Zbigniew Romaszewski – galeria

Zbigniew Romaszewski – galeria

Z. Romaszewski przemawia na 10. urodzinach „Obywatela” / „Nowego
Obywatela” (2010)

Zbigniew i Zofia Romaszewscy na uroczystości 10-lecia „Obywatela” /
„Nowego Obywatela” (2010)

Zofia i Zbigniew Romaszewscy na spotkaniu integracyjnym z okazji 5.
urodzin „Obywatela” (2005)

Zorganizowane przez Z. Romaszewskiego spotkanie w Senacie poświęcone niezbędnym zmianom w Ustawie o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji (2008)

Zbigniew Romaszewski – galeria

25-lecie „Solidarności”

Czyje to święto?

Bez wahania odpowiadam: „Nasze”. Święto tych 10 milionów ludzi, którzy w ciągu zaledwie kilku miesięcy zdołali stworzyć NSZZ „Solidarność” – ruch społeczny, który stał się zarzewiem przemian nie tylko w Polsce, ale w całym bloku komunistycznym. Kiedy 1 września 1980 r., dzięki presji Gwiazdów, Ani Walentynowicz, Bogdana Borusewicza, Aliny Pieńkowskiej i Heni Krzywonos wychodziłem z więzienia, czułem, co to znaczy solidarność. Jechałem Nowym Światem autobusem, a przed nami jechała milicja, która zamykała pochód KPN, aby umożliwić mu bezkolizyjne złożenie kwiatów na Grobie Nieznanego Żołnierza. Był to już kraj inny niż ten, w którym mnie aresztowano. Dla tych, którzy tego nie przeżyli, brzmi to jak slogan, ale po 31 sierpnia ludzie stali się w Polsce po prostu na co dzień solidarni, uzyskali potężną broń w walce z totalitarnym reżimem. Nie wszystkie rocznice są radosne. Są rocznice wręcz tragiczne. 1 sierpnia tłumy warszawiaków udają się na cmentarz wojskowy, by oddać hołd poległym w Powstaniu Warszawskim. Nie towarzyszy temu jednak poczucie martyrologii, gdyż 1 sierpnia 1944 r. warszawiacy poczuli się wolni i solidarni. Niezależnie od zmieniających się historycznych ocen, rocznica ta pozostawała i pozostanie świętem pamięci o poległych, ale również świętem wolności i solidarności Narodu. Dla nas los był o wiele łaskawszy. Żyjemy. To, o co walczyliśmy, właściwie otrzymaliśmy. Niepodległość, wolne wybory, wolność słowa, zrzeszeń, zgromadzeń, względne bezpieczeństwo ze strony wschodniego sąsiada, to wszystko, o czym marzyliśmy, a nawet więcej niż ośmielaliśmy się w 1980 r. artykułować. To prawda, nie potrafiliśmy wywalczonych wolności wykorzystać do budowy sprawiedliwego i solidarnego społeczeństwa, ale jak dotychczas nie udało się to nikomu. Wielka idea Jana Pawła II, by budować świat oparty na solidarności, jest bardzo trudna i będzie jeszcze wiele lat czekała na realizację, ale alternatywą dla niej jest tylko kolejny kataklizm. Dziś, kiedy beneficjenci przemian szykują się do obchodów radosnego dla nich święta, trzeba pamiętać o tych, którzy tamtą „Solidarność” budowali i których obciążono wszystkimi kosztami transformacji. Należy się buntować przeciwko niesprawiedliwości, ale nie należy zapominać o drodze, którą przeszliśmy, bo może być ona dla nas źródłem otuchy i nadziei.

Czym była „Solidarność” i co się z nią stało?

„Solidarność” była wielkim ruchem społecznym, mającym na celu rewindykację podstawowych praw i wolności obywatelskich. Prawa te to wolność słowa, wolność zrzeszeń, prawo do niezawisłych sądów, ale także prawo do prawdy historycznej i niezależnej kultury, konstytuujących tożsamość narodową. Fakt, że ruch ten przybrał formę związku zawodowego, odegrał niezwykle istotną rolę w budowaniu jego powszechności i sprowadzaniu na ziemię, dość w końcu abstrakcyjnie brzmiących, idei praw i wolności obywatelskich. Sądzę, że powstanie ruchu w formie związku zawodowego stanowiło zaskoczenie dla większości uczestników środowiska opozycyjnego z okresu przed sierpniem 1980 roku. Dziś dosyć łatwo odpowiedzieć, że za ruchem związkowym przemawiała możliwość działania w zakładach pracy i docierania do wielkich skupisk ludzkich, przemawiała efektywność narzędzi protestu (strajk, masowa demonstracja), przemawiała również szerokość edukacji obywatelskiej opartej o przełożone na język codzienności prawa człowieka. Dziś jest to proste, ale wcale nie było takie proste przed Sierpniem. Zarówno środowiska KOR-owskie, jak i te związane z ROPCiO dążyły do rozszerzenia aktywności społecznej i tworzenia niezależnych inicjatyw w różnych kręgach, a ich formuła była bardzo różnorodna. Działalność prowadzona na różnych frontach budowała świadomość obywatelską, ale nie przesądzała o tym, w jakim kierunku rozwinie się masowy ruch społeczny. Wolne Związki Zawodowe funkcjonowały nie tylko na Wybrzeżu, ale również na Śląsku i o ile te pierwsze są autentycznymi rodzicami „Solidarności”, to te drugie w budowaniu ruchu zawodowego na Śląsku nie odegrały praktycznie żadnej roli. Czy więc formuła związkowa „Solidarności” była czystym przypadkiem? Na pewno nie, ale zdecydowały o niej tak liczne i trudne do uchwycenia czynniki, że nawet w lipcu, po wybuchu strajków na Lubelszczyźnie, nikt nie wyobrażał sobie takiego obrotu sprawy. W tych warunkach „Solidarność” była bardzo dziwnym związkiem zawodowym, który budował więzi społeczne nie tylko na poziomie zawodów, branż czy zakładów pracy, ale również na poziomie różnych środowisk i pomiędzy nimi tworzył strukturę organizacyjną społeczeństwa polskiego. „Solidarność” nie była również ruchem politycznym, gdyż przemiany, które postulowała, nie tworzyły spójnej wizji przyszłego państwa polskiego. Nie mogła mieć takich ambicji, ponieważ jej członkowie reprezentowali bardzo szeroki wachlarz poglądów lub pozostawali apolityczni. Rodziło to ostre spory polityczne, ale jeżeli oprzeć się na uchwałach I Walnego Zjazdu Delegatów (WZD), to obraz „Solidarności” rysuje się bardzo pozytywnie, jako ruchu odpowiedzialnego, zdolnego osiągać wewnętrzny konsensus, skłonnego do ograniczania swoich roszczeń, dostosowywania ich do istniejących wówczas warunków geopolitycznych. Reasumując: „Solidarność” zbudowała wewnątrz społeczeństwa polskiego pewien etos – system więzi opartych na patriotyzmie i szacunku dla tradycyjnych wartości, głoszonych w nauczaniu Kościoła katolickiego w Polsce. Przyznawał on wysokie miejsce w hierarchii wartości dobru wspólnemu, przeciwstawiając je partykularnym interesom. „Solidarność” była ruchem egalitarnym, ale zachowującym szacunek dla profesjonalizmu, a zwłaszcza dla tych, którzy w imię wspólnych interesów byli w stanie wyrzec się korzyści wynikających z ich statusu społecznego. Ruch był wręcz obsesyjnie jawny i wewnętrznie demokratyczny. Mechanizmy te działały na tyle silnie, że skutecznie hamowały autokratyczne zapędy Przewodniczącego.

Dlaczego „Solidarność” mogła powstać w Polsce w 1980 r.?

Niewątpliwie głównym sprawcą konsolidacji społeczeństwa w gigantyczny ruch było „Nie lękajcie się” Jana Pawła II. Milionowe tłumy, które ciągnęły na spotkanie z Papieżem, uświadomiły sobie, że ci, którzy podobnie myślą, stanowią przygniatającą większość narodu. Wzmocniło to ich wiarę w słuszność wyznawanych poglądów. Jednocześnie osłabiło morale tych, którzy stali po stronie władzy. Postawiło pytanie o słuszność dokonanego wyboru. Pytanie o to, czy ich konformistyczna zgoda na PRL jest słuszna wobec siły moralnej tkwiącej w polskim społeczeństwie. Nie sposób również pominąć roli, jaką w formowaniu się ruchu odegrała powstała w latach 70. kadra działaczy opozycyjnych. W roku 1980 opozycja w Polsce dysponowała 2-5 tys. działaczy. Ich poziom i stopień zaangażowania był różny, ale niezwykle pozytywnym faktem przy budowie ruchu okazała się ich aktywność społeczna, umiejętności (np. drukarskie), a przede wszystkim rozciągająca się już wtedy na całą Polskę sieć kontaktów. Akcja pomocowa organizowana przez KOR na rzecz robotników represjonowanych po wydarzeniach 1976 r. w Radomiu i Ursusie przełamała bariery dzielące środowiska inteligenckie od robotniczych i stała się symbolem ogólnospołecznej solidarności.

Dlaczego wprowadzono stan wojenny?

Mimo, iż obawa przed interwencją sowiecką stanowiła jedną z istotnych przesłanek strategii NSZZ „Solidarność”, to dziś w świetle dokumentów Biura Politycznego KPZR, a także późniejszych wydarzeń możemy twierdzić, że takie rozwiązanie nie było prawdopodobne. Zaangażowany militarnie w Afganistanie i objęty kryzysem Związek Radziecki nie mógł pozwolić sobie na krwawą awanturę w środku Europy. Niezależnie od różnych form „braterskiego” szantażu ze strony ZSRR, ówcześni przywódcy PRL powinni byli zdawać sobie z tego sprawę i przypuszczam, że zdawali. Nie jest też prawdziwe jedno z popularnych twierdzeń mających usprawiedliwić stan wojenny – jakoby „Solidarność” destabilizowała gospodarkę kraju. Przysłowiowy „ocet na półkach” to konsekwencja przygotowywania rezerw na okres stanu wojennego. Jeżeli na podstawie komunikatów o stopniu zasilania energetycznego kraju prześledzić zapotrzebowanie na energię elektryczną, to okaże się, że w latach 1980-1981 nie odbiegało ono od poprzednich. Kraj produkował jak dotychczas i dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego zapotrzebowanie to drastycznie spada. Produkcja ustała. W kraju trwał nieproklamowany strajk i dopiero jesienią 1982 r. parametry zapotrzebowania energetycznego powróciły do poprzednich wartości. Rzeczywistym powodem zaangażowania się w stan wojenny była systematyczna utrata przez partyjną nomenklaturę kontroli nad zakładami pracy. Dalsze dzieje wykazały jednoznacznie, że nomenklatura nie była zbytnio przywiązana do wartości socjalistycznych i dość łatwo pogodziła się z prywatną własnością środków produkcji, życzyła sobie jednak, aby pozostały one w jej rękach, a tego nie dawało się uzyskać spoza zakładów pracy. Nasilające się tendencje do wyprowadzenia organizacji partyjnych poza zakłady pracy, stanowiły śmiertelne zagrożenie dla jej struktur. Towarzysze doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że pozbawieni możliwości ekonomicznego szantażu wobec załóg nie mieliby żadnych argumentów wobec społeczeństwa i ich partia traciła rację bytu.

Kiedy „Solidarność” zagubiła wewnętrzny demokratyzm?

Można powiedzieć, że autokratyczne tendencje Lecha Wałęsy dawały się odczuć już na I Walnym Zjeździe Delegatów, ale to nie one zadecydowały o odejściu od procedur demokratycznych. Zadecydowały o tym konieczności wynikłe z wprowadzenia stanu wojennego. Demokracja nie jest wartością uniwersalną, słuszną bezwzględnie zawsze i wszędzie. Nie będę pisał o zaletach demokracji, bo są one oczywiste, trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że procedury demokratyczne są żmudne, czasochłonne i utrudniając podejmowanie decyzji, nie dają się stosować w warunkach walki. Tak więc po wprowadzeniu stanu wojennego, jedynym racjonalnym sposobem organizowania oporu było skupienie się wokół „sztandaru”. Tym osobowym sztandarem był Lech Wałęsa. Wokół tego „sztandaru”, w jego najbliższym otoczeniu, zaczęły kształtować się elity „Solidarności” podziemnej. Elity te wzięły na siebie ciężar i odpowiedzialność za negocjacje z komunistyczną władzą i organizację kontraktowych wyborów. Oczywiście Okrągły Stół był niedemokratyczny, podobnie jak wyłanianie kandydatów „Solidarności” w wyborach 1989 roku. O ile jednak poszczególne decyzje i uzgodnienia zarówno Okrągłego Stołu, jak i rządu Tadeusza Mazowieckiego można osądzać bardzo krytycznie, to trudno krytykować brak demokratyzmu w samych procedurach, bo innych możliwości nie było. Procedury te zresztą zostały ex post zaakceptowane przez społeczeństwo w wyborach 4 czerwca 1989 r., czego dowodem był wybór 99 na 100 senatorów oraz wszystkich posłów z listy „Solidarności”. Problemem okazała się zdrada elit, które porzuciły etos solidarnościowy. Zaufanie do nich jednak trwało. Fakt, że 30-procentowy spadek płacy realnej nie powodował protestów i zamieszek przez całe 2 lata, może świadczyć o tym, jak wielkie nadzieje wiązało społeczeństwo z rządami „Solidarności” – i jak wielki przeżyło zawód. Zaangażowane w rozgrywkę polityczną elity przekazały gospodarkę w ręce komunistycznej nomenklatury, a problem odbudowy związku „Solidarność” zepchnęły na margines.

Co stało się z „Solidarnością”?

Myślę, że odpowiedź jest prosta. Po katastrofie 2001 r., spowodowanej autoryzowaniem przez Związek kontynuacji neoliberalnych rządów przez gabinet Jerzego Buzka, „Solidarność” stała się jednym ze związków zawodowych przeżywających kryzys charakterystyczny dla ruchu związkowego ery globalizacji. Przyczyn takiego rozwoju sytuacji było oczywiście wiele i każdy inaczej ustala ich hierarchię. Ja chciałbym wspomnieć o kilku. Najważniejszą z nich wydaje mi się brak kultury politycznej społeczeństwa. 45-letnie rządy komunistów zlikwidowały w naszym kraju najistotniejszy nawyk niezbędny w społeczeństwie demokratycznym – przyzwyczajenie do kontrolowania władzy. Został on zastąpiony z początku bezkrytycznym zaufaniem, a następnie totalną, bezrefleksyjną krytyką wszelkich jej poczynań. Skutkiem tego był systematyczny spadek aktywności obywatelskiej na rzecz wszechogarniającej kontestacji i apatii. Opór społeczeństwa wobec zalewu komunistycznej propagandy spowodował idealizowanie zarówno tradycji II Rzeczpospolitej, jak i kapitalizmu jako systemu społeczno-gospodarczego, rzekomo pozbawionego wad i problemów. Stłumienie wszelkich inicjatyw indywidualnych przez komunizm oraz lansowanie dobra wspólnego jako najwyższej niekwestionowanej wartości doprowadziło do groźnej eksplozji indywidualizmu oraz lekceważenia interesów i związków wspólnotowych. Wykreowano liberalizm darwinowski, likwidując obowiązek międzyludzkiej solidarności na rzecz dobroczynności pełnej hipokryzji. Zniszczenie tak dużego i spójnego ruchu jakim była „Solidarność” odbywało się w oparciu o poszczególne ustawy, rozporządzenia i decyzje kolejnych rządów. Tutaj chciałbym powiedzieć o trzech posunięciach szczególnie szkodliwych dla budowaniu demokratycznego państwa. Pierwsze to pozostawienie banków w rękach komunistycznych. Hiperinflacja 1989 r. na poziomie 50-70% miesięcznie oraz utrzymywanie stałego oprocentowania kredytów bankowych w wysokości 8% doprowadziły do tego, że ci, którzy uzyskiwali kredyty jesienią 1989 r., musieli je zwrócić przed 1 stycznia 1990 r. jedynie w wysokości 1/3 realnej należności. Pozwoliło to na wykreowanie nowej klasy kapitalistów z grona nomenklatury i jej akolitów. Drugą plagą, która zrywała więzy solidarności i sprzyjała przejmowaniu gospodarki przez postkomunistów, była wprowadzona przez Balcerowicza ustawa o podatku od wynagrodzeń ponadnormatywnych, tzw. „popiwek”. W państwowych zakładach pracy każda złotówka podwyżki dla załogi skutkowała koniecznością odprowadzenia do skarbu państwa 4 zł. Nomenklaturowi dyrektorzy znaleźli na to sposób. W warunkach liberalizującej się gospodarki utworzyli spółki prawa handlowego, które przejmowały produkcję zakładów państwowych i wykonując ją w oparciu o pracowników oraz sprzęt tych zakładów mogli wypłacać pracownikom godziwe wynagrodzenie. Wobec takich działań silna wówczas „Solidarność” była bezradna, załogi były korumpowane, a przedsiębiorstwa państwowe obrastały girlandami pasożytniczych spółek. Pogłębiało to nieefektywność przedsiębiorstw państwowych i promowało złodziejską koncepcję, że są one nic nie warte i można je oddać byle komu za symboliczną złotówkę. Wobec konieczności zaspokojenia doraźnych interesów poszczególnych załóg, Związek nie miał możliwości skutecznego i solidarnego przeciwstawienia się rozkradaniu majątku narodowego i ulegał demoralizacji. Ostateczne przełamanie solidarności nastąpiło w wyniku tzw. „grubej kreski”. Ustalała ona, że kat i ofiara są dla nowobudowanego państwa tak samo cenni, a wyrządzone przez człowieka dobro lub zło nie stanowi o jego wartości. Zniszczyło to morale i odpowiedzialność społeczeństwa. O ile specjalne emerytury dla funkcjonariuszy aparatu przemocy i „sprawiedliwości” zostały utrzymane, to ostrej krytyce i potępieniu poddano „tradycje i roszczeniowość styropianu”. Efekt jest taki, że o ile generałowie, sędziowie czy prokuratorzy, bezwzględnie tłumiący dążenia społeczeństwa do wolności, korzystają z wysokich, wielotysięcznych emerytur, to ci, którzy wywalczyli wolną Polskę muszą się zadowolić kilkuset złotymi. Tak pękła „Solidarność” i taki jest jej stan po 25 latach. Zbigniew Romaszewski


Dziękujemy, nie skorzystamy

– oświadczenie Zofii Romaszewskiej i senatora Zbigniewa Romaszewskiego W dniach 29, 30 i 31 sierpnia w Warszawie i Gdańsku odbędzie się Międzynarodowa Konferencja z okazji 25-lecia „Solidarności”. Uczestniczyć w niej będą znakomici przedstawiciele międzynarodowego świata politycznego i goście zaproszeni z Polski. Przewodniczącymi poszczególnych sesji są: prof. B. Geremek, prof. J. Buzek, T. Mazowiecki, Jan K. Bielecki, dr J. Onyszkiewicz, E. Smolar, A. Hall. Honorowymi uczestnikami konferencji są L. Wałęsa, A. Kwaśniewski oraz przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Duaro Barroso. Goście zostaną zakwaterowani w Warszawie w hotelu Victoria, a do Gdańska w dniu 31 sierpnia zostaną przewiezieni wyczarterowanymi samolotami. Na konferencję zostali zaproszeni m.in. Zofia i Zbigniew Romaszewscy. Do organizatorów konferencji przesłali list wyjaśniający powód odmowy uczestnictwa w tej wielkiej imprezie. Oto jego treść: Bardzo dziękujemy za pamięć i zaproszenie, jednakże z niego nie skorzystamy. Niewątpliwie jest to promocja Polski, ale obraz, który się z niej wyłania jest całkowicie nieadekwatny do tego, czym była „Solidarność” roku 1980 i do rzeczywistości naszego kraju. Konferencja sprawia wrażenie święta beneficjentów przemian, my również do nich należymy, ale obchody 25-lecia Sierpnia wyobrażaliśmy sobie zupełnie inaczej. „Solidarność” to był jednak wielki ruch społeczny, którego beneficjentami stały się nieliczne elity, ogromna większość naszych kolegów, którzy byli internowani, więzieni, którym złamano kariery zawodowe, nie odnalazła się w świecie brutalnego neoliberalizmu organizującego dzisiaj życie społeczno-polityczne i gospodarcze naszego kraju. Walczyli wszak o co innego. Dziś pozostają bez pracy albo na kilkusetzłotowych emeryturach i nawet nie stać ich na uczestniczenie w jakichkolwiek obchodach. Niedostrzeganie tego problemu w programie Konferencji stanowi sprzeniewierzenie się temu co niesie ze sobą słowo SOLIDARNOŚĆ. W tej sytuacji przeznaczanie tak ogromnych środków na obchody rocznicy przez elity obraża pamięć tej „Solidarności”, którą tworzyliśmy 25 lat temu w zupełnie innym składzie. Zofia i Zbigniew Romaszewscy 7 lipca 2005 r.

Ministerstwo Sprawiedliwości

Ministerstwo Sprawiedliwości

Gdybym był ministrem sprawiedliwości, musiałbym się zmierzyć z poważnym kryzysem polskiego wymiaru sprawiedliwości, co nie byłoby łatwe, biorąc pod uwagę słabą pozycję tego ministerstwa.

Stanowisko Ministra Sprawiedliwości jest wyjątkowo niewdzięczne, gdyż będąc obciążone odpowiedzialnością za funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości nie daje jednocześnie dostatecznych kompetencji pozwalających zwalczać powstające tam patologie. Problem ten ma źródło w uregulowaniach konstytucyjnych, a te wymagają większości 2/3 w Sejmie. Art. 173 Konstytucji stanowi, że Sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Nie jest do końca jasne, czy artykuł ten ogranicza proklamowaną przez art. 4 tejże zwierzchnią władzę narodu, konstytuującą państwo demokratyczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Konstytucja nie precyzuje, w jaki sposób mają być realizowane uprawnienia władcze narodu wobec wymiaru sprawiedliwości.

W ostatnim okresie obok sądów i trybunałów niezależność uzyskała również prokuratura. Tak więc państwo de facto przekazało wymiar sprawiedliwości w ręce korporacji sędziów i prokuratorów, a te skutecznie rozszerzają uprawnienia w interesie swoich członków. W takich realiach niezawisłość czy niezależność stanowią podstawę coraz bardziej rozprzestrzeniającej się nieodpowiedzialności.

Wystarczy zauważyć, że z około 230 spraw, w których IPN zamierzał prowadzić śledztwo przeciw sędziom i prokuratorom winnym morderstw sądowych w okresie stalinowskim, przed sąd trafiła… jedna. W pozostałych odmówiono uchylenia immunitetu i mordercy w togach dożywali lub dożywają swych dni jako sędziowie lub prokuratorzy w stanie spoczynku, korzystający z 70% współczesnego wynagrodzenia na ostatnio przez nich zajmowanym stanowisku. Myślę, że to mówi wszystko o kondycji moralnej środowisk podejmujących decyzje w polskim wymiarze sprawiedliwości.

Kolejnym istotnym problemem jest zalew legislacyjny. 1350 ustaw uchwalonych przez Parlament VII kadencji, ponad 20 tys. stron Dziennika Ustaw – to plon działalności parlamentu i rządu zwalający się na głowy obywateli. Jest to wyraz tendencji rozpowszechniającej się w krajach Unii Europejskiej. Eliminując z relacji międzyludzkich zasady moralne, relatywizując pojęcie dobra i zła, próbujemy je zastąpić sformalizowanym prawem stanowionym. Możliwość uregulowania wszelkich zjawisk społecznych przy pomocy prawa stanowionego wydaje się jednak po pierwsze wątpliwa, po drugie – niepraktyczna. Wątpliwa, gdyż – zgodnie z twierdzeniem Godla – wszelkie systemy sformalizowane są albo niezupełne (nie obejmują pewnych zjawisk), albo sprzeczne; niepraktyczna, gdyż zalew prawa pozwala traktować je instrumentalnie i odrywać prawo od sprawiedliwości.

Totalne bezprawie, cechujące rządy komunizmu w Polsce, zaszczepiło w społeczeństwie głęboką potrzebę prawa i nabożny, często bezkrytyczny stosunek do prawników. Pozwala to na produkcję bełkotliwych tworów prawnych, co chwila zmienianych w związku z pojawiającymi się sprzecznościami lub partykularnymi interesami poszczególnych grup nacisku. Prawo staje się niestabilne. Zapomina się, że mijają lata zanim określony przepis zostanie zaabsorbowany przez społeczną świadomość, nim stanie się uznawaną przez wszystkich normą zachowań. Tak więc żyjemy w świecie przepisów, które w zależności od potrzeb można zmieniać, obchodzić czy w ogóle o nich zapominać.

Musimy uświadomić sobie, że to sprawiedliwość jest wartością, a prawo jedynie narzędziem służącym jej realizacji.

Przedstawiona sytuacja pozwala na sformułowanie tezy o głębokim kryzysie w polskim wymiarze sprawiedliwości. W tych warunkach praca przyszłego ministra będzie w ogromnej mierze zależała od siły poparcia, jaką uzyska rząd w parlamencie. Jednak nawet w przypadku uzyskania większości konstytucyjnej należy liczyć się z protestami i szantażem ze strony Unii Europejskiej, gdy reformy będą naruszały interesy wpływowych lobby. Przekonał się o tym premier Orban, który z niektórych reform był zmuszony wycofać się lub ograniczyć ich radykalizm. Podobnie i u nas program reform będzie rozłożony w czasie, krótszym lub dłuższym, ale musi konsekwentnie realizować założone cele.

Podstawowy cel, jaki postawiłbym sobie jako minister, to stworzenie zasad konstytucyjnych podporządkowujących wymiar sprawiedliwości władztwu narodu. Jako najistotniejsze rozumiem tu stabilizację prawa, np. poprzez wprowadzenie instytucji ustaw organicznych, regulujących podstawowe prawa obywatelskie, których uchwalenie wymagałoby większości kwalifikowanej. Sądzę, że powinny to być ustawy dotyczące prawa do informacji, funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, uprawnień ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego, kodeksów czy podstawowych praw gospodarczych i podatkowych. Każde z wymienionych zagadnień może być tematem szerokich odrębnych dyskusji, które przygotują grunt do przeprowadzenia głębokich reform konstytucyjnych w dziedzinie stanowienia prawa i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Oczywistym jest, że wymaga to zbudowania przez polityków bardzo szerokiego konsensusu, przy czym przygotowanie podstawowych aktów legislacyjnych powinno stanowić zasadnicze zadanie ministra sprawiedliwości.

Za najpoważniejsze bolączki wymiaru sprawiedliwości, które można usunąć w ramach bieżącej działalności ministerstwa, uważam:

  1. Uchylenie ustawy o utworzeniu niezależnej prokuratury i umiejscowienie jej w systemie władzy wykonawczej. Państwo, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo obywateli, powinno mieć możliwość prowadzenia polityki karnej. Można dyskutować potrzebę wprowadzenia instytucji sędziego śledczego, co mogłoby zwiększyć kontradyktoryjność postępowania karnego, natomiast urząd oskarżycielski, czyli narzędzie prowadzenia polityki karnej, powinien pozostać w sferze władzy wykonawczej; nie mają tu nic do rzeczy aspiracje niezależności i tak dość już spatologizowanej prokuratury.
  2. Ograniczenie długotrwałości postępowania, jego przewlekłości, a przede wszystkim doprowadzenie do tego, by rozprawa toczyła się w sposób ciągły, dzień po dniu, a nie była dzielona przerwami trwającymi czasami po kilka miesięcy, zależnie od kalendarza sędziego czy dobrej woli podsądnych i ich adwokatów. Zaangażowanie się, a nawet tylko pamiętanie kilkudziesięciu spraw prowadzonych równolegle przez jednego sędziego, przekracza ludzkie możliwości koncentrowania się i dogłębnej analizy poszczególnych problemów.
  3. Uregulowanie kwestii jawności. Art. 45 Konstytucji pozwala na wyłączenie jawności ze względu na: moralność, bezpieczeństwo państwa, porządek publiczny, ochronę życia prywatnego stron oraz inny ważny interes prywatny. To ostatnie stało się podstawą do wyłączania jawności w sprawach, w których sąd zamierza wydać, mówiąc oględnie, kontrowersyjny wyrok. W ten sposób wymiar sprawiedliwości ukrywa się przed społeczeństwem. Samo sformułowanie „inny ważny interes prywatny” niezmiernie przypomina „inne czasopisma” czy „inne surowce oleiste” – sformułowania stanowiące źródło afer korupcyjnych. Nim taki lapsus usunie się z Konstytucji, należy doprecyzować „ważny interes prywatny” w ustawie zwykłej i monitorować z urzędu przypadki wyłączenia jawności.
  4. Problem jawności dotyczy również ustalenia obowiązku udostępniania obywatelom przez sądy akt spraw, które toczyły się jawnie i w których zapadły wyroki. Sytuacja, w której odmawia się dostępu do akt ministrowi sprawiedliwości, stanowi kuriozum w skali światowej. Jest to niewątpliwy syndrom uchylania się przez sądy od jakiegokolwiek pozakorporacyjnego nadzoru i odpowiedzialności.
  5. Przywrócenie rewizji nadzwyczajnej. Osobiście byłem jej zwolennikiem i ciągle uważam, że instytucja kasacji, obejmująca jedynie formalną ocenę postępowania, pozostaje niezrozumiałą dla społeczeństwa i bardzo odległą od powszechnego rozumienia sprawiedliwości.

Osiągnięcie tych celów przy oporze bardzo skonsolidowanego środowiska prawniczego i niejasnej siły parlamentu oraz stanowiska głównych mediów wymaga w chwili obecnej uruchomienia szerokiego społecznego monitoringu wymiaru sprawiedliwości. Warto zauważyć, że ciągnące się z przerwami wieloletnie procesy oraz uchylanie jawności wyeliminowały z mediów, kiedyś niezwykle popularne, sprawozdania sądowe. Stanowiły one bardzo proste i ważne źródło edukacji prawnej społeczeństwa. Dostarczały obywatelom prostej wiedzy o tym, w jaki sposób działa prawo, co prawo może, a czego nie może. Jednocześnie sądy odczuwały, że ktoś interesuje się ich pracą i może wytykać błędy. Dziś zapadła głęboka cisza. Obywatele przestali się sądami interesować, a sądy uciekły w boską nieomylność.

Zbigniew Romaszewski – galeria

Radio wolności i solidarności

Niedawno minęła 30. rocznica utworzenia Radia Solidarność i emisji jego pierwszych audycji. Rozgłośnia powstała w mrocznych czasach stanu wojennego, by wspierać walkę z zamordystycznym reżimem, dodawać otuchy, propagować niezależne informacje. To nie tylko historia pełna odwagi i pasji – to także temat wciąż aktualny, bo choć zmieniły się realia polityczne i technologiczne oraz regulacje prawne, to nadal trwa walka o wolne słowo i swobodną myśl, co pokazały choćby protesty w sprawie ACTA. Z okazji 30. rocznicy powstania Radia Solidarność rozmawiamy z Zofią Romaszewską – zasłużoną wieloletnią działaczką opozycji demokratycznej, obrończynią praw człowieka, a obecnie m.in. członkinią Rady Honorowej „Nowego Obywatela”.

***

Była Pani razem z mężem, Zbigniewem Romaszewskim, pomysłodawczynią podziemnego Radia Solidarność, które zaczęło nadawać w kwietniu 1982 r. Skąd wziął się pomysł na rozgłośnię?

Zofia Romaszewska: Chcieliśmy po prostu odezwać się do ludności Warszawy, aby wiedziała, że „Solidarność” żyje mimo represji stanu wojennego i zepchnięcia Związku do podziemia. Czuliśmy, że musimy coś zrobić, aby podnieść ducha narodu, poprawić nastroje społeczne. Ludzie łatwo wpadają w pesymizm, a nam chodziło właśnie o to, żeby nie było tak pesymistycznie i ponuro.

Mieliśmy nadajnik zrobiony przez inżyniera Kołyszkę. On z założenia nie miał nadawać audycji, lecz służyć do porozumiewania się między zakładami pracy, to było takie jakby CB-radio. Postanowiliśmy, że pierwszą audycję nadamy, gdy większość milicjantów wyjedzie z Warszawy. Wiadomo było, że tak się stanie, bo stan wojenny był wyczerpujący dla wszystkich, również dla nich. I rzeczywiście, dano im urlopy na Święta Wielkanocne. W Wielki Piątek rozrzuciliśmy ulotki informujące o Radiu Solidarność, a w Poniedziałek Wielkanocny 12 kwietnia nadaliśmy pierwszą audycję, nie wiedząc, kto nas będzie słuchał, czy w ogóle ktoś nas będzie słyszał, jak daleki mamy zasięg itp. Bardzo szybko zaczęto nas zagłuszać przy pomocy muzyki, którą nazywaliśmy „dyskoteką Kiszczaka”, ale na początku było nas słychać świetnie. Trzeba powiedzieć, że MSW poniosło spore koszty z naszego powodu, bo w pewnym momencie Warszawa była pełna pelengatorów, na wielu domach były instalowane na stałe.

Jak wyglądała organizacja takiego radia podziemnego?

Z. R.: Nagrywaliśmy audycje w domu na zwykłym magnetofonie, dopiero później mieliśmy porządniejszy sprzęt. Warunki pracy były prymitywne. Musieliśmy sprzęt trochę obstawić poduszkami, żeby nie było pogłosu. I to było nasze studio. Przy okazji drugiej audycji taśmę skleiliśmy prowizorycznie, w efekcie czego nie wytrzymała i zerwała się w trakcie nadawania. Okoliczności tej audycji były bardzo efektowne, bo Warszawa była cała niebieska od milicyjnych samochodów. Wcześniej milicjanci ustalili mniej więcej przy pomocy pelengatora, skąd możemy nadawać i obstawili dzielnicę. Zajmowali cały kwartał ulic w okolicach Żelaznej Bramy. Gdy taśma się zerwała, ludzie pomyśleli, że nas złapano, i zaczęli z okien zrzucać doniczki na milicjantów. A my byliśmy bezpieczni – nadawaliśmy wtedy i wiele razy później z szybu windy, skąd wystawialiśmy tzw. szczupakówkę, czyli wędkę z anteną. A pierwszą audycję nadawaliśmy z dachu domu na rogu ulic Grójeckiej i Niemcewicza.

Proszę opowiedzieć trochę o tematyce audycji – o czym mówiliście w „podziemnym eterze”?

Z. R.: Ja od zawsze zajmowałam się interwencjami na rzecz osób poszkodowanych i represjonowanych, stąd też najbardziej interesowała nas taka tematyka. Kogo posadzili, a kogo wypuścili z więzienia, jak bezpieka czy milicja odnoszą się do zatrzymanych czy aresztowanych, jak zachowują się klawisze w więzieniach, w jakich warunkach przetrzymywani są nasi koledzy, czy mają dostęp do książek, do opieki medycznej, do mszy św., jak przebiegają widzenia z rodzinami itd., itd. W pierwszej audycji zajęliśmy się sytuacją Stasia Matejczuka. Przedostała się na wolność informacja z Aresztu Śledczego na Rakowieckiej, że był w trakcie przesłuchań bardzo pobity i marnie się czuje. Myśmy tę informację puścili w eter i już po paru dniach w telewizji pokazano naszego kolegę, jak robi pompki, co oczywiście miało świadczyć o tym, że jest zdrów jak rydz. Takich problemów w tym czasie było dużo, więc było o czym mówić.

Radio miało też służyć do informowania o demonstracjach, mszach i wszelakich spotkaniach w zasadzie legalnych, na które chcieliśmy się zwołać.

Koledzy mieli również skłonności do propagowania idei, które uważali za ważne i sądzili, że odbiorcy z przyjemnością posłuchają poglądów podobnych do swoich i że w tych słusznych poglądach się umocnią.

Kiedy Radio przestało funkcjonować?

Z. R.: Ostatecznie zakończyliśmy nadawać w 1989 roku. Gdy nas aresztowali, Radiem zajmował się np. Jurek Jastrzębowski, a później już inni koledzy przejęli sprawę. Potem Radio zaczęło oddziaływać nawet poprzez telewizję – umieszczali napisy „Solidarność żyje” czy „Solidarność walczy” w trakcie Dziennika TVP albo np. jakiejś mowy Jaruzelskiego. Niestety, zasięg tych akcji był nieduży – gdy się nadawało z jednego bloku, to docierało tylko do bloków sąsiednich. Inaczej było w przypadku tego malutkiego radyjka, które gdy się umieściło wysoko, na dachu, było słyszalne znacznie dalej.

Zadziwiające, że pomimo takiego nakładu sił i środków ze strony MSW nie udało im się zlikwidować Radia.

Z. R.: Mieliśmy bardzo rozdrobnioną strukturę i – poza kilkoma najbliższymi współpracownikami – nie znaliśmy się nawzajem. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą, żeby uniknąć identyfikacji. Kiedy już po 1989 r. spotkaliśmy się, byłam zdziwiona, że było nas aż tylu i z tak różnych miast. Od pewnego momentu Radio niesamowicie się rozprzestrzeniło. Jak stwierdził mój mąż, wszystkie instytuty fizyki, techniczne itp. pracowały, żeby Radio Solidarność mogło grać. Nagle zrobiło się dużo nadajników. Na początku nasze audycje były kopiowane i nadawane w różnych miejscach, np. ktoś jechał do Gdańska albo do Krakowa i tam nadawał. A później te miejsca stawały się kolejnymi ośrodkami Radia i ludzie realizowali już własne pomysły – tak było np. we Wrocławiu czy w Świdniku pod Lublinem i w wielu innych miastach Polski.

Osoby, które wspierały Radio, były niezwykle pomysłowe. Mnie chyba najbardziej zaimponował taki wynalazek, który dostałam już po wyjściu z więzienia. To był mały nadajniczek, ukryty w pudełku po zapałkach, którym można było zagłuszać radiowozy milicyjne. Stawało się z takim pudełkiem obok radiowozu-matki, który kontrolował ileś „córek”, i radiowozy natychmiast traciły ze sobą łączność.

Czy Pani wie, jakich miała odbiorców, kto słuchał Radia Solidarność?

Z. R.: Na początku słuchała nas Warszawa – i to dość masowo. Koledzy opowiadali nam, że gdy było wiadomo, że ma być audycja Radia Solidarność, to w drukarni, która znajdowała się w Domu Słowa Polskiego, wszyscy pracownicy mieli ze sobą takie małe odbiorniczki. I gdy o godz. 21 rozlegał się sygnał fujarki, rozpoczynający naszą audycję – maszyny stawały, wszyscy zaczynali słuchać. To był niesamowity sukces. Zresztą cała Warszawa wtedy mrugała światłami – umówiliśmy się na taki sygnał, żeby wiedzieć, kto nas odbiera. Gdy zobaczyliśmy te światła po raz pierwszy, to się popłakaliśmy ze wzruszenia.

A jaki był wymiar „wewnętrzny”, środowiskowy Radia Solidarność?

Z. R.: Nasze radio było bardzo ważnym sposobem aktywizowania sporej grupy ludzi. Jak już mówiłam, naukowcy wykazywali się niezwykłą pomysłowością, żeby ułatwić nam nadawanie i zwiększyć zasięg audycji. Była to również wspaniała przygoda dla młodzieży. Emiterami najczęściej byli ludzie młodzi i adrenalina dawała całkiem dobrze o sobie znać. Można się było wykazać i sprawdzić, bo pokonało się strach. W trudnych czasach nie jest źle udowodnić sobie, że jest się gotowym dla celów niemerkantylnych poświęcić nawet własną wolność. To była dobra szkoła życia i charakterów.

Trzy miesiące po tym, jak Radio zaczęło nadawać, została Pani aresztowana i skazana na trzy lata więzienia. Jaka była treść oskarżenia?

Z. R.: Rzekomo próbowaliśmy obalić siłą ustrój PRL-owski. Natomiast drugi zarzut dotyczył przynależności do zdelegalizowanego związku zawodowego „Solidarność”. Prawdę mówiąc, wtedy nie należałam do „Solidarności”, bo byłam pracownikiem Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność”, i w związku z tym uznałam, że nie będę u swojego pracodawcy należeć do jego związku. Ale oczywiście podczas procesu udawałam, że należę [śmiech].

Proces był absurdalny, zarzuty nie miały związku z rzeczywistością. W moim przypadku np. były bardzo wielkie dociekania, czy to jest na pewno mój głos, czy nie. Nasz kolega z Politechniki Wrocławskiej przekonywał podczas procesu, że tego absolutnie nie można ustalić, stwierdził również, że on w nagraniu wyraźnie rozpoznaje akcent środkowopolski czy kielecki [śmiech]. W ogóle to był niezły spektakl.

Radio Solidarność – obok innych mediów podziemnych – można by uznać za specyficznego prekursora dziennikarstwa obywatelskiego w Polsce. Interesowała się nim nie tylko nasza Służba Bezpieczeństwa, ale też enerdowska Stasi, czyli system wyraźnie się go obawiał. Jak Pani ocenia wpływ dzisiejszych mediów oddolnych na to, co się dzieje w Polsce? Czy mamy jakiś wpływ, czy to tylko „robota głupiego”?

Z. R.: Nam się wtedy również wydawało, że to, co robimy, to jest zdecydowanie „robota głupiego” i teraz też może się wydawać, że aktywność mediów oddolnych jest czymś podobnym. Ten, kto się tym zajmuje, ma wrażenie, że jego działanie nie ma żadnego znaczenia. Człowiek się nafatyguje, napracuje, jest strasznie zmęczony, a efektów swojej pracy nie widzi, bo to widać dopiero po latach. A potem to już w zasadzie nie wiadomo, czy te zmiany nastąpiły dzięki działaniom państwa, czy kogoś innego. Jednak to nigdy nie jest tak do końca. Jeżeli podobnych inicjatyw jest wystarczająco dużo, wtedy miara się przebiera – i wówczas następują zmiany. Natomiast dopóki nie ma tej „masy krytycznej”, to można odnieść wrażenie, że nic się nie dzieje, że to jest taka właśnie „robota głupiego”. Ale małe kroki mogą prowadzić do wielkich przemian. Kiedy my funkcjonowaliśmy, też mieliśmy wątpliwości i też nas dopadało poczucie beznadziei. Nie jest łatwo nakłonić obywateli do zmian, musi się ta „masa krytyczna” z jakiegoś powodu, czasem trudno powiedzieć z jakiego, uformować.

A jak ocenia Pani z perspektywy własnych doświadczeń kondycję dzisiejszych mediów oddolnych, obywatelskich? Wiadomo, że pojawiły się nowe możliwości, przede wszystkim Internet.

Z. R.: Internet jest rzeczą fascynującą i świetną, ale stanowi też w pewnym stopniu śmietnik. Dlatego zasadniczą sprawą jest, żeby nasze dzieci i wnuki nauczono myśleć, a współczesna szkoła – nie tylko u nas, ale i na świecie – tego nie uczy. Obecnie uczy się pewnego sposobu reagowania na określone hasła: hasło-odzew, hasło-odzew, jak w wojsku. I to powoduje, że media oddolne ze swoimi przekazami spotykają się z niezrozumieniem. Mimo że się używa słów prostych, mimo że się mówi o oczywistościach. Szkoła uczy bezmyślności – to po pierwsze. A po drugie – dzisiaj liczy się indywidualizm, a nie solidarność z innymi. Nie tworzymy grup ani społeczności, niszczymy poczucie tożsamości narodowych, wyznaniowych, ideowych itp. Żeby łatwiej było nami rządzić, społeczeństwo jest ogłupiane, a wspólnoty – likwidowane.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 czerwca 2012 r.

Zbigniew Romaszewski – galeria

Blaski i cienie polskiej transformacji

Nie sposób pisać o wadach i zaletach transformacji ustrojowej bez uwzględnienia jej wewnętrznych i zewnętrznych determinant. Nie sądzę, aby w momencie jej przeprowadzania ktokolwiek był w stanie dokonywać świadomego wyboru realnie istniejących możliwości, które z kolei ulegały zmianom z miesiąca na miesiąc.

Opozycja, a właściwie całe „solidarnościowe” społeczeństwo domagały się przede wszystkim wolności politycznych i suwerenności państwa. Właściwie cała uwaga koncentrowała się wokół tych wartości. Z drugiej strony, elity komunistycznego państwa domagały się zachowania własnej pozycji w nowej rzeczywistości i chyba nawet nie wyobrażały sobie jej utracenia. Sądzę, że zarówno społeczeństwo, jak i aparat władzy miały przed oczami jako model gospodarczy wyidealizowany system państwa dobrobytu oparty na ekonomii Keynesa. Wspólne były marzenia o stabilnej własności prywatnej, i wolnym, ale jakoś kontrolowanym przez państwo rynku, z udziałem silnych przedsiębiorstw państwowych. Nikt nie wyobrażał sobie prywatyzowania elektrowni, kolei, stoczni itd.

Ani społeczeństwo, ani opozycja, ani władza komunistyczna nie wyobrażali sobie do końca, w którym momencie proces transformacyjny się zacznie i jak daleko może sięgnąć. Tym bardziej, że od momentu, gdy weszliśmy na drogę reform, jeszcze dwa lata funkcjonował Związek Radziecki i nic nie zapowiadało przemian ustrojowych w krajach satelickich. Tak więc nikt do końca nie wiedział, co nam, Polakom, naprawdę wolno.

Ustalenia „okrągłego stołu” sprowadzały się do systemu, w którym opozycja uzyskiwała poprzez Senat negatywną kontrolę nad władzą (skuteczne odrzucanie ustaw), zaś w sferze gospodarczej NSZZ „Solidarność” mogła funkcjonować organizując usamorządowienie zakładów pracy. Obietnica następnych wolnych wyborów oraz organ opozycji (wstyd się przyznać – była to „Gazeta Wyborcza”) podlegający cenzurze, to wynik „okrągłego stołu”, uznany za sukces przez większość doświadczonych statystów sceny politycznej. Nawiasem mówiąc, „nasz” rząd wcale nie był entuzjastą likwidacji cenzury.

Katastrofa wyborcza strony komunistycznej, zdrada partii satelickich, a także bardziej lub mniej aksamitne rewolucje w innych krajach bloku rozszerzyły perspektywy przemian. Dość szybko zrozumiało to oszołomione sukcesem społeczeństwo i przynajmniej część nowo wybranego parlamentu. Jednakże najwybitniejsze głowy polityczne opozycji kontynuowały swój projekt i poparły w Zgromadzeniu Narodowym kandydaturę Jaruzelskiego na prezydenta państwa. Bały się, skądinąd chyba słusznie, przejęcia odpowiedzialności za władzę.

Należy sobie bardzo wyraźnie zdawać sprawę z tego, że opozycja była słaba zarówno kadrowo, jak i programowo. Żyliśmy w kraju komunistycznym, odcięci od informacji, od możliwości awansu, od okazji bezpośredniego zapoznawania się z doświadczeniami innych krajów i poddawani bardziej lub mniej uciążliwym represjom. W tych warunkach szersze dyskusje dotyczyły raczej bezpośredniej taktyki toczenia walki (struktury organizacyjne, metody), niż założeń budowy przyszłego państwa. Pewien program wybiegający w przyszłość, i to dość udany, uchwalił I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Natomiast po wprowadzeniu stanu wojennego jakieś większe projekty budowy nowego państwa wydawały się całkowicie abstrakcyjne i wszelkie dywagacje na ten temat były czystą stratą czasu. Nieliczne próby podejmowania tych problemów wydawałyby się dzisiaj żenujące ze względu na swą anachroniczność.

Tak więc jeśli nawet mieliśmy w jakimś resorcie „swojego” ministra, to wkraczał on do pracy z zespołem 15-20 ludzi, którzy będąc kreatywnymi i zdolnymi, a nie było to wcale regułą, pozostawali zależni od wiedzy o funkcjonowaniu państwa i jego zasobach, przekazywanej im przez komunistyczną biurokrację budowaną w oparciu o partyjną nomenklaturę1. W miarę upływu czasu, problem ten był przełamywany, ale nie sądzę, żeby został przełamany do dzisiaj. Nie ma już starej nomenklatury, ale jej wychowankowie i spadkobiercy są nadal aktywni.

Wiadomo było, jak organizując rewolucję można obalić kapitalizm, znaliśmy również tego skutki. Ale jak bez rewolucji (a takie było założenie popierane przez większość społeczeństwa) wyjść z komunizmu i zbudować demokratyczne państwo, tego nie wiedział nikt na świecie i to musieliśmy wymyślić sami. Na dodatek w wyniku rozpadu obozu komunistycznego, poglądy dotyczące praw człowieka, demokracji i gospodarki zaczęły ewoluować. Świat kapitału i wielkich korporacji, niezagrożony niczym, zaczął dyktować nowe prawa, nowe zasady demokracji, nowe wartości. Poczciwy Keynes odpłynął w niepamięć, a my musieliśmy wdrażać nowe zasady uciekającego świata.

Czy można je było odrzucić?

Niektóre idiotyzmy na pewno tak, ale na odrzucenie ogólnego trendu byliśmy za słabi. Kraj był zniszczony komunistycznymi rządami, gospodarka niekonkurencyjna, modernizacja wymagała kapitału. Kapitał można było uzyskać z prywatyzacji. Nikt nie ratuje bankruta bez korzyści dla siebie i to oczywista dla każdego zasada. Kiedy w wyniku rozpadu świata komunistycznego interesy polityczne przestały odgrywać istotną rolę, zaczęły obowiązywać zasady neoliberalne. Na to należy nałożyć korupcję postkomunistycznych służb specjalnych i biurokracji, a także grzechy i głupotę środowisk byłej opozycji, którą można tłumaczyć brakiem doświadczenia i konsekwentną manipulacją2. Rezultat procesów prywatyzacyjnych można prześledzić na listach 100 najbogatszych ludzi w Polsce, gdzie co najmniej 80% pochodzi ze służb specjalnych lub środowisk związanych z establishmentem PRL.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że cała opozycja, a do dziś większość parlamentarzystów, postrzega państwo w świetle doświadczeń budżetów domowych. Tak więc milion to mnóstwo, a miliard to mnóstwo mnóstwa. Brak kompetencji to plaga, a skorumpowani eksperci to jeszcze większa plaga. W tym kontekście należy sobie przypomnieć, że postać Łukaszenki w sąsiedniej Białorusi wypłynęła na fali społecznego protestu wobec złodziejskiej prywatyzacji. Jest to częściowo odpowiedź na pytanie o alternatywy. Na szczęście Bóg i tradycja narodowa nas przed tym ustrzegły.

Wreszcie ostatni problem transformacji, chyba najważniejszy i stanowiący do dziś najpoważniejsze zagrożenie dla porządku społecznego na całym świecie: narzędzia, którymi należało dokonać transformacji, a więc prawo, prawo stanowione, a także media jako podstawowe źródło komunikacji między władzą a społeczeństwem.

W rzeczywistości społeczeństwo żyje w sferze prawa zwyczajowego, które może być stymulowane z zewnątrz przez prawo stanowione. Przecież nikt, poza profesjonalistami, a i ci nie zawsze, nie czyta Dziennika Ustaw, którego od 1989 r. wydrukowaliśmy około 300 tys. stron Zamiast tego dowiaduje się od znajomych, jak się daną sprawę załatwia. Tak więc tworzy się pewna społeczna wykładnia przepisów prawa. Proces ten zajmuje wcale niemało czasu i w moim przekonaniu stanowi pewną nieprzekraczalną barierę możliwości przyspieszania procesu reform. Przeciętny obywatel, a nawet parlamentarzysta czy doświadczony prawnik, nie są w stanie przewidzieć do końca skutków stanowionych przepisów poddanych konfrontacji ze złożonym życiem społecznym. Stąd mój sceptycyzm w stosunku do pomysłów Konstytucji Europejskiej czy Traktatu Lizbońskiego. Każdy proces budowania życia społecznego „od góry”, zgodnie z jakąś doktryną, musi budzić podejrzenia. Procesy integracyjne powinny wyrastać z rzeczywistych potrzeb ludzkich. W przeciwnym wypadku zadekretowana miłość i współpraca może skończyć się jak w Jugosławii.

Nie zmienia to postaci rzeczy, że innych narzędzi prowadzenia reformy nie ma, a sam proces poprawiania komunikacji między władzą a społeczeństwem mogą zapewnić jedynie sprawne i pluralistyczne media. W przypadku polskiej transformacji media zawiodły, stając się w ogromnej mierze tubą propagandową koncepcji neoliberalnych, cenzurując jednocześnie bardzo szczegółowo wszelkie informacje mogące podważyć nieomylność arcykapłanów reformy, bądź wskazać jej negatywne skutki dla życia społecznego.

Bardzo mało osób wie, że pierwszą ustawą złożoną w Sejmie przez rząd Jana Olszewskiego była ustawa o Prokuratorii Generalnej, instytucji mającej sprawować pieczę prawną nad majątkiem Skarbu Państwa. Instytucja ta – i to o bardzo okrojonych kompetencjach – powstała dopiero po 8 czy 10 latach, kiedy majątek ten został w dużej mierze rozgrabiony.

***

Bezdyskusyjnie największym osiągnięciem reformy było zapewnienie wolności politycznych obywatelom i suwerenności państwu. Osobną kwestią jest to, jak obywatele potrafią z tych wolności korzystać i jak są manipulowani. Tym niemniej posiadają możliwości wpływania na władzę nie mniejsze niż w starych demokracjach, a i środki manipulacji nie odbiegają bardzo od światowych standardów. Ponadto obserwujemy bezsprzeczny wzrost statusu materialnego społeczeństwa, przy czym niezależnie od wzrostu stratyfikacji społecznej, dotyczy to praktycznie wszystkich warstw.

Do negatywnych skutków transformacji zaliczyłbym przemiany społecznego etosu. Wartości kolektywne, jak solidarność, odpowiedzialność za państwo, wspólnotę, współpraca, zostały zastąpione przez osobisty sukces, konkurencję, ambicję, a kłopotliwe słowo „chciwość” zostało po prostu wyeliminowane z języka polskiego. Zastąpił je pozytywny „zysk”, który stał się naczelną miarą ludzkich osiągnięć. Sądzę, że i tu zbliżyliśmy się do międzynarodowych standardów, choć w krajach stabilnej demokracji nie wygląda to, przynajmniej z zewnątrz, tak karykaturalnie jak w kraju akumulacji kapitału. Myślę, że reakcja na bodźce medialne nawołujące do hedonistycznego traktowania życia i konsumpcji została tam przytępiona i sądzę, że w Polsce niedługo będzie podobnie.

Zasadniczą wadą prowadzonej transformacji była koncentracja na efektach ekonomicznych, przy całkowitym niedostrzeganiu problemów infrastruktury społecznej. Spekulacyjna wyprzedaż mieszkań zakładowych wraz z lokatorami, likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, to działania, które trudno traktować inaczej niż jako liberalny bolszewizm.

Znamienne jest, że zarówno w decyzjach władz, jak i w orzeczeniach Trybunału Konstytucyjnego i sądów, mamy do czynienia z sakralizacją własności, ale tylko tej sprzed wojny i tej zdobytej po 1990 roku. PRL-owski dorobek zwykłych obywateli nie jest w ogóle chroniony (chyba, że chodzi o SB-ckie emerytury). Nieoprocentowanie depozytów mieszkaniowych przez Balcerowicza, które daje się porównać jedynie z bierutowską wymianą pieniędzy, w żaden sposób nie narusza świętego prawa własności. Podobnie jest z rzekomą „spółdzielczością” mieszkaniową. Wszelkie próby reformowania jej na rzecz lokatorów spotykają się z konsekwentnym oporem ze strony TK i wymiaru sprawiedliwości. Przykłady takie można mnożyć. Wszystkie one godzą w wiarygodność i efektywność państwa jako instytucji powołanej do ochrony szerokich rzesz obywateli.

Ponieważ rolę poszczególnych czynników w kształtowaniu transformacji omówiłem już na wstępie, tu ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że w procesie transformacyjnym miejsce doktryny komunistycznej zajęła podobnie „jedynie słuszna” doktryna neoliberalna. I tak do 2008 r., kiedy w związku z kryzysem zaczyna narastać krytycyzm.

***

Trzeba zauważyć, że przemiany polityczne dotyczące przywrócenia suwerenności, wolności słowa, wolności zrzeszeń i zgromadzeń, wolnych wyborów, wreszcie wolności gospodarczej, wychodziły naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa. W ten sposób wypromowani „architekci” przeobrażeń zyskiwali wiarygodność. Należy również pamiętać o tym, że społeczeństwo było zmęczone nędzą PRL-u, a także toczoną od 8 lat walką z systemem. Tak więc dysponując wiarygodnymi i sprawdzonymi przywódcami, przestało aktywnie funkcjonować w sferze politycznej i rzuciło się w wir działalności gospodarczej. Ponieważ jednak nie wszystkim układało się tak, jak oczekiwali, co pewien czas społeczeństwo kontestowało i wybierało niespodziewanie postkomunistów (rok 1993, 2001). Reforma ustrojowa przyniosła awans społeczny inteligencji i to ona stała się głównym promotorem neoliberalnej transformacji. Pozbawione w dużej mierze swych elit i ścigane problemami dnia codziennego społeczeństwo, stać było jedynie na akty kontestacji.

Oczywiście transformacja nie miała nic wspólnego z programem przyjętym przez I Zjazd „Solidarności” czy nawet z umowami „okrągłego stołu”. Były one daleko bardziej prospołeczne, ale w warunkach szybko toczących się przemian i nasilonej propagandy stawały się w oczach szerokiej opinii publicznej coraz bardziej anachroniczne.

***

Jak już pisałem, nie bardzo istniały wzorce dla przeprowadzenia transformacji. Neoliberalizujące elity ochoczo powoływały się na przykłady Hiszpanii i Chile, tyle tylko, że tam transformacja dotyczyła przejścia od prawicowej dyktatury do wolnorynkowej demokracji. U nas za to szliśmy do demokracji od lewicowego totalitaryzmu i pełne wdrożenie neoliberalnej doktryny Friedmana, kosztem państwa słabo, ale jednak opiekuńczego, mogłoby spotkać się z dość radykalnym sprzeciwem szerokich rzesz społecznych.

Tak więc pozostawały wzorce systemów prawnych rozwiniętych demokracji lub II Rzeczypospolitej. Te ostatnie były anachroniczne wobec rozwoju cywilizacyjnego, który przyniosła druga połowa XX wieku. PRL była w najlepszym wypadku krajem rozwijającym się i przenoszenie wzorców z krajów rozwiniętych kolidowało ze stanem świadomości społeczeństwa. To znamienne, że przy kulcie autorytetów zupełnie nie daje się wypromować prawie banalnej myśli noblisty Stiglitza, iż systemy gospodarcze muszą być adekwatne do stopnia cywilizacji i świadomości społeczeństw. Być może szkoda, że nie zwrócono większej uwagi na systemy społeczno-gospodarcze krajów skandynawskich, ale odnoszono się wtedy do państwa opiekuńczego niezwykle krytycznie, wręcz lekceważąco.

Prowadząc transformację, nie zauważano lub skutecznie tępiono różne rozwiązania, które miały szanse zakorzenić się w polskim społeczeństwie i mogły zmienić charakter transformacji. Na przykład rozwiązanie nawiązujące wręcz do tradycji „Solidarności”, to własność pracownicza. Sam uczestniczyłem w kilku bojach o powołanie spółek pracowniczych. Za każdym razem trafiałem na mur nie do przebicia. Co głupsi argumentowali populistycznie, że uwłaszczenie pracowników narusza równość społeczną. Bo na czym uwłaszczyć nauczycieli? Pracownicy Banku Śląskiego zostali uwłaszczeni nie najgorzej i nikomu to nie przeszkadzało. Drugi argument był dużo poważniejszy. Dotyczył on potrzeby dokapitalizowania przedsiębiorstw. I to był realny problem. Tym niemniej istniała pewna ilość zakładów, które mogły podjąć konkurencyjną produkcję, np. Polifarb Wrocław, Pudliszki, Porcelana Wałbrzych. Jednakże tu spółki pracownicze czy spółki dostawców, natrafiały na barierę spłaty kredytów zaciągniętych na modernizację zakładu. Państwo w żaden sposób nie chciało umorzyć zadłużenia. Problem ten znikał jednak natychmiast, gdy przedsiębiorstwo miało trafić w ręce kogoś z nomenklatury lub służb, czy też w wyniku mało przejrzystych machinacji trafiało w ręce inwestora zagranicznego.

Podobnie było z instytucją popularnych na zachodzie tzw. credit unions, które w USA są dysponentem ok. 1/3 rynku finansowego. W Polsce nawiązywałyby one do tradycji Kas Stefczyka. W czasie, gdy na nasz rynek wchodziły coraz to nowe zagraniczne instytucje kapitałowe, konsekwentnie blokowano ich powstawanie, nie wydając odpowiedniej ustawy. Tłumaczono to dbałością o interesy konsumentów…

***

Na pewno istniały takie elementy PRL-u, których nieprzemyślane, pospiesznie przeprowadzane zmiany, wyrządzały więcej szkody niż pożytku. Nie ma żadnego powodu, aby państwo zajmowało się gospodarką rolną, ale likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, bez stworzenia rozległego programu adaptacyjnego dla ich pracowników, to po prostu przestępstwo.

Ogromne straty poniosła również kultura. Pomysł funkcjonowania kultury na zasadach rynkowych jest możliwy do przyjęcia, ale przy silnym wsparciu materialnym ze strony państwa. Jest to powszechną praktyką w starych, bogatych demokracjach. W warunkach kraju biednego, przy ograniczonej pomocy ze strony państwa (patrz budżet Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego), zasady takie prowadzą do zastąpienia kultury przez komercyjną kulturę masową. A różnica jest tu mniej więcej taka, jak między demokracją a demokracją ludową. Realizowana jest zmodyfikowana zasada dialektyki: ilość przechodzi w bylejakość.

O takim kierunku przemian decydowały przede wszystkim interesy „trzymających władzę”, wspierane neoliberalnym doktrynerstwem. Kiedy po przestudiowaniu „Ekonomii” Samuelsona powiedziałem znajomemu, że ekonomia jako nauka ścisła jest nieścisła, ten odpowiedział: „A jako nauka społeczna jest aspołeczna” – i to chyba odpowiedź na postawione pytanie.

***

Oceniając nasz proces transformacyjny na tle przeobrażeń współczesnego świata, a więc procesów globalizacji, integracji europejskiej, porównując z tym, co się działo w innych państwach bloku wschodniego, dochodzi się do wniosku, że mogło być gorzej. Oczywiście ostateczną odpowiedź będzie można dać dopiero, gdy na świecie skończy się kryzys. Zablokowany proces demokratyzacyjny w Rosji i na Białorusi, zamęt polityczny na Ukrainie; to wszystko mogło stać się także naszym udziałem. Z drugiej strony rzekome sukcesy transformacyjne, z upodobaniem wychwalanych państw takich jak Estonia, Węgry czy Słowacja, zakończyły się gospodarczym fiaskiem i kraje te z przerażeniem patrzą na pogłębiający się kryzys.

***

Oczywiście problemy wykluczonych społecznie, byłych pracowników PGR-ów, lokatorów dawnych mieszkań zakładowych czy właścicieli książeczek mieszkaniowych, będą musiały być jakoś rozwiązywane, ale już w nowym kontekście kształtowania stosunków społecznych. O ile więc mówi się – ale głównie mówi! – o naprawianiu materialnych krzywd wyrządzonych przez system komunistyczny, o tyle nie słyszałem, by ktoś planował wydanie aktu prawnego naprawiającego krzywdy procesu transformacji.


1. Warto przywołać tu konkretne wydarzenie. Kiedy Jan Olszewski zamierzał mianować Andrzeja Olechowskiego ministrem finansów, spotkałem się z nim, by przedstawić „imponujące” gospodarcze osiągnięcia kandydata w początkach III RP. Olszewski odpowiedział mi bardzo prosto: jeśli masz kogoś innego, kto pojedzie w ciągu dwóch tygodni do USA, by negocjować restrukturyzację polskiego zadłużenia, to mogę już jutro mianować go ministrem finansów. Zamilkłem.

2. Dwukrotnie, ba, nawet czterokrotnie podejmowałem próbę objęcia stanowiska prezesa NIK, aby ograniczyć patologie procesu prywatyzacyjnego i za każdym razem kończyło się to tak samo. Myślę, że moja niezależność i determinacja były zawsze przeszkodą.

Zbigniew Romaszewski – galeria

Od KOR do IV RP

Starszym Państwu” poświęcam.

Ostatnie i kilka nadchodzących lat to okres jubileuszy. 25-lecie „Solidarności”, 25-lecie stanu wojennego, 30-lecie KOR, za chwilę bliskie memu sercu 25-lecie Radia „Solidarność”, 30-lecie ROPCiO itd., itd. Słabo już pamiętamy i mało się mówi o 50-leciu „Po prostu”, 50-leciu Października, 50-leciu Powstania Węgierskiego. Mimo iż jubilaci, czyli uczestnicy wydarzeń, są już nieco zmęczeni ilością uroczystych akademii, a często denerwuje ich fałsz utrwalonych stereotypów, to jednak otrzymują jakąś satysfakcję. Najczęściej jedyną, jaką miała im do zaoferowania III RP. Dlatego też w pełni popieram inicjatywę Prezydenta Kaczyńskiego odznaczania ludzi zasłużonych w walce o wolną i demokratyczną Polskę, a bardzo nie podoba mi się pomysł młodych historyków grzebania w ich prywatnym życiu dla potrzeb tabloidów. Świętymi nie byli i wcale do tego nie aspirowali – aspirowali do godnego życia w wolnym kraju. Jak odpowiada Radio Erewań: „To prawda, że Piotr Czajkowski był homoseksualistą, ale nie tylko za to go cenimy”…

Nadmiar rocznic może nieco męczyć również tych, którzy nie są nimi osobiście zainteresowani, ale chyba niesłusznie, bo historia realizuje się również dziś i dotyczy wszystkich. Przemilczanie historii najnowszej i patrzenie w przyszłość, lansowane przez Aleksandra Kwaśniewskiego (który rzeczywiście we własnej przeszłości nie posiada zbyt wielu aktywów) czy Unię Wolności, oderwało społeczeństwo tak daleko od korzeni, że dziś nie bardzo jest w stanie przypomnieć sobie drogę, którą przeszło, uzmysłowić popełnione błędy, ustalić własną tożsamość, wyznaczyć cele na przyszłość.

Tak więc korzystając z okazji warto sobie przypomnieć przebytą drogę i uzmysłowić, co osiągnęliśmy, a co straciliśmy, które z naszych marzeń stały się realnością, które oczekują na konsekwentną realizację, a które okazały się idealizmem. Sądzę, że właśnie do tego celu powinny służyć jubileusze, zresztą wzorce osobowe też się mogą przydać społeczeństwu.

Czerwiec 1976 roku przyniósł zapowiedź podwyżek cen, bunt robotników Radomia i Ursusa, brutalne represje wobec uczestników protestu, a także wycofanie się władz z zapowiedzianych podwyżek. Jednocześnie organizacja masowych wieców, na których społeczeństwo miało potępiać warchołów i wspierać czerwonych władców postawiła najzwyklejszych szarych ludzi przed moralnym dylematem: solidarność czy podłość.

Potępiać osoby, które wywalczyły to, że rodziny mogły nadal wiązać koniec z końcem zamiast popadać w skrajną nędzę, popierać władzę, która w imię abstrakcyjnych idei zamierzała do tego doprowadzić – to przekraczało dotychczasowe wyobrażenia przeciętnego obywatela i uświadamiało mu, jak dalece jest upokarzany. Nic też dziwnego, że kiedy na odbywającym się pod koniec lipca pokazowym procesie domniemanych przywódców strajku ursuskiego pojawiła się grupa ludzi, którzy zamierzali wyrazić solidarność z oskarżonymi i chcieli organizować pomoc dla ich rodzin, spotkało się to ze społecznym uznaniem.

Społeczeństwo, które nie znalazło w sobie siły, by zareagować na wydarzenia 1970 roku na Wybrzeżu (do dziś znamy tylko listy zabitych, a nie słyszałem, by ktoś spróbował ustalić zakres represji sądowych), tym razem z dużą sympatią odniosło się do tych, którzy mieli odwagę powiedzieć, że są solidarni z „warchołami”. Kiedy w Instytucie Fizyki PAN zbierałem pieniądze na pomoc dla represjonowanych, nie było nikogo, łącznie z sekretarzem POP (podstawowej organizacji partyjnej), kto odmówiłby składki.

Nie był to wybuch spontanicznej aktywności społecznej, jak w roku 1980, ale na pewno można mówić o życzliwości społeczeństwa wobec tych, którzy tę aktywność przejawiali. Oczywiście jest to problem, w jakim miejscu ustawimy granicę aktywnego uczestnictwa w ruchu opozycyjnym, ale sądzę, że do momentu powstania „Solidarności” liczba osób, które świadomie identyfikowały się z opozycją, mogła wynosić w całej Polsce 2-5 tysięcy, a ilość ludzi sporadycznie wspierających ruch mogła być dziesięcio-dwudziestokrotnie większa. W lipcu 1980 r., po strajku lubelskim, mimo okresu wakacyjnego nie mieliśmy większych kłopotów z rozkolportowaniem 70 tys. okolicznościowego nakładu „Robotnika”. To była kadra przyszłej „Solidarności” i podziemia stanu wojennego.

W lutym 1977 r. wyszli na wolność prawie wszyscy – za wyjątkiem pięciu lub sześciu osób – uczestnicy wydarzeń czerwca 1976. Komitet Obrony Robotników zaistniał w świadomości społecznej, a ponadto było nam, środowisku KOR-owskiemu, ze sobą dobrze. Poznałem Mirka Chojeckiego, Antka Macierewicza, Jacka Kuronia. Każda nowa znajomość była olśnieniem. Są na świecie ludzie, którzy myślą podobnie i nie boją się mówić o swoich przekonaniach. Postanowiliśmy działać dalej, poszukiwaliśmy dróg poszerzenia swojej wolności. Nie było to proste. Zamordowanie Staszka Pyjasa i Staszka Pietraszki, zaaresztowanie „młodego” KOR-u, głodówka w kościele Św. Marcina – to wszystko poprzedziło amnestię z lipca 1977 roku. W końcu wszyscy (również robotnicy Radomia i Ursusa) byli na wolności.

Działać. Zmieniać świat. Zmieniać system.

Był to moment, w którym chyba najwięcej mamy do zawdzięczenia „Starszym Państwu”. To właśnie oni przenieśli z XIX i początków XX wieku w nasze czasy misję polskiego inteligenta, polskich elit. Misję odpowiedzialności za Kraj i społeczeństwo. To oni uczyli nas kultury politycznej (jak w życiu, niektórzy uczniowie okazali się bardziej, inni mniej zdolni). Oni zapobiegali popełnieniu przez nas nieodwracalnych błędów. Oni cementowali środowisko i zapobiegali jego rozpadowi na zwalczające się frakcje polityczne. Profesor Edward Lipiński, ks. Jan Zieja, Antoni Pajdak, Aniela Steinsbergowa, dr Józef Rybicki, Adam Szczypiorski, Jan Kielanowski, Ludwik Cohn, Wacław Zawadzki, wreszcie pośrednicy między „starym” i „młodym” KOR-em – Halina Mikołajska i Jan Józef Lipski.

To dzięki nim byliśmy w stanie przekazać swój pozytywny dorobek w ręce „Solidarności”.

Chcieliśmy działać politycznie. Dziś to wygląda bardzo egzotycznie, ale to głównie z inicjatywy blisko wówczas współpracujących ze sobą Adama Michnika i Antoniego Macierewicza powstała koncepcja stworzenia czasopisma „Głos” i zbudowania wokół niego ruchu demokratycznego jako formacji politycznej. „Stary” KOR miał stanowić swego rodzaju parasol ochronny. Powstała deklaracja programowa (chętnie bym ją podpisał i dzisiaj), powstał ruch demokratyczny. Problem był tylko jeden: do ruchu demokratycznego wpisali się również prawie wszyscy „Starsi Państwo”, zabezpieczający nas od jałowego politykierstwa, a ponadto autorom pomysłu starczyło koncyliacyjności jedynie na wydanie pierwszego numeru „Głosu”. Przy drugim nastąpił konflikt, który zresztą w mniejszym lub większym stopniu ciążył na działalności KSS „KOR” do końca, a w kontaktach towarzyskich nawet do dziś.

Piszę o tym mało znanym epizodzie, ponieważ jest on znamienny w procesie tworzenia ruchów społecznych. Cierpi na niego opozycja białoruska, ukraińska, kubańska. Nam udało się tego uniknąć. Postawa „Starszych Państwa” i sukces osiągnięty w działaniach pozytywnych doprowadziły do tego, że KOR po dokooptowaniu młodszych działaczy przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR – instytucję animującą i w miarę swych możliwości chroniącą rodzące się inicjatywy społeczne. Na ten właśnie okres datuje się powiedzenie Jacka Kuronia: „Zamiast palić komitety, zakładajmy własne”.

Właściwie KSS KOR to nie była jedynie organizacja skupiająca 34 członków, lecz większe środowisko niezależnych inicjatyw społecznych. Spośród tych inicjatyw tylko Biuro Interwencji było autoryzowane przez KSS KOR, reszta korzystała z bardzo szerokiej autonomii o różnym stopniu identyfikacji z KSS KOR. Były to niewątpliwie środowiska współpracujące ze sobą, uczestniczące w inicjatywach koordynowanych przez KSS KOR i broniące się wspólnie przed zagrożeniami, jakie niósł ze sobą opresyjny system totalitarny.

W środowiskach robotniczych działał „Robotnik” i Wolne Związki Zawodowe, wśród rolników Komitety Samoobrony i „Placówka”, w środowiskach studenckich Studenckie Komitety Solidarności, wśród inteligencji Uniwersytet Latający i Towarzystwo Kursów Naukowych, do tego skupiony wokół „Nowej” ruch wydawniczy – Biuletyn Informacyjny, „Głos”, „Puls”, „Spotkania”, „Zapis”, ponad sto tytułów wydawnictw książkowych, wreszcie skoncentrowane na problemach praw człowieka i niesieniu pomocy poszkodowanym Biuro Interwencji.

Wbrew panującym stereotypom, środowisko KOR-owskie uczestniczyło w tworzeniu Komitetów Samoobrony Ludzi Wierzących i organizowaniu petycji w sprawie transmitowania w radiu Mszy Świętej. W oparciu o rodzące się inicjatywy usiłowano odbudować społeczną infrastrukturę demokratycznego państwa. Jak i kiedy upadnie komunizm – nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy jednak na pewno, że odbudowa tej infrastruktury jest rzeczą niezbędną.

Nestor KSS KOR, Profesor Lipiński, kiedy narzekaliśmy na trudności gospodarcze, mówił, że ekonomiczne odbudowanie kraju to stosunkowo prosty i nie najtrudniejszy problem koniunktur międzynarodowych. Zasadniczym problemem jest długotrwałość procesu odbudowy demokratycznego społeczeństwa, który będzie się ciągnąć latami. Dziś widzimy, że miał pełną rację. Możemy się tylko pocieszać, że nam lepiej lub gorzej udaje się przesuwać po tej trudnej drodze do przodu, a taka np. Rosja już od 15 lat nie jest w stanie ruszyć się z miejsca.

Dziś warunki technicznego funkcjonowania ruchu społecznego zmieniły się w sposób niewyobrażalny. Faktem jest jednak, że dwustuletnia niewola wytworzyła w Polsce unikalną kulturę funkcjonowania w podziemiu, kulturę budowania społecznego oporu. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków, mimo iż pochodzą z różnych okresów, stworzyły pewne doświadczenia funkcjonujące w narodowej tradycji.

Co do tego doświadczenia dołożył KOR? W moim przekonaniu cztery rzeczy, które wydają się oczywiste, lecz często się o nich zapomina.

Po pierwsze: ruchy społeczne powstają na gruncie impulsu moralnego, który jako jedyny ma możliwość dotarcia do szerokich rzesz społeczeństwa. Wytworzenie takiego impulsu leży poza granicami intelektualnych spekulacji. Powstanie i rozwój KOR-u były wynikiem potrzeby solidarności w społeczeństwie, a powstanie „Solidarności” to wynik wizyty Jana Pawła II, nauczającego o potrzebie prawdy i odwagi.

Po drugie: ruch, który ma doprowadzić do szerokich przemian społecznych, a nie do zdobycia władzy, musi bazować na działaniach pozytywnych, a nie wyłącznie na kontestacji. Ruch taki musi mieć za podstawę tworzenie zjawisk zupełnie konkretnych, akceptowanych przez wszystkich, a nie jałowy spór wokół wyspekulowanych różnic politycznych.

Po trzecie: rozwijający się ruch społeczny musi dysponować szeroką paletą bardzo prostych zadań, które są w stanie wykonywać praktycznie wszyscy jego uczestnicy. Każdy, kto podzielał potrzebę zmiany systemu, niezależnie od swego statusu społecznego, mógł funkcjonować w środowisku KSS-KOR. Każdy potrafi zbierać pieniądze, rozwozić pomoc, kręcić powielaczem, kolportować bibułę czy rozrzucać ulotki. Brak takich zadań to dziś poważna słabość partii politycznych. Odbywająca się raz na 3-4 lata kampania wyborcza, w której masz działać, żeby kogoś innego wybrano, to zbyt mało dla integracji środowiska.

Po czwarte: w krajach, w których ruch tworzy się w warunkach ciągłych represji, zasadą musi być stworzenie względnego poczucia bezpieczeństwa dla uczestników ruchu. Ludzie często podejmują ryzyko nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do poczucia bezpieczeństwa, które jest się w stanie im zapewnić, ale muszą wiedzieć, że nie zostaną zapomniani, a oni i ich bliscy dostaną dostępną w konkretnych warunkach pomoc. Górników, którzy rozpoczynali strajki w 1988 r. nie interesowało, jak długo będą one trwały, czy będą do nich strzelać, czy będą ich bić. Interesowało ich, czy prowadzona przeze mnie i żonę Komisja Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” będzie w stanie wypłacić ich żonom i dzieciom zasiłki strajkowe, które zapewnią im przeżycie podczas strajku. To nie materializm – to poczucie odpowiedzialności.

Z perspektywy 30 lat warto zadać pytanie, co się stało z ideałami które nam wtedy towarzyszyły, co się stało z wrażliwością społeczną, ze społeczeństwem obywatelskim, z solidarnością. Rzeczywiście niewiele z tego zostało, ale trzeba to wszystko odbudowywać, w społeczeństwie o innej świadomości, bo tylko te wartości są w stanie tworzyć wspólnotę.

Zniszczenie solidarności międzyludzkiej, tej przez małe „s”, to chyba największa zbrodnia. Po stanie wojennym już wszyscy, łącznie z PZPR i SB, wiedzieli, że komunizm musi upaść, bo jest całkowicie anachronicznym systemem, nie odpowiadającym na współczesne potrzeby. Wiadomo było, co należy obalić, ale mało kto wiedział, co należy zbudować. Wszelkie pomysły, które miały rozszerzać sferę wolności, budować podmiotowość obywatelską, odnosiły się do świata dwubiegunowego, z zafiksowanym na zawsze Związkiem Radzieckim i realnym socjalizmem, daj Boże z ludzką twarzą.

Jeśli wiedzieliśmy coś o kapitalizmie, to raczej w wersji „państwa dobrobytu” Galbraitha czy Keynesa – oglądanego oczyma tych szczęśliwców, którzy je widzieli – niż systemu produkującego również nierówności i kryzysy gospodarcze. Podobnie jak ludy pierwotne wyniszczone przez zarazki przyniesione przez Europejczyków, byliśmy zupełnie pozbawieni odporności na wirusa liberalizmu.

Przyszło nam budować Kraj w zupełnie innym świecie niż ten, który sobie wyobrażaliśmy. Przemiany w Polsce zmieniły świat, obaliły komunizm, tego nikt sobie nie wyobrażał. Kiedy we wrześniu 1989 r. podczas wizyty w Waszyngtonie rozmawiałem z zastępcą Sekretarza Stanu, Eagleburgerem i usiłowałem mu przedstawić jakie globalne problemy gospodarcze powstaną po rozpadzie ZSRR i jaką rolę powinny odegrać wtedy Stany Zjednoczone, ten słuchał mnie uprzejmie, ale tak jakbym przybył z Księżyca. Może jedyną osobą, która coś z tego rozumiała był Lane Kirkland, przewodniczący związku zawodowego AFL-CIO, który usiłował przekonywać do umiędzynarodowienia „Solidarności”. Ale wtedy nikt tego nie pojmował.

Na postawie elit zaciążył nie tyle postkomunizm, ile coś, co określa się jako „ukąszenie heglowskie”, a więc wiara w istnienie obiektywnych praw historii i wyniesione z marksizmu uznawanie praktyki jako kryterium prawdy. Komunizm przegrał z kapitalizmem, a więc nie niósł prawdy. Prawdę – i to jak zawsze jedynie słuszną i naukową – niósł więc ze sobą odbudowany w latach 80. liberalizm. Jeśli w imię prawdy można było przeprowadzić kolektywizację i doprowadzić do Wielkiego Głodu na Ukrainie, to dlaczego nie można by doprowadzić z dnia na dzień do likwidacji PGR-ów, stanowiących obrazę gospodarki wolnorynkowej. W takim wypadku marginalizacja ponad 2 milionów ludzi nie mogła stanowić przeszkody. Ziemia jakiś czas poleży odłogiem, a potem za odpowiednio niewygórowaną cenę trafi we „właściwe” ręce. Podobnie z mieszkaniami zakładowymi. Cóż z tego, że były one zbudowane ze środków socjalnych załóg, cóż z tego, że dla milionów ludzi stanowią jedyny dorobek wyniesiony z PRL-u. Przeprowadzenie setek tysięcy prywatyzacji, ze sporządzeniem indywidualnych aktów własności jest dużo trudniejsze niż sprzedanie mieszkań wraz z najemcami po 5 zł za metr kwadratowy nowym właścicielom. I można by tak długo. Kiedy doktryna dominuje rozum, wówczas budzą się upiory…

Tak głębokiego kryzysu nie da się przełamać przez składanie deklaracji patriotycznych. Zresztą gdyby ktoś próbował odejść od doktryny, jak np. rząd Jana Olszewskiego, to zawsze jeszcze istnieje intryga polityczna, prowokacja czy też niezawodne, nienaruszone od czasów PRL-u służby specjalne.

Kiedy alienują się elity, społeczeństwo nie jest w stanie przeciwstawić się naporowi propagandy i materialnego szantażu.

Ostatecznie zawiodła również „Solidarność”, zawiedli robotnicy. To przecież załogi nie potrafiły się przeciwstawić rozkradaniu ich zakładów pracy przez pączkujące spółki nomenklaturowe. Przychodził dyrektor-kumpel i mówił: „Nie mogę wam zapłacić więcej, bo musiałbym zapłacić popiwek. Ale zrobimy to tak. Ja założę spółkę, tę pracę zlecimy spółce, a wykonacie ją wy na swoich zakładowych maszynach. Wtedy jako właściciel będę wam mógł zapłacić tyle, ile wam się należy”. I ludzie szli na to. Zakład upadał, pracownicy szli na bruk, a właściciel kwitł. Wcale nierzadko nie musiała temu towarzyszyć zła wola, mogło to być tylko poszukiwanie wyjścia z nieznanej sytuacji, a wir życia wciągał głębiej.

Były próby integrowania załóg i przejmowania przez nie przedsiębiorstw. Na przykład spółkę pracowniczą próbowali założyć pracownicy wrocławskiego „Polifarbu” czy trykociarki z płockiego „Cotexu”, ale wszyscy oni słyszeli „NIE” i natrafiali na nieprzekraczalną barierę biurokracji, doktrynerstwa, głupoty, korupcji.

Dziś stajemy ponownie przed problemem, jak odbudować demokratyczne państwo świadomych obywateli. Czy można ograć oszustów nie odwołując się do oszustwa. Jak dotrzeć do obywateli, gdy media znalazły się w rękach twórców liberalnego ładu. Czy można pójść na skróty i nie zabłądzić. Jak nie ulec wszechogarniającemu zniechęceniu, cynizmowi i demoralizacji.

Nam 30 lat temu udało się odpowiedzieć na równie beznadziejnie brzmiące pytania. Dziś stawiamy te pytania młodszym, a my będziemy pomagać radą i doświadczeniem. Za kolejnych 30 lat to wy będziecie się zastanawiać nad popełnionymi błędami i robić rachunek sumienia. Życzę, abyście osiągnęli przynajmniej tyle satysfakcji, ile udało się nam osiągnąć, odzyskując suwerenną Polskę.