojciech Zaleski – są z punktu widzenia linii programowej „Obywatela” raczej sojusznikiem incydentalnym niż bliskim całokształtowi tych tradycji, do których zazwyczaj się odwołujemy. W przypadku pierwszego pozostajemy bowiem sceptyczni m.in. w kwestii jego ostrożnej i dwuznacznej postawy wobec „Solidarności” z lat 1980-81. Drugi z kolei nie wpisuje się w „obywatelski” etos ze względu na swoją przedwojenną przynależność polityczną.

Pierwszego z autorów nie trzeba właściwie przedstawiać, bo postać „Prymasa Tysiąclecia” jest dobrze znana. Może z tym drobnym, a znaczącym w kontekście prezentowanego tekstu wyjątkiem, że mało kto pamięta, iż kardynał Wyszyński był w młodości nie tylko pasjonatem tzw. katolicyzmu społecznego, ale także liderem Chrześcijańskiego Uniwersytetu Robotniczego we Włocławku oraz duszpasterzem Chrześcijańskich Związków Zawodowych. Ciekawe są też losy prezentowanego tekstu. Choć ze względu na PRL-owską cenzurę ukazał się on dopiero w III RP, to powstał w okresie II wojny światowej, prawdopodobnie w roku 1942. Na tak gruntowną krytykę kapitalizmu ks. Wyszyński zdobył się zatem w sytuacji, gdy Polska była okupowana przez totalitarny hitleryzm, a od Wschodu zagrażał jej totalizm komunistyczny, a więc „normalne” realia kapitalistyczne nie stanowiły wówczas ani bieżącego problemu, ani też kluczowego zagrożenia. Tekstu kardynała Wyszyńskiego nie trzeba komentować, gdyż jego wymowa jest jasna, a zawarte w nim sformułowania wprost wymierzone w wiele poglądów, czy raczej dogmatów liberalizmu gospodarczego.

Drugi z autorów jest znacznie mniej znany, a właściwie niemal zupełnie zapomniany. Wojciech Zaleski (1906-61) był przed wojną działaczem nacjonalistycznym, jednym z ekspertów ekonomicznych Stronnictwa Narodowego. Później należał do założycieli Obozu Narodowo-Radykalnego, wiążąc się z mniej totalistyczną jego „frakcją”, ONR-ABC. Napisał wówczas głośną w ruchu narodowym książkę „Polska bez proletariatu”, w której koncepcjom kapitalistycznym i komunistycznym przeciwstawiał „trzecią drogę” w postaci ustroju bazującego na rozpowszechnionej drobnej własności środków produkcji, tak aby każdy był nie wyzyskiwaczem innych lub nie wyzyskiwanym przez kogoś, lecz właścicielem lub współwłaścicielem swego warsztatu pracy. W czasie wojny Zaleski związał się z podziemną Konfederacją Narodu, zaś po wkroczeniu Sowietów uciekł za granicę. Przebywał m.in. we Francji, pracując jako ekspert instytucji zajmujących się wdrażaniem Planu Marshalla. Na emigracji współpracował z polskimi środowiskami chadeckimi.

Prezentowany tekst pochodzi właśnie z okresu powojennego. Jest ciekawy nie tylko dlatego, że prezentuje antyliberalne oblicze katolicyzmu i chrześcijańskiej myśli społecznej, ale także z uwagi na konkretne zawarte tam wizje i postulaty. Zaleski po pierwsze broni związków zawodowych, lecz nie tylko w roli obrońcy świata pracy. Idzie krok dalej i postuluje ich rolę jako czynnika współzarządzającego w imieniu pracowników zakładem pracy oraz dążącego do upowszechnienia współwłasności pracowniczej zamiast indywidualnej własności kapitalistycznej. Po drugie zaś, ten prawicowy ekonomista pozytywnie wypowiada się o czymś, co dla wszelkiej maści liberałów stanowi dowód sympatii komunistycznych, mianowicie o planowaniu gospodarczym. Oczywiście Zaleski nie wychwala „centralnego planowania” w stylu sowieckim – nb. warto pamiętać, że ekonomiczne absurdy „realnego socjalizmu” skutecznie na wiele lat skompromitowały samą ideę planowania gospodarczego, podobnie jak wiele innych godnych uwagi – lecz aktywną, szeroko zakrojoną politykę inwestycyjną państwa i instytucji publicznych. Byłoby to zapewne – sam autor nie podaje konkretów – planowanie znane w Polsce choćby z okresu międzywojnia, gdy sanacyjny etatyzm gospodarczy doprowadził do powstania Centralnego Okręgu Przemysłowego, a więc inwestycji, dzięki której ubogie i zacofane regiony kraju przeżyły prawdziwy skok cywilizacyjny (gdy efektem dotychczasowej gospodarki wolnorynkowej był tamże jedynie przydomowy wypas gęsi). Ten właśnie aspekt jest szczególnie wart uwagi w artykule osoby, której tyleż poglądy, co i biografia nie pozwalają podejrzewać o najmniejsze sympatie komunistyczne.

Trzeci z prezentowanych tekstów jest autorstwa księdza Jana Zieji, znanego, wręcz legendarnego kapłana-społecznika (jego sylwetkę obszernie prezentowaliśmy w nr 45). Choć z dorobku tego właśnie autora spośród całej trójki najłatwiej byłoby wybrać tyrady przeciwko liberalnym koncepcjom gospodarczym i kapitalizmowi, to celowo sięgnęliśmy po tekst odnoszący się do owego problemu z nieco innego stanowiska, mianowicie ewangeliczno-moralnego. Środowiska liberalno-katolickie chętnie sięgają po argumentację, jakoby wolny rynek był ekonomicznie sprawiedliwy oraz moralnie jeśli nie idealny, to przynajmniej neutralny. Przekonują oni, że ci, którzy na owym rynku sobie nie radzą, zazwyczaj „sami są winni”, gdyż brakuje im chęci, woli, pracowitości itp. Za wzniosłymi hasłami religijnymi skrywany jest tu nierzadko – i nie zawsze starannie – egoizm typowy dla ideologii liberalnej. Egoizm przejawiający się brakiem zainteresowania nie tylko społecznymi skutkami operacji gospodarczych, ale także przyczynami indywidualnych niepowodzeń. Ksiądz Zieja tymczasem wskazuje, że moralnym obowiązkiem katolika – ponad podziałami tyczącymi się poglądów na różne kwestie, w tym i gospodarcze – jest dogłębne zainteresowanie losem bliźniego, przyczynami jego problemów czy wręcz upadku. Warto tego rodzaju „kurację” polecić wolnorynkowym katolikom, którzy potrafią się niemal do łez rozczulać nad „ciemiężonymi” milionerami – płatnikami „horrendalnych” podatków, natomiast dla ludzi z dołu drabiny społecznej mają nierzadko w najlepszym razie obojętność i lekceważenie, w najgorszym zaś – z trudem skrywaną pogardę.

Była taka lewica

W Polsce niewiele jest słów równie zużytych i obrosłych tyloma negatywnymi skojarzeniami, jak „lewica”. To największa „zdobycz” PRL-u – zohydzenie lewicowości nawet tym, którzy mają poglądy prospołeczne. Widać to w badaniach opinii publicznej, w których Polacy deklarują wartości nierzadko znacznie bardziej egalitarne i „socjalne” niż mieszkańcy Francji czy Szwecji, a później wybory wygrywa któraś z prawic albo liberałowie pobożni lub bezbożni. Głosowanie na lewicę to „obciach”, bo jedyną znaną lewicą są postkomuniści. A oni są jedyną lewicą właśnie dlatego, że w Polsce – jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus – „ktoś splugawił słowa: czyn, walka i towarzysz”.

Swoje zrobili nie tylko postkomuniści. Ilekroć po roku 1989 próbowano w Polsce tworzyć lewicową alternatywę zarówno wobec prawicy i liberałów, jak i wobec SLD, niemal tyle samo razy jakieś złe duchy podszeptywały uwikłanie się w to wszystko, co po „komunie” Polaków słusznie razi i odstręcza. Bądź to jako kalka frazeologii i symboliki PRL-u – hurrarewolucjonizm, epatowanie Guevarą i Castro, slogany o walce klas; bądź jako małpowanie obyczajowych ekscesów zachodniej Nowej Lewicy. Wszystko to sprawiało, że w Polsce jedyną lewicą było SLD, a kolejne wydarzenia tylko potwierdzają tę hegemonię. Weźmy wyniki kilku ostatnich wyborów, w których z kretesem przegrali zarówno komiczni naśladowcy Chaveza i Trockiego z Polskiej Partii Pracy, jak i te ugrupowania i frakcje – Zieloni 2004, SdPl, „olejniczakowe” skrzydło SLD – które wspierane były przez, pożal się Boże, „myślicieli”, „strategów” i „odnowicieli lewicy” z „Krytyki Politycznej”.

Wieloletni monopol SLD na lewicowość skutkuje natomiast sentymentem za jakąś lepszą, szlachetną lewicą. Wyraża się to w dość już nudnym i przewidywalnym przywoływaniu etosu przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej. Bez wątpienia do tradycji i etosu PPS warto sięgać. Ale trzeba sobie powiedzieć wprost, że takie odwołania nie znaczą właściwie nic, jeśli czynią to z jednej strony marginalne przybudówki SLD, z drugiej zaś salonowa, powiązana towarzysko i finansowo z liberalnym establishmentem grupka politycznych kombinatorów. Ów „etos pepeesowski” staje się szmatą, w którą można wytrzeć dowolną gębę, bez znaczenia i bez konsekwencji. Ot, coś w stylu Papieża-Polaka, którego uwielbiali „absolutnie wszyscy”, od Kwaśniewskiego i Oleksego, przez Tuska i Gronkiewicz-Waltz, na Jurku i Łopuszańskim kończąc.

Z etosem PPS-u niemal nikt nie mierzy się na serio, gdyż ma się on nijak do dzisiejszych popularnych postaw. I to bynajmniej nie tylko ze względów polityczno-programowych, wśród których dominowały konsekwentne postulaty socjalne, przy braku większego zainteresowania lewicową „obyczajówką” i podkreślaniu niechęci wobec komunistów. Etos ten zawierał coś znacznie ważniejszego, mianowicie oryginalność światopoglądową, apoteozę swobody dyskusji oraz osobistą niezłomność i odwagę. Ugrupowań, które głosiły radykalne hasła socjalne, było wiele. W PPS-ie kluczowe było jednak to, kto, jak, dlaczego i w jakiej atmosferze je podnosił.

Jeśli dziś ten etos staje się pożywką nieudolnych graczy z obrzeży SLD lub – dla odmiany – sprawnych cwaniaków z „lewego skrzydła” „Gazety Wyborczej”, to trzeba wskazać na pewien zapomniany rys owej postawy i światopoglądu. Otóż socjalizm PPS-owski nie był ani częścią światowego nurtu marksowskiego (choć nieco zeń zaczerpnął), ani technokratyczną strategią polityczną (tu cel nie uświęcał środków), ani zestawem komunałów, którymi salonowi karierowicze uspokajają własne sumienia lub podbudowują personalną karierę. Ta doktryna i zarazem system etyczny wyrastały z polskich realiów (geo)politycznych (bliższy był PPS-owcom mit powstania styczniowego niż Komuny Paryskiej), z polskich poszukiwań ideowych (ważniejszy był tu Abramowski niż Lenin) i z tego aspektu „kultury narodowej”, który sprawiał, że Polacy niechętni są skrajnościom, a zwłaszcza rozmaitym totalizmom i towarzyszącym im postawom (zadekretowana jednomyślność, ortodoksja, dogmatyzm).

Polski socjalistyczny duch tchnął, kędy chciał, bez oglądania się na „jedyne słuszne drogi”, „dziejowe konieczności”, „obiektywne racje” i paryskie czy berlińskie mody, nie węszono tu „odszczepieńców”, „kryptoprawicowców” itp. I jeśli etos ten miałby się odrodzić, to nie tyle jako kalka postulatów socjalnych sprzed 70 lat, nie jako wymachiwanie „historycznym sztandarem”, nie jako szlachetna otoczka maskująca spryciarski cynizm. Musiałaby się odrodzić nie forma, lecz duch.
Dziś prezentujemy próbkę takich poglądów i postaw, które budowały ów etos polskiego socjalizmu. Są to teksty wyszukane bez większego wysiłku, nieomal na chybił-trafił spośród bardzo wielu podobnych.

Pierwszy jest autorstwa Adama Pragiera (1886-1976). Autor to działacz socjalistyczny od roku 1904, żołnierz Legionów, doktor habilitowany – specjalista od kwestii budżetowych samorządu terytorialnego, członek najwyższych władz PPS, poseł na Sejm w latach 1922-30, więzień twierdzy brzeskiej, po wybuchu wojny na emigracji, minister w londyńskich rządach Arciszewskiego i Komorowskiego. Niezłomny socjalista i demokrata, nigdy nie uznał władz PRL-u, nie aprobował żadnej formy zamordyzmu wewnętrznego oraz poddaństwa zewnętrznego, uważał, że socjalizm i demokracja to wartości nierozdzielne, że nie ma chleba bez wolności i vice versa. Prezentowany artykuł odwołuje się do korzeni myśli socjalistycznej, wskazując na stanowisko Karola Marksa wobec niepodległości Polski i innych narodów. Pragier wykazuje, że powoływanie się władców ZSRR oraz ich polskich i zachodnich popleczników na dorobek Marksa, jest uzurpacją z wielu względów, w tym także z uwagi na stosunek do kwestii narodowościowych. Autor akcentuje ten aspekt różnych nurtów socjalizmu, który zasadza się na niezgodzie wobec polityki „Imperiów”, mających jakoby prawo niewolić inne, mniejsze i słabsze narody. Ucisk narodowy jest godny potępienia nie mniej niż ucisk klasowy.

Kolejnym autorem jest Bronisław Siwik (1876-1933). Działacz socjalistyczny również od roku 1904, organizator nielegalnych struktur w Zagłębiu Dąbrowskim, zesłany na trzy lata w głąb Rosji. W czasie rewolucji październikowej przebywał w Sankt Petersburgu, gdzie stał się bardzo ostrym krytykiem bolszewików i ich rządów oraz całego internacjonalistycznego i marksowskiego nurtu w ruchu socjalistycznym. Po wojnie urzędnik Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, pełnił też funkcję dyrektora warszawskiego ZUS-u, radny Warszawy, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, płodny publicysta prasy socjalistycznej. Bardzo zasłużony działacz spółdzielczości spożywców, prezes Rady Nadzorczej Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych, jednak od początku pozostawał niechętny wobec dokonanego przez PPS i komunistów rozłamu w ruchu spółdzielczym – z tego też względu był jednym z inicjatorów zjednoczenia „klasowego” ZRSS z „neutralną” spółdzielczością spożywców, w efekcie czego w 1925 r. powstał potężny Związek Spółdzielni Spożywców RP. Choć u schyłku życia pożegnał się z PPS-em (wskutek różnicy w ocenach J. Piłsudskiego), to jednak cały jego dorobek intelektualny i organizacyjny wpisuje się w tradycje polskiego socjalizmu.

Siwik to także jeden najmniej znanych kontynuatorów myśli Edwarda Abramowskiego. Prezentowany tu tekst zawiera główne założenia systemu etycznego tamtego myśliciela. Siwik powtarza za Abramowskim, że nie ma drogi na skróty – przemiany polityczne musi poprzedzić przemiana ludzkich sumień, systemów wartości, postaw itp. Rzeczywistości nie przeobrazi na lepsze ani rewolucja, ani manipulacje i polityczne gierki, cel nie uświęci środków. Lepszy świat powstanie natomiast wskutek mozolnej, mało widowiskowej, lecz niezbędnej pracy, w toku której reformowane będą zarazem ludzkie dusze, jak i instytucje społeczne, krok po kroku, dzień za dniem, bez fajerwerków, ale także bez miraży i samooszukiwania się, że można ten etap przeskoczyć, że raj na ziemi jest tuż za rogiem i wystarczy przejąć władzę lub obsadzić „swoimi ludźmi” kluczowe instytucje. Artykuł Siwika pokazuje, jak daleko idee współtworzące etos PPS-owski odbiegały od socjalistycznej sztampy, nie tylko reprezentowanej przez nurt rewolucyjny, ale także od wszelkich tych odmian, które ślepo zawierzyły marksowskiej tezie o prymacie „bazy” nad „nadbudową” i o niemalże mechanicznym charakterze dziejowych przeobrażeń.

Trzeci z prezentowanych tekstów to głos Zygmunta Żuławskiego (1880-1949). Również on rozpoczął działalność socjalistyczną w roku 1904. Przez całe międzywojnie członek najwyższych władz PPS oraz lider Komisji Centralnej Związków Zawodowych – jednej z najpotężniejszych organizacji robotniczych w II RP. W latach 1919-1935 poseł na Sejm. Od roku 1936 ciężko chory, nie zaprzestał jednak działalności publicznej. Po wybuchu II wojny światowej ukrywał się przed hitlerowcami, nie uznał decyzji o rozwiązaniu PPS i przekształceniu jej w dostosowaną do realiów wojennych strukturę PPS – Wolność, Równość, Niepodległość. Krakowska organizacja PPS, której przewodził, zachowała niezależność, sam Żuławski współpracował z ludowcami i Polskimi Socjalistami. W roku 1943 powrócił do partii, a po zakończeniu wojny opowiadał się za zaprzestaniem działalności konspiracyjnej oraz za zjednoczeniem podziemnych struktur socjalistów z reaktywowaną na mocy decyzji komunistów „lubelską” PPS. Żuławski łagodził spory między socjalistami „londyńskimi” a „moskiewskimi”, wierząc, że z jednej strony nie było wówczas alternatywy geopolitycznej dla sojuszu z ZSRR, z drugiej zaś, że mimo to istnieją szanse na zachowanie w Polsce demokracji i niezależności ruchu socjalistycznego. Dopiero narastający terror i infiltracja PPS przez komunistów sprawiły, że zmienił stanowisko. Po wystąpieniu z PPS, został posłem z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Jego postawa z lat wojny i po jej zakończeniu była nacechowana daleko posuniętą naiwnością w kwestii polityki komunistów i ZSRR. Dostrzegł to jednak pod koniec życia, a prezentowane tu ostatnie przemówienie sejmowe posła Żuławskiego wpisuje się w PPS-owski etos, w którym kluczowe miejsce zajmuje demokracja i swobody obywatelskie. Na uwagę zasługuje oczywiście także główny temat wystąpienia – dobitna krytyka komunistów za przedkładanie wydatków na zbrojenia i „bezpieczeństwo wewnętrzne” (czyli de facto terror wobec opozycji) nad cele socjalne, które każda autentycznie lewicowa władza powinna finansować w pierwszej kolejności, zwłaszcza w kraju wyniszczonym wojną i okupacją. Ten aspekt wywodów Żuławskiego trafnie obnaża mit „prospołecznych” rządów komunistów. Samo przemówienie to także oczywiście przejaw nonkonformizmu wobec możnych i silnych ówczesnej epoki, nacechowanego całkowitym brakiem „pragmatyzmu” i „realizmu”.

Gdyby ktoś podejrzewał, że należy poważnie traktować dzisiejsze odwołania do tradycji PPS-u, formułowane przez grupki powiązane z postkomunistami, albo – dla odmiany – przez niedawnych partyjnych kolegów Balcerowicza lub współpracowników koncernu Agora S.A., to powyższe teksty powinny pozbawić go złudzeń.

Demokratyczne korzenie państwa opiekuńczego

W różnych środowiskach pokutuje pewien niemądry, a przy tym szkodliwy mit. Mówi on, że gdyby nie powojenna potęga Związku Radzieckiego oraz istnienie Bloku Wschodniego, w demokratycznych krajach Zachodu nie powstałyby – a przynajmniej nie w tak dużej skali – rozmaite formy tego, co potocznie nazywamy „socjalem”. Gdyby nie sowieckie głowice atomowe, enerdowskie czołgi i bułgarscy komandosi, społeczeństwa państw demokratycznych nie zyskałyby wielu ustawowych świadczeń i form wsparcia ze strony państwa. Tylko straszak w postaci nieprzyjaznej potęgi militarnej nakazywał w latach „zimnej wojny” podejmować decyzje, które miały zapobiec groźbie rewolty w wykonaniu mas – czy to zainspirowanych rzekomym dobrobytem „krajów demokracji ludowej”, czy to po prostu rozczarowanych realiami zachodniego kapitalizmu. Zwolennicy tej teorii przekonują, że za wszelką cenę starano się niejako skorumpować masy społeczne, oferując im znacznie więcej niż otrzymałyby, gdyby ZSRR nie istniał.

Mit ten jest popularny w wielu środowiskach. Zachodni komuniści, podporządkowani niegdyś Kremlowi, żyli przez lata w przekonaniu – i przekonywali o tym innych – że gdyby nie oni, czyli ruch komunistyczny, to robotnicy krajów kapitalistycznych do dzisiaj egzystowaliby w warunkach rodem z XIX wieku. Niepodporządkowana ZSRR zachodnia skrajna lewica również propaguje to poręczne dla niej wyjaśnienie. W ten sposób dowodzi, że co prawda „stalinizm” stanowił wypaczenie idei komunistycznych, jednak sam „leninowski” czy „trockistowski” zamysł był znakomity, a nawet jego zdegenerowana przez Chruszczowów i Andropowów wersja była lepsza niż światowa dominacja „krwiożerczego kapitalizmu”. Dla postkomunistów z państw byłego Bloku Wschodniego mit ten stanowi z kolei wygodne usprawiedliwienie: nie byliśmy idealni, działy się u nas nie zawsze dobre rzeczy, ale dzięki temu, że istnieliśmy i rządziliśmy połową kontynentu, także wam żyło się lepiej.

Mit ten jest jednak użyteczny również dla środowisk liberalno-prawicowych. Mogą one przekonywać, że w czasach, gdy komunizm „zagrażał całej ludzkości”, należało iść na taktyczne i czasowe ustępstwa. Dziś natomiast, gdy komunizmu już nie ma, czas odejść od anachronicznych fanaberii w rodzaju skracania czasu pracy, dbałości o BHP, zasiłków dla bezrobotnych, budownictwa komunalnego itp., itd. Dobrobyt i obfitość zapewnią – przekonują neoliberałowie – mechanizmy rynkowe, nie zakłócane przez „marnotrawny socjal”. Z kolei dla lewicy demokratycznej i antysowieckiej, jak zachodnie socjaldemokracje, tego rodzaju opowieści stanowią alibi dla bierności i kapitulanctwa wobec Kapitału. Mówią one, że owszem, kiedyś walczyliśmy skutecznie o rozwiązania prospołeczne, ale było nam znacznie łatwiej, gdy istniał sowiecki straszak, zaś dziś, sami rozumiecie, choć staramy się jak dawniej, to możemy o wiele, wiele mniej.

Mit ten jest łatwy do obalenia, a jego trwanie wbrew oczywistościom tłumaczyć należy właśnie użytecznością dla wielu odmiennych opcji politycznych. Gdyby to rozrost potęgi sowieckiej był kluczową siłą sprawczą ufundowania „państw opiekuńczych” w większości krajów Zachodu, wszelkie tego typu rozwiązania i reformy powinny pojawić się – na tym etapie w wyłącznie zalążkowej formie – nie wcześniej niż w okolicach lat 1944-45. Było zaś zupełnie inaczej. W Stanach Zjednoczonych, a więc w czołowym państwie liberalnego kapitalizmu, daleko posunięte reformy socjalne, bazujące na etatystycznych rozwiązaniach społeczno-gospodarczych, rozpoczęto ponad dekadę wcześniej, wraz z wdrożeniem w 1933 r. przez prezydenta Roosevelta programu o nazwie New Deal. W Belgii również od roku 1933 wcielano w życie podobny projekt reform – „Het Plan De Man”, autorstwa wybitnego działacza i myśliciela socjalistycznego (i niestety późniejszego kolaboranta hitlerowskiego), Henri de Mana, od 1935 r. ministra robót publicznych. Podobna była od 1936 r. polityka francuskiego rządu pod wodzą socjalisty Leona Bluma, a od początku lat 30. dwukrotnych – przerwanych najpierw porażką wyborczą, a później puczem gen. Franco – rządów Frontu Ludowego w Hiszpanii. W tych dwóch ostatnich przypadkach w skład prosocjalnych rządów weszli też komuniści, ale to nie oni nadawali im ton, lecz demokratyczna lewica, zdystansowana wobec Sowietów. Z kolei w Wielkiej Brytanii plan radykalnych reform socjalnych przygotowała komisja istniejąca formalnie od 10 czerwca 1941 r. Program ten, nazwany „Planem Beveridge’a” został ogłoszony publicznie u schyłku roku 1942, a więc nie w obliczu realnego straszaka sowieckiego, lecz wtedy, gdy ZSRR walczył o przetrwanie z najazdem hitlerowskim i nikomu nie śniła się przyszła potęga Bloku Wschodniego.

Tyle mówią fakty i daty. Nie sposób całkowicie wykluczyć wpływu Sowietów i realiów „zimnej wojny” na zachodni model państwa opiekuńczego. Jednak nie był to czynnik kluczowy, a na pewno nie on zadecydował o reorientacji w polityce gospodarczej i społecznej krajów Zachodu. Czynnikiem tym był natomiast krach liberalnego kapitalizmu, który nastąpił wraz z Wielkim Kryzysem, mającym miejsce od jesieni 1929 r. Mrzonkami okazały się wówczas obietnice i nadzieje mówiące, iż możliwie najmniej regulowany rynek zapewnia optymalny rozwój oraz wzrost dobrobytu. Zamiast tego pojawiła się klęska biedy, bezrobocia i gigantycznej eskalacji problemów społecznych. I właśnie to sprawiło, że na płaszczyźnie intelektualnej oraz konkretnych decyzji politycznych dokonała się daleko idąca zmiana w kwestii postrzegania roli państwa w sferze społeczno-gospodarczej. To nie sowieckie bagnety ufundowały państwo opiekuńcze – to zbankrutowany liberalny kapitalizm skłonił Zachód do refleksji i opamiętania. Jeśli dzisiejszy kryzys gospodarczy jest porównywany do wydarzeń z przełomu lat 20. i 30., tym bardziej należy pamiętać o owym fakcie – a wszelkie środowiska zarazem prospołeczne i demokratyczne powinny o nim przypominać najbardziej doniosłym głosem.

Z tego właśnie względu publikujemy w obliczu kolejnego krachu wolnorynkowych mrzonek dwa teksty poświęcone temu problemowi. Pierwszy z nich nie potrzebuje wprowadzenia – zarówno autor, prezydent USA Franklin Delano Roosevelt, jak i jego New Deal, są dobrze znani. Warto natomiast wspomnieć nieco więcej o drugim z prezentowanych artykułów. Jego autor, Wacław Szubert (1912-1994), jako zaledwie 24-latek obronił na Wydziale Prawa Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie pracę doktorską pt. „Dzieje ubezpieczenia na wypadek bezrobocia w Anglii”. Od roku 1937 wchodził w skład zarządu Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej, fachowej i cenionej instytucji zajmującej się taką tematyką. Tuż po wojnie współtworzył w Łodzi Polski Instytut Służby Społecznej, zlikwidowany na początku lat 50. przez władze komunistyczne. Właśnie w ramach działalności PISS powstał w 1946 r. prezentowany przez nas we fragmentach artykuł W. Szuberta, poświęcony „Planowi Beveridge’a”. Założenia owego programu reform socjalnych znajdziecie w tym tekście. Dodać należy natomiast kilka informacji o wprowadzaniu go w życie.

„Planem Beveridge’a” (lub „Raportem Beveridge’a”) popularnie nazywany jest raport Międzyresortowej Komisji ds. Zabezpieczeń Społecznych i Instytucji Pokrewnych (Inter-Departmental Committee on Social Insurance and Allied Services), na której czele stał wybitny ekonomista William Beveridge (urzędnik państwowy, współpracownik kilku gabinetów rządowych, dyrektor London School of Economics i wykładowca Oxfordu), związany m.in. z lewicowym Towarzystwem Fabiańskim (Fabian Society). Komisja powstała w celu dokonania gruntownego przeglądu szeroko rozumianego systemu zabezpieczeń społecznych. Jej powołanie ogłosił 10 czerwca 1941 r. laburzystowski polityk Arthur Greenwood, minister bez teki w koalicyjnym gabinecie wojennym premiera Churchilla. Greenwood przewodniczył Komisji ds. Odbudowy Powojennej (Committee on Reconstruction Problems), która zajmowała się kreśleniem wizji państwa brytyjskiego po zakończeniu działań wojennych. W raporcie Beveridge’a wprost zapisano, że w tym przełomowym momencie historycznym konieczne będą rewolucyjne, a nie ewolucyjne zmiany.

Prace nad dokumentem trwały niemal półtora roku. W listopadzie 1942 r. spierano się, czy ogłosić go w postaci tzw. białej księgi. Niektórzy prominentni konserwatyści w gabinecie Churchilla sugerowali opóźnienie publikacji; powątpiewano w realność tak szeroko zakrojonego programu. Mimo to, na początku grudnia dokument ujrzał światło dzienne.

Spotkał się z masowym zainteresowaniem (do końca roku sprzedano kilkaset tysięcy egzemplarzy) i niemal powszechnym poparciem we wszystkich grupach społecznych – odzywały się nawet głosy, że prosocjalne reformy powinny iść jeszcze dalej. Chwaliły go bardzo różne środowiska ideowe oraz media, silnego poparcia udzieliło anglikańskie duchowieństwo. Szerokie poparcie dla dokumentu wynikało z powszechnego przekonania o konieczności wyłonienia się zupełnie nowego ładu po wojnie, a także z używanych przez Beveridge’a argumentów – m.in. wykazywał on, że stworzenie „państwa opiekuńczego” zwiększy konkurencyjność brytyjskiej gospodarki.

W lutym 1943 r. rząd ogłosił, że nie będzie na razie wprowadzał w życie propozycji sformułowanych w raporcie, gdyż są niezwykle kosztowne, co może zaważyć na wyniku wojny. W końcu jednak Churchill zapowiedział, że w programach powojennej odbudowy, których wprowadzenie w życie przypadnie nowemu rządowi, wyłonionemu w wyborach, znajdą się kompleksowe ubezpieczenia społeczne (dla wszystkich obywateli, przez całe życie) oraz rozbudowa publicznych usług zdrowotnych i socjalnych. Powojenny ład miał opierać się ponadto na rozwoju sektora publicznego w gospodarce oraz na polityce pełnego zatrudnienia.

Jeszcze przed końcem wojny stworzono komisję rządową, która zajęła się analizą możliwości wprowadzenia w życie wniosków zawartych w raporcie; pokłosiem jej działania było kilka „białych ksiąg” (m.in. w sprawie przyszłego systemu opieki zdrowotnej), a także m.in. ustawa wprowadzająca bezpłatne szkolnictwo średnie (1944). Propozycje zawarte w raporcie znalazły jednak urzeczywistnienie przede wszystkim w kolejnych posunięciach rządu laburzystów (1945-51), którzy wygrali pierwsze powojenne wybory. Na powojenne brytyjskie państwo opiekuńcze, którego „prototypem” była wizja zawarta w raporcie, złożyło się m.in. wprowadzenie dodatków rodzinnych (1945), powszechnej publicznej służby zdrowia (1946) i podwyżka świadczeń emerytalnych (1947). „Planowi Beveridge’a” przypisuje się spopularyzowanie pojęcia „państwo opiekuńcze”.

Pani Ewa

Pani Ewa

Ulubioną rozrywką rosyjskich czynowników jest rechotanie z ludzi daremnie poszukujących szczątków swoich bliskich, wrzuconych gdzieś do bezimiennego dołu. Jeszcze lepszy ubaw zapewniają uroczystości nad grobem, w którym leży jakieś inne ciało. Na cmentarzu w Zakopanem w grobie Witkacego miała być pochowana młoda dziewczyna. Można popłakać się ze śmiechu.

W odzwyczajaniu nas od szacunku dla zmarłych rosyjskie i polskie władze, działając ramię w ramię (to ulubiona fraza pani Kopacz), ostro nas przećwiczyły. Jeśli Janusz i Piotr Walentynowicze nie mieli halucynacji, to w powtórnym pochówku w Gdańsku znowu złożono do grobu niewłaściwą osobę.

Te i inne wybitne osiągnięcia polskiej prokuratury i polskiej medycyny sądowej są pretekstem do politycznych ataków na PiS. Miejmy nadzieję, że już niedługo mainstreamowe media spłyną do ścieku i będzie można spokojnie zastanowić się, co robić.

Pytanie, gdzie znikło ciało Ani Walentynowicz, może zdenerwować Rosję i zachodnich sojuszników, którym Polacy ciągle destabilizują sytuację mimo potulnego rządu. A poza tym – co za różnica, gdzie zwłoki leżą? Postępowi ludzie dawno już porzucili katolickie gusła, zabobony i emocje związane z ciałem człowieka. O wystawie eksponatów wykonanych z ludzkich zwłok kulturalne osoby mówią: kontrowersyjna.

Ale tym razem chcę napisać o pani Ewie Walentynowicz z domu Andryka, która też zmagała się z problemem ukrytych zwłok. Najpierw kilka słów o jej bracie, Władysławie Andryce, pseudonim „Burza”. Należał do AK i WiN. W 1947 r. został aresztowany i skazany na długi pobyt w więzieniu. Miał wtedy 19 lat. Po dwóch latach objęła go amnestia i poszedł do pracy. Został przodownikiem i w nagrodę otrzymał książeczkę oszczędnościową podpisaną przez Bieruta. Nagrodę przeznaczył na cele podziemnej organizacji Młode Pokolenie Walczy. Zadenuncjowany przez zdrajcę we własnych szeregach uciekł z Gdańska do Gorzowa Wielkopolskiego. Sądząc z aktu zgonu, zginął 16.08.1950 r. Bezpieka dopadła go w kinie Capitol. Podczas ucieczki zastrzelił go funkcjonariusz UB Jan Dłużyk przez drzwi ubikacji. Władysław został pochowanypod nazwiskiem Handryła, bez daty urodzenia, na cmentarzu, ale w nieustalonym miejscu.

Historia pani Ewy kojarzy mi się z Antygoną. Przez wiele lat celem jej życia było odnalezienie grobu brata, przywrócenie mu dobrego imienia i godny pogrzeb z honorami należnymi żołnierzowi. Pani Ewa nieustannie jeździła do Gorzowa. Odszukała grabarza, który przypomniał sobie, w którym miejscu w nocy w tamtym czasie kogoś zakopywano. Pani Ewa uzyskała zgodę prokuratora na ekshumację i opłaciła identyfikację. Podejrzenia się potwierdziły. Szczątki przywódcy organizacji Młode Pokolenie Walczy przyjechały do Gdańska i 28 czerwca 1996 roku odbył się niezwykły, wzruszający pogrzeb na cmentarzu w Oliwie. Były poczty sztandarowe organizacji kombatanckich, rodzina, przyjaciele, koledzy. Grała orkiestra wojskowa z Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Kompania Honorowa Wojsk Obrony Terytorialnej „Niebieskie Berety” pożegnała młodego żołnierza salwami. Andrzej Gwiazda sam niósł małą trumienkę, bardzo lekką, zawierającą trochę suchych kości.

Śledztwo, które pani Ewa zaczęła w PRL, od 1990 roku prowadziła już jawnie. Niestety nikt nie wierzył, że w III RP prawda i sprawiedliwość mogą zwyciężyć. Mąż pani Ewy był zdecydowanie przeciwny angażowaniu się w niebezpieczną i kosztowną walkę z bezpieką. Nawet szwagierka, Ania Walentynowicz, nie pokładała nadziei w skuteczność wysiłków pani Ewy. Szczerze mówiąc, też nie wierzyliśmy, ale staraliśmy się podtrzymywać ją na duchu i publikowaliśmy w „Poza Układem” informacje o sprawie.

A pani Ewa wytrwale szukała świadków, zdrajców, kolegów brata, eliminowała fałszywe tropy, ustalała okoliczności. Z zawodu maszynistka, prowadziła dochodzenie krok po kroku jak profesjonalny śledczy. Kiedy podejrzenia wokół Jana Dłużyka zaczęły się zagęszczać, prokurator nie mógł go przesłuchać, ponieważ okazało się, że starszy pan jest bardzo chorowity. Przypadek lub raczej palec boży sprawił, że w szpitalu na sąsiednim łóżku leżał prokurator. Dzielny pogromca bandytów opowiadał, że w pościgu w kinie Capitol wywichnął sobie palec i wystąpił o dodatek do emerytury za uszczerbek na zdrowiu. Jan Dłużyk stanął przed sądem i został skazany na 10 lat więzienia. Pewnie nie będzie siedział, ale wyrok skazujący jest w Ubekistanie i tak niebywałym sukcesem.

Pani Ewa doprowadziła jeszcze do unieważnienia wyroku skazującego Władysława z 1947 roku i przyczyniła się do tego, że prezydent Kaczyński w 2009 roku odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Bezpieka na wiele sposobów prześladowała i dręczyła rodzinę Władysława. Po wojnie była taka koncepcja, aby młodzi patrioci poszli do MO, gdzie, jak wydawało się, mogli skuteczniej chronić Polaków. Dla Kurasia, pseudonim „Ogień”, skończyło się to śmiercią, dla Adama, brata Władysława – więzieniem. Cytuję, co na podstawie relacji rodziny napisaliśmy w 1990 roku w kwietniowym numerze „Poza Układem”: „Już po zamordowaniu Władysława 23.10.1950 Adam Andryka został aresztowany i skazany na dwa lata więzienia za to, że nie doniósł na brata. W śledztwie Adam był bity przez naczelnika Wydziału Specjalnego Kalamona oraz jego zastępców Różańskiego, Krzempka i innych”. Wówczas opublikowaliśmy również kuriozalny akt oskarżenia, ale niekompletny. Dolna część kartki, gdzie były pieczątki i podpisy, została oddarta. Adam już nie żyje. Pani Ewa bardzo się ucieszyła, że Adama uważamy za bohatera, nie za kolaboranta.

Kiedy Władysław już nie żył, bezpieka sugerowała, że został aresztowany, a nawet że uciekł za granicę. Do makabrycznych żartów w stylu rosyjskim można zaliczyć prowokację wobec najmłodszego brata, Mieczysława. Cytuję relację rodziny: „Na obozie pracy SP (Służba Polsce) otrzymał paczkę z zagranicznymi specjałami i papierosami, rzekomo od brata Władysława, który uciekł za granicę. Mietek specjały zjadł, luksusowe papierosy wypalił, a do współpracy z obcym wywiadem nie przyznał się”. Hufiec zbiorowo potępił Mietka, wyrzucił z SP i zaczęły się kłopoty z pracą, ze szkołą. Mieczysław Andryka już też nie żyje.

Chcieliśmy, aby przynajmniej pani Ewa doczekała się publicznego uznania dla wyjątkowego i skutecznego zaangażowania w dochodzenie do prawdy i sprawiedliwości. Jednak pomysł, aby zgłosić panią Ewę do konkursu nagrody „Kustosz Pamięci Narodowej”, nie przyniósł rezultatów. Gdański Oddział IPN miał już swojego kandydata: fotografa Bogusława Nieznalskiego. Magda Czachor, pracownica IPN, opracowała i wysłała wniosek podpisany przez kilka osób. Niestety został on odrzucony. Wniosków obywatelskich IPN otrzymuje bardzo dużo, przeglądane są pobieżnie i nie mają większych szans w konkurencji z wnioskami zasłużonych instytucji lub dotyczącymi osób, których działalność jest powszechnie znana.

Nie krytykuję decyzji Kapituły tej nagrody. Rola każdej kapituły jest zawsze niewdzięczna, ponieważ porównanie niewymiernych osiągnięć i zasług jest trudne i zawsze budzi wątpliwości. Hasło „Precz z komuną”, albo nawet dłuższe „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, można napisać na płocie. Ale historia pani Ewy wymaga opisania w dłuższym tekście i poza wąskim kręgiem przyjaciół nie jest znana nawet w Gdańsku. Mieliśmy tylko małe, niszowe pismo „Poza Układem”.

Teraz z pozoru jest dużo lepiej. Są niezależne media, ale odnoszę wrażenie, że rosyjska kwalifikacja „wrag sowieckogo naroda” wciąż obowiązuje, chociaż w złagodzonej formie. Jakie szanse ma pani Ewa w porównaniu z „towarzyszką panienką”, czyli córką Jaruzelskiego? Rafał Ziemkiewicz przeprowadził z nią długi, wnikliwy, przyjacielski wywiad, opublikowany w niezależnym tygodniku „Do rzeczy” na pięciu stronach. Wypytywanie dzieci dyktatorów i zbrodniarzy o to, co sądzą o swoim ojcu, jest głęboko niemoralne. Córka nie może ojca wyprzeć się i go potępić, powiedzieć „to jest zbrodniarz, który ma krew na rękach”. Nie może też zbrodni pochwalić, aby się nie skompromitować. Opowiada więc jakieś banały, że tatuś był troskliwy i nie pił wódki. Publiczność kocha wzruszające obrazki z życia wyższych sfer.

Nawet na przesłuchaniu w komunistycznym śledztwie teoretycznie przysługiwało prawo odmowy odpowiedzi, jeśli pytanie dotyczyło bliskich. Każdy sędzia ma prawo wyłączyć się ze sprawy, każdy dziennikarz może uchylić się od zabierania głosu w sprawie lustracji, jeśli staje wobec konfliktu sumienia.

Dzielę włos na czworo, a powód wydaje się oczywisty. Była już cała seria filmów, wywiadów, powieści, które przedstawiały różnych agentów, zdrajców, katów w białych i czarnych rękawiczkach jako ofiary systemu, porządnych ludzi, dobrych patriotów, którzy trochę inaczej rozumieli swoje obowiązki wobec Ojczyzny niż żołnierze wyklęci, ale też mieli dylematy moralne. Teraz przyszedł czas na lansowanie drugiego pokolenia.

Filister, liberał i ociekająca spermą horda

Filister, liberał i ociekająca spermą horda

Kwestii skrajnej prawicy, nacjonalizmu, faszyzmu, nazizmu, kwestii wściekłych szowinistycznych łysoli nie da się w Polsce rozwiązać, bo ci skrajni prawicowcy, nacjonaliści, faszyści, naziści, wściekli szowinistyczni łysole są Polsce potrzebni. A w każdym razie są potrzebni tym, którzy własne potrzeby utożsamiają z potrzebami Polski i w dodatku umieją dorobić do tego ideologię. Są potrzebni polskiemu filistrowi, polskiemu liberałowi.

1.

Sto z górą lat temu zaobserwowano istnienie pewnego typu umysłowego – a może także klasy społecznej – określanego jako filister. Polski filister miał najczęściej korzenie szlacheckie lub takie sobie przypisywał, od kilku pokoleń w miarę stabilną sytuację materialną, inteligenckie aspiracje, a często także zajęcia. Filister był zarówno konserwatystą, jak i postępowcem, to znaczy uznawał i szanował społeczne hierarchie, przyjmował pełną rewerencji i nieco uniżoną postawę wobec autorytetów, lubił swoje zamożne, spokojne życie, obawiał się społecznych wstrząsów, a w jego systemie wartości wysoką rolę odgrywały higiena, edukacja i nabywanie wiedzy, pewna delikatność obyczajów i form, nawet jeśli niezbyt udolnie naśladowana z zachowań wyższych sfer. Wyróżniającą cechą polskiego filistra było przeświadczenie o tym, że własne obyczaj, sposób zachowania, system wartości i przekonań są głęboko słuszne, a do tego niejako obiektywne. Mimo że wykształcony filister miał świadomość, iż systemy wartości i obyczaje są różne, a także zmieniają się w czasie, jednak swój obyczaj traktował jako ostateczny punkt dojścia takiego ewentualnego procesu.

Szacunek i cześć dla własnej moralności, a może także niechęć do nadmiernego a męczącego zgłębiania problemów tego świata, powodowały, że polski filister bardzo niechętnie przyjmował do wiadomości, iż przekonania i zachowania ludzi mogą być jakoś zależne od ich utrwalonych doświadczeń i związanego z nimi sposobu widzenia świata, od ich materialnego i społecznego statusu, od poczucia – lub jego braku – własnej wartości, twórczości i sprawczości. Ponieważ filister uważał oglądanie i ocenianie świata w złożonych kategoriach społecznych, ekonomicznych i historycznych za niebezpieczne dla własnego systemu wartości, rozwadniające czy może zbyt trudne, wobec tego oceniał świat w swoiście rozumianych kategoriach moralnych i reagował oburzeniem na wszelkie odstępstwa od swego moralnego wzorca. Aczkolwiek odstępstwa te były mu potrzebne jak powietrze, ponieważ utwierdzały go w przekonaniu, że jego własna uprzywilejowana pozycja w tym świecie wynika właśnie z tego, że to on reprezentuje wartości prawdziwe i słuszne.

Filister reagował więc miłym i krzepiącym świętym oburzeniem na wiadomości o tym, że chłop dziecko chore na krup wiezie do szeptuna, a nie do lekarza; że robotnik z każdą tygodniówką idzie do knajpy, po czym tłucze żonę i dzieci domagające się obiadu; że w żydowskim sklepie klient nie może się dogadać po polsku; że znów gdzieś tam wyrodna matka podrzuciła dziecko pod kościół. Filister zbierał takie informacje skrzętnie, bo potwierdzały one jego wizję świata, w której on sam – dzięki temu, że przecież tak gorliwie obserwował obyczaje wyższych sfer, śledził pojawiające się wciąż nowoczesne idee, a jednocześnie strzegł odwiecznych wartości – był miarą dla innych. Miał więc najświętsze prawo widzieć wokół siebie świat złożony z przyjaznych, a przynajmniej zrozumiałych jemu podobnych istot oraz z ciemnego chłopa, brutalnego robotnika, obcego i panoszącego się Żyda oraz w ogóle z motłochu pozbawionego moralności. A że filister był właśnie nowoczesny i higieniczny, lubił opisywać świat przy pomocy higienicznych pojęć. Dzielił się on znów na czyste osoby i brudne zbiorowości, w których chłop śmierdział gnojem, robotnik potem, Żyd czosnkiem, a wyrodna matka rozpustą.

Oczywiście wszelkie próby przedstawiania filistrowi propozycji zobaczenia świata w kategoriach innych niż w jego rozumieniu moralne musiały spalić na panewce. Filister nie chciał słuchać, że istniejące w wielkiej skali ciemnota, brutalność, obcość czy rozpusta to społeczne problemy, które można i powinno się rozwiązywać przy pomocy społecznych środków (choć zdaje się, nigdy nie rozwiąże się do końca). Że jeśli da się ludziom szansę na osiągnięcie względnej materialnej zamożności i wykształcenia, pozwoli im się doświadczyć w miarę trwałej pewności egzystencji i godności własnej, jeśli się człowiekowi pozwoli poczuć, że od jego starań i działań wiele zależy, czyli jeśli się człowiekowi da takie wyposażenie, które za zasługę dobrego urodzenia było dane filistrowi, to człowiek ten zacznie poszukiwać dla siebie łagodniejszych obyczajów, będzie miał jakąkolwiek motywację, żeby swoim bliskim i w ogóle światu zacząć okazywać czułość, a nie nienawiść. I może nawet zachce mu się myć po robocie, może zacznie szukać bardziej wyrafinowanych sposobów odpoczynku niż wódka, mordobicie czy rozpusta.

Takie rozumowanie było dla filistra nie do przyjęcia, było świadectwem naiwnego pięknoduchostwa lub złowrogiej ideologii, rozwadniało tylko moralną ocenę i służyło ukryciu faktu, że na świecie istnieje cywilizacja, której trzeba strzec, oraz dzikość, przed którą trzeba się chronić. Jedynym ratunkiem dla nielicznych przedstawicieli zbiorowości złych i dzikich z natury było bezkrytyczne przyjęcie systemu wartości filistra, zapomnienie o własnym indywidualnym i zbiorowym doświadczeniu, dochrapanie się jego materialnego statusu i stylu bycia, a więc całkowite wyzbycie się empatii i solidarności z miejscem, z którego wyszli.

2.

Dziś polski filister ma się całkiem dobrze i mimo że może należeć do zwalczających się politycznych obozów oraz wyznawać różne ideologie, jednego jest pewien: swojej moralnej i wszelkiej innej wyższości nad tłumem, którego istotą jest po prostu tłumność i którego nie wolno postrzegać inaczej niż w kategoriach zbiorowych. Dziś sam siebie nazywa liberałem, bo liberalizm to taka ideologia, która pozwala mu posiadać miłą świadomość, że swoją uprzywilejowaną pozycję zawdzięcza zaletom ducha i umysłu. Jedną ze spraw dzielących dzisiejszego prawicowego i lewicowego liberała jest jakoby stosunek do rozszerzającego się nacjonalistycznego i rasistowskiego ekstremizmu. Jednak prawicowy liberał nie postrzega tego zjawiska zasadniczo inaczej niż lewicowy.

Prawicowy liberał jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej roli w narodzie. Niestety, na skutek ogólnego upadku cywilizacji zapanowała d…kracja (jak zwykł mawiać trochę trzymany na dystans, ale jednak mistrz i nauczyciel prawicowego filistra) i roli tej nie można odgrywać wprost, zajmując po prostu należne sobie stanowiska w społecznej hierarchii oraz – co tu dużo gadać – hierarchii władzy; trzeba udawać, że się ją współdzieli z motłochem. I wciąż walczyć z liberałem lewicowym, którego na pomieszanie dobrego i złego zwie się socjalistą. Który zawłaszczył narzędzia kontroli masy, a więc i stanowiska. I oto właśnie zjawia się masa, już zorganizowana, już działająca, spragniona własnej sprawczości i znaczenia. Masa, która jest na tyle tępa, że własną pogardę do niej można jej sprzedać jako troskę i zrozumienie. Masa, przed którą Zawisza może przedstawiać się jako mąż stanu, Ziemkiewicz jako intelektualista, a Poręba jako niezłomny autorytet moralny. Taką masę – wydaje się prawicowemu liberałowi uwielbiającemu politykowanie i uważającemu, że w d….kracji politykuje się nie z masami, ale przy użyciu masy – wystarczy dowartościować, trzeba więc zataić własną do niej pogardę, zagonić do urn, gdzie zagłosuje pod dyktando, postraszyć nią politycznych przeciwników, a później się ją weźmie za mordę, bo oczywiście wolność jest wartością najwyższą, ale przecież dotyczy to jednostek, nie masy. To, że przekonania, historyczna tradycja i działania masy są wstrętne, to prawicowego filistra nie obchodzi. Jednego nie obchodzi dlatego, że podziela część tych poglądów i metod działania, a innego dlatego, że w ogóle całą masę, wraz z jej poglądami i metodami działania, uważa za wstrętną, ale jednak niezbędną do tego, żeby nią prowadzić politykę. Bo prawicowy filister wie, że polityka to rzecz brudna, ale prawdziwy mężczyzna musi się czasem pobrudzić, aby ochronić przed brudem to, co najcenniejsze: swoje kobiety i dzieci.

Lewicowy liberał również jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej, oczywiście służebnej – jak to definiuje inteligencki etos, na który filister chętnie się powołuje – roli w społeczeństwie. Jest feministą i kocha mniejszości, o których prawa gotów jest walczyć. Wie, że człowiek cywilizowany nie tylko używa widelczyka do ciasta i pija latte, ale także jest otwarty na inność i nie okazuje swojej wyższości, co w odniesieniu do masy jest naprawdę bardzo męczące. I oto nadchodzi ratunek: nacjonaliści, faszyści, naziole, łyse pały. I nagle można poluzować politpoprawnościowe zwieracze, bo przecież wobec takiej swołoczy nie obowiązują żadne zasady. Można w końcu zacząć głośno mówić o tym – nie tylko emocjonalnie, na wiecach i demonstracjach, ale także w rzetelnej publicystyce – jak się odwiecznie pojmuje świat: istniejemy my, pojedynczy i osobowi, cywilizowani i do cywilizacji predestynowani, oraz oni, nieosobowi i bezosobowi, do ucywilizowania niezdolni, których można opisywać wyłącznie w kategoriach zbiorowych i przyrodniczych. Bydło, motłoch, swołocz, masa, czemużby nie czerń? Bydło żądne krwi, złożone z czystej nienawiści i męskiej frustracji.

Wykształcony i czysty lewicowy liberał doda jeszcze nieco pojęć higienicznych i medycznych, ze szczególnym uwzględnieniem endokrynologii: ociekające potem i śliną, śmierdzące spermą, buchające testosteronem i adrenaliną. Zwały mięśni przewalające się masami. „Przyglądam się hordzie – pisze socjolożka Kinga Dunin. – Przede wszystkim jest szczęśliwa, nabuzowana adrenaliną i testosteronem. Zwycięska. Wywrzaskują swoją pogardę z sadystyczną satysfakcją, jaką sprawia im poniżanie i nienawiść”. „To czysta nienawiść – orzeka pisarz Ignacy Karpowicz, kiedy już dał sugestywny opis tłuszczy śmierdzącej spermą i ociekającej testosteronem. – Czysta nienawiść, ale margines, mówią niektórzy. O co tyle szumu, przecież nikogo nie zabili, mówią inni. Otóż nie. Taki margines się rozszerza niezauważalnie na całą stronę zeszytu. Najpierw jest małe, potem większe. Najpierw jest niechęć, potem Holocaust. Wszyscy, którzy nienawidzili w Orli, Krynkach czy Białymstoku powinni trafić za kratki. W resocjalizację nie wierzę. Nienawiść się nie resocjalizuje, tylko zapieka i wzrasta”. Cóż taki opis implikuje? Że ta nienawiść bierze się już nawet nie z ideologii, którą przyjmują z takich czy innych powodów sfrustrowani ludzie, ale wprost z ich natury, jest wydzielana przez ich organizmy tak jak płyny fizjologiczne i hormony. Nienawiść, która, skoro się pojawiła, może tylko wzrastać, a więc najmniejszy jej objaw znaczy tyle co zbrodnia, co Holokaust, bo zawsze do nich prowadzi.

Oczywiście biologiczno-zbiorowa wizja nazistowskiej nienawiści zwalnia od dociekania innych jej przyczyn, a nawet od razu dyskwalifikuje dążenia do takiego dociekania. Wszelkie próby wskazywania na to, że nienawiść i frustracja to nie jakieś biologiczne determinizmy, lecz problemy społeczne, którym sprzyjają obojętność wspólnoty na los jednostki, rozwarstwienie ekonomiczne czy utrwalone – choćby w szkole lub w staraniach o pracę – przekonanie o bezskuteczności własnych indywidualnych wysiłków i nieważności własnych indywidualnych aspiracji, traktowane będą jako w najlepszym razie pięknoduchostwo, w najgorszym natomiast jako akces do brunatnej zarazy. I nie ma żadnego tłumaczenia, że przyczyn zjawiska szuka się nie dla usprawiedliwiania podłych czynów, ale z przekonania, że brunatnej zarazie należy i można zapobiegać. Lepiej takich prób nie podejmować, bo po co się narażać na opinię obrońcy faszystów.

A poza tym frustracja traktowana jest w dyskursie naszego zadowolonego z siebie, sytego lewicowego liberała nie jako problem społeczny, któremu należy zapobiegać, ale jako obelga. Jeśli w liberalnej prasie pojawia się pogłębiony artykuł biograficzny o jakimś przeciwniku czy niezbyt gorliwym wielbicielu jej aktualnej linii, można być pewnym, że konkluzją i wyjaśnieniem jego wyboru, a jednocześnie podaną z satysfakcją obelgą, będzie frustracja bohatera. Dziś do modnych słów-kluczy lewicowego liberała, którymi się zbywa problemy społeczne i załatwia prywatne porachunki, dołącza również „resentyment”. Także o frustracji i resentymencie całych grup społecznych liberał mówi z satysfakcją jako o dowodzie własnej wyższości, nie doszukując się ani ich przyczyny, ani sposobów zapobiegania. Bo filister-liberał nie chce ani dociekać przyczyn, ani zapobiegać. Potrzebuje frustratów, żeby mógł wciąż mobilizować własne poczucie wyższości i uprzywilejowanego miejsca w społecznej hierarchii.

3.

Liberalna optyka – prawicowa czy lewicowa – jest dziś właściwie jedyną obecną w publicznym dyskursie. Problem prawicowego ekstremizmu będzie więc narastać, bo polski liberał potrzebuje społecznej frustracji. Nawet jeśli uda się coś zdziałać dzielnemu ministrowi, który już po nich idzie, będzie odrastać. Bo naziści potraktowani policją i represjami, zamknięci do więzienia, kiedyś z tego więzienia wyjdą. Teraz dopiero nabuzowani nienawiścią. I wyciągną wnioski. Skoro do tej pory, przez ponad dwadzieścia lat, w miarę nie niepokojeni zastraszali całe miasta – Olsztyn, Białystok, Wrocław – i skoro łamali nosy i żebra, cięli nożami twarze, glanowali, lżyli i podpalali, a wszystko to w miarę uchodziło na sucho, natomiast policyjne pokazowe represje rozpoczynają się po kilku akcjach polegających na wyciu i wrzaskach podczas wykładów ważnych profesorów i redaktorów, to będzie znaczyło, że trzeba na jakiś czas przestać widowiskowo burzyć spokój profesorów i redaktorów. I wrócić do mało spektakularnej pracy organicznej: łamania nosów i żeber, cięcia twarzy, glanowania, lżenia i podpalania. Naziści szybko nauczą się, że polski liberał jest uczulony na dyskomfort tych, których postrzega jako ważnych, oraz obojętny na los tych, których postrzega jako nieważnych. A wtedy niech bogowie mają nas, ich sąsiadów, w opiece!

A materiał na uzupełnianie nazistowskich kadr też będzie odrastać, jeśli obok policyjnych nie zaczniemy podejmować – i to w skali państwowej – społecznych środków walki ze społeczną frustracją, upokorzeniem, z wyuczonym przekonaniem o bezskuteczności jakichkolwiek środków komunikowania się ze światem poza brutalnymi oraz o nieważności wszelkich indywidualnych wysiłków. Ale jak przekonać do tego polskiego liberała, który chyba boi się stracić swój punkt odniesienia: nędzną sfrustrowaną hordę?

Wyrzucony za uczciwość

Wyrzucony za uczciwość

Ta sprawa pokazała, na kolejnym przykładzie, jak brutalnie łamane są prawa pracownicze w Polsce. Unaoczniła, ile w praktyce są warte „przywileje” związków zawodowych, o których wciąż „informują” liberalne media. To historia Jarosława Przęczka, wiceprzewodniczącego Międzyzakładowego Związku Zawodowego Meblarzy RP oraz sekretarza organizacji zakładowej Meblarzy RP w zakładzie meblarskiej firmy BRW Sofa znajdującym się w Nidzicy na Mazurach. Związkowiec został zwolniony dyscyplinarnie z pracy, ponieważ odważył się sprzeciwić niezgodnym z kodeksem pracy działaniom pracodawcy wobec załogi, a później opisał je na łamach prasy. Z Jarosławem Przęczkiem rozmawiamy o ciężkich bojach z pracodawcą, trudnej sytuacji życiowej i gestach solidarności.

***

Z jakiego powodu, a może raczej pod jakim pretekstem zostałeś zwolniony z pracy?

Jarosław Przęczek: Bezpośrednim pretekstem był napisany przeze mnie artykuł do „Dziennika Trybuna”. Jednak początek sprawy miał miejsce wcześniej. Jakiś czas temu mieliśmy w zakładzie przerwę w dostawie prądu, oczywiście nie z winy pracowników. Byliśmy jednak gotowi do pracy. Z racji tego, że do końca zmiany było jeszcze niemal pięć godzin, chcieliśmy zostać i zająć się sprzątaniem. Zastępca dyrektora, poprzez naszych bezpośrednich przełożonych, kazał nam jednak wrócić do domów i zapowiedział, że będziemy musieli odrobić te zaległe godziny. Znając przepisy w tym zakresie, wywiesiłem na tablicy ogłoszeń informację, że czas przestoju musi być zapłacony w naszym przypadku w wysokości 100% stawki zaszeregowania. Próbowaliśmy też rozmawiać z dyrekcją, wszystko na próżno. Kazano nam podpisać zobowiązania w formie prośby o odpracowanie przestoju. Wraz z kilkoma innymi osobami odmówiłem. Nie przestraszyliśmy się gróźb dyrekcji. Napisałem też w tej sprawie e-mail do Państwowej Inspekcji Pracy, ale nie dostałem odpowiedzi. Zdecydowałem się więc na napisanie artykułu do „Dziennika Trybuna”, w którym opisałem nielegalne praktyki stosowane przez mojego pracodawcę – firmę BRW Sofa w Nidzicy. Za to zwolniono mnie dyscyplinarnie pod zarzutem naruszenia dóbr osobistych dyrekcji zakładu oraz ujawnienia tajemnicy służbowej – pomimo tego, że w tekście zawarłem prawdziwe informacje i że nigdy żaden pracownik nie musiał zobowiązywać się do dochowywania tajemnicy, zwłaszcza gdy nie chodziło o produkcję. Dodatkowo obarczono mnie winą za wygrany przez firmę konkurs na najgorszego pracodawcę roku, choć zorganizowali go anarchiści, a ja nie miałem z nim nic wspólnego.

Zamierzasz w tej sprawie odwołać się do sądu?

J. P.: Tak, w zasadzie już to zrobiłem. Wierzę, że wygram, chociażby z tego powodu, że pracodawca nie dopełnił wielu formalności. Przede wszystkim, jako związkowiec funkcyjny, jestem pod szczególną ochroną prawną i w tej sytuacji firma powinna decyzję o wypowiedzeniu mojej umowy skonsultować z Międzyzakładowym Związkiem Zawodowym Meblarzy RP lub chociaż z organizacją zakładową. Wezwani zostali tylko przewodniczący i wiceprzewodniczący, jednak nie wyrazili zgody na zwolnienie. Poza tym, jak wspominałem – w artykule napisałem prawdę, a w razie gdybym kłamał, firma mogła napisać sprostowanie do gazety i wytoczyć mi sprawę w sądzie cywilnym.

Czy w związku z tym uważasz, że było to działanie mające na celu pozbycie się osoby „niewygodnej” z zakładu?

J. P.: Zdecydowanie tak. Od zawsze starałem się przede wszystkim bronić swoich kolegów w pracy i gdy była taka potrzeba, nie bałem się krytykować pracodawcy. To zapewne spowodowało, że pracodawca traktował mnie jako zagrożenie i od pewnego czasu szukał na mnie „haków”. Jakiś czas temu urwał się wąż doprowadzający wodę i choć mechanik ustalił, że sam pękł, to właśnie mnie obwiniono za tę usterkę. Innym razem otrzymałem karę upomnienia za niestawienie się na stanowisku pracy, choć nie było mnie tylko przez chwilę, a poszedłem po elementy potrzebne do produkcji.

Jak na twoje zwolnienie zareagowali koledzy i koleżanki z pracy?

J. P.: Rozmawiałem z nimi i wiem, że są w szoku. Mówią, że boją się teraz chodzić do pracy. Pewnie obawiają się, że kiedyś podzielą mój los. I może właśnie o to chodziło – żeby ich zastraszyć. Pracownik zastraszony jest w mniejszym stopniu skory do ewentualnych protestów.

Jaka jest obecnie twoja sytuacja życiowa?

J. P.: Mieszkam w małej miejscowości na Mazurach, która liczy około 10 tysięcy mieszkańców. W takim miejscu bardzo ciężko znaleźć pracę. Prawdopodobnie będę więc zmuszony do szukania zatrudnienia poza miejscem zamieszkania, ale gdzieś względnie niedaleko od Nidzicy. Mam nadzieję, że stanie się to dość szybko, ponieważ mam na utrzymaniu 4-letnie dziecko, żona nie pracuje, a z niewielkiej pensji w BRW Sofa nie byłem w stanie odłożyć pieniędzy na „czarną godzinę”.

Czy otrzymałeś już jakieś wsparcie?

J. P.: Spotkałem się z przewodniczącym OPZZ, Janem Guzem, który powiedział, że jest gotowy do współpracy. Związek zawodowy już załatwił adwokata, który będzie prowadził moją sprawę w sądzie. OPZZ zadeklarował zapewnienie mi odpowiedniej pomocy prawnej. Dostałem również wsparcie od Polskiej Partii Socjalistycznej. Przewodniczący Prezydium Rady Naczelnej PPS oraz wiceprzewodnicząca Rady Naczelnej wystosowali list otwarty w mojej sprawie do pani prezes BRW Sofa – Jolanty Zalewskiej. Podobny list został wysłany przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80”. Swoje oświadczenie przygotowała również centrala OPZZ. Gesty wsparcia otrzymałem również od „Solidarności”, Forum Związków Zawodowych, anarchistów oraz od członków SLD z tzw. lokalnych dołów partyjnych. Ponadto dostałem wiele wyrazów solidarności i poparcia od ludzi, którzy nie są związani ze związkami czy środowiskami politycznymi, lecz byli oburzeni tym, co mnie spotkało.

Czy żałujesz decyzji o publicznym skrytykowaniu pracodawcy i podjęciu aktywnej działalności w związku zawodowym?

J. P.: Absolutnie nie. Ludzie muszą się zrzeszać w związki zawodowe i walczyć wspólnie o swoje prawa. Nie możemy się dać wykorzystywać i udawać, że problem wyzysku w miejscach pracy nas nie dotyczy. Każdy nasz ruch, każde nasze działanie jest wbrew pozorom zauważalne i ma wpływ na innych. Trzeba pamiętać, że w Polsce jest dużo do zrobienia w kwestii stosunku pracodawców do pracowników. Poza tym osobiście wiele się nauczyłem, działając w związku zawodowym. Zdobyłem bardzo cenną wiedzę dotyczącą prawa pracy, którą niejednokrotnie miałem okazję wykorzystać. Uczestniczyłem też w wielu ciekawych szkoleniach. To na pewno zaprocentuje w przyszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Oszczepalski.

Jarosław Przęczek był jednym z bohaterów tekstu o młodych związkowcach, który opublikowaliśmy w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”. Cały ten tekst można przeczytać tutaj.

Kraj wysokich kosztów (społecznych)

Kraj wysokich kosztów (społecznych)

Czas kryzysu gospodarczego jest zawsze wielkim empirycznym testem hipotez o skuteczności rozmaitych doktryn gospodarczych. Dla badaczy dane ilościowe gromadzone podczas takich „eksperymentów” są bezcenne – pozwalają naświetlić wiele zależności i procesów. A jednak poleganie wyłącznie na empirii w świecie, który zawsze będzie pełen coraz to nowych znaków zapytania, wydaje się mieć coś z kalectwa. Oto właśnie polscy niewierni Tomasze, radykalni empiryści, postanowili sprawdzić na społeczeństwie swoją hipotezę roboczą. Brzmi ona tak: „Kraj staje się bogaty dzięki niskim kosztom pracy”.

Skąd wziął się taki pogląd, trudno dociec. Setki lat historii gospodarczej wielu państw, w tym rozwiniętych, wskazują, że o bogactwie krajów i społeczeństw decyduje w pierwszym rzędzie rodzaj wykonywanej pracy. Innymi słowy: polepszająca się struktura gospodarcza i wartość wytwórcza roboczogodziny. Posiadanie zaawansowanych gałęzi produkcyjnych wpływa pozytywnie na całą gospodarkę, nawet jeśli zatrudniona jest w nich niewielka część obywateli. Te wysokopłatne miejsca pracy ustalają poziom standardu życia i konsumpcji również poza wysokowydajnym sektorem. Przykładowo świadczenie podobnych usług fryzjerskich w Berlinie i Kijowie pozwala na zasadniczo odmienny poziom życia osób zatrudnionych w tej branży. Dlaczego tak się dzieje? Dzięki posiadaniu przez Niemcy zaawansowanej struktury gospodarczej i pozytywnym efektom wysokiego parytetu płac i konsumpcji. To ważna lekcja dla drobnego biznesu – także polskiego.

Polskie organizacje przedsiębiorców skutecznie lobbowały za zmianami w prawie pracy pozwalającymi na elastyczne komenderowanie „zasobami ludzkimi”. Zderzając się z kłopotami koniunkturalnymi, wielu pracodawców winą za słabe wyniki postanowiło obarczyć rzekomo zbyt uprzywilejowaną pozycję pracowników. Warto to podkreślić: te poczynania nie są podyktowane wyłącznie chęcią ustalenia hegemonii zatrudniających nad zatrudnianymi. Wielu przedsiębiorców szczerze wierzy, że takie zmiany pomogą koniunkturze gospodarczej. Są w wielkim błędzie. Udział płac polskich pracowników w wartości dodanej w porównaniu do krajów o podobnej strukturze i poziomie rozwoju jest po prostu niski.

Dalsze obniżenie płac, które będzie niechybnym skutkiem ostatnich zmian w regulacjach czasu pracy, nie pomoże koniunkturze. Przeciwnie – zaszkodzi jej, doprowadzając do utrwalenia i pogłębienia trapiącej nas luki popytowej. Wtedy właśnie w całej ostrości ukaże się wskazany przez Charlesa Kindlebergera błąd kompozycji: dla pojedynczego przedsiębiorcy niższe płace pracowników to niższe koszty, ale w makroskali oznaczają one niższe wydatki konsumpcyjne zatrudnionych. A to szkodzi ogółowi prywatnych firm i nakręca spiralę recesji.

O tym, że recepta na polepszenie bytu rodaków nie leży w antagonizmie pracodawcy – pracownicy, już przekonywałem czytelników. Od niedawna być może wie to również Prezydent RP, który zaprosił prof. Jerzego Hausnera, aby ten publicznie omówił raport na temat konkurencyjności polskiej gospodarki. Kompetentni ekonomiści w jego zespole sprawili, że obok tradycyjnych narzekań na dolę polskich przedsiębiorców bardzo dobrze zdiagnozowana została istota problemu. Jest nią niska wartość dodana polskiej wytwórczości oraz konieczność celowej polityki sektorowej.

Raport wskazuje również, nie do końca słusznie, na niewielki poziom oszczędności jako przyczynę niskich inwestycji. Ten problem, podyktowany nieprawdziwym ekonomicznym równaniem S = I (oszczędności = inwestycje), jest mocno przesadzony. Nawet siedzący obok Hausnera profesor Jerzy Osiatyński zwykł mawiać (cytuję z pamięci): Jak większe oszczędności mogą oznaczać większe inwestycje? Jeżeli ludzie nie konsumują, nie wydają, lecz oszczędzają, to który przedsiębiorca będzie inwestował i rozwijał skalę działalności? To oczywiście uproszczenie, ale naprowadza nas ono na istotny wątek w dyskusjach o przyszłym kształcie ładu bankowego i finansowego.

Wbrew potocznemu mniemaniu pieniądze na kredyty dla kredytobiorców nie pochodzą z depozytów uprzednio złożonych w banku przez oszczędzających. Proces udzielania kredytu związany jest z emisją pieniądza. Pieniądz sam w sobie nie jest zasobem skończonym. Dlatego fiksacja na punkcie oszczędności oraz „skąpego” budżetu jest mocno przesadzona. Mówi się mniej więcej tak: „Jest deficyt, to znaczy nie ma pieniędzy. Gdybyśmy oszczędzali pieniądze [co oznacza zwykle: zabrali je szkołom czy szpitalom], to wtedy moglibyśmy je mieć! Bylibyśmy bogaci”. Tego typu myślenie niestety wciąż podświadomie występuje w potocznym rozumieniu procesów gospodarczych. Ale baza monetarna tworzona jest przez bank centralny na podstawie danych o wzroście PKB, inflacji itd. Do gospodarki pieniądz trafia jednak dopiero za pośrednictwem banków komercyjnych. To banki komercyjne mają największy wpływ na ilość środków w obiegu. Nawet polityka bardzo taniego pieniądza, stosowana przez światowe banki centralne, nie wywołała w czasie kryzysu większej inflacji, gdyż prawdziwym miejscem wpuszczania pieniądza do gospodarki są właśnie prywatne banki depozytowo-kredytowe.

Banki komercyjne nie tworzą jednak pieniądza na zawołanie, jak twierdzą niektórzy radykalni przeciwnicy prywatnej bankowości. W świecie banków depozytowo-kredytowych nie dochodzi do dowolnej kreacji pieniądza w wysokości wielokrotności depozytów – w takim przypadku banki rosłyby wykładniczo. Problem ze wzrostem aktywów (szczególnie derywatów) istnieje, ale jest to problem instytucji typu shadow banking („banków” inwestycyjnych, handlujących i tworzących instrumenty pochodne, hedge fundów itp.). Zdrowy system depozytowo-kredytowy, znany np. z powojennej Europy Zachodniej, nie generuje takich nierównowag. A zatem jak kreowany jest pieniądz? Pieniądz kreowany jest „z powietrza” w momencie zaciągania kredytu. Przywilej banków prywatnych jest znaczący, lecz nie tak nieograniczony, jak się to wydaje. Wielkość emisji kredytu jest bowiem wyznaczana realnymi zdolnościami kredytobiorcy do spłaty.

Oczywiście powyższy opis jest uproszczony, ale oddaje istotę rzeczy – przynajmniej na razie. Coraz częściej ze strony ekonomistów finansowych pojawiają się bowiem odważne propozycje zmiany systemu. Michael Kumhof z Międzynarodowego Funduszu Walutowego sugeruje odchodzenie od kreacji pieniądza przez banki prywatne, co jednak w dzisiejszych warunkach skutkowałoby potencjalnie mniejszą bazą akcji kredytowej. Lord Adair Turner, były brytyjski regulator finansowy, poważnie rozważa możliwość finansowania deficytu budżetowego „darmową” emisją pierwotną z banku centralnego, wskazując, iż w pewnym momencie nawet Milton Friedman postulował takie rozwiązanie. Ponawiane są również postulaty podatku od transakcji finansowych oraz rygorystycznej separacji banków depozytowo-kredytowych od inwestycyjnych. Niektóre propozycje mają więcej, inne mniej uzasadnienia, jednak debata na te tematy jest zaskakująco żywa pomimo torpedowania tematu reform przez wpływowe instytucje finansowe. Przypomina ona, że często istnieje więcej niż jedno dobre rozwiązanie, jeżeli tylko służą one nadrzędnemu celowi długotrwałego rozwoju.

Warto mieć to spostrzeżenie w pamięci, gdy z wyzwaniami kryzysu gospodarczego musi się zmierzyć polska polityka gospodarcza. W krótkim okresie krajowa gospodarka nie jest w stanie samodzielnie przyspieszyć przy obecnej polityce, bazującej na błędnym kole niskiego efektywnego popytu. To przyspieszenie może się dokonać w warunkach dekoniunktury wyłącznie dzięki państwowemu impulsowi wydatkowemu, który jednak staje się trudny z uwagi na presję zadłużenia. Poradzić sobie z tym problemem można na wiele sposobów.

Warto wymienić kilka z nich, które pozwoliłyby zmniejszyć presję na budżet (oferując większe pole manewru dla wydatków) lub dać impuls inwestycyjny bez użytkowania budżetu. Rząd może dokonać zmiany w systemie emerytalnym, przenosząc część pieniędzy z OFE do ZUS, tym samym obniżając księgowy poziom długu. Innym rozwiązaniem jest skup przez NBP na rynku wtórnym obligacji denominowanych w walutach obcych z rezerwy walutowej (w konstytucji zabronione jest bezpośrednie finansowanie budżetu przez bank centralny). Kolejnym rozwiązaniem pozwalającym na pozabudżetowy impuls inwestycyjny mogłoby być powołanie konsorcjów projektowych przez spółki państwowe, samorządy i inne, celem dokonywania wieloletnich projektów rozwojowych. Emisja przez konsorcja wieloletnich niskooprocentowanych obligacji oraz skup obligacji przez NBP lub BGK pozwoliłyby uzyskać pozabudżetowe źródło finansowania. Możliwe są również zmiana ustawy o finansach publicznych z 2009 roku, zniesienie restrykcji nakładanych na wydatki po przekroczeniu progu 55% relacji długu do PKB oraz likwidacja „reguły wydatkowej”. Kolejną opcją jest zwiększenie skali Programu Inwestycje Polskie. Wreszcie – pożądane byłoby także wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej (przynajmniej na czas kryzysu).

Powyższe propozycje mają zalety, choć także różne słabości. Należy jednak pamiętać, że daleko ważniejsze od skonstruowania systemu idealnego jest zaradzenie nagłej potrzebie przeciwdziałania wysokiemu bezrobociu. Bez impulsu inwestycyjnego będzie się ono utrzymywać na obecnym poziomie przez długi czas. Warto już dziś rozważać dostępne możliwości, naciskając jednocześnie na zniesienie niepotrzebnych i szkodliwych zmian w prawie pracy. Sytuacja nie jest bez wyjścia, chociaż czas goni. Pora na impuls inwestycyjny.

Triumf nadludzi

Triumf nadludzi

„Człowiek miarą jest wszechrzeczy” – to dumne wyznanie antropocentryzmu przestaje być drogowskazem naszych czasów. Dziś Protagorasa zastępuje Nietzsche z jego rojeniami o nadczłowieczeństwie. To już nie tylko marzenia szalonego filozofa, nie tylko chałupnicze próby XIX-wiecznych eugeników i XX-wiecznych nazistów – obecnie za projektowanie i produkcję supermenów bierze się nauka z błogosławieństwem rządów i korporacji.

Cel jest – jak zawsze – szczytny: udoskonalenie człowieka. Któż nie chciałby być mądrzejszy, zdrowszy, piękniejszy? A jednak mnie, uznającego człowieka za jedyny praktyczny (bo weryfikowalny) punkt odniesienia, pomysły „przezwyciężania człowieczeństwa” poprzez modyfikacje genetyczne czy cyborgizację przerażają.

Mamy tu do czynienia z najskrajniejszym jak dotychczas projektem zmiany ludzkiej natury. Próby takie podejmowane były od dawna, dotychczas wszakże opierały się na lamarkistowskiej teorii o decydującej roli środowiska i przeświadczeniu o plastyczności ludzkiej natury. Mówiąc w skrócie: wierzono, że zmieniając otoczenie człowieka, zmieni się zasadniczo jego samego. Na ogół jednak te próby kończyły się fiaskiem. Skutki rzadko odpowiadały zamiarom. Inżynieria społeczna budzi więc uzasadnioną nieufność.

W tej sytuacji Poprawiacze Człowieka skapitulowali przed nieprzyjazną rzeczywistością, po cichu wycofując się z dogmatu o naturalnej dobroci ludzi. Postanowili pójść na skróty: po co zmieniać ustrój, kulturę, stosunki międzyludzkie – zmienimy człowieka. Zdecydowali się na „ucieczkę do przodu”, wspierając inżynierię społeczną inżynierią genetyczną. Postanowili połączyć Lamarcka z Darwinem, zasadę środowiska z zasadą genotypu, „ziemię” i „krew”. Ta synteza ma dać nam Człowieka Doskonałego.

Ale doskonałe jest wrogiem dobrego. Jak przypomina nam ludowa mądrość, dobrymi chęciami piekło wybrukowano. Projekt ten może być atrakcyjny dla ludzi, którzy za każdą cenę chcą uciec od samych siebie, problemem jest jednak właśnie ta – każda! – cena. Projekt transhumanistyczny jest najskrajniejszą formą uprzedmiotowienia człowieka, który okazuje się być nawet nie narzędziem, lecz tworzywem. Człowiek ma się wyrzec swej istoty, swego człowieczeństwa w imię… no właśnie – w imię czego? W imię jakich wartości? Kto miałby prawo narzucenia innym swojego wzoru? Jak miałby wyglądać nadczłowiek?

Kto decydowałby o kierunku transhumanistycznej ewolucji człowieka. Rodzice? Nietrudno sobie wyobrazić, że znaczna część (w Polsce pewnie większość) postanowiłaby, iż dzieci mają „umieć sobie radzić w życiu”, więc wszczepiłaby im gen „przebojowości”, tj. chamstwa, cynizmu, interesowności, egoizmu. Każdy sam, wedle swej fantazji? To doprowadziłoby do wykształcenia się wielu odmiennych – niekompatybilnych, być może wrogich – gatunków. Stanisław Lem w „Podróży XXI” Ijona Tichego opisuje w humorystyczny, acz wielce prawdopodobny sposób historię społeczeństwa sterującego swoją ewolucją biologiczną. To może państwo? Ale w myśl jakiej ideologii? W imię jakich wartości, wedle jakiego wzoru ludzkość miałaby być przekształcana? Chrześcijańskiego? Muzułmańskiego? Buddyjskiego? Faszystowskiego? Anarchistycznego? Komunistycznego? Liberalnego?

Transhumaniści lewicowi (daruję sobie dyskusję z neonazistami z Euvolution.com, śniącymi o aryjskim Homo galacticus) oczywiście mają nadzieję na stworzenie człowieka pasującego do ich wizji społeczeństwa egalitarnego. Jak to jednak osiągnąć? Czy równość totalna nie jest możliwa tylko przy jednakowości? Jeśli tak, to jest po prostu niecelowa. Społeczeństwo istnieje dlatego, że istnieje podział pracy; podział pracy wynika ze zróżnicowania ludzi. Jeśli zaś np. wyhoduje się istoty, które same siebie będą mogły zapładniać, to przestanie istnieć rodzina. Nie będzie nie tylko ludzi, ale i społeczeństwa oraz będącej jego wytworem kultury, tylko jakieś zbiorowisko monad. Równość jest ważną wartością, ale nie na tyle, żeby poświęcać dla niej swe niedoskonałe człowieczeństwo. Żadna wartość nie jest warta tego, by dla niej poświęcać inne wartości.

To jednak i tak puste rozważania. Lewica pozostaje w głębokim kryzysie, od trzech dekad znajduje się w defensywie i realnych szans na wdrożenie swego projektu nie ma. A to oznacza, że dominująca ideologia neoliberalna będzie kształtowała człowieka na wzór i podobieństwo swoje. Nietrudno się domyślić, że Człowiek Idealny ucieleśni się w postaci Idealnego Konsumenta albo Idealnego Robotnika, być może też Idealnego Żołnierza, Idealnego Błazna, Idealnej Prostytutki. Człowieczeństwo zostanie zredukowane do jednej z funkcji. Powstałoby społeczeństwo zróżnicowane na wzór termitiery. Tak wyglądałby świat, gdyby to w latach 30. istniały możliwości inżynierii genetycznej i ludzkość została uformowana według panujących wówczas ideałów.

Być może w jakimś idealnym społeczeństwie transhumanizm miałby sens. Teraz to jest bomba atomowa. Hodowanie ludzi daje każdej władzy w ręce najpotężniejszą broń, jaką można sobie wyobrazić. Po wydarzeniach w NRD w 1953 roku Bertolt Brecht napisał wiersz, który głosił, że naród zawiódł zaufanie rządu i rząd postanowił ten naród odwołać. Była to poetycka wizja rozśmieszająca swoją absurdalnością, ale inżynieria genetyczna pozwoli ją urzeczywistnić. Bo chyba nie ulega wątpliwości, że o kierunku ewolucji decydować będzie elita finansowa, klasa polityczna, „Grupa Trzymająca Władzę”.

Na pewno nie cała ludzkość dokonałaby jednoczesnego przekształcenia: część nie chciałaby, części może nie byłoby stać. Inżynieria genetyczna – jak każda nowość – byłaby początkowo dostępna tylko dla nielicznych, dla elity. Czy elita zechciałaby poczekać na resztę? Wątpliwe. Raczej zapewniłaby swojemu potomstwu status nadludzi. Co stałoby się wówczas z nieprzekształconą częścią ludzkości? Obawiam się, że spotkałby ją los Tasmańczyków wytępionych w XIX wieku. Nie sądzę, by nadludzie traktowali ludzi lepiej niż ludzie traktują się nawzajem.

Dziś człowieczeństwo to jedyny pewny grunt, jedyny punkt odniesienia, jedyny wspólny mianownik. Wartości są zmienne, wtórne, względne. W sytuacji kryzysu humanistycznej Utopii, w sytuacji dogorywania religijnej Tradycji, ludzka natura z jej atawizmami to już naprawdę ostatni szaniec broniący świata przed zapędami inżynierii społecznej – wszystko jedno: totalitarnej czy wolnorynkowej.

Sprzeciw wobec transhumanizmu wynika więc z tych samych powodów co sprzeciw wobec totalitaryzmu. Wrogość do transhumanizmu ma też wspólny – humanistyczny – mianownik z antykapitalizmem: kapitalizm zdetronizował człowieka z pozycji wartości najwyższej, zastępując go zyskiem, transhumanizm natomiast człowieka zastępuje nadczłowiekiem.

Marzenie wszelkich totalitaryzmów – Nowy Człowiek – urzeczywistnić ma się jako człowiek GMO. Homo perfectus będzie gatunkiem odmiennym od naszego. Cieszyć się z tego mogą tylko mizantropi – tylko czy mizantropia jest do pogodzenia z lewicowością?

Na tym tle najmniej ważną jest obawa o niezaplanowane uboczne skutki nieudanych eksperymentów (jakieś epidemie, kalekie mutanty itp.)…

Oczywiście wobec tych wszystkich zastrzeżeń pozostaje jeszcze jeden, ostateczny argument – o nieuchronności transhumanistycznej ewolucji. Osobiście pozostaję sceptyczny wobec koncepcji zdeterminowanego jednokierunkowego „postępu”. Uważam to za wdrukowany w naszą świadomość Oświeceniowy schemat, któremu raz po raz zaprzeczają fakty. Nieuchronne nie znaczy dobre – wiele faktów, jak globalne ocieplenie czy wymieranie gatunków, wskazuje, że zmierzamy ku katastrofie, a ludzie Zachodu żyją wiarą w „postęp”. Poza tym dopóki coś się nie wydarzy, dopóty nieuchronność tego nie została dowiedziona.

…Lewica od dekad stoi w rozkroku, który staje się coraz bardziej bolesnym szpagatem. Ma dwa zobowiązania: iść z postępem oraz bronić słabszych. U fundamentów lewicowości leży przekonanie, że te dwa cele są tożsame lub zbieżne, albo przynajmniej niesprzeczne – że postęp pomaga słabszym. Tymczasem od początku Epoki Globalizacji zmiany idą w kierunku przeciwnym do lewicowych ideałów. W swej ostatniej książce Günther Wallraff pisze, że zaczynając pracę ponad czterdzieści lat temu, miał nadzieję, iż świat zmienia się na lepsze. Obecnie zauważa tendencję odwrotną – wzrost niesprawiedliwości i pogorszenie stosunków międzyludzkich. Mamy coraz mniej bezpieczeństwa, coraz mniej solidarności, coraz większe rozpiętości majątkowe. „Postęp” jest bezlitosny dla tych, którzy za nim nie nadążają. „Postęp” gnębi słabych.

Rozwój biotechnologii te podziały pogłębi. To już nie będzie walka klas, lecz walka odmiennych biologicznie gatunków. Słabsi przegrają. Wyginą. Na tym polega „postęp”.

Wszak tak nauczał Darwin. Tako rzecze Zaratustra.

Roszczeniowcy na placu Taksim

Roszczeniowcy na placu Taksim

108 lat temu, 22 czerwca 1905 roku, wybuchło coś, co nazwano później powstaniem łódzkim, a co stało się częścią wydarzeń w całej Polsce w ramach rewolucji 1905 r. W ciągu kilku dni stanęły niemal wszystkie łódzkie fabryki, a na ulicach pojawiły się barykady. Przyglądając się pożółkłym fotografiom i wycinkom z gazet z epoki, nie zastanawiamy się zbyt często, o co ci ludzie walczyli. Jest to dla nas kolejne wydarzenie z zamierzchłej historii, nieaktualne i pozbawione znaczenia. Nic bardziej mylnego.

Wśród żądań ówczesnych robotników znajdziemy takie jak ośmiogodzinny dzień pracy, równe płace dla kobiet i mężczyzn, ubezpieczenia zdrowotne i bezpłatną opiekę nad dziećmi. Wszystko, o co walczyli wtedy, brzmi niezwykle aktualnie także teraz, w dobie prekariatu i umów śmieciowych. Ilu z nas pracuje w nienormowanym czasie pracy, będąc pod telefonem/e-mailem praktycznie cały dzień? Ilu z nas posiada pełne ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne? Ilu z nas, jeśli już zdecydowaliśmy się na posiadanie dzieci, miało szczęście umieszczenia ich w miejskim przedszkolu, a nie musiało polegać na darmowej pracy babci?

Świadomość tego, że posiadamy prawa, jest niezwykle ważna. Prawo do pracy, prawo do godnej zapłaty za nią, prawo do ubezpieczeń społecznych, prawo do bezpłatnego leczenia i bezpłatnej nauki, prawo do posiadania dachu nad głową – to wszystko składa się na katalog najbardziej podstawowych praw, które nam przysługują, a o których coraz mniej z nas pamięta. Bezwiednie, godząc się na coraz gorsze warunki, zapominaliśmy o tych prawach. Aż wreszcie znaleźliśmy się niemal w tym samym miejscu co bojownicy roku 1905.

Ostatnie ćwierćwiecze to pole nieustającego rugowania tej świadomości z umysłów społeczeństwa. Każdy, kto upominał się o podstawowe prawa, lądował w szufladce z napisem „roszczeniowy”. Nowoczesnemu Polakowi roszczeniowość nie przystawała – nowoczesny Polak zajmował się pomnażaniem swojego kapitału i już za chwilę miał stać się nowym Carringtonem. Jasne było, że aby to osiągnąć, należy zaciskać zęby i przeć do przodu, kosztem swoim i innych, a wszelkie kłopoty i niedogodności napotykane na tej drodze miały być przejściowe.

W ten sposób zgodziliśmy się jako społeczeństwo na ciągłe wyrzeczenia i niedogodności. Wyszkoleni, że od tej pory wszystko znajduje się w rękach jednostki, oduczyliśmy się działań zbiorowych. Rozbici i zatomizowani staliśmy się łatwym celem, bo nikt już za nami nie stał. Co gorsza, przyjęliśmy panującą nowomowę – prawa stały się przywilejami, a upominanie się o nie postawą roszczeniową. Każdy, kto podnosił głos w swojej obronie, narażał się na ukamienowanie, jako ktoś, kto przeszkadza w biegu ku świetlanej przyszłości, a prawa, których bronił, należało mu w ogólnej opinii natychmiast odebrać, jako nienależne przywileje. W ten sposób napuszczano jedne grupy społeczne na inne, a podręcznikowym wręcz tego przykładem jest opublikowany niedawno w „Gazecie Wyborczej” list pracownika call center. Jego autor atakuje nauczyciela broniącego swoich praw, zamiast walczyć o takie same prawa dla siebie.

Niepostrzeżenie wyrosło całe nowe pokolenie – nie znające już innego języka i nie potrafiące działać wspólnie. Nawet postawieni pod ścianą prywatyzujemy nasze nieszczęścia i obwiniamy za nie głównie siebie, nie dostrzegając systemu stojącego za nimi. Nie wychodzimy na ulice, zamykając się z problemami w czterech ścianach. Nie mamy świadomości grupowej ani świadomości klasowej, odrzuconej jako niemodna i przestarzała.

Tymczasem poza naszymi granicami wrze. Protesty uliczne rozlały się jak Europa długa i szeroka – wszędzie tam, gdzie usiłowano zaaplikować ludziom drakońskie reformy, zmuszające do płacenia za nie swoje błędy. Grecja, Hiszpania, Szwecja, a ostatnio Turcja – zewsząd dochodzą głosy o kolejnych manifestacjach i starciach z policją. My pozostajemy na nie głusi, bo kto by sympatyzował z roszczeniowymi warchołami, którym się nie chce pracować?

Plac od wieków był najważniejszą przestrzenią w mieście. Agora, miejsce spotkań, na które każdy mógł przyjść i spotkać się z innymi. W obronie tego w Stambule polała się krew. Ludzie zaprotestowali przeciwko zniszczeniu i prywatyzacji przestrzeni wspólnej, upominając się również o pozostałe podstawowe prawa, których im odmawiano. Rewolucja na naszych oczach rozlała się na dziesiątki innych tureckich miast, napotykając brutalną reakcję rządu. Echa tych wydarzeń dotarły nawet do Polski, każąc postawić sobie pytanie, jak zachowalibyśmy się jako społeczeństwo w podobnej sytuacji?

Każda władza doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak groźna jest duża publiczna przestrzeń położona w sercu miasta. Takie miejsce szybko może się stać ogniskiem protestu, jak np. kijowski Chreszczatyk w 2004 czy plac Tahrir w Kairze. Dlatego władze chętnie odbierają społeczeństwu te obszary, oddając je w zarząd prywatnym inwestorom czy kierując na nie ruch samochodowy. W moim rodzinnym mieście jeszcze w latach 70. zeszłego wieku w ten sposób zniszczono główną arenę robotniczych wieców, jaką był Wodny Rynek. Ten największy plac Łodzi był od końca XIX stulecia widownią wieców, masówek oraz bitew z wojskiem i policją. To tam spotykali się wszyscy, którzy pragnęli zmiany, i to tam szli, aby to pragnienie zamanifestować. Dziś w jego miejscu biegnie wielopasmowa arteria, a smutne resztki placu zajmuje martwy parking. Nie lepszy los spotkał inne dawne rynki mojego miasta – Bałucki, Zielony czy Górny zostały oddane we władanie kupcom, którzy zabudowali je halami.

My jednak nie broniliśmy przestrzeni wspólnych. Nauczeni, że wspólne oznacza tyle co niczyje, nie przejęliśmy się, gdy wspólne nagle stało się czyjeś. Nie odczuliśmy straty, a ci nieliczni, którzy odczuli, spotykali się z pełnymi politowania puknięciami w głowę. W obronie Bałuckiego Rynku nie padł żaden kamień, a drzew w Ogrodzie Krasińskich bronili nieliczni. Żadne z tych miejsc nie stało się zarzewiem protestu, iskrą, która wyzwoliłaby powszechny ludzki gniew.

Mimo to klimat się zmienia. Coraz więcej osób zauważa, że razem można więcej. Coraz więcej osób gotowych jest wykonywać codzienną pracę u podstaw i odzyskiwać przestrzeń dla całej społeczności, a nie tylko dla siebie. Na razie są to małe, kilkudziesięcioosobowe grupki, słabe i izolowane, ale z każdym dniem jest ich więcej. Uczą się identyfikować swoje problemy i odnajdywać ich przyczyny. Uczą się też spoglądać za płot i zauważać, że problemy różnych grup bardzo często mają takie samo podłoże. Na ulicach dużych polskich miast pojawiają się demonstracje solidarności z protestującymi w innych częściach świata. Walczący o dach nad głową lokatorzy prywatnych kamienic otrzymują wsparcie od środowisk anarchistycznych. Mniejszości seksualne wpisały na sztandary Parady Równości żądania godnej pracy i płacy. Ludzie ze, zdawałoby się, zupełnie sobie obcych grup społecznych zaczynają współpracować i walczyć ramię w ramię.

Być może nie doczekamy się swojego placu Taksim i być może w obronie kolejnej zawłaszczanej wspólnej przestrzeni nie padnie żaden strzał. Jednak mam przeświadczenie, że do przesilenia zostało już niewiele czasu. Bądźmy gotowi, bo walka, która się wtedy rozegra, będzie walką o nasze prawa.

Zróbmy sobie Polskę

Zróbmy sobie Polskę

Sceny z dzieciństwa, pewnie na siebie nałożone. Dworzec PKP w Poznaniu, charakterystyczne drewniane, długie ławki w poczekalni, późna godzina, czarno-biały telewizor wysoko na stojaku. Byle jakie żółtawe światło niezbyt ostro maluje scenerię. Druga połowa lat osiemdziesiątych. Zmęczeni ludzie, robotnicy, inteligencja, „niebieskie ptaki” Polski Ludowej, niektóre twarze prawie jak z „Korkociągu” Marka Piwowskiego. Czekam z Rodzicami na pociąg. Telewizor migocze jedynie słusznym śnieżeniem, partia czuwa i troszczy się, ludzie siedzą, przygaszeni, cisi. Mężczyzna oddaje mocz w rogu sali. – Nie patrz, synku – słyszę. Ale patrzę, patrzę, bo już kształtują się nawyki i matryca postrzegania rzeczywistości, kształtuje się zmysł wychwytujący turpizm, zaczyna obserwacja ojczystych cieni. Dobrze rozumiem frazę: „Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy: / Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy”. I to był w dużej mierze PRL, nieprzefiltrowany przez bareizmy, socjal-resentymenty, propagandę postkomunizmu – niemartyrologiczny, cwaniacko-oślizgło-beznadziejny, zepchnięty do ogólnonarodowej podświadomości jako historyczna trauma i wstyd.

2013 rok, wiosna, dworzec PKP w Poznaniu, a właściwie dwa dworce: stary i nowy. Już po 22.00. Na zewnątrz nagła burza. Nie ma gdzie usiąść – na starym dworcu Straż Ochrony Kolei przegania ludzi z niewielkiej poczekalni, chyba cudem ocalałej obok małej kawiarenki. Zielony kolor ścian, niewygodne krzesła, kilka stolików. Poczekalnie, takie z prawdziwego zdarzenia, zlikwidowano na starym dworcu, a na nowym nie ma ich wcale. Są sieciowe kawiarnie, automaty z koncernowymi słodyczami i napojami. Zatem podróżni stoją, siedzą na walizkach w dworcowym hallu, jak intruzi, jak ludzie niepotrzebni. Bo nie ma przestrzeni publicznej na dworcach urządzonych wedle logiki realnego liberalizmu. Bo prawie nie ma przestrzeni publicznej w kraju realnego liberalizmu.

Myślę czasem, skąd to, ta dzisiejsza niechęć i niezrozumienie rzeczy wspólnych. I jedna myśl świta mi w głowie, gdy tak nakładam na siebie te obrazy – dziecięce i współczesne. Że to wszystko z choroby, z choroby wstydu i nieumiejętności, choroby ucieczki i niezadowolenia, z choroby bezradności i zobojętnienia – uciekliśmy od przestrzeni publicznej, wspólnej, jednoczącej. Zbiegliśmy w te wszystkie wsobności i odosobnienia, w strategie indywidualnego przetrwania, popychani kolanem, kuksańcami, marchewką, złudzeniem, sukcesem, gniewem, nadzieją – żeby już nie siedzieć w żółtomglistym świetle PRL-owskiej poczekalni. Wyrwaliśmy się ku światłu neonów i reklam, sycącym wzrok barwom opakowań batoników, proszków do prania, wyrwaliśmy się z piekiełka zapuszczonej przestrzeni publicznej do lepszego świata. Zatrzasnęliśmy drzwi za brudem, od którego pękały oczy, i za ciepłem przaśnych, ale wspólnych miejsc. Nie pytaliśmy – pytać nie było kogo – co właściwie urządzimy sobie w zamian.

Mamy zatem swój kraj. Wypasione bryki stoją na światłach, pada gwałtowny deszcz, drogi są dziurawe, nawet te wielkomiejskie. Wypasione bryki niemal jak amfibie, w tych dziurach zalanych zbełtaną deszczówką, która spływa niemrawo pod ziemię, rynsztokami. Mamy wypasione bryki i dziurawe drogi, mamy rosnący dobrobyt i rosnące ubóstwo oraz niedofinansowanie infrastruktury publicznej. Nasi dziadkowie i rodzice już dawno zostawili na złomie maluchy, sprowadzili sobie zachodnie auta z niemieckich złomowisk. Albo kupili coś na kredyt, albo za gotówkę – bo przecież dobrodziejstwo transformacji, przejście ze świata Gorzej-Być-Nie-Może do świata realnego liberalizmu, wielu jednak się opłacało.

Ale gdy trzeba było ciągnąć ku sobie, gryźć, drapać, ustawiać się, rozpychać – to w kurzu bitewnym Wielkiej Wojny Przepoczwarzenia Ustrojowego nie widać było za dobrze, jak znika przestrzeń publiczna. I – prawdę mówiąc – kto się dorobił, nie widział potrzeby, by za nią płakać. Bo na co dworzec kolejowy szczęśliwemu posiadaczowi sprawnego samochodu, sprowadzonego z Niemiec? Wreszcie można było się odseparować, wyłączyć z ogółu, który kojarzył się bardziej z kolejką niż z przygaszoną „Solidarnością”, wyjść z tej śmierdzącej poczekalni. Nareszcie można było zjeść batonika, popić słodkim napojem z plastiku, zmienić szarawy proszek „Ixi” na taki pachnący, z granulkami, wyremontować kuchnię, łazienkę, zacząć żyć, konsumować, być i tyć. O, błogosławiona wsobności życia w III Rzeczpospolitej! O, święta obojętności wobec śmierdzącej ojczyzny! Zróbmy sobie inną! No to zrobiliśmy…

Wiem, brzydko piszę. Wypadałoby trochę socjalistycznej litości dla Polski Ludowej i nieco prawicowego, mało zobowiązującego wzruszenia nad umęczoną ojczyzną. Kłopot w tym, że tak się nie da. Bo z ziemi peerelowskiej do trzeciopospolitej przeszliśmy jednak dość obrzydliwie, choć może trudno było inaczej. A skąd ta obrzydliwość? Bo tę Polskę nisko wyceniliśmy i szybko rozparcelowaliśmy, nie daliśmy sobie i jej większych szans, żeby coś wspólnego dla wszystkich z niej ocalić – fizycznie, nie nadrealnie. Przetransferowaliśmy tę Polskę do własnych kieszeni i ona tam teraz cicho pobrzękuje judaszowym groszem. I gdy się dobrze wsłuchać, słychać ją zarówno z kieszeni starych esbeków, jak i prawdziwych Polaków. I z kieszeni małomiasteczkowego urzędnika, i z portfela zasłużonych dla budowania społeczeństwa obywatelskiego. A o czym ta Polska brzęczy, o czym kwili? Kto wie, może o tym, że jej tam wygodniej i lepiej niż w peerelowskiej poczekalni. Bo przecież, powiedzmy to jasno, ona w ciągu stuleci chyba do tego przywykła, że trafia z kieszeni do kieszeni, a zakładam, że źle się jednak czuła w żółtym poblasku peerelowskiej poczekalni, pełnej ludzi, którzy przestali już wierzyć megafonom. A może i tam było jej nie najgorzej? Gdy parowała ciepłą strużką uryny na dworcowej poczekalni, gdy wzlatywała pod niebo robociarskimi modlitwami pod stoczniową bramą, gdy siedziała w szkolnej stołówce, przełykając szpinak i kożuch od mleka oraz drobiła fluoryzowanymi zębami cienko krojoną kiełbasę. Nie wiem, Polska jest małomówna, zamknięta w sobie jak latami poniewierana kobieta.

Oczywiście, teraz jest ładniej i niekiedy całkiem sensownie. To duży plus. Do tego mamy demokrację, czyli hegemonię zapętleń polityczno-biznesowo-medialnych. Mamy pluralizm środków masowego przekazu, czyli dużo propagandy plus nisze dla kontestatorów. Mamy wreszcie uznanie dla prywatnej własności, czyli społeczeństwo szybko organizujące się w systemie rosnącego rozwarstwienia ekonomiczno-kulturowego. Mamy ciepłą wodę w kranach, marsze niepodległości, marsze szmat i grupy rekonstrukcyjne. Mamy IPN, wycieczki do Egiptu, ołtarze na Boże Ciało tuż przy „Biedronce”, mamy też awangardę postępu, wielką księgę cipek, Janusza Palikota, giełdę i Jeremiego Mordasewicza. Mamy Dzień Żołnierzy Wyklętych, zwęglone szczątki Jolanty Brzeskiej, „Pocztówkę z wakacji”, tanie kondomy „Conamore”, spór o in vitro, Amber Gold, rotmistrza Pileckiego, rok Tuwima, ogólnopolskie nieustające zawody całowania w dupę w ramach ścieżki (jakiejkolwiek) kariery zawodowej. Do tego mamy prasę codzienną i niecodzienne wydarzenia muzyczne, jak koncertowo spieprzone Ursynalia 2013. Jest kolorowo, jest dużo tematów na newsa, z których większość nie dotyczy tego, co powinna.

Dawno temu w miasteczku Śrem (a może był to Czempiń?) istniała knajpa „Kosmos”. Tam odlatywano naprawdę daleko, dalej niż Gagarin i Hermaszewski, fruwano na smugach smrodu znad szynkwasu, w oparach piwnej piany ściekającej po brzegach kufli z grubego szkła. Tam przeciętni obywatele Polski Ludowej śnili swój sen kolorowy, sen malowany. Czy byłeś kiedyś w knajpie „Kosmos”, w miasteczku, nocą? Brzydko było, pękały oczy, marynarki, szczęki, serca kobiet i mężczyzn, kurewek i taksówkarzy, badylarzy i inteligentów. Aż zamknęli „Kosmos”. I zajaśniała jutrzenka swobody. I wyszli, i zatrzasnęli drzwi. Zobaczyli, że zaraz będzie lepiej.

I jest lepiej, bracia rodacy. Naprawdę jest lepiej, siostry. Wygraliśmy, dla nas wygrali oni. Mamy urocze knajpki, estetyczne kubeczki z aromatyczną kawą, kolorowe drinki, młodzież hipsterską i tolerancyjną, chillouty – bo wyciszenia nam czasem trzeba, gdy już brak sił w zawodach w całowaniu w dupę. Tamci, te niedobitki z „Kosmosu”, z poczekalni, ze śnieżącego telewizora, to już nazwiska na nagrobkach, renciści i emeryci, zasłużeni politycy, zasobni biznesmeni, autorytety (a)moralne. I czy to ich wina, że nic więcej nie wiedzieli, że mogli tylko wyjść z „Kosmosu”, z poczekalni, z gmachu KC PZPR, zleźć ze styropianu, że mogli się sfrajerzyć lub wycwanić, trzecie nie było na ogół dane? Co oni winni, że mogli tylko uwierzyć, że będzie jak na Zachodzie, gdy się bary piwne zastąpi fast foodami, gdy się wyprzeda Polskę Ludową w ramach wielkiej, posezonowej, historycznej i geopolitycznej obniżki cen?

Chciałbym okłamać czytelnika, że czasem śni mi się ta peerelowska poczekalnia dworcowa, żółto-śmierdząca, że śni mi się katalog twarzy stamtąd. A we śnie gra nowoczesny telewizor i szarzy ludzie oglądają „Must be the music”. I mówią do mnie ze smutną miłością: „o taką Polskę dla Ciebie walczymy!”. Ale wcale mi się to nie śni. Może widzę we snach co innego: dwoje kochanków, szepczą do siebie – zróbmy sobie Polskę… Ale budzę się i czytam, że jednak demograficzny niż. I chce mi się śmiać, i wzruszyć ramionami, i krzyczeć. I zostać, i wyjechać.

Dajmy szansę polskiej wsi!

Dajmy szansę polskiej wsi!

Mijają lata, a media, opinia publiczna i politycy głównego nurtu niemal nie interesują się ogromnymi obszarami kraju, zamieszkanymi przez miliony osób i zapewniającymi podstawy bytu, czyli żywność. O wsi i rolnictwie mówi się głównie w kontekście zwyczajowego utyskiwania na „polskie zacofanie”, rzekomego „okradania podatników” przez KRUS, ewentualnie podczas kampanii wyborczych. Tymczasem jest to obszar i sektor gospodarki pełen poważnych problemów i wyzwań rozwojowych oraz niezwykle ważny z punktu widzenia kondycji kraju. O tym wszystkim rozmawiamy z senatorem Jerzym Chróścikowskim – przewodniczącym Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych „Solidarność”.

***

Jakie zmiany zachodziły długofalowo na polskiej wsi od lat 90. do dziś? Na jakie procesy społeczno-gospodarcze trzeba zwrócić uwagę?

Jerzy Chróścikowski: Z pewnością początek lat 90. był czasem wielkich zmian. Wprowadzał je rząd Tadeusza Mazowieckiego, ale zaczęła jeszcze ekipa premiera Mieczysława Rakowskiego. Uwolniono ceny, powstawały spółki nomenklaturowe. W ramach polityki gospodarczej Leszka Balcerowicza zniesiono także dopłaty do rolnictwa. Zaczął się wielki bunt społeczny rolników, pierwsze strajki. A przypomnę, że chwilę wcześniej rolnicy popierali premiera Mazowieckiego: choćby poprzez dary rolnicze, pożyczkę zbożową.

Gdy otwarto polski rynek na produkcję rolną z Zachodu, zmiany okazały się niekorzystne dla rodzimego rolnictwa. Przestał opłacać się eksport polskich produktów rolnych. Musieliśmy walczyć o krajowe mechanizmy wsparcia, żeby wyrównać konkurencyjność, m.in. o minimalne ceny, choćby dla zbóż czy buraków. To się udało na bardzo krótko.

Polityka Balcerowicza doprowadziła do zmiany systemu oprocentowania pożyczek bankowych. Rolnicy czy małe zakłady przetwórstwa rolno-spożywczego, którzy mieli zaciągnięte kredyty, nie byli w stanie ich spłacać. Wiele gospodarstw czy firm w efekcie upadło. Zaczęły się protesty, najpierw w Zamościu, później w Warszawie. Podpisano w końcu porozumienie, powstał Fundusz Restrukturyzacji i Oddłużenia Rolnictwa, a następnie w 1994 r. ustawą została powołana Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Generalnie przez całe te lata trwała walka o obniżanie kosztów produkcji rolniczej, np. poprzez dopłaty do paliw rolniczych, tańsze kredyty czy dopłaty do materiału siewnego. Skutkowało to niższymi cenami żywności oraz poprawiło częściowo konkurencyjność na rynkach zewnętrznych i krajowym. Od wejścia do Unii Europejskiej nie jesteśmy niestety na równych prawach. Nasze rolnictwo musi dostosowywać się do prawa unijnego, a płatności i składki obowiązują nas jak w przypadku innych krajów UE, natomiast nasze płatności bezpośrednie są niższe niż w krajach dawnej „piętnastki”.

Przed wejściem do Unii protesty rolnicze pomogły wymusić na władzy krajowe mechanizmy wsparcia, które do dziś jeszcze są stosowane. Mówię choćby o Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Przypomnę, że rolnicy do lat 80. nie byli objęci żadnymi ubezpieczeniami. Ostatecznie jednak – jeśli porównać realia zachodnie z polskimi – wciąż nie jesteśmy konkurencyjni, nie wypracowaliśmy systemu efektywnego wsparcia własnego rolnictwa.

A na ile zasadne jest uogólnienie „polska wieś”? Dużo przecież zależy od sytuacji poszczególnych regionów, także od historycznych zaszłości (struktury popeegerowskie). Czy mamy do czynienia zatem z jednym, czy z wieloma modelami polskiej wsi?

J. Ch.: Mowa o „polskiej wsi” jako czymś jednolitym to oczywiście uogólnienie. Badania socjologów pokazują, że struktura agrarna na polskiej wsi wciąż odzwierciedla jej ukształtowanie z czasów zaborów. Stąd inna jest specyfika gospodarstw rolnych na zachodzie, a inna na wschodzie i południu Polski. Te kwestie przenoszą się również na zamożność rolników, na realia społeczne. Jeśli popatrzymy na zaludnienie, to na terenach północno-zachodnich jest ono niższe, a gospodarstwa są większe, z kolei na południu i wschodzie Polski przeważają drobne gospodarstwa o większym zaludnieniu. Jako związek rolniczy „Solidarność” jesteśmy za gospodarstwami rodzinnymi, jako najbardziej efektywnymi i właściwymi dla polskich realiów. Tymczasem nie wypracowano – ani w obrębie kraju, ani w Unii Europejskiej – żadnego modelu wsparcia dla tego typu gospodarstw. A jest to konieczna sprawa.

Osobnym problemem są zaszłości popegeerowskie. Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, a następnie Agencja Nieruchomości Rolnych oddawały najpierw w dzierżawę, a później sprzedawały ziemię należącą wcześniej do PGR-ów. Większe gospodarstwa rolne powstają na byłych terenach popegeerowskich, tam utrzymuje się też pęd do zakupu ziemi. Natomiast zmiany struktury agrarnej, agrotechnicznej na wschodzie i południu kraju zachodzą wolniej, są trudniejsze także ze względu na jakość ziemi czy ukształtowanie terenu.

Przed nami „długa rewolucja” agrarna. Powtórzę, pojawia się także pytanie o model polskiego rolnictwa. Czy wygra model gospodarstw rodzinnych, czy obszarniczy (wielcy właściciele prywatni), czy też model kartelowy, gdzie rolnik będzie skazany na rolę najemnika, a wszelkie zyski odpłyną do koncernów. Ta ostatnia opcja jest w świecie coraz powszechniejsza, a rolnicy zrzeszeni w „Solidarności” zdecydowanie się jej przeciwstawiają. Rzecz nie tylko w strukturze własnościowej, ale także w ilości miejsc pracy i pewnym bezpieczeństwie socjalnym, które się z tym wiąże. Rolnictwo wielkotowarowe, koncernowe, ma tendencję do radykalnego ograniczania miejsc pracy, natomiast gospodarstwa rodzinne zabezpieczają je. A przecież dobrostan społeczny to coś więcej niż materialny zysk kilku transnarodowych podmiotów. Lokalność, regionalność, bezpieczeństwo i jakość żywności – to mogą gwarantować polskie gospodarstwa rodzinne, a ich utrzymanie jest tańsze niż ponowne programy osadnicze, z którymi przy dużym wyludnieniu terenu mamy już dziś do czynienia w innych państwach. Zachód wie, że stracił coś cennego – dlaczego mamy powtarzać cudze błędy? Dziś UE mówi wprost, iż dopłaca rolnikom nie za to, że produkują, lecz za to, że wytwarzają dobra publiczne. A na nie składają się środowisko naturalne, dobrostan zwierząt czy bezpieczeństwo żywieniowe, a także ciągłe odtwarzanie lokalnych kultur i społeczności.

Odnotujmy przy tej okazji niedawne protesty polskich rolników przeciw wykupowi ziemi… Jakie są szanse na powstrzymanie tego procederu?

J. Ch.: Powinniśmy bronić rodzinnego charakteru polskich gospodarstw. W Europie po to m.in. wymyślono renty strukturalne, żeby przekazywać areał następcom, powiększając go. W Polsce, mówiąc najdelikatniej, ten system został popsuty. W naszym kraju rentę strukturalną gwarantować miało 15-hektarowe gospodarstwo, ale po wejściu do Unii Europejskiej zmieniono to radykalnie. Rentę strukturalną gwarantowało przekazanie nawet hektarowego gospodarstwa, do tego dochodziło prawo do podziału/spadku – wszystko to powodowało rozdrobnienie gospodarstw i totalny bałagan. Ten mechanizm moim zdaniem ułatwiał też wykupywanie ziemi. Na szczęście w trakcie realizacji Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich częściowo został zmieniony. Od wielu lat walczę o stworzenie odpowiedniej ustawy i instytucji, która będzie kontrolować zmiany własnościowe na polskiej wsi, gdy po roku 2016 ziemia zostanie „uwolniona” i każdy będzie ją mógł nabywać – niezależnie, czy będzie to kapitał niemiecki, francuski czy amerykański. Wolnorynkowa możliwość wykupu będzie sprzyjać kartelom rolnym, które będą miały odpowiednią siłę nabywczą. Może nam zatem grozić model południowoamerykański, gdzie ziemia, a co za tym idzie – gospodarka rolna, jest własnością karteli. Jako rolnicza „Solidarność” chcemy stworzyć odpowiednią ustawę, która zabezpieczy lokalne interesy rolnicze i obrót ziemią korzystny dla rolników. Wcześniej zrobili to Francuzi – nie zakazują zakupu gruntu cudzoziemcom, ale równocześnie zdecydowanie wspierają własnych rolników. To jest dla nas wzór: pierwszeństwo nabycia dla naszych gospodarzy.

Jak wygląda dziś struktura rolnictwa?

Prof. J. Ch.: W Polsce rozwija się sieć wielkoobszarowych gospodarstw rolnych, ta tendencja narasta. Nie zahamujemy jej. Zresztą choćby w systemie włoskim małe i duże gospodarstwa rolne współpracują z korzyścią dla obu stron. Małe gospodarstwa zabezpieczają siłę roboczą dla dużych, tworzą też korzystniejszą strukturę społeczną, zachowane zostają sąsiedzkie stosunki, obszar się nie wyludnia. Myślę, że to powinien być punkt odniesienia w polskich warunkach – niebezpieczna byłaby niemal zupełna likwidacja gospodarstw małych.

Wedle dostępnych badań opłacalne jest gospodarstwo rolne o minimum 20-hektarowym areale w przeliczeniu na etaty i dochody z pracy w mieście. Jednak wiele polskich gospodarstw dysponuje maksymalnie kilkoma hektarami. Jak Pan postrzega ich szanse?

J. Ch.: To poważny problem, z którym musimy się zmierzyć, szczególnie dotyczy to Unii Europejskiej. W obrębie unijnej polityki rolnej trwa debata o sposobie funkcjonowania najmniejszych, 3-5-hektarowych gospodarstw rolnych. Mają to być samowystarczalne gospodarstwa „socjalne”, nie objęte żadnymi regulacjami. Jednak przy okazji rodzą się inne kwestie. Można mieć pięć hektarów sadu, który przynosi zyski, i kilkanaście hektarów ziemi, która nie przynosi zysków, bo wiele zależy choćby od rodzaju produkcji i możliwości sprzedaży.

W polskich warunkach – to moja obserwacja – małe gospodarstwa rolne radzą sobie niejednokrotnie lepiej niż te średnie. Właściciel małego gospodarstwa może sobie gdzieś dorobić. Najtrudniej jest gospodarstwom 10-, 15-hektarowym. Ich właściciele nie wiedzą, w co inwestować w danym momencie, nie mają po temu wystarczającego kapitału. Z kolei większe gospodarstwa mają z reguły odpowiednie zasoby, by inwestować w kolejne uprawy, wykup ziemi, modernizację sprzętu.

W tej sytuacji małe gospodarstwa rolne nie inwestują już nawet w sprzęt rolniczy, bo łatwiej i taniej go wypożyczyć od usługodawcy, jakim z kolei są duże gospodarstwa, dysponujące „nadwyżką sprzętową”. Takie małe gospodarstwa mogą łatwiej przeprofilować swoją produkcję.

Drobne gospodarstwa są szansą rozwoju rynku lokalnego. Przede wszystkim mogą one tworzyć wysokiej jakości produkty do bezpośredniej sprzedaży, przy unikaniu łańcucha pośredników, co wpływa także na cenę. Problem polega na tym, że UE daje najmniejszym gospodarstwom możliwość takiego funkcjonowania na rynku, jednak w polskich warunkach biurokracja uderza właśnie w te podmioty. Urzędnicy bardzo chętnie je kontrolują. Myślę, że działa tu także lobbing koncernów żywnościowych, które obawiają się konkurenta gwarantującego lepszej jakości lokalną żywność po niezawyżonej cenie.

Trzeba pamiętać, że podstawą zdrowia człowieka jest spożywana żywność. Ta lokalna, z małych gospodarstw, ratuje przed masowymi epidemiami i schorzeniami typowymi dla globalnej produkcji. Konsument otrzymuje gwarantowany produkt, np. ekologiczny, może wręcz osobiście poznać jego producenta. Tę „filozofię rolnictwa” znamy już choćby z ruchu Slow Food. Poza tym choć kupujemy dziś przemysłowo produkowaną żywność taniej, to w zamian więcej wydajemy na leczenie i zapobieganie chorobom cywilizacyjnym, choćby alergiom wśród dzieci. Myślę, że nasze rodzime rolnictwo, oparte na niewielkich gospodarstwach rodzinnych, może stanowić element sensownej alternatywy wobec globalnej produkcji żywności.

A jak Pan postrzega w tym kontekście rozwój form stowarzyszeniowych, grup producentów rolnych, spółdzielni oferujących wsparcie przez współdziałanie?

J. Ch.: Bardzo dobrze działa to np. w Belgii czy Austrii, gdzie istnieją silne grupy producenckie, tworzone w oparciu o właścicieli małych gospodarstw rolnych. Czegoś podobnego potrzebujemy w Polsce. Ale nas zastopowała Unia Europejska: zorganizowaliśmy grupy producenckie owoców i warzyw, powstały duże przetwórnie i chłodnie. Najwidoczniej szło nam za dobrze.

Problemem jest także to, że polski system spółdzielczy, tak prężnie rozwijający się w swoich początkach, został spaczony, upaństwowiony w PRL-u. Rolnicy mają złe skojarzenia z kooperatyzmem. Może młodsze pokolenia rolników nauczą się myśleć i działać inaczej. Ale to także problem prawa i funkcjonowania instytucji spółdzielczych, choćby banków. Poddaliśmy unifikacji prawo bankowe, stąd banki spółdzielcze, z których mogliby korzystać rolnicy, działają na takich samych zasadach jak inne instytucje finansowe. Gdy niegdyś brałem kredyt jako członek banku spółdzielczego, był on niżej oprocentowany. Dziś musi być oprocentowany podobnie wysoko jak gdzie indziej – to wymóg prawa. Po co zatem namawiać rolnika do działalności w banku spółdzielczym, skoro nie ma on z tego istotnej korzyści? Dlatego należy zmienić prawo spółdzielcze.

A jak system unijnych dopłat wpłynął na sytuację wsi? Jakie są pozytywy, jakie negatywy?

J. Ch.: Mieliśmy dziesięcioletni okres dostosowawczy, przygotowywaliśmy polskich rolników do funkcjonowania w realiach unijnych struktur. Liczyliśmy na to, że wspólne regulacje ułatwią nam funkcjonowanie w obrębie unijnego rynku. W pewnym stopniu się to potwierdziło. Analiza niektórych aspektów rodzimego eksportu rolniczego pokazuje, że jesteśmy – per saldo – na plusie. Ale z drugiej strony płatności unijne nie gwarantują nam konkurencyjności. Rolnik francuski czy niemiecki otrzymuje 340 lub 380 euro dopłaty do hektara, a polski – 190 euro. Ponadto wprowadzone przepisy unijne powodują, że w ich ramach musimy spełniać rozliczne wymogi. Rolnicy pozbywają się produkcji, która nie spełnia unijnych standardów, nawet co do ilości. „Jednobańkowcy”, czyli producenci niewielkiej ilości mleka, nie mają szans na jego sprzedaż w mleczarni. Wyeliminowaliśmy mnóstwo drobnej produkcji. Niby mamy nadwyżki eksportu, ale równocześnie nasza produkcja trzody obniżyła się o ponad 40 proc., a 30 proc. wołowiny pochodzi dziś z importu. Wprowadzenie płatności bezpośrednich miało dawać szansę na wyrównanie konkurencyjności, ale tak się nie stało. Oczekiwaliśmy, że w 2014 r. dojdzie do tego wyrównania, ale tak się nie stanie. Jedyną nadzieją jest to, że w negocjacjach unijnych Parlament Europejski proponuje korzystniejsze rozwiązania dla Polski.

Wspomniał Pan o żywności z importu. Mamy w ogóle szanse na samowystarczalność żywieniową?

J. Ch.: Wszyscy mówią dziś, że Unia Europejska tworzy jeden rynek, zatem nie ma problemu z bezpieczeństwem żywieniowym. Ale przecież unijny rynek także jest podatny na kryzysy. W zeszłym roku ceny zbóż poszły w górę ze względu na globalne problemy. Nie można wykluczyć, że podobne sytuacje będą się powtarzały. A jeśli uzależnimy się od importu, to ile wydamy na sprowadzanie żywności? Czy będzie nas na to stać? To bardzo mocno wiąże się przecież z bezpieczeństwem żywieniowym. Dlatego musimy dbać o zwiększanie własnej produkcji. Często nie wymaga to wielkich nakładów, lecz jedynie stworzenia przyjaźniejszych warunków prawnych.

Byłem niedawno w Irlandii na konferencji poświęconej rolnictwu. Premier tego kraju stwierdził, że aby Irlandia wyszła z kryzysu, musi postawić na rolnictwo, na zwiększenie produkcji rolnej o 30-40 proc. – mleka, trzody chlewnej, bydła. Pytam zatem: a jakie są nasze pomysły na wyjście z kryzysu? Przecież jesteśmy krajem rolniczym… Mamy znaczny potencjał rolniczy do wykorzystania, w tym przetwórstwo, a także możliwość eksportu żywności o dobrej jakości.

Gdy mówimy o wsi, myślimy szerzej o polskiej prowincji. Czy jej kondycja stanowi dziś przedmiot jakiejkolwiek troski ze strony polityki rządu?

J. Ch.: Gdy mówimy o kondycji wsi, myślimy często o jej infrastrukturze. Fundusze spójności wpływają na proces naprawy wieloletnich zaniedbań w tej dziedzinie: brak wodociągów, kanalizacji, dobrych dróg, wielu elementów nowoczesnej technologii. Szybciej modernizują się jednak tereny podmiejskie, sypialnie miast. Na „głębokiej wsi” wciąż są ogromne potrzeby. Jest szansa, że środki z funduszy spójności, którymi dysponują gminy, będą coraz lepiej wykorzystywane. Pojawia się jednak pytanie: czy samorządy, które dziś skarżą się na deficyt i które mają utrudnione kredytowanie, nadal będą mogły korzystać z tych środków. Niemniej widzę chęci, widzę duże potrzeby. 300 miliardów złotych wynegocjowanych środków to olbrzymi potencjał, który może zmienić rzeczywistość polskiej wsi na lepsze.

Gorzej jest jednak z perspektywą rolną, tu cierpimy na deficyt konkurencyjności. Minister rolnictwa proponuje, by zabrać środki przeznaczone na program rozwoju obszarów wiejskich, na modernizację i usprzętowienie gospodarstw i przeznaczyć je na dopłaty bezpośrednie. Mieliśmy 13,4 miliarda euro na poprzednich siedem lat, teraz mamy 9,8 mld euro, z tego chce się zabrać jeszcze 25 proc. Zostanie zatem o połowę mniej, niż otrzymali rolnicy na modernizację gospodarstw w poprzedniej perspektywie finansowej.

W dodatku jeśli spojrzymy na długofalowe programy rozwojowe, sięgające roku 2030, to widzimy, że skupione one są na rozwoju metropolii. Tzw. program polaryzacyjno-dyfuzyjny mówi, że mamy modernizować najpierw centra, a później – rzekomo – przez dyfuzję dobrobyt wielkich ośrodków będzie stymulował rozwój prowincji. Ale to się nie sprawdziło nigdzie w Europie. Moim zdaniem trzeba wprowadzić model zrównoważonej gospodarki, musimy długofalowo dbać także o bezpośrednie interesy polskiej wsi, naszego rolnictwa.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, współpraca Krzysztof Wołodźko.

Filister, liberał i ociekająca spermą horda

Zamiast balonika na 4 czerwca

Minęły już 24 lata od pamiętnego czwartego czerwca, od dnia, którego, jak powiedziała w słynnej telewizyjnej migawce Joanna Szczepkowska, „skończył się w Polsce komunizm”. Czy uproszczenie świetnej aktorki było dopuszczalne, czy zbyt daleko idące, można dyskutować; można, powinno i dyskutuje się także o tym, czy pierwsze częściowo wolne wybory były rzeczywiście zwycięstwem demokratycznej opozycji. Faktem jest jednak, że 4 czerwca 1989 roku stał się pewną cezurą dzielącą w naszych głowach czasy Peerelu i niepodległej Polski. Obalenie niesprawiedliwego i siłą narzuconego ustroju, odzyskanie przez naród własnego państwa, a przez społeczeństwo możliwości samostanowienia z pewnością warto czcić państwowym świętem. A że proces przemiany był długi i skomplikowany, żadna Bastylia nie padła, żaden charyzmatyczny wódz nie przyjechał z wygnania, to elity proponują nam świętowanie dnia wyborów, co prawda demokratycznych tylko w 1/3, ale jednak będących znakiem nowego. I w tym roku święto ma być radosne, a w dodatku ma się wówczas odbyć zwieńczenie akcji społecznej mającej na celu przełamanie wizerunku Polaka-zrzędy, o wiecznie skwaszonej minie, niedostrzegającego wokół siebie pozytywów i wciąż mającego do kogoś pretensje. W całej Polsce zapowiadają się radosne festyny i pochody.

A ja, zamiast kiwać sobie wesołym balonikiem, w przeddzień czerwcowego święta czytam świadectwo Ryszarda Kapuścińskiego z czasów sierpniowych strajków z 1980 roku. Strajków, które zapoczątkowały ciąg zdarzeń prowadzących do 4 czerwca 1989 roku:

„Do lokalu Komitetu Strajkowego stoczni gdyńskiej przyszło pięć kobiet z miejscowej spółdzielni rzemieślniczej. Byłem świadkiem tej sceny. Przyszły, aby przyłączyć się do strajku. Nie chciały podwyżek, nie domagały się nowego przedszkola. One zdecydowały się strajkować przeciw swojemu prezesowi, który był chamem. Wszelkie próby nauczenia go grzeczności i szacunku do nich – kobiet i matek – kończyły się fatalnie, kończyły się szykanami i prześladowaniami. Wszelkie odwołania do wyższych czynników nie przyniosły nic – prezes był dobry, ponieważ zapewniał wykonanie planu. A one dłużej nie mogą tego znieść. One przecież mają swoją godność. Wobec doniosłości postulatów stoczniowych, motyw strajku tych pięciu kobiet zdawał się być drugorzędnym. Ileż u nas rozjuszonego chamstwa! Ale młodzi stoczniowcy, którzy wysłuchiwali tej skargi, odnieśli się do niej z największą powagą. Oni też walczyli przeciw rozpanoszeniu biurokracji, przeciw pogardzie, przeciw »róbcie a nie gadajcie«, przeciw nieruchomej i obojętnej twarzy w okienku, która mówi »nie!«. Kto stara się sprowadzić ruch Wybrzeża do spraw płacowo-bytowych, ten niczego nie zrozumiał. Bowiem naczelnym motywem tych wystąpień była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem” („Lapidarium”, Warszawa 1990, s. 31, podkreślenie moje – J.G.).

Kapuściński trafił w sedno. Podłość tamtego ustroju polegała na tym właśnie, że nie dawał ludziom szans na zachowanie godności. Pracownice pozbawiane godności przez prezesa-chama musiały to akceptować, aby nie wystawić się na represje, nie stracić pracy, nie skazać na nędzę swoich dzieci. Robotnicy stoczni doskonale rozumieli, jak poniżające są nie same wyzwiska czy chamskie odzywki, ale to, że dla jakiegoś przyziemnego dobra należy znosić je w milczeniu, może nawet udawać, że bierze się je za dobry żart, a szefa ma nie za prostaka, lecz za równego chłopa, który umie postępować z ludźmi. „Róbcie a nie gadajcie!”, „to ja jestem od myślenia!”, „nie podoba się, to won!” – to była istota stosunków między przełożonymi a podwładnymi.

Człowiek spędzający w pracy bardzo istotną część czasu traktował ją przez to jako boży dopust, jako daninę, którą z własnego życia, z przyrodzonej godności musi złożyć, aby utrzymać się na powierzchni.

Tego przekonania, że jest się nikim, nabywało się przecież nie tylko w pracy: już od małego, w szkole, w której należało uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba było czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwracał się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdzie człowiek był zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim udało mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z milicjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stał nikt ważny – mógł zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa wciąż było za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostawały marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu: „telewizor, meble, mały fiat…”.

A na wszelkie swoje skargi słyszał taką oto odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego tonażu wydobycia miedzi i spustu surówki, wykonanych prefabrykatów betonowych do budowy nowych stadionów i dróg, zwodowanych rudowęglowców. Że narzekanie to piasek w tryby, woda na młyn, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych procesów historii nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekładało się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazywała, że jeśli chce się zostać chociaż trochę bardziej kimś, to trzeba w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawa dziejowej konieczności: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie, zapisać się do odpowiedniej organizacji, wyszarpać dla siebie stanowisko, na którym będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…

I chyba warto dziś, przy okazji czerwcowego święta, przypomnieć tę lawinę, która ruszyła w sierpniu 1980 roku. Przypomnieć ludziom, którzy zewsząd słyszą, że są nieważni, bezwartościowi, że ich zdanie się nie liczy, a wpływ na ich życie ma kto inny. Już od małego, w szkole, w której należy uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwraca się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdy człowiek jest zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim uda mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z policjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stoi nikt ważny – może zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa, wciąż jest za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostają marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu… O! jeśli chodzi o marzenia, to postęp jest niewiarygodny: willa z basenem, sportowy samochód – taki, że mózg staje, i w ogóle, i w ogóle…

A na wszelkie swoje skargi słyszy odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego PKB, kilometrów autostrad, wspaniałych stadionów, szybujących pod niebo wieżowców i średniej płacy. Że narzekanie to relikt poprzedniego ustroju, objaw roszczeniowej postawy, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych praw rynku nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekłada się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazuje, że jeśli chce się stać chociaż trochę bardziej kimś, to musi w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawo rynku: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie,przestać być wyzyskiwanym, a zacząć samemu wyzyskiwać, wyszarpać dla siebie takie życiowe miejsce, z którego będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…

Niech więc czerwcowe święto będzie czasem radości z podjęcia przez Polaków udanej próby obalenia podłego ustroju i okazją do przypomnienia, że„naczelnym motywem wystąpień [które do tego doprowadziły – J.G.] była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem”.

Antysemityzm na przedwiośniu?

Antysemityzm na przedwiośniu?

Gdy przeszłe relacje polsko-żydowskie pojawiły się niedawno w debacie w związku z rocznicą powstania w getcie, przypomniał mi się opublikowany w „Krytyce Politycznej” artykuł Elizy Szybowicz. Autorka, inspirowana książką Jana Sowy, zachęca do nowego spojrzenia na polską literaturę i stwierdza, że „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego to utwór antysemicki. „Antysemityzm »Przedwiośnia« stał się niewybaczalny. Zapewne już niedługo tak samo niewybaczalna stanie się jego mizoginia. Czy w zamian przestanie razić wykorzystywany w powieści język sprawiedliwości społecznej?” – pyta Szybowicz w leadzie swego tekstu. Hmm…

Warto rozmawiać. O Żeromskim

Jako osoba uważająca antysemityzm za – niejednokrotnie niebezpieczny, a zawsze bezpodstawny – idiotyzm, a jednocześnie entuzjasta prozy Żeromskiego, w tym zwłaszcza ostatniej z jego powieści, uznałem, że warto się odnieść do owych zarzutów.

Po pierwsze dlatego, że podjęcie dyskusji daje mi pretekst, by przywrócić Żeromskiego na mapę polskich sporów ideowych i tożsamościowych. Autor ten, niemal nieobecny we współczesnych debatach ideowych, budzi o wiele mniejsze zainteresowanie zarówno po prawej, jak i lewej stronie niż np. Stanisław Brzozowski. Zadziwiające, że „żeromszczyzna” to dzisiaj synonim poczciwej literatury w starym stylu, którą można odstawić na półki lub we fragmentach dać do analizy maturzystom, a nie coś, co rozpala ideowe dyskusje i towarzyszy światopoglądowym wyborom współczesnych. Autor książek formacyjnych dla wielu pokoleń polskiej inteligencji okazuje się być martwy jako źródło inspiracji. Jest coś paradoksalnego w tym, że właśnie w państwie, w którym po 1989 r. zaistniała konieczność budowania wielu instytucji od nowa i mierzenia się z poważnymi problemami społecznymi, książka surowo bilansująca początki niepodległości i towarzyszące temu dylematy rozwojowe nie budzi dziś emocji. Wobec tego stanu rzeczy każdy pretekst, by zainicjować o tym rozmowę, jest dobry.

Po drugie, i może ważniejsze, sposób, w jaki zarzuty o antysemityzm sformułowano wobec „Przedwiośnia”, jest dość znamienny dla funkcjonowania tego pojęcia w dyskursie części środowisk i w takiej postaci wydaje się bardziej szkodzić, niż pomagać w mierzeniu się ze zjawiskiem rzeczywistego antysemityzmu. A przy okazji przyczynia się do nierzadko niesprawiedliwej delegitymizacji wielu poglądów, środowisk i postaci. Także tych nieżyjących, które same nie są w stanie się obronić. Źle by się stało, gdyby Żeromski wszedł w ich poczet.

Mało o mniejszościach

Podczas lektury wspomnianego felietonu zachodziłem w głowę, o co chodzi. „Przedwiośnie” czytałem dość dawno, ale wielokrotnie, w różnych fazach swego ideowego dojrzewania, poczynając od czasów gimnazjalnych – i ani razu rzekomy wątek antysemicki nie przykuł mojej uwagi. Czyżbym zatracił wrażliwość na te sprawy? A może zarzut o antysemityzm jest nieco naciągany? Przyjrzyjmy się, czego on dotyczy. Chodzi o fragment ostatniej części („Wiatr ze wschodu”), w którym to Cezary Baryka wchodzi do dzielnicy żydowskiej, przygląda się jej i rozmyśla nad tym, co widzi.

Sięgnąłem do książki. Ów fragment liczy raptem 4 strony. Jest to zaledwie statyczny opis, nie pojawia się tu żadna akcja, nie wyłaniają się bohaterowie. Przypięcie etykiety antysemickiego utworu całej powieści na podstawie w sumie marginalnego fragmentu wydaje się grubą przesadą. Wyraźnych wątków antysemickich – jak i kwestii żydowskiej w ogóle – próżno szukać na pozostałych kartach utworu.

Można zastanawiać się nad źródłami owej nikłej obecności zagadnienia, które było historycznie ważne i dodatkowo komplikowało podziały klasowe oraz rozwój narodowej tożsamości. Ale zauważmy, że Żeromski mało uwagi poświęca w swej ostatniej powieści nie tylko Żydom, ale także Ukraińcom, Białorusinom i innym mniejszościom, z których również utkana była struktura wieloetnicznego społeczeństwa w międzywojennej Polsce. Pod tym względem widać znaczny kontrast między tym, jak opisuje Żeromski ojczyznę, a drobiazgowym i sugestywnym przedstawieniem konfliktów etnicznych w przedrewolucyjnym Baku w pierwszej części książki. Gdy tylko młody Baryka przekracza granicę, problemy narodowościowe niejako zanikają, a na pierwszy plan wychodzą podziały społeczno-ekonomiczne i ideowe. Czy to przypadek, czy też skutek przeświadczenia autora, że kluczowa dla wyjścia odradzającej się Polski z „przedwiośnia” jest właśnie zmiana stosunków społecznych, w których grupami poszkodowanymi są mieszkańcy ziem polskich, wywodzący się z różnych nacji, a nie tylko rdzenni Polacy? Fragment, który stał się punktem wyjścia do oskarżeń o antysemityzm, może właśnie skłaniać do powyższej interpretacji.

Problemy bez (ostatecznego) rozwiązania

Co innego jednak zdaje się widzieć pani Szybowicz. I okazuje się, że nie jest w tym odosobniona. W jej artykule czytamy mocne słowa: „Najbardziej skandaliczną niekonsekwencją »Przedwiośnia«, przenikliwej powieści społecznej, jest sposób przedstawiania Żydów. Pisały już o tym Bożena Umińska i Maria Janion. Żydowska nędza nie została przez Żeromskiego zanalizowana, a przedstawiona jako fenomen zagadkowy i odrażający. Żydzi roją się i wiodą pasożytniczy żywot jak robactwo, są karykaturami ludzkich postaci. Zarazem najmizerniejsi i wszechpotężni w razie rewolucji mogą przejąć władzę. Dla Żydów nie ma miejsca w Polsce Baryki, Gajowca, Żeromskiego. Nie pomoże żadna reforma, żaden przeskok do szklanych domów. Kwestia żydowska domaga się rozwiązania i nie znajduje go. Trudno nie spytać za Umińską, czy krok dalej autor przychyliłby się do rozwiązania ostatecznego. Czytelnik Sowy dodatkowo zaduma się nad ironią faktu, że podczas gdy Żeromski każe Baryce na przedwiośniu państwowości obawiać się żydowskiego zamachu stanu, w rzeczywistości odzyskanie niepodległości uczczono w Polsce pogromami”.

Pomińmy trącące przesadą spekulacje o gotowości Żeromskiego do poparcia „ostatecznego rozwiązania”, co jest, znając życiorys pisarza, zarzutem tak głęboko niesprawiedliwym, że aż bolesnym, niezależnie od tego, czy uznamy, że prywatnie i jako pisarz żywił on, podobnie do wielu mu współczesnych, antysemickie uprzedzenia. Z pewnością widział on problematyczność kwestii żydowskiej – także w jej wymiarze socjalnym – oraz potencjalne konsekwencje tego stanu rzeczy, ale nie ma podstaw, by posądzać go o pokrewieństwo z najciemniejszymi koncepcjami, jakie wówczas istniały w owej sprawie. Przypięcie łatki antysemity, i to w tak ostrej postaci, raczej zamyka dyskusję z autorem i jego dziełem, zamiast otwierać ją na rozważania, skąd mogły się wziąć zilustrowane na kartach powieści niepokoje w tejże drażliwej kwestii.

Trzeba zastrzec, iż to, co prezentował Żeromski, było jednak czymś zgoła odmiennym od tego, co robili niektórzy inni ludzie pióra, niekiedy również zajmujący zasłużone miejsce w literackim panteonie. Wrzucenie wszystkich do jednego worka z napisem „antysemityzm” nie służy właściwemu, pogłębionemu rozpoznaniu stosunku polskiej inteligencji, także literackiej, do kwestii żydowskiej.

Baryka – nie Żeromski

W zacytowanych wyżej słowach Szybowicz uderza jeszcze jedna rzecz, która wydaje się ciążyć na odczytaniu całego dzieła Żeromskiego – tego i innych. Mianowicie zachodzi tu nieuprawnione utożsamianie odczuć, myśli i postaw bohatera z poglądami samego autora. Istotnie, na kartach powieści są fragmenty, w których Barykę napawa lękiem wizja potencjalnego przejęcia władzy przez żydowską część społeczeństwa, która jawi mu się jako tożsamościowo i społecznie wykorzeniona, a co za tym idzie – mająca predylekcje raczej do destrukcji aniżeli do budowania lepszej Polski. Warto jednak zauważyć, że ów lęk Baryka odnosił do wszelkich zmarginalizowanych grup społecznych. Dla przykładu podczas swego wystąpienia w trakcie komunistycznego wiecu bohater mówi: „Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? Takich argumentów nie należy używać. Należy raczej schować te fakty na dno, na sam spód dowodzeń, gdyż jest to właściwie argument przeciwko racjonalności uroszczeń komunizmu. Klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji dobroczynnej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy – lekarz”.

Gdyby pochylić się nad owym cytatem z równą surowością (i skłonnością do stawianiu równości między słowami Baryki a poglądami autora), co robią niektórzy wobec fragmentów dotyczących Żydów, można by uznać, że Żeromski to w istocie reakcjonista, przeciwny emancypacji robotników, a może wręcz pogardzający nimi i widzący dla nich ratunek jedynie w charytatywie lub leczeniu ich społecznych bolączek przez światłe elity. Tymczasem wiadomo przecież, że stosunek pisarza do tych spraw był o wiele mniej jednoznaczny, a jego serce było wyraźnie po stronie oddolnego, samorządnego organizowania się ludu (przy dostrzeżeniu jednoczesnej potrzeby budowania sprawnych instytucji państwowych).

Również w nastawieniu Baryki podczas przechadzki po żydowskiej dzielnicy widać znamiona odrazy wobec tego, co tam ujrzał, ale nie oznacza to automatycznie, że ten sam stosunek do przedstawionego obrazu miał Żeromski. Główny bohater powieści znajduje się w fazie światopoglądowego dojrzewania, jego przemyślenia pełne są punktów zwrotnych i emocjonalnych uniesień pod wpływem tego, co widzi dookoła. Nawet w tak zasadniczej dla powieści kwestii jak ta, czy iść z ludem na barykady, czy mrówczą pracą budować instytucje wzorem Gajowca, Baryka nie ma do końca wyrobionego zdania. Już choćby to świadczy, że trudno widzieć w nim wzorzec osobowy, przy pomocy którego autor chciał przekonywać czytelników do własnego spojrzenia na rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, Żeromski zdaje się traktować ze sporą rezerwą swych głównych bohaterów, nie ukazując ich jako krystalicznie czystych. Podobnie jest w przypadku Doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”, postaci znacznie mniej labilnej duchowo. On również podejmuje działania naznaczone tyleż poczuciem misji pomocy pokrzywdzonym, co dystansem do nich. I w tym przypadku trudno uznać, że autor utożsamia się z bohaterem, a tym bardziej stawia go za wzór. A przypomnijmy, że na łamach „Ludzi bezdomnych” aż roi się od fragmentów, w których główny bohater spogląda z pogardą na ulice nędzy. Czy idąc tokiem rozumowania niektórych współczesnych „recenzentów”, uznalibyśmy tamtą książkę za emblemat rasizmu społecznego wobec grup defaworyzowanych?

Opisać realistycznie i nie stygmatyzować

Łatwo w taki sposób dojść do absurdu. Ale problem jest o tyle poważny, że odnosi się do dylematu obecnego nie tylko w literaturze pięknej, ale także w publicystyce, świecie nauki czy w debacie publicznej: jak wiernie opisywać warunki życia grup słabszych i wykluczonych, jednocześnie nie konserwując poprzez język ich statusu jako odpychających, budzących złe skojarzenia wśród reszty. Fakt, że opisujemy, niekiedy sięgając po wręcz naturalistyczne środki wyrazu, społeczności głęboko zdegradowane, nie pomijając patologii, które owo wykluczenie rodzi, nie oznacza jednocześnie ani tego, że obwiniamy osoby dotknięte tymi problemami, ani że okazujemy im wzgardę. W tym sensie obrazy ulicy Ciepłej z „Ludzi bezdomnych” czy żydowskiej dzielnicy w „Przedwiośniu” nie muszą same przez się oznaczać negatywnego stosunku ich autora do opisanych grup, a mogą – i tak najpewniej było – wynikać z jego głębokiego poruszenia i poczucia bezsilności wobec upodlenia i degradacji, jakich te zbiorowości doświadczały. Jednocześnie – jeśli przekaz ma formować pewną wrażliwość na określone kwestie – warto problematyzować opisywane zagadnienia i dbać o to, by przedstawienie społecznego upodlenia i wykluczenia szło wyraźnie, choć niekoniecznie na łopatologiczną modłę, z opowiedzeniem się w obronie godności osób, których ono dotyczy. Żeromski wielokrotnie dawał temu wyraz. Być może we fragmencie dotyczącym dzielnicy żydowskiej nieco tego zabrakło.

Na przekór antysemitom

Ze wspomnianego fragmentu można jednak wyłowić znaczenia, które nie tylko pokazują narrację Żeromskiego w łagodniejszym świetle, ale pozwalają na krytyczny wgląd w rzeczywistość dwudziestolecia międzywojennego oraz mogą być wymowne również dziś.

Przedwojenny antysemityzm, zwłaszcza przed nastaniem „ciemnych” pod tym względem lat 30., nie był zasadniczo rodzajem rasizmu socjalnego, wymierzonego w grupy społecznie upośledzone, wykluczone (takiego, jaki dziś pojawia się w pewnych, wcale nie wąskich, kręgach wobec np. bezdomnych czy ludności romskiej). W większym stopniu odnosił się do tych posiadających: zasoby, wpływy, umiejętności, pozycję społeczną i kulturową. Nieraz ów resentyment odnosił się do warstw autentycznie „posiadających”, nieraz zaś towarzyszył konfliktowi wśród warstw niższych w społecznej hierarchii, rywalizujących ze sobą. Niektórzy dzisiejsi mainstreamowi zwolennicy reaktywacji tradycji endeckiej, jak Rafał Ziemkiewicz, dość karkołomnie próbują wybielać ją, powołując się na „poważny problem” natury ekonomicznej: zablokowanie dostępu do niektórych zawodów. Pomijając fakt, że mówienie o tym problemie bywa gołosłowne, a nawet jeśli by on istniał to nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia dla getta ławkowego i tym podobnych pomysłów, warto zauważyć, że to, co opisuje na łamach „Przedwiośnia” Żeromski nie idzie w żadnej mierze w sukurs owej narracji, w której Żydzi to grupa zakulisowo trzymająca władzę i kontrolująca zasoby, w tym ekonomiczne. Wręcz przeciwnie – to, o czym czytamy w powieści, pokazuje zgoła odmienny obraz. Wbrew podsycanym przez antysemickie kręgi wyobrażeniom przedstawieni tam ludzie to nie wypasieni burżuje-fabrykanci ciemiężący polskiego robotnika. Ani chciwe liczykrupy na urzędniczych synekurach. Ani drobni rzemieślnicy wygryzający polską ludność na dorobku. Nie są to także robotnicy rywalizujący z polskimi o miejsca pracy w którymś z zakładów.

Czego dowiadujemy się z tego fragmentu „Przedwiośnia”? Ano tego, że w początkach niepodległości było wielu przedstawicieli mniejszości żydowskiej cierpiących potworną nędzę, degradującą ich w wymiarze ekonomicznym, społecznym i zwyczajnie ludzkim. Że żyli oni bez realnych możliwości poprawy swego losu, z pokolenia na pokolenie w warunkach urągających ludzkiej godności, w społecznym bagnie, z którego trudno było się wydostać. Że w przedwojennej Warszawie tworzyły się swoiste enklawy biedy i wykluczenia, a przynależność do mniejszości etnicznej w połączeniu z lichą kondycją ekonomiczną rodziła niebezpieczeństwo gettoizacji. Brak życiowych perspektyw zaś często prowadził do rezygnacji i tworzenia się kultury ubóstwa i bezradności. Wiele podobnych obrazów nędzy można zobaczyć współcześnie. Gdy czytałem Żeromskiego, przypominały mi się warszawskie Szmulki, gdzie przed dwoma laty niejednokrotnie bywałem. Można tam było spotkać choćby przetrawionych alkoholem i innymi społecznymi chorobami ludzi spędzających bezczynnie czas na wystawionych na obskurnym podwórzu krzesłach i pogrążających się w beznadziei. Lepiej udokumentowane i przeanalizowane obserwacje tego typu zjawisk płyną choćby z badań łódzkich socjologów ubóstwa, przeprowadzonych w tamtejszych enklawach biedy. Albo też z zakorzenionych w autobiograficznym doświadczeniu badaniach reprodukcji kultury wykluczenia na obszarach popegeerowskich, zebranych w książce „Błędne koło” Arkadiusza Karwackiego. To tyko pojedyncze przykłady czegoś znacznie szerszego i nie tracącego na aktualności. A może wręcz – patrząc na wzmagający się znów trend skrajnego ubóstwa – ulegającego pogłębieniu.

Żeromski nam współczesny

To, co dostrzegał Żeromski 90 lat temu, w ogólnej wymowie nie odbiega od tego, co można dostrzec w Polsce AD 2013. Choć często wypierane ze świadomości i zamykane w enklawach biedy lub na obszarach peryferyjnych, jednak dotkliwie wyziera z tych dziur w hurraoptymistycznym przekazie o polskiej modernizacji. Po części zostało to już opisane zarówno w formie reportażowej, jak i w ramach badań rodzimych antropologów i socjologów, z których establishment nie wyciąga systemowych wniosków.

Żeromski, także gdy pisze o warszawskich Żydach i nawet gdy w swym opisie nie jest całkiem wolny od uprzedzeń wobec tej zbiorowości, pokazuje nam fragment społecznej historii. Fragment ten nie tylko burzy manichejski obraz rzeczywistości, jaki malowali współcześni mu antysemici, ale także podstawia lustro, w którym możemy dostrzec grzechy naszej III Rzeczpospolitej, mającej jeszcze do odrobienia wiele zadań wobec różnych zmarginalizowanych grup – jeśli chodzi o ich społeczną integrację i włączenie, a także przywrócenie elementarnej godności.

OFE i inne plagi polskie

OFE i inne plagi polskie

Kolejna fala ogólnoświatowego kryzysu nie obędzie się bez konsekwencji dla Polski. Rosnące bezrobocie, antyspołeczna „reforma” emerytalna, niepewna sytuacja młodych na rynku pracy, rozpowszechnienie „umów śmieciowych”, problemy budżetowe i niebezpieczeństwa związane z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi to kwestie, wokół których coraz częściej toczą się publiczne dyskusje. O tym wszystkim rozmawiamy z prof. Leokadią Oręziak, ekonomistką krytyczną wobec rozwiązań neoliberalnych.

***

W jakiej sytuacji społeczno-gospodarczej znajduje się dziś Polska?

Prof. Leokadia Oręziak: Nasza sytuacja nie jest taka zła, ale cechuje się słabościami, które unaoczniły się wyraźnie po burzliwym okresie transformacji. Przede wszystkim mamy wciąż ogromne, w większości strukturalne bezrobocie: 14 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, ale do tego dodajmy choćby emigrację zarobkową. Szczególnie dotkliwe jest bezrobocie wśród młodych. Mimo szybkiego rozwoju, mimo znacznych środków unijnych, nie zapobiegliśmy temu problemowi. Z tym wiąże się ogromna strefa ubóstwa – sporo Polaków żyje na naprawdę niskim poziomie, a część społeczeństwa ma problemy z elementarnym utrzymaniem się.

Można w związku z tym postawić pytanie: skoro tak szybko rozwijał się nasz kraj w ostatnich latach, skoro byliśmy „zieloną wyspą”, to dlaczego nie umieliśmy poradzić sobie z tymi bolączkami społecznymi? Dlaczego jedynym wyjściem dla wielu młodych jest emigracja, bo szanse na zdobycie stabilnej czy nawet jakiejkolwiek pracy w kraju są bardzo ograniczone? Są to jeszcze błędy pierwszego okresu transformacji, przechodzenia do gospodarki rynkowej. Należy tu wspomnieć choćby ogromne spustoszenie w polskim przemyśle, rabunkową prywatyzację, która oznaczała przekierowanie do kapitału zagranicznego znacznej części naszego przemysłu. Okazało się, że bardzo wiele zagranicznych firm nie rozwijało tutejszych przedsiębiorstw, lecz kupowało je po to, aby zamknąć i sprowadzać własne towary. Ten bezrefleksyjny sposób postępowania z krajowym majątkiem doprowadził nas do dzisiejszej dezindustrializacji, znacznego ograniczenia tkanki przemysłowej. A mieliśmy przecież dobrze rozwinięte niektóre gałęzie przemysłu, choćby lotnictwo.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie przemysł wciąż istnieje, jest rozwijany, charakteryzuje się dużą konkurencyjnością, a wysoka jakość daje silną pozycję eksportową. Natomiast słaba produkcja i przemysł w przypadku Polski zdecydowanie wpływają na deficyt w bilansie handlowym, a to na dłuższą metę zagraża bezpieczeństwu gospodarczemu i wpływa na zwiększenie zadłużenia, co z kolei generuje ogromne ryzyka. Coraz częstsze są dziś głosy, by odbudować rodzimy przemysł, ale to niezwykle trudne, tym bardziej że 70 proc. sektora bankowego i ubezpieczeniowego znajduje się w rękach zagranicznego kapitału, który ma większe sympatie i zobowiązania wobec własnych krajów i przedsiębiorców. Zależymy zatem od zagranicy, jej nastrojów, jesteśmy bardzo łatwo podatni na szantaż, trudniej bronić nam własnych interesów.

Ale czy mieliśmy w początkach III RP mocne karty przetargowe, by ochronić własny majątek narodowy…

L. O.: Z pewnością sytuacja Polski pod koniec lat 80. była trudna. Ale nie da się ukryć, że rządzący nami byli bardzo podatni na wpływy, dali się uwieść zarówno „wycieczkom do Ameryki”, jak i różnorakim profitom, które zaoferowano im w zamian za przychylność wobec łatwej prywatyzacji. Równocześnie zabiegaliśmy jako państwo o łaskę państwowych i prywatnych wierzycieli z Klubu Londyńskiego i Paryskiego. Musieliśmy negocjować redukcję długów, co osiągnęliśmy w latach 1990 i 1994. A w zamian wierzyciele zażyczyli sobie wielu rzeczy, przede wszystkim znacznych przywilejów dla swoich działań w Polsce. Byliśmy dla nich nowym rynkiem zbytu, polem do ekspansji i eksploatacji. Oczywiście opakowano to w piękne słowa o bardzo dobrym wolnym rynku i złym państwie. Nie wszystkie pokomunistyczne kraje pozwoliły wywieść się w pole tak jak my, czego dobrym przykładem są Czechy. No ale oni nie musieli renegocjować takiego długu.

Można wyrazić żal, że Polska padła ofiarą neokolonializmu. Kolonializm końca lat 80. i z lat 90. ma zupełnie inne oblicze niż ten wcześniejszy. Pierwotny opierał się na brutalnej polityce i eksploatacji lokalnych ludów, grabieży dóbr naturalnych, wywożeniu ich do centrów polityczno-kapitałowych. Dzisiaj mamy do czynienia z kolonializmem „w białych rękawiczkach”, opartym na supremacji korporacji, prywatnych instytucji finansowych, stosowaniu nowoczesnych technologii i technik propagandy, kreujących opinię publiczną. W takich krajach jak nasz duże znaczenie ma właśnie kwestia oddziaływania mediów i ich struktura własnościowa. Uważam, że środki masowego przekazu w wielu przypadkach są działami marketingu wielkiego biznesu.

Spróbujmy jednak znaleźć jakieś pozytywy naszej sytuacji…

L. O.: Dobrze, że znaleźliśmy się w Unii Europejskiej. Jako beneficjent netto, możemy korzystać z wielomiliardowych unijnych środków. To z pewnością jest plus. Ale UE nie jest „dobrym wujkiem”, nie są nim kraje starej Unii. Przecież całkowicie otwarliśmy swoje rynki na unijną produkcję, co wiązało się także z bankructwem tysięcy przedsiębiorstw. Pieniądze unijne są w takiej sytuacji pewnego rodzaju rekompensatą, choć niewystarczającą.

Podkreśla Pani, że nasza gospodarka w dużej mierze zależy od rynków międzynarodowych i od Unii Europejskiej. O jakich jeszcze zjawiskach możemy mówić w tym względzie?

L. O.: Bardzo ważna jest nasza zależność od międzynarodowego rynku finansowego. Rocznie musimy refinansować dług publiczny rzędu stu kilkudziesięciu miliardów złotych. Część tego długu jest do ulokowania na rynku krajowym, ale jakieś 40 proc. – za granicą. Sprzedajemy nasze papiery głównie na rynku Unii Europejskiej. Ostatnio rentowność polskich obligacji skarbowych zmniejszyła się, zatem płacimy mniejsze odsetki za pożyczane pieniądze, ale nie jest to nasza zasługa, lecz skutek ogólnoświatowych procesów.

Mamy dziś na rynkach ogromną masę pustego pieniądza, wykreowanego głównie przez bank centralny Stanów Zjednoczonych, który dokonał dodatkowej emisji 2,7 biliona dolarów. Również Europejski Bank Centralny wypuścił ogromną masę pieniądza, żeby ratować sektor bankowy i kraje w kryzysie. Podobnie bank centralny Wielkiej Brytanii od dobrych paru lat dodrukowuje pieniądze. W normalnych warunkach tak wielka emisja pieniądza spowodowałaby wzrost inflacji. Ale ze względu na niepewne perspektywy gospodarcze inflacja nie rośnie, natomiast pusty pieniądz prowadzi do ogromnego wzrostu cen akcji. Na rynku amerykańskim biją one kolejne rekordy, podobnie dzieje się w Europie. To powoduje, że utrzymuje się także duży popyt na polskie papiery skarbowe. Ale to może przynieść dramatyczny, globalny krach – podobnie skończyła się wielka bańka spekulacyjna z lat 2000-2003, gdy ceny akcji w wielu krajach spadły o 50-80 proc.

Bardzo prawdopodobny kolejny duży spadek na giełdach odbije się na cenach naszych papierów skarbowych, wymusi ich wyższe oprocentowanie. Jesteśmy zatem ogromnie uzależnieni od opinii agencji ratingowych, a one potrafią pogrozić palcem. Niedawno zresztą jedna z agencji szantażowała Polskę, że gdy tylko będziemy chcieli zmienić coś w Otwartych Funduszach Emerytalnych, to obniżą nam rating. A jak wiadomo, te agencje, będące prywatnymi instytucjami, stoją murem za korporacjami finansowymi, stanowią właściwie ich „zbrojne ramię” do obrony interesów w różnych krajach. Zapomina się przy tym, że te agencje popełniły mnóstwo błędów, które spowodowały kryzys globalny, ale mają na tyle silną pozycję, że trzymają wiele państw w ryzach i czują się bezkarne.

Jak ocenia Pani rządową politykę w sprawie naszego ewentualnego wejścia do strefy euro? Czy istnieje w tej kwestii jakakolwiek polityka? I czy w ogóle powinniśmy dołączać do obszaru wspólnej waluty?

L. O.: Byłoby dobrze być w strefie euro, gdyby ona prawidłowo funkcjonowała, gdyby nie było znanych, dramatycznych problemów. W dziedzinie politycznej wszystko kończy się w obecnej sytuacji na deklaracjach. Nierozsądne jest stwierdzenie, że nie chcemy przystępować do strefy euro, bo to rzutowałoby na odbiór Polski w Unii. Choć i tak wiadomo, że w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej tam nie wejdziemy. Przede wszystkim trzeba by zmienić konstytucję, a nie rysuje się w Zgromadzeniu Narodowym większość, która dawałaby taką możliwość zwolennikom euro.

Ale nawet gdyby istniała polityczna możliwość dołączenia do euro, to i tak w obecnej sytuacji powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić. Powszechna jest opinia, że taka sytuacja nie skończy się prędko, co wisi ciężkim brzemieniem nad europejską gospodarką. A gdyby nawet te przeszkody nie istniały, to wcale nie oznacza, że jesteśmy jako kraj gotowi na wejście do strefy euro. Bo jesteśmy gospodarczo niewystarczająco konkurencyjni, co znajduje wyraz w utrzymywaniu się deficytu bilansu obrotów bieżących. Kraj, który ma własną walutę, posiada możliwość sterowania jej kursem, więc może sobie w ten sposób poprawić konkurencyjność, choć i to nie jest najlepszy sposób. Natomiast w unii walutowej tego zrobić nie można, a jedynym sposobem jest cięcie kosztów, co w praktyce oznacza redukowanie płac, emerytur, wydatków na sferę publiczną itp. Kraje, które w unii walutowej charakteryzują się trwale niższą konkurencyjnością, borykają się z problemem rosnącego zadłużenia publicznego, które ostatecznie skutkuje, jak np. w przypadku Grecji, faktyczną niewypłacalnością i koniecznością zabiegania o pomoc międzynarodową.

Otwarte Fundusze Emerytalne – niegdyś przedstawiane jako zapowiedź stabilnych, nawet dostatnich emerytur, dziś są coraz powszechniej krytykowane…

L. O.: „Emerytury pod palmami”, osiągane dzięki OFE, to od początku był propagandowy schemat, ideologia wymyślona przez twórców tych funduszy, a mianowicie Bank Światowy, instytucje amerykańskie i międzynarodowe, aby wprowadzić ten przymusowy filar kapitałowy w krajach takich jak nasz. W pierwszej kolejności chodziło o to, aby wyrobić w społeczeństwie pogląd, że to coś wspaniałego, gwarant dobrobytu po przejściu na emeryturę.

W rzeczywistości najważniejszym celem reformy z 1999 roku było drastyczne zredukowanie emerytur z pierwszego filara, czyli tych, które wypłacane są przez ZUS. Ale tego ludziom nie powiedziano – reformę przeprowadzono tak, by publicznie nie było o tym mowy, by ludzie nie mieli szans się o tym dowiedzieć. Dzięki zredukowaniu emerytur z pierwszego filara stworzono dodatkowe pole do działania dla OFE. W publicznym przekazie pokazywano zaś jedynie walory tych funduszy jako źródła zabezpieczenia na starość. Nikt nie wyjaśniał, dlaczego tak wiele krajów bardziej zamożnych niż Polska nie skorzystało z tego „dobrodziejstwa”, jakim są przymusowe prywatne fundusze emerytalne. Społeczeństwa tych krajów wiedziały bowiem, czym by to groziło. W Polsce przed reformą z 1999 r. od dyskusji odsunięto ludzi, którzy byli przeciwni OFE. Całkiem niedawno dotarłam do wywiadu prof. Jana Jończyka dla „Rzeczpospolitej” z 23 kwietnia 1997 r., w którym już wtedy jasno przedstawiał to, o czym teraz tutaj mowa. Ale to był nieliczny wyjątek. Zrobiono wiele, by takie poglądy nie przebiły się do opinii publicznej.

Prócz tego, żeby zachęcić ludzi do emerytur kapitałowych z OFE, przekonywano, że są to środki, które można będzie dziedziczyć. Dla 4-5 milionów Polaków była to bardzo ważna informacja, która zdecydowała o ich wejściu do OFE. Pamiętam, jak w ramach propagandy OFE dużo mówiono o pełnym dziedziczeniu środków zgromadzonych z funduszy. To ogromna nieuczciwość, zastosowana przez twórców tego systemu wobec wielkiej grupy ludzi, żeby ściągnąć ich do II filara. Gdyby wtedy powiedziano, że z powodu dziedziczenia emerytury z OFE mogą być wypłacane jedynie w krótkim okresie, to wiele osób nie przystąpiłoby do tych funduszy. Ujawniono to dopiero teraz, po kilkunastu latach pobierania pieniędzy od milionów Polaków. Należy dodać, że perspektywa dziedziczenia środków z OFE jest czynnikiem, na którym bazuje poparcie dla OFE ze strony wielu młodych ludzi. Nie zdają oni sobie sprawy, że możliwości dziedziczenia tych pieniędzy są bardzo ograniczone, a ponadto dotyczą jedynie przypadku śmierci członka OFE przed osiągnięciem wieku emerytalnego lub krótko po nim.

W wyniku reformy z 1999 r. około 40 proc. składki emerytalnej zamiast na wypłatę bieżących emerytur zostało skierowane do OFE, czyli na rynek finansowy. To wygenerowało ogromny deficyt w ramach ZUS-u. Od 1999 r. rząd musi zaciągać pożyczki, by pokryć ZUS-owi ten ubytek składki, aby możliwe było zapewnienie środków do życia obecnym emerytom. Skumulowany dług publiczny wraz z odsetkami, który jest skutkiem tego pożyczania, wynosi już ok. 300 mld zł. Oznacza to, że od tamtego roku połowa przyrostu długu publicznego wynika z powodu ustanowienia OFE. Prawdziwym dobrodziejstwem było zredukowanie w 2011 r. składki płynącej do OFE o dwie trzecie. Dzięki temu potrzeby pożyczkowe Polski były przynajmniej przejściowo mniejsze o kilkadziesiąt miliardów złotych. Składka przekazywana do OFE została jednak zwiększona w 2013 r. i będzie ciągle rosła do 2017 r., przyśpieszając ponownie wzrost zadłużenia państwa.

Znamienne, że media nie informowały o wątpliwościach i prognozach, do których z pewnością można było dotrzeć…

L. O.: Przed reformą z 1999 r. media w Polsce zostały zalane pieniędzmi z instytucji międzynarodowych lobbujących za przymusowym filarem kapitałowym. Rozmawiałam ze świadkami tamtych czasów, którzy opowiadali, że było tak dużo pieniędzy na reklamę, iż przychylność wobec OFE bardzo się opłacała właścicielom i redakcjom mediów. Prof. Mitchell Orenstein opisuje szczegółowo to zjawisko w skali globalnej, a także w Polsce, podając konkretne liczby. Mówię o jego książce „Prywatyzacja emerytur”, której przekład wydało niedawno Polskie Towarzystwo Ekonomiczne.

Wprowadzanie OFE było dużym przedsięwzięciem biznesowym i medialnym, nastawionym na przedstawienie emerytur kapitałowych w jak najjaśniejszym świetle, przy pominięciu związanego z nimi ogromnego ryzyka. Do tego dochodziła kampania dyskredytowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy szerzej: podważania wiarygodności państwa, aby na tym tle przedstawić OFE jako wspaniałe rozwiązanie.

A jak przedstawia się relacja między systemem emerytur a kwestią wydłużenia czasu pracy do 67. roku?

L. O.: Wydłużenie wieku emerytalnego jest niezwykle korzystne dla OFE, bo odwleka czas wywiązywania się ze zobowiązań wobec płatników składek. Krócej będą płacić emerytury, a dłużej pobierać opłaty. Dla tych instytucji jest to bardzo duży zysk, a dla społeczeństwa to dodatkowa cena, jaką musi zapłacić za utrzymanie OFE.

Głównym celem podniesienia wieku emerytalnego było zmniejszenie wydatków publicznych na emerytury. Podwyższając ten wiek, rząd eksponował jedynie problemy demograficzne, twierdząc, że będzie brakować ludzi do pracy. Należy pamiętać, że w dzisiejszych realiach ludzie, którzy skończyli pięćdziesiąt lat, mają problemy z utrzymaniem i znalezieniem pracy. Tylko około 30 proc. osób w wieku 50+ jest zatrudnionych. A po sześćdziesiątce ta liczba jeszcze bardziej maleje. Przy znacznym strukturalnym bezrobociu oznacza to, że duża część starszych Polaków pozostanie bez środków do życia na długo przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Szczególnie dotyczy to kobiet, których zarobki i tak są niższe, co z kolei przełoży się na jeszcze niższą wysokość ich późniejszych emerytur. Szacunki Komisji Europejskiej z 2012 r. mówią, że w 2060 r. w Polsce emerytura z I i II filara będzie stanowić około 22 proc. ostatniego wynagrodzenia, co w odniesieniu do średniego wynagrodzenia oznacza emeryturę rzędu 800 zł. Kobiety w wieku od 62 do 67 lat, a mężczyźni od 65 do 67 lat będą mieć prawo do połowy tej głodowej w istocie emerytury. Jak wyobrazić sobie życie za takie pieniądze? Rysuje się problem masowego ubóstwa Polek i Polaków na starość. Tym może się skończyć dla milionów z nas „zielona wyspa”: dramatyczną nędzą. Gdy ludzie zaczną to sobie dobrze uświadamiać, grozi nam kolejny duży wypływ na emigrację. Być może skończy się to koniecznością wprowadzenia minimalnych emerytur obywatelskich…

O tym jeszcze porozmawiamy, ale chciałbym na razie pozostać przy OFE: czy emerytura kapitałowa to narzędzie z zasady nieefektywne, czy jest takim tylko w pewnych, niesprzyjających warunkach?

L. O.: To z zasady jest system niezwykle ryzykowny i krzywdzący dla większości. Po pierwsze oznacza ogromne koszty dla przyszłego emeryta, stanowiące źródło zysku dla towarzystw emerytalnych zarządzających OFE. Opłata od składki wynosi obecnie 3,5 proc., a na początku to było 10, później 7 proc. Do tego dochodzą pobierane co miesiąc prowizje od wartości aktywów OFE. Całościowo może to zmniejszyć kwotę wpłaconych składek o jakieś 30 proc.

Po drugie wysokie ryzyko inwestowania w OFE wiąże się z możliwością znacznego spadku wartości aktywów znajdujących się w portfelach tych funduszy. W szczególności dotyczy to akcji spółek, co jest wpisane w ryzyko gry na giełdzie. Uważam, że niesprawiedliwe i krzywdzące przyszłego emeryta jest powiązanie wysokości jego emerytury z takim ryzykiem. Pod koniec życia może się dowiedzieć, że część jego pieniędzy po prostu przegrano, stracono w wyniku kryzysów, złych inwestycji oraz opłat pobranych przez towarzystwa emerytalne. Taka sytuacja miała miejsce w Chile, gdzie 2/3 członków OFE po 30 latach uczestniczenia w systemie emerytur kapitałowych nie wypracowało żadnej emerytury. I żeby utrzymać ich przy życiu, państwo wypłaca im zasiłki.

Jeszcze jedno potwierdzenie reguły: prywatyzowanie zysków, upublicznianie strat. Bo przecież państwo musi się bronić przed katastrofą społeczną…

L. O.: Towarzystwa emerytalne mogą zbankrutować, zniknąć z rynku, zaś wartość rynkowa aktywów OFE może drastycznie spaść. Wtedy my, podatnicy, będziemy musieli wziąć na siebie ciężar zapewnienia minimum egzystencji tym wszystkim, którym OFE zachwalano jako sposób na „życie pod palmami”. A zamiast tego mogą doczekać życia pod płotem.

Dodajmy, że do otrzymania emerytury potrzebny jest odpowiedni staż pracy, a o ten będzie coraz trudniej, w związku z bezrobociem i rozpowszechnieniem umów śmieciowych. W tym kierunku zmierza całe pokolenie, które całkiem niedawno weszło na rynek pracy.

Jak system zabezpieczeń emerytalnych i jego niewydolność wpływa na kondycję całego społeczeństwa, w tym młodych ludzi, dopiero próbujących się usamodzielnić?

L. O.: Młodzi ludzie powinni zdać sobie sprawę, że przymusowy filar kapitałowy jest związany z dużymi kosztami, które rzutują na aktualną sytuację społeczno-gospodarczą, na to, czy znajdą pracę, czy będą mogli tu funkcjonować, żyć w dobrze rozwijającym się kraju. Wszyscy Polacy ponoszą ogromne konsekwencje utrzymywania tego bezsensownego systemu, jakim jest OFE. Uważam ponadto, że bez sensu byłoby obciążenie składkami ZUS umów cywilno-prawnych, dopóki nie zlikwiduje się OFE. W przeciwnym razie towarzystwa emerytalne otrzymają dodatkowy wielki strumień publicznych pieniędzy, od którego będą pobierać sobie opłaty przez dziesięciolecia. Da to im dodatkowy wielki zysk kosztem polskiego społeczeństwa i doprowadzi do wypływu kolejnych miliardów za granicę. Bez uwolnienia Polski od OFE trudno będzie racjonalnie i uczciwie rozwiązać problem zatrudnienia wielkiej grupy Polaków na podstawie tzw. umów śmieciowych.

A i tak sukcesywnie ograniczamy wydatki na różnorakie zabezpieczenia społeczne…

L. O.: Im więcej takich obciążeń jak wydatki na OFE, tym większa presja na finanse publiczne i tym większe wyrzeczenia musi ponosić społeczeństwo, otrzymując coraz bardziej niedofinansowaną sferę publiczną. Do tej pory finansowaliśmy OFE z pożyczonych pieniędzy, ale może to być coraz trudniejsze. Ten pasożytniczy system oznacza także cięcia środków na szpitale, szkoły, na karetki, a nawet na protezy dla dzieci. To hańba, że w naszym kraju dziecko, żeby dostać protezę, musi liczyć na akcje charytatywne. Na zdrowie najmłodszych obywateli państwo pieniędzy nie ma, ale żeby przegrywać miliardy na giełdzie – są.

Dodajmy jeszcze wzrost podatków, jaki wymusza obsługa długu publicznego, generowanego w znacznym stopniu przez OFE. VAT już został podniesiony, a pewnie jeszcze skoczy do góry. W imię czego mamy się tak poświęcać? Dla interesu prywatnych instytucji finansowych? Przecież obsługa długu publicznego kosztuje wszystkich obywateli, a zatem i w ten sposób dokładamy do interesów towarzystw emerytalnych. Co mamy w zamian? Portfel OFE, w którym są instrumenty finansowe takie jak obligacje państwowe, które stanowią około 50 proc. tego portfela. Te obligacje będziemy musieli wykupić poprzez wyższe podatki, a w międzyczasie towarzystwa biorą sobie od tego procent, i będą brały przez dziesięciolecia.

Warto podkreślić, że odsetki od tych obligacji skarbowych stanowią główne źródło tzw. pomnażania aktywów OFE. Te odsetki dopisywane są na koncie członka OFE. Idą one z budżetu państwa, a dla nas wszystkich stanowią ogromne obciążenie. Warto podkreślić, że tym więcej OFE zarobią dla polskiego emeryta, im wyższe będą odsetki od polskich obligacji skarbowych, czyli im gorsza będzie sytuacja finansów publicznych naszego kraju. Towarzystwa emerytalne mogą sobie wtedy potrącić wyższe kwoty prowizji od aktywów zgromadzonych w OFE. W istocie instytucje te zostaną więc wynagrodzone za fakt pogarszania się wiarygodności kredytowej Polski. Irracjonalność tego mechanizmu jest uderzająca.

Jeżeli chodzi o akcje, to stanowią one ponad 1/3 aktywów OFE. Inwestowanie przez OFE w akcje odbywa się także kosztem ogromnego zadłużania państwa, podobnie jak inwestowanie w pozostałe aktywa. Beneficjentami obecności OFE na rynku finansowym są liczni pośrednicy finansowi, w tym biura maklerskie, a także wielcy gracze giełdowi oraz oczywiście towarzystwa emerytalne, które mogą według swego uznania wspierać wybrane przez siebie spółki. Ale z punktu widzenia emeryta uzależnienie jego emerytury od kursu akcji jest elementem hazardu, gdyż wartość akcji w krótkim czasie może spaść bardzo znacząco. To w efekcie oznacza, że gdy osoba zależna od emerytury kapitałowej przechodzi na emeryturę w czasie złej koniunktury, jej portfel akcji może zostać drastycznie zredukowany, a w rezultacie również jej emerytura.

A jak ma się sytuacja OFE do naszego rynku?

L. O.: Obrońcy OFE mówią, że dzięki temu systemowi zasilana jest polska giełda, finansowane są przedsiębiorstwa. Ale system emerytalny nie powinien służyć rynkowi, bo to oznacza przechwytywanie dochodów przez zarządzające nim podmioty, w których osoby zarządzające pobierają za to kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, gdy emerytowi wychodzi emerytura rzędu kilkudziesięciu złotych. Zarabiają rekiny finansjery, a zwykłym ludziom zostają resztki.

Z powodu OFE państwo każdego miesiąca wypuszcza na giełdę ogromny strumień pieniądza, przyczyniając się do dodatkowego popytu na akcje, a w efekcie do bańki spekulacyjnej. Poza tym jest to mechanizm zakłócający konkurencję. Akcje wielu spółek kupowane są z pieniędzy, które państwo pod przymusem kieruje na giełdę, a to zniekształca obraz rzeczywistej wartości spółek.

Zwolennicy OFE przypominają, że biorą one udział w prywatyzacji. Ale stan faktyczny jest taki, że państwo najpierw przekazuje środki do prywatnych funduszy, pozbywa się więc pieniędzy, a później musi radzić sobie z ogromnymi potrzebami budżetowymi, więc pośpiesznie wyprzedaje majątek narodowy, żeby zdobyć środki. Wtedy OFE odkupują od państwa akcje przedsiębiorstw. I tak dodatkowo pozbywamy się kolejnych, strategicznych składników polskiej infrastruktury, od przemysłu do energetyki. OFE za pieniądze publiczne kupują te spółki. Towarzystwa emerytalne mogą sobie od wartości tych akcji pobierać przez dziesięciolecia opłaty i w ten sposób partycypować w naszym narodowym majątku. Bez „przepuszczenia” przez OFE tego majątku nie byłoby to możliwe.

Ponadto zwolennicy OFE twierdzą, że byłoby bardzo dobrze, gdyby pieniądze umieszczone w systemie emerytury kapitałowej inwestować w obligacje infrastrukturalne. OFE miałyby kupować obligacje emitowane przez jednostki samorządu terytorialnego, w tym gminy. Z tak zdobytych pieniędzy budowano by drogi, oczyszczalnie, mosty. Ale od wartości takich obligacji, znajdujących się w portfelach OFE, towarzystwa emerytalne pobierałyby prowizje przez dziesiątki lat, kosztem polskiego społeczeństwa. Przecież gmina za publiczne pieniądze jest w stanie zatrudnić prywatne firmy, które wybudują tę samą drogę, ale bez konieczności opłacania pośredników w postaci wielkich koncernów finansowych.

Co należy zrobić, by wyjść z pułapki OFE? Czy alternatywą jest emerytura w ramach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych lub Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego? A może powinniśmy myśleć nad zupełnie nowym systemem ubezpieczeń?

L. O.: Trzeba przede wszystkim zatrzymać gigantyczny wyciek publicznych środków do OFE. To marnotrawstwo na niespotykaną skalę. W 2011 roku ZUS przekazał do OFE 15 mld złotych, a tam aktywa spadły aż o 12 mld. W roku 2008 ZUS przekazał OFE ponad 25 mld złotych, a spadek wartości aktywów OFE w tamtym okresie sięgnął ponad 32 mld zł. Główne indeksy giełdowe są ciągle niższe o około 30% niż w 2007 r. Ponad 6 lat nie starczyło, by odrobić straty.

Najlepiej byłoby zlikwidować OFE na sposób argentyński – jednym cięciem. Zważywszy na ograniczoną suwerenność naszego kraju i więcej niż prawdopodobny sprzeciw instytucji zainteresowanych w podtrzymaniu OFE, musimy szukać innego sposobu. Powinniśmy rozważyć rozwiązanie węgierskie, które okazało się bardzo skuteczne. Przy wprowadzeniu dobrowolności przynależności do OFE 98 proc. osób wybrało emerytury z tamtejszego ZUS, a tylko 2 proc. – kapitałowe. Mniej niż 90 tys. Węgrów zdecydowało się pozostać w OFE, a 3 miliony przeszło do systemu państwowego. Działo się to stopniowo. W 2010 roku zawieszono przekazywanie składek do OFE. Później obywatele uzyskali czas na zastanowienie się, czy chcą nadal należeć do OFE. Przed podjęciem decyzji powinni byli poznać koszty i ryzyko związane z emeryturą kapitałową. Ci, którzy nie złożyli we właściwym czasie odpowiedniej deklaracji, automatycznie wrócili do węgierskiego ZUS – zostały im wyrównane zapisy na kontach, jakby nigdy do OFE nie należeli, co było oczywiście ewidentną stratą dla państwa, bo nigdy już nie wróciły z towarzystw emerytalnych pobrane przez nie opłaty. Ale i tak Węgry dzięki temu rozwiązaniu mogły choćby obniżyć podatki dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz wdrożyć szereg zachęt ekonomicznych dla węgierskich rodzin.

Inne było rozwiązanie czeskie. Czechy nie miały i nie mają przymusowego filara kapitałowego. Umożliwiono tam jednak niedawno przystąpienie do OFE dla chętnych gotowych wnieść wkład własny w postaci 2 proc. miesięcznego wynagrodzenia, a państwo może przekazać składkę emerytalną w wysokości 3 proc. wynagrodzenia – zatem łącznie 5 proc. dochodów można w tej sytuacji inwestować w tamtejszych funduszach emerytalnych. Zdecydowało się na to tylko 22 tys. osób. Oznacza to totalną klęskę twórców czeskich OFE, mimo wielkiej akcji lobbingowej międzynarodowych instytucji finansowych w Czechach. To wskazuje, jakie są wybory ludzi przy dobrowolności tego typu rozwiązania.

W Polsce potrzebna jest rzetelna kampania informacyjna, ukazująca ogromne ryzyko związane z emeryturami z OFE. Wzrośnie ono znacząco, gdy środki z funduszy będą mogły być bez ograniczeń inwestowane za granicą.

Ale do systemowej zmiany w tym względzie potrzebna jest wola polityczna, wymuszona naciskiem, oczekiwaniami społecznymi. W Polsce tego nie dostrzegam…

L. O.: Świadomość społeczna w tej kwestii rośnie, ale wciąż jest niewystarczająca. Media publiczne niewiele robią, żeby ludzi rzetelnie poinformować. Z kolei w mediach prywatnych takiej wiedzy nie przepuści swoista cenzura: właściciele, uzależnienie od reklamodawców, banków itd.

Większość polityków nie ma najmniejszego pojęcia, czym są OFE dla Polski, więcej: nie chcą tego wiedzieć. Bo ludzie, którzy przyjrzeli się temu bliżej, są w prawdziwym szoku: co innego sobie wyobrażali na temat OFE, a z czymś zupełnie innym mają do czynienia w rzeczywistości. Obawiam się zatem, że pod presją instytucji finansowych będziemy ciągnąć ten system jeszcze przez wiele lat, a rządowi zabraknie odwagi i determinacji w starciu z agencjami ratingowymi.

A jak Pani ocenia funkcjonowanie ZUS i KRUS? Zwolennicy OFE czy osoby o liberalnym nastawieniu nierzadko podkreślają niewydolność albo wręcz „złodziejski” charakter tej pierwszej instytucji. KRUS zaś uznawany jest za „relikt PRL”, niesłusznie uprzywilejowujący rolników.

L. O.: W Polsce istnieje ogromne niezrozumienie co do zasady działania ZUS.Zapomina się, że ZUS jest tylko listonoszem, przenosi pieniądze od tych, którzy obecnie pracują, do tych, którzy są na emeryturze. Emerytura solidarnościowa to dzielenie się wypracowanym dochodem. Jest to podatek, który obciąża pracujących na rzecz ludzi, którzy nie mogą już pracować, a nie możemy dopuścić do tego, żeby umarli z głodu. Mówię tu o emeryturach z systemu powszechnego. Ta świadomość powoli zanika, ustępując indywidualistycznemu egoizmowi, zwłaszcza u młodych ludzi, którzy nie chcą widzieć żadnych obowiązków wobec osób starych.

Oczywiście ZUS nie jest instytucją idealną, ale wykonuje ogromną pracę, obsługuje dziesiątki milionów osób na wielu płaszczyznach: zasiłki macierzyńskie i wychowawcze, renty, emerytury, zbieranie składek. W stosunku do ogromnej pracy nie jest to wielki koszt. Nie mam także poczucia, że panuje tam wielki przerost administracji. Oskarżenia pod adresem ZUS to standard w wykonaniu lobbystów OFE, którym zależy na wykreowaniu jak najgorszego wizerunku tej państwowej instytucji.

Co do KRUS: nie wykluczam, że dałoby się zlikwidować pewne patologie w obrębie tego systemu. Ale pamiętajmy, że świadczenia z KRUS są bardzo niskie, zapewniają ludziom na wsi minimum środków do życia, to system niekosztowny.

Słyszymy też przy okazji rozmów o emeryturze kapitałowej slogan, że „prywatne zawsze jest lepsze”…

L. O.: Niedawny kryzys pokazał, że bez interwencji państwa nie dałoby się uratować licznych prywatnych instytucji finansowych, które by zbankrutowały. To państwa ponoszą odpowiedzialność za los swoich obywateli – stąd musiały w skali świata i Europy ratować te prywatne, nieodpowiedzialne grupy interesu: by zabezpieczyć zwykłych ludzi, ich majątki i miejsca pracy. A nie zawsze się to udało…

Poza tym liberalna ideologia mocno wspiera filozofię coraz dalej idącego indywidualizmu: „niech każdy radzi sobie sam”. To aspołeczne, antyhumanitarne podejście. Tam, gdzie społeczeństwa są dobrze zorganizowane, solidarne, oparte na budowie wzajemnych więzi, chronią się przed nadmiernym rozwarstwieniem, tam ludzie identyfikują się też ze swoim krajem i potrafią zabezpieczać jego interesy. W sytuacji, gdy życie społeczne opiera się na coraz dalej idącym rozwarstwieniu, dochodzi do pogłębiającej się alienacji – także od państwa, które staje się ludziom obce i dla którego oni stają się obcy. Nie zabezpiecza to żadnych interesów publicznych.

Możemy tu mówić, niemodnymi terminami, o kwestiach klasowych. Częściej zdecydowanymi zwolennikami OFE czy w ogóle skrajnie liberalnych rozwiązań gospodarczych są ludzie zamożni i bardzo bogaci, którym wydaje się, że są absolutnie samowystarczalni i niezależni od sfery publicznej. To oni zwykle kształtują opinię publiczną.

L. O.: Są silni, mają media, pieniądze, wpływ na politykę społeczno-gospodarczą, mają bogatych sponsorów, zawłaszczają państwo kosztem nas wszystkich. A zwykli ludzie nie są w stanie się bronić, często nie wiedzą jak – czasem cierpią biedę i nie mają jak z niej wyjść. Ale nawet bogaci korzystają z infrastruktury publicznej: sieci komunikacji, różnorodnych instytucji gwarantujących bezpieczeństwo społeczne, zabezpieczenie zdrowia, przestrzegania prawa. Degradowanie państwa w imię egoistycznych interesów z pozoru wszechmocnych czy samowystarczalnych jednostek obróci się w końcu także przeciw nim. Najbardziej harmonijnie rozwijają się te społeczeństwa i państwa, które nie dopuszczają do daleko idącego rozwarstwienia, zachowują zdrowy egalitaryzm – przykładem są państwa skandynawskie. Proszę zwrócić uwagę, że wysokie podatki przy transparentnym charakterze państwa, innowacyjności gospodarki i edukacji dają w efekcie wyższy wzrost i dobrobyt całemu społeczeństwu. Nasz kraj zmierza raczej w kierunku dżungli, a dzieje się to w imię uwolnienia rynku i instytucji finansowych od jakichkolwiek zobowiązań wobec sfery publicznej.

Wróćmy jeszcze do kwestii emerytur. Na czym polega pomysł z emeryturami obywatelskimi?

L. O.: Grozi nam, że wskutek istniejącego systemu wielu Polaków w ogóle nie będzie w przyszłości otrzymywało świadczeń emerytalnych. Poważnej dyskusji wymaga idea emerytury obywatelskiej, która byłaby finansowana choćby z podatków pobieranych w formie VAT i akcyzy. Taka niewielka, budżetowa emerytura mogłaby przysługiwać każdemu, kto mieszkał w Polsce np. przez 30 lat. Przecież ludzie, którzy pracują na czarno, na umowach śmieciowych, nie płacą składek na ZUS, ale nabywając produkty, opłacają podatki ukryte właśnie w VAT czy akcyzie, przez co wnoszą dochody do budżetu państwa. Ale – powtórzę – także to rozwiązanie wymaga wcześniejszego uporządkowania sprawy OFE.

Jak wygląda najczarniejszy społeczno-gospodarczy scenariusz dla Polski na najbliższe kilkanaście lat? Jak scenariusz optymistyczny? A jaki wreszcie jest najbardziej prawdopodobny?

L. O.: Najczarniejszy zrealizujemy, gdy okaże się, że nie jesteśmy w stanie refinansować swojego długu, czyli – mówiąc umownie – scenariusz Grecji. To zależy od wielu czynników, bardzo trudnych do przewidzenia. Sytuacja może zmienić się radykalnie w krótkim czasie. Na przykład Irlandia w 2007 r. miała dług publiczny w wysokości 25 proc. PKB, a obecnie ma dług ponad 120 proc. PKB. Stało się to w ciągu kilku lat. Nie jesteśmy zabezpieczeni przed tak gwałtownymi, szokowymi zmianami, których konsekwencje odczuje boleśnie większość społeczeństwa i których skutki będą ciążyć przez dziesięciolecia.

Scenariusz optymistyczny: pozbywamy się OFE i zatrzymujemy ten ogromny wyciek pieniędzy z finansów publicznych, zaczynamy inwestować w demografię, postęp techniczny, sieci energetyczne, rozwijamy źródła energii, tworzymy infrastrukturę, odbudowujemy przemysł. To wszystko dałoby nam sprawną gospodarkę z własnymi zasobami i pozytywnymi trendami demograficznymi. Uważam, że istnieje możliwość stymulacji czynników wzrostu.

A wariant realistyczny? OFE będą działały jeszcze kilka lat, stracimy kolejne dziesiątki miliardów, nie posuniemy się o krok do przodu. I chyba dopiero kompletna zapaść sfery publicznej, choćby wydatków na służbę zdrowia, da jakieś zdecydowane posunięcia, wzbudzi wolę, by odbić się od dna.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 19 maja 2013 r.

Kraj wysokich kosztów (społecznych)

Strajk generalny czy pakt społeczny?

„Emigruję z Polski do Anglii. Od 12 maja będę zmywała gary i podłogi w Londynie. Opuszczam nasz kraj z poczuciem częściowej klęski i wszystkomijedności” – napisała w przetaczającym się w mediach liście Sandra, choć podobne uczucia ma wielu młodych „niskozatrudnionych”. Niewiele jest rzeczy tak osłabiających ducha jak poczucie bezsilności. Nie jest to wyłącznie polski fenomen. Wiele krajów zmaga się z niszczącymi efektami polityki cięć oszczędnościowych. Polityki, która właśnie została ostatecznie ośmieszona.

Przez ostatnie kilka lat politycy i liderzy opinii w Europie i USA powoływali się na pracę „Growth in a Time of Debt”, opublikowaną przez dwójkę profesorów Harvardu: Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart. Nie sposób wymienić wszystkich oficjeli, od brytyjskiego kanclerza skarbu George’a Osborne’a po kandydata na wiceprezydenta USA Paula Ryana, dla których „Growth in a Time of Debt” stanowiło uzasadnienie dla drakońskich cięć oszczędnościowych, zabijających wzrost i zatrudnienie. Praca Reinhart i Rogoffa miała pokazywać korelację między poziomem długu publicznego a tempem wzrostu gospodarczego. Pomijając dość oczywiste spostrzeżenie, iż to nie wysoki dług powodował niski wzrost, lecz niskie tempo wzrostu powodowało narastanie długu, korelacja ta (wykres poniżej) stała się argumentem mającym poprzez autorytet naukowy znanych profesorów Harvardu wspierać dotkliwe cięcia.

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Reinhart, Rogoff, 2009)

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Reinhart, Rogoff, 2009)

Thomas Herndon, student ekonomii na Uniwersytecie Massachusetts w Amherst, postanowił wziąć to studium na tapetę w ramach przedmiotu, który nakazywał przetworzenie i replikację wyników już dostępnych dowolnych badań. Początkowo profesorowie nie chcieli pozwolić Herndonowi na wybranie tego badania. Nie z powodów politycznych – UMass Amherst to tradycyjnie niepoprawna politycznie („heterodoksyjna”) uczelnia – lecz dlatego, iż praca duetu Reinhart & Rogoff uznana została za banalnie prostą, nie używającą żadnych skomplikowanych metod obliczeniowych. W końcu jednak Herndonowi pozwolono na łatwe zaliczenie, polegające głównie na dodawaniu i dzieleniu sum z arkusza kalkulacyjnego Reinhart i Rogoffa. Gdyby nie odporność liberalnej ekonomii na rzeczywistość, można by wręcz stwierdzić, iż lenistwo studenta na zawsze zmieniło oblicze ekonomii. Bez wątpienia to, co zobaczył Herndon, było przełomem.

Po przeliczaniu danych Reinhart i Rogoffa wyniki otrzymywane przez Herndona, szczególnie dla przedziału powyżej 90 procent długu do PKB, znacząco się różniły. Po jakimś czasie okazało się, iż obliczenia „gwiazd” ekonomii są pełne pomyłek. Pomijając nawet wpisywanie przez nich błędnej formuły w Excelu, okazało się, że dla grupy powyżej 90% profesorski duet pominął 1/4 badanych w innych przedziałach krajów. Również przypisywane im „wagi” były zadziwiające. Jeden rok bardzo wysokiego długu i spadku PKB Nowej Zelandii wpływał na rezultaty tak samo mocno jak kilkanaście lat bardzo wysokiego długu i dobrego wzrostu Wielkiej Brytanii. Po skorygowaniu „pomyłek” Reinhart i Rogoffa wyniki okazały się następujące:

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Herndon na podstawie Reinhart, Rogoff, 2009)

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Herndon na podstawie Reinhart, Rogoff, 2009)

Te szokujące dane pokazują, jak fałszywa była narracja wzywająca do zaciśnięcia zębów społeczeństwa Europy, połączona z ksenofobiczną narracją o „leniach” żyjących na kredyt, dzielącą nie tylko kontynent, ale również poszczególne narody. Dziś już nikt nie pamięta, że zarówno południe Włoch, jak i południe Belgii były znacznie bogatszymi i wydajniejszymi regionami od swych północnych odpowiedników do czasu utraty przemysłu, odpowiednio 120 i 40 lat temu. Byłoby piękną ironią, gdyby gwoździem do trumny tej narracji stał się leniwy Herndon!

Póki co jednak nabierający siły społeczny sprzeciw wobec ekonomicznych eksperymentów na ludziach nie potrafi złamać mocy potężnych rentierów finansowych. Nawet bez ideologicznej podpory ich wpływ na procesy polityczne, choć wyraźnie słabnący w ostatnich miesiącach, wciąż decyduje o kierunkach działań gospodarczych państw. Tradycyjne procesy polityczne nie przynoszą zmian oczekiwanych przez społeczeństwa. Obywatele Europy od lat protestują, lecz często z poczuciem bezsilności popadają w rezygnację. Wyznaczana przez oczekiwania rynków finansowych polityka rządów oraz brak wiary w ugrupowania opozycyjne powodują „wewnętrzną” lub zewnętrzną emigrację niezadowolonych.

Nie wolno jednak zapominać, że istnieje narzędzie nacisku społecznego, które jest w stanie istotnie wpłynąć na rzeczywistość. Jest to oczywiście strajk generalny. Ma on wiele potencjalnych zalet: decyzja jednej tylko „Solidarności” o nieograniczonym czasowo ogólnopolskim strajku może sprawić, iż cały kraj zauważy liczącą się siłę społeczną, reprezentującą niezgodę na stagnację, a wyrażającą opinie nie tylko związkowców, lecz także zatrudnionych na umowach śmieciowych, bezrobotnych i dużej części młodego pokolenia.

Taki ruch ze strony „Solidarności” wiąże się jednak również z negatywnymi konsekwencjami. W obliczu kłopotów Unii Europejskiej duża część społeczeństwa (szczególnie elektoratu partii rządzącej, a jest to kilkadziesiąt procent wyborców) ceni tę względną stabilność, którą cieszy się nasz kraj. Strajk generalny spowodowałby dla wielu obywateli olbrzymie utrudnienia, co w połączeniu z odpowiednim przekazem medialnym spowodowałoby alienację znacznej części społeczeństwa.

Strajk generalny, przynajmniej w takiej formule, jakiej można się spodziewać w obecnych realiach, byłby co najwyżej doświadczeniem tożsamościowym, pozwalającym na „policzenie się” stron, ale jednocześnie wytworzyłby podziały niekoniecznie wedle kryteriów interesów ekonomicznych. Istnieje możliwość zachowująca cień szansy na jakikolwiek trwalszy pozytywny wpływ niż tylko osłabienie rządu, co nie przełożyłoby się na żadną zmianę do października 2015 (jeżeli w ogóle). Jest nim propozycja pragmatycznego paktu społecznego, której wystosowanie, nawet przy odrzuceniu przez rząd, zachowałoby swoje skutki wykraczające poza jesień tego roku.

Jakie powinny być założenia paktu społecznego? Po pierwsze powolny odwrót od polityki cięć. Rządowe cięcia zdołały obniżyć poziomy deficytu do 3,9% oraz długu do ok. 52% PKB w zeszłym roku. Wszystko to oczywiście kosztem potrzebnego popytu, przy nieustających pohukiwaniach ekspertów i – o zgrozo! – aspirującej do władzy partii opozycyjnej o „zadłużaniu Polski”. Wykres Herndona daje pojęcie o potencjalnych „strasznych” skutkach wzrostu długu publicznego o kilka procent, a więc – żarty na bok.

Ograniczanie wydatków jest jedną z przyczyn zgaszonego zapłonu polskiej gospodarki po piłkarskich mistrzostwach Euro 2012. Cięcia deficytu w zeszłym roku oznaczają konieczność zwiększenia deficytu w roku bieżącym, przy niesprzyjającej koniunkturze światowej. Warto przypomnieć, że większe pole manewru w stymulowaniu gospodarki dałyby ministrowi finansów zmiany w restrykcyjnej ustawie o finansach publicznych, narzucające gorset „reguły wydatkowej” oraz ostrożnościowy próg zadłużenia w wysokości 55 procent.

Przy prawdopodobnym braku chęci rządu do bardziej znaczącego zwiększenia zadłużenia jedną z możliwości staje się wprowadzenie trzeciego progu podatkowego, opodatkowującego o pięć procent wyżej każdą kolejną złotówkę z rocznego dochodu osobistego powyżej 300 000 złotych. Warto zaznaczyć oczywiście, że przekonanie o dobroczynnym wpływie wysokich podatków jest równie błędne co ahistoryczne przekonanie, iż wysokie podatki oznaczają niski wzrost i standard życia. Jedynym ważnym wskaźnikiem jest siła nabywcza obywatela po opodatkowaniu, a ta może się zwiększyć przy wprowadzeniu powyższego rozwiązania pod bezwzględnym warunkiem, że każdy dodatkowy miliard będzie przeznaczony nie na zmniejszenie deficytu, lecz na krajowe inwestycje mnożnikowe, pobudzające efektywny popyt i żywotność gospodarki.

Te działania powinny być jedynie wstępem do „mapy drogowej” paktu społecznego, wyznaczającego daty korzystnych rozwiązań kwestii umów śmieciowych na korzyść pracownika – przesuniętych o np. dwa lata, lecz wdrażanych już w nieco innej rzeczywistości ekonomicznej. W zamian za czasowe odroczenie słusznych postulatów rząd zobowiązywałby się do sprawnego przeprowadzenia kilku koniecznych działań, m.in. Programu Rozwoju Przedsiębiorstw Ministerstwa Gospodarki (z którym implicite zgadzał się w swoim expose prof. Gliński) oraz zmian w rozdzielaniu funduszy, np. programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, co wsparłoby i przyspieszyło pozytywne zmiany strukturalne polskiej gospodarki. Powinno być to skorelowane z intensywnym rozwojem programu „Inwestycje Polskie” w synergii z nowymi środkami europejskimi od stycznia 2014, a także z niezwykle obiecującym programem modernizacji polskiej armii, będącym szansą dla polskiego przemysłu. Jednocześnie absolutnie kluczowe dla dobrobytu w długim okresie będzie przystosowanie strategiczne, postulowane w ostatnim raporcie Polskiego Lobby Przemysłowego, z takimi narzędziami jak centrum studiów strategicznych, mapa zasobów, wiedzy i technologii oraz długoletnie obligacje inwestycyjne.

Czy jest to propozycja do odrzucenia? Być może, lecz na pewno warto ją wysunąć w postaci konkretnego programu, zamiast liczyć na narastające oburzenie społeczne i niepewną zmianę polityki gospodarczej za 3 lata. Strajk generalny przeprowadzony pod ogólnikowymi postulatami mógłby zostać wykorzystany przez liberałów szermujących hasłami przeciwko rządowi „zadłużającemu Polaków”, skąd już tylko krok do żądania „koniecznych reform”. Przed takim przewrotnym wykorzystaniem frustracji obywateli nie zabezpieczą dobre chęci, tak jak potrzeba zmian nie zawsze idzie w parze z kompetencją programową opozycji. Byłoby wielką szkodą, gdyby „Solidarność”, świadoma swej siły, nie wykorzystała jej na rzecz realistycznej zmiany społecznej, rozmywając się w projektach tożsamościowych. Spokój za zobowiązanie do przyszłych prospołecznych zmian w prawie pracy i odważne wspieranie gospodarki przez państwo – czy można osiągnąć więcej?

Triumf nadludzi

Wielka lumpeninteligencka rewolucja liberalna (rozważania z dziedziny psychopolityki)

Tytułem wstępu: poniższy tekst nie rości sobie pretensji do bycia naukowym. Nie opieram się na badaniach, lecz wykorzystuję tu metodę mikroobserwacji socjologicznych, którą wypracowałem dzięki mojej Mamie. Zwróciła Ona moją uwagę, że jeśli jakieś zjawisko występuje w mikroskali – tzn. w naszym bezpośrednim otoczeniu – to prawdopodobnie jest powszechne. Dlatego (oczywiście po odsianiu przypadków jednostkowych i skonfrontowaniu autopsji z innymi dostępnymi źródłami) można pokusić się o uogólnienie na podstawie własnych obserwacji.

Punktem wyjścia niech będzie polski charakter narodowy. Odwołując się do tego pojęcia, demaskuję siebie jako „nacjonalistę”, bo nie dość, że postrzegam Polaków jako realną (a nie umowną) zbiorowość, to jeszcze przypisuję im pewne „esencjonalne” właściwości. Muszę jednak zastrzec, że mój esencjonalizm jest ograniczony: nie twierdzę ani że charakter narodowy jest niezmienny, ani też, że bez reszty determinuje każdą jednostkę przynależącą do danej zbiorowości. To po prostu średnia statystyczna zachowań, wynikająca ze zinternalizowanych poglądów i konwencjonalnych obyczajów.

Opisowi i – rzadziej – analizie charakteru narodowego Polaków poświęcono już wiele uwagi. Akcentowano (np. Edmund Lewandowski) takie cechy jak duma granicząca z pychą („albośmy to jacy tacy”), romantyczny idealizm („siły na zamiary!”), nietrwałość („słomiany ogień”), bałaganiarstwo („polnische Wirtschaft”), indywidualizm („musi to na Rusi”), egalitaryzm („szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”), wreszcie beztroskę w sprawach materialnych („zastaw się, a postaw się”). Ze swej strony zwrócę uwagę na paradoksalny związek polskiego indywidualizmu z konformizmem. Otóż wymóg poszanowania zdania każdej jednostki skutkował koniecznością jednomyślności, co z kolei oznaczało dążenie do konsensusu, a od praktyki „ucierania” zgody do nawyku „niewychylania się” jest już tylko krok. Szlachecką mentalność I Rzeczypospolitej ukształtował też snobizm, będący pochodną rozwarstwienia braci szlacheckiej: dla przeciętnego „pana brata” magnat był niedościgłym (choć czasem traktowanym z zawiścią) wzorem do naśladowania.

Taka wizja polskiego charakteru narodowego wymaga jednak rewizji z „marksistowskiego” punktu widzenia, gdyż ignoruje podziały klasowe. Gdy dokładniej wczytać się w opisy zachowań i obyczajów Polaków sprzed II wojny światowej, dostrzeżemy, że występowały wówczas co najmniej dwie polskie kultury i co za tym idzie – dwa typy psychiki: szlachecki oraz mniej widoczny chłopski. Chłopska mentalność stanowiła w pewnym sensie przeciwieństwo szlacheckiej. Romantycznemu idealizmowi przeciwstawiała przyziemny pragmatyzm („lepszy wróbel w garści”), niestałości – upór i zawziętość („chłop żywemu nie przepuści”), bohaterszczyźnie – spryt (jak ten Mazur, co śmierć oszukał), sobiepaństwu – „ducha gromadzkiego”. Kultury te nie pozostawały jednak hermetycznie odizolowane, gdyż od czasu uwłaszczenia szlacheckie wzory były przejmowane – zrazu nieśmiało i ukradkowo – przez wieś. Chłopi snobowali się na panów.

Na marginesie zwróćmy uwagę, że konformizm połączony ze snobizmem czyni z Polaków typ, który określić można jako wiecznie spóźnionych snobów. To znaczy są to ludzie, którzy nieustannie marzą, aby być światowi, nowocześni, up-to-date, ale za zmiennymi trendami nie nadążają. Rzekomy konserwatyzm Polaków to mit – to tylko postawa ludzi, którzy nie zauważyli, że moda się zmieniła. Przyczynę tej specyficznej ociężałości widzę w postszlacheckim zadufaniu, przekonaniu o własnej nieomylności. Gdy jednak taki osobnik dostrzeże, że prawdziwy Wzór-Do-Naśladowania jest gdzie indziej, na wyprzódki zmienia swe preferencje, dokonuje konwersji. Słowackiego „paw i papuga” doskonale oddaje tę cechę naszego charakteru.

Polskie społeczeństwo dogłębnie przeorała II wojna światowa, a potem odgórna rewolucja społeczna PRL. W nadwiślańskim „melting pot” ścierały się pierwiastki szlachecki i chłopski. Z jednej strony spod socjalistycznego pokostu przezierała wciąż żywa tradycja szlachetczyzny, na co zwracał uwagę w swej „Rzeczpospolitej Polaków” Edmund Osmańczyk. Z drugiej jednak strony już w latach 70. zaobserwowano zjawisko tzw. kurasiowszczyzny: otóż idolem widzów wojennego serialu „Polskie drogi” okazał się być nie szlachetny i romantyczny porucznik Niwiński, ale zapobiegliwy cwaniak sierżant Kuraś. Rewolucja „Solidarności” była jeszcze recydywą ducha szlacheckiego w jego najlepszych – idealistycznych, egalitarnych i wolnościowych – aspektach, jednak kapitalistyczna transformacja ustrojowa lat 90. odmiennie sformatowała nasz charakter narodowy.

Przemiana ta nie dokonała się szybko ani bezboleśnie. Początkowo miały miejsce chaotyczne zmagania, w szranki stanęły trzy typy Polaków: sieroty po PRL, liberalni „Europolacy” i neosarmaci, pielęgnujący tradycyjną polskość (opisywałem to przed kilkunastu laty w tekście „»Dusza polska« w procesie transformacji”). Typ pierwszy rychło został jednak zdradzony przez własnych przywódców, którzy dążyli do porozumienia za wszelką cenę z establishmentem skupionym wokół Agory; w rezultacie lata 90. zdominował konflikt między modernizatorskim i proeuropejskim liberalizmem o Janusowym obliczu Balcerowicza i Kwaśniewskiego a nacjonalpopulizmem wyrażanym przez „Solidarność” i Samoobronę. Obie formacje wyczerpały się u progu XXI stulecia. Z jednej strony stopniowa poprawa sytuacji życiowej szerokich mas rozładowuje populistyczną rebelię, z drugiej sojusz Agory i Belwederu rozbiła afera Rywina. Zwycięstwo PiS w 2005 roku było jeszcze triumfem Polski „starej”, która paradoksalnie łączyła zakorzenione w PRL grupy społeczne z narodowo-chrześcijańską ideologią antykomunistycznego oporu lat 80. Był to już jednak łabędzi śpiew etosu konserwatywno-wspólnotowego. Stymulowany przez wielkokapitałowe media protest przeciw Kaczyńskim (postrzeganym jako anachroniczni i autorytarni) był katalizatorem, który zaktywizował okrzepłą już klasę średnią i zapewnił hegemonię intelektualną Platformie Obywatelskiej. Ukształtował się nowy, liberalno-konserwatywny konsens ideowy, który selektywnie czerpiąc z obu antagonistycznych obozów (liberalizm ekonomiczny jednego oraz konserwatyzm obyczajowy drugiego), zdominował polskie życie intelektualne i polityczne. Ale i ten konsens okazał się tylko prowizorycznym stanem chwiejnej równowagi, który pęka na naszych oczach (pisałem o tym w tekstach „Erozja” oraz „Palikot, czyli populizm po polsku”).

Konwulsje te odzwierciedlają dużo głębszą przemianę mentalności i obyczajowości Polaków. Istotą owej przemiany jest synteza pewnych elementów mentalności chłopskiej i szlacheckiej. Z jednej strony „szlachecki” idealizm tudzież gnuśność ustąpiły „chłopskiej” zaradności i pragmatyzmowi, z drugiej – cechujący dawną wieś duch gromadzki uległ postszlacheckiemu indywidualizmowi. W kapitalizmie lepiej radzą sobie pazerni egoiści. W rezultacie indywidualizm – wcześniej moderowany skłonnością do poświęceń dla Dobra Wspólnego – zwyrodniał w socjaldarwinowski egoizm, a pragmatyzm – w zwyczajny cynizm. „Za darmo umarło” – rozbrzmiewa dziś od Bałtyku do Tatr. „Ważne, coby moja miseczka była pełna”. „Ręka zgina się ku sobie”. „Śmierć frajerom!”. Przeciętny Polak stał się stadnym egoistą przekonanym o swojej wyjątkowości. Trochę przypomina to sytuację z „Żywota Briana” Monty Pythona: Brian woła do tłumu: „Musicie być sobą! Każdy z was jest wyjątkowy!” – a tłum powtarza tępo: „Musimy być sobą. Każdy z nas jest wyjątkowy”.

Owe zmiany mentalnościowe i obyczajowe odzwierciedlają z kolei trzęsienie ziemi, jakie dotknęło strukturę społeczeństwa polskiego. Degradacji jednych towarzyszył awans społeczny drugich, obowiązująca była wszakże strategia przetrwania indywidualnego, w myśl hasła „ratuj się kto może!”. Nastąpił rozkład tradycyjnych grup społecznych, charakterystycznych dla społeczeństwa industrialnego – nie tylko w skali makro (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), ale też mikro (grupa sąsiedzka, a nawet rodzina nuklearna, będąca co najmniej od zaborów ostoją polskiego społeczeństwa). Erozji uległ związany z dotychczasowymi strukturami system wartości i oparta na katolicyzmie, a niedostosowana do nowych czasów obyczajowość. Miliony ludzi odnajdując się w nowych rolach społecznych – takich jak przedsiębiorca, migrant czy rozwodnik – spostrzegło, że nic ich nie wiąże z dotychczasowym środowiskiem, a czasem też z całą tradycyjną polskością.

W ten sposób docieramy do jeszcze jednej – bodaj najbardziej rewolucyjnej – przemiany psychospołecznej. Polskie społeczeństwo, jeszcze w latach 80. mobilizujące się pod sztandarem „jednakowych żołądków”, obecnie odchodzi od egalitaryzmu. Badania opinii publicznej rejestrują rosnące przyzwolenie dla nierówności społecznych. Sytuacja, w której „duży może więcej”, traktowana jest jako coś tak samo naturalnego jak prawo ciążenia. Jest to novum, gdyż od XVI wieku w umysłach Polaków królowała zasada równości. Rozpowszechniony kompleks niższości (chłopa wobec szlachcica, szaraka wobec magnata, Polaka wobec cudzoziemca) wytworzył oparty na zawiści mechanizm społecznej samokontroli, nazywany „polskim piekłem” (w myśl anegdoty, że tylko polski kocioł w piekle nie jest strzeżony, gdyż sami rodacy pilnują, by nikomu nie udało się zeń wydobyć). O ile jednak dotąd zawiść wyrażała się w dążeniu, by nikt nie był lepszy ode mnie – teraz każdy Polak chce być lepszy od drugiego. Rezultatem jest chaos i walka wszystkich ze wszystkimi.

Obnoszeniu się z poczuciem wyższości sprzyja fakt, że – bez względu na wszelkie zastrzeżenia krytyków transformacji – większość społeczeństwa odnotowała awans materialny i społeczny. Grupy zdegradowane zostały spacyfikowane i zdezintegrowane, a jako apatyczne i peryferyjne (jak emeryci, bezrobotni, pracownicy PGR) nie stanowią zagrożenia dla systemu ani nawet – będąc niewidocznymi – wyzwania dla panującej ideologii. Kompleks niższości jest jednak nierozłącznie sprzęgnięty ze swym rewersem w postaci kompleksu wyższości. Rozdęte ego nuworyszy musi znaleźć sobie Gorszego, by paść się poczuciem swej przewagi. Z tego rodzi się opisywana przez Jerzego Drewnowskiego mizoptochia. Chęć wywyższania się zdaje się być główną motywacją ideologicznego zaangażowania zarówno polskich lewicowców, jak i prawicowców. Oni nie czują się – i nie chcą się czuć! – solidarnymi ze swoim środowiskiem, swoją zbiorowością – ludem czy narodem. Oni chcą się czuć lepsi od swego otoczenia postrzeganego jako „roszczeniowy motłoch” bądź „moherowy ciemnogród”.

Bodaj najliczniejszą grupą subiektywnych (obiektywnie nie jest to tak jednoznaczne) beneficjentów Transformacji są „Młodzi Wykształceni z Wielkich Miast”, potocznie zwani „lemingami”. Jest to grupa specyficzna, którą w większym stopniu niźli status społeczny determinuje pewien kod kulturowy, błyskotliwie opisany przez Roberta Mazurka w „Alfabecie leminga”. To roczniki wyżu demograficznego, które objęła rewolucja edukacyjna (nigdy wcześniej tak duży odsetek młodzieży nie kończył studiów wyższych, nawet jeśli była to przysłowiowa Wyższa Szkoła Kroju i Szydełkowania) i których start życiowy przypadł na okres poakcesyjnej prosperity. Dyplom wyższej uczelni, praca w wielkim mieście albo w innym kraju – oznaczały dla nich awans społeczny, który traktowali jako potwierdzenie słuszności ideologii liberalnej. Podział kulturowy nałożył się na konflikt pokoleń. „Młodzi” wraz z wyższym standardem życia (a czasem tylko oczekując owego wyższego standardu!) przejmowali liberalne i kosmopolityczne wartości klasy średniej. W ten sposób udaje im się połączyć oba wymiary wyższości: socjalno-ekonomiczny i kulturowo-obyczajowy. Nawet jeśli faktycznie są niepewnymi jutra nisko opłacanymi prekariuszami – to pielęgnują w sobie wyniosłość wobec „roboli”; nawet jeśli jakość ich taśmowo produkowanych dyplomów pozostawia wiele do życzenia – to obnoszą się z wielkoświatową pogardą dla „zacofania i ciemnoty”. Faktyczne zróżnicowanie tej grupy zaowocowało wytworzeniem się wewnętrznej hierarchii: „lemingi” o rzeczywiście wysokim statusie społecznym odcinają się od aspirujących dopiero do tego statusu „słoików”. Wszyscy jednak kurczowo trzymają się drabiny społecznej, obawiając się, że z niej spadną – stąd bezwarunkowa lojalność wobec wyzyskującej ich korporacji. Wroga postrzegają tylko wśród gorszych od siebie, nigdy na wyższych szczeblach hierarchii, na które sami wszak mają nadzieję się wspiąć.

W szczególności dotyczy to coraz liczniejszego segmentu warstw średnich, złożonego z przedsiębiorców, w tym też z samozatrudniajacych się mikroprzedsiębiorców, których od prekariatu różni tylko stan świadomości. W praktyce samozatrudniający są wyzyskiwani na równi z pracownikami etatowymi. Rzecz jednak w tym, że sami drobni przedsiębiorcy za takowych się nie uważają. Hasło „Mam firmę!” w ich mniemaniu jest zaklęciem otwierającym drzwi do lepszego świata. Dla nich wrogiem nie jest wielki kapitał, z którym przegrywają na każdym kroku, nie są wrogiem oszukujące ich banki – wrogiem są pracownicy, bezrobotni, emeryci. Każdy, kto nie ma firmy, jest ich zdaniem nierobem i pasożytem. Nienawiść do zmitologizowanego „państwa” przyjmuje formy wręcz paranoiczne. Z furią odrzucając jakiekolwiek koncesje na rzecz Dobra Wspólnego (a nawet samo jego pojęcie!) radzi by oprzeć całe społeczeństwo na relacjach rynkowych.

Pozycja leminga, którą można porównać do pozycji szlachciury-hołysza uczepionego magnackiej klamki, sprawia, że lumpeninteligencja i lumpenburżuazja są ostoją panującego ładu społecznego. To polski paradoks, bo w Europie Zachodniej młoda miejska klasa średnia stanowi zaplecze ruchów lewicowo-libertarnych pokroju partii Zielonych. W Polsce jednak te warstwy nie poprą żadnej rewolucji czy bodaj rewolty, bo uważają siebie za beneficjentów systemu, a „moherową” biedotę za zagrożenie dla swej pozycji i stylu życia. Zwolennicy modernizacji są zarazem obrońcami status quo.

Rodzi to permanentną frustrację wśród młodej inteligenckiej lewicy, która wegetuje niezrozumiana na marginesie własnego środowiska. Przeciętny leming postrzega lewaka jako sympatycznego może, ale jednak dziwaka – takiego, co to przydaje się w walce z moherami, ale przesadza z egzotyką i nieżyciowością. Przeszczep nowolewicowych idei z zachodnich uniwersytetów nie przyjął się w polskiej młodej klasie średniej. Owszem, leming może na złość moherom obnosić się z tolerancją wobec gejów czy „Afroamerykanów”, ale zarazem nie cierpi muzułmanów (ba, islamofobię traktuje jako legitymację swej europejskości i laicyzmu!), nie trawi ekologów i nie rozumie feministek. Komiczną wręcz ilustrację ostatniego zjawiska stanowią internetowe komentarze pod newsami o feministycznych protestach przeciw seksizmowi – co drugi komentator uważa te inicjatywy za sprawkę pruderyjnych „katoli”. To samo tyczy się ostatniego odkrycia i najnowszej nadziei naszej hipster-lewicy – tzw. ruchów miejskich. Pomijając już, że jest to retrospektywna utopia, przypominająca ruralistów głoszących „Back to the Land” w I połowie XX wieku, abstrahując od faktu, że rosnąca mobilność utrudnia wytwarzanie się „lokalnego patriotyzmu” – w Polsce ruchy miejskie nie mają racji bytu. Tubylczy bywalcy IKEI i centrów ogrodniczych akceptują wielkie miasto takie, jakim jest – to ich Ziemia Obiecana.

…Powyższa diagnoza może budzić sprzeciw, jako obraz nazbyt pesymistyczny. Czy naprawdę winniśmy porzucić wszelką nadzieję? Oczywiście nie – nadzieja trwa dopóki żyjemy. Gdyby osiemdziesiąt lat temu ktoś napisał, że Polacy staną się zbiorowością przyziemnych groszorobów, uznane by to zostało za absurdalną fantazję. Proces przekształcania psychiki zbiorowej trwa permanentnie, więc wszystko jest możliwe. Panta rhei.

Koniec małego świata

Koniec małego świata

Każda szkoła to mały świat. Składają się na niego zamieszkujący go ludzie (uczniowie, nauczyciele, woźni i inni pracownicy) oraz widoczne, trwałe elementy przestrzeni, takie jak budynki, ich wyposażenie, a nawet przypadkowo przyniesione tam i pozostawione rzeczy. Szkoła, podobnie jak wszystkie znane nam światy, organizuje przestrzeń wokół siebie, wpływa na otoczenie w sposób subtelny i na pierwszy rzut oka niewidoczny, ale bardzo silny. Nie widzimy tego na co dzień – zapominamy o tym prostym fakcie, opuszczając jej mury. Nie zajmuje nas to, choć nawet wiele lat później wciąż jesteśmy w jej orbicie, nie do końca sobie to uświadamiając. Gdyby nie to oddziaływanie, nie byłoby sukcesu portalu Nasza Klasa, nie byłoby też gorących reakcji absolwentów na to, co dzieje się w ich szkołach po bardzo wielu latach. Czasem jednak szkoła znika, zostawiając po sobie dotkliwą pustkę.

Przez Polskę w ostatnim dwudziestoleciu przetoczyła się ogromna fala likwidacji szkół. Nikt nawet nie starał się policzyć, ile placówek zlikwidowano, zarówno fizycznie, jak i poprzez przekształcenia, szczególnie podczas osławionej reformy edukacji z czasów premiera Buzka. Tak zginęła moja podstawówka, najstarsza szkoła robotniczego Widzewa, wywodząca swoje dzieje jeszcze z czasów małej salki stworzonej przy fabryce przemysłowca Kunitzera. Tak zginęły też setki innych szkół, mniejszych lub większych, i za każdym z tych zniknięć kryły się te same, doskonale znane nam skutki – dalsza droga do szkoły, większe zagęszczenie dzieci w budynkach i klasach, zwiększenie liczby uczniów przypadających na jednego nauczyciela i w sposób lustrzany odpowiadające mu zmniejszenie ilości czasu, jaki pedagog może poświęcić jednemu dziecku. Ale nie tylko to – ginęła też tradycja, ciągłość przekazywana z rodziców na dzieci, oś, wokół której gromadziły się wspomnienia rodzinne i wspólnotowe. Nikt spośród rządzących nie próbował nawet zbadać, jak to się dla małych lokalnych wspólnot kończy, wolano zaufać tabelkom mówiącym, że dzięki likwidacjom wszystko się lepiej bilansuje i że po optymalizacji będzie lepiej.

Tymczasem okazało się, że nie wszystko wychodzi tak, jak powinno. Polskim dzieciom wciąż daleko jest do rówieśników z innych krajów Europy, choć w różnego rodzaju rankingach wypadają na ich tle całkiem nieźle. Dopiero gdy ktoś zapyta je o samopoczucie, okazuje się, że jest fatalne. Mimo względnie wysokiej pozycji w międzynarodowym programie oceny umiejętności uczniów PISA (piąte miejsce na 29 możliwych) polskie dzieci są na tle swoich rówieśników nieszczęśliwe, a poziom satysfakcji plasuje je na przedostatnim miejscu.

Z raportu UNICEF-u wyłania się obraz polskiego dziecka, które wbrew obiegowym opiniom o leniwych gimnazjalistach jest pracowite i chętne do nauki (jeden z najwyższych wśród badanych krajów współczynników kontynuacji nauki w szkołach wyższego szczebla), ale dana mu do rozwoju infrastruktura jest dalece niewystarczająca. Wrzucone do worka zbiorczej szkoły polskie dziecko jest samotne i wyalienowane w tłumie, często zagubione i mające poczucie pozostawienia samemu sobie. U nastolatków dochodzi też lęk przed przyszłością i niewiara w to, że ich sytuacja ulegnie poprawie. A jednak się uczą, bo edukacja wciąż jest postrzegana jako klucz do lepszej przyszłości.

Gdy my, pokolenie już starsze z punktu widzenia dzisiejszych uczniów, chodziliśmy do szkoły, podsuwano nam lektury, z których uczyliśmy się, że kiedyś było dzieciom źle. Cierpiały głód, ubóstwo i związany z nimi wstyd. Na domiar złego szkoła była najczęściej daleko, a nauczyciele – kiepsko opłacani i zbyt nieliczni, by móc zająć się wszystkimi dziećmi jak należy. Wkładając dziś naszym dzieciom te czytanki i lektury do tornistrów, pocieszamy się, że to przeszłość. Niestety, ta „przeszłość” powróciła i ma się doskonale.

Na początku tego roku gruchnęła wiadomość, że niemal 800 tys. dzieci może niedojadać, przychodząc do szkoły bez żadnego posiłku zjedzonego w domu. UNICEF donosi, że milion polskich dzieci żyje w ubóstwie, a kolejne 300 tys. nie ma dostępu do podstawowych dóbr, takich jak trzy posiłki dziennie czy dwie pary obuwia w roku. Te przerażające dane nie zrobiły jednak na rządzących zbyt wielkiego wrażenia, nie licząc skandalicznych wypowiedzi posła Niesiołowskiego o prawdziwym głodzie i jedzeniu szczawiu oraz posłanki Pitery przebąkującej o braku kultury jedzenia śniadań w Polsce.

Wiele lat temu, gdy kończyłem szkołę podstawową, miarą ubóstwa dzieci była ich waga. Jako jeden z nielicznych uczniów w mojej klasie mogący liczyć na trzy pełne posiłki dziennie, uchodziłem za grubasa tylko dlatego, że miałem wagę taką, jaką powinno mieć dziecko w moim wieku. Były to czasy reform Leszka Balcerowicza i następnych, w wyniku których upadł w moim mieście niemal cały przemysł, a bezrobocie sięgnęło wskaźników nieznanych od czasów wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Dziś waga również doskonale wskazuje status materialny dziecka, choć w zupełnie inny sposób. Biednych ludzi nie stać na dobrą jakościowo żywność, a śmieciowe jedzenie z dyskontów i supermarketów jest bardzo tanie. I to znajduje swoje odzwierciedlenie w przywołanym już przeze mnie raporcie UNICEF-u, według którego właśnie w Polsce wystąpił najwyższy, 17-procentowy wzrost liczby dzieci cierpiących na nadwagę. Nie przeraźliwa chudość, ale otyłość stała się wyróżnikiem biedaka.

Mimo to zamykamy oczy i nie pamiętamy o czytankach z przeszłości, spiesząc się na autobus lub odwożąc dziecko do szkoły. No właśnie, odwożąc. Już zapomnieliśmy, że sami mieliśmy szkoły pod nosem, praktycznie na miejscu, na swojej ulicy lub na którejś z sąsiednich. Dzięki temu nasze podwórkowe przyjaźnie naturalnie przedłużały się w przyjaźnie szkolne, a wolny czas mogliśmy spędzać w otoczeniu znajomych z najbliższej okolicy. Dzisiaj jest inaczej. Nasze dzieci zmuszone są do dalekich podróży, doskonale konsumujących ten wolny czas, który mogłyby spędzić z przyjaciółmi. Często niemożliwe jest już wyjście na podwórko z kolegą z klasy, bo żeby to zrobić, nie wystarczy – jak kiedyś – zadzwonić domofonem w sąsiednim bloku czy przejść odległość kilku lub kilkunastu domów. Teraz trzeba dojechać daleko, często na drugi koniec miasta, co przekracza możliwości dzieci. Do tego podróżowanie jest kosztowne, a każdy grosz trzeba liczyć.

W minionych czasach, słusznie potępionych, rozumiano to wszystko doskonale. Budując nowe osiedla, planowano je tak, żeby na każde kilka ulic przypadała co najmniej jedna szkoła podstawowa, jedno przedszkole i jeden żłobek. Siatkę tę uzupełniano szkołami ponadpodstawowymi różnych typów, dając dzieciom możliwość nauki blisko domu. Rozumiano, że najlepszą drogą do odmiany znanych z przedwojennej literatury zaklętych rewirów jest edukacja i szeroki do niej dostęp. Blisko usytuowana szkoła była kluczowym elementem tej polityki i przynosiło to wymierne efekty.

Dziś nie korzystamy z tej lekcji. Budujemy nowe osiedla pozbawione niemal całkowicie szkolnej i przedszkolnej infrastruktury, a stare ogałacamy z tej, którą odziedziczyliśmy w spadku. Co i rusz słychać o kolejnych falach likwidacji szkół, za każdym razem tłumaczonych niżem demograficznym i wysokimi kosztami utrzymania. Decydenci nie zastanawiają się jednak i często nie mają świadomości, jaki naprawdę wpływ ma to na życie mieszkańców i samych dzieci, podnosząc ręce w zgodnym unisono partyjnej dyscypliny.

Oto mamy łódzki Księży Młyn, dawną robotniczą dzielnicę związaną z zakładami Scheiblera, a później Obrońców Pokoju. Istniała tu od XIX stulecia szkoła, ostatecznie zlikwidowana pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku. Szkoła jedyna na terenie osiedla, niepowtarzalna i niezastępowalna. Wraz z nią odszedł też jedyny na osiedlu sklep, wokół którego koncentrowało się życie mieszkańców. Jego właścicielka założyła Klub Kobiet Księżego Młyna, w ramach którego – wraz z innymi chętnymi do działania przedstawicielkami płci żeńskiej – organizowała dla mieszkańców osiedla pikniki i festyny. Pozbawiony uczniowskiej klienteli sklep upadł, a wraz z nim jego właścicielka, zepchnięta w otchłań bezrobocia i pracy na czarno (byle do emerytury), oraz animowany siłą jej woli i energii Klub Kobiet. Dziś na Księżym Młynie toczy się rewitalizacja, ale nie ma już pikników ani festynów.

Weźmy inną łódzką dzielnicę. Stary Widzew i leżący tuż za torami Grembach – kolejne biedne, dawniej robotnicze obszary. Niegdyś każdy z nich miał po jednym przedszkolu, jednej podstawówce i jednej szkole ponadpodstawowej. W 1989 r. zlikwidowano jedno z dwóch przedszkoli, w 1999 – jedną z dwóch szkół podstawowych, tworząc w jej miejscu gimnazjum. W marcu bieżącego roku zlikwidowano obie szkoły ponadpodstawowe, zostawiając na miejscu już tylko jedną podstawówkę, jedno gimnazjum i jedno przedszkole. Likwidacje te nie obyły się bez konfliktów – miejscowe liceum miało być połączone z innym, którego uczniowie żywiołowo zaprotestowali przeciwko spodziewanej inwazji „dresiarzy”, jak pogardliwie określili swoich biedniejszych kolegów. Biedniejszych, ale wcale nie gorzej się uczących. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne i przedostała się na łamy prasy, uczniów bogatszej placówki potępiono, ale ziarno niezgody zostało posiane, a wykluczające słowa zapadły głęboko w pamięć, budząc wstyd i frustrację.

Wraz z odchodzącą szkołą ponadpodstawową skończył się świat pewnej kobiety, która żyła w mieszkaniu znajdującym się w szkolnym budynku. Mieszkanie to zajmowała na mocy obietnicy kiedyś danej jej mężowi, który przez kilka dziesięcioleci pracował w szkole. W zamian za swoją pracę i wyrzeczenie się na przestrzeni lat godziwej pensji otrzymał on dla siebie i swojej rodziny dach nad głową. Nie był to przywilej ani nawet dar. Była to rekompensata choć w części wynagradzająca to, że za ciężką pracę człowiek ten otrzymywał niewielkie pieniądze, niewystarczające na znalezienie innego lokum. Obietnica ta obowiązywała nawet po jego śmierci. Została zerwana niedawno, a samotną wdowę, żyjącą z kilkusetzłotowej renty chorobowej, czeka przesiedlenie do lokalu socjalnego, najpewniej znajdującego się w złym stanie technicznym i pozbawionego podstawowych wygód. Przyrzeczenie dane jej mężowi okazało się nic niewarte, ale kto by się przejmował obietnicami danymi zwykłym ludziom, gdy należy dotrzymywać deklaracji złożonych sojusznikom z Ameryki i rynkom kapitałowym?

Likwidując szkoły, likwidujemy nie tylko budynki. Likwidujemy centra, wokół których grupują się lokalne społeczności, a ich zniknięcie pociąga za sobą cały łańcuch następujących po sobie wydarzeń i skutków, które nie zawsze potrafimy dostrzec. Wiele z tych społeczności jest słabych, zniszczonych długimi latami transformacji i permanentnego kryzysu, w którym żyją, a my zamiast pomagać, zabieramy im jedną z ostatnich szans na wydobycie się z biedy. Gdy słyszę o tym, że znika gimnazjum położone w samym środku zidentyfikowanej przez socjologów enklawy ubóstwa, trudno mi powstrzymać emocje, bo w tym samym czasie wydajemy setki milionów złotych na nowe drogi i stadiony, w moim mieście aż dwa. Chowając się za wielkimi inwestycjami, jeszcze bardziej zostawiamy dzieci z biednych dzielnic samym sobie, rzucając im pod nogi kolejne kłody. Najsilniejsze z nich przetrwają i pójdą dalej, niosąc w sobie wieczną krzywdę i urazę. Te słabsze zaś zapadną się w niemocy i już w swojej dzielnicy pozostaną. Dopóki jakaś iskra nie wyprowadzi ich na ulice, gdzie dadzą wreszcie wyraz temu, co myślą o okrutnym, darwinistycznym eksperymencie, który na nich przeprowadziliśmy. Nie chciałbym być wtedy w naszej skórze.

Korczak dla każdego! Albo dla nikogo

Korczak dla każdego! Albo dla nikogo

Dwa pozornie sprzeczne fakty w myśli i praktyce Janusza Korczaka:

  1. Nie miał żadnych złudzeń co do tego, czemu służy szkoła powszechna w nowoczesnym państwie. Dzieci spędza się do klas, sadza w ławkach i każe siedzieć grzecznie i po cichu przez 45 minut lekcji nie po to, aby efektywniej mogły nabywać przydatną im samym wiedzę, ale po to, by wytresować kapitalistom posłusznych robotników, a państwu biuralistów umiejących usiedzieć przy taśmie fabrycznej czy za biurkiem przez osiem (lub więcej) godzin, albo żołnierzy z poboru, niezadających zbędnych pytań i niekwestionujących obowiązujących hierarchii, w lot odgadujących życzenia przełożonego. Szkoła powinna wychowywać, ale czy ona może to czynić, gdzie idzie głównie o karność i o przygotowanie dzieci do przyszłej pracy fachowej? Szkoły zakładane przez państwo działają w interesie państwa i tych klas społecznych, które państwo uznaje za najwartościowsze: szlachty, inteligencji, kapitalistów. Są jeszcze placówki prywatne, o osobnym programie i procedurach, ale ich zadaniem jest także tresura, z tym że tych, którzy będą właśnie przełożonymi. Dzieci, którym szkoła od maleńkości łamie kręgosłupy, którym odbiera wrodzoną żywotność, potrzebę eksploracji i twórczości, cierpią. Tego cierpienia dawno przetrąceni już dorośli nie chcą widzieć, bagatelizują je czy po prostu negują. Reforma szkoły była jednym z najdonioślejszych postulatów Korczaka, a jego wypowiedzi zarówno artystyczne, jak i publicystyczne pełne są propozycji rozwiązań czyniących ze szkoły miejsce przyjazne dziecku, wspierające je w rozwoju i zmieniające świat na lepsze.
  2. Martwił się o wychowanków, dzieci z Domu sierot, które w drodze do szkoły były narażone na zaczepki chrześcijańskich rówieśników i dorosłych, niejednokrotnie bite, lżone i obrażane, okradane z przyborów szkolnych, własnych groszy i skarbów, drugiego śniadania. W latach 30. wypadki takie były coraz częstsze i coraz większe było na nie przyzwolenie, żydowskie dzieci obrywały także od kolegów szkolnych, bywało że i od nauczycieli, za swoją odrębność – nie tylko stroju, języka i rysów, ale także za sieroctwo. Jednocześnie polska szkoła powszechna w swoich metodach i celach różniła się od szkół zaborców może tym, że nie było w niej już oficjalnej chłosty, ale wciąż polegała na unieruchomieniu i ubezwłasnowolnieniu dziecięcego żywiołu.

A jednak Korczak, mimo wahań i zwątpień, nie organizował osobnej szkoły dla swoich wychowanków (poza niekonsekwentnymi epizodami tworzenia miejscowego, w Domu sierot, nauczania dzieci z młodszych klas). Nie tworzył awangardowego, przyjaznego dzieciom instytutu naukowego, dla którego przecież znalazłyby się na Krochmalnej i miejsce, i środki, i entuzjastyczni nauczyciele. Wszystkie dzieci realizowały obowiązek szkolny, chodząc do szkół powszechnych, często oddalonych spory kawał od Krochmalnej, często przechodząc przez ulice i dzielnice, do których matki z dobrych domów zakazywały swoim dzieciom nawet zaglądać.

I taki był, jak można sądzić, zamysł Korczaka: skoro dzieciom przyszło żyć w mieście i kraju, gdzie przechodniowi łatwo oberwać po głowie, a jeszcze łatwiej zostać zelżonym, gdzie Żydowi, choćby wychowywanemu na polskiego patriotę, nie dadzą zapomnieć, że jest pogardzanym obcym, gdzie człowiek upośledzony, choćby sieroctwem, może się spodziewać od bliźnich raczej szyderstwa niż dobrego słowa, to muszą nauczyć się w takim kraju żyć i działać. Radzenia sobie w takich „ulicznych” sytuacjach nie nauczy ich żadna mądra pogadanka, ale właśnie doświadczenie, choćby zdobyte kosztem łez czy podbitego oka. Dziecko samo musi umieć rozpoznać, czy w konkretnej sytuacji bardziej korzystne będzie odcięcie się napastnikowi, ucieczka albo ominięcie podejrzanej grupki szerokim łukiem, próba nawiązania dialogu, rozładowania sytuacji żartem, czy może głośne wzywanie pomocy. Ale jeszcze jedna rzecz była tu istotna. Korczak dbał o to, by dzieci z Domu sierot, mimo że doświadczały szczególnego systemu wychowawczego, nie czuły się z tego powodu odrębne: ani gorsze, ani, co równie ważne, lepsze czy jakkolwiek inne od tych ludzi, którzy nie mieli takiego pecha lub takiej szansy.

Tak jak wychowawcy dbali o to, by społeczne upośledzenie wychowanków nie stało się powodem ich uwewnętrznionego poczucia niższości, tak samo ważne było to, aby ich dobre samopoczucie nigdy i pod żadnym pozorem nie wynikało z ich poczucia wyższości czy bycia elitą. Doniosłość korczakowskiego systemu wychowawczego polegała między innymi na tym, że wbrew polskiej inteligenckiej tradycji nie uważał on, że najpierw trzeba wykształcić elity (nawet takie jak „etycy” jednego z mistrzów Korczaka, Abramowskiego), aby te dopiero zajęły się poprawianiem rzeczywistości. Wychowanie uczestników równego społeczeństwa miało się odbywać tu i teraz, na takim „materiale”, jaki jest i jaki najbardziej wychowawczego trudu potrzebuje, a nie traktowane kadrowo i w nieskończoność odwlekane w czasie. Wychowankowie to ludzie, którzy bez żadnego pośrednictwa wchodzą w interakcje z rzeczywistością. Świat poza Krochmalną miał być i był tak samo ich światem, jak i ten wewnątrz, i z ludźmi z tego świata należało umieć się porozumiewać. Korczak wciąż musiał utrzymywać bardzo trudny balans między prawem dziecka do śmierci, do prawdziwego doświadczania świata takiego, jaki jest, a potrzebą zapewnienia wychowankowi fizycznego i emocjonalnego bezpieczeństwa, uchronienia go przed bezmyślnością i okrucieństwem środowiska, do którego i będzie musiało, i powinno prędzej czy później wrócić. Zdawał sobie sprawę, że separowanie dzieci od zła świata, z którego pochodzą i z którym prędzej czy później będą musiały się mierzyć, będzie w ostatecznym rozrachunku działaniem na ich szkodę, a także działaniem na szkodę świata.

Do korczakowskich metod wychowawczych przyznają się dziś przede wszystkim szkoły prywatne i tzw. społeczne. Cokolwiek mówią o nich foldery reklamowe, są to szkoły elitarne, a uczniowie są selekcjonowani według klucza finansowego i towarzyskiego, czasami dla przyzwoitości darowuje się w nich miejsca uczniom z upośledzonych grup: uchodźcom, niepełnosprawnym itp. Zakładane były od końca lat osiemdziesiątych jako alternatywa dla „komunistycznych molochów”, szkół państwowych, w których panował autorytaryzm, zamordyzm i glajszacht, gdzie o prawach dziecka nikt nie słyszał, a podmiotowości uczniów nikt nie uznawał, gdzie bycie innym, bardziej wrażliwym, bardziej niepokornym skazywało dziecko na szykany ze strony nauczycieli i kolegów. Alternatywa dla wstrętnych molochów: miejsca, w których z uczniami się rozmawia, w których słucha się ich racji i którym stawia się zadania adekwatne do ich indywidualnych zdolności, możliwości i zainteresowań. I, co bardzo często podkreślają zarówno uczniowie tych szkół, jak i ich rodzice, ratunek dla wrażliwego dziecka przed panującą w szkołach publicznych przemocą, przed koniecznością podporządkowania się obyczajom dziecięcego motłochu, nad którym przeciążeni i negatywnie selekcjonowani nauczyciele nie są w stanie zapanować.

Rodzicom trudno się dziwić. Chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, a izolowanie ich od zła uważają za święty obowiązek. Najlepiej oczywiście izolować dzieci od świata w szkole działającej w duchu korczakowskim, a więc nie tylko takiej, w której uznaje się jego podmiotowość i ludzką godność, ale bardzo często wręcz kontynuującej takie instytucje, podpatrzone w Domu sierot, jak sąd, do którego można pozwać także nauczycieli, gazeta, w której można pisać, co się chce, samorząd o dużych kompetencjach. A nawet idzie się dalej (ale wciąż w korczakowskim duchu): pozwala się dziecku mazać po ścianach własnej klasy, wychodzić z lekcji w dowolnym momencie, odmawiać wykonania zadania, jeśli nie widzi sensu jego realizacji itp.

Tyle że sam fakt chronienia dziecka przed złem tego świata w taki sposób, że się je od tego zła izoluje, jest bardzo nie w korczakowskim duchu. Przypomnijmy, że Korczak uważał, iż dziecko wychowuje się, uczy sposobów radzenia sobie z życiowymi trudnościami, ale także lepiej się czuje i pełniej żyje, kiedy przebywa w grupie rówieśniczej, a nie wśród najbardziej choćby troskliwych i kochających dorosłych. Jednak czego uczyć się może dziecko umieszczone w grupie rówieśników selekcjonowanych? Tego, że świat normalny, taki, jaki powinien być, składa się właśnie z takich ludzi: sympatycznych, najczęściej przystojnych, porządnie ubranych i mieszkających w ładnych mieszkaniach, słuchających fajnej muzyki, a czasem także z miłych przedstawicieli upośledzonych mniejszości, których szkoła, jej uczniowie i ich rodzice traktują zupełnie tak samo jak wszystkich innych i bardzo pilnują się, aby nigdy nie okazać im własnej wyższości. Z ludzi, którzy oczywiście różnią się stanem posiadania czy zainteresowaniami, ale w gruncie rzeczy podobnych sobie, rozpoznających się nawzajem na pierwszy rzut oka. Z ludzi, którzy mogą się lubić bądź nie lubić, ale jednak mających poczucie przynależności do świata takiego, jaki powinien być.

Owszem, wiadomo, że gdzieś tam na zewnątrz są inni ludzie, czasami także mili i ładni, ale jednak inni. Inni, co się jakoś wyczuwa, a poza tym groźni i nieprzewidywalni – trzeba się przecież od nich izolować, co jest kosztowne i nieraz wymaga wyrzeczeń kochających rodzin. Oczywiście TAMCI inni wcale nie muszą być winni temu, że są tacy, jacy są, często są po prostu pokrzywdzeni przez los, potrzebują pomocy i przyzwoici ludzie ze świata takiego, jakim powinien być, pomagają im, działają dla nich, zostają wolontariuszami i zakładają organizacje pożytku publicznego, a nawet odwiedzają siedziby i miejsca gromadzenia się TAMTYCH. Ale w sumie niewiele to daje. TAMCI, mimo że tyle się dla nich robi, wciąż pozostają groźni i nieprzewidywalni, no bo przecież wciąż się trzeba od nich izolować.

Oczywiście sarkazm i przejaskrawienie już ode mnie pochodzą, a nie od Korczaka, a jednak sądzę, że praktyczne pomysły pedagoga i (zwłaszcza) myśliciela oraz innowatora społecznego, którego podziwiam, pozbawione oryginalnego kontekstu, a umieszczone w zupełnie innym, zamieniają się czasami we własną karykaturę. Bo oto w dzisiejszej Polsce mamy realnie do czynienia z sytuacją bardzo ostrego podziału. Mamy system edukacji powszechnej, wiecznie niedofinansowany, pozbywający się kolejnych kompetencji i, choćby z racji finansowych oszczędności, traktujący uczniów w sposób daleki od podmiotowości (nauczyciel, któremu dane było odczuć różnicę między pracą z dziesięcioosobową a trzydziestopięcioosobową grupą, wie, o czym mówię). Mamy edukację powszechną, która może niezbyt skutecznie uczy historii czy chemii, ale bardzo skutecznie wpaja wychowankowi przekonanie o tym, że jego opinia lub wola są nieistotne, a najważniejszym życiowym zadaniem jest się do systemu przystosować, ulec mu, być posłusznym. I mamy edukację społeczną lub prywatną, z której duża część odwołuje się do korczakowskiej myśli i praktyki, a więc wpaja uczestnikowi głębokie poczucie własnej odrębności, godności, podmiotowości. Ale wpaja także przekonanie o wyjątkowości i odrębności jej beneficjentów, wzmacniane wręcz przez ideologie mówiące o konieczności społecznego działania na rzecz TAMTYCH. System nasz kształci więc masy składające się z jednostek z wpojonym przekonaniem o braku własnej podmiotowości i sprawczości oraz elity swobodne, pewne siebie, twórcze.

I tak to biedny Korczak stał się patronem systemu tworzącego głębokie mentalne podstawy utrwalającego się społecznego podziału. No ale przecież nie będę apelował do twórców, nauczycieli i społeczności szkół społecznych, żeby przestali czerpać z dorobku i intencji Korczaka, które w swojej praktyce, chcą czy nie chcą, muszą wykoślawić. Zresztą nazwiska Korczaka używam tu bardziej jako symbolu pewnych wychowawczych wartości: szacunku dla woli i godności wychowanka, zrozumienia jego odrębności, personalnej relacji wychowanków z wychowawcami, unikania narzucania gwałtem pożądanej wiedzy czy postaw, równości. Widzę tylko, że przecież ów niesprawiedliwy podział został w dużej mierze zaprojektowany i z uporem godnym lepszej sprawy jest podtrzymywany przy życiu przez tych samych ludzi, którzy zakładali szkoły w duchu niezgody na szkolny glajszacht i zamordyzm, na szkołę zmuszającą do zapamiętywania informacji, a nie skłaniającą do myślenia, do refleksji nad światem. Wspomnijmy choćby jedną z czołowych twórczyń reformy edukacji w rządzie Buzka, Irenę Dzierzgowską, współtwórczynię słynnego warszawskiego liceum na Bednarskiej, czy niedawną minister edukacji Katarzynę Hall, współtwórczynię i długoletnią dyrektorkę Gdańskiego Liceum Autonomicznego. I apeli nie wygłaszając, wyrażę tylko zdumienie: dlaczego ludzie ze środowisk szkół społecznych, skoro ich szkoły działają świetnie, wypuszczają mądrych, miłych i ładnych, radzących sobie w życiu absolwentów, nie zrobią wszystkiego – gdy tylko mogą – aby wszystkie szkoły przypominały ich szkoły, a cały system edukacyjny opierał się na takiej wizji wychowanka, jak system stworzonych przez nich placówek? Czemu nie wołają: Korczak dla każdego! (Albo dla nikogo?) Bo tak jakoś wygląda, jakby wierzyli, że ludzie się fundamentalnie różnią: ci, którzy chodzą do ich szkół, powinni być traktowani podmiotowo, a pozostałych trzeba brać za mordę i/lub obdarzać szlachetną działalnością społeczną.