Na kogo głos?

Na kogo głos?

Dziś wszyscy gadają o Unii, o jej przyszłości, dorzucając swoje naiwne banialuki, bo takie są prawa tego czasu. Czasu baśni z mchu i paproci. Większość z tego, o czym słyszymy, to mrzonki, bo Unia to zwykły drętwy biurokratyczny moloch, której reforma wymaga czegoś więcej niż tylko czczych deklaracji kandydatów do diet. Potrzebuje rewolucyjnych porywów i zdolnych do ryzyka buntowników z wyboru. Na wzór żółtych kamizelek. Nie pań i panów w uniformach, znamionujących sznyt rodem z high class, albo kandydatów gotowych się dać konformistycznie przerobić na wszystko. Chyba że pod taką etykietą schowany jest początek nowej rewolucji, koń trojański rebelianta, wiedza o tym, co trzeba, by móc ruszyć bryłę z posad świata. I karne trzymanie się busoli swoich słusznych celów i zasad.

Unia dziś jest bardziej niż kiedykolwiek oddalona od tego, co ją u zarania ukonstytuowało. A były to idea wspólnotowości i solidaryzmu społecznego. Wszyscy mieliśmy, według tych samych reguł, korzystać z owoców jej cywilizacyjnego postępu, w tworzeniu którego przecież mamy udział, każdy na miarę własnych kompetencji. Sam kapitał bez pracy jest jałowy, jest niczym i nie tworzy żadnej wartości. Ale to kapitał, poprzez swoich politycznych zarządców, wysyła siły porządkowe na ulice do tłumienia gniewu ludzi pracy. Unia to koterie nienaruszalnych wpływów politycznego establishmentu i biznesu, niezwykle mocno osadzonych na strukturalnym i formalnym jej kośćcu. To żadna nowość w liberalnych satrapiach, ale nie w demokracji. Ta jawi się tutaj okazjonalnie i tylko jako użyteczna wydmuszka i pusty slogan wyborczy. Deputowani udają, że poważnie traktują swoje codzienne zajęcia, podczas gdy w gruncie rzeczy poświęcają czas na tworzenie kwestii ustalonych gdzie indziej. Ich rola sprowadza się do legitymizowania kuluarowych prowizoriów w legislacyjnym kształcie i nadawania mu trybu implementacji.

Coraz bardziej drażni arogancja decydentów unijnych, którzy myślą, że obywatele nie zdają sobie sprawy, że założenia polityk wychodzą nie z forum parlamentu, a najważniejsze konsensusy nie są ucierane na salach plenarnych, lecz w dyskretnych i kameralnych lożach miłośników najdroższych cygar. Paryż i Berlin okazały się w tym stuleciu warte mszy, za cenę demokracji. Piotr Ikonowicz przypomina, że co dwa lata podczas spotkań w ramach Transatlantic Business Dialogue kapitanowie największych korporacji po obu stronach Atlantyku ustalają shopping list celów handlowych na kontynencie. 80% omawianych tam transakcji zostaje przeformułowanych na dyrektywy unijne. To są prawdziwe kuluary globalnej polityki.

Solidarność to ładne słowo w marketingu politycznym unijnych kampanii. Realna rzeczywistość to Nord Stream 2, pobłażanie Amazonowi, Google’owi czy Uberowi, które pomimo osiągania gigantycznych zysków na europejskim rynku nie płacą eurocenta podatku. Pytanie, dlaczego unijni dyplomaci nie dość skutecznie komunikują prawdę o tym, komu Unia służy, tylko bezczelnie ładują się w kolejnych zaciągach do Europarlamentu? Nie wystarczy ograniczać się do grzecznego utyskiwania slangiem kulturalnego inteligenta na wady i obłudną podwójną grę Unii. Ale wystarczy to w kontekście chłodnej matematycznej kalkulacji zysku. Dziwię się, niejako przy okazji, zbędnej ogładzie i certoleniu się, gdy nazywa się Macrona prezydentem. Demokratyczny, moralny mandat stracił już dawno. Dziś jest bardziej prezydentem establishmentu i nowego korporacyjnego światowego ładu niż Francuzów. Państwowy urząd kompromituje kolejnymi zbrojnymi akcjami rozprawiania się z żółtymi kamizelkami i gdy makiawelicznie deprecjonuje ich głupim pomawianiem o grabież mienia, jak w ostatnich tygodniach.

Przykłady działania Unii zdają się wystarczająco tłumaczyć głosy sceptycyzmu i zrozumiałego dystansu wobec obecnego projektu pogłębiania jej integracji. Ten sceptycyzm to także zasługa polskich delegacji zabiegających o utrącenie naszego kraju w unijnym budżecie. Motywy tych peregrynacji są absolutnie egoistyczne, społecznie nieuzasadnione, a nawet rozbieżne z powszechnym odczuciem, w kontekście dotykającego polskich obywateli wykluczenia prawnego. Jest mi osobiście bardzo nieprzyjemnie, gdy mój kraj jest kreowany na czarną owcę Europy, wobec którego trzeba użyć całego zestawu technik specjalnych i korekcyjnych działań, tylko po to, by pokazać, kto tu rządzi. Jak z żółtymi kamizelkami. Na obecnym etapie robi to wrażenie pomiędzy tolerowaniem innego na granicy obrzydzenia a groźbą wysłania go do poprawczaka.

Dziś krytyka wspólnoty jest szansą dla niej jak nigdy, szczególnie gdy widzimy, że Unia przechyla się ostro na kurs liberalny, sprzyjający kapitalistycznym monopolom i korporacjom. Przyszłość i dalsze jej trwanie będą zależały od jej zdolności do reform. To jest od jakości nowego desantu deputowanych obecnej kadencji, chcących czegoś więcej, niż tylko poklepywania się po plecach. Jeśli nie przyjmie reform, okaże się tworem kompletnie fasadowym, niezdolnym do samonaprawy, za to zdolnym co najwyżej dryfować przez jakiś czas, by wbrew faktom uzasadniać swoje istnienie. Dla obywateli będzie to tylko monstrum na glinianych nogach, trwające do ostatniego exitu. Teraz wystarczy pudrowanie polityką odwracania uwagi od centralnego kryzysu i didaskalia. Całe to gadanie kandydatów i narodowych rządów o ekologii i innych kwestiach wydaje się być z takiej perspektywy wyłącznie dziecinną paplaniną.

Zwykły obywatel nie ma w Unii nic do załatwienia i to jest jedno z jej paskudnych oszustw opakowanych w etykietę demokracji.

Obywatel co najwyżej może liczyć na dobrą radę za pośrednictwem jednego z banków, w stylu: jak cię nie stać na kawę na mieście, to zaparz ją sobie w domu. To zwyczajowo aroganckie stereotypizowanie ludzi i przerzucanie na nich odpowiedzialności za swój los, który jest rzekomo niczym więcej, niż prostą konsekwencją ich charakterów. To także socjotechniczny zabieg trzymania ich w ryzach winy i wstydu, jako zapory roszczeniowości i, nie daj Boże, uspołecznionego gniewu.

Mamy wybory. Uważajmy na kogo głosujemy. Sprawdźmy ludzi, a nie ich deklaracje. Gadanie nie kosztuje. Wybierając niewłaściwych zapłacimy cenę złej Unii. Egoistycznej, partykularyzmów, nierówności społecznych, biedy, wykluczonych i zmarginalizowanych, więcej niż jednej kategorii. Nie wierzę żadnemu politykowi, który obiecuje ludziom Unię proobywatelską i prospołeczną, a który nie ma na swoim koncie próby rozwiązania zawikłanych spraw tych, którzy żyją w państwie z kartonu. I angażując się na rzecz innych nie nabił sobie sińców, odbijając się od ściany do ściany urzędniczej obojętności na krzywdę polskiego biedaka. Nie wierzę żadnemu z tych jałowych gości, którzy trawią swój czas i nasze pieniądze na dyżurach w biurach poselskich. W oczekiwaniu na petentów wdzięcznych za gest kiwania głową, w gratisie dorzucając rozkładanie rąk. I niech za długo nie siedzą, i nie mają oczekiwań – bo takie mamy, proszę państwa, prawo, a prawo trzeba szanować.

Nasze wyborcze zaufanie wobec nich wymaga dowodu prawdy, a ten pochodzi wyłącznie z działania, ze stawania po stronie słabszych tutaj, w naszym państwie z kartonu. Urządzonego dla biednych, bo władza i zamożni mają swoje, pierwszej klasy, z własną infrastrukturą oświatową, zdrowotną i własną sprawiedliwością. W Polsce biedni swoich praw nie mają, bo z powodu wykluczenia prawnego nie mogą ich dochodzić. A to jest integralny warunek tej sławionej we frazesach wszelkiej podmiotowości. Dlatego można im nadal zabierać, dławić wszelkim przymusem, pogardzać i nawet używać pro bono do poprawy swego samopoczucia w sezonach na dobroczynność.

Na takich kandydatów do europejskich diet nie będę w wyborach głosować, bo wiem, że podobnie jak tutaj, tak później w Unii nic nie załatwią i nie zrobią rewolucji proobywatelskiej i prospołecznej. I żadnych obietnic wyborczych nie dotrzymają. Do tego trzeba świetnie zmobilizowanych i zorganizowanych, gotowych wozić się tam i z powrotem dla obrony więcej niż prywatnego ustroju. Takich obrońców obywatelskich interesów dziś potrzebujemy. Jak ci co niektórzy, dla jednych Ikonowicz, dla innych Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej, do wyborów, niestety, nie idąca.

Ela Wisz

Maski opadły

Maski opadły

Rząd nie pozostawił już żadnych złudzeń co do tego, że nauczyciele są potrzebni polskiej oświacie. Bez niej państwo też może się obejść. W państwie z kartonu wystarczy jej podobizna, papierowa makieta. Podobnie fikcyjna jak publiczna służba zdrowia czy równość wobec prawa.

Inny standard jest dla uprzywilejowanych zamożnych. Ale to są segmenty coraz mniej zależne od państwa, a bardziej od kapitału. W przypadku wielu polskich fortun został on ukradziony po 1989 roku przez kolejne rządy. Do niedawna w Polsce nie było magnatów finansowych. Dziś już 10% obywateli gromadzi 40% dochodu narodowego. Bez innowacyjności i inwestycji. Większość naszych możnych to politycy, ich rodziny i szemrani wspólnicy. Za pieniądze można kupić wszystko, a przy wsparciu rządowej propagandy demoralizacja i napuszczanie wygłodzonej watahy na innych nie wymagają wysiłku. Wystarczą srebrniki. Biednymi steruje się łatwiej niż sytymi. Społeczeństwo nie poprze strajku nauczycieli, bo składa się głównie z osób, które nie otrzymują za swoją pracę więcej niż 2 tys. złotych za 40 i więcej godzin tygodniowo. Tacy ludzie stanowią 75% zatrudnionych.

Semantycznie poprawniej jest powiedzieć o nich pracujący. Różnica między zatrudnionym a pracującym jest jakościowa i zasadnicza – jak między podmiotem a przedmiotem. Podmiot kształtuje stosunki z pracodawcą, ma prawa i wpływa na swój status pracownika. Przedmiot nie ma nic do gadania. Nie może się buntować. Jak mu się nie podoba, niech weźmie kredyt, zmieni pracę, niech się zwolni, wyjedzie za granicę, bo na jego miejsce czeka dziesięciu rodaków, Ukraińców, Hindusów, maszyn i robotów. Nawet za połowę stawki. Przedmiot jest tylko wymiennym i tymczasowym elementem procesu wytwarzania dóbr i usług. I pracuje tak długo, jak pozwoli właściciel. W Polsce ma harować jak wół. Ciężko, długo i za niewiele. Ale o tym nikt mu nie mówi. Za to zawsze usłyszy coś innego. Że jest sam sobie winien, gdy straci pracę, jaka by ona nie była. Dla kogoś, kto nie ma na życie, każda jest przecież dobra. Nawet za marne pieniądze. Praca nie hańbi, ale wykonujący ją człowiek zasługuje na pogardę. To pozycja dominującego i narzucającego posiadacza.

Państwo jest dla nauczycieli pracodawcą, notabene za naszą i z naszą kasą. Z tego punktu widzenia sposób obejścia się z nimi nie wychodzi poza neoliberalną klasykę. Inaczej jest z perspektywy demokratycznego, cywilizowanego ustroju, pochodzącego z wyborczego mandatu. Chodzi o ten mandat. Obliguje on do relacji opartych na szacunku, a nie na feudalnych wzorcach.

Strajk nauczycieli pokazał dobitnie, że społeczny wizerunek PiS jest pozorny, mylący i obliczony wyłącznie na potrzeby wyborcze. Z punktu widzenia tej zbalansowanej nierównowagi ekonomicznej w gospodarce neoliberalnej, skalkulowanej na korzyść silniejszej strony, czującej się twórcą i sponsorem obecnego porządku, edukacja winna służyć jej utrzymaniu. Ale nie jakościowa oświata! Tutaj znów można zrobić rozróżnienie – tym razem między oświeceniem człowieka a formowaniem go na potrzeby rynku. Pracodawca potrzebuje sformatowanego, karnego najemnika, a nie filozofa czy wolnomyśliciela. Wystarczy powierzchowne obycie i minimalistyczne wychowanie konformistyczne, bez cienia autonomicznego umysłu, bo w wolnym myśleniu zawsze jest ukryty pierwiastek rewizjonistyczny, zapędy reformatorskie, a nawet cała rewolucja, nie daj boże lewicowa.

Dzieci zamożnych rodziców i polityków chodzą do szkół prywatnych. Ubogim rodzicom wystarczą tanie niańki w szkole na czas, gdy dorośli wstawieni do kieratu będą napychać kieszenie swoich panów zyskami, łudząc się przy tym, że zaharowują się dla awansu swoich pociech. Bo chociaż wiedzą, że sami nigdy nie przekroczą granicy swojej klasy, to nie chcą wiedzieć, że w tym systemie, poza jednostkami, ich dzieci też tej granicy nie przekroczą. Aha, i jeszcze panie powinny w świetlicy lekcje z dziećmi odrobić i pobawić się z nimi. Bo w domu po robocie nie ma sił i czasu.

Ela Wisz