przez Remigiusz Okraska | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Męczeństwo nie zastępuje pracy – stwierdził przed ponad stu laty Stanisław Brzozowski. Wystarczy zamienić „męczeństwo” na „Unię Europejską” i będzie to podsumowanie minionej dekady.
Rodzime postawy wobec integracji europejskiej były rozpięte między skrajnościami. Pierwsza, dominująca i promowana przez cały establishment, prezentowała akces do wspólnoty jako niemal cud i zarazem panaceum na wszelkie bolączki. Druga polegała na straszeniu Unią w sposób nierzadko wręcz groteskowy.
Dziesięć lat temu uważałem – i nadal uważam – że akcesja do UE to szansa, lecz zarazem wyzwanie. Że Unia nie jest bezinteresownym prezentem wielkiego świata dla zacofanych tubylców, lecz polem gry, w której polskie społeczeństwo może sporo zyskać, ale tylko pod warunkiem, iż nie wejdziemy „do Europy” na kolanach. Jeśli będziemy tolerowali rodzime patologie, to Unia ich wbrew nam nie uleczy, a być może wzmocni. Jeśli nie stworzymy dobrych strategii, to z Brukseli nie podadzą nam ich na tacy. Jeśli nie zdobędziemy się na wysiłek, to nikt za nas nie wykona koniecznej pracy. Jeśli nie będziemy podmiotem, to staniemy się przedmiotem w rękach innych podmiotów.
Postawa taka była wówczas rzadka na tle bądź to hurraoptymizmu, bądź „straszenia Unią”. W środowiskach prospołecznych dominowała wiara w „Europę socjalną”, która zapewni wszystko wszystkim. Dziś, po tym jak w Unii potraktowano Grecję i inne kraje południa kontynentu, można się tylko popukać w czoło, wspominając tamtą naiwność.
Mimo to nie potrafię odpowiedzialnie stwierdzić, że był to czas stracony. Zwolennicy integracji mówią: zobaczcie, tyle zbudowaliśmy, zrobiliśmy, sfinansowaliśmy – „za unijne”. Sceptycy odpowiadają: za mało, zbyt marnotrawnie, a przede wszystkim to za nasze, wpłacone do wspólnego budżetu. Tym drugim można odpowiedzieć: owszem, w znacznej części za nasze, ale przed akcesją te same pieniądze zwykle znikały bez śladu w czarnych dziurach sitw i układów, w niejasnych mechanizmach i widzimisię. Tym pierwszym należy jednak również powiedzieć kilka gorzkich słów: jeśli Unia jest konieczna, żeby w Polsce budować drogi czy oczyszczalnie ścieków lub dofinansować przedszkola albo zajęcia dla seniorów, to jesteście albo ofermami, albo łajdakami.
Unijna biurokracja? Owszem, istnieje, ale wizyta w którymś z krajów „starej Unii” pokazuje, że jej polska odmiana bywa o wiele bardziej dotkliwa i skostniała. Unijne normy? W wielu dziedzinach, np. w rolnictwie i przetwórstwie żywności, stosujemy je o wiele surowiej, niż sama Unia nakazuje i praktykuje. Ze smutkiem mówimy o 2 milionach emigrantów, którzy wyruszyli za chlebem do Anglii, Niemiec czy Szwecji. Ale oni wyjechali z kraju, gdzie pracy nie było – i to nie dlatego, że Unia „zaorała” zakłady wbrew nam, lecz z powodu polityki (anty)przemysłowej krajowych władz, niespotykanej na taką skalę choćby w sąsiednich Czechach.
Czy w Polsce najwięcej protestów i uwag krytycznych – oraz inicjatyw na rzecz zmiany tego stanu rzeczy – wywołuje to, co w Unii złe, chybione, nieprzemyślane lub wspierające najbogatsze kraje wspólnoty? Skądże, najbardziej zajadli są ci, którym przeszkadza fakt, że „brukselscy biurokraci” udzielają nam pouczeń w kwestii poszanowania praw pracowniczych, konsumenckich i obywatelskich lub w dziedzinie ochrony przyrody, albo gdy „komisarze” nie zgadzają się, żeby z dotacyjnej puli jeszcze więcej środków przeznaczyć na autostrady dla zagranicznych TIR-ów zamiast na kolej dla rodzimych podróżnych. Najchętniej akceptujemy w Unii to, co tam jest najgorsze, a najmniej ochoczo naśladujemy to, co stanowi o rzeczywistych zaletach modelu europejskiego.
Niniejszy numer „Nowego Obywatela” to – oprócz innych materiałów – próba podsumowania dekady obecności w Unii Europejskiej. Bilans ten tworzą osoby z różnych środowisk, lecz łączące perspektywę rzetelnej analizy zalet i słabości procesu integracji. A przede wszystkim takie, które wyrażają bliskie nam przekonanie, że niezależnie od stosunku wobec integracji i jej różnych detali, kluczowe jest to, co i jak zrobimy my sami – polskie społeczeństwo, jego instytucje, organizacje, elity, wyborcy i obywatele. Jeśli Bruksela będzie tylko straszakiem lub wymówką dla bierności, to nic nie zmieni się na lepsze. Czy to w ramach Unii, czy poza nią.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 28 kwietnia 2014 | opinie
Uwielbiam podróże pociągami, a już zwłaszcza wczesną wiosną, kiedy cieszy każde spojrzenie przez okno. Drzewa pokrywają się świeżusieńką zielenią, obiecując, że przytłumiony zimą świat już za chwilę będzie ciepły, pachnący, przyjazny. Tym razem cieszyłem się także tym, że jadę do jednego z naszych piękniejszych wielkich miast, w którym, choćbym miał pełne ręce roboty, wystarczy mi pobyć kilka godzin, żeby porządnie wypocząć. Kiedy na dworze zaczęło się już ściemniać, poszedłem na herbatę do wagonu restauracyjnego. Jedyne wolne miejsce znalazłem przy stoliku, przy którym elegancka pani w okularach poiła soczkiem niespełna trzyletnią dziewczynkę. Zapytałem, uśmiechnąłem się, przysiadłem, a że dziewczynka na to zaczęła przemawiać do mnie swoim zadziwiającym narzeczem, za chwilę zgadałem się i z panią, która okazała się jej babcią. I tak zaczęła się bardzo miła podróżna konwersacja i sympatyczna kolejowa znajomość. Jak to w takich sytuacjach bywa, opowiedzieliśmy sobie nawzajem sporo ciekawostek, nie przedstawiając się sobie nawet: ja dowiedziałem się, po co babcia z wnuczką jeździły do Warszawy, a ona, po co ja jadę do ich miasta. Póki co, wiedziałem tylko, że dziewczynka ma na imię Maja.
Dojechaliśmy, potem jeszcze przeszliśmy przez dworzec, rozmawiając, a ja – ponieważ wychodząc z domu, jak często, w ostatniej chwili, zapomniałem wziąć gotówki – po drodze podszedłem do wszystkich kolejnych bankomatów, z których każdy – co za pech – akurat nie działał. Trudno – pomyślałem na głos – kupię bilety na autobus, płacąc kartą. Rozmawiając, weszliśmy do dwóch dworcowych kiosków, ale – jak na złość – w każdym z nich można było płacić tylko gotówką. Zaniepokojony – do hotelu miałem naprawdę daleko – zapytałem uprzejmej współpasażerki o jakieś bankomaty w okolicy, ale ona machnęła ręką i uśmiechnęła się.
– Ależ po co ma pan szukać bankomatów – powiedziała. – Przystanek ma pan tuż przy wyjściu z dworca, kupię panu ten bilet. I drugi, żeby jutro mógł pan dojechać do centrum. Albo wie pan co? – dodała, widząc, że się waham. – Pożyczę panu dwadzieścia złotych, trochę gotówki więcej przyda się panu na wszelki wypadek. Pan ma jutro zajęcia tuż obok mojej pracy, wpadnie pan, odda. Proszę.
Podała mi banknot. I jeszcze zgrabną wizytówkę, na którą tylko rzuciłem okiem i sam podobnej nie mając, przedstawiłem się z imienia i nazwiska. Podziękowałem, kupiłem bilety, a potem babcia i wnuczka (musiały jeszcze chwilę zaczekać, aż odbierze je samochodem tata Mai) odprowadziły mnie do przystanku. Kiedy odjeżdżałem, spojrzałem jeszcze na nie. Moja współpasażerka wzięła wnuczkę na ręce, a Maja pomachała do mnie złożoną kolorową parasolką, która zza szyby autobusu wydała mi się bukietem kwiatów. Takie drobne wydarzenie – a takie krzepiące! Spotykają się zupełnie obcy ludzie, a nie rzucają się sobie od razu do gardła, nie przepychają się i nie warczą na siebie, za to cieszą się wspólnym, chociaż krótkim czasem, są dla siebie życzliwi i pomocni. Ufają sobie. Ludzie sobie ufają!
***
To spotkanie, rozmowa i miły gest współpasażerki napełniły mnie radością na cały następny ranek i wczesne popołudnie. Zajęcia, które prowadziłem, choć wymagające dużego skupienia i wysiłku umysłu, poszły mi jak z płatka – okazało się, że uczestniczyły w nich osoby bardzo zainteresowane tematem, było wiele pytań, które przerodziły się w otwartą dyskusję. Rozmawialiśmy w sali wykładowej, do której wkrótce zaczęli schodzić się słuchacze kolejnych zajęć. Kilka ciekawych osób zaprosiło mnie jednak do kawiarni na dokończenie rozmowy. Do miejsca pracy mojej znajomej z pociągu, mieszczącego się w efektownej kamienicy, starej, ale z czyściusieńką jasną fasadą, dotarłem tuż przed godziną piętnastą, uprzednio pobrawszy z bankomatu pieniądze, zakupiwszy ładną kopertę i kartkę, na której napisałem parę słów podziękowania. Tabliczka zawieszona przy ciężkich drewnianych drzwiach wejściowych skierowała mnie na trzecie piętro, które, jak się okazało, całe zajmowane było przez poszukiwaną instytucję. Instytucję – dodajmy – zajmującą się doradztwem w jakiejś hermetycznej (w każdym razie dla mnie) biznesowej specjalności.
Przez recepcjonistkę zostałem powitany przemiłym pytającym spojrzeniem. Powiedziałem, do kogo przychodzę i w jakiej sprawie. Rozmówczyni uniesieniem brwi godnym Noli Rae, brytyjskiej mistrzyni pantomimy, wyraziła przeogromne zmartwienie, że „pani prezes wyszła dosłownie dziesięć minut temu i już dzisiaj nie wróci”.
Ja także zmartwiłem się trochę, jednak chcąc pocieszyć recepcjonistkę, uśmiechnąłem się i zaproponowałem, że zostawię u niej kopertę z liścikiem i banknotem, a ona odda ją jutro pani prezes. Recepcjonistka jednak stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zostawię kopertę „u pani Agnieszki”. Zadzwoniła do wzmiankowanej, aby mnie zapowiedzieć, po czym zostałem skierowany do pokoju znajdującego się pośrodku długiego korytarza. Podszedłem, zapukałem, otworzyłem drzwi, zobaczyłem kilka stanowisk biurowych, przy których siedziały dwie kobiety i trzech mężczyzn. Jedna z pań, widocznie właśnie pani Agnieszka, wstała, dała mi ręką znak, podszedłem, uprzejmie wskazała mi krzesło i jednocześnie usiedliśmy.
– Pan ma przesyłkę do pani prezes – raczej stwierdziła, niż zapytała.
– Właściwie nie, nie przesyłkę, po prostu chciałem jej oddać dwadzieścia złotych, jestem jej winien…
– Ach, więc pan jest prywatnym znajomym pani prezes?
– Nie, nie jestem, właściwie wcale się nie znamy, spotkaliśmy się w pociągu…
– W pociągu?
– W pociągu. Pani prezes pożyczyła mi dwadzieścia złotych, właśnie…
– Ale pani prezes nic mi nie mówiła.
– Rozumiem, oczywiście – kiwnąłem głową potakująco. – Ale ja od pani prezes nic nie chcę, zostawię tylko dwadzieścia złotych i list. Czy mogłaby pani oddać? I podziękować ode mnie?
– No ale właśnie mówię, że ja nic nie wiem. Pani prezes nie mówiła, czy to było dwadzieścia złotych, czy ile.
Ach, na moment odebrało mi mowę, zmniejszyłem się troszeczkę, a mój wzrok mimowolnie powędrował ku ziemi. Musiało to zrobić wrażenie na pani Agnieszce, bo zaraz odezwała się pojednawczo:
– Nie, ja nic nie mówię, tylko nie chciałabym, żeby potem pani prezes miała do mnie pretensje. Albo żeby coś pomyślała, rozumie pan?
Nie rozumiałem, ale na wszelki wypadek zaproponowałem, trochę jakby obcym głosem, że przecież mogę zostawić zaklejoną kopertę z banknotem w środku. Że zostawię też numer telefonu, aby można było w razie czego rozstrzygnąć wszelkie wątpliwości. Jakby na dowód szczerości swoich intencji położyłem na biurku pani Agnieszki i kopertę, i banknot, które po dłuższej milczącej chwili ujęła dłoń świadcząca niezbicie o tym, że stylizacja paznokcia jest dziedziną sztuk pięknych, w której ojczyzna nasza wciąż stanowi prawdziwą światową potęgę, mimo że nasi jej mistrzowie porzucili już rozbuchany barok na rzecz harmonijnego klasycyzmu. Dłoń-arcydzieło uniosła kopertę na wysokość głowy (znakomicie świadczącej z kolei o rodzimych stylistach fryzur) i zamachała nią gestem subtelnym a pełnym wyrazu, jakby dłoń romantycznej damy machała chusteczką na pożegnanie kochanka wywożonego na Sybir.
– Tomek, jak sądzisz? – pani Agnieszka zagadnęła siedzącego naprzeciw niej przystojnego kolegę. Ten uniósł wzrok utkwiony dotąd w ekranie komputera, obrzucił przedmiot wątpliwości koleżanki wzrokiem zdradzającym profesjonalistę i znawcę, którego ekspertyzom ufać można bezgranicznie. Po czym wzruszył ramionami i orzekł:
– Ja wiem?…
I wrócił do powierzonych mu zadań, które z pewnością wykonuje rzetelnie.
– Ale zaczekaj – odezwała się znad najodleglejszego biurka pani w żakiecie koloru mleka z odrobiną kawy. – A skąd pani prezes będzie wiedziała, że to ty zakleiłaś kopertę? Że nie na przykład pan zostawił niezaklejoną, bo przecież zostawia się zwykle niezaklejoną, a ty coś tam tego, i nie zakleiłaś? Nawet nie, że pomyśli, że specjalnie coś tam, ale że pomyśli, że coś tam pomyliłaś czy coś?
Ów wywód zrobił wielkie wrażenie na pani Agnieszce, która bez słowa odłożyła kopertę i banknot i podsunęła je w moim kierunku.
– Ależ bardzo przepraszam – jęknąłem – ja chcę tylko oddać dwadzieścia złotych, nic więcej. Oddam i sobie pójdę…
– Niech pan przyjdzie jutro – koleżanka pani Agnieszki okazała się Salomonem. – Pani prezes już będzie.
– Dziś wieczorem wracam do Warszawy.
– To nie może pan zostać dzień dłużej?
– Kupiłem bilet, mam pracę, hotel drogi – poczułem się tak winny odrzucenia znakomitego rozwiązania, że wyrzuciłem z siebie litanię usprawiedliwień, którą zakończyłem szeptem: Przecież to nie jest nic wielkiego, ja chcę tylko zostawić dwadzieścia złotych.
– No tak, ale w razie czego, to pani prezes pomyśli, że to my tam coś. A pan sobie pojedzie!
– Boże! – szepnąłem i nie wiem, czy sprawił to wezwany, czy moja bezradna mina, ale pani Agnieszka kazała mi zaczekać, wyszła z pokoju i nie wracała dobre dziesięć minut, a każda z tych minut w mojej głowie rozciągała się w kwadrans. W końcu ukazała się w drzwiach.
– Pan dyrektor pana przyjmie – wskazała mi dłonią korytarz i odprowadziła do drzwi gabinetu. Zapukała i gestem zaprosiła mnie do wnętrza. Z fotela uniósł się lekko szpakowaty mężczyzna w okularach o oprawce tak cieniuteńkiej, jakby w ogóle jej nie było. I w garniturze dopasowanym i odprasowanym idealnie, jakby prasowano go na właścicielu.
– Znam sprawę – rzekł zdecydowanie właściciel garnituru, podchodząc i podając mi rękę, której istotnym elementem był ostry jak żyletka mankiet błękitnej koszuli ujęty gustowną spinką. – I myślę, że powinniśmy się razem zastanowić nad jej rozwiązaniem.
– Oczywiście – odetchnąłem z ulgą. – Zostawię pieniądze i liścik u pana i gdyby pan mógł ode mnie podziękować…
– Sugerowałbym jednak odmienne postępowanie – pan dyrektor splótł palce na wysokości piersi.
– Odmienne?
– Jest przecież tyle możliwości, adres pan zna, nazwisko pani prezes, są przecież wyspecjalizowane instytucje, zarówno publiczne, jak i prywatne…
– Mam wysłać pieniądze pocztą?
– Ja nie mówię, co pan ma zrobić. Sugeruję jedynie rozważenie różnych możliwych opcji.
– Ale czy nie mógłby pan po prostu przekazać przy okazji pani prezes…
– Samodzielnie nie mogę podjąć takiej decyzji. Chciałbym tylko zauważyć, że nasze biuro jest w zasadzie miejscem, w którym mogą przebywać wyłącznie osoby zatrudnione. Ewentualnie po uprzednim umówieniu.
– Czyli rozumiem, że nie mogę tu przebywać?
– Ja nie mówię, że pan nie może tu przebywać, ja przecież nic takiego nie powiedziałem. Ja tylko rozważam, czy pan może tu przebywać.
– Jak rozumiem, to znaczy, że mam stąd iść?
– Ja nie powiedziałem przecież ani razu, że pan ma stąd iść. Ja tylko się zastanawiam, czy pan nie powinien podjąć takiej decyzji.
Podjąłem zatem decyzję. Kiedy szybkim krokiem opuszczałem ulicę, przy której znajdowało się biuro, minął mnie samochód, w którym dostrzegłem moją współpasażerkę z pociągu. Odwróciłem się. Samochód zatrzymał się przy kamienicy, ona z niego wysiadła. W dłoni trzymała przedmiot, który w pierwszej chwili wziąłem za złożoną kolorową parasolkę, ale który po uważniejszym oglądzie okazał się nahajką. Weszła do bramy, a ja krokiem jeszcze szybszym poszedłem na dworzec. Pieniądze odesłałem pocztą.
przez Bartłomiej Grubich | wtorek 22 kwietnia 2014 | opinie
Chociaż pierwsze książki Richarda Sennetta ukazały się ponad 40 lat temu, w Polsce jego twórczość jest na szerszą skalę prezentowana dopiero od kilku lat. Co prawda wcześniej sporadycznie ukazywały się przekłady jego prac, jednak dopiero wydana w 2006 r. „Korozja charakteru” zapoczątkowała lepszy okres, a kolejne pozycje pojawiają się u nas regularnie co kilka lat. Wydano m.in. klasyczny „Upadek człowieka publicznego” (1974, wyd. polskie 2009), ale i książki bardziej współczesne, jak „Etyka dobrej roboty” (2008, wyd. polskie 2010), pierwsza część trylogii określanej przez samego autora jako „projekt homo faber”. W ubiegłym roku ukazała się po polsku kolejna pozycja z tego cyklu, zatytułowana „Razem. Rytuały, zalety i zasady współpracy”.

Nie dajmy się odstraszyć poważnymi tytułami. Sennett operuje bowiem językiem dalekim od tego, co nazywamy stylem naukowym. Nie jest to jeden z autorów, dla którego miarę intelektualnego poziomu zdaje się stanowić ilość danych statystycznych czy łacińskich pojęć wciskanych do każdego zdania. Nie jest to język „sztywny” i hermetyczny, raczej literacki – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Liczne w „Razem” barwne opisy, zaskakujące porównania, żartobliwe wtrącenia i z życia wzięte przykłady, sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Zamiast przytaczać rzędy i kolumny cyfr, Sennett opowiada historie z dzieciństwa czy anegdoty z badań terenowych. Jako punkt wyjścia do wyprowadzenia poszczególnych wątków potrafi potraktować zarówno piosenkę gwiazdy pop, Lily Allen pt. „Odpierdol się”, jak i twórczość wybitnego socjologa, Georga Simmla.
Tematem przewodnim „Razem” jest współpraca. Amerykański socjolog, traktuje ją z jednej strony jako naturalną skłonność człowieka, lecz jednocześnie jako coś, co „trzeba rozwijać i pogłębiać – zwłaszcza gdy mamy do czynienia z ludźmi różniącymi się od nas samych. Wtedy bowiem [współpraca] staje się naprawdę niełatwym wyzwaniem”. Szczególnie w dzisiejszych czasach, w których zdolność kooperacji została umniejszona do rangi jednej z wielu cech wpisywanych do CV, umiejętności „przywodzącej na myśl osoby sprawne w prowadzeniu konwersacji na przyjęciach lub chytrze wciskające klientom bezużyteczne towary”. Autor zwraca uwagę, że „kompetencje dialogiczne” to prawdziwy fach – co do którego można mieć większy lub mniejszy talent. Zawsze jednak można się go nauczyć.
Dzisiejsze czasy nie sprzyjają współdziałaniu. Organizacja pracy opiera się raczej na odseparowywaniu od siebie osób zatrudnionych w poszczególnych działach, nie mówiąc już o specjalistach i freelancerach. Potencjał do działania razem rozbijany jest ponadto przez krótkoterminowy charakter pracy, o czym w kraju coraz powszechniej stosowanych umów śmieciowych wiemy doskonale. Atomizacja zatrudnionych ma zaś przełożenie na funkcjonowanie całego organizmu społecznego. Zanik kompetencji związanych ze współdziałaniem przejawia się w powierzchowności relacji międzyludzkich i braku gotowości do konfrontacji z różnorodnością tożsamości, interesów i postaw. Zdaniem Sennetta przyjmujemy w związku z tym jedną z dwóch strategii. Część z nas po prostu zamyka się w homogenicznych „gettach”, wycofując się w ten sposób z życia społecznego, a jednocześnie w kontaktach z „obcym” dąży do konfrontacji. Inni natomiast wytwarzają sobie „neutralny” obraz świata, w którym „wszyscy ludzie są w zasadzie tacy sami”. „Pragnienie neutralizowania różnic, oswajania ich bierze się z lęku przed różnicą, splecionego z naszą kulturą gospodarczą i kulturą konsumencką. Jednym ze skutków jest osłabienie impulsu do współpracy z tymi, którzy pozostają nieustępliwie Inni” – zauważa Sennett.
Funkcjonowanie „razem” jest konieczne w większości dziedzin. W książce przytoczony jest przykład przygotowań muzyków do koncertu. Można ćwiczyć godzinami i być doskonałym muzykiem. Jednak kropkę nad „i” stawia umiejętność współpracy – konieczne są próby, podczas których ćwiczy się z innymi muzykami.
Odwołując się do historii, Sennett wskazuje na rytuały jako narzędzia służące kulturze współpracy. Przypomina, iż uścisk dłoni wymyślili Grecy jako gest wskazujący, iż nie ma się w ręku broni. Dziś uścisk dłoni ma mniej praktyczny wymiar, lecz jego wartość symboliczna jest nadal aktualna. Zdaniem Sennetta właśnie za pomocą takich drobnostek buduje się ramy, które są niezbędne do komunikacji. Oczywiście rytuały takie często stają się grą pozorów i teatrem. Jednocześnie zapewniają jednak przewidywalność i stabilność reguł.
Pokładając wiarę w znaczeniu kultury i przemian, jakim podlega ona na przestrzeni wieków, nie zapomina też o równie fundamentalnych dla współdziałania „twardych” czynnikach, związanych z polityką i gospodarką. Przytacza np. badania UNICEF dotyczące oświaty: „Społeczeństwa o wyższym poziomie nierówności zmagać się muszą z częstszymi przypadkami znęcania się i przemocy. Z kolei dzieci w społeczeństwach bardziej egalitarnych wykazują większą skłonność do wzajemnej nauki. […] Niski poziom kooperacji w szkole jest, według raportu, negatywnie skorelowany z ilością czasu spędzanego z rodziną przy wspólnych posiłkach”. Dzieci starają się nadrabiać braki w sferze więzi poprzez konsumpcję, stając się w efekcie „bardziej zależne od konsumowania dóbr materialnych aniżeli od innych ludzi. Gdy tak się dzieje, niknie zdolność kooperowania”. Te mechanizmy mają oczywiście daleko idące konsekwencje dla zachowań i postaw przyjmowanych w okresie dorosłości. Nawiązywanie znajomości staje się trudniejsze, mimo posiadania setek „znajomych na Facebooku”: „Oto zasadniczy, lecz często ignorowany fakt na temat stron społecznościowych: komunikacja twarzą w twarz, osobiste relacje i fizyczna obecność mogą stanowić formę przywileju. Wie to każdy, kto szukał pracy i wysyłał e-mailem swoje CV: szanse, że zostanie ono przeczytane, są niewielkie. Przywilej i bliskość, obecność i dostęp idą w parze – stara zasada sieci kumplowskich” – zauważa Sennett. Ale zaraz dodaje: „W większości biednych wspólnot więzi oparte na bezpośrednich relacjach na niewiele się jednak zdają”.
Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie zmiany narzucane przez współczesną szkołę, popkulturę czy strukturę zatrudnienia są bezrefleksyjnie przyjmowane przez ludzi. Choć w „Razem” podstawową tezą jest to, że współczesne instytucje społeczne nie wykorzystują naturalnej skłonności do kooperacji, to jednak zauważa się tu także różne formy oporu wobec tej sytuacji. Sprzeciw nie musi oznaczać wyjścia na ulicę – wystarczą chociażby… plotki. Plotkowanie pomaga wytwarzać zaangażowanie emocjonalne nawet w pracach nastawionych na rutynowe, powtarzalne działanie. Sennett przytacza przykład sortowni listów, gdzie osoby urządzające niezobowiązujące pogawędki potrafiły lepiej współpracować. Okazywało się to niezwykle przydatne we wszystkich kryzysowych sytuacjach, kiedy trzeba było zareagować na nowe realia w porozumieniu z innymi.
Wielką wagę przywiązuje Sennett do twórczej roli konfliktu – wbrew „zdroworozsądkowej” mądrości, która każe dopatrywać się w nim siły destrukcyjnej i skupiać na zażegnywaniu czy neutralizowaniu. Przy spełnieniu pewnych warunków (m.in. wzajemnego zaufania, umiejętność słuchania się nawzajem itp.) nawet taki spór, który nie prowadzi do konsensusu, przyczynia się do wzbogacenia relacji – także w modelowo skrajnym przypadku, gdy z konfliktu wychodzą jednoznaczny wygrany i przegrany, czyli mamy do czynienia z grą o sumie zerowej. „Między konkurentami w wymianie o sumie zerowej jest i współpraca. Polega ona na ustalaniu podstawowych reguł, zanim jeszcze zacznie się właściwa rywalizacja. […] Między oponentami w międzyludzkich wymianach pojawia się też inny rodzaj więzi. Rzadko kiedy wymiana jest całkowita i absolutna; zwycięzca zazwyczaj pozostawia coś przegranemu. […] Przypomina to sport: nikt nie chce, by pokonany przeciwnik zupełnie się załamał”. Innymi słowy, absolutny egoizm kończy możliwość gry.
Może to brzmieć paradoksalnie, ale to konflikty, wedle koncepcji Sennetta, umożliwiają stabilność, a „tylko stabilność sprawia, że ludzie zdobywają rozległą wiedzę o funkcjonowaniu swych organizacji”. Obecnie reguły gry są rozmyte i nieznane, a kluczowy w tym względzie jest brak stabilności w relacjach pracowniczych. Umowy śmieciowe i związana z nimi skrócona perspektywa czasowa uniemożliwiają myślenie strategiczne.
Niektórzy spośród rozmówców Sennetta z nostalgią spoglądają na „ostrych” przełożonych, którzy potrafili krzyknąć na swojego pracownika. Robili to oczywiście m.in. ze względów charakterologicznych, ale, co istotne, mogli sobie na to pozwolić również dlatego, że nawzajem się znali. Potrafili dobrze ocenić własne możliwości i kompetencje. O swoich dzisiejszych szefach badani mówią z większym dystansem – nawet jeżeli uznawani są za dobrych pracowników, taka ocena ma dla nich niewielką wartość. „Bezpośrednie oceny zostały zastąpione przez standaryzowane formularze ewaluacyjne. Odhaczając poszczególne kratki, mierzy się (trudno mierzalne) rzeczy – na ile ktoś gotów jest pracować po godzinach, równoważyć niekompetencje współpracowników lub nawet jak bardzo wierzy w firmę” – stwierdza Sennett.
W ten sposób rozbiciu ulega coś, co Sennett nazywa trójkątem społecznym. Na jego boki składają się: zasłużone zwierzchnictwo, wzajemny szacunek oraz współpraca w sytuacjach kryzysowych. Elementy te umożliwiały ucywilizowanie pracy, nawet jeżeli sama w sobie była ona trudna. Co istotne, odbywało się to w sposób nieformalny i właściwie bezrefleksyjny. Efekty były jednak odczuwalne, na co wskazywały badania prowadzone przez Sennetta. Niestety chwiejność trójkąta społecznego jest obecnie odczuwalna wśród znacznej części pracowników, szczególnie ogarniętego kryzysem sektora finansowego. „Zrozumieli, jak nikłym szacunkiem darzyli swoich szefów, jak powierzchowne było zaufanie między współpracownikami, a przede wszystkim jak słabe okazały się więzi współpracy, gdy już doszło do katastrofy”.
Autor potrafi świetnie analizować rzeczywistość społeczną – nieco gorzej radzi sobie jednak z pomysłami na rozwiązanie opisywanych problemów. Jego pomysły na poprawę sytuacji i docenienie na nowo współpracy między ludźmi mogą rozczarować tych, którzy oczekują konkretnych, precyzyjnych projektów działania. Sennett proponuje raczej ogólne wskazówki, czego przykładem jest opisywany przezeń projekt „dyplomacji życia codziennego” czy też postulat wspólnotowego zaangażowania.
Sennett wyróżnia kilka sposobów podejścia do zaangażowania, lecz szczególnie bliskie jest mu to, które łączy się z towarzyskością. Przywołuje tu postać Normana Thomasa, wieloletniego przywódcy Socjalistycznej Partii Ameryki. Niewątpliwie nie był on skutecznym liderem, Sennett twierdzi wręcz, że był pozbawionym charyzmy człowiekiem bez władzy. Równocześnie osoba Thomasa jest stawiana za wzór, gdyż przedstawiał on swoim stylem bycia wspomniane zaangażowanie przez towarzyskość. Spotkania, w których uczestniczył Thomas, ciągnęły się długo w nocy. „Ignorował porządek małych zebrań (nawet jeśli wcześniej został on ustalony). Chętnie rozdzielał sprawy do załatwienia, nawet jeśli osoba obarczona danym zadaniem w ogóle o nim wcześniej nie myślała. Rzadko udawało mu się wyjść poza pierwszy lub drugi punkt porządku obrad”. Innymi słowy nad porządek stawiał twórczy chaos – dyskusje i rozmowy, które miały integrować w tamtych czasie najbardziej różnorodne (klasowo i etnicznie) środowisko polityczne. I taki też powinien być punkt wyjścia do zaangażowania dla Sennetta – spędzanie czasu ze sobą dla samego spędzania czasu. Razem.
Książka „Razem” powinna przypaść do gustu zarówno osobom zaznajomionym z innymi pozycjami Sennetta, jak i tym, którzy nie znają jego twórczości. Choć jest to druga część trylogii, to równie dobrze może być czytana jako ta pierwsza. Oczywiście jak w każdym tego typu przypadku, można się z poglądami autora w mniejszym lub większym stopniu nie zgadzać (np. moim zdaniem przesadza z krytyką portali społecznościowych). Będzie to jednak wartościowa niezgoda, gdyż trudno odmówić Sennettowi tego, że jego poglądy są przemyślane i konsekwentne.
Książka Richarda Sennetta pt. „Razem” została objęta patronatem medialnym przez kwartalnik „Nowy Obywatel”.
przez redakcja | czwartek 17 kwietnia 2014 | inspiracje, książki
Wybór najważniejszych tekstów współtwórcy nowoczesnej spółdzielczości spożywców w Polsce, poświęconych jej zasadom, wizjom i celom. Zawarte w nim artykuły nie były wznawiane od roku 1936, a towarzyszy im jedna z najbardziej szczegółowych prezentacji biografii autora, jakie kiedykolwiek opublikowano, pióra Remigiusza Okraski.
przez redakcja | czwartek 17 kwietnia 2014 | inspiracje, książki
przez redakcja | czwartek 17 kwietnia 2014 | inspiracje, książki
Pierwsze od 18 lat wydanie tekstów słynnego polskiego myśliciela, Edwarda Abramowskiego, a zarazem pierwszy w historii zbiór wszystkich tekstów tego autora poświęconych kooperatyzmowi, współpracy, stowarzyszeniom, oddolnym inicjatywom społecznym. Niektórych z nich nie wznawiano od 1938 r.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 11 kwietnia 2014 | opinie
Z analitycznego punktu widzenia kilkanaście ostatnich tygodni było okresem wysypu wielkiej liczby danych na temat międzynarodowych powiązań gospodarczych i politycznych. Byłoby wielką stratą nie skorzystać z chwilowego dostępu do „kuchni” globalnych interesów i zależności, jaki otworzył się przed nami przy okazji niepokojów za naszą wschodnią granicą.
W przed-przedpokoju
Okazuje się, że dzięki szczęśliwemu splotowi uwarunkowań, a w pewnym zakresie również dzięki własnej pracy, Polska jest mniej niż jeszcze niedawno podatna na ciężkie szoki zewnętrzne. Aby uświadomić sobie w pełni wagę tej zmiany, należy przywołać sytuację sprzed roku. Amerykański bank centralny zaczął wówczas bardzo stopniowe ograniczanie skali skupu papierów wartościowych obciążonych istotnym ryzykiem. To, co potem nastąpiło, na swojej skórze już wcześniej poznali m.in. Polacy posiadający zobowiązania w szwajcarskiej walucie.
Przed kryzysem zadłużenie się we frankach wydawało się naturalnym rozwiązaniem. Charakterystyczne dla wysoko rozwiniętego kraju niskie stopy procentowe, a więc wolny przyrost odsetek, przy umacniającym się złotym miały sprawiać, że – w przeliczeniu na polską walutę – kwota do spłaty z czasem będzie automatycznie maleć. Co jednak było wiadome (?) analitykom, wyższe stopy procentowe w kraju „doganiającym” nie wynikają tylko z obyczaju czy gry o „premię za ryzyko”, lecz są podyktowane twardymi realiami ekonomicznymi, które prędzej czy później dadzą o sobie znać.
Inwestorzy mogą wymienić swoje pieniądze na złotówki i chętnie to zrobią, inwestując w polską gospodarkę lub zakładając lokaty w polskich bankach. Możliwość zarobienia na różnicy w wysokości stóp procentowych (tzw. carry trade) przyciąga kapitał finansowy, jednak owa różnica nie może być wzięta z sufitu. W przeciwnym wypadku do danego kraju napłynie przede wszystkim kapitał typowo spekulacyjny, co spowoduje ryzyko wystąpienia bańki kredytowej (np. na rynku nieruchomości) i gwałtownej recesji w razie nagłego odpływu środków. Stopy procentowe są więc nie tylko wyznacznikiem potencjału wzrostu kraju, ale i przesłanką do prognoz w zakresie przyszłej wartości danej waluty. Innymi słowy, szwajcarski milioner trzyma pieniądze na niżej oprocentowanym koncie w banku szwajcarskim zamiast na zapewniającym wyższe odsetki rachunku w Polsce nie tylko ze względu na zaufanie, ale także dlatego, że wyższa stopa procentowa wiąże się z prawdopodobieństwem słabnięcia polskiej waluty. Dlatego może zdecydować się trzymać tracące na wartości złotówki tylko wtedy, gdy będzie ich przybywało w odpowiednio szybkim tempie.
Właśnie ten mechanizm zadziałał po zeszłorocznych sygnałach zmian w polityce Fed. Chociaż w sferze faktów polityka amerykańskiego banku centralnego nie zmieniła się znacząco, spodziewane posunięcia odczytywano jako wstęp do wieloletniego okresu umacniania się tamtejszej gospodarki, wyższych stóp procentowych i niesłabnącego dolara. To spowodowało, iż magia przyciągania nowych potęg gospodarczych (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) oraz tzw. rynków wschodzących, do których zaliczana jest także Polska – nagle znacząco zblakła. Jeszcze kilka lat temu szybki wzrost gospodarczy w tych krajach, przy osłabieniu ekonomicznym i bezprecedensowo niskich stopach procentowych w USA, spowodował wielki przepływ kapitału w ich kierunku. Teraz, po oznakach odwrócenia wektorów, słabsze wzrosty i powstawanie „baniek” powoduje poważne turbulencje na rynkach wschodzących. Niedawnym prymusom światowej gospodarki zaczęto wieszczyć kłopoty. Nerwowo było zwłaszcza na początku roku, kiedy panika w Turcji (notabene skazanej na sukces w tym stuleciu) spowodowała rozchwianie m.in. polskiego rynku, zaś samą Ankarę zmusiła do podwyższenia stóp procentowych w celu powstrzymania dalszej ucieczki kapitału.
Jakkolwiek wcześniejsze wstrząsy Polska przeszła relatywnie bezboleśnie, to po przyłączeniu Krymu do Rosji zaczęto kreślić czarne scenariusze. Ochłodzenie stosunków między Wschodem a Zachodem, z naszym krajem tuż przy linii frontu, mogło spowodować osłabienie gospodarcze podobne do tego z końca lat 90. Jednak wbrew czarnowidztwu konflikt w sąsiednim kraju i kłopoty z drożnością ważnego, wschodniego kanału eksportowego nie spowodowały znaczącego pogorszenia prognoz polskiego wzrostu ani odwrotu inwestorów, co najlepiej widać po stabilności parametrów naszego długu zagranicznego. Co to wszystko oznacza? Zaszła epokowa zmiana. Polska nie jest co prawda nawet w przedpokoju cywilizacyjnej elity narodów, jednak kalkulacje globalnych graczy ewidentnie nie przewidują scenariusza, w którym podlegamy daleko idącej materialnej degradacji. Oczywiście należy czujnie śledzić instytucjonalizację stosunków Ukraina-UE oraz skutki wprowadzenia bezcłowego handlu, aby ich efektem nie był kolejny etap „wyścigu na dno”, z cięciami płac, pączkującymi specjalnymi strefami ekonomicznymi oraz walką o niemieckie montownie. Jednak stan na dziś to pewne miejsce w przed-przedpokoju rozwiniętego świata, z nadziejami na polepszenie pozycji dzięki mądrej pracy i splotowi korzystnych okoliczności.
Między ideą a konkretem
Niezależnie od naszej oceny postawy Zachodu wobec Rosji, nie sposób nie uznać, że w większym stopniu jest ona dyktowana lepiej lub gorzej pojętym interesem gospodarczym najsilniejszych państw, aniżeli deklarowanymi pryncypiami. Czy zatem rację mają apologeci wizji świata jako areny brutalnej rywalizacji, przejmujący ze Spencerowskiego postrzegania ewolucji nie tylko wartość pracy organicznej, ale i prymat walki o byt jako siły organizującej stosunki społeczne, wręcz tworzywa cywilizacji? Czy odpowiedzią na nieprzestrzeganie oficjalnie deklarowanych zasad solidarności ma być ucieczka w zbudowany na rozczarowaniu szowinizm? Przyjęcie takiej optyki byłoby poważnym błędem.
Historia dobitnie pokazała, iż prawa postępu gospodarczego i społecznego mają się nijak do koncepcji świata jako gry o sumie zerowej – świata wygranych i przegranych. Pozytywne trendy cywilizacyjne są wynikiem wielusetletniej pokojowej kampanii dobrej woli, rozpowszechniającej zdobycze ludzkiego umysłu w poprzek wąskich interesów – indywidualnych, grupowych czy klasowych. Ten inspirujący marsz był wspierany przez tworzenie się i rozwój państw narodowych. Na gruncie właściwych sobie kultur wytworzyły one instytucje będące podstawą rozwoju, którego pozytywne skutki swobodnie przekraczały już granice.
Czasami może się wydawać, że wskazywanie przez ekonomistów na kluczowe znaczenie instytucji w tworzeniu dobrobytu stanowi rodzaj wymówki przed zmierzeniem się z palącymi problemami gospodarki sensu stricto. Jednakże badanie po badaniu, często sięgające kilka wieków wstecz, potwierdza to spostrzeżenie z całą doniosłością, wskazując, iż tylko narody, które były w stanie wykształcić wysokiej jakości instytucje, mogły dokonywać korzystnych dla siebie przeobrażeń, wnosząc zarazem unikalny wkład w ogólny rozwój cywilizacyjny.
Silne instytucje oznaczają silne państwo, zdolne łagodzić skutki wypadków losowych i ograniczać zasięg problemów społecznych. Dogmatycy zrównoważonego budżetu lubią argumentować, że wspieranie grup, którym powiodło się gorzej, to „stawianie konia przed wozem”, bo „żeby wydawać, należy najpierw zarobić”. I chociaż w kwestii polityki społecznej wojowniczy dogmatyzm budżetowy jest chybiony, to w jego przesłankach jest zawarte słuszne spostrzeżenie. Nie można posiąść i utrzymać zdobyczy cywilizacji samym tylko żądaniem godnego życia i solidarności. Nawet doniosłe osiągnięcia mogą szybko zniknąć, rozmyte przez politykę równania do najtańszej specjalnej strefy ekonomicznej na świecie.
Wszystkie najcenniejsze zdobycze rozwiniętego społeczeństwa muszą być oparte na mocnych filarach, których dziś nam brakuje, a mianowicie na możliwości samostanowienia o własnej przyszłości. Jest ona pochodną siły gospodarczej, ta zaś oparta jest nie na szowinizmie, jak chcieliby niektórzy, ale na mozolnej pracy nad instytucjami. W tym – nad wzorcami społecznymi współpracy, ułatwiającymi budowanie pozycji ekonomicznej kraju. Niektórzy za pierwotną wadę nadwiślańskiej wspólnoty uznają przedkładanie symbolu nad konkret, pryncypiów nad pragmatyzm i emocji nad interesy. W najkorzystniejszym od stuleci klimacie międzynarodowym Polska ma szansę – i musi! – stworzyć rozumną syntezę tych pozornych dychotomii.
przez Bartosz Oszczepalski | sobota 5 kwietnia 2014 | nasze rozmowy
Do opinii publicznej coraz częściej docierają informacje o nadużyciach w wykonaniu znanych firm odzieżowych, które m.in. w krajach trzeciego świata korzystają z bezpardonowego wyzysku pracowników. O tych problemach rozmawiamy z Marią Humą, prezeską Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie oraz koordynatorką Kampanii Clean Clothes Polska.
***
Czym jest Kampania Clean Clothes Polska i w jakim celu została powołana?
Maria Huma: Clean Clothes Polska jest krajową platformą międzynarodowej sieci Clean Clothes Campaign. Łączy ona wysiłki związków zawodowych, organizacji pozarządowych i wszystkich, którzy działają na rzecz poprawy warunków pracy w przemyśle odzieżowym w Europie i krajach producenckich, do których zaliczane są głównie państwa azjatyckie. Domagamy się od firm odzieżowych, aby wzięły odpowiedzialność za warunki pracy w ich „łańcuchach produkcji”, a więc także u swych podwykonawców. Z kolei konsumentów zachęcamy do wspierania tych postulatów odpowiedzialnymi zakupami oraz udziałem w kampaniach.
Kampania Clean Clothes jest na terenie naszego kraju prowadzona od 2009 roku. Stoi za nią nieformalna koalicja organizacji, takich jak Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie, Koalicja KARAT, Polska Akcja Humanitarna czy Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”.
Jakie działania przeprowadziliście do tej pory w przestrzeni międzynarodowej?
M. H.: Jedną z naszych najważniejszych kampanii jest „Godna płaca dla wszystkich”. Wierzymy, że pracownicy przemysłu odzieżowego powinni otrzymywać wynagrodzenie, które pozwoli im na utrzymanie siebie i swoich rodzin. Tymczasem w wielu krajach, gdzie produkuje się odzież, pracownicy fabryk nie otrzymują godnej płacy. Dzieje się to mimo rosnących zysków branży odzieżowej. Z ceny, którą konsumenci płacą za sztukę odzieży, zaledwie 1-2% trafia do pracowników, a około 50% do właścicieli marek odzieżowych. Korporacje odzieżowe, kierując się maksymalizacją zysków, przenoszą się do krajów słabo rozwiniętych, gdzie istnieje słaby system prawa pracy, a siła robocza jest tania. Robotnicy czasami protestują przeciwko głodowym płacom – ostatnio wyszli na ulice w Kambodży, napotykając na brutalną reakcję władz. Tam i w wielu innych krajach Azji wschodniej przemysł i eksport opierają się głównie na branży odzieżowej. Celem naszej kampanii jest obywatelski nacisk na rządy w sprawie utrzymania płac minimalnych na odpowiednim poziomie.
Kolejną akcją, którą organizujemy, jest „Bezpieczeństwo w Bangladeszu”. Bangladesz to drugi co do wielkości producent odzieży (po Chinach). Niestety warunki pracy są tam bardzo złe. W fabrykach dochodzi bardzo często do śmiertelnych wypadków i katastrof. Tylko w ciągu ostatniej dekady w tragicznej serii katastrof budowlanych i pożarów fabryk odzieżowych zginęło ponad 1500 pracowników, a setki zostały ranne. Wśród przyczyn tragedii podaje się wady konstrukcyjne budynków, brak odpowiednich zabezpieczeń przeciwpożarowych, brak szkoleń dla pracowników i prześladowania związkowców, które uniemożliwiają skuteczną ochronę bezpieczeństwa pracowników. Problem ten został nagłośniony po katastrofie w szwalni Rana Plaza, gdzie w 2013 roku wskutek zawalenia się budynku zginęło ponad tysiąc osób. Wtedy to, po apelach konsumentów, doszło do podpisania porozumienia pomiędzy firmami a związkami zawodowymi oraz organizacjami pozarządowymi, które dotyczyło bezpieczeństwa budynków i ochrony przeciwpożarowej w fabrykach w Bangladeszu.
Walczymy również o obowiązkowy globalny zakaz piaskowania (tzw. sandblasting) jeansów w przemyśle odzieżowym. Jest to proceder bardzo niekorzystny dla zdrowia pracowników fabryk, którzy z tego powodu często zapadają na krzemicę. Pomimo tego, że oficjalnie wiele firm odzieżowych wycofało się ze stosowania tej metody, to raporty Clean Clothes dowodzą, że piaskowanie wciąż jest praktykowane w Bangladeszu i Chinach.
Powiedz teraz kilka słów o tym, co udało wam się zrobić w Polsce.
M. H.: Przeprowadziliśmy szkolenia dla nauczycieli i uczniów w polskich szkołach odzieżowych, podczas których opowiadaliśmy im o warunkach pracy w fabrykach odzieżowych w krajach producenckich. Ponadto zwróciliśmy się do polskich firm odzieżowych (m.in. do firmy LPP odpowiedzialnej za produkcję ubrań marki Reserved) z propozycją dialogu. Poprosiliśmy LPP o wyjawienie, gdzie dokładnie szyte są ich ubrania i w jakich warunkach odbywa się ta produkcja. LPP zobowiązało się do opracowania całościowej strategii społecznej odpowiedzialności biznesu, opartej na monitoringu łańcucha dostaw, ale niestety z tych obietnic póki co się nie wywiązali. Później metki LPP zostały odnalezione w ruinach budynku szwalni Rana Plaza. Firma jednak nie chciała nam wyjaśnić, czy ich ubrania były produkowane w fabryce, w której doszło do tak wielkiej tragedii. Po tym, jak media zainteresowały się tematem, LPP wydało komunikat, w którym napisali, że nie wiedzieli, gdzie dokładnie odbywała się produkcja. Odnieśliśmy wrażenie, że całkowicie zlekceważyli tę sprawę. Planowaliśmy wtedy zorganizowanie demonstracji w Warszawie i Łodzi, ale ostatecznie wycofaliśmy się z tego pomysłu, bo LPP przystąpiło do międzynarodowego porozumienia dotyczącego bezpieczeństwa fabryk w Bangladeszu. Niestety po tym, jak próbowaliśmy wyciągnąć od LPP informacje, firma zaprzestała jakichkolwiek kontaktów z nami.
Skoro już rozmawiamy o LPP, to powiedz, jak odnosicie się jako organizacja do tego, że ta firma zdecydowała się płacić podatki poza Polską?
M. H.: Uważamy, że jest to działanie niekorzystne dla gospodarki naszego kraju. Mogę się zgodzić z tym, że biurokracja czy niespójność przepisów są w Polsce problemem dla przedsiębiorców, ale przecież statystyki jasno mówią, że akurat koszty pracy w Polsce są niskie, jak na standardy europejskie. Absurdalny jest więc argument o wysokich podatkach, które miałyby rzekomo usprawiedliwiać działania korporacji uciekających do rajów podatkowych. Jako platforma organizacji pozarządowych działających na rzecz odpowiedzialnego biznesu nie zgadzamy się z takim postępowaniem firm, bo nie ograniczamy się tylko do spraw pracowniczych i pewne procesy gospodarcze staramy się rozpatrywać w szerszej perspektywie.
Czy na podstawie obserwacji prowadzonych przez waszą organizację możesz stwierdzić, że sytuacja pracowników w azjatyckich fabrykach odzieżowych w ciągu ostatnich dekad uległa poprawie? Jak to wygląda w porównaniu do krajów Europy Wschodniej?
M. H.: Zdecydowanie tak. Sytuacja uległa poprawie w porównaniu do tego, co działo się np. dwadzieścia lat temu. Wtedy w fabrykach pracowały także osoby niepełnoletnie, teraz raczej się tego unika. Coraz szerzej stosuje się płacę minimalną. Pewne standardy zaczęły być tam przestrzegane. To m.in. zasługa takich organizacji jak nasza, które od wielu lat przypominają o tym, że prawa pracownicze nie mogą być łamane. Oczywiście problemów nadal jest sporo, wciąż jest o co walczyć. W Europie jest dużo lepiej pod względem bezpieczeństwa pracy, ale z kolei w takich krajach jak Polska, Bułgaria, Rumunia, Turcja czy Ukraina głodowe pensje pozostają problemem wielu pracowników.
W jaki sposób Polacy reagują na wasze działania i postulaty?
M. H.: Muszę powiedzieć, że jest coraz lepiej. Jeszcze kilka lat temu trudniej było dotrzeć z takim przekazem, ale od jakiegoś czasu chyba następuje wzrost świadomości Polaków. Badania opinii publicznej jednoznacznie wskazują, że Polacy chcą, aby państwo chroniło ich przed wyzyskiem, a kapitalizm w naszym kraju przybrał w końcu ludzką twarz. Myślę, że takie nastroje to skutek szalejącego światowego kryzysu gospodarczego, który coraz bardziej daje się we znaki również naszym rodakom.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Bartosz Oszczepalski, 27 marca, 2014 r.
przez Jim Keoghan | wtorek 1 kwietnia 2014 | opinie
Kluby piłkarskie w małym stopniu troszczą się dziś o dobro kibiców i społeczności, na których się opierają. Zamiast tego zaspokajają potrzeby korporacyjnych sponsorów i niedzielnych fanów. Czas postawić pytanie: komu tak naprawdę kibicujemy?
Dawniej wielkie kluby piłkarskie nie były korporacyjnymi machinami – posiadającymi kosztowne działy marketingu, niezliczone „spółki-córki” i dziesiątki partnerów biznesowych. Były po prostu klubami, mającymi korzenie w lokalnych społecznościach, z których wzięły swój początek. „Lokalsi” grali w zespole i „lokalsi” płacili za obejrzenie meczu, a społeczność kibiców ograniczała się zazwyczaj do obszaru dzielnicy lub miasta, w którym klub miał swoją siedzibę. Co więcej, nawet jeśli istnieli komercyjni sponsorzy klubu, to rekrutowali się z najbliższej okolicy. Natomiast związek między klubem a jego otoczeniem miał charakter pewnej symbiozy, przynoszącej korzyści wszystkim zaangażowanym.
Czy dzisiejsza rzeczywistość ma jeszcze coś wspólnego z tą sprzed parudziesięciu lat? Nie sądzę. W zamian mamy marki, przypochlebiające się konsumentom korporacyjne marki, promowane i finansowane przez spółki, które przez przypadek nadal biorą częściowy udział w piłkarskim biznesie. Taki opis zjawiska ma zastosowanie w przypadku każdego z naszych pięciu wielkich klubów. Aby to udowodnić – ponieważ jestem złośliwym kibicem Evertonu – chciałbym się zająć jego lokalnym rywalem, Liverpool F.C.
Przyjrzyjmy się najpierw samym meczom, ponieważ stanowią najlepszy przykład, jak niewiele duże kluby piłkarskie myślą o przeciętnym miejscowym kibicu.
W 1990 roku najtańszy bilet na „domowy” mecz Liverpoolu kosztował 4 funty. Po około dwóch dekadach, w 2011 roku, ten sam bilet kosztował 45 funtów. Gdyby ceny w świecie futbolu rosły zgodnie ze stopą inflacji znaną z pozostałych sektorów gospodarki, bilet powinien kosztować 7 funtów.
Problem jest równie dramatyczny, jeśli chodzi o karnety sezonowe. W sezonie 1989/1990 najtańszy karnet na Anfield [stadion Liverpoolu] kosztował 60 funtów. I znowu, podążając za stopą inflacji, karnet sezonowy w 2011 r. powinien kosztować 100 funtów. Tymczasem od przeciętnego kibica oczekuje się dziś, że za możliwość oglądania meczów Czerwonych zapłaci 725 funtów.
Biorąc pod uwagę fakt, że większość mieszkańców Liverpoolu od 1990 roku nie doświadczyła podwyżek płac nadążających za inflacją oraz że w mieście znajduje się pięć z dziesięciu najbiedniejszych dzielnic w Anglii, nie potrzeba zbyt dużej wyobraźni, aby domyślić się, iż tłumy, które gromadzą się na Anfield w dzień meczu, to najprawdopodobniej bogaci goście spoza miasta.
Pomijając brak lojalności wobec dotychczasowych kibiców, klub udowodnił również, że nie zamierza się przyjaźnić z lokalną społecznością. Na początku lat 90., w ramach długoterminowych planów rozbudowy stadionu, Liverpool F.C. rozpoczął wykup domów wokół swej siedziby.
Według dziennika „The Guardian”, aby dotrzeć do niektórych właścicieli domów klub posłużył się agencją nieruchomości, podczas gdy pozostałe budynki zostały kupione przez osoby trzecie, by następnie zostać szybko odsprzedane klubowi. Takie podejście wywołało u byłych i obecnych sąsiadów stadionu wrażenie, że klub nabywa domy podstępem w celu utrzymania cen na niskim poziomie.
Ci sami mieszkańcy uważają, że wykupione domy pozostawiono następnie puste. W ten sposób klub chciał uderzyć w dotychczas tętniącą życiem lokalną społeczność, aby skłonić kolejnych mieszkańców do wyprowadzki i ułatwić sobie dalszy wykup nieruchomości. Fakt, że obecnie okolice Anfield ocenia się jako wymagające rewitalizacji, wydaje się potwierdzać takie przypuszczenia.
Wszystko to przypomina raczej działania bezdusznego prywatnego przedsiębiorstwa, niż lokalnego klubu piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia. Mając to na uwadze, spójrzmy na partnerów biznesowych, których klub pozyskał w ciągu ostatnich lat.
Zaledwie przed dwoma miesiącami Liverpool z wielką pompą ogłosił wielomilionowy kontrakt partnerski z grupą Dunkin’ Brands, amerykańską spółką stojącą za marką Dunkin’ Donuts oraz siecią sklepów z lodami Baskin-Robbins. To ta sama firma, która w zdrowej ofercie produktów spożywczych posiada kanapkę z indykiem, serem i słoniną (400 kalorii), pączek z borówkami (500 kalorii) oraz charakterystyczną kawę mrożoną Pumpkin Spice Coffee Coolatta (1040 kalorii). Mając na uwadze, że klub działa w mieście, w którym połowa 11-letnich chłopców oraz czterdzieści procent 11-letnich dziewcząt ma nadwagę, a wskaźniki dziecięcej otyłości są jednymi z najwyższych w Wielkiej Brytanii, można powiedzieć, że łączenie ze sobą kultowego herbu Liverpool F.C. z marką znaną z produkcji wyrobów o bardzo wysokiej zawartości tłuszczu i cukru, jest po prostu nieodpowiedzialne.
Fakt faktem, że odpowiedzialność i sponsoring rzadko idą w parze, przynajmniej jeśli chodzi o czołowe ligi piłkarskie. Jeśli szukacie dowodów, wystarczy spojrzeć choćby na sponsora koszulek Liverpoolu, bank Standard Chartered. W 2012 roku zgodził się on na zapłacenie grzywny w wysokości 340 milionów dolarów (220 milionów funtów), nałożonej przez nowojorski stanowy Departament Usług Finansowych w związku z wykrytymi machinacjami finansowymi, pozwalającym na ukrywanie przed amerykańskimi władzami wielomilionowych transakcji prowadzonych przez Iran. Takie machinacje pozostawiły system finansowy otwarty dla różnych „terrorystów” i „bossów narkotykowych”.
Nie jest to odosobniony przypadek. Jeśli rzucić okiem na listę głównych partnerów biznesowych Liverpoolu, o których klub trąbi na prawo i lewo, możemy znaleźć masę innych przykładów kontrowersyjnych praktyk.
Napój Gatorade: zawierał bromowany olej roślinny (BVO), zakazaną w Europie substancję chemiczną stosowaną w preparatach ognioodpornych. Producent wycofał się z jej używania dopiero pod nasiloną presją konsumentów. PepsiCo, właściciel Gatorade, jest natomiast krytykowana za działalność biznesową w krajach, w których panuje reżim stosujący ucisk polityczny, takich jak Birma, Chiny i Filipiny. Została ponadto oskarżona o testowanie swoich produktów na zwierzętach oraz o współpracę z firmami biotechnologicznymi, które używają tkanek z ludzkich płodów do rozwoju nowych produktów spożywczych.
Spółka MBNA: Jeśli bycie głównym darczyńcą w kampanii prezydenckiej Georga W. Busha samo w sobie nie jest dostatecznie złe, to w Wielkiej Brytanii bank MBNA krytykowano za nieuczciwe praktyki w zakresie sprzedaży ubezpieczeń ochrony płatności (securities) oraz za obciążenie kart kredytowych swoich klientów wygórowanymi stopami procentowymi.
To, z czym spotykamy się na Anfield, to w gruncie rzeczy działania przedsiębiorstwa, które prawie niczym nie różni się od dowolnej spółki. Głównym motorem działań klubu jest chęć maksymalizacji zysku – obojętnie, czy oznacza to wykiwanie tradycyjnej bazy kibiców, wykorzystanie lokalnej społeczności, która kiedyś go wspierała, i dawanie d…y każdej firmie, która w dość kuszący sposób wymachuje plikami banknotów, nawet jeśli są to brudne pieniądze pochodzące z nieetycznych źródeł.
Liverpool F.C. nie jest jedynym klubem piłkarskim, który tak bardzo oddalił się od dawnego etosu. W jego miejsce można wstawić dowolny inny wielki klub przekupnie handlujący na wyżynach czołowych rozgrywek sportowych. Każdy taki przypadek wskazuje na to samo i odnośnie do każdego należy postawić sobie pytanie: komu dziś, do cholery, kibicujemy?
Wielu z nas ma lewicowe poglądy i zarazem interesuje się futbolem, zwłaszcza w miastach takich jak Liverpool, Manchester czy Londyn. Kibicujemy i finansowo wspieramy kluby, które nierzadko reprezentują kapitalizm w najpaskudniejszej postaci.
Zdaję sobie sprawę, że zmiana ulubionego klubu jest w kulturze kibicowskiej praktycznie niemożliwa. Ale pamiętajmy, że gdy następnym razem nasz klub zdobędzie mistrzostwo albo zakwalifikuje się do europejskich pucharów, to być może powinniśmy pamiętać, że stało się to jakimś kosztem. Tym kosztem jest m.in. sama dusza klubów, którym kibicujemy.
Jim Keoghan
Przekład: Krzysztof Kołek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie http://sabotagetimes.com, przedruk za zgodą autora.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 24 marca 2014 | opinie
Taki mamy klimat – w którym przedsiębiorca robiący wszystko, by móc jak najtaniej i jak „najelastyczniej” zatrudnić pracownika określany jest jako rozsądny i kierujący się interesem firmy oraz logiką rynkową. Za to pracownik, robiący wszystko, by jak najwięcej zarabiać i mieć możliwie stabilne zatrudnienie, nazywany jest roszczeniowym i nieodpowiedzialnym. W zdrowo funkcjonującej gospodarce każdy zdaje sobie sprawę, że wszystkie strony gry rynkowej (przedsiębiorcy, pracownicy, konsumenci) są równie istotne, a nadmierne osłabienie którejś z nich przyniesie przykre konsekwencje prędzej czy później. Ale kto powiedział, że u nas musi być zdrowa gospodarka.
Polski model liberalizmu gospodarczego to ekonomia podaży doprowadzona do absurdu. Nieproporcjonalną wagę przywiązuje się już nawet nie do samej strony podażowej gospodarki, lecz do specyficznej jej części: kapitału. Każdy rozsądny ekonomista rozumie, że bez odpowiedniej podaży gospodarka nie będzie się rozwijać. Niestety chyba nie każdy polski ekonomista rozumie, że właściciel zakładu produkcyjnego sam nie wyprodukuje np. 40 kontenerów zamówionego towaru. W zbilansowanej gospodarce pozycja pracownika jest równie istotna jak przedsiębiorcy, który go zatrudnia. Natomiast w Polsce przedsiębiorca zwykle nie zatrudnia – on najczęściej łaskawie „daje pracę”. Wyższość przedsiębiorcy jest więc usankcjonowana już na poziomie werbalnym.
W niedawnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Marek Belka wprost stwierdził, że w naszym kraju została wytworzona atmosfera ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców, tymczasem warunki dla ich działalności są wręcz „cieplarniane”. Oczywiście to żadna nowość, a na fakt ten wskazywało już wielu komentatorów. Nie nosili oni jednak równie dobrych garniturów co szef NBP i nie byli w przeszłości premierami RP. Ich głos był więc lekceważony, zgodnie ze standardową w naszym kraju procedurą postępowania z opiniami osób nie zaliczanych przez główny nurt do grona „autorytetów” czy „niezależnych ekspertów”.
Skoro już nawet poważany w mainstreamie ekonomista wypowiada takie słowa, to może do większej grupy osób dotrze, że coś musi być na rzeczy. A że jest, to sprawa oczywista. Z tą małą różnicą, że atmosferę ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców celniej można byłoby określić atmosferą ciągłego szantażu. Jeśli warunki dla przedsiębiorców nazwiemy cieplarnianymi, to warunki pracowników należałoby porównać do syberyjskiej tundry.
Przejdźmy jednak na poziom konkretu i zacznijmy od kosztów uzyskania przychodu. O ile polskim przedsiębiorcom przepisy pozwalają odliczyć od przychodu prawie wszystko, co im tylko przyjdzie do głowy (klasyczne już: „to się przecież kupi na firmę i wrzuci w koszty”), to pracownikowi przysługuje marny ochłap w wysokości 110 lub 130 zł miesięcznych kosztów uzyskania przychodu. Na samo paliwo, by dojechać do pracy, wydaję co miesiąc 500 zł, więc możliwość odliczenia od przychodu 130 zł miesięcznie odczuwam tak bardzo, jak pamiętną obniżkę składki rentowej za rządów PiS. Ta pierwsza w moim życiu „podwyżka” przyniosła mi do wypłaty dodatkowe… 20 zł. Tymczasem przedsiębiorca może uznać za koszt w zasadzie każdy wydatek, który ma związek z wygenerowaniem przychodu. Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną konsekwencję – pracodawcy mogą sobie spokojnie wrzucać w koszty składki na organizacje pracodawców, za to pracownik składki na związki zawodowe już nie odliczy.
Jednym z większych absurdów rodzimej ekonomii podaży jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na rzekomo zachłanny ZUS. Tymczasem składki przedsiębiorców są całkiem niskie. Mają oni obowiązek płacenia składek liczonych od wysokości zaledwie 60% przeciętnego wynagrodzenia, za to podstawą oskładkowania pracownika jest cały jego realny dochód. Nie wspominając o dwuletnim okresie ochronnym dla raczkujących przedsiębiorców z mikroskopijnymi składkami liczonymi od 30% pensji minimalnej. A na zupełną kpinę zakrawa fakt, że składka zdrowotna dla przedsiębiorcy wynosi 270 zł, ale jeśli w NFZ chciałby ubezpieczyć się bezrobotny, z jakiegoś powodu niezarejestrowany w Urzędzie Pracy, to musiałby zapłacić 360 zł.
Skoro składki odliczane od 60% przeciętnej pensji bywają dla polskich przedsiębiorców zabójcze, to problem chyba nie tkwi w ZUS-ie, lecz w nich samych. Jeśli te, delikatnie mówiąc, niewygórowane obciążenia urastają często w dyskursie ekonomicznym do jednej z największych zmór osób prowadzących działalność gospodarczą, to może zbyt często za biznes biorą się jednostki zupełnie do tego nie predestynowane? Przecież w normalnej gospodarce nie każdy musi być przedsiębiorcą. No tak, ale kto mówił, że u nas musi być normalnie?
Nie tylko poziomy kosztów i składek uprzywilejowują przedsiębiorców. Dzieje się tak również za sprawą zróżnicowanego, bardzo korzystnego sposobu opodatkowania. Jednym z nich jest ryczałt, dzięki któremu różnego rodzaju przedsiębiorcy mogą obciążyć swój przychód zaledwie kilkuprocentowym podatkiem. Także karta podatkowa jest bardzo korzystna dla niewielkich podmiotów, gdyż mogą one dzięki niej uiszczać podatek niezależny od wysokości dochodu (stawki wyrażone są w niej liczbami bezwzględnymi, a nie procentem). Tym bardziej, że opodatkowanie według karty realnie spada – wskazane w niej kwoty wzrosły z początkiem 2014 r. o 1%, czyli mniej niż wynosi inflacja. W tym samym czasie z natury regresywny i uderzający w najbiedniejszych podatek VAT wciąż utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Zresztą przedsiębiorcy mogą także korzystać z 19-procentowego podatku liniowego – czynią tak bardzo ochoczo menedżerowie przechodzący na kontrakty – co jeszcze bardziej wzmaga fasadowość rzekomo progresywnego systemu.
Po tych kilku chwilach spędzonych w niewątpliwie przyjemnych warunkach cieplarnianych, przyjrzyjmy się teraz syberyjskiemu środowisku życia polskiego pracownika, który w rodzimym dyskursie ekonomicznym został zredukowany do „kosztu pracy”. Te zaś, jak wiadomo, należy bezwzględnie ciąć – inne sposoby ekspansji rynkowej są w naszym kraju wyjątkowo mało popularne. I trzeba z uznaniem stwierdzić, że metoda cięcia kosztów jest wprowadzana w Polsce bardzo sumiennie – w 2012 r. przeciętny godzinowy koszt pracy wynosił 7,4 euro, co dało nam 23. miejsce na 27 krajów UE. Gdyby w Unii obowiązywały takie zasady, jak w ligowej piłce nożnej, to w tej konkurencji spadlibyśmy do niższej klasy rozgrywek. Oczywiście trudno nam dziś aspirować do środka tabeli (przeciętna dla UE to 23,4 euro), skoro nawet drużyny walczące z nami o utrzymanie się w ekstraklasie wyprzedzają Polskę wyraźnie – przeciętne godzinowe koszty pracy w Czechach to 10,6 euro, a w Słowenii –14,6.
Nie przeszkadza to liberalnym ekonomistom twierdzić, że jedną z największych bolączek gospodarki są wysokie koszty pracy. Idealnie byłoby, gdyby pracownicy w ogóle zrezygnowali z wypłat – przecież pensje to „roszczeniowy” relikt PRL. W Polsce zresztą do tego ideału szybko się zbliżamy – udział płac w PKB Polski to zaledwie 46%, co na tle unijnej średniej (58%) wygląda żenująco. Nawet w Grecji, której zaaplikowano w ostatnim czasie kurację oszczędnościową w wersji hard, odsetek ten wynosi 50,5%. Tylko że według oficjalnego przekazu tam był kataklizm, a u nas jest zielona wyspa. No tak, ale kto mówił, że oficjalny przekaz musi być logiczny?
Praca w Polsce jest nie tylko żałośnie słabo płatna, ale w dodatku bardzo niestabilna. Jesteśmy absolutnym liderem w UE pod względem odsetka umów czasowych (27%). Nawet w Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za szczególnie tragiczną, jest ich 25%. Ta niestabilność oraz jeden z najgorszych w Europie systemów pośrednictwa pracy składają się na wyjątkowe „zahukanie” polskiego pracownika. Nie mogąc sobie nic odłożyć z marnej pensji, drżąc o posadę w rozmowach z pracodawcą, stoi on na wyraźnie gorszej pozycji wobec przedsiębiorców. Dowody na to daje także niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy – według niej oczekiwania płacowe polskich bezrobotnych są o nawet 20% niższe od stawek rynkowych.
Oczywiście w odpowiedzi liberałowie zawsze gotowi są wypowiedzieć standardowy frazes o niskiej produktywności – rzekomo zarabiamy tak mało, gdyż niska jest efektywność naszej pracy, a gdy ona wzrośnie, to automatycznie (a w zasadzie należałoby chyba powiedzieć: w sposób cudowny) wzrosną również nasze pensje. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że pośród państw OECD jesteśmy w absolutnym czubie pod względem wzrostu produktywności, za to pod względem wzrostu zarobków znajdujemy się na szarym końcu rankingu. Przykładowo w roku 2012 nasza produktywność wzrosła o 4% (a wedle danych UE nawet o 5,6%), lecz w nagrodę… nasze realne pensje spadły. Według związków zawodowych, gdyby płace naprawdę odpowiadały produktywności, średnia krajowa byłaby wyższa o 1000 zł. Bardzo podobne wnioski można wyciągnąć z przytoczonej już analizy NBP, w której jedną z głównych tez jest to, że poziom naszych zarobków już dawno uniezależnił się od związku ze wzrostem produktywności.
Przeważająca część przedsiębiorców nauczyła się konkurowania głównie niskimi kosztami. To strategia rozwojowa typowa raczej dla rozwijających się krajów trzeciego świata, a nie sporego europejskiego państwa z aspiracjami do gry w pierwszej lidze. Taka sytuacja doprowadziła do wielowymiarowych szkód w polskiej gospodarce. Jedną z nich jest dramatycznie niski poziom innowacyjności. Mityczna niewidzialna ręka rynku nie garnie się do łożenia na badania naukowe, skoro może spokojnie korzystać z premii, jaką dają rzesze taniej siły roboczej. Według danych Komisji Europejskiej, nakłady na badania i rozwój w Polsce to 0,9% PKB, co pozwala nam w UE wyprzedzić jedynie Rumunię, Bułgarię i Łotwę. Według innych danych, tylko 28% naszych spółek jest uznawanych za innowacyjne (średnia UE to 52%) – pod tym względem wyprzedzamy wyłącznie Rumunię. Nasza dotychczasowa strategia rozwojowa nieubłaganie się wyczerpuje, a tymczasem niski poziom innowacyjności nie daje widoków na nową. Dlatego coraz częściej pojawiają się opinie, że wpadliśmy w tzw. pułapkę średniego dochodu, która uniemożliwi wejście na wyższy poziom rozwoju. Kolejnym negatywnym efektem niskich płac w Polsce jest bariera popytowa, którą nawet polscy przedsiębiorcy (znów analiza NBP) uznają za główną przyczynę ograniczania zatrudnienia. Szkoda tylko, że nie domyślają się jeszcze, czym to jest spowodowane.
Wbrew liberalnym zaklęciom, jedną z głównych przyczyn wysokiego polskiego bezrobocia są zatem zbyt niskie, a nie zbyt wysokie płace. I jeśli uznamy płacę minimalną za skuteczne narzędzie podnoszenia płac w gospodarce, to może się okazać, że jej podniesienie może spowodować spadek bezrobocia, a nie wzrost. Oczywiście taka herezja wśród ekonomistów głównego nurtu musi spotkać się z rytualnym łapaniem się za głowę i oskarżeniami o ignorancję.
W Polsce pokutuje mit indywidualnej przedsiębiorczości. Rzekomo to właśnie jej zawdzięczamy rozwój. Prawda jest jednak zupełnie inna. Indywidualna przedsiębiorczość najbardziej kwitnie w najbiedniejszym regionie świata, czyli w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie z reguły kilkadziesiąt procent siły roboczej to „przedsiębiorcy”. W Beninie jest ich nawet około 90%. Tam po prostu każdy coś dłubie, struga, pokątnie sprzedaje, byle tylko przetrwać. Z jakiejś przyczyny ta indywidualna energia nie przekłada się na wzrost gospodarczy, który w Afryce Subsaharyjskiej w zasadzie od lat 70. stoi w miejscu. Krajobraz zastępów mikroprzedsiębiorców i drobnych ciułaczy, wypełniających bazary i sprzedających wszystko co popadnie z rozłożonych łóżek polowych, jest typowy dla krajów zacofanych, w których indywidualnej przedsiębiorczości jest z reguły pod dostatkiem. W krajach rozwiniętych odsetek przedsiębiorców zdecydowanie spada. Najniższy jest m.in. w Norwegii, ale nawet w podobno arcyliberalnych Stanach Zjednoczonych jest on jednocyfrowy.
Wynika to z faktu, że gwarancję rozwoju stanowi nie indywidualna przedsiębiorczość, lecz istnienie wypracowanych przez lata (a najlepiej przez wieki) wspólnotowych sposobów kanalizowania indywidualnej energii. Rozwój gospodarczy jest wynikiem zgodnej współpracy silnej wspólnoty, która zdołała wytworzyć wysoką kulturę pracy i efektywne instytucje. Bez tych ostatnich nawet największa ilość indywidualnej energii nie przełoży się na wzrost dobrobytu w kraju. Innymi słowy, rozwój jest przede wszystkim wspólnym wysiłkiem. W dobrze zorganizowanej i nastawionej na rozwój wspólnocie nie ma potrzeby, by każdy próbował zostać przedsiębiorcą, a pozycja pracownika i pracodawcy są przynajmniej zbliżone, gdyż jeden i drugi są niezbędni dla harmonijnego i stabilnego rozwoju. Dla wysokości PKB nie jest istotne, czy wytwarza je milion mniejszych, czy 10 tysięcy dużych firm. Za to dla gospodarki niezmiernie istotne jest, czy pracownicy (a więc także konsumenci) pracują w dużych, stabilnych i dobrze płacących przedsiębiorstwach, czy może u drobnych ciułaczy, którym nie starcza nawet na własne składki ZUS-owskie liczone od 60% średniego wynagrodzenia, a co dopiero na godne płace. Według NBP, polski pracownik jest elastyczny, mobilny i produktywny. Polscy pracownicy odrobili więc zadanie domowe – są gotowi na to, by Polska pokonała „pułapkę średniego dochodu” i weszła na wyższy poziom rozwoju. Teraz czas na przedsiębiorców.
przez Jarosław Górski | niedziela 16 marca 2014 | opinie
Od kilku lat ponad osiemdziesiąt procent dochodów czerpię z własnej twórczości: ze sprzedaży i użyczenia praw autorskich. Niestety, jeśli chcę – a chcę! – dalej robić to, co robię, a więc pisać, tłumaczyć, prowadzić wykłady i prelekcje, nie mam najmniejszej szansy na zatrudnienie na etacie.
Sen o ZUS-ie
Nie chcę prowadzić żadnej działalności gospodarczej – chcę zarabiać dzięki własnemu umysłowi, a nie dzięki wyzyskiwaniu pracy innych. Dlatego z wielką nadzieją czekam na tzw. ozusowanie i obłożenie składką zdrowotną umów autorskich i umów o dzieło. Skończą się okresy, których długości trwania nigdy nie mogę przewidzieć, kiedy mogę tylko modlić się, żeby nie przydarzyła mi się choroba i rujnujące pełnopłatne leczenie. Na stare lata coś może sobie na tym zusowskim koncie uzbieram i nie będę musiał spędzać wszystkich długich emeryckich dni na pozyskiwaniu surowców wtórnych, lecz może tylko te robocze. Gdyby zupełnie zabrakło zamówień, będę mógł liczyć, przynajmniej przez moment, na jakiś zasiłek.
Gdyby udało się obłożyć składkami wszystkie takie umowy, system osłony socjalnej mógłby objąć stopniowo całą rzeszę ludzi, którzy teraz zupełnie jej nie mają. A im ten system byłby silniejszy, tym bardziej i ja bym z tego korzystał. Oczywiście, pracodawcy i przedsiębiorcy w naszym kraju przyzwyczaili się już, że całe ryzyko i wszelkie finansowe straty przerzucają na pracownika lub słabszego podwykonawcę. Ozusowanie śmieciówek będzie więc zapewne oznaczało, że kwoty przelewane przez pracodawców na moje konto nieco zmaleją. Jednak w skali globalnej, gwarantowane przez państwo bezpieczeństwo socjalne daje pracownikom silniejszą pozycję w negocjacjach z pracodawcą, co z kolei może doprowadzić do wzrostu wynagrodzeń. Ktoś, kto nie boi się, że w razie utraty pracy znajdzie się po prostu na bruku bez środków do życia, ktoś, kto wie, że w razie choroby uzyska bezpłatną pomoc, a w razie wypadku odszkodowanie, może być w negocjacjach z pracodawcą bardziej hardy, odrzucać najgorsze czy poniżające propozycje pracy, znaleźć oddech na nieco dłuższe poszukiwania. To zresztą jedna z przyczyn, dla których wielu pracodawców woli płacić pracownikom więcej, ale zatrudniać ich na śmieciówkach, niż płacić mniej – i zatrudniać na umowę o pracę.
Tymczasem, jak widzę, trwają akcje pod hasłem „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów” (czy też twórców). Organizatorzy używają prostej arytmetyki: skoro składka ma wynosić około 20% wynagrodzenia, to tyle właśnie krwawy socjalistyczny reżim Tuska ukradnie artystom po to, żeby oni mieli mniej, a rząd więcej. Mówi się przy okazji takich akcji o tym, że artyści i ludzie żyjący z własnej twórczości mają w Polsce bardzo niskie dochody. Jako przyczynę tego wskazuje się pazerność państwa i gnębienie podatkami przedsiębiorców, którzy mogliby im zapewnić pracę. Czy rzeczywiście nędznej kondycji twórców w naszym kraju winna jest nadmierna ingerencja państwa?
Tanie dranie
Coraz częściej – od lat – spotykam się, i spotykają się moi znajomi żyjący z pióra lub piórka, z sytuacjami, w których niska cena czy wręcz gotowość do darmowej pracy jest jedyną zaletą twórcy. Do – dajmy na to – grafika dzwoni szef firmy reklamowej, stały odbiorca jego pracy: „Mam chętnego, który zrobi to co ty, tylko o połowę taniej”. Grafik: „Ale ja to zrobię lepiej”. Odbiorca: „Nie potrzeba lepiej. Może być gorzej, »ludożerka« i tak nie widzi różnicy. Płacę połowę. Bierzesz?”. Oczywiście ten, kto zgodzi się na pracę za połowę stawki, będzie bez szans w starciu z tym, kto zgodzi się na połowę tej połowy – kto zrobi jeszcze gorzej, bez polotu i pomysłu, małpując ograne grepsy. Ale nikomu nie będzie to przeszkadzało. Bo dalekosiężnym skutkiem takich sytuacji jest to, że „ludożerka” rzeczywiście coraz mniej widzi różnicę między porządnie a źle zaprojektowanym plakatem reklamowym. Między serialem telewizyjnym z dobrym scenariuszem i porządnie zagranym a takim, którego scenariusz „napisało samo życie”, a odegrali amatorzy płatni po 300 złotych za rolę. Między książką, którą napisał artysta, nad którą pracowali profesjonalni redaktorzy i korektorzy, a taką, którą popełnił nudzący się emeryt, a poprawiał bezpłatny stażysta.
Przyjmowanie przez twórców – jako własnej – perspektywy przedsiębiorców wyzyskujących ich pracę, zawsze obróci się przeciwko twórcom. Tym bardziej, jeśli mowa o polskich przedsiębiorcach, przekonanych o tym, że konkuruje się zawsze niską ceną, którą można uzyskać kosztem jakości, innowacyjności i dzięki wytresowaniu mało wymagającego odbiorcy. Ten model biznesowy sprawdził się w produkcji wędlin, których kilka kilogramów można uzyskać z jednego kilograma mięsa, a więc sprawdzi się także przy produkcji dóbr kultury. Będzie to tym łatwiejsze, że przy ocenie twórczości artystycznej nie da się zastosować obiektywnych, fizycznych miar. Im zaś gorszą produkcję kulturalną proponujemy – już od najmłodszych lat – człowiekowi, tym mniej będzie on wymagał od tych, którym za ich produkcję płaci.
Długotrwałe tresowanie mało wymagających odbiorców taniej w produkcji – choć niekoniecznie tanio sprzedawanej – twórczości kulturalnej już przynosi skutki. Przez wielu twórców przypisywane są one krwiożerczemu socjalistycznemu reżimowi Tuska, Kaczyńskiego lub Millera, który to reżim, poprzez nadmierną ekonomiczną ingerencję, powoduje uwiąd rynku i obniżenie stawek. Tymczasem dziś twórcy zarabiają tak mało m.in. dzięki swoim kolegom po fachu, którzy przez wiele lat, solidarnie z prywatnymi przedsiębiorcami, pracowali nad gustem rodaków. Psując go i sprowadzając do takiego właśnie poziomu, przy którym grafiką użytkową, literaturą popularną, projektowaniem przedmiotów codziennego użytku czy muzyką mogą zajmować się bezpłatni stażyści, a wizualną stronę miast czy literacki poziom czasopism pozostawić można bezpłatnemu przypadkowi. Solidarnie z wielkim i mniejszym biznesem, który, owszem, jeszcze jakiś czas temu płacił sporo (a i teraz potrafi jeszcze sypnąć groszem swoim apologetom), twórcy spychali twórczość do domeny wolnego rynku, który i w tej dziedzinie miał wszystko znakomicie uregulować. I rzeczywiście, uregulował, wychowując przy okazji całe pokolenie odbiorców niewymagających, bo nieczytających, łykających wszystko, co zobaczą w telewizji, nie czujących się źle we wstrętnych miastach zapaskudzonych wytryskami młodych kreatywnych z agencji reklamowych. „Ludożerka” rzeczywiście nie widzi różnicy, więc po co przepłacać?
W takim kraju jak nasz, który sam sobie wyznaczył misję rezerwuaru taniej, nisko kwalifikowanej i niewymagającej siły roboczej dla drogiej, innowacyjnej Europy, biznes – wielki czy mały – nie ma żadnego interesu w tym, aby podnosić poziom artystycznych czy estetycznych aspiracji publiczności. Ma wręcz istotny interes w tym, żeby go obniżać, żeby wychowywać publiczność, która za możliwie największe pieniądze kupi produkt możliwie najniższej jakości, wymagający minimalnych nakładów. Interes biznesu jest więc całkowicie sprzeczny z interesem twórców. Ci ostatni wolą jednak urządzać akcje w stylu „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów”, niż szukać takich rozwiązań, które pozwoliłyby im zarówno bronić własnych interesów (także w starciu z biznesem), jak i wpływać na wychowanie publiczności potrzebującej produktów artystycznych wysokiej jakości, innowacyjnych i niepowtarzalnych.
Milczący sojusznik
Sojusznikiem twórców w działaniach na rzecz tak zdefiniowanego celu mogłoby być państwo. Mogłoby, gdyby twórcy zaczęli postrzegać ów byt nie jako potwora wysysającego ostatnie krople krwi z cherlawego i wiecznie skrzywdzonego biznesu, i nie (jakoś jedno z drugim godzą) jako skąpca, który śpi na bogactwach, a dotacji i stypendiów rozdawać na prawo i lewo nie chce, ale jako instytucję organizacji społecznej, powołaną m.in. po to, aby wspomagać obywateli w walce o ich interesy. Gdyby twórcy zechcieli się organizować nie tylko po to, aby należeć do prestiżowych organizacji i od czasu do czasu mieć możliwość zabłyśnięcia nazwiskiem pod jakimś listem otwartym, ale także po to, aby bronić swoich interesów oraz domagać się aktywnej roli państwa we wspieraniu rozwoju i bytu własnej grupy zawodowej.
Nie, nie chodzi mi tu o wspieranie dotacjami (choć i one są czasem potrzebne) czy państwowymi pensjami. Chodzi mi o aktywny udział w takim kształtowaniu społecznych potrzeb, które będzie skutkowało popytem na twórczość, innowacyjność, piękno.
Weźmy choćby głośną dziś – i dziwnie kontrowersyjną – sprawę bezpłatnego podręcznika dla młodszych klas szkoły podstawowej. Wiemy tylko tyle – i z tego się cieszmy – że taki podręcznik powstanie, że przygotowują go najlepsi metodycy. A przecież podręcznik dla maluchów będzie kształtował nie tylko wiedzę przewidzianą programem nauczania, ale i artystyczny smak, przyzwyczajenia i potrzeby estetyczne. Sprawa jest zbyt poważna, żeby zostawić ją metodykom. Spójrzmy, jakie kaskady kiczu, złego gustu literackiego i plastycznego wylewają się z innych podręczników przygotowywanych właśnie przez metodyków (pod dyktando komercyjnych wydawnictw). Przecież tu powinno się ogłosić wielki ogólnopolski konkurs – niechby metodycy ustalili kryteria! – na który poeci mający doświadczenie w twórczości dla dzieci nadsyłaliby wierszyki, prozaicy opowiadania i czytanki (nie tylko z polskiego; dlaczego świetni pisarze nie mieliby tworzyć tekstów przyrodniczych czy zagadek matematycznych?), a dramaturdzy scenki do odegrania. Niech zilustrują taki podręcznik najwybitniejsi nasi malarze i graficy, nie zdemoralizowani w komercyjnych wydawnictwach czy agencjach reklamowych schlebianiem dziecięcemu brakowi estetycznego wyrobienia, pewni wartości własnych pomysłów, które od małego odbiorcy wymagać będą jakiegoś wysiłku, pewni własnego gustu. Niechby taki podręcznik miał przemyślane – zaprojektowane przez najlepszych specjalistów – wizualne proporcje, kroje czcionki, elementy interaktywne, a nawet fakturę papieru.
Koszty takiego konkursu i stworzenia znakomitego artystycznego produktu nie podniosłyby jakoś specjalnie ogólnej sumy wydatkowanej na przedsięwzięcie (dzięki jego skali). I, podkreślam, nie to byłoby tutaj najważniejsze, że przy takim konkursie kilku czy kilkunastu artystów mogłoby sobie zarobić, choć to oczywiście też jest istotne. Chodziłoby o to, żeby państwo wzięło się poważnie za kształtowanie polskich gustów i potrzeb artystycznych już na etapie dzieciństwa. Byłaby to praca trudna, bo przecież trzeba by stoczyć wojnę z gigantyczną biznesowo-reklamową machiną, przyzwyczajającą już niemowlęta do kiczu i złego smaku. Jednak taka wojna jest konieczna, bo skutki oddania kulturalnej i estetycznej edukacji Polaków biznesowi widać gołym okiem już dziś.
Niech artyści projektują place zabaw, żłobki i przedszkola – od budynków, ogródków, przez meble, aż po zabawki. Niech na budynkach szkolnych powstają murale, a wewnątrz niech malarze zaprojektują kolory ścian. Dlaczego nie ma konkursów na lektury szkolne dla kolejnych klas podstawówki, gimnazjum czy liceum? Dlaczego sztućce i talerze w szkolnych stołówkach nie mogłyby być zaprojektowane przez znakomitych twórców, rozumiejących estetyczną chłonność młodych ludzi? (Oczywiście w kraju, w którym z premedytacją zarzyna się szkolne stołówki, bo trzeba dać zarobić drogim firmom cateringowym, brzmi to absurdalnie!)
Dlaczego w polskich urzędach państwowych – nie gabinetach ministrów, ale w biurach, do których przychodzą petenci, żeby załatwić jakąś sprawę – są takie brzydkie meble i takie nudne ściany? Przecież można by zlecić projekty krzeseł, biurek czy wieszaków na ubrania katedrom projektowania polskich uczelni artystycznych, a u młodych malarzy zamawiać niedrogie, ale porządnie namalowane obrazy.
Mamy przecież takie fantastyczne tradycje. Choćby z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy wiecznie niedofinansowane i wydające każdy grosz na armię państwo polskie znajdowało jednak – wcale nie takie wielkie! – środki na zamawianie u wybitnych albo po prostu przyzwoitych artystów projektów gmachów – i wyposażenia – urzędów, szkół, szpitali czy dworców kolejowych, ale także transatlantyków czy pisemek dla dzieci.
Jestem pewien, że w takim, choć w części przyzwoicie wyglądającym kraju, w którym państwo szanuje, a nie tłamsi lub oddaje w dzierżawę biznesowi duchowe potrzeby obywateli, także od reklamy, kina, pism czy telewizji obywatele (a przynajmniej istotna ich część) zaczęliby wymagać czegoś więcej, niż tylko taniej w produkcji półamatorskiej papki. I że w takim kraju ozusowani w tę i z powrotem twórcy mieliby się o wiele lepiej, niż mają się dzisiaj. Jedno jest pewne – artyści przed obecną ciężka dla nich sytuacją uciekać powinni do przodu, ku jakiejś wizji, ku wzrostowi własnemu i tych, którzy z ich twórczością będą obcować, a nie tylko tych, którzy mogą na nich zarobić. Inaczej – dupy z nich, a nie artyści! Inaczej: niech sczezną!
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 9 marca 2014 | opinie
Wolny rynek będzie naprawdę wolny, gdy wyzwoli się od społeczeństwa. W Polsce trwają postępy realnego liberalizmu w tym kierunku. Niż demograficzny jest najlepszym przykładem. Trzeba przyznać, że ten system ma znakomite właściwości odchudzające.
W mojej okolicy są dwie poczty. Jedną z nich właśnie wyremontowano. W środku zrobiło się bardzo elegancko i nowocześnie. Jest duże, odrębne stanowisko finansowe (Bank Pocztowy), osobny regał na prasę, koperty. I tylko jeden mały kłopot: zrobiło się ciasno. Zamiast dawnych dwudziestu krzeseł, na których zwykle siedzieli staruszkowie płci obojga, postawiono – na jedynym już kawałku wolnej przestrzeni – czerwoną ławkę, której oparcie kończy się w okolicach nerek (testowałem: mało wygodne). Od biedy mieści się na niej pięć ściśniętych osób. Reszta klientów musi stać w ścisku i czekać na swoją kolej. Nie ma już stolików – został jeden krótki blat, przy którym można wypełnić druczki. Pechowo, jego okolice to właśnie ostatni skrawek poczty, gdzie da się przystanąć nikomu nie zawadzając, gdy w środku jest tych dwadzieścia osób. Najbardziej jednak bije w oczy ta krótka czerwona ławka w „miejscu użyteczności publicznej”. Choć chyba ktoś, kto to projektował, najwyraźniej nie myślał o wnętrzu budynku pocztowego w tak mało nowoczesnych kategoriach.
Trudno traktować ten przypadek inaczej, niż jako symbol przemian, jakich doznaje cała nasza przestrzeń publiczna. W Krakowie właśnie oddano do użytku podziemny dworzec kolejowy, który stanowi de facto przedłużenie pobliskiej Galerii Krakowskiej. Ledwo oznaczono dojścia na poszczególne perony. Co stanie się ze starym, zabytkowym dworcem? Jeszcze nie wiadomo. W wielu miasteczkach, jeśli dworce kolejowe nie popadły w ruinę, po prostu zamieniono je w magazyny i hurtownie. W wielkopolskim Czempiniu rok temu zatrzymałem się w małej kawiarence na rynku, prowadzonej, jak się okazało, przez lokalnego patriotę i pasjonata swojej okolicy. Rozmowa zeszła na tamtejszy dworzec kolejowy. – Tam, w poczekalni, były piękne, zabytkowe kasetony, ale nie wiadomo, co się z nimi stało, bo to wszystko przerobili na magazyny – opowiadał. Łudzę się nadzieją, że starego dworca krakowskiego nie da się ot tak, po prostu, oddać na zmarnowanie. Ale w zasadzie: dlaczego nie? Przecież większości opinii publicznej i tak nic takie sprawy nie obchodzą, a nawet jeśli jest inaczej, to ich przełożenie na „czynniki decyzyjne” jest niemal żadne.
Na polskich ulicach królują banki i apteki – jeśli ktoś źle się poczuł po terapii szokowej, zawsze może wziąć to, co Goździkowa. I ludzie biorą. Zdaniem Centrum Badania Opinii Publicznej około 70 proc. Polaków łyka leki bez recepty co najmniej raz w miesiącu. Politycy wiedzieli co robią, zezwalając na niekontrolowaną reklamę tych produktów. Lekko „przyćpany” naród mniej się buntuje. Co prawda przedłużone samoleczenie może być szkodliwe, ale co komu szkodzi wziąć kilka tabletek, gdy wiadomo, że szanse na szybkie dostanie się do specjalisty są mizerne.
„Polacy są lekomanami i biorą za dużo leków bez recepty, szczególnie tych przeciwbólowych” – mówi Wirtualnej Polsce dr Piotr Burda, konsultant krajowy w dziedzinie toksykologii klinicznej. Nieco inaczej widzi problem prof. Richard Wilkinson, współautor jednej z najważniejszych książek ostatnich lat, „Duch równości”. W rozmowie z tygodnikiem „Polityka” stwierdził m.in.: „Emocje trudno jest kontrolować. A stres statusowy bywa bardzo bolesny. Badania pokazują, że wykluczenie społeczne oddziałuje na te same obszary mózgu co fizyczny ból. Niedawno opublikowano badanie, które pokazuje, że te same lekarstwa, które zmniejszają ból – na przykład paracetamol – zmniejszają też poczucie wykluczenia. To widać po rejestrowanych przez skaner reakcjach fizjologicznych mózgu. Można to też uchwycić w badaniach ankietowych. To częściowo tłumaczy nadużywanie środków przeciwbólowych w niższych klasach i w społeczeństwach o większym rozwarstwieniu”.
Wiemy jednak, że w Polsce nie jest w dobrym tonie mówić o rozwarstwieniu i konfliktach klasowych. To „komunistyczne wymysły” – liczy się jedność narodowa, którą osiągniemy, gdy tylko zacznie rządzić prawica bardziej prawdziwa od tej mniej prawdziwej. I oczywiście jeszcze bardziej wolnorynkowa, bo tylko wolny rynek odejmie Polakom ból głowy. Niektórym najpewniej razem z głową, ale koszty transformacji są zawsze nieuniknione. Te obecne, bo nad dawnymi można już uronić łezkę: Karol Modzelewski i Marcin Król służą przykładem wzruszeń poniewczasie. Prawa realnego liberalizmu nie różnią się pod tym względem od obowiązujących w realnym socjalizmie: za okres błędów i wypaczeń można bić się w piersi wtedy, gdy dawne ofiary już trafił szlag, a system pracuje nad nowymi.
Podobnie jak problem bólu głowy rozwiązać można kwestię kolejek do publicznych ośrodków zdrowia. Można je skrócić nie inwestując ani złotówki: trzeba po prostu zlikwidować publiczną służbę zdrowia. I chodzą słuchy, że tak właśnie będzie. Dokąd pójdą ci, których nie będzie stać na komercyjne usługi zdrowotne? Umrą. Przecież i tak wszyscy umieramy. Sami widzicie, że wolny rynek medyczny może uwolnić się od społeczeństwa naprawdę skutecznie.
Jak dotąd jednak istnieje jeszcze taki byt jak polskie społeczeństwo. Stąd może nie mam racji, gdy narzekam, że na poczcie nie ma już prawie gdzie usiąść. Docelowo przecież i tak nie będzie komu siadać. Ale po co w takim razie to majestatyczne stanowisko Banku Pocztowego? Cóż, i to da się wyjaśnić: współczesny kapitalizm spekulantów i wielkich instytucji finansowych opiera się przecież na transferze środków z peryferii do centrów. Będą nas zatem bombardować usługami bankowymi do ostatniego niewyciśniętego obywatela. Będą nas wyciskać na poczcie, na dworcu kolejowym zamienionym w galerię handlową i w aptece, do której skoczymy po wyjściu z banku. A na dodatek jeszcze w pracy, która staje się „elastyczna” do granic możliwości – swojej albo naszej.
W realnym socjalizmie było biednie, a z reguły też nikczemnie, ale dzieci przybywało. Dziś na ogół też jest nikczemnie, tyle że już w inny sposób, a zamiast równo dzielonej biedy mamy rosnące rozwarstwienie. Dzieci już nie przybywa. Mentalni potomkowie Korwin-Mikkego twierdzą, że to przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych – planowo ograbiający lud pracujący miast i wsi z pieniędzy, zabierający pracodawcom środki, które ci najchętniej przeznaczyliby na wyższe pensje dla swoich ukochanych pracowników. Inni – wiążą negatywne tendencje z rozpadem więzi rodzinnych, pod wpływem nagłych zmian społecznych i kulturowych, które zachodziły w czasach terapii szokowej.
Wredna lewacka propaganda głosi z kolei, że gdyby w Polsce istniał efektywny transport publiczny, sieć żłobków i przedszkoli, gdyby nie skomercjalizowano niemal wszystkich sfer życia i nie zaniżano z premedytacją płac w skali całego kraju, to dzieci mogłoby być więcej. Trzeba jednak uznać, że to rynek ma zawsze rację. A on najwyraźniej nie potrzebuje do szczęścia aż tylu Polaków. Być może wystarczyłoby nas kilkaset tysięcy, osadzonych gdzieś w okolicach Puszczy Białowieskiej i zatrudnionych w agroturystyce? Niemieccy emeryci przyjeżdżaliby do nas ze swego koszmarnego kraju, w którym pokutują straszliwe przeżytki komunizmu, takie jak własny przemysł czy dobrze rozwinięta sieć transportu publicznego. My przemysłu i sprawnego transportu nie mamy, bo jesteśmy nowoczesnym państwem realnego liberalizmu, a nie Niemcami, które, jak niedawno słyszałem, wkrótce zbankrutują już od tego dobrobytu. Razem z krajami skandynawskimi, rzecz jasna.
A skoro jesteśmy przy Niemcach i kolei. W czas Bożego Narodzenia, spędzanego w Wielkopolsce, rozmawiałem ze znajomym. Zwyczajowo zeszło na dawno zamkniętą lokalną linię kolejową. – „I tak wrócą tu Niemcy” – powiedział. Przyznam, że pierwszy raz w swoich stronach usłyszałem taki tekst. Gorycz? Poczucie, że wszystko wokół rozłazi się jak karton w strugach deszczu? Zdroworozsądkowa konstatacja, że inaczej być nie może, skoro z polskiego państwa zostają często tylko pudełka coraz bardziej pustych domów? Skoro domy te stoją przy dziurawych ulicach, którymi coraz dalej trzeba dojeżdżać do lekarza, na pocztę, do jakiegokolwiek ośrodka kultury? Skoro po gwałtownych wichurach w okolicy przez kilka dni nie ma prądu, bo sieć energetyczna jest stara i coraz mniej wydolna?
Tymczasem czytam, że minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska zapowiada, iż za dwa lata nasz kraj zwróci się do Komisji Europejskiej o przeniesienie niewykorzystanych funduszy unijnych z projektów kolejowych na drogowe. Komisja nalega zaś, byśmy do tego czasu wydali jak najwięcej na kolej, bo dobrze wiedzą, jakie w tej materii panuje w Polsce dziadostwo. Ale przecież „rozwój regionalny” w kraju realnego liberalizmu rządzi się swoją logiką: logiką niedorozwoju i atrofii. Infrastruktura publiczna może być dziadowska, byle nie rzucała się w oczy cienkiej warstwie zasobniejszych Polaków. Nie ma sensu wydawać na kolej, gdy się ją akurat likwiduje, a to, co z niej zostaje, wystarczy akurat na obsługę kilku największych miast.
Banki, apteki, galerie handlowe, likwidowane urzędy, kiepskie drogi, zarastające tory, pustoszejące regiony, niż demograficzny. Goździkowa, sklepy pocztowo-rybne, Marcin Król załamujący ręce nad polską transformacją, niskie podatki dla bogatych, wysokie dla biednych. Dla kogo nie wystarcza miejsca na coraz krótszej ławeczce, ten frajer. Stój w drzwiach albo emigruj, względnie zrób napad na bank, a łup przeznacz na proszki od bólu głowy.
Co to jest III Rzeczpospolita? Pic. A za picem nic.
przez Marceli Sommer | niedziela 9 marca 2014 | nasze rozmowy
O sytuacji na Ukrainie oraz o możliwych dalszych scenariuszach wydarzeń i ich skutkach rozmawiamy z dr. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim.
***
W komentarzach dotyczących rosyjskiej interwencji na Krymie pojawiły się głosy kwestionujące racjonalność działań Kremla. Czy rzeczywiście były one z punktu widzenia mentalności i interesów rosyjskiej władzy niekorzystne, niezrozumiałe lub nad wyraz ryzykowne?
Przemysław Żurawski vel Grajewski: Myślę, że z punktu widzenia mentalności były zrozumiałe. Czy z punktu widzenia interesów także? Z punktu widzenia imperialnego interesu Rosji, tak jak jest on pojmowany na Kremlu, zapewne były racjonalne. Myślę, że głównym celem interwencji na Krymie było przeprowadzenie pewnego testu – gdyby skończył się on powodzeniem, przedsięwzięto by kolejne działania, być może doszłoby do realizacji „scenariusza gruzińskiego” i marszu na Kijów. Putin został jednak zaskoczony. Ukraińcy nie dali się sprowokować. Nie doszło do wymiany ognia, którą można byłoby przedstawić opinii publicznej jako „sprowokowaną” przez stronę ukraińską, mitycznych banderowców z zachodniej części kraju. Nie dało się obarczyć ukraińskich niepodległościowców żadnymi ofiarami pośród cywili lub rzekomych reprezentantów „krymskich sił samoobrony”. Konfrontacja z konsekwentną propagandą Kremla, mówiącą np. o pogromach na rosyjskich obywatelach, byłaby dla Ukrainy szalenie trudna w warunkach zamieszania rewolucyjnego i niespójności struktur państwowych. Natomiast przyjęcie strategii unikania starć, zamknięcie się przez ukraińskie oddziały na Krymie w swoich bazach, sprawiło, że Putin miał do wyboru albo zarządzić szturm na garnizony – który trudno byłoby przedstawić jako sprowokowany – albo „pełzającą okupację”. Nic dziwnego, że zdecydował się na ten drugi scenariusz. Jest on jednak w dalszym ciągu dość trudny do PR-owego wykorzystania na potrzeby rosyjskie.
Mam wrażenie, że cała interwencja była w dużej mierze – większej niż w przypadku gruzińskim – improwizowana. W Gruzji do sprowokowania starć szykowano się przez wiele miesięcy – budowano linie kolejowe na potrzeby obsługi frontu, pieczołowicie rozmieszczano jednostki wojsk, eskalowano napięcie poprzez ataki artyleryjskie ze strony Osetii Południowej czy naruszenia przestrzeni powietrznej przez drony, zestrzeliwano gruzińskie samoloty zwiadowcze. Od kwietnia 2008 roku wojna wisiała już w powietrzu. Na Ukrainie sytuacja rozwijała się poza kontrolą Kremla. Putin, jak sądzę, nie przewidział klęski Janukowycza i dopiero, gdy ona nastąpiła, został zmuszony do działania – bierność w sytuacji klęski Janukowycza oznaczałaby bowiem wielką porażkę imperialnej polityki rosyjskiej. Musiał więc improwizować, a skoro musiał improwizować, to nie miał czasu przygotować całej akcji od strony propagandowej. Wszystko opierało się na założeniu o siłowej reakcji sił ukraińskich. W efekcie propagandowo przegrał z kretesem. A wojskowo, politycznie – zobaczymy, jeszcze nie wiemy.
Ale gdyby miał Pan rację, gdyby plan Kremla wiązał się z wywołaniem konfliktu zbrojnego, to czy nie byłby on w stanie odpowiedniej prowokacji zaaranżować?
P. Ż. v G.: Byłby w stanie – pamiętamy przecież jak wybuchła druga wojna czeczeńska [chodzi o serię zamachów bombowych na bloki mieszkalne, których organizację przypisuje się rosyjskim służbom specjalnym – przyp. red.]. Ale musieliby wcześniej założyć, że samo pojawienie się zbrojnych grup przejmujących instalacje wojskowe nie wystarczy do wywołania wymiany ognia. Wydaje mi się, że po prostu nie wzięli takiej możliwości pod uwagę. Spodziewali się, że albo dojdzie do wybuchu, albo do poddania się oddziałów ukraińskich i w efekcie podupadnięcia morale armii. Tymczasem Rosjanie oczywiście dominują pod względem militarnym, ale Ukraińcy wciąż jeszcze mają nierozbrojone jednostki. Rozbrojenie ich będzie wymagało albo złamania psychologicznego, albo zastosowania przemocy. Przedłużając tę sytuację Rosjanie popełniają błąd, bo dają czas na wypracowanie reakcji rządowi w Kijowie i społeczności międzynarodowej. Element zaskoczenia, który początkowo grał na korzyść Moskwy, już minął, a sytuacja staje się dla Putina coraz bardziej skomplikowana. Bo siły militarne, jakimi w tej chwili dysponuje, umożliwiają szybkie uderzenie, pokiereszowanie armii ukraińskiej, destabilizację sytuacji na terenach pogranicznych, ale już nie długotrwały konflikt ze zmobilizowaną w międzyczasie armią ukraińską, opanowanie terenu całego państwa czy jego znaczącej części. To wymagałoby przeprowadzenia powszechnej mobilizacji wojskowej przynajmniej w kilku okręgach. Mobilizacja byłaby z kolei decyzją bardzo ryzykowną dla wewnętrznej stabilności politycznej Federacji Rosyjskiej.
Racjonalnym rozwiązaniem byłoby w tej sytuacji stopniowe wycofywanie się Rosjan z zajętych pozycji. Na razie jednak nic na to nie wskazuje. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę pewien element irracjonalności, czy też przeszacowania sił i zmilitaryzowanej wizji świata, w której inne instrumenty polityczne są mało istotne. Jest to rys charakterystyczny dla elit postsowieckich, a rosyjskich, siłowikowych, w szczególności. Ta tendencja jest niestety wzmacniana z powodu słabej reakcji Unii Europejskiej, która de facto skłania Kreml do eskalacji agresji. Rosja Putina musiałaby doznać bolesnej porażki, żeby całkiem odrzucić tę optykę, a na razie jej jeszcze nie doznała.
Powiedział Pan, że czas działa w tej chwili na korzyść społeczności międzynarodowej, że może dzięki temu wypracować właściwszą reakcję na zaistniałą sytuację. Ale czy jest w ogóle taka wola po stronie zachodnich dyplomacji? Czy nie przeważy tendencja, aby „kupić” sobie – przynajmniej na jakiś czas – spokój na wschodzie, rezygnując z integralności terytorialnej Ukrainy?
P. Ż. v G.: Sytuacja jest złożona. Wydaje mi się, że jest szansa na przezwyciężenie tej tendencji w Stanach Zjednoczonych. Administracja Obamy znajduje się pod silną presją Republikanów, mając już na koncie sporą wizerunkową porażkę w kwestii syryjskiej. Gdyby Obama został w tym momencie – w odczuciu amerykańskiej opinii publicznej – ograny przez Putina, mógłby to być dla niego i Demokratów bardzo poważny cios polityczny. Ponadto, wprowadzając wojska na Krym, Rosja naruszyła zasady Deklaracji Budapesztańskiej z 1994 r., na mocy której Ukraina wyzbyła się broni jądrowej w zamian za gwarancje nienaruszalności granic ze strony Wielkiej Brytanii, USA i Rosji. Jest to cios w istotne interesy Amerykanów na newralgicznym dla nich „kierunku irańskim”, bowiem wpływa na ich wiarygodność w negocjacjach w sprawie wstrzymania irańskiego programu atomowego, na powodzeniu których bardzo im zależy. Żeby zapewnić sobie dobrą pozycję negocjacyjną, USA muszą dotrzymać gwarancji przyjętych wobec Ukrainy.
W Europie jest oczywiście różnie, jeśli chodzi o podobną gotowość do zdecydowanych działań. Nie jest to zresztą specjalnie zaskakujące, biorąc pod uwagę długą tradycję „miękkiej” polityki w stosunku do Rosji. Mamy doniesienia, że dwa tradycyjnie prorosyjskie europejskie mocarstwa, Francja i Niemcy, nie zamierzają zrywać współpracy wojskowej z Moskwą. Nic nie słychać na temat woli zerwania przez Niemcy kontraktu na budowę centrum szkolenia wojsk lądowych w Mulino pod Niżnym Nowogrodem, a Francja chce sfinalizować kontrakt na Mistrale, okręty desantowe. Na Kremlu będzie to z pewnością traktowane jako rzeczywista, a nie symboliczna wykładnia intencji Berlina i Paryża, a de facto akceptacji z ich strony dla dalszych działań na Ukrainie.
Pewne nadzieje można natomiast wiązać z Ankarą. Turcja jest regionalnym mocarstwem, jej flota jest silniejsza od rosyjskiej, a ponadto dysponuje stosunkowo prostym narzędziem wpływu na Moskwę w postaci zablokowania cieśnin czarnomorskich dla ruchu jednostek rosyjskich –wojskowych i cywilnych. Jeśli doszłoby na przykład do eskalacji napięć pomiędzy Rosjanami a Tatarami krymskimi, Ankara nie mogłaby pozostać obojętna. Tureckie społeczeństwo, które czuje się z Tatarami związane etnicznie i historycznie, nie zaakceptowałoby bierności swojego rządu. Żyjąca w Turcji około milionowa diaspora Tatarów krymskich jest społecznością dobrze zorganizowaną, a także dysponującą silną pozycją opiniotwórczą oraz istotnymi wpływami politycznymi.
Nie mamy niestety do czynienia z klimatem, który umożliwiłby na przykład usunięcie Rosji z gremiów międzynarodowych, takich jak G8, Rada Europy czy Światowa Organizacja Handlu. Uderzenie w interesy Moskwy nie będzie z pewnością tak surowe, jak moglibyśmy sobie w Polsce tego życzyć, ale nie będzie też bezbolesne.
Kryzys na Ukrainie spowodował, że pierwszy raz od wielu lat mamy poczucie, iż wszystkie znaczące siły w polskiej polityce mówią niemal jednym głosem. Czy spodziewa się Pan, że ten względny konsensus co do polityki wschodniej może utrzymać się dłużej?
P. Ż. v G.: Myślę, że dobiega końca to, co można by określić resetem w stosunkach polsko-rosyjskich. Z tą tendencją mamy do czynienia od czasu pamiętnej podróży premiera Tuska do Moskwy w styczniu 2008 r. w trakcie rosyjsko-ukraińskiego kryzysu gazowego. Potem rozwijana była m.in. przy okazji uroczystości obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. Tuż przed tymi uroczystościami minister Sikorski opublikował artykuł pt. „1 września – lekcja historii”, w którym odcinał się od aktywnej, „jagiellońskiej” polityki wschodniej, przedstawiając aspiracje odgrywania istotnej roli na obszarze dawnej Rzeczypospolitej jako mrzonkę i zalecając w jej miejsce politykę „piastowską”, czyli koncentrację na integracji europejskiej. Wreszcie, mieliśmy do czynienia z budowaniem atmosfery zaufania wobec Rosji w związku ze śledztwem smoleńskim. Cała ta polityka została dziś skompromitowana. Spodziewam się, że twórcy i praktycy tych koncepcji będą udawali, że nigdy w życiu niczego podobnego nie uprawiali. Sądzę, że przynajmniej w najbliższym czasie niemożliwy będzie powrót do polityki lekceważenia sąsiadów położonych między Polską a Rosją, ośmieszanie działań prezydenta Kaczyńskiego na froncie gruzińskim albo zabiegów o dobre stosunki z Ukraińcami czy Litwinami. Dla polskiej opinii publicznej nie będzie już przekonująca narracja mówiąca o tym, że trzeba zająć się interesami gospodarczymi z Rosją – których potencjał był zresztą bardzo przeceniany, jeśli weźmiemy pod uwagę chłonność rynku rosyjskiego, niską siłę nabywczą, wszechobecną korupcję itd. – a nie zajmować się polityką sensu stricto, czy też, że polityka wschodnia winna być wyłącznie polityką kupiecką, że Polska nie ma innych interesów na wschodzie niż wzrost wymiany handlowej.
Myślę, że będziemy również mieli do czynienia z ożywioną dyskusją na temat obronności Polski. Siła lub słabość reakcji NATO i struktur europejskich na atak na Ukrainę z całą pewnością wpłynie na naszą ocenę wiarygodności gwarancji sojuszniczych wobec państw bałtyckich czy Polski. Nie będziemy już mieli natomiast wątpliwości co do tego, czy Rosja jest niebezpieczna. Ta dyskusja już się rozstrzygnęła i nikt nie może dziś twierdzić, że dwudziestokilkuprocentowa mniejszość rosyjska na Łotwie czy w Estonii nie jest żadnym zagrożeniem dla stabilności tych państw. Jeśli Kreml zadecyduje, że wykorzysta te mniejszości dla uzasadnienia swoich działań politycznych czy militarnych, to oczywiście takim zagrożeniem się stanie. W sytuacji potencjalnej interwencji w państwach bałtyckich mówilibyśmy już o konkretnych zobowiązaniach sojuszniczych Polski w ramach NATO.
Z tych względów stan obronności państwa, stan armii polskiej, która wskutek decyzji politycznych stała się strukturą czysto ekspedycyjną, tracąc w zasadzie zdolności obronne, znajdzie się w centrum zainteresowania opinii publicznej. Przyjrzymy się kondycji wojska polskiego chociażby na tle Finlandii, która przy ośmiokrotnie niższej populacji wypada od nas lepiej nawet w liczbach bezwzględnych, albo maleńkiej Estonii, która wyraźnie lepiej niż Polska radzi sobie w ujęciu procentowym zdolności mobilizacyjnych. Zwrócimy uwagę na wydatki na obronność, które w 2013 r. zostały obcięte o ponad 3 miliardy złotych. Powtarzane przy każdej okazji zaklęcie 1,95% PKB, które przeznaczamy jakoby na cele wojskowe, to tylko martwy zapis planu budżetowego, od 2008 roku ani razu nie wykonany. Polska od roku 2014 pozbawiona została ponadto tzw. rezerw I kategorii, czyli żołnierzy, którzy zostali przeszkoleni nie dawniej niż 5 lat temu. Mamy 97-98 tys. żołnierzy plus ok. 10 tys. rezerwy, co ustawia Polskę na bardzo niskim poziomie zdolności mobilizacyjnej – 0,26% populacji. Niższe mają tylko Luksemburg i Czechy, a średnia w Europie to 1,66.
Wróćmy do tematu Rosji. Czy mamy dziś do czynienia ze spójnym i konsekwentnie realizowanym rosyjskim projektem imperialnym? Jeśli tak, jaką rolę odgrywa w nim Ukraina i w ogóle nasza część Europy?
P. Ż. v G.: Jest to wizja, która, można powiedzieć, składa się z kilku warstw. Po pierwsze, jest „twardy rdzeń imperialny”, tzw. russkij mir, składający się z trzech państw wschodniosłowiańskich: Rosji, Białorusi i Ukrainy, do których Rosja chce dokooptować jeszcze Kazachstan, również w tym wypadku podpierając się argumentem dominacji demograficznej etnicznych Rosjan. Dzisiejszą realizacją russkogo mira ma być Unia Celna. Na pozostałym obszarze dawnego imperium sowieckiego Rosja rości sobie prawo do dominacji politycznej, do takiego stanu, w którym żadnych istotnych zmian nie będzie dało się dokonać bez jej zgody. Próby takich zmian będą się zaś wiązały z twardą reakcją Kremla. Ta reakcja może przybierać formę wzniecania separatyzmów i dokonywania regionalnych secesji, jak w przypadku Osetii Płd. i Abchazji czy Nadniestrza, albo zamieszek wewnętrznych, przewrotów, obalania rządów itp. Aby wymóc na „starym Zachodzie” uznanie, że obszar postsowiecki jest naturalną rosyjską strefą wpływu, potrzebna jest z kolei neutralizacja Polski i państw bałtyckich – krajów, które w ramach NATO i Unii Europejskiej sprzeciwiają się uznaniu tej wykładni. W związku z tym nasze państwa przedstawiane są w propagandzie Kremla, jako motywowane historycznie i rusofobiczne, których zdania nie należy słuchać. Nie zaszkodzi też wypomnieć i podkreślić np. istnienia estońskich czy łotewskich weteranów Waffen SS albo antysemickich wątków w historii Litwy czy Polski – w tym kontekście warto wspomnieć chociażby o współfinansowanym przez Rosjan filmie „Pokłosie”. Te same metody przyjęto w walce z ukraińskim Majdanem, twierdząc, że dominowały na nim grupy nazistowskie, antysemickie, banderowskie itd.
Dość zastanawiająca strategia w kontekście siły środowisk skrajnej prawicy w samej Rosji.
P. Ż. v G.: A także w kontekście modelowego wręcz powtarzania przez Kreml hitlerowskiej operacji destabilizacyjnej w Czechosłowacji. Krym odgrywa tu rolę Sudetenlandu, a rzekome „krymskie oddziały samoobrony” – rolę Freikorpsów Heinleina. Tymczasem Monachium jest na Zachodzie lepiej pamiętane niż polski wrzesień 1939, jest drażliwszym wyrzutem sumienia. Putin, zapewne nieintencjonalnie, robi wiele, żeby te skojarzenia wzmocnić. Rosja zaplątała się więc w sytuację dość groteskową i dlatego traci. Wizerunkowo spory cios stanowiła też wypowiedź kanclerz Merkel o „oderwaniu Putina od rzeczywistości”. Nie ma chyba gorszej rzeczy dla dyktatora, niż gdy zaczyna na arenie międzynarodowej funkcjonować nie jako człowiek groźny, bo rozumny, lecz jako ktoś niespełna rozumu. Trudno mu wtedy zachować wiarygodność, przestaje być kimś, z kim można w sposób sensowny negocjować, komu można np. proponować ustępstwa i liczyć na wzajemność. Z drugiej strony, obawiam się, że jeśli Putin zobaczy, iż przegrywa, jeśli poczuje się przyciśnięty do muru, to może zagrać va banque. Trzeba pamiętać, że on tak naprawdę gra o życie, a nie tylko o stanowisko czy pozycję majątkową. Mamy taką rosyjską tradycję cara Pawła, za wiedzą swego syna uduszonego szarfą przez własnych dworzan, kiedy okazało się, że nie sprawdza się jako przywódca imperialny. Wydaje się, że Putin ma świadomość, iż jeśli w sposób oczywisty przegra Ukrainę, przegra Krym, straci twarz i będzie się musiał wycofywać, jeśli doprowadzi do kolosalnych strat dla rosyjskiego budżetu – bo rosyjska gospodarka nie będzie przecież w stanie utrzymać się pod naporem daleko idących sankcji Zachodu – to wtedy system kagiebowsko-oligarchiczny może się go rzeczywiście pozbyć, i to przecież nie na drodze wyborczej, tylko w jakiejś katastrofie śmigłowca albo innym wydarzeniu tego rodzaju. Jeśli poczuje się zagrożony, może więc być zdolny do poświęcania życia ludzkiego bez mrugnięcia okiem. Dlatego na tym etapie każdy scenariusz jest jeszcze możliwy.
Jak oceniłby Pan z dzisiejszej perspektywy rolę Majdanu w wydarzeniach na Ukrainie? Jaką rolę mogą w przyszłości odegrać oddolne ruchy protestu na Ukrainie, na Białorusi, a może także w Rosji?
P. Ż. v G.: Rolę Majdanu oceniam oczywiście pozytywnie. Było to wielkie przebudzenie obywatelskie Ukrainy. Dało ono szansę zmiany panującego tam systemu: z republiki oligarchów na republikę obywateli. Jeśli można ten ruch porównać (co nie znaczy utożsamiać) z jakimkolwiek w najnowszej historii Polski, to tylko z „Solidarnością” w 1980 roku. A skoro tak, to zostanie po nim też pewien ślad instytucjonalny i przez najbliższe lata będzie najprawdopodobniej oddziaływał na sytuację na Ukrainie. To nie będzie „wojna błyskawiczna”, nie będzie tak, że z dnia na dzień oligarchowie przestaną odgrywać jakąkolwiek rolę w polityce i z „królewiąt kresowych” staną się zwykłymi biznesmenami. Ale ta rola, także pod wpływem norm i regulacji napływających z Europy, będzie stopniowo minimalizowana i tym samym państwo będzie normalniało. Myślę, że pewien czynnik moralny, czynnik patriotycznego uniesienia związanego z przeżyciami, które były udziałem Ukraińców w ostatnich trzech miesiącach, będzie miał tu swoje znaczenie.
Czy będzie to w jakiś sposób oddziaływało na kraje ościenne? W sensie mentalnym sądzę, że tak, że już oddziałuje. Nowa Ukraina, a szczególnie jej media, które są przecież odbierane na południu Białorusi i na pograniczu z Rosją, na pewno działać będą na wyobraźnię i świadomość tych społeczeństw, szczególnie Białorusi, do której przekazy na temat Ukrainy sączą się już z niemal wszystkich stron: przez granice z Polską, Litwą, Łotwą i Ukrainą. Szczególną rolę mogą pod tym względem odegrać obrazy z rezydencji Janukowycza i innych oficjeli, one szczególnie silnie uderzają w egalitarystyczne wartości i sentymenty tych społeczeństw. Delegitymizują dyktatorów i prowokują do stawiania pytań: w jakich warunkach mieszka Łukaszenko czy Putin, ile mają pałaców itd.
Nie liczyłbym jednak na to, że coś na kształt Majdanu powstanie w Moskwie czy w Mińsku, a raczej: może powstanie, ale ani Putin, ani Łukaszenko nie zawahają się rozjechać go czołgami – choćby ze strachu przed scenariuszem, jaki dopiero zobaczyli w Kijowie. W obu tych przypadkach ewentualna zmiana władzy będzie się raczej wiązała z przetasowaniami w łonie elit, czymś w rodzaju „buntu nomenklatury” albo zwyczajną walką frakcyjną.
Mówi się, że sposobem na zabezpieczenie się przed wzmagającym się imperializmem na wschodzie jest zacieśnienie współpracy i sojuszy w Europie środkowo-wschodniej. Wiemy jednak, że w przeszłości tego typu strategia okazywała się szalenie trudna. Czy dziś widzi Pan potencjał na skuteczne prowadzenie polityki w duchu koncepcji „Międzymorza”? A z drugiej strony czy dla prowadzenia takiej polityki, jak trudna by nie była, są jakieś rozumne alternatywy?
P. Ż. v G.: Najłatwiej mi odpowiedzieć na ostatnie pytanie: moim zdaniem takiej alternatywy nie ma. Wszystkie inne strategie mogą być uzupełnieniem – często istotnym, jak np. współpraca ze Stanami Zjednoczonymi – ale tylko uzupełnieniem tej zasadniczej koncepcji. Bo kto nam zagwarantuje, że nie pojawi się jakiś kolejny Obama, który ogłosi kolejny reset, żeby grać o interesy amerykańskie w jakimś innym regionie?
Gwarancje i sojusze obronne, poza funkcjonowaniem na papierze, wchodzą w życie, gdy leży to w żywotnym interesie umawiających się stron, a ten żywotny interes łączy nas tylko z państwami naszego regionu. Myślę, że nikt nie ma wątpliwości co do tego, że decyzja o przystąpieniu do wojny w obronie sojusznika z powodu podpisu złożonego na traktacie, jest decyzją politycznie niezwykle trudną. Stąd też konieczne jest tworzenie struktur obronnych i sojuszy politycznych w gronie państw, które są realnie i odczuwalnie – także dla ich opinii publicznej – zagrożone. Chodzi tu przede wszystkim o kraje bałtyckie, do pewnego stopnia Rumunię, Mołdawię, Gruzję czy Turcję. Nie wiązałbym niestety zbyt dużych nadziei z państwami Grupy Wyszehradzkiej – ze względu na wzajemne antagonizmy między Węgrami a Słowacją, ale także ze względu na funkcję naturalnej izolacji, jaką spełniają Karpaty i większą gotowość do prowadzenia polityki „otwartej na Rosję”. Ukraina została właśnie wepchnięta do tej grupy państw, która uważa zagrożenie rosyjskie za poważne. Ta konstrukcja, wsparta – raz mocniej, raz słabiej – o Stany Zjednoczone, ma szanse rosnąć do momentu, kiedy stanie na własnych nogach.
Jest to oczywiście cel wykraczający poza perspektywę najbliższych kilku lat, ale sądzę, że w ciągu półtora, dwóch dekad jego realizacja byłaby już do pomyślenia. Współpraca polsko-ukraińska stanowi tu jedno z kluczowych ogniw. Oczywiście nie twierdzę, że wszystko potoczy się w sposób łatwy i bezproblemowy – mamy wiadome polsko-ukraińskie zaszłości historyczne, mamy złe stosunki ukraińsko-rumuńskie, ale, jak mawiał jeden z moich nauczycieli, nic nie jednoczy dwóch mniejszych narodów tak mocno, jak jeden duży. Więc bądźmy dobrej myśli. Tym bardziej, że – jak wspominałem – nie ma sensownej alternatywy dla tego programu. Wszystkie inne doktryny opierają się na chciejstwie, łudzeniu się, że ktoś inny weźmie nas w obronę i poniesie ciężar z tym związany, a my będziemy występowali w owym sojuszu ozdobnie albo na doczepkę, jako „siły pomocnicze”. Tak z całą pewnością nie będzie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Marceli Sommer, 7 marca 2014 r.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 2 marca 2014 | opinie
Nieoczekiwane spełnienie się życzeń sprawia, że z dnia na dzień musimy budować w naszych głowach nowy świat przedstawiony. Runięcie żelaznej kurtyny wraz ze złowrogim systemem sowieckim wydawało się wielu osobom punktem granicznym, po którym już nigdy ludzkości nie zagrozi fizyczna ani mentalna opresja. Wektory zdawały się być nakierowane na wzrost zamożności i zakresu wolności coraz szerszych populacji. Dokumentowała te nadzieje popularność twierdzenia Francisa Fukuyamy o „końcu historii”, końcu ery wielkich trudności do pokonania.
Z perspektywy czasu, szczególnie po ostatnim światowym kryzysie gospodarczym, widać wyraźniej, że ta wizja była mrzonką. A kolejne wielkie wyzwanie ludzkości spiętrzało się i rosło już dwie dekady przed upadkiem ZSRR. Jesteśmy w stanie mniej lub bardziej dokładnie określić początki i przyczyny tego procesu, zaś jego efekty są bezdyskusyjnie olbrzymie.
85 najbogatszych ludzi świata jest posiadaczami majątków o łącznej wartości równej temu, czym dysponuje 3,5 miliarda mieszkańców Ziemi – połowa wszystkich żyjących ludzi. Praktyka ustrojów społeczno-gospodarczych odeszła od celu istnienia państw, jakim jest oderwanie jednostki od materialnych trosk oraz umożliwienie jej wykorzystania swojego potencjału dla tworzenia lepszego jutra. Ćwierć wieku temu takie konstatacje nie były jednak oczywiste – wiele lat musiało upłynąć, aby zaczęło się formować przekonanie o niewydolności tego stanu rzeczy. Nie jest więc nierealne założenie, że ostatnie kilkanaście lat doświadczeń nieco zawęża perspektywę widzenia także naszych polskich problemów. Wielkie kwestie dnia dzisiejszego niekoniecznie będą takimi za dekadę.
Jaki problem najdobitniej uzmysławia nam, że polskie ambicje nieodstawania od krajów i narodów zamożniejszych są wciąż bardzo dalekie od zaspokojenia? Ten: 45 proc. obecnie pracujących Polaków doświadczyło w swoim życiu bezrobocia.
Na przedwiośniu 2014 r. rejestrowane bezrobocie jest szacowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej na poziomie 14 proc. Umiarkowanie ambitnym celem premiera Tuska jest zmniejszenie tej liczby na koniec roku poniżej 13 proc. Przez ostatnie ćwierć wieku bezrobocie było jedną z największych plag nękających polskie rodziny i w niektórych regionach stało się wręcz doświadczeniem pokoleniowym. Nie sposób dokonywać krytycznej analizy 25 lat transformacji, pomijając ten aspekt. Jest on tym boleśniejszy, że zmniejszenie rozmiaru problemu wydawało się być w zasięgu ręki. Nasi południowi sąsiedzi Czesi, dzięki tylko nieco wydajniejszej strukturze przemysłu i bardziej elastycznemu modelowi transformacji, notowali w najtrudniejszych latach transformacji ledwie kilkuprocentowe bezrobocie.
Co zrozumiałe, krytyczna refleksja na temat społeczno-gospodarczego modelu rozwoju Polski i jej mieszkańców (znacznie dziś częstsza niż jeszcze kilka lat temu) nierzadko skupia się właśnie na tym temacie. Piętno odciśnięte przez świeże doświadczenia każe kierować uwagę na problem wielkiej liczby niezatrudnionych. Prognozy krótkookresowe, w tym najbardziej metodologicznie kompetentne analizy NBP, wskazują, że jakiekolwiek spadki bezrobocia w najbliższych latach będą następowały we względnie małej skali. Tym samym zdają się one potwierdzać umowne założenie, że bezrobocie w Polsce odczuwalnie obniża się dopiero wówczas, gdy tempo wzrostu PKB wyraźnie przekracza 4 (a najlepiej 5) procent.
Świeże doświadczenia kryzysu jeszcze wzmacniają to przekonanie. Po wyraźnym spowolnieniu w roku 2009, wzrost PKB w latach 2010 i 2011 przekraczał 4 punkty proc., a mimo to szeregi bezrobotnych systematycznie się zwiększały. Jeżeli prognozy się sprawdzą, wysoki poziom bezrobocia będzie nękać nie tylko niezatrudnionych, lecz także tych pracowników, których pozycja jest mocno osłabiona przez istnienie „rezerwowej armii pracy”.
Nie należy jednak wykluczyć niespodziewanego: być może bezrobocie już nigdy nie będzie tak wysokie jak teraz. Jeżeli tylko nie dojdzie do zbytniego rozchwiania sytuacji międzynarodowej, Polska ma szansę na powolne przełamanie impasu. Na tle innych „rynków wschodzących” jest krajem daleko stabilniejszym. W połączeniu z rozsądną polityką monitorowania kursu złotego sprawia to, że Polska może uniknąć dużych wahań będących przekleństwem dla rozwijającej się gospodarki.
Wiadomo jednak, że światowa koniunktura na pstrym koniu jeździ, czynienie więc jakichkolwiek założeń o stabilności na okres dłuższy niż rok czy półtora wydaje się karkołomnym zadaniem. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że gospodarka może zachowywać się inaczej niż w latach 2010-2012, kiedy nagle zgasł jej zapłon. Otoczenie zewnętrzne tylko dokłada się do efektu, jaki ma początek nowej perspektywy finansowej UE. Jej realny start to wiosna 2015 r., zaś kolejne trzy lata to stały dopływ pieniędzy na inwestycje. Pieniędzy, których, dodajmy, „nie można zmarnować” chociażby ze względu na gigantyczny koszt polityczny, jaki ponieśliby ci lub inni rządzący.
Sceptyk zauważy, że pozyskiwanie funduszy będzie w tej perspektywie znacznie trudniejsze niż w poprzedniej. Co więcej, budżet unijny został zaprojektowany tak, iż fundusze na innowacyjność będą teoretycznie mniejsze. Poza tym, chociaż przez najbliższe miesiące konkurencyjność polskiego eksportu będzie wysoka, to w nieco dłuższej perspektywie w wymianie handlowej będziemy zapewne dużo bardziej na minusie. A procedura nadmiernego deficytu, którą jest objęta Polska, sprawi, że skala publicznych inwestycji będzie umiarkowana.
To wszystko prawda, jednak sprawne zaprojektowanie systemu funduszy unijnych na poziomie krajowym może pozwolić na podniesienie innowacyjności „kuchennymi drzwiami”, kierując na przedsięwzięcia innowacyjne zwiększone środki unijne na rozwój regionalny. Jeżeli polskie przedsiębiorstwa, co jest mimo wszystko prawdopodobne, uznają, że nadchodzi cykl inwestycyjny lat 2015-2018, wtedy trwały wzrost PKB na poziomie 4 proc., w przeciwieństwie do lat 2010-2011, przyniesie nie wzrost, lecz stabilny spadek bezrobocia.
Pod koniec dekady zaś pokolenia przechodzące na emeryturę (mówiąc brzydko za demografami: kohorty) będą znacznie liczniejsze od tych wchodzących na rynek pracy. Ten proces powinien być szczególnie odczuwalny po roku 2020.
Cóż to wszystko oznacza? Tu i teraz efekty będą raczej niewielkie, chociaż jeżeli hipoteza o niższym bezrobociu jest prawdziwa, to (również ze względu na efekty sezonowe) jesienią przyszłego roku bezrobocie rejestrowane będzie znacznie bliżej poziomu 10 proc., niż nam się teraz wydaje. To oczywiście może wymusić zacieklejszą polityczną rywalizację przed wyborami parlamentarnymi. Czasy liberalnego populizmu (który usiłuje wskrzesić PO-Frakcja Rewolucyjna Jarosława Gowina) powoli odchodzą do lamusa i zwiększa się szansa na pozytywną licytację programową między partiami.
W dłuższym okresie jednak taki trwały spadek bezrobocia będzie oznaczać konieczność zmierzenia się z innymi aspektami naszego modelu społeczno-gospodarczego. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to bierność. Nietrudno sobie wyobrazić najbliższą dekadę podobną do ostatniej. Pełną zaciekłych sporów o wszystko oprócz prawdziwego polepszenia materialnych podstaw życiowych obywateli, jałową jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału samosterowności państwa. Dekadę, pod koniec której kolejne spory będą toczyły się wokół konieczności umożliwienia znaczącego napływu imigracji celem zasilenia gospodarki.
Drugi scenariusz to ten, który próbuję szkicować na tych łamach od pewnego czasu. Chociaż głoszenie tezy, że obecny system – oparty na liberalnym populizmie w debacie publicznej i neoliberalnej praktyce rządzenia – kończy swój żywot, jest zbytnim wyprzedzaniem faktów, to nie da się zaprzeczyć, że coś się zmienia. Czy to oznacza, iż teraz sprawy będą szły innym torem, czy zmieniają się jedynie kostiumy? Żaden rozwój wypadków nie jest zdeterminowany, zaś trwała prospołeczna i prorozwojowa zmiana modelu funkcjonowania naszego kraju jest nie tylko niewykluczona, ale być może nawet prawdopodobna przy odpowiedniej, mądrej mobilizacji na rzecz pożądanych decyzji. Jej wynikiem winno być doprowadzenie do pozytywnej aukcji programowej środowisk politycznych. Wbrew bowiem protekcjonalnemu założeniu niektórych środowisk przekonanie Polaków o względnej kompetencji ugrupowań w sprawach gospodarczych odegra dużą rolę przy wrzucaniu kartki wyborczej.
Sygnały dostarczane przez rzeczywistość mogą się wydawać sprzeczne. Z jednej strony mamy do czynienia z praktycznie nieistniejącym dialogiem społecznym i coraz większą prywatyzacją usług publicznych w miejsce zwijającego się państwa i samorządu. Z drugiej posłuchanie związkowców (i własnej panapremierowej rozterki z przemówienia w Krynicy) w kwestii umów śmieciowych oraz rynkowo nieortodoksyjne podejście w sprawie podjęcia inwestycji np. w energetyce. Poza tym coraz wyraźniejsze akcentowanie roli przemysłu i stawianie sobie celów, których logicznym wypełnieniem musi być prędzej czy później polityka przemysłowa z prawdziwego zdarzenia.
Konkurencja między partiami, jak też i debata publiczna, powoli, lecz zdaje się nieodwracalnie odchodzi od liberalnego populizmu, czego przykładem jest ostatni program Prawa i Sprawiedliwości. W części gospodarczej niewiele jest naiwnych, sztampowych formułek o cudzie gospodarczym dzięki uwolnieniu energii Polaków, o konieczności odchudzenia biurokracji czy o ukróceniu wszechobecnego marnotrawstwa i lepszym zarządzaniu. Wyrażenie-klucz „reforma finansów publicznych” nie pojawia się na każdej stronie. Jest za to wiele realistycznego podejścia do zmian gospodarczych jako wyzwania strukturalnego. Zarówno diagnoza, jak i proponowane rozwiązania są co prawda na poziomie dość ogólnikowego eseju, jednak w porównaniu z wieloma tego typu partyjnymi dokumentami ukazującymi się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza jest to wyraźny skok jakościowy. Oczywiście, jest to nadal o znacznie za mało, uwzględniając wielkie środki, które duża partia mogłaby przeznaczyć na niezależnych ekspertów, ale warto z nadzieją potraktować ten dokument, jako początek zmiany sposobu myślenia o gospodarce.
Warto zwrócić uwagę, że strukturalnych przemian gospodarki nie załatwi „business as usual” ubiegłego ćwierćwiecza z usuwaniem barier dla wolnego rynku, osładzanym pewną dozą polityki społecznej. Dlatego mimo iż poprzednie wypowiedzi posłów opozycji o „większym Amber Gold” napawały najgorszymi obawami, PiS zdecydował się utrzymać program Inwestycje Polskie, dostrzegając w nim potencjalnie główny motor zmian strukturalnych oraz polityki wzmacniania i zarządzania strumieniami inwestycji publiczno-prywatnych. Mechanizm wehikułu inwestycyjnego, wspieranego lewarowaniem finansowym z Banku Gospodarstwa Krajowego, co od wielu lat postulowało Polskie Lobby Przemysłowe, daje szanse na przerwanie rozwojowego impasu, nękającego kraj będący w pułapce średniego wzrostu.
W ramach międzynarodowego porządku gospodarczego, w którym funkcjonuje Polska („konsensusu OECD”), dostępnych jest jeszcze kilka innych możliwości polepszenia pozycji konkurencyjnej kraju, chociaż bez wątpienia jest to trudniejsze niż kilka dekad temu, gdy niezależna i samosterowna polityka gospodarcza potrafiła zbudować potęgę gospodarczą z małej wioski rybackiej. W sumie jednak mechanizmy i narzędzia są pochodną intencji rozwojowej państw i wyznaczonych celów. Jakie wnioski winna wyciągnąć Polska, jeżeli przyjmiemy, że w najbliższej dekadzie możliwe jest odkochanie się „czynników decyzyjnych” w realnym liberalizmie, że towarzyszyć temu będzie spadek bezrobocia, lecz zarazem demografia może przekreśli te pozytywy? Konieczne jest dostosowanie do polskich warunków sprawdzonych pronatalistycznych rozwiązań z innych krajów, ale nie to zdaje się być kluczowe w tej kwestii – nie chodzi o same liczby spodziewanych urodzeń, lecz o to, co one mówią o Polakach, ich oczekiwaniach względem życia swojego i ewentualnych potomków. To prawda, że demograficzne załamanie dla bogatszej, rozwijającej się Polski nie musi skończyć się katastrofą. Ale nawet jeśli uznamy, iż spora część problemu demograficznego nie leży w gestii czynników gospodarczych, lecz kulturowych, to powinno to być tym bardziej wskazaniem do działania.
Nić połączenia między sferą prywatnego życia jednostki i rodzin a społecznym projektem zwanym państwem polskim, jest zbyt cienka. Indywidualistyczny eskapizm jest często nie tyle wynikiem wolnego wyboru, lecz braku jakiegokolwiek poczucia współstanowienia o większej całości. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany: przy otwartych granicach indywidualny egoizm powinien doprowadzić do zmniejszenia polskiej populacji do zera, gdyż większość pracujących Polaków jest w stanie żyć na wyższym poziomie w krajach rozwiniętych. Brak decyzji o zakładaniu rodziny również może mieć coś wspólnego z tym, że status społeczny coraz częściej przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Jak żyć?
Szczery i szeroko akceptowany kontrakt społeczny, obiecujący poprawę warunków życia Polaków i zatrzymanie wzrostu nierówności rozbijających spójność społeczną, nie jest zadaniem łatwym. Od zatomizowanego społeczeństwa domagałby się rezygnacji z dzisiejszej radykalnie indywidualistycznej optyki, w której usługi publiczne są postrzegane niemal jako totalitaryzm. Wymagałby zastąpienia łatwego cynizmu odpowiedzialną refleksją w duchu troski o dobro wspólne i optymizmem co do możliwości zmian na lepsze, który jest warunkiem koniecznym takich zmian. Ale jeszcze większe zobowiązania kładłby na głównych wykonawcach tego kontraktu, gdyż droga do rozwoju każdego kraju musi być unikalna. W tym przyspieszającym, połączonym na wiele sposobów świecie będzie to nie lada wyzwanie. Poza politycznym slalomem, uwarunkowania wielu aspektów (od praw własności intelektualnej po skalę postępu naukowego i zawsze zaskakującą transformację podziału pracy na różnych kontynentach) będą wciąż zmieniać nasze założenia. Może to być czas fascynująco twórczy, nie wolny od pomyłek, lecz cieszący efektami nie tylko „tu i teraz”. To dlatego, że odpowiedź na pytanie, czy ekonomia jest nauką, brzmi: polityka gospodarcza jest sztuką.
przez Neil Clark | niedziela 23 lutego 2014 | kultura zaangażowana, opinie
Kiedy Nowa Lewica rozpoczęła wojny kulturowe, zmarły niedawno muzyk folkowy pozostał przywiązany do wartości pokoju i „zadomowienia”.
„The Penguin Encyclopedia of Popular Music” opisuje poglądy polityczne Pete’a Seegera, zmarłego niedawno 94-letniego muzyka folkowego, tekściarza i aktywisty antywojennego, jako „naiwne, choć szczere”. Z pewnością były szczere – to nie budzi wątpliwości nawet u jego najzagorzalszych wrogów. Co jednak było naiwnego w jego socjalistycznym konserwatyzmie?
Seeger był autentycznym głosem starej amerykańskiej lewicy i rozumiał, że konserwatyzm, daleki od nieprzychylnego nastawienia wobec socjalizmu, w gruncie rzeczy stanowił jej istotny element. W wywiadzie dla „New York Timesa” z 1995 r. oświadczył: „Lubię mówić, że jestem bardziej konserwatywny niż Goldwater [1]. On chciał jedynie cofnąć się do czasu, kiedy nie istniał podatek dochodowy. Ja natomiast chcę cofnąć się do czasu, kiedy ludzie żyli w małych wioskach i opiekowali się sobą wzajemnie”.
Wizja idealnego społeczeństwa nie łączyła się dla Seegera z futurystycznym metropolis, lecz była mocno zakorzeniona w amerykańskiej przeszłości. – „Kiedy byłem chłopcem, przeczytałem każdą książkę Ernesta Thompsona Setona” [2] – stwierdza w wywiadzie z 1982 r. – „Seton uznawał Indian za ucieleśnienie pewnego ideału… z powodu ich siły, godności, moralności, bezinteresowności i życia zgodnego z naturą. Opisany przez Setona okres historii Indian antropologowie nazywają »komunizmem plemiennym«… Lubię myśleć o sobie jako o komuniście w tym sensie, w jakim był nim przeciętny amerykański Indianin…”.
W rozmowie dla „New York Timesa” Seeger został opisany jako człowiek znajdujący się „politycznie tak bardzo na lewo, że prawdopodobnie nigdy nie nazwano go liberałem”. To wspaniały komplement, z którego byłby dumny każdy prawdziwy socjalista. Liberalizm – zarówno w wersji ekonomicznej, jak i społecznej – stawiający „ja” na pierwszym miejscu, zaraził zachodnią lewicę od lat 60. XX w., lecz Seeger nie dał się zwieść.
Zmarły niedawno Eugene Genovese pisał o „irracjonalizmie przyjęcia przez lewicę liberalnego programu jednostkowego wyzwolenia”. Taki irracjonalizm dobrze posłużył finansistom z Wall Street i podżegaczom wojennym, ponieważ skłonił dużą część środowisk lewicowych do porzucenia socjalizmu, ruchów związkowych i opozycji wobec imperialistycznej agresji wojennej, a zamiast tego skupienia się na kwestiach, które nie naruszyły bastionów władzy ani im nie zagroziły.
Seeger prowadził kampanię na rzecz praw obywatelskich, ale odrzucał wojny kulturowe i jałowe konflikty pokoleń. Dla niego socjalizm nie oznaczał walki pomiędzy dorastającą młodzieżą oraz jej rodzicami (w swym utworze „Be Kind to Your Parents” uczył, by „odnosić się do nich z cierpliwością i życzliwą wyrozumiałością”). Socjalizm oznaczał ludzi jednoczących się bez względu na wiek, płeć, kolor skóry lub wyznanie po to, by wspólnie budować życzliwe i opiekuńcze społeczeństwo, gdzie ludzie – i cała planeta – są ważniejsi od zysków. Tradycyjne lewicowe przekonania polityczne Seegera stały w kontrze do tendencji społecznych sprzyjających egoizmowi i materializmowi, które popychają nas do nieustannej wojny i dewastacji środowiska.
Kiedy Nowa Lewica zabrała się do rewolucji kulturowej, dążąc do zniszczenia wszystkiego z przeszłości, Pete pragnął, byśmy ponownie odkryli i podjęli model życia naszych przodków. – „Mogę jedynie stwierdzić, że teraz jestem bardziej nieufny w stosunku do techniki niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu” – powiedział w 1982 r. – „Jestem szczerze przekonany, że gdybym żył wtedy, gdy wynaleziono koło, powiedziałbym: »Nie, nie. Życie może być okropne, krótkie i brutalne… lecz nie wiecie, do czego może doprowadzić technika«. Dziś już wiemy, do czego może doprowadzić… prowadzi nas w stronę katastrofy”.
W tym samym wywiadzie dzieli się swoimi przemyśleniami na temat słowa „postępowy”: „Sądzę, że pojęcie postępu uległo uproszczeniu. Ciągle słyszymy: »Musimy być postępowi.. musimy mieć toalety ze spłuczką. Już nigdy więcej nie używajcie wygódek«. Cóż, wygódki nie są jedyną alternatywą dla toalet ze spłuczką. A może by tak pomyśleć o toaletach kompostujących lub urządzeniach wykorzystujących fermentację metanową? Za jedno z najbardziej »postępowych« wydarzeń w Ameryce minionej dekady uważam ponowne odkrycie – przez miliony osób – że przyjemniej jest uprawiać rośliny i samemu gotować posiłki, zamiast otwierać kolejną konserwę z supermarketu”.
http://www.youtube.com/watch?v=Rl-yszPdRTk
Seeger odrzucał egotyzm nowoczesnego społeczeństwa rywalizacji, wylansowanego przez neoliberalny kapitalizm. „W muzyce Seegera nie istniało »ja«, istniało jedynie wielkie, wszechobejmujące »my«” – napisał Jody Rosen. Seeger nigdy nie lubił rozmawiać w kategoriach własnej kariery. „Nie znoszę słowa »kariera«, ponieważ sugeruje poszukiwanie sławy i fortuny – dwóch najbardziej głupich rzeczy, jakich można pragnąć” – podkreślał. Nie cierpiał komercjalizmu. Kiedy dano mu mikrofon, używał go w imię spraw, w które wierzył – nie w celu sprzedania nowej płyty.
Seeger był pełen pasji do spraw, w które wierzył, a jego poglądy polityczne opierały się nie na nienawiści, lecz na miłości. „Krótkowzroczni ludzie mówią: »Wiemy, jak rozwiązać problemy. Umieśćmy odpowiedni materiał wybuchowy we właściwym miejscu i dajmy im nauczkę«. Ja jednak mówię: »jedyne, czego ktokolwiek się wówczas nauczy, jest przemoc«. Aby przywołać słowa Martina Luthera Kinga, słabością przemocy jest to, że zawsze stwarza jeszcze więcej przemocy. Ciemność nie może zostać wyparta przez ciemność. Jedynie jasność potrafi to zrobić. Nienawiść nie może zostać wyparta przez nienawiść. Jedynie miłość potrafi to zrobić” – podkreślał.
Kiedy „postępowa” liberalna lewica – po dokonaniu ataku na „siły konserwatyzmu” – połączyła się z neokonserwatystami, by pod oszukańczym szyldem humanitaryzmu uruchomić serię wojen napędzających zyski na Wall Street, Pete nadal pytał: „Where Have All the Flowers Gone?” [3]. Dobrze wiedział, że „humanitarna interwencja” wojskowa była sprzecznością samą w sobie.
http://www.youtube.com/watch?v=TXqTf8DU6a0
Był lepszym socjalistą niż trockistowscy ideologowie, którzy oskarżali go o bycie stalinistą; był lepszym konserwatystą niż maccartyści, którzy go prześladowali. Rozumiał, prawdopodobnie lepiej niż jakakolwiek inna postać na amerykańskiej lewicy, że jeśli rodzaj ludzki ma zrobić krok naprzód, to najpierw trzeba zawrócić.
Spośród wielu hołdów złożonych pamięci Seegera po jego śmierci za najbardziej wymowny uważam ten Roberta Foxxa z dziennika „The Guardian”: „Zawsze powiedział dzień dobry, kiedy mijaliśmy się na brzegu rzeki. Zapamiętam go jako łagodnego i życzliwego człowieka, śpiewającego z twarzą podniesioną ku niebu”.
Neil Clark
Przekład: Krzysztof Kołek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej www.theamericanconservative.com. Przedruk za zgodą autora.
Przypisy redakcji „Nowego Obywatela”:
- Barry Goldwater (1909-1998) – amerykański prawicowy polityk, wieloletni senator USA, początkowo łączył skrajny liberalizm gospodarczy z ultrakonserwatyzmem, antykomunizmem i krytyką wielu swobód obywatelskich, by na starość zbliżyć się do środowisk libertariańskich.
- Ernest Thompson Seton (1860-1946) – zobacz biogram w Wikipedii.
- Seeger jest współautorem tej piosenki, której polską wersję pt. „Gdzie są kwiaty z tamtych lat?” śpiewała m.in. Sława Przybylska, a Marlena Dietrich upowszechniła wersję niemiecką pt. „Sag mir, wo die Blumen sind”.
przez redakcja | czwartek 20 lutego 2014 | Zbigniew Romaszewski

Z. Romaszewski przemawia na 10. urodzinach „Obywatela” / „Nowego
Obywatela” (2010)

Zbigniew i Zofia Romaszewscy na uroczystości 10-lecia „Obywatela” /
„Nowego Obywatela” (2010)

Zofia i Zbigniew Romaszewscy na spotkaniu integracyjnym z okazji 5.
urodzin „Obywatela” (2005)

Zorganizowane przez Z. Romaszewskiego spotkanie w Senacie poświęcone niezbędnym zmianom w Ustawie o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji (2008)
przez Piotr Wójcik | czwartek 13 lutego 2014 | opinie
Oskarżenie o populizm to jedno z cięższych dział wytaczanych i ochoczo używanych przez zwolenników rozwiązań wolnorynkowych. W końcu nikt nie lubi wychodzić na głupka nierozumiejącego mechanizmów rządzących gospodarką i światem, którego słowa mają na celu jedynie cyniczne uzyskanie łatwego poklasku. W ten sposób oskarżenie o populizm jest skutecznym narzędziem zamykającym usta niewygodnych. Narzędziem odwołującym się do najprostszych ludzkich motywacji: po stronie oskarżonego – strachu przed ośmieszeniem, po stronie właściwego odbiorcy przekazu – poczucia intelektualnej wyższości. Tak więc w istocie samo oskarżenie o populizm jest populistyczne.
W kulawej polskiej debacie publicznej, która obok pluralizmu nigdy nawet nie stała, pewnej grupie interesów udało się wytworzyć nad sobą nimb prawdziwych ekspertów. Pracownicy sektora finansowego lub reprezentanci pracodawców stali się w oczach dużej części opinii publicznej bezstronnymi fachowcami od gospodarki. Dobrze ubrani, posługujący się piękną polszczyzną (i nie tylko polszczyzną) oraz zawsze skorzy do ironicznego uśmiechu w reakcji na głupotę prostaczków. Jakimś cudem zapomniano, że są oni przecież jedynie stroną w ekonomicznej debacie, równie uwikłaną w partykularne interesy jak wszystkie pozostałe. Dzięki wsparciu wielu ekonomistów akademickich oraz publicystów głównego nurtu udało im się wytworzyć poczucie, że ideologia neoliberalna nie jest tylko jedną z wielu doktryn ekonomicznych (i to dosyć skrajną). Wręcz przeciwnie, przekonują, że jest ona naukowym konsensusem, obiektywnym wynikiem wielu lat badań. Na tym tle pozostałe strony dyskursu (pracobiorcy, związkowcy, a często także politycy) jawią się jako ignoranci próbujący przepchać swoje niesłuszne żądania. Jako reprezentanci grup interesów, które w najbardziej prymitywny sposób starają się zdobyć poparcie nieuświadomionych i niewykształconych mas. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że polskim związkowcom przydałyby się solidne szkolenia z zakresu kompetencji miękkich. Jednak fakt, że prezentują się gorzej niż ich antagoniści, nie oznacza jeszcze wcale, iż głoszone przez nich tezy zasługują jedynie na drwinę. I nie oznacza, że są populistami.
Tymczasem gdyby się przyjrzeć, nawet pobieżnie, strategii, którą obrały środowiska liberałów gospodarczych, aby uzyskać aprobatę dla swoich racji, należy dojść do wniosku, że jest to strategia stricte populistyczna. W końcu wytworzenie wokół siebie aury fachowości i autorytetu to jeden z najprostszych sposobów pozamerytorycznej perswazji, na który już Schopenhauer zwracał uwagę w swej „Erystyce” (argumentum ad verecundiam). Co więcej, jest to sposób bazujący na bardzo prymitywnych ludzkich motywacjach. Któż nie lubi posłuchać prawdziwego eksperta, a następnie zabłysnąć zasłyszaną mądrością w towarzystwie? Jak prostacko przyjemne jest wykpienie ignoranta, wytykając mu nieznajomość rzeczy. A jak przerażający jest spoglądający w oczy strach zbliżającego się ośmieszenia. Wręcz obezwładniający – jeszcze do niedawna wydające się silnymi, argumenty pod naciskiem kpiącego tonu eksperta nagle zaczynają wydawać się zupełnie bezpodstawnymi. Tak więc lepiej siedzieć cicho – po co się afiszować, skoro można wyjść na idiotę? Bezpieczniej jest przytaknąć i przyswoić. I właśnie na takich podstawowych motywacjach, jak wstyd czy skłonność do pychy, oparli swą strategię przekonywania adepci doktryny wolnorynkowej. Zwyczajni populiści, ubrani w szaty ekspertów, sami jak gdyby nigdy nic szermują oskarżeniami o populizm. Jednak ich populizm nie zasadza się tylko na metodzie perswazji. Dotyka samej istoty ich argumentów.
Jedną z najczęstszych reakcji liberalnych ekonomistów jest oburzenie na wszelkie próby podniesienia jakichkolwiek obciążeń finansowych – podatków lub składek. Zawsze pojawiają się w takich sytuacjach standardowe argumenty: „rząd kładzie łapę na naszych pieniądzach”, „państwo naszym kosztem zasypuje dziurę budżetową” etc. W bardzo sprytny sposób zaciemniono istnienie dość oczywistej relacji między płaconymi przez nas daninami a otrzymywanymi przeróżnymi świadczeniami. I nie mówię tu tylko o świadczeniach, z których ową relację można wyciągnąć wprost – jak chorobowe czy darmowa opieka medyczna – ale chociażby o mniej rzucającym się w oczy (bo spowszedniałym) korzystaniu z dróg krajowych albo dotowanej i dzięki temu tańszej komunikacji publicznej.
Tymczasem w polskim dyskursie składka stała się zupełnie abstrakcyjną i niesprawiedliwą daniną zdzieraną przez państwo z obywateli, a najczęściej z uciemiężonych pracodawców. Nikogo oczywiście nie zainteresuje, że Polska z wpływami podatkowymi (wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne) na poziomie nieco ponad 30% PKB sytuuje się w tym względzie sporo poniżej średniej UE. W końcu każdy podatek, obojętnie jakiej wysokości, to rozbój w biały dzień. W takich warunkach zwiększenie wysokości np. składki zdrowotnej jest w zasadzie niemożliwe i fakt, że z nakładami na służbę zdrowia na poziomie ok. 4,5% PKB znajdujemy się w ogonie Europy, staje się zupełnie nieistotny. Przecież każdy z nas chciałby mieć więcej niż mniej w portfelu i niechętnie patrzy na każde plany zwiększenia obciążeń. Liberalni ekonomiści bardzo sprawnie wykorzystują te motywacje, tworząc w debacie publicznej atmosferę, w której każde podniesienie danin publicznych staje się kradzieżą.
Zdyskredytowano w ten sposób także redystrybucję – jeden z podstawowych sposobów walki z postępującym rozwarstwieniem – która stała się w oczach wielu zakamuflowanym złodziejstwem. Najświeższym przykładem opisywanego populizmu była histeria, jaką próbowały wszcząć środowiska liberalne na wieść o oskładkowaniu umów cywilno-prawnych. Drugorzędne było, że osoby zatrudnione na takich umowach to zaledwie ułamek ogółu pracowników (wg różnych szacunków od kilkuset tysięcy do miliona osób przy ok. 16 milionach wszystkich pracowników), a duża część tych umów już jest oskładkowana, tak więc planowane zmiany mają w istocie marginalny charakter. Tutaj do rozpoczęcia zwyczajowego koncertu wystarczyło samo pojawienie się słowa „oskładkowanie”.
Sztandarowym chłopcem do bicia w liberalnym przekazie stało się państwo. Po wielu latach doświadczeń z okresu PRL u dużej części naszego społeczeństwa wykształciło się podskórne przekonanie, że jest ono narzuconym z zewnątrz nieprzyjaznym tworem, z którym trzeba się na co dzień użerać. Wystarczyło jeszcze tylko ekstrapolować przeżycia wielu Polaków w związku z nieefektywną państwową gospodarką PRL-u na czasy współczesne i oznajmić wszem i wobec, że państwowe gospodarowanie jest nieefektywne z samej zasady. W ten sposób środowiska liberalne wytworzyły odwróconego homo sovieticusa – osobnika, który podejrzliwie patrzy na państwo i wszystko co publiczne, traktując je jak obce ciało pasożytujące na jednostkach łaknących wolności. Neoliberalny odwrócony homo sovieticus jest równie skrzywiony przez oddziaływanie PRL-u jak homo sovieticus właściwy, tylko że w drugą stronę. Zamiast instynktownie szukać całkowitego podporządkowania się władzy, zawsze i wszędzie węszy ciemiężyciela, którym jest państwo.
Po „zaprojektowaniu” w ten sposób mentalności sporej części Polaków stosowanie populizmu stało się banalne. Wystarczyło tylko przy każdej okazji dyskredytować sektor państwowy i tworzyć na jego temat przeróżne mity, które następnie spokojnie kwitły na odpowiednio użyźnionej glebie. I tak np. emerytura z ZUS-u stała się niepewna i iluzoryczna („wirtualne zapisy księgowe”), z kolei emerytura z OFE, pochodząca ze środków ulokowanych w płynnych aktywach finansowych lub w państwowych (!) obligacjach, miała zapewnić spokojny byt na starość.
Jedną z bardziej idiotycznych liberalnych opowieści, ale znakomicie wpadającą w ucho, jest mit szczególnej skłonności sektora publicznego do korupcji. Po latach afer Polacy stali się na takie argumenty bardzo podatni. Tutaj odsuwana na bok jest już zwyczajna logika – w końcu w procederze korupcji potrzebne są dwie strony i ta druga najczęściej jest reprezentantem sektora prywatnego. Wystarczy przypomnieć, że zdecydowanie największa pod względem liczby postawionych zarzutów afera korupcyjna w Polsce miała miejsce w sektorze prywatnym – a dokładnie w polskiej lidze piłkarskiej. Tak więc skłonność do korupcji w obu sektorach jest przynajmniej taka sama. Gdybyśmy wyeliminowali zupełnie sektor państwowy, liczba łapówek wcale by nie spadła – po prostu byłyby one rzadziej ujawniane, gdyż w sektorze prywatnym przekupstwo dużo trudniej wykryć, a udowodnić czasem nie sposób.
Innym mitem, którym neoliberałowie karmią odwróconego homo sovieticusa, jest nieefektywność sektora państwowego. Przykładów nieefektywności sektora prywatnego jest co najmniej tyle samo. Znakomicie ilustruje to np. prywatna służba zdrowia w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o średnią siłę nabywczą na osobę, USA plasują się z reguły na 2. miejscu na świecie (po Luksemburgu), za to już pod względem stanu zdrowia obywateli na miejscu około 30. Najświeższym przykładem nieudolności firm prywatnych są obecne kłopoty sądów z dostarczaniem listów przez InPost. Włos się jeży na głowie, gdy pod koniec stycznia br. słyszy się od pracowniczki jednego z sądów, że od początku roku nie otrzymała z powrotem jeszcze żadnej „zwrotki” z wysłanych pism (czyli dowodu odbioru). Nie byłoby wcale dziwne, gdyby pracownicy InPost po prostu je wyrzucali – po co komu jakiś świstek papieru?
Przykłady populistycznych wycieczek liberałów gospodarczych można mnożyć w nieskończoność. Większość neoliberalnego przekazu składa się z wyświechtanych i dawno obalonych frazesów, które można przewidywać w ciemno jeszcze przed dyskusją oraz recytować bez zająknięcia, nawet będąc obudzonym w środku nocy. Każde podniesienie płacy minimalnej oczywiście skończy się wzrostem bezrobocia (pomimo że są koncepcje mówiące, iż w niektórych sytuacjach jej podniesienie może spowodować wzrost zatrudnienia), a każdy dodruk pieniądza naturalnie zakończy się szalejącą inflacją (to nic, że Japonia drukuje na potęgę, a o inflacji raczej marzy, aniżeli się z nią zmaga). Gdybym miał przeprowadzić wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, wcale nie potrzebowałbym do tego Leszka Balcerowicza. Sam odpowiedziałbym na postawione pytania. Co więcej, prawdopodobnie uzyskałbym autoryzację, gdyby zabiegany profesor uznał, że wywiad umknął mu z pamięci.
Na szczęście dominacja neoliberalnej doktryny powoli zaczyna się kruszyć. Jak lubi ostatnio powtarzać Rafał Woś z „Dziennika Gazety Prawnej”, krytycy kapitalizmu w końcu powyłazili ze swych nor i coraz śmielej wskazują jego słabe strony. Oby jego obserwacja okazała się prawdziwa. A więc drodzy sceptycy wolnego rynku – powyłaźmy z nor. To nie my jesteśmy populistami.
przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 7 lutego 2014 | opinie
Wraz ze styczniem kończy się maraton dobroczynności, z którym mamy do czynienia w tym okresie co roku. Najpierw na fali emocji okołoświątecznych, a później WOŚP, która również stała się częścią polskiej tradycji i – mimo licznych głosów krytyki z prawa i lewa – póki co nią pozostanie. Przy okazji uruchamiają się dwie równoległe i zarazem powiązane dyskusje. Pierwsza na temat poziomu solidarności w polskim społeczeństwie i naszej skłonności do dzielenia się z innymi. Druga – rozkwitająca przy okazji WOŚP, sprofilowanej na kwestie medyczne – dotyczy pytań o wydolność państwa opiekuńczego, efektywność i skuteczność usług publicznych, zwłaszcza służby zdrowia.
Choć jedna i druga dyskusja, jak to u nas bywa, przeradzają się momentami w przewidywalny rytuał, sama tematyka jest warta szerokiej publicznej debaty także po ustaniu charytatywnego karnawału.
Nie takie państwo straszne, jak je malują
W grudniu ub. roku największą furorę zrobił prowadzony od lat program Szlachetna Paczka. Polega on na tym, że darczyńcy za pośrednictwem prowadzącej akcję organizacji Wiosna przeznaczają paczki dla konkretnych, wybranych przez siebie rodzin, które wcześniej opisują własną sytuację i potrzeby. W mainstreamie prezentowano tę inicjatywę jako sukces, a jej formułę niejednokrotnie przeciwstawiano tradycyjnym formom pomocy realizowanym przez państwo. Wśród zalet Szlachetnej Paczki często wymienia się dobrowolny, oddolny charakter, jako antytezę odgórnych biurokratycznych działań państwa, a także możliwość trafnego dotarcia do konkretnych osób potrzebujących – jako przeciwieństwo ponoć nieefektywnej pomocy publicznej, która rzekomo nie trafia do tych, do których powinna.
Ukazywanie publicznego wsparcia jako negatywnego punktu odniesienia jest nie tylko nie do końca trafione, ale i w praktyce szkodliwe. W ten sposób bowiem delegitymizuje się instytucje, które – nawet działając nie bez zarzutów – pomagają potrzebującym na znacznie większą skalę niż akcje charytatywne. Ponadto adresaci publicznej pomocy są tu na mocy przepisów traktowani mniej lub bardziej jako podmioty praw, mający upoważnienie do pewnych roszczeń i zdolność odwoławczą. Natomiast w przypadku prywatnej i społecznej filantropii są całkowicie zdani na łaskę darczyńców.
Z tych oto względów zamiast krytykować państwo jako z natury mniej efektywne, warto się zastanowić, co zrobić, aby jego potencjał był lepiej wykorzystany, a wady zostały wyeliminowane; aby uczynić je sprawniejszym w identyfikowaniu oraz adresowaniu potrzeb społecznych i zdrowotnych. A także aby uczynić je bardziej przejrzystym i rozsądnie gospodarującym posiadanymi środkami. Poza tym postawmy pytanie, czy tezy o nieefektywności i nieskuteczności państwa nie są wyolbrzymiane.
Weźmy przykład. W ramach programu Szlachetna Paczka w 2013 r. pomoc dotarła do 13 230 rodzin. To spora liczba, której znaczenia nie należy bagatelizować, ale pamiętajmy jednocześnie, że według metodologii Eurostatu w Polsce w 2011 r. zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem było aż 10 mln osób. W ramach świadczeń społecznych w 2012 r. 2,5 mln rodzin otrzymywało zasiłek rodzinny – wsparcie materialne dla rodzin o niskim dochodzie. Widzimy więc, że skala wsparcia, jakie dokonuje się dzięki państwu, jest nieporównywalnie większa. Na marginesie warto jednak przypomnieć, że miarą skuteczności polityki społecznej jest nie tyle liczba rodzin wspieranych, co jak najmniejsza liczba rodzin doświadczających ubóstwa i wykluczenia, nie tylko zresztą materialnego. Pod tym względem nadal wypadamy słabo, a poprawy sytuacji nie zagwarantuje sama polityka wsparcia socjalnego – potrzebna jest poprawa sytuacji rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wzrost dochodów z pracy) i takiego zabezpieczenia społecznego, które pozwoliłoby jak największej liczbie osób się utrzymać.
Wracając do kwestii skuteczności publicznych świadczeń w zestawieniu z charytatywnymi zbiórkami, zauważmy, że także największa tego typu akcja – WOŚP – pozyskuje środki kilka tysięcy razy mniejsze niż te, którymi dysponuje NFZ. Co więcej, koszty administracyjne stanowią jedynie 1,05% planowanych kosztów Funduszu ogółem, co jest znacznie niższym udziałem procentowym, niż to ma miejsce w przypadku wielu akcji charytatywnych. Dla porównania: obsługa administracyjna WOŚP kosztowała w tym roku 8-9% wszystkich wydatków, co również nie jest wielkość horrendalną, niemniej publiczny system zdrowotny wydaje się być pod tym względem mimo wszystko znacznie bardziej efektywny.
Na tym można byłoby zakończyć wywód. I wielu to czyni. Chciałbym jednak – bynajmniej nie z przekory, ale w imię prospołecznej wizji – wskazać na słabości przechylenia w drugą stronę. Ma ono miejsce, gdy zaczynamy postrzegać i przedstawiać WOŚP oraz podobne akcje wyłącznie przez pryzmat ich negatywów, a w tle malujemy wizję państwa socjalnego, w tym publicznej służby zdrowia, bez żadnej skazy ani słowa krytyki. Symbolem tej postawy, dość w ostatnim czasie popularnej wśród części lewicowych internautów, mogą być hasła typu „Hate WOŚP, love NFZ”. Myślę, że ten rodzaj myślenia i jego obecność w debacie publicznej rodzi szereg pułapek, wręcz zagrożeń.
Nie palmy komitetów, zakładajmy własne
Po pierwsze, gdy ktoś bezpardonowo uderza w WOŚP, zaczyna być postrzegany jako killjoy, psujący – choćby chwilową, powierzchowną – atmosferę wspólnoty i solidarności, a sam wzbudza raczej awersję i dystans. Wprawdzie krytyczna postawa siłą rzeczy wymusza narażanie się oraz wybudzanie ludzi z błogiej nieświadomości czy samozadowolenia i tego nie unikniemy, chcąc coś zmienić. Ale czy akurat ten moment – jeden z niewielu w roku, gdy powstają kolektywne i zasadniczo pozytywne emocje – jest najlepszym, by płynąć pod prąd? Zwłaszcza gdy nasza szara codzienność obfituje w tak wiele drobnych i większych symptomów zniszczenia przeżyć i więzi zbiorowych oraz atrofii indywidualnej solidarności, że może lepiej to na nie skierować krytyczny impet?
Pokazywanie WOŚP w najgorszym świetle wyzwala poczucie dysonansu wśród osób, które w jakiejś mierze uczestniczą w tej inicjatywie. Wzbudza wątpliwość, czy na pewno jesteśmy tacy fajni, wrzucając pieniądze do puszki i przyklejając sobie serduszko. Czy nie bierzemy udziału w jakimś zbiorowym otumanieniu, na którym ktoś zbija kapitał oraz medialną popularność. Opisana sytuacja nie wydaje się korzystna. Przede wszystkim takie poczucie dysonansu może wywołać reakcje obronne i niechęć wobec tych, którzy przypominają, że „w istocie nasze działania wcale nie są potrzebne”. Niekoniecznie służy to przyciąganiu osób na stronę frontu na rzecz budowania publicznego systemu dobrobytu, zwłaszcza jeśli nie towarzyszy temu konstruktywna i przebijająca się w debacie propozycja tego, co związani z działalnością w WOŚP mogą zrobić w zamian na rzecz dobra wspólnego. Ktoś powie o solidarnym płaceniu podatków i składek, tyle że akurat wiele osób zaangażowanych w WOŚP to niekoniecznie krezusi czy ludzie w ogóle syci. Wiele z nich jest niezamożnych i w polskich realiach fiskalnych – charakteryzujących się dość płaskim systemem podatkowym z relatywnie wysokimi obciążeniami osób niemajętnych, dużym udziałem podatków pośrednich, a małym bezpośrednich – już i tak płaci sporo w postaci PIT-u i VAT-u w relacji do swoich zasobów. Na składki natomiast z reguły nie ma wpływu, bo albo jest na bezrobociu, albo pracuje na śmieciówce czy na skromnym etacie, od którego składki odprowadza kto inny. Część osób po prostu nie widzi alternatywy, by dać ujście potrzebie solidarności i bycia częścią pewnej wspólnoty.
W sytuacji tak silnej dezintegracji społecznej jaka ma miejsce w Polsce, rozmaite mechanizmy więziotwórcze, zarówno świeckie, jak i religijne, nie powinny – o ile nie stoją w jawnej sprzeczności z wartościami życia zbiorowego – być z zasady wykorzeniane, a co najwyżej modyfikowane, aby były bardziej skuteczne i włączające. Podobnie z zaangażowaniem społecznym. Gdy mamy tak niski poziom kapitału społecznego, zwłaszcza tego o charakterze pomostowym, łączącego ludzi o różnych cechach społeczno-ekonomicznych, może warto zastanowić się, czy rzucać kłody pod nogi inicjatywom, które wychodzą temu naprzeciw. Remigiusz Okraska napisał kiedyś felieton, w którym sugerował, że delegitymizowanie przez odmienne strony podziałów politycznych wszelkich form zaangażowania swoich adwersarzy (np. poprzez doszukiwanie się i eksponowanie ich słabszych cech czy zarzucenie nieuczciwości) jest zabójcze, zwłaszcza w sytuacji pustynnienia życia społecznego i obywatelskiego. Myślę, że tamta obserwacja nie traci na aktualności. A jeśli dana inicjatywa pomocowa nam nie odpowiada, czy to z przyczyn ideologicznych, czy ze względu na formę i profil działania, to zamiast z nią walczyć, lepiej pokazać pozytywną alternatywę, angażując się w inne, bliższe nam projekty lub organizując własne. I choć w przestrzeni społecznej zapewne są i takie, którym należy powiedzieć no pasaran (jeśli nawołują do przemocy i wykluczenia), to jednak wątpię, czy powinno się to odnosić – przy rozmaitych obiekcjach wobec nich i ich liderów – akurat do takich inicjatyw jak WOŚP, Szlachetna Paczka czy Caritas.
Nie idealizujmy – krytykujmy i naprawiajmy
W dodatku przeciwstawianie WOŚP państwowej służbie zdrowia lub jej administracyjnym organom jak NFZ, ukazywanym wyłącznie w pozytywnym świetle, nie wydaje mi się strategią skuteczną. Taka retoryka nie przekona licznych obywateli. I to nie tylko ideologicznie przeciwnych wszystkiemu co państwowe, ale także tych, którzy na własnej lub bliskich skórze doświadczają nieprawidłowości i nierzadko niesprawiedliwości publicznego systemu zdrowotnego. Weźmy NFZ. Nie trzeba być szczególnie wnikliwym analitykiem polityki zdrowotnej, by usłyszeć choćby o premiach dla wyższych urzędników przy jednoczesnej zaniżonej wycenie poszczególnych świadczeń, np. w obszarze pediatrii czy geriatrii (by przywołać te obszary, którymi zajmuje się WOŚP). I choć wspomniane premie są w skali systemowej nieznaczącymi kwotami w zestawieniu z tym, czego brakuje w publicznej kasie na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych, jednak nie budzą one zaufania do tej instytucji.
Zresztą problemy dotyczą nie tylko NFZ, jego kadry i wyceny świadczeń, ale także polityki zdrowotnej na różnych szczeblach i etapach wdrażania. Poczynając od pozyskiwania środków, których jest stanowczo za mało m.in. z uwagi na stopę bezrobocia i wzrost ilości nieoskładkowanych umów o dzieło, a więc czynniki, które wykraczają poza kompetencje zarówno NFZ, jak i Ministerstwa Zdrowia, a wiążą się z całościowym funkcjonowaniem polskiego państwa. W obliczu tych zjawisk hasła typu „hate WOŚP, love NFZ” brzmią nie tylko nieprzekonująco, ale wręcz groteskowo, nawet jeśli – patrząc systemowo – mechanizm pozyskiwania i zagospodarowywania środków na leczenie poprzez składki i podatki pozostaje mimo swych słabości bardziej efektywny niż charytatywne zbiórki pokroju WOŚP. Nie chodzi tu jednak tylko o skuteczność perswazji, ale także o rozwijanie w sobie umiejętności krytycznego analizowania i reformowania instytucji publicznych. W atmosferze ich wybielania w imię pokazywania wyższości sektora publicznego nad prywatnym czy nawet społecznym otoczeniem zatraca się misja modernizacji i rozwoju usług publicznych, która to (a nie tylko sama ich obrona) powinna stanowić nasz azymut.
Wielosektorowość i sprawiedliwość
Po trzecie – środowiska postępowe zdają się popadać w pułapkę źle rozumianego etatyzmu, który nie oznacza tu wiary w konieczność interwencji państwa, lecz w konieczność przejmowania przez nie jak najwięcej funkcji przy odpuszczaniu czy nawet negowaniu tego, co jest pozapaństwowe. Trudno to nawet nazwać anachronizmem, bo już dawno – choćby w dokumentach programowych Polskiej Partii Socjalistycznej – była mowa o wielosektorowym systemie społeczno-gospodarczym, gdzie znalazłoby się miejsce w odpowiednich, niekoniecznie równych proporcjach, na to, co państwowe, społeczne oraz prywatne.
Tym bardziej należy pamiętać o tym dziś, gdy istnieje rozległa literatura na temat wielosektorowej gospodarki dobrobytu i polityki społecznej. Akcentuje ona włączenie w proces zaspokojenia potrzeb i budowania spójności także podmiotów niepaństwowych, od sektora prywatnego przez społeczno-obywatelski po nieformalny. Trudno zanegować tę dyskusję i nie warto się od niej dystansować. Pozwolę sobie zacytować facebookową wypowiedź Cezarego Miżejewskiego, który od lat działa na pograniczu sektorów publicznego i społecznego: Debata o social mix jest chyba kluczową dla całej polityki społecznej. A zarazem dla całej lewicy, która utknęła w meandrach nie bynajmniej w debacie o publicznych usługach, ale o wyższości państwowego nad społecznym, przegrywając w eliminacjach z prywatnym i to nie tylko wykonawstwem, ale również prywatyzowaniem funkcji państwa. Jeśli nie otworzymy się na działanie publiczno-społeczne, i nie stworzymy spójnej wizji, to będziemy za kilka lat wspominać, że coś było publiczne, ale walczyliśmy o to na fejsie. PS. Oczywiście to nie pochwała mainstreamowego Owsiaka, ale wszystkich społecznych inicjatyw.
Lepiej zatem włączyć się w ową dyskusję o wielosektorowości i dążyć, aby w jej ramach wypracować taki wariant międzysektorowego ładu, który optymalnie realizuje nasze wartości, jak solidarność czy sprawiedliwe zaspokajanie rozległych i złożonych potrzeb. O ile poniekąd zrozumiała jest rezerwa wobec włączania w to świata biznesu, zwłaszcza gdy działa on tak jak w Polsce, o tyle w przypadku różnych inicjatyw społecznych jest to bezzasadne. Choć w ramach sektora pozarządowego są inicjatywy bliższe i dalsze prospołecznym ideałom (WOŚP i filantropijne akcje są od nich raczej dalej niż np. działalność podmiotów gospodarki społecznej), niewłaściwe jest negowanie tego wkładu w zaspokajanie potrzeb społecznych.
Sprzęt zakupiony przez Owsiaka pomaga relatywnie niewielkiej liczbie przypadków w porównaniu z liczbą wymagających pomocy i nie otrzymujących jej w adekwatnym czasie i zakresie. Ponadto na niewiele by się on zdał, gdyby nie publiczna infrastruktura medyczna oraz wykwalifikowani i zatrudnieni ze środków publicznych lekarze i pielęgniarki, którzy przy pomocy tej aparatury wykonują ciężką i użyteczną pracę. Należy o tym pamiętać i przypominać innym. Jednak z uwagi na ułatwienie pracy choćby tej garstce pracowników służby zdrowia i zapewnienie większych szans na godne leczenie niewielkiej części pacjentów warto o pewną ostrożność, gdy mamy ochotę dezawuować tym podobne zbiórki. Punktem wyjścia dla prospołecznych, postępowych środowisk powinno pozostać szerokie i sprawiedliwe zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzi, w tym zwłaszcza najsłabszych. A dotknięci chorobą pacjenci publicznej służby zdrowia (uzupełnianej przez WOŚP) do tej grupy należą.
Z powyższego płynie dla mnie kilka wniosków i rekomendacji. Potrzebne jest po pierwsze przekierowanie energii krytycznej z walki z WOŚP i innymi, najczęściej kościelnymi organizacjami charytatywnymi, na konstruktywną (!) krytykę systemu polityki społeczno-gospodarczej, w tym funkcjonowanie usług publicznych i ich słabości, jak niedofinansowanie, nieprzejrzystość, coraz silniejsza orientacja rynkowa w zarządzaniu nimi itp. Po drugie, przyjęcie jako nieusuwalnej, a do pewnego stopnia pozytywnej, obecności różnych form zbiorowej i indywidualnej solidarności oraz doświadczeń życia zbiorowego, które odbywają się poza instytucjami państwa. Ewentualny dystans wobec poszczególnych z nich należy manifestować raczej poprzez równoległe inicjatywy, które byłyby pozytywną alternatywą i sposobem przyciągania do naszych idei i sposobów działania. Po trzecie – uznanie potrzeby istnienia wielosektorowego systemu dobrobytu i dążenie, by w jego ramach pierwiastek publiczny był silnie obecny, zarówno jeśli chodzi o zakres oddziaływania, jak i jakość współdziałania z tym, co niepubliczne.
przez Konrad Malec | środa 5 lutego 2014 | nasze rozmowy
Część opinii publicznej zelektryzowały niedawno informacje o planach rządzącej koalicji w kwestii zmian dotyczących finansów Lasów Państwowych, administrujących ogromną częścią obszarów leśnych w naszym kraju. Na temat planowanych decyzji oraz ich przewidywalnych skutków społecznych, gospodarczych i ekologicznych rozmawiamy z Pawłem Pawlaczykiem z Klubu Przyrodników, obrońcą i badaczem przyrody.
***
Na stronie Ministerstwa Środowiska znalazł się niedawno projekt ustawy o zmianie ustawy o lasach. Jakie propozycje zostały zawarte w tym projekcie?
Paweł Pawlaczyk: Są w nim dwa elementy. Pierwszy zakłada, że Lasy Państwowe od 2014 r. mają dokonywać wpłat do budżetu państwa. Przez pierwsze dwa lata (2014-2015) mają to być ogromne wpłaty, bo w wysokości aż 800 mln zł rocznie, następnie po 100 mln zł każdego kolejnego roku. Jest tam wprawdzie mechanizm, zgodnie z którym w trudnej sytuacji można „zwalniać” Lasy od dokonania tej wpłaty. Ale nowa, zmieniona ustawa ma wyznaczać nową zasadę, że państwowe obszary leśne są jednym ze źródeł dochodów budżetu państwa.
Oprócz tego w projekcie zawarto techniczną zmianę dotyczącą planu urządzenia lasu (PUL). W tej chwili jest tak, że PUL określa maksymalny poziom pozyskania drewna w każdym nadleśnictwie. Plan ma wskazać maksymalną wielkość pozyskania w użytkach rębnych, natomiast ma nie regulować maksymalnej wielkości pozyskania drewna w tzw. użytkach przedrębnych, czyli w cięciach pielęgnacyjnych, trzebieżach. Tutaj ma decydować tylko powierzchnia, na jakiej te zabiegi mają być wykonane.
Rozumiem, że ta druga zmiana sama w sobie nie byłaby niekorzystna, gdyby nie towarzyszyła ustawie, która jednocześnie zwiększa wkład finansowy Lasów Państwowych do budżetu państwa.
P. P.: Można powiedzieć, że ta druga zmiana de facto ma sens i jest uzasadniona merytorycznie. Dobra sztuka leśna oznacza, że tzw. zabiegi pielęgnacyjne wykonuje się w sposób, jaki wynika z potrzeb lasu, a nie po to, aby dopasować się do z góry założonego pozyskania drewna. Jednak drugie oblicze tej zmiany jest takie, że ilość drewna pozyskiwana w cięciach pielęgnacyjnych przestaje mieć górny limit i nadleśnictwo staje się nieodporne na naciski, żeby pozyskiwać więcej drewna, niż byłoby to wskazane z punktu widzenia dobrej kondycji lasu. Myślę wprawdzie, że niekonieczne musi tak być. Uważam, że leśnicy będą się starać nie poddawać tym naciskom. Mimo wszystko sytuacja, w której otwiera się taką teoretyczną możliwość, jest niebezpieczna. Teraz zaistnieje możliwość – pod pozorem dobra lasu – pozyskania większej ilości drewna, niż naprawdę powinno się go wyciąć.
Ministerstwo Środowiska obrało dość niezwykły tryb procedowania tej ustawy, a mianowicie pominęło konsultacje społeczne. Jak to wygląda zazwyczaj? Czy Ministerstwo konsultuje społecznie swoje projekty? Jak to powinno wyglądać i jak wygląda w tym przypadku?
P. P.: Powinno wyglądać tak, że najpierw są założenia do ustawy, które podlegają konsultacjom wewnątrzresortowym, międzyresortowym i społecznym. Potem powstaje projekt ustawy, ponownie podlegający konsultacjom. To wszystko jest transparentne i można obserwować kolejne etapy procesu na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Wszystkie projekty ustaw podążają tą ścieżką. Taka jest reguła. W przypadku tej ustawy wszystkie zasady zostały złamane. Projekt nie pojawił się w ogóle na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Nie przeprowadzono również żadnych konsultacji społecznych. Jak się wydaje, Ministerstwo Środowiska nie życzy sobie żadnych opinii społecznych na temat tego projektu.
Z czego wynika, że Ministerstwo postanowiło akurat ten jeden projekt zataić?
P. P.: Myślę, że to pytanie raczej do ministra środowiska niż do mnie. Mogę tylko zgadywać.
Czego się Pan zatem domyśla? Jakie są intencje Ministerstwa?
P. P.: Ten projekt to po prostu chamski i niezawoalowany skok na kasę, czyli wyciągnięcie ręki po pieniądze z lasów. Jego twórcy mieli zapewne świadomość, że wyniki konsultacji społecznych raczej nie będą zgodne z ich intencjami. Po drugie wynikało to chyba z pośpiechu, bo podejrzewam, że pieniądze, które chce się wziąć z lasów, rząd ma już ujęte w projekcie budżetu na 2014 r.
Szefowie Lasów Państwowych twierdzą, że 800 mln nie jest dla nich problemem, że są w stanie tyle zapłacić. Skoro leśników ta kwota nie przeraża, to czemu Pan się obawia?
P. P.: Oczywiście, że są w stanie. Tyle że kosztem lasu i ochrony środowiska leśnego. Od teraz na każdy wniosek dotyczący lepszej ochrony przyrody w lesie, wniosek, żeby coś chronić, a nie wycinać, odpowiedzą: „Na zmniejszenie przychodów z drewna to nas nie stać, bo budżet potrzebuje pieniędzy”.
Lasy Państwowe to dość specyficzne przedsiębiorstwo, które nie działa tak jak spółki Skarbu Państwa, nie musi odprowadzać dywidendy, choć zarządzają 1/4 terytorium Polski?
P. P.: Lasy Państwowe w ogóle nie są firmą. Jest to podmiot bardzo specyficzny, powołany, aby zarządzać zasobem środowiskowym, jakim są lasy. Zorganizowano to tak, że lasy rzeczywiście nie przynoszą wielkich dochodów budżetowi. Lasy Państwowe płacą tak zwany podatek leśny od powierzchni, którą administrują – i w zasadzie to tyle. Poza tym to, co Lasy zarobią na sprzedaży drewna, jest przeznaczane na podtrzymanie tego zasobu, czyli na dbanie o obszary leśne.
Czy nie jest jednak tak, że Lasy Państwowe, które zarządzają tak wielkim terenem i majątkiem, powinny odprowadzać do wspólnej kasy jakieś pieniądze? Ministerstwo Środowiska jako jeden z obszarów przeznaczenia spodziewanych dochodów wskazuje na przykład budowę dróg lokalnych.
P. P.: Sądzę, że nie powinny, chociaż uważam, że pieniądze zarobione na pozyskaniu drewna powinny trochę lepiej niż obecnie służyć realizacji pewnych publicznych celów. Moim zdaniem dobrze by jednak było, gdyby pieniądze te były wydawane na realizację funkcji publicznych związanych z lasami i ochroną środowiska, czyli po prostu na to, żeby ten zasób środowiska, jakim są lasy, był lepiej chroniony. Żeby odtworzyć lepszy stan przyrody lasów i skuteczniej ją chronić; żeby lasy mogły skuteczniej niż dzisiaj pełnić funkcje w zakresie tzw. usług środowiskowych, czyli na przykład żeby były dobrym miejscem rekreacji i odpoczynku, chroniły zasoby wodne, wpływały korzystnie na klimat i mikroklimat itd. Wydaje mi się, że system, w którym środki z pozyskania drewna byłyby wydawane na te właśnie ekologiczne funkcje realizowane w lasach, byłby systemem dobrym i mniej więcej ekonomicznie sensownym. Gdy zabierzemy pieniądze z Lasów do budżetu, to Lasy wyciągną rękę po pieniądze z budżetu na realizację funkcji ekologicznych, np. na ochronę przyrody. To się albo skończy tym, że budżet da i wyjdzie na zero, albo nie da – co jest bardziej prawdopodobne – i wtedy te przyrodnicze i środowiskowe funkcje w lasach nie będą dobrze realizowane, a na pewno będą realizowane gorzej niż dziś.
Byłbym za tym, żeby od Lasów wymagać trochę więcej niż obecnie, jeżeli chodzi właśnie o realizację funkcji ekologicznych, środowiskowych i przyrodniczych, i nie zgadzać się na to, by Lasy wyciągały rękę po pieniądze zewnętrzne. Wydaje mi się, że byłoby dobrze, gdyby Lasy naprawdę solidnie chroniły przyrodę i środowisko na tym terenie, którym zarządzają; żeby dokładały się do ochrony przyrody w lasach prywatnych i w lasach innych form własności, choćby w parkach narodowych. Sądzę natomiast, że jest mało sensowne, by z Lasów Państwowych drenować pieniądze na jakieś zupełnie inne, nieśrodowiskowe cele budżetowe. Sprawienie, żeby Lasy mogły lepiej chronić środowisko i przyrodę, nie wymagałoby żadnych zmian ustawowych. Już dziś istnieje mechanizm, w którym Lasy mogą uczestniczyć w ochronie lasów prywatnych i parków narodowych.
Klub Przyrodników stoi na stanowisku, że Lasy Państwowe powinny zarządzać lasami w sposób ekosystemowy. Co to oznacza?
P. P.: Tak zwane podejście ekosystemowe polega na tym, że na las – chociaż oczywiście nie tylko na las, ale także na jezioro, morze itd. – patrzy się nie jak na źródło drewna, ale przede wszystkim jak na ekosystem, który ma funkcjonować stabilnie. Muszę powiedzieć, że to podejście generalnie leśnikom nie jest obce. Wielu leśników właśnie tak las postrzega – jako ekosystem, który dostarcza różnych usług i spełnia różne funkcje. Oczywiście w praktyce każdy leśnik żyje w określonej rzeczywistości i staje przed dylematem, jak bardzo powinien słuchać się tego podejścia ekosystemowego i troszczyć o las jako o ekosystem, a jak bardzo powinien realizować doraźne zapotrzebowanie na przychody i pozyskanie drewna. Proponowana zmiana ustawy doprowadzi do sytuacji, gdzie mniej patrzy się na las jak na ekosystem, a bardziej jak na źródło drewna – ponieważ trzeba będzie zarobić pieniądze dla budżetu.
A czy sami leśnicy chcą tego podejścia ekosystemowego?
P. P.: Pewności mieć nie możemy. Leśnicy oczywiście są różni, mają różne podejście. Podejrzewam jednak, że nie znaleźlibyśmy dziś w Polsce leśnika, który by całkowicie zanegował podejście ekosystemowe do lasu i powiedział, że najważniejsza jest produkcja drewna. Oczywiście nie możemy mieć pewności, że gdy leśnikom zostawimy ich pieniądze, to będzie całkowicie dobrze. Możemy natomiast z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jeśli zabierze się im te pieniądze, to nie będzie dobrze, nie będzie lepiej niż teraz.
To sytuacja dość niezwykła, kiedy organizacja zajmująca się ochroną przyrody broni leśników, podczas gdy na co dzień możemy obserwować raczej różnego typu konflikty między przedstawicielami Lasów Państwowych a organizacjami przyrodniczymi.
P. P.: To wcale nie jest coś niezwykłego. Są różne sytuacje. Czasem jest konflikt, czasem jesteśmy zgodni w tej i wielu innych sprawach. Weźmy na przykład znany konflikt tego rodzaju, dotyczący bardzo cennego przyrodniczo obszaru Puszczy Białowieskiej. Od półtora roku mamy tam obowiązujący plan urządzania lasu, w przypadku którego przyrodnicy dość zgodnie uważają, że całkiem nieźle chroni on przyrodę Puszczy Białowieskiej. W tej chwili sytuacja jest odwrotna niż przed kilkoma latami, gdy mieliśmy do czynienia z protestami ekologów, którzy zarzucali leśnikom, że wycinają Puszczę Białowieską. Obecnie obserwujemy protesty pewnej grupy leśników i lokalnych mieszkańców, przekonujących, że Puszcza Białowieska rzekomo degraduje się z powodu zbyt rygorystycznej ochrony wymuszonej przez ekologów.
Skoro gospodarka leśna jest tam tak dobra, zbliżona do warunków panujących w parku narodowym, to czemu leśnicy nie zgadzają się na powiększenie parku narodowego na obszar całej Puszczy?
P. P.: Myślę, że po pierwsze dlatego, iż jeszcze tej zbieżności nie zauważyli, bo to zaledwie półtora roku – czyli jak na procesy społeczne niezbyt dużo. Po drugie myślę, że sprzeciw wobec powiększenia parku narodowego to postawa miejscowej społeczności wynikająca z alergii na ochronę przyrody i na określenie „park narodowy”. Żadne racjonalne argumenty nie są w tym momencie rozważane. To jest jednak zrozumiałe zjawisko społeczne.
Natomiast w skali kraju tendencje są różne. Polityka leśna może przekształcić się w różne strony. Myślę, że jesteśmy na rozdrożu, jeśli chodzi o przyszłość naszych lasów. Od pewnego czasu Lasy Państwowe ewoluowały w stronę przyjazną dla przyrody oraz w kierunku wysokiego poziomu troski o wartości środowiskowe i przyrodnicze. Kilka ostatnich lat to jednak pewne wycofanie się z tego i przesunięcie na mniej ekologiczne pozycje, zanegowanie pewnych dobrych rozwiązań, które w lasach masowo próbowano wprowadzić. Trudno powiedzieć, jak będzie wyglądał kierunek zmian w przyszłości, ale na pewno pomysł daniny do budżetu państwa jest silnym bodźcem, który wymusi ewolucję w kierunku nieprzyrodniczym.
Według byłego Ministra Środowiska Jana Szyszki, a w ślad za nim kilku innych posłów PiS, w obecnych planach rządu chodzi tylko o to, aby wykazać, że Lasy Państwowe są nierentowne, a następnie je sprywatyzować. Czy podziela Pan te obawy?
A. P.: Mam wrażenie, że ta grupa – cokolwiek by nie robić w sprawie lasów – zawsze z tego wysnuje taki wniosek, że to na pewno ma prowadzić do prywatyzacji. Już tak było, że propozycje włączenia Lasów do budżetu, czyli właściwie ich upaństwowienia, też przedstawiano, zupełnie przewrotnie, jako próbę prywatyzacji.
Jednak w ciągu ostatnich dwóch dekad mieliśmy kilka podejść do prywatyzacji, reprywatyzacji czy komercjalizacji Lasów. Gdyby coś takiego się zdarzyło w Polsce, co mogłoby się stać z naszymi lasami?
A. P.: To zależy od formy prywatyzacji, bo to niekoniecznie znaczy, że natychmiast będzie mnóstwo prywatnych właścicieli terenów leśnych. Prywatyzacja to byłoby też nadanie Lasom Państwowym np. formy spółki akcyjnej, co już jest znacznie bardziej prawdopodobne i wykonalne, jeżeli chodzi o legislację. Myślę, że przede wszystkim oznaczałoby to zmianę zasadniczego podejścia do lasów. Dzisiejszy model ustawowy jest taki, że lasy stanowią zasób środowiskowy, o który należy dbać, a tylko przy okazji tego dbania pozyskuje się drewno. Natomiast gdyby Lasy były przedsiębiorstwem – spółką akcyjną, niekoniecznie nawet prywatną, gdyby te akcje posiadał Skarb Państwa – oznaczałoby to postawienie Lasów w sytuacji przedsiębiorstwa, które ma przynosić zysk. Wymusiłoby to przekształcenie lasów w instytucję przede wszystkim komercyjną, z funkcją ochrony środowiska i przyrody zepchniętą na drugi plan. Niekoniecznie nagle przeciętny człowiek nie mógłby wejść do lasu i zbierać grzybów, jak niektórzy nas straszą. Podejrzewam, że duża prywatna firma, która zarządzałaby lasami, też dbałaby o swój wizerunek społeczny i wcale takich zakazów by nie chciała wprowadzać. Na pewno mielibyśmy jednak w lasach mniej ochrony środowiska i przyrody niż mamy teraz – a powinniśmy dążyć we wprost przeciwnym kierunku, czyli mieć tych funkcji ochronnych w lasach więcej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 28 stycznia 2014 r.
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 31 stycznia 2014 | Felietony
Sylwestra spędziliśmy w domu w solidarności z psem. Czytaliśmy kryminały, romansidła, nawet horrory, co było miłą rozrywką po lekturach obowiązkowych. Z odległego miasta dochodziły słabe odgłosy, ale pies ma dobry słuch i groźnie szczekał w ciemną przestrzeń za oknem. Przed dom nie mogliśmy wyjść, ponieważ na sąsiedniej górze ukochany pan z miejscową kawalerką odpalał całe skrzynki sztucznych ogni. Próbowaliśmy podglądać w telewizorze masowe „imprezy rozrywkowe”, ale obraz i dźwięk wpędzały psa (31 kg) na nasze kolana. Lizał nas od ucha do ucha na potwierdzenie sojuszu obronnego. Dopiero w Nowy Rok okazało się, że strzelanie razem z panem jest wspaniałą zabawą i nie ma się czego bać. Uszy do góry, jeszcze będzie z ciebie komisarz Alex.
Sympatyczny zwyczaj wychodzenia na noworoczny toast na plac lub deptak, został – jak każda spontaniczna inicjatywa – zawłaszczony przez władze i media. W wielkim tłumie nie można zatańczyć ani strzelić korkiem od szampana, ale trzeba się „dobrze bawić”, żeby nie wyglądać na buraka, któremu brak entuzjazmu, optymizmu i wiary w przyszłość. Prowadzący robili, co mogli, dyrygując tłumem – „brawami witamy wielkiego artystę”, „brawami żegnamy wielkiego artystę”, „machamy rękami”, „klaszczemy”, „śpiewamy”. Ludzie też starali się jak mogli okazywać rozbawienie, ale niewiele mogli. Kiedy czuli na sobie oko kamery, śmiali się i podskakiwali w miejscu. Nic złego nie powiem. Niech każdy bawi się lub nie bawi tak, jak chce, byle nie wybijał szyb i nie wrzucał petard na balkony i do śmietników.
Po Październiku ‘56 wrócił przedwojenny zwyczaj bali karnawałowych. Społeczeństwo nadal było klasowe. Klasa panująca bawiła się na zamkniętych imprezach, lud na wspaniałych balach dostępnych dla wszystkich. Trzeba było tylko wcześniej postarać się o bilety (niezbyt drogie), bo na dobrych balach organizatorzy tłoku nie planowali. W Gdańsku nie było przestronnych pałaców, więc najlepsze bale były na Politechnice. Dwie orkiestry grały muzykę taneczną w różnym stylu, posadzki były świetnie przygotowane, dużo miejsca do tańczenia i spacerowania, aby odszukać znajomych. Na imprezy zamknięte nikt nie próbował się wkręcić, nie tylko ze względu na polityczny honor. Panowała opinia, że tam bawi się hołota. Akademicki Klub Morski musiał podlizywać się władzy (paszporty i dewizy na zagraniczne rejsy) i raz w roku zapraszał na jakąś imprezę I sekretarza KW PZPR. Rolę koniaku pełnił wówczas świetny polski jarzębiak, ale bonza się skrzywił: „piję tylko koniaki”. Zarząd sprostał wyzwaniu i kupił koniak w Peweksie. Władza nalał sobie całą szklankę i duszkiem wypił. Barwny opis tego chamstwa obiegł całe miasto.
Masowe imprezy oddają ducha czasów. Polityka też spełnia oczekiwania masowego odbiorcy. Publiczność zabawiana jest tasiemcowymi telenowelami z życia wewnętrznego klasy politycznej. Ludzie są tym zmęczeni, ale uważają za swój obywatelski obowiązek śledzenie losów polityków. Uczeni teoretycy oraz praktycy wytrenowani w grach politycznych snują mądre rozważania w stylu, czy Komorowski wyemancypował się spod dominacji Tuska. O wpływy byłego WSI i SB nikt nie pyta, bo to pytanie niebezpieczne.
„System Tuska” został wnikliwie przeanalizowany na sto sposobów. Podkreślana jest bezideowość koalicji rządzącej, której jedynym celem wydaje się utrzymanie władzy. Nie do końca podzielam ten pogląd. Podobnie oceniany był przez krytyków Lech Wałęsa. Trybun ludowy, którego ambicją była niepodzielna władza najpierw nad związkiem zawodowym, a potem nad całą Polską – władza dla władzy. Analogie między Lechem Wałęsą a Donaldem Tuskiem są zastanawiające. Obaj są autokratami, którzy za nic mają zasady demokracji, o wszystkim sami decydują, ale za nic nie odpowiadają. Nielojalni wobec współpracowników, nabuzowani nienawiścią do konkurentów spoza własnego sytemu. Bezideowość Wałęsy i Tuska są pozorne. Realną opozycję nazywają antysystemową, co demaskuje ich polityczne cele. Nadrzędnym zadaniem było i jest bezkonfliktowe wprowadzenie neoliberalnej doktryny gospodarczej i uzależnienie Polski od silniejszych sąsiadów. Dla Lecha Wałęsy „czarnym ludem” byli Andrzej Gwiazda i Anna Walentynowicz, dla Donalda Tuska bracia Kaczyńscy.
Sposób grania na emocjach ludzi też jest wciąż taki sam. Niezawodne jest straszenie chaosem, zagrożeniem bezpieczeństwa, załamaniem gospodarczym. Nieustannie wbija się ludziom do głowy, że tylko odpowiedzialny Wódz wie, jak poradzić sobie z Rosją, Niemcami, kibolami, związkowcami, Unią, strajkami, jak zapobiec rozwiązaniu rumuńskiemu, masowym demonstracjom, rewolucji. Groźba niekontrolowanego wybuchu budzi przerażenie, chociaż groźne są tylko wybuchy kontrolowane.
Rozstrzygającymi argumentami są: „Wałęsa jest znany i podziwiany na całym świecie” lub „Donald Tusk w Unii ma opinię wybitnego, przewidywalnego polityka, przyjaźni się z Angelą Merkel”. Można podać wiele przykładów wpływu opinii zewnętrznej na akceptację polskich ministrów finansów i spraw zagranicznych czy na wyniki wyborów. Nawet generał Jaruzelski zyskał w opinii publicznej, kiedy Rosjanie zaprosili go na paradę zwycięstwa do Moskwy.
Opinię Zachodu kształtują polskie media głównego nurtu i tak koło się zamyka. Dobrze jest czasem wyłączyć się z szumu informacyjnego produkowanego przez media. Nie polecam postawy apolitycznej – „Moja chata z kraja”, ale z dystansu czasem lepiej widać.
A jak już popadniemy w beznadziejną frustrację, zawsze można liczyć na zdarzenia nieprzewidziane. Car Rosji stracił nimb boskości, kiedy w Petersburgu zawaliła się trybuna. Carycy Merkel życzę dużo zdrowia, ale może oczywisty fakt, że jest kruchą kobietą, sprowadzi wielbicieli Tuska do rzeczywistości.