Lewica Smoleńskiem silna?

Lewica Smoleńskiem silna?

Gdzieś na kartach „Lalki” opisana jest scena, w której pannę Izabelę Łęcką odwiedza dwóch dandysów z arystokracji. Młodzieńcy chwalą się, że na przyjęciu jedli kaszę tatarczaną z wykwintnej zastawy. Są zachwyceni, że dane im było uczestniczyć w tak ekscentrycznym posiłku. Czyżby w modnych ostatnio dyskusjach o „lewicy smoleńskiej” pobrzmiewały podobne – co do natury rzeczy – snobizm i moda?

Dyskusja o „lewicy smoleńskiej” toczy się głównie w niewielkich kręgach ideowo-środowiskowych. Warto więc pokrótce przypomnieć kilka istotnych tekstów dotyczących tego określenia i wiążących się z nim dyskusji i interpretacji. Bodaj najważniejszy jest artykuł kilku redaktorów Nowych Peryferii: „Smoleńsk, k…!”. Istotna jest również publicystyka Agaty Czarnackiej, która rozpropagowała określenie i z całym zaangażowaniem podtrzymuje debaty na ten temat. Polecam jej artykuł „Lewica smoleńska”, o tyle znamienny, że w krąg tego efemerycznego zjawiska wpada nawet „Nowy Obywatel”, a także lewicujące środowisko katolickie z pisma „Kontakt”. To wszystko nieźle pokazuje definicyjny galimatias. Warto także przeczytać artykuł Katarzyny Kądzieli „Pytam o Smoleńsk…” – to właściwie najmocniejszy tekst, który można by uznać za samookreślenie, nie zaś opis „lewicy smoleńskiej”. Z kolei krytycznie do zjawiska odniosła się Hanna Gill-Piątek w felietonie „Biało-czerwoną wprowadzić”. W dyskusji o lewicy smoleńskiej dość łatwo zatem określić – na podstawie lektury ww. publicystyki – kto używa tego terminu. Ale o wiele trudniej znaleźć środowiska, które identyfikowałyby się z taką nazwą. To także pokazuje, z jak nieczytelnym fenomenem mamy do czynienia.

Można odnieść wrażenie, że lewica w Polsce uwielbia przeskakiwać ze skrajności w skrajność. Jeszcze niedawno poza obyczajowymi hasłami niewiele więcej dostawaliśmy w ramach głównej lewicowej narracji. Natomiast dziś głowy i pióra aż huczą od Smoleńska. To, co przed chwilą budziło jednoznaczne potępienie i nieledwie wykluczało z małego, lewicowego światka, nagle staje się całkiem nieźle widzianym ekscentryzmem. Jakby goszystom brakowało już innych podniet i postanowili znaleźć sobie nową modę lub pięć minut sławy na publicystycznych salonach, dzięki uruchomieniu „smoleńskiej narracji”, której ujęcie budzi ciekawość także na prawicy.

Przejaskrawiam? Być może. Ale ciekaw jestem, kiedy lewica zajmie się wreszcie, z poczucia przyzwoitości i w imię własnych zobowiązań i tradycji, czymś innym. Na przykład na poważnie podejmie problemy społeczno-gospodarcze i debaty o nich. Podkreślam – na poważnie, czyli bez traktowania ich jako kwiatka do kożucha, jako oboczności czy wątku bez większych konsekwencji dla postaw i własnych założeń ideowych. Bo póki co, jak się wydaje, moda okołosmoleńska przypomina kolejny sposób na ucieczkę od tematów, które niegdyś bardzo interesowały naszych lewicowych przodków.

Nie piszę tego, żeby deprecjonować znaczenie Smoleńska. Nie jestem zwolennikiem ekonomii funkcjonującej poza rzeczywistością społeczną czy kulturową. Interesuje mnie lewicowość także w odniesieniu do patriotyzmu czy religii. Doceniam również fakt, że redaktorzy Nowych Peryferii bardzo rzetelnie potraktowali temat „smoleński” we właściwym dla swojego portalu kluczu postkolonialnej i peryferyjnej dyskusji o polskiej specyfice (geo)politycznej. Nie mam jednak pewności, co dalej. Czy nie budujemy kolejnej trampoliny ku nadrzeczywistości? Czy znów nie zapominamy, że mamy bardzo konkretne zobowiązania wobec polskiego społeczeństwa i tych grup, które powinny być punktem odniesienia dla lewicy? Zobowiązania te dotyczą – brzydko mówiąc – bazy. I nie idzie o patos, ale o bardzo prozaiczne uznanie choćby faktu, że fundamentalny podział na prawicę i lewicę dotyczył konkurencyjnych ideologii i sposobów rozumienia polityczności i ekonomii. Odnosił się również do sporu koncepcji egalitarnych z hierarchicznymi/wykluczającymi, do innego zdefiniowania znaczenia pracy i praw świata pracy, jego odniesienia do beneficjentów kapitalizmu, a zatem klasy średniej, burżuazji i oligarchii.

W moich rodzinnych stronach nie ma już połączeń kolejowych, komunikacja autobusowa też prawie nie występuje. Wiem, że wracam do tych kwestii dość obsesyjnie, ale to jest kawałek (zapomnianej) Polski, z którego wyrastam. To świat niemal zupełnie zepchnięty na margines przez triumfalizm ideologii i ideologów realnego liberalizmu. Wobec kogo odczuwać mam etyczne zobowiązanie lewicowca, jeśli nie wobec miejsc spustoszonych modelem polskiej transformacji? A antyspołeczne przemiany wciąż postępują, sprawnie hierarchizując przestrzeń wedle logiki bogactwa, przywilejów i wpływów. Poza tym młodzi mają problemy ze znalezieniem stałej pracy i określeniem sensownych, długofalowych planów życiowych. Grozi im wieczna prowizorka, praktyczna realizacja neoliberalnej gadaniny o wolności: żyj, wegetuj, prostytuuj się za grosze albo emigruj. Żyj i zgrzytaj zębami – na jawie lub we śnie. Żyj z wdrukowanymi w łepetynę wolnorynkowymi kalkami, choć właśnie przejeżdża ciebie i twoje otoczenie społeczne walec żelaznych, neoliberalnych konieczności, które uczynią cię albo frajerem, albo tępym, amoralnym cwaniakiem, albo nieco dziwacznym typem skrajnego indywidualisty, tęskniącego za wartościami i „porządnym społeczeństwem”.

Nieustannie otrzymujemy sygnały o kolejnych formach demontażu prospołecznych funkcji państwa na poziomie centralnym i lokalnym. Mamy za sobą reformę emerytalną, a przed sobą jej skutki społeczne. Mamy zapowiedzi dalszej dewastacji prawa pracy. Platforma Obywatelska nie odpuszcza – jako partia beneficjentów transformacji posiada bardzo silne zaplecze medialne i wciąż dość duże poparcie elektoratu. Bezkarność PO wzmacnia także fakt, że właściwie jej przeciwnicy o sprawach społeczno-gospodarczych myślą często bardzo podobnie. Tyle że ci drudzy wierzą, że Tusk to obecnie socjalista, bo panicznie szuka pieniędzy także w kieszeniach części swych uboższych wyborców. Oni sami zaś daliby Polsce „prawdziwy wolny rynek”. Pytanie, skąd by go wzięli, uważam za otwarte. Zapewne z czytanek drukowanych w „Najwyższym Czasie”, albo wypożyczyliby go z ambasady USA. W końcu nikt się tak nie zna na wolnym rynku jak Amerykanie, co najdobitniej pokazały niedawne wojny o ropę.

To, co robi rządząca partia, powinno być zatem dzień w dzień na ustach lewicy. Ale na lewicy zaczęliśmy teraz kolejną paplaninę – na temat kaszy tatarczanej. Wyobrażam sobie, jak lekko, łatwo i przyjemnie będą się wzajem przekomarzać publicyści lewicy kawiorowej z „lewicą smoleńską”. Mogę się oczywiście mylić, ale pouczanie albo pochylanie się nad tą drugą może pomóc specjalistom od zarządzania ideami znów odwrócić uwagę publiki od wspomnianych już arcybanalnych, lecz niezmiernie ważnych kwestii bazy. I ponownie okaże się, że zamiast dyskusji o meritum, nawet w kontekście tak drażliwych zagadnień jak „lewica a patriotyzm”, mamy kolejną modę, następną zasłonę dymną rozsnutą nad rzeczywistością.

Tak, Smoleńsk jest tematem ważnym (geo)politycznie. Warto także w jego kontekście umieć czytać dzisiejsze problemy społeczne i polityczne. Ale moda na „lud smoleński” przypomina nieco paternalistyczne iluzje znanej z XIX wieku chłopomanii. Ta zaś kończyła się albo kompromitacją, albo (wzajemnymi) rozczarowaniami. Historyczny sukces PPS i innych formacji autentycznej lewicy wynikał z klasowego rozpoznania potrzeb i perspektyw mas. W tym sensie „lewica smoleńska” odrobiła co najwyżej część lekcji – określiła się wobec symbolicznego (i realnego) politycznego sporu. Ale lewicę w Polsce odzyskamy dopiero wówczas, gdy ta w pełni świadomie wyniesie na swe sztandary hasła sprawiedliwości społecznej w najbardziej elementarnym sensie troski o realia społeczno-gospodarcze i o jakość państwa. Musimy także pytać o aktywność obywatelską. Powiem w skrócie: zostawmy prawicy miesięcznice, nie szydząc z nich. Ale sami propagujmy spółdzielczość, uczciwą działalność pozarządową, wspierajmy – na ile potrafimy – „tematyczne” ruchy społeczne itp. Dopóki tego nie będzie – także „lewica smoleńska” będzie kawiarnianym snobizmem, zabawką doktorantów, publicystów i hipsterskiej lewicy, szukających nowych podniet dla swoich podniebień.

Lewica ponad socjalizm!

Ta książka stanowi okazję do obcowania z myślą nietuzinkową i przekazywaną ze znacznym kunsztem publicystycznym, lecz niemal zupełnie zapomnianą. Kilkusetstronicowy wybór tekstów Leszka Nowaka pt. „Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989” to oryginalny zbiór analiz rzeczywistości późnej Polski Ludowej.

Co istotne, prof. Nowak był jednym z najważniejszych myślicieli czasów opozycji lat 80. W przedmowie do książki Krzysztof Brzechczyn stwierdza: w latach 1980–1989 Leszek Nowak był jednym z najczęściej wydawanych podziemnych autorów w Polsce. Jedną z najczęściej drukowanych publikacji był „Anty-Rakowski, czyli o tym, co wygwizdali wicepremierowi robotnicy”, która doczekała się aż dwunastu podziemnych wydań.

Warto krótko przypomnieć sylwetkę Leszka Nowaka. Studiował prawo na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Po roku 1960 wstąpił do PZPR – jak sam później przyznał – „dla korzyści własnej” (miałem pełną świadomość naganności moralnej tej decyzji). W drugiej połowie lat 60. jego krytyczne zainteresowanie zwróciło się ku marksizmowi, jako głównej szkole myślenia i uzasadnienia realnego socjalizmu. Marzec ’68 unaocznił mu, że braki tego systemu nie są brakami, ale że jest to coś systemowego. Zbyt wielki jest rozdźwięk między ideałem a rzeczywistością, coś musi działać samorzutnie, powodując ten rozdźwięk. Ale początkowo, jak wielu innych, próbował „ocalić” myśl marksistowską „od wewnątrz”.

Od 1970 r. pracował w Instytucie Filozofii UAM, w 1976 r., mając 33 lata, otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego – był najmłodszym profesorem w PRL. Jednak coraz bardziej oddalał się od marksowskich pryncypiów – znaczny wpływ miała na to lektura „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Z partii wystąpił w pamiętnym sierpniu 1980 r., co zaowocowało m.in. wieloletnim zainteresowaniem jego osobą ze strony Służby Bezpieczeństwa, za prowadzenie działalności nieprzychylnej ustrojowi PRL. Rzeczywiście, włączył się aktywnie w działalność opozycji, został ekspertem podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarności”, w stanie wojennym internowano go. W roku 1985 został zwolniony z pracy na UAM, umożliwiono mu powrót na uczelnię w 1989 r., a dwa lata później uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Startował wówczas – bez sukcesu – do Sejmu z listy Unii Pracy. Jak zaznacza Krzysztof Brzechczyn: wyrazem rozczarowania nową rzeczywistością było wystąpienie z NSZZ „Solidarność” w 1994 r. Pogarszający się stan zdrowia skutkował ograniczeniem działalności naukowej i publicystycznej. Zmarł w październiku 2009 r.

Publikacja została podzielona na cztery obszerne rozdziały: „Mity socjalizmu”, „Mity solidarności”, „Mity społeczeństwa podziemnego”, „Mity liberalizmu”. Słowo „mit” ma tutaj pewien pejoratywny odcień, wiążący się z faktem, że ideologia marksistowska – czy w ogóle ideologiczna nadbudowa rzeczywistości, wytwarzana także w krajach zachodnich – wiąże się z jej zakłamaniem. Stąd „mit” może być częścią zafałszowanej świadomości społecznej, a jako taki wymaga „demontażu”, szczegółowej analizy. Taka konstrukcja książki daje nam wgląd w myśl, „która się dzieje”, czyli reaguje na doświadczaną rzeczywistość i próbuje przetworzyć ją w całościowy, logiczny systemat: nie-Marksowski materializm historyczny. Wedle fundamentalnego założenia tej koncepcji Nowaka w społeczeństwie można wyróżnić trzy niezależne od siebie podziały klasowe występujące na terenie gospodarki, kultury oraz polityki. Podstawą tych podziałów społecznych jest zawłaszczenie przez pewną mniejszość społeczną środków produkcji w gospodarce (generuje to podział na klasę właścicieli i bezpośrednich producentów), środków przymusu w polityce (generuje to podział na klasę władców i obywateli) oraz środków produkcji duchowej w kulturze (rodzi to podział na klasę kapłańską i wiernych). Co istotne, zdaniem prof. Nowaka analiza procesów historycznych pokazuje, że możliwy jest ustrój, w którym jedna i ta sama klasa społeczna kontroluje politykę i gospodarkę, politykę i kulturę czy politykę, gospodarkę i kulturę. Tym ostatnim systemem okazał się realny socjalizm, w którym aparat partii komunistycznej kontrolował życie polityczne, gospodarcze i kulturalne. Podstawowy podział społeczny przebiegał w nim pomiędzy klasą ludową a klasą trój-panującą.

Wybór publicystyki otwiera tekst „Głos klasy ludowej: polska droga od socjalizmu”, pisany w sierpniu 1980 r. Nowak zwraca uwagę, że zgodnie z wyżej przedstawioną tezą nie-Marksowskiego materializmu historycznego walki klasowe toczą się nie tylko w wymiarze środków produkcji, ale także w przestrzeni władzy politycznej i kulturowej. Najistotniejszy, niezafałszowany antagonizm realnego socjalizmu rozgrywa się zatem w formie walki między klasą trój-panów (władców-właścicieli-kapłanów) a „klasą ludową”, która stanowi przedmiot państwowego ucisku, państwowego wyzysku i państwowej indoktrynacji. Jest to inna, zdecydowanie gorsza sytuacja niż w wypadku demokracji zachodnich, gdzie kontrola władzy odbywa się przez własność prywatną, realizowaną za pomocą systemu konkurencji politycznej. Jednak i tam mamy do czynienia z zafałszowaniem rzeczywistych stosunków władzy i tendencją do koncentracji władzy i kontroli gospodarczej w obrębie jednej formacji: formalnie władza znajduje się w domenie obywateli, faktycznie w rękach najsilniejszych spośród [nich], w rękach burżuazji.

Zdaniem prof. Nowaka realny socjalizm został w pełni zrealizowany w stalinizmie, gdy władzę polityczną, gospodarczą i duchową skupiono w rękach kierownictwa jednej partii, a masy poddano daleko idącej „desocjalizacji”: środki przymusu stały się narzędziem osamotnienia i wyobcowania ludzi, aż do fizycznej likwidacji. Myśl genialna w swej oczywistości: człowiek jest nie tylko całokształtem, ale i podmiotem rozlicznych więzi międzyludzkich. Najprostszym tedy sposobem rozbicia tych więzów jest fizyczna eliminacja tych ludzi, którzy skupiają ich szczególnie wiele. Z tego to powodu nie tylko ludzie politycznie aktywni, ale i wszyscy wybijający się jakoś w swoich dziedzinach – od sióstr zakonnych do wybitnych pisarzy – poddani zostali eksterminacji.

Absolutnym wcieleniem w życie tego totalnego porządku rzeczywistości były sowieckie łagry. Ale – paradoksalnie – to właśnie z dna tego świata przyszedł bunt i pierwszy krok ku zmianie. Nie bez znaczenia są tu wpływy Sołżenicyna na myślenie prof. Nowaka. Opis obozowych rebelii prowadzi go do konkluzji: łagiernicy pierwsi, na samym dole piramidy społecznej, odzyskali godność ludzką. Godność umożliwiający walkę klasową. Poddani najokrutniejszemu terrorowi – zaprzeczyli jego logice, w porządku wszechobejmującej kontroli pojawił się wyłom.

W konsekwencji tego „ruchu oporu” system demoludów zaczyna podlegać swoistej cykliczności – klasa ludowa zyskuje pewne koncesje, a władza uzyskuje w zamian spokój społeczny. Dalsza historia tego porządku jest historią ekspansji ludowego wyzwolenia oraz reakcji klasy „trój-panów”, próbującej coraz mniej skutecznie odzyskać pełen monopol nad rzeczywistością, aż do wyczerpania systemu. Jak przedstawiała się w tym względzie sprawa w rodzimych warunkach? O osobliwości polskiego socjalizmu zdecydował permanentny opór społeczny: opór zbrojny, opór ekonomiczny – głównie chłopstwa, opór duchowy – wsparty głównie na autorytecie Kościoła katolickiego.

Trzeba tu zwrócić uwagę na bardzo ważną kwestię: nie-Marksowski materializm historyczny bazuje z jednej strony na przekonaniu, że przejście od kapitalizmu do realnego socjalizmu jest rzeczywiście obiektywnym procesem historycznym (nieuchronnym wynikiem etatyzacji kapitalizmu), ale z drugiej strony neguje stary progresywny dogmat, że rozwój historyczny jest tożsamy z postępem. Jak kąśliwie zauważa filozof: tylko w historiozoficznych bajkach dla dorosłych „później” znaczy „lepiej”. Ale zmiana na lepsze jest możliwa. Oto wyłania się nowa forma ustrojowa, która jako potencjalna szansa rysuje się właśnie przed Polską: u nas najwięcej jest zalążków przyszłej formy społecznej, która ewolucyjnie wyłoni się z socjalizmu. O takie społeczeństwo, w którym żadne wytwarzane przez człowieka środki materialne nie będą już dzielić ludzi między sobą, o społeczeństwo pełnej, oddolnej demokracji walczy dziś polska klasa ludowa. Będzie to społeczeństwo, w którym wszyscy będą na równi dysponować środkami przymusu, produkcji i indoktrynacji. Nie może zatem dziwić, że rodząca się III Rzeczpospolita rozczarowała poznańskiego myśliciela.

Następna część, „Mity solidarności”, przynosi analizy spisane między 1980 a jesienią 1981 roku – przypadające więc na czas „karnawału” „Solidarności”. Ten właśnie ruch społeczny ma być zarzewiem społeczeństwa bezklasowego – przynajmniej w szerokim planie dziejowym, bo już szczegółowa analiza sytuacji pozwala odkryć źródła problemów i potencjalnych zagrożeń skutkujących nowymi formami „uklasowienia” i zniewolenia politycznego, ekonomicznego, duchowego. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na tekst „Inteligencja wobec klasy ludowej”. Horyzontem rozważań jest dobrze znana w polskiej tradycji myślenia „wrażliwego społecznie” kwestia odniesienia inteligencji do ludu (i odwrotnie). Jak zauważa prof. Nowak, w obrębie spętanego społeczeństwa rodzi się autonomiczna „myśl ludowa”, suwerenna świadomość klasowa, wyzwalająca się od „produkcji duchowej” narzucanej przez „trój-panów”. Filozof stwierdza: Niezależna myśl jako zjawisko społeczne wywodzi się z potrzeb zagonionych i przytłoczonych powtarzającą się nędzą mas, z ich rozpaczy i zachłannej chęci rozumienia. Jak zaznacza: to jest właśnie źródło „zrewoltowanej” myśli tej części inteligencji, która zerwała z serwilizmem wobec aparatu represji, odstąpiła od roli „funkcjonariusza myśli” i przeszła na stronę klasy ludowej, stając się tym samym częścią opozycji.

Znamy ten topos dobrze: inteligenci po stronie ludu odpowiadają na niewidzialne, ale wyczuwalne w atmosferze społecznej zapotrzebowanie na rozumienie. Uczestniczą w procesie przechodzenia inteligencji humanistycznej na drugą stronę barykady walki klasowej. I tu odzywa się akord tak szlachetny i mocny, wyrażony już, niemal 80 lat wcześniej, przez Ludwika Krzywickiego w słowach: „jesteś dłużnikiem, wielkim dłużnikiem ludu pracującego!”. Po tej wszakże stronie nie jesteśmy niczym więcej jak duchowymi sługami ludu, rodzajem rzemieślników, którzy tworzą to, czego lud potrzebuje: rozpoznanie sytuacji, wizje rozwojowe, konkretne programy. Jak podkreśla Nowak, myśl ta ma jednak najistotniejszy probierz, praktykę działania zbiorowego mas, wobec których inteligencja powinna wykazywać się „nieco większą dozą pokory”. Bo właśnie oporowi mas peerelowska inteligencja zawdzięcza „wszelkie zmiany na lepsze”. To kolejny newralgiczny punkt, który w dłuższej perspektywie czasowej mógł być dla filozofa źródłem dyskomfortu. Bo przecież ani w sytuacji pierwszej „Solidarności”, ani później inteligencja nie potrafiła i nie chciała pełnić wobec społeczeństwa roli tak służebnej, jak tutaj to opisano. Naukowiec miał świadomość, że inteligencja nie jest tak heroiczna, jak zwykła sobie czasem roić: Nie odważyłaby się myśleć inaczej, niż dotąd myślała, gdyby nie dojrzała siły społecznej, pod której opiekę może się chronić. Najpierw tą siłą była „Solidarność”, dzisiaj [w 1985 r.] jest Kościół.

W spojrzeniu na „Solidarność” prof. Nowaka wyraźnie zaznaczał się „nieortodoksyjny”, lecz mocno lewicowy punkt widzenia. Warto go przypomnieć także dlatego, że zrodzony w sierpniu ‘80 z fuzji aktywności robotniczej i inteligenckiej ruch społeczny został już w III RP na dobre wpisany w tradycję myślenia konserwatywnego i liberalnego, pozbawiony swojego oblicza propracowniczego i prosocjalnego. Więcej, „Solidarność” jako związek została wręcz uprzedmiotowiona, zinstrumentalizowana – posłużyła jako narzędzie do legitymizowania porządku społeczno-gospodarczego, który z pewnością nie był po myśli autora „Polskiej drogi od socjalizmu”. W rozmowie opublikowanej w kwietniu 1981 r. na łamach „Wiadomości Krakowskich”, pisma NSZZ „Solidarność” MKZ Małopolska, Nowak stwierdzał: wyraźnie zarysowały się dwa skrzydła ideowe: lewicowe, pochodne od KOR-u, które ma pełne rozpoznanie antagonizmu władza-społeczeństwo i powiedzmy narodowo-solidarystyczne. Zważywszy, że partia także wprowadza do swego systemu elementy solidaryzmu narodowego, wyłania się duże niebezpieczeństwo. Gdyby ta linia narodowego solidaryzmu miała w „Solidarności” wziąć górę, byłaby to sytuacja bardzo dla władzy korzystna. Za pomocą tej rozmywającej rzeczywiste podziały ideologii dosyć łatwo ogłupić społeczeństwo. Ponadto, mówiłem wyżej o nieuniknionym petryfikowaniu się zhierarchizowania strukturowanej organizacji, jaką także jest „Solidarność”. Otóż, za ideologią „zgody narodowej” znacznie łatwiej byłoby ukryć prywatne interesy kształtującej się z biegiem czasu „elity władzy” związkowej.

Nawet jeśli przyjmiemy, że „koncesjonowana opozycja” czasów Okrągłego Stołu nie była osadzona w myśleniu „typowo prawicowym” (wedle dzisiejszej nomenklatury), to jednak trudno ukryć, że faktycznie wykorzystano motyw „zgody narodowej” i że w czasach „polsko-jaruzelskiego pojednania” następowała oligarchizacja opozycyjnej elity. Ta narracja z pewnością zyskiwała na popularności dzięki tak różnym czynnikom jak np. odwołanie do chrześcijańskiego pojednania i przebaczenia, gra na uczuciach narodowych i patriotycznych, apatia społeczna, nadzieja na „beztroską konsumpcję”.

Część trzecia, „Mity społeczeństwa podziemnego”, zawiera teksty pisane w latach 1983–1985. W tym rozdziale mieści się przywołany wcześniej głośny tekst „Anty-Rakowski, czyli o tym, co wygwizdali wicepremierowi robotnicy”. Punktem wyjścia jest odrzucenie fałszywej świadomości klasy trój-panów, uznającej się za faktycznego reprezentanta klasy robotniczej i chłopskiej (klasy ludowej). W trakcie spotkania z pracownikami Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1983 r. wicepremier mówi o sobie: „jestem synem chłopa”. Filozof odpowiada: jest pan właścicielem polskiego majątku produkcyjnego, ergo: Pan jest kapitalistą, panie Rakowski!. Wedle porządku nie-Marksowskiego materializmu historycznego Rakowski jest przedstawicielem nomenklaturowej „magnaterii”, która przeciw robotnikom wystawia cały swój aparat represji.

Jako bardzo istotne jawi się prof. Nowakowi rozpoznanie wewnętrznej słabości „Solidarności”, która podporządkowała swój światopogląd ideologii trój-panów. Komuniści ukryli za parawanem rewolucyjnych frazesów swoją rzeczywistą tożsamość, wmówili opozycyjnemu ruchowi (który jest prostą kontynuacją powstań niewolniczych, wojen chłopskich, ruchu robotniczego), że to oni, klasa potrójnych potentatów, są spadkobiercami odwiecznej walki mas o wyzwolenie. PZPR-owscy właściciele PRL przywłaszczyli sobie hasło walki klasowej, sprawiedliwości społecznej, uspołecznienia. I stąd najbardziej brzemienna smutnymi konsekwencjami sytuacja, z którą do dzisiaj zmagać się musi lewica: Splugawili te hasła tak skutecznie, żeśmy stracili w „Solidarności” głowę i umieliśmy tylko ich pouczać (że „mądra władza” dba o zaufanie społeczne, o wiarygodność) i prosić (o respektowanie „praw człowieka”). Tymczasem należało rąbnąć pięścią w stół i powiedzieć im jasno i dobitnie: wasz system obłudnie spowity w socjalistyczne hasła jest najbardziej drastyczną postacią społeczeństwa klasowego; to wy jesteście dziś reakcyjną zaporą na drodze walki mas o wyzwolenie społeczne; to przeciw wam lud toczy dziś walkę klasową i tylko dzięki tej walce ma miejsce postęp w tym kraju.

Tu można zastanowić się nad kwestiami aktualnymi również dziś. Przyjmijmy jako hipotezę roboczą, że tzw. nurty populistyczne w III RP były/są faktycznymi dziedzicami emancypacyjnego i klasowego rozpoznania rzeczywistości, godzącymi w różne formy fuzji władzy politycznej, gospodarczej i medialnej (duchowej). Zauważmy wówczas, że wszelkie narzędzia opresji kierowanej przeciw populistom zwykle grają na lęku wobec radykalizmu, przeciwstawionemu ładowi społecznemu (normalizacji). Równocześnie tzw. socjaldemokracja wciąż będzie przedstawiała się jako faktyczny reprezentant myślenia lewicowego, spychając swoich konkurentów do narożnika z napisem „niebezpieczni radykałowie”, „oszołomy” czy właśnie „populiści”. I w tym przypadku najbardziej wyrazistą strategią jest to proste zawołanie: „Pan jest kapitalistą, panie Kwaśniewski/Palikot/Miller!” – które podważa wiarygodność oligarchów raz po raz przybierających się w szaty „trybunów ludowych”.

Część czwarta, „Mity liberalizmu”, przynosi artykuły z lat 1985–1989. W jakiejś mierze jej myśl przewodnią oddaje krótkie zdanie: Tak oto dzieje się postęp społeczny: wyrasta z walki uciśnionych, a realizowany jest ze strachu ciemiężycieli. Filozof przekonuje, że w ten sposób dokonują się „ewolucyjne korekty systemu” – nie przez całościowe zwycięstwo jakichkolwiek rewolucji (które rozpętują żywioły prowadzące do jeszcze większego zniewolenia), lecz przez bunty przegrane, które jednak zmuszają panujących do reform, a więc do pewnej poprawy położenia mas.

Jest to rozdział najbardziej gorzki i rozrachunkowy także wobec solidarnościowej opozycji, niedostatków jej intelektualnych horyzontów, wtórności wobec myśli Zachodu. A prof. Nowak – który swoją teorię zbudował na dogłębnej krytyce myśli marksowskiej – występuje w pewnym momencie jako jej obrońca wobec tłumu polemistów dyskredytujących dorobek filozofa z Trewiru. Pozwolę sobie na dłuższy cytat: Karol Marks zbłądził w wielu, i to podstawowych, kwestiach teoretycznych. Ale cóż to były za błędy! Daj Panie Boże dzisiejszym jego krytykom, by choć raz w życiu stać ich było na jeden błąd tej rangi. To przecież ktoś z paru – może czterech – ojców założycieli nauki o społeczeństwie. A trzeba zjeść zęby na myśleniu o robocie teoretycznej, na próbach samodzielnego robienia teorii, żeby z grubsza choćby rozumieć, co to znaczy. […] Wszyscy intelektualiści – już nie mówiąc o wielkich instytucjach jak Kościół – mają po prostu interes, żeby [myśl marksowską] przedstawić jak najgorzej. Moc perswazyjna tego, co mówią, a więc ich pozycja w rywalizacji o rząd dusz, zależy w sporej mierze od tego właśnie, czy potrafią skompromitować – nie skrytykować, lecz właśnie skompromitować – przeciwnika. Pod pewnym względem czysto duchowym ich krytyka marksizmu jest gorsza od krytyki, jakiej oni byli poddawani. Oto marksizm nie przedstawiał się jako zwolennik pluralizmu myślowego, nie deklarował wiary w „odwieczne wartości”. Krytyka marksistowska była nieprzyzwoita, ale otwarta, ich jest nieprzyzwoita i obłudna.

Jaki zatem jest główny problem PRL-owskiej opozycji? Poznański filozof zarzuca jej stopniowe samozakłamanie. W tekście „Groźba urban-izacji myśli niezależnej” stwierdza: Rzucać prawdę przeciwnikowi w twarz o nim, to każdy potrafi. Ruchu społecznego, który by ogłaszał bezlitosną prawdę o samym sobie – jeszcze nie było w dziejach tego świata. Niestety nasz ruch, który tak dużo mówi na temat prawdy – wcale tej smutnej tradycji, jak dotąd, nie przełamał. Od komunistów to umiemy domagać się prawdy, całej prawdy i tylko prawdy – ale nam to już zaczynają wystarczać półprawdy. Sytuacja ta, jak zaznacza, ma swój konkretny wymiar społeczny, skutkuje utratą zaufania: zwykły człowiek nie jest prymitywem, który wierzy tylko w niepokalane obrazki, jakie nasz ruch wystawia samemu sobie.

Tu także wraca problem opozycyjnego inteligenta/intelektualisty. Jego najpełniejszą i najbardziej wpływową formację filozof określa mianem „gładysza”: to intelektualista, zwykle warszawski, kulturalny, inteligentny, wielce oczytany, znający parę języków, którego cały wysiłek skierowany jest na to, aby nadążać za kulturą światową, no i demonstrować, że nadąża; który tedy nie wymyśli nic sam, a innym nie da, bo jak się rzekło jest warszawski, a zatem współkontroluje, zależne czy niezależne, główne środki przekazu treści kulturowych, jest więc (współ-)kapłanem; który eklektycznie łączy cudze oryginalne myśli w swoją nieoryginalną całość. Jakie tego konsekwencje? Ludzie bardziej boją się osamotnienia wśród swoich niż represji państwowych.

Najbardziej jednak gorzka uwaga prof. Nowaka wydaje się aż nadto aktualna dzisiaj. Można wręcz odnieść wrażenie, że gdyby dzisiejsi „starzy opozycjoniści” zgorszeni „Gazetą Wyborczą” wtedy czytali ze zrozumieniem myśliciela, dziś by się tak nie dziwili: Kto za dużo mówi o pluralizmie, demokracji i innych tego rodzaju wzniosłościach, temu takie gadanie zaczyna wystarczać: gwarantem pluralizmu w naszym ruchu stał się szyld „pluralizm” wiszący nad naszym sklepikiem. A że w środku tego towaru już nie ma, nie szkodzi: liczą się słowa, nie rzeczy. Nie tylko u komunistów, u nas już też.

Druga połowa lat 80. wiązała się z coraz częstszą recepcją myśli i zachodniej praktyki liberalnej (neokonserwatywnej). Prof. Nowak zwracał uwagę, że jest to powrót do doktryny przestarzałej, która mimo pozoru nowości odzwierciedla wzorce burżuazyjnej próby hegemonii nad masami ludowymi. Pytał: czy wobec oczywistego fiaska marksistowskiego rewolucjonizmu mamy wrócić do liberalistycznego ewolucjonizmu, jak się to zazwyczaj czyni. A od strony ideowej problem polega na tym, czy ludziom, którzy się buntują przeciw jawnemu wyzyskowi i (lub) zniewoleniu – mamy cokolwiek do powiedzenia. Otóż byli marksiści, którzy przeszli na pozycje liberalne, nie mają im nic do powiedzenia. Nie miał równocześnie złudzeń co do tego, że połączenie w jedno władzy państwowej i rynkowej (to była w gruncie rzeczy jego prognoza dla Zachodu) będzie dla klasy robotniczej wiele lepsze. Jak zauważa, wielu komunistów doznało wstrząsu na wieść, że „armia robotniczo-chłopska” strzela do strajkujących. I przeszli na stronę opozycji. Zdaniem prof. Nowaka: prawdziwy liberał miałby w takiej sytuacji o wiele bardziej „czyste” sumienie – przecież postrzega on to jako „wprowadzenie porządku przez państwo”, no cóż, kosztem tych, którzy i tak są społecznie mniej cenni, bo przegrali w życiowej grze o bogactwo, są wszak tylko robotnikami. Możemy tę wypowiedź odczytać literalnie – np. w kontekście prawicowych reżimów Ameryki Południowej, zależnych od USA – albo jako odzwierciedlenie „sytuacji transformacyjnej”, gdzie nikt nie liczy kosztów ludzkich aspołecznego modelu kapitalizmu, gdyż są one „przezroczyste” dla ideologów i beneficjentów systemu.

Opozycyjne zachwyty pod adresem liberalizmu prof. Nowak kwitował naprawdę radykalnie: Czytałem neokonserwatystę, który oznajmił wszem i wobec, że jedynym ustrojem, jaki się sprawdził, jest kapitalizm. Bo dał ludziom dobrobyt, demokrację, itd. Otóż wszystko to robotnicy sobie wywalczyli, [w rewoltach] tłumionych często z zaciekłością i gwałtem nieporównywalnym z tym, który znamy np. ze stanu wojennego wprowadzanego przez „komunistyczny totalitaryzm” parę lat temu. Wolne związki zawodowe, legalizacja partii i prasy socjalistycznej, prawo wyborcze dla wszystkich – słowem to, co tak podziwiamy dziś na Zachodzie – kosztowało klasę robotniczą rzeki krwi. Tylko że my wolimy o tym nie wiedzieć, bo przypadkiem liberalna prasa zachodnia się na nas obrazi.

Istotne jest w kontekście imitacyjnego przyswojenia myśli liberalnej oryginalne odczytanie sytuacji przez filozofa. Tu znów widzimy motyw „innej drogi” jako możliwości stojącej przed Polską. Na Zachodzie odżywają hasła liberalne, bo jest to naturalna reakcja ludzi zagrożonych przez powstający pod socjaldemokratyczną maską totalitaryzm państwa-właściciela. Oni sięgają po liberalizm, bo zaczynają się na serio państwowego molocha bać, my się już bać przestajemy. Nie ma więc powodu, dla którego mamy się wzbraniać przed myśleniem na nowo, bez sięgania do doktryn liberalistycznej przeszłości. Bo to nasz lud wyrąbuje przed sobą, w całkiem nowych warunkach historycznych, jakąś drogę do jakiejś przyszłości. Miast „nadążać myślowo za Zachodem”, starajmy się raczej odcyfrować choć trochę przyszłości i tę drogę. A na horyzoncie jawią się już nowe zagrożenia, wtedy przecież tak mało w Polsce czytelne: niesłychanie wyrafinowany postęp techniczny może sprawić, że „nowy proletariat” będzie nie odpowiedzialnym, skłonnym do samoorganizacji i samokształcenia proletariatem XIX-wiecznym, lecz lumpenproletariatem.

W tym kontekście ważne były choćby pytania o to, co stanie się z (post)komunistami. Prof. Nowak przywołuje ówczesny pogląd Janusza Korwin-Mikkego, który uważał, że rzeczą korzystną będzie, jeśli PZPR-owska nomenklatura odda władzę polityczną i przekształci się w zaczyn klasy średniej, burżuazji. Poznański filozof widzi jednak inną możliwość (i ta de facto zrealizowała się w III RP): fuzji władzy gospodarczej i politycznej w obrębie „nowej socjaldemokracji”, czyli nowej wariacji na temat dwu-panowania. Alternatywą byłoby powstanie trzech zupełnie autonomicznych sił społecznych: wielkiego biznesu, władzy politycznej i Kościoła w sojuszu z elitami intelektualnymi. Wówczas – jak zauważa – socjaldemokracja byłaby czynnikiem „zaporowym” wobec „żywiołowego kapitalizmu”. Wiemy jednak, że procesy uwłaszczenia nomenklatury i w ogóle przebieg polskiej transformacji nie doprowadził do oddzielenia „trzech władz”: polityki, gospodarki i kultury, a jedynie „zmodernizował” formy ich połączenia, oczywiście już poza systemem „trój-panowania”, ale w różnych konstelacjach, nie do końca jawnych i czytelnych.

Z pewnością dla wielu czytelników zarówno koncepcja nie-Marksowskiej dialektyki historycznej, jak i wynikające z niej wnioski będą trudne, jeśli nie dziwaczne. Całościowa perspektywa, jaką proponuje prof. Nowak, neguje większość oczywistości, w tym lewicowych, do których dziś przywykliśmy. Choć nie można wykluczyć, że pewne konkluzje będą jawiły się jako trafne czy atrakcyjne dla odbiorców z bardzo różnych stron dzisiejszych sporów ideowych. Dzięki tej pracy otrzymujemy kolejny dowód na to, że udzielane przed laty odpowiedzi na pytania: co z Polską, co z lewicą, co z kapitalizmem? – nie muszą być dziś nieaktualne. Pod warunkiem, żeby były dowodem ambitnego, szczerego i przenikliwego myślenia. I nie muszą być przy tym nieomylne. Wystarczy, że wskazują drogę ponad wyświechtane slogany i słowa, do których nadto się przyzwyczailiśmy.

Leszek Nowak, Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, Poznań 2011.

Książkę można kupić u wydawcy: IPN – KŚZpNP Oddział w Poznaniu, 61-487 Poznań, ul. Rolna 45a, tel. 61 835 69 64,
http://ipn.gov.pl/

Przepis na lepszy świat

Niewielu dwudziestowiecznych ekonomistów krytycznych wobec wolnorynkowej ortodoksji cieszyło się tak wielkim poważaniem jak John Kenneth Galbraith (1908–2006). Ten ekonomiczny obrazoburca, jak nazwał go „New York Times” w pożegnaniu, był postacią niezwykłą. Ekonomista, dyplomata, aktywista, społecznik, nowelista, myśliciel – to tylko wybrane jego role, przy czym wszystkie pozostawały ze sobą w harmonii. Galbraith całym życiem pracował na rzecz lepszej przyszłości, której wizję nakreślił we właśnie wznowionej rozprawie „Godne społeczeństwo. Program troski o ludzkość” (książkę wydano pierwotnie w roku 1996, a pierwszy raz polski przekład opublikowano w 1999 r.). Ta wizja, jednocześnie wzniosła i twardo osadzona w realiach, jest warta uważnej analizy.

Urodził się w Kanadzie, lecz dorosłe życie związał ze Stanami Zjednoczonymi – tam studiował, a od roku 1934 nauczał na uniwersytecie Harvarda, z którą to uczelnią związany był do śmierci. Podczas II wojny światowej pracował w administracji Franklina Delano Roosevelta, gdzie był odpowiedzialny za wyznaczanie poziomów cen. Wymiernym wskaźnikiem sukcesu jego pracy był fakt, że już po uwolnieniu cen wzrost inflacji okazał się niewielki. Po wojnie wraz z prezydentową Eleanor Roosevelt zaangażował się w prace stowarzyszenia Americans for Democratic Action, działającego na rzecz sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. W 1961 r. prezydent USA John F. Kennedy mianował go ambasadorem w Indiach, co odzwierciedliło się w obecnej w pracach ekonomicznych Galbraitha krytyce polityki kolonialnej i nawoływaniu do pomocy krajom rozwijającym się.

Był także zdolnym nowelistą, potrafiącym w okraszonych humorem historiach dokonywać celnych spostrzeżeń społeczno-politycznych. W jednym z jego opowiadań Stany Zjednoczone obalają lewicujący południowoamerykański rząd i osadzają na stanowisku prezydenta mieszkańca tego kraju, studiującego w USA. Ku ich zdumieniu okazuje się, iż w trakcie pobytu na amerykańskim kampusie student ów stał się… komunistą. W innym tekście kreśli historię uniwersyteckiego profesora, który po godzinach stara się zdobyć na giełdzie fortunę, aby przeznaczyć ją na kampanię na rzecz sprawiedliwości społecznej. Dochodzi do krachu, który pociąga za sobą wiele ofiar, lecz profesor się na tym bogaci i ku zdumieniu wszystkich zaczyna realizować swój plan.

Był wreszcie Galbraith popularnym myślicielem i edukatorem, łączącym w swych przemyśleniach wiedzę z zakresu historii, ekonomii, stosunków międzynarodowych, filozofii i psychologii. Swój talent wykorzystał m.in. realizując w 1977 r. dla brytyjskiej telewizji BBC wielki serial popularnonaukowy „Czas Niepewności” („Age of Uncertainty”) i odpowiadając w nim na kluczowe pytania o historię i przyszłość.

Białe plamy teorii

Profesor Galbraith był jednak przede wszystkim ekonomistą jednej z najbardziej prestiżowych uczelni świata, a jego przemyślenia do dziś zajmują ważne miejsce w historii tej dyscypliny. W sprawach nauki nie kierował się doktrynerstwem, aczkolwiek najczęściej jest przypisywany do dwóch szkół: instytucjonalnej ekonomii oraz keynesowskiej (tę tradycję kontynuuje równie niepokorny ekonomista – jego syn James K. Galbraith). W latach 30. poznał na uniwersytecie w Cambridge samego Keynesa, którego spostrzeżenia co do wagi wydatków państwa w przypadku słabego popytu zostawiły trwały ślad w myśleniu Galbraitha. Kolejną ważną inspiracją był Thorstein Veblen z jego teorią „klasy próżniaczej” i ostentacyjnej konsumpcji dóbr luksusowych.

W swoich pracach rozprawia się z różnymi dominującymi w opinii publicznej pozornymi mądrościami. Do opisania tego zjawiska użył terminu conventional wisdom, który w mowie potocznej funkcjonuje do dziś. Jednym z mitów, który poddaje krytyce, jest rzekome istnienie klasycznej wolnej konkurencji na rynku. Jak wyjaśnia, w istocie taka modelowa konkurencja istnieje tylko między małymi przedsiębiorstwami. Sposób funkcjonowania wielkich korporacji jest zgoła inny. Po pierwsze wielkość przedsiębiorstw przekłada się na akumulowanie coraz bardziej im sprzyjającej siły politycznej. Po drugie świat potężnych molochów znacznie mniej przypomina reakcję modelowej firmy na zmianę preferencji konsumenta, a bardziej system centralnego planowania, gdzie strategia opracowywana jest na lata naprzód. W przypadku wielkich korporacji to nie maksymalizacja zysków jest celem numer jeden (jak to się dzieje w ramach działalności małych firm walczących o klienta), lecz powiększanie siły politycznej i zwiększanie udziału w rynku. Tego podręcznikowa ekonomia nie przewiduje.

Galbraith był jednym z nielicznych ekonomistów swego czasu, którzy odważyli się poruszać właśnie kwestie siły politycznej wielkich korporacji. Poszedł on jednak dalej: nie tylko wskazał na istniejący w rzeczywistości problem, ale i zaoferował jego rozwiązanie, częściowo bazując na obserwacji naturalnie zachodzących procesów. Według jego koncepcji wpływ wielkiego biznesu musi być równoważony przez uważną politykę regulacyjną państwa, silniejsze związki zawodowe oraz organizacje konsumenckie.

Wizja

„Godne społeczeństwo” (tytuł oryginału należałoby przełożyć na polski raczej jako „Dobre społeczeństwo”) jest pracą, którą niezwykle trudno zaklasyfikować. To esej, który spełnia wymogi pracy naukowej z dziedziny ekonomii, a jednocześnie jest łatwo zrozumiały dla osób bez wiedzy fachowej z tego zakresu. To również praca o ludziach, ich zachowaniach, wartościach i powinnościach. Całość stanowi próbę skonstruowania recepty na godne społeczeństwo. Po przeczytaniu książki, gdzie na zaledwie stu stronach, w jednocześnie lekkim i poważnym stylu, Galbraith porusza wiele tematów: od edukacji, przez nierówności, po wojskowość i pomoc międzynarodową, ze zdumieniem należy stwierdzić, iż jest to próba niezwykle udana.

Autor rozpoczyna rozważania od postawienia pytania: Jakie właściwie powinno być godne społeczeństwo? Odpowiedź na pytanie o słuszne i sprawiedliwe urządzenie spraw społecznych będzie celem tej koncepcyjnej podróży, jednak w pogoni za nim autor nie zatraci się w odrealnionym idealizmie. Dlatego wskazane i opisane zostanie to, co słuszne, a nie to, co doskonałe. Jako weteran życia publicznego i uczestnik procesów politycznych jest on świadom ograniczeń stawianych przez zastane urządzenie świata. Wie, że dążenie do celu stworzenia godnego społeczeństwa musi uwzględniać strukturę instytucjonalną oraz naturę ludzką. Przy zmierzaniu do zrealizowania wielkiego celu, wyznaczanego przez nasz system wartości, nie możemy zapominać o tak przyziemnych faktach jak istnienie silnej motywacji pieniężnej. Istnienie rozbieżnych grup interesów i ich nie zawsze wzniosłe intencje przeszkadzają w realizacji społecznie użytecznego kształtu stosunków ekonomicznych. Oligarchia wpływa na bieg wydarzeń i kierunki myślenia społeczeństwa tak, aby ten kształt był jak najbardziej po jej myśli: W samej naturze uprzywilejowanej grupy leży to, że tworzy ona polityczne uzasadnienie swojego istnienia, a często też doktrynę społeczno-ekonomiczną, która tej grupie najlepiej służy.

Galbraith jest bardzo krytyczny wobec tych uprzywilejowanych, którzy nie czują potrzeby lepszego zorganizowania spraw publicznych. Nie kryje swojej niechęci wobec nich, pozwalając sobie na lekki przytyk: Grupa powiązana z wielkimi pulami pieniędzy jest uważana za wyjątkowo inteligentną, jak żadna inna. Dopiero bezpośrednie doświadczenie kontaktu z ludźmi tak sytuowanymi rozwiewa ten mit.

Mimo to myliłby się ten, kto uważałby autora „Godnego społeczeństwa” za zwolennika radykalnych doktryn. Wręcz przeciwnie – wedle niego upolitycznienie i zideologizowanie spraw społecznych to groźna pomyłka. Uważa, iż powinna nastać era praktycznego osądu, gdyż decyzje należy podejmować na podstawie zalet społecznych i gospodarczych danego rozwiązania. Tak jak błędna była sowiecka koncepcja dostarczania dóbr konsumpcyjnych przez państwo, podobnie błędna jest doktryna maksymalnej prywatyzacji wszystkiego. Państwowa interwencja może być korzystna w niektórych dziedzinach, np. państwowe szkolnictwo rolnicze przyniosło wydatny wzrost produktywności farmerskiej w USA, a japońskie doświadczenia przy wspieraniu badań i innowacji przez państwo pokazują, iż miarą trafności rozwiązania jest jego skuteczność, nie zaś dopasowanie do doktryny. Profesor bardzo mocno akcentuje tę myśl: Nie ma w dzisiejszych czasach błędu większego ani gorliwiej uzasadnianego. We współczesnym systemie gospodarczym i politycznym identyfikacja ideologiczna oznacza ucieczkę od niepożądanej myśli – zastąpienie konkretnej decyzji podejmowanej w określonym przypadku ogólną i banalną formułą.

W dobie gorliwie praktykowanego ideologicznego sekciarstwa Galbraith opowiada się po stronie zdrowego rozsądku. Duszy społecznika i naukowca nie cieszy zaślepienie i „kibolstwo” w sprawach publicznych – jego obowiązkiem jest iść pod prąd i dawać świadectwo praktycznego osądu. W negacji doktrynerstwa Galbraith posuwa się bardzo (zbyt?) daleko, krytykując ideologizację ex post procesów historycznych. Jego zdaniem to nie polityczna wola i przesunięcie politycznego wahadła spowodowały większą rolę państwa, lecz procesy takie jak wydłużenie czasu życia, migracje do miast, globalizacja polityki międzynarodowej itd. Państwo musiało się poszerzać i zapewniać coraz więcej dóbr publicznych ze względu na rozwój interakcji gospodarczych. Nowe role przypadły państwu dopiero jako konsekwencja tego rozwoju. Tym samym doktrynerzy przypisujący zwiększenie roli państwa politycznemu wpływowi jednej ze stron ideologicznego sporu – nie mają racji. Co więcej, jedna ze stron, ta będąca zwolennikiem ograniczania funkcji państwa, zajmuje pozycje nie tyle polityczne, co ahistoryczne – nawet o tym nie wiedząc.

Czy jednak idąc tak daleko, Galbraith nie neguje roli wartości i idei w ludzkim działaniu na rzecz pozytywnej zmiany? W świetle szczytnej intencji, która przebija przez karty „Godnego społeczeństwa”, wydaje się, że bardziej prawidłowe byłoby inne wyjaśnienie. Otóż początkowy cel dobra wspólnego zachwyca ludzi o różnych poglądach. Z biegiem czasu jednak święte przekonanie co do słuszności określonej drogi realizacji tego celu staje się coraz bardziej istotne dla zideologizowanych. W pewnym momencie doktrynerom pozostaje już tylko fetyszyzacja wybranej drogi – czy to mniejszej ingerencji państwa, osobistej odpowiedzialności i niższych podatków, czy też redystrybucji i zwiększenia roli instytucji publicznych. W skrajnym przypadku początkowy cel całkowicie zanika, zaś droga staje się celem.

Dobrobyt fundamentem społeczeństwa

Rola ekonomii w godnym społeczeństwie ma podstawowe znaczenie – twierdzi Galbraith, wykazując, iż koniecznością w takim społeczeństwie jest szybki i trwały rozwój gospodarczy, wzrost produkcji i zatrudnienia. Stagnacja jest wrogiem rozwoju społecznego, zaś ci, którzy za nią optują, podzielają w istocie skrywane preferencje lepiej sytuowanych obywateli. Niedostatek powoduje wzrost patologii i frustracji. Dlatego autor wskazuje, iż najlepszą metodą walki m.in. z narkotykami i przestępczością byłaby walka z główną przyczyną tych zjawisk – ubóstwem.

Autor „Godnego społeczeństwa” nie jest przeciwnikiem materialnych motywacji i zysków, zaznacza jednak, iż wzbogacanie się jednych nie może odbywać się kosztem społeczeństwa, przywołując za przykład oszustów finansowych i skrajnie wysoko zarabiających menedżerów. Bogactwo powinno być, jego zdaniem, stosownie opodatkowane. Ponieważ ubodzy wydają to, co zarobią, napędzając gospodarkę, zaś utrata krańcowych dochodów bogatych przywraca pieniądze gospodarce, Galbraith jest zwolennikiem opodatkowania mocno progresywnego. Takie opodatkowanie nie szkodziłoby, wbrew obawom niektórych, wzrostowi gospodarczemu, czego przykładem były lata szybkiego wzrostu gospodarczego USA po drugiej wojnie światowej, gdy opodatkowanie najlepiej zarabiających było niezwykle wysokie jak na dzisiejsze standardy.

Jak przekonuje autor w rozdziale „Gospodarka godnego społeczeństwa”, ustrój dobrobytu wymaga stałej ekspansji gospodarczej. Tej jednak zagrażają naturalne tendencje cykliczne, powodujące polepszanie i pogarszanie koniunktury. Recepty Galbraitha zasługują na szczególną uwagę w okresach takich jak obecny, gdy gospodarka odnotowuje niski poziom dynamiki wzrostowej. Gospodarka nie może zbliżać się do pełnego wykorzystania mocy produkcyjnych i pełnego zatrudnienia w sytuacji słabnącego popytu. Ten zaś składa się z konsumpcji, inwestycji i wydatków rządowych. Przy słabnięciu popytu mamy do wyboru trzy środki zaradcze.

Pierwszym jest obniżka podatków, która teoretycznie może spowodować wzrost konsumpcji. Autor zauważa jednak, iż w warunkach dekoniunktury i niepewności to rozwiązanie może nie być wystarczającą zachętą do inwestycji i konsumpcji. Obniżka podatków może się przerodzić w zwiększenie poziomu oszczędności bez zwiększenia akcji kredytowej i aktywności gospodarczej. Szczególnie osoby o wysokim poziomie dochodów nie wydają zazwyczaj całości dochodu po odjęciu podatku. Drugie rozwiązanie to cięcie stóp procentowych, preferowane przez ekonomiczny mainstream. Galbraith wspiera to rozwiązanie, jednak wskazuje, że w warunkach dekoniunktury wzrost inwestycji i konsumpcji nie jest pewny. Dopiero trzecie rozwiązanie – wzrost wydatków rządowych – zapewnia, jego zdaniem, zwiększenie popytu. Wiąże się to oczywiście z większym deficytem budżetowym, ten jest jednak konieczny przy działaniach antycyklicznych (prowzrostowych).

Kolejnym spostrzeżeniem Galbraitha, będącym niezwykle „na czasie” także w Polsce roku 2013, jest tendencja do zrzucania winy za pogorszenie sytuacji pracowników na nich samych. Gdy dziś słyszymy o oczekiwaniach względem mobilności i elastyczności pracowników, słowa Galbraitha brzmią szczególnie donośnie: Wołanie o lepsze przygotowanie pracowników jako lekarstwo na spowodowane przez recesję bezrobocie jest ostatnią deską ratunku dla pustej liberalnej głowy.

Równe społeczeństwo, sprawne państwo

Wiele miejsca poświęca autor problemom nierówności i struktury klasowej, a także edukacji, której rolę uważa za kluczową. Oświata jest w godnym społeczeństwie narzędziem, dzięki któremu można osiągnąć wiele celów. Jest niezwykle ważna dla gospodarki, wyposażając absolwentów w kapitał intelektualny potrzebny dla rozwoju w tej dziedzinie. Jednak jej rola na tym się nie kończy. Edukacja wzbudza w ludności, szczególnie tej uboższej, nadzieje i szanse na lepsze życie w przyszłości, rozładowuje frustracje związane z hierarchią społeczną i niskim statusem. Jest szansą dla każdego, lecz szczególnie ważną dla grup upośledzonych. Przeciwdziałanie dyskryminacji społecznej, jaką jest w istocie edukacja gorszej jakości, to jedno z głównych zadań godnego społeczeństwa.

System oświaty pełni także ważną rolę dla funkcjonowania demokracji. Wykształcona ludność to po prostu bardziej kompetentny elektorat, zdolny do rozumnego współkształtowania spraw publicznych. W istocie, konkluduje Galbraith, demokracja to rezultat edukacji i rozwoju gospodarczego – nie mogłaby owocnie istnieć bez któregoś z tych czynników.

Motyw wyrównywania szans jest niezwykle ważny, jednak Galbraith podkreśla, że uważa istnienie materialnych nierówności za nieuchronne i do pewnego stopnia pożyteczne. Ale wielki rozziew między bogatymi a biednymi jest szkodliwy, dlatego państwo powinno interweniować, tworząc „siatkę bezpieczeństwa” dla ubogich – chroniąc ich przed skrajną nędzą, wspierając wyrównywanie szans, dbając o dobra publiczne i angażując się w działania łagodzące żywioł wolnego rynku: Kapitalizm w swej pierwotnej, XVIII- i XIX-wiecznej formie był systemem okrutnym, który nie przetrwałby wywoływanych przez siebie społecznych napięć i rewolucyjnych postaw, gdyby nie tonująca, łagodząca reakcja państwa.

Poza tym państwo w ocenie Galbraitha powinno, zgodnie z historycznym procesem rozwoju i występowaniem nowych zjawisk, regulować gospodarkę i przestrzeń publiczną. Chodzi tu nie tylko o środowisko naturalne, któremu autor poświęca osobny rozdział, ale także o ubezpieczenia zdrowotne, standardy ochrony zdrowia, bezpieczeństwa i higieny pracy czy choćby działalności monopolistycznej prywatnych przedsiębiorstw.

Godne społeczeństwo powinno dbać o przestrzeń publiczną, ale także kierować się imperatywem moralnym w stosunku do krajów słabo rozwiniętych. Bieda jest dla godnego społeczeństwa wyzwaniem moralnym, nawet jeżeli występuje poza granicami kraju.

W swoim zaledwie stustronicowym eseju Galbraith podnosi tak wiele istotnych aspektów życia społeczno-gospodarczego, iż nie sposób ich wszystkich omówić. Książka podzielona jest na osiemnaście kilkustronicowych rozdziałów, z których każdy jest błyskotliwym omówieniem wybranego zagadnienia, nawiązującym jednocześnie do innych. Galbraith w swoim pisaniu łączy wiele cech, które zazwyczaj są niemal nie do pogodzenia, szczególnie dla zawodowego naukowca. Książka jest lekka, niepozbawiona ironii i humoru, a jednocześnie dotyka spraw najważniejszych. Jest „kompaktowa”, a równocześnie omawia projekt budowy godnego społeczeństwa dość szczegółowo i nie pomijając chyba niczego ważnego. Stanowi publikację „stuprocentowo” ekonomiczną, będąc zarazem książką o społeczeństwie. Jest to w końcu tekst głęboki, wymagający zadumy, lecz łatwy w odbiorze. Jak na „Program troski o ludzkość” przystało, autor włożył wiele wysiłku w jasne wyłożenie swojej wizji. Galbraith-dydaktyk był wydatnym wsparciem dla Galbraitha-naukowca.

Nieprzypadkowo ostatni rozdział zatytułowany jest „Kontekst polityczny”. Zmiana w kierunku godnego społeczeństwa nie jest prosta, zaś procesy polityczne nie ułatwiają wyrażenia interesów wszystkich obywateli. Galbraith jednak wierzy w to, co jest słuszne, i apeluje: Niech powstanie koalicja zatroskanych i współczujących oraz tych, którzy obecnie znajdują się poza systemem politycznym, a przed godnym społeczeństwem otworzą się jasne i całkiem realne widoki. Zamożni nadal będą zamożni, dobrze sytuowani – nadal dobrze sytuowani, lecz ubodzy staną się częścią systemu politycznego. Ich potrzeby będą słyszane – podobnie jak inne cele godnego społeczeństwa. Nietuzinkowy myśliciel rzuca więc nam wszystkim wyzwanie wejścia na drogę walki o godne społeczeństwo. Droga ta nie jest usłana różami – tego Galbraith nie obiecuje, jednak swym „praktycznym osądem” kreśli tak plastyczną, niemal dotykalną wizję lepszego świata, iż trudno jej się oprzeć.

John Kenneth Galbraith, Godne społeczeństwo: Program troski o ludzkość, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożył Adam Szeworski.

Rewolucja i naród

Henryk Michał Kamieński, którego dwusetną rocznicę urodzin obchodziliśmy w tym roku, to myśliciel znany i doceniony zarówno przez sobie współczesnych, jak i przez historyków idei i filozofii. Pochodzący z prominentnego ziemiańskiego rodu, syn bohatera kampanii napoleońskich i powstania listopadowego, poległego w bitwie pod Ostrołęką generała Henryka Ignacego. Sam także jako 18-letni młodzieniec był oficerem powstańczych wojsk, rannym w obronie Warszawy. Gruntownie wykształcony, był jednym z tych niepodległościowych działaczy i myślicieli, którzy w historycznych nieszczęściach Polski – upadku I Rzeczypospolitej, zaborach, klęsce powstania listopadowego i późniejszym zaostrzeniu kursu zaborców – zaczęli poszukiwać nie tyle i nie tylko okazji do narodowej żałoby, ale sensów głębszych. A także szans i okazji.

Lata 30. i 40. XIX wieku to czas niezwykłego fermentu wśród polskich elit intelektualnych. Stało się dla nich jasne, że dotychczasowa formuła szlacheckiej polskości wyczerpała się definitywnie. Jeśli naród polski ma przetrwać, musi zdefiniować się na nowo – nie może istnieć naród ekskluzywny, którego byt ekonomiczny i społeczny jest oparty na wykluczeniu i eksploatacji amorficznych mas.

Kamieński postrzegany jest jako jeden z najbardziej radykalnych teoretyków przyszłego narodowego powstania. Jego dzieła publicystyczne z lat 40. XIX wieku zostały uznane za zbyt radykalne przez współczesnych, także przez emigracyjnych przyjaciół autora z Towarzystwa Demokratycznego. Chodzi przede wszystkim o wydane pod wymownym pseudonimem Filareta Prawdoskiego w 1844 r. w Brukseli „O prawdach żywotnych narodu polskiego” i późniejszy o rok „Katechizm demokratyczny, czyli opowiadanie słowa ludowego”. Akcentowały one potrzebę natychmiastowego uwłaszczenia chłopów i ich włączenia do narodowych starań o niepodległość. Prawdoskiego postrzegano jako szalonego komunistę, zagrzewającego lud do anarchicznej rewolucji i ślepej zemsty na szlachcie. Tymczasem intencje Kamieńskiego wcale nie zmierzały w tym kierunku. Dla autora „O prawdach żywotnych…” sprawą najistotniejszą było przekształcenie anachronicznego polskiego narodu w taką postać, która mogłaby nie tylko odzyskać dla Polski niepodległość, ale także twórczo żyć i rozwijać się w nowoczesnym świecie.

Mickiewicz, Słowacki i sens polskiej niewoli

Spośród pojawiających się po powstaniu listopadowym wizji rodzącego się polskiego narodu największy zasięg i najgłębszy wpływ miała ta zaproponowana przez Mickiewicza w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego”. Autor przedstawił dzieje Polski i Polaków jako naznaczone szczególnym sensem i mające wyjątkową funkcję w dziejach Europy i świata. Narody europejskie po epoce średniowiecza, w której jakoby panowała chrześcijańska jedność, zaczęły odchodzić od jedynego Boga. Etyczna wspólnota Europejczyków musiała zginąć, gdy władcy poszczególnych narodów zaczęli narzucać poddanym nowe wartości. Oczywiście wartości fałszywe, bo pochodzące z tego, a nie tamtego świata. Francuzom Boga zastąpił więc honor, Hiszpanom potęga i władza, Anglikom mamona, Niemcom dobrobyt itp. Jedynym narodem, który od prawdziwego Boga nigdy nie odszedł i nie splamił się czcią wobec bałwanów, byli oczywiście Polacy.

Przechowali oni prawdziwe chrześcijaństwo i przeprowadzili je przez nieprzyjazne stulecia. Również politykę uprawiali w sposób podobny jak pierwsi chrześcijanie. Nie prowadzili więc wojen zaborczych, ale wyłącznie obronne, i to najczęściej powodowani miłością bliźniego, a więc chroniąc przed barbarzyńskimi najeźdźcami europejskich odstępców. I co najważniejsze, ekspansja narodu i państwa polskiego, podobnie jak ekspansja chrześcijaństwa, miała etyczny, a nie militarny charakter. Narody sąsiednie, zachwycone prawością i umiłowaniem wolności wśród Polaków, lgnęły do nich i były przyjmowane do braterstwa analogicznie do nawróceń dawnych barbarzyńców na etycznie atrakcyjne chrześcijaństwo. W ten sposób doszło m.in. do unii polsko-litewskiej, która z Polaków uczyniła europejską potęgę.

„Księgi narodu i pielgrzymstwa…” dawały także wyjaśnienie społecznego rozwarstwienia i zniewolenia większej części polskiego narodu. Szlachta polska poprzez swoje umiłowanie wolności dążyła nie tylko do etycznej ekspansji zewnętrznej, ale także wewnętrznej. Jej bardzo silne ekonomiczne i społeczne zróżnicowanie zostało u Mickiewicza wyjaśnione etyczną doskonałością narodu, zjednoczonego w braterstwie wokół wzniosłej idei wolności, a nie przyziemnej i bałwochwalczej idei bogactwa. Upośledzenie ludu przedstawione zostało w procesie: szlachta polska przez stulecia chętnie przyjmowała tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy świadomie przyjęli jej wartości i dowiedli tego czynem, a więc tak umiłowali wolność, że byli gotowi za nią umrzeć. Wedle Mickiewicza nobilitacja, a więc chrzest będący znakiem przyjęcia do szlacheckiego (i szlachetnego) narodu, odbywała się niejako automatycznie wraz z etycznym postępem indywidualnym lub zbiorowym. Polskość jest więc odpowiednikiem chrześcijaństwa, tzn. wynika ze świadomego przyjęcia wiary i systemu wartości warunkującego życiową postawę, a nie z przesłanek etnicznych, stanowych, politycznych czy jakichkolwiek innych.

Zresztą według Mickiewicza upadek Polski wynikał właśnie z jej inkluzywności. Tyrani świata przerażeni tym, że polska szlachta postanowiła proces przyspieszyć i przyjąć do narodu cały bez wyjątku lud (Konstytucja 3 maja), spodziewali się, że wskutek etycznego postępu także ludy cierpiące pod ich uciskiem zatęsknią do polskiej wolności. Proces rodzenia się polskiego narodu, podkreślmy, proces o kierunku zdeterminowanym przez obecne w naturze każdego człowieka dążenie do wolności, dobra, a także etycznego i duchowego wzrostu, został więc brutalnie przerwany przez tyranów.

Naród polski jest więc wciąż nieuformowany, a jego wolnościowe dążności wynikają także z niezgody na istniejące wewnątrz niego samego niesprawiedliwości i nierówności. Dlatego w Mickiewiczowskiej wizji nie ma dla Polaków zasadniczej różnicy między powstaniem narodowym a społeczną rewolucją.

Takiemu wyobrażeniu Polski jako narodu często przeciwstawia się wizję Juliusza Słowackiego. Wizję jakoby o wiele bardziej w swoim mesjanizmie radykalną, ponieważ przewidującą odrodzenie Polski i jej narodu dopiero wtedy, gdy Polacy dowiodą etycznej dojrzałości. I to dowiodą nie gotowością do śmierci, ale rzeczywistą śmiercią. Podmiot liryczny „Grobu Agamemnona” uważa, że stan narodowej i osobistej niewoli jest tak poniżający, iż Polak w niewoli przestaje być Polakiem, a Polska przestaje być Polską. Jak w starożytnej Sparcie, gdzie każdego, kto za cenę biologicznego przeżycia skapitulował w walce, otaczała pogarda i nienawiść, tak teraz pogarda i nienawiść należą się Polakom żyjącym pod panowaniem tyranów. Nie należą się im ani żadne współczucie, ani zewnętrzna pomoc, ponieważ nie są już Polakami.

Przyjęło się odczytywać wizję Słowackiego jako przekraczającą wymiary realnego, materialnego i historycznego świata. Jednak można ją postrzegać również jako metaforyczne przedstawienie zjawisk, które zachodzą na tym świecie, w rzeczywistości materialnej. Polska to przecież nie tyle państwo, którego warunkami istnienia są terytorium, ludność, władza, bogactwa itp. Polska to naród rozumiany właśnie bardzo po Mickiewiczowsku, jako zespół idei – wartości i wyobrażeń etycznych. Utrata materialnego zakorzenienia jest właśnie sprawdzianem idei. Jeżeli polskie wartości przetrwają nie tylko bez państwa, ale także bez narodu, to dopiero wtedy staną się nieśmiertelne, bo zdolne do życia bez śmiertelnego, materialnego ciała, bez terytorialnych czy etnicznych ograniczeń. Funkcją proponowanej przez Słowackiego metafory Polski odradzającej się po śmierci Polaków może być więc bardzo przesadne podkreślenie aksjologicznego, etycznego, a nie etnicznego, terytorialnego, religijnego czy politycznego charakteru polskości. Polskości jako ducha, który po utracie niedoskonałego ciała znajdzie sobie następne – lepsze. Być może ciałem tym będą dotychczasowi nie-Polacy, a więc amorficzny i poniekąd bezetyczny polski lud?

Spoić podzielone klasy, stworzyć jeden naród

Henryk Kamieński również stawia pytanie o sens utraty niepodległości przez Polskę. Jego rozpoznanie dalekie jest jednak od chrześcijańskiego mesjanizmu. Używa co prawda, to znak czasów, teologicznej frazeologii – mówi o „ofierze”, o „męczeństwie” Polski – jednak nie kryje się za tym przekonanie, że dziejami zbiorowymi i jednostkowymi kierują siły osobowe, a w polityce istnieje suweren wyższy od ludu. W „Katechizmie demokratycznym”, a więc broszurze, która w zamierzeniu miała służyć krzewieniu „wiary demokratycznej” i powstańczych idei wśród ludu, często odwoływał się do ewangelicznych przykładów. Ale już w „O prawdach żywotnych…”, czyli w tekście programowym i skierowanym do wykształconego czytelnika, nie stosuje takich zabiegów.

Jednym z najwyższych celów Kamieńskiego jest stworzenie i upowszechnienie „wiary demokratycznej”, która przemieniłaby sposób myślenia i działania Polaków, stworzyła zupełnie nową narodową aksjologię. Podobnie jak Mickiewicz, postrzega on naród jako zbiorowość, której spoiwem jest nie tyle pochodzenie, lecz wspólne wartości. Jednak jest bardziej od autora „Dziadów” radykalny w przekonaniu, że wartości te można kształtować świadomie i wbrew historii. Kamieński polemizuje także z Mickiewiczowskim przekonaniem o dziejowej misji Polaków. Uważa, że owszem, mogą i powinni odegrać znaczącą rolę w wyzwalaniu spod tyranii innych narodów. Jednak nie wynika to wcale z predestynacji Polski, ale z charakteru rewolucji, która zawsze dąży do rozszerzenia. A więc to nie męczeństwo Polski będzie dla świata moralnym wstrząsem, ale zwycięstwo prawdziwej demokracji, przeniknięcie jej duchem i przemienienie wielkiego narodu.

Kamieński, inaczej niż Mickiewicz, daleki jest od apologii przedrozbiorowej Rzeczypospolitej i jej szlacheckiego narodu. Daleki jest także od postrzegania rozbiorów i późniejszej niewoli jako wydarzenia oburzającego. Tyloletnia niewola – pisze – nie ciąży nad naszymi głowami jako marne losu igrzysko; jej misją jest jak najściślej spoić klasy podzielone niegdyś nienawistną stanów różnicą; ona to sprawia, że rewolucja społeczna odbędzie się u nas bez owych ciężkich konwulsji, domowych zatargów i rozlewu krwi bratniej. Bo muszą zgodnie działać i najściślejszymi ogniwami się połączyć ludzie mający jeden interes wobec jednychże nieprzyjaciół głównych. Męczeństwo Polski okupia ją od owych krwawych a widzianych już w dziejach ludzkości scen, bez których inaczej nie byłaby się obyła. A zespolić z nimi wyobrażenie tego postępu, który przez rewolucję społeczną koniecznie objawić się musi, jednocześnie z pierwszym samodzielnym krokiem naszej ojczyzny, z pierwszym naszym powstaniem, jest to nie pojmować głębokiego znaczenia tego męczeństwa1.

A więc niewola to nie przypadek, a wręcz przeciwnie, dar od Dziejów, który należy właściwie rozpoznać. To dla Polaków wielka szansa, aby z obcych i wrogich sobie stanów stworzyć jeden naród, wspólnotę połączoną walką z wspólnym wrogiem i ciemiężcą. Aby uniknąć bratobójczej, krwawej rewolucji społecznej, która mogłaby naród podzielić na zawsze; aby we wspólnej narodowej walce o wolność wytopić jak w tyglu nowy, oczyszczony naród.

To nie zewnętrzna, twierdzi Kamieński, ale właśnie wewnętrzna przemoc, niesprawiedliwość społecznych stosunków i obojętność klas wobec siebie nawzajem doprowadziły Polskę do upadku. Nadszedł on w momencie, w którym Polska rozumiana jako naród była wciąż żywotna, a nawet odzyskiwała nadwątlone siły poprzez budzącą się świadomość konieczności przemian społecznych. Narody, tak jak pojedynczy ludzie, mogą ginąć przedwcześnie […], jeśli się w nich objawi wewnętrzne zepsucie organów żywotnych. […] To może pochodzić tylko z wewnątrz. Zewnętrzna przemoc zupełnie inaczej na narodowość działa: przez nadanie jej spójności wykształca ją na wewnątrz. Ona to ludziom wspólny nadając interes, zlewa ich w jedność, a tak głównie wpływa na utworzenie nowych i wykształcenie istniejących narodowości2.

Dla szlachty to oczywiście szansa na opamiętanie się i dostrzeżenie niesprawiedliwości i okrucieństwa dotychczasowej organizacji społecznej narodu. Do upadku Polski przyczynił się bowiem przede wszystkim – według Kamieńskiego w stopniu tak wysokim, że wszelkie inne przyczyny można uznać za mało istotne – stan ludu trzymanego w poddaństwie na przywilej, który człowieka robił własnością jakoby rzecz lub bydlę. […] Stan powszechny ucisku najliczniejszej klasy, na której główna siła narodu i cała nadzieja obrony ojczyzny zależały3. Kamieński niejednokrotnie odwołuje się do arytmetyki, wskazując nie tylko na głęboką niemoralność takiej sytuacji, ale także na jej gospodarczą, polityczną i militarną nieracjonalność. Ponieważ niewolnik nie ma ojczyzny, więc chłopi patriotyzmu nie żywili i w efekcie Polacy w zmaganiach z zaborcami występowali nie jako naród dwudziestomilionowy4, lecz o wiele mniejszy, nie mający szans wobec obcej przemocy. Tylko niewielka część mieszkańców polskich ziem mogła uznać się za Polaków i nikt nie był temu winny bardziej niż sami Polacy.

Precz z historią

Kamieński w swoich badaniach przyczyn klęski Polski uderza nawet w narodową świętość – Konstytucję 3 maja. Wbrew jej legendzie i funkcji w mesjanistycznych (m.in. Mickiewiczowskich) koncepcjach zauważa jej zachowawczy, a nawet, w kontekście nieuchronności społecznej rewolucji, reakcyjny charakter5. Przypomina pogląd Mochnackiego, że powstanie kościuszkowskie było jakoby „konfederacją włościan”, potężniejszą od barskiej. Jednak sam ocenia udział w nim massy jako doraźny, pozbawiony świadomości własnych celów i nie z jej inicjatywy wypływający.

Podobnie miażdżąco ocenia powstanie listopadowe, które według niego było co prawda dowodem żywotność polskiego ducha, ale jednocześnie jego stagnacji i braku woli rozwoju. Inaczej niż większość emigracyjnych krytyków powstania widzi przyczynę klęski nie w zdradzie i nieudolności przywódców, lecz właśnie w co najmniej braku rewolucyjnych intencji, jeśli nie w jawnie kontrrewolucyjnym nastawieniu tych, którzy przejęli powstanie z rąk warszawskiego ludu. Zresztą przejęcie władzy nad powstaniem przez szlachecki rząd, w dodatku złożony z ludzi, którzy z racji swojej pozycji i urodzenia doświadczyli umizgów rządów zaborczych, zawsze musi zakończyć się ich wahaniem lub odstępstwem od idei rewolucji. Dlatego Polacy walczący o wolność powinni pamiętać o dotychczasowych powstańczych doświadczeniach i traktować je właśnie jako przestrogę, a nie czcić i wspominać z dumą.

Nowy naród w ogóle powinien odwrócić się od historii. Żadnego historycznego sentymentalizmu, który tylko konserwuje dawne wyobrażenia. Żadnego usprawiedliwiania narodu, który upadł. Dlategośmy zginęli, żeśmy źle mieli w głowie6 – wielokrotnie powtarza Kamieński. Toteż postuluje nawet radykalną przemianę polskiej literatury, i to zarówno tej wysokiej, pisanej, jak i tej śpiewanej i powtarzanej sobie z ust do ust w polskich domach. Koniec z czcią oddawaną niesprawiedliwym czasom, ich bohaterom, a już zwłaszcza tym, którzy ponieśli klęskę. Pieśń powinna być zwrócona ku przyszłości. Chwalić Polskę taką, jaka być powinna, a nie taką, która była ku pohańbieniu swojego ludu.

Jednak to negowanie polskich dziejów nie jest w żadnym razie czarnowidztwem, a wręcz przeciwnie, wynika z niewzruszonego optymizmu Kamieńskiego. Jest on przekonany, że w Polsce nigdy dotąd nie doszło do wydarzenia zasługującego na cześć, a więc do rewolucji, czego dowodem jest zresztą znalezienie się narodu w obcej niewoli.

Prawdziwie ludowa (czy też socjalna) rewolucja, krwawa czy bezkrwawa, musi zakończyć się zwycięstwem. Armie tyranów, po pierwsze, zawsze są mniej liczne od mas, po drugie składają się z żołnierzy walczących wbrew własnym interesom, czyli mniej skłonnych do poświęcenia, więc mniej skutecznych od powstańców świadomych walki o swoje7.

Wszyscy muszą się zmienić

Cała nadzieja naszej przyszłości – pisze Kamieński – jest w postępie naszych narodowych pojęć, za którym idzie niechybnie skuteczne powstanie8. Powstanie narodowe tak ściśle ma być spojone z rewolucją społeczną, że nie da się ich oddzielić.

Myślenie Kamieńskiego o niezbędności rewolucji jest tak radykalne, że aż paradoksalne. Co prawda inne narody europejskie nie zgotowały swoim ludom losu tak opłakanego jak Polacy; co prawda to właśnie polska szlachta ma wobec polskiego ludu najwięcej grzechów – ale w dziejowej perspektywie fakty te mogą przynieść nam więcej korzyści niż strat. Ludy zachodnie – dla Kamieńskiego szczególnie jaskrawy jest tu przykład Francuzów – nie zyskały wcale bezwzględnej wolności i równości, bo też wartości te nigdy nie były dla nich najistotniejsze. Rewolucja francuska przyniosła ludowi sporo ustępstw ze strony klas panujących, ale te ustępstwa spowodowały wyhamowanie rewolucyjnej energii, która dodatkowo wyczerpała się w wojennych przedsięwzięciach Napoleona, dalekich od rewolucyjnych celów. Teraz więc Francuzi są zdolni najwyżej do krótkich zrywów, które w żaden sposób nie są w stanie zagrozić istniejącemu stanowi rzeczy. Inaczej z Polakami zahartowanymi przez dotychczasową niewolę. Szlacheckie pragnienie wolności, które zlałoby się z ludowym poczuciem społecznej krzywdy i poniżenia, miałoby gigantyczną rewolucyjną siłę.

Ale warunkiem tego jest – jak wielokrotnie sugeruje Kamieński – rzeczywiste zlanie się tych tworzących naród świadomości, a nie, jak twierdziło wielu jego współczesnych, jedynie przekazanie ludowi szlacheckich wartości. Szlachta tak samo musi uwewnętrznić chłopskie poczucie krzywdy i poniżenia, które w połączeniu z jej własną dumą uwewnętrznioną przez przedstawicieli ludu stworzy piorunującą rewolucyjną mieszankę9.

Kamieński wierzy w to, że duża część polskiej szlachty dojrzała już do zrozumienia anachroniczności, niesprawiedliwości i nieracjonalności swojej uprzywilejowanej pozycji, która musiała przynieść upadek Polski. Szlachta jest dla powstania i dla przemienionego narodu bardzo potrzebna, ponieważ może podjąć się zadania oświaty ludu. Oświata jest zresztą rozumiana przez Kamieńskiego jako propagowanie „wiary demokratycznej”, potrzeby wolności oraz niezgody na poniżenie, a więc działanie, które wymaga od szlachty zaprzeczenia interesom stanowym lub osobistym. To właśnie stan wyższy będzie musiał na skutek powstania i rewolucji stracić najwięcej, ponieważ najwięcej teraz posiada. Ale ma to głębokie znaczenie moralne i praktyczne dla rewolucji. Ludzie wyższego stanu przyczynić się mogą przykładem widoczniejszego poświęcenia i każdy z nich pojedynczo wzięty uczyni więcej wrażenia na ludzi10 niż ktokolwiek z niższego lub średniego stanu.

Naród może istnieć bez elit

Szlachta musi jednak pamiętać o tym, że nieunikniona rewolucja udać może się także bez niej, choć z pewnością byłoby to ze szkodą zarówno dla samej rewolucji, jak i dla powstałego wskutek niej narodu. Gdyby szlachta jednak trwała przy dawnych wyobrażeniach, broniła własnej elitarności11 i uprzywilejowanej pozycji, rewolucja mogłaby przybrać krwawy, bratobójczy obrót i nie sprzęgnąć się z narodowym powstaniem. Kamieński postuluje najpierw przymuszanie za pomocą krwawego terroru, a później szczególnie surową rozprawę z tymi przedstawicielami wyższego stanu, którzy będą sprzeciwiać się połączeniu narodowego powstania z ludową rewolucją społeczną. Skoro śmierć reakcjonistów będzie jedyną szansą dla nadania rewolucji także narodowowyzwoleńczego charakteru, należy tę szansę wykorzystać. Naród bez szlachty może istnieć. Bez ludu nie może.

Szczególną rolę zarówno w przygotowaniu i przeprowadzeniu powstania, jak i w tworzeniu nowego narodu przewiduje Kamieński dla „stanu średniego”. Autor „Katechizmu demokratycznego” poniekąd tworzy taką kategorię społeczną, zaliczając do niej te warstwy, które nie utrzymują się – jak stan wyższy – ani z poddaństwa innych, ani – jak lud, stan niższy – nie żyją w poddaństwie. Stan średni to nie tylko drobnomieszczaństwo, rzemieślnicy, drobni kupcy, ale także czy przede wszystkim niezliczeni wiejscy oficjaliści i ekonomowie. Stan średni może pełnić funkcję mediatora między nienawidzącymi się i nierozumiejącymi nawzajem klasą wyższą i zniewolonym ludem, ponieważ do obu jest mu blisko. Z ludem dzieli ubóstwo i życiową konieczność przyjęcia znienawidzonej uniżonej postawy wobec wyższych od siebie. Ze stanem wyższym łączy go możliwość kształcenia się oraz aspiracje do lepszego życia. Ponieważ ludzie stanu średniego na co dzień obcują z ludem, mogą więc aktywnie działać na rzecz jego oświaty, a więc zaszczepienia aspiracji społecznych i przekonania, że to właśnie powstanie narodowe i zwrócenie się przeciwko zaborcom awansuje lud do roli narodu, nada mu godność i lepszy los.

Rewolucyjne przemiany polskiego narodu muszą być oparte na powszechnym i bezwzględnym wyzwoleniu i uwłaszczeniu chłopów, oddaniu im tej ziemi, na której pracują. Ziemia do wszystkich ludzi zarówno należy i wszyscy jednakie mają do niej prawa. […] Prawo do ziemi jest właściwie prawem do życia12 – twierdził Kamieński. Jednak w tym miejscu radykalizm myśliciela – i właściciela dużego folwarku na Chełmszczyźnie – ustępował miejsca obawie, że szlachta przerażona wizją utraty majątku odwróci się od powstania. Chłopi mieli więc dostać na własność wyłącznie ziemię przez siebie użytkowaną, a folwarki pozostałyby w szlacheckich rękach. Czy było to kunktatorstwo, czy też taktyczne przemilczenie dalszych przemian, do których (jak można sądzić z wyrażanego w pismach Kamieńskiego przekonania o niemoralności wielkiej własności ziemskie) musiałoby dojść już po zwycięstwie powstania? Trudno powiedzieć. Mimo to przekonanie, że lud – wolny i uwłaszczony, z własnością jako gwarancją wolności – będzie stanowił podstawę nowego narodu, jest u Kamieńskiego dominujące.

Wszystkie stany są jednak nowej Polsce niezbędne, bo każdy z nich wnosi do narodu własne doświadczenie i wartości. Ludowi potrzeba szlacheckiej godności i wysokich aspiracji tak samo, jak szlachcie ludowego zakorzenienia w życiu i pracy. Szlachecka pycha i chłopskie poniżenie mogą spotkać się w postaci polskiej narodowej dumy. Dopiero naród, który jest syntezą ludowego i szlacheckiego doświadczenia ma szansę nie tylko na zwycięstwo w powstaniu i samodzielne istnienie, ale także na wskazanie innym nacjom drogi do wyzwolenia i godnego bytu.

Cała władza w ręce ludu!

Kamieński, mówiąc o przyszłej rewolucji, jest absolutnie przeciwny popularnemu wśród pisarzy i myślicieli romantycznych poglądowi, że na czele powstania, które doprowadzi do odbudowania Polski, powinna stanąć charyzmatyczna jednostka (albo sprzysiężenie, rząd czy dynastia złożone z takich jednostek), która będzie uosabiać najlepsze cechy narodu, a także precyzować jego cele i dążenia. Wiara w osobistą charyzmę przywódców niejednokrotnie doprowadziła już powstańcze przedsięwzięcia Polaków do klęski, i to bynajmniej nie dlatego, że nie trafiono do tej pory na jednostkę odpowiednio obdarzoną cnotami i wolą. Oczekiwanie od jednostki, że zapomni o własnych celach, uprzedzeniach czy korzyściach jest zawsze naiwne. Podobnie jak oczekiwanie, że jednostka przekroczy pojęcia wpojone jej przez własną klasę. A ponieważ charyzmę przypisuje się z reguły właśnie przedstawicielom stanu wyższego, przy powierzeniu przywództwa jednostce wszelkie powstańcze działania cechują się partykularnymi, stanowymi celami klasy wyższej. To nie charyzma, nie jednostkowy geniusz czy władza dynastii, ale zasady mają być skalą na każdego człowieka publicznego; najwyższym prawem, do którego ma się stosować; w obrębie którego ma działać koniecznie. Ten zatem, który te zasady, to najwyższe prawo stanowi: duch publiczny, lud, jest rzeczywiście najwyższym władcą, a natenczas dopiero władzę swoją wywierać może, władzę którą ma de facto, kiedy te zasady rozwinie, za prawo najwyższe położy, ich wykonania strzeże. W takim razie rząd, ster, nie jest władzą; jest tylko narzędziem wykonawczym najwyższej woli objawiającej się przez duch publiczny w braku wyraźnej, że tak powiem: urzędowej, formy. Natenczas, czy ten rząd z jednej lub więcej osób się składa, jest rzeczą obojętną, od towarzyszących okoliczności zależącą13.

Polski duch publiczny, wypowiadany głosem całego narodu, powinien więc mieć prawo i obowiązek natychmiast odwołać rządzących (czy, jak chyba lepiej byłoby w tym przypadku powiedzieć: zarządzających), jeśli zostanie stwierdzona ich prywata, klasowy partykularyzm lub nieudolność. „Sternikom sprawy” nie należą się żadne przywileje, cześć czy specjalne prawa. Mają być wybierani nie jednorazowo, ale permanentnie, stale kontrolowani i oceniani pod kątem użyteczności we wprowadzaniu w życie zasad, którymi kieruje się lud. Absolutnie więc, nawet w sytuacji militarnego zaangażowania, na czele narodu nie powinni stać dyktatorzy, lecz urzędnicy całkowicie zależni od ludowej zwierzchności.

Kamieński mówi tu o władzy w czasie powstania, jednak proponowane przez niego rozwiązania dotyczące władzy odnoszą się nie tylko do sytuacji nadzwyczajnych. Władza, podobnie jak ziemia, mocą prawa przyrodzonego należy się bezwzględnie i wyłącznie ludowi, który może jej sprawowanie powierzyć swoim przedstawicielom. Despotią jest nie tylko ta władza, która przejmuje rządy nad narodem na drodze uzurpacji (monarchia, oligarchia, arystokracja). Staje się nią także ta otrzymana z poręki ludu, gdy sprzeciwi się „duchowi publicznemu”. A że despotia w Polsce jest znienawidzona, biada tyranom, którzy by się tu objawili.

Idee żyją mimo zwątpienia

Henryk Kamieński w 1845 r. został przez władze carskie aresztowany i za swą działalność i publicystykę skazany na trzyletnie zesłanie w głąb Rosji. Gdy tam przebywał, w 1846 r. w kraju doszło do takiej właśnie katastrofy, jakiej za wszelką cenę chciał zapobiec. Fatalnie przygotowane narodowe powstanie spaliło na panewce, wybuchła zaś, z inspiracji zaborcy, zadawniona chłopska nienawiść wobec szlacheckich ciemiężców. Po rozpaczliwych próbach przyciągnięcia ludu do powstania zginął Edward Dembowski, kuzyn i towarzysz Kamieńskiego w narodowej działalności.

Nasyciwszy w rabacji galicyjskiej żądzę zemsty i mordu, lud zadowolił się nagrodą od zaborcy w postaci rozpoczęcia procesu uwłaszczenia. Postrzegał teraz cesarza i jego instytucje nie jako tyrana, ale dobroczyńcę, któremu należy się wdzięczność. Szlachta zaboru rosyjskiego bardziej niż o braterstwie z ludem myślała o tym, by uprzedzić nieuchronne zniesienie feudalnych stosunków gospodarczych i na gwałt próbowała zapobiec stratom, uwalniając chłopów od pańszczyzny i rugując z użytkowanych przez nich gospodarstw.

Kamieński powrócił do kraju, w którym idea narodowego powstania przeprowadzonego łącznie z socjalną rewolucją wydawała się już zupełnie nierealna. Na zesłaniu przekonał się dobitnie, że wbrew polskim nadziejom Rosja nie jest bynajmniej kolosem na glinianych nogach, a lud rosyjski wcale nie marzy o rewolucji i odmianie swego złego losu. Widział teraz świat i polską sprawę bez rewolucyjnego optymizmu i entuzjazmu. Wiarę w przemienienie narodu w zupełnie nową jakość zamienił na tradycjonalizm i gorzkie dla rewolucjonisty przekonanie, że ochrona narodowej substancji ważniejsza jest niż marzenia o kraju równych i wolnych ludzi.

A jednak przetrwały i w wielu ważnych dla naszego kraju momentach odzywały się narodowe idee Kamieńskiego: przekonanie, że Polacy winni być wspólnotą etyczną, a nie etniczną; że warunkiem zaistnienia takiej wspólnoty jest włączenie do niej każdego na jednakowych zasadach; że świadomość narodu jest syntezą doświadczeń i przekonań wszystkich jego warstw, a nie tylko doświadczeniem i światopoglądem elity narzuconym masom; że niewola, niesprawiedliwość i okrucieństwo, których Polacy doznali od Polaków, tworzą zarówno moralną powinność, jak i predestynują nas do dbałości o stworzenie narodowych więzi w duchu wolności, równości i braterstwa; że naród winien szukać w historii raczej wiedzy o przyczynach swojego kształtu i położenia niż potwierdzenia własnych wyobrażeń i łatwego pokrzepienia; że wszyscy uczestnicy narodowej wspólnoty powinni ponosić wyrzeczenia na jej rzecz, a największe ci, którzy mają najwięcej; że Polacy nie potrzebują nad sobą rządów, choć bardzo potrzebują sprawnego zarządu.

A że idee są nieśmiertelne, może jeszcze kiedyś warto będzie do nich sięgnąć?

Jarosław Górski

Przypisy:

  1. H. Kamieński, O prawdach żywotnych narodu polskiego przez Hipolita Prawdoskiego, Bruksela 1844, s. VI–VII.
  2. Ibid., ss. 33–34.
  3. Ibid., s. 56.
  4. Na tyle szacuje Kamieński liczbę Polaków. Stanowczo zbyt optymistycznie. Polska we wszystkich trzech zaborach utraciła na rzecz zaborców ok. 11 mln mieszkańców.
  5. Pogląd Kamieńskiego na rewolucyjny bądź reakcyjny charakter Konstytucji 3 maja nie jest konsekwentny. W „Prawdach żywotnych…” i „Katechizmie demokratycznym” kilkakrotnie podaje ten akt jako przykład zrozumienia przez szlachtę konieczności rezygnacji z części (na razie) przywilejów.
  6. Ibid., s. 46.
  7. Czymże jest w porównaniu mas drobna garstka siepaczy despotyzmu! – ibid., s. 49.
  8. Ibid., s. XV.
  9. Poczucie tego, że rewolucja i narodowe powstanie wymagają nie tyle oświecenia ludu przez szlachtę, ale idącego z obu stron wysiłku zmierzającego do wzajemnego oświecenia się, dzielił Kamieński ze swoim kuzynem, także wybitnym rewolucyjnym i niepodległościowym myślicielem i działaczem, a w roku 1846 faktycznym przywódcą powstania krakowskiego, Edwardem Dembowskim (1822–1846). Dembowski, z urodzenia arystokrata, chadzał w chłopskiej sukmanie, co – dużo wcześniej zanim taki gest zdewaluowała młodopolska ludomania – było symbolem konieczności oddania przez szlachcica chłopom części własnego splendoru i godności, a przyjęcia ich wartości, a także – co nie mniej ważne – zrównania stylu i poziomu życia.
  10. H. Kamieński, Stan średni i powstanie, Warszawa 1982, s. 89.
  11. Ibid., s. 113.
  12. H. Kamieński, Filozofia ekonomii materialnej ludzkiego społeczeństwa z dodaniem mniejszych pism filozoficznych, Warszawa 1959, s. 253.
  13. H. Kamieński, O prawdach żywotnych…, s. 29.

„Pierwsza Brygada” pod czarno-czerwonym sztandarem

Czy anarchista może mieć coś wspólnego z endecją? Na pierwszy rzut oka takie przypuszczenie to absurd. A jednak największy w historii Polski ruch syndykalistyczny, w którym obecni byli również anarchiści, został zainicjowany przez dysydentów z endecji.

Pamiętać należy, że u swego zarania ruch narodowo-demokratyczny miał charakter zgoła odmienny od formy, jaką przyjął później. Był rewolucyjno-niepodległościowy, populistyczny (z akcentami radykalizmu społecznego), antyklerykalny. Dopiero polaryzacja polityczna z okresu rewolucji 1905 r. przyniosła gwałtowny zwrot w prawo – ku konserwatyzmowi społecznemu i antysemityzmowi – połączony z przyjęciem prorosyjskiego lojalizmu. Nie wszyscy narodowi demokraci zaakceptowali jednak tę ewolucję. Napotkała ona opór zwłaszcza w Związku Młodzieży Polskiej ZET, który broniąc starego programu dokonał tzw. frondy.

Frondyści czynnie włączyli się w paramilitarną działalność niepodległościową, w czasie I wojny światowej służyli w Legionach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zetowcy postanowili kontynuować konspiracyjną działalność, tworząc 7 grudnia 1918 r. niejawny Związek Patriotyczny. Z tym środowiskiem związał się Kazimierz Zakrzewski – postać zaiste nietuzinkowa.

***

Żyjemy w czasach specjalizacji, w których politycy nie tylko utrzymują się z polityki, ale też nie są w stanie nic sensownego powiedzieć bez pomocy specjalistów od public relations. Tymczasem Zakrzewski był równocześnie działaczem społecznym, pełniącym niezliczone funkcje, oryginalnym myślicielem politycznym i autorytetem zawodowym w swej profesji.

Urodził się 4 listopada 1900 r. w Krakowie jako syn Konstantego, profesora fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak napisał jego biograf, wzrastał w atmosferze wysokiej kultury umysłowej i szerokich zainteresowań społecznych. Nie był jednak pięknoduchem zamkniętym w wieży z kości słoniowej – w 1917 r., zaraz po uzyskaniu świadectwa maturalnego, patriotyczny zew porwał go w szeregi Legionów. Ranny trafił do szpitala polowego, a po tzw. kryzysie przysięgowym został internowany w obozie więziennym w węgierskim Huszt. Jako obywatela Austro-Węgier, wcielono go do armii austriackiej i wysłano na front włoski, gdzie brał udział w walkach w Dolomitach. Po upadku monarchii Habsburgów, jesienią 1918 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz już w listopadzie przerwał je, wstępując do Legii Akademickiej. Nastolatek znalazł się wówczas w załodze pociągu pancernego, który w listopadzie 1918 r. walczył z Ukraińcami o Lwów. Nie był to koniec wojennych przygód chorowitego skądinąd (choroba płuc) młodzieńca. W czasie wojny polsko-bolszewickiej w lipcu 1920 r. zaciągnął się do Brygady Akademickiej w Rembertowie, jednak ostatecznie z powodu złego stanu zdrowia został zwolniony.

Po wojnie wznowił studia, kontynuowane na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Twardy żołnierz ujawnił wówczas naukowe talenty oraz zainteresowania historyczne, zaszczepione mu przez stryja Stanisława, wybitnego mediewistę. Już w 1923 r. uzyskał stopień doktora na podstawie pracy „Samorząd miast Achai rzymskiej. Arkadia – Messenia – Lakonia” i został asystentem w katedrze historii starożytnej. Dwa lata później jako stypendysta Sorbony wyjechał do Paryża, gdzie pogłębiał wiedzę u profesora Pierre’a Jougeta. Po powrocie do Polski habilitował się w 1927 r. rozprawą „Rząd i opozycja za cesarza Arkadiusa”. Po okresie pracy na Uniwersytecie Poznańskim wrócił w 1931 r. do Lwowa, gdzie uzyskał profesurę. Jego imponujący dorobek naukowy w zakresie historii Cesarstwa Zachodnio- i Wschodniorzymskiego (m.in. wznawiana do dziś synteza „Dzieje Bizancjum”) sprawił, że bizantynistyka została uznana za oddzielną dyscyplinę uniwersytecką. W 1935 r. objął utworzoną specjalnie dla niego Katedrę Historii Bizancjum na Uniwersytecie Warszawskim.

Mimo ogromnego wysiłku naukowego Zakrzewski znajdował czas na działalność społeczną. Już w 1920 r. opublikował „Zasady federalizmu w polskiej polityce kresowej”, odzwierciedlające stanowisko zetowców wobec polityki zagranicznej Rzeczpospolitej. Cztery lata później w zetowym dwutygodniku „Sprawy Polskie” ujawnił zainteresowania kwestią społeczną, określając przy okazji swoje poglądy mianem „lewicy narodowej”. Pobyt w Paryżu wykorzystał do pogłębiania wiedzy na temat syndykalizmu – zarówno teoretycznego, Georges’a Sorela, jak i praktycznego, Generalnej Konfederacji Pracy. Nic dziwnego, że wróciwszy do kraju, zaangażował się w tworzenie polskiego ruchu syndykalistycznego, pod auspicjami Związku Naprawy Rzeczypospolitej – legalnej przybudówki ZP, stanowiącej część składową obozu piłsudczykowskiego. W grudniu 1926 r. ukazał się pierwszy numer pisma „Solidarność Pracy”, zaopatrzonego w charakterystyczny podtytuł: „Dwutygodnik poświęcony sprawie uniezależnienia i zjednoczenia ruchu zawodowego w Polsce”. Znalazł się tam artykuł Zakrzewskiego „Nasza droga”, zawierający jego polityczne credo: Czym są dzisiaj związki zawodowe? Niczym! Czym być powinny? Wszystkim!

***

Do syndykalizmu doprowadził Zakrzewskiego jego patriotyzm czy też, jak kto woli, nacjonalizm – jeśli pod tym pojęciem będziemy rozumieć ideologię uznającą naród za centralną kategorię.

Zakrzewski wypracował jednak koncepcję narodu odmienną zarówno od etnicznego nacjonalizmu endecji, jak i od nacjonalizmu państwowego piłsudczyków. Twierdził, że naród to organizacja twórczości, […] to organizacja ciągłości w pracy dziejowej, ostro odróżniając naród jutra (zespół pracowników) od narodu wczoraj, czyli od masy ludzi będących konsumentami haseł patriotycznych. Podkreślał: Jedność narodowa to jedność pracy w narodzie, solidarność czynników twórczych, których wysiłki stanowią fragmenty narodowej służby dziejowej. Z tej produktywistycznej koncepcji narodu wynikało, że różnice etniczne są drugorzędne, to z kolei obligowało do tolerancji wobec mniejszości narodowych.

Charakterystyczny był tu stosunek Zakrzewskiego do kwestii żydowskiej i antysemityzmu, wyłożony przezeń na łamach „Frontu Robotniczego” w marcu 1936 r. Pisał tam, że kwestia żydowska ma charakter realny (a nie tylko wyimaginowany przez antysemitów), gdyż w Europie Środkowo-Wschodniej egzystują z jednej strony środowiska żydowskie o charakterze kapitalistyczno-pasożytniczym, z drugiej zaś – niezasymilowana masa żydowska, luźno tylko związana ze społeczeństwem kraju, o wadliwej, jednostronnej strukturze społeczno-gospodarczej. Jako rozwiązanie proponował z jednej strony dobrowolny odpływ Żydów do własnych siedzib narodowych, z drugiej – produktywizację ludności żydowskiej i włączenie jej w życie społeczne kraju. Odrzucamy natomiast – oznajmiał – wszelkie próby rozwiązania jej [kwestii żydowskiej – J. T.] w atmosferze nienawiści narodowej, […] jako próby, które […] odwodzą uwagę mas od […] ich walki z kapitalizmem.

Tym niemniej naród pozostawał dla Zakrzewskiego podstawową płaszczyzną uspołecznienia jednostki: Organiczny związek pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pomiędzy jednostką a otoczeniem […] – istnieje w Narodzie. Za tym postępował swoisty egoizm narodowy – według Zakrzewskiego każdy naród musi sam ratować swe życie, swe wartości. Każdy musi się zdobywać na swoją własną wewnętrzną rewolucję. Za Stanisławem Brzozowskim wołał: Jesteście narodem? – walczcie! Przyznać jednak trzeba, że ów egoizm narodowy był złagodzony: Zakrzewski miał nadzieję, że upowszechnienie syndykalizmu w Europie zastąpi imperialistyczną ekspansję i konflikty zbrojne przez pokojową rywalizację.

Uznanie narodu za wspólnotę nadrzędną stawiało na porządku dnia problem usunięcia konfliktów rozdzierających tę wspólnotę. Zakrzewski przestrzegał: Naród wytwórców nie powstanie, dopóki nie usunie się tych głębokich antagonizmów. Celem było więc urzeczywistnienie jak najpełniejszej jedności narodu: W tym narodzie wytwórców giną różnice klasowe […]. Naród wytwórców sam stanowi klasę społeczną zespoloną i zwartą. […] Zwalczające się grupy […] zostają wyeliminowane poza nawias narodu wytwórców, podobnie jak wszystkie inne czynniki nie biorące udziału w pracy dziejowej narodu.

Zakrzewski w narodzie wyróżniał grupy twórcze i pasożytnicze, przy czym twórcze w Narodzie siły, istnieją w różnych klasach społecznych jako częściach składowych organizmu produkcyjnego. Charakterystyczne, że bronił nie tylko proletariatu, ale też burżuazji produkcyjnej przed symbiozą plutokracji i […] ochlokracji uosabianej przez banki i kasy chorych. To między producentami i pasożytami trwał jego zdaniem realny a nieprzezwyciężalny antagonizm, przez Zakrzewskiego identyfikowany z walką klas. Jej celem miała być „eliminacja” tych wszystkich, którzy nie walczą ani nie pracują. Zakrzewski przyznawał, że w dziedzinie gospodarki walka klas jest bodźcem postępu, zastrzegał jednak, że twórczy charakter możemy przyznać tylko takim walkom, […] które są dążeniem młodej, wznoszącej się elity sił robotniczych do przejęcia misji cywilizacyjnej, którą dotychczas piastowała burżuazja. W tych słowach rozpoznajemy raczej Pareto niż Marksa!

Wiązał się z tym specyficzny elitaryzm Zakrzewskiego. Definiował on elitę społeczną jako najtęższe, najzdrowsze i przy tym kierownicze siły, nurtujące w życiu społeczno-gospodarczym, odróżniając ją zarazem ściśle od zdegenerowanej, pasożytniczej oligarchii. Podkreślał, że elita ma służyć masie, jednak elita polityczna nie pokrywa się nigdy do końca ze społeczną i dlatego się degeneruje. Rozwiązaniem miał być syndykalizm, który stwarza nową elitę, nieodrywającą się od mas pracujących, które ją wyłaniają, ale pozostającą ich rdzeniem i duszą.

Uznanie klasy robotniczej za siłę wiodącą wynikało z wiary w heroiczny potencjał proletariatu – to była rzeczywista motywacja syndykalistycznego zaangażowania zetowców. Zakrzewski wielokrotnie wypowiadał się przeciw marksistowskiemu ekonomizmowi. Powtarzał za Brzozowskim: Nie idzie o fakt materialnej przynależności z urodzenia do samej klasy – idzie o wybór ideału. Według Zakrzewskiego robotnik miał być wzorem, ideałem wychowawczym, typem dziejowym – bardziej postawą psychiczną niż przynależnością klasową. Co więcej, w odróżnieniu od klasowych separatystów ze skrajnej lewicy Zakrzewski przewidywał, że naród wytwórców przejmie dorobek kulturalny zarówno proletariatu, jak i burżuazji.

Wyraźna i nieskrywana była tu inspiracja nacjonalizmem rewolucyjnym Brzozowskiego, poprzez którego endeccy dysydenci dotarli do Sorela. Zakrzewski otwarcie uważał myśl Brzozowskiego za filozoficzny fundament obozu Rewolucji majowej (tak syndykaliści i lewica sanacyjna nazywali przejęcie władzy przez Piłsudskiego w drodze przewrotu), gdyż idea Czynu przetworzyła się w ideę Pracy.

W ten sposób docieramy do radykalizmu społecznego. Wypływał on – podkreślmy to jeszcze raz – z nacjonalizmu. Syndykalizm miał być drogą do zapewnienia narodowi potęgi dzięki wzrostowi produkcji przez racjonalną organizację pracy i należytą jej intensyfikację. Zakrzewski odrzucał jednak wariant paternalistyczny nacjonalizmu – przewidujący udział robotników w zyskach czy upowszechnienie własności – gdyż oznaczałoby to, że klasa kapitalistyczna wchłonie w siebie klasę robotniczą, tymczasem syndykaliści wierzyli za Sorelem w wyższość moralną proletariatu.

Odrzucał zarówno kapitalizm państwowy faszystów, jak i socjalizm, który chce zastąpić kapitalistów niekompetentną ekonomicznie inteligencją. Jedyne rozwiązanie antagonizmów klasowych widział w przejęciu kontroli nad gospodarką przez klasę robotniczą, zorganizowaną w związki zawodowe. Aby ten cel zrealizować, należało najpierw uniezależnić związki zawodowe od partii. Proces uspołecznienia miał mieć charakter ewolucyjny: Pozostawiając na boku kwestię własności przedsiębiorstw, klasa robotnicza może dążyć do uzyskania udziału w kierownictwie i kontroli, […] dopóki nie uzyska wpływu decydującego. Czynniki twórcze […] zgrupują się wtedy dokoła ekonomicznych organizacji klasy robotniczej. Związki zawodowe obejmą rolę dzisiejszych spółek akcyjnych, których likwidacja […] będzie mogła się dokonać na drodze polubownej, bez rewolucyjnych wstrząsów. Również przedsiębiorstwa prywatne miały zostać podporządkowane jednolitemu planowi. Syndykalistyczna transformacja dotyczyć miała także rolnictwa – wedle Zakrzewskiego wieś była idealnym terenem dla syndykalizmu, czyli zrzeszeń wolnych wytwórców pod opieką państwa.

Ideologia produkcyjna Zakrzewskiego warunkowała krytykę konsumpcjonizmu, co umożliwiłoby pierwotną akumulację kapitału – w ten sposób polski syndykalizm okazywał się raczej ideologią forsownej modernizacji niż sprawiedliwości społecznej. Klasa robotnicza jako klasa heroiczna, uderzając w społeczeństwo burżuazyjne […] zmusza je do odrodzenia się moralnego, do […] zdobywczego stosunku do życia. Z tych pozycji Zakrzewski krytykował lewicę marksistowską – pisał, że robotnik polski opowiedział się za państwem, za bohaterstwem, za idealizmem, za cnotą żołnierską, a nie za materializmem rewolucji marksistowskiej. Co jednak ciekawe, lepiej oceniał komunizm niż zdegenerowaną do liberalizmu socjaldemokrację.

***

Syndykalistyczna propaganda zaowocowała w maju 1928 r. powołaniem Generalnej Federacji Pracy. Był to klasyczny „żółty” związek zawodowy, tworzony przy wsparciu sanacyjnej administracji państwowej, wystrzegający się radykalnych postulatów, stroniący od strajków i akcji bezpośrednich. W maju 1931 r. połączył się z innymi prorządowymi centralami (solidarystyczna Konfederacja Gospodarczych Związków Zawodowych, część prawicowo-socjalistycznego Centralnego Zrzeszenia Klasowych Związków Zawodowych, nacjonalistyczne Polskie Związki Zawodowe „Praca” z Poznańskiego i Pomorza) w Związek Związków Zawodowych. Organizacja dzięki poparciu władz rychło stała się jedną z silniejszych w polskim ruchu zawodowym – w 1934 r. liczyła 169 tys. członków, co stawiało ją na drugim miejscu po socjalistycznym Związku Stowarzyszeń Zawodowych (245 tys.). ZZZ wydawał szereg czasopism, z „Frontem Robotniczym” na czele, prowadził działalność kulturalną poprzez Robotniczy Instytut Oświaty i Kultury im. Stefana Żeromskiego, współpracował z „naprawiackim” Związkiem Polskiej Młodzieży Demokratycznej.

„Trzy Zety” były jednak kolosem na glinianych nogach. Radykalnej antykapitalistycznej retoryce towarzyszyła oportunistyczna praktyka, robotnicy zapisywali się do Związku, by nie stracić pracy. Nic nie pomoże ZZZ, ostrzymy noże: zet, zet, zet – kpiła opozycja. W kierownictwie toczyła się walka między oportunistami, gotowymi firmować każde posunięcie rządu, a radykałami, poważnie myślącymi o obronie proletariatu i reformach społecznych. Wynikało to z faktu, że syndykaliści uważali się za integralną część obozu piłsudczykowskiego, wiążąc z nim nadzieję na przeprowadzenie reform. Zakrzewski pisał, że rewolucja majowa obaliła rządy oligarchii, rozwijającej się na gruncie ustroju parlamentarno-demokratycznego, i dzięki temu otwarły się możliwości ustanowienia nowego ładu ustrojowego. W rezultacie zetzetzetowcy śpiewali na przemian „Pierwszą Brygadę” i „Czerwony Sztandar” (choć nie „Międzynarodówkę”!), w swych pochodach nosili portrety Piłsudskiego i czarno-czerwone sztandary.

Pod wpływem kryzysu gospodarczego syndykaliści z „Naprawy” – Kazimierz Zakrzewski, Jerzy Szurig, Stefan Kapuściński – radykalizowali się, łącząc swe siły z byłym pepeesowcem Jędrzejem Moraczewskim. Choć początkowo zaakceptowali przystąpienie ZNR do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, to po 1930 r. narastał w nich krytycyzm (np. w 1932 r. Zakrzewski domagał się zniesienia dyscypliny partyjnej w klubie poselskim BBWR). Przez pewien czas radykałowie łudzili się możliwością współpracy z autorytarną „grupą pułkowników” w łonie obozu sanacyjnego, jednak w 1935 r. doszło do otwartego konfliktu. Po śmierci Piłsudskiego jego autorytet przestał spajać sanację, a związkowcy przeciwstawili się namaszczaniu na następcę Komendanta generała Edwarda Rydza-Śmigłego. W lipcu 1935 r. syndykalistyczna lewica ZZZ skrytykowała antydemokratyczny projekt ordynacji wyborczej i wezwała – acz bezskutecznie – Związek do bojkotu wyborów.

Radykalizm syndykalistów doprowadził w 1936 r. do rozłamu w Związku Patriotycznym: lewicę poparło ok. 80 działaczy, prawicę 130. Prawa strona to urzędnicy i posłowie, lewa – wolne zawody i pracownicy społeczni – wspominał Stefan Szwedowski. Rozłam przeniósł się na Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej, z którego wyodrębnił się ZPMD-Lewica (później Stowarzyszenie Młodzieży Syndykalistycznej); Zakrzewski należał do tych seniorów organizacji, którzy poparli rozłamowców. Syndykalistom udało się utrzymać kontrolę nad Związkiem Związków Zawodowych i Robotniczym Instytutem Oświaty i Kultury. Na II zjeździe Instytutu w listopadzie 1936 r. Zakrzewski został prezesem Zarządu Głównego RIOK (pełnił tę funkcję do wybuchu wojny). W marcu 1937 r. doszło do decydującej rozgrywki. III kongres ZZZ odrzucił akces do faszyzującego Obozu Zjednoczenia Narodowego, przyjął szereg radykalnych rezolucji (np. w sprawie wojny hiszpańskiej, solidaryzując się z tamtejszymi anarchosyndykalistami), a do władz Związku wybrał lewicowców – m.in. w prezydium Centralnego Wydziału ZZZ znalazł się Zakrzewski.

Zerwanie z ekipą rządzącą doprowadziło do kryzysu w Związku. Doszło do serii rozłamów, nastąpił masowy odpływ członków. Już w 1937 r. nie udało się zorganizować syndykalistycznych pochodów pierwszomajowych na Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i Łodzi. Spadł gwałtownie nakład prasy syndykalistycznej, zmniejszyła się liczba wydawanych tytułów. Na swym IV kongresie w marcu 1938 r. ZZZ reprezentował już tylko 35 tys. członków. Represje dotknęły też przywódców. Przeciw Zakrzewskiemu już w 1936 r. wszczęto prokuratorskie dochodzenie w związku z udziałem syndykalistów w strajku protestacyjnym we Lwowie, umorzono je jednak ze względu na autorytet profesora. W 1938 r. Komitet Krzyża i Medalu Niepodległości odrzucił wniosek o przyznanie Zakrzewskiemu Krzyża Niepodległości. Mimo to Zakrzewski – w czerwcu 1939 r. wybrany wiceprezesem ZZZ – podtrzymywał radykalny kurs: występował przeciw otrzymywaniu ministerialnych subwencji i złagodzeniu opozycji wobec rządu, domagał się akcji strajkowej 1 maja.

Rozbrat z sanacją ukazał izolację syndykalistów. Do starego wroga – endeckiej prawicy – doszedł nowy: sanacyjny OZON. Stosunki z lewicą pozostawały skomplikowane. Najbliżej Związkowi Związków było do PPS, jednak Zakrzewski odrzucał pepeesowską koncepcję „frontu demokratycznego” z udziałem ludowców i chadeków; krytykował też sztandarowy dla socjalistów postulat wolnych wyborów, twierdząc, że wybory nie rozwiążą problemów robotników. Choć komuniści pozytywnie oceniali ewolucję ZZZ, Zakrzewski pozostawał pryncypialnie antykomunistyczny. Nieufny był też wobec anarchistów napływających w szeregi Związku i jego przybudówek – w 1937 r. zapowiedział, że w RIOK nie będzie żadnych anarchosyndykalistów i polityki. Zakrzewski głosił ideę ponadpartyjnego, antyfaszystowskiego frontu robotniczego, popularyzując ją w 1937 r. na łamach dziennika „Głos Powszechny”, w którym był zastępcą redaktora naczelnego. W praktyce sprowadzała się ona do współpracy z innymi lewicowymi dysydentami z obozu piłsudczykowskiego – Zakrzewski np. wziął udział w zebraniu założycielskim pierwszego Klubu Demokratycznego w Warszawie.

***

Ku opozycji pchał Zakrzewskiego i syndykalistów sprzeciw wobec totalitaryzmu, który prężność mas łamie żelazną ręką partyjnej dyktatury. Lewica „Naprawy” domagała się demokratyzacji systemu politycznego, potępiała policyjne metody. Był to jednak demokratyzm nietypowy, bo antyliberalny – Zakrzewski stawiał wręcz tezę o rozłączności i przeciwstawności demokracji i liberalizmu. Krytykował fałszywy indywidualizm, partyjnictwo i przerosty parlamentaryzmu.

Alternatywą zarówno dla parlamentaryzmu, jak i dyktatury miała być zakorzeniona w myśli syndykalistycznej koncepcja organicznej demokracji pracy. Zakrzewski precyzował: Liberalnej koncepcji czysto mechanicznego związku między bezlikiem absolutnie suwerennych jednostek-wyborców a Państwem przeciwstawiamy plan organicznego łączenia czynników gospodarczo-identycznych, realizujących jedność świata pracy w formie pozapartyjnej. Przekonywał, że państwo stałoby się w ten sposób organizacją samorządu ludności, jako społeczeństwa wytwórców. Wpływ na władzę miały mieć zapewnione wszystkie żywe siły narodu, co de facto oznaczałoby posiadanie praw politycznych jedynie przez producentów. Zakrzewski podkreślał, że państwo techniczne jest organem republiki wytwórców, w której nie ma miejsca dla pasożytów ani ludzi nieprzydatnych. W praktyce jednak jego projekt był mniej radykalny i ograniczał się do postulatu udziału związków zawodowych w organizacji władz państwowych. Zwieńczeniem opartego na związkach samorządu gospodarczego miała stać się Naczelna Izba Gospodarcza (czy też Izba Zawodów). Struktura państwa byłaby oparta na dualizmie obywatelsko-producenckim, który wyrażałby współistnienie zgromadzenia parlamentarnego i zgromadzenia syndykalnego.

Drugim filarem nowego ustroju miało być ustanowienie silnego rządu demokracji, opartego na bezpośrednio (plebiscytarnie) wyrażonej woli mas ludowych. Egzekutywa miała spoczywać w rękach prezydenta. W projekcie Zakrzewskiego prezydent wybierany byłby na siedmioletnią kadencję przez ogół obywateli spośród trzech kandydatów (jednego zgłaszanego przez ustępującego prezydenta i dwóch wyłanianych przez parlament). Głowa państwa miała być najwyższym i nadrzędnym wobec innych organem władzy państwowej, w jej gestii byłoby mianowanie i odwoływanie rządu.

Łączył się z tą wizją ustroju specyficzny militaryzm, nie ograniczający się do uznania prymatu armii, ale zakładający przetworzenie Polski w jeden obóz żołniersko-robotniczy, zorganizowany dla walki i pracy. Zakrzewski głosił: Naród pracujący jest jednolity, jak armia walcząca. Praca stanowi dlań zasadę jednoczącą, podobnie jak wojna dla armii. Oznajmiając braterstwo cnót żołnierskich i rewolucyjnych, pacyfizm postrzegał jako ideologię plutokracji.

Jak widzimy, model proponowany przez Zakrzewskiego niewiele miał wspólnego z anarchosyndykalistyczną utopią. Jak wspominał „naprawiacz” Tadeusz W. Nowacki: Anarchistyczne i antypaństwowe wątki syndykalizmu były nie do akceptacji w Zecie, który całą działalność kierował na uzyskanie niepodległości i budowę suwerennego państwa.

***

Nacjonalizm, syndykalizm, „demokracja antyliberalna”… Wszystko to mogło rodzić skojarzenia z faszyzmem. Nieprzypadkowo Zakrzewski w latach 20. utrzymywał kontakty z faszystowskim Zespołem Stu, który starał się zainteresować syndykalizmem. Rzeczywiście, początkowo syndykaliści przyglądali się z ciekawością eksperymentowi faszystowskiemu. Zakrzewski uważał, że syndykalizm faszystowski rozwija się całkiem pomyślnie, a w przeciwieństwie do ZSRR państwo faszystów dalekie jednak jest od skostnienia. W 1929 r. bronił włoskiego faszyzmu przed krytyką, jako niezupełnie sprawiedliwą, uważając, że twórcza, rewolucyjna energia ruchu włoskiego jest jeszcze daleka od wyczerpania. Faszyzm nie był traktowany jako antyteza syndykalizmu, ale jako krok we właściwym kierunku, jako forma przejściowa ku nowemu ustrojowi, forma bliższa ideałowi niż bolszewizm czy socjaldemokracja. Zakrzewski zwracał uwagę na to, że pod względem społecznym faszyzm nie idzie dalej, ale też nie pozostaje w tyle za socjaldemokracją, natomiast pod względem politycznym jest bardziej bezkompromisowy […] w stosunku do państwa mieszczańskiego, co pochwalał. Faszyzm – tak samo jak bolszewizm i… „rewolucja majowa” piłsudczyków – miał być przejawem rewolucji antyliberalnej, wyrażającej z jednej strony dążenie słabszych narodów do zdobycia niezawisłości od […] światowego imperializmu gospodarczego, z drugiej zaś – historyczną konieczność ustanowienia państwa omnipotentnego.

Nigdy nie była to jednak bezkrytyczna fascynacja, dostrzegano bowiem także wady. Krytyka pod adresem faszyzmu szła w dwóch kierunkach – przeciw jego reformizmowi oraz totalitaryzmowi. Zakrzewski zarzucał Mussoliniemu, że odrestaurował kapitalizm; negował w ogóle faszystowski korporacjonizm: uważamy przymusowe małżeństwo między kapitałem a pracą za najgorsze i nietrwałe rozwiązanie kwestii społecznej. Nie podobała mu się nie tylko reformistyczna treść, ale także totalitarna forma, tzn. upaństwowienie związków zawodowych. W „Przełomie” pisał, że faszystowski system korporacyjny jest reakcyjną karykaturą ustroju syndykalistycznego, w znacznej zaś mierze jego antytezą, że faszyzm wypaczył syndykalną koncepcję parlamentu przez zapewnienie decydującego wpływu kierownictwu partii. Zakrzewski wypowiadał się przeciw gwałtownej, brutalnej i rewolucyjnej metodzie faszyzmu oraz krucjacie antybolszewickiej Mussoliniego. Konkluzja była zdecydowana: będąc Polakami, nie możemy być faszystami.

Jak wytłumaczyć te sprzeczności? W tym przypadku u ich podłoża nie leżało niezrozumienie faszyzmu, tak częste w przypadku innych grup, ale jego oryginalna teoria, wypracowana przez Zakrzewskiego. Opierając się na koncepcji imperializmu sformułowanej przez Hilferdinga, wyszedł Zakrzewski od miejsca Italii w międzynarodowym podziale pracy, klasyfikując Włochów jako naród proletariacki. W tym ujęciu rewolucja faszystowska miała być koalicją burżuazji narodowej i proletariatu przeciw zależności Włoch od zachodniej plutokracji. Z tego heterogenicznego składu wynikać miała dwoistość faszyzmu: skrzydło robotniczo-syndykalistyczne traktuje ustrój korporacyjny jako pierwszy etap organizacji syndykalnego państwa pracy, podczas gdy skrzydło burżuazyjno-nacjonalistyczne widzi w nim tylko sposób do całkowitego zduszenia niezależnego ruchu robotniczego. Zakrzewski deklaruje się tu jako sympatyk lewego skrzydła faszyzmu. Faszyzm nie spełnił jednak swego zadania, gdyż – podobnie jak komunizm – nie ustanowił rządu wytwórców, tylko nową elitę polityczną.

Jak zauważyła Barbara Stoczewska, dopiero […] na początku lat trzydziestych […] syndykaliści zdecydowanie odwrócili się od faszyzmu. W 1934 r. patriotyczni syndykaliści rozliczyli się z faszyzmem piórem Zakrzewskiego, który pisał wtedy już bez złudzeń: Żywioły konserwatywne, zagrożone przez rewolucję komunistyczną, odstąpiły bez poważnego oporu władzę ruchowi syndykalistyczno-kombatanckiemu o niezupełnie jeszcze skonkretyzowanym obliczu […]. W ten sposób burżuazja zapewniła sobie możliwość dalszego istnienia we Włoszech, utrzymania przeciwko proletariatowi swej przewagi gospodarczej i zachowania wpływów politycznych. Zakrzewski był szczerym demokratą, który chciał tylko zmiany formy demokracji, a nie zanegowania samej jej zasady, dlatego faszyzm odrzucił. W miarę upływu czasu jego opozycja wobec faszyzmu zaostrzała się.

***

Faszystowskie zagrożenie zmaterializowało się we wrześniu 1939 r. Syndykaliści wierni swym ideałom stanęli z bronią w ręku przeciw okupantowi. Już 9 października 1939 r. w warszawskim mieszkaniu Zakrzewskiego odbyło się zebranie Centralizacji Związku Patriotycznego (lewicy) z udziałem Szwedowskiego i Szuriga. Po rozmowie z Moraczewskim, który nie zdecydował się przystąpić do konspiracji, 21 października utworzono Związek Syndykalistów Polskich, początkowo występujący pod kryptonimem Związku Wolność i Lud.

Nową organizację cechował ogromny dynamizm. Wydawano konspiracyjnie liczne pisma, z tygodnikiem „Akcja” na czele. Stworzono Oddziały Sabotażowo-Dywersyjne, z których w szeregi ZWZ przekazano co najmniej 1200 bojowców. Siecią organizacyjną objęto nie tylko Warszawę z okolicami, ale też Kielecczyznę, Lubelszczyznę i Rzeszowszczyznę. ZSP ściśle współpracował ze Służbą Zwycięstwa Polski (później Związkiem Walki Zbrojnej) – sam Zakrzewski był szefem referatu wewnętrzno-politycznego Biura Informacji i Propagandy ZWZ.

Aktywność syndykalistów nie mogła ujść uwadze Gestapo. 12 stycznia 1941 r. Zakrzewski został aresztowany przez okupanta. 7 marca z wyroku Polski Podziemnej ginie znany aktor filmowy, agent Abwehry, volksdeutsch Igo Sym. Cztery dni później Niemcy mordują w odwecie 17 Polaków więzionych na Pawiaku. Wśród rozstrzelanych w lesie w Palmirach jest Kazimierz Zakrzewski.

Tak zginął człowiek, którego przyjaciele wspominali: Jeżeli chodzi o ideę, w którą wierzy, jest nieustępliwy i twardy, choć w życiu osobistym i stosunkach koleżeńskich jest wrażliwy, delikatny i uczuciowy…

W walce ze strukturami grzechu

Pomimo iż teologia wyzwolenia to zjawisko, które apogeum rozwoju i popularności ma już za sobą, wciąż jednak budzi ono emocje i wywołuje kontrowersje, a także inspiruje licznych kontynuatorów. Na jej podstawie w późniejszych latach powstały różnego rodzaju alternatywne teologie – od teologii Czarnych, przezfeministyczną czy ekologiczną, po teologię Trzeciego Świata. Nie powinno to dziwić, zważywszy, iż teologowie wyzwolenia próbowali odpowiedzieć na wiele istotnych pytań nurtujących Amerykę Łacińską oraz dać recepty na problemy, z którymi przez lata borykała się (i niestety wciąż boryka) duża część mieszkańców tego rejonu świata. Dlatego analizując to zjawisko, próbując uchwycić jego przyczyny, sens i istotę, nie można sprowadzić tego nurtu – jak chcieliby to widzieć krytycy – do „zaczadzenia marksizmem” jego inspiratorów i twórców.

Szukając źródeł i inspiracji dla teologii wyzwolenia, zwraca się często uwagę na dorobek myślicieli europejskich z tamtego okresu, tj. lat 60. XX wieku. Chodzi tutaj w pierwszym rzędzie o Johanna Baptista Metza, profesora Wydziału Teologii Katolickiej w Münster, autora pracy zatytułowanej „Teologia polityczna”. Tytułowa teologia polityczna to w dużej mierze próba dokonania zmiany nastawienia, z jakim rozwijana jest współczesna Metzowi teologia – autorowi chodziło głównie o korektę jej postawy wobec świata i społeczeństwa. Metz uznał, iż w obliczu doświadczeń XX wieku, takich jak np. Holocaust, teologia i Kościół katolicki muszą odejść od przekonania o braku społecznej i politycznej winy.

Jak się wydaje, idąc tropem szkoły frankfurckiej, a przede wszystkim pracy „Dialektyka oświecenia” Horkheimera i Adorno, Metz uznał, iż brak otwarcia na dzieje i świat charakteryzuje Kościół i teologię od czasów oświecenia. Wówczas to zniesiono przekonanie o silnych związkach religii i społeczeństwa, a teologia niejako w konsekwencji zapomniała o historii i życiu społecznym jako swoich problemach. Skierowała się natomiast ku kwestiom osobistej, jednostkowej egzystencji, intymności, sprywatyzowała ona jądro tego przesłania [chrześcijańskiego – R.?Ł.] i zredukowała praktyki religijne do poziomu pozbawionej jakichkolwiek odniesień do świata decyzji jednostki. […] Przyjęte przez nią kategorie, za pomocą których wykłada owo przesłanie, mają przede wszystkim charakter intymny, prywatny, apolityczny1.

Konieczne jest zdaniem Metza polityczne i społeczne „nawrócenie się” teologii i wiernych. Jak podkreśla w swojej pracy z 1967 r.: Nie można sprywatyzować eschatologicznych treści Objawienia przekazanych przez tradycję biblijną – wolności, pokoju, sprawiedliwości, pojednania. Zmuszają one ciągle na nowo do przejęcia społecznej odpowiedzialności […]. Wiara w Obietnicę pokoju i sprawiedliwości na nowo zmienia współczesne dzieje naszej egzystencji. Stawia nas w nowej pozycji krytyczno-wyzwoleńczej wobec otaczających nas warunków społecznych. Mniej więcej taki charakter mają również przypowieści Jezusa, które pokazują nam przyszłe królestwo Boże i jednocześnie ustawiają nas w nowym krytycznym stosunku do otaczającego nas świata. Dlatego każda teologia eschatologiczna, siłą rzeczy, staje się również teologią polityczną jako teologia (społeczno-)krytyczna2.

Metz często przebywał w Ameryce Łacińskiej, co wskazuje na pewną łączność pomiędzy jego koncepcjami a teologią wyzwolenia. Zebrane tam doświadczenia i obserwacje posłużyły mu za podstawę do sformułowania opinii, iż Kościół na Zachodzie musi uznać własną winę wobec krajów Trzeciego Świata i czerpać z doświadczeń Kościołów tego regionu: ich zaangażowania w sprawy najbiedniejszych oraz wspólnotowej struktury. Po wydaniu pierwszej wersji „Teologii politycznej” wielokrotnie z sympatią odnosił się do teologów wyzwolenia i stawał w ich obronie.

Jednak teologia Metza miała charakter przede wszystkim negatywny. Poddając krytyce tendencje charakterystyczne dla współczesnej teologii, nie dążyła do stworzenia pozytywnego programu społecznego. Stawiała przed Kościołem zadanie krytyki społecznej, nie zaś np. odbudowy przedoświeceniowych związków między religią a społeczeństwem3. W przypadku teologii wyzwolenia mamy natomiast do czynienia już ze zdecydowanie inną sytuacją.

Według Battisty Mondina bezpośrednimi przyczynami teologii wyzwolenia były dwa zjawiska. Pierwsze to zaangażowanie społeczne, które Kościół latynoamerykański podjął zgodnie z zaleceniami Soboru Watykańskiego II. Drugi trend to zwrot o charakterze politycznym, który dokonał się w teologii europejskiej lat sześćdziesiątych4 (prace wspomnianego Metza czy „teologia nadziei” Jürgena Moltmanna).

Jednak oczywiście u źródeł tego wszystkiego stała katastrofalna sytuacja społeczno-polityczno-gospodarcza wielu krajów Ameryki Łacińskiej. Nędza, ucisk, zależność – tak w ogromnym skrócie można scharakteryzować położenie zdecydowanej większości krajów tego kontynentu i jego mieszkańców. Arcybiskup Dom Hélder Pessôa Câmara, jeden z najwybitniejszych działaczy społecznych tamtych czasów w Ameryce Łacińskiej, w związku ze swoją działalnością i poglądami nazywany nawet „czerwonym biskupem”, pisał o ówczesnych realiach: Świat opóźniony w rozwoju żyje do dziś jak w średniowieczu. Poza kilku chwalebnymi wyjątkami władcy zachowują się w nich jak feudalni panowie. Politycznie i oficjalnie epoka kolonializmu została zamknięta, natomiast w krajach nierozwiniętych żywy jest nadal kolonializm wewnętrzny, sprzyjający łatwemu i szybkiemu bogaceniu się kosztem uciskanych mas. W tych okolicznościach każdy cudzoziemiec, każdy krajowiec, który zaofiaruje swą pomoc, zostanie chętnie przyjęty, pod warunkiem, że zaakceptuje istniejące aktualnie, niesprawiedliwe i nieludzkie struktury, z których korzyść odnosi przede wszystkim klasa panująca. Jeśli natomiast zechce on uświadomić masom ich poniżenie, walczyć o ich postęp społeczny i ludzki – a zatem o zmianę istniejących struktur – będzie musiał stawić czoła oszczerczym kampaniom i może być pewien, że nazwany zostanie wywrotowcem i komunistą, i będzie aktywnie zwalczany5. Rzeczywistością dnia codziennego w ówczesnej Ameryce Łacińskiej była wszechobecna nędza, ogromne rozwarstwienie społeczne, zacofanie kulturowe oraz zależność ekonomiczna wielu krajów od gospodarki Stanów Zjednoczonych, przybierająca formę neokolonializmu.

Z biegiem czasu zaczęło też rosnąć przekonanie, iż zjawisko to ma charakter systemowy, więc zmiany na lepsze są niemożliwe w ramach istniejących struktur politycznych i gospodarczych, generujących negatywne procesy. Dowód tego stanowiło, zdaniem Gustavo Gutiérreza, chociażby to, iż tzw. polityka rozwoju, prowadzona w latach 50. i 60., której zadaniem było polepszenie losu najbiedniejszej ludności, doprowadziła jedynie do znacznego zwiększenia dysproporcji6. W związku z tym uznano, iż terminem lepszym niż „rozwój” będzie „wyzwolenie”, oznaczające zaangażowanie Kościoła i chrześcijan w budowę nowego porządku. Jak pisał Gutiérrez, wyzwolenie wyraża nieunikniony moment radykalnej zmiany, jest właściwsze z tego powodu, iż biedne kraje określane są mianem „uciskanych i kontrolowanych”, wyraża wprost dążenia ciemiężonych „ludów i klas społecznych”, wreszcie zaś jest bliższe językowi biblijnemu7.

Wyzwolenie, o którym traktuje ta teologia, nawiązuje do wielkiej historii z Księgi Wyjścia o Ludzie Bożym, który uwalnia się z niewoli egipskiej i osiąga zbawienie w historii, mając w perspektywie nową, wolną od niesprawiedliwości ziemię. Wprowadzone zostaje tutaj specyficzne rozumienie wyzwolenia od grzechu, który ma charakter zbiorowy: grzechu społecznego czy też strukturalnego. Chodzi o wszelkie społeczno-polityczne struktury, które prowadzą do dyskryminacji, eksploatacji człowieka, niesprawiedliwości, ubóstwa czy przemocy, a tym samym są źródłem, podglebiem wszelkiego zła, stanowią swego rodzaju „strukturę grzechu”. Zadaniem chrześcijan jest walka z niesprawiedliwymi strukturami i ich zniszczenie – jako praprzyczyny grzechów.

Wyzwolenie ma jednak prowadzić nie tylko do likwidacji niesprawiedliwych struktur społecznych, ale i do rozwoju oraz przemiany samego człowieka. Zadaniem i celem człowieka jest bowiem samostwarzanie się. „Stary człowiek” musi umrzeć, aby mógł narodzić się „nowy” na wzór samego Chrystusa. Pracować, przekształcać ten świat, to stawać się człowiekiem i budować ludzką wspólnotę; to również zbawiać. Podobnie walczyć przeciwko nędzy i wyzyskowi i budować sprawiedliwe społeczeństwo to znaczy już być częścią zbawczego działania, które zmierza do swojej pełnej realizacji8.

Rok 1968 stanowił niewątpliwie punkt wyjścia dla systematycznego rozwoju teologii wyzwolenia. Miało to związek z dwoma wydarzeniami: edycją dzieła „Teologia wyzwolenia” Gustavo Gutiérreza oraz Konferencją Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Medellín. Konferencję otworzył papież Paweł VI, który uczestniczył w poprzedzającym ją Międzynarodowym Kongresie Eucharystycznym w Bogocie. Zebrani tam biskupi zdefiniowali stan niesprawiedliwości na terenie Ameryki Łacińskiej jako sytuację zinstytucjonalizowanej przemocy. Zwrócono uwagę na problemy ubóstwa, niesprawiedliwości i niezadowolenia różnych warstw społecznych oraz sformułowano postulat Kościoła biednych, co określono mianem opcji preferencyjnej na rzecz ubogich. Jednocześnie zebrani tam biskupi nie uchylili się od współodpowiedzialności Kościoła za wspieranie „zinstytucjonalizowanej przemocy”. W związku z tym uznano, iż Kościół tym gorliwiej winien działać w celu likwidacji tego stanu rzeczy i stawiania oporu każdej władzy, która chciałaby go zinstrumentalizować do własnych celów.

W Medellín – zdaniem Gutiérreza – Kościół latynoamerykański […] zaczął być świadomy swojej dojrzałości i zaczął sam decydować o własnym losie. Sobór Watykański II mówi o zacofaniu ludów, o krajach rozwiniętych, oraz o tym, co one mogą i powinny uczynić w sprawie tego zacofania; Medellín próbuje potraktować ten problem z punktu widzenia krajów biednych, charakteryzując je jako kraje poddane nowemu rodzajowi kolonializmu. Sobór Watykański II mówi o Kościele w świecie i opisuje związek między nimi w sposób, który wydaje się neutralizować konflikty; Medellín dowodzi, że świat, w którym Kościół latynoamerykański powinien być obecny, jest w stanie rozwiniętej rewolucji. Sobór Watykański II szkicuje ogólny zarys odnowy Kościoła; Medellín dostarcza wytycznych dla przemiany Kościoła w kategoriach jego obecności na kontynencie nędzy i niesprawiedliwości9.

W następnych miesiącach i latach powstały najważniejsze dzieła teoretyczne teologii wyzwolenia, m.in. prace Hugo Assmanna, Leonardo Boffa, José Migueza Bonino, Juana Luisa Segundo, José Porfirio Mirandy, Juana Carlosa Scannone i innych. Został w nich zarysowany program kształtującego się nurtu, zadania, jakie przed sobą stawia, i sposoby, jakimi chce je realizować. Próbując przedstawić specyfikę teologii wyzwolenia, warto wyjść od jednego z kluczowych, ale i najbardziej kontrowersyjnych jej aspektów, jakim jest wypracowana przez jej twórców metoda. Dominują w niej takie elementy jak krytyka metafizyki, szczególnie mocno zaakcentowana przez Juana Luisa Segundo, który uznał, iż kryzys religijności to wynik nieczytelności dla współczesnego człowieka tradycyjnych kategorii metafizycznych. W związku z tym trzeba wyrazić wiarę w języku zrozumiałym dla ludzi i odnieść prawdy wiary do problemów, które ich nurtują, którymi żyją na co dzień. Jak pisze Mondin, próba wyrażenia Boga w języku metafizyki jest wedle Segundo niewłaściwa i błędna. W powyższym świetle Bóg staje się rzeczywistością nieskończoną, wieczną, statyczną, obojętną, nieprzystępną, niewzruszenie szczęśliwą. Takiego obrazu Boga współczesny człowiek nie chce przyjąć, ponieważ nie rozpoznaje w Nim cechy osoby żywej, zaangażowanej, fascynującej i wolnej10.

W konsekwencji teologowie wyzwolenia zwracają się w kierunku antropologii oraz historycyzmu. Odrzucając tradycyjne kategoriemetafizyczne, preferują metodę indukcyjną, opartą na obserwacji i danych empirycznych. Gustavo Gutierréz, cytując Yvesa Congara, wyraził przekonanie, iż Kościół zamiast posługiwać się wyłącznie objawieniem i tradycją jako punktem wyjścia, jak powszechnie czyniła to teologia klasyczna, musi rozpocząć od faktów i zagadnień pochodzących ze świata i historii11. Punktem wyjścia nie jest więc Objawienie czy tradycja, ale konkretna sytuacja. W tym celu trzeba odwołać się do nauk empirycznych, które w danej materii są kompetentne, oferują najlepsze narzędzia analizy otaczającej rzeczywistości historycznej, politycznej, społecznej, psychologicznej i ekonomicznej.

Hugo Assmann mówił wręcz o głębokiej zależności teologii od nauk humanistycznych, teologii, która w tej sytuacji była dla niego jedynie ich dopełnieniem, czymś, co określał mianem „drugiego głosu”. Szczególną rolę przypisywano tutaj analizie marksistowskiej. Bonino podkreślał, iż nie może to być oczywiście marksizm rozumiany jako materializm dialektyczny i historyczny. Jeżeli natomiast przez marksizm rozumie się określoną metodę analizy społecznej, gospodarczej i politycznej i strategię służącą przekształceniu społeczeństwa, to wtedy zaistnieją istotne punkty, w których może nastąpić spotkanie między chrześcijaństwem a marksizmem12. Według niego mieliśmy do czynienia z czterema takimi punktami: rozumienie historii poprzez różne formy podejścia do pracy; postrzeganie człowieka jako istoty wspólnotowej, istniejącej w określonych relacjach; koncepcja walki klas jako narzędzia służącego wyzwoleniu człowieka; prymat czynu nad myślą, działania nad teorią (ta ostatnia ma tylko wówczas znaczenie, jeżeli pobudza do działania). Jest jednak także bardzo istotna różnica: o ile dla Marksa podmiotem procesu historycznego miała być klasa robotnicza, o tyle teologowie wyzwolenia położyli nacisk na znaczenie tzw. kategorii ubogich.

Ostatnia kwestia odnosi nas do kolejnej charakterystycznej cechy teologii wyzwolenia, jaką jest akcent położony na praktykę. Gutiérrez pisze nawet o centralnej historycznej roli praxis. W jego pracy czytamy, iż wiara w Boga, który nas kocha i wzywa do przyjęcia daru pełnego zjednoczenia z Nim i braterstwa między ludźmi, nie tylko nie jest obca idei przekształcania świata, ale z konieczności prowadzi do rozwijania tego braterstwa i wspólnoty w historii. Co więcej, tylko poprzez realizowanie tej prawdy nasza wiara zostanie „sprawdzona” w etymologicznym tego słowa znaczeniu13. Jak z tego wynika, praktyka, postępowanie zgodne z religią (w języku teologii: ortopraksja) – to jedyne właściwie kryterium pozwalające na weryfikację trafności twierdzeń teologicznych, a nawet posłania Kościoła.

Odkrycie tych prawd teologia zawdzięcza, zdaniem Gutiérreza, bezpośredniej konfrontacji z marksizmem – to właśnie pod jego wpływem zaczęto interesować się na gruncie teologii tym, jakie znaczenie ma kształtowanie świata i działanie człowieka w historii. Nasuwa się tutaj oczywiście analogia z jedenastą tezą Marksa o Feuerbachu, mówiącą, iż filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić. Uznano, że dotychczas Kościół zbyt wiele miejsca poświęcał teorii wiary – ortodoksji – skupiając się na formułowaniu prawd, tworzeniu i obronie doktryny, widząc w jej przestrzeganiu główny wyznacznik bycia chrześcijaninem. Tymczasem trzeba to zmienić, stawiając na ortopraktykę – postępowanie w zgodzie z nauką Kościoła.

Nie chodzi bynajmniej o zupełne zanegowanie ortodoksji, o jej odrzucenie czy uznanie za kwestię bez znaczenia. Rzecz raczej w odwróceniu hierarchii, w rezygnacji z prymatu doktryny w życiu chrześcijańskim, w uznaniu wartości pracy oraz postrzeganiu konkretnych postaw i działań jako kwestii nadrzędnych. Niewątpliwie najbardziej skrajne stanowisko w tej kwestii prezentował Camilo Torres, twórca lewicowej partii politycznej Zjednoczony Front Ludu Kolumbijskiego oraz uczestnik walk partyzanckich w dżungli kolumbijskiej w ramach Armii Wyzwolenia Narodowego (w czasie których zginął w 1966 r). Pytał on wręcz: Dlaczego my katolicy mamy kłócić się z komunistami, z którymi nie możemy się pogodzić w sprawach śmiertelności czy nieśmiertelności duszy, zamiast wspólnie zająć się sprawą śmiertelności na skutek głodu?14.

W latach siedemdziesiątych doktryna teologii wyzwolenia krystalizowała się, rozwijała, a także radykalizowała. Doszło wówczas w kościele latynoamerykańskim do podziału na jej zwolenników i propagatorów oraz przeciwników. Wyrazem tego była Trzecia Konferencja Episkopatu Latynoamerykańskiego w meksykańskim Pueblo w 1979 r., rozpoczęta notabene odczytaniem listu od nowo wybranego papieża Jana Pawła II. Mimo napięć i kontrowersji udało się jeszcze zawrzeć na niej kompromis. Dopiero późniejsze wydarzenia doprowadziły do ostatecznej polaryzacji stanowisk i nieprzejednanej wrogości obu stron, skłoniły też niektórych przedstawicieli teologii wyzwolenia do zajęcia mniej radykalnych pozycji. Chodzi przede wszystkim o rewolucję sandinistowską w Nikaragui, kiedy to część duchownych niższego szczebla zaangażowała się w wojnie domowej po stronie sił rewolucyjnych, hierarchia zaś wypowiedziała się przeciwko sandinistom.

Skrajny przykład aktywności politycznej księży stanowią właśnie nikaraguańscy bracia Ernesto i Fernando Cardenal. Po zwycięstwie rewolucji sandinistowskiej w Nikaragui w 1979 r. oficjalnie objęli oni w rządzie stanowiska ministrów kultury i oświaty. Do zaognienia sytuacji doszło w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Nikaragui, kiedy to homilia papieska była kilkakrotnie przerywana przez sandinistów skandujących hasła w rodzaju „Chcemy Kościoła dla biednych!” czy „Nie ma sprzeczności między Kościołem a rewolucją!”. Do tego doszedł problem z Ernesto Cardenalem, który osobiście został skarcony w czasie tej wizyty przez papieża za bezpośrednie uczestnictwo w rządzie i piastowanie godności ministra.

Wkrótce pojawiły się oficjalne wypowiedzi Watykanu w tej kwestii. Pierwszą z nich była „Instrukcja o niektórych aspektach »teologii wyzwolenia«. Libertatis nuntius” z 1984 r. We wprowadzeniu podkreślono, iż celem dokumentu nie jest szczegółowe omówienie problemów chrześcijańskiej wolności i wyzwolenia, lecz jedynie zwrócenie uwagi na szkodliwe dla wiary i życia chrześcijańskiego błędy, jakie niosą ze sobą niektóre formy teologii wyzwolenia. Już na wstępie zaakcentowano jednak, iż nie może to być interpretowane jako dezaprobata dla tych wszystkich, którzy chcą odpowiedzieć na „preferencyjną opcję na rzecz ubogich”, ani nie może służyć jako usprawiedliwienie tym, którzy są obojętni wobec tragicznych problemów nędzy i niesprawiedliwości.

Pierwszym poważnym zarzutem, który pojawił się w dokumencie Kongregacji Doktryny Wiary pod adresem teologii wyzwolenia, było utożsamianie wyzwolenia doczesnego, społecznego i politycznego ze zbawieniem. Niektórym nawet wydaje się, że konieczna walka o sprawiedliwość i ludzką wolność, rozumiana w ich znaczeniu ekonomicznym i politycznym, stanowi istotę i całość zbawienia. Ich zdaniem Ewangelia sprowadza się do czysto ziemskiej ewangelii. Różne „teologie wyzwolenia” definiują się z jednej strony poprzez swój stosunek do prymatu opcji na rzecz ubogich, stanowczo i jednoznacznie potwierdzonego po konferencji w Medellín na konferencji w Puebla, z drugiej – przez zajmowane stanowisko wobec pokusy sprowadzania Ewangelii zbawienia do ewangelizacji ziemskiej15. Trzeba pamiętać, iż w świetle nauczania Kościoła całkowite wyzwolenie człowieka nie może nigdy nastąpić tutaj, na Ziemi, a dążenie do jego osiągnięcia traktowane jest jako utopia.

Można powiedzieć – używając dość dalekich czasowo analogii, ale z tego samego kręgu kulturowego – iż odżyły tutaj poniekąd problemy, które stanęły kilka wieków wcześniej przed jezuitami organizującymi Republikę Guaranów. Oni również kładli główny nacisk na realizację sprawiedliwości społecznej, wychodząc z założenia, iż pierwszym krokiem musi być zapewnienie stabilności życiowej, bezpieczeństwa socjalnego, za tym dopiero przyjdzie chrystianizacja we właściwym tego słowa znaczeniu. Czy niepowodzenie tego eksperymentu było, jak uważają niektórzy, m.in. skutkiem stosowania właśnie tej metody? Metody, która kształtowała słabych chrześcijan, nieodpornych na niepewność, ból, cierpienie, nieodwołalnie związane z kondycja ludzką? Trudno to jednoznacznie stwierdzić.

Dużo miejsca w „Libertatis nuntius” poświęcono przyjęciu przez teologów wyzwolenia analizy marksistowskiej, co oczywiście nie mogło spotkać się z przychylnością Kongregacji Nauki Wiary. Krytyce poddano po pierwsze to, że mamy do czynienia z niebezpodstawnym ostrzeżeniem, iż myśl Marksa jest koncepcją totalizującą, integrującą w swojej strukturze filozoficzno-ideologicznej dane pochodzące z obserwacji i analizy. W związku z tym oddzielenie poszczególnych elementów tworzących tę mieszaninę jest niemożliwe i przyjmując tylko to, co jest przedstawione jako analiza, dochodzi się mniej lub bardziej świadomie do równoczesnego przyjęcia ideologii16. Już Paweł VI w Liście Apostolskim „Octogesima adveniens” przestrzegał, że jest rzeczą niesłuszną i niebezpieczną […] przyjmować poszczególne elementy analizy marksistowskiej z pominięciem ich związku z ideologią; włączać się w walkę klas w jej marksistowskiej interpretacji, nie dostrzegając, że taka metoda prowadzi do społeczeństwa opartego na przemocy i do ustroju totalnego17. Tymczasem, jak podkreśla dokument, ateizm i negacja osoby ludzkiej, jej wolności i praw, znajdują się w centrum koncepcji marksistowskiej. Posiada więc ona błędy zagrażające bezpośrednio wierze w wieczne powołanie osoby. Włączyć do teologii „analizę”, której kryteria interpretacyjne zależą od koncepcji ateistycznej, znaczy popaść w zgubne sprzeczności. Ponadto nieuznawanie duchowej natury osoby prowadzi do całkowitego podporządkowania jej kolektywowi, a tym samym do zanegowania zasad życia społecznego i polityki odpowiadającej godności człowieka18.

Szczególnie ostrej krytyce poddana została marksistowska koncepcja walki klas, aprobowana przecież przez teologów wyzwolenia. Traktowana jest ona przez marksizm jako prawo obiektywne, a wskazuje, iż społeczeństwo oparte jest na przemocy polegającej na panowaniu bogatych nad ubogimi. Trzeba na nią odpowiedzieć kontrprzemocą rewolucyjną, za sprawą której ten układ zostanie odwrócony. Uczestnicząc w tym procesie po stronie pokrzywdzonych, działa się „naukowo”, w zgodzie z prawami historii. W konsekwencji, jak podkreśla „Libertatis nuntius”, koncepcja prawdy idzie tutaj w parze z afirmacją koniecznej przemocy, a tym samym z uznaniem amoralizmu politycznego. W wyniku tego mamy więc do czynienia z zakwestionowaniem samej natury etyki, rozróżnienia między dobrem a złem, będącego zasadą moralności19. Rzeczywiście, spośród teologów wyzwolenia wielu wprost opowiadało się za użyciem przemocy. Ernesto Cardenal twierdził, że w niektórych okolicznościach niestosowanie przemocy jest niemożliwe, a rozwiązanie konfliktu na drodze walki zbrojnej wymusza sama sytuacja społeczno-polityczna Ameryki Łacińskiej. Podobne opinie głosił Camillo Torres. Gustavo Gutiérrez pisał zaś, iż ciemięzców kocha się przez to, że się ich wyzwala od ich nieludzkiej kondycji jako ciemięzców, że wyzwala się ich od nich samych. Ale tego nie można osiągnąć inaczej niż przez zdecydowane opowiedzenie się po stronie uciskanych, to znaczy przez zwalczanie klasy uciskającej20. Należy jednak pamiętać, iż w ramach teologii wyzwolenia mamy do czynienia z takimi postaciami jak Juan Alfaro czy Dom Hélder Pessôa Câmara, którzy zdecydowanie wypowiadali się przeciwko używaniu i usprawiedliwianiu przemocy.

Kolejne zarzuty zawarte w „Libertatis nuntius” wobec teologii wyzwolenia dotyczą radykalnej polityzacji twierdzeń wiary i ocen teologicznych, za sprawą czego zostają one podporządkowane kryterium politycznemu, uzależnionemu od teorii walki klas. W konsekwencji wzięcie udziału w walce klasowej przedstawia się jako wymóg samej miłości, natomiast potępia się, jako postawę demobilizującą i sprzeczną z miłością ubogich, pragnienie miłości od zaraz, miłości każdego człowieka, niezależnie od jego przynależności klasowej, i wychodzenie na spotkanie z nim drogami dialogu i perswazji nie uznającymi gwałtu. Jeśli utrzymuje się, że człowiek nie powinien być przedmiotem nienawiści, to jednak równocześnie twierdzi się, że na skutek jego obiektywnej przynależności do świata bogatych jest on przede wszystkim wrogiem klasowym, którego należy zwalczać. W konsekwencji uniwersalność miłości bliźniego i braterstwa staje się zasadą eschatologiczną, która będzie obowiązywać dopiero w stosunku do „nowego człowieka”, który pojawi się w wyniku zwycięskiej rewolucji21.

Odrzucona zostaje również sama koncepcja Kościoła autorstwa teologów wyzwolenia – tendencja, aby widzieć w nim tylko rzeczywistość wewnątrzhistoryczną, podlegającą prawom rządzącym rozwojem historycznym. Idea Kościoła ubogich oznaczająca de facto Kościół klasowy, który uświadomił sobie zasady rządzące historią, wymogi walki rewolucyjnej jako etapu prowadzącego do wyzwolenia. Krytyki Kongregacji doczekały się również kwestie sakramentologiczne. Nie może to dziwić zwłaszcza w kontekście propagowanych przede wszystkim przez Leonardo Boffa koncepcji, wedle których we współczesnym świecie tradycyjne sakramenty i obrzędy religijne stają się niezrozumiałe dla zwykłych ludzi, w związku z tym za sakramenty uznawał on wszystkie te przedmioty, osoby i miejsca, które noszą w sobie wyjątkowe znaczenie i obwieszczają, że Bóg działa pośród i poprzez ludzi.

Inny problem, który pojawił się u teologów wyzwolenia, to relacje pomiędzy ortodoksją i ortopraksją oraz uznanie tej drugiej w zasadzie za kryterium prawdy. Teologowie ci wychodzą bowiem […] z założenia, że punkt widzenia klasy uciskanej i rewolucyjnej staje się ich własnym punktem, wyłącznie decydującym o prawdzie. Tym samym teologiczne kryteria prawdy podlegają relatywizacji i są podporządkowane imperatywom walki klas. W tej perspektywie w miejsce ortodoksji – jako właściwej reguły wiary, stawia się ortopraksję – jako kryterium prawdy. […] Faktycznie praxis, będąca praxis rewolucyjną, stałaby się najwyższym kryterium prawdy teologicznej22. Oczywiście tego rodzaju konstatacje również musiały zostać odrzucone, w teologii bowiem moment teoretyczny, czyli moment poznania prawdy objawionej, wyprzedza i przygotowuje dopiero moment etyczny, polityczny i wychowawczy, czyli moment działania.

Dokumentem o wiele obszerniejszym od „Libertatis nuntius” jest „Instrukcja o chrześcijańskiej wolności i wyzwoleniu. Libertatis conscientia” z 1986 r. Niewątpliwie jest to tekst o wiele łagodniejszy w tonie. Teologia wyzwolenia nie jest tutaj atakowana tak mocno jak poprzednio. Oczywiście poddano krytyce walkę klas, mit rewolucji czy pokładanie nadziei w niemoralnych środkach, ale też, co należy podkreślić, wiele kwestii mocno akcentowanych przez teologów wyzwolenia zostało tam przyjętych jako część społecznego nauczania Kościoła. Czytamy więc o potrzebie opcji preferencyjnej na rzecz ubogich, choć zostaje to obłożone zastrzeżeniem, iż jest ona daleka od tego, by być znakiem partykularyzmu lub sekciarstwa, ukazuje uniwersalność istoty i misji Kościoła. Opcja ta nie zna wyjątków. Jest to powód, dla którego Kościół nie może jej wyrazić za pomocą redukcyjnych kategorii socjologicznych i ideologicznych, które uczyniłyby z tej preferencji wybór stronniczy czy konfliktowy23. Podkreśla się wprost w kilku miejscach istnienie struktur grzechu czy zła, z sympatią wspomina się o kościelnych wspólnotach podstawowych.

Jeśli spojrzymy na nauczanie społeczne następnych lat, to łatwo zauważyć, iż kwestie te zaczynają zdobywać sobie w nim coraz mocniejszą i bardziej ugruntowaną pozycję. W encyklice „Sollicitudo rei socialis” z 1987 r. Jan Paweł II wiele miejsca poświęcił tak mocno akcentowanym przez teologów wyzwolenia „strukturom grzechu”, czyniąc z tego zagadnienia momentami oś wywodu. Czytamy tam, że wśród działań i postaw przeciwnych woli Bożej, dobru bliźniego i wśród „struktur”, które z nich powstają, najbardziej charakterystyczne zdają się dzisiaj być dwie: z jednej strony wyłączna żądza zysku, a z drugiej pragnienie władzy z zamiarem narzucenia innym własnej woli. Do każdej z tych postaw można dodać dla lepszego ich scharakteryzowania wyrażenie: „za wszelką cenę”. […] Oczywiście, ofiarą tego podwójnie grzesznego nastawienia padają nie tylko jednostki; ofiarami mogą być także narody i bloki. I to sprzyja jeszcze bardziej wprowadzeniu „struktur grzechu”, o których mówiłem. Rozważając pewne formy współczesnego „imperializmu” w świetle tych kryteriów moralnych, można odkryć, że za określonymi decyzjami, pozornie dyktowanymi jedynie przez racje gospodarcze lub polityczne, kryją się prawdziwe formy bałwochwalczego kultu: pieniądza, ideologii, klasy, technologii. Wprowadziłem ten rodzaj analizy głównie po to, by ukazać, jaka jest prawdziwa natura zła, wobec którego stajemy w dziedzinie rozwoju ludów: jest to zło moralne, owoc wielu grzechów, które prowadzą do „struktur grzechu”. Taka diagnoza zła oznacza dokładne rozpoznanie, na poziomie ludzkich zachowań, drogi wiodącej do jego przezwyciężenia”24. Również w encyklice „Evangelium vitae”możemy przeczytać o grzechu społecznym czy o strukturach grzechu.

Podobnie jeżeli chodzi o opcję preferencyjną na rzecz ubogich, można przytoczyć cały szereg dokumentów papieskich, w których kwestia ta jest niezwykle mocno akcentowana, jak chociażby encyklika „Centesimus annus”, adhortacje „Christifideles Laici” czy „Ecclesia in Africa” oraz liczne homilie i przemówienia. Zagadnienia te zaczęły zdobywać w katolickiej nauce społecznej coraz bardziej poczesne miejsce, zapewne nie bez wpływu teologii wyzwolenia.

Sama idea wyzwolenia zachowuje ciągle wielką aktualność i nie można jej odnosić jedynie do krajów Trzeciego Świata. W świecie Zachodu człowiek poddany jest innym zniewoleniom: mediów, reklamy, konsumpcjonizmu, seksu, polityki, fałszu, techniki, stylu życia, degradacji środowiska itp. Bez wątpienia pozytywnym wkładem teologów wyzwolenia było silne uwypuklenie tego doczesnego, społecznego wymiaru chrześcijańskiej doktryny wyzwolenia, bo nie jest to tylko wyzwolenie duszy, ale także ciała, nie tylko jednostki, ale społeczeństwa; nie jest wyłącznie owocem łaski Bożej, lecz także strategii ludzi. Dlatego zdecydowanie chrześcijańskie zaangażowanie w wyzwolenie wymaga też bezwzględnego oparcia w doczesności, wymaga pośrednictwa ideologicznego25. Mimo iż czasami, jak się wydaje, teologowie wyzwolenia zbyt mocno eksponowali wzmiankowane kwestie, to jednak w dużej mierze dzięki nim uwrażliwiono szersze kręgi na te problemy. Widoczne stało się to zwłaszcza wśród wiernych latynoamerykańskich, a także wśród księży czy biskupów, choć oczywiście wpływ teologów wyzwolenia nie ogranicza się jedynie do tego kręgu kulturowego.

dr hab. Rafał Łętocha

Przypisy:

  1. J. B. Metz, Teologia polityczna, Kraków 2000, s. 15.
  2. Ibid., s. 21–22.
  3. Ibid., s. 42.
  4. B. Mondin, Teologowie wyzwolenia, Warszawa 1988, s. 33 i n.
  5. Dom Helder Camara, Wzajemne stosunki dwóch światów – rozwiniętego i opóźnionego w rozwoju [w:] idem, Godzina Trzeciego Świata. Wybór pism, Warszawa 1973, s. 38.
  6. G. Gutiérrez, Teologia wyzwolenia, Warszawa 1976, s. 90–91.
  7. Ibid., s. 30–46.
  8. Ibid., s. 167.
  9. Ibid., s. 142.
  10. B. Mondin, op. cit., s. 124.
  11. G. Gutiérrez, op. cit., s. 21.
  12. B. Mondin, op. cit., s. 139
  13. G. Gutiérrez, op. cit., s. 19–20.
  14. C. Torres, Stuła i karabin, Warszawa 1972, s. 241.
  15. Libertatis nuntius, nr 50–51.
  16. Ibid., nr 62.
  17. Paweł VI, Octogesima adveniens, nr 34.
  18. Libertatis nuntius, nr 65.
  19. Ibid., nr 70–78.
  20. G. Gutiérrez, op. cit., s. 283.
  21. Libertatis nuntius, nr 85.
  22. Ibid., nr 94.
  23. Libertatis conscientia, nr 68.
  24. Jan Paweł II, Sollicitudo rei socialis, nr 37.
  25. B. Mondin, op. cit., s. 161.
Trzeci sektor: awangarda czy konserwowanie „systemu”?

Trzeci sektor: awangarda czy konserwowanie „systemu”?

Budowanie zrębów tego, co nazywane jest społeczeństwem obywatelskim, zostało w Polsce powierzone ludziom i organizacjom tworzącym tzw. trzeci sektor. To NGO (organizacje pozarządowe) miały być forpocztą zmian, nieść „kaganek oświaty” i dawać przykład, jak należy tworzyć demokratyczne procedury, angażować społeczeństwo, budować zaufanie i etos współpracy w imię dobra wspólnego. Czy faktycznie się to udaje?

Między Scyllą a Charybdą

Założenie konstytuujące trzeci sektor to bycie pomiędzy sektorem państwa(polityką i administracją)a sektorem biznesowym – gospodarką. Taki rozdział miał służyć wyrazistości formy i przejrzystości działania, a kompleksowość projektowanego systemu miała zapewnić współpraca międzysektorowa. Według tego rozumowania politycy mieli się zająć polityką, biznesmeni gospodarką, a społecznicy – animować przestrzeń publiczną i kształtować normy i zasady, które mają wpływ na pozostałe sektory.

Wieloletnia praktyka pracy w organizacjach pozarządowych skłania mnie do przekonania, że trzeci sektor nie tylko nie funkcjonuje tak, jak zakładano, ale wręcz efekty jego działania są odwrotne do zamierzonych. Zamiast tworzyć społeczeństwo obywatelskie, więzi zaufania i procedury rozwijające demokrację i współdziałanie na rzecz dobra wspólnego, trzeci sektor w znacznej mierze został podporządkowany logice pozostałych, silniejszych sektorów. Po części stał się przedmurzem i przedłużeniem administracji, a po części przyjął logikę i sposób działania charakterystyczne dla sektora komercyjnego.

W konsekwencji dzisiejszy trzeci sektor stanowi atrapę maskującą postępującą oligarchizację życia społecznego. Jest także wentylem bezpieczeństwa, kanalizującym aktywność społeczną w kierunku pożądanym i bezpiecznym dla władzy polityczno-biznesowej. Zamiast tworzyć podmiotowe, demokratyczne i samorządne społeczeństwo, działające w płaszczyźnie poziomej, opartej na ideach równości i współpracy, trzeci sektor staje się bazą dla inicjatyw charytatywnych, funkcjonujących w płaszczyźnie pionowej, ze ścisłą i trwałą hierarchią opartą na nierówności praw i obowiązków. W efekcie nawet osoby zaangażowane w prace „pozarządówki” oduczają się samodzielności, wzmacniają postawę łączącą serwilizm i roszczeniowość wobec sponsorów i przekazują ją swoim beneficjentom.

W przekonaniu tym utwierdzają mnie nie tylko własne doświadczenia szkoleniowca i współpracownika organizacji społecznych, ale także wyniki badań, począwszy od „Diagnozy Społecznej 2011”, po specjalistyczne publikacje dotyczące praktyki i „życia codziennego” trzeciego sektora1.

Czym zajmują się NGO?

Według założeń konstytuujących trzeci sektor ma on się zajmować kwestiami, z których rozwiązaniem państwo sobie nie radzi lub z zasady nie podejmuje się ich rozwiązywania czy obsługi. Obecnie państwo „nie radzi sobie” lub nie chce poradzić z coraz większą liczbą zadań, które są delegowane na organizacje społeczne w trybie tzw. zlecania zadań publicznych. Gdyby przyjrzeć się z bliska programom finansowania organizacji przez administrację, można by dojść do wniosku, że im gorzej się dzieje w społeczeństwie, tym lepiej dla organizacji pozarządowych. Zgodnie z „kryteriami horyzontalnymi” programów dofinansowań, NGO zajmują się osobami chorymi i niedożywionymi, wykluczeniem społecznym, bezdomnymi, zdegradowanym środowiskiem, zakupem sprzętu do szpitali i innymi problemami generowanymi z jednej strony przez gospodarkę opartą na maksymalizacji zysku, z drugiej przez centralne władze publiczne, które zgodnie z neoliberalną doktryną „zmniejszania państwa” zrzekają się odpowiedzialności za coraz większe obszary życia społecznego.

Odpowiedzialność ta przerzucana jest na organizacje społeczne, które w efekcie zaczynają tworzyć „pierścień ochronny” wokół nieudolnej administracji. To do nich przychodzą po poradę lub z prośbą o interwencję niezadowoleni obywatele. Niestety za przekazaniem zadań nie idzie prawna i formalna możliwość wprowadzania jakichkolwiek zmian w „systemie”. Tworzy się więc zwrotna pętla, skutkująca osłabianiem trzeciego sektora: problem społeczny zgłoszenie go do NGO brak możliwości zmiany, w najlepszym wypadku pomoc doraźna rosnące niezadowolenie obywateli brak zaangażowania w życie społeczne.

W ten sposób realizacja idei wspierania/powierzania2 zadań publicznych tworzy po prostu miejsca pracy dla doradców, trenerów, pracowników socjalnych itd., niepotrzebnie obciążone dodatkową biurokracją służącą komunikacji między NGO a urzędem. Jedyną „korzyścią” jest możliwość obsadzania kolejnych stanowisk administracyjnych i biurowych już nie bezpośrednio w samorządzie, lecz w „przylegających” do niego organizacjach.

3sektor-wykresy

Te „dziwaczne” procesy coraz większego komplikowania relacji między państwem (samorządem), NGO a obywatelami stają się trochę bardziej zrozumiałe, gdy do „ideologii” zlecania zadań publicznych organizacjom dołoży się fakt opisany w badaniach administracji terenowej: przejawami zawłaszczania sfery społeczno-samorządowej przez partie polityczne jest zakładanie stowarzyszeń i fundacji przez aktywistów partii politycznych (uprzywilejowanych w pozyskiwaniu środków unijnych) oraz lobbing o pieniądze unijne za pośrednictwem partii, zwłaszcza rządzących, na poziomie krajowym i regionalnym3. W ten sposób kasta zawodowych polityków rozszerza strefę swoich wpływów, tworząc syntezę pierwszego i trzeciego sektora, wspólnie okopujących się przed „roszczeniami” niezadowolonych obywateli.

Warto pamiętać o tym obliczu „organizacji społecznych”, kiedy interpretujemy liczne badania trzeciego sektora. W żadnym z nich nie spotkałem pytań o powiązania polityczne liderów organizacji, pełnione przez nich funkcje w samorządzie czy wcześniejszą karierę (w tym również w aparacie PRL). Myślę, że wyniki takich badań byłyby szczególnie interesujące w zestawieniu ze strumieniami publicznych pieniędzy płynących do tego rodzaju „społeczników”.

Gdyby faktycznie dbać o publiczne pieniądze, efektywność systemu i sprawną realizację zadań publicznych, to należałoby przekazać pełną odpowiedzialność za ich realizację administracji samorządowej. Członkowie organizacji społecznych mogliby wtedy realizować konkretne zadania jako „podwykonawcy” (eksperci, specjaliści) dla odpowiedniej komórki w samorządzie. Jeśli wówczas usługi publiczne byłyby kiepskiej jakości, to przynajmniej widoczna będzie korelacja i odpowiedzialność za ten fakt z decyzjami politycznymi i administracyjnymi władzy lokalnej. W obecnym systemie władza może umywać ręce, a ludzie nie są tak wymagający względem „społeczników”, którzy mają „dobre serca”, ale nie zawsze odpowiednie umiejętności organizacyjne. Tymczasem edukacją, usługami socjalnymi i pomocą społeczną zajmuje się łącznie ok. 25% organizacji. W konsekwencji postępującej fali zlecania zadań publicznych organizacjom społecznym obawiam się pogorszenia już słabej jakości usług, za które jeszcze niedawno odpowiadało państwo. Niestety, kolejnym obszarem do „zagospodarowania przez NGO” jest edukacja – prowadzenie szkół i przedszkoli.

Warto dodać, że według badania „Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce” główną domeną działania polskich NGO są sport, turystyka, rekreacja, hobby oraz kultura i sztuka – te kategorie tematyczne zostały zadeklarowane jako podstawowy obszar zainteresowań przez 55% organizacji. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że główną dziedziną aktywności polskich NGO jest szeroko rozumiana organizacja czasu wolnego.

Czy w takim razie trzeci sektor jest nam w ogóle potrzebny? I czym ma się zajmować? Próbę odpowiedzi znajdziemy w „Diagnozie Społecznej”: Wobec słabości państw i agresywnej ekspansji globalizującej się komercji słabnie kultura i znika jej różnorodność – podstawowe przesłanki zrównoważonego rozwoju. Możliwe są trzy scenariusze: wzrost fundamentalizmu, rozwój czwartego sektora (grup przestępczych) lub rozwój trzeciego sektora (odnowienie społeczeństwa obywatelskiego). Jedyny efektywny scenariusz ratujący demokrację i gwarantujący zrównoważony rozwój to budowa trzeciego sektora. Ale to wymaga spełnienia co najmniej dwóch warunków definiujących kapitał społeczny […]: wzajemnego zaufania ludzi i znacznego udziału wolontariatu w populacji osób aktywnych zawodowo. […] Polska nie spełnia ani jednego z tych dwóch kryteriów społeczeństwa obywatelskiego.

W świetle powyższych rozważań nie jest istotne, czy NGO zajmuje się sportem, opieką nad dziećmi, czy dziennikarstwem obywatelskim. Ważne jest to, żeby wartością dodaną tej pracy była odbudowa społecznego zaufania oraz włączanie w swoją orbitę coraz większej liczby osób – jako członków i wolontariuszy. Wspólna praca i realizacja nawet najprostszych zadań są znacznie cenniejsze niż pogoń za finansami, profesjonalizacja czy rozwój infrastruktury, czyli te wszystkie „wartości”, które niestety są wskazywane przez społeczników jako największe bolączki swojego sektora.

Badania „Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce” pokazują, że najbardziej cenionym przez trzeci sektor tematem szkoleń jest pozyskiwanie funduszy – 22% respondentów wskazało je jako najbardziej istotne. Pozyskiwanie wolontariuszy jako najważniejsze postrzega zaledwie 7%. Dla mnie szczególnie zaskakujące jest to, że najbardziej oczywista prawda – iż pieniądze są pochodną pracy i że źródła finansowania powinno się szukać w działalności odpłatnej i gospodarczej – jest zrozumiała jedynie dla 4% badanych. Najbardziej pożądaną tematyką szkoleń jest „pozyskiwanie funduszy”, ale tylko 4% organizacji chce dowiedzieć się, jak zarabiać pieniądze. Świadczy to moim zdaniem o roszczeniowości „społeczników”, którzy coraz lepiej wyceniają swoją pracę, gdy płaci za nią „państwo” lub inny sponsor instytucjonalny, ale nie bardzo chcą pracować, żeby zarobione pieniądze oddać na cel społeczny, tj. statutowe zadania swojej organizacji.

Nie można postawić zarzutu zupełnego braku działań i energii w trzecim sektorze. Pompowane są w niego niemałe pieniądze, powstają raporty pokazujące prężnie rosnące „społeczeństwo obywatelskie”, odbywają się setki szkoleń i warsztatów, w obiegu są tysiące publikacji „profesjonalizujących” działania organizacji pozarządowych. Jednak, jak powiedział kiedyś klasyk zarządzania, Peter Drucker, ruch to nie to samo co postęp.

Sądzę, że w dużej mierze za fasadowość „trzeciego sektora” odpowiadają trzy zasadnicze problemy: złe założenia strategiczne; niewielka liczba prostych, praktycznych działań pozwalających każdemu „dotknąć i zrozumieć”, czym jest i jak powinna działać demokracja; demotywujący system finansowania działań społecznych.

Błędne odpowiedzi

Dokumentem wyznaczającym kierunek rozwoju trzeciego sektora jest obecnie „Strategia wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego na lata 2009–2015” (SWRSO)4. W jej końcowych zaleceniach możemy przeczytać m.in.: Wiele wskazuje na to, że w Polsce mamy do czynienia z obywatelską apatią, a deficyt demokratyczny jest naprawdę głęboki. Ludzie często koncentrują się przede wszystkim na swoich własnych sprawach, a sprawy publiczne obchodzą ich coraz mniej. Aby umożliwić obywatelom aktywne uczestniczenie w życiu publicznym, trzeba stworzyć im odpowiednie warunki i wyposażyć ich w konkretne zasoby i umiejętności, które takie uczestnictwo umożliwiają5.

Czym mają być warunki, zasoby i umiejętności,w które mamy to apatyczne społeczeństwo wyposażyć? Twórcy SWRSO mają prostą, by nie rzec prostacką, odpowiedź: Świadomość społeczna (prawna, ekonomiczna, polityczna) jest funkcją aktywizacji obywateli w sprawach publicznych. Zrozumienie procesów społeczno-ekonomicznych, spraw publicznych, sytuacji życiowej jest możliwe jedynie poprzez skutecznie działający system bezpłatnej informacji, poradnictwa obywatelskiego i pomocy prawnej6[podkreślenie moje – S.S.].

Dokument wytyczający strategię tworzenia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, a w konsekwencji bazy dla ustroju demokratycznego, zakłada więc, że zrozumienie istoty samorządności i współdziałania, kształtowania procesów legislacyjnych, kontroli wydatków budżetowych, zależności między wyborem władzy a praktyką rządzenia, jest możliwe jedynie poprzez lekturę abstrakcyjnych czytanek w systemie bezpłatnej informacji oraz wskutek korzystania z porad prawnych w instytucjach, których nazwy i sposób działania kojarzą nam się głównie z przerośniętą i „nieprzyjazną” biurokracją. Taki pomysł można porównać do chęci nauczenia kogoś łowienia ryb nie poprzez zaoferowanie wędki i wskazanie akwenu wodnego, lecz za pomocą pokazania ich na obrazku i pobieżnym wytłumaczeniu, jak kręcić kołowrotkiem i kiedy zacinać.

Dotknąć i zrozumieć

Jak napisał kiedyś Edward Abbey, najlepszą receptą na bolączki demokracji jest więcej demokracji. W naszym kraju, dzięki intensywnej pracy „edukacyjnej” NGO, można o demokracji dużo usłyszeć, za to próba jej dotknięcia przypomina pogoń za jednorożcem. „Pozarządowcy” produkują tony zadrukowanego papieru i jeszcze więcej bitów poukładanych w setki stron internetowych, na których rekordy popularności biją słowa „partycypacja” i „aktywizacja”. Gdyby demokrację mierzyć zestawieniem słów-kluczy pojawiających się w publikacjach polskiego trzeciego sektora, to Szwajcarzy mogliby do nas przyjeżdżać po nauki na wizyty studyjne. Jednak realia, takie jak malejąca liczba członków stowarzyszeń czy rosnąca przepaść między działaniami decydentów a „głosem społecznym”, pokazują nam, że mamy do czynienia z głębokim kryzysem polskiej demokracji i zaangażowania obywateli w życie społeczno-polityczne.

Sam trzeci sektor ma tu bardzo dużo do nadrobienia. W „pozarządówce” mnóstwo jest wolontariuszy i pracowników, a rzadko kiedy słyszy się o tym, że ktoś jest po prostu członkiem jakiejś organizacji. W „edukacji obywatelskiej” wiodą prym fundacje o zhierarchizowanej strukturze, mające tyle wspólnego z samorządnością i samoorganizacją, co właścicielskie spółki kapitałowe.

Moim zdaniem powinno być to światło ostrzegawcze dla twórców systemu, że z pisania i edukacji nakierowanej głównie na zmianę wiedzy wynika niewiele. Między informacją/wiedzą a działaniem mamy do pokonania jeszcze jeden schodek. Jest nim zmiana postawy. Jak ją osiągnąć? Dziecko nie nauczy się czytania książek wskutek słuchania opowieści o ich czytaniu. Nabierze takiego nawyku, jeśli będziemy mu czytali książki i gdy samo zaobserwuje nas czytających. Nie zrozumie objaśnień, że żelazko jest gorące, a woda mokra. Pojęcia gorąca czy wilgoci będą dla niego abstrakcyjne, dopóki się nie sparzy czy nie zanurzy ręki w wodzie. Tak samo abstrakcyjnym pojęciem dla znacznej większości naszego społeczeństwa jest demokracja. Skąd mają ją znać, skąd mają wiedzieć, jak działa, skoro nigdy jej nie dotknęli? Przez dwa pokolenia ktoś za nich myślał i decydował, a gdy chcieli zrobić coś po swojemu – walił pałką przez plecy.

Potrzebujemy nauki demokracji od samych podstaw poprzez działania praktyczne, począwszy od najmłodszych lat. Jest na to wiele miejsc: samorząd szkolny i klasowy, wspólnota mieszkaniowa, koła zainteresowań, kluby osiedlowe czy miejsca pracy, w których spędzamy znaczną część życia. To w mikroorganizacjach demokratycznych może kształtować się praktyczny i dobrze rozumiany „duch polityczny” społeczeństwa obywatelskiego.

Jeśli ludzie nie poznają w praktyce, co oznacza możliwość zmiany szefa (głosami walnego zebrania), który działa na niekorzyść ich wspólnej organizacji; jeśli nie nauczą się rozumieć i uchwalać zapisów w statucie, dzięki którym będą mieli wpływ na swoje miejsce zamieszkania; jeśli dzieci nie będą mogły odwołać przewodniczącego klasy, który mimo że jest pupilkiem wychowawczyni, to nie zdobył zaufania całej klasy; jeśli pracownicy nie poczują, że ich firma może zbankrutować, gdy nie wezmą się wszyscy solidarnie do pracy – to trudno oczekiwać, że jako mieszkańcy miasta czy gminy będą partycypować w stanowieniu lokalnego prawa, dbać o rzetelne wydawanie publicznych pieniędzy, a na szczeblu państwa nie pozostawią „zarządzania” naszym wspólnym majątkiem ludziom, którym nie ufają, oraz nie będą poddani regulacjom, które działają na ich szkodę.

Dopiero poprzez tak rozumianą praktykę ludzie mogą poznać na własnej skórze znaczenie słów „współodpowiedzialność”, „współdecydowanie”, „współdziałanie” i „solidarność”. Nie nauczą ich tego nawet najlepszy prawnik, „trener pozarządowy”, strona internetowa czy kurs lub warsztat „aktywności obywatelskiej”.

Mechanizmy finansowania

Trzecim z winowajców słabości społeczeństwa obywatelskiego jest demotywujący i ubezwłasnowolniający model finansowania działalności organizacji pozarządowych. Owocuje on „uwiązaniem u klamki” sponsora, którymi najczęściej są administracja państwowa oraz lokalny „układ” polityczny. W efekcie przestają one czuć obywatelski „oddech na plecach”, który w teoretycznych założeniach miał być formą kontroli władzy. Zamienia się on w żałosne sapanie o dotacje na utrzymanie biura i etatów dla zawodowych „aktywistów”.

Jest to przyczyną procesu, który Agnieszka Graff nazwała „NGO-izacją”. Organizacje pozarządowe wyrastają z pewnej odważnej, wręcz utopijnej wizji sprawiedliwości, z pragnienia głębokiej zmiany społecznej. Jednak odchodzą od tej szerokiej perspektywy, bo zajęte są własnym przetrwaniem. Ubiegają się o granty, uczą się biurokratycznej nowomowy, a realizując wymagania systemu, zatracają własną antysystemową tożsamość7. Nic dziwnego, skoro system wymagający od nich przede wszystkim sprawnego rozliczania przyznawanych dotacji wytworzył specyficzny rynek – premiuje on tych, którzy lepiej przyswoili urzędowy żargon i potrafią sprawniej „absorbować środki”.

Co gorsza, organizacje do swoich działań coraz mniej potrzebują społeczeństwa. W ciekawy sposób podsumowuje to w swoich badaniach nad kampaniami 1% dr Grażyna Piechota: Badania pokazują rosnącą tendencję do przekazywania 1 procenta podatku, ale jednocześnie towarzyszy temu przekaz „bo nic nas to nie kosztuje” (takie sentencje słychać dość często w samych przekazach medialnych skierowanych przez organizacje do otoczenia). To prawda, koszt społecznego zaangażowania jest praktycznie żaden […]. Tym samym odczuwalny staje się dysonans polegający na zachęcaniu Polaków do wspierania organizacji, a zatem pewnej społecznej aktywności, ale zarazem podkreślania faktu, że nie wymaga to żadnego zaangażowania. […] Można zatem apele płynące od samych organizacji pożytku publicznego odczytywać jako następujący przekaz: dajcie nam pieniądze, a my zrealizujemy zakładane cele i ukształtujemy instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Bez obywateli!

Słuszna wydaje się uwaga, że Jednym z warunków rzeczywistego rozwoju potencjału społeczeństwa obywatelskiego jest posiadanie przez organizacje pozarządowe własnego majątku8. Skąd ten majątek ma się brać? Przyjęte w Polsce zasady zakładają, że każda niewykorzystana (zaoszczędzona) złotówka pochodząca z dotacji musi zostać zwrócona sponsorowi, a jakakolwiek nadwyżka finansowa na koniec roku wywołuje panikę w działach księgowości organizacji społecznych, bo działalność pożytku publicznego musi bilansować się na zero. Ten model zdecydowanie trafniej byłoby nazwać społeczeństwem charytatywnym niż obywatelskim.

W modelu charytatywnym (patronackim) działania na rzecz wspólnoty mają swojego patrona, który je finansuje. To patron decyduje, na co i komu dać pieniądze. Jego siła wynika z posiadanych funduszy, dzięki którym może on „kupić” usługi charytatywne czy zapewnić infrastrukturę niezbędną do ich świadczenia. W przyjętym w Polsce modelu finansowania NGO z dotacji publicznych oraz z ochłapów rzucanych przez działy marketingu wielkich firm niezależność organizacji obywatelskich należy włożyć między bajki.

Model obywatelski (samorządny) opiera sięw pierwszej kolejności na aktywnej i autonomicznej współpracy ludzi. Do działania potrzebują oni łączącego ich systemu wartości i zaufania, czyli bazą jest kapitał społeczny. Jednak niezależność trzeciego sektora nie może polegać na zastąpieniu pieniędzy od sponsorów – wolontariatem.

Podsumowując: organizacje społeczne, wykastrowane z politycznego zaangażowania i swoistej „antysystemowości” oraz pozbawione siły płynącej z gospodarczej niezależności, z potencjalnie prężnego i bojowego organizmu stojącego w awangardzie walki o lepszy świat stają się mizernym „planktonem” rozdrobnionych i nic nie znaczących „organizacji pozarządowych”, uzupełnianym wąską kastą (często upolitycznionych) organizacji-molochów, przerabiających miliony publicznych złotych na badania i publikacje uzasadniające „systemową” konieczność ich istnienia. Kluczowym zadaniem tej kategorii podmiotów jest podtrzymywanie status quo.

Próba przełamania impasu

Uważam, że aby stworzyć państwo rzeczywiście demokratyczne, powinniśmy opierać się na strukturach łączących społeczne zaangażowanie, świadomość polityczną oraz samodzielność ekonomiczną (przedsiębiorczość).

Niewykluczone, że koncepcja „trzeciego sektora” sprawdza się w bardziej stabilnych demokracjach, osadzonych w innej kulturze, kształtowanej od wielu dekad, z administracją, która samoistnie dąży do modelu governance not government, i politykami, którzy traktują swoje zajęcie jako służbę. Potencjalnie ten model ma bez wątpienia liczne zalety, ale wymaga znacznie dłuższego okresu „programowania” i nie powstanie w próżni.Zatem zamiast się obrażać na „niedojrzałe” społeczeństwo, może warto wyjść mu naprzeciw i wdrażać demokratyczne procedury i zasady gospodarki społecznej w takich obszarach, gdzie ta aktywność się pojawia.

Zamiast zlecać organizacjom gotowe zadania, państwo powinno przyjąć rolę podobną do tej, jaką pełnią finansiści venture capital dla start-upów biznesowych, czyli wprowadzić strategie i procedury premiujące te organizacje, które wykażą w swoim „biznesplanie” pomysły na pokrycie kosztów niezbędnej infrastruktury, plany rozwoju bazy społecznej dla swoich działań, rozumiane jako relacje „oferta – odbiorcy”, i wiarygodne wskaźniki pomiaru rocznego „zwrotu kapitału społecznego” uzyskiwany dzięki rosnącej liczbie odbiorców działań (zaangażowanych w pomoc, wolontariat, partycypację w zarządzaniu organizacją itd.).

Nowy trzeci sektor powinien być tworzony przez organizacje hybrydowe, mające własne, stabilne źródła finansowania, twardy fundament aksjologiczny i praktyczne działania zmierzające do angażowania wokół siebie społeczności, budowania kadr i poczucia identyfikacji z organizacją.

Krokiem w dobrą stronę jest w mojej opinii przedsiębiorczość społeczna, oparta na ustawie o spółdzielniach socjalnych oraz na rosnących zachętach dla NGO do usamodzielniania się finansowego poprzez działalność odpłatną i gospodarczą. Chodzi o podejmowanie działalności biznesowej przez stowarzyszenia, które bazując na posiadanym „kapitale ludzkim” (członkach stowarzyszenia), mogą tworzyć wzorcowe miejsca pracy o demokratycznej strukturze własności, odpowiedzialności zarządu wobec pracowników – przy jednoczesnym zaangażowaniu „firmy” w osiąganie wyznaczonych celów społecznych. Rozwój takich mikrostruktur demokracji można rozumieć jako tworzenie stabilnych i niezależnych komórek, które poprzez lokalne, regionalne i ogólnopolskie związki (stowarzyszenia osób prawnych) utworzą większe tkanki demokratycznego, samorządnego i w znacznej mierze samowystarczalnego gospodarczo społeczeństwa obywatelskiego.

W takiej sytuacji system publicznych dotacji dla NGO mógłby stać się jedynie dodatkiem i wsparciemdla dążącego do autonomii ekonomicznej modelu samofinansowania działań statutowych. W ramach zapewniania ciągłości finansowania organizacji pożytku publicznego strategiczną zasadą powinno być traktowanie zleceń publicznych na równi z aktywnością o charakterze przedsiębiorczym.

Co powinno charakteryzować „etosowe” i faktycznie demokratyczne przedsiębiorstwa społeczne, jeśli mają one być bazą dla emancypacji i zaangażowania społecznego? Kluczowe zasady organizacyjne można zawrzeć w następujących postulatach.

Równość. Jedna osoba = jeden głos. To fundamentalna różnica w stosunku do spółek kapitałowych, a także – o czym mówi się rzadko – fundacji. Zasada równości ma kluczowe znaczenie nie tylko w przypadku demokratycznych przedsiębiorstw, ale i całego systemu społecznego. Przyjęcie „nierynkowej” zasady, że podczas walnego zebrania członków, tak jak i podczas wyborów powszechnych, głos sprzątaczki jest równoważny głosowi prezesa, ma ważne znaczenie aksjologiczne. Oznacza poszanowanie ludzkiej godności i wartości pracy; jest też punktem wyjścia w walce o rzeczywistą równość szans. Wreszcie – możliwość współdecydowania na równych prawach posiada silne działanie motywacyjne, zachęca do rozwijania własnych kompetencji, większej ofiarności, wzmacnia rolę kooperacji i zmniejsza wewnętrzną konkurencję. Walne zebranie, które ma dostęp do dokumentów finansowych i ufa komisji rewizyjnej, znając doskonale kompetencje ludzi w swojej organizacji, ma najlepsze predyspozycje do podejmowania decyzji strategicznych.

Współwłasność = współodpowiedzialność. Polskie społeczeństwo oduczono dbania o „wspólne”, które zdaniem wielu oznacza „niczyje”. Dlatego konieczne jest akcentowanie współwłasności i współodpowiedzialności (również materialnej) na najbardziej podstawowych szczeblach naszego życia. Zacząć trzeba od zwiększania skali współwłasności w gospodarce. Mamy zdecydowanie mniejsze skłonności do „okradania” samych siebie niż naszych (często nielubianych) pracodawców.

Demokratyczna kontrola i samorządność. Możliwość stanowienia „prawa lokalnego”, zgodnego z wolą „udziałowców”, jest jednocześnie nauką korzystania z procedur demokratycznych na wyższych szczeblach organizacji społeczeństwa. Nieobecny na walnym zebraniu nie ma głosu i musi podporządkować się prawu, które ktoś ustanowił w jego imieniu. Nie ma też wpływu na wybór władz, których decyzje będą go obowiązywały. Z drugiej strony zasady, na które zgadzamy się dobrowolnie pod wpływem racjonalnej argumentacji, a zwłaszcza te, które współtworzymy, stosujemy w praktyce znacznie chętniej niż prawo oparte na odgórnych nakazach.

Otwartość. Model inkluzyjny jest najbardziej istotną cechą dającą przewagę konkurencyjną nad biznesem opartym na kapitale finansowym. Jeżeli biznes społeczny ma się opierać na wiedzy i umiejętnościach członków, to zwiększanie jakości oraz liczebności bazy członkowskiej jest priorytetowym działaniem strategicznym.

Edukacja. Jakość pracy i postawę członków/pracowników należy poprawiać poprzez nieustanne podnoszenie ich wiedzy oraz morale. Szkolenia, pogadanki ideowe, spotkania wewnętrzne, pokazy filmów, dyskusje na tematy społeczne itd., innymi słowy działania na rzecz rozwijania wiedzy, umiejętności i ducha członków organizacji powinny należeć do kluczowych form jej aktywności. Koncentracja wyłącznie na osiąganiu sprawności ekonomicznej prowadzi wcześniej czy później do przyjęcia logiki spółek kapitałowych i prymatu zysku nad wartościami humanistycznymi.

Kadencyjność władz. Edukacja i samokształcenie umożliwiają „przejmowanie pałeczki” przez kolejne pokolenia działaczy. Jest to szczególnie istotne w szybko zmieniającym się świecie rewolucji informacyjnej, w którym zarząd pozbawiony dopływu „świeżej krwi” może przestać rozumieć otaczającą rzeczywistość albo nie umieć wykorzystać szans, jakie oferują nowe technologie i rozwiązania.

Państwo, jeśli ma animować rozwój tego typu przedsięwzięć, powinno mocniej akcentować finansowanie działań zmierzających do trwałego ustalania procedur organizacyjnych oraz wspierać w pierwszej kolejności tych, którzy działają w zgodzie z powyższym kanonem zasad samoorganizacji. Więcej uwagi przykładać do zasad i metod działania niż wyłącznie do efektów, jakie są osiągnięte dzięki „realizacji projektów”. Ważnym zadaniem dla budowania sensownego trzeciego sektora nie jest odpowiedź na pytanie, co mają robić organizacje, ale w jaki sposób.Odpowiednio zorganizowana fabryka gwoździ może być lepszą szkołą demokracji i partycypacji niż zhierarchizowana fundacja publikująca dziesiątki podręczników na temat „aktywności obywatelskiej”.

Szymon Surmacz

Przypisy:

  1. W tekście odwołuję się do: Diagnoza Społeczna 2011. Warunki i jakość życia Polaków, red. J. Czapiński, T. Panek, Warszawa 2011; Życie codzienne organizacji pozarządowych w Polsce, Stowarzyszenie Klon/Jawor, Warszawa 2012; G. Piechota, Organizacje pożytku publicznego – w drodze do społeczeństwa obywatelskiego?, Katowice 2011; Narastające dysfunkcje, zasadnicze dylematy, konieczne działania. Raport o stanie samorządności terytorialnej w Polsce, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Małopolska Szkoła Administracji Publicznej, Kraków 2013. Badań wskazujących wprost lub pośrednio na słabości trzeciego sektora jest znacznie więcej, warto przyjrzeć się np. publikacjom wydawanym w ramach projektu „Decydujmy Razem”: http://www.decydujmyrazem.pl/publikacje/decydujmy_razem_.html oraz regularnie aktualizowanym badaniom trzeciego sektora publikowanym na portalu http://civicpedia.ngo.pl/
  2. W praktyce działania NGO istotne jest rozróżnianie tych pojęć. Wspieranie oznacza konieczność posiadania w NGO własnych środków; powierzanie jest związane z całkowitym przerzuceniem wykonania zadania na NGO, które dostaje pełne dofinansowanie w postaci dotacji. W praktyce najczęściej stosuje się wspieranie w drodze konkursów.
  3. Narastające dysfunkcje…, op. cit., s. 32.
  4. Załącznik do uchwały nr 240/2008 Rady Ministrów z dnia 4 listopada 2008 r.
  5. SWRSO, s. 42.
  6. SWRSO, s. 43.
  7. A. Graff, Urzędasy, bez serc, bez ducha, wyborcza.pl, 6 stycznia 2010, http://wyborcza.pl/1,75515,7425493,Urzedasy__bez_serc__bez_
    ducha__Organizacje_pozarzadowe_.html
  8. Prof. Ewa Leś, Rola Rady Działalności Pożytku Publicznego w kształtowaniu polskiego dialogu obywatelskiego i demokracji uczestniczącej, wykład wygłoszony podczas inauguracyjnego posiedzenia Rady Działalności Pożytku Publicznego, 27 listopada 2003 r.

Nauka odpowiedzialna społecznie

Wielu osobom socjologia kojarzy się ze słupkami sondaży wyborczych i komentującymi je wciąż tymi samymi „ekspertami”. Ewentualnie z kierunkiem studiów, który jest dobrą gwarancją bezrobocia jego absolwenta. Rzeczywista rola, jaką ta dziedzina może odgrywać, jest niemal nieobecna w potocznej świadomości. Dzieje się tak po części dlatego, że wśród samych socjologów nie ma zgody w tej kwestii. Jednak nauki społeczne mogą stać się ważnym elementem walki o lepszy świat. Taką właśnie wizję proponuje koncepcja „socjologii publicznej”.

W 1959 r. Amerykanin Charles Wright Mills napisał książkę pt. „Wyobraźnia socjologiczna”. Tytułową wyobraźnię zdefiniował jako umiejętność ukazywania związku pomiędzy prywatnymi troskami pojedynczych osób czy rodzin i publicznymi problemami tkwiącymi w strukturze społecznej. Socjologia, poprzez ujawnianie społecznych przyczyn indywidualnych trosk, miała dawać podstawy do zmiany zastanej rzeczywistości.

Propozycja Millsa jest jedną z głośniejszych definicji społecznej roli socjologii1. Dla niektórych taka wizja zaangażowania się nauk społecznych na rzecz zmiany niesprawiedliwego świata może się wydać czymś oczywistym, ale wśród samych socjologów ma ona wielu przeciwników, broniących „obiektywności” i „bezstronności” nauki. Dlatego w dzisiejszych czasach również powstają idee, które mają uzasadniać aktywny udział socjologów w życiu społecznym. Jedną z nich jest „socjologia publiczna”.

Głównym orędownikiem tej koncepcji jest Michael Burawoy, wykładający w Berkeley Brytyjczyk rosyjskiego pochodzenia. Obecnie jest on przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego. Od kilkunastu lat wykorzystuje każdą okazję, by przekonywać naukowców w różnych zakątkach świata o zobowiązaniach socjologii wobec społeczeństwa. Pojęcie socjologii publicznej jest jednak nieco niedookreślone, funkcjonuje bardziej jako symbol i każdy rozumie je trochę inaczej.

Nurt ten opiera się przede wszystkim na zerwaniu z ideałem obiektywnej nauki, spoglądającej z góry na świat i poszukującej uniwersalnych praw, zgodnie z którymi funkcjonują społeczeństwa. Socjologia publiczna nie dąży do poznawania prawdy dla niej samej, jest zawsze „po coś”. Kluczowa jest relacja naukowca nie z obiektywną wiedzą naukową, lecz ze społeczeństwem, do którego należy. Stąd przymiotnik „publiczna” – socjolog wchodzi z różnymi „publicznościami” w dialog, żeby zdobyć wiedzę o ich problemach czekających na rozwiązanie lub przekazać im wyniki własnych badań czy nawet działać razem z nimi. Najbardziej interesują go stan i problemy otaczającego świata, a nie rozwijanie teorii czy metodologii – to ostatnie jest wtórne i podporządkowane celom praktycznym.

Socjolog publiczny nie jest neutralny. Podkreślana przez niektórych naukowców neutralność czy obiektywność jest zresztą często fałszywa i maskuje wspieranie status quo. Socjolog publiczny staje po stronie społeczeństwa i – jak to mówi Burawoy – przeciwko z jednej strony despotyzmowi przerośniętego państwa oraz tyranii rynków z drugiej. Taka postawa nie może mieć formy abstrakcyjnej, lecz zawsze przejawia się w sposób konkretny; szczególnej wagi nabierają więc lokalne problemy, charakterystyczne dla społeczności, której socjolog jest częścią. To, czy są one istotne z punktu widzenia ogólnej teorii socjologicznej, traci na znaczeniu.

Nic nowego pod słońcem?

Oczywiście taka wizja nie jest wyjątkowym, rewolucyjnym odkryciem. W historii zarówno zagranicznej, jak i polskiej socjologii mamy mnóstwo przykładów takiego podejścia. W zasadzie cała socjologia jako dyscyplina ukształtowała się w odpowiedzi na problemy społeczne czasów rewolucji przemysłowej i miała im zaradzić.

Polscy socjologowie przełomu XIX i XX wieku byli w o tyle specyficznej sytuacji, że poza tzw. kwestią społeczną zajmowała ich również „sprawa polska”. Wielu z nich uznawało za zrozumiałe samo przez się, że nauka ma wspierać rozwiązanie zarówno jednej, jak i drugiej. W niedawno wydanej, imponującej monografii wsi Żmiąca Michał Łuczewski przywołuje postać Franciszka Bujaka, pierwszego badacza tej wsi (1903), który uznawał naukę za służebną wobec szczęścia, dobrobytu i moralnego postępu społeczeństwa. Punktem wyjścia do badań Bujaka była zresztą akcja gromadzenia wiedzy na temat galicyjskiej miejscowości przez socjalistycznego posła Ignacego Daszyńskiego – jej wyniki miały posłużyć do stworzenia planu reform, który mógłby zostać zaprezentowany w parlamencie austriackim2.

Przypadek Bujaka nie jest odosobniony jako przykład wykorzystywania wiedzy naukowej do przygotowania gruntu pod budowę przyszłego państwa. Była to ówcześnie praktyka powszechna. Podobnie zresztą wyglądała sytuacja u schyłku PRL-u – np. przy Obywatelskim Klubie Parlamentarnym powstał Zespół Doradców Socjologicznych. Analogia między tymi dwoma okresami jest jednak ograniczona, ponieważ odróżnia je jedna zasadnicza cecha. O ile po 1989 r. większość socjologów wycofała się z aktywnej działalności na rzecz zmiany społecznej, uznając powstanie III RP za zrealizowanie swego celu, o tyle kilkadziesiąt lat wcześniej uzyskanie niepodległości było dla wielu naukowców-działaczy impulsem do jeszcze większej aktywności społecznej i wykorzystania pojawiających się możliwości.

Niektóre instytucje naukowe działające w dwudziestoleciu międzywojennym wciąż budzą podziw i zazdrość. Przypomniane w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” „Pamiętniki bezrobotnych”, przygotowane przez zespół pod kierownictwem Ludwika Krzywickiego, były jednym z najbardziej znanych przedsięwzięć Instytutu Gospodarstwa Społecznego. Działalność tej instytucji była w pełni podporządkowana celom społecznym. Instytut był niezależną jednostką, dysponującą minimalnym budżetem, koncentrującą aktywność na badaniu najpoważniejszych problemów społecznych. Szczególną wagę przywiązywano do kwestii robotniczej, współpracowano przy tym ściśle ze związkami zawodowymi3.

Przedsięwzięć tego typu co IGS było dużo więcej, nie tylko w okresie międzywojennym (choć ich skala była wtedy wyjątkowa) i rzecz jasna nie tylko w Polsce. Tak zwana szkoła chicagowska (nie należy mylić z podobnie nazywanym, chronologicznie późniejszym nurtem ekonomii neoklasycznej), z której wyrosła większa część amerykańskiej socjologii, była od początku zorientowana na kwestię problemów społecznych i poszukiwania sposobów ich rozwiązywania. Do tego nurtu należał między innymi William F. Whyte, autor monografii „Street Corner Society” (1943). Był on pionierem metody „obserwacji uczestniczącej” – spędził w środowisku włoskich młodocianych gangów w Bostonie 3 lata, dzięki czemu mógł przedstawić życie i problemy imigrantów z ich perspektywy.

Jeszcze dalej poszedł inny zagraniczny naukowiec, kojarzony u nas przede wszystkim dzięki polskiemu „akcentowi”. Mowa tu o Alainie Touraine. Jego znakiem rozpoznawczym stała się metoda „interwencji socjologicznej”, której nazwa mówi sama za siebie. Najbardziej znanym jej wykorzystaniem były badania poświęcone ruchowi i obliczu „Solidarności”. Celem Touraine’a nie było jedynie spojrzenia na ruch społeczny z perspektywy jego członków – chciał również, by to sami jego uczestnicy stali się badaczami i w efekcie lepiej zrozumieli kontekst swoich działań, co miało prowadzić do zmiany.

Współczesna odpowiedź na współczesne wyzwania

Skoro badania/działania realizujące postulaty socjologii publicznej nie są niczym nowym, to po co mnożyć koncepcje? Czy warto w ogóle o tym mówić? Jest kilka powodów, by odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Jeden podaje Michael Burawoy: Nie ma nic nowego w socjologii publicznej; to, co jest nowe, to groźny kontekst, w którym żyjemy4. Ten kontekst to czasy dominacji rynku, która zagraża podstawom życia społecznego.

Chciałbym zwrócić uwagę na kilka innych powodów, dla których warto mówić o socjologii publicznej, szczególnie w polskim kontekście. Po pierwsze w Polsce silną pozycję ma podejście idealizujące obiektywizm nauki i zwalczające tych, którzy nie chcą pozostawać w roli zdystansowanego obserwatora życia społecznego. Piotr Sztompka, najbardziej znany za granicą polski socjolog (poza Zygmuntem Baumanem, który wszakże światową sławę zyskał podczas pracy na Zachodzie), w wykładzie inauguracyjnym dla studentów I roku Instytutu Socjologii UJ we wrześniu 2012 r. uznał za jedno z dwóch największych zagrożeń dla socjologii lewacki aktywizm przynoszący ideologizację i polityzację socjologii, wzywający do akcji rewolucyjnej, a nie do myślenia, przemawiający do emocji, a nie do rozumu, prowadzący socjologów na barykady zamiast do bibliotek5. W sytuacji, w której dominujący nurt socjologii polskiej nie sprzyja rozwijaniu badań zaangażowanych społecznie, potrzebne są idee, które pozwolą obronić własny punkt widzenia.

Po drugie jako że badania zaangażowane nie należą do głównego nurtu socjologii, niezwykle ważna jest współpraca pomiędzy wszystkimi, którym owa postawa jest bliska, i nagłaśnianie takich przedsięwzięć. Z jednej strony chodzi o stworzenie sieci osób o podobnym podejściu, co pozwoliłoby na podejmowanie działań o większym zasięgu, choć podmioty w rodzaju Instytutu Gospodarstwa Społecznego pozostają obecnie najwyżej w sferze marzeń. Co ważniejsze, współpraca jest niezbędna, aby pokazać szerszej publiczności, że socjologia to nie tylko marnowanie czasu respondentów na głupie ankiety – lecz że nauki społeczne mogłyby stać się integralną częścią życia publicznego. Na współpracę – zwłaszcza w wymiarze międzynarodowym – duży nacisk położył Burawoy. Powołał do życia biuletyn o nazwie „Globalny Dialog”6, poprzez który socjologowie z różnych krajów mogą wzajemnie inspirować się doświadczeniami badań zaangażowanych, i stara się animować podobne inicjatywy na poziomie lokalnym. Próbą realizacji tej idei na rodzimym gruncie jest założone półtora roku temu na Uniwersytecie Warszawskim Koło Naukowe Socjologii Publicznej, które zajmuje się m.in. przekładem „Globalnego Dialogu” na język polski.

Dwa powyższe wątki mają związek ze specyfiką socjologii jako dyscypliny w Polsce. Nie miejsce tu na dociekanie przyczyn, ale socjologia w Polsce silnie aspiruje do bycia nauką przez duże N – porównuje się do nauk ścisłych, takich jak biologia czy fizyka, i stąd tak duża waga przywiązywana do „obiektywności”. Socjologia publiczna nie jest naukowa w takim rozumieniu, dlatego nie ma dla niej miejsca w głównym nurcie akademickim. Tym ważniejsze jest więc stworzenie dla niej silnej tożsamości, dzięki której będzie mogła się rozwijać pomimo braku instytucjonalnego wsparcia.

Warto zauważyć, że inne pokrewne dziedziny nie mają takiego problemu, ponieważ z założenia są nastawione na praktyczne zastosowanie. Pedagogika społeczna – dziedzictwo słynnej działaczki oświatowej z I połowy XX wieku, Heleny Radlińskiej – jest na dobre zadomowiona na wydziałach pedagogicznych, choć pozostaje pytanie, czy za miejscem w podstawie programowej idzie też właściwa postawa etyczna, charakterystyczna dla tego nurtu. Jeśli chodzi o antropologię, to animacja kultury – dziedzina, której istotę stanowi działanie w lokalnej społeczności – jest wizytówką np. warszawskiego Instytutu Kultury Polskiej. Praca socjalna – również zawdzięczająca wiele Radlińskiej – jest dziedziną nauki, ale przede wszystkim praktycznym działaniem. Co znamienne, „badania w działaniu”, będące istotną częścią zaangażowanej socjologii na świecie, w polskiej socjologii niemal nie istnieją – są za to dość szeroko omawiane w takich praktycznych dziedzinach jak pedagogika czy zarządzanie.

Być może więc zamiast pisać o „socjologii publicznej”, lepiej rozszerzyć to pojęcie na „publiczne nauki społeczne” lub zacząć mówić o „społecznej odpowiedzialności nauk społecznych”. W badaniach zaangażowanych granice między dyscyplinami są ostatecznie drugorzędne. Pojęcie „socjologii publicznej” jest ważne o tyle, że mogą się w nim łatwiej odnaleźć osoby o instytucjonalnej tożsamości związanej z socjologią. Ale tak naprawdę liczy się cel, któremu służy nauka, i w tym sensie interdyscyplinarność należy do istoty omawianego nurtu.

Ostatnia przyczyna, dla której warto mówić o osobnym nurcie socjologii publicznej, jest według mnie najważniejsza. Od pewnego czasu mówi się w naukach społecznych o zmianie określanej jako „zwrot działaniowy” albo „zwrot partycypacyjny”. Coraz większe znaczenie zaczynają mieć nie tylko cel nauki i związany z nim wybór tematów badawczych, ale również podporządkowana temu celowi forma. Michael Burawoy rozróżnia dwa rodzaje socjologii publicznej: pierwszą jest „tradycyjna” socjologia publiczna, która była popularna zawsze, a polega na docieraniu do opinii publicznej i rozpowszechnianiu ważnych wyników badań poza światem akademickim. Drugim rodzajem jest „organiczna” socjologia publiczna, która obecnie zaczyna odgrywać większe znaczenie. Jej celem nie musi być dotarcie do szerokich mas odbiorców – w dobie upadku tradycyjnych mediów jest to zresztą coraz trudniejsze, a duże nakłady tekstów naukowych należą już do przeszłości. Do istoty działalności „organicznej” należy ścisła współpraca socjologów z osobami czy środowiskami, których dotyczy badany problem. Różni teoretycy i praktycy mają odmienne zdanie na temat roli naukowca w tego typu badaniach, ale ważne jest zawsze jedno – badanie robione jest przede wszystkim dla realizacji potrzeb jego uczestników, a nie dla poszerzania „wspólnego zasobu wiedzy naukowej”, jak to postuluje Sztompka7. Trudno pozbyć się wrażenia, że w klasycznej wizji badane osoby traktowane są instrumentalnie, jako „zasób” dla naukowca – i nie otrzymują za to żadnej rekompensaty.

„Partycypacyjne badania w działaniu” (Participatory Action Research) – bo tak określana jest metoda, którą można uznać za istotę organicznej socjologii publicznej – stają się więc prawdziwą realizacją obietnicy wyobraźni socjologicznej, opisywanej przez Millsa. Dotychczas dominowało podejście, w którym to naukowiec miał monopol na „tłumaczenie” prywatnych trosk na publiczne problemy – gotowy efekt swoich analiz ogłaszał publicznie. Jednak nawet dla Millsa „wyobraźnia socjologiczna” miała być cechą nie socjologów, lecz wszystkich obywateli. Każdy ma korzystać z szansy, jaką stwarza wiedza socjologiczna – każdy może być badaczem własnych problemów i ich społecznych uwarunkowań. Przywodzi to na myśl wspominaną już tradycję Alaina Touraine’a – dlatego to właśnie jego polski socjolog Paweł Kuczyński czyni patronem nowego nurtu zaangażowanej nauki, określonego jako „socjologia aktywna”8 (co można uznać za inną nazwę organicznej socjologii publicznej).

Choć jest to podejście nowe, również ono ma swoje historyczne odniesienia. Znów można odwołać się do polskiego międzywojnia, które jest kopalnią społecznych inicjatyw. Kwintesencją pedagogiki społecznej i koncepcji Heleny Radlińskiej był aktywny udział tych, do których kierowane były działania. Pedagogika ma zresztą bogate zaangażowane tradycje nie tylko w Polsce – partycypacyjne badania w działaniu mają swoje korzenie w koncepcjach Brazylijczyka Paulo Freire.

W stronę zmiany społecznej

Na koniec chciałbym przywołać kilka współczesnych przykładów, które według mnie są zgodne z ideą socjologii publicznej – i dzięki temu trochę zobrazować wcześniejszy wywód.

Dobrym przykładem jest postawa pedagog społecznej Anity Gulczyńskiej (wywiad z nią opublikowano w „Nowym Obywatelu” nr 4/2011). Jej aktywność wśród młodych łodzian ze „złej dzielnicy” stanowi wręcz idealną ilustrację badań w działaniu. Z jednej strony na ich podstawie dr Gulczyńska formułuje bardzo istotne wnioski ogólne, mające znaczenie dla całego dyskursu na temat „wykluczenia społecznego” wśród młodzieży. Z drugiej strony badania te były wykonywane razem z uczestnikami – i częściowo dla nich. Efektem nie była tylko praca doktorska czy nawet teksty prasowe, poruszające krytycznie kwestię środowisk społecznie „wyłączanych” – ale również wystawa fotografii autorstwa kilku chłopaków, dzięki której mogli poczuć się docenieni. I być może to było w tym wszystkim najważniejsze, choć ostateczna ocena należy oczywiście do samych uczestników.

Nie chodzi jednak o to, że wszystkie badania społeczne muszą wyglądać w ten sposób – w przypadku niektórych tematów nie ma nawet takiej możliwości. Nie trzeba aż tak wiele, żeby działalność o charakterze naukowym mogła stać się społecznie użyteczna – czasami wystarczy, że zamiast schowania raportu z badań do szafy lub opublikowania go w czasopiśmie akademickim, czytanym jedynie przez innych socjologów, poszuka się możliwości jak najszerszego udostępnienia go lub przynajmniej omówienia głównych tez. Istnieją rozmaite pisma społeczno-polityczne oraz Internet. Otwarty dostęp do wyników badań jest zresztą niezwykle ważny – nieprzypadkowo Burawoy udostępnił niemal wszystkie napisane przez siebie książki i artykuły na swojej stronie internetowej.

Istotą socjologii publicznej nie jest jednak zbiór odpowiednich technik czy metod, ale pewna postawa – poczucie zobowiązania wobec całego społeczeństwa oraz badanych osób. Czasem wystarczy po prostu potraktować poważnie ludzi, którzy poświęcili socjologowi kilka chwil albo i wiele godzin życia. Wspominany już Michał Łuczewski napisał na podstawie swoich badań pracę typowo akademicką – ale jej treść omawiał z mieszkańcami badanej wsi Żmiąca. Podobnie wyglądało to w analizowaniu warunków życia matek w Wałbrzychu, prowadzonych przez Think Tank Feministyczny – pierwszymi osobami, które zapoznały się z roboczą wersją raportu, były opisywane w nim kobiety.

Ważnym sposobem wspierania działań na rzecz zmiany jest stała współpraca niektórych socjologów z ruchami społecznymi. Szczególnym przypadkiem są związki zawodowe – tradycja współdziałania jest w tym przypadku długa. Socjologowie udzielają się w nich jako eksperci, wspierając organizacje swoją wiedzą naukową i uprawomocniając ich działania – jest to szczególnie ważne, jako że związki mają w Polsce wyjątkowo „złą prasę”. Z kolei Instytut Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadza obecnie badanie mające na celu ustalenie wpływu prywatyzacji stołówek szkolnych na ich funkcjonowanie – i jest ono realizowane wspólnie z krakowskimi radami rodziców.

Pomysły z dziedziny socjologii publicznej pojawiają się także w działalności niektórych organizacji pozarządowych. Nie należy ich idealizować – większość poddana jest presji grantodawców i ma ograniczoną swobodę działań. Jednak takie organizacje to często jedyna forma zinstytucjonalizowanej działalności dla tych socjologów, którzy nie widzą miejsca na konserwatywnym uniwersytecie, a jednocześnie zależy im na wykorzystaniu wiedzy i umiejętności do celów społecznie zaangażowanych. Specyficznym przypadkiem są tu procesy partycypacji obywatelskiej, coraz popularniejsze w polskich miastach. Choć często fasadowe, to jednak czasem – jak w przypadku budżetów obywatelskich – dają mieszkańcom realny wpływ na decyzje. Organizacje pozarządowe aktywnie uczestniczą w promowaniu takich rozwiązań, dając im teoretyczną podbudowę.

Ta podbudowa to jeden z ważnych wątków socjologii publicznej. Erik Olin Wright, marksistowski badacz i obecny przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego, promuje koncepcję „realnych utopii” jako jednego z celów zaangażowanej socjologii. Miałaby ona polegać na badaniu istniejących na skalę lokalną, a godnych naśladowania, inspirujących rozwiązań, analizowaniu przyczyn ich sukcesu i planowaniu możliwości przeszczepienia na inny grunt. Sztandarowym przykładem takiej „realnej utopii” jest budżet obywatelski w brazylijskim Porto Alegre9.

Starałem się wskazać różne formy działań socjologicznych zmierzających do zmniejszenia nierówności, upodmiotowienia obywateli, wprowadzania prospołecznych rozwiązań, tworzenia nowych wyobrażeń na temat tego, co możliwe. Nie jest to na pewno katalog zamknięty. Najważniejszy jest cel – socjologia ma służyć zmianie społecznej, a nie abstrakcyjnej wiedzy. Takie jest przesłanie socjologii publicznej. Wymaga to od części naukowców większego zaangażowania i wzmożonych starań, aby komunikować się ze społecznością pozaakademicką. Od części – pozbycia się pychy, która każe im myśleć, że jako dyplomowani naukowcy wiedzą zawsze lepiej. Jednak aby współpraca była skuteczna, niezbędne jest również otwarcie się drugiej strony na kontakt z badaczem, który często przychodzi z początku nieproszony. Ostatecznie wszystkim nam powinno zależeć, żeby socjologia (i inne nauki społeczne) nie kojarzyła się tylko z badaniami ankietowymi czy marketingowymi, lecz aby znalazła swoje miejsce we wspólnym działaniu na rzecz zmiany świata społecznego.

Jakub Rozenbaum

Przypisy:

  1. W 1997 r. w plebiscycie na najważniejszą książkę socjologiczną wszechczasów, który został przeprowadzony wśród uczestników Światowego Kongresu Socjologicznego, „Wyobraźnia socjologiczna” zajęła drugie miejsce. Zob. J. Mucha, Wyobraźnia w naukach społecznych. Przedmowa do wydania polskiego [w:] C. W. Mills, Wyobraźnia socjologiczna, Warszawa 2007, s. 7.
  2. Za: M. Łuczewski, Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej, Toruń 2012, s. 21.
  3. Więcej na temat IGS można przeczytać np. w tekście Józefiny Hrynkiewicz, z którego zaczerpnąłem te informacje: J. Hrynkiewicz, Instytut Gospodarstwa Społecznego – działalność w latach 1920–1941, „Trzeci Sektor” nr 23/2011, ss. 76–84.
  4. Zob.: http://burawoy.berkeley.edu/PS.Webpage/ps.mainpage.htm
  5. Zob.: http://www.socjologia.uj.edu.pl/images/uploads/weblog_files/Wykad_inauguracyjny_w_UJ_2012_final-1_d540477e2f7f03e11b1938cb344c6703.pdf
  6. Jest on dostępny na stronie internetowej http://www.isa-sociology.org/global-dialogue/
  7. P. Sztompka, Dziesięć tez o statusie socjologii w świecie nierówności, „Globalny Dialog” nr 2.2, ss. 16–17.
  8. Więcej w artykule: P. Kuczyński, Touraine’a interwencjonizm, czyli aktywna socjologia inaczej, „Animacja Życia Publicznego. Analizy i rekomendacje” nr 2(5)/2011, ss. 12–15, http://decydujmyrazem.pl/files/AZP_5_internet.pdf
  9. Więcej o koncepcji Wrighta w artykule: E.O. Wright, Real Utopias for a Global Sociology, „Global Dialogue” nr 1.5, ss. 3–4.
Przyszłość już była, czyli kapitalizm bez innowacji

Przyszłość już była, czyli kapitalizm bez innowacji

W latach 60. minionego wieku dwóch naukowców – Arno Penzias i Robert W. Wilson – pracujących na bardzo czułym radioteleskopie spostrzegło dziwny rodzaj szumów radiowych towarzyszących wszystkim odczytom. Początkowo podejrzewali, że odpowiedzialność za to zjawisko spada na bliskie sąsiedztwo radioteleskopu z Nowym Jorkiem, jednak udało im się obalić tę hipotezę. Kolejnym „podejrzanym” były gołębie, a raczej ich odchody, które znaleziono na urządzeniu. Wyczyszczenie odbiornika nic jednak nie dało – szumy nie zniknęły. Jak rzekł Ivan Kaminow, inny wybitny naukowiec: Penzias i Wilson szukali łajna, a znaleźli złoto. Tym złotem, a jednocześnie źródłem niespodziewanych zakłóceń, było mikrofalowe promieniowanie tła, ślad po Wielkim Wybuchu. Odkrycie Penziasa i Wilsona potwierdziło tę teorię powstania wszechświata, dzięki czemu w roku 1978 otrzymali oni nagrodę Nobla.

Naukowcy zatrudnieni byli w Bell Labs. O Bell Labs mówi się, iż były one najwspanialszym instytutem badawczym w dziejach świata. Naukowcy tam pracujący zdobyli siedem nagród Nobla z dziedziny fizyki, a lista wynalazków, które w nim powstały, przyprawia o zawrót głowy. Przede wszystkim był to tranzystor, bez którego nie sposób sobie wyobrazić większości otaczających nas urządzeń elektronicznych. W laboratoriach Bella wymyślono lub wyprodukowano po raz pierwszy: laser, radioastronomię, telefon komórkowy, satelitarny system telekomunikacyjny, krzemowe ogniwo słoneczne umożliwiające zamianę energii słonecznej na elektryczną, światłowód, system operacyjny UNIX, języki programistyczne C i C++ i tak dalej – wymieniać można niemal bez końca.

Z dzisiejszej perspektywy zadziwiające jest to, że Bell Labs należały do całkowicie prywatnej firmy – amerykańskiego monopolisty telefonicznego AT&T. Jak to możliwe, że w ramach prywatnego przedsięwzięcia prowadzono badania nad początkiem wszechświata lub nad falową naturą cząsteczek (kolejna nagroda Nobla)? Pomyślmy nad osiągnięciami Apple, Google czy Microsoftu – nawet gdyby wziąć je wszystkie razem, to i tak nie mogłyby się one równać z jednym tylko wynalazkiem pochodzącym z Bell Labs – z tranzystorem. Gdzie więc leżała przewaga AT&T? Co sprawiło, że w ich ośrodku badawczym powstawały technologie, z których korzystamy po dziś dzień?

Oczywiście odpowiedź na takie pytanie musi być złożona. Wskażę tylko na jeden aspekt AT&T, który umożliwił im finansowanie takiej instytucji jak Bell Labs. Otóż amerykański telekom był do 1982 roku monopolem regulowanym przez państwo – gdy rozbito firmę na wiele różnych spółek, Bell Labs zaczęły powoli tracić na znaczeniu. Na początku XX wieku rynek usług telekomunikacyjnych w USA dzielił się na ogromne AT&T i setki niewielkich firm, które próbowały konkurować z nim na rynkach lokalnych. Taki układ był nieefektywny, gdyż w wielu miejscach kraju infrastruktura była niepotrzebnie dublowana. Z drugiej strony AT&T nie mogło sobie pozwolić na bezpardonowe niszczenie konkurencji, gdyż gdyby uznano firmę za monopolistę, to istniała realna groźba nacjonalizacji, a do tego zarząd korporacji nie chciał dopuścić ze zrozumiałych względów.

Wyjście z patowej sytuacji wymyślił Theodore N. Vail, który zaczął kierować telekomem w 1907 r. Uznał on, że AT&T musi w swoich działaniach być całkowicie transparentne i wprost zakomunikował opinii publicznej i rządowi, że prowadzona przez niego firma powinna stać się monopolem, tyle że – dodawał – tam, gdzie nie ma konkurencji, powinna pojawić się kontrola publiczna. Układ więc był taki: rząd pozwala, żeby AT&T osiągnęło pozycję monopolisty (w tym przypadku mówiono o „naturalnym monopolu”), a firma godzi się na to, że będzie podlegać stałej kontroli organów państwa. Vail czynił również wysiłki, by firma zmieniła strukturę właścicielską. Udziały kompanii miały być atrakcyjne dla „zwykłych obywateli” zainteresowanych długoterminową, pewną inwestycją. Doprowadziło to do sytuacji, że np. w roku 1964 liczba udziałowców telekomunikacyjnego giganta wynosiła ponad 2,3 mln osób, a największy indywidualny inwestor nie posiadał nawet promila akcji spółki (aż 3 spośród wszystkich akcjonariuszy miało mniej niż sto akcji firmy). Mateczka Bell, jak powszechnie nazywali firmę ludzie związani z nią, była rzeczywistym dobrem narodowym.

Pozycja monopolisty pozwalała AT&T na stosowanie praktyk, które mogły uchodzić za nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, lecz były motywowane poczuciem dobra wspólnego. Na przykład ceny połączeń międzymiastowych były celowo zawyżane, aby móc utrzymać niskie opłaty za rozmowy lokalne. Oznaczało to, że klienci biznesowi i bogatsi ludzie, którzy znacznie częściej korzystali z międzymiastowych, dokładali się do rachunków przeciętnego Amerykanina. Jednak najbardziej spektakularna korzyść płynąca z faktu bycia monopolem, to zdolność do długoterminowego planowania. Zarząd AT&T nie myślał w perspektywie wyników kwartalnych czy rocznych. Strategie ustalane były na wiele lat do przodu. To dzięki takiemu podejściu możliwe było funkcjonowanie instytucji w rodzaju Bell Labs.

W laboratoriach Bella w najlepszym okresie zatrudnionych było kilkadziesiąt tysięcy naukowców i inżynierów, którzy cieszyli się olbrzymią wolnością badawczą. Założenie było takie, żeby w jedynym miejscu zgrupować jak najwięcej wybitnych umysłów, które mają poświęcać się temu, co je naprawdę interesuje. Wyniki osiągane przez badaczy nie musiały mieć żadnego praktycznego zastosowania. Gdy Steven Chu – fizyk i przyszły noblista – zaczynał pracę w Bell Labs, usłyszał od swojego szefa: Steve, możesz tutaj robić, co tylko zechcesz, to nawet nie musi być fizyka. Nie rób niczego zbyt szybko. Pierwsze sześć miesięcy spędź na rozmawianiu z innymi pracownikami i na uważnym przyglądaniu się wszystkiemu. Żadnej presji, żadnych konkretnych wymagań co do wyników. Szefowie Bell Labs wiedzieli, że Chu jest wybitnym naukowcem i jeśli da mu się czas i warunki, to może stworzyć coś wielkiego. Nie interesowało ich, co konkretnie stworzy, gdyż celem instytucji nie było po prostu wymyślanie urządzeń, na których można zarobić, ale raczej stawianie i rozwiązywanie problemów naukowych. Dzięki takiemu podejściu możliwy był postęp naukowy, którego efektem był postęp technologiczny.

Należy też wspomnieć, że na mocy porozumienia z rządem z roku 1956 AT&T musiało dzielić się każdą technologią wyprodukowaną w Bell Labs z innymi podmiotami po opłaceniu przez nie relatywnie niewielkiej kwoty. Co więcej, w Bell Labs organizowano warsztaty, które miały szkolić inne firmy, jak wdrażać wynalazki stworzone w laboratoriach – tak między innymi rozpoczęła się historia potęgi japońskiego koncernu Sony.

Fakty te pokazują, iż pozycja monopolisty kontrolowanego przez państwo umożliwiła AT&T spokojny i długofalowy rozwój, który działał na korzyść całego społeczeństwa. Rząd zapewniał firmie takie warunki, że nie musiała się trapić konkurencją, ale wymagał, aby tworzyła ona wartość dodaną w postaci postępu naukowego, lepszej jakości usług, odpowiednich cen połączeń oraz pomocy państwu, gdy znajdowało się w zagrożeniu (AT&T zostało znacjonalizowane na rok przed końcem I wojny światowej, a w czasie II wojny w zasadzie wszystkie moce przerobowe zostały nakierowane na rozwój technologii służących wojsku).

Innowacyjność AT&T miała swoje źródło w tym, że firma w pewnym stopniu została wyłączona z logiki „czystego kapitalizmu”. Oczywiście była ona wciąż podmiotem rynkowym, a nie instytucją publiczną, jednak to nie szybki i zmaksymalizowany zysk był motywem, którym kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Obiegowa mądrość głosi, że współczesny kapitalizm, nieograniczona konkurencja i dążenie do zysku same z siebie przynoszą pozytywne rezultaty dla całych społeczeństw. Konkurujące firmy mają dążyć do wytworzenia najlepszych i najtańszych produktów, gdyż tylko dzięki takiej działalności będą mogły przetrwać swoistą „selekcję naturalną”. Problem z takim podejściem tkwi już na poziomie podstawowych założeń. Jeśli jedynym celem firmy ma być zysk, to będą one tworzyć zysk, a nie innowacje, rozwój technologiczny czy dobrostan społeczeństw. Wartości te mogą oczywiście powstawać przypadkowo w ramach działalności kapitalistycznej, ale są to poboczności, a nie istota. „Czysty kapitalizm” nie zastąpi wielkich instytutów badawczych, gdyż nie są one konieczne do zarabiania pieniędzy. Aby zarabiać pieniądze, wystarczy wytwarzać potrzeby. Jest to o wiele łatwiejsze, tańsze i mniej czasochłonne niż rozwiązywanie problemów naukowych.

Powszechne jest przekonanie, że nigdy wcześniej ludzkość nie była tak innowacyjna jak obecnie. W zasadzie co tydzień media podają, że właśnie odbywa się kolejna rewolucja technologiczna, która poprawi jakość życia. Nowe urządzenia elektroniczne przedstawiane są jako wynalazki na miarę koła czy druku. Nowoczesny smartfon rzeczywiście potrafi więcej niż telefon sprzed 10 lat, jednak czy zmiany, które nastąpiły, naprawdę sprawiają, że ludziom żyje się łatwiej? Czy nie jest raczej tak, że współczesne technologie – jak w starym bon mocie o realsocjalizmie – bohatersko walczą z problemami, które same stworzyły? Z całą pewnością coś takiego jak Facebook wymagało sporej dozy kreatywności, jednak warto zapytać, czy rzeczywiście Facebook dał światu tak wiele, by w ogóle uważać go za przejaw innowacyjności. Jakie problemy, z którymi dotychczas zmagała się ludzkość rozwiązało powstanie iPada? Czy żyjemy dzięki temu dłużej? Przemieszczamy się szybciej? Mniej chorujemy? Nie. iPad, Instagram czy Twitter to zabawki, których siła polega na tym, że kreują w ludziach nawyki, którym ci skłonni są folgować.

Dolina Krzemowa – technologiczne centrum świata – nie skupia się na tworzeniu rozwiązań, które rzeczywiście poprawią jakość życia, lecz wytwarza produkty, które przy niskimi koszcie produkcji przyniosą krociowe zyski inwestorom. Założenie startupu to koszt opłacenia biura i kilku programistów. Ludzie ci w relatywnie krótkim czasie mogą stworzyć usługę, która zostanie sprzedana za setki milionów dolarów. Po co więc prowadzić badania nad lekiem na raka czy alternatywnymi źródłami energii? Koszt takich badań jest ogromny, a prawdopodobieństwo, że firma je prowadząca uzyska szybko taką wartość jak popularna usługa internetowa – niewielkie.

Widać tutaj problem z tezą, że konkurencja w ramach kapitalizmu musi prowadzić do innowacyjności. Pieniądz sam z siebie nie płynie tam, gdzie kryją się wielkie problemy technologiczne, których rozwiązanie mogłoby poprawić dobrobyt społeczeństw. Pieniądz – zgodnie z tą logiką – płynie natomiast tam, gdzie będzie mógł zostać szybko pomnożony. Dostrzegają to nawet kapitaliści z Doliny Krzemowej. Mówię tu przede wszystkim o grupie skupionej wokół Petera Thiela, współzałożyciela PayPala. Thiel w 2005 r. powołał do życia Founders Fund, firmę inwestycyjną, która w założeniu ma inwestować tylko w przedsięwzięcia zmagające się z rzeczywistymi problemami technologicznymi. Założenie to należy traktować z przymrużeniem oka, choćby dlatego, że jedną z głównych inwestycji funduszu jest Facebook. Warto jednak przyjrzeć się manifestowi opublikowanemu na stronach firmy, gdyż w ciekawy sposób definiuje problem pogodzenia współczesnego kapitalizmu z innowacyjnością. Oczywiście należy pamiętać, że tekst ów ma przede wszystkim cele biznesowe, tj. jego autorom chodzi o skłonienie inwestorów do powierzenia pieniędzy Founders Fund.

Manifest, autorstwa Bruce’a Gibneya, nosi chwytliwy tytuł „Co stało się z przyszłością?”, a jego podtytuł brzmi „Chcieliśmy latających samochodów, w zamian mamy 140-znakowe wiadomości”. To porównanie Twittera do marzeń o przyszłości, żywych w latach 60., dość dobrze oddaje przesłanie tekstu.

Gibney rozpoczyna od krytyki współczesnego modelu venture capital (dalej: VC) i kultury startupów, tak bardzo popularnej w Dolinie Krzemowej. VC to sposób inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia, polegający na tym, że inwestor zostaje współwłaścicielem firmy rozpoczynającej dopiero działalność, ale rokującej duże nadzieje na przyszłość. Gibney stwierdza, że do końca XX wieku VC potrafił zarabiać duże pieniądze i jednocześnie był motorem postępu technologicznego, jednak później coś się popsuło. W latach 60. VC pomogło w rozwoju przemysłu półprzewodników (przykładem jest Intel, o którym Gibney mówi, że to jedna z najlepszych inwestycji venture capital w historii), w latach 70. nacisk kładziony był na komputerowy hardware i software, w latach 80. VC zaczął inwestować m.in. w biotechnologie, a ostatnia dekada XX wieku to oczywiście rozwój internetu. Chociaż – pisze Gibney – sukces tych technologii sprawia, że inwestowanie w nie wydaje się z dzisiejszej perspektywy całkowicie racjonalne i oczywiste, to przemysły i firmy wspierane przez VC były w swoim czasie niesłychanie ambitnymi przedsięwzięciami. Mimo iż żadna z nich nawet wtedy nie wydawała się niemożliwością, to jednak nie było żadnej gwarancji, że jakakolwiek z tych technologii zostanie rozwinięta z sukcesem lub zamieniona w wysoce zyskowny biznes. Zdaniem Gibneya w tamtych czasach VC służyło do inwestowania w firmy, których wartość nie zależała od baniek spekulacyjnych. Wartość tych przedsiębiorstw miała solidny fundament, gdyż rozwiązywały one realne problemy technologiczne i produkowały rzeczy, który ułatwiały ludziom życie.

Wiele zmieniło się pod koniec lat 90., gdy giełdowa bańka internetowa windowała ceny dotkomów do rozmiarów niebotycznych i niczym nie uzasadnionych. Inwestorzy VC dosłownie rzucili się na startupy, które tworzyły nawet najgłupsze usługi internetowe, gdyż liczyli, że w krótkim czasie uda im się zarobić olbrzymią ilość pieniędzy. Niektórym udało się zarobić, gdyż zrealizowali swoje zyski wcześniej, niż bańka pękła. Większość jednak straciła. Powód wg Gibneya jest oczywisty: firmy, w które inwestowano pieniądze, nie były nastawione na długotrwały rozwój, jedynie sprawiały wrażenie innowacyjnych, podczas gdy tak naprawdę wtórnie używały technologii wytworzonych dużo wcześniej.

Wnioski, jakie wyciąga Gibney, są dla nas mniej interesujące, chyba że chcemy powierzyć swoje pieniądze Founders Fund. Zauważmy tutaj tylko, że Gibney zdaje się sądzić, iż mimo że bazowanie na VC jako motorze innowacyjności jest słuszne, to w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju wypaczeniami. Gdy przezwyciężymy owe wypaczenia (dokładnie mówiąc: skłonność do inwestowania w nierozwojowe technologie), to wybitne umysły znów zaczną rozwiązywać wielkie problemy naukowe, zamiast tworzyć kolejne klony Facebooka. Wydaje się jednak, że przekonanie takie jest mylne. Sądzę, że błąd tkwi w samym systemie, nie zaś w niedoskonałych ludzkich decyzjach. Co prawda nie potrafię konkluzywnie udowodnić takiej tezy, postaram się jednak podać parę argumentów, które ją uprawdopodabniają.

Przekonanie, że finansowanie innowacji za pomocą VC – czyli w istocie powierzenie rozwoju technologicznego nowoczesnemu kapitalizmowi, nastawionemu na konkurencję – może przynieść dobre rezultaty, wydaje się błędne z kilku powodów. Po pierwsze jasne jest, że kapitał dąży do jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Inwestorzy będą zatem zawsze wybierać te projekty, które bliższe są temu warunkowi. Kryterium wyboru nie polega więc na tym, który startup będzie bardziej innowacyjny, ale na tym, gdzie można zarobić szybciej i więcej. Inwestowanie w skomplikowane badania wymagające licznego zespołu naukowców i dużych ilości czasu może być nieefektywne w porównaniu z wyłożeniem pieniędzy na małe przedsiębiorstwo z Doliny Krzemowej, które w krótkim czasie może stworzyć usługę typu Instagram. Nawet jeśli pierwszy przypadek daje większe prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu, to ta przewaga szybko znika, jeśli zauważymy, że ktoś może zainwestować w wiele małych firm programistycznych.

Po drugie niezależnie od efektywności różnych strategii inwestycyjnych częstokroć może okazać się, że prywatny kapitał jest zbyt mały, aby finansować wielkie projekty badawcze. Licząc wedle dzisiejszej siły nabywczej, program Apollo kosztował 180 mld dolarów. Tylko silne państwo (czy też grupy państw) może pozwolić sobie na wydatki tego rzędu. Oczywiście lot na Księżyc nie był czymś, co rozwiązało problemy ludzkości, jednak jasne jest, że wielkie problemy wymagają wielkich nakładów pracy i pieniędzy.

Tutaj dochodzimy do trzeciego powodu. Przypomnijmy sobie Bell Labs i fakt, że zatrudniano tam olbrzymią liczbę najwybitniejszych naukowców i inżynierów o różnych zainteresowaniach i specjalnościach. Nie był to przypadek czy niegospodarność zarządu AT&T. Zgrupowanie tak dużej ilości wybitnych umysłów w jednym miejscu powodowało, że idee rodziły się łatwiej. Badacze nie pracowali w izolacji, lecz byli w stałym i bezpośrednim kontakcie, dzięki czemu mogli na siebie wzajemnie oddziaływać. Współczesny model nie może tego zapewnić. Skoro pieniądze inwestowane są w niewielkie, konkurujące ze sobą firmy, to nie ma mowy o owocnej współpracy naukowców, do jakiej dochodziło w Bell Labs.

Po czwarte wreszcie nie każda innowacja musi przynosić zysk inwestorowi. Rozwiązanie problemu malarii w Afryce byłoby wspaniałym osiągnięciem, a jednak z punktu widzenia zysku nie jest to najlepszy biznes, jakiego można dokonać. Potencjalni klienci są biedni, a zatem trudno będzie zarabiać tam krocie. Lepiej więc inwestować pieniądze w rozwiązywanie tzw. problemów pierwszego świata, a więc wydumanych i nic nie znaczących zagadnień, które jednak można całkiem nieźle spieniężyć. Jak sprawić, by smartfon z czterocalowym wyświetlaczem wytrzymywał bez ładowania kilka dni? Jak przyśpieszyć proces rezerwowania biletów lotniczych o 10 sekund? Jak robić ładne zdjęcia bez profesjonalnego aparatu? Oto tematy, na których można zarobić dziesiątki czy nawet setki milionów dolarów.

Nie twierdzę, że współczesny model kapitalizmu nie jest zdolny do wytwarzania innowacji. One oczywiście powstają. Jednak ich ilość i – przede wszystkim – jakość są wysoce niezadowalające. Powtórzę za tekstem Gibneya tyko dwie rzeczy. Po pierwsze od końca lat 70. czas potrzebny na pokonanie Atlantyku rośnie, zamiast spadać. Po drugie nie da się zaobserwować żadnej korelacji między wzrostem mocy obliczeniowej komputerów a produktywnością ludzi.

Przyczyna, jak się wydaje, tkwi głównie w fakcie, iż państwo ustąpiło pola kapitalizmowi. Niegdyś to państwa były głównym rozgrywającym na polu rozwoju technologicznego. Czasem same stawiały sobie wyzwania i je realizowały, tak jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego programu Apollo, a czasem wpływały w określony sposób na prywatne firmy, aby te miały motywację i możliwości samodzielnego rozwiązywania skomplikowanych zagadnień. Jeśli państwa narodowe całkowicie uznają, że najlepszym rozwiązaniem problemu innowacyjności jest powierzenie go dzikiemu kapitalizmowi, to zamiast wynalazków na miarę tranzystora powstawać będą tylko kolejne niezbyt użyteczne aplikacje na urządzenia mobilne. Rzecz jasna w przypadku wielu zagadnień pojedyncze kraje mogą być zbyt biedne, aby je samodzielnie rozwiązywać. Potrzebna więc jest kooperacja państw na rzecz rozwoju nauki, który będzie służył całej ludzkości.

Innowacyjność i rozwój technologiczny nie są dziełem przypadku. W pewnych warunkach mają się lepiej niż w innych. W Bell Labs miały wręcz cieplarniane warunki. Było to możliwe, gdyż amerykańskie państwo pozwoliło AT&T na zdobycie pozycji monopolistycznej i jednocześnie wymagało, by monopol ów działał z korzyścią dla całego społeczeństwa. Współczesne firmy, które dążą jedynie do zysku, nie mogą być podstawą dla innowacyjności. Nie starają się one zmagać z wielkimi problemami, które stoją przed światem. Bo dlaczego miałyby to czynić? Ich celem jest robienie pieniędzy – nie rozwiązywanie problemów. Nie ma sensu wymagać od prywatnych firm, żeby pełniły funkcję motoru napędowego rozwoju nauki. Nie możemy jednak zapomnieć, że mamy pełne prawo wymagać tego od naszych państw.

Brakujące ogniwo w amerykańskim państwie dobrobytu – ubezpieczenie od braku zatrudnienia

Amerykański system gwarantujący bezpieczeństwo ekonomiczne jest niewydolny z wielu powodów. Głównym z nich jest czynnik obecny w niemal wszystkich rodzajach polityki społecznej. Opierają się one na założeniu, że ludzie są stale zatrudnieni. Większość programów zabezpieczenia społecznego, począwszy od ubezpieczeń społecznych (Social Security), przez ubezpieczenie od bezrobocia (Unemployment Insurance), a skończywszy na Medicare [Medicare to program ubezpieczeń społecznych w USA, zapewniający ubezpieczenie zdrowotne m.in. osobom powyżej 65. roku życia oraz niepełnosprawnym – przyp. red.], wymaga, aby ludzie przez lata płacili składki, zanim uzyskają świadczenia.

Problem polega na tym, że gospodarka amerykańska w coraz większym stopniu charakteryzuje się niestabilnością zatrudnienia. Po kilku latach wychodzenia z recesji stopa bezrobocia kształtuje się na poziomie 8,5%, częściowe bezrobocie wynosi 17,2%, natomiast odsetek pracujących utrzymuje się znacznie poniżej poziomu sprzed kryzysu gospodarczego.

Nawet te dane nie oddają w pełni rozmiarów niestabilności zatrudnienia. W latach 2004–2007, czyli w okresie dynamicznego wzrostu gospodarczego, 43 mln pracowników (prawie 1/3 siły roboczej) pozostawało przez pewien czas bez zatrudnienia, przeciętny pracownik był bezrobotny 1,5 razy przez okres ponad dwóch miesięcy.

Pomimo diametralnych różnic w sytuacji poszczególnych pracowników objętych ubezpieczeniem społecznym rząd amerykański nie przedstawił polityki zapobiegania likwidacji dotychczasowych miejsc pracy lub tworzenia nowych. Jeżeli zależy nam na utrzymaniu umowy społecznej, trzeba opracować nową politykę, która zapewni miejsca pracy Amerykanom chcącym pracować.

Tło historyczne

Przy projektowaniu części całościowego planu, określanej jako ubezpieczenie od bezrobocia (Unemployment Insurance, UI), jej twórcy stanęli przed następującym wyzwaniem: co UI może zaoferować 7,5 milionom pracowników bezrobotnych w 1935 r., którzy nigdy nie płacili składek, oraz jaką ochroną może objąć większość pracowników pozostających poza systemem. Komisja ds. bezpieczeństwa ekonomicznego uznała, że ponieważ większość ludzi utrzymuje się ze świadczenia pracy […] proponujemy zabezpieczenie zatrudnienia – promowanie prywatnych form zatrudnienia, a także zatrudnienie w zakładach państwowych dla sprawnych fizycznie pracowników, którzy w danym momencie nie mają pracy w przemyśle.

Jednym z członków komisji był Emerson Ross, główny kierownik ds. badań w Federal Emergency Relief Administration, a także przyszły zastępca dyrektora Works Progress Administration. Zaproponował on trzy potencjalne modele funkcjonowania systemu „zabezpieczenia zatrudnienia”:

  • Pierwszy model zakładał wynagrodzenia w programie pracy w celu pokrycia wszystkich zasiłków dla bezrobotnych. Rodzaj „ubezpieczenia miejsca pracy” zastąpiłby UI jako główne źródło pomocy państwowej w walce z ubóstwem, gwarantowane jako wynikające z umowy uprawnienie do […] otrzymania wynagrodzenia za wykonaną pracę.
  • Drugi model przewidywał system mieszanego ubezpieczenia miejsca pracy, w którym składki na zabezpieczenie w przypadku bezrobocia na program pracy byłyby włączane do puli rezerwy generalnej (General Fund), aby zapewnić pracę wszystkim bezrobotnym bez względu na fakt opłacania składek.
  • Trzeci model proponował dwa równoległe systemy; UI w formie takiej jak obecnie w USA, a następnie program pracy, który zacząłby funkcjonować po wygaśnięciu uprawnienia do uzyskiwania zasiłków na podstawie programu ubezpieczeń dla bezrobotnych. W modelu tym skorzystanie z zapewnianej przez państwo możliwości pracy zastąpiłoby zasiłki z UI po upływie 14 tygodni.

Przy opracowywaniu systemu zabezpieczenia zatrudnienia (Employment Assurance, EA) dla XXI wieku możemy czerpać z 75-letnich doświadczeń z całego świata. Ogólnie biorąc, system EA powinien opierać się na dwóch rodzajach polityki: zapobiegającym utracie miejsc pracy oraz stwarzającym nowe miejsca pracy, gdy recesja pokona pierwszą linię obrony.

Zabezpieczenie zatrudnienia – utrzymanie obecnych miejsc pracy

Zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć, przeciwdziałanie utracie pracy jest zawsze bardziej pożądane od prób zapewnienia pracy bezrobotnym. Poza natychmiastowym wstrząsem związanym z brakiem wynagrodzenia bezrobocie ma również istotne długotrwałe konsekwencje: 55% zwolnionych pracowników podejmuje pracę za wynagrodzenie niższe od poprzedniego, a dla 36% z nich jest ono niższe o co najmniej 20%.

Rozszerzenie zakresu ustawy o przystosowaniu pracowników i przekwalifikowaniu (Worker Adjustment and Retraining Notification Act – WARN Act) oraz wprowadzenie do niej poprawek nakładających na dużych pracodawców obowiązek zawiadomienia o utracie pracy z 60-dniowym wyprzedzeniem mogłoby położyć podwaliny pod system, w którym rząd współpracuje z pracodawcami w celu przeciwdziałania zwolnieniom, zamiast oczekiwać na dalszy rozwój wypadków i następnie proponować pomoc. W innych krajach te i podobne środki określa się mianem „aktywnej polityki rynku pracy”.

W krajach OECD sprawdzają się różne rodzaje aktywnej polityki rynku pracy zapobiegające szybkiemu wzrostowi bezrobocia w czasie recesji. Można je finansować, umożliwiając pracownikom korzystanie z części zasiłków UI lub (jak było w przypadku ustawy z 2010 r. o zachętach do zatrudniania w celu przywracania miejsc pracy – Hiring Incentives to Restore Employment, HIRE Act) oferując ulgę na podatek od wynagrodzenia dla objętych nią pracodawców:

  • dzielenie pracy (work-sharing) W Niemczech i Holandii pracodawcy, którzy zmniejszają liczbę godzin pracy swoim pracownikom zamiast ich zwalniać, otrzymują ulgę podatkową, aby wypłacić pracownikom dotacje do wynagrodzenia i w ten sposób wyrównać utratę jego części. Podczas gdy 17 amerykańskich stanów uczestniczy w programach dzielenia pracy, większości stanów brakuje środków finansowych, by pomóc większej liczbie, a nie jedynie garstce pracodawców – rządowy program dzielenia pracy mógłby rozwinąć i usprawnić ten program.
  • edukacja i szkolenia Szwecja oferuje podobną dotację dla pracodawców, którzy powstrzymują się przed zwalnianiem, jednak zamiast ograniczać liczbę godzin pracy, zapewnia się finansowanie pracownikom (którzy w innym przypadku zostaliby zwolnieni), aby podnieśli kwalifikacje przez zdobycie wykształcenia, ukończenie stażu lub szkolenia. Pomimo że metoda ta nie rozkłada skutków recesji w taki sposób jak dzielenie pracy, na dłuższą metę przekłada się na wzrost wydajności.

Każda z powyższych strategii byłaby stosowniejsza od obecnej polityki rządu USA. O wiele korzystniej jest wydać trochę pieniędzy z wyprzedzeniem, za pośrednictwem częściowego UI lub ulg podatkowych, niż stracić więcej w dłuższym okresie poprzez niepotrzebne bezrobocie, utratę zarobków oraz przedłużające się recesje.

Zabezpieczenie zatrudnienia – ubezpieczenie miejsca pracy w celu tworzenia nowych miejsc pracy w czasie recesji

Polityka utrzymywania zatrudnienia podobna do opisanych powyżej w najlepszym razie prowadzi pracodawców do uniknięcia przekształcenia łagodnej recesji w spiralę depresji gospodarczej, spowodowanej masowymi zwolnieniami. Jednak w przypadku głębokich recesji nawet państwowe dotacje mogą okazać się niewystarczające, aby zapobiec dramatycznemu wzrostowi bezrobocia. W takich przypadkach bezpośrednie wysiłki zmierzające do tworzenia miejsc pracy zgodnie z wytycznymi ustawy o lokalnych miejscach pracy dla Ameryki (Local Jobs for America Act) są niezbędne do przeciwdziałania dużemu skokowi bezrobocia. Pomimo tego, jak widzimy na przykładzie ustawy mającej na celu ożywienie gospodarki i niedawno zaproponowanej przez Obamę ustawy o amerykańskich miejscach pracy (American Jobs Act), niezwykle trudno jest przegłosować w niedługim czasie w Kongresie odpowiednie środki służące tworzeniu nowych miejsc pracy.

Jednym ze sposobów na uniknięcie tego instytucyjnego impasu byłoby powołanie jednostki/organu ds. tworzenia miejsc pracy – systemu ubezpieczenia miejsca pracy (Job Insurance System) – aby zapewnić zatrudnienie w czasie recesji. Stały program z własnym źródłem finansowania i rezerwami, umożliwiający tworzenie projektów zatrudnienia „od zaraz”, sprawiłby, że Kongres nie musiałby odkrywać Ameryki na nowo w czasie każdej recesji.

Kolejnymi zaletami takiego rozwiązania są szybkość i elastyczność. Poprzez natychmiastowe przeciwdziałanie masowym zwolnieniom program ubezpieczenia miejsca pracy znacząco wpłynie na przewidywania pracodawców wobec przyszłych wydatków konsumenckich i dochodów, zapobiegając efektowi spirali, gdy zwolnienia skłaniają innych pracodawców do ograniczenia siły roboczej, zanim zmniejszy się popyt.

Równowartość 1 procentu podatku od wynagrodzenia da kwotę w wielkości odpowiedniej do zatrudnienia miliona pracowników rocznie. Kilka lat standardowego wzrostu gospodarczego przyczyni się do stworzenia funduszu rezerwowego umożliwiającego ponowne zatrudnienie bezrobotnych na masową skalę nawet w czasie najgłębszej recesji. Zapewnienie ludziom pracy za godziwe wynagrodzenie ma dwie ekonomiczne zalety względem UI. Po pierwsze zapobiegnie przekształceniu się bezrobocia w biedę (czego nie zapewnia obecnie UI). Po drugie oznaczałoby, że gospodarka odzyska ok. 109 000 dolarów zysków z produkcji na każdego pracownika, które traci, gdy są oni bezrobotnymi.System ubezpieczenia miejsca pracy jest o wiele skuteczniejszy w przeciwdziałaniu społecznym i psychologicznym skutkom bezrobocia od tego, z czym mamy do czynienia obecnie. W 1944 r. William Beveridge pisał, że Najgorszym, co można zrobić bezrobotnemu, jest kolejne poniżenie, ponieważ utrata pracy sama w sobie jest złem. Widziałem wartościowych, odważnych ludzi doprowadzonych przez ciągłe, przymusowe bezrobocie do stanu, w którym czuli się zapomniani, niechciani i wyrzuceni na śmietnik. Podczas obecnej recesji, pomimo funkcjonowania UI, wskaźniki depresji klinicznej wzrosły o 36%, po części dlatego, że aż 79% długotrwale bezrobotnych zgłasza nasilenie stresu psychicznego związanego z utratą pracy. Niezależnie od tego, czy pracownicy mają dostęp do UI, pozbawienie ich możliwości zarobienia na utrzymanie i wniesienia wkładu w społeczeństwo jest złe.

Zabezpieczenie zatrudnienia stanowi przykład jednego z rzadkich przypadków, gdy, posługując się słowami Benjamina Franklina, robiąc coś dobrego, mamy się dobrze. Ograniczając liczbę osób, które straciły pracę w czasie recesji, zmniejszamy zarówno obciążenie systemu UI, jak i zapewniamy maksymalną liczbę płatników przypadających na beneficjenta. Ponadto sprawiamy, że pracownicy nie zostają spisani na straty i nie muszą żyć z zasiłku. Jednocześnie korzystamy z zalet zwiększonej konsumpcji i produkcji, które nie byłyby możliwe, gdyby pracownicy pozostali na UI.

Steven Attewell

tłum. Anna Kleina

Artykuł ukazał się w styczniu 2012 r. na stronie internetowej New America Foundation, amerykańskiego lewicowego think tanku. Pominięto przypisy o charakterze bibliograficznym. http://www.newamerica.net/

Dialog w kryzysie – kryzys w dialogu

Od 2008 r., gdy wybuchł światowy kryzys gospodarczy, Polsce udawało się skutecznie bronić przed osunięciem w otchłań recesji. Mimo to rodzima gospodarka, a wraz z nią społeczeństwo, silnie odczuwają skutki spowolnienia. Ponadto perspektywy na 2013 r. nie są korzystne, jeśli wsłuchać się w głosy ekonomistów. Wydaje się więc, że w trudnym okresie rząd zmuszony do kontynuacji, a nawet zaostrzania polityki oszczędnościowej w celu równoważenia finansów publicznych powinien poszukiwać dla niej dodatkowych źródeł legitymizacji. Oczywistym kierunkiem poszukiwań jest dialog społeczny. Czy jednak droga ta nie została zamknięta na skutek pochopnych kroków rządu wobec partnerów społecznych?

Pod koniec ubiegłego roku Instytut Spraw Publicznych opublikował raport podsumowujący trzyletni okres działań antykryzysowych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem roli dialogu społecznego w kształtowaniu polityki ukierunkowanej na walkę ze spowolnieniem gospodarczym1. Wnioski z lektury nie napawają nadmiernym optymizmem, bowiem z jednej strony skuteczność przedsięwziętych kroków nie okazała się zbyt wysoka, zaś z drugiej analiza wydarzeń z okresu po 2008 r. obnaża skłonność rządu do działań jednostronnych. Ta ostatnia tendencja jest widoczna nie tylko na płaszczyźnie instytucjonalnego dialogu społecznego, prowadzonego w ramach Komisji Trójstronnej, ale także w szerszym wymiarze, czego dowodem jest reforma dotycząca podniesienia wieku emerytalnego, a dokładniej tryb jej przeprowadzenia.

Dialog społeczny a kryzys: wielkie nadzieje

Na przełomie lat 2008 i 2009 wydawało się, że rozlewająca się po świecie recesja gospodarcza dotrze także do Polski. Rząd z jednej strony grał na zwłokę, przyglądając się dynamice rodzimej gospodarki i nie spiesząc się z ogłaszaniem deklaracji dotyczących możliwych scenariuszy przeciwdziałania ewentualnej recesji, z drugiej natomiast uległ zmianie jego stosunek wobec dialogu społecznego. Tę drugą prawidłowość dało się zaobserwować również w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Zainteresowanie kręgów rządzących dialogiem z partnerami społecznymi ulegało ożywieniu w czasie kryzysów (politycznych, ekonomicznych, społecznych czy będących kombinacją wielu ich rodzajów) lub gdy debatowano nad reformami strukturalnymi. W obu przypadkach rządzący poszukiwali źródeł dodatkowej legitymizacji swojej polityki, na którą musiały się składać także decyzje niepopularne wśród obywateli.

Motywacje partnerów społecznych, godzących się uczestniczyć w tej grze, są bardziej złożone. Czy opłaca się im (zwłaszcza związkom zawodowym) angażować w dialog trójstronny? Można spotkać zróżnicowane opinie. Twórca tezy o „pozornym korporatyzmie”, David Ost, już ponad dekadę temu twierdził, że taka postawa central związkowych nie ma sensu2, i podtrzymał ten pogląd po wybuchu światowego kryzysu3. Wtórują mu Charles Woolfson i Epp Kallaste, analizując przebieg dialogu społecznego w krajach nadbałtyckich po 2008 r.4 Referując w skrócie stanowiska wymienionych autorów, można powiedzieć, że rządy krajów pogrążonych w recesji nie mają wiele do zaoferowania partnerom społecznym, w szczególności związkom zawodowym. Zatem jedyną korzyścią związków możliwą w tych okolicznościach do osiągnięcia jest zachowanie „miejsca przy stole” rokowań trójstronnych – natomiast ceną za to będzie firmowanie własnym autorytetem ewentualnych decyzji. Wydaje się, że polskie związki zawodowe stoją wobec podobnego dylematu, ale alternatywą dla kooperacyjnej orientacji, wyrażającej się udziałem w pracach Komisji Trójstronnej (i innych gremiach trójstronnych), jest akcja bezpośrednia. Nie wiadomo, czy związki zawodowe mają dość determinacji, jak również zdolności zagospodarowania rosnącego niezadowolenia społecznego, aby posunąć się do takiego kroku. Co się stanie, jeśli próby strajków i manifestacji spalą na panewce?

Na początku 2009 r. wydawało się, że dialog społeczny w Polsce otrzymał ożywczy impuls. Podjęcie przez reprezentatywnych partnerów społecznych autonomicznych negocjacji nad pakietem antykryzysowym i deklaracja rządu, że będzie respektował wynik rozmów dwustronnych, przygotowując projekty ustaw, było wydarzeniem bez precedensu. Co więcej, sprawne negocjacje i szybko osiągnięte porozumienie w postaci „matrycy” 13 punktów pokazały, że produktywny dialog autonomiczny jest w naszym kraju możliwy. Dawały również nadzieję, że partnerzy społeczni, jeśli zechcą, mogą wyemancypować się spod dominującej pozycji rządu w trójstronnej konfiguracji dialogu.

Niestety, wkrótce potem na tym sielankowym obrazku pojawiły się pierwsze rysy – przepisy ustawy antykryzysowej nie w pełni odzwierciedlały postanowienia pakietu autonomicznego. Rozgoryczenie związków zawodowych wywołało zwłaszcza zawieszenie na czas obowiązywania ustawy art. 25/1 Kodeksu pracy, określającego regułę „trzecia umowa na stałe”, co, jak się wkrótce okazało, poskutkowało lawinowym wzrostem liczby umów o pracę na czas określony. Dość powiedzieć, że w 2010 r. Polska znalazła się na czele całej UE-27 pod względem udziału umów czasowych w ogóle umów o pracę (27%), który to wysoki poziom utrzymuje się do tej pory (26,8% pracowników najemnych w trzecim kwartale 2012 r.). Mimo tego pakiet autonomiczny jest przez partnerów społecznych dość zgodnie określany jako istotne osiągnięcie. Zrodził się projekt ustawy, która poszła do sejmu, i w sejmie pewne rzeczy, poza związkami zawodowymi i pracodawcami, zostały dopisane przez posłów, na co już nie mieliśmy wpływu, ale ogólny szkielet tego pakietu został spisany tak, jak uzgodniliśmy w naszym, autonomicznym dialogu5 – mówił przewodniczący „Solidarności”, Piotr Duda. Tajemnica sukcesu tkwiła być może w tym, na co uwagę zwrócił Jeremi Mordasewicz z PKPP „Lewiatan”, a co stało się zarazem zarzewiem przyszłych nieporozumień: Problem polegał na tym, że porozumienie nie dotyczyło kwestii zasadniczych, czyli ograniczenia konsumpcji i chronienia inwestycji. Punkty porozumienia nie były precyzyjnie sformułowane i przy realizacji tego programu partnerzy społeczni inaczej interpretowali zapisy6.

Z upływem czasu coraz wyraźniej widoczne było to, że zainteresowanie grupy docelowej ustawy antykryzysowej oferowanymi przez nią instrumentami wsparcia jest nikłe. Przedsiębiorcy woleli polegać przede wszystkim na własnych siłach. Statystyki podmiotów, które zdecydowały się wystąpić o „subsydiowanie zatrudnienia”, nie pozostawiają cienia wątpliwości. W latach 2009–2011 niespełna 200 przedsiębiorców złożyło wnioski o pomoc finansową dla mniej więcej 12 tys. pracowników, a objętych nią zostało nieco ponad 10 tys. zatrudnionych w około 120 podmiotach.

Jak wynikało z monitoringu skuteczności działania przepisów ustawy, prowadzonego różnymi torami, jej stosunkowo najlepiej ocenianym rozwiązaniem była możliwość wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (standardowo są to cztery miesiące). Co więcej, pozytywny odbiór ze strony przedsiębiorców przełożył się na propozycję legislacyjną, w myśl której przepis zawarty w ustawie miałby zostać włączony do Kodeksu pracy, a tym samym z rozwiązania tymczasowego zmienić się w stałe. W badaniach ISP zrealizowano trzy studia przypadku w firmach, które wykonały taki krok. Case studies wykazały, że firmy, które postanowiły zastosować to rozwiązanie, chwaliły je przede wszystkim za to, że pozwalało ono na ograniczenie kosztów pracy, szczególnie tam, gdzie czynnik sezonowości rynku ma duże znaczenie (np. w budownictwie). Zwraca uwagę fakt, że we wszystkich trzech przypadkach wydłużenie okresu rozliczeniowego odbyło się po konsultacjach z pracownikami, a tam, gdzie funkcjonują związki zawodowe, także z nimi. Korzystna ocena jednego z rozwiązań przygotowanych przez władze nie zmienia jednak faktu, że efekty polityki antykryzysowej były mizerne.

Impas

Dialog społeczny po gwałtownym, choć krótkotrwałym zrywie w początkowych miesiącach 2009 r. wytracał impet. Świadczy o tym dystansowanie się rządu od Komisji Trójstronnej, której pozycja ulegała sukcesywnemu osłabieniu. Przez trzy kolejne lata (2010, 2011, 2012) podwyżka płacy minimalnej była określana jednostronnie przez rząd. W 2009 r. Prezydium Komisji spotkało się 14 razy, a cała Komisja spotkała się na siedmiu sesjach plenarnych. W roku następnym odbyło się w sumie siedem posiedzeń Prezydium, a także pięć sesji plenarnych Komisji. W 2011 r. Prezydium spotykało się tylko pięć razy, zaś cała Komisja – na sześciu sesjach plenarnych.

Również efektywność prac Komisji malała w ciągu dwóch lat. W roku 2010 organ ten podjął jedynie dwie znaczące decyzje. Jedna dotyczyła zwiększenia progu dochodu dla celów pomocy społecznej i została zignorowana przez rząd, podający jako powód brak środków w budżecie na jej realizację. Druga dotyczyła rekomendacji wzywającej do przyspieszenia prac nad przygotowaniem rządowego programu pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw, udzielanych przez samorządy terytorialne. W 2011 r. nie głosowano nad żadnymi uchwałami, podobnie było w roku kolejnym. Do końca 2012 r. Komisja spotykała się ośmiokrotnie, natomiast Prezydium odbyło siedem posiedzeń.

Symboliczny dla słabnącej pozycji instytucji trójstronnych wymiar miała rezygnacja na początku 2012 r. wicepremiera Pawlaka z funkcji przewodniczącego Komisji Trójstronnej w wyrazie dezaprobaty, ale i bezradności wobec ignorowania przez premiera uzgodnień czynionych na tym forum. Jako bezpośredni powód wskazywano, choć nie drogą oficjalną, zignorowanie wspomnianego wyżej, zawartego na forum Komisji porozumienia w sprawie odmrożenia progów dochodowych, stanowiących podstawowe kryterium kwalifikujące do uzyskania pomocy socjalnej. Zaproponowałem premierowi, biorąc także pod uwagę opinie partnerów społecznych, żeby na przewodniczącego Komisji Trójstronnej premier wskazał osobę z Platformy. W mojej opinii najlepszy byłby minister Rostowski, de facto on trzyma kasę i decyduje o kluczowych rozstrzygnięciach (PAP, 6 grudnia 2011 r.) – taką wypowiedź wicepremiera tuż przed ustąpieniem z funkcji szefa Komisji cytowały media.

Stanowisko przewodniczącego Komisji Trójstronnej pozostało ostatecznie w rękach mniejszościowego koalicjanta, bowiem sprawuje je obecny minister pracy, a ten urząd piastuje polityk PSL. Nie ma jednak wątpliwości, że autorytet obecnego ministra nie jest tak wysoki jak rzeczywistego lidera partii, a następca Pawlaka na pozycji szefa PSL, Janusz Piechociński, nie zdradza publicznie zainteresowania objęciem stanowiska przewodniczącego Komisji Trójstronnej.

Nie tylko treść, ale i forma

Wydarzeniem, które szczególnie dobitnie pokazuje jakość dialogu społecznego w ostatnich kilku latach, jest podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat i zrównanie go dla obu płci. Abstrahując od ocen konieczności jego podniesienia, istotny jest sposób przeprowadzenia tej reformy: pospieszne konsultacje społeczne, aby uczynić zadość wymaganiom formalnoprawnym, faktyczne lekceważenie głosów sprzeciwu, paternalistyczna retoryka.

Warto przypomnieć, że wprowadzeniu tak fundamentalnej zmiany systemu zabezpieczenia społecznego, dotykającej de facto każdego polskiego obywatela, towarzyszyła szczątkowa debata publiczna. Kiedy w październiku 2011 r. po raz pierwszy oficjalnie przedstawiono pomysł reformy emerytalnej, wywołał on zdecydowane protesty związków zawodowych. Ustawiły się one tym samym na pozycji rzecznika opinii publicznej, stanowczo przeciwnej proponowanym zmianom – według badań CBOS z marca 2012 r. aż 84% Polaków opowiadało się przeciwko zmianie wieku emerytalnego dla mężczyzn, a jeszcze więcej, bo 91%, przeciwko takiej zmianie dla kobiet.

Idąc za ciosem, „Solidarność” uruchomiła kampanię Stop67. Przeciwnicy podniesienia wieku emerytalnego zebrali w sumie ponad dwa miliony podpisów pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie ogólnokrajowego referendum na temat reformy, ale inicjatywa ta została odrzucona w Sejmie w kwietniu 2012 r. Projekt ustawy wprowadzającej reformę omawiano w Komisji Trójstronnej w marcu i kwietniu 2012 r., lecz nie udało się osiągnąć konsensusu w tej sprawie. Pomiędzy marcem a majem ubiegłego roku pod przewodem związków zawodowych odbyły się liczne demonstracje wyrażające niezgodę na forsowane zmiany: przed Kancelarią Premiera, przed Sejmem, wreszcie przed Pałacem Prezydenckim. Podczas kampanii przeciwko reformie ze strony związków zawodowych padały także propozycje innych rozwiązań istniejących problemów demograficznych, budżetowych oraz rynku pracy, jak choćby koncepcja Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, zgodnie z którą prawa emerytalne pracownicy nabywaliby po 35 latach pracy w przypadku kobiet, zaś 40 – w przypadku mężczyzn. Żadna z nich nie została jednak wzięta pod uwagę przez rząd.

Śledząc losy tej arcyważnej reformy, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że modus operandi rządu wpisał się w zapoczątkowaną w 1990 r. tradycję przeprowadzania ważnych zmian instytucjonalnych w trybie imperatywno-rewolucyjnym. Decyzje o doniosłych skutkach społecznych zapadały w gabinetach i kuluarach, po czym gwałtownie je społeczeństwu narzucano.

Innym znaczącym przykładem nieliczenia się rządu ze zdaniem partnerów społecznych była decyzja o zamrożeniu środków Funduszu Pracy z inicjatywy ministra finansów w 2011 r. W jej rezultacie zablokowano kwotę 5 miliardów złotych, co miało istotny wpływ na ograniczenie deficytu budżetowego państwa. Negatywnym skutkiem tego posunięcia było odcięcie środków na aktywizację osób bezrobotnych, co wobec stale rosnącej skali braku zatrudnienia musiało się spotkać z krytyką. Wprawdzie w lipcu 2012 r. po interwencji ministra pracy udało się odblokować część środków Funduszu (500 mln zł) na cele aktywizacji bezrobotnych, ale pozostała część jest nadal niedostępna do wykorzystania, a termin ich uwolnienia nie został oficjalnie wskazany.

Lepiej już było?

O potrzebie przedłużenia rozwiązań zastosowanych w ustawie antykryzysowej zaczęto mówić już w drugiej połowie 2011 r. Z toczonych na ten temat dyskusji nic jednak wówczas nie wynikło, podobnie jak przez cały kolejny rok, już po wygaśnięciu ustawy. Brak woli zajęcia się tym problemem wynikał z pewnością ze względnie dobrej kondycji ekonomicznej kraju. Klimat zadowolenia i poczucia relatywnego bezpieczeństwa zaczął jednak powoli zanikać wraz z nasilaniem się alarmowych sygnałów dotyczących stanu gospodarki i prognoz dla niej na 2013 r. Wiele wskazuje na to, że możemy doświadczyć nawet recesji w prawdziwym tego słowa znaczeniu (czyli ujemnej dynamiki PKB), poziom bezrobocia będzie stale rósł, a ponadto wkroczyliśmy właśnie w końcową fazę obowiązywania obecnego budżetu UE, która, jak uczy doświadczenie, jest okresem malejącej efektywności wykorzystania środków strukturalnych.

Obecnie tocząca się debata nad nowelizacją Kodeksu pracy pokazuje, że pozytywne doświadczenia w stosowaniu niektórych rozwiązań ustawy antykryzysowej nie pozostały niezauważone. Na dodatek od dawna słychać opinie, że wobec pogarszania się sytuacji gospodarczej potrzebny jest nowy pakiet antykryzysowy. Powstaje pytanie, czy zostanie on wprowadzony w drodze jednostronnej decyzji rządu, czy w jego przygotowanie zaangażują się partnerzy społeczni? Ewentualne zapewnienie sobie tym razem ich współpracy będzie wymagało od rządu zaoferowania partnerom społecznym, szczególnie związkom zawodowym, zachęt silniejszych niż w roku 2009. W styczniu bieżącego roku rząd przedstawił w Komisji Trójstronnej projekt „ustawy o szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców”, w skrócie nazywanej „drugą ustawą antykryzysową”. Pierwsze reakcje partnerów społecznych na przedłożone propozycje trudno uznać, mówiąc oględnie, za entuzjastyczne. Jesteśmy raczej świadkami utwardzania postawy związków zawodowych.

Czyżby więc materializujący się na naszych oczach kryzys gospodarczy miał się zbiec z trwającym kryzysem dialogu społecznego, który być może okaże się nawet schyłkiem polskiej wersji neo-korporatyzmu, budowanego od początku lat 90.?

Przypisy:

  1. J. Czarzasty, D. Owczarek, Kryzys gospodarczy i dialog społeczny w Polsce/The Economic Crisis and Social Dialogue in Poland, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2012. Raport powstał w ramach projektu pt. The economic crisis impact on Industrial relations national systems: Policy responses as key recovery tools zrealizowanego we współpracy z partnerami z Turcji, Chorwacji, byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii, Bułgarii i Estonii w okresie grudzień 2011 – listopad 2012. http://www.isp.org.pl/publikacje,1,565.html
  2. D. Ost, Illusory Corporatism in Eastern Europe: Neoliberal Tripartism and Post-Communist Class Identities, „Politics and Society”, Vol. 28 (4), 2000, s. 503–530.
  3. D. Ost, „Illusory Corporatism” Ten Years Later, „Warsaw Forum of Economic Sociology”, 2:1(3), 2011, ss. 19–49. www.sgh.waw.pl/katedry/kase/wfes/atompage.2011–12–23.5124126041/3.2ost_wfes.pdf
  4. Ch. Woolfson, E. Kallaste, „Illusory Corporatism” „Mark 2” in the Baltic States, „Warsaw Forum of Economic Sociology”, 2:1(3), 2011, ss. 51–72. www.sgh.waw.pl/katedry/kase/wfes/atompage.2011–12–23.5124126041/3.3woolfson_kallaste_wfes.pdf
  5. Kryzys gospodarczy i dialog społeczny w Polsce/The Economic Crisis and Social Dialogue in Poland, materiały multimedialne, http://www.youtube.com/watch?v=rspTbbQpPYY
  6. Ibid.

Wspólnoty (ochrony) zdrowia. Spółdzielczość w opiece medycznej

Wśród polityków i w szerokich kręgach społecznych toczy się debata nad reformą służby zdrowia. Proponowane rozwiązania sprowadzają się najczęściej do prywatyzacji placówek medycznych (zwłaszcza poprzez przekształcanie szpitali w spółki prawa handlowego) lub do powrotu do całkowitego etatyzmu w tym sektorze. Jak wskazują doświadczenia różnych państw, żaden z tych biegunów, przy generalnym ograniczeniu funduszy przeznaczonych na ochronę zdrowia, nie jest w stanie zaspokoić rosnących potrzeb społecznych. Zapomina się jednocześnie o innych możliwych rozwiązaniach, które nie zastąpią publicznej służby zdrowia, ale mogą stanowić jej istotne uzupełnienie i zarazem alternatywę wobec prywatyzacji. Rozwiązaniem takim, sprawdzonym w wielu krajach, mogłyby być różnego typu spółdzielnie zdrowia – zarówno użytkowników (tworzone przez potencjalnych pacjentów), producentów (zakładane przez personel medyczny), jak i o mieszanym charakterze.

Korzenie

Zorganizowany ruch spółdzielczy od swych początków był wyczulony na sprawy społeczne, w tym ochronę zdrowia, opiekę swoich członków i środowiska, w którym działał. Już Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze dla Ratowania się Wspólnie w Nieszczęściach, powołane w 1816 r. przez Stanisława Staszica i uchodzące za pierwowzór późniejszych „prawdziwych” spółdzielni wiejskich, wśród celów wyliczało m.in. organizowanie opieki zdrowotnej czy zespołowejpomocy będącym w potrzebie. W związku z tym założyło ono własny szpitalik i zatrudniało lekarza, roztaczało opiekę nad poszkodowanymi w wyniku klęsk żywiołowych, pożarów, a także nad starcami, kalekami i sierotami.

Wśród prekursorów i twórców spółdzielczości było wielu lekarzy, stanowiących w tamtych czasach elitę intelektualną, lecz także – dzięki swej praktyce – znających z autopsji ogrom biedy i potrzeb najuboższych warstw społeczeństwa. Takimi lekarzami-społecznikami zaangażowanymi w upowszechnianie idei spółdzielczych byli np. dr William King (1786–1865), brytyjski lekarz i filantrop, zwolennik Roberta Owena, redaktor czasopisma „The Cooperator”, które odegrało ogromną rolę w tworzeniu pierwszych brytyjskich spółdzielni1, czy dr Philippe Buchez (1796–1865), francuski lekarz, filantrop i polityk, twórca koncepcji spółdzielni pracy2. Również i na ziemiach polskich mieliśmy piękne przykłady takich ludzi – dr. Karola Marcinkowskiego (1800–1846), poznańskiego lekarza i filantropa, jednego z prekursorów „wielkopolskiego systemu spółdzielczego”, dr. Ignacego Baranowskiego (1833–1913), lekarza i społecznika, jednego z założycieli Towarzystwa Kooperatystów, czy innego współzałożyciela tego Towarzystwa, dr. Rafała Radziwiłłowicza (1860–1930), wybitnego psychiatrę i społecznika, znanego również jako pierwowzór Doktora Judyma.

Początki i rozwój

Za pierwszą nowoczesną inicjatywę tego typu uznaje się spółdzielnię zdrowia w Užičkiej Požedze w Serbii, powstałą w 1920 r. Po 10 latach w regionie tym działało już 59 spółdzielni ze 140 lekarzami3. Były one odwiedzane przez gości z wielu krajów i stały się wzorem dla podobnych inicjatyw w owym czasie – m.in. był tu w 1934 r. Władysław Ciekot, późniejszy lekarz pierwszej polskiej spółdzielni zdrowia w Markowej4.

W latach 30. XX wieku w Japonii rozwinął się system opieki zdrowotnej członków, organizowanej przez spółdzielnie rolnicze. Powstały tam wówczas również pierwsze spółdzielnie zdrowia w miastach dla pracowników o niskich dochodach. Jak się podkreśla, obie te formy odegrały ogromną rolę w edukacji zdrowotnej i prewencji5.

W Stanach Zjednoczonych w 1936 r. powstała spółdzielnia Group Health Association w Waszyngtonie, skupiająca pracowników rządowych i łącząca funkcje ubezpieczeń zdrowotnych i opieki medycznej. Inicjatywa ta napotkała jednak na duży opór ze strony środowiska lekarskiego, widzącego w niej „zamach” na niezależność prywatnej praktyki lekarzy, co zahamowało dalszy rozwój inicjatyw tego typu6. W 1947 r. w Nowym Jorku powstała jednak oparta na analogicznych zasadach Health Insurance Plan of Greater New York dla pracowników miejskich7.

Również Polska należała do krajów pionierskich pod tym względem. Choć już w 1927 r. założona została istniejąca do dziś Kosmetyczno-Lekarska Spółdzielnia Pracy „Izis” w Warszawie, za właściwy początek spółdzielczości zdrowia w naszym kraju uważa się rok 1936 i powstanie z inicjatywy znanego działacza ludowego Ignacego Solarza wiejskiej spółdzielni zdrowia w Markowej na Podkarpaciu. Liczyła ona 500 członków z 7 wsi położonych w promieniu 8 km i obejmujących łącznie 10 tys. mieszkańców. Udział wynosił 10 zł, udzielano ponad 4 tys. porad rocznie. Była to typowa spółdzielnia konsumencka, która zatrudniła stałego lekarza, zaś raz na tydzień dojeżdżał do niej dentysta. Twórcy spółdzielni w Markowej inspirowali się modelem z Užičkiej Požegi. Polska spółdzielnia stała się powszechnie znana, wzmiankowana jest do dziś w publikacjach o historii spółdzielczości8.

Po Markowej powstały inne podobne przedsięwzięcia. Spółdzielnie zdrowia zakładane były zwykle z inicjatywy, przy wsparciu lub wśród członków innych działających już lokalnych spółdzielni. Najczęściej były to spółdzielnie spożywców, jak w Odrowążu w woj. kieleckim, gdzie nowo powstała spółdzielnia zdrowia liczyła 200 członków i otworzyła nawet filię w Niekłaniu, czy w przypadku spółdzielni w pobliskim Busku Zdroju. Inicjatorem bywały też Kasy Stefczyka – w Sochaczewie koło Warszawy miejscowa Kasa udzieliła wysokiej (15 tys. zł) dotacji utworzonej tu spółdzielni zdrowia; podobnie było w Dmitrowiczach koło Brześcia. W Raczkach w woj. suwalskim spółdzielnię zdrowia założyło 1000 członków tamtejszej spółdzielni mleczarskiej. Często udawało się nawiązać współpracę z władzami publicznymi. Wspomniana spółdzielnia w Odrowążu otrzymała wsparcie finansowe samorządu gminnego i powiatowego, które uwarunkowały jej przetrwanie. Inna, w Turośli Kościelnej w woj. białostockim, współdziałała efektywnie z samorządem gminnym i Ubezpieczalnią Społeczną. Znane są również inicjatywy ze Skibniewa w woj. siedleckim czy Śledzionowa na Polesiu. Bolączką spółdzielni było zwykle zatrudnienie stałego lekarza. Udawało się to stopniowo przezwyciężać, niestety wybuch II wojny światowej położył kres dalszemu rozwojowi spółdzielczości zdrowia w Polsce9.

Sposób na kryzys?

Po II wojnie światowej w krajach zachodnich, przeżywających okres prosperity, nie było sprzyjających warunków dla rozwoju spółdzielczości zdrowia. W większości państw Europy Zachodniej realizowano model „państwa opiekuńczego”, w którym władze publiczne zaangażowały się w działania zmierzające do objęcia systemem darmowej opieki medycznej szerokich rzesz ludności. Z kolei w Stanach Zjednoczonych dominowało lecznictwo prywatne, finansowane z kieszeni pacjentów bezpośrednio lub poprzez dobrowolne ubezpieczenia.

Recesja gospodarcza lat 70. poskutkowała kryzysem „państwa opiekuńczego”. Ograniczono wydatki państwa na cele publiczne. Przy wzroście bezrobocia i procesach starzenia się ludności, której potrzebne były coraz bardziej wszechstronne usługi opiekuńcze, doprowadziło to do utrudnionego dostępu coraz szerszych grup do służb medycznych i opieki zdrowotnej. Zaowocowało to poszukiwaniami alternatywnych rozwiązań, m.in. nastąpił wzrost zainteresowania formami spółdzielczymi10. Oto kilka przykładów inicjatyw z tamtych czasów, które przetrwały do dzisiaj.

W hiszpańskim Kraju Basków własny kompleksowy mechanizm opieki zdrowotnej i społecznej, a także emerytalno-rentowej, w postaci towarzystwa wzajemnościowego Lagun-Aro stworzyła w 1970 r. Korporacja Spółdzielcza Mondragon (MCC), olbrzymi podmiot spółdzielczy, w której jądrze tkwiła kooperacja pracy. Wynikało to m.in. z faktu, że ówczesny system ubezpieczeń pracowniczych w Hiszpanii nie obejmował członków spółdzielni (traktowanych jako samozatrudnieni), stało się jednak wzorem efektywnej alternatywy wobec rozwiązań państwowych11.

W Wielkiej Brytanii już w warunkach kryzysu lat 70. obserwowano wzrastającą rolę usług zdrowotnych i społecznych świadczonych przez podmioty związane ze spółdzielczością spożywców. Jednocześnie zaczęły powstawać nowe spółdzielnie „mieszane” (łączące wśród członków użytkowników i pracowników), prowadzące żłobki, domy opieki, świadczące usługi opiekuńcze w miejscu zamieszkania dla osób niepełnosprawnych czy w podeszłym wieku. W wielu przypadkach zawierały kontrakty na realizację konkretnych usług z samorządami. Choć inicjatywy takie tworzono zgodnie z zasadami spółdzielczymi, często nieświadome były swojego „spółdzielczego charakteru”, a ze względów formalnych rejestrowano je jako organizacje charytatywne12.

Z podobnymi zjawiskami mieliśmy do czynienia w Szwecji. Wobec pogłębiającego się kryzysu dotychczasowego systemu państwowego, skutkującego redukcją i łączeniem placówek publicznych oraz rozwojem lecznictwa i usług prywatnych, organizowaniem opieki zdrowotnej i społecznej zajęły się z jednej strony spółdzielczość mieszkaniowa (HSB – centra opieki społecznej, głównie dla osób starszych i dzieci), ubezpieczeniowa (Folksam – służba zdrowia dla osób ubezpieczonych w tej organizacji) czy spożywców (KF – otwieranie placówek medycznych i paramedycznych przy supermarketach). Z drugiej zaś strony wystąpił ogromny ruch tworzenia „nowych” (zwanych też nieraz „alternatywnymi”) spółdzielni i innego typu przedsiębiorstw społecznych. Są to zarówno spółdzielnie użytkowników, pracy, jak i „mieszane” – prowadzące żłobki i przedszkola, opiekę w miejscu zamieszkania i inne usługi dla osób starszych i niepełnosprawnych, gabinety lekarskie, zabiegowe, fizjoterapeutyczne i wiele podobnych. Typową drogą ich powstawania było tworzenie spółdzielni pracy przez grupę „zredukowanego” personelu medycznego (czasem przez przejęcie czy korzystanie z wyposażenia placówki publicznej, oddziału szpitalnego itp.) i oferowanie swoich usług na zewnątrz, bądź powołanie spółdzielni użytkowników przez grupę pacjentów, rodziców małych dzieci, osób niepełnosprawnych. Na początku XXI w. działało w Szwecji ponad 1200 spółdzielni i przedsiębiorstw społecznych w samym tylko sektorze zdrowia (nie licząc opieki społecznej i innych usług). Miały one 2–4% udziału w rynku, w większości przypadków zawierając kontrakty z samorządami. Sprzyjała temu działalność regionalnych Agencji Rozwoju Spółdzielczości (LKU), świadczących im wszechstronną pomoc na etapie tworzenia i rozruchu. Model szwedzki stał się wzorem dla wielu podobnych rozwiązań w innych krajach13.

We Włoszech już od końca lat 70. powstawały spontanicznie spółdzielnie socjalne jako specyficzna forma spółdzielni pracy. W 1991 r. ich istnienie usankcjonowano specjalną ustawą, która przyznaje korzystne warunki działania i określa dwa typy spółdzielni. Jeden z nich zwany jest typem „A” (od odpowiedniego punktu w ustawie) i zajmuje się właśnie prowadzeniem działalności na polu ochrony zdrowia, opieki społecznej oraz innych usług społecznych, edukacyjnych i kulturalnych. Obecnie jest ich w całych Włoszech ponad 5 tys., znaczna część świadczy usługi o charakterze medycznym i opiekuńczym adresowane do osób starszych, niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo, uzależnionych itp., zarówno we własnych ośrodkach (domy opieki, przychodnie, domy seniorów), jak i w miejscu zamieszkania usługobiorców. Spółdzielnie z zasady współpracują z samorządami terytorialnymi, zawierają kontrakty na realizację określonych usług, działają też na wolnym rynku, często biorąc udział (i wygrywając) w przetargach publicznych14.

Podobnych inicjatyw, choć może nie o tak spektakularnym sukcesie, było w krajach Europy Zachodniej znacznie więcej. We Francji na przykład w podobnym okresie rodzice dzieci niepełnosprawnych umysłowo tworzyli spółdzielnie prowadzące opiekę i rehabilitację dzieci.W Portugalii powstawały spółdzielnie zdrowia zakładane przez lekarzy, a także spółdzielnie (użytkowników) opieki nad niepełnosprawnymi15.

Nie tylko Europa

Według badań przeprowadzonych przez ONZ pod koniec XX w. spółdzielnie zdrowia istnieją na wszystkich kontynentach, w ok. 50 krajach zarówno rozwijających się, jak i rozwiniętych. Aktywne są we wszystkich obszarach ochrony zdrowia i opieki społecznej, a z ich usług korzysta ok. 100 mln gospodarstw domowych16.

Na podstawie danych z badań ONZ stworzyć można typologię różnych form występujących w spółdzielczości w sektorze zdrowia i opieki społecznej na świecie:

Rodzaj usług Typ Stopień
Zdrowia
Opieki społecznej
Apteki spółdzielcze
Wspierające
Ubezpieczeń zdrowotnych
Farmaceutyczne
Użytkowników
Pracy
Przedsiębiorców
Mieszane
Osób prawnych
Podstawowy
Ponadpodstawowy
Placówki nie będące same spółdzielniami prowadzone przez inne spółdzielnie (organizacje spółdzielcze)

Występuje tu zatem ogromne bogactwo możliwych form. Mogą więc istnieć np. spółdzielnia zdrowia typu spółdzielni pracy (lekarzy) stopnia podstawowego; konsorcjum (spółdzielnia ponadpodstawowa) spółdzielni opieki społecznej (np. prowadzących domy seniora); spółdzielnia typu mieszanego (zrzeszająca np. personel medyczny, opiekuńczy i rodziny osób w podeszłym wieku). Ujmuje to wszystko uznana na świecie definicja spółdzielni zdrowia, opracowana przez Międzynarodową Organizację Spółdzielni Zdrowia (IHCO), jedną z wyspecjalizowanych agend Międzynarodowego Związku Spółdzielczego. Mówi ona, iż Spółdzielnia zdrowia jest autonomicznym, kolektywnym i demokratycznie kontrolowanym przedsiębiorstwem, którego głównym celem jest zaspokojenie potrzeb swoich członków poprzez świadczenie usług wspierających, utrzymujących i poprawiających ich zdrowie i warunki ich życia, bądź poprzez zapewnienie samozatrudnienia osobom pracującym zawodowo na rzecz zdrowia. Może być ona własnością i zarządzana przez użytkowników, dostawców usług, bądź łącznie przez jednych i drugich oraz może również obejmować członków z szerszej społeczności17.

Poza zaprezentowanymi inicjatywami z kilku krajów w różnych regionach Ziemi pojawiły się także inne rozwiązania w zakresie spółdzielczości zdrowia, traktowanych często jako modelowe lub rokujące szanse pomyślnego rozwoju. Większość z nich (poza północnoamerykańskimi) opiera się na zasadzie współpracy pojedynczych spółdzielni, które powoływały swoje struktury wyższego rzędu (sieci, federacje, konfederacje, konsorcja, fundacje itp.), regionalne lub ogólnokrajowe, ułatwiające tę współpracę i zajmujące się promocją spółdzielczego modelu opieki medycznej. Ważna okazała się również ich elastyczność w tworzeniu różnorodnych form, łączenie rozmaitych kierunków działalności (np. ubezpieczeń zdrowotnych i opieki medycznej) i dostosowywanie do zmieniających się potrzeb społecznych.

Brazylijski UNIMED uchodzi za największy i najlepiej zorganizowany system spółdzielni medycznych nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale i na całym świecie. Pierwsza jego spółdzielnia założona została w Santos w 1967 r. przez grupę lekarzy niezadowolonych z pracy w publicznej służbie zdrowia. W 1969 r. było już ponad 30 takich spółdzielni, głównie w stanie Sao Paulo; lata 70. przyniosły dalszy rozwój systemu w całym kraju. Obecnie istnieje 367 spółdzielni zrzeszonych w tworzonych już od lat 70. federacjach stanowych, które z kolei tworzą konfederację krajową, powstałą w 1985 r. Posiadają 18 mln klientów, zatrudniają 112 tys. lekarzy, prowadzą 73 tys. placówek, w tym 3 tys. nowoczesnych szpitali. Ich działalność pokrywa 83% terytorium kraju, zaś udział w rynku usług medycznych wynosi 38%. Poza opieką medyczną UNIMED prowadzi szeroką działalność na rzecz zdrowego odżywiania się, ochrony środowiska, edukacji zdrowotnej, promocji sportu – częściowo poprzez własną fundację18.

W pobliskiej Kolumbii istnieje SaludCoop, założona w 1994 r. jako organizacja o mieszanym członkostwie – spółdzielni zdrowia i stowarzyszeń reprezentujących pacjentów. Jej celami są promowanie i rozwój spółdzielczych form w służbie zdrowia, polepszenie jakości usług zdrowotnych oraz zapewnienie członkom dostępu do infrastruktury i najnowszych technologii medycznych. Opieka zdrowotna oparta jest na własnym systemie mikroubezpieczeń (składki miesięczne). W 1998 r. SaludCoop otworzył pierwszą wielooddziałową klinikę w Bogocie, a obecnie działa już 36 takich placówek w głównych miastach kraju. W organizacji jest dziś zrzeszonych 27 spółdzielni, z których usług korzysta 5,2 mln osób, co pokrywa 28% rynku usług zdrowotnych Kolumbii. SaludCoop prowadzi także działalność edukacyjną, społeczną, kulturalną itp.19, a jej współzałożyciel i obecny prezes Carlos Gustavo Palacino Antía stał się znanym działaczem spółdzielczym w skali kontynentu amerykańskiego, a nawet całego świata. Niestety w 2011 r., wobec narastających problemów finansowych pionu ubezpieczeniowego SaludCoop, ustanowiony został nad nim przejściowy nadzór państwowy. Oba modele – brazylijski i kolumbijski – są w różnym stopniu naśladowane w innych krajach Ameryki Południowej, gdzie nadal dla szerokich rzesz ludności dostęp do służby zdrowia jest utrudniony i kosztowny.

W Ameryce Północnej sytuacja jest odmienna. W Kanadziesłużba ta finansowana jest głównie ze środków publicznych. Opieka medyczna świadczona jest nieodpłatnie w placówkach prywatnych, non-profit i publicznych. Znaczną autonomię w prowadzeniu polityki zdrowia posiadają poszczególne prowincje. Rola spółdzielni zdrowia jest więc znacznie ograniczona – działając na otwartym rynku, muszą być konkurencyjne, przy tym na mocy obowiązujących przepisów spółdzielnie użytkowników winne być dostępne dla wszystkich pacjentów, nie tylko członków. Jednak w związku z niedomaganiami dotychczasowych rozwiązań obserwuje się ostatnio wzrost zainteresowania tą formą. Jak wskazują dane z raportu przygotowanego w 2007 r., w całym kraju działało 117 spółdzielni zajmujących się medycyną tradycyjną i alternatywną, paramedycyną czy opieką społeczną. Brak jest organizacji ogólnokrajowej, istnieją tylko prowincjonalne. Najaktywniejsza na tym polu jest francuskojęzyczna prowincja Quebec, w której zresztą od dawna występuje szczególnie silne zainteresowanie różnymi formami gospodarki społecznej, w tym spółdzielczością. Znajduje się tu 66% wszystkich kanadyjskich spółdzielni zdrowia, tj. 77 jednostek zrzeszonych w dwie federacje; prowadzą one 21 klinik. Większość z nich powstała w latach 2000–2007 (najstarsza w 1995 r.), obecnie tworzy się 10 nowych. Funkcjonują przeważnie na szczeblu miasta i okolicy, ale wśród nich istnieje jedna uniwersytecka i jedna obejmująca działalnością cały region. Znaczna część (81%) to spółdzielnie o charakterze „mieszanym”, nazywane „spółdzielniami wielu interesariuszy” (multi-stakeholder cooperatives) lub „spółdzielniami solidarności”. Co charakterystyczne, w ostatnich wyborach prowincjonalnych w Quebeku spółdzielcza alternatywa w systemie zdrowia pojawiała się jako jeden z ważnych elementów kampanii wyborczych. Można więc oczekiwać dalszego rozwoju spółdzielczości tego typu20.

W Stanach Zjednoczonych system ochrony zdrowia jest zupełnie inny i nader skomplikowany (istnieją niezależne systemy federalny, stanowy, lokalny, które często zachodzą na siebie), oparty na placówkach prywatnych. Aż do wprowadzanej od niedawna reformy brak było powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Rządowy system ubezpieczeń obejmował tylko 27,3% ludności (najuboższych, liczących ponad 65 lat i wojskowych). Pozostali zmuszeni są do wykupywania różnego rodzaju prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, co sprawiało, że kilkadziesiąt milionów Amerykanów pozostawało bez żadnego ubezpieczenia! Mimo że doświadczenia spółdzielcze w służbie zdrowia pochodzą tu jeszcze z czasów przedwojennych, rola spółdzielni zdrowia jest ograniczona. Traktowane są one głównie jako narzędzie obniżenia kosztów opieki i ubezpieczenia, gdyż z reguły łączą w sobie działalność prowadzenia ubezpieczeń zdrowotnych (dla klientów indywidualnych i firm) i opieki medycznej poprzez własne przychodnie, kliniki, apteki czy szpitale. Nie posiadają własnej organizacji czy to szczebla stanowego, czy federalnego.

Obecnie działa w USA zaledwie 13 spółdzielni – jednak zwykle są to jednostki bardzo duże, funkcjonujące na szczeblu stanu lub nawet kilku stanów. Największa, obejmująca stany Waszyngton i Idaho – Group Health – założona została w 1947 r. przez członków związków zawodowych, farmerów i członków innych spółdzielni, dla których dostęp do prywatnej służby zdrowia był zbyt kosztowny. Obecnie Group Health zrzesza prawie 600 tys. członków, wykazuje 2,5 mld dolarów obrotów rocznie, zatrudnia prawie 1000 lekarzy. Poza tym w Stanach Zjednoczonych istnieją zorganizowane jako spółdzielnie pracy małe, lokalne, ewentualnie regionalne spółdzielnie sprawujące opiekę w miejscu zamieszkania klientów – osób starszych, niepełnosprawnych, małych dzieci itp.21

Stary kontynent, nowe perspektywy

W Europie spółdzielczość w sektorze zdrowia jest szczególnie silnie rozwinięta w Hiszpanii. Samych tylko aptek spółdzielczych jest tu 18 tys. – posiadają one 85% udziału w farmaceutycznym rynku detalicznym. Istnieje również ok. 60 spółdzielni zdrowia, tworzonych jako alternatywa wobec systemu publicznego – ich udział w rynku sięga obecnie ok. 20%.

Powstawały głównie z inicjatywy dr. Josepa Espriu (1914–2002), wybitnego katalońskiego lekarza i społecznika z Barcelony. Rozwinął on ideę zintegrowanej spółdzielczości zdrowia, opartej o cztery zasady: wolnych i dobrej jakości usług medycznych, wolnego wyboru lekarzy przez pacjentów, niezależności personelu medycznego oraz współzarządzania placówkami zdrowia przez personel medyczny i pacjentów. W 1989 r. w Barcelonie powołano fundację, nazwaną od jego imienia Fundación Espriu, której założycielami były trzy duże spółdzielnie: spółdzielnia użytkowników-pacjentów SCIAS z Barcelony (licząca 170 tys. członków), spółdzielnia pracy lekarzy z tego miasta ASC (5 tys.) oraz ogólnokrajowa spółdzielnia pracy lekarzy Lavinia (20 tys.). Głównym celem działania fundacji jest promocja w kraju i za granicą modelu spółdzielczości zdrowia dr. Espriu, a także prowadzenie studiów i badań naukowych nad spółdzielczością zdrowia, organizacja kursów, seminariów, konferencji i szkoleń dla spółdzielni zdrowia oraz prowadzenie dokumentacji, udostępnianie informacji, wydawanie książek i czasopism. Wśród tych ostatnich szczególnie ważny jest kwartalnik „Compartir”(publikowany również w wersji angielskojęzycznej), podejmujący wiele aktualnych zagadnień medycyny, ochrony zdrowia i spółdzielczości.

Ponadto fundacja ma własne towarzystwo ubezpieczeń zdrowotnych ASISA i prowadzi szpital w Barcelonie, będący jednym z najbardziej wzorcowych przykładów wielkiej placówki zdrowia współzarządzanej przez lekarzy i pacjentów. Jest obecnie jako całość, poprzez zrzeszone organizacje, czwartym pod względem wielkości spółdzielczym dostawcą usług medycznych na świecie. Działacze wywodzący się z Fundación Espriubyli jednymi z inicjatorów powstania Międzynarodowej Organizacji Spółdzielczości Zdrowia przy Międzynarodowym Związku Spółdzielczym (IHCO); chętnie udzielają pomocy w rozwoju spółdzielczości zdrowia na świecie22.

Podobne cele miała szwedzka ogólnokrajowa spółdzielnia osób prawnych (jej członkami są spółdzielnie różnego typu i przedsiębiorstwa społeczne sektora zdrowia) MEDICOOP, utworzona w 1998 r. z inicjatywy m.in. znanego działacza spółdzielczego Pera-Olofa Jönssona. Zajmowała się ona promowaniem modelu współzarządzania przez personel medyczny i pacjentów placówkami służby zdrowia, działaniami na rzecz lepszego uznania przez władze publiczne spółdzielni i innych przedsiębiorstw społecznych w systemie zdrowia oraz efektywniejszego transferu środków publicznych do sektora pozarządowego czy propagowaniem zdrowego odżywiania, zdrowego stylu życia, alternatywnej medycyny, prewencji i rehabilitacji zamiast niepotrzebnej często hospitalizacji. W ostatnich latach jednak aktywność tej pożytecznej inicjatywy praktycznie zamarła23.

We Włoszech, w związku z pogłębianiem się w ostatnich latach kryzysu systemu służby zdrowia i opieki społecznej, co przyniosło redukcję i łączenie placówek publicznych oraz wkraczanie firm prywatnych na opuszczone pola, coraz większą rolę zaczęły odgrywać inne spółdzielcze formy opieki społecznej i zdrowotnej, nie tylko w postaci wspomnianych spółdzielni socjalnych typu „A”. Są to spółdzielnie lekarskie, spółdzielnie opieki zdrowotnej i medycznej, spółdzielnie farmaceutyczne oraz współpracujące z nimi towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych (traktowane we Włoszech jako część sektora spółdzielczego).

W 2010 r. powołana została w ramach Confcooperative – jednej z trzech wielkich włoskich central spółdzielczych, mającej chrześcijańsko-demokratyczne korzenie – federacja spółdzielni zdrowia FederazioneSanita. Zrzesza ona 300 spółdzielni (z czego 64% stanowią spółdzielnie socjalne o celach opieki zdrowotnej), liczących 60 tys. członków, w tym 2,6 tys. lekarzy. Jej głównymi celami są: promowanie nowego podejścia do rozwiązania problemu opieki medycznej poprzez integrację różnych jego elementów, promowanie opieki domowej w miejsce kosztownej i często nieprzyjaznej pacjentom – zwłaszcza starszym – opieki szpitalnej oraz lobbowanie na rzecz nowych regulacji prawnych w systemie zdrowia publicznego24.

Jak wskazują doświadczenia wielu krajów, zarówno rozwijających się, jak i rozwiniętych, o dobrze zorganizowanych nowoczesnych systemach opieki medycznej i dopiero je tworzących, o rozbudowanych systemach powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych i nie posiadających ich, wszędzie spółdzielczość zdrowia i opieki społecznej może odegrać ważną rolę jako alternatywa lub uzupełnienie publicznej czy prywatnej służby zdrowia, a czasem nawet jako główny aktor. Niezbędny jest tu jednak nie tylko właściwy stosunek do niej władz państwowych, lecz przede wszystkim wiedza i informacja o istocie i możliwej do odegrania roli spółdzielczości wśród samorządów i społeczeństwa. Po spełnieniu takich warunków dopiero możliwa będzie rzetelna dyskusja nad potencjalną rolą spółdzielni w naprawie systemu opieki zdrowotnej – spółdzielni, które ze swego założenia nie są instytucjami nastawionymi na zysk, lecz na realizację potrzeb swoich członków i społeczności, w których oni żyją.

Przypisy:

  1. Zob.: Jack Schaffer, Historical Dictionary of the Cooperatives Movement, Md., & London 1999, s. 280.
  2. Ibid., s. 168.
  3. Johnston Birchall, The international co-operative movement, Manchester and New York 1997, s. 29.
  4. Kinga Jastrzębska-Chełminiak, Szczepan Ciekot. Życie i działalność społeczno-kulturalna, Akademia Podlaska, Wydział Humanistyczny, Siedlce 2008, praca magisterska, mps, s. 48.
  5. Johnston Birchall, op. cit., s. 29.
  6. Ibid., ss. 28–29.
  7. Ewell Paul Roy, Cooperatives: Today and Tomorrow, Illinois 1969, ss. 65–66.
  8. Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego. Część II 1918–1939, Warszawa 1980, s. 188; Johnston Birchall, op. cit., s. 29.
  9. Władysław Rusiński, op. cit., ss. 188–189, 246.
  10. Zob.: Johnston Birchall op cit., ss. 29–30.
  11. Ibid., s. 102; o Korporacji Spółdzielczej Mondragon więcej np. w: Adam Piechowski, Alternatywne modele rozwoju spółdzielczości w krajach Unii Europejskiej, Warszawska Wyższa Szkoła Ekonomiczna, Zeszyty Naukowe, nr 13 Rok IV/2000, ss. 30–33.
  12. Johnston Birchall, op. cit., ss. 115–116.
  13. Ibid., s. 116; o szwedzkich „nowych” spółdzielniach więcej np. w: Adam Piechowski, Alternatywne modele… op. cit., ss. 33–36; zob. też: Per-Olof Jönsson, Description on the Role of Swedish Health Co-ops, International Seminar on Health Care and Co-operatives Health Care Systems and Social Economy, Barcelona 20.04.2005.
  14. Zob. szerzej: Carlo Borzaga, Alceste Santuari, Przedsiębiorstwa społeczne we Włoszech, Warszawa 2005; należy pamiętać, że spółdzielnie określane w Polsce jako „spółdzielnie socjalne” odpowiadają wyłącznie włoskiemu „typowi B” spółdzielni socjalnych, powstających w celu tworzenia miejsc pracy dla osób bezrobotnych i wykluczonych.
  15. Johnston Birchall, op. cit., s. 116.
  16. Cooperative Enterprises in the Health and Social Care Sector. A Global Survey, Geneva 1997.
  17. Health and Social Care Cooperatives Knowledge Base Project, 2007, druk IHCO: KBP07. Quest. Assoc-ENG.
  18. www.unimed.com.br
  19. www.saludcoop.coop
  20. Health co-ops around the World/North-America – Canada , IHCO, 2007, raport dostępny na stronie http://www.usherbrooke.ca/irecus/fileadmin/sites/irecus/documents/ihco_jeanpierre_girard/coops_world_anglais/canada_anglais.pdf
  21. Health co-ops around the Word/North-America – USA, IHCO, 2007, raport dostępny na stronie http://www.usherbrooke.ca/irecus/fileadmin/sites/irecus/documents/ihco_jeanpierre_girard/coops_world_anglais/usa_anglais.pdf.
  22. www.fundacionespriu.coop
  23. Per-Olof Jönsson, op. cit.
  24. http://www.federazionesanita.confcooperative.it

Do nich należy przyszłość?

Cechują ich młody wiek, energia i zdeterminowanie w walce o prawa pracownicze. Młode osoby przełamują stereotypy dotyczące związków zawodowych.

Ponad dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej uzwiązkowienie w Polsce jest wyjątkowo niskie w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Ta niekorzystna tendencja jest szczególnie widoczna wśród pokolenia, które dopiero od niedawna pracuje zarobkowo. Jednak również w naszym kraju pojawiają się młode osoby, które nie dość, że zapisują się do związków, to jeszcze dzięki zaangażowaniu i energii odgrywają w swoich regionach i przedsiębiorstwach znaczącą rolę.

Reprezentują rozmaite branże, pochodzą z różnych regionów kraju, jedni określają siebie prawicowcami, inni socjalistami. Łączą ich jednak – oprócz młodego wieku – sprzeciw wobec niesprawiedliwości i patologii, które generuje wolnorynkowy system gospodarczy, przekonanie, że nie należy być biernym i warto walczyć o swoje prawa, a także świadomość tego, że nieprawdziwa jest propaganda mediów mówiąca o związkach zawodowych jako „anachronicznym przeżytku”.

Młodość dodaje im skrzydeł

NSZZ „Solidarność” to obecnie najliczniejsze i najbardziej rozpoznawalne zrzeszenie pracowników w Polsce. Nic więc dziwnego, że część młodych osób, które decydują się na przystąpienie do związku, wybiera właśnie tę centralę. Tak zrobili m.in. 29-letni Michał Kukuła oraz 28-letni Damian Krakowski, którzy zakładali organizację związkową w firmie meblarskiej Swedwood West w Chlastawie w woj. lubuskim. Pierwszy z nich został nawet przewodniczącym związku w zakładzie. Jego działalność, podobnie jak innych moich rozmówców, ma charakter społeczny – nie pobierają za nią wynagrodzenia.

Wszystko zaczęło się, kiedy pod naszą firmą dział rozwoju NSZZ „Solidarność” prowadził kampanię ulotkową. Założyliśmy związek z kolegami pod koniec lipca 2012 r. Działamy więc dopiero od kilku miesięcy, ale pozyskaliśmy już ponad 70 członków, a z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. W Swedwood West pracuje 3 tysiące ludzi. Trudno dotrzeć do tak dużej grupy. Zauważyliśmy, że tylko indywidualne spotkania poza pracą są skuteczne. Wiele osób, z którymi rozmawiamy, jest zainteresowanych przynależnością do związku, ale sami się nie zgłaszają i dlatego właśnie my staramy się do nich docierać. Jeśli chodzi o młodych, to wielu z nich już się zapisało i stanowią oni sporą część naszej grupy. Są jednak tacy, którzy nie mają umów na stałe i boją się, że zostaną zwolnieni. Aby umożliwić im przynależność do związku, w porozumieniu z zarządem regionu zdecydowaliśmy, że takie osoby mogą wpłacać składkę bezpośrednio na konto, a nie przez kadry firmy, dzięki czemu pozostają anonimowe – tłumaczy Michał Kukuła.

Mój rozmówca wyjaśnia, że rozpoczęcie przez niego przygody z działalnością związkową nie było przypadkowe. – Od zawsze lubiłem działać społecznie. Zanim zaangażowaliśmy się w „Solidarność”, brałem udział np. w manifestacji pod stadionem Lecha Poznań przeciwko decyzji o zamknięciu stadionów dla kibiców po „prowokacji bydgoskiej”. Rozdawałem tam ulotki portalu Niezależna.pl. Aktywna działalność w związku jest konsekwencją moich przekonań. Lubię to robić i daje mi to ogromną satysfakcję. Kiedy pięć lat temu założyłem rodzinę i wszedłem w dorosłe oraz odpowiedzialne życie, zobaczyłem, jak ciężko w Polsce utrzymać siebie i swoich bliskich, nawet gdy się ciężko pracuje. Mam nadzieję, że to, co robię dziś, wpłynie na poprawę sytuacji młodych ludzi, a moje dzieci w przyszłości, gdy dorosną, będą mieć lepiej niż ja – mówi Kukuła.Zła sytuacja pracowników była również powodem zaangażowania się w działalność związkową w przypadku Damiana Krakowskiego. – Niestety w firmach prywatnych bardzo często nie przestrzega się praw pracowniczych. Spotkałem się z wieloma takimi przypadkami w miejscach, gdzie pracowałem. Trzeba z tym walczyć. Uważam, że lepiej działać w ramach jakiejś zbiorowości, a nie indywidualnie, bo wtedy ma się większe szanse na sukces w sytuacji konfliktu z pracodawcą – twierdzi.

Młodzi związkowcy podejmują liczne działania zarówno w zakładzie pracy, jak i poza nim. – Bierzemy aktywny udział w negocjacjach układu zbiorowego z zarządem spółki Swedwood Poland, nawiązujemy kontakty ze związkami zawodowymi z całej Europy, mamy już na koncie kilka udanych interwencji w sprawach pracowniczych, m.in. wynegocjowaliśmy podwyżki dla pracowników w 2013 roku – wymienia Michał Kukuła. – Ponadto staramy się uczestniczyć w ogólnopolskich demonstracjach „Solidarności” oraz angażujemy się w akcje w innych zakładach pracy – obecnie przygotowujemy się do strajku przeciwko masowym zwolnieniom w szpitalu w Świebodzinie [rozmawialiśmy w grudniu – przyp. B.O.] – dodaje Damian Krakowski.

Związkowcy z Chlastawy dostrzegają, że w Polsce ich rówieśnicy wciąż w niewielkim stopniu angażują się w działalność związkową. – Problemem jest bardzo mała świadomość młodych ludzi. Aby coś się zmieniło w tej kwestii, potrzebna jest zmiana prawa, wzmacniająca rolę związków zawodowych. Niezwykle istotna jest również edukacja – w szkołach powinno się mówić o znaczeniu takich organizacji. Od kilku miesięcy zastanawiam się, jak dotrzeć do młodych ludzi. Wydaje mi się, że moglibyśmy organizować pokazy filmów o tematyce patriotycznej, historycznej i związkowej. Planuję zorganizowanie pokazu kilku takich filmów połączonego z wykładem. Młodzi powinni działać w związkach, bo tylko w ten sposób możemy poprawić sytuację w kraju. Zmiana władzy nie gwarantuje nam poprawy standardów życia – to związki muszą na rządzie wymuszać polepszenie sytuacji materialnej zwykłych ludzi – twierdzi Michał Kukuła.

Solidarni w walce

Pracownicy z młodego pokolenia działają w strukturach „Solidarności” również w innych zakładach. Jedną z takich firm jest duński koncern Jysk, który posiada w naszym kraju sieć sklepów z wyposażeniem wnętrz. W centrum dystrybucji w Radomsku przewodniczącym zakładowej „Solidarności” jest 34-letni Tomasz Jamrozik, natomiast w lubelskim sklepie pracuje i pełni obowiązki związkowca Michał Dobrzański, który ma 32 lata. – Mój akces do związku był związany z przystąpieniem do niego kilku znajomych z pracy, którzy są w podobnym wieku. Doszło do tego wskutek niekorzystnej sytuacji w firmie. Wielu osobom z całej Polski zredukowano cały etat do 1/2 lub 3/4 etatu bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Oficjalnym powodem był szalejący kryzys. Jak się okazało później, decyzja ta była spowodowana tym, że pracownik niepełnoetatowy jest oszczędnością dla firmy – nie trzeba mu wypłacać wyższych stawek za nadgodziny. Uważam, że moją firmę stać na utrzymywanie pełnoetatowych pracowników, a nawet na wypłatę za nadgodziny, jeśli zachodzi taka konieczność. W moim odczuciu była to maksymalizacja zysku firmy kosztem pracowników najniższego szczebla, a moje zapisanie się do „Solidarności” było wyrazem sprzeciwu wobec takiego działania– opowiada Michał Dobrzański.

Jak przekonuje Tomasz Jamrozik, istnieje duży rozdźwięk pomiędzy tym, jak traktowani są pracownicy w zakładach Jysk w Danii a ich sytuacją w Polsce – centrala firmy w Danii wręcz narzuca zasady koleżeństwa i współpracy. – U nas niestety od początku wyglądało to zdecydowanie gorzej. W Radomsku do „Solidarności” zapisało się około 120–130 osób, a głównym powodem było wprowadzenie przez pracodawcę równoważnego systemu czasu pracy, niekorzystnego dla załogi. Po tych zmianach możliwa była praca nawet po 12 godzin dziennie. To spowodowało, że również i ja w 2011 roku zdecydowałem się wstąpić do związku. Natomiast „Solidarność” istnieje u nas od 2009 roku. Średnia wieku związkowców w moim zakładzie wynosi poniżej 30 lat – wyjaśnia.

Pomimo dość częstych w Polsce niezbyt dobrych obiegowych opinii na temat związków, moi rozmówcy widzą sporo korzyści związane z działalnością tego typu. – Przynależność i aktywność w takiej formie dają mi pewnego rodzaju wsparcie. Mam świadomość, że mogę zwrócić się do kogoś z problemem związanym z pracą. Według mnie tylko zrzeszanie się pracowników w związki zawodowe może zmienić coś na lepsze w zakresie warunków zatrudnienia, przestrzegania prawa pracy i przepisów BHP. Dzięki temu nasz wysiłek może stać się nie tylko bezpieczny, ale też bardziej efektywny. Pojedyncza osoba jest na straconej pozycji w rozmowach z dużą firmą, natomiast zrzeszenie pracowników może wypracować kompromis z pracodawcą. Trzeba tylko chcieć coś zmienić – mówi Michał Dobrzański.

Opinię tę podziela Tomasz Jamrozik. – Aktywność związkowa absorbuje dużo mojego czasu, a przecież muszę jeszcze pracować w zakładzie jako starszy magazynier. Ale mimo to chcę działać i walczyć o swoje prawa, zamiast wyjeżdżać za granicę i zostawiać rodzinę. Ta walka niekiedy nie jest łatwa, bo pracodawcy w Polsce niszczą związki zawodowe i, korzystając z tego, że jest spore bezrobocie, zastraszają pracowników. Efektem jest niskie uzwiązkowienie, szczególnie wśród młodych. Mimo to warto podjąć tę walkę, bo zauważyliśmy, że jeśli opór związku ma charakter trwały, to po pewnym czasie pracodawca ustępuje, a z tego wynikają realne korzyści dla każdej ze stron – wymienia Tomasz Jamrozik.

Młodzi związkowcy z firmy Jysk wykazują się sporą aktywnością nie tylko w miejscu pracy. – Oprócz typowych zajęć, takich jak np. prowadzenie cyklicznych spotkań komisji oddziałowej, wyjaśnianie spraw bieżących – odwołanie od kar nakładanych przez pracodawcę na pracownika czy opiniowanie wewnątrzzakładowego regulaminu pracy – uczestniczę w organizacji wyjazdów na ogólnopolskie protesty „Solidarności”: ostatnio marsz „Obudź się Polsko!” czy demonstracje przeciwko reformie emerytalnej. Ponadto mam świadomość tego, że związek musi się rozwijać i dlatego istnieje potrzeba tworzenia nowych sposobów działania. Poza pełnieniem funkcji przewodniczącego w Centrum Dystrybucji jestem też członkiem Rady Podregionu Radomsko NSZZ „Solidarność” i rozważam zorganizowanie w moim mieście otwartego dnia „Solidarności”, podczas którego mieszkańcy mogliby się spotkać zarówno z szeregowymi związkowcami, jak i z bardziej znanymi postaciami – opowiada Tomasz Jamrozik.

Zgodnie z przekonaniami

Drugą pod względem wielkości centralą pracowniczą jest Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, w którego skład wchodzą mniejsze podmioty branżowe. Również ten związek może pochwalić się grupą młodych osób walczących o poprawę warunków pracy w swoich zakładach. Na ich potrzeby utworzono specjalną komórkę związkową – Komisję Młodych OPZZ.

Jedną z takich osób jest 34-letni Jarosław Przęczek, członek Związku Zawodowego Meblarze RP, zrzeszonego w OPZZ. Pracuje on jako tapicer w firmie BRW Sofa w Nidzicy w woj. warmińsko-mazurskim. Obecnie pełni również funkcję sekretarza związku w nidzickim przedsiębiorstwie oraz przewodniczącego Rady Powiatu OPZZ. Swoją przygodę ze związkiem rozpoczął w 2009 r. po namowie kolegi. – Mój znajomy jest przewodniczącym organizacji związkowej w zakładzie i namówił mnie, żebym się zapisał. Wiedziałem, że mogę pomóc, bo skończyłem studia o kierunku administracja i umiem interpretować przepisy prawne i dokumenty. Jeszcze przed przystąpieniem interesowałem się prawami pracowniczymi – mówi.

Mój rozmówca bardzo poważnie podchodzi do obowiązków wynikających z funkcji związkowych i stara się uświadamiać kolegów i koleżanki w kwestii ich praw pracowniczych. – Nie ukrywam, że jestem socjalistą z przekonania i dlatego staram się w zakładzie zwracać przede wszystkim uwagę na interesy pracowników. Wychodzę z założenia, że człowieka nie da się określić matematycznie, poprzez rachunek zysków i strat, więc trzeba zwracać uwagę w pierwszej kolejności na jego potrzeby. Nie godzę się z tym, że w naszym kraju pracownik jest wyzyskiwany do cna, a potem zwalniany. Dlatego staram się uświadamiać ludziom, że organizacje pracownicze są potrzebne, bo gdyby nie one, to nie istniałyby świadczenia socjalne gwarantowane pracownikom. Poza tym tłumaczę, że jako związek posiadamy możliwości i środki prawne, żeby np. wymóc podwyżki. Młodzi ludzie właśnie dlatego powinni się zrzeszać, ponieważ jest to najlepszy sposób komunikacji pomiędzy załogą a pracodawcą. Dodam, że mimo moich jasno sprecyzowanych poglądów zauważyłem, że w samych związkach nie ma podziału na lewicę i prawicę, niewierzących i religijnych itp. Wszyscy reprezentujemy tych wyzyskiwanych i występujemy przeciwko wyzyskującym.

Jak zapewnia mój rozmówca, w działalności konieczna jest bezkompromisowa postawa. – Często bywam szykanowany przez pracodawcę właśnie dlatego, że upominam się o interesy pracowników w zakładzie. Zarówno ja, jak i wielu moich kolegów – związkowców z OPZZ i ZZ Meblarzy RP z Nidzicy – nie boimy się otwarcie krytykować pracodawcy za jego poczynania, jeśli według nas stoją one w sprzeczności z dobrem załogi. Działalność w związku zabiera mi sporo czasu, ale nie żałuję tego, bo pomagam ludziom, którzy później również pomagają innym. Myślę, że nasza waleczna postawa ma wpływ na to, iż coraz więcej młodych zapisuje się do OPZZ w moim zakładzie pracy oraz w całym regionie, gdzie uzwiązkowienie jest całkiem spore w porównaniu do tego, co dzieje się w kraju. Młodzi wyraźnie poszukują alternatywy. Nasi rówieśnicy, znajomi z regionu, coraz lepiej postrzegają związki i popierają nasze działania. Jesteśmy dla nich wiarygodni i to jest właśnie klucz do sukcesu. Bardzo istotne jest to, żeby w każdym regionie działało kilka osób na tyle charyzmatycznych i przekonujących w kontaktach z pracodawcami, że inni zdecydują się pójść za nimi – przekonuje.

Z kolei 25-letni Michał Stopaj z miejscowości Winna w woj. świętokrzyskim jest związany z branżą górniczą. Pracuje w Kopalni Winna, należącej do Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych. Początkowo należał do „Solidarności”, ale po pewnym czasie wstąpił do Związku Zawodowego Budowlani, należącego do OPZZ. – Zdecydowałem się na przynależność związkową, żeby nieść pomoc ekonomiczną i socjalną pracownikom w moim zakładzie. Jako związkowiec staram się przede wszystkim przekazywać przewodniczącemu informacje dotyczące tego, co dzieje się w moim zakładzie, czego ludziom brakuje i czego się domagają. Dotyczy to głównie świadczeń socjalnych, które niekiedy nie są w pełni realizowane przez pracodawcę pod pretekstem kryzysu gospodarczego. Myślę też, że bardzo istotne jest to, iż dzięki działalności w związku miałem okazję pogłębić swoją, zdobytą wcześniej w szkole, wiedzę na temat BHP (z zawodu jestem behapowcem), m.in. poprzez uzyskanie uprawnień Społecznego Inspektora Pracy w zakładzie. To wszystko pomaga mi w odpowiednim określeniu warunków bezpieczeństwa pracy – tłumaczy.

Pełnienie funkcji związkowca w przypadku Michała nie należy do łatwych zadań. Oprócz kryzysu, który obecnie dotyka większość przedsiębiorstw, Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych borykają się z problemami finansowymi po prywatyzacji i przejęciu ich kilka lat temu przez Dolnośląskie Surowce Skalne. Obecnie spółka jest w stanie upadłości. – Właśnie ze względu na trudną sytuację w naszej firmie pracownicy, również ci młodzi, nie chcą należeć do związku, bo uważają, że i tak z ich głosem nikt się nie będzie liczył. Ja natomiast myślę, że to wielki błąd z ich strony. Uważam, że ludzie z młodego pokolenia, zarówno z zakładu, jak i całego kraju, powinni decydować się na przynależność związkową, bo gospodarka rynkowa z zasady stawia pracodawcę w uprzywilejowanej pozycji. Im będzie nas więcej, tym bardziej możliwy będzie sukces w rozwiązywaniu problemów pracowniczych i załatwianiu naszych interesów podczas negocjacji z pracodawcą. Jeżeli w firmach członkowie związków będą stanowić większość załogi, to pracodawcy nie będą w stanie lekceważyć takiej siły – przekonuje.

Bariery

W Polsce istnieje sporo czynników utrudniających angażowanie się młodych ludzi w działalność związkową. Ten temat pojawiał się często w moich rozmowach. Jarosław Przęczek, Tomasz Jamrozik i Łukasz Stopaj zgodnie twierdzą, że mainstreamowe media przedstawiają zrzeszenia pracownicze w niekorzystnym świetle.

Media uważają, że my – związkowcy – robimy zbyt wiele szumu, a pracodawcy są nastawieni altruistycznie i chcą zatrudnionym pomagać. To oczywista nieprawda, ale należy pamiętać, że media należą do dużych koncernów i dziennikarze muszą pisać to, co im narzuci szefostwo, które z wiadomych przyczyn nie jest zainteresowane promowaniem związków zawodowych. Taki kłamliwy, neoliberalny przekaz może mieć wpływ na poglądy wielu młodych ludzi, choć oczywiście to nie jest tak, że większość jest na nią podatna – komentuje Jarosław Przęczek.

Na pewno w dzisiejszych czasach związki nie mają dobrej opinii wśród części młodych ludzi, a jest to spowodowane niekorzystną propagandą w mediach. W efekcie czasem można u nich zaobserwować niesprawiedliwą opinię, jakoby organizacje pracownicze były kółkami wzajemnej adoracji, imprez integracyjnych i trwonienia pieniędzy – dodaje Łukasz Stopaj.

Niestety głównonurtowe media nie tylko krytykują, ale i obrażają związkowców. To jest szerszy problem, bo atakom są poddawane również środowiska patriotyczne oraz wszyscy ci, którzy chcą, żeby w naszym kraju było lepiej. Młodzieży serwowana jest ogłupiająca papka, dlatego ważne jest to, żeby czerpać informacje o życiu społecznym i politycznym z niezależnych mediów – wtóruje im Tomasz Jamrozik.

To jednak nie wszystko. Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy OPZZ, w rozmowie ze mną zwraca uwagę na bariery prawne, które uniemożliwiają młodym Polakom zapisywanie się do związków. – Niestety obecnie większość młodych osób pracuje na umowach śmieciowych i tym samym nie mają oni możliwości uzyskania legitymacji związkowej. Wielu z nich nawet przychodzi do nas i chce się zapisać, ale my nie możemy nic dla nich zrobić. Taka sytuacja ma miejsce głównie w sektorze prywatnym. Tym samym polskie ustawodawstwo blokuje nam możliwość dotarcia do wielu dwudziesto- i trzydziestolatków i zrzeszenia ich – kwituje Ilka.

Z kolei Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”, uważa, że sytuacja nie jest tragiczna. – Około 20 tysięcy ludzi zapisuje się rocznie do „Solidarności” i w większości przypadków są to osoby w młodszym wieku, pracujące w przedsiębiorstwach prywatnych. Przyczyn problemu aktywności związkowej młodych upatruje gdzie indziej: Za główną barierę rozwoju uważam niską świadomość polityczną i społeczną młodego pokolenia w Polsce. Badania wskazują, że tylko 14 procent z nich ma jakiekolwiek poglądy polityczne. To się odbija niekorzystnie na różnych sferach życia społecznego-politycznego, zarówno w partiach politycznych, jak i związkach – opisuje. Mój rozmówca przekonuje, że „Solidarność” robi wszystko, żeby trafić do jak najliczniejszej grupy młodych Polaków. – Próbujemy przełamywać impas związany z postrzeganiem związków przez młodych i zmieniamy wizerunek „Solidarności”. Nie chcemy, żeby nasz związek był kojarzony tylko z „pokoleniem styropianowców”. Myślę, że nasza ostatnia kampania społeczna, „Syzyf”, skierowana przeciwko umowom śmieciowym, poprawiła nasz wizerunek wśród młodych, bo to właśnie ich najczęściej dotyczą tego typu formy zatrudnienia. Ponadto podejmujemy współpracę z różnymi środowiskami, które są tworzone przez młodsze pokolenie – m.in. z „Nowym Obywatelem”, a także z Demokratycznym Zrzeszeniem Studenckim – organizacją, która walczy o prawa młodych w zakresie edukacji i kwestii pracowniczych. W styczniu na krakowskich uczelniach odbyły się szkolenia organizowane właśnie przez „Solidarność” i DZS, podczas których studenci mieli okazję zaczerpnąć wiedzy na temat praw pracowniczych, tego, po co są związki zawodowe oraz czym się różni umowa śmieciowa od umowy o pracę – wymienia.

Będzie dobrze?

Pomimo pewnych przeszkód prawnych istnieją w Polsce warunki, żeby młodzi działali w związkach zawodowych i walczyli o swoje prawa w miejscu pracy. Aby tak się stało, powinny zostać spełnione pewne wymogi. Młode pokolenie musi zrozumieć, że w tej walce związki odgrywają ważną rolę, a tezy liberałów, mówiące, że w gospodarce wolnorynkowej los każdego leży wyłącznie w jego rękach, są nieprawdziwe i szkodliwe. Wzorem dla młodych Polaków-pracowników powinni być rówieśnicy aktywni w związkach. Ich postawa pokazuje, że działalność pracownicza, choć nie zawsze usłana różami, jest korzystna zarówno dla jednostek, jak i całego społeczeństwa. Również same związki powinny zintensyfikować aktywność pozwalającą docierać do młodych. Działania te nie mogą zakończyć się na jednej czy dwóch kampaniach, lecz muszą mieć charakter stały, konsekwentny i o jasno wytyczonym celu. Wszystko po to, żeby za kilka lat nastąpiła w związkach wymiana pokoleniowa, a ci, którzy przejmą schedę po dzisiejszych liderach, byli obywatelami i pracownikami świadomymi swoich praw. I potrafiącymi skutecznie walczyć w ich obronie.


Związek poza miastem

Młodych, pełnych zapału do działania możemy spotkać nie tylko w związkach „typowych”. Błażej Rusoń ma 28 lat, jest rolnikiem z powiatu grudziądzkiego w woj. kujawsko-pomorskim. Od 2007 r. działa w Związku Zawodowym Rolnictwa „Samoobrona”, od kilku lat jest związany również z partią Samoobrona. – Do decyzji związanej z przynależnością związkową skłoniła mnie przede wszystkim zła sytuacja w rolnictwie i chęć poprawy tego stanu rzeczy. Zauważyłem, że poprzez związek rolnicy mogą oddziaływać na politykę rolną w regionie i w całym kraju – powiedział.

Mój rozmówca często korzysta z możliwości, jakie daje przynależność do rolniczej centrali. – Jako związkowiec, korzystam z dostępu do dokumentów administracyjnych. Razem z kolegami ze związku składaliśmy też wnioski do wojewody kujawsko-pomorskiego i premiera w sprawach dotyczących rolników – np. o odszkodowania za wymarznięcie zbóż. W tej sprawie organizowaliśmy również protest w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy. Nocowaliśmy tam aż trzy dni, żeby wywrzeć nacisk na wojewodę. Protest zakończył się częściowym sukcesem, bo udało nam się wywalczyć dopłaty w wysokości 100 zł do hektara. Tego typu protestów, w których brałem udział, było o wiele więcej. Kiedyś prowadziliśmy akcję polegającą na przejechaniu ciągnikami przez Grudziądz. Domagaliśmy się większych dopłat do paliwa, a także sprzeciwialiśmy się zbyt dużym skokom cenowym trzody chlewnej oraz sprzedaży ziemi w naszym regionie korporacjom, a nie rolnikom. Moje zaangażowanie nie ogranicza się tylko do protestów i pisania wniosków. Zajmuję się również pozyskiwaniem środków unijnych dla związku, odbywaniem szkoleń w kraju i za granicą, gdzie mogę wymienić się doświadczeniami z młodzieżą związkową spoza Polski – wymienia.

Jak twierdzi Rusoń, młodzi rolnicy w powiecie grudziądzkim są bardzo zaangażowani obywatelsko. – Odnotowujemy naprawdę spore zainteresowanie wśród młodych – i to zarówno tych, którzy w związku działają, jak i tych, którzy do żadnej organizacji pracowniczej nie należą. Nasze protesty spotykają się ze sporym odzewem i poparciem tych osób. Nie chcą, żeby zmiany w polskim rolnictwie zachodziły bez ich udziału. Staram się z nimi spotykać i informować o tym, co się dzieje w polityce regionalnej i krajowej, oraz namawiać ich do walki o swoje prawa i interesy – podsumowuje.

Model nordycki a kryzys europejski

Kryzys w strefie euro wywiera wpływ na wszystkie kraje w Europie. Odzwierciedla brak dyscypliny budżetowej i przekonanie o wypłacalności niektórych europejskich państw. Jednak, jak pokazują kraje nordyckie, kryzys gospodarczy nie jest spowodowany – wbrew opiniom wielu krytyków spoza Starego Kontynentu – silnymi związkami zawodowymi, wysokimi podatkami oraz sztywnymi przepisami.

Może was to zaskoczyć, ale te europejskie państwa, które pozostają w najlepszej kondycji, wydają z budżetów całkiem sporo w stosunku do własnego PKB. Natomiast większość krajów będących w najgorszej sytuacji – Grecja, Portugalia, Hiszpania, Irlandia – swoje wydatki państwowe plasuje na dość niskim poziomie w stosunku do PKB. Również podatki utrzymują się tam poniżej średniej unijnej.A czyż nie uczyliśmy się, że wysokie podatki i duży sektor publiczny czynią dany kraj mniej konkurencyjnym? Obecny kryzys pokazuje, że jest to podejście zbyt prymitywne. W rzeczywistości najważniejsze jest to, czy kraj posiada efektywny system fiskalny (i ściągalność podatków).

Świadomość, że fundusze, które zbieramy, pracują dla nas w miarę wydajnie, przynajmniej w stosunku do reszty Europy i USA, pomaga wytworzyć silne przekonanie, iż kraje nordyckie są bardziej odporne na kryzys. Pozwala to na skuteczny podział ryzyka w skali ogólnospołecznej, co z kolei promuje zdolności przystosowawcze, a także otwartość na zmiany.

Ludzie biznesu są powszechnie uznawani za wrogich wszelkim podatkom, a swoją antyzwiązkową postawę wysysają jakoby z mlekiem matki. Skandynawia z pewnością ma wysokie podatki i silne związki zawodowe – a jednak nordycki model przynosi korzyści również mnie jako biznesmenowi. Pokażę wam, dlaczego tak się dzieje, na przykładzie otwartości na zmiany na rynku pracy. Szwedzki rynek pracy rozwija się od lat 30. XX wieku na bazie negocjacji zbiorowych oraz ścisłego dialogu pomiędzy związkami, pracodawcami oraz państwem, w interesie wspólnego dobra.

Proventus, firma, którą prowadzę, brała udział w wielu restrukturyzacjach w ciągu ostatnich trzech dekad. Dla przykładu w 2005 r. Proventus nabył pakiet większościowy największej szwedzkiej telewizji komercyjnej TV4.

Istniała wtedy duża potrzeba zmian w TV4. Okazało się, że ludźmi, którzy mają najbardziej jasny osąd sytuacji, nie byli ci, po których się tego spodziewano. Nie byli nimi menedżerowie, zarząd ani też właściciele. Byli to reprezentanci związków zawodowych zasiadający w zarządzie (tutaj związki mają prawo być reprezentowane w zarządzie w firmach pewnej wielkości).

Nawet w tak trudnym przypadku jak ten, gdzie zmiany wymagały zwolnień grupowych, związki uznały je za konieczne, aby ochronić konkurencyjność firmy w dłuższej perspektywie.W przeciwieństwie do modelu amerykańskiego, gdzie związki są zazwyczaj słabe i ograniczone do danego sektora, w Szwecji mamy do czynienia z silnymi i scentralizowanymi zrzeszeniami pracowników. Jest to korzystne, ponieważ interes związku nie jest jedynie doraźnym interesem wąskiej grupy, reprezentowanej przez syndykat, lecz długoterminowym interesem dużej części społeczeństwa. W ten sposób związki służą i stanowią fundament ważnej wartości gospodarczej – solidarności.

W takich warunkach Proventus zawsze blisko współpracował ze związkami w trakcie restrukturyzacji firm, a także w dalszym ich rozwoju.

W innych krajach europejskich związki często nie są aż tak scentralizowane i dlatego uparcie bronią pewnej grupy lub danego przywileju z wielką szkodą dla ogółu zatrudnionych.

Co ciekawe, w 1993 r., gdy Proventus przeprowadzał zmiany w Pumie, niemieckiej firmie produkującej odzież sportową, niemieckie związki poznały nas i nasz sposób pracy za sprawą rozmów ze szwedzkimi związkowcami. W efekcie Proventus miał po swej stronie również niemiecki związek.

Pokazuje to, że wbrew panującemu stereotypowi scentralizowane związki i rozbudowany system socjalny – jeśli jest dobrze zorganizowany – działają ramię w ramię na rzecz społecznej otwartości dla zmian strukturalnych.

Zaufanie i podejmowanie ryzyka

Kolejnym czynnikiem, który sprzyja podejmowaniu ryzyka przez społeczeństwo, jest to, co szwedzki historyk Lars Tragardh nazywa „nordyckim indywidualizmem państwowym”. Chodzi o to, że jednostki, które są wolne i mają poczucie bezpieczeństwa, są również bardziej skłonne do wprowadzania innowacji, eksperymentowania, a także podejmowania ryzyka.

W przeciwieństwie do modelu amerykańskiego, który również stawia na indywidualizm, w naszym przypadku każda osoba posiada pozytywny indywidualny stosunek do państwa i jest to rzecz oczywista. Rolę państwa i rządu postrzegamy nie jako wtrącanie się w naszą wolność, lecz jako jej wzmocnienie. Nasz indywidualny rozwój ma dzięki temu solidne podstawy.

Ta relacja czyni jednostki mniej zależnymi – w konkretnym, ekonomicznym sensie – od rodziny i innych osób. Kobieta może zdecydować się na dziecko, wiedząc, że społeczeństwo zaspokoi jej potrzeby bez względu na to, co myśli o tym wyborze jej rodzina. To poczucie bezpieczeństwa przekłada się na wolność jednostki – wspierane są zarówno samotne kobiety, które decydują się na dziecko, jak i pary homoseksualne, które decydują się na adopcję.

W dodatku hojne zasiłki na wychowanie dzieci przekładają się na znacznie wyższe niż w większości krajów europejskich wskaźniki urodzeń. To niezmiernie ważne w czasach trudnych pod względem demograficznym. Efektem tego jest coraz większa liczba osób na rynku pracy, zwłaszcza kobiet, co jest istotnym warunkiem sukcesu nordyckich gospodarek.

Predystrybucja, nie redystrybucja

Czy tzw. model nordycki może być powielany? W dużej mierze na pewno. Proponowałbym jednak „uczenie się z nordyckich doświadczeń”, nie zaś „ślepe przejmowanie tego modelu”.

Jeden zasadniczy element szwedzkiego modelu jest niestety trudny do skopiowania: model kolektywnego podziału ryzyka, który opisałem, w Szwecji nie rozpoczął się od redystrybucji. Zaczął się on raczej od czegoś, co możemy nazwać predystrybucją.

Na początku XX wieku społeczeństwa nordyckie należały do najbiedniejszych w Europie. Później, w efekcie wielu reform, dzięki rozwiązaniom prawnym i silnym ruchom obywatelskim, weszliśmy na ścieżkę rozwoju, aby stać się kolektywnie zamożni.

Wiele krajów – takich jak azjatyckie tygrysy – najpierw stało się zamożnymi, a dopiero później zaczęło rozmawiać o redystrybucji. Innymi słowy najpierw stworzenie dobrobytu, nawet jeśli jest on nierówno dystrybuowany, a następnie skupienie się na łagodzeniu różnic. Ale z powodu tych nieodłącznych dysproporcji trudniej jest dojść do sprawiedliwego rozwiązania.

Dzięki długiej historii sprawiedliwej dystrybucji od samych początków współczesnej gospodarki kraje nordyckie mają bardzo wysoki i ustabilizowany poziom spójności społecznej. Fakt ten nie przeszkadzał w dynamicznym rozwoju gospodarki, lecz przeciwnie – wspomógł ten proces. Jak wynika z jednego z ostatnich badań, współzależność pomiędzy dochodami dziecka a jego rodziców jest dużo wyższa w Wielkiej Brytanii niż w krajach nordyckich.

Inaczej mówiąc, społeczna mobilność oraz równość szans idą ramię w ramię. Tam, gdzie występują duże nierówności, mobilność społeczna spada – widzimy to na przykładzie USA przez ostatnie kilka dekad. „Od pucybuta do milionera” rzadko sprawdza się w Stanach Zjednoczonych, gdzie sukces ekonomiczny jednostki jest silnie skorelowany ze statusem ekonomicznym jej rodziców. W państwach nordyckich jest inaczej.

Warto jednak być ostrożnym. Czasy są trudne, a tkanka społeczna w państwach nordyckich jest bardzo obciążona, podobnie jak w wielu innych krajach. Cały czas musimy walczyć, aby zachować odpowiednią równowagę pomiędzy różnymi zachętami a podziałem ryzyka.

Niestety jest wiele sfer, gdzie nawet kraj taki jak Szwecja zmierza w złym kierunku. Nierówności w dochodach również w moim kraju wzrastają do rekordowych poziomów, nawet jeśli są dużo niższe niż w innych państwach. Bezrobocie wśród młodych ludzi jest na zdecydowanie zbyt wysokim poziomie, nie udaje nam się zaoferować odpowiedniej pomocy imigrantom, a także słabo idzie ich pełna integracja ze społeczeństwem.

Ale to właśnie z powodu tych wyzwań ważne jest, abyśmy pamiętali, jak nordyckie narody były w stanie dostosować się do trudnych warunków i zbudować konkurencyjność oraz inkluzywne społeczeństwo.

W czasach głębokich przemian na całym świecie musimy skupić się na znalezieniu równowagi pomiędzy rynkiem a państwem. Powinniśmy zrozumieć pozytywną rolę państwa jako mechanizmu podziału ryzyka i zachowania wolności jednostki oraz godnego życia.

Ten typ równowagi okazał się również dość efektywny we wspieraniu przedsiębiorczości. Dlatego jestem przekonany, że warto ponosić koszty bezpieczeństwa, z którego wynika hojne państwo opiekuńcze, a także koszty możliwości indywidualnego rozwoju.

Inaczej nie mielibyśmy tego, czego tak bardzo potrzebujemy w erze globalizacji: otwartości, spójności społecznej i zdolności do adaptacji w szybko zmieniających się czasach.

tłum. Tomasz Obrączka

Tekst ukazał się pierwotnie w czerwcu 2012 r. na stronie internetowej magazynu „The Globalist”, zajmującego się od 2000 r. tematem globalizacji. http://www.theglobalist.com/

Przerywanie kręgu ubóstwa. Doświadczenia Filipin

Na początku grudnia 2012 r. potężny tajfun Bopha zabił setki ludzi na południu i południowym wschodzie Filipin, zmuszając dziesiątki tysięcy mieszkańców do ucieczki. Filipiny to kraj podatny na katastrofy naturalne: w latach 1987–2000 odnotowano tam 523 klęski żywiołowe, co daje średnio 37 na rok. Każdorazowe straty w wyniku katastrof naturalnych sięgają 30 mld dolarów, a ograniczone możliwości obrony przed tego rodzaju zagrożeniami wpływają też na wzrastający poziom ubóstwa. Lata 2008–2009 były szczególnie dotkliwe dla milionów Filipińczyków. Globalny kryzys gospodarczy, połączony z kryzysem na rynku paliw, zbiegł się w czasie z olbrzymimi stratami spowodowanymi przez tajfuny pod koniec 2009 r. Biedni najsilniej odczuwają skutki kryzysu. Według danych Banku Centralnego huragan El Nino, który przeszedł przez Filipiny na początku 2010 r., wpłynął na pogłębienie się ubóstwa aż 58% najbiedniejszych mieszkańców, których byt i dochód zależą od skrawka uprawianej ziemi.

Mimo tak trudnej sytuacji i naturalnych ograniczeń Filipiny są krajem wprowadzającym w życie ciekawe rozwiązania prospołeczne. Warto się im przyjrzeć.

Bieda na starcie

Jak pokazują dane Banku Światowego, wskaźnik ubóstwa wśród Filipińczyków stopniowo maleje: w 1991 r. wynosił 33,1%, a w latach 2006 i 2009 oscylował wokół 26,5%. Nie zmienia to faktu, że wciąż ponad jedna czwarta obywateli (23 mln) żyje w biedzie. Mimo zmniejszania się współczynnika Giniego1 – z 0,4605 w 2003 r. do 0,4484 w roku 2009 – jest on w dalszym ciągu najwyższy spośród członków ASEAN (Association of Southeast Asian Nations, Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Ponad 25% mieszkańców nadal nie jest w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb (wyżywienie, dach nad głową itd.). Śmiertelność i odsetek źle odżywionych dzieci są wciąż jednymi z najwyższych w rejonie Pacyfiku i we wschodniej Azji.

Najwięcej ubogich rodzin zamieszkuje tereny wiejskie. Wśród najbiedniejszych rejonów Filipin są takie prowincje jak Luzon, Mindanao (Autonomiczny Region Muzułmański), Bicol czy Caraga. W wielu z tych miejsc ponad 70% obywateli żyje w ubóstwie. Wskaźnik ten jest prawie trzykrotnie większy niż na terenach miejskich, gdzie biedą zagrożonych jest ok. 25–30% mieszkańców.

Wszystko to ma podłoże nie tylko w czynnikach naturalnych, lecz także w przebiegu dziejów tego obszaru. Filipiny to kraj przez ponad 300 lat rządzony przez kolonizatorów. Rezultatem kolonizacji hiszpańskiej (1521–1898) była olbrzymia bieda tubylców. Pozbawieni ziemi, poddani wyzyskowi (quasi-niewolnictwo, niskie zarobki, olbrzymie podatki oraz trybuty na rzecz kolonizatorów) – byli obywatelami drugiej kategorii. Przymus uprawiania tylko jednego rodzaju roślin, np. w związku z monopolem tytoniowym, sprawił, że całe regiony kraju stały się bardzo podatne na wszelkie zmiany ekonomiczne.

Amerykanie, którzy w 1898 r. w wyniku działań zbrojnych przejęli Filipiny, wnieśli pewien wkład w rozwój dobrobytu i struktur zapewniających obywatelom równy dostęp do podstawowych usług. Stworzyli bazę dla systemu bezpłatnej edukacji oraz pierwsze programy ochrony zdrowia. Z drugiej jednak strony, jak uważa wielu badaczy zajmujących się historią i geopolityką krajów Azji Południowo-Wschodniej, wszystko to służyło USA głównie jako narzędzie podboju i asymilacji filipińskiej ludności. Ubóstwo czy brak wykształcenia wciąż były problemami jednostki, a nie państwa, które nie miało zamiaru brać odpowiedzialności za ogół obywateli i ich sytuację. Bieda, według Amerykanów i powszechnej wówczas opinii, była wynikiem niskiego poziomu wykształcenia („niedouczony, ciemny dzikus”) i braku europejskiego, „nowoczesnego” systemu wartości i sposobu życia.

Na uwagę zasługuje pojawienie się w owym czasie nowej klasy społecznej. Komercjalizacja rolnictwa, szczególnie pod koniec panowania Hiszpanów, ułatwiła uformowanie się warstwy właścicieli ziemskich, którzy byli stosunkowo (a z czasem – coraz bardziej) niezależni od państwa i później, w 1899 r., stanowili główną grupę formującą pierwszą Republikę Filipin.

Liberalizm i zawiedzione obietnice

Po II wojnie światowej i odzyskaniu niepodległości najważniejszym zadaniem była odbudowa gospodarcza kraju. Nacisk położono na rozwój przemysłu, głównie poprzez inwestycje publiczne w sektor energetyczny i transportowy. Dzięki rozwojowi importu i przemysłu władze chciały zmniejszyć bezrobocie, a co za tym idzie – zredukować biedę. Jednak w ciągu trzech lat od odzyskania niezależności elity rządzące doprowadziły kraj na skraj bankructwa, zawłaszczając kontrybucje pomocowe przyznane przez USA.

W połowie lat 50., przede wszystkim za sprawą nacisków ze strony właścicieli gruntów, plantacji i fabryk, polityka państwa stawała się coraz bardziej liberalna, szczególnie po zwycięstwie w wyborach w 1962 r. Diosclado P. Macapagal, który zamierzał zreformować gospodarkę na wzór amerykański. W tym samym czasie Filipiny uzyskały doraźną pomoc w formie kredytu od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który spłacają do dzisiaj. W 1965 r. na prezydenta kraju został wybrany Ferdinand Marcos. Cztery lata później ponownie objął to stanowisko, niewiele robiąc sobie z protestów społecznych i powszechnych oskarżeń o sfałszowanie wyborów. Za rządów Marcosa polityka społeczna uległa niejakiej poprawie: głównym jej elementem była walka z wysokim bezrobociem, niedorozwojem infrastruktury, dużą rozpiętością płac oraz bardzo niskim standardem życia.

Co istotne, zmienił się wówczas model rozwoju – położono nacisk na uprzemysłowienie oraz reformę rolną. Nie brakło jednak pomysłów kuriozalnych i nietrafionych. Wśród nich były olbrzymie inwestycje w budownictwo komercyjne (szczególnie luksusowych hoteli) zamiast w lokale mieszkaniowe dostępne dla przeciętnych obywateli. Rząd Filipin wydał na to 350 mln dolarów, na budownictwo komunalne przeznaczając wówczas jedynie ok. 13 mln dolarów. Kraj notował w latach 70. ponad 5-procentowy wzrost gospodarczy, była to jednak głównie zasługa kredytów udzielanych przez instytucje zewnętrzne. W połowie lat 80., w okresie poważnej recesji, także gospodarka Filipin znacznie spowolniła, głównie wskutek spadku cen na główne produkty eksportowe (kawa, trzcina cukrowa, tytoń). W tym samym czasie Międzynarodowy Fundusz Walutowy całkowicie zmienił politykę wobec Filipin, z „dobrego wujka” stając się „karzącym ojcem”. Popularność reżimu wśród obywateli malała z dnia na dzień, a w efekcie – w wyniku buntu zainicjowanego przez ruchy lewicowe i umiarkowaną opozycję – Marcos został w 1986 r. odsunięty od władzy.

Corazon Aquino, żona opozycjonisty Benigno Aquino, zabitego przez ludzi Marcosa, pierwsza kobieta-prezydent w krajach Azji,objęła władzę w sytuacji, gdy gospodarka znajdowała się w recesji, pogłębionej niedawnymi działaniami zbrojnymi. Różne grupy domagały się zmian, m.in. rzesze biedniejących i sfrustrowanych obywateli, lub przeciwnie – dążyły do zachowania przywilejów (frakcje wojskowe, elity biznesowe, Kościół).Aquino rozpoczęła walkę z kryzysem poprzez liberalizację handlu zagranicznego i finansów, przeprowadziła prywatyzację wielu przedsiębiorstw. Taka polityka spotkała się z poparciem i pomocą ze strony Banku Światowego, MFW oraz innych krajów Azji Południowo-Wschodniej skupionych w ASEAN. Politykę Aquino do pewnego stopnia kontynuował jej następca, wybrany w 1992 r. Fidel Ramos. Pod hasłem „Filipiny 2000” wypowiedział walkę korupcji, kartelom i monopolistom handlującym tytoniem. Zintensyfikował także reformy liberalizujące gospodarkę i przyspieszył prywatyzację, natomiast tak palące kwestie jak rozwój terenów wiejskich nie odegrały w jego polityce istotnej roli.Prezydent Ramos wprowadził też w życie szereg rozwiązań dotyczących polityki społecznej, znanych pod nazwą Social Reform Agenda (SRA). Całość składała się z 9 programów koncentrujących się na innej płaszczyźnie problemów społecznych i na różnych sektorach: rolnictwie, rybołówstwie, biedocie miejskiej, problemach rdzennych Filipińczyków itd. Programy te obejmowały 20 najbiedniejszych prowincji, wybranych przez samego prezydenta, mimo że oficjalnie miały być one wybierane na podstawie danych statystycznych ogólnego poziomu ubóstwa i innych obiektywnych wyznaczników. Ostatecznie wskazana przez prezydenta lista zawierała 9 najbiedniejszych prowincji, z czego tylko jedna była zamieszkana przez największy odsetek ubogich. Walka z kartelami i bogatymi rodzinami również okazała się bardziej chwytem wyborczym niż realnym zamierzeniem prezydenta, który w żaden sposób nie dążył do ukrócenia wpływów i realnej władzy elit decydujących „z tylnego siedzenia” o coraz bardziej neoliberalnym kształcie polityki gospodarczej kraju.

Joseph Ejercito Estrada, wybrany w 1998 r. na prezydenta, aktywny i przedsiębiorczy polityk, jednym z głównych haseł uczynił szerokie reformy społeczne, szczególnie zaś walkę z ubóstwem i rozwój najbiedniejszych regionów kraju. Flagowy program walki z biedą „Lingap para sa Mahikap” (Opiekowanie się biednymi) miał polegać na udzielaniu pomocy najbiedniejszym rodzinom z każdej prowincji i miasta. Pomoc obejmować miała wsparcie finansowe, zapewnienie opieki medycznej, subsydiowanie jedzenia i mieszkań socjalnych. Ta kampania, niezwykle entuzjastycznie przyjęta przez społeczeństwo Filipin, pomogła Estradzie wygrać walkę o fotel prezydencki, lecz niestety okazała się głównie chwytem propagandowym. Prezydent i jego otoczenie byli skupieni na zapewnieniu „odpowiedniego poziomu życia” sobie i swoim rodzinom, nie na realizacji planów walki z ubóstwem.

Rządy Estrady zakończyły się w 2001 r. po ujawnieniu malwersacji finansowych i po kolejnym przewrocie na szczytach władzy, zainicjowanym przez rewoltę społeczną. Władzę przejęła dotychczasowa wiceprezydent – Gloria Macapagal-Arroyo. Oczekiwano, że Arroyo, doktor nauk ekonomicznych, będzie rządzić w sposób nowoczesny i bardziej prospołeczny. Polityka gospodarcza nowej pani prezydent okazała się natomiast kontynuacją neoliberalnego trendu, wspieranego aktywnie przez Bank Światowy oraz MFW. Arroyo rozpoczęła jednak program pomocy społecznej oraz walki z biedą, wspierany i finansowany przez Bank Światowy, nazwany Kapit-Bisig Labon sa Kahirapan (KALAHI, „Łączenie rąk w walce z ubóstwem”). Obejmował on wsparcie w znalezieniu zatrudnienia i zakwaterowania, poprawę bezpieczeństwa i zwalczanie przemocy, rozwijanie instytucji pomocy społecznej oraz większe zaangażowanie rządu i władz lokalnych w poprawę warunków życia ubogich. Program dość znacznie poprawił dostępność usług pomocy społecznej, warunki życia wielu najbiedniejszych mieszkańców oraz po części przyczynił się do wzrostu solidarności społecznej w lokalnych społecznościach. Arroyo, podobnie jak kilku jej poprzedników, pożegnała się jednak z urzędem w atmosferze skandalu: oskarżano ją o fałszowanie wyników wyborów, wyłudzanie olbrzymich sum ze Skarbu Państwa, złe zarządzanie publicznymi pieniędzmi i nepotyzm.

Będzie lepiej?

W 2010 r. prezydentem Filipin został Benigno Aquino III, syn Benigno Aquino i Corazon Aquino. Niedługo po objęciu urzędu zadecydował o wdrażaniu programu Pantawid Pamilyang Pilipino Program, zwanego w skrócie 4P lub Pantawid Pamilya, wspieranego przez Bank Światowy. Program ten był od 2007 r. wdrażany w formie pilotażowej. Zakłada się, że do 2016 r., a więc do końca prezydentury Aquino, programem ma być objętych 4,3 mln rodzin. Walka z ubóstwem jest jednym z najważniejszych punktów rządowego planu rozwoju na lata 2011–2016. Program 4P opiera się na warunkowych transferach pieniężnych.Warunkowe transfery pieniężne (conditional cash transfers) to coraz popularniejsze narzędzie polityki społecznej, wprowadzone w 2008 r. i stosowane w kilkudziesięciu krajach, szczególnie w Ameryce Łacińskiej (głównie Brazylia, ale także Meksyk, Ekwador, Boliwia, Argentyna, Chile), w kilku krajach Afryki (Kenia, Nigeria, Burkina Faso) i państwach Azji Południowo-Wschodniej (Indie, Bangladesz, Indonezja, Kambodża i Filipiny).System transferów pieniężnych polega na regularnych przekazach pieniężnych kierowanych do rodzin ubogich pod warunkiem spełniania przez nie określonych wymogów, m.in. w zakresie edukacji dzieci (np. zapisywanie do szkół zamiast posyłania ich do pracy), wyżywienia oraz obowiązkowej opieki zdrowotnej (okresowe badania lekarskie oraz szczepienia dla dzieci, opieka medyczna kobiet w ciąży itp.). Do pobierania tego rodzaju transferów upoważnione są najczęściej matki, które w większości przypadków pełnią rolę głowy rodziny. Celem krótkookresowym takich programów jest walka z ubóstwem poprzez doraźną pomoc materialną. W założeniu jednak transfery pieniężne mają być przede wszystkim formą inwestycji w kapitał ludzki, tj. w dorastające, młode pokolenie, przyczyniając się do redukcji dziedziczonego ubóstwa.

W obliczu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej większości społeczeństwa, a także po sukcesach podobnych programów w takich krajach jak Meksyk czy Brazylia, Filipiny zdecydowały się skorzystać z tego narzędzia.

Pomysł na pomoc

„Pantawid” znaczy „pomagać wybrnąć z trudnej sytuacji”, nazwę programu można więc tłumaczyć jako „Pomoc dla filipińskich rodzin”. Najważniejsze cele programu 4P to zmniejszenie skali ubóstwa, głodu, zapewnienie dostępu do edukacji na poziomie elementarnym, zagwarantowanie podstawowej opieki medycznej dzieciom do 14. roku życia oraz matkom i kobietom ciężarnym, promowanie równości obywateli bez względu na płeć oraz redukcja śmiertelności dzieci.

Rozwój programu nie byłby możliwy bez organizacyjnego i finansowego wsparcia Banku Światowego, Asian Development Bank i Australijskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego. Wdrażaniem programu zajmuje się Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju (Departement of Social Welfare and Development, DSWD), wspierane przez szereg agencji rządowych, szczególnie przez resorty edukacji i zdrowia, władze lokalne oraz Land Bank – filipiński bank państwowy. Instytucje rządowe zajmują się zwiększeniem dostępu do edukacji i ochrony zdrowia osobom uczestniczącym w programie, podczas gdy Land Bank jest głównym źródłem wypłat środków przyznanych w ramach programu. Ogólna suma transferów gotówkowych do 31 maja 2012 r. wyniosła ponad 9 mld 40 mln pesos filipińskich, co stanowi ponad 215 mln 230 tys. dolarów.

Najistotniejszym elementem programu jest właściwe określenie beneficjentów transferów gotówkowych. Jak wskazują zwolennicy Pantawid Pamilya, zasady przyznawania pomocy, w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych programów rządowych, są obiektywne, klarowne i jednakowe dla wszystkich. Ma to zapobiec ewentualnym naruszeniom, tak częstym w przeszłości.

Beneficjentami programu mogą zostać mieszkańcy miast najbiedniejszych według danych Narodowego Biura Statystycznego3 (NSCB), a dokładnie rodziny, których dochód jest równy lub niższy od najniższego dochodu w danej prowincji i w których są dzieci do 14 lat i/lub kobieta ciężarna w momencie składania deklaracji przystąpienia do programu, oraz które zgodzą się na warunki uczestnictwa sformułowane w regulaminie programu Pantawid Pamilya.Ponad 75% ubogich Filipińczyków żyje na terenach wiejskich, tylko ok. 25% stanowią mieszkańcy miast. Do 27 czerwca 2012 r. (ostatnie dostępne dane) do programu włączono 138 miast, 1261 gmin we wszystkich 79 prowincjach kraju, obejmując zasięgiem łącznie 3014586 gospodarstw domowych. Niemal połowa beneficjentów pochodzi z prowincji Mindanao, niewiele mniej z Luzon i Visayas, uznawanych za najbiedniejsze rejony Filipin.Selekcja beneficjentów programu to proces wieloetapowy. Najpierw na podstawie danych dotyczących ubóstwa, zebranych pod nazwą Family Income & Expenditures Survey przez Narodowe Biuro Statystyczne, wybierane są najbiedniejsze prowincje. W nich wskazuje się najbiedniejsze miasta i barangays (najmniejsza jednostka podziału administracyjnego na Filipinach, dawne określenie wioski, obecnie oznacza raczej dzielnicę miasta czy metropolii, z wybieranymi przez mieszkańców władzami), w oparciu o dane zebrane w Small Area Estimates (SAE) oraz Narodowe Biuro Statystyczne. Większe miasta wybierane są na podstawie danych Prezydenckiej Komisji ds. Biedoty Miejskiej. Następnie wybiera się najuboższe gospodarstwa domowe w obrębie poszczególnych barangays na podstawie określonych wyznaczników, m.in. dostępu do wody pitnej i sanitariatów, poziomu wykształcenia głowy rodziny, dochodu na członka rodziny, dostępu do podstawowych dóbr czy warunków mieszkaniowych.Korzystając z danych zebranych podczas selekcji beneficjentów 4P, Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju zaczęło tworzyć bazę danych nazwaną National Household Targeting System for Poverty Reduction (NHTS-PR, Narodowy System ds. Redukcji Ubóstwa). Ma ona pomóc w identyfikacji i przydzielaniu pomocy właściwym osobom i rodzinom. Jest to największa rządowa baza danych dotyczących ubóstwa i biednych mieszkańców Filipin. System identyfikuje osoby kwalifikujące się do programu według modelu PMT (proxy means test), przewidującego niejako dochód per capita na podstawie warunków socjoekonomicznych, dostępu do podstawowych dóbr itd. Tego rodzaju model wydaje się najlepszym rozwiązaniem w kraju, gdzie dochody mieszkańców są bardzo trudne do zweryfikowania. Jak bowiem wynika z danych Ministerstwa Pracy i Zatrudnienia5, ok. 40% ogółu zatrudnionych pracuje w sektorze „nieformalnym”, bez ustalonej relacji pracodawca – pracownik, często w rodzinnych przedsiębiorstwach, małych warsztatach lub prowadzi własną, drobną działalność zarobkową.

Kto korzysta?

Program nakłada na uczestników pewne obowiązki. Kobiety ciężarne, przed oraz po porodzie, muszą korzystać z profesjonalnej opieki medycznej i regularnie uczęszczać na badania lekarskie. Rodzice muszą brać udział w spotkaniach Family Development Sessions. Dzieci w wieku do lat 5 mają być regularnie badane i szczepione, te w wieku od 3 do 5 lat muszą chodzić do żłobka lub przedszkola i mieć frekwencję nie niższą niż 85% obecności. Dzieci w wieku od 6 do 14 lat powinny zostać zapisane do szkoły podstawowej i uczęszczać regularnie na zajęcia (frekwencja nie niższa niż 85% obecności) oraz dwa razy do roku zażywać pigułki odrobaczające.

Rodzina, w której troje dzieci zakwalifikowało się do programu, otrzymuje miesięcznie 1400 PHP przez cały rok szkolny lub 15 000 PHP rocznie tak długo, jak długo dzieci spełniają warunki programu. Gotówka wypłacana jest głowie rodziny, zazwyczaj matce, poprzez specjalną kartę do wypłat gotówkowych wydawaną przez współpracujący z programem Land Bank lub inne banki, mające swoje punkty w miejscach zamieszkania beneficjentów.Określanie beneficjentów przy pomocy danych statystycznych oraz informacji zebranych w terenie wydaje się obiektywne i sprawiedliwe. Jednak jak wskazują uczestnicy 4P, „komputer” wybiera na chybił trafił i pomoc nie zawsze dociera do rodzin najbardziej potrzebujących. Zdarza się, że najbiedniejsze rodziny nie zostają włączone do programu, a ich ciut lepiej sytuowani sąsiedzi – tak.Kolejną kwestią, na którą skarżą się beneficjenci programu, są formalności. Pierwszą przeszkodą dla wielu chętnych jest dostarczenie w wymaganym terminie (najczęściej 7 dni) niezbędnych dokumentów, takich jak świadectwo urodzenia, fotografie portretowe, dowód zapisania dziecka do szkoły oraz świadectwo wykonanych szczepień. Niektórych uczestników nie stać nawet na zrobienie zdjęcia czy zapłacenie za przejazd, żeby dostarczyć wymagane dokumenty. Często w takich przypadkach pomagają sąsiedzi lub nawet władze barangay, którym zależy, aby jak najwięcej osób zostało zakwalifikowanych do programu.

Jak wskazano wyżej, transfery gotówkowe wypłacane są w zamian za regularne posyłanie dzieci do szkoły (obecność na zajęciach musi wynosić min. 85%), regularne szczepienia ochronne oraz wizyty kontrolne w ośrodkach zdrowia. Jednak w niektórych rejonach Filipin, szczególnie najsłabiej rozwiniętych, spełnienie tych wymogów nie jest wcale łatwe – głównie ze względu na brak dostatecznie rozwiniętej infrastruktury, duże odległości między miejscem zamieszkania a szkołą czy przychodnią. Według danych DSWD 20–30% beneficjentów 4P zostaje po jakimś czasie zdyskwalifikowana właśnie z tego powodu. W przeciwieństwie np. do Meksyku, jednego z liderów wprowadzania warunkowych transferów pieniężnych, który najpierw zapewnił obywatelom łatwy dostęp do podstawowych usług (edukacja, opieka zdrowotna), na Filipinach mamy raczej sytuacje odwrotną: to wymagania programu 4P sprawiają, że „pojawia się” potrzeba budowania nowych placówek edukacyjnych czy ośrodków zdrowia.

Efekty i defekty

Udział w programie 4P dał wielu obywatelom Filipin szansę na lepsze życie, wiarę w siebie, możliwość decydowania o własnym losie i kształtowania lepszego losu swoich dzieci. Dochody uczestników programu wzrosły, środki z programu pomagają w sfinansowaniu przyborów szkolnych czy żywności dla całej rodziny. Od momentu wprowadzenia programu, tj. od września 2007 r. do grudnia 2010 r., liczba gospodarstw domowych objętych pomocą wzrosła 100-krotnie. Prezydent Benigno Aquino III zdecydował o zwiększeniu środków przeznaczonych na 4P. W 2012 r. budżet na ten cel wynosić miał 39 miliardów pesos (tj. ok. 655 mln euro), a objęte programem miały być w sumie 3 mln gospodarstw domowych. W ogłoszonym niedawno budżecie na rok 2013 prezydent Aquino podkreśla potrzebę dalszego wdrażania w życie programu 4P6.

Przeciwnicy warunkowych transferów gotówkowych uważają, że tego rodzaju programy, przeprowadzane w zasadzie w całości przez instytucje międzynarodowe (jak Bank Światowy i inne), odciążają rząd od palących problemów społecznych i pozwalają władzom nie zauważać potrzeby dogłębnych reform. Podkreślają oni, że system nie wspiera redystrybucji dóbr, ponieważ nie oferuje się żadnego transferu od bogatych do biednych. Przeciwnie, ponieważ program finansowany jest z kredytu, tym samym obciąża przyszłych obywateli.


Tabela 1. Zasięg programu Pantawid Pamilya, transze 1–5 (do 27 czerwca 2012), bez uwzględnienia programu pilotażowego (IX–XII 2007 r.)

Transza/rok rozpoczęcia Zakładana liczba gosp. domowych objętych programem Liczba gosp. domowych włączonych do programu Odsetek beneficjentów w zakładanej grupie odbiorców
1 (2008) 343 264 321 380 93,62%
2 (2009) 286 746 272 976 95,20%
3 (2010) 414 697 405 782 97,85%
4 (2011) 1 296 272 1 289 119 99,45%
5 (2012) 766 00 725 329 94,69%
Ogółem: 3 106 979 3 014 586 97,03%

Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20122.

Tabela 2. Zasięg programu Pantawid Pamilya na Filipinach

Jednostka administracyjna Ogółem w kraju Liczba objęta programem 4P % objęty programem 4P
Region 17 17 100,00
Prowincja 80 79 98,75
Miasto 138 138 100,00
Gmina 1496 1261 84,29

Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20124.

Tabela 3. Warunki, jakie muszą spełniać beneficjenci programu Pantawid Pamilya

Członek rodziny Warunki otrzymania transferu gotówki na ochronę zdrowia Warunki otrzymania transferu gotówki na cele edukacyjne
Dzieci od 0 do 5 lat Regularne badania lekarskie. Dzieci od 3 do 5 lat muszą chodzić do przedszkola i wykazać się min. 85% frekwencją.
Dzieci od 6 do 14 lat Przyjmowanie tabletek odrobaczających dwa razy do roku. Dzieci muszą być zapisane do szkoły podstawowej lub ponadpodstawowej i uczestniczyć w min. 85% zajęć szkolnych.
Kobiety ciężarne Przynajmniej jedna konsultacja przedporodowa w trymestrze.Poród przeprowadzony przy udziale wykwalifikowanego personelu.
Beneficjent Uczestniczenie w spotkaniach dot. wspierania rodziny (tzw. family development sessions).

Zwolennicy programu 4P twierdzą, że jest on bardzo przydatnym i względnie skutecznym narzędziem w walce z biedą. Sekretarz Soliman, szefowa Ministerstwa ds. Społecznych i Rozwoju, uważa, że program pomaga ubogim rodzinom nie tylko wyrwać się z dziedziczonego ubóstwa, ale też uwierzyć we własne siły. Tego rodzaju programy, skierowane siłą rzeczy na pomoc doraźną, w dłuższej perspektywie powinny być jednak wspierane przez inne inicjatywy rządu, np. tworzenie nowych miejsc pracy, budowę placówek edukacyjnych, kulturalnych i medycznych oraz działania na rzecz bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.Warto pamiętać, że wiele problemów Filipin, w tym ubóstwo, jest w znacznej mierze skutkiem liberalnej polityki kolejnych rządów, wprowadzających np. jednostronne obniżenie taryf na importowane towary. W wyniku takiej polityki towary sprowadzane z zagranicy mogą konkurować bez przeszkód z lokalnie produkowanymi. Natomiast wyroby filipińskie nie mają większych szans przebicia się na rynku międzynarodowym, głównie przez bardzo wysokie taryfy celne narzucane przez inne kraje. Władze Filipin nigdy nie negocjowały redukcji stawek na swoje towary, czego wynikiem jest duża dysproporcja między tymi importowanymi a eksportowanymi. Gospodarka oparta na wpływach z inwestycji zagranicznych oraz eksporcie surowców sprawiła, że Filipiny są wciąż krajem bardzo podatnym na najmniejsze zachwiania światowego rynku. Prywatyzacja edukacji i opieki zdrowotnej doprowadziła do podziału społeczeństwa na tych, których stać na te usługi, i resztę – zdaną na samych siebie. Zgoda władz na wieloletnią dzierżawę olbrzymich terenów przez międzynarodowe korporacje sprawiła, iż tysiące rolników straciło jedyne źródło utrzymania.W tym kontekście wszelkie działania naprawcze są wskazane i niezbędne. Program 4P w opinii umiarkowanych zwolenników – takich jak np. znany działacz społeczny i krytyk neoliberalnej globalizacji Walden Bello – jest przydatnym narzędziem, jednak nie stanowi rozwiązania kluczowych problemów i wyeliminowania ich przyczyn. Jego zdaniem główną rolę w walce z ubóstwem powinny odgrywać stopniowe wycofywanie się z polityki neoliberalnej, reforma rolna oraz umorzenie długów zagranicznych Filipin (wg danych Banku Centralnego Filipin z września 2012 r. długi Filipin wobec Banku Światowego, Asian Development Bank i innych podmiotów wynoszą 62,5 miliardów USD, stanowiąc tym samym 26,6% PKB kraju7).

Istotnym problemem związanym z właściwą realizacją programów polityki społecznej na Filipinach jest silna pozycja elit, tj. posiadaczy ziemskich, właścicieli plantacji, ludzi związanych z branżą nieruchomości itp. Sfery te, formalnie nie posiadające żadnej władzy, potrafią wciąż, tak jak 50 lat temu, skutecznie blokować wszelkie reformy, w wyniku których straciłyby część wpływów lub zysków. Bardzo trudno zatem przeprowadzić jakiekolwiek głębokie i długofalowe zmiany w kraju.

Mimo to od początku wdrażania Pantawid Pamilyang Pilipino w 2007 aż do dziś rozszerza się zakres programu. Obecnie obejmuje on ponad 30% najbiedniejszych obywateli Filipin. Wdrożenie 4P pozwoliło zmniejszyć poziom ubóstwa w najbiedniejszych rejonach kraju. Około 62% rodzin objętych programem żyło poniżej granicy biedy. Ponad 33% nie było stać na zakup dostatecznej ilości żywności. Pieniądze otrzymane w ramach programu 4P pozwoliły więc tym ludziom zaspokoić podstawowe potrzeby, związane głównie z wyżywieniem rodziny. Według danych Banku Światowego dzięki programowi o ponad 13 punktów procentowych udało się zmniejszyć liczbę osób zagrożonych niedożywieniem lub głodem.Transfery gotówkowe znacznie wpłynęły na wzrost zarobków: z wyliczeń Banku Światowego wynika, że dochody beneficjentów wzrosły per capita o ok. 12%. Jednocześnie poziom ubóstwa spada średnio o 2,6 punktu procentowego na rok, dzięki 4P udaje się też obniżyć różnicę w dochodach między mieszkańcami średnio o 3,6 punktu procentowego rocznie. Poza poprawą warunków życia i pomocą w zaspokojeniu podstawowych potrzeb program 4P – podobnie jak tego rodzaju programy w Brazylii czy Meksyku – przyczynia się do znacznej poprawy poziomu wykształcenia i zdrowia dzieci. Dane z pięciu kolejnych cykli programu Pantawid Pamilya wskazują, że co roku w wycinkowo wybranych okresach dwóch miesięcy ponad 96% dzieci w wieku 3–5 lat uczęszczało regularnie na zajęcia szkolne, podobną frekwencję (ponad 97%) wykazywały dzieci w wieku 6–14 lat. Jeśli zaś chodzi o zobowiązania beneficjentów (rodziców) dotyczące regularnych badań lekarskich dzieci, tu także widać znaczący postęp: ponad 95% dzieci w wieku 0–5 lat oraz kobiet ciężarnych poddawało się regularnym badaniom lekarskim oraz koniecznym szczepieniom ochronnym, zaś 98% dzieci w wieku 6–14 lat regularnie przyjmowało tabletki przeciw pasożytom. Z kolei rodzice w przeważającej większości (96%) uczestniczyli w warsztatach rozwoju osobistego, przedsiębiorczości itp.8Oczywiście są to jedynie dane z krótkiego okresu. Podobnie jak w programach w Meksyku czy Hondurasie, dane wskazują także na spore zaniedbania jeśli chodzi o frekwencję szkolną starszych dzieci i o uczestnictwo w obowiązkowych badaniach lekarskich. Wydaje się jednak, że główne zadania programu Pantawid Pamilya są realizowane z dużym powodzeniem. Nakłady na zapewnienie odpowiednich warunków życia, nauki i opieki zdrowotnej dla najmłodszych obywateli i ich rodzin dają milionom najuboższych dzieci szansę na wyrwanie się z biedy i pozwalają na lepszy start w dorosłe życie. Dzięki stosunkowo sprawnej organizacji i dobremu systemowi definiowania i wyłaniania beneficjentów transferów gotówkowych, program Pantawid Pamilya obejmuje zasięgiem ponad 90% przedstawicieli 40-procentowej, najbiedniejszej części populacji Filipin i pozwala dotrzeć do największej liczby beneficjentów w porównaniu z wcześniejszymi programami pomocy społecznej. Na potrzeby 4P stworzono też olbrzymią bazę danych o obywatelach Filipin, ich warunkach życia, poziomie wykształcenia, infrastrukturze poszczególnych rejonów kraju. Te informacje, wcześniej zbierane wyrywkowo i chaotycznie, stanowią przydatne źródło wiedzy także dla innych projektów pomocowych, a know how organizacji wdrażających program 4P stanowi doskonałą podstawę do realizacji podobnych programów w innych krajach regionu.

Mimo mniej lub bardziej uzasadnionych krytyk program Pantawid Pamilya jest, jak dotychczas, najbardziej efektywnym sposobem walki z ubóstwem na Filipinach. Promuje aktywność i dyscyplinę, ale przede wszystkim stwarza szanse na podstawową edukację dzieciom, które dotychczas musiały pracować, zamiast się uczyć, oferuje opiekę medyczną matkom, dzieciom i kobietom ciężarnym, których do tej pory nie było stać na podstawowe usługi medyczne. Mimo „bagażu” nie zawsze uczciwych praktyk, jakie na Filipinach są wpisane w prawie każdą działalność publiczną, program ten jest dobrym krokiem w kierunku bardziej sprawiedliwego społeczeństwa i efektywniejszej polityki społecznej państwa.

Przypisy:

  1. Według ostatnich dostępnych danych z 2009 r., opublikowanych w 2010 r. przez Bank Światowy: http://www.nscb.gov.ph/pressreleases/2012/PR-201207_PP1_08_fies.asp
  2. www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
  3. http://www.nscb.gov.ph/
  4. www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
  5. http://www.bles.dole.gov.ph/
  6. http://www.gov.ph/2012/07/24/2013-budget-message-
    of-president-aquino/
  7. http://www.philstar.com/business/2012/09/22/851524/phl-external-debt-17–625-b
  8. Luisa Fernandez, Rosechin Olfindo, Overview of the Philippines’ Conditional Cash Transfer Program: The Pantawid Pamilyang Pilipino Program (Pantawid Pamilya), „Philippine Social Protection Note” Maj 2011, nr 2, s. 11.

System pod psem

Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.

Artykuł 1. ustawy o ochronie zwierząt
z dnia 21 sierpnia 1997 r.

Jesienią 2011 roku ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli zawierający ustalenia po kontroli w schroniskach dla zwierząt. Jego wnioski nie są pokrzepiające. Także dla zwolenników tezy, że „prywatne jest lepsze”. Jak się okazuje, nasi „bracia mniejsi” najczęściej padają ofiarą złego traktowania właśnie w prywatnych schroniskach. Nie bez winy są również samorządy. Ale zły los zwierząt wiele mówi również o kondycji społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i o tym, dlaczego naprawdę podejmowane są inicjatywy, które w teorii powinny służyć szlachetnym celom.

Przypomnijmy główne nieprawidłowości, na które zwróciła uwagę NIK w swoim raporcie (dostępnym pod tym adresem). Wynika z niego, że ponad połowa kontrolowanych schronisk dla psów i kotów jest przepełniona. W części z nich zwierzęta są od razu uśmiercane. Chociaż ich liczba w schroniskach rośnie, program zapobiegania bezdomności czworonogów realizuje tylko co trzecia gmina. Ponadto gminy znacznie ograniczają swoje obowiązki nadzorcze wobec podmiotów prowadzących schroniska – kontrolowane są co najwyżej instytucje samorządowe tego typu. W placówkach prywatnych, do których również trafiają pieniądze podatników na mocy umów, jakie zawierają z nimi poszczególne gminy, żaden nadzór zazwyczaj nie istnieje. Osobna kwestia to warunki bytowe i sanitarne w takich przybytkach – nierzadko są to zwykłe umieralnie.

Równie niepokojące są dane bardziej szczegółowe. W gminach skontrolowanych przez NIK stwierdzono następujące nieprawidłowości: a) w 12% jednostek nie przyjęto uregulowań organizacyjnych i prawnych dotyczących wyłapywania bezdomnych zwierząt oraz rozstrzygania o dalszym postępowaniu z nimi; b) w 44% gmin nie określono wymagań, jakie powinien spełniać przedsiębiorca prowadzący schronisko lub inną działalność w zakresie ochrony bezdomnych zwierząt, c) 32% gmin zlecało odławianie bezdomnych zwierząt podmiotom nie posiadającym zezwoleń na taką działalność; d) 24% gmin nie wykonywało albo niewłaściwe wykonywało kontrole usług wyłapywania zwierząt. Natomiast nieprawidłowości stwierdzone w schroniskach polegały głównie na: a) przepełnieniu – odnotowanym w 55% placówek; b) niespełnieniu przez 24% placówek części wymagań weterynaryjnych dotyczących pomieszczeń i wybiegów dla zwierząt oraz stanu technicznego użytkowanych obiektów; c) nierzetelnym i niezgodnym z obowiązującymi przepisami prowadzeniu w 33% schronisk ewidencji i kartotek przebywających tam zwierząt.

Od czasu opublikowania raportu NIK nie wszystko zmieniło się na lepsze. – Schroniska są prowadzone przez prywatne podmioty, które zarabiają na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. To działalność komercyjna. A żeby zarabiać, niekoniecznie trzeba się zwierzętami opiekować – eufemistycznie komentuje sprawę Agnieszka Pawlicka z Fundacji Rottka. Organizacja, którą założyła moja rozmówczyni, zajmuje się przede wszystkim ratowaniem starych i chorych bezdomnych psów, interwencjami i sprawdzaniem warunków, w jakich zwierzęta przebywają. Ponadto ludzie z Rottki kontrolują, jak przeprowadzane i wykonywane są umowy z gminami, a także czy osoby, które wyłapują zwierzęta i zawożą je do schronisk, posiadają na to stosowne zezwolenia. Zdaniem Pawlickiej dla gmin głównie liczą się dwie kwestie: żeby było tanio i żeby pozbyć się psa/kota.

Jak dokładnie wygląda ten proceder? – Pan lub pani X zakłada spółkę i chce zarabiać na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. W związku z tym będą oszczędzali na wydatkach, czyli ograniczali koszty bud, ich ocieplenia, jedzenia dla zwierząt, wybiegów, leczenia, sterylizacji. A ponieważ gminie zależy na tym, aby było jak najtaniej, to osoba, która prowadzi schronisko, musi dać niską cenę. Takie schroniska to teren prywatny – organizacje, które chcą sprawdzić warunki w nich, bardzo często nie są wpuszczane – wyjaśnia pani Agnieszka. Nierzadko gmina płaci jednorazową stawkę wedle metody: w określonym dniu dany pies został złapany przez hycla w zamian za ustaloną kwotę. Tu zwykle kończy się jakakolwiek kontrola ze strony instytucji samorządowych. Później nikt się nie interesuje losem psa, więc można go zagłodzić, uśmiercić. Często zdarza się też tak, że zwierzę złapane w jednej gminie jest wypuszczane w innej i łapane kolejny raz. I następna gmina za to płaci. Tak robi się złoty interes na bezdomnych, schorowanych, nieszczęśliwych istotach.

A jaka w tej sytuacji jest rzeczywistość wielu schronisk? – Porównując standardy placówki, w której pracuję, z innymi schroniskami, widzę skalę problemu. Słabo wyposażone gabinety weterynaryjne, brak indywidualizacji opieki nad zwierzęciem, instrumentalne traktowanie, brak całodobowego nadzoru nad zwierzętami oraz brud – to grzechy większości tego typu instytucji – mówi Joanna Lamparska, pracownica schroniska „Hotel dla zwierząt”, która zajmuje się adopcjami podopiecznych placówki, a prywatnie pomaga seterom i innym potrzebującym psom. – Problem stanowi też brak gminnych, małych schronisk. Przecież dokładniej zajmiemy się dwudziestoma psami niż tysiącem. Ponadto nie tylko jakość schronisk, ale i działań organizacji prozwierzęcych zależy również od ich ukierunkowania: czy faktycznie nastawione są na pomoc, czy fundusze idą na bezdomne zwierzęta… czy też zwierzęta są z nich okradane – stwierdza. Podobnego zdania jest Karolina Gadalska z warszawskiej Fundacji Mikropsy: Pieniądze to nie wszystko – nie każda fundacja potrafi dobrze i efektywnie nimi zarządzać. Znam przykłady, gdzie pomoc, jaką otrzymały zwierzęta, była niewspółmiernie mała pomimo wysokich nakładów finansowych.

Jak wygląda los zwierząt w schroniskach źle zarządzanych z premedytacją lub ze względu na ludzką nieudolność i niefrasobliwość? Magdalena Kordas, również działająca w Fundacji Mikropsy, opowiada: Zamiast dwóch psów jest w kojcu przetrzymywanych sześć. Powoduje to, że słabsze osobniki są eliminowane. Psy nie są wyprowadzane na spacery, walczą o jedzenie czy wodę. Często w kojcu jest za mało bud, więc słabsze osobniki śpią na betonie, co przy jesienno-zimowych temperaturach w Polsce powoduje, że chorują. Wiele także pozostawia do życzenia czystość w boksach. A pies przecież nie poskarży się, że ma brudno. Boksy budowane są często bez pomyślunku. Brak odpływów, budowanie na równym terenie – podczas deszczu zwierzaki stoją po brzuchy w wodzie, brodząc we własnych odchodach. To również powoduje choroby, przede wszystkim przeziębienie czy choroby skóry.

Istotnym problemem jest chaos organizacyjny, na który nakładają się „prywatyzacja” schronisk, organizacyjny bałagan w skali mikro i makro oraz urzędniczy „tumiwisizm”. Świetnie to widać na przykładzie chipowania zwierząt. Niewiele gmin to robi, do tego w bazach danych panuje znaczny galimatias. – Bywa tak, że jeżeli psy są w stadzie, w którym jest na przykład dwadzieścia sztuk, to nawet jeżeli urzędnik przyjdzie sprawdzić zwierzę, to pracownicy nie są w stanie złapać właściwego psa i sprawdzić chipa, bo psy się gryzą między sobą, nie chcą podejść. Często jest też tak, że w schronisku jest pies, który ma trzy chipy, a baza danych obejmuje tylko dane schronisko, nie jest częścią żadnego ogólnopolskiego systemu. Ponadto chipy pod skórą się przemieszczają. Kiedy pies trafia do schroniska, to sprawdza się na karku, gdzie najczęściej się chipy zakłada, a urządzenie jest już często głębiej w ciele. I wówczas jest w ogóle nie do odczytania. Część schronisk nie ma czytników, również straż gminna ich nie posiada – tłumaczy Agnieszka Pawlicka.

Jej zdaniem działalność komercyjna nie sprawdza się w tej dziedzinie, ponieważ właśnie chęć łatwego zysku prowadzi do licznych nadużyć i patologii w obrębie systemu. Z jednej strony marnotrawione są publiczne pieniądze, gdyż przy dzisiejszym stanie rzeczy żadne problemy nie są właściwie rozwiązywane. Z drugiej natomiast samorządy mają kłopoty finansowe: jeśli brak pieniędzy na dożywianie dzieci w szkołach, to kto będzie przejmował się niskimi nakładami gmin na zapobieganie bezdomności zwierząt? Obecna sytuacja sprzyja cichej zmowie milczenia między instytucjami samorządowymi, które wydają pieniądze podatnika, a „psimi przedsiębiorcami”. Urzędnicy mogą udawać, że nie wiedzą nic o fatalnych warunkach w schroniskach, a prywatni właściciele schronisk nie muszą obawiać się nadzoru i kar – nawet jeśli umieralność zwierząt wynika z zaniżania kosztów utrzymania schronisk, to i tak rzadko kogo zainteresuje ten fakt.

Magdalena Kordas opisuje ów proceder tak: Każda gmina ustala coroczny budżet na psy. W budżecie powinny być uwzględnione opieka weterynaryjna, obowiązkowe kastracje zwierząt, szczepienia i utrzymanie. Z całego budżetu przeznaczonego na psy najwięcej zarabia hycel, który za odłowienie psa otrzymuje, w zależności od gminy, od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. To on zgarnia największą pulę. Po opłaceniu prądu, czynszu za pomieszczenia biurowe i socjalne, pensji pracowników i kierownika zostaje „coś” na psy. Często kwota jest niewystarczająca, aby podjąć leczenie, i pies zostaje uśpiony. Ale jest w tym wszystkim również coś więcej, co dobrze znamy z polskich realiów: Właściciel schroniska dobrze zna się z weterynarzem powiatowym, który de facto nigdy nie widzi tego, co widzą przedstawiciele fundacji czy wolontariusze. Burmistrz czy wójt to dobry kumpel z czasów szkolnych lub innych znajomości, a lekarz weterynarii praktykuje swoją wiedzę na koniach i krowach, nie znając się np. na oczach psów czy kotów. I tak biznes się kręci.

Nieco inną perspektywę ma Jagoda Kosmala, prezes Głogowskiego Stowarzyszenia Pomocy Zwierzętom AMICUS: Znamy gminy, które oprócz tego, co zgodnie z ustawą muszą robić, czyli zapewnienia psom miejsca w schronisku, pomagają dodatkowo szukać dla nich nowych domów. Po nowelizacji ustawy, odkąd ten nacisk na zapewnienie zwierzętom miejsca w schronisku jest większy, można zauważyć, że bardzo wiele gmin zaczyna nagle szukać schroniska, z którym mogłoby podpisać umowę. Niestety największą bolączką jest fakt, że w Polsce nie ma takiej ilości schronisk, która mogłaby pomieścić psy ze wszystkich gmin. Z kolei pani Lamparska uważa, że zaletą obecnego ustawodawstwa są wyższe kary za znęcanie się nad zwierzętami i zakaz handlu psami na targowiskach. – Uważam również za istotne wymuszenie na gminach opracowania programu opieki, choć znam gminy, które go nie mają, i nie bardzo ma je kto upomnieć – opowiada.

Jedną z ważniejszych spraw, którą akcentują osoby zajmujące się pomocą dla zwierząt, jest kwestia sterylizacji i kastracji. Zdaniem Karoliny Gadalskiej to jedyna skuteczna metoda ograniczania populacji bezdomnych zwierząt. Służy przy tym znacznemu zmniejszeniu ryzyka występowania szeregu chorób u psów, takich jak ropomacicze, rak sutka, rak jąder i prostaty, hormonozależne choroby skóry. – Oprócz uwrażliwiania ludzi niezbędne jest też nałożenie na schroniska obowiązku bezzwłocznego (po kwarantannie) przeprowadzenia zabiegu sterylizacji/kastracji u wszystkich nowo przybyłych zwierząt – twierdzi Gadalska. Ustawa o ochronie praw zwierząt zawiera odpowiedni zapis: Rada gminy wypełniając obowiązek, o którym mowa w art. 11. ust. 1., określa, w drodze uchwały, corocznie do dnia 31 marca, program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. 2. Program, o którym mowa w ust. 1., obejmuje obligatoryjną sterylizację albo kastrację zwierząt w schroniskach dla zwierząt (Ustawa o ochronie praw zwierząt, rozdział 2. art. 11a. ust. 2. punkt 4.). Jednak niewiele schronisk stosuje się do niego i sterylizuje/kastruje swoich podopiecznych, a w niektórych schroniskach psy są rozmnażane. – Obowiązek sterylizacji i kastracji powinien też dotyczyć wszystkich organizacji działających na rzecz bezdomnych zwierząt, ponieważ nie wszystkie uważają sterylizację za priorytet, a nie pilnując tego, przyczyniają się do zwiększenia bezdomności – dodaje Gadalska.

Jedną z kolejnych polskich bolączek jest bezradność prawa i instytucji wobec prywatnych, niekontrolowanych „rozmnażalni psów”, które ustawa pozwala rejestrować jako stowarzyszenia. Joanna Lamparska stwierdza: Ogromnym mankamentem ustawy o ochronie praw zwierząt jest przyzwolenie na rozmnażanie zwierząt w zarejestrowanych hodowlach. Powstało wiele stowarzyszeń pseudo-hodowli wystawiających swoim kundelkom (w typie rasy) własne rodowody i sprzedających kundelkowe mioty w wygórowanych cenach. Ceny tych psów skoczyły z 200 do nawet 1000 zł. Wiele z tych nowo narodzonych istnień jest okupionych męczarnią swoich matek. Suki rodzą co cieczkę, a warunki przetrzymywania zwierząt zostawiają wiele do życzenia lub wręcz są tragiczne. Na inne problemy z tego typu podmiotami wskazuje Jagoda Kosmala: Kupujemy psa z takiej hodowli, która działa niestety zgodnie z prawem, a później okazuje się, że pies pod względem wyglądu oraz charakteru różni się od znanego nam wzorca ustalonego przez Międzynarodową Federację Kynologiczną. W organizacjach powstałych tylko po to, żeby ominąć ustawę, nie patrzy się na charakter psa – często rozmnażane są osobniki agresywne, co później może prowadzić do tragedii.

Poza tym rzadko kiedy i rzadko kto jest karany za znęcanie się nad zwierzętami. W większości przypadków sprawy są umarzane, prawie nigdy nie udaje się doprowadzić do skazania osób winnych okrucieństwa wobec czworonogów. Prokuratura i policja starają się jak najmniej energii poświęcać tego typu kwestiom. Sądy traktują „zwierzęce sprawy” ze znaczną pobłażliwością.Ostatnio zdarzył się przypadek: właściciel miał psa chorego na nowotwór i wyrzucił go. W uzasadnieniu umorzenia podano, że to nie właściciel spowodował chorobę, że nie miał środków na leczenie i że nie wiedział, co robić – opowiada Pawlicka.

Podobnie jest ze stróżami prawa. Pani Gadalska opowiada: Polskie prawo jest mało restrykcyjne, ale w podstawowym wymiarze zabezpiecza interesy zwierząt. Niestety o wiele gorzej wygląda kwestia jego znajomości i egzekwowania. Dopiero niedawno pojawił się precedens, gdy sprawcy bestialskiego zabójstwa psa zostali skazani na karę więzienia. Takie wyroki powinny być standardem, bo ustawa o ochronie zwierząt daje takie możliwości. Niestety sądy wykazują się dużą pobłażliwością w stosunku do sprawców takich przestępstw. Innym przykładem nieegzekwowania i nieznajomości prawa jest postawa policjantów, którzy wzywani do incydentu zazwyczaj nie podejmują działań, do których są zobligowani ustawą. Często zachowują bierną postawę, która jest cichym przyzwoleniem dla właściciela psa na dalsze bestialskie zachowanie. Policja nie chce się angażować w sprawy związane z ochroną praw zwierząt, niejednokrotnie wykazując się brakiem znajomości ustawy. A to właśnie oni powinni być pierwszą linią obrony w sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia zwierzęcia.

Inny problem to znieczulica społeczna i brak odpowiedniej edukacji, które przekładają się także na przestrzeganie i interpretację prawa. To właśnie „przeciętni obywatele” nie reagują na złe zachowania wobec czworonogów.Wiele osób traktuje zwierzęta jak rzeczy, niespecjalnie posiadające jakiekolwiek prawa. Nawet jeśli ktoś widzi złe traktowanie na przykład psa, to nie chce tego zgłosić – dla świętego spokoju, bo nie chce być świadkiem w sądzie – mówi Pawlicka. Karolina Gadalska dodaje: Z pokolenia na pokolenie przekazywane są stereotypy umiejscawiające zwierzęta jedynie nieco wyżej od rzeczy materialnych. Nawet sama ustawa nie prostuje tych zabobonnych przekonań, nadal zawierając taki oto zapis: „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy” (Ustawa o ochronie zwierząt, rozdział 1. art 1. pkt 2.). Gdyby w mediach mówiło się więcej na ten temat, być może pomogłoby to w uświadomieniu naszego społeczeństwa. Telewizja i prasa mają bowiem nieocenioną siłę nośną. Jednak pojawiają się też głosy, że paradoksalnie sytuacja, w której media informują o wyrokach skazujących w sprawach, gdzie dochodzi do szczególnego okrucieństwa wobec zwierząt, sprawia, iż opinia publiczna jest przekonana, że to norma, a nie rzadki wyjątek.

Przy wszystkich mankamentach polskich realiów często dobre imię nas – ludzi – ratują organizacje obywatelskie. Jedną z nich jest Fundacja Mikropsy. Działa dzięki siatce domów tymczasowych dla psów. Zwierzęta trafią do „rodzin zastępczych” i tam są leczone, socjalizowane, poddawane zabiegom sterylizacji i kastracji. Pies uczony jest także podstawowych zasad życia domowego: utrzymywania czystości, chodzenia na smyczy, obcowania z nieznajomymi ludźmi oraz z innymi zwierzętami. – Wolontariusze z całej Polski przesyłają nam zdjęcia oraz opisy psiaków bytujących w schroniskach, porzuconych przy drogach czy w lasach. Otrzymujemy także zgłoszenia dotyczące psów maltretowanych, zaniedbywanych, głodzonych przez właścicieli lub takich, które służą właścicielom jako źródło utrzymania i są maszynkami do rodzenia szczeniąt sprzedawanych później za kilkaset złotych. Mamy więc pod swoją opieką również psy odbierane interwencyjnie z koszmarnych warunków – opowiada Gadalska.

Podopieczni fundacji dostają własne imiona i numer. Zwierzak ma także portfolio, album ze zdjęciami, powstaje zgodny ze stanem faktycznym opis jego potrzeb, zalet i problemów. – Wtedy zaczynamy ogłaszać psy na portalach internetowych. Ludzi, którzy zgłaszają się do nas w sprawie adopcji, weryfikujemy na podstawie ankiet i wizyt przedadopcyjnych. Finałem jest chwila, gdy przywozimy psinę do nowego domu i podpisujemy w nim umowę adopcyjną, jasno określającą prawa i obowiązki przyszłego opiekuna. Z nowymi właścicielami naszych podopiecznych zostajemy w stałym kontakcie, telefonicznym, mailowym, a od czasu do czasu również osobistym – opisuje procedurę działaczka z Fundacji Mikropsy.

W powszechnej opinii zwierzęta, w tym psy, najgorzej traktowane są na wsi. Ta kwestia pojawiła się także w wypowiedziach polityków. Poseł Eugeniusz Kłopotek z PSLPSL stwierdził kiedyś: „Taka polska tradycja, żeby był pies uwiązany”. Polska wieś kojarzy się zatem z psem trzymanym na krótkim łańcuchu, z boleśnie wżynającą się w szyję obrożą, z ciasną klatką i brudem. Jednak Pawlicka stwierdza: Skąd się biorą psy wyrzucane w las przed wakacjami? Nie z polskiej wsi. Chłop nie pojedzie wyrzucić psa, on go zabije siekierką, utopi, ale nie będzie go wkładać do samochodu, żeby pojechać 40 czy 50 km, wywieźć do lasu. Większość wyrzuconych psów to zwierzęta, które mieszkały w miejskich aglomeracjach, z pewnością 90–95% z nich. Ale Joanna Lamparska podkreśla, że także sytuacja zwierząt na wsi wciąż pozostawia wiele do życzenia: Na wsiach ciągle spotykamy psy przykute do łańcucha, które nie mają odpowiednich warunków do życia, często są to zwierzęta zaniedbane (skołtunione, wychudzone, nieleczone). Jeśli chodzi o znajomość praw zwierząt, to uważam, że w miastach jest ona wyższa. W pewien sposób wymuszają to na nas otoczenie, sąsiedzi, administracja. Karolina Gadalska uważa, że sytuacja zwierząt w mieście jest lepsza: W dużych miastach zwierzęta spełniają najczęściej rolę towarzyszy, ich właściciele mają większy dostęp do opieki weterynaryjnej oraz sklepów z akcesoriami dla zwierząt. Na wsi pokutuje pogląd, że zwierzę powinno spełniać funkcję użyteczną, dlatego też lepiej traktowane są zwierzęta hodowlane, a gorzej psy, których jedyną funkcją jest stróżowanie. Ponieważ niska jest również świadomość społeczna dotycząca sterylizacji i kastracji zwierząt, ich niekontrolowany rozród powoduje, że zamiast leczyć czy dobrze karmić swojego psa, właściciel woli w miejsce chorego zwierzęcia wziąć nowe, zdrowe.

Co mogłoby pomóc? Zdaniem osób pracujących na rzecz zwierząt potrzeba nie tylko środków z budżetu państwa. Również samorządy mogłyby prowadzić międzygminne schroniska. Gdyby kilka gmin wspólnie znalazło teren, wybudowało schronisko i je kontrolowało, to łatwiej byłoby o sfinansowanie inwestycji i zadbanie o prowadzenie jej zgodnie z prawem i zasadami humanitarnymi. Jednak urzędnicy nawet nie podejmują takich prób. Natomiast Jagoda Kosmala uważa, że Schroniska powinny być prowadzone przez organizacje społeczne, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, a nie przez osoby prywatne. Na pewno poprawiłoby to los wielu zwierząt. Na jeszcze inną kwestię zwraca uwagę Anna Gorajska, wolontariuszka zajmująca się przede wszystkim bezdomnymi kotami, pracująca dla jednej z łódzkich fundacji prozwierzących: W Polsce każdy może pracować w schronisku, więc często są to ludzie, którzy nie są w stanie znaleźć innej pracy, niekoniecznie nawet lubiący zwierzęta. A przykładowo w Niemczech działają trzyletnie szkoły kształcące przyszłych pracowników takich podmiotów: to zawód jak każdy inny, trzeba się do niego porządnie przygotować.

Czy prawo aktualnie obowiązujące w Polsce w znaczącym stopniu przyczynia się do efektywnych zmian na lepsze? Zdaniem Agnieszki Pawlickiej obecne rozwiązania mają w dużej mierze charakter fasadowy. – Panują różne opinie na temat prawa w Niemczech czy w Danii. Tam zwierzęta są usypiane po sześciu miesiącach, jeśli nie znajdzie się dla nich dom – może to budzić wiele wątpliwości. Ale czy lepiej przez dziesięć lat trzymać je w schronisku na łańcuchu i karmić co trzeci dzień? W tej chwili w Polsce jedno, z czym na pewno mamy do czynienia, to – chcę mocno te słowa podkreślić – ogrom bezdomnych zwierząt. A prawo w obecnej formie przede wszystkim sprzyja temu, by zarabiać na bezdomnych zwierzętach.

Jako pozytywy polskiego prawa Karolina Gadalska wskazuje np. wprowadzenie w nowelizacji zapisu o zakazie handlu zwierzętami domowymi oraz hodowania ich w celach handlowych, ograniczenie więzienia psów przy budach na krótkich łańcuchach (w tej chwili długość uwięzi to co najmniej 3 metry) czy w kojcach (mogą bytować w ten sposób do 12 h na dobę). Dodaje ona jednak, że wprowadzenie tych zmian to dopiero początek, bo w tej chwili mamy do czynienia z martwym prawem. Obecne przepisy umożliwiają także interweniowanie w trudnych sprawach. – Upoważniony członek organizacji, której statutowym celem jest ochrona zwierząt, może w sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu zwierzęcia podjąć decyzję o odbiorze go właścicielowi – niestety często inne instytucje nie chcą się w to mieszać i wolą udawać, że nic się nie dzieje – mówi Jagoda Kosmala.

Karolina Gadalska opowiada, że w ramach działalności w jej fundacji największy nacisk kładzie się na edukację dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Chodzi bowiem nie tylko o to, aby przeciwdziałać skutkom obecnej sytuacji, ale także im zapobiegać: Uwrażliwiamy najmłodszych na potrzeby psów, uczymy, jak zajmować się pupilami, opowiadamy o radości, jaką można czerpać z kontaktu z psem, zaznaczając jednocześnie, jak duży jest to obowiązek. Ważnym tematem jest dla nas również zachowanie bezpieczeństwa w kontaktach z czworonogami. Żeby zajęcia były dla dzieci ciekawe i zakorzeniały w ich świadomości jak najwięcej istotnych dla nas rzeczy, w prelekcjach towarzyszą nam specjalnie do tego celu przygotowane, zrównoważone, zdrowe, łagodne psy (wszystkie adoptowane ze schronisk). Mam nadzieję, że dzięki edukacji uda nam się coś zmienić i stworzyć bardziej świadome przyszłe pokolenie. Jagoda Kosmala uważa, że bardzo często nieodpowiednie podejście do zwierząt nie wynika ze złej woli, lecz po prostu z niewiedzy – zwykle poważna, dobrze uargumentowana rozmowa wystarczy, aby właściciel zmienił podejście do swoich czworonogów.

Joanna Lamparska akcentuje wyzwania właśnie z tej dziedziny: Wciąż brakuje odpowiedniej edukacji, wychowania już w najmłodszych latach w poszanowaniu naszych braci mniejszych, brakuje nauki wrażliwości oraz uświadamiania w kwestii tego, że zwierzęta mają swoje prawa i że ich łamanie jest przestępstwem. Ilość zwierząt porzuconych i nigdy przez nikogo nie szukanych, ilość drastycznych przypadków okrucieństwa i znęcania się nad nimi rysuje bardzo ponury obraz ludzkich postaw i naszej kultury.

Autor chciałby podziękować za pomoc przy pisaniu tekstu Marii Apoleice, Ilonie Darmach, Marii Szpunar.

Karolina Gadalska w trakcie przygotowywania tekstu kończyła współpracę z Fundacją Mikropsy.


Poniżej prezentujemy list naszej Czytelniczki, nadesłany po lekturze tekstu Krzysztofa Wołodźki o sytuacji bezdomnych zwierząt:

Dla zwierząt?

Moja trzecia w tym roku próba uaktywnienia się w walce o prawa zwierząt w organizacjach warszawskich. Strona internetowa zachęca do zgłoszenia się na wolontariat. Instrukcja mówi jasno żeby wypełnić formularz i dostarczyć do biura. Jadę na Wolę pełna nadziei i zapału. Wcześniej dzwonię na numer podany na stronie, ale nikt nie odbiera. Znajduję siedzibę organizacji z wielkim plakatem przed wejściem. Niechętnie otwiera mężczyzna, którego imienia nigdy nie poznałam.
– Dzień dobry, chciałabym do Was dołączyć. Na stronie jest napisane, że można się zgłosić więc się zgłaszam. Mam wypełniony formularz. Stoję przed drzwiami siedziby organizacji, obok tablicy dumnie wymieniającej sponsorów. Pan X patrzy na mnie jak bym się urwała z choinki i w końcu słyszę:
– Chodzi o wolontariat? Proszę przyjść jutro.
– Ale jechałam przez całe miasto żeby tu przyjechać.
– No dobrze, proszę.
– Pewnie Pan jest zajęty? – Pytam z nadzieją, że dzieje się tam coś ważnego i dlatego nie może mi poświęcić chwili.
Siedzimy na korytarzu. Zamknięta postawa, skrzyżowane ręce, skrzyżowane nogi. Ogląda moje zgłoszenie.
– To jak Pani zamierza pomagać, skoro Pani musi jechać przez całe miasto?
– Chodzi mi o to, że poświęciłam dziś swój czas, wyrwałam się z pracy.
– To Pani pracuje? – Wyrzut w głosie. Jakby praca przekreślała moje i tak już raczej marne szanse stania się wolontariuszką tej Organizacji Pożytku Publicznego.
– No skoro to ma być wolontariat to chyba muszę z czegoś żyć.
Brak komentarza. Chyba dałam znać, że jestem chętna opłacać składki.
– Proszę, zapraszam.
Wchodzę do biura gdzie drugi mężczyzna siedzi przy komputerze i chodzą dookoła dwa psy.
– Proszę się nie bać. – Słyszę i odpowiadam:
– Ale ja się nie boję.
– To źle, że się Pani nie boi, to są zwierzęta.
Pan X prosi mnie o złożenie podpisu pod formularzem.
– I już, o nic mnie Pan nie zapyta? – Pytam już wyzuta ze złudzeń o dobrej woli tej organizacji. Patrzę na przypiętą do ubrania plakietkę z nazwą organizacji i wyraźnym ‘Przekaż 1%’.
– Za chwilę, zapomniała się Pani podpisać.
– A, przepraszam. – Podpisuję się, po czym rzeczywiście pada pytanie:
– Ma Pani kopię dowodu osobistego?
– A czy to konieczne? – Pytam. Pada wymijająca, niejasna odpowiedź.
– Chyba już i tak podałam za dużo informacji o sobie.
Pan X oddaje mi dokumenty i słyszę:
– Proszę opuścić biuro. – Wskazuje mi drzwi całą długością swojego ramienia.
– Wie Pan co, przychodzę z dobrego serca a Pan mnie traktuje jak wroga.
– Proszę opuścić biuro. Patrzę na Pana Y, który siedzi przed komputerem, ale odpowiedzią jest brak reakcji.
– Co ja takiego zrobiłam? – Pytam.
– Nic Pani nie zrobiła. Proszę wyjść. – Atmosfera staje się coraz bardziej gęsta.
– Dobrze, Jezu, do widzenia. – Zamykam za sobą drzwi. W drodze powrotnej próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: Co ja takiego zrobiłam, że zostałam wyrzucona? To, że przyszłam z ulicy żeby zgłosić się do pomocy? Dla kogo piękna strona internetowa, a zwłaszcza część, która zachęca do wstąpienia w szeregi mundurowych walczących o prawa zwierząt? O co tak naprawdę walczy ta organizacja?

Cały czas wierzę, że są ludzie, którym los zwierząt też nie jest obojętny. I bardzo chciałabym mieć takie przekonanie, że 1% podatku, który oddajemy, rzeczywiście będzie wykorzystane dla ochrony zwierząt, biednych i chorych a nie własnych interesów zarządu organizacji.

(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)


Przestańmy strzelać sobie w stopę

Zewsząd słyszymy, że należy budować „gospodarkę opartą na wiedzy”, „polską Dolinę Krzemową” itp. Produkcja żywności nie kojarzy się z motorem rozwoju ekonomicznego.

Jan Krzysztof Ardanowski: Polskie rolnictwo jest w miarę nowoczesne, możemy konkurować z silnymi krajami rolniczymi Europy Zachodniej: Niemcami, Francją, Danią czy Holandią. Co więcej, jego potencjał produkcyjny jest w znacznej mierze niewykorzystany, gdyż przez cały okres powojenny miał miejsce transfer pieniędzy z obszarów wiejskich do przemysłu, do miast. Ten potencjał należy wykorzystać w znacznie większym stopniu, z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze ludzi na świecie będzie przybywać, a nowych terenów pod uprawy zbyt wielu nie ma; już teraz w niektórych regionach świata nie sposób zwiększyć produkcji rolnej bez poważnych ubocznych skutków dla przyrody i środowiska. Polska ma ok. 15 mln ha użytków rolnych, co sytuuje ją na poziomie zbliżonym do Francji i Niemiec, dlatego może być liczącym się w skali Europy producentem żywności, uzyskując z tego duże dochody.

Drugi powód sprowadza się do pytania: jeżeli zniszczymy rolnictwo, to co będziemy sprzedawać innym krajom? W obliczu upadku wielu dziedzin wytwórczości sektor produkcji rolnej zaczyna stabilizować nasz eksport, korzystając z przekonania europejskich społeczeństw, że polska żywność jest zdrowa, bezpieczna i smaczna. Oczywiście rolnictwo samo nie udźwignie całej gospodarki, musi w Polsce zaistnieć polityka proprzemysłowa, której brak woła o pomstę do nieba.

Podsumowując, warto wspierać rolnictwo, gdyż zaspokaja ono potrzeby społeczeństwa, jest szansą na poprawę bilansu handlowego, a jednocześnie stanowi część odpowiedzi na globalne wyzwania. Tymczasem wygląda na to, że dla obecnej koalicji rządzącej nie jest to istotna sprawa. Rolnictwo zostało powierzone PSL-owi, który bardziej martwi się, ile jeszcze etatów w instytucjach okołorolniczych jest w stanie zapełnić swoimi działaczami niż optymalnym kierunkiem rozwoju rolnictwa. Również Platforma wykazuje daleko posunięte désintéressement sprawami tego sektora.

Ostatnie lata były dla niego okresem sporych zmian.

Po wejściu do Unii Europejskiej, ale również podczas 10-letniego okresu stowarzyszeniowego, zaszło wiele pozytywnych przemian, m.in. unowocześnienie technologii oraz inwestycje w przemysł rolno-spożywczy. Jednocześnie pochopne przyjmowanie rozwiązań unijnych – bez zrozumienia, że zwłaszcza w przypadku produkcji na mniejszą skalę istnieje szereg możliwości odejścia od restrykcyjnych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych – doprowadziło do upadku bardzo wielu rzeźni, zakładów przetwórstwa mięsa czy owocowo-warzywnych. Nieuzasadnione było także zamykanie cukrowni – okazuje się, że cukru w Europie brakuje, a my zamiast być dużym producentem, stajemy się importerem.

Niestety w ostatnich latach błędy się nasilają, czego jaskrawym przykładem jest rynek wieprzowiny. Byliśmy jej ogromnym producentem, klasyczne śniadanie Brytyjczyka stanowiły jajka na polskim bekonie. „Radosna twórczość” PSL-u i Platformy sprawiła, że nie tylko eksport jest iluzoryczny, ale jeszcze na potrzeby wyżywienia własnego narodu importujemy ok. 50% mięsa wieprzowego, często mizernej jakości. To pokazuje, że rządzący Polską nie mają pomysłu na politykę wobec rolnictwa, która pozwoliłaby rozwijać jego możliwości produkcyjne, a zarazem tworzyła podstawy ekonomiczne utrzymania gospodarstw.

Również w dziedzinie nieżywnościowych surowców rolnych stajemy się coraz bardziej zależni od importu.

Od międzywojnia były one dla rolników ważnym źródłem dochodu, a jednocześnie pozwalały utrzymywać całe sektory. Len wraca do łask, niestety dostępna w Polsce odzież najczęściej wykonana jest z surowca włoskiego. Pozwoliliśmy upaść ogromnemu sektorowi produkcji lniarskiej, podobnie było zresztą z uprawami konopi.

Polska była kilkadziesiąt lat temu samowystarczalna w zakresie produkcji białka. Niemal w każdym gospodarstwie uprawiano łubin, bobik, groch czy wykę, które były później podstawą komponentów białkowych w paszach. To wszystko upadło, ponieważ całkowicie uzależniliśmy się od importu soi modyfikowanej genetycznie, której rynek opanowany jest przez kilka globalnych firm, takich jak Cargill. Niezależnie od wielce prawdopodobnej szkodliwości GMO, jest to skandalem ekonomicznym. Wydajemy rocznie ok. 4 mld zł na import soi z obu Ameryk, podczas gdy te pieniądze mogłyby zostać w kieszeniach polskich rolników – jako oszczędności lub dochody. Tym bardziej, że źródło białka paszowego mogą stanowić również śruty poekstrakcyjne roślin oleistych czy suszony wywar gorzelniany z kukurydzy, na wielką skalę wykorzystywany w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie uzależniają świat od soi, ale u siebie nie stosują jej masowo w żywieniu zwierząt.

Nieporozumieniem są również niektóre kierunki przetwarzania produktów rolnictwa. W 2006 r. Prawo i Sprawiedliwość zainicjowało rozwój sektora biopaliw, jednak za wzrostem produkcji rzepaku nie poszły działania kolejnej ekipy rządzącej, które stymulowałyby przerób tego surowca. W efekcie co najmniej połowa produkowanego rzepaku jest wywożona do Niemiec, skąd wraca do Polski jako dodatek do paliw. Niemcy mają wartość dodaną i miejsca pracy, zostają im również śruty poekstrakcyjne, a przecież to wszystko mogłoby stanowić ważny element naszej gospodarki, oparty o surowce rolnicze.

Wracając do kwestii pasz: producenci mięsa przekonują, że import soi zwiększa bezpieczeństwo żywnościowe kraju.

Znam wyliczenia różnych domorosłych naukowców, którzy twierdzą, że gdyby go wstrzymać, to koszty produkcji żywca wieprzowego, drobiu i jaj wzrosną nawet o kilkadziesiąt procent. Jeżeli półtora roku temu soja w obrocie międzynarodowym kosztowała 900 zł, a w ostatnich miesiącach 2,5 tys. zł za tonę, to w oparciu o którą cenę była robiona powyższa kalkulacja? Przywołany argument jest całkowicie bałamutny.

W 2011 r. rząd argentyński doszedł do wniosku, że trzeba przyhamować eksport soi z tego kraju, ponieważ szkodzi to w jakiś sposób jego gospodarce. Argentyna z dnia na dzień podwyższyła cło wywozowe o 11 pkt. proc., co miało istotny wpływ na światowe ceny soi, podobnie jak ogromna susza w Stanach Zjednoczonych rok później. Czyli mamy być zależni od chimerycznych – zarówno pod względem wielkości, jak i ceny – dostaw soi, mając własne możliwości produkcji? Trzeba być durniem, żeby myśleć w ten sposób.

Argument o wzroście cen żywności pochodzi od międzynarodowych koncernów. One same trzymają się w cieniu, ich tubami propagandowymi są nieuczciwi naukowcy i naiwni działacze organizacji rolniczych, którzy widzą tylko czubek własnego nosa. Jedyne, co ich interesuje, to bieżące dostawy komponentów białkowych, ale zupełnie nie zastanawiają się nad optymalnym kształtem tego rynku.

Potrafię ich zrozumieć. Białko sojowe można kupić już teraz, produkcja pasz z krajowych surowców pozostaje postulatem.

Jestem przeciwnikiem masowego importu soi, ale nigdy ani ja, ani Prawo i Sprawiedliwość nie mówiliśmy, że należy go z dnia na dzień zakazać. Gdy w 2006 r. wprowadziliśmy zakaz importu soi modyfikowanej jako źródła białka, towarzyszyło mu dwuletnie moratorium. Okazało się ono jednak za krótkie, więc również posłowie PiS, z ciężkim sercem, zgodzili się dać rządowi dodatkowe 4 lata na zbudowanie rynku krajowych surowców białkowych. Tymczasem widzimy, że przez te lata rząd Tuska praktycznie nic w tym kierunku nie zrobił, a nawet było takie mruganie okiem: „dobra, dobra, w 2012 r. przyjdzie termin, to przedłużymy po raz kolejny”. Przy takim podejściu nigdy nie stworzymy alternatywy dla importowanej soi.

Unia Europejska oraz państwa zachodnie zaczynają się budzić w tej kwestii. Rozmawiałem niedawno z francuskim ministrem rolnictwa, Stéphanem Le Follem, który zapowiedział, że jego kraj uruchomi duży program produkcji białka ze źródeł własnych, ponieważ jest żywotnie zainteresowany uniezależnieniem się od firm amerykańskich. Nasi mędrkowie lubią się powoływać na Zachód, ale niewiele o nim wiedzą.

Jest jeszcze jeden ważny wątek tej sprawy. Jeżeli ktoś twierdzi, bo tak go w szkole nauczono, że nie można zastąpić soi w żywieniu brojlerów kurzych czy prosiąt – przy czym wielu naukowców przekonuje, że i bez niej można skonstruować znakomite i konkurencyjne cenowo pasze – to okazuje się, że można z dużym powodzeniem uprawiać soję niemodyfikowaną także w Polsce. W 2012 r. uprawiano ją u nas na ok. 1,5 tys. ha, a moglibyśmy bardzo szybko kilkudziesięciokrotnie zwiększyć ten areał. Szczególne nadzieje można wiązać z Annuszką, ukraińską odmianą, która w polskich warunkach daje nawet dwa razy wyższe plony niż soja w Ameryce. Można iść w tym kierunku, ale wymaga to przynajmniej czasowego wprowadzenia mechanizmów pobudzających rozwój produkcji, jak dopłaty do materiału siewnego czy wpisanie soi na listę roślin uprawniających do płatności uzupełniających. Zgłosiłem takie postulaty ministerstwu rolnictwa i mam nadzieję, że rozum będzie ważniejszy niż zacietrzewienie PSL-u.

Trzeba również szybko przeprowadzić badania na potrzeby dopuszczenia jakiegoś herbicydu do stosowania w uprawach soi, ponieważ w tej chwili na liście zarejestrowanych środków nie ma ani jednego i rolnicy są w pewnej pułapce. Może zresztą o to właśnie chodziło, o niedopuszczenie do uprawiania tej rośliny w Polsce? Mam nadzieję, że rząd szybko załatwi tę sprawę.

Podsumowując: nie musimy i nie powinniśmy być uzależnieni od genetycznie modyfikowanej soi amerykańskiej. Mamy ogromne możliwości produkcji komponentów białkowych, co byłoby korzystne dla rolników, reszty społeczeństwa oraz dla bilansu handlowego kraju.

Odnoszę wrażenie, że w kwestii stosowania GMO w rolnictwie świadomość ryzyka zdrowotnego i ekologicznego jest w społeczeństwie znacznie większa niż w odniesieniu do zagrożeń o charakterze ekonomicznym.

Gdy rolnik kupuje kwalifikowany materiał siewny, to nasiona z kolejnych zbiorów może wysiewać jeszcze przez kilka lat i uzyskiwać satysfakcjonujące plony. W przypadku roślin modyfikowanych nie ma takiej możliwości – umowa licencyjna wymaga, by nasiona były kupowane co roku. Ponadto, co szczególnie dobrze widać na przykładzie Indii, dopóki jest konkurencja na rynku, to ceny nasion modyfikowanych są niskie, ale po wyeliminowaniu roślin konwencjonalnych i uzależnieniu rolników od nasion pochodzących z zakupu te ceny dramatycznie rosną.

Następuje również całkowite uzależnienie od stosowania konkretnych herbicydów. Zdecydowana większość roślin nie jest bowiem zmodyfikowana tak, aby dawać większe plony, lepiej wykorzystywać wodę lub móc rosnąć na terenach zasolonych. Modyfikacje idą w kierunku uodpornienia na wybrane substancje aktywne środków ochrony roślin. W efekcie chłop uzależnia się zarówno od kupna nasion, jak i od określonego preparatu. Produkcja Roundupu, na którego substancję aktywną, czyli glifosat, odpornych jest wiele odmian GMO, w ostatnich latach wzrosła o 1500%, zaś jego cena – kilkakrotnie. To wszystko niesie konsekwencje ekonomiczne dla rolników.

Jest jeszcze jeden problem. Marka polskiej żywności opiera się na powszechnym przekonaniu, że w jej produkcji stosujemy mało chemii i że jest wolna od GMO. Miałem okazję spotykać się z przedstawicielami państw poszukujących żywności, np. krajów północnej Afryki, gdzie ze względu na postępujące zmiany klimatyczne rolnictwo zanika, a jednocześnie przybywa ludności. Mogłyby być one znakomitym rynkiem zbytu dla produktów naszego rolnictwa, ale warunkiem bardzo często jest właśnie to, aby było ono wolne od GMO. Jeżeli stracimy ten atut marketingowy, to strzelimy sobie w stopę. Mając tak dużą przewagę konkurencyjną, chcemy to wszystko zniszczyć, a rząd nie reaguje, lecz patrzy jak wół na malowane wrota.

Koalicja rządząca twierdzi, że podejmowane przez nią działania legislacyjne obronią Polskę przed GMO.

Klub Prawa i Sprawiedliwości optował za tym, żeby wprowadzić stosowny zakaz w formie ustawy, a następnie iść na spór prawny z Komisją Europejską do Trybunału Sprawiedliwości i tam bronić swoich racji. W czasie debaty, którą zorganizował w lutym 2012 r. prezydent Komorowski, nawet przedstawicielka Ministerstwa Spraw Zagranicznych mówiła, że Polsce żadne kary nie grożą. Jednak przegraliśmy w Sejmie, gdyż koalicja uznała, że lepszym rozwiązaniem będzie wprowadzenie zakazu rządowego w formie rozporządzenia. I tak się stało, ale trzeba zwrócić uwagę na kilka aspektów problemu. Po pierwsze obowiązuje zakaz uprawy, ale nie obrotu, w związku z czym nadal będzie można handlować nasionami GMO. Po drugie nie wiadomo, czy instytucje odpowiedzialne za kontrolę żywności i upraw, takie jak Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, inne inspekcje w ramach administracji zespolonej czy policja, są przygotowane, aby ten zakaz skutecznie egzekwować. Przypomnę też, że ustawa, która do niedawna obowiązywała, przewidywała za uwolnienie GMO do środowiska karę do 8 lat więzienia. W ramach obecnych rozwiązań gdy ktoś wysieje modyfikowane nasiona, to grozi mu grzywna w wysokości 200% ich ceny, czyli kilkaset złotych na hektar. To tworzy dla niektórych rolników, nie rozumiejących zagrożenia płynącego z GMO, silną pokusę: „Nawet jak mnie nakryją, nic wielkiego mi nie grozi”. Kary muszą być dotkliwe i obejmować także zniszczenie nielegalnej plantacji. Widzimy więc, że zabezpieczenia wprowadzone przez rząd są zbyt mizerne.

Poza tym na rejestrację na poziomie europejskim czeka wiele nowych odmian roślin modyfikowanych, m.in soi oraz rzepaku. Czy każdorazowo, gdy w Unii Europejskiej pojawi się nowa odmiana, rząd będzie natychmiast wydawał dodatkowe rozporządzenie? Będziemy bardzo bacznie patrzyli mu na ręce.

Istnieje jeszcze jedno zagrożenie. Rząd jako uzasadnienie zakazu podał, że pyłek kukurydzy MON 810 jest szkodliwy dla zdrowia. Jeżeli Komisja Europejska przyjmie niedawny raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności, jak się wydaje dość nierzetelny, to stracimy podstawę merytoryczną zakazu – mowa tam bowiem o nieszkodliwości wspomnianego pyłku. Wystąpiłem do resortu rolnictwa oraz sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi z wnioskiem, by poszukać innych argumentów naukowych, które mogłyby zostać wówczas wykorzystane.

Obawiam się, że uprawy GMO mogą się w Polsce pojawić pomimo rządowego zakazu. Trzeba zrobić wszystko, żeby do tego nie doszło.

Pozostając przy kwestii szeroko rozumianego bezpieczeństwa żywnościowego: jednym z podstawowych mechanizmów, które mają je zapewnić, jest system dopłat podtrzymujących opłacalność rolnictwa.

W Polsce w zakresie dopłat bezpośrednich obowiązuje tzw. system SAPS, na który zdecydowaliśmy się, wchodząc do UE. Wydaje mi się, że spełnia on swoją rolę: jest prosty, zrozumiały dla rolników, a ponadto nie wiąże im rąk, umożliwiając modyfikację produkcji w zależności od potrzeb rynkowych. Mówi się jednak o głębokich zmianach systemu płatności bezpośrednich i oparciu go o tzw. uprawnienia, które mają wartość niematerialną i w pewnym sensie są oderwane od uprawy. Można sobie wyobrazić rolnika, który nie uprawia ziemi, a dostaje uprawnienie, albo takiego, który wydzierżawia komuś swoje grunty, lecz uprawnienie zostaje u niego. To jest dla rolników dość trudne do zrozumienia i nielogiczne, jednak wygląda na to, że Komisja Europejska będzie chciała ten system forsować. Dlatego do końca nie rozumiem zachowania polskiego rządu. Wydaje się, że trzeba mocniej lobbować w Brukseli albo szukać sojuszników wśród innych krajów, żeby utrzymać dotychczasowy system lub nadać nowym rozwiązaniom taki kształt, aby nie pogorszyły konkurencyjności naszego rolnictwa. Bo może się okazać, że jeżeli oprzemy się na systemie uprawnień, to stracimy część należnych nam pieniędzy, gdyż rolnicy nie będą w stanie złożyć stosownych wniosków tak, żeby wykorzystać całą pulę środków. Nie mają bowiem odpowiedniej wiedzy oraz umiejętności, a nikt ich na razie do zmian nie przygotowuje.

Drugi problem, chyba ważniejszy, stanowi wielkość dopłat.

Przypomnę, że po akcesji otrzymaliśmy gorszy system wsparcia bezpośredniego niż „stare” kraje UE. Trochę go poprawiamy płatnościami krajowymi, obciążającymi budżet państwa, ale mimo wszystko łączne wsparcie jest nadal znacznie mniejsze niż dopłaty, które otrzymują nasi główni konkurenci, czyli rolnicy niemieccy, francuscy, duńscy czy holenderscy. Nawet rolnictwo na południu Europy, mimo iż jest tam bardzo często kwiatkiem do kożucha, otrzymuje o wiele więcej środków niż nasze.

Niestety wygląda na to, że polscy negocjatorzy, z premierem na czele, nie traktują poważnie walki o wyrównanie dopłat bezpośrednich. W ramach kończącej się „siedmiolatki” na wsparcie dla rolnictwa otrzymaliśmy 135 mld zł, tymczasem Donald Tusk powiedział swego czasu publicznie, że na lata 2014–2020 nawet 100 mld wystarczy mu do dobrego samopoczucia oraz uznania, że odniósł sukces. Jeśli rząd oczekuje mniej, niż zamierza nam dać Komisja Europejska, to jest to działanie na szkodę własnego społeczeństwa i gospodarki. Mamy obecnie podobne ceny środków produkcji jak w Europie Zachodniej, jedynie koszty pracy są nadal niższe. Innymi słowy: możemy konkurować wyłącznie poziomem życia zatrudnionych w rolnictwie. W tej sytuacji dopłaty bezpośrednie, stanowiące obecnie 40–50% dochodów gospodarstw, decydują o ich konkurencyjności. Nie umiemy o nią walczyć, skoro rząd, a w szczególności PSL, mówi tak: „brać, co dają, bo mogliby nie dać nic”.

Kiedy wchodziliśmy do Unii, układ był następujący: ponosimy ogromne koszty dostosowania się do funkcjonujących w niej przepisów, w zamian za co zyskujemy prawo do wsparcia. Polscy negocjatorzy, SLD z PSL-em, zgodzili się, byśmy przez 10 lat byli „gorszym Europejczykiem”, jednak teraz, gdy spełniliśmy już wszystkie kryteria, należą nam się jednakowe dopłaty. Każde odejście od wyrównania płatności jest łamaniem Traktatu Europejskiego i Polska powinna bardzo mocno podnosić ten argument; zresztą z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości udało się w ubiegłym roku przyjąć niemal jednobrzmiące uchwały Sejmu i Senatu, które były apelem do rządu w tej sprawie. Dopłaty bezpośrednie stanowią prawo przysługujące wszystkim krajom Wspólnoty, niezależne od dobrej woli jakichś wujków z Brukseli, którzy może nam coś dadzą, a jeśli będziemy niegrzeczni, to nie dadzą albo zabiorą.

Niestety, negocjacje budżetu Unii Europejskiej dla rolnictwa i obszarów wiejskich okazały się klęską. Premier Tusk dla PR-owego, propagandowego „sukcesu” uzyskania 300 mld na politykę spójności praktycznie poświęcił środki należne Polsce w ramach I i II filara Wspólnej Polityki Rolnej.

Bezpieczeństwo żywnościowe to także mechanizmy chroniące uprawny charakter oraz polską własność gruntów.

Nie wypracowaliśmy rozwiązań, które skutecznie chroniłyby naszą ziemię uprawną – dobro narodowe, którego może już tylko ubywać, np. pod zabudowę i infrastrukturę. Wszystkie kraje europejskie na różne sposoby je chronią, przede wszystkim udostępniając grunty swoim rolnikom. W Polsce istnieje, owszem, wynegocjowana z Unią Europejską i obowiązująca do 2016 r. prawna ochrona ziemi przed wyprzedażą obcokrajowcom. Żeby nabyć nieruchomość rolną, obywatel kraju innego niż Polska musi uzyskać zgodę dwóch ministerstw, dlatego areały kupione bezpośrednio przez obcokrajowców, w sposób zgodny z prawem, nie spędzają snu z powiek. Przepisy są jednak nieszczelne. Często stosuje się wybieg formalny, mianowicie ziemię kupuje spółka z udziałem Polaka, który następnie zbywa swoje udziały pozostałym wspólnikom, np. Niemcom. Drugi sposób: do przetargu ograniczonego na duże powierzchnie z państwowego zasobu przystępuje rolnik, który ma do tego prawo, czyli jest z terenu, na którym się on toczy, posiada wykształcenie rolnicze i prowadzi własne gospodarstwo, często karłowate. Wygrywa, po czym wyciąga kilka milionów złotych. Ten człowiek w życiu nie widział takich pieniędzy, ktoś mu je na chwilę pożyczył – pod zastaw nabywanej ziemi – żeby obejść wymogi przetargu ograniczonego. Rolnicy zgłaszali, że przejmowanie gruntów metodą „na słupa” ma charakter masowy, przede wszystkim w Polsce zachodniej, ale reakcja rządu i Agencji Nieruchomości Rolnych była żadna; minister rolnictwa jedynie zaapelował, aby izby rolnicze pilnowały poprawności przetargów. Tymczasem samorząd rolniczy nie ma przecież żadnych możliwości sprawczych wobec CBA, urzędów skarbowych czy wydziałów policji do walki z przestępczością gospodarczą, a tylko narzędziami skarbowymi i śledczymi można sprawdzić, czy ktoś nie jest podstawiony, skąd ma pieniądze itd. Prawo i Sprawiedliwość zaproponuje niedługo rozwiązania, które uszczelnią system obrotu ziemią, przede wszystkim wprowadzając obowiązek utrzymania rolnego charakteru gruntów kupionych od państwa. Nasze propozycje zakładają, że jeżeli ktoś zrezygnuje z uprawy nabytej ziemi, to poza przypadkami losowymi, takimi jak ciężka choroba uniemożliwiająca prowadzenie gospodarstwa, automatycznie wróci ona do zasobu państwowego.

Potrzebna jest również ustawa o dzierżawie. Nie może być tak, że w sytuacji dekoniunktury w rolnictwie oraz braku preferencyjnych kredytów celowych rolnicy są zmuszani do zakupu ziemi. W wielu krajach dzierżawa jest ważną, powszechnie akceptowaną i często wielopokoleniową formą gospodarowania, np. we Francji obejmuje ok. 70% gruntów rolnych. Nie ma potrzeby, aby rolnik zawsze był właścicielem użytkowanej ziemi. Oczywiście chciałbym, żeby jak najwięcej ziemi należało do gospodarstw rodzinnych, które zgodnie z Konstytucją są przecież podstawą ustroju rolnego, ale wiele z nich nie ma pieniędzy na jej zakup. W tej sytuacji jest ona traktowana jako lokata kapitału przez osoby niezwiązane z rolnictwem, które wyczuły ostatni moment na przejęcie dużych areałów po stosunkowo niskich cenach.

Jeżeli ktoś jest nierozsądny albo ma nóż na gardle i sprzedaje należące do siebie grunty, to jego sprawa. Rzecz jasna najlepiej byłoby, gdyby obrót ziemią uprawną odbywał się wyłącznie między rolnikami – mamy wówczas niemal pewność, że zachowa ona swój charakter – nie można jednak przesadnie ingerować w transakcje prywatne. Natomiast ziemia państwowa musi służyć celom rolniczym, nie może być przedmiotem spekulacji, jak to ma miejsce w tej chwili.

Zdaniem niektórych skupowanie ziemi przez największe gospodarstwa jest racjonalne z punktu widzenia całej gospodarki.

Często słyszy się w kręgach liberalnych, że w Polsce rację istnienia ma 100–150 tys. gospodarstw, które przejmą grunty od pozostałych rolników i będą produkowały wystarczającą ilość żywności. Tymczasem szybkich zmian strukturalnych w polskim rolnictwie nie będzie – i nie powinno być. Brak bowiem alternatywy dla ludzi, którzy może swoje gospodarstwa prowadzą w sposób mało efektywny, ale mają dzięki nim miejsce zamieszkania i jakąś niewielką produkcję. Ma to ogromne znaczenie w kontekście pauperyzacji znacznej części społeczeństwa: wbrew propagandzie o „zielonej wyspie” poziom ubóstwa skrajnego zwiększa się, szczególnie na wsi. Dlatego mówienie, że powinny istnieć wyłącznie duże gospodarstwa towarowe, jest nieporozumieniem.

Tym bardziej, że drobne gospodarstwa istnieją również choćby w Austrii, Bawarii czy w niektórych regionach Francji i Włoch. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przychodzi do głowy, że stanowią one przeszkodę w rozwoju rolnictwa. Te gospodarstwa mają po prostu zajmować się czymś nieco innym niż gospodarstwa towarowe.

Jeszcze jednym elementem polityki państwa na rzecz szeroko rozumianego bezpieczeństwa i suwerenności żywnościowej powinna być ochrona rodzimej produkcji rolnej przed dumpingiem.

W momencie podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE zostaliśmy zalani ogromną ilością nędznej żywności z Zachodu, konkurencyjnej cenowo ze względu na wysokość dopłat do tamtejszego rolnictwa. Ostry dumping wykończył znaczną część polskiej produkcji rolnej i zakładów przetwórczych. Nadal ma miejsce choćby napływ taniego mięsa. Najlepsze elementy tuszy wieprzowej zostają w krajach Europy Zachodniej albo idą na eksport do Azji Wschodniej, natomiast do nas trafiają głównie ścinki mięsa oskrobane z kości razem ze ścięgnami, stanowiące obecnie podstawę krajowej produkcji kiełbas. Czy o taki import nam chodzi? Jasne, że ileś produktów musimy importować: cytrusy, niektóre rodzaje olejów i ryb, wina itp. Nie ma problemu, żebyśmy posmakowali tego, co jest dobre w innych krajach. Ale to, co może być produkowane w Polsce, na dodatek w dużo lepszej jakości?

Oczywiście nie możemy wprowadzić cła na granicach wewnętrznych UE. Powinniśmy natomiast restrykcyjnie pilnować jakości i bezpieczeństwa żywności znajdującej się w obrocie, np. sprawdzać, czy część importowanych kurczaków po drodze nie zdechła i w polskich ubojniach jest tylko patroszona padlina. Kiedy służby weterynaryjne jakiegoś kraju ogłoszą, że występuje w nim określony problem zdrowotny, ma miejsce jedna z nielicznych sytuacji, gdy można wstrzymać import. Mogliśmy to zrobić w odniesieniu do Niemiec, kiedy pojawił się tam problem dioksyn; wiele krajów europejskich tak postąpiło. Tymczasem cały nadmiar niemieckiego mięsa, który normalnie poszedłby do utylizacji, trafił za bezcen do Polski i my go zjedliśmy, podcinając przy okazji rodzimą produkcję wieprzowiny.

Bacznie przyglądajmy się importowi, reagujmy, gdy przychodzi towar kiepskiej jakości – ale przede wszystkim promujmy polską żywność na rynku wewnętrznym. Myślę, iż wielu Polaków rozumie, że warto ją kupować, bo jest lepsza, ale chcą mieć pewność, że nie ma „krewnych i znajomych królika”, którzy dopuszczają na rynek produkty niepełnowartościowe, a nawet toksyczne. Parasol ochronny instytucji kontrolnych nad niektórymi firmami z branży rolno-spożywczej, które mają powiązania z politykami rządzących opcji, niestety istnieje – czego dowodem są kolejne afery. Jestem przekonany, iż zdecydowana większość polskiej żywności ma wysoką jakość, ale konsument musi mieć gwarancję, że nie jest oszukiwany.

Należy również zrobić wszystko, by znaczna część żywności była konsumowana lokalnie. Przecież od zawsze ludzie w mieście żywili się tym, co zostało wyprodukowane w okolicznych wsiach, a patrząc na to z drugiej strony – rolnicy sprzedawali swoje produkty w najbliższej większej miejscowości. Zresztą w wielu krajach Europy Zachodniej nadal kilka razy w tygodniu przyjeżdżają do miast, by na historycznych rynkach sprzedawać świeżą żywność. Kwitnie też przetwórstwo bezpośrednio w gospodarstwach, na małą skalę, z wyłączeniem biurokratycznych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych. Świadomy konsument ma możliwość kupić z pominięciem pośredników żywność bardzo wysokiej jakości.

Rozwój rynków lokalnych zwiększa popyt na polską żywność na rynku wewnętrznym, ale również pobudza podaż z mniejszych gospodarstw. Posiadacz kilku hektarów ze swoją niewielką ilością warzyw, owoców czy przetworów mięsnych oczywiście nie poradzi sobie na rynku globalnym. Sprzedając je, mówiąc rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, w najbliższym mieście, może mieć dobre dochody i stałych klientów, którzy docenią wartość jego żywności.

Jaki jest zakres suwerenności Polski w kształtowaniu legislacji regulującej produkcję żywności? Zwłaszcza przeciwnicy GMO twierdzą, że decydujący wpływ mają na nią lobbyści.

Zacznijmy od tego, że wbrew opinii wielu Polaków nie wszystkie decyzje zapadają w Brukseli. Kraje członkowskie mają prawo do własnej, narodowej polityki rolnej i w wielu z nich jest ona nie tylko korektą i uzupełnieniem Wspólnej Polityki Rolnej, ale wręcz jest od niej ważniejsza. Oczywiście nadal obowiązują pewne ogólne ramy określone przez Brukselę, ale można także, czego znakomitymi przykładami są Niemcy i Austria, stosować szereg form dodatkowego wsparcia dla swojego rolnictwa i obszarów wiejskich, wprowadzać odstępstwa od acquis communautaire w zakresie produkcji żywności na niewielką skalę itd. Należy z tego korzystać, tutaj nikt nas nie ogranicza – to wyłącznie kwestia decyzji podejmowanych w ramach polityki wewnętrznej. Zwalanie wszystkiego na UE jest zwykle usprawiedliwianiem swojej głupoty albo bezradności lub też ukrywaniem jakichś innych powodów, dla których nie podejmuje się pewnych działań bądź ich efekty są co najmniej dziwne.

To oczywiste, że w naszym kraju funkcjonują lobbyści, przede wszystkim wielkich firm międzynarodowych. Przykładem działalności lobbystycznej jest przemysł paszowy, który wykorzystuje i straszy polityków oraz organizacje rolnicze w zakresie importu soi modyfikowanej genetycznie. Rolnicy często bezrefleksyjnie powtarzają różne rzeczy, nie rozumiejąc, że zabiegają o cudze interesy, nie o własne. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, w tym w Komisji Europejskiej, za GMO lobbuje kilka międzynarodowych korporacji, które wyłożyły miliardy dolarów na prace badawcze, a teraz oczekują zwrotu poniesionych nakładów. Stąd taka presja na rządy, łącznie z wykorzystywaniem ambasad – zwłaszcza Stany Zjednoczone bardzo zabiegają o interesy swoich firm biotechnologicznych. To, co pozwoliłoby „usadzić” wszystkich tych lobbystów, to silne przekonanie o konieczności obrony polskiej racji stanu, o tym, że mamy prawo kształtować w ramach Unii stosunki własnościowe, gospodarcze i społeczne. Jeżeli to przekonanie zastępują partykularne interesy, korupcja albo przeświadczenie, że musimy być papugą narodów, bo od tego może zależeć, czy nas poklepią po plecach i powiedzą „proszę bardzo, zapraszamy do towarzystwa” – wówczas powstają legislacyjne głupoty. Niestety, w odniesieniu do rolnictwa wszelkiego rodzaju głupot było w ostatnich latach bardzo dużo.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 20 lutego 2013 r.

Prawdziwie zielona wyspa

W 2008 r. Islandia znalazła się na pierwszych stronach gazet z całego świata. Państwo liczące zaledwie 320 tys. obywateli, odizolowane od reszty kontynentu, dotknął największy kryzys gospodarczy w historii. Tysiące ludzi nagle straciło pracę i całe majątki. Podjęte wówczas działania sprawiły, że w ciągu zaledwie kilku lat Islandia nie tylko wyszła z kryzysu, ale radzi sobie obecnie znacznie lepiej niż inne państwa. Jednak o tym nie przeczytamy już na pierwszych stronach gazet z całego świata. Być może dlatego, że w Islandii w walce z krachem odrzucono metody neoliberalne, które wcześniej doprowadziły państwo na skraj przepaści.

Jak to się zaczęło

Swoją silną pozycję gospodarczą Islandia zbudowała po II wojnie światowej. Była jednym z beneficjentów planu Marshalla, którego realizacja znacznie pomogła w rozwoju kraju. Ponadto, ze względu na strategiczne położenie, w czasie „zimnej wojny” założono amerykańską bazę wojskową w Keflavíku, 50 km na zachód od Reykjavíku. Spotkało się to z protestami i niezadowoleniem społecznym, podobnie jak sam fakt przystąpienia Islandii do NATO. W marcu 1949 r. doszło do zamieszek pod parlamentem, a przeciwko uczestnikom wydarzeń policja użyła pałek i gazu łzawiącego1 – wspominam o tym, ponieważ następnym razem gaz łzawiący zostanie użyty przez policję na wyspie dopiero w 2008 r., w czasie największej fali kryzysu gospodarczego. Protesty przeciw amerykańskiej bazie powtarzały się także w latach 60. i 70.2 Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie Amerykanie wybudowali pierwsze drogi łączące miasta, a za amerykańskie pieniądze powstawały cementownie, fabryki nawozów sztucznych, finansowano też osuszanie terenów bagiennych3. Ostatecznie żołnierze amerykańscy opuścili Islandię w 2006 r.

Z ekonomicznego punktu widzenia, tak jak w wielu innych państwach, dla Islandii najlepsze były lata 60. i 70. XX wieku. Rozwój gospodarki pozwolił na jej dywersyfikację – wcześniej oparta była głównie na połowach dorsza, później także na eksploatacji boksytu (aluminium). Pozwoliło to na stworzenie ustroju typowego dla państw skandynawskich: rozbudowano sieć zabezpieczenia społecznego, każdy obywatel zyskał prawo do bezpłatnej pomocy medycznej czy edukacji. Rozwój oświaty oznaczał nie tylko sieć darmowych szkół, ale także wprowadzenie możliwości finansowania edukacji na uczelniach zagranicznych.

Wraz ze wzrostem poziomu edukacji wzrosły też aspiracje Islandczyków. Większość z nich, już z wykształceniem wyższym, nie chciała wiązać kariery zawodowej z tradycyjnymi dziedzinami, jak połowy ryb czy eksploatacja surowców. W tym czasie, tj. w latach 80., do wyspy dotarły nurty liberalne, popularne wówczas już w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W 1984 r. na wykłady do Islandii przybył Milton Friedman, którego słuchało wielu przyszłych polityków, w tym Daví? Oddsson, który później, w latach 1991–2004, pełnił funkcję premiera kraju, a w latach 2005–2009 był szefem Banku Centralnego Islandii4.Coraz bardziej indywidualistyczne podejście Islandczyków zaczęło się przekładać na wybory polityczne. To z kolei odcisnęło piętno na systemie gospodarczym kraju. Gdy w latach 90. premierem został wspomniany Oddsson, wprowadzono liberalne rozwiązania: uwolniono handel (w 1995 r. Islandia przystąpiła do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu EFTA), sprywatyzowano przemysł i obniżono podatki. Stopa podatku od dochodów kapitałowych została ustalona na poziomie 10%. Władze Islandii chciały bowiem wcielić w życie jedną z liberalnych teorii – trickle-down, w Polsce nazywaną teorią skapywania. Liczono na to, że im szybciej będzie rósł majątek najbogatszych, tym więcej będą oni mogli inwestować, przyczyniając się do wzrostu zatrudnienia – a tym samym powiększając dobrobyt całego społeczeństwa. Osiągnięto jednak efekt odwrotny, doprowadzając do powstania większego rozwarstwienia społecznego w tym stosunkowo egalitarnym dotychczas państwie. Pomiędzy 1994 a 2000 r. współczynnik Giniego (czyli Wskaźnik Nierówności Społecznej) wzrósł o 22% – podczas gdy w 1994 r. wynosił 0,270, w 2000 r. było to już 0,3295.

Droga do upadku

Lata 90. to także czas prywatyzacji i deregulacji systemu bankowego. To właśnie rozwój systemu bankowego oraz ekspansywna polityka energetyczna państwa w największej mierze przyczyniły się do kryzysu, który miał nadejść pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku.

Jednym z tych procesów był pięcioletni plan podwojenia ilości wytwarzanej energii w celu zaspokojenia potrzeb huty aluminium, której właścicielem była amerykańska firma Alcoa. Budowa wielkiej elektrowni wodnej oznaczała postawienie olbrzymiej tamy, wysokiej na 190 metrów. Koszt tej inwestycji wynosił 3 mld dolarów, co w kraju zamieszkanym przez niewiele ponad 300 tys. osób jest kwotą olbrzymią. Islandzka korona znacznie się wzmocniła, więc aby uniknąć inflacji, podnoszono stopy procentowe. To posunięcie doprowadziło do przyciągnięcia kapitału z całego świata, wzrostu zainteresowania koroną wśród handlarzy walutą oraz zwiększenia liczby udzielanych kredytów6.W 2003 r. rząd sprywatyzował trzy główne banki Islandii – Kaupthing Bank, Glitnir Bank oraz Landsbanki, doprowadzając do zgromadzenia ogromnych pieniędzy, a więc i władzy, w rękach niewielu firm i osób prywatnych. W tej korzystnej dla siebie sytuacji gospodarczej banki rozpoczęły działalność na globalnym rynku finansowym. Suma ich aktywów wzrosła ze 100% islandzkiego PKB w roku 2004 do 923% na koniec roku 20077. Była to najszybsza ekspansja systemu bankowego w historii ludzkości. Zaczęto chętnie udzielać kredytów, zwłaszcza że Daví? Oddsson, już jako szef Banku Centralnego, obniżył kryteria przyznawania kredytów hipotecznych, zezwalając na ich udzielanie do wysokości 90% wartości nieruchomości. Z kolei seria wzrostów stóp procentowych, która miała obniżać inflację, sprawiła, że kredyty hipoteczne były najchętniej zawierane w obcych walutach. Długi stawały się znacznie większe niż przychód z eksportu, ceny mieszkań wzrosły dwukrotnie.Islandzkie banki zaczęły także zakładać zagraniczne filie, głównie w Holandii i Wielkiej Brytanii. Landsbanki założył fundusz inwestycyjny Icesave, który przyjmował przez Internet oszczędności obywateli brytyjskich i holenderskich, oferując im znacznie wyższe oprocentowanie lokat inwestycyjnych niż ich lokalne odpowiedniki. Takie posunięcia przyciągały liczne zastępy klientów. Banki z kolei pożyczały na niski procent islandzkim i zagranicznym firmom i kupowały ryzykowne aktywa za bardzo wysoką cenę. Ekspansja banków łączyła się także ze wzrostem na giełdzie. W ciągu 5 lat od 2003 r. islandzka giełda wzrosła dziewięciokrotnie8.Istotny wpływ na te działania miała grupa młodych ludzi, wykształconych na zagranicznych (najczęściej amerykańskich) uczelniach ekonomicznych, robiących w nowych realiach zawrotne kariery. Byli biegli w zarządzaniu instrumentami finansowymi i prawdopodobnie cechowało ich przekonanie, że wzrost nie zna granic. W bardzo krótkim czasie zarobili ogromne pieniądze, a zachęceni ich sukcesem finansowym pracownicy innych branż rzucali swój zawód, aby zatrudnić się w bankach. Nagle nauczyciele, geolodzy, elektrotechnicy, historycy itd. zaczynali tworzyć analizy rynku, zarządzać aktywami, handlować walutami i instrumentami sekurytyzacji9.Islandia stała się w ciągu kilku lat mocarstwem finansowym, jednak opartym, jak się wkrótce okazało, na bańce spekulacyjnej. Gwałtowny i ciągły wzrost cen aktywów wykreował oczekiwania dalszego ich wzrostu, przyciągając tym samym nowych inwestorów, zainteresowanych zyskami kapitałowymi. Jednak jak zauważa wybitny ekonomista brazylijski Ladislau Dowbor, istota spekulacji finansowej polega na akumulacji bogactwa bez potrzeby wytwarzania odpowiedniego bogactwa10. Bańka musiała więc w końcu pęknąć.

Kryzys i protesty

Nadciągający kryzys dostrzegło z wyprzedzeniem wiele osób. Danske Bank w 2006 r. wydał raport wskazujący niemożliwość istnienia nieograniczonego wzrostu i przestrzegający przed upadkiem systemu islandzkiego. Z kolei w maju 2008 r. w Reykjavíku wykład wygłosił Robert Z. Aliber, profesor ekonomii i finansów z Uniwersytetu Chicagowskiego, który wieścił upadek gospodarczy kraju w ciągu kilku miesięcy. Islandia wolała jednak opierać się na innych relacjach, sprzecznych z tamtymi – takich jak raport Mishkina z amerykańskiej Rezerwy Federalnej, który udowadniał, że wzrost gospodarczy Islandii opiera się na wyjątkowo trwałych fundamentach.

Krytycznym momentem okazał się upadek amerykańskiego banku Lehman Brothers w 2008 r. Przyczyniło się to do zaprzestania udzielania pożyczek między bankami na świecie. Było to szczególnie niekorzystne dla banków islandzkich, ponieważ ich depozyty w bardzo małym stopniu pokrywały udzielone kredyty. Pozbawione zewnętrznego wsparcia – utraciły płynność. Nie mogły też sfinansować własnych wierzytelności, co zachwiało strukturą całego systemu finansowego w Islandii.

Od września 2007 do września 2008 r. kurs korony spadł w stosunku do euro o ponad 70%. Indeks giełdy papierów wartościowych, który szczytował na poziomie 9 tysięcy punktów, po załamaniu spadł do zaledwie czternastu11. 29 września 2008 r. rząd zmuszony został przejąć kontrolę nad upadającym bankiem Glitnir, a potem Kaupthingiem oraz Landsbanki, ponieważ ich zagraniczne zadłużenie wynosiło ponad 85 mld dolarów, podczas gdy PKB Islandii sięgał w tym czasie około 12 mld dolarów. PKB spadł o 65%, a co trzeci obywatel kraju rozważał wyjazd na stałe za granicę. Kryzys bankowy wywołał kryzys gospodarczy i uderzył w ludzi. Natychmiast wzrosły raty kredytów, kolejne firmy bankrutowały i zwiększyło się bezrobocie. Ludzie tracili oszczędności życia.Problemem była także wypłata depozytów klientom zagranicznym w Wielkiej Brytanii i Holandii (5,5 mld funtów). Doszło do tego, że rząd brytyjski zamroził lokalne aktywa Landsbanki oraz depozyty banku Kaupthing na podstawie prawa antyterrorystycznego, pozwalającego blokować i przejmować majątek wrogich organizacji. Problem finansowy przeobraził się więc nawet w konflikt międzynarodowy. W grudniu 2009 r. rząd podpisał porozumienie, na mocy którego każdy Islandczyk zostałby obciążony kwotą długu w wysokości kilkunastu tysięcy euro na rzecz holenderskich i brytyjskich klientów banków. Jednak wskutek protestów i petycji, którą podpisało 50 tys. obywateli (czyli 1/6 mieszkańców kraju), prezydent nie ratyfikował tego dokumentu. Społeczeństwo pokazało, że nie wyraża zgody na prywatyzację zysków i nacjonalizację strat12.

Mieszkańcy Islandii, którzy do tej pory nieczęsto uczestniczyli w protestach, zdecydowali się wyjść na ulice. Największa fala buntu przetoczyła się w styczniu 2009 r. – była to tzw. rondlowa rewolucja. 20 stycznia, gdy wznowiono obrady po zimowej przerwie, koło południa na placu Austurvöllur przed parlamentem zaczęli gromadzić się ludzie. Hałasowali przy pomocy garnków, bębnów, gwizdków, wiader i wszystkich innych sprzętów, jakimi dysponowali. Tego dnia właśnie, po raz pierwszy od 1949 r., policja użyła gazu łzawiącego. Protesty trwały jednak dalej i w efekcie do dymisji zmuszono premiera Geira Haarde oraz jego rząd. Tymczasową władzę objęła Jóhanna Sigur?ardóttir, liderka socjaldemokratycznego Sojuszu. W kwietniu 2009 r. odbyły się przedterminowe wybory parlamentarne, które wygrał Sojusz oraz Lewicowy Ruch Zielonych. Pani Sigur?ardóttir pozostała premierem.

Wyjście

Obecnie Islandia – w przeciwieństwie do większości państw Unii Europejskiej – wychodzi z kryzysu z podniesioną głową. Jak do tego doprowadzono?Po pierwsze nie ratowano banków – tym bardziej, że nie było za co – lecz pozwolono im zbankrutować. Klientom zapewniono zwrot ich bankowych depozytów, a mającym problemy finansowe zadłużonym gospodarstwom domowym i przedsiębiorcom przyznano ulgi w spłacie zaciągniętych zobowiązań, co uchroniło ich od bankructwa. Około 1 ludności darowano długi o łącznej wysokości równej 13% PKB. Przygotowywano kolejne porozumienia z Wielką Brytanią i Holandią, które miały na celu spłatę długu islandzkich banków. O zdanie w sprawie zwrotu 4 mld euro zapytano mieszkańców. W marcu 2010 r. ponad 90% głosujących opowiedziało się przeciwko spłacie długów wobec niemal 300 tys. obywateli Holandii i Wielkiej Brytanii. Sytuacja powtórzyła się w kwietniu 2011 r., gdy obywatele Islandii ponownie (58% głosów) odrzucili projekt spłaty 4 mld euro w ciągu 30 lat.Po drugie Islandia uzyskała znaczną pomoc (10 mld USD) od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który okazał się wobec tego kraju dość łagodny. Zdecydowano się na ścieżkę cięcia deficytu, rozłożoną na sześć lat, a w ciągu pierwszego roku nie było żadnego fiskalnego zaciskania pasa. Z kolei w latach 2010–2011 oszczędności miały sięgnąć ok. 10% PKB, z czego połowa miała być efektem podwyżki podatków, a druga – cięcia wydatków13. Okazało się, iż wzrost PKB był taki, że Islandia mogła sobie pozwolić nawet na pewien pakiet stymulacyjny dla gospodarki. MFW mógł zaoferować tak korzystne warunki Islandii m.in. dlatego, że przewagą tego kraju był niewysoki dług publiczny przed kryzysem. W 2007 r. wynosił on 28,5% PKB (dla porównania: dług Grecji to 105,4% PKB). Przed kryzysem wypracowano także nadwyżki budżetowe. Podkreśla się również, że w 2008 r. splajtowały banki, a nie państwo, które nie stworzyło ogromnych pakietów pomocowych dla sektora finansowego, lecz po prostu podzieliło banki i pozwoliło sądom załatwić sprawę ich niewypłacalności. Atutem kraju był też brak przynależności do strefy euro, więc można było doprowadzić do dewaluacji korony. Osłabienie islandzkiej korony przyczyniło się do wzrostu eksportu w cenach stałych o 30% w latach 2008–201014.Należy jednak pamiętać, że dewaluacja waluty, choć miała zbawienny wpływ na gospodarkę – na początku była bardzo niekorzystna dla ludzi pracy. Ożywienie gospodarcze nastąpiło kosztem spadku ich dochodów i wzrostu kosztów utrzymania. Sytuacja była trudna zwłaszcza dla tych, którzy zaciągnęli kredyty w innych walutach (ok. 20 tys. osób) i nie byli w stanie ich spłacić. W zaistniałej sytuacji państwo podjęło działania łagodzące: wprowadzono ustawę, która pozwoliła dłużnikom hipotecznym zmniejszyć – w konsultacji z bankami – swój dług do 110% wartości nieruchomości obciążonej hipoteką. Powołano do życia nową instytucję: Biuro Rzecznika Praw Dłużników, którego zadaniem było wspieranie obywateli w negocjacjach podejmowanych z bankami. Z kolei Sąd Najwyższy za nielegalne uznał niektóre rodzaje pożyczek hipotecznych udzielanych w obcej walucie15.

Dzięki podwyżkom stóp procentowych banku centralnego do 18% oraz restrykcjom na przepływ kapitału udało się ustabilizować kurs narodowej waluty i powstrzymać drożyznę wynikłą z dewaluacji pieniądza. Obecnie wysokość stóp procentowych kształtuje się na poziomie 4,25%, lecz restrykcje na przepływ kapitału będą obowiązywać najprawdopodobniej do końca 2014 r. (co utrudnia sytuację przedsiębiorców i Islandczyków podróżujących za granicę).

W efekcie prowadzonych działań PKB, który spadł o 6,6% w 2009 r. oraz o 4% w 2010 r., w 2012 r. wzrósł o 2,1%. Z kolei bezrobocie, które w momencie wybuchu kryzysu skoczyło z 2% do 9%, obecnie wynosi ok. 5% (to jeden z najniższych wskaźników w całej Europie). Statystyki wyraźnie pokazują więc, że kraj przechodzi ożywienie gospodarcze. Udało się także przed terminem spłacić pożyczkę Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Dzięki konsekwentnej polityce gospodarczej lewicowego rządu Islandia, której wróżono ekonomiczną zagładę, nie tylko przetrwała kryzys, ale poradziła sobie z nim lepiej niż większość państw świata.

Ręka sprawiedliwości

Czy pracę polityka można porównywać do zawodów, w których fachowiec ponosi odpowiedzialność karną za popełnione błędy? W Islandii postanowiono rozliczyć osoby odpowiedzialne za wybuch i rozwój kryzysu finansowego. We wrześniu 2011 r. parlament zdecydował postawić polityków odpowiedzialnych za dramatyczną sytuację kraju przed Trybunałem Stanu, który co prawda istnieje od 1905 r., ale nigdy wcześniej w żadnej sprawie nie orzekał.

Na początku planowano sądzić byłego konserwatywnego premiera i jego trzech ministrów, ostatecznie zdecydowano się postawić przed Trybunałem wyłącznie Geira Haardego, premiera w latach 2006–2009, a wcześniej Ministra Finansów. Zarzucano mu, że nie zwoływał specjalnych posiedzeń rządu w związku z kryzysem, przez co utajniał przed ministrami ważne informacje. Oskarżono go także o brak reakcji na raporty ostrzegające przed kryzysem, niepodejmowanie prób hamowania nadmiernego rozrostu banków i bierne przyglądanie się upadkowi Icesave.

W kwietniu 2012 r. Trybunał wydał wyrok, ogłaszając Haardego winnym niezwoływania posiedzeń rządu. Nie skazano go jednak na więzienie. Jest to pierwszy we współczesnym świecie przypadek sądzenia polityka za błędne decyzje. Choć naciski społeczne na to, by osądzić winnych, były bardzo silne, mówi się o tym, że decyzja miała charakter czysto polityczny, a z Haardego uczyniono kozła ofiarnego, winnego wszystkim problemom Islandii. Tak czy inaczej, jest to przestroga dla kolejnych rządzących.

W Islandii do odpowiedzialności pociąga się jednak nie tylko polityków, ale – przede wszystkim – bankierów. Aby ułatwić to zadanie, rząd dokonał zmian legislacyjnych w zakresie tajemnicy bankowej. Większość podejrzanych i oskarżanych stanowią osoby, które kiedyś zajmowały kierownicze stanowiska w sektorze finansowym oraz członkowie zarządów banków z czasów przed kryzysem. Dochodzenia są prowadzone także w zagranicznych filiach islandzkich banków.Zapadło już kilka wyroków. Karę czterech i pół roku więzienia odsiadują byli szefowie banku Byr. Z kolei Baldur Gu?laugsson, były dyrektor gabinetu ministra finansów w momencie wybuchu kryzysu, został skazany na dwa lata więzienia za insider trading, czyli dokonywanie transakcji papierami wartościowymi przez osoby mające dostęp do informacji niejawnych i wykorzystujące te informacje do osiągnięcia prywatnego zysku. Były prezes banku Kaupthing, Sigur?ur Einarsson, został z kolei zobowiązany przez sąd do zwrócenia bankowi 500 mln koron islandzkich (3,2 mln euro), a jego wszystkie aktywa zamrożono16.

Jak to się udało?

Wydaje się więc, że drogą do ratowania kraju przed zaistnieniem (lub skutkami) kryzysu jest obranie rozwiązań alternatywnych wobec tych, które zwykło się realizować w modelu liberalnym. Zamiast ratować bankierów, rząd objął kontrolą i częściowo znacjonalizował te instytucje.

Jeszcze raz podkreślił to prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2013 r. Zapytany, dlaczego Islandia wygrała, gdy inni ponieśli klęskę, odrzekł, że po prostu nie śledzili dominujących, wręcz ortodoksyjnych rozwiązań, stosowanych w zachodnim świecie w ciągu ostatnich 30 lat. Podstawą sukcesu było wprowadzenie kontroli waluty, zapewnienie wsparcia najbiedniejszym, odmawianie ratowania banków i odrzucanie programów oszczędnościowych, których ciężar ponieśliby najubożsi i zwykli pracownicy17. Obywatele nie mogą ponosić odpowiedzialności za nieodpowiedzialne lub nawet nieuczciwe działania podejmowane przez finansistów, a banki nie mogą być jedynym sędzią w sprawie reguł współczesnej gospodarki.Sukces Islandii to nie tylko zwycięstwo nad kryzysem gospodarczym, który wybuchł w 2008 r. Polega on również na pokazaniu światu, że paradygmaty, w które wierzą i które przyjmują ekonomiści na całym świecie, czasami można i trzeba obalić. Inne od promowanych rozwiązania gospodarcze mogą przyczynić się do znacznie lepszych rezultatów. Tymczasem nadal wielu ekonomistów uważanych jest za naukowców, którzy odkrywają prawdy ogólne i jedyne słuszne prawa kierujące gospodarką. Jak jednak zauważa cytowany już prof. Ladislau Dowbor, ekonomiści nie są naukowcami badającymi prawa przyrody, lecz osobami, które studiują mechanizmy oparte na praktykach społecznych. Gospodarka oczywiście funkcjonuje zgodnie z określonymi regułami, lecz reguły te są ustalane na warunkach korzystnych dla najsilniejszych18.Silniejszy ma również wpływ na dyskurs publiczny. Obecnie nauka o ekonomii jest niemal całkowicie podporządkowana finansom analizowanym w izolacji od ich skutków i użyteczności ekonomicznej, a centralną rolę w badaniach odgrywa spekulacja finansowa. Nawet lista laureatów Nagrody Banku Szwedzkiego im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii to, z nielicznymi wyjątkami, lista osób specjalizujących się w zachowaniach rynku ekonomicznego. Należy o tym wspomnieć, ponieważ nagroda ta cieszy się olbrzymim prestiżem i wyznacza kierunki w nauce – tymczasem nie ma czegoś takiego jak Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii. Alfred Nobel nic o tym nie wspominał w swoim testamencie. Została ona wprowadzona przez Królewski Bank Szwedzki, któremu udało się także zorganizować wręczenie tej nagrody wraz z nagrodami noblowskimi. W efekcie dwie trzecie laureatów to ekonomiści związani ze szkołą chicagowską, których modele matematyczne służą do spekulacji na rynkach akcji. Kryteria przyznawania tej nagrody ustala się w środowisku samej finansjery (banki), która też nagrodę sponsoruje. To samo dotyczy agencji oceny ryzyka, które opłacają ci, którzy emitują papiery wartościowe. Nie ma więc żadnych regulacji, gdy jest się sędzią we własnej sprawie19.

Te i wiele innych przesłanek wskazują, że dominacja dyskursu liberalnego w ekonomii jest trudna do przezwyciężenia. Jednak nie niemożliwa – w Islandii pokazano, że mimo tych trudności można nie ugiąć się pod wpływem dominujących nurtów i wyprowadzić kraj z kryzysu zupełnie innymi metodami.

Przypisy:

  1. J. Żebrowski, Islandia – bezbronny sojusznik, „Stosunki Międzynarodowe”, kwiecień 2008 r.
  2. Obecność Islandii w NATO jest interesująca także ze względu na fakt, że Republika Islandii nie utrzymuje stałej armii. W pewnym zakresie funkcję tę pełnią Straż Wybrzeża, siły policyjne, system Obrony Powietrznej, Islandzka Jednostka Odpowiedzi Kryzysowej (uzbrojony ochotniczy oddział przeznaczony do misji pokojowych) oraz jednostka antyterrorystyczna.
  3. M. Sutowski, Ostateczny krach systemu korporacji [w:] Islandia, przewodnik nieturystyczny, Warszawa, 2010 r., s. 133.
  4. Ibid., s.135.
  5. S. Ólafsson, Welfare trends of the 1990s in Iceland, „Scandinavian Journal of Public Health”; special issue 2002.
  6. A. Snar Magnason, Kraina Marzeń [w:] Islandia, przewodnik nieturystyczny…, op. cit., s. 152.
  7. M. Cempel, B. Janura, A. Matuszewski, Kryzys finansowy w Islandii – wyzwanie dla banków i rządu, Poznań 2011.
  8. M. Sutowski, Ostateczny krach…, op. cit., s. 139.
  9. A. Snar Magnason, Kraina Marzeń…, op. cit., s. 149.
  10. L. Dowbor, Demokracja ekonomiczna, Warszawa 2009, s. 41.
  11. A. Snar Magnason, Kraina Marzeń…, op. cit., s. 147.
  12. M. Sutowski, Ostateczny krach systemu…, op. cit., s. 143.
  13. H. Kozieł, Islandia: od bankowej zagłady do odbudowy gospodarki, http://www.parkiet.com/artykul/1103164.html?print=tak&p=0
  14. http://www.oecd.org/iceland/economicsurveyoficeland2011.htm
  15. H. Kozieł, Islandia: od bankowej…, op. cit.
  16. Ch. Chabas, Comment l’Islande traque ses „néo-vikings” de la finance, responsables de la crise, „Le Monde”, http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/07/11/l-islande-traque-ses-neo-vikings-de-la-finance-responsables-de-la-crise_1728783_3214.html?xtmc=islande&xtcr=2
  17. Ólafur Ragnar Grímsson Iceland president „Let banks go bankrupt”, http://www.youtube.com/watch?v=51-Jfh6ADH0
  18. L. Dowbor, Demokracja…, op. cit., s. 190.
  19. Ibid., s. 40.

Ministerstwo Służby Publicznej

Gdybym był ministrem administracji publicznej (rządowej i samorządowej), przygotowałbym pakiet działań zmierzających w kilku kierunkach. W przypadku administracji centralnej państwa jako główny cel postawiłbym doprowadzenie do tego, aby umiała ona pełnić przede wszystkim funkcje strategiczne, związane z programowaniem działania, eksperckie i ewaluacyjne. Natomiast funkcje wykonawcze byłyby przekazywane w większym zakresie niż obecnie do agencji wykonawczych i regulacyjnych, aby uniknąć sytuacji, w której 50 osób pracuje w księgowości, a w departamencie analiz – 10. Oznaczałoby to de facto dekoncentrację w systemie funkcjonowania administracji. W krajach zachodnich miała ona miejsce w latach 80. i 90.

W zakresie wykonywania funkcji technicznych, w ministerstwie administracji powołałbym komórkę ds. wsparcia urzędów w sprawach technicznych. Odpowiadałaby ona za wspólne zakupy materiałów i urządzeń biurowych. Przejęłaby także zarządzanie nieruchomościami poszczególnych resortów. Szefowie urzędów zajmowaliby się wyłącznie kwestiami merytorycznymi, a nie technicznymi.

Działania nad modernizacją administracji realizowałbym w podziale na perspektywy – bieżącą (krótkoterminową), średnioterminową i długoterminową. W tej pierwszej – powiedzmy 6 miesięcy – należałoby pilnie uformować procedury i zasady rekrutacji na stanowiska we wszelkich typach administracji. Chodzi o wybór ludzi mających wiedzę i umiejętności najlepiej dopasowane do stanowisk, które zamierzają objąć. Poprzedziłbym to niezależną ewaluacją dzisiejszych zasad rekrutacji – obecnie różne urzędy mają odmienne reguły w tym względzie. Dlatego zobiektywizowałbym kryteria, a w komisjach konkursowych umieściłbym osoby niezależne, przygotowane merytorycznie do oceny kandydatów. Uruchomiłbym oddolne mechanizmy sprzyjające uczeniu się zasad rekrutacji w gronie wszystkich interesariuszy powiązanych z administracją.

Ministerstwo administracji przejęłoby rolę koordynującą w stosunku do całej administracji publicznej. Obecnie funkcje koordynacyjne i nadzorcze są rozdrobnione między różne instytucje: Kancelaria Premiera odpowiada za administrację centralną, Ministerstwo Informatyzacji i Administracji – za administrację samorządową, ponadto odrębne systemy stanowią administracje instytucji państwa, jak Sejm, Senat, NIK czy ZUS. Różne typy administracji działają w oparciu o różne akty prawne i różne reguły.

Natychmiast zainicjowałbym niezależne ewaluacje istniejących instrumentów zarządzania w administracji, jak przeprowadzenie służby przygotowawczej (szkolenia dla nowo zatrudnionych urzędników) czy system oceny pracy urzędników. Uruchomiony zostałby dialog na temat kształtowania tych instrumentów zarządzania z przedstawicielami urzędników i innymi interesariuszami zainteresowanymi funkcjonowaniem administracji publicznej.

Wpuściłbym więcej światła do działań administracji. Urzędy zaczęłyby przygotowywać raporty roczne według uzgodnionej metodologii. Zapewniłoby to czytelną informację o przeprowadzonych działaniach i ich efektach. Podstawą byłyby wskaźniki, dzięki którym zaistniałaby możliwość porównywania określonych parametrów między poszczególnymi urzędami. Dotyczyłyby one np. poziomu rotacji wśród urzędników, wydatków na szkolenia, oceny urzędów ze strony ich interesariuszy (na podstawie ankiety).

Za kluczowe uznałbym działania służące „wmontowaniu” funkcji eksperckich w struktury administracji. Powstałaby jasna formuła zatrudniania ekspertów i naukowców w resortach, zazwyczaj do konkretnych planowanych działań.

W ramach prac średnioterminowych przygotowałbym grunt pod wprowadzenie trwałych metod ewaluacji prac realizowanych we wszystkich urzędach. Wymagałoby to dopasowania kwalifikacji części urzędników oraz zatrudnienia nowych fachowców w zakresie umiejętności planowania badań ewaluacyjnych, które zamawiane byłyby u niezależnych specjalistów. Powiązane byłoby to ze wzmacnianiem eksperckim ministerstw i agencji regulacyjnych. Wzmocnione zostałyby piony programujące działania (obecnie departamenty analiz, strategiczne). Zostałyby one wyposażone w kompetencje obejmujące planowanie badań ewaluacyjnych i społecznych oraz analiz ekonomicznych. Ich rolą byłoby przygotowywanie dowodów uzasadniających podejmowanie planowanych działań oraz praca nad zestawami instrumentów do ich wdrożenia.

Zmieniłbym zasady dotyczące sposobu, w jaki urzędnicy uzyskują status urzędnika mianowanego – obecnie jest to ok. 5% urzędników, którzy zdali specjalny ogólny egzamin. Egzamin oparty byłby na wiedzy kierunkowej, a nie ogólnej. Ale w dłuższym terminie, po dopracowaniu metod rekrutacji, należałoby zastanowić się nad sensem kontynuowania systemu funkcjonowania urzędników mianowanych. Założeniem jest, że wszyscy urzędnicy mają odpowiednie i wysokie kwalifikacje.

Doprowadziłbym do końca prace nad systemem, który zapewniłby większe dopasowanie wiedzy i umiejętności urzędników do wykonywanych zadań. Częściowo poprzez wprowadzenie profesjonalnych metod rekrutacji, co jest najważniejsze, ale wyzwaniem jest także bieżące dostosowanie kwalifikacji, w szczególności gdy pojawiają się nowe wymagania, wynikające z powstawania nowych problemów czy nieznanych wcześniej zjawisk. Departamenty opisywałyby swoje zadania oraz kwalifikacje i wiedzę, których potrzebują. Niezależni ewaluatorzy ocenialiby raz w roku adekwatność tego opisu, a także to, czy dane departamenty rzeczywiście posiadają odpowiednie kwalifikacje do realizacji wyszczególnionych zadań. Departamenty przygotowywałyby raz w roku program rozwoju swoich zasobów ludzkich, który również podlegałby niezależnej ewaluacji, wedle założenia, że ewaluacja nie jest kontrolą, lecz instrumentem wzajemnego uczenia się w urzędzie.

W ramach działań długoterminowych dążyłbym do tego, aby docelowo administracja centralna stanowiła korporacyjną grupę zawodową o znacznej wewnętrznej autonomii w zakresie sposobu zarządzania nią. Powinna ona być partnerem dla rządu, a nie wyłącznie jego biernym, czasami „ślepym”, instrumentem. Najwyżej postawieni urzędnicy powinny odgrywać rolę głównych doradców ministrów, a nie jak obecnie – zaledwie organizatorów czy nadzorców innych urzędników.

Dialog byłby głównym instrumentem zarządzania. Administracja jest organizmem zbyt złożonym wewnętrznie, aby zarządzać nim „w starym stylu” czy metodą „rozkazuj i kontroluj”. Rolę ministra ds. administracji widzę w stworzeniu mechanizmów, które zapewniałyby zastosowanie bodźców motywujących urzędników do profesjonalnego działania. Ułatwiłoby to realizację tego, co uważam za jeden z kluczowych celów długoterminowych działań, czyli przeprofilowanie kultury organizacyjnej urzędów na innowacyjność, wzajemne uczenie się i tworzenie sieci współpracy z innymi interesariuszami działań publicznych.

Ministerstwo Edukacji Publicznej

Gdybym była ministerką edukacji, z pewnością nie miałabym łatwego zadania. Cele stawiane przed systemem edukacyjnym są wielorakie, często konfliktowe, a na pewno wymagające ustalenia hierarchii zadań, jakie ów system ma realizować, oraz czasu, w którym mają być one wypełniane. Czy postawimy sobie za cel wyrównywanie szans, czy premiowanie jakości nauczania, użyteczność czy ogólny rozwój, nastawienie na przyszłość czy na tradycję itp., zawsze napotkamy zwolenników i przeciwników proponowanych rozwiązań. Zawsze też trzeba balansować pomiędzy rozmaitymi opcjami. Edukacja to – wbrew pozorom – bardzo konfliktowa dziedzina życia społecznego.

Charakter reform. W realizacji reform ważna jest pozycja (autorytet) państwa. Ministerstwo Edukacji w całym okresie Polski powojennej nie miało „dobrej prasy”. Nie wykorzystano, niestety, okresu po przełomie 1989 r., by tę sytuację poprawić. Wręcz przeciwnie: najpierw bolesne oszczędności, obcinanie godzin i nadgodzin, a dziesięć lat później bardzo źle przygotowana i pospiesznie wprowadzana wielka reforma edukacji. Dramatycznym błędem rządzących ekip było i jest nadal przeprowadzanie reform gwałtownych, bez odpowiedniego przygotowania infrastruktury i programów, a przede wszystkim realizatorów (nauczycieli) i odbiorców (rodziców, uczniów), dzięki któremu mogliby oni zrozumieć i zaakceptować, ale także wpłynąć na kształt reformy.

Reforma Handkego powołała do życia gimnazja zaledwie dwanaście lat temu, a już rozmaite trudności, zwłaszcza wychowawcze, powodują, że określa się je jako „przedsionek piekła”. Stąd też liczne głosy domagające się ich likwidacji. Gimnazja stanowią wręcz „studium przypadku” typowego sposobu reformowania oświaty (i nie tylko) w naszym kraju: „Ja z synowcem na przedzie i jakoś to będzie”. Gimnazja jednak wprowadzono i obecnie ich likwidacja byłaby podobnym błędem jak ich powołanie. Natomiast warto je poprawiać, analizować przyczyny problemów i zastanowić się nad ich minimalizowaniem.

Brak zaufania między MEN-em i szkołami jest obustronny. Za widoczne „wpadki” przy realizacji swoich postulatów MEN obciąża szkoły. Stąd tendencja do wydawania coraz to nowych, szczegółowych uregulowań, którymi kierować mają się dyrektorzy i nauczyciele. Rozporządzenia często posiadają szlachetne intencje, jednak ich realizacja bywa niemożliwa bądź ze względów finansowych, bądź z przyczyn kadrowych. Ponadto przy wszelkich zaleceniach żąda się od szkół drobiazgowych sprawozdań, co mnoży przepływającą ilość papierów, ale nie zwiększa wiedzy o tym, co naprawdę dzieje się w szkołach.

Dlatego podstawowym i długofalowym zadaniem nowego ministra muszą być działania na rzecz zmiany form działań administracji, aby osłabić dramatyczny brak zaufania do ministerstwa i kuratoriów. Konieczne są analiza i zweryfikowanie rozporządzeń wydanych w ostatnich latach, ocena funkcjonowania kuratoriów, a także ewaluacja sensowności wydatkowania niemałych funduszy europejskich na programy wprowadzane do szkół oraz badania nad edukacją.

Kwalifikacje nauczycieli. Poprawa działania szkół uzależniona jest w pierwszym rzędzie od poziomu wiedzy oraz kwalifikacji nauczycieli. Można wyposażyć szkoły we wspaniałe urządzenia, ale jeśli nie będzie w niej dobrych nauczycieli, wszystkie nasze wysiłki i poniesione koszty pójdą w błoto. Możemy dokonywać daleko idących zmian, ale jeśli nie przekonamy do nich nauczycieli, to zmiany pozostaną wyłącznie na papierze.

Odpowiednio przygotowani nauczyciele stanowią warunek dobrego funkcjonowania szkoły we wszelkich jej działaniach. Niestety kształcenie nauczycieli to jeden z najsłabszych, jeśli nie najsłabszy punkt naszego systemu edukacji. Uczelnie źle przygotowują nauczycieli. Jeśli radzą sobie w pracy w szkole, jest to efekt ich własnych predyspozycji i zdolności, a nie wiedzy i umiejętności, jakie wynieśli ze studiów. Bardzo wielu nie potrafi postępować z tzw. trudnym uczniem czy nawiązać kontaktu z rodzicami. Kształt studiów pedagogicznych wymaga zdecydowanych reform. Niestety podlegają one Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, dla którego nie są zadaniem priorytetowym.

Nauczyciel, który jest zatrudniony w szkole i źle prowadzi zajęcia, ma złą opinię wśród rodziców i uczniów, musi otrzymać pomoc, a jeśli ona nie przynosi rezultatów, powinien albo odejść ze szkoły, albo przejść na własny koszt specjalne szkolenie. Należy zmodyfikować Kartę Nauczyciela, która powinna z jednej strony chronić stabilność zatrudnienia, ale z drugiej dopuszczać możliwość usuwania ze szkoły złych nauczycieli.

Wyzwania. Uważam, że są dwa najpoważniejsze problemy polskiej szkoły: 1) duże i rosnące społeczne nierówności edukacyjne; 2) niedostosowanie programów i ich sposobów realizacji do wymagań świata współczesnego. Omawiać będę jedynie pierwszy z wymienionych. Z drugim problemem zmaga się cały współczesny świat i rozważania na jego temat daleko wykroczyłyby poza rozsądny limit tego tekstu. Rzecz jasna debatę wokół tego zagadnienia uważam za niezwykle ważną i o jej brak jestem gotowa obwiniać MEN oraz środowiska eksperckie. Jako osoba zawiadująca Ministerstwem Edukacji zainicjowałabym taką debatę.Społeczne nierówności edukacyjne. Ich źródłem jest powiększające się rozwarstwienie w naszym społeczeństwie, i to w wielu wymiarach: ekonomicznym, kulturowym, zdrowotnym itp. MEN nie ma wielkiego wpływu na politykę podatkową i socjalną, które powinny ten trend zatrzymać. W tej trudnej sytuacji należy wyposażyć system szkolny w dodatkowe możliwości przeciwdziałania rosnącym problemom socjalnym wielu uczniów. Przekładają się one bowiem na trudności dydaktyczne i wychowawcze.

Walkę ze wzrostem nierówności edukacyjnych należy zacząć od integracji opieki nad małymi dziećmi i rozbudowania wczesnej edukacji. Najważniejszym etapem wpływającym na powodzenie w szkole są właśnie warunki, w jakich przebiegają pierwsze lata życia dziecka. Bieda, stres z nią związany, niedożywienie, złe warunki higieniczne, słaba dostępność do lekarza – obniżają możliwości intelektualne dzieci. Odpowiednia opieka i pomoc w najmłodszym wieku zmniejszają koszty, jakie w zwielokrotnionych wymiarach trzeba ponosić przy leczeniu dysfunkcji w późniejszym okresie życia.

Wszystkie dzieci powinny mieć dostęp do wczesnej, wysokiej jakości edukacji przedszkolnej. Natomiast bezpłatny i powszechny dostęp do niej powinien zostać zagwarantowany w enklawach biedy wiejskiej i miejskiej. Praca w tych placówkach powinna obejmować nie tylko dzieci, ale także ich rodziców. Proponowałabym przy tym nawet wprowadzenie zachęt materialnych dla rodziców, aby systematycznie przyprowadzali dzieci do przedszkoli, a także sami uczestniczyli w rozmaitych zajęciach.

Postulat obniżenia wieku inicjacji szkolnej uważam za ze wszech miar słuszny, jednak sposób, w jaki reforma ta była wprowadzana, woła o pomstę do nieba. To kolejny przykład realizowania reformy „na hurra”, bez wyobraźni społecznej i rozpoznania możliwości instytucjonalnych. Nie można było dopuścić, żeby do pierwszej klasy trafiały dzieci, które w życiu nie trzymały kredki w rączce. Krokiem poprzedzającym powinno być upowszechnienie zajęć przedszkolnych dla 5-latków. W miastach nie doceniono fatalnej opinii, jaką ma szkoła – jej rygoryzmu, niedostatecznych kwalifikacji nauczycieli w postepowaniu z małymi dziećmi, które to czynniki pchnęły rodziców do „ratowania maluchów”.

Państwo a rynek. Wyrównanie szans edukacyjnych młodzieży nie jest możliwe w tak podzielonym i zróżnicowanym społeczeństwie jak nasze, zwłaszcza gdy zarządzanie edukacją zdecentralizowano, a finansowanie podporządkowano zasadom rynku. Dywersyfikacja poziomu szkół jest wpisana w logikę rynku i jeżeli chcemy jej uniknąć, musi interweniować państwo. Obecny system zarządzania edukacją odczuwa słabości obu sposobów – państwowego (biurokracja) oraz rynkowego (wzrost zróżnicowania poziomu szkół, a co za tym idzie, wzrost nierówności edukacyjnych). Mimo problemów organizacyjnych jedynie państwo jest w stanie prowadzić długofalową edukacyjną politykę spójności czy interweniować w rejonach szczególnego niedoinwestowania.

Szkoła nie wyrówna szans edukacyjnych, ale może i powinna działać na rzecz ograniczenia różnic. Wypracowanie skutecznych bodźców i sposobów pomocy w nauce wymaga jednak od nauczycieli dużego nakładu pracy, wielu umiejętności, a także odpowiedniej gratyfikacji. W pracy tej muszą otrzymywać wsparcie ze strony różnych służb i poradni.

Polska uzyskała europejskie środki z funduszu spójności – warto, aby były one przeznaczone na faktyczną politykę spójności w naszym kraju.