Zamiast wstępu – prośba o pomoc

Oddajemy w Wasze ręce 76 numer „Nowego Obywatela”. Być może to już ostatnia edycja, po 17 latach istnienia pisma. Sytuacja finansowa czasopisma jest bardzo ciężka i jeśli nie otrzymamy pomocy od osób sympatyzujących z nami, będziemy zmuszeni zakończyć działalność.

Przywykliśmy do spartańskich warunków. Takie są losy inicjatyw, które nie idą na łatwiznę. Nie przyłączaliśmy się do żadnego z wpływowych obozów ideowopolitycznych w Polsce. Publikowaliśmy treści mniej lub bardziej niewygodne dla wszystkich z nich. Unikaliśmy owczych pędów i modnych poglądów. Nie chcieliśmy być ślepo „europejscy” i „nowocześni”, gdy było to na fali. Nie staliśmy się równie ślepo „patriotyczni” i „narodowi”, gdy takie postawy zyskały na popularności. Ceniliśmy sobie krytycyzm, ale też równą miarę dla wszystkich. Pochwały czy sympatie nie zwalniały nas z wytykania błędów.

Staraliśmy się – brzmi to górnolotnie, ale tak było – służyć Polsce, ale przede wszystkim zwykłym Polakom i Polkom. Przez długie lata broniliśmy interesów warstw słabszych. Na naszych łamach, jako jednego z niewielu mediów w Polsce, prezentowano problemy chyba wszystkich grup poszkodowanych, wykluczonych, marginalizowanych. Znów pod prąd zwyczajowych podziałów. I wbrew interesom tych, którzy mają pieniądze, a pieniądze zwykle mają krzywdzący – nie krzywdzeni.

Robiliśmy czasopismo w warunkach spartańskich, za cenę różnych wyrzeczeń, kosztem rozmaitych wygód i profitów. Ani się nie chwalimy, ani nie narzekamy – taki przyświecał nam cel i taką drogę świadomie wybraliśmy. Dziś coraz trudniej jednak nawet o to. Różne wpływy – ze sprzedaży czasopisma, ze sporadycznych niewielkich dotacji – nie pokrywają wszystkich kosztów i konieczności ponoszenia ich co miesiąc. Lokal redakcyjny, telefony, druk, księgowość, obsługa biura, bardzo skromne wynagrodzenia – wszystko to oznacza stałe wydatki. Mimo ograniczenia ich do minimum, nasze czasopismo w ostatnich latach było rozwijane: od roku 2015 jego sprzedaż w sieci Empik wzrosła dwukrotnie, a liczba prenumeratorów – ponad dwukrotnie. To wszystko niestety w niewielkim stopniu przekłada się na kondycję finansową. Marża pośredników, wzrost cen różnych usług i opłat oraz utrzymanie ceny pisma tak, żeby nie była zbyt wysoka dla uboższych odbiorców – sprawiają, że nasza sytuacja jest kiepska. Inne czasopisma utrzymują się z drogich reklam opłacanych przez biznes, z hojności zamożnych politycznych przyjaciół lub ich twórcy mają więcej prywatnych środków i możliwości niż my.

Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać, potrzebna jest Wasza pomoc. Po kolejnej redukcji kosztów (w tym kolejnej zmianie siedziby redakcji na tańszą), musimy każdego miesiąca mieć co najmniej 4 tysiące złotych, aby opłacać najbardziej konieczne wydatki. Oznacza to, że konieczne jest znalezienie co najmniej 200 osób, które co miesiąc będą nas wspierały cykliczną darowizną w wysokości 20 zł, niezależnie od środków, jakie pozyskujemy czasami z innych źródeł. Oczywiście wielu osób nie stać na taki wydatek, ale mogą przekazywać mniejsze kwoty (5 czy 10 zł każdego miesiąca), a z kolei zamożniejsi – wpłacać więcej. Wystarczy ustawić zlecenie stałego przelewu ze swojego konta.

200 osób to nie tak dużo, ale zarazem sporo – jeśli każda pomyśli, że nie wpłaci, bo na pewno ktoś inny to zrobi, wówczas nie uzbiera się grono niezbędne do uratowania nas. Jeśli możesz nas wspierać – zrób to bez oglądania się na innych. Prosimy o wpłaty na konto: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, Bank Spółdzielczy Rzemiosła w Łodzi, numer rachunku: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 – koniecznie z dopiskiem „Darowizna na cele statutowe”.

Możecie nas wesprzeć także w inny sposób – przekazując 1% swojego podatku przy najbliższym rozliczeniu PIT (należy wpisać nasz numer KRS 0000248901) lub nabywając prenumeratę.

Od Was zależy, czy niniejszy numer „Nowego Obywatela” będzie ostatnim. Czas biegnie szybko – oby równie szybko nadeszło wsparcie.

Wyjście z Zamku Wampirów

Tego lata poważnie rozważałem wycofanie się z zaangażowania w politykę. Dryfowałem przez media społecznościowe, wyczerpany przepracowaniem i niezdolny do produktywnych działań, a moja depresja i zmęczenie nasilały się.

Lewicowy Twitter bywa przygnębiającym i zniechęcającym miejscem. W tym roku [2013] rozegrało się już kilka głośnych twitterowych wojen, w których osoby identyfikujące się z lewicą zostały „wyzwane” i potępione. Można nie zgadzać się z tym, co mówiły, ale sposób, w jaki je szkalowano i na nie szczuto, pozostawił szczególny niesmak: zgagę wywołaną wyrzutami sumienia i moralizmem godnym polujących na czarownice. Przyznaję ze wstydem, że powodem, dla którego nie brałem udziału w tych dyskusjach, był strach. Nie chciałem zwrócić na siebie uwagi atakujących.

Otwartemu barbarzyństwu w tych wymianach opinii towarzyszyło coś bardziej wszechogarniającego i przez to być może bardziej destrukcyjnego: atmosfera drażliwej urazy. Najpopularniejszym obiektem tej urazy był Owen Jones, osoba mająca największe w ciągu ostatnich lat zasługi w podnoszeniu świadomości klasowej w Wielkiej Brytanii. Właśnie ataki na Jonesa były powodem mojego przygnębienia. Jeżeli coś takiego przytrafia się lewicowcowi, który odnosi realne sukcesy w objaśnianiu walki klasowej na przykładach z życia codziennego Brytyjczyków, to komu chciałoby się dołączyć do niego w głównym nurcie? Czy jedynym sposobem na uniknięcie strumienia obelg jest pozostanie na pozycji bezsilnego marginesu?

Jednym z wydarzeń, które wyrwały mnie z depresyjnego zamroczenia, była wizyta na People’s Assembly [ang. „zgromadzenie ludu”] w Ipswich, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Jak zwykle przy okazji People’s Assembly, nie obyło się bez obśmiewania i kąśliwych uwag. Krążyły opinie, że to bezsensowne przedsięwzięcie, podczas którego obecni w mediach lewicowcy, w tym Jones, wywyższają się ponad masy w kolejnej odsłonie odgórnie kształtowanej kultury celebryckiej. To, co naprawdę wydarzyło się w Ipswich, różni się jednak bardzo od tej karykatury. W pierwszej połowie wieczoru, zakończonej porywającą mową Owena Jonesa, rzeczywiście można było zobaczyć znane postaci. Jednak druga część spotkania należała do aktywistów z klasy robotniczej, którzy dyskutowali, wspierali się wzajemnie, wymieniali się doświadczeniami i strategiami. People’s Assembly nie było kolejnym przykładem hierarchicznej lewicowości, lecz tego, jak można połączyć podejście wertykalne z horyzontalnym: siła mediów i charyzmy przyciągnęła ludzi, którzy nigdy wcześniej nie byli na takim spotkaniu politycznym, w miejsce, gdzie mogli porozmawiać, w tym o strategiach, z doświadczonymi działaczami. Panowała atmosfera antyrasistowska i antyseksistowska, a zarazem odświeżająco wolna od paraliżującego poczucia winy i podejrzeń, które wiszą nad lewicową częścią Twittera jak drażniący, duszący dym.

Drugim wydarzeniem, które pobudziło mnie do działania, był wywiad z Russelem Brandem i jego następstwa. Od dawna podziwiam Branda, jednego z niewielu znanych współczesnych komików wywodzących się z klasy robotniczej. Przez kilka ostatnich lat zaszedł proces stopniowego, ale nieubłaganego dostosowania programów komediowych w telewizji do gustów klasy średniej, gdzie ekran zdominowali np. żałosny błazen z wyższych sfer, Michael McIntyre, oraz inni bezbarwni absolwenci wyższych uczelni czekający na swoje pięć minut.

Na dzień przed emisją głośnego już wywiadu z Brandem, przeprowadzonego przez Jeremy’ego Paxmana w Newsnight, poszedłem na występ Branda pt. „The Messiah Complex” („Kompleks mesjański) w Ipswich. Występ wydał mi się zdecydowanie proimigrancki, prosocjalistyczny, antyhomofobiczny, przesiąknięty mądrością klasy robotniczej i dumą z niej, a także oryginalny, jak kultura w dawniejszych czasach, to znaczy nie miał nic wspólnego z ponuracką polityką tożsamościową wpychaną nam przez moralizatorów z poststrukturalnej „lewicy”.  Malcolm X, Che, polityka jako psychodeliczne rozmontowywanie rzeczywistości: komunizm w takim wydaniu był fajny, seksowny i nasiąknięty duchem proletariatu, nie był kazaniem z grożeniem palcem.

Następnego wieczora stało się jasne, że pojawienie się Branda w programie wywołało rozłam. Niektórym naukowe w podejściu położenie Paxmana na łopatki wydało się wzruszające, wręcz cudowne: nie pamiętam, kiedy ostatni raz przedstawiciel klasy pracującej dostał tyle przestrzeni do całkowitego rozbrojenia kogoś „nadrzędnego” klasowo przy pomocy inteligencji i rozsądku. Nie przypominało to Johnny’ego Rottena obrzucającego obelgami Billa Grundy’ego, czyli aktu wrogości, który zamiast podważać stereotypy klasowe, potwierdza je. Brand okazał się inteligentniejszy od Paxmana, a to, że użył humoru, odróżniło go od ponurackiego podejścia innych lewicowców. Brand sprawia, że ludziom podnosi się samoocena, natomiast moralizujący lewicowcy specjalizują się w pogarszaniu wszystkim nastroju i nie odpuszczają, dopóki ludziom z poczucia winy i nienawiści do samych siebie nie zwieszą się głowy.

Moralizująca lewica szybko postarała się, żeby z wywiadu nie zapamiętano złamania przez Branda nudnych konwencji „debaty” medialnej w głównym nurcie albo jego stwierdzenia, że nadejdzie rewolucja (które drobnomieszczańska, narcystyczna „lewica” z watą w uszach zrozumiała jako oznajmienie Branda, że chce przewodzić tej rewolucji, na co odpowiedziała z typową urazą: „Nie potrzebujemy przemądrzałego celebryty na przewodnika!”). Dla moralizatorów najważniejsze okazało się zachowanie Branda, konkretnie jego seksizm. W gorączkowej atmosferze rodem z ery McCarthy’ego, w jakiej lubuje się moralizująca „lewica”, uwagi, które można interpretować jako seksistowskie, czynią z Branda seksistę, a więc i mizogina. Koniec dyskusji, mamy wyrok.

To prawda, że Brand, jak każdy z nas, odpowiada za język, którym się posługuje. Jednak tego typu sądy powinny odbywać się w atmosferze koleżeńskości i solidarności – i prawdopodobnie nie na arenie publicznej. Z drugiej strony, kiedy Mehdi Hasan zapytała Branda o seksizm, odpowiedział z tym rodzajem pogodnej pokory, której brak jego krytykom o kamiennych twarzach: „Nie wydaje mi się, że jestem seksistą, ale pamiętam, że moja babcia, najlepsza osoba pod słońcem, była rasistką, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. Może mam kulturalnego kaca, ale kocham język proletariatu, więc zwracam się do kobiet per »złotko« albo »kotku« – jeżeli kobiety uważają, że jestem seksistą, one są bardziej uprawnione, żeby to ocenić, więc popracuję nad tym”.

Interwencja Branda nie była próbą podjęcia przewodnictwa, była inspiracją, wezwaniem do broni. Ja poczułem się zainspirowany. Podczas gdy parę miesięcy wcześniej milczałbym, gdy moralizatorzy wytwornej lewicy poddawali Branda kangurzym sądom i szkalowali go, używając „dowodów” hojnie dostarczanych przez prasę prawicową, w tym momencie byłem gotowy na stawienie im czoła.

Reakcja na wystąpienie Branda wkrótce stała się tak znacząca, jak sama jego rozmowa z Paxmanem. Jak zauważyła Laura Oldfield, ta chwila była olśnieniem. Dla mnie wskutek tej reakcji jasny stał się sposób, dzięki któremu wielu z samozwańczej lewicy trzymało w ostatnich latach pod kloszem zagadnienie klasy.

Świadomość klasową charakteryzuje kruchość i ulotność. Drobnomieszczaństwo dominujące w świecie nauki i kultury stosuje różne subtelne techniki dywersji i prewencji, które sprawiają, że nigdy nie omawia się tej kwestii, a jeżeli z jakiegoś powodu pojawi się ona w rozmowie, wówczas osobę, która ją poruszyła, traktuje się jak wrzeszczącego impertynenta i buraka nieobeznanego z etykietą. Przemawiam na lewicowych, antykapitalistycznych spotkaniach od lat, ale prawie nigdy nie mówię o kwestii klasy publicznie, nikt mnie też o to nie prosi.

Jednak gdy kwestia klasy wyszła na wierzch w aferze wokół Branda, nie można było jej nie zauważyć. Wypowiedzi Branda szybko ocenili lub zakwestionowali co najmniej trzej znani absolwenci szkół prywatnych identyfikujący się z lewicą. Inni twierdzili, że Brand nie może uważać się za członka klasy robotniczej, ponieważ jest milionerem. Niepokojące wydaje się to, jak wielu „lewicowców” zgodziło się z fundamentalnym przekazem pytania Paxmana: „Skąd u członka klasy robotniczej poczucie pozwalające na swobodne wypowiadanie się?”. Niepokojące (i przykre) jest również to, że ci ludzie wyraźnie myślą, iż klasa robotnicza powinna trwać w ubóstwie, zapomnieniu i niemocy, gdyż inaczej straci swoją „autentyczność”.

Ktoś przesłał mi post o Brandzie opublikowanego na Facebooku. Nie wiem, kim jest osoba, która go napisała, i nie chciałbym wymieniać jej nazwiska. Istotne jest to, że tekst ukazywał zestaw snobistycznych i pogardliwych postaw, które najwyraźniej można prezentować identyfikując się zarazem z lewicą. Brzmienie tego posta opisałbym jako aroganckie, jakby nauczyciel oceniał wypracowanie ucznia albo psychiatra badał pacjenta. Brand jest rzekomo „wyraźnie niestabilny emocjonalnie […], jeden zły związek lub jedno niepowodzenie w karierze od stoczenia się z powrotem w uzależnienie od narkotyków lub coś gorszego”. Chociaż autor twierdzi, że „tak właściwie bardzo lubi Branda”, zdaje się on nie zauważać potencjalnej przyczyny jego „niestabilności”, czyli tego rodzaju protekcjonalnej, pseudotranscendentnej „oceny” ze strony „lewicowego” mieszczaństwa. W tekście pojawia się też szokująca, ale wiele mówiąca wzmianka, w której autor mimochodem odnosi się do „niepełnego wykształcenia Branda [i] wywołujących skrzywienie pomyłek językowych, charakterystycznych dla samouków”, z którymi autor tej oceny „nie ma jednak problemu” – jakże miło z jego strony! Nie mamy tu do czynienia z kolonialnym biurokratą piszącym o swoich próbach nauczenia „tubylców” angielskiego w XIX wieku czy z wiktoriańskim nauczycielem w szkole prywatnej mówiącym o uczniu na stypendium, lecz z „lewicowcem” w roku 2013.

Co robić? Po pierwsze, należy zidentyfikować cechy dyskursu i pragnień, które doprowadziły nas do tego ponurego i demoralizującego miejsca w historii, gdzie zagadnienie klasy zniknęło, ale moralizm jest wszechobecny, gdzie solidarność nie jest możliwa, za to panują poczucie winy i strach – nie dlatego, że terroryzuje nas prawica, ale dlatego, że pozwoliliśmy mieszczańskiemu subiektywizmowi zainfekować nasz ruch. Moim zdaniem można wyróżnić dwie libidynalno-dyskursywne konfiguracje, które doprowadziły do tej sytuacji. Nazywa się je „lewicowymi”, ale zamieszanie wokół Branda pokazało, że „lewica” jako strona w walce klasowej ma wiele twarzy.

W Zamku Wampirów

Pierwszą konfigurację postanowiłem nazwać Zamkiem Wampirów. Zamek Wampirów specjalizuje się w krzewieniu poczucia winy. Jego siłą napędową są księżowskie pragnienia ekskomunikowania i potępiania, akademicko-pedantyczne pragnienia jak najszybszego wytknięcia błędów oraz hipsterskie żądze znalezienie się w modnej klice. Atakowanie Zamku Wampirów jest ryzykowne, bo atakujący ma wrażenie, że atakuje tym samym wysiłki w zwalczaniu rasizmu, seksizmu i homofobii, a Zamek robi wszystko, żeby wzmocnić to wrażenie. Zamek nie ma jednak monopolu na podejmowanie tych wysiłków, wręcz przeciwnie, można go postrzegać jako ich mieszczańsko-liberalne wypaczenie, odbierające im rozpęd. Zamek Wampirów powstał, kiedy próby uniknięcia etykietek rozdzielanych wedle kategorii tożsamościowych przerodziły się w misję uzyskania „tożsamości” uznawanych przez mieszczańskich Innych.

Częścią mojego przywileju bycia białym mężczyzną jest to, że nie odczuwam mocno znaczenia swojego pochodzenia etnicznego i płci społeczno-kulturowej (gender), więc kiedy ktoś mnie na nie uczuli, czuję się otrzeźwiony, jakbym odkrywał je na nowo. Jednak zamiast próbować stworzyć świat, w którym każdy może wyzwolić się z klasyfikacji tożsamościowej, Zamek Wampirów chce zaciągnąć ludzi z powrotem do obozów tożsamościowych, gdzie definiuje się ich w kategoriach wyznaczonych przez dominującą siłę, gdzie są sparaliżowani przez samoświadomość i odizolowani przez logikę solipsyzmu, wedle której nie możemy zrozumieć się wzajemnie, jeżeli nie należymy do tej samej grupy tożsamościowej.

Zauważyłem fascynujący mechanizm projekcji i zaprzeczenia stworzony przez magię inwersji, w którym najmniejsza wzmianka o kwestii klasy jest automatycznie traktowana jak próba umniejszenia znaczenia rasy i płci społeczno-kulturowej. W rzeczywistości dzieje się coś przeciwnego – Zamek Wampirów używa ultraliberalnego rozumienia rasy i płci społeczno-kulturowej do maskowania kwestii klasowych. W tegorocznych absurdalnych i traumatycznych wojnach na Twitterze dotyczących przywilejów dało się zauważyć, że nikt nie wspominał o przywilejach klasowych. Jak zawsze naszym zadaniem pozostaje artykułowanie klasy, płci społeczno-kulturowej i rasy – jednak najpopularniejszym z manewrów Zamku Wampirów jest oddzielenie kategorii klasy od innych kategorii.

Zamek Wampirów został zbudowany po to, żeby utrzymać ogromną władzę i bogactwo, sprawiając zarazem wrażenie bycia na pozycji ofiary, marginalizowanej i pozostającej w opozycji. Jedno gotowe rozwiązanie już istniało: kościół chrześcijański. Zatem Zamek Wampirów ma do dyspozycji wszelkie piekielne strategie, mroczne patologie i tortury psychologiczne wynalezione przez chrześcijaństwo, które Nietzsche opisał w dziele „Z genealogii moralności”. To kapłaństwo wyrzutów sumienia, to gniazdo pobożnych krzewicieli winy jest dokładnie tym, co zapowiedział Nietzsche, kiedy mówił, że nadchodzi coś gorszego niż chrześcijaństwo. Właśnie nadeszło.

Zamek Wampirów żywi się energią i niepokojem młodych uczniów i studentów, ale jego główną siłą napędową jest przekształcanie cierpienia konkretnych grup – im bardziej marginalnych, tym lepiej – w kapitał akademicki. Najbardziej szanowane osobistości w Zamku Wampirów to ludzie, którzy dostrzegli nowy rynek w cierpieniu. Ci, którzy potrafią znaleźć grupę bardziej uciskaną i zniewoloną od innych, awansują bardzo szybko.

Pierwsze przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz indywidualizował i czynił prywatnym wszystko. Mimo że teoretycznie Zamek Wampirów jest za krytyką strukturalną, w praktyce nigdy nie skupia się na niczym innym poza krytyką zachowania indywidualnego („Te typki z klasy robotniczej nie są zbyt dobrze wychowane, a czasem bywają wręcz ordynarne!”). Pamiętaj: potępianie poszczególnych osób jest ważniejsze, niż zajmowanie się strukturami bezosobowymi. Faktyczna klasa rządząca promuje ideologie indywidualistyczne, podczas gdy sama działa jak klasa (wiele z tzw. teorii spiskowych to po prostu przypadki solidarności klasy rządzącej). Mieszkańcy Zamku Wampirów, jako nieświadomi słudzy klasy rządzącej, czynią coś odwrotnego: deklarują gołosłownie poparcie dla „solidarności” i „kolektywizmu”, ale zachowują się tak, jakby indywidualistyczne kategorie narzucane przez władzę były absolutne. Ponieważ są drobnomieszczańscy do kości, mocno ze sobą rywalizują, ale poddają się autorepresji w pasywno-agresywny sposób charakterystyczny dla mieszczaństwa. Razem trzyma ich nie solidarność, ale odczuwany przez wszystkich strach, że zostaną jako następni wyłowieni z tłumu, wyeksponowani i potępieni.

Drugie przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz sprawiał wrażenie, jakby myślenie i działanie przychodziły ci z ogromnym trudem. Lekkość, a szczególnie humor – są zakazane. Humor nie jest poważny z definicji, prawda? Myślenie to dla ludzi z wytwornym akcentem i zmarszczonymi brwiami ciężka praca. Na pewność siebie odpowiadaj sceptycyzmem. Mów: nie śpieszmy się, musimy to bardziej dogłębnie przemyśleć. Pamiętaj, posiadanie własnych opinii może prowadzić do opresji, a na końcu do łagrów.

Trzecie przykazanie Zamku Wampirów brzmi: wywołuj poczucie winy, kiedy tylko to możliwe. Im więcej poczucia winy, tym lepiej. Ludzie muszą źle się poczuć, żeby zrozumieć powagę sytuacji. Bycie uprzywilejowanym klasowo jest w porządku, jeżeli czujesz się z tego powodu winny i sprawiasz, że ci klasowo niżej od ciebie też czują się winni. Ty też robisz swoje dla biednych, nieprawdaż?

Czwarte przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz esencjalizował/a. Mimo że płynność tożsamości, różnorodność i mnogość to pojęcia, z którymi mieszkańcy Zamku Wampirów lubią się utożsamiać, częściowo żeby zamaskować swoje niezmiennie zamożne, uprzywilejowane lub mieszczańskie pochodzenie, zachowanie wroga powinno się zawsze redukować do jednego wzorca. Ponieważ pragnienia napędzające Zamek Wampirów to kapłańskie pragnienia ekskomunikowania i potępiania, trzeba wyraźnie rozróżniać dobro od zła, a to drugie – również redukować. Przyjrzyjmy się tej taktyce. X powiedział coś lub zachował się w określony sposób – ten komentarz czy to zachowanie można interpretować jako transfobię, seksizm itd. W porządku, jednak następny ruch jest już poniżej pasa. X zostaje zdefiniowany jako transfob lub seksista. Cała jego tożsamość zostaje określona przez jedną nierozsądną wypowiedź lub potknięcie w zachowaniu. Gdy Zamek Wampirów rozpocznie już swoje polowanie na czarownice, ofiara (zazwyczaj z klasy robotniczej i nieobeznana z pasywno-agresywną etykietą mieszczaństwa) szybko traci nad sobą panowanie, przez co potwierdza swoją nowo nabytą pozycję pariasa lub świeżego mięsa armatniego dla moralizujących.

Piąte przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz myślał jak liberał (bo nim jesteś). Ciągłe podsycanie przez Zamek Wampirów reaktywnego oburzenia polega na podkreślaniu bez końca oczywistej oczywistości: kapitał zachowuje się jak kapitał (niefajnie z jego strony), represyjne organy państwowe są represyjne. Musimy protestować!

Neo-anarchy in the UK

Drugą libidynalną formacją w Zjednoczonym Królestwie jest neoanarchizm. Pod pojęciem neoanarchistów nie rozumiem anarchistów lub syndykalistów zaangażowanych w organizacje pracownicze, takie jak Solidarity Federation. Mam na myśli tych, którzy określają się jako anarchiści, ale ich zaangażowanie w politykę nie wykracza daleko poza protesty studenckie lub komentowanie na Twitterze. Jak mieszkańcy Zamku Wampirów, neoanarchiści pochodzą zwykle z drobnomieszczaństwa lub nawet z bardziej uprzywilejowanych klas.

Są oni też w przeważającej większości młodzi: to dwudziestoparolatkowie, niektórzy dopiero co przekroczyli trzydziestkę, a tym, co łączy to środowisko, jest ograniczona perspektywa historyczna. Neoanarchiści nie doświadczyli niczego poza realiami współczesnego kapitalizmu. Do czasu, gdy anarchiści doszli do świadomości politycznej (wielu z nich doszło do niej zaskakująco późno, sądząc po beztroskiej bucie, którą czasem wykazują), partia laburzystów stała się skorupą złożoną ze zwolenników Blaira, wdrażającą neoliberalizm z małą dozą sprawiedliwości społecznej na boku. Jednak problem neoanarchizmu polega na tym, że bezmyślnie odzwierciedla on obecny moment w historii, zamiast zaproponować jakiś sposób odejścia od niego. Zapomina lub jest w istocie nieświadomy roli Partii Pracy w nacjonalizacji dużego przemysłu i zakładów użyteczności publicznej czy utworzeniu National Health Service (Narodowej Służby Zdrowia). Neoanarchiści twierdzą, że „polityka parlamentarna nigdy niczego nie zmieniła” albo że „Partia Pracy była zawsze do niczego”, uczęszczając na protesty dotyczące NHS lub podając dalej na Twitterze skargi na to, co nam zostało po rozmontowaniu państwa opiekuńczego. Panuje tu dziwna, niepisana zasada: protesty przeciwko wysiłkom podejmowanym w parlamencie są w porządku, ale nie można już zaakceptować próby wejścia do parlamentu lub do masowych mediów, żeby spróbować dokonać zmiany od wewnątrz. Neoanarchiści mają media głównego nurtu w pogardzie, ale „BBC Question Time” można sobie pooglądać, a potem ponarzekać na ten temat na Twitterze. Puryzm przechodzi w fatalizm: lepiej nie dać się skazić w żaden sposób głównemu nurtowi, lepiej bezsensownie „stawiać opór”, niż wziąć się do czarnej roboty.

Trudno się dziwić, że tak wielu neoanarchistów sprawia wrażenie, jakby cierpieli na depresję. Depresję tę niewątpliwie wzmacniają zmartwienia życia absolwenckiego, ponieważ, tak jak w przypadku Zamku Wampirów, kolebką neoanarchizmu są uniwersytety, a neoanarchistami zostają zazwyczaj studenci studiów podyplomowych lub osoby, które właśnie ukończyły tego typu studia.

Co można zrobić?

Dlaczego te dwie konfiguracje stały się tak widoczne? Pierwszym powodem jest to, że kapitał pozwolił im się rozwijać, ponieważ służą one jego interesom. Kapitał poskromił zorganizowaną klasę pracującą przez zniszczenie świadomości klasowej, poddając wściekłym atakom związki zawodowe i uwodząc zarazem „ciężko pracujące rodziny” w taki sposób, aby identyfikowały się z własnymi wąsko pojętymi interesami, zamiast z interesami całej swojej klasy. Pytanie brzmi jednak: dlaczego kapitał miałby się przejmować „lewicą”, która zastępuje politykę klasową moralizującym indywidualizmem, a zamiast budować solidarność – szerzy strach i niepewność?

Drugim powodem jest to, co Jodi Dean nazywa komunikatywnym kapitalizmem. Zignorowanie Zamku Wampirów i neoanarchistów byłoby możliwe, gdyby nie istnienie kapitalistycznej cyberprzestrzeni. Pobożne moralizatorstwo Zamku Wampirów słychać było z pewnych obszarów „lewicy” od wielu lat, ale jeżeli ktoś nie przynależał do tego kościoła, mógł uniknąć słuchania jego kazań. Stało się to niemożliwe w epoce mediów społecznościowych i nie można liczyć na ochronę przed patologiami psychologicznymi promowanymi w tego typu dyskursie.

Co możemy więc teraz zrobić? Po pierwsze, musimy koniecznie odrzucić politykę tożsamościową i przyjąć do wiadomości fakt, że nie istnieją tożsamości, a tylko pragnienia i kategorie identyfikacji. Jednym z powodów, dla którego brytyjskie nauki kulturowe są tak ważne – co ujawnił w mocny i poruszający sposób John Akomfrah w swojej instalacji The Unfinished Conversation („Niezakończona rozmowa”), obecnie eksponowanej w Tate Britain – jest to, że pomogły nam one odrzucić tożsamościowy esencjalizm. Zamiast unieruchamiać ludzi w łańcuchach istniejących już równań, można traktować każdą artykulację jako prowizoryczną i sztuczną. Nowe artykulacje można zawsze stworzyć. Nikt nie jest w istocie czymkolwiek. Niestety prawica wykorzystuje ten fakt lepiej niż lewica. Mieszczańsko-tożsamościowa lewica wie, jak szerzyć poczucie winy i prowadzić polowanie na czarownice, ale nie wie, jak nawracać na swoją wiarę. Jednak nie o to im w końcu chodzi. Cel to nie popularyzowanie stanowiska lewicowego ani przekonywanie do niego ludzi, ale pozostanie na elitarnej pozycji wyższości, z wyższością klasową podbudowaną teraz wyższością moralną. „Jak śmiecie się odzywać? To my mówimy w imieniu cierpiących!”

Jednak odrzucenie tożsamościowości może dokonać się tylko przez wzmocnienie pojęcia klasy. Lewica, u której podstaw nie leży zagadnienie klasy, może być tylko liberalną grupą nacisku. Świadomość klasowa jest zawsze podwójna: składa się na nią wiedza o sposobie, w jaki klasa kształtuje i obejmuje wszystkie doświadczenia, oraz wiedza o tym, jaką pozycję zajmujemy w strukturze klasowej. Musimy pamiętać, że celem naszej walki nie jest uznanie ze strony mieszczaństwa ani nawet jego zniszczenie. Zniszczyć należy strukturę klasową, przez którą cierpią wszyscy, nawet ci, którzy czerpią z niej zyski. Interes klasy robotniczej to interes nas wszystkich, interes mieszczaństwa to interes kapitału, który nie działa tak naprawdę dla niczyjego dobra. Nasza walka musi być dążeniem do nowego i zaskakującego świata, nie zaś próbą konserwowania tożsamości kształtowanych i zniekształcanych przez kapitał.

Wydaje się to budzącym grozę i przytłaczającym zadaniem, i takim rzeczywiście jest. Jednak możemy zaangażować się w wiele pomniejszych działań już teraz. Takie działania wyszłyby poza ramy prefiguracji – mogłyby rozpocząć samonapędzalny cykl, stworzyć przepowiednię, która sama się spełnia, w której mieszczańskie tryby subiektywizmu zostają rozmontowane, a nowy uniwersalizm zaczyna sam się budować. Musimy nauczyć się lub przypomnieć sobie, jak budować koleżeństwo i solidarność, zamiast wykonywania za kapitał jego pracy przez potępianie i obrażanie się nawzajem. Nie znaczy to oczywiście, że musimy zawsze się ze sobą zgadzać – wręcz przeciwnie: musimy stworzyć warunki, gdzie nieporozumienia mogą zachodzić bez strachu przed wykluczeniem i ekskomuniką. Musimy myśleć strategicznie o tym, jak korzystać z mediów społecznościowych – zawsze pamiętając o tym, że mimo egalitaryzmu, który przypisują im ich twórcy, media te są one obecnie terytorium wroga, poświęconym reprodukcji kapitału. Nie oznacza to jednak, że nie możemy wkroczyć na ten teren i zacząć okupować go na potrzeby kształtowania świadomości klasowej. Musimy odciąć się od debaty komunikatywnego kapitalizmu, w którą wciąż wciąga nas kapitał, oraz pamiętać, że jesteśmy uczestnikami walki klasowej. Celem nie jest „bycie” aktywistą, lecz pomoc klasie robotniczej w samoaktywacji i samotransformacji. Poza Zamkiem Wampirów istnieją nieograniczone możliwości.

Mark Fisher

Tłum. Kamila Zubala

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu The North Star w listopadzie 2013 r.

„Lewackie rewolty”, czyli o symptomie głębszego problemu

„Lewackie rewolty”, czyli o symptomie głębszego problemu

24 listopada przegłosowano w Sejmie uchwałę potępiającą „lewackie rewolty”, ponieważ „zawsze prowadzą do zbrodni i terroru”. Początkowo celem było oficjalne wystąpienie przeciwko zbrodniom bolszewickim, ale przedstawiciele partii Kukiza oraz PiS-u uznali najwyraźniej, że to za mało, więc potępili „lewactwo” jako takie. Musi to budzić niepokój, ponieważ polska prawica ma tak pojemną definicję „lewactwa”, że podpada pod nią każdy, kto jest uznawany po prawej stronie za wroga.

Nawet Platforma Obywatelska i Nowoczesna stwierdziły, że uchwała w takim kształcie stanowi krok za daleko i nie chciały zgodzić się na jej przegłosowanie. Niemniej jednak nie ma co się oszukiwać – PiS i Kukiz nie są przejawem totalnej dewiacji na polskiej scenie politycznej, gdy idzie o stosunek do lewicy i jej tradycji. Należałoby raczej powiedzieć, że obie partie stanowią skrajne rozwinięcie logiki obecnej w naszej polityce od czasów transformacji ustrojowej.

left-wing-socialism-1024x768

Logika ta przejawia się w tym, że stworzono w Polsce dwa wielkie ciągi skojarzeniowe. Jeden z etykietką „samo zło”, drugi – „samo dobro”. Do tego pierwszego zaliczają się PRL, Marks, komunizm, progresywne podatki, równość społeczna, Wenezuela, interwencjonizm państwowy, Stalin, socjalizm i wiele innych rzeczy mających bardziej lub mniej uzasadniony związek z lewicą. Do drugiego należą między innymi kapitalizm, wolność, niskie podatki, wolny rynek, Reagan, deregulacja gospodarki, liberalizm oraz prywatyzacja. Właśnie dlatego liberalni politycy mogą z taką łatwością przedstawiać podpisywanie międzynarodowych traktatów handlowych jako drogę do postępu i powiększenia zakresu naszej wolności, choć tak naprawdę przyczyniają się one przede wszystkim do rozszerzenia władzy korporacyjnej. Z kolei każda propozycja walki o równość spotyka się ze złośliwymi komentarzami w rodzaju „Socjalizm to myśmy już mieli w PRL-u”.

Problem polega na tym, że w obu przypadkach wrzuca się do jednego worka bardzo różne rzeczy. Tak jak wysokie podatki dla bogaczy nie mają wiele wspólnego ze Stalinem, tak też system kapitalistyczny nie jest tożsamy z systemem wolnościowym. Jest rzeczą jasną, że debata publiczna zawsze będzie pełna uproszczeń i każda formacja ideowa musi się z tym pogodzić. Nie ma co liczyć na to, że znacząca liczba osób zainteresuje się różnicami między odłamami socjalizmu albo że w najbliżej perspektywie czasowej większość Polaków będzie kojarzyło słowo „komunizm” z czymś innym niż zbrodniczym systemem firmowanym nazwiskami Lenina i Stalina. Niektóre rzeczy są niemożliwe do odwojowania i szkoda na nie czasu, ale o inne warto walczyć. Tym bardziej, że wspomniane ciągi skojarzeniowe nie tylko fałszują historię, ale wyraźnie faworyzują liberałów i prawicę. Dlatego lewica powinna robić wiele, aby chociaż częściowo je rozmontować. Na przykład do znudzenia powtarzać, że sprawiedliwsze podatki i równość społeczna to nie są idee, które nawiązują się do dziedzictwa PRL-u ani tym bardziej do Stalina. W obecnym kontekście odsyłają one przede wszystkim do co lepszych wzorców z państw zachodnich, a także do argumentacji ekonomistów w rodzaju Josepha Stiglitza, Ha-Joon Changa czy Tadeusza Kowalika. Z kolei socjalista to dziś bardziej ktoś w rodzaju Berniego Sandersa niż aparatczyka z PRL.

Jak to robić? Przy pomocy strategii, które przewrotnie moglibyśmy nazwać „nowoczesnością”, „światowością” i „polskością”. Piszę „przewrotnie”, ponieważ żyjemy w kraju, gdzie słowo „nowoczesność” odsyła do partii proponującej rozwiązania gospodarcze sprzed trzech dekad, „światowość” to nierzadko bezkrytyczne powtarzanie wszystkiego, co głoszą neoliberalne media i politycy z Zachodu, a „polskość” przejawia się w zakładaniu kiczowatych koszulek z husarią.

Nowoczesność w proponowanym tutaj sensie oznacza po prostu zwracanie uwagi na to, że używanie „radykalnego lewactwa” jako straszaka jest we współczesnych warunkach bezsensowne. Równie dobrze można by straszyć powrotem monarchii absolutnej. Obecnie na świecie funkcjonują dwie dominujące formacje ideowe. Nazwijmy je w uproszczeniu „korporacyjnym kapitalizmem” oraz „ksenofobiczno-homofobiczno-mizogynistycznym konserwatyzmem”. Obydwie są, delikatnie mówiąc, niezbyt fajne. Często też łączą się ze sobą, co świetnie obrazuje prezydentura Donalda Trumpa. Dlatego na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby szlachetne lewicowe idee znowu doprowadziły do powstania czegoś takiego jak Związek Radziecki?”, należy odpowiadać tak samo jak na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby nastąpiło gwałtowne i globalne oziębienie klimatu prowadzące do kolejnej epoki lodowcowej?”. Tak, bez wątpienia byłby to niefortunny obrót zdarzeń, ale w obecnej sytuacji mamy zupełnie inny problem, więc lepiej zajmijmy się nim, a nie dywagacjami, co by było, gdyby…

Innymi słowy, należy pokazywać, że choć historia Polski po 1945 roku ma wiele tragicznych elementów, to stanowi marny punkt odniesienia dla wyzwań, przed którymi staną nasz kraj oraz świat w roku 2018 i latach późniejszych. W jaki sposób „lewackie rewolty”, PRL, Stalin bądź Gomułka wiążą się z tym, że niebawem nasza planeta może zmienić się w miejsce całkowicie nieprzyjazne dla rodzaju ludzkiego? Albo z największym poziomem nierówności społecznych w historii naszego gatunku? Albo z tym, że wiele osób z powodu najprzeróżniejszych przesądów lub wykluczania materialnego wciąż nie może w pełni korzystać z praw człowieka? Straszenie lewicowymi wypaczeniami i odwoływanie się do zasobu skojarzeniowego, który ma w tym pomagać, jest zupełnie nie na czasie. Zarówno wtedy, gdy skrajna prawica chce tępić „lewactwo”, jak i wtedy, gdy Agata Bielik-Robson wraz z częścią pozostałych liberałów domaga się odnowienia popularnego w czasach transformacji podziału na zwolenników PRL-u i zwolenników wolności.

Z kolei światowość to tyle, co umiejętność spojrzenia na świat z innej perspektywy niż historia Polski. Taki postulat należałoby skierować nie tylko do polskiej prawicy, którą zazwyczaj oskarża się o zaściankowość, ale także do naszych centroliberalnych elit. Jednym i drugim wydaje się, że polskie zmagania ze Związkiem Radzieckim są uniwersalną perspektywą pozwalającą na obiektywne oddzielenie dobra od zła. Dobrze ten problem opisał Artur Domosławski w swojej książce o Ameryce Łacińskiej. Historia krajów takich, jak Chile, Argentyna czy Brazylia była w drugiej połowie XX wieku nie mniej tragiczna niż Polski. A pod wieloma względami okazała się nawet gorsza, gdyż skala morderstw i tortur politycznych, jakich dopuszczały się tamtejsze władze, znacząco przekroczyła to, co działo się w naszym kraju. Stały za tym dyktatury prawicowe, a nie lewicowe. W dodatku bardziej lub mniej oficjalnie wspierane przez Stany Zjednoczone i otwarte na prokapitalistyczne reformy. Te dwie rzeczy, wsparcie USA i kapitalizm, ściśle się ze sobą wiążą. Amerykanie przymykali oko na to, co wyczyniał na przykład Augusto Pinochet przede wszystkim dlatego, że ten posłusznie liberalizował chilijską gospodarkę i odcinał się od państw komunistycznych.

Domosławski opisuje dzieje jednego z chilijskich wygnańców, Mario Galdameza, który zbiegł przed dyktaturą Pinocheta i zamieszkał w Polsce. Wspomina on, że przedstawiciele „Solidarności” odnosili się do sytuacji jego rodaków z wyraźnym brakiem zrozumienia. O ile pojmowali, jakim złem jest dyktatura, to w większości nie bardzo chcieli przyjąć do wiadomości, że w chilijskim przypadku wiąże się ona z USA i kapitalizmem. Z jakichś względów równanie łączące ze sobą Marksa, komunizm, Związek Radziecki i dyktaturę wydawało się im o wiele realniejsze niż powiązanie dyktatur południowoamerykańskich, Stanów Zjednoczonych, kapitalizmu i wolnego rynku. Dziś niewiele się zmieniło. Choć liberalne media i politycy nieustannie pouczają Polaków, że powinni stać się bardziej europejscy i światowi, to za tymi wezwaniami nie idzie rzetelna próba skonfrontowania się z tym, jak naprawdę wygląda świat. A światu temu daleko do bajkowej opowieści o złym socjalizmie i dobrym kapitalizmie.

Wreszcie polskość. Aczkolwiek powojenna historia Polski – szczególnie polityczne podziały, metafory i skojarzenia związane z tym okresem – nie powinna stanowić dziś głównego punktu odniesienia (patrz: punkt o nowoczesności), to oczywiście nie da się o niej zupełnie zapomnieć. Problem polega raz jeszcze na tym, w jaki sposób tę historię opowiadamy. Czy według mitologizującego schematu o wolnej i szczęśliwej Polsce, którą po wojnie spotyka tragedia, jaką było dostanie się w obręb wpływów Związku Radzieckiego, a następnie wielkie wyzwolenie i powszechna radość po roku 1989, czy też może z odrobinę większym wysublimowaniem? Jeśli przyjmiemy tę drugą perspektywę, to koniecznym punktem wyjścia jest stwierdzenie, że Polska międzywojenna była krajem nieprzyjaznym dla sporej części swoich obywateli i obywatelek. Nie chodzi tylko o antysemityzm, ale o fatalne położenie materialne szerokich rzeszy rodaków. Bezdomność, mieszkanie po 10 osób w jednej izbie, konieczność sprzedawania ciała za bochenek chleba, powszechny analfabetyzm, potężne nierówności społeczne – taka była rzeczywistość II RP, o której zbyt łatwo zapominamy w trakcie tysięcznej dyskusji o wielkości lub skazach Józefa Piłsudskiego.

Można się spierać o przyczyny takiego stanu rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że dla sporego grona osób powstanie PRL-u wcale nie oznaczało zastąpienia wspaniałej Polski jej złym odpowiednikiem. Los części z nich uległ nawet poprawie. Co oczywiście nie znaczy, że należy traktować PRL jako pozytywny punkt odniesienia. System ten miał niezliczone wady, nad którymi żaden przyzwoity człowiek nie może przejść do porządku dziennego. Niemniej jednak, mówiąc o przeskoku z II RP do PRL-u, trzeba pamiętać, że „ludowa historia Polski” wygląda zupełnie inaczej niż historia narodowa, inteligencka czy bogacka. Podobnie jest z przełomem 1989 roku. Przypomniał ostatnio o tym Rafał Woś w książce „To nie jest kraj dla pracowników”: „W całym 1990 roku wyhamowanie produkcji okazało się pięciokrotnie wyższe od zapowiadanego, a spadek PKB zamiast 3,4 wyniósł aż 11 procent. Nastąpiło też dramatyczne pikowanie stopy życiowej: ceny w 1990 roku wzrosły sześć-siedem razy, a przeciętne pensje realne spadły o blisko 24 procent. Do tego doszło widmo bezrobocia”.

Przypominanie o tym, że stare spory w większości nie stanowią dobrej busoli politycznej, gdy rozmawiamy o współczesnych problemach. Upominanie się o patrzenie na Polskę w kontekście prawdziwie globalnym, a nie traktowanie światowości jako pozy służącej do bezkrytycznego wychwalania wybiórczych, najczęściej neoliberalnych aspektów państw zachodnich. Walka o szczerą historię Polski, opowiadaną z wielu perspektyw. Oto, co należy robić, aby odwojować wyobraźnię społeczną, która ułatwia prawicy i liberałom prowadzenie polityki, a lewej stronie ideowej utrudnia to zadanie. Oczywiście, środowisko, które tak jak obecna lewica ma marny wpływ na media, polską popkulturę, politykę parlamentarną czy edukację, jest w niezwykle trudnej sytuacji i ma ograniczone możliwości działania. Ale alternatywą jest nierobienie niczego albo pogrążanie się w wewnętrznych sporach. Wybór, w całej swojej beznadziejności, wydaje się jasny.

dr Tomasz S. Markiewka

Podziękowania za wsparcie

Serdecznie dziękujemy wszystkim osobom, które dotychczas wsparły akcję pomocy „Nowemu Obywatelowi”! Bez Waszej pomocy byłoby nam znacznie trudniej. Prezentujemy listę osób wspierających, która będzie stale aktualizowana.

Niedawno poprosiliśmy naszych Sympatyków i nasze Sympatyczki o wsparcie naszego pisma, które znajduje się w ciężkiej sytuacji finansowej – tu można przeczytać cały apel o pomoc. Otrzymaliśmy już pomoc od kilkudziesięciu osób. Poniżej zamieszczamy pierwsze nazwiska osób wspierających nas w serwisie Patronite. Lista będzie regularnie uzupełniana, także o osoby, które wspierają nas wpłatami bezpośrednio na konto. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!

Oto lista osób wspierających w serwisie Patronite (według kolejności wpłat):

Anna Bearne

Jakób Majchrzak

Olga Drenda

Jakub P.

Kasia Gauza

Jan Bitner

Łukasz C.

Stanisław Krawczyk

Maciej Kirst

Maciej Kryński

Jakub Komorowski

Jakub Krasiński

Dariusz Nowak

Michał Kowalówka

Andrzej Jaszcza

Ronja St

Jakub SK

Justyna Wieczorek

Piotr Błaszczyk

Szczepan Twardoch

Czesław Domarecki

Teresa Wójcicka

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Jakub Kowalski

Artur Nowak-Gocławski

Ola Chudziak

Hubert Heathertoes

Łukasz Grzybowski

Andrzej Skiba

Krzysztof Postek

Anonimowy darczyńca

Jacek Klatka

Lucja Kalkstein

Julita Hapunik

Sebastian Ochojna

Natalia Bała

Jacek Żebrowski

Marcin Szwed

Katarzyna Leszczyńska

Maciej Wisialski

Juliusz Nowak

Dominik Wysocki

Zbyszek Baraniecki

Maciej Grodzicki

Anonimowy Darczyńca

Agnieszka Dobrowolska

Karol Majewski

Hubert Walczyński

Paweł Frelik

Tomek Drzazgowski

Bartosz Brzeziński

Tomasz Minkiewicz

Dawid Kotlarek

Magdalena Sawicka

Mateusz Ledwoń

Asia Wójcik

Olga Filimon

Magda Paszko

Jan Świeczkowski

Anonimowy Darczyńca

Adrian Kruk

Ewa Wyrębska-Đermanović

Iza Zygmunt

Roman Kurkiewicz

Andrej Prwlo

Wiesław Migdał

Basia Leszczyńska

Agata Nowicka

Adrian Gunther

Olga Zawadzka-Kucharska

Kacper Wańczyk

Joanna Nawrocka

Katarzyna Kropielnicka

Witek Skrzyński

Oliwia Lewandowska

Karol Templewicz

Tomasz Piątek

Marcin Mrotek

Piotr Dybka

Janusz Bernakowski

Bartosz Olesiński

Kamil Baścik

Marceli Sommer

Ania Szudek

Małgorzata Rybak

Agata Izabela Łęcka

Maciej Trząski

Sylwia Borowska-Kazimiruk

Rafał Suchocki

Paweł Gajowczyk

Dorota Walkiewicz

Krystian Kowalewski

Michał Boś

Paweł Łapiński

Marcin Tochowicz

Kuba Żurek

Jakub Kobyliński

Agnieszka Rokita

Izabela Sowula

Rafał Łętocha

Michał Włodarczyk

Jacek Modrzejewski

Dawid Kubicki

Joanna Urbańska

Michał Kaczmarek

Adam Duracz

Katarzyna Warmuz

Agata Szadkowska-Samusik

Piotr Wilkin

Robert Rędziak

Anonimowy Darczyńca

Piotr Szczepański

Adam Gierczak

Joanna Roch

Krzysztof Polański

Tomasz Ociepka

Mateusz Leźnicki

Eliasz Robakiewicz

Jakub Tel

Jan Jęcz

Michał Wojciechowski

Jakub Gorczowski

Oto lista osób wspierających nas bezpośrednimi wpłatami na konto (kolejność alfabetyczna, nie podajemy pełnych imion z powodu niemożności skontaktowania się z wpłacającymi i uzyskania ich zgody na podanie pełnego brzmienia imienia i nazwiska):

E. Adamska

R. Adamczewski

J. Adin

M. Amribd

D. Antkowicz

R. Augustyniak

M. Aulejtner

W. Bakalarz

Ł. Baleja

M. Balcer

P. Bałdyga

D. Baranowicz

A. Baranowski

M. Bartosik

M. Bartoszek

M. Bartyzel

J. Bączek

M. Bątorek

M. Bednarz

A. Beryt

A. Białek

F. Białek

A. Białkowski

M. Biedrzycki

M. Bielicki

M. Biskupek

J. Bitner

A. Bladowska

M. Blizniak

K. Błaszak

G. Bobrowicz

A. Bogusiak

P. Borzymek

K. Boudjouher

S. Brudnoch

E. Brzezińska

B. Budzyński

A. Buśkiewicz

M. Ciesielska

A. Cioch

M. Ciuba

P. Chełmiński

K. Cholewińska

T. Chmielewski

E. Chyczewski

M. Cyankiewicz

M. i M. Czachor

D. Czaja

T. Czerniak

A. Czerniawska

S. Czyżyk

M. Czubak

P. Ćwiek

A. Derra

R. Dobrzańska

P. Dobrzyński

P. Downarowicz

M. Dragan

O. Drenda

P. Drozd

G. Drygała

I. Dudkiewicz

J. Duracz

L. Durnaś

M. Dymek

A. Dziakowski

M. Dziarski

P. Dziuba

R. Dzwonkowski

W. Ekielski

A. Elliott

F. Fałek

A. Faszyńska

A. Fiderkiewicz

J. Folusz

K. Gajewska

M. Gamrot

M. Gierke

E. Głowacka

K. Górzyńska

D. Gosek

M. Gospodarczyk

R. Górski

K. Grabias

A. Grala

A. Grodzka

B. Grubich

T. Gruszkowski

A. Grzesiuk

D. Gumięga

A. Gut

J. Gwiazda

T. Hajto

M. Hetmański

E. Hive

U. Horoszko

K. Hromek

S. Ignaciuk

N. Iskrzak

O. Ivchenko

R. Jacaszek

A. Jagiełło

K. Jagiełło

P. Jakubczyk

J. Jakubowski

A. Janas

P. Jankowski

P. Jarosiński

K. Jarząb

M. Jarząbek

K. Jasiński

R. Jasiński

M. Jasiukiewicz

P. Jesiotr

K. Jóźwik

B. Kacprzak

M. Kacprzak

T. Kaczyński

P. Kapela

K. Karczyński

D. Karkowski

M. Kańtoch

J. Kasperczyk

K. Kędziora

A. Kiełkiewicz

J. Kipiel

J. Klara

P. Klima

J. Klimowicz

K. Klon

P. Klonowski

P. Kmieciak

K. Kobos

K. Kołek

M. Kondas

M. Kopiejka

W. Korczak

P. Kornaś

M. Korzyński

M. Kosakowski

D. Kosicińska

M. Kostera

W. Kość

J. Kowalczyk

P. Kowalczyk

M. Kowalówka

B. Kowalska

J. Kowalski

B. Kozek

Ł. Kozak

R. Kozakiewicz

S. Koziara

B. Kozłowski

S. Krawczyk

L. Krokay

M. Król

N. Królikowska

A. Krutul

P. Krygiel

J. Krzyżanowski

M. Kubas

H. Kubiak

J. Kubisz

P. Kuligowski

K. Kulik

A. Kuncewicz

D. Kuroń

C. Kwiatkowski

L. Kwiatkowski

F. Lachert

A. Lamek

M. Langot

T. Leszkowicz

A. Leszczyńska

S. Lewy

K. Lipka

M. Lipka

J. Lipszyc

M. Litkiewicz

A. Lutostańska

A. Lutow

M. Łapski

M. Łata

R. Łętocha

M. Łojewski

Ł. Macniak

P. Machura

S. Majewski

K. Majka

J. Majmurek

K. Makowska

M. Maleszka

D. Małek

A. Marciniak

M. Marczak

K. Marczyński

E. Marek

Ł. Markuszewski

M. Matusiak

M. Matwiejczuk

S. Mazur

K. Mączkowski

A. Mączyńska

B. Menażyk

J. Michalik

D. Mich

A. Misiołek

Z. Miś

C. Miżejewski

M. Możdżeń

A. Morawska

K. Mroczkowski

F. Mularczyk

J. Murawska

S. Musielak

K. Nawratek

B. Nawrocki

Ł. Nawrot

M. Nęcek

M. Niemczyk

J. Niemiec

A. Nowak

J. Nowakowska

S. Ochojna

J. Ogrodowski

M. Okraska

Z. Okraska

M. Omietoński

R. Osiak

A. Ostolski

P. Otrębska

K. Paczkowski

B. Pakuła

P. Panufnik

M. Paprota

A. Paradziński

K. Paszkowski

Ł. i B. Pater

T. Patoła

M. Pawelski

M. Peichert

Z. Pękalska

M. Pfeif

E. Pietras

T. Pietras

K. Pietrowicz

P. Pietruszyński

Ł. Pikul

I. Piławska

K. Pleśniarowicz

K. Pobłocki

M. Pokropski

I. Południkiewicz

A. Późniak

J. Przybylski

M. Przybylski

K. Ptak

W. Ptak

M. Puzio

M. Raczyński

J. Rakowiecki

A. Rakowska

I. Rakowski

B. Rapacz

B. Rapałło

T. Rejdych

P. Roczek

A. Rogacka

B. Rogowski

G. Russek

M. Sadowska

M. Sadkowska

A. Sapa

K. Sawczak

J. Sawicki

K. Serwach

P. Sęk

S. Sękowski

A. Sierpińska

M. Sitko

A. Skalska

B. Skalska

A. Skarżycka

R. Skarżycki

J. Skoczowski

M. Skoczyński

P. Skuza

J. Słowińska

A. Sobczak

F. Sobieraj

W. Sokołowicz

M. Spiechowicz

J. Srebrny

A. Staszewska

A. Stefańczyk

M. Stenzel

A. Stępień

M. Stobiński

P. Stronkowski

A. Suchowierska

A. Sukiennik

P. Surdykowski

W. Swat

P. Szczerba

P. Szełemej

M. Szurek

B. Szot

K. Sztanderska

A. Szudek

M. Szymaniak

M. Śmietański

J. Świątek

A. Tadyszak

S. Talaga

D. Temimi

J. Tomasiewicz

M. Tomaszewski

J. Tomidajewicz

A. Trafas

T. Truskawa

P. Trzaskowski

T. Tubelewicz

O. Turowska

M. Tyc

A. Tycner

D. Tywonek

A. Uniatowicz

J. Urbański

M. Walczak

I. Wawrzyńska

A. Weksej

K. Wicher

P. Wielicki

K. Wieliczko

A. Wierzchowska

M. Wesołowski

A. Westfalewska

K. Winiarski

M. Wiśniewski

A. Witek

E. Witkowska

D. Wojcieszek

J. Wojtas

M. Wojtalik

T. Wójtowicz

M. Wrochna

M. Wszołek

L. Wykurz

M. Wysocki

K. Zachara

J. Zaczek

K. Zając

S. Zaremba

M. Zawisza

P. Ziętek

P. Zazulak

P. Zborowski

M. Zmarz

A. Zys

J. Żurek

 

Oto lista osób wspierających nas wpłatami na Klub Obywatela, czyli połączenie rocznej prenumeraty pisma z darowizną o wysokości 70 zł (kolejność alfabetyczna, nie podajemy pełnych imion z powodu niemożności skontaktowania się z wpłacającymi i uzyskania ich zgody na podanie pełnego brzmienia imienia i nazwiska):

S. Adamski

R. Augustyniak

D. Bień

E. Bińczyk

M. Boś

J. Bzdak

Z. Cholewa

A. Czerwińska

C. Domarecki

I. Dudkiewicz

D. Dulek

P. Duńczewski

P. Dybka

G. Figiela

M. Frysztacki

J. Furmaniak

P. Gajowczyk

K. Galiński

J. Gardzińska

A. Gierczak

B. Godlewska

D. Gosek

J. Górski

B. Gromek

A. Górka

P. Grzyś

M. Hetmański

M. Imiełowski

P. Jakubczyk

B. Jakubowski

A. Jaszcza

P. Kędziorek

M. Kirst

K. Kołek

M. Komorek

S. Komorowski

J. Kowalczyk

P. Kowalczyk

R. Kozakiewicz

P. Krasiński

A. Kruk

A. Krzemiński

K. Kudłacz

J. Kuszlik

J. Kuź

L. Kwiatkowski

A. Laszuk

M. Leszczyński

O. Lewandowska

A. Lewandowski

J. Łokać

K. Ługowski

W. Markowski

B. Menażyk

P. Miszczak

K. Mularski

J. Niemiec

M. Nowak

T. Ociepka

P. Odrzywołek

A. Olszewska

A. Paradziński

T. Patoła

G. Piechocki

K. Poprawa

J. Posiadała

M. Raczyński

K. Rączkiewicz

D. Rek

B. Rink

J. Rozenbaum

M. Rozwadowski

D. Rudyj

P. Rzadkowski

M. Sawicka

P. Seroka

G. Siekaniec

A. Sierańska

B. Skalska

A. Skiba

K. Słodczyk

M. Socha

M. Sochacki

A. Stachurski

K. Strug

P. Surdykowski

M. Sydow

P. Szczęch

A. i M. Szemiot

M. Szymaniak

J. Szymański

K. Szymański

B. Szymkowiak

K. Szyszka

J. Szwechłowicz

S. Talaga

T. Tarasiuk

M. Tokarzewska

M. Trzeciak

T. Tubelewicz

A. Tycner

M. Ulanecki

A. Uniatowicz

T. Wajman

A. Waligóra

T. Waszkiewicz

J. Wcisło

A. Wojciechowski

H. Wróblewski

M. Zaboronek

Ł. Zawada

M. Zawisza

A. Zgud

J. Ziółkowski

J. Zygmuntowski

Fantomowe ciało rewolucjonisty

Fantomowe ciało rewolucjonisty

Mój poprzedni felieton dotyczył – trzeba to wyjawić – marksistowskiej idei pracy i roli proletariatu przemysłowego [1]; zwracał też uwagę na antyegalitarne konsekwencje technoutopii. A jednak większość moich znajomych, o ile już jakoś do tego tekstu się ustosunkowali, skoncentrowała się na wątku zupełnie pobocznym, który miał tylko zwrócić uwagę na prawdopodobne przyczyny zarzucania przez lewicę proletariackich wartości – wątku prekariatu (mylonego czasem zresztą, nie wiedzieć czemu, z hipsterstwem). No cóż, robotnicy fabryczni takich felietonów raczej nie czytują.

W takim razie zajmijmy się mitem prekariatu. To nawet lepsza arena polemiki z „nową lewicą” niż grząski grunt psychologii wyszukującej różnice między etosem heroicznym i hedonistycznym [2].

Zacznijmy od tego, że kreowanie tzw. prekariatu na odkrycie socjologiczne XXI stulecia to humbug, wyważanie otwartych drzwi. Jeśli za podstawowe kryterium prekarności uznać niestabilne warunki zatrudnienia, to zawsze występowała warstwa osób zatrudnianych doraźnie (np. robotnicy rolni czy budowlani), w pierwszych dekadach XIX w. takie warunki były udziałem praktycznie całego proletariatu przemysłowego. Powiem więcej – dla robotnika epoki leseferyzmu, wynagradzanego w systemie dniówkowym i co dzień ustawiającego się w kolejce po pracę pod bramą fabryki, kilkumiesięczna umowa na czas określony byłaby niewysłowionym szczęściem. Tak więc „prekariat” nie jest żadną nową klasą. Jeśli czymś różni się od proletariuszy sprzed dwustu lat, to przede wszystkim wyższym mimo wszystko poziomem życia: prekariusz może ubogo wegetować, ale nie umiera z głodu, a to istotne, bo warunkuje stopień politycznej determinacji tej grupy [3].

precarious-work

Nie jest też nową próba ustanowienia „ludzi luźnych” awangardą rewolucji – przewija się ona czarną nicią w historii ruchu robotniczego co najmniej od czasów Nieczajewa, wzywającego „Połączmy się ze straceńczym światem zbójeckim, tym prawdziwym i jedynym rewolucjonistą w Rosji”. W XX wieku do tej koncepcji powrócono po Maju ’68, gdy okazało się, że robotnicy zamiast „żądać niemożliwego” strajkują o przysłowiowego „wróbla w garści” w postaci podwyżek i warunków bhp. Francuski goszysta Serge July napisał: „Lumpenproletariat jest najbardziej ofensywnym bojownikiem walk ulicznych. Katangijczycy, czarni robotnicy, aktorzy bez ról, bezrobotni kierowcy bez ciężarówek, studenci bez studiów, oficerowie bez żołdu – oto armia ludowa”. Wtórował mu Huey Newton z Czarnych Panter. Później Toni Negri wykoncypował teorię subproletariatu: nowej siły rewolucyjnej, złożonej z robotników niewykwalifikowanych, o niskim stażu i płynnym zatrudnieniu [5]. Teraz mamy prekariat – nową nazwę wciąż tej samej de facto warstwy.

Poszukiwanie „rewolucyjnej” alternatywy dla proletariatu ma z reguły to samo psychopolityczne podłoże, które nazywam podejściem platońskim: punktem wyjścia i punktem odniesienia są abstrakcyjne ideały, dla których szuka się nosiciela – a nie realni ludzie, konkretne grupy społeczne. Kiedyś heroldem emancypacji miała być klasa robotnicza, ponieważ jednak okazuje się ona konserwatywna, więc rozczarowani „platonicy” muszą znaleźć inny obiekt swej fascynacji.

Krzyżyk na drogę, można powiedzieć. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że donkiszoci bezkresnej emancypacji znów się zawiodą. Wymieńmy słabości prekariatu.

Feler pierwszy – jest to wciąż grupa stosunkowo nieliczna. Polska, królestwo śmieciówek, należy ponoć do najbardziej sprekaryzowanych rynków pracy w Unii. Tymczasem w I kwartale 2017 r. 12 133 000 (93,9%) zatrudnionych pracowało na podstawie umowy o pracę wobec 430 000 „prekariuszy” na umowach cywilnoprawnych. Nawet jeśli do tego doliczymy 148 000 przypadków wymuszonego samozatrudnienia (tylko dla jednego zleceniodawcy), jest to wciąż nieznaczna mniejszość [7]. Co więcej, liczba ta prawdopodobnie będzie maleć, bo robotyzacja uderza dziś w pierwszej kolejności w miejsca pracy wymagające niskich kwalifikacji i obsługiwane przez prekariuszy [8]. W ten sposób dochodzimy do…

…feleru drugiego: słabej pozycji prekariatu w strukturze społeczno-ekonomicznej współczesnego kapitalizmu. Jak już pisałem poprzednio – jest to grupa peryferyjna, czasem po prostu zbędna. Strajk barmanów McDonald’sa czy kierowców Ubera nie wstrząśnie systemem. Podtrzymam swoją opinię o wyższości pracy produkcyjnej nad nieprodukcyjną: o ile pierwsza mogłaby się ostatecznie obyć bez drugiej, to sfera nieprodukcyjna nie istniałaby bez fundamentu w postaci produkcji materialnej. Ale tyle o tym, nie zamierzam wyręczać Marksa w obronie laborystycznej teorii wartości i prymatu bazy nad nadbudową. W każdym razie już więcej sensu ma teoria „klasy kreatywnej” [9], bo ta rzeczywiście jest siłą napędową innowacyjnych sektorów gospodarki. Tu jednak problemem okazuje się fakt, że yuccie należą do beneficjentów systemu, nie stanowią więc żywiołu rewolucyjnego.

Feler trzeci polega na mgławicowości tej grupy. W poprzednim felietonie opisałem prekariuszy skrótowo: „sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy”. Dodam, że także menedżer, który świadczy na rzecz korporacji usługi kierownicze w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Dzieli tych ludzi rodzaj wykonywanej pracy, wykształcenie, dochody, styl życia [10]. A co niby łączy – poza arbitralnym zaszufladkowaniem do prekariatu? To sztuczna, abstrakcyjna kategoria, istniejąca głównie w wyobraźni teoretyków.

I wreszcie feler czwarty: prekariat nie ma zalet proletariatu. Na wszelki wypadek zastrzegę się tym razem wyraźnie, że nie utożsamiam prekariusza z typem psychicznym beztroskiego „pasikonika”, gardzącego pracą i pracującymi frajerami, nie poczuwającego się do żadnej solidarności z „mrówkami”, ale święcie przekonanego, że „mrowisko” winno zaspokajać wszelkie jego zachcianki. Charakter klasowy jest podobny do narodowego – oznacza statystycznie większe prawdopodobieństwo występowania pewnych cech, a nie esencjonalistyczny determinizm. Tym niemniej nie da się zaprzeczyć, że określone środowisko pracy sprzyja wyrabianiu się pewnych postaw psychicznych. Cechy takie jak solidarność, wytrwałość, dyscyplina, samoorganizacja wytwarzają się i utrwalają w toku pracy zespołowej, w kolektywie w miarę możności stabilnym i zwartym. Zmienność zatrudnienia i elastyczny czas pracy sprzyjają atomizacji i indywidualizmowi, utrudniają identyfikację z miejscem i towarzyszami pracy, uniemożliwiają rozwój klasowej świadomości.

W rezultacie w postmodernistycznym świecie proletariusz może stylizować się na burżuja, a burżuj na proletariusza – obfitość rekwizytów pozwala na względnie swobodny wybór ról odgrywanych w społeczeństwie spektaklu [11]. I to prowadzi nas do zaskakującej konstatacji: znaczna część prekariuszy nie postrzega swego statusu w kategoriach opresji, ba – jest zadowolona z elastycznego zatrudnienia: Codzienne wczesne wstawanie? Praca od ósmej do szesnastej? Śmieszne dwadzieścia dni urlopu? To nie dla mnie! Niech żyje wolność, wolność i swoboda…[12] I życie złudzeniami.

Reasumując: z tego pieca chleba nie będzie. Czy to oznacza, że od prekariatu należy się odciąć, jego istnienie i problemy ignorować? Oczywiście, że nie. Prekariusze, tak samo jak inteligencja pracująca, bezrobotni, samozatrudniający się, emeryci czy ubożsi rolnicy należą do klas ludowych, których interesów trzeba bronić. Czym innym jest jednak robienie z nich awangardy rewolucji i przemian społecznych. Tu niezastąpieni pozostają working class heroes [13].

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Przypisy:

1. Z reguły biorę stronę niemodnych, zapomnianych, przegranych. Stronę rzekomych zawalidróg postępu, skazanych na zagładę – niczym analogowe winyle – przez różnych mędrków pozujących na rzeczników Historii. Swoją drogą Historia już nieraz odpowiadała złośliwym chichotem na zapędy ludzi uważających, że poznali jej zamiary.

2. Nawiasem mówiąc w zaznaczaniu tej różnicy nie byłem oryginalny – zwracał na to uwagę już w 1970 r. Charles Reich w „Zieleni się Ameryka”, tyle, że on głosił wyższość nowolewicowej „Świadomości III”, a mi sympatyczniejszymi pozostają „purytańscy i zgorzkniali” starzy radykałowie. Oczywiście można zarzucić „starej” lewicy, że w swej istocie też jest hedonistyczna, bo przecież dąży poprawy warunków życia ludzi. Różnica polega jednak na tym, że w tym przypadku przyjemność nie jest „przyrodzonym prawem”, ale swego rodzaju „nagrodą” za wysiłek: pracę robotnika, walkę rewolucjonisty. Nie chcę jednak rozwijać tego wątku, żeby znów nie umknęła zasadnicza teza tekstu.

3. Mówiąc obrazowo: dla ajfona można zabić, ale za ajfona się nie zginie.

4. Pyszną anegdotę wyczytałem we wspomnieniach francuskiego związkowca z CGT: w czasie strajku okupacyjnego w 1968 r. pod bramą jego fabryki pojawiła się grupa zrewolucjonizowanych studentów. „Wpuśćcie nas za bramę”, zażądali. „Po co?”, pyta straż związkowa. „Trzeba uniemożliwić produkcję niszcząc maszyny”, brzmiała odpowiedź. „Ale jak zniszczycie nasze maszyny, to gdzie będziemy pracowali?”, dziwują się robotnicy. „Możecie sadzić ryż, jak chińscy towarzysze!”.

5. Nie powstrzymam się w tym miejscu przed zasygnalizowaniem, że zdaniem Philipa Willana (Puppetmasters: The Political Use of Terrorism in Italy, s. 186-187, 347) teoretyk autonomizmu Negri był zarazem agentem CIA.

6. Moje stanowisko jest dokładnie odwrotne – przedstawiłem je w tekście „Ideologie czy ludzie?” w: „Inny Świat” nr 15 (2001 r.).

7. http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/aktywnosc-ekonomiczna-ludnosci-polski-i-kwartal-2017-roku,4,24.htmlNa czas określony zatrudnionych było 3 401 000 pracowników, z czego 61% z powodu niemożności znalezienia pracy stałej. Ta grupa jednak nie spełnia w pełni Standingowych kryteriów prekarności.

8. Np. http://www.mirror.co.uk/news/weird-news/building-robot-mcdonalds-staff-cheaper-8044106

9. Nawiasem mówiąc jej prototypu można by się doszukiwać w marksistowskim rewizjonizmie Ernsta Fischera, uważającego inteligencję naukowo-techniczną za główny motor postępu.

10. Tu w pełni zgadzam się z Piotrem Ciszewskim: http://www.lewica.pl/?id=31300&tytul=Piotr-Ciszewski:-Prekariat—nowa-niebezpieczna-fikcja

11. Oczywiście nie jest to tylko kwestia świadomości, bo za kotarą spektaklu wyzysk i wykluczenie od wpływu na decyzje objawiają się w sposób obiektywny.

12. Nad koncepcją dochodu gwarantowanego, mającego być rozwiązaniem tego problemu, znęcałem się już poprzednio, więc teraz tylko dodam, że choć chrześcijańskie przykazanie pomocy bliźnim winno łagodzić Leninowskie dictum „kto nie pracuje, ten nie je”, to jednak pomoc przynależy zasadniczo osobom niezdolnym do pracy. W każdym razie ciemne strony tego projektu dostrzegają też co bardziej wnikliwi zwolennicy BDP jak E. Morozov: „Nie sądzę jednak, że sam dochód podstawowy może rozwiązać sprzeczności i strukturalne problemy dzisiejszego systemu. […] Poza oczywistymi argumentami, że dochód podstawowy ma opóźnić rebelię pracowników przerażonych automatyzacją pracy itd., według mnie stoi za tym pragnienie, żeby stworzyć nowy system, w którym konsumenci mają pieniądze na nowe cyfrowe usługi.  […] W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. […] Dla mnie dochód podstawowy ufundowany na tym podziale byłby sformalizowaniem jakiegoś postimperialistycznego mechanizmu w globalnej gospodarce”. http://krytykapolityczna.pl/swiat/nowa-generacja-rentierow-evgeny-morozov-o-cyfrowym-kapitalizmie-danych-i-smart-cities/

13. https://www.youtube.com/watch?v=tnsDK5XVFq4

Głowa chora na nędzę

Głowa chora na nędzę

W październiku już po raz 25. obchodziliśmy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Funkcjonuje cała masa stereotypów dotyczących problemów psychicznych. Jednym z nich jest pogląd – czasem dla kamuflażu przedstawiany półżartem – że bogata klasa średnia (w mizoginistycznej odmianie: przede wszystkim dobrze sytuowane kobiety) – znacznie częściej zmaga się z neurozami czy depresjami niż ciężko pracujący, zwykli ludzie. Jej przedstawiciele są ustawieni, więc przewraca im się pod czapką z nudy i przejedzenia. Człowiek zmęczony po uczciwej pracy przy maszynie nie ma głowy do dwubiegunówek i bezsenności. Kłopoty z zasypianiem może mieć ewentualnie jakiś inteligent, belfer Miauczyński – bo przecież nie panowie robole, którzy „napierdalają od bladego świtu” pod jego oknem.

Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Przekrojowe dane WHO oraz wyniki badań przedstawione przez Amerykanina prof. Chrisa Hudsona nie pozostawiają miejsca na wątpliwości. Życie w biedzie i niedostatku zwiększa wszelkiego rodzaju psychologiczne czynniki ryzyka. Mówiąc krótko: zaburzenia psychiczne to sprawa klasowa.

36e155fb-c705-47b1-809c-d77b22e341b5

Ubóstwo i problemy psychiczne bardzo często idą w parze – napędzają się i wzmacniają wzajemnie. Bieda sprzyja chorobie, a choroba radykalnie utrudnia wydobycie się z biedy. Psychologia dysponuje dowodami, że obywatelki i obywatele USA należący do 20% najgorzej zarabiających są dwa do trzech razy częściej dotknięci schorzeniami psychicznymi w porównaniu z 20% najlepiej uposażonych. Konkretne przykłady: szanse na popadnięcie w zaburzenia nastroju wynoszą 33% dla najniższego kwintyla, a tylko 16% dla kwintyla najwyższego; kwoty dla zaburzeń lękowych to odpowiednio 36% i 11%, dla uzależnień od środków odurzających to 17% i 7% (źródło danych). Różnice są ogromne – jeśli wychowujemy się w ubogiej rodzinie, mamy aż trzykrotnie większe szanse na zmaganie się ze stanami lękowymi i fobią społeczną. Co więcej, często niedobór specjalistów – psychiatrów, psychologów, psychoterapeutów – występuje właśnie w ubogich i słabo rozwiniętych regionach, gdzie obiektywne zapotrzebowanie na profesjonalne usługi jest największe.

Wiemy przecież, że co do zasady wraz ze wzrostem zamożności rośnie jakość wykształcenia jednostek. Statystyki pokazują, że słaba edukacja jest istotnym czynnikiem ryzyka przy występowaniu zaburzeń psychicznych, m.in. ze względu na gotowość (lub jej brak) osoby do poszukiwania adekwatnej pomocy. Potwierdzają to duże i metodologicznie rzetelne kanadyjskie badania z 2007 r., przeprowadzone w Toronto. Raport wykazuje między innymi, że z każdym kolejnym poziomem wykształcenia ludzie średnio o 15% częściej konsultują się z psychiatrą i o 16% częściej korzystają z usług psychologa (źródło danych). Poza tym staranna edukacja wspiera optymalny rozwój mózgu w okresie dziecięcym, co z kolei chroni przed procesami patologicznymi, które naruszają funkcje poznawcze.

Naszego społeczeństwa nie trzeba specjalnie przekonywać, że problemy związane z „bazą” istotnie wpływają na kondycję głowy. CBOS w 2012 r. w raporcie „Zdrowie psychiczne Polaków” oznajmił, że 65% osób biorących udział w badaniu uważa, iż najbardziej zagrażające zdrowiu psychicznemu jest… bezrobocie. Był to wynik wyraźnie przodujący, kolejne: „kryzys rodzinny” i „nadużywanie alkoholu”, zyskały znacznie mniej głosów.

Powrót do aktywności zawodowej podczas ciężkiej depresji graniczy z cudem, a nowoczesne leki są relatywnie kosztowne (choć trzeba przyznać, że część z nich podlega refundacji przez NFZ). „Depresja jest obecnie drugim powodem niezdolności do pracy w Polsce. Ocenia się, że za kilka lat będzie pierwszym powodem” – informuje prof. Piotr Gałecki, krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii. Ogromne wyzwanie dla resortu pracy już wisi w powietrzu, a o przygotowaniach środków zaradczych niestety nie słychać.

Od lat jakość i dostępność psychiatrycznych świadczeń medycznych w Polsce znajdują się na żałośnie niskim poziomie. W tegorocznym raporcie Najwyższej Izby Kontroli możemy znaleźć dramatyczne wnioski: Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego realizowany w latach 2011-2015, mający przenieść w XXI wiek system pomocy chorym psychicznie, zakończył się wielką, spektakularną klęską. NIK informuje, że ani administracja rządowa, ani władze samorządowe nie wykonały swoich zobowiązań. Przede wszystkim nie stworzono Centrów Zdrowia Psychicznego (instytucji kluczowych dla programu), mających zapewniać „wszechstronną środowiskową pomoc psychiatryczną”. Według NIK, organom samorządowym nie udało się zorganizować planowanych centrów, gdyż nie zapewniono im adekwatnego wsparcia finansowego oraz know-how. Podkreślmy, że Ministerstwo Zdrowia wykonało tylko 3 z 32 zadań przewidzianych w programie! Jedną z pozafinansowych barier w tworzeniu centrów były oczywiście niedobory kadrowe w służbie zdrowia. „W 2015 r. było 3500 psychiatrów, przy oczekiwanej liczbie 7800, zaś psychiatrów dziecięcych 380, przy oczekiwanych 780” – czytamy w raporcie. Te liczby doskonale pokazują, z jak głębokim problemem mamy do czynienia.

Czy naprawdę trzeba jeszcze kogoś w Polsce przekonywać, że strajk głodowy lekarzy rezydentów, którego niedawno byliśmy świadkami, miał uzasadnienie? Za burtą ochrony zdrowia psychicznego zostaną jak zwykle najbiedniejsi.

Michał Kowalówka

Meandry modernizacji technicznej Wojska Polskiego

Meandry modernizacji technicznej Wojska Polskiego

Do nierzadko porywających programów, prezentacji i deklaracji w odniesieniu do modernizacji polskiej armii zdążyliśmy się już przyzwyczaić – rozpoczęły się wszak niedługo po objęciu Ministerstwa Obrony Narodowej przez Tomasza Siemioniaka. Antoni Macierewicz wniósł w tym zakresie swój bardzo wyrazisty i niebagatelny wkład. Niestety, upływający nieubłaganie czas wymusza na kierownictwie resortu przechodzenie do pewnych konkretów – które jednak, jak się okazuje, nie zawsze dorastają do niezwykle wysokiego poziomu retoryki. Chociaż sfera deklaratywna ma się bardzo dobrze, obejmując np. obietnice zwiększenia do roku 2030 wydatków na obronność do poziomu 2,5% PKB, warto przyjrzeć się realizacji w sferze wspomnianych konkretów, skupiając się na poszczególnych, najważniejszych obszarach.

Finansowe fundamenty modernizacji

Projekt budżetu MON na rok 2018 zakłada przeznaczenie na potrzeby resortu kwoty 41,1 miliarda złotych, tj. 2% PKB. Przeprowadzona w bieżącym roku nowelizacja ustawy o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu Sił Zbrojnych RP spowodowała wzrost preliminowanej kwoty o 2,378 miliarda złotych wobec wersji sprzed zmian. W teorii byłaby ona o 10,2% wyższa niż wydatki zaplanowane na rok 2017. Należy jednak zwrócić uwagę, że projekt obejmuje również wydatki na program modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Biura Ochrony Rządu, wynoszące 395,7 miliona złotych, na Lotnicze Pogotowie Ratunkowe (39,6 mln złotych) oraz przede wszystkim finansowanie zakupu samolotów VIP, które według pierwotnych założeń miało się odbywać spoza budżetu MON, jednak zgodnie z obecnymi planami resort ma przeznaczyć na ten cel 809,2 miliona złotych.

Wszystkie te wydatki, włącznie z samolotami VIP, są same w sobie uzasadnione, jednak uwzględnienie ich sprawia, że deklarowane wzrosty nakładów stają się znacznie mniej imponujące. Po odliczeniu wspomnianych kwot faktyczna wysokość wydatków na obronność będzie wynosiła 1,94% PKB. W szczególności samoloty VIP skonsumują zasadniczą część wzrostu środków przeznaczonych na realizację Planu Modernizacji Technicznej, który w stosunku do roku 2017 miałby wynieść 1,227 miliarda złotych, dając kwotę 10,425 miliarda, w tym 6,695 miliarda w ramach strategicznego programu wieloletniego. Co prawda w kolejnych latach wydatki na maszyny VIP będą spadać do poziomu 300-400 milionów złotych rocznie, a środki przewidziane na program wieloletni mają rosnąć (do 8,856 miliarda złotych w 2019 i 11,043 miliarda w 2020), należy jednak zauważyć, że wydatki związane z finansowaniem zawartych już umów pozostają pewne, natomiast wzrosty finansowania zawsze mogą paść ofiarą braków budżetowych czy kalkulacji politycznej. W porównaniu z planami na rok 2017 środki na program wieloletni w roku 2018 wręcz spadną, o 366 milionów złotych – odrębną sprawą jest oczywiście faktyczna realizacja tych wydatków, związana z odwlekaniem realizacji konkretnych zadań modernizacyjnych.

Kluczowa obrona przeciwlotnicza – czyli nadal czeski film

Zgodnie z aktualnie obowiązującą wykładnią, Polska zamierza w ramach programu „Wisła” zakupić systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe średniego zasięgu Patriot, których dostawcą będzie koncern Raytheon. W mocy pozostaje zatem decyzja podjęta w roku 2015 jeszcze przez poprzednie kierownictwo resortu. Zgodnie z memorandum intencji, zawartym 6 lipca bieżącego roku przez MON i Departament Obrony Stanów Zjednoczonych, w razie osiągnięcia ostatecznego porozumienia zakup miałby zostać podzielony na dwie fazy. W pierwszej Polska miałaby otrzymać dwie baterie systemu w istniejącej wersji Patriot 3+ (PDB-8) z dotychczasowymi radarami sektorowymi, ale już nowym, sieciocentrycznym systemem dowodzenia IBCS. Dostawy zostałyby zrealizowane w roku 2022, a wstępną gotowość bojową systemy osiągnęłyby w 2023. Druga faza objęłaby 6 baterii, już w wymaganej przez Polskę docelowej konfiguracji z nowym radiolokatorami dookólnymi, „niskokosztowym” pociskiem przeciwlotniczym SkyCeptor opartym na izraelskim (choć opracowanym z pomocą amerykańską) Stunnerze oraz integracją z polskimi radarami wstępnego wykrywania celów.

cover_1469779709

Pierwszym problemem jest ogromne opóźnienie dostaw wobec pierwotnych planów, które zakładały pozyskanie pierwszych systemów już w roku 2018. A należy przypomnieć, że stan polskiej obrony przeciwlotniczej, kluczowej dla odparcia ewentualnego uderzenia wroga wychodzącego poza poziom pełzającej wojny hybrydowej, jest opłakany i pogarsza się z upływem czasu. Chociaż PRL nie istnieje już 28 rok, poza zakresem bardzo krótkiego zasięgu (rzędu 5 km) nie dokonano dotychczas żadnej przełomowej inwestycji, która przyniosłaby zasadniczą zmianę jakościową wobec stanu odziedziczonego po poprzednim ustroju, dość kiepskiego już w latach 80. z uwagi na brak środków na zakup nowych systemów sowieckich, takich jak S-300 czy Buk. Prowadzone krajowymi siłami modernizacje zestawów z lat 60.–70. na pewno były potrzebne i przydatne, nie były jednak w stanie zmienić ogólnej przestarzałości chociażby z uwagi na zerowe zdolności przemysłu w zakresie produkcji pocisków rakietowych zasięgu od krótkiego wzwyż. Obecnie zatem OPL można uznać za istniejącą w zakresie zasięgu bardzo krótkiego, słabą w zakresie krótkiego oraz najwyżej symboliczną lub w ogóle niewystępującą w dalszych. Ponieważ nic nie wskazuje, że do roku 2022 cokolwiek się zmieni, przy braku wsparcia sojuszniczego lotnictwo ewentualnego nieprzyjaciela będzie miało do tego czasu ogromną swobodę operacyjną nad Polską, którą posiadane F-16, jeżeli przetrwają przy mizernej obronie przeciwlotniczej pierwsze uderzenie, będą w stanie zakłócić tylko w niewielkim stopniu.

Zasadniczy problem z systemem Patriot polega na nieprzystawalności obecnie istniejącej wersji do polskich wymagań. Zostały one sformułowane merytorycznie słusznie – perspektywiczny system obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej winien odznaczać się sieciocentryczną, otwartą konfiguracją czy mieć dookólne radary, zapewniające znacznie większą elastyczność operacyjną. Sęk jednak w tym, że Patriot, na którego się zdecydowano, w istniejącej wersji ich nie spełnia, a traktowany przez MON jako warunek sine qua non zakupu system dowodzenia IBCS znajduje się na relatywnie wczesnym etapie drogi rozwojowej i jest daleki od dojrzałości technicznej oraz przydatności operacyjnej. Nawet rok 2022 nie musi wcale przynieść jego wersji zdatnej do faktycznej eksploatacji. Rozbudowana, daleko odbiegająca od seryjnej, konfiguracja przekłada się na koszty – bardzo wiele wskazuje, że zamknięcie się kosztów programu „Wisła” w oczekiwanej przez MON kwocie 30 miliardów złotych będzie nierealne. A przecież jednym z kluczowych zarzutów obecnej ekipy wobec poprzedniej było ogłoszenie, że tamta negocjowała zakup o wartości aż 47 miliardów złotych…

Kolejną kwestią są korzyści dla krajowej gospodarski, związane z udziałem w produkcji systemów i transferem technologii. Oczekiwania i deklaracje były ogromne – minister Macierewicz twierdził, że w Polsce powstanie co najmniej połowa wartości systemów, i to nie licząc pocisku „niskokosztowego”. Oczekiwano uzyskania znaczących kompetencji w zakresie wytwarzania nowoczesnych, wręcz awangardowych pocisków przeciwlotniczych zasięgu do średniego oraz pozyskania technologii produkcji radarów opartych na azotku galu, będącym najnowszym krzykiem techniki, stanowiącym radykalny postęp wobec starszych rozwiązań wykorzystujących arsenek galu. Co więcej, zdolności pozyskane w ramach „Wisły” miały umożliwić opracowanie już de facto polskimi siłami systemu piętra niższego, tj. zasięgu krótkiego (pierwotnie 25 km, po modyfikacji wymagań 40 km), określanego kryptonimem „Narew”.

Tymczasem wrzesień przyniósł stanowiącą kubeł zimnej wody deklarację Raytheona. Zgodnie z nią przekazanie algorytmów, kodów źródłowych, głowicy samonaprowadzającej i wieloimpulsowych silników rakietowych SkyCeptora będzie niemożliwe, po części z uwagi na wymogi traktatowe, ale w zasadniczej mierze z powodu weta amerykańskiej administracji. Analogicznie niedobrze miała wyglądać sprawa technologii azotku galu. W tej sytuacji można przewidywać, że zapowiadane korzyści gospodarcze i przede wszystkim rozwój krajowej bazy wytwórczej okażą się mrzonkami, a cała gra będzie sprowadzała się do żonglowania współczynnikami przeliczeniowymi przez Amerykanów, którzy po realizacji pierwszego etapu programu zapewnią sobie dyktat w kwestii warunków współpracy, finansowych i wszelkich innych. Stronie polskiej natomiast pozostanie robienie dobrej miny do złej gry i ogłaszanie wymyślonych sukcesów.

Co prawda dość dobrze już znane nastawienie obecnego kierownictwa MON, a w szczególności samego jego szefa, absolutnie nie pozwalają wykluczać zgody na takie rozwiązanie, to jednak dla porządku warto wspomnieć o informacjach na temat rozważania alternatyw. Chociaż minister zachowuje urzędowy optymizm, wyraża nadzieje na rychłe porozumienie z Raytheonem, a nawet twierdzi, że przyjęcie tymczasowej konfiguracji jeszcze bez IBCS pozwoli zrealizować pierwsze dostawy już w roku 2020 lub nawet 2019, pojawiają się jednak przecieki, że wciąż w grze pozostaje amerykańsko-europejskie konsorcjum MEADS. Oferuje ono system alternatywny wobec Patriota, chociaż dzielący z nim pociski PAC-3 MSE – produkowane jednak przez lidera MEADS, koncern Lockheed Martin. Tu transfer technologii miałby być pozbawiony przeszkód dzięki możliwości skorzystania z pośrednictwa podmiotów europejskich. W dziedzinie techniki radarowej rolę taką miałby pełnić włoski koncern Leonardo. Technikę rakietową miałoby natomiast zapewnić powiązane z Leonardo konsorcjum MBDA, oferujące brytyjsko-włoską rodzinę pocisków CAMM. Pociski CAMM/CAMM-ER zostały niedawno wskazane jako potencjalna baza „Narwi” przez samego Antoniego Macierewicza, co może nie oznaczać zupełnie niczego, jednak nie musi. Według przecieków została zaoferowana bardzo daleko idąca polonizacja i przekazanie technologii rodziny CAMM, a w obecnej sytuacji nie można wykluczyć nawet opartej na MEADS „Narwi”, strzelającej obok CAMMów również… pociskami PAC-3 MSE i faktycznego odłożenia „Wisły” ad Kalendas Graecas. MON twierdzi, że w puli przyszłorocznych wydatków zarezerwował na „Wisłę” 200 milionów złotych. Ostatnie dni przyniosły informację o określeniu w dokumentach przedłożonych Kongresowi Stanów Zjednoczonych przez Defence Security Cooperation Agency maksymalnej wartości zamówienia dotyczącego pierwszego etapu programu „Wisła”, opartego o rozwiązania Raytheona i system IBCS. Z pakietem współpracy przemysłowej miałaby ona wynieść aż 10,5 miliarda dolarów. Należy pamiętać, że zapewne wyraźnie przewyższa ona kwotę faktycznej potencjalnej transakcji, jednak nawet zastosowanie przybliżonych współczynników korygujących wyraźnie wskazuje, że zamknięcie realizacji całego programu w określonych przez MON granicach staje się w praktyce zupełnie nierealne.

W całej sprawie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jak twierdzą eksperci, całość niezwykle skomplikowanego przedsięwzięcia, na którego poziom trudności składają się kwestie takie, jak konieczność analizy uwarunkowań prawnych poszczególnych krajów oraz traktatów międzynarodowych, zagadnienia stricte techniczne oraz przebijanie się przez wielopoziomowy lobbing biznesowy oraz polityczny – jest realizowana bez powołania centralnego biura do spraw programu, w którym koncentrowałaby się całość informacji i zasobów specjalistycznych, wspartych ekspertami spoza MON-u. Za błąd ten odpowiada ekipa ministra Siemioniaka, nie został on jednak naprawiony przez obecną, choć poświęciła (a właściwie straciła) nie mniej niż pół roku na wydobycie wiedzy rozproszonej między jednostkami ministerstwa. Last but not least, przeciwnikami zarabiających 3600 złotych brutto miesięcznie polskich specjalistów są w negocjacjach ludzie zarabiający tyle w ciągu dnia, jeżeli nie wręcz godziny… To wszystko pogłębia skalę trudności i utrudnia osiągnięcie długofalowo i w szerokim zakresie korzystnego wyniku.

Artyleria rakietowa – dla krajowej gospodarki póki co pompowanie powietrza do kół

Na początku lipca bieżącego roku ogłoszono, że negocjacje w ramach programu Homar w sprawie zakupu systemów artylerii rakietowej, zapewniających Wojskom Lądowym odbudowę utraconych zdolności rażenia celów w odległości 70–300 km, będą prowadzone z koncernem Lockheed Martin, proponującym  system HIMARS z pociskami GMLRS i ATACMS. Oferta amerykańska została przedłożona nad izraelską (koncerny IMI/IAI).

Program ten został zainicjowany jeszcze w ubiegłej dekadzie, notował kolejne opóźnienia. Zgodnie z deklaracjami z czasów urzędowania ministra Siemioniaka systemy miały trafić do linii jeszcze w bieżącym roku, co oczywiście nie nastąpiło. Obranie kierunku ku finalnej decyzji należy zatem uznać za wartość samą w sobie. Jak się jednak okazuje, nie ma róży bez kolców. Chociaż również i w tym przypadku wiele mówiono o offsecie oraz transferze technologii, informacje z ostatnich dni wskazują wyraźnie, że pierwsza transza, obejmująca 56 wyrzutni (3×18 dla trzech dywizjonów i dwie szkolne) zostanie dostarczona ze Stanów Zjednoczonych jako gotowe produkty, w których amerykańskie będą nawet nośniki (samochody ciężarowe). Ma to pozwolić na realizację pierwszych dostaw w roku 2019.

Z punktu widzenia wojska rozwiązanie takie jest na pewno korzystne, gwarantując szybkie i terminowe wprowadzenia zestawów do uzbrojenia, jednak nie sposób nie zadać pytania o korzyści dla gospodarki krajowej, a także o wcześniejsze deklaracje. Póki co MON składa kolejne, zapowiadając trzykrotne zwiększenie skali zamówienia, do rzędu 160 wyrzutni, które miałyby być już spolonizowane i powiązane z systemem IBCS, co zwiększyłoby zdolności odpierania uderzeń rakietowych nieprzyjaciela przez niszczenie jego środków ogniowych. Plany dotyczące dalszych dostaw miałyby być realizowane po roku 2022. Jako słowa wygląda to bardzo ładnie, ale niestety zrealizowane zostać może, jednak wcale nie musi. W najgorszym razie krajowy przemysł może obejść się zupełnie smakiem.

Marynarka Wojenna – płoną koncepcje i okręty

O fatalnym stanie polskiej floty napisano już wszystko, i to niejednokrotnie. Podstawowe okręty nawodne i podwodne są stare i przestarzałe. W tej drugiej kategorii zmierzamy do kategorii muzealnej, bo wszystkie ex-norweskie jednostki typu „Kobben” liczą już sobie co najmniej 50 lat. Co gorsza, ledwie 31-letni osesek „Orzeł” doznał we wrześniu pożaru i poważnych uszkodzeń, które co najmniej na pewien czas wyeliminują go ze służby.

Następcy według dawnych założeń powinni być w służbie już w roku 2020, co jednak jest zupełnie nierealne. W odróżnieniu od opisanych wyżej programów, procesy decyzyjne nie zostały jeszcze zakończone, nadal w grze pozostają oferty francuska, niemiecka i szwedzka. Pewne sygnały wydają się wskazywać, że preferencję mogłaby mieć ta pierwsza – a kontrakt miałby mieć również znaczenie polityczne i w założeniu pomóc wnieść pewne odprężenie do fatalnych ostatnio relacji polsko-francuskich. W każdym razie, mimo zapowiedzi podjęcia decyzji jeszcze w tym roku, perspektywa wcielenia jednostek coraz bardziej się oddala. Wydaje się, że i skorygowana data wejścia do służby pierwszej, co miałoby stać się w roku 2024, będzie pobożnym życzeniem. Chociaż okręty podwodne są podawane w wątpliwym sosie strategicznym, którego podstawę stanowią pociski manewrujące, wydaje się, że ich zamówienie jest przesądzone.

Gorsza sytuacja dotyczy floty nawodnej, której trzon bojowy tworzą obecnie dwie dobiegające powoli czterdziestki, bardzo przestarzałe, niezupełnie sprawne i posiadające szczątkowe uzbrojenie ex-amerykańskie fregaty. MON oficjalnie zawiesił postępowanie w sprawie pozyskania mających zastąpić te jednostki dużych korwet/małych fregat typu „Miecznik” oraz uzupełniających je patrolowców typu „Czapla”. Co gorsza, flota poczeka co najmniej do przełomu lat 2018/19 na ukończenie okrętu patrolowego „Ślązak”, jedynego plonu sławnego programu „Gawron”. Trudno powiedzieć, czy przy obecnych tendencjach podstawowy komponent nawodny MW po prostu przestanie istnieć w momencie śmierci technicznej posiadanych fregat, zostaną pozyskane okręty używane (wciąż nie podjęto żadnej decyzji w sprawie ewentualnego nabycia od Australii fregat typu „Adelaide”), czy może jego namiastką pozostanie ewentualnie dozbrojony do poziomu korwety „Ślązak”. Notabene problemy z realizacją programu „Gawron”, których finałem jest spodziewane niemal dwuletnie opóźnienie ukończenia jedynego okrętu w zubożonej wersji, każą żywić najwyższe obawy w odniesieniu do przebiegu budowy okrętów podwodnych z udziałem krajowych podmiotów decyzyjnych i wykonawczych.

Jakiekolwiek decyzje lepsze niż żadne

Podsumowując, z punktu widzenia Sił Zbrojnych na pewno lepsze są dowolne decyzje, niezależnie od ich oceny merytorycznej czy skutków gospodarczych, niż niekończące się dialogi i zwroty akcji. W kluczowych dziedzinach, takich jak obrona przeciwlotnicza, ta swoista systemowa prokrastynacja już dawno zaczęła mieć wymiar potencjalnie graniczący z kryminalnym – w razie niespodziewanego wybuchu konfliktu kolejnym decydentom trudno byłoby wytłumaczyć się z faktycznego pozostawienia kraju bez obrony. Tym bardziej że nie podjęto działań mających na celu wypełnienie wytworzonej luki np. przez zakup systemów z drugiej ręki. W jakimś sensie prawdopodobnie możemy podziękować Rumunom, którzy podjęli działania mające na celu modernizację swojej armii przez wprowadzenie do niej zestawów Patriot (teoretycznie w wersji istniejącej, znacznie uboższej niż żądana przez Polskę, bez offsetu, jednak praktyka może wykazać, że faktycznie uzyskane systemy będą takie same) oraz HIMARS, z perspektywą zamknięcia całości procesów w ciągu kilku lat, bez tracenia czasu na bezowocne procedowanie.

Czym innym jednak są efekty dla przemysłu i choćby segmentowego rozwoju technologicznego kraju. Tu szumne deklaracje mogą okazać się bardzo boleśnie rozbieżne z rzeczywistością, a same programy być powtórkami z zakupu F-16, potwierdzając szydercze powiedzenie o Polaku głupim po szkodzie i przed szkodą. Byłoby zaiste fatalnie, gdyby organizm państwowy wykazał się brakiem zdolności nauki na własnych błędach mimo kilkunastu lat, jakie można było przeznaczyć na spokojne analizy i wypracowanie procedur ułatwiających uniknięcie błędów. Są co prawda pewne nadzieje, że nie skończy się tak źle, jednak budowanie na nich może niestety łacno okazać się wznoszeniem zamków na piasku.

dr Jan Przybylski

Uwolnić poetów

Uwolnić poetów

Wśród wielu rzeczy, których możemy dowiedzieć się od Williama Blake’a, angielskiego mistyka, poety i malarza z przełomu XVIII i XIX wieku, na szczególną uwagę zasługuje jego wizja artysty w działaniu. Dla Blake’a pisanie i wszelka twórczość to akt łaski, efekt kontaktu z czymś większym od nas, z wizjami, które jednocześnie rozjaśniają i upajają. To wielka moc, ale i ogromna odpowiedzialność: zarówno brzemię, jak i powołanie. Choć wyrażane szczególnie wyraziście, poglądy Blake’a na pracę twórczą nie były pod tym względem szczególnie oryginalne: taka koncepcja dominuje wśród rozważań artystów, filozofów i myślicieli od Antyku aż po Romantyzm. Do dziś znaleźć można, wśród najbardziej szanowanych i cenionych twórców, bardzo podobne sposoby myślenia. Dla poetki, fotografki i muzyczki Patti Smith twórczość to przede wszystkim oddanie, wrażliwość na twórczy impuls, który łączy nas z absolutem. Praca twórcza jest odpowiedzią na powołanie i wymaga uważności, dyscypliny i pokory. Jej efekt nie jest produktem, wytworem całkowicie zależnym od twórcy, a raczej podarunkiem uplecionym z całego złożonego kontekstu i ze szczerego poświęcenia. To proces polegający na przywoływaniu innych bytów i przestrzeni, by potem podzielić się nimi z innymi. Po obu stronach procesu konieczna jest dla artysty relacja: ze światem wyobraźni wykraczającym ponad naszą codzienną rzeczywistość oraz z ludźmi, do których artysta kieruje dzieło. Ta relacyjność sprawia, że kategoria własności nie ma odniesienia do sztuki: są twórcy i są odbiorcy, ale nie ma właścicieli.

Pisarka Ursula Le Guin jest podobnego zdania. Podkreśla, że od twórcy wymagana jest ciężka, fizyczna praca, do wykonania której niezbędne są żywotność, cierpliwość i wytrzymałość. Absolutne posłuszeństwo i dyscyplina, praca nad warsztatem, dbałość o szczegóły, takie jak gramatyka i interpunkcja – są niezbędne. Jednak dzieło to nie produkt, nie zawiera się w tej koniecznej dla jego powstania pracy, lecz przychodzi w odpowiedzi na nią. Dobre dzieło jest zaś darem – przychodzi moment, gdy artysta odkrywa w swej pracy gotowe już dzieło i może spojrzeć na nie z zadziwieniem: naprawdę ja to napisałam? Czasami opowieść sama prowadzi i artysta musi wykazać się wrażliwością i umieć za opowieścią podążać. To nie bezwolność i lenistwo, ale ogromna pokora wobec sił rządzących twórczością. Le Guin uważa, że zarówno twórca, jak i czytelnik mają coś w rodzaju wewnętrznego zmysłu słuchu: czytanie i pisanie nie są tylko mechanicznymi czynnościami, programowalnymi i wyraźnie osadzonymi w miejscu i czasie, ale uczestnictwem w czymś poza tymi granicami, w przestrzeni, która ma swoje rytmy i swoją dynamikę.

Podobnie o tworzeniu myślał niedawno zmarły poeta i muzyk Leonard Cohen. W 2014 roku, podczas prezentacji nowo wydanego wówczas albumu „Popular problems”, podsumował swoje zmagania z twórczością: „Gdybym wiedział, skąd biorą się dobre pieśni, chodziłbym tam częściej. Bycie twórcą bardzo przypomina bycie zakonnicą – jest się poślubionym tajemnicy”. Twórca musi umieć podążać za pieśnią, za wierszem, nad którym pracuje, z wiernością i uporczywością, nierzadko nie tylko przez wysiłek i pracę, ale też trudne, dramatyczne, czasami znajdujące się daleko poza skalą „normalności”, uczucia. Pieśni nie są wykonane z wrażliwości ani  doświadczenia, ale są nimi przepełnione, niosą je po to, by podarować je innym. Cohen zasłynął też ze swojego sceptycznego zdania na temat znaczenia sukcesu dla artystów – mawiał, że „sukces to przeżyć”.

work.5207786.1.flat,550x550,075,f.cage-bird-free

Nie istnieje coś takiego, jak efekt oderwany od procesu tworzenia, dzieło możliwe jest dokładnie dlatego, że proces jego powstania jest trudny, czasami powalający. Bez cierpienia twórczość nie ma sensu ani dla artystów, ani dla odbiorców. Ale tak samo jak nie jesteśmy właścicielami naszego cierpienia, tak nie jesteśmy właścicielami twórczości. Tymczasem epoka, w której żyjemy, wymaga od nas myślenia wyłącznie w kategoriach własności, produktu, sukcesu. To sprawia, że twórczość wyjaławia się, bastardyzuje, potwornieje.

Wielu socjologicznych komentatorów współczesnej kultury zauważa, że mamy obecnie okres wyraźnej posuchy nie w kategoriach ilościowych, ale jakościowych. W bliskich nam naukach społecznych, w Polsce jak i za granicą, presja uniwersytetów i grantodawców przekłada się na wyjątkowy wysyp tekstów naukowych: artykułów, monografii, czasopism. Jednak przerażającą większość tych tekstów charakteryzuje wyjątkowa miałkość, ich znaczenie zawiera się w akcie publikacji i odnotowującym tę publikację wpisie w dokumentach (CV, sprawozdaniu z grantu, wniosku o awans). Naukowcy publikują dużo, bo od tego zależy nie tylko ich awans, ale w ogóle możliwość pozostania w zawodzie. Jednak artykuły naukowe są coraz mniej chętnie i coraz rzadziej czytane, co nie powinno nikogo dziwić, ponieważ, jak zauważają badacze zarządzania Mats Alvesson, Yiannis Gabriel i Roland Paulsen, są to w przerażającej większości teksty schematyczne, nieciekawe, męczące w odbiorze.

Gdy w latach sześćdziesiątych Roland Barthes i Michel Foucault, filozofowie bądź socjologowie kultury (nasze wahanie podkreśla szerokość ich pola zainteresowań), obwieszczali śmierć autora, czynili to celebrując żywotność czytelnika: każde dzieło powstaje na nowo w akcie odczytu i interpretacji. Co jednak, gdy miałkość tekstu skutecznie czytelnika odstrasza?

Mark Fisher, zmarły w tym roku teoretyk kultury, w jednej ze swych ostatnich książek, analizował współczesną muzykę i film. Jego diagnoza nie pozostawia złudzeń: ceniona obecnie twórczość to mniej lub bardziej wierne, mniej lub bardziej interesujące interpretacje i przetworzenia stylów minionych epok. Brak jest miejsca na konstruowanie nowych stylów, na postęp, na żywy dialog pomiędzy nowymi dziełami.

Taka sztuka nie wyraża wiary w lepsze jutro, nie wyraża też niewiary. Funkcjonuje jak echo w zamkniętym pomieszczeniu – czas się zatrzymał i rozbił na miliony fragmentów złożonych z różnych wyobrażeń przeszłości. Popularne produkcje filmowe najpełniej odczytać można jako korporacyjne migawki reklamowe, które niczym lepka błona maskują własną pustkę i blichtr otaczającej nas rzeczywistości. Ich przekazem jest techniczna doskonałość wykonania, a głównym przesłaniem wysoki stosunek własnej wartości do ceny. Zużywają ogromne moce technologii, marketingu, pracy prawników. Są jednak produktem, nie sztuką. Produktem sztukopodobnym, w opakowaniu zastępczym, oswojonym, sterylnym, przewidywalnym owocem ziemi strapionej. Ich kulturowa dominacja to skutek brutalnej kolonizacji umysłów ostatnich dziesięcioleci.

Walter Benjamin ostrzegał przed narastającą kolonizacją – kapitalizm jest sektą religijną, być może najpotężniejszą, jaka kiedykolwiek istniała, wszechobejmującą, roszczącą sobie prawo wtargnięcia we wszystkie sfery ludzkiego życia. Udaje pragmatyzm, odżegnuje się od mistycyzmu, odcina od teologii. Jednocześnie wdziera się w te sfery ludzkiego życia, gdzie było kiedyś miejsce na duchowość i wypełnia je swoją totalną, bezczasową obecnością. Benjamin pisał, że kapitalizm jest permanentnym czczeniem swojego własnego kultu sans trêve et sans merci, bezustannie, bezlitośnie.

Aby wyzwolić się od tego zniewolenia wyobraźni potrzebujemy czegoś więcej, niż kursy kreatywnego pisania. Podnosi się wiele głosów wśród socjologów, antropologów, autorów związanych z naukami organizacji i zarządzania, filozofów i medialnych komentatorów życia społecznego, nawołujących do rewolucyjnego użycia wyobraźni. Socjolog Zygmunt Bauman przekonywał, że bez wyobraźni nie ma mowy o empatii. Filozof Andre Gortz przestrzegał, że bez radykalnej wyobraźni nasze społeczeństwo ulegnie rozpadowi. Teoretyk zarządzania Karl Weick głosi, że bez wyobraźni nie ma organizacji, to nasza wyobraźnia umożliwia nam współdziałanie w takiej lub innej formie – i my, przy pomocy wyobraźni możemy to zmienić na coś, co pomoże nam lepiej i sprawiedliwiej żyć i zarządzać.

Podczas amerykańskiej ceremonii National Book Awards w 2014 roku Ursula Le Guin mówiła o tym, że w naszych czasach być może bardziej niż kiedykolwiek potrzebni są pisarze, którzy potrafią wyobrazić sobie inny świat, którzy potrafią myśleć poza kategoriami sprzedaży, dochodu, zysku i strategii rynkowych. „Żyjemy w kapitalizmie – powiedziała – a jego władza wydaje się przemożna – ale takąż wydawała się kiedyś władza królewska. Każda ludzka władza może spotkać się z oporem i zmieniona przez ludzi. Opór i zmiana często rodzą się w sztuce”.

Dlatego tak ważne są nie tylko szczegółowe krytyki, konkretne pozycje, solidne kontrpropozycje, ale także ogólne, szerokie wizje, nowe utopie, pobudzające wyobraźnię i nadzieję, że może być, że będzie – inaczej, lepiej, niż jest. Musimy koniecznie uwolnić poetów, muzyków, artystów, tancerzy z gułagu dochodów, reguł, praw autorskich i rankingów.

Zbyt wiele od nich zależy, nie tylko w wyniosłych sferach piękna i sztuki, ale również w naszej zwykłej, przyziemnej codziennej przyszłości, by tłamsić takie osoby. To nie jest działanie nadmiarowe, dotyczące zbytku, liberalnej rozrywki, próżnej uciechy. To akt prawdziwie rewolucyjny, autentycznie radykalny.

Musimy uwolnić poetów również w sobie: w socjologach, inżynierach, kierowcach, politykach i sprzątaczach. Nikt nie będzie walczył o lepszy świat, jeśli go wcześniej nie zobaczy. Na czele każdej wiosny ludów idą poeci, muzycy i artyści. Zaraz za nimi biegną filozofowie, myśliciele i naukowcy. Bez Mojżesza Morze Czerwone nie otworzy się – śmiemy twierdzić, że nie dlatego, że wielkim prorokiem był, ale ponieważ miał powołanie, by słuchać i widzieć daleko, poprzez fale.

prof. Monika Kostera, dr hab. Jerzy Kociatkiewicz

Bezdomność to taka wielka trwoga

Bezdomność to taka wielka trwoga

Z Adrianą Porowską, pracownicą socjalną, rozmawia Krzysztof Wołodźko.

Zacznijmy od sprawy, która jest dość szczegółowa, ale pokazuje szerszy problem. Walczyłaś w sierpniu o wypłaty i godne warunki pracy dla swoich bezdomnych podopiecznych.

Adriana Porowska: To jedna z wielu takich historii. Gdy moi podopieczni przychodzą tutaj, to pomagamy im szukać pracy. Często bywa tak, że oni sobie nawzajem przekazują kontakty do pracodawcy. Część z tych mężczyzn ma duże problemy ze znalezieniem pracy, bo mają za sobą więzienie albo historię „piciorysu” wypisaną na twarzy.

Ale czasem się udaje. Zawsze im mówię, żeby starali się o umowę, żeby koniecznie ją do nas przynieśli. Ale często bezdomni nie zdają sobie sprawy, że umowa o pracę jest potrzebna. Tłumaczymy im, że składki rentowe, emerytalne, że to jest potrzebne do wniosku o mieszkanie i do ubezpieczenia.

Pan Czesiu i pan Jurek znaleźli pracę jako ochroniarze. Ale mijały miesiące, a oni wciąż pracowali na czarno. Pracodawca ich zbywał i mówił, żeby przyszli po umowę za tydzień, za dwa, za trzy tygodnie, żeby przyszli siedemnastego, a siedemnastego słyszeli, że mają przyjść dwudziestego. Niestety, nasi panowie często nie do końca wiedzą, w jakim świecie żyją – to są ludzie, których bardzo łatwo jest wykorzystać.

No i co zrobiłaś?

A. P.: Na moje pytanie, jak się firma nazywa, jeden z panów w ogólnie nie potrafił odpowiedzieć. Gdy zapytałam o miejsce, okazało się, że to centrum Warszawy, na Placu Europejskim. Tam budują różne firmy, a ochroniarze obsługują najróżniejsze sektory. Nierzadko takie firmy prowadzą ludzie, którzy doskonale wiedzą, co zrobić żeby inspekcja pracy nic nie znalazła. Doszłam do wniosku, że pojadę tam z nimi. Tym bardziej, że jeden z panów twardo stwierdził, że on z tej pracy nie zrezygnuje, bo pracodawca mu nie wypłaci pieniędzy. A miał prawie czterysta godzin przepracowanych.

Czterysta godzin przepracowanych, ale stawka to niekoniecznie ustawowe minimalne 13 zł za godzinę?

A. P.: 5,50 złotych. To nagminne. Jeśli ktoś z bezdomnych nie chce za tyle pracować, to mu mówią: „to spier…”. Pojechałam na tę budowę. Obraz nędzy i rozpaczy. Tam pracują ludzie, którzy niedomagają, tam są ludzie, dla których 1000-1200 złotych to jest wszystko, co zarabiają. Mają problem z wyegzekwowaniem swoich praw i na pewno się nie postawią.

Poczytałam o firmie, dla której pracowali nasi bezdomni i zjeżyła mi się skóra. Wygląda na to, że zatrudnia ich osoba, która pracowała w Biurze Ochrony Rządu i realizowała już projekty za publiczne środki. Zresztą podobne sytuacje już się zdarzały, moi podopieczni pracowali na przykład przy budowie Stadionu Narodowego, dla podwykonawców. I też nie mieli żadnych umów. Za to często słyszeli, że są na miesiącu próbnym, który jakoś dziwnie długo się przeciągał.

I co z tymi dwoma panami?

A. P.: Pojechaliśmy w to miejsce, trochę pobłądziliśmy, porozmawiałam z pracownikami, porobiłam zdjęcia. Jak już dotarliśmy na miejsce, to chyba wyprzedziła nas fama, bo biuro było zamknięte: przynajmniej tak wynikało z karki zapisanej mazakiem. Ale znalazłam telefon do pana prezesa, porozmawiałam z nim – w takiej sytuacji bardzo pomaga, gdy mówię, że jestem współprzewodniczącą komisji u Rzecznika Praw Obywatelskich. Usłyszałam w słuchawce, że powinnam mieć dokumenty pozwalające na kontrolę. Ja mu na to, że chcę być z podopiecznymi w trakcie rozmowy o umowę. A on, że nie mam prawa go kontrolować. Ja znów, że będę przyjeżdżała odtąd z nimi jako ich kierowca, będę przy rozmowie, bo oni się na to godzą. Pan na to, że oczywiście, ale że siedemnastego albo dziewiętnastego…

Podobno jeden z wyżej postawionych pracowników tej firmy nerwowo zareagował na Twoje starania.

A. P.: To był koordynator. Przed próbą bezpośredniej interwencji zadzwoniłyśmy do biura z pytaniem, dlaczego ci panowie nie mają umów i kiedy będą wypłaty. Koordynator opowiadał dowcipy, bagatelizował problem, a pożegnał się ze mną słowami „spierdalaj, stara k…”. Gdy spojrzeć z boku na ich system pracy, to jest „pięknie” zorganizowane – żadnego oficjalnego grafiku, pieniądze dostają do ręki od człowieka, który do nich przychodzi, gdy są na miejscu, wszystko jest telefonicznie, oni znają często tylko ksywy innych ochroniarzy.

Z tego co wspominałaś, oni tam pracują w marnych warunkach.

A. P.: Te budy, które służą im jako pomieszczenia socjalne, to jakaś masakra – latem straszny upał, zimą musi być tam z kolei bardzo chłodno, bo to wszystko z blachy, a szyby popękane. Oni siedzą w takich budach, co chwila są przenoszeni z jednej budowy na drugą.

Tam są ogromne kontrasty: powstaje nowoczesny wieżowiec, kilka pięter idzie w dół, najnowocześniejsze technologie, a pracują przy tym ludzie absolutnie wykorzystywani. Tego nikt nie widzi, a mnie to wkurza, dlatego powiedziałam sobie, że nie odpuszczę.

A jak firma tłumaczyła to, że płaci znacznie poniżej ustawowej stawki godzinowej?

A. P.: Prezes w ogóle się do tego nie odniósł, gdy z nim rozmawiałam przez telefon. Zapadła długa cisza w słuchawce.

I jak to się skończyło?

A. P.: Z duszą na ramieniu, bo obawiam się takich ludzi, ale pojechałam z nimi i naszą psycholożką na spotkanie. Otrzymali umowy i pełną stawkę 13 zł za godzinę – zamiast 5,50 zł. Byli przeszczęśliwi. Prezes udawał, że tak byli umówieni. My darowaliśmy sobie komentarze. Strasznie mi wstyd, ale nie zrobiłam nic dla pozostałych pracowników. Nie rozumiem, dlaczego Inspekcja Pracy nic z tym nie robi. Słyszałam od innych osób, jak ciężko jest zgłosić przestępstwo pracodawcy. Moim zdaniem powinna być prosta metoda na łamanie prawa. Dzwoni pracownik, że nie ma umowy i jest w miejscu pracy – na taki sygnał powinien przyjechać inspektor.

Panuje stereotyp, że osoby bezdomne najtrudniej mają zimą. Ale latem, szczególnie kiedy są upały, ich sytuacja wcale nie jest najlepsza…

A. P.: Latem bywa nawet gorzej, ponieważ bezdomni i bezdomne często przebywają na otwartej przestrzeni. Są narażeni na upały, a przecież bardzo często mają problemy z krążeniem, z zakrzepicą czy innymi chorobami. Mało tego – latem nie ma dla nich litości. Zimą czasem ktoś się zastanowi, zanim wyprosi ich z autobusu: ale latem nie ma zmiłuj, są bezwzględnie wypraszani z dworców czy środków komunikacji publicznej.

To jest problem dostępu do publicznych punktów higieny osobistych, a u nas to działa w szczątkowej formie.

A. P.: W Warszawie w tej chwili działają na szczęście dwie łaźnie. Jedną z nich prowadzi Caritas Warszawski, a drugą Caritas Warszawsko-Praski. Oba są wspierane z pieniędzy gminy. Ale to przecież ogromne miasto. Dorosły człowiek powinien się kąpać minimum raz dziennie, w upały dwa razy dziennie to nie będzie za dużo. W przypadku osób bezdomnych to właściwie niemożliwe. Tym bardziej, że oni muszą się do łaźni jakoś dostać, nie śpią przecież dookoła kontenerów, w których te punkty higieny są zorganizowane.

Ciągle powtarzam stołecznym urzędnikom: tak, to jest wasz sukces, że mamy już dwie łaźnie w stolicy. Ale tak naprawdę potrzebujemy ich w każdej dzielnicy.

Jeśli kojarzę, starania o te łaźnie trwały od lat?

A. P.: Gdy przyszłam do pracy w pensjonacie dla bezdomnych w Ursusie, to rozmawialiśmy z Rzecznikiem Praw Obywatela Januszem Kochanowskim o dostępie do publicznych toalet i łaźni. Później zajmowała się tym również Rzeczniczka Praw Obywatelskich Irena Lipowicz, bo to nie dotyczyło wyłącznie osób bezdomnych. Często to podkreślam: nigdy w Polsce nie była prowadzona sprawa, nawet w Trybunale Konstytucyjnym, dotycząca wyłącznie godności człowieka. A to jest przeciwko godności człowieka – ten brak dostępu do publicznych łaźni.

Jeśli masz w domu dostęp do bieżącej ciepłej i zimnej wody, to problem nie istnieje. Ale wystarczy choćby awaria sieci, albo remont, żeby przekonać się, jak znaczny to dyskomfort. Sądzę, że po prostu nie rozumiemy ludzi, którzy żyją obok nas w Polsce, ale tak naprawdę w zupełnie innym świecie.

A. P.: Dwa tygodnie temu zadzwonili do mnie z ośrodka pomocy społecznej: starszemu panu odcięto w domu wodę, bo nie płaci. Mężczyzna nie ma się gdzie wykąpać, więc zapytali, czy może przyjść do nas. Wyobraź sobie, że do urzędu wchodzi ktoś, kto się nie kąpał od miesiąca. Z miejsca jest na gorszej pozycji, bo z całym szacunkiem, ale to naprawdę jest trudne do wytrzymania. Tego się nie widzi, gdy mówimy o czyimś ubóstwie jak o jakiejś abstrakcji.

Bezdomni mają czasem takie choroby, że gnije im ciało. Pracuję w pensjonacie ponad dziesięć lat. Dobrze wiem, że dla bezdomnych to znacznie lepsza sytuacja, gdy przed rozmową ze mną mogą się wykąpać, przebrać w czyste rzeczy. Wtedy rozmawiamy jak człowiek z człowiekiem.

Przepraszam, dopytam: jak wygląda lokalizacja tych stołecznych łaźni?

A. P.: Jedna znajduje się w pobliżu Mostu Gdańskiego, a druga w Śródmieściu.

A dlaczego nie ma ich więcej?

A. P.: Po pierwsze musi być budynek, po drugie musi się zgodzić społeczność lokalna. A bardzo dużo osób nie chce, żeby w pobliżu była łaźnia. Ten opór jest duży, gdy pojawia się kwestia stworzenia w jakiejś okolicy miejsca, które kojarzy się z pomocą ubogim czy bezdomnym.

W podziemiach Riwiery ma powstać centrum społeczne ze streetworkingiem i pierwszą pomocą. To jest solidnie oddalone od budynków mieszkalnych, dookoła są Pola Mokotowskie. Tam największym problemem są pijani studenci, a nie bezdomni. A jednak spotkaliśmy się ze znacznymi protestami, skierowanymi właśnie przeciw bezdomnym. Pytam ludzi, w czym problem: i słyszę: „bo oni sikają po krzakach”. No i tak otwiera się kolejny temat: publicznie dostępne darmowe toalety, które są standardem w wielu zachodnich krajach.

Ale to chyba trudno wyjaśnić, że bezdomny też człowiek, i że można by mu życie trochę ułatwić, z pożytkiem dla nas wszystkich?

A. P.: Człowiek, który traci mieszkanie, traci coś więcej niż cztery ściany budynku. On nie ma wtedy prawa do niczego. Jest stygmatyzowany jako człowiek i obywatel najgorszej kategorii. Według mnie opiera się to na pewnym kontraście kulturowym: wszyscy wiemy, że własne mieszkanie jest u nas czymś najważniejszym, najbardziej pożądanym dobrem. Ludzie często strasznie ciężko pracują na własne M2. Bezdomny to dla nich ktoś podejrzany, kto chce żyć za cudze, tak to jest postrzegane. A równocześnie dla większości z nas to normalne, że wstajemy z fotela, idziemy do kuchni zrobić herbatę, w toalecie spłukujemy wodę i jest czysto, bierzemy prysznic, włączamy albo wyłączamy światło i nikt nam tego nie zabrania. I tak dalej. Bezdomni żyją w świecie, który bardziej przypomina stan koczowniczy. I do tego musisz się liczyć z tym, że zewsząd jesteś przepędzany, choć z drugiej strony potrzebujesz ludzi, bo chcesz pracować choćby i na czarno, coś zjeść, gdzieś się schronić przed zimnem lub upałem, przespać się. Żeby żebrać też potrzebujesz ludzi. Większość nie jest w stanie sobie wyobrazić, co oznacza bezdomność.

To jest jak z miejscami parkingowymi dla osób niepełnosprawnych. Tłumaczę zawsze synowi, że to jest świetne hasło z jednej z kampanii społecznej: „zabierasz moje miejsce – zabierz moją niepełnosprawność”. Bo jeśli ktoś narzeka na „koperty”, wypisuje w gazetach, że przez „kopertę” ma źle, to niech się zamieni na życiorysy z człowiekiem bez ręki czy nogi, jeśli uważa, że jest tak niesprawiedliwie traktowany przez reguły obowiązujące w cywilizowanym świecie.

Najgorsze jest to, że w Polsce niewiele trzeba, żeby otrzeć się o bezdomność. Wypadki losowe mogą nas uwikłać w niekończące się wydatki i brak sensownego publicznego wsparcia. Znam mnóstwo takich historii, one się składają na osobny rozdział w opowieściach o ośrodkach pomocy społecznej: wypadek, uszkodzony kręgosłup, ortopeda. Termin w NFZ: osiem miesięcy. Potrzebne są oszczędności, żeby się leczyć. A potem fizjoterapia. Ilu ludzi w Polsce stać, żeby sobie to wszystko opłacić z własnej kieszeni bez poważniejszego ryzyka zubożenia? Łatwo myśleć, że jeśli ktoś przestał płacić czynsz, to dlatego, że pijak, leń, nierób. Ale ludzie wpadają w pułapki finansowe także dlatego, że chcą ratować życie i zdrowie bliskich. I ja bym nie chciała rozstrzygać: płacić czynsz czy próbować ratować ukochaną osobę?

Kilka miesięcy temu w spółdzielni Ogniwo w Krakowie rozmawialiśmy o reprywatyzacji. Były z nami lokalne działaczki lokatorskie. Opowiadały o dobytku eksmitowanych starszych ludzi, który właściwie trafiał na śmieci.

A. P.: Tego też często nie widać. Mieszkanie to wysiłek i środki włożone przez lata w remonty, to dobytek, nierzadko dziedziczony po bliskich. Bezdomni to wszystko tracą nieraz bezpowrotnie, ich majątek do dwie, trzy torby, oni są do tego czasem niesamowicie przywiązani, to jest coś, co uważają za swoje zabezpieczenie.

Czasem to są niesamowite historie. Niektóre nadają się na film. Niedawno zadzwonił do mnie mój wykładowca z uniwersytetu, że w Parku Skaryszewskim siedzi jakiś pan, bardzo sympatyczny, inteligentny, nie pije, ale wyraźnie w kryzysie psychicznym. Pojechaliśmy tam. Okazało się, że mężczyzna przesiaduje tam od trzech lat. Nie dał się przekonać, nie pojechał z nami. Ale po jakimś czasie jego stan się znacznie pogorszył, był sądowny nakaz amputacji nogi, człowiek trafił do nas. Próbowałam go zrozumieć, on opowiadał historię, że Muzeum Narodowe nie wypłaciło mu pieniędzy za obraz i że on tym obrazem miał zapłacić zaległy czynsz. A że pewnego dnia dostał nakaz eksmisji, to w dniu, w którym ona się odbyła, zamknął drzwi, wziął torbę i poszedł do parku.

Minął rok, mężczyzna wciąż był u mnie. Przychodzi dwóch policjantów, nieumundurowanych, ale z odznakami i mówią: „szukamy właściciela obrazu takiego i takiego”. Odpowiadam, że jest u mnie. A oni na to: „nie mogliśmy w to uwierzyć, ale ten obraz, który był w Muzeum Narodowym, był wart 25 tysięcy. A w mieszkaniu były dziewiętnastowieczne kolekcje malarskie. Jego dziadek był malarzem i prowadził antykwariat”. Poprosiłam naszego pensjonariusza i mówię mu, czego się dowiedziałam. A on na to, że tam w ogóle było sporo majątku, wartościowe meble. Byłam w szoku.

Ja też jestem. I co dalej?

A. P.: Zadzwoniłam do spółdzielni, okazało się, że na mieszkaniu ciążył dług w wysokości 42 tys. złotych. Jesteśmy na etapie ustalania, czy w ogóle jest jakaś inwentaryzacja tego, co zostało zlicytowane.

Czyli spółdzielnia przejęła mieszkanie…

A. P.: Razem ze wszystkim, co było w środku.

I nie wiadomo, co się stało z rzeczami?

A. P.: Nie. Ten mężczyzna trafił do nas po paru latach. Myślę, że załamał się w pewnym momencie i nie potrafił zrozumieć tego, co się dookoła dzieje. Był też wychowywany w bardzo specyficzny sposób – to jest człowiek, który żyje głęboko w swoim świecie. Zna się na sztuce, potrafi katalogować przedmioty… Teraz jest w szpitalu.

Prawdopodobnie po prostu go okradziono.

A. P.: W majestacie prawa.

Często brak mieszkania wiąże się z brakiem stabilności i z niemożliwością normalnego funkcjonowania społecznego czy nawet tego, że idziesz do pracy, wracasz i jesteś u siebie, a tutaj…

A. P.: Tutaj musisz nauczyć się żyć z obcymi ludźmi w jednym pokoju. Bo macie telewizor w pokoju i jeden lubi oglądać sport, a drugi tylko od wielkiego dzwonu. Jeden uwielbia dyskutować o polityce, a drugi się od razu wścieka, że już nie może patrzeć na te zakłamane mordy. To są dorośli ludzie, którzy mają dokładnie takie same poglądy jak cała reszta społeczeństwa – czyli przeróżne. Więcej, oni często spierają się ze mną o to, czy istnieje bezdomność z wyboru, czy nie ma bezdomności z wyboru. Bo jeden czy drugi pan, to oczywiście nie jest bezdomnym z wyboru, ale Franek z pokoju to już owszem, jest, bo już drugi miesiąc nie szuka roboty.

W niczym nie różnią się ode mnie: siebie widzą w lepszym świetle niż innych.

A. P.: [śmiech] Uważam, że wielu z nich nie opłaca się chodzić do roboty, w której schorowani muszą zapierniczać za te same pieniądze, jakie dostaną z zasiłku. To im się naprawdę nie opłaca, biorąc dodatkowo pod uwagę, że komornik zabierze albo 60 proc., albo całość, bo przecież jak to jest cywilnoprawna umowa o dzieło, to komornik może zabrać wszystko. No to mają być tak szlachetni, żeby pracować, ale się wykończyć?

Ale dodajmy, że część bezdomnych chce pracować i pracuje.

A. P.: Wśród moich pensjonariuszy pracuje 80 proc. I niestety często mieli problemy ze znalezieniem pracy. Mamy spółdzielnię socjalną i zatrudniamy ludzi. Chłopak, który zajmuje się spółdzielnią socjalną, Darek, gdy mu mówię, że mam kolejną osobę do pracy, mówi: „chyba zwariowałaś, chyba chcesz, żebyśmy stracili to zlecenie”. A ja rozpaczliwie szukam dla nich roboty, bo szczególnie w początkowym okresie dochodzenia do siebie mają duży problem z odnalezieniem się i z normalną współpracą z innymi ludźmi. Potrzebują trochę asymilacji.

Jak to w praktyce wygląda?

A. P.: Gdy dostaną u nas w spółdzielni umowę, gdy regularnie dostają wypłatę, gdy widzą, że dbamy o bezpieczeństwo pracy i elementarne zaplecze socjalne, to wzrasta ich poczucie bezpieczeństwa. Czasem bywa też tak, że w trudniejszej sytuacji mogą nas poinformować i nie przyjść do pracy – wtedy ktoś ich zastępuje. To obu stronom daje pewną elastyczność.

Na tzw. normalnym rynku są traktowani zupełnie inaczej. Wielu z nich ma złe doświadczenia z pracodawcami, którzy zwlekają z wypłatami po dwa, trzy miesiące. Albo nie płacą w ogóle. To jest ta dzika rynkowa strefa, dla wielu z nas niewyobrażalna. Tak się dzieje w branży budowlanej, tak się dzieje w ochronie. Często celowo wykorzystuje się ludzi z problemami, tuż przed zakończeniem okresu pracy, niby to po przyjacielsku wysyłając do nich kogoś z wódeczką. I tak ludzi łatwiej zrobić w konia, bo gdy zapiją po trzech, czterech tygodniach pracy, to „za karę” odmawia im się pieniędzy.

W Polsce z jednej strony łatwo się częstuje alkoholem, a z drugiej jeszcze łatwiej potępia bezdomnych alkoholików. Zresztą, bezdomni są wykorzystywani na różne sposoby. W czerwcu tego roku Wirtualna Polska opisała historię jednej z klinik z Grudziądza, która testowała na bezdomnych bez ich wiedzy i dostatecznej opieki medycznej szczepionkę znanego koncernu farmaceutycznego Novartis. Osiem osób już zostało skazanych. Teraz w sądzie trwa batalia o odszkodowanie dla jednego z bezdomnych. Niemieckie media opisywały to chyba szerzej, niż polskie…

To przypomina dziewiętnastowieczne praktyki na biednych, więźniach i prostytutkach, opisane w książce „Podłe ciała” Grégoire Chamayou. Niewiele się zmieniło w podejściu wielkiego biznesu do ludzi…

A. P.: To nie tylko problem wielkich zachodnich firm. Jakaś część polskiego społeczeństwa sądzi, że nawet gdy się wykonuje jakieś gesty w stronę bezdomnych, to można to zrobić bez specjalnej refleksji, że to też są ludzie. Czasem worki z darami dla bezdomnych to brudne, śmierdzące rzeczy, zasikane prześcieradła z plamami, tak jakbyśmy byli śmietnikiem, ale takim, dzięki któremu można poprawić mniemanie o sobie…

Powróćmy do tych letnich zagrożeń. Błażej Strzelczyk w „Tygodniku Powszechnym” opublikował tekst o butelce zimnej wody dla bezdomnego, w którym pokazywał, jak ważna jest ona dla tych mężczyzn i kobiet w czas upału.

A. P.: Współpracuję z kierownictwem warszawskiego metra. Ich pracownicy zauważyli, że zimą część ludzi po prostu się u nich chroni przez zamarznięciem. Z kolei latem w metrze też chłodno. Mało tego, mają tam jedyną bezpłatną toaletę. I tam się dzieją przeróżne sceny, bo osoby bezdomne tam chodzą, myją się, przebierają. Czasem po prostu przychodzą do tej darmowej toalety w metrze, żeby napić się i nabrać wody.

Latem bezdomni są często ubrani zupełnie nieodpowiednio do pory roku, mają na sobie przeważającą część swojego dobytku. To są swetry, kurtki, buty z grubymi skarpetami, w które wlepiają się gnijące nogi… Często są to ludzie z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi, którzy mają problem z dostosowaniem ubioru do pory roku. A czasem wydaje się z boku, że w sumie wszystko w porządku, że mija nas zdziwaczała staruszka w palcie… Myślę, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak wiele problemów bezdomni mają właśnie latem. Dla niektórych bezdomni mają wtedy świetne wakacje, bo siedzą pod fontanną i zażywają nieróbstwa. Ale nie widzą, jakie to musi być uwłaczające dla człowieka.

Dwa tygodnie temu trafił do nas mężczyzna, który miał trepanację czaszki, nie miał krwiaka, lecz zakrzep. Nie jest w pełni sprawny umysłowo. Przez ostatnie dobre dwa lata mieszkał na ulicy, a ostatnie dwa miesiące spędził u nas obok peronu przy dworcu w Ursusie. Wiedzieliśmy że tam jest, próbowaliśmy go skłonić do zamieszkania u nas. Wreszcie się udało – przyszedł. Patrzę na jego ręce – dłonie poranione, skóra mu schodzi. Szedł do nas i strasznie się wstydził, że ręce miał czarne od brudu, bo złom nosił. I umył je tam na miejscu, a to była rozlana jakaś żrąca substancja. Dobrze, że sobie twarzy nie przetarł.

Umył się u nas, przebrał w czyste ciuchy, ale widzę, że siedzi w wielkich butach, a to jest lato, prawie 30 stopni. Mówię do niego: „panie Stasiu – niech pan klapki sobie włoży, nogi wypoczną” A on do mnie mówi: „Ale te buty są świetne na zimę”. Tłumaczę mu: „pan już jest u nas, postawi pan sobie buty pod łóżkiem i poczekają do zimy”. Nie zrozumiał, dalej mówi: „ale jak się siedzi w parku, to w nocy wcale nie jest tak ciepło”. Długotrwale bezdomni zaczynają inaczej funkcjonować.

Brak mi słów.

A. P.: Druga historia z butami też jest z lata. Przyjechała do nas straż miejska, przywieźli człowieka w takiej specjalnej klatce – ruina, siedem nieszczęść. Mówią przez telefon: „tak, chodzący”. Czekam 5-10 minut, myślę sobie, gdzie on się podział. A on szedł, szedł do furtki tak długo.

Człapał?

A. P.: Gdy już u nas zdjął buty, to było to coś niewyobrażalnego. Miał jedną wielką żywą ranę, gnijące nogi. Rana sącząco-krwawiąca, a on to sobie owinął papierem toaletowym. Wył z bólu. A te buty to była chińska taniocha z kożuszkiem. Lato było takie, że raz zimno, raz ciepło, on wciąż w tych butach, zaczęło mu to gnić. Razem z lekarzami odratowaliśmy mu te nogi, ale długo leżał z nogami do góry: wietrzenie, smarowanie, odkażanie. Wreszcie przyszedł czas na opatrunki.

Jest teraz w mieszkaniu treningowym. Pracuje, świetnie funkcjonuje, tak mniej więcej po roku już poszedł na mieszkanie treningowe. Kilka lat żył na ulicy. A teraz normalnie pracuje, płaci z tego podatki, stara się o lokal socjalny, będzie miał wypłaconą rentę. Później się dowiedziałam, że on wcześniej żył normalnie, do pracy chodził, później życie mu się zawaliło, no i bezdomność.

Kryzysy psychiczne często doprowadzają do bezdomności, szczególnie u osób samotnych czy osamotnionych. Był u nas niegdyś mężczyzna, który przeszedł głębokie załamanie – żona wyjechała do Stanów i potem się wiele, wiele lat nie odzywała. On zaczął pić, przestał płacić za mieszkanie, mieszkał na ławce naprzeciwko bloku, bo ciągle patrzył, czy ona nie wróci.

Wróćmy jeszcze do butelki wody dla osoby bezdomnej. Zimą, wiadomo, potrzebne jest ciepło, ogół ludzi rozumie, że bezdomni mają do niego prawo. Ale potencjalnego odwodnienia bezdomnych nie postrzegamy już jako tak znacznego problemu.

A. P.: Ofiara mrozów to dobry zimowy temat – umarł, bo zamarzł, prosta sprawa. A gdy latem bezdomny umiera na zawał, to wiadomo, nadużywał alkoholu. Nikt nie pomyśli, że może nie miał się gdzie schronić przed potężnym wzrostem temperatury. Gdy jest duża fala upałów, to wystawiamy wodę przed pensjonat. A streetworkerki mają zapakowany po brzegi bagażnik z butelkowaną wodą i jeżdżą po tych dzikich siedliskach, rozwożą wodę. Przy znacznych upałach bezdomni mogą mieć naprawdę z tym problem, dlatego jeśli ktoś nas prosi, żeby mu kupić zwykłą wodę, to nie odmawiajmy, nawet jeśli czujemy awersję, że to pewnie naciąganie.

Od jakiegoś czasu trwają gorące dyskusje o Mieszkaniu Plus, więcej niż problematyczne są zapisy o możliwości eksmisji bez prawa do zapewnienia dachu nad głową. Strasznie to smutne, bo z jednej strony ten program jest bardzo potrzebny, z drugiej tymi zapisami wpisuje się w logikę polityki aspołecznej III RP.

A. P.: Mieszkanie Plus to jest program mieszkaniowy jednak dla lepiej zarabiających. I rzeczywiście: te zapisy rzucają cień na ten projekt. Znów mamy taką sytuację, że odpowiedzią na problem jest wyrzucenie ludzi z mieszkania. A przecież w Polsce, przy tak niskim poziomie sprawnych zabezpieczeń społecznych, ze źle działającą ochroną zdrowia, ze śmieciowymi umowami, naprawdę nie jest trudno zostać z niczym. Nawet w przypadku ludzi młodych, silnych, sprawnych fizycznie, którzy są w stanie pracować po 10 godzin dziennie niekiedy przez cały tydzień, albo z jednym dniem wolnego. Już nie mówię o rosnących wskaźnikach schorzeń psychicznych – a ustawodawca znalazł sobie łatwy sposób, żeby umyć ręce, gdy pojawią się ewentualne kłopoty.

Nawiążę jeszcze do bezdomnych. Długotrwała praca na czarno przypieczętowuje ich los. Nie raz i nie dwa słyszałam choćby opowieści bezdomnych o bajońskich sumach, jakie zarabiali niegdyś na czarno na budowach, albo zagranicą. Tylko że zwykle to była praca na czarno i tragedią tych ludzi było to, że nie mogli się leczyć, gdy zdarzył się wypadek. A niezdolni do nielegalnej pracy nikomu nie byli już potrzebni. Więcej, nawet jeśli nie skończyli z ciężkim kalectwem, to i tak nie stać ich było na fizjoterapeutę, a gdy przez lata harowali na czarno, to nikt ich przecież nie wysyłał na badania okresowe. W efekcie dziś nie mogą się schylić, mają zdeformowane ręce i nogi, organizm niedomaga.

To doświadczenie większości z nas – jeśli nie dopłacimy do leczenia czy rehabilitacji, w najlepszej razie przechorujemy kawałek życia, chodząc do pracy, albo w ogóle pozostaniemy na oucie. Poza tym polskim standardem jest to, że młodsze pokolenie opiekuje się starszym. Ale sieć wsparcia rodzinnego będzie coraz słabsza, urynkowienie rzeczywistości mocno wpłynęło na strukturę społeczną.

A. P.: W pensjonacie często jest tak, że na dzień dobry pytamy ludzi o to, czy mają ewentualnie do kogo wrócić, pytamy o rodzinę i bliskich. Rzadko bywa tak, że jest co odbudowywać. Obawiam się, że to będzie narastało.

Często bywa tak, że to my chowamy bezdomnych, bo nie mają nikogo. Jestem jedyną osobą, która jest w stanie się o nich upomnieć w szpitalu, jestem jedyną osobą, która jest w stanie sprawić pogrzeb, jestem jedyną osobą, która martwi się o grób… Mamy las krzyży, którymi się opiekujemy. Mam coraz większy problem ze znalezieniem miejsca na pochówek niedaleko nas. Gdy ktoś wiele lat mieszkał w Ursusie, to staramy się uprosić księdza, żeby tutaj oddał kawałek miejsca. A jak się nie uda, to zmarli bezdomni są wywożeni na drugi koniec Warszawy.

Niedawno była zbiórka pieniędzy na sprowadzenie ciała jakiegoś człowieka z Grecji…

A. P.: Tak, w przeciwnym razie pochówek na pięć lat we wspólnym grobie, a później ciało i te szczątki…

We Francji działa specjalna organizacja, Morts de la Rue, która zajmuje się odzyskiwaniem pamięci o zmarłych bezdomnych. Gdy ktoś umiera na ulicy, a w Paryżu mnóstwo osób tak żyje, to oni wieszają kartkę, że tutaj żył taki człowiek, zmarł tego i tego dnia, i mogą zgłaszać się do nich ludzie, którzy znali zmarłego/zmarłą.

Jednym z takich zmarłych na ulicy i rozpoznanych polskich bezdomnych był nauczyciel, który wyjechał za chlebem. Przez trzy lata mieszkał na ulicy, a rodzina myślała, że on normalnie żyje i pracuje.

Niedawno w środowisku „Kontaktu” pojawił się pomysł, żeby zrobić medialny dzień poświęcony bezdomności. Wpadł na ten pomysł Ignacy Dudkiewicz. Pojawiła się wątpliwość: czy bardziej zimą, czy raczej latem – kiedy taki dzień powinien Twoim zdaniem mieć miejsce?

A. P.: Z całą pewnością zimą jest większe społeczne wyczulenie na problemy bezdomnych. Media lubią statystyki dotyczące zamarznięć. Choć, prawdę mówiąc, nawet w przypadku bezdomnych one nie są do końca wiarygodne. Część wychłodzonych osób trafia do szpitala, umierają na przykład po paru dniach i jako przyczynę zgonu podaje się po prostu zatrzymanie krążenia.

A gdyby poświęcić w mediach jeden szczególny dzień bezdomności? Myślę, że mogłoby to być jesienią. To dobry moment, żeby nie skupiać się jedynie na typowo zimowych problemach. Warto by zobaczyć bezdomnych jako pewną społeczność, bardzo trudną. Należałoby też więcej mówić o bezdomnych kobietach, ich funkcjonowanie w takich zbiorowiskach jest trudne, bo to jest na przykład kilku mężczyzn i jedna kobieta. Można to sobie wyobrazić.

Należałoby też więcej mówić o bezdomności w kontekście osób z zaburzeniami psychicznymi i schorowanych fizycznie, o zagrożeniu bezdomnością ludzi starych. To jest potrzebne, bo musimy odczarować bezdomność, zdjąć z niej odium prostego, prostackiego wręcz myślenia, że bezdomność to kara lub prosta konsekwencja nałogu. To kłamstwo. Musimy pokazywać problemy życia na granicy bezdomności.

O czym mówisz?

A. P.: Niedawno byłam na sprawie sądowej mojego podopiecznego, którego uznano za zmarłego. Ze dwa lata nie miał dokumentów. Pytania urzędników Skarbu Państwa i miasta stołecznego Warszawy były tak sformułowane, jakby chcieli udowodnić, że on zasłużył sobie na taki los. A to było tak, że ktoś w szpitalu posłużył się jego dokumentami, podał jego dane, a później niestety zmarł. Na grobie tej osoby są dane mojego podopiecznego. Pani w sądzie dociekała, dlaczego on nie pracował przez lata. Usiłowałam jej wyjaśnić, że gdy trafił do nas, to najpierw poważnie chorował psychofizycznie i nie nadawał się do pracy. Ona wręcz dziwiła się, że on tak sobie u nas siedział. Próbowałam jej wyjaśnić, że gdy przyjmuję do pensjonatu człowieka, to nie pytam go, czy on sobie zasłużył na bezdomność, czy nie zasłużył, bo to dla mnie w ogóle nie ma znaczenia. A ona do mnie, że jednak powinniśmy się zastanowić, że nie ma dokumentów. A ja znów na to, że przecież po to cała ta procedura [gwałtowny gest chowania głowy w dłoniach]…

W Warszawie jest tylko jedna noclegownia przyjmująca kobiety?

A. P.: Tak. I to jest problem, szczególnie w przypadku chorych osób. Kobieta może tam spędzić czternaście dni.

A co potem?

A. P.: Bezdomna nie ma dokąd iść. Dzwonili do mnie niedawno pracownicy ośrodka pomocy społecznej: „Pani Ado, ratunku. Mamy starszą panią, chorą, która wynajmowała mieszkanie, trafiła do szpitala i właściciel powiedział: koniec, już jej nie chcę wynajmować”.

OPS ruszył z procedurą, spróbują umieścić tę panią w domu pomocy społecznej – ale to może potrwać i z pół roku. I gdzie ona ma pójść? Oni do mnie: „Pani Ado, ratunku, niech ją pani chociaż na chwilę weźmie”. Mówię: „Ale gdzie, do pokoju wieloosobowego, z facetami? Panią o balkoniku?”.

I co się stało, gdzie ona trafiła?

A. P.: Podałam im trzy adresy schronisk. Ale wszędzie jest przepełnione. I to w lecie. Takie są realia…

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, sierpień – październik 2017 r.

Współpraca Szymon Piotr Majewski

Magistrala wstydu

Magistrala wstydu

Modernizacja linii Kraków – Katowice to największa kompromitacja w historii programu inwestycji spółki PKP Polskie Linie Kolejowe.

2 października 2017 r. spółka PKP Polskie Linie Kolejowe podpisała z konsorcjum firm Torpol i Budimex wartą 596,7 mln zł umowę na modernizację linii Kraków – Katowice na odcinku między Krzeszowicami a Trzebinią. Do zawarcia kontraktu doszło w Krzeszowicach, rodzinnym mieście ministra infrastruktury i budownictwa Andrzeja Adamczyka. – Umowa gwarantuje, że szybsze i wygodniejsze staną się podróże z Krakowa w stronę Katowic – powiedział obecny przy podpisaniu kontraktu minister.

Przyglądający się uroczystemu zawarciu kontraktu przeżywali déjà vu – podobne deklaracje padały już w grudniu 2010 r., gdy spółka PKP PLK podpisywała wartą 393,3 mln zł umowę z konsorcjum firm OHL ŽS i Tor-Kar-Sson na zaprojektowanie i wykonanie modernizacji dokładnie tego samego odcinka Krzeszowice – Trzebinia.

Pod koniec 2010 r. pokonanie liczącej 77 km linii Kraków – Katowice zabierało pociągom od 1 godz. 43 min. do 2 godz. 1 min. Magistralę przez lata obejmowano bowiem kolejnymi ograniczeniami prędkości – nawet do 20-30 km/h na długich odcinkach. Takie są skutki polityki wstrzymywania konserwacji i remontów danej linii w związku ze spodziewaną jej modernizacją.

Już w 2006 r. – gdy najszybszy pociąg pokonywał trasę z Krakowa do Katowic w 1 godz. 16 min. – Centrum Zrównoważonego Transportu wskazywało, że linia łącząca stolice województw małopolskiego i śląskiego „wymaga najpilniejszej modernizacji ze wszystkich linii magistralnych w kraju”. W 2007 r. posłanka Prawa i Sprawiedliwości z Małopolski Zachodniej Beata Szydło wystąpiła do ministra transportu z wnioskiem o przyspieszenie realizacji unowocześnienia linii i skrócenie czasu przejazdu koleją z Krakowa do Katowic.

Długo oczekiwane rozpoczęcie procesu modernizacji linii Kraków – Katowice nastąpiło w ostatnich miesiącach 2010 r., kiedy to obok umowy obejmującej odcinek Krzeszowice – Trzebinia, spółka PKP PLK zawarła kontrakty na projekt i realizację prac także na innych odcinkach magistrali łączącej Małopolskę i Śląsk: Kraków – Krzeszowice (konsorcjum PNI, PKP Energetyka i PPMT) oraz Trzebinia – Sosnowiec Jęzor (konsorcjum PRKiI Wrocław, Infrakol i PNiUIK Kraków). Całość prac na 58-kilometrowym odcinku od stacji Kraków Główny do wlotu do aglomeracji śląsko-dąbrowskiej na stacji Sosnowiec Jęzor miała zostać zrealizowana do czerwca 2014 r.

Porzucone prace

Do połowy 2014 r. na przeważającej długości magistrali Kraków – Katowice nie przystąpiono do realizacji żadnych robót modernizacyjnych. Przez trzy i pół roku udało się je przeprowadzić jedynie na krótkich fragmentach linii. Między stacjami Dulowa i Trzebinia zdołano wymienić 2,5 km jednego toru wraz z siecią trakcyjną. Na liczącym 5,5 km odcinku Kraków Mydlniki – Zabierzów prace rozpoczęte w kwietniu 2012 r. po kilku miesiącach zostały przerwane i porzucone.

Obydwa tory wraz z siecią trakcyjną udało się wymienić jedynie na 6-kilometrowym odcinku między stacjami Jaworzno Szczakowa i Sosnowiec Jęzor – nie udało się tu jednak uniknąć poważnych opóźnień. W październiku 2011 r. rozpoczęto demontaż starego toru z założeniem, że w czasie prac rozbiórkowych uda się uzyskać pozwolenie na budowę, by następnie płynnie przejść do budowy nowej infrastruktury. Rozbiórka zakończyła się w styczniu 2012 r., lecz pozwolenie na budowę – głównie z powodu kolejnych błędów w dokumentacji projektowej – udało się uzyskać dopiero półtora roku później. Prace budowlane rozpoczęły się więc dopiero w maju 2013 r. W czasie półtorarocznego przestoju pociągi musiały w obu kierunkach jeździć jednym torem, który z uwagi na zły stan techniczny objęty był ograniczeniem prędkości do 30 km/h, zaś w miejscu po rozebranym drugim torze zdążyły wyrosnąć chwasty.

Niewystarczająco, nieskutecznie

Przedstawiciele spółki PKP Polskie Linie Kolejowe jako powód kilkuletniego opóźnienia modernizacji linii Kraków – Katowice wskazują przede wszystkim upadłość firmy PNI we wrześniu 2012 r. Owszem, PNI było liderem konsorcjum wykonawczego, ale tylko dla odcinka Kraków – Krzeszowice, a więc odpowiadało za jeden z trzech kontraktów na magistrali łączącej Kraków z Katowicami. Dodajmy, że upadłość PNI nastąpiła rok po prywatyzacji, dokonanej przez Grupę PKP w momencie realizacji przez to przedsiębiorstwo kilku dużych kontraktów modernizacyjnych na rzecz PKP PLK (sprzedaż przez PKP S.A. 100% udziałów w PNI koncernowi Budimex nastąpiła w sierpniu 2011 r.).

jaworzno.jpg_732-419

Najwyższa Izba Kontroli za główny problem modernizacji linii Kraków – Katowice uznała „niewystarczający i nieskuteczny nadzór sprawowany przez służby PKP PLK nad realizacją dokumentacji projektowej i uzyskaniem decyzji administracyjnych przez wykonawców i w konsekwencji niezrealizowanie całej inwestycji”.

Do końca 2015 r., a więc do momentu rozliczenia perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2007-2013, w ramach której miała zostać w całości zrealizowana modernizacja na linii Kraków – Katowice, zaawansowanie realizacji przedsięwzięcia wynosiło zaledwie około 2%.

Reset za porozumieniem stron

– Przy modernizacji linii Kraków – Katowice musieliśmy zmierzyć się z wszystkimi ryzykami, na jakie jest narażona inwestycja: problemami związanymi z upadłością projektantów i wykonawców, protestami społecznymi, uwagami konserwatora zabytków, które wymogły zmiany w projekcie, zmianami w obszarach Natura 2000, kolizjami linii kolejowej z instalacjami, których część w ogóle nie była ujęta na mapach – informowała w październiku 2015 r. Dorota Szalacha ze spółki PKP PLK, po tym gdy spółka ogłosiła dokonanie „resetu” procesu modernizacji linii Kraków – Katowice. – W 2014 r. intensywnie pracowaliśmy nad najlepszym scenariuszem wyjścia z trudnej sytuacji i opracowaliśmy plan dalszego prowadzenia prac. Zakończenie prac na odcinku Kraków – Kraków planujemy na koniec 2018 r.

„Reset” opierał się na zawarciu porozumień z kontrahentami o dokończeniu przez nich etapu projektowania modernizacji oraz przyjęciu robót zrealizowanych na liczącym 6 km odcinku między stacjami Jaworzno Szczakowa i Sosnowiec Jęzor. Realizację pozostałych prac modernizacyjnych przeniesiono na okres unijnej perspektywy finansowej obejmującej lata 2014-2020.

Ugody objęły ponadto rezygnację przez PKP PLK z dochodzenia od konsorcjów wykonawczych kar z tytułu nieterminowej realizacji umów, co uzasadniono tym, że „opóźnienia były niezawinione bezpośrednio przez wykonawców”.

Gdy w grudniu 2014 r. spółka PKP PLK podpisywała porozumienie z konsorcjum OHL ŽS i Tor-Kar-Sson, odpowiedzialnym za modernizację odcinka z Krzeszowic do Trzebini, pracownikiem firmy OHL ŽS był Janusz Pluta – w przedsiębiorstwie tym został on zatrudniony w listopadzie 2013 r. jako koordynator ds. realizacji inwestycji, potem w 2016 r. awansował na stanowisko prezesa OHL ŽS Polska. Co zaskakujące, wcześniej – od stycznia 2010 r. do stycznia 2013 r. – Janusz Pluta był dyrektorem modernizacji linii Kraków – Katowice w Centrum Realizacji Inwestycji PKP PLK.

2018, 2019, 2020…

Kolejnym etapem „resetu” – po dokończeniu prac projektowych przez dotychczasowych kontrahentów – był wybór przez PKP PLK nowych wykonawców robót modernizacyjnych. Przetarg dla odcinka Kraków Mydlniki – Krzeszowice został ogłoszony w kwietniu 2014 r., dla odcinka Kraków Główny – Kraków Mydlniki w grudniu 2014 r., a dla odcinków Krzeszowice – Trzebinia oraz Trzebinia – Jaworzno Szczakowa we wrześniu 2015 r. Procedury przetargowe ciągnęły się długimi miesiącami.

Do zawierania nowych kontraktów przystąpiono dopiero w 2016 r. Spółka PKP PLK w styczniu 2016 r. podpisała umowę z konsorcjum firm Vias y Construcciones, Dragados i Electren na wykonanie modernizacji odcinka Kraków Mydlniki – Krzeszowice, w listopadzie 2016 r. realizację robót na odcinku Kraków Główny – Kraków Mydlniki powierzono firmie Torpol, natomiast w grudniu 2016 r. zawarto umowę z konsorcjum firm Trakcja PRKiI, Comsa, PKP Energetyka i Porr na przeprowadzenie modernizacji odcinka Trzebinia – Jaworzno Szczakowa.

Ostatnia umowa – na wykonanie modernizacji odcinka z Krzeszowic do Trzebini – zawarta została z konsorcjum firm Torpol i Budimex. Uroczyste podpisanie umowy, do którego doszło w Krzeszowicach na początku października 2017 r. w obecności ministra Andrzeja Adamczyka, stanowiło symboliczne zwieńczenie przeciągającego się „resetu”. Podpisanie kontraktu na modernizację odcinka Krzeszowice – Trzebinia nastąpiło aż dwa lata po ogłoszeniu przetargu.

Przyczyną wydłużenia tego postępowania przetargowego było to, że spółka PKP PLK umieściła w warunkach przetargowych nieprecyzyjny zapis o wymaganiach wobec kierownika robót telekomunikacyjnych. Część oferentów zinterpretowała ten zapis inaczej niż rozumiała go spółka PKP PLK, przez co Centralne Biuro Zamówień PKP PLK wykluczyło ich z postępowania. Sprawa trafiła do Krajowej Izby Odwoławczej przy Urzędzie Zamówień Publicznych, która nakazała ponowne dopuszczenie wykluczonych oferentów do przetargu. Ostatecznie to właśnie jednemu z odwołujących się uczestników przetargu – konsorcjum firm Torpol i Budimex – udało się zdobyć kontrakt.

W chwili zawarcia ostatniego z nowych kontraktów zapowiedziano, że modernizacja na linii Kraków – Katowice potrwa do końca 2020 r. Natomiast jeszcze w styczniu 2016 r., po zawarciu pierwszej z czterech nowych umów, spółka PKP PLK deklarowała, iż modernizacja na linii Kraków – Katowice zakończy się w czerwcu 2019 r. A przypomnijmy, że w październiku 2015 r. – po opracowaniu w ramach „resetu” planu dalszej realizacji prac – obiecano, że modernizacja wydłuży się „tylko” do końca 2018 r.

Dekada modernizacji, minuta zysku

„Reset” niestety nie został wykorzystany do korekty błędów w projekcie modernizacji, który przewiduje zdegradowanie do roli przystanków aż czterech stacji: Rudawa, Dulowa, Jaworzno Ciężkowice i Balin. Skutkiem tego będzie zmniejszenie liczby punktów umożliwiających przejazd pociągu na drugi tor oraz przede wszystkim przepuszczanie szybszych składów przez te poruszające się wolniej. Zemści się to problemami z przepustowością na zmodernizowanej linii. Charakterystyczną cechą ciągu Kraków – Katowice zawsze był bowiem bardzo intensywny ruch pociągów poruszających się z różnymi prędkościami: dalekobieżnych, regionalnych i towarowych.

Wątpliwości budzi również sprawa czasu jazdy, jaki ma być osiągnięty po zakończeniu modernizacji. – Czas przejazdu z Krakowa do Katowic skróci się do 1 godz. 5 min. – deklaruje minister Andrzej Adamczyk. Doprecyzujmy, że spółka PKP PLK przystępując w 2010 r. do modernizacji, informowała, że czas jazdy z Krakowa do Katowic po zakończeniu prac wyniesie 1 godz. 3 min. dla pociągów dalekobieżnych oraz 1 godz. 27 min. dla pociągów regionalnych. Może to robić wrażenie co najwyżej w porównaniu z obecnym czasem podróży z Krakowa do Katowic wynoszącym od 2 godz. 5 min. do 2 godz. 24 min., który wynika z kumulacji utrudnień wywołanych realizacją robót na części odcinków i ograniczeń prędkości z powodu złego stanu toru na innych odcinkach.

Gdy jednak porównamy sytuację sprzed rozpoczęcia prac oraz poprzedzającego ich okresu drastycznego pogorszenia się stanu linii, okaże się, że modernizacja przyniesie niewielkie skrócenia czasu jazdy. I to w sytuacji, gdy celem modernizacji jest wprowadzenie na znaczącej części magistrali Kraków – Katowice prędkości maksymalnej 160 km/h, a dotychczas na tej linii pociągi nigdy nie kursowały szybciej niż 120 km/h. Jeszcze w 2005 r. pociąg InterCity „Wawel” pokonywał odcinek z Krakowa do Katowic w 1 godz. 10 min., a najszybszy pociąg pospieszny „Śnieżka” w 1 godz. 15 min., zaś najszybszy pociąg z postojami na wszystkich stacjach i przystankach jechał 1 godz. 28 min. – po modernizacji składy regionalne mają osiągać czas jedynie o minutę krótszy!

Dodajmy, że historyczny rekord czasu jazdy pochodzi sprzed ponad 50 lat i należy do ekspresu „Ślązak”, który w 1962 r. odcinek z Krakowa Głównego do Katowic przejeżdżał w 59 min. Wygląda więc na to, że po dekadzie modernizowania linii Kraków – Katowice, rekordu z czasów Gomułki nie uda się pobić.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/92 listopad-grudzień 2017); www.zbs.net.pl. Fotografia w tekście: FAREN, SM42.pl

Uzdrowić ochronę zdrowia

– z Dorotą Gardias, Przewodniczącą Forum Związków Zawodowych i byłą Przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, rozmawia Alicja Palęcka

***

Brała Pani udział w proteście pielęgniarek i położnych z podobnymi postulatami, jakie mają dzisiejsi rezydenci i rezydentki: o zwiększeniu nakładów na ochronę zdrowia i podniesieniu wynagrodzeń. Okupowała Pani wtedy Kancelarię Premiera, pod kancelarią wyrosło Białe Miasteczko. To było dziesięć lat temu.

Dorota Gardias: Sytuacja była bardzo podobna. Od dłuższego czasu odbywały się spotkania Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z rządem w sprawie podwyżek. Wnosiłyśmy wtedy o 1000 zł, do negocjacji, na jedną osobę. Postulaty dotyczyły także podwyżek dla lekarzy i pozostałych zawodów medycznych. Negocjowaliśmy bardzo długo, m.in. z wicepremierem Przemysławem Gosiewskim. Wtedy również spotkania odbywały się nocą, co jest dosyć typowe dla PiS. Wychodziliśmy o godzinie 3 nad ranem z rozmów w Kancelarii Premiera. Rozmowy prowadziły donikąd.

Napisaliśmy postulaty nie tylko jako OZZPiP. W Białym Marszu uczestniczyły wszystkie grupy zawodowe służby zdrowia. To był 19 czerwca 2007 roku. Spotkaliśmy się na Placu Zamkowym, przedstawiciele każdego zawodu odczytali postulaty, stamtąd przeszliśmy pod Kancelarię Premiera. Gdy manifestacja dotarła do Kancelarii, przyjęli nas Mariusz Błaszczak, minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, oraz Małgorzata Sadurska. Powiedzieli, że premier do nas nie przyjdzie. Jednak w tamtym momencie konieczna była już decyzja premiera w naszej sprawie. Wtedy podjęłyśmy decyzję, że zostajemy w kancelarii. Po kolei wycofali się związkowcy z „Solidarności”, OPZZ, także Konstanty Radziwiłł, który wtedy był prezesem Naczelnej Izby Lekarskiej. My zostałyśmy: cztery działaczki związku pielęgniarek i położnych [Dorota Gardias, Longina Kaczmarska, Janina Zaraś, Iwona Borchulska – przyp. A. P.]. Rozpoczęłyśmy okupację Kancelarii Premiera.

Co jest tak podobne w obecnej sytuacji i tej sprzed dziesięciu lat?

D. G.: Znowu z protestującymi nie rozmawiają osoby decyzyjne. Przykładem jest powołany w październiku zespół działający przy Ministerstwie Zdrowia, którego celem rzekomo ma być rozwiązanie aktualnego kryzysu. W zespole nie bierze udziału strona społeczna Rady Dialogu Społecznego, a więc pracodawcy i związki zawodowe. Ale minister zaprosił samorządy lekarskie, pielęgniarskie, aptekarskie i inne, organizacje społeczne, samorządy terytorialne, organizacje pacjentów. A przecież samorządy zawodowe odpowiadają za kształcenie i bezpieczeństwo w zawodzie. To związki zawodowe negocjują warunki pracy i płacy. Wprowadzenie wszystkich tych grup rozmywa dyskusję, nic konkretnego nie jest wypracowane. Co więcej, na spotkaniach brakuje ministrów, obecni za to są dyrektorzy departamentów, którzy nic nie mogą. Nie wyciągnięto lekcji z tego, co się stało dekadę temu. Uważam, że tylko konsultacje z zainteresowanymi grupami dają szansę powodzenia. My, przedstawiciele różnych związków zawodowych, rozumiemy, że sytuacja może być trudna. Potrafimy i chcemy dążyć do konsensusu. Ale rząd nas nie słucha.

Zamiast tego każdy rząd manipuluje medialnie protestami i poprzez nierówne płace skłóca środowiska. Po Białym Miasteczku podwyżki otrzymali lekarze. Pielęgniarkom i położnym przyznano niewiele, musiałyśmy dodatkowo walczyć o te środki [zapisane w ustawie z 5 września 2007 podwyżki często były nierealizowane w poszczególnych szpitalach, a pracownice musiały dochodzić ich na drodze sądowej – przyp. A. P.]. Później, w 2015 roku, minister Marian Zembala podniósł płacę pielęgniarkom, ale nie innym zawodom. Więc znowu konflikt i niechęć pozostałych wobec lekarzy i pielęgniarek. Dzisiaj to mogą być rezydenci.

Dzień po zakończeniu protestu głodowego przez rezydentów i rezydentki, czyli 31 października, minister Radziwiłł ogłosił podwyżki dla tej grupy zawodowej. Podkreśla, że nakłady na ochronę zdrowia sukcesywnie rosną. Czy to nie oznacza wysłuchania ich postulatów?

D. G.: Jest takie sformułowanie: palcem po wodzie pisane. I de facto takie są właśnie propozycje ministra Radziwiłła. Nie bądźmy naiwni – nie wiemy, jaka partia będzie rządzić po 2019 roku. Poza tym, gdyby rząd nie czekał, aż bomba wybuchnie, tylko zabrał się za reformę systemu ochrony zdrowia od razu, to nie mówilibyśmy o 2025 roku, lecz o 2023. W tym wszystkim najbardziej bolesna jest jednak retoryka ministra – pan Radziwiłł twierdzi, że my, proponując zwiększenie nakładów do 6,8% PKB w 2020 roku, tylko trochę różnimy się, jeśli chodzi o propozycje. Cztery lata to trochę?

Mówiła Pani o dysproporcjach w zarobkach pomiędzy poszczególnymi zawodami medycznymi. Jak duże są te różnice?

D. G.: Lekarz (nie rezydent) otrzymuje za dyżur na SOR 100-150 złotych za godzinę. To więcej, niż pielęgniarka otrzymuje za miesiąc. Wystarczy, że przyjdzie na 24 godziny do pracy, żeby mieć więcej, niż ona, która przez cały miesiąc przychodzi w święta, na noce, w niedziele. To niestety powoduje niechęć jednych do drugich. Rząd Platformy Obywatelskiej w ten sposób wywindował zawód lekarza, stwarzając te dysproporcje.

Z kolei w 2015 roku zaproponowano pielęgniarkom cztery razy po 400 złotych brutto brutto podwyżki. W tym roku, też na skutek protestów, ratownikom medycznym dano tylko dwa razy po 400 złotych brutto brutto. Każdą złotówkę trzeba wywalczyć na ulicy – jest to dalekie od standardów dialogu. To wpływa na stosunki między tymi ludźmi w pracy.

Mówi Pani teraz o Ustawie z 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych. Miała rozwiązać problemy nisko opłacanych osób w ochronie zdrowia.

D. G.: Ustawa czerwcowa mówi o podwyżkach, ale nikt nie zabezpieczył na nie środków. To będzie miało konsekwencje na przykład w wyjmowaniu pieniędzy z kieszeni jednej pielęgniarki i oddawaniu drugiej – tej, która nie zarabia wynagrodzenia minimalnego, jakie ustalono dla zawodów medycznych.

Wiele razy słyszałam, że pieniądze wyjmowane są z kieszeni pielęgniarki i wkładane do kieszeni innej. Co to znaczy?

D. G.: Trzy lata temu minister zdrowia Zembala przed samymi wyborami zaproponował drogę dojścia do lepszych pensji dla pielęgniarek i położnych. Przez cztery lata miało to być po 400 złotych brutto brutto. Dzisiaj jest to 1200 złotych brutto brutto.

Co pozytywnego wynika z przepisów z 2015 roku: każdego roku, do 31 sierpnia, spisujemy liczbę pielęgniarek zatrudnionych w szpitalu. Informacja wysyłana jest przez pracodawcę do NFZ, który przekazuje środki na wynagrodzenia, przypisane do numeru Prawa Wykonywania Zawodu. W ten sposób jest to przejrzyste, środki są przeznaczone dla konkretnej pielęgniarki. W przeciwnym razie pracodawcy przeznaczaliby te kwoty na inne cele.

Natomiast ustawa z czerwca 2017 roku mówi, że jeżeli w zakładzie pracy jest wiele pielęgniarek, które nie zarabiają obecnie ustalonej pensji minimalnej, to z tej puli, o której mówiłam przed chwilą, trzeba zabrać 10%, aby wyrównać ich wynagrodzenia do minimalnego. Niektórzy pracodawcy chcą nawet zabierać te 10% na inne cele. W szpitalu w Słupsku pracodawca próbował to zrobić, żeby przekazać na wynagrodzenia innych pracowników.

Mówi się też, że ustawa z czerwca 2017 roku gwarantuje biedę. Co to znaczy w kontekście innych zawodów medycznych?

D. G.: Zamraża się środki i dopiero w 2021 roku niektóre zawody medyczne zaczną zarabiać 2500 złotych. To nie jest żadna podwyżka, to gwarancja biedy. To jest nie do przyjęcia, żadna z central związkowych się na to nie zgodziła. Mimo to sejm przyjął ustawę, a Prezydent ją podpisał. Nie konsultował się z naszymi środowiskami, mimo że jest patronem Rady Dialogu Społecznego. Dziwię się, że z nami nie porozmawiał, nie wysłuchał reprezentatywnych partnerów społecznych.

Dlaczego to ważne, aby to w Radzie Dialogu Społecznego odbywały się rozmowy, a nie w powołanym niedawno przez ministra Radziwiłła zespole do spraw systemowych rozwiązań finansowych w ochronie zdrowia?

D. G.: Strona rządowa powinna traktować z szacunkiem ludzi, którzy negocjują, a nie rozmywać temat. Jeżeli chcemy coś załatwić, spotkajmy się właśnie w Radzie Dialogu Społecznego, która do tego została powołana po tym, jak przez dwa lata dialog w Polsce nie funkcjonował. Miała być to przestrzeń, gdzie na spotkania będą przychodzić ministrowie, nie dyrektorzy departamentów. Musimy promować Radę Dialogu Społecznego.

Jedna rzecz cieszy: dialog autonomiczny udaje się jak nigdy. Nie było nigdy takiej zgody między pracodawcami a pracownikami, między organizacjami ich reprezentującymi, a teraz jest.

Ale trzeba też powiedzieć, że w ochronie zdrowia wielkim problemem jest to, że pracodawcy szpitali nie należą do reprezentatywnych central, wobec czego nie są reprezentowani w RDS.

Czy strona społeczna w Radzie, w tym pracodawcy, popiera postulaty protestujących obecnie rezydentów? Przypomnijmy: chodzi o podniesienie finansowania ochrony zdrowia do 6,8% PKB w ciągu trzech lat, likwidację kolejek, rozwiązanie braku personelu medycznego, likwidację biurokracji, poprawę warunków pracy i podniesienie wynagrodzeń.

D. G.: Tak. W Radzie Dialogu Społecznego jesteśmy zgodni.

Nie dziwi mnie protest rezydentów. To są ludzie, którzy będą leczyć nas, nasze dzieci, naszych wnuków. Jeśli oni nie mają teraz czasu na kształcenie, bo idą z pracy do pracy, to ich wykształcenie może nie być tak dobre, jak poprzednich pokoleń. Wydzielenie rezydentów w osobnej ustawie i postawienie ich w gorszej sytuacji dokonało się dopiero za rządów Platformy Obywatelskiej. Poprzednie pokolenia młodych lekarzy także niewiele zarabiały, ale ich specjalizację opłacał szpital. Opłacano dla nich kształcenie, szkolenia, wyjazdy do Warszawy i noclegi. To wszystko dawniej było lepiej zorganizowane, nastawione na wykształcenie lekarza. Jak jest dzisiaj? Słyszę, że rezydent jest ochroniarzem w jakiejś firmie, ktoś inny jest kelnerem – to jest absurd. Jestem z nimi całym sercem, życzę im wielkiej niezłomności. Oni powinni dobrze zarabiać.

Oczywiście, minister Radziwiłł ma problem. Ale obecne postulaty rezydentów to coś, o czym on mówił już 10 lat temu. Przecież jeszcze niedawno on razem ze mną siedział po jednej stronie stołu. I mądrze mówił. On jest doświadczony po stronie społecznej, dobrze znał nasze potrzeby. Czy teraz zapomniał, co się dzieje w szpitalach?

Pomijając obecny konflikt ministra z protestującymi, a teraz właściwie z całym środowiskiem medycznym, jak Pani ocenia dwa lata pracy Konstantego Radziwiłła?

D. G.: Zapowiadał się całkiem dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że – jak już wspomniałam – kiedyś stał po stronie społecznej jako Prezes Naczelnej Izby Lekarskiej. Wielokrotnie posługiwał się narracją, którą stosował świętej pamięci profesor Religa – to był kolejny dobry sygnał. Wszystko się zawaliło, gdy próbowaliśmy wejść z ministerstwem w dialog. Okazało się, że to jedna wielka fasada, że minister jest zwyczajnie głuchy na głos tych, którzy chcą pomóc. Poza tym, taki mamy system, że minister niewiele może.

Radziwiłł zapowiada likwidację ubezpieczenia zdrowotnego, od dawna zapowiadane, choć przesuwane w czasie, jest postawienie NFZ w stan likwidacji. Dlaczego taka formuła jest lepsza niż finansowanie przez Narodowy Fundusz Zdrowia?

D. G.: Uczmy się na błędach. Moim zdaniem nie ma sensu tracić czasu na komentowanie tego typu zapowiedzi. Pamiętam, jak pozytywnie podchodziliśmy do planów o wejściu ustawy o tak zwanej sieci szpitali. I co? Wielkie rozczarowanie. Wprowadzone właśnie ryczałtowe finansowanie szpitali oznacza ich niedofinansowanie. Jednak co do zasady – w mojej ocenie lepiej, gdyby system ochrony zdrowia był scentralizowany, gdzie minister zdrowia miałby kontrolę nad wydatkowaniem środków.

Wróćmy do protestu rezydentów i rezydentek. W ciągu niecałego miesiąca rozszerzył się poza Warszawę, głodówki trwały w kolejnych miastach: Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Gdańsku, Lesznie, Płocku. Wraz z rezydentami głodowali fizjoterapeuci. Protestujących popierają lekarze i lekarki – w Krakowie 25 października ogłoszono dniem bez lekarza. Dołączyli ratownicy medyczni, którzy prowadzą swój protest już od maja. Czy widzi Pani jakąś ciągłość protestów od czasu Białego Miasteczka? Czy środowisko uczy się ze swojej historii?

D. G.: Protest się zradykalizował, był bardzo ostry. Szybko sięgnięto po tę najbardziej dramatyczną formę, jaką jest głodówka. Pielęgniarki i położne głodowały dawno temu, kiedy były młode. W Białym Miasteczku nie wiedziałam o tym i nie godziłam się na to. Wiem, że rezydenci byli i są nadal u kresu wytrzymałości, dlatego podjęli taką decyzję.

Pielęgniarki i położne są największą medyczną grupą zawodową. Każdy ma do odegrania rolę w tego typu proteście. Rezydenci postanowili głodować. Zrobiliśmy więc to, co należy. Wspieramy ich nie tylko jako koleżanki z branży medycznej, ale w takich sytuacjach jak wtedy również dajemy im wsparcie pielęgniarskie. Robimy to, bo wiemy, że konsekwencje głodowania mogą być katastrofalne dla zdrowia.

Strona społeczna, w tym Forum Związków Zawodowych zgłasza konkretne rozwiązania, aby przeciwdziałać kryzysowi ochrony zdrowia. Co to za propozycje?

D. G.: Należy jak najszybciej dokonać nowelizacji ustawy o najniższym wynagrodzeniu zawodów medycznych. Krystyna Ptok, Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, zwróciła się do ministerstwa zdrowia z wnioskiem o przekazanie informacji o liczbie pracowników medycznych w Polsce, liczbę pracowników niemedycznych oraz o ich wynagrodzenia. Potrzebujemy tych informacji, ponieważ musimy konstruktywnie dyskutować o poziomie wzrostu wynagrodzeń. Trzeba przekazywać 6,8% PKB na zdrowie, ale od roku 2020, a nie 2025, jak chce tego rząd PiS.

Potrzebna jest zmiana systemowa i stworzenie planu dla ochrony zdrowia na kilkanaście lat. Potrzebne jest ograniczenie czasu pracy i likwidacja umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia w ochronie zdrowia. Tylko wtedy stanie się wyraźne, że lekarzy, pielęgniarek, ratowników jest za mało. Sprawdziliśmy to w Instytucie Medycyny Pracy. Pielęgniarka, aby nie popełniać błędów, może pracować sześćdziesiąt godzin więcej w miesiącu, niż przepisowe sto sześćdziesiąt godzin. Tymczasem dzisiaj one pracują po trzysta-czterysta godzin. W jednym ze szpitali w województwie zachodniopomorskim widziałam grafik pielęgniarki na 408 godzin…

To samo dotyczy lekarzy i innych pracowników, którzy podpisując klauzulę opt-out, zgadzają się na przekroczenie normy przeciętnie czterdziestu ośmiu godzin pracy w tygodniu. W konsekwencji są skrajnie przepracowani. Słyszymy tylko o niektórych zgonach lekarzy – jeśli zdarzą się w pracy. Nie słyszymy o tych, które zdarzają się po ich powrocie do domu.

Porozumienie Zawodów Medycznych zaproponowało zmianę ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Ustawa dotyczy wyłącznie wysokości nakładów na ochronę zdrowia. Czy taka propozycja ustawy to właściwe rozwiązanie?

D. G.: Porozumienie Zawodów Medycznych walczy o zmianę postawy decydentów, o zmianę języka debaty publicznej. Ich ustawa jest słuszna przede wszystkim z obywatelskiego punktu widzenia. Medycy wyrażają w ten sposób sprzeciw wobec „przeciętniactwa”, które trawi ten system od kilkudziesięciu lat. Polki i Polacy dzięki ich akcji w większym stopniu rozumieją problematykę, wiedzą, że środków jest za mało, a zarobki większości pracowników medycznych są bardzo niskie.

Po zakończeniu protestu głodowego 30 października, Porozumienie Rezydentów OZZL zagroziło masowym wypowiadaniem klauzuli opt-out oraz rezygnacjami z dodatkowego zatrudnienia poza podstawowym miejscem pracy. To prawdopodobnie oznacza, że w przychodniach i szpitalach zabraknie lekarzy i lekarek. Wydaje się to złamaniem zasady protestów w ochronie zdrowia, to de facto odejście od łóżek pacjentów. Czy to właściwa droga?

D. G.: Rezygnacja z dodatkowej pracy jest formą protestu! Przede wszystkim okaże się, że jest nas za mało. Rząd będzie musiał w końcu wziąć pełną odpowiedzialność za system. Tu oczywiście powstaje pytanie – co jest lepsze? Pracować, umierać z przepracowania, całe swoje życie spędzić w miejscu pracy czy zaprotestować przeciwko niszczeniu standardów? Dla mnie odpowiedź jest oczywista.

Dziesięć lat temu, gdy stanęło Białe Miasteczko, nie było mowy o strajku generalnym służby zdrowia. Teraz takie zapowiedzi już się pojawiły. Czy dojdzie do strajku generalnego?

D. G.: Nie potrafię powiedzieć, co się wydarzy. Mogę widzieć różne scenariusze, ale naprawdę nie wiem, w którą stronę to się potoczy. Gdybym była po stronie rządu, nie wkurzałabym tak tych ludzi. Kolejne dni, kolejne spotkania, które nic nie przynoszą, kolejne zespoły – to denerwuje i może na nowo napędzić protest. Sytuacja może się rozwinąć w każdym kierunku.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 23 października – 2 listopada 2017 r.

Niestrawne jagódki

Niestrawne jagódki

Kilkanaście lat temu zdarzyło mi się jechać koleją z ciekawymi współpasażerami – niepozorną, najzwyklejszą starszą panią i jej dorosłym wnuczkiem. Wnuczek chciał być dla babci uczynny, ale w praktyce okazywał się nadgorliwy w jej udziecinnianiu: „Babuniu, popatrz, jakie za oknem miasto, babuniu, a w gazecie papież, a może dla babuni jagódkę, taka dobra jagódka”. Zmęczona tym nadmiarem troski pani dosiadła się do współpasażerki, trochę młodszej od siebie, z opaską na włosach i w anilanowym swetrze, wyglądającej jak jedna z niepozornych, niewidocznych osób, pracujących w usługach na zapleczu świata, osób, które sprawiają, że rzeczywistość jakoś działa i toczy się z dnia na dzień. Od słowa do słowa, obie kobiety zaczęły wymieniać się ulubionymi łacińskimi sentencjami, a potem przeszły do rozmowy o Arystotelesie. Bawiły się wspaniale. Nie były to wcale księżniczki w przebraniu kopciuszków – pewnie po prostu chodziły do tuż powojennych szkół średnich, w których języków klasycznych nauczano powszechnie (do lat 60.), i choć nie zostały osobami na tzw. stanowiskach, to wiedza i radość z niej czerpana zostały z nimi na dobre.

Wiem, że zabrzmiało to jak pouczająca opowiastka kołcza życiowego Grzegorza Mateusiaka, być może brakuje jeszcze tylko puenty „a potem cały pociąg wstał i zaczął bić brawo”. Ale co poradzić, musicie wierzyć mi na słowo. Nie mam ani talentu reportera-podsłuchiwacza, ani dobrej pamięci, ale ta historia, która jakby spadła z nieba jako specjalna lekcja o nieoczywistości świata, włącza mi się w głowie od czasu do czasu. Zwykle wtedy, kiedy przypomina mi się druga anegdota, którą lubię opowiadać i pewnie przytaczałam już nieraz w innych kontekstach. Gdy legendarny bluesman Leadbelly opuścił więzienie i udał się w trasę koncertową ze zbieraczem amerykańskiego folkloru Johnem Lomaxem, ten chciał, by Leadbelly występował wciąż w drelichu i śpiewał surowe bluesy zza krat. To wywołało niezgodę między muzykiem a jego odkrywcą: jako wolny człowiek, już z wyrobioną marką, Leadbelly marzył o nowym garniturze i o tym, by grać miejski jazz, co uważał za naturalną ewolucję – wyrok zakończony, mógł już grać jak wolny człowiek. Lomax wolał zamrozić go w skamielinie „autentyzmu”, nie biorąc pod uwagę wyborów samego artysty.

„Zwyczajni ludzie” nie mają w życiu łatwo nie tylko ze względu na jego materialną prozę, ale także dlatego, że nie są traktowani serio, za to często – instrumentalnie. Każdy wstrętny i krzywdzący komentarz o „ciemnym ludzie”, „plebsie”, „niecywilizowanej hołocie”, których naczytaliśmy się w ostatnich latach o wiele za wiele i za które również na łamach „Nowego Obywatela” niejeden dostawał zasłużone bęcki, ma swój rewers w postaci fałszywej, instrumentalnej sympatii dla szarego człowieka. To czasami dobrze znana, stara chłopomania, ale czasami coś o wiele gorszego – instrumentalny, chytry paternalizm. Ten, kto stosuje takie metody, posługuje się wyobrażonym „zwykłym człowiekiem” jako pałką służącą do zdzielenia jakiejś grupy, której aktualnie nie lubi. Na pewno znacie to doskonale.

Wyobraźcie sobie „ulubionego” publicystę (na pewno takiego macie), który nagrywa filmik o tym, jak szama prosto z puszki paprykarz szczeciński i zagryza pasztetową, choć na co dzień na pewno jada lepiej, i opowiada przy tym, że wstrętne lewaki nie wiedzą co dobre, jedzą tylko trawę. Albo kiedy uznany aktor w wywiadzie przyznaje, że tak w ogóle to nie bardzo lubi towarzystwo ludzi, chyba że na Podkarpaciu, bo tam lud prosty, żyje zgodnie z intuicją i bez trucizn sączonych w niewinne dusze przez słowo pisane i nowoczesne wynalazki. Można oczywiście uważać, że gdzieś za Tarnowem zaczyna się jakiś średniowieczny park tematyczny, w którym prąd wytwarzają biegające chomiki, a mieszkańcy hołdują stylowi życia z czasów Piasta Kołodzieja. Jeśli jednak o czymś świadczą takie opinie, to o odklejeniu mówiącego, który Podkarpacie odwiedził chyba we śnie. Miałam znajomego z tamtych okolic, który żartował, że oczywiście, wszyscy mieszkają w skansenie w Sanoku – malowanie sobie podkarpackiego „czarnego luda” przez Warszawę to powracający refren. Tyle że w zależności od tego, kto mówi i w jakich okolicznościach, to albo ludek prosty a poczciwy, który uroczo klnie, albo demoniczna tłuszcza gotowa zdzielić za darmo sztachetą.

Można też, jak niektórzy robią dla szpanu, używać przeciętnego obywatela jako rekwizytu w swoim własnym teatrze jednego aktora. W latach 80. powstało określenie „trustafarians” na ludzi, którzy głosili pochwałę nieskomplikowanego życia, bo było ich na to stać – byli rentierami, gwiazdami telewizji czy dziedzicami fortun, a z hippisowskiej chatki na końcu świata, w której żyli prosto i zgodnie z naturą, mógł ich w razie potrzeby ewakuować prywatny helikopter. To o takich przypadkach śpiewał zespół Pulp w dość nieoczywistym przeboju „Common people”, którego bohaterka „chciałaby żyć jak zwyczajni ludzie”, choć oczywiście wcale nie musi.

Tymczasem w Polsce mamy to szczęście, że – o ile faktycznie nie jesteśmy spadkobiercami milionerów – w większości nie musimy udawać zwyczajnych ludzi, bo nimi jesteśmy. Oczywiście, ostatnie dekady przyniosły stopniowe pogłębianie się podziałów między ludźmi i izolację, a wiele drabin społecznego awansu połamano, ale pamiętajmy, że wciąż mamy niezłe zapasy, z których można coś zbudować. Większość z nas chodziła do publicznych szkół, nadal istnieją darmowe studia dzienne i stypendia, wychowywaliśmy się często na niegrodzonych osiedlach, gdzie sąsiedzi reprezentowali bardzo różne światy, a historie w poszczególnych domach to nadal pamięć różnych kolei losu, w tym przenosin ze wsi do miasta, faktycznych szans, jakie dała szkoła, biedy albo życia tuż nad kreską, pracy kiepskiej, żmudnej, ale dającej satysfakcję, a czasami żadnej. Różnice między nami istnieją i nieprawdą jest, że żyjemy w płaskim klasowo społeczeństwie, jak wydawało się niektórym, ale będę się upierać, że mamy szansę na budowę relacji opartych na solidarności i zrozumieniu, że dobro drugiego człowieka służy także nam.

Dziki kapitalizm zniszczył i podzielił bardzo wiele, ale nie unicestwił wszystkiego. W większości, jako obywatele, nadal jedziemy na różnych piętrach, ale jednak tego samego, niezbyt wysokiej jakości wózka. Znajdujemy się na spektrum niepewności i skromnego stanu posiadania – od bardzo skromnego, po „w porządku”, a zewnętrzne oznaki stabilizacji bywają makietą z tektury. Nawet stateczna menedżerka z lśniącego biurowca może swoją gorliwością w szlusowaniu do aktualnych standardów i mody maskować „słoikowe” poczucie niedopasowania (co zresztą jest zjawiskiem starszym niż III RP – o psychologicznych zawiłościach awansu społecznego mówi sympatyczny film „Warszawskie gołębie” z lat 80.). A ponieważ często ciuch od projektanta jest z lumpeksu, sushi z dyskontu, a dekoracje w stylu prowansalskim pochodzą z hurtowni „Upominex”, makieta może się okazać stosunkowo łatwa w demontażu. Kto wie, może dlatego taką popularnością cieszą się opowieści o latach 90., może sięgają po zwykłą pokoleniową nostalgię – przypominają czas, gdy kolorowe gazety trąbiły o tym, że każdy może zostać milionerem, ale z drugiej strony rzeczywistość sama uczyła o tym, jak różni bywają ludzie i ich życiorysy. Mogliśmy, mieszkając w domu jednorodzinnym, odwiedzić po lekcjach koleżankę z klasy w kamienicy bez łazienki, albo samemu mieszkając w kamienicy wpaść do mieszkania kolegi z bloku, żeby pograć na amidze. Dorastającym w realiach, gdzie wszystko jest ogrodzone, wszędzie trzeba wpisywać kody i za wszystko trzeba płacić, ta nauka na pewno przychodzi trudniej – trzeba przekroczyć coś zastanego.

W eseju poświęconym obcości w literaturze science fiction Ursula K. LeGuin pisze: „Jeśli zaprzeczasz więzi z drugim człowiekiem albo grupą ludzi, jeśli twierdzisz, że są zupełnie odmienni niż ty – tak, jak mężczyźni zrobili to wobec kobiet, jedna klasa wobec innej, naród wobec narodu – możesz zacząć ich nienawidzić lub ubóstwiać, ale w każdym z tych przypadków zaprzeczasz waszej duchowej równości, ludzkiej realności. Zmieniasz ich w rzecz, z którą jedyna możliwa relacja to relacja oparta na władzy. W ten sposób dokonujesz zgubnego w skutkach zubożenia swojej własnej rzeczywistości. Wyobcowujesz się”. Myślę o tym zawsze, kiedy przypominam sobie sytuacje, w których lewicowcy wydają się podchodzić do możliwie szeroko rozumianego „ludu” jak do jeża. Boją się, nie wiedzą, jak się zachować, jak mówić o ludziach, z którymi sympatyzują i chcieliby okazać solidarność, wreszcie – wyobrażają sobie na ich temat niekoniecznie właściwe rzeczy. Na temat ludzi, którzy są przecież w zasięgu rozmowy!

Pytam siebie w duchu: co się z nami podziało? Dlaczego zachowujemy się, jakbyśmy odlecieli na różne planety? Jakbyśmy nigdy nie mieli sąsiadów, nie mieszkali teraz czy kiedyś na blokowisku, nie chodzili do publicznej szkoły i nie odwiedzali kolegów z klasy, a w dorosłym życiu nie łączyły nas relacje z ludźmi, którzy mogli pracować w zawodzie, o którym my nie mamy pojęcia, ale razem z nami łazili po górach, bunkrach albo słuchali podobnej muzyki? Co jest tym biletem na inną planetę, co stawia te bariery? Wykształcenie, nawet jeśli nigdy nie pracowaliśmy w zawodzie lub nie dotrwaliśmy do magistra? Praca? A może – o ironio – uświadomienie sobie, że w społeczeństwie nie wszyscy mamy równe szanse, co jakimś dziwnym sposobem sprawia, że zaczynamy się dystansować wobec kogoś, z kim niedawno moglibyśmy wypić piwo i porozmawiać o zbieraniu płyt (bo „co on sobie o mnie pomyśli, muszę mieć salon wypisany na twarzy”).

Skąd się to bierze, to pouczanie i pielęgnowanie poczucia winy, samokrytyka zamiast faktycznej polityki, autoanaliza i przykrawanie się do wzorca zamiast bardziej praktycznego i empatycznego przymknięcia oka na różnorodność postaw ludzkich, przyznania, że ja jestem taka, a ty śmaka, ale łączą nas podobne cele, monitorowania drobiazgów zamiast stwierdzenia – ok, ale idź i nie grzesz więcej? Jest jakiś straszny paradoks w tym, że czasem wiedza i samoświadomość zamienia się w pancerz. Teoria habitusów Bourdieu, skądinąd bardzo odkrywcza w socjologii, przeniesiona na poziom rozmów międzyludzkich i osobistych postaw robi dziwne rzeczy z Polakami i Polkami. Widziałam najlepsze umysły mego pokolenia pochłonięte przez nieustanne rachunki sumienia. Czy może mi się podobać ta piosenka? Czy to wypada, czy nie wypada? Czy nie wydaję się za głupi lub za mądry? Czy moje gusta nie są elitarne albo przeciwnie, pozerskie? Jak Molierowski pan Jourdain, który po 40 latach uświadomił sobie, że mówi prozą, tak biedny, zdezorientowany sympatyk lewicy uświadamia sobie, że mógł mieć w życiu nieco więcej fartu. Świadomość różnych punktów startowych w życiu to sama w sobie dobra rzecz, bo czas najwyższy dać sobie spokój z mitem „od zera do milionera”, ale problem zaczyna się wtedy, gdy ta świadomość, zamiast oświecać, staje się ciężarem, o którym pisała LeGuin.

Tak powstaje uprzedzenie, z mieszaniny obaw i lęków: mogę zrobić coś źle, więc na wszelki wypadek będę się trzymać z daleka. Ktoś dotychczas znany staje się w naszych oczach obcym, człowiekiem z innego świata, niezrozumiałym; pogłębia się między nami rów, choć świadomość i empatia powinna raczej sprzyjać jego zasypywaniu. Wyobcowujemy się również wobec samych siebie. Jeśli jesteśmy wykształceni albo mieliśmy szczęście znaleźć dobrą pracę – zaczynamy się za siebie wstydzić, postrzegać swój (mimo wszystko nadal skromny) status jako barierę w komunikacji, ciężar większy niż w rzeczywistości. Widziałam realizację tego scenariusza kilka razy i za każdym z nich wyglądało to podobnie: jakby bardziej świadomie deklarowany akces do lewicy sprawiał, że wcześniej zwyczajnie otwarty na świat (i prospołeczny w praktyce) człowiek wolał schować się do nory i pogrążyć w nieskończonych debatach o tym, kim jesteśmy i dokąd tuptamy. Można poświęcać się wtedy w nieskończoność cyzelowaniu mowy i własnych przyzwyczajeń tak, by były jak najmniej dokuczliwe dla innych grup społecznych. Takie dyskusje odbywają się zwykle w niewielkich gronach, co czyni je niszowym sportem. Redaktorzy i czytelnicy „NO”, którzy słuchają metalu, a jest nas tu kilkoro, zapewne pamiętają tragikomiczne debaty sprzed kilkunastu lat o tym, kto nadaje się na TRVE metalowca, a kto już naraża się na pozerstwo; zwykle kończyło się to tym, że w zbiorze TRVE zostawała może jedna wzorcowa osoba. Po co doskonale pozbawiony uprzedzeń język, skoro nie zamierzamy go używać, skoro boimy się porozmawiać?

Ten lęk i pewna sztywność, samoalienacja – wszystko to może niestety przełożyć się na próbę rozmowy. Ktoś, kto nie jest pewien, jak mówić do drugiego człowieka w obawie, że ten jest „zupełnie inny niż ja”, zaczyna babciojagódkować, robiąc wrażenie takie, jakie zrobił – mimo najlepszych intencji – wnuczek z kolejowej anegdoty. Nikt nie lubi, gdy się ktoś nad nim, dorosłym obywatelem, pochyla i załamuje rączyny. Nikt nie chce, żeby mu na siłę wpychać nawet najsmaczniejsze jagódki. Nieco naiwną, ale może skuteczną (bo nie ma zmiany bez dozy naiwności) receptą na wyjście z tego stanu rzeczy jest dać się polubić, najlepiej osobiście. Szukanie poziomych płaszczyzn porozumienia, idących w poprzek podziałów narzuconych nam z góry. Za tzw. moich czasów, w latach 90. i wczesnych zerowych, takim wspólnym gruntem były subkultury. Dzisiaj mogą być to rzeczy powszechnie lubiane, jak sport, ciuchy, ogródek czy makijaż, albo nieco bardziej niszowe, jak stare auta, szydełkowanie albo UFO. Jeśli nasi rozmówcy są nieco starsi, mogą spokojnie zdeklasować wiedzą magistra, bo oczywistą rzeczą było dla nich oglądanie Teatru Telewizji i „Wielkiej Gry”, może czytanie wielkonakładowych magazynów w rodzaju „Przekroju” czy „Nowej Wsi”. To oni wygraliby z nami w „Jednym z dziesięciu”.

Stanisław Barańczak zastanawiał się w latach 70., dlaczego tak wielu widzów bynajmniej nienoszących cylindra i fraka kochało „Kabaret Starszych Panów”, ignorując jednocześnie łopatologiczne filmy i powieści milicyjne. Odpowiedzią był szacunek dla widza. Nie można bowiem podważać czyjejś zdolności do myślenia. Zakładać, że ktoś jest z zasady pozbawiony wyobraźni, umiejętności autorefleksji, poczucia humoru (w tym dystansu wobec samego siebie). Dzisiaj autorzy blogów i kanałów Youtube poświęconym teoriom spiskowym, płaskiej Ziemi albo Reptilianom, nie stronią od wykładania teorii filozoficznych (nawet jeśli są to teorie wzięte z kompletnie innego wymiaru, albo z pewnej części ciała) i wcale nie unikają trudnych słów. I chociaż opowiadają bajki, to trzeba oddać im sprawiedliwość, że realizują postulat Barańczaka o tym, żeby szanować swojego odbiorcę. Warto wziąć sobie to do serca. Nawet jeśli nasz obecny lub potencjalny znajomy, sąsiad, współpracownik nie ma czasu na czytanie powieści, nie znaczy to, że zna góra sto słów, a to, że ma daleko do najbliższej galerii sztuki, nie powoduje, że sztuki nie może zrozumieć. Dlaczego zakładamy, że nie można jednocześnie lubić grillowania i czytania książek, albo słuchać disco polo, poezji śpiewanej i Chopina, w zależności od humoru i okazji? Swoją drogą, czy wiedzieliście, że zespół Boys na początku inspirował się INXS i Duran Duran, a wczesne piosenki Akcentu to przeróbki standardów z „krainy łagodności”? No to już wiecie.

Polityka w życiu codziennym to także lekcja wyrozumiałości, zwłaszcza jeśli nie chcemy uprawiać gwiazdorskiej autopromocji, lecz zaprosić na wspólny pokład jak najwięcej osób. Kiedy byłam nastolatką, zdarzyło mi się na chwilę „przykucnąć”, uwierzyć w liberalizm i dać się oszołomić przekonaniu, że każdy jest kowalem własnego losu (na szczęście ta chwila nie trwała długo). Hipiso-punki z małych miast nosiły wtedy koszulki z napisem „Każdy inny, wszyscy równi”, a ja dziwiłam się, co też oni wymyślają. Dzisiaj muszę ich przeprosić. Bo tak trzeba żyć.

Olga Drenda

Jak Maziarskiemu wolność odbierano

Jak Maziarskiemu wolność odbierano

Ostatnimi czasy przez media przetoczyła się dyskusja na temat niedziel wolnych od handlu. Nie pierwszy raz. Podobna debata odbyła się choćby kilka lat temu. Tak wtedy, jak i teraz neoliberałowie stali w pierwszym szeregu ludzi przerażonych pomysłem pracowników mających prawo do dnia wolnego. Przyjrzyjmy się argumentacji jednego z najzagorzalszych dziennikarskich zwolenników doktryny neoliberalnej – Wojciecha Maziarskiego. Zobaczmy dzięki temu, w jaki sposób Maziarski wykorzystuje słowo „wolność” do przedstawienia swojego stanowiska jako zdroworozsądkowego oraz dlaczego jego wizja wolności jest problematyczna. Warto to zrobić, ponieważ „wolność” wciąż pozostaje jednym z najpotężniejszych narzędzi retorycznych wykorzystywanych przez neoliberałów.

Temat wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w niedzielę felietonista „Gazety Wyborczej” poruszył w czerwcu 2013 roku. Bezpośrednim punktem odniesienia był dla niego tekst Konrada Sawickiego, również opublikowany w „Wyborczej”, a także opinia Jacka Żakowskiego wyrażona w Radiu TOK FM. Zarówno Sawicki, jak i Żakowski opowiadali się za niedzielami wolnymi od handlu, czyli za podjęciem określonej decyzji politycznej związanej z funkcjonowaniem naszej gospodarki, a także – albo nawet przede wszystkim – z prawami pracowniczymi.

Maziarskiemu ten pomysł się nie spodobał. I choć zaczyna on swoje rozważania od anegdoty wspominkowej, to bardzo szybko wchodzi na pole filozoficznych rozważań, aczkolwiek nonszalancki ton, w jakim wypowiada swoje sądy, sprawia, że łatwo tę filozoficzność przeoczyć. Publicysta „Wyborczej” pisze w pewnym momencie tak: „Czy jako wolny obywatel żyjący w ideologicznie neutralnym państwie prawa mogę wybrać taki model życia i spędzania wolnego czasu, który nie podoba się ideologom lewicy, teologom katolicyzmu i działaczom związkowym?”.

consumption

Jak łatwo zauważyć, Maziarski wprowadza ostry podział na tych, którzy są za wolnością obywateli (w tej roli obsadza siebie), oraz tych, którzy są przeciwko tej wolności (w tej roli ideolodzy lewicy, teolodzy katoliccy i działacze związkowi). Wolność jest traktowana jako wartość centralna, a stosunek do niej pozwala odróżnić „tych dobrych” od „tych złych”. Dwa akapity dalej Maziarski raz jeszcze uderza w podobny ton: „Więc pytam: wolno mi czy mi nie wolno? Czy redaktorzy Sawicki i Żakowski pozwolą mojej rodzinie spędzać czas tak, jak lubimy i jak sami sobie wybraliśmy, czy będą nas uszczęśliwiać na siłę, wyłączając w niedzielę »świątynie konsumpcji«?”.

Na pozór cały spór o handel w niedzielę, szczególnie w wersji, w jakiej przedstawia go Maziarski, nie kryje w sobie żadnych filozoficznych założeń. Jest grupa ludzi takich jak dziennikarz „Wyborczej”, którzy chcą mieć swobodę robienia niedzielnych zakupów w centrach handlowych, oraz są ci, którzy pragną tego zakazać. Można dyskutować, kto ma rację w tym sporze, ale czy występują w nim jakieś głębsze problemy związane z naszym stosunkiem do wolności? Czy nie jest raczej tak, że mamy do czynienia z prostym przypadkiem, gdy z jednej strony są zwolennicy wolności, a z drugiej ludzie chcący poświęcić jej część w imię innych wartości? Na to ostatnie pytanie można by udzielić odpowiedzi twierdzącej tylko wtedy, gdybyśmy do dwóch aktorów występujących w przytoczonych fragmentach tekstu Maziarskiego – wolnych obywateli dokonujących zakupów, kiedy tylko chcą (czyli de facto wolnych konsumentów) i ludzi, którzy pragną im tę wolność zabrać – nie dodali trzeciego aktora: pracowników i pracowniczek.

Jednym z podstawowych argumentów za zakazem handlu w niedzielę jest to, że pracownicy nie byliby już zmuszani do pracy w ten właśnie dzień. Maziarski odnosi się do niego, gdy pisze: „[…] nie ma obowiązku bycia sprzedawczynią, a po doświadczeniach pracy w prasie niedziele sprzedawczyń nie wydają mi się jakąś szczególną torturą”. Rzecz w tym, że większość osób zatrudnionych w marketach robi to, ponieważ nie jest w stanie znaleźć lepszej pracy – z różnych powodów, między innymi z braku odpowiednich ofert w ich miejscu zamieszkania, ale też często dlatego, że z tego czy innego względu ludzie ci nie posiadają formalnych kwalifikacji do wykonywania innych prac. Choć więc teoretycznie Maziarski ma rację, gdy pisze, że bycie sprzedawczynią nie jest obowiązkiem, to w praktyce wiele osób stoi przed wyborem: praca w markecie albo bezrobocie. Kiedy zaś wybierają pierwsze wyjście, są stroną o wiele słabszą niż pracodawca, ponieważ ten może zawsze zagrozić, że jeśli pracownik nie spełni jego wymagań (na przykład nie będzie pracował w niedzielę), to go po prostu zwolni, ponieważ ma wielu chętnych na jego miejsce. Zresztą, nie musi nawet dochodzić do bezpośredniego szantażu. Pracownicy doskonale orientują się w podstawowych zasadach konkurencji na rynku pracy. Jak piszą ekonomiści Robert Frank i Philip Cook: „[…] kiedy wynagrodzenia zależą od dokonań względnych, żadna osoba nie może pracować mniej bez uszczerbku dla swoich szans na odniesienie sukcesu”. Przy czym „sukcesem” w omawianym przypadku jest często po prostu zachowanie pracy.

Frank i Cook przytaczają obserwacje Thomasa Schellinga dotyczące hokeistów. Gdy zawodnicy stoją przed dylematem „grać w kasku bądź bez”, wybierają zazwyczaj tę drugą możliwość. W anonimowych ankietach większość opowiada się jednak za regulaminem zabraniającym gry bez kasku, a tym samym zapewniającym większe bezpieczeństwo. Jak to wyjaśnić? Zdaniem Franka i Cooka każdy hokeista wie, że w sytuacji, gdy inni mogą grać bez kasków, samemu też najlepiej wybrać takie rozwiązanie, ponieważ w przeciwnym wypadku rywale uzyskają przewagę. Kiedy jednak rozmawiamy nie o pojedynczych wyborach, lecz o ogólnej zasadzie, większość hokeistów wolałaby, aby kaski były obowiązkowe. Formalny nakaz ich noszenia chroniłby zawodników przed presją skłaniającą do wyboru mniej bezpiecznego rozwiązania. Podobnie może być ze sprzedawczyniami i sprzedawcami. Nawet ci pracownicy, którzy „dobrowolnie” pracują w niedziele, mogliby pragnąć wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w ten dzień.

Czy zatem osoby pracujące w marketach mogą cieszyć się pełną wolnością? Wszystko zależy od idei wolności, jaką przyjmiemy za punkt odniesienia. Jeśli uważamy, jak neoliberałowie, że wolność traci się przede wszystkim w wyniku ingerencji państwa, które coś zakazuje albo nakazuje, wtedy odpowiedź jest prosta i brzmi: ludzie pracujący nie tracą wolności, ponieważ nie ma państwowego nakazu „bycia sprzedawczynią”. Wolność stracą natomiast konsumenci, jeśli państwo utrudni im dokonywania zakupów w niedzielę. Mamy do czynienia z obrazowym przedstawieniem działania neoliberalnej hierarchii wartości w praktyce.

Jednakże podejście neoliberalne nie jest jedynym możliwym. Z łatwością da się argumentować, że sprzedawczyni stojąca przed wyborem: albo godzę się pracować w niedzielę, albo jestem zwolniona i z powrotem ląduję na bezrobociu bez większych szans na znalezienie lepszej pracy, za to ze sporym prawdopodobieństwem popadnięcia w poważne tarapaty finansowe – nie jest w pełni wolna. Dochodzi do tego presja społeczna. Nie-neoliberalne idee wolności zakładają zazwyczaj wizję człowieka jako jednostki zakorzenionej w określonym kontekście społecznym i przez niego warunkowanym. Stąd sprzedawczyni może czuć się zmuszona do pracy w niedzielę także z powodu obawy, że jej niechęć do takiego rozwiązania zostanie odczytana przez otoczenie jako oznaka lenistwa. Dla kogoś, kto wyznaje skrajnie indywidualistyczne stanowisko, taki dylemat nie istnieje, ponieważ niezależnie od czynników zewnętrznych wszystko sprowadza się do tego, że sprzedawczyni może powiedzieć „Nie, nie będę pracowała w ten dzień”, a w związku z tym nikt nie pozbawia jej wolności. Z perspektywy osoby przyjmującej bardziej społeczno-wspólnotową koncepcję człowieka sprawa nie jest tak prosta.

Warto też pamiętać o teoriach wolności, którą wskazują na problemy związane z relacjami władzy i podporządkowania. Zdaniem Quentina Skinnera, brytyjskiego filozofa, już samo bycie podporządkowanym komuś, nawet jeśli ten ktoś tego nie wykorzystuje, ogranicza naszą wolność. W omawianym przypadku możliwość zwolnienia przez szefa ogranicza pole działania ludzi zastanawiających się, czy prosić o wolne niedziele. Jeszcze inaczej podszedłby do tego problemu zwolennik wolności pozytywnej. Mógłby on na przykład zauważyć, że dzięki wolnej niedzieli pracownicy marketów dostają większe możliwości realizacji własnych potrzeb czy też wewnętrznego doskonalenia, a tym samym ułatwia się im zrealizowania wolności w sensie pozytywnym.

Dla jasności: nie chcę podejmować w tym miejscu socjologiczno-psychologicznych dociekań, dlaczego osoby pracujące w niedziele w marketach, to robią. Z pewnością nie ma na to jednej odpowiedzi. Nie chcę także rozstrzygać, na ile zakaz handlu w ten dzień byłby dobrym rozwiązaniem pod względem gospodarczym. Chodzi tylko o to, że istnieje grupa osób – o czym często mówią przedstawiciele związków zawodowych – która czuje się zmuszana do pracy w niedzielę, czy to w wyniku bezpośredniej presji, a w zasadzie szantażu ze strony pracodawców, czy też z powodu pośrednich czynników kulturowo-społecznych. Jak duża jest ta grupa osób, pozostaje problemem do rozstrzygnięcia dla socjologów. Niezależnie od jej rozmiarów ustawowy zakaz handlu w niedzielę mógłby zwrócić tym ludziom cząstkę wolności – w tym sensie, że nie byliby już zmuszeni pracować w ten dzień.

Przy takim postawieniu sprawy zamiast konfliktu „wolność kontra jej przeciwnicy” otrzymujemy raczej konflikt „wolność konsumentów kontra wolność pracowników”. Maziarski nie rozważa jednak takiej możliwości. I bynajmniej nie dlatego, że ma jakieś dane naukowe wskazujące na brak istnienia ludzi, dla których obecne rozwiązania oznaczają ograniczenie wolności. Dlaczego zatem? Powodem jest przyjęta przez niego, świadomie bądź nie, neoliberalna idea wolności. Jej zarysy można dostrzec już w przywołanym tekście. Zarówno to, że Maziarski w tak jednoznaczny sposób potępia pomysł ingerencji państwa (wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę), jak i to, że w ogóle nie bierze pod uwagę ewentualności, iż możemy mieć do czynienia z konfliktem różnych wolności, podpowiada, jakie rozumienie tej wartości przyjmuje. Inne jego teksty dostarczają kolejnych wskazówek.

W kwietniu 2016 roku Maziarski wrócił do tematu handlu w niedzielę w tekście „Jak nam zakazami wolność odbierają”, tym razem przy okazji inicjatywy jednego z posłów partii rządzącej domagającego się zamknięcia marketów w ten dzień. Publicysta „Wyborczej” zaczyna od mini-rekonstrukcji historycznej: „Od upadku komunizmu Polska, z większymi lub mniejszymi zahamowaniami, luzowała nadzór władzy nad obywatelem i budowała system oparty na wolności, w którym każdy ma prawo sam dokonywać wyborów i decydować o swoim życiu”. Raz jeszcze widać, że dla Maziarskiego wolność to przede wszystkim brak ingerencji i to ingerencji ze strony konkretnego podmiotu: państwa/władzy. Ponownie możemy też zobaczyć, że nie interesują go ani materialne uwarunkowania wolności, ani sytuacja pracowników. O krzywdzie tych ostatnich wypowiada się ironicznie, nazywając ją „rzekomą”: „Niby-prawica znalazła sojusznika w związkowej lewicy, która włączyła się w kampanię ograniczania wolności w imię obrony rzekomo krzywdzonych mas pracowniczych”. Dochodzi do tego ponowna sugestia, że przecież ktoś, komu nie odpowiadają warunki danej pracy, może ją po prostu zmienić: „Gdyby wolne niedziele były dla mnie strasznie ważne, po prostu zmieniłbym miejsce pracy”. Żadne strukturalne uwarunkowania (dostępna liczba miejsc pracy w określonych regionach Polski, okoliczności związane z kapitałem społecznym, wykształceniem, niemożnością pozwolenia sobie na choćby miesiąc bez pracy ze względu na potrzebę utrzymywania rodziny) nie pojawiają się w tekście Maziarskiego nawet na chwilę.

W przeciwieństwie do poprzedniego felietonu poświęconego temu tematowi Maziarski zdaje się jednak zauważać, że pracownicy są pełnoprawnym aktorem w opisywanej sprawie. Wprawdzie nie idzie tak daleko, aby uznać, że w sporze o handel ich wolność także wchodzi w grę, ale dostrzega konflikt dwóch „chceń” – tego, czego chcą pracownicy, i tego, czego chcą klienci. Przy czym zdecydowanie opowiada się za „chceniem” tych drugich. Świadczy o tym nie tylko to, że Maziarski rezerwuje słowo „wolność” wyłącznie dla opisania praw klientów, lecz także następujący fragment, w którym dziennikarz wprost daje do zrozumienia, po czyjej stronie stoi: „Jakoś panu przewodniczącemu nie przychodzi do głowy, że sklepy mają być otwarte wtedy, gdy klienci chcą do nich przychodzić, a nie wtedy, gdy pracownicy mają ochotę pracować”.

Prawo klienta i konsumenta zostaje przedstawione przez Maziarskiego jako naczelna zasada, jako najwyższa wartość organizująca zasady handlowe. Felietonista „Wyborczej” nie dostrzega zarówno tego, że stawianie na piedestale wolności konsumpcyjnej jest wynikiem przyjęcia określonych założeń filozoficznych związanych z tą wartością i odbywa się kosztem pracowników, jak i tego, że nawet po stronie konsumentów ta wolność jest cokolwiek problematyczna. Po pierwsze, nie każdy cieszy się nią w równym stopniu (co oczywiście z perspektywy neoliberalnej, w której równość nie jest priorytetem, nie stanowi problemu). Wiele osób może pozwolić sobie na konsumpcję tylko za cenę życia na kredyt. Jak słusznie zauważa Paul Mason, uzależnienie od kredytów nie jest zaś wynikiem indywidualnych decyzji, lecz konsekwencją finansjalizacji gospodarki – uważanej przez niego za jedną z podstawowych cech charakterystycznych neoliberalizmu – która przejawia się między innymi w tym, że realny wzrost wysokości pensji został zastąpiony różnymi możliwościami zadłużania się. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której liczni ludzie są zniewoleni koniecznością niestannego spłacania długów. Innymi słowy, ich wolność dokonywania zakupów w dowolny dzień jest niczym więcej jak tylko substytutem wolności, którą daje niezależność finansowa.

Po drugie, podejście Maziarskiego zawęża pojmowanie wolności, nawet jeśli ograniczamy się tylko do jej neoliberalnego rozumienia. Pisał o tym między innymi Zygmunt Bauman: „W praktyce ponowoczesnej wolność sprowadza się głównie do wyboru konsumpcyjnego. Aby z niej skorzystać, trzeba być wpierw spożywcą – im bardziej pełnokrwistym (zasobnym), tym lepiej. To wstępne wymaganie eliminuje miliony, których na wybór konsumpcyjny godny tego miana nie stać. […] Wolność w jej nowym, rynkowo zorientowanym wydaniu jest nadal przywilejem. Ale stwarza ona też nowe, przedtem nieznane problemy. Gdy potrzeby zbiorowe tłumaczy się na język jednostkowych aktów kupna, wspomniana redukcja wolności nie może nie odbić się boleśnie na wszystkich – bogatych czy biednych, pełnosprawnych czy kulejących – spożywcach; są przecież potrzeby, których nie da się zaspokoić za pomocą obojętnie ilu nabytych na rynku towarów. Nie można wykupić się prywatnie od nasyconego spalinami powietrza miejskiego, nie ma na rynku środków na zapełnienie dziury w ochronnej warstwie ozonu, lub na obniżenie poziomu promieniowania”.

Cały wywód Maziarskiego zostaje ponownie zwieńczony mocnym podziałem na zwolenników wolności i jej przeciwników: „W ostatecznym rozrachunku pisowsko-związkowo-socjalistyczny sojusz na rzecz pozbawienia obywateli prawa wyboru, czyli wolności, musi przegrać. Z prostego powodu – ludzie lubią być wolni i chcą mieć prawo do decydowania o swoim życiu”. Ani to, co pisze Bauman o niebezpieczeństwach związanych z uświęcaniem wolności konsumenckiej, ani to, co piszą ludzie tacy jak Skinner o odmiennych koncepcjach wolności, ani to, co mają do powiedzenia o sytuacji pracowników na konkurencyjnym rynku ekonomiści w rodzaju Cooka oraz Franka, nie stanowi dla publicysty żadnego punktu odniesienia. Maziarski w ogóle nie jest zainteresowany czymkolwiek, co skomplikowałoby jego prosty obraz świata. W opisywanej przez niego rzeczywistości istnieją tylko samotne jednostki, które czegoś chcą albo nie chcą i mogą się na coś godzić bądź nie. Nie ma w tym świecie zjawisk w rodzaju strukturalnego bezrobocia, systemowych nierówności, presji społecznej, niedostatecznej liczby dobrych miejsc pracy i tym podobnych rzeczy. W pewnym sensie jest to piękny świat. Problem polega na tym, że ma on niewiele wspólnego z rzeczywistością, w której poruszamy się na co dzień. Dlatego też rozumienie wolności Maziarskiego bardziej pasuje do jakiejś bajkowej krainy, najpewniej tej samej, w której egoistyczni piekarze i inni przedsiębiorczy ludzie pracują na dobrobyt wszystkich obywateli, a nie do Polski czy jakiegokolwiek innego kraju z XXI wieku.

dr Tomasz S. Markiewka

Poniższy tekst jest lekko zmodyfikowanym fragmentem książki „Język neoliberalizmu”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK.

Sztuczki poprawiające życie ubogim i żyjącym bez celu

Sztuczki poprawiające życie ubogim i żyjącym bez celu

Późny kapitalizm jest jak nasze życie uczuciowe: oglądane przez filtr na Instagramie wygląda dużo mniej ponuro. Powolny rozpad umów społecznych sprawił, że pojawiły się tematy zastępcze w postaci nowoczesnej manii zdrowego odżywiania, eko-stylu życia, osobistej odpowiedzialności za cały świat oraz wezwań w rodzaju „mocno pokochaj samego siebie”. Taka wizja rzeczywistości zmusza nas do wiary, że być może, chociaż istnieje wiele dowodów na to, iż to nieprawda, nasza egzystencja stanie się pełna i znacząca dzięki utrzymywaniu pozytywnego podejścia, podążaniu za własnym przeznaczeniem oraz robieniu ćwiczeń rozciągających, podczas gdy świat płonie. Im gorzej bowiem wygląda sytuacja gospodarcza i im wyżej podchodzą wody powodzi spowodowanych przez globalne ocieplenie, tym bardziej dysputa publiczna zwraca się w kierunku opiewania indywidualnego spełniania się jednostek – w desperackiej próbie zapewnienia nas, że nadal mamy jakąś kontrolę nad własnym życiem.

Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.

Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.

Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.

apples

Taki rodzaj przymusu podłapali także przedsiębiorcy. Autorzy wspomnianej książki piszą: „Pracownicy magazynów Amazona, zatrudnieni na kontrakty typu zero godzin, chociaż znajdują się w sytuacji prekariuszy, muszą ukrywać swoje uczucia i pokazywać światu, jacy są pewni siebie, optymistyczni i zatrudnialni”. Czas odpowiedzieć sobie na pytanie: dla kogo właściwie jesteśmy „dobrzy”?

Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.

Izolująca nas od siebie nawzajem ideologia „dobrego samopoczucia” działa na przekór takiej solidarności na dwa znaczące sposoby. Po pierwsze – wmawia nam, że jeśli czujemy się chorzy, smutni lub wyczerpani, to nie jest to problem ekonomiczny. Zgodnie z takim podejściem nie występują tu żadne zaburzenia równowagi strukturalnej – istnieje tylko złe przystosowanie jednostki do warunków, i wymaga ono, by to właśnie ta jednostka podjęła działania naprawcze. Myślę, że trzeba nazwać taką retorykę nadużyciem i manipulacją, która wpędza ludzi w ponure myśli nad tym, czy wszystko jest z nimi psychicznie w porządku. A co głosi taka retoryka? Że jeśli jesteśmy w kiepskiej kondycji lub wściekli, ponieważ nasze życie to ciągła walka z niedostatkiem lub cudzymi uprzedzeniami, to właśnie my mamy problem – zawsze i wyłącznie my. Społeczeństwo nie jest złe ani nieodpowiednio zorganizowane – to my tacy jesteśmy.

Po drugie, zapobiega to podjęciu, czy nawet rozważaniu, przez nas szerszych, bardziej kolektywnych działań i reakcji na kryzys rynku pracy, biedę i niesprawiedliwość. Taką logiką wykazuje się w swoim poradniku pt. „Prawda o radzeniu sobie z obowiązkami” („The Truth About Getting Things Done”) Mike Fritz, guru osobistej produktywności, który twierdzi, iż „Największą barierą w osiągnięciu sukcesu takiego, jakim go w swoim życiu definiujesz, nigdy nie jest inna osoba lub okoliczności, które napotykasz. Największą barierą jesteś prawie zawsze ty sam… Dr Maxwell Maltz, autor »Psychocybernetyki«, ujął to najlepiej, kiedy powiedział: Robienie rzeczy, które nigdy nie wydawały ci się możliwe, jest teraz w twoim zasięgu. Zyskasz dostęp do władzy i siły, gdy tylko zmienisz swoje przekonania”.

To oczywiście kłamstwo – ale tak czy owak zwodnicze. Miło byłoby móc uwierzyć, że aby zmienić własne życie, wystarczy powtarzać pod nosem afirmacje i kupić kalendarz na notatki, tak jak przyjemnie było dawniej niektórym z nas wierzyć, że trudy życia na ziemi zostaną wynagrodzone wiecznym szczęściem w niebie. Z tego właśnie powodu rytuały dbania o ciało i duszę są wypełniane z precyzją oddawania czci bóstwu (zrób to i będziesz ocalony, zrób to i będziesz bezpieczny) – to praktyka wyznawców. Warto pamiętać, że marksowska definicja religii jako „opium ludu” często bywa błędnie interpretowana. W czasach Marksa opium było uważane nie tylko za uzależniający narkotyk, lecz także za środek przeciwbólowy, ukojenie w chwili, gdy przetrwanie wydawało się niemożliwe.

W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.

Jest w tym trochę prawdy. Ale prawdziwy jest także fakt, że niektórzy młodzi ludzie nie są najlepsi w dbaniu o samych siebie – to osoby, których problemem nie jest to, że nie piją wystarczająco dużo wody szparagowej [nowa moda w USA – butelka wody z kłączami szparagów, które oddają do niej cenne mikroelementy – przyp. tłum.], lecz to, że nie piją prawie niczego, co nie byłoby tanim winem z plastikowych toreb. To oni brali udział w protestach studenckich i w Ruchu Occupy w latach 2010-2012 i, krótko mówiąc, doświadczyli innego życia. Dowiedzieli się, co to znaczy być częścią społeczności podzielającej wspólne cele, w której pomoc wzajemna i wsparcie nie znajdują się na szarym końcu listy postaw i wartości. Poznali, co oznacza doznać krótkiego odpoczynku od indywidualnych dążeń i zamiast tego budować wspólnie społeczeństwo przyszłości. Samotna praca nad „dbaniem o siebie”, podczas gdy świat ma się zmienić bez naszego udziału, to ubogi substytut wspólnej walki. Kiedy jesteśmy zmęczeni i wypaleni stawaniem na pierwszej linii ognia w walce politycznej, naprawdę irytujące jest usłyszeć, że powinniśmy się więcej uśmiechać i jadać więcej razowych produktów.

Jeśli współczesny świat uczy nas nienawidzić samych siebie, a za chwilę sprzedaje nam szybkie triki na ukojenie naszej rozpaczy, zrozumiałe jest, iż zaczynamy się wahać, co jest dobrą strategią. Znerwicowani millenialsi mają obecnie wybór pomiędzy desperackim narcyzmem a popadnięciem w przygnębiającą niedolę. Co jest lepsze? To pytanie nie jest retoryczne. Z jednej strony, instagramowi guru sprawiają, że mam ochotę utopić się w smoothie z jarmużu. Z drugiej jednak – męczy mnie przyglądanie się, jak najbystrzejsi ludzie, których znam, aktywiści, działacze, myśliciele społeczni, których praca mogłaby z pewnością przynieść korzyść światu, traktują samych siebie oraz siebie nawzajem w absurdalnie ohydny sposób, używając mniej lub bardziej uzewnętrznionej wymówki, że każde inne podejście do życia jest kontrrewolucyjne.

Część lewicowej krytyki „dbania o siebie” jako neoliberalnego spisku ma trochę wspólnego z umniejszaniem pracy, jaką kobiety i osoby queer muszą wykonać, by przetrwać. Profesor Sara Ahmed z Uniwersytetu Londyńskiego napisała: „Słyszałam już głosy umniejszające feminizm jako formę samopobłażania”. Ja także miałam styczność z takimi opiniami. Widziałam na lewicy mężczyzn spisujących na straty politykę antyrasistowską i antyseksistowską, gdyż uznawali ją za „beznadziejnie indywidualistyczną” – a jednocześnie odmawiających podjęcia się w aktywności społecznej podstawowych zadań, które miałyby na celu podniesienie ducha i wzajemną troskę działaczy o siebie nawzajem. Ich zdaniem taka praca to zadanie dla kobiet, nieatrakcyjne w porównaniu z obserwowaniem własnego smutnego życia w oczekiwaniu na nadejście rewolucji lub na dziewczynę, która pozbiera ocalałe resztki – którykolwiek z tych momentów nadejdzie pierwszy.

Lewica ma wyjątkowy talent do pławienia się w bezproduktywnych, teoretycznych debatach. „Neoliberalizm zawłaszczył zbyt wiele, jeśli wszelkie przejawy dbałości o kogokolwiek nazywamy neoliberalnymi” – pisze Ahmed. „Kiedy feministyczna i antyrasistowska robota, która wymaga od nas dzielenia się uczuciami, poczuciem zranienia i żalu jest nazywana neoliberalną, można poczuć się załamaną i wyrzuconą za próg”.

W tym momencie muszę wyznać, że ćwiczę jogę od dwóch lat i zmieniło to moje życie w takim stopniu, że prawie mnie to oburza. Musiałam nad sobą panować, by nie wybuchnąć śmiechem, gdy po zakończeniu ćwiczeń na macie instruktorka mówiła: „Niech światło we mnie odda hołd światłu w tobie”. Instruktorka jest szalenie miłą osobą, która uśmiecha się bez przerwy jak pijana przedszkolanka, i prawdopodobnie mogłaby mnie zabić tylko przy użyciu kaloryfera na swoim brzuchu, powstrzymałam się zatem od wyznania jej, że „światło we mnie” to często wizja płonącego rządowego budynku.

Pies z twarzą w dół [jedno z ćwiczeń jogi – przyp. tłum.] nie jest pozycją radykalną. Niemniej jednak, ta akurat asana jest jednym z niewielu ustępstw, jakie robię na rzecz „dbania o siebie” podczas oczekiwania na koniec patriarchatu i zniszczenie systemu wymiany pieniężnej. Drogie napoje z węglem drzewnym w składzie [nowa moda w USA – charcoal drinks – przyp. tłum.] nie wyzwolą nikogo i niczego, z wyjątkiem pieniędzy z naszych portfeli i, bardzo prędko, naszej okrężnicy – ale za to spacer po parku jest darmowy, zatem czasem wybieram się tam, by pochodzić w słońcu i wystawić się na działanie witaminy D bez zamartwiania się rakiem skóry, topniejącymi czapami śniegowymi i milionami ludzi, którzy toną w Bangladeszu. Przestałam żywić się wyłącznie złością, nuggetsami z kurczaka i papierosami. Czasem biorę wolny dzień, ponieważ stało się dla mnie jasne, że rewolucja nie będzie wcale rozwijała się szybciej, jeśli poświęcę jej swoje zdrowie i będę cały czas smutna. Późny kapitalizm jest dobrą wymówką, by nie wychodzić z łóżka, ale tkwienie w pościeli i zamartwianie się Donaldem Trumpem to bardzo niepraktyczny sposób walki.

Problem z miłością do samego siebie – w takim rozumieniu, jakie panuje obecnie – to kłopot z naszą wizją miłości. Jest ona zbyt często i w zbytnim uproszczeniu definiowana jako nadzwyczajne uczucie, na które odpowiadamy falą kwiatów i serduszek, fantazjami, rytuałami oraz namiętnością. Nowoczesność zmusza nas do głupich zachowań, takich, jakie przejawiają np. smutne, nieco przerażające nastolatki – czyli do robienia selfie i powtarzania sobie, jacy wspaniali i idealni jesteśmy. To nie jest wcale prawdziwa miłość – a przynajmniej nie bardziej niż miłością są uliczne zaczepki stosowane przez mężczyzn, którzy podziwiają każdą przechodzącą kobietę.

Czeka nas cięższa i nudniejsza praca – „dbanie o siebie” jako wykonywanie serii codziennych wysiłków, które czasem wydają się niemożliwe do podjęcia, wstawianie rano i nadążanie za swoim życiem, w świecie, który wolałaby nas widzieć zahukanych i uległych. Świecie, który stosuje logikę wyzysku i nadużyć, każącą nam nie dostrzegać problemów strukturalnych, lecz jedynie „problemy ze sobą”, problemy marginalizowanych i wystawionych na przemoc ze strony systemu. Prawdziwa miłość, taka, która trwa i działa na nas kojąco, to nie uczucie – to czynność. Chodzi o to, co robimy dla drugiej osoby przez dnie, miesiące i lata, o pracę włożoną w opiekę, o koncentrację na jej potrzebach. Mamy na lewicy ogromny kłopot z kierowaniem takiego rodzaju miłości ku samym sobie.

Szerzej rozumiana lewica mogłaby się pod tym względem wiele nauczyć od ruchu queer – np. tego, iż dbałość o samego siebie oraz o innych nie jest tylko elementem walki, lecz jest walką samą w sobie. Pisarka Kate Bornestein mówi: „Róbmy, co trzeba, by nasze życie było warte przeżywania. Po prostu nie bądźmy dla siebie wredni”. Jest bardziej niż prawdopodobne, że to, iż społeczności transpłciowe, queer i LGBT rozwijają się i stają rozpoznawalne w kulturze, wynika z ich wzajemnej pomocy, wsparcia i troski o siebie nawzajem – bo to także mogą być narzędzia walki i oporu. Po masakrze w Orlando członkowie społeczności LGBTQ z całego świata zaczęli pozować do zdjęć i oznaczać je hasztagiem #queerselflove. Pośrodku fali strachu i publicznej żałoby ludzie w różnym wieku i o różnym pochodzeniu zaangażowali się w radosną, wzajemną celebrację samych siebie.

Ideologia well-being może prowadzić do wyzysku, a lewicowa tendencja do fetyszyzowania rozpaczy wydaje się zrozumiała – ale nie możemy jej zaakceptować. Jeśli będziemy tracić energię na nienawiść do siebie samych, nie dokonamy nigdy żadnej ze zmian, których pragniemy. Jeśli zaś nie potrafimy zdobyć się na żywienie nadziei na przyszłość, to możemy zrobić choć jeden mały krok i dbać o siebie na podstawowym poziomie.

W swoich najgorszych chwilach przypominam sobie słowa poetki i działaczki społecznej Audre Lorde, która wiedziała, jak przetrwać w tym nieludzkim świecie. Pisała: „dbałość o siebie nie jest samopobłażaniem, lecz ochroną własnej osoby – i jest to jednocześnie akt walki politycznej”.

Laurie Penny

Tłumaczyła Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w czerwcu 2016 r. na stronie internetowej www.baffler.com

Kowboje znad Wisły

Są sprawy, z których w Polsce możemy być naprawdę dumni i które nam całkiem nieźle wyszły. Nie ma ich aż tak wiele, więc tym bardziej powinniśmy na nie chuchać i dmuchać, żeby tych nie tak bardzo licznych „przewag konkurencyjnych” przypadkiem nie stracić. Jedną z takich kwestii jest bez wątpienia bezpieczeństwo. W statystykach bezpieczeństwa bijemy na głowę większość krajów Europy. Liczba kradzieży na 100 tys. mieszkańców jest nad Wisłą trzecią najniższą w UE. Liczba gwałtów – ósmą najniższą. Trudno to przecenić – dzięki temu nie tylko podnosi się poziom życia obywateli, ale też Polska staje się bardziej atrakcyjnym celem wypadów turystycznych czy inwestycji. Nie mamy ciepłego i słonecznego klimatu, palm czy rajskich wysepek, turyści nie walą do nas drzwiami i oknami, jak do Grecji, więc bezpieczeństwo jest naszym ważnym walorem.

Również w najważniejszej statystyce przestępstw wypadamy doskonale. W Polsce notujemy 0,75 zabójstw na 100 tys. mieszkańców. To trzeci najniższy wynik w UE. We Francji morderstwa są notowane dwa razy częściej, a w Belgii ponad 2,5 razy częściej. Nie mówiąc już o USA, gdzie popełnianych jest 5,2 zabójstw na 100 tys. mieszkańców rocznie, a więc siedem razy więcej. Żeby zostać zamordowanym w Polsce, trzeba się naprawdę postarać albo mieć koszmarnego pecha. Co ważne, ten wysoki poziom bezpieczeństwa stworzyliśmy będąc krajem wciąż jeszcze niezamożnym, a więc też powodów do grzeszenia przeciw bliźniemu mamy proporcjonalnie znacznie więcej niż na Zachodzie. Co więcej, jesteśmy krajem postkomunistycznym, a w wielu takich krajach gwałtowne przemiany po upadku ZSRR sprzyjały uformowaniu się lokalnych mafii i gangów. W Polsce jednak po burzliwych latach 90. udało nam się zrobić z tym porządek. Dodatkowo graniczymy z Ukrainą i Rosją, których mafie próbują się panoszyć w krajach ościennych, a do krajów bałtyckich, które należą do najniebezpieczniejszych w UE, mamy rzut beretem. Mimo tych bardzo niesprzyjających warunków udało nam się stworzyć jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie. To cholernie duży powód do dumy.

Poziom bezpieczeństwa jest zawsze wypadkową wielu czynników: sprawności służb i infrastruktury bezpieczeństwa, regulacji i kodeksów, efektywności wymiaru sprawiedliwości czy kwestii kulturowych. W każdym wypadku ciężko stwierdzić, co „zagrało” w przypadku danego kraju. Są przecież państwa z bardzo sprawnymi służbami, w których poziom bezpieczeństwa jest relatywnie niski. Są także kraje bardzo jednolite kulturowo, w których lepiej nie wychodzić po zmroku z domu. Bez krzty wątpliwości można powiedzieć jedno – architektura bezpieczeństwa to bardzo delikatna konstrukcja. Wyciągnięcie jednego elementu może zburzyć całą misterną układankę. Trzeba być skończonym idiotą, żeby zacząć grzebać przy podstawach bezpieczeństwa tak bezpiecznego kraju jak Polska.

A jednak znaleźli się tacy, którzy chcą przy nich grzebać – i to mocno. W Sejmie pojawił się projekt ustawy zmieniającej polskie przepisy dotyczące posiadania broni. Wnieśli go posłowie Kukiz’15, a partia rządząca zgodziła się na skierowanie go do prac w komisji. To rodzi realne niebezpieczeństwo, że jeden z elementów architektury polskiego bezpieczeństwa wewnętrznego, jakim jest bardzo trudny dostęp do broni, zostanie wyciągnięty. Oczywiście zwolennicy tego projektu próbują mydlić oczy, twierdząc, że projekt ten wcale nie zakłada ułatwienia w dostępie, a tylko go porządkuje, oskarżając przeciwników projektu, że go nie czytali itp. Łukasz Warzecha podczas wywiadu w Onet Rano przez cały czas powtarzał, że „to jest ustawa racjonalizująca dostęp do broni, a nie rozszerzająca”. Prowadzący Bartosz Węglarczyk zresztą bardzo ułatwił mu opowiadanie tych dyrdymałów, bo na samym początku rozmowy bez cienia żenady przyznał, że projektu nie czytał. Na szczęście projekt wpłynął do Sejmu i jest dostępny, warto więc na niego rzucić okiem, żeby nie dać sobie nawijać makaronu na uszy.

Projekt ten wprowadza „obywatelską kartę broni”. Do posiadania takiej karty będzie miał prawo w zasadzie każdy obywatel, który skończył 21 lat, nie był skazany i nie jest chory psychicznie. Za to może już być spokojnie uzależniony od alkoholu albo narkotyków, co obecne przepisy uniemożliwiają. Obywatel będzie musiał wskazać uzasadniony powód, ale to tylko formalność, bo wystarczy, że wskaże jeden z wymienionych w ustawie (np. zamiar posiadania broni do celów samoobrony) – i nie będzie mógł spotkać się z odmową. Zdrowie psychiczne chętnego do posiadania broni poświadczyć musi… lekarz pierwszego kontaktu. Tak, dokładnie ten sam, który stwierdza, że mamy anginę. Posiadacz obywatelskiej karty broni będzie uprawniony do posiadania broni kategorii C, czyli np. broni krótkiej bocznego zapłonu jednostrzałowej i powtarzalnej, której długość nie przekracza 280 mm. Czyli de facto każdy po krótkiej wizycie u lekarza i w urzędzie miasta (bo pozwolenie będzie wydawał prezydent miasta lub starosta powiatu, a nie policja, jak obecnie) będzie mógł sobie kupić rewolwer. To jeszcze nie będzie rewolucja, bo tak na dobrą sprawę, jeśli ktoś koniecznie chce mieć rewolwer, to już teraz może legalnie kupić czarnoprochową replikę konstrukcji sprzed 1885 r.

Obywatelska karta broni to jednak nie jest jeszcze właściwe pozwolenie. To nazywałoby się „pozwoleniem podstawowym” i byłoby wydawane analogicznie jak karta, ale wymagałoby dodatkowo zdania egzaminu. Jednak osoby posiadające obywatelską kartę broni od co najmniej trzech lat – byłyby z tego egzaminu zwolnione. Pozwolenie podstawowe byłoby wydawane na czas nieokreślony i uprawniałoby m.in. do zakupu broni centralnego zapłonu i krótkiej bocznego zapłonu samopowtarzalnej. Inaczej mówiąc, każdy Polak, po odczekaniu trzech lat od wyrobienia karty, będzie mógł kupić sobie Walthera P99 kaliber 9 mm. A jeśli będzie mu się bardzo spieszyło, to po prostu pójdzie zdać egzamin. Gdy go zda, nie możliwości, by mu odmówiono prawa do niej.

Jak jest obecnie? Pozwolenie na posiadanie broni wydaje policja. Może wydać je w celu ochrony osobistej, jednak otrzymać je jest niezwykle trudno. Trzeba udowodnić, że jest się w niebezpieczeństwie. Zwykły obywatel, nie pełniący funkcji publicznej, który nie był wcześniej ofiarą udokumentowanego przestępstwa, może raczej zapomnieć o takim pozwoleniu. Mówi się, że restrykcje można przecież obejść, zdobywając pozwolenie na broń do celów sportowych. Przyjrzyjmy się, jak to wygląda. Najpierw trzeba przejść trzymiesięczny staż w klubie strzeleckim z określoną liczbą treningów. Następnie zdać egzamin na patent strzelecki. Następnie trzeba wystąpić o licencję sportową i zaświadczenie o członkostwie w klubie strzeleckim. Licencja jest wydawana tylko na rok, a do jej przedłużenia potrzebna jest odpowiednia liczba startów w zawodach. Wymagane są również zaświadczenia od odpowiednich lekarzy, m.in. psychologa i okulisty. Dopiero mając to wszystko, można złożyć na policji wniosek o pozwolenie na broń do celów sportowych. Jak widać, jest to zupełnie nieporównywalne – wymaga sporo zachodu, egzaminów, zaświadczeń od lekarzy i przedłużania licencji co roku, co wiąże się ze startami w zawodach. Ustawa klubu Kukiz’15 dawałaby niemal każdemu prawo do posiadania broni na czas nieokreślony, a nawet bez egzaminu, jeśli tylko ktoś wykaże się cierpliwością.

Zresztą nie trzeba analizować zapisów ustawy, żeby się przekonać, iż autorom projektu nie chodzi o uporządkowanie posiadania broni, ale o jej rozpowszechnienie. Wystarczy zerknąć do uzasadnienia, w którym czytamy takie oto absurdalne słowa: „Historyczne uwarunkowania pozwalają na odpowiedzialne i kategoryczne twierdzenie, że dostęp Polaków do broni jest wprost wpisany w pojęcie polskiego patriotyzmu. Zawsze gdy w Polsce odradzał się patriotyzm, powodowało to wzrost zainteresowania bronią – sytuację taką obserwujemy także obecnie”.

Nasuwa się więc pytanie, po co w ogóle ruszać te przepisy? Zwolennicy ustawy biją na alarm, że Polska jest „najbardziej rozbrojonym społeczeństwem w Europie”. Rzeczywiście, w Polsce na 100 obywateli przypada zaledwie 1,3 sztuki broni. W Niemczech, Francji i Skandynawii to ponad 30, a w Finlandii nawet 45. Ale w gruncie rzeczy, czy to coś złego, że wśród polskich obywateli jest mało broni? Przecież broń to nic dobrego – z definicji służy do zabijania i ranienia. Dlaczego więc mielibyśmy się martwić bardzo małą liczbą sztuk broni wśród Polaków? Przecież to raczej powód do zadowolenia. I nie ogranicza to zdolności obronnych naszego kraju. Współczesna wojna nie polega na tym, że obywatele strzelają się na pistolety. Jeśli ktoś będzie chciał nas zaatakować, to zrobi to przy pomocy rakiet i samolotów, ewentualnie jednostek specjalnych. Zwiększenie liczby sztuk broni w społeczeństwie nie zwiększy naszych zdolności obronnych – w tym celu należy modernizować armię zawodową.

Kolejny argument jest taki, że broń potrzebna jest do obrony własnej i ochrony miru domowego. Ale po co w jednym z najbezpieczniejszych krajów świata broń do ochrony miru domowego? Przecież w Polsce niemal nikt nie napada na domy czy mieszkania z pistoletem w ręku. W Polsce nawet zawodowi przestępcy w zdecydowanej większości nie mają broni, poza nielicznymi gangsterami, którym służy ona głównie do porachunków między sobą. Można oczywiście stwierdzić, że pistoletem łatwiej jest obronić się przed zwykłym bandziorem z nożem. Ale jeśli upowszechnimy dostęp do broni, to ten bandzior też zapewne będzie miał pistolet. Upowszechnienie broni w Polsce zmniejszy bezpieczeństwo Polaków, a nie zwiększy. To bezpieczeństwo, które takim wysiłkiem udało nam się przez ostatnie lata zapewnić. Jego poziom będzie bardzo trudno jeszcze podnieść, za to bardzo łatwo można go obniżyć właśnie takim nieodpowiedzialnym grzebaniem w fundamentach naszego bezpieczeństwa.

Zwolennicy rozszerzenia dostępu do broni mydlą nam oczy, podają drugorzędne argumenty, np. że w Szwajcarii jest mnóstwo broni, a jest bezpiecznie, a w Hondurasie broni jest bardzo mało, zabójstw za to zatrzęsienie. Po kolejnych masakrach zwracają uwagę na wszelkie niuanse, byle tylko udowodnić, że łatwy dostęp do broni wcale nie był przyczyną. Wciąż jednak nie potrafią odpowiedzieć na kluczowe pytanie – po co w tak bezpiecznym kraju jak Polska upowszechniać broń palną. Ale odpowiedź możemy znaleźć sami. Otóż za projektem ustawy nie stoją specjaliści od bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie, za nią stoją różne środowiska amatorów strzelania. Wąska grupa hobbystów broni zamierza spełnić swoje wydumane zachcianki, obniżając przy tym bezpieczeństwo nas wszystkich. Opowiadanie o bezpieczeństwie to puste dyrdymały mające ukryć fakt, że grupka chłopców lubi sobie postrzelać i polansować się z bronią. A teraz muszą przy tym spełniać jakieś formalności, startować w zawodach itd. Mentalnym kowbojom do podreperowania swojego ego potrzebny jest pistolet w ręce. Wtedy czują, że są silni i ważni – nawet jeśli ten pistolet we współczesnym społeczeństwie wśród cywili nie ma żadnego uzasadnienia. Skoro tak bardzo brakuje im poczucia własnej męskiej wartości, to niech się zapiszą na boks – to też jest męska rywalizacja.

Piotr Wójcik

O wątpliwych korzyściach z udawania idioty

Nie lubimy w Polsce słuchać rzeczywistości. Skłonni do wiary w słowa i gesty, nie doceniamy tego, co może nam ona powiedzieć. A może nam powiedzieć kilka niewygodnych prawd. Od wyszukanej erudycji po rynsztokowy ściek, znajdujemy sposoby na wyparcie tego, co nam mówi.

Niewygodne prawdy nie dochodzą do naszych uszu. Rzeczywistość, którą wypieramy, może nam przypomnieć, iż koniec Polski był dziełem Polaków. To cechy wewnętrzne społeczeństwa polskiego doprowadziły do upadku państwa. Konstrukcja i charakter zbiorowości, a także przymioty jednostek, zadecydowały o końcu na długo przed rozbiorami. Prawdą jest również, iż na liście wewnątrzpolskich przyczyn klasowy egoizm ustępuje jedynie głupocie. Upadek Polski był naturalnym rezultatem upartych destrukcyjnych wyborów polskiej elity: wyboru systemu społecznego, gospodarczego, instytucjonalnego. Wciąż i wciąż osiągając gorsze rezultaty, Pierwsza Rzeczpospolita konsekwentnie ciążyła na dno. Są to kwestie znane, a jednak wolimy karmić się opowieściami o winie garstki zdrajców i łupieżczych sąsiadach, zamiast przyznać, że upadek to logiczna i nieunikniona konsekwencja intelektualnego niemowlęctwa.

Tradycja krytyczna uznaje, że przepracowanie rodzimych wad nie ujmuje godności narodowej, lecz jest zasadniczym obowiązkiem obywatela. Wartość tej wiedzy nie jest bowiem antykwaryczna, a ma zasadnicze znaczenie dla kształtowania się przyszłych losów narodu. Rzeczywistość mówi bowiem, że lekcje z przeszłości są aktualne, a popełniając podobne błędy, jesteśmy na drodze do podobnego końca. Podobieństwo do teraźniejszości nie jest wydumane. Aleksander Świętochowski wykazał w „Genealogii teraźniejszości” żywotność i „teraźniejszość” w latach 30. XX wieku tych samych patologii i bolączek, które doprowadziły do katastrofy Polski w wieku XVIII. Czy lub na ile polski charakter zmienił się od czasu, gdy nad jego brakiem rozwoju lamentował Świętochowski?

Dzisiejszy polski krajobraz skrzy się od artefaktów nowoczesności, a obok tej zewnętrznej powłoki w przekonaniu o nowoczesności zdają się utwierdzać nas twarde fakty. Rosnące PKB, widoczne pozytywne zmiany wielu aspektów społecznej codzienności – wszystkie niezaprzeczalne sukcesy transformacyjnego popeerelowskiego ćwierćwiecza. Do tej pory tego pozytywnego obrazu nie zakłóciło żadne „sprawdzam”. Na ile dzisiejsze zakorzenienie Polski w Zachodzie, w przeciwieństwie np. do losu Ukrainy, podyktowane jest wewnętrznym rozwojem, a na ile szczęśliwym położeniem geograficznym, uruchamiającym szereg procesów, na czele z instytucjonalnym dostosowaniem do integracji z Unią Europejską? Jak będziemy potrafili bez opatrznej pomocy kształtować nasze jutro?

Coraz częstsze ewidentnie samoszkodliwe działania (na przykład polski minister spraw zagranicznych wyzywający niemieckiego polityka od niedouczonych „lewaków”) wprawiają nas w osłupienie lub stają się pożywką dla drwin. W istocie powinny stać się wkładem do pilnej diagnozy obecnego stanu rzeczy. Czy rację może mieć Jan Sowa, w „Fantomowym ciele króla” wskazujący, iż polskie nieracjonalne działania mogą być nieuświadomioną realizacją popędu śmierci? Wiemy na pewno, że żyjemy w kraju, w którym wysoki rangą funkcjonariusz państwowy, z życiorysem zaświadczającym o teoretycznym przygotowaniu do pełnienia swojej funkcji, uporczywie nie uznaje istnienia rzeczywistości.

Wiara w siłę sprawczą własnego wyobrażenia o świecie jest w niemal równie dużym stopniu rozpowszechniona wśród polskich elit różnych odcieni i ma się dobrze w całym społeczeństwie. Dlatego naiwne jest pokładanie nadziei w wymianie elit na jeden z istniejących nurtów ideowopolitycznych. Nie istnieje w Polsce bowiem żaden silny nurt zapewniający społeczny rozwój. Andrzej Zybała zebrał w swojej ostatniej książce „Polski umysł na rozdrożu” esencję polskiej kultury umysłowej. Wnioski: króluje myślowe, poznawcze lenistwo, brak jest nawyków krytycznej analizy. Bez ewolucji w polskim systemie społecznym i wypracowania choćby aspirujących alternatyw trwamy w klinczu, w którym proeuropejski technokratyzm wzmacnia tylko populistyczną radykalizację. Chociaż zagrożenie (nieświadomie) antyeuropejskiego kierunku polityki zagranicznej jest stworzone przez jedno środowisko elit politycznych, to brak modernizacji cechuje wszystkie środowiska. Nie została wypracowana żadna „metoda” dobrego myślenia o sprawach publicznych, która chroniłaby nas przed popadnięciem w inne pułapki nierzeczywistości.

Nowy sposób myślenia o sprawach społecznych, oparty na więcej niż deklaratywnej wierze w godność i wartość obywatela w procesie budowy społeczeństwa i państwa – jest konieczny, ale czy możliwy? O ten nowy sposób dopomina się wiele niszowych środowisk, od lewicowych sygnatariuszy „Listu”, przez umiarkowane centrum (Kongres Obywatelski), po proinstytucjonalną prawicę (Klub Jagielloński). Bez godności obywateli nie zbudujemy republiki zdolnej do rozwoju. Niestety, nie są to dobre czasy dla godności, a zły przykład płynie z góry.

Społeczne mechanizmy napiętnowania są silniejsze niż kiedykolwiek, a Internet zdaje się intensyfikować uzależnienie od upokarzania. Dehumanizacja w różnych obliczach staje się standardem. Reakcja polskich opiniotwórców jest symptomatyczna. Manichejski konflikt wyjaławia umysłowo, a jednoczenie się wobec „wroga” zaciera podziały, równając do poziomu „swojego” najniższego wspólnego mianownika. Stawia to nas w trudnej sytuacji, gdy z już niskiego pułapu polskie zasoby umysłowe raźno szorują w dół.

Poziom wypowiedzi ludzi tworzących sferę publiczną systematycznie się obniża. Niski poziom nie ma na celu „nazywania rzeczy po imieniu”, krytycznego zmazywania samozadowolenia. Niebojąca się status quo, przemyślana krytyka niedomagań rzeczywistości byłaby przecież konieczna. Taki poziom wynika jednak z czego innego: z potrzeby celowego spłaszczania przekazu. Normą stała się autocenzura wypowiedzi, stosowana celem wyeliminowania z niej niuansów, złożoności, półcieni – słowem: rozumu. Udawanie idioty wchodzi w krew i staje się normą. Belki TVP Info i sondy wPolityce powoli przestają szokować. Ten specyficzny, prowadzący odbiorcę ton przejmuje też druga strona – wybrane artykuły strony „opozycyjnej” w podobny sposób kształtują swoich „konsumentów”. Dehumanizacja i szczucie, oto coraz częstszy posmak życia w sferze wspólnej obywateli, także za sprawą opiniotwóczych elit.

Działanie wbrew polskiej racji stanu staje się usankcjonowaną normą, dzięki przybraniu różnych masek, pod jakimi występuje głupota. Minister spraw zagranicznych Waszczykowski przejął publicystyczny ton i prowadzi politykę wiary we własne słowa. Przesada przestaje być przesadą, niepostrzeżenie znika cudzysłów, a udający szaleńca staje się szaleńcem.

Brak wyczucia własnego interesu, odejście od rzeczywistości. Skutkiem dla narodów jest najpierw ciąg błędów, a później zawężające się pole gry. Coraz mniejsza ilość dobrych wyjść, coraz mniejsza ilość jakichkolwiek wyjść. Może to trwać pokolenia, a może tylko dekady, ale koniec jest jeden. Na końcu tej drogi nie znajdują się ani niskie standardy, ani podzielone społeczeństwo, lecz śmierć Rzeczpospolitej.

Krzysztof Mroczkowski

Bunt zadłużonych

Rozmowa z Pawłem Nogalem, wiceprezesem Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Dlaczego z ponad pół miliona ludzi, którzy wypełniają bezprawne umowy kredytowe, walczy o siebie tylko kilka tysięcy osób?

P. N.: Było różnie. W 2015 roku przy okazji nagłej aprecjacji franka, fala eksplozji społecznego zdenerwowania i akcji organizacyjnych nałożyła się na kampanię wyborczą i może z tamtej perspektywy wydaje się, że dzisiaj jest mało aktywności. Obecnie w stowarzyszeniu mamy ponad 1300 osób, ta liczba systematycznie rośnie, a osoby pokrzywdzone kierują swoją aktywność do sądów. Liczba spraw frankowych w sądach rośnie lawinowo.

Ale przecież jest to problem systemowy.

P. N.: Dlatego trudno go rozwiązać politycznie. Oszustwo polegało na niezgodnym z prawem wpuszczeniu ponad pół miliona ludzi z rodzinami w zakład hazardowy i zbudowanie na tym oszustwie drenażu finansowego, z którego zyski płynęły do – głównie zagranicznych – właścicieli banków działających w Polsce. Dzisiaj ten sektor jest w znacznej części polski, więc kwestia naprawienia tej szkody wymaga zmierzenia się z dużymi konsekwencjami. I politycy się poddali. Być może gdyby tak zwani frankowicze potrafili się skrzyknąć w znacznie większej liczbie…

To dlaczego się nie skrzykują?

P. N.: Nie ma prostej odpowiedzi. To kwestia podjęcia działań, które wymagają dużej odwagi i cierpliwości. Jak widać, większość ludzi woli się z tym problemem nie mierzyć. Jest to walka ciężka, bo emocje, które napompowały nadzieje w toku kampanii wyborczej w 2015 roku, nie zostały zrealizowane. Zniechęciło to tych, którzy mieli słabszą odporność. Usłyszeliśmy przecież bardzo konkretne deklaracje od prezydenta Andrzeja Dudy czy premier Beaty Szydło – były to wypowiedzi świadczące o pełnym zrozumieniu naszego problemu.

Politycy mają świadomość, że złamano prawo?

P. N.: Tak. Ci, którzy mają elementarną świadomość ekonomiczną i prawną, a niestety nie jest ich dużo, wiedzą o tym. Mają świadomość, że było to zaplanowane oszustwo, ale wiedzą też, że próba odwrócenia tego faktu w sposób najbardziej rozsądny, czyli przywrócenia sprawiedliwości, wymaga przeciwstawienia się sektorowi finansowemu, nie tylko w Polsce. I na to akurat nie mogą sobie pozwolić, zważywszy, że mamy wicepremiera, który jest byłym wiceprezesem, a obecnie akcjonariuszem wiodącego banku „umoczonego” w te kredyty. Trudno oczekiwać, że rządzący zrobią cokolwiek, co realnie uderzyłoby w banki. Zatem w sumie prawie dwa miliony obywateli RP stało się zakładnikami polityczno-finansowego porozumienia na linii rząd – banki.

To jeszcze raz. Skoro nie politycy, dlaczego nie ludzie?

P. N.: Nie znajdzie Pan jednoznacznej odpowiedzi. To nie jest kwestia podjęcia prostych działań czy to w formie aktywności społecznej, czy poprzez próby przywrócenia sprawiedliwości na drodze sądowej. Ci oszukani ludzie muszą najpierw przed sobą się do czegoś przyznać: że ich oszukano. Są szacunki, że połowa kredytobiorców zadłużonych w tych pseudokredytach to obecni wielkomiejscy czterdziestolatkowie, czyli ludzie pracujący w korporacjach i na przyzwoitych stanowiskach. To dla nich trochę forma „obciachu” – przyznać się, że jest się frankowiczem. Wtedy musieliby walczyć o to, żeby zmienić system, w którym funkcjonują. Dopiero moment, w którym tracą pracę, zmienia wszystko.

To dlatego przedstawia się frankowiczów jako ludzi bogatych i cwanych? Żeby czuli wstyd, a nie gniew?

P. N.: Tak, ale to tylko część poszkodowanych. Druga część frankowiczów to osoby, którym te kredyty wciskano, bo ich zdolność kredytowa była tak liczona, że nie mogli dostać zwykłego kredytu złotówkowego. Teraz większość z nich nie ma żadnego majątku, a tylko dług wobec banku. Spłacają go wysiłkiem finansowym całej rodziny, często emigrują. Spłacają dług, który pomimo spłaty rośnie razem z kursem franka szwajcarskiego do złotówki.

Jeśli to jest połowa kredytobiorców, wychodzi z tego 150-200 tysięcy ludzi, którzy nie mają nic i gdyby choć część z nich wyszła na ulicę, to prezydent Duda miałby łatwiejsze zadanie.

P. N.: Ale raczej nie wyjdą, chyba że kurs franka przekroczy pułap 4,50 PLN. Jedni się godzą, a drudzy wypierają, mówiąc: byłem świadomy, wiedziałem, na co się decyduję. Wszystko to przykrywa lęk o to, żeby się przeciwstawić systemowi. Bo nasze stowarzyszenie jest chyba największym oficjalnie antysystemowym stowarzyszeniem w tym kraju.

Antysystemowym?

P. N.: Czyli protestującym przeciwko całej konstrukcji władzy, konstrukcji systemu monetarnego, który jest skupiony w bankach działających absolutnie poza kontrolą społeczną. W tym systemie to banki pełnią rolę suwerena, a rząd de facto realizuje interesy korporacji bankowych. To system pieniądza dłużnego jest prawdziwym źródłem tej patologii. Pieniądza tworzonego wirtualnie, bez realnej kontroli społecznej nad tym procesem.

Postrzegam to jako pomieszanie celów…

P. N.: Bo nie rozumie Pan głębszych przyczyn pętli kredytowej. Mamy do czynienia z systemem dość subtelnej, ale stale obecnej opresji. Pan niewiele pamięta z komuny, a tam też był problem, że w pokojach, domach, za zamkniętymi drzwiami ludzie komentowali negatywnie rzeczywistość, ale do podjęcia działania był zdolny jeden, może dwa procent z nich. Trzeba było odwagi.

Ale jaka odwaga jest tu potrzebna?

P. N.: Ta sama. Dzisiaj bardzo dobrze czytamy systemy twardej opresji, gdy władza posuwa się do fizycznego przymusu, a nie widzimy tego, że wszyscy działamy w systemie opresji monetarnej – ekonomicznej sprzężonej z opresją fiskalną i prawną.

Jesteście obecni coraz częściej w mediach. Ale patrząc na to szerzej, widać, że to są punkty, błyski, nie jest to pełna narracja i możliwość reprezentowania jej w mediach. A jak to się przekłada na poparcie polityczne?

P. N.: Najbardziej wspierają nas telewizja Trwam i Radio Maryja oraz media społecznościowe, gdzie mamy możliwość wypowiedzenia swoich racji bez konieczności użerania się z bankowym PR-em. Na przykładzie problemu frankowego widać zresztą, jak genialnie zarysowana jest zgoda pomiędzy antagonistycznymi siłami politycznymi w kraju i głównymi mediami, które je reprezentują. TVP, TVN, Polsat – one w naszej tematyce przyjmują narrację probankową, nie sprzyjającą tym rozwiązaniom, o których była mowa w 2015 roku.

Nie interesuje się wami też lewica…

P. N.: Lewica nie rozumie idei pieniądza. Skąd się bierze, jak się kreuje pieniądz, nie rozumie tej konstrukcji, a zatem nie rozumie jej skutków. Na prawicy jest zdecydowanie lepiej, tu przykładem jest poseł Janusz Szewczak, zresztą chyba nasz jedyny realny polityczny stronnik, ale na zupełnym marginesie wewnątrz partii. Środowiska prawicowe, czy nawet środowiska skrajnej prawicy, narodowcy, lepiej rozumieją ten problem, widzą rolę, jaką to odgrywa w budowaniu całego porządku politycznego, widzą pozaustrojowe mechanizmy władzy skupione w rękach finansowych korporacji. Ale kiedy, jak w przypadku PiS, dochodzą do władzy, to klęczą przed bankowymi autorytetami. A przecież dzisiaj już nawet w materiałach szkoleniowych NBP czytamy – nie na pierwszych stronach oczywiście – że rezerwa cząstkowa jest fikcją i że dominuje model 100-procentowej kreacji pieniądza w procesie udzielania kredytów. To współczesna magia, kosztowna głównie dla ludzi mało- i średniozamożnych, a przecież to do obrony ich interesów aspiruje lewica.

Jak w takim razie system bankowy, ten wielki miękki oprawca trzyma ludzi w porządku? Proszę niech Pan to wytłumaczy lewicy.

P. N.: Decyduje o ilości pieniądza w gospodarce, o koszcie tego pieniądza, o kanałach dystrybucji tego pieniądza. Tymi kanałami dystrybucji sterują wielkie globalne struktury korporacyjne. Ten system jest zasilany podatkami – głównie pośrednimi, czyli uderzającymi w najbiedniejsze warstwy społeczne. Od strony społecznej, demokratycznej nie ma nad tym kontroli. Przykładem tej iluzji są ostatnio światowe afery z kosztem tzw. pieniądza na rynku międzybankowym, mierzone stawką LIBOR, którą wielkie banki manipulowały w sposób wyjątkowo cyniczny. Czy mamy pewność, że w Polsce nie ma i nie było manipulacji stawką WIBOR? Wystarczy sięgnąć do zasad kształtowania wysokości tych stawek WIBOR i porównać ich wysokość z okresu eksplozji kredytów indeksowanych do franka w latach 2007-2008. To nie jest demokracja. I tu się pojawia pytanie, czym to zastąpić. Za współczesnym pieniądzem nie stoi żadna realna wartość, wytworzona z ludzkiej pracy, pieniądz globalny wyklucza społeczności lokalne z udziału w budowaniu i korzystaniu z bogactwa. Nie trzeba nic mieć, żeby pożyczać. Wystarczy tylko stać we właściwym miejscu, kiedy dług jest zwracany. Stąd tak ważna dla podtrzymania tego systemu jest kwestia zniesienia gotówki. Pieniądza elektronicznego jest tak dużo, że wszelkie próby wyciągnięcia go w sposób fizyczny z banków skończą się szybkim bankructwem tego systemu. Gdyby ludzie chcieli wyciągnąć gotówkę – kiedyś była mowa o dziesięciu procentach, teraz się szacuje, że od jednego do trzech procent – z banków, to system by się rozsypał.

Mówi Pan jak fantasta.

P. N.: Dlaczego?

Bo mówi Pan o wielkim kolapsie, o wywrotce systemu, a my mamy tu i teraz bardziej realny problem. Dwa miliony ludzi obciążonych oszustwem frankowym plus przyległości: oszukani polisolokatami i opcjami. Jak im pomagacie?

P. N.: Z przedsiębiorcami od opcji i polisolokatowcami mamy strategiczny sojusz. Orzecznictwo sądowe w sprawach pseudofrankowych często odwołuje się do podobnych orzeczeń dotyczących opcji i polisolokat. To były bardzo podobne oszustwa, bo bazowały na dezinformacji klienta i konsumenta. Sprawa kredytów indeksowanych czy tak zwanych forexowych w ogóle nie jest nowa. Zaczęła się w Australii w latach osiemdziesiątych, to było laboratorium na pięciu tysiącach farmerów, którym wciśnięto takie kredyty. Większość kredytobiorców zbankrutowała, ale banki dobrze zarobiły, więc dwadzieścia lat później przeniesiono ten mechanizm do Europy. We Włoszech udało się ogolić ludzi, we Francji i w Austrii podobnie, ale szybko temat ucięto. Dlaczego sie ucina? Bo jest większa świadomość wśród osób zarządzających tym systemem finansowym, że to jest bomba, która może zdetonować system. Ludzie przebudzeni są groźni. U nas nie ma takich mechanizmów. Ludzie się wstydzą mówić, nie ma nadzoru instytucji, które powiedzą, że to się źle skończy także dla samego systemu finansowego. Sam PiS namawiał zresztą dawniej do tych kredytów, nie rozumiejąc zupełnie, z czego one się biorą i do czego prowadzą. Na Zachodzie najbardziej chciwi ludzie są od tego systemu odcinani, stąd kary dla europejskich banków za manipulacje przy ustalaniu LIBOR-u. Czy doczekamy się postępowań oceniających dziwne ruchy na stawkach WIBOR? Wizerunkowo w zeszłym roku administrację nad WIBOR-em przejęła giełda, ale wciąż kilka osób na telefon może zmienić stawki WIBOR-u i mimo że jest tam przedstawiciel rządu, to nadal jest to system towarzyski, który wpływa na wielkość zobowiązań pożyczkowych 99% Polaków. Ktoś się tym interesuje?

Wy.

P. N.: W naszych sprawach jest obiecująco, jesteśmy w grze. Wynika to z dwóch okoliczności. Sami sędziowie mają te kredyty, więc się uczą, jak wygląda sytuacja własna albo ich bliskich. I tego akurat system manipulacji nie jest w stanie obejść. Mamy skupionych wokół siebie ludzi z tytułami naukowymi, młodych ekonomistów, bez problemu bylibyśmy w stanie wskazać osobę, która mogłaby być szefem Komisji Nadzoru Finansowego, z doświadczeniem nie tylko teoretyka, ale także praktyka rynków finansowych. W Polsce rozwija się ruch ekonomii alternatywnej i w szerokim środowisku wokół nas są osoby, które umiałyby się taką przebudową zająć.

Tylko, że to jest wciąż około dwóch tysięcy ludzi.

P. N.: Aktywnych jest około 3-4 tysięcy, choć mogło być 15-17 tysięcy – to jest efekt kaca po przedwyborczych obietnicach. Komu ci ludzie mają teraz uwierzyć? Zresztą PiS podobno zrobił badania, z których im wyszło, że większość pseudofrankowiczów to elektorat PO i Nowoczesnej, więc nie będą pomagać. Ale gdyby się z tych obietnic wywiązali, to mieliby co najmniej dwudziestotysięczną armię „na zawołanie”. Pamiętam te nastroje, nadzieje związane z prezydentem Dudą, który zmarnował ogromny kapitał. Miałby gladiatorów za sobą, a nie ma nic. Obrali inną drogę, przeciwnik bankowy był mocny, mógł grać ratingami Polski, ratingi to wartość obligacji, to z kolei się przekłada się na finansowanie długu, to się przekłada na możliwości finansowania programów społecznych, czyli pięćset plus…

Czyli co? Armagedon?

P. N.: Póki co cieszymy się, jeśli jakiś sędzia zrozumie ekonomiczne tło kredytów, poza tym mamy kontakty z prawnikami, koordynujemy oficjalnie i nieoficjalnie wymianę poglądów prawniczych, które są wykorzystywane w procesach. Mamy kontakt także z urzędami, z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ich rękoma trochę się udaje robić, choć i oni nie mogą iść na czołowe zderzenie z bankami. Przychodzą dziesiątki osób po poradę. Jesteśmy takim płomieniem, który się tli, ma trochę żaru, natomiast żeby z tego było ognisko, musi zadziałać katalizator zewnętrzny. Z niezależnymi bankami i zależnymi od nich rządami problemy mają wszystkie kraje świata, szczególnie kraje tzw. Zachodu. Procesowi uwalniania się rządów spod tej feudalnej zależności musi towarzyszyć wzrost świadomości społecznej i oddolna presja ludzi. Jako stowarzyszenie jesteśmy jej częścią.

Dziękuję za rozmowę.

Wrzesień 2017 roku, rozmawiał Wojciech Albiński.

Lewica bez języka

Sumeryjski wyraz „amargi” jest uznawany za najstarszy znany nam odpowiednik słowa „wolność”. Używany był najczęściej do opisania sytuacji osoby, która uwolniła się od długów. Zdaniem Davida Graebera, słynnego amerykańskiego antropologa, podobny związek między wolnością a długiem istniał w języku hebrajskim. W Biblii „bycie wolnym” oznacza często „bycie wolnym od długów”. W starożytnym Rzymie wolność była początkowo powiązana przede wszystkim z instytucją niewolnictwa: człowiek wolny to po prostu człowiek, który nie był niewolnikiem. Jak zauważa Graeber, takie podejście również wpisuje się w historię relacji między wolnością a długami, gdyż w świecie starożytnym niemożność spłacenia należności często prowadziła do popadnięcia w stan niewoli.

W badaniach CBOS-u z 2015 roku 41% Polaków i Polek deklarowało, że ich gospodarstwo domowe ma długi. Z kolei według raportu BIG InfoMonitor w marcu 2016 roku ponad dwa miliony rodaków nie radziło sobie z terminowym regulowaniem zobowiązań finansowych. Dla nikogo nie powinno to być zaskoczeniem. Badacze kapitalizmu od dłuższego czasu podkreślają, że współczesne społeczeństwa to „społeczeństwa życia na kredyt”. W znaczącej części państw zachodnich realne płace przedstawicieli klasy średniej i niższej stoją w miejscu od lat 80. XX wieku, więc dla większości ludzi jedynym sposobem zaspakajania potrzeb takich jak posiadanie mieszkania jest wzięcie kredytu. Nie słychać jednak, aby media ostrzegały, że tracimy cząstkę swojej wolności z powodu konieczności życia na kredyt. Nie wynika to bynajmniej z braku zainteresowania tematem wolności. Żadna inna wartość nie cieszy się współcześnie tak dużym poważaniem jak wolność. Wielu dziennikarzy i intelektualistów prześciga się w deklaracjach, kto jest jej większym obrońcą.

Dlaczego zatem mało kto staje w obronie wolności dłużników? Dlaczego nie słyszymy głosów oburzenia, że system oparty na kredytach jest systemem, który z definicji musi ograniczać wolność? Dlaczego autorytety medialne nie biją na alarm, że konstrukcja współczesnych społeczeństw jest głęboko wadliwa pod tym względem? Powód jest prosty. Pojęcie wolności zostało zawłaszczone przez neoliberałów, dla których zniewolenie objawia się przede wszystkim w postaci interwencjonizmu państwowego, a nie w formie ograniczeń wynikających z nierówności społecznych. Dlatego o wiele łatwiej natrafić w mediach na narzekania, że wolność odbierają nam podatki, niż na głosy upominające się o swobody ludzi zmuszonych żyć na kredyt.

Żeby było jasne – nie chodzi o to, że „wolność od długów” jest tą prawdziwą wolnością, a wszystkie inne są fałszywe. Szukanie jedynego właściwego znaczenia słów jest zazwyczaj ryzykowne, szczególnie w przypadku wyrazów o długiej i skomplikowanej historii. Bezsensowne byłoby też stwierdzenie, że wolność wiąże się wyłącznie z naszą sytuacją materialną. Przedstawiciele wielu grup społecznych, na przykład kobiet oraz mniejszości seksualnych, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że swobodę działania można ograniczać na wiele sposobów. Jednak rozpatrywanie wolności w perspektywie zjawisk takich, jak dług czy nierówności społeczne, jest w pełni uzasadnione – zarówno historycznie, jak i filozoficznie.

Nie trzeba być marksistą, żeby dojść do takiego wniosku. O tym, że bieda lub niestabilność finansowa mogą wpływać na nasz poziom wolności pisali znani myśliciele liberalni: Isaiah Berlin i John Rawls. Niestety cechą charakterystyczną polskiego liberalizmu – a przynajmniej tej jego postaci, która dominuje w przekazie publicznym – jest to, że pozycję autorytetów zajmują Milton Friedman i Leszek Balcerowicz, a nie jakiś tam Rawls. Rację ma Andrzej Szahaj, gdy złośliwie nazywa ten światopogląd „sarmackim popliberalizmem”.

W tej układance, z oczywistych względów, prawie w ogóle nie ma miejsca dla myśli lewicowej. Widać to choćby po tym, że przedstawiciele lewicy często starają się nie tyle zaproponować własne rozumienie wolności, co raczej mówić, że oprócz wolności liczy się także równość czy sprawiedliwość. Takie podejście jest rzecz jasna zrozumiałe – gdy lewica dobije się już do swojego 30-sekundowego okienka w mediach, to nie bardzo ma czas, aby tłumaczyć zawiłości związane z tym, czym jest wolność. Co nie zmienia faktu, że w społeczeństwie z silną lewicą, to neoliberałowie mieliby językowy problem z wolnością. Musieliby głowić się nad tym, jak mówić o niej w oderwaniu od równości, ponieważ zależność jednej od drugiej byłaby uznawana za punkt wyjścia.

Wolność to nie jedyny przykład tego, jak dalece język polityczny jest podporządkowany neoliberalnemu światopoglądowi. Weźmy popularne ostatnio słowo „symetryzm”. Media oraz neoliberalni politycy przez lata robili wiele, aby zacierać różnice między lewicą a prawicą. Wszystko, co wyłamywało się z neoliberalnego konsensusu, było populizmem. Zresztą ta strategia obowiązuje do dzisiaj. Witold Gadomski, Wojciech Maziarski czy Cezary Michalski dokładają wszelkich starań, aby wdrukować w głowy swoich czytelników przekonanie, że „PiS i Razem w jednym stoją domku”. Choć każda uczciwa osoba – niezależnie od stosunku do PiS-u oraz Razem – musi przyznać, że różnice między tymi partiami w sprawach takich, jak Unia Europejska, demokracja, prawa kobiet, mniejszości seksualnych czy imigrantów, są olbrzymie. W mediach głównego nurtu nie toczy się jednak burzliwa debata na temat symetryzmu neoliberałów. Naczelni „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka” nie besztają swoich dziennikarzy za szerzenie relatywizmu. Tłumaczyć muszą się tylko ludzie, którzy na pytanie „PiS czy Platforma Obywatelska?”, odpowiadają „ani to, ani to”. Mówiąc inaczej, tłumaczyć musi się tylko lewica. Czasami przed ludźmi, którzy lubią się przedstawiać jako jej sympatycy.

Słowo „populizm” jest kolejnym przykładem udanego spychania lewicy do defensywy. W ostatnich latach „szerzenie się populizmu” zostało uznane za największe zagrożenie cywilizacyjne. Jednak, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych felietonów dla „Nowego Obywatela”, w oczach neoliberałów populistyczny jest zarówno szczujący na imigrantów Donald Trump, jak i walczący z nierównościami społecznymi hiszpański Podemos.

Stworzenie z populizmu głównego wroga demokracji stawia lewicę w trudnym położeniu. Rodzi bowiem pokusę, aby pogodzić się z tym, że słowo „populizm” stało się synonimem zła wszelkiego, a wszystko, co można zrobić, to spróbować je przedefiniować. Na przykład zacząć mówić o „populizmie prawicowym” albo „liberalnym”. Gdy owo przedefiniowanie jest wystarczająco mocne, na przykład polega na zupełnym odwróceniu ról i nazywaniu „populistami” ludzi, którzy najchętniej sięgają po to słowo, wtedy możemy mówić o ciekawym i względnie skutecznym rozwiązaniu. Gdy jednak przedstawiciele lewicy przyjmują zbyt wiele elementów liberalnego rozumienia słowa „populizm”, popełniają wtedy strategiczny błąd, przed którym przestrzegają badacze zajmujący się analizą retoryki politycznej. Najgorsze, co możesz zrobić, to zacząć mówić językiem swojego przeciwnika – twierdzi George Lakoff, amerykański kognitywista, która napisał książkę o tym, dlaczego przez lata Demokraci przegrywali w amerykańskich wyborach z Republikanami. To trochę tak jakby zgodzić się na rozgrywanie meczu na boisku rywala.

Łatwo zbyć tego typu rozważania jako dotyczące w gruncie rzeczy spraw nieistotnych. Co tam język – czy rzecz nie w tym, aby mieć odpowiedni program i organizować się w celu jego realizacji? Oczywiście, zarówno program, jak i organizowanie się są niezwykle potrzebne, ale to naprawdę nie jest przypadek, że w trakcie wyborów partie nie ograniczają się do opublikowania zestawu własnych propozycji. Język jest ważny, bo to za jego pomocą myślimy i kształtujemy nasze poglądy na świat. Jakakolwiek formacja polityczna, która chce odnieść sukces, musi wprząść własne wartości do języka, którym rozmawiają ze sobą na co dzień Polki i Polacy. Chyba każda przedstawicielka lewicy przynajmniej raz spotkała się z sytuacją, gdy uzbrojona w wiedzę i odpowiednie dane przemawiające na rzecz jej poglądów, rozbijała się ostatecznie o to, że jej dyskutant miał neoliberalne wyobrażenia na temat tego, czym jest wolność.

Lewica walkę o język przegrała w większości krajów rozwiniętych. W Polsce ta klęska jest jednak szczególnie dotkliwa. Złożyło się na nią kilka czynników. Jednym z nich była nasza specyficzna sytuacja historyczna. Uwolnienie się od wpływów rosyjskich było w polskim przypadku równoznaczne z wejściem do świata kapitalizmu w jego najdzikszej – neoliberalnej – postaci. Język neoliberalnego kapitalizmu został więc u nas utożsamiony z językiem demokracji i wolności. Co odbija się nam czkawką do dzisiaj, gdy na manifestacjach w obronie demokracji ludzie uchodzący za autorytety nawołują do dokończenia prywatyzacji Polski albo wygadują bzdury na temat 500 plus. Nie pomogło również to, że przez lata za przedstawicieli lewicy uważano w Polsce ludzi gotowych pójść na każdy kompromis z neoliberałami. I tak oto dorobiliśmy się „lewicy”, która uważa, że związki zawodowe są przestarzałe (Magdalena Środa), otwarcie gardzi „ludem” (Jan Hartman), rzuca na prawo i lewo oskarżeniami o populizm (Andrzej Celiński) i stara się być bardziej neoliberalna niż partie liberalne (SLD za rządów Leszka Millera).

Jakie wnioski wynikają z tej smutnej opowieści? Nade wszystko należy mieć świadomość, że odbudowa lewicy w Polsce nie odbędzie się z dnia na dzień. I żaden lider ani żadne zjednoczenie nie przyspieszą gwałtownie tego procesu. Na mrzonki o istnieniu cudownej recepty na odrodzenie lewicy mogą sobie pozwolić publicyści w rodzaju Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego. Dla nich wymarzonym ugrupowaniem lewicowym byłoby takie, które przyjmuje neoliberalne warunki gry, a jedynie od czasu do czasu wspomina nieśmiało o sprawiedliwości i solidarności. Czyli coś na wzór lewego skrzydła Platformy, nic więcej. To jest ten sposób myślenia, który zepchnął lewicę do defensywy i stanowi receptę na jej dalszą marginalizację.

Lewica musi przede wszystkim pokazać, że istnieje inny wybór niż ten między neoliberalizmem a prawicą – między PO i Nowoczesną z jednej strony a PiS-em z drugiej. Aby to zrobić, musi mówić konsekwentnie swoim językiem. Językiem, w którym wolność oznacza możliwość godnego życia dla wszystkich obywatelek i obywateli, a nie kolejne przywileje dla korporacji i bogaczy. Językiem, w którym demokracja to nie tylko zapisy prawne, ale także możliwość realnego uczestnictwa w procesach kształtujących nasze społeczeństwo. Językiem, w którym solidarność jest jedną z najważniejszych wartości współczesnego świata, a nie wspomnieniem mitologizowanej przeszłości. Musi mówić o tym przy każdej okazji. Do każdego, kto chce słuchać, i każdego, kto słuchać nie chce.

To jest niewdzięczna robota. Bo jedynym efektem widocznym na pierwszy rzut oka są wyzwiska ze strony przeciwników: „symetryści”, „komuchy”, „neobolszewicy”, „głupcy” itd. Ale innej drogi nie ma. Nie da się zbudować silnej lewicy w kraju, w którym ludzie potrafią używać słowa „wolność” do upominania się o niższe podatki, a nie potrafią po nie sięgnąć, gdy mowa o społeczeństwie zmuszającym dużą część z nas do życia w stanie zadłużenia.

dr Tomasz S. Markiewka

Wyjść poza przywilej: o kulturę i rozwój dla wszystkich

Wbrew temu, co może się wydawać na pierwszy rzut oka, życie w wielkim mieście przynosi korzyści nie tylko najbardziej oczywistym beneficjentom istniejącego porządku: deweloperom, kamienicznikom czy spędzającej dni w przeszklonych biurowcach kaście menedżerskiej, która przechodzi na samozatrudnienie, żeby uniknąć płacenia wyższej stawki podatku od swoich niebotycznych wynagrodzeń. Współczesne metropolie z całym swoim wewnętrznym bogactwem i mnogością występujących w nich opcji mają ofertę przyjemnego życia także dla grup, które niekoniecznie muszą mieścić się na samym szczycie tradycyjnie pojmowanej hierarchii klasowej. Jedną z nich jest zbiorowość, którą z braku lepszego określenia, należałoby nazwać wrażliwą i subtelną inteligencją. Należą do niej  ludzie wyposażeni w wysoki kapitał kulturowy i oddający się zajęciom zapewniającym poczucie dobrego i pożytecznego życia, wykraczającego poza nużącą rutynę ustawicznej harówki umożliwiającej w zasadzie tylko przetrwanie i zaspokojenie najbardziej przyziemnych potrzeb. Ludzie o ugruntowanym poczuciu sensu, opartego na czynnościach mądrych i wzniosłych – dyskusjach o literaturze, kinie i muzyce, zaangażowaniu społecznym czy dywagacjach o naturze i problemach naszego świata. Ludzie, którzy odczuwają satysfakcję i pewne, nie zawsze całkowicie uchwytne, spełnienie, a przy tym wykazują się – czasami tylko frazesową, ale nierzadko prawdziwie szczerą – wrażliwością społeczną.

W dalszej części tekstu postaram się naszkicować klasowy charakter stylu życia polegającego na częstym kontakcie z kulturą czy różnych formach partycypacji oraz przedstawić kilka propozycji, które – w moim przekonaniu – lewica powinna bardzo poważnie wziąć pod uwagę, jeżeli zależy jej na realizacji swojego najważniejszego celu, czyli budowie wspólnoty wolnych i równych obywateli i obywatelek, w której dostęp do wspólnego dziedzictwa i twórczych aktywności nie będzie tylko przywilejem zastrzeżonym dla wybranych.

Wielu i wiele z nas zna to przyjemne uczucie, kiedy w jesienny wieczór wychodzi się z seansu w niewielkim i przytulnym kinie studyjnym i z głową pełną nowych, wzbogacających wrażeń można razem z towarzyszem czy towarzyszką wizyty wymienić się opiniami na temat właśnie obejrzanego filmu Larsa von Triera albo Michaela Haneke. Myśli wędrują wtedy w jakieś wyższe i oderwane od prozy codzienności rejony, a wszystko nabiera pewnej wyjątkowej lekkości. Zamiast zwykłego wyjścia do kina – jeżeli mamy trochę szczęścia i talent do wynajdowania ciekawych okazji – trafimy w nim na takie perełki jak tygodniowy przegląd kinematografii irańskiej albo cykl największych arcydzieł szkoły polskiej czy włoskiego neorealizmu. Można udać się także w inne miejsca, które pozwolą spędzić czas w kształcący i rozwijający sposób. Być może będzie to spotkanie na temat nowej książki cenionego przez nas autora, gdzie głos zabiorą osoby powszechnie szanowane za swoją dogłębną znajomość tematu i wieloletnie środowiskowe wyrobienie. Innym razem przypadkowo trafimy zaś na wystawę jedynych w swoim rodzaju, fascynujących fotografii przedwojennej Huculszczyzny albo – gdy najdzie nas pewna szczególna fantazja – weźmiemy udział w otwartych warsztatach z majsterkowania czy miejskiego ogrodnictwa, czyli umiejętności, które w dzisiejszych czasach coraz bardziej wypada sobie przyswoić. Równie dobrze możemy też wylądować na panelu dyskusyjnym poświęconym poetyce performatywnych strategii oporu podczas niedawnych masowych demonstracji, w których oczywiście także wzięliśmy udział. W grę wchodzi również odbywający się w klimatycznym klubie koncert jakiegoś dobrego zespołu, tudzież seminarium na temat jakiegoś wycinka myśli społecznej.

Nie ograniczamy się jednak tylko do roli biernych odbiorców i odbiorczyń tego, co zostanie dla nas przygotowane przez innych. Razem z koleżankami i kolegami ze swojej organizacji chętnie włożymy trochę wysiłku w poszerzenie kulturalno-aktywistycznej oferty naszego dużego i tętniącego życiem miasta o kolejne interesujące pozycje. Przyciągną one podobnych do nas koneserów i koneserki o wyrobionym guście, smaku i poglądach. Dni mijają nam na płynnym przechodzeniu pomiędzy tymi kolejnymi odsłonami kreatywnego zaangażowania i kumulacji przeżywanych doświadczeń, windujących nas ponad przytłaczającą przeciętność i szarzyznę. Gdzieś w tle oczywiście jest jakaś praca zarobkowa (albo jeszcze czasami nauka), bo w większości nie jesteśmy rentierami i musimy jakoś zdobywać pieniądze. Nie pochłania ona jednak całości naszego czasu, umożliwia zachowywanie upragnionego work-life balance, a nawet jakoś wiąże się z naszymi ogólnymi zainteresowaniami, co czyni ją dodatkowo bardziej znośną albo i wręcz miłą. Nasze życie niekoniecznie jest usłane wyłącznie różami, miewamy na przykład przejściowe problemy mieszkaniowe, a jako przedstawiciele i przedstawicielki prekariatu nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie o to, co będzie się z nami działo za dziesięć lat. Podstawowa równowaga jest jednak zachowana, przynajmniej w takim stopniu, że budząc się rano nie musimy przeklinać rozpoczynającego się dnia, który w swojej monotonii nie będzie niczym się różnił od poprzedniego i następnego.

Praca, pieniądze, mieszkanie – jeżeli chwilę się nad tym zastanowić, to nietrudno zauważyć, że do zaistnienia wszystkich wymienionych przyzwyczajeń potrzebne jest pewne wymierne podłoże materialne. Żeby móc w spokoju uczestniczyć w kulturalnych i społecznych inicjatywach, trzeba mieć po prostu zapewnione niezbędne bytowe bezpieczeństwo i możliwość choćby względnej kontroli nad własnym życiem. Praca musi trwać odpowiednio krótko, a finanse starczać na więcej niż kupno żywności, opłacenie czynszu, rachunków i karty miejskiej. Aktywność zawodowa nie może wysysać wszystkich fizycznych i umysłowych sił, nie jest też wskazane, żeby odbywała się w warunkach upokarzającego podporządkowania, które odbiera ochotę na inne sposoby relaksowania się niż wieczorne znieczulanie za pomocą piwa. Słusznie potępiana za uderzanie w prawa pracownicze oraz infekowanie pracujących niepewnością i lękiem, „elastyczność” czasami okazuje się rozwiązaniem wygodnym i ułatwiającym wiele spraw. Termin ten będzie bowiem znaczył zupełnie coś innego dla zatrudnionego na śmieciówce przez agencję pracy tymczasowej magazyniera, który w każdej chwili może stracić swoje jedyne, mizerne źródło utrzymania, a co innego dla mogącego swobodnie planować swój czas grafika. Tylko druga z tych osób będzie miała możliwość takiego ułożenia dnia, które połączy w sobie przyjemne z pożytecznym i pozostawi spory margines na samorozwój i aktywizm.

Nie należy także zapominać o niebagatelnym znaczeniu czynników środowiskowo-towarzyskich. Tak zwane „otwarty umysł” i „ciekawość świata” (skądinąd, o ile nie są udawane, to naprawdę cenne właściwości, których nie zamierzam deprecjonować, warto jednak zdawać sobie sprawę ze stojących za nimi uwarunkowań) często są wynoszone jeszcze z domów rodzinnych, w których od małego miało się szansę na kontakt z całym tym specyficznym sznytem osób kulturalnych i bywałych. Stabilna pozycja społeczno-ekonomiczna rodziców umożliwia kilka lat względnego spokoju podczas darmowych studiów wyższych. Podczas nich aspirujący do wrażliwej inteligencji młodzi ludzie poszerzają erudycję o kolejne poznane książki, pojęcia i nazwiska, zdobywając w ten sposób kolejne atuty w grze o kulturowy prestiż. Wyniesione w trakcie studiów znajomości znacznie ułatwiają dalsze radzenie sobie na rynku pracy dla kreatywnych i twórczych. Wszystko to razem tworzy kolejne z nieskończonych konfiguracji inteligenckich sieci, o których na łamach „Nowego Obywatela” w zeszłym roku bardzo interesująco opowiadał prof. Tomasz Zarycki. Możemy znajdować się na ich bliższych lub dalszych orbitach, mniej lub bardziej oddalonych od dzierżącego hegemonię „rdzenia”, z którym miewamy styczność np. podczas odwiedzanych przez nas paneli dyskusyjnych. Poruszanie się po nich nie zawsze jest łatwe, ale i tak zapewniają one swoim uczestnikom wiele przyjemnych i pożytecznych możliwości. Często niedostrzegalna dla znajdujących się wewnątrz tej struktury osób bariera wejścia staje się coraz wyższa i trudniejsza do pokonania dla innych, którzy tym samym zostają odcięci od wielu rzeczy i spraw, często nie bez powodu uznawanych za godne, dobre i mądre.

Wrażliwa i subtelna inteligencja nie jest w wielkim mieście sama – za swoich jedynych towarzyszy nie ma też tylko wymienionych na początku tekstu oligarchicznych elit. Gdy jej przedstawicielki i przedstawiciele kierują się do któregoś z ulubionych małych kin albo klubokawiarni, mijają wiele miejsc, w których mnóstwo ludzi spędza całe dnie na pracy. Pracy, która raczej nie pozwala na rozwijanie skrzydeł fantazji i nie zapewnia poczucia satysfakcji czy dumy z własnych osiągnięć albo pozytywnego wkładu w rzeczywistość. Dużo częściej polega za to na wykonywaniu powtarzalnych i nudnych czynności, które wymagają sporego wysiłku i to nie tylko stricte fizycznego. Wytrzymanie dziesięciu godzin w sklepie położonym w odizolowanej od zewnętrznego światła i powietrza galerii handlowej, z nieustająco sączącym się z głośników „muzakiem” oraz nieprzebranym morzem przechadzających się we wszystkie strony klientek i klientów, na których potrzeby i kaprysy trzeba odpowiadać z całą wyuczoną, lukrowaną uprzejmością – również jest bardzo trudnym zadaniem, o czym zresztą miałem okazję przekonać się kiedyś osobiście. Można przytoczyć bardzo wiele przykładów miejsc pracy, które w powszechnym odbiorze nie są wysoko wartościowane, a dla zajmujących je osób czasami stanowią nawet pewien powód do wstydu, zwłaszcza, w zdarzających się niekiedy konfrontacjach z ludźmi zajmującymi się rzeczami ocenianymi jako lepsze czy napawające dumą. Wszystkie te miejsca pracy są jednak niezbędne po to, by nieprzerwanie utrzymywać w ruchu sprawną machinę nowoczesnego i światowego stylu życia, a wakaty szybko doprowadziłyby do zakłóceń poważnych i odczuwalnych dla osób uprzywilejowanych.

Kultura jest jednym z tych obszarów, w których podziały klasowe odznaczają się bardzo wyraźnym i dotkliwym piętnem. Napisano o tym już niezwykle dużo, chciałbym jednak zobrazować to pewnym wymyślonym i być może zupełnie niedoskonałym przykładem. Wyobraźmy sobie kończącego/ą zmianę o godzinie dwudziestej drugiej pracownika czy pracownicę Żabki, który/a wychodząc zmęczony/a ze sklepu po całym dniu stania za ladą, rozkładania towarów na półkach i skanowania kodów kreskowych, mija opuszczającą właśnie budynek kina grupkę osób pogrążonych w dyskusji. Wszystkie uczone teorie socjologiczne o dystynkcji klasowej i przemocy symbolicznej materializują się i nabierają nieznośnie – czasami wręcz boleśnie – konkretnych kształtów. Pomiędzy pracownikiem/pracownicą a rozprawiającym o właśnie obejrzanym filmie (a może o jakiejś książce albo nowym miejskim happeningu?) ludźmi przebiega niewidoczna, lecz niemal namacalna linia demarkacyjna. Nikt raczej nie wypowie tego na głos, ale wszyscy dobrze wiedzą, kto stoi po przegranej a kto po wygranej stronie takiego układu; kto znajduje się w jakiejś swoistej glorii, a kto skrywa się w poświacie bezsensu, wyczerpania, poczucia marnowania czasu i uwiądu sił witalnych. Możemy z tym gorączkowo polemizować, powołując się na nasze prospołeczne i egalitarne przekonania, potępiać klasizm i deklarować otwarcie na wszystkich ludzi bez względu na to, gdzie pracują i w jaki sposób spędzają czas. To wszystko naprawdę może być całkowicie szczere i wypływać ze szlachetnych pobudek, rzeczywistość społeczna jest jednak bezlitosna i drwi sobie z idealistycznych uniesień, niszcząc je swoimi surowymi wyrokami. Klasowość wisi w powietrzu, przenika nas i nasze codzienne zachowania, w znacznym stopniu determinuje formy przestrzeni, wygląd, ubiór czy nawet dosyć banalne nawyki. Nieustannie dzieli ludzi i uniemożliwia przejście do świata opartego na wspólnym, powszechnym korzystaniu z dóbr kultury i obywatelskim aktywizmie. Nie ma od niej ucieczki, a przynajmniej tak długo, dopóki nie zdecydujemy się na pewne konkretne i wymierne działania, które zmienią wytwarzające ją warunki.

Dość często występujące przekonanie o tym, że istnieją dwie przeciwstawne sobie kategorie ludzi światłych i ciemnych („ci, którym się chce i pchają świat do przodu” vs „ci, którzy się tylko przyglądają”, „Polska Agnieszki Chylińskiej” vs „Polska Zenka Martyniuka”) jest nie tylko niesłychanie aroganckie, ale również zwyczajnie naiwne. Nasze gusta, upodobania i przyzwyczajenia nie są żadnymi naturalnymi cechami, które w wyniku zrządzenia jakiejś tajemniczej siły czynią nas lepszymi albo gorszymi. Stanowią wypadkową bardzo wielu jak najbardziej namacalnych uwarunkowań. Trudno rozwijać w sobie wrażliwość, umiłowanie piękna i zapał do zmieniania świata, jeżeli najzwyczajniej w świecie nie ma się na to czasu, siły ani środków. Nawet jeżeli na chwilę pominąć znaczenie naszkicowanych wcześniej barier symbolicznych, ludziom pochłoniętym ciężką i długą pracą najemną zazwyczaj nie uda się znaleźć momentu odpowiedniego na czynności właściwe dla tych, którzy/e nie muszą dźwigać takiego ciężaru. Materialny wymiar życia zawsze wskaże inne i bardziej palące obowiązki, niezbędne dla podtrzymywania codziennej ciągłości, a oddawanie się „uwznioślającym” zajęciom pozostaje luksusem, na który ciągle brakuje odpowiedniej chwili.

W Warszawie często zwracam uwagę na widniejące na drzwiach sklepów i dyskontów godziny ich otwarcia. To, w jakim stopniu skrócony jest czas pracy w weekendy, zakrawa na jawną kpinę z pracownic i pracowników. Zamiast rozpoczynania dnia o godzinie szóstej albo siódmej i kończenia o dwudziestej drugiej, tak jak dzieje się to od poniedziałku do piątku, personel Carrefourów Express, Żabek czy Freshów w niedziele zyskuje niebywały przywilej przyjścia na ósmą albo dziewiątą i pozostania do dwudziestej albo dwudziestej pierwszej. Czy ktoś może mieć jakiekolwiek wątpliwości, że ta jedna godzina więcej wystarczy na cokolwiek innego niż jeszcze moment snu – a nikt przecież nie lubi zrywać się z łóżka z samego rana – i zjedzone pośpiesznie w biegu śniadanie, a wieczorem nieco szybszy powrót do domu, gdzie jedyną rzeczą na jaką ma się ochotę jest położenie się do łóżka? Tak, praca w takich miejscach najczęściej odbywa się w systemie zmianowym – od rana do popołudnia albo od popołudnia do wieczora. Nadal jednak jest to niewielka pociecha i niewielki zysk w postaci raptem kilku odzyskanych dla siebie godzin, podczas których nierzadko i tak trzeba zająć się na przykład obowiązkami domowymi. W tym samym czasie wiele osób może w spokoju udawać się na spotkania autorskie, wernisaże i spacery albo po prostu siedzieć w parku z książką. Żadne „wzniosłe” myśli, idee czy pomysły raczej nie narodzą się w sytuacji ustawicznego obciążenia organizmu powtarzalnym i hipnotyzującym wysiłkiem. Do rozwijania twórczych aspektów ludzkiej natury potrzeba pewnej zagwarantowanej sfery nieskrępowanej ekonomicznym przymusem wolności, która dla mas ludzi nie jest osiągalna w systemie nastawionym na eksploatację i korzystanie z czyjejś nisko opłacanej pracy.

Część czytelniczek i czytelników może zarzucić mi zbyt ironiczne opisanie stylu życia grupy nazwanej przeze mnie na początku wrażliwą i subtelną inteligencją. Niektóre z tez mogą zostać uznane za niesłuszny i podyktowany jakimiś dziwnymi powodami atak. Warto zatem w tym miejscu podkreślić, że nie takie są moje intencje, a „kulturalne” spędzanie czasu uznaję za coś wartościowego i cennego. Rzecz tylko i aż w tym, żeby zdjąć z nich odium klasowego przywileju i uczynić czymś osiągalnym dla każdej i każdego – pierwszym krokiem w tym kierunku może być zaś zdanie sobie sprawy – jeżeli czujemy, że sami/e zaliczamy się do opisanej grupy – z własnej pozycji i zastanowienie się nad tym, co możemy zrobić żeby również inne osoby mogły korzystać z tego z czego my już korzystamy. Pamiętajmy o przesłaniu Ludwika Krzywickiego, który w wydanej po raz pierwszy w 1908 roku broszurze „Takimi będą drogi wasze” w następujących słowach uświadamiał ówczesną socjalistyczną młodzież o klasowej naturze kulturowych podziałów i wzywał ją do traktowanej jako etyczny obowiązek solidarności z tymi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia: Pacholę szczęśliwe, któreś w życiu swoim nie zaznało męczarni głodu ani nie pożerało w oknach kramiku zgniłych łakoci okiem pożądliwym, mroźnej nocy nie drżałoś z zimna otulone w łachmany, nie skowyczałoś z bólu w kącie brudnej izdebki, skatowane przez pijaka-ojca! Uczęszczasz do szkoły i nauczyciel ani razu nie rzucił ci w twarz obelgi, iż cuchniesz od brudu, nie wchłaniasz w siebie miazmatów zbrodni, zatruwających lata młodociane tych, co nie z ojców na świat przyszli, jeno z pyłu przydrożnego, siostra twoja nie będzie o zmroku tułała się po zaułkach i za pieniądze nie obnaży wdzięków swoich przed nieznanym przechodniem. Odrosłoś zaledwie od ziemi, a już odsłonił się przed tobą uroczy świat Ideału: książka opowiada ci o męczennikach myśli, których hartu nie złamały płomienie stosów, o wytrwałych pionierach dróg nowych, co w lodach dalekiej północy szukają uspokojenia lub niosą żar swój w gorące strefy południa. Po główce twojej snują się rojenia o imieniu i o sławie, o zagrzewaniu serc ludzkich i budzeniu umysłów […] Oto masz czym głód swój uśmierzyć, zarówno głód ciała, jak ducha. Rówieśnicy twoi liczni łakną zaś kawałka chleba powszedniego, a duch ich nawet nie ocknął się z bezwładności sennej niemowlęcia. Marzysz o czynach wielkich, o tym, jak z towarzyszami rojeń swoich opaszesz wspólnymi ramiony ziemskie kolisko. A tłumy pacholąt istnieją na świecie, które zaledwie coś dosłyszały, iż książka istnieje […] Wiedz, że podwoje świątyń sztuki i nauki dlatego stoją przed tobą otwarte, a świat Ideału odsłonił swoje powaby, ponieważ inni ciemnotą swoją i nędzą okupili dostatek domu twojego, żmudnym zaś i ciężkim wysiłkiem opłacają poloty twego ducha.

Zachowując odpowiednie proporcje – na całe szczęście bieda w roku 2017 wygląda inaczej niż w 1908 – przekaz ten jest nadal aktualny i w dalszym ciągu może stanowić pewne moralne i ideowe wytyczne dla lewicy zorientowanej na obalanie klasowych barier. Jak do tego dążyć? Pierwszymi nasuwającymi się na myśl ruchami polityczno-prawnymi są takie posunięcia jak skrócenie czasu pracy, zapewnienie każdej obywatelce i każdemu obywatelowi wyzwalającego od ekonomicznego zniewolenia bezwarunkowego dochodu podstawowego czy – w bliższej perspektywie – znaczące ograniczenie albo całkowite zakazanie pracy w niektórych sektorach w niedziele, które powinny na nowo stać się zagwarantowanym jako powszechne prawo czasem wolnym. Prawdopodobnie w jakimś stopniu będzie to wymagało zrezygnowania przez osoby lepiej sytuowane  z części swoich wygód, takich jak robienie zakupów o dowolnej porze. Jest to jednak niewielka cena, jeżeli poważnie myślimy o zaprojektowaniu lepszego i sprawiedliwszego społeczeństwa. Kolejnym istotnym wyzwaniem, o którym nie wolno zapomnieć, jest wzięcie przez państwo większej odpowiedzialności za umożliwienie wszystkim dostępu do dobrej i zróżnicowanej oferty kulturalnej. Nie mam wystarczających kompetencji, aby sformułować tutaj szczegółowe rozwiązania. Jestem jednak pewien, że organy publiczne mogą mieć tutaj duże pole do popisu, a dotowanie zegalitaryzowanej kultury na wysokim poziomie powinno stać się jednym z priorytetów wszystkich nastawionych prospołecznie władz, tak aby jedyną szeroko osiągalną ofertą nie pozostawała jedynie skomercjalizowana papka dosyć miernej jakości. Z racji osobistych doświadczeń, scenerią dla mojego tekstu było wielkie miasto – niezmiernie ważne jest jednak to, żeby taka infrastruktura jak kina, biblioteki, galerie czy miejsca otwarte na różnego rodzaju aktywność społeczną znajdowały się także w mniejszych miejscowościach. Nie możemy dłużej milcząco akceptować geograficznego wykluczenia, które pozbawia mieszkańców i mieszkanki obszarów poza dużymi ośrodkami możliwości uczestnictwa w kulturze. Inicjatywa leży także w rękach grupy, która obecnie zachowuje w tej materii swego rodzaju monopol – od organizatorek i organizatorów różnych inicjatyw może zależeć to, czy ich propozycje będą przedstawiane w inkluzywny sposób czy nie. Występując z pomysłem jakiegoś wydarzenia artystycznego, debaty albo integrującej lokalną społeczność imprezy sąsiedzkiej, zastanawiajmy się, co można zrobić, żeby dotrzeć z nim do ludzi, którzy do tej pory nie stanowili naszego domyślnego targetu, jakie kanały i środki komunikacji mogą się tu okazać najbardziej skuteczne. Za każdym razem, kiedy w takim wydarzeniu weźmie udział ktoś, kogo wcześniej się tam nie spodziewaliśmy, będzie to sukces, który zbliży nas do założonego celu. Obecny stan rzeczy bowiem jest nie do pogodzenia z lewicowym ideałem równości, szczęścia i samorozwoju dla wszystkich i warto podejmować starania, żeby to zmienić.

Szymon Majewski

Nowy Nowy Wspaniały Świat

Nowy Nowy Wspaniały Świat

Dawno, dawno temu za siedmioma rzekami żył sobie siwobrody mędrzec, który odkrył kamień filozoficzny umożliwiający transmutację, czyli przemianę jednej substancji w inną, przeistaczanie świata wedle swej woli, ba – nawet uszlachetnienie ludzkiej duszy. Tym kamieniem filozoficznym była Praca, a mędrzec nazywał się Karol Marks.

Trudno przecenić rolę pracy w teorii marksistowskiej. W aspekcie ściśle ekonomicznym to praca tworzy wartość dodatkową, co pozwala uzasadnić zbędność kapitalisty w procesie produkcji. W aspekcie społecznym praca – stanowiąca zasadniczą formę kontaktu człowieka z otaczającą go rzeczywistością – umożliwia przekształcanie tejże rzeczywistości, ale jest też źródłem – inspiracją – wszelkich pomysłów i idei. W aspekcie antropologicznym praca odegrała zasadniczą rolę w uczłowieczeniu małpy – wyrabiając inteligencję, wymuszając społeczne współdziałanie, tworząc materialne zręby cywilizacji. Dlatego celem marksistów było WYZWOLENIE PRACY poprzez przezwyciężenie jej alienacji. Owszem, zięć Marksa, dziennikarz Paul Lafargue, popełnił był pamflet „Prawo do lenistwa”, pozostawał jednak w swych poglądach osamotniony wśród produktywistycznie zorientowanych marksistów. W większym stopniu konstruktywistycznego ducha marksizmu oddawał Stanisław Brzozowski, który pracy nadawał mistyczną wręcz wartość, uznając ją za manifestację istoty człowieczeństwa, za specyficznie ludzką zdolność tworzenia, celowego przekształcania rzeczywistości.

Marx is dead. Jego idee też. Porzucają je nawet jego spadkobiercy, a ściślej mówiąc: bękarty Fouriera podające się za potomków Marksa. Postlewica, zaaferowana swymi kulturowymi obsesjami1, zapoznała nie tylko materialistyczną zasadę prymatu bazy nad nadbudową (teza, że „byt kształtuje świadomość” to wszak esencja marksizmu!), ale też wartość pracy. Na flagach postlewicy wypisane zostało nowe hasło: WYZWOLENIE OD PRACY. Już nie „Pracy i chleba” domagają się współcześni lewacy – ale „Chleba i igrzysk”.

Jak do tego doszło, że (post)lewica zaprzecza samej sobie? W myśl marksistowskiej teorii, o wszystkim decydują stosunki klasowe. Dawna lewica swój przekaz adresowała do ludzi pracy, do robotników. Wychowywałem się w robotniczym środowisku i wciąż – mimo całego tornada transformacji – w zasadzie w takim żyję. Mój sąsiad z lewej to górnik, z prawej – szofer komunikacji miejskiej. Tu praca nigdy nie była dopustem bożym ale powodem do dumy, sposobem spędzania czasu, hobby nawet. Nieroby i niedołęgi byli w pogardzie, szacunkiem cieszył się ten, co znał się na robocie, co potrafił pracować ciężko i fachowo. Po powrocie z zakładu ludzie często zajmowali się majsterkowaniem, pracami przydomowymi, uprawą ogródka. Oczywiście nie byli robotami – spotykali się z kumplami w knajpach i krewniakami na imieninach, chodzili na zabawy i jeździli na wczasy, pili alkohol w ilościach zabójczych dla współczesnego hipstera. W mordę też potrafili dać. Normalni ludzie. Prawdziwi ludzie2.

Dezindustrializacja sprawiła jednak, że przemysł został wypchnięty przez usługi, w których dominują elastyczne formy zatrudnienia. Klasa robotnicza, zdziesiątkowana i zepchnięta do głębokiej defensywy, nie jest już obiektem zainteresowania nowej lewicy. Nawet jeśli postlewica od święta zadeklamuje mantrę o „prawach pracowniczych” wepchniętych gdzieś między prawa mniejszości a prawa zwierząt, to jej bohaterem stał się „prekariusz”, którym może być zarówno sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy3. Transformacja ekonomiczna znalazła swe odzwierciedlenie w psychologii społecznej. Nowa baza nowej lewicy to zblazowani hipsterzy i zdemoralizowani lumpenproletariusze – przebodźcowane, powierzchowne, egocentryczne, histeryczne dzieci cywilizacji high tech, niestabilne tyleż społecznie, co emocjonalnie, ogarnięte manią zabawy i rozrywki, traktujące pracę jako w najlepszym razie zło konieczne. Oni nie chcą wyzwolenia pracy, bo nie potrafią sobie wyobrazić takiej, która by ich wciągała. W końcu każda praca zajmuje czas, który można poświęcić na rozrywkę czy lenistwo!

Na usługi nowej bazy stają postlewicowi ideologowie przeczesujący internet w poszukiwaniu mód i nowinek. Jest, mam – robotyzacja! To najnowszy trend. Oto aktualna jedynie słuszna droga do utopii. Nie trzeba robić żadnej rewolucji, która – nie bójmy się tego powiedzieć – oznacza niewygody i ryzyko, która tak naprawdę wcale nie jest przyjemna! Przemiana nastąpi sama z siebie. No i nareszcie: nie trzeba będzie pracować! Wszystko za nas zrobią roboty. A z czego będziemy żyć? To proste: BDP, czyli Bezwarunkowy Dochód Podstawowy.

Powiem wprost: dla mnie, wychowanego na aktywistycznym, heroicznym micie ujarzmiania przyrody,

Maszyniście
zakutemu w żelazo,
górnikowi rwącemu pokłady rud
kadzisz,
kadzisz w niemej ekstazie,
wysławiasz ludzki trud.

to wybitnie żałosny ideał. Ideał trutnia. Ideał absolutnie burżuazyjny – o ile dotąd pasożytniczy charakter miała burżuazja, to teraz postlewica woła o pasożytnictwo dla każdego. Znam osoby, rodziny, niemalże całe osiedla od lat żyjące z różnego rodzaju zasiłków. Czy nastąpił w tym środowisku rozkwit nieskrępowanej twórczości artystycznej, eksplozja aktywności społecznej? Zdziwicie się – NIE. To sfrustrowani, znerwicowani, zakompleksieni konsumenci seriali telewizyjnych i tanich używek, wyalienowani z tkanki społecznej kokonem swojej kanapy, w najlepszym razie bywalcy dyskotek i meczów4.

Ale zgoda, to rzecz gustu, jeden woli Majakowskiego, inny Kapelę. Są ludzie, którym taki styl życia („cywilizacja bonobo”)5 może odpowiadać. Jednak za fasadą tego gnuśno-konsumpcyjnego „szczęścia”, w cieniu Podstawowego Dochodu Gwarantowanego przez roboty, czai się niebezpieczeństwo.

Zacznijmy od najgorszego scenariusza. Robotyzacja oznacza, że ludzka siła robocza staje się ZBĘDNA. A więc zgodnie z kapitalistyczną logiką stanowi obciążenie dla gospodarki i społeczeństwa. Co robi się z takim balastem? Pozbywa się go, redukuje jak nie przymierzając pogłowie koni pociągowych. Jednym słowem: eksterminacja. Oczywiście nie zamierzam tu straszyć anachronicznymi wizjami rodem z XX w.: komory gazowe, krematoria, obozy zagłady itp. Czułe sumienia współczesnej upper i upper middle class wzdragałyby się przed tak drastycznymi formami „ostatecznego rozwiązania kwestii proleckiej”. Ale doskonale można sobie wyobrazić wykorzystanie socjotechniki skłaniającej do „dobrowolnej” autodestrukcji, starannie opracowanego zestawu bodźców ekonomicznych i manipulacji psychologicznych: ograniczanie przyrostu naturalnego, upowszechnianie środków psychotropowych, umożliwianie eutanazji przy równoczesnym ograniczaniu dostępu do świadczeń socjalnych, zwłaszcza zaopatrzenia emerytalnego i opieki zdrowotnej. Jesteś niepotrzebny, więc przysłuż się społeczeństwu – zabij się sam! Czy tylko ja mam wrażenie, że te środki już są, na razie drobnymi kroczkami, wdrażane przez establishment?

Niewiele wspólnego z tradycyjnymi ideałami lewicy ma jednak też scenariusz „optymistyczny”, czyli ten, w którym robotyzacja zapewni obfitość dóbr gwarantującą każdemu Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nawet entuzjaści tego rozwiązania przyznają, że praca w nowym społeczeństwie pozostanie jako przywilej dla nielicznych. W praktyce oznacza to, że pracujący będą otrzymywali płace znacząco wyższe od BDP, bonus motywujący ich do wysiłku. Oczywiście znajdą się hobbyści, którzy zadowalając się dochodem podstawowym będą wytwory swojej pracy udostępniali za darmo, ale sektor prywatny będzie robił wszystko, by jego produkty były bardziej atrakcyjne niż te darmowe. Nie ma podstaw sądzić, by te wysiłki nie były skuteczne – wszak Linux nie doprowadził Microsoftu do bankructwa. W rezultacie ukształtuje się system kastowy o charakterze piramidy. Jej wierzchołek stanowić będzie nieliczna grupa właścicieli środków produkcji, dysponentów globalnych bogactw; środkowe piętro zajmą dobrze opłacani profesjonaliści; podstawa to wegetujący na socjalu proleci. Nowy Wspaniały Świat.

Co istotne: o ile dawny proletariat stanowił fundament społeczeństwa przemysłowego, które bez jego pracy nie byłoby w stanie istnieć, to bezproduktywni beneficjenci BDP będą żyli wyłącznie z łaski klas wyższych, bo z punktu widzenia ekonomii nie będą do niczego potrzebni. A to oznacza, że niemożliwą okaże się jakakolwiek rewolucja, bo proleci będą skazani na wieczną zależność od profesjonalistów obsługujących gospodarkę.

Robotyzacja będzie miała – zwłaszcza w swej początkowej fazie – jeszcze jeden skutek w wymiarze globalnym. Dynamiczny rozwój, jaki odnotowały w ostatnim ćwierćwieczu przynajmniej niektóre kraje Azji i Afryki, zawdzięczają one możliwości konkurowania z Zachodem niższymi kosztami siły roboczej. Gdy praca robotów będzie tańsza niż praca robotnika z Kambodży, to okienko rozwoju zamknie się dla Trzeciego Świata. A zarazem krajów tych (może poza Chinami) nie będzie stać na robotyzację. Te koszty też należałoby wkalkulować w naszą technologiczną utopię. Uwaga na marginesie: polska „lewica” obnosi się ze swym „internacjonalizmem”, ten jednak sprowadza się do zapatrzenia w Zachód i marzenia „żeby u nas było tak jak w Europie”. Ale „cały świat” to nie Europa, to nie Zachód – to także (a nawet przede wszystkim) Trzeci Świat6.

Żeby nie przedłużać: wiara w mesjańską misję robotów jest kolejnym wcieleniem naiwnej technoutopii. Saint-Simon w XIX w. wierzył, że ludzkość wyzwolą mechanizacja i industrializm. W nie tak odległych latach 90. rozpowszechnione było przekonanie o rewolucyjnej roli internetu, który miał jakoby wprowadzić nas w postkapitalistyczne „społeczeństwo informacyjne”. I co?

dr hab. Jarosław Tomasiewicz


  1. Z analizy czołowego polskiego portalu postlewicowego wynika, że bardzo zaawansowane są przygotowania do przeprowadzenia rewolucji w Westeros.
  2. Czas przeszły nie jest tu precyzyjny: ci ludzie wciąż żyją i na ogół pozostali sobą. Czas przeszły jednak ma podkreślać, że odeszła formacja społeczna, której nadawali ton.
  3. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od dygresji: moda na odnajdywanie „proletariackości” przyjmuje niekiedy formy dość komiczne. Oto odkryłem w internecie „pracowników poezji” (a przynajmniej jedną). Marksista zapytałby: a jakąż to wartość dodatkową wytwarzają poeci i kto ich z niej wywłaszcza?
  4. Opiszę wam walkę klas, jakiej byłem kiedyś świadkiem. Otóż familoki w mojej dzielnicy zasiedla dziś lumpenproletariat, utrzymujący się ze złomiarstwa i zbierania węgla na hałdzie. Pod jednym z familoków trwały roboty drogowe, robotnicy kopali rowy. Jeden z „wykluczonych” zaczął ot tak, z nudów, wyzywać drogowców z okna. Ci nie pozostali mu dłużni i tak od słowa do słowa zaczęła się awantura. „Wykluczeni” skrzyknęli się i w ciągu kwadransa była akcja 10 na 2. Drogowcy wycofali się zostawiając łopaty… Sięgnijmy po Marksa: „Lumpenproletariat, ten bierny wytwór gnicia najniższych warstw starego społeczeństwa […] wskutek całej swej sytuacji życiowej jest raczej skłonny do sprzedawania się jako narzędzie reakcyjnych knowań”.
  5. Notabene bonobo, jak wykazują nowsze badania, wcale nie są pokojowo nastawione.
  6. Np. dawna lewica krytykowała „drenaż mózgów” i rąk dokonywany przez Zachód z krajów postkolonialnych – postlewica stała się czołowym entuzjastą tego procederu.