przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność, Zbigniew Romaszewski
Czyje to święto?
Bez wahania odpowiadam: „Nasze”. Święto tych 10 milionów ludzi, którzy w ciągu zaledwie kilku miesięcy zdołali stworzyć NSZZ „Solidarność” – ruch społeczny, który stał się zarzewiem przemian nie tylko w Polsce, ale w całym bloku komunistycznym. Kiedy 1 września 1980 r., dzięki presji Gwiazdów, Ani Walentynowicz, Bogdana Borusewicza, Aliny Pieńkowskiej i Heni Krzywonos wychodziłem z więzienia, czułem, co to znaczy solidarność. Jechałem Nowym Światem autobusem, a przed nami jechała milicja, która zamykała pochód KPN, aby umożliwić mu bezkolizyjne złożenie kwiatów na Grobie Nieznanego Żołnierza. Był to już kraj inny niż ten, w którym mnie aresztowano. Dla tych, którzy tego nie przeżyli, brzmi to jak slogan, ale po 31 sierpnia ludzie stali się w Polsce po prostu na co dzień solidarni, uzyskali potężną broń w walce z totalitarnym reżimem. Nie wszystkie rocznice są radosne. Są rocznice wręcz tragiczne. 1 sierpnia tłumy warszawiaków udają się na cmentarz wojskowy, by oddać hołd poległym w Powstaniu Warszawskim. Nie towarzyszy temu jednak poczucie martyrologii, gdyż 1 sierpnia 1944 r. warszawiacy poczuli się wolni i solidarni. Niezależnie od zmieniających się historycznych ocen, rocznica ta pozostawała i pozostanie świętem pamięci o poległych, ale również świętem wolności i solidarności Narodu. Dla nas los był o wiele łaskawszy. Żyjemy. To, o co walczyliśmy, właściwie otrzymaliśmy. Niepodległość, wolne wybory, wolność słowa, zrzeszeń, zgromadzeń, względne bezpieczeństwo ze strony wschodniego sąsiada, to wszystko, o czym marzyliśmy, a nawet więcej niż ośmielaliśmy się w 1980 r. artykułować. To prawda, nie potrafiliśmy wywalczonych wolności wykorzystać do budowy sprawiedliwego i solidarnego społeczeństwa, ale jak dotychczas nie udało się to nikomu. Wielka idea Jana Pawła II, by budować świat oparty na solidarności, jest bardzo trudna i będzie jeszcze wiele lat czekała na realizację, ale alternatywą dla niej jest tylko kolejny kataklizm. Dziś, kiedy beneficjenci przemian szykują się do obchodów radosnego dla nich święta, trzeba pamiętać o tych, którzy tamtą „Solidarność” budowali i których obciążono wszystkimi kosztami transformacji. Należy się buntować przeciwko niesprawiedliwości, ale nie należy zapominać o drodze, którą przeszliśmy, bo może być ona dla nas źródłem otuchy i nadziei.
Czym była „Solidarność” i co się z nią stało?
„Solidarność” była wielkim ruchem społecznym, mającym na celu rewindykację podstawowych praw i wolności obywatelskich. Prawa te to wolność słowa, wolność zrzeszeń, prawo do niezawisłych sądów, ale także prawo do prawdy historycznej i niezależnej kultury, konstytuujących tożsamość narodową. Fakt, że ruch ten przybrał formę związku zawodowego, odegrał niezwykle istotną rolę w budowaniu jego powszechności i sprowadzaniu na ziemię, dość w końcu abstrakcyjnie brzmiących, idei praw i wolności obywatelskich. Sądzę, że powstanie ruchu w formie związku zawodowego stanowiło zaskoczenie dla większości uczestników środowiska opozycyjnego z okresu przed sierpniem 1980 roku. Dziś dosyć łatwo odpowiedzieć, że za ruchem związkowym przemawiała możliwość działania w zakładach pracy i docierania do wielkich skupisk ludzkich, przemawiała efektywność narzędzi protestu (strajk, masowa demonstracja), przemawiała również szerokość edukacji obywatelskiej opartej o przełożone na język codzienności prawa człowieka. Dziś jest to proste, ale wcale nie było takie proste przed Sierpniem. Zarówno środowiska KOR-owskie, jak i te związane z ROPCiO dążyły do rozszerzenia aktywności społecznej i tworzenia niezależnych inicjatyw w różnych kręgach, a ich formuła była bardzo różnorodna. Działalność prowadzona na różnych frontach budowała świadomość obywatelską, ale nie przesądzała o tym, w jakim kierunku rozwinie się masowy ruch społeczny. Wolne Związki Zawodowe funkcjonowały nie tylko na Wybrzeżu, ale również na Śląsku i o ile te pierwsze są autentycznymi rodzicami „Solidarności”, to te drugie w budowaniu ruchu zawodowego na Śląsku nie odegrały praktycznie żadnej roli. Czy więc formuła związkowa „Solidarności” była czystym przypadkiem? Na pewno nie, ale zdecydowały o niej tak liczne i trudne do uchwycenia czynniki, że nawet w lipcu, po wybuchu strajków na Lubelszczyźnie, nikt nie wyobrażał sobie takiego obrotu sprawy. W tych warunkach „Solidarność” była bardzo dziwnym związkiem zawodowym, który budował więzi społeczne nie tylko na poziomie zawodów, branż czy zakładów pracy, ale również na poziomie różnych środowisk i pomiędzy nimi tworzył strukturę organizacyjną społeczeństwa polskiego. „Solidarność” nie była również ruchem politycznym, gdyż przemiany, które postulowała, nie tworzyły spójnej wizji przyszłego państwa polskiego. Nie mogła mieć takich ambicji, ponieważ jej członkowie reprezentowali bardzo szeroki wachlarz poglądów lub pozostawali apolityczni. Rodziło to ostre spory polityczne, ale jeżeli oprzeć się na uchwałach I Walnego Zjazdu Delegatów (WZD), to obraz „Solidarności” rysuje się bardzo pozytywnie, jako ruchu odpowiedzialnego, zdolnego osiągać wewnętrzny konsensus, skłonnego do ograniczania swoich roszczeń, dostosowywania ich do istniejących wówczas warunków geopolitycznych. Reasumując: „Solidarność” zbudowała wewnątrz społeczeństwa polskiego pewien etos – system więzi opartych na patriotyzmie i szacunku dla tradycyjnych wartości, głoszonych w nauczaniu Kościoła katolickiego w Polsce. Przyznawał on wysokie miejsce w hierarchii wartości dobru wspólnemu, przeciwstawiając je partykularnym interesom. „Solidarność” była ruchem egalitarnym, ale zachowującym szacunek dla profesjonalizmu, a zwłaszcza dla tych, którzy w imię wspólnych interesów byli w stanie wyrzec się korzyści wynikających z ich statusu społecznego. Ruch był wręcz obsesyjnie jawny i wewnętrznie demokratyczny. Mechanizmy te działały na tyle silnie, że skutecznie hamowały autokratyczne zapędy Przewodniczącego.
Dlaczego „Solidarność” mogła powstać w Polsce w 1980 r.?
Niewątpliwie głównym sprawcą konsolidacji społeczeństwa w gigantyczny ruch było „Nie lękajcie się” Jana Pawła II. Milionowe tłumy, które ciągnęły na spotkanie z Papieżem, uświadomiły sobie, że ci, którzy podobnie myślą, stanowią przygniatającą większość narodu. Wzmocniło to ich wiarę w słuszność wyznawanych poglądów. Jednocześnie osłabiło morale tych, którzy stali po stronie władzy. Postawiło pytanie o słuszność dokonanego wyboru. Pytanie o to, czy ich konformistyczna zgoda na PRL jest słuszna wobec siły moralnej tkwiącej w polskim społeczeństwie. Nie sposób również pominąć roli, jaką w formowaniu się ruchu odegrała powstała w latach 70. kadra działaczy opozycyjnych. W roku 1980 opozycja w Polsce dysponowała 2-5 tys. działaczy. Ich poziom i stopień zaangażowania był różny, ale niezwykle pozytywnym faktem przy budowie ruchu okazała się ich aktywność społeczna, umiejętności (np. drukarskie), a przede wszystkim rozciągająca się już wtedy na całą Polskę sieć kontaktów. Akcja pomocowa organizowana przez KOR na rzecz robotników represjonowanych po wydarzeniach 1976 r. w Radomiu i Ursusie przełamała bariery dzielące środowiska inteligenckie od robotniczych i stała się symbolem ogólnospołecznej solidarności.
Dlaczego wprowadzono stan wojenny?
Mimo, iż obawa przed interwencją sowiecką stanowiła jedną z istotnych przesłanek strategii NSZZ „Solidarność”, to dziś w świetle dokumentów Biura Politycznego KPZR, a także późniejszych wydarzeń możemy twierdzić, że takie rozwiązanie nie było prawdopodobne. Zaangażowany militarnie w Afganistanie i objęty kryzysem Związek Radziecki nie mógł pozwolić sobie na krwawą awanturę w środku Europy. Niezależnie od różnych form „braterskiego” szantażu ze strony ZSRR, ówcześni przywódcy PRL powinni byli zdawać sobie z tego sprawę i przypuszczam, że zdawali. Nie jest też prawdziwe jedno z popularnych twierdzeń mających usprawiedliwić stan wojenny – jakoby „Solidarność” destabilizowała gospodarkę kraju. Przysłowiowy „ocet na półkach” to konsekwencja przygotowywania rezerw na okres stanu wojennego. Jeżeli na podstawie komunikatów o stopniu zasilania energetycznego kraju prześledzić zapotrzebowanie na energię elektryczną, to okaże się, że w latach 1980-1981 nie odbiegało ono od poprzednich. Kraj produkował jak dotychczas i dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego zapotrzebowanie to drastycznie spada. Produkcja ustała. W kraju trwał nieproklamowany strajk i dopiero jesienią 1982 r. parametry zapotrzebowania energetycznego powróciły do poprzednich wartości. Rzeczywistym powodem zaangażowania się w stan wojenny była systematyczna utrata przez partyjną nomenklaturę kontroli nad zakładami pracy. Dalsze dzieje wykazały jednoznacznie, że nomenklatura nie była zbytnio przywiązana do wartości socjalistycznych i dość łatwo pogodziła się z prywatną własnością środków produkcji, życzyła sobie jednak, aby pozostały one w jej rękach, a tego nie dawało się uzyskać spoza zakładów pracy. Nasilające się tendencje do wyprowadzenia organizacji partyjnych poza zakłady pracy, stanowiły śmiertelne zagrożenie dla jej struktur. Towarzysze doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że pozbawieni możliwości ekonomicznego szantażu wobec załóg nie mieliby żadnych argumentów wobec społeczeństwa i ich partia traciła rację bytu.
Kiedy „Solidarność” zagubiła wewnętrzny demokratyzm?
Można powiedzieć, że autokratyczne tendencje Lecha Wałęsy dawały się odczuć już na I Walnym Zjeździe Delegatów, ale to nie one zadecydowały o odejściu od procedur demokratycznych. Zadecydowały o tym konieczności wynikłe z wprowadzenia stanu wojennego. Demokracja nie jest wartością uniwersalną, słuszną bezwzględnie zawsze i wszędzie. Nie będę pisał o zaletach demokracji, bo są one oczywiste, trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że procedury demokratyczne są żmudne, czasochłonne i utrudniając podejmowanie decyzji, nie dają się stosować w warunkach walki. Tak więc po wprowadzeniu stanu wojennego, jedynym racjonalnym sposobem organizowania oporu było skupienie się wokół „sztandaru”. Tym osobowym sztandarem był Lech Wałęsa. Wokół tego „sztandaru”, w jego najbliższym otoczeniu, zaczęły kształtować się elity „Solidarności” podziemnej. Elity te wzięły na siebie ciężar i odpowiedzialność za negocjacje z komunistyczną władzą i organizację kontraktowych wyborów. Oczywiście Okrągły Stół był niedemokratyczny, podobnie jak wyłanianie kandydatów „Solidarności” w wyborach 1989 roku. O ile jednak poszczególne decyzje i uzgodnienia zarówno Okrągłego Stołu, jak i rządu Tadeusza Mazowieckiego można osądzać bardzo krytycznie, to trudno krytykować brak demokratyzmu w samych procedurach, bo innych możliwości nie było. Procedury te zresztą zostały ex post zaakceptowane przez społeczeństwo w wyborach 4 czerwca 1989 r., czego dowodem był wybór 99 na 100 senatorów oraz wszystkich posłów z listy „Solidarności”. Problemem okazała się zdrada elit, które porzuciły etos solidarnościowy. Zaufanie do nich jednak trwało. Fakt, że 30-procentowy spadek płacy realnej nie powodował protestów i zamieszek przez całe 2 lata, może świadczyć o tym, jak wielkie nadzieje wiązało społeczeństwo z rządami „Solidarności” – i jak wielki przeżyło zawód. Zaangażowane w rozgrywkę polityczną elity przekazały gospodarkę w ręce komunistycznej nomenklatury, a problem odbudowy związku „Solidarność” zepchnęły na margines.
Co stało się z „Solidarnością”?
Myślę, że odpowiedź jest prosta. Po katastrofie 2001 r., spowodowanej autoryzowaniem przez Związek kontynuacji neoliberalnych rządów przez gabinet Jerzego Buzka, „Solidarność” stała się jednym ze związków zawodowych przeżywających kryzys charakterystyczny dla ruchu związkowego ery globalizacji. Przyczyn takiego rozwoju sytuacji było oczywiście wiele i każdy inaczej ustala ich hierarchię. Ja chciałbym wspomnieć o kilku. Najważniejszą z nich wydaje mi się brak kultury politycznej społeczeństwa. 45-letnie rządy komunistów zlikwidowały w naszym kraju najistotniejszy nawyk niezbędny w społeczeństwie demokratycznym – przyzwyczajenie do kontrolowania władzy. Został on zastąpiony z początku bezkrytycznym zaufaniem, a następnie totalną, bezrefleksyjną krytyką wszelkich jej poczynań. Skutkiem tego był systematyczny spadek aktywności obywatelskiej na rzecz wszechogarniającej kontestacji i apatii. Opór społeczeństwa wobec zalewu komunistycznej propagandy spowodował idealizowanie zarówno tradycji II Rzeczpospolitej, jak i kapitalizmu jako systemu społeczno-gospodarczego, rzekomo pozbawionego wad i problemów. Stłumienie wszelkich inicjatyw indywidualnych przez komunizm oraz lansowanie dobra wspólnego jako najwyższej niekwestionowanej wartości doprowadziło do groźnej eksplozji indywidualizmu oraz lekceważenia interesów i związków wspólnotowych. Wykreowano liberalizm darwinowski, likwidując obowiązek międzyludzkiej solidarności na rzecz dobroczynności pełnej hipokryzji. Zniszczenie tak dużego i spójnego ruchu jakim była „Solidarność” odbywało się w oparciu o poszczególne ustawy, rozporządzenia i decyzje kolejnych rządów. Tutaj chciałbym powiedzieć o trzech posunięciach szczególnie szkodliwych dla budowaniu demokratycznego państwa. Pierwsze to pozostawienie banków w rękach komunistycznych. Hiperinflacja 1989 r. na poziomie 50-70% miesięcznie oraz utrzymywanie stałego oprocentowania kredytów bankowych w wysokości 8% doprowadziły do tego, że ci, którzy uzyskiwali kredyty jesienią 1989 r., musieli je zwrócić przed 1 stycznia 1990 r. jedynie w wysokości 1/3 realnej należności. Pozwoliło to na wykreowanie nowej klasy kapitalistów z grona nomenklatury i jej akolitów. Drugą plagą, która zrywała więzy solidarności i sprzyjała przejmowaniu gospodarki przez postkomunistów, była wprowadzona przez Balcerowicza ustawa o podatku od wynagrodzeń ponadnormatywnych, tzw. „popiwek”. W państwowych zakładach pracy każda złotówka podwyżki dla załogi skutkowała koniecznością odprowadzenia do skarbu państwa 4 zł. Nomenklaturowi dyrektorzy znaleźli na to sposób. W warunkach liberalizującej się gospodarki utworzyli spółki prawa handlowego, które przejmowały produkcję zakładów państwowych i wykonując ją w oparciu o pracowników oraz sprzęt tych zakładów mogli wypłacać pracownikom godziwe wynagrodzenie. Wobec takich działań silna wówczas „Solidarność” była bezradna, załogi były korumpowane, a przedsiębiorstwa państwowe obrastały girlandami pasożytniczych spółek. Pogłębiało to nieefektywność przedsiębiorstw państwowych i promowało złodziejską koncepcję, że są one nic nie warte i można je oddać byle komu za symboliczną złotówkę. Wobec konieczności zaspokojenia doraźnych interesów poszczególnych załóg, Związek nie miał możliwości skutecznego i solidarnego przeciwstawienia się rozkradaniu majątku narodowego i ulegał demoralizacji. Ostateczne przełamanie solidarności nastąpiło w wyniku tzw. „grubej kreski”. Ustalała ona, że kat i ofiara są dla nowobudowanego państwa tak samo cenni, a wyrządzone przez człowieka dobro lub zło nie stanowi o jego wartości. Zniszczyło to morale i odpowiedzialność społeczeństwa. O ile specjalne emerytury dla funkcjonariuszy aparatu przemocy i „sprawiedliwości” zostały utrzymane, to ostrej krytyce i potępieniu poddano „tradycje i roszczeniowość styropianu”. Efekt jest taki, że o ile generałowie, sędziowie czy prokuratorzy, bezwzględnie tłumiący dążenia społeczeństwa do wolności, korzystają z wysokich, wielotysięcznych emerytur, to ci, którzy wywalczyli wolną Polskę muszą się zadowolić kilkuset złotymi. Tak pękła „Solidarność” i taki jest jej stan po 25 latach. Zbigniew Romaszewski
Dziękujemy, nie skorzystamy
– oświadczenie Zofii Romaszewskiej i senatora Zbigniewa Romaszewskiego W dniach 29, 30 i 31 sierpnia w Warszawie i Gdańsku odbędzie się Międzynarodowa Konferencja z okazji 25-lecia „Solidarności”. Uczestniczyć w niej będą znakomici przedstawiciele międzynarodowego świata politycznego i goście zaproszeni z Polski. Przewodniczącymi poszczególnych sesji są: prof. B. Geremek, prof. J. Buzek, T. Mazowiecki, Jan K. Bielecki, dr J. Onyszkiewicz, E. Smolar, A. Hall. Honorowymi uczestnikami konferencji są L. Wałęsa, A. Kwaśniewski oraz przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Duaro Barroso. Goście zostaną zakwaterowani w Warszawie w hotelu Victoria, a do Gdańska w dniu 31 sierpnia zostaną przewiezieni wyczarterowanymi samolotami. Na konferencję zostali zaproszeni m.in. Zofia i Zbigniew Romaszewscy. Do organizatorów konferencji przesłali list wyjaśniający powód odmowy uczestnictwa w tej wielkiej imprezie. Oto jego treść: Bardzo dziękujemy za pamięć i zaproszenie, jednakże z niego nie skorzystamy. Niewątpliwie jest to promocja Polski, ale obraz, który się z niej wyłania jest całkowicie nieadekwatny do tego, czym była „Solidarność” roku 1980 i do rzeczywistości naszego kraju. Konferencja sprawia wrażenie święta beneficjentów przemian, my również do nich należymy, ale obchody 25-lecia Sierpnia wyobrażaliśmy sobie zupełnie inaczej. „Solidarność” to był jednak wielki ruch społeczny, którego beneficjentami stały się nieliczne elity, ogromna większość naszych kolegów, którzy byli internowani, więzieni, którym złamano kariery zawodowe, nie odnalazła się w świecie brutalnego neoliberalizmu organizującego dzisiaj życie społeczno-polityczne i gospodarcze naszego kraju. Walczyli wszak o co innego. Dziś pozostają bez pracy albo na kilkusetzłotowych emeryturach i nawet nie stać ich na uczestniczenie w jakichkolwiek obchodach. Niedostrzeganie tego problemu w programie Konferencji stanowi sprzeniewierzenie się temu co niesie ze sobą słowo SOLIDARNOŚĆ. W tej sytuacji przeznaczanie tak ogromnych środków na obchody rocznicy przez elity obraża pamięć tej „Solidarności”, którą tworzyliśmy 25 lat temu w zupełnie innym składzie. Zofia i Zbigniew Romaszewscy 7 lipca 2005 r.
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Sekwencja zdarzeń, które doprowadziły do zmiany systemu przedstawiana jest następująco:
1976 – organizuje się opozycja.
1980 – Wałęsa skacze przez płot, wybucha strajk, organizuje się „Solidarność”.
1981 – Jaruzelski ratuje Polskę przed chaosem, anarchią, ekstremą, inwazją.
1986 – Gorbaczow daje hasło do zmiany systemu.
1989 – organizuje się „Solidarność”. Zgoda narodowa okrągłego stołu zmywa grzechy PZPR. Jaruzelski pierwszym prezydentem III RP, Wałęsa drugim. Wali się mur berliński, NATO, UE.
Nawet w historii tak przykrojonej do potrzeb propagandy widoczny jest brak logiki. Metamorfozę pierwszego sekretarza PZPR w pierwszego prezydenta RP tłumaczy się zmianami na Kremlu. Jaruzelski „broni komunizmu jak niepodległości”, a kiedy udaje mu się opanować sytuację, akceptuje „dziki kapitalizm” i niepodległość. Pierwsza „Solidarność” jest niedobra, bo przedwczesna, niekonstruktywna, rozpolitykowana, dążąca do konfrontacji. Druga „Solidarność” jest dobra, organizuje się we właściwym czasie, jest konstruktywna i nastawiona pokojowo. Pierwszą i drugą „Solidarność” łączy osoba Wałęsy, a dzieli stan wojenny. Na pytanie „o co walczył Jaruzelski z pierwszą »Solidarnością«?” – odpowiedź jest mętna. Odpowiedzi na proste pytania są jeszcze trudniejsze. Np. dlaczego Jaruzelski wydzielał dzieciom kaszkę mannę?
Sformułujmy hipotezę, która przywraca historii logikę, a komunistom nie odbiera rozumu: System komunistyczny nękany kryzysami zezwala na koncesjonowaną opozycję, której zadaniem jest kontrolowanie buntów społecznych i amortyzowanie zmian w systemie. Kieruje do opozycji liczną agenturę. Decyzja zapada prawdopodobnie w 1968 roku (Polski Marzec, Praska Wiosna). Strajk w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. jest prowokowany, choć trudno powiedzieć, czy chodziło wówczas tylko o zmianę ekipy władzy, czy już o zmianę systemu. Prowokację przejmuje niezależna opozycja, sytuacja wymyka się spod kontroli i ruch społeczny staje się niesterowalny.
Równocześnie, na przełomie lat 70. i 80., na Zachodzie Ronald Reagan i Margaret Thatcher inicjują prawicową rewolucję, która przekształca demokratyczny kapitalizm – oparty o umowę społeczną państwa opiekuńczego – w neoliberalizm. Trudno powiedzieć, kiedy na Kremlu, a raczej na Łubiance zapada decyzja o odejściu od doktryny marksistowskiej. Można jedynie dowieść, że w 1982 r. plan zmiany systemu był już realizowany. Np. w liście, który Lech Wałęsa wręczył księdzu Orszulikowi 17 stycznia 1982 r., czytamy: „Ciosek ze swej strony wypowiedział się, iż może partia będzie zawieszona czy nowa” (A. Micewski, Kościół wobec Solidarności i stanu wojennego, s. 93).
Elity polityczne Wschodu i Zachodu w tym czasie zmierzały już do tego samego, nowego systemu opartego na doktrynie neoliberalnej (bezwzględna prywatyzacja docelowo obejmująca również podatki i wycofanie się państwa z jego funkcji). Podział świata na dwa wrogie bloki dobiegał końca.
Jedyną przeszkodą w realizacji tego celu była „Solidarność”, której idee, zasady i metody działania, sprzeczne zarówno z doktryną marksistowską, jak i neoliberalną, nieoczekiwanie okazały się popularne i zrozumiałe w Polsce i na świecie, zyskały mocne, masowe poparcie. Była to nowa, atrakcyjna dla społeczeństwa propozycja samoorganizacji. Musiała być zniszczona, wykorzeniona, skompromitowana. Polska była kluczowym państwem dla dokonujących się na świecie zmian, choć w innym sensie i z innego powodu niż próbuje to nieudolnie dowieść fałszowana i przykrawana historia.
Odpowiedź na pytanie „czym była pierwsza »Solidarność«?” – ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla zrozumienia historii, ale również dla przyszłości społeczeństw szukających dróg ucieczki z pułapki monetaryzmu i neoliberalizmu. „Solidarności” nie da się powtórzyć, ale świadomość, że „inny świat jest możliwy” pozwala zachować nadzieję.
Na pytanie, czym była „Solidarność”, dostajemy różne, często sprzeczne odpowiedzi. Co ciekawe, zaangażowani w „Solidarność” lat 1980-81 nie mieli kłopotu z określeniem tożsamości swojej organizacji. W nieustannych dyskusjach, sporach i uzgodnieniach określano cele bieżące, opracowywano taktykę, szukano metod. Dyskusji nad celem strategicznym nie poświęcano wiele uwagi, nie formułowano go nie tylko ze względu na groźbę inwazji. Cel strategiczny był jasny i oczywisty dla każdego – generalny remont Polski.
„Solidarność” nie była bezmyślnym ruchem roszczeniowym, o co pomawiana jest z prawa i z lewa (SLD tak uparcie nazywana jest lewicą, że trudno to za każdym razem prostować). Od pierwszych dni strajku pułap podwyżek szacowany był tak, aby nie doprowadzić do kryzysu ekonomicznego. Pracodawcą było państwo i doprowadzenie do jego bankructwa, o ile w ogóle możliwe, oznaczałoby wprawdzie zawalenie komunizmu, ale na własną głowę. „Solidarność” była antykomunistyczna, więc pojawiało się pytanie, „czy im gorzej, tym lepiej”, ale zawsze odpowiedzią było – „tym lepiej, im lepiej”. Potem w zakładach pracy i branżach działały sekcje ekonomiczne, które próbowały oszacować bilans kosztów i dochodów, aby określić udział płac i zasadność podwyżek. Wszystko to było bardzo trudne, ponieważ albo brak było wiarygodnych danych, albo były one niedostępne. Wiele zakładów pracowało na potrzeby imperium. Odkryto i opisano mechanizm wyzysku – rubel transferowy.
Z upływem czasu spadało zaufanie do kompetencji władz i rosła wiara we własne siły. W naprawie Rzeczpospolitej władza była trudną do zwalczenia przeszkodą, więc gdzie to było możliwe, próbowano ją omijać. Uzgadnianiu i realizacji projektów naprawy sprzyjała terytorialna struktura „Solidarności”, porozumienia w sekcjach zawodowych i branżowych, a także cała plejada organizacji otaczających „Solidarność” – stowarzyszeń twórców i wolnych zawodów, studentów, związków rolników, samorządu pracowniczego. Pojawiły się zalążki partii politycznych (liberałowie, komuniści). W PZPR działały tzw. poziomki – porozumienia poziome. Wszystkim „Solidarność” gwarantowała ochronę przed represjami za przekonania.
Kłopoty z klasyfikacją „Solidarności” zaczęły się post factum. Prawie wszyscy zgadzają się, że „Solidarność” była związkiem zawodowym, ruchem społecznym i samorządowym. Patrioci dodają – i zrywem niepodległościowym. Ludzie związani z KOR-em widzą w „Solidarności” realizację hasła Kuronia: „Nie palcie Komitetów, zakładajcie własne”. Inni pamiętają drugą maksymę Kuronia: „Rozpędzonego stada mustangów nie da się powstrzymać. Trzeba wskoczyć na grzbiet, mocno trzymać się grzywy, a kiedy pęd osłabnie, powoli wykręcać”. Może dlatego kręgi warszawskie nazywają czas „Solidarności” karnawałem. Przyjemnie przejechać się na mustangu.
Historyk Antoni Dudek mówi o reglamentowanej rewolucji, ale dotyczy to dopiero lat 1988-90. Radykalni niepodległościowcy Moczulskiego zarzucają „Solidarności” ograniczanie się do „programów kiełbasianych”. SLD taktownie milczy, przypomina tylko realia, utopijność żądań i aspiracji ekstremy w kontraście do rozumu i talentu politycznego Wałęsy. Ludzie związani z Kościołem widzą w „Solidarności” odpowiedź na naukę Jana Pawła II i odnowę moralną. Anna Walentynowicz dodaje: Solidarność ludzkich serc.
„Solidarność” była tym wszystkim i może jeszcze czymś więcej. Niemal wszystkie opinie o „Solidarności” zawierają cząstkę prawdy (nawet te wyraźnie tendencyjne) choćby dlatego, że „Solidarność” była masowym ruchem demokratycznym, rozwijającym się niezwykle dynamicznie, działającym we wrogim otoczeniu. Utrzymywała kierunek, prowadziła uzgodnioną politykę dzięki godnym podziwu staraniom wielu członków, żeby czegoś nie popsuć. Ludzie przyjeżdżali z drugiego końca Polski do Gdańska tylko po to, aby zapytać: „czy dobrze robimy?”.
Fałszywy jest tylko wykluczający charakter niektórych definicji i opinii. „Solidarność” nie mieści się w żadnej szufladce, wymyka się ocenom. Nie pasuje do dychotomicznego obrazu świata lat 80-tych. Nie można jej opisać jako powstania narodowego. Związek zawodowy nie był tylko przynętą dla robotników rzekomo obojętnych wobec sprawy niepodległości. Związek zawodowy był autentycznym celem, działał realnie, nie pozornie. Próba opisu w kategoriach marksistowskich daje tak karykaturalny obraz „Solidarności”, że trudno ją rozpoznać.
Nie jest też prawdą, że „»Solidarność« chciała kapitalizmu”, a już na pewno nie chciała „dzikiego kapitalizmu” z jego początków i ery kolonialnej, ani neoliberalizmu, tej odmiany kapitalizmu, w którą ewoluował system w latach 80. i 90. Załogi miały silne poczucie własności i odpowiedzialności za swoje zakłady. Polacy widzieli, że ich majątek jest źle zarządzany i chcieli to zmienić. Ich praca, często ciężka, brudna i źle opłacana, służyła systemowi, a nie społeczeństwu. Marnowany był wysiłek ludzi, surowce, energia, zanieczyszczane było środowisko. Jednak, gdyby ktoś wtedy im powiedział, że walczą o to, aby te zakłady sprzedać partyjnym bonzom i zagranicznym koncernom po cenie złomu, zniszczyć i zamknąć, byliby oburzeni. Prywatyzacja nie była celem „Solidarności”. Natomiast powszechnie akceptowane było żądanie równych praw dla wszystkich przedsiębiorstw bez względu na formę własności. Oczywiście dawało to zielone światło prywatnej inicjatywie. Natomiast prywatyzacja uzasadniana ideologicznie wyższością własności prywatnej nad własnością państwową byłaby sprzeczna z najważniejszą zasadą „Solidarności”: Żadna doktryna ideologiczna nie będzie dominować nad gospodarką. Jedynym celem gospodarki jest zaspokajanie potrzeb społeczeństwa.
Ludzie mieli dość ideologii nie tylko w gospodarce. Nie dążyli do utopijnej jedności, wystarczyła im solidarność. Chcieli kierować się racjonalnością, sprawiedliwością, własnym interesem, ale z uwzględnieniem interesów innych.
Jedynym pozytywnym doświadczeniem historycznym, do którego mogli odwołać się Polacy, był okres dwudziestolecia międzywojennego. Ludzie pamiętali błędy i wady II RP, trudne początki, bezrobocie, analfabetyzm, zacofanie wsi, ale mieli nadzieję, że jeśli wybijemy się na niepodległość, wszystko zrobimy lepiej. III RP, gdyby była budowana przez pierwszą „Solidarność”, nie mogłaby zerwać z tą tradycją II RP, którą ludzie pamiętali i cenili – np. gęsta sieć państwowych kolei, ulgi dla młodzieży i nauczycieli, rozwój bezpłatnej państwowej edukacji, wzorowe przedsiębiorstwa prywatne (np. Cegielskiego), aktywna polityka gospodarcza państwa, budowa Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, wykupywanie przedsiębiorstw z rąk obcego kapitału. Przypuszczanie, że celem „Solidarności” była dominacja międzynarodowych koncernów nad polską gospodarką, osłabianie państwa i ograniczanie jego roli – jest absurdem.
Równie fałszywe jest przypisywanie „Solidarności” hasła „socjalizm [czytaj: komunizm] tak, wypaczenia nie”. To hasło partyjnych reformatorów PRL oznaczało wówczas wmontowanie „Solidarności” w system i nikt nie ośmieliłby się głosić go publicznie, nawet Wałęsa, choć podobno potem do tego się przyznawał. „Solidarność” domagała się respektowania zasady wolności wyznania i swobody działania Kościoła. Członkowie „Solidarności” niekiedy demonstracyjnie podkreślali przywiązanie do religii i tradycji, ale „Solidarność” nie była klerykalna, jak obecnie czasami się twierdzi. Np. na zebraniu Krajowej Komisji Porozumiewawczej uczestnicy z szacunkiem wysłuchali opinii biskupa o szkodliwości strajku, nie polemizowali, a po wyjściu biskupa jednogłośnie proklamowali strajk. Aż do stanu wojennego, mimo nacisków ze strony Kościoła, „Solidarność” nie zajęła stanowiska w sprawie prawnego uregulowania problemu aborcji. Uznano, że rozstrzygnięcie tej kwestii nie leży w kompetencji Związku, a wprowadzenie tego tematu na forum organizacji zablokuje działalność i utrudni osiąganie konsensusu w innych sprawach.
„Solidarność” nie była antysemicka czy ksenofobiczna. Była patriotyczna, nie nacjonalistyczna. Posłanie do narodów Europy Środkowo-Wschodniej było kontynuacją polskiej tradycji „Za wolność naszą i waszą”.
Naszym zdaniem, „Solidarność” była pierwszym masowym, zorganizowanym ruchem antyglobalistycznym, choć oczywiście wówczas nie wiedzieliśmy o tym. Trudno dzisiaj powiedzieć, jak przebiegałaby transformacja ustroju pod kontrolą pierwszej „Solidarności”. Jednego tylko możemy być pewni – determinizm historyczny był „Solidarności” całkowicie obcy. Hasło „Nie ma alternatywy dla planu Balcerowicza”, zostałoby po prostu wyśmiane.
Joanna Duda-Gwiazda i Andrzej Gwiazda
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 25, lato 2005.
przez Remigiusz Okraska | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
– z prof. Davidem Ostem rozmawiają Remigiusz Okraska i Michał Sobczyk
Od połowy lat 70. interesował się Pan inicjatywami opozycyjnymi w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy powstała „Solidarność”, to zainteresowanie przerodziło się w fascynację. Co takiego sprawiło, że Amerykanin szukał inspiracji w tym właśnie ruchu społecznym? Mimo że minęło wiele lat od tamtych wydarzeń, wciąż podkreśla Pan oryginalność „Solidarności” oraz krytykuje Polaków, że zaczęli bezmyślnie kopiować standardowe wzorce zachodnie.
D. O.: Faktycznie, moja fascynacja ruchami opozycyjnymi w Europie Środkowo-Wschodniej zaczęła się zanim jeszcze powstała „Solidarność”. Czy to rok 1956 w Polsce i na Węgrzech, czy też Praska Wiosna w Czechosłowacji – wszystkie one wydawały się wspaniałymi ruchami, reprezentującymi dążenia całych społeczeństw, głosząc potrzebę „prawdziwej demokracji” i, wydawałoby się, świadome tego, w jaki sposób realny kapitalizm uniemożliwia osiągnięcie tego celu w takim samym stopniu, jak realny socjalizm. Owe ruchy reprezentowały tę, tak trudną do uchwycenia, „trzecią drogę”, i dokładnie w ten sposób postrzegali to aktywiści „społeczeństwa obywatelskiego” lat 70., nie tylko w Polsce, ale także w Czechosłowacji i na Węgrzech. Jak napisał w owym czasie węgierski pisarz György Konrád: „Nie jestem ani komunistą, ani antykomunistą, nie jestem ani kapitalistą ani antykapitalistą; jeśli człowiek musi koniecznie być za czymś i przeciwko czemuś, to według mnie najwyższą wartością jest permanentnie rozszerzająca się demokracja”. Hołdowanie takiemu zobowiązaniu jest właśnie tym, co odnalazłem we wschodnioeuropejskich ruchach opozycyjnych. I wtedy pojawiła się „Solidarność”, ucieleśniając te cele i tę społeczną jedność w stopniu dotychczas niespotykanym, gdzie zadziwiający sojusz robotników i intelektualistów był widoczny podczas każdego strajku, w każdym biuletynie i na każdym publicznym spotkaniu.
Po raz pierwszy byłem w Polsce w 1976 roku. Mój pierwszy, dwutygodniowy pobyt w czasie „Solidarności” miał natomiast miejsce w marcu 1981 r., kiedy to udałem się do Warszawy, na odbywającą się w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego dużą uroczystość rocznicową, upamiętniającą wydarzenia marcowe 1968 r., oraz kilka dni później do Bydgoszczy na spotkanie z działaczami „Solidarności” i niezależnego ruchu chłopskiego, okupującymi budynek Komitetu Wojewódzkiego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, dokładnie w czasie wydarzeń prowadzących do słynnego niedoszłego strajku generalnego. We wrześniu 1981 r. wróciłem na I Krajowy Zjazd „Solidarności”, i zostałem na kolejne piętnaście miesięcy. I wszędzie spotykałem ludzi zaangażowanych w proces otwartej społecznej komunikacji, w dialog, wyrażających i analizujących skargi i problemy, budujących „permanentnie rozszerzającą się demokrację” – jednym słowem: ludzi aktywnie tworzących nowy rodzaj społeczeństwa.
Nie byłem wcale naiwny ani egzaltowany w stosunku do tego wszystkiego, co widziałem. Chociaż byłem młody, nie byłem entuzjastą tego, co Kundera nazwał „Wielkim Marszem” – wiary w jakąś świetlaną przyszłość, kiedy „zjednoczony lud” weźmie władzę w swoje ręce. Właśnie to było takie fascynujące w „Solidarności”: ona rozumiała, że tuż za rogiem nie istnieje żadna świetlana przyszłość, będąca na wyciągnięcie ręki. Zupełnie nie zgadzam się z tymi, którzy obecnie utrzymują, że uczestnicy i zwolennicy „Solidarności” byli masą biernych obserwatorów, czekających aż dobroduszni przywódcy rozwiążą ich problemy. To, co ja widziałem, to ludzie zaangażowani w proces rozwiązywania swoich problemów, odkrywający własną siłę. To nie mogło być proste, ale właśnie takie procesy miały wtedy miejsce, i kiedy miałem możliwość widzieć to na własne oczy, wiedziałem, że zasługują na baczną uwagę. To chyba właśnie wtedy, w marcu 1981 r., postanowiłem opowiedzieć historię „Solidarności” Amerykanom. Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że będę proszony, by opowiadać ją także Polakom. Niestety, jak słusznie zauważyliście w pytaniu, po roku 1989 Polacy byli tak bardzo zafascynowani tym, że w Polsce może wreszcie „być jak na Zachodzie”, że zdali się zapomnieć o tym, co wydarzyło się w latach 1980-1981. Nie mogę się nadziwić, że tak mało się o tym w Polsce dyskutuje, że tak mało przeprowadzono badań naukowych na temat autentycznych przeżyć ludzi w tamtych czasach, na temat tego, jak zakłady pracy i społeczności tworzyły własną politykę.
Jedni widzieli w „Solidarności” typowo robotniczy, rewolucyjny ruch przeciwko rządzącym „zdrajcom socjalizmu” (prowadzony w imię hasła „Socjalizm – tak, wypaczenia – nie”), dla innych był to narodowo-katolicki zryw niepodległościowy przeciwko „władzy okupacyjnej”. Pan wywodzi się ze środowiska amerykańskiej lewicy. Jak oceniał Pan charakter tego ruchu – na ile pokrywał się on z Pańskimi lewicowymi poglądami, a na ile je przekraczał?
D. O.: Muszę podkreślić, że wywodzę się z amerykańskiej lewicy. Chociaż Polacy lubią podkreślać, jacy są wyjątkowi, mają nieznośną skłonność do dużych uogólnień na temat innych, szczególnie tych na lewicy. Zajęło mi całe lata zanim w pełni zdałem sobie sprawę z aury podejrzliwości, jaka mnie otaczała z powodu deklarowanych sympatii politycznych. Nie, nie byłem skrytym wielbicielem rządów autorytarnych. Nie upatruję w silnym państwie sposobu na rozwiązanie wszystkich problemów społecznych. Jeśli pozwolić sobie na tak silną, że aż nieco nieprzyzwoitą generalizację, to Rosjanie są niezwykle przeniknięci wiarą w silne państwo, Azjaci nawet jeszcze bardziej, mieszkańcy Europy Zachodniej ufają silnemu państwu jedynie w niewielkim stopniu, a Amerykanie – prawie wcale. Wszystko to wynika nie z silniej zakorzenionej kultury politycznej, ale z okoliczności politycznych, ze związanymi z nimi kwestiami ekologicznymi, ekonomicznymi, poczuciem bezpieczeństwa, co jest zagadnieniem zbyt złożonym, by zacząć się tutaj nad nim rozwodzić. Chodzi mi w każdym razie o to, że w każdym kraju pojęcia „lewica” i „prawica” rozumieć można jedynie w ich własnym, „lokalnym” kontekście. Wielu Polaków nie rozumie, w jaki sposób przedstawiciel amerykańskiej lewicy może być tak wielkim entuzjastą wolności, samorządności i działań oddolnych, gdyż mają doświadczenia z zupełnie innym rodzajem lewicy. Tymczasem te wartości należą do tradycyjnego kanonu amerykańskiej lewicy, począwszy od działań Industrial Workers of the World [związek zawodowy o silnym odcieniu anarchistycznym, założony w 1905 r. w Chicago – przyp. redakcji] i początkowego okresu istnienia Socialist Party, poprzez, oczywiście, Nową Lewicę lat 60-tych i 70-tych.
Oczywiście niektórzy Polacy akceptowali moją lewicowość: ci, którzy uczestniczyli w wydarzeniach roku 1968 i dowiedzieli się, że ich najsilniejszymi i najbardziej naturalnymi sojusznikami jest ta sama zachodnia lewica, której zwolennicy głosili się wielbicielami Mao i Che. Rzecz jasna, taka postawa była równie dziwaczna i błędna, jak ta, którą prezentowali niektórzy wojowniczo nastawieni zwolennicy „Solidarności”, utrzymujący, że kochają Ronalda Reagana. W rzeczywistości ci amerykańscy radykałowie byli zafascynowani ideałami samorządności i egalitaryzmu, które wydawały im się być realizowane w Chinach czy na Kubie, a nie dyktaturami, które tam naprawdę panowały. To zupełnie tak, jak polscy zwolennicy „Solidarności”, którzy krzycząc o swojej miłości do prezydenta Reagana podziwiali wyidealizowany nieustępliwy symbol wolności, a nie człowieka, który w swoim kraju wsadzał do więzienia działaczy związkowych i bezpośrednio finansował wymordowanie dziesiątków tysięcy ludzi w Ameryce Środkowej. Tymczasem lewicowcy to byli ci Amerykanie, którzy najmocniej popierali „Solidarność”. Kiedy „Wall Street Journal” lamentował, że powstanie „Solidarności” zmniejszy prawdopodobieństwo spłaty polskich długów, amerykańska prasa lewicowa była oczarowana wspaniałą mobilizacją, samoorganizacją i niezwykłą pomysłowością polskiego ruchu robotniczego. Reportaże pisane przeze mnie w Polsce w trakcie istnienia „Solidarności”, dla lewicowego tygodnika „In These Times”, do dziś pozostają w USA najpopularniejszymi tekstami ze wszystkich, jakie kiedykolwiek napisałem.
Być może główną słabością amerykańskiej lewicy jest jej zamiłowanie do niedokończonych przedsięwzięć. Nie udajemy, że znamy uniwersalne rozwiązania, jesteśmy aż nazbyt świadomi złożoności świata, jednocześnie podziwiamy masowe ruchy, jak i jesteśmy wobec nich nieufni. Innymi słowy, jesteśmy pragmatyczni. Jednocześnie są to powody, dla których tak wielu z nas podziwiało „Solidarność”, z całym jej pogmatwaniem. Widzieliśmy ruch jednoczący robotników i intelektualistów, walczący o swobody demokratyczne oraz o prawa i godność dla robotników w miejscu ich pracy, pomimo tego, że nie było żadnych gotowych schematów, jak osiągnąć wszystkie te cele. To, co czyniło go wyjątkowym, to „jakość” zaangażowania w walkę o nie – „Solidarność” na serio chciała osiągnąć je wszystkie, dlatego naprawdę nie miało dla nas żadnego znaczenia, czy ma ona korzenie w socjalizmie, czy w chrześcijaństwie (oczywiście wzięła się z obu tych źródeł, tak jak amerykańska lewica). Najbardziej nas fascynowało, że ruch ten każdego dnia próbował zbudować lepszy świat, i prowadził wewnętrzny, uczciwy dialog na temat tego, jak można osiągnąć ów cel.
Marcin Kula widział w „Solidarności” oryginalną, polską wersję „narodowo-rewolucyjnych” ruchów, które znamy np. z Ameryki Łacińskiej. Wojciech Giełżyński dowodził, że „Solidarność” była najciekawszym wcieleniem pomysłów na „trzecią drogę” między komunizmem i kapitalizmem. Z kolei inni komentatorzy widzieli w niej realizację ideałów etycznego socjalizmu Edwarda Abramowskiego. Która z tych interpretacji wydaje się Panu najbliższa prawdy?
D. O.: Wszystkie trzy oceny wydają mi się trafne, może dlatego, że w rzeczywistości takie elementy często występują razem. Weźmy choćby Nikaraguę: ruch narodowo-rewolucyjny jak najbardziej, ale jednocześnie pod wielkim wpływem humanistycznych idei zaczerpniętych od wielkich myślicieli antyautorytarnych oraz chrześcijaństwa. Sandiniści stanęli na czele systemu, gdzie większość własności była w prywatnych rękach i model sowiecki zawsze był ostro krytykowany. Łatwo każdy ruch zredukować do karykatury, ale przy dokładnej analizie widać jego wieloaspektowość i złożoność – tak właśnie jest także z „Solidarnością”.
Pan, wychowany w amerykańskiej tradycji demokratycznej, obywatelskiej, widział na własne oczy, jak niemal od podstaw tworzą się w Polsce zręby samoorganizacji społecznej. Jakie z praktycznych rozwiązań zaobserwowanych w latach pierwszej „Solidarności” wydały się najbardziej interesujące osobie, która przyjechała z „ojczyzny demokracji”?
D. O.: Ostrożnie z tą „ojczyzną demokracji”, zwłaszcza mając na uwadze obecną sytuację w USA. Ale rzeczywiście, może dlatego, że wychowałem się na historii i mitach o amerykańskiej samoorganizacji społecznej, tak zachwycałem się polskimi próbami podobnych działań. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie rzeczy: sieć medialna oraz sposób negocjowania i rozwiązywania konfliktów wewnątrz Związku. Nigdy chyba w historii ruchów społecznych nie było mediów tak otwartych. Związkowi dziennikarze byli obecni na posiedzeniach Komisji Krajowej, a nawet Prezydium, pisali o tym w piśmie „AS” [„Agencja Solidarności”] i niebawem związkowcy w całym kraju wiedzieli, co się dzieje i jak myślą liderzy organizacji. Dzięki temu ludzie nie czuli się tak izolowani, nie było typowego dla ruchów politycznych zerwania więzi między liderami a zwykłymi członkami. Sprzyjało to zaufaniu wewnątrz Związku i sprawiło, że „Solidarność” zachowała pewną spójność nawet w czasie stanu wojennego.
Tak samo było ze sposobem rozwiązywania konfliktów. Podstawą było to, że każdy miał prawo wypowiadać się na dany temat i że nie trzeba było zbyt pochopnie i szybko podejmować decyzji. Czasem dochodziło nawet do pewnej przesady. Pamiętam walne zebranie delegatów Regionu Mazowsze tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego, kiedy przewodniczący Regionu, Zbigniew Bujak, mówił, że jeśli dojdzie do ostrej konfrontacji z rządem, to on ponownie zwróci się do delegatów, żeby mogli wypowiedzieć się, co dalej robić. Tak szeroka partycypacja członków w podejmowaniu decyzji oczywiście nie sprawdza się w niektórych sytuacjach. Uważam jednak, że konsekwentna obrona tej zasady przez „Solidarność” stanowi pewien wzorzec i symbol, i że systemy demokratyczne byłyby nawet efektywniejsze, jeżeli trzymano by się takich zasad.
Przyszedł rok 1989. Pan po latach ocenia, że już w okresie przełomu ustrojowego liderzy „Solidarności” i ich „zaplecze intelektualne” reprezentowali zupełnie inne postawy niż u zarania ruchu. Zamiast demokracji był „bonapartyzm” Wałęsy; zamiast oryginalności – naśladownictwo modnych idei z Zachodu; zamiast obrony pracowników najemnych – skrajnie neoliberalne rozwiązania gospodarcze.
D. O.: Na szczęście Wałęsa ani nie mógł zostać Bonapartem, ani chyba nie bardzo tego chciał. Takie hasła służyły mu raczej do wygrania wyborów prezydenckich
(i w ogóle do sprawienia, aby wolne wybory prezydenckie odbyły się szybko), ale później zachowywał się raczej porządnie. Ale Wałęsa sam nie wiedział, czego chce – oprócz samej władzy. Inaczej było z nową „solidarnościową” elitą. Jej uczestnicy faktycznie przestali szanować własne tradycje – pamiętam, jak w 1990 r. nowi ludzie u władzy nie chcieli ze mną dyskutować, bo uważali, że zbyt dobrze znam Polskę, a oni zamierzali wprowadzać obce rozwiązania. Woleli rozmawiać z „ekspertami” z Zachodu, którzy byli w Polsce po raz pierwszy, bo uważali, że to oni mogą wskazać im, co teraz należy robić. Jeśli chodzi o pracowników najemnych, to zaczęli ich traktować jak największych wrogów. Wcześniej mówili o braku poszanowania praw robotników w komunizmie, a ich nowa ideologia głosiła coś dokładnie odwrotnego, że robotnicy byli uprzywilejowani za komuny, a teraz trzeba im uświadomić, iż w nowym systemie muszą stanowić klasę niższą…
Gdzie tkwią przyczyny tej ogromnej zmiany postaw i poglądów? Najczęściej mówi się w Polsce, że profity związane z objęciem władzy zmieniły punkt widzenia beneficjentów nowego ustroju. Inna teoria wskazuje, że zarówno władze komunistyczne, jak i Zachód wybrały spośród opozycjonistów tych, którzy gwarantowali realizację ich interesów, a resztę zmarginalizowano. Jeszcze inni twierdzą, że stan wojenny zniszczył demokrację wewnątrz „Solidarności” i sprawił, że powstała wyizolowana elita, nie poddana kontroli ogółu członków ruchu. A może po prostu idealistyczny etos przegrał z twardymi realiami?
D. O.: W pewnym sensie to oczywiście prawda: ideały przegrały z realiami. Ci, którzy posiadają realną władzę na świecie zawsze mają większą siłę perswazji niż ci, którzy chcieliby, aby świat wyglądał inaczej. Nie ma nic łatwiejszego niż atakować tych, którzy kończą jako wykonawcy tego, czego wymaga od nich System, określać ich jako tych, którzy „sprzedali się” czy też „zdradzili swoje ideały”. Wielu z tych, którzy doszli do władzy, szczerze wierzyło, że realizuje pierwotny program „Solidarności”, zupełnie tak samo, jak wielu z tych, którzy zdobyli władzę w Europie Wschodniej po zakończeniu II wojny światowej bardzo szczerze wierzyło, że ich działania prowadzą do emancypacji klasy robotniczej i całego społeczeństwa. To pułapka małych krajów: wiedzą, że same nie dadzą sobie rady, więc odgrywają role przydatne dla swoich potężniejszych sojuszników, bez wątpienia wierząc, że nadal ratują część z pierwotnych celów. Nie winię „Solidarności” za ugięcie się pod tego typu naciskami. To, że trudno byłoby postąpić inaczej, jest także winą zachodniej lewicy, której nie udało się zmienić globalnego status quo. Jednakże potępiam liderów „Solidarności” po roku 1989 za to, że przyjętą przez nich politykę firmowali imieniem „Solidarności”. Jeśli masz zamiar zdobyć władzę i grać w globalny kapitalizm, zrób to. Ale nie rób tego w imieniu osób, które mają być ofiarami owego systemu. Jak napisał Dostojewski: „Jeśli chcesz oszukiwać, nie krępuj się i rób to. Tylko zaklinam, bez żadnych moralnych usprawiedliwień”. Utrzymując, że nadal reprezentują tych, którzy znajdują się na samym dole społeczeństwa, uniemożliwili im ponowne zorganizowanie się, co doprowadziło do nadmiernych nierówności społecznych, jakie obserwujemy obecnie.
Polska weszła w kapitalizm nieźle przystosowana – wedle kryteriów liberalizmu gospodarczego – do nowego porządku: z dobrze zachowaną drobną własnością rolną, z całkiem sporymi zalążkami sektora prywatnego w gospodarce, ze znacznymi zasobami surowców i dużym wewnętrznym rynkiem zbytu.
A jednak nawet na tle innych krajów postkomunistycznych Polska wypada źle, np. ma wyższe bezrobocie niż większość z nich, wyższe wskaźniki bezdomności czy biedy – dlaczego tak się stało?
D. O.: Ekonomiści przekonują, że Polska ciągle ma się lepiej niż inne kraje regionu, szczególnie z Europy Południowo-Wschodniej, a bezpośrednia bliskość Niemiec i rynków krajów „starej” Unii Europejskiej oznacza, że najprawdopodobniej taki stan rzeczy się utrzyma. Tym bardziej należy się wstydzić np. skali bezdomności czy ubóstwa wśród ludności wiejskiej na wielkich obszarach kraju. Bezspornie główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że rozmaite rządy po 1989 r. nie uważały tych problemów za poważne. Przyjmowano zasadę, że najpierw wspierano rozwój obszarów bardziej uprzywilejowanych, ostatecznie w ogóle „zapominając”, jak to zwykle bywa, o wszystkich pozostałych. Obecnie te problemy nadal mają miejsce z powodu tego, co często określa się mianem „liberalnego paradoksu”: ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, mają najmniejsze szanse, żeby ją otrzymać, ponieważ mają najmniej atutów w walce o nią. Dlatego presja organizacji pozarządowych ma tak istotne znaczenie.
Zarówno z lewej, jak i prawej strony sceny politycznej winą za taki przebieg wydarzeń obarcza się środowisko dawnej „lewicy laickiej”. Stało się ono głównym realizatorem polityki neoliberalnej oraz zwycięzcą w starciu o to, co Gramsci określał jako hegemonia kulturalna. Pan przynajmniej częściowo sympatyzował z tym kręgiem, m.in. przełożył na angielski książkę Adama Michnika „Kościół, lewica, dialog”. Jak ocenia Pan to środowisko z punktu widzenia wierności etosowi pierwotnej „Solidarności”, a także jego rolę w Polsce po roku 1989?
D. O.: Zgadzam się, że to środowisko zaczęło odgrywać rolę hegemona w polskiej polityce oraz z tym, że to ono było głównym inicjatorem wprowadzenia w Polsce neoliberalizmu gospodarczego. Moja najnowsza książka – „The Defeat of Solidarity” („Klęska Solidarności”) – poświęcona jest właśnie kwestii roli, jaką te kręgi odegrały w osłabieniu nurtu związkowego wewnątrz „Solidarności”, co w konsekwencji, jak dowodzę, doprowadziło do opanowania związku przez siły prawicy. Jednak w dalszym ciągu to nie jest pełne wyjaśnienie. W początkach ruchu, „lewica laicka” odgrywała bardzo istotną, pozytywną rolę. Grzechy dorosłych nie działają wstecz i nie okrywają hańbą ich młodości. Wczesnych dokonań Michnika nie przekreśla jego dalsza działalność, tak samo jak historyczna rola Kuronia byłaby wzorem godnym naśladowania nawet jeśli nie wróciłby częściowo do swoich korzeni w ostatnich latach życia. Niektóre z najbardziej ekscytujących koncepcji politycznych XX wieku: społeczeństwo obywatelskie rozumiane jako rodzaj samorządu, „anty-polityka” jako sposób na przeciwstawienie się dyktaturze, idea samoograniczenia jako sposobu na uniknięcie nadużyć rewolucji – wszystko to pochodzi z dorobku tego środowiska. Przyznajmy uczciwie, że „Solidarność” lat 1980-1981 trudno sobie wyobrazić bez tych osób – nie twierdzę, że oni ją stworzyli, ale że to ich pomysły ją ożywiły, sprawiły, że stała się takim ruchem, jakim się stała. Kiedy mówię o tym, jak dziedzictwo „Solidarności” zostało zlekceważone, mam na myśli także przedstawicieli tego właśnie środowiska. Rzeczywiście, po 1989 r. mieli swój udział w zaprzepaszczeniu dziedzictwa „Solidarności”. Niemniej jednak ich wcześniejsze dziedzictwo uważam za wartościowe.
Część szeroko pojętej „lewicy solidarnościowej” zbratała się z postkomunistami (Barbara Labuda, Józef Pinior, Andrzej Celiński). Inni jawnie porzucili takie ideały albo próbowali siedzieć okrakiem na barykadzie (tu najbardziej uderza postawa Jacka Kuronia). Kolejni – jak Jan Olszewski czy Zbigniew Romaszewski – zamiast stać się „lewicą patriotyczno-chrześcijańską”, są z konieczności reprezentantami dość „twardej” prawicy. Kolejni zostali zmarginalizowani mniej (Ryszard Bugaj) lub bardziej (Andrzej Gwiazda). Dlaczego Pańskim zdaniem nie zaistniała silna lewica postsolidarnościowa? W efekcie „obrońcami ludzi pracy” są środowiska postkomunistyczne, które 20 lat temu aprobowały wysyłanie czołgów na strajkujących robotników. Z drugiej strony jedyną lewicą są w Polsce elitarne grupki, zajmujące się niemal wyłącznie kwestiami obyczajowymi – prawa mniejszości seksualnych, radykalny feminizm – i niemal całkowicie wyizolowane ze społeczeństwa.
D. O.: Ruchy społeczne pojawiają się cyklicznie; nie podlega kwestii, że moment historii, w którym żyjemy, jest trudny dla lewicy. Socjalizm typu radzieckiego miał druzgocący wpływ na lewicę, przy czym jeden z tych niszczących wpływów jest dość paradoksalny: sprawił, że współcześni lewicowcy są nieufni wobec koncentrowania się na problemach ekonomicznych, istotnych z punktu widzenia ludzi pracy. Robotnicy mają skłonność do konserwatyzmu obyczajowego, ale nie ma powodów, dla których przedstawiciele lewicy, którzy jednoczą się wokół kwestii takich, jak równość szans, nie mieliby jednocześnie poruszać problemów erozji prawa do pracy, marginalizacji związków zawodowych, problemów robotników w czasach globalnego kapitalizmu itp.
Jednocześnie przestrzegałbym przed umniejszaniem znaczenia tego, co nazywa się kwestiami obyczajowymi. Niedawny spór z Lechem Kaczyńskim na temat zakazu organizacji parady w obronie praw gejów dotyczył nie tylko ich, ale praw mniejszości, co będzie w coraz większym stopniu dotyczyło Polski po jej wstąpieniu do strefy Schengen. Nawet, jeśli nie udaje im się osiągnąć założonych celów, ruchy społeczne współtworzą społeczeństwo, którym się stajemy (to właśnie była jedna z lekcji, jakich udzieliła nam „lewica laicka”, o której była wcześniej mowa – notabene środowisko to było całkiem konsekwentne w obronie praw mniejszości). Ruchy społeczne często mają poczucie izolacji – to jest właśnie jeden z podstawowych problemów, które wiążą się z współtworzeniem ruchu społecznego.
W czasach takich, jak obecne, wyzwaniem jest wytrwanie, dostrzeżenie, że nie jesteś w stanie dotrzeć do wielu osób, które w rzeczywistości podzielają twoje poglądy, i nieustawanie w próbach dotarcia do nich.
Napisał Pan jednak kiedyś, że polska lewica zajęła się „modernizowaniem” Polski kosztem interesów szerokich rzesz społecznych. Stwierdził Pan – zgodnie z prawdą – że więcej troski o „zwykłych ludzi” wykazuje np. środowisko „Naszego Dziennika” niż lewica. Ale czy nie jest to problem ogólnoświatowy? W krajach Zachodu lewica coraz bardziej ulega „modernizacyjnej” presji neoliberalizmu, a zwykłych ludzi porzuca jako „niezbyt postępowych”. Slavoj Žižek sugeruje nawet, że „modernizacyjna lewica” de facto wspiera Kapitał, pomagając niszczyć tradycyjne bariery jego ekspansji, a także rezygnując z perspektywy klasowej. Podobnie oceniał ten problem lewicujący komunitarianin, Pański rodak Christopher Lasch.
D. O.: Macie oczywiście rację, że to problem globalny. Sednem sprawy jest to, że lewica zaczęła obawiać się bardziej nacjonalizmu niż kapitalizmu, konserwatyzmu niż globalizacji, ale także to, że wierzą, iż ludzie pracy są szczególnie podatni na poglądy konserwatywne. Ujmując to bardziej zwięźle: lewicowcy obawiają się, że konserwatyzm obyczajowy ludzi pracy zostanie wykorzystany do zakwestionowania zdobyczy w zakresie powszechnych praw człowieka. W rzeczy samej, sukces polskiej prawicy, tak jak i sukcesy Republikanów w Stanach Zjednoczonych, wydają się potwierdzać te obawy. Jednak sedno problemu – i to właśnie podkreślał w swoich znakomitych książkach Christopher Lasch – tkwi w tym, że ludzie mniej zamożni zwracają się ku prawicy nie dlatego, że są „z natury” konserwatywni (mimo wszystko, przez większą część XX wieku uważano za pewnik, że ludzie pracy „naturalnie” ciążą ku lewicy!). Chodzi raczej o to, że zwracają się do niej w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa w czasach, kiedy system gospodarczy im go nie zapewnia. Istotą rzeczy jest tutaj ekonomia. Moja książka ukazuje proces stopniowego przekształcania „Solidarności” po roku 1989 w ruch coraz bardziej konserwatywny, gdy tylko społeczny lęk przed deklasacją został zlekceważony przez grupę będącą wtedy u władzy (czyli wspomnianą „lewicę laicką”). Kiedy lewica przestaje się przejmować ekonomicznymi warunkami życia szerokich rzesz społeczeństwa, ludzie zwracają się do prawicy, by uzyskać substytuty poczucia bezpieczeństwa. Jak przekonuje Thomas Frank w swojej znakomitej najnowszej książce pt. „What’s The Matter With Kansas?” („Co się stało z Kansas?”), właśnie w ten sposób Republikanie zdobyli głosy ludzi pracy w Stanach Zjednoczonych: proponując im „mocne” wartości, religię, emocjonalny urok „wojny ze złem” zamiast pracy i możliwości awansu, niemożliwych do zagwarantowania w zglobalizowanej gospodarce. Sposobem na odzyskanie tych wyborców jest walka o kwestie ekonomiczne, co oznacza walkę z wypowiadaną przez establishment mantrą, że There Is No Alternative [„nie ma alternatywy” – slogan autorstwa Margaret Thatcher, dotyczący poparcia dla neoliberalizmu i forsowania rozwiązań wolnorynkowych – przyp. redakcji], co proponują nawet niektórzy spośród amerykańskich Demokratów*.
I jeszcze jedno: lewica musi się nauczyć, jak nie bać się emocji. Zapewne to był właśnie główny błąd „lewicy laickiej” począwszy od połowy lat 80.: opierając się na mylnej interpretacji okresu „pierwszej »Solidarności«” zaczęła ona wierzyć, że każdy wyraz ludowego gniewu musi prowadzić do „populizmu”, i robiła co w jej mocy, by tłamsić spontaniczny społeczny entuzjazm, taki jak strajki i demonstracje. Rzecz jasna stworzyło to korzystne warunki dla prawicy, zawsze gotowej do odwoływania się do emocji, jako że tradycyjnie nie wierzy ona w świat oparty na racjonalności.
Podsumowując: jednym z głównych problemów ze współczesną demokratyczną lewicą jest to, że obawia się ona gniewu ludu. Nie miała nic przeciwko niemu, kiedy była w stanie wykorzystać go przeciwko komunistycznym dyktaturom (w krajach Wschodu) czy też wypaczeniom rodzimego kapitalizmu (w krajach Zachodu). Jednakże ci wrogowie nie są już dostępni: reżimów komunistycznych już nie ma (przynajmniej w Europie), a krajowi kapitaliści zostali zastąpieni przez globalnych, których rządy państw nie są w stanie kontrolować. Nie jest łatwo organizować się przeciwko globalnemu kapitalizmowi, i duża część lewicy obawia się, że każda z takich prób musi się skończyć ciasnym nacjonalizmem. Tak więc pozwalają prawicy na zagospodarowanie ekonomicznej złości ludzi, kanalizując ją przeciwko imigrantom i „bezbożnikom”. Nie ma łatwej drogi wyjścia z tego dylematu, ale wydaje mi się, że pierwszym krokiem powinno być właściwe rozpoznanie natury problemu. Lewica musi znaleźć nowe sposoby mobilizowania emocji wokół postępowego, naprawdę społeczno-demokratycznego programu. Według mnie, należałoby zacząć od stworzenia nowego dyskursu na temat klas społecznych: odrzucić starą lewicową koncepcję mężczyzn pracujących w przemyśle, biorących udział w kolejnych walkach z rządami, przyjmując bardziej pojemną koncepcję, która uwzględnia cechy gospodarki bardziej opartej na usługach, bardziej niż kiedykolwiek sfeminizowanej, gdzie linie frontu przebiegają nie tylko wzdłuż, ale i w poprzek granic państwa narodowego. Ale to już temat na inną rozmowę.
Na zakończenie chcieliśmy zapytać o dziedzictwo „Solidarności”. Zanim zaczęliśmy rozmowę, stwierdził Pan, że coraz bardziej ma wrażenie, iż „z tamtych lat” zostało nam niewiele. Czy dostrzega Pan jednak choć cień nadziei, że Polska jeszcze może „odświeżyć” ówczesne piękne ideały i doświadczenia?
D. O.: Dostrzegam. Pierwsze tego oznaki pojawiły się około roku 1999/2000, kiedy pokolenie mające doświadczenia związane z istniejącą wersją kapitalizmu wreszcie wysunęło się na czoło. Jednocześnie był to czas całkowitego skompromitowania się rządu AWS oraz skokowego wzrostu poziomu bezrobocia, co było oznaką pierwszego kryzysu po 1989 r., którego nie dało się wytłumaczyć dziedzictwem komunizmu. Zaczęły się wówczas dziać ciekawe rzeczy. Pierwszy raz od 1989 r. związki zawodowe zaczęły znów się organizować – warte odnotowania są tu próby stworzenia związków w hipermarketach, podejmowane zarówno przez „Solidarność”, jak i OPZZ. Powstały także nowe organizacje i pisma, np. wasz „Obywatel” czy „Krytyka Polityczna”. Nawet „Europa” (dodatek do „Faktu”), choć tworzona przez środowisko dość konserwatywne, zawiera poważniejszą dyskusję na temat lewicowych koncepcji niż można było znaleźć gdziekolwiek w polskiej prasie 10 lat temu. Wszystko to oznacza, że 25 rocznica powstania „Solidarności” może być świętowana w sposób, który stara się przywołać ducha tego ruchu, a nie jedynie włączyć go w obręb ideologii wspierającej nowy status quo. A przynajmniej w ten sposób rocznica ta powinna być obchodzona…
Dziękujemy za rozmowę.
Lipiec 2005 r.
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Oddajemy do Waszych rąk szczególny numer „Obywatela” – pierwszy w niemal pięcioletniej już historii naszego czasopisma, który zdecydowaliśmy się w całości (z bardzo drobnymi wyjątkami) poświęcić jednemu tematowi.
Tym tematem jest „Solidarność”.
Nie czynimy tak dlatego, że w całym kraju trwa odgórnie „nakręcana” celebracja obchodów 25-lecia wydarzeń, które sprawiły, iż powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Wybór takiego tematu ma inną przyczynę: tamta, pierwsza „Solidarność” stanowi dla nas inspirację i jeden z najważniejszych punktów odniesienia. Tamta, to znaczy „Solidarność” oddolna, autentyczna, obywatelska, twórcza, pełna nadziei i zaangażowania, niosąca pomysł na lepszą Polskę. „Solidarność” zwykłych ludzi ze stoczni, biur, szpitali i kopalń, „Solidarność” intelektualistów porzucających wieżę z kości słoniowej. „Solidarność” obywateli.
***
Przygotowując numer „Obywatela” poświęcony „Solidarności”, zdaliśmy sobie sprawę z pewnego rozdarcia, jakie jest udziałem redaktorów naszej gazety – ludzi urodzonych w połowie lat 70.
Jesteśmy za młodzi na „Solidarność” – nie jest ona naszym przeżyciem jednostkowym czy pokoleniowym. Myślimy więc o niej z dystansem, bez emocji związanych z zaangażowaniem w tamtą walkę, bez zawiedzionych nadziei i poczucia rozczarowania. Nie przeżyliśmy tego wszystkiego osobiście – pewnie nawet zazdrościmy tym, którzy otrzymali od losu taki podarunek – i na pewno możemy popełniać błędy w ocenie wydarzeń sprzed ćwierćwiecza, idealizować czy wypaczać ich sens. Ale gdyby dzieci wiernie naśladowały rodziców i wierzyły w każde ich słowo, to do dziś siedzielibyśmy w jaskiniach.
Jesteśmy jednak za starzy, aby wzorem wielu naszych ciut młodszych kolegów nabierać się na popularne dziś bajeczki, nieustannie serwowane milionom czytelników, słuchaczy i telewidzów. Że generał Jaruzelski to szlachetny obrońca ojczyzny przed „anarchią”. Że „Gazeta Wyborcza” jest obiektywna i uczciwa, a jej redaktorom chodzi o dobro wspólne i piętnowanie prywaty. Że Lech Wałęsa samodzielnie obalił komunizm, no może trochę pomogli mu Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Że Leszek Balcerowicz przez przypadek został autorem wiekopomnej „reformy gospodarczej”, która była jedynym słusznym rozwiązaniem. Że jeden Wildstein jest dla demokracji większym zagrożeniem niż setki i tysiące Maleszków. Że najmocniej kochają „ludzi pracy” ci, którzy całkiem niedawno rozjeżdżali ich czołgami. Że „nierównościami społecznymi” najbardziej, ale to naprawdę najbardziej przejmują się publicystki „Wysokich Obcasów” i sieroty po „lewym skrzydle” Unii Wolności. Że naczelnym krytycznym polskim intelektualistą jest Jacek Żakowski, który za wytykanie błędów neoliberalizmu zabrał się z zaledwie 15-letnim opóźnieniem. Że miłośnikami swobód i tolerancji są dawni partyjni kumple Moczara, a ich przeciwnicy to sami zamordyści i antysemici. Że Walentynowicz, Gwiazda czy Morawiecki to frustraci, furiaci i zazdrośnicy, a wokół Frasyniuka, Bujaka czy Borusewicza zebrali się wyłącznie ludzie o wielkich sercach, nieskazitelnych sumieniach i subtelnych umysłach. Itd. Nie z nami te numery.
***
Abstrahując jednak od detali historii ostatniego 25-lecia, pierwsza „Solidarność” jest dla nas przede wszystkim dowodem na to, że Polak potrafi. Może nie zawsze, może nie do końca konsekwentnie, ale jednak potrafimy zrobić coś pięknego. Z codziennej „obywatelskiej” harówki znamy wszelkie cienie dzisiejszej rzeczywistości i ostrożnie podchodzimy do wizji, iż możliwa jest w nieodległej przyszłości jakaś „powtórka z Sierpnia”. Ale tam, gdzie nie powinno być miejsca na pięknoduchostwo i naiwne marzycielstwo, tam nie powinno go być także na czarnowidztwo i wyciąganie wniosków, że skoro „Solidarność” się „nie udała” – bo zdradzono jej ideały, bo zatriumfowały kanalie, bo etos okazał się zasłoną dymną dla wielu zwykłych świństw – to nic się już nie uda. Owszem, daleko nam do hurraoptymizmu, ale tego ostatniego nie było zbyt wiele także przed Sierpniem.
Pierwsza „Solidarność” to dla nas nie tylko inspiracja ideowa czy praktyczna – jak się zachowywać, w co wierzyć, jak działać, w imię czego podejmować obywatelskie wysiłki. To także pewien sposób myślenia, stojący w opozycji wobec beznadziei serwowanej nam przez politycznych i gospodarczych oligarchów oraz wiele środowisk, które określają się jako alternatywa wobec nich. Z Sierpnia ’80 czerpiemy przede wszystkim natchnienie do zanegowania optyki, którą z gorzką ironią sportretował w roku 1976 Jan Krzysztof Kelus, śpiewając w „Piosence o drugiej Polsce” o nosicielach tej swoistej mentalnej zarazy: „Ci wszyscy co mówią, że nic się nie zmieni / bo z jednej jest Rosja, a z drugiej jest Niemiec / bo burdel bo Żydzi bo Polak się leni / a kto się wychyla, to zwykły szaleniec”. Cóż, chcemy być szaleńcami, nawet jeśli nie uda nam się zrobić swojego Sierpnia…
***
„Obywatel” od początku istnienia był pismem, które prezentowało poglądy różnorodne, często wręcz wykluczające się nawzajem, przedkładając dyskusję nad dogmaty i tabu „lewych” i „prawych”. Tak jest i tym razem, może nawet w stopniu większym niż zazwyczaj, bowiem w zaprezentowanych w tym numerze rozważaniach pojawiają się także takie opinie, które w najmniejszej mierze nie odzwierciedlają poglądów redakcji. Jednak kolejna lekcja z pierwszej „Solidarności” jest taka, że bez swobodnej wymiany poglądów nie ma wspólnego działania.
Redakcja „Obywatela”
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 28 sierpnia 2013 | opinie
Do informacji powracających każdego lata, w rodzaju „potwór z Loch Ness”, dziennikarze zaliczyli awantury o dopuszczalność uboju rytualnego. Wszyscy już na ten temat pisali z każdej możliwej strony, więc nie ma sensu powtarzać.
Ale, jak zawsze, pojawiły się dylematy: empatia dla ludzi czy empatia dla zwierząt, rozwój gospodarczy czy ochrona środowiska. To wdzięczny temat dla prawicowych publicystów i polityków, ponieważ daje okazję, aby zdecydowanie odciąć się od wszelkiego lewactwa, czyli żabek, piesków, kwiatków, i twardo stanąć po stronie ludzi i gospodarki. Popularny publicysta katolicki Tomasz Terlikowski sugerował, że kto współczuje krowom, ten akceptuje eutanazję ludzi. Mieliśmy zatem pełny kanon tradycyjnych wartości prawicy. A na koniec skuteczność polityczna. PSL zagroził Kaczyńskiemu, że utraci głosy wsi.
Spór o ubój rytualny jest klasycznym przykładem obrony interesów wąskich grup biznesowych, które dla zysku dowolnie i bez skrupułów żonglują faktami, wartościami i emocjami. Nie pochodzę ze wsi, ale w ciężkich czasach ludzie w mieście kupowali u chłopa świnię. Nie pamiętam, aby ktokolwiek mówił, że jakiś rzeźnik zabijał zwierzę bez skutecznego ogłuszenia. O jakich chłopach mówi PSL? Gdzie i kiedy polscy rolnicy zabijali wierzgające zwierzęta?
Rodzice tłumaczyli mi, że jeśli lubię jeść mięso, muszę pogodzić się z zabijaniem zwierząt, ale bez cierpienia i stresu. Panowała opinia, że mięso zwierząt hodowanych w złych warunkach i zestresowanych jest mniej smaczne. Żywienie naszego wilka kartoflami z odrobiną omasty wynikało z biedy, nie z zasad ekologii. Biedny pies próbował polować na barany, ale wściekli górale gonili nas z kłonicami. Psu zawsze udawało się umknąć z pola widzenia. Wegetarianizm nie jest dobrym sposobem na rozwiązanie problemu cierpień zwierząt.
Powoływanie się na wartości chrześcijańskie uważam za nadużycie. Okrucieństwo wobec zwierząt nie przekłada się na miłość do ludzi i do Boga, pana wszelkiego stworzenia. Kto nie ma serca dla zwierząt, nie ma go też dla ludzi. Bywa i tak, że człowiek samotny, wykluczony i poraniony traci zaufanie do ludzi i szuka przyjaciół wśród zwierząt. Nie jest to powód, aby się z niego naigrywać i go potępiać.
Pytanie, czy bardziej kochacie ludzi czy żabki, nie ma żadnego sensu. Porównywać można wielkości mierzalne, np. wyniki sportowe, wyniki głosowania, ilość zgromadzonych pieniędzy. Teraz rankingi wkroczyły we wszystkie dziedziny życia, ponieważ są wygodne dla urzędników, biznesmenów i ideologów. Przeciwnicy demokracji, zwolennicy neoliberalizmu, a także konserwatyści tęskniący do społeczeństwa klasowego chcieliby cały świat, wszystkich ludzi, państwa i narody, idee i poglądy ułożyć według wartościującej hierarchii. Tak łatwiej ludźmi manipulować i bezpieczniej można ich wyzyskiwać.
Panuje moda na ogłaszanie najważniejszej dla Polski sprawy, taki marketing polityczny skierowany do wyborców, dla których tekst na Twitterze jest już za długi. Hasło „wolne konopie” przyniosło sukces Palikotowi. Ale przeważnie redukowanie poglądów do jednego lub kilku haseł ma jeszcze ukryty cel ideologiczny lub polityczny.
Prymas Glemp chciał oszczędzić władzy i zbuntowanemu społeczeństwu zbędnej jego zdaniem walki, więc od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego powtarzał „życie jest najważniejsze”. Nie jest to prawda, choć brzmi przekonująco. Nie szukając daleko, są jeszcze Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie można z tradycji Kościoła wykreślić świętych męczenników, ale udało się osłabić kult księdza Jerzego Popiełuszki, jako zbyt zaangażowanego politycznie.
Najważniejsza jest modlitwa – mówią katolicy, którzy nie chcą uczestniczyć w marszach 10. dnia każdego miesiąca, ponieważ mają one charakter polityczny. Nie ma powodu, aby temu zaprzeczać.
Teraz ze wszystkich stron słyszę, że najważniejsza jest rodzina. Jeśli rodzina będzie silna, kochająca się i wielodzietna, naród będzie rozwijał się pomyślnie. Anglicy taki zabieg propagandowy nazywają stawianiem wozu przed koniem. Jeśli społeczeństwo będzie słabe, zatomizowane, a państwo źle rządzone, rodzina nie ma większych szans. Żadne apele nie pomogą. Hasło „rodzina jest najważniejsza” nie kojarzy mi się dobrze. Przez cały okres komuny aż do teraz słyszę: „ja nie mogę się narażać, ja mam żonę i dzieci”.
Byliśmy niedawno w Czarnogórze i Albanii. Komunistom udało się dość skutecznie osłabić wszystkie religie, również islam, który teraz odbudowuje się dzięki wsparciu z zewnątrz. Natomiast tradycja zemsty rodowej przetrwała niemal nienaruszona. Więzi rodzinne, plemienne są pierwotne i trudno je wykorzenić. Rodzina to również nepotyzm, także mafia, np. sycylijska Cosa Nostra. W Polsce mafię utworzyły służby specjalne, pewnie to też rodzaj rodziny, w każdym razie prawo zemsty za zdradę działa tu bez przeszkód.
Natomiast niepokoi mnie, kiedy ludzie mówią, że rodzice kochający swoje dzieci zapewnią im wykształcenie, opiekę lekarską, wychowanie sportowe, wypoczynek, może jeszcze kupią mieszkanie. Rodzina zaopiekuje się seniorami, którym nie są potrzebne żadne emerytury. Wszystkie te funkcje rodzina spełni lepiej niż państwo – zapewniają moi rozmówcy – pod warunkiem, że państwo nie będzie grabić rodzin podatkami i zmuszać do ubezpieczeń. „To niesprawiedliwe, że muszę płacić wyższe podatki, żeby ktoś mógł posłać swoje dzieci na studia”.
Państwo opiekuńcze i prawa pracownicze atakowane są ze wszystkich stron, choć już niewiele praw i zasad wywalczonych ciężką i długą walką pozostało. Najgroźniejsze dla neoliberalnego porządku świata słowo „solidarność” zmieniło sens. Dla solidarności z Ameryką wzięliśmy udział w wojnach w Iraku i Afganistanie. Dla solidarności ze strefą euro ponosimy straty. Dla solidarnego wspierania światowego systemu finansowego rekompensujemy straty banków.
Dopiero teraz jest w pełni widoczne, jak niebezpieczna dla friedmanizmu była pierwsza „Solidarność”.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 22 sierpnia 2013 | nasze rozmowy
O problemach Polaków z zadłużeniem, lichwiarzami, parabankami, groźbą masowego przejmowania mieszkań, a także o zagrożeniach związanych z możliwością dalszej pauperyzacji społeczeństwa wskutek niekorzystnych zmian w systemie emerytalnym i polityce społecznej rozmawiamy z prof. Grażyną Ancyparowicz, naukowo zajmującą się problematyką finansową i systemami zabezpieczenia socjalnego.
***
Czym właściwie są parabanki?
Prof. Grażyna Ancyparowicz: Najkrócej możemy określić je mianem piramid finansowych, z tym że jedne z nich padają szybciej, a inne – wolniej. Instytucje te wykorzystują fakt, że Polacy słabo znają się na finansach, i pozyskują klientelę, obiecując złote góry. Stary jak kapitalizm pomysł opiera się na tym, że pobierane są pieniądze, a osoby, które są „na początku kolejki”, otrzymują środki, nieraz wysokie. Zaczyna tworzyć się sieć wpłacających, poprzez agentów lub klientów. Aby przedłużyć swoje istnienie, parabanki odwlekają w czasie moment wypłaty środków napływającym klientom.
Parabanki zazwyczaj nie mają pozwolenia na prowadzenie działalności finansowej, nie opierają się na aprobacie Komisji Nadzoru Finansowego, choć mogą legitymować się papierami o treści bardzo zbliżonej do prospektów emisyjnych i informacyjnych, jakimi posługują się instytucje podlegające dyrektywie o postępowaniu podmiotów finansowych, która wymusza np. ujawnianie ryzyka. Rzadko kiedy klienci interesują się jednak tą kwestią, nie uświadamiają sobie różnicy między zwykłą działalnością depozytowo-kredytową a tego typu instytucjami.
Czy tylko środki klientów dają zysk właścicielom tego typu instytucji?
G. A.: Tak zwane parabanki mają na ogół formę różnego typu funduszy inwestycyjnych, bo to potencjalnie najbardziej efektywny sposób na szybki zysk. Na przykład Amber Gold był specjalistycznym funduszem inwestycyjnym, nastawionym na grę na zwyżkach cen złota. Zwykle gdy uruchamia się tego typu przedsięwzięcie, bazuje się na grze na nieruchomościach, kruszcach, paliwach. Moment, w którym ich ceny idą w górę, jest szansą na zysk. Niejednokrotnie takie specjalistyczne fundusze mają charakter elitarny, nie są kierowane do „przeciętnego Kowalskiego”, ale adresowane do wyselekcjonowanego grona „konsumentów aspirujących”, aby potencjalny klient łatwiej poddał się „obróbce psychologicznej” – prawdopodobnie każdy chciałby być lepszy, niż jest.
Natomiast początki tego typu instytucji były w Polsce nieco inne. Lech Grobelny próbował sił z Bezpieczną Kasą Oszczędności, opartą na lokacie o rzekomo bardzo wysokim oprocentowaniu. Ale to był patent dobry na początek lat 90., związany z zamieszaniem czasu początków transformacji. Bazował na grze na nadwyżkę kursu dolara w odniesieniu do niskiej siły nabywczej złotówki.
Kiedy zaczyna się problem?
G. A.: Gdy ustają wpływy i/lub parabank staje się przedmiotem podejrzeń i ludzie masowo zaczynają się zgłaszać po swoje pieniądze. Nawet zwykłe instytucje finansowe mogą mieć w takim momencie kłopoty.
Co powoduje, że tego typu instytucje znajdują dla siebie miejsce w naszym życiu społeczno-gospodarczym?
G. A.: Jest to działalność bardzo lukratywna dla ludzi, którzy ją prowadzą. Jedna z afer, która miała miejsce w Polsce, pochłonęła 260 mln zł. A kary, które zostały orzeczone, wyniosły około 150 tys. zł na osobę. Taka niewspółmierność potencjalnych zysków i strat mówi wszystko.
To są kwestie niemal nieinteresujące mediów, opinię publiczną i konsumentów, choć na portalu KNF można znaleźć ostrzeżenia publiczne dotyczące parabanków, łącznie z karami finansowymi nałożonymi na ich właścicieli.
A co z instytucjami udzielającymi tzw. chwilówek?
G. A.: To firmy lichwiarskie, zwykle drobne, choć ich część jest strukturalnie powiązana z kapitałem globalnym, którego ojczyzną są przede wszystkim Stany Zjednoczone. Polska stanowi dla nich wciąż atrakcyjny rynek, szczególnie że u siebie natknęły się już na barierę popytową. Ich działanie, co do istoty, uważam za podobne do sposobu funkcjonowania lombardów, do których człowiek przychodzi, zastawia towar, otrzymuje odpowiednio niższą w stosunku do jego wartości kwotę i z reguły już nigdy nie odkupuje tego przedmiotu.
W przypadku chwilówek najistotniejsza jest kwestia braku zdolności kredytowej potencjalnych klientów i niemal zupełny brak alternatywy dla parabanków, ponieważ zasięg SKOK-ów jest bardzo skromny, a zaufanie do nich regularnie podważane w mediach głównego nurtu. Ludzie idą zatem do firm reklamujących się w mediach i „na słupach”.
Typowych lichwiarzy, w tym osób fizycznych prowadzących aktywność na podstawie zgłoszenia działalności gospodarczej, mamy – wedle Głównego Urzędu Statystycznego – około 3 tys. Takie osoby zapisały się do sekcji „K”, gdzie mamy pośrednictwo finansowe i nikt nie analizuje, skąd i jakie mają pieniądze, na jakich zasadach prowadzą działalność. Jako otwartą stawiam kwestię, czy mają one powiązania ze światem przestępczym. W końcu niespłacenie długów na czas nie jest tutaj ścigane na drodze sądowej, ale innymi metodami, także przy pomocy „środków przymusu bezpośredniego”.
Zarabia się tylko na wysokim procencie?
G. A.: Nie. Zacznijmy od tego, że firmy udzielające chwilówek nie są typowymi instytucjami depozytowo-kredytowymi, bo one nie przyjmują depozytów, nie zarabiają na lokatach swoich klientów itp. Zarówno drobni lichwiarze, jak i potentaci rynku chwilówek mają lepszy interes do zrobienia niż ściąganie nawet lichwiarsko oprocentowanej gotówki – ten poziom to dopiero przygotowanie gruntu pod o wiele bardziej intratną operację. Rzecz w przejmowaniu majątków, czasem naprawdę dużych (nierzadko dorobku kilku pokoleń) w ramach odzyskiwania przez lichwiarzy stosunkowo niewielkich należności. Polskie prawo zezwala na zabezpieczenie dowolnej nieruchomości nawet dla kwot znacznie niższych od jej wartości.
Bardzo częstym zabezpieczeniem dla takich nieszczęśników, którzy decydują się na chwilówki, są mieszkania. Jeśli utrzymają się negatywne tendencje społeczno-gospodarcze, to wzrośnie liczba ludzi wywłaszczanych z mieszkań. Grunty są bardzo drogie, zwłaszcza te atrakcyjnie położone. Obecnie jeśli deweloper chce pozyskać teren, musi np. wywłaszczyć ludzi za odszkodowaniem. Tymczasem firmy lichwiarskie są świetnym narzędziem do uzyskiwania mieszkań, a pośrednio gruntów od ludzi pogrążonych w długach.
Brzmi to strasznie…
G. A.: Spirala długów to doskonała droga do przejmowania mieszkań, a mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, gdy ludzie z powodu 10 tys. złotych, które byli winni, tracili domy. Takiemu procederowi będą sprzyjały nieprzyjazny pracownikowi rynek pracy, wysokie bezrobocie, grożące nam głodowe emerytury i kwestie społeczne związane z niżem demograficznym, w tym coraz częstsza samotność osób starszych, które będą musiały coraz powszechniej decydować się na domy opieki, które przecież nie działają charytatywnie. Dodam do tego, eufemistycznie mówiąc, brak ochrony ze strony prawa dla zwykłych obywateli, dużą liczbę pomyłek komorniczych czy pomyłek Izby Skarbowej. Gdyby istniała po temu wola ze strony władnych instytucji, bardzo łatwo można byłoby ustalić, jaka jest relacja między sumą zadłużenia a windykacją należności. Sądzę, że proces ten nasili się po 2020 r., gdy emerytury znacznie się zmniejszą.
Mamy do czynienia z różnymi, nakładającymi się na siebie problemami: słaba świadomość ekonomiczna Polaków, rozbuchane nastroje konsumpcyjne społeczeństwa „na dorobku”.
G. A.: Szczególnie ci, którzy podejmują jakieś świadome ryzyko finansowe, choćby grając na giełdzie, uczeni są dziś inżynierii kapitałowej, która przekonuje, że zawsze i wszędzie można wyjść na swoje, trzeba tylko zastosować odpowiednią metodę. To są oczywiście brednie, bo system finansowy z uwagi na ograniczoność środków nie może dawać gratyfikacji każdemu. Małe rybki naiwnie wierzą, że grają na tych samych zasadach co grube ryby.
Do tego dochodzi brak świadomości ryzyka, jakie się podejmuje. Bardzo dużo ludzi żyje ponad stan, jest to jakoś skorelowane z dochodami, ale wydatki w takiej sytuacji wyprzedzają bieżące możliwości konsumenta. Znakomitym przykładem były karty kredytowe, zanim banki nie połapały się, że niezbyt się im to opłaca, bo odnotowały straty. Ale właśnie legalnie działające banki musiały zmienić swoją „politykę chciwości”, choćby dlatego, że nie mogły natychmiastowo ściągnąć należności, np. w postaci szybkiego wywłaszczenia z nieruchomości czy mieszkania, bo procedury na to nie pozwalają. Jak wiadomo, mieliśmy do czynienia z właścicielami wielu kart, z których za pomocą jednej spłacano drugą. Brak odpowiedniej polityki informacyjnej o rzeczywistym zadłużeniu klientów temu sprzyjał.
Ale problemem są także „sytuacje przymusowe”…
G. A.: Jeśli mamy w rodzinie na przykład kogoś chorego i chcemy go ratować kosztownym zabiegiem czy terapią, chwilówki wydają się wielu osobom jedyną szansą. Nie mówię o przypadkach, które powodują jakąś reakcję społeczną, budzą oddźwięk odpowiednich fundacji, zyskują oprawę medialną. Bardzo wielu ludzi nie ma szans, by w ten sposób uzyskać środki na leczenie. Trudne sytuacje życiowe tak naprawdę rzadko są na tyle spektakularne, żeby zainteresowali się nimi możni darczyńcy. Gdy zatem przytrafi się trudna sytuacja losowa, a na systemową pomoc państwa nie ma co liczyć, ludzie biorą chwilówkę, pocieszając się myślą, że uda się ją spłacić. A jak wiadomo, 1/3 społeczeństwa w ogóle nie ma oszczędności, a pozostali z reguły dysponują środkami równymi wysokości kwartalnych, góra półrocznych zarobków. Rzadko kto zarabia u nas tyle, by odłożyć kwotę, która pomoże mu przetrwać np. rok. Ludzie stają osamotnieni wobec większych i mniejszych instytucji finansowych – to jest także odpowiedzialność niesprawnego państwa, które programowo prowadzi tak nieudolną politykę społeczno-gospodarczą.
Jak wynika z najnowszego raportu „Windykacja”, opracowanego przez Grupę KRUK, największą firmę obsługującą zadłużenia w Polsce, statystyczny dłużnik to mężczyzna w wieku ok. 45 lat, zadłużony na ponad 5 tys. zł… Czy istnieją inne analizy zadłużenia?
G. A.: Co kwartał Biuro Informacji GospodarczejInfoMonitor publikuje raport InfoDług, który pokazuje, ilu jest dłużników, jaka jest ich struktura, gdzie są największe skupiska zadłużenia. Już na tej podstawie można się zorientować, że tendencja jest mocno wzrostowa. Ale tam, gdzie mamy do czynienia z wywłaszczaniem Polaków, w ogóle brak informacji, bo nikt nie jest zainteresowany jej upublicznianiem. Sądzę, że to scheda po początkowym okresie transformacji, wręcz zacieranie śladów, bo gdyby można było zebrać rzetelne informacje nie tylko o wielkich aferach finansowych, ale o wywłaszczeniach, które dotknęły wielu przeciętnych obywateli, uzyskalibyśmy bardzo gorzką prawdę o ciemnej stronie zmiany ustrojowej.
Tutaj pojawia się znacznie szersza kwestia, opisywana choćby przez prof. Witolda Kieżuna: celem transformacji było odtworzenie klasy kapitalistów. A to mogło się dokonać jedynie sposobem właściwym dla czasów pierwotnej akumulacji kapitału, czyli za sprawą przywilejów, jakie władcy dają ściśle określonej grupie beneficjentów. To wiąże się także z pozbawianiem zwykłych ludzi majątku i praw do majątku, wypracowanego jeszcze w latach PRL. Miliardowe i milionowe majątki gromadzone są kosztem rzeszy przeciętnych obywateli.
Być może jednym z ostatnich akordów tego wywłaszczenia jest sprawa ogródków działkowych, wobec których rosną zakusy polityczne i biznesowe. Pozwolę sobie jednak wrócić do statystyk i struktury zadłużenia…
G. A.: Jeśli idzie o dłużników, którzy nie spłacają zaciągniętych kredytów, to średnio rzecz biorąc, są to czterdziestolatkowie. Geograficznie przodują dwa województwa: mazowieckie i śląskie. Możemy także pokazać strukturę zadłużenia w odniesieniu do instrumentów – wtedy najbardziej zadłużeni okazują się posiadacze kart kredytowych. W ogóle mamy około 40 mld długów, a 2,5 mln ludzi jest obecnie wykluczonych finansowo ze względu na obciążenie niespłaconym zobowiązaniem finansowym, w większości długiem w bankach. Trudno jednak powiedzieć, ilu Polaków przez lata zostało np. pozbawionych majątku, bo gdy dochodzi do egzekucji, taka osoba znika z ewidencji dłużników. Proszę jednak zwrócić uwagę, że jeśli ktoś zostaje klientem firmy udzielającej chwilówek i w ten sposób spłaci inne roszczenie, to owszem, znika z listy oficjalnych dłużników, ale popada w jeszcze większe tarapaty.
Mówimy o (skromnym na ogół) portfelu Polaków. Jego część stanowią także wspominane już przez Panią emerytury. Polacy są wątpliwym beneficjentem systemu emerytury kapitałowej…
G. A.: Byt Otwartych Funduszy Emerytalnych, które traktuję jak piramidę finansową sankcjonowaną przez państwo, zależy od przymusowych składek klientów. Wycofanie tych wymuszonych ustawowo środków byłoby dla nich znacznym ciosem. Oczywiście, byłoby to rozłożone w czasie, gdyż od lat zbiera się środki od 16 mln obywateli, a wypłaca trzem tysiącom osób bardzo niewielkie kwoty.
W każdym razie uważam, że jedną z grup najbardziej narażonych na działanie instytucji lichwiarskich będą na dłuższą metę emeryci i renciści oraz ich rodziny, jeśli weźmiemy pod uwagę zagrożenie „niekonwencjonalnymi” sposobami odzyskiwania długów. Mówimy o siedmiu milionach ludzi, emerytów i rencistów, którzy potrzebują środków nie tylko na utrzymanie, ale także na leki czy profesjonalną pomoc. Przypomnę, że przeciętna emerytura w Polsce to obecnie 1700 zł brutto, według starego klucza. Ale już od początku przyszłego roku te reguły się zmienią i stopniowo emerytura zacznie się zmniejszać: dotyczy to osób urodzonych po 1 stycznia 1954 r. Dojdziemy do pułapu 700-800 zł miesięcznie na rękę, a emerytów z takimi dochodami będzie przybywało po 50 tys. rocznie. Za takie pieniądze nikt nie utrzyma mieszkania, o ile w ogóle utrzyma się przy życiu. To jest klęska humanitarna, cywilizacyjna, wreszcie gospodarcza, bo ci ludzie przecież idą codziennie do sklepów i kupują żywność czy odzież. I tak zmierzamy do odtworzenia najgorszych cech społeczno-gospodarczych z czasów II Rzeczpospolitej, z morzem nędzy i wysepkami luksusu.
Ponadto jest to prosta droga do wywłaszczenia kolejnych setek tysięcy polskich obywateli. Takie osoby nierzadko dysponują pewnym wypracowanym majątkiem, choćby mieszkaniami, które będą łakomym kąskiem dla lichwiarzy. Dodam, że już teraz bardzo szeroko reklamuje się odwróconą hipotekę, a nie mamy dziś jeszcze żadnych regulacji w tym względzie i nadzoru nad firmami, które się tym zajmują.
Jak to może wyglądać w praktyce?
G. A.: Tworzy się już dziś spółki, choćby jako filie przy instytucjach finansowych – od banków przez fundusze inwestycyjne – które działają bez żadnego zabezpieczenia, bez żadnej licencji, na zasadzie zgłoszenia działalności gospodarczej. Oferują one klientom pożyczki, podsuwając dokument, który w razie jej niespłacenia przenosi własność nieruchomości na tę instytucję. Część z firm oferuje rozłożenie tej pożyczki na raty, 300-500 zł.
Przyjmijmy, że taką transakcję może zawrzeć osoba, która ma 65 lat i tytuł do nieruchomości, choćby mieszkania. Uzyskuje ona w ten sposób regularny, comiesięczny dodatek do emerytury, wynoszącej – powiedzmy – 900 zł. A wszystkie środki i tak będą z kolei przeznaczane na opłacenie miejsca w domu opieki społecznej.
Kto wyceni takie mieszkanie?
G. A.: Rzecz w tym, że – przynajmniej w tym momencie – nie mamy odpowiedniej ustawy. Takie instytucje mogą zaproponować dowolną kwotę, tłumacząc to choćby tym, że wycena idzie w ich koszty, oprocentowanie pożyczki także idzie w ich koszty, ubezpieczenie nieruchomości – również w ich koszty. Do tego prowizje, marże. Ludzie będą wyprzedawali mieszkania po znacznie zaniżonej cenie, nieraz kompletnie osamotnieni, pod presją obcych, zmuszeni jakoś przeżyć. A przypominam, że emerytura jeszcze się obniży. Wybór będzie prosty: czy zadłużać się, czekać na egzekucję komorniczą i wyrzucenie z zadłużonego mieszkania, czy je odstąpić po zaniżonej cenie.
Ale nabywcom nie chodzi o samo mieszkanie, bo ten rynek jest dość słaby i lepiej już raczej nie będzie. Idzie o grunt, bo ludzie starsi zazwyczaj mieszkają w starych dzielnicach, blisko centrum. A ziemia w centrum wielkich miast jest droższa. Zamiast wysiedlenia – oferty nowego mieszkania z dala od centrum. Będzie można żerować na tym, że ludzie nie będą mieli z czego utrzymać tych nieruchomości. To jest stary patent, znany nawet laikom, bo eksploatowany w amerykańskich filmach sensacyjnych. Budynki następnie będą wyburzane pod nowe inwestycje.
Czy mamy szanse na zmianę negatywnych trendów polityki społecznej?
G. A.: Jeśli myślimy w tym kontekście o zmianie jednej partii u władzy na drugą, to nie jestem zbytnią optymistką. Chciałabym, żeby to zostało wyraźnie powiedziane: jednym z najgorszych ministrów jeśli chodzi o politykę społeczną w rządzie Prawa i Sprawiedliwości była Zyta Gilowska. Nie zlikwidowała OFE, choć powinna mieć świadomość, że to znaczne obciążenie społeczne i budżetowe. Ponadto znacznie przyspieszyła proces pogłębiania deficytu finansów publicznych. Mówię przede wszystkim o obniżeniu składki rentowej, z czego żaden zwykły Polak nie osiągnął nawet najmniejszej korzyści. Była to, owszem, korzyść dla pracodawców, którzy zdecydowanie nie powinni narzekać na rzekomo wysokie koszty pracy w Polsce. To ponoć znacznie poprawiło naszą koniunkturę gospodarczą, co nie jest prawdą, ponieważ to wówczas zaczynał się kryzys i 2007 r. był czasem rekordowej ucieczki kapitału z krajów zagrożonych, takich jak Hiszpania czy Portugalia, do Polski. Stąd PiS, choć dziś zmienił retorykę, powinien przypomnieć sobie właśnie czas, gdy na czele Ministerstwa Finansów stała pani Gilowska.
Dodatkowo wszystko wskazuje, że jeśli utrzymamy OFE lub większość ludzi się z niego nie wypisze, o ile przestanie być przymusowy, to Polska nie opanuje deficytu budżetowego i będzie on rósł. A realne jest obecnie wprowadzenie procedury nadmiernego deficytu. Wówczas zrobione zostanie to, co w Grecji, Portugalii, Hiszpanii i częściowo we Włoszech, czyli ograniczenie wydatków budżetowych. Obsługi zadłużenia ograniczyć się nie da, a już dziś wszystkie wpływy z PIT idą na ten cel. Zostają nam do cięcia tylko wydatki socjalne, czyli 14 miliardów na KRUS dla około półtora miliona ludzi, a emerytury wynoszą w tym systemie 600-800 zł.
Druga rzecz to odebranie uprawnień nabytych, także tym, którzy mają już emerytury. Nie dotknie to jednak tych, którzy są w systemie zaopatrzeniowym, czyli sędziów, prokuratorów, resortów siłowych. Ale dotknie zwykłych ludzi, którzy pracowali przez 40 lat, cały czas płacili składki, i to niejednokrotnie nie z jednej pracy: obniżone zostaną zatem emerytury, które dotychczas pozwalały na samodzielną egzystencję części ludzi starszych. Dotknie to także dzieci, które mają renty po rodzicach, oraz wdowy. Jak widać, to wszystko się kumuluje i sprzyja dalszemu zadłużeniu społeczeństwa. A ponadto jeśli wykluczymy z rynku kolejne miliony konsumentów, właśnie tych starych ludzi, to będzie to miało realne, negatywne skutki dla naszej drobnej przedsiębiorczości, której liczba sięga czterech milionów rodzinnych firm. A to przecież kolejne zagrożenie miejsc pracy i znaczne ryzyko utraty źródła utrzymania dla następnych Polaków.
Prosta droga do narastania przestępczości – to także dobrze znany mechanizm.
G. A.: Rzeczywiście, grozi nam staczanie się w przestępczość, w czarną strefę, bo ludzie muszą z czegoś żyć. Wzrost ubóstwa bardzo temu sprzyja. Młodzi, zdrowi, operatywni będą szukali w ten sposób środków utrzymania, będą stanowili narybek dla przestępczości zorganizowanej. W przypadku kobiet wzrasta zagrożenie prostytucją. A przy okazji czerpanie dochodów z działalności przestępczej, z szulerni, z nierządu, z produkcji i dystrybucji narkotyków wymaga prania brudnych pieniędzy. Znamy to już dziś, nie tylko z dużych miast: działalność quasi-usługowa, luksusowe sklepy, restauracje. Eurostat wycenia czarną strefę na 30 proc. polskiego PKB. Legalizowanie tych środków wiąże się z wciągnięciem w proceder środowisk biznesowych, a nawet giełdy. Przenika to także do świata polityki, administracji publicznej, legislacji. Moja prognoza dla Polski jest bardzo pesymistyczna.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, Warszawa, 9 sierpnia 2013 r.
przez Jarosław Górski | wtorek 20 sierpnia 2013 | opinie
Ludowe baśnie zawsze kłamią. Kłamią, bo kończą się w takim momencie, w którym bohaterowie tylko pozornie dają sobie radę ze swoimi problemami, a tak naprawdę dopiero wdeptują w prawdziwe kłopoty. Baśń kończy się, gdy Kopciuszek zwraca uwagę królewicza i wychodzi za niego za mąż. Albo kiedy szewczyk zabija smoka i w zamian dostaje za żonę królewnę i we władanie pół królestwa. Dalsze losy bohaterów baśń załatwia zdawkowym „i żyli długo i szczęśliwie”, chociaż ci, którzy baśnie swoim dzieciom opowiadają, sami raczej osobiście nie znają żadnego prostaczka, który by posiadł królewnę, i wiedzą, że królewicz może mieć czasem ochotę na jakiegoś kopciuszka, ale raczej nie będzie planował z nim długiego życia. Baśń obiecuje wspaniałą nagrodę za naśladowanie ukazywanych w niej postaw i zachowań. Oczywiście takiej nagrody niemal żaden realny naśladowca Kopciuszka czy szewczyka nie otrzymuje. Jest to dowodem na to, że stara się za słabo, że coś z nim jest nie tak.
Kiedy baśń zaczyna kłamać
Niedawno nasze media oraz blogosfera zachwycały się pomysłem Kariny Gos, która wymyśliła niebanalny sposób na zdobycie posady copywriterki. Sprawę opisał m.in. Michał Wąsowski z portalu NaTemat w entuzjastycznym tonie i pod wiele mówiącym tytułem „Młodzi, przestańcie narzekać na brak pracy. Weźcie przykład z Kariny i jej genialnej akcji na Foursquare”. Młodzi są roszczeniowi, bierni i nie umieją skonstruować CV – wynika z tekstu Wąsowskiego. Tymczasem przypadek Kariny Gos pokazuje, że „wystarczyło ruszyć głową, trochę popracować nad formą i praca w zasadzie sama do niej przyszła – młoda kobieta już po 18 dniach od rozpoczęcia akcji dostała propozycję od firmy VML, którą kieruje Michał Wolniak. VML to jedna z największych światowych agencji kreatywnych”.
Pani Karinie Gos tą drogą serdecznie gratuluję zdobycia posady, panu Michałowi Wolniakowi gratuluję zatrudnienia zdolnej pracownicy. Redaktorowi Wąsowskiemu gratuluję talentów opowiadacza baśni. Bo jego tekst jest niczym innym jak baśnią. Gdyby miał być tekstem dziennikarskim albo choćby poradnikiem poszukiwania pracy, moglibyśmy spodziewać się po nim odpowiedzi na takie, istotne chyba dla osób pragnących skorzystać z przykładu, pytania: Jakie były wcześniejsze profesjonalne doświadczenia pani Gos? Skąd brała ona środki na utrzymanie w czasie absorbującej akcji na Foursquare? Czy odbyła jakieś rozmowy z przyszłym pracodawcą, zanim podpisała z nim umowę? O co była pytana? Jakie umiejętności i kompetencje zainteresowały pracodawcę oprócz wrażenia wywołanego genialną akcją na Foursquare? Jakie warunki pracy zaproponował pracodawca? Jaki zaproponował typ umowy i jaką płacę? Czy pani Gos przyjęła warunki od razu, czy zaproponowała swoje? Czy będzie mogła się z tej pracy samodzielnie utrzymać? Jak się pracuje w firmie prezesa Wolniaka? Na czym polega praca? Czego pracownica będzie musiała się douczyć, aby utrzymać posadę? Czy pracownica i pracodawca są zadowoleni ze współpracy? No i oczywiście warto byłoby odczekać jakiś czas, aby zorientować się, czy pracownica utrzyma posadę, a pracodawca – pracownicę. Historia urwana w najciekawszym momencie nie ma żadnego waloru poznawczego, jest po prostu baśnią.
Opowieść o znakomitym pomyśle i sukcesie Kariny Gos jest oczywiście oparta na prawdziwej historii, ale zaczyna kłamać, gdy próbuje nawoływać innych do brania z niej przykładu; kiedy próbuje się bohaterkę przeciwstawiać tym, którzy pracy nie znaleźli. Wśród niezliczonych młodych ludzi szukających pracy z pewnością znajdą się i tacy, którym sukces (polegający – przypomnijmy – na samym otrzymaniu zatrudnienia, o dalszym ciągu oraz o wszelakich komplikacjach baśń powinna milczeć) zapewniło CV z dołączonym zdjęciem w bardzo skąpym bikini albo z nagim torsem kulturysty. I ci, którzy pracę uzyskali dzięki takiemu (przyznajmy, o wiele mniej wyrafinowanemu i eleganckiemu niż pani Gos) pomysłowi, również mogą odczuwać wielką chęć udzielenia już nie czytelnikom, ale przynajmniej znajomym porad i podzielenia się własnym doświadczeniem. A że pomysł w innym wypadku nie zadziała? Cóż, będzie to po prostu dowód na to, że nie wszyscy równie dobrze prezentują się w bikini lub z naprężonym nagim torsem. W każdym razie wyśmiewane przez korporacyjnych specjalistów od (przepraszam za wyrażenie) zarządzania zasobami ludzkimi zwyczaje aplikantów rozsyłających wzmacniane różnymi ekscentrycznymi pomysłami CV mogą mieć swoje racjonalne jądro, mogą właśnie wynikać z brania przykładu z kogoś, o którym ktoś słyszał, że kiedyś mu się udało.
Jak Wańka rozbawił cara
Artykuł o sukcesie młodej kreatywnej poszukiwaczki pracy wzmacnia ramka z opowieścią, jak to niegdyś staż uzyskała dzisiejsza zastępczyni redaktorki naczelnej „Przekroju”, Hanna Rydlewska: „Zachowałyśmy się dosyć bezczelnie, bo na recepcji powiedziałyśmy, że jesteśmy umówione z redaktor naczelną. Oczywiście nie byłyśmy. Zostałyśmy doprowadzone przed oblicze Zuzy Ziomeckiej, która na szczęście jest osobą otwartą na takie sytuacje. Zamiast pokazać nam drzwi, zadała kilka pytań. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że zaproponowała nam staż”. Ta historia oczywiście także jest baśnią, bo nie znamy ani jej dalszego ciągu, ani rewersu. Nie opublikujemy przecież o wiele liczniejszych opowieści o tym, jak podobne sposoby poszukiwania pracy skończyły się dla aplikantów zrzuceniem ze schodów lub przynajmniej obsobaczeniem przez szefów mniej otwartych na takie sytuacje. Nie dowiemy się też nigdy, czy obecne, wciąż dołujące wyniki sprzedaży „Przekroju” mają jakiś związek z tym, że jego naczelna dobiera sobie współpracowników na zasadzie otwartości na różne sytuacje.
Baśnie opowiadane przez panie Gos i Rydlewską mają jeden wspólny element, zresztą występujący bardzo często w podaniach ludowych przekazujących życiową mądrość feudalnej proweniencji. Aby osiągnąć sukces, należy po prostu spodobać się temu, kto z łaski swojej udziela dóbr i zaszczytów. Rzadko ma to związek z jakimiś wypracowanymi umiejętnościami, częściej z cechami przyrodzonymi, takimi jak uroda, śmiałość, spryt i przebiegłość. Kopciuszek musi się więc spodobać królewiczowi, głupi Wańka zostanie koniuszym, kiedy rozbawi znudzonego cara. W opowieściach o sukcesie pań Gos i Rydlewskiej ten element – spodobania się pracodawcy-suwerenowi – jest kluczowy, choć oczywiście może być nieprawdziwy. W cieniu pozostają takie kwestie jak rzeczywiste umiejętności obu pań, ich zdolność skupienia się na mało spektakularnej, codziennej pracy, doświadczenie, wykształcenie itp. Oczywiście każda z nich z pewnością te umiejętności posiada, ale w przedstawionych opowieściach rzucamy światło tylko na ten moment, w którym aplikant spodobał się władcy.
Nasze media pełne są narzekań, że uczniowie i studenci migają się od nauki, że młodzi pracownicy wymigują się od roboty, próbując jak najwięcej zwalić na innych, a przy okazji zrobić dobre wrażenie. Ale może takie postawy mają swoje racjonalne jądro i wynikają z płynącej między innymi z takich baśni ludowej mądrości mówiącej tyle, że w pracy nie sama praca jest najważniejsza, ale po pierwsze jej odpowiednio spektakularne zdobycie, a po drugie umiejętne zrobienie wrażenia na decydujących o jej udzieleniu ważnych osobach. Można tego dokonać uroczą bezczelnością, można pieczołowitym wydreptywaniem odpowiednich ścieżek i dokumentowaniem tego przy pomocy nowoczesnych aplikacji, byle spodobać się księciu, byle rozbawić znudzonego cara. Najważniejsze w życiu jest sprawianie dobrego wrażenia na tych, którzy udzielają łask: decydują o przyjęciu do pracy mającej status deficytowego dobra pracy, a także o kwocie płacy mającej status dobra jeszcze bardziej deficytowego. A najsmutniejsze jest to, że taka postawa ma również swoje racjonalno-irracjonalne jądro.
Bo oczywiście gadanie o tym, że kapitalizm jest zawsze racjonalny, a ludzie zarządzający prywatnymi przedsiębiorstwami kierują się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, ma się nijak do rzeczywistości. Bardzo wielu pracodawców przypomina klientów restauracji, którzy skoro wydali na obiad pieniądze, nie mogą sobie odmówić poniżenia kelnera, mimo iż doskonale wiedzą, że on za to napluje im do zupy lub zamiesza kawusię palcem umoczonym w pewnej niewymownej czeluści. Potrzeba poczucia władzy, dominacji czy bycia świetnym gościem jest dla nich warta każdych pieniędzy i każdej straty. Jedni z nich będą tę potrzebę realizowali poniżając swoich pracowników, inni odbierając od nich pożądane zachowania. Wcale nierzadkie są takie, z ekonomicznego punktu widzenia irracjonalne, przypadki, kiedy właściciel lub zarządzający z sobie tylko znanych powodów prześladuje i w końcu pozbywa się pracownika przynoszącego firmie największe korzyści, a hołubi takiego, który co prawda niewiele robi, ale potrafi zaaranżować sytuację, na którą szef jest otwarty, sprawić, że poczuje się miło. I oczywiście bardzo wielu młodych (i nie tylko młodych) ludzi zdaje sobie z tego sprawę, a czytane w mediach baśnie jeszcze to przekonanie wzmacniają.
Praca i posada
To właśnie jest racjonalne, iż ludzie przekonani o tym, że pożądane skutki przynosi robienie wrażenia na pracodawcy, a nie sama praca, przestają przykładać się do pracy, a przykładają się do robienia wrażenia. Jeśli ktoś jest bez pracy przez wiele miesięcy albo też całymi latami stażuje i skacze od jednego dorywczego zajęcia do drugiego, nie ma możliwości doskonalenia się w pracy. Tym bardziej będzie on skłonny przypisywać swoje niepowodzenia temu, że robi nie dość dobre wrażenie, i tym bardziej będzie skłonny pracować nad tym wrażeniem. I jeśli usłyszy baśń, jak to Karina Gos zrobiła wrażenie na prezesie Wolniaku, opowieść w stosownym momencie urwaną i zakończoną domyślnym „i żyli długo i szczęśliwie”, zacznie raczej po swojemu naśladować „genialne akcje”, niż doskonalić inne umiejętności.
Można się domyślić, jakie społeczne skutki może przynieść albo już przynosi takie zjawisko. Wpojone przekonania i utrwalone podczas jałowych poszukiwań odruchy dadzą o sobie znać, kiedy posada już zostanie zdobyta. Oczywiście pracownik przekonany o tym, że wartość ma zdobycie i utrzymanie miejsca zatrudnienia, a nie sama praca, także będzie pracował, także wytworzy jakąś wartość dodaną, dzięki której zadowoli szefa-suwerena. Ale czy będzie twórczy, skłonny do doskonalenia efektów własnych działań, nawet gdy jego wizja przekracza wizję suwerena i kiedy twórczość niesie ryzyko wypadnięcia z łask? Czy technologiczne zapóźnienie naszego kraju, jego niska innowacyjność, wizualna brzydota i banalność, wtórność idei czy choćby – przepraszam prezesa Wolniaka, który jest tutaj skojarzeniodawcą, a nie adresatem przykładu – budzący zażenowanie poziom polskich reklam atakujących zewsząd każdego z nas – nie wynikają w jakimś stopniu z tego, że ludzie tak dużo troski, energii i wysiłku poświęcają zdobyciu i utrzymaniu zatrudnienia, a tak mało samej pracy?
Zakończona wezwaniem do naśladowania baśń o genialnym pomyśle młodej aplikantki niesie przede wszystkim takie przesłanie, że klęska w staraniach o pracę świadczy o niskiej osobistej jakości starającego się. O jego braku pożądanych cech takich jak kreatywność, odwaga, zdecydowanie i co tam jeszcze. Sugeruje, że osoba delikatna, o odmiennym niż proponowane poczuciu godności, która nie jest skłonna narazić się na śmieszność i zniewagę, na wyprowadzenie przez ochronę z biura naczelnej czy w końcu na tygodnie wydreptywania ścieżek i informowania o tym potencjalnych pracodawców, powinna się całkowicie i radykalnie zmienić. Nie ma tu nic do rzeczy fakt, że taka delikatna i godna osoba mogłaby być znakomitym pracownikiem. To nieważne, gdyż baśń mówiąca o poszukiwaniu pracy ceni posadę, a nie pracę.
Kwestia godności
Świetnie ujęła takie sugestie i oczekiwania w swoim emocjonalnym blogowym wpisie rówieśniczka Kariny Gos, Sandra Borowiecka: „Młodzi, zacznijcie trenować boks. Zapiszcie się na karate, czy inne sztuki walki. Stańcie się przebiegli jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Sprawni Jak Chuck Norris, który nie szukałby pracy, bo to praca szukałaby jego. Bądźcie jak MacGyver, gotowi do otwierania drzwi biura szefa szpilką, do wskakiwania przez zamknięte okna, do czołgania się kanałami wentylacyjnymi. Musicie być kreatywni, czujni, szukać tam, gdzie inni nie szukają, przechodzić po ciałach tych co zdechli jak psy, leżąc na ulicach z lupami w dłoniach szukając tej jedynej, wyśnionej pracy. Bądźcie bezwzględni i czochrajcie szefa, gdy tylko nadarzy się okazja. Wrzućcie do internetu wszystko, co tylko możecie, zdjęcia majtek czystych i brudnych, swoich i czyichś. Proście o polubienia, o kliknięcia, o wyświetlenia. Pozbądźcie się złudzeń o doświadczeniu i wiedzy, zastąpcie je kreatywnością – tylko tak macie szanse, by zaistnieć na rynku pracy”.
Oczywiście sugerowanie ludziom poszukującym pracy całościowej zmiany samych siebie prowadzi wprost do pozbawienia ich godności, i to takiego, które oni sami uwewnętrznią. Człowiek pracujący lub starający się o pracę na mocy kontraktu z pracodawcą powierza mu jeden z najistotniejszych aspektów swojego życia: pracę. Ale nie powierza siebie. I na mocy kontraktu pozwala pracodawcy oceniać swoją pracę, ale nie siebie. To dla godności człowieka bardzo istotne, żeby wiedział, iż oceniana jest jego praca, względnie jego potencjał pracownika, ale nie on sam. Żeby mógł rozgraniczyć role, w których występuje: pracownika, który swoją pracę komuś sprzedaje, oraz siebie – osoby, której niezależnie od okoliczności nikomu nie wolno zmieniać, łamać, naginać.
A baśnie opowiadane przez redaktora Wąsowskiego i jego kolegów nastawione są na coś zgoła przeciwnego: takie złamanie przekonań i charakterów młodych ludzi, żeby rzeczywiście uwierzyli oni w to, że bezskuteczność starań zmierzających do zdobycia pracy świadczy o ich całościowo niskiej wartości. A ludzie o tym przekonani zgodzą się w końcu na każde warunki pracy, aby tylko uniknąć ostatecznego poniżenia, i jeszcze zaczną głosić peany na cześć pracodawcy. Tak jak kandydatka na Kopciuszka odrzucona przez kolejnych królewiczów wyjdzie w końcu za szewca-pijanicę, brutala i brudasa. I – mimo nienawiści – wobec sąsiadów zacznie go nazywać swoim księciem.
przez Jarosław Ogrodowski | niedziela 11 sierpnia 2013 | opinie
Jedną z moich ulubionych płyt jest „Time” grupy Electric Light Orchestra, wydana w roku 1981. To koncept-album opowiadający historię człowieka, który został przeniesiony do roku 2095 i próbuje odnaleźć się w tak zmienionej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że przewidywania i wizje ukazane na tych nagraniach zmaterializowały się znacznie wcześniej i już teraz, w 2013, część z nich jest całkowicie realna.
Nasz podróżnik w czasie, wyrwany „ze starych dobrych lat 80.” (swoją drogą to zdanie bardzo dużo mówi o jego pozycji klasowej), tęskniąc za swoją ukochaną, ma w domu jej idealną cybernetyczną kopię. Oprócz tego, że dokładnie odwzorowuje ona wygląd osoby oraz stara się naśladować jej realne zachowanie, co wychodzi jej zresztą dość kiepsko, jest także… telefonem. Brzmi znajomo? Pewnie! Kto z nas nie ma w kieszeni podręcznej maszyny z Androidem, dostosowanej, przepraszam, spersonalizowanej pod siebie? Maszyny, która już dawno przestała być tylko telefonem, ale stała się czymś o wiele, wiele więcej?
Czym tak naprawdę jest nasz smartfon, możemy się przekonać, gdy spróbujemy pozbawić go którejś z podstawowych funkcjonalności. Mój, zakupiony w sklepie, już miał w sobie zaszytą aplikację obsługującą Facebooka, a pierwszą rzeczą, o jaką zapytał po włączeniu i ustawieniu języka, była synchronizacja z kontem Gmail, oczywiście po to, aby uzyskać pełną funkcjonalność. Zrobiłem to i, no właśnie, co ja tak naprawdę zrobiłem?
Żeby się tego dowiedzieć, musimy sięgnąć do standardowych, bardzo długich formułek, których przeczytania (i zaakceptowania) wymaga od nas każda aplikacja przed zainstalowaniem. Jest tam lista uprawnień, które przyznajemy poszczególnym aplikacjom. Standardowo zarówno Facebook, jak i Gmail proszą o dostęp do danych o naszych kontaktach i o ich edycji. Możemy się oczywiście nie zgodzić, ale wtedy aplikacja nie będzie działała. Akceptujemy więc i cieszymy się ich używaniem, a jednym kliknięciem wysłaliśmy dwóm wielkim korporacjom całą listę naszych kontaktów. I nie tylko, bo te aplikacje bardzo często pytają również o naszą lokalizację.
Przenosząc się z telefonu na telefon, najbardziej nie lubiłem przyklepywania kontaktów. Jasne, mogłem je zapisać na karcie SIM, ale miała ona możliwość zapisywania danych o określonej liczbie znaków, co kończyło się w najlepszym razie urywaniem kawałków nazwisk lub imion albo, w gorszym przypadku, istnieniem np. trzech Przemków, pozbawionych nazwisk. Tymczasem Google wyszło temu naprzeciw – zaproponowało mi, abym każdemu kontaktowi e-mail przyporządkował telefon do danej osoby, a tak połączone kontakty trzymał w zewnętrznym miejscu, skąd będę mógł je pobrać w dowolnym momencie, np. zmieniając telefon. I faktycznie tak to działa – przesiadka z telefonu na telefon staje się łatwa i przyjemna, bo kontakty zasysa się jednym kliknięciem, a synchronizacja trwa kilka chwil. Oczywiście nic za darmo – tym zewnętrznym miejscem są serwery Google’a, który w ten sposób nie tylko otrzymuje dane o tym, z kim się kontaktuję, ale również natychmiastową informację, że określona osoba ma nowy numer telefonu albo jakiś inny, dodatkowy („dodaj numer do istniejącego kontaktu”, prawda?). Ale nawet jeśli tego nie zrobię, to i tak już sprzedałem swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników, bo jak wspomniałem, aplikacja obsługująca Gmail już wcześniej poprosiła o dostęp do moich kontaktów.
Facebook nie pozostaje w tyle. Pierwszą rzeczą, o którą pyta aplikacja po zalogowaniu, jest synchronizacja istniejących kontaktów z tymi, które mamy na Facebooku. Niezależnie od podjętej decyzji nasze kontakty już i tak wylądowały na serwerach Marka Zuckerberga (patrz wyżej uwaga o uprawnieniach aplikacji), ale są nieposegregowane. Oczywiście, boty szybko zrobią z tym porządek, ale po co je zajmować, skoro użytkownik może zrobić to sam? Jedno kliknięcie i jego podręczna maszyna sama porówna imiona i nazwiska – i gotowe, wystarczy zaakceptować.
Prowadzi to do kilku ciekawych sytuacji. Pierwsza jest taka, że nagle w telefonie przybywa kontaktów. Nasi znajomi z Facebooka, których numeru nie mieliśmy, nagle objawiają się na naszej liście kontaktów telefonicznych – tylko dlatego, że podali własny numer na swoim profilu na Facebooku i udostępnili go znajomym. Następna jest taka, że nawet jeśli próbowaliśmy być na Facebooku anonimowi, to nasi znajomi i przyjaciele już tę anonimowość dawno unieważnili. Nieistotne, że na Facebooku nazywamy się np. Michał Orwell i mamy ponad sto lat, a naszą lokalizacją jest Katalonia. Facebook już doskonale wie, że naprawdę nazywamy się zupełnie inaczej. A co więcej, podzieli się tą wiedzą z następnymi osobami.
Dowiedziałem się o tym, jak zwykle, przypadkiem. Oto koleżanka z pracy dała mi swój numer telefonu. Po chwili telefon sam z siebie zaproponował mi połączenie jej kontaktu z kontaktem z Facebooka. I nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że koleżanka ta nigdy nie podawała Facebookowi numeru telefonu, a na tym portalu występuje pod zupełnie innym imieniem i nazwiskiem. Zagadka wyjaśniła się niemal natychmiast – jej współlokatorka ma identyczny telefon jak mój i najprawdopodobniej sama połączyła oba kontakty. A jeśli nie ona, to ktoś inny spośród jej kilkuset znajomych.
Kolejną dawkę wiedzy nabyłem, gdy postanowiłem wylogować się z Facebooka na moim telefonie. Nagle okazało się, że dużej części kontaktów po prostu nie ma. To znaczy są – ale jako gołe numery telefonów – i musiałem zgadnąć, który z nich jest który. Przyznam, że spanikowałem i mojego humoru nie poprawiło nawet to, że po chwili telefon odzyskał pełną listę kontaktów (ach, synchronizacja z serwerami Google!) – w ten nieprzyjemny sposób uświadomiłem sobie, co by się stało, gdyby nagle coś przestało działać.
Jedną z najbardziej profetycznych piosenek na „Time” jest „Here is the news”, opowiadająca o futurystycznym świecie wypełnionym informacją napływającą z każdej strony. Oprócz tekstu pojawiają się w tle losowe komunikaty z przyszłości, w tym jeden mówiący, że kilku inżynierów zostało skazanych na banicję przez sąd komputerowy. Brzmi jak zły sen? Być może, ale ten sen już nam się śni. Nie tak dawno temu Google „zniknął” portal Skąpiec. Portal ten po prostu znikł z wyszukiwarki i tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego. Od tej decyzji nie było żadnej drogi odwoławczej i nie było nad nią żadnej kontroli. Co więcej, decyzję tę podjął zapewne bot.
Nie inaczej jest na Facebooku. Na pewno znamy kogoś, komu zawieszono konto. Na razie czasowo, ale kto wie, czy już za rogiem nie czeka na nas ban nieograniczony w czasie. Co się wtedy może stać, przekonałem się boleśnie na przykładzie mojego smartfona, pozbawionego nagle dużej części kontaktów. Gdybym, na swoje nieszczęście, dorobił się również bana od Google, miałbym problem dużo poważniejszy – nie dość, że prawdopodobnie nie wiedziałbym, czyj telefon jest czyj, to jeszcze nie miałbym dostępu do swoich wiadomości i poczty elektronicznej. Tak, ja przecież też już od dawna zżyłem się z Gmailem i już nie pamiętam, jak to jest używać poczty od innych dostawców. Co więcej, coraz częściej nie pamiętają tego również nasi pracodawcy, opierając firmową pocztę o technologię Google i jego serwery.
Wyobraźmy sobie więc, co się stanie, jeśli zostaniemy zablokowani przez Google’a. Prywatne kontakty jakoś jeszcze damy radę opanować, o ile umiemy ograniczyć się tylko do tych osób, które nie używają Gmaila i do których można zadzwonić. Nasze życie w sieci również ucierpi, bo coraz więcej portali i stron internetowych powierza komentarze albo Google’owi (np. Agora, każąca się logować do komentowania z konta na gazeta.pl, oczywiście opartego o Google’u), albo Facebookowi (np. należący do „Krytyki Politycznej” Dziennik Opinii). Jeszcze gorzej będzie z pracą – nie dość, że całkiem szybko stracimy swoją – nie mamy już dostępu do poczty w pracy, bo nasz pracodawca przeniósł ją na serwery Google’a – to w dodatku staniemy się praktycznie niezatrudnialni. Wysłanie zwykłego CV stanie się loterią, bo przecież nie wiemy, która poczta oparta jest o Gmail. Niezwykle szybko spadamy więc do kategorii pariasów i faktycznych banitów we własnym społeczeństwie.
Na szczęście jesteśmy mało ważni i nie dajemy ani Google’owi, ani Facebookowi powodów do banowania nas. Jesteśmy grzeczni, a jedyne, co może naruszać ich polityki, to wrzucenie od czasu do czasu zdjęcia z gołymi cyckami, albo i tego nie. Czy na pewno? Jak to wygląda w praktyce, możemy się przekonać, gdy raz na jakiś czas Internet obiega pełna oburzenia wiadomość o tym, że któryś z tych gigantów „sprzedał” jakiemuś rządowi dane dotyczące politycznych przeciwników. Albo że z którymś z rządów podpisał umowę, w której zobowiązuje się do cenzurowania tego, czego szukają i o czym piszą jego użytkownicy. Dopóki dotyczy to krajów tak dalekich jak Chiny czy państwa afrykańskie, czujemy się spokojni. Nas samych stara się bronić Unia Europejska, ale kto wie, jak długo będzie się to udawało i jak paskudne rzeczy w międzyczasie będą robiły nasze własne rządy.
Google i Facebook potrzebują do życia tego samego – sieci naszych kontaktów. Obie korporacje doskonale wiedzą, z kim się kontaktujemy, jak często i gdzie bywamy (geolokalizacja to kolejna z rzeczy, na które się zgodziliśmy, instalując aplikacje!). Obie wiedzą, gdzie właśnie zrobiliśmy zakupy (ach, ludzie „czekinujący” się na Foursquare czy po prostu mający automatyczne meldowanie się) i z kim właśnie siedzimy, jedząc pizzę wieczorem, choć żonie powiedzieliśmy pół godziny wcześniej, że zostaniemy dłużej w pracy i że ma się nas nie spodziewać wcześniej niż po północy. Dane o sobie i o tym, co robimy podajemy bardzo chętnie i najczęściej zupełnie bezwiednie obu gigantom na tacy. Nawet jeśli wybierzemy cyfrową banicję i będziemy uważać, że jesteśmy poza systemem, zrobią to za nas przyjaciele, znajomi i współpracownicy.
Nie możemy na to wiele poradzić, ale miejmy chociaż tego świadomość.
przez Maciej Piotrowski | poniedziałek 5 sierpnia 2013 | opinie
W centrum niemal każdej wsi na naszym Roztoczu stoi monumentalny kamienny krzyż, zwykle z nieczytelnym już napisem i wyzierającą spod warstwy wapna datą: 1848. Niewielu wie, jakie wydarzenie ten pomnik upamiętnia. Próżno szukać takiej informacji w szkolnych podręcznikach. A może ta zapomniana data powinna stać się nowym świętem narodowym?
„Biedni poddani dzień i noc na was pracują i dręczą się, a wy ich krew, siłę, pracę i trud wyssawszy i nagimi w oborze i komorze ich uczyniwszy, wyrwańców waszych i zauszników w falendysze i kerezje ubieracie. A nieszczęśni poddani wasi nawet dobrej, prostej siermięgi nie mają, ażeby nagość swoją przyodziać” – opisywał los chłopów pańszczyźnianych w I Rzeczpospolitej prawosławny polemista i pustelnik, Iwan Wyszeńskyj. Mimo to lubimy sobie wyobrażać przeszłość w sposób sielankowy: mały, biały dworek, wśród złotych zbóż. Tymczasem życie naszych przodków bardziej przypominało los czarnych niewolników z „Django” niż sentymentalnych bohaterów „Przeminęło z wiatrem”. Obowiązkiem przymusowej pracy była objęta większość mieszkańców Rzeczpospolitej. Od zniesienia pańszczyzny nie minęło aż tak wiele czasu – ludzi, którzy ją odrabiali w młodości, pamięta jeszcze nasz dziadek. Polskie niewolnictwo prawnie zlikwidowano dopiero w 1848 roku (w Monarchii Habsburskiej) i w 1864 (w Imperium Rosyjskim).
Mieszkańcy Roztocza upamiętniali to epokowe dla nich wydarzenie – „nadanie wolności” – jak sami pisali. Ubogie społeczności fundowały krzyże gromadzkie i pamiątkowe kaplice. W naszej wsi, w Gorajcu, Heorhij Wójtowicz zamówił u jednego z ludowych malarzy obraz. Widać na nim chłopów dziękujących Panu Jezusowi za wolność.
Żadna wojna, żadna niemal zmiana granic czy ustroju nie pozostawiła po sobie takiego śladu w miejscowym krajobrazie. Jednak to konstytucje i wojny – święta wyrwańców i zauszników – które niemal wcale nie zmieniały pozycji większości mieszkańców tych ziem, są dziś oficjalnie celebrowane, to o nich uczymy się na lekcjach historii. Obraz ufundowany przez Wójtowicza zaginął prawdopodobnie w latach 70. XX wieku. Najpewniej rozpadł się ze starości.
Dlaczego warto przypomnieć tę historię? Po pierwsze po prostu dlatego, że Polacy w ogromnej większości są potomkami dawnych chłopów pańszczyźnianych. Nasze plebejskie pochodzenie jest jednak wciąż często uznawane za powód do wstydu. Lęk przed „obciachem”, „wieśniactwem”, przed tym, co „niższe” i „gorsze”, ułatwia symboliczną identyfikację z dawnymi i nowymi „wyższymi sferami”. Kiedyś łykami i chamami gardziła szlachta; dziś gardzą nimi nowi mieszczanie. Także polska inteligencja (niezależnie od tego, czy deklaruje się jako „prawicowa” czy „lewicowa”) często reprodukuje mit głoszący, że chłopstwo zawsze było ciemne i konformistyczne – w przeciwieństwie do zawsze światłych i niepokornych inteligentów.
Sugeruje się czasem, że chłopi niczego sami nie wywalczyli i nie wypracowali, że dostawali wszystko bez wysiłku – najpierw od zaborców, potem od komunistów. Takie ujęcie nie uwzględnia nie tylko roli wystąpień chłopskich w zniesieniu pańszczyzny. Zdaje się również zapominać o dynamicznym i świetnie zorganizowanym chłopskim ruchu społecznym. Ruch ten pod koniec dwudziestolecia międzywojennego wydał stowarzyszenia młodzieży wiejskiej, które potrafiły odnieść się krytycznie do odziedziczonych wiejskich stosunków, budując zarazem dumę z bycia chłopem, „gospodarzem państwa”. To ruch ludowy zorganizował Wielki Strajk Chłopski, który upominał się o demokratyzację i aktywną politykę antykryzysową państwa.
Wydaje się, że polska inteligencja podejrzanie łatwo przyjmuję pozę „pochylającego się” nad maluczkimi oświeciciela lub samotnego powstańca, otoczonego przez dzikie chamstwo, niegodne jego ofiary. Dlatego 44 ofiary starć strajkujących chłopów z przedwojenną władzą nie znalazły jeszcze miejsca w panteonie narodowych męczenników.
Dziedzictwo pańszczyzny i szlachetczyzny ciąży nie tylko nad polską kulturą, lecz również – a może przede wszystkim – nad ekonomią. Nie chodzi tu tylko o historyczne analogie, ale także o struktury tzw. długiego trwania. Korzenie polskiej peryferyjności i niedorozwoju sięgają bowiem jeszcze czasów „złotego wieku” i „złotej wolności”. Niesamodzielna, nieinnowacyjna gospodarka, oparta na taniej lub bezpłatnej sile roboczej, wytwarzająca półprodukty i dobra nisko przetworzone (kiedyś zboże i dziegieć, dziś w najlepszym wypadku zmontowany sprzęt AGD) – to dziedzictwo szlacheckiej Rzeczpospolitej. Podobnie jak uległość państwa wobec prywaty oligarchów. Dlatego warto zrewidować mity. Nie tylko po to, by przypomnieć, kim byli nasi przodkowie, ale również aby zrozumieć, kim my dziś jesteśmy i kim możemy się stać.
„Dzień Swobody” przydałby się w kalendarzu nie tylko po to, żeby odsapnąć od codziennej harówki. Przypomnienie pańszczyzny i walki przeciw niej może być okazją do innego spojrzenia na całą naszą historię. Spojrzenia od dołu, z perspektywy zwykłych ludzi, nie z perspektywy elit władzy i pieniądza. Tak jak proponował wybitny polski humanista Witold Kula. Wybrał on na dziedzinę swych studiów dzieje społeczne i gospodarcze, ponieważ szukał „historii /…/ ludzi skromnych i nieznanych, których zbiorowa praca, ofiary, cierpienia, stworzyły świat takim, jaki jest. /…/ Przez długie wieki, za kurtyną barwnej zmienności dziejów politycznych, praca milionów ludzi dokonuje rzeczy wielkich” (W. Kula, Wokół historii, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1988, s. 183). Na tej – niewolnej – pracy niezliczonych pokoleń wyrosła również nasza kultura.
Nie znaczy to jednak, że w geście moralnego oburzenia musimy teraz wyrzucić na śmietnik wszystkie jej wytwory, łącznie z takimi skarbami sarmackiego piśmiennictwa jak „Opis obyczajów” księdza Kitowicza. Wręcz przeciwnie. Możemy w końcu pójść po swoje i poczuć się pewnie – jak współgospodarze „gospodarstwa kultury polskiej” na swoim kawałku ziemi. Potraktowanie zwykłych ludzi nie jako biernego przedmiotu, ale jako aktywnego podmiotu narodowej historii, działa uwalniająco. A wyzwolenie z dzisiejszej kulturowej, politycznej i ekonomicznej pańszczyzny, zrzucenie z barków brzemienia wstydu – może nam w końcu pozwolić swobodnie odetchnąć. Dzięki temu Rzecz-pospolita mogłaby się w końcu stać tym, czym być powinna: dobrem wspólnym, a nie prywatną własnością dawnych i nowych panów.
Wiejskość to nie tylko lajfstajl, gadżet, który można postawić na półce. Przywiązanie do korzeni oznacza przede wszystkim działanie na rzecz naszej lokalnej (wiejskiej lub miejskiej) społeczności. Bo peryferia można znaleźć w każdym zakątku kraju, również w Warszawie – wystarczy wychylić nos poza mury Nowego Wspaniałego Świata. Wystarczy zacząć od „małych” i konkretnych rzeczy: od tego, by nasza wspólnota miała dobry publiczny transport, świetlicę czy dom kultury. Choć niekoniecznie na rzeczach małych trzeba skończyć. Powstrzymanie infrastrukturalnej i cywilizacyjnej degradacji „Polski peryferyjnej” wymaga fundamentalnej rewizji priorytetów polityki państwa. Jeszcze nigdy nie udało się tego osiągnąć bez społecznej samoorganizacji i oddolnego nacisku. Przykład dali nam chłopi – jak zwyciężać mamy.
„Dzień Swobody” to zatem nie tylko święto dla historyków. W dniach odświętnych, w dniach pamięci – jak pisał Walter Benjamin – powraca pierwszy dzień wolności. Dlatego warto uczcić 165. rocznicę zniesienia pańszczyzny tak, jak robili to nasi przodkowie: tańcząc, pijąc i śpiewając. A także rozmawiając o naszej przeszłości i teraźniejszości.
Mateusz Piotrowski, Maciej Piotrowski
Stowarzyszenie „Folkowisko”
PS Między 12 a 14 lipca spotkaliśmy się w Gorajcu na festiwalu „Folkowisko” z poetami, socjologami i muzykami, z miejscowymi i przyjezdnymi, z ludźmi o różnych poglądach – by rozmawiać o tym dziwnym splocie państwa i chamstwa. O fascynującej i niejednoznacznej polsko-chłopskiej historii. I odsłoniliśmy nową wersję obrazu, który ponad 150 lat temu ufundował Heorhij Wójtowicz „Na pamiątkę zniesienia pańszczyzny 1848 roku”. Więcej informacji:
https://www.facebook.com/JestemZeWsi oraz
http://folkowisko.pl/festiwal.html
przez dr Rafał Bakalarczyk | środa 31 lipca 2013 | opinie
„Na głośne ostatnio w publicystyce politycznej pytanie, czy Polskę stać na państwo opiekuńcze, odpowiadam – Polski nie stać na rezygnację z państwa opiekuńczego” – takie słowa wypowiedział zmarły przed rokiem prof. Tadeusz Kowalik. Słowa te stały się mottem dla cyklu spotkań wokół książki „Socjaldemokratyczna Polityka Społeczna”, którą zadedykowano Profesorowi, będącemu inspiracją dla wielu dzisiejszych zwolenników budowania systemu dobrobytu przy znaczącym udziale państwa opiekuńczego.
Wspomniana publikacja za punkt wyjścia bierze wartości i cele, ale nie sposób pominąć – zwłaszcza w nieprzychylnym medialnym otoczeniu – ekonomicznego uzasadnienia dla wysiłków na rzecz rozwijania nad Wisłą państwa socjalnego, a zwłaszcza jego najbardziej dojrzałego, socjaldemokratycznego wariantu.
Państwo socjalne bywa wciąż rozpatrywane, nie tylko przez jego organicznych przeciwników, jako odziedziczony po minionym systemie balast, na który nie możemy sobie pozwolić. Szczególnie w czasie kryzysu. Czy nie czas zmienić to myślenie? Być może jest właśnie odwrotnie – nie tylko możemy i powinniśmy rozwijać politykę społeczną, także w dobie recesji, ale niewykluczone, że stanowi ona jeden z motorów przezwyciężenia kryzysu i wejścia na drogę rozwoju.
Nie jest przypadkiem, że w Europie z kryzysem radzą sobie względnie dobrze kraje skandynawskie, gdzie poziom opiekuńczości jest wysoki, a nie państwa śródziemnomorskie, w których poziom dobrobytu określa się jako jedynie elementarny (rudimentary welfare state). Casus nordycki jest wartym przemyślenia tropem, za którym podążanie rekomendował Polsce niedawno noblista Joseph Stiglitz. Jednak powołanie się na ów przykład może być o tyle nieprzekonujące, że tamtejsze instytucje dobrobytu były od lat tworzone na nieco innym fundamencie kulturowym i politycznym, a obecnie funkcjonują w kraju o innym poziomie rozwoju i ramach makroekonomicznych niż nasze. Dlatego warto pamiętać o skandynawskiej inspiracji, ale przywoływać ją w szerszym kontekście, ze wskazaniem na bardziej uniwersalne racje przemawiające za podążaniem nordyckim szlakiem rozwoju.
Otóż w najbardziej bezpośrednim wymiarze państwo interweniujące w stosunki gospodarczo-społeczne może przyczyniać się do wzrostu popytu (lub zahamowania jego spadku), a ten będzie nakręcać gospodarkę. Owo wzmacnianie popytu może się odbywać poprzez tworzenie miejsc pracy lub publiczne stymulowanie ich powstawania poza sektorem publicznym, ale także bezpośrednio przez transfery socjalne, które sprawią, że osoby znajdujące się tymczasowo poza rynkiem pracy nie znajdą się także poza rynkiem konsumpcji podstawowych dóbr i usług. Nie przypadkiem Brazylia weszła w fazę długotrwałego rozwoju właśnie dzięki wydobyciu z nędzy 20 milionów ludzi za pomocą państwowych świadczeń różnego rodzaju. Przykład Brazylii, która co prawda przeżywa tymczasowe trudności, ale – patrząc w długim horyzoncie czasowym – wykazuje tendencje rozwojowe, dowodzi, że nie tylko w wysoko rozwiniętej Skandynawii, ale także w krajach uboższych możliwy jest rozwój polityki społecznej, a nie jej zwijanie.
W Polsce głównym hamulcem wychodzenia z recesji – co przyznaje także Narodowy Bank Polski – jest właśnie bariera popytowa. Za nią stoją ubóstwo i bezrobocie, jak również niskie zarobki i niepewność ich utrzymania na coraz bardziej niestabilnym rynku pracy. Wysiłki państwa powinny zmierzać w kierunku przełamania owej bariery, a środkiem ku temu jest właśnie polityka społeczna.
Jeśli nawet przyjmiemy tezę, że od pewnego pułapu podnoszenie świadczeń może ograniczyć motywację do pracy, w Polsce jesteśmy dalecy od tego typu sytuacji. Mamy wciąż bardzo niskie i selektywne świadczenia z tytułu wystąpienia poszczególnych ryzyk socjalnych. Co więcej, ubóstwo jest także powszechne wśród osób pracujących, wobec czego świadczenia pieniężne, czy to rodzinne, czy z pomocy społecznej, są często niezbędne, aby podreperować budżety gospodarstw osób pracujących. W wielu przypadkach mogą stanowić niezbędne uzupełnienie dochodu z pracy, a nie jego „demotywującą” alternatywę.
Bardzo trudno jednak podnosić świadczenia czy płace w atmosferze „cięciobsesji”, by nawiązać do określenia, którym posługiwał się wspomniany Tadeusz Kowalik. Ten syndrom widoczny jest w myśleniu władzy w Polsce, ale także w innych krajach Europy. Bez zmiany paradygmatu w kierunku inwestycji publicznych i odejścia od fetyszyzowania takich pojęć jak dług i deficyt nie sposób rozwijać politykę społeczną, a tym samym mierzyć się z kryzysem. Można więc powiedzieć, że polityka społeczna sama warunkuje stosunki gospodarcze, z drugiej zaś strony jest zależna od polityki ekonomicznej.
Polityka społeczna widziana jako narzędzie walki z kryzysem to najbardziej bezpośredni, ale nie jedyny argument, jaki może stać za jej rozwojem. Prowzrostowy, a nawet prorozwojowy potencjał państwa dobrobytu to coś więcej niż doraźne wzmacnianie popytu. Przypomnijmy, że państwa dobrobytu to nie tylko transfery socjalne, ale także usługi publiczne – od edukacji, przez służbę zdrowia, po opiekę. Ów system instytucji widziany w całości i wewnętrznej złożoności dopiero pozwala dostrzec głębsze i długofalowe korzyści ekonomiczne płynące z rozbudowy sfery publicznego dobrobytu. Przystępnie i ze swadą na konkretnych przykładach ilustruje to w jednym z niedawnych artykułów Rafał Woś. Pokażmy pokrótce cztery zasadnicze grupy argumentów.
Po pierwsze – państwo dobrobytu umożliwia bardziej racjonalny rozkład środków w cyklu życia jednostki, pomiędzy różnymi jego fazami. Dzięki szczelnemu powszechnemu zabezpieczeniu społecznemu gromadzone są publicznie środki, tak by osoby, które dotknie jakieś z socjalnych ryzyk – np. starość, choroba czy niepełnosprawność – nadal mogły partycypować w rynku dóbr i usług i zaspokajać swoje potrzeby bytowe, co nota bene powinno być jednym z celów nadrzędnych ekonomii politycznej. Zrozumienie dla tych zasad sięga już drugiej połowy XIX wieku, natomiast dopiero wraz z rozwojem państwa opiekuńczego w okresie powojennym coraz silniej w systemach zabezpieczenia (w tym w największym jego segmencie – emerytalnym) wyraźne były wymiary solidarnościowy i redystrybucyjny. Chodzi więc nie tylko o rozkład środków między różnymi fazami życia jednostki, ale o przepływ między różnymi grupami ludzi: od tych, którzy nie doświadczają danego ryzyka, ku tym, którym się ono w danym czasie przytrafia, jak również od zamożniejszych do uboższych. Niestety w ostatnim czasie w Polsce system emerytalny coraz bardziej traci swoje solidarystyczne oblicze, a część osób wypada poza rynek usług i dóbr potrzebnych do godnego życia.
Po drugie – zabezpieczenie przed biedą, wykluczeniem czy brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb to nie tylko podtrzymanie rynku, ale także ograniczenie kosztów, które koniec końców i tak publicznie trzeba będzie ponieść. Wykluczenie społeczne ogranicza potencjał konsumencki, ale także możliwości jednostki w zakresie wytwarzania dóbr materialnych i kulturalnych oraz pełnienia ról społecznych. W dłuższej perspektywie osoby głęboko i długotrwale wykluczone stają się coraz mniej zdolne do wykonywania różnych czynności społecznie użytecznych i ekonomicznie produktywnych. A często wręcz wymagają dodatkowych nakładów zdrowotnych i socjalnych z uwagi na skutki swego wykluczenia. Państwo opiekuńcze chroniąc przed wykluczeniem, chroni się przed kosztami, jakie musiałoby z czasem ponieść.
Należy jednak zachować ostrożność w posługiwaniu się argumentem ekonomicznym w uzasadnianiu wsparcia dla osób wykluczonych. Nie zawsze możemy znaleźć dla niego proste ekonomiczne wytłumaczenie, natomiast i bez niego publiczna pomoc osobom w trudnej sytuacji życiowej jest wskazana.
Po trzecie – obok działań o charakterze bytowym, ważnym filarem państwa opiekuńczego (zwłaszcza socjaldemokratycznego) są rozmaite usługi opiekuńcze, socjalne i edukacyjne. Ich znaczenie, choć często ekonomicznie niedoszacowane, wydaje się najbardziej istotne z ekonomicznego punktu widzenia. Na przykład w przypadku ludzi opiekujących się osobami niesamodzielnymi możemy dzięki pomocy instytucjonalnej odblokować ich potencjał zawodowy i społeczny, którego bez tego zewnętrznego wsparcia nie mogą wykorzystać. Jeśli chcemy ich aktywizować zawodowo, musimy rozbudować żłobki i przedszkola, instytucje opieki długoterminowej (w tym także dziennej) oraz usługi środowiskowe. Wówczas praca przynajmniej w niepełnym wymiarze może stać się dla nich możliwa (choć nie w każdym przypadku), a to pozwala uniknąć całkowitego, długotrwałego wypadnięcia poza rynek pracy, na który później trudno wrócić. Poza tym uwspólnotowienie powinności opiekuńczych to również sposób na odciążenie opiekunów domowych, którzy dzięki temu będą mogli świadczyć wsparcie dłużej, a także mniejszym kosztem zdrowotnym i psychicznym.
Po czwarte – wspomniane usługi, a jeszcze bardziej te związane z edukacją, zdrowiem i podnoszeniem kwalifikacji zawodowych, to sposób na podniesienie i podtrzymywanie potencjału ludzkiego, co stanowi cenny zasób w społeczeństwie kognitywnym, wymagającym elastyczności i innowacyjności. Sam poziom bezpieczeństwa socjalnego zresztą też temu służy. Innowacje wiążą się z ludzką kreatywnością, gotowością do zachowań niestandardowych i próbowania rzeczy nowych, a do tego przydatne jest zabezpieczenie na wypadek, gdyby podczas eksperymentowania noga się powinęła. Rzecz w tym, że gdy ludziom nie zapewni się siatki bezpieczeństwa, niekoniecznie będą skłonni ryzykować, w obawie przed upadkiem. A nawet jeśli spróbują, a się nie powiedzie, mogą kolejnej szansy nie mieć, gdy siatka bezpieczeństwa jest słaba lub dziurawa. W tym sensie bezpieczeństwo sprzyja innowacyjności i kreatywności, a nie ją hamuje. E. Byrd w swych publikacjach o charakterze porównawczym znajduje dla owych zależności także empiryczne potwierdzenie.
Ponadto współczesna innowacyjność – mimo indywidualizacji życia społecznego – wymaga jednak współpracy, zaufania i miękkich kompetencji. Instytucje publiczne integrujące ludzi o różnych cechach społecznych wykształcają już na etapie przedszkolnym te umiejętności, walnie przyczyniając się do budowania społeczeństwa wiedzy. Nie przypadkiem to właśnie skandynawskie państwa dobrobytu wiodą prym w rankingach innowacyjności gospodarczej.
Powyższy zbiór argumentów ukazuje, jak wiele czynników rozwoju może zostać zaprzepaszczonych, jeśli sfera usług publicznych i świadczeń socjalnych będzie podlegała nieubłaganej logice cięć i oszczędności. Państwo opiekuńcze zdaje się bronić ekonomicznie nie tylko z punktu widzenia pobudzania wzrostu, ale także dostarcza czynników rozwoju społeczno-gospodarczego. Obranie jednak ścieżki ku budowie państwa opiekuńczego/socjalnego/dobrobytu nie usuwa dylematów względem tego, który z jego wariantów byłby najkorzystniejszy i który ma największe szanse zostać zrealizowanym w istniejących warunkach. Nie zwalnia też z ciągłego wysiłku krytycznego i przyglądania się powołanym instytucjom oraz – w razie konieczności – modyfikowania ich.
Dobrze byłoby, gdybyśmy nie musieli już dyskutować, czy w ogóle potrzebne jest nam państwo opiekuńcze, którego racje bytu wydają się bezsprzeczne, ale o tym, jak uczynić je najsprawniejszym i najbardziej wydolnym w realizacji przypisanych mu celów.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 26 lipca 2013 | opinie
Na początek dłuższy cytat z „Gazety Wyborczej” (17.06.2013 r.). Tak pisze były kurator Szczecińskiego Okręgu Szkolnego, dr inż. Zbigniew Szyroki, w liście „Jak odwrócić załamanie demograficzne w Polsce”: „W 2012 r. mamy 750 tys. 900 zarabiających netto powyżej 5 tys. zł i 10 mln ludzi biednych i niepotrzebnych; niewidocznych – jakby ich nie było. A brak pracy to nie tylko bieda i wykluczenie społeczne, ale i zanik poczucia wartości, kreatywności, zdolności do konkurencji. I to na ogół jest dziedziczne. Zgodnie z przysłowiem »jabłko pada niedaleko od jabłoni«.
Ta cieniutka warstewka »pięciotysięczników« zapewni swoim dzieciom wszystko – dobre mieszkania, jedzenie, lekarza, dentystę, wczasy, basen, kort, naukę języków obcych, korepetycje, dodatkowe zajęcia pozalekcyjne – wszystko, czego dusza zapragnie, w tym firmowe ciuchy. Stać ich też na szkoły prywatne, gdzie będą wyrastać wśród swoich.
A co mogą bezrobotni, biedni, wykluczeni? Nic! Ich dzieci chodzą głodne do szkoły. A jak wynika z badań – głód powoduje nawet powolniejszy rozwój mózgu. Nieraz nawet nie są w stanie zrozumieć, czego nauczyciel od nich chce. A jest ich milion, a może i więcej.
Problem bezrobocia, biedy, w konsekwencji wykluczenia znikł z dyskusji publicznej. Nie ma go w prasie i w telewizji. Głównie w telewizji – gdzie mamy na okrągło celebrytów i tych, którzy uważają się za polityków. /…/ Jak padły PGR-y /…/ i setki tysięcy ludzi prawie z dnia na dzień znalazło się w »czarnej dziurze« biedy i bezsensu życia, to w telewizji problem sprowadzano do »wina marki wino« i pijaństwa”.
Nie są to przecież kwestie nowe, ale podane lapidarnie dają wgląd w ściśle ze sobą związane problemy III Rzeczpospolitej. Nie ma złudzeń: jest gorzka prawda o państwie stworzonym dla bogatych i wpływowych, kosztem mas. To państwo nie ma już żadnego etosu, żadnej miary dobra poza pragmatyczną władzą pieniądza. Udało się nam bardzo szybko w nadwiślańskim mikroklimacie wyhodować ten byt, znalazł bardzo podatną glebę i gorliwych ogrodników, a wzrost stymulowała ideologia traktująca wartość rynkową jednostki i społeczeństw jako nadrzędną, jako usprawiedliwienie każdego grupowego i pojedynczego łajdactwa, jako apologię wyzysku. I jeśli pójdzie tak dalej, doczekamy społeczeństwa kastowego o bardzo skrupulatnie zablokowanych ścieżkach awansu, z instytucjami wszelkiej możliwej proweniencji podporządkowanymi interesom właścicieli III RP i z prawem o charakterze stricte klasowym w kwestiach newralgicznych dla systemu.
To już się dzieje, przyspiesza drezyna historii (na lokomotywę nas nie stać), napędzana siłą woli politycznej zdeterminowanej władzy. Ustawy antypracownicze, ustawy antyzwiązkowe, niemal każdy protest obywatelski traktowany jako przejaw buntu, medialna kasta na straży wyobrażeń społecznych. Wszystko robione oczywiście tak, by oczy młodych, wykształconych prekariuszy wywodzących się z mniejszych i większych miast i z polskiej wsi kierowały się wciąż na kibolskie bazgroły na murach. Trzeba rzecz widzieć we właściwym świetle: możesz być dobrym obywatelem liberalnej demokracji w wersji dla Polaków, w końcu ci się uda, bo przecież myjesz zęby, masz aspiracje, dyplom, odpowiednie nastawienie do świata i wynajmujesz pokój ze stałym dostępem do Internetu. Walcz o nowy wspaniały świat, jeśli tak lubisz, przyklaśniemy też twojej walce z faszyzmem – bylebyś nie walczył z nami i z realnym liberalizmem. Bo chyba nie chcesz być jak tamci, schowani w cieniu, więc nie do końca zdefiniowani, ale z pewnością nieprzystosowani i aspołeczni.
Poza tym łatwiej policzyć rzucających się w oczy, wygolonych na łyso facetów, szukających dla siebie ścieżek awansu choćby w ramach kibicowskich subkultur, niż zdiagnozować koszty społeczne strukturalnego bezrobocia. Strach przed młodym mężczyzną, który może dać w mordę, jest bardziej namacalny i łatwiej go pokazać w telewizji niż lęki kobiety, która nie ma z czego ugotować obiadu dla dzieci i wie, że za progiem dorosłości nie czeka ich żadna obiecująca przyszłość, że ich świat będzie taki, jaki jej. Osiłek wykrzykujący swoją niechęć i pogardę w sali pełnej ludzi, których uważa za reprezentantów „antypolskiego establishmentu”, da się ująć w efektowny kadr i mocny, publicystyczny komentarz. Ale pobladły na twarzy mężczyzna w średnim wieku, wpatrzony w ścianę i niezapłacone rachunki – to żaden temat. To jeszcze jeden nieudacznik w rejestrze niewykorzystanych zasobów ludzkich, mniej ciekawy od skinów, nieżyjącej Madzi, uboju rytualnego, niemieckiej polityki historycznej. Co prawda tych nieudaczników trochę by się zebrało, ale w „normalnej gospodarce” – powiedzą światli ekonomiści i tłumek pożytecznych idiotów – tak to już jest z nieudacznikami, zatem pracuj i módl się, albo pracuj, zadłużaj się i konsumuj, albo wynoś się ludziom sprzed oczu.
III RP: kraj, którym rządzi Platforma Oligarchii. W sytuacji zagrożenia kryzysem władza niedwuznacznie już pokazuje, że działa na korzyść wąskiej elity finansowej i grubych ryb transformacji. Pewnie po części działa też ze strachu przed analitykami transnarodowych instytucji finansowych, którzy pilnie śledzą bilans zysków i strat, jakie przynosi im ojczyzna „Solidarności” i taniej siły roboczej. Z werbalnego czy faktycznego szacunku dla robotniczego zrywu niewiele już zostało. Za to stary zwyczaj korzystania ze wschodnich Europejczyków jako parobków ma się niezgorzej. III RP: kraj zastraszanych i ośmieszanych związkowców i central związkowych, przez lata zbyt dobrze żyjących z ustanowionego przy okazji transformacji status quo. Dziś, siłą rzeczy, musimy bronić związków zawodowych, z nieśmiałą nadzieją, że pójdą wreszcie po rozum do głowy i bez względu na wszystko będą wreszcie strzec dobra pracowników. Kwestia związków zawodowych być może stanie się symbolem społecznego przebudzenia polskiej lewicy i wszystkich antyneoliberalnych sił w Polsce. A być może pokaże młodym, wykształconym prekariuszom drogę do odkrycia swojej, niezbyt skłaniającej do optymizmu, tożsamości.
To zresztą rzecz interesująca: pamiętacie medialne obrazy singla z lat 90.? To był jeszcze nie leming, a japiszon – self-made man, ambitny, przebojowy, dlatego samotny. Przynajmniej tak to wyglądało w mediach. A dziś? Single, wiecznie niepewni swojej pracy i zarobków, w dodatku przytłoczeni propagandą hiperkonsumpcji, nawykli do tego, że w przestrzeni publicznej wartość osoby określa się wedle mieć, a nie być. Niezwiązani z nikim na stałe nie dlatego, że robią błyskotliwą karierę w korporacjach, ale ponieważ brak im stałości, jaką daje tych kilka swoich mebli, zakotwiczonych na własnej podłodze. Wiecznie na walizkach na przykład dlatego, że zachowali na tyle smutnej przytomności umysłu i poczucia niezależności, że nie chcą wziąć kredytu na mieszkanie. Albo dlatego, że nie mogą otrzymać tego kredytu, bo przecież elastyczne formy zatrudnienia są tak wspaniale wolnościowe, tak sympatycznie antysocjalistyczne i niechybnie stymulują gospodarkę. Co prawda liberalni konserwatyści prawią prekariuszom o wartościach i wspaniałości rodziny, ale biedni trzydziestoletni wciąż są na brzegu stabilnego życia, bo ci sami liberalni konserwatyści głoszą apoteozę rynku, który zawsze ma rację.
Prekariusze miast, miasteczek i wsi żyją zatem od jednej umowy cywilnoprawnej do drugiej w wynajętych pokojach i mieszkaniach albo wciąż siedzą kątem u rodziców, zdani na ich łaskę i niełaskę, ich kaprysy, rozczarowania i wypominania. A czasem pakują walizki i wyjeżdżają za chlebem. Mają dość praktycznych skutków płynnej ponowoczesności, którą tak zachwycają się w teorii, bo chcieliby choć trochę stać się konserwatystami: nawet w wolnym związku, nawet ze świeckim ślubem, ale wreszcie na dobre pod wspólnym dachem, z dzieckiem czy dwojgiem dzieci, z najmniejszym nawet oknem z widokiem na przyszłość i z przedszkolem na następnej ulicy.
Ale w kraju dla bogatych płynna nowoczesność podchodzi prekariuszom aż pod gardło, aż po oczy, czasem ich zalewa. Do tego w miarę postępów realnego liberalizmu zaostrza się walka klas: przybywa paszkwili na socjalizm, socjal, rozdawnictwo, związki zawodowe i złe państwo. Pisane są one tym pewniejszą ręką, że z coraz większym poczuciem bezkarności, cynizmem bądź głupotą oligarchia, jej najemnicy i mentalni zakładnicy mogą na naszych oczach uprawiać realny liberalizm. I tym bardziej przybywa płynnej nowoczesności, im goręcej lewica oddaje się zwalczaniu skutków, nie przyczyn zjawisk zachodzących w kraju. A biedny, starzejący się powoli prekariusz? Cóż, długo jeszcze będzie na to wszystko patrzył zza cudzego okna, a gdy już na śmierć przestraszy się faszyzmu, żadna karetka nie podjedzie, by go ratować – cięcia budżetowe wymagają ofiar, śmierć frajerom. I zostanie sam, umierając na zawał, a gdy go znajdą, skwitują jego truchło jak życie pegeerowców w latach 90.: nieudacznik, pewnie pijak i cholerny roszczeniowiec. A nad grobem zachlupią mu żałobnie fale płynnej nowoczesności… Taka to elegia na śmierć prekariusza.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Najlepszy przewodnik po tym, co stało się w Wielkiej Brytanii w zeszłym tygodniu, został wydany w 1944 r. Jego autorem był polski ekonomista – w taki sposób Aditya Chakrabortty, główne pióro ekonomiczne angielskiego dziennika „Guardian”, złożył w styczniu na łamach tej gazety hołd jednemu z najbardziej oryginalnych myślicieli ekonomicznych XX w., Michałowi Kaleckiemu. Chakrabortty pisał te słowa z myślą o ataku rządu torysów na osłony socjalne i prawa pracownicze, którego intencją jest obniżenie kosztów siły roboczej.
Myśli Kaleckiego oraz Johna Maynarda Keynesa wracają do świadomości ekspertów w obliczu kolejnej fali kryzysu. Wydane przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne dwie książki – „Rozwiązanie Keynesa” autorstwa Paula Davidsona oraz „Michał Kalecki” Julio G. Lópeza i Michaëla Assousa – dobitnie ilustrują przyczyny tej nowej fali. Kalecki i Keynes, pracując rozłącznie i w nieco inny sposób, sformułowali podobne teorie dotyczące wyjścia z kryzysu – a rzeczywistość zdawała się je potwierdzać. W niektórych aspektach ich spostrzeżenia pokrywały się całkowicie, choć byli ich niezależnym twórcami. Dla Kaleckiego lektura „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, opublikowanej przez Keynesa w 1936 r., była początkowo szokiem – książka opisywała dokładnie jego własne przemyślenia.
Kalecki przyznał: [Po przeczytaniu „Ogólnej teorii…”] byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, kiedy pochodzą od niego […]. To mnie podniosło na duchu.
O jakich ideach myślał Kalecki? W latach 30., podobnie jak dzisiaj, wielką przeszkodą w wyjściu z kryzysu była doktryna szkodliwości państwowej interwencji w procesy gospodarcze. Davidson oraz López i Assous wskazują, iż w czasie niepewnej koniunktury rośnie ryzyko, co przyczynia się do wstrzymania inwestycji przez przedsiębiorstwa. Kluczowym problemem jest wówczas niepewność, która nie pozwala rozwijać mocy produkcyjnych przy ryzyku niedostatecznej chęci i zdolności do zakupu nowych towarów przez konsumentów. Konwencjonalna liberalna teoria ekonomiczna nie chce tego przyjąć do wiadomości. Jak pisze Davidson: W typowym stylu obwiniania ofiar za problemy, teoria klasyczna zawsze sugerowała, że za trwałe bezrobocie odpowiada wojowniczość robotników odrzucających rynkową stawkę płacy, która pozwoliłaby na osiągnięcie pełnego zatrudnienia. Kalecki i Keynes wykazali, dlaczego w warunkach silnej dekoniunktury polityka braku interwencji państwa w gospodarkę jest strategią powolnego samobójstwa.
Droga ekonomisty
Obaj mieli ze sobą styczność przed i w trakcie wojny. To Keynesowi w głównej mierze zawdzięcza Kalecki zatrudnienie w Cambridge i Oxfordzie. Te dwie wielkie postaci wiele różniło. Kalecki był cudzoziemcem, ekonomistą-samoukiem, znacznie mniej znanym niż Keynes – szanowana postać angielskiej socjety i bohemy, członek artystyczno-towarzyskiej grupy Bloomsbury, do której należała m.in. Virginia Woolf.
Kalecki zmagał się z problemami materialnymi i nie mógł zdobyć formalnego wykształcenia. Początkowo chciał zostać inżynierem, jednak musiał przerwać studia i podjąć pracę. W 1929 r. został zatrudniony w Instytucie Badania Koniunktur i Cen w Warszawie i pracował tam przez większość lat 30. Miał więc wtedy – podobnie jak później, pracując w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym – dostęp do twardych danych statystycznych, co z pewnością wpłynęło na rzetelność stawianych przez niego hipotez.
Do Anglii przybył w roku 1936, pozostając na wyspie również w czasie wojny. Był wtedy zaliczany do ekonomistów z grupy „rewolucji keynesowskiej”, intensywnie publikując prace związane z tym nurtem. Stosunek Keynesa do Kaleckiego był ambiwalentny. Z jednej strony doceniał wagę jego przemyśleń, pomógł mu również znaleźć zatrudnienie, z drugiej – miał jednak sporo zastrzeżeń do jego metody badawczej, która wydawała mu się niejasna. Gdy wybuchła wojna, to jednak koncepcja Kaleckiego dotycząca jej finansowania (zwiększenie deficytu budżetowego) przeważyła nad pomysłem, który starał się wprowadzić Keynes (przymusowe oszczędności obywateli).
Keynes zmarł krótko po II wojnie światowej, zaś Kalecki po dekadzie spędzonej za Atlantykiem w biurze Organizacji Narodów Zjednoczonych powrócił w połowie lat 50. do kraju. Początkowo pracował w PAN oraz przy planowaniu gospodarczym, jednak krytyka jego zaleceń przez komunistycznych ekonomistów spowodowała odsunięcie go od wpływu na kształtowanie polityki gospodarczej. Znalazł za to miejsce w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, gdzie jego wykłady cieszyły się ogromną popularnością. Będący samoukiem Kalecki przedstawiał podczas nich niemal wyłącznie własne teorie i przemyślenia, nie czując potrzeby posiłkowania się wkładem innych ekonomistów. Cytowany przez Lópeza i Assousa noblista Robert Solow napisał: Wydaje się, jakby Michał Kalecki wyłonił się sam z siebie, w pełni rozwinięty, a jego ważne dzieło z dziedziny makroekonomii jest napisane nie w opozycji wobec ortodoksji owego czasu, lecz całkowicie niezależnie od niej.
Niestety niewielu ekonomistów wykształconych w erze dominacji neoliberalizmu miało okazję zaznajomić się z tymi dziełami. Sam Kalecki, nie wykładający na uczelni po marcu 1968, zmarł w roku 1970, zaś jego myśl praktycznie zniknęła ze światowego obiegu. Jak pokazuje cytat z dziennika „Guardian”, kryzys daje szansę na zmianę tego stanu rzeczy. W książce „End This Depression Now” noblista Paul Krugman obok Johna Maynarda Keynesa i Hymana Minsky’ego wymienia właśnie Polaka jako ekonomistę, który najlepiej opisał mechanizmy kryzysu i ożywienia gospodarczego. Oczywiście pierwsze miejsce wśród inspiracji dla przeciwników polityki cięć oszczędnościowych zajmuje słynny Anglik. Sława Keynesa, jego pozycja społeczna za życia, jak również miejsce pochodzenia z pewnością miały na to duży wpływ. Warto również dodać, iż prace Keynesa w swej wymowie mniej radykalnie odchodziły od ortodoksji wolnorynkowej. Różniły ich także nieobecna u Keynesa teoria podziału dochodu narodowego czy wyznaczanie przez Kaleckiego „stopnia monopolizacji”, powiązanego z płacami robotników.
Grosz wydany to grosz zarobiony
Łączyło ich jednak przekonanie, iż dla wyjścia z kryzysu potrzebne jest zwiększenie efektywnego popytu (tj. chęci zakupu popartej siłą nabywczą) dzięki wydatkom rządowym. Kalecki i Keynes wykazali fundamentalne znaczenie efektywnego popytu w fazie dekoniunktury gospodarczej w celu przezwyciężania jej i wyjścia z kryzysu. Efektywny popyt wyznacza wielkość zamówień w przemyśle i handlu, zatem im mniejsza chęć i zdolność wydawania pieniądza w procesie gospodarczym, tym mniej będzie produkowanych i dostarczanych nowych dóbr i usług. W czasie kryzysu popyt ten maleje: przedsiębiorstwa nie inwestują (nie składają zamówień u podwykonawców) w obawie przed zbyt niską siłą nabywczą konsumentów. A ta spada w okresie dekoniunktury, bo pracownicy otrzymują niższe płace lub są zwalniani. Nie są w stanie kupować większej ilości dóbr i usług, starając się oszczędzać. To jeszcze bardziej zwalnia proces obiegu pieniądza – koło recesji jest zamknięte. Z tego zaklętego kręgu można wyjść niemal wyłącznie dzięki państwowej interwencji: zwiększeniu wydatków rządowych.
W obecnej fali kryzysu, po roku 2008, podjęto nieśmiałe próby interwencji, jednak głównie w dziedzinie polityki pieniężnej. Jak przewidział Kalecki (różniąc się nieco od Keynesa), rozluźnienie polityki pieniężnej w okresie dekoniunktury może mieć tylko nikłe znaczenie. Zwiększenie bazy monetarnej i niższe stopy procentowe nie pomogły dźwignąć się transatlantyckim gospodarkom na przedkryzysowe poziomy wzrostów. Słaba akcja kredytowa, spowodowana niechęcią do ryzyka, spowodowała, iż pieniężny impuls nie był odczuwalny. Jedyną naprawdę pewną metodą zwiększenia popytu jest stymulacja fiskalna: państwowe wydatki (zamówienia) uruchamiające proces inwestycyjny w prywatnych przedsiębiorstwach, zwiększające zatrudnienie i produkcję. Wzrost wydatków państwa ma zatem w tych warunkach pozytywny wymiar gospodarczy i ogólnospołeczny. Jak to ujął Davidson: grosz wydany to grosz zarobiony. Emitując papiery dłużne, rząd ściąga zamrożony, nieskłonny do ryzyka kapitał i wpuszcza go do gospodarki, dając zarobić krajowym przedsiębiorstwom i pracownikom.
Kalecki miał jeszcze inne spostrzeżenie dotyczące popytu i podaży: pracownicy wydają tyle, ile zarabiają, kapitaliści zarabiają tyle, ile wydają. Tym samym wielkość popytu oraz wielkość produkcji i zatrudnienia są ze sobą w oczywisty sposób związane. Zmniejszenie produkcji w warunkach dekoniunktury wydaje się być naturalne i racjonalne dla przedsiębiorstw, jednak skutkiem takich działań jest pogłębienie recesji. López i Assous wyjaśniają, iż według Kaleckiego fluktuacje wynikają głównie z fal optymizmu i pesymizmu, co opisał w swej książce z 1943 r. („Studies in Economic Dynamics”), chociaż zarys teorii cyklu koniunkturalnego przedstawił już w 1933 r. Modele Kaleckiego opisywane (również wzorami) przez Lópeza i Assousa uwzględniały przesunięcia czasowe: […] decyzje inwestycyjne są przyczyną opóźnień relacji w dwóch kierunkach: jeżeli inwestycje rosną, to pociągają za sobą wzrost zarówno zysków, jak i kapitału; większe inwestycje zwiększają popyt i zyski oraz będą pobudzać do podejmowania dalszych decyzji inwestycyjnych, ale rosnący zasób kapitału wywoła tendencję do obniżki stopy zysku i będzie wywierał ujemny wpływ na decyzje inwestycyjne. To właśnie wzajemna zależność tych dwóch przeciwstawnych tendencji wywołuje ruch cykliczny. Wcześniej czy później stopa wzrostu jednej z nich weźmie górę nad drugą i zostanie osiągnięty punkt zwrotny. Innymi słowy coraz lepsza koniunktura pozwala na większe zyski, czym zachęcone przedsiębiorstwa przeinwestowują, gdyż z czasem dodatkowe zyski okazują się być mniejsze. Wtedy przedsiębiorstwa ograniczają inwestycje.
Takiego ujęcia problemu cykliczności nie znajdziemy u Keynesa, podobnie jak teorii podziału dochodu. Według niej udział płac w wartości tworzonej przez dany sektor jest wyznaczany przez „stopień monopolizacji” (będący relacją między cenami a kosztami) oraz relację między udziałem płac a kosztami zmiennymi materiałów. Dzięki tej teorii widoczna jest siła kapitalistów i robotników, co z kolei w czasie dekoniunktury ma swoje przełożenie na efektywny popyt, rozmiary produkcji i zatrudnienia.
Kalecki pokazuje znaczenie swej teorii, odnosząc się do hipotetycznej sytuacji, w której jakimś sposobem zadziałają rozwiązania postulowane przez zwolenników „cięć”. Twierdzą oni, że wskutek redukcji płac robotników i urzędników oraz obniżenia podatków produkcja rusza pełną parą, zwiększając maksymalnie zatrudnienie. Kalecki ripostuje: Czy kryzys został w ten sposób już przezwyciężony? Nie, gdyż wyprodukowane towary trzeba jeszcze sprzedać. Otóż ogólna produkcja znacznie wzrosła, a wskutek podniesienia się cen w stosunku do płac jeszcze silniej wzrosła część produkcji stanowiąca ekwiwalent zysków (wraz z amortyzacją) kapitalistów (przedsiębiorców i rentierów). Na tym nowym wyższym poziomie równowaga może być utrzymana tylko wtedy, gdy ta ostatnia część wyprodukowanych towarów, nie skonsumowana przez robotników i urzędników, zostanie w całości zakupiona przez kapitalistów za ich zwiększone zyski pieniężne, słowem – gdy kapitaliści wszystkie swe nowo osiągnięte zyski wydadzą niezwłocznie na konsumpcję albo na inwestycje. Tak się jednak nie dzieje.
Konsumpcja kapitalistów nie jest tak bardzo uzależniona od ich dochodu – w przeciwieństwie do konsumpcji robotników, którzy wydają tyle, ile zarabiają. Zatem popyt konsumpcyjny nie rośnie wystarczająco, aby zrównoważyć nowy poziom produkcji (podaży). Ewentualne decyzje inwestycyjne zaś są poddane przesunięciom czasowym (decyzja → zamówienie → produkcja → dostarczenie). Tym samym dodatkowe zyski kapitalistów zmieniają się w oszczędności – pieniądz nie pracuje. Dodatkowy produkt jest niesprzedany, a ceny spadają, przekreślając znaczenie zmniejszania kosztów pracowniczych. Powraca bezrobocie i spada produkcja. Raz jeszcze widzimy znaczenie efektywnego popytu, bez którego gospodarka popada w stagnację. Obniżanie płac robotników to pułapka, przestrzega Kalecki. Realny dochód kapitalistów nie wzrasta, ale realny dochód robotników spada – podsumowuje. W tym punkcie różnił się nieco od Keynesa.
Państwo i ład ekonomiczny
Skoro jednak w czasie kryzysu najważniejszy jest problem efektywnego popytu, a jego rozwiązaniem jest zwiększenie wydatków rządowych, to jak państwo i gospodarka mogą sobie poradzić z przyrostem długu?
Davidson przypomina, iż od powstania Stanów Zjednoczonych państwo to, poza krótkim okresem w latach 30. XIX w., było permanentnie zadłużone. Nie przeszkodziło to jednak obywatelom odczuwać z pokolenia na pokolenie coraz wyższego standardu życia. W roku 1929, gdy nastąpił krach finansowy na Wall Street, relacja długu do PKB wynosiła zaledwie 16%. To niewielkie zadłużenie państwa nie zatrzymało spirali dekoniunktury spowodowanej załamaniem zaufania, spadkiem produkcji i wzrostem bezrobocia. Polityka nieinterwencji spowodowała, iż przychody podatkowe spadły aż o połowę między rokiem 1930 a 1932. Kiedy w 1936 r., w czasie Nowego Ładu prezydenta Franklina D. Roosevelta, dług publiczny wynosił 40% PKB, podniósł się alarm ze strony środowisk wielkiego biznesu, w efekcie którego prezydent zmienił politykę na oszczędnościową. Rezultaty były fatalne: rok 1937 był rokiem potężnego nawrotu kryzysu. W jego wyniku Roosevelt powrócił do działań i wizji z pierwszej kadencji.
Po II wojnie światowej zadłużenie państwa dochodziło do niemal 120% PKB, jednak, pisze Davidson, zamiast doprowadzić naród do bankructwa, ten wysoki dług publiczny łączył się z rozkwitem gospodarki. Chociaż społeczeństwu żyło się znacznie lepiej, to iluzja długu pieniężnego jako czynnika jednoznacznie negatywnego oddziaływała na część opinii publicznej w zaskakująco znajomy dla nas sposób. Autor wspomina, iż w latach powojennych pomimo gospodarczego sukcesu USA zdarzało się nawet z ust jego własnego ojca słyszeć, iż on i przyszłe pokolenia będą musiały spłacać „długi Roosevelta”.
Davidson ukazuje, dlaczego grosz zaoszczędzony nie jest groszem zarobionym w przypadku gospodarki w skali makro. Warto jednak poczynić zastrzeżenie, iż Stany Zjednoczone są krajem szczególnym, w którym bank centralny w ostatnich latach nie boi się skupywać części obligacji państwowych, tym samym finansując dług państwa. Wbrew oczekiwaniom monetarystów („jastrzębi”), a zgodnie z prawami gospodarczymi, większy dodruk pieniądza wcale nie spowodował inflacji ani utraty zaufania do obligacji, które cieszą się popularnością wśród inwestorów. Również w Polsce widzimy, iż koszt obsługi zadłużenia jest wyjątkowo niski. Oba zjawiska wynikają z faktu, że w warunkach niepewności „dodruk pieniądza” nie musi wyradzać się w inflację pieniężną przy zastoju inwestycyjnym i kredytowym oraz niewykorzystanych zdolnościach wytwórczych. Obligacje, nawet dające niski procent, stają się bezpieczną przystanią na niepewne czasy.
López i Assous przypominają, że Kalecki przed Keynesem wskazywał, iż to właśnie z deficytu budżetowego powinien pochodzić impuls do zwiększenia popytu. W swej teorii natychmiast przyznał wydatkom państwa ważne miejsce jako dodatkowemu źródłu popytu, podkreślając dodatkową zaletę deficytu budżetowego w roli, jaką odgrywa w określaniu łącznych zysków. Co więcej, uważał on, że deficyty budżetowe mogą być niezbędne jako stała cecha kapitalizmu z pełnym zatrudnieniem, a nie tylko jako ostateczny środek stosowany jedynie w okolicznościach kryzysowych.
Kalecki, zgodnie ze swą manierą odpierania potencjalnych kontrargumentów przedstawionej tezy, udowodnił, iż wzrost deficytu nie musi przekładać się na wzrost stopy procentowej. Główna jednak wątpliwość wyrażana względem teorii Kaleckiego zawierała się w założeniu, iż rosnący dług spowoduje nadmierne obciążenia spowodowane koniecznością jego obsługi i w ten sposób ograniczy pole manewru polityki fiskalnej. Co na to Kalecki? Zauważył, że równocześnie ze wzrostem długu rośnie w wyniku postępu technicznego i wyższego zatrudnienia także dochód narodowy. To sprawia, iż finansowanie długu nie musi stać się powodem do wyrzeczeń. Kalecki proponował również bezbolesny dla gospodarki i nieuszczuplający dochodu mechanizm podatku majątkowego lub też formę modyfikacji podatku dochodowego, który to pomysł pochwalił w liście do niego Keynes.
López i Assous podsumowują argument Kaleckiego: […] kiedy istnieją niewykorzystane zdolności wytwórcze, a polityka pieniężna jest odpowiednia, wzrost deficytu budżetowego wywołuje wzrost zysków i poziomu aktywności gospodarczej w krótkim okresie, co pobudza również wzrost gospodarki w średnim i długim okresie. Po wojnie to rozumowanie zostało przyjęte przez sterników spraw gospodarczych USA i Europy. Dwadzieścia lat później gospodarki krajów rozwiniętych rozwijały się naprawdę szybko, unikając dramatycznych spowolnień. Działo się to pomimo niespełnienia warunków rzekomych antykryzysowych polityk postulowanych przez ekonomię klasyczną (czyli braku płacy minimalnej i związków, przy konkurencji doskonałej). Zatrudnienie w krajach Zachodu było w zasadzie pełne, zaś gazety drukowały wiele stron ogłoszeń z ofertami pracy. Państwa złotej ery powojennego obszaru transatlantyckiego uosabiały dążenie do ideału harmonii interesów społecznych, oddalając się mentalnie i materialnie od scenariusza „walki klas”. Davidson pokazuje przykład USA w latach 1961–1968, gdy społeczny konsensus pozwolił na de facto eliminację bezrobocia i podwyższający się standard życia, chociaż analogiczne procesy miały miejsce również w Europie Zachodniej: […] ceny były utrzymywane w ryzach za pomocą płacowo-cenowej polityki „wytycznych”, która wymagała, aby podwyżki płac były powiązane ze wzrostami produktywności. Wskazówki te były całkowicie dobrowolne. Nie istniały żadne pieniężne nagrody lub kary, aby wymusić odpowiednie zachowania robotników i kadry zarządzającej. […] Te dobrowolne wskazówki działały przez prawie 8 lat. Realny [po odliczeniu inflacji – przyp. K.M.] PKB wzrósł o 34%, a indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych o niespełna 13%.
Polityka liberalizacji zaczęła niszczyć te trwałe fundamenty wzrostu. Dla nowej polityki gospodarczej potrzebna była nowa-stara myśl ekonomiczna, neutralizująca idee, które rządziły złotym ćwierćwieczem.
Zbękarcona spuścizna
Po II wojnie światowej wydawało się, że myśl ekonomiczna tych dwu osobowości (z naturalnym wskazaniem na Keynesa) będzie panowała jeszcze bardzo długo. Tak się jednak nie stało. W dość niezwykły sposób doszło do tego, co współpracowniczka Keynesa i Kaleckiego, prof. Joan Robinson, nazwała „zbękarceniem” myśli keynesowskiej. Na końcu tej długiej drogi doszliśmy do czasów obecnych, gdy tzw. neokeynesiści zgadzają się w większości ze swoimi liberalnymi kolegami-ekonomistami, wspólnie okupując stanowiska naukowo-dydaktyczne na uczelniach. Tymczasem wierni myśli Keynesa i Kaleckiego postkeynesiści wraz z ekonomistami ewolucyjnymi i innym „drobiazgiem” tworzą grupę ekonomistów heterodoksyjnych, nie licząc na granty, stanowiska i miejsca w „prestiżowych” publikacjach, trwając pokątnie na niewielkiej liczbie uczelni. Oczywiście „heterodoksi” mogą się pochwalić przewidzeniem kryzysu i jego sumienną interpretacją – to jednak w niewielkim stopniu przesuwa ich z marginesu, na jakim ustawił ich ekonomiczny establishment.
Historia myśli ekonomicznej po wojnie to historia unieszkodliwienia keynesowskich idei przez działania zarówno ich przeciwników, jak i „zwolenników”. Paul Davidson podaje za przykład tego proces metamorfozy doktryny keynesowskiej poddanej niezwykłym zabiegom przez pierwszych mainstreamowych zwolenników jego myśli. Usunęli oni założenia Keynesa z „Ogólnej teorii…”, w zamian przyjmując założenia klasyczne (np. sztywność cen i płac). Oczywiście model keynesowski po przeróbce liberalnej nie ma sensu i tym łatwiej padł ofiarą krytyki. Niezwykle wpływowy „keynesista” Paul Samuelson sam przyznał, iż analizy z „Ogólnej teorii…” były dla niego nie do przełknięcia, zaś z przyjęcia klasycznych założeń czynił wręcz powód do dumy. Co więcej, swą pierwszą wiedzę na temat keynesizmu czerpał od kanadyjskiego ekonomisty Roberta Bryce’a, który uczęszczał na wykłady Keynesa. Problem w tym, że gdy Bryce zaczął rozpowszechniać wśród amerykańskich ekonomistów myśl Keynesa, sam nie przeczytał „Ogólnej teorii…”. Ta praca, stwierdza Davidson, nigdy nie została przyswojona przez ekonomię głównego nurtu.
Wkrótce nadszedł upadek zbękarconego keynesizmu, gdy w latach 70. Milton Friedman i inni ekonomiści klasyczni pokonali go, słusznie wytykając logiczną niekonsekwencję między klasycznymi podstawami tego „keynesizmu” a receptami w zakresie polityki gospodarczej. Model klasyczny-liberalny można bowiem przyjąć tylko z całym dobrodziejstwem inwentarza: od nierealistycznych założeń po mylne i szkodliwe, lecz spójne z założeniami recepty. Od tego momentu rozpoczyna się nowe podejście w formułowaniu polityk gospodarczych przez państwa. W latach 80. kolejna gałąź „keynesizmu” – nowa teoria keynesowska – znowu przyjmowała założenia klasyczne, co poddało ją miażdżącej krytyce neoklasycznego ekonomisty noblisty Roberta Lucasa.
Zbękarcone wersje keynesizmu nie miały odpowiedzi na nowe zjawiska takie jak stagflacja lat 70. i powoli oddały pola staro-nowej ekonomii liberalnej, w której rynki są racjonalne i znajdują się w stanie równowagi, zaś jedyną receptą z zakresu polityki gospodarczej państwa jest: nie mieszać się do rynku. Brak wiary w jakąkolwiek możliwość trwałego efektu działań fiskalnych spowodowała, że nawet zwolennicy obniżenia podatków przez pewien czas byli traktowani w mainstreamie ekonomii z podejrzliwością. Dopiero kryzys w XXI w. i konieczność stymulacji fiskalnej m.in. w USA i Niemczech w 2009 r. sprowadziły w obliczu zagrażającej katastrofy politykę gospodarczą nieco bliżej ziemi. Był to jednak tylko moment: już wkrótce obszar transatlantycki opanowała psychoza strachu przed zadłużeniem i działaniami wciąż nieuregulowanego sektora finansowego. Kryzys wciąż ma się dobrze, a nauki Kaleckiego i Keynesa odeszły do lamusa. Nie wiadomo na jak długo.
Wstęp i kurs zaawansowany
Książki Davidsona oraz Lópeza i Assousa stawiają przed czytelnikiem dwa różne wyzwania. „Rozwiązanie Keynesa” jest, pomimo ekonomicznego żargonu, książką stosunkowo łatwą do zrozumienia bez głębszej znajomości ekonomii. Jest to z pewnością zasługa wieloletniej praktyki Davidsona w niesieniu kaganka keynesowskiej oświaty w niesprzyjających okolicznościach. Jego argumentacja jest logiczna, gęsto okraszona porównaniami i przykładami, co pozwala czytelnikom przyswoić naprawdę sporą dawkę ważnej wiedzy ekonomicznej bez odczucia bólu głowy. Na zaledwie 174 stronach Davidson zawarł wszystko to, co naprawdę warto wiedzieć o problemach gospodarki i sposobach wyjścia z kryzysu. Jednocześnie „Rozwiązanie…” jest bardzo aktualne, równie zanurzone w odniesieniach do przeszłości, jak i w konkretnych wydarzeniach i wyzwaniach naszych czasów. W tym sensie jest to ciekawy przewodnik po rzeczywiście keynesowskiej odpowiedzi na kryzys.
Jak zauważa uczeń Kaleckiego, prof. Jerzy Osiatyński, autor słów wstępnych do obu książek, autorzy „Michała Kaleckiego” dołożyli starań, aby nie zaprezentować polskiego uczonego wyłącznie jako wynalazcy keynesizmu przed Keynesem, jak jest on często przedstawiany. López i Assous prezentują większość głównych teorii Kaleckiego, m.in. teorię podziału dochodu narodowego i teorię efektywnego popytu. Są one omawiane nie bardzo rozlegle, lecz dość szczegółowo. Dla czytelnika nie-ekonomisty dość hermetyczny, pozbawiony (w przeciwieństwie do Davidsona) publicystycznego zacięcia język może okazać się zbyt skomplikowany. Z drugiej strony trudno byłoby autorom zawrzeć choć skrótowe ujęcie modeli Kaleckiego na mniejszej liczbie stron. W pracy Lópeza i Assousa pojawiają się matematyczne wzory i wykresy, co czyni pracę bardziej atrakcyjną dla ekonomistów, lecz nieco mniej przejrzystą w odbiorze niż „Rozwiązanie Keynesa”.
Obie książki są jednak godne polecenia, przy czym Paul Davidson jest dobrym i wystarczającym wstępem dla bardziej zaawansowanego kursu, jaki oferują nam autorzy „Michała Kaleckiego”. W obu pracach poruszanych jest o wiele więcej ważnych zagadnień poza wspomnianymi w niniejszym omówieniu. Chodzi m.in. o rynki finansowe, handel międzynarodowy czy też rozwój krajów ubogich. Są to zagadnienia niemal równie istotne dla globalnego dobrobytu co refleksje dotyczące zatrudnienia, płac i produkcji w trakcie recesji. W głównym nurcie ekonomii z pewnością powinno się znaleźć miejsce na przemyślenia Michała Kaleckiego i Johna M. Keynesa dotyczące kryzysu. Polskie Towarzystwo Ekonomiczne po raz kolejny wydaje pozycje niezwykle wartościowe i aktualne, choć niezgodne z głównym nurtem. Miejmy nadzieję, iż za kilka lat nie będzie już śladu po smutnym okresie zapaści myśli ekonomicznej i że rola efektywnego popytu będzie oczywista dla kierujących polityką gospodarczą.
Julio López G., Michaël Assous, Michał Kalecki, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożył Adam Szeworski.
Paul Davidson,Rozwiązanie Keynesa. Droga do globalnej koniunktury gospodarczej, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożyli Paweł Kliber i Agata Kliber.
Obie książki można nabyć w internetowej księgarni wydawcy: www.ksiazkiekonomiczne.pl
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 26 lipca 2013 | kultura zaangażowana, Lato 2013
Róża Thun, prawnuczka Jana Gwalberta Pawlikowskiego, tak mówiła o swoim pradziadku: Był bardzo nowoczesny przez to, że żywo interesował się i przyswajał osiągnięcia innych zaczerpnięte z innych rejonów Europy, a nawet Ameryki. Wiedział, że innowacja, lepsze prawo i nowe lepsze rozwiązania lub produkty są prawie zawsze wypadkową dyskusji i spotkań znawców oraz specjalistów z różnych zakątków świata, a także porównania ich różnorodnych doświadczeń. Myślę, że bardzo cieszyłby się, gdyby mógł korzystać z tych wszystkich możliwości programów europejskich, które dzisiaj nam ułatwiają nie tylko codzienne życie, ale także finansują tego rodzaju sympozja czy konferencje, a co możliwe jest dzięki członkostwu Polski w Unii Europejskiej 1.
Wydaje się, że wypowiedź ta może być przyczyną nieporozumień i fałszywych przeświadczeń. Co prawda dotyczy to jedynie kwestii rolnictwa czy ogrodnictwa, którymi Pawlikowski się zajmował, ale na podstawie zacytowanego fragmentu można odnieść generalne wrażenie, iż był on postacią wybitną, ponieważ przeszczepiał na rodzimy grunt pomysły zachodnie, do których dzięki swojemu obyciu i rozlicznym kontaktom potrafił szybko dotrzeć. Obrazuje to poziom klientelizmu i zakompleksienia, charakterystyczny dla współczesnej Polski. Nie do wyobrażenia bowiem jest dziś, aby tutaj, u nas, mogło powstać coś rzeczywiście wartościowego, ważnego nie tylko lokalnie.
Tymczasem Pawlikowski to twórca oryginalny, znający doskonale światowy dorobek zachodnich badaczy i myślicieli w różnych dziedzinach, którymi się zajmował, ale często wyprzedzający swoimi pomysłami trendy dominujące w jego czasach w świecie zachodnim. Niejednokrotnie przejmowano u nas niektóre koncepcje z Zachodu – nie szczędząc „ochów i achów” – jako najaktualniejsze, najmodniejsze, genialne, nie wiedząc, że identyczne pomysły Pawlikowski wysuwał kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy na Zachodzie dominował zupełnie inny sposób myślenia.
Stanisław Grabski w pośmiertnej nocie pisał o Pawlikowskim: Człowiek niezwykły, wielkiej naprawdę miary. W przedziwny jakiś sposób łączył on w sobie najrozbieżniejsze zamiłowania i uzdolnienia. Odziedziczony majątek ziemski Medykę doskonałą gospodarką znacznie powiększył. A równocześnie był pedagogiem, profesorem ekonomiki w Dublanach, redaktorem „Ekonomisty Polskiego”, prezesem Związku Naukowo-Literackiego, kierownikiem Szkoły Nauk Politycznych, protektorem sztuki zakopiańskiej, a za młodu i zapalonym taternikiem, głębokim badaczem mesjanizmu polskiego i poezji Słowackiego, gorącym propagatorem ochrony przyrody – przy tym zaś jednym z najwybitniejszych przed wojną kierowników polityki narodowej: prezesem Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego w Galicji i członkiem Komitetu Centralnego tajnej, trójzaborowej Ligi Narodowej. I co jest najrzadsze: tylu tak różnorodnymi sprawami się zajmując, nigdy niczego nie robił, nigdy o niczym nie myślał powierzchownie. Odruchowo nie znosił dyletantyzmu2. Zygmunt Wasilewski zaś pisał wprost, iż uważa Pawlikowskiego za jedną z najważniejszych postaci polskiej kultury przełomu wieków3.
***
Jan Gwalbert Pawlikowski urodził się 18 marca 1860 r. w Medyce4. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej, która wydała cały szereg znanych działaczy politycznych, gospodarczych, kulturalnych. Jego pradziad Józef Benedykt Pawlikowski (1770–1830) był burmistrzem Przemyśla, pionierem w zakresie nowoczesnego rolnictwa i ogrodnictwa, po nabyciu zaś Medyki miał uczynić z niej ośrodek gospodarczy i kulturalny wschodniej Małopolski. Jego syn, a dziadek Jana, Józef Gwalbert Pawlikowski (1793–1852), kontynuował działalność ojca na polu rolnictwa, sadownictwa i ogrodnictwa, prowadził ożywioną aktywność polityczną, pełnił również w związku ze swoją pasją kolekcjonerską obowiązki wicedyrektora Ossolineum. Wreszcie ojciec, Mieczysław Pawlikowski (1834–1903), to wicekomisarz Rządu Narodowego na wschodnią Galicję w latach 1864–1865, w związku z tym więziony; poeta, prozaik, publicysta i wielki miłośnik Tatr. W „Encyklopedii tatrzańskiej” czytamy, iż: Jako taternik dokonał m.in. pierwszego przejścia przez Zachodnie Żelazne Wrota oraz drugiego wejścia na Wysoką z pierwszym zejściem z niej przez Pazdury (w 1876 w towarzystwie Adama Asnyka, swego syna Jana Gwalberta oraz przew. Macieja Sieczki i in.). Śmiało można powiedzieć, że Jan Gwalbert większość swoich pasji i zainteresowań wyniósł z domu rodzinnego – to, czym będzie zajmował się przez niemal 80 lat życia, to poniekąd kontynuacja i rozwinięcie dzieła swoich antenatów.
W dzieciństwie z matką Heleną z Dzieduszyckich i bratem Tadeuszem (krytyk literacki, reżyser, dyrektor teatrów w Krakowie i Lwowie) przebywał w Szwajcarii, a od 1867 r. w rodzinnym majątku matki w Radziszowie pod Krakowem. W latach 1871–1878 uczęszczał do Gimnazjum św. Anny w Krakowie. Po jego ukończeniu zapisał się na Wydział Filozoficzny UJ, gdzie studiował historię, geografię i historię literatury, po niedługim czasie jednak za namową Józefa Szujskiego przeniósł się na prawo, które z przerwami – bo w 1884 r. przez jeden semestr pobierał nauki w Wiedniu, następnie w latach 1884–1885 w Halle zgłębiał tajniki chemii rolnej i agrotechniki – studiował w latach 1879–1885. Po uzyskaniu stopnia naukowego doktora prawa w 1885 r. kontynuował naukę w Wyższej Szkole Rolniczej w Dublanach (1885–1886), a w latach 1886–1887 w Hochschule für Bodenkultur w Wiedniu (ekonomika rolnictwa oraz uprawa roli i roślin) oraz na Uniwersytecie Wiedeńskim (ekonomia społeczna i statystyka). Po powrocie do kraju objął rodzinny majątek, którym następnie administrował do 1915 r. Jednocześnie został powołany na katedrę ekonomii społecznej Wyższej Szkoły Rolniczej w Dublanach, którą piastował do 1904 r., kiedy to musiał ją porzucić ze względu na pogarszający się wzrok.
Lata te to czas jego najbardziej intensywnego zaangażowania się w rolnictwo. Stał się spiritus movens powołania w Dublanach stacji doświadczalnych chemiczno-rolniczej i botaniczno-rolniczej. W latach 1891–1895 był członkiem redakcji, a od 1893 r. redaktorem „Ekonomisty Polskiego”, w którym prowadził stałe działy rolnicze, wiele artykułów na te tematy umieszczał także w „Nowej Reformie”, „Słowie Polskim”, „Rolniku”, „Kurierze Warszawskim” czy „Kurierze Poznańskim”. Opracował również wszystkie hasła rolnicze do wydanej w 1898 r. we Lwowie dwutomowej „Encyklopedii Macierzy Polskiej”. W latach 1897–1898 pełnił obowiązki wiceprezesa Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego we Lwowie, ponadto brał czynny udział w pracach zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych oraz Banków Parcelacyjnego i Melioracyjnego we Lwowie.
***
Wkroczył również w tamtym czasie w działalność polityczną. Już w latach studenckich jako członek redakcji akademickiego pisma „Przyszłość” dawał wyraz swej niechęci do polityki prowadzonej przez galicyjskich konserwatystów, zarzucając jej egoizm i koteryjność. To z pewnością spowodowało jego zbliżenie do narodowej demokracji, do której dość szybko się włączył, stając się jednym z jej prominentnych działaczy w Galicji5. W 1902 r. przystąpił do tajnej trójzaborowej Ligi Narodowej, w tym samym czasie zaczął też wspierać finansowo organ prasowy wszechpolaków, „Słowo Polskie”. W latach 1904–1905 natomiast współorganizował legalną strukturę ruchu endeckiego we Lwowie – Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe. Pełnił w nim kluczowe funkcje, najpierw wiceprezesa, a od 1907 r. prezesa.
Zygmunt Wasilewski odnosząc się do tej płaszczyzny aktywności Pawlikowskiego, pisał: Mógłby ktoś wyobrażać sobie, że jednostka w tych warunkach niezależności materialnej i upodobań umysłowych musi być rodzajem sybaryty intelektualisty i estety, który się spala łagodnie w uciechach umysłowych. A jednak, kiedy w r. 1903 nowo powstające Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe przystąpiło do organizowania kadrów, Pawlikowski stanął w szeregach jako polityk, zgodził się objąć prezesurę zarządu i obowiązek, związany z tym posterunkiem, spełniał doskonale aż do wojny. Prawda, miał koło siebie ludzi tęgich a roboczych, jak Głąbiński i Grabski Stanisław, ale nigdy nie dał dowodu psychologicznego (nie mówiąc już o moralnym), że mu ciąży rola działacza. Wiem, że upodobania najgłębsze Pawlikowskiego nie dążyły w tę stronę, nie wątpię, że lepiej się czuł w sferze zatrudnień intelektualistycznych; ale jest to człowiek tak dużej kultury duchowej, że świadomością potrafi wymóc na swej organizacji psychicznej każdy ze swej woli użytek, i to użytek doskonały6.
Niektórzy skłonni byli widzieć w Pawlikowskim jedynie figuranta na tych eksponowanych stanowiskach, uznając, iż wszystkimi sprawami dotyczącymi polityki Stronnictwa kierował najpierw Głąbiński, a później pełniący obowiązki wiceprezesa Stanisław Grabski. Wydaje się to jednak nieprawdą. Pawlikowski – jak we wszystkich dziedzinach, którymi się zajmował – również tutaj angażował się całym sobą, choć bieżąca polityka z pewnością nie była jego żywiołem. Karol Wierczak po latach wspominał, iż nie był on z pewnością „malowanym prezesem”, ale uznanym autorytetem, który trzymał mocno w garści ster stronnictwa7. Dowód na to odnajdujemy również w zachowanej korespondencji Pawlikowskiego z organizacjami lokalnymi – to on brał udział w ustalaniu kandydatur wyborczych, rozstrzygał kwestie finansowe, uśmierzał antagonizmy i konflikty.
Po wybuchu wojny Pawlikowski pozostał we Lwowie. Liga Narodowa zdecydowanie opowiadała się wówczas po stronie państw centralnych, takie było też stanowisko samego Pawlikowskiego, mimo to endecy weszli w skład Naczelnego Komitetu Narodowego, który we Lwowie został przez nich wręcz zdominowany. Wobec presji ze strony środowisk młodzieżowych, domagających się natychmiastowego utworzenia polskich sił zbrojnych i podjęcia walki u boku Austrii, zezwolił on na tworzenie tzw. Legionu Wschodniego. Od początku jednak działania te były świadomie przez endeków opóźniane i osłabiane, ostatecznie podjęto decyzję o wyprowadzeniu Legionu z miasta i rozwiązaniu go, co wywołało oskarżenia pod adresem Pawlikowskiego o zdradę stanu ze strony przede wszystkim socjalistów i zaowocowało wystąpieniem endeków z NKN.
Udaną inicjatywą z lat wojny było niewątpliwie powołanie do życia 10 lutego 1915 r. Obywatelskiego Komitetu Ratunkowego, którego prezesem został Pawlikowski. Zadaniem Komitetu miało być niesienie pomocy ludności poszkodowanej w wyniku działań wojennych oraz wspieranie odbudowy gospodarczej kraju. Wśród najbardziej palących potrzeb wskazywano zbieranie informacji o potrzebach cywilów, organizowanie pomocy dla poszkodowanych wskutek wojny, zaopatrzenie rolników w nasiona i zwierzęta pociągowe, organizowanie lokalnych struktur powiatowych, miejskich i parafialnych. Wkrótce utworzono 19 organizacji ratunkowych w powiatach środkowej i zachodniej Galicji. Delegaci Komitetu zyskali prawo do przebywania w rejonach przyfrontowych w celu rozdziału zboża dla potrzebujących; odegrał on istotną rolę również w niesieniu pomocy sanitarnej, albowiem w wielu powiatach brakowało zwykłej opieki lekarskiej.
Po odbiciu Lwowa przez Austriaków Pawlikowski ogłoszony został zdrajcą, wcześniej jednak wyjechał do Żytomierza, gdzie współorganizował polską oświatę. Po zakończeniu wojny wycofał się z czynnej działalności politycznej, kierownictwo Stronnictwem w Galicji przekazując Janowi Rozwadowskiemu. Wchodził jednak w skład rady naczelnej Związku Ludowo-Narodowego, a członkiem Stronnictwa Narodowego pozostał aż do śmierci.
***
Mówiąc o aktywności politycznej Pawlikowskiego, trzeba zwrócić uwagę na jego udział w organizacjach we Lwowie będących de facto przybudówkami endecji. Czynnie działał chociażby w Związku Naukowo-Literackim, którego funkcjonowanie po latach marazmu ożywiło się, gdy do zarządu wszedł właśnie Pawlikowski jako prezes, a z nim także Jan Ludwik Popławski, Zdzisław Dębicki, Jan Kasprowicz i inne osoby związane z ruchem narodowym. Wkrótce dzięki Pawlikowskiemu powstało przy Związku wydawnictwo książkowe „Wiedza i życie”, które opublikowało kilkadziesiąt tomów prac poruszających najistotniejsze w tamtym czasie zagadnienia z zakresu filozofii, literatury, kultury i nauki. W 1902 r. Związek liczył 106 członków, stanowił „salon literacki” Lwowa, ale także ośrodek oddziaływania myśli narodowej na inteligencję galicyjską. W związku z tym urządzano regularne spotkania dyskusyjne i odczyty dla zainteresowanych; Pawlikowski występował na nich z takimi tematami jak „O słowie jako elemencie sztuki poetyckiej”, „O stylu zakopiańskim”, „O współczesnej nauce rolniczej”, „O przedstawianiu barw w poezji”, „O Królu Duchu”, „O źródłach i pokrewieństwach towianizmu”, „O mistyce Słowackiego”, „O krainie duchów w wierzeniach naszej mistyki romantycznej”, „Słowacki o przyszłym człowieku” i in. Sam zestaw tytułów pokazuje dobrze jego erudycję i wszechstronność zainteresowań. Jak pisał Wasilewski: Rozległa wiedza Pawlikowskiego znajdowała sympatyczne ujście w środowisku tych zebrań; on sam odczuwał potrzebę głośnego myślenia i wymiany myśli. Był też duszą Związku. Imponował mi rzadko spotykanym darem interesowania się wszystkimi zagadnieniami nauki, sztuki i życia. Życie ludzkie, przyroda były dla niego czytelnymi księgami, niby pierwszymi tomami leksykonu nauki, kultury i literatury. Umiał podchodzić z właściwej strony do każdej dziedziny, rozumieć je jasno, a każda rzecz budziła w jego umyśle odległe związki i filozoficznie się pogłębiała. Miał to w kulturze umysłu, że mu się nie plątały metody dochodzenia każdej z tych rzeczy. Nie był literatem-estetą tam, gdzie trzeba było być ekonomistą i odwrotnie, tak samo kąt widzenia polityczny nie zlewał mu się z filozoficznym. A jednak był w nim na spodzie, przed progiem intelektu, jakiś zaczyn, który dla tego wszystkiego, jak dla gałęzi, tworzył pień, karmiący każdą myśl i decyzję żywotne mi sokami8.
W 1902 r. założył wraz z profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Władysławem Ochenkowskim dwuletnią wieczorową Szkołę Nauk Politycznych, którą później kierował (w latach 1907–1912). Celem jej miało być kształcenie kadr dla przyszłego państwa polskiego, podnoszenie intelektualne inteligencji, uświadamianie jej w sprawach politycznych. Wykładał tam ekonomię społeczną, statystykę, ekonomię polityczną oraz ekonomię rolnictwa. Funkcjonowała ona przy wspomnianym Związku Naukowo-Literackim, któremu Pawlikowski szefował od 1898 r. przez ponad 20 lat. Od razu też uruchomiono Towarzystwo Szkoły Nauk Politycznych, które miało stanowić jej materialną i społeczną bazę. Z wykładami w szkole występowały tak wybitne osobistości jak Roman Dmowski, Stanisław Głąbiński, Stanisław i Władysław Grabscy, Eugeniusz Romer, Jan Rozwadowski, Adam Sapieha, Władysław Studnicki.
***
Inną sferę zainteresowań Pawlikowskiego stanowiła literatura. Już jako student UJ ogłosił w „Przeglądzie Akademickim” przekład 9. księgi „Eneidy”. W latach 1882–1884 w Czytelni Akademickiej wygłaszał prelekcje o Słowackim, który do końca życia pozostał jego fascynacją. Efektem tego było przede wszystkim wydane w 1909 r. monumentalne dzieło „Mistyka Słowackiego”, stanowiące rezultat wieloletnich badań nad spuścizną literacką wieszcza, w zamierzeniu mające być wstępem do „Studiów nad Królem Duchem”.
Książka ta przyjęta została entuzjastycznie w chwili opublikowania i wznawiana jest do dziś. Prof. Karol Tarnowski w „Przedmowie”do jej ostatniego wydania pisał: Wrażenie […], jakie wywołuje lektura tej książki, jest porażające. To wielkie dzieło z historii idei, dzieło zdumiewające wielostronną erudycją, znajomością nie tylko literatury pięknej tamtego czasu, ale wszystkich istotnych prądów ideowych, filozoficznych i religijnych, wreszcie literatury przedmiotu, czyli ważniejszych książek naukowych, jakie w okresie pisania „Mistyki” były autorowi dostępne. Równocześnie – i to bodaj cecha najbardziej uderzająca – książka jest niezwykle inteligentna, trzeźwa i w tym sensie nowoczesna9.
Słowackiemu poświęcił Pawlikowski szereg innych artykułów i prac, wydał także w dwóch tomach „Króla Ducha” (Lwów 1924–1927) ze swoim wnikliwym komentarzem. Ta działalność zapewniła mu przyjęcie do Polskiej Akademii Umiejętności, najpierw w charakterze członka korespondenta, a od 1927 r. członka zwyczajnego.
***
I wreszcie, last but not least, ochrona przyrody i turystyka górska – to, z czego Pawlikowski dziś jest najbardziej znany, z czym pozostał najmocniej kojarzony10. Choćby przez to, iż w Tatrach został upamiętniony nazwami: Jaskinie Pawlikowskiego, Okno Pawlikowskiego i Ulica Pawlikowskiego (w Mylnej Jaskini) oraz Przełęcz Pawlikowskiego (przy Durnym Szczycie). Miłość do gór zaszczepiona została u niego, jak wspomniałem, za sprawą ojca, Mieczysława Pawlikowskiego, z którym brał udział w górskich eskapadach jeszcze jako kilkunastoletni chłopiec. Następnie sam kontynuował tę pasję, dokonując w Tatrach kilku pionierskich wejść, m.in. na Łomnicę północną ścianą czy Mnicha, oraz eksploracji niezbadanych dotychczas jaskiń.
Stosunkowo szybko jednak porzucił taternictwo. Już w 1885 r. Pawlikowskiego coraz bardziej irytował nowy model turystyki górskiej: ułatwianie dostępu do gór dla szerokich mas, budowa ścieżek, schronisk, kolejek itp. Podkreślał, że piękno, wyjątkowość i istota gór wynikają z ich dzikości; „uprzystępniając” je więc dla wszystkich, zabija się w nich to, co najważniejsze i najwartościowsze. W związku z tym był on inicjatorem – nieudanych w efekcie – kampanii przeciwko m.in. budowie drogi i schroniska nad Morskim Okiem, kolejkom linowym na Kasprowy Wierch i Gubałówkę, adaptacji dla masowej turystyki Orlej Perci, budowie schroniska na Kalatówkach. Powiodło mu się natomiast storpedowanie pomysłów budowy schronisk pod Rysami i nad Czarnym Stawem Gąsienicowym oraz kolejki na Świnicę.
Był czołowym działaczem Towarzystwa Tatrzańskiego – za jego sprawą doszło do przyjęcia zasad ustalania nazw w Tatrach, sformułował też program taternicki, który następnie prawie in extenso został przejęty przez Niemiecko-Austriacki Związek Alpejski, a w 1930 r. przez Międzynarodową Unię Alpinistyczną. Był też założycielem i wieloletnim redaktorem czasopisma „Wierchy”, na łamach którego opublikował blisko setkę artykułów poświęconych tematyce górskiej11. W 1909 r. natomiast założył Towarzystwo „Sztuka Podhalańska”, propagujące dorobek artystyczny mieszkańców gór, folklor podhalański, a także coś, co określane bywa „stylem zakopiańskim”. Na tym polu niestrudzenie współpracował ze Stanisławem Witkiewiczem, który nota bene zaprojektował dla Pawlikowskiego słynny „Dom pod Jedlami”, postawiony w 1897 r., stanowiący dziś jeden z najcenniejszych zabytków owego „stylu zakopiańskiego”. Na łamach redagowanych przez siebie „Wierchów” zainicjował ankietę poświęconą „stylowi zakopiańskiemu”, dotyczącą jego pogodzenia z wymogami nowoczesnego budownictwa i nadania mu ogólnokarpackiego zakresu. Nie przyniosła ona co prawda spodziewanych rezultatów, jednak bynajmniej nie powstrzymało to Pawlikowskiego od krucjaty przeciwko bezstylowej zabudowie Podhala.
Z tematyką górską ściśle wiąże się zagadnienie ochrony przyrody, któremu Pawlikowski poświęcił sporo czasu, będąc bez wątpienia jednym z pionierów na tym polu – zarówno w skali krajowej, jak i globalnej. Jeżeli chodzi o praktyczną działalność, to w 1912 r. powołał on do życia Sekcję Ochrony Tatr przy Towarzystwie Tatrzańskim (która następnie przekształciła się w Sekcję Ochrony Przyrody Górskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a później w Sekcję Ochrony Gór PTT) i przez długie lata przewodniczył tej pierwszej w Polsce organizacji służącej ochronie przyrody. W latach 1919–1925 pełnił obowiązki wiceprezesa Państwowej Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody, a w latach 1925–1935 Państwowej Rady Ochrony Przyrody (w 1935 r. wraz z całą Radą podał się do dymisji w proteście przeciwko budowie kolejki na Kasprowy Wierch).
W 1926 r. zainicjował pierwszą organizację masową w tej dziedzinie – Ligę Ochrony Przyrody – i opracował jej statut, w którym oprócz dbałości o przyrodę zwrócił uwagę na konieczność troski jej członków o pielęgnowanie folkloru, architektury, sztuki i muzyki ludowej. W tym typie stowarzyszeń – jak pisał – łączy się w doskonały sposób ideę ochrony cech etnograficznych pewnej okolicy, obyczaju, pamiątek historycznych, z ideą „upiększania” okolicy przy zachowaniu jej cech swoistych i z ideą ochrony przyrody, uważaną głównie jako dążenie do zachowania charakterystycznych cech lokalnych krajobrazu. Ochrona swojszczyzny jest ideą pokrewną patriotyzmowi, można też powiedzieć, że jest jego wychowawczynią; z tego powodu wnika ona łatwo do serc i ma w sobie wielką siłę propagandy12. Z jego inicjatywy powstało w 1930 r. Międzynarodowe Biuro Ochrony Przyrody w Brukseli. Za działalność na tym polu odznaczony został Orderem Polonia Restituta.
Idea piękna przyrody górskiej – jak pisał Wasilewski – miała w Pawlikowskim nie tylko spożywcę, którym jest wobec gór turysta czy artysta; Pawlikowski uczynił z niej czynnik społeczny wychowawczy, czym uzupełnił Chałubińskiego, a nawet instytucję narodową, oddaną pod opiekę państwa. Idea zamieniła się w czyn, w czym wielką rolę odgrywa uczucie patriotyczne w połączeniu z poczuciem gospodarza kraju. Pawlikowski widzi w Tatrach nie tylko przyrodę, ale urodę Polski, cechującą jej indywidualność. To potrzeba było wskazać, jako rys organizacji psychicznej Pawlikowskiego, że w nim życie wątków duchowych nie jest luźne, lecz że wszystkie łączą się, organicznie podporządkowują woli twórczej13.
Pawlikowski dystansował się od utylitarnego traktowania resztek dzikiej przyrody ze względu na jej walory poznawcze czy naukowo-przyrodnicze. W zasadzie od razu dostrzegł on, że nie wystarcza muzealna niejako opieka nad pomnikami i zabytkami przyrody i wykazywał potrzebę ochrony całości przyrody, obejmującej również krajobraz i swojszczyznę, oraz potrzebę harmonijnego kształtowania krajobrazu, aby dzieła człowieka włączone były organicznie w naturalny i historycznie wytworzony obraz lica ziemi14. Podkreśla się, że Pawlikowski stworzył wręcz odrębny kierunek w światowym ruchu ochrony przyrody, określany mianem humanistycznego, którego differentia specifica stanowić miało to, iż główne motywy ochrony przyrody upatruje w jej wartościach idealnych i znaczeniu dla rozwoju duchowego człowieka.
Najbardziej znanym dziełem Pawlikowskiego dotyczącym tych zagadnień jest bez wątpienia „Kultura a natura”, której stulecie ukazania się przypada właśnie w tym roku. Pawlikowski przedstawia w tej publikacji swoje postrzeganie idei ochrony przyrody, która zaczyna się tam dopiero, gdzie chroniący nie czyni tego ani dla celów materialnych, ani dla związanej z tworem przyrody, obcej mu jako takiemu, historycznej czy innej pamiątkowej wartości, ale dla przyrody samej, dla upodobania w niej, dla odnalezionych w niej wartości idealnych15.
Prezentuje również swoją wizję relacji pomiędzy kulturą a naturą, odrzucając ich przeciwstawianie sobie oraz postawy wynikające z takiego podejścia: z jednej strony bałwochwalczy kult cywilizacji, techniki, z drugiej zaś idee „powrotu do natury” i całkowitego odrzucenia kultury jako sztucznego tworu. Kultura – jak podkreśla – wyszła z przyrody i nosiła długo na sobie jej cechy; potem zwróciła się przeciw niej. A kiedy pod nowoczesnym hasłem „ochrony” zawiera z nią znowu przymierze, to pod wpływem tego prądu odnowiona przyroda nie będzie już tym, czym była dawniej: będzie ona nieodzownie nosić na sobie cechy tworu kultury. Tylko, miejmy nadzieję, nie tej kultury filisterskiej i barbarzyńskiej, która z miłości do przyrody zrobiła sobie modną suknię, lub pojęła ją jako źródło nowych kramarskich zysków, ale kultury prawdziwej, wewnętrznej kultury ducha i serca. Hasło powrotu do przyrody to nie hasło abdykacji kultury – to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą; to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra16.
Nawołuje do wyzbycia się postawy konsumpcyjnej i kierowania się logiką wyrzeczeń w imię dobra wyższego rzędu, opanowania żądzy zysku za wszelką cenę, przewidując – jak się miało okazać, słusznie – iż w szybkim czasie doprowadzi to do degradacji ostatnich bastionów nieskażonej przyrody. Czytając teksty Pawlikowskiego sprzed stu lat, widzimy dobrze, do czego doprowadziło na Podhalu umasowienie tzw. turystyki górskiej, komercjalizacja, nastawienie wyłącznie na jak najszybszy zarobek. Wszystko to już w zalążku było obserwowane przez autora „Kultury a natury”, w naszych czasach przybrało jednak postać karykaturalną. Co więcej, Pawlikowski pisze wyraźnie, że konieczna jest również ofiara – ofiara materialna, bez której niemożliwym jest zachowanie i ochrona ocalałych rezerwuarów dzikiej przyrody.
***
W latach międzywojennych Pawlikowski zaczął tracić stopniowo wzrok. Zmarł 5 marca 1939 r. we Lwowie, pochowany został na Starym Cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.
W całej jego działalności widać nierozerwalne zrośnięcie z Polską – której wówczas przecież nie było na mapach Europy – na wszystkich polach jego aktywności: naukowej, politycznej, pisarskiej etc. Wydaje się, iż polskością był wręcz przeżarty, czy to poświęcając wiele uwagi twórczości Słowackiego, czy to chroniąc na różne sposoby piękno polskiego krajobrazu, czy to prowadząc działalność w ramach Ligi Narodowej i organizując ruch oświatowy. Niczym mityczny Anteusz, który zyskiwał siły poprzez kontakt z Matką Ziemią, także i on, jak się wydaje, tak dalece poświęcił się sprawom rodzimym, narodowym, iż mimo znajomości języków, wielkiej ogłady i obycia nie mógłby gdzie indziej funkcjonować, prowadzić tak ożywionej i wielokierunkowej aktywności. Nie mógłby, albowiem nie był to wyrobnik nauki czy literatury, ale autentyczny pasjonat, poświęcający sprawom, którymi się zajmował, życie i zdrowie, traktujący je w kategoriach pewnej misji, od której realizacji nie może się uchylić.
Przypisy:
1. Róża Thun: Mój pradziadek, Jan Gwalbert Pawlikowski. O Janie Gwalbercie Pawlikowskim, z jego prawnuczką – Różą Woźniakowską-Thun – rozmawia Krzysztof Tenerowicz, „Myśl.pl” 2009 nr 14.
2. S. Grabski, Śp. Jan Gwalbert Pawlikowski, „Ziemia i Naród” 1939 nr 6.
3. Z. Wasilewski, Jan Gwalbert Pawlikowski. Szkic literacki, „Myśl Narodowa” 1929 nr 4.
4. Większość informacji biograficznych dotyczących Pawlikowskiego zaczerpnąłem z: S. Brzozowski, Jan Gwalbert Pawlikowski (1860–1939) [w:] Dom pod Jedlami i jego twórca, red. W. A. Wójcik, Kraków 1997; M. Jagiełło, Pawlikowscy w Tatrach [w:] Ibid.; J. Kolbuszowski, W pięćdziesięciolecie śmierci Jana Gwalberta Pawlikowskiego [w:] Ibid.; S. Brzozowski, R. Skręt, Pawlikowski Jan Gwalbert Aleksander Józef, Polski Słownik Biograficzny 1980 t. XXV.
5. Na ten temat zob. szerzej: A. Wątor, Narodowa Demokracja w Galicji do 1918 roku, Szczecin 2002.
6. Z. Wasilewski, op. cit.
7. K. Wierczak, Działalność polityczna ś. p. Jana Gwalberta Pawlikowskiego, „Słowo Polskie” 7 III 1939.
8. Z. Wasilewski, op. cit.
9. K. Tarnowski, Przedmowa [w:] J. G. Pawlikowski, Mistyka Słowackiego, Kraków 2008, s. IX.
10. Szerzej na ten temat pisze Remigiusz Okraska w przedmowie pt. Rycerz przyrody [w:] Jan Gwalbert Pawlikowski, Kultura a natura i inne manifesty ekologiczne, Łódź 2010.
11. Zob. W. A. Wójcik, Jan Gwalbert Pawlikowski jako założyciel i redaktor „Wierchów” [w:] Dom pod Jedlami…, ss. 152–167.
12. J. G. Pawlikowski, Społeczna organizacja ochrony przyrody, https://obywatel3.macmas.pl/2012/04/11/spoleczna-organizacja-ochrony-przyrody-2/
13. Z. Wasilewski, op. cit., nr 5.
14. A. Wodziczko, Zasługi naukowe Jana Gwalberta Pawlikowskiego na polu ochrony przyrody [w:] Dom pod Jedlami…, s. 89.
15. G. Pawlikowski, Kultura…, ss. 69–70.
16. Ibid., s. 100.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
dr Jarosław Tomasiewicz

CC-BY eisenbahner, flickr.com/photos/eisenbahner/4568743112/
Komunistyczna Partia Polski przedstawiana jest dziś z reguły jako agentura obcego mocarstwa, wyzuta z wszelkiego patriotyzmu, wprost ziejąca nienawiścią do Polski i polskości. Nie przecząc, że takie tendencje występowały w ruchu komunistycznym, zwrócić trzeba uwagę, że to obraz nazbyt uproszczony. I tu występowały jaśniejsze półcienie, bez znajomości których nie zrozumiemy, dlaczego na orbicie kompartii znalazł się niejeden żołnierz Legionów (by przywołać choćby postać Władysława Broniewskiego). Nawet antykomunistyczny publicysta, agent sanacyjnej „defensywy” Józef Mitzenmacher (Jan Alfred Reguła) w swej „Historii KPP” zwracał uwagę, że wielki procent jego [polskiego komunizmu – J.T.] wyznawców nie zatracało poczucia polskiej państwowości i że istniała możliwość spolszczenia partii komunistycznej. Najdalej w tym kierunku miał iść Julian Brun, znany też pod swym partyjnym pseudonimem Bronowicz.
***
Życiorys Bruna to klasyczna biografia „zawodowego rewolucjonisty”, karnego żołnierza międzynarodowej Rewolucji. Urodził się 21 kwietnia 1886 roku w Warszawie. Jak wielu komunistów miał burżuazyjne pochodzenie – jego ojciec Teodor był właścicielem fabryki tytoniowej, choć od 1905 r. pracował w tej fabryce jako majster. W rodzinie żywe były też sentymenty patriotyczne, gdyż dziadek Bruna, Julian Kaufman, należał do organizatorów powstania styczniowego w Krośniewicach, a po jego upadku był wraz z żoną więziony przez Rosjan. Być może ta właśnie buntownicza tradycja skłaniała Juliana ku antycarskiej opozycji – już jako szesnastolatek wziął udział w demonstracji pierwszomajowej, za co został w 1902 roku usunięty z progimnazjum. Potem uczył się w szkole handlowej w Zgierzu, ale również jej nie skończył.
W 1903 roku wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej, łączącego młodych sympatyków zarówno PPS, jak i SDKPiL, i współpracował przy redagowaniu pisma ZMS „Ruch”. Z powodu tej działalności został w lutym 1904 r. aresztowany, jednak już w maju zwolniono go z uwagi na brak dowodów. Kolejne aresztowanie nastąpiło podczas zbrojnej demonstracji socjalistów na Placu Grzybowskim w Warszawie 13 listopada 1904 r. Bruna więziono wtedy na Pawiaku i w warszawskiej Cytadeli, zanim został zwolniony za kaucją.
Rewolucja 1905 roku przyśpieszyła krystalizowanie się postaw politycznych. Brun spośród różnych partii socjalistycznych – PPS, III Proletariatu, SDKPiL – wybrał tę ostatnią, kierowaną przez Różę Luksemburg. Działał jako esdecki agitator na terenie Warszawy, Lublina i Zagłębia Dąbrowskiego. Latem 1905 r. wraz ze Stanisławem Bobińskim udał się do Austro-Węgier. W czasie powrotu w październiku został zatrzymany za nielegalne przekroczenie granicy i osadzony w więzieniu w Będzinie, potem przewieziono go do stolicy, jednak po miesiącu uwolniono. W listopadzie 1905 r. opublikował w „Przeglądzie Społecznym” swój pierwszy publicystyczny artykuł „O platformie pojednawczej”. Tekst dotyczył rozłamu w PPS i propagował zbliżenie z lewicowymi socjalistami, co w sekciarskiej SDKPiL stanowiło rzadką postawę. W tym czasie Brun wszedł w skład praskiego Zarządu Dzielnicowego SDKPiL, jednak już niebawem – w czasie demonstracji w Alejach Ujazdowskich – znów został aresztowany.
Zwolniono go po dwóch miesiącach za kaucją, pozbawiony jednak możliwości kontynuowania nauki w kraju wyjechał do Paryża. Studiował tam socjologię na Sorbonie, zdał też egzamin wstępny do Instytutu Języków Obcych. Jesienią 1907 r. przyjechał do Warszawy na swoją rozprawę sądową – został wówczas skazany na sześć miesięcy więzienia z zaliczeniem na jego poczet wcześniejszego aresztu; po odbyciu kary wrócił w marcu 1908 roku do Paryża. Ożenił się wtedy z angielską malarką May Houghton i w 1909 r. wyjechał do Londynu, by uczyć się tam fotograwerstwa. Po powrocie do Francji pracował jako grawer. W czasie pobytu w Paryżu nie zaniedbywał działalności politycznej w szeregach tamtejszej sekcji SDKPiL. Jesienią 1912 r. przyjechał do Krakowa, gdzie ożenił się ponownie, tym razem ze Stefanią Unszlicht. Już jednak wiosną następnego roku choroba żony zmusiła go do wyjazdu do Bułgarii. Pracował tu jako korespondent handlowy (w Ruszczuku) i urzędnik bankowy (w Sliven), utrzymując zarazem polityczne kontakty z tzw. tesniakami – radykalną frakcją „ścisłych socjalistów” w Bułgarskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej. W czasie I wojny światowej został internowany przez władze jako obywatel rosyjski.
W 1919 roku wrócił do kraju, wstępując z miejsca do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Jako komunista, został latem 1920 r., w czasie ofensywy bolszewickiej, aresztowany przez władze wojskowe na letnisku pod Warszawą i postawiony przed sądem doraźnym. Przetrzymywano go w Mińsku Mazowieckim, potem na Pawiaku, jednak po przekazaniu sprawy sądowi zwykłemu został w 1921 r. zwolniony. Po uwolnieniu wrócił do pracy partyjnej. Był członkiem Centralnego Wydziału Rolnego i Centralnej Redakcji KPRP, współredagował organy partii „Czerwony Sztandar” i przeznaczoną dla wsi „Gromadę”, współpracował też z legalnymi pismami komunistycznymi, takimi jak „Walka Robotnicza”, „Nowa Kultura” czy „Trybuna Robotnicza”. W lutym 1922 r. Komitet Centralny KPRP delegował go do Moskwy na posiedzenie I Rozszerzonej Egzekutywy Międzynarodówki Komunistycznej, gdzie został powołany w skład Komisji Związkowej MK. U schyłku tego roku uczestniczył w IV kongresie Kominternu w Piotrogrodzie i Moskwie.
Poglądy Bruna w tym okresie wciąż bliskie były luksemburgizmowi, cechowało je charakterystyczne dla dawnych esdeków sekciarstwo. Kontestując możliwość i celowość porozumienia z PPS, faktycznie negował taktykę jednolitego frontu robotniczego w Polsce. Na III konferencji KC KPRP (w Gdańsku w kwietniu 1922 r.) skrytykował też zapożyczone od bolszewików hasło „ziemia dla chłopów bez wykupu”. Luksemburgistowska ultralewica w polskiej kompartii uważała, że lepiej rozwinięta gospodarczo Polska nie musi przejmować rozwiązań z zacofanej rolniczej Rosji i może przejść wprost do socjalizacji ziemi (swą wyższość podkreślano nawet akcentowaniem „robotniczego” charakteru w nazwie partii). Na II zjeździe KPRP (wrzesień-październik 1923 w Bołszewie) Brun jako członek podkomisji rolnej i narodowościowej podtrzymywał to stanowisko – w sprawie rolnej proponował hasło „ziemia dla bezrolnych i małorolnych” zamiast „ziemia dla chłopów”.
Na tymże zjeździe Brun wybrany został do Komitetu Centralnego partii. W lipcu 1924 r. I konferencja Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (zajmującej się wsparciem dla więzionych komunistów) wybrała go do Komitetu Wykonawczego MOPR. W tym samym czasie osiągnął szczyt partyjnej kariery: na V kongresie Kominternu został wybrany przez Komisję Polską MK na członka tzw. Piątki – prowizorycznego kierownictwa KPRP. Awans ten był owocem walk frakcyjnych. Dominująca dotąd tzw. większość (Maria Koszutska-Kostrzewa, Adolf Warski-Warszawski, Henryk Horwitz-Walewski) opowiadała się za jednolitym frontem w formie rządu robotniczo-chłopskiego, co oznaczało kompromis z PPS i radykalnymi ludowcami, poparcie dla postulatu reformy rolnej i podjęcie hasła niepodległości Polski, a w dodatku wystąpiła w obronie Trockiego w jego konflikcie ze Stalinem. Spotkało się to z reakcją Stalina, pod naciskiem którego powołane zostało nowe kierownictwo, zdominowane przez dawnych luksemburgistów.
Nie dane było jednak Brunowi stanąć na czele kompartii. 8 sierpnia 1924 r. został aresztowany w Warszawie wraz z całą Centralną Redakcją i skazany na 8 lat więzienia. Karę odbywał w więzieniach na Pawiaku i na Mokotowie, wykorzystując czas do napisania „Stefana Żeromskiego tragedii pomyłek”. Jego esej w 1925 roku publikowany był w odcinkach na łamach „Skamandra”, najpopularniejszego wówczas polskiego pisma literackiego, a w następnym roku został wydany w formie broszurowej. Tezy zawarte w „Tragedii…” wywołały konsternację towarzyszy partyjnych – Brun został skrytykowany za „nacjonalbolszewizm”, odsunięty od pracy w Komunistycznej Partii Polski i oddany do dyspozycji Kominternu.
W lutym 1926 roku w drodze wymiany więźniów wyjechał do ZSRR, nie przebywał tam jednak długo. Już w następnym roku został skierowany do Paryża jako korespondent radzieckiej agencji prasowej TASS, ale jego publicystyka sprawiła, że po kilku miesiącach wydalono go z Francji. Jesienią 1927 r. został korespondentem TASS w Wiedniu, ale i ta posada okazała się nietrwała. W maju 1928 r. Brun uczestniczył w III plenum KC KPP w Berlinie i wraz z innymi uczestnikami został aresztowany przez władze niemieckie. Samowolny udział w nielegalnym posiedzeniu KPP wywołał niezadowolenie Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), która ukarała Bruna naganą.
Po powrocie do Moskwy pracował przez pewien czas jako zastępca kierownika Wydziału Zagranicznego centrali TASS, przede wszystkim jednak udzielał się politycznie. Brał udział w I zjeździe Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (autonomicznej struktury KPP) pod Orszą latem 1928 roku i nieco później w VI kongresie Kominternu w Moskwie. Na III plenum Komitetu Centralnego KPZB w październiku 1929 r. został dokooptowany do składu KC, w tym samym roku wrócił do pracy w Centralnej Redakcji KPP z siedzibą w Berlinie. Jako przedstawiciel Centralnej Redakcji uczestniczył w V zjeździe KPP, gdzie został wybrany zastępcą członka KC. W czasie posiedzenia rozszerzonego Biura Politycznego KPP w Berlinie w sierpniu 1931 r. Brun znowu został aresztowany przez niemiecką policję; gdy zwolniono go z nakazem bezzwłocznego opuszczenia Niemiec, wrócił niebawem do Berlina, by pracować w Redakcji Zagranicznej KPP. VI zjazd KPP (październik 1932 roku) potwierdził wybór Bruna na zastępcę członka KC, od końca tego roku pełnił też funkcję przedstawiciela KPP przy kierownictwie KPZB. W końcu 1933 r. został wysłany do Kopenhagi, gdzie w Centralnej Redakcji zastępował jej kierownika Jerzego Rynga (Herynga). To „życie na walizkach” nie sprzyjało rodzinnej stabilizacji – w tym okresie Julian Brun rozszedł się ze Stefanią i poślubił Eugenię Heyman.
Zarazem jednak Brun dojrzewał ideologicznie. Już w czerwcu 1931 r. podczas V plenum KC KPZB przyczynił się do zwrotu białoruskich komunistów w stronę szerokiego sojuszu narodowo-wyzwoleńczego. Przemyślenia z „Tragedii pomyłek” okazały się przydatne, a zastosowane do sytuacji narodu uciskanego nie wzbudzały takich kontrowersji jak poprzednio. W 1933 roku dojście Hitlera do władzy obnażyło absurd stalinowskiej teorii „socjalfaszyzmu”, uznającej partie socjaldemokratyczne za głównego wroga, jako „lewe skrzydło faszyzmu”. Brun należał do pierwszych krytyków tej teorii.
Na VII kongresie Kominternu (lipiec-sierpień 1935) zapadła decyzja o przyjęciu strategii „antyfaszystowskiego frontu ludowego” – wspólnie z socjaldemokratami, liberałami i postępowymi kołami chrześcijańskimi. Brun jako członek Prowizorycznego Biura Politycznego KPP przebywał wówczas w Kopenhadze, jednak reorientację ruchu komunistycznego przyjął z entuzjazmem. Latem 1936 r. został wysłany do Brukseli, gdzie zorganizował ośrodek wydawniczy polskiej kompartii. Na lata 1936–1938 przypada jego największa aktywność publicystyczna. Redagował „Przegląd” i „Biblioteczkę Popularną”, pisał w jednolitofrontowym „Dzienniku Popularnym”, „Nowym Przeglądzie”, „Informacjach Prasowych” (Paryż) oraz w kominternowskich pismach „Bolszewik”, „Kommunisticzeskij Intiernacyonał” i „Internationale Presse Korrespondenz”.
Ciosem była dla niego decyzja Stalina o rozwiązaniu KPP w 1938 roku. Ciężko chory na serce skoncentrował się od tej pory na pracy naukowej – zajmował się głównie kwestią narodową, a także Wielką Rewolucją Francuską, w której dostrzegał źródło idei narodowej. Owocem tych badań była m.in. książka „La naissance de l’armée nationale (1789–1794)”, którą opublikował w 1939 roku pod pseudonimem Jules Leverrier; napisał też zarys historii Polski do 1903 roku.
Internowany w maju 1940 r. przez władze belgijskie został przewieziony do obozu St. Cyprien we Francji. Po ucieczce z obozu we wrześniu tego roku przebywał w Martizay, potem w Grenoble, gdzie kontynuował pracę badawczą (napisał m.in. „Rewolucyjne pochodzenie idei narodowej”). W czerwcu 1941 r. wraz z ewakuowanymi pracownikami ambasady radzieckiej w Vichy wyjechał do ZSRR. Początkowo pracował w polskiej redakcji wydawnictw międzynarodowych w Moskwie, potem w polskiej redakcji radia w Saratowie. Pozostawał aktywny publicystycznie, wydał broszurę „Ziemie polskie pod jarzmem niemieckim”. Była to ostatnia z niemal 200 pozycji publicystycznych i naukowych w jego dorobku. Zmarł w Saratowie 28 kwietnia 1942 r.
***
Brun-Bronowicz zdobył rozgłos dzięki broszurze „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek”. Pod pozorem szkicu krytycznoliterackiego Brun przemyca tu program polityczny wyraźnie odbiegający od marksistowsko-leninowskiej ortodoksji, bliski natomiast rosyjskiej „smienowiechowszczyźnie” – ideologii części „białych” emigrantów, postulujących kompromis z bolszewizmem na gruncie interesu narodowego.
Reinterpretując Marksa, Brun dowodził, że internacjonalizm proletariacki nie wyklucza bynajmniej poczucia narodowego: w przeciwieństwie do kosmopolitycznej burżuazji klasa robotnicza […] jest głęboko, immanentnie narodowa […], co więcej – to proletariat staje się hegemonem, awangardą i rzecznikiem narodu. Rosja miała być tego przykładem – Brun twierdził, że rewolucja rosyjska pomimo swych haseł kosmopolitycznych jest […] przede wszystkim rewolucją narodową przeciwko nowożytnemu feudalizmowi finansowemu. Nie jest to rewolucja społeczna, przewidziana przez Marksa […], lecz bunt krajów eksploatowanych przeciwko służebności ekonomicznej na rzecz krajów starego kapitalizmu. Brun-Bronowicz był tu prekursorski wobec współczesnej „teorii zależności”, rozpatrującej stosunki międzynarodowe w kategoriach konfliktu „rdzenia” i „peryferii”. Wyjaśniał: Rosja porewolucyjna nie godzi się z rolą eksploatowanej kolonii. Potędze akumulowanych w ciągu wieków kapitałów Zachodu przeciwstawia ona maksimum koncentracji własnych zasobów w rękach państwa. Proklamuje zasadę, że państwo, którego ważne ośrodki gospodarcze są w posiadaniu obcego kapitału, nie może być uważane za państwo istotnie niepodległe. Swój niebywały system ekonomiczny zwraca, jako potężną fortyfikację obronną, przeciwko temu, co określa się tam mianem kapitalistycznego imperializmu. System bolszewicki okazuje się być tylko metodą realizacji interesu narodowego – rozciągnięciem suwerenności państwa na sferę gospodarczą.
Brun piszący swoją książkę w okresie rozkwitu Nowej Polityki Ekonomicznej prezentował ustrój społeczno-gospodarczy ZSRR jako faktycznie kapitalizm państwowy – podkreślał, że poza upaństwowieniem przemysłu cały mechanizm społeczeństwa kapitalistycznego doznał zmian stosunkowo nieznacznych i funkcjonuje na ogół w ten sam sposób, co w reszcie świata, a sowieckie przedsiębiorstwa państwowe […] zorganizowane są […] na podobieństwo nowożytnych trustów i koncernów kapitalistycznych. Zaletą tego systemu miało być unarodowienie troski o los fabryk – wzmocnienie łączącej naród więzi psychicznej.
Jeszcze bardziej oryginalna była wizja radzieckiego ustroju politycznego. Brun przekonywał, skądinąd słusznie, że bolszewicka monopartia nie jest typowym stronnictwem politycznym, ale zakonem świeckim o surowej regule i żelaznej dyscyplinie, co więcej, że wyraża dążność do wysegregowania z mas ludowych najlepszych […] jednostek jako elity rządzącej. Dodawał w szokującej sprzeczności z oficjalną doktryną: Można to nazwać arystokracją, […] lecz z kwalifikacji osobistych. Ta elita nie mogła podlegać wyborczej weryfikacji, gdyż parlamentaryzm podatny jest na korupcyjne wpływy wielkiego kapitału: przy tym wielkim eksperymencie dziejowym o powołaniu do władzy nie może decydować arytmetyka wyborcza, lecz probierz ideowy i moralny. […] fanatyzm idei, wsparty na surowej, barbarzyńskiej sile. Nie oznaczało to jednak oderwania od mas, ale odmienne kanały komunikowania się z nimi, w wersji Bruna uderzająco podobne do koncepcji korporacjonizmu. Pisał: W przeciwieństwie do demokracji zachodniej, która […] walczyła ze zrzeszeniem obywateli, dążąc do rozproszkowania społeczeństwa na izolowanych, „suwerennych” wyborców, hasłem sowietyzmu jest objęcie wszystkich obywateli przez organizacje zawodowe, […] itd. Totalitaryzm okazuje się alternatywnym wariantem demokracji.
Prymat interesu narodowego, rządu zorganizowanej elity opartej na korporacjach społecznych – czyż nie przypomina to co bardziej radykalnych projektów piłsudczykowskich? „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek” była w istocie ofertą programową skierowaną do radykalnej inteligencji, przede wszystkim kół legionowych. Warunkiem miało być zerwanie z ideologią „przedmurza Zachodu” w imię samodzielnej realizacji interesu narodowego. Brun pisał wprost, że na czele rewolucji narodowej może stanąć nie tylko proletariat, ale też burżuazja, jednak ideowa martwota i polityczna słabość polskiej burżuazji otwierały pole działania dla inteligencji. Choć „socjalizujący romantyzm” Piłsudskiego uważał za sztuczną syntezę ideologii szlacheckiej i proletariackiej, to jednak w piłsudczykach Brun widział elitę młodzieży inteligenckiej, robotniczej i chłopskiej. Wspólną była pogarda dla „połaniecczyzny” – beztroskliwego sybarytyzmu chwili bieżącej (z tym że według Bruna cechować miało to jedynie burżuazję, nie naród jako taki) – przenoszona na obóz narodowy. Zaskakiwać musi jednak w tym kontekście pobłażliwe stanowisko Bruna wobec burżuazyjnego antysemityzmu endecji – pisał, że dążenie do wzmocnienia pozycji drobnego handlu chrześcijańskiego było ruchem w pewnym okresie nieuniknionym i zdrowym.
Zmuszony do samokrytyki Brun zdystansował się od poglądów głoszonych w „Tragedii pomyłek”, redukując je do propagandowego manewru (Sądziłem, że w ten sposób dopomogę bodaj jednostkom z tego środowiska […] przełamać głęboko tkwiące opory umysłowe). W swych publikacjach z lat 30. Brun wrócił na pozycje ortodoksyjnego marksizmu-leninizmu czy nawet stalinizmu. Najdobitniej widać to w jego atakach na konkurentów Stalina, gdy demaskuje ohydne oblicze kontrrewolucyjnej bandy trockistowskiej, operującej ręka w rękę z Gestapo.
Charakterystyczne jednak, że Brun szczególnie dobitnie krytykował trockistów za ich ultralewicowe awanturnictwo, wyrażające się w kwestii stosunku pomiędzy proletariatem a chłopstwem. Głęboko rewidując swe dawne poglądy, występował w obronie drobnej własności chłopskiej. Z aprobatą cytował hiszpańskiego komunistę V. Uribe, mówiącego: Chłopi z natury swej nie są reakcyjni. […] chłopu przysługiwać musi tak samo jak robotnikowi bezwzględna swoboda rozporządzania owocami swej pracy. Jednolitofrontowe stanowisko Bruna widać było też w jego stosunku do wierzących – mimo całego swego bojowego antyklerykalizmu, postulującego odstawienie księży, rabinów, popów od polityki, głosił, że miejsce ludzi pracy – wierzących katolików jest w obozie antyfaszystowskim. Dodajmy wreszcie, że Brun nadal dowartościowywał rolę narodu i patriotyzmu.
Oczywiście, jako komunista, Brun deklarował bezwzględną wrogość wobec wszelkiego nacjonalizmu. Nacjonalizm wszakże nie był u Bruna epitetem, ale precyzyjnie zdefiniowanym zjawiskiem. Wśród jego cech wymieniał: 1) uznanie narodu za wartość najwyższą, 2) traktowanie narodu jako zjawiska ponadhistorycznego i w swej istocie niezmiennego, 3) negowanie podziałów klasowych w łonie narodu i wynikający stąd imperatyw narodowej solidarności, 4) postrzeganie dziejów przez pryzmat antagonizmu między narodami, co prowadziło do egoizmu narodowego i (lub) mesjanizmu. W walce z nacjonalizmem Brun starał się zdemistyfikować pojęcie narodu, wykazując jego historyczność i stosunkowo niedawną – bo sięgającą rewolucji francuskiej – genezę.
Tu jednak warto poczynić trzy spostrzeżenia. Po pierwsze, dostrzegając początki narodu, nie prognozował jego końca, przeciwnie – pisał, że poczucie narodowe […] jako trwały dorobek minionej epoki wrosło niejako organicznie w psychikę współczesnego człowieka. Po drugie, historyczne podejście do pojęcia narodu prowadziło Bruna do akcentowania jego rewolucyjnej genezy i postępowej roli. Głosił, że naród, miłość ojczyzny, patriotyzm – są to na równi z ideą demokracji, zwierzchnictwa ludu, przedstawicielstwa ludowego wytwory ideologiczne rewolucji burżuazyjno-demokratycznej, pociski wybuchowe myśli rewolucyjnej, zrodzone w ogniu walki klasowej. Po trzecie wreszcie, Brun daleki był od teorii redukujących naród do zjawiska prostego, opartego na jednym czynniku. W jego ujęciu wspólnota narodowa stanowiła „całość stosunków społecznych”, obejmując wspólnotę języka i terytorium, jednolitość życia ekonomicznego, wspólnotę dziedzictwa kulturowego oraz afirmację tej wspólnoty w zbiorowej świadomości. Aby prawidłowo rozwijać się, naród winien dysponować własną organizacją państwową, dlatego Brun uważał państwo narodowe za „wielką zdobycz” mas ludowych (na równi z demokracją).
Ten teoretyczny fundament stanowił podstawę do konstruowania programu politycznego. Jego aksjomatem było twierdzenie, że zasadniczy stosunek partii proletariatu do dążeń wyzwoleńczych narodów ujarzmionych polega na uznaniu bez zastrzeżeń ich prawa do stanowienia […] o swojej przynależności państwowej. Co więcej, miał to być trwały składnik programu komunistycznego, gdyż postulat prawa narodów ujarzmionych do samookreślenia […] należy do takich żądań demokratycznych, które […] nie stracą swojego rewolucyjnego znaczenia, lecz zachowują je w całej pełni także w rewolucji socjalistycznej. Na tej podstawie Brun podkreślał tożsamość sprawy narodowej i interesu proletariatu (Sprawa mas ludowych […] zawsze i wszędzie jest prawdziwą, niesfałszowaną sprawą narodową), krytykując odrzucenie haseł niepodległościowych przez polską lewicę rewolucyjną. Leitmotivem jego publicystyki był postulat wiązania sprawy niepodległości Polski z rewolucyjną walką wyzwoleńczą mas ludowych całego świata i wszystkich mas ludowych. Skwapliwie akcentując, że Polska odzyskała niepodległość dzięki rewolucji rosyjskiej, twierdził, że jest to wartość niekwestionowana – walka toczy się jedynie o to, czy Polska będzie państwem imperialistycznym, […] czy też republiką socjalistyczną. To socjalizm miał urzeczywistnić prawdziwie wielką Polskę, w której […] bujnie zakwitną talenty […] i wytrysną energie, tkwiące w ludzie polskim. To socjalizm miał obronić niepodległość Polski przed neokolonialnym uzależnieniem od Zachodu i agresją hitlerowskich Niemiec.
Tego typu hasła łatwo zakwestionować, jako demagogię na użytek patriotycznych mas – demagogię, za którą krył się brutalny postulat wcielenia Polski do ZSRR. W przypadku Bruna mogło to jednak wyglądać nieco odmiennie. Choć wychwalał Związek Radziecki, jako państwo gwarantujące swobodę rozwoju wszystkim narodowościom, to zarazem – powołując się na Stalina! – podkreślał, że przyszłe radzieckie Niemcy, radziecka Polska, radzieckie Węgry, radziecka Finlandia, narody, które istniały jako samodzielne państwa, które mają własną państwowość, swoją własną armię, swoje własne finanse, mogą ułożyć swój stosunek państwowy do Związku Radzieckiego inaczej niż tworzące ZSRR narody byłego imperium rosyjskiego, gdyż federację radzieckiego typu – mogłyby one uważać za pomniejszenie swojej samodzielności państwowej, za zamach na swoją samodzielność. W publicystyce Bruna znaleźć też można zawoalowaną krytykę eksportu rewolucji.
Pomimo to Brun nie przestawał być komunistą. Odrzucał jakiekolwiek kompromisy z PPS, krytykując niepodległościowych socjalistów za reformizm i kolaborację z klasami posiadającymi. Oznajmiał: Leninowska krytyka Róży Luksemburg […] nie zbliża nas […] ani na jotę do stanowiska zajmowanego przez PPS i piłsudczyznę. Czasem wypowiadał się jeszcze dobitniej, nie pozostawiając złudzeń, po której stronie opowiedzą się komuniści: Kiedy wojna dwóch państw […] staje się wojną klasową – rozstrzyga front klasowy.
Komunistyczny patriotyzm Bruna miał pewne cechy szczególne, wyraźnie odróżniające go od szczerze lewicowego patriotyzmu polskich socjalistów. Pierwszą była zaczerpnięta wprost od Lenina teoria o współistnieniu w każdym narodzie dwóch klasowych kultur – wyzyskiwaczy i mas ludowych. Ponieważ klasy te dzielił nieprzezwyciężalny antagonizm, nie mogła w związku z tym istnieć też wspólna kultura narodowa. Pisał więc: Ciągłości duchowe są w narodzie różne. Masy ludowe poczuwają się do ciągłości duchowej z tymi z poprzednich pokoleń, którzy łączyli sprawę Polski ze sprawą wyzwolenia uciskanych i ciemiężonych […]. Klasy posiadające pielęgnują inną ciągłość duchową: ze szlachetczyzną, wstecznictwem klerykalnym, jezuityzmem deprawującym umysły i serca, z wielkopańskim pomiataniem człowiekiem pracy. Brun – pozostający tu (jak zauważył Marian Stępień) pod wyraźnym wpływem Stanisława Brzozowskiego – „prawdziwy naród” utożsamiał z ludem pracującym, warstwy eksploatatorskie uważając za zdegenerowaną, pasożytniczą, anachroniczną narośl na tymże narodzie.
Drugim wyróżnikiem Brunowskiego patriotyzmu był pryncypialny internacjonalizm, rygorystycznie odmawiający własnemu narodowi jakichkolwiek szczególnych praw, choćby wynikających z sentymentu. Choć polemizując z luksemburgistami mawiał, że nasz stosunek do Polski musi się chyba czymś różnić od stosunku, powiedzmy, do Katalonii, to jednak nie przekładało się to na konkretny program polityczny – Polska w wizji Bruna była tylko jednym z elementów wszechświatowej rewolucji. Brun udowadniał to, popierając bezwarunkowo prawo mniejszości ukraińskiej i białoruskiej do samostanowienia (rozumianego w praktyce jako przyłączenie do radzieckich republik Ukrainy i Białorusi). Polemizując z socjalistą A. Rembowskim, Brun pisał: Czym, jak nie wybiegiem nacjonalistycznym jest biadanie nad losem mniejszości polskiej krajów, gdzie narodowo uciskaną i gnębioną jest większość ukraińska i białoruska? Szczególnie ostro i emocjonalnie potępiał antysemityzm określany przezeń jako zgnilizna i łajdactwo obu odłamów: endecji i sanacji – polskich klas posiadających. Jego zdaniem pod osłoną antysemityzmu reakcja kieruje swoje pociski przeciw dążeniom i ideałom mas ludowych. Zauważał przy tym, że nawet emigracja wszystkich Żydów […] nie przyniosłaby żadnej zmiany na lepsze dla mas ludowych.
***
Komunistyczny patriotyzm Bruna-Bronowicza istotnie odbiegał od wszystkich innych wariantów patriotyzmu – nie tylko endeckiego, konserwatywnego czy piłsudczykowskiego, ale nawet PPS-owskiego. Tym niemniej nie można mu odmówić narodowego sentymentu ani tym bardziej wysiłku intelektualnego starającego się zasymilować kwestię narodową w obrębie ideologii komunistycznej.
Powyższy tekst jest rozszerzoną wersją rozdziału „Odchylenie narodowe w Komunistycznej Partii Polski” z książki „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej w Drugiej Rzeczypospolitej” (Warszawa 2012).
przez Jewgienij Morozow | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Na temat Internetu można się mylić na dwa sposoby. Można wyznawać cyberutopizm i uważać, że Internet ze swej natury sprzyja demokratyzacji. Wystarczy zostawić go w spokoju – twierdzą zwolennicy tego poglądu – a rozbije dyktatury, podważy religijne fundamentalizmy i nadrobi niedomagania instytucji. Drugim sposobem, bardziej podstępnym, jest uleganie internetocentryzmowi. Wyznawcy tej idei przyznają, że cyfrowe narzędzia nie zawsze pracują tak, jak powinny, i często bywają wykorzystywane przez przeciwników demokracji. Mniej ważne jest dla nich jednak to, co Internet robi; najbardziej interesuje ich to, co Internet znaczy. Jego ukryte znaczenia są już rozszyfrowane: decentralizacja przezwycięża centralizację, sieci przewyższają hierarchie, tłumy sprawdzają się lepiej niż pojedynczy eksperci. Aby w pełni przyswoić lekcję, jaką daje nam Internet, internetocentryści domagają się przekształcenia instytucji politycznych i społecznych na jego wzór.
Do tego programu reform dochodzą raczej naokoło. Najpierw przyjmują założenie, że Internet ma pewną logikę, która już pracuje przy przekształcaniu wielu cyfrowych platform i dziedzin ludzkiej działalności. Przykładem może być tu Clay Shirky – myśliciel bardzo zasłużony dla popularyzacji McLuhanowskiej koncepcji, zgodnie z którą Internet ma spójną logikę. Tak oto wyjaśnia on, dlaczego martwimy się o kwestię naszej prywatności na Facebooku: Facebook to […] obecne źródło naszych lęków o prywatność, analogicznie do obsesji przemysłu muzycznego na punkcie Napstera [czy] branży czasopism na punkcie serwisu Craigslist, co oznacza, że logika Facebooka, czy logika, którą Facebook ujawnia, to pod wieloma względami ukryta logika samego Internetu; Facebook to tylko jej obecny korporacyjny awatar.
Gdy owa nieuchwytna logika Internetu zdaje się być już uchwycona, nasuwa się wniosek, że internetocentryści podważają w zasadzie oryginalność samego Internetu (której przecież nie sposób mu odmówić). Yochai Benkler, uczony z zakresu nauk prawnych z Harvardu oraz propagator internetocentryzmu, może zachwycać się światem Wikipedii, oprogramowaniem open source oraz udostępnianiem plików, które dla niego reprezentują logikę Internetu, aby następnie wplatać je w szerszą narrację na temat natury ludzkiej. Dla Benklera Internet jest dowodem na to, że ludzie to osobniki chętne do współpracy i kierujące się dobrymi intencjami, a to nasze instytucje polityczne, ukształtowane według znacznie ciemniejszego, Hobbesowskiego poglądu na naturę ludzką, niewystarczająco umożliwiały dotychczas sensowną interakcję społeczną.
Benkler nie widzi w Internecie narzędzia, a raczej ideę, za pomocą której można udowodnić (lub obalić) filozoficzne teorie na temat działania świata. Dla niego Internet ujawnia odwieczną prawdę: ludzie wręcz uwielbiają współpracować. Nie dziwi więc, że Internet zajmuje tylko parę rozdziałów w najnowszej książce Benklera; reszta to odkrywanie ducha Internetu w światach Toyoty, poławiaczy homarów, hiszpańskich rolników oraz kampanii Obamy z 2008 r. – wszystko przy pomocy najnowszych odkryć w dziedzinie biologii ewolucyjnej, neurobiologii i ekonomii eksperymentalnej.
Próba odkrycia na nowo rzeczywistości przy użyciu kategorii rzekomo spójnej kultury internetowej to zasadnicza idea stojąca za internetocentryzmem. Określając to, co poznawalne, a także na jakich warunkach i w jakim celu, internetocentryzm występuje z własną, nowatorską epistemologią. W ujęciu analitycznym internetocentryzm przejawia podobieństwa do antropocentryzmu, z tą różnicą, że czci inne bóstwo. Większość wyznawców internetocentryzmu dotąd nie afiszowało się ze swoją quasi-religią. Jednak teraz wraz z publikacją „Future Perfect” Stevena Johnsona otrzymali nareszcie swój manifest, który wydobywa wszystkie główne założenia ich światopoglądu, a także dodaje nieco własnych wskazań.
Podobnie jak Shirky i Benkler, również Johnson zmaga się z drażliwą kwestią tego, co Internet znaczy. Jego wnioski nie są niestety zbyt oryginalne: historia Internetu mówi nam, że decentralizacja jest bardziej pożądana od centralizacji. A także, cytując Steve’a Jobsa: To po prostu działa! Tak więc pierwsze protokoły internetowe były zbudowane na zasadzie komutacji pakietów: zawartość mająca zostać przesłana była rozbijana na pakiety, które wysyłano niezależnie od siebie i po odebraniu składano w całość. Żadna centralna instancja nie była potrzebna: pakiety mogły wędrować rozmaitymi ścieżkami, niezależnie od siebie. Takie przedsięwzięcia jak Wikipedia czy Google również bardzo skorzystały na decentralizacji. Google na przykład stosuje ranking stron pod kątem ich związku z zapytaniem użytkownika poprzez badanie, jak strony wzajemnie się linkują. Indeks ważności Google wyłania się zatem z pojedynczych decyzji milionów właścicieli stron – nie jest zaplanowany odgórnie.
Johnson twierdzi nawet, że powstanie ARPANET-u – sponsorowanego przez Pentagon prekursora Internetu – oraz TCP/IP, czyli najważniejszego internetowego protokołu komunikacyjnego, to kamienie milowe w historii filozofii politycznej. To dość skrajne twierdzenie Johnson uzasadnia, pisząc, że ARPANET był radykalnie zdecentralizowanym systemem, który w jakiś sposób wyłonił się odgórnie. Ten system opierał się za to na płynnych, dynamicznych strukturach pozbawionych hierarchii i scentralizowanej kontroli. Johnson nazywa te płynne struktury „sieciami równych” [z ang. peer – równy sobie; z modelu komunikacji peer-to-peer – przyp. tłum.] – są one dla niego prawdziwą walutą Internetu oraz, jak się okazuje, wielu innowacyjnych projektów go poprzedzających. Tutaj, tak jak u Benklera, zaobserwować możemy logikę Internetu zastosowaną w praktyce w kontekstach poza-, a nawet przedinternetowych.
Podążając za Johnsonem, argumentującym, że decentralizacja napędzała nie tylko rozrost infrastruktury internetowej, ale także doniosłe projekty w rodzaju Wikipedii, powracamy do świata internetocentryzmu i koncepcji, zgodnie z którą Internet i jego rozmaite składniki – hardware, software, platformy, użytkownicy – mają spójną logikę. Ta logika może nie rozwiązać wszystkich problemów świata, ale Johnson wierzy, że powinna ona być naszą domyślną odpowiedzią na aktualne wyzwania społeczne i polityczne: kiedy pojawia się w społeczeństwie potrzeba i nie zostaje ona zaspokojona, naszym pierwszym impulsem powinno być zbudowanie sieci równych, aby rozwiązać ten problem.
Czy stać nas na niezmienianie świata wokół nas, gdy wiemy, że coś tak niezwykłego jak Wikipedia naprawdę działa? Wikipedia to tylko początek – zachęca Johnson. Z jej sukcesu możemy uczyć się, jak budować nowe systemy, które rozwiążą problemy w sferze edukacji, rządzenia, zdrowia, samorządności i wielu innych obszarach ludzkiego doświadczenia. Projekty takie jak Wikipedia to kolejny przykład, że logika Internetu to właściwy sposób rządzenia światem – jeżeli dopasujemy do niej nasze instytucje i działania, być może będziemy w stanie rozwiązać najtrudniejsze problemy.
Dla Johnsona Internet nie jest rozwiązaniem, lecz użytecznym sposobem myślenia o rozwiązaniu. Internetu można używać bezpośrednio, aby poprawić jakość ludzkiego życia, ale można się również uczyć ze sposobu, w jaki Internet został zorganizowany, i stosować te zasady w celu ulepszenia tego, jak działają samorządy miejskie lub jak nauczają szkoły – twierdzi. Jakiego rodzaju jest jednak to rozwiązanie? Czy Johnson to libertarianin w przebraniu? Wszak czy jego plan nie sprowadza się do zmniejszenia roli rządu, storpedowania kosztownych prób reform i zastąpienia ich oddolnymi rozwiązaniami na wzór Wikipedii? Johnson uprzedza taką krytykę, wprowadzając własną ideologię, „progresywizm równych”, wedle której powinniśmy zachować duży rząd i utrzymać ducha reform, ale jednocześnie naciskać na biurokratów, aby myśleli w nowszy, bardziej przyjazny Internetowi sposób i uznali, że grupy i sieci mogą zachowywać się rozsądniej niż pojedyncze jednostki.
W tym celu Johnson zestawia horyzontalne podejście Kickstartera – platformy internetowej, dzięki której pracujący w branży twórczej mogą zbierać datki od swoich fanów – z podejściem odgórnym rządowej agencji National Endowment for the Arts (NEA). Zauważając, że w 2012 r. Kickstarter mógł zebrać więcej pieniędzy, niż wynosi cały budżet NEA, Johnson przekonuje, że zamiast całkowicie likwidować NEA, powinniśmy zapytać, w jaki sposób bardziej upodobnić ją do Kickstartera. Możemy też zastosować te same lekcje gdzie indziej. Johnson nakłania rządzących, aby wyobrazili sobie, jak kluczowe zasady, które obowiązywały przy tworzeniu Sieci, mogłyby zostać zastosowane przy rozwiązywaniu innego rodzaju problemów, przed którymi stają osiedla, artyści, firmy farmaceutyczne, rodzice, szkoły.
Argumentacja Johnsona sprowadza się do tego: przed erą Internetu nasze instytucje nie mogły być tak sprzyjające partycypacji, tak zdecentralizowane i samorządne jak Wikipedia i Kickstarter. Teraz mogą i powinny takie być. Przed erą Sieci nie mieliśmy Kickstartera i Wikipedii, ponieważ koszty organizacji połączenia tych wszystkich ludzi ze sobą były zaporowe – pisze. Skoro teraz te koszty spadły, nie ma żadnych powodów, by hierarchie nadal istniały.
W całej tej dyskusji Johnson nie zadaje sobie wysiłku postawienia podstawowych pytań. A co, jeśli niektóre z ograniczeń demokratycznego uczestnictwa w erze przed Wikipedią były nie tylko konsekwencją wysokich kosztów komunikacji, lecz wynikały z rozmyślnych starań w celu wyrugowania populizmu, zapobieżenia kooptacji oraz ochrony eksperckiego wymiaru podejmowanych decyzji? Innymi słowy: jeżeli niektóre z instytucji publicznych wystrzegają się szerszej partycypacji z powodów niemających nic wspólnego z tym, jak łatwo można połączyć poszczególnych ludzi, to czy Internet nie jest rozwiązaniem nieistniejącego problemu?
Aby zrozumieć, dlaczego Johnson nigdy nie zastanawia się nad tym oczywistym problemem, pomocne może okazać się prześledzenie, gdzie (na jakim poziomie) lokuje on swoje polityczne bitwy. Najbliżej mu w jego analizach do skali miasta; niewiele mówi o państwie narodowym lub systemie międzynarodowym. Jego ulubione przykłady „progresywizmu równych” to gorąca linia 311 w Nowym Jorku, gdzie każdy poszukujący informacji na temat miejskich spraw witany jest przez „żywego” konsultanta i przekierowywany do właściwych zasobów, a także inicjatywa SeeClickFix, która umożliwia każdemu zgłaszanie za pomocą Internetu wszelkich problemów osiedlowych, niewymagających natychmiastowej interwencji – wszystkie one obracają się wokół użytkowania lub naprawiania rozpadającej się infrastruktury miejskiej.
Lepsze sposoby kumulowania lub dystrybucji wiedzy mogą być z pewnością pomocne przy rozwiązywaniu wielu problemów, ale są to problemy bardzo specyficzne. Czy niechęć Waszyngtonu wobec interwencji w Syrii – jeśli użyć przykładu skrajnego – można zrzucić na karb deficytu wiedzy? Czy może wynika ona raczej z braku woli lub zasad? Czy rozszerzenie logiki partycypacji Kickstartera na pracę National Endowment of Democracy lub Departamentu Stanu ds. Planowania Polityki doprowadzi do lepszej polityki na rzecz wspierania demokracji? A może doprowadzi do nasilenia się populistycznych głosów wzywających do poszukiwań Josepha Kony’ego. Czy obniżenie barier dla uczestnictwa nie doprowadzi do paraliżu systemu, co, jak niektórzy twierdzą, ma już miejsce w przypadku wniosków o inicjatywę ustawodawczą w Kalifornii?
Wiele z naszych instytucji politycznych dość regularnie mierzy się z problemami, które nie wynikają z niedoborów wiedzy. Fiksacja Johnsona na punkcie miasta prowadzi go do błędnego wniosku, zgodnie z którym większość problemów wynika z niedostatków wiedzy, które można łatwo, szybko i tanio uzupełnić lepszymi danymi. Nie wspomina, że niektóre problemy (również na poziomie miasta) mogą być tylko załagodzone – lecz nigdy nierozwiązane – drogą targu, ponieważ te problemy wynikają z rozbieżnych interesów, a nie z niedostatków wiedzy. Świat Johnsona jest postideologiczny: historia się skończyła, a polityka została zredukowana do łatania dziur w drogach i opiniowania wniosków patentowych. W tym świecie jedynym złem, z jakim musimy się zmagać, są leniwi biurokraci, którym nie chce się publikować danych w dostępnych formatach plików.
Takie projekty jak wspomniane już 311 i SeeClickFix nie spotykają się z żadną krytyką. Dlaczego ktoś miałby sprzeciwiać się szybszemu i bardziej efektywnemu sposobowi powiadamiania o dziurze w drodze? Budżet partycypacyjny – inny podawany przez Johnsona ulubiony przykład „progresywizmu równych” – jest już jednak czymś innym. Budżet partycypacyjny to próba reformy zapoczątkowana w brazylijskim Porto Alegre, a teraz pojawiająca się w innych częściach globu. Jego główną przesłanką jest to, by lokalne społeczności miały więcej do powiedzenia w kwestii wydatkowania środków publicznych. Budżet partycypacyjny wywołuje znacznie więcej kontrowersji, ponieważ próbuje przekazać część władzy jednej grupy – wybranych lub niewybranych urzędników miejskich, jak również planistów miejskich, a nawet deweloperów nieruchomości, kultywujących związki i korumpujących się wzajemnie – innej, wcześniej marginalizowanej grupie: obywatelom.
W świecie Johnsona ten transfer odbywa się gładko. Nietrudno domyślić się, dlaczego: jego internetocentryczna teoria polityki jest płytka. Wikipedia, jak pamiętamy, to serwis, który może edytować każdy! Johnson nie bierze pod uwagę wewnętrznych uwarunkowań i nierówności w strukturze środowiska, w które wprowadza swoje światłe idee. Po uwzględnieniu tych kontekstów staje się mniej oczywiste, że zwiększona decentralizacja i uczestnictwo są zawsze pożądane. Nawet przykład Wikipedii dowodzi tego, że kwestia upodmiotowienia jest bardziej skomplikowana: owszem, każdy może ją edytować, ale nie każdy może zachować swoje edycje dla potomności i później oglądać je w artykule. To zależy w dużym stopniu od polityki i walki o władzę „wewnątrz” Wikipedii.
Naiwne podejście Johnsona do władzy zamienia jego argumentację w bajkę. Weźmy za przykład wspomniany budżet partycypacyjny. Naukowcy wyróżnili trzy wyzwania, przed jakimi stają takie reformy – są to problemy wdrożenia, nierówności i kooptacji. Ten pierwszy pojawia się całkiem naturalnie, jako że gracze rządowi i pozarządowi jednakowo niechętnie zrzekają się władzy nad budżetami na rzecz obywateli. Drugi uświadomić sobie można równie łatwo: najsłabsi członkowie społeczeństwa niechętnie biorą udział w takich nowych projektach, z racji tego, że nie mają czasu na uczestnictwo w spotkaniach i brakuje im pewności siebie, by wyrażać swoje opinie. Budżet partycypacyjny jest też używany do obłaskawiania – i kooptacji – buntowniczych grup społecznych. Poprzez udostępnienie im niewielkiego budżetu i zintegrowanie ich tym samym z istniejącymi strukturami społecznymi rząd może zneutralizować co potężniejszych graczy pozarządowych.
Wszystkie te trzy problemy są do pokonania, ponieważ słabsze grupy mogą się nauczyć, jak się organizować, tworzyć sojusze oraz wyrywać się z żelaznego uscisku ramion państwa. W Porto Alegre, skąd te praktyki się wywodzą, wszystkie te trzy problemy zostały rzeczywiście przezwyciężone. Johnson jednak nigdy nie mówi, w jaki sposób zostało to osiągnięte: budżet partycypacyjny był programem flagowym Partii Pracy, która rządziła w Porto Alegre w latach 1989–2004. Idea szerszej partycypacji społeczności nie była tylko odbiciem lewicowości partii, był to również sposób na ukrócenie lokalnego klientelizmu, który przez dziesięciolecia hamował reformę polityczną w Brazylii.
Eksperyment w Porto Alegre powiódł się dzięki scentralizowanemu wysiłkowi. Centralizacja była środkiem, dzięki któremu osiągnięto cel decentralizacji. Bez dobrze zorganizowanych, scentralizowanych i hierarchicznych struktur, które przeciwstawiły się głęboko okopanym grupom interesu, próby poszerzenia obszaru politycznej partycypacji mogły ugrzęznąć, jeszcze dotkliwiej pozbawiając słabych ich podmiotowości, a członków opozycji dokooptowując do zblatowanej sceny politycznej. Tak bywało przed erą Internetu i nic nie wskazuje, żeby taki scenariusz nie miał już nigdy być odegrany.
Niestety Johnson jest kompletnie ślepy na zalety centralizacji. Gdy omawia 311, wychwala fakt, że dzwoniący na gorącą linię pomagają stworzyć lepszy obraz problemów miasta na poziomie makro. Jest to jednak dość trywialne spostrzeżenie, jeżeli zdamy sobie sprawę, jaki jest główny powód działania 311: burmistrz Bloomberg podjął decyzję, by scentralizować – a nie zdecentralizować – poprzednie systemy powiadamiania. Oto jak Accenture, firma, która pomagała miastu Nowy Jork w przejściu na system 311, opisuje początki tego projektu: [Przed 311] klienci poszukujący kontaktu z władzami w konkretnych sprawach musieli przebrnąć przez 4000 pozycji na 14 stronach książki telefonicznej Nowego Jorku i potrzeba było ponad 40 centrów informacji telefonicznej, wymagających dużych nakładów, do przekierowywania zapytań do stosownych urzędów. Wizja burmistrza przewidywała wysokowydajną, wszechstronną, scentralizowaną usługę telefoniczną, dostępną pod łatwym do zapamiętania numerem 311.
Internetocentryczny światopogląd Johnsona jest tak stronniczy wobec wszystkiego, co zdecentralizowane, horyzontalne i emancypujące, że kompletnie umyka mu wysoce scentralizowana natura 311. To samo odnosi się do jego podejścia do Internetu. Gdyby Johnson zechciał przyjrzeć się bliżej projektom, które wychwala, dostrzegłby w nich wiele działań centralizacyjnych. Na przykład Google, który w kwestii danych użytkowników jest dziś znacznie bardziej scentralizowany niż pięć lat temu. W 2008 r. moje zapytania w Google nie były w żaden sposób łączone z moimi ulubionymi filmami na YouTube czy wydarzeniami z kalendarza Google. Wskutek nowej polityki prywatności Google dzisiaj są one wszystkie połączone, a Google poprzez scentralizowanie wcześniej odrębnych zasobów danych pokazuje mi reklamy bardziej dostosowane do moich postaw. Nie liczmy jednak, że internetocentryści uwzględnią ten trend w swej mistycznej kategorii „logiki Internetu”.
Nie mówi nam również Johnson, czy są jakieś granice decentralizacji ani jak możemy rozpoznać, co powinno pozostać scentralizowane, nawet jeśli tylko tymczasowo. Zamiast tego woli rozpoznawać ducha Internetu w mechanizmach współczesnej polityki. I tak, pisząc o ruchu Occupy Wall Street, zauważa, że wraz z rozrostem Internetu do roli głównego środka komunikacji naszych czasów ruchy społeczne zaczną coraz bardziej upodabniać się do Internetu, nawet w sposobie wykrzykiwania haseł w środku parku. To zdaniem Johnsona jest dobre: im bardziej ruch społeczny jest zdecentralizowany i horyzontalny, tym większe ma szanse powodzenia. Jeżeli nawet zgodzić się z Johnsonem co do tego, że idea Internetu przenika do sposobu kształtowania się i działania ruchów społecznych, nie od razu staje się oczywiste, dlaczego jest to model warty naśladowania. Ostatecznie nie wszyscy zgadzają się co do tego, że Occupy Wall Street było oszałamiającym sukcesem.
Poza tym jak miałby taki model wyglądać w praktyce? Dla Johnsona oznacza to przejście od hierarchii do sieci, od centralizacji do decentralizacji, od liderów do horyzontalnych zbiorowisk. Tego typu twierdzenia ujawniają dwojaką słabość. Z jednej strony taka zmiana opiera się na teoretycznej fantazji na temat tego, jak ruchy społeczne działają w praktyce. Z drugiej choć należy przyznać, że część z postulowanej decentralizacji może być wykonalna, to absolutnie nic nie gwarantuje, że pod względem skuteczności decentralizacja przewyższa centralizację.
Pierwszy pogląd, zgodnie z którym ruchy społeczne nie będą nigdy w stanie wyzbyć się hierarchiczności i zastąpić jej horyzontalnymi sieciami, był przekonująco wyrażony przez Jo Freeman w jej przełomowej pracy „Tyrania braku struktur”. Freeman przekonywała, że hierarchie wyłaniają się samorzutnie i udawanie, że nie istnieją, umożliwia quasi-liderom uchylanie się od odpowiedzialności. Internet nie zmienił tej dynamiki w sposób fundamentalny. Jedynie skomplikował ją jeszcze bardziej, ponieważ liczba kanałów komunikacyjnych do dyspozycji elit uległa zwielokrotnieniu. Spójrzmy tylko, jak jeden z uczestników protestów Occupy ujmuje to w swym prowokacyjnym tekście dla „The Daily Kos”: Jedną z konsekwencji tego, że uczestnictwo w ruchu jest tak trudne i czasochłonne, jest fakt, że jego kluczowi rozgrywający przestali się pojawiać. No może nie do końca; nadal się pojawiają, ale głównie by podyskutować na uboczu, w nieformalnych grupach, na temat tego, co będzie działo się na spotkaniach publicznych. Przy pomocy mediów społecznościowych stworzyli niewidzialną rękę przewodnią, która jednocześnie odwala robotę, unika odpowiedzialności i angażuje się w wojny różnych frakcji… Wiecie, co jest gorsze od zwyczajnych starych dobrych elit? Ledwo widzialna elita, która udaje, że nią nie jest i tym samym unika jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Te elity nigdy nie wytworzyły jednak wydajnego mechanizmu centralizacji, którego potrzebował Occupy Wall Street, by przemienić miliony ludzi ciekawych jego postulatów w aktywnych członków ruchu. Tę porażkę można częściowo przypisać brakowi spójnych żądań, ale winić tu również powinno się dumną odmowę zorganizowania tego ruchu, do czego często prowadzi ideologia decentralizacji. Zatem chociaż Occupy Wall Street może mieć wielu quasi-przywódców, brakuje mu struktur pośrednich, które pozwoliłby rozrosnąć się zgodnie z jego potencjałem. Te struktury – w odróżnieniu od pozostających w cieniu elit – nie pojawią się same z siebie. Inny uczestnik protestów pisze: Wyłoniły się systemy, aby przyciągnąć nowych członków. Niestety te systemy […] nie były w żadnym stopniu wystarczająco efektywne, by sprostać wymogom chwili […] niektóre z adresów mailowych, które krążyły jako punkt pierwszego kontaktu, nie były w ogóle sprawdzane, przez co ponad 11 000 e-maili pozostało bez odpowiedzi… Zebrania były ogłaszane w jakimś miejscu, by odbyć się zupełnie gdzie indziej. Nowi członkowie pojawiali się na roboczych spotkaniach grupowych, dodawali swoje nazwisko do listy osób, z którymi miano się później skontaktować, i na tym kontakt z nimi się kończył. To prawie cztery miesiące, od kiedy okupacja się rozpoczęła, a nadal nie ma jasno oznaczonej strony, gdzie można by się zapisać. Do cholery, nie ma nawet skierowanej do szerokiej publiki strony internetowej, która reprezentowałaby OWS.
Jeżeli ktoś zakłada, że reformy polityczne są długie, powolne i bolesne, strategie centralizacyjne mogą okazać się produktywne. To one pozwalają utrzymać kierunek rozwoju ruchu i nadać mu sensowny kształt. Idee same w sobie nie zmieniają świata – mogą to jednak uczynić idee w połączeniu ze sprawnie działającymi instytucjami. „Nie tylko memy” – powinien brzmieć trafny slogan współczesnego ruchu społecznego. Niestety, to podstawowe spostrzeżenie – polityczna reforma nie może ograniczać się tylko do wojny na memy i estetykę, nawet jeżeli Internet stanowi skuteczną platformę jej prowadzenia – całkowicie zagubiło się w tłumie Occupy Wall Street. Stawianie wyzwań władzy wymaga strategii, która w wielu wypadkach może skłaniać ku centralizacji. Odrzucenie jej z przyczyn raczej filozoficznych niż strategicznych – ponieważ jest niezgodna z duchem Internetu i Wikipedii – graniczy z samobójstwem.
Ta niechęć wobec hierarchii i liderów jest częścią szerszego internetocentrycznego ruchu oporu wobec instytucji. Twierdzi się, że są one niezgodne z logiką Internetu. To antyinstytucjonalne uprzedzenie najlepiej widać w rozważaniach Johnsona na temat amerykańskiej polityki. On szczerze wierzy, że jednym ze sposobów poprawy jest pozbycie się całego tego zawracania głowy związanego z partiami politycznymi, liderami i innymi pośredniczącymi instytucjami oraz umożliwienie obywatelom bezpośredniego głosowania w sprawie tych kwestii, na których im zależy, lub odstępowania swoich głosów lepiej znającym się na rzeczy w ramach mechanizmu, który nazywa „płynną demokracją”. W artykule z 2005 r. Johnson zwrócił się ku jednej ze swych ulubionych dziedzin – socjobiologii – aby wykazać, że gdybyśmy tylko mieli właściwe narzędzia, liderzy nie byliby wcale potrzebni: Jak mrówki znajdują swoją drogę do nowych źródeł pożywienia i przerzucają się na coraz to nowe zajęcia z godną podziwu elastycznością, tak narzędzia używane przez naszą społeczność powinny pomóc nam zidentyfikować i ulepszyć szkoły przeżywające trudności, dobrze zapowiadający się plac zabaw, obszary, na których brakuje podstawowych usług, obszary, gdzie usług jest pod dostatkiem, bloki, w których nocą jest bezpiecznie, i takie, w których nie – wszystkie te subtelne wzorce życia społeczności są teraz upublicznione w nowej formie. Ten rodzaj polityki – zbudowany od samych fundamentów do samej góry bez liderów – jest w naszym zasięgu już teraz, jeżeli tylko będziemy potrafili zbudować właściwe narzędzia.
W „Future Perfect”Johnson idzie ze swoją retoryką jeszcze dalej, pisząc, że partie to instytucje, które utknęły w starych sposobach organizacji świata; zmuszają swoje elektoraty do odkształcania kwadratowego klocka swych prawdziwych poglądów politycznych, aby zmieścił się w okrągłe otwory dwóch partii. Jest to dość dziwne wytłumaczenie długowieczności systemu partyjnego. Wiele demokracji spoza Stanów Zjednoczonych ma więcej niż dwie partie głównego nurtu, a dualizm „okrągłych otworów”, na który narzeka Johnson, nie przebiega wedle podziału na nowe i stare formy organizacji, a tym bardziej nie jest konsekwencją nieodpowiedniej infrastruktury komunikacyjnej.
Johnson uznaje, że stary system partyjny jest zły tylko dlatego, że nie jest kompatybilny z Internetem. Nie zaprząta sobie głowy myślą, że partie – czy, patrząc szerzej, upartyjnienie – odegrały pozytywną rolę w polityce amerykańskiej.
Gdzie dokładnie zawiodłaby nas „płynna demokracja” Johnsona? W jednym z przypisów zauważa, że ostatnimi laty niemiecka Partia Piratów z powodzeniem zastosowała metody płynnej demokracji. Owo powodzenie jest dużą przesadą, jako że ich niezwykły sukces w Niemczech wydaje się raczej krótkotrwały. W każdym razie Piraci z pełną świadomością przysposobili sobie całą symbolikę i retorykę Internetu; są żyjącym wcieleniem internetocentryzmu. Zachłyśnięci procesem – oczywiście zdecentralizowanym i horyzontalnym – niewiele mają do zaoferowania w kwestii celów i stanowisk na temat konkretnych polityk. Gorzej – uważają, że taka pustka jest zaletą, wszak rzecznik partii deklarował w 2011 r.: nie oferujemy programu, a system operacyjny.
Piraci są partią bez wyraźnego stanowiska na tematy inne niż prawo autorskie, cenzura i polityka prywatności. W oczach nowoczesnej młodzieży partia ta straciła już na atrakcyjności, a dla większości niemieckich wyborców nadal pozostaje tajemnicą. Kiedyś mogli pochwalić się dwucyfrowym elektoratem, a obecnie martwią się, czy uda im się przekroczyć pięcioprocentowy próg, by dostać się do Bundestagu w nadchodzących wyborach.
Przyjęta przez Piratów retoryka „płynnej demokracji”, w której każdy może uczestniczyć lub oddać swój głos komuś innemu, nie zadziałała w praktyce; nawet idealne oprogramowanie nie jest w stanie rozemocjonować zwykłych obywateli w kwestii nużących i pogmatwanych spraw, z których utkana jest polityka. Do października 2012 r. w 18-milionowym regionie Nadrenii Północnej-Westfalii Piraci wykorzystali Liquid Feedback, oprogramowanie, z którego zasłynęli, w zaledwie dwóch sprawach. Badanie w jednej z tych spraw dotyczyło kontrowersyjnego zakazu obrzezania i zebrało zaledwie dwadzieścia głosów. Jak podsumował to sucho „Der Spiegel”: to oddolna demokracja, w której nikomu nie chce się uczestniczyć.
Każdy, kto jest zaznajomiony z krytyką demokracji bezpośredniej, nie będzie tym zaskoczony. Próba reformy polityki musi zaczynać się od uświadomienia sobie ograniczeń samej polityki, a nie od rozpływania się nad nieskończonymi możliwościami, jakie daje technologia cyfrowa. Piraci wzięli sobie do serca ideę Internetu, aby odkryć, że dynamika i rytuał tradycyjnie pojmowanej polityki nie wynikają wyłącznie z prymitywniejszej technologii, a są raczej odbiciem podstawowych założeń dotyczących ludzkiej natury, władzy i sprawiedliwości. Związki międzyludzkie są bardziej skomplikowane aniżeli te między mrówkami; na wszystkich poziomach występują nierówności, asymetrie i żale, a to, co wygląda na niewydolność czy lukę w partycypacji lub transparentności, może przy bliższym poznaniu okazać się tkanką ochronną mechanizmów demokracji, która umożliwia liberalnym społeczeństwom funkcjonowanie.
Niezainteresowanie tym, jak działa świat, jest najbardziej szkodliwą cechą internetocentryzmu. Uzbrojeni w Internet wyznawcy tej idei nie martwią się zbytnio szerszym celem swej reformy. Wolą zauważać tylko te elementy, które podlegają interwencji za pomocą Internetu, a wszystkie inne odrzucać. Johnson nigdy nie określa, co konkretnie nie podoba mu się w NEA i dlaczego powinna się ona upodobnić do Kickstartera; dla niego sprawienie, aby była kompatybilna z Internetem, jest zawsze właściwe. Nigdy nie zadaje pytania, czym tak naprawdę zajmuje się NEA, jakie stawia sobie cele i co ma nadzieję osiągnąć.
Czy ten rodzaj wiedzy eksperckiej, na którym opiera się NEA, jest tylko dodatkiem? Czy kumulatywna wiedza przeciętnych amatorskich krytyków sztuki z Kickstartera jest równa wiedzy jednego prymusa tej dziedziny pracującego w NEA? Czy zwiększenie partycypacji w finansowaniu NEA otworzy je na manipulację aktywistów Tea Party, przekierowując strumień funduszy na projekty społecznie konserwatywne? Czy filmowcy z największą liczbą polubień na Facebooku robią najbardziej prowokacyjne filmy? Czy prowokacja jest czymś, co nasza polityka względem sztuki powinna wspierać? To pytania, które musi sobie zadać każdy, kogo interesuje lub dotyczy reforma NEA. Johnson nie jest jednak zainteresowany reformowaniem NEA – jego interesuje jedynie narzucenie internetocentrycznych rozwiązań na wszystko.
Książka Johnsona nie byłaby tak niezwykła, gdyby wyartykułowany w niej internetocentryzm – wraz z poważnymi intelektualnymi ograniczeniami, jakie narzuca on narracji autora – nie był tak jaskrawy. „Future Perfect” postuluje, że osiągnęliśmy punkt, w którym uczeni i intelektualiści zajmujący się Internetem stają przed wyborem pomiędzy dwiema wzajemnie wykluczającymi się metodami badawczymi.
Jedna, wyrosła z internetocentryzmu, ma tendencje do generalizacji; druga – do rozbijania na czynniki pierwsze. Jedna zajmuje się Internetem i niczym więcej; druga wystrzega się mówienia o „Internecie” (rozmyślnie umieszczając go w cudzysłowie), zajmując się tym, co charakterystyczne dla danej platformy i technologii, jakby nie dzieliły one ze sobą żadnej wspólnej logiki. Zamiast zakładać, że dane technologie wyłaniają się z „Internetu”, to drugie podejście mówi, że jest odwrotnie, i to „Internet”, bardziej nawet jako idea, a nie techniczna sieć, wyłania się z tych technologii.
Podejście generalizujące stara się zebrać różne, często niewspółmierne spostrzeżenia, by umieścić je w ramach jakiejś wielkiej narracji na temat objawienia się ducha Internetu. Podejście uszczegóławiające odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek dyskusjach na temat ducha, a zamiast tego próbuje udokumentować wielorakość logik i paradoksów, z jakich Internet się składa. To podejście zakłada, że sieci nie są same w sobie wyzwalające i tylko od tego, w jaki sposób użytkownicy są ze sobą połączeni, zależy, czy stają się one mniej czy bardziej tyranizujące, nieprzejrzyste i antydemokratyczne niż hierarchie.
Z kolei w ujęciu generalizującym uważa się, że strona taka jak Kickstarter jest prostym pośrednikiem, za pomocą którego ludzie mogą wyrazić swój głos; uszczegóławiające stara się wejrzeć do algorytmów Kickstartera, aby zrozumieć, jak one działają. To pierwsze zakłada, że w Internecie „coś ma potencjał wiralny”, to drugie bada, jak ta „wiralność” powstaje, jak popularność jest kreowana na każdej z badanych platform oraz czyim interesom – reklamodawców, właścicieli platformy czy użytkowników – to służy.
W dobrym opisie Internetu słowo „Internet” nie musi nawet padać. Taki surowy wymóg mógłby wytrącić większość badaczy Internetu z ich małej stabilizacji banału i błędnych uogólnień, w której spędzili ostatnie dwie dekady. Teraz, gdy internetocentryzm nie jest już tylko stylem myślenia, ale również wymówką dla naiwnej i szkodliwej ideologii politycznej, koszty niezauważania destrukcyjnego wpływu takiego podejścia stały się zbyt wysokie.
Tłum. Piotr Andrzejewski
Powyższy tekst jest komentarzem-recenzją książki Stevena Johnsona pt. „Future Perfect: The Case for Progress in a Networked Age”, Riverhead. W niniejszym przedruku pominięto przypisy i poczyniono niewielkie skróty. Tekst pierwotnie ukazał się w lutym 2013 r. na stronie internetowej lewicowego magazynu „The New Republic”, wydawanego od roku 1914.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
W 1997 r. profesorowie Myron S. Scholes i Robert C. Merton zostali uhonorowani nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii za opracowanie nowej metody wyznaczania wartości instrumentów pochodnych, którą Szwedzka Akademia Królewska uznała za jedno z największych osiągnięć nauk ekonomicznych ćwierćwiecza. Rok później współkierowany przez Mertona i Scholesa fundusz finansowy LTCM stracił 4,6 miliarda dolarów w ciągu czterech miesięcy i musiał zostać wsparty przez publiczny amerykański bank centralny. Instrumenty finansowe pozwoliły LTCM na użycie niebezpiecznej dźwigni finansowej i ryzykowanie stratami wielokrotnie większymi od posiadanych aktywów. Już wtedy ryzyko systemowe przerośniętego sektora finansowego zwiastowało przyszły kryzys.
Instrumenty pochodne (tzw. derywaty) są papierami wartościowymi wymienianymi na giełdach lub kontraktami między dwoma stronami, których wartość jest uzależniona od instrumentu bazowego (np. obligacji). Początkowo uzasadnieniem tworzenia tych instrumentów było zabezpieczanie przed ryzykiem. Przykładowo, proste instrumenty pochodne były nabywane za niewielką kwotę w zamian za gwarancję pokrycia strat przez sprzedającego, gdyby ceny określonych produktów drastycznie spadły. Niestety z czasem takie instrumenty zaczęły tworzyć instytucje finansowe niebędące ubezpieczalniami i niemające wystarczająco dużo kapitału na pokrycie tego typu umowy. Mimo to takie ryzykowne kontrakty były opłacalne – dawały spekulującym wysokie zyski, choć również narażały na wysokie straty. Z biegiem lat zaczęto tworzyć instrumenty pochodne od instrumentów pochodnych czy wręcz zupełnie hazardowe umowy, niemające nic wspólnego z teoretycznym ubezpieczeniem od ryzyka, które było przyczyną powstania derywatów. Przykładowe kontrakty ostatnich lat to te wypłacające pieniądze przy wyborze jednego z kandydatów na prezydenta USA, inne są powiązane z wynikiem finansowym filmu, jeszcze inne z prawami do przyszłych zysków z praw autorskich Boba Dylana i Davida Bowie. Tego rodzaju zakłady wydają się być ekscentryczne i niepasujące do poważnych decyzji gospodarczych, w rzeczywistości jednak doskonale obrazują rzeczywistość dzisiejszego świata finansów. W wielkiej mierze stał się on gigantycznym kasynem bez jakiejkolwiek wartości dla społeczeństwa. Co gorsza, globalne powiązania instytucji finansowych sprawiają, iż cały system wciąż grozi implozją.
Jest symptomatyczne, iż Merton i Scholes zostali uznani przez establishment za wielkich innowatorów, przyczyniających się do lepszego rozumienia rynku. Dziś, po wielu spektakularnych wpadkach potężnych instytucji finansowych i wywołanej przez nie recesji, znacznie większa jest już świadomość zagrożenia ze strony nieuregulowanej sfery finansów. Chociaż nikomu poważnemu nie przyszłoby do głowy fetować twórców i apologetów finansowych „innowacji”, to ich wątpliwe dzieła mają się dobrze jak nigdy wcześniej. Jest to efektem dominacji finansjery w historycznej perspektywie ekonomii politycznej.
Co takiego stało się, że odwrócony został korzystny trend wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego złotych dekad powojennego obszaru transatlantyckiego? Dlaczego tak bardzo osłabł prospołeczny nurt w decyzjach politycznych? Jak to się stało, iż tak dramatycznie rozwarstwiają się poziomy życia garstki najlepiej sytuowanych i całej reszty populacji?
Zwrot systemu społecznego w kierunku plutokracji nie jest czymś historycznie rzadkim – działo się to wielokrotnie już w cywilizacjach starożytnych, zazwyczaj kończąc się dewastacją infrastruktury (np. zrujnowanie systemu irygacyjnego Mezopotamii przez lichwę), regresem gospodarki i relegowaniem zdegenerowanej kultury do ligi państw podbitych. Jednak coraz powszechniejsze uprawianie nauki, rozwój wynalazczości oraz pozytywnie zainspirowane przywództwa polityczne doprowadziły do ukształtowania modelu nowoczesnego państwa narodowego, którego celem i środkiem było duchowe i materialne upodmiotowienie każdej jednostki ludzkiej. Pół wieku temu proces ten zdawał się być już niezwykle silny, a w dodatku w swej istocie nieodwracalny: coraz powszechniejsze stawały się edukacja i dostęp do informacji, prężny rozwój nauki zwiastował rosnący poziom życia, a najlepiej rozwinięte kraje porzucały kolonializm na rzecz pokojowej współpracy. Mając to na uwagę, nasze dzisiejsze położenie można uznać za nie lada „wyczyn”.
Fundamenty rozwoju
Krach piramidy finansowej na Wall Street w 1929 r. sprawił, że na kilka lat obszar euroatlantycki pogrążył się w bezprecedensowym kryzysie. Gra rezerwami złota doprowadziła do zniesienia w miarę stabilnego układu wymiany walut oraz do upadłościowej reakcji łańcuchowej, która uderzyła w banki austriackie i niemieckie. Na fali niezadowolenia z wielkiego bezrobocia wywołanego błędną polityką cięć oszczędnościowych w Niemczech do władzy doszedł Adolf Hitler, którego główny doradca ekonomiczny, Hjalmar Schacht, wprowadził zubożającą społeczeństwo politykę niskich płac. Tymczasem Amerykanie zdołali przezwyciężyć politykę cięć oszczędnościowych dzięki wyborowi opcji zarazem demokratycznej, jak i prospołecznej. W 1933 r. prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, który praktycznie wyeliminował spekulacyjne kasyno. Uczynił to za pomocą ustaw Glass-Steagall Act, Commodity Exchange Act i Securities Exchange Act.
Ustawa Glass-Steagall z 1933 roku jednoznacznie separowała bankowość depozytowo-kredytową, potrzebną dla zdrowego funkcjonowania gospodarki, od bankowości inwestycyjnej, będącej w istocie spekulacją. Brak takiej separacji sprawiał, iż banki kupowały ryzykowne instrumenty finansowe w pogoni za zyskiem, ryzykując jednocześnie pieniędzmi depozytariuszy i własną upadłością, co zamrażało funkcje kredytowe gospodarki. Nieuregulowana bankowość była tym samym narażona na upadki piramid finansowych ryzykownych funduszy inwestycyjnych, co przy mocnych połączeniach między bankami (wzajemnie pożyczającymi sobie pieniądze) mogło skutkować niewpłynięciem na czas określonych zobowiązań, a zatem brakiem płynności, paniką depozytariuszy, niewypłacalnością i bankructwem. Ustawa Glass-Steagall jednoznacznie zabraniała takich praktyk: bank tradycyjny mógł zajmować się jedynie bankowością, która nie miała styczności z ryzykownymi grami spekulantów. Jednocześnie banki uzyskiwały rządowe gwarancje pomocy w razie kłopotów, co w poprzednim modelu było albo niemożliwe, albo bardzo kosztowne ze względu na potencjalnie astronomiczne straty (zobowiązania) na rynku papierów spekulacyjnych. Ustawa Glass-Steagall stała się jednym z fundamentów nowego światowego ładu ekonomicznego, w którym bankowość służyła potrzebom rozwoju społeczeństw.
Następnie, w roku 1934, Roosevelt przeprowadził przez Kongres ustawę Securities Exchange Act. Jednym z jej postanowień było ustanowienie Securities and Exchange Commission (komisji ds. papierów wartościowych i giełd), mającej sprawować kontrolę nad rynkiem papierów wartościowych. Była ona wyposażona w uprawnienia śledcze i instrument nakładania kar. Ponadto ustawa ściśle nakazywała rejestrowanie wszystkich kontraktów oraz zarządzała ich wymianę, nawet wtórną, wyłącznie na regulowanych giełdach. To uniemożliwiło zawieranie niebotycznych dwustronnych zakładów hazardowych (tzw. swapów), które po prostu stały się nielegalne. Język ustawy, pełen zakazów, nakazów i ostrzeżeń, nie pozostawiał złudzeń, iż jej celem nie jest spełnianie życzeń rynków finansowych. Instrumenty pochodne zostały wyeliminowane z gry.
Kolejnym ważnym krokiem była ustawa Commodity Exchange Act, która regulowała wymianę na rynku towarów. Ponieważ rynek towarów (w tym żywności i surowców) został uznany za newralgiczny, położono szczególny nacisk na wyeliminowanie z niego ryzyka spekulacji. Służyły temu m.in. ilościowe limity możliwości zakupu danego towaru przez jednego uczestnika. Instrumenty pochodne od towarów („opcje”) zostały uznane za bezprawne. Ustawa stanowczo przestrzegała przed próbą zmowy rynkowej, ściśle określając również system zachęt i ochrony dla informujących o nieprawidłowościach.
Również z tego okresu pochodzą takie zasady jak np. reguła „tyknięcia w górę”, niepozwalająca sprzedawać papierów wartościowych w momencie, gdy ich ostatnia transakcja była spadkowa (obniżała cenę). Tym samym wyeliminowano spekulacyjny efekt „spadającego noża”, który powodował, że inwestorzy pozbywali się spadających akcji, obawiając się ich zakupu aż do momentu, gdy były niemal bezwartościowe. W regule „tyknięcia w górę” transakcja spadkowa mogła być dokonana tylko po nawet najmniejszej transakcji wznoszącej kurs. Rozchwianie rynków finansowych, tak charakterystyczne w dzisiejszych czasach, gdy giełda kojarzy się z wykresami histerycznie chaotycznych wahań, zostało przez Roosevelta zahamowane. Giełda stała się po prostu dobrze nadzorowanym sklepem, równie mało ekscytującym jak wszystkie inne sklepy.
Tak chroniona przed finansowymi niebezpieczeństwami Ameryka w szybkim tempie przezwyciężała ekonomiczną depresję. Ta największa gospodarka świata, wsparta antykryzysowymi projektami inwestycyjnymi, była gotowa do olbrzymiego wysiłku wojennego i odbudowy powojennej Europy dzięki Planowi Marshalla. Nowy ład ekonomiczny na świecie nie przewidywał powrotu do czasów hegemonii finansjery. Ustalenia z konferencji w Bretton Woods, podczas której powstał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, stworzyły nowy system monetarny, oparty o stałe kursy wymiany głównych walut świata, co wyeliminowało ryzyko kursowe i pokusę spekulacji. Siła finansjery została złamana, a ona sama przestała się liczyć jako zjawisko mające decydujący wpływ na politykę. Jej miejsce zajęły wielkie przedsiębiorstwa, związki zawodowe i partie polityczne.
Doświadczenia kolejnego globalnego konfliktu wykazały bezsensowność rewanżyzmu stosowanego wobec Niemiec po I wojnie światowej, dlatego zwycięskie państwa Zachodu – USA, Wielka Brytania i Francja – zdołały uniknąć powtórzenia tego błędu. Kierowane przez wizjonerów najważniejsze państwa Europy powoli zaczęły tworzyć wspólnotę interesów gospodarczych i politycznych, definiującą cele na kolejne dekady. Rola politycznego przywództwa zdaje się być w tym niezwykłym okresie kluczowa. Attlee i Macmillan w Wielkiej Brytanii, Kennedy i Johnson w USA, Charles de Gaulle we Francji, Adenauer i Ludwig Erhard w Niemczech – wszyscy oni wyrażali, pomimo bardzo świeżych doświadczeń wojennych, pozbawioną uprzedzeń dumę i wiarę w lepsze jutro swoich narodów. Państwa wspierały ważne projekty naukowe: szybkie koleje, nowoczesne elektrownie, przełomowe technologie kosmiczne. Jak wskazuje ekonomista prof. Robert Skidelsky, średni roczny wzrost PKB świata w „złotej erze” to niemal 5%, podczas gdy w erze neoliberalnej (nie wliczając ostatniego kryzysu) ledwo ponad 3%. To porównanie nie oddaje jednak skali powiększających się nierówności społecznych.
Przyczyny końca złotej ery
Czas dominacji zdolnych liderów politycznych kończy się w latach 60. Ameryka w tym okresie staje się coraz słabsza: jej wojsko grzęźnie w Wietnamie, zaś prezydent Nixon drastycznie ogranicza państwowe wydatki naukowo-badawcze. Pesymistyczni naukowcy przewidują w raporcie „Granice wzrostu” szybkie wyczerpywanie się światowych złóż kluczowych surowców. Pod naciskiem Brytyjczyków żądających natychmiastowego przekazania swojej rezerwy złota o wartości 3 miliardów dolarów (30% całych rezerw USA) Nixon decyduje się latem 1971 r., początkowo tylko częściowo, zerwać stabilizujący światowy handel system stałych kursów wymiany walut z Bretton Woods. Pojawia się ryzyko kursowe, co tworzy potencjał spekulacyjny. Tylnymi drzwiami wraca do gry finansowa oligarchia.
Proces finansjalizacji gospodarki z początku jest bardzo powolny, lecz z czasem nabiera tempa. Już w latach 60. zniesiony zostaje stamp tax – pierwowzór podatku od transakcji finansowych, zaś pod koniec lat 70. nieśmiało pojawiają się pierwsze instrumenty pochodne. Jest to związane z niezwykle wysokimi stopami procentowymi, które powodują szybkie przepływy kapitału do rajów podatkowych i z powrotem. Stopa procentowa 22 procent nazywana jest najwyższą od czasów przed Chrystusem i powoduje zniszczenie dużej części potencjału przemysłowego USA. W 1982 r. ustawa Futures Trading Act zezwala, po kilkudziesięciu latach przerwy, na funkcjonowanie instrumentów pochodnych, chociaż przez pierwsze lata ich status jest wciąż nie do końca jasny, zaś instytucje finansowe niechętnie chcą brać na siebie ryzyko wielkich kar od regulatora finansowego. Gdy w 1987 r. dochodzi do krachu na Wall Street, derywaty są już dość rozpowszechnione, ograniczają się jednak głównie do derywatów walutowych, zaś ich skala nie przekracza globalnego PKB. W 1992 r. przegłosowana zostaje ustawa Futures Trading Practices Act, zaś szefowa nadzoru finansowego Commodity Futures Trading Commission (CFTC), Wendy Gramm, wydaje opinię, według której ustawa rozstrzyga o legalności derywatów. Od tego momentu ich rozrost przestaje być kontrolowany, w tym derywatów napływających z zagranicy oraz tych będących dwustronnymi kontraktami (tzw. OTC), nierejestrowanymi i niewymienianymi na giełdach. Rozmiary transakcji każdego dnia przekraczają setki miliardów dolarów.
Stany Zjednoczone, jako największa gospodarka świata, nadają ton globalnym przemianom. Wtedy właśnie, a szczególnie po upadku żelaznej kurtyny, następuje dominacja tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego: ideologii deregulacji, prywatyzacji, wolnego handlu i liberalizacji. Konsensus Waszyngtoński to nazwa nadana w 1989 r. przez ekonomistę Johna Williamsona systemowi globalnego leseferyzmu. Wielki kapitał przepływa w nim z miejsca na miejsce i pozostaje poza regulacją państw, których zadaniem jest dostosowanie się do założeń państwa minimum. W tym konsensusie za prymusów uznawane są te kraje, które stwarzają kapitałowi jak najdogodniejsze warunki działania, niekrępowane np. ochroną pracowników najemnych czy regulacjami ekologicznymi.
Dawne instytucje Bretton Woods (Bank Światowy i MFW) zamiast wspierać rozwój państw mniej rozwiniętych, narzucają im w latach 80. ciężkie warunki „pomocowe”, które prowadzą te kraje do stagnacji i niepokojów społecznych. W wyniku nowych rund rokowań (tokijskiej, urugwajskiej) Światowej Organizacji Handlu poziom taryf celnych drastycznie się obniża i następuje era globalizacji handlu, a więc de facto także przemysłu. W wolnorynkowej teorii (koncepcja przewag komparatywnych autorstwa D. Ricardo) taka sytuacja powinna doprowadzić do efektywniejszego lokowania produkcji dzięki specjalizacji, skutkiem czego wszyscy powinni zyskiwać. W praktyce to powojenna etatystyczna transatlantycka złota era była najlepszym przykładem doganiania (USA przez Europę) przy obopólnych korzyściach. Również polityka protekcyjna („substytucji importu”) praktykowana w latach 60. i 70. przez blok krajów niezaangażowanych dawała dobre podstawy rozwoju siły produkcyjnej i nabywczej. Wolny handel w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego oznacza natomiast coś zupełnie innego. Jest to dyktat wielkiego biznesu: to on decyduje, gdzie (najlepiej do kraju podporządkowanego MFW) przenieść fabrykę, i to on zgarnia prawie całość zysku. Skala tworzenia siły nabywczej obywateli, tak w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, jest w tym modelu znacznie ograniczona.
Dodatkowo kraje słabo rozwinięte są pogrążone w neoliberalizmie, a zatem przy braku kontroli przepływu kapitału (bądź kursu waluty) narażone na dramatyczną spekulację walutą, która w kilka tygodni może zepchnąć kraj w recesję. To właśnie przydarzyło się w trakcie kryzysu azjatyckiego w 1997 r. Malezji, której premier Mahathir Mohamad tak opisał wtedy sytuację: […] zmanipulowany został krach gospodarczy Meksyku, tak samo gospodarki innych rozwijających się krajów mogą zostać zmanipulowane i nagięte do pokłonu wielkim zarządzającym funduszy finansowych, którzy stali się decydentami tego, kto może się rozwijać, a kto nie. […] Z tego, co wiemy, handel walutą jest w rzeczywistości 20 razy większy niż handel rzeczywistymi towarami i usługami. Poza zyskami i stratami dla handlujących [walutą] nie ma z tego olbrzymiego handlu żadnych namacalnych korzyści dla świata. Nie tworzy się znaczących miejsc pracy, żadne produkty czy usługi nie trafiają do zwykłych ludzi […] zyski pochodzą z pauperyzacji innych, w tym bardzo biednych krajów i ludzi. […] Przestrzega się nas też, że to są potężni ludzie. Jeśli zrobimy hałas lub w jakikolwiek sposób ich zirytujemy, będą zdenerwowani. A kiedy są zdenerwowani, mogą nas zniszczyć do szczętu, mogą z nas zrobić wraki.
Upadek systemu Bretton Woods stworzył system spekulacji walutą, który wyrodził się wkrótce w system spekulacji „wszystkim”. Instytucjom finansowym zaczynają puszczać hamulce: w 1998 r. potężny bank Citicorp (Citibank) łączy się z grupą inwestycyjną Travellers, co jest nielegalne w świetle ustawy Glass-Steagall. Bank nie zostaje jednak ukarany, zaś rok później Kongres pomaga Citi w zalegalizowaniu swoich działań, znosząc ustawę Glass-Steagall. Główny promotor tej operacji, senator Phil Gramm (mąż wspomnianej Wendy Gramm), pomógł rok później ostatecznie zatwierdzić formalną legalność najbardziej podejrzanych derywatów (OTC). Gramm jest dzisiaj wiceszefem działu inwestycyjnego megabanku UBS…
Ideologia w służbie plutokracji
Wszystkie kluczowe trendy ostatnich trzech dekad nie mogą być wytłumaczone bez istnienia ideologicznej podbudowy dla regresywnej polityki społeczno-gospodarczej. Coraz częstsze postawy radykalnie indywidualistyczne i zanikanie optymizmu wspólnotowego widoczne były również wśród ekonomistów. W centrum tej dyscypliny umościło się przekonanie, iż rynki są zawsze efektywnym i samoregulującym mechanizmem, gdyż w grze rynkowej uczestniczą racjonalne, dążące do zysku podmioty. Tym samym uzasadniono istnienie instrumentów pochodnych. Twierdzono, że z pewnością czynią rynek bardziej efektywnym, gdyż w przeciwnym wypadku racjonalny rynek nie stworzyłby ich i nimi nie handlował. Powstało przekonanie o szkodliwości rządowych regulacji. Lekcje Wielkiego Kryzysu, wskazujące na zagrożenia bańką finansową i ułomnością rynku, zostały zapomniane.
Co bardziej liberalni ekonomiści, jak Friedrich von Hayek i Milton Friedman, głoszący potrzebę mniejszej aktywności państwa, mogli z zadowoleniem obserwować dekadę rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA, obojga przekonanych o szkodliwości wysokich progresywnych podatków dochodowych. Karierę zrobiła tzw. krzywa Laffera – koncepcja, według której niższy poziom podatków gwarantuje wyższy poziom wpływów podatkowych. Warto przypomnieć, iż nawet Marek Belka nazwał ją kuriozalnym epizodem z pogranicza myśli ekonomicznej i polityki. Z początku nawet przyszły prezydent USA, George Bush senior, krytykował tego typu myślenie jako voodoo-ekonomię. Z czasem jednak atrakcyjna, choć rzadko prawdziwa koncepcja stała się jedynym pomysłem na politykę gospodarczą państw objętych Konsensusem Waszyngtońskim. Poza tego typu „reformami” rządom pozostawało liczyć na szczęście, dobry humor „niewidzialnej ręki” i ewentualnie mniej restrykcyjną politykę niezależnych banków centralnych.
Nawet te ostatnie, tak hołubione przez szkołę monetarystyczną ekonomii, miały niewystarczająco wiele instrumentów wpływu. Jak pokazują ostatnie lata, nawet bardzo luźna polityka pieniężna nie przyspieszy rozwoju gospodarczego, gdyż ta jest zależna od polityki banków prywatnych i wielkiego biznesu. Wielkość aktywności gospodarczej tylko częściowo może być ustalana przez bazę monetarną banku centralnego. Reszta, w sytuacji wycofania państwa z aktywnej polityki wydatkowej i przy niedostatecznym popycie, zależy od chęci banków komercyjnych do oferowania atrakcyjnych kredytów i chęci biznesu do brania kredytów i podejmowania ryzyka inwestycyjnego. W sytuacji, gdy wielki biznes zamraża swój kapitał, banki decydują się na pożyczanie pieniędzy innym instytucjom finansowym.
Szybko rozwijający się sektor finansowy dzięki nowym instrumentom oferował wyższe stopy zwrotu niż w realnej gospodarce. Tym samym rosło znaczenie tego sektora oraz dochód, jaki uzyskiwała z niego klasa finansistów, pozwalając jej coraz bardziej dominować nad resztą gospodarki, przeżywającej deindustrializację i stagnację płac. Dzięki wliczaniu usług finansowych i innowacjom informatycznym, będącym spuścizną dawnych rządowych programów, poziomy globalnego produktu na głowę nie odzwierciedlają dokładnie skali problemu. Jest on jednak widoczny w coraz wyższym zadłużeniu gospodarstw domowych i ich coraz mniej stabilnej, a często dłuższej godzinowo pracy. Rozwarstwienie społeczne i deindustrializacja pogłębiają jeszcze problem: gorzej płatne miejsca pracy dają mniejsze możliwości konsumpcji, a zatem osłabiają koniunkturę.
Pogorszenie rynku pracy doskonale obrazuje systemową różnicę w porównaniu ze złotą erą:
Tabela: Porównanie poziomów bezrobocia
| Bezrobocie |
Złota Era |
Konsensus Waszyngtoński |
| USA |
4,8% |
6,1% |
| Francja |
1,2% |
9,5% |
| Niemcy |
3,1% |
7,5% |
| Wielka Brytania |
1,6% |
7,4% |
Źródło: Robert Skidelsky, Keynes. Powrót mistrza.
Utratę pewności zatrudnienia osładzać miał ludności dość hojny system socjalny, powodujący, iż likwidacja niektórych miejsc pracy nie była traktowana w kategoriach wielkiego problemu społecznego. W połączeniu ze spadkiem tempa wzrostu produktu globalnego przyczyniało się to jednak do wzrostu wydatków państwa, co nie byłoby wielkim problemem, gdyby nie ogłoszenie przez rynkowych radykałów w latach 90. krucjaty przeciwko niezrównoważonemu budżetowi. Kryteria Maastricht w Unii Europejskiej i ofensywa budżetowych jastrzębi w USA pod wodzą Newta Gingricha zostały opakowane jako wyraz troski o dobro gospodarcze kraju. W istocie argument jastrzębi to pomyłka, gdyż wbrew ich twierdzeniom to nie wysoki dług jest przyczyną niskiego wzrostu, lecz niski wzrost jest przyczyną wysokiego długu. Doktryna konieczności cięcia deficytu metodą zmniejszania wydatków rządowych jeszcze bardziej osłabiła system społeczno-gospodarczy w momencie, gdy spekulacyjna narośl już przestała być kontrolowalna.
Rosyjska ruletka finansjery
W listopadzie 1993 r. noblista Maurice Allais napisał w „Le Figaro”, iż gigantyczna akumulacja długu pożera światową gospodarkę. Latem 1997 r. wolumen dziennych transakcji przekroczył już 5 bilionów (5 000 000 000 000) dolarów. Przy tej wysokości transakcji największe banki inwestycyjne każdego dnia ryzykowały niewypłacalność, instalując w swoich centralach specjalne biura kryzysowe z setkami telefonów, aby w razie wypadku przekonywać spanikowanych inwestorów do niewycofywania pieniędzy. George Soros stwierdził w tym samym roku: nie widzę możliwości, aby ten globalny system przetrwał […] wchodzimy w czas globalnej dezintegracji.
System ten przetrwał jednak kolejną dekadę, w międzyczasie globalna bańka instrumentów pochodnych osiągnęła teoretyczną „wartość” dwudziestokrotności światowego produktu brutto. Niestety ta gra przynosi jeszcze inne negatywne konsekwencje dla dobrobytu społecznego. Instrumenty pochodne mają olbrzymi wpływ na gwałtowne ruchy cen żywności i surowców, gdyż w przytłaczającej większości handel nimi (odbywający się na giełdach towarowych, takich jak Comex, ICE i CME) jest wirtualny – w przypadku gry na zwyżkę cen żywność, towary i surowce nie są dostarczane do fizycznej sprzedaży, lecz przetrzymywane w portach i magazynach w nadziei na zwyżkę cen. To ma olbrzymie konsekwencje dla społeczeństw, kładąc ich przyszłość w ręku, jak to określił Alain Parguez, międzynarodowej gospodarki rentierów.
Europejskie banki pod naciskiem społecznym wycofują się z niemoralnej spekulacji żywnością, jednak takich sentymentów nie mają mniejsi, nieuregulowani gracze – hedge fundy, czyli drapieżne fundusze inwestycyjne trzymające pieniądze maksymalnie stu osób (multimilionerów i miliarderów). Przykładowo hedge fund Armajaro wykupił w 2010 roku 7 procent światowej podaży kakao, zatrzymując je w magazynie i czekając na wzrost wartości. Właśnie spekulacja była przyczyną olbrzymich wahań cen ropy naftowej w latach 2007–2011. Jest tajemnicą poliszynela, iż ten dział londyńskiej giełdy towarowej jest całkowicie zdominowany przez koncern naftowy British Petroleum (BP) oraz bank inwestycyjny Morgan Stanley.
Oblicza się, iż około 80–90% handlu na giełdzie ICE ma charakter czysto spekulacyjny. Dla zwykłych obywateli gry wielkich finansistów obliczone na wzrost lub spadek towarowych instrumentów pochodnych mogą się przerodzić w wyższe lub niższe ceny energii i surowców oraz żywności, dotykając całych gospodarek i społeczeństw, czego przykładem były protesty przeciw cenom żywności i oleju opałowego w świecie arabskim w 2011 roku.
Kryzys i co dalej?
Światowy kryzys gospodarczo-finansowy spowodowany wypadkami na rynku derywatów w 2008 r. spotęgował niebezpieczne trendy ostatnich dekad. Spore części złego długu instytucji finansowych zostały uspołecznione przez rządy i banki centralne. Jednak wielkie kasyno nie zatrzymało się. Nieustająca potrzeba gonienia za zyskiem i redukowania ryzyka własnej implozji skłaniają spekulantów do ataków na instrumenty dłużne takich krajów jak Grecja czy Hiszpania. Do ataku użyte zostały swapy ryzyka kredytowego (CDS), które sam George Soros nazwał polisą na czyjeś życie połączoną z licencją na zabijanie. W interesie niektórych banków było podniesienie ceny długu państw i sprowadzenie ich na kolana. Po raz pierwszy obywatele starej Europy mieli okazję obserwować w całej okazałości metody Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wypróbowane dotychczas w innych, odległych częściach świata. Przecenienie roli długu państwa przerodziło się w obsesję cięć budżetowych, prowadzącą do recesji.
Przełamanie silnie zakorzenionych podstaw neoliberalizmu wymagać będzie wiele wysiłku, ale nie jest niemożliwe. Neoliberalizm oparty jest bowiem na fałszywym postrzeganiu państwa i społeczeństwa oraz błędnej doktrynie ekonomicznej. Lata 2008–2013 stały się okresem niezwykłego eksperymentu, któremu poddano całe narody – niektóre w większym wymiarze niż inne. Chociaż teoria głoszona przez neoliberalnych ekonomistów jest sama w sobie słaba, a doświadczenia Wielkiego Kryzysu stoją z nią w sprzeczności, to dla laika niezorientowanego w historii gospodarczej mitologia wolnorynkowców może brzmieć przekonywająco. Dopiero empiryczne doświadczenie przeprowadzone na żywym organizmie narodów pokazuje wyrwanym ze snu społeczeństwom, jak wielkim kłamstwem i apologią plutokracji podszyta jest współczesna myśl neoliberalna: polityka cięć oszczędnościowych zubaża społeczeństwo, a służy elicie finansjery. Straszący przed wielkim długiem i zalecający zaciskanie pasa ekonomiści są niewiarygodni. Była to bolesna lekcja do odrobienia – ważne, żeby nie poszła na marne.
Absolutnym priorytetem przy wychodzeniu z kryzysu powinien być powrót do regulacji z okresu Nowego Ładu i złotej ery powojennej Europy. Przywrócenie Rooseveltowskich ustaw odcięłoby wielką bańkę wirtualnych zobowiązań od realnej gospodarki, czyniąc je niebyłymi ze względu na brak możliwości otrzymania wsparcia państwa przez finansjerę spekulacyjną. Odrzucone muszą być również aksjomaty szkodliwości jakiegokolwiek długu państwa i nieinterwencji w kursy walutowe czy strukturę gospodarki (poprzez np. subwencje). Należy przywrócić właściwy, prorozwojowy model systemu kredytowego. Kraje znacząco powyżej poziomu bezrobocia z okresu Złotej Ery powinny prowadzić politykę fiskalną stymulującą popyt, opartą na tradycyjnych cywilizacyjnych funkcjach państwa, oraz politykę innowacyjną/strukturalną – zarówno dzięki inwestycjom w naukę, jak też systemom zachęt dla przedsiębiorców. W obszarach uznanych za ważne i uzasadnione z punktu widzenia długotrwałego interesu państw ważne jest również podejmowanie wieloletnich projektów rozwojowych – infrastrukturalnych, opartych na rodzimym przemyśle.
przez Andy Gregg | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Koncepcja Big Society (Wielkiego Społeczeństwa) była dominującym tematem w wypowiedziach Davida Camerona oraz jego zwolenników przed brytyjskimi wyborami w maju 2010 roku. Próbowano ją definiować na różne sposoby, tak by stała się łatwiejsza do zrozumienia i bardziej konkretna, ale działaniom tym zupełnie zabrakło spójności. Na pojęcie to składać się mają następujące elementy:
- „reforma” systemu świadczeń publicznych – prywatyzacja sektora publicznego i wprowadzenie systemu nieodpłatnej pracy ochotniczej,
- decentralizacja – przekazywanie władzy społecznościom lokalnym,
- rozwój wolontariatu,
- upublicznianie informacji rządowych oraz minimalizowanie biurokracji związanej z regulacjami, odchodzenie od kultury laburzystów nastawionej na osiągnięcie celu,
- wspieranie organizacji charytatywnych, przedsiębiorstw społecznych oraz spółdzielni.
Zwolennicy Big Society opisują tę inicjatywę jako progresywną i innowacyjną strategię, która polega na upodmiotowieniu społeczności, redystrybucji władzy oraz na wychowywaniu w kulturze wolontariatu. Jest to rządowa wizja społeczeństwa, w którym wolontariat i poczucie wspólnoty stają się stanem naturalnym.
Big Society Network opisuje swoje działanie jako napędzane złością i frustracją związanymi zarówno z poczynaniami City, jak i Westminsteru oraz z poczuciem bezradności i niemożnością wprowadzenia zmian. Zazwyczaj jesteśmy anonimowymi podatnikami i nie mamy tak naprawdę pojęcia, jak wydawane są nasze pieniądze. Większość z nas stara się być dobrymi obywatelami, ale wydaje nam się, że mamy znikomy wpływ na to, co się dzieje wokół nas.
Istnieje szereg paradoksów związanych z pojęciem Big Society. W okresie powyborczym w 2010 r., po co najmniej czterech próbach wprowadzenia inicjatywy w życie, niewiele osób rozumie lepiej, czym ta koncepcja jest, niż wtedy, gdy Cameron zaczął promować tę dziwną mieszaninę idei „czerwonych torysów”. Mianowany „carem Big Society” Lord Nat Wei zrezygnował z tego „stanowiska” w śmiesznych okolicznościach, stwierdzając, że nie może sobie pozwolić na dalszy wolontariat. Lokalne władze czterech pilotażowych ośrodków borykały się z różnymi problemami związanymi z wdrożeniem Big Society, a Liverpool (jedyny ośrodek miejski, w dodatku najbiedniejszy ze wszystkich czterech) wycofał się z powodu skali cięć budżetowych na poziomie lokalnym. Projekt polityczny, który jest tak rozmyty, często niedorzeczny, a wręcz nieuczciwy, jak Big Society, w normalnych warunkach z pewnością wylądowałby na śmietniku historii. Wobec tego warto zastanowić się, dlaczego ta koncepcja jest tak zadziwiająco odporna i dlaczego Cameron jest tak bardzo przekonany, że Big Society pozwoli mu na jednoczesne ocieplenie wizerunku Partii Konserwatywnej oraz na atak na sektor publiczny i ludzi biednych – atak bardziej radykalny niż ten, który przeprowadziła Margaret Thatcher.
Analizę Big Society warto rozpocząć od przedstawienia paradoksów z nim związanych. Następnie porównam go z bardziej kompleksową, radykalną i dalej idącą koncepcją, która miała odmienić relacje między państwem a obywatelem. Chodzi tu o Great Society, przedstawioną w latach 60. przez amerykańskiego prezydenta Johnsona.
Big Society jako zorganizowany chaos
W artykule opublikowanym 28 grudnia 2010 r. w „The Telegraph” Michael Gove przyrównał podejście rządu brytyjskiego do urzeczywistnienia Big Society do maoizmu. Była to aluzja do „rewolucyjnych” zmian, które planowała partia rządząca. Gove trafił w sedno. Big Society to zdecydowanie ruch rewolucyjny, który wyrósł na terenach wiejskich – chodzi tu jednak bardziej o angielskie hrabstwo Oxfordshire oglądane z perspektywy krótkiego spaceru niż o chińską prowincję Hunan po Długim Marszu – do tego należy dodać niechęć do miejskich intelektualistów oraz nostalgię za prostym życiem i poczuciem wspólnoty.
Eric Pickles, minister do spraw samorządów lokalnych w rządzie Camerona, nie pozostawia żadnych wątpliwości co do charakteru wprowadzanych zmian: Zamierzamy wstrząsnąć równowagą sił w kraju. Mamy zamiar zmienić charakter konstytucji. Nie powinniście wątpić w nasze zaangażowanie na rzecz decentralizacji. Być może nie wyglądam na rewolucjonistę, ale właśnie tutaj zaczyna się rewolucja.
Nick Boles, konserwatywny deputowany z okręgu Grantham i Stamford oraz gorący zwolennik Camerona, w swojej książce „Which Way’s Up: the Future for Coalition Britain and How to Get There” opisuje koncepcję radykalnej decentralizacji, której celem ma być likwidowanie biurokracji rządowej przynoszącej największe straty. Następnie ubarwia on tę teorię, mówiąc o wstrzyknięciu pewnej formy chaosu do lokalnych społeczności. Francis Maude, minister odpowiedzialny za Big Society, obiecał przyszłość pełną chaosu i nieporządku. O co tu, do licha, chodzi?
Oni wcale nie chcą tego doprecyzować
Cameronowi oraz innym czołowym zwolennikom Big Society w rządzie nie udało się do tej pory określić, co to pojęcie tak naprawdę oznacza. Jego filozoficzna podbudowa (za którymi stoją Phillip Blond i think tank ResPublica) jest równie rozmyta.
Prawdziwą zaletą koncepcji jest to, że nie można jej dookreślić, a przez to wiąże się z nią wiele stereotypów i w praktyce można pod nią podczepić wiele sprzecznych pomysłów. Jest jak budyń: kusząco słodki, a więc na pewno ci zaszkodzi, może przybrać niemal każdy kształt i co najważniejsze – cały czas się trzęsie. Taka ogólnikowość nie jest przypadkowa. Koncepcja ta staje w opozycji do kultury laburzystów, która nastawiona jest na odgórne ustalanie celów oraz planowanie i różne regulacje. Kolejną zaletą niesprecyzowania Big Society jest to, że na skutki cięć budżetowych oraz rosnące nierówności społeczne nie patrzy się srogim statystycznym okiem. Trudno więc ocenić, na czym miałby polegać sukces Big Society. Pozbawione sensu są też pytania, jak miałoby wyglądać to „wielkie” społeczeństwo. Ewentualny sukces tej inicjatywy ma więc raczej być czymś, co się „czuje”, a nie widzi. Wskaźniki „nie do zmierzenia” – takie jak spójność społeczna czy kapitał społeczny – są niekiedy przywoływane, żeby odpowiedzieć na powyższe pytanie, ale niczego nie wyjaśniają.
Torysi zdystansowali się od polityki New Labour, którą uważają za odgórną, biurokratyczną i etatystyczną. Konserwatyści nie przykładają wagi do mierzenia postępów w osiąganiu celów, a ponadto zlikwidowali wiele niezależnych od rządu instytucji publicznych (tzw. quango oraz NDPB), których zadaniem było analizowanie różnych aspektów życia społecznego. Przykładowo Departament ds. Społeczności i Władz Lokalnych oświadczył, że zaprzestaje zbierać dane od pracowników socjalnych. Na stronie internetowej czytamy, że chce on zredukować liczbę czasochłonnych i kosztownych wymogów sprawozdawczych nakładanych na władze lokalne przez rząd centralny. Może to mieć katastrofalne skutki dla słabszych – ale nie będzie już można zmierzyć, jak bardzo katastrofalne.
Takie podejście jest zaskakujące. W zeszłym roku media opisywały wiele przykładów kontraktów uzależnionych od rezultatów – organizacje społeczne musiały prezentować dane, z których wynika, w jakim stopniu ich działalność zmienia rzeczywistość. David Cameron przedstawił ponadto pomysły na zmierzenie dobrego samopoczucia narodu i opowiedział się za łatwym dostępem do informacji publicznej. Wszystko to wymaga od organizacji społecznych pozyskiwania i analizy danych.
Najbardziej niepokojące pośród tych prób deregulacji są jednak zamachy na zasadę równości oraz Komisję ds. Równości i Praw Człowieka (Equalities and Human Rights Commission). Idea „równości” miała ogromne znaczenie dla poprawy jakości życia w Wielkiej Brytanii, szczególnie grup dyskryminowanych. Stanęła teraz przed dużym wyzwaniem, zwłaszcza że atakowana jest również multikulturowość. Obecnie promuje się bardziej ogólne i indywidualistyczne pojęcie „sprawiedliwości”: „to niesprawiedliwe, że muszę płacić wyższe podatki, żeby ktoś mógł posłać swoje dzieci na studia”. Idea sprawiedliwości jest kluczowym elementem szerszego ataku na solidarność oraz spójność społeczną. Bogaci mogą teraz lepiej dbać o swoje, a ci, których nie stać na korzystanie z usług sektora prywatnego, zawsze przecież mogą się powiesić…
Liderzy „czerwonych torysów” Phillip Blond oraz John Milbank twierdzą, że połączenie doktryny torysów z tradycyjnymi ideami lewicy to jedyny sposób na zbudowanie prawdziwie egalitarnego społeczeństwa. Ich odpowiedzią na raport Narodowego Panelu ds. Równości (National Equality Panel) było zakwestionowanie podstaw idei „równości szans”. Według nich retoryka egalitarnej szansy sprawia, że w odniesieniu do osób, które nie odnoszą sukcesu, używa się określenia porażka. Taka pogarda wzmacnia nierówności. Autorzy nie przedstawiają żadnych argumentów na poparcie swoich teorii, a następnie formułują dziwne twierdzenie, że równość szans jest… jak rynek pozbawiony zasad moralnych lub jak merytokracja bez zasług. Następnie wspominają o „cnocie” jako swojej kluczowej idei – ale nie są w stanie wyjaśnić, co przez to rozumieją: […] im bardziej staramy się połączyć prestiż społeczny i ekonomiczny z pojęciem cnoty, tym większe możemy mieć nadzieje na pojawienie się dobrych liderów w dziedzinie polityki i finansów, którzy będą się kierowali współczuciem i uczciwością (No equality in opportunity, „The Guardian”z 28.01.2010 r.).
Bardzo pokrętna argumentacja. Autorzy zapomnieli również, że to właśnie „władcom wszechświata”, którzy zniszczyli ostatnio naszą gospodarkę i pogrążyli ją w kryzysie, najskuteczniej udaje się łączyć bogactwa, które posiadają – pozycję społeczną i ekonomiczną – z własnym pojęciem cnoty. Przecież „chciwość jest dobra”. Zamiast stawić czoła temu przeświadczeniu, „czerwoni torysi” zdają się hołubić tę „hierarchię wspaniałości”, która jest zaskakująco podobna do struktury klasowej w Wielkiej Brytanii.
Big Society teoretycznie ma służyć lokalnym zbiorowościom i społeczeństwu, ale w rzeczywistości koncepcja ta bardziej dotyczy pojedynczych jednostek oraz ich rodzin. Nat Wei stwierdził, że w Big Society chodzi głównie o upodmiotowienie obywateli, a największym wyzwaniem dla tej idei będzie rzeczywiste przekazanie władzy i kontroli zwykłym obywatelom. Jednak w tym samym czasie, wraz z wprowadzaniem Big Society, likwiduje się te elementy aparatu państwowego i systemu socjalnego, których zadaniem jest redystrybucja władzy i zasobów między bogatymi i biednymi. Dlatego warto zapytać, kto tak naprawdę skorzysta na tych zmianach. Zdecydowanie nie najubożsi i osoby zepchnięte na margines, których do tej pory chroniło równościowe prawo i system zabezpieczeń społecznych. Nie będzie to również sprzyjało osobom korzystającym z usług sektora publicznego, których nie stać na prywatne alternatywy.
Big Society jest ugrzecznioną wersją Tea Party, która zdobyła popularność w Stanach Zjednoczonych. Wychodzi z tego samego założenia: prywatne = dobre, publiczne = złe. Zakłada również, że jesteśmy wolni tylko wtedy, gdy konkurujemy między sobą w ramach wolnego rynku. W związku z tym wszystkie regulacje są złe, bo kojarzone z socjalizmem. Takie podejście dalekie jest od stworzenia „wielkiego społeczeństwa”. Stanowi raczej receptę na wojnę wszystkich ze wszystkimi – straszliwą dystopię w stylu Hobbesa.
To już się dzieje
Jeśli obecny w doktrynie Big Society „aktywny udział obywateli” rzeczywiście cokolwiek znaczy, to robimy to od dawna. Aktywność społeczna i wolontariat na rzecz lokalnych społeczności nie są niczym nowym. Społeczeństwo obywatelskie jest w Wielkiej Brytanii rozwinięte bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Jednak według „czerwonych torysów” i zwolenników Big Society społeczeństwo obywatelskie zostało przywłaszczone i zagrożone przez państwo, mające jakoby zbyt dużo wpływów, a także przez agresywny rynek. Twierdzę, że niektóre z założeń Big Society mogą być szkodliwe dla niezależności społeczeństwa obywatelskiego – pomimo zapewnień, że to Big Society ma stać na straży owej niezależności.
Tysiące organizacji społecznych działają obecnie na poziomie lokalnym. Big Society oraz cięcia budżetowe sprawią raczej, że staną się one mniej aktywne. Wiele organizacji społecznych traci bowiem znaczną część funduszy, co prowadzi do kolejnego paradoksu: Big Society = duże cięcia = słabsze społeczeństwo obywatelskie.
W przypadku Big Society chodzi o stworzenie ideologicznej obrony przed tymi, którzy protestują przeciwko cięciom w sektorze publicznym na poziomach lokalnym, regionalnym i krajowym. Mimo retoryki mówiącej, że Big Society wpłynie na polepszenie kondycji małych, lokalnych organizacji społecznych, wszystko wskazuje na to, że w związku z ograniczaniem wydatków przez władze lokalne i różne agencje zaczną występować masowe cięcia w sektorze pozarządowym. Wśród uczestników protestów przeciwko cięciom w budżecie są liczne organizacje obywatelskie. Istnieje wiele dowodów na to, że rząd konserwatystów i liberalnych demokratów jest dużo mniej tolerancyjny wobec nieposłuszeństwa wśród organizacji obywatelskich niż rząd laburzystów. Wielu członków parlamentu z ramienia Partii Pracy wywodzi się z sektora społecznego. Po prawie dwóch dekadach prac nad polepszeniem relacji z tym sektorem i stworzeniem odpowiednich ram prawnych zaczęto rozumieć potrzebę jego niezależności, a także dopuszczalność protestu (gdy to konieczne) przeciwko władzom lokalnym i krajowym, nawet jeśli to właśnie one wspierają organizacje finansowo. Relacja ta rozwinęła się podczas rządów Blaira i Browna i została przypieczętowana porozumieniem o nazwie „Compact”, zawartym pomiędzy rządem a sektorem społecznym. Nie wiadomo nic, żeby rząd torysów rozumiał tę kwestię w podobny sposób. Jedną z wielu instytucji, które zostały zlikwidowane podczas reform organizacji pozarządowych, była Compact Commission – nadzorująca funkcjonowanie porozumienia „Compact” i uprawniona do interwencji, gdyby doszło do jego naruszenia na szczeblach krajowym, regionalnym lub lokalnym.
W związku z cięciami w budżecie oraz wzrastającą liczbą organizacji przypartych do muru bardzo prawdopodobne jest, że pozostałe średnie i duże organizacje będą w coraz większym stopniu neutralizowane przez rząd lub sektor prywatny. Jest to zupełnym zaprzeczeniem idei silnego i niezależnego społeczeństwa obywatelskiego, na którym rzekomo zależy architektom Big Society.
Wielkie Społeczeństwo = wielkie kontrakty
Francis Maude i Lord Nat Wei, czołowi rzecznicy Big Society, przekonują, że przeobrażenia, które pociągnie za sobą realizacja idei Big Society, będą najbardziej korzystne na poziomach lokalnym i sąsiedzkim. Francis Maude twierdzi, że to właśnie w tej „mikroskopijnej” przestrzeni nastąpią zmiany. Wielu zinterpretowało to jako obietnicę wsparcia dla małych organizacji społecznych. Jednak w rzeczywistości jest to dalekie od prawdy. Skonsolidowane kontrakty na usługi publiczne oznaczają, że dla wielu organizacji obywatelskich będą one zbyt duże, żeby do nich przystąpić. Nie ma to nic wspólnego ze wspomnianą „mikroskopijnością”. Duże kontrakty trafiają zazwyczaj do sektora prywatnego, do firm takich jak Serco, Veolia, A4E, Arriva itp., a nie do organizacji społecznych, których rola zostaje zredukowana do podwykonawców. Spośród przetargów ogłoszonych w kwietniu 2010 r. w ramach Programu Pracy (Work Programme) tylko jeden wygrała organizacja społeczna. Płatność uzależniona od rezultatów będzie również sprzyjać większym podmiotom z sektora prywatnego, a nie mniejszym z sektora społecznego, które nie mają pokaźnych rezerw pieniędzy i nie są w stanie czekać miesiącami na zapłatę ani prowadzić działań finansowych, które umożliwią im wygranie przetargu.
Wszystko to wpłynie na relacje pomiędzy sektorami społecznym, państwowym i prywatnym. W czasach rządów New Labour władze lokalne oraz inne instytucje zapewniały niezależność organizacji obywatelskich, którym zlecały jakieś działania lub które finansowały. Stosunki te były regulowane przez wspomniane porozumienie „Compact”, które doceniało rolę organizacji społecznych jako instytucji strażniczych i „krytycznych przyjaciół”. Jest mało prawdopodobne, że firma Serco czy Group 4 będą się wykazywać podobną wyrozumiałością wobec organizacji-podwykonawców, skoro reprezentując swoich klientów, są wymagające tylko pod kątem komercyjnym. Niezależność wielu organizacji sektora społecznego jest zatem zagrożona, a możliwość powiedzenia prawdy podmiotom stojącym ponad nimi będzie najprawdopodobniej dużo bardziej ograniczona niż w ostatnich latach.
Big Society = mała Anglia
Big Society to nostalgiczne i sielskie spojrzenie na społeczeństwo. David Cameron wyjaśniał, że na pomysł wpadł w ogrodzie swojego ojca w Witney, małym miasteczku w hrabstwie Oxfordshire. Na pilotażowe obszary wybrano Liverpool, Merseyside (wycofało się z projektu w lutym 2011 r.), Eden, Cumbrię, Sutton, Greater London, Windsor, Maidenhead i Berkshire.
Z wyjątkiem Liverpoolu wybrane obszary są jednymi z najlepiej prosperujących w Wielkiej Brytanii terenów podmiejskich i wiejskich. W kilka miesięcy po ogłoszeniu ich uczestnictwa w programie Big Society jednostki koordynujące działanie organizacji społecznych w trzech z nich zgłosiły, że władze lokalne nie nawiązały z nimi żadnego kontaktu. W rzeczywistości bowiem poczyniono niewiele starań, by sektor społeczny miał swój praktyczny udział w realizowaniu planu Big Society. Jednak rząd polecił wszystkim większym instytucjom będącym partnerami strategicznymi Biura Społeczeństwa Obywatelskiego (Office of Civil Society), aby promowały i wspierały ideę Big Society.
Wyobrażam sobie, że Big Society może działać w miejscach takich jak Eden, Sutton, Windsor czy w Witney – moja matka, podobnie jak ojciec Camerona, mieszka w tym miasteczku. Jeśli Rada Hrabstwa Zachodniego Oxfordshire (West Oxfordshire Council) zdecyduje np. o zamknięciu lokalnej biblioteki, to jest bardzo prawdopodobne, że znalazłaby się tam grupa wolontariuszy, którzy chcieliby ją poprowadzić przez kilka miesięcy za darmo. Nie wyobrażam sobie jednak takiej sytuacji w Wigan, Warrington, Walthamstow czy Watford.
Zdaje się jednak, że założenia Big Society nie działają nawet w Witney – okazało się bowiem, że Młodzieżowemu Ośrodkowi Kultury w tym miasteczku grozi zamknięcie z powodu dużego spadku liczby wpłat od darczyńców oraz cięć w budżecie lokalnym.
Nostalgia nie jest dobrym doradcą
W założeniach Big Society można zauważyć nie tylko elementy „maoistowskie”, ale również wątki anarchistyczne i leninowskie (cała władza w ręce parafii1). Zarówno „czerwoni torysi”, jak i ich nowsze (i równie niespójne) lustrzane odbicie – „niebiescy labourzyści” odwołują się do głęboko zakorzenionej nostalgii za Anglią „sprzed upadku”. Obie grupy nawiązują do czasów sprzed powstania państwa opiekuńczego oraz „biurokratycznej i etatystycznej” Narodowej Służby Zdrowia (NHS).
Społeczeństwo opisane przez Phillipa Blonda może wyglądać podobnie do tego zamieszkującego Ambridge, w którym zakonnice w porannej mgle jadą rowerem do kościoła, jak w słynnej wypowiedzi Johna Majora cytującego George’a Orwella. Phillip Blond wyraźnie tęskni za takim obliczem Anglii, które zniknęło wraz z ekspansją rewolucji przemysłowej. Blond uważa się za krytyka sekularyzacji oraz współczesnego państwa. Jest on autorem pochwał na temat horyzontalnego i komunalnego porządku społecznego na wzór średniowieczny, którego ucieleśnieniem jest Kościół, ale w którym jest również miejsce dla cechów i sielskich społeczności rolniczych. Niestety – zdaniem Blonda – ten idealny układ społeczny został zniszczony poprzez wzrost władzy monarchów i państwa. Poglądy Blonda można podsumować słowami „pochwała feudalizmu” lub jak w artykule opublikowanym w „The Independent”(25.01.2009): powrót do średniowiecza. Jest to zdecydowanie zbyt daleko idąca nostalgia.
Według Blonda najważniejszym lekarstwem na złamaną Wielką Brytanię są rodzina i małżeństwo, które mają zasadnicze znaczenie dla zdrowia narodu. Uważa on również, że wycofanie się państwa i przekazanie środków finansowych klasie średniej oraz biednym to najlepsze rozwiązanie problemu. W tekście z „The Evening Standard” (30.06.2011) Blond rozmawiając z Alison Roberts, stwierdza, że wprowadzanie w życie założeń Big Society nie powiodło się, ponieważ rząd nie podszedł do sprawy dostatecznie radykalnie. Według niego nie chodzi o wolontariat ani filantropię, ale o zmianę polityki wobec obywateli znajdujących się na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Sugeruje on również, że wewnętrzne spory w rządzie, olbrzymie cięcia budżetowe oraz niezrozumienie przez torysów celów Big Society prowadzą do wzrostu niespójności całego programu. Blond zdaje się jednak nie zauważać, jak bardzo odporna jest Partia Konserwatywna na wszelkie próby wprowadzenia ochrony ludzi ubogich. Nie rozumie również, jak bardzo nęcące mogą się wydać torysom niektóre z jego poglądów nawiązujące do arkadyjskiej wizji „Merrie England”, przy ich jednoczesnej dezaprobacie dla radykalnej zmiany status quo.
Zamiast „horyzontalnego porządku społecznego” nostalgiczne wyobrażenia Blonda – w których pojawiają się cechy, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych oraz spółdzielnie – ostatecznie oznaczają powrót do systemu klasowego, znajdującego odzwierciedlenie w anglikańskiej pieśni: Bogacz w swoim zamku, biedak u jego bram – Bóg stworzył ich, wysoko lub nisko, odmienne dobra dając im.
Niebezpieczeństwa lokalizmu
W jednym z artykułów w „The Observer”(19.12.2010) wyjaśniono, dlaczego rządowa polityka lokalizmu przyniesie kłopoty. Przypomniano tam, że według wspomnianego Erica Pickelsa społeczeństwo to harmonijna jedność, dzieląca te same nadzieje i dążąca do tych samych celów, w której pojawiające się różnice zdań są rozwiązywane w cywilizowany sposób. Rzeczywistość jest jednak daleka od takiej wizji. Istnieją spory, gorycz, a także ekscentryczne decyzje, gdy lokalne społeczności (parafie, wioski) same mogą tworzyć plany zagospodarowania oraz przedstawiać lub wetować plany inwestycyjne na danym obszarze. Jest to podejście w stylu „nie w moim ogródku”, a taki rodzaj polityki powinien nazywać się raczej „atomizacją” – nie „lokalizmem”. Bez równoważącej presji rządu, dzięki której pod uwagę będą brane również inne interesy, chaos jest gwarantowany. Oczywiście rząd zapewnia, że „chaos” to pozytywny efekt założeń Big Society. Jest to konieczny produkt uboczny ideologicznej desperacji rządzących, aby zniszczyć tyle struktur państwowych, ile tylko się da. Mamy tu do czynienia z loterią, w której bogate obszary świetnie prosperują, a biedne idą na dno.
Nostalgia może mieć też fatalne skutki w przypadku złego planowania społecznego. Jest to kolejny dowód na to, że należy „uważać na swoje pragnienia”. Lokalizm może łatwo przemienić się w zaściankowość, podobnie jak od pojęcia społeczności można łatwo przejść do komunalizmu, a to oznacza walki między plemionami, wojnę wszystkich przeciwko wszystkim. Tylko aktywne instytucje państwowe (współpracujące ze społeczeństwem obywatelskim) mogą zapewnić przeciwwagę, pomoc i fundusze dla najuboższych obszarów – inaczej miejsca takie popadną w ruinę, pociągając za sobą wszystko inne. Niektóre obszary Stanów Zjednoczonych znalazły się już w takim krytycznym położeniu. Dobre intencje Blonda (jeżeli rzeczywiście o takich można mówić) sprawią, że podobne piekło może rozpętać się również w Wielkiej Brytanii. Jedynie państwo może zapewnić stosowne regulacje i redystrybucję zasobów z obszarów bogactwa do obszarów ubóstwa. Bez takiej strategicznej interwencji może nastąpić niebezpieczna atomizacja, która wprowadzi podziały pomiędzy poszczególnymi obszarami i sprawi, że te najbiedniejsze będą musiały rywalizować między sobą oraz z tymi bogatszymi. W takim ujęciu podejście Blonda przypomina anarchię.
Ideologia czy sposób na uniknięcie ideologii?
W dążeniu do ograniczenia deficytu budżetowego rząd w ciągu zaledwie 4 lat przeprowadził olbrzymie cięcia i poddał Wielką Brytanię drugiej terapii szokowej, której nie zdążyła przeforsować Thatcher. Wprowadzając zmiany, rząd stara się zniszczyć resztki solidarności, która nadal istnieje w naszej kulturze politycznej, oraz zastąpić ją wynędzniałym pojęciem „wspólnoty”.
Big Society to sposób torysów na wykorzystanie „wspólnoty” (włączając w to organizacje społeczne) do demontażu państwa opiekuńczego. Dzieje się to poprzez nakłonienie organizacji trzeciego sektora do przyłączenia się do sektora prywatnego w nakręcaniu szaleństwa, gdy Narodowa Służba Zdrowia (NHS) oraz inne usługi publiczne są prywatyzowane po najniższych cenach. Ponadto organizacje społeczne używane są jako zasłona dymna, aby cały proces rozgrabiania prawdziwego kapitału społecznego – państwa opiekuńczego – wyglądał na przyjemny i ludzki, a nie egoistyczny i destrukcyjny.
Jedną z konsekwencji używania słowa „wspólnota” w sposób niejasny i niejednoznaczny jest to, że zarówno New Labour, jak i torysi posługują się nim jako pojęciem przeciwstawnym wobec świadczeń publicznych i państwowych. Komercjalizacja coraz większej liczby usług publicznych przebiega w tak zaskakującym tempie, że brakuje nam nawet odpowiedniego słownictwa, aby opisać, co się wokół nas dzieje. Jest to bardzo niebezpieczne dla całej lewicy, ale sami też jesteśmy sobie winni – w sposób nieprzemyślany doprowadziliśmy do fetyszyzacji pojęcia wspólnoty. Sektor społeczny miał niewiele do powiedzenia również wtedy, gdy Nowa Partia Pracy używała tego słowa, żeby ukryć atak na usługi publiczne. Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że Rady Spółdzielcze2 będą ostatecznie zrzucać odpowiedzialność na mieszkańców, a nie wzmacniać ich zaangażowanie w model wzajemnego świadczenia usług, który rzeczywiście zaspokaja różne lokalne potrzeby i buduje prawdziwie inkluzywną solidarność, a nie enigmatyczne poczucie wspólnoty.
Związane z Big Society pojęcia takie jak „wybór”, „sprawiedliwość” i „wspólnota” wyglądają na zwyczajne, zdroworozsądkowe i przyjemne. W rzeczywistości mają jednak głębokie znaczenie ideologiczne i niosą niebezpieczne konsekwencje. Im silniejszy atak na sektor publiczny – bez względu na to, czy odbędzie się poprzez bezpośrednią prywatyzację, wprowadzenie wolontariatu czy rezygnację z usług sektora publicznego przez klasę średnią i wyższą – tym bardziej nierówne i niesprawiedliwe stanie się społeczeństwo. Odwoływanie się do poczucia wspólnoty i lokalizmu, a także samo pojęcie Big Society, to zasłony dymne, których używa się do zamaskowania tego procesu.
W rzeczywistości Big Society jest odzwierciedleniem atomizacji naszego społeczeństwa. Państwo oraz władze lokalne muszą być utrzymane w stanie względnej równowagi. O ile prawdą jest, że wiele aspektów państwa było nadmiernie scentralizowanych podczas rządów New Labour, o tyle zbyt radykalne odwrócenie tej sytuacji może doprowadzić do zniszczenia skutecznych mechanizmów pozwalających na sprawiedliwą (re)dystrybucję pomiędzy bogatymi i ubogimi – zarówno na poziomie rodzin, lokalnym, jak i regionalnym.
Torysi i liberalni demokraci zdołali rozpowszechnić pojęcie wspólnoty, aby móc skutecznie przeprowadzić bezpośredni atak na państwo i społeczeństwo. Pojęcie wspólnoty, które starają się narzucić i które uważają za rodzaj aktywizmu opartego na zaangażowaniu i wolontariacie, jest czymś, co w rzeczywistości może sprawdzić się w Witney lub na Notting Hill. Jednak w miejscach takich jak Hackney, Tower Hamlets, Worthington czy Wigan pomysły takie będą postrzegane jako kiepski żart klasy średniej – ze względu na cięcia w świadczeniach lokalnych, od których zależni są ludzie ubodzy (zarówno jako klienci, jak i pracownicy), przy jednoczesnym nakłanianiu ich do wykonywania tej pracy nieodpłatnie. Wszystko to jest niewiele lepsze od hołubionej „straży sąsiedzkiej” i tak naprawdę służy zamaskowaniu procederu wycofywania funduszy i usług publicznych z najbiedniejszych okolic. Jedynym przejawem spójności społecznej, jakiego architekci Big Society na pewno nie chcą wywołać, są zbiorowe działania, które ludzie podejmą w miejscach pracy i zamieszkania, gdy zorientują się, że mają do czynienia z nonsensem i oszustwem.
Big Society końcem państwa opiekuńczego?
Na pierwszy rzut oka założenia Big Society mogą przypominać założenia Great Society – planu amerykańskiego prezydenta Johnsona z lat 60., mającego na celu walkę z ubóstwem w miastach i dyskryminacją rasową. Jasne jest jednak, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Na każdym poziomie idealizm USA lat 60. oraz brytyjskiego państwa opiekuńczego z lat 40. zostaje w przypadku Big Society zastąpiony przez coś zupełnie przeciwnego – zarówno w odniesieniu do sprawiedliwości, dystrybucji dochodów, równości płciowej i rasowej, inwestowania w sztukę i naukę, dostępu do porad prawnych, jak i wydatków na służbę zdrowia, edukację itd.
Great Society było pomysłem ambitnym i częściowo udanym, który miał na celu wyciągnięcie Stanów Zjednoczonych z sytuacji groźnego załamania poprzez walkę z nierównością i stymulowanie popytu. Wydatki na szkolnictwo i inne przedsięwzięcia publiczne były kluczowym elementem we wczesnych latach funkcjonowania państwa opiekuńczego – podobnie działo się w latach 60. w Stanach Zjednoczonych. Kontrastują z tym dzisiejsze wstrzymanie przez rząd koalicyjny wydatków na budynki szkolne oraz odmowa wspierania ośrodków przemysłowych będących źródłem zatrudnienia (takich jak Forgemasters w Sheffield). Państwo opiekuńcze, a w szczególności Narodowa Służba Zdrowia (NHS), powstały w czasach, gdy zadłużenie państwowe było na poziomie podobnym do dzisiejszego. Służba zdrowia w Stanach Zjednoczonych (Medicare i Medicaid), mimo że nie działa perfekcyjnie, została stworzona jako sieć zabezpieczająca osoby starsze i ubogie i była kluczowym elementem założeń Great Society. Dla odmiany rząd koalicyjny rozbija fundamenty Narodowej Służby Zdrowia – mimo swojej przedwyborczej obietnicy, że nie będzie więcej rewolucyjnych zmian w tej sferze. Dostęp do wymiaru sprawiedliwości dla wszystkich był kolejnym założeniem państwa opiekuńczego. Zapewnienie pomocy prawnej dla najuboższych było częścią „Wojny z ubóstwem”, prowadzonej przez prezydenta Johnsona w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie w Wielkiej Brytanii obserwujemy ostateczny upadek Społecznej Pomocy Prawnej (Civil Legal Aid) oraz cięcia w świadczeniach socjalnych i mieszkaniowych, które można opisać jako „Wojnę z ubogimi”. Nawet inwestycje przeprowadzone w USA w latach 60. na rzecz kultury kontrastują z cięciami budżetowymi, które rząd konserwatystów i liberalnych demokratów planuje wprowadzić w muzeach, bibliotekach i organizacjach zajmujących się sztuką. Zlikwidowanie Agencji Rozwoju Regionalnego (Regional Development Agencies) oraz organów regulacyjnych, takich jak Komisja Rewizyjna (Audit Commission), sprawi, że wspieranie słabszych regionów i gmin nie będzie już możliwe.
Działania przeprowadzone w USA w latach 60. spowodowały, że ponad połowa Afroamerykanów przestała żyć w ubóstwie. Brytyjska ustawa o stosunkach rasowych (Race Relations Act) z lat 60. była podobna do rozwiązań amerykańskich. W tamtym czasie w Wielkiej Brytanii pojawił się też klimat sprzyjający multikulturowości. Kontrastują z tym założenia Big Society, gdyż nie podjęto żadnych starań, żeby zabezpieczyć kobiety oraz mniejszości etniczne przed utratą zatrudnienia spowodowaną cięciami budżetowymi. Cięcia w Komisji ds. Równości i Praw Człowieka (Equalities and Human Rights Commission) i ciągłe ataki na multikulturowość są częścią nostalgicznego projektu powrotu do Anglii sprzed czasów imigracji – Anglii, która tak naprawdę nigdy nie istniała. Społeczna spójność jest bardzo wątpliwa w takich warunkach. Wystarczy przyjrzeć się pomysłowi na zmianę górnego limitu przyznawania dodatku mieszkaniowego w Londynie, który z pewnością doprowadzi do jeszcze większej społecznej i etnicznej „czystki” w bogatszych częściach Londynu niż ta, do której doszło w związku z aferą „Domy za głosy” („Homes for Votes”)3 w połowie lat 80.
Polityka lokalizmu, choć na pierwszy rzut oka może wyglądać bardzo atrakcyjnie, doprowadzi prawdopodobnie do eskalacji różnic pomiędzy terenami, które świetnie sobie radzą, a tymi, które zostają daleko w tyle w odniesieniu do posiadanych zasobów – bez względu na to, czy jest to kapitał w tradycyjnym rozumieniu, czy też kapitał społeczny. Postulaty na rzecz lokalizmu i upodmiotowienia bez rzeczywistej redystrybucji zasobów to raczej kiepski żart niż prawdziwa polityka. Taki rodzaj komunitaryzmu jest filozoficznym odpowiednikiem tańców ludowych lub zabawy w harcerstwo. Jest to sposób na unikanie prawdziwych problemów związanych z nierównością, dyskryminacją, klasą i wykluczeniem, które nadal są blizną na ciele naszego społeczeństwa. Zdecydowanie nie jest to teoretyczne podłoże, na którym można zbudować sensowną politykę społeczną.
Niekiedy zwolennicy Big Society przedstawiają dziwny i naiwny pogląd, że jeśli wszyscy zbierzemy się razem w lokalnej wspólnocie i będziemy brać udział w festiwalach i innych imprezach okolicznościowych, to różnice klasowe i rasowe znikną w magiczny sposób. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciwko festiwalom, imprezom ulicznym i kulturalnym jako takim. Nie jestem tylko przekonany, czy poprzez wspólne biesiadowanie będziemy w stanie zbudować kapitał społeczny pozwalający przezwyciężyć różnice w statusie społecznym i wpływie na decyzje, różnice tak bardzo niszczące nasze spękane i nierówne społeczeństwo. Twierdzenie, że społeczeństwo rozdarte przez olbrzymie siły rynkowe można z powrotem zespolić poprzez jedzenie ciasta i wspólną zabawę, jest sztuczką, która ma ogłupić biesiadników. Big Society to chleb i igrzyska XXI wieku.
Tłum. Monika Kwiatkowska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w zawierającej dwa teksty broszurze Andy’ego Gregga i Mike’a Davisa pt. „The Big Society. The Big Con and the alternative”, dołączonej do pisma „The Chartist”. „The Chartist” to brytyjski dwumiesięcznik propagujący demokratyczny socjalizm, ukazujący się od lat 70. ubiegłego stulecia.
Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”. Poczyniono drobne skróty.
Przypisy redakcji:
- Parish (w dosłownym tłumaczeniu „parafia”) – jednostka samorządu terytorialnego najniższego szczebla, występująca na dużej części obszaru Anglii.
- Rady Spółdzielcze (Cooperative Councils) to instytucje na szczeblu lokalnym, których celem jest zaspokajanie potrzeb mieszkańców przez podmioty z sektora społecznego.
- Mianem „homes for votes” („domy za głosy”) określa się skandal, który wybuchł w City of Westminster, jednej z gmin Wielkiego Londynu. Aby zagwarantować sobie zwycięstwo w wyborach lokalnych w 1990 roku, politycy Partii Konserwatywnej – która w poprzednich wyborach do rady City of Westminster zwyciężyła niewielką przewagą głosów – zaczęli prowadzić w okolicy politykę mieszkaniową, mającą na celu pozbycie się osób mogących głosować na inne partie. Przykładowo pozbywano się z okręgu wyborczego osób bezdomnych, studentów i pielęgniarek, a wiele mieszkań komunalnych wystawiono na sprzedaż.
przez Natalia Ćwik | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Popularna w ostatnim czasie społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) to dziedzina skomplikowana i niejednoznaczna. Odpowiedzialność, jakiej oczekujemy od biznesu, ma różne wymiary, przede wszystkim zaś wciąż trwa debata na temat tego, jak daleko ma ona sięgać. Jeżeli społeczna odpowiedzialność organizacji (wedle ostatniej definicji promowanej przez Komisję Europejską od 2011 r.) oznacza odpowiadanie za wpływ na otoczenie – to jak daleko ten wpływ mierzyć? W przypadku dużych firm rodzi się pytanie o tzw. łańcuch dostaw, czyli sieć współpracy z kontrahentami dostarczającymi elementy niezbędne do wytworzenia finalnego produktu lub usługi.
Dlatego właśnie powstała dziedzina określana jako zrównoważone/odpowiedzialne zarządzanie łańcuchem dostaw. Jest to bodaj najtrudniejszy, ale również bardzo ważny pod względem społecznym element zarządzania w kontekście CSR. Nierzadko zdarza się bowiem, że firmy chwalące się swoim etycznym zarządzaniem nie dbają o to, aby ich dostawcy z dalekich miejsc świata przestrzegali takich samych standardów – to dlatego co jakiś czas słyszymy o pracujących dzieciach, pożarach, wypadkach czy głodowych płacach w fabrykach szyjących markowe ubrania czy produkujących telefony. Kontrolowanie odległych dostawców jest trudne, ale nie niemożliwe, a zwracając na to uwagę, duże firmy mogą wykorzystać swoją silną pozycję, aby przyczynić się do poprawy warunków pracy w wielu miejscach świata.
Zarządzający dostawami w tradycyjnym modelu biznesowym skupiają się na kwestiach podstawowych: terminowości i jakości dostaw, płynnym przepływie materiałów i środków, korzystnych kontraktach. Od czasu, gdy w latach 90. na jaw wyszły warunki, w jakich zatrudnieni są na zlecenie wielkich koncernów pracownicy w krajach rozwijających się, szyjący ubrania czy produkujący obuwie dla zachodnich konsumentów, temat zarządzania dostawami zyskał nowy wymiar. Aby uniknąć skandali i polepszyć reputację korporacji, zaczęto wypracowywać nowe metody zarządzania, tak aby uwzględniać kwestie ochrony środowiska i dbałość o warunki pracy. Powstały standardy, normy i systemy audytu. Duże przedsiębiorstwa zaczęły stawiać nowe wymagania dostawcom, oczekując od nich nie tylko rzetelnego wykonania zlecenia, ale też dostosowania się do określonych standardów etycznych. Powstały kodeksy branżowe i wielostronne inicjatywy na rzecz poprawy zarządzania dostawami w wymiarze zrównoważonego rozwoju. Jednak pomimo starań i licznych wypracowanych rozwiązań nadal istnieje wiele kontrowersji związanych z tym tematem, a menedżerowie ds. dostaw czy zaopatrzenia wciąż próbują sprostać wyzwaniom, jakimi są monitoring tego, co dzieje się w całym łańcuchu, oraz wyważenie między aspektami ekonomicznymi a społecznymi.
Czego zatem współcześnie duże firmy wymagają od dostawców? W rozmowie ze mną Artur Dominiak – właściciel firmy Etyka, Kultura, Cywilizacja i jeden z najbardziej doświadczonych polskich audytorów, który ma za sobą ponad 200 audytów i szkoleń dla dużych firm i ich kontrahentów – wyjaśnia, że w kodeksach narzucanych dostawcom zawarte są głównie takie obszary jak:
- praktyki związane z pracą dzieci i młodocianych,
- zapewnienie wolności zrzeszania się pracowników dla ochrony ich interesów przed pracodawcą,
- zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy,
- przestrzeganie regulacji w zakresie czasu pracy,
- zapobieganie przejawom dyskryminacji i mobbingu,
- legalność zatrudnienia pracowników,
- ochrona środowiska,
- współdziałanie z lokalną społecznością, w której funkcjonuje firma,
- właściwe wynagradzanie za pracę,
zapobieganie łapownictwu i korupcji (to nowy obszar, który coraz częściej dodawany jest do kodeksów dostawców).
Co w takim razie może zrobić firma, aby kontrolować kwestie etyczne w łańcuchu dostaw? Sprawa jest trudna. Po pierwsze trzeba zdefiniować jasno, które elementy łańcucha bierze się pod uwagę. Trzeba pamiętać, że we współczesnym świecie sieci kontrahentów i ich geograficzne położenie bywają bardzo skomplikowane. Zamawiający (firma) jest zazwyczaj w bezpośrednim kontakcie tylko z tymi kontrahentami, od których zakupuje usługi lub towary (tzw. dostawcy I stopnia). Im mniej bezpośredni kontakt z dostawcą, tym mniejsza wiedza na temat tego, jakich standardów przestrzega („dostawcy naszych dostawców” to dostawcy II stopnia, kolejni III stopnia itd.). Ponadto łańcuch dostaw jest obecnie rozumiany bardzo szeroko – pod uwagę bierze się nie tylko jego „górną” część, czyli od dostawcy do firmy, ale też „dolną” – od firmy do ostatecznego klienta lub konsumenta.
Pomiędzy tymi etapami zachodzą jeszcze inne procesy, które także wpisują się w łańcuch: logistyka, marketing, sprzedaż, recykling itd. Mamy zatem do „ogarnięcia” bardzo złożony mechanizm, którego poszczególne elementy mogą być dla nas wprost niewidoczne. Potrzeba dużych nakładów pracy i czasu, aby ustalić, co i jak dzieje się w poszczególnych elementach łańcucha dostaw. Duże firmy, które podjęły decyzję o wkroczeniu na ścieżkę społecznej odpowiedzialności, gotowe są w ten proces zainwestować (mówimy tu o kosztach zatrudnienia wyspecjalizowanej kadry, szkoleń dla pracowników, audytu, często też odpowiedniego oprogramowania). Dla mniejszych może to być kłopot, dla mikrofirm jest to prawie nierealne.
Jak więc zdecydować, których dostawców monitorujemy i pod jakim kątem? Kompania Piwowarska, będąca częścią grupy SABMiller, szczególnej kontroli poddaje tych dostawców, z którymi ma największe kontrakty oraz dla których sama jest istotnym klientem. Wielkość obrotów (liczona „w obie strony”) decyduje wobec tego o charakterze relacji. Firma zdefiniowała swoje cele w zakresie odpowiedzialnego zarządzania na poziomie globalnym (m.in. zmniejszanie zużycia wody i emisji CO2, recykling opakowań), jak również opracowała kodeks etyczny – tych kryteriów stara się przestrzegać także w relacjach z dostawcami. Niemniej firma zdaje sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach trudno jest wymagać od dostawców spełnienia pewnych oczekiwań od razu – dlatego we wstępnym etapie współpracy stara się dostawców przede wszystkim edukować, a dopiero z czasem stawiać im konkretne wymogi. To realistyczne podejście, bo wiele mniejszych firm potrzebuje czasu i środków na to, aby dostosować się do nowych standardów.
Istnieją też inne sposoby definiowania istotnych dostawców. Są firmy bardzo ambitne, takie jak Danone, które deklarują, iż monitorują np. stopień emisji gazów cieplarnianych (tzw. ślad węglowy) w całym, szeroko rozumianym łańcuchu dostaw – czyli poczynając niemal od krowy dającej mleko, aż do konsumenta, który je kupuje. Duże firmy posiadają niekiedy wieloletnie programy współpracy z kluczowymi dostawcami, w ramach których dostarczają im wiedzę i narzędzia służące polepszeniu jakości usług i standardów etycznych. Inne z kolei już na wstępie wymagają od dostawców spełniania określonych kryteriów – na stronach internetowych większości międzynarodowych korporacji można znaleźć takie dokumenty jak kodeks etyczny, którego podpisania i przestrzegania wymaga się od dostawców, zasady współpracy, priorytety zrównoważonego rozwoju, standardy wymagane od kontrahentów itd.
Zdarza się, że firmy bardzo precyzyjnie definiują, jakich dostawców chcą objąć swoimi zasadami. Kilka lat temu oburzenie wywołały wynagrodzenia i sposób zatrudniania ochroniarzy w obiektach firmy IKEA w Polsce. Powstała akcja i strona internetowa „Czy IKEA jest OK?”, w ramach której wezwano firmę do przestrzegania deklarowanej społecznej odpowiedzialności w relacjach z wszystkimi dostawcami, a więc również z firmą ochroniarską i jej pracownikami. Inicjatorzy akcji domagali się zwrócenia uwagi na wyjątkowo niskie zarobki tych pracowników oraz na sposób organizacji ich pracy. Tymczasem kodeks etycznej współpracy z dostawcami IKEA I-Way skierowany był przede wszystkim do dostawców kluczowych surowców – np. materiałów do produkcji mebli. Niemniej, w świetle licznych deklaracji o przestrzeganiu zasad odpowiedzialności, firma została oskarżona w tym przypadku o nieścisłość.
Warto zwrócić uwagę, że w całej sprawie pominięto odpowiedzialność samej firmy ochroniarskiej za pracowników. Jest to symptomatyczne dla współczesnych ruchów konsumenckich: od dużej firmy oczekuje się więcej, bo uznaje się, że dzięki swojej sile przetargowej i skali działania może mieć ogromny wpływ na dostawców. Akcja została powtórzona kilka lat później w formule „Czy Deloitte jest OK?”, a skierowana była w podobnej sprawie do znanej firmy doradczej. Korporacje na całym świecie muszą więc liczyć się z tym, że otoczenie społeczne oczekuje od nich szczególnej dokładności i wrażliwości.
Istotnie, presja ze strony dużych przedsiębiorstw na przestrzeganie standardów etycznych przez dostawców to potężny sygnał dla rynku – firmy mówią w ten sposób: „pod wpływem oczekiwań naszych klientów my się zmieniamy i tego samego oczekujemy od was”. Kontrolowanie dostawców w całym łańcuchu dostaw jest jednak nadal niezmiernie trudne. Menedżerowie ds. dostaw stoją niekiedy w obliczu zarządzania setkami różnych kontraktów (zarówno globalnych, jak i lokalnych) – monitorowanie tego, co dzieje się u każdego z dostawców, stanowi nie lada wyzwanie. Z pomocą przychodzą m.in. specjalistyczne programy, które pomagają zbierać i agregować duże ilości danych – dostawcy mogą np. w określonych odstępach czasu logować się do systemu i uzupełniać dane środowiskowe czy społeczne. Popularne są także audyty – firmy zlecają wyspecjalizowanym audytorom skontrolowanie określonych dostawców pod kątem kryteriów etycznych. Audyty takie mogą być zapowiedziane lub nie. Niestety, z licznych doniesień wiemy, że tego rodzaju kontrole bywają mało skuteczne, zwłaszcza w miejscach, gdzie są najbardziej potrzebne – fabryki w krajach rozwijających się nauczyły się fałszować dokumentację, a w dniu audytu organizują „pracę na pokaz”, aby obiekt świecił przykładem.
Poza tym kontrolowanie wszystkich dostawców jest trudne, o ile nie niemożliwe. Artur Dominiak mówi mi: Należy mieć świadomość, że jak by nie zbudować programu monitorowania dostawców, to i tak nie możemy mieć całkowitej pewności, co się u nich dzieje. Można zadać pytanie, dlaczego tak jest? Odpowiedź jest krótka. Dlatego, że programy monitoringu opierają się na losowości i próbkowaniu. Podczas np. audytu trwającego jeden czy dwa dni nie jesteśmy w stanie przeprowadzić przeglądu wszystkich zapisów dotyczących np. rejestrów czasu pracy, naliczania wynagrodzeń itd. Audytor pobiera zatem losowo jakiś materiał do dalszej analizy. Jeśli program monitoringu opiera się wyłącznie na ankietach kierowanych do dostawców, to informacje umieszczane w tych ankietach są jeszcze mniej wiarygodne. Każdy oceniający się dostawca ma bowiem w pamięci presję współpracy i nie chce stracić odbiorcy, a więc istnieją pokusy, aby ta ocena w rzeczywistości odbiegała mniej lub bardziej od sytuacji w zakładzie.
O nieskuteczności audytów społecznych (to jedna z nazw, obok „audytu etycznego”, stosowana na określenie tego typu kontroli) wypowiada się także Sebastian Siegele, doświadczony niemiecki audytor, który wypracował własne metody pracy z dostawcami: Nie stosujemy podejścia zorientowanego na normy, kodeksy postępowania i audyty społeczne, które niestety jest wciąż głównym podejściem w tej dziedzinie, choć jego wpływ na łańcuch dostaw jest bliski zeru. My propagujemy podejście zorientowane na dialog. Umożliwiamy pracownikom i menedżerom udział w dyskusji na temat tego, jak radzić sobie z kwestiami społecznymi i wszelkimi rodzajami wyzwań w miejscu pracy. W naszej metodologii to pracownicy i menedżerowie, a nie kodeksy postępowania czy życzenia konsumenta, znajdują się w centrum uwagi. Kreujemy poczucie odpowiedzialności, pokazujemy pracownikom i menedżerom, że wyważone stosunki pomiędzy nimi leżą w ich interesie, wskazujemy wzajemne korzyści i pokazujemy, jak je osiągnąć. […] Odgórne wdrażanie norm społecznych może być bardzo destruktywne. Strategia w tym przypadku opiera się na bodźcu zewnętrznym, na presji. Tymczasem siłą napędową powinna być motywacja wewnętrzna, płynąca z odpowiedzi na pytania: jaka jest korzyść dla pracowników i kierownictwa i jaka jest wartość ekonomiczna i społeczna dla całej fabryki1.
Czy trzeba jechać aż do odległych części świata, aby zobaczyć trudne warunki pracy w fabrykach produkujących na zamówienie wielkich firm? Niekoniecznie. Choć w opracowaniach akademickich Polska jawi się jako kraj, który doskonale radzi sobie z wyśrubowanymi standardami w dziedzinie zarządzania łańcuchem dostaw (co ułatwione jest m.in. przez fakt, iż bardzo wiele kwestii uregulowanych jest na poziomie przepisów i rozporządzeń), okazuje się, że patologiczne zjawiska, kojarzone zazwyczaj z fabrykami w krajach rozwijających się – praca dzieci, niepłatna praca w nadgodzinach, nieprzestrzeganie zasad BHP, fałszowanie produktu, oszustwa, nieodpowiedzialny marketing itp. – zdarzają się także u nas. Krótko mówiąc: mamy standardy i potrafimy się nimi chwalić, ale z realnym przestrzeganiem bywa różnie. Audytorzy donoszą o zakładach pracy w małych miejscowościach, gdzie zdarza się, iż część pracy wykonują osoby nieletnie (pracując np. wieczorem lub w nocy, aby nie opuszczać zajęć w szkole), za zgodą pracodawcy, własną… i samych rodziców, dla których jest to szansa na dodatkowy dochód2.
Media z kolei co jakiś czas raczą nas soczystymi opisami kolejnych afer gospodarczych: afery solnej, wykrycia koniny w hamburgerach czy nieprawidłowości w sektorze finansowym i tzw. parabankach. Skoro mamy regulacje, instytucje, kontrolę ze strony kontrahentów i odpowiednie przepisy – czemu wciąż dochodzi do skandali? W każdym przypadku za nadużycia odpowiedzialny jest nie tylko jeden człowiek, ale całe zespoły ludzi – tych, którzy współdziałali, oraz tych, którzy biernie się temu przyglądali, nie reagując.
Przestrzeganie jakich standardów przychodzi polskim firmom z największym trudem? Zdaniem Artura Dominiaka szczególne uchybienia widoczne są w sferze bezpieczeństwa i higieny pracy: Najwięcej niezgodności znajduje się w obszarze związanym z BHP i ochroną przeciwpożarową. Ocena ryzyka zawodowego, dobór i stosowanie środków ochrony indywidualnej wymagają w wielu przypadkach poprawy. Brak jest chyba pamięci o tym, jak poważne w skutkach mogą być zdarzenia związane z tym obszarem. Przecież pracownik, który nie stosuje wymaganych na danym stanowisku ochronników słuchu, traci powoli słuch. Po wielu latach pracy mamy do czynienia z chorobami zawodowymi, których mogliśmy uniknąć, stosując np. właściwe środki ochrony indywidualnej lub zbiorowej. Mechanik nie zakładając okularów ochronnych do np. prac ze szlifierką, naraża się na uszkodzenie lub utratę oka. Czy zdrowie i życie ludzkie jest tak mało ważne? Dlaczego posiadając wiele segregatorów ze szczegółowymi opracowaniami BHP w zakładzie, bezpośredni przełożeni pracowników, którzy powinni stosować środki ochrony indywidualnej, nie zwracają im uwagi i dopuszczają do pracy wbrew temu, co mówi prawo w takich sytuacjach? Powinniśmy pamiętać, że wypadek przy pracy niesie ze sobą olbrzymie koszty: cierpienia pracownika i jego rodziny, absencja w zakładzie, a więc koszty dodatkowe dla pracodawcy, bo przecież trzeba zastąpić nieobecnego, koszty społeczne – potrzebna opieka zdrowotna dla poszkodowanego, może w skrajnych przypadkach trzeba będzie wypłacać rentę inwalidzką. Podobnie, jak twierdzi Dominiak, jest z ochroną środowiska – działania w tej sferze są często pozorowane, a pracownicy nie mają podstawowej wiedzy na ten temat, podczas gdy wystarczyłyby odpowiednie szkolenia.
Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone. Z jednej strony, jak podkreśla Dominiak, kwestie objęte hasłem „społeczna odpowiedzialność” są marginalizowane, traktowane jako coś dodatkowego, a nie element strategii firmy. Zakłady żałują pieniędzy na szkolenie pracowników w takich kwestiach, a osoby odpowiedzialne nie są decyzyjne. – Zdarza się, że niby wyznaczono pełnomocnika zarządu ds. kodeksu etycznego i odpowiedzialności społecznej, ale umknęło nadanie takiej osobie właściwych uprawnień w ramach tego projektu – mówi Dominiak. Inna przyczyna to niedostateczna kontrola ze strony organów, które regulacje wprowadzają i odpowiadają za monitorowanie ich przestrzegania. Na końcu jesteśmy jeszcze my – konsumenci – którzy wciąż nie dojrzeliśmy do uwzględniania aspektów etycznych w naszych decyzjach zakupowych. – W takich krajach jak Niemcy, Anglia czy USA, gdy konsument otrzyma informację, że firma X wykorzystuje pracę dzieci w swoich zakładach albo stosuje przymus pracy wobec pracowników, odwróci się od niej, nie kupi jej produktów czy nie skorzysta z usług. Niestety dla naszego ubogiego konsumenta ciągle cena jest kluczowym parametrem. Na innych rynkach zachowania konsumenckie w tym zakresie kształtują się inaczej. Presja społeczna zmusiła przecież koncern Coca-Cola do zerwania współpracy z dostawcą koncentratu pomarańczowego z Kalabrii, który nie płacił pracownikom za pracę i nie zapewniał właściwych warunków zatrudnienia – mówi Dominiak.
Wydaje się jednak, że podejście do kwestii etycznych po stronie otoczenia biznesu powoli, ale wyraźnie ewoluuje. Wspomniane wcześniej akcje z serii „Czy firma X jest OK?” to zwiastuny realnej zmiany. Za szczególny sukces uznać można akcję skierowaną do firmy LPP, właściciela m.in. popularnej marki Reserved. Przemysł odzieżowy jest od wielu lat na celowniku organizacji pozarządowych, jeśli chodzi o przestrzeganie standardów pracy. Wystarczy spojrzeć na metki większości naszych ubrań, aby dowiedzieć się, gdzie są produkowane (Chiny, Tajlandia, Sri Lanka, Bangladesz itd.). Organizacje od dawna donoszą o nadużyciach w fabrykach produkujących na zamówienie zachodnich koncernów, a sytuacja w zakładach pracy pokazana została w niejednym filmie dokumentalnym. W 2011 r. Polska Zielona Sieć i Clean Clothes Polska podjęły wspólną akcję, której efektem była deklaracja ze strony firmy LPP, iż zwiększy ona odpowiedzialność w swoim łańcuchu dostaw. Firma zobowiązała się do weryfikacji swojego kodeksu etycznego, zwiększenia kontroli w fabrykach zagranicznych i przeszkolenia pracowników działu kupieckiego z zasad społecznej odpowiedzialności biznesu. Jak na to zareagował rynek? Nijak, podobnie jak na sam bojkot. Nie mamy jeszcze w Polsce bowiem jednego z istotnych ogniw „infrastruktury etycznej” – odpowiedzialnych inwestorów.
Na Zachodzie bojkoty firm nieprzestrzegających zasad CSR w relacjach z odległymi dostawcami nie są nowością. W 2010 r. szczególnie silnym echem odbiła się w mediach (tych tradycyjnych i społecznościowych) akcja Greenpeace skierowana przeciwko gigantowi branży spożywczej – firmie Nestlé. Przedmiotem akcji było stosowanie przez firmę oleju palmowego do produkcji m.in. popularnego batonu Kit Kat. Olej palmowy jest tanim składnikiem, obecnym w niezliczonej liczbie produktów – od kosmetyków po artykuły spożywcze – i bardzo często pozyskiwany jest w Ameryce Południowej i w Azji, gdzie olbrzymie połacie bezcennych lasów tropikalnych wycina się nielegalnie pod uprawę palmy oleistej. Po długiej kampanii, której główną osią były spoty i akcje rozprzestrzeniające się z prędkością światła za pomocą mediów społecznościowych, Nestlé zadeklarowało zerwanie relacji z nieetycznymi dostawcami i stopniowe wycofywanie się z produkcji z użyciem kontrowersyjnych składników. Mogłoby się wydawać, że był to triumf zjednoczonych konsumentów i organizacji pozarządowych.
Pytanie jednak, czy samo zerwanie kontraktu z nieetycznym dostawcą przyniesie realne zmiany? W obliczu gigantycznego światowego popytu na tani olej palmowy dostawca taki szybko znajdzie innego, mniej wymagającego kontrahenta, a jeśli nie (bo np. dotychczasowy kontrakt był dla niego głównym źródłem dochodu), to pracę stracą niedecyzyjni ludzie. Słusznie zauważono, że taka sytuacja w dłuższej perspektywie nie ma wiele wspólnego z odpowiedzialnością społeczną. Dlatego, jak donosi magazyn „Ethical Corporation”, Nestlé wraz z organizacjami pozarządowymi i innymi firmami z przemysłów korzystających z tego surowca postanowiło edukować dostawców, zamiast pozbawiać ich kontraktów – pomóc im w dostosowaniu się do etycznych standardów, jednocześnie szukając alternatyw dla surowca3. Można powiedzieć więc, że rozpoczęto „pracę u podstaw”, odchodząc tym samym od dotychczasowych rozwiązań, dyktowanych „czarno-białym” rozumieniem odpowiedzialności społecznej.
Odpowiedzialne zarządzanie dostawami długo jednak nie będzie w Polsce realnie obowiązującym standardem. Wspomniani wcześniej konsumenci, regulatorzy, kontrahenci i inwestorzy potrzebują czasu, aby rozwinąć w sobie większy stopień społecznej wrażliwości, a z pomocą mogą im przyjść różne programy edukacyjne, póki co podejmowane tylko przez nieliczne organizacje pozarządowe i instytucje. Niewiele mówi się o etyce na uczelniach, a temat odpowiedzialnego zarządzania dostawami raczej nie figuruje w spisie przedmiotów uczelni biznesowych. Trudne warunki rynkowe, a do tego widmo kryzysu oraz nakładająca się na wszystko wszechobecna w Polsce postawa neoliberalna, nie ułatwiają zadania. W badaniu przeprowadzonym w 2010 r. na zlecenie Forum Odpowiedzialnego Biznesu4 jako główną przeszkodę we wprowadzaniu standardów etycznych w zarządzaniu dostawami odpowiedzialni za ten dział menedżerowie wskazywali wysokie koszty, brak zainteresowania ze strony rynku i konsumentów, małą wiedzę. Nie różni się to w zasadzie od powszechnie przytaczanych argumentów przeciwko wprowadzaniu zasad CSR do zarządzania. Trzeba sobie jednak uzmysłowić, że największe światowe firmy dawno już podniosły w tym względzie poprzeczkę, a świadomość i moc oddziaływania konsumentów rosną z dnia na dzień. Warto, aby polskie przedsiębiorstwa już dziś zastanowiły się nad tym, jak dogonić nowoczesność, zanim okaże się, że nie spełniają kryteriów przetargowych.
Przypisy:
- Zob. http://odpowiedzialnybiznes.pl/pl/baza-wiedzy/publikacje/artykuly.html?id=5625
- Więcej w publikacji Wspólna odpowiedzialność. Rola dostaw i zakupów, red. Natalia Ćwik, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, 2011.
- Zob. http://www.ethicalcorp.com/supply-chains/sustainable-palm-oil-nestl%C3%A9-supply-deal-may-be-game-changer
- Zob. www.odpowiedzialnybiznes.pl
przez Aleksander Bucholski | piątek 26 lipca 2013 | Kwartalnik, Lato 2013
Mimo deklaracji ministra Sławomira Nowaka o zmianie priorytetów transportowych rządu kolejne dwa tysiące linii kolejowych idzie pod nóż w sytuacji, gdy dróg systematycznie przybywa. Czy jedną z przyczyn tej sytuacji jest fakt, że drogami zarządza wyspecjalizowana agencja rządowa, a kolejami – spółka prawa handlowego?
Na PKP Polskich Liniach Kolejowych SA ciążył grzech pierworodny od początku ich istnienia, czyli od czasu realizacji zapisów Ustawy z 8 września 2000 r. o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe”. Już samo zarządzanie infrastrukturą niedoinwestowaną, niszczejącą, powoli rozkradaną i pozbawioną po 1989 r. pomysłu na działanie nie było zadaniem wdzięcznym. Do tego doszła konieczność przezwyciężenia piętna „spółki zależnej” PKP, działającej na nowych zasadach przy pomocy starych narzędzi. Wbrew najskromniejszym nadziejom w ciągu 12 lat istnienia spółka nie tylko nie ustrzegła się praktycznie żadnego z dotychczasowych kłopotów państwowego monopolisty, ale jeszcze pogłębiła fatalną opinię o polskich kolejach. Stan sieci jako całości systematycznie się pogarszał1, zatrudnienie znacznie przekraczało potrzeby, a mimo to usługi świadczone były w niewystarczającym zakresie. Trudna współpraca z przewoźnikami, obniżający się poziom bezpieczeństwa na torach2, dramatyczna (zwłaszcza w porównaniu z drogowcami) nieumiejętność wykorzystania środków unijnych3 i ogromne zadłużenie – wszystko to stało się medialną wizytówką spółki.
Szumną zapowiedzią zmiany tej sytuacji była deklaracja ministra Sławomira Nowaka z 2011 r. o nadaniu priorytetu inwestycjom w transport kolejowy. Wyłoniono nowy zarząd spółki PKP, który zapowiadać miał ostateczne zwycięstwo zwolenników „nowoczesnego zarządzania” nad „starymi kolejarzami”. Nowa ekipa miała przede wszystkim „posprzątać” po poprzedniej – prezes Jakub Karnowski komentując wyniki niedawno zakończonej kontroli wewnętrznej w grupie PKP, wspominał: Kiedy 13 miesięcy temu weszliśmy do zarządu PKP SA, w grupie nie funkcjonował żaden audyt, a komórka mająca go w nazwie zajmowała się czym innym. Kilka miesięcy zajęło nam powołanie profesjonalnego pionu audytu4.
Receptą na nieustające kłopoty „czarnej owcy” grupy – zarządcy i właściciela infrastruktury – miał być pakiet restrukturyzacyjny, przygotowany przez firmę doradczą McKinsey, a zakładający znaczącą redukcję kosztów działalności operacyjnej PLK. Niestety eksperci od „nowoczesnego zarządzania” nie poczuli się zobowiązani skonsultować zamiarów z samorządami, przewoźnikami, producentami dóbr przewożonych koleją czy z pasażerami. Gdy do mediów „wypłynęła” będąca częścią pakietu lista zawierająca początkowo ponad 4 tys. linii mających podlegać, wedle słów ministra Nowaka, „optymalizacji”, gwałtownie rozgorzał uśpiony spór o to, co było pierwsze: degradacja linii i niedbalstwo zarządcy czy spadek popytu na usługi kolei. Uzasadnienie, że rozwój polskiej sieci kolejowej musi się odbywać kosztem zagłady jej peryferii, ponownie spotkało się z gwałtownym sprzeciwem branży, związkowców i lokalnych działaczy5.
W zapale piętnowania lat zaniedbań PLK i zakładania spontanicznych komitetów obrony poszczególnych linii mało kto zwrócił uwagę na okoliczności prawne przedsięwzięcia. Spółka zarządzająca infrastrukturą w majestacie prawa obchodzi bowiem ustawowe ograniczenia samowolnego gospodarowania mieniem kolejowym. Tym samym, po raz kolejny już, zwalnia ministra właściwego ds. transportu, stanowiącego demokratyczny „bezpiecznik” całego procesu, z przykrego obowiązku składania podpisu pod decyzją o odcięciu „Polski powiatowej” od świata. PLK pokazały, że tysiące kilometrów linii kolejowych, stanowiących nieraz rację bytu wielu ośrodków administracyjnych i gospodarczych, mogą zostać wyłączone bez konieczności uwzględniania społecznych konsekwencji takich decyzji. Zarządca będący spółką prawa handlowego może to zrobić wyłącznie na podstawie własnego statutu6.
Fakt, że PKP PLK SA są spółką Skarbu Państwa, zdaje się nie mieć w naszych warunkach większego znaczenia dla strategii zarządzania siecią kolejową. Zresztą władztwo tej spółki ogranicza się tylko do linii kolejowych wraz z obsługującymi je urządzeniami, co w polskich warunkach znacząco utrudnia zarządzanie liniami kolejowymi inaczej niż w oderwaniu od ich otoczenia – pokazuje to trudna historia funkcjonowania w III RP terenów kolejowych w miastach. Tymczasem na wyciągnięcie ręki znajduje się bardzo prosta alternatywa – model zarządzania drogami. Zauważmy, że w Polsce – w przeciwieństwie do kolei – drogi, w tym te o znaczeniu lokalnym, przeżyły w ostatnich latach prawdziwy boom inwestycyjny. Niezwykle efektywnie wykorzystano przy tym środki z budżetu Unii Europejskiej. Dostęp do dróg jest swobodny – z sieci korzystać mogą wszyscy przedsiębiorcy i użytkownicy, którzy posiadają uprawnienia i których pojazdy spełniają odpowiednie wymagania techniczne. Niemiecki przewoźnik Deutsche Bahn, któremu zablokowano dostęp do polskich torów, podbija polskie drogi, na których z dyskryminacją się nie spotyka7. Czy na ten stan nie ma wpływu fakt, że zarządcą dróg (niepozostającym jednocześnie właścicielem) jest podmiot prawa publicznego? A przede wszystkim – czy istnieją istotne przesłanki dla stosowania tego swoistego „dualizmu” w zarządzaniu infrastrukturą transportową?
Historia przekształceń na kolei
Nierówne traktowanie obu sieci transportowych jest w dużej mierze uwarunkowane historycznie. Współcześnie drogi w Polsce (jak wszędzie na świecie) są własnością bezpośrednio Skarbu Państwa lub właściwych jednostek samorządu terytorialnego. Zarząd nad drogami krajowymi, drogami ekspresowymi i autostradami sprawuje wyspecjalizowana agencja rządowa – Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Zarząd nad drogami gminnymi, powiatowymi i wojewódzkimi sprawują odpowiednie jednostki samorządu terytorialnego. Zgodnie z art. 10. Ustawy z 1985 r. o drogach publicznych utrata przez drogę jednej kategorii musi wiązać się z przyznaniem innej, a decyzję o wyłączeniu drogi z użytkowania podjąć może dopiero rada gminy po zasięgnięciu opinii zarządu powiatu. W całej procedurze widać organiczny związek sieci drogowej z władztwem publicznoprawnym. Drogi jako dobro publiczne obecne są jednak w naszym otoczeniu od czasów starożytnych, i to niemal nieprzerwanie.
Inaczej rzecz się ma z koleją, której powstanie jako samodzielnej branży miało miejsce w wieku XIX – w okresie najbujniejszego i najbardziej niekontrolowanego rozkwitu wielkiego kapitału. Czas ten to początki nie tylko kolei, ale także telekomunikacji, energetyki, a w nowoczesnym rozumieniu – również poczty czy wodociągów. To właśnie podczas obserwacji rozwoju tych zdobyczy techniki i organizacji w konfrontacji z dogmatami leseferyzmu ówcześni myśliciele (pierwszy najprawdopodobniej ojciec nowoczesnego liberalizmu, John Stuart Mill) doszli do wniosku, że ze względu na specyfikę pewnych obszarów gospodarki niekontrolowana konkurencja w ich ramach jest mniej efektywna od monopolu. Obszary te wyszczególniono ze względu na szereg cech, z których najważniejsze to: strategiczne znaczenie dla zaspokojenia potrzeb publicznych, wysoka kapitałochłonność (ogromne koszty budowy urządzeń i sieci przesyłowej), wysokie zapotrzebowanie na przestrzeń, a w szczególności występowanie tzw. efektu skali, który sprowadza się do tego, że opłacalność sieci rośnie wraz z liczbą „podpiętych” do niej użytkowników.
Jeżeli chodzi o kolej, to poszczególne państwa angażowały się w tworzenie tego systemu transportu niemal od początku jego istnienia. Do monopolu w poszczególnych państwach dochodzono jednak stopniowo i nierównomiernie. We Francji od początku koncesji udzielano na czas określony, mając w perspektywie nacjonalizację, która ostatecznie nastąpiła pod rządami socjalistów w 1938 r. poprzez konsolidację kilku wielkich przedsiębiorstw (podobnie jak w Wielkiej Brytanii w 1948 r. za rządów laburzystów). W II Rzeszy Niemieckiej szczególnym wyzwaniem, nie tylko ekonomicznym, ale i politycznym, stało się zjednoczenie przewoźników krajowych poszczególnych landów. Po konferencji wersalskiej ostateczna nacjonalizacja i konsolidacja miała zagwarantować możliwość spłacenia z majątku kolei wierzycieli poszkodowanych na wojnie.
Wzlot i upadek narodowych przewoźników
Ostatecznie powszechna nacjonalizacja kolei dokonała się w Europie po II wojnie światowej. W jej drodze powstawały najczęściej spółki, których jedynym lub większościowym udziałowcem był Skarb Państwa: Société Nationale des Chemins de fer français we Francji, Deutsche Bundesbahn w Niemczech, British Railways w Wielkiej Brytanii. Podmioty te były często bezpośrednio podległe właściwemu ministrowi, kolej posiadała też nierzadko własne służby porządkowe (np. Bahnpolizei w Niemczech). Narodowi przewoźnicy mieli status monopolistów, skupiających w swoim ręku władzę nad wszystkimi składnikami koniecznymi do funkcjonowania sieci – nie tylko infrastrukturą torową, ale także taborem, terminalami przeładunkowymi, dworcami, telekomunikacją, a z czasem własną siecią elektryczną.
Kolej w krajach kapitalistycznych zaczęła jednak podupadać niedługo po tym, jak została finalnie znacjonalizowana. Dla przewozów pasażerskich, szczególnie tych lokalnych, zabójczy okazał się lawinowy przyrost indywidualnej motoryzacji, będący konsekwencją gwałtownego wzrostu dobrobytu wielkich mas społeczeństwa po 1945 r., uruchomienia narodowych programów budowy dróg i podaży taniej ropy naftowej – co stało się też przyczyną „rzezi” systemów tramwajowych w miastach. Dla przewozów towarowych największym ciosem stały się przemiany ekonomiczne ery postindustrialnej. W wyniku upadku branży wydobywczej i hutniczej spadło zapotrzebowanie na stal i węgiel – stanowiące do tego czasu największy udział w ładunkach przewożonych koleją. Coraz więcej produktów było importowanych z Azji przy pomocy nowoczesnych kontenerowców, a przeładowywanie zunifikowanych kontenerów od razu na samochody ciężarowe często było bardziej opłacalne niż korzystanie z pośrednictwa kolei. W latach 80. XX w. bilans narodowych przewoźników w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii z roku na rok pogarszał się8, nie licząc flagowych połączeń dużych prędkości. Za czasów hegemonii British Railways sieć brytyjska skurczyła się niemal o połowę – z ponad 29 tys. kilometrów do niecałych 17 tys. Kolej ulegała powolnej atrofii.
Ratunku dla podupadającej branży zaczęto szukać w ostrożnym jej urynkowieniu. Reformy kolei miały się stać w Unii Europejskiej częścią większego programu zwiększenia konkurencji i sterowanej deregulacji sektorów gospodarki, które wyróżniono ze względu na wspólne cechy: sieciowość, obecność państwowego monopolu i strategiczne znaczenie dla gospodarki. Sektorów sieciowych roztropnie nie zdecydowano się, ze względu na konieczność zabezpieczenia podstawowych potrzeb ludności, poddać całkowitemu dyktatowi rynku. Za patologiczny uznano jednak stan, w którym o całokształcie usługi decyduje jeden przedsiębiorca z racji posiadania wszystkich środków niezbędnych do jej wykonania. Dla realizacji reformy na kolei kluczową stała się dyrektywa 1991/440/EWG z 29 lipca 1991 r. Jej nadrzędnym celem było ożywienie branży kolejowej, a głównym środkiem dla osiągnięcia tego celu – oddzielenie zarządzania infrastrukturą od świadczenia usług przewozowych.
Polska droga – osobliwości i podobieństwa
W Polsce procesy przekształceń na kolei przebiegały w nieco odmienny sposób, głównie ze względów geopolitycznych. Polskie Koleje Państwowe powołane zostały bezpośrednio po uzyskaniu niepodległości w 1918 r. jako narodowy monopolista bezpośrednio podległy ministrowi kolei żelaznych, a już w 1926 r. zostały przekształcone w przedsiębiorstwo państwowe (wcześniej niż we Francji i w podobnym czasie co w Niemczech). Niemal natychmiastowa nacjonalizacja była historycznie uzasadniona – II Rzeczpospolita miała niepowtarzalną możliwość uwłaszczenia na majątku zaborców, a musiała przecież dokonać szybkiej konsolidacji sieci, różniącej się gęstością, sposobem organizacji czy szerokością toru. Ponieważ okres międzywojenny był w całej Europie, szczególnie po kryzysie 1929 r., czasem rosnącego etatyzmu, a zarazem rozwoju przemysłu ciężkiego, PKP szybko stała się jednym z symboli powojennego sukcesu młodego państwa. Flagową inwestycją tego okresu była Magistrala Węglowa, łącząca Górny Śląsk z nowym portem w Gdyni.
W okresie PRL minister kolei, a później minister komunikacji, sprawował bezpośrednią kontrolę nad PKP. Wprowadzony po II wojnie światowej system gospodarki centralnie planowanej umocnił ustrój kolei, choć nie zmienił zasadniczo jego podstaw. Paradoksalnie to właśnie wówczas pozycja Polskich Kolei Państwowych nie różniła się zasadniczo od tej, jaką miała SNCF we Francji czy DB w Niemczech. Dlatego też należy podkreślić, że źródła kryzysu polskiej kolei po 1989 r. były te same co na zachodzie Europy. Mylnie zwykło się utożsamiać kryzys na kolei z transformacją ustrojową, gdy specyfika sytuacji w Polsce polegała wyłącznie na gwałtownej postaci tych przekształceń socjoekonomicznych, które w innych krajach legły u podstaw kryzysu kolei. Upadek przemysłu ciężkiego (największego źródła zamówień na przewozy towarowe) i niekontrolowana eksplozja indywidualnej motoryzacji dokonały się w Polsce niemal z dnia na dzień, obnażając skansen myśli technologicznej i menedżerskiej, jakim w istocie była narodowa duma – PKP.
Proces separacji kolei od władztwa publicznoprawnego przebiegał stopniowo. W 1991 r. Polska nie była jeszcze członkiem Wspólnot Europejskich, jednak stawiając sobie za cel przystąpienie do nich, musiała do czasu akcesji dostosować swoje prawo do standardów wspólnotowych. Politycy i kolejarze długo bronili jednak monopolu PKP. Ustawa o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe” ujrzała światło dzienne w 2000 r. W artykule 15. nakazała ona powstałej na mocy ustawy PKP SA założyć spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe SA oraz określiła cel jej powołania, a w artykule 18. oddano nowemu zarządcy na własność odpowiadającą zakresowi jego obowiązków część mienia Polskich Kolei Państwowych. W ten oto sposób zarząd nad infrastrukturą kolejową, wraz z prawem własności do niej, objęła w miejsce przedsiębiorstwa państwowego spółka prawa handlowego. Jedynym założycielem została PKP SA, a głównym udziałowcem stał się Skarb Państwa. Działalność PLK została, z uwagi na jej monopolistyczny charakter i szczególną rolę, obwarowana licznymi ograniczeniami w odniesieniu do swobody rozporządzania własnym majątkiem. Procedura postępowania w przypadku likwidacji została unormowana w Ustawie o transporcie kolejowym z 2003 roku.
Spółka prawa handlowego nic nie musi… poza płaceniem podatków
Doświadczenie ostatnich kilku miesięcy dobitnie pokazało jednak, że pomimo ustawowych zabezpieczeń PLK bez przeszkód nadużywają uprawnień, jakie wynikają z ich ustroju. Tak było wówczas, gdy spółka zasłoniła się tajemnicą handlową, odmawiając dostępu do raportu McKinseya szerokiej publiczności9. Pomijając dywagacje, czy faktyczny monopolista na rynku krajowym ma powody do obaw przed ujawnieniem swoich tajemnic, jawność działalności podmiotu zarządzającego tak istotnym obszarem gospodarki powinna być oczywistością. Tajemnicą poliszynela pozostaje więc, że McKinsey w pierwszej kolejności zalecił spółce głęboką restrukturyzację zatrudnienia, o czym wspominał chociażby Jacek Prześluga10. Przede wszystkim jednak, korzystając z furtek zawartych w statucie, PLK omijają demokratyczną kontrolę jej działań, jaką stanowi wymóg zgody na likwidację tras ministra właściwego ds. transportu (w przypadku linii o znaczeniu państwowym działającego w porozumieniu z ministrem obrony narodowej), zastrzeżony w art. 9. Ustawy o transporcie kolejowym.
Trudno oczywiście uwierzyć, by ogon merdał psem bez wiedzy tego ostatniego. Minister Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej jawnie aprobował działania PLK, chociażby argumentując w Polskim Radiu, że te zmiany, które wprowadzamy, dotyczące optymalizacji ilości linii kolejowych, ograniczanie przywilejów, program dobrowolnych, podkreślam dobrowolnych, odejść z pracy z PKP PLK ma służyć temu, żeby potanić funkcjonowanie i żeby ta firma mogła racjonalnie wydawać publiczne pieniądze, które dostaje od nas11. Sławomir Nowak umieścił się tą wypowiedzią wśród autorów zmian, choć jednocześnie odnosi się do zarządcy jak do podmiotu zewnętrznego. Czyżby ustrój spółki został twórczo wykorzystany dla uchylenia się od dokonania trudnej decyzji politycznej? Podpis ministra pod planami zamknięcia kilku tysięcy kilometrów tras obciążyłby wszak bezpośrednio konto koalicji rządzącej, a „optymalizacja” dokonana przez PLK koncentruje uwagę społeczeństwa na zarządzie PLK i firmie McKinsey. Oczywiście, jak było naprawdę – stwierdzić nie sposób.
Na pewno wiadomo jedynie, że w wyniku przyjęcia przez PLK takiej strategii znajdujemy się w stanie zawieszenia, w którym status linii jest niedookreślony, a los każdej z nich rozstrzyga się spontanicznie. Dzieje się tak, ponieważ kasowanie sieci w białych rękawiczkach uniemożliwia systemowe, nieodpłatne usamorządowienie szlaków. Ustawodawca w art. 9. Ustawy o transporcie kolejowym nakazał zarządcy chcącemu likwidować linię kolejową obowiązkowe powiadomienie zainteresowanych przewoźników kolejowych i konsultacje z samorządami terytorialnymi, przez których teren linia przebiega. Oficjalnie działania prowadzone przez PLK nie mają jednak charakteru likwidacji linii, a stanowią jedynie „czasowe wyłączenie” ich z eksploatacji. Jest to bardzo przydatna procedura, przewidziana choćby na okoliczność prowadzenia prac remontowych. PLK nie mają wówczas, z samej natury „czasowości” wyłączenia linii z eksploatacji, obowiązku oferować samorządom przejęcia linii. Nawet gdyby to zrobiły, musiałoby się to odbyć na zasadach przewidzianych dla wszystkich zainteresowanych podmiotów w art. 18. Ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe”. Trudno tu nie dostrzec presji, jaką wywierają PLK na samorządy. A wszystkich linii nie da się, niestety, w ten sposób uratować. Biorąc zaś pod uwagę już dokonaną „rzeź” dotowanych przewozów autobusowych12 – kolejne tysiące Polaków zostają skazane na transport indywidualny.
Argumentem za restrukturyzacją jest przede wszystkim rzekomo katastrofalna sytuacja finansowa zarządcy. Struktura zadłużenia spółki jest jednak niezwykle interesująca, bowiem same długi z tytułu nierozliczonego przez PKP Polskie Linie Kolejowe SA podatku od towarów i usług wynoszą ponad 50 mln zł13. Największym dłużnikiem spółki są natomiast Przewozy Regionalne14 – przewoźnik, którego udziałowcami są jednostki samorządu terytorialnego. Posługując się pewnym skrótem myślowym, należałoby skonstatować, że państwo jest winne pieniądze samo sobie. A jednak w sytuacji, z którą mamy do czynienia, PLK ratuje płynność finansów komercyjnym kredytem w wysokości 400 mln zł15. Czy tak samo wyglądałaby sytuacja zarządcy będącego podmiotem prawa publicznego? Wątpliwe. GDDKiA otrzymała w 2011 r. od dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie korzystną dla siebie interpretację przepisów, z której wynika, iż Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad, jako podmiot odpowiedzialny ustawowo za pobór opłat elektronicznych i opłat za przejazd autostradą, działa w charakterze organu władzy publicznej, a w konsekwencji nie jest podatnikiem VAT. Stąd opłaty pobierane w imieniu Generalnego Dyrektora nie będą podlegać opodatkowaniu VAT. Opłaty te należy uznać za opłaty o charakterze administracyjnym16.
Budujący przykład Szwecji
Czy winni temu absurdowi są jednak bezduszni eurokraci, w szale uniformizacji narzucający na polskim gruncie doświadczenia skrojone dla Niemiec czy Francji? Bynajmniej. Wspomniana dyrektywa 1991/440/EWG pozostawiła państwom szeroki margines swobody wyznaczenia podmiotu zarządzającego siecią. Art. 3. dyrektywy definiuje instytucję zarządzającą infrastrukturą jako każdą instytucję publiczną lub przedsiębiorstwo odpowiedzialne w szczególności za budowę i utrzymanie infrastruktury kolejowej oraz nadzorujące systemy kontrolne i bezpieczeństwa. Ów margines swobody został wykorzystany przez Holandię, która do zarządzania siecią kolejową powołała agencję rządową. Jeszcze dalej posunęły się Szwecja czy Finlandia, w których ustanowiono jedną agencję rządową zarządzającą tak drogami, jak i siecią kolejową – co znacząco ułatwia zrównoważony rozwój infrastruktury w całym kraju. Podobny model przyjęto także w pozostającej poza UE Norwegii. Natomiast w tak często stawianych Polsce za wzór Niemczech, gdzie siecią również zarządza spółka-córka dawnego państwowego monopolisty, od czasu początków reformy na kolei dokonano cięć największych oprócz polskich – zlikwidowane zostało ponad 17% sieci.
W Szwecji natomiast reformę kolei prowadzono od końca lat 80. Ze szwedzkiego monopolisty Statens Järnvägar wydzielono, tak jak w Polsce, spółki przewozowe – pasażerską SJ i towarową Green Cargo. Na rynku przewozów panuje dziś bardzo wysoki poziom konkurencji, a sieć szwedzka od czasu reformy wzbogaciła się o nowe szlaki. Od 1990 do 2009 r. liczba pasażerokilometrów na szwedzkich torach wzrosła o ponad 70%, i to głównie dzięki dotowanym przewozom regionalnym17! Nieco gorzej jest w obszarze przewozów towarowych – po 2008 r. kryzys przyczynił się do spadku ich liczby i obecnie wskaźnik tonokilometrów znajduje się na poziomie z początku reformy sektora. Niemniej do 2008 r. również w tym sektorze odnotowywano stabilny wzrost18. Warto jednak w tym momencie podkreślić jedno – pomimo nie najniższych stawek dostępu do torów szwedzka infrastruktura kolejowa pozostaje obficie dotowana z budżetu państwa19. Szwedzi na kolei nie oszczędzają20. Administracja a zarządzanie to nie to samo.
Drogi bardziej publiczne?
W Polsce wywiera się na kolei presję „rentowności”. O pomysłach „optymalizacji”, czyli likwidowania sieci drogowej, nikt nad Wisłą nie słyszał. Tymczasem budowa i utrzymanie dróg to jedne z najbardziej deficytowych zadań publicznych, a ciężar tych zadań nie spoczywa bynajmniej na kierowcach czy przewoźnikach. Znakomita większość dróg publicznych to drogi wojewódzkie, powiatowe i gminne, te zaś budowane są z pieniędzy pochodzących z podatku dochodowego od osób fizycznych, podatku dochodowego od osób prawnych czy podatku od nieruchomości. Drogi spełniają wszelkie przesłanki do bycia uznanymi za modelowy przykład sieci i choć nigdy nie znalazły się na liście sektorów regulowanych, to na przykładzie dróg właśnie najwyraźniej widać przewagę znaczenia korzyści połączenia danego odcinka z siecią nad jego nierentownością mierzoną in abstracto. Choćby po drodze poruszać się miały dwa-trzy samochody na dobę, to ze względu na funkcję społeczną, jaką owa droga spełnia, po prostu się jej nie likwiduje. Za przewóz ładunków drogą lokalną jej zarządca nie oczekuje zapłaty. Zapłatą jest chęć lokowania przy drodze domów i miejsc pracy. Zapłatą dla podatników jest możliwość dojazdu.
Drogi różnią się oczywiście od kolei stopniem zaawansowania technicznego potrzebnego do ich użytkowania czy wyśrubowanych wymogów dotyczących bezpieczeństwa, a w związku z tym – krańcowym kosztem utrzymania. Na to konto jednak ponad miarę obciąża się drogi przewozem towarów, które z powodzeniem można by transportować koleją – gdyby tylko zapewniono dostęp do teoretycznie nierentownych szlaków, umożliwiających dalszy transport ładunków po całej sieci. A przeciążone drogi to większe koszty ich utrzymania. Argument o szczególnych dla kolei wymogach dotyczących bezpieczeństwa okazuje się zresztą nie być istotny akurat na liniach, których zamknięcie jest rozważane. Podkreśla to Tadeusz Syryjczyk w wywiadzie dla „Rynku Kolejowego”: Jeżeli chodzi o ruch osobowy, to moim zdaniem warto przeanalizować doświadczenia Szkocji. W tym kraju jest niska gęstość zaludnienia, więc potoki pasażerskie są rzeczywiście niewielkie i są linie, na których jeździ tylko kilka par pociągów dziennie. Na tych liniach zastosowano mijanki bezobsługowe. U nas to się wiąże z wielkimi nakładami, bo uważa się, że do tego potrzebne są scentralizowane urządzenia, znajdujące się w lokalnym centrum sterowania. Tam to rozwiązano bardzo tanio, w zupełnie inny sposób, ale jednocześnie bezobsługowy i bezpieczny, w związku z czym jest duża oszczędność21.
Podnoszenie przez PLK argumentu o ogromnych, nieprzekładających się na zyski kosztach, jakie należałoby ponieść, aby postawić na nogi pozostające często w stanie agonalnym linie lokalne, dowodzi jednej rzeczy: jeżeli czegoś zarządcy brakowało, to nie pieniędzy, lecz rządowego błogosławieństwa, aby je zdobyć. Odrzucając litanie nad nieumiejętnością wydawania przez PLK płynących szerokim strumieniem unijnych pieniędzy, skupmy się na pozytywnym przykładzie Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych, czyli tzw. schetynówek. Trudno mówić o jakichkolwiek bezpośrednich zyskach z tego programu – poza społecznymi oczywiście. Jego łączna wartość (w latach 2008–2015) opiewa jednak na 6,2 mld zł. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie dziś zarządcy polskiej infrastruktury kolejowej, który podobną sumę przeznacza wyłącznie na linie lokalne. Tylko czy państwo nie powinno stosować jednego standardu zarządzania siecią transportową?
Tak jak budowa schetynówki może gminę uratować, tak „rzeź” lokalnych linii kolejowych będzie mieć dla niej katastrofalne konsekwencje społeczne – pamiętajmy bowiem, że w raporcie McKinseya znalazło się wiele linii używanych dziś w ruchu zarówno towarowym, jak i pasażerskim. Z perspektywy Warszawy cięcia pod Szczecinem, Żywcem czy Jelenią Górą są oczywiście nieodczuwalne. Tyle że problemem nie jest już likwidacja połączeń między małymi miejscowościami – ten proces trwał w najlepsze od 20 lat i właśnie dobiega końca. Dziś zagrożone są połączenia kolejowe niemałych miast powiatowych z ich naturalnymi ośrodkami regionalnymi. Na ostatniej liście „likwidacyjnej” PLK pozostają odcinki łączące Pisz i Ełk z Olsztynem (Ełk już dziś lepiej jest połączony z Białymstokiem), Mielec z Rzeszowem, Międzychód z Poznaniem, Wadowice z Krakowem.
Jeżeli uznamy, że linia kolejowa, w przeciwieństwie do drogi, dedykowana jest przede wszystkim transportowi zbiorowemu, uznać też należy konsekwentnie, że pełni ona dalece donioślejszą rolę. Samym swym istnieniem gwarantuje bowiem możliwość komunikacji na dalsze odległości tym, którzy od transportu indywidualnego uzależnieni być nie mogą – z racji wieku, niepełnosprawności, braku środków.
Samobójcze skłonności PLK
Oczywiście, wrażliwość społeczna może być zarządowi PLK obca. Od profesjonalnego zarządcy sieci można by jednak wymagać elementarnego zrozumienia zasady działania tego sektora – przede wszystkim wspomnianego już efektu skali. A jednak tak nie jest. Wiele pozornie deficytowych odcinków stanowi zespół „dopływów” do linii głównych, generując na nich ruch, który przekłada się na przychody nie tylko zarządcy, ale całej gospodarki. Tymczasem na pierwszej liście linii przeznaczonych do „czasowego wyłączenia” znalazły się odcinki zapewniające obsługę tak ważnych dla polskiej gospodarki ośrodków przemysłowych jak Police (zakłady chemiczne), Płock (rafineria) czy Bełchatów (elektrownia), a także wiele mniejszych – Opoczno (ceramika) czy wspomniany już Mielec (przemysł lekki). Dobry zarządca sieci transportowej rozumie też konieczność prowadzenia ruchu za wszelką cenę – nawet w sytuacji wyłączenia części sieci. Tymczasem początkowo skazano na likwidację odcinki takie jak Rogoźno Wielkopolskie – Wągrowiec czy Krotoszyn – Grabowno Wielkie, które pozwoliły prowadzić ruch pociągów z Poznania do Wągrowca i z Poznania do Wrocławia na czas remontów odpowiednio linii nr 356 i 271 – a to utrudnienia związane z komasacją prac torowych nadwątliły ostatnio i tak już nie najlepszy wizerunek PLK . Porównajmy to znów z drogami: czy w związku z otwarciem kolejnych odcinków autostrad A1, A2 czy A4 ktokolwiek myślał o rozbiórce odpowiadających im dawnych odcinków krajowej „jedynki”, „dwójki” czy „czwórki”?
Nieumiejętność zarządzania siecią widać też w braku odczytywania potrzeb pasażerów i dostosowania do nich infrastruktury. Ostatecznie postanowiono zlikwidować odcinek Nowy Zagórz – Łupków mimo wciąż rosnącej popularności Bieszczad jako celu turystycznego. Tnie się odcinki prowadzące ruch do istniejących lub potencjalnych przejść granicznych – Głuchołaz, Cieszyna, Hrebennego, Włodawy – powołując się na niski popyt. Brak popytu często wynika jednak z braku oferty dostosowanej do potrzeb pasażera. Ofertę taką mogliby złożyć przewoźnicy chociażby z sąsiednich państw. Powiązany kapitałowo z grupą PKP zarządca zazdrośnie jednak strzeże dostępu do infrastruktury, łamiąc zresztą normy unijne.
Inne drogi
Argument, że wiele linii kolejowych przebiega przez tereny zaludnione zbyt słabo, powinien rodzić wyłącznie refleksję nad zupełnym brakiem strategicznego zarządzania infrastrukturą w Polsce, jeżeli między lokalizacją linii i przystanków a lokalizacją obszarów zabudowy mieszkalnej nie wypracowano przez ostatnie dwie dekady żadnego funkcjonalnego powiązania. Zarządcy będącemu podmiotem prawa publicznego łatwiej byłoby budować długofalową strategię rozwoju pozostającą w dialogu z pozostałymi obszarami gospodarki (taki cel przyświecał zresztą Szwedom). Dla spółki trudniejsze jest stosowanie rozwiązań, które opłacalne są wyłącznie na dłuższą metę i których sensowność dostrzec można wyłącznie z perspektywy państwa jako pewnej złożonej machiny.
Reasumując, raport McKinseya powstać mógł jedynie na zamówienie zarządcy obsesyjnie skupionego na rocznym bilansie finansowym, a nie na realizacji swojej misji. Nie ma oczywiście nic zdrożnego w racjonalizacji kosztów działania. Nikt nie zaprzeczy, że pieniądze na kolei zarówno przed komercjalizacją, jak i po niej wydawane były źle. Jednak państwo, które nagradza zarządcę infrastruktury kolejowej wyłącznie za poprawę stanu finansów wewnętrznych (wątpliwą zresztą), samo sprowadza się do roli wynajętego audytora. Rolą państwa jest egzekwować rzetelne wywiązywanie się przez PLK z powierzonych im zadań. Jeżeli się nie wywiązują – państwo może i powinno przejąć realizację tych zadań, jednocześnie ucinając spekulacje o poplecznictwie w grupie PKP.
Państwo polskie, samorządy, kolejarze i obywatele muszą mieć odwagę przyznać, że oderwanie infrastruktury od zarządcy dokonało się w Polsce w stopniu niewystarczającym. W miejsce przedsiębiorstwa państwowego, które – czy to się komuś podoba, czy nie – w dawnym kształcie przetrwać nie mogło, mamy dziś do czynienia ze spółką, która jest powiązana kapitałowo z największymi przewoźnikami osobowym i towarowym. Niepewne są za to, jak się kilka miesięcy temu okazało, stopień i warunki zależności owej spółki od faktycznych interesów społeczeństwa i demokratycznie wybranej władzy. Przekazanie zarządu nad siecią kolejową agencji rządowej, a własności lokalnych linii (przynajmniej częściowo) samorządom leży w interesie wszystkich. Tym, którzy uważają, że niewidzialnej ręki rynku na torach jest za mało, powinno zależeć na ostatecznej separacji zarządcy infrastruktury od przedsiębiorstw świadczących inne usługi na kolei. Tym, którzy prezentują pogląd przeciwny, powinno zależeć na tym, by operatorem infrastruktury strategicznej dla gospodarki i zwykłych obywateli był podmiot prawa publicznego, winny obywatelom dostęp do informacji o prowadzonej działalności, niezwiązany wynikami za dany rok obrotowy i mogący myśleć perspektywicznie nie tylko w granicach własnej odpowiedzialności. A także, co nie jest bez znaczenia, niezmuszony do odprowadzania podatku od uzyskanych przychodów, co znacząco podnosi zarówno koszty działalności zarządcy, jak i koszty działalności całego państwa.
Niezbędnym warunkiem zmiany jest jednak strategiczna reorientacja polskiego rządu. Prawdziwą przeszkodą na drodze ku renesansowi polskiej kolei wydaje się być przede wszystkim oglądanie polskiej sieci transportowej zza szyby samochodu. Decydenci po pierwsze muszą nauczyć się widzieć system transportowy państwa jako złożony, wymagający regulacji system, czego dowodem byłoby utworzenie, tak jak w Szwecji, Norwegii czy Finlandii, jednej agencji rządowej zarządzającej infrastrukturą drogową i kolejową. Najistotniejsze jednak, by politycy przestali traktować lokalne linie kolejowe jako przykry balast, a dostrzegli w nich potencjał, który udało im się zobaczyć w schetynówkach. Szanse Polaków w globalnej gospodarce nigdy nie będą równe, jeżeli nie zostanie im zapewniony równy dostęp do sieci transportowej. Dodając do tego plany Unii Europejskiej dotyczące rozwoju sieci transportowej, kolej zasługuje w istocie na traktowanie preferencyjne względem sieci drogowej. Zapewnia ona bowiem bardziej efektywne wykorzystanie przestrzeni, a paradoksalnie koszty jej użytkowania są bardziej urealnione. Na naszych oczach dokonuje się też powolna internalizacja kosztów środowiskowych i społecznych, jakie wiążą się z masową motoryzacją – jazda samochodem będzie coraz droższa; płatne drogi to kwestia najdalej kilku dekad. Przyszłość transportu należy do kolei. Pytanie tylko, czy ta przyszłość nie wykracza poza horyzont niedawnych apologetów „ciepłej wody w kranie”.
Przypisy:
- https://obywatel3.macmas.pl/2011/07/15/kraj-coraz-wolniejszej-kolei/, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.era.europa.eu/Document-Register/Documents/Safety-Performance-Report-2011.pdf, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.nik.gov.pl/plik/id,4754,vp,6154.pdf, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/45105/Karnowski_To_byla_klasyczna_zmowa_cenowa.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://znpk.org/media/article/download/ZNPK_Wladze%20RP%20i%20UE_List%20otwarty%20przeciw%20likwidacji%20linii_20121204.pdf, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/41513/Zamykaja_2_tys_km_linii_kolejowych_Jakim_prawem.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://wyborcza.biz/biznes/1,100969,13884633,_Rz___Deutsche_Bahn_rusza_na_polskie_drogi__Kupili.html#TRNajCzytSST, dostęp: 11.05.2013.
- A. Mężyk, Uwarunkowania i efekty reformy kolei, Radom 2011, s. 27.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/41870/Syryjczyk_PKP_PLK_powinny_ujawnic_wszystkie_swoje_koszty_zanim_rozpoczna_redukcje_sieci.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/37786/Przesluga_Nierentowne_linie_kolejowe_da_sie_ocalic.htm, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/37637/Nowak_Bez_restrukturyzacji_PLK_sie_nie_utrzyma.htm, dostęp: 11.05.2013.
- https://obywatel3.macmas.pl/2011/10/08/coraz-gorzej-z-pks/, dostęp: 11.05.2013.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/37451/PKP_PLK_straca_plynnosc_finansowa_w_ciagu_6_miesiecy.htm, dostęp: 11.05.2013
- Ibid.
- Ibid.
- http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,9076063,Przejazd_panstwowa_autostrada_tanszy__bo_bez_VAT.html, dostęp: 11.05.2013.
- A. Mężyk, op. cit., s. 233.
- Ibid., s. 233.
- Ibid., s. 239.
- Ibid., s. 234.
- http://www.rynek-kolejowy.pl/41870/Syryjczyk_PKP_PLK_powinny_ujawnic_wszystkie_swoje_koszty_zanim_rozpoczna_redukcje_sieci.htm, dostęp: 11.05.2013.
przez Darwin BondGraham | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
W 1995 r. Kalifornia przyznała prywatnej spółce prawo do zbudowania płatnych dróg ekspresowych wzdłuż autostrady – drogi stanowej 91, w regionie zamieszkanym przez miliony osób oraz o jednym z największych natężeń ruchu samochodowego w kraju. Była to pierwsza nowoczesna sprywatyzowana autostrada w USA. Kalifornijska Prywatna Spółka Transportowa (CPTC), będąca spółką złożoną z trzech przedsiębiorstw: Level 3 Communications, Granite Construction Inc. oraz francuskiego operatora płatnych dróg Cofiroute SA, ukończyła przedsięwzięcie za 130 mln dolarów pochodzących w większości z prywatnych źródeł. W celu zrekompensowania wydatku, a także aby zarobić, CPTC uzyskała 35-letnią koncesję na obsługę tej płatnej drogi. Władze stanowe obiecywały, że prywatna spółka zapewni większą wydajność i oszczędności, a społeczeństwo będzie korzystało z przejezdnych i bezpiecznych dróg, nawet podczas cięć budżetowych.
Wydarzenia potoczyły się szybko. Płatne drogi SR-91 nie odkorkowały miejscowego ruchu ulicznego. Władze lokalne i stanowe postanowiły poszerzyć pobliskie autostrady, aby zmniejszyć rosnące korki i zwiększyć bezpieczeństwo. W czasie gdy urzędy transportu ogłosiły plany usprawnienia komunikacji, niespodziewanie spółka CPTC złożyła pozew, powołując się na klauzulę o zakazie konkurencji z umowy o budowę i obsługę płatnych dróg. Prawo uniemożliwiło władzom Kalifornii usprawnienie autostrad, ponieważ mogłoby to obniżyć prywatne zyski. W 2003 r. Urząd ds. Transportu hrabstwa Orange (OCTA) został zmuszony do wykupienia płatnych dróg SR-91 za 208 mln dolarów, aby zakończyć patową sytuację.
W 2004 r. władze Kalifornii przerwały eksperyment z prywatyzacją autostrad. Nie powstrzymało to jednak innych stanów przed wprowadzaniem takich rozwiązań. Po 2000 r. w Wirginii i Teksasie zbudowano kilka ważnych sprywatyzowanych autostrad. Następnie w 2009 r. sytuacja wróciła do punktu wyjścia. Kalifornia ponownie zezwoliła tzw. partnerstwom publiczno-prywatnym na uczestnictwo w zamówieniach publicznych na autostrady i inne dobra publiczne. Pomimo że prywatyzacja przedsięwzięć transportowych okryta jest złą sławą, w dużej mierze w związku z kosztownymi eksperymentami Kalifornii sprzed ponad dekady, w całym USA główne autostrady i inne usprawnienia infrastrukturalne przekazywane są ponownie prywatnym inwestorom, obecnie pod nazwą partnerstw publiczno-prywatnych (public-private partnerships) – PPP.
Określenie PPP odnosi się do co najmniej trzech zjawisk. Wyrażenie to celowo przywołuje scenariusz współpracy obu stron, w którym równi partnerzy chcą osiągnąć wspólny cel. Przywódcy polityczni reklamują ten rodzaj prywatyzacji jako sposób na obniżające się wpływy z podatków oraz zmniejszającą się zdolność kredytową, podczas gdy spółki prywatne utrzymują, że oferują swoje doświadczenie i kapitał w duchu służby publicznej.
Wynika to z długiej ideologicznej kampanii przeciw związkom zawodowym z sektora publicznego oraz „dużemu rządowi”, które konserwatywni doradcy, eksperci i politycy obwiniają o rosnący deficyt i pogarszający się stan infrastruktury. Jednocześnie przekonanie to uznaje prywatne spółki i prywatny zysk za źródła wydajności i dyscypliny fiskalnej.
Poza tym PPP stwarza oczywiście możliwość zarobienia pieniędzy. Wspiera ją infrastrukturalno-przemysłowy układ złożony z globalnych korporacji budowlanych, banków inwestycyjnych, spółek private equity [private equity to średnio- lub długoterminowe finansowanie firm prywatnych nienotowanych jeszcze na giełdzie – przyp. redakcji] oraz prestiżowych kancelarii prawnych. Wspólnymi siłami starają się przeforsować nowe przepisy otwierające im drogę do kolejnych elementów publicznej infrastruktury, z których będą mogli czerpać zyski. W ostatnich latach po cichu im się to udaje.
Nowy rodzaj prywatyzacji
W celu zrozumienia modelu prywatyzacyjnego PPP najlepiej zacząć od podstaw tradycyjnego państwowego modelu rozbudowy infrastruktury. W USA określany jest on jako proces „projekt oferta budowa”. Rozważmy to na przykładzie autostrady stanowej. Inżynierowie stanowi zwykle opracowują projekt, czasami zlecając pracę przedsiębiorstwom inżynieryjnym. Gdy plany są gotowe, stanowy wydział transportu zezwala spółkom na udział w przetargu na roboty budowlane. W tym czasie stan pożycza pieniądze, sprzedając obligacje, zwykle za niską cenę, ponieważ banki konkurują między sobą o pozycję poręczyciela. Następnie stan wykorzystuje wpływy z obligacji do opłacenia firmy budowlanej, która złożyła najtańszą ofertę wykonania przedsięwzięcia. Posiadacze obligacji zostają spłaceni po dłuższym czasie, zwykle z wpływów z akcyzy na paliwo lub z innych podatków przeznaczonych na finansowanie infrastruktury. Cały proces charakteryzuje się monopolem stanu, zmuszającego spółki prywatne do konkurowania między sobą i tym samym obniżania kosztów inwestycji.
Prywatyzacja infrastruktury transportowej według modelu PPP różni się od prywatyzacji w zwyczajowym rozumieniu. Większość ludzi postrzega prywatyzację jako proces prowadzący do prywatnego prawa własności dróg, mostów, portów i innych dóbr używanych przez ludność. Prywatyzacja w wersji PPP nie umożliwia inwestorom posiadania autostrady, w zamian oferując spółkom prywatnym monopolistyczną kontrolę w różnym zakresie (w zależności od umowy) nad różnymi etapami przedsięwzięcia. Zgodnie z modelem PPP inwestorzy mogą mieć większą kontrolę nad projektem, finansowaniem, budową lub utrzymaniem dobra publicznego, co pozwala im na czerpanie zysków z infrastruktury publicznej bez potrzeby faktycznego jej posiadania na własność.
Czerpanie zysków
Główne źródło zysków sektora prywatnego w modelu PPP jest pochodną ograniczenia konkurencji na rynku. Inaczej niż w tradycyjnej procedurze zamówień publicznych dotyczącej infrastruktury, model PPP wyklucza konkurencyjne składanie ofert w dalszych etapach przedsięwzięcia. Konsorcja muszą jedynie konkurować z garstką innych bardzo bogatych firm budowlanych i banków inwestycyjnych o zawarcie umowy na realizację całej inwestycji. Rozmiar oraz złożoność umów PPP sprawiają, że wiele mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych spółek zostaje wykluczonych z przetargu. Dlatego w przetargach o umowy PPP uczestniczy zwykle mniej oferentów i w związku z tym koszty są wyższe.
Ponadto, ujmując przedsięwzięcie w jednej umowie, PPP zapewnia prywatnemu konsorcjum znaczną możliwość cięcia swoich kosztów. Wykonawcy mogą osiągnąć większe zyski, zmieniając projekt, zatrudniając nieuzwiązkowionych podwykonawców lub płacąc niższe wynagrodzenie.
Zyski biorą się też ze złożonych uzgodnień finansowych, które stanowią zasadniczą część umowy. W przeciwieństwie do tradycyjnych przedsięwzięć infrastrukturalnych spółki PPP korzystają z prywatnego kapitału oraz zadłużenia, a także z dotacji do państwowych kredytów na budowę autostrady. Przedsięwzięcia PPP opierają się na kilku źródłach prywatnego finansowania. Inwestycja „kapitałowa” pochodząca ze środków obrotowych partnerów konsorcjum zapewnia im niewielki udział na etapie budowy przedsięwzięcia. Zwolennicy PPP twierdzą, że gdy partnerzy prywatni ryzykują utratę swoich pieniędzy, mają motywację do terminowego ukończenia przedsięwzięcia poniżej kosztów realizacji.
Głównym źródłem finansowania przedsięwzięcia są jednak banki inwestycyjne, które pożyczają środki partnerom konsorcjum. Zwolennicy PPP uważają, że takie prywatne źródło finansowania jest odpowiedzią na ograniczenia budżetowe rządów, które mierzą się z ogromnymi zaległościami w odkładanych inwestycjach infrastrukturalnych. Niedawne sprawozdanie Urzędu Budżetowego Kongresu (CBO) ukazuje jednak błąd w tym rozumowaniu. Argumentuje się czasem, że korzystanie z funduszy z prywatnych rynków kapitałowych do finansowania dróg może zwiększyć środki dostępne na potrzeby budowy, obsługi i utrzymania dróg – stwierdza sprawozdanie. Jednak źródła funduszy dostępnych do opłacenia kosztów przedsięwzięcia autostradowego, bez względu na to, czy korzysta się z tradycyjnego podejścia do finansowania, czy z partnerstwa publiczno-prywatnego, są jednakowe: są to opłaty ponoszone przez użytkowników lub podatki pobierane przez rząd federalny albo stanowy lub władze lokalne.
Ostatecznym źródłem finansowania przedsięwzięcia jest zatem zawsze społeczeństwo, poprzez opłaty lub podatki. Dlaczego więc pozwalać prywatnym bankom na pobieranie środków z prywatnych rynków kapitałowych, aby mogły działać jako pośrednicy? Pozwalając inwestorom prywatnym na finansowanie budowy przedsięwzięcia, stan uprawnia ich do stawiania monopolistycznych roszczeń w związku z przyszłymi przepływami podatkowymi lub wpływami z opłat.
Ryzyko publiczne, zyski prywatne
Prywatne finansowanie i obsługa infrastruktury publicznej są w rzeczywistości droższe, niż gdyby zapewniały je władze państwowe i dlatego ryzyko jest najistotniejszym czynnikiem, którym zwolennicy PPP tłumaczą prywatyzację infrastruktury. Twierdzą oni też, że tradycyjny model projekt oferta budowa, obejmujący własność państwową, obsługę i utrzymanie autostrady, naraża stan na ryzyko wzrostu kosztów przedsięwzięcia.
Źródłem ryzyka mogą być np. zmiany wysokości odsetek albo strajki pracowników, a mogą oni (i czasami tak się dzieje) zmówić się, żeby zwiększyć koszty przedsięwzięcia. Zwolennicy modelu PPP uważają, że przekazanie finansowania, budowy i innych etapów przedsięwzięcia prywatnemu konsorcjum za wcześniej ustaloną cenę jest równocześnie przekazaniem im tego ryzyka. Dodatkowe pieniądze, które stan musi wypłacić konsorcjum PPP, w postaci zysków inwestorów prywatnych, są więc uzasadnione, ponieważ ponoszą oni ryzyko. Sądzi się, że stan zapewnia sobie mniejsze zagrożenie niepowodzeniem w zamian za większą kwotę.
Branża PPP pracowała jednak ciężko w ostatnich latach nad dopilnowaniem, aby jej członkowie byli narażeni na bardzo niewielkie ryzyko. Zyski z przedsięwzięć PPP zbudowanych w Kalifornii, Teksasie, Wirginii i na Florydzie w latach 90. XX w. i na początku XXI w. pochodziły w większości od społeczeństwa w postaci opłat drogowych. Te jednak nie zawsze są wystarczające, żeby prywatne spółki na tym zarobiły. Kilka zbudowanych na początku płatnych autostrad PPP okazało się porażką, gdy założenia o natężeniu ruchu nie sprawdziły się. Doprowadziło to do bankructw prywatnych firm, a wiele kosztów i tak musiało ponieść społeczeństwo.
Płatna droga ekspresowa South Bay w Kalifornii, będąca własnością australijskiego banku inwestycyjnego Macquarie Capital, zbankrutowała w 2010 r. W następstwie postępowania w sądzie upadłościowym amerykańscy podatnicy, którzy dotowali przedsięwzięcie poprzez kredyty federalne, ponieśli 42% kosztów. Płatna droga Camino Colombia w Teksasie także zbankrutowała, gdy mniejszy od zakładanego ruch nie przyniósł wpływów wystarczających do spłaty inwestorów. W 2004 r. została sprzedana na licytacji. Główny wierzyciel drogi, John Hancock Life Insurance, kupił Camino Colombia za 12 mln dolarów, rok później zmienił plany i odsprzedał ją teksańskiemu Wydziałowi ds. Transportu za 20 mln dolarów.
Chociaż społeczeństwo pokryło sporą część kosztów nieudanych przedsięwzięć opartych na opłatach drogowych, lobbyści PPP nakłaniają do stworzenia nowego systemu finansowania. Na nowo napisali prawo stanowe w Alabamie, Arizonie, Kalifornii, Georgii, Illinois, Luizjanie, Oregonie, Teksasie i na Florydzie, żeby zbliżyć się do modelu „płatności za dostępność”. System ten jest podobny do dzierżawy – stan płaci prywatnemu deweloperowi za utrzymanie drogi do użytku publicznego. Środki na ten cel pochodzą bezpośrednio z wpływów z akcyzy na paliwo i innych podatków zamiast z bezpośrednich opłat od kierowców. Taki system chroni deweloperów przed ryzykiem związanym z finansowaniem płatnych dróg, ponieważ właściciele dróg nie muszą już szacować natężenia przyszłego ruchu czy makroekonomicznych tendencji, na które nie mają wpływu. Posiadają bowiem gwarancję finansowania bezpośrednio z kasy stanu przez okres kilku dekad.
Pomimo że PPP reklamuje się jako wykorzystywanie potencjału prywatnych rynków kapitałowych do inwestowania w infrastrukturę publiczną, w rzeczywistości inwestorzy PPP po prostu otrzymują ogromne państwowe dotacje. Na przykład spółki prywatne budujące przedsięwzięcia autostradowe w tej formule standardowo spodziewają się, że stany udzielą im uprawnień do emisji obligacji w celu sfinansowania ich działalności. W przeciwieństwie do zadłużania się na prywatnych rynkach kapitałowych odsetki od tych obligacji są zwolnione z podatków federalnych, ponieważ wpływy z nich zostaną wykorzystane do budowy dóbr użyteczności publicznej, a nie przedsięwzięć służących jedynie prywatnym osobom czy grupom. Obligacje nie są opodatkowane, więc dłużnik może uzyskać środki niższym kosztem. Taka forma finansowania jest zatem z założenia ulgą podatkową dla banków inwestycyjnych i korporacji podpisujących umowę PPP. Amerykańskie Ministerstwo Transportu standardowo przyznaje również kredyty deweloperom PPP na mocy ustawy o finansowaniu infrastruktury transportowej i innowacji (TIFIA). Kredyty przyznawane na tej podstawie zapewniają spółkom znacznie niższe odsetki i elastyczniejsze warunki spłaty niż te dostępne na prywatnych rynkach kapitałowych – ponieważ po raz kolejny dotuje je społeczeństwo.
Krótko mówiąc, spółki PPP mają obecnie niemal zagwarantowane zyski z inwestycji. Odejście od opłat drogowych oraz częstsze korzystanie z modelu płatności za dostępność oznacza, że inwestorzy PPP nie muszą się już martwić o natężenie ruchu ulicznego. Gwarantowane płatności z tytułu dzierżawy, niskie odsetki od kredytów dotowanych przez rząd, a także obligacje zwolnione z opodatkowania – oznaczają pewność profitów.
Jednocześnie partnerstwa publiczno-prywatne stwarzają nowe rodzaje ryzyka dla rządu i społeczeństwa. Złożone zobowiązania umowne, stworzone, aby chronić prywatne zyski, dają spółkom prywatnym ogromne możliwości, wiążąc ręce władzom stanowym. Z niedawnego raportu na temat partnerstw publiczno-prywatnych Kalifornijskiego Urzędu Analiz Ustawodawczych wynika, że pozwalając prywatnym korporacjom na posiadanie udziału finansowego w infrastrukturze publicznej, rząd naraża się na większe prawdopodobieństwo nieprzewidzianych wyzwań, podczas gdy jego „elastyczność” w radzeniu sobie z tymi wyzwaniami jest ograniczona.
Układ infrastrukturalno-przemysłowy
Biorąc pod uwagę wysokość potencjalnych zysków, wpływowe spółki zainwestowały wiele czasu i środków, aby przyjąć ustawy PPP w ponad 30 stanach. Garstka międzynarodowych firm budowlanych, banków inwestycyjnych i spółek private equity dominujących na rynku PPP przeznacza co roku miliony na lobbing w najważniejszych amerykańskich stanach. Poza kupowaniem projektów ustaw dopuszczających prywatyzację autostrad rozszerzają obecnie zakres działalności na prywatyzację inwestycji publicznych (takich jak np. budynki sądów), garaży parkingowych, systemów urządzeń pomiarowych i inną tzw. infrastrukturę społeczną.
Prestiżowe kancelarie prawne pracują nad wprowadzaniem ustaw dotyczących partnerstw publiczno-prywatnych w wielu stolicach stanów. W Los Angeles kancelaria prawna Nossaman LLP na swojej stronie internetowej stwierdza wprost, że nasz model ustawy PPP jest dla ustawodawców na poziomie lokalnym, regionalnym i stanowym wartościowym punktem odniesienia. Znaczna część dochodów kancelarii Nossaman pochodzi z doradzania inwestorom prywatnym i firmom budowlanym startującym w przetargach na kontrakty PPP, dlatego kancelarii zależy, żeby ustawy o PPP zostały uchwalone w jak największej liczbie stanów. Mając poparcie głównych wykonawców w przetargach PPP, Amerykańska Rada Wymiany Legislacyjnej (ALEC), konserwatywna organizacja wspierająca korporacje, która stara się przepchnąć modelowe projekty ustaw parlamentach stanowych w całym kraju, lobbuje obecnie na rzecz partnerstw publiczno-prywatnych. Grupa poparła projekt ustawy stanowej o powołaniu partnerstwa publiczno-prywatnego, który przedstawiony został przez wiceprezesa australijskiego banku inwestycyjnego Macquarie Capital. Macquarie jest członkiem korporacyjnym rady ALEC.
Część urzędników rządowych często przemawia na konferencjach branżowych, promując PPP. Na przykład w październiku 2012 r. José Luís Moscovich z Zarządu Transportu San Francisco wygłosił wykład przed uczestnikami Konferencji Finansowej Posiadaczy Obligacji West Coast na temat drogi Presidio Parkway, sprywatyzowanej na mocy 30-letniej umowy z niemiecką firmą budowlaną Hochtief i francuskim bankiem inwestycyjnym Meridiam. Byli urzędnicy rządowi są także zaangażowani w promocję PPP – pracując w spółkach prywatnych lub dla think tanków. Dale Bonner, szef stanowej Agencji ds. Biznesu, Transportu i Mieszkalnictwa za rządów byłego gubernatora Kalifornii Arnolda Schwarzeneggera, pracuje teraz dla Cal-Infra Advisors Inc. – firmy lobbingowej i konsultingowej współpracującej z deweloperami stającymi do przetargów PPP. Dale Bonner promuje model PPP także jako starszy doradca w Milken Institute. W 1989 r. fundacja Reason Foundation, prawdopodobnie intelektualna kolebka prywatyzacji w ramach PPP, pomogła w sporządzeniu pierwszej ustawy PPP w Kalifornii. Od 2009 r. wiceprezes ds. strategii tej fundacji zasiada w Kalifornijskiej Komisji Doradczej ds. Infrastruktury Publicznej, organie stanowym odpowiedzialnym za wytypowanie projektów drogowych do prywatyzacji. Reason Foundation jest również członkiem korporacyjnym rady ALEC.
Inwestorzy PPP utworzyli nawet własne ogólnokrajowe stowarzyszenie zawodowe – Krajową Radę na rzecz Partnerstw Publiczno-Prywatnych (NCPPP), która opracowała „narzędzia legislacyjne” dla ustawodawców stanowych. NCPPP rozprowadza też materiały prasowe, które mają przekonać dziennikarzy, że wcale nie jest tak, że gdy do gry wchodzi sektor prywatny […] w ostatecznym rozrachunku obywatele muszą zapłacić za usługi więcej oraz że to nieprawda, iż spółki prywatne, świadcząc usługi, idą po linii najmniejszego oporu, aby zwiększyć zyski.
Interes publiczny
Pomimo wpływów zwolenników PPP prywatyzacja infrastruktury publicznej nie jest w USA czymś oczywistym. Wiele problemów i złe doświadczenia związane z prywatyzacjami osłabiają społeczną akceptację i poparcie władz. Zamówienia publiczne w formule PPP są droższe. Stwarzają tyle samo nowych rodzajów ryzyka dla społeczeństwa, ile rzekomo eliminują. Do tego dochodzi kwestia oporu ze strony różnych instytucji – stanowe i miejscowe agencje transportu korzystają z modelu projekt → oferta → budowa od ponad stu lat. Przejście na model PPP wymaga złożonych zmian w prawie i przekształcenia procedur rządowych, a także wielu nowych kompetencji od urzędników stanowych, a żadne z nich nie zachodzą bez ogromnych nakładów czasu i pracy.
Pomimo tych przeszkód zwolennicy prywatyzacji odnieśli znaczące zwycięstwa w Teksasie, Wirginii, Illinois, na Florydzie i ostatnio w Kalifornii. Zarząd Zawodowych Inżynierów w Kalifornii złożył pozew, żeby zablokować przekształcenie drogi Presidio Parkway, która kosztować miała pół miliarda dolarów, w przedsięwzięcie PPP, którego koszt miałby wynieść ponad miliard dolarów. Wbrew temu, że argumentację prawną związku podjęły dwie agencje rządowe, które wyraziły wątpliwości co do zagwarantowania w kalifornijskiej ustawie o PPP z 2009 r. możliwości korzystania z płatności za dostępność, sędzia orzekł na niekorzyść związku i zezwolił na kontynuowanie przedsięwzięcia.
Kalifornijski Urząd Analiz Ustawodawczych (LAO) skrytykował urzędników ds. transportu, którzy zatwierdzili przekształcenie Presidio Parkway w przedsięwzięcie PPP, zwracając w raporcie z listopada 2012 r. uwagę, że prywatyzacja drogi może kosztować podatników dodatkowe 140 mln dolarów, ale ta analiza niemal nie została odnotowana w stanowych mediach. Poza związkiem i LAO ani społeczeństwo, ani organizacje nadzorujące nie zgłosili sprzeciwu. Urzędnicy kalifornijscy planują prywatyzację jeszcze czterech autostrad w rejonie Los Angeles, jednak nie wygląda na to, żeby plany te miały spotkać się ze zorganizowanym sprzeciwem.
Grupa Badawcza Interesu Publicznego Ohio (PIRG) opublikowała ostatnio badanie krytykujące plany prywatyzacji Ohio Turnpike, 241-milowej płatnej drogi obsługiwanej i będącej własnością publiczną, podważając tezę, iż prywatyzacja przyniesie środki, które można od razu zainwestować w inne stanowe drogi. Badacze PIRG stawiają też pytania dotyczące planów prywatyzacji w innych stanach: jeżeli pewne działania przynoszą oszczędności, to dlaczego władze stanowe nie mogą robić tego samego co operator prywatny? W jaki sposób umowa z operatorem prywatnym może ograniczyć możliwości stanu związane z usprawnieniem równorzędnych dróg publicznych? Jakie trudności mogą wyniknąć, gdy kierowcy, próbując uniknąć wyższych opłat, zaczną korzystać z pobliskich dróg bezpłatnych?
Zorganizowany sprzeciw wobec partnerstw publiczno-prywatnych na skalę stanu i kraju, przeciwstawiający się układowi infrastrukturalno-przemysłowemu, stworzonemu przez zwolenników PPP, aktualnie nie istnieje. Sprzeciw wobec prywatyzacji infrastruktury w USA jest fragmentaryczny i niekonsekwentny, więc przedsięwzięcia PPP są często realizowane z pominięciem jakiejkolwiek krytycznej analizy.
Być może powodem jest względnie wczesny etap i niewielka skala przedsięwzięć PPP, z których jedynie ok. 377 ukończono w USA – w porównaniu do dziesiątków tysięcy dróg finansowanych w tradycyjny sposób. Jedynie niewielki ułamek infrastruktury transportowej został tam przekazany inwestorom prywatnym. Względny brak sprzeciwu wynika również ze złożonosci transakcji PPP – umowy dotyczą wielu banków wierzycieli, inwestorów private equity, licznych doradców prawnych i technicznych, setek stron wiążących zobowiązań oraz niejasnych zapisów określających należności płatne podczas obowiązywania koncesji.
Oprócz tego urzędnikom i społeczeństwu można wmówić, że sposobem na rozwiązanie problemów budżetowych rządu jest korzystanie z kapitału prywatnego przy budowie infrastruktury. W każdym razie w miarę jak różne stany wprowadzają plany prywatyzacji autostrad i innych elementów infrastruktury, pojawiają się kontrowersje związane z warunkami finansowymi, nowymi rodzajami ryzyka dla społeczeństwa oraz przekonaniem, że PPP w rzeczywistości nie odciążają budżetu, a wręcz mogą go jeszcze bardziej obciążać.
Tłum. Anna Kleina
Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim czasopiśmie „Dollars & Sense” (listopad/grudzień 2012). Na potrzeby przedruku poczyniono niewielkie skróty oraz zrezygnowano z ramek opisujących wybrane przykłady, zrozumiałe jedynie przy znajomości amerykańskiej specyfiki.