Fenomen gówno wartych prac

Fenomen gówno wartych prac

Illustracja - John Riordan

Ilustracja John Riordan

W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 60. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 20. XX w. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

* * *

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód? I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

David Graeber
tłum. Michał Michalski

Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie STRIKE! (lato 2013). Z pełnymi wydaniami magazynu można się bezpłatnie zapoznać na jego stronie internetowej: http://www.strikemag.org/.

System lepszy niż doraźność

System lepszy niż doraźność

III Rzeczpospolita cierpi na deficyt poważnych, kompleksowych analiz, dotyczących zarówno funkcjonowania instytucji, podejmowanych reform, jak i wyzwań społecznych. A przecież niemożliwa jest efektywna praktyka publiczna, której nie poprzedzają rzetelne diagnozy sytuacji, nie tylko odzwierciedlające stan rzeczy, ale zdolne opisać długofalowe skutki konkretnych działań lub zaniechań. Stąd cieszy, że powstają takie dokumenty jak przygotowany przez Instytut Spraw Publicznych raport „Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”. Stanowi on cenne źródło wiedzy o mało znanym i wcześniej słabo zbadanym fragmencie rzeczywistości.

Warto na wstępie omówić to, jak autorzy rozumieją terminy „poradnictwo prawne” i „poradnictwo obywatelskie” (PPiO). Samo poradnictwo dotyczy z reguły darmowego udzielania informacji i porad na temat rozwiązywania problemów związanych ze skomplikowaną i niejasną (także z powodu niskiej edukacji obywatelskiej) materią polskiego prawa i/lub relacjami z administracją publiczną. Termin „poradnictwo prawne” odnosi się do zagadnień związanych z treścią prawa, a niekiedy także z jego interpretacją. Z kolei „poradnictwo obywatelskie” obejmuje szerokie spektrum spraw dotyczących relacji między obywatelami a instytucjami administracji publicznej oraz innymi podmiotami posiadającymi osobowość prawną.

Podmiotami świadczącymi jedną lub obie formy poradnictwa są m.in. instytucje publiczne, uniwersyteckie poradnie prawne, organizacje pozarządowe, Kościoły i związki wyznaniowe. Przede wszystkim są to ośrodki pomocy społecznej (OPS) i powiatowe centra pomocy społecznej (PCPS). Następnie biura poselskie i senatorskie, związki zawodowe, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy, organizacje pozarządowe i społeczne, rzecznicy praw konsumentów, Kluby Federacji Konsumentów, Studenckie Poradnie Prawne, Biura Porad Obywatelskich. Łącznie liczba sięga 4417 jednostek. PPiO w dwóch trzecich wszystkich przypadków prowadzą instytucje publiczne. Większość wymienionych podmiotów publicznych rozpoczęło działalność jeszcze w latach 90., a niepubliczne – w następnej dekadzie. Porad udzielają w nich prawnicy i/lub osoby do tego przygotowane, choć nie posiadające wykształcenia prawniczego.

Badania i analizy na potrzeby omawianego raportu dotyczą trzech głównych kwestii: świadczeniodawców usług poradniczych, potencjalnych i rzeczywistych odbiorców pomocy oraz instytucjonalnego otoczenia poradnictwa. Badanie objęło usługodawców publicznych, niepublicznych oraz ekspertów. Obecnie poradnictwo prawne i obywatelskie „opiera się przede wszystkim na organizacjach pozarządowych (wśród których ważną rolę odgrywają Biura Porad Obywatelskich), Studenckich Poradniach Prawnych i instytucjach pomocy społecznej”. Świadczenie poradnictwa, jego zakres i skala zależą najczęściej od możliwości finansowych, organizacyjnych i kadrowych poszczególnych podmiotów.

Niedofinansowanie lub brak systemowego finansowania poszczególnych organizacji stanowią znaczną bolączkę, która w następstwie generuje wiele funkcjonalnych problemów w ramach tego obszaru działalności publicznej. Znamienne, że jednym ze źródeł finansowania tej działalności są środki unijne. Nierzadko tego typu usługi nie są głównym celem działań poszczególnych instytucji. Powoduje to, że nie dysponujemy dziś w skali kraju spójnym systemem PPiO, co w konsekwencji prowadzi choćby do braku oceny skuteczności i jakości świadczonych usług (do chlubnych wyjątków należy poradnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) oraz rzadko występującej oceny długofalowej wartości udzielonych porad. Utrudnia to rozumienie i propagowanie tego typu działań.

Raport zwraca szczególną uwagę na bariery ograniczające rozwój bezpłatnej pomocy prawnej, czego efektem jest doraźność podejmowanych działań i nierzadko prowizorycznych charakter ich struktury organizacyjnej. Już tylko to w znacznym stopniu odzwierciedla specyfikę szerzej rozumianej polityki społecznej w III Rzeczpospolitej. Tymczasem, jak podkreślają autorzy, w wielu państwach poradnictwo prawne i obywatelskie jest jednym z ważniejszych instrumentów budowania oddolnej aktywności społecznej i wzmacniania podmiotowości obywateli. To z kolei prowadzi do zmniejszania obciążeń związanych ze wsparciem osób w trudnej sytuacji życiowej przez państwo i samorządy terytorialne. Wprost potwierdza to tezę, z której w Polsce na ogół nikt nie wyciąga poważnych konsekwencji, że profilaktyka społeczna, w każdym wymiarze, choć wiąże się z nakładami, zapobiega o wiele poważniejszym skutkom zaniedbań i zaniechań, za które długofalowo przychodzi płacić – także materialnie i zazwyczaj sporo. Równocześnie, jak czytamy w opracowaniu, „niska świadomość prawna i niskie kompetencje prawne w społeczeństwie polskim wynikają z dziedzictwa komunistycznego, w którym prawo pozostawało po prostu drugorzędnym instrumentem regulacji porządku społecznego. Jednocześnie istotnym zagrożeniem jest dystans, jaki zachowują w stosunku do poradnictwa prawnego przedstawiciele młodego pokolenia. Wynikać on może ze słabszego przygotowania do aktywności prawnej (co prowadzi do jej unikania), związanego ze spadającym poziomem osiągnięć edukacyjnych na wszystkich poziomach kształcenia”.

Doraźność jest znakiem charakterystycznym aktualnego stanu rzeczy, pogłębiającym deficyty życia obywatelskiego. Małe„zainteresowanie poradnictwem wynika przede wszystkim z niskiego poziomu świadomości prawnej Polaków oraz z niewielkiej oferty bezpłatnych usług poradniczych”. Tymczasem, zdaniem autorów, właśnie PPiO, także ze względu na swoją darmowość, może być znakomitym instrumentem walki z wykluczeniem społecznym, choćby poprzez elementarną edukację prawną i obywatelską. Warto zwrócić uwagę, że „większość Polaków (77%) w ostatnich pięciu latach nie odczuwała potrzeby korzystania z pomocy prawnej i z niej nie korzystała. Prawie co piąty obywatel taką potrzebę odczuwał i skorzystał z pomocy prawnej, a jedynie 4% Polaków, choć odczuwało potrzebę wsparcia, takiej sformalizowanej pomocy z różnych względów nie szukało”.

Spójrzmy na społeczny, a nie stricte prawny rys działalności PPiO. Ankietowani z reguły zwracają uwagę, że poradnictwo obywatelskie jest elementem socjalizacji, poprzez budowanie świadomości relacji obywatela i instytucji publicznych. Kształtowanie takich postaw jest wartością, która wykracza poza wskazywanie aspektów formalnych reguł prawnych, ukazuje bardziej podmiotowe czy wręcz ludzkie oblicze relacji jednostki/petenta/klienta z urzędnikami czy strukturami instytucjonalnymi: „bardziej odwołuje się do etyki, do zasad współżycia społecznego”. Instytucje zajmujące się PPiO, nawet przy obecnym wysokim poziomie doraźności, pełnią rolę nie do przecenienia. Starają się uzmysłowić obywatelom, że są równorzędnymi uczestnikami życia publicznego. Autorzy raportu podkreślają, że szczególnie widać to w takich aspektach poradnictwa jak zagadnienia związane z prawem pracy.

Jakie dziedziny najczęściej wskazywane są jako główny obszar działalności PPiO? Z badań wynika, że są to prawo rodzinne, kwestie związane ze świadczeniami pomocy społecznej, z pracą i bezrobociem, ubezpieczeniami zdrowotnymi i społecznymi oraz pokrewnymi, prawem spadkowym. Z kolei najrzadziej udzielana jest pomoc (co ściśle koreluje z niskim zapotrzebowaniem) w zakresie prawa karnego, konsumenckiego oraz praw uchodźców i cudzoziemców.

Ponieważ instytucjami w największym stopniu (pod względem ilościowym) zajmującymi się PPiO są ośrodki pomocy społecznej, warto zwrócić uwagę, kto w tym względzie jest ich najczęstszym klientem. Otóż są to kobiety, zwykle w wieku od 30 do 50 lat. Sugestia autorów raportu wskazuje, że mamy tu do czynienia z osobami silnie zagrożonymi wykluczeniem społecznym, o niskich dochodach, często z rodzin patologicznych (przemoc domowa, mąż osadzony w zakładzie karnym). Do ośrodków pomocy społecznej zwracają się także najczęściej o pomoc prawną i obywatelską osoby eksmitowane „lub zadłużone wskutek wzięcia lichwiarskiej pożyczki bądź nabycia towaru na raty (szczególnie osoby starsze, częściej w ten sposób oszukiwane)”. Zwraca uwagę, powtarzający się jak leitmotiv opracowania, niski stan świadomości prawnej i nieumiejętność postępowania w sytuacji zagrożenia trudną sytuacją prawno-administracyjną. Wychodząc poza samą literę raportu, można mówić wręcz o pewnego rodzaju lęku jako sytuacji społecznej, która towarzyszy ludziom wykluczonym lub zagrożonym wykluczeniem w zetknięciu z porządkiem instytucjonalnym/prawnym państwa i podmiotów rynkowych.

W przypadku większości instytucji publicznych PPiO ściśle wiąże się ze specyfiką ich działalności, stąd np. ośrodki pomocy społecznej udzielają tego typu wsparcia w mniejszej skali lub zakresie tematycznym niż „dedykowane” Biura Porad Obywatelskich. Z kolei w instytucjach niepublicznych głównym kryterium często okazuje się kwestia (braku) dofinansowania. Całościowo wpływa to nie tylko na jakość bezpośrednio świadczonej usługi, ale choćby na zdolność do jej ewaluacji przez placówki/instytucje: „jedynie połowa wszystkich instytucji obserwuje dalszy przebieg sprawy po udzielonej poradzie, a aż dwie trzecie ogółu instytucji nie sprawdza, w jakim stopniu udzielona porada przyczyniła się do rozwiązania problemu danej osoby. Instytucje, które sprawdzają skuteczność w rozwiązaniu problemu, robią to głównie poprzez rozmowy z klientami, ale również przez monitorowanie sprawy, kontrolę (wizytę) lub za pomocą ankiety. Niestety, jedynie 11% ogółu instytucji podejmuje takie działania, przy czym częściej deklarowały je instytucje niepubliczne”. W efekcie niedowład związany z tymi kwestiami skutkuje „w większości przypadków niezdolnością do oszacowania zakresu pracy, jaką wykonało określone biuro, a co za tym idzie, jednostkowych kosztów porady. Brak monitoringu i kontroli utrudnia badanie ich jakości. Brak ewaluacji wewnętrznej utrudnia oszacowanie efektywności, skuteczności i oddziaływania porad”.

Natomiast duża część respondentów pozytywnie ocenia skuteczność udzielonych im porad prawnych: „ponad trzy czwarte zadeklarowało, że ich problem(-y) udało się rozwiązać całkowicie (67%) lub częściowo (9%). Respondenci byli zadowoleni z otrzymania pomocy – 90% wyraziło zdecydowane lub umiarkowane zadowolenie”. Warto jednak zwrócić uwagę,iż niektórzy beneficjenci przyznają, że porady te nie dorównują jakością poradom świadczonym przez prawników odpłatnie. Przy czym pojawiały się postawy gotowości uiszczenia skromnej opłaty za uzyskaną pomoc.

Ważną kwestię stanowi także dostępność usług w skali kraju. Przeprowadzane badania wskazują, że instytucje poradnictwa pokrywają kraj stosunkowo gęstą siecią placówek, a w układzie wojewódzkim sieć PPiO jest rozwinięta proporcjonalnie do liczby ludności. Znaczny wpływ ma na to obecność podmiotów pomocy społecznej na poziomie gminy i powiatu (nie wszystkie jednak świadczą pomoc związaną z PPiO). W takim przypadku „ewentualne trudności w dotarciu do usług nie wynikają z dużych odległości, ale słabego skomunikowania niektórych peryferyjnie położonych obszarów oraz zróżnicowania zakresu i jakości świadczonych usług”.

Problemy finansowe, które stanowią fundamentalny problem dla instytucji zajmujących się PPiO, wpływają wprost na trudności lokalowe i materialne. Wsparcie udzielane jest najczęściej przez samorządy, ale zwykle bywa niewystarczające. Na przykład brak lokum wiąże się nie tylko z ograniczeniem czasowego zakresu udzielania porad, ale ma znaczenie także dla psychicznego komfortu beneficjentów: ich poczucia intymności, dyskrecji, bezpieczeństwa. Wpływa na to również brak stałych wpływów dla organizacji świadczących PPiO. Oznacza on niemożność ciągłej, instytucjonalnej platformy współpracy, m.in. ze względu na rotacyjność doradców prawnych. Charakterystyczna jest tu wypowiedź jednej z pracownic: „niestety, nie wiem, czy uda się nam przetrwać. […]Czekamy teraz na jakiś konkurs, w którym mogłybyśmy złożyć projekt na poradnictwo. Jeśli takowy będzie, to będziemy startować. […]Na razie do końca roku te pieniądze z miasta muszą nam wystarczyć. A co będzie dalej, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ciężko snuć jakieś dalekosiężne plany”.

Część bolączek wynika z trudności, które wiążą się ze słabościami państwa. Do takich należy zaliczyć nienajlepsze instytucjonalne powiązanie poradnictwa z wymiarem sprawiedliwości. Współpraca jest w tym przypadku pasywna (głównie za sprawą podmiotów sądowych), czyli sprowadza się do działań wymuszonych przez szczególne problemy beneficjentów, a cechuje je krótkotrwałość i prowizoryczność. Wśród pozostałych problemów autorzy raportu wymieniają słabą informację i popularyzację działalności poradniczej, co wiąże się z wykluczeniem prawnym, czyli np. nieświadomością obywateli co do istnienia takich placówek. Wreszcie, wśród minusów należy wymienić niewystarczające wsparcie merytoryczne i organizacyjne ze strony środowisk prawniczych. To najbardziej dotyka przedstawicieli uniwersyteckich poradni prawnych.

Skupmy się teraz na systemowych, pozytywnych stronach funkcjonowania PPiO. Wśród nich autorzy opracowania wskazują kadry. W 59 proc. przebadanych placówek porad udzielają osoby, które ukończyły studia prawnicze. Autorzy podkreślają także kompetencje i umiejętności interpersonalne oraz szerokie instytucjonalne know how pracowników socjalnych, przydatne szczególnie na gruncie poradnictwa obywatelskiego. Inną kwestią jest stosunkowo duża rozpoznawalność wśród potencjalnych beneficjentów tego typu placówek. Jednak, jak podkreślają badacze, wynika ona raczej z przepływu informacji na poziomie „poczty pantoflowej”, nie z promocyjnych wysiłków instytucji.

Polski model PPiO wykształcił się samoczynnie, bez strategii państwa. Okazuje się, że nawet w tej sytuacji zapewnia on komplementarność. Instytucje publiczne świadczą PPiO jako formę pomocy społecznej oraz jako informację. W określonych sytuacjach jednak, jak w przypadku PIP-u, jako interwencje na drodze administracyjno-prawnej.Z kolei „organizacje pozarządowe uzupełniają PPiO o oddziaływanie miękkie, czyli pracę z beneficjentem realizowaną w imię określonych wartości uniwersalnych, oraz o poradnictwo specjalistyczne, jak np. przypadki związane z przemocą domową, uzależnieniami itd.”.

Raport omawia też szanse i zagrożenia związane z funkcjonowaniem PPiO. Wśród tych pierwszych wymienia zainteresowanie obywateli korzystaniem z usług poradniczych, a także dostrzeganą potrzebę rozwoju takiej działalności przez instytucje niepubliczne i publiczne oraz zrozumienie potrzeby systemowych regulacji ze strony administracji rządowej. Interesującym symptomem jest fakt, że beneficjenci PPiO, dostrzegając zwyczajowe niedofinansowanie tego typu instytucji, traktują to jako element uwiarygadniający: postrzegają te organizacje „jako działające filantropijne, społecznie, obywatelsko, dobroczynnie”, co przyczynia się niekiedy do zmiany nastawienia z pasywnego na aktywny, współuczestniczący.Autorzy badania zaznaczają jednak wyraźnie, że „w żadnym wypadku nie jest to argument za ograniczonym finansowaniem poradnictwa”.

Ponadto wśród szans PPiO wymienione są rozwijające się standardy poradnictwa. „Określone kategorie biur, takie jak np. Biura Porad Obywatelskich czy Studenckie Poradnie Prawne, powołały federacje, w których ramach określone są standardy dla wszystkich biur danej kategorii. Istniejące w tym zakresie dobre praktyki mogą i powinny być podstawą standaryzacji poradnictwa dla szerszego modelu działania w przyszłości”. Rozwojowi PPiO sprzyjają równocześnie – choć ta kwestia może się wydać wielu nieoczywista – „popularne w polskim społeczeństwie postawy koncyliacyjne, których wyrazem jest dążenie w sytuacji konfliktu do obopólnej zgody, nawet kosztem częściowej rezygnacji ze swoich roszczeń”. Stąd autorzy raportu uważają, że przedsądowa pomoc prawna, obejmująca mediację i arbitraż, odpowiednio wspierana i promowana także przez sam wymiar sprawiedliwości, może stać się w przyszłości ważnym obszarem działania instytucji tego typu.

Jednak niestety istnieją również poważne zagrożenia dla rozwoju poradnictwa. Jako pierwsze wskazać należy brak spójnej polityki państwa oraz wspomnianą już niestabilność ich finansowania. Problematyczny jest także brak klarownych podstaw prawnych, co powoduje kłopoty w relacjach z komercyjnym rynkiem usług prawniczych i wymiarem sprawiedliwości. Tym bardziej, że grozi nam dalszy wzrost złożoności materii prawa, co opłaca się w komercyjnym poradnictwie, ale stanowi zdecydowane utrudnienie dla PPiO: wymagać on będzie bowiem większego nakładu pracy i rosnących kompetencji ze strony usługodawców.

Powyższa możliwość ściśle wiąże się z rotacyjnością doradców. W tym względzie problem dotyczy przede wszystkim odpływu wykwalifikowanych kadr, co zawsze jest dużą stratą dla poszczególnych jednostek PPiO i niekiedy wymusza konieczność pozyskania zaufania usługobiorców od nowa. Duże zapotrzebowanie na pomoc prawną to znaczna szansa na komercyjny zarobek dla nieuczciwych usługodawców, czyli osób świadczących pomoc, ale nieprzygotowanych do tego i nieponoszących odpowiedzialności za jakość swoich usług. Zdaniem autorów raportu„zagrożenie to ma charakter bezpośredni w postaci odpływu beneficjentów oraz pośredni w postaci efektu negatywnego uogólnienia”.

Część wciąż aktualnych czynników negatywnych wynika nie tyle z przyczyn ekonomicznych czy systemowych, ale raczej z wysokich kosztów psychologicznych podejmowania działań prawnych. Są to m.in. wstyd i obawa przed wyciąganiem na światło dzienne np. trudnych spraw rodzinnych. Problemem jest też to, że czasem sięganie po tego typu poradnictwo, szczególnie obywatelskie, nie ma na celu efektywnego rozwiązywania problemów, ale prowadzenie sporów sąsiedzkich czy rodzinnych: „instrumentalne wykorzystywanie poradnictwa prawnego przez beneficjentów oddala je od wartości przyświecających poradnictwu obywatelskiemu i jego misji dydaktycznej, którą to drugie poradnictwo ma ze sobą nieść”.

W ostatniej części raportu jego twórcy przedstawiają rekomendacje dotyczące rozwoju PPiO. Przede wszystkim postulują stworzenie powszechnego dostępu do tego rodzaju usługi (na gruncie informacji, porady prawnej i obywatelskiej), co umożliwiłoby wypełnienie niedoborów świadomości, wiedzy i potrzeb na gruncie prawnym i obywatelskim, zapobiegając powstawaniu problemów związanych z prawem i/lub pomagając je rozwiązywać. Rozwiązania powinny zmierzać do opracowania podstawowych elementów funkcjonowania PPiO, jednolitych dla wszystkich obywateli. Dotyczy to m.in. określenia specyfiki instytucji, ich struktury oraz obszaru odpowiedzialności poszczególnych uczestników systemu, a także zakresu i kryteriów dostępu do usług. Zadaniem systemu byłoby integrowanie wielorakich typów i form świadczenia usług, dziś rozproszonych i podzielonych. Pozwoliłoby to uporządkować obecną sytuację, zapewnić stałe finansowanie działalności, zwłaszcza usługodawców niepublicznych: „zagwarantowanie stałego wsparcia finansowego jest warunkiem niezbędnym do osiągnięcia ciągłości, trwałości i wysokiej jakości usług poradniczych”.

Pośród innych rekomendowanych działań wskazano konieczność określenia, kto powinien mieć prawo do bezpłatnego korzystania z PPiO.„Z jednej strony – piszą autorzy raportu – biorąc pod uwagę względy sprawiedliwości społecznej i równość wszystkich obywateli wobec prawa, prawo do korzystania z PPiO powinien mieć każdy obywatel. Z drugiej strony, względy praktyczne, w szczególności finansowe, skłaniają ku stwierdzeniu, że poradnictwo powinno być bezpłatnie dostępne dla tych osób, które nie są w stanie – z różnych powodów – skorzystać z pomocy odpłatnej”. W tej sytuacji należałoby ich zdaniem zapewnić wszystkim obywatelom bezpłatny dostęp do informacji prawnej, przy równoczesnym ograniczeniu korzystania z porad i innych usług dodatkowych do określonych grup osób.

Stąd propozycje trzech rodzajów wyróżnienia: (1) kryteria sytuacji materialnej osoby i (lub) jej rodziny zgłaszającej się po pomoc (np. określony pułap dochodów); (2) kryteria wykluczenia społecznego (znajdowanie się w trudnej sytuacji życiowej związanej np. z niepełnosprawnością, bezrobociem, bezdomnością, itp.); (3) kryteria związane z rodzajem sprawy (katalog rodzajów spraw, w których udzielana jest pomoc bezpłatna, z reguły odpowiadający największemu zapotrzebowaniu społecznemu).

Ostatecznie celem PPiO w większym niż obecnie stopniu winna być rola prewencyjna, a zatem zapobieganie powstawaniu lub zaostrzaniu się problemów związanych ze stosowaniem prawa. W obecnych realiach nacisk położony jest na porady, a nie na informacje uświadamiające różne problemy, np. skutki zaciągnięcia lichwiarskiego kredytu. Konkluzja autorów jest prosta: „możliwość uzyskania w odpowiednim czasie kompetentnej informacji prawnej może zapobiegać indywidualnym problemom obywateli. Funkcję prewencyjną PPiO można wzmocnić, uwzględniając ten efekt pracy PPiO jako zamierzony i obligatoryjny dla wszystkich usługodawców”.Twórcy raportu nie poprzestają na tej kwestii. Zwracają uwagę, że już dziś potrzebujemy poszerzenia, wzmocnienia i podniesienia jakości edukacji prawnej i obywatelskiej na gruncie szkolnictwa. To jednak, można dodać z sarkazmem, wiązałoby się z przewartościowaniem całego systemu edukacji, który znów musiałby uczyć myślenia, nie zaś reprodukowania odgórnie narzuconych wzorców postaw i opinii.

Ostateczny wniosek z raportu jest tyle oczywisty, co obrazoburczy dla miłośników utowarowienia całej rzeczywistości społeczno-gospodarczej:„korzystanie z przyszłego systemu PPiO powinno być bezpłatne”. Za bezpłatnością systemu przemawia niska jakość polskiego prawa („skomplikowane, rozległe, często zmieniające się, niezrozumiałe”), a także niska świadomość prawna obywateli.

Sprawnie działający system PPiO powinien łączyć w sobie organizacje publiczne i niepubliczne w trosce o dobro obywateli. Zintegrowane, przejrzyście funkcjonujące, partnerskie instytucje byłyby o wiele bardziej efektywne. Jest to kwestia z pozoru oczywista, ale w gruncie rzeczy stawia mocno pytanie o jakość życia publicznego w Polsce i wzajemne odniesienie „państwa administracji” i społeczeństwa obywatelskiego. Prawidłowo funkcjonujące PPiO mogłoby być punktem odniesienia dla wielu instytucji publicznych i pozarządowych. Przecież takie bolączki jak doraźność, uzależnienie od grantów, brak przejrzystych reguł współpracy kładą się dziś niezaprzeczalnie cieniem nad państwem i zdecydowanie utrudniają zwykłym obywatelom odnalezienie się w polskiej rzeczywistości, a wręcz wypychają ich na jej margines. Szansa na dobrze zorganizowaną przestrzeń poradnictwa byłaby zatem szansą dla społeczeństwa, najważniejszego, a tak często zapomnianego aktora życia publicznego.

Krzysztof Wołodźko

 

„Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”, red. Arkadiusz Peisert, Tomasz Schimanek, Marcin Waszak, Agata Winiarska, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2013.

Raport jest dostępny w Sieci.

Władza w ręce obywateli

Władza w ręce obywateli

O mechanizmach demokracji bezpośredniej, przygotowywanym projekcie ustawy o referendach i o skutkach nowelizacji kodeksu pracy rozmawiamy z dr. hab. Marcinem Zielenieckim, ekspertem NSZZ „Solidarność”.

***

Przygotowuje Pan obywatelski projekt ustawy o referendach. Jakie są jego założenia i w jaki sposób mógłby on wpłynąć na poprawę kondycji polskiej demokracji?

Prof. Marcin Zieleniecki: Uważamy, że obecne rozwiązania prawne, zawarte w ustawie z 2003 roku i w Konstytucji, są niewystarczające. Nie zachęcają one Polaków do korzystania z instrumentów demokracji bezpośredniej. Głównym założeniem projektu ustawy będzie więc wprowadzenie instytucji obligatoryjnego referendum w sprawach szczególnie ważnych dla funkcjonowania państwa. Obecnie w Polsce o tym, czy referendum dojdzie do skutku, decydują politycy, a konkretnie Sejm i Prezydent (po uzyskaniu zgody Senatu), czasami całkowicie nie zważając na stopień zaangażowania obywateli. Mieliśmy tego przykład, gdy „Solidarność” zebrała około dwóch milionów podpisów w sprawie referendum dotyczącego podwyższenia wieku emerytalnego. Wtedy władza całkowicie zignorowała ten głos obywateli i zrezygnowała z możliwości zapoznania się z ich opinią. Obywatelom nie dano szansy na wypowiedzenie się w kwestii, która ich bezpośrednio dotyczy. To zdarzenie zainspirowało nas do złożenia propozycji, aby po zebraniu miliona podpisów państwo było zobligowane do zorganizowania referendum. Żeby jednak nasza propozycja weszła w życie, potrzebna jest zmiana Konstytucji. Będziemy zwracać się do władz, a w szczególności do Prezydenta RP, żeby to rozwiązanie poparł.

W których krajach taki mechanizm już funkcjonuje i czy tam on się sprawdził?

M. Z.: Przygotowując ustawę, wzoruję się na rozwiązaniu węgierskim. To właśnie na Węgrzech została wprowadzona instytucja obligatoryjnego referendum, które może być zorganizowane po zebraniu 200 000 podpisów. My ten próg musielibyśmy podwyższyć, bo jesteśmy krajem o większej liczbie ludności. Oczywiście najlepszym wzorem jest Szwajcaria, gdzie referenda są stałym elementem życia politycznego i organizuje się je również w przypadku kwestii pracowniczych i gospodarczych. Nie chodzi jednak o to, żeby naśladować Szwajcarię, bo do tamtego modelu jeszcze wiele nam brakuje. Chciałbym również zwrócić uwagę na to, że w Słowenii odbyło się referendum, w którym obywatele opowiedzieli się przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego. Wicepremier Janusz Piechociński powiedział, że przyczyniło się to do osłabienia gospodarki. Trudno się z tym zgodzić. Węgrom korzystanie z instytucji obligatoryjnego referendum nie przeszkadza w reformowaniu gospodarki.

W związku ze zbliżającym się referendum, w którym mieszkańcy Warszawy zdecydują o losie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, mamy do czynienia z atakami partii rządzącej na instytucję referendum. Jak Pan odniesie się do słów przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, którzy twierdzą, że referenda mogą sprzyjać wywoływaniu konfliktów ze strony opcji politycznych będących w opozycji?

M. Z.: Nie widzę nic złego w tym, żeby grupa społeczna lub polityczna, która ma społeczne poparcie, zachęcała obywateli do uczestnictwa w referendach. Jest to sygnał dla polityków, żeby wykazywać aktywność nie tylko w trakcie kampanii wyborczej, ale również podczas kadencji. Natomiast odpowiednio ustanowiony próg dotyczący liczby wymaganych podpisów wyklucza nadużycia.

Jakiś czas temu „Solidarność” wspierała również kontrowersyjną ideę wprowadzenia w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych. Skąd taki pomysł? Nie uważa Pan, że JOW-y przyczynią się do tego, iż na scenie politycznej zostaną tylko dwie partie, a polityka ulegnie oligarchizacji?

M. Z.: Ten pomysł w założeniu miałby przyczynić się do zwiększenia aktywności polityków w Polsce. Po wyborach dana wspólnota miałaby jednego przedstawiciela i on w takiej sytuacji byłby zmuszony do tego, żeby się wykazywać i pracować bardziej intensywnie na rzecz tej wspólnoty. Zdaję sobie jednak sprawę, że to rozwiązanie posiada też liczne wady. Idea ta budzi spore kontrowersje w środowisku konstytucjonalistów. Jest też wiele niebezpieczeństw, które wiążą się z JOW-ami, między innymi wspomniana oligarchizacja. Dlatego, według mnie, należy szukać rozwiązań pośrednich. Sama idea, aby swoich przedstawicieli wybierali obywatele, a nie politycy ustalając listy wyborcze, zasługuje mimo to na wsparcie. Pomysł ten nie jest jednak w tej chwili jakoś szczególnie forsowany przez „Solidarność”, ponieważ musimy skupić się na sprawach pracowniczych.

Właśnie weszła w życie nowelizacja kodeksu pracy, krytykowana przez związki zawodowe. Proszę powiedzieć, jakie konsekwencje tych zmian w prawie poniosą pracownicy w Polsce?

M.Z.: Ta nowelizacja może doprowadzić do tego, że w określonych przedziałach czasowych pracownicy będą bardziej niż dotychczas wykorzystywani przez pracodawców. Do tej pory ustawa nakładała na pracodawcę wymóg czteromiesięcznego okresu rozliczeniowego, a teraz w zakładach pracy może obowiązywać okres dwunastomiesięczny. Wcześniej więc pracodawca musiał umiejętnie zarządzać czasem pracy personelu, a teraz otworzono mu furtkę do zmuszania pracowników do dłuższej pracy przez większą część roku. Poza tym gdy mieliśmy czteromiesięczny okres rozliczeniowy, to problem przy godzinach nadliczbowych występował właśnie po czterech miesiącach. Obecnie pracodawca będzie mógł rozliczyć się z godzin nadliczbowych dopiero po roku. Sytuacja pracowników ulegnie więc znacznemu pogorszeniu. Nie zgadzamy się z argumentami rządu, że uelastycznienie czasu pracy przyczyni się do zmniejszenia bezrobocia w kryzysie. Badania prowadzone przez naukowców z Wielkiej Brytanii potwierdzają, że nie ma żadnego związku pomiędzy elastycznością czasu pracy a bezrobociem.

A jednak przedstawiciele rządu twierdzą, że w związku z kryzysem w całej Europie dokonuje się uelastycznienia kodeksów pracy i wydłuża okres rozliczeniowy.

M. Z.: Rząd powołuje się na dyrektywę unijną, która zakłada wydłużenie okresu rozliczeniowego do sześciu miesięcy. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że zmiana ta jest obwarowana szeregiem ograniczeń. Istnieje wiele grup pracowników, których ten zapis nie dotyczy. Dlatego aby okres rozliczeniowy obowiązujący obecnie w Polsce był zgodny z dyrektywą unijną, należałoby wprowadzić ograniczenia dla pewnych kategorii pracowników. Nasz ustawodawca poszedł jednak na łatwiznę i zawarł w prawie jedynie ogólnikowy zapis mówiący, że tego typu ograniczenia muszą być uzasadnione obiektywnymi powodami. Dyrektywa jednak wymaga sprecyzowania w przepisach prawa krajowego, jakie to mają być przesłanki. Można więc stwierdzić, że nowelizacja kodeksu pracy jest niezgodna z prawem unijnym. Dodatkowo nowelizacja jest niezgodna z ratyfikowaną przez Polskę konwencją Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 135 o ochronie przedstawicieli pracowników i przyznaniu im ułatwień. Konwencja ta wymaga wprowadzenia w prawie krajowym instrumentów gwarantujących niezależność tzw. pozazwiązkowym reprezentantom pracowników, którzy mogą zawierać z pracodawcami porozumienie o przedłużeniu okresu rozliczeniowego czasu pracy w firmach, w których nie działają związki zawodowe. Ustawodawca jednak nie dostosował się do zapisów konwencji. Dlatego NSZZ „Solidarność” nosi się z zamiarem skierowania do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie zgodności ustawy wprowadzającej możliwość wydłużania okresów rozliczeniowych czasu pracy do 12 miesięcy z konwencją MOP nr 135. Niestety nie możemy zwrócić się do Trybunału o ocenę zgodności tej ustawy ze wspomnianą dyrektywą unijną, bo Trybunał Konstytucyjny nie ma kompetencji do orzekania w takich sprawach.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Oszczepalski, 25 sierpnia 2013 r.

Nowy Ład czy stary bezład?

Nowy Ład czy stary bezład?

Ulice Warszawy wkrótce zapełnią się protestującymi związkowcami, wyrażającymi oburzenie wobec najnowszych zmian w prawie pracy. Oczywiście są to zmiany pogarszające pozycję zatrudnionych. Stanowisko związków jest zrozumiałe: mimo czarnej propagandy, przedstawiającej je jako szkodliwe, takie organizacje na całym świecie mają obowiązek bronić interesów pracowników najemnych. Warto się jednak przyjrzeć także argumentom oponentów (głównie pracodawców), twierdzących, że to sztywny czas pracy i przywileje związkowe stworzyły dużą część problemów z konkurencyjnością niektórych państw „starej” Europy. Jak jest naprawdę?

W niektórych krajach (np. Hiszpanii) prawne uregulowania zatrudnienia rzeczywiście były dość restrykcyjne, mocno chroniąc już zatrudnionych, przy równoczesnym przyzwoleniu na narastanie problemu bezrobocia. Jednak bliższe przyjrzenie się sprawie wskazuje, że myli się symptom ze źródłem problemu, bezrefleksyjnie promując uelastycznienie prawa pracy jako remedium. W istocie problem bezrobocia, praktycznie nie występujący w powojennym złotym ćwierćwieczu Europy, był efektem zadyszki konkurencyjnej, w którą zaczęły wpadać niektóre kraje w ostatnich dekadach ubiegłego wieku. Owa zadyszka z kolei jest w dużej mierze efektem wycofania się tych państw z dokonywania przemian strukturalnych, choćby w tak pośredni sposób jak poprzez wydatki badawczo-rozwojowe. Do tego dołączyło zjawisko globalizacji i wolnego handlu, wprowadzającego element presji „równania w dół” w kwestii kosztów pracy, często dokonując dużych strat w ważnych, lecz nie wytrzymujących światowej konkurencji sektorach gospodarek. To osuwanie się pozycji konkurencyjnej było (jak w Hiszpanii) często osładzane stabilnymi warunkami zatrudnienia.

Wielu zwolenników dalszej liberalizacji prawa pracy stwierdziłoby, że niezależnie od tego, co jest przyczyną, a co symptomem, w dzisiejszych warunkach uelastycznienie wpłynęłoby korzystnie na gospodarkę. Jednym z argumentów na poparcie tej tezy ma być rzekomo pozytywny wpływ deregulacji na zatrudnienie. Poparty jest on mocą wykresu popytu, podaży i płacy minimalnej, gdzie płaca minimalna (lub inne regulacje) niepotrzebnie skazuje część chcących pracować na gorszych warunkach na brak zatrudnienia. Ten prosty argument nie ma jednak oparcia w faktach, co zostało wykazane na ogromnej liczbie analiz (jeden z przykładów tutaj). Okazuje się, iż podwyżka płac nie ma statystycznie istotnego wpływu na poziom zatrudnienia.

Skoro jednak podwyżki płac nie mają wpływu na zatrudnienie, to czy nie jest tak, że ich efektem jest wyłącznie wyższa inflacja? A może faktycznie presja na obniżenie kosztów płacowych jest w dłuższej perspektywie finansowo korzystna? Nasze krajowe warunki dają pewne wskazówki co do odpowiedzi.

W Polsce zmagamy się z problemem bardzo dużej luki popytowej. To oznacza, że spora część różnicy między potencjalnym a rzeczywistym PKB wynika z braku efektywnego popytu. Upraszczając: dobra wiadomość jest taka, iż wzrost gospodarczy i poziom zatrudnienia w naszym kraju mogłyby się bardzo odczuwalnie polepszyć nawet bez czasochłonnych strukturalnych inwestycji technologicznych (chociaż to one w długim okresie są głównym motorem rozwoju). Niewykorzystanie dostępnego potencjału wytwórczego jest wynikiem słabej siły nabywczej, której znaczącą częścią składową jest kulejąca konsumpcja prywatna. Płytkie kieszenie Polaków oznaczają niską aktywność gospodarczą. Obniżanie kosztów płacowych w skali makro będzie więc wpływać niekorzystnie w mikroskali warzywniaka, punktu kserograficznego czy zakładu fryzjerskiego. Jak to ujął szef „Solidarności”: „Kto będzie kupował te wasze towary?”.

Tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli źródła rozumowania i oczekiwań niektórych organizacji przedsiębiorców. Dla większości przedsiębiorców jakiekolwiek pozytywne efekty elastyczności zatrudnienia oraz obniżki płac będą przeciwważone utratą siły nabywczej w gospodarce. Jednak część ekspertów liczy mimo to na sukces. Czyj sukces? Przede wszystkim eksporterów i spółek o dużych powiązaniach transgranicznych. Warto pamiętać, że eksport jest rzeczywiście bardzo istotny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż firmy eksportujące to maleńki ułamek wszystkich polskich przedsiębiorstw. Jednak ich udział w krajowej gospodarce jest dość duży i ważny, są to bowiem często najbardziej konkurencyjne, najwydajniejsze jej części. Czy można zatem wzbogacić kraj w długim okresie czasu kosztem wyrzeczeń w standardzie życia? Ci, którzy są do tego przekonani, często powołują się na przykład Niemiec.

Choć w niemieckim przypadku zachwala się pozytywny wpływ zmniejszenia kosztów płacowych (będących spuścizną rządów G. Schrödera), to warto wyciągnąć z tego przykładu kilka nauk. Po pierwsze niemiecka gospodarka należy do, powiedzielibyśmy, innej kategorii wagowej. Jej siła nie opiera się na niskich kosztach pracy (Polska ma je niższe), ale na wciąż silnej przedneoliberalnej tradycji bazowania na nowoczesnej wytwórczości przemysłowej. Po drugie Niemcy korzystają na gigantycznych nierównościach płatniczych w strefie euro, gdzie wspólna waluta bardzo utrudniła odzyskanie konkurencyjności krajom Południa.

Zyski niemieckich gigantów przekładają się na olbrzymie rezerwy, które nie są (poprzez płace) wykorzystywane do wzmocnienia konsumpcji wewnętrznej. Siłą rzeczy te rezerwy znajdują ujście w niemieckich papierach dłużnych (tzw. bundach). Niektóre aukcje bundów kończyły się ich sprzedażą po ujemnej stopie procentowej: kupujący obligacje życzą sobie oddania im po kilku latach mniejszej sumy niż ta, którą wydali na posiadanie bezpiecznych papierów dłużnych. To pokazuje, iż powinny istnieć pewne granice antyzadłużeniowej histerii, której niestety poddają się również Niemcy. Po ewentualnym wygraniu wyborów w tym miesiącu kanclerz Merkel zapowiada starania o ograniczenie deficytu do zera przy podtrzymaniu polityki depresji płac. To może zwiastować kłopoty nie tylko dla Niemiec, ale także dla Polski, wciąż bardzo zależnej od zachodniego partnera.

Jakkolwiek wspieranie eksportu jest potrzebne, to powinno się ono odbywać przy użyciu nieistniejącego w naszym kraju, a bardzo potrzebnego banku eksportowego, nie zaś poprzez redukcję kosztów płac. W tym momencie z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, iż skutki decyzji antypracowniczych będą gospodarczo negatywne. Jakiekolwiek ewentualne zdobycze konkurencyjne będą odbywały się kosztem nie tylko popytu wewnętrznego, lecz także długoterminowego pogorszenia potencjału ludzkiego w kraju (emigracja). Historyczna zmiana stosunków społecznych, na czele ze zniesieniem 8-godzinnego dnia pracy, odbywa się zatem nawet bez dobrej wymówki.

Zniesienie praw przysługujących pracownikom od stulecia może przyprawić o ból głowy i atak pesymizmu. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w czasach wielkiego kryzysowego przyspieszenia, gdy zmiany, które normalnie potrzebują dekady lub więcej, dokonują się w ciągu kilku lat. To samo najprawdopodobniej będzie czekać dogmat obniżania płacowych kosztów pracy. Po kilku dekadach leseferystycznego naporu ten – i wiele innych – neoliberalny pogląd sforsował bramy i zatyka flagi na kolejnych elementach ładu instytucjonalnego w Europie. Możliwe stały się dickensowska dyscyplina finansowa oraz prywatyzacja wielu usług publicznych, tak samo jak możliwe stały się antypracownicze przepisy w kwestii zatrudnienia.

Jednocześnie jednak napiera wraz z kryzysem kolejna fala, znosząca jedno po drugim dopiero co okrzepłe neoliberalne tabu. Dzieje się tak również w naszym kraju, gdzie jeszcze niedawno wołanie o zmianę nierozsądnej ustawy o finansach publicznych było głosem na pustyni, podobnie jak apele o powołanie państwowej korporacji inwestycyjnej. Kilka tygodni temu pierwsze szczeliny pojawiły się w kolejnym fundamencie ortodoksji, gdy prezes NBP zapowiedział możliwość ewentualnego skupu państwowych obligacji. Teoretycznie zabronione jest finansowanie deficytu przez bank centralny, lecz zakup obligacji pod oficjalnym pretekstem stabilizacji rynku mógłby „przejść”. Chyba największą zdobyczą kryzysu może stać się przekonanie o tym, że państwo nie musi być ani minimalne, ani omnipotentne, lecz może być bardzo użyteczne we wspieraniu rozwoju.

W szeroko komentowanej ostatnio książce „The Entrepreneurial State” Mariana Mazzucato podaje wiele przykładów obrazujących, jak dużo zawdzięczamy inteligentnemu, nieinwazyjnemu wsparciu państwa dla procesów gospodarczych w sektorze prywatnym. Przykładem uzyskiwania korzyści z tej pomocy jest firma Apple. Internet i GPS stały się możliwe dzięki programom obronnym w USA, podobnie jak komendy głosowe, podczas gdy wspierane przez państwo instytucje naukowe stworzyły język HTML i ekrany dotykowe. I chociaż smartfony i komputery nie mają na sobie państwowego godła, a zarabiają na nich prywatni przedsiębiorcy, to korzyści odnosi całe społeczeństwo – co jest wystarczającym powodem dla państwowej aktywności. Wydaje się, iż czas, kiedy zostanie to zrozumiane, jest bliski – tak jak koniec neoliberalizmu.

A zatem jest szansa, aby wyjść z doświadczenia kryzysowego w lepszym stanie. Antypracownicze zmiany mogą być odwrócone, gdyż presja na rządy będzie rosła w miarę, jak nieudana polityka „zwijania państw” będzie zbierała w Europie zasłużone cięgi. Niezgoda społeczeństw na smutny „koniec historii” i szkody wyrządzone przez kryzys musi się w końcu przełożyć na polityczną i gospodarczą zmianę.

Socjaliści  z „Solidarności”

Socjaliści z „Solidarności”

Przyznać się muszę, iż przyświeca mi z lekka Nietzscheańskie podejście do historii. Winna sprzyjać życiu – tyle z niej pożytku. Sucha znajomość faktów, z której nic dla teraźniejszości i przyszłości nie wynika, jest pozbawiona znaczenia. Historia stać się musi żywym doświadczeniem, aby warto było się nią zajmować. Z drugiej jednak strony nie sposób od niej uciec: chcąc czy nie chcąc, czy jesteśmy tego świadomi czy nie, określa nasze życie. Jeśli stanie się częścią naszej samoświadomości, okazać się może potęgą wyzwalającą.

Jaką więc korzyść wynieść możemy z lektury książki Rafała Chwedoruka „Socjaliści z Solidarności w latach 1989-1993”? Książki, co trzeba niestety odnotować, nie napisanej barwnie, niezbyt porywającej, będącej zwykłym rejestrem faktów, stanowisk, poglądów. Dlaczego mimo to należy do niej sięgnąć? Dla jej tematu. Poznanie myśli politycznej partii i grup określających się mianem lewicowych, a wywodzących się ze środowisk „solidarnościowych”, istotne wydaje mi się z trzech powodów. Po pierwsze, demokratyczny socjalizm, do którego owe ugrupowania się odwoływały, jest wciąż atrakcyjną propozycją polityczną. Po drugie, ich autorstwa ocena okresu transformacji, dokonywana przecież „na żywo”, zaskakuje dziś swą trafnością. Po trzecie, odwoływanie się do doświadczenia Sierpnia ’80 przez owe ugrupowania stanowi istotny głos w sporze o znaczenie i charakter „Solidarności”. Głos, powiedzmy od razu, polemicznie skierowany wobec środowisk „solidarnościowej” elity, która stała na straży zmian po roku 1989 i była ich głównym animatorem.

Przedmiotem zainteresowania Chwedoruka są następujące ugrupowania polityczne: Polska Partia Socjalistyczna, Stowarzyszenie Solidarność Pracy, Ruch Demokratyczno-Społeczny oraz Unia Pracy, działające w latach 1989-1993. Rok 1989 to początek zmian ustrojowych w Polsce, złamanie monopolu politycznego PZPR, a więc i możliwość działania legalnych partii politycznych, zaś rok 1993 to w pewnym sensie koniec historycznego podziału na lewicę postsolidarnościową i postpezetpeerowską, usankcjonowany wejściem PPS w struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz wyborczym sukcesem Unii Pracy, nieodwołującej się do tego podziału. Okres ten to w końcu czas burzliwych przemian i konstytuowania się nowego systemu społeczno-ekonomicznego. Owa różnorodność ugrupowań siłą rzeczy przełożyć się musiała na różnice w wyznawanych ideach, dokonywanych ocenach i programach. Niemniej jednak chciałbym zwrócić uwagę na to, co wydaje mi się być dzisiaj istotne.

Marksizm w swej najbardziej wulgarnej postaci postponował wszelkie próby nadania myśli lewicowej charakteru etycznego ideału, traktując je jako nienaukowe i utopijne. Polscy socjaliści natomiast czynili wręcz przeciwnie – akcentowali etyczno-humanistyczną treść socjalizmu. Nie bez znaczenia zapewne był tu wpływ m.in. Edwarda Abramowskiego. Miarą rzeczywistości uczyniono człowieka, możliwości jego rozwoju stanowiły podstawę życia społecznego. Celem socjalizmu jest organizacja społeczna umożliwiająca pełnię rozwoju człowieczeństwa. Konstytutywnym elementem tego przekonania jest wiara w dobroć natury ludzkiej (odpowiedzialnością za zło zostają obarczone warunki, w jakich przyszło żyć) oraz jej twórczy charakter.

Liberalne przekonanie o niemożności pogodzenia wolności i równości, można by powiedzieć, bierze się z błędnego rozumienia tych wartości. Dla liberała wolność to jedynie brak zewnętrznych przeszkód, dla socjalisty wolność to możliwość stanowienia o swoim życiu. Do tego zaś nie wystarczy jedynie posiadanie wolności jednostkowych, lecz także możliwość korzystania z nich. Równość wobec prawa uzupełniona musi zostać równym dostępem w decydowaniu o rzeczywistości społeczno-politycznej, czego zaś koniecznym warunkiem jest zapewnienie materialnych środków (dochodu, dostępu do edukacji etc.). Inaczej słowa wolność i równość stają się pustymi frazesami skrywającym rzeczywistą niewolę i nierówności.

Realizacja własnego człowieczeństwa kształtuje się we współpracy i solidarności z innymi. Stąd waga przypisana demokracji. Nie ograniczano jej jednak tylko do wymiaru politycznego, wskazując na niebezpieczeństwa związane ze sprowadzaniem jej do parlamentaryzmu. Jednym z głównych zagrożeń było ryzyko alienacji władzy. To właśnie temu miała zapobiec samorządność społeczeństwa, której w znacznej mierze adwokatami byli polscy socjaliści.

Demokracji nie można ograniczać jedynie do sfery politycznej. Gospodarka również powinna podlegać kontroli społecznej i być – na tyle, na ile to możliwe – demokratycznie rządzona. Generalnie akceptując rynek, wskazywano na konieczność jego okiełznania i wyeliminowania patologii nieuchronnie przezeń generowanych, takich jak bezrobocie, nędza, ogromne dysproporcje majątkowe czy niszczenie środowiska naturalnego. Remedium na to poszukiwano w idei „gospodarki mieszanej” czy też prowadzonej przez państwo efektywnej polityki społecznej.

Nie dziwić więc powinna dokonana przez socjalistów surowa ocena okresu transformacji. Neoliberalizm, który zawładnął umysłami po roku 1989, oskarżano o absolutyzowanie rynku, nieuwzględnianie kontekstu historycznego i kulturowego, a także jednoznaczne opowiedzenie się po stronie kapitału przeciwko światu pracy. Wprowadzenie daleko idących reform wolnorynkowych w Polsce miało „ideologiczny charakter”, nie było zaś podyktowane wymogami rzeczywistości. W przekonaniu neoliberałów, wolnorynkowy kapitalizm był uniwersalnym lekarstwem na wszelkie bolączki, stąd łatwość, z jaką go aplikowano, bez względu na uwarunkowania historyczne i kulturowe, takie jak na przykład specyfika wychodzenia z realnego socjalizmu.

Odpowiadając na pytanie, dlaczego tak łatwo w Polsce uwierzono w neoliberalne dogmaty i z taką gorliwością wprowadzano je w życie, wskazywano na dwie przyczyny. Pierwszą, zewnętrzną – szczytowy okres neoliberalnej ofensywy na świecie, wzmocnionej jeszcze rozpadem bloku sowieckiego. Drugą, wewnętrzną, była ideowa atrofia wytworzona w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego, związana z utratą przez elity Związku więzi z ruchem masowym i zapomnieniem doświadczeń Sierpnia ’80. Winnych szukano nie tylko po stronie dawnej opozycji, lecz także wśród nomenklatury partyjnej, która to utratę monopolu na władzę polityczną zrekompensowała uwłaszczeniem się.

Nie dostrzegano w PRL-u realizacji lewicowych ideałów, choć z czasem niuansowano jego początkowo bardzo krytyczną ocenę. Co więcej, uważano, że PRL nie tylko niewiele miał wspólnego z lewicowymi wartościami, ale pod wieloma względami stanowił ich zaprzeczenie. Oskarżano go o zniewolenie społeczeństwa, uczynienie z jego członków biernych jednostek, a także o koncentrację władzy, hierarchizację, antyegalitaryzm i antyrobotniczy charakter oraz o etatyzację gospodarki zamiast jej uspołecznienia. Nic dziwnego, że przekształcenie PZPR w SdRP postrzegano jako koniunkturalny zabieg mający na celu „przełamanie politycznej izolacji” i wyzbycie się „bagażu przeszłości”. Proces przedzierzgnięcia się komunistów w pełnokrwistych socjaldemokratów ułatwiał niewątpliwy nihilizm i tzw. pragmatyzm wielu z nich.

Socjaliści z dumą podkreślali swój „solidarnościowy” rodowód. „Solidarność” okresu 1980-81 ucieleśniała według nich lewicowe ideały. Była przecież robotniczym ruchem, radykalnie demokratycznym i egalitarnym. Dopiero po 13 grudnia 1981 r. zarysował się zanik więzi elit z masowym ruchem oraz pojawiło się dążenie do ograniczania i kontrolowania spontanicznej samoorganizacji społeczeństwa.

Rafał Chwedoruk, Socjaliści z „Solidarności” w latach 1989-1993, Wydawnictwo Sejmowe,
Warszawa 2004.

Socjaliści  z „Solidarności”

Polak potrafi(ł)

Gdy Majakowski w jednym ze swych utworów stwierdził, że „jednostka niczym, jednostka zerem”, to palnął głupstwo wyjątkowe. Choć optyka przeciwna, absolutyzująca rolę jednostek w kształtowaniu biegu dziejów, wydaje się równie fałszywa, to jednak pojedyncza osoba może dokonać wiele. „Właściwym człowiekiem na właściwym miejscu” był bez wątpienia Franciszek Stefczyk – twórca oddolnie zorganizowanego systemu kredytowego, który bazował na drobnych oszczędnościach ludzi niezamożnych i tymże ludziom służył w potrzebie. Postać Stefczyka przypomina wydana niedawno książka Bohdana Cywińskiego pt. „Idzie o dobro wspólne…”. Dla kogoś o „obywatelskich” zainteresowaniach jest to lektura obowiązkowa.

Choć chciałoby się sprawić, aby stała się ona lekturą obowiązkową w każdej polskiej szkole. Jest to bowiem nie tylko portret mądrego, dalekowzrocznego i skutecznego społecznika, ale także opis zdrowej rzeczywistości, w której pojawiali się tacy Stefczykowie, napotykali na pomoc i zyskiwali szacunek. A przede wszystkim książka ta jest przypomnieniem Polski, która faktycznie istniała, mimo że tak niewiele dziś o tym świadczy. Mówię o Polsce ludzi zainteresowanych czymś więcej niż czubek własnego nosa i stan swego konta; o Polsce, w której społecznik nie był traktowany jak frajer lub „mąciciel”; o Polsce, w której ważniejsze było to, co i jak ktoś robi, niż z jakiego stronnictwa czy środowiska ideowego przychodzi; wreszcie o Polsce, w której wielkomiejskie i prowincjonalne elity rozumiały, że chcąc żyć w lepszym kraju, należy na to zapracować własnymi rękami i skłonić innych do podobnego wysiłku.

Stefczyk jest jednym z ludzi, którzy powinni zajmować poczesne miejsce w historii kraju, ale wskutek patologicznego biegu dziejów zostali niemal zupełnie zapomniani. Należy on do tych, którzy zrobili dla Polski naprawdę dużo, lecz dzisiaj wie o nich zaledwie garstka zawodowych historyków i pasjonatów. Chwała zatem Cywińskiemu, że przypomina postać Stefczyka i jego dzieło. „Idzie o dobro wspólne…” zostało napisane w celach właśnie popularyzatorskich – przystępnym językiem, bez popadania w drobiazgowość, z zarysowaniem szerszego tła. Nie jest to typowa biografia, raczej gawęda o człowieku i jego czasach.

Urodzony w 1861 r. Franciszek Stefczyk od młodych lat przejawiał zamiłowanie do pracy na rzecz dobra wspólnego. Po trosze wyniósł je z domu rodzinnego, po trosze tak ukształtowała go szkoła i rówieśnicy. Ale tak naprawdę trudno powiedzieć, dlaczego zamiast kariery akademickiej wybrał skromną posadę wiejskiego nauczyciela oraz podjął się przetransponowania na polski grunt doświadczeń niemieckiego spółdzielczego systemu kredytowego, autorstwa Fryderyka Raiffeisena. Może po prostu gdzieś w sercu tkwiła drobna wrażliwa struna, którą poruszał obraz „nędzy galicyjskiej”.

A nędza ta była nad wyraz dotkliwa – wieś przeraźliwie biedna, z karłowatymi gospodarstwami, z brakiem kapitału, z nieznajomością nowocześniejszych metod produkcji lub niemożnością sfinansowania ich, z systemem kredytowym opartym na lichwie i brutalnym wyzysku, z biernością i apatią stłamszonych mieszkańców. Dwudziestokilkuletni nauczyciel wiejskiej szkoły w Czernichowie szybko zrozumiał, że jeśli coś ma się zmienić na lepsze, to zamiast czekania na cud lub szermowania wielkimi hasłami, trzeba się zabrać za konkretną robotę. Idea podpatrzona w zamożnych Niemczech wydawała się na pozór absurdalna w realiach ubogiego, władanego przez zaborców regionu Polski. Otóż Stefczyk głosił, że biedni mogą liczyć przede wszystkim na siebie, a w dodatku – to już wyglądało jak majaki szaleńca – że sami mogą sfinansować poprawę własnej doli.

To, co wydawało się mrzonką, udało się dzięki determinacji i ogromnej „pracy u podstaw”. Oczywiście nie od razu i nie bez przeszkód, ale jednak Stefczyk zbudował prężną sieć instytucji kredytowych, które w znaczący sposób wsparły rozwój lokalnych społeczności. Zaczęło się od niewielkiej kasy w Czernichowie, która powstała pod koniec 1889 r., lecz szybko nastąpił żywiołowy rozwój takich inicjatyw w wielu miejscowościach Galicji. Dzięki drobnym oszczędnościom chłopów (wyrobiono nawyk, by nawet symboliczne kwoty odkładać do kasy) i wysiłkowi garstki idealistów stworzono finansowe zaplecze procesu wychodzenia z ekonomicznego dołka.

Ten sukces Cywiński tłumaczy nie tylko zapotrzebowaniem społecznym czy godną podziwu pracą pomysłodawców. Znakomita była idea: z jednej strony elitarna, z drugiej bardzo demokratyczna, a także silnie zakorzeniona w konkretnej wspólnocie. System opierał się na wzajemnym zaufaniu, bo w wiosce czy miasteczku każdy znał każdego i aby zostać członkiem kasy i uzyskać kredyt, trzeba było nie budzić zastrzeżeń u innych uczestników tego „układu”. Kasy zostały więc zabezpieczone przed oszustami czy osobami lekkomyślnymi. Z drugiej jednak strony, członkiem mógł zostać nawet ktoś bardzo ubogi, gdyż wpłaty koniecznych udziałów rozkładano takim ludziom na raty. Zamożnym zakazano nabywać więcej niż pięć udziałów, aby nie uzależnili danej kasy od swego kapitału, a przy podejmowaniu decyzji każdy członek miał tylko jeden głos. W kasach pracowano społecznie lub za niewielkie kwoty. Brali się więc za to ci, którzy chcieli działać „dla sprawy”, nie zaś karierowicze i poszukiwacze ciepłych posadek.

Z dzisiejszej perspektywy wygląda to jak utopia: groszowe oszczędności, garstka niedoświadczonych zapaleńców i niemal żadnych apanaży. A jednak zadziałało – nie w Ameryce czy innym raju na Ziemi, gdzie ponoć wszystko jest lepsze, lecz zrobili to nasi pra- i prapradziadkowie. Kasy rozwijały się błyskawicznie, ale Stefczyk rozumiał, że potrzeba im „otoczenia społecznego”. Poszedł więc za ciosem – powstała spółdzielnia spożywców, prowadząca własne sklepy, żeby można było taniej kupować produkty, a jednocześnie akumulować wydane pieniądze w lokalnej społeczności. Kolejny krok to kształcenie „swoich ludzi” do prowadzenia tego, co już powstało oraz tworzenia nowych inicjatyw. Następnie przyszła pora na skoordynowanie produkcji, aby dysponować dobrym towarem w odpowiedniej ilości – tak powstały spółdzielnie mleczarskie. W ciągu niespełna dwóch dekad stworzono system 1400 kas (niemal żadna z nich nie upadła!) liczących 145 tys. członków, a podczas prowadzenia kursów tę nieformalną „wyższą szkołę spółdzielczości” ukończyło prawie tysiąc osób, stając się kadrą całego ruchu.

Kraj był wówczas pod zaborami i choć Stefczyk działał w najbardziej znośnym z nich, to i tak poprawa doli ubogich Polaków niezbyt nurtowała austriacką administrację. Twórca kas okazał się jednak mistrzem w zjednywaniu sojuszników – wśród kleru katolickiego i prawosławnego, lokalnych elit oraz na wyższych szczeblach (m.in. wsparcie ze strony marszałka Galicji, Stanisława Badeniego) – i krok po kroku pokonywał trudności. Napotkał też krytykę w łonie „własnego” obozu – ruchu ludowego. Stefczyk sytuował się na jego prawym skrzydle, miał opinię klerykała, a przede wszystkim głosił zasadę solidaryzmu społecznego, czyli konieczność współpracy chłopów z ziemiaństwem. Nie w smak to było ludowej lewicy, stawiającej na „walkę klas”. Jednak i ona, mimo polemizowania z koncepcjami polityczno-ideowymi twórcy kas, doceniała konkretny, społeczny wymiar jego dzieła.

Cios przyszedł z innej strony. Wybuchła I wojna światowa i nastała inflacja, która „zżarła” znaczną część pieniędzy ulokowanych w kasach. To wydarzenie mogłoby zrazić wielu udziałowców do idei wspólnego gromadzenia kapitałów. Jednak członkowie kas rozumieli przyczyny problemu, a przede wszystkim ufali twórcy inicjatywy, mieli też w pamięci wcześniejsze korzyści. I kasy nie tylko przetrwały, ale masowo wzięły udział w dobrowolnym finansowaniu powstających zalążków niepodległej ojczyzny – wyłożyły kapitał na wyekwipowanie 2 tys. legionistów.

Zanim wojna się skończyła, Stefczyk przygotowywał ruch spółdzielczy do działania w wolnej Polsce, czyniąc starania na rzecz zjednoczenia inicjatyw z różnych zaborów. Po wojnie, ciesząc się autorytetem, czynił to już jako urzędnik państwowy, zajmował się także pracami nad wdrożeniem reformy rolnej. Jako człowiek niemłody, bo ponad 60-letni i mający za sobą kilka dekad ciężkiej pracy (wymagania Stefczyka wobec współpracowników i samego siebie przeszły do legendy), nie mógł angażować się w rozwój spółdzielczości tak bezpośrednio, jak niegdyś. Zamierzał skupić się na propagowaniu idei i tworzeniu zaplecza naukowego dla tego sektora. Miał to robić Spółdzielczy Instytut Naukowy, a Stefczyk objąłby katedrę spółdzielczości na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie zdążył tego uczynić – 30 czerwca 1922 r. zmarł wskutek nagłego pogorszenia stanu zdrowia po przebytej operacji usunięcia nowotworu.

Cywiński skreślił portret człowieka wybitnego, w zasadzie cały opis działań Stefczyka to wyważona, ale jednak laurka, w pełni zresztą uzasadniona. Jednak autor „Idzie o dobro wspólne…” nie oszukuje czytelników, wskazując też na fiasko projektu Stefczyka, gdy patrzeć na rzecz tylko w kategoriach wymiernych. Wojenna inflacja, jej potężniejsza powojenna powtórka i kryzys gospodarczy sprawiły, że znaczną część oszczędności udziałowców kas spółdzielczych po prostu diabli wzięli. Ale jest coś, co przetrwało z tego przedsięwzięcia – samoorganizacja wsi galicyjskiej, nauczenie chłopów wspólnej pracy i oszczędzania przyniosły w długofalowej perspektywie poprawę sytuacji. Drugi „zysk” to stworzenie kadrowego zaplecza polskiej spółdzielczości – ze „szkoły Stefczyka” wyszło bezpośrednio tysiąc ideowych fachowców, a pośrednio przynajmniej kilka razy więcej im podobnych. Ci ludzie przez całe międzywojnie tworzyli setki inicjatyw spółdzielczych, a gdy udało im się przeżyć koszmar hitleryzmu, wzięli się do pracy przy odtwarzaniu tego sektora.

Jednak o ile kryzysy gospodarcze kapitalizmu poważnie nadszarpnęły dorobek Stefczyka, o tyle powojenne realia komunizmu zniszczyły go doszczętnie – materialnie, kadrowo i ideowo. Nie tylko zepchnęły na margines i przemilczały jego dokonania, nie tylko nie pozwoliły normalnie działać autentycznym spółdzielcom, ale przede wszystkim zeszmaciły samą ideę spółdzielczości. Do dziś kojarzy się ona z sitwą cwaniaków zawiadujących blokowiskiem, z wiecznie pijanymi pracownikami GS-u, z aroganckimi ekspedientkami sklepów „Społem” itd.

I bez wątpienia rację ma Cywiński, gdy pisze w zakończeniu książki o Stefczyku: „Wiele słów, których mądrze i uczciwie używał, zostało – jemu i nam – ukradzionych przez komunistów dla nazwania ich narzędzi przemocy. Tak było z demokracją, z człowiekiem pracy, z postępem, a nawet z wolnością. Rok 1980, a potem lata późniejsze, nauczyły nas odbierać im te słowa i przywracać im ich właściwy sens. Do dziś jednak nie przywróciliśmy prawdziwego znaczenia słowom: spółdzielnia, spółdzielczość, spółdzielca. Póki tego nie zrobimy, ze Stefczykiem się nie dogadamy. Pozostaniemy ogłuszeni wcześniej usłyszanym komunistycznym kłamstwem /…/. Mijają jednak lata, a otaczająca nas i przez nas tworzona rzeczywistość coraz bardziej różni się od tego obozu, w którym osadzili nas kiedyś komuniści. Żyjemy znów w kapitalizmie. A w tej właśnie rzeczywistości, jak pisał o tym Stefczyk, koniecznie potrzebny jest i ten spółdzielczy nurt gospodarczy, »na którego dnie tkwi przykazanie ‘Kochaj bliźniego jak siebie samego’«”.

Bohdan Cywiński, Idzie o dobro wspólne… Opowieść o Franciszku Stefczyku, Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych oraz Wydawnictwo Trio, Sopot-Warszawa 2005.
www.wydawnictwotrio.pl

Socjaliści  z „Solidarności”

À rebours

Gdybyśmy udali się na zaplecze jakiegoś hipermarketu i zatrudnionym tam pracownikom przeczytali fragmenty „Manifestu komunistycznego” z 1848 roku, ludzie ci zapewne powiedzieliby, że piszemy reportaż o ich pracy.

Za kulisami tych kolorowych i roztańczonych świątyń handlu, pracownice w ciąży zmuszane są do dźwigania ciężarów ponad swoje siły, a kasjerkom zaleca się wkładanie do majtek pieluch, gdyż niepisany regulamin pracy nie zezwala im na korzystanie z toalety. To nie są sceny z XIX-wiecznej powieści, ale rzeczywistość XXI w., który jak się okazuje jest nie tylko wiekiem globalnej sieci Internetu i telefonów komórkowych. To także wyzysk „nie przesłonięty iluzjami, oschły, otwarty, bezwstydny i bezpośredni”.

Od sformułowania teorii alienacji pracy upłynęło ponad 150 lat. W tym czasie odkryto fale elektromagnetyczne, energię jądrową, laser, sklonowano żywy organizm, skonstruowano komputery. Było kilka rewolucji, dwie wojny światowe, ludobójstwa, holocaust. Skonstruowano kamerę filmową, ponaddźwiękowe samoloty, zorganizowano wyprawę na księżyc. Freud odkrył psychoanalizę, a Hitler komory gazowe. Świat zmienił się nie do poznania, wydaje się wspaniały, radosny i kolorowy. Przerasta granice wyobraźni człowieka z połowy XIX w., w tamtych kategoriach nie mieściłby się nawet w konwencji science-fiction. Tylko konserwatywni sceptycy, którzy istnieją w każdej epoce, powiedzieliby, że nic się istotnie w historii nie może zmienić – ludzie rodzą się, cierpią i umierają. Zmieniają się tylko kostium, dekoracje i rekwizyty, lecz nigdy rzeczywistość życia.

Przywołując niektóre wątki XIX-wiecznej myśli Marksa mimowolnie uświadamiamy sobie paradoksalny kontrast, jaki zachodzi pomiędzy aktualnością jego analiz moralnych i psychologicznych a całkowitą nietrafnością prognoz globalnych. Jest to zresztą częste zjawisko w naukach społecznych, polegające na tym, że jakieś obserwacje i diagnozy są trafne, a rozwiązania niesłuszne. Łatwo bowiem dostrzec zło, trudniej jest mu zaradzić. Często odrzucając rozwiązania, odrzuca się także diagnozy, co jest zachowaniem irracjonalnym, które sprawia, że zamiast pogłębiać swoje rozumienie rzeczywistości trwamy bezmyślnie w ignorancji, czekając na ich ponowne odkrycie. Niektórzy zresztą sądzą, że jest to normalny i rutynowy mechanizm w przypadku nauk społecznych, które nie są w stanie poprawnie skonstruować żadnej teorii przewidującej cokolwiek. Czy tak jest w istocie, trudno powiedzieć.

Każde społeczeństwo dzieli się na dwie klasy – beneficjentów systemu i całą resztę. W kapitalizmie do beneficjentów należą właściciele kapitału, kadra menedżerska, pracownicy o wysokich kwalifikacjach oraz wysoko opłacane indywidualności medialne. Tworzą oni elitę, która ma swoją świadomość zbiorową, poczucie wspólnoty i własną ideologię.

Cała reszta nie ma takiej świadomości. Nie ma ani poczucia tożsamości, ani poczucia wartości, ani poczucia wspólnoty. Stanowi luźne grupy jednostek pozostające ze sobą w relacjach rywalizacji.

Paradoksem współczesnego świata jest to, że bogate elity realizują wszystkie te cechy, którymi Marks opisywał społeczeństwo komunistyczne. Elity mają świadomość wspólnoty oraz warunki niezbędne do samorealizacji. W ramach tej uprzywilejowanej klasy uspołecznienie kapitału stało się faktem, gdyż główną formą własności jest własność akcyjna. Elity te mogą bez przeszkód realizować wszystkie swoje potrzeby życiowe. Praca jest dla nich w dużej mierze pracą dla przyjemności. Towarzyszy jej satysfakcja i kreatywność, nie ma zjawiska alienacji i uprzedmiotowienia. Coś, co miało być cechą globalną społeczeństwa, okazało się cechą jego elit.

Poza klasą beneficjentów rozciąga się brutalny świat walki o przetrwanie. Jednostka ludzka jest tam takim samym towarem, jak każdy inny, którym się handluje. Wystawiona na wszystkie zmienne losy konkurencji i osłabienia koniunktury jest dodatkiem do maszyn, wykonującym czynności, dla których skonstruowanie maszyny byłoby zbyt kosztowne. Koszty jej zatrudnienia są stale obniżane do poziomu, w którym dochody z pracy pozwalają jej ledwie utrzymać się przy życiu. Nie czerpie ona satysfakcji ze swojej pracy, gdyż głównym elementem twórczym jest w tym przypadku zysk pracodawcy. Jej ludzką godność zastąpiła wartość wymienna.

O ile elity pieniądza i władzy rozwijają się, a ich struktura społeczna ma swoją dynamikę i różni się od tej, która charakteryzowała społeczeństwo XIX w., o tyle w klasie upośledzonej nic właściwie się nie zmienia. Nie podlega ona żadnym procesom i zmianom. Nie podlega dlatego, że z natury jest amorficzna i nie tworzy żadnej struktury.

Podział społeczeństwa na dwie antagonistyczne klasy, walka tych klas, świadomość klasowa, rewolucja, uspołecznienie kapitału i społeczeństwo wspólnotowe – to były podstawowe kategorie teoretyczne socjologicznych wizji Marksa. Okazały się one błędne i niesłuszne, z wielu powodów. Marks uważał, że w toku naturalnego procesu nastąpi spolaryzowanie społeczeństwa na wyzyskujących i wyzyskiwanych, co w konsekwencji spowoduje rozwój poczucia wspólnoty u tych ostatnich. Świadomość wspólnoty ukształtuje ich w nową siłę polityczną, która przejmie władzę.

Ta pierwotna koncepcja klas zawierała jednak w sobie pewien błąd logiczny, co nie dziwi, gdyż została sformułowana kilkadziesiąt lat zanim gwałtowny rozwój logiki matematycznej doprowadził do odkrycia semantycznych antynomii na przełomie XIX i XX wieku. Dziś wiemy, że istnieją dwa rodzaje definicji klasy – intensjonalne (poprzez własność) i ekstensjonalne (poprzez wyliczenie elementów). Jeśli mamy jakąś klasę zdefiniowaną intensjonalnie poprzez własność, którą spełniają wszystkie jej elementy, wówczas ogół elementów, które nie należą do tej klasy tworzy klasę, ale przeważnie nie intensjonalną. Można wówczas wyliczyć wszystkie jej elementy, ale podanie jakieś wspólnej im własności jest na ogół niemożliwe. Tak też się dzieje w przypadku definicji klasy wyzyskiwanej. Cała reszta, nie będąca beneficjentem systemu, nie ma jakieś jednej ostro zarysowanej własności, która stanowiłaby jej tożsamość i mogła stać się podstawą jej świadomości społecznej. Reszta ta sama z siebie nie może wygenerować żadnej wspólnej ideologii i dlatego nie jest w stanie dokonać żadnej rewolucji.

Klasy społeczne, jak zauważył Max Weber, nie generują w sposób konieczny świadomości klasowej. Świadomość taka pojawia się w warstwie dominującej, reprezentującej ducha społeczeństwa, rzadko w klasie upośledzonej, stanowiącej jego materię. Więź pomiędzy wszystkimi ludźmi, którzy wykonują jakąś pracę, nie jest możliwa i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek miała powstać. Jest kilka przyczyn tego, a na pierwszym miejscu należałoby wymienić dwie – zróżnicowanie statusów społecznych i rywalizację zawodową.

We współczesnym świecie praca w najbardziej prymitywnych formach jest pracą wykwalifikowaną. Im bardziej jest wykwalifikowana, tym lepiej jest płatna. To sprawia, że jednostki utożsamiają się ze swymi kwalifikacjami, którym przypisany jest różny status społeczny. Różny status społeczny powoduje rozwarstwienie pracowników najemnych. Także równy status społeczny wewnątrz tych grup nie sprzyja powstawaniu więzi, gdyż poddane rynkowej rywalizacji są wobec siebie antagonistycznie nastawione.

Oba te fakty sprawiają, że trudno byłoby dziś na przykład znaleźć poparcie dla idei strajku generalnego. Strajkują od czasu do czasu poszczególne grupy zawodowe, ale nie wszyscy. Grupy te są na tyle zantagonizowane, że żadne racje pozaekonomiczne nie są w stanie w ich połączyć. W kapitalistycznym społeczeństwie strajk generalny jest mało prawdopodobny, podobnie jak mało prawdopodobne są zgodne zachowania cząsteczek gazu obalające prawa termodynamiki.

Sama praca najemna nie jest w stanie wygenerować poczucia wspólnoty. Poczucie sensu płynie bowiem nie z faktu otrzymywania wynagrodzenia, ale z konkretności pracy i tego, co jest w niej kulturowo cenne. Nikt nie czerpie satysfakcji z tego, że pracuje, ale co najwyżej z tego, co robi. Tymczasem właśnie poczucie sensu rozwarstwia klasę pracowników najemnych, różnicuje ją i wprowadza hierarchię. Aby poczuć się wspólnotą, ludzie potrzebowaliby czegoś więcej, jakieś głębszej idei niż samo stwierdzenie faktu, że utrzymują się przy życiu, ponieważ coś robią.

Innym zjawiskiem związanym z rozwarstwieniem społeczeństwa jest awans społeczny wybranych jednostek w sposób niezależny od ich obiektywnych kwalifikacji. Jednostki takie uzyskują czasem nieproporcjonalnie wysokie dochody dzięki pewnym walorom medialnym. System wyrywa je z klasy średniej i sytuuje w klasie dominującej, przez co traci ona swój zamknięty i ekskluzywny charakter. Ci, którzy do niej przechodzą stają się częścią idealistycznego wizerunku społeczeństwa, w którym sukces jest możliwy dzięki temu, kim się jest, a nie dzięki temu, co się robi. Dotyczy to oczywiście wybranych profesji – aktorów, piosenkarzy, dziennikarzy, prezenterów telewizyjnych czy modelek. Stają się oni wizytówką medialną systemu i marketingowym wizerunkiem jego potęgi. Media podtrzymują mit, że każda jednostka o silnej indywidualności osiąga w końcu awans społeczny i w ten sposób utrwalają przekonanie, iż klasa upośledzona stanowi jedynie amorficzną masę nieużytków społecznych.

Utrwalanie nierówności w dochodach i kreowanie różnych statusów społecznych stanowi istotę mechanizmu zapobiegającego powstaniu wspólnoty. Pomiędzy sprzątaczką w hipermarkecie, a dziennikarzem w prestiżowym piśmie nie powstaje żadne poczucie więzi – nawet wtedy, gdy oboje stracą pracę. Ich statusy społeczne dzieli bowiem przepaść. Poziom dochodów wyznacza horyzont egzystencjalnych możliwości, które określają ich świadomość. Byt społeczny w kapitalizmie jest pluralistyczny i zróżnicowany, a świadomość społeczna wynika nie tyle ze stanu posiadania, ile z identyfikacji z określonym stylem życia.

Wspólnota wszystkich ludzi pracy byłaby możliwa, gdyby poziom dochodów był mniej więcej taki sam. Do tego jednak system nigdy nie dopuści. Nierówności płacowe stanowią istotę jego trwałości i tajemnicę odporności na możliwość zmiany.

Świadomość wspólnoty może powstać jedynie tam, gdzie jest wspólna kultura, wspólne cele, wspólne doświadczanie sensu świata. Aby poczuć się wspólnotą, ludzie potrzebują rozpoznać swą sytuację społeczną jako nie-antagonistyczną. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy rozumieją świat w świetle jakieś pozytywnej i humanistycznej idei. Dlatego szczególnie wrażliwą sferą systemu są media kształtujące postawy i styl myślenia o rzeczywistości. Promują one świadomie lub nie ideologię systemu.

Media same włączone są w rynek i utrzymują się głównie z reklam, w których zawarta jest afirmacja konsumpcji i produktów. Styl tych reklam wyznacza określoną poetykę dla całej ich oferty programowej. Jej treść „kulturowa” pełni funkcję przyciągającą widza do reklam. Media stymulują więc prymitywne potrzeby, które napędzają konsumpcję i niechętnie szerzą idee humanistyczne, które są wrogiem koniunktury i przyczyniają się do recesji. Pozostając na usługach kapitału, media z premedytacją kreują fałszywą świadomość społeczeństwa zadowolonego i szczęśliwego, ukazując przypadki nieszczęść jako patologie, a nie systemową konieczność.

Filozofia liberalnego kapitalizmu jest filozofią cudu społecznego, dzięki któremu egoizm jednostek ma przeistaczać się w dobro wspólne. Ponieważ egoizm stanowi główną siłę podtrzymującą wzrost gospodarczy, wszelkie próby jego ograniczenia uważane są za szkodliwe. Ideologia ta wchodzi więc w otwarty konflikt z moralnością i sumieniem, co sprawia, że moralność staje się defensywna i prywatna. Ponieważ media propagują zalety egoizmu niezwykle skutecznie, każdy obywatel staje w końcu wobec dylematu, że to, co moralne i szlachetne, może być uznane za społecznie szkodliwe.

Ciekawym elementem marksowskiej wizji, zrealizowanym à rebours w kapitalizmie, jest uspołecznienie kapitału. W zasadzie program ekonomiczny społeczny Marksa sprowadzał się do tej właśnie idei.

W 1848 r. demokracja nie była naturalnym i stabilnym systemem politycznym Europy. We Francji nastąpiła niebawem restauracja Cesarstwa, jeśli wolno użyć takiego terminu. Królowa angielska była do końca II wojny światowej władcą połowy świata, a cesarstwo Austro-Wegier znikło z mapy Europy dopiero w wyniku I wojny światowej. Do tego jeszcze demokracja weimarska wyłoniła z siebie w latach trzydziestych XX w. dyktatorskie rządy Hitlera. Jest całkiem prawdopodobne, że gdyby Marks przewidział rozwój demokracji, wówczas być może zamiast o rewolucji mówiłby raczej o przejęciu władzy przez partię, której program gospodarczy opierałby się na idei wspólnej własności kapitału.

Tymczasem proces uspołeczniania kapitału pojawił się samorzutnie w ramach systemu kapitalistycznego w postaci spółek akcyjnych. Coś, co miało być czynnikiem rozsadzającym system, w rzeczywistości stało się jego stabilizatorem i przyczyną rozwoju. Uspołecznienie kapitału w formie własności akcyjnej, w terminologii neoliberalnej zwane jest przewrotnie prywatyzacją. Pojęcie prywatyzacji jest tu wyjątkowo cynicznie użyte, gdyż zabieg ten oznacza de facto kolektywizację kapitału w ramach uprzywilejowanej klasy. Postępujące ewolucyjnie uspołecznienie kapitału w ramach jednej klasy sprawia, że tworzy ona komunistyczne subsociety, w którym marksowskie ideały „każdemu według jego potrzeb” oraz pracy służącej przyjemności i samorealizacji, znajdują swoje urzeczywistnienie. Coś, co miało być utopią dla wszystkich, okazało się rzeczywistością dla wybranych.

W spółce akcyjnej właścicielstwo jest anonimowe i kolektywne, a rozproszenie własności i jej depersonalizacja powoduje wygenerowanie elit zarządzających. Relacja właściciel – pracownik ustępuje relacjom pracownik – menadżer. Powstaje więc nowa klasa menadżerów o paradoksalnej własności – formalnie pracowników najemnych, de facto antagonistycznych wobec pracowników zatrudnianych w przedsiębiorstwach przez siebie zarządzanych.

Wykorzystując klasę menadżerów, kapitalizm w sposób mistrzowski zantagonizował wewnętrznie klasę pracowników najemnych, nadzór właścicielski usuwając w cień, gdzieś w neutralną przestrzeń. Konflikt pomiędzy kapitałem a pracą przekształcił się dzięki temu w konflikt pomiędzy menadżerem a pracownikiem. Wyrwanie klasy menadżerów z klasy pracowników najemnych sprawiło, że rozpadła się ona na dwie antagonistyczne klasy. W tradycyjnej firmie, której właścicielem jest realna osoba, powstaje często więź pomiędzy właścicielem a pracownikami, podobna do tej, jaka wiąże istoty ludzkie przeżywające jakąś wspólną sytuację moralną. Widać to na przykładzie Szwajcarii i w małych przedsiębiorstw rodzinnych o długoletniej tradycji. W przypadku spółek zarządzanych przez kadrę najemną o takiej wspólnocie nie może być mowy. Kapitalizm oparty na własności akcyjnej skutecznie opiera się jakiejkolwiek presji moralnej. O ile właściciel może kierować się odczuciami moralnymi, w przypadku menadżerów jest to niemożliwe. Są oni bezwzględnie rozliczani z zysku i ta bezwzględność pomiędzy nimi a rozproszonym akcjonariatem właścicielskim przenosi się na ich bezwzględność i bezduszność wobec pracowników, którymi zarządzają. Nie będąc właścicielami, nie są zdolni do zachowań wielkodusznych realizujących jakieś idee. Są narzędziem bezimiennego kapitału. Stanowią najbardziej złowrogie i nieludzkie oblicze współczesnego kapitalizmu.

Fakt, że decydujący wpływ na rozwój gospodarki ma klasa menadżerów sprawia, że polityka społeczna państwa nie znajduje żadnego oddźwięku i programy np. walki z bezrobociem pozostają pustym sloganem. Menadżerowie jako pracownicy najemni nie są zainteresowani żadną strategią społeczną ani kosztami własnej działalności. Dla nich istnienie bezrobocia jest elementem pozytywnym, funkcjonalnie wprzęgniętym w mechanizmy ich kariery. Umożliwia nieliczenie się z pracownikiem i traktowanie go jak rzecz.

Istnienie taniej siły roboczej i bezrobocia jest nieodłącznym elementem systemu, którego głównym celem jest zysk. Stałe bezrobocie umożliwia stałą podaż mobilnej, posłusznej, dyspozycyjnej i taniej siły roboczej. Utrzymuje ludzi w zwierzęcym strachu przed utratą pracy i umożliwia wyzysk, zwany eufemistycznie racjonalizacją pracy i obniżaniem kosztów. Walka z bezrobociem w środowisku biznesu jest czystą propagandą i fikcją.

W klasycznej teorii Marksa zniesienie antagonizmów klasowych oznaczało automatycznie zahamowanie rozwoju i sprawiedliwy podział tylko tego, co jest. Ciekawa rzecz, że Marks w 1848 r. uważał, iż społeczeństwa uprzemysłowione osiągnęły stan nadprodukcji. Uważał, że współczesne mu społeczeństwo kapitalistyczne posiada zbyt dużo żywności, zbyt wielki przemysł, zbyt wielki handel, i potencjał ten uważał za wystarczający, by zaspokoić naturalne potrzeby wszystkich. Okazało się jednak, że potrzeby te mogą rosnąć w nieskończoność. Inwencja ludzka w kreowaniu nowych potrzeb jest ogromna, podobnie jak ich ekspansja. Jeśli dodamy do tego postęp techniczny i subkulturę kapitału kreowaną przez media, marketing i reklamę, otrzymamy obraz współczesnej cywilizacji – absurdalny świat biedaków oglądających swoją biedę na ekranach kolorowych telewizorów.

Według Maxa Webera, kapitalizm mógł rozwinąć się jedynie na gruncie etyki protestanckiej i jej ideałów ascezy, pracowitości, bogacenia się i oszczędzania. Właśnie te warunki kulturowe spowodowały rozwój kapitalizmu. Moc człowieka ukryta jest bowiem w nim samym, zaś moc kapitału istnieje wyłącznie w ludzkiej wyobraźni. Ani pieniądz wydrukowany na papierze, ani bank, w którym istnieją zapisy księgowe, nie mają realnej mocy sprawczej dokonania czegokolwiek. Potencjał kapitału to gotowość ludzi do pewnych działań w ramach pewnej umowy społecznej. Moc pieniądza jest mocą kultury i ducha, opiera na tym, że ludzie chcą wymieniać nań swoją witalną energię i traktują go jako miarę jej wartości.

Kapitał nie jest dobrem, które mogą posiadać wszyscy. Jedni manipulują kapitałem, inni muszą nań pracować. Napięcie pomiędzy istniejącymi zasobami, a odczuciem braku powoduje przepływ ludzkiej energii i aktywności. W tym systemie rzeczą niezwykle ważną jest nadawanie wymiernego kształtu ludzkim pragnieniom i wiązanie ich z dobrami oferowanymi na rynku. To czynnik subiektywny jakim jest konsumpcja, a nie kapitał i stosunki własności, napędza bowiem gospodarkę. Kapitał nie ma rąk ani inteligencji, by stworzyć cokolwiek.

Rzeczywistością społeczną rządzą ludzkie pragnienia, które kształtuje kultura. Ostatecznie więc to kultura, wspólna świadomość społeczna, stanowi podstawę koniunktury. Kultura ta mogłaby całkowicie zahamować rozwój kapitalizmu, gdyby miała silne konserwatywne normy. Abstrakcyjnemu kapitałowi potrzebna jest bowiem kultura konsumpcji, która nakręca ludzkie pragnienia w nieograniczony sposób. W ten sposób duch rządzi wolnym rynkiem.

W materialistycznej wizji świata duch ludzki jest biernym epifenomenem sił natury i procesów ekonomicznych. Ta materialistyczna wizja, która leżała u podstaw filozofii Marksa, w paradoksalny sposób leży także u podstaw neoliberalnej filozofii kapitalizmu. Świat religii, kultury i kontemplacji, w której jednostka uświadamia sobie, że jej niczego nie brakuje, jest w jednakowym stopniu wrogiem obu tych systemów. Perspektywa transcendencji jest perspektywą, z punktu widzenia której kapitał jest pewną fikcją i oszustwem. Z tej perspektywy fikcyjną wartością stają się wszystkie relacje oparte na transakcjach. Podobnie jak instytucje, które w nich uczestniczą. W kontemplacji jednostka powraca do swej rzeczywistej potencjalności, doświadczenia misterium życia i absolutu.

Rzeczywistość pełna jest aktywności, gdyż jedni mają to, czego innym brakuje i powstaje w nich zgodna gotowość wymiany. Ci, którzy posiadają kapitał, ulegają narkotycznej potrzebie jego powiększania. Ci, którzy go nie mają, pracują, aby go zdobyć. Społeczeństwo dzieli się więc na dwie klasy, potencjalną i aktywną, męską i żeńska. Klasa potencji z natury jest dominująca, afirmująca wartości perfekcjonistyczne, nastawiona na cele i ideały. Żeńska strona rzeczywistości społecznej jest z natury uległa, posłuszna, afirmująca cnoty wspólnotowe.

Żadna skarpetka nie składa się tylko z lewej lub prawej strony, każda ma je obie. Istnieją wprawdzie paradoksalne twory matematyczne, które mają tylko jedną stronę, ale ich wspólną cechą jest to, że istnieją w przestrzeni o większej niż one same liczbie wymiarów. Na przykład skonstruowanie buta składającego się wyłącznie ze swego wnętrza wymaga przestrzeni czterowymiarowej. Jednostronność w myśleniu prowadzi zawsze do konstruowania podobnych abstrakcji i wizji świata sprzecznych z doświadczeniem.

Zarówno prawicowe, jak i lewicowe programy polityczne nie uwzględniają faktu, że antagonistyczne siły muszą nauczyć się współpracy. Brak współpracy i dobrej woli stanowi największe zagrożenie cywilizacji i brak ten jest o wiele bardziej istotny niż podział dóbr czy wysokość podatków. O wiele ważniejszy jest świat wartości, bez których żadna tożsamość – ani indywidualna, ani społeczna – nie jest możliwa. Świat dzisiaj potrzebuje przede wszystkim wiary w duchowe źródło życia. Pod tym względem niewiele się zmieniło. I żadna ekonomia tego nie naprawi, nawet wtedy, gdy staje się pseudoreligią. Jeśli traktujemy świadomość społeczną i kulturę jak wtórny odblask procesów ekonomicznych, a nie siłę kreatywnie kształtującą los społeczeństwa, nie powinniśmy się dziwić, że traciliśmy zdolność doświadczania misterium życia, źródeł i istoty cywilizacji i żyjemy w świecie, dla którego racji istnienia trudno znaleźć racjonalne wytłumaczenie.

Socjaliści  z „Solidarności”

Kto traci nadzieję i wiarę w utopię, ten jest pokonany

– z Adolfo Pérez Esquivelem, laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, rozmawia Piotr Bielski

W 1980 r. Pan, symbol oporu Argentyńczyków wobec dyktatury, otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Trzy lata później tę samą nagrodę przyznano symbolowi oporu mojego narodu wobec dyktatury, Lechowi Wałęsie. Mimo, iż dyktatura w Pana kraju miała charakter kapitalistyczny, a w naszym kraju komunistyczny, na początku lat 80. pozycja Pana i Wałęsy jako bohaterów walki ludu była podobna. Jednakże nietrudno odnieść wrażenie, że w późniejszym okresie poszliście jakby w przeciwnych kierunkach. Jak ocenia Pan postawę Wałęsy w kolejnych latach?

A. P. E.: Wałęsę widuję regularnie raz czy dwa razy w roku przy okazji spotkań laureatów Pokojowej Nagrody Nobla. Mam dużo uznania dla niego, wystarczy wspomnieć, że osobiście zgłosiłem go jako kandydata do tej nagrody. Jednak na pewno nie dzielimy tej samej wizji świata. Nie rozumiem, jak bohater walki o wolność swego ludu, taki jak Wałęsa, może bronić kapitalizmu i promować USA jako najlepszy, modelowy przykład demokracji. W przeciwieństwie do niego, uważam, że w Polsce wyszliście z jednego złego systemu, aby wpaść w drugi równie zły i w efekcie to nie rozwiązało niczego. Najlepiej ten fenomen ujęli robotnicy z dawnej NRD, którzy wyznawali mi: dawniej byliśmy bohaterami pracy, teraz jesteśmy bezrobotnymi.

Uważam, że narody potrzebują dokonać oceny wartości demokratycznych, przemyśleć jakiego typu społeczeństwa pragną. Nie sądzę, żeby pragnęły demokracji, w której mogą tylko oddać głos, a później na kilka lat jesteś „zablokowany”, pozbawiony możliwości zmian społecznych. Nasze czasy wymagają demokracji uczestniczących. Wszystkie społeczeństwa potrzebują kapitału – ale nie kapitalizmu, który wyklucza większość obywateli, lecz sprawiedliwej dystrybucji kapitału w społeczeństwie pluralistycznym.

Na czym polega demokracja uczestnicząca, którą Pan postuluje?

A. P. E.: Uczestnictwo jest sednem demokracji, jako że demokracja oznacza równe prawa wszystkich obywateli i uczestnictwo ludu w sprawowaniu rządów. Ważne decyzje nie mogą zapadać bez udziału ludu, stąd konieczność ciągłej pracy nad wdrażaniem demokracji uczestniczącej w formie konsultacji ludowych, plebiscytów, mechanizmu odwoływania wybranych delegatów. Zgromadzenie ustawodawcze jest zgromadzeniem ludu – mandat, jaki przyznajemy naszym reprezentantom musi być wypełniony. Lud ma prawo cofnąć mandat niewypełniony.

Bronię demokracji przed systemem, który Eduardo Galeano określił jako „demokratura” – systemem, w którym rządzący robią co chcą, a nie to, co powinni, kłamiąc, iż dysponują mandatem przyznanym im przez lud. Demokratury są owocami neoliberalizmu, który zaprowadził wielką koncentrację władzy i pozbawił znaczną część społeczeństwa prawa do opieki zdrowotnej, edukacji, mieszkania.

W systemie neoliberalnym prywatyzuje się wszystko, zanegowane zostały prawa robotników, co pogarsza jakość demokratycznego ustroju.

Wydaje się Pan mieć dwie główne pasje życiowe: politykę i sztukę, przede wszystkim rzeźbę i malarstwo. Czy dopuszczalne jest mówienie o dwóch osobach: Pérez Esquivelu – aktywiście społecznym, myślicielu politycznym, oraz Pérez Esquivelu – artyście? Czy raczej postrzega Pan swą sztukę jako jeden z wymiarów politycznego powołania?

A. P. E.: Mam tylko jedno życie… Sztuka wyraża uczucia, konstrukcję idei. Nie jest oddzielona od mojego życia politycznego. Sztuka jest dla mnie środkiem komunikowania idei. Przykładowo, obecnie przygotowuję Park Pamięci w Combarro [nadmorska miejscowość w hiszpańskiej Galicji, skąd pochodzą przodkowie Pérez Esquivela – przyp. P. B.], rzeźbę, w której będą przedstawione wszystkie ludy. Tworzę wielkie murale [malowidła naścienne] dla ludu. Nie czynię ze sztuki sposobu na życie, ofiarowuję moje prace ludom, ludowi argentyńskiemu, ludom Ameryki Łacińskiej, wszystkim ludom świata. Przykładem jest moja rzeźba uchodźcy, która znajduje się w Genewie w siedzibie Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców.

W moim kraju „sztuka w służbie ludu” może przywoływać na myśl ciemne czasy socrealizmu, gdy artyści musieli czynić ze swej sztuki narzędzie propagandy systemu komunistycznego. Pomni tych doświadczeń, artyści postrzegają ukłony w stronę polityki i ludu jako zagrożenia dla wolności artystycznej.

A. P. E.: Nie bronię sztuki radzieckiej, ukierunkowanej na określone cele polityczne. Sztuka potrzebuje głębokiego poczucia wolności, bez którego staje się pamfletem. Jednakże, sztuka zawsze była środkiem komunikacji. Czym są katedry gotyckie, jeśli nie środkiem komunikowania przesłania Ewangelii? Pomyślmy o muzyce. Wielki polski kompozytor, Fryderyk Chopin, tworzył muzykę rewolucyjną, przedstawiając za pomocą muzyki poczucie wolności polskiego ludu, jego muzyka jest pełna znaczeń społecznych. Artysta nigdy nie może być sterylny, nie może zamknąć się w kryształowym pałacu i odseparować od życia swego ludu. Moją wielką inspirację stanowią muraliści meksykańscy, którzy przedstawiali wielkie sceny z życia ludu, aby dzielić je z ludem. Oni sprawili, że sztuka zrosła się z życiem ludów. Podobną rzecz uczynili teolodzy wyzwolenia z religią.

Jak postrzega Pan ewolucję sztuki współczesnej?

A. P. E.: Kiedyś istniały szkoły, takie jak impresjonizm, ekspresjonizm, kierunki, które określały całą epokę. Dziś już nie ma czegoś takiego. Postęp technologiczny jest w znacznej mierze odpowiedzialny za zanik wspólnego kierunku ewolucji sztuki. Dzisiaj wszystko uległo niezwykłemu przyspieszeniu. Ta dynamika wykształciła inny typ świadomości. Czas niezbędny do sformułowania, rozwoju i zaniku jakiegoś prądu skrócił się niesamowicie. Mam wrażenie, że dziś wszyscy biegną donikąd. Musisz się zatrzymać, żeby dowiedzieć się dokąd zmierzasz. Pewien afrykański kolega ujął to trafnie: jeśli nie wiesz dokąd zmierzasz, zawróć do wspomnień, wartości, tożsamości, aby zobaczyć skąd przychodzisz.

Czy ma Pan jakieś przesłanie dla ludzi młodych, którzy pragną dokonać zmiany społecznej?

A. P. E.: Młodzi ludzie muszą spoglądać do wnętrza, potrzebują świadomości krytycznej, aby mogli określić dokąd zmierzają. Ponadto, powinni rozwinąć zdolność oporu, transformowania buntu w opór. Raimundo Panikkar, filozof indyjski, autor „Dialektyki uzbrojonego rozumu” („La dialéctica de la razón armada”), mówi o rozumie, który kwestionuje poddawanie się filozofii. Rozum uzbrojony zawiesza świadomość i doprowadza do przemiany ludzi w potwory. Zadanie na dzisiaj to rozbroić uzbrojoną świadomość i bronić krytycznej roli filozofii. Bez tego nie osiągniemy niczego. Mury najtrudniejsze do obalenia wznoszą się w naszym wnętrzu i uniemożliwiają nam spojrzenie sobie w oczy niczym bracia i siostry, mieszkańcy Matki Ziemi, Pacha Mamy. Uzbrojony umysł ukształtował nasze systemy edukacji. Jak powiedział José Saramago, „zamiast lamentować nad szkolnictwem wyższym, trzeba pomyśleć o edukacji dzieci. Dziecko jest jak rzeka. Jeśli rzeka jest zanieczyszczona, całe morze będzie zanieczyszczone”. Prawdziwa edukacja powinna być edukacją wyzwoleńczą, a nie dominującą. Potrzebujemy tego, co propagował Paulo Freire: edukacji jako wyzwolenia edukatora.

Czy Pana zdaniem Ameryka Łacińska ciągle zasługuje na miano „kontynentu nadziei”?

A. P. E.: Nadzieja i zdolność do walki rosną w siłę na moim kontynencie. Ten, kto straci nadzieję i wiarę w utopię jest już pokonany. A my nie jesteśmy zwyciężeni, ciągle potrafimy uśmiechać się do życia.

Dziękuję za rozmowę.

Santiago de Compostela, 24 maja 2005 r.

Socjaliści  z „Solidarności”

Słowa bezdomne na niewidzialnym murze

„Mam mały czarny zeszyt,
a w nim własne wiersze
Mam szczoteczkę do zębów
i grzebień w torbie
Rzucą mi czasami kość,
kiedy jestem dobrym psem
Mam ściągacze, dzięki którym
buty trzymają się na mych nogach
Mam takie doły, po których
ręka jest spuchnięta
Mam trzynaście programów
telewizyjnego gówna do wyboru
Mam światło elektryczne
I jestem jasnowidzem
Posiadam niesamowitą moc obserwacji
I dlatego wiem
Że kiedy spróbuję
Zadzwonić do Ciebie –
Nikogo nie będzie w domu.

Pink Floyd, Nobody Home
(przeł. Irek Dobber)

Wspomnienia i refleksje popłynęły wartkim strumieniem, gdy niespodziewanie stałem się właścicielem odtwarzacza CD Philips 104. Legendarny model, o doskonałych parametrach dźwiękowych, czyta nawet najbardziej porysowane płytki. Deal był prosty: przyjaciel kupił sobie DVD, a ja usłyszałem ofertę: Dasz mi trzy winyle z twojej kolekcji i po sprawie.

W ten sposób wszedłem w posiadanie sprzętu już niemodnego w czasach home cinema – można powiedzieć, że ominąłem epokę fascynacji błyszczącymi kompaktami, oferującymi cyfrową jakość, zresztą nigdy nie mogłem pojąć, co tak naprawdę znaczy – cyfrowa jakość? Trochę mi się to kojarzy z zaklinaniem rzeczywistości, czary-mary itp. Do tego momentu, kompakty kojarzyły mi się wyłącznie z nagrywaniem programów i plików. Natomiast muzyki słuchałem wyłącznie z analogów. Cóż, widocznie jest mi pisane, że nigdy nie wsiądę do tego pociągu, do którego aktualnie pchają się tłumy podróżnych.

– Czego posłuchamy najpierw? – zwróciłem się do syna. Poszedł do swego pokoju, skąd po chwili wrócił z koncertem Pink Floydów „The Wall”, z okazji zburzenia Muru Berlińskiego. Popłynęła muzyka, a gdy usłyszałem, jak widownia razem z zespołem śpiewa „Nobody Home”, nie mogłem ukryć wzruszenia. A więc tak zaczęła się piękna iluzja, której byłem świadkiem…

Zburzenie Muru oglądałem w Filderstadt – uroczym miasteczku pod Stuttgartem (gdzie na powitanie zwracano się do siebie: Grüss Gott, zamiast zdawkowego Guten Morgen), nie pamiętam, jaka to była stacja: 3SAT czy ZDF? Od roku peregrynowałem po ówczesnych Niemczech Zachodnich w poszukiwaniu pracy, a przy okazji, dla uspokojenia emocji, sporo czasu spędzałem w bibliotekach.

Przedtem mieszkałem w Berlinie Zachodnim, a Mur oglądałem wielokrotnie – nie mogłem uwierzyć w jego realność, w to, że po prostu jest. Po tej stronie była sprawiedliwość, filozofia, twierdza Spandau, w której Rudolf Hess odbywał karę dożywotniego więzienia, wielkie jezioro, parki, mądre książki w księgarniach i życzliwi ludzie, z którymi wiele rozmawiałem na tematy polsko-niemieckie. W trakcie tych rozmów zorientowałem się, że Niemcy mają potężny kompleks polski, który przekładał się na ich bezinteresowną pomoc i wszelkie udogodnienia, bezcenne w mojej skomplikowanej sytuacji.

Byłem asylbewerberem, czyli starającym się o azyl.

Co tydzień zajmowałem swoje miejsce w Miejskiej Bibliotece w Stuttgarcie, przeglądałem „Die Zeit” – najlepszy europejski tygodnik kulturalny i próbowałem czytać Heideggera i Jaspersa w oryginale.

Transmisja telewizyjna ze zburzenia muru „szła” na żywo, a ja wierzyłem, że w Europie zaczęła się nowa era powszechnej prawdy, tolerancji i pojednania. Wtedy postanowiłem wrócić do Polski, gdyż i tu, jak głosił Wąsaty, nastąpi czas powszechnej szczęśliwości i dobrobytu…

Wiara w odrodzenie Europy była wtedy powszechna, a filozofów, którzy w swoich wywiadach i dziełach twierdzili, że dopiero teraz zacznie się prawdziwe totalitarne tsunami, uważano za starych neurotyków, zastygłych w profesorskich, bezużytecznych dogmatach.

Nikt wtedy nawet w najgorszych snach nie przeczuwał, że wraz z upadkiem realnego Muru, powstaje nowy niewidzialny Mur z wypisanymi na jego ścianach bezdomnymi słowami, które rozpaczliwie będą prosić o zadomowienie, o duchowe miejsce, ale prawie wszyscy na ich wezwanie będą zatrzaskiwać przed nimi drzwi, nie wierząc już, że cokolwiek znaczą…

Prawda. Wolność. Braterstwo. Odrodzona religia. Zgoda i pojednanie. Sprawiedliwość społeczna. Godne życie…

Cóż zostało z tych słów? Jacy cyniczni graficiarze zbezcześcili ich najświętszą treść?

Monia Olejnik, Kamilek Durczok, redaktorzy naczelni codziennych prasowych wymóżdżaczy, pycha Watykanu, kości naszego Papieża już preparowane do planetarnego ubóstwienia, maryjna czarna magia, dzieci ze Śląska zbierające miał węglowy, ludzie zmiażdżeni w poczuciu krzywdy, nędzy i poniżenia, puste oczodoły wymarłych fabryk, Junajtyd Jełrop – plugawa i wulgarna karykatura naszych marzeń i nadziei, ośmiornica ubecko-komunistycznej oligarchii, degrengolada Kościoła Katolickiego, po okresie heroicznym w latach „realsocjalizmu”, przeżywającego swój moralny upadek…

Herling-Grudziński napisał dawno temu wspaniałe opowiadanie „Pietá dell’ Isola”, o tym, jak na Wyspie był klasztor i zakonnicy. Mieszkańcy Wyspy i Klasztor żyli w doskonałej symbiozie. Aż do momentu, gdy Wyspę nawiedziła zaraza. Ludzie padali jak muchy, w strasznych cierpieniach i złorzeczeniach. Błagali Klasztor o litość, dramatycznie potrzebowali wsparcia i pomocnej dłoni w ostatnich chwilach ziemskiego żywota. Wtedy zakonnicy zamknęli na głucho bramy Klasztoru przed nieszczęściem mieszkańców Wyspy. Postanowili przeczekać zarazę, aż minie. Jednak demon zarazy także tam dotarł. Mieszkańcy z zemsty i krzyczącego opuszczenia wrzucali za mury Klasztoru martwe szczury. Zaraza zebrała krwawe żniwo także wśród zakonników. Zostało ich tylko kilku.

Co roku na Wyspie odbywała się procesja z figurką Matki Boskiej, którą nieśli mieszkańcy Wyspy. Uroczystość ściągała zawsze masę turystów. Tak było do czasu wydarzeń opisywanych w opowiadaniu. Zaraza wreszcie wygasła. Pozostali przy życiu zakonnicy otworzyli bramy Klasztoru, czekali na mieszkańców, którzy jak co roku poniosą ciężki baldachim i Matkę Chrystusa. Nikt się nie pojawił. Ból poniżenia i pamięć opuszczenia w nieszczęściu były silniejszym imperatywem. Zakonnicy, słaniając się ze zmęczenia, ponieśli figurkę i baldachim samotnie wokół Wyspy. Nikt ich już tam, na Wyspie, nie chciał.

Tak w niesławie i hańbie skończą ci, którzy zaprą się ewangelicznego przesłania.

Akuszerzy III RP

Akuszerzy III RP

„Okrągły Stół” zorganizowano, gdy wojskowy, generał Czesław Kiszczak, został ministrem spraw wewnętrznych. Można przypuszczać, iż chwilę wcześniej wojsko zaczęło kontrolować służby cywilne. Dogadywanie się z opozycją prowadzono przez służby lub z ich parasolem ochronnym. Ludzie aparatu chcieli pozbyć się balastu ideologii i ideologów komunistycznych, zachowując własne wpływy i władzę.

Twierdzenie, iż Magdalenka była przygotowywana od połowy lat 80. wygląda na lansowanie spiskowej teorii dziejów. Koncepcje działań czy spiski jednak istnieją, jest ich wiele. Któryś z nich zostaje w końcu zrealizowany. Analiza tego, co stało się w przeszłości, nie pozwala oczywiście na przewidywanie przyszłości. Można jednak próbować zrozumieć, kto się czym kierował i jakie grupy interesów miały i mają znaczenie decydujące. Jakie grupy były i są wpływowe. Przedstawione poniżej koncepcje są tylko przypuszczeniami.

Wydaje się, iż dla służb rosyjskich to, co rozpoczęto w Polsce było testem, czy taki sam proces jest możliwy i bezpieczny do realizacji w ich państwie. Natomiast Zachód zainteresowany był po prostu demontażem Bloku Wschodniego i mniej istotnym było, czy zrobi to opozycja antykomunistyczna, czy też komunistyczne służby specjalne. Tak więc rozpoczęty proces cieszył się ochroną Wschodu i Zachodu. Określił on beneficjentów przemian i charakter naszego państwa na wiele lat.

Postulaty opozycji z okresu PRL-u przypominają podpisane porozumienia z 1980 roku. Miały one w znacznej części charakter socjalny. Podwyżki pensji, lepsze zaopatrzenie w żywność, płatne urlopy dla matki po urodzeniu dziecka itd. Porozumienia z Gdańska, Szczecina czy Jastrzębia uzupełniono uzgodnieniem przywrócenia do pracy osób zwolnionych za przekonania oraz rejestracją wolnego, niezależnego związku zawodowego. Władza ustępowała, bo nie miała wyboru. Porozumienia demontowały PRL. Dochodziło do konfliktów i eskalowano żądania.

W 1981 r. władza wprowadziła stan wojenny. Internowano tysiące ludzi, zamknięto granice i Polskę odcięto od świata. „Solidarność” przestała działać legalnie, a PZPR zyskał opinię junty wojskowej. Ponad 1/3 członków partii oddała legitymacje. Mieczysław F. Rakowski przestrzegał, mówiąc, że z konfrontacji może wyjść zwycięsko jedynie wojsko, bo partia i „Solidarność” muszą ją przegrać. Obie strony zapłaciły ogromną cenę. Gdy dwóch staje na ringu, jeden wygrywa, drugi przegra, ale obaj dostają baty.

W połowie lat 80. spora część ludzi z aparatu władzy i służb specjalnych uzmysłowiła sobie, że konflikt należy zakończyć. Komunistami nie byli, a do służb czy partii trafili zazwyczaj dla kariery. Po co więc bronić balastu ideologicznego? Szukano w opozycji partnerów, którzy pozwoliliby bezpiecznie rozładować konflikt, a przede wszystkim zachować pozycję ekipy, która się dogaduje. Konieczność tego procesu dojrzewała nie tylko w Polsce, ale i u „wielkiego wschodniego brata”.

Gdy szefem bezpieki został gen. Kiszczak, wojsko przejęło kontrolę nad ministerstwem spraw wewnętrznych. Wywiad wojskowy z natury swych działań ma kontakty poza granicami.

Dla władz świata zachodniego było mniej ważne, czy demontaż bloku komunistycznego robiony będzie przy współudziale komunistycznych służb specjalnych, czy przez opozycję. Najważniejsze było rozmontowanie systemu. Dla aparatu ZSRR był to eksperyment pozbycia się ideologii i ideologów, bo stali się balastem. Podobnie jak u nas, chodziło o bezpieczeństwo reżyserów przemian i zachowanie wszelkich profitów, wpływów i zdobycie pieniędzy.

W połowie lat 80. młodzi ekonomiści, aparatczycy PZPR, zaczęli być zapraszani i jeździć na stypendia do USA – tak jak wcześniej do ZSRR. Byłoby ciekawym prześledzić dalsze kariery tych stypendystów już w III RP. Wykracza to jednak poza temat tego artykułu.

Uzgodnienia okrągłostołowe miały więc parasol ochronny wszystkich możliwych stron. Wygląda na to, iż przeprowadzono manipulację na kolosalną skalę, wmawiając społeczeństwu, że ekipy PRL-owskie oddają władzę. Przede wszystkim oszukano jednak dwie grupy:

  1. Autentycznych ludzi opozycji, którzy latami walczyli o wolność i prawa socjalne.
  2. Nielicznych i chyba ideowych komunistów, których oszukał ich własny aparat.

Nie da się jednak wyreżyserować wszystkiego do końca. Były wstrząsy, próby zmiany tego kierunku, natomiast bez wątpienia ludzie aparatu państwowego i służb przejęli wpływy w gospodarce. Podobny proces, mimo iż później, zaczął zachodzić również w Rosji. Przypominając tamten czas należy wspomnieć o niezakończonym postępowaniu w sprawie afery FOZZ czy innych wielkich aferach końca PRL-u. Pieniądze, które utraciło społeczeństwo, nie rozpłynęły się w powietrzu, ale trafiły do czyichś rąk, tworząc fortuny i wpływy polityczne.

Na tym tle znamienne są wszelkie „grube kreski” czy zaniechanie przeprowadzenia lustracji w Polsce.

Przemiany gospodarcze

Większość uczestników obrad Okrągłego Stołu stanowili przyzwoici ludzie, którzy bezwiednie stali się aktorami wyreżyserowanego spektaklu. Wystarczyła mała, ale za to zorganizowana czy sterowana grupa, by ustalić kierunek przemian.

Rozpoczęła się prywatyzacja pod hasłem „majątek wspólny to majątek niczyj, a prywatne jest lepsze”. Przypominam sobie jak lansowano tezę, że wpływy z podatków po sprywatyzowaniu gospodarki będą wyższe niż wcześniejsze dochody z tych samych zakładów. By zachęcić do prywatyzacji, wprowadzono podatek zwany dywidendą, obciążający wyłącznie zakłady państwowe. Wbrew nazwie nie była to prowizja od zysku, lecz podatek od wartości księgowej majątku przedsiębiorstwa. Tym samym naruszano równość trzech sektorów – czyli po cichu łamano podstawowy postulat „Solidarności” o równości sektorów państwowego, prywatnego i spółdzielczego. Było to także zaprzeczenie wolności gospodarczej i jednakowego traktowania podmiotów przez państwo. Wraz z dywidendą wprowadzono przepisy uniemożliwiające wzrost płac w przedsiębiorstwach państwowych (popiwek), powodujące odpływ zdolniejszej kadry do sektora prywatnego.

Długotrwałe utrzymywanie stałego kursu dolara przy kolosalnej inflacji spowodowało, że polskie towary coraz trudniej było eksportować. Równolegle oszczędności społeczeństwa, tradycyjnie przechowywane w czasach PRL-u w dolarach, straciły wartość.

Drogi i ciężko osiągalny kredyt powodował zatory płatnicze. Gdy jakaś duża firma nie regulowała komuś na czas płatności – oba podmioty bankrutowały. Ten drugi z cudzej winy. Następowała prywatyzacja przez likwidację, czyli wyprzedaż majątku, który powstał wcześniej. Do Polski napływał kapitał zarówno inwestycyjny, jak i spekulacyjny.

Nie wolno pominąć elementów pozytywnych. Polska otwierała się na świat. Dolar przestał być niebotycznie drogi, więc poza granicami kupowano towary i technologie. Ludzie zaczęli podróżować. Tylko czy w tym celu konieczna była wyprzedaż majątku publicznego?

Media broniły jedynego słusznego kierunku przemian. Pisano, że we wspólnym interesie silniejszy musi zwyciężyć słabszego, lepsze pokonać gorsze, a gorsze ma zginąć. Co wspólne, to złe. Tak zaczęliśmy budować państwo prawa…

Media przeszły w tym czasie metamorfozę. Zlikwidowano RSW „Prasa-Książka-Ruch” i prywatyzowano gazety. W wyniku kolosalnych inwestycji (ciekawe skąd pochodziły pieniądze) powstały prywatne stacje telewizyjne. Media przestały realizować misję obiektywnego informowania, a słowo stało się towarem. Zaczęto tworzyć rzeczywistość medialną. O kim pisano czy kogo pokazywano, ten istniał i miał wpływy.

Rozpad systemu magdalenkowego

Uzgodnienia z Magdalenki funkcjonowały sprawnie przez kilkanaście lat. Majątku do podziału robiło się jednak coraz mniej. Dziś ludzie, którzy ustalali reguły gry, zgromadzili często kolosalne fortuny lub zyskali bardzo wysoką pozycję, ale są o 15 lat starsi. Ktoś nie żyje, ktoś wycofał się z życia publicznego, inny zbankrutował, zaprzyjaźnieni notable przeszli na emerytury. Układ się sypie. Po takim czasie każdy ciągnie w swoją stronę, a stare uzgodnienia nie są już tak wiążące. Pozostały jednak dokumenty i teczki. W efekcie szambo wylewa się każdą szparą. Ujawniają się rzeczywiste mechanizmy sprawowania władzy.

Nastąpiło wiele zmian w życiu społecznym, jednakże na dwie z nich chcę zwrócić uwagę:

  1. Przez 15 lat zwracając się o coś do ministrów czy urzędników, mieliśmy złudzenia, że zwracamy się do ludzi, którzy będą zachowywać się godziwie i reprezentują interes publiczny. Ponieważ przez 15 lat próbowano zachować pozory, iż żyjemy w państwie prawa, urzędy czasami próbowały coś załatwić. Obecnie pozorów już się nie zachowuje, a jaki ma sens apelowanie o przyzwoitość do władzy, gdy ona już się nie kryje ze swoim stosunkiem wobec obywateli.
  2. Przed 1990 r. świat podzielony był na dwa bloki. Był to świat równowagi sił. Blok Wschodni wspierał na Zachodzie partie komunistyczne, ruchy narodowo-wyzwoleńcze lub pacyfistyczne, by utrudnić rządy drugiej stronie. Zachód pomagał naszej opozycji. Nadawało Radio Wolna Europa, wydawano „Kulturę” paryską, do Polski trafiały powielacze, środki na działalność itd.

W efekcie rządy jednej i drugiej strony musiały liczyć się z postulatami społeczeństw, które otrzymywały pomoc z zewnątrz. My żyliśmy w bloku, gdzie była dyktatura czy terror, jednakże ludzie nie głodowali. Obecnie ruchy opozycyjne nie mogą liczyć na żadną pomoc. A bez pieniędzy, w naszym liberalnym świecie mamy pełną wolność wypowiedzi, która jest słyszalna co najwyżej u sąsiada zza ściany.

Czy i kiedy zmiany?

Obawiam się, że odwrócenie tego, co stało się w Polsce, nie jest możliwe wewnętrznymi siłami społeczeństwa. Warto zwrócić uwagę, iż analogiczne procesy, choć w mniejszym stopniu, zaszły także w państwach zachodnich. U nas pod hasłem walki z komunizmem likwidowano pomoc socjalną, osłabiano wszelkie niezależne organizacje, lansowano darwinizm społeczny. Zdezorientowane społeczeństwo nie stawiało oporu. Na Zachodzie tych argumentów nie można było użyć. Sądzę, że u nas dojdzie do zmian dopiero, gdy nastąpi odejście od skrajnego neoliberalizmu na Zachodzie.

Dwa lata temu byłem w Paryżu. Premier Hausner próbował wtedy forsować u nas weryfikację rent, by zmniejszyć wydatki. Liberalne media mu wtórowały, iż renciści to w znacznej części naciągacze, że to ukryte bezrobocie. Jedynym widocznym protestem było wdarcie się grupy trzydziestu emerytów ze Śląska na naradę w budynku Ministerstwa Gospodarki. W tym samym czasie rząd francuski miał podobne pomysły. Szykowano wydłużenie okresu pracy dla osiągnięcia wieku emerytalnego. Francuskie związki zawodowe i organizacje społeczne zorganizowały manifestacje, w których uczestniczyło ok. 300 tys. osób. Tak wygląda obecnie porównanie sił organizacji pozarządowych i solidaryzmu społecznego u nas i we Francji.

Adam Sandauer

Socjaliści  z „Solidarności”

Solidarność Walcząca, czyli po niepodległość bez kompromisów

Między sierpniem 1980 a grudniem 1981 r. postulaty niepodległości i zmiany ustroju były tonowane siłą okoliczności. Środowisko Kornela Morawieckiego było zdania, że polskie sprawy trzeba konsekwentnie posuwać w kierunku zrzucenia sowieckiego jarzma, zarazem będąc przygotowanym do działania w warunkach konfrontacji. Kiedy w pierwszym dniu stanu wojennego ZOMO demolowało drukarnie „Solidarności” a wiązki kabli telefonicznych padały pod siekierami – „ludzie od Kornela” uruchamiali pierwszą podziemną poligrafię i organizowali łączność.

13 grudnia na wrocławskich Krzykach zaczęła działać pierwsza w Polsce stanu wojennego podziemna drukarnia. Dzięki niej ukazała się z datą przypadającą na kolejny dzień pierwsza w kraju wolna prasa czasu wojny polsko-jaruzelskiej, gazeta Regionalnego Komitetu Strajkowego „Z Dnia na Dzień”, redagowana przez Kornela Morawieckiego, Romualda Lazarowicza i Tadeusza Świerczewskiego. Strajki w ciągu kilku dni zostały rozbite czołgami, a Dolny Śląsk stał się terenem najbardziej masowych internowań. Ludzie wydawanego od 1979 r. „Biuletynu Dolnośląskiego” stanowili jedyną strukturę przygotowaną do działania w nowych warunkach. Kontakt z nią przewodniczącego RKS był na tyle wątły, że przekazał on Morawieckiemu uprawnienie do wydawania oświadczeń i podpisywania ich swoim nazwiskiem.

Drugiego dnia ruszyła drukarnia w domu Świerczewskiego, wkrótce pracowały też dwa punkty poligraficzne – w oddzielonych od siebie kilkoma domami willach. W obydwu równocześnie przygotowywano matryce o tej samej treści. Uruchomiono bowiem łączność między dwiema drukarniami – ciągnąc kabel ukryty w płotach kolejnych posesji.

Pomimo maksymalnej aktywności bezpieki bardzo sprawnie działały struktury kolportażowe. ZOMO pastwiło się nad sprzętem zgromadzonym w siedzibie „Solidarności” przy ul. Mazowieckiej, lecz gazetki Związku docierały do tysięcy odbiorców niemal bez zakłóceń. Między 13 grudnia 1981 a czerwcem 1982 r., kiedy wydawaniem „Z Dnia na Dzień” zajmowała się struktura Morawieckiego – pismo ukazywało się trzy razy w tygodniu w nakładzie ok. 40 tys. egz. Spełniły swą rolę zapasy papieru, sprzętu, nieznane esbecji siatki dystrybucji. Nieocenioną rolę odegrały dziesiątki rodzin udostępniających swoje mieszkania.

Już w drugim miesiącu stanu wojennego zaczęły zarysowywać się różnice stanowisk między Władysławem Frasyniukiem a Morawieckim i jego kręgiem. Przewodniczący regionu był przeciwny twardszym formom protestu. Wnioskował, by na łamach „Z Dnia na Dzień” wzywać do akcji w rodzaju kwadransów milczenia czy kilkuminutowych strajków. Rozbieżność ocen dała o sobie znać także, gdy 5 lutego 1982 r. ukazał się pierwszy w stanie wojennym „Biuletyn Dolnośląski”. Swoją rolę próbowała odegrać i SB. Nie zdołała ona zniszczyć niezależnych wydawców, więc emitowała fałszywe „Z Dnia na Dzień”, co zapewne miało na celu sianie dezorientacji i antagonizmów.

W ocenie znacznej części podziemia stanowisko władz związku było zbyt umiarkowane. A dolnośląska „Solidarność” nie wezwała nawet do demonstracji w dniu 3 maja. Wielu konspiratorów uważało takie stanowisko za kolejny z serii błędów i widziało potrzebę utworzenia organizacji, która wyrażałaby jasne cele polityczne. 1 czerwca 1982 r. Kornel Morawiecki złożył rezygnację z członkostwa w RKS, co zostało zaakceptowane przez Frasyniuka.

Organizacja

Idea utworzenia wywodzącej się z „Solidarności” organizacji otwarcie artykułującej swój antykomunizm, dążącej do obalenia porządku PRL oraz odzyskania niepodległości szybko zyskała grono zwolenników. Należeli do nich m.in. współpracownicy „Biuletynu Dolnośląskiego”, często działający w opozycji wiele lat przed rokiem 1980. Kilkadziesiąt osób wywodziło się z samej Politechniki Wrocławskiej, na której Morawiecki był znany i cieszył się autorytetem. Pacyfikacja strajku na tej uczelni w grudniu 1981 r., w czasie której pobito m.in. prof. Wiszniewskiego a jedna osoba poniosła śmierć, pozbawiała złudzeń. Gotowi do współpracy pojawiali się też na innych uczelniach Wrocławia, w zakładowych organizacjach związkowych, wśród studentów, w różnych nurtach opozycji. Szybko w Solidarności Walczącej znalazła się np. struktura biuletynu „Wiadomości Bieżące”, który okazał się jednym z rekordzistów pod względem liczby wydanych numerów. Dziś, gdy znane są nazwiska i późniejsze drogi wielu założycieli pierwszych ogniw „Solidarności Walczącej”, wiemy, że organizację tworzyli zarówno konserwatyści, jak i ludzie patriotycznej lewicy, liberałowie i rzecznicy solidaryzmu. Te różnice stanowiły przedmiot dyskusji, ale nie osłabiały spójności. Cel – niepodległość Polski i obalenie komunizmu – dla wszystkich był bezsprzeczny i zapobiegał podziałom.

Struktura Morawieckiego nie mogła liczyć na pomoc materialną ze strony Związku. Nigdy nie trafiło do niej nic z funduszy napływających za jego pośrednictwem z zagranicy. Organizacja przyjęła nazwę wskazującą swój rodowód i akcentującą postawę czynną. Deklarowała poparcie dla NSZZ „Solidarność” i nie kwestionowała jej pierwszoplanowej pozycji. Zastrzegała sobie jednak prawo do polemiki i własnej inicjatywy. Już 13 czerwca 1982 r. doprowadziła do starć z siłami reżimu. Wrocławska demonstracja przekroczyła tego dnia najśmielsze oczekiwania. Jej skala zaskoczyła ZOMO, które nie było w stanie opanować sytuacji do późnych godzin nocnych. Barykady wzniesione na Lwowskiej i Pereca odpierały kolejne szturmy, a kiedy ulice te zostały wreszcie zdobyte przez milicję – znalazła się ona pod gradem kamieni rzucanych z okien i dachów. Kolejny dzień protestu zaplanowano już na 28 czerwca. Uliczne wystąpienia, do czerwca powstrzymywane przez regionalne władze „Solidarności”, stały się teraz wrocławską specjalnością. Dochodziło do nich spontanicznie np. po mszach w katedrze 13 dnia każdego miesiąca. Stolica Dolnego Śląska stała się ośrodkiem rosnącego w siłę podziemia i permanentnych zmagań ulicznych.

W kręgu Morawieckiego postanowiono, że demonstracje i walki uliczne nie powinny być pozostawiane jedynie żywiołowej grze nieprzewidzianych wypadków. Analizowano taktykę ZOMO i starano się jej przeciwdziałać. Przygotowano grupy, które były w stanie zakłócić manewry atakujących – przebijając koła samochodów, stawiając skuteczne zapory i broniąc ich, nie ulegając psychologicznym „sztuczkom” zomowców. Niejednokrotnie okazywało się, że wyćwiczone na poligonach szyki sił milicyjnych szły w rozsypkę, gdy napotykały grupy działające niestandardowo.

27 czerwca 1982 r. pierwszą audycję nadało Radio „Solidarność Walcząca”. Od tego czasu kolejne programy emitowane były zwykle dwa razy w tygodniu. Średni czas audycji wynosił 8 minut, gdyż tyle uznano za granicę bezpieczeństwa. SB na pojawienie się podziemia w eterze zareagowała tworząc grupę radiopelengatorów, które krążąc po mieście, usiłowały namierzyć nadawców. W analogiczną aparaturę uzbrojono helikopter, a na wieży Poczty Głównej zainstalowano aparaturę zagłuszającą. Przed którąś z audycji w odbiornikach dało się natomiast słyszeć rozmowy po rosyjsku, jednoznacznie wskazujące, że jednostki radiowe największej armii świata także przystępują do zagłuszania Radia „SW”. Ono jednak zaczęło zmieniać taktykę, coraz częściej wchodząc na pasmo Programu III PR. Audycje nadawano też np. z Wzgórz Trzebnickich, nadajniki wnoszono na szczyty wzniesień górujących nad Wałbrzychem, audycję dla Zakopanego i okolic nadano z Gubałówki. Reakcją na aresztowanie małżeństwa Romaszewskich, którzy w Warszawie emitowali audycje Radia „Solidarność”, była decyzja o przynajmniej częściowym kontynuowaniu ich dzieła. Uznano, że może mieć to nie tylko znaczenie natury moralnej, ale i zdjąć z oskarżonych część odpowiedzialności. Do stolicy udała się ekipa radiowa Janusza Krusińskiego i wyemitowała szereg audycji w różnych punktach aglomeracji.

Od połowy lat 80., głównie w Trójmieście, Solidarność Walcząca skutecznie wchodziła ze swym programem w fonię telewizji, a emitowany obraz „Dziennika Telewizyjnego” przesłaniała nadawanym wizerunkiem plansz z hasłami. Działalność SW w eterze mobilizowała znaczne siły bezpieki, lecz pomimo aresztowań i konfiskat sprzętu – radio funkcjonowało bez dłuższych przerw aż do czasu utworzenia rządu Mazowieckiego.

Jednoznaczny antykomunizm

W sierpniu 1982 r. ogłoszony został sztandarowy tekst pt. „Kim jesteśmy, o co walczymy”, wyrażający cele Solidarności Walczącej. Stwierdzał on, że SW nie zmierza do uzyskania jakichkolwiek ustępstw ze strony władz, z którymi rozmawiać może wyłącznie na temat ich ostatecznej rezygnacji z rządzenia Polską. Deklaracja nie roztaczała złudzeń o szybkim upadku komunizmu. Bez względu na to, jak długo miała trwać z nim walka, celem było definitywne obalenie totalitarnego ustroju. W zmaganiach tych wybierano metody pokojowe, ale nie wykluczano sięgnięcia do czynnej samoobrony, jeśli okoliczności będą ją uzasadniały. Do jakichkolwiek działań zbrojnych nigdy nie doszło, ale wyartykułowany został czytelny sygnał, że działania „wet za wet” mogą zostać uruchomione, jeśli reżim komunistyczny uciekać się będzie do krwawego terroru.

SW głosiła chęć współpracy z wszystkimi, których celem była walka z komunizmem, bez względu na różnice programowe. Zasada udzielania wsparcia wszystkim działającym przeciw komunizmowi była realizowana pomimo własnych niedostatków. Wielokrotnie druk przez struktury SW nakładów dla organizacji młodzieżowych, studenckich, rolniczych czy zakładowych komórek „Solidarności” nie był nawet zaznaczany w stopkach pism, a zwykle był wykonywany za darmo, na własny koszt i ryzyko. W 1983 r. kwartalnik „Obecność” zamieścił listę ponad stu tytułów prasy ukazującej się we Wrocławiu poza zasięgiem cenzury. Znaczna ich część należała do SW lub była wydawana dzięki tej właśnie organizacji. Fundusze na działalność czerpano z emisji wydawnictw pełniących funkcję „cegiełek”, np. znaczków, plakatów, kaset magnetofonowych, książek (SW wydała np. „Archipelag Gułag”). Do organizacji płynęły także datki sympatyków z kraju i zza granicy. Pod koniec lat 80. znacząca część posiadanej gotówki była przeznaczana na pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi w Armenii lub wsparcie strajkujących zakładów i uczelni.

Celem SW była niepodległość krajów zdominowanych przez Związek Sowiecki. Uznawała też prawo Niemiec do zjednoczenia. Występowała przeciw porządkowi jałtańskiemu, ale stała na stanowisku nienaruszalności istniejących granic, by nie mnożyć nieszczęść. Warto zauważyć, że hasła te werbalizowano w czasach, gdy wizja połączonych Niemiec budziła niepokój, szczególnie w tej części kraju, która na mapach drukowanych w RFN zaznaczana była jako „obszar pod tymczasową administracją polską”. Zarazem dla sporej części członków i sympatyków SW ziemie odebrane Polsce w 1945 r. były wciąż żywym wspomnieniem domu rodzinnego. Program organizacji zakładał więc pozostawienie Ukrainie Lwowa i Wilna Litwie, lecz zarazem postulował duże otwarcie między krajami wyzbytymi jarzma sowieckiego. SW wyrażała też prawo wszystkich narodów do decydowania o swoim losie oraz zajmowała się prawami człowieka – bez względu na to, przez kogo były one naruszane. Na łamach pism organizacji ukazywały się listy, oświadczenia i studia na temat sytuacji np. w Afryce czy Ameryce Południowej. Nim Nagroda Nobla przyznana Dalaj Lamie skupiła oczy świata na Tybecie – problem tego kraju był obecny w licznych wypowiedziach prasy SW.

Patriotyzm organizacji Morawieckiego daleki był od nacjonalizmu. Wśród bliskich współpracowników znaleźli się np. Rosjanie. Honorowe członkostwo przyjął m.in. Władimir Bukowski, a honorowym redaktorem „Biuletynu Dolnośląskiego” została Natalia Gorbaniewska. SW drukowała też prasę dla Rosjan, Białorusinów Ukraińców, Litwinów, Czechów i Węgrów. Jej instruktorzy szkolili drukarzy w kilku krajach „obozu socjalistycznego”. Pod koniec lat 80. dużą rolę odegrali w Gruzji, dokąd trafiały gdańskie i wrocławskie powielacze. Gestem wdzięczności Gruzinów było posadzenie Piotra Hlebowicza na pierwszym czołgu wjeżdżającym do Tbilisi. Kornel Morawiecki był członkiem-założycielem „Solidarności Polsko-Czechosłowackiej”. Żądanie, by wycofał się z tej inicjatywy, postawił jeden z najgłośniejszych ludzi opozycji jawnej. SW interesowała się też żołnierzami dezerterującymi z Armii Sowieckiej. Na łamach ulotek i czasopism informowała o ucieczkach z jednostek i zaznaczając, że w przypadku schwytania zbiegów czeka nieuchronna śmierć, apelowała o udzielanie schronienia. Znanych jest przynajmniej kilka przypadków, w których dezerterzy ci uratowani zostali dzięki strukturom „SW”.

Przedmiotem zainteresowania nie były żadne wydarzenia w łonie obozu rządzącego PRL-em. Podczas gdy liczni publicyści drugiego obiegu snuli rozważania na temat np. dojścia do władzy „grupy Olszowskiego” albo młodszego pokolenia PZPR-u, SW pozostawała na takie kwestie całkowicie obojętna.

31 sierpnia 1982 r. doszło do największych w stanie wojennym manifestacji ulicznych, które po atakach ZOMO przekształciły się w wielogodzinne rozruchy. We Wrocławiu objęły one większość dzielnic, porażając swą skalą siły reżimu. Znów dały o sobie znać działania zapobiegające temu, by wydarzenia miały charakter wyłącznie żywiołowych zamieszek. Radio „Solidarność Walcząca” tego dnia sześć razy na falach UKF podawało komunikaty o toczących się wydarzeniach. Z kilku punktów miasta korespondenci wyposażeni w walkie-talkie przekazywali informacje do centrali radiowej R. Lazarowicza, który puszczał wiadomości w eter. Audycje te były odbierane w dużej części miasta. Równocześnie inna sekcja prowadziła stały nasłuch częstotliwości wykorzystywanych przez MO i SB. Na ulicach bywało, że dążące do otoczenia demonstrantów oddziały ZOMO same nagle znajdowały się w oblężeniu. Głośnym przypadkiem był atak milicji przez Most Grunwaldzki, w czasie którego nacierający funkcjonariusze zorientowali się nagle, że znajdujące się za ich plecami kolumny MO uciekły pod naporem gęstniejącego również tam tłumu. Zomowcy błyskawicznie doszli do wniosku, że najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji jest rzucenie się z mostu do Odry.

Sukces protestów sierpniowych szybko został zastąpiony serią porażek „Solidarności” – wynikłych głównie z błędów jej przywództwa. 8 października Sejm PRL zdelegalizował NSZZ „Solidarność”. Przywództwo związku powstrzymywało przed demonstracjami i wyznaczyło dzień narodowego protestu dopiero na 10 listopada. SW uznało tak odległy termin za błąd. Jak było do przewidzenia, reżim wykorzystał miesiąc względnego odprężenia na kolejne represje oraz zorganizowanie dodatkowego poboru rezerwistów do służby w wojsku i MO. Dwa dni przed planowanym strajkiem powszechnym i demonstracjami, internowany przewodniczący „Solidarności” wysłał list do gen. Jaruzelskiego, podpisując się „kapral Wałęsa”. 10 listopada 1982 r. zarówno strajk, jak i demonstracje miały ograniczony zasięg, co rządzący PRL-em okrzyknęli postępującą „normalizacją”, czyli wzrostem akceptacji społeczeństwa dla zmian dokonanych kolejnymi etapami stanu wojennego.

Szereg lat w podziemiu

Jesienią 1982 r. stawało się coraz bardziej jasne, że wydarzenia obrały kierunek wróżący zmagania z reżimem trwające lata. Zasięg Solidarności Walczącej wybiegał już daleko poza Dolny Śląsk. Znajdująca się pod przywództwem Zbigniewa Bełza sieć podziemnej „Solidarności” w Gorzowie znalazła się w orbicie SW. Na Górnym Śląsku do organizacji przyłączyło się silne środowisko opozycji kierowanej przez Norberta Liszkę. Do SW weszła też zarządzana przez Jadwigę Chmielowską Regionalna Komisja Koordynacyjna górnośląskiej „Solidarności”.

W Katowicach ukazywały się miesięczniki „Wolni i Solidarni” oraz Podziemny Informator Katowicki. Wg Aleksandra Katowickiego, „SW była odpowiedzią na fiasko polityki TKK oznaczającej taktykę nastawioną jedynie na koordynację a nie przywództwo”.

Rozwój SW skupiał na sobie uwagę kolejnych ośrodków opozycji. Poglądy analogiczne do motywacji Liszki, Katowickiego i Chmielowskiej wyrażał Maciej Frankiewicz. Ten znany działacz NZS stał się jedną z barwniejszych postaci Solidarności Walczącej. Robiący wrażenie nieporadnego oryginała, humanista okazywał się doskonałym organizatorem, sprawdzającym się nie tylko w pracy konspiracyjnej, ale i w przedsięwzięciach pełnych brawury. Pragnąc wyposażyć swoją organizację w sprzęt poligraficzny, dokonywał włamań do zakładów, z których wykradał po kilka maszyn do pisania i powielaczy za jednym razem. Po zatrzymaniach przez SB udawało mu się uciec z aresztu. A kierowany przez niego wielkopolski oddział SW wyróżniał się intelektualną jakością publikacji i wyjątkowym zainteresowaniem sprawami ducha. Poznańska Solidarność Walcząca wydawała m.in. intelektualny periodyk „Czas Kultury”.

SW zyskała przyjaciół wśród Polaków przebywających za granicą. Utworzono przedstawicielstwa organizacji w Niemczech, Norwegii, Francji, Anglii i USA. Organizacja Kornela Morawieckiego była jedyną, oprócz NSZZ „Solidarność”, posiadającą podobne agendy na obczyźnie.

Do połowy 1983 r. Solidarność Walcząca szybko rozwijała się, unikając większych wpadek. Aresztowania w kręgu wydawców „Wiadomości Bieżących” nie pociągnęły za sobą kolejnych zatrzymań. Powstawały struktury w Trójmieście, Warszawie, Jeleniej Górze, Opolu, Wałbrzychu, Głogowie, Legnicy, Rzeszowie, Lublinie, Pile, Kłodzku. Nieco później także w Krakowie i kolejnych miastach.

W Szczecinie silna organizacja wydawała m.in. pismo „Gryf”. SW wspierała wydawanie prasy młodzieżowej (np. popularnego biuletynu „Wyrostek”), ciążyła ku niej Polska Niezależna Organizacja Młodzieżowa, pod okiem starszych kolegów kształcąca swoich drukarzy. Jako pierwsza w Polsce, SW zaczęła używać składu komputerowego, a do swoich komórek rozsyłała bardzo obszerne serwisy informacyjne na dyskietkach.

Nieustanne pojawianie się nowych ogniw Kornel Morawiecki nazwał „konstrukcją fraktalną”. Przyłączały się kolejne grupki, np. skupione wokół wydawanych czasopism. Bezpieka próbowała taki sposób rozwoju wykorzystać do wprowadzenia swoich ludzi w struktury SW. Prawie zawsze zabiegi te były daremne. Bezpieczeństwo zwiększały zespoły kontrwywiadu SW. Kontynuowaną do ostatnich dni konspiry formą jego pracy było stałe monitorowanie działań SB. Rozpoznawano możliwości lokali operacyjnych bezpieki – począwszy od wyposażonych w lunety stanowisk na najwyższych piętrach wieżowców po mieszkania w różnych punktach miast. Do konspiratorów trafiały dane samochodów SB, rysopisy tajniaków. Prowadzono stały nasłuch rozmów radiowych, które poddawano analizie i drukowano ich skróty. Wydruki te trafiały do działaczy, którzy dzięki nim mogli skojarzyć, czy to nie oni są przedmiotem zainteresowania SB. Z czasem bezpieka zorientowała się, że jest podsłuchiwana. Funkcjonariusze coraz częściej uciekali się do szyfrowania swoich wypowiedzi, a czasem woleli korzystać z budek telefonicznych zamiast radia. Po jakimś czasie SB zaczęła posługiwać się kodem liczbowym, który wkrótce został przez ludzi SW złamany.

Wg analizy zachowanych materiałów SB, dokonanej przez Marka Piotrowskiego i Dolnośląską Inicjatywę Historyczną – bezpieka miała ogromne trudności z przeniknięciem do struktury Solidarności Walczącej. W związku z tym, że również raport końcowy z prac operacyjnych przeciw SW zawiera kardynalne błędy dotyczące składu przywództwa organizacji – można być wręcz pewnym, że nigdy nie miała żadnego informatora osadzonego w głównym rdzeniu struktury. Przez całe lata osiemdziesiąte SB dorobiła się kilkunastu tajnych współpracowników dysponujących wiadomościami na temat SW. Jak na organizację liczącą być może nawet parę tysięcy ludzi – jest to liczba znikoma. Pochodzące z kwietnia 1990 r. i liczące ok. stu stron podsumowanie esbeckich zmagań z organizacją Morawieckiego pozwala sądzić, że większą wiedzę bezpieka miała tylko na temat kilku pionów i to na ogół powierzchowną. Esbecki spis rozpracowywanych działaczy zawiera mnóstwo błędów. W przypadku Solidarności Walczącej mamy więc do czynienia z częścią opozycji w wyjątkowo dużym stopniu wolną od agentury.

Najwięcej informacji o SW bezpieka zyskała w wyniku fal aresztowań. Nie przyniosły natomiast skutku różne formy szantażu, np. uprowadzenia dzieci Morawieckiego. Wiosną 1983 r. w Lublinie dokonano szeregu rewizji i zatrzymań, które nie pociągnęły jednak za sobą osłabienia organizacji. Bez rezultatu pozostały analogiczne represje w czerwcu tego samego roku we Wrocławiu. W stolicy Dolnego Śląska miesiącem pełnym aresztowań był grudzień 1983 r., kiedy zatrzymano m.in. kilku ludzi z kręgu Morawieckiego. W 1984 r. bezpieka zorientowała się, że jeden z aresztowanych jest znaczącą postacią struktur druku i kolportażu. Przesłuchania trwały pół roku i niestety prawdopodobnie to ich owocem było uwięzienie 40 członków organizacji oraz zyskanie informacji o kolejnych 150. Organizacja ciągle jednak funkcjonowała bez większych zakłóceń. Zawdzięczać to należy w znacznej mierze jej zdecentralizowanej strukturze oraz tworzeniu dużej liczby małych punktów poligraficznych zamiast dużych drukarń. W praktyce polegało to na tym, że diapozytywy służące do sitodruku przygotowywano w wielu egzemplarzach. Trafiały one w tym samym czasie do różnych zespołów. Każdy na potrzeby własnej siatki kolportażowej drukował swoją część nakładu, zwykle ok. 1500 egz. gazetek. W przypadku wpadki nawet szeregu małych drukarń równocześnie – pozostałe kontynuowały tę samą pracę, mając możliwość zwiększenia wydajności, by pokryć ubytki powstałe w wyniku wyłączenia z pracy innych drukarzy. W efekcie nawet duża fala represji nie zakłócała wydawniczego rytmu. Ponadto SW dążyła, aby każdy jej członek nie tylko umiał drukować, ale w dużym stopniu sam potrafił sobie zorganizować druk. Zwykle każdy zespół sitodrukowy dysponował ukrytą rezerwą sprzętu i materiałów poligraficznych. Takie silnie zindywidualizowane rozwiązanie sprzyjało także oddolnym inicjatywom wydawniczym. W niektórych okresach ukazywało się ponad 20 tytułów prasowych sygnowanych przez SW. Część z nich doczekała się paruset wydań, niektóre w każdorazowym nakładzie przekraczającym 20 tys. egz.

Jesienią 1986 r. władze PRL częściowo złagodziły represje, co polegało na unikaniu wydawania liczonych w latach wyroków więzienia. W 1987 i 1988 r. zdarzały się jednak dni, w których SB dokonywała kilkudziesięciu zatrzymań członków SW w jednym mieście. Ulubioną formą nękania stały się konfiskaty samochodów. Barbara Sarapuk swoją skodę odzyskała dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych. Auto nadawało się już tylko na złom, za to dołączono do niego rachunek za kilkuletni postój na milicyjnym parkingu.

Aresztowanie Morawieckiego

Wg opartego na materiałach IPN opracowania Pawła Piotrowskiego „Solidarność Walcząca w świetle materiałów SB” – przez całe lata 80. organizacja była przez reżim komunistyczny uważana za największe obok NSZZ „Solidarność” zagrożenie dla istniejącego porządku i za najsilniejszą po związkowej organizację opozycyjną. Władze PRL wielokrotnie wyrażały zaniepokojenie ciągłym funkcjonowaniem tak dużej podziemnej struktury.

Faktem zadającym kłam postępom „normalizacji” było ciągnące się latami ukrywanie się jej liderów, przede wszystkim – Kornela Morawieckiego. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zrodziło się przypuszczenie, że przewodniczący SW zawdzięcza swą nieuchwytność posiadaniu agentury w organach dolnośląskiej SB. Owocem tego podejrzenia było wysłanie do Wrocławia z Warszawy zespołu służb specjalnych, który podjął działania niezależnie od prac operacyjnych bezpieki wrocławskiej. Długotrwałe zabiegi nie dawały znaczących rezultatów. Zaangażowanie dużych sił pozwoliło jednak na stałą obserwację szeregu mieszkań, które rozpoznano jako miejsca spotkań ludzi podziemia. Nagłe wtargnięcia do nich esbeków odbywały się z dużą brutalnością. Członkowie SW nie posiadali broni, lecz aresztowań dokonywano wg zasad stosownych dla akcji antyterrorystycznych. Jedyną formą zabezpieczenia się przed częścią skutków pojawienia się sił SB bywało montowanie dodatkowych, metalowych drzwi. Niejednokrotnie dzięki nim przedłużał się czas potrzebny esbecji do sforsowania wejścia, w wyniku czego ukrywający się mieli szansę np. spalenia dokumentów. Wraz z doskonaleniem metod pracy SB coraz mniejsze były szanse ucieczki z mieszkania, do którego wpadała bezpieka. Aresztowania członków „SW” odbywały się z udziałem liczniejszych ekip, często drogą wybicia drzwi a nawet fragmentu ściany.

Takim sposobem 9 listopada 1987 r. SB wtargnęła do wrocławskiego mieszkania, w którym znajdowali się m.in. Kornel Morawiecki i Hanna Łukowska-Karniej. Esbecy byli zaskoczeni swoim sukcesem i wyrazili też zdziwienie, że szef najgroźniejszej organizacji w Polsce nie ma przy sobie jakiejkolwiek broni. Morawiecki miał na to odpowiedzieć: „Ja nie mam, ale jeśli mnie zabijecie to mój następca będzie miał zawsze przy sobie uzi”. Aresztowany przywódca „SW” w konwoju samochodów służb specjalnych został przewieziony na lotnisko. Następnie został przykuty kajdankami do wnętrza śmigłowca, którym został przetransportowany do aresztu na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W tym samym czasie i kierunku Hanna Łukowska wieziona była samochodem eskortowanym przez kolumnę pojazdów milicji. Nadzwyczajne środki użyte dla pilnowania aresztowanych sprawiały wrażenie, że MSW skłonne było liczyć się z próbą odbijania uwięzionych.

Wydalenie z kraju i „okrągły stół”

Po aresztowaniu Morawieckiego, na czele „SW” stanął Andrzej Kołodziej, ukrywający się w Trójmieście. Kilka miesięcy później został schwytany w podobnych okolicznościach. Zgodnie z przyjętym na taki wypadek planem – funkcję następcy przewodniczącego przejęła wówczas Jadwiga Chmielowska. Prokuratura i SB rozpoczęły długotrwałe śledztwo, mające doprowadzić do procesu i skazania liderów organizacji. W kwietniu 1988 r. rozpoczęły się jednak strajki w kilku miastach Polski. W obliczu wzbierającej fali protestów władze komunistyczne doszły do wniosku, że najlepszym dla reżimu rozwiązaniem będzie wydalenie przywódców SW z kraju.

Sprzyjała temu choroba Andrzeja Kołodzieja. Zaproszeni do mediacji prof. Andrzej Stelmachowski i ksiądz Józef Orszulik przekonali Morawieckiego, że schorzenie jego towarzysza grozi śmiercią w przypadku niepodjęcia natychmiastowego leczenia za granicą. Dając wiarę tej informacji, przewodniczący SW wszedł do samolotu i znalazł się na Zachodzie, lecz wrócił do kraju natychmiast, gdy tylko Andrzej Kołodziej znalazł się pod opieką lekarzy. Na Okęciu znów został zatrzymany i przymusowo wyprawiony w kolejny lot – bez prawa powrotu. Wkrótce okazało się, że stan zdrowia Kołodzieja nie był nawet w części tak zły, jak to wynikało z pełnych troski zapewnień Orszulika i Stelmachowskiego. Nie było więc już wątpliwości, że dokonana wspólnie banicja miała na celu wyeliminowanie Solidarności Walczącej z wydarzeń, których bieg przyspieszył w 1988 r.

Powtórne wywiezienie Morawieckiego za granicę zbiegło się w czasie z opadaniem wiosennej fali strajków. Postanowił on więc wykorzystać przymusowy pobyt na obczyźnie, spotykając się z emigracją i politykami. Jednym z głównych wniosków był minimalizm celów niektórych ośrodków i brak wiedzy na temat sytuacji w kraju. Pojawiały się oferty finansowego wsparcia dla SW, warunkowane jednak rezygnacją z radykalnych żądań. W ocenie działaczy polonijnych łagodzenie stanowiska opozycji było konieczne, gdyż stabilizacja sytuacji otwierała możliwość „amerykańskiej pomocy, która uratuje Polskę przed głodem”. Równie rozczarowujące były spotkania z niektórymi członkami Kongresu USA, pozostającymi pod ogromnym urokiem Gorbaczowa. Najczęściej miały jednak miejsce sytuacje świadczące o wielkim uznaniu dla wysiłków i dokonań. Jan Paweł II przyjął Kornela Morawieckiego na audiencji prywatnej. Okazało się, że papież świetnie zna program, ofiarę i historię Solidarności Walczącej.

Późnym latem 1988 r. przewodniczący SW wrócił do kraju przez „zieloną granicę” i ponownie stanął na czele podziemnych struktur. Solidarność Walcząca wyrażała w tym czasie sprzeciw wobec niejawnych rozmów części opozycji z gen. Kiszczakiem. W ocenie SW nastawał czas, w którym zarówno sytuacja wewnętrzna, jak i międzynarodowa pozwolą postawić żądanie w pełni wolnych wyborów. „Okrągły stół” oceniano jako koło ratunkowe dla ludzi reżimu – transakcję polegającą na dopuszczeniu do władzy części „Solidarności” przy równoczesnym obłowieniu się komunistycznej nomenklatury na narodowym majątku. Sprzeciw budziła też metoda przemian ekonomicznych. Wskazywano, że nawis inflacyjny można wykorzystać sprzedając obywatelom udziały w przedsiębiorstwach, co stanowiłoby krok w stronę powszechnego uwłaszczenia. SW protestowała, że w czasie, gdy działa „solidarnościowy” rząd – nadal cenzurowane są książki, pozwala się SB palić archiwa, naród zachęca się do ofiar, równocześnie dopuszczając do przejmowania bardziej wartościowych przedsiębiorstw przez spółki założone przez byłych „właścicieli PRL-u”.

W 1988 r. jawną działalność rozpoczęli przedstawiciele Solidarności Walczącej. Kornel Morawiecki, pozostając w ukryciu aż do roku 1990, demonstrował sprzeciw wobec charakteru zachodzących przemian. Jak wynika z zachowanych w IPN raportów, prace operacyjne przeciw Solidarności Walczącej zostały zawieszone dopiero w kwietniu 1990.

W sytuacji, gdy nowa „Solidarność” zyskała dostęp do telewizji i otrzymała koncesję na „Gazetę Wyborczą”, SW znalazła się w cieniu. W budzących kontrowersje okolicznościach odmówiono też Morawieckiemu prawa kandydowania w wyborach prezydenckich jesienią 1990 r. Utworzona przez członków SW Partia Wolności nie znalazła się w parlamencie w roku 1991 ani w 1993. W połowie lat 90. Morawiecki zrezygnował z działalności politycznej i ponownie pracuje na Politechnice Wrocławskiej. Podobnie potoczyły się losy większości członków SW, z których tylko nieliczni zajmują się dziś działalnością publiczną.

Więcej informacji o SW można znaleźć na stronie internetowej: www.sw.org.pl

Bezdroża  „Solidarności”

Bezdroża „Solidarności”

– z prof. Tadeuszem Kowalikiem rozmawia Andrzej Zybała

Był Pan przy narodzinach „Solidarności”, uczestniczył Pan w gremiach doradczych Związku. Co przetrwało z wartości, które w latach 80. towarzyszyły ludziom zaangażowanym w jego funkcjonowanie?

T.K.: Z pierwszej „Solidarności” pozostało bardzo niewiele, tylko gdzieś na marginesach ludzie dopominają się o jej wartości. Paradoksalnie, mit „Solidarności” najgłębiej pozostał zakorzeniony na Zachodzie. O „Solidarności” mówi się, że był to bezprecedensowy ruch społeczny, który poderwał Polaków do życia politycznego i dał dobry przykład kompromisu i zawierania porozumień społecznych. Oczywiście, nie odbyło się to bez „spłaszczenia”: amerykańska propaganda – także władz USA – postrzegała i przedstawiała „Solidarność” tylko jako ruch narodowo-wyzwoleńczy, a nie pracowniczy. Ale i taki ruch był dostrzegany i popierany, zwłaszcza przez bardziej lewicowe związki zawodowe. Natomiast jeśli chodzi o kraj, to pod koniec lat 80. nawet Wałęsa uważał, że zbyt silna „Solidarność” będzie przeszkodą w przeprowadzaniu radykalnych reform. Dlatego inni przywódcy zarzucali mu, że nie był zainteresowany odtwarzaniem „Solidarności” w takiej skali, w jakiej mogłoby to mieć miejsce.

Ale odradzająca się „Solidarność” była inna także z dwóch odmiennych powodów. Po pierwsze, jak dowiódł Karol Modzelewski, nielegalna „Solidarność” z natury rzeczy przeobraziła się w kadrowy ruch o charakterze głównie antykomunistycznym. Po drugie, wielu przywódców i doradców „Solidarności” odeszło ze Związku, a następnie przeszło do struktur władzy i struktur partyjnych, osłabiając intelektualnie organizację. Została ona niejako pozbawiona głowy. Gdy pisałem artykuł o tym, dlaczego opcja socjaldemokratyczna przegrała w Polce, redaktor zbioru, w którym tekst miał się ukazać, podpowiedział mi słowo: „decapitated”, czyli pozbawiona głowy. Chodziło nie tylko o zmianę miejsc, o powstałe wówczas powiedzenie, że „punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia”. Pamięta Pan zapewne wyznanie Modzelewskiego, że długo nie mógł się oswoić z gwałtowną zmianą, o 180 stopni, poglądów jego wielu kolegów-działaczy. A to dotyczyło samej czołówki. I co więcej, nie tylko intelektualistów, ale także np. Zbigniewa Bujaka, choć jeden z jego zygzaków pozwolił mu napisać słynne: „Przepraszam za Solidarność”. Ale ostatecznie znalazł się w Unii Wolności. Co więcej, „na wejściu” pojawiła się książka ultraliberała F. A. Hayeka! Zresztą dla symetrii, to samo działo się po stronie (post)komunistycznej, czego przykładem był Mieczysław Wilczek, wicepremier w rządzie M. Rakowskiego albo Andrzej Wróblewski, minister finansów.

A zatem druga „Solidarność”, odtworzona po 1989 r., od początku była dość cherlawa. W dodatku, zarówno „Solidarność” jako związek zawodowy – podobnie jak i OPZZ – była manipulowana przez partie polityczne. No i mieliśmy dużo niezdrowej rywalizacji między samymi związkami zawodowymi. Dlatego na początku tak wiele było strajków i demonstracji poza strukturami formalnymi, bo właśnie związkowcy nie rozumieli interesów i konfliktów, które zaczęły się rodzić w trakcie transformacji.

A co z solidarnością przez małe „s”?

T.K.: Tej pozostało bardzo niewiele. Mówi się i pisze powszechnie o gwałtownym wzroście egoizmu. A jeśli Polacy przypominają o niej, to wytykając krajom zachodnim, że straciły chęć pomocy nam, zasłużonym Polakom, którzy obalili komunizm. Zapomina się u nas przy tym o istniejącym tam konflikcie między solidarnością z innymi a solidarnością, której wyrazem jest państwo opiekuńcze, o partycypacyjnym kodeksie pracy.

U nas „Solidarność” rozumiana jako mit egalitarystyczny, pracowniczo-solidarnościowy, samorządny jest zmarginalizowana. Natomiast utwierdzają się dwie inne koncepcje tradycji związanej z „Solidarnością”. Jedna w duchu iście amerykańskim – tu „Solidarność” pojmowana jest jako droga do wolności, głównie zresztą gospodarczej. Druga, ta bardziej narodowa (nie tylko księdza Rydzyka) upowszechnia obraz „Solidarności” jako ruchu walki o narodową suwerenność, a zarazem antykomunistyczny. Nie muszę znać programu obchodów 25-lecia, by wiedzieć, które imprezy będą zdominowane przez jedną z tych dwóch orientacji. Nie wiem, jak głębokie i trwałe są te tendencje. Smutno mi, bo nie widzę możliwości powrotu do wartości dawnego ruchu „Solidarności” z okazji 25-lecia związku. Spodziewam się raczej wielkiej gali i tego, że prócz Wałęsy główni aktorzy będą raczej izolowani czy nawet niedopuszczani.

Został Pan jednak zaproszony na oficjalne obchody.

T.K.: Tak. Miałem duży problem z zaakceptowaniem zaproszenia, właśnie z tego względu. Ale przeważyło u mnie zainteresowanie historyka i kombatanta.

Ale jeszcze o jednej tradycji muszę wspomnieć. Ilekroć pytam Chińczyków, skąd się wzięła ich autorytarno-rynkowa koncepcja transformacji, odpowiadają: „wyciągnęliśmy wnioski z negatywnego doświadczenia polskiej »Solidarności«”…

Duża część ludzi „Solidarności” po 1989 r. dość szybko przesiadła się w fotele władzy i bardzo im się to spodobało, w każdym razie bardziej niż reprezentowanie interesów ludzi, którzy tego od nich oczekiwali.

T.K.: Oni chyba nie tyle zaczęli reprezentować władzę, co raczej trzymać parasol ochronny nad władzą i jej reformami, nad „szokową terapią” Leszka Balcerowicza. Myśląc o skarleniu „Solidarności”, nie możemy zapominać o wielkim paradoksie: oto najbardziej masowy i najpotężniejszy ruch pracowniczy w Europie drugiej połowy XX wieku wypromował jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społeczno-ekonomicznych, o największym bezrobociu i ciągle rosnącej biedzie. Musiał więc zapłacić ogromną cenę. W Polsce poparcie dla szokowej terapii dano władzom „na talerzu”. Natomiast w Czechosłowacji, a potem w Czechach Vaclav Klaus musiał walczyć o poparcie społeczne. Dlatego prowadzono tam politykę gospodarczą znacznie bardziej pro-społeczną mimo skrajnie wolnorynkowej retoryki.

Czesi budowali w gospodarce liberalny model, ale bardziej narodowy. Chcieli zachować gospodarkę pod kontrolą wewnętrzną.

T.K.: Tylko początkowo. Potem otwarto kraj na kapitał obcy, bez polityki selektywnej. Najważniejsza jednak była troska o niskie bezrobocie i o znacznie wyższe niż w Polsce zabezpieczenie społeczne.

A zatem wartości pierwszej „Solidarności” przestały mieć dawne znaczenie. Widać u nas gołym okiem, iż zwyciężyło przekonanie, że każdy powinien zabiegać o siebie. Stąd chyba pochodzi geneza tego rozszarpywania majątku, który pozostał po komunie.

T.K.: Tak, to jest wpływ gospodarki wolnorynkowej, ona rozprasza siły społeczne, zmusza do egoizmu, do izolacji. Ludzie skazani są na samych siebie, na samoobronę.

Ale nie wszędzie rywalizacja rynkowa przynosi takie skutki, jak u nas.

T.K.: To prawda, lecz u nas zdołano zniszczyć związki zawodowe, praktycznie nie ma ich w prywatnym sektorze. Wobec tego nie ma forum, gdzie mogłyby się ujawnić istotne bolączki.

Jak Pan interpretuje skrajny przeskok od ustaleń Okrągłego Stołu, gdzie nie było mowy o tak silnie liberalnych rozwiązaniach, do planu Balcerowicza, który montował ekipę przygotowującą drastyczne reformy. Co się stało?

T.K.: Zobrazuję to sceną, która była dla mnie szokiem. Latem 1989 r. powróciłem z wykładów w nowojorskiej New School of Social Research. Nie tylko w tej uczelni, ale wśród inteligencji nowojorskiej w ogóle, Republikanie są traktowani jak reakcjoniści. I od razu trafiam do sali kolumnowej w Sejmie na wielką debatę programową zorganizowaną przez Obywatelski Komitet Parlamentarny (uważający się za emanację „Solidarności”). Na podium siedzą republikański senator, późniejszy kandydat na prezydenta Robert Dole z małżonką – też politykiem tej partii. Obok nich przez półtorej godziny peroruje Jeffrey Sachs zachęcając do wielkiego skoku w gospodarkę wolnego rynku… I jeszcze Jacek Kuroń broniący koncepcji Sachsa, chociaż z odmiennych pobudek (desperackiego optymizmu). A wyjeżdżałem kilka tygodni wcześniej z Warszawy mając w głowie porozumienia Okrągłego Stołu. Na ogół w takich sytuacjach zabieram głos, ale tym razem byłem tak zaszokowany, że zamurowało mnie.

W dokumentach Okrągłego Stołu przeważają rozwiązania związane z partycypacją pracowniczą, ochroną dochodów pracowniczych itp. Ale były tam też bardzo wolnorynkowe pomysły. Na przykład, zamierzano w ciągu dwóch lat stworzyć giełdę. A to oznaczało, że dopuszczano szybką prywatyzację, aby na tę giełdę coś wstawić. Miał się nią zająć Fundusz Majątku Narodowego. Ogólnie jednak nic nie zapowiadało polityki „skoku”.

Zasadnicza reorientacja nastąpiła między wyborami z 4 czerwca 1989 r., a wrześniem-październikiem. I zadziałały różne czynniki. W nowych elitach władzy widoczny był zawrót głowy od sukcesów. Wierzono, że tak łatwo zdobyta władza przełoży się na wielki skok w gospodarce. Istniało przekonanie, że jeżeli otworzymy się gospodarczo na świat i pójdziemy w tym daleko, pozwalając na kontrolę międzynarodowym instytucjom finansowym – głównie Międzynarodowemu Funduszowi Walutowego – to dostaniemy dużą pomoc. Domagano się wtedy 10 miliardów dolarów pomocy za cenę oddania kontroli zarówno w sferze stabilności, jak i zmian własnościowych w naszej gospodarce. W sens tych rozwiązań wierzyli nawet tak umiarkowani ludzie, jak prof. Witold Trzeciakowski, który uczestniczył w opracowaniu memorandum brukselskiego z lipca 1989 r., w czym też Amerykanie odgrywali dużą rolę. Zresztą, był to już okres istnej powodzi amerykańskich doradców na ogół o podobnym zabarwieniu politycznym. Pamiętam, że nawet pewien doktorant chciał przeze mnie dotrzeć do rządu, bo miał receptę na reformy.

Oczywiście, w tym, co się działo miał swój udział także przypadek. Wybór padł na Leszka Balcerowicza jako wicepremiera ds. gospodarczych i ministra finansów, ponieważ wcześniej odmówił Witold Trzeciakowski, Cezary Józefiak i inni. A i sam Balcerowicz dopiero stawał się fundamentalistą rynkowym.

A więc żeby skonstruować tak radykalny program, trzeba było dopiero człowieka w rodzaju Leszka Balcerowicza, który miał silnie ideologiczne podejście i patrzył na gospodarkę przez okulary podręcznikowych teorii.

T.K.: No właśnie, ale nie była to tylko kwestia roli Balcerowicza. W grudniu 1989 r. rząd jednomyślnie przyjął jeden z trzech wariantów zaproponowanych przez ekipę Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Opowiedzieli się za nim też umiarkowany W. Trzeciakowski i Jerzy Osiatyński, który wtedy był jeszcze pod wpływem Michała Kaleckiego – ale wszyscy wybrali najostrzejszą, najdalej idącą wersję. Wierzyli, że im plan radykalniejszy, tym bardziej skrócony zostanie okres wyrzeczeń i oporu społecznego. Nie zapominajmy też, że program owego skoku został niemal jednomyślnie przyjęty przez kontraktowy Sejm, w którym większość należała do partii starego układu. Było to wielkie, ahistoryczne złudzenie, że tą metodą można stworzyć nowy ład społeczny oparty na zdrowych podstawach. A tymczasem metodą skoku i szoku może powstać tylko przez nikogo niechciany, chory, skorumpowany, klientelistyczny system, łamiący podstawowe reguły współżycia społecznego.

Również w dziedzinie zwalczania inflacji nie było potrzeby szokowej operacji. Nieco później ukazały się dwa opracowania, które podważają sens tak pojętej stabilizacji. Michael Bruno (późniejszy zastępca szefa Banku Światowego), a potem Stanisław Gomułka wykazali, że na przełomie lat 1989 i 1990 nie było już pustego pieniądza na rynku, że popyt i podaż znalazły się w równowadze. Oczywiście ciśnienie na inflację było jeszcze spore, ale też szybko spadało. Dane za kolejne miesiące są bardzo wymowne. Inflacja w październiku – 53 procent, w listopadzie – 23 procent, w grudniu – 18 procent, czyli można było iść drogą stopniowych zmian także w kwestii zmniejszania inflacji. Niepotrzebne były tak gwałtowne wzrosty cen nośników energii o kilkaset procent.

Kto do Polski wprowadzał ludzi takich, jak Sachs?

T.K.: Co ciekawe, Sachsa do Polski zapraszał na początku 1989 r. jeszcze rząd Rakowskiego. Ale ten odmawiał, z powodu braku legalizacji „Solidarności”. Gdy sytuacja zmieniła się, przywiózł go George Soros, który sfinansował wyprawę. Ale znamienne, że nawet Soros opowiadał się – inaczej niż Sachs – za stopniową przemianą, co pamiętam z tekstu w „Życiu Gospodarczym”. Radził: najpierw uporajmy się z inflacją, potem przejdźmy do dalszych zmian.

Problemy, które dzisiaj mamy, to w znacznym stopniu rezultat sposobu myślenia o Polsce, ale także wypadkowa tego, jacy ludzie zabrali się za transformację. Pan zna osobiście wiele osób, które tworzyły struktury władzy po 1989 roku.

T.K.: Współpracowałem z wieloma z nich w tzw. Latającym Uniwersytecie (Towarzystwie Kursów Naukowych) – z Tadeuszem Mazowieckim, Bronisławem Geremkiem, który był przez wiele lat moim bliskim przyjacielem. Wszyscy – z mojej inicjatywy – znaleźliśmy się wśród doradców strajkujących w Stoczni Gdańskiej. Miałem także propozycje objęcia wysokich stanowisk. Odrzucałem je nie tylko dlatego, że znam swoje możliwości, ale także dlatego, że już po wysłuchaniu expose nowego premiera, nasze drogi drastycznie się rozeszły. Odrzucałem tę drogę transformacji.

Wydaje się, że wielu ówczesnych przywódców miało dość blade pojęcie o tym, jak mają wyglądać reformy gospodarcze. Jerzy Baczyński, szef „Polityki”, pisze, że gdy Balcerowicz próbował tłumaczyć premierowi Mazowieckiemu na czym polega pakiet reform, to ten szybował wzrokiem po suficie…

T.K.: Mam bardzo wysokie mniemanie o Mazowieckim jako człowieku, o jego aksjologii. To był personalista, człowiek o dużej wrażliwości społecznej, ale istotnie, on nie rozumiał tego, na co się godził, jak wyznał, ze ściśniętym sercem. Pamiętajmy jednak, że nikt z twórców planu, łącznie z Balcerowiczem czy szefem doradców premiera Waldemarem Kuczyńskim, nie antycypował ogromnej rozbieżności między założeniami planu i jego wykonaniem. Przystępowano do tej operacji zmian przy założeniu, że bezrobocie będzie tymczasowe, nie większe niż kilkaset tysięcy osób, a skończyło się na trzech milionach bezrobocia permanentnego; że w styczniu 1990 r. ceny wzrosną nie więcej niż o 45 procent, a wzrosły o ponad osiemdziesiąt; że dochód narodowy spadnie o 3 procent, produkcja przemysłowa o 5 procent – a negatywy okazały się o kilkaset procent wyższe.

Mazowieckiego zgubiło ogromne zaufanie, jakim obdarzył Waldemara Kuczyńskiego, który przywiózł z Francji przekonania monetarystyczne w skrajnej wersji.

A zatem, Pańskim zdaniem, w realiach takich zmian ekonomicznych, dziedzictwo „Solidarności” nie mogło zostać zachowane.

T.K.: Mamy do czynienia z wielkim dramatem, głównych aktorów – pracowników wielkich przedsiębiorstw, którzy najbardziej przegrali, choć byli podstawową siłą walki z komunizmem. Ale przegranych jest bardzo wiele grup społecznych. Cała służba medyczna, nauczyciele. Nastąpiło ogromne zubożenie…

A jak ocenia Pan reakcję intelektualistów na bieg wydarzeń w Polsce?

T.K.: Przez wiele lat byłem pełen goryczy, że to środowisko tak bardzo poszło na lep władzy, pogoniło za pieniądzem. Pamiętam rozmowy z Ryszardem Bugajem jesienią 1989 roku, kiedy sądziliśmy, że będziemy malutką grupką ludzi bez możliwości przebicia się w mediach. To się dziś zmieniło. Parę lat temu przekonałem się, że grupa wolnorynkowców jest mała. Popierana przez fundacje i banki, panuje w środkach masowego przekazu, na kluczowych stanowiskach w gospodarce. Stąd wrażenie, że dominuje faktycznie i jest duża. Idąc w 2001 roku na kongres ekonomistów (Polskie Towarzystwo Ekonomiczne), gdzie sam się wprosiłem, obawiałem się, że będę izolowany. A tymczasem za zasadniczą krytykę polskiej transformacji dostałem ogromne brawa. Gdzie nie pojadę, okazuje się, że liczba fundamentalistów rynkowych jest bardzo mała, co więcej – większość z nich jest rozgoryczona. Wprawdzie niewielu jest takich, którzy mają receptę na odwrócenie sytuacji, ale w diagnozie panuje dość powszechna zgoda.

Gdyby jednak wziąć pod uwagę szersze środowisko inteligenckie, nie tylko ekonomistów, to trudno znaleźć zbyt wielu ludzi krytycznych, którzy chcą zrozumieć, jak to się stało, że reformy doprowadziły do tak daleko idącej marginalizacji tak znacznej części społeczeństwa. Jak, Pańskim zdaniem, tacy ludzie, jak np. Bronisław Geremek, analizują tę rzeczywistość, czy nie widzą tak dramatycznych problemów społecznych związanych ze zubożeniem, malejącymi szansami życiowymi tak znacznego odłamu społeczeństwa, w tym ludzi młodych, których publicznie zachęca się do wyjazdu z kraju? A przecież możliwa jest inna optyka. Na przykład Marcin Kula był w stanie mocno ocenić początki transformacji już w 1991 r. Pisał wtedy: „Żaden kraj w dziejach /…/ nie wyszedł z takiego dołka gospodarczego jedynie mocą liberalizacji gospodarki /…/ Żaden zacofany kraj /…/ nie wyszedł ze swojego stanu jedynie mocą puszczenia wszystkiego na szerokie fale. Żaden kraj nie może liczyć na wzięcie pod uwagę przez kapitał zagraniczny długofalowych interesów /…/ tego kraju”. Profesor Kula obawiał się wówczas, że tak określona polityka gospodarcza zaprowadzi nas do „sytuacji trzecioświatowej”.

T.K.: Bronisława Geremka można i należy „recenzować” jako osobę publiczną, polityka. Ale nie znam jego poglądów. Programowo nie próbuję utrzymywać kontaktów z moimi byłymi przyjaciółmi, gdy są wysoko. Przekonałem się bowiem, że jeśli ktoś wchodzi w buty polityka, to zaczyna mówić to, co mówić należy, co nakazuje mu funkcja, którą chce zachować. Nie wiem więc, jakie są poglądy Geremka na masowe bezrobocie, rosnącą biedę. Może nadal, jak u początków transformacji, uważa, że to są konieczne koszty wielkiej przemiany. Że droga do dobrobytu wiedzie przez wyrzeczenia. Niestety, żniwa ciągle nie nadchodzą, tak jak w systemie komunistycznym…

Ale zanim wymienię jego główny wyczyn, który mnie ciągle zdumiewa, przytoczę dwa fakty. Oba świadczą, że Geremek uchodził za lewicowca. Jesienią 1990 r. zrezygnowałem z wyjazdu na Kongres Międzynarodówki Socjalistycznej, na rzecz waszyngtońskiej imprezy pacyfistów i ekologów, spokojny, że Polskę będzie reprezentował – jak podała prasa – właśnie Geremek. Gdy w rok później znalazłem się w Szwecji i chciałem jako ktoś z Solidarności Pracy nawiązać współpracę z tamtejszymi socjaldemokratami, zażądano ode mnie credentials od… Geremka. Jego największym wyczynem było natomiast przeobrażenie początkowo socjal-liberalnego w swej większości OKP, a potem Unii Demokratycznej w klasyczną partię wolnego rynku, co miało ogromne znaczenie dla kształtu całej transformacji. Kartka wyborcza wymierzyła jednak tej partii sprawiedliwą karę…

Ale skoro mówimy o historykach, chcę zwrócić uwagę na trzy optymistyczne przemiany. Bronisław Łagowski jeszcze tak niedawno otwarcie bronił nierówności, książkę z 1997 r. nazwał prowokacyjnie „Szkice antyspołeczne” (!). Ale realia wymogły na nim zmianę – stał się ostrym krytykiem „antyspołecznej” wersji polskiego kapitalizmu. Andrzej Walicki do niedawna uchodził (chyba tego chciał) za konserwatywnego liberała – teraz piętnuje darwinizm społeczny á la Witold Gadomski. A czy pamięta pan Marcina Króla ostre potępienie władz za „skandal” miliona, może dwóch milionów głodujących lub niedożywionych dzieci? Ma pan więc intelektualistów, którzy protestują. Niestety, zanikł zwyczaj zbiorowych wystąpień intelektualistów w ważnych sprawach społecznych.

Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska, zniszczona po roku 1989 fabryka wyrobów metalowych w Zawierciu.

Socjaliści  z „Solidarności”

Myśląc o Sierpniu

Z perspektywy 25 lat wydarzenia 1980 r. jawią się jako jeden z najważniejszych faktów w burzliwej polskiej historii XX wieku. Myślę, że tak samo będą oceniane z perspektywy tysiącletniej, kiedy to nieunikniona skrótowość spojrzenia wymusi na przyszłych pokoleniach pominięcie nie tylko szczegółów, lecz także wielu pierwszoplanowych dla tego zdarzenia postaci i zredukuje ten złożony fakt historyczny do kilku symboli.

Myśląc dzisiaj o Grunwaldzie nie pamiętamy, że zwycięstwo to było politycznie zmarnowane przez ówczesne kierownictwo państwa w osobie Jagiełły – myślimy tylko o psychologicznym przełomie i początku końca naszego śmiertelnego wroga. Podobnie, myśląc o Sierpniu przyszłe pokolenia nie będą pamiętać np. tego, że trzej główni przywódcy komitetów strajkowych, którzy podpisali porozumienia z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia byli agentami SB. Znaczenie tych wydarzeń przerasta osoby, które brały w nim udział.

Myśląc o Sierpniu winniśmy mieć na uwadze, że był on przejawem tych cech, które w naszej zbiorowości przejawiają się rzadko i właśnie dlatego ich masowe wystąpienie powinno być pamiętane. W trakcie wydarzeń sierpniowych i późniejszych lat wystąpiły też cechy inne – te, które od XVI w. ciągną w dół naszą zbiorowość, ale ich działanie jest naturalne, a zatem nie może budzić ani zdziwienia, ani podziwu. Z tych negatywnych cech można wymienić przesadne zaufanie do przywódców, płynące nie tylko z faktu, że polska kultura polityczna jest kulturą gestu, lecz prawie zawsze będące odbiciem braku wiary zbiorowości i jej członków w siebie samych.

Pierwszą cechą godną uwagi jest roztropność, jaką okazali nie tylko liderzy Sierpnia – niektórzy z nich bowiem często, jak Wałęsa czy jego inteligenccy doradcy, dawali w gruncie rzeczy pokaz małoduszności – lecz przede wszystkim masy strajkujących. Rozwaga ta płynęła także z krwawych doświadczeń wcześniejszych robotniczych protestów. Także groźba sowieckiej interwencji nakazywała umiar wszystkim – nawet ekipie rządowej, bo interwencja byłaby także jej końcem. Niemniej rys umiaru podczas wydarzeń sierpniowych jest wyraźny i godny podkreślenia.

Zauważalne jest w Sierpniu wyciągnięcie przez jego uczestników wniosków z historii. Decyzja robotników o pozostaniu w zakładach pracy i niewychodzeniu na ulice, była efektem doświadczeń roku 1956 i zwłaszcza 1970. Ale ostrożność i chęć porozumienia ze strony związkowców pomimo prowokacji w wykonaniu PZPR miała za podkład inne doświadczenia narodu w XX w., nakazujące mu dokładne liczenie ubytków i zysków, i zalecające pamięć o stratach, jakie mogą powstać w razie błędów w rachubie. Nad Sierpniem ‘80, będącym w istocie swoich skutków bezkrwawym powstaniem narodowym, unosił się cień warszawskiego Sierpnia ’44.

Sierpień to także demonstracja jedności narodu ponad podziałami klasowymi i regionalnymi. Ci robotnicy, którzy do swoich postulatów dopisywali żądania środowisk nie mogących strajkować z racji specyfiki zawodowej (jak np. pielęgniarki) dali dowód myślenia nie tylko w kategoriach wąsko rozumianego interesu własnej branży czy nawet grupy społecznej. To samo dotyczy postulatów swobód kulturalnych i religijnych, mających wszak charakter ponadklasowy. Pamiętajmy, że działo się to w systemie, którego oficjalna ideologia przez 35 lat wpajała wagę identyfikacji klasowej, pomniejszając narodową. Dodatkowo czysto pragmatycznie (a z punktu widzenia interesu narodowego – skrajnie nieodpowiedzialnie) ekipy rządzące z PZPR manipulowały wykorzystując uprzedzenia regionalne, np. między Śląskiem a resztą kraju. To wraz z powyższym znaczeniem doświadczenia historycznego, uwidocznionym w Sierpniu, wyraźnie pokazało, że dla człowieka większe znaczenie ma tworzona przez jego zbiorowość rzeczywistość historyczna i płynące z niej wnioski niż rozwiązania wynikłe z rozważań filozofów, wierzących (jak marksiści), że znaleźli klucz do sensu dziejów. Zwłaszcza, że te rozważania kasta rządząca z nadania obcych wykorzystywała czysto instrumentalnie.

Sierpień ‘80 z perspektywy lat jawi się jako doświadczenie ważne nie tylko dla Polaków, lecz także dla całego świata. To jedno z nielicznych wydarzeń, dzięki którym nasz naród wpłynął na oblicze planety. Wydarzenia te zapoczątkowały bowiem erozję komunizmu, systemu, który jeszcze w latach tuż przed omawianymi wydarzeniami miał nadzieję na podbój świata. Pamiętajmy, że poprzez swoje obietnice, pewną atrakcyjność intelektualną, a także powiązanie doktryny z prawdziwymi problemami społecznymi, marksizm był ruchem poważnie traktowanym jako propozycja społeczna w wielu częściach świata, zwłaszcza tam, gdzie nie panował. Jego masowe odrzucenie przez robotników, których interesy rzekomo wyrażał, w kraju, gdzie rządzono w jego imieniu przez dziesięciolecia – było ciosem w samo serce tej ideologii. Stan wojenny rozbił wyrosły z Sierpnia ‘80 ruch robotniczy i społeczny, ale ideologia, której jedynym argumentem są czołgi, sama daje dowód swojej martwoty.

Ponieważ komunizm zagrażał całemu światu, zadanie mu tak mocnego ciosu w Polsce miało znaczenie dla wszystkich, a przynajmniej dla tych cywilizacji, którym zagrażał realnie. W tym sensie ruch wyrosły z polskich problemów zdobył znaczenie ogólnoludzkie.

Z tym wszystkim, co powiedziałem, Sierpień, a także to, co zostało z jego spuścizny, jest jednak także dowodem na przyrodzoną Polakom jako zbiorowości umiejętność marnowania szans i niezdolność do działań konsekwentnych i długofalowych. Nie zdołaliśmy wykreować w świecie mitu Sierpnia, będącego naszą wizytówką z braku Nokii czy Mercedesa. Symbolem upadku komunizmu jest w świecie upadek muru berlińskiego, wydarzenie późniejsze i zaistniałe przecież także dzięki naszemu Sierpniowi. 15 lat po odzyskaniu swobody ruchów w tej dziedzinie, nie prowadzimy „polityki historycznej” – jak byśmy nie wiedzieli, że w świecie mediów mniej liczy się prawda niż masowe wyobrażenie o niej. I jak byśmy nie mieli przykładów narodów, które z wykreowanych mitów historycznych uczyniły jeden z elementów swojej potęgi. Polak zbiorowy jeszcze raz okazał się zdolny do wspaniałego zrywu, lecz słabszy w działaniach wymagających pracy, konsekwencji i wytrwałości.

Socjaliści  z „Solidarności”

Nie ma wolności bez solidarności

Wielu ludzi krytykuje dzisiejszą NSZZ „Solidarność” za działania części jej przywódców, za znaczne odejście od ideałów roku 1980. Trudno im nie przyznać racji. Doskonale wiemy, jak bardzo brakuje demokracji w naszym Związku, jak duża jest władza biurokracji związkowej, jak często lokalni przewodniczący eliminują mechanizmy demokratycznej kontroli, wchodzą w zażyłe układy z pracodawcami, nie zwołują statutowych władz Związku, utajniają dokumenty, fałszują protokoły, eliminują wartościowych ludzi. Jednak odważymy się napisać, że jest to w tej chwili najbardziej demokratyczna organizacja społeczna i polityczna w Polsce. Jedyna, która odwołuje się do doświadczenia jawności w najtrudniejszych sytuacjach.

Demokracja nie jest kwestią deklaracji i haseł, lecz praktyki. Historia „Solidarności” jest ważną lekcją nie tylko tego, jaką siłę stanowi solidarność międzyludzka, lecz także tego, jakie czynniki doprowadziły do kryzysu ruchu „Solidarności” i jego częściowej porażki. Porażką niewątpliwie było – i jest nadal – społeczne odrzucenie w wyniku „reformy gospodarczej” (zwanej reformą Balcerowicza) znacznej części obywateli III RP. Lekcja ta jest ważna szczególnie dzisiaj.

I. NSZZ „Solidarność” i upadek systemu PRL

Strajki latem 1980 r. zaczęły się od postulatów podwyżki płac. W Stoczni Gdańskiej dodano postulat przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy. Stocznia stanęła, do niej zaczęły się przyłączać inne zakłady pracy Wybrzeża. Bunt w imię „chleba” stał się zagrożeniem dla systemu. Po kilku dniach, 15 sierpnia 1980 r., władza ustąpiła. Zgodziła się na podwyżkę płac w Stoczni o 1500 zł. Powiedziano: „Zwyciężyliśmy, rozchodzimy się do domu”. Wtedy pojawiły się delegacje z sąsiednich zakładów: „zostawiliście nas, zdradzili”. Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz zatrzymały wychodzących stoczniowców. Następnego dnia strajkujący wrócili, powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy i słynne 21 postulatów. Pierwszym punktem była teraz: „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”. „Podwyżka płac o 2000 zł, jako rekompensata wzrostu cen”, wróciła jako punkt 7. Ostatecznie wynegocjowano 800 zł, ale już dla całego kraju. Stanęła cała Polska, wszyscy nasłuchiwali, co się dzieje w Gdańsku, potem Szczecinie i Jastrzębiu.

W Stoczni Gdańskiej, sala BHP została zajęta przez liczący już ponad 100 osób MKS. Z delegacją rządową negocjowało wybrane Prezydium MKS. Jawnie, na oczach całego MKS-u. Głośniki przekazywały negocjacje bezpośrednio do wszystkich na terenie całej Stoczni. Tu nie można było dogadać się w cztery oczy, tu trzeba było mówić otwarcie, aby gra była uczciwa. Charakterystyczna sytuacja zdarzyła się już prawie na końcu. Rząd nie chciał się zgodzić na postulat 4: zwolnić wszystkich więźniów politycznych, w tym członków Komitetu Obrony Robotników. Lech Wałęsa i doradcy nie wierzyli, że się uda, Andrzej Gwiazda nie chciał ustąpić, słychać było narastające niezadowolenie całej sali BHP i stoczniowców na zewnątrz. Premier Jagielski ustąpił, nie miał wyboru. Taka demokracja oparta na jawności była siłą MKS-u. To najważniejszy wniosek z tej lekcji historii.

Zwycięstwo. Wszyscy przestaliśmy się bać. Podnieśliśmy głowy. Po kilku miesiącach do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” należało już 9,5 miliona ludzi. PZPR-ia i ich poplecznicy już nie byli tacy butni. Zresztą, sporo szeregowych członków PZPR wstąpiło do naszego Związku. Euforia – „festiwal Solidarności”.

I nastąpił 13 grudnia 1981. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRONA) ogłosiła stan wojenny. Naszą odpowiedzią było gromadzenie się w dużych zakładach pracy i strajki okupacyjne. Taktyka ta, z jednej strony, wynikała z chęci uniknięcia ofiar takich, jak w 1970 roku, z drugiej, niestety, ułatwiała koncentrację ZOMO i wojska do tłumienia poszczególnych strajków okupacyjnych. Internowano i aresztowano ponad 6 tys. osób. Zostało zamordowanych kilkadziesiąt, w tym kilku księży. Do dzisiaj większość zabójców pozostaje bezkarna.

W lutym 1982 r. pod osłoną stanu wojennego ogłoszono ogromną podwyżkę cen: podstawowe produkty podrożały o kilkaset procent. Szybko pojawiły się nielegalne gazetki, „Solidarność” zeszła do podziemia. Najaktywniejsi ludzie skupili się na wyciąganiu swoich kolegów z więzień i internowania. Sprawa „wolności” przeważyła nad „chlebem”. Ale na razie nie było ani chleba, ani wolności.

Długotrwała konspiracja siłą rzeczy zniszczyła demokrację wewnątrzzwiązkową. Nie można było przeprowadzać regularnych wyborów, zebrań, konsultacji. Wszystkie decyzje musiały być podejmowane przez wąskie grupy ludzi, im mniej liczne, tym trudniejsze do wykrycia. Nie można było jawnie, publicznie podejmować decyzji. Nie mogło być mowy o demokratycznej kontroli członków „Solidarności” nad decyzjami przywódców. Dziewięć milionów związkowców nie mogło aktywnie konspirować. Można było czytać bibułę i płacić składki związkowe, ale niewiele więcej. Terror WRON-y, trudne warunki życia i zmasowana propaganda zrobiły swoje. W roku 1988 było już przede wszystkim zmęczenie narodu. Sukcesem władzy, choć nie zdobyła ona wiarygodności, było doprowadzenie do zobojętnienia, do znacznego zmniejszenia aktywności społecznej. Z jednej strony konieczność „okrągłego stołu”, porozumienia elit, dążenie do pokojowego przejęcia choćby części władzy.

Z drugiej strony, zupełnie niespodziewanie dla podziemnej „Solidarności”, nierozwiązane problemy, przede wszystkim nie wystarczające na utrzymanie niskie zarobki, stały się w roku 1988 motorem następnej fali strajków. W Nowej Hucie i w Stoczni w Gdańsku strajki rozpoczynali robotnicy o niemal 10 lat młodsi od pokolenia 1980 roku.

Wywalczenie prawa do ponownej legalizacji NSZZ „Solidarność” oraz częściowo wolnych wyborów do Sejmu i całkowicie wolnych do Senatu, zmobilizowało cały naród. Dowodem był masowy udział w wyborach w czerwcu 1989 r. i całkowite zwycięstwo wyborcze obozu solidarnościowo-niepodległościowego.

Niestety, po bezapelacyjnej wygranej w wyborach czerwcowych 1989 r., zwycięskie elity polityczne zrobiły wszystko, aby nie dopuścić do demokracji i jawności – mówiło się, że „ciemne masy” nie zrozumieją liberalnej reformy gospodarczej i będą przeszkadzać. Nie był potrzebny silny Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Ideologowie liberalnej reformy nawoływali, aby nie wstępować do naszego Związku, bo… „to nie ten sam ruch społeczny, co w 1980 roku”, „teraz nie jest potrzebny związek zawodowy”. Nasiliło się to szczególnie po odebraniu „Gazecie Wyborczej” prawa do znaku „Solidarności”. Zaczęło się propagowanie krańcowego indywidualizmu. Ideałem mieli być ci, którzy potrafili ukraść pierwszy milion, oni mieli być motorem rozwoju Polski. Elity okrzyknęły strajkujących związkowców „hamulcowymi”: stoczniowców, górników, pielęgniarki, nauczycieli… A oni nie chcieli poświęcać się dla idei wolnego rynku, ponieważ groziła im bieda lub utrata pracy. Władza robiła wszystko, by nie dopuścić do protestów. A przecież strajk to też element wolnego rynku. Strajkujący okazują siłę kapitału ludzkiego.

W reaktywowanym NSZZ „Solidarność” było nas ok. 3 miliony. To była duża siła. Pierwszy po stanie wojennym Krajowy Zjazd Delegatów w 1990 r. nie wysłuchał sprawozdania ustępujących władz, nie zaproszono nawet członków Komisji Krajowej. Sądzimy, że jednym z powodów takiego złamania zasad demokracji wewnątrzzwiązkowej była chęć niedopuszczenia Związku do oceny „reformy Balcerowicza”. Była to reforma całkowicie inna niż dotychczasowy społeczno-gospodarczy program „Solidarności”. Stanowiło to swego rodzaju zamach stanu wewnątrz „Solidarności”.

Pierwszym sygnałem nieufności pracowników wobec tej reformy było wystąpienie Małgorzaty Calińskiej z wrocławskiego Polaru, ostatniej nocy Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”. Około piątej nad ranem Małgorzata powiedziała: „Wy sobie nawet nie wyobrażacie jakie straszne rzeczy nam oni szykują…”. W dobranym Prezydium Komisji Krajowej zadbano, by w imieniu Związku trzymać parasol nad tą reformą gospodarczą. Zrobiono wszystko, aby Związek nie wypowiedział się na temat reformy. Zaś Sejm w ekspresowym tempie (przez 11 dni) zaakceptował 10 całkowicie nowych ustaw wprowadzających „reformę”. Posłowie w większości nie wiedzieli do końca, za czym głosują. Szczegółowe relacje Ryszarda Bugaja odsłaniają mechanizmy nacisków ze strony natchnionych ideologicznie popleczników tej reformy. Parasol polegał m.in. na umożliwieniu Leszkowi Balcerowiczowi uchylenia się od dyskusji. Ceną za to są nie tylko 3 miliony bezrobotnych, ale także znaczna utrata dobrego imienia przez NSZZ „Solidarność”.

Narastające niezadowolenie społeczne pierwszy w środowisku elit politycznych wyczuł Lech Wałęsa. W maju 1990 r. na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego oświadczył, że „wojna na górze” jest potrzebna, „bo /…/ jeżeli spokój jest u góry, to na dole jest wojna. Dlatego zachęcam państwa do wojowania”. Widocznym sygnałem narastającego niezadowolenia był wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich w grudniu 1990. Przypadkowy kandydat Stan Tymiński, wyraźnie kwestionujący ten kierunek gospodarczych przemian, otrzymał około 25% głosów i wygrał z Tadeuszem Mazowieckim, urzędującym premierem i symbolem zmian. Elity polityczne całkowicie nie zrozumiały tego sygnału. „Naród oszalał” – powiedział jeden z czołowych polityków.

Także NSZZ „Solidarność” zaczął „zdejmować parasol znad reformy”. Podajemy kilka faktów w postaci kalendarium:

  • Marzec 1990 – w Warszawie doszło do jedynej w ciągu ostatnich 15 lat publicznej konfrontacji z wicepremierem L. Balcerowiczem. Brali w niej udział przedstawiciele Komisji Zakładowych przemysłu Regionu Mazowsze. Zarzucano rządowi dążenie do likwidacji wielu gałęzi polskiego przemysłu i wywołania bezrobocia na dużą skalę. Leszek Balcerowicz już nigdy więcej do takiej konfrontacji nie dopuścił. Do dziś nie było ani jednej publicznej dyskusji Balcerowicza z jakimkolwiek ekonomistą o poglądach innych niż liberalne (co ciekawe, w relacji z tamtego spotkania Polskie Radio w programie I przekazało wyłącznie wypowiedzi wicepremiera).
  • Luty 1991 – na obradach Komisji Krajowej dyskutowano o ewentualnym ogłoszeniu strajku generalnego w związku z pominięciem postulatów „Solidarności” przy nowelizacji „popiwku”. „Popiwek” był jedną z trzech kotwic tej reformy, mechanizmem utrzymania niskich płac pracowników przedsiębiorstw państwowych, niezależnie od ich wyników ekonomicznych. Miał sztucznie doprowadzić do wymuszenia zgody załóg na prywatyzację (jakąkolwiek). Powołano komisję do rozmów z rządem oraz postulowano przyspieszenie prac parlamentarnych nad pakietem ustaw związkowych.
  • Maj 1991 – pod hasłami przyspieszenia reform i osłony najuboższych, rozliczenia komunistycznej nomenklatury, przedstawienia społeczeństwu realnych perspektyw rozwoju kraju oraz podjęcia przez rząd „rzeczowych rozmów” z „Solidarnością”, odbył się ogólnokrajowy dzień protestu. Na apel Komisji Krajowej odpowiedziało ok. 80% komisji zakładowych (oflagowanie zakładów, wiece i krótkie strajki).
  • Początek 1993 – spór zbiorowy i strajk pracowników sfery budżetowej. Długotrwały upór rządu i brak woli porozumienia doprowadził, na wniosek „Solidarności”, do upadku rządu premier Hanny Suchockiej.

Aktywność NSZZ „Solidarność” w obronie pracowników rosła i malała w zależności od „odległości” jego przedstawicieli wobec struktur władzy. Po podjęciu decyzji o nieangażowaniu się w działania bezpośrednio polityczne, Związek aktywniej angażuje się w obronę praw pracowniczych. Powoli odzyskuje autorytet. Podstawowa działalność Związku dotyczy obecnie negocjowania układów zbiorowych i wysokości płac, przeciwdziałania likwidacji zakładów pracy, a przede wszystkim walki z niepłaceniem należnych wynagrodzeń oraz łamaniem innych praw pracowniczych. Nacisk 800 tys. pracowników należących do NSZZ „Solidarność” powoduje, że biurokracja związkowa musi się wykazać zainteresowaniem tymi problemami i próbami ich rozwiązywania, choćby pozorowanymi. Przykładem pozytywnym może być założenie organizacji zakładowych NSZZ „Solidarność” w wielu hipermarketach, gdzie poniżanie i elementarne oszukiwanie pracowników jest zjawiskiem niemal powszechnym. Udało się to m.in. dzięki kontaktom ze związkami zawodowymi działającymi w tych samych sieciach hipermarketów w Europie Zachodniej. Przede wszystkim jednak dzięki tradycji NSZZ „Solidarność”.

II. Solidarność międzyludzka – przezwyciężenie systemu III RP

Aby przeciwstawić się agresywnej propagandzie egoizmu, potrzebny jest powrót do wartości roku 1980. Są to: solidarność międzyludzka, wspólne działanie i wzajemne wspieranie się, jawność działania oraz przezroczystość wszystkich struktur organizacyjnych (związkowych, administracyjnych, samorządowych itp.). To jest droga do ograniczania wszechobecnych dziś „przekrętów” i korupcji.

Musimy pokazać, że pomagając sobie wzajemnie, jesteśmy mocniejsi, że każdy z nas dzięki temu sam też będzie miał lepiej. Trzeba to pokazać na poziomie pojedynczego człowieka, a nie wielkich partii czy systemów politycznych. Należy zacząć od solidarności w skali lokalnej – wśród kolegów w pracy, sąsiadów w bloku, pracowników instytutów, studentów w akademiku i na wydziale w uczelni. Nie muszą to być jednolite struktury. Można próbować wewnątrz NSZZ „Solidarność” czy choćby w oparciu o lokalne struktury „Solidarności”. Można w samorządzie studenckim lub osiedlowym. Wbrew pozorom, w spółdzielczości mieszkaniowej prawo i formalne reguły gry są bardzo demokratyczne. Ze względu na nikłą aktywność poszczególnych mieszkańców spółdzielni, zarządy i rady nadzorcze są opanowane przez większych i mniejszych cwaniaczków, często wywodzących się ze starej nomenklatury spółdzielczej. Można jednak domagać się jawności decyzji i informacji finansowych. Zawiadomienie o tym choćby tylko mieszkańców swojego bloku może być początkiem samoorganizacji społecznej. Porozumienie uczciwych ludzi z kilku bloków może zagrozić lokalnym mafiom i nomenklaturze spółdzielczej. Musimy tylko przełamać niechęć i strach przed wspólnym działaniem, zanegować popularne powiedzenie, że w Polsce wszyscy kradną i dają łapówki. Kluczowe i nośne jest dbanie o jawność wszystkich decyzji i przezroczystość ich podejmowania.

Powróćmy do tego, co działo się w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 w czasie negocjacji z rządem. Przykład jawnych obrad Sejmowej Komisji Śledczej w sprawie afery Rywina dowodzi, że już sama jawność obrad ma olbrzymi wpływ na opinię publiczną i na elity polityczne. Teraz jest łatwiej niż w 1980 roku, ponieważ formalnie trudniej nam coś zakazać. Poza tym, łatwiej drukować informację, szczególnie w małym nakładzie. Można też wykorzystać Internet, a nawet SMS-y do szybkiego przekazywania wiadomości. Przeszkodą jest przede wszystkim powszechne zobojętnienie i atomizacja, brak wiary w przyszłość i nieufność wobec ludzi podejmujących działalność społeczną.

Pamiętajmy, że „Nie ma wolności bez solidarności”, ale też „Nie ma wolności bez chleba” oraz „Nie ma chleba bez wolności”. Bez wolności ekonomicznej i politycznej system jest całkowicie niewydajny, nie jest w stanie zapewnić „chleba”. Wolność, którą podobno teraz się cieszymy, dla większości społeczeństwa jest fikcją. Człowiek zagrożony utratą pracy lub już bezrobotny i pozbawiony „chleba”, nie może korzystać z należnych mu praw. Niepotrzebna mu demokracja lub po prostu w nią nie wierzy. W sytuacji, w której państwo oraz środki masowego przekazu nie są już instrumentem gwarantowania prawa do godnego życia, lecz stają się narzędziami tylko elit władzy, jedynie solidarność międzyludzka może doprowadzić do autentycznej zmiany, doprowadzić do podważenia obecnej struktury władzy.

Socjaliści  z „Solidarności”

1980

Gdy miałem naście lat i komunistyczne przekonania, wymarzyłem sobie robotniczą rewolucję w gierkowskiej Polsce. Rewolucję walczącą o urzeczywistnienie prawdziwie komunistycznych, proletariackich ideałów. Wyobraziłem sobie, że robotnicy zastrajkują, a na fabrycznych bramach zakwitną czerwone sztandary. I rewolucja wybuchła. Ale na bramach pojawiły się krzyże i flagi narodowe.

Stanąłem w obliczu wyzwania intelektualnego, odpowiedź na które zdeterminowała moją dalszą drogę życiową. W obliczu paradoksu – klasa robotnicza, mająca być opoką i beneficjentem socjalizmu, występuje przeciw temu socjalizmowi – musiałem wybrać: czy jestem z klasą robotniczą, czy z komunizmem. Wybrałem: uznałem, że pierwszeństwo mają realni ludzie przed abstrakcyjną ideą – i temu drogowskazowi pozostałem już wierny po dziś dzień. Oczywiście przełom nie nastąpił raptownie, nie stałem się Pawłem z Szawła w jedną noc. Początkowo łagodziłem szok zerwania z dotychczasowym światopoglądem wierząc, że to, przeciw czemu walczą robotnicy, to nie jest „prawdziwy socjalizm”, a oni prędzej czy później dojrzeją do ideologii marksistowskiej. Chciałem im w tym pomóc (choć, w ostatecznym rozrachunku, sam zostałem nawrócony).

Piszę to, by podkreślić, że mój stosunek do „pierwszej »Solidarności«” był ambiwalentny, sympatia i podziw mieszały się z niechęcią. Skrupulatnie wyszukiwałem wszelkie lewicowe, demokratyczne, egalitarne wątki w „Solidarności” i jej otoczeniu, tropiłem w jej szeregach trockistów, anarchosyndykalistów czy bodaj socjaldemokratów z równą pasją, co reżimowi propagandyści. Nie potrafiło to jednak zmienić faktu, że wśród członków i sympatyków „Solidarności” czułem się obco, niczym misjonarz na Czarnym Lądzie. Odstręczała mnie religijność postrzegana jako dewocja, raziły tendencje niepodległościowe i antyradzieckie, kojarzące mi się z nacjonalizmem, mierziło prozachodnie nastawienie ruchu. To rozdwojenie sprawiło, że nie dawałem się ponieść bez reszty fali ogólnonarodowego entuzjazmu – w tej masowej pieśni moje ucho wychwytywało zgrzytliwe dysonanse.

Grzechem pierworodnym „Solidarności” był w moich oczach zwłaszcza jej wynikający z niedojrzałości, zachłyśnięcia się sobą, naiwności po prostu – radykalizm. Trudno się dziwić – nie da się w ciągu kilkunastu miesięcy nadrobić braków w demokratycznej i społecznej edukacji, która wszak na Zachodzie ciągnęła się przez dwa stulecia. Uczyliśmy się na błędach, błąkając po manowcach hiperdemokracji (jak na strajku studenckim, gdzie absolutnie wszystkie sprawy były rozstrzygane głosowaniami na niekończących się, chaotycznych wiecach). Ludzie wierzyli, że wszystko jest możliwe, że np. uwolnienie gospodarki spod dyktatu PZPR i ZSRR zapewni automatyczny dobrobyt. W pewnym dowcipie załoga jednego z zakładów przegłosowała, że pracować będzie tylko we wtorki; natychmiast po ogłoszeniu tej decyzji z tylnych rzędów pada pytanie: „We wszystkie?”. Do tego dochodził antysowietyzm i antykomunizm przyjmujący formy wręcz paranoiczne – za prawdziwą uważano najbardziej absurdalną wiadomość, byle była niekorzystna dla Tamtych (np. jeden z moich znajomych z pełną wiarą opowiadał mi, jak to z czaszki Lenina wylała się cuchnąca zielonkawa ciecz, która wypełniała jego puszkę mózgową). Przekonanie, że wystarczy tupnąć, by imperium sowieckie rozsypało się jak domek z kart, tragicznie zaważyło na losach „Solidarności”. Postępujące w coraz szybszym tempie upolitycznianie ruchu i jego radykalizacja sprawiały, że zaczynał tracić on kontakt z coraz bardziej zmęczonym społeczeństwem. W tym dopatruję się względnej słabości oporu wobec stanu wojennego.

Przeminęło interludium jaruzelszczyzny, ale z „Solidarnością” czasu Okrągłego Stołu jeszcze trudniej było mi się utożsamić. Tu w pełni sprawdziło się znane powiedzenie Marksa, że historia się powtarza: za pierwszym razem jako opera, za drugim jako operetka. Nowa „Solidarność” była cieniem starej – cieniem wyblakłym, wyjałowionym, anemicznym, pozbawionym tego żaru i mocy, jaka cechowała poprzedniczkę. To wszystko sprawiło, że w pełni z ideami „S” z lat 1980-81 utożsamiłem się dopiero kilkanaście lat po Rewolucji Sierpniowej, gdy ta „Solidarność” zniknęła już w mroku historii. Niestety – wciąż się spóźniam. Zazdroszczę tym, co zawsze szli z duchem czasu: przed dekadą Gierka byli marksistami (choćby „rewizjonistycznymi”), w latach 80. katolickimi niepodległościowcami, w Trzeciej Rzeczpospolitej neoliberałami, a dziś zaczynają dyskretnie łypać okiem ku „alterglobalizmowi”. Zawsze na fali – nigdy nie poczuwający się do odpowiedzialności za swoje czyny w poprzednich wcieleniach. A ja, pod prąd modzie, wygrzebuję z zakamarków szaf zakurzone samizdaty z lat 80., wyczytuję z nich myśli może czasem naiwne i nieporadne, ale wciąż oryginalne.

Ideologia pierwotnej „Solidarności” była czymś wyjątkowym. W pamięć zapadło mi zdanie jakiegoś zachodnioniemieckiego publicysty – skwapliwie cytowane przez „Trybunę Ludu” – że dla takiego ruchu nie ma miejsca na scenie politycznej RFN: dla lewicy jest nazbyt nacjonalistyczny i klerykalny, natomiast dla prawicy to lewacki anarchosyndykalizm. Ale to, co w oczach doktrynerów (w tym także moich w tym czasie) wygląda absurdalnie, przez zwykłych ludzi odbierane jest jako oczywistość. Niedługo przed Sierpniem omawiano w „Polityce” wyniki badań socjologicznych, konstatując ze zdumieniem, że światopogląd przeciętnego Polaka to eklektyczna mieszanina elementów egalitarno-socjalistycznych, narodowo-chrześcijańskich i liberalnych. „Solidarność” tworzyli właśnie tacy zwykli ludzie, bez politycznego doświadczenia, bez ideologicznych klapek na oczach. Brak kompleksów – wynikający właśnie z tej ideowej dziewiczości – pozwolił im spontanicznie wypracować ideologię, która odpowiadała polskim warunkom. Ani socjaldemokratyzm KOR, ani wojowniczy nacjonalizm KPN, ani oazowa religijność nie były w stanie samodzielnie zapewnić sztandaru społeczeństwu zorganizowanemu w „Solidarności”. Chorągiew, która załopotała nad dziesięciomilionowym ruchem, była pozszywana z fragmentów najróżniejszych flag.

„Solidarność” ówczesna czerpała, zapewne bezwiednie, z nie mniej niż czterech źródeł: katolicyzmu, liberalizmu, socjalizmu i nacjonalizmu (czy też patriotyzmu, jak kto woli). „Solidarność” była chrześcijańska nie tylko w sferze symboliki, nie tylko w przywiązaniu do tradycyjnej obyczajowości; była też chrześcijańska „z ducha”: z tego wyrastał zarówno jej pacyfizm, jak i specyficzny moralizatorski ton, „ethos”. Liberalny filar „S” to obrona praw człowieka i egzekwowanie swobód obywatelskich, samoorganizacja społeczna, a docelowo upodmiotowienie społeczeństwa poprzez przywrócenie mu suwerenności w państwie. Socjalistyczny był w „Solidarności” egalitaryzm i dążenie do upodmiotowienia pracy poprzez samorządność – cechy zapomniane w czasach, gdy „człowiekiem Sierpnia” okazał się być Balcerowicz. Pierwiastki narodowe wreszcie to obrona historyczno-kulturalnej tożsamości narodu i jego politycznej niepodległości; warto tu zwrócić uwagę, że „Solidarności” udała się trudna sztuka odcedzenia ksenofobii od patriotyzmu.

Leszek Kołakowski zapytał kiedyś, jak być liberalno-konserwatywnym socjalistą. Miała to być w zamierzeniu błyskotliwa prowokacja intelektualna, prowadząca wszakże do konstatacji, że twór taki w praktyce nie jest możliwy. „Solidarność”, rzec można, odpowiedziała pozytywnie – i to na skalę masową! – na pytanie postawione przez filozofa. Czyżby miała to być najwyższa synteza wszystkich wielkich idei, kończąca erę wojen między ideologiami? Tak zdawał się sugerować Wojciech Giełżyński w swej niesłusznie zapomnianej książce „Ani Wschód, ani Zachód” z 1987 r., pisząc o „zaczynie syntezy”. Do owej syntezy jednak nie doszło. Chyba najbardziej dopracowaną formułę tej ideologii zaprezentowała w latach 80. Solidarność Walcząca i jej polityczna przybudówka Wolni i Solidarni. Dziś jednak już nikt o nich nie pamięta…

Prawa polityki są bezwzględne – w miarę dojrzewania, krzepnięcia dochodzi do polaryzacji. Wchodzący w świat polityki nowi aktywiści nie zaprzątają sobie głowy tworzeniem oryginalnej ideologii (czy bodaj jej pielęgnowaniem), tylko sięgają po sprawdzone wzory, wchodzą w utarte koleiny. W rezultacie w „Solidarności” też zaczęły się krystalizować różne nurty (socjaldemokratyczny, katolicki, niepodległościowy, nacjonalpopulistyczny), ale do stanu wojennego pozostała ruchem pluralistycznym i wielonurtowym, bodaj jedynym, w którym obok trockistów działali endecy.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ale zraszanie z tego powodu łzami pożółkłych szpargałów nie ma najmniejszego sensu. Muzea są potrzebne jako punkty odniesienia, ale nie można w nich spędzać życia. „Trzeba z żywymi naprzód iść!”. Sentymentalna Panna S. była piękna nie dlatego, że w taki właśnie a nie inny zestaw idei była odziana. Fascynowała intelektualistów i porywała masy, bo była autentyczna i spontaniczna, nie zawracała sobie głowy dogmatami, wyrastała z realiów, z życia. Przyniosła niezapomniane poczucie wspólnoty, szczególnie cenne w naszych czasach atomizacji i egoizmu, w tej Nowej Epoce Lodowcowej.

Socjaliści  z „Solidarności”

NIEZWYKŁA IDEA zachowana w sercach zwyczajnych ludzi

Ktoś powiedział, że nie wojny, lecz wielkie idee zmieniają świat. Taką ideą była i pozostała „Solidarność”, której nie należy utożsamiać jedynie ze związkową strukturą. To jest IDEA, która wybuchła w sierpniu 1980 r. i żyła do „okrągłego stołu”. Potem rozpoczął się „wyścig szczurów”, które rozdeptały ten bezcenny skarb.

Komuniści bali się zmian, więc musieli zniszczyć „Solidarność”. To był bardzo starannie przygotowany proces rozpoczęty 13 grudnia 1981 roku. Ogłoszenie stanu wojennego umożliwiło niszczenie zbudowanych demokratycznie struktur „pierwszej »Solidarności«” a uzgodnienia przy „okrągłym stole” dały początek niszczenia tego, co w nas przetrwało mimo stanu wojennego – przetrwała niezwykła idea, okupiona ofiarami zwyczajnych ludzi.

Po 1989 r. nastał czas tzw. konstruktywnej opozycji, która otrzymała możliwość zasiadania w parlamencie. Nobilitacja solidarnościowych elit sprawiła, że zarejestrowana na nowo „S” uwierzyła, iż zdobyła władzę, ale nie sądzę, by nadal wierzyła w sens idei… Jakże prawdziwe są słowa, jakie kiedyś przeczytałam „buszując” po niezależnych stronach Internetu:

Kto w twierdzy wyrósł nie pragnie ogrodu
Kto krew ma w oczach nie zniesie błękitu
Sytość zabije nawykłych do głodu
Myśl upodlona nie dźwignie zaszczytów.

Wałęsa zajął się „wojną na górze” i umacnianiem „lewej nogi”. Społeczeństwo stało się jedynie przedmiotem, z którym już nikt się nie liczył. „Solidarność” została wydana na pastwę polityki. Przytłoczona ciężarem transformacji, systematycznie dyskredytowana przez polityczne elity, utrwaliła się w świadomości społecznej jako przyczyna wszelkiego zła III RP.

Z pewnością liderzy opozycji zasiadający przy „okrągłym stole” wiedzieli, że druga strona jest wspierana przez tajne służby, nie wiem tylko, czy mieli świadomość tego, że sieć agentów zwerbowanych w stanie wojennym odda bezcenne usługi konstruktorom III RP.

Na podstawie złożonych w IPN raportów SB twierdzę, że „Solidarność” była nie tylko inwigilowana przez bezpiekę – służby specjalne od początku sprawowały pełną kontrolę nad władzami Związku. Przytoczę fragment raportu zachowanego w teczce 2 z 9 pod kryptonimem „Związek”, karta 307: „W okresie od I WZD [Walnego Zjazdu Delegatów] nie prowadziliśmy akcji zmierzających do eliminowania w ZR [Zarządzie Regionu] poszczególnych działaczy; wynika to z faktu, że do ZR nie weszły osoby o ekstremalnych poglądach”. Bardzo ciekawe są raporty z 1982 r., czyli po zakazaniu działalności związkowej, gdzie wymienia się nazwiska osób przewidywanych przez SB na funkcje przewodniczących zakładowych organizacji związkowych. Oprócz tych raportów są plany działania przeciwko osobom niepokornym, które utrudniały sterowanie niezależnymi grupami społecznymi. Od początku stanu wojennego trwało werbowanie TW na wielką skalę. Używając przemocy lub szantażu, SB łamała ludzkie sumienia i wymuszała współpracę. Budowana po raz drugi „Solidarność” nie miała szans. Była pod presją ogromnej ilości agentów, którzy po 1989 r. mogli działać już nie tylko w Związku, ale także w polityce. Bezpieka ulokowała agentów wszędzie, jednak najważniejsze zadanie wykonali ci, którzy skanalizowali NSZZ „Solidarność” po to, aby unicestwić ideę i na długie lata zniechęcić obywateli do solidarnej postawy. Oni zostali moderatorami „transformacji ustrojowej”.

Tak się złożyło, że bardzo szybko doświadczyłam układów wynikających z paktowania przy „okrągłym stole” i w wyborach nie uczestniczyłam. Gdy 4 czerwca 1989 r. większość Polaków cieszyła się ze zwycięstwa, mnie dręczyły różne wątpliwości. Ostatecznie moc mediów, a zarazem ufność w zbiorową mądrość Narodu sprawiły, że mimo wszystko postanowiłam włączyć się w „przywracanie normalności”. Niestety, były to „syzyfowe prace”.

Ogłoszona przez Mazowieckiego „gruba kreska” była aktem politycznym i nie miała nic wspólnego z chrześcijańskim gestem. To nie przypadek, że lustracja nie objęła banków oraz wymiaru sprawiedliwości – mafijne grupy interesu mogły bezkarnie rozkradać majątek narodowy. Nowa władza niezależnie od tego, czy zaliczała się do prawej, czy do lewej strony, zgodnie uznała cudowne działanie „niewidzialnej ręki rynku”. Dziś wiemy, że ta „niewidzialna ręka rynku” jest jedynie postkomunistyczną strukturą, która się wciąż reprodukuje i wpływa na rozmaite dziedziny życia społecznego. Rozbicie tej struktury jest zadaniem o wiele trudniejszym niż rozbicie komunizmu i dlatego Polska wciąż potrzebuje wojska „Solidarności”, ale tej oczyszczonej z agentów.

W III RP toczy się walka o symbole dobra, o historyczną pamięć. Wbrew pozorom to nie jest kwestia przeszłości, jak twierdzi społeczeństwo pozostające pod wpływem medialnych emocji. Trwając w niebywałym zamęcie pojęciowym nie rozumiemy, że przeszłość ma kapitalne znaczenie dla teraźniejszości. Zamęt umysłowy i nieprawdopodobna pokora obywateli wolnego przecież kraju nie pozwala nam wyrwać się z obowiązujących w III RP układów.

Być może jest tak dlatego, że jak mówił Bernard Shaw – „wolność to odpowiedzialność, dlatego ludzie się jej boją”. W III RP władze związkowe nie chciały brać żadnej odpowiedzialności za drugiego człowieka i utrwalały biurokratyczny charakter organizacji, działającej głównie na użytek polityków. Zaniechano wszystkiego, co było siłą „pierwszej »Solidarności«”, a przecież NSZZ „Solidarność” w III RP miał wszelkie warunki, by stanąć w obronie solidarności społecznej – jednak nie zrobił tego. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że „S” utraciła wymiar ideowy, stała się zależna od układów politycznych. Wciąż jest tak, że w jeden dzień strajkują pielęgniarki, innym razem kolejarze itd. Jedność jest tylko wówczas, gdy liderzy postanowią użyć struktur związkowych niczym trampoliny do indywidualnych karier. Jednak nie ma to nic wspólnego z ideą, która może zmienić świat globalnego wyzysku człowieka.

Nie zmieni się nic, póki nie zrozumiemy, że feta pod patronatem Wałęsy i Kwaśniewskiego nie ma nic wspólnego z Jubileuszem „Solidarności”. Popieram Andrzeja Gwiazdę, sygnatariusza listu w sprawie obchodów 25-lecia „Solidarności”. Potrzeba rzetelnych badań nad historią „S”. Nie wolno utrwalać kłamstw dotyczących transformacji ustrojowej w Polsce. Utrzymywanie stanu, w którym jedni są prawi, drudzy lewi, a wszyscy bez kręgosłupa i bez poglądów – służy tylko politycznym potrzebom agentury. Podział powinien przebiegać między przyzwoitymi a nieprzyzwoitymi. Najwyższy czas oddzielić jednych od drugich – łączyć może nas tylko pamięć.

Nie możemy wciąż mylić postaw z poglądami, idei ze strukturami, bezkarności nazywać wolnością, w której można ukraść nie tylko pierwszy milion. Nie może być zdrowym kraj, w którym kompletnie zaciera się przeszłość, a ludzie bezkarnie fałszują swoje biografie. Nie może być tak, że prześladowcy i prześladowani pozostają bezimienną grupą, w różny sposób wpisaną w polityczne układy, bo nie dokonała się nawet moralna ocena ich postaw i prawdziwi winowajcy są nadal bezpieczni. Musimy nauczyć się rozpoznawania źródeł współczesnego zła i zabiegać o zrozumienie, czym naprawdę była „Solidarność”.

To był spontaniczny, obywatelski opór przeciwko kłamstwu władz i zniewalaniu sumień. To była przede wszystkim postawa – i symbol – patriotyzmu i obywatelskiego zaangażowania. Ta postawa zdecydowanie wykraczała poza struktury „S” i była skierowana przeciwko władzy lękającej się nawet krzyża z kwiatów, patriotycznych rocznic, pielgrzymek i papieża wskazującego na wspólnotowy charakter naszej idei: „jedni drugich brzemiona noście”. Byłam i jestem zafascynowana nauką Jana Pawła II, który rozpoczynając swój pontyfikat wołał: „Nie lękajcie się…”. Wezwanie Ojca Świętego przyjęłam i uwierzyłam, że mogę czerpać z mocy Chrystusa obecnego w solidarnościowym, wspólnotowym wymiarze działań. Może dlatego nie lękałam się ani prześladowań, ani przegranej – nie kalkulowałam, czy trwanie w opozycji się opłaca. Pragnęłam wolności, ale jakaż to wolność, gdy ludzie panicznie się boją głównie o to, aby nie utracić bezcennego miejsca pracy.

Naprawdę „nie ma wolności bez Solidarności” – solidarność jest przeciwieństwem samotności. Jeśli człowiek wie, że nie jest sam, to przestaje się bać. Strach zawsze paraliżuje i ogranicza możliwości człowieka. Solidarność wyzwala, uczy odpowiedzialności, bo wszyscy są odpowiedzialni za wszystkich. Druga „S” nie zdała egzaminu z wolności, skoro wciąż tkwi w układach i pozwala niszczyć bezcenne wartości. Jest tak, że już nikt nikomu nie ufa. Liczy się tylko wielka forsa, sukces, układy, jakby z „tamtych lat” nie zostało nic poza ukrytymi w archiwach IPN aktami SB.

Gdy wybuchła „Solidarność”, miałam 30 lat i dwoje dzieci. Dziś mam 56 lat, troje dzieci i dwie wnuczki – najstarszy syn i córka ukończyli już studia i są samodzielni, natomiast najmłodszy syn studiuje historię na UAM w Poznaniu. „Solidarności” – Polsce oddałam najlepsze lata mojego życia. Mając dwójkę dzieci włączyłam się w wir solidarnościowych działań. Zauroczyła mnie idea, którą – niestety – w wolnej Polsce zniszczono. Gdy podczas grudniowej nocy zostałam wraz z mężem internowana, miałam wrażenie, że runął cały mój świat. Mimo lęku nie pogodziłam się z przemocą i starałam się budować wolny świat wokół siebie nawet wówczas, gdy byłam w wiezieniu. Dwukrotnie aresztowana i zawsze ostro represjonowana spędziłam pół roku w celi sama – to była kara za niepokorną postawę. Jakież było moje zdumienie, gdy sądy III RP uznały, że nie ma podstaw, abym mogła ubiegać się o odszkodowanie, bo wszystko odbywało się zgodnie z prawem – surowym, ale obowiązującym prawem. W uzasadnieniu wyroku sędzia podkreślił, że przecież nic złego mi się nie stało, bo np. nie jestem chora psychicznie (!). Ostatecznie, dwa lata po wyroku w Sądzie Najwyższym, wszystkie moje akta sądowe zaginęły. Przypadek? Nie wierzę w przypadki – mimo 15 lat wolności nie rozliczyliśmy się z systemem, który łamiąc sumienia dysponował (i nadal dysponuje) siecią agentów, aby budować obecną, mroczną rzeczywistość. Przeszłość wciąż wlecze się za nami jak cień, od którego nie da się uciec w świetle prawdy.

Jestem przygnębiona, bo po 15 latach wolności czuję się jak bezużyteczny, wbity w ziemię kamień polny, po którym przetoczyła się lawina historii. Mój wysiłek na rzecz tego, co wspólne, okazał się bezsensowny. W nowej rzeczywistości miarą wszystkich rzeczy jest pieniądz, celem władzy umacnianie wpływów agentury. Rosną fortuny ludzi żyjących z przestępczości, panuje potworna bezsilność wobec globalnej machiny i licznych skandali korupcyjnych. Prawica akceptuje model życia, w którym dominuje bogactwo nielicznych, a 60% ludzi żyje w nędzy. W czasach „pierwszej »Solidarności«” taka sytuacja byłaby niemożliwa. W czasach „drugiej »Solidarności«” działacze związkowi wspierają polityczny kapitalizm, w którym polityka miesza się z biznesem. Wydaje się, że jedyną troską liderów Związku jest to, aby obsadzić rady nadzorcze swymi kolesiami, tymczasem zwyczajni ludzie muszą dźwigać wstyd za „lewiznę” tzw. rządzącej prawicy.

Jaskrawość moich poglądów wywołuje dyskomfort, bo w polityce obowiązuje pragmatyzm – spontaniczność i bezinteresowność są niepożądane. W takich warunkach trudno jest zabiegać o pamięć i roztropne wykorzystanie naszych doświadczeń. Chciałabym te doświadczenia zostawić (zamiast testamentu) nie tylko moim dzieciom i dlatego zgodziłam się na propozycję „Obywatela”, aby napisać kilka słów z okazji Jubileuszu „Solidarności” – tej, która wpisała się w mój życiorys jako druga po łasce wiary wartość. Nie jestem pewna, czy moje dzieci zechcą pamiętać i cenić tę wartość, wszak moje zbyt upolitycznione życie nie jest dla nich zachętą. Na szczęście praca nie jest dla nich problemem, więc stronią od polityki i chcą już tylko pracować, a nie zastanawiać się nad etosem pracy, nad tym, dlaczego wokoło rosną fortuny, a większość ludzi ma problem jak przeżyć „do pierwszego”.

Moje refleksje zakończę osobistym akcentem. Był wieczór, połowa lat dziewięćdziesiątych. Jechałam do Poznania z najstarszym synem, który jest programistą. Syn nie ukrywał radości, bo w ramach premii dostał dobrej marki samochód. Wspomniał, że podczas zakupów uwielbia wypełniać po brzegi koszyk, a potem ładować wszystko do auta. Rozmawialiśmy o tym, co „tu i teraz”. Wyraziłam żal, że tylu wspaniałych ludzi doczekawszy upragnionej wolności, nie może korzystać z jej owoców. Mówiłam również, o moich problemach w spółdzielni mieszkaniowej, trudnościach z pracą, a właściwie jej brakiem. Nagle syn zapytał: i co mamo? Warto było tak się poświęcać?

Pytanie tak zabolało, że przez chwilę czułam się jak znokautowany zawodnik. W milczeniu połknęłam pierwsze łzy i stanowczo stwierdziłam: WARTO, bo mimo wszystko coś się zmieniło. Masz paszport w szufladzie i otwarte granice, korzystasz z kilkunastu programów telewizyjnych, Internetu… Nie musisz spędzać czasu w „kolejkach po życie” i możesz robić zakupy o każdej porze i w każdym miejscu. Ja robiłam to wszystko dla was, bo marzyła mi się Polska, w której bezpieka nie będzie nachodzić najlepszych studentów, aby werbować ich do służby przeciwko człowiekowi. Dziś już nikt nie będzie zmuszał Cię do tajnej współpracy.

Milczeliśmy, a ja błogosławiłam wieczorną porę, bo w mroku nie było widać łez, które wciąż spływały mi po policzkach. Faktem jest, że mój syn nie poznał rzeczywistości politycznej PRL-u. Gdy wybuchła „Solidarność”, miał 9 lat i mógł tylko pamiętać, jak wyglądały sklepy i zakupy na kartki… Po chwili zreflektował się, że głupio wyszło i mnie przeprosił…

Socjaliści  z „Solidarności”

Koniec mitu?

„Solidarność” była nadzieją na trzecią drogę między etatyzmem Wschodu a kapitalizmem Zachodu. Stała się jednak parawanem dla operacji uwłaszczenia nomenklatury, a dziś, gdy wszystko się już dokonało, jest zbędna nawet jako dekoracja w spektaklu władz. W razie problemów ze społeczeństwem zawsze można wyciągnąć islamskiego terrorystę i udawać, że nie wiemy skąd się wziął.

A skąd wzięła się „Solidarność”? Według oficjalnej wersji, robotnicy zrobili strajk zakończony powstaniem „Solidarności” pod wpływem agitacji KOR itp. czy wiadomości o protestach w kraju z Radia Wolna Europa. Z kolei Kościół twierdzi, że „Solidarność” powstała pod wpływem wyboru papieża-Polaka i jego pielgrzymki do kraju. Inni mówią, że była to prowokacja władz, a ściślej tej część, która chciała pozbyć się Gierka i zająć jego miejsce, a nawet zmienić system (uwłaszczyć nomenklaturę) i potrzebowała „protestu społecznego” w walce o wpływy, licząc na to, że tak jak w ‘56 i ‘70 wkrótce wszystko wróci do (nowej) „normy”.

Gdy idzie o inspirację poza-systemową, trzeba jednak spytać, dlaczego nie działało to w innych częściach kraju, szczególnie tam, gdzie sięgał wpływ KOR (Radom, Ursus, Warszawa) czy miała miejsce wizyta papieża, lecz stało się właśnie na Wybrzeżu, szczególnie w Gdańsku? Lawrence Goodwyn w pracy „Jak to zrobiliście?” twierdzi, że Sierpień ‘80 i jego elementy, takie jak strajk okupacyjny, międzyzakładowy komitet strajkowy i żądanie wolnych związków zawodowych, to owoc doświadczeń 35 lat walki robotników z komuną. Nikt im tego nie mógł podpowiedzieć, przeciwnie, i KOR etc., i Kościół robiły wszystko, by strajk poddać, a przynajmniej ograniczyć radykalizm żądań (dowodem cytaty z wypowiedzi prymasa Wyszyńskiego i Kuronia, który jeszcze długo potem mówił, że myślał, iż to niemożliwe i nadal tak myśli).

Nie było więc żadnej inspiracji z ich strony, w najlepszym razie nie przeszkadzali, normalnie rzecz biorąc „samo-ograniczali rewolucję”, w najgorszym byli agenturą systemu. To samo odnosi się do teorii prowokacji ze strony bezpieki, bo nawet jeśli miała miejsce, ruch był już na tyle silny, że sam zaczął pisać scenariusz wydarzeń i trzeba było stanu wojennego i zdrady (agenturalnej części) kierownictwa Związku, by sytuacja wróciła do „normy” i spektakl potoczył się, choćby w przybliżeniu, wg scenariusza władz (układ w Magdalence zaprezentowany przy „okrągłym stole”, uwłaszczenie nomenklatury, zniszczenie miejsc pracy etc.), a i to nie w pełni (nie udało się im zachować, jak w Chinach, pełni władzy i muszą grać w demokrację).

Robotnicy uczyli się ze swych doświadczeń, dlatego w Radomiu, Ursusie i Płocku w ‘76 wyszli na ulice, ale w Gdańsku wtedy i w ‘80 (dzięki doświadczeniu ‘70) woleli strajkować, czego próbowali już w drugiej fazie ‘70 i w ‘71. Jak wyglądała samoedukacja? Jej początek to „wydarzenia poznańskie” ‘56, jednak − inaczej niż w klasycznym ujęciu − walki uliczne to nie początek, lecz koniec tej fazy ruchu. Nie był to spontaniczny protest, a owoc długiej walki, jaką załoga zakładów Cegielskiego toczyła z władzą, od kierowników wydziałów i dyrekcji zakładu po władze lokalne i rząd. Dopiero negocjacje w ministerstwie i złamanie słowa przez ministra zdecydowało o wyjściu na ulice, by przeciw polityce władz zaprotestować „na oczach świata” przy okazji międzynarodowych targów. O ile załoga Cegielskiego zorganizowała się w ciągu miesięcy sporów, inni uczestnicy protestu nie byli doń przygotowani. Część zakładów miała kontakt z Cegielskim, dzięki czemu błyskawicznie przyłączyły się do pochodu, w centrum miasta jednak nikt nie opanował tłumu, co doprowadziło do rozruchów i wyjścia wojska na ulice.

Mimo stłumienia protestu, napięcie w kraju trwało, co wewnątrzpartyjna opozycja wykorzystała w celu usunięcia ekipy rządzącej i zastąpienia jej Gomułką. Na fali walk w łonie partii reaktywowano i ideę samorządu, ale szybko okazało się, że komuna nie lubi „władzy rad”. Obok niechęci Gomułki, który likwidował je i w latach 40., zadecydowała o tym słabość załóg, ich brak doświadczeń i możliwości dzielenia się tym z innymi. To na niszczeniu organizacji społeczeństwa i wymiany między różnymi grupami polega cenzura − nie tylko na kontroli mediów, jak widzi to zainteresowana wolnością słowa inteligencja.

W efekcie na ogół udało się bez oporu zmanipulować, potem zlikwidować rady. Potrzebny był inny pomysł, organizacja ludzi na skalę już nie zakładu, lecz miasta czy całego kraju. Poznań był już na to za słaby, nowa jakość ruchu zjawiła się na Wybrzeżu.

O jego roli decydował charakter pracy w portach – kontakty z robotnikami z innych krajów, co jest regułą w świecie (ruch robotniczy w portach ma radykalniejszy charakter niż w innych zakładach, co dotyczy i górników, ale ci nie są tak otwarci jak portowcy). Pierwsze protesty miały miejsce już w drugiej połowie lat 50., gdy na Wybrzeżu doszło do antyradzieckich wystąpień oraz do strajków ekonomicznych, a nawet groźby akcji solidarnościowej stoczniowców w obronie rybaków, co starczyło, by władze odstąpiły od represji za strajk. Do prawdziwego wybuchu doszło w ’70, gdy w reakcji na podwyżki cen żywności stoczniowcy wyszli na ulice, podpalono komitet partii, rabowano sklepy, doszło do walk z milicją. I tu zaszło coś dziwnego − działacze partii w stoczni, nie chcąc dopuścić do ponownego wyjścia ludzi na miasto, rzucili hasło strajku okupacyjnego. Była to mało już znana broń robotników polskich, odkryta w latach 30. (wraz z Polonią dotarła wówczas do USA, gdzie tę formę walki nazywa się „strajkiem polskim”).

Paradoks polega na tym, że to, co miało ograniczyć ruch protestu, stało się potem jego główną siłą. W Stoczni Gdańskiej robotnicy szybko przejęli władzę w utworzonym przez partię komitecie strajkowym, w Gdyni w ogóle nie wyszli na ulice, od razu zaczęli strajk, powołali też międzyzakładowy komitet strajkowy, choć nieco na wyrost – podobnie jak w Szczecinie, opierał się on na sile paru zakładów, nie całego regionu. MKS rozpoczął układy z władzą lokalną, ale władze centralne aresztowały obie strony, wzywając jednocześnie na przemian do pracy i pozostania w domu, co było najpewniej celową prowokacją – do idących do pracy zaczęto strzelać, doszło do rozruchów, podobnie jak w Szczecinie, choć tam szybko doprowadzono do układów władzy lokalnej z MKS, wojsko i milicja robotnicza wspólnie zaczęły patrolować miasto, a w efekcie sporów w partii Gomułkę zastąpił Gierek, który zrazu próbował zmanipulować robotników (słynne „pomożecie?”) i nie odwołał podwyżki, ale kolejne strajki w Gdańsku, Szczecinie i Łodzi (styczeń i luty) wymusiły ustępstwa. Partia nie zgodziła się na wolne związki zawodowe (już wtedy padło to żądanie), za to dokonano częściowo wolnych wyborów władz oficjalnych związków, dzięki czemu do ich kierownictwa weszli prawdziwi działacze niezależni.

Okazało się szybko, że tak jak w latach 40. i 50. decydowanie przez robotników na dole (rady zakładowe) niewiele znaczy wobec tego, że lepiej zorganizowana partia może swą wolę narzucić na poziomie centralnym, a tam, gdzie nie udawała się manipulacja stosowano represje (działaczy wyrzucano z pracy, zmuszano do emigracji, czasem i zabijano). Z drugiej strony, w Gdańsku zaczął się tworzyć niezależny ruch robotniczy, m.in. na bazie obchodów rocznicy masakry na Wybrzeżu w ‘70. Po rozruchach w ‘76, do których doszło w kilku miastach (znacznie liczniejsze były, o czym mało się wie, strajki w całym kraju) oraz represjach wobec robotników Radomia i Ursusa, opozycja inteligencka w Warszawie zorganizowała najpierw pomoc dla ofiar prześladowań, następnie rzuciła hasło tworzenia WZZ, jednak brak efektów (w Radomiu zgłosił się tylko jeden człowiek) i obawa przed represjami wobec nielicznych działaczy sprawiły, że KOR wycofał się z tego, a nawet wystąpił przeciw komitetom założycielskim WZZ na Śląsku i w Gdańsku. Chcąc dogadać się z reformatorami w partii, robotnikom proponował, by dążyli do opanowania oficjalnych związków (nie mając ich doświadczeń, nie rozumiał, iż to ślepa uliczka, o czym robotnicy przekonali się wiele razy). Tymczasem WZZ i gdańska opozycja wybrali inną drogę niż proponowana przez Warszawę, tworząc własny związek (aż po jego jawne struktury), organizując wydawnictwa i akcje protestacyjne.

Gdy w ‘80 doszło do kolejnych strajków w reakcji na następną podwyżkę cen, byli oni − inaczej niż reszta kraju − gotowi do walki o swe postulaty, znacznie wychodzące poza żądania płacowe. W innych ośrodkach (nawet gdy strajk ogarniał całe miasto, jak w lipcu w Lublinie) wystarczyło dać trochę kasy, by protest się skończył. Natomiast w Gdańsku od razu zażądano, obok podwyżki płac, uczczenia ofiar ‘70 i legalizacji WZZ. Stocznia dostała swoje dość szybko i po dwóch dniach chciano skończyć strajk, ale na prośbę mniejszych zakładów podjęto wbrew nadziei władz strajk solidarnościowy, tworząc MKS, w którym już pierwszego dnia afiliowało się ponad 100 zakładów pracy z regionu gdańskiego. Ważnym momentem była odmowa negocjacji z władzami poza Stocznią oraz włączenie radiowęzła dla ich transmisji, by cała załoga wiedziała, co jest grane (tego właśnie brakło w stanie wojennym, „Solidarność” mogła mimo represji mówić do społeczeństwa, ale społeczeństwo nie mogło mówić do swych przywódców, w efekcie czego układy z władzą stały się dla nich ważniejsze niż realizacja postulatów ludzi, z którymi przestano się liczyć). Pozwoliło to uniknąć manipulacji, budując wzajemne zaufanie strajkujących i dając poczucie siły. Inny element tej organizacji to sieć kurierów, których MKS wysyłał w Polskę. Gdy decydenci pod wpływem rosnącego zasięgu strajku, czyli uderzenia w punkt najczulszy dla władzy opartej o kontrolę produkcji, zdecydowali się na negocjacje z MKS, ten zażądał jako warunku wstępnego zaprzestania represji (zatrzymań i pobić) wobec kurierów i ponownego uruchomienia połączeń telefonicznych z krajem, bo wiedziano, że tylko jawny obieg informacji może uniemożliwić władzy manipulację i rozbicie strajku przez brak zaufania i solidarności (zabawne, że nieświadomy niczego Kuroń myślał, iż obrona „osób wspierających strajk” dotyczy jego i innych członków opozycji a nie kurierów, o których roli mało kto wie do dziś).

Władza musiała ustąpić wobec fali strajków ogarniających cały kraj, ale nie miała zamiaru pogodzić się z istnieniem społeczeństwa zorganizowanego, czyli istniejącego na serio. Sposoby były dwa – sztucznie wywołane przez rząd trudności w zaopatrzeniu (aż po granice głodu) i utrudnienia działań niezależnych oraz ataki na działaczy Związku z prowokacją bydgoską w marcu ‘81 na czele (szło o pobicie członków zarządu regionu „Solidarności” obecnych na spotkaniu z władzą lokalną). O ile na dole Związku prowadziło to do radykalizacji (dążenia do objęcia kontroli nad produkcją przez oddanie zakładów pracy samorządom pracowniczym, jak w latach 40. i 50., czy wręcz pomysły akcji bezpośredniej w postaci strajku czynnego), góra była skłonna do ugody i „samo-ograniczania rewolucji”, w dużym stopniu pod wpływem tzw. doradców (dziś już wiemy, że nie tylko strach był źródłem takiej postawy, ale i praca dla bezpieki). Owocowało to demobilizacją Związku, m.in. przez ciągłe odwoływanie strajku generalnego − warto tu dodać, że strajk generalny, tak jak idea solidarności i organizacja regionalna związku zamiast branżowej, to elementy typowe dla syndykalizmu.

To właśnie ugodowa postawa przywódców opozycji, spopularyzowana pod wpływem agentury, skłoniła władze do ataku na społeczeństwo 13 grudnia 1981 r. (czasem mówi się o „mniejszym źle”, większym była rzekomo interwencja radziecka, ale wg badań nic nie wskazuje na to, by ktoś w Moskwie był do niej gotów, a rzeczywiście „większym złem” w oczach władzy było zorganizowane społeczeństwo i to je wówczas likwidowano). Stan wojenny przerwał po raz kolejny komunikację społeczną. To oraz represje − od strzelania, bicia i więzienia za czynną walkę po głodzenie całego narodu i wydzielanie na „kartki” jak za okupacji wszystkiego, co potrzebne do przeżycia − w ciągu 7 lat doprowadziło do osłabienia samo-organizacji i woli oporu. Gdy władze uznały, że społeczeństwo dojrzało już do operacji, a dłużej czekać się nie da wobec pojawienia się i radykalizacji młodej opozycji, rozpoczęto spektakl „okrągłego stołu”.

Mówię o „spektaklu”, bo wszystko było nie tak: w ‘80/81 władze stawiły zbrojny opór 10-milionowemu Związkowi, w ‘88/89 podjęły negocjacje mimo poddania paru niewielkich strajków w Nowej Hucie i Gdańsku. 13 grudnia Jaruzelski wydał rozkaz strzelania do rodaków w imię „socjalizmu bronionego jak niepodległości”, a w końcu lat 80. sam go likwidował, zastępując neoliberalizmem − najbardziej agresywną formą kapitalizmu: interwencją państwa w interesie biznesu kosztem całej reszty − w postaci „planu Messnera → Rakowskiego → Balcerowicza”, gdy na serio to „Solidarność” z lat 80/81 była jedyną realną szansą na „władzę rad” (mówił o tym jej program „Samorządna Rzeczpospolita”). Dawna „Solidarność” rodziła się oddolnie, natomiast ta druga – z nominacji Wałęsy i tych, którzy za nim stali – robiła za parasol (pamiętamy go z plakatu wyborczego), dzięki któremu można było przeprowadzić operację sprzedaży za bezcen naszych zakładów nomenklaturze partii i opozycji oraz obcemu kapitałowi, a następnie je zlikwidować wszędzie tam, gdzie stanowiły konkurencję dla ich biznesu (nieliczne przypadki, gdy ludzie nie dali się oszukać, próbując samorządności czy oporu przeciw prywatyzacji, łamano siłą, jak w białostockim MZK czy później w Ożarowie).

We współczesnym świecie brakuje formacji demokratycznych – komuna oskarżała kapitalizm o niesprawiedliwość społeczną i bezrobocie, on ją o łamanie praw człowieka i obywatela, a oba systemy zwalczały demokrację pod pozorem, że służy drugiej stronie czy anarchii (dziś służy temu „walka z terroryzmem”). Nie doceniała ruchu robotniczego i inteligencja, wierząc, iż chodzi mu o kasę, a nie o wolność i demokrację. Dla inteligencji „lewicowość” polega nie na obronie biednych, lecz na potępianiu systemu za jego konserwatyzm w sprawach obyczajowych, więc starczy być za przerywaniem ciąży i ślubami gejów, by uchodzić za lewicę nawet wtedy, gdy broni się neoliberalizmu, jak np. SLD. Dziś, póki co, jest inaczej – trochę biedą a trochę manipulacją mediów doprowadzono do tego, że robotnicy walczą o kasę na konsumpcję, co jest akceptacją systemu (gdyby szło o demokrację w ekonomii, samorządną rzeczpospolitą – znów grałoby to zasadniczą rolę w walce z systemem). Zatem zadymy i niezależne media (to w praktyce to samo) nic nie dają, bo wolno to robić – pogłębia się tylko szum informacyjny rynku.

Pomysłem byłaby solidarność, strajki o zasadę a nie kasę, ale nie ma na to chętnych. Równie trudno ją uzyskać z drugiej strony, jako konsument (nie producent) w postaci bojkotu rynku. Dziś w system łatwiej byłoby ugodzić takim „strajkiem”, być może „czynnym” (samodzielne robienie tego, czego potrzebujemy, zamiast kupować na rynku), co idzie zresztą ku przywróceniu bazy dla dawnej demokracji, gdzie człowiek sam dla siebie produkował towary, kulturę i system. Póki co ogół woli ofertę rynku – „kup”!

W efekcie nie tylko inteligencja nie umie już sama wydawać „bibuły” i czeka na dotacje od rządu czy fundacji, albo że ktoś jej coś wyda i opłaci prawa autorskie etc., ale i rolnik „umiera z głodu”, gdy nie kupi jedzenia w sklepie. Stąd i skupienie słabnącego ruchu związkowego na walce o kasę na konsumpcję (czy przeżycie?) zamiast walki o samorząd pracowniczy. Czy idea „Solidarności” jest już tylko historią i największa szansa ustanowienia rzeczywistej demokracji stała się kolejnym mitem (a może i to nie, przynajmniej u nas, przez rozczarowanie tym, co się stało po ‘89)?!

Socjaliści  z „Solidarności”

Wielki ruch, mierni przywódcy

Z perspektywy 25 lat wyraźnie widać, że „Solidarność” nie miała szczęścia do przywódców. Można posłużyć się obrazowym przykładem statku, którego ster dzierżyli ludzie nie mający pojęcia o zasadach żeglugi, a na dodatek wcale nie troszczący się o to, by statek dopłynął do celu oczekiwanego przez załogę i pasażerów. „Solidarność” była wielkim ruchem, któremu zabrakło wielkiej myśli.

Spontanicznie ukształtowany na fali strajków sierpniowych, dziesięciomilionowy związek był wielkim narodowym zrywem, wyrazem odrodzenia moralnego, kondensacją ogromnej i rzadko spotykanej w dziejach energii obywatelskiej. Niestety, rozwój programowy „Solidarności” zatrzymał się na poziomie pierwiastkowych 21 postulatów oraz utopijnych koncepcji samorządowych. Z tego względu, w miarę upływu czasu pogłębiał się rozdźwięk między potocznym obrazem ruchu, wyrażającego aspiracje milionów Polaków, a dynamicznie zmieniającą się rzeczywistością. Ostateczne pęknięcie nastąpiło w latach 1988-1989, kiedy – paradoksalnie – pogrzebane zostały idee „Solidarności”, choć ludzie stojący na czele Związku znaleźli się na szczytach władzy. Odtąd mamy do czynienia z wielką mistyfikacją polegającą na tym, że przywódcy prawicy dążą do objęcia władzy i do zrealizowania obcego większości społeczeństwa projektu liberalnego, ale oba te cele mniej lub bardziej starannie ukrywają pod hasłami wspólnotowymi, „reformatorskimi” i antykomunistycznymi.

Chcę wyraźnie zaznaczyć, że zdecydowanie pozytywnie oceniam pierwszą „Solidarność” z lat 1980-1981. Był to, zdaniem prof. Zdzisława Krasnodębskiego, wolnościowy ruch republikański, uznający prymat więzi narodowej nad podziałem na władzę i społeczeństwo. Z kolei Roman Baecker podkreśla dwie cechy ówczesnej „Solidarności”: prymat moralności nad polityką oraz demokratyzm. Bez wątpienia, wielomilionowy ruch był zjawiskiem różnorodnym i złożonym. Występowały w nim niekiedy tendencje sprzeczne ze sobą. Jednakże pewne cechy były dominujące i one stanowiły o istocie tego ruchu. „Solidarność” wyznawała zasadę solidaryzmu społecznego, a zatem myślenia i działania w kategoriach wspólnotowych. „Solidarność” była ruchem patriotycznym i obywatelskim, a dopiero na drugim planie – demokratycznym. „Solidarność” była ruchem kierującym się zasadami rozwagi i odpowiedzialności, poszanowania praw człowieka i wolności twórczej. Największą słabością ówczesnego ruchu był brak koncepcji gospodarczych. Utopijne idee „Rzeczpospolitej samorządnej” prowadziły donikąd.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, elity wywodzące się z „Solidarności” i aspirujące obecnie do rządzenia państwem, porzuciły dawniej wyznawane poglądy i wartości. Najpierw przejęły wzorce liberalizmu gospodarczego, utożsamiając „reformy” z operacjami finansowymi na wielką skalę, a następnie zaczęły kierować się zasadami materializmu i pragmatyzmu w dziedzinie politycznej.

Pierwsze pęknięcie miało miejsce już jesienią 1981 roku. W tym momencie nastąpiło przewartościowanie stosunku do władzy, którą uznano za najważniejszego przeciwnika. Po wprowadzeniu stanu wojennego, antykomunizm stał się prymarnym wyznacznikiem linii politycznej, usuwając na drugi plan poczucie więzi narodowej. Uznanie władzy za wroga prowadziło do odejścia od fundamentów pierwiastkowej „Solidarności”, dążącej do pojednania narodowego, do zgody pomiędzy wszystkimi Polakami. „Posłanie do narodów Europy Wschodniej”, uchwalone na I zjeździe „Solidarności”, w ówczesnych warunkach oznaczało zerwanie z zasadą rozwagi i odpowiedzialności. Radykalizm rozmijał się z realiami i nosił znamiona niebezpiecznego awanturnictwa. W przeddzień wprowadzenia stanu wojennego, Jacek Kuroń lansował koncepcję stworzenia „Rządu Tymczasowego”.

Nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać czy wybielać poczynań ówczesnego rządu komunistycznego. Tragedia „stanu wojennego” polegała na tym, że obie strony konfliktu popełniały rażące błędy i wykazały się małością, jeśli nie „karłowatością” polityczną. Charakterystyczne jest to, że broniąc się przed krytycznymi osądami, obecnie obie strony gotowe są nawet do przezwyciężenia wzajemnych urazów i wzajemnego wspierania się, czego symbolicznym przykładem była tegoroczna rozmowa telewizyjna Lecha Wałęsy z Wojciechem Jaruzelskim, podczas której legendarny przywódca Związku usiłował uzyskać od generała Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego… „świadectwo moralności”.

Po wprowadzeniu stanu wojennego, reżim wojskowo-milicyjny zdławił wielomilionowy ruch obywatelski. Zepchnięta do podziemia „Solidarność” była już tylko szkieletem dawnego ruchu. Przez 7 lat działaczom „Solidarności”, „Pozostawało trwanie, uparte dążenie do zachowania tożsamości, do przechowania rudymentarnych elementów podmiotowości społecznej, czekanie na lepsze czasy, być może ad calendas Graecas” (Roman Baecker). W sprzyjających okolicznościach 1988 r. przystąpiono do odgórnej rekonstrukcji ruchu. Jednak wykreowana pod szyldem „Solidarności” elita, która sięgnęła w 1989 r. po władzę, niemal całkowicie odeszła od idei wyartykułowanych w Sierpniu ‘80. Zdaniem Zdzisława Krasnodębskiego, projekt III Rzeczypospolitej nie nawiązywał już do idei „Solidarności” i myśli dawnej opozycji politycznej. Elita wywodząca się z dawnej „Solidarności” przejęła jako swoją, koncepcję liberalizmu gospodarczego, realizowaną już przez rządzących komunistów, o czym świadczy wprowadzona w 1988 r. przez Mieczysława Rakowskiego ustawa o wolności gospodarowania. Sejm, w którym większość mieli członkowie PZPR, uchwalił pakiet reform Leszka Balcerowicza. Począwszy od 1989 r. związek zawodowy „Solidarność” popierał i firmował rządy realizujące program liberalny. Dość powiedzieć, że za rządów Akcji Wyborczej Solidarność nastąpiła gigantyczna, największa w historii III RP wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw.

Zanim przystąpię do generalnej charakterystyki systemu zbudowanego 25 lat po Sierpniu, chcę podkreślić, że dzięki sprzyjającym okolicznościom geopolitycznym, Polacy zyskali niepodległość oraz możliwość zaprowadzenia ustroju demokratycznego. Niezależnie od tego, czyja to zasługa, odejście od modelu komunistycznej gospodarki sterowanej, było bezwzględną koniecznością. Nawet zastąpienie marksizmu quasi-religią liberalną było zmianą na lepsze.

Pisałem już w innym miejscu, że dzisiejszy światopogląd liberalny nosi w sobie wiele cech świeckiej religii. Religie głoszą objawione i niepodważalne prawdy. W dzisiejszej Polsce każdy, kto ośmieli się skrytykować guru, czyli Balcerowicza, podlega atakowi i potępieniu jako heretyk, a każdy, kto nie wykazuje odpowiednio „pobożnej” postawy względem liberalizmu jest „socjalistą”, jak niedawno oświadczył Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej. W Polsce po 1989 r. miejsce „Solidarnościowej” wspólnoty zastąpiła „liberalna” jednostka, miejsce „Solidarnościowej” samorządności – „liberalne” „reguły rynku”, a „Solidarnościową” podmiotowość społeczną „niewidzialna ręka rynku”, wprawiana w ruch przez „odgórną politykę rządu”. W konsekwencji, jak trafnie pisze Jerzy Mikołowski-Pomorski: „Polacy zaczęli dbać o swoje jednostkowe, rodzinne czy klasowe interesy, przypisanie stało się ważniejsze od osiągnięć, zaś dążenie do przyspieszonego bogactwa wniosło zjawisko korupcji na większą skalę”. Reasumując, III Rzeczpospolita jest państwem pod wieloma względami lepszym od PRL, ale nie jest państwem zbudowanym w oparciu o idee pierwszej „Solidarności”.

Zapewne inne rozwiązanie nie było możliwe. „Solidarność” wyłoniła grono przywódcze spośród ludzi skażonych komunizmem i PRL-em. Byli to ludzie o często szlachetnych intencjach, ale nie potrafiący się poruszać w skomplikowanej sferze polityki, nie mający odpowiedniego hartu ducha, by sprostać trudnym wyzwaniom lat 80. i 90. Po siedmiu latach posuchy, ludziom tym niejako podarowano władzę „na talerzu”, bo tylko oni mogli zagwarantować pokojowy charakter transformacji ustrojowo-gospodarczej. Pokusa szybkiej kariery, zmęczenie statusem obywateli drugiej kategorii, rozmaite uwikłania: oto podglebie, na którym wyrośli dzisiejsi liberałowie i „wybitni” – we własnym mniemaniu – przywódcy. „Solidarność” została spacyfikowana. Najpierw autentyczną tożsamość „Solidarności” zastąpiono tożsamością narzuconą. Potem nastąpiło „wkomponowanie” działaczy opozycyjnych w skład elity rządzącej.

Uważam, że można bronić poglądu, iż ze zrozumiałych względów w latach 90. nie było alternatywy dla rządów elit wywodzących się na przemian z PZPR lub z „Solidarności”. Natomiast zdumienie budzi fakt, iż ludzie, którzy stanęli na czele „Solidarności” w 1980 roku, wciąż – po upływie 25 lat – pozostają prominentnymi postaciami polskiego życia publicznego. Z upływem lat coraz rzadziej wspominają o ideach Sierpnia i o milionach osób współtworzących ówczesną „Solidarność”, natomiast coraz częściej eksponują dokonania własne oraz kilku swoich kolegów. Każda władza potrzebuje legitymizacji. Ludzie obecnej prawicy posługują się szyldem „Solidarności”, choć w praktyce głoszą poglądy mające niewiele wspólnego z ówczesnym ruchem.

Rozmiary owej gigantycznej mistyfikacji powiększają się z każdym rokiem. Rządy Akcji Wyborczej Solidarność miały być antidotum na bratający się z komunistami rząd Tadeusza Mazowieckiego, oskarżany o korupcję rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego, nieudolny rząd Jana Olszewskiego, mgławicowy rząd Hanny Suchockiej, nie mówiąc już o rządach koalicji SLD-PSL w latach 1993-1997. W praktyce rząd Jerzego Buzka zrealizował najczarniejszy scenariusz, jeśli chodzi o skalę nieudolności (nieudane „reformy”), korupcję, brak wizji politycznej. Ten rząd – firmowany przez „Solidarność” – kontynuował liberalną politykę poprzednich rządów prawicowych, ale jednocześnie otaczał opieką machinę biurokratyczną. Dzisiejszy liberalizm polega bowiem na walce z ideą solidarności społecznej i redystrybucji dóbr, ale wcale nie jest walką z biurokratycznym państwem. Biurokratyczne państwo, gąszcz przepisów, skomplikowane i zmieniające się jak w kalejdoskopie procedury, tworzą labirynt, po którym sprawnie poruszają się jedynie wybrani, mający dostęp do władzy i transferujący pieniądze publiczne do prywatnych kieszeni. Wielkie fortuny i wielkie kariery w Polsce powstają przeważnie na styku polityki z gospodarką. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że związek „Solidarność” oraz ZChN dość skutecznie stępiały ostrze liberalnej polityki, choć w żaden sposób nie umniejszyły skali korupcji i psucia państwa.

Pod koniec kadencji politycy, którzy odgrywali znaczącą rolę w AWS, dokonali jeszcze większej mistyfikacji, opuszczając Akcję i tworząc nową partię polityczną, Platformę Obywatelską. Dzięki temu udało im się uniknąć poniesienia politycznej odpowiedzialności za lata rządów AWS; obecnie aspirują oni do objęcia władzy w Polsce. W odróżnieniu jednak od wcześniejszych wyborów, tym razem z otwartą przyłbicą głoszą hasła liberalne, nawet nie zamydlając ich koncepcjami „masowej i powszechnej prywatyzacji”. Ich liberalizm wyraża się pragmatyzmem aż „do bólu”. Na koniec zadajmy jeszcze pytanie, dlaczego Platforma przyjęła do swego grona osoby jednoznacznie kojarzone z AWS, np. Jerzego Buzka czy Marka Biernackiego. Albo osoby te, pełniąc wcześniej funkcje rządowe, były sympatykami liberalizmu, czyli mówiąc wprost: wprowadzały w błąd opinię publiczną i wyborców, albo też osoby te gotowe są zmieniać swe poglądy, byle tylko utrzymać się „na fali”. Obie odpowiedzi bardzo źle świadczą o Platformie Obywatelskiej: albo jest to partia, której zwolennicy (vide: Buzek i Biernacki) odgrywali w AWS dominującą rolę, albo też jest to partia, w której nie traktuje się poważnie przywiązania do poglądów politycznych.

Wkrótce po jesiennych wyborach, 25 lat od Sierpnia władzę w Polsce najprawdopodobniej obejmą liberałowie „z krwi i kości”. Nie zabraknie w ich gronie licznych przywódców „Solidarności”. Inni historyczni przywódcy Związku i prawicy dołączą do nich jako partia współrządząca. W ten sposób dotychczasowa elita utrzyma swą pozycję. Nie ulegną zmianie mechanizmy funkcjonowania systemu. Partie będą partiami tylko z nazwy, bo w rzeczywistości są bezprogramowymi i pozbawionymi dalekosiężnych wizji komitetami wyborczymi. Jak długo jeszcze?

Socjaliści  z „Solidarności”

Solidarność: za nami czy przed nami?

Nigdy nie zapomnę tamtych dni i nocy spędzonych w strajkujących stoczniach. To były szczególne momenty w mojej działalności zawodowej, ale i w życiu.

Przez ponad dwa tygodnie żyłem w stoczniach, spałem tam – co prawda nie na styropianie, lecz na łóżku polowym, które robotnicy oddali do mojej dyspozycji – ale właściwie nie spałem, bo dyskusje ze stoczniowcami toczyły się prawie non stop. I była to także lekcja pokory. Myślałem wówczas, że znam już Polskę i byłem przekonany, że polska klasa robotnicza była raczej apolityczna, nie bardzo się znała na sprawach świata, a tu miałem najciekawsze rozmowy, jakie kiedykolwiek toczyłem w życiu, ze wspaniałymi, inteligentnymi i świadomymi młodymi ludźmi!

Na początku było nas tylko trójka korespondentów zagranicznych: Renata Marsch z DPA, Chris Bobinski z „Financial Times” i ja. Dopiero kilka dni później pojawiły się całe ekipy z prasy światowej. My w pierwszych dniach nie mieliśmy jeszcze nawet kart prasowych, rozdawanych później, lecz jedynie stempel na przyciętym kartoniku. To nie było łatwe działanie dziennikarskie. Połączenia telefoniczne między Gdańskiem a światem były zablokowane. Musiałem więc dzień po dniu pędzić rano do Warszawy, napisać artykuł i wysłać go do Francji, aby natychmiast wracać jak szybko tylko można do Gdańska. Ale nie czuło się zmęczenia. Byłem przekonany, że jestem świadkiem nowego początku, nie tylko dla Polski, ale dla świata całego, nowego, zupełnie innego podejścia do spraw gospodarki i polityki, które wreszcie miały być oparte na szacunku dla godności człowieka!

15 sierpnia byłem w Częstochowie, aby wysłuchać kazania Prymasa Wyszyńskiego, który wspierał robotników nawołując jednocześnie do roztropności. Następnego dnia mój pierwszy faktyczny kontakt z rzeczywistością w stoczniach nastąpił przed drzwiami słynnej sali BHP. Tam ostro kłócili się Lech Wałęsa z Andrzejem Gwiazdą. Wałęsa już ogłosił zakończenie strajku. Gwiazda był wściekły, chciał oczywiście kontynuować akcję. Krzyczeli na siebie. Na szczęście w tym momencie przyjechały delegacje z innych zakładów Wybrzeża, informując o tym, że zaczęły strajki solidarnościowe. Wałęsa zrozumiał i zmienił zdanie.

Było fantastycznie obserwować jak żądania się zmieniały, stały się coraz poważniejsze, mądrzejsze, głębsze. Na początku było żądanie przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz. Jej wyrzucenie było ewidentną prowokacją. Decyzja była powzięta podczas nieobecności dyrektora Gniecha przez kogoś z działu kadr. Jest rzeczą fascynującą, że wydarzenia, które zmieniły świat były na początku prowokacją ubecko-partyjną. Zresztą wszystkie niepokoje społeczne w Polsce komunistycznej, i w 1970, i w 1956, i w innych przypadkach, były zainicjowane prowokacjami, oczywiście padającymi na bardzo podatny grunt. Po prostu aparat partyjny nie miał innego, demokratycznego sposobu pozbycia się rządzącego przywódcy. Tak było też w 1980 r., gdy fala strajków zaczęła się w zakładach przemysłu wojskowego w Świdniku, pod ostrą kontrolą partii i SB.

Tak samo było na Wybrzeżu. Niełatwo o tym mówić i każdy tego unika. „Solidarnościowcy” nie chcą dopuścić do świadomości, że wydarzenia, które zmieniły świat zaczęły się dziać, choćby częściowo, w efekcie ubeckiej prowokacji; z drugiej strony postkomuniści nie chcą się do niej przyznawać. Faktem jest jednak, że istniała wówczas faktyczna zbieżność interesów między Wałęsą (który utożsamiał się z protestem robotniczym) a częścią aparatu SB i partii. Ci ostatni chcieli się pozbyć Gierka i myśleli, że akcja stoczniowców do tego doprowadzi. I doprowadziła. Nie liczyli się tylko z tym, co potem nastąpiło. Tak jak wiele lat później Gorbaczow się przeliczył zgadzając się na upadek Paktu Warszawskiego i samego Związku Radzieckiego, iluzorycznie myśląc, że to jedyny sposób na ratowanie istotnej części komunistycznej władzy.

A więc pierwszym żądaniem stoczniowców było przywrócenie do pracy pani Anny. Potem domagano się wzrostu płac, o 1000 a później o 2000 złotych, następnie postulat zalegalizowania niezależnych związków zawodowych, później słynne 21 postulatów, z wołaniem o uczciwość mediów na trzecim miejscu. Od żądania związanego z konkretną sprawą przeszli najpierw do postulatów ekonomicznych, później do politycznych (wolne związki), a wreszcie było wołanie o nową cywilizację człowieka. Stoczniowcy nie byli nawet przeciwko socjalizmowi, byli zupełnie obok, gdzie indziej. Oni jako pierwsi, a może jedyni, intuicyjnie pojmowali naukę Jana Pawła II. Była pełna osmoza między nimi a papieżem. Doprowadzili do rewolucji, nie tylko nie wybijając żadnej szyby, ale modląc się na kolanach i z Matką Boską na klapie i w sercu!

Robotnicy z Gdańska czuli, że dokonują „dzieła boskiego”. Dlatego więc, jak nawoływał Ojciec Święty, nie lękali się, nie znali już strachu. Wydawało się, że nie mają najmniejszych szans, że Polska jest rządzona przez partię komunistyczną, jest częścią Paktu Warszawskiego i że tak pozostanie. A oni domagali się Polski, gdzie zatriumfują wartości chrześcijańskie, gdzie nauka społeczna papieża stanie się faktem. Działali według zasady wyrażanej przez niemieckiego pisarza Hermana Hessego: „jeżeli chcesz osiągnąć to, co możliwe musisz dążyć do niemożliwego”. Dążyli i osiągnęli, nawet jeżeli na krótko.

Właściwie – i mówię o tym z bólem – sprawa zaczęła się psuć już 23 sierpnia, wraz z przyjazdem „ekspertów”, intelektualistów warszawskich. Nie dlatego, że nie byli ludźmi godnymi szacunku i że nie chcieli dobrze. Ale myśleli już utartymi schematami, do których przywykli wiele lat temu. Nie mieli tej świeżości myślenia stoczniowców, nie mogli jak oni intuicyjnie wyczuć sensu przekazu papieskiego. Od momentu, kiedy wzięli rzeczy w swoje ręce, sprawy zaczęły wracać jakby do „normy”, na utarte szlaki, niezwykłość wybuchu robotników zaczęła gasnąć. Poza tym, jak uczciwie opisała to Jadwiga Staniszkis, negocjacje zaczęły się toczyć wówczas już między „kolegami”, którymi byli eksperci z obu stron, rządowej i strajkującej. To był już przedsmak późniejszych negocjacji Okrągłego Stołu. Świeżość i niezwykłość akcji robotniczej została więc bardzo szybko jeżeli nie zdradzona, to przynajmniej zagubiona.

Mimo to program pierwszego zjazdu „Solidarności” w 1981 r. był jeszcze oryginalny i pryncypialny. Zgadzam się, ale tylko częściowo, z oceną Jana Skórzyńskiego, który pisze („Rzeczpospolita” z 30-31 lipca 2005 r.), że Samorządna Rzeczpospolita, o którą w tamtym programie chodziło, „miała wiele wspólnego z socjalistycznymi utopiami, znacznie mniej z modelem wolnorynkowej, zachodniej demokracji”. I tak, i nie. Tak mogli sądzić „doradcy”, myślący tradycyjnie, ale nie robotnicy. Jasne, że nie chcieli kapitalizmu zachodniego, ale na dobrą sprawę o socjalizmie właściwie przestali myśleć.

Byli już w pełnej osmozie z Janem Pawłem, który pisał w encyklice „Sollicitudo rei socialis”, że społeczna nauka Kościoła „jest krytyczna zarówno wobec kapitalizmu, jak i wobec kolektywizmu marksistowskiego. Rozpatrując bowiem rzecz z punktu widzenia rozwoju, trudno nie postawić pytania, jak i na ile oba systemy są zdolne do przemian i odnowy, tak aby ułatwić lub popierać prawdziwy i integralny rozwój człowieka i ludów we współczesnym świecie”. Tak jak papież napisze później („Centesimus Annus”), wyczuli już, że „nie do przyjęcia jest twierdzenie, jakoby po klęsce socjalizmu realnego, kapitalizm pozostał jedynym modelem organizacji gospodarczej”, zwłaszcza, że „niedostatki kapitalizmu w dziedzinie humanitarnej, prowadzącej do dominacji rzeczy nad ludźmi, bynajmniej nie zanikły”. W rzeczy samej, robotnicy od samego początku wiedzieli, w odróżnieniu od swoich doradców, że należy w ogóle przestać myśleć kategoriami typu „socjalizm – kapitalizm”, że należy wreszcie myśleć i działać na innej płaszczyźnie, gdzie alfą i omegą, początkiem i końcem, musi być po prostu dążenie do szacunku dla godności osoby ludzkiej, co wymaga i afirmacji zasad moralnych, i sprawiedliwości społecznej (co ludzie małej wiary i rozumu nazywają tendencjami raz „lewicowymi” a drugi „prawicowymi”). Jak pisał Jan Paweł II w „Sollicitudo rei socialis”: „nauka społeczna Kościoła nie jest jakąś »trzecią drogą« między liberalnym kapitalizmem i marksistowskim kolektywizmem, ani jakąś możliwą alternatywą innych, nie tak radykalnie przeciwstawnych wobec siebie rozwiązań: stanowi ona kategorię niezależną.

Do takiego świata człowieka dążyli ludzie Sierpnia. Co mieliśmy potem? Wiadomo: stan wojenny, ponure lata i Okrągły Stół. Moment przełomowy, ale niejednoznaczny. Kompromis (a w każdym kompromisie jest trochę kompromitacji) między „Solidarnością” a komunizmem. Dramatem jest, że na pewno nie było innej drogi do demokracji, a jednocześnie ta droga nosiła w sobie wszelkie zalążki przyszłych ułomności i upadków. Niestety demokracja przyszła do Polski nie wtedy, gdy o to walczyła, ale kiedy „Solidarność” była mocno osłabiona. Nie była w żadnym wypadku zwycięstwem opozycji (nie warto utrzymywać na ten temat fałszywej legendy), lecz „podarunkiem” skończonego i wykończonego systemu, który wręcz implodował.

„Solidarność” zwyciężyła nie odniósłszy zwycięstwa. Pozwoliła postkomunistom kontrolować (jak mamy dziś) 2/3 nowego biznesu i połowę administracji. Robak był od początku w jabłku. Z drugiej jednak strony Polska otrzymała 15 lat imponującego rozwoju i stała się uznaną demokracją, ważnym krajem Unii Europejskiej. Skok przełomowy, którego znaczenia i wartości nikt nie kwestionuje. A jednak!

A jednak niewiele zostało z ideałów Sierpnia. I stało się tak przy walnym udziale Zachodu. Pamiętam szokującą rozmowę, którą przeprowadziłem w 1991 r. z ważną osobistością z Europy Zachodniej. Człowiek ten bez zażenowania powiedział mi już wtedy: „Czas aby Polacy skończyli z tą »Solidarnością«! Wspieraliśmy ten ruch, bo to była skuteczna broń w walce z komunizmem, ale bądźmy poważni, to nie ma już racji bytu!”. Właściwie – i chyba słusznie – Zachód był tak samo przerażony ideałami Sierpnia, jak komuniści…

Zamiast gospodarki i polityki opartej na szacunku dla godności człowieka mieliśmy i mamy więc cywilizację konsumeryzmu, materializmu, hedonizmu i zagubienia. Mamy postęp materialny, ale coraz większe nierówności społeczne. Mamy 15% zamożnych i połowę rodzin żyjących poniżej minimum socjalnego. Mamy plagę 20% bezrobocia. Mamy najlepsze fabryki sprzedane potentatom z Zachodu, mamy banki i media pod kontrolą kapitału zagranicznego. Mamy wszechogarniającą korupcję. Czy tego chcieli wspaniali stoczniowcy Gdańska i Szczecina?

Ale czy to już koniec? Przemawiając w Sejmie w 1999 r., Ojciec Święty podkreślił, że owszem należy „podziękować Bogu za zmiany, które nastąpiły w Polsce /…/ w imieniu wolności i solidarności”, ale zaraz dodał: „zasady moralne tych walk [o wolność] muszą NADAL inspirować życie polityczne, tak aby demokracja została ugruntowana na mocnych wartościach moralnych, jak rodzina, życie ludzkie, praca, oświata, troska o najsłabszych”. Papież w tym samym przemówieniu powiedział też, że pamięć o etosie „Solidarności”, „winna DZIŚ oddziaływać w większym stopniu na jakość polskiego życia zbiorowego, na styl uprawiania polityki czy jakiejkolwiek działalności publicznej”. A więc program mamy. I to program na przyszłość! „Solidarność” bowiem nie jest za nami. Jest przed nami!

Nie wątpię, że tak samo jak ongiś „Solidarność” rozprawiła się z nieludzkim materializmem komunistycznym, tak samo „Solidarność” jutro rozprawi się z nieludzkim materializmem neoliberalnym. Ta walka nas czeka.

Polska przecież wyznaczyła nowe drogi rozwoju dla całego świata, i poprzez ideały Sierpnia, i poprzez naukę Jana Pawła II, obie nierozerwalnie połączone. Czas aby na nowo Polska stała się Polską, czyli przykładem i inspiracją dla świata, świata, który coraz bardziej odczuwa potrzebę, głód cywilizacji człowieka, cywilizacji solidarności, cywilizacji miłości. Utopia? Tak, ale nie bardziej niż utopią była walka stoczniowców pewnego upalnego sierpnia 25 lat temu.

Socjaliści  z „Solidarności”

Wierność i zdrada

W przeddzień wprowadzenia stanu wojennego, w Zarządzie Regionu fotografowaliśmy z Romanem Labą (Amerykanin, wykładowca socjologii) moją książkę o Grudniu ’70, a ściślej tę część, którą udało mi się napisać. Przeczytał ją tego dnia u mnie w domu, a dowiedziawszy się, że nie mam kopii, zawiózł mnie do Gdańska i właśnie to nadrabialiśmy. Był wieczór, w budynku ledwie kilka osób, fotografowanie trwało długo i Roman powiedział, przedrzeźniając ówczesne doniesienia prasowe: „Do ostatniej chwili w gdańskim Zarządzie Regionu knuli amerykański szpieg i solidarnościowa ekstremistka”. Potem, już w kryminale, zastanawiałam się, dlaczego mnie to wtedy rozśmieszyło. Pewnie z tej samej przyczyny, dla której śmialiśmy się z piosenki „Wejdą, nie wejdą”. Żyliśmy na wulkanie, mieliśmy tego świadomość, a mimo to byliśmy szczęśliwi. I dumni, bo znaleźliśmy sposób przeciwstawienia się wrogowi, bez strzałów i zabijania. Mnie się wtedy wydawało, że wystarczy ujawnić prawdę, a nawrócą się nawet ludzie wysługujący się Kremlowi.

Gdzieś w połowie roku 1981 zwróciłam się do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku o dostęp do ich materiałów archiwalnych z grudnia 1970 roku. Sformułowałam pismo, podpisał je kierownik naszego zespołu Janusz Krupski i poszłam na Okopową. Człowiek w dyżurce na dźwięk słowa „Solidarność” natychmiast chwycił słuchawkę, zadzwonił wyżej, przybiegł jakiś inny facet, obejrzał mnie, a ja z uciechą przyglądałam się zamieszaniu, jakie to słowo wywołało. Facet, który mnie oglądał, wrócił i zaprowadził do pani major (chciałam rozmawiać z komendantem, ale powiedziano, że to niemożliwe). Pani major twarz miała ściągniętą, była zimna i oficjalna. Podałam jej pismo – przeczytała i powiedziała z rozluźnioną twarzą: jakie ładne pismo. Zbaraniałam. Było najzwyczajniejsze, zwykła prośba o dostęp do archiwum. Pani major opowiedziała mi, że mają własną kronikę z tamtego okresu, że wiele milicyjnych rodzin wtedy ucierpiało – wyraziłam chęć zapoznania się z tymi materiałami, ona na to, że musi przedyskutować z szefem itd. Była to już normalna rozmowa i w jej trakcie zrozumiałam, że milicjantka tak była nasączona propagandą o krwiożerczym stosunku „Solidarności” do MO, że w piśmie szukała obelg i kategorycznych żądań, dlatego tak ją zdziwiło zawarte w nim słowo „proszę”. Do następnego spotkania nie doszło, nie było też odpowiedzi w sprawie archiwum.

Gdy przy innej okazji rozmawiałam o Grudniu ’70 z pewnym esbekiem, powiedział, że nasze domaganie się prawdy to zwykła obłuda, bo gdybyśmy naprawdę jej chcieli, napisalibyśmy, że zginęło wtedy wielu milicjantów. – Dlaczego nikogo z nich nie ma na tablicy przy pomniku? – spytał z goryczą. – Owszem, jest – odpowiedziałam – Marian Zamroczyński, zomowiec, wasi szefowie twierdzą, że więcej ofiar wśród milicjantów nie było. – No nie wiem – mruknął, a ja czując, że zachwiała się w nim wiara w prawdomówność szefów spytałam, z jakiej to racji na tablicy poświęconej poległym stoczniowcom miałby być milicjant? On jednak nie podjął tego tematu.

Właśnie takie rozmowy, a było ich mnóstwo, kazały mi uwierzyć, że wystarczy ujawnić prawdę, a system sam się rozleci. Potwierdzała to także walka tocząca się na łamach gazet, z której jasno wynikało, jak bardzo komuniści boją się jej ujawnienia. I to nie jakichś tam przestępstw gospodarczych popełnianych przez wysoko stojących funkcjonariuszy państwowych, tylko prawdy o tym, że wszyscy oni są na usługach Kremla. Czy ten oczywisty fakt był dla kogoś w Polsce tajemnicą? Ani trochę, ale panujący strach kazał udawać, że jest inaczej, skupiać się na istniejących drobnych elementach suwerenności, traktować rządzących tak, jakby reprezentowali naród. Ten strach powodował np., że unikano rozmów o Katyniu. Gdy przed Sierpniem rozmawiałam z ludźmi na ten temat, mówili, że to chyba jednak zrobili Niemcy, zresztą no cóż, takie rzeczy się na świecie zdarzają, wojna to wojna. Po Sierpniu ci sami ludzie doskonale wiedzieli, kto popełnił ten mord i głośno domagali się sprawiedliwości. Wokół zbierała burza, z Kremla dochodziły grzmoty, a my czuliśmy rozpierającą serca radość wolności. I takiej wspólnoty, że dzielenie się jedzeniem, a nawet pieniędzmi, było rzeczą oczywistą.

Stało się wtedy coś jeszcze ważniejszego. W przeddzień stanu wojennego przyjechał do mnie z Nysy pewien mężczyzna, by z powodu zbliżającej się rocznicy Grudnia ’70 zrobić artykuł do tamtejszej gazetki. Reprezentował tzw. ruch poziomy wewnątrz PZPR i chciał towarzyszom przybliżyć to, co się na Wybrzeżu wtedy działo. Spytałam, czy się nie boi tak jawnie występować przeciw partyjnemu betonowi. Odpowiedział, że się boi, ale ojciec był w AK, a on ma kilkuletniego syna i gdy zapyta go po latach: a gdzieś ty wtedy był, tato – nie będzie się wstydził odpowiedzi. W ciągu paru miesięcy stracił znaczenie wykręt tak świetnie podchwycony przez Mariana Załuckiego: „Mówią, że Pałac Kultury to szpeci, a ja nie, mnie się podoba, ja mam żonę i dzieci”. Wróciło poczucie honoru i odpowiedzialności.

Ów młody mężczyzna tłukł się pociągiem kilkanaście godzin tylko po to, by napisać prawdę, bo – jak wyjaśnił – faceci, którzy w 1970 r. byli w wojsku, opowiadają jakieś bzdury. Wiem, co mogli opowiadać. Pracownik gdyńskiej stoczni, Adam Gotner, w grudniu 1970 r. trafiony został serią sześciu kul. Wieziony do szpitala odzyskał przytomność w momencie, gdy drzwi nyski, w której leżał z innymi rannymi, otworzył wymachujący pistoletem i ryczący coś po niemiecku podporucznik. Adam przeżył cudem (oraz dzięki wspaniałej postawie i umiejętnościom gdyńskich lekarzy), ale choć minęło 35 lat, przeżycie to jest dla niego nadal najsilniejsze. Nie to, że żołnierze do niego strzelali, był wtedy świeżo po wojsku i nawet ich w pewien sposób rozumiał, tylko to, że podporucznik ryczał po niemiecku. Jak silna musiała być w wojsku propaganda, skoro ten żołnierz uwierzył, że jedzie na Wybrzeże stłumić bunt podniesiony przez niemieckich autochtonów wspieranych przez CIA. To od wtedy zastanawiam się nad Wojciechem Jaruzelskim, który w 1970 r. był ministrem obrony narodowej, a wcześniej przez kilka lat naczelnym politrukiem. Bo w tej postaci skupiają się wszystkie komunistyczne kłamstwa.

Prawda jest prosta, nie wymaga objaśnień ani interpretacji. Każdy wie, że obowiązkiem żołnierza jest obrona ojczyzny i że należy mu się za to szacunek. Zapisane to jest nawet w naszym języku: ten, kto służy tylko za żołd, nazywany jest pogardliwie żołdakiem. Żołnierz musi być wierny – dlatego dezercja jest surowo karana, a jeśli przeszedł na stronę wroga, jest zdrajcą, renegatem. To są oczywistości zrozumiałe nawet dla tępaków. Jaruzelski przeszedł na stronę wroga, z nadania wroga został dowódcą polskich żołnierzy i wpajał im obowiązek służenia obcemu państwu gnębiącemu ich ojczyznę. Mimo to wielu ludzi uważa go za polskiego oficera.

Oficer to w polskiej tradycji osoba godna uznania, reprezentująca polskie poczucie honoru. „Bóg mi powierzył honor Polaków i Jemu go tylko oddam” – wołał książę Józef Poniatowski skacząc do Elstery. „Wiemy, że sporo z nas zginie – lecz cóż z tego – nie ma po co żyć, jeśli nie ma Tej – dla Niej robimy wszystko, nie dla sławy, tylu a tylu zestrzeleń, nie dla Francuzów czy dla Anglików, ale dla Niej” – pisał w 1940 r. kronikarz Dywizjonu 303 Mirosław Ferić. Tak samo rozumiał żołnierski honor Romuald Traugutt, który służył w armii carskiej, ale gdy tylko zaświtała szansa walki o Polskę, stanął na czele powstania styczniowego. Jaruzelski postąpił dokładnie odwrotnie: gdy zaświtała szansa walki o Polskę, wypowiedział wojnę własnemu narodowi. No to jak to się dzieje, że niektórzy Polacy nazywają go żołnierzem, generałem i do tego jeszcze patriotą?

Zaczęto go tak nazywać po roku 1989, wcześniej nikomu to nie przychodziło do głowy. Komunistom nie – bo patriotyzm zamienili na internacjonalizm, niekomuniści o patriotyzmie mówić się bali. Dopiero wtedy, gdy ludzie uważający się za przywódców „Solidarności” na powrót oddali władzę komunistom, w dodatku czyniąc Jaruzelskiego „pierwszym prezydentem wolnej Polski”, nastąpiło załamanie. Moje też, ja również zaczęłam myśleć, że skoro nawet autor książki „Z dziejów honoru w Polsce”, Adam Michnik, uważał to za najlepsze wyjście, widocznie nie rozumiem polityki, nie dorosłam.

„Obserwowałem uważnie to, co się działo w Polsce po 13 grudnia – pisał Gustaw Herling-Grudziński – i twierdzę, że wprowadzenie stanu wojennego ma do dziś potworne konsekwencje. Jest źródłem strasznego schorzenia życia społecznego, życia zrzeszonego w Polsce przed 13 grudnia, a następnie, w konsekwencji skutków stanu wojennego, życia systematycznie psutego, rozkładanego, nawet gnijącego. Wiem doskonale, że istnieją dziś w Polsce obrońcy tego »mniejszego zła« i są wśród nich nawet ludzie wywodzący się z »Solidarności«. Pod tym względem stan wojenny generała Jaruzelskiego zakończył się na pewno sukcesem. Mówiąc zwięźle: Jaruzelski nauczył ludzi akceptacji »zła«, nazwanego chytrze mniejszym i rozłożył życie ludzi zrzeszonych wokół idei, która odnowiła »Solidarność« – po prostu zniszczył ją. Zniszczył Cud »Solidarności. I to jest ta wiekopomna zasługa generała Jaruzelskiego. Dzisiaj oczywiście są też i tacy, którzy bronią decyzji wprowadzenia stanu wojennego. Rzecz w tym, że jedynie powtarzają słowa Jaruzelskiego”.

Nazywanie Jaruzelskiego patriotą to właśnie skutek tego schorzenia. Schorzenia tak głębokiego, że niekwestionowany przywódca „Solidarności”, Lech Wałęsa prosi Jaruzelskiego o wydanie mu świadectwa moralności.

Zdanie „niekwestionowany przywódca »Solidarności«” jest w oczywisty sposób fałszywe, mimo to posługują się nim nawet uczciwi ludzie. A jako argument podają, że Wałęsa znany jest na całym świecie, więc w interesie Polski leży podtrzymywanie tego mitu. – To prawda, że Wałęsa to krętacz, prostak i współpracownik SB, ale w interesie Polski leży wmawianie światu, że to on jest symbolem „Solidarności” – mówią i biegną do kościoła modlić się, by świat w to kłamstwo uwierzył. Tylko co to znaczy „świat”? Rządy państw wiedzą, co ogół Polaków myśli o Wałęsie, wystarczy spojrzeć na sondaże, a mają przecież i własny wywiad i artykuły w swoich gazetach. Kogo więc chcemy oszukać? I dlaczego narzędziem polityki międzynarodowej Polski katolickiej ma być kłamstwo?

W „Alfabecie Kisiela” na pytanie o Andrzeja Gwiazdę, Stefan Kisielewski odpowiedział, że osobiście go nie zna, wie tylko, że jest to człowiek, którego boi się Wałęsa. Boją się Gwiazdy także działacze „Solidarności” przygotowujący obchody 25 rocznicy, choć nie ma on dywizji. Jest sumieniem „Solidarności”, mówi nagą prawdę, więc lepiej go o zdanie nie pytać. I największe media rozmów z nim unikają. Bo świat ma wierzyć, że pierwsza i druga „Solidarność” to ten sam związek, choć druga powołana została po to, by zniszczyć pierwszą (wystarczy poczytać statuty obu tych związków, by to wyraźnie zobaczyć).

Ale już zdrowiejemy. Duchem „Solidarności” powiało w Warszawie podczas rocznicy Powstania Warszawskiego, a cała Polska namacalnie go poczuła podczas pogrzebu Jana Pawła II. Duch, który zstąpił odnowić oblicze tej ziemi, działa. Dowody rekonwalescencji zobaczymy wtedy, gdy gazety nie będą się bały rozmów z Gwiazdą, a politycy rzeczowej z nim polemiki.

Gdy zaś chodzi o Jaruzelskiego, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że naznaczony został czymś w rodzaju piętna Kaina. No bo popatrzmy: daty stanu wojennego i Grudnia ’70 to kalki: 12/13 grudnia 1970 – 12/13 grudnia 1981. Ciało doradcze dyktatora nosiło skrót WRON – wrona to gapa, gapa była na hitlerowskich czapkach, dlatego na murach natychmiast pojawiły się napisy „wrona skona”. W dodatku dyktator nosił czarne okulary, lud nazwał go więc „Ślepowronem”, ani wiedząc, że to jego herb rodowy.

Wiesława Kwiatkowska

P. S. 3 lutego 1982 r. zostałam skazana na pięć lat więzienia i trzy lata pozbawienia praw publicznych. Sąd uznał, że jestem tak bardzo niebezpieczna, że należy mnie na długo odizolować od otoczenia.

W uzasadnieniu wyjaśnił, że zrobił tak dlatego, bo „w okresie od 13.12.1981 do 19.12.1981 zbierała materiały faktograficzne dot. wypadków na Wybrzeżu Gdańskim w 1970 r.”. W więzieniu dotarła do mnie wiadomość, że wznowiła działalność komisja KC PZPR powołana w 1981 r. przez Jaruzelskiego do zbadania kryzysów PRL. Komisją kierował Hieronim Kubiak, zwana więc była „komisją Kubiaka”. W Gdańsku zaś zajęli się tą sprawą towarzysze partyjni powołani przez dowódcę Marynarki Wojennej adm. Ludwika Janczyszyna, członka WRON. Po dziesięciu latach dowiedziałam się, że to on kazał komisarzowi wojennemu sędziemu Andrzejowi Grzybowskiemu „przywalić” naszej grupie wysokie wyroki (Ewa Kubasiewicz – 10 lat, Jurek Kowalczyk – 9 lat, ja – 5 lat).