Dwa młoty na liberalne czarownice

Najlepszy przewodnik po tym, co stało się w Wielkiej Brytanii w zeszłym tygodniu, został wydany w 1944 r. Jego autorem był polski ekonomista – w taki sposób Aditya Chakrabortty, główne pióro ekonomiczne angielskiego dziennika „Guardian”, złożył w styczniu na łamach tej gazety hołd jednemu z najbardziej oryginalnych myślicieli ekonomicznych XX w., Michałowi Kaleckiemu. Chakrabortty pisał te słowa z myślą o ataku rządu torysów na osłony socjalne i prawa pracownicze, którego intencją jest obniżenie kosztów siły roboczej.

Myśli Kaleckiego oraz Johna Maynarda Keynesa wracają do świadomości ekspertów w obliczu kolejnej fali kryzysu. Wydane przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne dwie książki – „Rozwiązanie Keynesa” autorstwa Paula Davidsona oraz „Michał Kalecki” Julio G. Lópeza i Michaëla Assousa – dobitnie ilustrują przyczyny tej nowej fali. Kalecki i Keynes, pracując rozłącznie i w nieco inny sposób, sformułowali podobne teorie dotyczące wyjścia z kryzysu – a rzeczywistość zdawała się je potwierdzać. W niektórych aspektach ich spostrzeżenia pokrywały się całkowicie, choć byli ich niezależnym twórcami. Dla Kaleckiego lektura „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, opublikowanej przez Keynesa w 1936 r., była początkowo szokiem – książka opisywała dokładnie jego własne przemyślenia.

Kalecki przyznał: [Po przeczytaniu „Ogólnej teorii…”] byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, kiedy pochodzą od niego […]. To mnie podniosło na duchu.

O jakich ideach myślał Kalecki? W latach 30., podobnie jak dzisiaj, wielką przeszkodą w wyjściu z kryzysu była doktryna szkodliwości państwowej interwencji w procesy gospodarcze. Davidson oraz López i Assous wskazują, iż w czasie niepewnej koniunktury rośnie ryzyko, co przyczynia się do wstrzymania inwestycji przez przedsiębiorstwa. Kluczowym problemem jest wówczas niepewność, która nie pozwala rozwijać mocy produkcyjnych przy ryzyku niedostatecznej chęci i zdolności do zakupu nowych towarów przez konsumentów. Konwencjonalna liberalna teoria ekonomiczna nie chce tego przyjąć do wiadomości. Jak pisze Davidson: W typowym stylu obwiniania ofiar za problemy, teoria klasyczna zawsze sugerowała, że za trwałe bezrobocie odpowiada wojowniczość robotników odrzucających rynkową stawkę płacy, która pozwoliłaby na osiągnięcie pełnego zatrudnienia. Kalecki i Keynes wykazali, dlaczego w warunkach silnej dekoniunktury polityka braku interwencji państwa w gospodarkę jest strategią powolnego samobójstwa.

Droga ekonomisty

Obaj mieli ze sobą styczność przed i w trakcie wojny. To Keynesowi w głównej mierze zawdzięcza Kalecki zatrudnienie w Cambridge i Oxfordzie. Te dwie wielkie postaci wiele różniło. Kalecki był cudzoziemcem, ekonomistą-samoukiem, znacznie mniej znanym niż Keynes – szanowana postać angielskiej socjety i bohemy, członek artystyczno-towarzyskiej grupy Bloomsbury, do której należała m.in. Virginia Woolf.

Kalecki zmagał się z problemami materialnymi i nie mógł zdobyć formalnego wykształcenia. Początkowo chciał zostać inżynierem, jednak musiał przerwać studia i podjąć pracę. W 1929 r. został zatrudniony w Instytucie Badania Koniunktur i Cen w Warszawie i pracował tam przez większość lat 30. Miał więc wtedy – podobnie jak później, pracując w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym – dostęp do twardych danych statystycznych, co z pewnością wpłynęło na rzetelność stawianych przez niego hipotez.

Do Anglii przybył w roku 1936, pozostając na wyspie również w czasie wojny. Był wtedy zaliczany do ekonomistów z grupy „rewolucji keynesowskiej”, intensywnie publikując prace związane z tym nurtem. Stosunek Keynesa do Kaleckiego był ambiwalentny. Z jednej strony doceniał wagę jego przemyśleń, pomógł mu również znaleźć zatrudnienie, z drugiej – miał jednak sporo zastrzeżeń do jego metody badawczej, która wydawała mu się niejasna. Gdy wybuchła wojna, to jednak koncepcja Kaleckiego dotycząca jej finansowania (zwiększenie deficytu budżetowego) przeważyła nad pomysłem, który starał się wprowadzić Keynes (przymusowe oszczędności obywateli).

Keynes zmarł krótko po II wojnie światowej, zaś Kalecki po dekadzie spędzonej za Atlantykiem w biurze Organizacji Narodów Zjednoczonych powrócił w połowie lat 50. do kraju. Początkowo pracował w PAN oraz przy planowaniu gospodarczym, jednak krytyka jego zaleceń przez komunistycznych ekonomistów spowodowała odsunięcie go od wpływu na kształtowanie polityki gospodarczej. Znalazł za to miejsce w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, gdzie jego wykłady cieszyły się ogromną popularnością. Będący samoukiem Kalecki przedstawiał podczas nich niemal wyłącznie własne teorie i przemyślenia, nie czując potrzeby posiłkowania się wkładem innych ekonomistów. Cytowany przez Lópeza i Assousa noblista Robert Solow napisał: Wydaje się, jakby Michał Kalecki wyłonił się sam z siebie, w pełni rozwinięty, a jego ważne dzieło z dziedziny makroekonomii jest napisane nie w opozycji wobec ortodoksji owego czasu, lecz całkowicie niezależnie od niej.

Niestety niewielu ekonomistów wykształconych w erze dominacji neoliberalizmu miało okazję zaznajomić się z tymi dziełami. Sam Kalecki, nie wykładający na uczelni po marcu 1968, zmarł w roku 1970, zaś jego myśl praktycznie zniknęła ze światowego obiegu. Jak pokazuje cytat z dziennika „Guardian”, kryzys daje szansę na zmianę tego stanu rzeczy. W książce „End This Depression Now” noblista Paul Krugman obok Johna Maynarda Keynesa i Hymana Minsky’ego wymienia właśnie Polaka jako ekonomistę, który najlepiej opisał mechanizmy kryzysu i ożywienia gospodarczego. Oczywiście pierwsze miejsce wśród inspiracji dla przeciwników polityki cięć oszczędnościowych zajmuje słynny Anglik. Sława Keynesa, jego pozycja społeczna za życia, jak również miejsce pochodzenia z pewnością miały na to duży wpływ. Warto również dodać, iż prace Keynesa w swej wymowie mniej radykalnie odchodziły od ortodoksji wolnorynkowej. Różniły ich także nieobecna u Keynesa teoria podziału dochodu narodowego czy wyznaczanie przez Kaleckiego „stopnia monopolizacji”, powiązanego z płacami robotników.

Grosz wydany to grosz zarobiony

Łączyło ich jednak przekonanie, iż dla wyjścia z kryzysu potrzebne jest zwiększenie efektywnego popytu (tj. chęci zakupu popartej siłą nabywczą) dzięki wydatkom rządowym. Kalecki i Keynes wykazali fundamentalne znaczenie efektywnego popytu w fazie dekoniunktury gospodarczej w celu przezwyciężania jej i wyjścia z kryzysu. Efektywny popyt wyznacza wielkość zamówień w przemyśle i handlu, zatem im mniejsza chęć i zdolność wydawania pieniądza w procesie gospodarczym, tym mniej będzie produkowanych i dostarczanych nowych dóbr i usług. W czasie kryzysu popyt ten maleje: przedsiębiorstwa nie inwestują (nie składają zamówień u podwykonawców) w obawie przed zbyt niską siłą nabywczą konsumentów. A ta spada w okresie dekoniunktury, bo pracownicy otrzymują niższe płace lub są zwalniani. Nie są w stanie kupować większej ilości dóbr i usług, starając się oszczędzać. To jeszcze bardziej zwalnia proces obiegu pieniądza – koło recesji jest zamknięte. Z tego zaklętego kręgu można wyjść niemal wyłącznie dzięki państwowej interwencji: zwiększeniu wydatków rządowych.

W obecnej fali kryzysu, po roku 2008, podjęto nieśmiałe próby interwencji, jednak głównie w dziedzinie polityki pieniężnej. Jak przewidział Kalecki (różniąc się nieco od Keynesa), rozluźnienie polityki pieniężnej w okresie dekoniunktury może mieć tylko nikłe znaczenie. Zwiększenie bazy monetarnej i niższe stopy procentowe nie pomogły dźwignąć się transatlantyckim gospodarkom na przedkryzysowe poziomy wzrostów. Słaba akcja kredytowa, spowodowana niechęcią do ryzyka, spowodowała, iż pieniężny impuls nie był odczuwalny. Jedyną naprawdę pewną metodą zwiększenia popytu jest stymulacja fiskalna: państwowe wydatki (zamówienia) uruchamiające proces inwestycyjny w prywatnych przedsiębiorstwach, zwiększające zatrudnienie i produkcję. Wzrost wydatków państwa ma zatem w tych warunkach pozytywny wymiar gospodarczy i ogólnospołeczny. Jak to ujął Davidson: grosz wydany to grosz zarobiony. Emitując papiery dłużne, rząd ściąga zamrożony, nieskłonny do ryzyka kapitał i wpuszcza go do gospodarki, dając zarobić krajowym przedsiębiorstwom i pracownikom.

Kalecki miał jeszcze inne spostrzeżenie dotyczące popytu i podaży: pracownicy wydają tyle, ile zarabiają, kapitaliści zarabiają tyle, ile wydają. Tym samym wielkość popytu oraz wielkość produkcji i zatrudnienia są ze sobą w oczywisty sposób związane. Zmniejszenie produkcji w warunkach dekoniunktury wydaje się być naturalne i racjonalne dla przedsiębiorstw, jednak skutkiem takich działań jest pogłębienie recesji. López i Assous wyjaśniają, iż według Kaleckiego fluktuacje wynikają głównie z fal optymizmu i pesymizmu, co opisał w swej książce z 1943 r. („Studies in Economic Dynamics”), chociaż zarys teorii cyklu koniunkturalnego przedstawił już w 1933 r. Modele Kaleckiego opisywane (również wzorami) przez Lópeza i Assousa uwzględniały przesunięcia czasowe: […] decyzje inwestycyjne są przyczyną opóźnień relacji w dwóch kierunkach: jeżeli inwestycje rosną, to pociągają za sobą wzrost zarówno zysków, jak i kapitału; większe inwestycje zwiększają popyt i zyski oraz będą pobudzać do podejmowania dalszych decyzji inwestycyjnych, ale rosnący zasób kapitału wywoła tendencję do obniżki stopy zysku i będzie wywierał ujemny wpływ na decyzje inwestycyjne. To właśnie wzajemna zależność tych dwóch przeciwstawnych tendencji wywołuje ruch cykliczny. Wcześniej czy później stopa wzrostu jednej z nich weźmie górę nad drugą i zostanie osiągnięty punkt zwrotny. Innymi słowy coraz lepsza koniunktura pozwala na większe zyski, czym zachęcone przedsiębiorstwa przeinwestowują, gdyż z czasem dodatkowe zyski okazują się być mniejsze. Wtedy przedsiębiorstwa ograniczają inwestycje.

Takiego ujęcia problemu cykliczności nie znajdziemy u Keynesa, podobnie jak teorii podziału dochodu. Według niej udział płac w wartości tworzonej przez dany sektor jest wyznaczany przez „stopień monopolizacji” (będący relacją między cenami a kosztami) oraz relację między udziałem płac a kosztami zmiennymi materiałów. Dzięki tej teorii widoczna jest siła kapitalistów i robotników, co z kolei w czasie dekoniunktury ma swoje przełożenie na efektywny popyt, rozmiary produkcji i zatrudnienia.

Kalecki pokazuje znaczenie swej teorii, odnosząc się do hipotetycznej sytuacji, w której jakimś sposobem zadziałają rozwiązania postulowane przez zwolenników „cięć”. Twierdzą oni, że wskutek redukcji płac robotników i urzędników oraz obniżenia podatków produkcja rusza pełną parą, zwiększając maksymalnie zatrudnienie. Kalecki ripostuje: Czy kryzys został w ten sposób już przezwyciężony? Nie, gdyż wyprodukowane towary trzeba jeszcze sprzedać. Otóż ogólna produkcja znacznie wzrosła, a wskutek podniesienia się cen w stosunku do płac jeszcze silniej wzrosła część produkcji stanowiąca ekwiwalent zysków (wraz z amortyzacją) kapitalistów (przedsiębiorców i rentierów). Na tym nowym wyższym poziomie równowaga może być utrzymana tylko wtedy, gdy ta ostatnia część wyprodukowanych towarów, nie skonsumowana przez robotników i urzędników, zostanie w całości zakupiona przez kapitalistów za ich zwiększone zyski pieniężne, słowem – gdy kapitaliści wszystkie swe nowo osiągnięte zyski wydadzą niezwłocznie na konsumpcję albo na inwestycje. Tak się jednak nie dzieje.

Konsumpcja kapitalistów nie jest tak bardzo uzależniona od ich dochodu – w przeciwieństwie do konsumpcji robotników, którzy wydają tyle, ile zarabiają. Zatem popyt konsumpcyjny nie rośnie wystarczająco, aby zrównoważyć nowy poziom produkcji (podaży). Ewentualne decyzje inwestycyjne zaś są poddane przesunięciom czasowym (decyzja → zamówienie → produkcja → dostarczenie). Tym samym dodatkowe zyski kapitalistów zmieniają się w oszczędności – pieniądz nie pracuje. Dodatkowy produkt jest niesprzedany, a ceny spadają, przekreślając znaczenie zmniejszania kosztów pracowniczych. Powraca bezrobocie i spada produkcja. Raz jeszcze widzimy znaczenie efektywnego popytu, bez którego gospodarka popada w stagnację. Obniżanie płac robotników to pułapka, przestrzega Kalecki. Realny dochód kapitalistów nie wzrasta, ale realny dochód robotników spada – podsumowuje. W tym punkcie różnił się nieco od Keynesa.

Państwo i ład ekonomiczny

Skoro jednak w czasie kryzysu najważniejszy jest problem efektywnego popytu, a jego rozwiązaniem jest zwiększenie wydatków rządowych, to jak państwo i gospodarka mogą sobie poradzić z przyrostem długu?

Davidson przypomina, iż od powstania Stanów Zjednoczonych państwo to, poza krótkim okresem w latach 30. XIX w., było permanentnie zadłużone. Nie przeszkodziło to jednak obywatelom odczuwać z pokolenia na pokolenie coraz wyższego standardu życia. W roku 1929, gdy nastąpił krach finansowy na Wall Street, relacja długu do PKB wynosiła zaledwie 16%. To niewielkie zadłużenie państwa nie zatrzymało spirali dekoniunktury spowodowanej załamaniem zaufania, spadkiem produkcji i wzrostem bezrobocia. Polityka nieinterwencji spowodowała, iż przychody podatkowe spadły aż o połowę między rokiem 1930 a 1932. Kiedy w 1936 r., w czasie Nowego Ładu prezydenta Franklina D. Roosevelta, dług publiczny wynosił 40% PKB, podniósł się alarm ze strony środowisk wielkiego biznesu, w efekcie którego prezydent zmienił politykę na oszczędnościową. Rezultaty były fatalne: rok 1937 był rokiem potężnego nawrotu kryzysu. W jego wyniku Roosevelt powrócił do działań i wizji z pierwszej kadencji.

Po II wojnie światowej zadłużenie państwa dochodziło do niemal 120% PKB, jednak, pisze Davidson, zamiast doprowadzić naród do bankructwa, ten wysoki dług publiczny łączył się z rozkwitem gospodarki. Chociaż społeczeństwu żyło się znacznie lepiej, to iluzja długu pieniężnego jako czynnika jednoznacznie negatywnego oddziaływała na część opinii publicznej w zaskakująco znajomy dla nas sposób. Autor wspomina, iż w latach powojennych pomimo gospodarczego sukcesu USA zdarzało się nawet z ust jego własnego ojca słyszeć, iż on i przyszłe pokolenia będą musiały spłacać „długi Roosevelta”.

Davidson ukazuje, dlaczego grosz zaoszczędzony nie jest groszem zarobionym w przypadku gospodarki w skali makro. Warto jednak poczynić zastrzeżenie, iż Stany Zjednoczone są krajem szczególnym, w którym bank centralny w ostatnich latach nie boi się skupywać części obligacji państwowych, tym samym finansując dług państwa. Wbrew oczekiwaniom monetarystów („jastrzębi”), a zgodnie z prawami gospodarczymi, większy dodruk pieniądza wcale nie spowodował inflacji ani utraty zaufania do obligacji, które cieszą się popularnością wśród inwestorów. Również w Polsce widzimy, iż koszt obsługi zadłużenia jest wyjątkowo niski. Oba zjawiska wynikają z faktu, że w warunkach niepewności „dodruk pieniądza” nie musi wyradzać się w inflację pieniężną przy zastoju inwestycyjnym i kredytowym oraz niewykorzystanych zdolnościach wytwórczych. Obligacje, nawet dające niski procent, stają się bezpieczną przystanią na niepewne czasy.

López i Assous przypominają, że Kalecki przed Keynesem wskazywał, iż to właśnie z deficytu budżetowego powinien pochodzić impuls do zwiększenia popytu. W swej teorii natychmiast przyznał wydatkom państwa ważne miejsce jako dodatkowemu źródłu popytu, podkreślając dodatkową zaletę deficytu budżetowego w roli, jaką odgrywa w określaniu łącznych zysków. Co więcej, uważał on, że deficyty budżetowe mogą być niezbędne jako stała cecha kapitalizmu z pełnym zatrudnieniem, a nie tylko jako ostateczny środek stosowany jedynie w okolicznościach kryzysowych.

Kalecki, zgodnie ze swą manierą odpierania potencjalnych kontrargumentów przedstawionej tezy, udowodnił, iż wzrost deficytu nie musi przekładać się na wzrost stopy procentowej. Główna jednak wątpliwość wyrażana względem teorii Kaleckiego zawierała się w założeniu, iż rosnący dług spowoduje nadmierne obciążenia spowodowane koniecznością jego obsługi i w ten sposób ograniczy pole manewru polityki fiskalnej. Co na to Kalecki? Zauważył, że równocześnie ze wzrostem długu rośnie w wyniku postępu technicznego i wyższego zatrudnienia także dochód narodowy. To sprawia, iż finansowanie długu nie musi stać się powodem do wyrzeczeń. Kalecki proponował również bezbolesny dla gospodarki i nieuszczuplający dochodu mechanizm podatku majątkowego lub też formę modyfikacji podatku dochodowego, który to pomysł pochwalił w liście do niego Keynes.

López i Assous podsumowują argument Kaleckiego: […] kiedy istnieją niewykorzystane zdolności wytwórcze, a polityka pieniężna jest odpowiednia, wzrost deficytu budżetowego wywołuje wzrost zysków i poziomu aktywności gospodarczej w krótkim okresie, co pobudza również wzrost gospodarki w średnim i długim okresie. Po wojnie to rozumowanie zostało przyjęte przez sterników spraw gospodarczych USA i Europy. Dwadzieścia lat później gospodarki krajów rozwiniętych rozwijały się naprawdę szybko, unikając dramatycznych spowolnień. Działo się to pomimo niespełnienia warunków rzekomych antykryzysowych polityk postulowanych przez ekonomię klasyczną (czyli braku płacy minimalnej i związków, przy konkurencji doskonałej). Zatrudnienie w krajach Zachodu było w zasadzie pełne, zaś gazety drukowały wiele stron ogłoszeń z ofertami pracy. Państwa złotej ery powojennego obszaru transatlantyckiego uosabiały dążenie do ideału harmonii interesów społecznych, oddalając się mentalnie i materialnie od scenariusza „walki klas”. Davidson pokazuje przykład USA w latach 1961–1968, gdy społeczny konsensus pozwolił na de facto eliminację bezrobocia i podwyższający się standard życia, chociaż analogiczne procesy miały miejsce również w Europie Zachodniej: […] ceny były utrzymywane w ryzach za pomocą płacowo-cenowej polityki „wytycznych”, która wymagała, aby podwyżki płac były powiązane ze wzrostami produktywności. Wskazówki te były całkowicie dobrowolne. Nie istniały żadne pieniężne nagrody lub kary, aby wymusić odpowiednie zachowania robotników i kadry zarządzającej. […] Te dobrowolne wskazówki działały przez prawie 8 lat. Realny [po odliczeniu inflacji – przyp. K.M.] PKB wzrósł o 34%, a indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych o niespełna 13%.

Polityka liberalizacji zaczęła niszczyć te trwałe fundamenty wzrostu. Dla nowej polityki gospodarczej potrzebna była nowa-stara myśl ekonomiczna, neutralizująca idee, które rządziły złotym ćwierćwieczem.

Zbękarcona spuścizna

Po II wojnie światowej wydawało się, że myśl ekonomiczna tych dwu osobowości (z naturalnym wskazaniem na Keynesa) będzie panowała jeszcze bardzo długo. Tak się jednak nie stało. W dość niezwykły sposób doszło do tego, co współpracowniczka Keynesa i Kaleckiego, prof. Joan Robinson, nazwała „zbękarceniem” myśli keynesowskiej. Na końcu tej długiej drogi doszliśmy do czasów obecnych, gdy tzw. neokeynesiści zgadzają się w większości ze swoimi liberalnymi kolegami-ekonomistami, wspólnie okupując stanowiska naukowo-dydaktyczne na uczelniach. Tymczasem wierni myśli Keynesa i Kaleckiego postkeynesiści wraz z ekonomistami ewolucyjnymi i innym „drobiazgiem” tworzą grupę ekonomistów heterodoksyjnych, nie licząc na granty, stanowiska i miejsca w „prestiżowych” publikacjach, trwając pokątnie na niewielkiej liczbie uczelni. Oczywiście „heterodoksi” mogą się pochwalić przewidzeniem kryzysu i jego sumienną interpretacją – to jednak w niewielkim stopniu przesuwa ich z marginesu, na jakim ustawił ich ekonomiczny establishment.

Historia myśli ekonomicznej po wojnie to historia unieszkodliwienia keynesowskich idei przez działania zarówno ich przeciwników, jak i „zwolenników”. Paul Davidson podaje za przykład tego proces metamorfozy doktryny keynesowskiej poddanej niezwykłym zabiegom przez pierwszych mainstreamowych zwolenników jego myśli. Usunęli oni założenia Keynesa z „Ogólnej teorii…”, w zamian przyjmując założenia klasyczne (np. sztywność cen i płac). Oczywiście model keynesowski po przeróbce liberalnej nie ma sensu i tym łatwiej padł ofiarą krytyki. Niezwykle wpływowy „keynesista” Paul Samuelson sam przyznał, iż analizy z „Ogólnej teorii…” były dla niego nie do przełknięcia, zaś z przyjęcia klasycznych założeń czynił wręcz powód do dumy. Co więcej, swą pierwszą wiedzę na temat keynesizmu czerpał od kanadyjskiego ekonomisty Roberta Bryce’a, który uczęszczał na wykłady Keynesa. Problem w tym, że gdy Bryce zaczął rozpowszechniać wśród amerykańskich ekonomistów myśl Keynesa, sam nie przeczytał „Ogólnej teorii…”. Ta praca, stwierdza Davidson, nigdy nie została przyswojona przez ekonomię głównego nurtu.

Wkrótce nadszedł upadek zbękarconego keynesizmu, gdy w latach 70. Milton Friedman i inni ekonomiści klasyczni pokonali go, słusznie wytykając logiczną niekonsekwencję między klasycznymi podstawami tego „keynesizmu” a receptami w zakresie polityki gospodarczej. Model klasyczny-liberalny można bowiem przyjąć tylko z całym dobrodziejstwem inwentarza: od nierealistycznych założeń po mylne i szkodliwe, lecz spójne z założeniami recepty. Od tego momentu rozpoczyna się nowe podejście w formułowaniu polityk gospodarczych przez państwa. W latach 80. kolejna gałąź „keynesizmu” – nowa teoria keynesowska – znowu przyjmowała założenia klasyczne, co poddało ją miażdżącej krytyce neoklasycznego ekonomisty noblisty Roberta Lucasa.

Zbękarcone wersje keynesizmu nie miały odpowiedzi na nowe zjawiska takie jak stagflacja lat 70. i powoli oddały pola staro-nowej ekonomii liberalnej, w której rynki są racjonalne i znajdują się w stanie równowagi, zaś jedyną receptą z zakresu polityki gospodarczej państwa jest: nie mieszać się do rynku. Brak wiary w jakąkolwiek możliwość trwałego efektu działań fiskalnych spowodowała, że nawet zwolennicy obniżenia podatków przez pewien czas byli traktowani w mainstreamie ekonomii z podejrzliwością. Dopiero kryzys w XXI w. i konieczność stymulacji fiskalnej m.in. w USA i Niemczech w 2009 r. sprowadziły w obliczu zagrażającej katastrofy politykę gospodarczą nieco bliżej ziemi. Był to jednak tylko moment: już wkrótce obszar transatlantycki opanowała psychoza strachu przed zadłużeniem i działaniami wciąż nieuregulowanego sektora finansowego. Kryzys wciąż ma się dobrze, a nauki Kaleckiego i Keynesa odeszły do lamusa. Nie wiadomo na jak długo.

Wstęp i kurs zaawansowany

Książki Davidsona oraz Lópeza i Assousa stawiają przed czytelnikiem dwa różne wyzwania. „Rozwiązanie Keynesa” jest, pomimo ekonomicznego żargonu, książką stosunkowo łatwą do zrozumienia bez głębszej znajomości ekonomii. Jest to z pewnością zasługa wieloletniej praktyki Davidsona w niesieniu kaganka keynesowskiej oświaty w niesprzyjających okolicznościach. Jego argumentacja jest logiczna, gęsto okraszona porównaniami i przykładami, co pozwala czytelnikom przyswoić naprawdę sporą dawkę ważnej wiedzy ekonomicznej bez odczucia bólu głowy. Na zaledwie 174 stronach Davidson zawarł wszystko to, co naprawdę warto wiedzieć o problemach gospodarki i sposobach wyjścia z kryzysu. Jednocześnie „Rozwiązanie…” jest bardzo aktualne, równie zanurzone w odniesieniach do przeszłości, jak i w konkretnych wydarzeniach i wyzwaniach naszych czasów. W tym sensie jest to ciekawy przewodnik po rzeczywiście keynesowskiej odpowiedzi na kryzys.

Jak zauważa uczeń Kaleckiego, prof. Jerzy Osiatyński, autor słów wstępnych do obu książek, autorzy „Michała Kaleckiego” dołożyli starań, aby nie zaprezentować polskiego uczonego wyłącznie jako wynalazcy keynesizmu przed Keynesem, jak jest on często przedstawiany. López i Assous prezentują większość głównych teorii Kaleckiego, m.in. teorię podziału dochodu narodowego i teorię efektywnego popytu. Są one omawiane nie bardzo rozlegle, lecz dość szczegółowo. Dla czytelnika nie-ekonomisty dość hermetyczny, pozbawiony (w przeciwieństwie do Davidsona) publicystycznego zacięcia język może okazać się zbyt skomplikowany. Z drugiej strony trudno byłoby autorom zawrzeć choć skrótowe ujęcie modeli Kaleckiego na mniejszej liczbie stron. W pracy Lópeza i Assousa pojawiają się matematyczne wzory i wykresy, co czyni pracę bardziej atrakcyjną dla ekonomistów, lecz nieco mniej przejrzystą w odbiorze niż „Rozwiązanie Keynesa”.

Obie książki są jednak godne polecenia, przy czym Paul Davidson jest dobrym i wystarczającym wstępem dla bardziej zaawansowanego kursu, jaki oferują nam autorzy „Michała Kaleckiego”. W obu pracach poruszanych jest o wiele więcej ważnych zagadnień poza wspomnianymi w niniejszym omówieniu. Chodzi m.in. o rynki finansowe, handel międzynarodowy czy też rozwój krajów ubogich. Są to zagadnienia niemal równie istotne dla globalnego dobrobytu co refleksje dotyczące zatrudnienia, płac i produkcji w trakcie recesji. W głównym nurcie ekonomii z pewnością powinno się znaleźć miejsce na przemyślenia Michała Kaleckiego i Johna M. Keynesa dotyczące kryzysu. Polskie Towarzystwo Ekonomiczne po raz kolejny wydaje pozycje niezwykle wartościowe i aktualne, choć niezgodne z głównym nurtem. Miejmy nadzieję, iż za kilka lat nie będzie już śladu po smutnym okresie zapaści myśli ekonomicznej i że rola efektywnego popytu będzie oczywista dla kierujących polityką gospodarczą.

Julio López G., Michaël Assous, Michał Kalecki, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożył Adam Szeworski.

Paul Davidson,Rozwiązanie Keynesa. Droga do globalnej koniunktury gospodarczej, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożyli Paweł Kliber i Agata Kliber.

Obie książki można nabyć w internetowej księgarni wydawcy: www.ksiazkiekonomiczne.pl

Z Polską zrośnięty. W stulecie „Kultury a natury”

Róża Thun, prawnuczka Jana Gwalberta Pawlikowskiego, tak mówiła o swoim pradziadku: Był bardzo nowoczesny przez to, że żywo interesował się i przyswajał osiągnięcia innych zaczerpnięte z innych rejonów Europy, a nawet Ameryki. Wiedział, że innowacja, lepsze prawo i nowe lepsze rozwiązania lub produkty są prawie zawsze wypadkową dyskusji i spotkań znawców oraz specjalistów z różnych zakątków świata, a także porównania ich różnorodnych doświadczeń. Myślę, że bardzo cieszyłby się, gdyby mógł korzystać z tych wszystkich możliwości programów europejskich, które dzisiaj nam ułatwiają nie tylko codzienne życie, ale także finansują tego rodzaju sympozja czy konferencje, a co możliwe jest dzięki członkostwu Polski w Unii Europejskiej1.

Wydaje się, że wypowiedź ta może być przyczyną nieporozumień i fałszywych przeświadczeń. Co prawda dotyczy to jedynie kwestii rolnictwa czy ogrodnictwa, którymi Pawlikowski się zajmował, ale na podstawie zacytowanego fragmentu można odnieść generalne wrażenie, iż był on postacią wybitną, ponieważ przeszczepiał na rodzimy grunt pomysły zachodnie, do których dzięki swojemu obyciu i rozlicznym kontaktom potrafił szybko dotrzeć. Obrazuje to poziom klientelizmu i zakompleksienia, charakterystyczny dla współczesnej Polski. Nie do wyobrażenia bowiem jest dziś, aby tutaj, u nas, mogło powstać coś rzeczywiście wartościowego, ważnego nie tylko lokalnie.

Tymczasem Pawlikowski to twórca oryginalny, znający doskonale światowy dorobek zachodnich badaczy i myślicieli w różnych dziedzinach, którymi się zajmował, ale często wyprzedzający swoimi pomysłami trendy dominujące w jego czasach w świecie zachodnim. Niejednokrotnie przejmowano u nas niektóre koncepcje z Zachodu – nie szczędząc „ochów i achów” – jako najaktualniejsze, najmodniejsze, genialne, nie wiedząc, że identyczne pomysły Pawlikowski wysuwał kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy na Zachodzie dominował zupełnie inny sposób myślenia.

Stanisław Grabski w pośmiertnej nocie pisał o Pawlikowskim: Człowiek niezwykły, wielkiej naprawdę miary. W przedziwny jakiś sposób łączył on w sobie najrozbieżniejsze zamiłowania i uzdolnienia. Odziedziczony majątek ziemski Medykę doskonałą gospodarką znacznie powiększył. A równocześnie był pedagogiem, profesorem ekonomiki w Dublanach, redaktorem „Ekonomisty Polskiego”, prezesem Związku Naukowo-Literackiego, kierownikiem Szkoły Nauk Politycznych, protektorem sztuki zakopiańskiej, a za młodu i zapalonym taternikiem, głębokim badaczem mesjanizmu polskiego i poezji Słowackiego, gorącym propagatorem ochrony przyrody – przy tym zaś jednym z najwybitniejszych przed wojną kierowników polityki narodowej: prezesem Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego w Galicji i członkiem Komitetu Centralnego tajnej, trójzaborowej Ligi Narodowej. I co jest najrzadsze: tylu tak różnorodnymi sprawami się zajmując, nigdy niczego nie robił, nigdy o niczym nie myślał powierzchownie. Odruchowo nie znosił dyletantyzmu2. Zygmunt Wasilewski zaś pisał wprost, iż uważa Pawlikowskiego za jedną z najważniejszych postaci polskiej kultury przełomu wieków3.

***

Jan Gwalbert Pawlikowski urodził się 18 marca 1860 r. w Medyce4. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej, która wydała cały szereg znanych działaczy politycznych, gospodarczych, kulturalnych. Jego pradziad Józef Benedykt Pawlikowski (1770–1830) był burmistrzem Przemyśla, pionierem w zakresie nowoczesnego rolnictwa i ogrodnictwa, po nabyciu zaś Medyki miał uczynić z niej ośrodek gospodarczy i kulturalny wschodniej Małopolski. Jego syn, a dziadek Jana, Józef Gwalbert Pawlikowski (1793–1852), kontynuował działalność ojca na polu rolnictwa, sadownictwa i ogrodnictwa, prowadził ożywioną aktywność polityczną, pełnił również w związku ze swoją pasją kolekcjonerską obowiązki wicedyrektora Ossolineum. Wreszcie ojciec, Mieczysław Pawlikowski (1834–1903), to wicekomisarz Rządu Narodowego na wschodnią Galicję w latach 1864–1865, w związku z tym więziony; poeta, prozaik, publicysta i wielki miłośnik Tatr. W „Encyklopedii tatrzańskiej” czytamy, iż: Jako taternik dokonał m.in. pierwszego przejścia przez Zachodnie Żelazne Wrota oraz drugiego wejścia na Wysoką z pierwszym zejściem z niej przez Pazdury (w 1876 w towarzystwie Adama Asnyka, swego syna Jana Gwalberta oraz przew. Macieja Sieczki i in.). Śmiało można powiedzieć, że Jan Gwalbert większość swoich pasji i zainteresowań wyniósł z domu rodzinnego – to, czym będzie zajmował się przez niemal 80 lat życia, to poniekąd kontynuacja i rozwinięcie dzieła swoich antenatów.

W dzieciństwie z matką Heleną z Dzieduszyckich i bratem Tadeuszem (krytyk literacki, reżyser, dyrektor teatrów w Krakowie i Lwowie) przebywał w Szwajcarii, a od 1867 r. w rodzinnym majątku matki w Radziszowie pod Krakowem. W latach 1871–1878 uczęszczał do Gimnazjum św. Anny w Krakowie. Po jego ukończeniu zapisał się na Wydział Filozoficzny UJ, gdzie studiował historię, geografię i historię literatury, po niedługim czasie jednak za namową Józefa Szujskiego przeniósł się na prawo, które z przerwami – bo w 1884 r. przez jeden semestr pobierał nauki w Wiedniu, następnie w latach 1884–1885 w Halle zgłębiał tajniki chemii rolnej i agrotechniki – studiował w latach 1879–1885. Po uzyskaniu stopnia naukowego doktora prawa w 1885 r. kontynuował naukę w Wyższej Szkole Rolniczej w Dublanach (1885–1886), a w latach 1886–1887 w Hochschule für Bodenkultur w Wiedniu (ekonomika rolnictwa oraz uprawa roli i roślin) oraz na Uniwersytecie Wiedeńskim (ekonomia społeczna i statystyka). Po powrocie do kraju objął rodzinny majątek, którym następnie administrował do 1915 r. Jednocześnie został powołany na katedrę ekonomii społecznej Wyższej Szkoły Rolniczej w Dublanach, którą piastował do 1904 r., kiedy to musiał ją porzucić ze względu na pogarszający się wzrok.

Lata te to czas jego najbardziej intensywnego zaangażowania się w rolnictwo. Stał się spiritus movens powołania w Dublanach stacji doświadczalnych chemiczno-rolniczej i botaniczno-rolniczej. W latach 1891–1895 był członkiem redakcji, a od 1893 r. redaktorem „Ekonomisty Polskiego”, w którym prowadził stałe działy rolnicze, wiele artykułów na te tematy umieszczał także w „Nowej Reformie”, „Słowie Polskim”, „Rolniku”, „Kurierze Warszawskim” czy „Kurierze Poznańskim”. Opracował również wszystkie hasła rolnicze do wydanej w 1898 r. we Lwowie dwutomowej „Encyklopedii Macierzy Polskiej”. W latach 1897–1898 pełnił obowiązki wiceprezesa Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego we Lwowie, ponadto brał czynny udział w pracach zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych oraz Banków Parcelacyjnego i Melioracyjnego we Lwowie.

***

Wkroczył również w tamtym czasie w działalność polityczną. Już w latach studenckich jako członek redakcji akademickiego pisma „Przyszłość” dawał wyraz swej niechęci do polityki prowadzonej przez galicyjskich konserwatystów, zarzucając jej egoizm i koteryjność. To z pewnością spowodowało jego zbliżenie do narodowej demokracji, do której dość szybko się włączył, stając się jednym z jej prominentnych działaczy w Galicji5. W 1902 r. przystąpił do tajnej trójzaborowej Ligi Narodowej, w tym samym czasie zaczął też wspierać finansowo organ prasowy wszechpolaków, „Słowo Polskie”. W latach 1904–1905 natomiast współorganizował legalną strukturę ruchu endeckiego we Lwowie – Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe. Pełnił w nim kluczowe funkcje, najpierw wiceprezesa, a od 1907 r. prezesa.

Zygmunt Wasilewski odnosząc się do tej płaszczyzny aktywności Pawlikowskiego, pisał: Mógłby ktoś wyobrażać sobie, że jednostka w tych warunkach niezależności materialnej i upodobań umysłowych musi być rodzajem sybaryty intelektualisty i estety, który się spala łagodnie w uciechach umysłowych. A jednak, kiedy w r. 1903 nowo powstające Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe przystąpiło do organizowania kadrów, Pawlikowski stanął w szeregach jako polityk, zgodził się objąć prezesurę zarządu i obowiązek, związany z tym posterunkiem, spełniał doskonale aż do wojny. Prawda, miał koło siebie ludzi tęgich a roboczych, jak Głąbiński i Grabski Stanisław, ale nigdy nie dał dowodu psychologicznego (nie mówiąc już o moralnym), że mu ciąży rola działacza. Wiem, że upodobania najgłębsze Pawlikowskiego nie dążyły w tę stronę, nie wątpię, że lepiej się czuł w sferze zatrudnień intelektualistycznych; ale jest to człowiek tak dużej kultury duchowej, że świadomością potrafi wymóc na swej organizacji psychicznej każdy ze swej woli użytek, i to użytek doskonały6.

Niektórzy skłonni byli widzieć w Pawlikowskim jedynie figuranta na tych eksponowanych stanowiskach, uznając, iż wszystkimi sprawami dotyczącymi polityki Stronnictwa kierował najpierw Głąbiński, a później pełniący obowiązki wiceprezesa Stanisław Grabski. Wydaje się to jednak nieprawdą. Pawlikowski – jak we wszystkich dziedzinach, którymi się zajmował – również tutaj angażował się całym sobą, choć bieżąca polityka z pewnością nie była jego żywiołem. Karol Wierczak po latach wspominał, iż nie był on z pewnością „malowanym prezesem”, ale uznanym autorytetem, który trzymał mocno w garści ster stronnictwa7. Dowód na to odnajdujemy również w zachowanej korespondencji Pawlikowskiego z organizacjami lokalnymi – to on brał udział w ustalaniu kandydatur wyborczych, rozstrzygał kwestie finansowe, uśmierzał antagonizmy i konflikty.

Po wybuchu wojny Pawlikowski pozostał we Lwowie. Liga Narodowa zdecydowanie opowiadała się wówczas po stronie państw centralnych, takie było też stanowisko samego Pawlikowskiego, mimo to endecy weszli w skład Naczelnego Komitetu Narodowego, który we Lwowie został przez nich wręcz zdominowany. Wobec presji ze strony środowisk młodzieżowych, domagających się natychmiastowego utworzenia polskich sił zbrojnych i podjęcia walki u boku Austrii, zezwolił on na tworzenie tzw. Legionu Wschodniego. Od początku jednak działania te były świadomie przez endeków opóźniane i osłabiane, ostatecznie podjęto decyzję o wyprowadzeniu Legionu z miasta i rozwiązaniu go, co wywołało oskarżenia pod adresem Pawlikowskiego o zdradę stanu ze strony przede wszystkim socjalistów i zaowocowało wystąpieniem endeków z NKN.

Udaną inicjatywą z lat wojny było niewątpliwie powołanie do życia 10 lutego 1915 r. Obywatelskiego Komitetu Ratunkowego, którego prezesem został Pawlikowski. Zadaniem Komitetu miało być niesienie pomocy ludności poszkodowanej w wyniku działań wojennych oraz wspieranie odbudowy gospodarczej kraju. Wśród najbardziej palących potrzeb wskazywano zbieranie informacji o potrzebach cywilów, organizowanie pomocy dla poszkodowanych wskutek wojny, zaopatrzenie rolników w nasiona i zwierzęta pociągowe, organizowanie lokalnych struktur powiatowych, miejskich i parafialnych. Wkrótce utworzono 19 organizacji ratunkowych w powiatach środkowej i zachodniej Galicji. Delegaci Komitetu zyskali prawo do przebywania w rejonach przyfrontowych w celu rozdziału zboża dla potrzebujących; odegrał on istotną rolę również w niesieniu pomocy sanitarnej, albowiem w wielu powiatach brakowało zwykłej opieki lekarskiej.

Po odbiciu Lwowa przez Austriaków Pawlikowski ogłoszony został zdrajcą, wcześniej jednak wyjechał do Żytomierza, gdzie współorganizował polską oświatę. Po zakończeniu wojny wycofał się z czynnej działalności politycznej, kierownictwo Stronnictwem w Galicji przekazując Janowi Rozwadowskiemu. Wchodził jednak w skład rady naczelnej Związku Ludowo-Narodowego, a członkiem Stronnictwa Narodowego pozostał aż do śmierci.

***

Mówiąc o aktywności politycznej Pawlikowskiego, trzeba zwrócić uwagę na jego udział w organizacjach we Lwowie będących de facto przybudówkami endecji. Czynnie działał chociażby w Związku Naukowo-Literackim, którego funkcjonowanie po latach marazmu ożywiło się, gdy do zarządu wszedł właśnie Pawlikowski jako prezes, a z nim także Jan Ludwik Popławski, Zdzisław Dębicki, Jan Kasprowicz i inne osoby związane z ruchem narodowym. Wkrótce dzięki Pawlikowskiemu powstało przy Związku wydawnictwo książkowe „Wiedza i życie”, które opublikowało kilkadziesiąt tomów prac poruszających najistotniejsze w tamtym czasie zagadnienia z zakresu filozofii, literatury, kultury i nauki. W 1902 r. Związek liczył 106 członków, stanowił „salon literacki” Lwowa, ale także ośrodek oddziaływania myśli narodowej na inteligencję galicyjską. W związku z tym urządzano regularne spotkania dyskusyjne i odczyty dla zainteresowanych; Pawlikowski występował na nich z takimi tematami jak „O słowie jako elemencie sztuki poetyckiej”, „O stylu zakopiańskim”, „O współczesnej nauce rolniczej”, „O przedstawianiu barw w poezji”, „O Królu Duchu”, „O źródłach i pokrewieństwach towianizmu”, „O mistyce Słowackiego”, „O krainie duchów w wierzeniach naszej mistyki romantycznej”, „Słowacki o przyszłym człowieku” i in. Sam zestaw tytułów pokazuje dobrze jego erudycję i wszechstronność zainteresowań. Jak pisał Wasilewski: Rozległa wiedza Pawlikowskiego znajdowała sympatyczne ujście w środowisku tych zebrań; on sam odczuwał potrzebę głośnego myślenia i wymiany myśli. Był też duszą Związku. Imponował mi rzadko spotykanym darem interesowania się wszystkimi zagadnieniami nauki, sztuki i życia. Życie ludzkie, przyroda były dla niego czytelnymi księgami, niby pierwszymi tomami leksykonu nauki, kultury i literatury. Umiał podchodzić z właściwej strony do każdej dziedziny, rozumieć je jasno, a każda rzecz budziła w jego umyśle odległe związki i filozoficznie się pogłębiała. Miał to w kulturze umysłu, że mu się nie plątały metody dochodzenia każdej z tych rzeczy. Nie był literatem-estetą tam, gdzie trzeba było być ekonomistą i odwrotnie, tak samo kąt widzenia polityczny nie zlewał mu się z filozoficznym. A jednak był w nim na spodzie, przed progiem intelektu, jakiś zaczyn, który dla tego wszystkiego, jak dla gałęzi, tworzył pień, karmiący każdą myśl i decyzję żywotne mi sokami8.

W 1902 r. założył wraz z profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Władysławem Ochenkowskim dwuletnią wieczorową Szkołę Nauk Politycznych, którą później kierował (w latach 1907–1912). Celem jej miało być kształcenie kadr dla przyszłego państwa polskiego, podnoszenie intelektualne inteligencji, uświadamianie jej w sprawach politycznych. Wykładał tam ekonomię społeczną, statystykę, ekonomię polityczną oraz ekonomię rolnictwa. Funkcjonowała ona przy wspomnianym Związku Naukowo-Literackim, któremu Pawlikowski szefował od 1898 r. przez ponad 20 lat. Od razu też uruchomiono Towarzystwo Szkoły Nauk Politycznych, które miało stanowić jej materialną i społeczną bazę. Z wykładami w szkole występowały tak wybitne osobistości jak Roman Dmowski, Stanisław Głąbiński, Stanisław i Władysław Grabscy, Eugeniusz Romer, Jan Rozwadowski, Adam Sapieha, Władysław Studnicki.

***

Inną sferę zainteresowań Pawlikowskiego stanowiła literatura. Już jako student UJ ogłosił w „Przeglądzie Akademickim” przekład 9. księgi „Eneidy”. W latach 1882–1884 w Czytelni Akademickiej wygłaszał prelekcje o Słowackim, który do końca życia pozostał jego fascynacją. Efektem tego było przede wszystkim wydane w 1909 r. monumentalne dzieło „Mistyka Słowackiego”, stanowiące rezultat wieloletnich badań nad spuścizną literacką wieszcza, w zamierzeniu mające być wstępem do „Studiów nad Królem Duchem”.

Książka ta przyjęta została entuzjastycznie w chwili opublikowania i wznawiana jest do dziś. Prof. Karol Tarnowski w „Przedmowie”do jej ostatniego wydania pisał: Wrażenie […], jakie wywołuje lektura tej książki, jest porażające. To wielkie dzieło z historii idei, dzieło zdumiewające wielostronną erudycją, znajomością nie tylko literatury pięknej tamtego czasu, ale wszystkich istotnych prądów ideowych, filozoficznych i religijnych, wreszcie literatury przedmiotu, czyli ważniejszych książek naukowych, jakie w okresie pisania „Mistyki” były autorowi dostępne. Równocześnie – i to bodaj cecha najbardziej uderzająca – książka jest niezwykle inteligentna, trzeźwa i w tym sensie nowoczesna9.

Słowackiemu poświęcił Pawlikowski szereg innych artykułów i prac, wydał także w dwóch tomach „Króla Ducha” (Lwów 1924–1927) ze swoim wnikliwym komentarzem. Ta działalność zapewniła mu przyjęcie do Polskiej Akademii Umiejętności, najpierw w charakterze członka korespondenta, a od 1927 r. członka zwyczajnego.

***

I wreszcie, last but not least, ochrona przyrody i turystyka górska – to, z czego Pawlikowski dziś jest najbardziej znany, z czym pozostał najmocniej kojarzony10. Choćby przez to, iż w Tatrach został upamiętniony nazwami: Jaskinie Pawlikowskiego, Okno Pawlikowskiego i Ulica Pawlikowskiego (w Mylnej Jaskini) oraz Przełęcz Pawlikowskiego (przy Durnym Szczycie). Miłość do gór zaszczepiona została u niego, jak wspomniałem, za sprawą ojca, Mieczysława Pawlikowskiego, z którym brał udział w górskich eskapadach jeszcze jako kilkunastoletni chłopiec. Następnie sam kontynuował tę pasję, dokonując w Tatrach kilku pionierskich wejść, m.in. na Łomnicę północną ścianą czy Mnicha, oraz eksploracji niezbadanych dotychczas jaskiń.

Stosunkowo szybko jednak porzucił taternictwo. Już w 1885 r. Pawlikowskiego coraz bardziej irytował nowy model turystyki górskiej: ułatwianie dostępu do gór dla szerokich mas, budowa ścieżek, schronisk, kolejek itp. Podkreślał, że piękno, wyjątkowość i istota gór wynikają z ich dzikości; „uprzystępniając” je więc dla wszystkich, zabija się w nich to, co najważniejsze i najwartościowsze. W związku z tym był on inicjatorem – nieudanych w efekcie – kampanii przeciwko m.in. budowie drogi i schroniska nad Morskim Okiem, kolejkom linowym na Kasprowy Wierch i Gubałówkę, adaptacji dla masowej turystyki Orlej Perci, budowie schroniska na Kalatówkach. Powiodło mu się natomiast storpedowanie pomysłów budowy schronisk pod Rysami i nad Czarnym Stawem Gąsienicowym oraz kolejki na Świnicę.

Był czołowym działaczem Towarzystwa Tatrzańskiego – za jego sprawą doszło do przyjęcia zasad ustalania nazw w Tatrach, sformułował też program taternicki, który następnie prawie in extenso został przejęty przez Niemiecko-Austriacki Związek Alpejski, a w 1930 r. przez Międzynarodową Unię Alpinistyczną. Był też założycielem i wieloletnim redaktorem czasopisma „Wierchy”, na łamach którego opublikował blisko setkę artykułów poświęconych tematyce górskiej11. W 1909 r. natomiast założył Towarzystwo „Sztuka Podhalańska”, propagujące dorobek artystyczny mieszkańców gór, folklor podhalański, a także coś, co określane bywa „stylem zakopiańskim”. Na tym polu niestrudzenie współpracował ze Stanisławem Witkiewiczem, który nota bene zaprojektował dla Pawlikowskiego słynny „Dom pod Jedlami”, postawiony w 1897 r., stanowiący dziś jeden z najcenniejszych zabytków owego „stylu zakopiańskiego”. Na łamach redagowanych przez siebie „Wierchów” zainicjował ankietę poświęconą „stylowi zakopiańskiemu”, dotyczącą jego pogodzenia z wymogami nowoczesnego budownictwa i nadania mu ogólnokarpackiego zakresu. Nie przyniosła ona co prawda spodziewanych rezultatów, jednak bynajmniej nie powstrzymało to Pawlikowskiego od krucjaty przeciwko bezstylowej zabudowie Podhala.

Z tematyką górską ściśle wiąże się zagadnienie ochrony przyrody, któremu Pawlikowski poświęcił sporo czasu, będąc bez wątpienia jednym z pionierów na tym polu – zarówno w skali krajowej, jak i globalnej. Jeżeli chodzi o praktyczną działalność, to w 1912 r. powołał on do życia Sekcję Ochrony Tatr przy Towarzystwie Tatrzańskim (która następnie przekształciła się w Sekcję Ochrony Przyrody Górskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a później w Sekcję Ochrony Gór PTT) i przez długie lata przewodniczył tej pierwszej w Polsce organizacji służącej ochronie przyrody. W latach 1919–1925 pełnił obowiązki wiceprezesa Państwowej Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody, a w latach 1925–1935 Państwowej Rady Ochrony Przyrody (w 1935 r. wraz z całą Radą podał się do dymisji w proteście przeciwko budowie kolejki na Kasprowy Wierch).

W 1926 r. zainicjował pierwszą organizację masową w tej dziedzinie – Ligę Ochrony Przyrody – i opracował jej statut, w którym oprócz dbałości o przyrodę zwrócił uwagę na konieczność troski jej członków o pielęgnowanie folkloru, architektury, sztuki i muzyki ludowej. W tym typie stowarzyszeń – jak pisał – łączy się w doskonały sposób ideę ochrony cech etnograficznych pewnej okolicy, obyczaju, pamiątek historycznych, z ideą „upiększania” okolicy przy zachowaniu jej cech swoistych i z ideą ochrony przyrody, uważaną głównie jako dążenie do zachowania charakterystycznych cech lokalnych krajobrazu. Ochrona swojszczyzny jest ideą pokrewną patriotyzmowi, można też powiedzieć, że jest jego wychowawczynią; z tego powodu wnika ona łatwo do serc i ma w sobie wielką siłę propagandy12. Z jego inicjatywy powstało w 1930 r. Międzynarodowe Biuro Ochrony Przyrody w Brukseli. Za działalność na tym polu odznaczony został Orderem Polonia Restituta.

Idea piękna przyrody górskiej – jak pisał Wasilewski – miała w Pawlikowskim nie tylko spożywcę, którym jest wobec gór turysta czy artysta; Pawlikowski uczynił z niej czynnik społeczny wychowawczy, czym uzupełnił Chałubińskiego, a nawet instytucję narodową, oddaną pod opiekę państwa. Idea zamieniła się w czyn, w czym wielką rolę odgrywa uczucie patriotyczne w połączeniu z poczuciem gospodarza kraju. Pawlikowski widzi w Tatrach nie tylko przyrodę, ale urodę Polski, cechującą jej indywidualność. To potrzeba było wskazać, jako rys organizacji psychicznej Pawlikowskiego, że w nim życie wątków duchowych nie jest luźne, lecz że wszystkie łączą się, organicznie podporządkowują woli twórczej13.

Pawlikowski dystansował się od utylitarnego traktowania resztek dzikiej przyrody ze względu na jej walory poznawcze czy naukowo-przyrodnicze. W zasadzie od razu dostrzegł on, że nie wystarcza muzealna niejako opieka nad pomnikami i zabytkami przyrody i wykazywał potrzebę ochrony całości przyrody, obejmującej również krajobraz i swojszczyznę, oraz potrzebę harmonijnego kształtowania krajobrazu, aby dzieła człowieka włączone były organicznie w naturalny i historycznie wytworzony obraz lica ziemi14. Podkreśla się, że Pawlikowski stworzył wręcz odrębny kierunek w światowym ruchu ochrony przyrody, określany mianem humanistycznego, którego differentia specifica stanowić miało to, iż główne motywy ochrony przyrody upatruje w jej wartościach idealnych i znaczeniu dla rozwoju duchowego człowieka.

Najbardziej znanym dziełem Pawlikowskiego dotyczącym tych zagadnień jest bez wątpienia „Kultura a natura”, której stulecie ukazania się przypada właśnie w tym roku. Pawlikowski przedstawia w tej publikacji swoje postrzeganie idei ochrony przyrody, która zaczyna się tam dopiero, gdzie chroniący nie czyni tego ani dla celów materialnych, ani dla związanej z tworem przyrody, obcej mu jako takiemu, historycznej czy innej pamiątkowej wartości, ale dla przyrody samej, dla upodobania w niej, dla odnalezionych w niej wartości idealnych15.

Prezentuje również swoją wizję relacji pomiędzy kulturą a naturą, odrzucając ich przeciwstawianie sobie oraz postawy wynikające z takiego podejścia: z jednej strony bałwochwalczy kult cywilizacji, techniki, z drugiej zaś idee „powrotu do natury” i całkowitego odrzucenia kultury jako sztucznego tworu. Kultura – jak podkreśla – wyszła z przyrody i nosiła długo na sobie jej cechy; potem zwróciła się przeciw niej. A kiedy pod nowoczesnym hasłem „ochrony” zawiera z nią znowu przymierze, to pod wpływem tego prądu odnowiona przyroda nie będzie już tym, czym była dawniej: będzie ona nieodzownie nosić na sobie cechy tworu kultury. Tylko, miejmy nadzieję, nie tej kultury filisterskiej i barbarzyńskiej, która z miłości do przyrody zrobiła sobie modną suknię, lub pojęła ją jako źródło nowych kramarskich zysków, ale kultury prawdziwej, wewnętrznej kultury ducha i serca. Hasło powrotu do przyrody to nie hasło abdykacji kultury – to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą; to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra16.

Nawołuje do wyzbycia się postawy konsumpcyjnej i kierowania się logiką wyrzeczeń w imię dobra wyższego rzędu, opanowania żądzy zysku za wszelką cenę, przewidując – jak się miało okazać, słusznie – iż w szybkim czasie doprowadzi to do degradacji ostatnich bastionów nieskażonej przyrody. Czytając teksty Pawlikowskiego sprzed stu lat, widzimy dobrze, do czego doprowadziło na Podhalu umasowienie tzw. turystyki górskiej, komercjalizacja, nastawienie wyłącznie na jak najszybszy zarobek. Wszystko to już w zalążku było obserwowane przez autora „Kultury a natury”, w naszych czasach przybrało jednak postać karykaturalną. Co więcej, Pawlikowski pisze wyraźnie, że konieczna jest również ofiara – ofiara materialna, bez której niemożliwym jest zachowanie i ochrona ocalałych rezerwuarów dzikiej przyrody.

***

W latach międzywojennych Pawlikowski zaczął tracić stopniowo wzrok. Zmarł 5 marca 1939 r. we Lwowie, pochowany został na Starym Cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.

W całej jego działalności widać nierozerwalne zrośnięcie z Polską – której wówczas przecież nie było na mapach Europy – na wszystkich polach jego aktywności: naukowej, politycznej, pisarskiej etc. Wydaje się, iż polskością był wręcz przeżarty, czy to poświęcając wiele uwagi twórczości Słowackiego, czy to chroniąc na różne sposoby piękno polskiego krajobrazu, czy to prowadząc działalność w ramach Ligi Narodowej i organizując ruch oświatowy. Niczym mityczny Anteusz, który zyskiwał siły poprzez kontakt z Matką Ziemią, także i on, jak się wydaje, tak dalece poświęcił się sprawom rodzimym, narodowym, iż mimo znajomości języków, wielkiej ogłady i obycia nie mógłby gdzie indziej funkcjonować, prowadzić tak ożywionej i wielokierunkowej aktywności. Nie mógłby, albowiem nie był to wyrobnik nauki czy literatury, ale autentyczny pasjonat, poświęcający sprawom, którymi się zajmował, życie i zdrowie, traktujący je w kategoriach pewnej misji, od której realizacji nie może się uchylić.

Przypisy:

1. Róża Thun: Mój pradziadek, Jan Gwalbert Pawlikowski. O Janie Gwalbercie Pawlikowskim, z jego prawnuczką – Różą Woźniakowską-Thun – rozmawia Krzysztof Tenerowicz, „Myśl.pl” 2009 nr 14.

2. S. Grabski, Śp. Jan Gwalbert Pawlikowski, „Ziemia i Naród” 1939 nr 6.

3. Z. Wasilewski, Jan Gwalbert Pawlikowski. Szkic literacki, „Myśl Narodowa” 1929 nr 4.

4. Większość informacji biograficznych dotyczących Pawlikowskiego zaczerpnąłem z: S. Brzozowski, Jan Gwalbert Pawlikowski (1860–1939) [w:] Dom pod Jedlami i jego twórca, red. W. A. Wójcik, Kraków 1997; M. Jagiełło, Pawlikowscy w Tatrach [w:] Ibid.; J. Kolbuszowski, W pięćdziesięciolecie śmierci Jana Gwalberta Pawlikowskiego [w:] Ibid.; S. Brzozowski, R. Skręt, Pawlikowski Jan Gwalbert Aleksander Józef, Polski Słownik Biograficzny 1980 t. XXV.

5. Na ten temat zob. szerzej: A. Wątor, Narodowa Demokracja w Galicji do 1918 roku, Szczecin 2002.

6. Z. Wasilewski, op. cit.

7. K. Wierczak, Działalność polityczna ś.p. Jana Gwalberta Pawlikowskiego, „Słowo Polskie” 7 III 1939.

8. Z. Wasilewski, op. cit.

9. K. Tarnowski, Przedmowa [w:] J. G. Pawlikowski, Mistyka Słowackiego, Kraków 2008, s. IX.

10. Szerzej na ten temat pisze Remigiusz Okraska w przedmowie pt. Rycerz przyrody [w:] Jan Gwalbert Pawlikowski, Kultura a natura i inne manifesty ekologiczne, Łódź 2010.

11. Zob. W. A. Wójcik, Jan Gwalbert Pawlikowski jako założyciel i redaktor „Wierchów” [w:] Dom pod Jedlami…, ss. 152–167.

12. J. G. Pawlikowski, Społeczna organizacja ochrony przyrody, https://obywatel3.macmas.pl/2012/04/11/spoleczna-organizacja-ochrony-przyrody-2/

13. Z. Wasilewski, op. cit., nr 5.

14. A. Wodziczko, Zasługi naukowe Jana Gwalberta Pawlikowskiego na polu ochrony przyrody [w:] Dom pod Jedlami…, s. 89.

15. G. Pawlikowski, Kultura…, ss. 69–70.

16. Ibid., s. 100.

Prorok narodowej rewolucji

Prorok narodowej rewolucji

dr Jarosław Tomasiewicz

CC-BY eisenbahner, flickr.com/photos/eisenbahner/4568743112/

Komunistyczna Partia Polski przedstawiana jest dziś z reguły jako agentura obcego mocarstwa, wyzuta z wszelkiego patriotyzmu, wprost ziejąca nienawiścią do Polski i polskości. Nie przecząc, że takie tendencje występowały w ruchu komunistycznym, zwrócić trzeba uwagę, że to obraz nazbyt uproszczony. I tu występowały jaśniejsze półcienie, bez znajomości których nie zrozumiemy, dlaczego na orbicie kompartii znalazł się niejeden żołnierz Legionów (by przywołać choćby postać Władysława Broniewskiego). Nawet antykomunistyczny publicysta, agent sanacyjnej „defensywy” Józef Mitzenmacher (Jan Alfred Reguła) w swej „Historii KPP” zwracał uwagę, że wielki procent jego [polskiego komunizmu – J.T.] wyznawców nie zatracało poczucia polskiej państwowości i że istniała możliwość spolszczenia partii komunistycznej. Najdalej w tym kierunku miał iść Julian Brun, znany też pod swym partyjnym pseudonimem Bronowicz.

***

Życiorys Bruna to klasyczna biografia „zawodowego rewolucjonisty”, karnego żołnierza międzynarodowej Rewolucji. Urodził się 21 kwietnia 1886 roku w Warszawie. Jak wielu komunistów miał burżuazyjne pochodzenie – jego ojciec Teodor był właścicielem fabryki tytoniowej, choć od 1905 r. pracował w tej fabryce jako majster. W rodzinie żywe były też sentymenty patriotyczne, gdyż dziadek Bruna, Julian Kaufman, należał do organizatorów powstania styczniowego w Krośniewicach, a po jego upadku był wraz z żoną więziony przez Rosjan. Być może ta właśnie buntownicza tradycja skłaniała Juliana ku antycarskiej opozycji – już jako szesnastolatek wziął udział w demonstracji pierwszomajowej, za co został w 1902 roku usunięty z progimnazjum. Potem uczył się w szkole handlowej w Zgierzu, ale również jej nie skończył.

W 1903 roku wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej, łączącego młodych sympatyków zarówno PPS, jak i SDKPiL, i współpracował przy redagowaniu pisma ZMS „Ruch”. Z powodu tej działalności został w lutym 1904 r. aresztowany, jednak już w maju zwolniono go z uwagi na brak dowodów. Kolejne aresztowanie nastąpiło podczas zbrojnej demonstracji socjalistów na Placu Grzybowskim w Warszawie 13 listopada 1904 r. Bruna więziono wtedy na Pawiaku i w warszawskiej Cytadeli, zanim został zwolniony za kaucją.

Rewolucja 1905 roku przyśpieszyła krystalizowanie się postaw politycznych. Brun spośród różnych partii socjalistycznych – PPS, III Proletariatu, SDKPiL – wybrał tę ostatnią, kierowaną przez Różę Luksemburg. Działał jako esdecki agitator na terenie Warszawy, Lublina i Zagłębia Dąbrowskiego. Latem 1905 r. wraz ze Stanisławem Bobińskim udał się do Austro-Węgier. W czasie powrotu w październiku został zatrzymany za nielegalne przekroczenie granicy i osadzony w więzieniu w Będzinie, potem przewieziono go do stolicy, jednak po miesiącu uwolniono. W listopadzie 1905 r. opublikował w „Przeglądzie Społecznym” swój pierwszy publicystyczny artykuł „O platformie pojednawczej”. Tekst dotyczył rozłamu w PPS i propagował zbliżenie z lewicowymi socjalistami, co w sekciarskiej SDKPiL stanowiło rzadką postawę. W tym czasie Brun wszedł w skład praskiego Zarządu Dzielnicowego SDKPiL, jednak już niebawem – w czasie demonstracji w Alejach Ujazdowskich – znów został aresztowany.

Zwolniono go po dwóch miesiącach za kaucją, pozbawiony jednak możliwości kontynuowania nauki w kraju wyjechał do Paryża. Studiował tam socjologię na Sorbonie, zdał też egzamin wstępny do Instytutu Języków Obcych. Jesienią 1907 r. przyjechał do Warszawy na swoją rozprawę sądową – został wówczas skazany na sześć miesięcy więzienia z zaliczeniem na jego poczet wcześniejszego aresztu; po odbyciu kary wrócił w marcu 1908 roku do Paryża. Ożenił się wtedy z angielską malarką May Houghton i w 1909 r. wyjechał do Londynu, by uczyć się tam fotograwerstwa. Po powrocie do Francji pracował jako grawer. W czasie pobytu w Paryżu nie zaniedbywał działalności politycznej w szeregach tamtejszej sekcji SDKPiL. Jesienią 1912 r. przyjechał do Krakowa, gdzie ożenił się ponownie, tym razem ze Stefanią Unszlicht. Już jednak wiosną następnego roku choroba żony zmusiła go do wyjazdu do Bułgarii. Pracował tu jako korespondent handlowy (w Ruszczuku) i urzędnik bankowy (w Sliven), utrzymując zarazem polityczne kontakty z tzw. tesniakami – radykalną frakcją „ścisłych socjalistów” w Bułgarskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej. W czasie I wojny światowej został internowany przez władze jako obywatel rosyjski.

W 1919 roku wrócił do kraju, wstępując z miejsca do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Jako komunista, został latem 1920 r., w czasie ofensywy bolszewickiej, aresztowany przez władze wojskowe na letnisku pod Warszawą i postawiony przed sądem doraźnym. Przetrzymywano go w Mińsku Mazowieckim, potem na Pawiaku, jednak po przekazaniu sprawy sądowi zwykłemu został w 1921 r. zwolniony. Po uwolnieniu wrócił do pracy partyjnej. Był członkiem Centralnego Wydziału Rolnego i Centralnej Redakcji KPRP, współredagował organy partii „Czerwony Sztandar” i przeznaczoną dla wsi „Gromadę”, współpracował też z legalnymi pismami komunistycznymi, takimi jak „Walka Robotnicza”, „Nowa Kultura” czy „Trybuna Robotnicza”. W lutym 1922 r. Komitet Centralny KPRP delegował go do Moskwy na posiedzenie I Rozszerzonej Egzekutywy Międzynarodówki Komunistycznej, gdzie został powołany w skład Komisji Związkowej MK. U schyłku tego roku uczestniczył w IV kongresie Kominternu w Piotrogrodzie i Moskwie.

Poglądy Bruna w tym okresie wciąż bliskie były luksemburgizmowi, cechowało je charakterystyczne dla dawnych esdeków sekciarstwo. Kontestując możliwość i celowość porozumienia z PPS, faktycznie negował taktykę jednolitego frontu robotniczego w Polsce. Na III konferencji KC KPRP (w Gdańsku w kwietniu 1922 r.) skrytykował też zapożyczone od bolszewików hasło „ziemia dla chłopów bez wykupu”. Luksemburgistowska ultralewica w polskiej kompartii uważała, że lepiej rozwinięta gospodarczo Polska nie musi przejmować rozwiązań z zacofanej rolniczej Rosji i może przejść wprost do socjalizacji ziemi (swą wyższość podkreślano nawet akcentowaniem „robotniczego” charakteru w nazwie partii). Na II zjeździe KPRP (wrzesień-październik 1923 w Bołszewie) Brun jako członek podkomisji rolnej i narodowościowej podtrzymywał to stanowisko – w sprawie rolnej proponował hasło „ziemia dla bezrolnych i małorolnych” zamiast „ziemia dla chłopów”.

Na tymże zjeździe Brun wybrany został do Komitetu Centralnego partii. W lipcu 1924 r. I konferencja Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (zajmującej się wsparciem dla więzionych komunistów) wybrała go do Komitetu Wykonawczego MOPR. W tym samym czasie osiągnął szczyt partyjnej kariery: na V kongresie Kominternu został wybrany przez Komisję Polską MK na członka tzw. Piątki – prowizorycznego kierownictwa KPRP. Awans ten był owocem walk frakcyjnych. Dominująca dotąd tzw. większość (Maria Koszutska-Kostrzewa, Adolf Warski-Warszawski, Henryk Horwitz-Walewski) opowiadała się za jednolitym frontem w formie rządu robotniczo-chłopskiego, co oznaczało kompromis z PPS i radykalnymi ludowcami, poparcie dla postulatu reformy rolnej i podjęcie hasła niepodległości Polski, a w dodatku wystąpiła w obronie Trockiego w jego konflikcie ze Stalinem. Spotkało się to z reakcją Stalina, pod naciskiem którego powołane zostało nowe kierownictwo, zdominowane przez dawnych luksemburgistów.

Nie dane było jednak Brunowi stanąć na czele kompartii. 8 sierpnia 1924 r. został aresztowany w Warszawie wraz z całą Centralną Redakcją i skazany na 8 lat więzienia. Karę odbywał w więzieniach na Pawiaku i na Mokotowie, wykorzystując czas do napisania „Stefana Żeromskiego tragedii pomyłek”. Jego esej w 1925 roku publikowany był w odcinkach na łamach „Skamandra”, najpopularniejszego wówczas polskiego pisma literackiego, a w następnym roku został wydany w formie broszurowej. Tezy zawarte w „Tragedii…” wywołały konsternację towarzyszy partyjnych – Brun został skrytykowany za „nacjonalbolszewizm”, odsunięty od pracy w Komunistycznej Partii Polski i oddany do dyspozycji Kominternu.

W lutym 1926 roku w drodze wymiany więźniów wyjechał do ZSRR, nie przebywał tam jednak długo. Już w następnym roku został skierowany do Paryża jako korespondent radzieckiej agencji prasowej TASS, ale jego publicystyka sprawiła, że po kilku miesiącach wydalono go z Francji. Jesienią 1927 r. został korespondentem TASS w Wiedniu, ale i ta posada okazała się nietrwała. W maju 1928 r. Brun uczestniczył w III plenum KC KPP w Berlinie i wraz z innymi uczestnikami został aresztowany przez władze niemieckie. Samowolny udział w nielegalnym posiedzeniu KPP wywołał niezadowolenie Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), która ukarała Bruna naganą.

Po powrocie do Moskwy pracował przez pewien czas jako zastępca kierownika Wydziału Zagranicznego centrali TASS, przede wszystkim jednak udzielał się politycznie. Brał udział w I zjeździe Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (autonomicznej struktury KPP) pod Orszą latem 1928 roku i nieco później w VI kongresie Kominternu w Moskwie. Na III plenum Komitetu Centralnego KPZB w październiku 1929 r. został dokooptowany do składu KC, w tym samym roku wrócił do pracy w Centralnej Redakcji KPP z siedzibą w Berlinie. Jako przedstawiciel Centralnej Redakcji uczestniczył w V zjeździe KPP, gdzie został wybrany zastępcą członka KC. W czasie posiedzenia rozszerzonego Biura Politycznego KPP w Berlinie w sierpniu 1931 r. Brun znowu został aresztowany przez niemiecką policję; gdy zwolniono go z nakazem bezzwłocznego opuszczenia Niemiec, wrócił niebawem do Berlina, by pracować w Redakcji Zagranicznej KPP. VI zjazd KPP (październik 1932 roku) potwierdził wybór Bruna na zastępcę członka KC, od końca tego roku pełnił też funkcję przedstawiciela KPP przy kierownictwie KPZB. W końcu 1933 r. został wysłany do Kopenhagi, gdzie w Centralnej Redakcji zastępował jej kierownika Jerzego Rynga (Herynga). To „życie na walizkach” nie sprzyjało rodzinnej stabilizacji – w tym okresie Julian Brun rozszedł się ze Stefanią i poślubił Eugenię Heyman.

Zarazem jednak Brun dojrzewał ideologicznie. Już w czerwcu 1931 r. podczas V plenum KC KPZB przyczynił się do zwrotu białoruskich komunistów w stronę szerokiego sojuszu narodowo-wyzwoleńczego. Przemyślenia z „Tragedii pomyłek” okazały się przydatne, a zastosowane do sytuacji narodu uciskanego nie wzbudzały takich kontrowersji jak poprzednio. W 1933 roku dojście Hitlera do władzy obnażyło absurd stalinowskiej teorii „socjalfaszyzmu”, uznającej partie socjaldemokratyczne za głównego wroga, jako „lewe skrzydło faszyzmu”. Brun należał do pierwszych krytyków tej teorii.

Na VII kongresie Kominternu (lipiec-sierpień 1935) zapadła decyzja o przyjęciu strategii „antyfaszystowskiego frontu ludowego” – wspólnie z socjaldemokratami, liberałami i postępowymi kołami chrześcijańskimi. Brun jako członek Prowizorycznego Biura Politycznego KPP przebywał wówczas w Kopenhadze, jednak reorientację ruchu komunistycznego przyjął z entuzjazmem. Latem 1936 r. został wysłany do Brukseli, gdzie zorganizował ośrodek wydawniczy polskiej kompartii. Na lata 1936–1938 przypada jego największa aktywność publicystyczna. Redagował „Przegląd” i „Biblioteczkę Popularną”, pisał w jednolitofrontowym „Dzienniku Popularnym”, „Nowym Przeglądzie”, „Informacjach Prasowych” (Paryż) oraz w kominternowskich pismach „Bolszewik”, „Kommunisticzeskij Intiernacyonał” i „Internationale Presse Korrespondenz”.

Ciosem była dla niego decyzja Stalina o rozwiązaniu KPP w 1938 roku. Ciężko chory na serce skoncentrował się od tej pory na pracy naukowej – zajmował się głównie kwestią narodową, a także Wielką Rewolucją Francuską, w której dostrzegał źródło idei narodowej. Owocem tych badań była m.in. książka „La naissance de l’armée nationale (1789–1794)”, którą opublikował w 1939 roku pod pseudonimem Jules Leverrier; napisał też zarys historii Polski do 1903 roku.

Internowany w maju 1940 r. przez władze belgijskie został przewieziony do obozu St. Cyprien we Francji. Po ucieczce z obozu we wrześniu tego roku przebywał w Martizay, potem w Grenoble, gdzie kontynuował pracę badawczą (napisał m.in. „Rewolucyjne pochodzenie idei narodowej”). W czerwcu 1941 r. wraz z ewakuowanymi pracownikami ambasady radzieckiej w Vichy wyjechał do ZSRR. Początkowo pracował w polskiej redakcji wydawnictw międzynarodowych w Moskwie, potem w polskiej redakcji radia w Saratowie. Pozostawał aktywny publicystycznie, wydał broszurę „Ziemie polskie pod jarzmem niemieckim”. Była to ostatnia z niemal 200 pozycji publicystycznych i naukowych w jego dorobku. Zmarł w Saratowie 28 kwietnia 1942 r.

***

Brun-Bronowicz zdobył rozgłos dzięki broszurze „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek”. Pod pozorem szkicu krytycznoliterackiego Brun przemyca tu program polityczny wyraźnie odbiegający od marksistowsko-leninowskiej ortodoksji, bliski natomiast rosyjskiej „smienowiechowszczyźnie” – ideologii części „białych” emigrantów, postulujących kompromis z bolszewizmem na gruncie interesu narodowego.

Reinterpretując Marksa, Brun dowodził, że internacjonalizm proletariacki nie wyklucza bynajmniej poczucia narodowego: w przeciwieństwie do kosmopolitycznej burżuazji klasa robotnicza […] jest głęboko, immanentnie narodowa […], co więcej – to proletariat staje się hegemonem, awangardą i rzecznikiem narodu. Rosja miała być tego przykładem – Brun twierdził, że rewolucja rosyjska pomimo swych haseł kosmopolitycznych jest […] przede wszystkim rewolucją narodową przeciwko nowożytnemu feudalizmowi finansowemu. Nie jest to rewolucja społeczna, przewidziana przez Marksa […], lecz bunt krajów eksploatowanych przeciwko służebności ekonomicznej na rzecz krajów starego kapitalizmu. Brun-Bronowicz był tu prekursorski wobec współczesnej „teorii zależności”, rozpatrującej stosunki międzynarodowe w kategoriach konfliktu „rdzenia” i „peryferii”. Wyjaśniał: Rosja porewolucyjna nie godzi się z rolą eksploatowanej kolonii. Potędze akumulowanych w ciągu wieków kapitałów Zachodu przeciwstawia ona maksimum koncentracji własnych zasobów w rękach państwa. Proklamuje zasadę, że państwo, którego ważne ośrodki gospodarcze są w posiadaniu obcego kapitału, nie może być uważane za państwo istotnie niepodległe. Swój niebywały system ekonomiczny zwraca, jako potężną fortyfikację obronną, przeciwko temu, co określa się tam mianem kapitalistycznego imperializmu. System bolszewicki okazuje się być tylko metodą realizacji interesu narodowego – rozciągnięciem suwerenności państwa na sferę gospodarczą.

Brun piszący swoją książkę w okresie rozkwitu Nowej Polityki Ekonomicznej prezentował ustrój społeczno-gospodarczy ZSRR jako faktycznie kapitalizm państwowy – podkreślał, że poza upaństwowieniem przemysłu cały mechanizm społeczeństwa kapitalistycznego doznał zmian stosunkowo nieznacznych i funkcjonuje na ogół w ten sam sposób, co w reszcie świata, a sowieckie przedsiębiorstwa państwowe […] zorganizowane są […] na podobieństwo nowożytnych trustów i koncernów kapitalistycznych. Zaletą tego systemu miało być unarodowienie troski o los fabryk – wzmocnienie łączącej naród więzi psychicznej.

Jeszcze bardziej oryginalna była wizja radzieckiego ustroju politycznego. Brun przekonywał, skądinąd słusznie, że bolszewicka monopartia nie jest typowym stronnictwem politycznym, ale zakonem świeckim o surowej regule i żelaznej dyscyplinie, co więcej, że wyraża dążność do wysegregowania z mas ludowych najlepszych […] jednostek jako elity rządzącej. Dodawał w szokującej sprzeczności z oficjalną doktryną: Można to nazwać arystokracją, […] lecz z kwalifikacji osobistych. Ta elita nie mogła podlegać wyborczej weryfikacji, gdyż parlamentaryzm podatny jest na korupcyjne wpływy wielkiego kapitału: przy tym wielkim eksperymencie dziejowym o powołaniu do władzy nie może decydować arytmetyka wyborcza, lecz probierz ideowy i moralny. […] fanatyzm idei, wsparty na surowej, barbarzyńskiej sile. Nie oznaczało to jednak oderwania od mas, ale odmienne kanały komunikowania się z nimi, w wersji Bruna uderzająco podobne do koncepcji korporacjonizmu. Pisał: W przeciwieństwie do demokracji zachodniej, która […] walczyła ze zrzeszeniem obywateli, dążąc do rozproszkowania społeczeństwa na izolowanych, „suwerennych” wyborców, hasłem sowietyzmu jest objęcie wszystkich obywateli przez organizacje zawodowe, […] itd. Totalitaryzm okazuje się alternatywnym wariantem demokracji.

Prymat interesu narodowego, rządu zorganizowanej elity opartej na korporacjach społecznych – czyż nie przypomina to co bardziej radykalnych projektów piłsudczykowskich? „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek” była w istocie ofertą programową skierowaną do radykalnej inteligencji, przede wszystkim kół legionowych. Warunkiem miało być zerwanie z ideologią „przedmurza Zachodu” w imię samodzielnej realizacji interesu narodowego. Brun pisał wprost, że na czele rewolucji narodowej może stanąć nie tylko proletariat, ale też burżuazja, jednak ideowa martwota i polityczna słabość polskiej burżuazji otwierały pole działania dla inteligencji. Choć „socjalizujący romantyzm” Piłsudskiego uważał za sztuczną syntezę ideologii szlacheckiej i proletariackiej, to jednak w piłsudczykach Brun widział elitę młodzieży inteligenckiej, robotniczej i chłopskiej. Wspólną była pogarda dla „połaniecczyzny” – beztroskliwego sybarytyzmu chwili bieżącej (z tym że według Bruna cechować miało to jedynie burżuazję, nie naród jako taki) – przenoszona na obóz narodowy. Zaskakiwać musi jednak w tym kontekście pobłażliwe stanowisko Bruna wobec burżuazyjnego antysemityzmu endecji – pisał, że dążenie do wzmocnienia pozycji drobnego handlu chrześcijańskiego było ruchem w pewnym okresie nieuniknionym i zdrowym.

Zmuszony do samokrytyki Brun zdystansował się od poglądów głoszonych w „Tragedii pomyłek”, redukując je do propagandowego manewru (Sądziłem, że w ten sposób dopomogę bodaj jednostkom z tego środowiska […] przełamać głęboko tkwiące opory umysłowe). W swych publikacjach z lat 30. Brun wrócił na pozycje ortodoksyjnego marksizmu-leninizmu czy nawet stalinizmu. Najdobitniej widać to w jego atakach na konkurentów Stalina, gdy demaskuje ohydne oblicze kontrrewolucyjnej bandy trockistowskiej, operującej ręka w rękę z Gestapo.

Charakterystyczne jednak, że Brun szczególnie dobitnie krytykował trockistów za ich ultralewicowe awanturnictwo, wyrażające się w kwestii stosunku pomiędzy proletariatem a chłopstwem. Głęboko rewidując swe dawne poglądy, występował w obronie drobnej własności chłopskiej. Z aprobatą cytował hiszpańskiego komunistę V. Uribe, mówiącego: Chłopi z natury swej nie są reakcyjni. […] chłopu przysługiwać musi tak samo jak robotnikowi bezwzględna swoboda rozporządzania owocami swej pracy. Jednolitofrontowe stanowisko Bruna widać było też w jego stosunku do wierzących – mimo całego swego bojowego antyklerykalizmu, postulującego odstawienie księży, rabinów, popów od polityki, głosił, że miejsce ludzi pracy – wierzących katolików jest w obozie antyfaszystowskim. Dodajmy wreszcie, że Brun nadal dowartościowywał rolę narodu i patriotyzmu.

Oczywiście, jako komunista, Brun deklarował bezwzględną wrogość wobec wszelkiego nacjonalizmu. Nacjonalizm wszakże nie był u Bruna epitetem, ale precyzyjnie zdefiniowanym zjawiskiem. Wśród jego cech wymieniał: 1) uznanie narodu za wartość najwyższą, 2) traktowanie narodu jako zjawiska ponadhistorycznego i w swej istocie niezmiennego, 3) negowanie podziałów klasowych w łonie narodu i wynikający stąd imperatyw narodowej solidarności, 4) postrzeganie dziejów przez pryzmat antagonizmu między narodami, co prowadziło do egoizmu narodowego i (lub) mesjanizmu. W walce z nacjonalizmem Brun starał się zdemistyfikować pojęcie narodu, wykazując jego historyczność i stosunkowo niedawną – bo sięgającą rewolucji francuskiej – genezę.

Tu jednak warto poczynić trzy spostrzeżenia. Po pierwsze, dostrzegając początki narodu, nie prognozował jego końca, przeciwnie – pisał, że poczucie narodowe […] jako trwały dorobek minionej epoki wrosło niejako organicznie w psychikę współczesnego człowieka. Po drugie, historyczne podejście do pojęcia narodu prowadziło Bruna do akcentowania jego rewolucyjnej genezy i postępowej roli. Głosił, że naród, miłość ojczyzny, patriotyzm – są to na równi z ideą demokracji, zwierzchnictwa ludu, przedstawicielstwa ludowego wytwory ideologiczne rewolucji burżuazyjno-demokratycznej, pociski wybuchowe myśli rewolucyjnej, zrodzone w ogniu walki klasowej. Po trzecie wreszcie, Brun daleki był od teorii redukujących naród do zjawiska prostego, opartego na jednym czynniku. W jego ujęciu wspólnota narodowa stanowiła „całość stosunków społecznych”, obejmując wspólnotę języka i terytorium, jednolitość życia ekonomicznego, wspólnotę dziedzictwa kulturowego oraz afirmację tej wspólnoty w zbiorowej świadomości. Aby prawidłowo rozwijać się, naród winien dysponować własną organizacją państwową, dlatego Brun uważał państwo narodowe za „wielką zdobycz” mas ludowych (na równi z demokracją).

Ten teoretyczny fundament stanowił podstawę do konstruowania programu politycznego. Jego aksjomatem było twierdzenie, że zasadniczy stosunek partii proletariatu do dążeń wyzwoleńczych narodów ujarzmionych polega na uznaniu bez zastrzeżeń ich prawa do stanowienia […] o swojej przynależności państwowej. Co więcej, miał to być trwały składnik programu komunistycznego, gdyż postulat prawa narodów ujarzmionych do samookreślenia […] należy do takich żądań demokratycznych, które […] nie stracą swojego rewolucyjnego znaczenia, lecz zachowują je w całej pełni także w rewolucji socjalistycznej. Na tej podstawie Brun podkreślał tożsamość sprawy narodowej i interesu proletariatu (Sprawa mas ludowych […] zawsze i wszędzie jest prawdziwą, niesfałszowaną sprawą narodową), krytykując odrzucenie haseł niepodległościowych przez polską lewicę rewolucyjną. Leitmotivem jego publicystyki był postulat wiązania sprawy niepodległości Polski z rewolucyjną walką wyzwoleńczą mas ludowych całego świata i wszystkich mas ludowych. Skwapliwie akcentując, że Polska odzyskała niepodległość dzięki rewolucji rosyjskiej, twierdził, że jest to wartość niekwestionowana – walka toczy się jedynie o to, czy Polska będzie państwem imperialistycznym, […] czy też republiką socjalistyczną. To socjalizm miał urzeczywistnić prawdziwie wielką Polskę, w której […] bujnie zakwitną talenty […] i wytrysną energie, tkwiące w ludzie polskim. To socjalizm miał obronić niepodległość Polski przed neokolonialnym uzależnieniem od Zachodu i agresją hitlerowskich Niemiec.

Tego typu hasła łatwo zakwestionować, jako demagogię na użytek patriotycznych mas – demagogię, za którą krył się brutalny postulat wcielenia Polski do ZSRR. W przypadku Bruna mogło to jednak wyglądać nieco odmiennie. Choć wychwalał Związek Radziecki, jako państwo gwarantujące swobodę rozwoju wszystkim narodowościom, to zarazem – powołując się na Stalina! – podkreślał, że przyszłe radzieckie Niemcy, radziecka Polska, radzieckie Węgry, radziecka Finlandia, narody, które istniały jako samodzielne państwa, które mają własną państwowość, swoją własną armię, swoje własne finanse, mogą ułożyć swój stosunek państwowy do Związku Radzieckiego inaczej niż tworzące ZSRR narody byłego imperium rosyjskiego, gdyż federację radzieckiego typu – mogłyby one uważać za pomniejszenie swojej samodzielności państwowej, za zamach na swoją samodzielność. W publicystyce Bruna znaleźć też można zawoalowaną krytykę eksportu rewolucji.

Pomimo to Brun nie przestawał być komunistą. Odrzucał jakiekolwiek kompromisy z PPS, krytykując niepodległościowych socjalistów za reformizm i kolaborację z klasami posiadającymi. Oznajmiał: Leninowska krytyka Róży Luksemburg […] nie zbliża nas […] ani na jotę do stanowiska zajmowanego przez PPS i piłsudczyznę. Czasem wypowiadał się jeszcze dobitniej, nie pozostawiając złudzeń, po której stronie opowiedzą się komuniści: Kiedy wojna dwóch państw […] staje się wojną klasową – rozstrzyga front klasowy.

Komunistyczny patriotyzm Bruna miał pewne cechy szczególne, wyraźnie odróżniające go od szczerze lewicowego patriotyzmu polskich socjalistów. Pierwszą była zaczerpnięta wprost od Lenina teoria o współistnieniu w każdym narodzie dwóch klasowych kultur – wyzyskiwaczy i mas ludowych. Ponieważ klasy te dzielił nieprzezwyciężalny antagonizm, nie mogła w związku z tym istnieć też wspólna kultura narodowa. Pisał więc: Ciągłości duchowe są w narodzie różne. Masy ludowe poczuwają się do ciągłości duchowej z tymi z poprzednich pokoleń, którzy łączyli sprawę Polski ze sprawą wyzwolenia uciskanych i ciemiężonych […]. Klasy posiadające pielęgnują inną ciągłość duchową: ze szlachetczyzną, wstecznictwem klerykalnym, jezuityzmem deprawującym umysły i serca, z wielkopańskim pomiataniem człowiekiem pracy. Brun – pozostający tu (jak zauważył Marian Stępień) pod wyraźnym wpływem Stanisława Brzozowskiego – „prawdziwy naród” utożsamiał z ludem pracującym, warstwy eksploatatorskie uważając za zdegenerowaną, pasożytniczą, anachroniczną narośl na tymże narodzie.

Drugim wyróżnikiem Brunowskiego patriotyzmu był pryncypialny internacjonalizm, rygorystycznie odmawiający własnemu narodowi jakichkolwiek szczególnych praw, choćby wynikających z sentymentu. Choć polemizując z luksemburgistami mawiał, że nasz stosunek do Polski musi się chyba czymś różnić od stosunku, powiedzmy, do Katalonii, to jednak nie przekładało się to na konkretny program polityczny – Polska w wizji Bruna była tylko jednym z elementów wszechświatowej rewolucji. Brun udowadniał to, popierając bezwarunkowo prawo mniejszości ukraińskiej i białoruskiej do samostanowienia (rozumianego w praktyce jako przyłączenie do radzieckich republik Ukrainy i Białorusi). Polemizując z socjalistą A. Rembowskim, Brun pisał: Czym, jak nie wybiegiem nacjonalistycznym jest biadanie nad losem mniejszości polskiej krajów, gdzie narodowo uciskaną i gnębioną jest większość ukraińska i białoruska? Szczególnie ostro i emocjonalnie potępiał antysemityzm określany przezeń jako zgnilizna i łajdactwo obu odłamów: endecji i sanacji – polskich klas posiadających. Jego zdaniem pod osłoną antysemityzmu reakcja kieruje swoje pociski przeciw dążeniom i ideałom mas ludowych. Zauważał przy tym, że nawet emigracja wszystkich Żydów […] nie przyniosłaby żadnej zmiany na lepsze dla mas ludowych.

***

Komunistyczny patriotyzm Bruna-Bronowicza istotnie odbiegał od wszystkich innych wariantów patriotyzmu – nie tylko endeckiego, konserwatywnego czy piłsudczykowskiego, ale nawet PPS-owskiego. Tym niemniej nie można mu odmówić narodowego sentymentu ani tym bardziej wysiłku intelektualnego starającego się zasymilować kwestię narodową w obrębie ideologii komunistycznej.

Powyższy tekst jest rozszerzoną wersją rozdziału „Odchylenie narodowe w Komunistycznej Partii Polski” z książki „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej w Drugiej Rzeczypospolitej” (Warszawa 2012).

Dlaczego ruchy społeczne powinny zignorować media społecznościowe

Na temat Internetu można się mylić na dwa sposoby. Można wyznawać cyberutopizm i uważać, że Internet ze swej natury sprzyja demokratyzacji. Wystarczy zostawić go w spokoju – twierdzą zwolennicy tego poglądu – a rozbije dyktatury, podważy religijne fundamentalizmy i nadrobi niedomagania instytucji. Drugim sposobem, bardziej podstępnym, jest uleganie internetocentryzmowi. Wyznawcy tej idei przyznają, że cyfrowe narzędzia nie zawsze pracują tak, jak powinny, i często bywają wykorzystywane przez przeciwników demokracji. Mniej ważne jest dla nich jednak to, co Internet robi; najbardziej interesuje ich to, co Internet znaczy. Jego ukryte znaczenia są już rozszyfrowane: decentralizacja przezwycięża centralizację, sieci przewyższają hierarchie, tłumy sprawdzają się lepiej niż pojedynczy eksperci. Aby w pełni przyswoić lekcję, jaką daje nam Internet, internetocentryści domagają się przekształcenia instytucji politycznych i społecznych na jego wzór.

Do tego programu reform dochodzą raczej naokoło. Najpierw przyjmują założenie, że Internet ma pewną logikę, która już pracuje przy przekształcaniu wielu cyfrowych platform i dziedzin ludzkiej działalności. Przykładem może być tu Clay Shirky – myśliciel bardzo zasłużony dla popularyzacji McLuhanowskiej koncepcji, zgodnie z którą Internet ma spójną logikę. Tak oto wyjaśnia on, dlaczego martwimy się o kwestię naszej prywatności na Facebooku: Facebook to […] obecne źródło naszych lęków o prywatność, analogicznie do obsesji przemysłu muzycznego na punkcie Napstera [czy] branży czasopism na punkcie serwisu Craigslist, co oznacza, że logika Facebooka, czy logika, którą Facebook ujawnia, to pod wieloma względami ukryta logika samego Internetu; Facebook to tylko jej obecny korporacyjny awatar.

Gdy owa nieuchwytna logika Internetu zdaje się być już uchwycona, nasuwa się wniosek, że internetocentryści podważają w zasadzie oryginalność samego Internetu (której przecież nie sposób mu odmówić). Yochai Benkler, uczony z zakresu nauk prawnych z Harvardu oraz propagator internetocentryzmu, może zachwycać się światem Wikipedii, oprogramowaniem open source oraz udostępnianiem plików, które dla niego reprezentują logikę Internetu, aby następnie wplatać je w szerszą narrację na temat natury ludzkiej. Dla Benklera Internet jest dowodem na to, że ludzie to osobniki chętne do współpracy i kierujące się dobrymi intencjami, a to nasze instytucje polityczne, ukształtowane według znacznie ciemniejszego, Hobbesowskiego poglądu na naturę ludzką, niewystarczająco umożliwiały dotychczas sensowną interakcję społeczną.

Benkler nie widzi w Internecie narzędzia, a raczej ideę, za pomocą której można udowodnić (lub obalić) filozoficzne teorie na temat działania świata. Dla niego Internet ujawnia odwieczną prawdę: ludzie wręcz uwielbiają współpracować. Nie dziwi więc, że Internet zajmuje tylko parę rozdziałów w najnowszej książce Benklera; reszta to odkrywanie ducha Internetu w światach Toyoty, poławiaczy homarów, hiszpańskich rolników oraz kampanii Obamy z 2008 r. – wszystko przy pomocy najnowszych odkryć w dziedzinie biologii ewolucyjnej, neurobiologii i ekonomii eksperymentalnej.

Próba odkrycia na nowo rzeczywistości przy użyciu kategorii rzekomo spójnej kultury internetowej to zasadnicza idea stojąca za internetocentryzmem. Określając to, co poznawalne, a także na jakich warunkach i w jakim celu, internetocentryzm występuje z własną, nowatorską epistemologią. W ujęciu analitycznym internetocentryzm przejawia podobieństwa do antropocentryzmu, z tą różnicą, że czci inne bóstwo. Większość wyznawców internetocentryzmu dotąd nie afiszowało się ze swoją quasi-religią. Jednak teraz wraz z publikacją „Future Perfect” Stevena Johnsona otrzymali nareszcie swój manifest, który wydobywa wszystkie główne założenia ich światopoglądu, a także dodaje nieco własnych wskazań.

Podobnie jak Shirky i Benkler, również Johnson zmaga się z drażliwą kwestią tego, co Internet znaczy. Jego wnioski nie są niestety zbyt oryginalne: historia Internetu mówi nam, że decentralizacja jest bardziej pożądana od centralizacji. A także, cytując Steve’a Jobsa: To po prostu działa! Tak więc pierwsze protokoły internetowe były zbudowane na zasadzie komutacji pakietów: zawartość mająca zostać przesłana była rozbijana na pakiety, które wysyłano niezależnie od siebie i po odebraniu składano w całość. Żadna centralna instancja nie była potrzebna: pakiety mogły wędrować rozmaitymi ścieżkami, niezależnie od siebie. Takie przedsięwzięcia jak Wikipedia czy Google również bardzo skorzystały na decentralizacji. Google na przykład stosuje ranking stron pod kątem ich związku z zapytaniem użytkownika poprzez badanie, jak strony wzajemnie się linkują. Indeks ważności Google wyłania się zatem z pojedynczych decyzji milionów właścicieli stron – nie jest zaplanowany odgórnie.

Johnson twierdzi nawet, że powstanie ARPANET-u – sponsorowanego przez Pentagon prekursora Internetu – oraz TCP/IP, czyli najważniejszego internetowego protokołu komunikacyjnego, to kamienie milowe w historii filozofii politycznej. To dość skrajne twierdzenie Johnson uzasadnia, pisząc, że ARPANET był radykalnie zdecentralizowanym systemem, który w jakiś sposób wyłonił się odgórnie. Ten system opierał się za to na płynnych, dynamicznych strukturach pozbawionych hierarchii i scentralizowanej kontroli. Johnson nazywa te płynne struktury „sieciami równych” [z ang. peer – równy sobie; z modelu komunikacji peer-to-peer – przyp. tłum.] – są one dla niego prawdziwą walutą Internetu oraz, jak się okazuje, wielu innowacyjnych projektów go poprzedzających. Tutaj, tak jak u Benklera, zaobserwować możemy logikę Internetu zastosowaną w praktyce w kontekstach poza-, a nawet przedinternetowych.

Podążając za Johnsonem, argumentującym, że decentralizacja napędzała nie tylko rozrost infrastruktury internetowej, ale także doniosłe projekty w rodzaju Wikipedii, powracamy do świata internetocentryzmu i koncepcji, zgodnie z którą Internet i jego rozmaite składniki – hardware, software, platformy, użytkownicy – mają spójną logikę. Ta logika może nie rozwiązać wszystkich problemów świata, ale Johnson wierzy, że powinna ona być naszą domyślną odpowiedzią na aktualne wyzwania społeczne i polityczne: kiedy pojawia się w społeczeństwie potrzeba i nie zostaje ona zaspokojona, naszym pierwszym impulsem powinno być zbudowanie sieci równych, aby rozwiązać ten problem.

Czy stać nas na niezmienianie świata wokół nas, gdy wiemy, że coś tak niezwykłego jak Wikipedia naprawdę działa? Wikipedia to tylko początek – zachęca Johnson. Z jej sukcesu możemy uczyć się, jak budować nowe systemy, które rozwiążą problemy w sferze edukacji, rządzenia, zdrowia, samorządności i wielu innych obszarach ludzkiego doświadczenia. Projekty takie jak Wikipedia to kolejny przykład, że logika Internetu to właściwy sposób rządzenia światem – jeżeli dopasujemy do niej nasze instytucje i działania, być może będziemy w stanie rozwiązać najtrudniejsze problemy.

Dla Johnsona Internet nie jest rozwiązaniem, lecz użytecznym sposobem myślenia o rozwiązaniu. Internetu można używać bezpośrednio, aby poprawić jakość ludzkiego życia, ale można się również uczyć ze sposobu, w jaki Internet został zorganizowany, i stosować te zasady w celu ulepszenia tego, jak działają samorządy miejskie lub jak nauczają szkoły – twierdzi. Jakiego rodzaju jest jednak to rozwiązanie? Czy Johnson to libertarianin w przebraniu? Wszak czy jego plan nie sprowadza się do zmniejszenia roli rządu, storpedowania kosztownych prób reform i zastąpienia ich oddolnymi rozwiązaniami na wzór Wikipedii? Johnson uprzedza taką krytykę, wprowadzając własną ideologię, „progresywizm równych”, wedle której powinniśmy zachować duży rząd i utrzymać ducha reform, ale jednocześnie naciskać na biurokratów, aby myśleli w nowszy, bardziej przyjazny Internetowi sposób i uznali, że grupy i sieci mogą zachowywać się rozsądniej niż pojedyncze jednostki.

W tym celu Johnson zestawia horyzontalne podejście Kickstartera – platformy internetowej, dzięki której pracujący w branży twórczej mogą zbierać datki od swoich fanów – z podejściem odgórnym rządowej agencji National Endowment for the Arts (NEA). Zauważając, że w 2012 r. Kickstarter mógł zebrać więcej pieniędzy, niż wynosi cały budżet NEA, Johnson przekonuje, że zamiast całkowicie likwidować NEA, powinniśmy zapytać, w jaki sposób bardziej upodobnić ją do Kickstartera. Możemy też zastosować te same lekcje gdzie indziej. Johnson nakłania rządzących, aby wyobrazili sobie, jak kluczowe zasady, które obowiązywały przy tworzeniu Sieci, mogłyby zostać zastosowane przy rozwiązywaniu innego rodzaju problemów, przed którymi stają osiedla, artyści, firmy farmaceutyczne, rodzice, szkoły.

Argumentacja Johnsona sprowadza się do tego: przed erą Internetu nasze instytucje nie mogły być tak sprzyjające partycypacji, tak zdecentralizowane i samorządne jak Wikipedia i Kickstarter. Teraz mogą i powinny takie być. Przed erą Sieci nie mieliśmy Kickstartera i Wikipedii, ponieważ koszty organizacji połączenia tych wszystkich ludzi ze sobą były zaporowe – pisze. Skoro teraz te koszty spadły, nie ma żadnych powodów, by hierarchie nadal istniały.

W całej tej dyskusji Johnson nie zadaje sobie wysiłku postawienia podstawowych pytań. A co, jeśli niektóre z ograniczeń demokratycznego uczestnictwa w erze przed Wikipedią były nie tylko konsekwencją wysokich kosztów komunikacji, lecz wynikały z rozmyślnych starań w celu wyrugowania populizmu, zapobieżenia kooptacji oraz ochrony eksperckiego wymiaru podejmowanych decyzji? Innymi słowy: jeżeli niektóre z instytucji publicznych wystrzegają się szerszej partycypacji z powodów niemających nic wspólnego z tym, jak łatwo można połączyć poszczególnych ludzi, to czy Internet nie jest rozwiązaniem nieistniejącego problemu?

Aby zrozumieć, dlaczego Johnson nigdy nie zastanawia się nad tym oczywistym problemem, pomocne może okazać się prześledzenie, gdzie (na jakim poziomie) lokuje on swoje polityczne bitwy. Najbliżej mu w jego analizach do skali miasta; niewiele mówi o państwie narodowym lub systemie międzynarodowym. Jego ulubione przykłady „progresywizmu równych” to gorąca linia 311 w Nowym Jorku, gdzie każdy poszukujący informacji na temat miejskich spraw witany jest przez „żywego” konsultanta i przekierowywany do właściwych zasobów, a także inicjatywa SeeClickFix, która umożliwia każdemu zgłaszanie za pomocą Internetu wszelkich problemów osiedlowych, niewymagających natychmiastowej interwencji – wszystkie one obracają się wokół użytkowania lub naprawiania rozpadającej się infrastruktury miejskiej.

Lepsze sposoby kumulowania lub dystrybucji wiedzy mogą być z pewnością pomocne przy rozwiązywaniu wielu problemów, ale są to problemy bardzo specyficzne. Czy niechęć Waszyngtonu wobec interwencji w Syrii – jeśli użyć przykładu skrajnego – można zrzucić na karb deficytu wiedzy? Czy może wynika ona raczej z braku woli lub zasad? Czy rozszerzenie logiki partycypacji Kickstartera na pracę National Endowment of Democracy lub Departamentu Stanu ds. Planowania Polityki doprowadzi do lepszej polityki na rzecz wspierania demokracji? A może doprowadzi do nasilenia się populistycznych głosów wzywających do poszukiwań Josepha Kony’ego. Czy obniżenie barier dla uczestnictwa nie doprowadzi do paraliżu systemu, co, jak niektórzy twierdzą, ma już miejsce w przypadku wniosków o inicjatywę ustawodawczą w Kalifornii?

Wiele z naszych instytucji politycznych dość regularnie mierzy się z problemami, które nie wynikają z niedoborów wiedzy. Fiksacja Johnsona na punkcie miasta prowadzi go do błędnego wniosku, zgodnie z którym większość problemów wynika z niedostatków wiedzy, które można łatwo, szybko i tanio uzupełnić lepszymi danymi. Nie wspomina, że niektóre problemy (również na poziomie miasta) mogą być tylko załagodzone – lecz nigdy nierozwiązane – drogą targu, ponieważ te problemy wynikają z rozbieżnych interesów, a nie z niedostatków wiedzy. Świat Johnsona jest postideologiczny: historia się skończyła, a polityka została zredukowana do łatania dziur w drogach i opiniowania wniosków patentowych. W tym świecie jedynym złem, z jakim musimy się zmagać, są leniwi biurokraci, którym nie chce się publikować danych w dostępnych formatach plików.

Takie projekty jak wspomniane już 311 i SeeClickFix nie spotykają się z żadną krytyką. Dlaczego ktoś miałby sprzeciwiać się szybszemu i bardziej efektywnemu sposobowi powiadamiania o dziurze w drodze? Budżet partycypacyjny – inny podawany przez Johnsona ulubiony przykład „progresywizmu równych” – jest już jednak czymś innym. Budżet partycypacyjny to próba reformy zapoczątkowana w brazylijskim Porto Alegre, a teraz pojawiająca się w innych częściach globu. Jego główną przesłanką jest to, by lokalne społeczności miały więcej do powiedzenia w kwestii wydatkowania środków publicznych. Budżet partycypacyjny wywołuje znacznie więcej kontrowersji, ponieważ próbuje przekazać część władzy jednej grupy – wybranych lub niewybranych urzędników miejskich, jak również planistów miejskich, a nawet deweloperów nieruchomości, kultywujących związki i korumpujących się wzajemnie – innej, wcześniej marginalizowanej grupie: obywatelom.

W świecie Johnsona ten transfer odbywa się gładko. Nietrudno domyślić się, dlaczego: jego internetocentryczna teoria polityki jest płytka. Wikipedia, jak pamiętamy, to serwis, który może edytować każdy! Johnson nie bierze pod uwagę wewnętrznych uwarunkowań i nierówności w strukturze środowiska, w które wprowadza swoje światłe idee. Po uwzględnieniu tych kontekstów staje się mniej oczywiste, że zwiększona decentralizacja i uczestnictwo są zawsze pożądane. Nawet przykład Wikipedii dowodzi tego, że kwestia upodmiotowienia jest bardziej skomplikowana: owszem, każdy może ją edytować, ale nie każdy może zachować swoje edycje dla potomności i później oglądać je w artykule. To zależy w dużym stopniu od polityki i walki o władzę „wewnątrz” Wikipedii.

Naiwne podejście Johnsona do władzy zamienia jego argumentację w bajkę. Weźmy za przykład wspomniany budżet partycypacyjny. Naukowcy wyróżnili trzy wyzwania, przed jakimi stają takie reformy – są to problemy wdrożenia, nierówności i kooptacji. Ten pierwszy pojawia się całkiem naturalnie, jako że gracze rządowi i pozarządowi jednakowo niechętnie zrzekają się władzy nad budżetami na rzecz obywateli. Drugi uświadomić sobie można równie łatwo: najsłabsi członkowie społeczeństwa niechętnie biorą udział w takich nowych projektach, z racji tego, że nie mają czasu na uczestnictwo w spotkaniach i brakuje im pewności siebie, by wyrażać swoje opinie. Budżet partycypacyjny jest też używany do obłaskawiania – i kooptacji – buntowniczych grup społecznych. Poprzez udostępnienie im niewielkiego budżetu i zintegrowanie ich tym samym z istniejącymi strukturami społecznymi rząd może zneutralizować co potężniejszych graczy pozarządowych.

Wszystkie te trzy problemy są do pokonania, ponieważ słabsze grupy mogą się nauczyć, jak się organizować, tworzyć sojusze oraz wyrywać się z żelaznego uscisku ramion państwa. W Porto Alegre, skąd te praktyki się wywodzą, wszystkie te trzy problemy zostały rzeczywiście przezwyciężone. Johnson jednak nigdy nie mówi, w jaki sposób zostało to osiągnięte: budżet partycypacyjny był programem flagowym Partii Pracy, która rządziła w Porto Alegre w latach 1989–2004. Idea szerszej partycypacji społeczności nie była tylko odbiciem lewicowości partii, był to również sposób na ukrócenie lokalnego klientelizmu, który przez dziesięciolecia hamował reformę polityczną w Brazylii.

Eksperyment w Porto Alegre powiódł się dzięki scentralizowanemu wysiłkowi. Centralizacja była środkiem, dzięki któremu osiągnięto cel decentralizacji. Bez dobrze zorganizowanych, scentralizowanych i hierarchicznych struktur, które przeciwstawiły się głęboko okopanym grupom interesu, próby poszerzenia obszaru politycznej partycypacji mogły ugrzęznąć, jeszcze dotkliwiej pozbawiając słabych ich podmiotowości, a członków opozycji dokooptowując do zblatowanej sceny politycznej. Tak bywało przed erą Internetu i nic nie wskazuje, żeby taki scenariusz nie miał już nigdy być odegrany.

Niestety Johnson jest kompletnie ślepy na zalety centralizacji. Gdy omawia 311, wychwala fakt, że dzwoniący na gorącą linię pomagają stworzyć lepszy obraz problemów miasta na poziomie makro. Jest to jednak dość trywialne spostrzeżenie, jeżeli zdamy sobie sprawę, jaki jest główny powód działania 311: burmistrz Bloomberg podjął decyzję, by scentralizować – a nie zdecentralizować – poprzednie systemy powiadamiania. Oto jak Accenture, firma, która pomagała miastu Nowy Jork w przejściu na system 311, opisuje początki tego projektu: [Przed 311] klienci poszukujący kontaktu z władzami w konkretnych sprawach musieli przebrnąć przez 4000 pozycji na 14 stronach książki telefonicznej Nowego Jorku i potrzeba było ponad 40 centrów informacji telefonicznej, wymagających dużych nakładów, do przekierowywania zapytań do stosownych urzędów. Wizja burmistrza przewidywała wysokowydajną, wszechstronną, scentralizowaną usługę telefoniczną, dostępną pod łatwym do zapamiętania numerem 311.

Internetocentryczny światopogląd Johnsona jest tak stronniczy wobec wszystkiego, co zdecentralizowane, horyzontalne i emancypujące, że kompletnie umyka mu wysoce scentralizowana natura 311. To samo odnosi się do jego podejścia do Internetu. Gdyby Johnson zechciał przyjrzeć się bliżej projektom, które wychwala, dostrzegłby w nich wiele działań centralizacyjnych. Na przykład Google, który w kwestii danych użytkowników jest dziś znacznie bardziej scentralizowany niż pięć lat temu. W 2008 r. moje zapytania w Google nie były w żaden sposób łączone z moimi ulubionymi filmami na YouTube czy wydarzeniami z kalendarza Google. Wskutek nowej polityki prywatności Google dzisiaj są one wszystkie połączone, a Google poprzez scentralizowanie wcześniej odrębnych zasobów danych pokazuje mi reklamy bardziej dostosowane do moich postaw. Nie liczmy jednak, że internetocentryści uwzględnią ten trend w swej mistycznej kategorii „logiki Internetu”.

Nie mówi nam również Johnson, czy są jakieś granice decentralizacji ani jak możemy rozpoznać, co powinno pozostać scentralizowane, nawet jeśli tylko tymczasowo. Zamiast tego woli rozpoznawać ducha Internetu w mechanizmach współczesnej polityki. I tak, pisząc o ruchu Occupy Wall Street, zauważa, że wraz z rozrostem Internetu do roli głównego środka komunikacji naszych czasów ruchy społeczne zaczną coraz bardziej upodabniać się do Internetu, nawet w sposobie wykrzykiwania haseł w środku parku. To zdaniem Johnsona jest dobre: im bardziej ruch społeczny jest zdecentralizowany i horyzontalny, tym większe ma szanse powodzenia. Jeżeli nawet zgodzić się z Johnsonem co do tego, że idea Internetu przenika do sposobu kształtowania się i działania ruchów społecznych, nie od razu staje się oczywiste, dlaczego jest to model warty naśladowania. Ostatecznie nie wszyscy zgadzają się co do tego, że Occupy Wall Street było oszałamiającym sukcesem.

Poza tym jak miałby taki model wyglądać w praktyce? Dla Johnsona oznacza to przejście od hierarchii do sieci, od centralizacji do decentralizacji, od liderów do horyzontalnych zbiorowisk. Tego typu twierdzenia ujawniają dwojaką słabość. Z jednej strony taka zmiana opiera się na teoretycznej fantazji na temat tego, jak ruchy społeczne działają w praktyce. Z drugiej choć należy przyznać, że część z postulowanej decentralizacji może być wykonalna, to absolutnie nic nie gwarantuje, że pod względem skuteczności decentralizacja przewyższa centralizację.

Pierwszy pogląd, zgodnie z którym ruchy społeczne nie będą nigdy w stanie wyzbyć się hierarchiczności i zastąpić jej horyzontalnymi sieciami, był przekonująco wyrażony przez Jo Freeman w jej przełomowej pracy „Tyrania braku struktur”. Freeman przekonywała, że hierarchie wyłaniają się samorzutnie i udawanie, że nie istnieją, umożliwia quasi-liderom uchylanie się od odpowiedzialności. Internet nie zmienił tej dynamiki w sposób fundamentalny. Jedynie skomplikował ją jeszcze bardziej, ponieważ liczba kanałów komunikacyjnych do dyspozycji elit uległa zwielokrotnieniu. Spójrzmy tylko, jak jeden z uczestników protestów Occupy ujmuje to w swym prowokacyjnym tekście dla „The Daily Kos”: Jedną z konsekwencji tego, że uczestnictwo w ruchu jest tak trudne i czasochłonne, jest fakt, że jego kluczowi rozgrywający przestali się pojawiać. No może nie do końca; nadal się pojawiają, ale głównie by podyskutować na uboczu, w nieformalnych grupach, na temat tego, co będzie działo się na spotkaniach publicznych. Przy pomocy mediów społecznościowych stworzyli niewidzialną rękę przewodnią, która jednocześnie odwala robotę, unika odpowiedzialności i angażuje się w wojny różnych frakcji… Wiecie, co jest gorsze od zwyczajnych starych dobrych elit? Ledwo widzialna elita, która udaje, że nią nie jest i tym samym unika jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Te elity nigdy nie wytworzyły jednak wydajnego mechanizmu centralizacji, którego potrzebował Occupy Wall Street, by przemienić miliony ludzi ciekawych jego postulatów w aktywnych członków ruchu. Tę porażkę można częściowo przypisać brakowi spójnych żądań, ale winić tu również powinno się dumną odmowę zorganizowania tego ruchu, do czego często prowadzi ideologia decentralizacji. Zatem chociaż Occupy Wall Street może mieć wielu quasi-przywódców, brakuje mu struktur pośrednich, które pozwoliłby rozrosnąć się zgodnie z jego potencjałem. Te struktury – w odróżnieniu od pozostających w cieniu elit – nie pojawią się same z siebie. Inny uczestnik protestów pisze: Wyłoniły się systemy, aby przyciągnąć nowych członków. Niestety te systemy […] nie były w żadnym stopniu wystarczająco efektywne, by sprostać wymogom chwili […] niektóre z adresów mailowych, które krążyły jako punkt pierwszego kontaktu, nie były w ogóle sprawdzane, przez co ponad 11 000 e-maili pozostało bez odpowiedzi… Zebrania były ogłaszane w jakimś miejscu, by odbyć się zupełnie gdzie indziej. Nowi członkowie pojawiali się na roboczych spotkaniach grupowych, dodawali swoje nazwisko do listy osób, z którymi miano się później skontaktować, i na tym kontakt z nimi się kończył. To prawie cztery miesiące, od kiedy okupacja się rozpoczęła, a nadal nie ma jasno oznaczonej strony, gdzie można by się zapisać. Do cholery, nie ma nawet skierowanej do szerokiej publiki strony internetowej, która reprezentowałaby OWS.

Jeżeli ktoś zakłada, że reformy polityczne są długie, powolne i bolesne, strategie centralizacyjne mogą okazać się produktywne. To one pozwalają utrzymać kierunek rozwoju ruchu i nadać mu sensowny kształt. Idee same w sobie nie zmieniają świata – mogą to jednak uczynić idee w połączeniu ze sprawnie działającymi instytucjami. „Nie tylko memy” – powinien brzmieć trafny slogan współczesnego ruchu społecznego. Niestety, to podstawowe spostrzeżenie – polityczna reforma nie może ograniczać się tylko do wojny na memy i estetykę, nawet jeżeli Internet stanowi skuteczną platformę jej prowadzenia – całkowicie zagubiło się w tłumie Occupy Wall Street. Stawianie wyzwań władzy wymaga strategii, która w wielu wypadkach może skłaniać ku centralizacji. Odrzucenie jej z przyczyn raczej filozoficznych niż strategicznych – ponieważ jest niezgodna z duchem Internetu i Wikipedii – graniczy z samobójstwem.

Ta niechęć wobec hierarchii i liderów jest częścią szerszego internetocentrycznego ruchu oporu wobec instytucji. Twierdzi się, że są one niezgodne z logiką Internetu. To antyinstytucjonalne uprzedzenie najlepiej widać w rozważaniach Johnsona na temat amerykańskiej polityki. On szczerze wierzy, że jednym ze sposobów poprawy jest pozbycie się całego tego zawracania głowy związanego z partiami politycznymi, liderami i innymi pośredniczącymi instytucjami oraz umożliwienie obywatelom bezpośredniego głosowania w sprawie tych kwestii, na których im zależy, lub odstępowania swoich głosów lepiej znającym się na rzeczy w ramach mechanizmu, który nazywa „płynną demokracją”. W artykule z 2005 r. Johnson zwrócił się ku jednej ze swych ulubionych dziedzin – socjobiologii – aby wykazać, że gdybyśmy tylko mieli właściwe narzędzia, liderzy nie byliby wcale potrzebni: Jak mrówki znajdują swoją drogę do nowych źródeł pożywienia i przerzucają się na coraz to nowe zajęcia z godną podziwu elastycznością, tak narzędzia używane przez naszą społeczność powinny pomóc nam zidentyfikować i ulepszyć szkoły przeżywające trudności, dobrze zapowiadający się plac zabaw, obszary, na których brakuje podstawowych usług, obszary, gdzie usług jest pod dostatkiem, bloki, w których nocą jest bezpiecznie, i takie, w których nie – wszystkie te subtelne wzorce życia społeczności są teraz upublicznione w nowej formie. Ten rodzaj polityki – zbudowany od samych fundamentów do samej góry bez liderów – jest w naszym zasięgu już teraz, jeżeli tylko będziemy potrafili zbudować właściwe narzędzia.

W „Future Perfect”Johnson idzie ze swoją retoryką jeszcze dalej, pisząc, że partie to instytucje, które utknęły w starych sposobach organizacji świata; zmuszają swoje elektoraty do odkształcania kwadratowego klocka swych prawdziwych poglądów politycznych, aby zmieścił się w okrągłe otwory dwóch partii. Jest to dość dziwne wytłumaczenie długowieczności systemu partyjnego. Wiele demokracji spoza Stanów Zjednoczonych ma więcej niż dwie partie głównego nurtu, a dualizm „okrągłych otworów”, na który narzeka Johnson, nie przebiega wedle podziału na nowe i stare formy organizacji, a tym bardziej nie jest konsekwencją nieodpowiedniej infrastruktury komunikacyjnej.

Johnson uznaje, że stary system partyjny jest zły tylko dlatego, że nie jest kompatybilny z Internetem. Nie zaprząta sobie głowy myślą, że partie – czy, patrząc szerzej, upartyjnienie – odegrały pozytywną rolę w polityce amerykańskiej.

Gdzie dokładnie zawiodłaby nas „płynna demokracja” Johnsona? W jednym z przypisów zauważa, że ostatnimi laty niemiecka Partia Piratów z powodzeniem zastosowała metody płynnej demokracji. Owo powodzenie jest dużą przesadą, jako że ich niezwykły sukces w Niemczech wydaje się raczej krótkotrwały. W każdym razie Piraci z pełną świadomością przysposobili sobie całą symbolikę i retorykę Internetu; są żyjącym wcieleniem internetocentryzmu. Zachłyśnięci procesem – oczywiście zdecentralizowanym i horyzontalnym – niewiele mają do zaoferowania w kwestii celów i stanowisk na temat konkretnych polityk. Gorzej – uważają, że taka pustka jest zaletą, wszak rzecznik partii deklarował w 2011 r.: nie oferujemy programu, a system operacyjny.

Piraci są partią bez wyraźnego stanowiska na tematy inne niż prawo autorskie, cenzura i polityka prywatności. W oczach nowoczesnej młodzieży partia ta straciła już na atrakcyjności, a dla większości niemieckich wyborców nadal pozostaje tajemnicą. Kiedyś mogli pochwalić się dwucyfrowym elektoratem, a obecnie martwią się, czy uda im się przekroczyć pięcioprocentowy próg, by dostać się do Bundestagu w nadchodzących wyborach.

Przyjęta przez Piratów retoryka „płynnej demokracji”, w której każdy może uczestniczyć lub oddać swój głos komuś innemu, nie zadziałała w praktyce; nawet idealne oprogramowanie nie jest w stanie rozemocjonować zwykłych obywateli w kwestii nużących i pogmatwanych spraw, z których utkana jest polityka. Do października 2012 r. w 18-milionowym regionie Nadrenii Północnej-Westfalii Piraci wykorzystali Liquid Feedback, oprogramowanie, z którego zasłynęli, w zaledwie dwóch sprawach. Badanie w jednej z tych spraw dotyczyło kontrowersyjnego zakazu obrzezania i zebrało zaledwie dwadzieścia głosów. Jak podsumował to sucho „Der Spiegel”: to oddolna demokracja, w której nikomu nie chce się uczestniczyć.

Każdy, kto jest zaznajomiony z krytyką demokracji bezpośredniej, nie będzie tym zaskoczony. Próba reformy polityki musi zaczynać się od uświadomienia sobie ograniczeń samej polityki, a nie od rozpływania się nad nieskończonymi możliwościami, jakie daje technologia cyfrowa. Piraci wzięli sobie do serca ideę Internetu, aby odkryć, że dynamika i rytuał tradycyjnie pojmowanej polityki nie wynikają wyłącznie z prymitywniejszej technologii, a są raczej odbiciem podstawowych założeń dotyczących ludzkiej natury, władzy i sprawiedliwości. Związki międzyludzkie są bardziej skomplikowane aniżeli te między mrówkami; na wszystkich poziomach występują nierówności, asymetrie i żale, a to, co wygląda na niewydolność czy lukę w partycypacji lub transparentności, może przy bliższym poznaniu okazać się tkanką ochronną mechanizmów demokracji, która umożliwia liberalnym społeczeństwom funkcjonowanie.

Niezainteresowanie tym, jak działa świat, jest najbardziej szkodliwą cechą internetocentryzmu. Uzbrojeni w Internet wyznawcy tej idei nie martwią się zbytnio szerszym celem swej reformy. Wolą zauważać tylko te elementy, które podlegają interwencji za pomocą Internetu, a wszystkie inne odrzucać. Johnson nigdy nie określa, co konkretnie nie podoba mu się w NEA i dlaczego powinna się ona upodobnić do Kickstartera; dla niego sprawienie, aby była kompatybilna z Internetem, jest zawsze właściwe. Nigdy nie zadaje pytania, czym tak naprawdę zajmuje się NEA, jakie stawia sobie cele i co ma nadzieję osiągnąć.

Czy ten rodzaj wiedzy eksperckiej, na którym opiera się NEA, jest tylko dodatkiem? Czy kumulatywna wiedza przeciętnych amatorskich krytyków sztuki z Kickstartera jest równa wiedzy jednego prymusa tej dziedziny pracującego w NEA? Czy zwiększenie partycypacji w finansowaniu NEA otworzy je na manipulację aktywistów Tea Party, przekierowując strumień funduszy na projekty społecznie konserwatywne? Czy filmowcy z największą liczbą polubień na Facebooku robią najbardziej prowokacyjne filmy? Czy prowokacja jest czymś, co nasza polityka względem sztuki powinna wspierać? To pytania, które musi sobie zadać każdy, kogo interesuje lub dotyczy reforma NEA. Johnson nie jest jednak zainteresowany reformowaniem NEA – jego interesuje jedynie narzucenie internetocentrycznych rozwiązań na wszystko.

Książka Johnsona nie byłaby tak niezwykła, gdyby wyartykułowany w niej internetocentryzm – wraz z poważnymi intelektualnymi ograniczeniami, jakie narzuca on narracji autora – nie był tak jaskrawy. „Future Perfect” postuluje, że osiągnęliśmy punkt, w którym uczeni i intelektualiści zajmujący się Internetem stają przed wyborem pomiędzy dwiema wzajemnie wykluczającymi się metodami badawczymi.

Jedna, wyrosła z internetocentryzmu, ma tendencje do generalizacji; druga – do rozbijania na czynniki pierwsze. Jedna zajmuje się Internetem i niczym więcej; druga wystrzega się mówienia o „Internecie” (rozmyślnie umieszczając go w cudzysłowie), zajmując się tym, co charakterystyczne dla danej platformy i technologii, jakby nie dzieliły one ze sobą żadnej wspólnej logiki. Zamiast zakładać, że dane technologie wyłaniają się z „Internetu”, to drugie podejście mówi, że jest odwrotnie, i to „Internet”, bardziej nawet jako idea, a nie techniczna sieć, wyłania się z tych technologii.

Podejście generalizujące stara się zebrać różne, często niewspółmierne spostrzeżenia, by umieścić je w ramach jakiejś wielkiej narracji na temat objawienia się ducha Internetu. Podejście uszczegóławiające odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek dyskusjach na temat ducha, a zamiast tego próbuje udokumentować wielorakość logik i paradoksów, z jakich Internet się składa. To podejście zakłada, że sieci nie są same w sobie wyzwalające i tylko od tego, w jaki sposób użytkownicy są ze sobą połączeni, zależy, czy stają się one mniej czy bardziej tyranizujące, nieprzejrzyste i antydemokratyczne niż hierarchie.

Z kolei w ujęciu generalizującym uważa się, że strona taka jak Kickstarter jest prostym pośrednikiem, za pomocą którego ludzie mogą wyrazić swój głos; uszczegóławiające stara się wejrzeć do algorytmów Kickstartera, aby zrozumieć, jak one działają. To pierwsze zakłada, że w Internecie „coś ma potencjał wiralny”, to drugie bada, jak ta „wiralność” powstaje, jak popularność jest kreowana na każdej z badanych platform oraz czyim interesom – reklamodawców, właścicieli platformy czy użytkowników – to służy.

W dobrym opisie Internetu słowo „Internet” nie musi nawet padać. Taki surowy wymóg mógłby wytrącić większość badaczy Internetu z ich małej stabilizacji banału i błędnych uogólnień, w której spędzili ostatnie dwie dekady. Teraz, gdy internetocentryzm nie jest już tylko stylem myślenia, ale również wymówką dla naiwnej i szkodliwej ideologii politycznej, koszty niezauważania destrukcyjnego wpływu takiego podejścia stały się zbyt wysokie.

Tłum. Piotr Andrzejewski

Powyższy tekst jest komentarzem-recenzją książki Stevena Johnsona pt. „Future Perfect: The Case for Progress in a Networked Age”, Riverhead. W niniejszym przedruku pominięto przypisy i poczyniono niewielkie skróty. Tekst pierwotnie ukazał się w lutym 2013 r. na stronie internetowej lewicowego magazynu „The New Republic”, wydawanego od roku 1914.

Ekonomia polityczna spekulacji

W 1997 r. profesorowie Myron S. Scholes i Robert C. Merton zostali uhonorowani nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii za opracowanie nowej metody wyznaczania wartości instrumentów pochodnych, którą Szwedzka Akademia Królewska uznała za jedno z największych osiągnięć nauk ekonomicznych ćwierćwiecza. Rok później współkierowany przez Mertona i Scholesa fundusz finansowy LTCM stracił 4,6 miliarda dolarów w ciągu czterech miesięcy i musiał zostać wsparty przez publiczny amerykański bank centralny. Instrumenty finansowe pozwoliły LTCM na użycie niebezpiecznej dźwigni finansowej i ryzykowanie stratami wielokrotnie większymi od posiadanych aktywów. Już wtedy ryzyko systemowe przerośniętego sektora finansowego zwiastowało przyszły kryzys.

Instrumenty pochodne (tzw. derywaty) są papierami wartościowymi wymienianymi na giełdach lub kontraktami między dwoma stronami, których wartość jest uzależniona od instrumentu bazowego (np. obligacji). Początkowo uzasadnieniem tworzenia tych instrumentów było zabezpieczanie przed ryzykiem. Przykładowo, proste instrumenty pochodne były nabywane za niewielką kwotę w zamian za gwarancję pokrycia strat przez sprzedającego, gdyby ceny określonych produktów drastycznie spadły. Niestety z czasem takie instrumenty zaczęły tworzyć instytucje finansowe niebędące ubezpieczalniami i niemające wystarczająco dużo kapitału na pokrycie tego typu umowy. Mimo to takie ryzykowne kontrakty były opłacalne – dawały spekulującym wysokie zyski, choć również narażały na wysokie straty. Z biegiem lat zaczęto tworzyć instrumenty pochodne od instrumentów pochodnych czy wręcz zupełnie hazardowe umowy, niemające nic wspólnego z teoretycznym ubezpieczeniem od ryzyka, które było przyczyną powstania derywatów. Przykładowe kontrakty ostatnich lat to te wypłacające pieniądze przy wyborze jednego z kandydatów na prezydenta USA, inne są powiązane z wynikiem finansowym filmu, jeszcze inne z prawami do przyszłych zysków z praw autorskich Boba Dylana i Davida Bowie. Tego rodzaju zakłady wydają się być ekscentryczne i niepasujące do poważnych decyzji gospodarczych, w rzeczywistości jednak doskonale obrazują rzeczywistość dzisiejszego świata finansów. W wielkiej mierze stał się on gigantycznym kasynem bez jakiejkolwiek wartości dla społeczeństwa. Co gorsza, globalne powiązania instytucji finansowych sprawiają, iż cały system wciąż grozi implozją.

Jest symptomatyczne, iż Merton i Scholes zostali uznani przez establishment za wielkich innowatorów, przyczyniających się do lepszego rozumienia rynku. Dziś, po wielu spektakularnych wpadkach potężnych instytucji finansowych i wywołanej przez nie recesji, znacznie większa jest już świadomość zagrożenia ze strony nieuregulowanej sfery finansów. Chociaż nikomu poważnemu nie przyszłoby do głowy fetować twórców i apologetów finansowych „innowacji”, to ich wątpliwe dzieła mają się dobrze jak nigdy wcześniej. Jest to efektem dominacji finansjery w historycznej perspektywie ekonomii politycznej.

Co takiego stało się, że odwrócony został korzystny trend wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego złotych dekad powojennego obszaru transatlantyckiego? Dlaczego tak bardzo osłabł prospołeczny nurt w decyzjach politycznych? Jak to się stało, iż tak dramatycznie rozwarstwiają się poziomy życia garstki najlepiej sytuowanych i całej reszty populacji?

Zwrot systemu społecznego w kierunku plutokracji nie jest czymś historycznie rzadkim – działo się to wielokrotnie już w cywilizacjach starożytnych, zazwyczaj kończąc się dewastacją infrastruktury (np. zrujnowanie systemu irygacyjnego Mezopotamii przez lichwę), regresem gospodarki i relegowaniem zdegenerowanej kultury do ligi państw podbitych. Jednak coraz powszechniejsze uprawianie nauki, rozwój wynalazczości oraz pozytywnie zainspirowane przywództwa polityczne doprowadziły do ukształtowania modelu nowoczesnego państwa narodowego, którego celem i środkiem było duchowe i materialne upodmiotowienie każdej jednostki ludzkiej. Pół wieku temu proces ten zdawał się być już niezwykle silny, a w dodatku w swej istocie nieodwracalny: coraz powszechniejsze stawały się edukacja i dostęp do informacji, prężny rozwój nauki zwiastował rosnący poziom życia, a najlepiej rozwinięte kraje porzucały kolonializm na rzecz pokojowej współpracy. Mając to na uwagę, nasze dzisiejsze położenie można uznać za nie lada „wyczyn”.

Fundamenty rozwoju

Krach piramidy finansowej na Wall Street w 1929 r. sprawił, że na kilka lat obszar euroatlantycki pogrążył się w bezprecedensowym kryzysie. Gra rezerwami złota doprowadziła do zniesienia w miarę stabilnego układu wymiany walut oraz do upadłościowej reakcji łańcuchowej, która uderzyła w banki austriackie i niemieckie. Na fali niezadowolenia z wielkiego bezrobocia wywołanego błędną polityką cięć oszczędnościowych w Niemczech do władzy doszedł Adolf Hitler, którego główny doradca ekonomiczny, Hjalmar Schacht, wprowadził zubożającą społeczeństwo politykę niskich płac. Tymczasem Amerykanie zdołali przezwyciężyć politykę cięć oszczędnościowych dzięki wyborowi opcji zarazem demokratycznej, jak i prospołecznej. W 1933 r. prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, który praktycznie wyeliminował spekulacyjne kasyno. Uczynił to za pomocą ustaw Glass-Steagall Act, Commodity Exchange Act i Securities Exchange Act.

Ustawa Glass-Steagall z 1933 roku jednoznacznie separowała bankowość depozytowo-kredytową, potrzebną dla zdrowego funkcjonowania gospodarki, od bankowości inwestycyjnej, będącej w istocie spekulacją. Brak takiej separacji sprawiał, iż banki kupowały ryzykowne instrumenty finansowe w pogoni za zyskiem, ryzykując jednocześnie pieniędzmi depozytariuszy i własną upadłością, co zamrażało funkcje kredytowe gospodarki. Nieuregulowana bankowość była tym samym narażona na upadki piramid finansowych ryzykownych funduszy inwestycyjnych, co przy mocnych połączeniach między bankami (wzajemnie pożyczającymi sobie pieniądze) mogło skutkować niewpłynięciem na czas określonych zobowiązań, a zatem brakiem płynności, paniką depozytariuszy, niewypłacalnością i bankructwem. Ustawa Glass-Steagall jednoznacznie zabraniała takich praktyk: bank tradycyjny mógł zajmować się jedynie bankowością, która nie miała styczności z ryzykownymi grami spekulantów. Jednocześnie banki uzyskiwały rządowe gwarancje pomocy w razie kłopotów, co w poprzednim modelu było albo niemożliwe, albo bardzo kosztowne ze względu na potencjalnie astronomiczne straty (zobowiązania) na rynku papierów spekulacyjnych. Ustawa Glass-Steagall stała się jednym z fundamentów nowego światowego ładu ekonomicznego, w którym bankowość służyła potrzebom rozwoju społeczeństw.

Następnie, w roku 1934, Roosevelt przeprowadził przez Kongres ustawę Securities Exchange Act. Jednym z jej postanowień było ustanowienie Securities and Exchange Commission (komisji ds. papierów wartościowych i giełd), mającej sprawować kontrolę nad rynkiem papierów wartościowych. Była ona wyposażona w uprawnienia śledcze i instrument nakładania kar. Ponadto ustawa ściśle nakazywała rejestrowanie wszystkich kontraktów oraz zarządzała ich wymianę, nawet wtórną, wyłącznie na regulowanych giełdach. To uniemożliwiło zawieranie niebotycznych dwustronnych zakładów hazardowych (tzw. swapów), które po prostu stały się nielegalne. Język ustawy, pełen zakazów, nakazów i ostrzeżeń, nie pozostawiał złudzeń, iż jej celem nie jest spełnianie życzeń rynków finansowych. Instrumenty pochodne zostały wyeliminowane z gry.

Kolejnym ważnym krokiem była ustawa Commodity Exchange Act, która regulowała wymianę na rynku towarów. Ponieważ rynek towarów (w tym żywności i surowców) został uznany za newralgiczny, położono szczególny nacisk na wyeliminowanie z niego ryzyka spekulacji. Służyły temu m.in. ilościowe limity możliwości zakupu danego towaru przez jednego uczestnika. Instrumenty pochodne od towarów („opcje”) zostały uznane za bezprawne. Ustawa stanowczo przestrzegała przed próbą zmowy rynkowej, ściśle określając również system zachęt i ochrony dla informujących o nieprawidłowościach.

Również z tego okresu pochodzą takie zasady jak np. reguła „tyknięcia w górę”, niepozwalająca sprzedawać papierów wartościowych w momencie, gdy ich ostatnia transakcja była spadkowa (obniżała cenę). Tym samym wyeliminowano spekulacyjny efekt „spadającego noża”, który powodował, że inwestorzy pozbywali się spadających akcji, obawiając się ich zakupu aż do momentu, gdy były niemal bezwartościowe. W regule „tyknięcia w górę” transakcja spadkowa mogła być dokonana tylko po nawet najmniejszej transakcji wznoszącej kurs. Rozchwianie rynków finansowych, tak charakterystyczne w dzisiejszych czasach, gdy giełda kojarzy się z wykresami histerycznie chaotycznych wahań, zostało przez Roosevelta zahamowane. Giełda stała się po prostu dobrze nadzorowanym sklepem, równie mało ekscytującym jak wszystkie inne sklepy.

Tak chroniona przed finansowymi niebezpieczeństwami Ameryka w szybkim tempie przezwyciężała ekonomiczną depresję. Ta największa gospodarka świata, wsparta antykryzysowymi projektami inwestycyjnymi, była gotowa do olbrzymiego wysiłku wojennego i odbudowy powojennej Europy dzięki Planowi Marshalla. Nowy ład ekonomiczny na świecie nie przewidywał powrotu do czasów hegemonii finansjery. Ustalenia z konferencji w Bretton Woods, podczas której powstał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, stworzyły nowy system monetarny, oparty o stałe kursy wymiany głównych walut świata, co wyeliminowało ryzyko kursowe i pokusę spekulacji. Siła finansjery została złamana, a ona sama przestała się liczyć jako zjawisko mające decydujący wpływ na politykę. Jej miejsce zajęły wielkie przedsiębiorstwa, związki zawodowe i partie polityczne.

Doświadczenia kolejnego globalnego konfliktu wykazały bezsensowność rewanżyzmu stosowanego wobec Niemiec po I wojnie światowej, dlatego zwycięskie państwa Zachodu – USA, Wielka Brytania i Francja – zdołały uniknąć powtórzenia tego błędu. Kierowane przez wizjonerów najważniejsze państwa Europy powoli zaczęły tworzyć wspólnotę interesów gospodarczych i politycznych, definiującą cele na kolejne dekady. Rola politycznego przywództwa zdaje się być w tym niezwykłym okresie kluczowa. Attlee i Macmillan w Wielkiej Brytanii, Kennedy i Johnson w USA, Charles de Gaulle we Francji, Adenauer i Ludwig Erhard w Niemczech – wszyscy oni wyrażali, pomimo bardzo świeżych doświadczeń wojennych, pozbawioną uprzedzeń dumę i wiarę w lepsze jutro swoich narodów. Państwa wspierały ważne projekty naukowe: szybkie koleje, nowoczesne elektrownie, przełomowe technologie kosmiczne. Jak wskazuje ekonomista prof. Robert Skidelsky, średni roczny wzrost PKB świata w „złotej erze” to niemal 5%, podczas gdy w erze neoliberalnej (nie wliczając ostatniego kryzysu) ledwo ponad 3%. To porównanie nie oddaje jednak skali powiększających się nierówności społecznych.

Przyczyny końca złotej ery

Czas dominacji zdolnych liderów politycznych kończy się w latach 60. Ameryka w tym okresie staje się coraz słabsza: jej wojsko grzęźnie w Wietnamie, zaś prezydent Nixon drastycznie ogranicza państwowe wydatki naukowo-badawcze. Pesymistyczni naukowcy przewidują w raporcie „Granice wzrostu” szybkie wyczerpywanie się światowych złóż kluczowych surowców. Pod naciskiem Brytyjczyków żądających natychmiastowego przekazania swojej rezerwy złota o wartości 3 miliardów dolarów (30% całych rezerw USA) Nixon decyduje się latem 1971 r., początkowo tylko częściowo, zerwać stabilizujący światowy handel system stałych kursów wymiany walut z Bretton Woods. Pojawia się ryzyko kursowe, co tworzy potencjał spekulacyjny. Tylnymi drzwiami wraca do gry finansowa oligarchia.

Proces finansjalizacji gospodarki z początku jest bardzo powolny, lecz z czasem nabiera tempa. Już w latach 60. zniesiony zostaje stamp tax – pierwowzór podatku od transakcji finansowych, zaś pod koniec lat 70. nieśmiało pojawiają się pierwsze instrumenty pochodne. Jest to związane z niezwykle wysokimi stopami procentowymi, które powodują szybkie przepływy kapitału do rajów podatkowych i z powrotem. Stopa procentowa 22 procent nazywana jest najwyższą od czasów przed Chrystusem i powoduje zniszczenie dużej części potencjału przemysłowego USA. W 1982 r. ustawa Futures Trading Act zezwala, po kilkudziesięciu latach przerwy, na funkcjonowanie instrumentów pochodnych, chociaż przez pierwsze lata ich status jest wciąż nie do końca jasny, zaś instytucje finansowe niechętnie chcą brać na siebie ryzyko wielkich kar od regulatora finansowego. Gdy w 1987 r. dochodzi do krachu na Wall Street, derywaty są już dość rozpowszechnione, ograniczają się jednak głównie do derywatów walutowych, zaś ich skala nie przekracza globalnego PKB. W 1992 r. przegłosowana zostaje ustawa Futures Trading Practices Act, zaś szefowa nadzoru finansowego Commodity Futures Trading Commission (CFTC), Wendy Gramm, wydaje opinię, według której ustawa rozstrzyga o legalności derywatów. Od tego momentu ich rozrost przestaje być kontrolowany, w tym derywatów napływających z zagranicy oraz tych będących dwustronnymi kontraktami (tzw. OTC), nierejestrowanymi i niewymienianymi na giełdach. Rozmiary transakcji każdego dnia przekraczają setki miliardów dolarów.

Stany Zjednoczone, jako największa gospodarka świata, nadają ton globalnym przemianom. Wtedy właśnie, a szczególnie po upadku żelaznej kurtyny, następuje dominacja tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego: ideologii deregulacji, prywatyzacji, wolnego handlu i liberalizacji. Konsensus Waszyngtoński to nazwa nadana w 1989 r. przez ekonomistę Johna Williamsona systemowi globalnego leseferyzmu. Wielki kapitał przepływa w nim z miejsca na miejsce i pozostaje poza regulacją państw, których zadaniem jest dostosowanie się do założeń państwa minimum. W tym konsensusie za prymusów uznawane są te kraje, które stwarzają kapitałowi jak najdogodniejsze warunki działania, niekrępowane np. ochroną pracowników najemnych czy regulacjami ekologicznymi.

Dawne instytucje Bretton Woods (Bank Światowy i MFW) zamiast wspierać rozwój państw mniej rozwiniętych, narzucają im w latach 80. ciężkie warunki „pomocowe”, które prowadzą te kraje do stagnacji i niepokojów społecznych. W wyniku nowych rund rokowań (tokijskiej, urugwajskiej) Światowej Organizacji Handlu poziom taryf celnych drastycznie się obniża i następuje era globalizacji handlu, a więc de facto także przemysłu. W wolnorynkowej teorii (koncepcja przewag komparatywnych autorstwa D. Ricardo) taka sytuacja powinna doprowadzić do efektywniejszego lokowania produkcji dzięki specjalizacji, skutkiem czego wszyscy powinni zyskiwać. W praktyce to powojenna etatystyczna transatlantycka złota era była najlepszym przykładem doganiania (USA przez Europę) przy obopólnych korzyściach. Również polityka protekcyjna („substytucji importu”) praktykowana w latach 60. i 70. przez blok krajów niezaangażowanych dawała dobre podstawy rozwoju siły produkcyjnej i nabywczej. Wolny handel w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego oznacza natomiast coś zupełnie innego. Jest to dyktat wielkiego biznesu: to on decyduje, gdzie (najlepiej do kraju podporządkowanego MFW) przenieść fabrykę, i to on zgarnia prawie całość zysku. Skala tworzenia siły nabywczej obywateli, tak w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, jest w tym modelu znacznie ograniczona.

Dodatkowo kraje słabo rozwinięte są pogrążone w neoliberalizmie, a zatem przy braku kontroli przepływu kapitału (bądź kursu waluty) narażone na dramatyczną spekulację walutą, która w kilka tygodni może zepchnąć kraj w recesję. To właśnie przydarzyło się w trakcie kryzysu azjatyckiego w 1997 r. Malezji, której premier Mahathir Mohamad tak opisał wtedy sytuację: [] zmanipulowany został krach gospodarczy Meksyku, tak samo gospodarki innych rozwijających się krajów mogą zostać zmanipulowane i nagięte do pokłonu wielkim zarządzającym funduszy finansowych, którzy stali się decydentami tego, kto może się rozwijać, a kto nie. […] Z tego, co wiemy, handel walutą jest w rzeczywistości 20 razy większy niż handel rzeczywistymi towarami i usługami. Poza zyskami i stratami dla handlujących [walutą] nie ma z tego olbrzymiego handlu żadnych namacalnych korzyści dla świata. Nie tworzy się znaczących miejsc pracy, żadne produkty czy usługi nie trafiają do zwykłych ludzi […] zyski pochodzą z pauperyzacji innych, w tym bardzo biednych krajów i ludzi. […] Przestrzega się nas też, że to są potężni ludzie. Jeśli zrobimy hałas lub w jakikolwiek sposób ich zirytujemy, będą zdenerwowani. A kiedy są zdenerwowani, mogą nas zniszczyć do szczętu, mogą z nas zrobić wraki.

Upadek systemu Bretton Woods stworzył system spekulacji walutą, który wyrodził się wkrótce w system spekulacji „wszystkim”. Instytucjom finansowym zaczynają puszczać hamulce: w 1998 r. potężny bank Citicorp (Citibank) łączy się z grupą inwestycyjną Travellers, co jest nielegalne w świetle ustawy Glass-Steagall. Bank nie zostaje jednak ukarany, zaś rok później Kongres pomaga Citi w zalegalizowaniu swoich działań, znosząc ustawę Glass-Steagall. Główny promotor tej operacji, senator Phil Gramm (mąż wspomnianej Wendy Gramm), pomógł rok później ostatecznie zatwierdzić formalną legalność najbardziej podejrzanych derywatów (OTC). Gramm jest dzisiaj wiceszefem działu inwestycyjnego megabanku UBS…

Ideologia w służbie plutokracji

Wszystkie kluczowe trendy ostatnich trzech dekad nie mogą być wytłumaczone bez istnienia ideologicznej podbudowy dla regresywnej polityki społeczno-gospodarczej. Coraz częstsze postawy radykalnie indywidualistyczne i zanikanie optymizmu wspólnotowego widoczne były również wśród ekonomistów. W centrum tej dyscypliny umościło się przekonanie, iż rynki są zawsze efektywnym i samoregulującym mechanizmem, gdyż w grze rynkowej uczestniczą racjonalne, dążące do zysku podmioty. Tym samym uzasadniono istnienie instrumentów pochodnych. Twierdzono, że z pewnością czynią rynek bardziej efektywnym, gdyż w przeciwnym wypadku racjonalny rynek nie stworzyłby ich i nimi nie handlował. Powstało przekonanie o szkodliwości rządowych regulacji. Lekcje Wielkiego Kryzysu, wskazujące na zagrożenia bańką finansową i ułomnością rynku, zostały zapomniane.

Co bardziej liberalni ekonomiści, jak Friedrich von Hayek i Milton Friedman, głoszący potrzebę mniejszej aktywności państwa, mogli z zadowoleniem obserwować dekadę rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA, obojga przekonanych o szkodliwości wysokich progresywnych podatków dochodowych. Karierę zrobiła tzw. krzywa Laffera – koncepcja, według której niższy poziom podatków gwarantuje wyższy poziom wpływów podatkowych. Warto przypomnieć, iż nawet Marek Belka nazwał ją kuriozalnym epizodem z pogranicza myśli ekonomicznej i polityki. Z początku nawet przyszły prezydent USA, George Bush senior, krytykował tego typu myślenie jako voodoo-ekonomię. Z czasem jednak atrakcyjna, choć rzadko prawdziwa koncepcja stała się jedynym pomysłem na politykę gospodarczą państw objętych Konsensusem Waszyngtońskim. Poza tego typu „reformami” rządom pozostawało liczyć na szczęście, dobry humor „niewidzialnej ręki” i ewentualnie mniej restrykcyjną politykę niezależnych banków centralnych.

Nawet te ostatnie, tak hołubione przez szkołę monetarystyczną ekonomii, miały niewystarczająco wiele instrumentów wpływu. Jak pokazują ostatnie lata, nawet bardzo luźna polityka pieniężna nie przyspieszy rozwoju gospodarczego, gdyż ta jest zależna od polityki banków prywatnych i wielkiego biznesu. Wielkość aktywności gospodarczej tylko częściowo może być ustalana przez bazę monetarną banku centralnego. Reszta, w sytuacji wycofania państwa z aktywnej polityki wydatkowej i przy niedostatecznym popycie, zależy od chęci banków komercyjnych do oferowania atrakcyjnych kredytów i chęci biznesu do brania kredytów i podejmowania ryzyka inwestycyjnego. W sytuacji, gdy wielki biznes zamraża swój kapitał, banki decydują się na pożyczanie pieniędzy innym instytucjom finansowym.

Szybko rozwijający się sektor finansowy dzięki nowym instrumentom oferował wyższe stopy zwrotu niż w realnej gospodarce. Tym samym rosło znaczenie tego sektora oraz dochód, jaki uzyskiwała z niego klasa finansistów, pozwalając jej coraz bardziej dominować nad resztą gospodarki, przeżywającej deindustrializację i stagnację płac. Dzięki wliczaniu usług finansowych i innowacjom informatycznym, będącym spuścizną dawnych rządowych programów, poziomy globalnego produktu na głowę nie odzwierciedlają dokładnie skali problemu. Jest on jednak widoczny w coraz wyższym zadłużeniu gospodarstw domowych i ich coraz mniej stabilnej, a często dłuższej godzinowo pracy. Rozwarstwienie społeczne i deindustrializacja pogłębiają jeszcze problem: gorzej płatne miejsca pracy dają mniejsze możliwości konsumpcji, a zatem osłabiają koniunkturę.

Pogorszenie rynku pracy doskonale obrazuje systemową różnicę w porównaniu ze złotą erą:

Tabela: Porównanie poziomów bezrobocia

Bezrobocie Złota Era Konsensus Waszyngtoński
USA 4,8% 6,1%
Francja 1,2% 9,5%
Niemcy 3,1% 7,5%
Wielka Brytania 1,6% 7,4%

 

Źródło: Robert Skidelsky, Keynes. Powrót mistrza.

 

Utratę pewności zatrudnienia osładzać miał ludności dość hojny system socjalny, powodujący, iż likwidacja niektórych miejsc pracy nie była traktowana w kategoriach wielkiego problemu społecznego. W połączeniu ze spadkiem tempa wzrostu produktu globalnego przyczyniało się to jednak do wzrostu wydatków państwa, co nie byłoby wielkim problemem, gdyby nie ogłoszenie przez rynkowych radykałów w latach 90. krucjaty przeciwko niezrównoważonemu budżetowi. Kryteria Maastricht w Unii Europejskiej i ofensywa budżetowych jastrzębi w USA pod wodzą Newta Gingricha zostały opakowane jako wyraz troski o dobro gospodarcze kraju. W istocie argument jastrzębi to pomyłka, gdyż wbrew ich twierdzeniom to nie wysoki dług jest przyczyną niskiego wzrostu, lecz niski wzrost jest przyczyną wysokiego długu. Doktryna konieczności cięcia deficytu metodą zmniejszania wydatków rządowych jeszcze bardziej osłabiła system społeczno-gospodarczy w momencie, gdy spekulacyjna narośl już przestała być kontrolowalna.

Rosyjska ruletka finansjery

W listopadzie 1993 r. noblista Maurice Allais napisał w „Le Figaro”, iż gigantyczna akumulacja długu pożera światową gospodarkę. Latem 1997 r. wolumen dziennych transakcji przekroczył już 5 bilionów (5 000 000 000 000) dolarów. Przy tej wysokości transakcji największe banki inwestycyjne każdego dnia ryzykowały niewypłacalność, instalując w swoich centralach specjalne biura kryzysowe z setkami telefonów, aby w razie wypadku przekonywać spanikowanych inwestorów do niewycofywania pieniędzy. George Soros stwierdził w tym samym roku: nie widzę możliwości, aby ten globalny system przetrwał […] wchodzimy w czas globalnej dezintegracji.

System ten przetrwał jednak kolejną dekadę, w międzyczasie globalna bańka instrumentów pochodnych osiągnęła teoretyczną „wartość” dwudziestokrotności światowego produktu brutto. Niestety ta gra przynosi jeszcze inne negatywne konsekwencje dla dobrobytu społecznego. Instrumenty pochodne mają olbrzymi wpływ na gwałtowne ruchy cen żywności i surowców, gdyż w przytłaczającej większości handel nimi (odbywający się na giełdach towarowych, takich jak Comex, ICE i CME) jest wirtualny – w przypadku gry na zwyżkę cen żywność, towary i surowce nie są dostarczane do fizycznej sprzedaży, lecz przetrzymywane w portach i magazynach w nadziei na zwyżkę cen. To ma olbrzymie konsekwencje dla społeczeństw, kładąc ich przyszłość w ręku, jak to określił Alain Parguez, międzynarodowej gospodarki rentierów.

Europejskie banki pod naciskiem społecznym wycofują się z niemoralnej spekulacji żywnością, jednak takich sentymentów nie mają mniejsi, nieuregulowani gracze – hedge fundy, czyli drapieżne fundusze inwestycyjne trzymające pieniądze maksymalnie stu osób (multimilionerów i miliarderów). Przykładowo hedge fund Armajaro wykupił w 2010 roku 7 procent światowej podaży kakao, zatrzymując je w magazynie i czekając na wzrost wartości. Właśnie spekulacja była przyczyną olbrzymich wahań cen ropy naftowej w latach 2007–2011. Jest tajemnicą poliszynela, iż ten dział londyńskiej giełdy towarowej jest całkowicie zdominowany przez koncern naftowy British Petroleum (BP) oraz bank inwestycyjny Morgan Stanley.

Oblicza się, iż około 80–90% handlu na giełdzie ICE ma charakter czysto spekulacyjny. Dla zwykłych obywateli gry wielkich finansistów obliczone na wzrost lub spadek towarowych instrumentów pochodnych mogą się przerodzić w wyższe lub niższe ceny energii i surowców oraz żywności, dotykając całych gospodarek i społeczeństw, czego przykładem były protesty przeciw cenom żywności i oleju opałowego w świecie arabskim w 2011 roku.

Kryzys i co dalej?

Światowy kryzys gospodarczo-finansowy spowodowany wypadkami na rynku derywatów w 2008 r. spotęgował niebezpieczne trendy ostatnich dekad. Spore części złego długu instytucji finansowych zostały uspołecznione przez rządy i banki centralne. Jednak wielkie kasyno nie zatrzymało się. Nieustająca potrzeba gonienia za zyskiem i redukowania ryzyka własnej implozji skłaniają spekulantów do ataków na instrumenty dłużne takich krajów jak Grecja czy Hiszpania. Do ataku użyte zostały swapy ryzyka kredytowego (CDS), które sam George Soros nazwał polisą na czyjeś życie połączoną z licencją na zabijanie. W interesie niektórych banków było podniesienie ceny długu państw i sprowadzenie ich na kolana. Po raz pierwszy obywatele starej Europy mieli okazję obserwować w całej okazałości metody Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wypróbowane dotychczas w innych, odległych częściach świata. Przecenienie roli długu państwa przerodziło się w obsesję cięć budżetowych, prowadzącą do recesji.

Przełamanie silnie zakorzenionych podstaw neoliberalizmu wymagać będzie wiele wysiłku, ale nie jest niemożliwe. Neoliberalizm oparty jest bowiem na fałszywym postrzeganiu państwa i społeczeństwa oraz błędnej doktrynie ekonomicznej. Lata 2008–2013 stały się okresem niezwykłego eksperymentu, któremu poddano całe narody – niektóre w większym wymiarze niż inne. Chociaż teoria głoszona przez neoliberalnych ekonomistów jest sama w sobie słaba, a doświadczenia Wielkiego Kryzysu stoją z nią w sprzeczności, to dla laika niezorientowanego w historii gospodarczej mitologia wolnorynkowców może brzmieć przekonywająco. Dopiero empiryczne doświadczenie przeprowadzone na żywym organizmie narodów pokazuje wyrwanym ze snu społeczeństwom, jak wielkim kłamstwem i apologią plutokracji podszyta jest współczesna myśl neoliberalna: polityka cięć oszczędnościowych zubaża społeczeństwo, a służy elicie finansjery. Straszący przed wielkim długiem i zalecający zaciskanie pasa ekonomiści są niewiarygodni. Była to bolesna lekcja do odrobienia – ważne, żeby nie poszła na marne.

Absolutnym priorytetem przy wychodzeniu z kryzysu powinien być powrót do regulacji z okresu Nowego Ładu i złotej ery powojennej Europy. Przywrócenie Rooseveltowskich ustaw odcięłoby wielką bańkę wirtualnych zobowiązań od realnej gospodarki, czyniąc je niebyłymi ze względu na brak możliwości otrzymania wsparcia państwa przez finansjerę spekulacyjną. Odrzucone muszą być również aksjomaty szkodliwości jakiegokolwiek długu państwa i nieinterwencji w kursy walutowe czy strukturę gospodarki (poprzez np. subwencje). Należy przywrócić właściwy, prorozwojowy model systemu kredytowego. Kraje znacząco powyżej poziomu bezrobocia z okresu Złotej Ery powinny prowadzić politykę fiskalną stymulującą popyt, opartą na tradycyjnych cywilizacyjnych funkcjach państwa, oraz politykę innowacyjną/strukturalną – zarówno dzięki inwestycjom w naukę, jak też systemom zachęt dla przedsiębiorców. W obszarach uznanych za ważne i uzasadnione z punktu widzenia długotrwałego interesu państw ważne jest również podejmowanie wieloletnich projektów rozwojowych – infrastrukturalnych, opartych na rodzimym przemyśle.

Mały sens Wielkiego Społeczeństwa

Koncepcja Big Society (Wielkiego Społeczeństwa) była dominującym tematem w wypowiedziach Davida Camerona oraz jego zwolenników przed brytyjskimi wyborami w maju 2010 roku. Próbowano ją definiować na różne sposoby, tak by stała się łatwiejsza do zrozumienia i bardziej konkretna, ale działaniom tym zupełnie zabrakło spójności. Na pojęcie to składać się mają następujące elementy:

  • „reforma” systemu świadczeń publicznych – prywatyzacja sektora publicznego i wprowadzenie systemu nieodpłatnej pracy ochotniczej,
  • decentralizacja – przekazywanie władzy społecznościom lokalnym,
  • rozwój wolontariatu,
  • upublicznianie informacji rządowych oraz minimalizowanie biurokracji związanej z regulacjami, odchodzenie od kultury laburzystów nastawionej na osiągnięcie celu,
  • wspieranie organizacji charytatywnych, przedsiębiorstw społecznych oraz spółdzielni.

Zwolennicy Big Society opisują tę inicjatywę jako progresywną i innowacyjną strategię, która polega na upodmiotowieniu społeczności, redystrybucji władzy oraz na wychowywaniu w kulturze wolontariatu. Jest to rządowa wizja społeczeństwa, w którym wolontariat i poczucie wspólnoty stają się stanem naturalnym.

Big Society Network opisuje swoje działanie jako napędzane złością i frustracją związanymi zarówno z poczynaniami City, jak i Westminsteru oraz z poczuciem bezradności i niemożnością wprowadzenia zmian. Zazwyczaj jesteśmy anonimowymi podatnikami i nie mamy tak naprawdę pojęcia, jak wydawane są nasze pieniądze. Większość z nas stara się być dobrymi obywatelami, ale wydaje nam się, że mamy znikomy wpływ na to, co się dzieje wokół nas.

Istnieje szereg paradoksów związanych z pojęciem Big Society. W okresie powyborczym w 2010 r., po co najmniej czterech próbach wprowadzenia inicjatywy w życie, niewiele osób rozumie lepiej, czym ta koncepcja jest, niż wtedy, gdy Cameron zaczął promować tę dziwną mieszaninę idei „czerwonych torysów”. Mianowany „carem Big Society” Lord Nat Wei zrezygnował z tego „stanowiska” w śmiesznych okolicznościach, stwierdzając, że nie może sobie pozwolić na dalszy wolontariat. Lokalne władze czterech pilotażowych ośrodków borykały się z różnymi problemami związanymi z wdrożeniem Big Society, a Liverpool (jedyny ośrodek miejski, w dodatku najbiedniejszy ze wszystkich czterech) wycofał się z powodu skali cięć budżetowych na poziomie lokalnym. Projekt polityczny, który jest tak rozmyty, często niedorzeczny, a wręcz nieuczciwy, jak Big Society, w normalnych warunkach z pewnością wylądowałby na śmietniku historii. Wobec tego warto zastanowić się, dlaczego ta koncepcja jest tak zadziwiająco odporna i dlaczego Cameron jest tak bardzo przekonany, że Big Society pozwoli mu na jednoczesne ocieplenie wizerunku Partii Konserwatywnej oraz na atak na sektor publiczny i ludzi biednych – atak bardziej radykalny niż ten, który przeprowadziła Margaret Thatcher.

Analizę Big Society warto rozpocząć od przedstawienia paradoksów z nim związanych. Następnie porównam go z bardziej kompleksową, radykalną i dalej idącą koncepcją, która miała odmienić relacje między państwem a obywatelem. Chodzi tu o Great Society, przedstawioną w latach 60. przez amerykańskiego prezydenta Johnsona.

Big Society jako zorganizowany chaos

W artykule opublikowanym 28 grudnia 2010 r. w „The Telegraph” Michael Gove przyrównał podejście rządu brytyjskiego do urzeczywistnienia Big Society do maoizmu. Była to aluzja do „rewolucyjnych” zmian, które planowała partia rządząca. Gove trafił w sedno. Big Society to zdecydowanie ruch rewolucyjny, który wyrósł na terenach wiejskich – chodzi tu jednak bardziej o angielskie hrabstwo Oxfordshire oglądane z perspektywy krótkiego spaceru niż o chińską prowincję Hunan po Długim Marszu – do tego należy dodać niechęć do miejskich intelektualistów oraz nostalgię za prostym życiem i poczuciem wspólnoty.

Eric Pickles, minister do spraw samorządów lokalnych w rządzie Camerona, nie pozostawia żadnych wątpliwości co do charakteru wprowadzanych zmian: Zamierzamy wstrząsnąć równowagą sił w kraju. Mamy zamiar zmienić charakter konstytucji. Nie powinniście wątpić w nasze zaangażowanie na rzecz decentralizacji. Być może nie wyglądam na rewolucjonistę, ale właśnie tutaj zaczyna się rewolucja.

Nick Boles, konserwatywny deputowany z okręgu Grantham i Stamford oraz gorący zwolennik Camerona, w swojej książce „Which Way’s Up: the Future for Coalition Britain and How to Get There” opisuje koncepcję radykalnej decentralizacji, której celem ma być likwidowanie biurokracji rządowej przynoszącej największe straty. Następnie ubarwia on tę teorię, mówiąc o wstrzyknięciu pewnej formy chaosu do lokalnych społeczności. Francis Maude, minister odpowiedzialny za Big Society, obiecał przyszłość pełną chaosu i nieporządku. O co tu, do licha, chodzi?

Oni wcale nie chcą tego doprecyzować

Cameronowi oraz innym czołowym zwolennikom Big Society w rządzie nie udało się do tej pory określić, co to pojęcie tak naprawdę oznacza. Jego filozoficzna podbudowa (za którymi stoją Phillip Blond i think tank ResPublica) jest równie rozmyta.

Prawdziwą zaletą koncepcji jest to, że nie można jej dookreślić, a przez to wiąże się z nią wiele stereotypów i w praktyce można pod nią podczepić wiele sprzecznych pomysłów. Jest jak budyń: kusząco słodki, a więc na pewno ci zaszkodzi, może przybrać niemal każdy kształt i co najważniejsze – cały czas się trzęsie. Taka ogólnikowość nie jest przypadkowa. Koncepcja ta staje w opozycji do kultury laburzystów, która nastawiona jest na odgórne ustalanie celów oraz planowanie i różne regulacje. Kolejną zaletą niesprecyzowania Big Society jest to, że na skutki cięć budżetowych oraz rosnące nierówności społeczne nie patrzy się srogim statystycznym okiem. Trudno więc ocenić, na czym miałby polegać sukces Big Society. Pozbawione sensu są też pytania, jak miałoby wyglądać to „wielkie” społeczeństwo. Ewentualny sukces tej inicjatywy ma więc raczej być czymś, co się „czuje”, a nie widzi. Wskaźniki „nie do zmierzenia” – takie jak spójność społeczna czy kapitał społeczny – są niekiedy przywoływane, żeby odpowiedzieć na powyższe pytanie, ale niczego nie wyjaśniają.

Torysi zdystansowali się od polityki New Labour, którą uważają za odgórną, biurokratyczną i etatystyczną. Konserwatyści nie przykładają wagi do mierzenia postępów w osiąganiu celów, a ponadto zlikwidowali wiele niezależnych od rządu instytucji publicznych (tzw. quango oraz NDPB), których zadaniem było analizowanie różnych aspektów życia społecznego. Przykładowo Departament ds. Społeczności i Władz Lokalnych oświadczył, że zaprzestaje zbierać dane od pracowników socjalnych. Na stronie internetowej czytamy, że chce on zredukować liczbę czasochłonnych i kosztownych wymogów sprawozdawczych nakładanych na władze lokalne przez rząd centralny. Może to mieć katastrofalne skutki dla słabszych – ale nie będzie już można zmierzyć, jak bardzo katastrofalne.

Takie podejście jest zaskakujące. W zeszłym roku media opisywały wiele przykładów kontraktów uzależnionych od rezultatów – organizacje społeczne musiały prezentować dane, z których wynika, w jakim stopniu ich działalność zmienia rzeczywistość. David Cameron przedstawił ponadto pomysły na zmierzenie dobrego samopoczucia narodu i opowiedział się za łatwym dostępem do informacji publicznej. Wszystko to wymaga od organizacji społecznych pozyskiwania i analizy danych.

Najbardziej niepokojące pośród tych prób deregulacji są jednak zamachy na zasadę równości oraz Komisję ds. Równości i Praw Człowieka (Equalities and Human Rights Commission). Idea „równości” miała ogromne znaczenie dla poprawy jakości życia w Wielkiej Brytanii, szczególnie grup dyskryminowanych. Stanęła teraz przed dużym wyzwaniem, zwłaszcza że atakowana jest również multikulturowość. Obecnie promuje się bardziej ogólne i indywidualistyczne pojęcie „sprawiedliwości”: „to niesprawiedliwe, że muszę płacić wyższe podatki, żeby ktoś mógł posłać swoje dzieci na studia”. Idea sprawiedliwości jest kluczowym elementem szerszego ataku na solidarność oraz spójność społeczną. Bogaci mogą teraz lepiej dbać o swoje, a ci, których nie stać na korzystanie z usług sektora prywatnego, zawsze przecież mogą się powiesić…

Liderzy „czerwonych torysów” Phillip Blond oraz John Milbank twierdzą, że połączenie doktryny torysów z tradycyjnymi ideami lewicy to jedyny sposób na zbudowanie prawdziwie egalitarnego społeczeństwa. Ich odpowiedzią na raport Narodowego Panelu ds. Równości (National Equality Panel) było zakwestionowanie podstaw idei „równości szans”. Według nich retoryka egalitarnej szansy sprawia, że w odniesieniu do osób, które nie odnoszą sukcesu, używa się określenia porażka. Taka pogarda wzmacnia nierówności. Autorzy nie przedstawiają żadnych argumentów na poparcie swoich teorii, a następnie formułują dziwne twierdzenie, że równość szans jest… jak rynek pozbawiony zasad moralnych lub jak merytokracja bez zasług. Następnie wspominają o „cnocie” jako swojej kluczowej idei – ale nie są w stanie wyjaśnić, co przez to rozumieją: […] im bardziej staramy się połączyć prestiż społeczny i ekonomiczny z pojęciem cnoty, tym większe możemy mieć nadzieje na pojawienie się dobrych liderów w dziedzinie polityki i finansów, którzy będą się kierowali współczuciem i uczciwością (No equality in opportunity, „The Guardian”z 28.01.2010 r.).

Bardzo pokrętna argumentacja. Autorzy zapomnieli również, że to właśnie „władcom wszechświata”, którzy zniszczyli ostatnio naszą gospodarkę i pogrążyli ją w kryzysie, najskuteczniej udaje się łączyć bogactwa, które posiadają – pozycję społeczną i ekonomiczną – z własnym pojęciem cnoty. Przecież „chciwość jest dobra”. Zamiast stawić czoła temu przeświadczeniu, „czerwoni torysi” zdają się hołubić tę „hierarchię wspaniałości”, która jest zaskakująco podobna do struktury klasowej w Wielkiej Brytanii.

Big Society teoretycznie ma służyć lokalnym zbiorowościom i społeczeństwu, ale w rzeczywistości koncepcja ta bardziej dotyczy pojedynczych jednostek oraz ich rodzin. Nat Wei stwierdził, że w Big Society chodzi głównie o upodmiotowienie obywateli, a największym wyzwaniem dla tej idei będzie rzeczywiste przekazanie władzy i kontroli zwykłym obywatelom. Jednak w tym samym czasie, wraz z wprowadzaniem Big Society, likwiduje się te elementy aparatu państwowego i systemu socjalnego, których zadaniem jest redystrybucja władzy i zasobów między bogatymi i biednymi. Dlatego warto zapytać, kto tak naprawdę skorzysta na tych zmianach. Zdecydowanie nie najubożsi i osoby zepchnięte na margines, których do tej pory chroniło równościowe prawo i system zabezpieczeń społecznych. Nie będzie to również sprzyjało osobom korzystającym z usług sektora publicznego, których nie stać na prywatne alternatywy.

Big Society jest ugrzecznioną wersją Tea Party, która zdobyła popularność w Stanach Zjednoczonych. Wychodzi z tego samego założenia: prywatne = dobre, publiczne = złe. Zakłada również, że jesteśmy wolni tylko wtedy, gdy konkurujemy między sobą w ramach wolnego rynku. W związku z tym wszystkie regulacje są złe, bo kojarzone z socjalizmem. Takie podejście dalekie jest od stworzenia „wielkiego społeczeństwa”. Stanowi raczej receptę na wojnę wszystkich ze wszystkimi – straszliwą dystopię w stylu Hobbesa.

To już się dzieje

Jeśli obecny w doktrynie Big Society „aktywny udział obywateli” rzeczywiście cokolwiek znaczy, to robimy to od dawna. Aktywność społeczna i wolontariat na rzecz lokalnych społeczności nie są niczym nowym. Społeczeństwo obywatelskie jest w Wielkiej Brytanii rozwinięte bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Jednak według „czerwonych torysów” i zwolenników Big Society społeczeństwo obywatelskie zostało przywłaszczone i zagrożone przez państwo, mające jakoby zbyt dużo wpływów, a także przez agresywny rynek. Twierdzę, że niektóre z założeń Big Society mogą być szkodliwe dla niezależności społeczeństwa obywatelskiego – pomimo zapewnień, że to Big Society ma stać na straży owej niezależności.

Tysiące organizacji społecznych działają obecnie na poziomie lokalnym. Big Society oraz cięcia budżetowe sprawią raczej, że staną się one mniej aktywne. Wiele organizacji społecznych traci bowiem znaczną część funduszy, co prowadzi do kolejnego paradoksu: Big Society = duże cięcia = słabsze społeczeństwo obywatelskie.

W przypadku Big Society chodzi o stworzenie ideologicznej obrony przed tymi, którzy protestują przeciwko cięciom w sektorze publicznym na poziomach lokalnym, regionalnym i krajowym. Mimo retoryki mówiącej, że Big Society wpłynie na polepszenie kondycji małych, lokalnych organizacji społecznych, wszystko wskazuje na to, że w związku z ograniczaniem wydatków przez władze lokalne i różne agencje zaczną występować masowe cięcia w sektorze pozarządowym. Wśród uczestników protestów przeciwko cięciom w budżecie są liczne organizacje obywatelskie. Istnieje wiele dowodów na to, że rząd konserwatystów i liberalnych demokratów jest dużo mniej tolerancyjny wobec nieposłuszeństwa wśród organizacji obywatelskich niż rząd laburzystów. Wielu członków parlamentu z ramienia Partii Pracy wywodzi się z sektora społecznego. Po prawie dwóch dekadach prac nad polepszeniem relacji z tym sektorem i stworzeniem odpowiednich ram prawnych zaczęto rozumieć potrzebę jego niezależności, a także dopuszczalność protestu (gdy to konieczne) przeciwko władzom lokalnym i krajowym, nawet jeśli to właśnie one wspierają organizacje finansowo. Relacja ta rozwinęła się podczas rządów Blaira i Browna i została przypieczętowana porozumieniem o nazwie „Compact”, zawartym pomiędzy rządem a sektorem społecznym. Nie wiadomo nic, żeby rząd torysów rozumiał tę kwestię w podobny sposób. Jedną z wielu instytucji, które zostały zlikwidowane podczas reform organizacji pozarządowych, była Compact Commission – nadzorująca funkcjonowanie porozumienia „Compact” i uprawniona do interwencji, gdyby doszło do jego naruszenia na szczeblach krajowym, regionalnym lub lokalnym.

W związku z cięciami w budżecie oraz wzrastającą liczbą organizacji przypartych do muru bardzo prawdopodobne jest, że pozostałe średnie i duże organizacje będą w coraz większym stopniu neutralizowane przez rząd lub sektor prywatny. Jest to zupełnym zaprzeczeniem idei silnego i niezależnego społeczeństwa obywatelskiego, na którym rzekomo zależy architektom Big Society.

Wielkie Społeczeństwo = wielkie kontrakty

Francis Maude i Lord Nat Wei, czołowi rzecznicy Big Society, przekonują, że przeobrażenia, które pociągnie za sobą realizacja idei Big Society, będą najbardziej korzystne na poziomach lokalnym i sąsiedzkim. Francis Maude twierdzi, że to właśnie w tej „mikroskopijnej” przestrzeni nastąpią zmiany. Wielu zinterpretowało to jako obietnicę wsparcia dla małych organizacji społecznych. Jednak w rzeczywistości jest to dalekie od prawdy. Skonsolidowane kontrakty na usługi publiczne oznaczają, że dla wielu organizacji obywatelskich będą one zbyt duże, żeby do nich przystąpić. Nie ma to nic wspólnego ze wspomnianą „mikroskopijnością”. Duże kontrakty trafiają zazwyczaj do sektora prywatnego, do firm takich jak Serco, Veolia, A4E, Arriva itp., a nie do organizacji społecznych, których rola zostaje zredukowana do podwykonawców. Spośród przetargów ogłoszonych w kwietniu 2010 r. w ramach Programu Pracy (Work Programme) tylko jeden wygrała organizacja społeczna. Płatność uzależniona od rezultatów będzie również sprzyjać większym podmiotom z sektora prywatnego, a nie mniejszym z sektora społecznego, które nie mają pokaźnych rezerw pieniędzy i nie są w stanie czekać miesiącami na zapłatę ani prowadzić działań finansowych, które umożliwią im wygranie przetargu.

Wszystko to wpłynie na relacje pomiędzy sektorami społecznym, państwowym i prywatnym. W czasach rządów New Labour władze lokalne oraz inne instytucje zapewniały niezależność organizacji obywatelskich, którym zlecały jakieś działania lub które finansowały. Stosunki te były regulowane przez wspomniane porozumienie „Compact”, które doceniało rolę organizacji społecznych jako instytucji strażniczych i „krytycznych przyjaciół”. Jest mało prawdopodobne, że firma Serco czy Group 4 będą się wykazywać podobną wyrozumiałością wobec organizacji-podwykonawców, skoro reprezentując swoich klientów, są wymagające tylko pod kątem komercyjnym. Niezależność wielu organizacji sektora społecznego jest zatem zagrożona, a możliwość powiedzenia prawdy podmiotom stojącym ponad nimi będzie najprawdopodobniej dużo bardziej ograniczona niż w ostatnich latach.

Big Society = mała Anglia

Big Society to nostalgiczne i sielskie spojrzenie na społeczeństwo. David Cameron wyjaśniał, że na pomysł wpadł w ogrodzie swojego ojca w Witney, małym miasteczku w hrabstwie Oxfordshire. Na pilotażowe obszary wybrano Liverpool, Merseyside (wycofało się z projektu w lutym 2011 r.), Eden, Cumbrię, Sutton, Greater London, Windsor, Maidenhead i Berkshire.

Z wyjątkiem Liverpoolu wybrane obszary są jednymi z najlepiej prosperujących w Wielkiej Brytanii terenów podmiejskich i wiejskich. W kilka miesięcy po ogłoszeniu ich uczestnictwa w programie Big Society jednostki koordynujące działanie organizacji społecznych w trzech z nich zgłosiły, że władze lokalne nie nawiązały z nimi żadnego kontaktu. W rzeczywistości bowiem poczyniono niewiele starań, by sektor społeczny miał swój praktyczny udział w realizowaniu planu Big Society. Jednak rząd polecił wszystkim większym instytucjom będącym partnerami strategicznymi Biura Społeczeństwa Obywatelskiego (Office of Civil Society), aby promowały i wspierały ideę Big Society.

Wyobrażam sobie, że Big Society może działać w miejscach takich jak Eden, Sutton, Windsor czy w Witney – moja matka, podobnie jak ojciec Camerona, mieszka w tym miasteczku. Jeśli Rada Hrabstwa Zachodniego Oxfordshire (West Oxfordshire Council) zdecyduje np. o zamknięciu lokalnej biblioteki, to jest bardzo prawdopodobne, że znalazłaby się tam grupa wolontariuszy, którzy chcieliby ją poprowadzić przez kilka miesięcy za darmo. Nie wyobrażam sobie jednak takiej sytuacji w Wigan, Warrington, Walthamstow czy Watford.

Zdaje się jednak, że założenia Big Society nie działają nawet w Witney – okazało się bowiem, że Młodzieżowemu Ośrodkowi Kultury w tym miasteczku grozi zamknięcie z powodu dużego spadku liczby wpłat od darczyńców oraz cięć w budżecie lokalnym.

Nostalgia nie jest dobrym doradcą

W założeniach Big Society można zauważyć nie tylko elementy „maoistowskie”, ale również wątki anarchistyczne i leninowskie (cała władza w ręce parafii1). Zarówno „czerwoni torysi”, jak i ich nowsze (i równie niespójne) lustrzane odbicie – „niebiescy labourzyści” odwołują się do głęboko zakorzenionej nostalgii za Anglią „sprzed upadku”. Obie grupy nawiązują do czasów sprzed powstania państwa opiekuńczego oraz „biurokratycznej i etatystycznej” Narodowej Służby Zdrowia (NHS).

Społeczeństwo opisane przez Phillipa Blonda może wyglądać podobnie do tego zamieszkującego Ambridge, w którym zakonnice w porannej mgle jadą rowerem do kościoła, jak w słynnej wypowiedzi Johna Majora cytującego George’a Orwella. Phillip Blond wyraźnie tęskni za takim obliczem Anglii, które zniknęło wraz z ekspansją rewolucji przemysłowej. Blond uważa się za krytyka sekularyzacji oraz współczesnego państwa. Jest on autorem pochwał na temat horyzontalnego i komunalnego porządku społecznego na wzór średniowieczny, którego ucieleśnieniem jest Kościół, ale w którym jest również miejsce dla cechów i sielskich społeczności rolniczych. Niestety – zdaniem Blonda – ten idealny układ społeczny został zniszczony poprzez wzrost władzy monarchów i państwa. Poglądy Blonda można podsumować słowami „pochwała feudalizmu” lub jak w artykule opublikowanym w „The Independent”(25.01.2009): powrót do średniowiecza. Jest to zdecydowanie zbyt daleko idąca nostalgia.

Według Blonda najważniejszym lekarstwem na złamaną Wielką Brytanię są rodzina i małżeństwo, które mają zasadnicze znaczenie dla zdrowia narodu. Uważa on również, że wycofanie się państwa i przekazanie środków finansowych klasie średniej oraz biednym to najlepsze rozwiązanie problemu. W tekście z „The Evening Standard” (30.06.2011) Blond rozmawiając z Alison Roberts, stwierdza, że wprowadzanie w życie założeń Big Society nie powiodło się, ponieważ rząd nie podszedł do sprawy dostatecznie radykalnie. Według niego nie chodzi o wolontariat ani filantropię, ale o zmianę polityki wobec obywateli znajdujących się na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Sugeruje on również, że wewnętrzne spory w rządzie, olbrzymie cięcia budżetowe oraz niezrozumienie przez torysów celów Big Society prowadzą do wzrostu niespójności całego programu. Blond zdaje się jednak nie zauważać, jak bardzo odporna jest Partia Konserwatywna na wszelkie próby wprowadzenia ochrony ludzi ubogich. Nie rozumie również, jak bardzo nęcące mogą się wydać torysom niektóre z jego poglądów nawiązujące do arkadyjskiej wizji „Merrie England”, przy ich jednoczesnej dezaprobacie dla radykalnej zmiany status quo.

Zamiast „horyzontalnego porządku społecznego” nostalgiczne wyobrażenia Blonda – w których pojawiają się cechy, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych oraz spółdzielnie – ostatecznie oznaczają powrót do systemu klasowego, znajdującego odzwierciedlenie w anglikańskiej pieśni: Bogacz w swoim zamku, biedak u jego bram – Bóg stworzył ich, wysoko lub nisko, odmienne dobra dając im.

Niebezpieczeństwa lokalizmu

W jednym z artykułów w „The Observer”(19.12.2010) wyjaśniono, dlaczego rządowa polityka lokalizmu przyniesie kłopoty. Przypomniano tam, że według wspomnianego Erica Pickelsa społeczeństwo to harmonijna jedność, dzieląca te same nadzieje i dążąca do tych samych celów, w której pojawiające się różnice zdań są rozwiązywane w cywilizowany sposób. Rzeczywistość jest jednak daleka od takiej wizji. Istnieją spory, gorycz, a także ekscentryczne decyzje, gdy lokalne społeczności (parafie, wioski) same mogą tworzyć plany zagospodarowania oraz przedstawiać lub wetować plany inwestycyjne na danym obszarze. Jest to podejście w stylu „nie w moim ogródku”, a taki rodzaj polityki powinien nazywać się raczej „atomizacją” – nie „lokalizmem”. Bez równoważącej presji rządu, dzięki której pod uwagę będą brane również inne interesy, chaos jest gwarantowany. Oczywiście rząd zapewnia, że „chaos” to pozytywny efekt założeń Big Society. Jest to konieczny produkt uboczny ideologicznej desperacji rządzących, aby zniszczyć tyle struktur państwowych, ile tylko się da. Mamy tu do czynienia z loterią, w której bogate obszary świetnie prosperują, a biedne idą na dno.

Nostalgia może mieć też fatalne skutki w przypadku złego planowania społecznego. Jest to kolejny dowód na to, że należy „uważać na swoje pragnienia”. Lokalizm może łatwo przemienić się w zaściankowość, podobnie jak od pojęcia społeczności można łatwo przejść do komunalizmu, a to oznacza walki między plemionami, wojnę wszystkich przeciwko wszystkim. Tylko aktywne instytucje państwowe (współpracujące ze społeczeństwem obywatelskim) mogą zapewnić przeciwwagę, pomoc i fundusze dla najuboższych obszarów – inaczej miejsca takie popadną w ruinę, pociągając za sobą wszystko inne. Niektóre obszary Stanów Zjednoczonych znalazły się już w takim krytycznym położeniu. Dobre intencje Blonda (jeżeli rzeczywiście o takich można mówić) sprawią, że podobne piekło może rozpętać się również w Wielkiej Brytanii. Jedynie państwo może zapewnić stosowne regulacje i redystrybucję zasobów z obszarów bogactwa do obszarów ubóstwa. Bez takiej strategicznej interwencji może nastąpić niebezpieczna atomizacja, która wprowadzi podziały pomiędzy poszczególnymi obszarami i sprawi, że te najbiedniejsze będą musiały rywalizować między sobą oraz z tymi bogatszymi. W takim ujęciu podejście Blonda przypomina anarchię.

Ideologia czy sposób na uniknięcie ideologii?

W dążeniu do ograniczenia deficytu budżetowego rząd w ciągu zaledwie 4 lat przeprowadził olbrzymie cięcia i poddał Wielką Brytanię drugiej terapii szokowej, której nie zdążyła przeforsować Thatcher. Wprowadzając zmiany, rząd stara się zniszczyć resztki solidarności, która nadal istnieje w naszej kulturze politycznej, oraz zastąpić ją wynędzniałym pojęciem „wspólnoty”.

Big Society to sposób torysów na wykorzystanie „wspólnoty” (włączając w to organizacje społeczne) do demontażu państwa opiekuńczego. Dzieje się to poprzez nakłonienie organizacji trzeciego sektora do przyłączenia się do sektora prywatnego w nakręcaniu szaleństwa, gdy Narodowa Służba Zdrowia (NHS) oraz inne usługi publiczne są prywatyzowane po najniższych cenach. Ponadto organizacje społeczne używane są jako zasłona dymna, aby cały proces rozgrabiania prawdziwego kapitału społecznego – państwa opiekuńczego – wyglądał na przyjemny i ludzki, a nie egoistyczny i destrukcyjny.

Jedną z konsekwencji używania słowa „wspólnota” w sposób niejasny i niejednoznaczny jest to, że zarówno New Labour, jak i torysi posługują się nim jako pojęciem przeciwstawnym wobec świadczeń publicznych i państwowych. Komercjalizacja coraz większej liczby usług publicznych przebiega w tak zaskakującym tempie, że brakuje nam nawet odpowiedniego słownictwa, aby opisać, co się wokół nas dzieje. Jest to bardzo niebezpieczne dla całej lewicy, ale sami też jesteśmy sobie winni – w sposób nieprzemyślany doprowadziliśmy do fetyszyzacji pojęcia wspólnoty. Sektor społeczny miał niewiele do powiedzenia również wtedy, gdy Nowa Partia Pracy używała tego słowa, żeby ukryć atak na usługi publiczne. Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że Rady Spółdzielcze2 będą ostatecznie zrzucać odpowiedzialność na mieszkańców, a nie wzmacniać ich zaangażowanie w model wzajemnego świadczenia usług, który rzeczywiście zaspokaja różne lokalne potrzeby i buduje prawdziwie inkluzywną solidarność, a nie enigmatyczne poczucie wspólnoty.

Związane z Big Society pojęcia takie jak „wybór”, „sprawiedliwość” i „wspólnota” wyglądają na zwyczajne, zdroworozsądkowe i przyjemne. W rzeczywistości mają jednak głębokie znaczenie ideologiczne i niosą niebezpieczne konsekwencje. Im silniejszy atak na sektor publiczny – bez względu na to, czy odbędzie się poprzez bezpośrednią prywatyzację, wprowadzenie wolontariatu czy rezygnację z usług sektora publicznego przez klasę średnią i wyższą – tym bardziej nierówne i niesprawiedliwe stanie się społeczeństwo. Odwoływanie się do poczucia wspólnoty i lokalizmu, a także samo pojęcie Big Society, to zasłony dymne, których używa się do zamaskowania tego procesu.

W rzeczywistości Big Society jest odzwierciedleniem atomizacji naszego społeczeństwa. Państwo oraz władze lokalne muszą być utrzymane w stanie względnej równowagi. O ile prawdą jest, że wiele aspektów państwa było nadmiernie scentralizowanych podczas rządów New Labour, o tyle zbyt radykalne odwrócenie tej sytuacji może doprowadzić do zniszczenia skutecznych mechanizmów pozwalających na sprawiedliwą (re)dystrybucję pomiędzy bogatymi i ubogimi – zarówno na poziomie rodzin, lokalnym, jak i regionalnym.

Torysi i liberalni demokraci zdołali rozpowszechnić pojęcie wspólnoty, aby móc skutecznie przeprowadzić bezpośredni atak na państwo i społeczeństwo. Pojęcie wspólnoty, które starają się narzucić i które uważają za rodzaj aktywizmu opartego na zaangażowaniu i wolontariacie, jest czymś, co w rzeczywistości może sprawdzić się w Witney lub na Notting Hill. Jednak w miejscach takich jak Hackney, Tower Hamlets, Worthington czy Wigan pomysły takie będą postrzegane jako kiepski żart klasy średniej – ze względu na cięcia w świadczeniach lokalnych, od których zależni są ludzie ubodzy (zarówno jako klienci, jak i pracownicy), przy jednoczesnym nakłanianiu ich do wykonywania tej pracy nieodpłatnie. Wszystko to jest niewiele lepsze od hołubionej „straży sąsiedzkiej” i tak naprawdę służy zamaskowaniu procederu wycofywania funduszy i usług publicznych z najbiedniejszych okolic. Jedynym przejawem spójności społecznej, jakiego architekci Big Society na pewno nie chcą wywołać, są zbiorowe działania, które ludzie podejmą w miejscach pracy i zamieszkania, gdy zorientują się, że mają do czynienia z nonsensem i oszustwem.

Big Society końcem państwa opiekuńczego?

Na pierwszy rzut oka założenia Big Society mogą przypominać założenia Great Society – planu amerykańskiego prezydenta Johnsona z lat 60., mającego na celu walkę z ubóstwem w miastach i dyskryminacją rasową. Jasne jest jednak, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Na każdym poziomie idealizm USA lat 60. oraz brytyjskiego państwa opiekuńczego z lat 40. zostaje w przypadku Big Society zastąpiony przez coś zupełnie przeciwnego – zarówno w odniesieniu do sprawiedliwości, dystrybucji dochodów, równości płciowej i rasowej, inwestowania w sztukę i naukę, dostępu do porad prawnych, jak i wydatków na służbę zdrowia, edukację itd.

Great Society było pomysłem ambitnym i częściowo udanym, który miał na celu wyciągnięcie Stanów Zjednoczonych z sytuacji groźnego załamania poprzez walkę z nierównością i stymulowanie popytu. Wydatki na szkolnictwo i inne przedsięwzięcia publiczne były kluczowym elementem we wczesnych latach funkcjonowania państwa opiekuńczego – podobnie działo się w latach 60. w Stanach Zjednoczonych. Kontrastują z tym dzisiejsze wstrzymanie przez rząd koalicyjny wydatków na budynki szkolne oraz odmowa wspierania ośrodków przemysłowych będących źródłem zatrudnienia (takich jak Forgemasters w Sheffield). Państwo opiekuńcze, a w szczególności Narodowa Służba Zdrowia (NHS), powstały w czasach, gdy zadłużenie państwowe było na poziomie podobnym do dzisiejszego. Służba zdrowia w Stanach Zjednoczonych (Medicare i Medicaid), mimo że nie działa perfekcyjnie, została stworzona jako sieć zabezpieczająca osoby starsze i ubogie i była kluczowym elementem założeń Great Society. Dla odmiany rząd koalicyjny rozbija fundamenty Narodowej Służby Zdrowia – mimo swojej przedwyborczej obietnicy, że nie będzie więcej rewolucyjnych zmian w tej sferze. Dostęp do wymiaru sprawiedliwości dla wszystkich był kolejnym założeniem państwa opiekuńczego. Zapewnienie pomocy prawnej dla najuboższych było częścią „Wojny z ubóstwem”, prowadzonej przez prezydenta Johnsona w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie w Wielkiej Brytanii obserwujemy ostateczny upadek Społecznej Pomocy Prawnej (Civil Legal Aid) oraz cięcia w świadczeniach socjalnych i mieszkaniowych, które można opisać jako „Wojnę z ubogimi”. Nawet inwestycje przeprowadzone w USA w latach 60. na rzecz kultury kontrastują z cięciami budżetowymi, które rząd konserwatystów i liberalnych demokratów planuje wprowadzić w muzeach, bibliotekach i organizacjach zajmujących się sztuką. Zlikwidowanie Agencji Rozwoju Regionalnego (Regional Development Agencies) oraz organów regulacyjnych, takich jak Komisja Rewizyjna (Audit Commission), sprawi, że wspieranie słabszych regionów i gmin nie będzie już możliwe.

Działania przeprowadzone w USA w latach 60. spowodowały, że ponad połowa Afroamerykanów przestała żyć w ubóstwie. Brytyjska ustawa o stosunkach rasowych (Race Relations Act) z lat 60. była podobna do rozwiązań amerykańskich. W tamtym czasie w Wielkiej Brytanii pojawił się też klimat sprzyjający multikulturowości. Kontrastują z tym założenia Big Society, gdyż nie podjęto żadnych starań, żeby zabezpieczyć kobiety oraz mniejszości etniczne przed utratą zatrudnienia spowodowaną cięciami budżetowymi. Cięcia w Komisji ds. Równości i Praw Człowieka (Equalities and Human Rights Commission) i ciągłe ataki na multikulturowość są częścią nostalgicznego projektu powrotu do Anglii sprzed czasów imigracji – Anglii, która tak naprawdę nigdy nie istniała. Społeczna spójność jest bardzo wątpliwa w takich warunkach. Wystarczy przyjrzeć się pomysłowi na zmianę górnego limitu przyznawania dodatku mieszkaniowego w Londynie, który z pewnością doprowadzi do jeszcze większej społecznej i etnicznej „czystki” w bogatszych częściach Londynu niż ta, do której doszło w związku z aferą „Domy za głosy” („Homes for Votes”)3 w połowie lat 80.

Polityka lokalizmu, choć na pierwszy rzut oka może wyglądać bardzo atrakcyjnie, doprowadzi prawdopodobnie do eskalacji różnic pomiędzy terenami, które świetnie sobie radzą, a tymi, które zostają daleko w tyle w odniesieniu do posiadanych zasobów – bez względu na to, czy jest to kapitał w tradycyjnym rozumieniu, czy też kapitał społeczny. Postulaty na rzecz lokalizmu i upodmiotowienia bez rzeczywistej redystrybucji zasobów to raczej kiepski żart niż prawdziwa polityka. Taki rodzaj komunitaryzmu jest filozoficznym odpowiednikiem tańców ludowych lub zabawy w harcerstwo. Jest to sposób na unikanie prawdziwych problemów związanych z nierównością, dyskryminacją, klasą i wykluczeniem, które nadal są blizną na ciele naszego społeczeństwa. Zdecydowanie nie jest to teoretyczne podłoże, na którym można zbudować sensowną politykę społeczną.

Niekiedy zwolennicy Big Society przedstawiają dziwny i naiwny pogląd, że jeśli wszyscy zbierzemy się razem w lokalnej wspólnocie i będziemy brać udział w festiwalach i innych imprezach okolicznościowych, to różnice klasowe i rasowe znikną w magiczny sposób. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciwko festiwalom, imprezom ulicznym i kulturalnym jako takim. Nie jestem tylko przekonany, czy poprzez wspólne biesiadowanie będziemy w stanie zbudować kapitał społeczny pozwalający przezwyciężyć różnice w statusie społecznym i wpływie na decyzje, różnice tak bardzo niszczące nasze spękane i nierówne społeczeństwo. Twierdzenie, że społeczeństwo rozdarte przez olbrzymie siły rynkowe można z powrotem zespolić poprzez jedzenie ciasta i wspólną zabawę, jest sztuczką, która ma ogłupić biesiadników. Big Society to chleb i igrzyska XXI wieku.

Tłum. Monika Kwiatkowska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w zawierającej dwa teksty broszurze Andy’ego Gregga i Mike’a Davisa pt. „The Big Society. The Big Con and the alternative”, dołączonej do pisma „The Chartist”. „The Chartist” to brytyjski dwumiesięcznik propagujący demokratyczny socjalizm, ukazujący się od lat 70. ubiegłego stulecia.

Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”. Poczyniono drobne skróty.

Przypisy redakcji:

  1. Parish (w dosłownym tłumaczeniu „parafia”) – jednostka samorządu terytorialnego najniższego szczebla, występująca na dużej części obszaru Anglii.
  2. Rady Spółdzielcze (Cooperative Councils) to instytucje na szczeblu lokalnym, których celem jest zaspokajanie potrzeb mieszkańców przez podmioty z sektora społecznego.
  3. Mianem „homes for votes” („domy za głosy”) określa się skandal, który wybuchł w City of Westminster, jednej z gmin Wielkiego Londynu. Aby zagwarantować sobie zwycięstwo w wyborach lokalnych w 1990 roku, politycy Partii Konserwatywnej – która w poprzednich wyborach do rady City of Westminster zwyciężyła niewielką przewagą głosów – zaczęli prowadzić w okolicy politykę mieszkaniową, mającą na celu pozbycie się osób mogących głosować na inne partie. Przykładowo pozbywano się z okręgu wyborczego osób bezdomnych, studentów i pielęgniarek, a wiele mieszkań komunalnych wystawiono na sprzedaż.