Śmieciowe życie na śmieciowej umowie. Społeczne konsekwencje umów cywilnoprawnych

Rola umów cywilnoprawnych (zwanych śmieciowymi) w kształtowaniu stosunków pracy budzi w ostatnich latach rosnące zainteresowanie opinii publicznej. Warto uważniej przyjrzeć się niekorzystnym skutkom takich form zatrudnienia.

W poszukiwaniu istoty problemu

Mówiąc o umowach cywilnoprawnych, ograniczę się do omówienia dwóch typów umów określanych potocznie jako śmieciowe – umowy o dzieło i umowy-zlecenia1. Nie będę tym samym poruszał tematu społecznych konsekwencji czasowych umów o pracę, które niekiedy w debacie publicznej są stawiane w jednym szeregu z umowami cywilnoprawnymi, jako tzw. nietypowe/niestandardowe formy zatrudnienia. W związku z tym nie będę też stosował pojęcia umów śmieciowych jako zamiennego dla umów cywilnoprawnych – także dlatego, że uważam te pojęcia za nie w pełni tożsame. Umowy cywilnoprawne stają się śmieciowymi, gdy są stosowane niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, w miejsce lepiej chroniących zatrudnionego umów o pracę.

Warto zacząć od odpowiedzi na pytanie: co sprawia, że umowy cywilnoprawne są przedmiotem zainteresowania zarówno badaczy, jak i komentatorów społecznych? Oto szereg możliwych wyjaśnień:

a) istnienie umów cywilnoprawnych – kontrowersje budzi sama obecność tego typu umów w kontekście wcześniej obowiązujących regulacji stosunków pracy;

b) skala ich występowania – w tej perspektywie krytykowana jest nie tyle sama możliwość występowania umów cywilnoprawnych czy fakt ich stosowania, ile zbyt duża skala zjawiska;

c) nadużycia w ich stosowaniu – w myśl tej optyki kontrowersje odnoszą się do tego, czy i na ile omawiane tu umowy stosowane są zgodnie z przeznaczeniem, a na ile ich stosowanie wykracza poza ustalony zakres przypadków;

d) konstrukcja prawna – w tej perspektywie kontrowersje odnoszą się nie tyle do istnienia umów cywilnoprawnych czy częstości ich występowania, ile do tego, jak prawo je definiuje oraz na ile istniejący kształt prawny umożliwia zabezpieczenie osoby zatrudnionej w oparciu o tego typu umowę.

Wprawdzie w debacie publicznej stanowisko całkowicie przeciwne stosowaniu umów cywilnoprawnych w stosunkach pracy jest zupełnie marginalne, jednak słyszalne są głosy krytyczne wobec skali zjawiska, praktyk ich nadużywania, a także obecnej konstrukcji prawnej tego typu umów. Moim zdaniem źródłem zagrożeń jest nie sama możliwość wykorzystywania umów cywilnoprawnych (ta posiada w przypadku niektórych prac istotne walory), ale raczej fakt, że umowy te są stosowane zbyt często, co wiąże się z nadużyciami (wtedy to przede wszystkim umowa cywilnoprawna funkcjonuje jako „umowa śmieciowa”), oraz to, że osoby wykonujące pracę w oparciu o tego typu umowy – często pozbawione możliwości wyboru innej formy zatrudnienia – nie są odpowiednio zabezpieczone społecznie. Przy czym deficyty zabezpieczenia społecznego mogą wynikać – jak pokażę dalej – zarówno z konstrukcji samej umowy, jak i z innych mechanizmów lub zaniechań polityki społecznej.

Atuty

Choć, moim zdaniem, w obecnym funkcjonowaniu umów cywilnoprawnych na polskim rynku pracy zagrożenia przeważają nad korzyściami, zacznijmy od tego, jakie atuty stoją za tego typu umowami. Można tu wskazać dwa powiązane ze sobą czynniki.

Po pierwsze – możliwość zawarcia cywilnoprawnej umowy pozwala na wykonanie odpłatnie pracy, na którą nie byłoby popytu w ramach umowy o pracę. Przykładowo, artysta plastyk, który chce sprzedać namalowany przez siebie obraz, nie miałby szansy zbyć go w ramach umowy o pracę. Mówiąc bardziej ogólnie, umowy cywilnoprawne są dopasowane do sprzedaży dóbr i usług, których wykonanie nie mieściłoby się w klasycznym stosunku pracy. Eliminacja takich umów z systemu prawnego ograniczyłaby szanse produkowania legalnie pewnych dóbr i wykonywania usług, przyczyniając się do pomniejszenia ogólnego dobrobytu oraz pozbawiając środków do życia część przedstawicieli niektórych profesji2.

Po drugie – zawarcie umowy cywilnoprawnej umożliwia wykonanie legalnie pracy, na którą nie byłoby w danym miejscu i czasie popytu, lecz nie tyle ze względu na charakter wykonywania tej pracy, ile na zdolność/skłonność do jej wynagrodzenia. Przykładowo, w społecznościach dotkniętych recesją część pracodawców może nie być skłonna zatrudniać w oparciu o umowę o pracę, gdyż rodzi ona większe bezpośrednie koszty i wymusza większą trwałość stosunku pracy. Dzięki prawnej „furtce” możliwe jest zamawianie wykonania określonych dóbr i usług, dzięki czemu nakręca się lokalną koniunkturę.

Przyjęcie powyższej argumentacji nie powinno jednak być stosowane zbyt szeroko i bez zastrzeżeń, gdyż mogłoby ono doprowadzić do wniosku o konieczności zastąpienia umów o pracę umowami cywilnoprawnymi jako uniwersalnym remedium służącym rozwojowi gospodarki i społeczeństwa. Tymczasem umowy te, zwłaszcza gdy są stosowane na dużą skalę i nie zawsze zgodnie ze swym normatywnym przeznaczeniem, niosą także szereg poważnych zagrożeń, zarówno krótkookresowo, jak i w dłuższej perspektywie czasowej. Dlatego, jak będę się starał wykazać, należy bronić tradycyjnych form zatrudnienia (co nie znaczy, że również ich nie należy modyfikować w ramach kodeksu pracy) i dążyć do tego, by umowy cywilnoprawne nie były stosowane poza sytuacjami, w których ich zawarcie jest funkcjonalną konsekwencją charakteru wykonywanej czynności.

Zagrożenia

Mówiąc o zagrożeniach, można zaproponować następujący ich podział.

  • Ze względu na zakres podmiotowy (dla poszczególnych grup społecznych):
    – zagrożenia dla osoby wykonującej pracę i jej bliskich;
    – zagrożenia dla ogółu społeczeństwa, w tym zwłaszcza dla jego członków znajdujących się w obliczu socjalnego ryzyka (np. starości, wypadku czy braku zdrowia).
  • Ze względu na zakres przedmiotowy (wymiar indywidualnego i społecznego dobrostanu):
    – zagrożenia związane z kondycją socjalno-bytową,
    – zagrożenia związane z życiem rodzinnym i opieką,
    – zagrożenia związane z kondycją zdrowotną.
  • Ze względu na horyzont czasowy:- zagrożenia krótkookresowe (obecne w trakcie wykonywania umowy lub wkrótce po ustaniu stosunku prawnego),
    – zagrożenia długookresowe (zagrożenia, których wystąpienie i skutki mogą być dostrzegalne dopiero w dalszej perspektywie, po wielu latach, np. po osiągnięciu wieku emerytalnego).

Pierwsza grupa zagrożeń wiąże się z niemożnością zaspokojenia określonych potrzeb materialnych czy socjalnych – w trakcie wykonywania pracy, po ustaniu stosunku prawnego lub w dalszej perspektywie czasowej. Wśród czynników, które powodują te zagrożenia, możemy wymienić:

  1. Brak objęcia umów cywilnoprawnych wynagrodzeniem minimalnym.

    Płaca minimalna nie obejmuje umów cywilnoprawnych, w związku z czym istnieje możliwość wynagradzania pewnych prac na poziomie poniżej tak czy inaczej zdefiniowanego poziomu ubóstwa.

  2. Niemożność zaangażowania w związkach zawodowych, które działają m.in. na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pracy osoby zatrudnionej.

    Zgodnie z polskim prawem jedynie pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę mogą zrzeszać się w związkach zawodowych, choć zgodnie ze stanowiskiem Międzynarodowej Organizacji Pracy prawo to powinno być rozszerzone na osoby niemające statusu pracowniczego3. Pozbawienie pracujących w oparciu o umowę o dzieło czy zlecenie prawa do zrzeszania się w związkach prowadzi do tego, że w obliczu nagannych zachowań pracodawców (np. w zakresie regulowania wynagrodzenia) mają oni ograniczone szanse, że działająca w danym zakładzie pracy organizacja związkowa skutecznie stanie w ich obronie, nie mogą też powołać nowej struktury związkowej.

  3. Nieobjęcie wsparciem w ramach środków pochodzących z funduszu socjalnego w przedsiębiorstwie.

    Środki gromadzone w funduszu socjalnym są z mocy prawa przeznaczane na wsparcie socjalne pracowników i ich rodzin. Istniejące regulacje wyłączają z tego mechanizmu osoby niezatrudnione w oparciu o umowę o pracę. Tym samym tracą one możliwość korzystania z takich świadczeń, jak choćby dopłaty do wczasów czy paczki na święta dla dzieci.

  4. Łatwość rozwiązania umowy, w oparciu o którą wykonywana jest praca, co pozbawia dochodów osoby ją wykonujące.

    Wykonywanie pracy w oparciu o umowę cywilnoprawną jest nietrwałe. Jako że jest ona zawierana na czas określony, zazwyczaj niezbyt długi, po ukończeniu zlecenia lub dzieła wykonawca pozostaje bez dochodów, jeśli nie otrzyma kolejnego zlecenia lub dzieła do wykonania.

  5. Brak składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe (w przypadku umów o dzieło), co skutkuje zwielokrotnionym ryzykiem ubóstwa z tytułu zaistnienia któregoś ryzyka socjalnego.

    Istotną cechą umów cywilnoprawnych jest to, że nie wiążą się one z opłacaniem składek na tych zasadach, co umowy o pracę. Między umową-zlecenie a umową o dzieło zachodzą pod tym względem pewne różnice – od umowy-zlecenia odprowadza się składki emerytalną, rentową i zdrowotną, a od umowy o dzieło nie. W przypadku umowy-zlecenia, jeśli osoba wykonuje kilka zleceń jednocześnie, składkę odprowadza się od jednej z nich. Rodzi to pokusę dla zleceniodawcy, by wybrać jako podstawę oskładkowania zlecenie o najniższej wartości, a to przekłada się na wysokość świadczeń emerytalno-rentowych w przyszłości. Brak oskładkowania oznacza zaś, że osoby przez lata pracujące na tego typu zasadach zostaną – w momencie przejścia w wiek emerytalny czy w obliczu dotknięcia nieszczęściem, przed którym ubezpieczają nas świadczenia rentowe – bez zgromadzonych w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych odpowiednich środków, gwarantujących godziwy poziom zaspokojenia potrzeb bytowych.

Zagrożenia zdrowotne

Obok zagrożeń uderzających bezpośrednio w materialne podstawy życia istnieje szereg innych, niekiedy mniej wymiernych niebezpieczeństw, które odnoszą się do kondycji zdrowotnej i jej zabezpieczenia, a także do możliwości realizacji potrzeb oraz pełnienia ról związanych z życiem rodzinnym i sprawowaniem opieki nad osobami bliskimi. Jeśli chodzi o związane z pracą na umowach cywilnoprawnych zagrożenia dla dobrostanu zdrowotnego, można wymienić np.:

  1. Brak odprowadzania składki na ubezpieczenie zdrowotne (w przypadku umowy o dzieło).

    O ile umowa-zlecenie została w końcu objęta ubezpieczeniem w NFZ, o tyle umowa o dzieło pozostaje nadal poza systemem zabezpieczenia zdrowotnego. Zapowiedzi zmiany tego stanu rzeczy jak dotychczas nie doczekały się realizacji.

  2. Brak prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego.

    Ważnym czynnikiem różnicującym pozycję pracownika kodeksowego względem wykonującego umowę cywilnoprawną, jest fakt, że temu ostatniemu nie przysługuje urlop wypoczynkowy (dotyczy to zarówno umowy-zlecenia, jak i umowy o dzieło). Brak możliwości wypoczynku, zwłaszcza gdy praca jest wykonywana w trudnych warunkach, może mieć trwały, negatywny wpływ na kondycję zdrowotną.

  3. Brak obowiązku objęcia profilaktycznymi badaniami w ramach medycyny pracy.
  4. Stres związany z tymczasowością zatrudnienia.
  5. Zwiększone ryzyko przeciążenia w związku z brakiem limitu godzinowego czasu pracy.

Zagrożenia dla zdrowia, towarzyszące pracy na umowach cywilnoprawnych, odnoszą się więc zarówno do ograniczeń w zakresie korzystania z opieki zdrowotnej (w związku z brakiem ubezpieczenia i zagwarantowanej, obligatoryjnej medycyny pracy), jak i do długofalowych czynników ryzyka (zwiększony stres w związku z niestabilnością zatrudnienia, przeciążenie i brak odpoczynku).

Zagrożenia rodzinno-opiekuńcze

Trzecia grupa zagrożeń dla osób pracujących na umowach cywilnoprawnych wiąże się z pełnieniem przez nie funkcji rodzinnych, a zwłaszcza z wykonywaniem czynności opiekuńczych. Można wskazać następujące zagrożenia:

  1. W zakresie dostępu do urlopu i zasiłku macierzyńskiego.

    Uprawnienia związane z macierzyństwem, a dokładniej mówiąc możliwość pobierania zasiłku macierzyńskiego, są realne w przypadku umów-zleceń, o ile zleceniobiorca podlega ubezpieczeniu chorobowemu (co w przypadku tego rodzaju umów jest możliwe, lecz nieobligatoryjne). Jeszcze gorzej wygląda sytuacja pracujących w oparciu o umowy o dzieło, które z zasady nie podlegają ubezpieczeniu chorobowemu. Wykonujący je nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego.

  2. W zakresie korzystania z zasiłku opiekuńczego (związanego z czasowym zwolnieniem się z pracy z powodu opieki nad chorym członkiem rodziny)4.

    Podobnie jak urlop macierzyński, zasiłek opiekuńczy ma charakter świadczenia z tytułu ubezpieczenia chorobowego, więc (dobrowolnie, a w praktyce często w zależności od woli pracodawcy, będącego silniejszą stroną) mogą być nim objęci zleceniobiorcy, natomiast nie przysługuje on pracującym w oparciu o umowę o dzieło.

  3. W zakresie zdolności kredytowej (która pośrednio wpływa na decyzje prokreacyjne).

    Pracujący w oparciu o umowę-zlecenie lub o dzieło cierpią zazwyczaj na ograniczenia zdolności kredytowej, co wielu z nich wyklucza z możliwości zaciągnięcia kredytu hipotecznego i utrudnia znalezienie własnego lokum. Tymczasem w świetle badań CBOS to właśnie trudności mieszkaniowe są jednym z powodów, dla których młodzi ludzie nie decydują się na posiadanie dzieci lub odraczają takie decyzje.

Zagrożenie dla systemu społecznego, w tym dla osób dotkniętych ryzykiem socjalnym

Obok zagrożeń dla osoby pracującej w oparciu o umowy cywilnoprawne i jej rodziny, skala ich stosowania, wraz z towarzyszącymi nadużyciami, niesie też zagrożenia dla stabilności całego ładu społecznego – zwłaszcza systemu zabezpieczenia społecznego. Szczególnie dotkliwie odbija się to na sytuacji obywateli zagrożonych wykluczeniem socjalnym. Zagrożenia tego typu możemy podzielić na trzy grupy:

  • zmniejszone wpływy systemu zabezpieczenia społecznego w wyniku skromniejszych przychodów ze składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych,
  • wzrost kosztów publicznej służby zdrowia związany z pogorszeniem się sytuacji zdrowotnej społeczeństwa na skutek pogłębienia stresu, przeciążenia czy wyłączenia części obywateli z systemu profilaktyki zdrowotnej (mówiąc o kosztach zdrowotnych, trzeba pamiętać zarówno o tych naprawczych, związanych z kosztami leczenia, jak i alternatywnych, związanych z ograniczeniem społeczno-ekonomicznego potencjału ludzi, którzy popadli w zły stan zdrowia),
  • zachwiana piramida demograficzna, związana z ograniczeniem lub opóźnieniem decyzji prokreacyjnych wbrew deklarowanym przez obywateli potrzebom i preferencjom. W dłuższej perspektywie czynnik ten pogłębi wspomniane w punkcie pierwszym tendencje ograniczania wpływów do systemu zabezpieczenia społecznego i zdrowotnego. I choć teoretycznie możliwe jest zniwelowanie tego efektu np. poprzez wydłużanie okresu zatrudnienia względem okresu pobierania świadczeń emerytalnych, to w praktyce może okazać się to trudne, choćby ze względu na zjawisko wskazane w punkcie drugim – niekorzystną sytuację zdrowotną społeczeństwa, wpływającą na malejący potencjał zarobkowy, zwłaszcza w starszych kategoriach wiekowych.

Współwystąpienie zagrożeń z trzech omówionych grup może doprowadzić do zachwiania całego systemu zabezpieczenia społecznego (zwłaszcza w wymiarze zdrowotnym i emerytalno-rentowym), a pośrednio – ładu społecznego jako takiego.

Warto zauważyć, że skala negatywnych skutków zawierania umów cywilnoprawnych jest zależna od tego, jak ukształtowane jest ich otoczenie instytucjonalne – zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej czy świadczeń związanych z opieką nad dzieckiem. Jeśli więc chcemy ograniczać zagrożenia wynikające z zawierania tego typu umów, można zarówno próbować zmienić ich konstrukcję (obejmując je składką zdrowotną), jak i kształtować otoczenie instytucjonalne tak, by forma zatrudnienia nie decydowała o możliwości korzystania z publicznych świadczeń.

Podobnie jest w przypadku zagrożeń demograficznych. Jeśli w systemie polityki rodzinnej działają uniwersalne zasiłki z tytułu wychowywania dziecka oraz powszechnie dostępne są usługi opiekuńcze dla wszystkich małych dzieci, wówczas to, czy rodzic pracuje w oparciu o umowę o pracę, czy o umowę cywilnoprawną, będzie miało drugorzędne znaczenie dla decyzji prokreacyjnych i dla dobrostanu dziecka.

Ocena skutków umów cywilnoprawnych, jeśli chcielibyśmy ją osadzić w szerszym kontekście polskiej polityki społecznej, nie może zatem abstrahować od konstrukcji systemu świadczeń socjalnych (rodzinnych, zdrowotnych, mieszkaniowych), realnego do nich dostępu oraz dynamiki zmian, które niekiedy zmierzają w kierunku poszerzenia realnego dostępu, jak to ma miejsce w odniesieniu do opieki na dzieckiem do lat 3. Analiza tych czynników wykracza poza ramy niniejszego opracowania. Orientacyjnie można jednak wskazać, że jeśli chodzi o politykę na rzecz rodziny, ograniczony pozostaje dostęp do wsparcia nieuwarunkowanego statusem rodziców na rynku pracy. Podejmowane są wszakże publiczne działania na rzecz zmiany tego stanu rzeczy, czego efektem jest wzrost dostępu do opieki żłobkowej i przedszkolnej w ostatnich latach5 czy zapowiadane rozszerzanie grona uprawnionych do urlopów rodzicielskich o osoby niebędące pracownikami. Nie widać jednak po stronie rządowej dążenia do upowszechnienia dostępu do podstawowej opieki medycznej poprzez oparcie go na statusie obywatelskim (bycie obywatelem Polski, nie zaś płacenie składek na NFZ, jako warunek bezpłatnej opieki zdrowotnej). W związku z tym osoby pracujące w oparciu o umowę o dzieło pozostawione są bez zabezpieczenia zdrowotnego, o ile nie są ubezpieczone z innego tytułu lub nie skorzystają z dobrowolnego ubezpieczenia, którego comiesięczne opłacanie w obecnie obowiązującej kwocie bywa jednak dla wielu niemożliwe.

Jak przeciwdziałać zagrożeniom?

Istnieją różne podejścia do tego, jak wyeliminować lub złagodzić zagrożenia związane ze stosowaniem umów cywilnoprawnych. Można jednak wyróżnić dwie podstawowe strategie:

  1. dążenie do zmniejszenia skali procederu zatrudniania na umowy cywilnoprawne – zwłaszcza tam, gdzie są one stosowane niezgodnie z zamierzonym przez prawodawcę przeznaczeniem,
  2. dążenie do ograniczenia negatywnych społecznych konsekwencji umów cywilnoprawnych, które już są zawierane.

Zmniejszanie skali można próbować osiągnąć na dwóch poziomach:

  • poprzez ścisłą kontrolę baczącą, by nie były one nadużywane, oraz nakładanie i egzekwowanie sankcji za tego typu praktyki (już dziś istnieje w naszym prawie procedura wystąpienia do sądu o udowodnienie stosunku pracy i zamianę stosunku cywilnoprawnego na umowę o pracę, gdy jest ku temu formalne i merytoryczne uzasadnienie);
  • poprzez wzmocnienie siły przetargowej strony pracowniczej, np. zmniejszanie bezrobocia. Dzięki temu pracodawcy będzie trudniej narzucić mniej korzystne warunki wynagrodzenia za pracę (w tym poprzez zastępowanie umów o pracę umowami cywilnoprawnymi)6.

Ograniczenie negatywnych społecznych skutków umów cywilnoprawnych można próbować osiągnąć dwoma rodzajami działań:

  • poprzez zmianę konstrukcji prawnej umów cywilnoprawnych, tak aby były one silniej osadzone w systemie zabezpieczeń społecznych (głównym mechanizmem może być ich oskładkowanie, ale do zwiększenia bezpieczeństwa i dobrostanu pracującego w oparciu o taką umowę może przyczynić się także umożliwienie im działalności związkowej, objęcie medycyną pracy, wsparciem z funduszu socjalnego etc., co wszak nie musiałoby być uzależnione od tego, czy za pracujących na tego typu umowach opłaca się składki czy nie);
  • poprzez rozwój świadczeń, które zabezpieczałyby jednostkę niezależnie od jej statusu na rynku pracy (tzw. dekomodyfikacja) – w tym od rodzaju umowy, na której jest zatrudniana.

Ograniczenie zjawiska

Ograniczanie negatywnych skutków

Działania bezpośrednio związane ze stosowaniem umów cywilnoprawnych.

Wzmocnienie publicznej i społecznej kontroli nad warunkami zatrudnienia, karanie bezprawnego zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi i/lub zaostrzenie sankcji.

Przyznanie zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych przywilejów i części uprawnień kodeksowych (np. poprzez ich oskładkowanie czy objęcie prawem przynależności do związków zawodowych itd.).

Działania pośrednio wpływające na zawieranie umów cywilnoprawnych i ich konsekwencje.

Przekształcanie stosunków pracy w kierunku wzmocnienia strony pracowniczej, co częściowo może ukrócić proceder nadużywania umów mniej korzystnych dla pracującego.

Budowanie systemu zabezpieczenia społecznego i usług publicznych w taki sposób, by dostęp do nich był powszechny, niezależny od statusu ekonomicznego.

Jak pokazuje powyższa tabela, aby polityka przeciwdziałająca nadużywaniu umów cywilnoprawnych i jego następstwom była całościowa i skuteczna, warto wykroczyć poza instrumenty bezpośrednio odnoszące się do prawa pracy (jego stanowienia, egzekucji i kontroli). Należy uwzględnić także inne elementy systemu opieki społecznej, takie jak inkluzywność rynku pracy i systemu zabezpieczenia socjalnego czy powszechność usług publicznych.

Wnioski

Mimo że umowy cywilnoprawne mogą w jednostkowych przypadkach dawać korzyści pracownikowi, są zwykle źródłem poważnych zagrożeń dla niego i jego rodziny, grup dotkniętych ryzykiem socjalnym, a także dla ładu społecznego jako całości. Zagrożenia te wiążą się nie tyle z istnieniem umów cywilnoprawnych, ile ze skalą ich używania (w wielu przypadkach nadużywania), konstrukcją prawną (ograniczony zakres zabezpieczenia społecznego pracownika), a także z szerszym instytucjonalnym kontekstem polskiego państwa, w którym niewielki jest udział uniwersalnych świadczeń społecznych.

Zakres i skala zagrożeń nie są jednakowe w przypadku poszczególnych rodzajów umów cywilnoprawnych. W znacznie większym stopniu dotykają one osób pracujących długotrwale w oparciu o umowę o dzieło, która nie jest w ogóle oskładkowana, niż na umowę-zlecenie, która podlega ubezpieczeniu zdrowotnemu, a dobrowolnie także chorobowemu, co daje tak zatrudnionym uprawnienia także do świadczeń związanych z macierzyństwem.

Pułapka polskiego systemu zabezpieczenia społecznego zdaje się polegać na tym, że jego konstrukcja opiera się z jednej strony na silnym uzależnieniu sytuacji jednostek od ich pozycji na rynku pracy (komodyfikacja). Dzieje się to w sytuacji, w której stosunki pracy stają się coraz bardziej niestabilne. Efektem jest niestety pozbawienie rosnącej części polskich pracowników możliwości korzystania z wielu elementów dorobku cywilizacyjnego nas wszystkich, jakie znalazły wyraz m.in. w Kodeksie Pracy.

Niniejszy tekst jest rozwinięciem tez, jakie autor wygłosił podczas konferencji naukowej „Nietypowe formy zatrudnienia – fakty i mity”, Warszawa 6 marca 2013 r.

Przypisy:

  1. Jeśli chodzi o inne formy umów cywilnoprawnych jak samozatrudnienie i ich skutki, warto odesłać do analizy Marii Skóry pt. Will self-employment Save Polnd from Crisis, w „European Social Journal” http://www.social-europe.eu/2013/05/will-self-employment-save-poland-from-crisis/ (dostęp z 29.11.2013).
  2. Niekiedy stosuje się argument, że elastyczne formy zatrudnienia stanowią szansę na wejście na rynek pracy dla grup defaworyzowanych (osoby uczące się, młodzi pracownicy wchodzący na rynek pracy, matki z dziećmi niemogące w danych warunkach pracować w pełnym wymiarze etatowo, niepełnosprawni i osoby starsze).
  3. Por. http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/609199,pracujacy_na_umowach_cywilnoprawnych_moga_tworzyc_zwiazki_zawodowe.html (dostęp z 28.11.2013 r.).
  4. Szczegółowe zasady pobierania owego zasiłku można poznać na oficjalnym portalu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych http://www.zus.pl/default.asp?p=4&id=433
  5. O zmianach w tym zakresie opieki nad małym dzieckiem można dowiedzieć się na specjalnie utworzonym w tym celu rządowym portalu http://www.zlobki.mpips.gov.pl/; szerzej o rozwiązaniach prorodzinnych na portalu http://www.rodzina.gov.pl/
  6. Jak wskazuje badacz bezrobocia, prof. Mieczysław Kabaj, to właśnie wysokie zagrożenie bezrobociem, zwłaszcza wśród młodzieży, jest jednym z powodów, dla których osoby takie często godzą się na mniej korzystne dla siebie stosunki zatrudnienia, por. np. http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,74817,10722121,Mlodzi_biora_dzis__co_daja.html

Pod/Poza lokalną kontrolą

Sytuacja niezależnych mediów lokalnych w Polsce nie należy do najłatwiejszych. Dysponując często mniejszymi środkami finansowymi niż ich korporacyjne i samorządowe odpowiedniki, muszą radzić sobie z naciskami polityków i lokalnego establishmentu.

Kontrola władzy w powiatach, gminach i małych miastach jest niezwykle ważna dla prawidłowego funkcjonowania demokracji. Dziennikarz Jerzy Jachowicz na portalu pogotowiedziennikarskie.pl zauważa, że media lokalne mają większe możliwości nacisku na władzę w regionie niż media ogólnopolskie i centralne na ministrów czy na to, co dzieje się w stolicy. Według niego, o ile głos mediów warszawskich ginie w ogólnym szumie informacyjnym, o tyle artykuł odnoszący się do działań władzy lokalnej jest bardziej słyszalny. Dlatego też media lokalne są szczególnie zagrożone działaniami polityków i notabli, którzy zdając sobie sprawę z siły ich oddziaływania, często próbują ograniczać niezależność i stosować cenzurę.

Ekstra gmina?

Zacznę od własnych doświadczeń. W marcu ubiegłego roku na terenie trzech gmin w powiecie kieleckim powstało pismo „Extra Gmina”, wydawane przez prywatnego przedsiębiorcę na zasadzie franczyzy od ogólnopolskiego koncernu Extra-Media. W styczniu 2014 r. weszliśmy również na rynek kielecki i zmieniliśmy nazwę na „Extra Gazeta”. Jednak wcześniej mieliśmy okazję przekonać się, jak władze lokalne mogą reagować na działania mediów od nich niezależnych.

Zanim „Extra Gmina” pojawiła się na rynku, w gminie Sitkówka-Nowiny, zarządzanej od wielu lat przez wójta Stanisława Baryckiego, lokalnym monopolistą prasowym był „Głos Nowin”, wydawany ze środków budżetowych gminy. Kiedy czyta się „Głos Nowin”, można odnieść wrażenie, że gmina to kraina płynąca mlekiem i miodem, mieszkańcy nie uskarżają się na żadne problemy, a opozycyjni radni nie mają wobec wójta zastrzeżeń. O czym w takim razie przeczytamy w tej gazecie? O imprezach gminnych, nowych inwestycjach, które w ostatnim czasie poczyniła lokalna władza, albo o spotkaniach Ochotniczej Straży Pożarnej, podczas których wójt bawił się wspólnie ze strażakami. Trudno było natomiast znaleźć w gazecie informacje np. o licznych sporach między wójtem a radnymi z opozycyjnego klubu Wspólne Dobro.

Pierwszy z brzegu przykład: rok temu radni głośno protestowali przeciwko planowanej przez wójta budowie centrum sportowo-rekreacyjnego. Sprzeciw uzasadniali tym, że przedsięwzięcie wiązałoby się ze zbyt dużymi kosztami. Opisaliśmy sprawę na łamach „Extra Gminy”, ale w „Głosie Nowin” nie znalazła się nawet wzmianka o całym wydarzeniu. Na stronie internetowej Urzędu Gminy Sitkówka-Nowiny ukazał się za to artykuł wójta, w którym skrytykował radnych. Zabrakło natomiast tekstu polemicznego przewodniczącego Rady Gminy Sebastiana Nowaczkiewicza. Według niego wójt po prostu odmówił publikacji artykułu. Kilka miesięcy wcześniej między wójtem a radnymi wywiązała się debata dotycząca ustalenia opłat za śmieci. Radni poprosili wójta o umieszczenie ich stanowiska w tej sprawie w „Głosie Nowin”, jednak i tym razem otrzymali odpowiedź odmowną.

Jeśli jakieś artykuły dotyczące konfliktów politycznych w gminie pojawiały się w „Głosie Nowin”, to miały one charakter rażąco stronniczy. Za przykład może posłużyć artykuł o planowanym połączeniu dwóch instytucji kulturalnych z numeru zeszłorocznego. Już sam tytuł „Czytelne korzyści po połączeniu biblioteki i GOK-u nieczytelne dla radnych” każe podejrzewać, że tekst jest pisany pod tezę, lektura całego artykułu również nie pozostawia wątpliwości. Takie przykłady można mnożyć.

Sytuacja ta stworzyła pole do popisu dla nas – osób tworzących pismo niezależne od władz. Staramy się przedstawiać czytelnikom racje zarówno opozycji, jak i wójta w toczących się sporach oraz opisywać problemy społeczne w gminie. Jeśli dzieje się coś dobrego, to o tym piszemy, ale nie udajemy, że gminy nie nękają żadne bolączki. Można podejrzewać, że taka postawa nie spodobała się wójtowi, bo pewnego razu wyrzucił do kosza egzemplarze, które znajdowały się w holu Urzędu Gminy. Gdy w marcu 2013 r. zwróciliśmy się do gminy z prośbą o kolportaż gazet na terenie urzędu, otrzymaliśmy od jednej z urzędniczek następującą odpowiedź: Gazetę można pozostawić na dole, przy głównym wejściu. Jednocześnie informuję, że w przypadku opublikowania treści, które uznamy za nieodpowiednie, gazeta zostanie usunięta. Już wtedy dano do zrozumienia, że postawa niezależna i krytyczna wobec władzy nie będzie mile widziana.

Po tym wydarzeniu w „Extra Gazecie” ukazał się mój artykuł pt. „Wójta władza absolutna”, w którym opisałem, jak władza w gminie odnosi się do niezależnych mediów i w jaki sposób wykorzystuje gazetę samorządową „Głos Nowin” do celów propagandowych. Czytelnicy dzwonili do nas i gratulowali, że ktoś w końcu odważył się opisać problem. Wielu zwracało uwagę, że fakty przywołane w tekście są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a lista grzechów władzy jest o wiele dłuższa. Bez istnienia mediów niezależnych od władzy w tej gminie – i w wielu innych – takie informacje i refleksje nie miałyby szans zaistnienia w obiegu publicznym.

Wyrzucony za prawdę

O tym, jak trudno zachować niezależność, pracując w gazetach samorządowych, przekonał się jakiś czas temu Wiktor Jaworski, redaktor naczelny „Głosu Nidzickiego”. Jaworski funkcję naczelnego pełnił przez 5 i pół roku. Musiał opuścić stanowisko po tym, jak burmistrz Nidzicy Dariusz Szypulski zarzucił mu promowanie na łamach pisma „krwawych i sensacyjnych historii”. Nie jest pan dziennikarzem śledczym, tylko redaktorem naczelnym organu Rady Miejskiej, gazety służącej promocji i informacji – powiedział burmistrz Jaworskiemu podczas sesji rady gminy. Jednym z głównych powodów zwolnienia dziennikarza był napisany przez niego w listopadzie 2013 r. artykuł o 19-letnim Robercie, brutalnie pobitym przez policjantów w nidzickiej komendzie. Nastolatek złożył zeznania obciążające funkcjonariuszy, a ci próbowali go wrobić w kradzież samochodu. Obecnie sprawą zajmują się Komenda Wojewódzka Policji w Olsztynie i Prokuratura Rejonowa w Szczytnie. Szef prokuratury potwierdza, że zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy.

Na posiedzeniu Rady Miasta, na którym dojść miało do odwołania Jaworskiego z zajmowanego stanowiska, burmistrz twierdził, że tego typu artykuły powinny się ukazywać w gazetach komercyjnych, a nie w informacyjnych pismach samorządowych, mających na celu promocję gminy. Ponadto Szypulski wywodził, że tego rodzaju publikacje dezorganizują dochodzeniową pracę policji. Jego punkt widzenia podzielali radni, którzy głosowali za odwołaniem dotychczasowego naczelnego gazety. Jedynie dwóch radnych – Józef Kotwicki i Alfred Potapiuk – wyłamało się i zagłosowało przeciwko temu wnioskowi, a czterech wstrzymało się. Potapiuk przyznaje, że był zaskoczony decyzją swoich kolegów, a artykuł o policjantach uważa tylko za pretekst do zwolnienia. Kotwicki wprost mówi o zamykaniu ust dziennikarzom.

Jaworski w rozmowie ze mną nie kryje rozżalenia. – To była „ustawka” skierowana przeciwko mojej osobie. Używano absurdalnych argumentów, że okładki są za mało wesołe, a kryminalne teksty niepotrzebnie bulwersują obywateli. Tymczasem artykuły dotyczyły problemów zwykłych ludzi. Oprócz historii z policjantami pisałem również o lekarzu, który nie przyjął pacjenta do szpitala, a ten się wykrwawił. Przedstawiałem gminę w dobrym świetle, ale jednocześnie nie bałem się pisać o sprawach trudnych. Nie szukałem skandali na siłę, ale nie byłem też pupilkiem władzy. To się mogło nie spodobać włodarzom gminy – tłumaczy. Mój rozmówca zwraca uwagę na zmiany, jakie zaszły w „Głosie Nidzickim” po jego odejściu. – Teraz ta gazeta wygląda jak organ propagandowy władzy. Za moich czasów panowały pluralizm i wielogłos. Teraz możemy o tym zapomnieć.

Nierówna konkurencja

W gminie Łask w powiecie łódzkim wychodzą dwa pisma – miesięcznik „Panorama Łaska” oraz „Mój Łask”. Pierwsze jest wydawane za pieniądze samorządowe, drugie – przez prywatną spółkę. Jakiś czas temu Magdalena Hodak, naczelna „Mojego Łasku”, złożyła doniesienie na samorządową gazetę do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Hodak skarżyła się na ataki ze strony burmistrza Gabriela Szkudlarka, jakie ukazywały się na łamach „Panoramy…”. Opinia fundacji była jednoznaczna: W gminie Łask […] rozwój niezależnej prasy jest hamowany przez władze samorządowe.

Zaczęło się od tego, że w pierwszym numerze „Mojego Łasku” ukazał się artykuł krytyczny wobec urzędników, którzy w godzinach pracy korzystali z portali społecznościowych i udostępniali sprośne filmiki oraz zdjęcia. Tekst był okraszony prześmiewczą grafiką. Szkudlarek obraził się i złożył doniesienie do prokuratury, ale śledczy nie znaleźli podstaw do wszczęcia postępowania. Burmistrz bardzo często w specjalnej rubryce pozwala sobie na recenzowanie „Mojego Łasku”. – Chyba najbardziej bulwersująca jest wypowiedź burmistrza, gdy chwalił chamskie komentarze jednego z internetowych „hejterów”, który każe nam wynosić się z Łasku – mówi Magdalena Hodak. Zarówno redaktor naczelny Ryszard Poradowski, jak i burmistrz nie zgadzają się z zarzutami o wykorzystywanie przez władze „Panoramy Łaskiej” do politycznych rozgrywek. Tłumaczą, że „Panorama Łaska” nie jest gazetą, a jedynie biuletynem informacyjnym, a burmistrz nie ingeruje w to, w jaki sposób tworzone są artykuły. Stała obecność felietonów burmistrza w gazecie przeczy jednak tym ocenom.

Hodak zarzuca również „Panoramie Łaskiej” publikowanie ogłoszeń prywatnych firm, czego w świetle prawa nie powinny robić gazety wydawane ze środków samorządów. Samorządowe gazety często stosują ten proceder, który służy prowadzeniu nieuczciwej konkurencji z prywatnymi gazetami. Helsińska Fundacja Praw Człowieka również odniosła się do tych praktyk „Panoramy Łaskiej”: Działalność wydawnicza samorządów budzi wątpliwości nie tylko z powodu ograniczania wolności słowa, ale także właśnie z braku zgodności z zasadami uczciwej konkurencji. Jednostki samorządu terytorialnego prowadzące działalność wydawniczą stają się konkurencją dla niezależnych lokalnych tytułów.

Wydawca „Mojego Łasku” posiada jeszcze dwie gazety, które ukazują się w okolicach Łodzi – „Nowe Życie Pabianic” oraz „Rzgowska Prawda”. Pisma te również redaguje Magdalena Hodak, która przyznaje, że także w Pabianicach i Rzgowie spotykała się z problemami ze strony władz. – „Nowe Życie Pabianic” to nasza najstarsza gazeta. Ujawnialiśmy afery i musieliśmy się potem tłumaczyć w prokuraturze. Zdarzyło się również, że dyrektor ds. medycznych Pabianickiego Centrum Medycznego podała nas do sądu. Chodziło o to, że najpierw opublikowaliśmy wywiad z jej podwładnym, który oskarżał dyrektor o szukanie na niego haków, a później wyśmialiśmy jej postępowanie w rubryce satyrycznej. Ponadto za krytykę władz wyrzucono nas z zajmowanego lokalu – opisuje. Hodak przyznaje jednak, że w Pabianicach gazeta istnieje już długo i władze przyzwyczaiły się do krytyki. – Politycy zrozumieli w końcu, że atakujemy wszystkich, niezależnie od opcji politycznej. W Rzgowie i Łasku na razie jest pod tym względem gorzej – dodaje.

Regionalne antylokalne

Prasie lokalnej zagraża również rosnąca i coraz silniejsza konkurencja ze strony mediów regionalnych, coraz częściej tworzących lokalne dodatki, stałe rubryki itp. Tymczasem, jak wskazuje raport pt. „Kondycja prasy lokalnej”, autorstwa Lidii Pokrzyckiej a wydany przez Biuro Analiz Sejmowych, mamy do czynienia z procesem koncentracji własności oraz ekspansją wydawców prasy regionalnej. Autorka jako przykład tych zjawisk podaje praktyki znanego zagranicznego koncernu Verlagsgruppe Passau, którego częścią jest m.in. wydawnictwo Polskapresse. Spółka od lat przejmuje kolejne tytuły regionalne, a zdarza się też, że np. przyłącza tygodniki regionalne i lokalne do weekendowych wydań swoich dzienników. Pokrzycka twierdzi, że choć działania takie sprzyjają uniezależnieniu się lokalnych tytułów od władz samorządowych, to wiążą się one zarazem z zagrożeniem komercjalizacją i unifikacją licznych niedochodowych tytułów.

Żeby lepiej uzmysłowić sobie skalę problemu, warto przytoczyć informacje podane przez portal wpolityce.pl, według których już tylko pięć tytułów prasy regionalnej nie należy do Polskapresse. – To pełen kolonializm medialny nieznany nigdzie w Europie – piszą dziennikarze. Niemiecki koncern stał się właścicielem około 90 proc. gazet i portali regionalnych po tym, jak rok temu przejął kontrolę nad drugim co do wielkości wydawcą gazet lokalnych – spółką Media Regionalne (wcześniej należącą do brytyjskiego Mecomu). Już przed tą transakcją do Polskapresse należało 49,8 proc. mediów regionalnych. Przejmując głównego konkurenta, koncern do swojego „arsenału” regionalnych potentatów prasowych dołączył m.in. „Echo Dnia” (świętokrzyskie), „Gazetę Codzienną Nowiny” (podkarpackie), „Gazetę Lubuską”, „Gazetę Pomorską”, „Gazetę Współczesną” (warmińsko-mazurskie), „Głos – Dziennik Pomorza”, „Kuriera Porannego” (podlaskie) oraz „Nową Trybunę Opolską”. Niemiecki kapitał zdominował więc polski rynek medialny, a ponadto doszło do niespotykanego wręcz monopolu informacyjnego w regionach ze strony jednego koncernu.

Według posła Ryszarda Terleckiego, który złożył zapytanie w tej sprawie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i nie otrzymał konkretnej odpowiedzi, monopolizacja może doprowadzić do tego, że jeden koncern będzie przejmować większość zysków z reklam i to on będzie dyktował ceny. Ponadto zagraża ona pluralizmowi na rynku prasy. Badania przeprowadzone przez Lidię Pokrzycką wskazują, że liczne problemy związane z wykupywaniem mediów lokalnych przez zagraniczne koncerny dostrzegają także dziennikarze. W ich opinii kapitał zagraniczny może doprowadzić do zaniku lokalnego charakteru przejmowanych mediów – np. w sytuacji, gdy udziałowiec chce stworzyć kalkę produktu, który istnieje już na innych rynkach lokalnych. Niektórzy dziennikarze zwracają uwagę na to, że kapitał tego typu interesuje się mediami tylko dla zysku i nie dba o ich aspekt misyjny. Pojawiają się jednak również opinie, że kapitał zagraniczny w postaci zamożnego koncernu może zapewniać większą stabilność finansową i niezależność od władz lokalnych.

Biedni jak mysz redakcyjna

Wspomniany raport Lidii Pokrzyckiej dostarcza ciekawej wiedzy na temat głównych problemów dziennikarzy oraz niezależnych mediów lokalnych. Jednym z największych jest sytuacja finansowa gazet. Te niezależne wydawane są najczęściej przez prywatnych przedsiębiorców, więc mogą sobie pozwolić na bardziej otwartą krytykę władz niż gazety samorządowe, które są uzależnione od swoich pracodawców/sponsorów, i nie mogą ich krytykować. Gazety prywatne utrzymują się dzięki pozyskanym reklamom oraz pozaredakcyjnym środkom z działalności gospodarczej wydawców. Według szacunków medioznawców tylko 9,4 proc. pism lokalnych wypracowuje zysk.

Dodatkowo, jak zauważa autorka raportu, ich rywalizacja z tytułami prowadzonymi przez samorządy jest nierówna. Gminne media dzięki większej stabilności finansowej mogą wychodzić w formie bezpłatnej lub po niższej cenie niż pisma prywatne. To prowadzi natomiast do braku równowagi na rynku prasowym. Spore kontrowersje budzi też umieszczanie płatnych reklam w gazetach dotowanych przez samorządy. Ten proceder jest bardzo częsty, choć Regionalne Izby Obrachunkowe wielokrotnie wydawały orzeczenia mówiące, iż w gazetach samorządowych reklam być nie powinno. O możliwość zamieszczania reklam w gazecie gminnej zabiegał m.in. wspominany już burmistrz Łasku. Odpowiedź Ryszarda Krawczyka, prezesa Regionalnej Izby Obrachunkowej w Łodzi, była jednoznaczna: Zamieszczanie ogłoszeń i reklam od przedsiębiorców lokalnych oraz zewnętrznych nie prowadzi do zaspokojenia zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej, a tym samym nie jest zadaniem użyteczności publicznej. W konsekwencji za niedopuszczalne należy uznać zamieszczanie ogłoszeń reklamowych w wydawnictwie gminy – napisał.

W raporcie Pokrzyckiej znajduje się również istotny fragment dotyczący standardów pracowniczych w mediach lokalnych. Ankietowani dziennikarze do swoich głównych problemów zawodowych zaliczali m.in. zbyt niskie płace w stosunku do stopnia ponoszonej odpowiedzialności. Autorzy raportu wskazują na to, że wielu dziennikarzy nie ma etatów i pracuje na umowach śmieciowych. W artykule „Szanse i zagrożenia dla dziennikarzy prasy lokalnej na przykładzie Lubelszczyzny” Pokrzycka podaje, że aż 30 proc. dziennikarzy utrzymuje się z wierszówki lub prowadzi działalność gospodarczą. Artykuł pochodzi z 2006 r., więc od tego czasu mogło się już sporo zmienić na niekorzyść. Potwierdzają to badania prof. Bogusławy Dobek-Ostrowskiej z 2012 r., według których jedynie 60 proc. dziennikarzy deklaruje posiadanie stałego zatrudnienia. Taka sytuacja nie sprzyja ich bezpieczeństwu w razie popadnięcia w konflikt z pracodawcą czy władzami lokalnymi.

Na pytanie o status zawodowy 90 proc. ankietowanych dziennikarzy odpowiedziało, że jest on średni lub stale maleje. Dziennikarze narzekają również na status materialny, wynikający m.in. ze słabej kondycji finansowej wielu małych lokalnych tytułów. Problemem jest również to, że bardzo często pracownicy mediów zmuszani są do pracy w zakresie o wiele szerszym niż wynika to z umowy podpisanej z pracodawcą. Niejednokrotnie zdarza się więc, że redaktor zatrudniony na ¼ etatu naprawdę pracuje w pełnym zakresie godzin. Jak mówi Tomasz Nieśpiał, lubelski dziennikarz i redaktor naczelny portalu pogotowiedziennikarskie.pl, na Lubelszczyźnie, która jest mi najbliższa, współpracownik lokalnego tygodnika zarabia średnio 1,5 tys. zł. Oczywiście doświadczony reporter jest w stanie wypisać nawet dwukrotnie większą wierszówkę, jednak aktywnych zawodowo dziennikarzy ze stażem pracy większym niż np. 15–20 lat trudno przekonać do pracy na umowę o dzieło czy zlecenie za pensję ledwo dobijającą do średniej krajowej. Jak więc w tej sytuacji dbać o poziom merytoryczny mediów lokalnych? – pyta. Zwraca również uwagę, że przy niełatwych warunkach pracy ten poziom bywa niekiedy zbyt niski. – Powierzchowność, brak dociekliwości czy opieranie znacznej części gazety na „gotowcach” wysłanych przez organizatorów różnorakich imprez – takie zarzuty można postawić wielu lokalnym gazetom. Jednak media lokalne to również fantastyczne źródło informacji i znam wiele przykładów (zarówno konkretnych tekstów, jak i całych tytułów), które stanowią wyjątki od opisanego stanu rzeczy – stwierdza.

Kto nas (nie) kupi?

Choć niezależne gazety prywatne częściej mogą sobie pozwolić na krytykę władzy, to i one czasem ulegają naciskom różnych grup interesu. Potwierdzają to odpowiedzi, jakich udzielali dziennikarze w ankiecie będącej podstawą wspomnianego raportu. Przedstawiciele mediów skarżą się, że zakusy lokalnych biznesmenów i polityków na wolność wypowiedzi są ich chlebem powszednim. Według nich daje się zauważyć postępujący proces uzależniania dziennikarzy od pracodawców i lokalnych układów. Odpowiadając na ankietę Pokrzyckiej, zauważają oni, że media niepotrzebnie „dają się manipulować siłom z zewnątrz”, kierując się chęcią zdobycia pieniędzy z reklam za wszelką cenę. Przyczynia się to do obniżenia statusu zawodowego i prestiżu pracy dziennikarskiej.

Zdarza się, że lokalne małe tytuły dla własnych korzyści i wygód dają się „kupować” politykom. Według Tomasza Nieśpiała na Lubelszczyźnie, […] problem upolitycznienia tytułów lokalnych widać aż za dobrze. Właściwie każdy liczący się lokalny wydawca jest lub był związany z polityką. Jeden z wydawców, z którym współpracuję, nie odżegnuje się od swojej krótkiej przygody z polityką, której ostatecznie nie dało się pogodzić z prowadzeniem wydawnictwa. Ale zawsze powtarza wszystkim swoim dziennikarzom: „jeśli zrobię coś niezgodnego z prawem – macie o tym napisać”. Znam też przykłady świetnie redagowanych lokalnych tytułów, które wprost promują konkretnych polityków – opisuje.

Niestety bardzo często małym prywatnym mediom po prostu nie opłaca się być krytycznym wobec władzy oraz lokalnych „układów”, ponieważ wiąże się to z utratą reklamodawców. Jedną z takich sytuacji opisuje Nieśpiał na portalu pogotowiedziennikarskie.pl. Przedstawia przypadek Mirosława Sznajdera, przedsiębiorcy, który w latach 90. założył „Nowiny Kraśnickie”. Była to pierwsza samofinansująca się prywatna gazeta w regionie. Sznajder był jednocześnie jej wydawcą i redaktorem naczelnym. Sam pisał artykuły, które pozwoliły wydobyć na światło dzienne wiele afer z udziałem urzędników, sędziów i burmistrza. Jednak coraz silniejsza krytyka lokalnego układu skutkowała stopniową utratą reklamodawców i gazeta po pewnym czasie zmuszona była zakończyć działalność. Sznajder do dziś nie może znaleźć w Kraśniku etatowej pracy, a jego żonie, zatrudnionej w urzędzie, grożono zwolnieniem. Obecnie Sznajder prowadzi już tylko bloga, a z obawy przed konsekwencjami nie porusza na nim tematów politycznych…

Bez prawa

Spory wpływ na ograniczanie wolności słowa ma archaiczny przepis prawny pochodzący jeszcze z okresu PRL – art. 212 Kodeksu Karnego, mówiący o zniesławieniu. Zdaniem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich coraz częściej zdarza się, że dziennikarze, którzy informują opinię publiczną o aferach i kontrowersyjnych sprawach, dochowując wszelkich dziennikarskich standardów, są straszeni pozwami, karami finansowymi i prywatnymi aktami oskarżenia na podstawie właśnie tego przepisu. Centrum Monitoringu Wolności Prasy alarmuje, że liczba procesów cywilnych i karnych wytaczanych dziennikarzom rośnie z roku na rok.

W ankiecie przeprowadzonej na potrzeby raportu Lidii Pokrzyckiej dziennikarze mówią również o problemach z komunikacją na linii prasa – urzędnicy i przedstawiciele samorządów. Występują kłopoty z uzyskaniem rzetelnych informacji od lokalnych urzędników, a także z dostępem do dokumentów. Nie zawsze przestrzegane są przepisy o dostępie do informacji publicznej – bywa, że urzędnicy celowo je zatajają. Ponadto bardzo często samorządowcy domagają się możliwości „autoryzowania” całych tekstów, nawet jeśli udzielają tylko krótkiej, jednozdaniowej wypowiedzi – a gdy dziennikarz odmawia, to grożą, że już nigdy więcej nie udzielą mu informacji.

W grupie siła

W obliczu tych problemów część środowiska dziennikarskiego tworzy inicjatywy mające na celu pomoc niezależnym mediom lokalnym. Jednym z przykładów takich przedsięwzięć jest Stowarzyszenie Gazet Lokalnych – organizacja powołana w 1999 r. przez wydawców i redaktorów naczelnych ponad 20 największych w Polsce prywatnych gazet lokalnych. Celem SGL jest propagowanie, wspieranie i obrona niezależnej prasy lokalnej, integrowanie środowisk jej wydawców oraz stymulowanie kooperacji między nimi. O tym, jak ta pomoc może wyglądać w praktyce, mówi Alicja Molenda, prezes stowarzyszenia: Prowadzimy projekt pod nazwą Porozumienie Reklamowe Tygodnik Lokalny. To sieć pozyskująca ogłoszenia dla wydawców lokalnych gazet z całej Polski. Nie tylko stowarzyszonych. Dużej grupie łatwiej niż pojedynczym tytułom starać się o zlecenia reklamowe – mówi.

Moja rozmówczyni dodaje, że stowarzyszenie kładzie nacisk na wymianę doświadczeń i dostarczanie wiedzy przydatnej na trudnym rynku medialnym. – Przykładem może być zjazd wydawców zrzeszonych w naszym stowarzyszeniu, który odbył się w maju 2014 r. Ważnymi punktami programu były warsztat wymiany pomysłów marketingowych oraz szkolenie z zakresu prawa w Internecie w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Ponadto wkrótce chcemy uruchomić cykl szkoleń dotyczących prowadzenia lokalnych portali internetowych – wymienia. Stowarzyszenie ma również inne plany. – Przygotowujemy wspólne przedsięwzięcia wydawnicze. Pracujemy nad zagadnieniem systemowej pomocy prawnej dla naszych wydawców, celując w pozyskanie silnego partnera dla tego projektu – dodaje pani prezes.

Kolejnym ciekawym projektem tego typu jest „Pogotowie Dziennikarskie”, w ramach którego powstał wspominany portal pogotowiedziennikarskie.pl. To inicjatywa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, finansowana z grantu z funduszy szwajcarskich. Na portalu zamieszczane są teksty, które nie mogły ukazać się w lokalnych mediach ze względu na naciski ze strony władz lub inne okoliczności. Dzięki działalności Pogotowia światło dzienne ujrzały dziesiątki artykułów dotyczących spraw istotnych dla lokalnych społeczności, przygotowanych przez doświadczonych dziennikarzy z różnych regionów. Czytelnicy mieli okazję przeczytać m.in. artykuł Błażeja Torańskiego o trudnych relacjach dziennikarzy „Mojego Łasku” z burmistrzem, tekst Łukasza Zalesińskiego o gminie Prażnów, która wprowadziła opłaty za dostęp do informacji publicznej, czy materiał przygotowany przez Tomasza Nieśpiała o wójcie gminy Sosnowica, który postanowił walczyć z radnymi za pośrednictwem samorządowego biuletynu. Pogotowie Dziennikarskie to jednak nie tylko artykuły. – Każdego dnia zgłaszają się do nas mali wydawcy, pasjonaci dziennikarstwa, ale i doświadczeni redaktorzy – z prośbą o pomoc w sprawach prawnych i stricte dziennikarskich. Dzięki gronu prawników oraz zespołowi dziennikarzy z wieloletnią praktyką możemy kompleksowo wspierać dziennikarzy w całej Polsce. Dzieląc się wiedzą i doświadczeniem pomagamy też tworzyć nowe, niezależne media, które dzięki Pogotowiu Dziennikarskiemu podnoszą świadomość Polaków o przysługujących im prawach i mechanizmach, jakie towarzyszą sprawowaniu władzy lokalnej – mówi o portalu jego redaktor naczelny Tomasz Nieśpiał.

Pisząc przyszłość

Obecne czasy nie są dla dziennikarstwa łatwe, co odbija się także na sytuacji mediów lokalnych. Nastąpił spadek statusu zawodu dziennikarza. Choć profesja cieszy się nadal poważaniem, to sytuacja materialna i zawodowa osób trudniących się dziennikarstwem znacznie się pogorszyła. Nie najlepiej wygląda również kondycja finansowa wielu małych czasopism lokalnych, które w przeciwieństwie do gazet samorządowych nie mają budżetowych dotacji i muszą walczyć o reklamy. Ze względu na powiązania lokalnych firm z politycznymi i urzędniczymi sitwami niełatwo dorobić się stałej grupy reklamodawców i zachować przy tym niezależność, nie stając się tylko słupem reklamowym albo gazetą piszącą jedynie o lokalnych festynach. Z tego powodu wiele mediów zatraca misję publiczną, a te, które decydują się na pójście swoją drogą i otwartą konfrontację z władzami, bardzo często po pewnym czasie upadają.

Oczywiście nie wszystko wygląda tak tragicznie. Istnieje mnóstwo lokalnych gazet i portali, które w sposób rzetelny i wolny od nacisków, a przynajmniej mówiąc innym głosem niż władze, informują czytelników o tym, co dzieje się w gminach, powiatach i województwach. To one właśnie pozwalają mimo wszystko patrzeć optymistycznie w przyszłość. Cieszy również to, że – jak pokazują badania – środowisko dziennikarskie ma świadomość problemów z jakimi boryka się prasa lokalna, i próbuje je rozwiązywać.

Państwo tylko teoretyczne?

– W polskiej debacie publicznej teza, której poświęcił Pan książkę, a dotycząca słabości polskiego państwa, pojawia się nagminnie od co najmniej dekady. Czy myśli pan, że eks-minister Sienkiewicz, autor słynnych już słów o „państwie istniejącym tylko teoretycznie” czytał tę książkę? A mówiąc bardziej serio, czy wydaje się Panu, że ten problem spędza sen z powiek polskim politykom?

Dr hab. Artur Wołek: Nie wydaje mi się. Ale jednocześnie teza, którą wyraził minister Sienkiewicz, jest raczej rozpowszechniona wśród osób mających na co dzień do czynienia z naszym państwem, w tym wśród polityków. Mało kto chce o tym mówić publicznie, co jest zresztą zrozumiałe, bo oczekujemy przecież od urzędników stania na straży godności Rzeczypospolitej. Trudno byłoby jednocześnie tej godności bronić i wykazywać, że kategoria ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Niektórzy próbują – zrobił to np. Janusz Palikot w swojej pierwszej książce, ciekawej, bo pokazującej stan ducha elit Platformy Obywatelskiej w przededniu dojścia do władzy, elit uznających w zasadzie, że państwo jest w stanie tak złym, że nienadającym się już do reformy. Jedynym „lekarstwem”, jakie w związku z tym dostrzegali, był outsourcing tego państwa.

– W jakim sensie polskie państwo jest słabe? Gdzie lokalizuje Pan główne źródła tej słabości?

– W potocznym języku do worka z napisem „słabe państwo” wrzuca się bardzo wiele różnych mechanizmów i zjawisk. Od problemów ze sprowadzeniem wraku tupolewa ze Smoleńska po to, że nikt nie jest w stanie „ukrócić” o. Rydzyka. Jeżeli chcemy jednak mówić o tym problemie w sposób sensowny, jeżeli mamy np. rozpoznać, czy państwo się wzmacnia czy słabnie coraz bardziej, to trzeba tę intuicyjnie przez Polaków przyjmowaną tezę lepiej zdefiniować, ustalić, jakie są mechanizmy, z której owa słabość wynika. Postanowiłem w związku z tym, że spróbuję zidentyfikować główne czynniki słabości naszego państwa i główne obszary, gdzie ona się objawia. Zadałem przede wszystkim pytanie o działanie instytucji: czy są w stanie realizować zadania, które sobie stawiają? Żeby państwo w ogóle mogło istnieć, musi spełniać pewne warunki: skutecznie pobierać podatki, przynajmniej na elementarnym poziomie egzekwować przepisy prawa, zapewniać bezpieczeństwo i zapobiegać kryzysom (np. epidemiologicznym) itd., itp. Tu pojawia się oczywiście pytanie o hierarchię tych zadań. Starałem się to wszystko pogrupować i usystematyzować. Za najbardziej podstawowy wyznacznik tego, czy „państwo działa”, uznałem zdolność (capacity) do formułowania jakichkowiek celów, bez względu na to, jaka jest ich treść, i czy obierany kierunek rozwoju jest owocem świadomych decyzji. Innymi słowy, czy polityka stanowi wypadkową mnóstwa działań mniej lub bardziej przypadkowych, czy jednak istnieją procesy i procedury, które pozwalają na rekonstrukcję kolejnych etapów jej tworzenia. Do pewnego stopnia odpowiedź na to pytanie w odniesieniu do Polski może się wydawać banalna i oczywista – np. chcieliśmy przystąpić do Unii Europejskiej i ten cel osiągnęliśmy. Wiemy więc, że w pewnych przypadkach istnieje ta świadoma refleksja i jej przełożenie na poziom operacyjny. Ale czy poza celami geostrategicznymi da się analogiczne procesy odnaleźć i prześledzić? Tu rzecz robi się bardziej skomplikowana.

– A może państwo polskie, odkąd ma swoją konstytucję i mniej więcej kompletny system prawny, osiągnęło pewnego rodzaju „koniec historii”, może musi już tylko prowadzić geopolitykę, a wewnętrznie reguluje się samo poprzez procedury i nadzór administracyjny, i nie potrzebuje już żadnych wielkich celów? Może polityka w sensie wytyczania i realizowania celów strategicznych to anachronizm, jak przekonują zwolennicy idei państwa ograniczającego swoją rolę do administrowania i dbania o „ciepłą wodę w kranie”?

– Mogę się nawet zgodzić, że nie potrzebujemy „wielkich celów”. Ale nawet administrowanie państwem musi opierać się na wyznaczaniu zadań – choćby nawet raczej taktycznych, niż strategicznych – i ich realizacji. Weźmy np. podatki. Dobrze byłoby, gdyby decyzja o tym, kto ma przede wszystkim płacić podatki – biedniejsi, bogatsi czy klasa średnia – została w ogóle podjęta w sposób świadomy. W Polsce to się po dziś dzień nie stało. Zasadniczo wychodzi na to, że najwięcej płacą średniacy, ale bogaci w liczbach bezwzględnych też sporo. Najbiedniejsi z kolei płacą najwięcej relatywnie do swoich możliwości materialnych i wydatków konsumpcyjnych, co odbiera im szanse na oszczędzanie. Nie mamy w polskim systemie podatkowym jasnej sytuacji, jak np. w Skandynawii, gdzie w oczywisty sposób najwięcej płacą najzamożniejsi i średniacy, a biedni nie płacą prawie wcale, albo jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie raczej płacą biedni i bogaci, a najlepszą sytuacją, dzięki różnego rodzaju ulgom, cieszy się klasa średnia. Nigdy nie było u nas na ten temat nawet otwartej, uczciwej debaty. Nie da się powiedzieć, że została podjęta świadoma, zbiorowa decyzja. Podobnie jest np. z podziałem administracyjnym. Czy Polska jest państwem zdecentralizowanym? Trochę tak – mamy oddolnie tworzony samorząd, który posiada swoje kompetencje. Ale są to kompetencje bardzo ograniczone, bo polityka regionalna w ścisłym sensie tego słowa, związana z zarządzaniem rozwojem gospodarczym, polityką fiskalną itp., zarezerwowana jest dla rządu centralnego. Samorząd może ściągać inwestycje, ale gdy już się dokonają, to nie jest w stanie zrobić nic, żeby przedsiębiorcy było lepiej lub gorzej.

– Ktoś może powiedzieć, że to wszystko, o czym Pan mówi, to po prostu „droga środka”… Polityka wody letniej, zamiast zimnej albo gorącej.

– Nie jest to z mojej strony wyraz intelektualnego zamiłowania do jasnych sytuacji typu „tak – tak, nie – nie”. Tu nie chodzi o to, że przyjęte w Polsce rozwiązania są dla mnie zbyt umiarkowane. Chodzi o to, że nie wiadomo, jakie są. A nawet jeśli w jakiejś sferze mamy politykę pozornie „letnią”, to nie wynika to ze świadomie podjętej decyzji, lecz z dryfu, z siły bezwładu. Zasadniczy problem polega na tym, że gdy nie dokonujemy tych wyborów jako państwo, to wchodzą do gry silne grupy interesów, które wpływają na różne decyzje cząstkowe i powstaje chaos, mętna woda, na której korzystają najgrubsze ryby. Siła państwa, jak ją definiuję, to zatem zdolność wytyczania celów oraz realizowania ich – tak na poziomie głównych ośrodków władzy wykonawczej, jak i biurokracji niższych szczebli. Jest jeszcze trzeci element: mobilizowanie poparcia obywateli dla podejmowanych decyzji. W demokratycznym państwie polityka nie może funkcjonować bez czynnego zaangażowania obywateli. W Polsce nie mamy żadnych mechanizmów włączania obywateli w przygotowywanie i realizację decyzji publicznych.

Jeszcze na przełomie poprzedniego i obecnego wieku powszechne było przekonanie, że owszem, mamy problemy ze słabością państwa, z korupcją czy nadmiernym wpływem niektórych grup interesów, ale że te problemy nie dotyczą istoty mechanizmów demokratycznych, które działają jak należy. Ustrój mamy dobry, tylko „czynnik ludzki” zawodzi: klasa polityczna i urzędnicza. Na tej diagnozie oparli się choćby bracia Kaczyńscy, tworząc Porozumienie Centrum, a potem PiS – to była idea, że przede wszystkim trzeba mieć po swojej stronie np. 200 sprawiedliwych, którzy wejdą do istniejących instytucji i w dwa lata zrobią IV Rzeczpospolitą. W praktyce rządów lat 2005–2007 okazało się to bardziej skomplikowane, mówiąc oględnie.

To podejście ma w sobie oczywiście ziarno prawdy. Podstawowy kościec demokratycznych instytucji działa w miarę przyzwoicie. W Polsce, moim zdaniem, nie fałszuje się na przykład wyborów na dużą skalę. Przez ćwierć wieku procedury przekładania woli wyborców na skład Sejmu działały przyzwoicie. Ostatni skandal z PKW nie polegał przecież na tym, że ktoś nie mógł głosować lub zawieruszyły się oddane głosy. Bezpośrednio po wyborach PKW nie potrafiła wziąć odpowiedzialności za liczenie głosów w sytuacji kryzysowej, do której sama doprowadziła, ale nikt nie pokazał dowodów, że ten bałagan został wykorzystany do fałszowania wyników. W swoich badaniach staram się zwrócić uwagę na to, że słabość państwa tkwi w działaniu instytucji „na dole”, pod powierzchnią zasad konstytucyjnych, w codziennym funkcjonowaniu państwa, operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. To na poziomie tych reguł następuje korozja instytucji, wypaczenie sensu ich istnienia.

– Na przykład?

– Weźmy chociażby jakość stanowionego prawa – ulubiony obiekt narzekań wszelkiego rodzaju komentatorów, ekspertów i zwyczajnych jego użytkowników. Skąd bierze się złe prawo? Proces legislacyjny w Sejmie jest w miarę przejrzysty. Można oczywiście stawiać postulaty jeszcze większej jawności czy udoskonalenia procedur, ale zasadniczo w tym wymiarze dużo lepiej nie będzie. Na papierze proces legislacyjny po stronie egzekutywy też nie jest najgorszy – wprowadzono w miarę sensowne standardy przejrzystości, dostępu do informacji publicznej, obowiązkowe konsultacje etc. Rzecz jednak w tym, że absolutną władzę nad każdym projektem ustawy dzierży minister, który go składa. I właściwie w momencie, w którym ustawa jest już w procesie uzgodnień, nikt nie jest w stanie jej zatrzymać. Można powiedzieć, że nic dziwnego, bo taka jest istota rządu, ciała opartego na wzajemnym zaufaniu i współpracy, a skoro już minister został zaprzysiężony, to trudno, żeby nie mógł realizować swoich projektów. Jest to jednak ogromny problem. Nie ma ośrodka, który przyjrzawszy się ustawie, mógłby powiedzieć np., że ta ustawa jest sprzeczna z dziesięcioma celami strategicznymi naszego gabinetu. Inna sprawa, że nikt nie wie, jakie są te cele, być może w ogóle ich nie ma. Nie wykonuje tej funkcji premier, który teoretycznie powinien być takim centrum rządu, ani jego urzędnicy. Ustrój nie przewiduje takiego miejsca, z którego można byłoby przyjrzeć się pracy ministerstw, skontrolować je i ewentualnie zatrzymać ich pracę. Jeżeli coś pojawi się już w systemie tworzenia prawa, to prędzej czy później wyjdzie z tego ustawa. Ta wiedza istnieje już od czasów rządu Suchockiej (pierwszy zauważył ten problem Jan Rokita) i wiele mądrych głów pochylało się nad tym ustrojowym defektem, a jednak nie udało się go wyeliminować. Premier Tusk wprowadził zasadę, że pracuje się z początku nie nad projektem ustawy, lecz nad założeniami do ustawy, a dopiero później samą ustawę stworzą fachowcy-prawnicy. W praktyce jednak wobec wielu ustaw czynione są wyjątki od tego nowego modelu procedowania – właściwie dlaczego nie, chłopaki przygotowali projekt, to co będziemy gadać nad założeniami. I dotyczy to także naprawdę ważnych ustaw.

Problem tkwi również w założeniu, że funkcję centralną, taką pseudo-integracyjną, będą pełnić prawnicy. Zakłada się, że będą oni w stanie – przynajmniej na poziomie technicznym – wyłapać projekty ustaw, które są sprzeczne albo z obowiązującym prawem, albo z ogólną polityką rządu. Ale to jest utopia, prawnicy nie są od tego. Prawnicy są gwinciarzami, którzy potrafią zrobić, żeby śruba kręciła się w lewo albo w prawo, ale nie wiedzą, co to jest śruba. Ostatni skandal wokół Rządowego Centrum Legislacji i późnego ogłoszenia ustawy o rajach podatkowych bardzo dobrze pokazuje, że to jest super-techniczne biuro, które zostało powołane do produkowania tekstu prawa, a nie do ogarniania umysłem całego złożonego kontekstu. Prawo psuje się właśnie za sprawą mechanizmu, który powoduje, że nie ma w całym systemie administracji miejsca, z którego „widać”, co się dzieje. Jest to, nawiasem mówiąc, dziedzictwo PRL-u, w którym rząd nie miał tego rodzaju strategicznych kompetencji, był po prostu organem administracyjno-wykonawczym, służebnym wobec politbiura KC PZPR. I to na poziomie politbiura zapadały decyzje o ogólnym kierunku i integracji poszczególnych polityk resortowych. Teraz nie mamy politbiura – pozostała tylko ta przystawka, przystosowana do przerabiania decyzji politycznych na akty prawne. W normalnym kraju funkcję politbiura pełni rada ministrów, to ona nadaje kierunek i nadzoruje „techników”, pilnując, by nie wypaczyli jej intencji. W polskim systemie politycznym ministrowie przekształcają się tymczasem w przedstawicieli swoich urzędników.

– A może to jednak jest do pewnego stopnia problem personalny? Może brakuje nam ludzi, którzy byliby w stanie te problemy systemowe, o których Pan mówi, rozpoznać, myśleć w kategoriach procedur?

– W ostateczności wszystko jest problemem personalnym, oczywiście kadry decydują o wszystkim! [śmiech] Ale bardzo wielu polityków różnych opcji, o różnych kulturach organizacyjnych i różnym przygotowaniu – biznesowym, prawniczym, intelektualnym, biurokratycznym itd. – próbowało i żaden sobie nie poradził. To wskazywałoby jednak, że instytucjonaliści mają rację: formalne i nieformalne reguły są silniejsze od najlepszych nawet kadr.

– Diagnozy o słabości polskiego państwa były już wielokrotnie formułowane przez różnych intelektualistów, polityków i publicystów. Pojawiały się rozmaite jej ujęcia i interpretacje, tak naukowe, jak i publicystyczne, od hipotezy „układu”, przez tezę o „imposybilizmie prawnym”, po formułowane ostatnio diagnozy o post/neokolonialnym charakterze polskiego państwa. Co Pan sądzi o tych koncepcjach?

– Przytoczone przykłady odnoszą się raczej do mechanizmów społecznych, które stoją za słabością państwa, niż do mechanizmów instytucjonalnych, na które ja zwracam uwagę. Zajmuję się regułami, w ramach których działają mechanizmy społeczne i ich wpływem na te mechanizmy. Wydaje mi się, że jest to o tyle ważne, że wyjaśnia, dlaczego kolejne ekipy, w tym rząd Prawa i Sprawiedliwości, który w szczególnie wyrazisty sposób podnosił wymienione diagnozy, nie zdołały przeprowadzić obiecywanych zmian, nie wprowadziły nas do IV RP. Nie był do tego potrzebny żaden układ. Nie wykluczam, że układ istnieje, ale proponuję inne spojrzenie. Moja opinia jest taka, że nie ma po prostu narzędzi, dzięki którym można byłoby zbudować IV Rzeczpospolitą. Jedną z motywacji, która skłoniła mnie do napisania książki, było sprawdzenie, czy tezy stawiane na dość wysokim poziomie abstrakcji, choćby przez Jadwigę Staniszkis, odpowiadają rzeczywistości – i czy w ogóle da się to empirycznie sprawdzić. Na przykład teza, że nasza kompatybilność ze strukturami Zachodu ma charakter powierzchowny i „pastiszowy”, a rzeczywiste reguły walki o władzę są ustanawiane poza instytucjami demokratycznego państwa, właśnie ze względu na ich słabość. W efekcie wylądowałem dość daleko od tez prof. Staniszkis. Uważam, że jedną z głównych bolączek polskiej politologii i polskiego życia intelektualnego w ogóle stanowi to, iż większość autorów zatrzymuje się na etapie chwytliwej tezy, a mało komu chce się sprawdzać, czy istnieją realne zjawiska i fakty mogące to potwierdzić. Ciekawy wyjątek od tej praktyki stanowi zespół prof. Andrzeja Zybertowicza. Stawiana przez niego teza o „antyrozwojowych grupach interesu” funkcjonowała przez długi czas właśnie jako jeden z takich medialnych sloganów, ale w pewnym momencie udało mu się zebrać wokół siebie grupę naukowców i zainicjować proces rzetelnej weryfikacji. Efekty tej pracy – niezmiernie zresztą ciekawe – jak dotąd nie dały jednak jednoznacznego rozstrzygnięcia.

– Czy to wszystko oznacza, że działania na rzecz „wymiany elit” są pozbawione sensu?

– Przemiana instytucjonalno-prawna i personalno-środowiskowa nie wykluczają się. Z całą pewnością wymiana elit nie jest działaniem wystarczającym. A poza tym nikt jeszcze nie pokazał tych nowych, lepszych elit… Powtarzam: miewaliśmy już bardzo łebskich ludzi na najwyższych szczeblach politycznej drabiny – i nie pomogło.

– A jak słabość polskiego państwa wygląda na tle reszty naszego regionu?

– Ludwik Dorn wygrzebał w „Bolesławie Chrobrym” Antoniego Gołubiewa wypowiedź jednego z bohaterów – margrabi brandenburskiego czy kogoś podobnego – że na wschód od Odry są tylko „państwa na [drewnianym] koniku”. Królowie bawią się tu w królów, rycerze w rycerzy itd. Tylko na zachód od Odry państwa są naprawdę, a u nas wszystko jest udawane. Rzeczywiście większość państw Europy Środkowo-Wschodniej ma problemy z realizowaniem podstawowych funkcji – mniej więcej z tych samych przyczyn. Najświeższa z nich to logika transformacji schyłkowego komunizmu – która w swojej istocie była antypaństwowa, bo polegała na demontowaniu stworzonych wcześniej instytucji w celu ocalenia wpływów ludzi władzy. Wydaje mi się, że jest jeden pozytywny wyjątek od tej reguły środkowo-wschodnioeuropejskiej – Węgry. Co najmniej od czasu pierwszego rządu demokratycznego – a właściwie jeszcze od ostatniego rządu komunistycznego Miklósa Németha, który wystąpił z partii i stał się premierem autentycznie podmiotowym, dzięki czemu rozdział rady ministrów od partii dokonał się jeszcze przed demokratyzacją – bardzo świadomie budowano tam nowe instytucje. Oczywiście Węgrzy dysponowali też kulturą administracyjną o jeszcze XIX-wiecznych źródłach, którą udało się jakoś ochronić przez cały okres komunizmu. W czasie przełomu na Węgrzech postawiono jednoznacznie na wzmocnienie rządu jako głównego ośrodka podejmowania decyzji politycznych, w porę zmarginalizowano prezydenta, zbudowano silne partie… W 1998 r., kiedy Orbán po raz pierwszy przejął władzę, miał już w szufladzie niemal gotowy projekt ostatecznego „ukanclerzowienia” systemu politycznego. Dalej w tym samym kierunku szły działania postkomunistów podczas dwóch kadencji ich rządów. To dzięki całemu temu procesowi świadomego wzmacniania państwa Orbán może dziś zachowywać się tak, jak się zachowuje, wprowadzać swoje reformy i prowadzić Węgry w wymyślonym przez siebie kierunku. Ma on bowiem w swoim ręku narzędzia kontroli całej sfery publicznej: jest szefem partii, która ma konstytucyjną większość w parlamencie, jednoznacznie kontroluje całą administrację, w tym formalnie dość niezależne agencje regulujące różne sfery gospodarki, a także media, dość łatwo może wpływać na działania władz lokalnych. W Polsce premier, nawet o najbardziej etatystycznych poglądach, nie mógłby bez rewolucji np. wymienić prawie połowy urzędników w MSZ-cie…

– Dlatego też wielu komentatorów o bardziej liberalnym nastawieniu – np. prof. Wojciech Sadurski – obawia się takiego sprawnego państwa. Być może jeśli nie ufa się rodzimej tradycji politycznej i temu, co może ona wyprodukować w przyszłości, jest to w pewien sposób zrozumiałe?

– Rzeczywiście jest tak, że u fundamentów III RP leży niepisane porozumienie o „obniżaniu stawki w grze”. Mam tu na myśli pewną zgodę elit politycznych na sytuację, w której nikt nie będzie miał pełni władzy – nie w sensie podziału na władze ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, lecz w takim, że system niejako uniemożliwia przyjmowanie wyrazistych rozwiązań i manewrowanie państwem jako całością. Węgrzy kluczowe rozwiązania instytucjonalne przyjęli jeszcze przed demokratycznymi wyborami. One w tak wielkim stopniu były oparte na braku zaufania do silnej władzy, że dla wszystkich polityków węgierskich stało się jasne, iż w ramach takich instytucji nie da się rządzić. Stąd dążenie najpierw do maksymalnego umocnienia premiera jeszcze w ramach systemu okrągłostołowego, a potem rozsadzenie tych ram przez Orbána. Żeby była jasność – nie jestem wielkim miłośnikiem Orbána. Treść jego polityki w istotnej części wydaje mi się bardzo ryzykowna. Nie zmienia to jednak faktu, że jest on obecnie w regionie jedynym politykiem, który może realizować długofalowe strategie polityczne.

– Ale jednocześnie ten przykład z pewnego punktu widzenia może stanowić argument na rzecz „liberalizmu strachu”, potwierdzenie, że sprawne państwo jest potencjalnie czymś niebezpiecznym.

– Zdecydowanie tak. Co więcej, nie można tych obaw jednoznacznie odrzucić. Konieczna jest świadomość kulturowego kontekstu: silne państwa zachodnioeuropejskie zbudowane są na fundamencie wspólnej kultury politycznej, opartej na wartościach takich jak porozumienie, kompromis, samoograniczenie. Ich nowoczesne instytucje pojawiły się w momencie, kiedy ten grunt był już dojrzały. Węgry są tymczasem bardzo mocno podzielone kulturowo, niektórzy mówią, że trwa tam prawdziwy Kulturkampf, walka nie tyle polityczna, co odnosząca się do podstawowych wartości. Gdybym był tamtejszym lewicowym liberałem, pewnie obawiałbym się, że Orbán zrobi coś, co np. zmusi mnie do emigracji. Nikt nie ma tymczasem wątpliwości, że Cameron nie zrobi nic, co mogłoby zmusić do emigracji labourzystów, mimo że realizuje politykę, która jest dla nich nie do przyjęcia i na swój sposób radykalna, np. wobec Unii Europejskiej czy imigrantów. Ten lęk, o którym mowa, ma więc swoją racjonalność, czy może znamy korzenie jego irracjonalności. Pytanie, gdzie w tym układzie jest Polska. Wydaje mi się, że poziom napięcia i zróżnicowania kulturowego jest na Węgrzech zdecydowanie wyższy niż w Polsce, że spór między Platformą a PiS-em nie jest, jak obie strony próbują nam często wmówić, odzwierciedleniem jakiegoś fundamentalnego konfliktu kulturowego. Jest to natomiast spór, który w oczywisty sposób potęguje słabość państwa, bo w tym systemie oznacza on, że albo ma się za sobą ⅔ parlamentu, albo nie da się nic zrobić.

– Z drugiej strony pytanie o zasadność strachu przed sprawnym państwem wykracza trochę poza kwestię PO vs. PiS. Przyjmując liberalną optykę, można by powiedzieć, że sam Orbán jeszcze kilka–kilkanaście lat temu był zupełnie innym politykiem niż dzisiaj. Czy eskalacja konfliktu nie może i w Polsce doprowadzić do radykalizacji głównych sił politycznych?

– Nie jest to wykluczone, ale w dzisiejszej sytuacji Polski wydaje mi się to perspektywą na tyle odległą, że nawet nie ma co się nad nią zastanawiać. Wydaje mi się, że Tusk pokazał, ile da się wycisnąć z obecnego systemu. Był niezwykle sprawnym politykiem, który potrafił się poruszać po meandrach III RP, ale jego historia pokazuje też wyraźne ograniczenia władzy w tym systemie. Na przykład niemal wszystkie sukcesy jego rządu były owocem zastosowania ręcznej, politycznej koordynacji. W momencie, kiedy coś jest realnym priorytetem rządu i premier przez swoich ludzi trzyma rękę na pulsie, wówczas „państwo działa”. Ale natychmiast, kiedy zwraca swoją uwagę w inną stronę, ono działać przestaje. Nie działają więc instytucje i standardowe reguły, a tylko okazyjne wzmożenie woli politycznej. Z tego doświadczenia wzięła się odpowiedź, jaką proponuje Platforma, czyli koncepcja „outsourcingu państwa”. Polega ona na tym, żeby możliwie dużą część spraw publicznych przekazać w prywatne ręce, które będą miały swój prywatny interes w tym, żeby dane przedsięwzięcie się udało. Można powiedzieć, że przykładem sukcesu tej filozofii jest Euro 2012, realizowane przez spółkę prawa handlowego, której państwo przekazało wiele kompetencji władzy publicznej, a która nie była ograniczona więzami charakterystycznymi dla administracji.

– Outsourcing staje się więc, paradoksalnie, jak w dawnej wizji Janusza Palikota, sposobem na wzmocnienie państwa?

– Nic podobnego! Outsourcing może pomagać w realizacji konkretnych projektów, ale ostatecznie efekty są takie, jak zwykle w pracy metodą projektową – projekt się kończy i wszyscy o nim zapominają, równie dobrze mogłoby go nigdy nie być. No, po Euro zostaną stadiony, które zbudowaliśmy w dużej mierze niepotrzebnie, a utrzymanie ich kosztuje krocie.

– W swoich tekstach podkreśla Pan często, że rozmiar państwa i jego siła czy sprawność to dwie osobne sprawy, że państwo-moloch może być słabe. Czy to oznacza, że jest Pan zwolennikiem tezy odwrotnej: zwijanie czy redukcja państwa do liberalnego minimum jest receptą na uporanie się z problemami ze sprawnością i sterownością?

– Wydaje mi się, że Polacy jako obywatele radzą sobie z większością rzeczy lepiej niż ich państwo – i nie jest to tylko liberalny populizm. 25 lat przemian pokazało, że wiele jest sektorów, gdzie dopiero próby wprowadzania państwowych regulacji powodują problemy. Intuicyjnie pomysł zmniejszania państwa jest mi bliski. Ale faktem jest również, że bardzo często deregulacja oznacza wystawienie interesu publicznego na niebezpieczeństwo. Rewersem sensownej deregulacji zawsze musi być regulacja. Nawet najbardziej brawurowi thatcheryści wprowadzali mnóstwo nowych przepisów i instytucji w celu zabezpieczania interesu publicznego; inna sprawa, że efekty ich działania były niezbyt udane. Zwijanie państwa „w realu” nigdy nie wygląda tak, że państwo po prostu się wycofuje.

– To są fakty niepasujące do ideologii. Nie chce się o nich pamiętać, tak jak i o tym, że najbardziej radykalnym reformom rynkowym ostatnich dekad, np. tym realizowanym przez Ronalda Reagana, towarzyszył wzrost wydatków publicznych i wysokie deficyty budżetowe… Czy tzw. neoliberalizm, czyli ideologia, w duchu której projektowano polską transformację, odegrał istotną rolę w osłabianiu transformujących się państw Europy Środkowo-Wschodniej i czy istotne wydaje się Panu pytanie, czy i komu słabość państw w tej części świata służy?

– Jeśli namawia mnie pan na krytykę konsensusu waszyngtońskiego, to oczywiście bym się przyłączył… Nie widzę natomiast bezpośredniego przełożenia na to, jak urządziliśmy sobie państwo. Na potrzeby swojej książki przeprowadziłem studium przypadku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, które, wydaje mi się, dobrze pokazuje, na czym polega problem. Instytucje, które były w okresie transformacji przeszczepiane – albo, jak twierdzą inni, narzucane – ze świata zachodniego, musiały funkcjonować w zupełnie innym kontekście kulturowym i instytucjonalnym niż ten, w którym zostały wytworzone. W efekcie działały też zupełnie inaczej. Zresztą trudno się dziwić: jeśli ktoś liczy na to, że instytucja regulująca media oddana w ręce polityków, będzie „niezależna”, to jest po prostu niesamowicie naiwny. Istnieje oczywiście znacznie więcej przykładów dysfunkcjonalnie działających instytucji „skopiowanych” z Zachodu. Zanim Urząd Komunikacji Elektronicznej „zatrybił” pod rządami Anny Streżyńskiej, przez 7 czy 8 lat (w swoich poprzednich wcieleniach) był całkowicie nieefektywny i biernie przyglądał się choćby działaniom Telekomunikacji Polskiej, niewątpliwie szkodliwym dla polskiego rynku.

– Pytanie tylko, czy ta imitacja, której efekty okazują się dysfunkcjonalne z perspektywy polskiego interesu publicznego, rozpatrywana w szerszym kontekście nie okazuje się funkcjonalna dla poszczególnych koncernów czy grup wpływu?

– Wydaje mi się, że w diagnozie neokolonialnej jest sporo przesady. Jasne, że z perspektywy silnych graczy międzynarodowych i lokalnych lepiej mieć słabych partnerów tam, gdzie chcą robić interesy. Ale z drugiej strony pewna stabilność reguł i porządek instytucjonalny są często kluczowe dla tych samych podmiotów czy grup interesu. Z różnych badań wynika, że najwięcej inwestycji dokonuje się w krajach, gdzie są wysokie podatki i silne związki zawodowe. Dla biznesu są to obciążenia, ale stanowią one jednocześnie ubezpieczenie przed niepewnością. Z drugiej strony jest oczywiście taki rodzaj biznesu, który woli mieć urzędnika w kieszeni i minimalizować inne koszty. Ale sprawa jest złożona. To nie jest tak, że jeśli jesteśmy słabym państwem peryferyjnym, to stanowi to prosty efekt zmasowanych działań międzynarodowych koncernów. To bardziej złożona interakcja: w niektórych sektorach rzeczywiście tak jest, ale w innych, np. w sektorze bankowym, międzynarodowi gracze uzyskali swoje cele pomimo faktu, że polskie instytucje nie były bezwolnymi pacynkami i nierzadko stawiały twarde warunki. Pamiętamy choćby słynny konflikt wokół fuzji BPH i Pekao SA, kiedy to administracja prezydenta Kwaśniewskiego dogadała się z włoskim UniCredit, a prawicowy rząd wyrzucił te ustalenia później do kosza. To nie jest tak, że każdy inwestor dostawał to, czego sobie zażyczył. Z drugiej strony polityka polskich władz polegała też np. na przekazywaniu w obce ręce banków słabych, czego efektem jest fakt, że Polski nie dotknęła plaga bankructw instytucji finansowych po 2008 r., wraz z jej konsekwencjami w postaci np. dwóch lat recesji, która spotkała Czechy czy kraje bałtyckie. Ten przykład pokazuje, że nie można generalizować – ocena musi być zależna od sektora i okresu, o jakim mówimy.

– Jakie widzi Pan perspektywy wyjścia z kondycji słabego państwa? Od czego trzeba byłoby zacząć?

– Na seminariach, które prowadziłem w czasie pisania mojej książki też zawsze padało to pytanie i studenci byli bardzo nieusatysfakcjonowani moją odpowiedzią, że jedyną odpowiedzią są małe kroki. Do przeprowadzania wielkich projektów i budowania długofalowych strategii politycznych brakuje nam narzędzi. Musimy pracować na poziomie najprostszych procedur. To, że pracuje się już nie nad projektami ustaw, lecz nad założeniami, albo że wprowadzono oceny skutków regulacji jako obowiązkowy element procesu tworzenia prawa, to jedne z takich zmian na lepsze, na które nas stać. Teraz trzeba zrobić następny ruch: wyprowadzić zespoły, które dokonują oceny skutków regulacji, z departamentów prawnych i stworzyć jednostki podlegające bezpośrednio ministrom. Tego typu zmiany są może mało sexy, ale też dzięki temu są poniżej radaru wielu grup interesów i mają szanse się udać.

To nie znaczy, że powinniśmy zarzucić myślenie w długiej perspektywie – wprost przeciwnie. Potrzebujemy dyskutować o naszych celach, o tym, jak powinna wyglądać lepsza Polska. W chaosie bitewnym polskiej polityki rozważania nad strategiami dla kraju zeszły niestety na odległy plan. O „Polsce 2030” Michała Boniego, która została przyjęta jako obowiązujący program rządowy i nigdy jej oficjalnie nie odwołano – nie pamięta dziś pies z kulawą nogą ani w rządzie, ani w opozycji. Tymczasem trzeba takie rozważania prowadzić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się okno możliwości dla zmian.

– Dziękuję za rozmowę.

Pracy czy chleba? Konkurencyjne koncepcje bezpieczeństwa socjalnego

Workfare state (państwo wspierające pracę) oraz welfare state (państwo dobrobytu) to dwie konkurencyjne drogi i wizje zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa socjalnego i godnego życia. Pierwsza z nich dąży do bezpieczeństwa zapewnionego przez pracę, druga – przez zabezpieczenie społeczne. Obie koncepcje mogą poszczycić się sporymi sukcesami. Obie stwarzają też pewne problemy, z którymi ich zwolennicy starają się walczyć, wypracowując na ich gruncie nowe, innowacyjne rozwiązania. Trzy spośród takich rozwiązań postanowiłem przedstawić tak, by czytelnik mógł sobie wyrobić zdanie, w którą stronę powinniśmy pójść jako społeczeństwo. Niestety Polska jest w tej specyficznej sytuacji, że nie wybrała jak na razie ani jednego, ani drugiego modelu, pozostając niezdolną do zapewnienia obywatelom jakiejkolwiek stabilizacji materialnej.

Po pierwsze „elaspieczeństwo”

Flexicurity jest jedną z tych innowacyjnych koncepcji rynku pracy, których praktyczne efekty możemy już oceniać, gdyż liczne jej elementy wprowadzono do ustrojów szeregu państw europejskich już dobrych kilka lat temu. Jej nazwa powstała z połączenia angielskich słów flexibility (elastyczność) i security (bezpieczeństwo). W istocie jest ona próbą połączenia ognia z wodą, a więc postulatów deregulacji rynku pracy (na co najczęściej naciskają pracodawcy, choć nie tylko oni) z potrzebą stabilności zatrudnienia, artykułowaną przez pracowników i ich organizacje. Twórcy tej koncepcji wyszli z założenia, że potrzeba stabilnego zatrudnienia jest w gruncie rzeczy potrzebą posiadania stabilnego źródła dochodów. A o ile elastyczne zatrudnienie z zatrudnieniem stabilnym połączyć raczej trudno, to już ze stabilnymi dochodami dużo łatwiej. Powstała więc konstrukcja łącząca mocno zderegulowany rynek pracy z wyjątkowo szczodrym systemem zabezpieczeń społecznych.

Flexicurity pojawiło się jako przemyślana koncepcja w latach 90., a jej nazwa przypisywana jest Holendrowi Hansowi Adriaansensowi, który w roku 1995 zaczął jej używać, opowiadając o swym pomyśle przejścia od „bezpieczeństwa pracy do bezpieczeństwa zatrudnienia”. Miało to oznaczać przeniesienie akcentów z walki o utrzymanie dotychczasowych stanowisk pracy na dążenie do maksymalnego skrócenia okresów przebywania na bezrobociu. Pod koniec tego roku holenderski minister polityki społecznej ogłosił memorandum „Flexibility and Security”, gdzie nacisk położono na deregulację rynku pracy oraz rozszerzenie praw pracowników nietypowych (czyli np. czasowych), co zapowiadało upowszechnienie elastycznych form zatrudnienia.

Dużo większą rozpoznawalność i zainteresowanie wśród ekonomistów (i nie tylko) uzyskał jednak duński wariant flexicurity. W modelu tym ułatwiono przedsiębiorcom zwalnianie pracowników, w zamian za to oferując tym ostatnim szeroki zakres zabezpieczenia w tzw. okresie przejściowym, czyli podczas przebywania na bezrobociu. W Danii zmiany rozpoczęto jeszcze przed 1995 r. Dwa lata przed pojawieniem się w szerszym obiegu terminu flexicurity przeprowadzono tam reformę, ustanawiając nowe zasady wypłacania zasiłków. Wprowadzono dwa okresy ich pobierania: pasywny i aktywny. W tym drugim bezrobotnego zaczynał obowiązywać program aktywizacji zawodowej, który warunkował otrzymywanie pomocy. Rozpoczęto także skracanie okresu pasywnego, z 4 lat w 1995 r. do 1 roku w 1999. Natomiast okres aktywny wzbogacono o szeroki program doradztwa zawodowego, szkoleń i różnych form przekwalifikowywania się w nowym miejscu pracy. Rozpoczęty proces reformy rynku pracy stał się też elementem konsensusu między głównymi siłami politycznymi, co jest dość typowe dla państw skandynawskich. Wdrażanie reform rozpoczął socjaldemokratyczny rząd Poula Rasmussena (1993–2001), jednak duży wpływ na ich kształt wywarł wcześniejszy, konserwatywny rząd Poula Schluetera, a w XXI w. kontynuowali je liberałowie pod wodzą Andersa Fogha Rasmussena. W tzw. Komisji Zeuthen, która pracowała nad zrębami duńskiego flexicurity, spotkali się zaś przedstawiciele w zasadzie wszystkich środowisk społecznych – od pracowników, przez naukowców, po pracodawców.

Duńska koncepcja składa się z trzech głównych elementów, które tworzą tzw. złoty trójkąt. Pierwszym z nich są elastyczne regulacje rynku pracy, wprowadzone przede wszystkim po to, by ułatwić zwalnianie pracowników. Znacznie skrócono więc okres wypowiedzenia, wyraźnie wydłużając za to okres próbnego zatrudnienia. Obniżono też wysokość odpraw. Jednak deregulacja nie dotyczyła samego tylko zwalniania. Liberalizację prawa osiągnięto przede wszystkim dzięki szerokiemu stosowaniu układów zbiorowych, które uszczegóławiały na poziomie zakładu krajowe regulacje oraz porozumienia obowiązujące w poszczególnych branżach. Dzięki temu istnieje w Danii spora dowolność dotycząca czasowego wymiaru pracy oraz relacji między wynagrodzeniem a wydajnością.

Drugim wierzchołkiem trójkąta jest oczywiście, co należy mocno podkreślić, hojny system zabezpieczenia społecznego. Dzięki niemu pracownik, pomimo prawdopodobieństwa utraty pracy, w nocy śpi całkiem spokojnie. Fundamentem systemu są zasiłki dla bezrobotnych, których kwota zastąpienia, czyli wysokość pomocy w stosunku do ostatniej pensji, wynosi czasem nawet 90 proc. (zależnie od sytuacji bezrobotnego), co w połączeniu z wysokimi płacami, umożliwiającymi zgromadzenie sporych oszczędności „na czarną godzinę”, sprawia, że pracobiorcy w Danii nie muszą się zbytnio martwić o byt. Okres wypłacania zasiłków został co prawda ostatnio skrócony i wynosi obecnie dwa lata, ale to i tak cztery razy dłużej niż w Polsce. A trzeba pamiętać, że system zasiłków dla bezrobotnych jest dopełniany przez równie hojny system pomocy społecznej, obejmujący osoby, którym zasiłek dla bezrobotnych już nie przysługuje.

Trzecim filarem flexicurity jest aktywna polityka rynku pracy (ALMP), nakierowana na jak najszybsze znalezienie przez bezrobotnego nowego zatrudnienia. Opiera się ona z jednej strony na skutecznym pośrednictwie pracy, a z drugiej na działaniach zmierzających do zwiększenia zatrudnialności nie tylko bezrobotnych, ale też obecnie pracujących. To powoduje, że ALMP ma w dużej mierze charakter profilaktyczny i jest kierowana także do pracowników, którzy przecież za jakiś czas mogą przestać nimi być. Taka dalekowzroczność systemu zabezpieczenia społecznego w Polsce musi się wydawać czymś wręcz z innej planety, a przecież to wszystko ma miejsce całkiem niedaleko od granicy naszego kraju. Z kursów poszerzających kompetencje zawodowe korzysta aż 33 proc. Duńczyków w wieku 24–64 lat, co przy średniej unijnej (9 proc.) wygląda wprost niewiarygodnie. Poprawa kompetencji pracowników i bezrobotnych opiera się oczywiście na systemie szkoleń, staży i doradztwa zawodowego, ale w przypadku osób pobierających zasiłki dochodzi jeszcze jeden element, mianowicie warunkowość udzielanej pomocy. Inaczej mówiąc, oprócz uprawnień, na bezrobotnych w aktywnym okresie pobierania zasiłku nakładane są także obowiązki. Od ich wypełniania uzależniona jest dalsza pomoc. Właśnie ten element jest najczęstszym powodem krytyki modelu flexicurity.

Owa warunkowość, a także nacisk na jak najszybsze znalezienie pracy, jest dla wielu świadectwem odchodzenia duńskiego systemu zabezpieczeń społecznych od skandynawskiej formuły welfare state, która charakteryzuje się przecież uniwersalnością świadczeń. Jej miejsce zajmować ma właśnie workfare state, czyli koncepcja typowa raczej dla państw anglosaskich lub nadreńskich (np. Niemiec), gdzie duża część pomocy (np. ulgi podatkowe) kierowana jest głównie do osób mających pracę lub takich, które niedawno ją utraciły, w związku z czym partycypowały w kosztach ubezpieczenia społecznego. Według krytyków na flexicurity korzystają głównie pracodawcy, mogący łatwo zwalniać pracowników, a traci reszta podatników, gdyż bezrobotni trafiają wtedy na garnuszek państwa. Dodatkowo warunkowość pomocy dla bezrobotnych oznacza de facto przymus szybkiego znalezienia zatrudnienia, co nierzadko wiąże się z koniecznością pracy poniżej umiejętności i oczekiwań np. płacowych. Trudno jednak do końca zgodzić się z tymi zarzutami. Po pierwsze, welfare state nie opiera się tylko na instytucjach rynku pracy, ale także na wielu innych narzędziach państwa opiekuńczego (chociażby polityce mieszkaniowej), którym wszak funkcjonowanie modelu flexicurity nie musi zagrażać i z których wciąż mogą korzystać osoby tracące zasiłek. Głównym zadaniem instytucji rynku pracy jest utrzymywanie niskiej stopy bezrobocia, więc trudno stawiać flexicurity zarzut, że do tego właśnie dąży. Trudno też uznać dwuletni okres pobierania zasiłku za „przymuszanie do szybkiego znalezienia pracy”. Wydaje się to wystarczająco długim okresem, żeby znaleźć zatrudnienie odpowiadające wymaganiom, szczególnie w takim kraju jak Dania, gdzie podaż dobrej pracy jest wysoka. Nie można też zgodzić się z tezą, że na flexicurity korzystają jedynie przedsiębiorcy, gdyż partycypują oni w jego tworzeniu poprzez system wysokich podatków i składek, które wydatnie zwiększają ich koszty. W istocie „elaspieczeństwo” polega właśnie na tym, że wszystkie zainteresowane strony z czegoś rezygnują, by w innym obszarze coś zyskać.

Niestety, taki układ nie wydaje się możliwy w Polsce, gdzie strona pracodawców jedynie wysuwa kolejne żądania deregulacji i uelastyczniania rynku pracy, a na jakiekolwiek plany podniesienia obciążeń reaguje szantażem przechodzenia do szarej strefy i zwalniania pracowników. Duński model flexicurity niesie dla Polski przede wszystkim jedna lekcję – w reformowaniu rynku pracy wszystkie strony muszą być gotowe do pewnych ustępstw, by w innych, dla nich najistotniejszych, zyskać. Dobry rynek pracy musi być oparty na konsensusie, gdyż nawet jeśli jedna strona, obojętnie która, przepchnie swe postulaty korzystając z przewagi siły, to ostatecznie odbije się to niekorzystnie na całej gospodarce, a więc rykoszetem trafi także w silniejszego. Nie mówiąc już o tym, że jeśli straci on swą przewagę, wszystkie zmiany wprowadzone w jego interesie mogą zostać zastąpione przez rozwiązania odwrotne.

Za flexicurity przemawiają także wyniki. Od momentu rozpoczęcia zmian bezrobocie w Danii wyraźnie spadło – z 9,5 proc. w 1993 r. do 3,4 proc. w roku 2008. Podczas kryzysu gospodarczego znacznie wzrosło, jak we wszystkich krajach Zachodu, jednak wciąż jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej – wg Eurostatu w roku 2013 wyniosło 7 proc., przy średniej unijnej 10,8 proc. Dodatkowo duńska gospodarka charakteryzuje się bardzo wysokim udziałem płac w PKB – w 2012 r. wskaźnik ten wynosił ok. 59 proc. i był jednym z najwyższych w UE (tymczasem w Polsce wyniósł on w tym okresie zaledwie 46,5 proc. i był jednym z najniższych). Wyniki te osiągnięto przy poziomie zabezpieczenia socjalnego, o którym Polacy mogą tylko pomarzyć. Wydaje się więc, że powinniśmy na duńskie rozwiązania spoglądać przynajmniej z zainteresowaniem.

Godna płaca w anglosaskim kapitalizmie

W roku 1997 późniejszy noblista, Amerykanin Edmund Phelps, napisał jedno ze swych najważniejszych dzieł: „Płaca za pracę”. Ten wielki zwolennik wolnej przedsiębiorczości i zagorzały przeciwnik keynesizmu po dokonaniu rzetelnej analizy amerykańskiej rzeczywistości lat 90. doszedł do wniosku, że nie wszystko jednak warto zostawiać wyrokom rynku. Stworzył pionierską koncepcję państwowych dopłat do najniższych wynagrodzeń, tak by wyraźnie zbliżyły się one do mediany płac (poziom płacy, poniżej którego zarabia 50 proc. zatrudnionych), dzięki czemu niewykwalifikowani pracownicy mogliby utrzymywać się z zarobków, a także zwiększać wydajność i kompetencje. Z drugiej strony rozwiązanie to nie zakłócałoby w żaden sposób konkurencji, gdyż nie narzucałoby pracodawcom w zasadzie żadnych dodatkowych zobowiązań.

Phelps zauważył, że płace względne (czyli odniesione do innych płac) najniżej opłacanych pracowników w USA zaczęły od lat 70. szybko spadać. Zarobki niewykwalifikowanych robotników tak bardzo oddaliły się od mediany płac, że zaczęli oni stanowić odrębną grupę społeczną, w zasadzie nieuczestnicząca w życiu gospodarczym całego społeczeństwa. Praca stała się dla nich tak mało opłacalna, że zaczęli czerpać dochód z działalności nielegalnej, która w dużo większym stopniu pozwalała im na utrzymanie. Bezrobotni stracili motywację do poszukiwania pracy, gdyż nie dawała im ona dochodów na tyle wyższych niż pomoc społeczna, by opłacalne było inwestowanie w poszukiwanie, a następnie utrzymanie jej. Wszystko to razem doprowadziło do wielu patologii, które na pierwszy rzut oka nie są związane z sytuacją na rynku pracy, takich jak narkomania czy ciąże nastolatek.

Phelps, wnikliwie obserwując amerykańskie społeczeństwo, stwierdził, że przytłaczająca większość problemów społecznych spowodowana jest niskimi płacami najsłabiej wynagradzanych pracowników. Dlatego uważał, że opłacalne byłoby wyłożenie na stworzenie proponowanego przezeń systemu dopłat choćby i dużych kwot, gdyż nawet w krótkim czasie mógłby on doprowadzić nie tylko do ograniczenia patologii (a więc do poprawy kondycji społeczeństwa jako całości), ale też do wymiernych oszczędności – chociażby dzięki ograniczeniu wydatków na system penitencjarny, organy ścigania czy pomoc społeczną. Doszedł więc do podobnych wniosków, co przedstawiciele szkoły sztokholmskiej kilkadziesiąt lat wcześniej w Szwecji – wydatki na instytucje państwa dobrobytu po prostu się opłacają. Jednak jako gorący zwolennik rynku, konkurencji i przedsiębiorczości przedstawił on inną koncepcję – zamiast welfare state stworzył własną, autorską odmianę: workfare state.

Phelps wychodzi z założenia, że pracodawcy płacą pracownikom stawki wynikające z ich wydajności. Płacenie stawek wyższych od wydajności prywatnej pracownika (czyli korzyści dla pracodawcy) nie jest opłacalne, gdyż wiązałoby się to z dopłacaniem do stworzonego miejsca pracy. Jednak każde miejsce pracy ma także swą wydajność społeczną, a więc wiąże się z korzyściami, jakie odnosi cała wspólnota z tego, że dany obywatel nie marnotrawi życia na podejrzaną działalność, lecz na miarę swych możliwości pracuje, utrzymuje się za zarobione pieniądze, zakłada rodzinę, wychowuje potomstwo itd. A dzięki regularnej pracy stopniowo poprawia wydajność i podnosi kompetencje, czym jeszcze bardziej przysługuje się gospodarce i społeczeństwu. I właśnie istnienie korzyści społecznej z każdego stanowiska pracy, wykraczające poza zwykłą korzyść pracodawcy, jest argumentem za tym, by stworzyć system subsydiów dla najmniej zarabiających.

System opierałby się na państwowych dopłatach do godzinowych stawek pracy. Trafiałyby one na konto pracodawcy w zamian za zatrudnienie nisko wykwalifikowanego pracownika za pensję wyższą niż jego prywatna wydajność. System dopłat obejmowałby tych pracowników, którzy spełnialiby pewne minimalne kryterium wydajności (Phelps określił je umownie na 4 dolary za godzinę). Osoby, których wydajność byłaby niższa (np. niepełnosprawni), kwalifikowałyby się do pomocy społecznej, której proponowany przez Phelpsa system nie miałby wcale zastąpić, a jedynie mocno ograniczyć niezbędny zakres jej działania. Dopłat nie otrzymywaliby także pracownicy zatrudnieni w niepełnymi wymiarze czasowym (minimum to 35 godzin tygodniowo). Zwroty miałyby trafiać do pracodawcy przede wszystkim w formie odliczeń od płaconych podatków (np. dochodowego od przedsiębiorstw), co gwarantowałoby korzystanie z dopłat jedynie przez firmy prowadzące realną działalność, dzięki czemu udałoby się uniknąć istnienia tzw. fabryk dopłat, a więc firm tworzonych tylko po to, by wyłudzić pieniądze od państwa.

Phelps pochyla się nad kilkoma innymi, konkurencyjnymi rozwiązaniami problemu niskich płac. Koncepcja negatywnego podatku dochodowego (dotacja wyrównująca dochód zgromadzony w danym roku do pewnego minimalnego poziomu) jest, według niego, nie do przyjęcia, gdyż jest on niezależny od zatrudnienia. W związku z tym mogłoby to doprowadzić chociażby do sytuacji, w której osoby już pełnoletnie (czyli mające już prawo do otrzymania dotacji), mając zapewniony byt na minimalnym poziomie, odkładałyby w nieskończoność wejście na rynek pracy. Phelps odrzuca także dopłaty liniowe – dla każdego pracownika dopłata ok. 3 dolarów za godzinę – gdyż byłyby one zbyt kosztowne, a dodatkowo kierowały wielki strumień pieniędzy do osób, które takiej pomocy nie potrzebują. Z tego samego powodu krytykuje koncepcję kwoty wolnej od opodatkowania – żeby jej skutki były dla najbiedniejszych naprawdę odczuwalne, musiałaby być bardzo wysoka, co odczułby budżet, a pomoc publiczna znów przy okazji trafiłaby także do bogatych.

W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem według Phelpsa jest system stopniowanych subsydiów, rozpoczynający się od 3 dolarów do pracy wartej 4 dolary za godzinę. Dzięki temu zabiegowi o połowę zmniejszy się dystans najniższych płac do mediany, która w okresie jego badań wynosiła 10 dolarów za godzinę. Od tego poziomu poczynając, dopłaty byłyby tym niższe, im wyższa pensja pracownika, a przestawałyby przysługiwać od poziomu 12 dolarów za godzinę wzwyż.

Koszt płacy za godzinę w dolarach

Dopłata za godzinę w dolarach

Płaca całkowita za godzinę w dolarach

4,00

3,00

7,00

5,00

2,29

7,29

6,00

1,65

7,65

7,00

1,12

8,12

8,00

0,71

8,71

9,00

0,43

9,43

10,00

0,24

10,24

11,00

0,13

11,13

12,00

0,06

12,06

Jak widać, dzięki temu, że dopłata nie spada zbyt szybko, pracownik przy kolejnych nie traci motywacji do podwyższania wydajności – każda podwyżka pomimo spadku dopłaty daje mu bowiem wzrost pensji. I na odwrót – pracodawca nie ma możliwości pozbawionego konsekwencji cięcia wynagrodzeń, gdyż każda obniżka o dolara, nawet pomimo wzrostu dopłaty, wiąże się ze spadkiem pensji, na którą zatrudniony już niekoniecznie będzie chciał przystać. Ograniczając dopłaty do zarobków na poziomie nie wyższym niż 12 dolarów za godzinę, państwo ma natomiast pewność, że nie dotuje osób zarabiających wystarczająco dobrze.

Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia finansowania całego systemu. Według Phelpsa w długiej perspektywie miałby się on samofinansować. W związku ze wzrostem najniższych płac następowałby bowiem wyraźny wzrost zatrudnienia – niewykwalifikowani bezrobotni chętniej szukaliby zatrudnienia, które teraz realnie by się im opłacało, a pracodawcy, w związku z dopłatami, nie mieliby oporów przed ich zatrudnianiem, gdyż realnie kosztowaliby ich tylko tyle, ile sami byliby skłonni zapłacić. To przełożyłoby się z kolei na wzrost wpływów z podatków dochodowych i składek. Dodatkowo, wiele osób powróciłoby do życia gospodarczego głównego nurtu (mogliby zrezygnować z działalności nielegalnej oraz włączyć się w zwykłe korzystanie z dóbr konsumpcyjnych), co wzmogłoby popyt, a także spowodowałoby wzrost wpływów z podatków. W połączeniu z wymienionymi wcześniej oszczędnościami (np. na systemie pomocy społecznej) stopniowane subsydia mogłyby nawet przynieść nadwyżkę finansową, nie mówiąc już o wielu korzyściach społecznych. Należałoby jednak wcześniej zadbać o finansowanie programu dopłat w krótkim okresie, gdy jeszcze nie pojawią się efekty działania skumulowanych procesów przezeń uruchomionych. Według pomysłodawcy wystarczyłoby czasowe wprowadzenie 2,5-procentowego podatku od wynagrodzeń. Całą wartość programu w początkowej fazie oszacował on na niespełna 2 proc. PKB Stanów Zjednoczonych, a więc nie tak znowu dużo. Przykładowo, Polska wydaje na instytucje państwa dobrobytu ok. 19 proc. PKB, a więc gdyby w naszym kraju takie dopłaty były proporcjonalnie podobne, stanowiłyby one jedynie niewielką część wszystkich wydatków socjalnych.

Bardzo ważnym elementem koncepcji Phelpsa jest „korzyść społeczna” związana z każdym stanowiskiem pracy, wykraczająca poza korzyść przedsiębiorcy z pracy pracownika. Idealna dopłata do pensji byłaby właśnie równowartością nadwyżki korzyści społecznej nad prywatną, oczywiście umownie oszacowaną. Korzyści tego rodzaju wymienia Phelps bez liku. Chociażby takie jak efekt sąsiedztwa – gdy część mieszkańców trudnych dzielnic zacznie pracować za godne pensje, siłą rzeczy zmieni nawyki i styl życia. Będzie to pozytywnie promieniować na resztę członków wspólnoty lokalnej. Będą oni mieli dodatkową motywację (poza wyższymi płacami), by podjąć pracę i zrezygnować z działalności nielegalnej. Wzrost płac najniżej wynagradzanych zatrzyma także dziedziczenie biedy, a godne zarobki ojców, którzy nagle dzięki swej pracy będą mogli utrzymać rodzinę, doprowadzi do wzrostu ich samooceny, konsolidacji rodzin i poprawy jakości wychowywania potomstwa. Na tych wszystkich procesach skorzysta całe społeczeństwo, także warstwy najwyższe, gdyż na ograniczeniu patologii społecznych zawsze korzysta cała wspólnota.

Oczywiście do koncepcji Phelpsa można mieć szereg zastrzeżeń. Przede wszystkim bezrefleksyjnie daje on wiarę przesądowi, że wysokość płacy jest zawsze odzwierciedleniem wydajności pracownika. Przykład Polaków, których płaca według wszystkich statystyk jest nieadekwatnie niska w stosunku do produktywności, świetnie pokazuje, że takie przekonanie to szkodliwy mit. Zatrudniając pracownika, przedsiębiorcy nie oszacowują dokładnie jego wydajności – najczęściej po prostu płacą mu najniższą stawkę, na jaką się zgodzi. Należy również zauważyć, że koncepcja Phelpsa prawie w ogóle nie dotyka problemu rozwarstwienia – owszem, proponowany przez niego program podniesie najniższe wynagrodzenia w stosunku do mediany, ale nie zahamuje szaleńczego wzrostu najwyższych zarobków. Postępujące rozwarstwienie mógłby powstrzymać jedynie progresywny system podatkowy, któremu Phelps raczej się sprzeciwia. A po badaniach Kate Pickett i Richarda Wilkinsona wiemy już, że za wiele patologii społecznych odpowiada nie tylko bieda bezwzględna, ale także rozwarstwienie dochodowe. Poza tym w wyniku stopniowanych subsydiów zostanie stworzony kosztowny system pomocy publicznej, do której dostęp będą mieli jedynie zatrudnieni (uwagę na to zwrócą w szczególności zagorzali przeciwnicy workfare state), a tymczasem nierozwiązany pozostanie problem bezrobotnych niepracujących nie dlatego, że im się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie ma dla nich zatrudnienia.

Nie ma co się tym zastrzeżeniom dziwić – w końcu Phelps to raczej zwolennik wolnego rynku (choć krytyczny), który całą swą koncepcję nazwał „rozwiązaniem rynkowym”, gdyż według niego nie ogranicza ona wolności gospodarczej. Jest to jednak wolnorynkowiec obdarzony niesłychaną wrażliwością społeczną. Nawet jeśli uznamy jego koncepcję za wadliwą czy niedoskonałą, to niewątpliwie wartościowe i unikalne obserwacje stanowią idea „korzyści społecznej” ze stanowiska pracy, która powinna zostać wyceniana i wliczana do płacy, a także teza, że za cały szereg patologii społecznych odpowiadają niewystarczające do utrzymania się płace, a ich podniesienie leży w interesie całego społeczeństwa.

Stabilizacja według prekariatu

Pozytywnego zdania na temat koncepcji Phelpsa na pewno nie podzieliłby Guy Standing, brytyjski ekonomista, były ekspert Międzynarodowej Organizacji Pracy i autor wydanej całej niedawno, lecz już kultowej książki pt. „Prekariat”. Opisuje ona nowo powstałą klasę społeczną – ludzi pozbawionych podstawowego zabezpieczenia socjalnego i stabilizacji, co jest skutkiem pracy w nietypowych formach zatrudnienia. Szczegółowa charakterystyka tej grupy nie jest nam jednak w tym momencie potrzebna, jako że ze względu na tematykę niniejszego artykułu bardziej interesujący jest model rynku pracy, który zarysowuje Standing. A jest to model przeciwstawny względem workfare state, nawet jego wrażliwej społecznie odmiany, którą zaproponował Phelps. Można nawet zaryzykować ostrzejsze sformułowanie – workfare state jest dla Standinga wrogiem publicznym numer 1. Natomiast modelem idealnym jest według niego porządek oparty o powszechny dochód gwarantowany, będący w istocie wariantem systemu bezpieczeństwa socjalnego zachowującym podstawowe cechy socjaldemokratycznej koncepcji welfare state – uniwersalność i bezwarunkowość.

Fundamentem koncepcji Standinga jest teza, że człowiek wcale nie pracuje tylko w miejscu zatrudnienia, ale także podczas wykonywania wielu innych czynności. I są to często zajęcia dużo bardziej korzystne społecznie niż praca zarobkowa. Mowa tu choćby o działalności społecznej (wolontariacie) czy opiekuńczej (wychowywanie dzieci, opieka nad starszymi członkami rodziny), ale nie tylko. Praca tego rodzaju także powinna być, według Standinga, premiowana przez społeczeństwo. Tymczasem obecnie fetyszyzuje się pracę zarobkową i w ogóle sam status osoby zatrudnionej. Niepracujący zarobkowo uznawani są za leni lub pasożytów, choć z punktu widzenia interesu społecznego nierzadko odgrywają ważniejszą rolę niż przedsiębiorcy albo etatowi pracownicy. Za tymi ostatnimi Standing raczej nie przepada – salariat, jak nazywa on etatowców, ma w panującym systemie monopol na zabezpieczenie społeczne, które należy się też w części prekariuszom, a więc ludziom bez stałego zatrudnienia. Jest to, jego zdaniem, wina warunkowej formuły workfare state, która zdominowała państwa Zachodu i w której pomoc uzależniona jest od „dobrego sprawowania się”, czyli albo stabilnego zatrudnienia, albo chociaż próby zdobycia go jak najszybciej, jak się da. To zaś sprawia, że ludzie podejmują pracę zarobkową marnej jakości i nie chodzi tu nawet o niskie pensje (choć o to też), ale głównie o niezgodność stanowiska z kompetencjami, charakterem czy zainteresowaniami pracownika. Tymczasem gdyby człowiek mógł się spełniać w tym, co go naprawdę interesuje i w czym jest najlepszy (nawet jeśli okresowo nie przynosi to żadnych profitów finansowych), dałoby to dużo lepszy efekt społeczny, niż wpychanie go na siłę w ramiona toksycznego zatrudnienia, które nie daje nic prócz poczucia braku spełnienia i skromnych zarobków.

Według Standinga formuła workfare state jest również sprzeczna z ideą wolnej gry rynkowej. Pracodawcy, wiedząc, że istnieje przymus społeczny podejmowania pracy, oferują niskie stawki oraz złe warunki pracy, ponieważ zdają sobie sprawę, że i tak prędzej czy później znajdą się chętni. Dlatego – jak zaskakująco by to nie brzmiało – należy jak najszybciej utowarowić pracę, czyli poddać ją w pełni swobodnej grze rynkowej. Na wolnym rynku pracy sprzedający (pracobiorca) nie będzie bowiem przymuszany do sprzedania swego „towaru” w związku z takim a nie innym porządkiem społecznym, lecz będzie go sprzedawał tylko wtedy, gdy uzna ofertę za satysfakcjonującą. Aby jednak zapewnić tego rodzaju wolność zawodu, oprócz zwalczenia przymusu społeczno-instytucjonalnego, trzeba jeszcze przełamać przymus ekonomiczny. A lekarstwem na to może być jedynie dochód podstawowy (minimalny dochód gwarantowany).

Dochód podstawowy to forma dotacji przysługująca wszystkim pełnoletnim osobom legalnie przebywającym na terenie danego kraju. Byłby on przelewany na konto osobiste każdego obywatela co pewien okres (np. miesiąc), w kwocie równej dla wszystkich i w wysokości mającej zapewnić byt na godnym, acz minimalnym poziomie. Nie byłby on warunkowany „dobrym sprawowaniem się”, określanym i weryfikowanym przez urzędników, nie mógłby być też odebrany (poza przypadkami ciężkich przestępstw). Dzięki temu zapewniłby ludziom prawdziwą wolność wyboru zatrudnienia i pracy, w związku z czym staliby się oni w negocjacjach z pracodawcą równorzędnym partnerem. Wartość pracy stałaby się wtedy prawdziwie rynkowa, gdyż nie byłaby warunkowana różnego rodzaju przymusem. W zasadzie można by wtedy nawet zrezygnować z wielu innych regulacji rynku pracy. Efektem byłoby zwiększenie wolności gospodarczej, i to dla wszystkich stron, a nie tylko tych posiadających przewagę kapitału.

Standing odpiera też niektóre zarzuty wysuwane przeciwko swojemu postulatowi. Tezę, że dochód podstawowy byłby demoralizujący, gdyż dawałby coś za nic, zbija celnie argumentem, że jego przeciwnicy bardzo często dostawali dużo więcej za nic – choćby w formie spadków. Dziedzice fortun nie zasłużyli sobie na nie niczym, dlaczego więc tylko oni mieliby korzystać z dorobku przodków, skoro jest on zawsze w jakiejś mierze owocem działań całej wspólnoty? Przecież to poprzednicy wszystkich obywateli tworzyli porządek umożliwiający bogacenie się. Dochód podstawowy można byłoby więc uznać za swego rodzaju dywidendę za osiągnięcia wcześniejszych pokoleń – wypłacaną każdemu, bo każdy powinien mieć udział w korzyściach wypracowanych przez wspólnotę na przestrzeni dekad i stuleci. Standing odpiera też zarzut mówiący, że taka sytuacja sprawi, iż wielu ludzi będzie beztrosko marnotrawić czas na lenistwie. Stawia on tezę, że leniwi stanowią drobny ułamek społeczeństwa (przyjął, że zaledwie 0,5 proc. populacji), tymczasem reszta z własnej woli będzie poszukiwać możliwie najbardziej wartościowej (zarówno dla siebie, jak i dla wspólnoty) formy pracy. Zatem prawo należy stworzyć z myślą o tych 99,5 procent. Garstce leniwych należy zaś pozwolić „swobodnie dryfować”, gdyż przymuszanie ich do pracy będzie w efekcie dużo bardziej kosztowne. Jakkolwiek oszacowanie części społeczeństwa niezbyt garnącej się do pracy na zaledwie 0,5 proc. wydaje się, delikatnie mówiąc, pewną przesadą, to z tym, że przeciętny człowiek wcale nie zamierza marnotrawić swojego życia na nicnierobienie, nawet w sytuacji bytu zapewnionego na minimalnym poziomie, można się chyba zgodzić. Podobnie jak z ogólną koncepcją tworzenia prawa odpowiadającego potrzebom i interesom większości społeczeństwa, a nie jego mniejszości.

Skąd Standing chce wziąć pieniądze na realizację swojego projektu? W tej kwestii jest już niestety dużo mniej konkretny. Uważa on, całkiem słusznie zresztą, że największym rezerwuarem kapitału, z którego należałoby czerpać, jest sektor finansowy, oferujący swym pracownikom nieproporcjonalnie wysokie zarobki. A dlaczego ktoś, kto ma unikalne umiejętności, dzięki którym sprawdza się w sektorze finansowym, ma żyć na tak dalece wyższym poziomie, niż ktoś, kto ma unikalne umiejętności w innej dziedzinie? Fakt, że praca w sektorze finansowym w obecnych warunkach daje szczególnie wysoką stopę zwrotu, nie oznacza wcale, że jest ona aż tyle warta dla społeczeństwa ani że na tyle powinna być wyceniana. Dlatego też słynny już podatek Tobina (podatek od wartości transakcji finansowych) mógłby być jednym ze sposobów zapewnienia środków dla dochodu podstawowego. Innym byłoby obciążenie inwestycji zagranicznych dokonywanych przez kapitał z danego kraju. Skoro firmy, dajmy na to, amerykańskie często przenoszą produkcję do krajów rozwijających się, powinny dzielić się zyskami z obywatelami państwa, z którego się wywodzą i które umożliwiło im wzrost aż do tego poziomu. Niestety nie przedstawia on żadnych, nawet pobieżnych, wyliczeń, które udowodniłyby, że ta koncepcja – przynajmniej na papierze – miałaby szansę się zrealizować. W przeciwieństwie do Phelpsa, który swą teorię wyliczył niemal co do dolara.

Standing w swej pracy przekonująco obalił zarzuty stawiane idei dochodu podstawowego z perspektywy moralnej. Może poza zbyt optymistycznym oszacowaniem odsetka leniwych, choć trzeba się z nim zgodzić, że takich osób jest zdecydowana mniejszość. Przedstawił też mnóstwo zalet ekonomicznych proponowanego przez siebie rozwiązania. Rzeczywiście dochód podstawowy wyraźnie zwiększyłby wolność i przejrzystość gry rynkowej, uwalniając najsłabsze jej strony od przymusu ekonomicznego. A to miałoby niebagatelne znaczenie dla uzdrowienia sytuacji gospodarczej, gdyż doprowadziłby przede wszystkim do urealnienia wyceny pracy, która obecnie często jest zaniżana, bo pracodawcy wykorzystują przymus ekonomiczny do oszczędzania na pracownikach. Niestety w kwestii finansowania jest dużo mniej przekonujący. Przyjmuje on niejako na wiarę tezę, że ludzkość osiągnęła już taki poziom rozwoju gospodarczego, że może sobie pozwolić na wprowadzenie instytucji powszechnego dochodu gwarantowanego. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tą tezą, to jednak fundamentalne dla całej koncepcji założenie powinno być przynajmniej oszacowane, a nie jest. Brak jakichkolwiek wyliczeń dotyczących finansowania stanowi zdecydowanie najsłabszy punkt pracy Standinga. Nie mówiąc już o takich kwestiach jak chociażby inflacja – przecież skoro nagle wszyscy mieliby zapewnione co miesiąc dajmy na to 2 tys. zł, to ich wartość mogłaby zacząć szybko spadać. To z kolei mogłoby się wiązać z koniecznością ciągłej waloryzacji i wchodzeniem w spiralę inflacyjną. Owszem, niekoniecznie musiałoby tak być (wbrew pozorom nie istnieją żadne niepodważalne prawa dotyczące inflacji), ale należałoby przynajmniej spróbować pokazać, że byłoby inaczej: że podatek Tobina przyniósłby odpowiednią ilość środków, że udałoby się stworzyć mechanizmy redystrybuujące część zysków z inwestycji zagranicznych na rzecz funduszu wypłacającego dochód podstawowy. A listę tę można jeszcze wydłużyć.

Dummy state, czyli państwo-atrapa

Spory prowadzone przez zwolenników modeli workfare statewelfare state muszą się nam wydawać abstrakcyjne. Polakowi jako wręcz absurdalne mogą się jawić pretensje do państwa o to, że dąży do jak najszybszego znalezienia pracy bezrobotnemu. Nasze państwo ani nie pomaga znaleźć pracy, ani nie zapewnia bezpieczeństwa socjalnego bezrobotnym. Przytłaczająca większość polskich bezrobotnych marzy o sytuacji, w której państwo przymuszałoby do podjęcia pracy, nawet za cenę utraty zasiłku. Gdyby polskie państwo było skuteczne w zapewnianiu zatrudnienia obywatelom, to niezwykle hojne z naszej perspektywy zabezpieczenie socjalne, typowe dla państw skandynawskich, mogłoby już sobie darować. Niestety, jak na razie mamy co najwyżej dummy state – państwo-atrapę, które samo dobrze nie wie, w którą stronę powinno iść. I tkwi w miejscu, na czym cierpimy wszyscy. Dlatego Polacy muszą jak najszybciej stworzyć przemyślany model bezpieczeństwa socjalnego. Czy będzie on oparty o welfare state, czy o work state, to w naszej nieciekawej sytuacji naprawdę sprawa drugorzędna. Na szczęście dla nas, jak widać, jest całkiem sporo koncepcji, z których możemy czerpać inspirację.

Poczta solidarna kontra liberalna?

W wojnie na rynku usług doręczeniowych warto trzymać kciuki za Pocztę Polską. A przynajmniej mieć świadomość, jakie ukryte koszty łączą się z korzystaniem z tańszej, prywatnej konkurencji.

Pan Brzoska to jeden z najlepszych przedsiębiorców w naszym kraju. Niech wreszcie Poczta Polska, ten beznadziejny moloch utrzymywany z naszych podatków, obniży ceny i poprawi jakość obsługi, bo inaczej źle skończy – pod tym komentarzem młodej internautki prawdopodobnie podpisałaby się spora część opinii publicznej. Właściciel firmy InPost jest kreowany przez media na ikonę rodzimej gospodarki. Przede wszystkim jako twórca innowacyjnej sieci samoobsługowych punktów nadawania i odbioru paczek, funkcjonującej już w 20 krajach, ale także jako ucieleśnienie mitu „od pucybuta do milionera”. Z kolei Pocztę Polską powszechnie postrzega się jako relikt poprzedniej epoki, przyzwyczajony do zdzierstwa i lekceważenia klientów. Ich postępujący odpływ do niepublicznych operatorów wydaje się zatem sprawiedliwą karą wymierzoną niedawnemu monopoliście przez niewidzialną rękę rynku.

Odczuwalne zmiany w ofercie i jakości usług Poczty Polskiej rzeczywiście nastąpiły dopiero wówczas, gdy poczuła na plecach oddech konkurencji. Skoro rosnący udział Polskiej Grupy Pocztowej i InPostu w rynku przesyłek – w tym zlecanych przez instytucje publiczne – napędza rywalizację o względy klientów, powinniśmy chyba się z niego cieszyć? Niestety, rzeczywistość jest bardziej złożona niż liberalne slogany.

Niepolska Grupa Pocztowa

Warto zacząć od przyjrzenia się strukturze własnościowej poszczególnych przedsiębiorstw. Z Pocztą Polską sprawa jest prosta: założycielem i jedynym akcjonariuszem jest Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra administracji i cyfryzacji. Oznacza to, że zyski wypracowane przez spółkę pozostają do wyłącznej dyspozycji państwa, a ponadto gwarantuje rzetelne rozliczanie się przez nią z wszelkich danin publicznych. Natomiast pieniądze operatorów prywatnych mają potencjalnie wyjątkowo krętą drogę do publicznej kasy.

InPost Sp. z o.o. jest w 89,93% zależna od InPost Paczkomaty Sp. z o.o. Wraz z operatorem finansowo-ubezpieczeniowym InPost Finanse wchodzą one w skład notowanej na warszawskiej giełdzie Grupy Integer.pl. Założyciel i prezes zarządu Grupy, Rafał Brzoska, kontroluje 29,84% ogólnej liczby akcji poprzez firmę A&R Investments Limited z siedzibą na Malcie. Inny członek zarządu, Krzysztof Kołpa, kontroluje 5,39% akcji za pośrednictwem spółki L.S.S. Holdings Ltd., dla odmiany zarejestrowanej na Cyprze. Współwłaścicielami Grupy są także Otwarte Fundusze Emerytalne: włoskie Generali (8,69%) oraz holenderski AEGON (5,11%); pozostałe 50,96% akcji przypada na inwestorów indywidualnych. InPost twierdzi, że zarówno CIT, jak i VAT płaci w Polsce. Jednak furtka do tzw. optymalizacji podatkowej pozostaje w jego przypadku szeroko otwarta. Może się więc okazać, że kilkadziesiąt groszy oszczędzanych przez nas czy przez budżet państwa na każdym znaczku, biznes Brzoski „odbija” sobie na… budżecie państwa.

Z kolei Polska Grupa Pocztowa stanowi – wbrew nazwie – własność cypryjskiej spółki inwestycyjnej Badenhop Holdings Limited. W 2015 r. PGP zostanie formalnie przejęta przez InPost, z którym od dłuższego czasu prowadzi de facto wspólną działalność, zaś 40% akcji tej ostatniej firmy ma trafić na giełdę. Obraz sytuacji dodatkowo komplikuje fakt, że do 2 czerwca 2014 r. działalność pocztową prowadził tzw. stary InPost, zaś tego dnia przejęła ją inna spółka z tej samej grupy kapitałowej, czyli „nowy InPost” (poprzednio Nowoczesne Usługi Pocztowe). Odpowiedź na pytanie, na kogo naprawdę „głosujemy portfelami”, wybierając drugą co do wielkości grupę pocztową w Polsce, staje się coraz trudniejsza.

Listonoszu, dorzuć do znaczka

Ważnym elementem modelu biznesowego każdej firmy usługowej są standardy zatrudnienia. – Poczta Polska jest chyba jedyną spółką na rynku pocztowym zatrudniającą na umowy o pracę – inne firmy stosują bardziej elastyczne formy, co radykalnie odbija się na kosztach działalności, ale także na jakości świadczonych usług – przekonuje Zbigniew Baranowski, rzecznik prasowy państwowego giganta. Choć w przypadku szeregowych pracowników Poczty spadek realnych wynagrodzeń w toku restrukturyzacji jest odczuwalny, nadal mogą oni liczyć na przewidywalną wysokość wypłat oraz uczciwe odprowadzanie przez pracodawcę składek emerytalnych.

InPost twierdzi, że standardem jest u niego umowa o pracę, podpisywana po trzymiesięcznym okresie próbnym (z wyjątkiem osób pracujących dorywczo, 2–3 dni w tygodniu). Nawet jeśli wierzyć w te zapewnienia – Internet jest bowiem pełen relacji rozżalonych doręczycieli, którzy mimo kilkuletniego stażu w firmie nadal są zatrudnieni na umowy-zlecenia – problemem pozostaje skrajna „motywacyjność” systemu wypłat. Niepubliczny operator deklaruje, że jego listonosze zarabiają do nawet 5 tys. zł netto. Jednak podstawa wynagrodzenia wynosi zaledwie 1,8 tys. zł brutto, a reszta zależy od pracowitości doręczyciela i skuteczności realizowanych przez niego doręczeń. „Dziennik Gazeta Prawna” opublikował treść SMS-a wysyłanego pracownikom Poczty Polskiej przez rekrutującą dla InPostu agencję Work Service: propozycja zatrudnienia za płacę minimalną, tj. 1680 zł brutto, plus 90 groszy za każdy list dostarczony ponad dzienną normę (150 sztuk).

Abstrahując od wysokości stawek oraz normy, na pierwszy rzut oka układ może wydać się uczciwy: dostarczenie listu poleconego bezpośrednio do adresata wymaga przecież więcej pracy niż wrzucenie awizo do skrzynki. Rzecz w tym, że liczba i rodzaje przesyłek różnią się między rejonami oraz w zależności od aktualnego popytu na usługi firmy. Również to, ile osób uda się zastać w domach, jest niezależne od pracowników. „Motywacyjny system wynagrodzeń” w praktyce oznacza przerzucenie na nich części ryzyka biznesowego. – Nasi koledzy z InPostu nigdy nie wiedzą, czy w danym miesiącu zarobią tyle, że wystarczy im na spłatę kolejnej raty kredytu. Ich płace w dużej mierze zależą bowiem od kwestii, na które mają co najwyżej częściowy wpływ – opowiada jeden z „państwowych” listonoszy, któremu zdarza się rozmawiać ze spotykanymi w terenie doręczycielami konkurencji.

Dochodzi do tego spore zróżnicowanie zasad w ramach zdecentralizowanego systemu. Jak traficie na normalnego ajenta, nie szuję i cwaniaczka, co chce się dorobić na ludziach, to i zarobić możecie. W każdej placówce jest inaczej. Każdy ma inne stawki i dodatki czy premie, albo w ogóle nic nie ma. […] Znam ajentów co dają swoim doręczycielom dobrze zarobić, ale znam i takich, co ich grabią za wszystko. Są ludzie i ludziska – komentuje jeden z pracowników w ciekawym wątku pt. „Czy warto zostać listonoszem w InPoście?” na forum.hotmoney.pl. W Sieci można znaleźć także skargi na brak lub zbyt niski ekwiwalent za wykorzystywany w pracy własny środek transportu, rejony niemożliwe do obsłużenia w 8 godzin (zwłaszcza gdy doliczyć „papierkową robotę”), „cięcie” prowizji za skuteczne doręczenia, zaniżanie wypłat, ich opóźnianie lub wręcz niepłacenie za wykonaną pracę…

W Poczcie Polskiej działają dość silne związki zawodowe, w InPoście nie istnieje ani jeden. Ze względu na strukturę całego biznesu trudno sobie wyobrazić skoordynowaną zbiorową akcję na rzecz poprawy standardów zatrudnienia. Pracownikom niełatwo jest nawet bliżej się poznać – InPost nie prowadzi klasycznych „urzędów pocztowych”, jego system tworzą duże centra dystrybucyjne, gdzie listonosze meldują się po przesyłki, oraz Punkty Obsługi Klienta (POK), prowadzone na zasadzie franczyzy przez właścicieli sklepów i punktów usługowych. Gdy pracownicy zgłaszają do centrali nieprawidłowości mające miejsce w POK-ach, jej przedstawiciele umywają ręce: to są sprawy między doręczycielami a ajentami korzystającymi z ich usług.

Na pocztowej wolnoamerykance traci także sektor finansów publicznych. – Jestem ciekawy, kiedy w końcu ZUS weźmie się za tak zwanych agentów zewnętrznych, prowadzących własną działalność gospodarczą i współpracujących z InPostem na zasadach umowy franczyzowej. […] Otóż od początku prowadzenia działalności przez InPost niemal wszyscy agenci zatrudniali swoich pracowników, chodzi głównie o doręczycieli, niezgodnie z przepisami Kodeksu Pracy, mianowicie na umowę o dzieło. Przez kilka lat żaden z nich nie odprowadzał składek ZUS – alarmuje jeden z internetowych komentatorów.

Nie lepiej jest w PGP. Umowa-zlecenie ze stawką 8,47 zł brutto za godzinę pracy jest rekrutowanym osobom podtykana razem z wekslem mającym stanowić zabezpieczenie roszczeń odszkodowawczych pracodawcy względem pracownika (firmy nie zraża fakt, że Sąd Najwyższy uznał podobne praktyki za bezprawne) oraz taryfikatorem kar finansowych, np. za każde błędnie wypisane awizo.

Tanie państwo w praktyce

Prywatni operatorzy oszczędzają nie tylko na pracownikach, ale także na szeroko rozumianym standardzie usług. Nierzadko oznacza to wydatki czy fatygę dla nadawców lub adresatów przesyłek.

W listopadzie 2013 r. Centrum Zakupów dla Sądownictwa rozstrzygnęło przetarg na obsługę korespondencji wymiaru sprawiedliwości w dwóch kolejnych latach. Kontrakt wart 0,5 mld zł otrzymała PGP, której przychody ze sprzedaży usług pocztowych wyniosły w owym roku około… 27 mln zł. Co jeszcze bardziej istotne, firma nie posiada własnej infrastruktury. W ofercie zadeklarowała oparcie się o POK-i InPostu oraz kioski RUCH-u. Jakość i gęstość sieci placówek nie miały jednak istotnego znaczenia, gdyż w warunkach przetargu wprost zapisano, że jedynym kryterium oceny ofert będzie cena brutto za wykonanie zamówienia. Dzięki wyborowi konsorcjum firm prywatnych budżet zaoszczędził 84 mln zł, jednak kosztem dodatkowych wydatków dla obywateli. – Do mojego sądu – w największym mieście kraju! – ciągle przychodzą strony i świadkowie poskarżyć się, że dostali zawiadomienie o przesyłce oczekującej na odebranie np. 8 km od miejsca ich zamieszkania, zamiast w najbliższym urzędzie pocztowym – relacjonuje Barbara Zawisza, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Północ, a jednocześnie wiceprezes i rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

Gdy w wyszukiwarkę placówek wydających awizowane przesyłki, znajdującą się na stronie PGP, wpiszemy losowo wybrane mniejsze miejscowości, szybko okaże się, że dla dużej części Polaków odbiór pisma z sądu oznacza kilkunastokilometrową wyprawę. Sąd Okręgowy w Płocku ogłosił, że jedna z przesyłek czekała na adresata ponad 40 km od jego domu. W tym kontekście odbieranie dokumentów w kioskach, z czym nieraz łączy się stanie w kolejce oraz podpisywanie potwierdzenia odbioru w czasie deszczu lub na mrozie, wydaje się drobną niedogodnością.

Również uchwała Rady Głównej Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP każe się zastanowić nad rzeczywistą ceną „najtańszej oferty”. Związek zwraca w niej uwagę, że współpraca z nowym operatorem wiąże się z dodatkowymi obowiązkami dla pracowników biur podawczych, którzy są zmuszeni m.in. do ważenia każdej wysyłanej paczki (wcześniej zajmował się tym personel Poczty Polskiej). Należy też doliczyć straty wywołane tym, że przez pierwsze miesiące obowiązywania kontraktu PGP i InPost pospiesznie zatrudniały brakujący personel, dopracowywały logistykę i procedury itd. Choć nowa rzeczywistość niesie wiele korzyści, to na dzień dobry odzywa się polski zaścianek – grzmiał na początku stycznia 2014 r. prezes Brzoska. Tak komentował publicznie wyrażane wątpliwości, czy zwycięskie konsorcjum jest przygotowane do przejęcia dotychczasowych obowiązków Poczty, w tym zagwarantowania odpowiedniej terminowości doręczeń i zapewnienia tajemnicy korespondencji awizowanej w kioskach.

Rzeczywistość przerosła nawet najczarniejsze wizje – dość powiedzieć, że w samym Sądzie Okręgowym we Włocławku w okresie od 1 stycznia do 6 marca z powodu niedoręczenia korespondencji odroczono 420 spraw, a zdesperowani przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości zaczęli tworzyć własne służby pocztowe (m.in. Płock) lub wzywać strony telefonicznie (np. Tarnów i Warszawa).

Trzeba oddać prywatnym operatorom, że po kompromitacji na początku realizacji kontraktu – oraz po zdyscyplinowaniu przez państwo porozumieniem wprowadzającym zryczałtowane odszkodowanie za każde opóźnienie – terminowość doręczania korespondencji z sądów i prokuratur odczuwalnie się poprawiła, co potwierdziła kontrola Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Nadal jednak dają o sobie znać problemy wprost wynikające z istoty modelu biznesowego InPostu, który opiera się na dużej rotacji słabo przeszkolonych i wynagradzanych pracowników „z łapanki”.

Przypadki zostawiania listów z sądu dzieciom czy sąsiadom to tylko jedno ze zmartwień. – Bardzo często wracają do nas nieodebrane przesyłki i okazuje się z pieczątek, że były awizowane krócej niż 14 dni, wymagane, by w świetle prawa mogły zostać uznane za doręczone – skarży się Barbara Zawisza. Dochodzą do tego przypadki skreślania adnotacji o awizowaniu danego dnia i wpisywania innej daty – trudno wówczas rozstrzygnąć, jak faktycznie wyglądały próby doręczenia. – Wszystko to może się wydawać mało istotne, ale niech się okaże, że przesyłka była awizowana dzień krócej niż wymaga ustawa i w efekcie np. wyrok zaoczny nie został skutecznie doręczony. Trzeba będzie wówczas cofnąć jego prawomocność, a jeśli został wykonany, np. dana osoba została doprowadzona do zakładu karnego, ma ona prawo wystąpić o odszkodowanie – wyjaśnia sędzia.

Na Berdyczów

Trzech na czterech obecnych pracowników naszej firmy pracuje w niej 5 lat lub dłużej – podkreśla Zbigniew Baranowski. Tymczasem „prywatni” doręczyciele pojawiają się i znikają, co w połączeniu z przydzielaniem im kilkakrotnie większych rejonów niż obsługują ich koledzy z Poczty Polskiej skutkuje m.in. niewystarczającą znajomością terenu.Jeżeli adres nie jest jasno opisany lub budynek nie jest w BARDZO czytelny sposób oznaczony lub numeracja nie jest łatwa do odgadnięcia to takiej przesyłki nie chce się im doręczyć, bo szkoda im czasu na myślenie – skarży się jeden z klientów. Zapewne nieświadomy, że w pogoni za wyrobieniem norm doręczyciele nie mają czasu na łamigłówki.

Notoryczne problemy z ginącymi czy spóźniającymi się przesyłkami sprawiły, że wiele firm i klientów indywidualnych ostatecznie wróciło do korzystania z usług Poczty. Zniechęcający jest także system udzielania informacji oraz (nie)rozpatrywania reklamacji. Podczas gdy państwowa poczta jest „uchwytna” – ma stałych pracowników, liczne oddziały, jasną hierarchię służbową – zdecentralizowany InPost przypomina firmę-widmo. Miałem niejasności co do regulaminu. Rzeczywiście można się było skontaktować, ale telefonicznie, a opłaty za minutę droższe niż przewidywał mój budżet. Trudno to zaakceptować i uznać za normalne – relacjonuje jeden z klientów. – Nie ma szans, żeby z infolinii połączyć się z żywym człowiekiem… Już to przerobiłam – ostrzega internautów inna rozczarowana – Niełatwe jest nawet… znalezienie numeru do lokalnego oddziału operatora.

Zamknijmy ten wątek historią spod wywiadu z prezesem Brzoską, który zapowiedział w nim, że „zbuduje polską Nokię w e-handlu”: Mam w domu przesyłki do nieznanych mi osób, które zostawił ktoś z InPostu. Może je Pan odebrać, bo pańska firma ma je w d****. Niepotrzebnie telefonowałem do was, bo jakaś blondynka kazała mi robić za listonosza i dostarczyć je do najbliższego punktu InPost. Nie potrafiła jednak wskazać miejsca, w którym on się znajduje.

Nie taki moloch straszny

Powstaje jednak pytanie, czy wady „prywaciarzy” są wystarczającym powodem, by korzystać z usług Poczty Polskiej, za którą również ciągną się negatywne opinie klientów.

Przedsiębiorstwo broni się, że jeśli zestawić liczbę wpadek ze skalą obsługiwanej korespondencji, państwowy gigant nie ma powodów do wstydu. Poczta Polska osiąga bardzo wysokie wyniki terminowości doręczeń. Przykłady? Terminowość Poczty Polskiej w zakresie korespondencji poleconej (z awizacją i bez awizacji) wynosi 96 proc.; Poczta Polska w 2013 roku dostała nagrodę Światowego Związku Pocztowego za jakość świadczonych usług; według badań Gfk Polonia Poczta Polska ma ponad dwukrotnie lepszą terminowość w zakresie przesyłek poleconych priorytetowych niż InPost – wyliczał na łamach „Forbesa” Zbigniew Baranowski, gdy prywatna konkurencja za pomocą ataków na operatora narodowego usiłowała odwrócić uwagę opinii publicznej od swoich problemów z obsługą sądów. Rzecznik podkreśla również, że w 2013 r. uzasadnione reklamacje dotyczyły w Poczcie zaledwie 0,0042% krajowych przesyłek poleconych.


Poprawa terminowości doręczania przez Pocztę Polską S.A. nierejestrowanych przesyłek listowych oraz paczek pocztowych w obrocie krajowym.

Przesyłki listowe

Termin doręczenia

Cel w zakresie terminowości doręczeń** (%)

Wynik badania (%)

2010

2011

I kw. 2012

II kw. 2012

priorytetowe

D+1

82

53,4

63,4

68,5

70,8

D+2

90

82,6

89,4

92,0

92,9

D+3

85

93,2

95,7

97,0

97,9

ekonomiczne

D+3

85

67,7

78,2

82,0

85,2

D+5

97

90,6

95,9

97,2

97,2

Paczki pocztowe

priorytetowe

D+1

80

63,5

70,6

86,3

88,2

ekonomiczne

D+3

90

94,3

96,2

100,0

100,0

* „D” oznacza dzień zawarcia umowy o świadczenie usługi polegającej na przyjęciu, przemieszczeniu i doręczeniu przesyłki, „n” oznacza liczbę dni, które upłynęły od dnia nadania do dnia doręczenia przesyłki (przy czym do terminów nie wlicza się dni ustawowo wolnych od pracy oraz sobót).

** Udział liczby przesyłek doręczonych w określonym terminie liczony od dnia nadania do dnia doręczenia (liczba przesyłek doręczonych w określonym terminie i w terminach go poprzedzających) do ogólnej liczby nadanych przesyłek, wyrażony w procentach.

Źródło: Urząd Komunikacji Elektronicznej


Kolejny powód, by nie skreślać publicznej firmy, stanowi coraz śmielsze dostosowywanie jej oferty do oczekiwań klientów oraz wyzwań przyszłości. – Poczta Polska to dziś w coraz większym wymiarze e-poczta, dzięki platformie cyfrowej Envelo, gdzie klienci bez wychodzenia z domu mogą wysłać kartkę lub list, które listonosz doręczy w tradycyjnej formie, czy wydrukować znaczek. Niebawem umożliwimy wysłanie tą drogą listu poleconego – obiecuje Baranowski. Udogodnienia takie jak e-faktura czy powiadomienia SMS przełamują stereotyp „reliktu poprzedniej epoki”, a przygotowywana usługa listu skanowanego zasługuje wręcz na miano małej rewolucji. Gdy na adres klienta, który podpisze stosowną umowę, zostanie wysłany tradycyjny list, drogą elektroniczną otrzyma on skan koperty. Po jego obejrzeniu będzie mógł zadecydować, czy dana przesyłka ma zostać zniszczona, zeskanowana czy doręczona pod wskazany adres bez otwierania.

Odkłamując czarną legendę państwowego doręczyciela, trzeba koniecznie wspomnieć o jego rzekomym finansowaniu z naszych podatków. – Poczta Polska nie korzysta z żadnych dotacji publicznych. Rozwój opiera na własnych środkach i zasobach – zapewnia rzecznik. Narodowy operator jest „na plusie” – i to mocnym. W sprawozdaniu finansowym za rok obrotowy 2013 wykazał 65 mln zł zysku z działalności gospodarczej oraz 29 mln zł zapłaconego podatku dochodowego. Jak przyznaje nawet lider pocztowej „Solidarności”, skonfliktowanej z władzami przedsiębiorstwa na tle wypowiedzianego układu zbiorowego, wszystkie daniny na rzecz państwa są przez Pocztę wyjątkowo rzetelnie odprowadzane, a ewidencja podatków czy składek emerytalnych i chorobowych prowadzona bardzo ściśle. Co więcej, Poczta Polska ma największe przychody spośród wszystkich firm w branży i dlatego jest głównym płatnikiem tzw. funduszu kompensacyjnego, o którym będzie jeszcze mowa.

Inna sprawa to pytanie, czy pomoc z budżetu państwa dla publicznego operatora byłaby czymś złym. Warszawski Instytut Pocztowy, którego celem statutowym jest informowanie o zmianach zachodzących na rynku usług pocztowych, przekonuje, że zostawienie firmy samej sobie jest błędem. Stowarzyszenie podaje przykład rządu niemieckiego, którego inwestycje w rozwój Deutsche Post sprawiły, że państwowe przedsiębiorstwo nie tylko w pełni zaspokaja potrzeby społeczne, ale także przekształciło się w grupę logistyczno-pocztową i podbija rynki zagraniczne.

Urząd nie tylko pocztowy

Silna pozycja państwowego operatora jest wartością samą w sobie ze względu na jego aktualną i potencjalną rolę jako nieformalnego przedłużenia administracji rządowej i samorządowej. Wyjątkowo rozbudowana sieć placówek w połączeniu z publiczną własnością pozwala wykorzystywać Pocztę Polską m.in. do poboru abonamentu RTV, obsługi korespondencyjnego głosowania osób niepełnosprawnych albo do komunikowania się wojska z obywatelami w razie ogłoszenia mobilizacji i w czasie wojny. Warto wspomnieć, że największa firma doręczeniowa posiada także inne, w tym niejawne, zadania ze sfery obronności. Wszystkie te obowiązki mogą rzecz jasna przejąć podmioty prywatne, czy jednak na pewno tego chcemy?

Inspirującego przykładu wykorzystania państwowej poczty do zaspokajania ważnych potrzeb społecznych dostarczają Czechy. Tamtejsze urzędy pocztowe są jednocześnie czymś w rodzaju zdalnych punktów dostępu do systemu administracji publicznej. Obywatele mogą w nich załatwić sprawy urzędowe, takie jak uzyskanie odpisu z księgi wieczystej czy mapy katastralnej bez konieczności wizyty w większym mieście.

Niestety, jak na razie Poczta rozwija działalność w zupełnie innych kierunkach. – „Hitem” ostatniego czasu jest presja na urzędy pocztowe i listonoszy, by sprzedawali słodycze, na dodatek drożej niż można je kupić w sklepie – żali się „Nowemu Obywatelowi” jeden z doręczycieli.

Przetarg inny niż wszystkie

Przed nami moment kluczowy dla kształtu rodzimego rynku pocztowego. W najbliższych miesiącach UKE rozstrzygnie konkurs na tzw. operatora wyznaczonego, czyli przedsiębiorstwo, które w latach 2016–2025 ma w imieniu państwa zagwarantować obywatelom wysokiej jakości usługi pocztowe w przystępnych cenach. Wszystkim obywatelom, co należy podkreślić.

Prywatne firmy pocztowe chętnie konkurują bowiem w dużych miastach, natomiast na obszarach wiejskich utrzymanie placówek oraz częste dostarczanie korespondencji rzadko kiedy jest opłacalne. Straty operatora wyznaczonego ponoszone na świadczeniu nierentownych, ale ważnych społecznie usług, są pokrywane ze specjalnego funduszu kompensacyjnego. Trafia do niego część dochodów wszystkich operatorów z usług komercyjnych, jak przesyłki przyjmowane od masowych nadawców na podstawie indywidualnie negocjowanych kontraktów czy wrzucanie ulotek do skrzynek. To, jaką część straty pokryje każda z firm, określa prezes UKE na podstawie wysokości przychodów, jednak składka nie może przekroczyć 2 proc.

W zamian za wsparcie operator wyznaczony jest zobowiązany do utrzymywania, bez względu na skalę zapotrzebowania na usługi, co najmniej jednej stałej placówki w każdej gminie oraz na każde 6 tys. mieszkańców w miastach i na każde 85 km2 na terenach wiejskich. Zgodnie z unijną dyrektywą pocztową i rozporządzeniem ministra infrastruktury musi także m.in. doręczać przesyłki w każdy dzień roboczy, z zachowaniem określonych prawem wskaźników, kontrolowanych corocznie przez UKE. Przepisy określają również minimalny procentowy udział nadawczych skrzynek pocztowych umieszczanych przez operatora wyznaczonego w sposób umożliwiający korzystanie z nich osobom niepełnosprawnym.

Wbrew mitom Polska ma najbardziej liberalny rynek pocztowy w Unii Europejskiej. Warszawski Instytut Pocztowy podkreśla, że jako pierwszy członek Wspólnoty wybieramy operatora wyznaczonego w drodze konkursu – w innych krajach podpisano wieloletnie umowy z firmami należącymi do państwa. Przykładowo, brytyjska Royal Mail, francuska La Poste i hiszpańska Correos zawarły kontrakty aż na 15 lat. Tymczasem Poczta Polska została wyznaczona do świadczenia tzw. usług powszechnych jedynie na lata 2013–2015. Warto wspomnieć, że związane z tym obowiązki, niespoczywające na operatorach prywatnych, są jedną z przyczyn, dla których mogą oni zaoferować niższe ceny. Jeśli InPost zostanie operatorem wyznaczonym, raczej nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowych stawek.

Walka bez wątpienia będzie bardzo ostra. W chwili pisania tego tekstu nadal nie są znane ani kryteria wyboru oferenta, ani waga poszczególnych ocen. W stanowisku wysłanym w listopadzie 2014 r. przez Warszawski Instytut Pocztowy do Departamentu Rynku Pocztowego UKE znalazł się apel, by zwycięzca nie był wyłaniany jedynie na podstawie ceny oferty. Chodzi o to, aby zgodnie z duchem dyrektyw Parlamentu Europejskiego obywatel miał wszędzie równy, pewny i tak samo dostępny poziom usług pocztowych po niewygórowanych cenach. Według Instytutu Pocztowego realizacja tego postulatu wymaga funkcjonowania już na dzień ogłoszenia konkursu sieci stabilnych i dobrze oznaczonych punktów doręczeń i odbioru. Warunki konkursu winny być tak określone, aby obywatel miał pewność odnajdywania placówki przez określony czas. Według nas nie do przyjęcia wydaje się praktyka, w której kolejna korespondencja odbierana jest co miesiąc w innym miejscu. Według nas bezpieczeństwo przesyłki zwiększa się, jeśli jest ona dostarczana przez jednego pracownika na danym obszarze doręczeń przez dłuższy czas. Dzięki temu istnieje możliwość budowy „kapitału zaufania” pomiędzy doręczycielem a jego klientami. Uważamy, że w związku z tym ważnym kryterium konkursowym powinien być sposób zatrudnienia, rekrutacji i stabilność pracy pracowników firm realizujących usługę powszechną – pisze w liście szef organizacji, Przemysław Sypniewski.

Podkreśla on również, że kryterium ceny – stosowane jako jedyne – sprawi, iż standard usług będzie niższy niż założony przez ustawodawcę oraz doprowadzi do wyboru oferenta, który nie zapewni pracownikom (lub podwykonawcom) odpowiedniego zaplecza socjalnego i emerytalnego. Przetarg na operatora wyznaczonego będzie miał duże znaczenie nie tylko ze względu na to, że określi kształt rynku pocztowego na najbliższą dekadę. Przede wszystkim wpłynie na standard infrastruktury i usług pocztowych dla przeciętnego obywatela i rozstrzygnie, czy będą one podlegały logice minimalizacji kosztów, czy polityce dobrych, dostępnych dla wszystkich usług publicznych – podsumowuje Sypniewski. Należy mieć nadzieję, że zostaną uwzględnione także takie czynniki jak możliwości działania danego operatora podczas stanu wyższego zagrożenia kraju oraz standard świadczenia usług osobom niepełnosprawnym.

Poczta Polska przekonuje, że jej zwycięstwo w konkursie leży w interesie publicznym. – Posiadana przez nas sieć około 7,5 tys. placówek pocztowych i liczba zatrudnionych ponad 25 tys. listonoszy może zagwarantować efektywne i bezpieczne usługi pocztowe na terenie całej Polski – akcentuje Baranowski.

Trzeciego awizo nie będzie

Państwowy operator nie jest ideałem. Niektóre działania Poczty niebezpiecznie przypominają filozofię jej konkurentów – np. przypadki zastępowania pracowników Pocztexu usługami zewnętrznymi. Bez wątpienia jest jednak firmą, w odniesieniu do której istnieją pewne mechanizmy kontroli społecznej, związane z publiczną własnością oraz funkcjonowaniem związków zawodowych. Jest też niezaprzeczalnie najlepiej przygotowana do świadczenia na obszarze całego kraju dobrej jakości usług o istotnym znaczeniu dla społeczeństwa, państwa i gospodarki. Utrata przez Pocztę znaczącej pozycji na rynku – do czego mogą się przyczynić polityka instytucji publicznych, poszukujących złudnych oszczędności, ale także nasze prywatne wybory – zaprzepaści ten potencjał.

Na razie jej prywatni rywale rosną w siłę. Po trzech kwartałach 2014 r. przychody z usług pocztowych Grupy Integer.pl wyniosły 357 mln zł, wobec 192,5 mln zł rok wcześniej. Do czerwca 2015 r. InPost planuje osiągnąć 30 proc. udziału w rynku.


Karp przyspiesza Wigilię

– Pańskim zdaniem konkurencja na rynku pocztowym jest sztucznie kreowana.

Bogumił Nowicki, Przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej: Ma miejsce ewidentne pompowanie publicznych pieniędzy w stronę PGP, która jest „słupem” InPostu. Wspomniana spółka wygrała przetarg na obsługę wymiaru sprawiedliwości, mimo iż nie posiadała odpowiedniej sieci punktów odbiorczych, zresztą do tej pory jej nie zbudowała. Pozostaje także pytanie, dlaczego Poczta nie zaoferowała niższej ceny. Podobno wówczas Urząd Komunikacji Elektronicznej zarzuciłby jej, że stosuje dumping. Tymczasem instytucja publiczna z prawie 100-letnią tradycją powinna świadczyć usługi na rzecz państwa „po kosztach”: nie szukać na nim zysku, lecz dobrze je obsługiwać.

Zamiast skorzystać z tej możliwości, w zadziwiający sposób przekazano pół miliarda złotych podmiotowi o bardzo niejasnej własności, który dopiero teraz zatrudnia odpowiednią liczbę listonoszy. Następnie narodowy operator przegrał dwa kolejne przetargi: na obsługę KRUS oraz rządowego Centrum Usług Wspólnych. Mamy zatem kuriozalną sytuację: nawet Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, które jest właścicielem Poczty, będzie obsługiwane przez firmę prywatną… Dowiedziałem się, że oferty składane przez Pocztę w tych przetargach były mniej korzystne od stawek przygotowanych przez pracowników merytorycznych dla zarządu. Jeżeli to prawda, należy tutaj szukać znamion działalności przestępczej.

Kolejna rzecz dająca do myślenia: jeśli prześledzić parametry giełdowe InPostu z ostatnich miesięcy, okaże się, że ta firma ma poważne kłopoty. I w takim momencie nagle wygrywa dwa przetargi, dostając ewidentną kroplówkę finansową. Jeżeli wygra także konkurs na operatora wyznaczonego, wówczas w majestacie prawa będzie mogła otrzymywać państwową pomoc.

– Poważne pytania budzi także tempo otwierania rynku dla silnych operatorów narodowych z krajów zachodnich.

– W tej sprawie zmagałem się z parlamentem w pojedynkę, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony instytucji publicznych, a nawet właściciela Poczty. Minister Boni wręcz mnie zbeształ, że prowadzę działalność antyrządową, występując z postulatem, by zagwarantować państwowemu przedsiębiorstwu pocztowemu status operatora wyznaczonego przynajmniej na 10 lat. Tymczasem parlamenty Hiszpanii czy Francji w ogóle nie miały podobnych wątpliwości.

Przyznając Poczcie Polskiej jedynie trzyletni okres ochronny przed rozpisaniem konkursu na nowego operatora wyznaczonego, nasz kraj bardzo ambitnie wyszedł przed szereg w stosunku do unijnych wymogów w zakresie liberalizacji rynku przesyłek. Można powiedzieć, że występując z projektem stosownej ustawy rząd zachował się jak karp, który próbuje przyspieszyć Wigilię. Trudno uważać tych ludzi za durniów, choć być może niektórzy dali się przekonać z naiwności. Dlatego podejrzewam, że w podtekście tych decyzji były konkretne interesy. W końcu polski rynek usług pocztowych jest wart kilka miliardów złotych rocznie.

Przed laty spierałem się z kierownictwem Poczty, że działają na szkodę jej i Polaków, utrudniając funkcjonowanie naszej usługi kurierskiej, czyli Pocztexu. Kiedy złożyłem stosowne zawiadomienie, prokurator zapytał mnie, czy nie dopuszczam ewentualności, że to jest zwykła niezgułowatość dyrektorów. Otóż jestem zdania, że są granice niezgułowatości…

– Celowemu wspieraniu prywatnych operatorów towarzyszy świadome osłabianie ich państwowego konkurenta?

– Poczta Polska nigdy nie była dotowana, przeciwnie – zawsze była płatnikiem do budżetu. Jak zatem wytłumaczyć to, że kolejni ministrowie obecnej koalicji właściwi do spraw łączności niezbyt się nią interesowali?

Za celowe niszczenie Poczty należy uznać brak przepisów regulujących jej instytucjonalną współpracę z administracją. We Francji nikomu by nie przyszło do głowy, że rząd, samorząd i ich agendy mógłby obsługiwać ktoś inny niż państwowa poczta. Podobne zasady funkcjonują w krajach skandynawskich. Ponieważ jest jakiś problem z przygotowaniem aktu prawnego, który stworzyłby ramy dla takiej współpracy, „Solidarność” podjęła się opracowania stosownego projektu. Postawa wobec niego będzie wyznacznikiem faktycznego traktowania Poczty przez stronę rządową.

Mamy za sobą trzy przegrane przetargi, zaś przed sobą konkurs na operatora wyznaczonego. Uważam, że jest realizowany plan osłabienia narodowego operatora. A gdy już będzie osłabiony, a pracownicy pozwalniani, wówczas na nasz rynek wejdzie zewnętrzny kapitał, najprawdopodobniej niemiecki, i przejmie zyski, które do tej pory płynęły do budżetu państwa.

– Silna państwowa poczta może realizować nie tylko cele gospodarcze, ale także społeczne.

– Właściciel jednoosobowej spółki Skarbu Państwa, w tym przypadku minister administracji i cyfryzacji, może jej wyznaczać zadania zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Może np. uznać, że pierwszeństwo ma nie maksymalizacja zysku, ale zapewnienie obywatelom jak najszerszego dostępu do usług. Gdyby nasze państwo myślało o nas w sposób życzliwy, mielibyśmy dzisiaj np. o wiele szybszy i tańszy Internet, także na terenach wiejskich, albo o wiele lepszą i tańszą telefonię. Ponieważ jednak myślało w kategoriach jednorazowego zysku z prywatyzacji, a nie właściwego spożytkowania potencjału Telekomunikacji Polskiej, nadal mamy relatywnie drogi Internet oraz konkurencję na rynku telefonii komórkowej, która nie przynosi tak korzystnych rezultatów, jak choćby w Niemczech. Cywilizacyjna szansa została, mówiąc brutalnie, spieprzona – przez krótkowzroczność, naiwność czy interesowność urzędników wysokiego szczebla.

W przypadku Poczty Polskiej widzę pewnego rodzaju analogię. Otóż mamy odpowiednią bazę, na czele z dobrze rozbudowaną siecią urzędów, żeby zaspokajać rozmaite lokalne potrzeby, np. w imieniu samorządów powiatowych i wojewódzkich. Ten temat był poruszany przez związki zawodowe, jednak nie wiedzieć czemu nie znajduje zainteresowania ze strony właściciela ani zarządzających firmą. Zamiast tego narzuca się jej dziwne działania pseudobiznesowe, w rodzaju sprzedaży słodyczy.

– Już niedługo Poczta Polska będzie miała więcej właścicieli: ma trafić na giełdę jeszcze w 2015 r.

– W 2013 r. portugalski rząd zdecydował się sprywatyzować swoją pocztę przez inwestorów rozproszonych i rzucił na rynek gruby pakiet akcji. Sprzedaż 60% udziałów uznał za sukces, w związku z czym pozbył się następnych 30% – 10%, które pozostało w jego rękach, dawało złudną nadzieję, że kontroluje sytuację. Tymczasem niedawno wyszło na jaw, że 80% akcji portugalskiej poczty kupili Chińczycy. Jeżeli popełnimy podobne błędy, to za kilka lat może się okazać, że polski rynek przesyłek kontrolują Niemcy lub właśnie Chińczycy. Budzi to mój sprzeciw, gdyż uważam, że Polacy zasługują na usługi pocztowe świadczone w interesie społecznym, a pracownicy Poczty na godziwe warunki zatrudnienia. Chodzi też po prostu o to, żebyśmy jako kraj nie byli frajerami.

Rozmawiał Michał Sobczyk

Imperializmy bliskie i dalekie

prof. Ewą Thompson rozmawia Marceli Sommer

– Jako jedna z pierwszych stawiała Pani tezę, że teoria postkolonialna, czyli dziedzina humanistyki poświęcona spuściznom i konsekwencjom kolonializmu, może być użytecznym narzędziem do badania społeczeństw i kultur Europy Środkowej i Wschodniej czy Rosji. Z początku zajmowała się Pani przede wszystkim praktykami kolonialnymi i postkolonialnymi w języku literatury. W 2000 r. ukazał się po polsku zbiór Pani esejów pt. „Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm”. Opisywała w niej Pani, jak autorzy dzieł zaliczanych do kanonu kultury rosyjskiej przedstawiali kwestie związane z ekspansją terytorialną swojego kraju, w jaki sposób legitymizowali i utrwalali dominację nad podbitymi ludami, jak „wymazywali” tożsamości całych regionów i społeczności ze świadomości zbiorowej. Słowem, ukazywała Pani, w jaki sposób literatura rosyjska stawała się jednym z narzędzi imperializmu. Jak dochodziła Pani do nieoczywistego pomysłu, że pojęcia kolonializmu i postkolonializmu, kojarzone zwykle z praktykami mocarstw zachodnioeuropejskich w kontrolowanych przez siebie zamorskich dominiach, mają zastosowanie także wobec naszego regionu?

Prof. Ewa Thompson: Z zawodu jestem literaturoznawczynią, a literaturoznawstwo często wymaga „wychyleń” w stronę historii, nauk politycznych i łączenia dyscyplin. W naturalny sposób to właśnie z badaniem literatury związane były początki moich dociekań. Do dziś mam też wrażenie, że to właśnie w literaturze praktyki imperialne zostały odzwierciedlone w sposób szczególnie czytelny – o wiele bardziej niż w jakichkolwiek traktatach politologicznych czy historycznych. O ile bowiem wszystkie teksty pisane są zawsze z określonego punktu widzenia – nie łudźmy się, że Oświecenie coś pod tym względem zmieniło, przesłanki epistemologiczne nadal pozostają kluczem do interpretacji – o tyle pisarze trzymają się swojej partykularnej perspektywy o wiele luźniej. Dotyczy to zresztą zarówno literatury państw imperialnych, jak i kolonizowanych. Dlatego jednym z lepszych sposobów na zrozumienie tożsamości rosyjskiej czy złożonych relacji w regionie pozostaje analizowanie np. jednej z najwybitniejszych powieści w historii, „Wojny i pokoju”, która pozostaje oczywiście wielka niezależnie od tego, że stanowi wyraz imperializmu rosyjskiego.

– Prowadzenie badań postkolonialnych nad klasykami literatury rosyjskiej, takimi jak Tołstoj, było pomysłem tym bardziej nowatorskim, że wedle popularnego stereotypu dorobek inteligencji rosyjskiej (zwłaszcza jej postępowych czy liberalnych segmentów), w tym literatura, miał stanowić domenę wolności duchowej oraz jedną z nielicznych w imperium sfer autonomicznych wobec polityki Kremla.

– Nie wiem, kto wprowadził to sentymentalne fałszerstwo do myślenia Europejczyków, ale ono rzeczywiście istnieje i wciąż ma się dobrze. Jest to rodzaj iluzji, która wynika z tego, że ludzie czytają teksty kultury rosyjskiej w sposób naiwny. Tymczasem żeby dostrzec sensy, o których tu mówimy, potrzebna jest „lektura podejrzliwa”. Brakującym elementem równania jest perspektywa, którą zachodni czytelnik stosuje – wybiórczo zresztą – do dzieł z własnego kręgu kulturowego, ale już nie do literatury kulturowo czy wręcz cywilizacyjnie obcej. Tymczasem narzędzia krytyczne postkolonializmu świetnie nadają się do analizy literatury rosyjskiej. Wystarczy je „przyłożyć” choćby do owych dzieł Tołstoja, by odkryć całe pokłady świadomie i nieświadomie propagowanego tam imperializmu i szowinizmu kulturowego, legitymizowania i umacniania kolonialnej władzy nad podbitymi ludami.

– W jaki sposób się to objawia?

– Przykład pierwszy z brzegu: w jednym z moich ostatnich artykułów zestawiam „Popioły” Żeromskiego i wspomnianą „Wojnę i pokój”. Oprócz talentu autora jednym z ważnych czynników, który sprawia, że „Wojna i pokój” jest tak atrakcyjna i wciągająca dla czytelnika, jest fabuła, którą charakteryzuje zarazem ciągłość i ogromne możliwości rozwoju, jakie są udziałem bohaterów. Dobrym przykładem jest postać Piotra Bezuchowa, który zaczyna właściwie od zera – jest bękartem, nie ma żadnego majątku – a kończy jako człowiek utytułowany, fantastycznie bogaty, ze wspaniałą żoną, dziećmi itd. Jego ojciec na łożu śmierci decyduje się go usynowić i Bezuchow dziedziczy po nim wielkie dobra. A z czego składały się owe dobra? Przede wszystkim z ziemi, którą Katarzyna Wielka odebrała polskim i rusińskim magnatom i przekazała magnatom rosyjskim. Krótko mówiąc, ojciec Bezuchowa wzbogacił się na rozbiorach Polski. Ten aspekt powieści umknął jednak zarówno czytelnikom rosyjskim, jak i polskim. Kwestie związane z podbojami i rosyjskim imperializmem nie są w rosyjskiej literaturze na pierwszym planie, ale choć przezroczyste dla niewprawnego oka, stanowią dla wielu opisywanych zdarzeń warunek zaistnienia. Mają też kolosalny wpływ na całokształt literackiego dorobku Polski i Rosji. Przebieg wydarzeń, w którym bohater szybko się bogaci, ponieważ jego kraj dokonuje znaczącej ekspansji terytorialnej, był nie do pomyślenia w realiach powieści Żeromskiego. Jeżeli bowiem przyjrzymy się „Popiołom”, których akcja toczy się mniej więcej w tym samym czasie, zobaczymy, że u Żeromskiego wszyscy bohaterowie – niezależnie od stanowego czy klasowego punktu wyjścia – stają się coraz biedniejsi. Droga do bogacenia się i rozwoju była na poziomie polskiej zbiorowości zamknięta, a na poziomie jednostek co najmniej mocno ograniczona. W tym drugim przypadku warunkiem powodzenia była zmiana narodowości, ewentualnie wysługiwanie się zaborcy. A jako że trudno zdobyć czy zachwycić czytelnika fabułą, w której wszyscy bohaterowie przegrywają, rozbiory były czynnikiem, który ograniczał rozwój nie tylko nowoczesnej polskiej gospodarki, instytucji politycznych czy powszechnej tożsamości narodowej, ale i literatury.

– Istotnym składnikiem literatury rosyjskiej czytanej przez pryzmat postkolonialny jest też, jeśli dobrze rozumiem, pewien obraz ludów i terytoriów podbitych, jaki ona utrwala.

– Cechą charakterystyczną kolonializmu rosyjskiego był fakt, że wprowadzał on na podbijanych ziemiach nowe nazewnictwo miast, regionów czy krain geograficznych. Zdobyte terytoria miały dzięki temu stać się rosyjskie w sposób dla nikogo niepodważalny, a ich pierwotna tożsamość – zatarta i zapomniana. Tak też się działo – i to już na bardzo wczesnych etapach rozwoju państwa moskiewskiego. Podbijano ziemie, które nie były rdzennie rosyjskie ani nawet słowiańskie, np. dolinę Wołgi. Kwestionowanie jej rosyjskości nikomu nie przyjdzie dziś do głowy, choć wbrew słowom znanej piosenki (Wołga, russkaja reka) była ona – i w dużym stopniu wciąż jest – zaludniona przez ludy tureckie. Olbrzymi Tatarstan, który był pierwszą terytorialną zdobyczą Moskwy w XVI w., miasta, takie jak Kazań czy Astrachań – kto dziś w Europie czy Ameryce pamięta, że kiedykolwiek znajdowały się poza rosyjskim imperium, kto pamięta o ich rdzennych mieszkańcach? Podobne zabiegi rusyfikacyjne stosuje się do dziś wobec Syberii czy wschodniej Ukrainy. Widać tu ogromną różnicę choćby z kolonializmem brytyjskim, który, nawiasem mówiąc, bywał równie okrutny. Brytyjczycy pozostawiali dawne nazwy niezmienione i nie targali się na historyczną czy tożsamościową odrębność podporządkowanych ludów. Istniała za to i utrzymywana była głęboka przepaść pomiędzy kolonizatorami a ludnością miejscową – niemal niespotykane były np. przypadki mieszanych małżeństw. Zaborczości Rosjan towarzyszyła zaś względna otwartość na cudzoziemców – ich kolonializm nie był nigdy rasistowski, nie uznawał podporządkowanych ludów za nieusuwalnie gorsze. Każdy, kto chciał, mógł zostać Rosjaninem i był przyjmowany jak Rosjanin – gorzej było, jeśli nie chciał. Wtedy zaczynała się systemowa dyskryminacja, blokowanie skolonizowanym ludom możliwości rozwoju. Rasizm w Rosji jest jednak zjawiskiem dość nowym. Proces kolonizacji opierał się tam zawsze na pacyfikacji separatyzmów i wchłanianiu kolejnych jednostek i społeczności.

– W „Trubadurach imperium” przypomina Pani także o tych niewidzialnych dla Zachodu, skutecznie wchłoniętych koloniach i o podbitych ludach, które zamieszkiwały ziemie obecnej Rosji. Nawet w Polsce mówi się o rosyjskim imperializmie niemal wyłącznie w kontekście historycznych i dzisiejszych działań i zakusów Kremla w stosunku do Europy Środkowo-Wschodniej, traktowanej jako „naturalna strefa wpływu”. Natomiast pomijane są kwestie związane z historycznymi źródłami i legitymizacją panowania Rosji nad jej usankcjonowanym międzynarodowo terytorium, z nielicznymi wyjątkami, takimi jak Czeczenia/Iczkeria.

– Zachodowi wygodniej jest uznać, że to wewnętrzne sprawy Rosji i nie kwestionować oficjalnej wersji historii. Tego wymaga przecież globalna realpolitik. Zbyt głębokie wnikanie w to, jak było naprawdę czy zbyt częste przypominanie Rosji, że nie rozliczyła się ze swojej kolonialnej przeszłości, mogłoby pobudzić separatyzmy, zaszkodzić relacjom między mocarstwami i zaburzyć międzynarodowy ład. A państwa zachodniej Europy są w większości przyzwyczajone do wizji świata związanej z tradycją Kongresu Wiedeńskiego.

Ale jest to także świadectwo niebywałej skuteczności rosyjskiej polityki asymilacji i zacierania granic między terenami podbitymi i kolonizowanymi a rdzennie rosyjskimi. Trzeba przyznać, że ta polityka przyniosła skutki nie tylko propagandowe – po pewnym czasie jej stosowania te dawne granice rozmywały się rzeczywiście. Od czasu do czasu pojawia się jednak jakieś ognisko oporu przeciwko władzy moskiewskiej, tak jak w przypadku Syberii na przełomie XIX i XX w. i w czasach rewolucji październikowej, a ostatnio na Kaukazie i w Tatarstanie.

– Jak ten tradycyjny rosyjski imperializm przejawiał się w historii najnowszej? Szczególnie interesujące pod tym względem wydają się dwa okresy: radziecki, kiedy władcy Rosji mieli na ustach retorykę antyimperialną, ale jednocześnie prowadzili – i to nie bez sukcesów – klasyczną politykę kolonialną, oraz ten po 1991 r. i to, jak Rosja radzi sobie z rozpadem swojego imperium i sfery wpływów.

– W okresie sowieckim zaobserwować można było ciekawe połączenie względnego liberalizmu wobec narodowości zniewolonych przez imperium z tłamszeniem jakiejkolwiek narodowej tożsamości, z wyjątkiem rosyjskiej. Wyrazem liberalizmu narodowościowego był choćby podział na republiki związkowe i autonomiczne. Z drugiej jednak strony wszystkie objawy autentycznej tożsamości – zawsze związanej z duchowym wymiarem egzystencji – były bezwzględnie tłumione. W rezultacie redukowano wszystkie nierosyjskie tożsamości narodowe do folkloru, zespołów pieśni i tańca, strojów ludowych, potraw regionalnych i tym podobnych powierzchownych oznak wspólnotowości. W chwili obecnej Rosja używa starych i wypróbowanych strategii rusyfikowania narodów, które znalazły się w jej granicach, takich jak ograniczanie nauczania narodowych języków w szkołach, likwidowanie wyższych uczelni, na których te języki są językami wykładowymi, duże nakłady książek rosyjskojęzycznych przy jednoczesnym ograniczaniu nakładów książek w językach narodowych, obfitość rosyjskojęzycznych programów telewizyjnych i możliwości promocji zawodowej dla tych, którzy rusyfikacji się poddają. Czas pokaże, czy metody te są skuteczne w epoce internetu.

– Na tle terytoriów, które na trwałe stały się częścią imperium rosyjskiego, Europa Środkowo-Wschodnia może się wydawać przykładem wielkiego historycznego sukcesu. W jakim sensie można jednak mówić w jej przypadku o kolonialnych relacjach z Rosją i o postkolonialnym dziedzictwie?

– Polityka osłabiania nierosyjskich tożsamości w tym regionie prowadzona była przez Rosję od czasów rozbiorów Polski. Ogólnie mówiąc, chodziło o przekształcenie „kraju prywislanskiego” w permanentne peryferie ekonomiczne i kulturowe. Jeszcze na początku XIX wieku Uniwersytet Wileński był największym i najlepszym uniwersytetem w Imperium Rosyjskim – w momencie jego likwidacji przez Mikołaja I po powstaniu listopadowym liczył 1322 studentów. Po likwidacji, księgozbiór uniwersytetu wysłano do Kijowa, gdzie Mikołaj zainaugurował nowy rosyjski uniwersytet, liczący 62 studentów. Jeżeli już jesteśmy przy księgozbiorach i uniwersytetach, pamiętajmy, że jeden z największych księgozbiorów świata w wieku XVIII, Biblioteka Załuskich w Warszawie, został wywieziony do Petersburga po powstaniu kościuszkowskim i przemianowany na Rosyjską Bibliotekę Narodową. Zaś ukradziona biblioteka Liceum Krzemienieckiego została przewieziona do Kijowa. W swojej monumentalnej książce „Dzieje handlu żydowskiego na ziemiach polskich” Ignacy Schiper podaje, że w latach 1831–1850 cło na tkaniny produkowane w Królestwie Kongresowym i wywożone do Rosji wynosiło 15 procent; inne kraje i terytoria płaciły mniejsze cło. To są przykłady dławienia polskiego rozwoju i polskiej tożsamości.

Kolonialne i postkolonialne praktyki wobec państw tego regionu ze strony Rosji trwają do dzisiaj – weźmy pod uwagę choćby kwestię manipulacji cenami i dostawami gazu i ropy naftowej czy próby ingerencji w prowadzoną przez poszczególne kraje regionu politykę pamięci czy postępowanie wobec pomników z czasów sowieckich. Europa Środkowo-Wschodnia pozostaje kartą przetargową w grze między wielkimi tego świata, a jej względna podmiotowość i przynależność do „bloku zachodniego” pozostają chwiejne, zależne od zmiennego układu interesów. Ze względu na stopień rozwoju tożsamości narodowych w regionie Kreml – i każdy inny imperialista – ma tu jednak i mieć będzie twardy orzech do zgryzienia.

Zgodziłabym się jednak, że możemy mówić do pewnego stopnia o sukcesie tożsamościowym państw tego regionu, który umożliwił zachowanie odrębności. W przypadku Polski, ale i innych terytoriów szczególnie długo zniewolonych przez Rosję – pewnych części Ukrainy czy państw bałtyckich – czynnikiem szczególnej wagi, swoistą szczepionką na rosyjski imperializm wydaje mi się (znienawidzony zresztą w Moskwie) katolicyzm. Był i jest on ważny m.in. dlatego, że w czasach moskiewskiej okupacji przypomina o historycznych i cywilizacyjnych związkach z Zachodem.

– Ale Zachód sam przecież bywał w naszym regionie kolonizatorem…

– Dotyczy to przede wszystkim państwa niemieckiego i jego historycznych poprzedników. Politykę Niemiec wobec Polski w ostatnich 25 latach można zapewne określić mianem neokolonialnej – polegającej na zdobywaniu i utrwalaniu dominacji gospodarczej. Fundamentalna różnica tkwi jednak w tym, że w dzisiejszych Niemczech panują rządy prawa, które stanowią czynnik ograniczający i dyscyplinujący zapędy imperialne. Rosja zna w polityce międzynarodowej tylko jedno prawo – prawo siły. Prawo stanowione jest zaś jedynie instrumentem w rękach moskiewskiej władzy i dlatego to ona stanowi dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej poważniejsze zagrożenie. Same mechanizmy kolonizacji pozostają jednak w przypadku obu mocarstw podobne. Polegają przede wszystkim na budowaniu zależności, przejmowaniu najcenniejszych zasobów oraz blokowaniu możliwości rozwoju – szczególnie w tych dziedzinach, w których kraj kolonizowany mógłby stanowić konkurencję dla kolonizatora. Dotyczyło i dotyczy to tak Rosji, jak i Niemiec.

– W przypadku Polski sytuację komplikuje fakt, że w swojej historii bywaliśmy zarówno kolonizującym, jak i kolonizowanym. Jak to wpływa na naszą tożsamość i na relacje z innymi państwami regionu?

– Mówimy tu przede wszystkim o historii relacji Polski z obecną Ukrainą, Białorusią oraz Litwą. Sprawa jest najbardziej zagmatwana w tym pierwszym przypadku, bowiem Ukraińcy są najliczniejsi i zarazem znajdują się w ważnym momencie kształtowania swojej tożsamości, który może zadecydować o jej charakterze na długie lata. Trzeba też pamiętać, że pomiędzy Polakami a Ukraińcami byli jeszcze Żydzi, którzy zbierali znienawidzone podatki i posiadali niemal pełny monopol w handlu detalicznym i hurtowym oraz w bankowości. Do nich lud ukraiński odnosił się z taką samą niechęcią, jak do Polaków. Te trzy społeczności – polskie, ukraińskie i żydowskie – zupełnie się nawzajem nie rozumiały. Tak, z punktu widzenia Ukraińców, Litwinów i Białorusinów Polska była kolonizatorem, który narzucił im jarzmo ekonomiczne, polityczne i niekiedy językowe. To, że Pierwsza Rzeczpospolita zyskała zdecydowaną większość terytoriów, o których tu mowa, na mocy unii dynastycznych i politycznych, a nie podboju, nie zmienia faktu, że była ona państwem polskim w sensie kulturowym. Na obszarze dzisiejszej Białorusi dyskryminacja na tle etniczno-kulturowym i konflikty z tym związane były mniej widoczne, bo tożsamość zbiorowa tamtejszej ludności zaczęła się rozwijać względnie późno. Jeśli chodzi o Litwinów, to tamtejsza warstwa szlachecka była oczywiście dopuszczona do wszystkich tytułów i miała pełne prawa obywatelskie…

– …ale za cenę polonizacji kulturowej, czy jak kto woli kulturowego „wchłonięcia” przez większego sąsiada. We wszystkich przypadkach – ukraińskim, białoruskim i litewskim – różnice narodowościowe i kulturowe nałożyły się na podziały stanowe. Dla chłopa rusińskiego czy litewskiego polskość kojarzyła się z pańskością – niezależnie od tego, czy jego pan był Polakiem w sensie etnicznym.

– Rzeczywiście na dłuższą metę do takiej polonizacji kulturowej doszło – czego sama, jako spolonizowana Litwinka, owoc polskiej kolonizacji, jestem najlepszym świadectwem [śmiech]. Ale jednocześnie trudno powiedzieć, żeby w okresie przedrozbiorowym kwestia języka była polem jakiegoś głębokiego konfliktu – język litewski był wtedy jeszcze w bardzo wczesnym stadium rozwoju i Litwini nie czuli się w związku z tym pokrzywdzeni faktem, że do pewnych celów potrzebna im była znajomość polskiego czy łaciny (używanej wciąż jeszcze na szeroką skalę). Nowoczesna tożsamość litewska, odrębna czy wręcz budowana w opozycji do polskiego języka i kultury, powstawała dopiero w okresie rozbiorów.

– Tożsamości wszystkich trzech narodów kształtowały się jednak w większym lub mniejszym stopniu w kontrze do polskości – czemu chyba trudno się dziwić.

– Tak jest. Ale ta kwestia ma jeszcze jeden ważny aspekt. Po rozbiorach np. Austriacy robili wszystko, żeby skłócić Ukraińców i Polaków. Część takich antagonizmów wynika zatem z polskiej polityki kolonialnej czy quasi-kolonialnej w stosunku do tych narodów. Inna część z mniej lub bardziej spontanicznej polonizacji kulturowej elit litewskich czy rusińskich. Jeszcze inna część z tego, że ani polski „pan”, ani rusiński wieśniak nie zajmowali się handlem i sprawami finansowymi, co wpychało obie strony w zależność od kupców żydowskich, a to z kolei generowało najrozmaitsze konflikty między tymi nacjami. I wreszcie: część z polityki divide et impera po stronie zaborców.

Dużo bardziej bolesny z perspektywy „polskiej winy” – w uproszczeniu rzecz tak nazywając – wydaje mi się natomiast okres międzywojenny, kiedy władze niepodległej Rzeczpospolitej popełniały w stosunku do mniejszości narodowych fatalne błędy. Odgórna próba polonizacji Ukrainy, osadnictwo – to były pomysły, delikatnie mówiąc, niezbyt udane, a przy okazji kompletnie chybione politycznie. Na skuteczną polonizację było wtedy już dwa stulecia za późno, a młody nacjonalizm ukraiński przeżywał rozkwit. Politykę kolonialną tamtych czasów Ukraińcy bardzo dobrze pamiętają i to ona stanowi z ich perspektywy największą zadrę w stosunkach z Polakami. Po stronie polskiej brakuje zaś niestety świadomości tej części historii, a często również gotowości do uderzenia się w piersi. Polacy pamiętają o niebywale wprost okrutnych mordach na Wołyniu, o których z kolei słuchać nie chcą Ukraińcy i które historycy ukraińscy wciąż starają się zbagatelizować. Słowem, polsko-ukraiński rachunek historyczny nie jest czysty – po obu stronach są uzasadnione pretensje, wyrzuty i resentyment, z których należałoby się rozliczyć.

Uważam, że polscy patrioci powinni postarać się zrozumieć perspektywę ukraińską. Wyobrazić sobie sytuacje, w których np. do ukraińskich wiosek wkraczała polska policja i zwalczała organizacje polityczne i kulturalne krzewiące tożsamość ukraińską. Warto wejść w buty strony słabszej pod względem tożsamościowym, młodego narodu, któremu blokowane są podstawowe aspiracje i możliwości rozwoju.

– Czy oprócz częstego braku świadomości Polaków na temat kolonialnego wymiaru relacji ich kraju z tzw. Kresami i nieporozumień z sąsiadami dotyczących postrzegania historii, dostrzega Pani jakieś długofalowe konsekwencje imperialistycznych aspektów polskiej historii dla aktualnej polityki RP bądź dla kształtu naszej świadomości narodowej?

– W „Trubadurach imperium” stawiam tezę, że o kolonializmie można mówić dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia z rozwiniętą świadomością narodowej odrębności, a więc w wypadku I Rzeczpospolitej na krótko przed rozbiorami, a potem krótko w II Rzeczpospolitej. Sytuacja dzisiejsza jest na tyle różna od tej z przeszłości, że poza stwierdzeniem „mea culpa” Polacy niewiele mogą czy powinni zrobić w tej sprawie. Zwłaszcza że nałożyły się na nią wydarzenia niewspółmierne z policyjnymi prześladowaniami, takie jak genocyd wołyński czy mordowanie żołnierzy AK przez Litwinów. Polski kolonializm to sprawa przeszłości i tak powinien być traktowany. Cieszą mnie obecne przyjazne stosunki między Polską a Ukrainą. Cieszy mnie to, że Białorusini na ogół odnoszą się do Polski przyjaźnie i znajdują podobnie przyjazny odzew w Polsce. Mam nadzieję, że stosunki polsko-litewskie też się poprawią – ale nawet jeżeli tak się nie stanie, wszystkie obecne zgrzyty polsko-litewskie to jednak drobiazgi w porównaniu z prawdziwymi problemami i Polski, i Litwy. Nie widzę żadnych zagrożeń neoimperialnych w stosunku do trzech wymienionych krajów, denerwuje mnie jednak sentymentalizm, z którym niektórzy „kresowiacy” piszą np. o Wilnie – bodaj tylko po to, aby się dobrze poczuć i użalić nad samymi sobą. To samo dotyczy wszelkich zabytków architektury – niegdyś polskich – na terytoriach Ukrainy, Białorusi i Litwy. To samo zdenerwowanie odczuwam, gdy Niemcy mówią o „ich” Wrocławiu. Z drugiej strony, równie denerwujące jest całkowite przemilczanie – zwłaszcza po stronie litewskiej – tego, że historie Litwy, Białorusi i Ukrainy są nierozłącznie związane z historią Polski od czasów jagiellońskich do II wojny światowej. Litwini posuwają się czasem do fałszowania historii, np. sprawa chrztu Litwy i dołączenie Litwy do społeczeństw europejskich to niewątpliwie dzieło Polaków, a nie – jak twierdzą rewizjonistyczni litewscy historycy – wcześniejszych władców Litwy.

Co do kolonializmu Niemiec, Anglii, Francji czy Rosji – niestety rezultaty ich wielowiekowej przeszłości kolonialnej są o wiele głębsze i bardziej destruktywne niż rezultaty kolonializmu polskiego. Często są niemożliwe do naprawienia: absurdalne granice państw afrykańskich, siłowe wtłaczanie afrykańskich społeczeństw w ramy europejskich struktur, długofalowe rezultaty wojen opiumowych w Chinach, zaś w przypadkach niemieckim i rosyjskim – niesłychane straty demograficzne i materialne Polski.

– Teorie postkolonialne oprócz tego, że stanowią pewną perspektywę i zbiór narzędzi o charakterze badawczym, miały i mają również swoje bardziej praktyczne próby zastosowania w świecie polityki i idei. Łączą się one często z marzeniem o solidarności, współdziałaniu i emancypacji narodów uciskanych. Czy ten pozytywny aspekt teorii postkolonialnych ma według Pani jakąkolwiek wartość i czy mógłby mieć jakiegoś rodzaju zastosowanie do rozważań o naszym regionie? Czy wspólne dziedzictwo postkolonialne może być czynnikiem sprzyjającym solidarności między narodami?

– Myślę, że poza bardzo szczególnymi wyjątkami, „solidarność postkolonialna” jest utopią. Najlepiej pokazują to realne stosunki między narodami Europy Środkowo-Wschodniej. W pewnym sensie koncepcja ta jest także reliktem minionej, zimnowojennej epoki, bo – nie ma się co oszukiwać – postkolonializm jako teoria był w tamtym okresie uwikłany w globalny konflikt. Zachodni badacze i teoretycy nie bez powodu nie odnosili teorii postkolonialnej do Europy Wschodniej ani do sowieckiej Azji. ZSRR w ramach globalnej rozgrywki z Zachodem wspierał dekolonizację wielu krajów azjatyckich czy afrykańskich i wspomagał tzw. ruchy narodowowyzwoleńcze. W związku z tym badacze postkolonialni czuli wobec sowieckiej Rosji silną lojalność.

Solidarność kolonizowanych jest utopią również dlatego, że tylko w teoriach marksistowskich możliwa jest wspólnota oparta wyłącznie na doświadczeniu ucisku. Kraje wschodnioeuropejskie – i dotyczy to także innych regionów postkolonialnych – są po prostu za biedne, żeby „iść razem”. Aby współpracować, konieczne jest pewne minimum bezpieczeństwa egzystencjalnego. Tymczasem narody postkolonialne są w znakomitej większości „na dorobku” i żyją w poczuciu, że podstawy ich bytu są niepewne, że może je podmyć pierwszy lepszy kryzys. Do autentycznej solidarności niezbędna jest gotowość do ponoszenia ofiar, a one nie mają czego ofiarować, bo wszystkie zasoby idą na zaspokajanie bieżących potrzeb.

– Są zbyt biedne, żeby współpracować, ale jeśli nie będą współpracować, to czy nie zmniejsza to ich szans na wydobycie się z tej biedy?

– Niekoniecznie – mamy przecież liczne przykłady skutecznych strategii rozwojowych na poziomie jednego państwa czy narodu. Oczywiście w idealnym świecie każdy – ja też – chciałby, żeby uciskane narody współpracowały. Byłam kiedyś na wykładzie Václava Klausa, na którym ktoś zapytał go o Trójkąt Wyszehradzki. A on się roześmiał i powiedział, że to jest byt czysto fasadowy, za którym w rzeczywistości nic nie stoi. Ponieważ działo się to w Stanach Zjednoczonych, to nie przyszło mu do głowy, że na sali mogą być jacyś Wschodnioeuropejczycy, i powiedział prawdę prosto z mostu. Bo ile ten Trójkąt ma dywizji, jaki ma budżet? Czy cały ten projekt nie polega wyłącznie na tym, że polscy, czescy, słowaccy i węgierscy podatnicy płacą dziesiątki tysięcy euro po to, żeby politycy spotkali się ze sobą kilka razy do roku, zjedli kolację, pogadali i wrócili do domu? Dopóki nie będzie gospodarczego i finansowego zaplecza, dopóty rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z bytem czysto wirtualnym.

– Fakt, że tego zaplecza nie ma, wynika też jednak w niemałym stopniu z decyzji politycznych i ze strategicznych priorytetów przyjmowanych przez poszczególne państwa… Te priorytety zaś z faktu, że rozwój zależny i kooperacja z silniejszym partnerem ekonomicznym – w przypadku Grupy Wyszehradzkiej z Niemcami – przynoszą doraźnie łatwiejsze i większe korzyści elitom. Efektem jest jednak pułapka rozwojowa w dłuższym terminie.

– Być może to prawda. Na dziś nie widzę jednak dobrego rozwiązania tej sytuacji. Chciałabym, żeby dało się uruchomić sieci sojuszów pomiędzy państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Ale próbowano to robić wiele razy, polscy romantycy polityczni wciąż piszą o Międzymorzu, lecz nie udaje się to nie bez przyczyny. Obecnie kraje tego regionu są zbyt ubogie, zbyt niesamodzielne i zbyt nastawione na konkurencję między sobą. Nie mówiąc już o tym, że często są wobec siebie nawzajem nastawione nieufnie. Jeśli ktoś mi pokaże strategię, która tę sytuację zmieni, to zwrócę honor i sama pierwsza poprę taki projekt.

– Jak jawi się polski „syndrom postkolonialny” na tle bliższych i dalszych regionalnych sąsiadów? Czy dostrzega Pani u nich podobne problemy? Czy radzą sobie z dziedzictwem kolonializmu jakoś wyraźnie lepiej lub gorzej?

– Jeśli chodzi o Węgry i Czechy, to sytuacja jest odmienna, bo nie są one zagrożone przez Rosję – a przynajmniej zagrożone się nie czują. Gdyby ziściło się marzenie Rosji o rewizji ładu w tej części Europy, to sądzę, że te kraje pozostawiono by w strefie wpływów Zachodu. Polska nie miałaby raczej tego luksusu. Istnieje więc zasadnicza różnica wyzwań i przekłada się ona na politykę prowadzoną przez te państwa. Problem biedy i gospodarczej słabości związanej z brakiem kapitału dotyczy natomiast większości państw postkomunistycznych w podobnym stopniu i wynika z polityki sowieckiej i przebiegu transformacji.

– A co z tym elementem postkolonialnego dziedzictwa, określanego czasem mianem kompleksu, który wiąże się z ograniczoną samodzielnością i podmiotowością, tendencją do szukania kolejnych „patronów”? Czy dostrzega Pani w naszym regionie taki problem, a jeśli tak, to czy poszczególne państwa radzą sobie z nim lepiej lub gorzej?

– W swoich tekstach naukowych posługuję się terminem „hegemona zastępczego”. Po paru stuleciach kolonializmu Polacy przyzwyczaili się do istnienia zewnętrznego patrona. To jest właśnie jedna z największych tragedii kolonializmu, że wspaniałe narody – i nie mówię tu tylko o Polakach – przyprawia o kompleks niższości. Ponieważ hegemon sowiecki uważany jest za coś cywilizacyjnie „niższego”, duża część Polaków znalazła sobie hegemona zastępczego – Zachód. Ten mechanizm wpłynął chociażby na przebieg transformacji, na fakt, że Polacy przyjęli w sposób całkowicie bezkrytyczny rady udzielane im przez świat euroatlantycki i przeprowadzili pospieszną prywatyzację, akceptując jednocześnie destruktywne trendy intelektualne i śmieciową pop­kulturę.

– W odniesieniu do naszego regionu można mówić o postkolonialnym dziedzictwie w kilku wymiarach życia zbiorowego. Z jednej strony można schematy z badań postkolonialnych odnosić choćby do historii tworzenia się i ewolucji tożsamości narodowych, a z drugiej można terminologie i instrumentarium teorii postkolonialnej stosować do analizy wewnętrznej struktury społeczeństw. Mówi się np. o reprodukowanych w krajach postkolonialnych modelach podziału i liniach konfliktu społecznego, między tzw. elitami kompradorskimi – czyli uwikłanymi w zależności z byłymi czy aktualnymi patronami – a klasami ludowymi i ich politycznymi reprezentantami.

– Mam wrażenie, że patrzenie na Polskę czy Europę Wschodnią przez pryzmat klas społecznych czy podziału elity-lud nie jest już do końca adekwatne. Jednym z podstawowych źródeł tak poczucia wspólnoty, jak i różnego rodzaju konfliktów społecznych, wydaje mi się powszechny brak poczucia bezpieczeństwa bytowego, w zasadzie niezależny od sytuacji osobistej czy położenia klasowego. W pewnym sensie wszyscy Polacy są „proletariuszami”, bo wszyscy są zależni – od patronów zewnętrznych albo zagranicznych firm, od państwa, od kredytu w banku albo po prostu od zachowania miejsca pracy. Wiąże się to ze wspomnianymi już ograniczonymi zasobami kapitału narodowego. Przy polskim potencjale ludnościowym i gospodarczym dałoby się tę sytuację stopniowo zmieniać, nawet bez solidarności z sąsiadami, ale do tego potrzebny byłby mądry rząd, którego brakuje.

– Teza o elitach kompradorskich, formułowana na różne sposoby, jest jedną z podstaw diagnozy stawianej przez prawicową opozycję wobec rządów Platformy Obywatelskiej.

– Rządzącym w Polsce brakuje wizji rozwoju, ponadto są skorumpowani, a afery, które wychodzą na jaw, takie jak Amber Gold, zamiatają pod dywan zamiast rozliczyć. Dlatego gdybym głosowała w Polsce, głosowałabym na opozycję. Mówiąc o postkolonializmie, wolę jednak wskazywać na mechanizmy i czynniki systemowe niż na osobiste winy Iksa czy Igreka, co nie znaczy, że nie powinni być z tych win sądownie rozliczeni. A najważniejszym takim czynnikiem systemowym jest, według mnie, zubożenie ogółu społeczeństwa, za co winiłabym wciąż raczej mocarstwa kolonialne niż tego bądź innego polityka czy nawet nomenklaturowego oligarchę.

– Czy oprócz zjawiska kompleksu postkolonialnego można mówić o czymś takim, jak kompleks post-imperialny, a jeśli tak, na ile skutecznie radzą sobie z nim dwa państwa regionu, które zmagają się z tego typu dziedzictwami: Rosja i Niemcy?

– Imperializm niemiecki pod względem militarnym jest na dzień dzisiejszy rozdziałem zamkniętym. Nadal mamy jednak do czynienia z imperializmem gospodarczym. Jeśli chodzi natomiast o przepracowywanie historii, Niemcy po okresie rozliczeń weszły niestety w okres, w którym starają się pewne aspekty przeszłości opowiedzieć na nowo. Mam tu na myśli manewry, które mają na celu rozmycie odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie czy sztuczne rozdymanie skali i znaczenia wewnątrzniemieckiej opozycji wobec Hitlera. Oglądałam ostatnio telewizyjny serial brytyjski oparty na opowiadaniach G.K. Chestertona o Ojcu Brownie. Akcja toczy się w powojennej Anglii. W pewnym momencie w serialu pojawia się postać katolickiego księdza z Niemiec. Po długich perypetiach okazuje się, że jest on Niemcem, który był więziony za antynazistowską działalność. Mowa jest także o cierpieniach poniesionych przez jego rodzinę. Ów Niemiec staje się jedną z głównych pozytywnych postaci serialu. Oczywiście tego wątku nie ma w oryginale u Chestertona. To znakomity przykład licznych działań z dziedziny niemieckiej polityki historycznej, aktywnej również poza granicami Niemiec, tworzącej w podświadomości widza nową sieć skojarzeń, w której Niemcy stają się przede wszystkim ofiarami Hitlera. Wydaje się, że gra toczy się o ocalenie niemieckiej tożsamości i dumy narodowej, o którą trudno przy zachowaniu jednoznacznej oceny okresu nazistowskiego.

– O ile w Niemczech, niezależnie od trendów rewizjonistycznych, mieliśmy jednak do czynienia z różnymi formami przepracowywania i rozliczania się z historii tego okresu, o tyle dużo mniej mówi się o imperialnej historii Niemiec sprzed Hitlera.

– Rzeczywiście, istnieje też u Niemców tendencja, żeby ograniczać rozliczenia z historią do okresu III Rzeszy. Reszta zostaje mniej lub bardziej zaaprobowana albo zapomniana. W redagowanym przeze mnie czasopiśmie „Sarmatian Review” ukazała się niedawno recenzja książki Kristin Kopp pt. „Germany’s Wild East”. Tytułowy „Dziki Wschód” Niemiec to oczywiście Polska. Ta znakomita książka pokazuje, w jaki sposób od stuleci narody zamieszkujące ziemie na wschód od Niemiec przedstawiane były w tamtejszej propagandzie jako „podludzkie”.

– Można odnieść wrażenie, że w popularnej historiografii europejskiej Hitler bierze się trochę znikąd. Jest takim na poły metafizycznym potworem, powstałym z pomieszania ogólnej atmosfery panującej w międzywojniu, kryzysu i „upokarzającego” Traktatu Wersalskiego. Ale nie ma raczej mowy o wcześniejszej historii imperialnej Niemiec.

– To prawda. Niemcy nie cierpią, delikatnie mówiąc, na nadmiar historyków czy intelektualistów, którzy chcieliby zająć się tym wątkiem sprawy, a z pewnością jest ich zbyt mało, żeby wprowadzić tę tematykę na stałe do szerszego obiegu. Z punktu widzenia dzisiejszych wyzwań Polski i Europy Środkowo-Wschodniej jest to jednak kwestia drugorzędna w porównaniu ze wspominanymi już tendencjami rewizjonistycznymi odnoszącymi się do II wojny światowej.

– Wszystko to razem wzięte może się zaś wydawać drugorzędne na tle skali problemów z imperialnym dziedzictwem w Rosji, która wyrasta w ostatnich latach na rewizjonistyczne mocarstwo sensu stricto… Czy na tym pesymistycznym tle są chociaż jakieś pojedyncze pozytywne przykłady zmagań z imperialnymi dziedzictwami, o których można by tu wspomnieć?

– Pojedyncze przypadki oczywiście się znajdą. Zawsze byli w Rosji ludzie starający się przekierować państwo na inne tory: normalnego kraju europejskiego, szanującego rządy prawa i istniejący ład międzynarodowy, akceptującego kształt własnych granic i koncentrującego się na zapewnieniu dobrobytu swoim mieszkańcom. Prawdą pozostaje jednak to, co napisałam w „Trubadurach imperium”: polityka Rosji od wieków się nie zmieniła. Co nie znaczy, że nie zmieni się w przyszłości. Czego sobie i Państwu życzę.

– Dziękuję za rozmowę.

Październik 2014 r.

Witajcie w kolonii!

Jeden ze wspólnych mianowników różnych postaw i poglądów krytycznych wobec tego, co dzieje się w Polsce, stanowi przekonanie, że jesteśmy zależni. Że nie rządzimy się sami i suwerennie, że istnieją jacyś „oni”, którzy dyktują „nam” wprost lub za pomocą niejasnych działań, co mamy robić w ich – nie swoim – interesie. Inaczej mówiąc, że jesteśmy czymś na kształt dawnych terytoriów kolonialnych, zależnych od potęg eksploatujących je i wysysających siły żywotne, zasoby, surowce itd. Termin „kolonia” nie jest tu kluczowy, bo inwencja nazewnicza krytyków status quo bywa spora. Sednem jest natomiast poczucie braku sprawczości i podmiotowości czy to polskiego państwa, czy społeczeństwa, czy narodu.

Dla jednych wspomnianymi złymi „onymi” będą globalny kapitalizm i wielkie korporacje, dla innych państwa należące do światowej czołówki gospodarczej, politycznej czy militarnej, dla kolejnych ponadnarodowe instytucje tylko pozorujące dobrowolność akcesu i korzyści dla krajów członkowskich, dla jeszcze innych natomiast różne ciemne figury rodem z najgłupszych teorii spiskowych. Podobieństw na poziomie diagnozy jest więc niewiele, ale nie sposób lekceważyć występującego w tylu środowiskach przekonania, że jesteśmy pionkiem przesuwanym przez innych.

Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy m.in. tej kwestii. Mówi o niej prof. Ewa Thompson, która od lat zajmuje się analizowaniem realiów naszej części świata za pomocą narzędzi, których używano do opisania „typowych” obszarów kolonialnych. Wiele na podobny temat – słabości polskiego państwa i jego instytucji – ma do powiedzenia nasz inny rozmówca, dr hab. Artur Wołek. Obie te postaci kojarzymy raczej z prawicą niż z lewicą. Specyfiką Polski jest bowiem nie od dziś to, że krytykę zależnego charakteru państwa czy gospodarki formułują częściej środowiska etykietowane lub samookreślające się jako prawica. Że nie jest to sytuacja typowa świadczy przykład Ameryki Łacińskiej. Tam to właśnie lewica i środowiska prospołeczne podnoszą od lat sztandar suwerenności, niezależności, piętnowania uzależnienia od globalnych potęg itp. Właśnie takim postawom z odległego kontynentu poświęciliśmy w tym numerze dwa artykuły – jeden o nowej fali latynoamerykańskiego socjalizmu, drugi o tamtejszym zaangażowaniu Kościoła przeciwko niesprawiedliwości.

O specyfice polskiego „(niedo)rozwoju zależnego” mówi sporo innych tekstów z bieżącego wydania „Nowego Obywatela”. Możemy przeczytać analizy tego, jak publiczna instytucja jest z udziałem państwa rozmontowywana i osłabiana w starciu z prywatnym podmiotem, którego właściciele trzymają fortuny na Cyprze i Malcie. Tekst o kondycji prasy lokalnej pokazuje, że w opałach znajduje się to, co w krajach „cywilizowanych” stanowi o sile kontrolnej społeczeństwa. Artykuł o konsekwencjach umów śmieciowych, wyjątkowo rozpowszechnionych w Polsce, diagnozuje, jak słaba jest u nas pozycja pracowników najemnych, czyli większości społeczeństwa. Z kolei analiza stanu polskiej armii wskazuje na bardzo kruche podstawy bezpieczeństwa, szczególnie w kontekście sytuacji za wschodnią granicą i niepewności w kwestii postaw i interesów tzw. sojuszników.

Wśród pozostałych materiałów chciałbym zwrócić uwagę na kilka tekstów o sprawach mniej wymiernych, lecz odnoszących się do samych fundamentów człowieczeństwa. Dr hab. Rafał Łętocha pisze o „ekonomii daru”, czyli takim myśleniu o gospodarce i społeczeństwie, które ma niewiele wspólnego z antyspołecznym kapitalizmem. Ceniony reportażysta młodego pokolenia, Andrzej Muszyński, podkreśla znaczenie lokalnej tożsamości, świadomości regionalnej i związków z otoczeniem przyrodniczym dla prawdziwego i głębokiego rozwoju człowieka. Niżej podpisany z kolei recenzuje książkę wskazującą, jak ważne dla ludzi – stokroć ważniejsze niż modna i sloganowa „ekologia” – jest zachowanie związków z konkretną i lokalną przyrodą.

To oczywiście nie wszystkie materiały, jakie przygotowaliśmy dla Was w tym kwartale. Zapraszam do lektury.

Razem postawmy na godność

Razem postawmy na godność

O polskiej biedzie i wykluczeniu społecznym, o sposobach walki z nimi oraz o doświadczeniach Francji i Irlandii w tej sferze rozmawiamy z Pierrem Kleinem, działaczem ATD Czwarty Świat.

***

Jest Pan współpracownikiem ruchu ATD Czwarty Świat. Pracował Pan we Francji, wiele lat spędził w Polsce, a ostatnio przeprowadził się do Irlandii. Czym polska bieda różni się od biedy w innych krajach, z którymi miał Pan do czynienia?

Pierre Klein: Działając w różnych krajach nauczyłem się, że wiele jest elementów związanych z doświadczaniem ubóstwa, które są bardzo do siebie podobne, niezależnie od miejsca i kontekstu kulturowego. Jednym z takich, zawsze obecnych, elementów, bardzo istotnym – jest upokorzenie. Ciężko się żyje bez poczucia godności. Wywołuje to silny efekt wstydu, który nie pozwala na mówienie o swojej sytuacji wprost. Profesor Robert Walker opublikował w 2014 r. pracę pt. „The Shame of Poverty”. Pisze w niej, że wszędzie na świecie polityka społeczna dotycząca ubóstwa ma skłonność do zapominania o czynniku, jakim jest wstyd. Musimy poszukiwać i uczyć się, jak uwzględniać wpływ wstydu w programach polityki społecznej.

Jeśli natomiast chodzi o różnice między Polską a innymi państwami, to mam wrażenie, że w waszym kraju, m.in. ze względów historycznych, a przede wszystkim z powodu doświadczeń z czasów komunizmu, ludzie żyjący w ubóstwie szukają dla siebie rozwiązań i ratunku poza sferą państwa. Inicjatywa indywidualna ma tu dużo większą siłę niż we Francji czy Irlandii. Obywatele tych dwóch krajów od dawna oczekują odpowiedzi na problem ubóstwa przede wszystkim ze strony rządu. Mam wrażenie, że Polacy są – bo muszą być – bardziej waleczni niż Francuzi czy Irlandczycy, ponieważ żyją w kraju, w którym nie mogą w tak dużym stopniu liczyć na pomoc ze strony państwa.

Podam pewien przykład. W Irlandii, w której przebywam od półtora roku, zasiłki społeczne są wysokie w porównaniu do innych krajów UE. Nie znaczy to jednak, że ludzie żyjący na marginesie społeczeństwa mają się tu lepiej niż w Polsce. Mam wrażenie, że tutaj ludzie wykluczeni są bardziej bezsilni. Trochę się boję mówić o tym w taki sposób, bo obawiam się komentarzy w stylu: „Aha, czyli w kraju z wysokimi zasiłkami dla ubogich wcale nie żyje się lepiej? W takim razie nie musimy utrzymywać systemu zasiłków”. To nie tak. Jeśli zależy nam na zwalczaniu wykluczenia społecznego i dziedziczonego ubóstwa, to potrzebujemy szeroko zakrojonej polityki społecznej i skutecznego programu działania. Zresztą siła, którą widzę w Polakach, a której nie dostrzegam we Francuzach i Irlandczykach, ma też ciemne strony, jako że bierze się ona z niemal powszechnego braku zaufania do swojego państwa.

W Polsce zasiłki społeczne są bardzo mizerne. Najprawdopodobniej zaradność, o której Pan mówi, wynika także z tego, że ludzie po prostu muszą coś robić, aby zaspokoić najbardziej elementarne potrzeby.

P.K.: Zasadniczo się zgadzam, choć jest to bardzo złożony problem. Poczucie, że człowiek nie może zrobić nic, aby zmienić swoją sytuację, może wpływać na niego bardzo destrukcyjne. Musimy rozwijać wsparcie finansowe, ale w ten sposób, aby promować jednocześnie aktywną postawę odbiorców pomocy. Muszą oni czuć, że każdy wykonany przez nich krok jest wspierany. Muszą czuć, że nadal są w stanie kierować swoim życiem. Jeśli system nie wspiera inicjatywy ludzi, którzy chcą poprawić własną sytuację, to długofalowo może mieć to bardzo złe konsekwencje społeczne. Znam wiele przykładów, kiedy osoba wykluczona społecznie zaczyna prowadzić działalność mającą na celu zarobienie pieniędzy i bardzo szybko traci prawo do zasiłku. To bez sensu, bo oznacza, że zasiłek zaczyna być barierą, która uniemożliwia wykonanie kolejnego kroku. Musi być coś takiego jak zasiłek społeczny, który zapewni ludziom w trudnej sytuacji życiowej godne warunki, ale musi również istnieć realne wsparcie dla osób wykluczonych, które podejmą wysiłki, żeby wyjść poza zasiłkowe minimum.

Jakie wzorce z Francji i Irlandii warto przeszczepić do polskiej polityki społecznej?

P.K.: Odpowiedź nie jest prosta. Są pewne elementy, które zawsze dużo dają. Mówię np. o powszechnym, bezpłatnym dostępie do żłobków i przedszkoli. Dzieci z rodzin wykluczonych ekonomicznie i społecznie otrzymują dzięki temu ogromne wsparcie w rozwoju. Jednocześnie rodzice muszą czuć się partnerami tych instytucji. Równie ważne jest przeciwdziałanie gettoizacji biedy. To zdrowe, kiedy ludzie z różnych środowisk spotykają się razem w szkole czy na osiedlu. Należy tworzyć projekty wspólnot, w których odnajdywać będą się ludzie z różnych środowisk.

Czy ma Pan jeszcze jakieś propozycje, które moglibyśmy wprowadzić do polskiej polityki społecznej?

P.K.: Ruch ATD stara się wspierać partycypacyjne podejście do rozwoju polityki społecznej. Jestem przekonany, że niezależnie od poziomu rozwoju polityki społecznej i usług społecznych, ważne jest wspólne budowanie systemu wsparcia i pomocy. Beneficjentów należałoby traktować po partnersku. W Belgii istnieje tzw. polityka ochrony dzieci. Wiele dzieci, które trafiają do domu dziecka lub rodziny zastępczej, pochodzi z najbiedniejszych rodzin. Co zrobić, żeby system był dobry i skuteczny w kwestii wsparcia takich dzieci, a zarazem uwzględniał ich relacje z rodzicami? Stosowana jest długoterminowa współpraca pomiędzy pracownikami socjalnymi, przedstawicielami rządu i rodzinami, aby razem wypracować skuteczne metody działania. Jest to tylko przykład, ale duch partycypacyjnego działania powinien przesiąkać również inne sfery polityki społecznej.

Czy są w Polsce takie rozwiązania systemowe mające na celu zwalczanie ubóstwa, które w Pana ocenie działają dobrze?

P.K.: Ciekawie działa w Polsce ekonomia społeczna. W jej ramach udaje się budować system wsparcia, w ramach którego ludzie mogą być aktywni, mieć własny wkład i inicjatywę. Wiele projektów związanych z programem ekonomii społecznej, które miałem okazję poznać w Polsce, było ciekawych i godnych rozwijania. Mam nadzieję, że tak się stanie i że państwo będzie wspierało ekonomię społeczną. Dzięki prowadzeniu spółdzielni socjalnej ludzie wykluczeni ekonomicznie mogą uzmysłowić sobie własną wartość, dać coś od siebie społeczeństwu, przezwyciężyć poczucie zmarginalizowania i wyobcowania.

A jak ocenia Pan polskie organizacje pozarządowe zajmujące się wsparciem ubogich i wykluczonych?

P.K.: Odpowiedź utrudnia fakt, że organizacje pozarządowe różnią się od siebie i jest ich bardzo dużo. Dość powszechnym pozytywnym zjawiskiem, z jakim się zetknąłem, było ogromne zainteresowanie polskich społeczników tym, jak działa się zagranicą. Po stronie negatywów zapisałbym to, że w Polsce niewiele osób angażuje się w wolontariat. Często mówiłem, że jest u was duże zaangażowanie, ale polega ono głównie na tym, że ludzie wspierają swoich najbliższych. Na przykład dzieci poświęcają wiele czasu rodzicom i dziadkom, którzy w podeszłym wieku znajdują się często w kiepskiej sytuacji materialnej, a instytucjonalne wsparcie dla ich problemów jest słabe. Dodatkowym problemem jest profesjonalizacja organizacji pozarządowych, tzw. NGO-izacja. NGO-sy powinny skupić się również na angażowaniu obywateli w swoją działalność, a nie jedynie na pozyskiwaniu funduszy i sztywnym realizowaniu zleceń.

Motto grupy ATD brzmi: „Razem postawmy na godność”. Tymczasem w polskich mediach słyszymy przekaz w stylu thatcherowskim: „Jeśli ktoś jest biedny, to jest sam sobie winien”. Mam wrażenie, że także to może powstrzymywać ludzi przed działaniem na rzecz ubogich.

P.K.: Tak. Prawdopodobnie wszyscy mamy skłonność do popadania w złudne poczucie, że nasze życiowe osiągnięcia są owocem wyłącznie naszych własnych wysiłków, zdolności i zasług. To przekonanie domaga się jednak bardzo poważnego zakwestionowania nawet wówczas, gdy owe starania, zdolności i zasługi są rzeczywiste i warte docenienia. Łatwo zapominamy o tym, jak istotne jest w naszym życiu otoczenie, w którym żyjemy, czy inni ludzie, których spotykamy na swojej drodze. Terapeuci systemowi pracujący z najbiedniejszymi rodzinami zauważyli np. jak istotną – w pozytywnym lub negatywnym sensie – rolę może odegrać pracownik socjalny w życiu osób, z którymi się spotyka. Gdy się nad tym głębiej zastanowimy, to okaże się, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak istotny może stać się dla dziecka choćby jeden wybitny nauczyciel czy wychowawca, a z drugiej strony, jak silny jest zwykle wpływ grupy rówieśniczej. Dostrzeżenie nadzwyczajnego wpływu tego społecznego, międzyjednostkowego wymiaru na ludzkie losy, jest dla mnie tym najgłębszym sensem solidarności czy po prostu bycia razem. Musimy budować, podtrzymywać i chronić sieci wzajemnej pomocy, współpracy i upodmiotowienia – także dlatego, że to one wyciągają z nas to, co naprawdę najlepsze.

Dziękuję za rozmowę.

29 grudnia 2014 r. Rozmawiał Konrad Malec.

Życie i dzieło Edwarda Abramowskiego

Życie i dzieło Edwarda Abramowskiego

Maria Dąbrowska - Życie i dzieło Edwarda Abramowskiego

Wznowiona pierwszy raz od roku 1925 broszura Marii Dąbrowskiej o Edwardzie Abramowskim. Jest to hołd złożony przez słynną pisarkę jednemu z najbardziej inspirujących polskich myślicieli i zarazem jednemu z intelektualnych patronów Dąbrowskiej, którego poglądom była wierna przez całe życie. To tekst unikatowy, niemal nieznany i nieczytany od lat. W nowej edycji całość została opatrzona posłowiem wydawcy. Opisuje ono związki Dąbrowskiej i Abramowskiego, historię fascynacji autorki „Nocy i dni” poglądami Abramowskiego oraz podejmowane przez nią wielokrotne wysiłki na rzecz propagowania jego dorobku – od początków drugiej dekady XX wieku aż po koniec lat 50.

Broszurę w wersji papierowej można zdobyć kupując kwartalnik „Nowy Obywatel” nr 15 (66).

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

Po śmierci Józefa Oleksego jeden z portali przypomniał wywiad, jakiego polityk udzielił „Dziennikowi Trybuna” w 2013 r. W rozmowie z Agnieszką Wołk-Łaniewską, długoletnią współpracownicą Jerzego Urbana z tygodnika „NIE”, były premier barwnie opowiadał o swojej karierze politycznej jeszcze w poprzednim ustroju. Istotny wątek rozmowy dotyczył kwestii dość dla Polaków wstydliwej – awansu społecznego czasów PRL, którego dziedzicami są przecież dzisiejsze pokolenia. Życiorys Oleksego jest pod tym względem nieledwie wzorcowy – inteligentny i ambitny prowincjusz z niższych warstw społecznych zdobywa średnie wykształcenie (właściwie dzięki przykościelnej szkole), później trafia na studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Rok po marcu 1968 zapisuje się do partii, a już niespełna 10 lat później zasila wysokie kręgi władzy.

Dopełnieniem tej rozmowy jest inny wywiad, jakiego Oleksy udzielił Robertowi Mazurkowi w „Rzeczpospolitej”. Podsumowując swoją działalność w Polsce Ludowej polityk stwierdzał w nim: Właściwie żyłem porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużył, kogoś sponiewierał. Po lekturze tych wywiadów lepiej zrozumiałem, na czym polega fenomen zaangażowania Polaków w komunizm. I co, najprawdopodobniej, wciąż stanowi dziedzictwo „polakokomuny” w naszych realiach.

W czasach Polski Ludowej dokonała się duża transformacja społeczna, w znacznej mierze związana głębszymi procesami zachodzącymi w naszym kręgu cywilizacyjnym. Opierała się ona na migracji mas ludności ze wsi do miast, narzuceniu społeczeństwom wielkomiejskiej modernizacji, której podstawowym elementem był wzrost znaczenia przemysłu. Pod tym względem dynamika realnego socjalizmu niewiele różniła się od modelu rozwoju przyjętego w świecie kapitalistycznym. W obrębie obu systemów bodaj najistotniejszym elementem modernizacyjnej układanki była industrializacja i mniej lub bardziej udane próby upowszechnienia dobrobytu. Także po to, żeby pracownik najemny/robotnik, sprzedający „tanią siłę roboczą”, wegetujący na obrzeżach społeczeństwa, państwa i rynku, mógł stać się obywatelem, konsumentem, człowiekiem zdrowym… i przewidywalnym w swoich wyborach politycznych. W krajach Zachodu te warstwy społeczne, które według słów Marksa nie miały nic do stracenia oprócz kajdan, wykorzystały sprzyjające warunki rosnącej demokratyzacji życia publicznego, zorganizowały się i wywalczyły sobie prawa do większego udziału w wypracowywanym kapitale. Z czasem, po dekadach ciężkich walk o swoje, twardoręcy robotnicy i ich kasłające gruźliczą krwią żony przemienili się w drobnych ciułaczy, turystów zwiedzających świat i emerytów spędzających leniwie czas z wędką. A dzieci poszły do szkół, zamiast na drugą zmianę.

W świecie realnego socjalizmu to satelickie wobec Związku Radzieckiego monopartie były gwarantem tutejszej wersji „państwa dobrobytu”. Projekt okazał się mniej udany niż zachodni tak na poziomie gospodarczym, jak i obywatelskim. PRL-owski awans społeczny nierzadko okazywał się problematyczny. Albo trzeba było płacić za niego lojalnością wobec skorumpowanej monopartii, albo – co pokazuje historia regularnych robotniczych wystąpień – towarzyszyło mu ciągłe poczucie braku i krzywdy; poczucie awansu społecznego, ale ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku, sklepowymi kolejkami i zapisami na radio, telewizor, lodówkę i pralkę. Niby wszystko było – ale często na niby. Prowizorka i bubel – te słowa dobrze zapamiętałem z interwencyjnego programu konsumenckiego z telewizji czasów PRL. Dorzucić można by było jeszcze „lojalkę” – i mielibyśmy realny socjalizm w pigułce. Najkrótsza z możliwych historii Polski Ludowej: nad pomyślnym trwaniem niepomyślnego systemu czuwali chłopscy synowie z awansu społecznego, pilnujący innych chłopskich synów, którzy z bezrolnych i małorolnych przemienili się w wielkoprzemysłowy proletariat.

Aktorów na tej scenie da się wymieniać po nazwiskach: po jednej stronie Anna Walentynowicz, robotnica z PRL-owskiego awansu społecznego, kobieta nieustępliwa i zajadła, która użerała się z władzą o nieświeże jajka w przyzakładowej stołówce. Po drugiej stronie – Józef Oleksy, rzemieślnicze dziecko spod Nowego Sącza. Był on, jak sam mówił, dobrym człowiekiem. Cenił też, co arcyludzkie, święty spokój i miłe luksusy. To, że ktoś kogoś bezkarnie bił w imię socjalizmu i władzy ludu, że z folwarków i robotniczych osiedli wyzierała nędza – to szczegóły z wielu przyczyn dziś nieinteresujące, tak jak mało interesująca dla beneficjentów aktualnego systemu są dzisiejsze bieda i wyzysk. Jowialni, mili (starsi) panowie o delikatnych palcach i podniebieniach smakoszy, chętnie zapominają o takich szczegółach – niezależnie od ustroju.

Tu ktoś zawoła oburzony: a dlaczego autor nic nie mówi o żydokomunie?! Dlaczego nic nie ma o sowieckim imperium, nadzorującym kolonialne projekty określane mianem „ludowych demokracji”. Problem z tym wątkiem polega na tym, że bardzo często stanowi świetny pretekst do tego, by w ogóle nie mówić o polakokomunie, czy też – patrząc szerzej i głębiej – o pańszczyźnianym dziedzictwie, zachowanym w obyczajach i strukturach społeczno-gospodarczych. A przecież pańszczyzna, komuna i kapitalizm po polsku stanowią różne historyczne wariacje na ten sam temat – wewnętrznej i zewnętrznej kolonizacji. Józef Oleksy to nie tylko twarz, to nie tylko imię i nazwisko. To maska, którą da się nałożyć na wiele, bardzo wiele postaci w naszych dziejach – od zarządców folwarków, do polityków III Rzeczpospolitej, przez kastę rodzimych menadżerów, ekspertów i publicystów, zarządzających gospodarką, instytucjami i wyobraźnią społeczną Polaków. Oni wszyscy niczemu nie są winni. Potrafią być mili dla sprzątaczek i kelnerów. Oni tu tylko nadzorują i zarządzają, zgodnie z wytycznymi określonej epoki. A przy okazji – dobrze z tego żyją, pilnując, żeby polaczki-biedaczki znały swoje miejsce w tak a nie inaczej urządzonej rzeczywistości.

Ta kolonizacja ma także swoją drugą stronę. Jeśli wnikliwiej przyjrzeć się polskiej historii, to jest to lekcja ubezwłasnowolnienia szerokich mas. Powtórzę oczywistość nie dość wciąż oczywistą: polskie społeczeństwo jest społeczeństwem pochłopskim. I społeczeństwo to praktycznie nigdy w dziejach nie było na dłużej (i na serio) podmiotem własnego życia społeczno-gospodarczego. Nie ma niemal żadnych doświadczeń z budowaniem instytucji własnego, suwerennego państwa. Nie odziedziczyło ich jako trwałego nawyku, trwałej zdolności wypracowanej przez następujące po sobie pokolenia. Może dlatego zawsze czuje się wobec państwa obco – nawet gdy zasila jego administrację, instytucje publiczne, struktury centralne. Wie, że państwo można oszukać z korzyścią dla siebie, swojej rodziny i znajomych, ale często nie wie, jak je budować. Zaś władze państwa i wyższa kasta urzędnicza, także w zasadniczej mierze pochodzące z awansu społecznego, łatwo wchodziły w buty „nadzorców folwarku”. Pomocą w tym względzie służyły i służą mechanizmy kooptacji, czyli dostosowania do reguł gry wyznaczanych przez mniej lub bardziej brudny kapitał społeczny. W skrócie: dołączenie do elity niemal zawsze wiązało się z przyjęciem logiki zarządców folwarku, ze wspólnictwem w korupcji, naginaniu prawa, przymykaniu oczu na złodziejstwo, uznaniu, że wszystko jest trochę na niby, poza własną kiesą. Posłuchajcie kuluarowych rozmów nadzorców zasobu ludzkiego – często właśnie to w nich usłyszycie.

Oto polska tragedia: konieczność wmyślenia się i wżycia w logikę panów obcych i swoich, właścicieli wielkich majątków i latyfundiów, przez tych, którzy mają ambicje, potencjał i zdolności. Z ciasnych izb, z baraków robotniczych, z (naj)gorszych dzielnic wielkich miast, z zabitych dechami wioszczyn niektórzy szli, idą i będą dalej „iść w pany”. Za jaką cenę? Przyjęcia cudzych reguł gry dotyczących tych grup społecznych, z których „się wyszło”. Niewiele się tutaj różni prowincjusz Oleksy, „gubernator Polski wschodniej”, polujący z flintą w przygranicznych lasach, od dzisiejszych „nowopolaków”, którzy odpoczywają w termach w Białce Tatrzańskiej i wydają tam dziennie kwoty, jakie większości polskich rodzin muszą wystarczyć na miesięczne utrzymanie.

Być może Oleksy był bardziej od nich sentymentalny, być może częściej śnił mu się w nocy obraz Najświętszej Panienki i umęczona ojczyzna jak postaw sukna na wszystkie strony rozdzierana. Ale na dobrą sprawę oni wszyscy realizują systemowe wytyczne swoich czasów. Dawno temu mówili językiem ludzi z dworków, później językiem sanacyjnych pułkowników, po wojnie mową okołosowieckiego marksizmu. Dziś mówią językiem wypracowanym na potrzeby wielkich instytucji finansowych. A zawsze wypowiadają swoje kwestie z wielkim przekonaniem – nawet gdy uronią przy tym łzę lub skrzywią usta w życzliwym grymasie współczucia. I zawsze są pewni, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie da się z polakoludem, z polakobiedą, polakonajemnikami. Choć sami są polakoludem i polakonajemnikami. Od reszty społeczeństwa różni ich to tylko, że za swoje podwykonawstwo – biznesowe, medialne, polityczne czy ideologiczne – więcej dostają. W ich polakobigosie o smaku sushi więcej jest tłustych kąsków, gdy reszta musi napchać brzuch kapustą. Jest kwestią kulturowej otoczki, czy jedzą to danie z (cudzych) sreber rodowych, na porcelanie kupionej w komisie czy z drogich designerskich talerzy. Jest zwykle kwestią nadbudowy, czy przed posiłkiem robią znak krzyża, czy wyznają inne wiary i światopoglądy.

Tu uwaga konieczna dla zniuansowania obrazu: kolejne wcielenia poddaństwa nie zawsze podlegają logice zerojedynkowej. Relacje władzy i dominacji przebiegają w poprzek przez różne szczeble hierarchii władzy, pieniądza, zarządzania ideami. Dlatego dobry Polak pracujący w PRL jako kierownik sklepu meblowego, szefowa lokalnego Pewexu czy kaowiec na rejsie po nadbałtyckich ośrodkach wczasowych „tylko się dopasowywali”. Komunie wierzyli mniej lub bardziej, ale zawsze dbali o swoje. Byli w partii albo nie byli, ale podstawiali miseczkę, gdy skapywało. Byli w „Solidarności” albo nie byli, ale i tam podstawiali miseczkę. Jak to śpiewał Kelus? Wierzący co wierzą, że muszą być w Partii / bo żona bo dziecko bo raty bo maluch / partyjni co chyłkiem przyjmują komunię / bo bony na cukier bo bony do raju. Byli zdeprawowani? Nie wątpię, choć ich demoralizacja miała inny kontekst, niż demoralizacja wysokiej rangi polakoczynowników.

Co najistotniejsze: z pokolenia na pokolenie uczono ich, że z głębin biedy i polakopańszczyzny można wydobyć się tylko chłopskim sprytem i zaradnością, nadstawianiem miseczki albo pleców. Niewiele mieli innych wzorców, a ich dzieci i wnuki też nie mają ich zbyt wiele. Dzisiejszy system opiera się o bardzo podobne mechanizmy, choć na całe szczęście jest mniej szczelny – w takim chociażby sensie, że nie operuje już hasłami „powszechnej jednomyślności”. Obojętnych i niechętnych pozostawia na ogół samym sobie – jeśli ktoś nie chce uczestniczyć w jego rytuałach i obchodach na cześć, to może się wycofać i nie musi w tym celu emigrować w Bieszczady ani na Mazury. Może wyjechać za chlebem albo znaleźć sobie w ramach polskiego systemu jakąś niszę. Przy łucie szczęścia nawet ta nisza może okazać się złotą klatką – choćby dla koncesjonowanych radykałów.

Na pogrzebie Józefa Oleksego dwóch prezydentów ogłosiło, a biskup ich słowa potwierdził święconą wodą, że zmarły był wybitnym politykiem i prawdziwym patriotą. Wszystko się zgadza i pięknie wpasowuje w wielowiekową tradycję polakopańszczyzny. Tutaj surmy złote grają tym, co zwykle. Tak już być musi. Na wieki wieków amen i o jeden folwarczny dzień dłużej.

Sektor biedy publicznej

Sektor biedy publicznej

Narodowy Fundusz Zdrowia jest w Polsce jednym z kilku etatowych chłopców do bicia. Wspólnie z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych stanowią wyjątkowo wygodną parę dla amatorów walenia w sektor publiczny. Wszak nie trzeba specjalnie się wysilać, żeby od ręki znaleźć kilka faktów drażniących przeciętnego obywatela, a związanych z funkcjonowaniem tych instytucji. Naparzać w ZUS jest chyba nawet łatwiej – w końcu prawie każdemu coś tam „zabiera” (nomenklatura jego krytyków celowo użyta), uszczuplając nasze, często dość skromne, budżety domowe. Ale NFZ i służba zdrowia są równie wdzięcznymi obiektami rytualnych żalów lub też kpin – tak w debacie publicznej, jak i w towarzystwie. Tematów do narzekań nie brakuje i wiele osób aż się garnie, by skwitować je dosadnym komentarzem: wielomiesięczne lub nawet czasem kilkuletnie okresy oczekiwania na zabieg czy operację; karetki, które nie przyjechały lub przyjechały za późno; zakończone ludzkim dramatem błędy lekarskie itd.

Wszystko to wzbudza uzasadnione głosy oburzenia na poziom służby zdrowia. Często prowadzi jednak do mniej uzasadnionych wniosków, według których polski system opieki medycznej jest wyjątkowo nieudolny, a w związku z tym o zdrowie musimy zadbać sami. Słowem, pojawia się śpiewka znana z dyskusji o emeryturach – jeśli sobie nie odłożymy, to na starość będziemy goli i weseli, bo na państwowe zabezpieczenie nawet nie ma co liczyć. Stąd już tylko krok do przyjęcia, wydawałoby się, jedynie racjonalnej postawy: „Przecież nie będę się składał na coś, co nie działa, co de facto nie istnieje!”.

Taki sposób myślenia pomija dwa istotne fakty. Po pierwsze, bulwersujące przykłady będą nam towarzyszyć nawet wtedy, gdy uda się w końcu stworzyć system opieki zdrowotnej z prawdziwego zdarzenia. Z natury rzeczy jest to bowiem branża, w której każdy błąd może być na wagę życia. Po drugie, co ważniejsze, kiepski stan polskiej służby zdrowia niekoniecznie musi wynikać z patologii zarządzania, błędów czy słabości „czynnika ludzkiego”. Wystarczy fakt, że jest ona biedna jak mysz kościelna. A postawa sporej części społeczeństwa, niechętnej składaniu się na usługi publiczne, tylko pogłębia ten problem.

Wszystkie dane porównujące ilość środków w systemach zdrowotnych różnych krajów pokazują, że Polska odstaje pod tym względem wyraźnie na minus. Tak bardzo, że w zasadzie powinniśmy się dziwić, iż cokolwiek u nas w tym obszarze jeszcze działa – a takich pozytywnych przykładów znalazłoby się, wbrew pozorom, całkiem sporo. Biorąc pod uwagę ilość publicznych środków przekazywanych na ochronę zdrowia, Polska odstaje nawet od krajów, w których służba zdrowia generalnie jest… prywatna. Oczywiście mowa o danych uwzględniających poziom rozwoju gospodarczego, a więc stosunek publicznych wydatków na służbę zdrowia do PKB danego kraju. W Polsce wskaźnik ten wynosi 4,8 proc. i jest jednym z najniższych wśród państw OECD. Za nami są tylko Estonia (4,7 proc.), Meksyk czy bastion wolnego rynku i prywatyzacji wszystkiego, jakim jest Chile (3,5 proc.). Reszta cywilizowanego świata przeznacza na służbę zdrowia znacząco wyższe środki z państwowej kasy. Nawet w Czechach i na Słowacji są one wyraźnie większe (odpowiednio 6,3 i 5,6 proc.), nie mówiąc już o krajach, których służba zdrowia cieszy się zasłużoną renomą, takich jak Szwecja (7,7 proc.) czy Niemcy, w których wydatki są, uwzględniając proporcje rozwoju, niemal dwa razy większe niż w Polsce i wynoszą 8,7 proc. PKB. Zresztą nawet w USA, gdzie funkcjonuje prywatna służba zdrowia, a państwo zapewnia ubezpieczenie jedynie wąskim, najbardziej potrzebującym grupom społecznym, środki publiczne przeznaczane na ochronę zdrowia są prawie dwa razy większe w stosunku do PKB niż w Polsce i wynoszą 8,5 proc. Podobnie jest w Szwajcarii, w której niedawno społeczeństwo odrzuciło w referendum wprowadzenie powszechnych publicznych ubezpieczeń zdrowotnych – również tam publiczne środki przeznaczane na ochronę zdrowia są dużo wyższe niż w Polsce i wynoszą 7,1 proc. PKB, choć generalnie system opieki zdrowotnej jest tam prywatny. Polska pod tym względem wyraźnie odstaje też od przeciętnych poziomów tego wskaźnika – dla państw OECD wynosi on 6,7 proc., a dla krajów Unii Europejskiej 6,4 proc.

Sytuacja wygląda już całkiem dramatycznie, gdy przyjrzymy się bezwzględnym kwotom przypadającym na jednego pacjenta. Według zestawienia Bloomberga, który przeanalizował systemy opieki medycznej 51 krajów z całego świata (badając wydatki publiczne i prywatne), na jednego polskiego pacjenta przeznacza się 854 dolary rocznie. W Europie za nami są tylko Bułgaria i Rumunia, za to zaraz przed nami jest… Rosja (887 dolarów). Aż wstyd podawać dane dotyczące kolejnych państw, bo to już są zupełnie inne światy – na Słowacji na głowę przypada 1326 dolarów, a w Czechach 1432 dolarów. W Niemczech przeznaczane jest 5,5 razy więcej środków niż w Polsce, bo dokładnie 4683 dolarów, nie mówiąc już o Szwecji (5319 dolarów), Szwajcarii (8980 dolarów) czy wreszcie USA (8895 dolarów). Oczywiście, że opieka zdrowotna to nie tylko pieniądze, ale przy tak olbrzymich rozbieżnościach w nakładach trudno oczekiwać, że akurat w naszym kraju uda się odkryć kamień filozoficzny, dzięki któremu stworzymy sprawny i zarazem bardzo tani system opieki zdrowotnej.

Zaraz, zaraz – mógłby ktoś powiedzieć – przecież fakt, że pieniędzy w systemie jest mało, nie musi kłócić się z tym, że nawet ten niewielki zasób jest wykorzystywany nieefektywnie. A w takiej sytuacji nie ma sensu „dorzucać do pieca”, bo to będzie oznaczać jedynie zmarnowanie jeszcze większych środków. Według tej logiki, powinniśmy się więc wręcz cieszyć z tego, że pieniędzy w systemie jest relatywnie mało, bo siłą rzeczy oznacza to mniejsze marnotrawstwo. Najpierw przebudujmy system, a dopiero potem podejmujmy decyzje o ewentualnym zwiększeniu poziomu finansowania. Takie myślenie wydaje się całkiem rozsądne. Problem tkwi jednak w tym, że teza o wyjątkowo nieefektywnym wykorzystywaniu naszych skromnych środków także okazuje się nieprawdziwa.

Aby się o tym przekonać, znów musimy zerknąć do zestawienia Bloomberga. Jako chyba jedyne odnosi ono do skuteczność systemów opieki zdrowotnej (obliczoną na podstawie podstawowych danych dotyczących stanu zdrowia obywateli, tj. długości życia, śmiertelności niemowląt etc.) do poziomu finansowania, dzięki czemu zdaje sprawę z efektywności wydatkowania pieniędzy. I okazuje się, że Polska wypada w nim przyzwoicie – na 51 krajów zajmujemy 22 lokatę z wynikiem (efficiency score) 52,4. Niewiele przed nami, na 21 miejscu, jest Kanada (52,9), a za nami są… Niemcy (51,6). Trudno uznać system, który pod względem efektywności lokuje się między Kanadą a Niemcami za szczególnie nieudolny. Tym bardziej, że daleko za nami lokuje się wiele innych krajów Europy – Słowacja ma 31 miejsce, Dania 34, Austria 35, Holandia 40, Belgia 41 – oraz znajdujące się na szarym końcu USA, których prywatny system opieki zdrowotnej jest uznawany za jeden z najmniej wydajnych na świecie, szczególnie na tle olbrzymich środków, które są weń co roku pompowane (publiczne i prywatne finansowanie łącznie mają gigantyczną wartość ponad 17,5 proc. PKB).

Inną ciekawą obserwację na temat efektywności naszego systemu ochrony zdrowia mogliśmy przeczytać w niedawnym felietonie Jana Wróbla w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Otóż według standardów szwajcarskich prywatnych ubezpieczycieli medycznych, za efektywne uważane są te instytucje, których koszty administracyjne wynoszą poniżej 4 proc. ogólnej sumy wydatków. Wydatki NFZ wynoszą w sumie ok. 70 mld zł, natomiast koszty administracyjne ok. 700 mln zł, czyli zaledwie ok. 1 proc. A więc pod względem kosztów administracyjnych ten podobno marnotrawny NFZ zmieściłby się bez najmniejszego problemu w wyśrubowanych szwajcarskich standardach.

Rytualne walenie w NFZ (podobnie jak ataki na ZUS) jest nie tylko niezbyt sprawiedliwe. Tezy o rozpasanym NFZ i nieudolnej służbie zdrowia są kolejną z odsłon sączącego się od 1989 r. do opinii publicznej przekazu o nieefektywnym sektorze publicznym. Przekazu, który ma za zadanie zniechęcić Polaków do wspólnej własności i publicznego zarządzania oraz przekonać do prymitywnej teorii, jakoby prywatne zawsze było lepsze i skuteczniejsze. Efekty tego przekazu są wyraźne – spora część Polaków kombinuje, jak uniknąć płacenia składek, gdyż „emerytury i tak nie dostaną”, a „kontuzjowanej nodze” NFZ będzie miał do zaproponowania co najwyżej amputację. Omijanie opodatkowania i płacenia składek za pracowników stało się najpopularniejszym modelem biznesowym nad Wisłą, a w optymalizacji podatkowej – polegającej choćby na wyprowadzaniu podatków na Cypr – znaczna część społeczeństwa nie widzi nic zdrożnego, bo przecież jest to legalne, a państwo „i tak by te środki zmarnowało”. Tzw. freelancerzy kombinują, jak by tu podpisać umowę o dzieło, a nie zlecenie, nawet jeśli ich praca nie ma nic wspólnego z dziełem – byle tylko nie zapłacić ani złotówki składki. Wysoko wynagradzani specjaliści bez mrugnięcia okiem przechodzą na samozatrudnienie – choć charakter ich pracy w niczym nie przypomina działalności gospodarczej – byle tylko płacić stałą i niską (ok. 1000 zł) składkę dla przedsiębiorców.

Danymi potwierdzającymi tę smutną rzeczywistość masowego wypinania się na wspólnotę można sypać jak z rękawa. Pod względem samozatrudnienia Polska znajduje się na trzecim miejscu w UE – w tej formie zatrudnione jest aż 22,4 proc. siły roboczej. Niebezpiecznie przypominamy tym Grecję, w której to właśnie masowa skłonność do kombinowania (czy też „zaradność”, jak chcą zwolennicy takiej postawy), a nie zbyt wysokie wydatki publiczne, jak chcieliby nam wmówić niektórzy, była główną przyczyną kryzysu. Właśnie dzięki masowemu przyjmowaniu takich „zaradnych” postaw mają w Polsce miejsce tak cudowne zdarzenia, jak jednoczesny wzrost płac, spadek bezrobocia i… spadek wpływów do ZUS-u z tytułu składek, co miało miejsce w pierwszym półroczu 2014 r. Łączne płace w tym okresie wzrosły, a więc analogicznie powinny wzrosnąć składki – te jednak spadły (po raz pierwszy od roku 2008) i były o ok. 3 mld zł niższe niż podpowiadałyby dane makroekonomiczne. Można sobie tylko wyobrazić, ile operacji lub zabiegów medycznych można byłoby przeprowadzić za 3 mld zł i ile kolejek w służbie zdrowia skrócić.

Tych 3 miliardów służba zdrowia nie zobaczyła. Jak co roku w styczniu Polacy pospieszyli za to wrzucać datki do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niestety nie zauważając, że jednym ze źródeł potrzeby organizowania takich akcji, jest wszechobecna w Polsce kultura kombinowania. A wśród tych wielu kierujących się odruchem serca Polaków, do puszek ruszyły też oczywiście rzesze mniejszych lub większych cwaniaczków i kombinatorów. Z troską pochylili się oni nad marnością polskiej publicznej opieki medycznej, zupełnie nie zauważając, że to właśnie m.in. ich działania doprowadziły do takiego deficytu środków. Najwyraźniej nie pojmując tego, że te kilka stów wrzuconych na WOŚP nie pokryje tych kilku tysięcy „zachomikowanych” składek. Ani nie jest dla tych drobnych kombinacji żadnym usprawiedliwieniem. Najlepszym i chyba największym przykładem takiego rozdwojenia jaźni jest sponsor tegorocznego WOŚP, czyli P4 Sp. z o.o., właściciel operatora sieci komórkowej Play. Przez dwa lata (aż do grudnia 2014 r.) spółka ta miała na Cyprze spółkę-córkę, której głównym aktywem były znaki towarowe sieci Play, z których spółka-córka czerpała dochód nisko oprocentowany (dzięki systemowi podatkowemu panującemu na „wyspie Afrodyty”), obniżając tym samym przychód spółek krajowych korzystających z tych znaków. Modelowy przykład wyprowadzania podatków z kraju, oczywiście w pełnej zgodzie z prawem. Jasne że hipokryzja wielkich korporacji jest doskonale znana. Problem w tym, że duża część polskiego społeczeństwa zupełnie nie dostrzega braku spójności w podatkowej optymalizacji i filantropii.

Snujący się od 1989 r. liberalny przekaz stara się tworzyć u Polaków przeświadczenie, że oddolne działanie – choćby z tego powodu, że odbywa się z pominięciem państwa – zawsze będzie lepsze i skuteczniejsze. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że nie musi tak być. W 2013 r. suma ogólnych wydatków WOŚP wyniosła ok. 71 mln zł, natomiast jej koszty administracyjno-osobowe wyniosły 4,6 mln, a więc 6,5 proc. wydatków. Czyli jakieś 6,5 razy więcej niż w przypadku analogicznych kosztów NFZ. I to pomimo tego, że WOŚP w większości oparty jest o pracę wolontariuszy, tymczasem NFZ zatrudnia wynagradzanych pracowników.

To, czego polska służba zdrowia potrzebuje w pierwszej kolejności, oczywiście poza większą ilością środków, to zbudowanie w końcu w społeczeństwie przeświadczenia, że przyszłości nie da się zbudować na spontanicznych akcjach, lecz jedynie na porządnie działających i szczodrze finansowanych instytucjach publicznych. Niezbędne jest także dostrzeżenie bohaterów dnia codziennego nie tylko wśród małolatów ganiających z puszkami, ale też pielęgniarek i innych marnie wynagradzanych pracowników niedofinansowanego sektora publicznego, codziennie użerających się z materią, z którą przeróżni uczestnicy akcji charytatywnych mają do czynienia głównie od święta. I wreszcie konieczne jest przeświadczenie, że płacone składki to nie są stracone pieniądze, lecz wspólna zrzutka na budowę naszego dobrobytu. Zrzutka trochę taka jak WOŚP, ale dużo większa i nieporównanie ważniejsza.

Na tropach zaginionej pamięci

Na tropach zaginionej pamięci

– z Michałem Tyrpą rozmawia Krzysztof Wołodźko

Jaka jest geneza inicjatywy na rzecz przywrócenia pamięci o Witoldzie Pileckim?

Michał Tyrpa: Hasło zainaugurowanej w 2008 r. akcji brzmi „Przypomnijmy o Rotmistrzu” (w wersji angielskiej „Let’s Reminisce About Witold Pilecki”) i taka, a nie inna forma czasownika „przypominać” została wybrana nieprzypadkowo. Podkreśla, że istnieje jakieś „my”. Wspólnota, której członków powinno łączyć konsekwentne przypominanie zepchniętej w niepamięć postaci Bohatera. Przypominanie przez tych, którzy identyfikują się ze wspólnotą, dla której rtm. Pilecki poniósł najwyższą ofiarę, ale także tym wszystkim, którzy do owego „my” nie należą – wypływa z dwóch źródeł. Z jednej strony jest to przekonanie, iż w sensie moralnym i metafizycznym jesteśmy dłużnikami bohaterów. Z drugiej – zawstydzająca konstatacja, że dziś, 20 lat po upadku PRL, nazwisko Rotmistrza wciąż jest niemal powszechnie nieznane. Niejednokrotnie miałem okazję przekonać się, że Witold Pilecki nie kojarzy się z niczym wziętemu lekarzowi, pułkownikowi Wojska Polskiego, adwokatom, nauczycielom, studentom, licealistom… A przecież dokonania twórcy konspiracji w KL Auschwitz powinny być w Polsce znane co najmniej tak dobrze, jak data bitwy pod Grunwaldem! Tym bardziej, że losy rtm. Pileckiego stanowią apogeum i podsumowanie losów wielu osób z jego pokolenia.

Jakie były pierwsze kroki podjęte w ramach kampanii? Z jakiego rodzaju narzędzi ona korzysta?

M. T.: Sam pomysł zrodził się pod koniec 2007 r. Akcja społeczna „Przypomnijmy o Rotmistrzu” ostateczny pod względem koncepcyjnym kształt uzyskała w styczniu 2008 r. Zasadnicze cele, o których realizację walczymy to upowszechnienie tzw. Raportu Witolda z 1945 r. (od 25 maja 2008 r. promujemy w Internecie także angielski przekład tego dokumentu), lobbing na rzecz superprodukcji filmowej, opowiadającej losy „ochotnika do Auschwitz” (od listopada 2007 r. staramy się pozyskać do tego Mela Gibsona), oraz ustanowienie rocznicy zamordowania Rotmistrza – 25 maja – europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Ta ostatnia sprawa w lutym 2010 r., po zeszłorocznym skandalu z głosowaniem, wróciła na forum Parlamentu Europejskiego.

Najważniejszym narzędziem, z którego korzystamy, jest Internet: opiniotwórcze fora dyskusyjne, popularne serwisy społecznościowe, komunikatory itd. O postępach w sprawie, o którą walczymy, informuję także dziennikarzy, którym jednak – co trzeba podkreślić – brakuje czasu lub ochoty na zainteresowanie naszym projektem. Jednak niektóre z wydarzeń związanych z akcją zostały odnotowane przez media głównego nurtu: agencje prasowe, telewizje, gazety. O tym, że nasze „przypominanie o Rotmistrzu” odbywa się nie tylko w sferze wirtualnej, można przekonać się na podstawie dokumentacji dostępnej w materiałach publikowanych od dwóch lat pod adresem www.michaltyrpa.blogspot.com.

Jakie sukcesy w przywracaniu pamięci o Rotmistrzu udało się osiągnąć?

M. T.: Za największy uważam ujawnienie się ogromnego potencjału dobrej woli ze strony tzw. zwykłych ludzi. Osób, które na co dzień nie zajmują się historią, eschatologią, polityką, wielkimi ideami, i które pomimo miałkości i cynizmu polityczno-medialnych celebrytów nie zatraciły owej staropolskiej intuicji, iż zawsze możliwa jest rozumna troska o dobro wspólne. Że każdy, a nie tylko „zawodowi” politycy, może mieć w niej udział. I że horyzontem zamierzeń i działań nie musi być mamona…

W naszą akcję włączyło się kilkaset osób z kilku kontynentów. Siedmiu byłych więźniów Auschwitz oraz 750 internautów podpisało apel do europosłów w sprawie europejskiego święta 25 maja (zob. www.petycje.pl/4376). Moralnego poparcia udzieliło nam kilkadziesiąt podmiotów instytucjonalnych z kraju i zagranicy. Osiągnięciem akcji jest dotarcie z postacią Rotmistrza aż do Parlamentu Europejskiego. Satysfakcję daje życzliwe zainteresowanie, z jakim nasza inicjatywa spotkała się m.in. ze strony Prezydenta Republiki Czeskiej, Przewodniczącego Rady Europejskiej, premierów Szwecji i Hiszpanii, przedstawicieli Komisji Europejskiej, poprzedniego i obecnego Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a także Prymasa Polski, stowarzyszeń i samorządów.

Za sukces można uznać opublikowanie w Internecie, dokładnie w 60. rocznicę śmierci Rotmistrza, angielskiego przekładu „Raportu Witolda” (zob. www.witoldsreport.blogspot.com). Wielokrotnie mogłem przekonać się, jak ogromne wrażenie robi ów dokument na internautach z całego świata, szczególnie tych bez polskich korzeni. Do osiągnięć akcji należy także zaliczyć pozytywne odpowiedzi władz lokalnych na nasze wnioski o nadanie imienia Witolda Pileckiego skwerowi w Katowicach i ulicom w Poznaniu, Zakopanem, Zamościu, Rzeszowie, Łodzi, Olsztynie, Wadowicach i innych miejscowościach. Jednak z drugiej strony mam poczucie, że wciąż jesteśmy na początku drogi.

Na jakie problemy napotkała kampania?

M. T.: Największym rozczarowaniem okazała się niechętna naszemu przedsięwzięciu postawa naczelnych władz Rzeczypospolitej oraz ważnych instytucji odpowiedzialnych za dziedzictwo i narodową pamięć. Muszę przyznać, że z tej strony liczyłem na coś więcej, niż całkowity brak zainteresowania wobec oddolnej inicjatywy obywatelskiej. Tym bardziej, że informacje i zaproszenia wielokrotnie kierowałem pod adresem prezydenta, premiera, marszałków parlamentu. Jak się okazało, prędzej można doczekać się odpowiedzi na e-maile wysłane do nie-polskich wysokich urzędników unijnych oraz głów i szefów rządów obcych państw, niż na priorytetowe listy polecone kierowane do naszych oficjeli! Natomiast szczególnie przykre jest to, że akcja „Przypomnijmy o Rotmistrzu” nie mogła liczyć na współpracę z Muzeum Powstania Warszawskiego, Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Instytutem Pamięci Narodowej. Ze strony ostatniej z wymienionych instytucji spotkaliśmy się wręcz ze zwalczaniem… Okazało się, że akurat od tych urzędników, którzy w podobnej sprawie powinni być największymi sojusznikami, inicjatywy obywatelskie mogą spodziewać się w najlepszym wypadku protekcjonalnego lekceważenia.

Proszę skomentować relacje z elitami kulturalnymi i politycznymi, ludźmi kształtującymi opinię publiczną. Jak Pan ocenia ich reakcje, bilans dotychczasowego wsparcia dla akcji?

M. T.: Z perspektywy ponad dwuletnich doświadczeń można pokusić się o stwierdzenie, iż współczesna Polska jest krajem, którego ustrój to – wbrew konstytucji i zaklęciom gazetowo-telewizyjnych mędrców – nie tyle demokratyczne państwo prawne, co „postkomunistyczny feudalizm”. Jest to ustrój, który harmonijnie łączy najgorsze cechy „komuny” i feudalizmu. Charakteryzuje go niespotykane w dojrzałych demokracjach zadufanie rozmaitych panów na urzędach, szczera pogarda dla zwykłego człowieka, traktowanego li tylko jako wyborcze mięso armatnie, cynizm i dewaluacja języka sfery publicznej oraz partyjniackie zacietrzewienie. Doświadczenia naszej akcji wiele mówią o rzeczywistym stanie relacji władza-obywatel. Chodzi przy tym o elity polityczno-urzędniczo-medialne. Za charakterystyczną ilustrację można w tym kontekście uznać np. nasze zabiegi o współpracę z IPN, Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau i Muzeum Powstania Warszawskiego. A także przemilczenie przez media takich wydarzeń, jak apel byłych więźniów Auschwitz w sprawie europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem, albo list byłych więźniów obozu, Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich, Fundacji Paradis Judaeorum i europosłów do „La Repubblica” z żądaniem zadośćuczynienia za określenie „polski obóz” w Auschwitz. Bilans wsparcia dla akcji ze strony tych, którzy mogą więcej niż zwykli obywatele, nie wypada zbyt pięknie.

A odzew społeczny?

M. T.: Krzepiące jest to, że akcję „Przypomnijmy o Rotmistrzu” poparło wiele osób i środowisk. Warto w tym miejscu podkreślić, że nasza inicjatywa w stu procentach opiera się na wolontariacie. To naprawdę wspaniałe, że bez politycznej „koncesji”, ogromnych środków i medialnego wsparcia, w realizację tego celu włączyło się tak wielu ludzi dobrej woli. Są to osoby o różnych biografiach, z różnych pokoleń, a nawet z różnych kontynentów. Nie zamierzam oczywiście przeceniać skali oddziaływania naszej akcji. Ale kiedy od Amerykanki z Kalifornii, głęboko poruszonej lekturą „Raportu Witolda”, dowiaduję się, że Polska historia jest niezwykle ciekawa; kiedy nieznani mi osobiście ludzie piszą, że nie tylko sami przeczytali ten dokument, ale zachęcili do tego kilku znajomych, a ci kolejne osoby; kiedy listy z poparciem otrzymuję od studentów, licealistów, kombatantów, nauczycieli, kuratorów oświaty, samorządowców, przedstawicieli władz lokalnych – przekonuję się, że zapotrzebowanie na autentyczną kulturę i żywą pamięć narodową wciąż istnieje. Że mimo wysiłków polityków i mediów nie do końca jeszcze udało się zdławić czy upartyjnić to, co nazywamy społeczeństwem obywatelskim.

Jest Pan również prezesem fundacji Paradis Judaeorum. Dlaczego uważa Pan kwestię relacji polsko-żydowskich za tak istotną? Proszę opowiedzieć o misji fundacji i sposobach jej działania.

M. T.: Wynika to ze względów historycznych. Fundacja Paradis Judaeorum zrodziła się z podziwu dla zjawiska unikatowego w historii naszego kontynentu, jakim był trwający setki lat rozwój różnych grup etnicznych, które przybyły na ziemie Piastów i Jagiellonów wskutek niedostatku lub prześladowań. Obok m.in. Ormian, Tatarów, Niemców, Holendrów, Karaimów czy Szkotów, szczególnie wyrazistą grupę stanowili Żydzi. W XVI w. krakowski rabin Mojżesz Isserles nazwał Polskę „rajem Żydów” (para­dis Judaeorum). Dwa wieki później hasło to powtórzyła Wielka Encyklopedia francuskiego Oświecenia. Dzisiaj, po dwudziestowiecznych kataklizmach, mało kto w Polsce, a prawie nikt poza nią zdaje sobie sprawę z wielowiekowego dziedzictwa polskiej gościnności wobec Żydów. Z faktu, iż przez setki lat wybierali oni właśnie Polskę jako „miejsce, w którym można odpocząć” (Po-lin). To w ramach owej szczególnej kultury polityczno-prawnej, której symbol stanowi parlamentaryzm I Rzeczypospolitej i postaci takich władców, jak Bolesław Pobożny, Kazimierz Wielki, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt August, Stefan Batory, Jan Sobieski, możliwa była unikalna w Europie autonomia narodu w diasporze, z gminami, kahałami, ziemstwami i Sejmem Czterech Ziem na czele. Te doświadczenia należy dziś przypomnieć. Są one naszym wkładem w dziedzictwo Europy i powinny stać się jednym fundamentów, na których oparty jest międzynarodowy dialog. Tymczasem dziś, o czym pisałem na łamach „Rzeczpospolitej”, jedyną perspektywę dyskursu o relacjach polsko-żydowskich wyznacza dokonane przez Niemców ludobójstwo. Celem, który stawia sobie nasza fundacja, jest poszerzenie tak zawężonego spektrum i pogłębienie powszechnej świadomości. A ponieważ nie dysponujemy własną gazetą i wpływowymi lobbystami, w realizacji tej misji korzystamy ze „środków ubogich”, przede wszystkim z Internetu.

Relacje polsko-żydowskie są trudnym, niebezpiecznym gruntem. Jakie są Pańskie dotychczasowe doświadczenia w tej dziedzinie? Przykładowo, jak Polacy reagują na działalność fundacji, a środowiska żydowskie – na akcję przywracania pamięci o Rotmistrzu? Z jakiego rodzaju niezrozumieniem czy atakami się Pan spotkał?

M. T.: Można tu mówić o całej palecie reakcji. Od pełnego poparcia, przez rezerwę, niezrozumienie, uporczywy brak woli zrozumienia, aż po lekceważący paternalizm i agresję. Parę lat temu pozbierałem co bardziej malownicze komentarze i pomieściłem w tekście pt. „Fundacja Paradis Judaeorum – to jest zawsze podejrzane”. Daje on pogląd, co to znaczy znaleźć się w sytuacji Chestertonowskiej – jak przeczytałem w komentarzu umieszczonym pod tym tekstem w Salonie24: Jeśli jeden mówi panu, że jest pan zdecydowanym kurduplem, a drugi, że jest pan bez wątpliwości za wysoki, to jest szansa, że jest pan średniego wzrostu, a to oni mają problem. Jeśli chodzi o „Przypomnijmy o Rotmistrzu”, zaproszenie do niej przyjęło kilkadziesiąt bardzo różnych polskich podmiotów instytucjonalnych. Jest wśród nich również „Obywatel”, co bardzo sobie cenię. Natomiast, pomimo moich starań, w inicjatywę nie włączyła się żadna z instytucji reprezentujących środowiska żydowskie w Polsce.

Co stanowi o współczesnej tożsamości kultury polskiej – czy nawiązuje ona do tradycji przedwojennych, czy to zupełnie nowa jakość? Ma charakter mono- czy multikulturowy? W którym kierunku, Pańskim zdaniem, powinna być kształtowana?

M. T.: Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Pomimo katastrof dwudziestowiecznych totalitaryzmów, zaborów, strat biologicznych, materialnych i kulturowych, z których skali nie zdajemy sobie sprawy, polska tożsamość zachowuje ciągłość. Jest kontynuacją tej sprzed stu, dwustu, pięciuset lat. Doskonale widać to w momentach przełomowych, takich jak żałoba narodowa po Tragedii Smoleńskiej. Polskość, polski modus trwa pomimo kataklizmów. Oczywiście współczesny Polak więcej ma pewnie wspólnego z tym z okresu ogólnego rozprzężenia za króla Sasa, niż z pokoleniem „Kolumbów”. Nie znaczy to jednak, że ów wymiar heroiczny został całkowicie zagłuszony przez konsumpcjonizm, ludyczność, mieszczańskie cie­pełko i globalnie sformatowane „narracje”. Spotkałem wielu „zwykłych ludzi”, od licealistów do emerytów, z różnych środowisk, dla których Witold Pilecki, ów – rzec by można – „bohater ekstremalny”, stał się kimś naprawdę bliskim. Kimś, kto stanowi punkt odniesienia w prywatnych, życiowych decyzjach. Ten rosnący społeczny „kult” postaci, która uosabia najszlachetniejsze polskie tradycje, świadczy o tym, iż niemieckim narodowym socjalistom, sowieckim komunistom i globalnym mamonistom nie udało się zabić w Polakach wrażliwości, którą zawdzięczamy poprzednikom. Jeśli miałbym się pokusić o jakieś projekty na przyszłość, chciałbym, aby jednym z fundamentów, na których opiera się tożsamość nowoczesnych Polaków i Europejczyków stał się „Raport Witolda”. Dokument, który w moim najgłębszym przekonaniu jest dla kultury polskiej jednym z najważniejszych tekstów. Również z tego względu już w 2008 r. podjęliśmy starania o wprowadzenie „Raportu Witolda” do polskiego i europejskiego kanonu lektur szkolnych.

Co będzie dla Pana miarą sukcesu podjętych działań? Proszę opowiedzieć o celach, które stanowią horyzont działań akcji „Przypomnijmy o Rotmistrzu” oraz Fundacji. Wspominał Pan o filmie poświęconym Pileckiemu.

M. T.: Wierny prawdzie historycznej film, przy tym zrealizowany z hollywoodzkim rozmachem, niewątpliwie bardzo by pomógł sprawie, o którą uczestnicy akcji walczą. Sukces takich produkcji, jak „Braveheart”, „Szeregowiec Ryan”, „Kompania Braci” czy „The Pacific”, pozwala sądzić, że i „Ochotnik do Auschwitz” byłby filmowym przebojem.

Natomiast o prawdziwym sukcesie akcji można by mówić wówczas, gdyby przeciętny Polak, Europejczyk, mieszkaniec globalnej wioski, zaczął kojarzyć nazwisko Witolda Pileckiego. Gdyby polski polityk, dziennikarz, działacz społeczny, nauczyciel, lekarz, policjant, wojskowy etc. pamiętał słowa epilogu „Raportu Witolda” i takie jego fragmenty, jak te, w których Autor opisuje egzekucję „z okazji” narodowego święta czy Wigilię w Auschwitz. Gdyby na planie każdego polskiego miasta można było znaleźć ulicę lub plac imienia Rotmistrza Witolda Pileckiego. Byłbym również rad, gdyby chrześcijańscy duchowni zaczęli mówić o Rotmistrzu z ambon, a Kościół katolicki rozważył jego beatyfikację (o którą zabiegamy od 17 września 2008 r.). Z kolei miarą sukcesu fundacji byłoby upowszechnienie w Europie, Ameryce i wszędzie indziej faktów historycznych o tym, któremu z krajów i narodów Żydzi zawdzięczają najwięcej. Sukcesem byłoby również wyeliminowanie ze światowych mediów określeń typu „polskie obozy koncentracyjne”. Tego rzecz jasna nie da się osiągnąć z dnia na dzień. Na krótką metę pełną satysfakcję dałoby mi ukoronowanie ponad dwuletnich starań uczestników akcji „Przypomnijmy o Rotmistrzu” – ustanowienie 25 maja Międzynarodowym Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem.

Dziękuję za rozmowę.

Kraków, 13 kwietnia 2010 r.


Ochotnik do Auschwitz

Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 r. w Ołońcu na północy Rosji, w rodzinie ziemiańskiej. Jego dziadek, Józef Pilecki, spędził siedem lat na zesłaniu na Syberii za udział w powstaniu styczniowym. W 1910 r. Witold rozpoczął naukę w Wilnie, gdzie związał się z zakazanym przez władze rosyjskie skautingiem.

Na przełomie 1918/19 r. wraz z grupą starszych harcerzy wziął udział w obronie miasta, następnie walczył w oddziale ułanów dowodzonym przez rtm. Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszkę”. Ponownie w szeregi Wojska Polskiego wstąpił wraz z wybuchem wojny polsko-bolszewickiej, wziął udział m.in. w Bitwie Warszawskiej; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.

W 1922 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Jako właściciel rodzinnego majątku Sukurcze prowadził działalność społeczną (założył m.in. kółko rolnicze i mleczarnię, rozwijał opiekę społeczną), za którą otrzymał w 1938 r. Srebrny Krzyż Zasługi.

We wrześniu 1939 r. walczył w wojnie obronnej jako dowódca plutonu. Po przejściu do konspiracji został jednym z założy­cieli i dowódców Tajnej Armii Polskiej. Wobec wzmagającej się fali aresztowań żołnierzy podziemia niepodległościowego, we wrześniu 1940 r. podjął się ochotniczo misji przedostania się do obozu koncentracyjnego Auschwitz w celu zorganizowania na jego terenie ruchu oporu (późniejszy Związek Organizacji Wojskowej) oraz zdobycia wiarygodnych danych o skali niemieckich zbrodni. Gdy w 1943 r. rozpoczęły się aresztowania jego najbliższych współpracowników, wraz z dwoma współwięźniami podjął udaną próbę ucieczki z obozu. W 1944 r. brał udział w tworzeniu organizacji „NIE”, walczył w powstaniu warszawskim. W następstwie upadku powstania trafił do niemieckiej niewoli (obóz w Łambinowicach, a następnie w Murnau).

Po wyzwoleniu walczył w 2. Korpusie Polskim we Włoszech, gdzie spisał najobszerniejszy ze swych raportów oświęcimskich. W październiku 1945 r. Pilecki na rozkaz gen. Andersa powrócił do Polski i rozpoczął tworzenie siatki wywiadowczej oraz działalność w ramach powstającej organizacji Wolność i Niezawisłość. Nie zareagował na rozkaz Andersa, polecający mu opuszczenie ojczyzny w związku z zagrożeniem aresztowaniem, 8 maja 1947 r. wpadł w ręce Urzędu Bezpieczeństwa. Poddany brutalnemu, wielomiesięcznemu śledztwu, skazany w procesie pokazowym na karę śmierci za szpiegostwo, 25 maja 1948 r. Rotmistrz Witold Pilecki został zamordowany strzałem w tył głowy w celi śmierci mokotowskiego więzienia, a następnie pochowany potajemnie w nieznanym do dziś miejscu.

W 1990 r. Sąd Najwyższy uniewinnił rtm. Pileckiego. Publikacja pełnego tekstu raportów „Witolda” miała miejsce dopiero w 2000 r. (w PRL nazwisko Pileckiego objęte było ścisłą cenzurą). W lipcu 2006 r. Prezydent Lech Kaczyński odznaczył Rotmistrza pośmiertnie Orderem Orła Białego.

Damy im popalić!

Damy im popalić!

Nie tak dawno temu w tygodniku „Przegląd” można było przeczytać ciekawy wywiad z profesorem Karolem Modzelewskim. Wybitny działacz antykomunistycznej opozycji i uczony przedstawił w nim między innymi swoją obawę, że rosnące w naszym kraju rozwarstwienie dochodów oraz społeczna degradacja części Polaków mogą doprowadzić do wygranej w wyborach Prawa i Sprawiedliwości:

PiS jest dla sfrustrowanych, to wspólnota emocji negatywnych. W oczach ludzi przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość negatywna polega na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się powiodło. Na zasadzie: my im damy popalić! Wszyscy, którym się nie powiodło, noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. Oni wiedzą, że PiS im nie zapewni poprawy warunków życia. Ale da im tę satysfakcje, że pogoni sukinsynów, którzy po naszych plecach doszli do tego, co mają. PiS jest partią rewanżu socjalnego, ale nie polityki socjalnej – mówi profesor Modzelewski. I zaraz, w odpowiedzi na dyskusyjną, ale nieskontrowaną opinię prowadzącego rozmowę redaktora Roberta Walenciaka, jakoby mądrość lewicy zawsze polegała na tym, że poprzez progresywne podatki i politykę wyrównywania szans łagodziła negatywne emocje, dodaje: Ale frustracja jest nie dlatego, że są nierówności dochodowe, płacowe, tylko dlatego, że znaczna część ludzi poczuła się zdegradowana społecznie i materialnie. Przede wszystkim przez utratę pewności jutra i przez utratę szans na awans swoich dzieci. To jest fakt! Tu nie ma co kręcić! To jeden z najczarniejszych elementów naszego bilansu. Nasz bilans po roku 1989 ma jasne strony: demokrację, wolność. Ma jednak też strony ciemne: pozostawienie za burtą, nie wiem, jednej trzeciej, jednej czwartej, trudno to policzyć, ale znacznej części obywateli. I ta znaczna część będzie głosować na takich jak PiS. Nie ma w tym nic dziwnego. Wzmacnia to syndrom zawiedzionego zaufania. Przekonanie, że nas oszukano.

Nie wiem, czy zgadzam się ze stricte politycznym rozpoznaniem profesora. Choć podzielam pogląd, że PiS stanowi wspólnotę emocji negatywnych, to jednak myślę, że nie wyłącznie negatywnych, a co więcej nie wydaje mi się, by odróżniało to PiS od innych partii, choćby PO. Wiem jednak na pewno, że stanowczo nie zgadzam się ze społecznym rozpoznaniem Modzelewskiego. Nie jest ani tak, że ludzie przegrani, których transformacja pozostawiła za burtą, głosują gremialnie na PiS, ani tym bardziej, że wszyscy – jak twierdzi profesor – noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. A już z całą pewnością nie wszyscy przegrani chcą dać popalić architektom i beneficjentom polskiej transformacji.

Wśród polskich inteligentów żywe jest przekonanie, że wśród tych, którym powiodło się w życiu gorzej, silna jest potrzeba odegrania się na tych, którym powiodło się lepiej. Podobnie bardzo silna jest wśród nich obawa przed jakąś nadchodzącą erupcją tych negatywnych emocji. Wcześniej niż Modzelewski dał temu wyraz profesor Marcin Król, mówiąc w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nawet o wieszaniu na latarniach. Widmo Jakuba Szeli wciąż powraca i wciąż wyzwala w wielu wizję tego, który stoi niżej w społecznej hierarchii jako wściekłego frustrata, który wyczekuje tylko okazji, żeby zza pazuchy wyciągnąć siekierę.

Legenda o przegranych – zawistnikach i frustratach kierujących się najniższymi motywacjami – dobrze służy trwałości systemu. I to niezależnie od tego, czy wyciągnie się z niej takie wnioski, że trzeba przegranych mocno trzymać za mordę, takie, że należy polityką podatkową i wyrównywaniem szans łagodzić ich negatywne emocje, czy też, co najczęstsze, że należy jednocześnie łagodzić emocje i trzymać za mordę. Legenda ta pozwala głoszącym ją wyalienować własne zawiści i frustracje poprzez przypisanie ich tym stojącym niżej. Jest także bardzo konstruktywna z punktu widzenia stabilności systemu wolnorynkowego. Jako przykład posłużyć może pewien mój znajomy, który jeszcze nigdy nie został ani zelżony, ani obrabowany na ulicy przez zawistnych frustratów, jeszcze nigdy jego mieszkanie nie zostało okradzione przez przegranego złodzieja, ale za to kilkakrotnie stracił istotne sumy inwestowane w różne tzw. produkty finansowe w legalnych bankach o marmurowych i kolumniastych siedzibach, będących własnością eleganckich panów posługujących się nienaganną polszczyzną i/lub angielszczyzną. I ów znajomy mój gotów jest zarzynać się w robocie, by wydać dodatkowe setki tysięcy złotych na mieszkanie w środku strzeżonego osiedla, dodatkowe tysiące złotych miesięcznie na czesne i dowożenie córki do prywatnej szkoły, w której nie grozi jej zetkniecie się z późnymi wnukami Jakuba Szeli. A na wszelką sugestię o tym, że strzec się należy raczej panów w garniturach, reaguje oskarżeniami o bolszewizm.

Myślę, że nie byłoby źle, gdyby przepowiednie wskazujące na niebezpieczeństwo krwawej erupcji nienawiści ze strony tych, którym się nie powiodło, uzupełnić o drugą stronę medalu. Istotna część tych, których transformacja pozostawiła za burtą, nie głosuje na PiS ani na żadną inną partię, i to wcale nie dlatego, że uważa, iż także PiS-owi należałoby dać popalić. Po prostu nie interesuje ich polityka, ale wcale nie dlatego, że uważają, iż polityka to bagno, którego nie da się osuszyć, ale dlatego właśnie, że traktują swój własny byt ekonomiczny jako coś zupełnie zewnętrznego i odrębnego wobec rzeczywistości społeczno-politycznej, coś, na co żaden polityk wpływu nie ma i mieć nie może.

Zdarza mi się, i to wcale nierzadko, rozmawiać z ludźmi, przez których walec Balcerowicza przejechał bez zatrzymywania się, a którzy żadnych pretensji w kierunku tych, którym się powiodło, nie zgłaszają. Wręcz przeciwnie, odczuwają potrzebę przyjęcia wobec każdego, komu powodzi się lepiej niż im – łącznie ze znanymi im ludźmi sukcesu z wirtualnego świata: politykami wszelkich ugrupowań, biznesmenami, celebrytami – postawy uniżonej życzliwości, i to nie tylko na pokaz. Wszelkie złe emocje wynikające z własnego podłego statusu skłonni są zaś kierować wyłącznie ku sobie i swoim najbliższym.

Czy to społeczna katastrofa, której ulegli, wprawiła ich w stan jakiegoś stuporu? A może po prostu głębiej niż inni uwewnętrznili kapitalistyczną legendę mówiącą o tym, że jeśli komuś źle się w życiu dzieje, to jest sam sobie winien, i nie chcą dalej drążyć tematu? Myślę, że odpowiedź jest prostsza: brak zainteresowania polityką czy odgrywaniem się na kimkolwiek, wynika z racjonalności ludzkiego działania, która jest tym większa (a nie mniejsza, jak chętnie by to widzieli oświeceni!), im cięższe są warunki życia. Skoro zdobycie zasobów najprostszych – jedzenia, mieszkania, ubrania – wymaga wydatkowania ogromnej energii, to oszczędza się tę energię na wszystkim innym, a zwłaszcza na takich działaniach, które nie przynoszą dającego się doświadczyć rezultatu. Z doświadczenia uniwersyteckich profesorów, działaczy opozycyjnych czy publicystów wynika jasno, że polityka działa. Bo przecież tylekroć brali udział w jakichś politycznych zmaganiach (choćby zmierzających do wyboru uczelnianego rektora czy dyrektora instytutu), i nawet jeśli nie zawsze w nich zwyciężali, to jednak jakiś wpływ na rzeczywistość mieli. Z doświadczenia wielu – może większości? – obywateli naszego kraju wynika tymczasem, że karty są już rozdane i wszystkie społeczne miejsca są zawsze dane z góry: wychowawca klasy szkolnej, kierownik w pracy, właściciel mieszkania, dzielnicowy, a im wyżej, tym bardziej: minister, prezydent, premier… Podejmowanie jakichkolwiek prób zmiany tego stanu rzeczy jest nieracjonalne, a tym bardziej nieracjonalne jest kierowanie zawiści czy agresji w kierunku tych, którzy mocą zrządzenia losu zajmują wyższe społeczne stanowiska, a więc tych, którym się udało.

Ktokolwiek odniesie u nas sukces – głosi obiegowa prawda – może spodziewać się od rodaków nie podziwu, lecz nienawiści. Ale to nie jest cała prawda. Ktokolwiek odniesie sukces, jest znacznie mniej narażony na przejawy społecznej nienawiści niż ten przegrany. W mojej dzielnicy, takiej przeplatanej, bo żyją tu ludzie z dziada pradziada „przegrani”, ale pośród ich rozwalających się kamienic wyrastają plomby zamieszkałe przez ludzi, którym jakoś tam w życiu się udało, łatwo jest rozpoznać, choćby po ubraniu, jednych i drugich. Ci „wygrani” chodzą zwykle po ulicach śmiało i pewnie, tymczasem wielu „przegranych” ma wyrobiony nawyk uważnego rozglądania się wokół siebie. Koledzy przecież wiedzą, że w miarę bezpiecznie można dać po mordzie komuś, kto przecież na policję nie pójdzie, a nawet jak pójdzie, to usłyszy, że skoro dostał po mordzie, skoro skrojono mu telefon czy buty, to widocznie sam się prosił. A gdyby jakiś „człowiek – nawet umiarkowanego – sukcesu” poszedł na policję – mogłoby być naprawdę niedobrze. Oczywiście, zaraz mi tu jakiś mój kolega opowie, jak to został napadnięty przez „przegranych” za inteligencikowaty wygląd, i jak to go na całe życie straumatyzowało, i będzie miał rację. Ja tylko wspominam, że napady na „przegranych” nie powodują żadnej traumy, bo są czymś powszednim, oczywistym i spodziewanym.

Ci najbardziej przegrani, proszący czasem, żeby wpuścić ich do śmietnika, żeby mogli wybrać sobie trochę makulatury i butelek, właściwie cały czas chodzą poobijani, z podbitymi oczami i połamanymi nosami. Bo to właśnie na nich skupia się sprawiedliwość negatywna innych przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość polegająca na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się nie powiodło tak samo jak im, albo jeszcze bardziej. Na zasadzie: my im damy popalić! Wielu spośród tych, którym się nie powiodło, nosi w sercu zamysł, żeby dać popalić nie – jak twierdzi profesor Modzelewski – tym, którym się powiodło, ale tym, którym nie powiodło się równie lub jeszcze bardziej niż im.

Zresztą ci, którym się powiodło, również kierują swoje negatywne emocje raczej w dół lub w bok niż w górę, nawet wtedy, gdy w ten sposób sami przykładają się do swojej degradacji. Po części wynika to z ludzkiej natury, po części zostało wypracowane mozolną i dobrze zorganizowaną pracą architektów naszej transformacji, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że im więcej będzie przegranych, im większą będą ci przegrani budzili niechęć, tym lepiej będą kanalizowali frustrację i złe emocje, i tym bezpieczniejszy będzie system. W myśl tej logiki należy więc doprowadzić do tego, aby wszelkie grupy nienależące do elity znalazły się wśród przegranych i zaczęły także ogniskować wściekłość innych przegranych.

Spójrzmy choćby na to, jak sprawnie media głównego nurtu, a także rządy – nieważne, PiS-owskie, PO-wskie czy SLD-owskie – od początków transformacji organizują akcje przenoszenia społecznej frustracji i zawiści w kierunku grup zawodowych co prawda finansowo nie zawsze docenianych, ale cieszących się społecznym prestiżem, dużym poczuciem własnej godności, społecznej doniosłości wykonywanej pracy i społecznego zakorzenienia, a więc opierających się procesom prowadzącym do degradacji i poniżenia: nauczycieli, górników, rolników, lekarzy, pielęgniarek, kolejarzy. Grupy te mają kanalizować zawiść nie tylko tych przegranych, którzy mają mniej pieniędzy od ich przedstawicieli. Jak słusznie zauważył profesor Modzelewski, poczucie bycia przegranym i płynąca zeń frustracja niekoniecznie dotyczyć musi ludzi bezwzględnie biednych. Często udziela się także tym, którzy stracili pewność i poczucie trwałości swojego finansowego i społecznego statusu (choć, jak dopowiem, finansowo mogą sobie radzić całkiem nieźle). Przegranym w tym sensie będzie więc drobny przedsiębiorca jeżdżący dobrym samochodem, ale wciąż drżący o to, czy kolejne zamówienia pozwolą mu pospłacać kredyty. Będzie nim naukowiec bez etatu, co roku modlący się o łaskę grantodawców. Samozatrudniony menedżer średniego szczebla czy inżynier na kontrakcie.

Mechanizmy nagonki są wypróbowane i stare jak świat. Kiedyś z tego, że ponoć jakiś czarny zgwałcił białą kobietę robiono informację, że czarni gwałcą białe kobiety, a z tego, że ponoć Żyd zabił chrześcijańskie dziecko – informację, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci. Dziś w naszym kraju z faktu, że znaleziono gdzieś nauczycielkę zarabiającą 5 tysięcy złotych (brutto, netto, co za różnica?), inny nauczyciel molestował uczennicę, pensum dydaktyczne w szkołach wynosiło kiedyś 18 godzin, a dzieci nic nie umieją, robi się informację, że nauczyciele dostają 5 tysięcy złotych za 18 godzin molestowania uczniów, których niczego nie uczą. Analogicznie – rolnicy oczywiście śpią i samo im rośnie, a jak nie śpią, to stoją z piwem pod sklepem, czego dowodzi reportaż wzbogacony o zdjęcie przedstawiające rolnika stojącego z piwem pod sklepem. Górnicy cieszą się zaś nadzwyczajnymi przywilejami, bo dostają deputat węglowy, czternastkę i piwo na barbórkę.

Dzięki wynalazkowi internetowego komentarza możemy zaobserwować, że tego typu szczucie trafia zarówno do tych przegranych, którzy znajdują się w gorszej sytuacji finansowej niż jego obiekty („Nauczyciel ma 5000 za 72 godziny w miesiącu, a jeszcze wakacje, ferie itp., czyli ma jakąś stówę za godzinę, podczas której siedzi sobie jak panisko i pije kawkę, a ja mam za godzinę w barze 7 złotych na rękę na czarno i jeszcze nie wolno mi usiąść!”), jak i tych, którzy są w sytuacji dużo lepszej („Ja do mojego stanowiska analityka w banku doszedłem naprawdę ciężką pracą, a nikt mi deputatu węglowego nigdy nie płacił jak tym brudasom i mogą mnie wywalić na zbity pysk z dnia na dzień!”).

Oczywiście organizatorom akcji udaje się przekonać publiczność, że ich zła sytuacja wynika z tego, że obiektom nagonki zbyt dobrze się powodzi. Kelnerka z baru uwierzy więc, że podjeżdżający nowym SUV-em właściciel płaci jej na czarno 7 złotych, bo nauczyciele zarabiają krocie, a analityk bankowy, kiedy go w ramach optymalizacji w końcu wywalą na zbity pysk, uwierzy, że to przez górnicze przywileje. Ważnym celem takich zabiegów jest także wyzwolenie zupełnie bezinteresownej zawiści i domagania się przez publiczność, żeby broń Boże nikt od nas nie miał lepiej. Nikt poza ścisłymi elitami, których uprzywilejowana pozycja jest aż onieśmielająca, i które chroni silne, wciąż przez media głównego nurtu wzmacniane piętnowanie zawiści (proszę zobaczyć, że piętnuje się zawiść wyłącznie wobec tych wielkich – nigdy wobec tych podobnych do nas).

Znaczna część Polaków to przegrani, bo stracili jedną szczególnie ważną rzecz: poczucie pewności tego, kim są, umiejętność określenia samego siebie, wskazania przed samym sobą i przed innymi, jaki sens ma ich życie. Dlatego świetnie zarabiający analityk bankowy, który wie, że dziś może tym analitykiem być, a jutro nie, zazdrości nauczycielom, górnikom (którymi jednocześnie gardzi jako biedakami), ich wolnego czasu, białych bluzek i kwiatów na Dzień Nauczyciela, knefli, pióropuszy i orkiestry dętej na Barbórkę. Skoro on sam nie może zawsze i wszędzie odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem?”, skoro nie może dogadać się z czyhającym na jego stanowisko kolegą, aby ugrać coś więcej u szefa, chciałby, żeby innych też tej pewności i siły pozbawiono.

Dość łatwo jest kontrolować zawiść ludzi, których poczucie tożsamości jest zachwiane, którzy nie wiedzą do końca, kim są, jak mają o sobie myśleć i przedstawiać siebie innym. Już dziś ten mechanizm działa. Jesteś prywatnym przedsiębiorcą, junior sales-managerem, posłem, publicystą, naukowcem (takich pewnych swojego profesorskiego statusu uczonych jak prof. prof. Modzelewski i Król będzie coraz mniej), ale twój status może się zmienić w każdej chwili, wielokrotnie się już zresztą zmieniał. Właściwie więc bywasz kimś tam, teraz może szczęśliwie kimś tam jesteś, ale skoro nie wiesz, kim będziesz jutro, to właściwie nie wiesz o sobie niczego. To bardzo niesprawiedliwe, że ty się tak bardzo starasz, a kto inny jest kimś, i wie, kim jest: nauczycielem, górnikiem, urzędnikiem na poczcie, kolejarzem, rolnikiem, lekarzem, związkowcem, matką, ojcem, dziadkiem. Dopóki on jest kimś, ty będziesz czuł się jeszcze bardziej nikim. A nawet jeśli ty i tak zawsze będziesz nikim, domagaj się tego, aby i ten inny był nikim, jest w końcu taki sam jak ty albo jeszcze gorszy. Oczywiście, że gorszy, jego poczucie tożsamości pochodzi przecież z innej epoki, takiej, w której każdy miał jakieś poczucie tożsamości. A przecież to ty jesteś z tej epoki, epoki modernizacji, to ty jesteś zmodernizowany i twój brak tożsamości jest twojej osobistej modernizacji dowodem. Dlaczego więc tamci mają mieć coś więcej od ciebie? To niesprawiedliwe, niech mają mniej! Skoro już mają mniej, niech im będzie odebrane to, co mają, nawet jeśli tobie, który masz więcej, nic od tego nie zostanie dodane. Prekariusze, przegrani i zwycięzcy będący jednocześnie przegranymi, domagają się i będą się domagać Programu Powszechnej Prekaryzacji i zdaje się, że pod tym względem będą stanowić realną społeczną siłę: ich głos zostanie usłyszany, a postulaty spełnione.

Bo to nie przegrani są istotną siłą mogącą w jakiś sposób zagrozić społecznemu i gospodarczemu porządkowi. Są nią silne i zorganizowane grupy społeczne, wypowiadające swoje rzeczywiste albo wyobrażone interesy. A skoro udało się wmówić ludziom, że każdy przejaw siły i organizacji jest oburzający, będą oni bronić zastanego porządku nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy działa on na ich niekorzyść. Niech się profesor Król nie martwi. Przegrani nie powieszą go na latarni. Powieszą swoich sąsiadów.

Kto zablokował bezpłatną pomoc prawną?

Od kilku lat moje życie zawodowe polega – w największym skrócie – na dostarczaniu osobom wykluczonym różnego rodzaju usług. Fundacje takie jak moja, aby móc funkcjonować na „pełny etat”, szukają finansowania gdzie się da. W naszej pracy staramy się jednak trzymać prostej zasady: niezależnie od tego, czy pieniądze są, czy ich nie ma, nikogo nie odsyłamy bez pomocy. Naszych podopiecznych mało interesuje, skąd aktualnie pozyskujemy środki. Podstawą jest zaufanie wypracowane dzięki dotychczasowej działalności. A skąd bierzemy pieniądze? Strumieni pomocy jest kilka – sowite, ale kiepsko dopasowane do naszych potrzeb fundusze unijne, skromne i momentami okropnie zbiurokratyzowane dotacje państwowe, no i środki z samorządu, który dzięki ważnej przewadze, polegającej na bezpośrednim kontakcie z beneficjentami pomocy, pomaga najskuteczniej i najwydajniej. Inne strumienie finansowania, np. pieniądze od prywatnych darczyńców, są na tle wymienionych w zasadzie marginalne. To zaś, czy dana gmina, miasto czy dzielnica zostaną zasilone środkami z Unii, budżetu państwa lub jeszcze innych źródeł, zależy w 99 proc. od sprytu i pracowitości wójta, prezesa organizacji pozarządowej czy dyrektora ośrodka pomocy społecznej. W dobie konkursów i przetargów na „najniższą cenę”, o geograficznym rozkładzie pomocy socjalnej decydują reguły, które można nazwać „rynkowymi”.

Krytykom pomocy socjalnej opartej o granty muszę przyznać jedno – często to urzędnicy rozpisujący przetargi decydują o tym, co powinniśmy robić, a my, choć doskonale wiemy, czego potrzebują nasi podopieczni, szukamy złotego środka między ich wytycznymi a realnymi potrzebami. Ten szpagat – raz większy, raz mniejszy – stał się sednem naszej pracy. Jednak poza patologiami, których źródłem jest „biurokratyczne niedopasowanie”, jedną z podstawowych luk w systemie opieki socjalnej, z jaką mamy do czynienia, jest jego ślepota na jeden z najważniejszych dziś problemów społecznych – wykluczenie prawne.

Schemat, w jakim funkcjonuje dziś wiele organizacji pomocowych (i nie tylko) zobrazować można następująco: organizacja X bierze pieniądze na wykonywanie usługi A tylko po to, aby móc opłacić kogoś, kto realnie pracuje dając usługę B. Bo na A nie ma zapotrzebowania – choć zawsze są pieniądze, zaś na B pieniędzy nie ma wcale albo jest bardzo mało. Czy organizacja X dopuszcza się oszustwa? Sami oceńcie, pamiętając, że po drugiej stronie zawsze jest człowiek, który przychodzi po pomoc, nie zastanawiając się, na co ostatnio otrzymałeś dotację.

Przykładem usługi B ze wskazanego przykładu, jest bardzo często – bezpłatna pomoc prawna. Nigdy jeszcze żadna usługa, którą oferowała nasza fundacja, nie miała takiego „obłożenia” (używając języka rynkowego), jak możliwość spotkania z prawnikiem lub choćby doradcą. Nie zdajemy sobie sprawy, jak kilka czynników – postępująca biurokratyzacja życia codziennego, działalność parabanków i nieuczciwych handlarzy długami, bezsilność prawa konsumenckiego – zmieniło życie codzienne osób wykluczonych. Narosły problemy, których nie rozwiązuje rynek. Dla osób dysponujących 200-300 zł miesięcznie na wszystkie wydatki, opłata 100 zł, jakiej życzy sobie prawnik za napisanie pisma do komornika, stanowi barierę nie do przejścia. Dużo prostsze jest w takiej sytuacji nieotwieranie kopert z sądu. A kto nie otwiera kopert, ten nigdy się nie obroni, także przed nieistniejącymi długami i wielkimi odsetkami. I tak to się od lat kręci. Wykluczonych prawnie lubią też niektórzy urzędnicy. Niby pozbyliśmy się analfabetyzmu, ale co dziesiąty nasz klient nie rozumie tekstu pisanego. Takim ludziom można wmówić wszystko, a jeżeli się to napisze w piśmie urzędowym, to będzie to dla nich ostateczna instancja. Jak za komuny – urząd zadecydował, sprawa zamknięta. Co z tego, że ktoś dostanie 600 zł zasiłku, jeśli 450 zł będą przez następnych kilka lat ściągać z niego nieuczciwi wierzyciele (bo udało im się sprzedać kurs szybkiego czytania za 5 tys. zł czy materac za 10 tys. zł). Ponad połowa klientów naszej poradni to ludzie zadłużeni, spłacający niebotyczne odsetki – od 50 proc. w górę.

Rok temu udało nam się zorganizować pierwszą poradnię działającą zupełnie za darmo. Funkcję doradców wzięli na siebie studenci i młodsi absolwenci prawa, lokal dostaliśmy od miasta, w pokrywaniu kosztów pomagały nam zaprzyjaźnione organizacje. Z poradniami nie trzeba się reklamować – w przeciwieństwie do wielu usług finansowanych z środków unijnych, długa kolejka oczekujących pojawia się właściwie natychmiast. Pracujemy i szukamy wsparcia finansowego, żeby zapłacić za benzynę czy bilety miesięczne dla naszych doradców. Byliśmy szczęśliwi, gdy usłyszeliśmy w exposé premier Kopacz, zapowiedź dofinansowania bezpłatnej pomocy prawnej. Uwierzyliśmy, że ktoś wreszcie tych ludzi zauważył. Czekaliśmy na odpowiednią ustawę i akty wykonawcze. I nagle – grom z jasnego nieba – stało się coś zupełnie przeciwnego: ktoś metodami biurokratycznymi zablokował możliwość świadczenia bezpłatnych porad osobom niebędącym klientami ośrodków pomocy społecznej. Ktoś postanowił zablokować poradnictwo prowadzone przez organizacje pozarządowe (NGO). Pieniądze, które obiecała Ewa Kopacz, mają zasilić samorządy i korporacje prawnicze. Porada prawna będzie mogła być udzielona wyłącznie przez prawnika po aplikacji, a żeby poradnie przy NGO nie mogły ich już udzielać, dla tych klientów, którzy nie są klientami ośrodków pomocy społecznej (OPS), wprowadzono wymóg rozliczania się z fiskusem. W praktyce oznacza to, że każdą poradę będzie trzeba skrupulatnie rozliczyć oraz przez 5 lat archiwizować dokumenty potwierdzające korzystanie przez klientów z pomocy OPS-ów itd. Do tego dochodzą kwestie ochrony danych osobowych i wyceny porady. Taka ilość biurokracji skutecznie zablokuje możliwość udzielania porad przez organizacje pozarządowe. Wszystkich tych obowiązków nie będą miały za to korporacje prawnicze, które z jakiegoś powodu zostały przez ustawodawcę wyróżnione. To naprawdę dziwne, bo przez ostatnie dwie dekady funkcjonowania poradnictwa prawnego, korporacje prawnicze nie wykazały się zbytnim zaangażowaniem w pomoc ubogim.

Jakie jest ratio legis takiej durnoty, jaka jest jej potencjalna korzyść podatkowa – nie mam nawet siły pytać. Od lat niedofinansowane bezpłatne poradnie prawne teraz nie będą mogły działać nawet za darmo, a jeżeli się na to zdecydują, to skażą się na ciągły strach przed skarbówką. Nie wierzę, że to zwykła głupota, nie wierzę, że urzędnicy nie rozumieli, co chcą zablokować – za dużo „grubych misiów” pasie się na faktycznym braku równości wobec prawa, którą gwarantuje Konstytucja. Od lat, w dużej mierze bez finansowania, funkcjonowały poradnie przy organizacjach pozarządowych. Teraz, gdy pojawiły się rządowe środki na ten cel – zabrano poradnictwo organizacjom non-profit i oddano je komercyjnym kancelariom. Trzeba będzie dalej robić swoje, pomimo państwa, tylko czemu ta nasza praca organiczna ma być z roku na rok cięższa?

Kuflem w korporacje

Chroniąc lokalne puby, brytyjski rząd przeciwdziała stratom, jakie podczas kryzysu poniosły lokalne społeczności.

Dlaczego to inwestorzy mają zawsze korzystać na planach zagospodarowania przestrzennego, kiedy w grę wchodzi znane i lubiane miejsce czy budynek? Dlaczego znowu mielibyśmy ustępować przed świętym prawem rynku?

Wiadomość o tym, że w Anglii stworzono specjalną procedurę prawną, mającą zapobiegać rynkowemu „grodzeniu” lokalnych pubów [w oryginale: enclosure – słowo to w j. angielskim wyraźnie odsyła do tzw. ogradzania pól, procesu polegającego na wywłaszczaniu uboższych warstw z wartościowych dóbr na rzecz wielkich posiadaczy. Zjawisko to osiągnęło apogeum w okresie rewolucji przemysłowej, a więc podczas kształtowania się nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej w Anglii – przyp. tłumacza], jest bardzo krzepiąca. Mało tego, istnieje tam nawet urząd ministra (Community Pubs Minister), którego zadaniem jest ocenianie znaczenia pubów dla lokalnych społeczności i zabezpieczanie ich przyszłej działalności. Do tej pory około sto pubów wciągnięto formalnie na listę „dóbr społecznego znaczenia”.

Wiem, wiem, co powiedziałaby na to Margaret Thatcher: „Przeklęte interwencje państwa w działanie wolnego rynku!”. Na szczęście ostatnio tego rodzaju rynkowy fundamentalizm nieco osłabł. Na tyle, by Minister Pubów, Brandon Lewis – zasiadający przecież w parlamencie z ramienia konserwatystów! – wychwalał znaczenie lokalnych pubów dla naszej ekonomicznej, społecznej i kulturowej przeszłości, dla teraźniejszości i przyszłości. To dalej Lewis: Jak cenne są te lokale, wiemy od stuleci. Nie tylko jako miejsca, gdzie można wypić sobie pintę, ale także ze względu na to, że służą one lokalnym społecznościom i lokalnej gospodarce. Dlatego właśnie będziemy czynić wszystko, by wspierać je i chronić przed zamknięciem.

Sprawie tej poświęcił niedawno uwagę „The New York Times”. Od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku działalność zakończyło 7000 pubów, pozostawiając niektóre lokalne wspólnoty w sytuacji nie do pomyślenia – życia bez własnego „local”, jak nazywają go miejscowi. Coś takiego stało się w londyńskiej Hampstead Village, gdzie – ku rozpaczy mieszkańców – grupa zewnętrznych inwestorów wykupiła trzystuletni pub Old White Bear, by przekształcić go w luksusowy dom z sześcioma sypialniami.

Około 2 tys. mieszkańców Hampstead podpisało petycję w sprawie uznania Starego Białego Niedźwiedzia za dobro społecznego znaczenia. Jeden z nich powiedział: Gdy wyrwiecie nam to serce, będziemy wszyscy albo włóczyć się po ulicach jak zombie, albo siedzieć w domach i nigdy więcej się nie spotkamy.

Jeśli jednak wspólnota zdoła zarejestrować swój lokal jako „dobro społecznego znaczenia”, a ten zostanie wystawiony na sprzedaż, miejscowi będą mieli prawo wstrzymania kupna zagrożonego pubu, sklepu, biblioteki czy boiska piłkarskiego do czasu przygotowania własnej formalnej oferty. Rząd przygotował nawet przewodnik „Understanding Community Right to Bid” (Jak korzystać ze wspólnotowego prawa do złożenia oferty) oraz pomaga ocenić szanse powodzenia „wspólnotowego wykupu”.

Podejrzewam, że nawet z pomocą rządu wykup i utrzymanie pubu mogą być trudne dla społeczności lokalnej. Mimo to wspaniałe jest samo istnienie formalnego prawa chroniącego dalekosiężny interes społeczny. A pojawienie się tego rodzaju precedensu to jawna zachęta do zabiegania o kolejne prospołeczne rozwiązania. Skoro rząd może hojnie obdarowywać inwestorów ulgami podatkowymi oraz dopłatami, dlaczego nie miałby udzielić znaczącego wsparcia finansowego zwykłym ludziom pragnącym wykupić swoje „dobro społecznego znaczenia”? Dlaczego to biznes miałby zgarniać wszystkie dotacje?

Jeśli zatem lokalność jest naprawdę ceniona, dlaczego nie wyposażyć wspólnot w środki obrony przed komercyjnymi inwestorami, których nie interesuje dobro wspólnoty i lokalnych ekosystemów? Wreszcie, dlaczego nie można okazać takiego samego szacunku mieszkańcom Indii, Kenii czy Indonezji, gdy tamtejszy odpowiednik lokalnego pubu znajdzie się na celowniku międzynarodowych inwestorów? Wszak rdzenni mieszkańcy pozbawieni „dóbr społecznego znaczenia” również mogą „włóczyć się po ulicach jak zombie”, gdy zostaną one wykupione, ogrodzone lub zniszczone.

W każdym razie bądźmy wdzięczni za ten prawny i polityczny precedens. Mamy teraz na czym budować wsparcie i pełne uznanie prawa wspólnot do własności dóbr, które są dla nich naprawdę ważne.

Davis Bollier
Tłum. Michał Wójtowski

Artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Bolliers.org. Przedruk za „YES! Magazine”. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Pustoszejące państwo

Pustoszejące państwo

O problemach związanych z emigracją zewnętrzną i wewnętrzną rozmawiamy z prof. Józefiną Hrynkiewicz, socjolog i posłanką na Sejm.

***

Według najnowszych badań Eurostatu wyjechały z Polski już prawie 2 mln ludzi. Z czego to wynika i jakie niesie konsekwencje?

Józefina Hrynkiewicz: Z oceny GUS wynika, że ta liczba jest niestety jeszcze większa. Ich szacunki wskazują, że pod koniec 2012 r. za granicą przebywało 2,13 mln polskich obywateli, a rok później było to już 2,2 mln. Do września 2014 r. wyemigrowało kolejnych 70 tys. Emigracja zarobkowa powoduje, że zmniejsza się liczba ludności. To tak, jakby przez 5 czy 6 lat nikt się w Polsce nie urodził. Ponieważ liczba zgonów jest bliska liczbie urodzeń, oznacza to, że w krótkim czasie dochodzi do istotnego ubytku ludności, np. w 2013 r. urodziło się 369,6 tys. ludzi, a zmarło 387,3 tys. Polska wkracza w trwały okres depopulacji z przyczyn, które są wynikiem złej polityki gospodarczej rządu, a właściwie braku takiej polityki – rządzących zastępuje „wolny rynek”. Jak widać, działa on bardzo „skutecznie”…

Od 2010 r. zmniejsza się w Polsce liczba osób w wieku produkcyjnym. Jest to zarazem grupa, która generuje przyrost naturalny ludności. Zmniejsza się także udział dzieci i młodzieży w strukturze populacji – z 24,4 w 2000 r. do 18,2 proc. w 2013 r. Często jest tak, że najpierw wyjeżdżają ojcowie lub matki rodzin, następnie rodziny się łączą. Oczywiście za granicą, bo w Polsce utrwalają się przyczyny „wypychające” młode pokolenie za granicę: brak pracy, niskie zarobki, deficyt mieszkań i usług opiekuńczych. W strukturze ludności Polski powiększać się będzie natomiast udział osób starszych. Ubytek ludności oznacza też, że w bliskim czasie wystąpi deficyt zasobów pracy. Bezrobocie w Polsce jest stale wysokie (11-13 proc.), ale potencjalne zasoby pracy są w Polsce skromne, bo na rynek pracy wchodzą generacje z okresu, gdy liczba urodzeń była bardzo niska, a odchodzą generacje, w których ten poziom był wysoki. Tendencja ta jest i będzie stała. Demografowie alarmują, że w Polsce zabraknie pracowników, co może negatywnie wpłynąć na rozwój gospodarczy, a także na funkcjonowanie wszystkich systemów społecznych: ochrony zdrowia, ubezpieczeń społecznych, opieki itd.

Równie ważna, choć o nieznanej dokładnie skali, jest emigracja wewnętrzna – ze wsi i małych miast do metropolii. Przyczyny są zapewne analogiczne do emigracji zagranicznej. Jakie to niesie konsekwencje dla prowincji?

J.H.: W Polsce pogłębia się proces dezurbanizacji, co oznacza, że rozwija się osadnictwo w pobliżu dużych miast (tzw. rozlewanie się miast, ale tylko dużych). Wsie wokół miast stają się faktycznie terenami miejskimi, ale bez niezbędnej infrastruktury miejskiej. W tym przypadku mamy do czynienia z owocami braków polityki przestrzennej, która z różnych powodów nie jest uporządkowana, a wójt na swojej zagrodzie równy jest premierowi i sejmowi zarazem. To on dziś decyduje, co i gdzie będzie się budowało. W ten sposób cała Polska – a szczególnie jej najcenniejsze przyrodniczo i zarazem najbiedniejsze tereny – została np. zapaskudzona wiatrakami energetycznymi. To wójt ze starostą pospołu decydują o rozmieszczeniu infrastruktury energetycznej w państwie! Bo na ten cel są pieniądze publiczne, ale nie ma prawa, które regulowałoby lokalizację wiatraków. Efektem jest bezczelna samowola, co wykazała w jednym ze swoich raportów Najwyższa Izba Kontroli.

Inny problem dotyczy małych miast. Tam zlikwidowano już bodaj wszystko, co się dało zlikwidować, więc ludzie zmuszeni są z nich uciekać. Małe miasta nie dają młodemu pokoleniu żadnych perspektyw na stabilne dochody czy rozwój zawodowy. Tam nie ma pracy, nie ma szans na uzyskanie materialnego bezpieczeństwa i stabilizacji życiowej. Zlikwidowano co większe przedsiębiorstwa. Likwiduje się instytucje publiczne. Młodzi nie mają innego wyjścia, jak tylko emigrować, gdyż emigracja zarówno w ramach kraju, jak i zagranicę jest bardzo silnie skorelowana z poziomami bezrobocia i ubóstwa. Najgorsza sytuacja jest w województwach podlaskim, warmińsko-mazurskim i podkarpackim, ale niewiele lepiej jest w łódzkim, świętokrzyskim czy lubelskim. Równie przygnębiający jest przykład Mazowsza, gdy analizujemy sytuację po wyłączeniu Warszawy i miejscowości pozostających w bezpośrednim oddziaływaniu stołecznej aglomeracji. Podobnie jest zresztą w innych regionach. Na przykład analiza sytuacji na rynku pracy w woj. warmińsko-mazurskim pokazuje nam dwa różne światy: kompletnej zapaści powiatów peryferyjnych i całkiem niezłą sytuację w stolicy województwa. Olsztyn i powiat olsztyński, w porównaniu z powiatami takimi jak Pisz, Węgorzewo czy Gołdap, to niemal oaza dobrobytu. Jest to zjawisko typowe dla Polski: rozwijają się metropolie i duże miasta, gdzie lokuje się najbardziej prestiżowe inwestycje, a upadają te mniejsze, gdzie jest tylko subwencja na edukację, a własne dochody pokrywają – bardzo zresztą ubogą – pomoc społeczną. Ale po co władza ma inwestować w małe miejscowości, gdy jest tam mało wyborców?

W tej sprawie nie prowadzi się jakiejkolwiek świadomej polityki regionalnej czy osiedleńczej. Do rządzących nie dociera sprawa najważniejsza: że największym bogactwem we współczesnym świecie są ludzie – wykształceni, zdrowi i silnie zintegrowani ze środowiskiem lokalnym. Brak polityki rozwojowej, wpływającej na równomierne rozmieszczenie ludności oraz tworzenie miejsc pracy poza dużymi miastami, ma opłakane skutki dla rozwoju małych i średnich miast. Doświadczenia innych krajów (np. Niemiec) dowodzą tymczasem, że nie wszystkie instytucje centralne muszą się mieścić w Warszawie lub w dużych miastach.

Problem wyludniania się dotyczy w Polsce także wsi na terenach peryferyjnych w stosunku do dużych miast. Regiony wiejskie starzeją się w zastraszającym tempie. Są miejscowości istniejące już tylko jako nazwy geograficzne na mapie.

Co powinno się zmienić w polskiej polityce i gospodarce, żeby zahamować proces wyludniania kraju i prowincji?

J.H.: Należałoby zmienić w zasadzie wszystko. Przyjęty w Polsce model rozwoju prowadzi do niekontrolowanego rozrostu metropolii i terenów do nich przylegających oraz do wyludniania się wszelkich innych obszarów. Jeżeli nie można dojechać do pracy – choćby ten dojazd zabierał 4 godziny na dobę – to nie ma innego wyjścia niż zmienić miejsce zamieszkania. Niestety przy obecnym stanie infrastruktury komunikacyjnej nawet dystans kilkudziesięciu kilometrów potrafi oznaczać kilka godzin podróży do pracy lub okazać się zaporowy. Tak jest np. w Warszawie, do której brakuje sprawnego dojazdu nawet z odległości 20-40 km, np. z Wołomina, okolic Piaseczna, Mińska Mazowieckiego czy Nowego Dworu Mazowieckiego. Bez dojeżdżających z miejscowości podwarszawskich Warszawa nie może funkcjonować, ale władze Warszawy nie robią nic, aby ułatwić im życie (a przy okazji także tym, którzy w Warszawie już mieszkają).

Podobnie jest w przypadku Łodzi, z której do Warszawy codziennie dojeżdżają tysiące ludzi. Po drodze są Skierniewice, skąd większość mieszkańców dojeżdża do pracy w stolicy. Mimo to problemy komunikacyjne zdają się nie interesować ani władz Warszawy, ani Łodzi, ani Skierniewic.

Należałoby znaczną część instytucji centralnych wyprowadzić z Warszawy, co jest całkowicie możliwe przy stosowaniu nowoczesnych technik informatycznych i komunikacyjnych. Czy ZUS, KRUS, GUS albo Sąd Najwyższy muszą mieć centrale w Warszawie? Na pewno w Łodzi, Olsztynie, czy Rzeszowie taniej byłoby je urządzić, a przy okazji poprawić szanse rozwojowe tych miast. Problem dotyczy bardzo wielu publicznych instytucji centralnych.

Podczas kampanii przed wyborami samorządowymi uczestniczyłam w wielu spotkaniach z wyborcami na wsi – wszędzie pierwszoplanowym problemem jest ucieczka młodych za granicę i do dużych miast. Mieszkańcy bardzo dramatycznie postrzegają swoją sytuację po ucieczce młodego pokolenia. Obserwują bardzo rozległe skutki masowej emigracji już teraz. Szkoda, że władze państwa tego nie widzą.

W jaki sposób zwiększyć ilość i jakość miejsc pracy, aby ludziom opłacało się zostać tam, skąd pochodzą?

J.H.: „Sukcesem” ostatniego 25-lecia Polski jest likwidacja przemysłu. Autorzy tej koncepcji nadal funkcjonują w polskiej polityce i wciąż mają na nią istotny wpływ. Polska musi odbudować przemysł. Bez istotnego nakładu środków publicznych na reindustrializację, która wiązałaby się ze stworzeniem nowoczesnych miejsc pracy, wymagających wysokich kwalifikacji i kompetencji, młodzi nadal będą emigrowali. Bo jaki sens dla młodego, świetnie wykształconego inżyniera ma praca w supermarkecie, za wynagrodzenie 4-5 razy niższe, niż w Wielkiej Brytanii? Tu i tam traci swoje aspiracje, ambicje i kwalifikacje zawodowe. Ale za granicą zarabia pięciokrotnie więcej w tej samej pracy, beznadziejnej dla jego rozwoju – i przynajmniej może utrzymać rodzinę.

Polska musi stworzyć w najbliższych latach przynajmniej 1,5-2 mln miejsc pracy w przemyśle. To konieczne, aby przestała staczać się w peryferyjną strefę, gdzie gospodarka ma charakter neokolonialny. Nasz kraj nie może być montownią cudzych pomysłów i wytwórnią części zamiennych! Dziś niemal każdy, kto ma ambicje i aspiracje, zmuszony jest stąd jak najszybciej uciekać. To nieprawda, że nie mamy środków na odbudowanie przemysłu. Mamy ich współcześnie wielokrotnie więcej, niż w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy dokonywaliśmy wielkich inwestycji w przemysł. Duże państwo w środku Europy nie może rozwijać się prawidłowo bez nowoczesnego sektora wytwórczego. To podstawowy warunek modernizacji państwa i powstrzymania masowej emigracji zarobkowej.

Jest jednak jeden ważny warunek: Polską nie mogą nadal rządzić ludzie bez kwalifikacji, bez ambicji, bez wyobraźni (w czasach mojej młodości nazywano ich „ciemniakami”). To współczesne ciemniactwo obsiadło wszystkie urzędy i instytucje. Obecnie każdy działacz partyjny zdolny jest dziś zajmować się kwestiami sportu, a jutro transportu… W Polsce kompletnie załamał się system wyłaniania elit, a bez elit nie ma rozwoju, a tym samym nie ma suwerennego państwa. To jest osobny temat – choć dziś może najważniejszy, dopóki pozostały jeszcze resztki tego, co da się uratować z tej bezprzykładnej w historii powodzi marnotrawienia zasobów: od ludzi, przez przyrodę, po dorobek materialny państwa.

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy bardziej w Polsce potrzebne są stadiony, czy nowoczesne miejsca pracy w przemyśle? Ale kto ma na to pytanie odpowiedzieć? Przecież nie ci, którzy w każdej inwestycji za publiczne pieniądze widzą dla siebie dobry interes prywatny!

Zasiada Pani obecnie w Sejmie. Czy w komisjach sejmowych, albo chociaż w kuluarach temat emigracji jest w jakikolwiek sposób obecny?

J.H.: Problem emigracji i jej skutków nie występuje w oficjalnym przekazie koalicji rządzącej. Z działań rządu wynika, że w zasadzie jest na tę kwestię obojętny. A kiedy już jest ona dostrzegana, to ocenia się ją pozytywnie! Emigracja zarobkowa zmniejsza bowiem bezrobocie. Gdyby jej nie było, to bezrobotnych w Polsce byłoby ok. 4,5 mln, czyli jakieś 27-30% obywateli. Emigracja zmniejsza też zapotrzebowanie na środki z pomocy społecznej czy na zasiłki macierzyńskie. Wiele rodzin otrzymuje ponadto wsparcie od pracujących za granicą. Emigracja oznacza również niższy „popyt” na miejsca w przedszkolach i szkołach, bo w Polsce rodzi się rocznie o ok. 100 tys. dzieci mniej, niż rodziłoby się, gdyby Polacy nie wyjeżdżali na masową skalę. Tak więc z punktu widzenia rządzących emigracja to same korzyści. Oczywiście są to korzyści doraźne, które w przyszłości okażą się bardzo kosztowne. Rządzący nie myślą jednak o skutkach swojego rządzenia w perspektywie pokoleń. Horyzont ich wyobraźni społecznej sięga najbliższych wyborów.

Na moje pytanie dotyczące programu powstrzymania emigracji, choćby tylko najlepiej wykształconej młodzieży, osób, które zdobyły stopień naukowy doktora, rząd odpowiedział na piśmie, że jest dużo konkursów na projekty, więc mogą przecież starać się o nie. Na pytanie zadane premierowi Tuskowi w 2012 r. o sytuację pracowniczą, dochodową i mieszkaniową młodego pokolenia, do dziś nie otrzymałam odpowiedzi. A sam były premier uciekł do pracy za granicę, za lepsze pieniądze niż w Polsce, chociaż jeszcze miesiąc przed wyjazdem publicznie zarzekał się, że nie wyjedzie, bo ma tu ważne zadania do wypełnienia.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 26 listopada 2014 r.

Rozmawiał Konrad Malec

Puste miejsce w szkolnej klasie

Puste miejsce w szkolnej klasie

Pani Joannie Zbierskiej – z wdzięcznością

Warto dobrze wsłuchać się w dzwonki, które codziennie rozbrzmiewają w polskich szkołach, bo coraz częściej dzwonią one na alarm. Nie pierwszym pewnie, ale wartym odnotowania głosem w tej dyskusji, był tekst Antoniego Michnika, który po ostatnich wyborach europarlamentarnych wskazał na genetyczny związek sukcesu ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego z ideologią polskiej szkoły – radykalnym indywidualizmem, zanikiem myślenia w kategoriach dobra wspólnego, podsycaniem rywalizacji kosztem skłonności do współpracy, postrzeganiem świata społecznego w kategoriach ekonomizmu, gdzie obowiązują reguły gry o sumie zerowej, w której sukces jednych musi zasadzać się na porażce innych. Wreszcie, o czym Michnik także wspomina, mamy do czynienia z systemem odzwierciedlającym nierówności społeczne. Jaskrawy wyraz tej tendencji stanowi rozwój szkolnictwa prywatnego, w którym udział postrzegany jest jako wyznacznik sukcesu i wyższego statusu. Zgadzam się, że opis polskiej szkoły – i szerzej, systemu edukacji – jako laboratorium bezlitosnej rywalizacji, jest trafny. Wymaga jednak uzupełnienia. Majaczyło mi ono w głowie już wcześniej, ale wskutek ostatnich wydarzeń nabrało nareszcie wyraźniejszych kształtów.

Piszę te słowa wkrótce po tym, gdy Państwowa Komisja Wyborcza podała do publicznej wiadomości z mozołem obliczone wyniki wyborów samorządowych. Jeśli wybory są „źrenicą demokracji”, to te ostatnie dały okazję, by w tę źrenicę zajrzeć i przestraszyć się nie na żarty skalą zaniedbań i erozji godności instytucji publicznych. Nie trafiają do mnie zabarwione poczuciem wyższości i tanią uciechą drwiny tych, którzy z lubością przypominają słowa byłego ministra o „kupie kamieni”. Uważam, że pora naprawdę się zatrwożyć, nie zaś wekslować wszystko na tory kpin, w których szczytem refleksji są memy internetowe – równie efemeryczne, jak troska naszych dowcipnisiów o działanie państwa. A to właśnie państwo pozostaje głównym przegranym tych wyborów.

Kto je wygrał – trudno na pierwszy rzut oka ocenić. Jeśli jednak miałbym wskazywać zwycięzców, to wybór padłby na formację nie polityczną, lecz umysłową, która w państwie i jego obecności w życiu społecznym widzi wroga. Zwyciężył duch Janusza Korwin-Mikkego, ale on sam jest jedynie wierzchołkiem góry (niekoniecznie zresztą lodowej), która w neoliberalnych atlasach podpisywana jest nazwami Deregulacja, Tanie Państwo, a nawet Wolność. Góra ta nie wypiętrzyła się ani podczas ostatnich, ani poprzednich wyborów. Dopiero teraz jednak widać ją tak wyraźnie, bo zajęła wiele obszarów potencjalnej polityki państwa i, prawdę powiedziawszy, ma zarówno cechy góry, jak i depresji. Na dostępnych mi mapach zajmuje ona między innymi teren przynależny systemowi oświaty. Jej nazwy to: Abdykacja, Kapitulacja lub Walkower. Przywołaną wcześniej diagnozę Antoniego Michnika uzupełnić należy zatem o obserwację, że szkoła może wychowywać instytucjom państwowym wrogów nie tylko za sprawą jakiegoś podboju ideowego. Przyczyną pierwotną wydaje się wycofywanie się państwa z obszarów, gdzie powinno ono prowadzić świadomą i aktywną politykę społeczną.

Nie na moją głowę pogłębione i szczegółowe raporty, jestem wszak tylko byłym uczniem i byłym nauczycielem, który trochę w szkole i okolicach przeżył i zobaczył. Najpierw, jeszcze w liceum, widywałem moich nauczycieli sprzedających z łóżek polowych biustonosze. Widywałem też znakomitych wychowawców i nauczycieli matematyki, którzy odchodzili ze szkoły do banku, bo mieli dwójkę dzieci. Działo się to na początku lat 90., gdy trwoniono w systemie oświaty kapitał talentu i doświadczenia, który powinien procentować przez wiele lat. Patrzyłem zatem (choć może jeszcze wtedy jej nie widziałem) na zdradę, której ofiarą padli nauczyciele jako grupa zawodowa – spauperyzowana i upokorzona, złożona na ołtarzu transformacji wraz z innymi przedstawicielami profesji inteligenckich.

Nieco później, już na studiach, widywałem źle opłacanych wykładowców, którzy z czasem obejmowali kolejne katedry w szkołach wyższych jedynie z nazwy, obsługujących pozornych beneficjentów boomu edukacyjnego. W tym samym czasie specjalizacje nauczycielskie na studiach wyższych postrzegane były przez większość studentów jako absolutna ostateczność na ścieżce kształcenia zawodowego. Wreszcie, na przełomie wieków, państwo nasze przeprowadziło reformę systemu edukacji, przekazało finansowanie szkół samorządom i wprowadziło kolejne regulacje zasad awansu zawodowego nauczycieli.

Co z tej reformy wynikło, wiemy dziś doskonale. Pracę szkoły poddano rachunkowi ekonomicznemu, gdzie niska cena stała się najważniejszym kryterium. Nic więc dziwnego, że w małych miejscowościach samorządy decydowały o zamykaniu placówek, w większych zaś wiele szkół przekazuje się podmiotom prywatnym lub stwarza warunki, w których szkolnictwo niepubliczne zajmuje uprzywilejowaną pozycję. Jednocześnie do obłędu doprowadzono biurokrację, formalizm i suchą kwantyfikację w procesie kształcenia. Dotyczy to w równej mierze nauczycieli – zbierających zaświadczenia i wypełniających dokumentację szkolną – jak i uczniów, którzy od najmłodszych lat rozwiązują testy, zdają egzaminy, składają podania i, poddani presji rywalizacji, gryzą paznokcie.

W trakcie wprowadzania reform stało się jasne, że proces kształcenia dehumanizuje się, a relacje nauczyciela i ucznia podlegają uprzedmiotowieniu. W warunkach wyścigu szczurów „tanie państwo” oznacza w szkole redukcje zatrudnienia, przepełnienie klas, brak przestrzeni dla samorealizacji uczniów i nauczycieli, dla sztuki nauczania, dla głębszego związku nauczyciela i ucznia. Sztuka niepostrzeżenie stała się usługą, uczenie się – współzawodnictwem i skrupulatnie kalkulowaną inwestycją, szkoła – zatłoczoną edukacyjną siłownią.

Stało się jednak coś jeszcze. Neoliberalna doktryna doprowadziła do tego, że w społecznym obrazie zawodu nauczycielskiego pojawia się coraz wyraźniejsze przekonanie, że jest to obsypywany podwyżkami darmozjad, cieszący się niesłusznymi przywilejami wynikającymi z zapisów Karty Nauczyciela. Wiedzę o pokładach niechęci do nauczycieli czerpać można z lektury forów internetowych, z podsłuchiwania rozmów w autobusach, ale także z rzekomo ambitnej prasy, gdzie przez długie lata „rozbudowane przywileje nauczycielskie” przedstawiano jako nieledwie główne źródło zła w systemie edukacji i – posłużmy się tą kalką – jego nieprzystosowania do wymogów współczesnego, elastycznego rynku pracy. O Karcie Nauczyciela oraz o jakości pracy objętych jej przepisami pracowników można i należy dyskutować, jak o wszystkim, co dotyczy sposobu funkcjonowania państwa i jego instytucji. Jednak w tym przypadku dyskusja przekształca się częstokroć w nagonkę, tym łatwiejszą do przeprowadzenia, im więcej na rynku pracy „elastyczności”, wymuszanej ręką wolnego rynku, twardą i niekoniecznie niewidzialną.

Kosztów takich nagonek, które uderzają również w innych urzędników, nie można wycenić, można się ich jedynie domyślać i je szacować. Nauczyciel, zdegradowany finansowo w latach 90., bywał później deprecjonowany moralnie. Jeśli uzyskiwał kolejne stopnie awansu zawodowego i zyskiwał większe zarobki, stawał się dla systemu finansowania oświaty ciężarem, a dla posługujących się neoliberalnym dyskursem – pasożytem.

Te procesy przenikały do jądra jego pracy, gdzie zdarzało mu się doświadczać poniżenia. I nie chodzi tu koniecznie o zakładanie na głowę kosza na śmieci. Uczniowie są ludkiem pojętnym i często okrutnym, niektórzy wiedzą, o czym rozmawiają i ile zarabiają ich rodzice. Trudno się dziwić erozji autorytetu nauczyciela w świecie, gdzie zawartość portfela uznawana jest za wartość najwyższą. Dyskomfort musiało pogłębiać to, że przytłoczony biurokracją i obsesją przygotowywania do testów nauczyciel miał coraz mniej czasu na osobiste spełnianie się w zawodzie i samokształcenie, do którego jest przecież zobowiązany.

Ale nauczyciel to nie tylko osoba, nie tylko zawód. Nauczyciel jest urzędnikiem. W życiu młodych ludzi właśnie on jest pierwszą instancją państwa, z którą się spotykają. A jakość spotkania ma niebagatelne znaczenie dla autorytetu tego ostatniego. Niestety, szkoła finansowo zdegradowana, szkoła „taniego państwa”, szkoła z przeceny, może oznaczać, że w powszechnym odbiorze na przecenę trafi także samo państwo, a wszelkie instytucje „utrzymywane z moich zbyt wysokich podatków” staną się łatwym celem dla wszelkich neoliberalnych populizmów.

Skądinąd, skoro już o populizmach mowa, nie ulega dla mnie wątpliwości, że próby budowania autorytetu szkoły, nauczyciela i państwa za pomocą przymusowego ubierania uczniów w mundurki, montowania kamer monitoringu oraz sankcji karnych, jak przed kilkoma laty, przez swoją doraźność i karykaturalność jedynie pogorszyły sytuację. Niestety, podobny pośpiech i doraźność obserwowaliśmy niedawno przy okazji wprowadzania ujednoliconego podręcznika dla klas pierwszych. Ten krok, wart docenienia, bo podważający dominację komercji w dziedzinie oświaty i świadczący o dostrzeżeniu popełnionych wcześniej błędów, rokuje dobrze, ale nie może być ostatnim. Kolejne uwidocznią, miejmy nadzieję, że państwo energicznie kształtujące publiczną oświatę działa w interesie wszystkich obywateli, także słabszych.

Ilekroć, tak jak teraz, myślę o kryzysie szkoły i państwa, przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez francuskiego męża stanu Leona Gambettę. Wiedział on dobrze, jak wygląda kryzys państwa. Oglądał go z niecodziennej perspektywy, bo z gondoli balonu, którym jesienią 1870 r. uciekał z Paryża oblężonego przez Prusaków. Mając w pamięci tamtą traumę, formułował po latach postulat wynikający z jej przemyślenia: „Prawdziwym zwycięzcą pod Sedanem był pruski nauczyciel; nauczyciel francuski ma wygrać wojnę następną”. Z tego gruntu wyrosła reforma francuskiego szkolnictwa, oparta na paradygmacie republikańskiej edukacji obywatelskiej i laickości, kształtowana przez państwo, a później – wyraźnie oddzielająca sfery edukacji publicznej i prywatnej. Francuski system oświaty do dziś opiera się na zbudowanych wówczas podstawach. Byłem przez siedem lat nauczycielem we Francji i – proszę mi wierzyć – system ten, pomimo trudności, działa. A ja sam wyniosłem z niego i to wspomnienie, że nauczyciel francuski potrafi walczyć, także strajkiem, o szkołę, w której wolność, równość i braterstwo są nie tylko hasłami, lecz poważnie traktowanymi celami. Potrafi i chce, bo czuje się szanowany i społecznie chroniony, jeśli nawet nie zawsze jest dobrze opłacany.

Przytoczone słowa Gambetty wpadły mi w ucho po raz pierwszy dawno temu, na lekcji historii. Rzucone en passent przez nauczycielkę łączącą cechy erudytki, pruskiego belfra i Sokratesa. Dziś może zostałaby ze szkoły zwolniona, bo trzymała uczniów krótko, zawracała im głowy bezużyteczną wiedzą, niewpisującą się w tzw. klucz, a zamiast przygotowywać do egzaminów – uczyła. Odeszła ze szkoły po półtora roku tak, jak się w niej pojawiła – bez zapowiedzi, pozostawiając najlepsze wspomnienia i długi wdzięczności. Dziś wliczam do nich wyniesione z lekcji przekonanie, że polski nauczyciel także wygrywał swoje wojny i niejedną jeszcze może wygrać. Bo nie tylko Francuzi wyciągali w przeszłości wnioski ze swoich klęsk i niepowodzeń. Polska historia roi się od nich, ale nie brakuje w niej także nauki wyciąganej z porażek. Zastanawiające jest, jak często odpowiedzią na narodowe klęski były inicjatywy edukacyjne. Komisja Edukacji Narodowej, tajne komplety, poradniki dla samouków, strajki szkolne, latające uniwersytety – to wszystko działo się często w sytuacjach zagrożenia lub upadku własnej organizacji państwowej, a więc w warunkach skrajnie trudnych. Dziś nasza sytuacja jest lepsza o tyle, że narzędzia kształtowania polityki instytucji publicznych mamy w zasięgu ręki. Wobec ich kryzysu i rozkwitu antypaństwowych populizmów przypomnijmy sobie o etosie polskiego nauczycielstwa oraz państwowotwórczej roli edukacji, bo wielokrotnie już nauczyciel zastępował wszystkich urzędników, a szkoła – całe państwo.

Na początek powinniśmy jednak otrzeźwieć i przypomnieć sobie, że klasa szkolna to przyszłe społeczeństwo. I że państwo musi zapracować w niej na szacunek – prowadząc politykę nie tylko symboliczną, ale i społeczną. Jeśli wycofa się z klasy szkolnej, ryzykuje wymazanie się z przyszłości. Dlatego nie stać nas ani na tanie państwo, ani na tanią szkołę. Państwo musi wrócić do szkoły, zająć miejsce, które opuściło, i wyraźnie powiedzieć: „Obecny!”.

Kijem i marchewką w emigrację

Kijem i marchewką w emigrację

Czy nie-emigranci mogą zrozumieć emigrantów? Czy polskie myślenie o emigracji zawsze będzie mieć cechy systemu zero-jedynkowego, w którym te dwie cyfry wiążą się albo ze zmywakiem, albo z milionem dolarów?

W 2008 r. na ekranach polskich kin pojawił się film „Lejdis” Tomasza Koneckiego. Jedyna scena z tej produkcji, jaka utkwiła mi w pamięci, to fragment, kiedy jedna z bohaterek poznając pewnego mężczyznę dowiaduje się, że ten przez kilka lat mieszkał w Londynie i pyta go z lekką pogardą w głosie: Zmywak? Jej rozmówca pracował w Anglii jako grafik komputerowy, a sama scena dość wyraziście przedstawiła jedną z dwóch dominujących percepcji emigracji w Polsce. To podejście, według którego emigracja wiąże się wyłącznie z takimi słowami jak „zmywak”, „porażka”, „ucieczka”, „nieudacznik”. Tu emigrantem może być tylko osobą, której „nie wyszło” w płynącej mlekiem i miodem krainie nad Wisłą, przez co zmuszona była wyjechać do kraju obcego i okropnego, w którym zresztą nie mieszka, lecz „siedzi”. Na gruncie semantycznym bardzo często stosowane wyrażenia typu „Tomek siedzi w Londynie”, „Anka siedzi w Stanach” są ciekawe, choć proste w interpretacji, w dość wyrazisty sposób wiążąc emigrację z czymś, na co jest się skazanym, czymś, czego doświadcza się za karę, lub mówiąc wprost – z więzieniem.

W ten nurt wpisać można również swego czasu bardzo popularny w polskich mediach temat „eurosieroctwa”. Socjolodzy szybko określili go mianem siania paniki moralnej, opartej na generalizowaniu pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymianiu.

Istnienie tej silnej tendencji w pisaniu o zjawisku emigracji nie może dziwić. Przyczyn jego pojawienia się można szukać zarówno na gruncie psychologicznym, jak i społeczno-politycznym. Uprawiające przez ostatnie lata propagandę sukcesu polskie media przestały opisywać rzeczywistość, a zaczęły stwarzać ją na nowo. Za przykład może tu posłużyć materiał informujący użytkowników pewnego bardzo popularnego portalu o tym, że w krakowskich hotelach i hostelach można zarobić więcej niż w ich odpowiednikach w Dublinie. Tak się składa, że osobiście znałem pracowników branży hotelarskiej w obu zestawianych miastach. Zwykły recepcjonista w Dublinie zarabiał równowartość ok. 7 tys. złotych, natomiast menedżer hostelu w Grodzie Kraka – 900 złotych na umowę zlecenie. Potrzeba zatem niezwykłej wyobraźni lub jakiejś równoległej, alternatywnej matematyki, by sytuację tę przedstawić dokładnie odwrotnie. Tezy równie absurdalne pojawiały się w ramach rządowych akcji mających skłonić emigrantów do powrotu nad Wisłę. Jednym z głównych punktów programu było porównywanie cen różnych produktów w Polsce i w Londynie. W zapomnienie poszły kwestie zarobków, nie mówiąc o kulturze pracy czy relacji pracodawca-pracownik. Mało tego, zapomniano, że w Polsce droższe są chociażby odzież, samochody, komputery czy sprzęt RTV. Nagle atutem Polski miała być niższa niż w Anglii cena… marchewki. Argument w sam raz, kiedy zabraknie pod ręką kija.

Podobnie było w przypadku przedstawiania kryzysu w Europie Zachodniej. Obecnie temat przestał być w Polsce tak nośny, jednak sposób prezentowania go przez długi czas trwale uformował przekonania części mieszkańców naszego kraju. Wedle tej wizji Polska jest krajem stabilnym, konsekwentnie zmierzającym ku arkadyjskiej szczęśliwości, a Europa Zachodnia to ziemia niepewna, targana wewnętrznymi konfliktami z mniejszościami etnicznymi spoza kontynentu i zmagająca się z upiornym kryzysem ekonomicznym.

O ile dostrzegam jeszcze istnienie wśród współobywateli obaw przed emigracją i stereotypów o przerażającym życiu na obczyźnie, o tyle wątpię, czy ktokolwiek jeszcze wierzy w istniejącą w Polsce Arkadię lub choćby nawet normalność tego miejsca. Tu po prostu ludzie tak przyzwyczaili się do życia w kryzysie, że nawet nie zwracają już na niego uwagi. Od 1939 roku było wystarczająco dużo czasu.

Niewidzialna ręka państwa

Niewidzialna ręka państwa

Wbrew temu, co głosi znany mit o niewidzialnej ręce, wolny rynek nie jest źródłem innowacyjności. Kluczowym graczem w zakresie innowacji technologicznych i gospodarczych jest państwo.

Włoska ekonomistka Mariana Mazzucato w zeszłym roku opublikowała książkę, w której broni państwa jako kluczowego gracza w zakresie innowacji technologicznych i ekonomicznych. W swej empirycznie ugruntowanej analizie polemizuje przede wszystkim z rozpowszechnionymi mitami, głoszącymi, że inicjatorem innowacji i „wytwórcą bogactwa” społeczeństwa jest w pierwszym rzędzie sektor prywatny. Zabiera tym samym głos w debacie na temat pożądanego stopnia redystrybucji. W tej debacie państwo niejednokrotnie zostaje zredukowane zaledwie do roli regulatora redystrybuującego bogactwo wytworzone przez innych graczy społeczno-ekonomicznych. Zdaniem Mazzucato, innowacyjność oraz dystrybucję zasobów – które we współczesnej ekonomii są analizowane i ujmowane oddzielnie – należy zacząć badać oraz zarządzać nimi w ścisłym powiązaniu, jak czynili David Ricardo lub Karol Marks. Właśnie takie podejście – a nie jedynie często przywoływane przez lewicę przejście od gospodarki finansowej do „realnej” – może rozwiązać współczesne problemy gospodarczo-polityczne państw zachodnich.

Prywatyzacja zysków

Spójrzmy na jeden z przykładów. Jest nim firma Apple, którą często podaje się jako przykład ducha przedsiębiorczości, gorliwej pilności i niewyczerpanej wyobraźni jednostki i jej prywatnego przedsięwzięcia – jak ujmuje to słynne powiedzenie Steve’a Jobsa: Stay hungry, stay foolish [dosł. Pozostań nienasycony, pozostań niemądry; zawsze odczuwaj ciekawość, by osiągnąć więcej i nauczyć się więcej – fraza zachęcająca do utrzymania stanu umysłu otwartego na uczenie się nowych rzeczy, innowacyjność w myśleniu – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. Mazzucato jednak pokazuje, że wszystkie kluczowe technologie, na których bazuje święta trójca apple’owskich kasowych hitów: iPod, iPhone oraz iPad, czyli Internet, GPS, mikroelektronika oraz ekran dotykowy, były przez kilka dekad rozwijane dzięki decydującemu udziałowi środków publicznych. Autorka książki nie zamierza odmawiać firmie zasług w sposobie wykorzystania innowacji technologicznych, lecz domaga się uznania zasadniczej roli państwa w stymulowaniu innowacyjności oraz przekonuje, by z tego faktu wywieść konsekwencje ekonomiczno-polityczne.

Skoro Apple czerpał korzyści z rozwoju i badań finansowanych przez amerykańskich podatników, to co oddaje im w zamian? Zwyczajową odpowiedzią na to pytanie są miejsca pracy wytwarzane przez firmy odnoszące sukces oraz płacenie podatków od zysku. W czasach globalizacji rynku pracy i hipermobilności kapitału taka odpowiedź jednak nie przekonuje. Mazuccato podkreśla, że w samych Stanach Zjednoczonych Apple wytwarza stosunkowo mało miejsc pracy, co więcej – są to miejsca słabo opłacane. Według obliczeń ekonomistki, w 2012 r. wartość rocznych dochodów dziewięciu top menedżerów spółki była równa wartości rocznych dochodów 15 tysięcy pracowników sprzedaży. Jeśli zaś chodzi o podatek dochodowy, to tutaj firma wykazała się dużą dawką innowacyjności przede wszystkim w tym, jak unikać obowiązku płacenia podatków lub jak radykalnie zaniżyć ich wysokość.

Mazuccato nie opisuje wspomnianych zjawisk po to, by wywoływać skandal związany z Apple. Spółka bowiem nie robi nic szczególnie wyjątkowego, a jedynie uosabia pewien systemowy problem, który w pewnych sektorach gospodarki (np. w przemyśle farmaceutycznym) jest o wiele poważniejszy. Współczesna polityka wspierania badań, rozwoju i innowacyjności funkcjonuje – podobnie jak świat finansów – z jednej strony na zasadzie uspołeczniania kosztów, strat i ryzyka, a z drugiej na zasadzie prywatyzacji zysków. Nawet jeśli pominiemy kwestię sprawiedliwości społecznej i skupimy się wyłącznie na ekonomii, należy postawić pytanie, skąd państwo ma w takich warunkach pozyskiwać środki wspierające badania i rozwój nowych przełomowych technologii (dziś przede wszystkim pilnie potrzebnych źródeł zrównoważonej energii).

Lata pracy, dojrzewania i dostrajania

Co należy robić, by słowa Jobsa o nienasyceniu i braku mądrości nie spełniły się w swym najgorszym, dosłownym sensie? Jak państwa mogą się wyswobodzić ze śmiertelnej pętli uspołeczniania kosztów i prywatyzacji zysków? Rozwiązanie z pewnością nie polega na okrajaniu budżetów i wycofywaniu się ze wspierania badań, rozwoju i innowacyjności na ich decydujących etapach. W przełomowych innowacjach technologicznych drugiej połowy XX wieku państwa odegrały zasadniczą rolę. To właśnie one określały wizje i programy, do których później nawiązywały prywatne spółki i z których, w razie sukcesu, czerpały korzyści. Prywatne firmy oraz kapitał wysokiego ryzyka nie są bowiem tak skłonne do podejmowania śmiałych przedsięwzięć, jak często chętnie deklarują. Podczas gdy innowacje wymagają lat pracy, dojrzewania i dostrajania, kapitał korporacyjny jest „niecierpliwy” i wycofuje się, jeśli stosunkowo szybko nie pojawiają się zyski.

Włoska ekonomistka przeprowadza argumentację na dwóch płaszczyznach. Należy przede wszystkim skończyć z reprodukowaniem mitów o skostniałym i nieudolnym państwie, które hamuje innowacyjność, a najwyżej potrafi jej nie przeszkadzać. Tego rodzaju dyskurs jest niebezpieczny, ponieważ odstręcza od państwa potencjalnie zdolnych i w najlepszym tego słowa znaczeniu przedsiębiorczych pracowników. Zdaniem Mazzucato, najbardziej skuteczne gospodarki kapitalistyczne charakteryzują się koegzystencją z aktywnym państwem, które nie boi się ryzykownych inwestycji. Jednak to sektor prywatny, który w końcu wprowadza innowacje na rynek, zazwyczaj rości sobie prawo nie tylko do finansowego, lecz także do symbolicznego uznania.

Równie ważne są wszakże bezpośrednie korzyści finansowe, które powinny stać się udziałem państwa. Jakie rozwiązania wchodzą w grę, skoro polityka podatkowa nie wystarcza? Mazzucato proponuje trzy rozwiązania, jednocześnie podkreślając, że nadal znajdujemy się na samym początku debaty. Pierwsze polega na „złotej akcji”, która gwarantowałaby państwu udział we własności intelektualnej patentów powstałych dzięki wsparciu budżetów publicznych, oraz na narodowym „funduszu innowacji”, do którego spływałyby zyski z wydawanych licencji. Drugie rozwiązanie polega na „pożyczkach zależnych od przyszłych dochodów” udzielanych firmom, podobnie jak ma to miejsce choćby w Wielkiej Brytanii w przypadku pożyczek studenckich na pokrycie czesnego. Jeżeli państwo bezpośrednio wspiera prywatne firmy na pewnym etapie badań, rozwoju i komercjalizacji innowacji, jak dziś często się dzieje, to w razie sukcesu projektu powinno mieć bezpośrednie prawo do części zysku w postaci spłaty pierwotnego finansowego wsparcia lub też w postaci akcji danej spółki (w ten właśnie sposób Finlandia uzyskała udziały w spółce Nokia). Trzecim rozwiązaniem jest dalszy rozkwit zarządzanych przez państwo banków rozwoju, które obecnie z powodzeniem działają w Niemczech, Brazylii czy Chinach.

Imitacja mitów czy strategii zakończonych sukcesem?

Zarówno w Czechach, jak i w innych krajach europejskich, od wielu lat trwa debata na temat pożądanej formy polityki innowacyjnej i publicznego wsparcia badań i rozwoju. Zwykle przedstawiciele firm prywatnych zabiegają o to, by podnosić wysokość finansowego wsparcia pochodzącego z budżetów publicznych (np. z rządowych agencji rozwoju lub Ministerstwa Gospodarki), a jednocześnie ograniczyć wsparcie dla „bezużytecznych” badań podstawowych. Natomiast pracownicy akademiccy zatrudnieni w publicznych instytucjach badawczych i na uniwersytetach są zazwyczaj przeciwni wspieraniu podmiotów prywatnych, argumentując, że państwo powinno w pierwszym rzędzie finansować badania podstawowe oraz ewentualnie współpracę sektora publicznego z przemysłem. Co do takiej, w dużej mierze jednostronnej debaty mogą wnieść analizy Mariany Mazzucato oraz innych autorów, do których ona nawiązuje? W pierwszej kolejności państwo musi zacząć odgrywać rolę aktywnego pioniera i motoru napędowego innowacyjności. Wsparcie ze strony państwa nie może ograniczać się tylko do badań podstawowych – powinno oferować taką możliwość na wszystkich etapach skomplikowanego procesu innowacji. Jednocześnie należy rozwijać konkretne mechanizmy pozwalające na to, by część zysków z projektów wspieranych przez państwo, które zakończyły się sukcesem, przekazać z powrotem do budżetów publicznych (np. rządowe agencje rozwoju mogłyby funkcjonować w trybie pożyczek zależnych od przyszłych dochodów).

Mazzucato nie jest antykapitalistką – w swoim zainteresowaniu wartościami ekonomicznymi pozostaje czystej krwi ekonomistką, czym niewątpliwie będzie drażnić niejednego lewicowca. Z kolei poprzez burzenie mitów o produktywności sektora prywatnego i autonomii rynku zadaje bolesne rany mitom obecnym na prawicy. Z reakcji na jej książkę, które można znaleźć tak w dzienniku „Independent”, jak i w pismach „Financial Times” czy „Economist”, a także z faktu, że jest konsultantką aktualnego rządu oraz gabinetu cieni w Wielkiej Brytanii oraz instytucji unijnych, zdaje się wynikać, że ostatecznie muszą traktować ją poważnie wszystkie obozy. My także, we własnym interesie, powinniśmy to zrobić.

Tereza Stöckelová
Tłum. Krzysztof Kołek

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie www.a2larm.cz – czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”.

Mowa (nie)pogodzonych

Rodzisz się. Świat nie jest usłany różami, ale da się to jakoś znieść, taka ludzka dola. Może jesteś z rodziny emigrantów, którzy przybyli ze wschodniego skraju Europy, gdzie była prawdziwa bieda. Albo trafili tu z Maroka, Bretanii, Włoch lub Belgii. Rośniesz, poznajesz smak życia. Zależnie od daty urodzenia – pamiętasz wojnę lub opowiadają ci o niej starsi. Idziesz do pracy, do cukrowni, która – jak to bywa na prowincji – stanowi niemal jedyną możliwość zatrudnienia dla ludzi z twojego miasteczka. Któregoś dnia, nie pamiętasz dokładnie kiedy, ale wiesz, że było to ze 40 lat temu, zakład zostaje zamknięty. Lądujesz na bruku. Ląduje na bruku twój sąsiad, sąsiadka, krewni i ten nieprzyjemny facet z następnej ulicy. Prawie całe miasteczko ląduje na bruku. A ty musisz jakoś dalej żyć. Wszyscy musicie jakoś żyć.

Blisko czterdzieści lat później, w jednej z kawiarni we francuskim miasteczku Crisolles (w regionie Pikardia) spotykają się ludzie, żeby opowiadać o stuletniej cukrowni, zlikwidowanej w 1966 roku. Poszukiwanie straconego czasu… Wielu z nich to dzieci nieżyjących już dawnych mieszkańców miasta, część to naoczni świadkowie tamtych wydarzeń – zwykli ludzie, którym później udało się jakoś żyć. Przełknęli swoją porcję biedy, goryczy i bezradności, przetrawili niezawinione upokorzenie – znaleźli pracę na roli lub w dalej położonych fabrykach. Życie wróciło do normy, świat się zmieniał, przybyło dostatku i wolnego czasu. Choć było go ciągle za mało, żeby myśleć o starych ranach.

Ale wreszcie przyszedł ten moment, żeby opowiedzieć o dawno zamkniętej cukrowni, jej strukturze, hierarchii zakładu pracy, stosunkach z pracodawcami, wakacjach, urlopach, dniu powszednim na polu obsadzonym buraczanymi sadzonkami. Żeby ze wspomnień na nowo utkać podarte na strzępy płótno minionego życia. Projekt pod patronatem stowarzyszenia „Souffler n’est pas jouer”, animowany przez Catherine Zambon, nazwano „Słowa Buraków”. Na jego podstawie powstało przedstawienie teatralne „Trudne ziemie” (Les terres fortes) w reżyserii Sylvie Baillon. Francuska premiera spektaklu odbyła się 5 października 2005 r.

2 marca 2007 roku. Paskudny, deszczowy wieczór, przed nowohucki teatr „Łaźnia Nowa” na os. Szkolnym tuż przed 18.00 zajeżdża autokar. Wysypuje się z niego spora grupka rozmawiająca po francusku: od dzieci, przez osoby dorosłe, po starszych ludzi. Kilkanaście minut później, w dużej, wypełnionej po brzegi sali zaczyna się spektakl. Rozmowy, dialogi, śpiew chóru – po francusku, a w tle napisy po polsku. Nie wiadomo, czy patrzeć na aktorów, z tonu głosu, mimiki, gestów wyłapywać najważniejsze treści – czy śledzić tłumaczenie. Co ważniejsze: ta obcość, która wyraża swoje szczęście, ból, próby chwycenia wątłej nici nadziei na przyszłość, obcość, która głosem dziecka odtwarza przeszłość, śpiewem starej kobiety przywraca jej sens i wartość – czy słowa, łatwiejsze do zrozumienia, ale tak oczywiste, że aż zaciemniają istotę rzeczy?

Powtórzę – minęło 40 lat od zamknięcia cukrowni w Crisolles. W sztuce „Trudne ziemie” biorą udział amatorzy – mieszkańcy miasteczka. To przedstawienie nie jest grą fabuły, fikcją literacką przeniesioną na teatralne deski, ale wysublimowaną rekonstrukcją wydarzeń, spektaklem pogodzonych z losem. To nie jest opowieść snuta przez ludzi, którzy zawodowo traktują emocje, mowę ciała, słowa, a nawet myśli. Dlatego w tym, co odbierałem, czułem tyle życia, tęsknoty, prawdy, śmiechu i powagi. Nawet dzieci opowiadające w tym spektaklu o wspomnieniach starszych, dzieci, dla których cukrownia jest już tylko znakiem, jakiemu inni muszą przydać treść, głupiutkie dzieci, przejęte powagą chwili i tą obcą widownią, porozumiewającą się na co dzień dziwnym językiem – nawet one, swoją niewinnością, uwiarygodniały to, co działo się na scenie.

I dopiero teraz zaczynam rozumieć, w czym rzecz: to nie jest spektakl, ale rodzinne spotkanie, bo jeśli ludzie różnych narodów i języków są braćmi, to pewnie w tym, co niezależnie od okoliczności stanowi ich tożsamość – walka o godność, własna pamięć, szukanie sensu tam, gdzie o niego najtrudniej. I rzecz wcale nie w patosie, który bywa najgorszym wehikułem pamięci, ale w pięknie rzeczy banalnych. Trochę jak na stypie, gdy zostają najbliżsi: łzy, czyjś żarcik o zmarłym, ciepłe słowo, nie do końca wyraźne, pewnie na poły zmyślone wspomnienie, czarno-białe zdjęcie z dowodu sprzed trzydziestu paru lat, żałobnicy, którzy otrząsają się z bólu.

A zatem, jeszcze raz: 40 lat było potrzeba, żeby mieszkanki Crisolles, Eva Foucher i Josephine Mazgaj, których korzenie tkwią w Polsce, mogły opowiedzieć o dziwnych losach swego miasteczka, będącego najpierw szansą na lepsze życie, a później – miejscem rozpaczy. Życie w miasteczku Crisolles, którego nie znam, ale – wyobrażam sobie – atmosferą przypominało trochę miasteczka z moich rodzinnych stron. Zapyziałe, pewnie nudne dla patrzących z boku, może całkiem ładne; miasteczko, w którym szło się do pracy na kilka zmian, można było coś zjeść, wypić, zabawić się, poznać piękną dziewczynę, rzucić kamieniem w psa, pohulać w czasie święta, ponarzekać na lokalną władzę. I w tym miasteczku była stuletnia cukrownia, produkowano w niej cukier puder, na okolicznych polach wprowadzano nowe odmiany buraków, na ulicach można było usłyszeć słowa po polsku czy po włosku. Była praca, były pieniądze, wydatki, szansa na oszczędności, nadzieja na lepsze życie, dobre zamążpójście córki, piękniejszą przyszłość dla wnuków. I raptem – przypomnijmy – prowadzenie cukrowni przestało się opłacać. Była nierentowna.

To się zdarza. Zostają budynki. Pola, na których pracowano, nie dają plonu. Spracowane ręce, zbolałe kręgosłupy, ogorzałe od skwaru twarze – znajdują odpoczynek. Zbyt wiele odpoczynku, który staje się znojem cięższym niż najgorsza harówka. Bo dobry Bóg, wyrzucając człowieka z raju, rzekł mu: „W pocie czoła twego będziesz pożywał chleba” – ale przez grzeczność nie wspomniał nic o bezrobociu. No ale stało się. A po ponad czterdziestu latach pojawiła się szansa, by o tym wszystkim opowiedzieć ludziom w Nowej Hucie, Koszycach, Kazimierzy Wielkiej, Legowicach, Węglowicach…

„Trudne ziemie” to mowa pogodzonych z losem – czy aż tyle lat potrzeba, by wyznać głośno niegdysiejszy wstyd i nędzę? Czy zawsze w imieniu nieżyjących już świadków społecznych tragedii dopiero po dziesięcioleciach będą mogli wypowiadać się pozostali – ich nieliczni, pozostali wciąż przy życiu rówieśnicy, albo potomkowie, którzy ze zdjęć, zakamarków jawy i snu wydobywają wspomnienia? I to jest pytanie niepogodzonych z losem – które niestety jest jednym z najważniejszych naszych, polskich pytań. Ale myślę, że jest to także pytanie mieszkańców Crisolles, że mowa niepogodzonych wciąż jest ich udziałem, bo jest ona zarzewiem buntu, mową niezgody na zapomnienie, obojętność, krzywdę. Chciałbym jednak, żeby tej mowy, tego napięcia, tej sztuki pojednania z pamięcią i buntu przeciwko złu życia społecznego nie musieli nas uczyć Francuzi. Bo mowa niepogodzonych rozbrzmiewa w każdym zakątku Polski. Dlatego też boję się trochę takich spektakli – nie ze względu na nie same, ale z uwagi na znajomość polskiej inteligencji. Popatrzeć, jak o bezrobociu i sztuce wychodzenia zeń mówią Francuzi, podyskutować o tym przez chwilę, napisać recenzję do „Gazety Wyborczej”, a potem dalej, bezrefleksyjnie albo cynicznie ignorować mowę niepogodzonych, która rozbrzmiewa tuż obok. Zachwycać się cudzym bólem – szydzić z własnego. Ale, na szczęście, to przedstawienie było w Nowej Hucie. A w tym mieście, mam nadzieję, ludzie zbyt dobrze wiedzą, czym jest mowa niepogodzonych. I przecież sami wciąż szukają, jak ją najlepiej wyrazić, by w końcu w głosie zabrzmiała nuta ukojenia.

Trudne ziemie” (Les terres fortes), reż. Sylvie Baillon, muz. Karine Dumont, scen. Érice Goulouzelle, produkcja: stowarzyszenie „Souffler n’est pas Jouer”, 2 marca 2007 r., Teatr „Łaźnia Nowa”, Nowa Huta. Spektakl odbył się w ramach „Eldorado – Festiwal Czynu Społecznego”.