Nowi Irlandczycy

 

Choć Irlandia ma już za sobą okres niespotykanego wzrostu gospodarczego, nadal mieszka tam około 130 tysięcy Polaków. Mówią, że dzięki życiu na Zielonej Wyspie stali się bardziej otwarci, tolerancyjni i spokojni.

Pierwsza rzecz w Dublinie, na jaką niemal każdy zwraca uwagę, to brak pośpiechu. Szczególnie gdy przyjeżdża się tu z Warszawy, w zdziwienie wprawia tłum ludzi, niczym turyści spokojnie kroczący głównymi ulicami: O’Connell i Grafton. Wśród jadących samochodów nie sposób usłyszeć dźwięk klaksonu, a kierowcy jeżdżą na tyle uważnie, że odsetek śmiertelnych wypadków na irlandzkich drogach jest jednym z najniższych w Europie. Dziwi też wszechobecne casual talk, czyli niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi. A wszystko to w stolicy kraju, w mieście liczącym ponad milion mieszkańców, będącym główną europejską siedzibą wielkich korporacji takich jak Microsoft, Google, PayPal, eBay czy Facebook.

Kraj bez UKIP

Choć często zjawiska polskiej migracji do Anglii i Irlandii traktuje się jako tożsame, kraje te różnią się również innym czynnikiem, znacznie istotniejszym niż wspomniany brak pośpiechu: mieszkańcy Irlandii są bardzo przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców przyjeżdżających na wyspę. Irlandzkiej otwartości na imigrantów należy doszukiwać się przede wszystkim w historii kraju. Przez większą jej część Irlandia była właśnie krajem „wysyłającym”, o czym najlepiej świadczy fakt, że dziś poza jej granicami żyje ponad 70 milionów osób o irlandzkich korzeniach (przy ledwo 4 milionach Irlandczyków zamieszkujących Republikę Irlandii). Niemal każdy mieszkaniec Zielonej Wyspy ma bliższych lub dalszych krewnych poza granicami kraju – głównie w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie i Australii.

To przede wszystkim tu należy doszukiwać się źródła różnic między nastawieniem do imigrantów w Anglii prowadzącej przez lata kolonialną politykę a traktowaniem ich w niewielkiej Irlandii, kraju okupowanym przez 800 lat, z którego większość mieszkańców wyjeżdżała z powodu dotkliwej biedy. To dzięki bolesnym historycznym doświadczeniom Irlandczycy potrafią życzliwie spojrzeć na przybywających imigrantów, widząc w nich odbicie samych siebie. Różnice między Wielką Brytanią a Irlandią są tu bardzo ciekawe – przyznaje dr John O’Brennan, socjolog z National University of Ireland Maynooth. – W Irlandii nie ma partii podobnej do UKIP [United Kingdom Independence Party – Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa] i nic nie zapowiada, by mogła taka powstać. Nie widać tu bowiem sprzeciwu wobec imigrantów z Polski, a raczej uznanie dla wkładu, jaki wnieśli do rozowju irlandzkiego społeczeństwa. Pocieszające jest to, że w samym środku ogromnej recesji gospodarczej nie zrealizowała się pokusa, by o wszystko obwiniać cudzoziemców. Irlandzki system wyborczy sprzyja rozwojowi partii ksenofobicznych z powodu braku progu wyborczego, natomiast system wyborczy Wielkiej Brytanii sprawia, że małym partiom znacznie trudniej jest się rozwinąć. To jednak w Wielkiej Brytanii doszło do tego, że UKIP zajęła pierwsze miejsce w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego. Brak ksenofobii w Irlandii może mieć związek z naszymi historycznymi i obecnymi doświadczeniami w byciu emigrantami oraz w tym, że prawie każdy Irlandczyk albo mieszkał poza Irlandią w przeszłości, albo przynajmniej ma w rodzinie kogoś, kto mieszka za granicą. Sam mieszkałem w Australii, Wielkiej Brytanii, Francji i Bułgarii…

Irlandia przez kilkanaście lat była krajem z wielu względów interesującym dla imigrantów. Na miejscu spotykali się z wielką przychylnością zarówno ze strony polityków, jak i obywateli, w życiu codziennym czekał ich natomiast bardzo atrakcyjny styl życia. Oczywiście, niemal nikt by tu nie przyjeżdżał, gdyby nie czynnik ekonomiczny. Od połowy lat 90. ubiegłego wieku do roku 2007 w Irlandii miał miejsce ogromny wzrost gospodarczy, dzięki któremu imigranci byli w kraju wręcz potrzebni. Z czasem prosperity coraz bardziej zwiększało to zapotrzebowanie, ponieważ pojawił się schemat, w którym Irlandczycy masowo brali kredyty na zakup kolejnych nieruchomości, najpierw budowanych przez imigrantów, a następnie przez nich wynajmowanych. Oprócz czynnika kulturowego pojawił się zatem także aspekt ekonomiczny irlandzkiej otwartości na obcokrajowców.

Szok kulturowy

Zaledwie w ciągu dekady Irlandia przebyła drogę od kraju „zaściankowego” do społeczeństwa multikulturowego, w którym swoje miejsce znalazło ponad pół miliona imigrantów. Aby uzmysłowić sobie skalę tej zmiany, wystarczy przeliczyć ten wskaźnik na polskie warunki – dałoby to około 5 milionów obcokrajowców, którzy w ciągu dziesięciu lat osiedliby nad Wisłą. I choć ekonomiczne realia Irlandii bardzo zmieniły się w ciągu ostatnich sześciu lat, gdy panowała tam gospodarcza recesja, na wyspie pozostało około 130 tys. Polaków (z 250 tys. w roku 2007) i nadal przybywają kolejni imigranci – tym razem głównie z Brazylii, Hiszpanii i Włoch. A wszystko to w czasie, w którym Zieloną Wyspę opuściło kolejne 300 tys. Irlandczyków.

Multikulturowość Irlandii mocno podkreśla Daniel Żuchowski, mieszkający w Dublinie od 2007 r. Spotyka się z nią na co dzień, nie tylko podczas pracy nauczyciela angielskiego w szkole języków obcych. Na początku tego roku irlandzkie wydawnictwo opublikowało zbiór jego opowiadań „The New Dubliners”. Książkę napisał w języku angielskim i nie planuje jej tłumaczyć na polski, mówiąc, że większość Polaków w Irlandii dobrze zna język Szekspira. – Ludzie tu mieszkający, a w szczególności imigranci, zdają się nie traktować innych przyjezdnych w kategoriach „kto skąd jest” – zauważa Żuchowski. – Irlandia, a zwłaszcza Dublin, jest tak wielokulturowym miejscem, że po prostu nie zwraca się uwagi na takie rzeczy jak kraj pochodzenia. Pewne wartości muszą się więc uniwersalizować. Dla mnie najważniejszymi wartościami są wolność i tolerancja, dlatego tak dobrze mi się tu żyje. Irlandia jest jednym z najbardziej otwartych na inność krajów, dającym swoim mieszkańcom bardzo dużą wolność osobistą. Patrząc na różne kultury, które za nowy dom wybrały sobie Irlandię, głównie na przybyszy z państw o największych ograniczeniach wolności, dostrzec można pewne rozluźnienie wrodzonych wręcz ograniczeń, a także większą otwartość na człowieka. Wielu potrafi się tu ocknąć i stwierdzić, że można żyć inaczej. O tym właśnie jest książka, którą napisałem. Często w historiach, które opowiadam, a wszystkie są historiami prawdziwymi, nie mówię o narodowości bohaterów. Służy to właśnie temu, aby pokazać, że w żadnym stopniu taka wiedza nie wpłynęłaby na przebieg opowiadanej historii czy postrzeganie pewnych uniwersalnych wartości.

Równolegle do postępującego uniwersalizmu kulturowego i wtapiania się w społeczeństwo multikulturowe od kilku lat zaobserwować można zdecydowany wzrost postaw patriotycznych wśród irlandzkiej Polonii. Jest to zjawisko względnie nowe, a za jego początek uznaje się 2010 r. i wydarzenia, jakie miały miejsce po katastrofie smoleńskiej. – Można zaobserwować lawinowy wzrost postaw patriotycznych, również u osób, które wcześniej publicznie odżegnywały się od jakichkolwiek zachowań tego typu – mówi Piotr Słotwiński, polonijny bloger mieszkający od 2004 r. w Cork. – Nie są to tylko zwykłe deklaracje, ponieważ wraz z nimi następuje ich swoiste zinstytucjonalizowanie. Nawet w stosunkowo niewielkim Cork, oprócz dotychczas działających organizacji polonijnych, w ostatnim czasie spontanicznie powstały takie stowarzyszenia jak Polski Klub Patriotyczny, Narodowy Front Emigrantów czy Ruch Narodowy – Cork. Coraz większego znaczenia nabiera również działalność lokalnego oddziału Niepoprawnego Radia, które jest organizatorem sporej części spotkań z zapraszanymi z Polski osobami zaangażowanymi politycznie, a same spotkania gromadzą stale rosnącą liczbę uczestników.

To, na co zwraca uwagę najwięcej imigrantów z Polski, to jednak przyswajanie wartości oraz codziennych zachowań od Irlandczyków. – Polacy wiele czerpią z irlandzkiej kultury – przyznaje Barnaba Dorda, pracownik irlandzkiego związku zawodowego SIPTU. – Stają się bardziej otwarci, pozytywnie nastawieni do innych, częściej wychodzą z domu, by spotkać się z przyjaciółmi. Natomiast życzliwe podejście większości Irlandczyków jest wręcz ujmujące.

Pod względem poziomu codziennych relacji międzyludzkich i pełnego szacunku podejścia do drugiego człowieka Irlandia różni się od Polski tak bardzo, że większość Polaków po powrocie nad Wisłę choćby na kilka dni mówi, że przeżywa szok kulturowy. Podczas reemigracji lub krótkich wizyt w Polsce emigranci zaczynają znacznie wyraźniej dostrzegać brak typowej dla Irlandii serdeczności w kontaktach z obcymi ludźmi – w sklepie, na lotnisku, ulicy. Jeden z moich rozmówców określił nawet ten polski stan słowem „szczękościsk”.

Istnienie szoku kulturowego po powrocie do Polski potwierdza również o. Marcin Lisak – dominikanin, w latach 2006–2010 duszpasterz irlandzkiej Polonii, doktor socjologii zajmujący się badaniami nad emigracją. Zjawisko to ilustruje historią znajomego studenta, który powrócił z Irlandii do Polski. – Opowiedział mi kiedyś, jak w pewnym małym polskim miasteczku widział Azjatów próbujących zagadnąć po polsku przechodniów i o coś zapytać. Ludzie śmiali się z nich, traktując jak obcych. Dla tego studenta był to szok, ponieważ sam już poznał, że świat jest różnorodny. Jest w tym też pewne poczucie solidarności. Gdy kiedyś samemu było się gdzieś przybyszem, inaczej patrzy się na tych, którzy w Polsce są przybyszami, i bardziej docenia się ich wysiłki.

Bezpośredniość

Otwartość i swobodny styl bycia Irlandczyków przekładają się również na stosunki panujące w życiu zawodowym oraz na relacje przełożony–podwładny. Dominuje styl nieformalny, a sprawami drugorzędnymi są struktury i hierarchie pracowników. Za przykład może posłużyć choćby moja rozmowa z dr. O’Brennanem, który bardzo szybko poprosił, abym zwracał się do niego po imieniu, a nie za pomocą jego tytułu naukowego. – Jesteśmy bardzo nieformalni, nawet w środowisku uniwersyteckim – wyjaśnia irlandzki wykładowca. – Ma to swoje źródło w tym, że przez długi czas byliśmy tak biedni, że – inaczej niż u naszych angielskich sąsiadów – nie wytworzył się tu system klasowy.

Dr Lisak zauważył tę bezpośredniość kontaktów nawet w przypadku urzędującego ministra integracji oraz innych pracowników rządu, z którymi miał styczność. Minister podczas oficjalnych spotkań był jak człowiek z sąsiedztwa – wspomina dominikanin. – W Polsce przeciętny burmistrz zachowuje większy dystans wobec innych. W Irlandii łatwość kontaktów z przełożonymi jest dużo łatwiejsza, ponieważ panuje ogólne przekonanie, że wszyscy jesteśmy wielką rodziną. W Polsce dominuje styl formalno-prawny, czyli kultura wzmagająca stratyfikację społeczną.

Lisak zauważa, że na taki stan rzeczy wpływ miały przede wszystkim historyczne różnice w panujących systemach prawa. Zarówno w przypadku Polski, jak i Irlandii swój największy ślad odcisnęły kraje, pod których dominacją się znajdowały. W polskim systemie najbardziej widoczny jest formalno-prawny komponent pruski z elementem absolutyzmu. Ranga przepisów i zasad wzmaga stratyfikację społeczną i powstawanie chociażby klasy wysokich menedżerów. Im bardziej coś jest zależne od menedżera, tym bardziej wzrasta jego pozycja, a ten chcąc utwierdzić się w hierarchii, przyjmuje to jako sposób relacji interpersonalnych. Na Irlandię największy wpływ miał natomiast brytyjski system prawa, nie będący zestawem poszczególnych przepisów, lecz prawem zwyczajowym (common law), w którym najważniejsze były zwyczaje powszechnie uznane przez społeczeństwo.

Te dwa zupełnie inne w swoich założeniach systemy prawa w naturalny sposób wytworzyły olbrzymie różnice w funkcjonowaniu społeczeństw oraz relacjach międzyludzkich. Polscy imigranci w Irlandii łatwo odnaleźli swoje miejsce w tym obcym z początku systemie, chwaląc m.in. brak biurokracji, łatwość nawiązywania relacji interpersonalnych między osobami na różnych stanowiskach czy duży wpływ jednostki na sprawy publiczne.

Polacy w Irlandii przekonali się, że europejskie standardy pracy to nie tylko lepsze zarobki, ale też kultura w relacjach przełożony–podwładny – mówi Magdalena Orzeł, autorka książki „Dublin. Moja polska karma”. – Życie w Irlandii nauczyło mnie obywatelskiego spojrzenia na politykę, tego, że państwo jest dla mnie, a nie ja dla państwa. Osoby wracające do Polski z doświadczeniami emigracyjnymi mają już inne oczekiwania, wyobrażenia i marzenia niż te, które wypchnęły je „za chlebem” na obczyznę. Polacy nauczyli się w Irlandii otwartości i tolerancji nie w deklaracjach, lecz w codziennym życiu. Sami raczej niczego pozytywnego w sferze wartości do Irlandii nie przywieźli. Ja również nie czuję, żebym mogła coś w tej sferze przekazać Irlandczykom, raczej to ja dostałam. Oczywiście, wielu Polakom tam mieszkającym wydaje się, że wnoszą bardzo wiele, ponieważ mają na przykład bogatsze tradycje religijne.

Starsi Irlandczycy, szczególnie w mniejszych miejscowościach, często podziwiają religijność Polaków. Ci jednak i pod tym względem przejmują zwyczaje mieszkańców wyspy, której kościoły coraz wyraźniej świecą pustkami. Na msze do polskojęzycznego duszpasterstwa uczęszcza regularnie mniej niż 10 proc. polskich imigrantów. Jeszcze mniej pojawia się na nabożeństwach prowadzonych przez irlandzkich księży. – Emigracja sprawia, że jest to religijność z wyboru – przyznaje o. dr Lisak. – Nie ma tu miejsca na presję społeczną czy przyzwyczajenia. Do kościoła chodzą ci, którzy to wybierają.

Ślad w życiu Irlandczyków pozostawiają natomiast Polacy na płaszczyźnie obyczajów związanych ze świętami. Dopiero pod wpływem polskich imigrantów stopniowo zaczęli świętować wigilię Bożego Narodzenia, wcześniej obchodząc wyłącznie dwa dni świąteczne. – Wszyscy moi znajomi Irlandczycy wiedzą o polskim dniu dziecka, lanym poniedziałku i tłustym czwartku – mówi Marlena Murphy, Polka pracująca w East Coast Radio. – Moja niesamowita irlandzka rodzina Murphych i Sheehych świętuje polskie tradycje razem ze mną. Są prezenty pod choinką w Wigilię, jest i poranek świąteczny.

Drugie pokolenie

Warto w tym miejscu podkreślić pewne zjawisko, które niemal zupełnie umknęło uwadze polskich mediów – pojawianie się drugiego pokolenia polskiej emigracji „poakcesyjnej” w Irlandii. Część polskich mediów zachłysnęła się łatwym i efektownym tematem tzw. eurosierot, co socjolodzy określili mianem siania paniki moralnej, czyli generalizowania pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymiania. W rzeczywistości skala tzw. eurosieroctwa to bardzo niewielki odsetek, a większość tego typu przypadków przestała istnieć już na początku irlandzkiej recesji gospodarczej. Wówczas nastąpił proces unifikacji rodzin, które decydowały się na wspólne przeniesienie do Irlandii lub do Polski. W Irlandii pojawiło się natomiast nowe pokolenie Polaków (część urodzona już na wyspie, część przeniosła się tam z rodzicami w bardzo młodym wieku), które jest bardzo mocno zintegrowane z irlandzką społecznością, przede wszystkim dzięki uczestnictwu w miejscowym systemie edukacji. Za ciekawostkę mogą posłużyć historie o tym, jak polskie dzieci uczące się w Irlandii, chcąc zachować swoje sekrety lub ukryć coś przed rodzicami, mówią między sobą po irlandzku.

Język narodowy jest czymś, czego wielu Irlandczyków zazdrości Polakom, podkreślając, że zachowaliśmy ojczystą mowę nawet mimo zaborów. Osiem wieków okupacji angielskiej przyniosło bowiem niemal całkowite zmarginalizowanie języka irlandzkiego, którym na co dzień posługuje się obecnie ok. 77 tys. osób, głównie mieszkańców małych miejscowości na zachodnim wybrzeżu. Irlandzki to jednak oficjalny język urzędowy (obok angielskiego) i jest powszechnie nauczany w miejscowych szkołach. Tu jednak bardzo często dzieci irlandzkie i polskie poznają go w ten sam sposób, czyli jako zupełnie nowy język.

Polaków coraz częściej można dostrzec nie tylko w irlandzkich szkołach podstawowych i średnich, ale i na miejscowych uniwersytetach. – Dziesięć lat temu Polacy na irlandzkich uniwersytetach byli rzadkością, teraz jest to całkiem powszechne – zauważa dr O’Brennan. – Moją najlepszą studentką na studiach licencjackich z europeistyki jest Polka. Przyjechała tu ze swoimi rodzicami, gdy miała 12 lat. Reprezentuje pokolenie młodych ludzi z polskich rodzin, którzy większość życia spędzili już w Irlandii.

Najlepiej wykształceni emigranci

Z przeprowadzonego w 2006 r. spisu powszechnego wynikało, że ówczesna średnia wieku Polaków w Irlandii wynosiła 27,5 lat. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że średnia ta zapewne wzrosła, mówimy tu o emigracji bardzo młodej, i to pod dwoma względami – wieku jej uczestników oraz bardzo krótkiego okresu jej istnienia. O ile z punktu widzenia historii polskich migracji jest to okres bardzo krótki, o tyle z perspektywy jednostek rzecz może się przedstawiać zupełnie inaczej.

Charakterystyczny dla polskiej emigracji w Irlandii jest zarówno jej młody wiek (głównie osoby urodzone w latach 70. i 80.), jak i wysoki poziom wykształcenia – z badań Narodowego Banku Polskiego wynika, że jest to najlepiej wykształcona Polonia spośród wszystkich krajów będących popularnymi kierunkami migracji po 2004 r. Te dwa czynniki w naturalny sposób przyczyniły się do wysokiego stopnia otwartości zarówno na irlandzką kulturę, miejscowy styl życia, jak i przyswajanie pewnych uniwersalnych wartości pojawiających się w społeczeństwie wielokulturowym.

Fakt, że z Polski wyjechało tyle osób, często traktuje się jak tragedię – zauważa o. dr Lisak. – Jest to myślenie w kategoriach etnocentrycznych. Brakuje podejścia mówiącego, że emigracja jest dla dobra jednostek. To, że te jednostki wyjechały, nie oznacza, że są ofiarami. Można powiedzieć, że były ofiarami tego, że w Polsce nie ma perspektyw, jednak wyjeżdżając, wyzwalają się z bycia ofiarą. To brak migracji byłby oznaką poddania się. Warto zauważyć, że nie jest to jednak migracja tylko „za chlebem”, tak jak to miało miejsce w XIX w. To migracja za czymś jeszcze, czymś „do chleba”. Wyjechali ci, którzy w Polsce jakoś żyli, jednak było to dla nich życie niewystarczające, nieadekwatne i chcieli czegoś więcej.

Część Polaków mieszkających w Irlandii traktuje Zieloną Wyspę jako przystanek w dalszej życiowej drodze. Wiele osób już przeniosło się stąd do Kanady lub Australii, poniekąd idąc wydeptanymi przez dziesięciolecia drogami migracyjnymi Irlandczyków i nieraz korzystając z ich sieci kontaktów. Jednak to właśnie Irlandia wytworzyła w nich pewien kapitał migracyjny, za którym idzie otwartość na innych ludzi i łatwość dostosowywania się do nowych warunków życia. To Irlandia jest dla wielu z nich miejscem, w którym po raz pierwszy zetknęli się z dorosłym, samodzielnym życiem. Tym miejscem okazał się kraj tylko z pozoru podobny do Polski – państwo o zupełnie innym systemie prawnym, innym modelu relacji panujących w strefie zawodowej, innym poziomie relacji interpersonalnych, innym tempie życia, innym stopniu multikulturowości. Na polskich emigrantów taka różnica nie mogła pozostać bez wpływu. Głównie ze względu na swój młody wiek znacznie częściej to oni przyjmowali wartości i styl życia Irlandczyków, niż sami przekazywali coś w tej sferze innym. Tej otwartości sprzyjała jednak nie tylko metryka czy wysoki poziom wykształcenia, lecz i sama „zawartość” tego, co zaoferowała Irlandia, a co Polacy uznali za bardzo atrakcyjną propozycję.

Kijem i marchewką w emigrację

Kijem i marchewką w emigrację

Czy nie-emigranci mogą zrozumieć emigrantów? Czy polskie myślenie o emigracji zawsze będzie mieć cechy systemu zero-jedynkowego, w którym te dwie cyfry wiążą się albo ze zmywakiem, albo z milionem dolarów?

W 2008 r. na ekranach polskich kin pojawił się film „Lejdis” Tomasza Koneckiego. Jedyna scena z tej produkcji, jaka utkwiła mi w pamięci, to fragment, kiedy jedna z bohaterek poznając pewnego mężczyznę dowiaduje się, że ten przez kilka lat mieszkał w Londynie i pyta go z lekką pogardą w głosie: Zmywak? Jej rozmówca pracował w Anglii jako grafik komputerowy, a sama scena dość wyraziście przedstawiła jedną z dwóch dominujących percepcji emigracji w Polsce. To podejście, według którego emigracja wiąże się wyłącznie z takimi słowami jak „zmywak”, „porażka”, „ucieczka”, „nieudacznik”. Tu emigrantem może być tylko osobą, której „nie wyszło” w płynącej mlekiem i miodem krainie nad Wisłą, przez co zmuszona była wyjechać do kraju obcego i okropnego, w którym zresztą nie mieszka, lecz „siedzi”. Na gruncie semantycznym bardzo często stosowane wyrażenia typu „Tomek siedzi w Londynie”, „Anka siedzi w Stanach” są ciekawe, choć proste w interpretacji, w dość wyrazisty sposób wiążąc emigrację z czymś, na co jest się skazanym, czymś, czego doświadcza się za karę, lub mówiąc wprost – z więzieniem.

W ten nurt wpisać można również swego czasu bardzo popularny w polskich mediach temat „eurosieroctwa”. Socjolodzy szybko określili go mianem siania paniki moralnej, opartej na generalizowaniu pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymianiu.

Istnienie tej silnej tendencji w pisaniu o zjawisku emigracji nie może dziwić. Przyczyn jego pojawienia się można szukać zarówno na gruncie psychologicznym, jak i społeczno-politycznym. Uprawiające przez ostatnie lata propagandę sukcesu polskie media przestały opisywać rzeczywistość, a zaczęły stwarzać ją na nowo. Za przykład może tu posłużyć materiał informujący użytkowników pewnego bardzo popularnego portalu o tym, że w krakowskich hotelach i hostelach można zarobić więcej niż w ich odpowiednikach w Dublinie. Tak się składa, że osobiście znałem pracowników branży hotelarskiej w obu zestawianych miastach. Zwykły recepcjonista w Dublinie zarabiał równowartość ok. 7 tys. złotych, natomiast menedżer hostelu w Grodzie Kraka – 900 złotych na umowę zlecenie. Potrzeba zatem niezwykłej wyobraźni lub jakiejś równoległej, alternatywnej matematyki, by sytuację tę przedstawić dokładnie odwrotnie. Tezy równie absurdalne pojawiały się w ramach rządowych akcji mających skłonić emigrantów do powrotu nad Wisłę. Jednym z głównych punktów programu było porównywanie cen różnych produktów w Polsce i w Londynie. W zapomnienie poszły kwestie zarobków, nie mówiąc o kulturze pracy czy relacji pracodawca-pracownik. Mało tego, zapomniano, że w Polsce droższe są chociażby odzież, samochody, komputery czy sprzęt RTV. Nagle atutem Polski miała być niższa niż w Anglii cena… marchewki. Argument w sam raz, kiedy zabraknie pod ręką kija.

Podobnie było w przypadku przedstawiania kryzysu w Europie Zachodniej. Obecnie temat przestał być w Polsce tak nośny, jednak sposób prezentowania go przez długi czas trwale uformował przekonania części mieszkańców naszego kraju. Wedle tej wizji Polska jest krajem stabilnym, konsekwentnie zmierzającym ku arkadyjskiej szczęśliwości, a Europa Zachodnia to ziemia niepewna, targana wewnętrznymi konfliktami z mniejszościami etnicznymi spoza kontynentu i zmagająca się z upiornym kryzysem ekonomicznym.

O ile dostrzegam jeszcze istnienie wśród współobywateli obaw przed emigracją i stereotypów o przerażającym życiu na obczyźnie, o tyle wątpię, czy ktokolwiek jeszcze wierzy w istniejącą w Polsce Arkadię lub choćby nawet normalność tego miejsca. Tu po prostu ludzie tak przyzwyczaili się do życia w kryzysie, że nawet nie zwracają już na niego uwagi. Od 1939 roku było wystarczająco dużo czasu.

Płaskostopie kultury

Płaskostopie kultury

Zawsze miałem problem z zakupem butów. Nie dlatego, że z moimi stopami było coś nie tak. Wręcz przeciwnie. Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, że jako jedna z dwóch osób w całej klasie nie miałem płaskostopia czy półpłaskostopia. Byłem w zdecydowanej mniejszości. Zauważyli to chyba producenci obuwia, którzy niemal wszystkie buty dostosowują obecnie do stóp z przynajmniej częściowym płaskostopiem, przez co to ja, posiadający zdrowe stopy, powinienem nosić wkładki ortopedyczne. Mam wrażenie, że sytuacja jest analogiczna do tego, jak w Polsce czują się osoby, które potrafiły właściwie odczytać pewne kody kulturowe.

Gdy przed dekadą w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program Kuby Wojewódzkiego, zachowanie showmana wywoływało żywą dyskusję. Konwencja przyjęta w programie przez jednych była uznawana za wyraz upadku kultury mediów, dla innych stanowiła dowód wysokiej inteligencji prowadzącego, jeszcze inni uznawali ją za typową popkulturową wydmuszkę, postmodernistyczną zabawę, w której brać udział powinno się po uprzednim dodaniu cudzysłowu do wszystkiego, co zostanie powiedziane. Znamienne jest, że niemal w tym samym czasie w demokratycznych wyborach bardzo dobry wynik uzyskała Samoobrona, wprowadzając do debaty publicznej całkiem nowy dyskurs i nowy język, który z początku uznany został za przekroczenie pewnej granicy (Jerzy Buzek: „Nie będziemy rozmawiać na tym poziomie”).

Z czasem jednak ów poziom stał się standardem w politycznej debacie, a sama debata przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż środek jej ciężkości przeniósł się w stronę formy, a dokładniej w kierunku tego, co opisywała „Erystyka” Schopenhauera. Treść całkowicie zatraciła znaczenie na koszt formy – jak najbardziej przystępnej, efektownej i wulgarnej. Za normę uznana została również konwencja programów Wojewódzkiego – przez zdecydowaną większość społeczeństwa postrzegana nie jako popkulturowa gra, lecz jako wyraz inteligencji showmana, autentyczny, dominujący dyskurs, do którego należy dążyć, a przynajmniej się dostosować.

W okresie takich przemian wyrosły już dwa pokolenia (moje – 30-latków – i to o dekadę młodsze, nazywane „gimnazjalistami”), a starsze generacje również dały się wciągnąć w ten dyskurs. Postmodernistyczna zabawa nie została poddana żadnej dekonstrukcji i została uznana za fotografię rzeczywistości.

Kiedy w 2011 r. świat usłyszał krzyk młodych Oburzonych, w Polsce panowała cisza, a młodzi spoglądali na swoich zagranicznych rówieśników z pobłażaniem czy wręcz politowaniem. Sytuacja wydawała się zaskakująca, ponieważ ówczesne warunki życia demonstrujących Hiszpanów były lepsze od realiów egzystencji młodych Polaków nie znajdujących się w strefie kryzysu. Media tłumaczyły to często efektem upadku z wysokiego konia, jaki miał miejsce w zachodniej Europie, a czego nie doświadczyli Polacy. Tłumaczenie to zawiera najwyżej ziarno prawdy, co widać, gdy prześledzi się mapę ruchów Oburzonych 2011. Znajdują się na niej nie tylko kraje, w których z gospodarczego prosperity wykluła się recesja, ale i państwa, gdzie żadnego prosperity (szczególnie wśród młodych) nigdy nie było. Problem nie tkwi bowiem w ekonomii.

W psychologii pośród różnych rodzajów jaźni istnieje pojęcie jaźni odzwierciedlonej. Jest to własne wyobrażenie o tym, jak postrzegają nas inni. W dyskursie, o którym wspominałem, jest to rzecz niezwykle istotna, o ile nie najistotniejsza. Błędna dekonstrukcja dyskursu medialnego (chodzi tu nie tylko o przywołany dla przykładu program Kuby Wojewódzkiego, lecz o cały nurt programów rozrywkowych) wprowadza system zero-jedynkowy, w którym każdy musi przegrać albo wygrać, a o wygranej stanowi wyłącznie szeroko pojęty wizerunek, na który składają się różne elementy formy. Wchodząc w świat tych błędnie zinterpretowanych konwencji, najważniejszymi cechami stają się atrakcyjność towarzyska, powodzenie materialne, poczucie humoru, błędnie zinterpretowana asertywność (tzw. cięte riposty). Przyjmując konwencje popkulturowej gry za własny schemat myślenia, młodzi ludzie wpadli w pułapkę, w jakiej nie znajdują się ich zbuntowani rówieśnicy z innych krajów.

Młodzi Polacy – choć panuje wśród nich ogromne bezrobocie, a posiadający zatrudnienie otrzymują zwykle minimalne pensje na umowach śmieciowych – nie wyjdą protestować na ulice, nie zbuntują się i nie przyznają, że jest im źle. Nad realnym życiem górę wziął bowiem błędnie odczytany dyskurs popkulturowej zabawy, w której nie ma miejsca na walkę o swoje prawa ani na narzekanie czy po prostu realną ocenę sytuacji. Zbuntować można się co najwyżej przeciwko ACTA, bo tu się nie traci na wizerunku – stracić go można natomiast nie będąc na bieżąco z najnowszą ofertą popkulturową, dostępną na pirackich serwisach internetowych. Aby zbuntować się przeciwko wyzyskowi ze strony pracodawców, umowom śmieciowym czy podobnym bolączkom, należałoby najpierw publicznie określić swoją przynależność do osób niezadowolonych, posiadających problemy. We wspomnianym dyskursie zero-jedynkowym byłoby to określenie się mianem przegranych.

Pytanie postawione przez Ericha Fromma – „mieć czy być” – całkowicie przestało mieć znaczenie. I to nie dlatego, że młode pokolenia opowiedziały się za modusem posiadania. Stało się tak, gdyż stworzyły one własny modus: sprawiać wrażenie. Sprawiają wrażenie, że mają, i sprawiają wrażenie, że są.