Ekonomia nierówności dochodowych

Ekonomia nierówności dochodowych

W ciągu ostatnich kilkunastu lat fenomen nierówności dochodowych wdarł się na salony badań ekonomicznych. Kwestie podziału dochodu badane są już nie tylko w katedrach ekonomii keynesowskiej i marksistowskiej, lecz także w ramach jej tzw. głównego nurtu. Świadectw rosnącej popularności tego tematu jest wiele: od publikowanego przez ONZ wskaźnika IHDI (Inequality Adjusted Human Development Index), który sygnalizuje spowodowane przez nierówności straty w rozwoju społecznym, przez szereg raportów Banku Światowego, aż po sukces wydawniczy książki Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”.

Co wynika z tych intensywnych badań? Co już wiemy na temat nierówności, a co wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji?

Nierówności coraz mniejsze czy coraz większe?

Zacznijmy od spraw podstawowych: czy potrafimy zmierzyć, porównać i ocenić poziom nierówności między krajami i na przestrzeni poszczególnych lat? Popularność zagadnienia nierówności dochodowych przyczyniła się do znacznej poprawy sytuacji – mamy coraz więcej danych, w coraz większym stopniu porównywalnych i coraz łatwiej dostępnych. Dostępne informacje są także pozyskiwane dla większej liczby wskaźników, zbierane konkurencyjnymi metodami, dotyczą innych – nie tylko dochodowych – wymiarów nierówności.

Nie oznacza to niestety, że uniknęliśmy wszystkich problemów związanych z pomiarem nierówności – do tego jeszcze daleka droga. Po pierwsze, większość danych jest oparta na badaniach ankietowych, w których nie uczestniczą zarówno najbogatsi, jak i najbiedniejsi. W przypadku tych ostatnich przyczyna jest prozaiczna – osoby najbiedniejsze są często bezdomne, nie mają adresu i dlatego nie są typowane do udziału w ankietach. Najbogatsi natomiast częściej niż inni odmawiają udziału w badaniu. Przyczyn niechęci do dzielenia się informacjami na temat swoich dochodów jest wiele, tu jednak ważne jest jedynie to, że zdaniem praktyków badań ankietowych gospodarstwo z najbogatszego 1% rzadko uczestniczy w badaniach1. Jeżeli zaś w takich badaniach nie biorą udziału gospodarstwa najbiedniejsze i najbogatsze, to oczywiście wskaźnik nierówności dochodowych jest niedoszacowany. A co ważniejsze – nie ukazuje przeobrażeń w podziale dochodu wynikających właśnie z przeobrażeń sytuacji najbiedniejszych i najbogatszych. To duży problem, bo zmiany w dystrybucji dochodu w praktyce dotyczą przede wszystkim tych skrajnych grup dochodowych.

Po drugie – wciąż nie mamy, i zapewne mieć nigdy nie będziemy, doskonałej miary nierówności. Jak pisał Anthony B. Atkinson2, jeden z największych autorytetów naukowych w dziedzinie podziału dochodów, nierówności nie mogą być zmierzone bez wprowadzenia społecznych osądów. Miary nierówności nie są czysto „statystyczne” i zawierają w sobie ukryte sądy o wadze przypisywanej nierównościom w różnych punktach skali dochodowej.

Mimo tych trudności można zarysować problem poziomu nierówności dochodowych i trendu ich obecności w poszczególnych państwach. Jak to zwykle bywa, w polskiej debacie publicznej pełno jest anegdotycznych przykładów nierówności zarówno malejących, jak i rosnących – w zależności od potrzeby rozważającego tezę. Oczywiste jest, że zmiany w podziale dochodu występowały w różnych krajach z różnym natężeniem i w różnym kierunku. Pełny obraz nierówności wskazuje jednak, że wewnątrzpaństwowe nierówności dochodowe przeciętnie rosną (być może stąd też popularność tego tematu wśród ekonomistów?). Wzrost ten jest na tyle znaczący, że zdaniem Jamesa K. Galbraitha3 można go pojmować jako globalne wydarzenie makroekonomiczne. Ogarniająca cały świat presja wzrostu nierówności wiąże się jego zdaniem z globalizacją liberalizacji, kryzysami zadłużeniowymi i upadkiem komunizmu na początku lat 90. Dość popularnym wyjaśnieniem światowych tendencji antyegalitarnych jest także szybki postęp technologiczny, wypychający z rynku pracy tych, którzy za nim nie nadążają, a zarazem ponadproporcjonalnie nagradzający tych, którzy załapali się na jego falę4.

Wykres nr 1 pokazuje opisany wyżej proces. Przedstawione są na nim przeciętne nierówności dochodowe wyrażone współczynnikiem Giniego dla okresu 1970–1990 oraz 1990–2010. Im wyższy współczynnik Giniego, tym wyższe nierówności dochodowe. Może on przyjmować wartości od 0 (oznaczające doskonałą równość) do 1 (sytuacja, w której jedna osoba otrzymuje cały dochód narodowy). Państwa, które znajdują się powyżej linii nachylonej pod kątem 45 stopni, doświadczyły w analizowanym okresie wzrostu nierówności dochodowych. Państwa, które znajdują się pod nią, w latach 1990–2010 charakteryzowały się niższymi nierównościami niż w latach 1970–1990. Na wykresie zaobserwować można następujące fakty:

  • więcej obserwacji znajduje się ponad linią, a zatem w większości państw nierówności dochodowe wzrosły;
  • wzrost nierówności w niektórych przypadkach był drastyczny – szczególnie w Rosji (RUS), Chinach (CHN) i Paragwaju (PRY). Pomimo tego poziom ten jest kategorią relatywnie stałą w czasie – wszystkie obserwacje układają się w rosnącą funkcję liniową. Innymi słowy – pozycja kraju w światowym rankingu egalitaryzmu jest silnie uzależniona od poziomu nierówności w poprzednim okresie;
  • wzrost nierówności obserwowany był głównie tam, gdzie w latach 1970–1990 były one niewielkie. Ich spadek przede wszystkim występował w skrajnie nieegalitarnych gospodarkach (po prawej stronie wykresu);
  • wśród państw, w których nierówności dochodowe się zwiększyły, jest także Polska. Mimo to na tle państw świata jawi się ona jako gospodarka egalitarna. Lepszym punktem odniesienia są kraje o zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego, np. państwa należące do OECD. Wśród tych 34 gospodarek Polska znajduje się w okolicach połowy stawki – na 19. miejscu (w 2010 roku).

Wykres 1. Przeciętne nierówności dochodowe w latach 1970–1990 oraz w latach 1990–2010 w krajach świata

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).

Bliższa analiza dostępnych danych wskazuje, że nierówności dochodowe od 1970 do 2010 roku spadały znacząco w krajach Afryki Subsaharyjskiej (przeciętny Gini dla tego regionu zmniejszył się z 0,5 do około 0,44) oraz na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (zmiana z 0,43 na 0,34). Ich wzrost w największym stopniu obserwowaliśmy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i w Azji Centralnej, a także wśród państw wysoko rozwiniętych. W okresie 1990–2010 obserwowaliśmy dalsze wzrosty nierówności w 50% państw świata (w 39% – spadek, a w 11% brak wyraźnego trendu). Co istotniejsze, wzrost nierówności po 1990 roku zauważany był w państwach o dużej liczbie mieszkańców, których suma stanowi 70% badanej populacji. W krajach, w których podział dochodu był coraz bardziej egalitarny, zamieszkuje jedynie 25% światowej populacji5.

Co nie zaskakuje, w posocjalistycznych gospodarkach zwiększenie nierówności zbiega się w czasie z transformacją systemową. Dysproporcje dochodowe najszybciej rosły tam w okresie 1990–1995. Taki obraz dynamiki zmian nierówności pokrywa się ze zmianami, które obserwowaliśmy w Polsce, a więc z drastycznym wzrostem nierówności w latach 1990–1995 (wykres 2). Oprócz transformacji systemowej w Polsce poziom nierówności wynikał także w dużej mierze z cyklu koniunkturalnego i ze związanego z nim poziomu bezrobocia6. Od 2005 roku podział dochodu w naszym kraju zmienia się w niewielkim stopniu (możemy obserwować niewielki spadek, którego nie potwierdzają inne źródła danych).

Wykres 2. Nierówności dochodowe w Polsce w latach 1960–2013 w porównaniu do wybranych państw

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).

Na podstawie danych zaprezentowanych na wykresie nr 1 można odnotować ogromne różnice w poziomie nierówności dochodowych między poszczególnymi państwami. Skąd się one biorą? Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta i stanowi jedno z ciekawszych odkryć ekonomicznych w zakresie nierówności dochodowych. Otóż w swojej nowatorskiej pracy Palma udowodnił7, że różnice w nierównościach dochodowych między państwami biorą się z różnego udziału najbogatszych 10% i najbiedniejszych 40% w dochodzie narodowym. We wszystkich państwach, dowodzi Palma, osoby zaliczające się do V–IX grupy decylowej (a więc równo 50% społeczeństwa) zawsze są w stanie zagwarantować sobie 50% dochodu narodowego. Niezależnie od tego, czy badamy państwa afrykańskie, czy wysoko rozwinięte państwa europejskie, kraje mniej czy bardziej wolnorynkowe, ze słabym bądź silnym państwem, z historią komunistyczną lub kapitalistyczną, z dużą czy małą polityką redystrybucyjną – zawsze około 50% dochodu przypada tej grupie społecznej. Istotne różnice w dystrybucji dochodu pomiędzy państwami występują natomiast w udziale w dochodzie najbiedniejszych i najbogatszych. To te grupy i ich relatywna pozycja w społeczeństwie determinują poziom nierówności dochodowych.

W praktyce zatem dystrybucja dochodu narodowego rozgrywa się pomiędzy najbogatszymi 10% a najbiedniejszymi 40%. To, w jakim stopniu osobom tym udaje się zapewnić sobie udział w dochodzie narodowym, decyduje o zmianach w nierównościach dochodowych. Jak pokazuje wykres 1, w większości państw to najbogatszy decyl w minionym dwudziestoleciu zapewniał sobie coraz to większy kawałek tortu.

Czy i jak bardzo powinniśmy się tym przejmować? Jakie konsekwencje niosą za sobą rosnące nierówności dochodowe? Jakie są mechanizmy wpływu dysproporcji dochodowych na rozwój społeczno-ekonomiczny? To kolejne pytania, na które intensywnie poszukuje się odpowiedzi i na które przynajmniej częściowo udało się ją ekonomistom znaleźć. Choć kontrowersje i spory w tym zakresie wciąż się utrzymują, w ostatnich latach, co może zaskakiwać, wśród ekonomistów wychodzących z odmiennych pozycji światopoglądowych nastąpiło zbliżenie stanowisk na temat konsekwencji nierówności dochodowych. Zbliżenie to polega na powszechnym uznaniu wysokich nierówności dochodowych za barierę długookresowego rozwoju społeczno-gospodarczego oraz potencjalnego czynnika kryzysogennego zaburzającego równowagę między podażą a popytem. Dominację takich poglądów obserwujemy od późnych lat 90., kiedy to powstały obowiązujące do dziś koncepcje teoretyczne. Trend ten został wzmocniony późniejszym o dekadę kryzysem finansowym, którego głębokie przyczyny sięgają nierówności dochodowych.

Nierówności a kapitał w XXI wieku

W jaki sposób nierówności dochodowe hamują rozwój społeczno-gospodarczy? Kanałów oddziaływania jest kilka. Pierwszy z nich, wzbudzający najmniejsze kontrowersje, to kanał kapitału ludzkiego. Otóż w warunkach wysokich nierówności dochodowych inwestycje w kapitał ludzki (a zatem we wszystkie przymioty ludzkie, które ułatwiają produktywną pracę: wiedzę, umiejętności, zdrowie itd.) są dostępne tylko dla niewielkiej, zamożnej części społeczeństwa. Teoretycznie niewielkie zasoby ubogich rodzin mogą być wspierane przez pożyczki, dzięki którym również te grupy społeczne mogłyby inwestować w kapitał ludzki. Zauważmy jednak, że w praktyce niesprawność rynku pożyczkowego wyklucza z niego ubogich – wysokie koszty monitorowania oraz trudności zabezpieczenia kredytu na inwestycje w kapitał ludzki (cóż mogłoby być zabezpieczeniem takiej pożyczki?) sprawiają, że ta ścieżka inwestycyjna pozostaje dla większości niedostępna.

W warunkach wysokich nierówności dochodowych mamy zatem do czynienia z następującą sytuacją: nieliczni bogaci są w stanie inwestować ogromne sumy w swój kapitał ludzki, a liczni ubodzy pozostają słabo wykwalifikowanymi pracownikami. Efekt końcowy jest dla gospodarki niekorzystny: wysokie inwestycje bogatych nie są w stanie rekompensować braku tych inwestycji wśród ubogich. Wynika to ze specyfiki kapitału ludzkiego i jest dość oczywiste – zastanówmy się, jak wiele wiedzy i umiejętności jest w stanie zdobyć przeciętnie utalentowana osoba? Ze względu na ludzkie ograniczenia poznawcze większość z nas nie jest w stanie być jednocześnie sprawnym programistą, lekarzem i przy okazji księgowym, niezależnie od tego, jak wielkie środki finansowe włożylibyśmy w edukację. Zatem, pomimo wysokich możliwości finansowych bogatych osób, zasób kapitału ludzkiego w gospodarce będzie mniejszy niż w przypadku gospodarki o zbliżonym poziomie rozwoju, ale bardziej egalitarnej i tym samym umożliwiającej większej liczbie osób inwestycje w kapitał ludzki.

Problem niewystarczających inwestycji w kapitał ludzki jest niewątpliwie niwelowany w przypadku publicznie dotowanej edukacji na wszystkich szczeblach kształcenia. Nie oznacza to jednak, że w państwach, które ją zapewniają, nie występują problemy opisane powyżej. Przykład Polski pokazuje, że pomimo dużej dostępności publicznej oferty edukacyjnej, wciąż istnieją istotne ograniczenia zasobowe dla inwestycji w kapitał ludzki wśród uboższej części społeczeństwa. Świadczą o tym m.in. edukacyjne nierówności horyzontalne, polegające na niskim udziale uczniów pochodzących z ubogich rodzin w prestiżowych ścieżkach edukacyjnych na uczelniach o wysokiej jakości kształcenia. Badania w Polsce pokazują, że jednym z czynników determinujących dostęp do dobrego wykształcenia jest sytuacja materialna gospodarstwa domowego, która uniemożliwia części uczniów osiągających wysokie wyniki na maturze podjęcie nauki w prestiżowych ośrodkach8.

Zauważmy, że powyższy problem jest mniej dotkliwy w przypadku inwestycji w kapitał fizyczny. W tym przypadku wysokie inwestycje bogatej części społeczeństwa mogą rekompensować brak tych inwestycji wśród ubogich. Otwarte pozostaje pytanie, czy rzeczywiście jest tak w praktyce. Warto ponownie sięgnąć do przytoczonej wcześniej teorii G. Palmy. Wskazuje on, że aby sensownie odpowiedzieć na pytanie o koszty nierówności dochodowych, trzeba spojrzeć nie tylko na udział najbogatszych w dochodzie narodowym, lecz także na to, co ci bogaci z tym dochodem robią. Przypomnijmy koncepcję sprawiedliwości dystrybutywnej J. Rawlsa, zgodnie z którą nierówności dochodowe są usprawiedliwione, o ile służą poprawie losu najbiedniejszych. W niektórych krajach ta legitymizacja nierówności ma znacznie mniejsze podstawy niż w innych. Otóż okazuje się, że najbogatsze 10% społeczeństwa w skrajnie różny sposób dysponuje swoimi dochodami. W krajach Ameryki Południowej, jak przekonuje Palma, najbogatsi preferują posiadanie i następnie zjadanie jak największej części narodowego tortu: jest całkiem oczywiste, że południowoamerykańskie kapitalistyczne elity i ich krewni posiadają unikalne preferencje dla wystawnej, pompatycznej konsumpcji i dla akumulacji ruchomego kapitału niż dla akumulacji kapitału fizycznego9. Świadczy o tym relacja prywatnych inwestycji do udziału X decyla w dochodzie narodowym. W krajach Ameryki Południowej inwestycje wynoszą około 35% dochodu narodowego, podczas gdy w krajach azjatyckich ok. 70%10.

Kolejnym mechanizmem wpływu nierówności dochodowych na rozwój społeczno-gospodarczy jest kanał kapitału społecznego. Zauważa się tutaj, że relacje między ludźmi – to, w jaki sposób się do siebie odnoszą, jak często wchodzą w interakcje, jak bardzo sobie nawzajem ufają – wpływają na produktywność. Tym samym relacje te można traktować jako specyficzną formę kapitału. Kolejne prace pokazują, że wysokie nierówności dochodowe nie są sprzyjającym środowiskiem dla rozwoju kapitału społecznego. Uslaner i Brown sugerują11, że ludzie ufają sobie częściej, gdy łączą ich więzy „wspólnego losu” – gdy podzielają zbliżone przeżycia, problemy i fascynacje. W warunkach wysokich nierówności biedni i bogaci przeżywają zupełnie odmienne życia, często oddzielając się od siebie barierami fizycznymi, zamieszkując odmienne, nieprzenikające się strefy. Do tego dochodzić może wzajemna nieufność spowodowana percepcją nierówności. Jeżeli jednostki relatywnie ubogie postrzegają podział dochodu jako niesprawiedliwy i wynikający z nieuczciwego zachowania bogatych, to w naturalny sposób z dużą dozą ostrożności podchodzą do wszelakich interakcji z zamożniejszą częścią społeczeństwa i do elit społecznych. Jeżeli natomiast nierówności są postrzegane jako niesprawiedliwe i wynikające z nieuczciwych działań polityków czy niesprawnych instytucji państwowych, to możemy się spodziewać ogólnego spadku zaufania do klasy politycznej i instytucji państwa. Brakowi zaufania towarzyszy często wycofanie się z aktywnego życia obywatelskiego i politycznego.

Nierówności jako przyczyna kryzysu finansowego

Do łask głównego nurtu badań ekonomicznych w ostatnich latach powróciła także kwestia równowagi między popytem a podażą, która jest determinowana nierównościami dochodowymi. Warto odnotować, że badania w tym obszarze są w istocie powrotem do prac ekonomicznych z połowy XX wieku, m.in. do koncepcji wybitnego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego.

Jak nierówności dochodowe mają się do równowagi między popytem a podażą? Badania ekonomiczne podpowiadają, że osoby biedne mają wyższą skłonność do konsumpcji niż osoby bogate – a zatem, że większość swojego bieżącego dochodu wydają na bieżącą konsumpcję. Jednostki bogate natomiast znacznie większą część dochodu oszczędzają. Moglibyśmy postrzegać ten fenomen jako coś pozytywnego, bo przecież oszczędności są niezbędne do podjęcia inwestycji. Jednak, zgodnie z argumentacją wysuniętą po raz pierwszy przez ekonomię keynesowską, zauważa się, że inwestycje, choć potencjalnie możliwe (ze względu na występujące oszczędności), nie będą podejmowane, jeżeli przedsiębiorcy nie znajdą chętnych na zakup towarów i usług wytworzonych wskutek samych tych inwestycji. W takich warunkach nie istnieją zatem zachęty do inwestowania w realną gospodarkę.

Z dużym prawdopodobieństwem natomiast będziemy obserwować odpływ oszczędności w kierunku rynków finansowych, które kuszą wysokimi stopami zwrotu. Rynki finansowe kuszą tym bardziej, że w warunkach rosnących nierówności dochodowych coraz więcej osób zgłasza zapotrzebowanie na usługi finansowe. Relatywnie ubożejąca klasa średnia oraz niższa, aby utrzymać swój poziom konsumpcji, zaciągają coraz więcej kredytów konsumpcyjnych i tym samym zachęcają bogatą część społeczeństwa do lokowania nadwyżek na rynkach finansowych. Zauważmy, że mechanizm ten pozwala na powrót do równowagi między popytem a podażą, ale jednocześnie zwiększa wrażliwość systemu finansowego i naraża go na kryzysy, takie jak ten z 2008 roku. Zatem to właśnie nierówności dochodowe traktowane są jako strukturalna przyczyna kryzysu finansowego, a następnie gospodarczego. Wszystkie pozostałe wyjaśnienia, łącznie z błędami państwa, z niewłaściwymi regulacjami rynku finansowego, z mechanizmami (nie)działania instrumentów pochodnych czy z chciwością i nieodpowiedzialnością banków, są wyjaśnieniami ważnymi, ale o charakterze technicznym, wskazującymi raczej na iskrę zapalną, na bezpośrednią przyczynę wybuchu kryzysu, a nie na fundamentalne mechanizmy powstawania napięć i nierównowagi w systemie gospodarczym. Taka percepcja kryzysu z 2008 roku jest wyraźnie artykułowana przez coraz większą liczbę ekonomistów12.

Nierówności a motywacja

Często pojawiającym się wątkiem w dyskusji o nierównościach jest ich potencjalnie pozytywna rola informacyjna i motywacyjna. Przy założeniu, że udaje się znacznie obniżyć nierówności dochodowe i tym samym zniwelować ich negatywne konsekwencje, warto rozważyć, czy nie będzie się to wiązało z kosztami innego rodzaju. Przyznać przecież należy, że różnice w dochodach obserwowane w różnych zawodach, na różnych stanowiskach, związane z odmiennym doświadczeniem, wiedzą, wysiłkiem, zdolnościami czy priorytetami życiowymi, stanowią istotną część obserwowanych nierówności (wciąż jednak tylko część!). Różnice te to bodźce do podnoszenia własnych kompetencji, do ponoszenia ryzyka inwestycyjnego, do wysiłku związanego z przebranżowieniem czy z kształceniem swoich dzieci. W tym sensie nierówności są motorem postępu, szczególnie gdy doświadczamy istotnych zmian technologicznych, które wymagają porzucania dotychczasowych zajęć i poszukiwania umiejętności i wiedzy w sektorach wykorzystujących nowoczesną technologię. Kwestia ta często wykorzystywana jest w rozlicznych publicznych przepychankach na temat nierówności i przedstawiana jako antyegalitarny argument kończący dyskusję.

W dyskusjach tych niestety pomija się często kilka bardziej złożonych problemów. Po pierwsze, aby bodźce do działania były skuteczne, ludzie muszą być wyposażeni w narzędzia do realizacji tych działań. Możemy zatem wyobrazić sobie sytuację, gdy wysokie nierówności rzeczywiście zachęcają do aktywności, ale ze względu na ograniczenia materialne, czasowe i inne działanie to jest niemożliwe. Końcowym efektem będzie prawdopodobnie wzrost frustracji, a nie aktywności. Po drugie, warto się bliżej przyjrzeć zależności między nierównościami a bodźcami do wszelakiej aktywności. W najprostszym ujęciu – im nierówności będą mniejsze, tym i bodźce będą słabsze. Można jednak przypuszczać, że zależność między nierównościami a bodźcami aktywizującymi wcale nie jest liniowa. Choć obszar ten wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji, możemy zauważyć, że mało prawdopodobnym jest, aby szybko rosnące płace korporacyjnych prezesów rzeczywiście stanowiły bodźce do aktywności dla całej reszty społeczeństwa. Istnieją liczne przykłady mikroekonomiczne, z których wynika, że najlepszy motywacyjny system bonusów pracowniczych w przedsiębiorstwach wcale nie polega na zapewnieniu wysokiej wygranej najlepszemu pracownikowi, wtedy bowiem tylko najlepsi z najlepszych wysoko oceniają swoje szanse otrzymania nagrody i tylko oni podnoszą poziom zaangażowania. Znacznie lepsze efekty przynosi natomiast „podział na ligi”, świetnie znany ze świata sportu, w którym wszyscy uczestnicy widzą szansę zdobycia dodatkowej nagrody. Analogicznie, choć z pewną dozą ostrożności, wnioskować można o makroekonomicznych nierównościach – prawdopodobnie po przekroczeniu pewnego poziomu dalsze ich wzrosty wcale nie przysparzają dodatkowych bodźców do działania ze względu na niską percepcję szans osiągnięcia sukcesu. Jednocześnie wzrost ten wzmagać będzie opisane wcześniej negatywne konsekwencje nierówności dochodowych.

Dodatkowo należy wspomnieć, że w praktyce mechanizm motywujący nierówności działa z jeszcze innego powodu w mniejszym zakresie, niż byśmy chcieli. Badania empiryczne wskazują, że decyzje o przekwalifikowaniu podejmują przede wszystkim osoby młode, podczas gdy starsze pokolenia cechują się niską mobilnością nawet wtedy, gdy przebranżowienie jest jedyną ucieczką od bezrobocia13. Tym samym pozytywne znaczenie nierówności dochodowych dla rozwoju jest minimalizowane przez przyzwyczajenia, ograniczenia poznawcze, niechęć do zmian, a często także przez brak czasu i zasobów, które są zresztą uwarunkowane również tymi nierównościami. Podręcznikowy mechanizm działa zatem w mniejszym stopniu niż wynikałoby to z modelowej analizy człowieka racjonalnego.

Jakub Bartak

Przypisy:

  1. N. Shaxson, J. Christensen, N. Mathiason, Inequality: You don’t know the half of it, Tax Justice Network, 2012.
  2. A.B. Atkinson, The economics of inequality, Clarendon Press, Oxford 1983, s. 47.
  3. J.K. Galbraith, Global inequality and global macroeconomic, „Journal of Policy Modeling” 2007, t. 29, nr 4.
  4. M.E. Dabla-Norris i in., Causes and consequences of income inequality: a global perspective, International Monetary Fund, 2015.
  5. United Nations, Inequality matters, 2013, s. 30.
  6. M. Brzeziński, Nierówności w Polsce na tle krajów Unii Europejskiej, http://coin.wne.uw.edu.pl/mbrzezinski/research/MB_KEP_2013.pdf (1.04.2016).
  7. J.G. Palma, Homogeneous Middles vs. Heterogeneous Tails, and the End of the ‘Inverted-U’: It’s All About the Share of the Rich, „Development and Change” 2011, t. 42, nr 1.
  8. K. Czarnecki, Uwarunkowania nierówności horyzontalnych w dostępie do szkolnictwa wyższego w Polsce, „Nauka i Szkolnictwo Wyższe” 2015, nr 1 (45), s. 183.
  9. J.G. Palma, op. cit., s. 34.
  10. Ibidem, s. 33.
  11. E.M. Uslaner, M. Brown, Inequality, trust, and civic engagement, „American Politics Research” 2005, t. 33, nr 6.
  12. J.P. Fitoussi, F. Saraceno, Europe: how deep is a crisis? Policy responses and structural factors behind diverging performances, „Journal of Globalization and Development” 2010, t. 1, nr 1; R. Ranciere, M. Kumhof, Inequality, leverage and crises, International Monetary Fund, 2010; E. Stockhammer, Rising inequality as a cause of the present crisis, „Cambridge Journal of Economics” 2015, t. 39, nr 3.
  13. A.C. Gielen, J.C. van Ours, Age-Specific Cyclical Effects in Job Reallocation and Labor Mobility, Institute for the Study of Labor (IZA), 2005.

Neokolonializm czy konwergencja?

Kwestie niekorzystnego charakteru integracji Polski z Unią Europejską, problemu podmiotowości państwa czy geopolitycznych uwarunkowań rozwoju zaczynają nareszcie być znaczącym tematem w debacie publicznej. Pojawiają się w niej wątki narodowości kapitału, unikania opodatkowania i powiązań biznesowo-politycznych. Tematy te wydają się nierozłącznie związane z ekonomią, jednak – co zaskakujące – ekonomia oferuje niewiele teoretycznych wyjaśnień dotyczących neokolonialnych zależności w XXI wieku.

Owszem, istnieją analizy empiryczne, krytykowana jest „terapia szokowa”, omawiane są przypadki prywatyzacji i przejęć polskich przedsiębiorstw kończące się szybkim ogłoszeniem upadłości, pojawiają się coraz rozsądniejsze głosy na temat konieczności ponownego uprzemysłowienia państwa oraz prowadzenia polityki przemysłowej ingerującej w procesy rynkowe. Brakuje jednak odwołania do teorii ekonomii, która wyjaśniałaby zachodzące procesy i uzasadniała postulowane zadania – do takiej teorii, która wyjaśnia, w jakich warunkach siły rządzące kapitałem sprzyjają rozwojowi, a kiedy prowadzą do prymitywizacji produkcji. Jedni kurczowo bronią doktryny wolnego handlu, nie dostrzegając zagrożeń z nim związanych, inni natomiast nie potrafią wytłumaczyć korzyści pojawiających się dzięki otwarciu gospodarki.

Teorię, która umożliwia zrozumienie i rzetelną analizę procesów wynikających z integracji gospodarczej, przedstawia Erik S. Reinert, założyciel The Other Canon Foundation – ośrodka naukowego zajmującego się propagowaniem istniejącej od wieków, lecz wypartej z głównego nurtu, ekonomii opartej na renesansowym rozumieniu świata1. W perspektywie „ekonomii innego kanonu” poziom rozwoju uzależniony jest od rodzaju dominującej produkcji, która przesądza, czy w ramach obowiązującego paradygmatu technologicznego dany kraj może spodziewać się wzrostu czy stagnacji, oraz czy liberalizacja handlu przyniesie konwergencję (rozumianą jako zmniejszenie różnic między krajami w poziomie rozwoju gospodarczego), czy może dalsze pogłębianie nierówności rozwojowych. Swoje teoretyczne rozważania Reinert opiera na prawach malejących lub rosnących przychodów marginalnych, czyli prawach wyjaśniających zmiany produktywności w poszczególnych sektorach (będzie o nich mowa później). Wnioski z teorii są stosunkowo proste i przejrzyste – jeżeli państwo posiada przewagę komparatywną (polegającą na korzystnym stosunku kosztów produkcji danego dobra do kosztów produkcji innych dóbr) w sektorach produkcji z rosnącymi przychodami marginalnymi, wtedy integracja z globalną gospodarką lub strukturami ponadnarodowymi się opłaca. Jeżeli jednak przewaga ta dotyczy sektorów z malejącymi przychodami marginalnymi, wówczas otwarcie gospodarki powoduje spadek produkcji per capita. Czynnikiem, który ogranicza tę zależność, jest umiejętność absorpcji odpowiedniego kapitału z bogatszego państwa. W ekonomii neoklasycznej kapitał traktowany jest jednakowo – inwestycje zagraniczne w sektor górniczy, w handel detaliczny czy w nowe technologie, o ile mają taką samą wartość rynkową, traktowane są jako takie same. W perspektywie teorii nierównego rozwoju Reinerta to właśnie rodzaj kapitału i rodzaj produkcji są najważniejsze.

Przychody marginalne a wolny handel

Według Reinerta podstawowym błędem ekonomii głównego nurtu jest oparcie jej na modelach ekonomicznych, przy jednoczesnym „zapominaniu” o założeniach, które leżą u ich podstaw. W ten sposób prawdziwe stwierdzenie „gdy założymy, że nie ma grawitacji, pozostawione w powietrzu jajko nie spadnie na ziemię”, zamienia się w fałszywe: „pozostawione w powietrzu jajko nie spadnie na ziemię”. Modelem, na którym opierają się współczesne stosunki handlowe, a którego poprawność w całości zasadza się na jego „zapomnianych” założeniach, jest model przewag komparatywnych autorstwa Davida Ricardo.

Zgodnie z tym modelem w warunkach wolnego handlu kraje specjalizują się w dziedzinach, w których mają przewagę komparatywną. Specjalizacja ta prowadzi do lepszej alokacji zasobów i powoduje, że wszystkie integrujące się państwa osiągają korzyści. Koncepcja ta jest prawdziwa niestety tylko przy założeniu stałych przychodów marginalnych, których istnienie leży z kolei w sprzeczności z podstawowym i znanym każdemu ekonomiście prawem malejących przychodów marginalnych. Mówi ono, że gdy zwiększany jest nakład czynników produkcji przy stałym nakładzie innego czynnika, to kolejne wzrosty produkcji są coraz mniejsze. Mówiąc obrazowo – gdy w rolnictwie zwiększa się zatrudnienie przy stałej ilości ziemi, to przyrosty żywności są coraz mniejsze, aż potencjalnie zatrudnienie kolejnych pracowników nie spowoduje wzrostu produkcji. Tym samym produkcja na osobę jest coraz mniejsza. W podobny sposób wytłumaczyć można spadki przeciętnych plonów uzyskiwanych w rolnictwie w wyniku zwiększania areałów upraw: początkowe wysokie plony wynikają z wykorzystania najlepszej dostępnej ziemi, ale wraz ze zwiększaniem areałów zagospodarowywane są gleby coraz gorszej jakości, które zaniżają plony przeciętne. Podobnie w przypadku sektora wydobywczego – przy niewielkiej produkcji wydobywane są te zasoby, które są najłatwiej dostępne, ale przy próbach zwiększania wydobycia trzeba sięgać do coraz to głębiej położonych i trudniej dostępnych złóż.

Problem malejących przychodów marginalnych od zawsze towarzyszy ludzkości, która również od zawsze próbuje od niego uciekać. Biblijna historia Abrahama i Lota, którzy rozwiązali swoje problemy przez prowadzenie plemienia Lota do Jordanii, a plemienia Abrahama do Kanaanu, jest przykładem takiej próby2. Plemiona koczownicze radzą sobie poprzez zasiedlanie niewykorzystanych jeszcze terenów, w podobny sposób z malejącymi przychodami radzili sobie także Europejczycy w czasie wielkich migracji do Australii i Ameryki Północnej. Oczywiście, migracje rozwiązują problem dopóki istnieje wolny zasób „ziemi obiecanej”, którą można zasiedlić.

Innym, bardziej skomplikowanym sposobem na przezwyciężenie prawa malejących przychodów jest postęp technologiczny. Umożliwia on takie zastosowanie ograniczonych zasobów, że przychody marginalne są rosnące – zatrudnienie każdej dodatkowej osoby w danej branży skutkuje coraz to większymi przyrostami produkcji, a także wzrostem produkcji na osobę. Problem jednak w tym, że postęp technologiczny nie następuje – wbrew upraszczającym modelom reprezentatywnej firmy – dla wszystkich sektorów w tym samym czasie3. W rzeczywistości postęp technologiczny w jednych dziedzinach nie występuje przez stulecia, a w innych z kolei przełom dokonuje się w ciągu kilku lat. Jego tempo jest czasami bardzo różne nawet dla jednego rodzaju działalności – przykładem może być znów rolnictwo, w którym pracochłonne metody zbiorów owoców miękkich czy warzyw nie zmieniły się znacznie od wieków, ale zmechanizowane metody zbiorów zbóż pozwoliły na produkcję na wielką skalę przy znikomym zatrudnieniu. Choć nie można wykluczyć, że również zbiory malin czy strzyżenie mogą być zmechanizowane, to liczenie na postęp technologiczny w tych dziedzinach jest naiwne i ryzykowne.

Z nierównomiernego postępu technologicznego wysnuć można prosty wniosek – niektóre aktywności gospodarcze charakteryzują się dużymi możliwościami wzrostu produktywności, inne natomiast są praktycznie skazane na utknięcie w ślepej uliczce rozwoju. Możliwe zatem jest zobrazowanie w tabeli produkcji „wysokiej jakości” i produkcji „niskiej jakości”4 (patrz niżej).

Aktywność o wysokiej jakości

Aktywność o niskiej jakości

– nowa wiedza z wysoką wartością rynkową

– stara wiedza z niską wartością rynkową

– wysoka stopa wzrostu produkcji

– niska stopa wzrostu produkcji

– szybki postęp technologiczny

– powolny postęp technologiczny

– wysoka zawartość B+R (badania i rozwój)

– niska zawartość B+R

– wymaga procesów uczenia się przez działanie

– niskie wymagania procesów uczenia się przez działanie

– podzielne inwestycje w dużych transzach

– podzielne inwestycje

– niedoskonała, lecz dynamiczna konkurencja

– doskonała informacja i konkurencja

– wysoki poziom płac

– niski poziom płac

– korzyści skali i zakresu

– niskie korzyści skali i zakresu

– wysoki stopień koncentracji przemysłu

– przemysł fragmentaryczny

– wysokie ryzyko: duże bariery wejścia i wyjścia

– niskie ryzyko: małe bariery wejścia i wyjścia

– markowe produkty

– produkty towarowe

– tworzenie efektów sieci i synergii

– niskie efekty sieci i synergii

– tworzenie innowacji

– innowacje procesowe lub żadne

– standardowe założenia neoklasyczne są niespełnione

– standardowe założenia ekonomii neoklasycznej są racjonalnym przybliżeniem rzeczywistości

Co z tych fundamentalnych praw wynika dla handlu międzynarodowego i koncepcji przewag komparatywnych Ricardo? Otóż to, że specjalizacja jest opłacalna wyłącznie w tych dziedzinach, które podlegają prawu rosnących przychodów, a więc tam, gdzie zgodnie z dominującym paradygmatem technologicznym, następuje postęp. Państwa, które posiadają przewagę komparatywną w produkcji bananów, bawełny czy w przemyśle wydobywczym, w warunkach wolnego handlu będą zwiększały zatrudnienie właśnie w tych obszarach, skazując się na coraz to mniejsze przychody marginalne, a co za tym idzie – na mniejszą produkcję per capita. Kraje, które posiadają przewagę w zaawansowanej produkcji przemysłowej, będą w warunkach wolnego handlu przenosić zatrudnienie do technicznie zaawansowanych sektorów i w wyniku działania prawa rosnących przychodów produkcja per capita będzie tam rosła. W bogatszym kraju kosztowej konkurencji nie będą wytrzymywać prymitywne sektory, natomiast w kraju biedniejszym sektory relatywnie najbardziej zaawansowane będą upadały jako pierwsze (tzw. efekt Vanka-Reinerta)5. Końcowy efekt wolnego handlu w takich warunkach jest oczywisty – wygranym jest państwo bogatsze, przegranym państwo biedniejsze. Mechanizm ten najpełniej i najwidoczniej objawiał się w przypadku kolonii.

Oczywiście, kluczowym elementem analizy, który determinuje podział kosztów i korzyści z integracji gospodarczej, jest, obok przepływu dóbr i usług, możliwość alokacji kapitału. Teoretycznie bowiem nawet wysoko zaawansowane sektory z dużą innowacyjnością i z wysokimi płacami mogłyby w warunkach integracji przenosić się do biednych krajów (choćby w poszukiwaniu niższych kosztów pracy). Jak zwykle jednak, znaczenie mają szczególnie te czynniki, których ujęcie w modelach ekonomii neoklasycznej jest bardzo trudne – a więc wszystko to co, Abramowicz nazwał „zdolnością społeczną” do absorpcji kapitału. Chodzi o system lokalnych instytucji, bodźców inwestycyjnych, poziom wykształcenia, istnienie lokalnego przemysłu i poziom jego rozwoju.

Według Reinerta lekceważenie tej „zdolności społecznej” i upraszczające postrzeganie kapitału jako klucza do wzrostu prowadzi do udzielania pożyczek biednym państwom, których struktura produkcyjna (przemysłowa) nie jest zdolna do przyjęcia ich z zyskiem. Odsetki od tych pożyczek bardzo często będą większe niż stopa zwrotu z podjętych inwestycji […] a jedynymi, którzy zyskają, będą ci, którzy udzielili pożyczki […]. Podobnie w przypadku ludzi: inwestycje w kapitał ludzki są podejmowane bez odpowiedniej zmiany w strukturze produkcji, która zgłasza popyt na zdobywane umiejętności. W rezultacie edukacja może wpływać tylko na promowanie emigracji6.

W kierunku neokolonializmu czy konwergencji?

Opisany mechanizm powoduje, że integracja gospodarcza polegająca na minimalizacji roli państwa oraz pełnej liberalizacji handlu nie przynosi oczekiwanych efektów (przynajmniej z punktu widzenia państwa „doganiającego”). Nie każda integracja jednak musi kończyć się takimi konsekwencjami. Po pierwsze, inaczej będzie, gdy integrują się państwa o podobnym poziomie rozwoju. Po drugie, w przypadku integracji asymetrycznej istnieją możliwe do zrealizowania scenariusze, które przynoszą wymierne korzyści wszystkim integrującym się podmiotom7.

Dla analizy integracji w ramach Unii Europejskiej, ale także globalnej integracji w ramach umów dwstronnych znacznie ciekawsza jest ta druga problematyka.

Integracja neokolonialna oparta jest na opisanym wcześniej mechanizmie, w którym na skutek liberalizacji handlu występuje efekt Reinerta-Vaneka, a kraj kolonizowany specjalizuje się w „byciu biednym”. Oznacza to dostarczanie surowców naturalnych (przy dodatkowym obciążeniu w postaci dewastacji środowiska) lub pracochłonną aktywność o „niskiej jakości”. Ten pierwszy przypadek szczególnie rzuca się w oczy w krajach afrykańskich, gdzie mówi się o „przekleństwie zasobów”. Drugi natomiast można zaobserwować w krajach Ameryki Łacińskiej, a także w peryferyjnych państwach Unii Europejskiej, w tym w Polsce.

Istotną rolę w przypadku integracji neokolonialnej odgrywa w analizie Reinerta obowiązujący trend technologiczny wywołany rewolucją w telekomunikacji i transporcie. Rewolucja ICT umożliwiła produkcję modułową, gdzie wyprodukowanie jednego dobra czy usługi jest dzielone na fragmenty, których część charakteryzuje się rosnącymi, a część malejącymi przychodami. Na przykład produkcja samochodu może się składać z dwóch płaszczyzn. Pierwsza to centrum badawczo-rozwojowe i projektowe, które instytucjonalnie zakorzenione jest w kraju wysoko rozwiniętym i które przynosi wysoką wartość dodaną. Druga to pracochłonny i przynoszący niską wartość dodaną montaż gotowych komponentów, który odbywa się w kraju z niskimi kosztami pracy. W ten sposób możliwe jest przesuwanie elementów produkcji o niskiej jakości do biedniejszych krajów, bez jednoczesnego rezygnowania z tych elementów, które charakteryzują się wysoką innowacyjnością i dużymi pozytywnymi efektami zewnętrznymi. Dlatego właśnie kraje Europy Środkowo-Wschodniej stały się centrami outsourcingowymi dla zachodnich firm. Co prawda, centra te pozwoliły na wystąpienie wielu innowacji procesowych i na wzrost produktywności pracowników, jednak, zdaniem Reinerta, nie spełniają one kryterium aktywności „wysokiej jakości” – nie generują popytu na badania naukowo-techniczne, nie tworzą innowacji produktowych ani pozytywnych efektów zewnętrznych wynikających z procesów uczenia się. Innymi słowy, rozwój w tych sektorach ma swoją ślepą uliczkę. Mimo pewnych nadziei pokładanych w dalszym rozwoju tych usług, które często obejmują coraz bardziej skomplikowane procesy, jak np. business intelligence, obsługa kadrowa czy finansowa, to właśnie w sektorze usług specjalizacja narażona jest na niski wzrost produktywności8.

Taka diagnoza zgodna jest ze statystykami innowacyjności, a także z danymi o bardzo niskich nakładach na badania i rozwój, przede wszystkim sektora prywatnego, wynoszących w Polsce 39 euro na osobę wobec prawie 1000 w Szwecji, 682 w Niemczech, 465 we Francji czy 71 w Chinach i w Rosji (dane Eurostatu za 2013 rok, dla Chin i Rosji za 2012). Należy dodać, że w Polsce w latach 2011–2013 nakłady te prawie się podwoiły, głównie dzięki działalności Narodowego Centrum Badania i Rozwoju. Można stąd wnioskować, że przedsiębiorstwa działające w Polsce zgłaszają niski popyt na wysokie technologie. Mała liczba patentów i wdrożeń naukowo-technicznych również wynika z niedopasowania potrzeb przedsiębiorstw do badań podejmowanych przez sektor publiczny.

Na podstawie przykładu Polski oraz innych państw Europy Środkowo-Wschodniej można postawić pewną diagnozę ogólną. Kraje te wybrały ścieżkę rozwoju technologicznego opartą na zasobach zagranicznych, co umożliwiło szybki napływ kapitału, schumpeterowską twórczą destrukcję, polegającą na błyskawicznej zmianie sposobów produkcji, zmianę sposobów zarządzania, widoczny postęp technologiczny. Jednocześnie taka ścieżka rozwoju niesie ze sobą szereg pułapek i zagrożeń. Oparcie rozwoju na zasobach zagranicznych w oczywisty sposób zmienia strukturę własności, a ta, pomimo dogmatów o transnarodowości kapitału, wciąż ma znaczenie. Po pierwsze, większość międzynarodowych firm swoją najważniejszą działalność prowadzi w krajach macierzystych. Po drugie, zyski z zagranicznych placówek tych firm, co oczywiste, wysyłane są do krajów pochodzenia. Po trzecie wreszcie, w wyniku różnych zmian w światowej gospodarce (np. kryzysów, ale także nowych możliwości lokalizacji kapitału), produkcja w krajach macierzystych zamykana jest w ostateczności, a tym samym możliwość ucieczki zagranicznego kapitału jest znacznie wyższa niż kapitału krajowego. Wszystkie te czynniki prowadzą rozwój oparty na gwałtownym otwarciu na rynki zagraniczne nie do twórczej destrukcji, ale do destrukcji z niską dozą kreatywności albo, jak chce G. Kołodko, do „szoku bez terapii” zamiast terapii szokowej. Na łamach „Nowej Konfederacji” J. Żyżyński wykazuje, że z tytułu niekorzystnej narodowości kapitału 4–5 proc. PKB rocznie zostaje wytransferowane z Polski w postaci dochodów z inwestycji. Nic nie wskazuje na to, że w przyszłości może być lepiej. B. Radziejewski w tym samym czasopiśmie stwierdza: te horrendalne sumy są niczym innym jak, że pozwolę sobie na pewną innowację pojęciową, rentą neokolonialną. Skutkiem grabieżczej prywatyzacji, przypominającej jako żywo łupienie indiańskich „miast ze złota” przez europejskich konkwistadorów, w trakcie której najlepsze polskie firmy sprzedano za bezcen lub łaskawie pozwolono zniszczyć w nierównej konkurencji. W efekcie mamy sytuację, w której właścicielami 83 proc. największych „naszych” spółek są obcokrajowcy (dane na 2011)9.

Taka sytuacja rodzi niewątpliwie problemy natury makroekonomicznej. Zyski transferowane za granicę nie „pracują” w polskiej gospodarce, nie powodują dalszych inwestycji i konsumpcji, nie generują popytu na badania i rozwój. Inwestycje lokowane w krajach peryferyjnych (o ile nie są wyłącznie wrogim przejęciem istniejących przedsiębiorstw) unowocześniają procesy produkcji, tworzą miejsca pracy, często o wyższych standardach niż przedsiębiorstwa krajowe, lecz nie tworzą podstaw do tworzenia własnych technologii, będąc w istocie produkcją „niskiej jakości” w typologii Reinerta.

Teoretycznie możliwa jest inna ścieżka integracji, polegająca na sekwencyjnym postępie technologicznym. Zgodnie z modelem Akamatsu integracja przynosząca korzyści wszystkim podmiotom jest możliwa, gdy relatywnie biedniejsze państwo posiada możliwości przyjęcia technologii, która w państwie bogatym staje się już przestarzała wskutek szybkiego postępu. Ta „przestarzała” technologia ma jednak cechy produkcji „dobrej jakości”, a przemysł zgłasza zapotrzebowanie na nowe technologie i tworzy efekty zewnętrzne umożliwiające rozwój innowacyjności. W warunkach wysokiej dynamiki również dla państw biedniejszych pojawiają się możliwości czerpania korzyści z handlu. Kluczową strategią państwa doganiającego jest selektywna polityka handlowa oraz stymulowanie rozwoju lokalnego przemysłu i innowacji. Głównym wyzwaniem jest zatem taka polityka, która umożliwia transfer technologii bez jednoczesnej dezindustrializacji.

Łatwo się domyślić, że polityka taka jest delikatną sprawą: pełna liberalizacja rynków powoduje szkodliwą (z punktu widzenia biedniejszego kraju) konkurencję, której bez pomocy państwa nie wytrzymują rodzime sektory. Z drugiej strony, polityka zamknięcia gospodarki utrudnia napływ technologii, uniemożliwia wytworzenie lokalnego popytu na zaawansowane produkty, może także spotkać się z odwetową polityką ograniczania handlu. Co więcej, pomoc publiczna może prowadzić do zmniejszenia bodźców do restrukturyzacji przedsiębiorstw. Zagrożenia z jednej i z drugiej strony są poważne, a umiejętność ich ograniczenia determinuje tempo rozwoju. Model sekwencyjnego postępu technologicznego, mimo że opiera się na integracji gospodarczej, jest w istocie modelem opartym na własnych zasobach, które wykorzystywane mają być do nabywania większych zdolności produkcyjnych, w tym do zakupów nowych technologii i energii. Co istotne i często pomijane w krytyce tego modelu, handel międzynarodowy uznawany jest tu za niezwykle istotny czynnik rozwoju państwa doganiającego. Jednocześnie, jak to ujął Ha-Joon Chang, handel jest po prostu zbyt ważny dla rozwoju ekonomicznego, aby był pozostawiony ekonomistom wolnorynkowym10.

Wymiana międzynarodowa, gdy rozumiana jako środek, a nie cel sam w sobie, jest bowiem sposobem na osiągnięcie efektów skali, na rozwinięcie produkcji z rosnącymi przychodami marginalnymi. Sztandarowym przykładem jest tu Korea Południowa, która rozwinęła się poprzez handel, ale nie poprzez wolny handel. Z eksportera produktów tanich i nisko zaawansowanych technologicznie, w wyniku połączenia selektywnej polityki handlowej i wsparcia dla „raczkujących przemysłów”, stała się jednym z większych eksporterów produktów zaawansowanych. Jej przykład pokazuje, że przedsiębiorstwa w krajach rozwijających się potrzebują czasowej i stopniowo zmniejszającej się ochrony przed firmami zagranicznymi, aby mogły rozwinąć zdolność do konkurowania.

Jak widać na historycznych przykładach, rozważna polityka przemysłowa jest możliwa. Stanowiła ona klucz do dynamicznego rozwoju państw Azji Wschodniej, a także do sukcesu Stanów Zjednoczonych w XIX wieku, które, wbrew zaleceniom ekonomistów brytyjskich, oparły swoją strategię rozwoju na industrializacji i sloganie róbmy to, co Anglicy zrobili, nie róbmy tego, co Anglicy mówią nam, abyśmy robili sugeruje, że kraje drugiego i trzeciego świata powinny robić to, co Stany Zjednoczone, zamiast tego, co Stany Zjednoczone mówią, aby robić11.

Nieprzydatne, a często wręcz szkodliwe zalecenia ekonomistów ze szkoły chicagowskiej nie są, zdaniem Reinerta, przypadkowe, spełniają bowiem rolę ideologicznego uzasadniania hegemonii gospodarczej USA. Teza, jakoby ekonomia pisana była na zamówienie lidera gospodarczego, nie jest nowa, podnoszona była m.in. już przez niemieckiego ekonomistę F. Lista, według którego gdy ktoś osiągnie szczyt wielkości, wykopuje drabinę, po której się wspiął, aby uniemożliwić innym wspinanie się za nim12. W tym ujęciu, po uprzemysłowieniu kraju i wyjściu na pozycję lidera, naturalną strategią jest stworzenie systemu utrudniającego industrializację innym, i tym samym umocnienie własnej pozycji hegemonicznej. Cel ten zostaje osiągnięty w warunkach wolnego handlu między nierównymi partnerami, poprzez działanie efektu Vanka-Reinerta, przy braku polityki przemysłowej wspierającej lokalnych producentów.

Na koniec warto przypomnieć, że konieczność równomiernego rozwoju gospodarczego, szczególnie w ramach silnie zintegrowanych instytucji takich jak np. Unia Europejska, wynika nie tylko z interesu krajów peryferyjnych, ale także państw centrum. Integracja typu neokolonialnego prowadzi w warunkach niskiego wzrostu gospodarczego do silnej presji na obniżanie standardu życia również w bogatszych krajach, które nie są w stanie zagospodarować nadwyżki siły roboczej powstającej w wyniku przenoszenia produkcji „niskiej jakości” do peryferii. Co więcej, w warunkach nierównego rozwoju pojawiają się coraz poważniejsze problemy ze stabilnością grupy, w szczególności strefy euro, czy problemy wynikające z kulturowych i gospodarczych konsekwencji migracji na ogromną skalę. Integracja oparta na tworzeniu przewag komparatywnych w sektorach o rosnących przychodach marginalnych przynosi natomiast korzyści wszystkim integrującym się krajom.

Przypisy:

  1. O takiej ekonomii pisał K. Mroczkowski na łamach „Nowego Obywatela” nr 57; tekst dostępny w internecie: https://obywatel3.macmas.pl/2012/10/12/ekonomia-optymizmu/
  2. E. S. Reinert, Diminishing Returns and Economic Sustainability; The Dilemma of Resource-based Economies under a Free Trade Regime [w:] S. Hansen, J. Hesselberg, H. Hveem (red.), „International Trade Regulation, National Development Strategies and the Enviromnent: Towards Sustainable Development?”, Oslo 1996.
  3. E. S. Reinert, The role of technology in the creation of rich and poor nations: Underdevelopment in a Schumpeterian system [w:] Derek H. Aldcroft, Ross Catterall (red.), „Rich Nations – Poor Nations. The Long Run Perspective”, Elgar Publishing 1996.
  4. E. S. Reinert, How rich countries got rich… and why poor countries stay poor, Constable London 2007.
  5. E. S. Reinert, Diminishing Returns and…, op. cit.
  6. E. Reinert, Development and social goals: Balancing Aid and development to prevent „welfare colonialism” [w:] „UN Department of Economic and Social Affairs”, 2005.
  7. E. S. Reinert, r. Kattel, Failed and Asymmetrical Integration: Eastern Europe and the Non-financial Origins of the European Crisis, „Working Papers in Technology Governance and Economic Dynamics”, nr 49, 2013.
  8. E. S. Reinert, Primitivization of the EU periphery: The loss of relevant knowledge, „Informationen zur Raumentwicklung”, nr 1, 2013.
  9. Wypowiedzi dostępne pod adresem: http://www.nowakonfederacja.pl/internetowy-miesiecznik-idei-nr-2–532014–5-listopada-2-grudnia-cena-0-zl/
  10. H.-J. Chang, Bad Samaritans: The myth of free trade and the secret history of capitalism, Bloomsbury Publishing USA 2007.
  11. E. S. Reinert, How rich countries…, op. cit.
  12. Cytat za: M. Lind, Do As we Say, Not As We Did, „JPRI Critique” t. IX nr 6.