Sukces sportowy mierzony dekadą

Sukces sportowy mierzony dekadą

Dobrze zarządzana dyscyplina sportowa to nie taka, w której odnosimy sukcesy, lecz taka, w której jesteśmy w stanie powtórzyć sukces po dokonaniu zmiany pokoleniowej. Na ustach wszystkich byli niedawno koszykarze, którzy dokonali największego osiągnięcia od lat 60., zajmując 8 miejsce na mistrzostwach świata. Czas pokaże, w jakim stopniu związek sportowy jest w stanie zagospodarować zainteresowanie mediów, kibiców i sponsorów.

Sukces koszykarzy bardzo przypomina sytuację siatkówki i piłki ręcznej sprzed kilkunastu lat. Siatkarze w 2006 roku, po długiej nieobecności w światowej czołówce, zajęli drugie miejsce na mundialu. Natomiast szczypiorniści dokonali tego samego rok później, sprawiając gigantyczną sensację. Przez lata siatkarze i piłkarze ręczni prześcigali się w odnoszeniu sukcesów i dostarczaniu nam ogromnych emocji, pozwalając zrekompensować niepowodzenia w piłce nożnej. Jednak podobieństwa szybko się skończyły. Dalsza historia tych dyscyplin to dwie zupełnie odmienne drogi. Którą z nich podąży koszykówka?

Siatkówka, czyli jak wykorzystać sukces

Gdy w 2006 roku kadra Raula Lozano pięła się w turniejowej drabince, kraj ogarnęła siatkomania. Był to pierwszy poważny drużynowy sukces polskiego sportu w XXI wieku. Srebrny medal przywieziony z Japonii stał się początkiem pasma sukcesów, jakie odnosiła polska siatkówka przez kolejne lata. Dekadę po zdobyciu srebrnego medalu Polacy byli mistrzami świata i powtórzyli ten sukces na kolejnym turnieju. W kadrze doszło do zmiany pokoleniowej. Sebastiana Świderskiego, Piotra Gruszkę i Łukasza Kadziewicza zastąpili Mateusz Bieniek, Fabian Drzyzga i Bartosz Kurek.

Wychowanie następców było możliwe dzięki tytanicznej pracy, jaką wykonał Polski Związek Piłki Siatkowej i wspierający go sponsorzy. Decyzję o profesjonalizacji podjęto już w 1998 roku. Wtedy Polkomtel, operator sieci komórkowej Plus, stał się sponsorem tej dyscypliny. Z czasem ambasadorem siatkówki zostały także Orlen i Polsat. Dzięki temu powstała profesjonalna liga, co pozwala przyciągnąć do kraju najlepszych zawodników, pojawił się program szkolenia młodzieży, porządna i rozproszona po kraju infrastruktura oraz regularne turnieje wysokiej rangi i transmisje w telewizji.

Sukces z 2006 wykorzystano umiejętnie i po latach znów mogliśmy się cieszyć osiągnięciami naszej kadry. Co ważne, nikt nie odwrócił się od siatkówki nawet po serii rozczarowań na Igrzyskach Olimpijskich. Efekt jest taki, że w tym roku w męskiej siatkówce jednocześnie odnosiliśmy sukcesy na dwóch różnych turniejach, w czasie gdy podstawowy skład spokojnie trenował w zupełnie innym miejscu. Zakończone niedawno mistrzostwa Europy pokazały, jak dobrze zarządzana jest siatkówka. Z pewnością wiele osób czuło niedosyt po zakończeniu mistrzostw. Jednak trzeba mieć na uwadze, że zarówno męska, jak i żeńska kadra dokonały największego osiągnięcia na arenie europejskiej od 2009 roku. Równo 10 lat po złocie siatkarzy i brązowym medalu siatkarek, gdy obie drużyny przeszły całkowitą metamorfozę, byliśmy w stanie awansować do pierwszej czwórki. Niestety, piłka ręczna poszła inną drogą.

Jak zaprzepaścić sukces

W 2007 roku wszyscy nad Wisłą nagle wszyscy wiedzieli o istnieniu takiej dyscypliny jak piłka ręczna. Kadra Bogdana Wenty okazała się czarnym koniem rozgrywanego w Niemczech turnieju – egzotyczna jak na tamte czasy drużyna dotarła aż do finału. Ten srebrny medal, tak samo jak w przypadku siatkarzy, stał się początkiem złotej ery dyscypliny. Kolejne występy naszej kadry cieszyły się ogromną popularnością ze względu na niesamowite emocje, jakie towarzyszyły zmaganiom. Odrabianie 11-bramkowej straty w meczu ze Szwecją czy wiekopomny rzut Artura Siódmiaka w spotkaniu z Danią tylko nakręcały popularność dyscypliny. Do światowej czołówki należały zarówno męska, jak i żeńska kadra. Nasze panie dwukrotnie zajęły 4. miejsce na mistrzostwach świata.

Jednak Związek Piłki Ręcznej w Polsce nie podołał zadaniu. Jeden z czołowych polskich zawodników, Karol Bielecki, mówił wprost, że „po nas nie będzie nikogo”, zarzucając związkowi bierność i brak zrozumienia dla realiów rządzących sportem. Boleśnie przekonaliśmy się o tym, że miał rację. Zarówno siatkarze, jak i szczypiorniści rozpoczęli złotą erę dyscypliny od niespodziewanego sukcesu na mistrzostwach świata – srebrnego medalu. 12 lat po tym sukcesie siatkarze drugi raz z rzędu dzierżą tytuł mistrzostw świata, a szczypiorniści w ogóle nie biorą udziału w imprezach dużej rangi. Kadra piłkarzy ręcznych nie grała ani w ubiegłorocznych mistrzostwach Europy, ani w tegorocznych mistrzostwach świata, które ponownie zorganizowali Niemcy wspólnie z Duńczykami. Naszych reprezentantek również zabrakło na wielkich imprezach.

Jest to najgorszy możliwy scenariusz. W jaki sposób mamy wychować i przygotować następców Artura Siódmiaka, Bartłomieja Jaszki i Krzysztofa Lijewskiego, skoro nawet nie mamy szansy na to, by zbierać doświadczenie? Związek Piłki Ręcznej, w przeciwieństwie do Związku Siatkówki, nie spełnił swojego zadania. Co zrobi Polski Związek Koszykówki z sukcesem kadry Mike’a Taylora?

Koszykówka, czyli…?

Wiele osób twierdziło, że po zwycięstwie nad Chinami i Rosją czas na zwycięstwo nad USA. Otóż nie. Czas na długoterminowe umowy sponsorskie, program szkolenia młodzieży, inwestycje w najniższe klasy rozgrywkowe i program wsparcia dla regionalnych trenerów, na których spoczywa najcięższe zadanie. Muszą zachęcić młodzież do koszykówki, odpowiednio rozwinąć zdolności zawodników i wyselekcjonować najlepiej rokujące osoby. Przed PZ-kosz ambitne zadanie. Wiele dzieci pod wrażeniem dokonań kadry ruszy do hal sportowych, aby być jak Mateusz Ponitka, Aaron Cel i Łukasz Koszarek. Tylko od związkowych działaczy zależy to, jak szybko zejdą z parkietu.

Gdy młodzi zawodnicy wejdą w dorosłość, będą musieli ocenić, czy uprawianie koszykówki jest warte świeczki. Jeżeli otrzymają stabilność finansową, godne warunki treningów i perspektywę dalszego rozwoju, możemy być spokojni o następców. Jednak jeżeli natrafią na ścianę nie do pokonania, za kilka lat będziemy mogli tylko oglądać powtórki takich akcji jak ta, w której zakrwawiony Mateusz Ponitka upadając na ziemię podaje piłkę do Aarona Cela, ten składa się do rzutu i pakuje piłkę do kosza, dając drużynie trzy punkty i pewne prowadzenie w meczu o ćwierćfinał mistrzostw świata.

Koszykówka jest dziś dokładnie w tym samym miejscu, co siatkówka i piłka ręczna w 2006 i 2007 roku. Jeżeli PZ-kosz chce iść drogą ZPRP, nie musi robić nic. Natomiast jeżeli chce iść drogą PZS, musi natychmiast zacząć tytaniczną pracę, znaleźć sponsorów nie dla kadry, lecz dla dyscypliny, czyli dla wszystkich drużyn, klas rozgrywkowych i programów szkolenia młodzieży. Tylko od związku zależy, czy Enea i japoński koncern Suzuki będą zainteresowani taką pracą, jaką od lat firmy Plus, Orlen i Polsat wykonują dla siatkówki. Związek powinien też zadbać o odpowiednią ilość imprez wysokiej rangi rozgrywanych w naszym kraju. Mundial zorganizowany wspólnie z Litwą, gdzie koszykówka urasta do miana drugiej religii, może być kołem zamachowym dalszego rozwoju dyscypliny i utrzymania popularności.

Skoro coś jest możliwe w jednej dyscyplinie, to dlaczego miałoby być niemożliwe w innej? Może warto wymieniać się doświadczeniami i ogrzewać mniej popularne dyscypliny w blasku tych, w których celebrujemy zwycięstwa? Czwórmecz, czyli występ czterech polskich reprezentacji – siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej i halowej piłki nożnej – rozgrywany w jednym miejscu i czasie, wsparty okrągłym stołem dla gier zespołowych, to coś, czego potrzebujemy. Infrastruktura dla tych czterech dyscyplin jest identyczna. System porządnych hal rozsianych po kraju może służyć każdej z nich. Łatwiej też zaszczepić siatkówkę czy piłkę ręczną tam, gdzie sprawnie działa inna z tych dyscyplin. Wielosekcyjne kluby sportowe z dobrym zapleczem mogą się okazać kluczem do sukcesów w przyszłości. Przykładem może być Gdynia, gdzie pod jedną nazwą zintegrowano aż sześć drużyn z czterech dyscyplin. Prezydent miasta, Wojciech Szczurek skomentował to następująco: „To historyczny dzień dla gdyńskiego sportu. Rodzi się żółto-niebieska potęga. Łączymy siły, by osiągać jeszcze większe sukcesy. To nie tylko zespoły ligowe, ale także setki trenujących dzieci i młodzieży”.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy wsparciu krajowych związków sportowych model zaczerpnięty z Barcelony stał się standardem, który napędzi polski sport zespołowy.

Mateusz Perowicz

Motywacja czy rózga ekonoma?

Ilekroć związkowiec słyszy o „motywacyjnym systemie płac”, powinien natychmiast strzyc uszami z niepokoju. I zastanowić się, czy przypadkiem nie jest to szukanie kolejnego sposobu na „optymalizację kosztów pracy” i zwiększenie presji ekonomicznej na pracownika.

Zwykle cała motywacja sprowadza się do tego, żeby pracownika wystraszyć, iż można mu coś urwać z pensji. Przy czym pozory motywacji stwarza się za pomocą lepszego opłacania pewnej grupy pracowników, którzy dostają znacznie wyższe stawki lub premie za zaangażowanie, odpowiedzialne stanowiska czy kluczowe znaczenie dla produkcji. Nieważne, jak to nazwiemy, bo w rzeczywistości chodzi o to, żeby zawsze było zróżnicowanie. W takich warunkach łatwo już moralizować, że trzeba więcej pracować, więcej się starać czy angażować.

Zazwyczaj całe to gadanie o motywacji jest w odniesieniu do stanowisk robotniczych i produkcyjnych manipulacją szytą grubymi nićmi. Jest to jednak manipulacja na tyle skuteczna, że sami pracownicy często wierzą w tę gadaninę o motywacji i zaczynają się licytować, czyja praca jest ważniejsza, cięższa i kto zasługuje na większą płacę. Nie trzeba dodawać, że dla zatrudniciela jest to komfort, bo może rozgrywać załogę jak imperator rzymski według zasady „dziel i rządź”. Jest to także swojego rodzaju uzasadnienie oczywistej niesprawiedliwości społecznej, jaką stanowią rażące dysproporcje dochodów. Takie ekonomiczne tabu, które zakazuje wyciągać ręce po majątek tych, co podobno „wcześniej wstawali i ciężej pracowali”. Czy tak jest naprawdę? Czy robotnik może mieć złudzenia, że jeśli będzie ciężej pracował, to zostanie milionerem? Czy ma sens wdawanie się w nieswoją grę pod tytułem „kto więcej zrobi, ten więcej zarobi”, w której to grze jeden z graczy w dowolnym momencie gry zmienia jej zasady?

Sprowadzając rzecz do absurdu: jeżeli jeden zarabia 3 tysiące, a drugi 30 tysięcy, to o ile więcej musi pracować ten, co zarabia 3 tysiące, żeby zarobić 30? 10 razy? A żeby zarobić 300 tysięcy to pewnie ze sto razy. Doba ma tylko 24 godziny, więc będzie trochę trudno. Inny potoczny argument: „Zarabia dużo, bo więcej się uczył”. Czyżby uczył się 10 razy więcej? Czasowo raczej niemożliwe, bo musiałby studiować z pięćdziesiąt lat. Pod względem ilości wiedzy też trochę trudno to wytłumaczyć, bo nawet lekarz nie przyswoi 10 razy więcej wiedzy niż inny człowiek.

Oczywiście można różnicować te kwalifikacje na prostsze i bardziej skomplikowane, ale zawsze jest to pewna wiedza pozwalająca wykonywać prace niezbędne dla społeczeństwa. Zakładając odpowiedzialność za ludzkie życie, jakieś niezwykle ważne funkcje wymagające niezwykłych predyspozycji czy bezwzględnego poświęcenia, można uzasadnić pewne ekstra-płace. Niektóre zawody są z kolei na rynku bardzo pożądane i firmy są gotowe płacić duże pieniądze specjalistom, więc nikt się tego nie będzie czepiał. Natomiast najśmieszniejsze jest, kiedy jakiś rozchwytywany specjalista doradza innym, że „trzeba było zdobyć takie kwalifikacje jak ja, a nie jęczeć, że mało zarabiasz”. Bardzo byłby zdumiony, gdyby nagle rzesza ludzi zdobyła te jego kwalifikacje i na rynku byłoby w kim wybierać – ze specjalisty za 30 tysięcy zrobiłby się wyrobnik za średnią krajową.

Zostawmy jednak w spokoju wąskie specjalizacje. Mamy zwyczajne, powszechnie wykonywane zawody, w których naprawdę nie liczą się żadna kreatywność i nie wiadomo jakie zaangażowanie. Fundamentem przemysłu i usług są solidni rzemieślnicy, a nie wyczynowcy. Osobiście nie chciałbym wchodzić do pola rozdzielni zabezpieczonego przez kreatywnego dopuszczającego elektryka. Wolałbym, żeby zabezpieczał je solidny i powtarzalny do znudzenia rzemieślnik. Podobnie rzecz się ma z innymi. Wszyscy będą szczęśliwi, jeśli budowlaniec odtworzy dokładnie projekt i nic nie kreuje, pracownik produkcyjny w ciągu technologicznym przestrzega procedur technologii i przepisów bhp, a sprzątający po prostu posprząta. A w jaki sposób ma z kolei ciężej pracować czy zaangażować się pracownik ochrony stojący czy siedzący gdzieś na portierni? Bardziej stać czy bardziej siedzieć?

Wdając się dyskusje o motywacji, narzucone nam przez klasę zarządzającą, często zaczynamy się targować w ten sposób. Ten sposób wyniszcza jednak pracowniczą solidarność wewnątrz naszych załóg i zakładów pracy. Naiwna wiara, że klasie menedżerskiej zależy na motywacji, często podbija ego części załogi, która czując się wyróżnioną, staje się rzecznikiem motywacyjnego systemu płac i wprowadza dobry klimat do „optymalizacji kosztów”, co w języku potocznym można przetłumaczyć, że łatwiej jest firmie pojechać po premii i zarobkach.

Na postulaty o równaniu w górę zawsze można wyciągnąć wyświechtany slogan o urawniłowce, komunie, a jak tego mało, to o occie na półkach, Leninie i łagrach. Wtedy traci sens przytaczanie jakichkolwiek argumentów, czy to z psychologii, czy socjologii, czy innych -logii, o tym, że motywację buduje się zgodnie z piramidą potrzeb – od potrzeb bytowych, poprzez poczucie bezpieczeństwa i akceptacji, a dopiero po zaspokojeniu ich można myśleć o samorealizacji, wyróżnianiu się i dodatkowych sprawach. Niestety solidarności nie buduje się dysproporcjami, lecz w miarę równymi relacjami między ludźmi. Wynika z tego jeden podstawowy wniosek. Do pewnego poziomu należy walczyć o płace wedle zasady każdemu według potrzeb, czyli zapewnić pewne przyzwoite minimum, a dopiero wtedy można myśleć o lepszym wynagradzaniu pewnych szczególnych stanowisk czy funkcji. Bo celem związku zawodowego nie jest jak najwyższa średnia, lecz to, by nikt od tej średniej zbyt mocno nie odstawał.

Jarosław Niemiec

Prof. Monika Kostera: Syzyf, twój brat

Prof. Monika Kostera: Syzyf, twój brat

Jacek pracował w banku w dziale marketingu. Opracowywano tam system zwany „ergonomią”, polegający na dokładnym zdefiniowaniu czynności i czasu na nie potrzebnych. Miał dokładnie określone, ile czasu ma zająć przejście z punktu a do b, czas trwania wprowadzania danych do komputera, przeszukiwania bazy danych – w ogóle wszelkich czynności wykonywanych podczas pracy. Liczba ruchów, kroków, gestów mniejszych i większych. Jacek przyzwyczaił się do systemu do tego stopnia, że po zmianie pracy na całkiem inną, w branży księgarskiej, oczekiwał tego samego i czuł się jednocześnie sfrustrowany i w jakiś grzeszny sposób szczęśliwy, gdy nie otrzymał tam takiej instrukcji. Opowiedział o tym przy piwie nowej koleżance z pracy, Joasi. Była przerażona. Spytała, co się stanie z kimś, kto jest po prostu wolniejszy, kto się czasami zagapi, kto ma gorszy dzień. Jacek wzruszył ramionami. Miał kolegów z Amazona i wszystko to było w jakiś sposób fatalnie normalne dla nich – i dla niego. Świat pracy po prostu się „amazonizuje”, co zrobić. „I po nas przyjdzie”, zapewnił ponuro Joasię, która zakrztusiła się piwem.

Joasia jest zszokowana, ale praktyki opisane przez Jacka naprawdę są powszechne, nie tylko wśród pracowników banków i amazonów. Jenny jest profesorem na jednym z brytyjskich uniwersytetów z czołówek światowych rankingów. Kilka lat temu stoczyła wraz z koleżankami i kolegami batalię przeciwko nagrywaniu wszystkich zajęć i udostępnianiu w wewnętrznej sieci uczelni. Wbrew początkowym zapewnieniom przez władze, że nie będzie to obowiązkowe, obecnie nie wyobrażają sobie one, aby mogło być inaczej. Ze strony administracji padły dwa kluczowe argumenty, które zamknęły dyskusje. „Musi być kontrola tego, co dzieje się na zajęciach” i ostateczny – „klienci, którzy nie chodzą z ważnych przyczyn na zajęcia, muszą mieć dostęp do materiałów z zajęć”. Część wykładowców zwolniono, ale ich nagrania nadal umieszczone są w sieci. We wszystkich pomieszczeniach, z wyjątkiem toalet („na razie”, śmieją się koledzy przy piwie) na kampusie zamontowane są kamery.

Od dawna wejście na kampus możliwe jest wyłącznie przy pomocy elektronicznej karty. Początkowo ludzie protestowali – to wbrew akademickim tradycjom, powinna być otwartość, dostęp, przestrzeń! Studenci siedzieli w hallu z plakatami, blokując bramki, jak Greta Thunberg: „Uniwersytet to nie biznes, studenci to nie klienci”. Zostali pozwani do sądu za trespassing. Teraz nikt już tego nie pamięta, wzdycha Jenny. Po ostatniej reorganizacji zablokowano elektronicznie dostęp do pomieszczeń administracji dla wszystkich pozostałych pracowników. E-mail administracji jest pooled, czyli nigdy jednej sprawy nie kontroluje ta sama osoba, każdy e-mail jest kierowany do osoby akurat wolnej od innych obowiązków. Nie można więc liczyć na sympatię ani na ludzki odruch, a poza tym zawsze trzeba wszystko tłumaczyć od nowa. Wprowadza się obecnie system tagowania pracowników, by wiadomo było, gdzie dokładnie przebywają na kampusie w każdym momencie. Jenny przechodzi oszklonymi korytarzami pozbawionymi książek, prywatności, radości, które kiedyś przyciągnęły ją do tej pracy. Za bramką uśmiecha się i podskakuje lekko – już niedługo! Już niedługo emerytura. Pójdzie na wcześniejszą. Jak to jest… jeszcze nie tak dawno myślała, że chce w tym zawodzie pracować do później starości.

To, co przeżywają Jacek i Jenny nie jest, jak na ogół o tym myślą, ich osobistym problemem. Jest to wielki wspólny problem. Jacek chorował na depresję i musiał się leczyć. Jakoś nie myśli jednak o tym, że nie choruje, odkąd zmienił pracę. W momentach przykrej szczerości myśli o sobie, że jest gnuśnym facetem. Jenny uważa, że jest stara, a świat idzie do przodu; ona nie nadaje się już do tej pracy. Nie zastanawia się nad tym, że jeszcze niedawno uczeni pracowali, gdy byli starsi od niej. Uniwersytet to nie sport ekstremalny, wiedzy przybywa, a nie ubywa z wiekiem. Jednak ona jest przekonana, że musi zrobić miejsce młodym, bo nie ma już nic do wniesienia.

Setki, tysiące, miliony pracowników z różnych zawodów, od barmana po profesora, mają podobne myśli w neoliberalnym kapitalizmie. Wszyscy jesteśmy doń niedostosowani. Nie dlatego, że jest coś z nami niedobrze. Dlatego, że coś jest niedobrze z pracą w tym systemie, i to poważnie. Istota ludzka nie jest homo economicusem, zauważa australijski profesor zarządzania Peter Fleming w swojej książce „The death of homo economicus”.

Zaczęło się od taśmy montażowej i pomiarów ruchów, tendencji zwanej „scientific management” przeszło sto lat temu. Sporo intelektualistów zachwyciło się tym sposobem organizacji pracy. Myśleli, że jest ogromnie efektywny – i że dotyczy tylko robotników. Co do pierwszego, mieli rację. Co do drugiego, pomylili się grubo. Jak w latach 70. zademonstrował amerykański aktywista związkowy i dziennikarz Harry Braverman, ten styl organizacji pracy niemal od razu zaczął rozprzestrzeniać się także na inne grupy zawodowe. Tak bowiem działa kapitalizm – jego motorem funkcjonowania jest przejęcie wartości dodanej wytworzonej przez pracownika. Dlatego podział procesu pracy – który, w odróżnieniu od społecznego podziału pracy, bynajmniej nie jest „naturalny” dla społeczności ludzkich – jest nieuchronny. Od czasów Bravermana proces ten zaszedł tam, gdzie w latach 70. nikt nie wierzył, że jest to możliwe, m.in. do szpitali i na uniwersytety. To, co dolega Jackowi, Jenny i milionom pracowników, to nie ich indywidualny feler czy osobista słabość. To jest coś, co łączy wszystkich pracowników w systemie kapitalistycznym – alienacja pracy. Nieodłączna i pogłębiająca się cecha. Efektywna? O, tak. I co z tego?

Wiem, że te ostatnie słowa powyżej to z mojej strony bluźnierstwo. Ale będę bluźnić dalej, i to w dobrym towarzystwie.

Arystoteles mówi o czterech przyczynach istnienia wszelkich rzeczy: materialnej (materialis), formalnej (formalis), sprawczej (efficiens) i celowej (finalis). Rzeczy powstają z materiałów, elementów składowych; istnieje sposób, formalna metoda i plan, według którego działanie jest wykonywane; istnieje czynnik urzeczywistniający działanie – oraz cel ostateczny, jakiemu ma służyć. Te przyczyny nie są redukowalne, czyli każda jest niezbędna do odpowiedzi na pytanie; „dlaczego?”. Amerykański psycholog James Hillman, nawołujący do rozpatrywania psychologicznych zjawisk w szerszym – społeczno-ekonomicznym i ekologicznym – kontekście, zwrócił uwagę w swojej książce poświęconej władzy, opublikowanej w latach 90., że we współczesnym kapitalizmie tylko jedna z tych przyczyn jest brana pod uwagę. To przyczyna trzecia, efektywność. Pozostałe trzy w najlepszym razie marginalizujemy, a argumenty z obszaru efektywności zawsze przeważają nad innymi, np. że działalność niszczy zasoby naturalne, że praca jest wykonywana coraz bardziej byle jak, bez szacunku dla wymogów formalnych, że cel jest niewłaściwy lub wręcz szkodliwy dla ludzi i planety. Wreszcie, ponieważ przyczyny są nieredukowalne, to znormalizowany redukcjonizm sprawia, że działalność, np. ludzka praca, nie ma sensu.

Tymczasem człowiek jest stworzeniem pragnącym sensu jak powietrza. Amerykański profesor zarządzania Karl Weick demonstruje w swoich licznych publicznych, uważanych za przełomowe, jak bardzo ważne jest nadawanie sensu we wszelkim współdziałaniu, także w organizowaniu i w pracy ludzkiej. Odbieranie sensu to niweczenie procesów organizowania. Nic dziwnego, że trzeba ludzi przymuszać coraz bardziej rozbudowanymi regulaminami. Gdzie obietnica, że rynki położą kres biurokracji? Że przepisomania to PRL, a teraz jesteśmy wszyscy wolni jak niemowlęta w przedsiębiorczej Arkadii? Oraz monitorować coraz bardziej orwellowską kontrolą i szpiegowaniem pracowników. Do tego dochodzi też problem kondycji ludzkiej. Bez poczucia sensu człowiek traci człowieczeństwo. Dlatego system powodujący utratę sensu musi odwoływać się do tego, co w nas nieludzkie. Obecna faza alienacji w kapitalizmie to nie tylko nieuchronna konsekwencja mechaniki systemu opartego na zawłaszczaniu przez praconabywcę (zwanego popularnie – o ironio – „pracodawcą”) wartości wypracowanej przez pracownika. To także kulturowa ucieczka od charakterystycznego dla istoty ludzkiej imperatywu sensu. Ponieważ jest go, z pierwszego powodu, coraz mniej w pracy, tej tak typowo ludzkiej działalności, skazani jesteśmy na udawanie, że on nie istnieje w Kosmosie. Alternatywą jest bunt przeciw systemowi, który jakże często obecnie wydaje się niepokonany.

No tak, ale skoro to typowo kapitalistyczny mechanizm, to czemu tak wielu pracowników w czasach PRL pracowało byle jak, bez serca, bez przekonania? W państwowym komunizmie, czyli w systemie, który obowiązywał w krajach bloku wschodniego, praca była na ogół także wyalienowana. Rolę wyzyskującego kapitalisty przyjęło wyzyskujące państwo. Antropolog organizacji i socjolog Michael Burawoy badał etnograficznie zarówno „zachodnie”, jak i „wschodnie” miejsca pracy i zaobserwował te same mechanizmy w działaniu. W fabryce w Chicago, gdzie przez kilka lat prowadził badania, pracownicy bronili się przed monotonią konstruując społecznie swoją pracę jako rodzaj gry. To samo miało miejsce w węgierskiej fabryce badanej przez socjologa w latach 80. Burawoy zauważa, że procesy produkcji, system motywacyjny (akord) i organizacja pracy były w tych fabrykach bardzo podobne. Pracownicy odbierali też swoją rolę podobnie i czuli się pozbawieni wpływu na swoją sytuację pracy.

Niech nas zatem nie dziwi, że współczesny pracownik – podobnie jak legendarny w naszym kraju peerelowski fachowiec-bumelant – jest gnuśny. Profesor Fleming argumentuje, że fatalne morale współczesnych pracowników nie ma nic wspólnego z lenistwem. Ludzie nienawidzą swojej pracy, budzi w nich ona desperację i reakcje patologiczne. Autor przytacza statystyki wskazujące, że przeważająca większość brytyjskich pracowników cierpi na poczucie oderwania od swojej pracy. Podaje wiele przykładów, takich jak historia prawnika, pracownika szacownej londyńskiej firmy, który wypełnił pojemnik na mydło w pracowej toalecie własnymi odchodami. Zrobił to dlatego, bo czuł nieodpartą potrzebę, by zaszkodzić swojej firmie. Inni szkodzą sobie, popełniają samobójstwa, atakują współpracowników, leczą się na kliniczną depresję, kradną, wandalizują firmowe mienie. Fleming zauważa, że dzieje się tak, ponieważ wyalienowana praca przychodzi do nas obecnie w pakiecie z ideologią, kultem pracy, który ma zastąpić wszelkie inne struktury społecznego statusu – rodzinne, religijne, społecznościowe. Gdy te struktury zostają zniszczone, pozostaje tylko praca, i gdy odbywa się ona w kapitalistycznej organizacji – co jest coraz bardziej nieuchronne – ludzie dosłownie szaleją.

Szaleństwo jest systemowe. Banałem jest twierdzenie, że praca odgrywa centralną rolę w procesach kształtowania tożsamości i więzi społecznych. Tymczasem współczesne organizacje wytwarzają formy pracy, które są indywidualizujące, fragmentaryczne i pozbawione autonomii. To właśnie objaw alienacji, czyli, w ujęciu klasyków marksizmu, sytuacji polegającej na niezdolności pracownika do kontrolowania środków produkcji. Karol Marks podkreślał rolę własności i oddzielenia pracownika od procesu tworzenia, od produktów jego pracy i od współpracowników. Filozof i socjolog Herbert Marcuse mówi o kapitalistycznej dynamice wyzysku, która sprzyja produkcji nadwyżki i prowadzi do degradacji pracy i fetyszyzacji konsumpcji. Człowiek w tym systemie nie jest podmiotem swojej pracy, są nim towary, obce rzeczy należące do kogoś innego.

Alienacja jest procesem tworzonym w kapitalistycznym systemie społeczno-ekonomicznym (i w państwowym komunizmie). Nie zwalczy się go ani etycznym pohukiwaniem ani zarządzaniowym moralizatorstwem, ani programami CSR (Corporate Social Responsibility), tudzież naukowo-konsultanckimi dywagacjami nad work-life balance. To proces podstawowy, o wiele bardziej nieuchronny w ramach systemu, niż wszystkie te powierzchowne idee i postulaty. Wiara w skuteczność takich działań jest równie naiwna jak wiara w możliwość zawrócenia Wisły kijem, choćby nawet najbardziej amerykańskim. Jest to słabość systemowa, wbudowana weń. Pozbyć się jej można – i należy – razem z całym systemem. Czy możliwa jest praca niewyalienowana? Wybitny socjolog Zygmunt Bauman twierdził, że tak, że praca jest częścią człowieczego losu, czymś, co może budować, wzbogacać nie tylko w sensie materialnym, czynić życie pełniejszym.

Weźmy dwa przykłady, jeden stary, jeden nowy. Jan był wykwalifikowanym szlifierzem. Pracował w warszawskiej spółdzielni produkującej patelnie i garnki w latach 60. Flagowym produktem spółdzielni były elektryczne czajniki, jak na tamte czasy bardzo nowoczesne, a przy tym ładne i niedrogie. Jan nie należał do zespołu projektującego produkty, ale nieraz wypowiadał się na temat zarówno ich funkcjonalności, jak i kształtu. Inżynierowie liczyli się z jego głosem. Jego szlifiernia stała w osobnym jasnym pomieszczeniu, gdzie był sam sobie królem. Znał swoją pracę doskonale, wiedział wszystko o maszynie, dbał o nią, niektóre elementy wolał czyścić sam (bo sprzątacz może niechcący coś uszkodzić albo przestawić). Mimo że nie był człowiekiem rozmownym, a i ekstrawertyk z niego był słabiutki, często miał uczniów, którzy najpierw obserwowali, a potem stopniowo włączali się w pracę. Jan mówił, że lubi pracować sam, ale lubi też pracować z tymi młodziakami. W końcu dobrym szlifierzem nie da się zostać w szkole. Jan od dawna nie żyje, nie działa też jego dobra spółdzielnia. Ale tamte czajniki nadal się zdarzają w polskich domach. I nadal działają.

Przykład nowy. Spółdzielnia medialna w dużym brytyjskim mieście. Pracownicy są udziałowcami, prócz tego są też inni współwłaściciele – na ogół dawni pracownicy oraz sympatycy. Spółdzielnia płaci wszystkim pracownikom godziwą stawkę, zapewnia urlop, oczywiście stały, bezpieczny etat. Pracownikami są głównie dziennikarze i sprzedawcy, utrzymujący stały kontakt z lokalnymi niezależnymi firmami. Decyzje podejmowane są przy owalnym stole pracowniczym, a najważniejsze, strategiczne kierunki rozwoju wytycza się na walnych zebraniach. Organizacja ma aktywny zarząd i dość tradycyjną strukturę. Redaktorem naczelnym i jednocześnie dyrektorem jest John, reprezentujący spółdzielnię i mający wgląd w całość jej funkcjonowania. Jednak nie podejmuje żadnych decyzji samodzielnie. System pracy jest demokratyczny. Pracownicy są odpowiedzialni za swoje stanowisko pracy i mają wpływ na to, co i w jaki sposób ma być wykonywane. Jest to o tyle radykalne i nieoczywiste, że spółdzielnia od dawna nie otrzymuje pomocy publicznej, a dostęp do grantów jest w obecnej sytuacji w Wielkiej Brytanii silnie ograniczony i w zasadzie mikro-zadaniowy. Jedyne poważniejsze wsparcie finansowe, jakie pismo otrzymało w ostatnich latach, to stypendium od organizacji lewicowej, wspierającej inicjatywy socjalistyczne. Pismo radzi sobie finansowo i statutowo, a do tego gromadzi ludzi, którzy mają podobne lewicowe ideały. Zarówno w sensie programowym, jak i czysto fizycznie – w ich lokalu krzesła i sofy nie bywają puste, a czajnik z herbatą nigdy nie stygnie, mimo że nie ma obowiązku wysiadywania całego czasu pracy w biurze ani nikt tego nie kontroluje.

Peter Fleming proponuje jako remedium na alienację pracy pełną systemową kurację: nacjonalizację wielkich przedsiębiorstw, godziwą stawkę płacy minimalnej, trzydniowy tydzień pracy i defetyszyzację pracy. To poziom makro, ogólnospołeczny, na którym zmiana jest konieczna, aby mogła być naprawdę trwała. Jednak także na poziomie mezo, czyli naszych codziennych miejsc pracy, można już teraz zacząć zwalczać alienację. We wspólnym artykule sugerujemy wraz z Jerzym Kociatkiewiczem i Martinem Parkerem proces dezalienacji miejsc pracy, polegający na wyłączeniu ich z logiki kapitalistycznego zarządzania. Pierwszym warunkiem jest uspołecznienie, faktyczna kontrola nad środkami produkcji przez pracowników (spółdzielnie, akcjonariat pracowniczy, programy uwłaszczenia pracowniczego). Następnie, na podstawie badań etnograficznych przeprowadzonych w organizacjach alternatywnych wobec głównego nurtu, proponujemy wprowadzenie mechanizmów aktywnej partycypacji, demokratyzacji, możliwości organizacji własnej pracy i uczenia się na swoim stanowisku, aktywne eksperymentowanie ze strukturami wspierającymi współpracę i współdecydowanie. A także miejsca pracy, gdzie ludzie mogą czuć się u siebie – gdzie jest ciepło, gdzie mogą sami zorganizować przestrzeń wokół siebie, są współodpowiedzialni za wygląd całości, mogą racjonalizować metody i narzędzia pracy, mają miejsce na koleżeństwo i na odpoczynek. Czyli, słowami jednej z rozmówczyń w moim terenie badawczym, krakowskiej kooperatywy spożywczej, „takie miejsce, gdzie czuję się dobrze”.

prof. Monika Kostera

Teodor Toeplitz: Znaczenie spółdzielczego budownictwa mieszkaniowego [1928]

Teodor Toeplitz: Znaczenie spółdzielczego budownictwa mieszkaniowego [1928]

I. Budownictwo społeczne

Temat objęty powyższym tytułem jest tak szeroki, iż pokrywa się nieomal z całokształtem sprawy mieszkaniowej, która, oczywiście, nie może być przedmiotem krótkiego referatu, z natury rzeczy oświetlającego jedną tylko stronę zagadnienia, ujmującego temat w sposób możliwie najwęższy.

Zresztą, zobrazowanie klęskowego stanu sprawy mieszkaniowej w Polsce uważam dzisiaj za zbędne. Dane spisu ludności z 1921 r., opracowanie warszawskiego spisu mieszkań z 1919 r., cały szereg zestawień i publikacji, a ostatnio sprawozdanie komisji ankietowej badania warunków i kosztów produkcji oraz wymiany wydane pt. ,,Budownictwo mieszkaniowe” w dostatecznym stopniu stan sprawy oświetlają.

Jeśli pod nazwą „sprawy mieszkaniowej” rozumieć, jak to uważam za jedynie właściwe, sprawę sposobu zamieszkania szerokich warstw ludności, nie może po uwzględnieniu tych prac istnieć dwóch zdań co do tego, że w określaniu istniejących stosunków nazwą klęski mieszkaniowej nie ma najmniejszej przesady.

Należy także uważać za niewątpliwie dowiedzioną konieczność oparcia masowego budownictwa małych mieszkań, których komorne odpowiadałoby możności płatniczej warstwy pracującej inteligencji i robotników, na odpowiednich środkach publicznych. Stwierdzenie przez tę komisję, że ,,bez poprawienia warunków mieszkaniowych, bez umożliwienia danej rodzinie zapewnienia mieszkania nie może być mowy o zdrowym rozwoju życia ekonomicznego, moralnego i politycznego Polski” jest zupełnie dostatecznym dla uznania, drogą prostego sylogizmu, znaczenia społecznego budownictwa mieszkaniowego. Ponieważ poprawienie warunków mieszkaniowych jest możliwe tylko drogą społecznego budownictwa, a poprawienie to jest koniecznością, więc znaczenie tego budownictwa jest oczywiste.

Nie to jednak znaczenie budownictwa społecznego jest tematem niniejszego referatu. Tematem jego są te cechy budownictwa społecznego, które odróżniają go od budownictwa obliczonego na zysk i które powodują jego szczególne znaczenie dla fizycznego i moralnego zdrowia ludności, znaczenie, które by istniało nawet i w tym wypadku, gdyby budownictwo obliczone na zysk było w stanie pod względem ilościowym zadośćuczynić całkowicie potrzebom ludności.

Budownictwem społecznym nazywam każde budownictwo nieobliczone na osiągnięcie bezpośredniego zysku, tzn. budowę domów z myślą o ich mieszkańcach, a nie o komornym, które ma być przez nich płacone.

Budownictwo społeczne może być państwowe lub gminne, może być prowadzone przez instytucje specjalnie do tego powołane (francuskie Offices Publiques dąHabitation à bon marché, włoskie Instituti Autonomi Case Popolare itp.), przez fundacje, jak np. warszawska fundacja Wawelberga i Rotwanda, może wreszcie być budownictwem spółdzielczym lub nawet patronalnym. Budownictwo patronalne, choćby miało na celu ułatwienie produkcji, a tym samym zwiększenie zysków przedsiębiorstw przez danie robotnikom lepszych mieszkań, nie dąży bezpośrednio do osiągnięcia zysku z komornego i dlatego może zachować wiele dodatnich cech innych form budownictwa społecznego.

Wybitny znawca sprawy mieszkaniowej, zmarły w zeszłym roku prof. Eberhardt, skonstatował, że wszelki postęp w dziedzinie mieszkaniowej jest rezultatem budownictwa społecznego. Budownictwo obliczone na zysk, budownictwo domów czynszowych tworzyło właściwie tylko jedną formę, i to najgorszą, sposobu zamieszkania – wielki dom koszarowy. Myślą tego budownictwa było zawsze wykrajanie z określonego terenu drogą odpowiedniego podziału możliwie największej ilości parcel budowlanych i zabudowanie każdej parceli w sposób taki, by na niej można było jak najwięcej mieszkań pomieścić, wreszcie eksploatowanie tych mieszkań w sposób, który by pozwolił na osiągnięcie jak najwyższego komornego.

Z chwilą, gdy budownictwo obliczone na zysk napotkało na przeszkody w tak pojętej działalności, przestało ono produkować uprzednio najbardziej rentowne małe mieszkania. W sposób uproszczony można by stwierdzić, że budownictwo obliczone na zysk przestaje produkować małe mieszkania pod naciskiem inspekcji mieszkaniowej.

Okazało się w tym wypadku, jak w wielu innych, że działalność o charakterze inspekcyjnym, której jedyną bronią są zakazy, jest bezpłodna. Inspekcja mieszkaniowa miała stać się czynnikiem kultury mieszkaniowej. Na próżno jednak takie w niej pokładano nadzieje. Nieoparta o istotną działalność twórczą, nie może ona spełnić tego zadania.

Decydującym czynnikiem podniesienia kultury mieszkaniowej stało się natomiast budownictwo społeczne. Jednocześnie zaś stało się ono twórcą nowych form współżycia ludzkiego.

II. Kultura mieszkaniowa

Podniesienie kultury mieszkaniowej idzie dwiema drogami. Przede wszystkim przez udostępnienie szerokim warstwom ludności wszystkich tych udogodnień, które dotychczas istniały tylko dla ludzi zamożnych. Do nich należą: przeprowadzenie światła elektrycznego, zastosowanie gazu jako opału dla kuchni, urządzenia ułatwiające usunięcie śmieci, umożliwienie korzystania z kąpieli bądź w każdym mieszkaniu, bądź przez urządzenie kąpielowe dla określonych grup mieszkaniowych, woda bieżąca zimna, ewentualnie i gorąca w każdym mieszkaniu, możność użytkowania wody gorącej w odpowiednio urządzonych pralniach, wreszcie ogrzewanie centralne, które w tak wybitnym stopniu zmniejsza trud opalania mieszkań, a jednocześnie ułatwia utrzymanie ich w czystości.

Wszystkie te urządzenia są stosowane nie zawsze i nie wszędzie. Nie ma jednakże budownictwa społecznego, które by niektórych z nich, a często wielu nie stosowało. Wszędzie zaś znajdujemy bezwzględnie zadośćuczynienie tak ważnemu ze względu higieny postulatowi oddzielnego ustępu w każdym mieszkaniu. Nieomal powszechnym jest także przeprowadzenie zasady dwustronnego przewietrzania każdego, nawet najmniejszego mieszkania. Możność otwierania dwóch okien na przestrzał jest może tą cechą, która najbardziej odróżnia budownictwo, które się stosuje do potrzeb zdrowotnych mieszkańca, od oficynowych mieszkań domów czynszowych, których otwarte okna, wychodzące na ciasne podwórko, pozwalały najwyżej na wymianę złego powietrza dwóch naprzeciwko siebie położonych mieszkań.

W trosce o ułatwienie życia i pracy mieszkańcom budowanych dla nich domów budownictwo społeczne zajęło się także w sposób bardzo intensywny zagadnieniem racjonalizacji pracy domowej. Oprócz wspomnianych już urządzeń centralnych dało to szereg bardzo ciekawych rozwiązań budowy i urządzenia kuchni jako miejsca, w którym koncentruje się główna praca domowa. W wielu miastach, z Frankfurtem nad Menem na czele, każde mieszkanie zaopatrzone jest we wszystkie sprzęty kuchenne, dostosowane do budowy kuchni i pozwalające na znaczne oszczędności w jej wymiarach.

Samo udostępnienie urządzeń kulturalnych ludności nie wystarcza dla podniesienia kultury mieszkaniowej. Trzeba przyznać, iż znaczna część osób, która się znajduje w nowych warunkach mieszkaniowych, odbiegających w znacznym stopniu od dotychczasowych, musi być dopiero w odpowiedni sposób nauczona i pokierowana, aby poziom ich kultury mieszkaniowej podniósł się istotnie.

Nie wystarczy posiadać właściwe urządzenie, trzeba umieć użytkować je w odpowiedni sposób. Nauczyć tego może tylko budownictwo społeczne. Konieczne są w tym celu szczegółowe regulaminy i instrukcje, wyraźne nakazy, rzeczywista kontrola nad sposobem wykonywania regulaminów i spełniania nakazów i niestety sankcje karne w razie rażących odstępstw od prawidłowego sposobu użytkowania mieszkań.

Na konieczne kategoryczne stawianie sprawy utrzymania mieszkań może sobie pozwolić wobec mieszkańców jedynie organ, będący dla nich autorytetem, trzeba także, żeby to był autorytet, któremu mieszkańcy poddają się chętnie, trzeba, żeby źródłem władzy i autorytetu bądź byli oni sami, bądź by źródło było przez nich uznane jako całkowicie słusznie uprawnione. Podporządkowanie się tego rodzaju jest zupełne niemożliwe w stosunku do osób, które w jakiejkolwiek formie reprezentują dążenie do zysku.

Istnieje jednak wszędzie, gdzie istnieje budownictwo społeczne, świadczą o tym regulaminy wydane przez administrację domów miejskich, jak np. Hausordnung, wydana przez magistrat wiedeński, lub umieszczane w umowach najmu zawieranych przez instytucje wynajmujące tanie mieszkania, jak np. francuskie Offices Publiques dąHabitation à bon marché. Integralną część umowy najmu stanowią także liczne regulaminy wydawane przez spółdzielnie mieszkaniowe; dotyczą one wszystkich spraw związanych z użytkowaniem mieszkania i umożliwieniem zgodnego współżycia mieszkańców jednego domu lub osiedla. W regulaminach tych np. uwzględniona jest konieczność zachowania ciszy w określonych godzinach dnia i nocy. Istnieją regulaminy tak dalece przewidujące, że wymagają, by maszyny do szycia lub maszyny do pisania używane w mieszkaniach, były umieszczone na miękkich podkładach głuszących dźwięki.

Szczególna waga przypisywana jest utrzymywaniu mieszkań w czystości. Regulaminy zawierają czysto techniczne wskazówki, dotyczące utrzymania w czystości klozetu, sposobu używania wanny, wycierania z kurzu grzejników ogrzewania centralnego itp.

Niektóre umowy najmu zawierają nawet pośredni przymus kąpielowy, stosowany w osiedlach, w których nie ma wanny w każdym mieszkaniu, ale istnieje natomiast zakład kąpielowy przeznaczony do wspólnego użytku. Każdy lokator obowiązany jest przy opłacie komornego wykupić tyle biletów kąpielowych na miesiąc, ile osób mieszka w mieszkaniu. Oczywiście, nikt nie może go zmusić do zużytkowania tych biletów, praktyka jednak wykazuje (przymus taki istnieje w Suresnes pod Paryżem), że kto za bilet do kąpieli zapłaci, ten z niego zwykle korzysta.

W całym szeregu regulaminów znajdujemy bardzo ostre przepisy, dotyczące zapuszczenia mieszkania, a przede wszystkim zaprowadzenia w nim robactwa. Odpowiedni ustęp umowy najmu zawieranej z Office Publique de Habitation à bon marché Departamentu Sekwany brzmi jak następuje: „stwierdzenie obecności pluskiew w mieszkaniu pociąga za sobą natychmiastowe rozwiązanie umowy najmu, przy czym koszty dezynfekcji odniesione zostają podobnie jak wszelkie inne koszty odnowienia lokalu na rachunek lokatora”. Podobne zastrzeżenia zawierają i inne regulaminy.

Powszechnie powtarza się zakaz prania i suszenia bielizny w mieszkaniu wszędzie tam, gdzie w domu lub osiedlu istnieje przeznaczone do tego pomieszczenie.

Walka z zawilgoceniem mieszkania i troska o dobre w mieszkaniu powietrze jest przyczyną pomieszczenia w regulaminach wskazówek i nakazów dotyczących przewietrzania.

Dlatego, by mieszkańcy zrozumieli konieczność właściwego obchodzenia się z mieszkaniem i jego urządzeniami, koszt wewnętrznego remontu wszędzie obciąża lokatorów; istnieją umowy sformułowane w ten sposób, by lokator materialnie zyskiwał na porządnym utrzymywaniu mieszkania. W Belgii schemat umowy ustalony przez „Société Nationale des Habitations et des Logements à bon marché” przewiduje wynajem mieszkań pod warunkiem, że lokator ponosi koszt wszelkich wewnętrznych remontów, ale remonty te dokonywane są wyłącznie przez Zarząd Spółdzielni, która środki uzyskuje drogą podnoszenia z góry określonego odsetka komornego. Zebrane w ten sposób sumy zapisuje się na dobro poszczególnego lokatora, który ma prawo do odebrania pozostałości sum nieużytkowanych na remont jego mieszkania. Dla lokatora porządnie utrzymującego mieszkanie stanowi to pewnego rodzaju przymusową oszczędność.

Troska o właściwe użytkowanie mieszkania dotyczy nie tylko strony technicznej, porządkowej itp., idzie ona dalej: mieszkanie jest mieszkaniem dla rodziny, nie może więc być zamienione na warsztat lub miejsce handlu, o ile w tym celu nie zostało specjalnie przygotowane i wynajęte. W żadnym razie nie może być ono miejscem handlu alkoholem. Pomieszczenia niemieszkalne (np. sutereny) nie mogą być użytkowane dla celów zamieszkania.

Podnajem jest w zasadzie wykluczany przez wszystkie znane mi umowy najmu i regulaminy dotyczące mieszkań budowanych przez instytucje nieobliczone na zysk. Jedynie w razach wyjątkowych, ściśle określonych, przy istnieniu warunków każdorazowo skonstatowanych, władze instytucji i spółdzielni mogą pozwolić na czasowy podnajem, przy czym warunki tego podnajmu podlegają całkowicie ich kontroli.

Wiele regulaminów zajmuje się także sprawami estetyki mieszkań, jednolitego urządzenia ogródków czy ubrania balkonów itp.

Dlatego, aby wszystkie przez regulaminy przewidziane warunki i ograniczenia nie pozostawały martwą literą papierowych kontraktów, wszędzie przewidywana jest odpowiednio zorganizowana wizytacja mieszkań oraz sankcje, jak widzieliśmy wyżej nieraz bardzo ostre, w razie ich nieprzestrzegania.

W Wiedniu wizytacje takie odbywają się stale co najmniej raz na miesiąc przez inspektorów, urzędników miejskich, którzy na odpowiednich blankietach wystawiają lokatorowi stopnie dotyczące stanu, w jakim się znajduje każda poszczególna część mieszkania (podłogi, ściany, sufity, okna, drzwi, wodociąg, piec, zlew, kuchnia, klozet). O ile trzy razy z kolei stopnie te (od 1 do 3) okażą się niedostateczne (1), lokator zostaje skazany na przeniesienie się z nowego domu do starego. Robotniczy zarząd Wiednia oprócz trzydziestu kilku tysięcy nowych mieszkań, które sam wybudował, wykupił, jak wiadomo, cały szereg domów z mieszkaniami robotniczymi, budowanych przed wojną. Uważając, iż niemożliwe jest pozbawiać kogoś dachu nad głową, zarząd miasta sądzi, że lokator, który nie jest w stanie utrzymać w porządku mieszkania zbudowanego z myślą o nim, nie zasługuje na takie mieszkanie i powinien być przeniesiony do ciasnych, nieprzewietrzanych nor, które były budowane jedynie z myślą o zysku; jego zaś mieszkanie zajmie ktoś inny, kto lepiej je potrafi cenić i do kulturalnych warunków już się przystosuje. We Francji Urzędy Tanich Mieszkań wprowadziły wizytacje polecane funkcjonariuszkom, wizytatorkom społecznym (infirmière sociale, dosłownie – pielęgniarka społeczna). Zadaniem ich jest nie tylko badanie sposobu zamieszkania, ale i warunków życia rodzin mieszkających w domach Urzędów. Obowiązkiem wizytatorki jest nie tylko badanie, ale także okazywanie możliwie najdalej idącej rady i pomocy. Spotykamy się tu z próbą połączenia działalności pomocy mieszkaniowej z opieką społeczną.

W spółdzielniach belgijskich wizytacje odbywają się przez komisję wyłonioną z rady spółdzielni, podobnie jak u nas w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wizytacje odbywa opiekun wyznaczony przez Radę Nadzorczą dla każdej kolonii.

III. Współdziałanie mieszkańców

Kilka tych przykładów wystarczy dla zrozumienia, jak głęboko budownictwo społeczne wkracza w organizację życia mieszkańców stworzonych dla nich domów. Ale na tym się jego wpływ nie kończy. Mieszkańcy domów społecznych nie są tylko obiektem działalności władz i funkcjonariuszy instytucji. Społeczne budownictwo mieszkaniowe wymaga od wszystkich mieszkańców czynnego współdziałania, powołując z konieczności do życia nowe formy organizacyjne.

Niezbędna oszczędność w budowie możliwie wielkiej ilości mieszkań małych, zmusza do przeniesienia części funkcji spełnianych dawniej w mieszkaniu, poza nie oraz do szukania jak najbardziej ekonomicznego sposobu zadośćuczynienia wspólnym potrzebom mieszkańców.

Niezależnie od tego, czy mieszkania te znajdują się w wielkich domach zbiorowych, czy w osiedlach małych domków jednorodzinnych, wszędzie istnieje i coraz się powiększa ilość tych pomieszczeń, które powstają dla zadośćuczynienia tym wspólnym potrzebom. Sale zebrań czy klubowe, czytelnie i biblioteki, żłobki dla małych dzieci, przedszkola dla większych, cały szereg wspomnianych już urządzeń o charakterze technicznym (pralnie, kąpiele, ogrzewanie itp.), wszystko to wymaga planowości w zadośćuczynieniu tym potrzebom.

Planowość ta jest konieczna zarówno przy projektowaniu osiedli, jak i przy organizowaniu w nich życia.

Organizacja życia w nowych osiedlach wymaga radykalnej zmiany stosunku mieszkańców do zamieszkiwanej przez nich nieruchomości i ze swej strony do tej zmiany się przyczynia.

Początkiem zmiany stosunku lokatora jest sposób otrzymania mieszkania. Charakterystyczną cechą, powtarzającą się w wielu regulaminach dotyczących przydziału mieszkań, jest uzależnienie tego przydziału przede wszystkim od warunków mieszkaniowych, w jakich znajduje się w okresie przydziału kandydat.

Przy jednakowych innych warunkach nowe mieszkanie otrzymuje kandydat, którego mieszkanie jest najgorsze.

Moment finansowy nie gra przy decyzji żadnej roli, albo rolę zupełnie podrzędną. Natomiast przede wszystkim brane są pod uwagę warunki rodzinne mieszkańców.

Przeważająca większość mieszkańców nowego osiedla w wysokim stopniu odczuwa różnicę pomiędzy dotychczasowym sposobem zamieszkania a tym, który udaje im się uzyskać dzięki społecznemu budownictwu. Uczucie wdzięczności za umożliwienie ludzkiego bytowania ułatwia podporządkowanie się bardzo nieraz ostrym regulaminom.

Pomimo to administrowanie wielkimi skupieniami małych mieszkań, mających wspólne urządzenia, nie jest łatwym. Nigdzie nie daje się ono uskutecznić bez stworzenia organizacji lokatorskich.

Wobec tego powstanie takich organizacji spotyka się z zachętą władz, administrujących domami, a niejednokrotnie nawet władze same powołują do życia organizacje mieszkańców.

W wielkich domach wiedeńskich z polecenia magistratu każda klatka schodowa wybiera męża zaufania. Zebranie mężów zaufania powołuje Naczelnego Męża Zaufania dla każdego osiedla.

Inspektorzy domów, którzy są organem bezpośredniego nadzoru ze strony władzy gminnej, obowiązani są do utrzymania stałego kontaktu z mężami zaufania.

Instytucja mężów zaufania bynajmniej nie ogranicza praw mieszkańców do tworzenia komitetów, z którymi, o ile istnieją, inspektorzy (funkcjonariusze miejscy) powinni współdziałać.

Wielkie niemieckie spółdzielnie (np. Spółdzielnia Mieszkaniowa w Duisburgu) przewidują istnienie Komitetów Administracyjnych dla każdej kolonii mieszkalnej. Komitet taki składa się z trzech członków, mianowanych przez Zarząd Spółdzielni po wysłuchaniu opinii lokatorów. Ci trzej członkowie kooptują dwoje dalszych lokatorów. O ile dana kolonia składa się z większej ilości mieszkań, ilość członków komitetu wzrasta w taki sposób, by każde sto mieszkań było reprezentowane przez troje członków.

Wszystkie Komitety połączone stanowią Radę Administracyjną.

Zakres działania zarówno Komitetów, jak i Rady jest bardzo obszerny. Obejmuje on zarówno reprezentację interesów mieszkańców, jak poparcie Zarządu Spółdzielni we wszystkich zarządzeniach mających na celu przestrzeganie warunków najmu i regulaminów.

Między innymi Rada Administracyjna opiniuje o wnioskach Komitetów, dotyczących wymówienia mieszkania.

Poszczególne Komitety regulują także sposób użytkowania urządzeń, które służą dla wspólnego lub kolejnego użytkowania wszystkich mieszkańców.

Zadania organizacji lokatorskich nie są łatwe, szczególniej w spółdzielniach, gdzie celem ich winno być wzmocnienie znaczenia i powagi spółdzielni, obrona jej interesów materialnych i moralnych, a jednocześnie zadośćuczynienie słusznym nieraz pretensjom mieszkańców. Łagodzenie powstających przeciwieństw, w żadnym zaś razie zaostrzanie ich, jest jedyną drogą, którą instytucje te mogą działać.

Pójście po tej drodze jest znacznie ułatwione, jeśli organizacja lokatorów ma cele dalsze, spełnia wobec swych członków inne pożyteczne funkcje poza tymi, które wynikają ze stosunków związanych z administracją domów.

Charakter taki mają stowarzyszenia lokatorów, które obejmują, poza zadaniami administracyjnymi, sferę czynności o charakterze kulturalnym, społecznym, dobroczynnym.

Takimi są przede wszystkim Towarzystwa Wzajemnej Pomocy (Mutuelles), które istnieją we Francji w osiedlach zbudowanych przez Urząd Tanich Mieszkań Departamentu Sekwany. Należenie do tych Towarzystw nie jest wprawdzie obowiązkowe, ale pod wpływem Zarządu instytucji nieomal wszyscy lokatorzy w nich biorą udział.

Składka na Towarzystwo jest pobierana przez administrację jako określony odsetek od komornego i wpłacana do kasy Towarzystwa.

Towarzystwo okazuje materialną pomoc lokatorom w razie wydarzeń losowych, które uzasadniają jej konieczność.

O ile lokator nie zapłaci komornego i Rada Towarzystwa uzna, iż zasługuje on na pomoc, wnosi za niego komorne do kas Urzędu, traktując w zasadzie pomoc taką jak pożyczkę.

O ile istotnie powodem niepłacenia były okoliczności przejściowe, pożyczka zostaje zwrócona i Kasa Wzajemnej Pomocy nie zostaje uszczuplona. W przeciwnym razie, gdy warunki jeszcze się pogorszyły (w razie śmierci, ciężkiej choroby, długotrwałego bezrobocia) pożyczka zostaje zamieniona na zapomogę.

W ten sposób lokatorzy mieszkania osiedla, znający dokładnie sąsiedzkie warunki bytowania, okazują sobie wzajemną pomoc, Urząd zaś ma zapewniony aktualny wpływ komornego, bez którego żadna działalność gospodarcza nie mogłaby się ostać. W wypadkach, w których sąsiedzi-towarzysze uznają, że okazanie pomocy jest niewskazane, Urząd ma rozwiązane ręce i może przystąpić do eksmitowania lokatora, który bez uzasadnionej przyczyny zalega z komornym.

W końcu roku Urząd poddaje badaniu straty, które „Mutuelle” poniosła z powodu niezwróconych pożyczek lub udzielonych zapomóg i część tej straty (zwykle 1/3) pokrywa przez udzielenie Towarzystwu subwencji.

Pewność regularnego otrzymywania komornego ma dla Spółdzielni mieszkaniowych jeszcze większe znaczenie niż dla Urzędów Tanich Mieszkań.

Toteż Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, której celem jest dostarczenie możliwie wielkiej liczbie robotników i pracowników mieszkania odpowiadającego wszystkim zasadom społecznego budownictwa mieszkaniowego, uznała za konieczne powołanie do życia organizacji zbliżonej do tej, która istnieje w Departamencie Sekwany.

Stowarzyszenie wzajemnej pomocy lokatorów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej pod nazwą „Szklane Domy” ma na celu stworzenie podstaw sąsiedzkiego współżycia wszystkich zamieszkujących domy zbudowane przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową.

Dla spełnienia swych zadań Stowarzyszenie zajmuje się wszelkimi sprawami dotyczącymi dobrobytu moralnego i materialnego lokatorów Spółdzielni, organizowaniem instytucji, ułatwiających wychowanie dzieci, organizowaniem zabaw, odczytów, koncertów, konkursów itp., ustanawianiem reprezentacji lokatorów w stosunku do administracji domów i władz Spółdzielni, okazywaniem pomocy drogą zapomóg lub pożyczek swym członkom, których wydarzenia losowe (śmierć, choroba, brak pracy) postawiły w trudne położenie materialne, wreszcie ewentualnym administrowaniem domów, które zostaną mu oddane w zarząd przez Spółdzielnię lub innymi sprawami przekazanymi mu przez Zarząd Spółdzielni.

Stowarzyszenie nie dopuszcza na swych zebraniach żadnych dyskusji politycznych i religijnych.

Czyż zaprawdę nie jesteśmy świadkami powstawania nowych form współżycia ludzkiego, które zawdzięczamy całkowicie budownictwu nieobliczonemu na zysk, budownictwu, które mając na celu jedynie zaspokajanie potrzeb lokatorów, nie może tego czynić bez ich udziału i pomocy.

A pomoc wzajemna okazywana w tych nowych osiedlach, czyż to nie początek wymarzonych przez Edwarda Abramowskiego Związków Przyjaźni?

,,Pomoc wzajemna, rozszerzona na wszystkie wypadki życia i wykonywana w małych grupach ludzi znających się osobiście”. „Związek, w którym nie powinno być żadnego biurokratyzmu… czysty typ związku ludzi dobrej woli, czyniących dobro bezinteresownie, nie jak urzędnicy towarzystw dobroczynnych, lecz tak jak pomagają przyjaciele”.

Społeczne budownictwo mieszkaniowe znajduje się ledwie w zaczątkach, ale dziś już są nam widne wszystkie tające się w nim możliwości oraz znaczenie, jakie mieć ono może dla przekształcenia życia ludności osiedli miejskich.

Teodor Toeplitz

Powyższy tekst to cała broszura, wydana przez Komitet Polski Międzynarodowej Konferencji Służby Społecznej, wydana z zasiłku Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, Warszawa 1928. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Teodor Toeplitz (1875-1937) – wybitny działacz spółdzielczy i samorządowy, urbanista, przez wiele lat związany z Polską Partią Socjalistyczną. Współzałożyciel Towarzystwa Urbanistów Polskich. Współtwórca Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, przewodniczącym Zarządu WSM. Współtwórca i prezes zarządu Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego – głównego wykonawcy prac budowlanych w WSM i innych spółdzielniach warszawskich, ale także dla spółdzielni mieszkaniowych w Gdyni i Krakowie. W 1929 r. założyciel Polskiego Towarzystwa Reformy Mieszkaniowej, które z jego inicjatywy zorganizowało w 1937 r. pierwszy Polski Kongres Mieszkaniowy (Toeplitz zmarł kilka miesięcy przed Kongresem). Współtwórca Związku Miast Polskich. Wiceprezes Międzynarodowego Związku do Spraw Mieszkaniowych. Autor wielu publikacji fachowych i popularyzatorskich, poświęconych spółdzielczości mieszkaniowej, aspektom socjalno-bytowym mieszkalnictwa robotniczego, problemom urbanistycznym itp.

Likwidacja naszej kolei

Likwidacja naszej kolei

Wygaszanie popytu było oficjalną strategią Polskich Kolei Państwowych.

Głównym elementem strategii PKP było ograniczanie działalności kolei. Rzucamy światło na będący tego dowodem dokument, który powstał w październiku 1994 r. w Dyrekcji Generalnej Polskich Kolei Państwowych.

Korzyści

„Reguły gospodarki rynkowej nie pozwalają na utrzymanie przy życiu linii kolejowych niedostatecznie obciążonych ruchem, o bardzo słabej frekwencji i nie mających perspektyw rozwojowych, a także szeregu obiektów o niskim lub czasem zerowym stopniu wykorzystania. Kolej musi więc »wyszczupleć«” – można było przeczytać w opracowaniu pod wdzięcznym tytułem „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować”.

Dokument jasno stwierdzał, że duża część infrastruktury kolejowej nie ma co liczyć na remonty. W tej sytuacji mówiono o podziale sieci na linie czarne, białe i zielone. Linie czarne mogły liczyć na remonty, linie białe miały być „remontowane w miarę potrzeb w takim zakresie, aby nie dopuścić do zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu pociągów”, natomiast pozbawione remontów linie zielone miały być eksploatowane tylko do czasu fizycznego zużycia. Linie białe i zielone składały się na ponad jedną trzecią sieci kolejowej.

Dokument „Nasza kolej” – powołując się na wewnętrzny dokument „Określenie racjonalnego układu linii kolejowych w Polsce” – stwierdza, że na sieci kolejowej, liczącej w 1994 r. 23,3 tys. km, poza układem racjonalnym jest 6 tys. km linii. „Linie te są predestynowane w pierwszej kolejności do zawieszenia przewozów” – stwierdza Dyrekcja Generalna PKP w swojej broszurze i dodaje: – „Według opinii rady techniczno-ekonomicznej przy dyrektorze generalnym korzyści PKP z tego tytułu mogłyby wynieść nawet około 2 bilionów złotych rocznie”.

Władze PKP zapowiadają „rozwinięcie” dokumentu „Określenie racjonalnego układu linii kolejowych w Polsce” w program redukcji linii kolejowych na lata 1995-2000.

Sukcesy

W broszurze „Nasza kolej” Dyrekcja Generalna PKP wymienia dotychczas osiągnięte „sukcesy”: „Odpowiednio do zmniejszonych przewozów i pracy eksploatacyjnej »wyszczuplała« służba taboru i zaplecza technicznego w porównaniu z 1990 r. W 1993 r. zmniejszono: liczbę lokomotyw elektrycznych z 2511 do 2338, liczbę punktów napraw bieżących taboru z 165 do 127, liczbę lokomotyw spalinowych z 4191 do 3849, liczbę wagonów towarowych z 194,5 tys. do 128,5, liczbę zatrudnionych w służbie taboru i zaplecza technicznego z 115,3 tys. do 72,9 tys.”.

Dyrekcja Generalna PKP z dwóch powodów obawiała się, że „w przypadku programu redukcji linii PKP nie mogą liczyć na sukcesy”. Po pierwsze, „procedury zawieszania przewozów i likwidacji linii są uciążliwe, pracochłonne i długotrwałe i nic nie wskazuje na to, by nastąpiły w tym zakresie w najbliższym czasie istotne zmiany stanu prawnego”. Po drugie, „z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej nie zaakceptuje w pełni programu redukcji linii kolejowych opracowanego przez PKP, ze względu na uwarunkowania społeczne i polityczne”.

Tak się jednak składa, że ani nastawienie ministerstwa, ani czasochłonność procedur nie okazały się szczególnie dotkliwą przeszkodą w realizacji programu redukcji linii kolejowych. Jak bowiem zwrócił uwagę raport Najwyższej Izby Kontroli z 1998 r., Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej niejednokrotnie wyrażało zgodę na ograniczenie działalności kolei, pomimo że wnioski PKP nie spełniały warunków koniecznych do uzyskania tej zgody. Jak ponadto wskazuje NIK, ministerstwo akceptowało wnioski spływające z PKP bez analizy ekonomicznej, która uwzględniałaby interes całej gospodarki.

Strategia

Z broszury „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować” jasno wynika, że wygaszanie popytu stało się oficjalną strategią Polskich Kolei Państwowych: „PKP muszą od najbliższego roku realizować określoną strategię przewozów na liniach mało obciążonych i nierentownych. Strategia PKP musi zmierzać do wygaszania popytu na kolejowe przewozy lokalne, a tym samym do przesunięcia tego popytu na transport samochodowy”.

Strategia wygaszania popytu sprowadzała się nie tylko do obniżania atrakcyjności oferty przewozowej, ale również do pogarszania parametrów sieci kolejowej: „Strategia ta polegać powinna na istotnym ograniczeniu liczby kursujących pociągów osobowych na liniach lokalnych, jeśli nie będzie zgody na zawieszenie przewozów, sukcesywnym zamykaniu posterunków ruchu, ograniczaniu do niezbędnego minimum prac utrzymaniowych oraz na organizowaniu w okresie przejściowym autobusowej komunikacji zastępczej”.

Zamykanie posterunków ruchu – czyli degradowanie stacji i mijanek do roli przystanków – prowadziło do zmniejszania przepustowości sieci kolejowej. W coraz mniejszej liczbie punktów pociągi mogły się mijać i wyprzedzać. Władze PKP chwalą się, że w latach 1989-1993 nastąpiło „zmniejszenie liczby czynnych posterunków ruchu w skali sieci o 14,5%”, ale zaznaczają „występowanie pewnych rezerw zbędnych posterunków ruchu”, w związku z czym „dalsza redukcja zbędnych posterunków jest więc możliwa i powinna prowadzić do wzrostu liczby kilometrów przypadających na jeden posterunek ruchu”. Z broszury płynęło jasne wskazanie: „Należy wytypować zbędne posterunki ruchu i stacyjne układy torowe oraz opracować program ich redukcji w następnych latach”.

Pomysłowość

Anonimowi pracownicy Dyrekcji Generalnej PKP, który napisali broszurę „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować”, nie poświęcają zbyt wiele uwagi sytuacji kolei w innych krajach. Co charakterystyczne, w ogóle nie przyglądano się sytuacji kolei w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Władze PKP ze szczególnym namaszczeniem spoglądały na wątpliwe osiągnięcia kolei w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie sieć kolejowa od 1970 r. do 1990 r. została skrócona z 332 tys. km do 193 tys. km: „Polska to nie USA, mimo szacunku, jaki budzą efekty ekonomiczne osiągnięte przez koleje amerykańskie w latach 70. i 80. w wyniku ich pomysłowości”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/103 wrzesień-październik 2019); www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

„Psychiatria środowiskowa”, czyli zastrzyki

„Psychiatria środowiskowa”, czyli zastrzyki

Gdyby na wprowadzaną aktualnie reformę psychiatrii spojrzeć wyłącznie przez pryzmat wielkich haseł czy też słów-kluczy powtarzanych przez osoby lobbujące za zmianami, należałoby być pełnym podziwu i nadziei. Gdyby zestawić to jeszcze z deklaratywną warstwą działalności Kongresu Zdrowia Psychicznego czy szczytnymi celami Fundacji EfKropka, organizacji mocno zaangażowanych w promocję reformy, można by wręcz wpaść w zachwyt, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę częste nawiązania do fińskiego modelu Open Dialogue. Tyle że, jeśli przyjrzeć się bliżej, wizja psychiatrii wprowadzana w życie w ramach reformy nie ma z Open Dialogue wiele wspólnego, a pod pięknymi słowami o psychiatrii środowiskowej zdają się kryć zupełnie inne realne działania. Z wierzchu błyszczy, w środku gnije.

Pomijam tu bardziej podstawowe kwestie, związane z charakterem samej psychiatrii jako instytucji społecznej, czy też pytania o przyczyny lub etiologię zaburzeń psychicznych. Warto tylko krótko wspomnieć, że wiele współczesnych badań wiąże je przede wszystkim z negatywnymi czynnikami społecznymi czy psychologicznymi – ubóstwem, przynależeniem do mniejszości, zaniedbaniem lub wykorzystywaniem w dzieciństwie, byciem ofiarą przemocy i in. Rodzi to pytania o to, czy to przypadkiem nie tymi zjawiskami powinniśmy się przede wszystkim zająć, jeśli na sercu leży nam zdrowie psychiczne Polaków i Polek. Spróbujmy się przyjrzeć, jakie konkretnie rozwiązania i argumenty kryją się pod hasłami o psychiatrii środowiskowej – szczególnie w kontekście schizofrenii.

Podstawowy argument, a jakże, jest finansowy. Podczas debaty eksperckiej (był to ten rodzaj debaty, w którym wszyscy występujący zgadzają się ze sobą i forsują jedną wizję) pt. „W parze ze schizofrenią” (27 marca, 2019), według dr. n. med. Jakuba Gierczyńskiego, MBA, przedstawianego jako ekspert systemu ochrony zdrowia, oparcie farmakoterapii schizofrenii na tzw. długodziałających lekach (LAI), czyli zastrzykach podawanych co np. trzy miesiące, pozwoli zmniejszyć wydatki ZUS-u związane ze świadczeniami dla osób z diagnozą schizofrenii. Aktualnie koszty ZUS przekraczają wydatki NFZ i fakt ten można uznać za niepokojący, choć świadczy on przede wszystkim o nieskuteczności obecnego modelu leczenia zaburzeń psychotycznych. Co jednak kluczowe, Gierczyński zapytany przez osobę z sali o dane, które potwierdzałyby, że szersze stosowanie LAI prowadzi do zmniejszenia wydatków na opiekę społeczną – tuż po tym, jak przywoływał przykłady krajów, w których stosuje się je znacznie częściej niż w Polsce – posłużył się danymi z… kardiologii. Dlaczego przykład z kardiologii miałby mieć zastosowanie w psychiatrii? Zapewne wynika to z tego, że takich danych dla psychiatrii po prostu nie ma. Kraje, których rozwiązania właśnie chcemy skopiować, wydają i na psychiatrię, i na opiekę społeczną więcej, a pomimo wprowadzenia LAI (a może dlatego) – wydatki rosną, a efekty leczenia pozostają bez zmian lub nawet się pogarszają.

Pojawia się tutaj już zasadniczy wątek tego, jak „psychiatria środowiskowa” ma wyglądać według architektów reformy. Otóż ma to być po prostu zastąpienie farmakoterapii stosowanej w szpitalu farmakoterapią stosowaną ambulatoryjnie. W całej „antystygmatyzacyjnej” retoryce promowanie zastrzyków jest na tyle ważne, iż prowadzi wręcz do kuriozalnych stwierdzeń. Należy z nich wnioskować na przykład, że osoby z diagnozą schizofrenii są tak nieodpowiedzialne i nieprzewidywalne, że rodziny muszą kontrolować, czy przyjmują leki, a jedynym rozwiązaniem tej sytuacji są zastrzyki. „Bardzo istotną sprawą jest też dużo lepsza kontrola przyjmowania leku. Podawanie go domięśniowo zdejmuje z rodzin chorych ciężar odpowiedzialności za leczenie farmakologiczne” – przykładów podobnych wypowiedzi, także wprost z ust psychiatrów, można w ostatnim czasie znaleźć wiele. W tekście pod tytułem „Nowe leki ratujące umysł”, którego nie powstydziłby się copywriter, a któremu wiarygodności dodaje prof. Agata Szulc („Dążymy do tego, by przechodzono z opieki szpitalnej na środowiskową, a leki o przedłużonym działaniu bardzo dobrze wpisują się w taki system leczenia i są jego ważnym elementem”) pojawia się też nazwa leku Xeplion. Producentem Xeplionu jest Janssen. I wydaje się, że nie jest przypadkiem, iż właśnie nazwa leku tego producenta tutaj pada.

Dokumentem, na który często powołują się osoby wprowadzające reformę, jest, jak go przedstawiają, opracowany przez Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, raport pt. „Schizofrenia – kluczowe aspekty organizacyjne i finansowe. Model opieki psychiatrycznej nakierowany na wartość zdrowotną”. Nie dodają już jednak, że został on sfinansowany właśnie przez Janssen (choć trzeba przyznać, że strona uczelni wyraźnie o tym informuje). Jakie zalecenia płyną z tego raportu? „W celu poprawy skuteczności leczenia zapewnić dostęp do nowoczesnej farmakoterapii, w szczególności do leków długodziałających”. Nie jest to specjalnie zaskakujące, skoro na sprzedaży leków zawierających substancję czynną Xeplionu (pod różnymi nazwami handlowymi, m.in. Invega, Trevicta) – a więc właśnie długo uwalniających się leków – Janssen zarobił w 2016 roku 2,2 mld dolarów, ponad 2,5 mld dolarów w 2017 i prawie 1,5 mld tylko w pierwszej połowie 2018. Takie wyniki sprzedażowe wymagają oczywiście inwestycji w marketing. Jak podsumowuje profesor John Read, jeden z autorów niezależnego raportu opisującego wpływ koncernów farmaceutycznych na brytyjską służbę zdrowia: „Janssen dominuje, jeśli chodzi o szkolenia i sprzedaż, szczególnie odnośnie ich bardzo drogich »leków przeciwpsychotycznych« w zastrzykach (nie bardziej skutecznych niż »przeciwpsychotyczne« tabletki”).

Wszystko to zbiega się w czasie z wydaną w marcu 2019 decyzją o refundacji z budżetu Trevicty produkowanej przez Janssen (jest to ta sama substancja co Xeplion, tyle że w formule pozwalającej podawać zastrzyk co trzy miesiące zamiast co miesiąc). W podsumowaniu uznano, że refundacja jest zasadna. Stało się tak wbrew uwagom mówiącym, iż „pomimo niskiej wiarygodności uzyskanych wyników” (jeśli chodzi o skuteczność – w porównaniu do Xeplionu) oraz pomimo że „wnioskodawca przedstawił również wyniki analizy minimalizacji kosztów, jednak ze względu na zastrzeżenia analityków do przyjętej przez niego metodyki tej analizy analitycy przedstawili swoje obliczenia” (konkretne kwoty utajniono) oraz wbrew akapitowi stwierdzającemu, jak trudno rzetelnie takie koszty oszacować, okraszonym jeszcze na koniec zdaniem: „Powyższe czynniki, mogą wpływać również na niekontrolowane zwiększenie populacji leczonej lekiem Trevicta”.

Jedna dawka Trevicty kosztuje około 2000 PLN, na schizofrenię leczonych jest ok. 200 tys. ludzi w Polsce. Niemal każda wypowiedź medialna na temat reformy związana jest ze wskazywaniem zastrzyków jako jej integralnego elementu. Można też spodziewać się w najbliższym czasie prób poszerzenia wskazań do refundacji o inne diagnozy, w których stosuje się leki przeciwpsychotyczne, np. zaburzenia afektywne dwubiegunowe.

Nie byłoby w tym wszystkim nic złego, gdyby nie fakt, że (jak już to wprost napisał prof. Read) dowody na to, iż LAI są skuteczniejsze od zwykłych tabletek, są w najlepszym wypadku – słabe. Metaanaliza opublikowana w 2018 r. w „Schizophrenia Bulletin” podsumowuje, że LAI nie zmniejszają ryzyka hospitalizacji oraz czasu hospitalizacji, a osoby otrzymujące LAI były w gorszym stanie niż osoby otrzymujące tabletki. Autorzy przypisują jednak te, niezbyt korzystne dla LAI wyniki, naturalistycznemu charakterowi badań. W tym również nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że we wcześniejszej metaanalizie z 2014 r. (ale już wyłącznie randomizowanych badań klinicznych), ci sami autorzy brak przewagi LAI nad tabletkami tłumaczyli tym, że… tę przewagę łatwiej dostrzec będzie w badaniach naturalistycznych, które lepiej odzwierciedlają rzeczywiste warunki leczenia.

Mamy więc do czynienia z paradoksem – LAI miały być skuteczniejsze, bo trudniej je pacjentowi odstawić, a odstawienie ma powodować nawroty – a jednak tych nawrotów jest właściwie tyle samo. Nawet inne metaanalizy mówią co najwyżej o małych (choć istotnych statystycznie) różnicach, jeśli chodzi o zapobieganie nawrotom, przy równoczesnym zwiększeniu skutków niepożądanych, np. laktacja u mężczyzn, objawy pozapiramidowe – czyli bolesne skurcze mięśni i/lub problemy z poruszaniem się i/lub mimowolne, czasem dziwaczne ruchy będące skutkiem ubocznym leczenia; podobne jest ryzyko innych skutków ubocznych, czyli w przypadku leków „nowoczesnych” przede wszystkim otyłości i cukrzycy. Można z tego wysnuć wniosek, że wprowadzenie LAI nie wpłynie istotnie na ilość i długość hospitalizacji. Zwiększy natomiast koszty funkcjonowania całego systemu, ponieważ – refundowane z budżetu – LAI są kilkadziesiąt razy droższe od tabletek.

Pierwsze dane z Centrów Zdrowia Psychicznego zdają się to potwierdzać, tj. wzrosła ogólna ilość świadczeń (co można uznać za rzecz pozytywną), jednak ilość hospitalizacji właściwie się nie zmieniła. Jak podaje facebookowy profil pilotażu reformy, od uruchomienia Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, czyli od 1 października 2018 r., do końca czerwca 2019 r. liczba zrealizowanych świadczeń pomocy psychiatrycznej w Szpitalu Uniwersyteckim wynosiła prawie 70 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14 tys., na oddziałach dziennych prawie 10 tys., a w ambulatoriach ponad 45 tys. W tym samym okresie przed uruchomieniem UCZP liczba zrealizowanych świadczeń wynosiła prawie 45 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14,5 tys., na oddziałach dziennych prawie 9 tys., a w ambulatoriach prawie 21 tys.

O tym, że opieranie polityki zdrowotnej na raportach finansowanych przez koncerny farmaceutyczne to niekoniecznie dobry pomysł przekonali się ostatnio Amerykanie. Odnośnie panującej tam „epidemii opioidów”, były wysoki urzędnik FDA, lekarz, pisał w prestiżowym „Journal of the American Medical Association” (JAMA): „Epidemia opioidów pokazała, że źródło finansowania ma znaczenie. Niektórzy występujący z wykładami lekarze przyznali się do szerzenia błędnych informacji, jeden z nich stwierdził »Wygłosiłem niezliczoną ilość wykładów w późnych latach 80. i 90. na temat uzależnień, które były nieprawdą«. Organizacje, które uzyskały znaczące finansowanie od producentów opioidów, to m.in. Federation of State Medical Boards, American Pain Society, American Geriatrics Society i American Academy of Pain Medicine. Wszystkie popierały wypowiedzi i raporty zachęcające lekarzy do przepisywania opioidów na przewlekły ból”.

Może jednak warto jakoś przełknąć te zastrzyki, jeśli przynajmniej zwiększy się dostępność pomocy psychologicznej czy realnych działań środowiskowych? Cóż, może by i tak było, ale jak wynika z informacji umieszczonej na grupie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Psychologów, w rozporządzeniach dotyczących tworzenia Centrów Zdrowia Psychicznego nie ma ani słowa o wymogach kadrowych dotyczących zatrudnienia psychologów, psychologów klinicznych i psychoterapeutów. Uwagi OZZP w tym zakresie nie zostały uwzględnione. Cóż to za środowiskowy biopsychospołeczny model, w którym zapomina się o psychoterapeutach? Może to dlatego, że nie potrafią robić zastrzyków?

Wypowiadający się na grupie psycholodzy pracujący w już utworzonych CZP, mówią, że właściwie nic się w ich pracy nie zmieniło, poza tym, że przybyło obowiązków, głównie administracyjnych. Jeden z nich podsumowuje to tak: „CZP jest uciążliwe dla pacjenta, potrzebne są dalej skierowania. Nie ma też żadnej dyskusji o problemach w środowisku ani analiz. Psycholog jest w sumie dodatkiem, który ma być i tylko. Nie poprawiła się oferta terapeutyczna. Nastąpiła centralizacja do wielkiego szpitala i nie ma przez to nadzoru nad finansami”. Ktoś inny pisze, że brak wymogów dotyczących psychologów pozwoli w razie czego zastąpić ich tańszymi pracownikami, ktoś jeszcze, że najwyraźniej reforma powstaje nie dla potrzebujących, a dla pracowników administracji, jeszcze ktoś, że najwyraźniej po to, żeby zwiększyć sprzedaż drogich refundowanych leków…

Czy więc nie lepiej, zamiast transferować setki milionów złotych do kasy koncernów farmaceutycznych, byłoby przeznaczyć te fundusze na stworzenie realnej opieki środowiskowej, mieszkania chronione, zwiększenie etatów oraz na podwyżki dla psychologów i pracowników opieki społecznej? Wreszcie, czy zamiast opierać się na wskazaniach opracowanych przez koncerny, nie lepiej byłoby twórców Open Dialogue – podejścia z najlepszymi wynikami na świecie, jeśli chodzi o terapię psychoz, w ramach którego, co ważne, leki przeciwpsychotyczne ogranicza się do minimum i stara ich nie stosować – zaprosić do współtworzenia reformy, zamiast wykorzystywać ich jako kwiatek do kożucha, legitymizujący zupełnie innego rodzaju podejście?

Jak radośnie informuje strona FB Pilotażu Centrów Zdrowia Psychicznego: „Wartość rynku psychiatrycznego urośnie w 2023 roku do 4 mld zł”. Prof. Heitzmann w wypowiedzi wybranej na tytuł artykułu o reformie informuje nas: „Zależy nam na udostępnieniu chorym na schizofrenię leków o tzw. przedłużonej formie uwalniania”. To nie ulega wątpliwości. Ale czy faktycznie zależy nam na skuteczniejszej pomocy ludziom z diagnozą schizofrenii?

Radosław Stupak

Nie lękajmy się!

Nie lękajmy się!

Boimy się. O świat, o siebie, o przyszłość, o najbliższych. Alarmowani kiepskimi, coraz częściej katastroficznymi wizjami i doniesieniami z całego globu – odczuwamy lęk. Zupełnie naturalny i uzasadniony. Zagłuszamy go na różne sposoby, ale dopada nas i przejawia się na wiele sposobów. Indywidualne depresje, medialne histerie, społeczne paniki, rosnąca konsumpcja rozmaitych „zagłuszczaczy”, szukanie porad specjalistów i różnych form ucieczek od codzienności – to rzeczywistość milionów osób.

Ale boimy się także w jeszcze inny sposób. Boimy się myśleć odważnie, dalekosiężnie, sięgać w przyszłość i wyobrażać sobie świat lepszy. Kiedyś słowo „utopia” mogło oznaczać coś nierealnego, ale oznaczało zarazem odważne poszukiwania intelektualne, przekraczanie horyzontów, myśl swobodną i nieskrępowaną. Efekty mogły być dziwaczne, ale zwykle budziły zainteresowanie i uznanie, choćby niebezkrytyczne. Dzisiaj „utopia” jest słowem podejrzanym, prawie obelgą, służy do dyskredytowania jakichś pomysłów. „Realne” czy „możliwe” jest tylko to, co istnieje. Co za nędza i tchórzostwo wyobraźni! Z takim podejściem wciąż siedzielibyśmy w jaskiniach.

Nawet jeśli uznać, że część popularnych diagnoz i prognoz należy do zbyt pesymistycznych, że zbyt łatwo popadamy w nastroje katastroficzne, to przecież trudno uznać obecny świat za idealny czy najlepszy z możliwych. Narastające i coraz bardziej odczuwalne problemy ekologiczne. Wędrówki i konflikty ludów. Drastyczne nierówności społeczne. Wciąż pod względem liczbowym ogromna i ponura skala ubóstwa. Bezsens życia w postaci wciąż dłuższej harówki i zaabsorbowania pracą przy jednoczesnych lękach z powodu utraty zatrudnienia i zautomatyzowania produkcji. A to przecież jeszcze nie cała lista problemów, zaledwie jej początek.

Wypadałoby wymyślić lepszy świat, ale przecież boimy się to zrobić. Bo usłyszymy, że to utopia i że jesteśmy utopistami.

Cóż, w „Nowym Obywatelu” nie jesteśmy strachliwi. Dlatego niniejszy numer w dużej mierze poświęciliśmy przyszłości. Lepszej przyszłości. Nie udało się uniknąć wizji i wątków negatywnych, nie chcieliśmy też tego robić i mamić naszych odbiorców sielankowymi obrazkami rodem z folderów reklamowych, ale przeważają obrazy świata lepszego niż obecny i przyszłości bardziej pozytywnej niż ta rodem z katastroficznych scenariuszy. Tak, lepszy świat jest możliwy, można go wymyślić i warto na jego rzecz działać. Alternatywami są piekło na ziemi, strach i marazm, kurczowe trzymanie się rozwiązań skompromitowanych.

Oprócz głównego tematu numeru przygotowaliśmy także inne teksty, nie mniej ciekawe i ważne. Ale chciałbym Was namówić przede wszystkim do odwagi myślenia wbrew depresyjnym lękom, katastroficznym scenariuszom oraz „antyutopijnym” pouczeniom i pohukiwaniom „realistów”. Z naszymi autorkami i autorami.

Zapraszam do lektury!

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie finansowe – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Ernst Friedrich Schumacher: Koniec balu [1975]

Ernst Friedrich Schumacher: Koniec balu [1975]

Sądząc po liczbie publicznych wypowiedzi przedstawicieli agend rządowych, jesteśmy w ostatniej fazie poważnego kryzysu ekonomicznego, który ma kilka nieprzyjemnych cech, a najgorszą z nich jest inflacja. Mówi się nam, że jeżeli chcemy sprostać naszym głównym konkurentom i uzyskać pozycję dogodną do czerpania korzyści z rozwoju światowej gospodarki, ufnie prognozowanych na przyszły rok, to musimy tę inflację zmniejszyć o połowę. Musimy coś zrobić z deficytem w handlu zagranicznym, a nawet zacząć spłacać nasze ogromne długi – wtedy ropa z Morza Północnego znowu zacznie płynąć szerokim strumieniem po naszej szczęśliwej drodze wzrostu gospodarczego.

Ten rodzaj optymizmu wystarczy, aby wpędzić w depresję najdzielniejsze serce. Czy będziemy w stanie zawrócić z tej „szczęśliwej drogi”? Na pewno będziemy w bardziej niebezpiecznej i trudnej sytuacji niż rok temu. Nadal będziemy mieli potrójny kryzys – kryzys zasobów, kryzys ekologiczny oraz kryzys społeczny. Wszystko będzie jeszcze bardziej kruche i wrażliwe.

Jestem pewien, że obecna sytuacja nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek wcześniejszą „depresją” czy „recesją” – oczywiście z wyjątkiem objawów takich jak bezrobocie. To nie jest część cyklu, to nie jest „korekta”, „krach giełdowy” czy coś w tym rodzaju – to koniec epoki. Barbara Ward mniej więcej rok temu stwierdziła krótko i dosadnie: „Bal się skończył”.

O jakim balu mowa? Była to uczta głównie dla niewielkiej liczby państw oraz równie niewielkiej (choć rosnącej) mniejszości w tych państwach, a większość ludzi dostarczająca dóbr i usług na potrzeby owej imprezy nie należała do beneficjentów tego wydarzenia. Pozwalaliśmy się omamić trzem złudzeniom:

• Po pierwsze, złudzeniu o istnieniu niewyczerpanych zapasów taniego paliwa i surowców naturalnych.

• Po drugie, złudzeniem było przekonanie o niemal równie niewyczerpanym zapasie robotników chcących wykonywać nudną, powtarzalną i przygnębiającą pracę za nieduże pieniądze.

• Po trzecie, złudzeniem było to, że Nauka i Technika już niedługo uczynią każdego tak bogatym, że na Ziemi nie będzie żadnych problemów, poza jedynym: co zrobić z wolnym czasem i bogactwem.

Te złudzenia, które sprawiły, że bal wyglądał tak jak wyglądał, obecnie rozwiały się niemal zupełnie. Zauroczyły nas one, ale już się budzimy i wokół dostrzegamy sterty śmieci. Jednak nadal jesteśmy częściowo pod wpływem owych złudzeń i większość tego, co mówimy i robimy opiera się na nadziei, że złudzenia wkrótce powrócą i impreza będzie trwała nadal.

Tak naprawdę, to wszyscy wiemy, że te złudzenia nigdy nie powrócą i że impreza skończyła się. Ale ponieważ wymyślenie i stworzenie czegoś nowego, na przykład nowego stylu życia, jest bardzo trudne i kłopotliwe, to wolimy dokonywać ogromnego wysiłku psychicznego, zwanego „wyparciem”.

Ten opłakany stan bez wątpienia nie ogranicza się do Wielkiej Brytanii. Niedawno widziałem relację na żywo ze spotkania na wysokim szczeblu, jakie miało miejsce w Niemczech kilka miesięcy temu – brali w nim udział kanclerz Helmut Schmidt, prezes Niemieckiego Banku Centralnego oraz znani ekonomiści, dyplomaci i dyrektorzy. Na spotkaniu tym nie było najmniejszych oznak chęci powrotu do trendów z lat 50. i 60. XX wieku, jak gdyby obecny kryzys był czymś w rodzaju międzynarodowego wypadku samochodowego i jakby nie było sposobu uniknięcia jego nieuchronnych skutków.

Podobne „wyparcie” można obserwować w innych dziedzinach, jak na przykład nauki przyrodnicze. Tu także „bal się skończył”. Była to impreza szczególnego rodzaju, właściwie orgia nihilizmu, świętowanie bezwartościowych, bezcelowych i bezsensownych teorii naukowych: rodzaj ludzki jest niczym więcej jak tylko kosmicznym zbiegiem okoliczności (który równie dobrze mógł mieć miejsce w innym zakamarku Wszechświata), a ostateczną rzeczywistością jest bezmyślna „materia” lub „energia”. Gdy impreza jeszcze trwała, najbardziej czczonym eksponatem było Drugie Prawo Termodynamiki lub Prawo Entropii, które zakłada, że wszystko „rozpada się” (przynajmniej dopóki nie żywi się pasożytniczo czymś innym), a Wszechświat jako całość czeka nieuchronna śmierć i rozkład.

Theodore Roszak podjął tę dyskusję z naukowcami i zapytał: „Dlaczego robią takie dziwne rzeczy? Przypuszczalnie dlatego, że entropia jest nihilistyczna; pokazuje, że wszystko zmierza w kierunku powszechnej śmierci i rozkładu, i wspiera założenia obcego, bezsensownego dla człowieka wszechświata, który się beznamiętnie i bezosobowo bada oraz manipuluje nim […], żeby móc analitycznie przejść od całości do części, zredukować jakość do ilości i wykluczyć przypadki krańcowe, by założyć radykalny obiektywizm przyrody: jest tak wiele hipotez do udowodnienia. Wszystko to razem wzięte odzwierciedla światopogląd naukowy, jaki znamy na Zachodzie od czasów Galileusza”.

Wszędzie są wskazówki, że nauka osiągnęła kres określonej epoki. Dowody nadchodzą ze wszystkich stron: fizyka i chemia nie mogą liczyć na nic więcej niż „substrat” zjawiska i gdy chodzi o kwestie życia, inteligencji i świadomości, muszą być postrzegane jakby służyły wyższym siłom. Dowody te oczywiście nigdy nie były obce filozofom przyrody i wszystkim, którzy myśleli o sobie jako o ludziach mających coś więcej niż zdrowy rozsądek; teraz jednak przytłacza naukowców ze wszystkich stron: gdy uważnie przyglądają się przyrodzie, odkrywają, że nie można wpasować przyrody w ich materialistyczny warsztat myślenia.

Wynikiem tego jest rosnący strumień publikacji, takich jak „Tajemnice życia roślin” Petera Tompkinsa i Christophera Birda. Donoszą oni o niezliczonych faktach, których nie można wytłumaczyć przy pomocy ortodoksyjnej nauki. Przedstawiają także przy okazji straszne historie prześladowań geniuszy, których odkrycia naukowe były zbyt nieortodoksyjne, aby „główny nurt” mógł je zaakceptować. Dziedzinami największej nietolerancji wydają się być medycyna i rolnictwo.

W doświadczeniach tych tak osobliwe i nie do przyjęcia jest to, że uzyskują one efekty łagodnie, czyli przy minimalnych nakładach energii lub innych substancji. Jest to całkowicie sprzeczne z technologią pochodzącą od nauki ortodoksyjnej, które zwykle jest „gwałtowna” i wymaga wysokich nakładów, zwłaszcza energii.

Dostępna literatura zawiera tak wiele opisów nowych możliwości, np. leczenia ludzi czy uprawy roślin, że można sądzić, iż dyscypliny te są u szczytu wrzenia intelektualnego oraz fermentu i że większość naukowców jest zbyt niecierpliwa, by kontynuować te nowe możliwe kierunki badań. Jednak nic takiego nie ma miejsca, może za wyjątkiem kilku nieustraszonych pionierów. Establishment świata nauki do perfekcji opanował „wyparcie”.

I znowu jest powód do optymizmu. Narasta ciśnienie i obrona oparta na „wyparciu” nie utrzyma się długo. Gdy zrozumiemy nasz kryzys ekonomiczny, wówczas będziemy wiedzieli, co robić i podobnie, gdy zrozumiemy kryzys nauki – znajdziemy sposoby rozwiązania go.

Trzeba oczywiście głowić się nad takimi problemami, jak inflacja i inne przejściowe dolegliwości, które nas dręczą. Ale nie zapewnimy sobie w ten sposób przetrwania. Przetrwanie będzie zależało od naszych zdolności do pokonania „wyparcia”, które broni całkowicie przestarzałych filozofii „rozwoju gospodarczego”.

Ci, którzy zdadzą sobie sprawę, że nadszedł koniec pewnej epoki w ekonomii i nauce, nie będą mieli powodów do „bezkompromisowej rozpaczy”. Gdy stary porządek umrze, nowy będzie już gotowy. Ale odkrycie nowych możliwości będzie wymagało ogromnego nakładu uczciwej pracy.

Ernst Friedrich Schumacher

Tłum. Przemysław Prytek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” vol. 6 nr 4, wrzesień-październik 1975 r. Następnie niniejszy polski przekład opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” nr 27 w roku 2006.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Prof. Monika Kostera: Gra w klasy

Prof. Monika Kostera: Gra w klasy

Szwedzkim zwyczajem siedzieliśmy pewnego grudniowego przedpołudnia i wspólnie piliśmy kawę w gronie zarządzaczy (czyli naukowców od zarządzania) na mojej podsztokholmskiej uczelni. Koleżanka przyniosła pierniczki. Kolega przyniósł pewną fobię, którą natychmiast się zaraziliśmy. Zajęliśmy się wyzwierzęcaniem się nad opowieściami o absolutnych konfliktach między różnymi pokoleniami. Tym opowieściom hołdują tak media, jak i co poniektóre podręczniki, wspólnie okrzyknięte przez nas durnymi. Oto mamy pokolenie egocentrycznych sceptyków, czyli generację X, znajdującą się w śmiertelnym zwarciu z technosofistykowanym pokoleniem Y, które z kolei odpada przy wyższej medialnej rozkminie pokolenia Z. Jak twierdzą marketerzy, każde z tych pokoleń ma coraz wyższe ambicje, żeby zostać liderem. Każde ma większe aspiracje do bycia przedsiębiorcą. Coraz bardziej zależy im na tym, by dostosować się do wymogów pracodawcy. Jak zauważyła koleżanka, zdaje się, że każde kolejne z tych pokoleń zyskuje jakiś gen, który umożliwi im bardziej skuteczną walkę o przetrwanie w dżungli rynku pracy.

Wydaje mi się jednak, że udało mi się przelicytować wszystkich przy pomocy midriff generation, czyli, w wolnym przekładzie, generacji gołego pępka. Jakieś dziesięć lat temu zostało ono ogłoszone jeśli nie cudem świata, to w każdym razie posiadaczem ostatecznie definiującej różnicy, która czyni je grupą społeczną do innych niepodobną, kto wie, czy nie ostatecznym celem ewolucji, a w każdym razie tym pokoleniem, które autentycznie ogarnia współczesny świat i dlatego musi być z pozostałymi, konkurującymi z nimi, w sprzeczności. Ta różnica sprowadzała się, pokrótce, do absolutnego zakupowo-konsumenckiego wyrafinowania i kompetencji marketingowej. „Twoje ciało jest twoim największym zasobem” – oto najważniejsze credo tego „pokolenia”.

Pośmialiśmy się, wypiliśmy kawę, zjedliśmy pierniczki, po czym przeniosłam się korytarz niżej, gdzie nad pysznym owocowym ciastem przyniesionym przez kolegę kawowali socjologowie (niezaprzeczalne są bowiem korzyści z interdyscyplinarnych wydziałów uczelni). Spytali, co słychać. Streściłam im pokrótce naszą rozmowę o pokoleniach. Gdy się szczerze jeszcze raz pośmialiśmy z kategorycznego imperatywu gołych talii, socjologowie sięgnęli po cięższą artylerię. Jednym z moich kolegów z piętra niżej jest profesor Stefan Svallfors, zajmujący się między innymi teorią klas społecznych.

„Te brednie o pokoleniach – powiedział – to produkt zastępczy zamiast klas”. I dalej rozmawialiśmy o klasach i o tym, jak neoliberalne media wprost wychodzą z siebie ze strachu przed tą kategorią. „Wystarczy powiedzieć »klasa« w telewizji, a wezmą cię za jakiegoś starego kumpla Honeckera” – zaśmiała się koleżanka. Pamiętajmy, że mówimy tu o Szwecji, gdzie język medialny jest zupełnie inny niż w Polsce i nikogo nie dziwi mowa solidaryzmu społecznego czy związkowego zaangażowania po stronie pracowników. A jednak „klasa” jest słowem budzącym czujność także szwedzkich liberałów, którzy wszak są przyzwyczajeni do stałej i pozbawionej kompleksów obecności socjaldemokracji.

Tymczasem klasy są i mają się dobrze, zapewnili mnie koledzy i koleżanki zajmujący się badaniami tego zjawiska. Ba, dzieje się z nimi wiele bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze, wbrew aspiracjom i obietnicom wszelkich liberałów od czasów Thatcher i Reagana, nie nastąpił zanik klas niższych. Przeciwnie. Po upadku i likwidacji przemysłu, jaka miała miejsce w neoliberalnych gospodarkach, być może można mówić o demontażu klasy robotniczej, jeśli mamy na myśli robotników wielkoprzemysłowych. Jednak na ich miejsce pojawili się nowi biedni. Są to zarówno rzesze bezrobotnych, na ogół pracujących dorywczo, jak i pracownicy zwani za Guyem Standingiem prekariatem, bez bezpieczeństwa zatrudnienia, jakim cieszyli się w ubiegłym stuleciu robotnicy w rozwiniętych gospodarkach, ale także zwiększające się masy pracujących biednych, głównie pracowników usług, nawet zatrudnionych na umowę o pracę, ale także biedaprzedsiębiorcy, czyli osoby takie jak pracownicy Ubera, fryzjerzy i kosmetyczki bez własnych salonów, pracujący de facto na zasadach pańszczyzny typu villeinage, czyli systemu, gdzie pracownik dzierżawi od feudalnego posiadacza dom, często z kawałkiem ziemi, za obowiązek pracy na rzecz feudała w jego majątku. Wszystkie te grupy określić można mianem klasy pracowniczej i jest to kategoria bardzo dobrze opisująca ich społeczny status, o wiele lepiej, niż inne, oparte na tożsamości – na przykład takiej, jak wyśmiewane przez nas pokolenia.

Po drugie, neoliberałowie obiecywali nam gruszki na wierzbie w postaci wszechobecnej i wszechmocnej w nowym wspaniałym świecie wiodącej siły, czyli klasy średniej. Klasa średnia miała się rozwinąć i objąć swoim zasięgiem wszystko i wszystkich. Polskie najświatlejsze autorytety na początku lat 90. załamywały ręce nad pośledniością polskiego społeczeństwa, które, z powodu komuny, nie miało rozwiniętej klasy średniej. Transformacja miała to zmienić. O dziwo (o dziwo dla mnie, uwierzyłam bowiem w polski etos inteligencki), elity kultury i sztuki bardzo szybko zamieniły się w strasznych mieszczan, którymi wcześniej tak pogardzały. Nagle osoby niegdyś stojące w długich kolejkach po świeżo wydane książki z serii „plus minus nieskończoność” i dzielące się ostatnim dekagramem cudem zdobytej kawy z wpadającym bohemicznie bez zapowiedzi gościem, teraz zamykały się w grodzonych osiedlach i mówiły z blaskiem w oku o pieniążkach, a ongisiejsi snobistyczny akademicy, którzy woleli zmyślać w żywe oczy, niż przyznać się, że czegoś nie czytali, teraz epatowali sale pełne studentów zapewnieniami, że w ciągu ostatniego roku przeczytali tylko raporty z giełdy.

Czyli co, mamy wielki sukces? Klasa średnia wiodącą siłą narodu? Nie, mówi niemiecki ekonomista Wolfgang Streeck, wręcz przeciwnie. Klasa średnia, czyli wielkie profesje, została w neoliberalizmie zdemontowana. Nasi neofici mieszczańscy to tylko farbowane drobnomieszczańskie lisy. Według Streecka, symbolicznym nośnikiem i organizatorem ładu kulturowego w tej epoce jest drobnomieszczaństwo. Dlatego przedstawiciele dawnej klasy średniej, tacy jak uczeni, artyści i lekarze, mają wielkie problemy z pracą według obowiązujących obecnie standardów i dostosowaniem się do aktualnej rzeczywistości. Ich praca nie jest już definiowana przez nich samych, lecz przez kulturę drobnomieszczańską. Kultura wielkiej burżuazji uległa stopniowemu zanikowi i roztopieniu w wartościach i symbolach charakterystycznych kiedyś dla drobnych urzędników, sklepikarzy, tzw. prywatnej inicjatywy. Natomiast, spostrzega Streeck, ostatnimi czasy także ta grupa społeczna zaczyna ulegać przyspieszonej likwidacji. Kto wtedy będzie symbolicznie niósł kapitalizm? Na razie obarczona tą rolą bywa warstwa tradycyjnie znana jako lumpenproletariat, biedna, bez dostępu do kultury, zdezorganizowana i pozbawiona świadomości klasowej. Nie jest to warstwa zdolna na dłuższą metę do niesienia czegokolwiek, tendencja jest wyraźnie schyłkowa. Streeck widzi postępujące kulturowe zubożenie i coraz słabsze oparcie kapitalizmu w kulturze.

Svallfors z kolegami i koleżankami widzą natomiast rozrost ilościowy klasy pracowniczej, jednak podzielonej i sfragmentaryzowanej, niezwiązanej już wspólnymi wartościami kultury swej klasy – ale bez żadnych innych w zamian. Neoliberalizm nie spełnił swoich obietnic o włączeniu nas wszystkich do wielkiej, nowoczesnej i subtelnej klasy średniej. Ale udało mu się namieszać ludziom w głowach przy pomocy języka, który dzieli, nie łączy.

Tymczasem klasa pracownicza to nie tożsamość, wiek, ani sondaże – to klasa społeczna pozbawiona w kapitalizmie własności i kontroli nad środkami produkcji oraz władzy nad własnym stanowiskiem pracy. Coraz więcej zawodów wpisuje się w tę klasę, ostatnimi czasy także takie profesje jak lekarze, nauczyciele, akademicy. Poza nią zostają inwestorzy i zarządcy, tacy jak dyrektorzy wysokich szczebli, rektorzy i inwestorzy. To oni są klasą średnią. My wszyscy pozostali – nie.

Skoro jesteśmy tak liczni, to czemu nie ruszamy z posad bryły świata? Ano dlatego, że nic nas politycznie nie łączy – polityka opiera się w dzisiejszych czasach na niedających się pogodzić – bo opartych na esencjalistycznie pojętej tożsamości – podziałach, a nie na solidarności. Nie łączy nas też klasowa kultura, bo ta, jak wspomniała, została zdemontowana. Nie łączy nas przestrzeń, bo pracujemy często w izolacji, używamy narzędzi i komunikatorów cyfrowych, rzadko spotykamy się w pracy twarzą w twarz bez wymuszonych skryptów i nadzorujących każdy gest kamer i aplikacji. Internet nie angażuje empatii i relacje powstałe za jego pośrednictwem są ułomne – narcystyczne, psychopatyczne.

Nie wszystko jednak stracone. Warszawiak Sylwek i odwiedzający go kuzyn Seba spędzają razem piąteczek przy piwie. Sylwek opowiada o swoich problemach, by wiązać koniec z końcem, żali się, że „beżowi” zabierają pracę – całe ich masy dostarczają pizzę za mniej niż psi grosz. Sylwek jako kurier zarabia tyle, co nic, zdawałoby się, że mniej się nie da człowiekowi płacić. Seba słucha jednym uchem i myśli sobie, że to są warszawskie problemy i opowieści. U niego w małym miasteczku od dawna nie było komu czego „zabierać”, a i dowozić pizzy nie bardzo jest komu. Tymczasem Samy spędza nieliczny wolny czas wyłącznie ze swoimi ziomkami z Pendżabu. Nie uczy się polskiego, bo i po co. Nikt z nim nie rozmawia, a jeśli już, to mówią rzeczy, których wolałby nie rozumieć. Czuje się troszkę oszukany przez swojego dziadka, który opowiadał mu, jak w dawnych dobrych czasach pracował na zmywaku w Londynie z sympatycznymi Polakami. Tak upływa piątek wieczór. Ale to nie koniec tej historii. Pewnego pięknego dnia Samy i Sylwek pojawiają się obaj na spotkaniu, na które zaprosiła ich organizatorka z Inicjatywy Pracowniczej, Saba. Okazuje się, że mają wiele wspólnych tematów i mają o czym rozmawiać. Saba tłumaczy między angielskim a polskim, ale – kto wie, kto wie, co będzie dalej…

W Polsce jesteśmy na początku drogi ku powszechnemu uzwiązkowieniu. Ale w innych krajach, takich jak Szwecja, związki, nawet w naszych sfragmentaryzowanych czasach, pełnią rolę siły, która łączy i buduje. Weźmy taki oto przykład. W dużym szwedzkim mieście w gorący dzień Sanna chciała podjechać kawałek drogi autobusem. Miała na sobie szorty i górę od kostiumu kąpielowego. Niestety kierowca autobusu nie pozwolił jej wsiąść, twierdząc, że jest to wbrew zasadom dress code’u. Gdy zawracała w drzwiach, dostrzegła dwóch mężczyzn w samych szortach, jadących sobie spokojnie w środku. Oburzona, zgłosiła tę sprawę ewidentnej dyskryminacji ze względu na płeć do zarządu firmy przewozowej. Dyrekcja zdecydowanie odcięła się od postawy pracownika i wyraziła głębokie ubolewanie z powodu jego zachowania. Pracownik otrzymał stanowczą reprymendę i został odsunięty od stanowiska pracy. Jednak włączyły się w sprawę związki, które zobowiązały się przeszkolić pracownika w sprawach etyki i równouprawnienia kobiet i mężczyzn. W zamian dyrekcja zobowiązała się przywrócić kierowcę do pracy, jeśli szkolenie okaże się skuteczne. Związki bronią zatrudnienia człowieka, ale nie tylko – widzą swoją rolę szerzej, jako budowniczych więzi społecznych. Pracownika, być może, można pouczyć i uświadomić. Gdyby pozwolono na zwolnienie, to nie tylko on straciłby pracę, a to ostateczna konsekwencja złego działania, ale pewnie odszedłby rozgoryczony i ugruntowany w swojej mizoginii, zatrudniłby się u innego przewoźnika, gdzie wciąż pielęgnowałby aspołeczne postawy, a może i miałby okazję je propagować wśród innych. Związkom zależy na tym, by łączyć i reprezentować pracowników.

Profesor Stefan Svallfors twierdzi, w oparciu o solidne ilościowe badania prowadzone w wielu krajach, że kategoria klasy społecznej nadal jest istotna i, co więcej, że istnieje coś takiego jak świadomość klasowo zdeterminowana, nawet jeśli nie jest rozwijana obecnie w postaci kultury klasowej. Różnice w postawach nie dają się łatwo sprawdzić do „kapitału kulturowego” czy wykształcenia. Ludzie widzą i głoszą swoje przekonania w zależności od społecznego podziału pracy. Klasa pracownicza na wiele sposobów ¬– istnieje. To, co nam jest potrzebne, aby zyskała siłę i obecność w przestrzeni społecznej, to wspólny język umożliwiający porozumiewanie się, świadomość i solidarność. Nie może to być język klasy średniej. Zostaliśmy oszukani przez liberałów. Obiecywali nam w latach 90. społeczeństwo bezklasowe, reżyserowane przez najzacniejszą warstwę klasy średniej. Gdyby tak się stało, to dziś naukowcy mówiliby biznesmenom i politykom, jak podejmować służbę społeczną (a nie – jak obecnie – administratorzy i menedżerowie określaliby, jak mają pracować i czym się zajmować uczeni). Pisarze i artyści mieliby solidny, stały dochód społeczny i zapewniony spokój pracy twórczej. Dostęp do kultury i sztuki byłby darmowy, powszechny i wolny. Reklamy byłyby nieliczne i piękne, edukowałyby i subtelnie bawiły. Nie byłoby w bogatych miastach Wielkiej Brytanii bezdomnych na ulicach, a w parkach i pod mostami miasteczek namiotowych weteranów wojen prowadzonych przez własny kraj w dalekich stronach świata. Oryginalność wypowiedzi byłaby ceniona wyżej nawet, niż wkład w materialny dorobek społeczny. Wszyscy mielibyśmy smak coraz bardziej wyrafinowany, wartość mierzyłoby się w tradycjach i wysokich kodach, nie w szmalu. Tak przecież miało być, o tym szumiały konferencyjne opowieści i mruczały wysokokulturowe Muzy w ambitnych filmach i popularnych serialach.

Dlaczego tak się nie stało? Bo mamy kapitalizm. Od początku cała ta opowieść była i musiała z definicji być fikcją. Kapitalizm jest oparty na wyzysku, nie na powszechnej równości i emancypacji dzięki kulturze i nauce. Motorem rozwoju gospodarczego jest zysk wypracowany poprzez zabór wartości wypracowanej przez jednych ludzi dokonany przez innych ludzi. Ci pierwsi, którzy wypracowują i którym się zabiera, jacykolwiek by nie byli i czymkolwiek by się między sobą nie różnili, to coraz większa klasa pracownicza. Ci drudzy, którzy zabierają, to coraz bardziej zawężająca się klasa kapitalistów. Między nimi – coraz większe różnice w posiadaniu i w życiowych szansach. Coraz większa przepaść. Tak musi być. Nie ma innego rozwoju gospodarczego w kapitalizmie. Analogicznie, mimo wysoko rozwiniętej myśli technologicznej starożytnego Rzymu, nie wprowadzono wówczas mechanizacji pracy, bo nie było to sensownym działaniem w formacji opartej na niewolnictwie. Kapitalizm to formacja oparta na własności prywatnej środków produkcji i wykorzystaniu ich do wytwarzania zysku. Innymi słowy, na dobrobyt inwestora musi pracować ktoś inwestorem niebędący. Może to być łagodzone, przede wszystkim, ingerencją i aktywną rolą państwa w modelu socjaldemokratycznym, gdzie potężne instytucje strzegą i wymuszają bardziej sprawiedliwy podział. W zglobalizowanym świecie, gdzie istnieje swoboda przemieszczania się kapitału – ale brak swobody przemieszczania się ludzi – ta lokalna siła jest coraz bardziej ograniczana dynamiką systemu.

Innymi słowy – zostaliśmy wykiwani. Zabrano nam język klas i możliwość porozumienia się w zamian za obietnicę nie do spełnienia. Zabrano nam także symboliczne okulary do widzenia klas. Zamiast tego zaoferowano głupawe „pokolenia” wymieniające się co 10 lat lub, w Wielkiej Brytanii, grupy konsumenckie. Klasyfikacja ta pojawiła się ok. 50 lat temu jako kategoryzacja czytelnictwa i prędko stała się szablonem używanym w badaniach marketingowych. W ostatnich dwóch dekadach wykorzystywana jest zamiast pojęcia klasy społecznej – porządkuje się ludzi według statusu zatrudnienia „głowy rodziny” i dochodu tej osoby, nie bacząc na to, że w ten sposób uzyskujemy jedynie zestawienie grup o różnej sile nabywczej, co niekoniecznie ma związek z czymkolwiek innym w życiu społecznym czy politycznym.

Na początek musimy na nowo zobaczyć klasy. A potem znaleźć język, który łączy i buduje mosty wewnątrz klasy pracowniczej. Jak powiedziałam, wierzę w związki zawodowe, ale są też inne możliwości znajdowania wspólnych wartości – mogą je nam dać ekologia, religia (tak, tak – katolewica czy lewice innych wyznań), ruchy miejskie. Organizujmy się, bo naprawdę za chwilę nie będziemy już mieć nic do stracenia – lada moment kapitalizm jak wielki systemowy nowotwór zniszczy wszystko: naszą planetę i życie, które od milionów lat się na niej kształtowało, ludzką kulturę w takim nieprawdopodobnym trudzie i z ogromnymi wyrzeczeniami budowaną od tysiącleci. Organizujmy się z lewa, bo jeśli klasa pracownicza, to lewica jest właściwym językiem i wrażliwością, niezbędnymi do zbudowania języka i wspólnotowości, właściwym dlatego, że nie obiecuje rzeczy niemożliwych i mobilizuje do działań, które mogą przynieść większą równość i wolność od wyzysku. Nie czekajmy na polityków. Zróbmy to sami i same tak jak umiemy i tak jak się da, pamiętając, że lewica nie jest o tożsamości. Jest o solidarności. Jak pisze włoski lewicowy filozof i aktywista Franco Bifo Berardi, tożsamość dotyczy wspólnej przeszłości, prawdziwej bądź wyimaginowanej, jest konstruktem łączącym grupę społeczną, która straciła inne, silniejsze więzi. Lewicowa solidarność natomiast jest taką właśnie silną więzią i dotyczy możliwej wspólnej przyszłości. Klasa pracownicza nie umie zaleźć dla siebie tożsamości, ale nie przejmujmy się tym – o wiele bardziej potrzebna będzie nam solidarność i przyjaźń wobec wspólnego losu – a także zdolność do antycypacji tego, co możemy wspólnie zdziałać w naszej całej niezborności i różnorodności.

prof. Monika Kostera

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Przyroda jest źródłem sił, składnicą materii pożytecznych dla gospodarstwa ludzkiego, jest wreszcie mieszkaniem człowieka. Wzrost ludności, rozwój wiedzy technicznej, chciwość kapitalizmu sprawiły, że gospodarka ludzka darami przyrody przybrała wyraźne cechy gospodarki rabunkowej. Sam interes ekonomiczny społeczeństwa wskazał na to niebezpieczeństwa – nie od dzisiaj już liczą się z nim ustawodawstwa. Zasada liberalizmu ekonomicznego musiała poczynić ustępstwa na rzecz interesu ogólnego – sama nawet treść prawa własności, jako prawa dowolnego rozporządzania swoją rzeczą, uległa w imię tego interesu pewnym ograniczeniom. Cały ich szereg zawierają ustawy lasowe, wodne, łowieckie, rybackie, górnicze, przemysłowe itd. Dotyczą te ograniczenia eksploatacji sił i materii – cele ich są wyłącznie ekonomiczne – nie dotyczą przyrody jako mieszkania ludzkiego.

Pierwszy wzgląd, który spowodował pewne kroki ustawodawcze w tej dziedzinie, był to wzgląd na zdrowotność. Powstały zakazy zanieczyszczania ziemi, wód i powietrza. Ale nie była to jeszcze ochrona oblicza ziemi dla niego samego, dla jego własnej ceny. Cena ta bowiem przedstawia wartości idealne, które wyższa dopiero kultura uświadomić sobie potrafi. Mieszkanie wpływa na fizyczną i duchową istotę człowieka – wpływa na jego zdrowie, na myśli, na spoczynek, na nastrój duchowy, na zdolność do pracy. Przywiązuje go do domu lub z domu wypędza. Brutalne instynkty i grube potrzeby uszlachetnia i obraca ku celom idealnym. Tak samo, i w większej jeszcze mierze, to mieszkanie powszechne, mieszkanie nas wszystkich, przyroda. Jeżeli kwestia mieszkań jest kwestią społeczną, bo leży w interesie ogólnej kultury, to tak samo za kwestię społeczną uznać trzeba sprawę tego powszechnego mieszkania, sprawę oblicza ziemi.

Wydaliśmy jedyne wznowienie najważniejszej, pionierskiej w skali świata, książki Pawlikowskiego poświęconej ochronie przyrody – do kupienia tutaj.

Ale jak mieszkanie wpływa na człowieka, tak też znowu człowiek wpływa na mieszkanie; jak mieszkasz, takim jesteś – oczywiście o ile warunki twego mieszkania zależą od twej woli. Potrzeba wyższego typu ludzkiego, ażeby stworzył sobie wyższy typ mieszkania, albo ażeby typu takiego zapragnął. Potrzeba też, ażeby to pragnienie uzyskało taką cenę, iżby przeważyło cenę ofiary, za którą ma być spełnione. Bo jakkolwiek niejeden rys oblicza ziemi da się zachować – ażeby tak powiedzieć – tylko za cenę miłości ku niemu, to przecież w wielu wypadkach zachowanie go nie obejdzie się bez ofiary materialnej; trzeba się będzie nieraz zrzec bezpośredniego materialnego pożytku dla zachowania dobra idealnego. Dla tej ofiary potrzeba pewnej kultury umysłu i serca; z drugiej też strony potrzeba żywego poczucia niebezpieczeństwa grożącego obliczu ziemi. To niebezpieczeństwo najwyraźniej się przedstawia w krajach o wysokiej kulturze ekonomicznej. Tam też budzi się najpierw idea ochrony przyrody. Budzi się często zbyt późno, kiedy resztki już tylko ratować przychodzi. Szczęśliwsze są w tym względzie kraje niżej dotychczas ekonomicznie rozwinięte, gdyż w sam czas jeszcze korzystać mogą z cudzego doświadczenia i przykładu.

Ochrona przyrody, w ściślejszym swym właściwym znaczeniu, jako ochrona oblicza ziemi jest jeszcze bardzo młoda; można powiedzieć, że jest dzieckiem XX wieku. Poprzedziła ją – zwykłą rzeczy koleją – propaganda kilku entuzjastów nadających jej cechy utopijne (głównie John Ruskin). Wkrótce jednak z obłoków zeszła na ziemię i szerzyć się zaczęła z niezwykłą szybkością. Zrazu zajęły się nią stowarzyszenia – za ich wpływem poczęły się pojawiać pojedyncze akty administracji państwowej, potem akty ustawodawcze zaradzające niektórym najpilniejszym potrzebom, wreszcie ustawy obejmujące zasadniczo całą dotyczącą dzielnicę. Polska właśnie stoi przed takim problemem. Budując od podstaw całe ustawodawstwo, ma weń wcielić jako całość organiczną i skończoną także sprawę ochrony przyrody. Inicjatywę podjęto już z dwóch stron: ze strony Ministerstwa Oświecenia i ze strony Ministerstwa Sztuki i Kultury.

Motywy ochrony przyrody mogą być różne; można je podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowi motyw natury estetycznej, dążący do zachowania piękna krajobrazu. Chodzi tu przy tym zwykle nie o piękno w znaczeniu oderwanym, ale o pewne swoiste cechy tego piękna; o te cechy znamienne, które wyróżniają krajobraz jednej okolicy od innych i są szczególnie drogie sercu mieszkańców. Na te cechy składa się nie sama przyroda, ale także pierwiastki etnograficzne, a w szczególności budownictwo. Ze sprawą ochrony przyrody łączy się tu pokrewna sprawa „ochrony swojszczyzny”, która współcześnie z tamtą – głównie za wzorem Niemiec („Heimatschutz”, „Heimatpflege”) – zyskała wielkie znaczenie. Dla ogółu ta postać ochrony przyrody jest najbardziej zrozumiałą i porusza najsilniej struny uczuciowe. Ponieważ skuteczna ochrona przyrody bez spopularyzowania jej w szerokich masach przeprowadzoną być nie może, każde zatem ustawodawstwo z tym właśnie motywem przede wszystkim liczyć się musi i niejako pod jego osłoną realizować także inne zadania.

Drugim motywem ochrony, łatwo zrozumiałym i pod tym względem podobnym do poprzedniego, jest motyw historyczno-pamiątkowy. Nawet legenda przywiązana do pewnych tworów przyrody, jak do drzew, kamieni itp., może dać powód do ochrony. Można powiedzieć, że ochrona tego rodzaju jest bardzo starą i wyprzedziła prądy współczesne.

Trzecim wreszcie motywem jest motyw przyrodniczo-naukowy. Jest to motyw już współczesny zupełnie i mniej od tamtych popularny. Wysunęła go nauka, która ze zniszczeniem pewnych tworów przyrody i pewnych ukształtowań skorupy ziemskiej traci przedmiot badania, ogniwa łączące w całość zrozumiałą oderwane na pozór zjawiska i świadectwa minionej przeszłości.

Poszczególne ustawodawstwa wysuwają na czoło to jeden, to drugi motyw; i tak w Prusach motyw przyrodniczo-naukowy był zrazu dominującym (rozp. min. z paźdz. 1906 o utworzeniu urzędu ochrony przyrody), ustawa francuska z 21 kwietnia 1906 chroni pewne okolice i pewne twory przyrody wyłącznie dla ich wartości estetycznej itp.; do ustaw obejmujących całość motywów należą np. ustawa bawarska lub heska; w tekście tej ostatniej powiedziano, że ochronie podlegają twory przyrody, „których zachowanie bądź ze względów historycznych, bądź przyrodniczo-naukowych, bądź dla piękności lub cech swoistych krajobrazu, leży w interesie publicznym”.

Co do zakresu ochrony, to mogą jej podlegać albo całe przestrzenie albo też pewne twory przyrody żywej lub martwej, oznaczone indywidualnie (jak np. pewne drzewa odznaczające się pięknością, wiekiem lub innymi szczególnymi cechami) lub gatunkowo, lub wreszcie jako grupy (np. pewien gatunek roślin na granicy swego geograficznego zasięgu). Przestrzenie chronione noszą nazwę rezerwatów. Te są albo „zupełne”, albo „niezupełne”, czyli „półrezerwaty”. Rezerwaty zupełne są zasadniczo nienaruszalne; wszelka gospodarka ludzka jest na nich wykluczona. W półrezerwatach dopuszczone są pewne formy gospodarki (pasterstwo), inne zaś, o ile nie są zupełnie wykluczone, podlegają pewnym ograniczeniom lub kontroli władz ochronnych. Tworzenie rezerwatów, zwłaszcza zupełnych, jest sposobem chronienia przede wszystkim przyrody dzikiej, nie dotkniętej jeszcze przez kulturę.

Tak np. ochrona Tatr powinna dokonać się sposobem urządzenia z nich rezerwatu, a to w pewnych częściach zupełnego, w innych zaś niezupełnego, w którym by prowadzenie dróg jezdnych, budowanie domów, eksploatacja sił wodnych i kopalin zależne były od specjalnego w każdym wypadku i ściśle określonego zezwolenia władz ochronnych. Zarówno piękność krajobrazowa, jak i wartości naukowo-przyrodnicze w ten tylko sposób mogą tu być zachowane. Urok gór wysokich polega na ich dzikości; przez nieopatrzne wkroczenie kultury urok ten może zostać niepowrotnie zniszczony. A wartości, które powstaną, nie opłacą może ani w setnej części wartości straconej. Bo to jest wartość jedyna i nie dająca się już nigdy i niczym zastąpić. Podobne, mniejsze już rezerwaty, powinny powstać i w innych okolicach Polski, dla zachowania potomności pewnych typów przyrody pierwotnej, jak puszczy leśnej, bagien, stepu, wrzosowisk itp., o ile zabytki takie w ogóle jeszcze istnieją.

Wielkie rezerwaty najłatwiej stworzone być mogą w krajach rzadko zaludnionych lub posiadających znaczne przestrzenie pustynne. Najliczniejsze i największe rezerwaty mają Ameryka Północna i Szwecja. Amerykański Yellowstone-park jest najstarszym (r. 1872) i największym (8875 km kwadr.) rezerwatem na świecie.

Inne zadania i granice postawić sobie musi ochrona przyrody w okolicach zaludnionych i oddanych kulturze. W pewnym, ograniczonym znaczeniu można by wprawdzie i tu mówić o „półrezerwatach”, wtedy mianowicie, kiedy dla pewnych okolic wydano specjalne przepisy prawne, odnoszące się do ich zabudowywania, prowadzenia dróg itp., a to ze względu na zachowanie ich piękności lub cech swoistych. Takie specjalne normy stwarza np. ustawa pruska z dn. 15 lipca 1907 r. (gegen bauliche Verunstaltung des Landschaftsbildes), zmierzająca do ochrony pewnych okolic przed zeszpeceniem przez nieprzystosowane do ich charakteru budynki. W ogóle jednak w okolicach oddanych kulturze, ochrona przyrody poprzestać musi na chronieniu pewnych tylko jej tworów. Dla takich tworów chronionych wynaleziono nazwę „pomników przyrody” (Naturdenkmäler, monuments naturels) zapewne dlatego, że w pojęciu pomnika mieści się zadanie przechowania czegoś w pamięci. Używane u nas niekiedy słowo „zabytek” wcale temu pojęciu nie odpowiada; „zabytek” bowiem jest to pozostałość, resztka, ruina; ochrona przyrody bierze w opiekę także i „zabytki”, ale to zadań jej nie wyczerpuje i takiej cmentarnej cechy zgoła ona na sobie nie nosi.

Pełna zatem ochrona przyrody wymaga zarówno chronienia poszczególnych tworów, jak i tworzenia rezerwatów, a nadto opieki nad krajobrazem, celem ustrzeżenia go przed szpeceniem przez niestosowne budowle, źle prowadzone drogi, szyldy reklamowe itp. W takiej opiece nad krajobrazem mieści się już nie tylko jego chronienie, to jest utrzymanie w pierwotnej postaci, ale i jego kształtowanie. Ta idea jest starszą od idei ochrony przyrody, a pielęgnowaną była przez tak zwane towarzystwa upiększania kraju. Zwolennicy ochrony przyrody zajęli zrazu wobec „upiększaczy” wrogie stanowisko. Przyrody nie można upiększyć – mówiono – trzeba ją tylko zachować w jej pierwotnej postaci. Nie liczono się z tym, że w okolicach przeoranych pługiem kultury nie ma już przyrody w pierwotnej postaci. Dzisiaj te dwa prądy zaczynają godzić się z sobą, przy czym idea ochrony zmodyfikowała w znacznej mierze dawniejsze pojęcia o istocie i sposobach upiększania. W tej nowoczesnej swojej formie idea upiększania staje dziś jako idea „opieki nad krajobrazem”, w okolicach kulturze oddanych, wspólnie z ideą ochrony do walki o piękno oblicza ziemi.

Ochrona przyrody polega na zabezpieczeniu chronionych obiektów przed zniszczeniem lub zmianą. Działanie ochronne mieści w sobie wyszukiwanie, badanie i zakwalifikowanie do ochrony, obmyślenie sposobów zabezpieczenia (np. przez oznaczenie, ogrodzenie, ustanowienie straży itp.), wreszcie utrzymywanie w ewidencji, nie tylko przez inwentaryzację, ale przez ciągłą kontrolę na terenie.

Najważniejszą i najtrudniejszą wszakże kwestią jest ustosunkowanie ochrony do prawa własności. Ochrona bowiem pociąga za sobą z konieczności ograniczenie swobodnego władania daną rzeczą przez właściciela. Na drodze prawa pospolitego można to ograniczenie osiągnąć przez umowę, bądź darmową, bądź odpłatną, albo przez jednostronny akt prawny ze strony właściciela (dar, fundacja, legat itp.), wreszcie można dany przedmiot wykupić. Nawet tam, gdzie administracja państwowa zainteresowała się już sprawą ochrony przyrody, poprzestaje ona często na tych środkach prawa pospolitego.

Dalszym stadium rozwojowym jest wprowadzenie ustawodawstwa dla celów ochrony nowych norm ograniczających przedmiotowy zakres prawa własności, norm różniących się motywem, ale nie istotą od ograniczeń tego rodzaju, jakie znały już od dawna ustawy ekonomicznej natury, jak lasowa, wodna, rybacka, łowiecka i inne.

Wreszcie w ostatnim stadium rozwojowym ochrona przyrody uznaną zostaje za interes publiczny, tak ważny, że uzasadnia nawet wywłaszczenie lub przymusowe ograniczenie podmiotowego prawa własności przez ustanowienie tak zwanej – wedle terminologii prawnej francuskiej – „służebności administracyjnej”, jedno i drugie oczywiście za wynagrodzeniem materialnej szkody. Taki przymus wprowadził już wcześnie szereg ustawodawstw, jak np. francuskie, heskie, oldenburskie, brunszwickie, norweskie, kantonalne berneńskie, fryburskie itd., a później przymus taki wprowadziły wszystkie prawie ustawodawstwa. Jest to w zasadzie słuszne. Jednakowoż radykalne i jednostronne stosowanie przymusu ma tę złą stronę, że czyni całą sprawę ochrony przyrody niepopularną, a nawet nienawidzoną, skuteczność zaś takiego radykalizmu jest wątpliwą, gdyż wszelkie wywłaszczenie powoduje wysokie koszty, dla których niejeden akt ochrony, który w innej drodze mógłby być skutecznie dokonany, w ogóle poniechanym zostaje.

Ochroną przyrody zajmowały się zrazu stowarzyszenia; gdy funkcję tę podjęły państwa, oparły się niejednokrotnie wprost na stowarzyszeniach. Tak więc na przykład w Bawarii państwo dla pozyskania organu centralnego stworzyło tylko jak gdyby wydział stowarzyszeń, do którego weszli jeszcze dodatkowo urzędnicy (Landesausschuss für Naturpflege). W ogóle w organizacji ochrony przyrody charakterystycznym jest szeroki udział żywiołu obywatelskiego: urzędnikom brak w tej dziedzinie zazwyczaj i kwalifikacji, i zainteresowania. W Prusach, na podstawie rozporządzenia ministerstwa oświaty z 30 maja 1907, potworzyły się komitety prowincjonalne, powiatowe i miejscowe, w których obok urzędników zasiadają reprezentanci stowarzyszeń i inne szczególnie zainteresowane lub kompetentne osoby prywatne. Wydziału centralnego na podobieństwo Bawarii nie utworzono – całe kierownictwo, pod nazwą Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege, oddano w ręce jednego człowieka, profesora Conwentza, wydział centralny zastąpiły poniekąd periodyczne zjazdy sekretarzy komitetów. We Francji żywioł obywatelski wchodzi do komisji departamentalnych, w których prócz urzędników i reprezentantów rady generalnej departamentu zasiadają ludzie nauki, artyści i literaci. Centralnej rady tutaj brak. W Belgii natomiast utworzono centralną radę, założoną podobnie jak komisje departamentalne francuskie, komisji zaś prowincjonalnych nie ma. W Oldenburgu istnieją rady prowincjonalne (Denkmalrat), właściwe jednak działanie spoczywa w rękach konserwatorów (Denkmalpfleger), instytucji utworzonej na modłę konserwatorów sztuki, którzy nie są urzędnikami, ale osobami mianowanymi ze sfer obywatelskich jako rzeczoznawcy i doradcy. Ujawnia się w tej instytucji inna charakterystyczna cecha organizacji ochrony przyrody, mianowicie ta, że powołane są do niej osoby o kwalifikacjach bądź naukowych, bądź artystycznych. Ta nowa gałąź administracji państwowej podobną jest w tym względzie do organizacji państwowych biur statystycznych, na których czele stoją uczeni, zwykle będący równocześnie profesorami uniwersytetu. W Szwecji wprost cała sprawa ochrony przyrody powierzoną jest akademii umiejętności.

Dalszy wymóg państwowej organizacji ochrony przyrody pochodzi stąd, że ta ochrona z natury rzeczy jest nie tyle osobną gałęzią administracji, co ideą, która wszystkie poszczególne gałęzie ma przenikać. Nie trzeba długo dowodzić, ile w sprawie ochrony przyrody może zdziałać lub ile może tej sprawie zaszkodzić, oględna lub nieoględna, należycie uświadomiona lub nieuświadomiona w tej dziedzinie administracja domen, górnictwa, przemysłu, komunikacji, rolnictwa, robót publicznych lub spraw wojskowych. Wszyscy obywatele państwa razem wzięci nie mogliby zapewne wyrządzić tyle szkody idei ochrony przyrody, ile jej wyrządzić może państwo samo przez swoje organa. Z tego powodu niezmiernie ważną i godną naśladowania jest instytucja pruska międzyministerialnego wydziału ochrony przyrody. Z inicjatywy tego wydziału wszystkie prawie ministerstwa wydały dla podwładnych sobie urzędów rozporządzenia w interesie ochrony przyrody.

Polska, wprowadzając u siebie ochronę przyrody, mogła korzystać z doświadczeń poczynionych gdzie indziej; pierwszym krokiem było utworzenie w grudniu 1919 r. Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody. Zasadnicze rysy organizacji, których przykłady podałem, powtarzają się i tutaj. Komisja złożona była z żywiołów obywatelskich, a weszli do niej przede wszystkim ludzie nauki. Stanowiła ona organ pomocniczy i doradczy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, do którego to ministerstwa sprawy ochrony przyrody należeć miały. Charakter jej był tymczasowy; miała ona podjąć co pilniejsze zadania ochrony przyrody, głównym jej jednak celem było obmyślenie programu i metod tej ochrony, wytworzenie kadr organizacyjnych i wypracowanie projektów ustaw i rozporządzeń. Ten pierwszy krok uważać należy za szczęśliwy. Wobec nowości bowiem tej sprawy i braku przygotowania do niej zarówno w społeczeństwie, jak i w ustawodawstwie, budowanie od razu wykończonej organizacji i ustawodawstwa byłoby robotą bez fundamentów. Pewna decentralizacja, której zakres rozmaicie może być pojmowany, ale zawsze niezbędna w gotowej już budowie, ażeby działaniem ochronnym sięgnąć można we wszystkie zakątki, w początkach nie tylko nie jest potrzebną, ale mogłaby być szkodliwą. Nie jest potrzebną dlatego, bo zanim się sięgnie do rzeczy dalekich i mniej ważnych, trzeba najpierw załatwić najbliższe i najważniejsze, te zaś mogą być załatwione z centrali; szkodliwym zaś mogłoby być rozstrzelenie akcji tam, gdzie nie wytworzono jeszcze jednolitego programu i jednolitych metod działania. Gdyby nadto taką akcję podjęli ludzie, dla których ona jest jeszcze nowością, mógłby powstać chaos, któremu później nie łatwo można by zaradzić. Zatem dalsze ogniwa organizacyjne tworzyć wypadnie dopiero wtedy i tam, gdzie tego już zajdzie potrzeba i kiedy ludzie, teren i metody będą przygotowane. Tak samo i ustawodawstwo powstawać musi organicznie i nie musi być dziełem jednej chwili. Splatać się ono będzie licznymi nićmi z ustawodawstwem cywilnym, karnym i administracyjnym, liczyć się też musi z organizacją władz. Zresztą ustawy wynikać powinny z życia i praktyki, a nie rodzić się przy zielonym stoliku.

W ramach organizacyjnych, które sobie sama wypracowała, działała Komisja Tymczasowa owocnie aż po dzień 10 czerwca 1925 r., w którym to dniu uzyskała podstawy prawne przez rozporządzenie Rady Ministrów „O trybie załatwiania spraw ochrony przyrody” i przemianowaną została na Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przewodniczący jej otrzymał tytuł i charakter Delegata Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego do spraw ochrony przyrody. Zasadnicze rysy nowej organizacji pozostały te same. Wreszcie wydana 10 marca 1934 r. Ustawa o Ochronie Przyrody ustaliła ostatecznie organizację, przydając rozbudowę w kierunku decentralizacji przez utworzenie organów prowincjonalnych w postaci „konserwatorów” mianowanych przy województwach, tudzież oddziałów ochrony przyrody w miastach uniwersyteckich.

Poza tym, niezależnie od organizacji państwowej, która może zawieść, społeczeństwo winno wytworzyć własne organa, na które w razie potrzeby mogłoby z ufnością złożyć ciężar propagandy i realizacji idei. Ochrona przyrody wtedy tylko może być bowiem należycie przeprowadzoną, kiedy wniknie jako idea w szerokie masy i znajdzie podstawy w uczuciu miłości ziemi rodzinnej. Ku temu zaś oprócz oparcia się we właściwym działaniu o żywioły obywatelskie, potrzeba usilnej propagandy słowem i pismem, pouczeń w szkołach wszelkiego typu, popularyzacji przy pomocy muzeów prowincjonalnych, demonstracji na terenie wycieczek krajoznawczych itp.

Tak pojęta i urzeczywistniona ochrona przyrody będzie potężną dźwignią kultury i czynnikiem uobywatelnienia.

Jan Gwalbert Pawlikowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt 1, 1920 r. Następnie w wersji lekko rozszerzonej i uwspółcześnionej zamieszczono ją w: Jan Gwalbert Pawlikowski – „O lice ziemi. Wybór pism”, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Katolickie prawo pracy?

Katolickie prawo pracy?

Zadanie, którego podjęła się Anna Musiała, może wydawać się cokolwiek karkołomne. Na pierwszy rzut oka bowiem wydaje się czymś niemożliwym zestawienie nauczania społecznego Kościoła, mającego charakter dość ogólny i często defensywny, tzn. będącego odpowiedzią na pewne negatywne zjawiska dotykające w danym momencie poszczególnych ludzi czy sam Kościół, z konkretnymi rozwiązaniami prawnymi dotyczącymi sfery pracy.

W encyklikach społecznych papieże niejednokrotnie bywali przecież dość lakoniczni i formułowali wskazania o dużym poziomie ogólności po to, aby mogły one zachować jak najbardziej uniwersalny i nieprzemijający charakter. Wzdragano się natomiast przed tworzeniem konkretnych postulatów czy dawaniem technicznych wskazówek w kwestii organizacji życia społeczno-gospodarczego, wychodząc z założenia, że Kościół w tego rodzaju kwestiach nie jest kompetentny. Co prawda Leon XIII w encyklice Rerum novarum podkreślał, iż podejmując problematykę społeczną robi to z „pełną ufnością i świadomością, że do zabrania głosu mamy prawo; jest ono bowiem tego rodzaju, że się go skutecznie nie rozwiąże, o ile nie przyzwie religii i Kościoła na pomoc. A skoro do Nas w pierwszym rzędzie należy troska o religię i rozporządzanie środkami należącymi do sfery działań Kościoła, milczenie byłoby w oczach wszystkich zaniedbaniem obowiązku” (RN 13). Jednak Pius XI w wydanej czterdzieści lat później encyklice Quadragesimo anno uściślał, że „zadaniem Kościoła nie jest prowadzić ludzi do przemijającego i znikomego szczęścia, ale do wiecznego; a nawet uważa Kościół, »że nie wolno mu się mieszać do tych ziemskich spraw bez powodu«. Ale z drugiej strony Kościół w żaden sposób nie może zrezygnować z obowiązku, który nań Bóg nałożył, a który mu każe występować, wprawdzie nie w sprawach techniki życia społeczno-gospodarczego, bo do tego nie ma ani środków odpowiednich, ani nie jest powołany, lecz w tych wszystkich sprawach, które mają związek z moralnością. W tej bowiem dziedzinie zarówno powierzony nam przez Boga skarb prawdy, jak i ciężki obowiązek głoszenia całego prawa moralnego, wyjaśniania go oraz przynaglania w czas czy nie w czas, poddaje Naszemu najwyższemu sądowi ustrój społeczny i samo życie gospodarcze” (QA 41).

Tymczasem problemy podjęte przez Autorkę książki w dużej mierze, jak wydawałoby się, należą właśnie do spraw związanych z „techniką życia społeczno-gospodarczego” jak ujął to Pius XI, co do której Kościół generalnie nie ma kompetencji, aby się wypowiadać. Takie wrażenie można byłoby odnieść na pierwszy rzut oka, jednakowoż, jak udowadnia w swojej pracy Anna Musiała, sprawa nie jest tak oczywista i prosta. Trzeba bowiem pamiętać o tym, iż, jak pisał amerykański konserwatysta Richard M. Weaver, idee mają konsekwencje. W związku z tym każde prawo stanowione oparte jest na jakichś przedzałożeniach, ma u swoich podstaw określoną koncepcję człowieka i wartości. Tego rodzaju konstatacja stanowi punkt wyjścia dla rozważań Autorki dotyczących sygnalizowanych kwestii. Podkreśla ona, iż jej wieloletnie studia nad prawem pracy często stawiały ją przed problemem „o jaką koncepcję człowieka i związanych z tym wartości w polskim prawie pracy chodzi” (s. 9). Zbyt często bowiem problematykę rozwoju prawa pracy sprowadza się wyłącznie do wpływu nań czynników ekonomicznych. Tymczasem, jak zauważył to już wiele lat temu Tadeusz Zieliński i przy czym również obstaje Musiała, dla jego rozwoju równie duże znaczenie mają czynniki pozaekonomiczne w postaci poglądów dotyczących sensu pracy w życiu człowieka, miejsca pracującej jednostki w społeczeństwie czy roli, jaką w życiu człowieka pracy spełnia państwo. Prawo to bowiem pozostaje w nierozerwalnym związku z całokształtem stosunków społecznych, formowanych przez dominujące poglądy na temat sprawiedliwości społecznej, etosu pracy i generalnie rozmaite zapatrywania uwikłane w konteksty aksjologiczne, jest ono mocno osadzone w antropologicznych i etycznych podstawach ustroju (s. 17).

Wychodząc właśnie z tego rodzaju założeń Autorka postanowiła skonfrontować polskie prawo pracy z ideami propagowanymi w myśli społecznej Kościoła. Jak sama pisze, mając na uwadze to, „że społeczna doktryna Kościoła w polskim kręgu kulturowym ma niebagatelne znaczenie, a z kolei jej wkład w rozwój prawa pracy jest »bezsprzeczny«, nie sposób nie zadać sobie pytania o jej odzwierciedlenie w polskim prawie pracy. Chodzi bowiem o nic innego jak zbadanie, na ile w obowiązującym kształcie polskiego prawa pracy obecna jest myśl czerpiąca ze społecznej doktryny Kościoła. Czy jest ona dziś w ogóle »atrakcyjna« dla polskiego prawodawcy? Można też pytać o jej potencjalną »atrakcyjność« w przyszłości, zwłaszcza w kontekście podejmowanych prób kodyfikacyjnych” (s. 16).

Przy tym wszystkim Autorka jasno podkreśla, iż chodzi jej przede wszystkim o fundamentalne założenia, na których opiera się polskie prawo pracy. To one są poddawane analizie i konfrontowane z wizją prezentowaną w myśli społecznej Kościoła, nie zaś poszczególne instytucje prawa pracy. Jak wskazuje bowiem nie bez słuszności, szczegółowe badanie „każdego poszczególnego prawnego problemu z zakresu prawa pracy pod kątem jego zgodności ideowej z społeczną nauką Kościoła jest zadaniem w zasadzie niewykonalnym. A nawet, jeśli próbować tego dokonywać, to nie widzę większego jej naukowego sensu, poza ogromnym wysiłkiem. W moim przekonaniu wystarczy odnieść się do zbadania, czy w zakresie fundamentów polskie prawo pracy odpowiada społecznej doktrynie Kościoła. Jeśli tak, to dalsze szczegółowe unormowania […] również winny w zakresie ich ideowego ukształtowania, czerpać z katolickiego nauczania” (s. 85).

Co więcej, wydaje się, iż przeprowadzenie tego rodzaju analizy nie do końca byłoby możliwe ze względu na dość ogólny charakter katolickiej doktryny społecznej, która raczej nie zajmuje się szczegółowymi unormowaniami i rozwiązaniami technicznymi. Można byłoby próbować to zrobić jedynie na zasadzie stwierdzenia, czy konkretne rozstrzygnięcia odpowiadają głównym zasadom nauczania społecznego Kościoła, nie stoją z nimi w sprzeczności, a wypływają z nich. Ewentualnie można byłoby próbować zestawić te rozwiązania z pewnymi propozycjami lansowanymi przez katolicką myśl społeczną, przez którą rozumiem poglądy katolickich myślicieli, filozofów, teologów, ekonomistów, socjologów itp., odnoszące się do spraw społecznych. Tam bowiem już mamy do czynienia zazwyczaj z większym uszczegółowieniem rozmaitych koncepcji i propozycji budowanych na bazie nauczania społecznego Kościoła. Jednak to zadanie wydaje się być jeszcze trudniejsze i bardziej pracochłonne, poza tym można mieć wątpliwości, czy doprowadziłoby ono do jednoznacznych wniosków w związku z heterogenicznością katolickiej myśli społecznej i istnieniem w jej ramach rozmaitych kierunków i nurtów reprezentujących odmienne poglądy nawet w kwestiach kluczowych.

Książka składa się z Wprowadzenia, Zakończenia oraz trzech rozdziałów. Pierwszy zatytułowany został „Zagadnienia wstępne” i przedstawione zostały w nim problemy dotyczące wyboru tematyki, stanu badań, założeń wyjściowych. Drugi rozdział, pt. „Katolicka nauka społeczna a zagadnienie pracy człowieka”, omawia zagadnienia związane z najważniejszymi zasadami katolickiej nauki społecznej dotyczącymi pracy ludzkiej. Autorka przedstawiła w nim nauczanie społeczne Kościoła odnośnie do wzmiankowanych spraw, zawarte w papieskich encyklikach, począwszy od Rerum novarum Leona XIII, a kończąc na Laudato si’ Franciszka. Przy czym zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcono nauczaniu Jana Pawła II. Nie może to dziwić z dwóch względów. Po pierwsze kwestia pracy zajmuje w nim niezwykle istotne miejsce, Jan Paweł II jest autorem encykliki Laborem exercens stanowiącej filozoficzno-teologiczny traktat dotyczący pracy ludzkiej i jedyną encyklikę społeczną poświęconą wyłącznie tej problematyce. Po drugie nauczanie to w naszym kraju cieszyło się i cieszy szczególną popularnością, uwagą i estymą, w związku z tym można przyjąć już na etapie założeń i hipotez badawczych, że jego wpływ na ustawodawstwo dotyczące pracy jest szczególny.

Trzeci, najważniejszy i najobszerniejszy rozdział zatytułowany został „Współczesny system polskiego prawa pracy a zasady społecznej nauki Kościoła w zakresie pracy ludzkiej”. Podzielony został on na kilka podrozdziałów, w których analizie pod kątem zgodności z zasadami propagowanymi w katolickiej nauce społecznej poddano kwestie dotyczące pojmowania podmiotu prawa pracy w osobie człowieka osobiście świadczącego pracę, jego relacji z pracodawcą, podstawowych praw mu przysługujących, słusznego wynagrodzenia za pracę oraz zbiorowej reprezentacji w sferze pracy. Punktem wyjścia dla tych rozważań uczyniła Autorka zapisy Konstytucji, przede wszystkim jej artykułów 20, 24 oraz 2, w następnych zaś podrozdziałach omawia i analizuje przepisy zawarte w Kodeksie pracy.

Autorka wskazuje, iż w związku z doniosłością nauczania społecznego Kościoła w polskim kręgu kulturowym można zasadnie doszukiwać się ideowych inspiracji zaczerpniętych z niego w prawotwórstwie dotyczącym pracy. Podkreśla ona, że „polskie ustawodawstwo prawa pracy, zwłaszcza na poziomie ustawy zasadniczej, ale także na szczeblu ustawodawstwa zwykłego – Kodeksu pracy, zasadniczo daje ogromny potencjał dla jego odczytywania w duchu społecznej doktryny Kościoła” (ss. 215-216). Nie oznacza to bynajmniej, iż nie pojawiają się tutaj żadne odstępstwa i że na wszystkich polach mamy do czynienia z doskonałą zgodnością. Autorka uwypukla chociażby fakt, iż w doktrynie prawa pracy obowiązującej w naszym kraju wskazuje się na jej towarowy charakter, co stoi rzecz jasna w sprzeczności z zasadami katolickiej nauki społecznej. Skutkuje to zaś chociażby brakiem jasnych wytycznych dotyczących ustalania płac. W polskim systemie nie ma mowy o płacy słusznej czy płacy rodzinnej, mówi się natomiast o istnieniu godziwego wynagrodzenia za pracę. Nie bardzo jednak wiadomo jak je rozumieć, w jaki sposób ustalić i jakimi środkami doprowadzić do urzeczywistnienia tego postulatu godziwości płacy. Obok godziwości wynagrodzenia funkcjonuje również pojęcie płacy minimalnej, jednak nie można ich ze sobą utożsamiać. Wynagrodzenie minimalne ustalane jest bowiem raczej na poziomie minimum socjalnego, nie mającego nic wspólnego z wymogami godziwości. Autorka sugeruje w tym miejscu, iż adresatem pojęcia godziwości wynagrodzenia za pracę powinno być państwo jako pracodawca pośredni, urzeczywistniający w większym stopniu zasadę sprawiedliwości społecznej. Ten kierunek myślenia w polskim prawie pracy jednak w zasadzie nie istnieje. Znamienne też, iż nasz kraj po dziś dzień nie przyjął do polskiego porządku przepisu art. 4 Europejskiej Karty Społecznej, stanowiącego, iż wszyscy pracownicy mają prawo do sprawiedliwego wynagrodzenia wystarczającego do zapewnienia im i ich rodzinom godziwego poziomu życia (s. 198).

Wiele do życzenia pozostawia zdaniem Autorki również istniejąca definicja terminu „pracownik”, ograniczająca się wyłącznie do osób wykonujących pracę zarobkową i wykluczająca jednocześnie cała sferę osób pracujących nieodpłatnie: wolontariuszy, osób zajmujących się gospodarstwem domowym itp.

Podobnie wygląda sprawa z korelacją praw socjalnych z prawami człowieka. Uprawnienia socjalne postrzegane są bowiem generalnie poprzez pryzmat praw pracowniczych, pokutuje wręcz „przeświadczenie, że odwoływanie się do godności człowieka w kontekście pracy to wyraz pewnej jego słabości na »rynku pracy«, na którym musi po prostu »konkurować«. Tymczasem, bez wątpienia prawa człowieka, także te odnoszące się do człowieka pracy, np. w zakresie wypoczynku, czerpią z godności człowieka. Można powiedzieć, że od godności osobowej wszystko »się zaczyna«. Społeczna doktryna Kościoła powyższe formułuje w sposób jednoznaczny. Ale międzynarodowa regulacja prawna w przedmiotowym zakresie również nie pozostawia wątpliwości, rozpoczynając […] od wskazania, że owe uprawnienia socjalne przyznawane są z uwagi na godność ludzką” (s. 188). Tymczasem w Polsce pokutuje ciągle odmienne stanowisko, punktem wyjścia stają się nie prawa człowieka w zakresie pracy, ale prawa pracownicze. Przede wszystkim jednak polski system prawny zarówno na poziomie konstytucyjnym, jak i kodeksowym nie uznaje kwestii prawa do pracy jako podstawowego filaru porządku społeczno-gospodarczego. Zarówno Konstytucja jak i Kodeks pracy mówią jedynie o prawie do swobodnego wyboru pracy. Tymczasem prawo do pracy, będące fundamentem ładu społeczno-gospodarczego oraz jednym z podstawowych sposobów ochrony godności człowieka, stanowi integralny element społecznej nauki Kościoła oraz międzynarodowego prawa pracy.

Autorka nie tylko pokusiła się o wskazanie, w jakich kwestiach polskie prawo pracy jest kompatybilne z nauczaniem społecznym Kościoła, a w których miejscach odbiega zdecydowanie od zasad w nim propagowanych. Jednoznacznie również wskazuje te punkty, w których mamy do czynienia po prostu z jego słabościami czy niespójnością, a więc wymaga ono przemyślenia na nowo, korekt, udoskonalenia, dostosowania do standardów międzynarodowych, których możemy szukać chociażby w licznych konwencjach i zaleceniach Międzynarodowej Organizacji Pracy. Zwraca uwagę, które z jego zapisów wydają się być przestarzałe, nieadekwatne do zmieniającej się rzeczywistości, nadmiernie obciążone przebrzmiałymi już koncepcjami na temat pracy, jej charakteru, powinnościami z nią związanymi, stanowiąc niejednokrotnie swoistą koncesję na rzecz ekonomistycznego i liberalnego myślenia czy po prostu jego pokłosie.

Są to kwestie niezwykle istotne, warto tutaj przypomnieć wywiad z bieżącego numeru „Nowego Obywatela”, którego udzielił prof. Arkadiusz Sobczyk, wykładowca w Katedrze Prawa Pracy i Polityki Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez kilka lat przewodniczący zespołu ds. opracowania kodeksu pracy w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, iż ciągle dominujące w naszym kraju myślenie o prawie pracy, traktowanie go jako pewnej relacji o charakterze komercyjnym opierającej się na wymianie i ekwiwalentności – powoduje, że staje się ono nielogiczne i śmieszne. Prawo pracy stanowi zaś jego zdaniem dyscyplinę dotyczącą organizacji społeczeństwa w kontekście pracy, a nie prawo regulujące stosunki pomiędzy jednostkami (pracodawcą i pracobiorcą). Jest to więc prawo publiczne, tzn. regulujące warunki najlepszego osiągania dobra wspólnego poprzez stworzenie optymalnych warunków dla rozwoju jednostek. W tym kontekście np. uznanie przepisu o prawie do urlopu za prawo prywatne oznaczałoby, że wynagrodzenie urlopowe jest wynagrodzeniem za pracę. „Z takiej perspektywy musielibyśmy przyjąć, że pracodawca udziela mi urlopu w zamian za wykonaną pracę. Problem w tym, że mogę skorzystać z niego na początku roku, po czym zmienić pracę. Nie da się więc powiązać wynagrodzenia urlopowego z całoroczną wartością pracy, skoro jej nie wykonałem. Z perspektywy konstytucyjnej rzecz wygląda inaczej. To państwo daje mi urlop, bowiem zobowiązało się do tego w Konstytucji. Nie robi jednak tego samo, lecz nakłada stosowny obowiązek na pracodawcę, dlatego wynagrodzenie urlopowe jest de facto danina publiczną. Co więcej, skoro zgodnie z prawem unijnym urlop służy przede wszystkim ochronie zdrowia, to pracodawca w imieniu państwa powinien także pilnować, żebym z tego prawa skorzystał w każdym roku kalendarzowym”. Cytat z wywiadu z prof. Sobczykiem został przytoczony nieprzypadkowo. Zarówno bowiem w jego pracach, jak i w recenzowanej tutaj książce Anny Musiały mamy do czynienia z perspektywą ciągle słabo obecną w polskich dyskusjach dotyczących prawa pracy, zarówno tych odbywanych na poziomie akademickim, ale przede wszystkim medialno-publicystycznym. Perspektywa liberalno-ekonomistyczna w podejściu do tych kwestii, traktowanie pracy jako towaru, płacy jako jednej z kategorii cen i kosztu produkcji, który należy minimalizować, a pracowników jako zasobów ludzkich, nadal świetnie się trzyma, zwłaszcza w dyskursie medialnym oraz politycznym i stanowi narrację dominującą. Należy więc jak najszerzej popularyzować stanowiska przeciwstawne, uświadamiać, iż to one mają charakter nowocześniejszy, dominujący dziś w krajach cywilizowanych, te zaś powielane u nas są raczej reliktem dziewiętnastowiecznych, paleoliberalnych poglądów.

Chociażby z tego względu warto więc sięgnąć po recenzowaną książkę, choć uczciwie trzeba powiedzieć, iż stanowi ona lekturę wymagającą, zwłaszcza dla osób bez wykształcenia prawniczego.

dr hab. Rafał Łętocha

Anna Musiała, Polskie prawo pracy a społeczna nauka Kościoła. Studium prawno-społeczne, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Poznań 2019.

Balcerowicz nie może się powtórzyć w energetyce

Kiedy upominamy się o lepsze warunki płacowe w branży energetycznej, ciągle słyszymy, że musimy mocno ograniczyć nasze oczekiwania, musimy być odpowiedzialni, nie wolno nam stawiać wygórowanych żądań. Bo „węgiel jest w niełasce”, „energetyka węglowa jest na cenzurowanym”, „grozi nam wygaszanie i zamykanie”. Owszem, zmiany klimatu, regulacje międzynarodowe w zakresie emisji dwutlenku węgla wymuszają poszukiwanie nowych, przyjaznych dla środowiska źródeł energii, ale czy to oznacza, że mamy szykować się na nowy plan Balcerowicza w energetyce, uznać, że jesteśmy niepotrzebnym balastem i pracować za tyle, ile nam dają i cieszyć się, że w ogóle pracujemy? Mam nadzieję, że środowiska górnicze, nauczone doświadczeniem różnorodnych transformacji ostatniego trzydziestolecia, już więcej nie zgodzą się na taki scenariusz i dopóki na kopalni są kilofy, będziemy wiedzieli, że można ich użyć nie tylko do węgla i kamienia. Dopóki nie powstanie wielki i kompleksowy plan transformacji energetyki na miarę słynnego New Deal, nie mamy o czym rozmawiać.

Branża energetyczna i górnicza zdają sobie sprawę, że zmiany są konieczne, po prostu nadejdą i nikt z nas nie chce zawracać kijem Wisły. Chcemy tylko i aż być ich aktywnymi i pełnoprawnymi podmiotami i uczestnikami, chcemy w tych zmianach uczestniczyć mając coś do powiedzenia i korzystając na nich, a nie tracąc. Mało tego, kopalnie same planują inwestycje proekologiczne. Na przykład jedna z kopalń planuje rozwijanie swojego działu kolejowego i udział w rozwoju lokalnych przewozów kolejowych. Coraz częściej słychać pomysły stawiania instalacji fotowoltaiki na terenach górniczych czy hałdach. Również związki zawodowe górnicze widzą szanse w rozwoju nowoczesnych źródeł energii i doskonale wiedzą, że jest to potrzebne, ale nie kosztem pracowników i – bez żadnej demagogii mówiąc – najuboższych odbiorców. Bo nie ma mowy, żeby i oni nie zostali poszkodowani, jeśli transformacja energetyczna przebiegnie po linii Balcerowicza i jego wyznawców.

To, co słyszymy od polityków liberalnych z prawicy i z partyjek udających lewicę, z góry przekreśla jakiekolwiek rozmowy z nimi o energetyce czy ekologii. Pomysły zamknięcia kopalń i dokonania dekarbonizacji bez zająknięcia się o tym, kto to zrobi, co będzie z ludźmi i jakie źródła zastąpią węgiel, są z naszego punktu widzenia niepoważne, ale niestety mogą znaleźć posłuch, a co gorsza – wykonawców. Są to pomysły kontynuujące najgorsze tradycje neoliberalizmu, poczynając od bandyckich posunięć Thatcher wobec górnictwa w Wielkiej Brytanii, poprzez wczesnego Balcerowicza, aż po czasy Buzka-Balcerowicza ze słynnymi odprawami i likwidacją miejsc pracy w górnictwie, co okazało się społeczną katastrofą i wielką stratą dla budżetu. Na to górnicy i pracownicy energetyki nie mogą pójść, bo to dla nas samobójstwo.

Z drugiej strony nasza branża nie może dać się uwieść denialistom klimatycznym (świadomym szkodnikom zaprzeczającym zmianom klimatycznym z powodu działalności człowieka), podnoszącym wrzask, że działania na rzecz ochrony klimatu są jakimś spiskiem „ekoterrorystów” z UE. Niby bronią oni górnictwa, bo skoro, jak twierdzą, nie ma wpływu dwutlenku węgla na klimat, więc można wydobywać węgiel i palić nim do woli, nie patrząc na emisje. Owi denialiści to albo zwyczajni socjopaci, albo agenci wpływu. Uleganie wpływowi tej szaleńczej ideologii postawi nas, górników i energetyków, na pozycji mniej więcej takiej, w jakiej byli pracownicy manufaktur włókienniczych w Manchesterze, którzy po wynalezieniu maszyny parowej zaczęli niszczyć maszyny włókiennicze odbierające im miejsca pracy w fabrykach. Jak wiadomo, nie obronili swoich stanowisk i stali się symbolem nieskutecznej walki. Jedynie nasz w pełni świadomy, zorganizowany i zaplanowany udział w transformacji energetyki przyniesie nam korzyść jako pracownikom. Po to musimy już dzisiaj postawić jasno postulaty, wyznaczyć sobie cele, o jakie będziemy walczyć do upadłego i odpowiedzieć na pytanie: „Jakie jest nasze miejsce jako pracowników w systemie i nasza relacja do rynku energii?”.

Pierwszy i podstawowy postulat jest taki, że należy żądać gwarancji pracy i dochodu, który nie spowoduje ekonomicznej degradacji osób przekwalifikowanych lub odchodzących z górnictwa. Drugi to zagwarantowanie pełnego udziału w decyzjach i procesach transformacji energetycznej pracownikom branży. Trzeci to utrzymanie górnictwa w pełnej sprawności i gotowości do pracy, bo węgiel, jako surowiec, z pewnością kiedyś będzie w cenie. Z tego już jasno wynika odpowiedź na wyżej postawione pytanie. Rynek nie może decydować o zmianach w energetyce, a przynajmniej nie wyłącznie rynek. Decydujące, równorzędne głosy muszą mieć tutaj państwo i pracownicy, rynek może być jedynie czynnikiem korygującym.

W obecnej sytuacji, kierując się tylko kryteriami rynku, polski węgiel nie ma szans konkurować z rosyjskim czy kolumbijskim. Niestety jest to ciągle konkurencja taniej siły roboczej, łamania praw pracowniczych i przepisów bezpieczeństwa, a tego przecież podobno nie chcemy. Szkoda tylko, że zapominają o tym ludzie ochoczo deklarujący zamykanie kopalń, bo spalanie węgla rosyjskiego czy kolumbijskiego nie oczyści nam powietrza. O tym, czym w zamian za kotły węglowe będziemy napędzać turbogeneratory, nie wspomina się zbyt często. Prawdopodobnie nie będą to chomiki biegające w kółeczkach. Modne słowo „innowacyjność” ładnie brzmi, ale czy tego chcemy, czy nie, Polska jest dość dużym krajem z gospodarką przemysłowo-rolniczą i nagle nie przestawimy się na coś innego, np. na turystykę. Owszem bagna biebrzańskie i poleskie są fascynujące, ale turyści wolą coś bardziej spektakularnego, w Bałtyku zamiera życie, zaś Tatry lada moment zadepczemy. Pomysły deindustrializacji i przestawienia gospodarki na „usługi” skończyły się w latach 90. katastrofą społeczną. Energetyka i górnictwo na dziś muszą działać jak sektor gospodarki centralnie planowanej, jakkolwiek by się to komu nie kojarzyło.

Stąd wynikają pewne wnioski i dla państwa, i dla pracowników energetyki.

Państwo nie może pod wpływem uwarunkowań rynkowych rezygnować z aktywności w polityce energetycznej. Przeciwnie, powinno tę aktywność zwiększać. Dywersyfikacja i rozproszenie alternatywnych źródeł energii nie tylko nie wymagają deregulacji i decentralizacji, ale wręcz wymuszają jeszcze więcej regulacji i centralnego planowania, gdyż chodzi tu o stabilność systemu energetycznego, co zaświadczy każdy specjalista od gospodarki energetycznej. Bez wdawanie się w teorię: zarówno braki mocy, jak i skokowa nadwyżka wygenerowanej mocy są szkodliwe dla sieci przesyłowych i powodują wielkie problemy w dystrybucji. Ponieważ o energetyce, klimacie i zasobach naturalnych nie sposób dziś mówić rozłącznie, również polityka państwa powinna je całkowicie zintegrować w jakimś super-resorcie zasobów naturalnych.

Pracownicy branży energetycznej, w tym górnictwa, nie mogą być ciągle postrzegani jako relikt przeszłości i grupa, którą trzeba w końcu jakoś spacyfikować, wygasić i najlepiej mieć z głowy. To, że węgiel jest na cenzurowanym, nie oznacza, że będziemy musieli się godzić na jakiekolwiek warunki płacowe, że nie będziemy żądać podwyżek i zaakceptujemy rolę „trucicieli”. Nie możemy się godzić na powstrzymywanie naszych żądań tylko po to, żeby nie podnosić kosztów wydobycia i wytrzymać konkurencję z krajami, gdzie te koszty są faktycznie niższe, bo jest dumping podatkowy, a za walkę o prawa pracownicze można trafić do kolonii karnej lub zostać zamordowanym.

Mamy prawo wymagać, że jako demokratyczne państwo prawa będziemy przestrzegać klauzul społecznych i nie pozwolimy na degradację stanowisk pracy w górnictwie i energetyce wymuszaną przez nieludzkie uwarunkowania rynkowe, których jedyną konkurencyjność stanowi łamanie praw człowieka i pracownika. Mamy prawo wysuwać żądania płacowe nie godząc się na szantaż, że jeśli się nie powstrzymamy, to nas zlikwidują.

Jarosław Niemiec

Ile warta jest twoja praca?

Ile warta jest twoja praca?

Zasada jest prosta – im bardziej twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa, tym mniej ci za nią zapłacą. Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy – wyobraźmy sobie że pewnego dnia przedstawiciele poszczególnych zawodów znikają. Jak wpłynęłoby to na świat wokół nas?

„Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze”.

Historia uczy że David Graeber, autor tych słów, miał rację. Gdy 2 lutego 1968 roku zastrajkowali nowojorscy śmieciarze, ich strajk trwał dziewięć dni. Każdego kolejnego dnia na ulicach pojawiało się 10 tysięcy ton śmieci, których nikt nie odbierał. 10 lutego Nelson Rockefeller, gubernator stanu Nowy Jork, zdecydował się spełnić żądania płacowe strajkujących. Bez pracowników odbierających śmieci Ameryka nie wytrzymała nawet dwóch tygodni.

W podobnym czasie w Irlandii miała miejsce seria trzech strajków podjętych przez pracowników banków. Najdłuższy z nich, w 1970 roku, trwał ponad pół roku. Strajk bankierów dostarcza wielu ciekawych przykładów tego, jak życie społeczne może się samoorganizować pod nieobecność instytucji, które dotychczas wyznaczały ramy funkcjonowania gospodarki. Dla przykładu: banki zostały zastąpione przez puby, których barmani wiedzieli, kto jest wypłacalny, a kto nie, i poświadczali zobowiązania pomiędzy klientami. Co jednak bardzo istotne – zarówno w historii gospodarczej, jak i w ekonomii jest to epizod w dużym stopniu zapomniany, bo okazał się nie mieć właściwie żadnego wpływu na krajową gospodarkę. Banki stanęły na pół roku. Nie ma po tej historii śladów w statystykach, danych dotyczących PKB czy w koniunkturze Irlandii w latach 70.

Choć do wszelkich prób jednoznacznego określania tego, która praca jest społecznie potrzebna, a która nie, radzę podchodzić z dużym dystansem (bo nie sądzę że istnieje, a nawet że powinna istnieć jakakolwiek „obiektywna” miara tego rodzaju), taką próbę podjęli analitycy z New Economics Foundation. Raport „A bit rich” bada to, ile do społeczeństwa wnoszą, z jednej strony, bankierzy inwestycyjni, szefowie marketingu i doradcy podatkowi, z drugiej, pracownicy opieki, szpitalni sprzątacze i pracownicy firm recyklingowych. Wnioski są uderzające. To nie tak, że bankierom płaci się nieproporcjonalnie dużo względem tego, ile wnoszą do społeczeństwa. Gorzej: rzecz w tym, że płacimy im miliony za aktywne niszczenie naszego świata. Dla przykładu – szacunki NEF wskazują, iż szefowie działów marketingu zubażają społeczeństwo o 11 funtów szterlingów na każdy wygenerowany 1 funt. Bankierzy inwestycyjni z londyńskiego City przynoszą straty społeczne rzędu 7 funtów na każdy 1 funt, który generują dla swojego banku. Z drugiej strony, na każdym funcie, który płacimy osobom pracującym jako opiekunki do dzieci – społeczeństwo zyskuje pomiędzy 7,50 a 9 funtów, a jeden funt płacy sprzątacza szpitalnego przekłada się na 10 funtów dla społeczeństwa.

Liberałowie uwielbiają opowiadać historie o tym, jak poziom wynagrodzeń jest bezpośrednią pochodną społecznego zapotrzebowania na daną pracę, jej efektywności, posiadania rzadkich umiejętności czy odpowiedzialności, którą podejmują osoby na kierowniczych stanowiskach. Tyle że to nieprawda. Społeczna przydatność, jak widzimy, zdaje się być odwrotnie skorelowana z płacami. Rzadkość umiejętności? Jest bardzo wiele rzadkich umiejętności, których zupełnie nikt nie wynagradza. Efektywność pracy? Fryzjerzy w Szwecji nie operują nożyczkami kilkanaście razy bardziej efektywnie niż fryzjerzy w Indiach, a jednak zarabiają wielokrotnie więcej. A spoglądając na problem historycznie – prezesi korporacji jeszcze w latach 60. zarabiali przeciętnie 20 razy więcej niż szeregowi pracownicy, dziś zarabiają ponad 300 razy więcej. Czyżby nabyli nadludzkich zdolności i stali się piętnaście razy bardziej efektywni, podczas gdy produktywność ich pracowników stoi w miejscu? Również opowieści o odpowiedzialności na najwyższych szczeblach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Dziś wszyscy CEO mają zapisane w kontraktach sowite odprawy, które sprawiają, że nawet po katastrofalnych decyzjach odchodzą z firm suchą stopą, z milionowym bonusem na pożegnanie.

Kto z czego żyje?

W wyspecjalizowanej gospodarce cyfrowej wartość powstaje na poziomie społecznym. Nikt nie jest w stanie żyć z własnej pracy, bo wszyscy zajmują się bardzo drobnymi elementami układanki, która dopiero po zsumowaniu daje nam moce wytwórcze o historycznie bezprecedensowej skali. Równolegle do procesu produkcji, jej owoce są dzielone, a podstawowym narzędziem ich dystrybucji jest po prostu rynek pracy.

Bardzo niewielka część pracowników zajmuje się dziś procesem produkcji – przemysł i rolnictwo stanowią łącznie około jednej piątej współczesnych bogatych gospodarek. Cała reszta to sektor nazywany zbiorczo „usługami”. Sam ten termin jest bardzo ciekawy i bardzo pojemny, bo z jednej strony zawierają się w nim zawody bardzo potrzebne, zwykle nisko opłacane, takie jak fryzjerzy, kurierzy, kelnerki czy nauczyciele. Z drugiej, rosnące od dekad i regularnie powstające branże dobrze wynagradzanych menedżerów, bankierów, lobbystów, dyrektorów marketingu czy UX designerów. Pierwsza grupa pracowników usługowych odpowiada przynajmniej na proste potrzeby zwykłych ludzi. Praca wykwalifikowanych korporacyjnych specjalistów nie bierze udziału w procesie produkcji jakichkolwiek dóbr, nie odpowiada też na potrzeby społeczeństwa, lecz na potrzeby wielkiego kapitału. Istotą takich prac jest ingerowanie w procesy dystrybucji dóbr wytworzonych przez drobną garstkę pracowników sektora wytwórczego. Czasem niesie to za sobą społeczne korzyści, bo usprawnianie procesów może zaoszczędzić ogromne zasoby ludzkiej pracy, a interesy korporacji bywają niekiedy zgodne z interesem społeczeństwa. Czasami jednak – i to stoi za rażącymi wnioskami z przytaczanego raportu – są to ingerencje, które służą bardzo nielicznym, kosztem zubażania i wyzyskiwania wszystkich pozostałych. Dokładnie tym zajmują się spekulanci giełdowi, lobbyści, bankierzy inwestycyjni, często prawnicy korporacyjni i niemal zawsze dyrektorzy i pracownicy działów marketingu.

Więc jaki mechanizm stoi za podziałem owoców pracy? Dlaczego lobbyści zarabiają miliony, programiści dziesiątki tysięcy, a nauczycielom ledwo starcza na życie? Jak to możliwe, że jako społeczeństwo wyceniamy potrzebną i wartościową pracę tak nisko, a tak chętnie napychamy kieszenie dyrektorom marketingu, bankierom czy spekulantom giełdowym?

Są to pytania zasadne, lecz źle postawione. Nie ma żadnego społeczeństwa, które wycenia pracę. Pracę wycenia kapitał w oparciu o to, w jakim stopniu owoce tej pracy służą właśnie jemu, a narzędziem tej wyceny jest rynek. Kapitałowi nie są potrzebne pielęgniarki w publicznej służbie zdrowia, bardzo chętnie natomiast widziałby on więcej cwanych inwestorów i doradców podatkowych, którzy podpowiedzą, jak pieniądz zamienić w więcej pieniądza i bezpiecznie oszukać podatników. Rynek nie jest mechanizmem demokratycznym. Nie ma głosowań nad wynagrodzeniami mechaników, programistów czy nauczycieli. Sposób działania rynku bardziej niż demokratyczną spółdzielnię (gdzie każdy członek ma jeden głos) przypomina spółkę – gdzie jeden głos przypada na każdą posiadaną akcję (czy też złotówkę). Na tym właśnie polega wycena rynkowa dowolnego dobra. Popyt na towary i usługi nie zależy przecież od ilości ludzi, którzy chcą mieć do nich dostęp, lecz od zasobności ich portfeli i od skłonności do wydania swoich pieniędzy. Te dwa różne porządki decyzyjne mogą żyć we względnej zgodzie tak długo, jak majątek jest w miarę równo rozdzielony w społeczeństwie. Kiedy jednak kilku najbogatszych facetów dysponuje majątkiem takim, jak uboższa połowa ludzkości, kiedy z jednej strony mamy miliardowe fortuny Kulczyków, a z drugiej medianę płac na poziomie dwa i pół tysiąca netto, te porządki drastycznie się rozjeżdżają. Drobna garstka bogatych ma nieproporcjonalny wpływ na kształt każdego rynku, włączając w to rynek pracy.

Prowadzi to do radykalnego zniekształcenia relacji pomiędzy społecznym zapotrzebowaniem na poszczególne zawody a tym, jak wynagradza się w nich pracowników. Zatrudnieni przez wielką korporację programiści czy UX designerzy, którzy pracują nad ładniejszym designem przycisków na stronach, lepszą użytecznością zakładek w nowej witrynie i nowymi funkcjami w aplikacji mobilnej, nie są pięć razy bardziej potrzebni niż nauczyciele, choć zwykle zarabiają pięciokrotnie więcej.

Elisabeth Dunn słusznie pisała, że dystrybucja dóbr w kapitalizmie nie dokonuje się ani w imię zasady „każdemu według potrzeb”, ani „każdemu według zasług”, lecz zgodnie z regułą „każdemu wedle udziału w reprodukcji relacji władzy”. Pracę wycenia kapitał – najszczodrzej tę, która pomaga mu w dalszej akumulacji kapitału.

Ale i do tej tezy należy dodać gwiazdkę. Zbyt często postrzega się kapitalizm, zarówno po stronie jego pochlebców, jak i krytyków, jako maszynę bezwzględnie realizującą raz zaprogramowany schemat. Choć system, jego mechanika i osiągnięty poziom akumulacji kapitału wyznacza warunki brzegowe (takie jak wysokość funduszu płac, znacznie różniące się od siebie w korporacji IT czy szpitalu), to, jak ujął to Jędrzej Malko, decyzje o wynagrodzeniach podejmują ludzie, dając przy tym wyraz swoim poglądom i uprzedzeniom, takim jak przekonanie o wyższości pracy umysłowej nad pracą fizyczną, wyższości pracy męskiej nad kobiecą czy o konieczności szczególnego wynagradzania osób piastujących kierownicze stanowiska.

Post Scriptum: Rynek jako przestrzeń orzekania prawdy

Lecz skąd w ogóle pomysł, że to, ile ktoś zarabia, jest tożsame z tym, jak wartościowa jest jego praca? W procesie ekspansji kapitalizmu i stopniowego utowarowienia kolejnych elementów naszej rzeczywistości (bo przecież można dziś kupić niemal wszystko), rynek stał się przestrzenią orzekania prawdy. Maszyną, której przypisuje się prawo do decydowania o każdej istotnej wartości – prawdzie, pięknie, słuszności idei. To ma na myśli Leszek Balcerowicz, gdy mówi o ścieraniu się poglądów na „wolnym rynku idei”, o tym mówią liberałowie i libertarianie, gdy powtarzają że rynek coś „zweryfikował”. Pieniądz wskaże drogę i oceni, będzie drogowskazem, powie gdzie iść, a skąd uciekać.

Wiadomo, że z dwóch menadżerów lepszy jest ten, któremu więcej płacą. Najlepszymi piłkarzami są ci, którzy najwięcej zarabiają, albo których kluby sprzedają innym klubom za najwyższe odstępne. Nawet gdy mówi się o tym, że Van Gogha doceniono dopiero po śmierci, to zwykle ma się na myśli kwoty, za jakie zaczęto sprzedawać jego obrazy. Na tym polega orzekanie prawdy przez rynek. Ten medal ma też drugą stronę – jeżeli jesteś wybitnym pianistą, lecz nikt, zupełnie nikt, nie chce za twoją grę na pianinie zapłacić, to znaczy, że nie jesteś wybitnym pianistą. Jeśli żyjesz w ubóstwie, nie masz żadnej umiejętności, którą mógłbyś sprzedać i żyć dostatnio, to – zgodnie z logiką kapitalizmu – po prostu znaczy, że nie masz wartości.

Z tej perspektywy nie powinien dziwić status półbogów, jaki we współczesnym świecie osiągnęli miliarderzy. Gdy wycena rynkowa staje się wszech-miarą, w której zawarte mają być wszystkie wartości, Gates, Bezos czy Zuckerberg jawią się jako najlepsi spośród żywych. Pisze się o nich książki, w skupieniu słucha się ich przewidywań dotyczących przyszłości, a każdego roku ten czy inny Prometeusz przynosi nam kolejną publikację o „sekretach miliarderów”.

Największą cnotą, która ich łączy, jest oczywiście nadludzka zdolność do akumulacji kapitału. Rynek zweryfikował ich pozytywnie. Michał Matys, który napisał książkę „Grube Ryby” o tym, jak polscy miliarderzy dorobili się swoich fortun, nie bez cienia podziwu mówi, że bardzo istotną cechą każdego z bohaterów książki jest ich bezwzględność. „To są ludzie, którzy podejmują szereg dramatycznych decyzji”, którzy nie mogą się zawahać przed, na przykład, zwolnieniem samotnej matki. „Gdyby w takiej sytuacji wahali się za każdym razem, to sami straciliby wszystko. A co by nie mówić, to są ludzie, którzy budują naszą gospodarkę”.

Jeżeli akumulujesz kapitał, to wszystko jest dozwolone. Być może są inne cnoty, lecz ta jest najistotniejsza i nie wolno się zawahać, gdy przyjdzie czas wyboru…

Hubert Walczyński

Dr Tomasz Markiewka: Co wolno Durczokowi, a co motłochowi

Dr Tomasz Markiewka: Co wolno Durczokowi, a co motłochowi

Zapewne znacie Jana Hartmana. To publicysta, który zawsze wali prosto z mostu. Kiedy inni dzielą włos na czworo, on mówi wprost: cham to cham, motłoch to motłoch, debil to debil. Koniec kropka. Niczym Friedrich Nietzsche wali swoim krytycznym młotem w polskie społeczeństwo. Kto go za to krytykuje, ten albo nie rozumie, albo został omotany poprawnością polityczną.

I oto nagle Hartman znalazł w swoim publicystycznym sercu niespotykane pokłady czułości. Postanowił stanąć w obronie Kamila Durczoka, który spowodował wypadek, prowadząc auto po pijanemu. To wszystko nie jest takie proste, przekonywał Hartman. „Może jego problemy to nie całkiem jego wina?” – pytał na Twitterze. Potem rozwinął ten wątek na swoim blogu.

To zastanawiające, że gdy Harman pisze o „motłochu”, to nie interesują go żadne próby skomplikowania obrazu grupy społecznej, którą nazywa w ten sposób. Motłoch jest motłochem, o czym tu mówić? I tak kilka milionów osób zostaje wrzuconych do jednego worka i sprowadzonych do kilku prosty cech. Ale nie Durczok, ten jest postacią tak złożoną, jakby wyszedł spod pióra Tołstoja albo Nabokova. Jego pijaństwo nie jest po prostu pijaństwem, ale przejawem czegoś głębszego. To, że mógł rozjechać niewinnych ludzi, nie może przekreślić tego, jak wielowymiarowy jest kontekst decyzji i zachowań Durczoka.

Trudno nie zauważyć, że Hartman ma dwie miary – jedną dla ludzi takich jak Durczok, drugą dla „chamów”, „prostaków” czy „ludu”. To niestety cecha charakterystyczna polskiej debaty publicznej. Wystarczy spojrzeć, jak pisze się i mówi u nas o mieszkańcach wsi. Traktuje się ich jak jednolitą masę, która odznacza się bardzo prostym zestawem cech. Czasem prowadzi to do naiwnego idealizowania wiejskości, ale w większości przypadków jest na odwrót – wieś i jej mieszkańcy stają się nosicielami wszystkiego, co najgorsze w naszym społeczeństwie.

Uderza mnie to, bo sam wychowałem się na wsi. Większość mojej rodziny też pochodzi ze wsi i mieszka tam. Nigdy nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale od kilku lat coraz mocniej uderza mnie to, że jawna pogarda dla wiejskości jest stałym i istotnym składnikiem tożsamości części polskiego środowiska inteligencko-medialnego. I dzieje się to ponad podziałami politycznymi.

Klasycznym przykładem jest książka Piotra Nowaka, prawicowego profesora związanego z czasopismem „Kronos”, zatytułowana „Hodowanie troglodytów”. Nowak pisze w niej wprost, że ludem się „brzydzi”, a mówiąc dokładniej, brzydzi się jego „ciemnotą, brudem, nieludzką symbiozą z przyrodą”. Książka Nowaka wzbudziła swego czasu zachwyt u części środowiska akademickiego, bo autor tak ładnie bronił etosu inteligenckiego, a że przy okazji sięgał po klasyczne chwyty rasistowskiego języka (odczłowieczanie całych grup społecznych), no to nie bądźmy już tacy wrażliwi. W końcu nie pisał o Durczoku.

Tę pogardę znajdziemy także z łatwością po stronie liberalnej. Klasykiem jest nie kto inny jak Hartman we własnej osobie, który w felietonie dla „Polityki” ogłosił wszem i wobec, że z potomków chłopów i robotników nie będzie czytelników Żeromskiego ani nawet Masłowskiej, bo inteligenckość się dziedziczy. Kilka miesięcy temu Janusz Majcherek pisał w „Gazecie Wyborczej”, że wszystkie nieszczęścia, które spotykają Polskę, wypełzają ze współczesnej polskiej wsi. W ten sam trend wpisał się Przemysław Szubartowicz, pisząc na Twitterze: „Dziś prowadziłem spotkanie z Jerzym Stępniem, który zwrócił uwagę na zapomniany fakt. Otóż PiS przy władzy to w dużej mierze efekt kompleksu chłopa pańszczyźnianego. Dziś to niewolnik, któremu wystarczy 500+ od pana (»pana« Kaczyńskiego) i który ucieka od wolności, bo za trudna”. Maria Halamska w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” przekonywała zaś, że „w całej klasie ludowej” możemy dostrzec postawy roszczeniowe.

Polskiej wsi z pewnością daleko do ideału, ale przecież Hartmanowi, Majcherkowi czy Nowakowi nie chodzi o to, jaka naprawdę jest wieś, lecz o przeżywanie intelektualnych orgazmów, które zapewnia prosty podział: „my, elity duchowo-inteligenckie” kontra „niewykształcony, głupi motłoch”. Lud, chłop, robotnik, wiejskość ogrywają rolę symboli zacofania, na tle których polscy arystokraci ducha mogą zachwycać się własną postępowością.

Łatwo przy tym zapomnieć, że to nie chłop wykrzykiwał ostatnio bzdury o tęczowej zarazie, lecz poznaniak, profesor nauk teologicznych z Uniwersytetu Adama Mickiewicz. To nie prostak ze wsi wystraszył się kilka miesięcy temu kobiety z bananem, lecz profesor socjologii, który ukończył Uniwersytet Warszawski. To nie potomek chłopów, ale szlachty (i przy okazji następny absolwent Uniwersytetu Warszawskiego) od lat tworzy różne partie, które spaja pogarda dla kobiet i wszelakiego rodzaju mniejszości, a także zabobonna wiara w wolny rynek. To nie członek prostego ludu pracował nad instytucjonalnym odrodzeniem się ruchów nacjonalistycznych w Polsce, lecz student kilku kierunków we Wrocławiu, Warszawie i Toruniu, uczestnik „Tańca z gwiazdami”. Jego protektorem był absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza i wzięty prawnik z rodzinny profesorskiej. Jarosław Kaczyński – jeśli to on jest dla was symbolem zła – też nie pochodzi z małej chłopskiej chatki, lecz z Żoliborza.

Więc na miejscu Polski postępowej, wysublimowanej oraz inteligenckiej dałbym sobie na wstrzymanie i przestałbym się brandzlować przekonaniem o własnej wyższości duchowej. Nie ma nic wyrafinowanego w posługiwaniu się klasistowskimi przesądami. Skoro niektórzy zwolennicy postępu i oświecenia potrafią dojrzeć złożoność człowieka nawet na przykładzie znanego dziennikarza rozbijającego się po pijaku samochodem, to może warto dojrzeć równą złożoność postaw, motywacji i okoliczności w „motłochu”?

dr Tomasz Markiewka

Fotografia w nagłówku tekstu: Remigiusz Okraska

Nieustanny kryzys finansowy – rozmowa z Davidem Harveyem

Nieustanny kryzys finansowy – rozmowa z Davidem Harveyem

Od ostatniego kryzysu finansowego upłynęła ponad dekada. Jaką rolę odgrywa kryzys w kapitalizmie i jaki dokładnie był skutek tamtego kryzysu? Czy mamy go już za sobą, czy, jak utrzymują niektórzy ekonomiści, stoimy u progu nowej recesji?

David Harvey: O kryzysach można myśleć na wiele sposobów. Są tacy, którzy lubią myśleć, że zwiastują one koniec kapitalizmu. Ja zwykłem o nich myśleć raczej jako o środkach reorganizacji kapitału – jego dostosowywania się do nowych okoliczności połączonego z odbudową w postaci nowego modelu.

Często dochodzi do sytuacji, gdy gospodarka ma się dobrze, ale ludzie mają się źle. To, co wydarzyło się w latach 2007–09, było poważnym wstrząsem. Odpowiedzi na ten kryzys jednak bardzo się od siebie różniły.

Na Zachodzie, ogólnie biorąc, odpowiedzią była polityka programów oszczędnościowych. Powiedziano nam, że kryzys wynikał z nadmiernego zadłużenia i że teraz musimy ciąć wydatki. Efektem było pogorszenie standardów życiowych większości populacji. Cięcia te nie dotknęły jednak niezwykle bogatych: większość danych, jakimi dysponujemy, sugeruje, że od 1 do 5 procent ludzi wyszło z kryzysu w sposób dużo skuteczniejszy od pozostałych, a nawet zyskało. Istnieje takie powiedzenie: „nigdy nie pozwól dobremu kryzysowi pójść na marne”. Finansiści i im podobni wyszli z niego obronną ręką.

Istniała jednak także całkowicie inna odpowiedź na kryzys – dały ją Chiny. Nie wdrożyły one polityki programów oszczędnościowych. Zamiast tego, na masową skalę, inwestowały w infrastrukturę, urbanizację itp. Ten ogromny rozwój spowodował wzrost zapotrzebowania na surowce, więc kraje dostarczające ich Chinom – np., Chile, dostawca miedzi, Australia, dostawca rud żelaza, Brazylia, także dostarczająca rud żelaza oraz soi itp. – wyszły z kryzysu całkiem szybko. Chiny ocaliły globalny kapitalizm od poważnego krachu. Myślę, że nie zostało to dostrzeżone przez Zachód, ale wygenerowały one większy wzrost od roku 2007–08 niż Ameryka Północna, Europa i Japonia razem wzięte.

Wszystkie poprzednie kryzysy dały w efekcie pewien nowy sposób organizacji kapitału. W latach 30. XX wieku oznaczało to keynesizm, państwowe interwencje, państwowe zarządzanie i tak dalej. W latach 70. natomiast kryzys pociągnął za sobą rozwiązania neoliberalne. Jak do tej pory nie widać, aby kryzys z lat 2007–08 dał cokolwiek. Kierunki polityki, które zeń wynikły, jeśli już jakieś były, to jeszcze bardziej neoliberalne. Problem polega na tym, że neoliberalizm utracił swoją atrakcyjność i legitymizację, więc teraz jest wprowadzany w życie za pomocą środków autorytarnych i prawicowo-populistycznych. Widzimy to na przykładzie Donalda Trumpa, którego rozwiązania polityczne są bardzo neoliberalne – zasadzają się na deregulacji i obniżaniu podatków najbogatszym.

Czasem kryzys stwarza możliwość organizowania się ludzi. Jednak tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie widzieliśmy nie organizujących się ludzi, lecz ludzi popierających reakcyjnych przywódców. Co znaczy mówić, posługując się terminologią marksowską, o obiektywnych warunkach mobilizacji?

Cóż, oczywiście, że powinniśmy mówić o obiektywnych warunkach – dlaczego by nie? Są one także uwikłane w konkretne sposoby uprawiania polityki. Sądzę, że lewica nie odpowiedziała zbyt dobrze na przemiany dokonujące się wewnątrz kapitalizmu i stoi teraz przed groźbą powtarzania niektórych spośród swoich minionych błędów.

W latach 80. i 90. Zachód przechodził gruntowną deindustrializację, głównie ze względu na postęp technologiczny, a lewica próbowała przeciwko temu oponować w celu ochrony tradycyjnych społeczności klasy pracującej. Przegrała jednak tę bitwę, tracąc przy tym dużo wiarygodności. Teraz widzimy, że sztuczna inteligencja zrobi z usługami to samo, co automatyzacja zrobiła z produkcją przemysłową. Lewica znajduje się w niebezpieczeństwie – może chronić coś, co zniknie z powodów technologicznych.

Sądzę, że powinniśmy być twórczą lewicą, która korzysta ze sztucznej inteligencji, automatyzacji i z całkiem nowych struktur pracy i zatrudnienia – wybiegającą dużo dalej poza moment, w którym znajduje się kapitalizm. Ale oznacza to także inne metody postępowania. Ujmowana w sposób klasyczny klasa pracująca w wielu krajach już nie istnieje. Wraz z nią podstawy tradycyjnie lewicowej polityki zostały poważnie podkopane. Potrzebujemy więc nowego lewicowego podejścia, skupionego na tym, co nazywam polityką antykapitalistyczną: nie tylko na miejscu pracy, ale biorącą pod uwagę także warunki codziennego życia, mieszkaniowe, warunki, na jakich otrzymywane jest wsparcie socjalne, warunki zmiany i transformacji kulturowej.

Mówiłeś o rewolucyjnym potencjale ruchów miejskich. Myślisz, że lewicowe partie ich nie doceniły?

W miastach od długiego czasu istnieją ruchy społeczne. Dla przykładu: mniej więcej przez ostatnie dwadzieścia lat ważniejsze ruchy działały w miastach i skupiały się na obniżającej się jakości codziennego życia. Mieliśmy na przykład protesty w Parku Gezi w Turcji oraz ruchy w miastach Brazylii, skupiające się na zagadnieniach związanych z transportem oraz na porażce inwestycji w infrastrukturę spełniającą potrzeby populacji.

W pewnym momencie musieliśmy zorientować się, że ruchy te stanowiły grunt dla agitacji i że dochodziło do coraz większej liczby protestów, które dotyczyły tych problemów, a nie problemów związanych z miejscem pracy, chociaż oczywiście problemy związane z miejscem pracy wciąż istnieją. To stanowiło problem dla upozycjonowania lewicy – czy zaistnieje lewica, która narodzi się z miejskich ruchów społecznych. Od lat 70. popierałem ideę, że taka lewica powinna zaistnieć. Wtedy nikt specjalnie mnie nie słuchał, ale zmieniło się to na początku XXI wieku.

Ruch lokatorów rozwijający się w Barcelonie był bardzo istotny, tak jak i ten w Nowym Jorku. W Kalifornii trwa wzmożona mobilizacja na rzecz prawa do kontroli czynszów. Jeśli spojrzeć na liczbę miast, w których ruchy lokatorów dokonują rzeczywistej politycznej zmiany, to jest na lewicy czymś szalonym mówić, że ruchy te są pozbawione znaczenia.

Jest to szczególnie ważne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że problemem, z jakim zmagają się te ruchy, jest wielki kapitał – dla przykładu, Blackstone, obecnie największy dzierżawca nieruchomości na świecie. Istnieje wymierzona w Blackstone koalicja, ponieważ ten dominuje w Kalifornii, sprawia kłopoty w Barcelonie, a także w Bombaju, Szanghaju i w wielu innych miejscach. Istnieje więc ruch antykapitalistyczny, ale jest on budowany wokół kwestii mieszkaniowej. Jestem podekscytowany możliwościami, jakie w nim drzemią. Międzynarodowy ruch dążący do wywłaszczenia Blackstone’a z jego nieruchomości byłby wielce interesujący.

W swojej książce piszesz, że do myśli Karola Marksa doszedłeś stosunkowo późno. Co doprowadziło cię do tej szkoły myślenia?

Zajmowałem się zagadnieniem urbanizacji w Baltimore, kiedy miałem trzydzieści pięć lat. Byłem pochłonięty dociekaniami dotyczącymi jakości rynku mieszkaniowego i tego, co leżało u podstaw buntów, jakie miały miejsce w amerykańskich miastach w latach 60. W trakcie tego posługiwałem się tradycyjnymi metodami naukowymi badań społecznych, które nie sprawdzały się zbyt dobrze, więc rozejrzałem się za innym sposobem opracowania tego zagadnienia. Trochę wcześniej powiedziałem studentom, że może powinniśmy poczytać trochę Marksa. Sam zacząłem go czytać i odkryłem, że to, co czytam, jest coraz bardziej adekwatne w stosunku do tego, co badam.

W pewnym sensie był to bardziej wybór intelektualny niż polityczny. Ale po tym, jak kilkakrotnie przychylnie powołałem się na Marksa, ludzie wkrótce ochrzcili mnie mianem marksisty. Nie wiedziałem, co to oznaczało, ale niedługo później przestałem im zaprzeczać i powiedziałem: „W porządku, jeśli mówicie, że jestem marksistą, to jestem marksistą, choć nie wiem, co to znaczy” – nie wiem tego po dziś dzień. Jest jasnym, że myśl Marksa posiada przesłanie polityczne, choćby jako krytyka kapitału.

Myślę, że dzisiaj Marks jest ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. W momencie, w którym Marks tworzył, kapitał nie dominował w sposób globalny. Dominował w Wielkiej Brytanii i zachodniej Europie, a także na wschodzie Stanów Zjednoczonych, ale nie w Chinach czy Indiach. Teraz dominuje wszędzie. Uważam więc, że marksowska analiza tego, czym jest kapitał i jakie są jego sprzeczności, jest istotniejsza dzisiaj niż była w przeszłości.

Młodsze pokolenia aktywistów mogą być bardziej zainteresowane spojrzeniem na Marksa przez pryzmat akcji politycznej, a nie w realiach akademickich. Czy mógłbyś coś powiedzieć o efekcie, jaki kryzys ekonomiczny wywarł na ponowne odkrycie Marksa i jaki szczególny ogląd myśli Marksa uzyskamy, jeśli odczytamy ją przez pryzmat dyscypliny takiej jak geografia?

Marks powiedział, że naszym zadaniem nie jest zrozumienie świata, idzie o to, aby go zmienić. Nie sądzę jednak, aby jego działalność sugerowała, że nie był zainteresowany zrozumieniem i wyjaśnieniem świata. Dlaczego napisał „Kapitał”? Bo uważał, że aby zmienić świat, najpierw trzeba go odpowiednio zrozumieć. Sądzę, że spośród różnych kwestii ważnym jest spróbować odzyskać marksowskie pojmowanie świata w sposób odpowiadający obecnym okolicznościom, tak by ludzie mieli lepsze wyobrażenie tego, z czym walczą.

Moje zainteresowanie geografią i urbanizacją sprawiło, że odczytuję Marksa w sposób inny niż wiele osób. Zatem w „Limitach kapitału” dużo miejsca poświęcam finansom – o których, co dziwne, niewielu mówiło w latach 70. – a także temu, w jaki sposób wykorzystywana jest ziemia. Moje rozumienie i omawianie Marksa zawsze było powiązane z próbą zrozumienia go w sposób istotny dla zagadnienia nierównomiernego rozwoju geograficznego i urbanizacji. To powoduje, że podkreślam w twórczości Marksa pewne wątki, które inni ludzi zwykli ignorować. To, że moja książka, która ukazała się w 1982 r., doczekuje się kolejnych wydań, sugeruje, że ten warsztat pojęciowy jest istotny dla ludzi zajmujących się kwestiami mieszkaniowymi i innymi, które są z nimi powiązane, w sposób odbiegający od podejścia innych marksistów.

Przez lata ciągłego nauczania o Marksie przepłynąłem w tę i z powrotem przez morze ludzi, z których jedni chcieli go czytać, a inni nie. Po kryzysie z lat 2007–08 zainteresowanie Marksem bezapelacyjnie wzrosło. Teraz chyba nieco zanikło, odkąd większość ludzi popadła w obsesję na punkcie wyjaśnienia fenomenu, jakim jest Donald Trump, oraz objaśnienia zwrotu ku klimatom skrajnie prawicowym reprezentowanym przez ludzi takich jak Orban, Erdogan, Bolsonaro i cała reszta. Ale, co oczywiste, jeśli światowa gospodarka ma poważną czkawkę – o czym świadczy wiele nerwowych sygnałów – to ekonomia polityczna znowu stanie się zagadnieniem żywo dyskutowanym.

W Barcelonie lewicowa partia (Barcelona en Comu – Wspólna Barcelona) przewodziła radzie miasta przez ostatnie pięć lat. Istnieje tam również sieć ruchów społecznych. To jednak nie wystarczyło do spełnienia przez tę partię jej początkowych obietnic. Jeśli twoja praca podkreśla wagę lokalnej przestrzeni, to czy to doświadczenie powinno nas doprowadzić do poddania w wątpliwość wartości municypalizmu?

Jedno z pytań, z którym zaczynamy dopiero się zmagać, brzmi: co właściwie naprawdę mogą, pod względem politycznym, zrobić władze miasta? W Stanach Zjednoczonych mamy niemało radykalnych samorządów miejskich. Na przykład w Seattle. Władze Los Angeles także są dość postępowe, progresywne skrzydło istnieje również w łonie władz Nowego Jorku. Myślę, że lewica, biorąc pod uwagę przeniesienie zainteresowania z problemów związanych z miejscem pracy na problemy związane z codziennym życiem w mieście i kwestią tanich mieszkań, musi mieć nowe metody postępowania, które skupiają się na wszystkich tych zagadnieniach.

Nasze doświadczenie w kwestii tego, ile może zrobić lokalna administracja, zważywszy na ograniczone środki, jakimi rozporządza, jest bardzo skromne. Na przykład w Nowym Jorku możliwości burmistrza są bardzo ograniczone ze względu na to, że nie może inicjować żadnych nowych planów podatkowych – muszą być one sporządzone przez władze stanowe. Administracja stanu to Demokraci, ale nie lubią burmistrza, więc pomiędzy tymi dwoma szczeblami władzy istnieje konflikt. Tak samo sprawy mają się w Barcelonie, gdzie władze regionalne pozostają w niezgodzie z władzami miasta, a każda z nich próbują zaszkodzić drugim.

Zadane tu pytanie jest ważne. Ale tym, co interesuje mnie i niektórych moich kolegów jest to: jeśli lewicowy samorząd zdobędzie władzę, to czy na lewicy istnieją dorobek i wizja, które byłyby pomocne dla takiego samorządu w kwestii tego, co może, w sposób rozsądny, próbować zrobić, wziąwszy pod uwagę charakter jego władzy? Uprawnienia władz lokalnych są ograniczone. W Wielkiej Brytanii, niech posłuży nam ona za przykład, władze lokalne nie mają w zasadzie żadnej możliwości podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy z wyjątkiem trzymania pieczy nad kwestiami związanymi z gospodarką odpadami. Chciałbym doczekać chwili, gdy to się zmieni i nastąpi istotne scedowanie władzy przez administrację centralną na rzecz władz miejskich. Mam nadzieję, że to samo wydarzy się w Barcelonie.

Jeśli chodzi o wykoncypowanie, w jaki sposób municypalizm może stać się nieodłączną częścią projektu socjalistycznego, rozumianego tutaj w sposób całościowy, to jesteśmy dopiero w powijakach. Dotychczas nie znamy odpowiedzi, ale brak także ludzi, którzy by jej poszukiwali, więc to do nas należy organizowanie środowiska akademickiego w think tanki, które mogą wskazać możliwe drogi.

Jeśli wziąć pod lupę np. kwestię mieszkaniową, to jakie kluczowe problemy dostrzeżemy?

Jestem zdania, że mieszkanie jest prawem i tak właśnie powinno się o nim myśleć. Nawet zapisy sformułowane przez Kongres w 1949 r. określały, że każdemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych przysługuje prawo do mieszkania oraz godziwych warunków życia. Teraz, gdybyśmy potraktowali te zapisy jako prawo, to zorganizowalibyśmy społeczeństwo w taki sposób, że czyniłoby ono tym zapisom zadość.

Problem zasadza się na tym, że powiedziano nam, że jedyna droga prowadząca do spełnienia treści tych zapisów wiedzie poprzez mechanizmy rynkowe. Ale, o ile mechanizmy rynkowe radzą sobie znakomicie jeśli idzie o zaopatrywanie klas wyższych, o tyle nie spisują się one wobec klas średnich. Fatalnie obchodzą się one natomiast ze wszystkimi, dla których dostęp do tanich mieszkań jest utrudniony.

Pozostawianie tego zagadnienia w gestii mechanizmów rynkowych, jeśli spojrzeć na to uwzględniając zapewnienie wszystkim obywatelom godziwego środowiska do życia (niezależnie od ich dochodu, rasy, płci itd.), jest decyzją tragiczną. Można np. kontrolować wysokość czynszów, ale nie sądzę, że jest to rozwiązanie na dłuższą metę. Kontrola czynszów nadal bowiem stanowi mechanizm rynkowy.

Powinniśmy spróbować przestać postrzegać kwestię dostarczania ludziom mieszkań jako kwestię sprzedaży towarów na rynku. W przeszłości dokonano tego poprzez stworzenie mieszkalnictwa socjalnego, w myśl którego to ludzie posiadają inne od rynkowych prawa do mieszkania – prawo do mieszkania bez prawa do jego kupna lub sprzedaży. W czasach hegemonii neoliberalizmu mówiono nam, że takie rozwiązanie jest nieefektywne. Teraz jednak już wiemy, do czego dochodzi, kiedy zamiast kierować się ideą mieszkania jako prawa, postępujemy w myśl zasad neoliberalizmu.

Czy wolny rynek mógłby odgrywać jakąkolwiek rolę w gospodarce socjalistycznej?

Nie widzę problemu, aby w takiej gospodarce istniał na przykład wolny rynek używanych ubrań. Dużym problemem jest natomiast sytuacja dysproporcji sił podmiotów wchodzących w relacje wolnorynkowe. Marks krytykował akumulację kapitału w rękach nielicznych.

Jeśli spojrzeć na pozycję, jaką zajmuje Blackstone na rynku nieruchomości, to widać, że udziały przezeń posiadane są zbyt wielkie. Wielu ludzi rozprawia o stopie zysku, ale tym, co rzeczywiście decyduje, kim są ważni gracze w kapitalizmie, są udziały w rynku.

Tak długo, jak siła zasadza się na ogromnych masach zakumulowanego kapitału, jak nazywa je Marks, czołowi kapitalistyczni gracze mogą używać tych ogromnych mas kapitału w celu korumpowania polityków, kontrolowania mediów, kupowania wyborów itd. Aby stworzyć socjalistyczną demokrację, musimy obalić te ośrodki władzy. Decydujące jest także zerwanie z gigantami pokroju Facebooka i Google’a.

W Katalonii działa ogromny ruch społeczny na rzecz samostanowienia. W tym wszystkim pomija się jednak jedno pytanie. Co tak naprawdę oznacza „być suwerennym”?

Pytanie o suwerenność brzmi: czy państwo kontroluje finanse, czy finanse kontrolują państwo? W Grecji, niech posłuży ona za przykład, ewidentnie mamy do czynienia z wariantem drugim – suwerenność Grecji jest w zasadzie bez znaczenia. Niewielka część układu sił kontroluje cały kraj.

Co ciekawe, to samo mówi się w Stanach Zjednoczonych. Gdy do władzy w wyniku wyborów 1992 r. doszedł Bill Clinton, przedstawił swój program gospodarczy. Doradca polityczny Clintona, Robert Rubin – który wcześniej pracował w Goldman Sachs, a później został sekretarzem skarbu – powiedział: „Nie możesz tego zrobić”. Clinton na to: „Dlaczego nie?”. Rubin odpowiedział: „Ponieważ nie pozwolą ci na to posiadacze obligacji”. Clinton miał wtedy powiedzieć: „Chcesz mi wmówić, że cała moja polityka gospodarcza i moje szanse na reelekcję zależą od jakichś cholernych handlarzy papierami?”. Rubin przytaknął. W efekcie Clinton zastosował neoliberalne rozwiązania takie jak NAFTA i nie wprowadził tego, co obiecał – darmowej opieki zdrowotnej.

Myślę, że znajdujemy się w sytuacji, gdy rządy sprawują spekulanci finansowi, a nie politycy. Zatem, powracając do pytania o suwerenność, jeśli myślisz, że możesz wybić się na niezależność od wpływów innych, to w dalszym ciągu stoisz przed problemem – jak poradzisz sobie z władzą posiadaczy obligacji i z władzą kapitału finansowego. Nie jestem pewien czy istnieje jakakolwiek rzeczywista niezależność wynikająca jedynie z politycznej niepodległości.

Spójrzmy na Stany Zjednoczone: co myślisz na temat wzrostu znaczenia demokratycznego socjalizmu? Co to oznacza dla ruchów politycznych spoza USA?

Dotychczas mieliśmy tylko jedną partię – partię z Wall Street – wraz ze skrzydłami demokratycznym i republikańskim. Hillary Clinton była wytworem Wall Street. Jednym z jej kluczowych błędów, które popełniła przed wyborami, było wygłaszanie mów dla Goldman Sachs, za co dostawała każdorazowo 250 tys. dolarów. Napisałem do nich i zaproponowałem, że mogę wygłosić dla nich mowę za 200 tys., ale wygląda na to, że nie byli zainteresowani. Clinton przyjęła duże pieniądze i wszyscy o tym wiedzieli. Przywódca Demokratów w Senacie, Chuck Schumer, zarobił na Wall Street więcej niż ktokolwiek inny. Partia Demokratyczna to partia Wall Street. Jest tak od momentu, gdy utraciła swoje oparcie w związkach zawodowych w latach 80.

W łonie Demokratów istnieje frakcja utrzymująca, że powinniśmy spróbować odciąć się od Wall Street – Bernie Sanders mówi, że potrzebuje politycznej rewolucji. Zdaje się, że dwie trzecie partii uważa, że potrzebuje ona wsparcia Wall Street, a pozostali są odmiennego zdania. Rośnie jednak zrozumienie dla tego, że Wall Street rzeczywiście stanowi problem. Ciekawe, jak szerokie kręgi ogarnie to zrozumienie.

Polityczna mobilizacja ludzi w przeważającej mierze zależeć będzie od radykalizacji młodzieży. W czasach, kiedy Zimna Wojna należy do przeszłości, ludzie młodzi nie rozumieją tego całego antykomunistycznego przekazu, który mówi, jaki to ten socjalizm jest zły. Prawica stara się ich przekonać, że tak jest, ale kiedy młodzi słyszą, że socjalizm to unieważnienie długów studenckich oraz darmowa opieka zdrowotna, to pomyślą raczej, że brzmi to całkiem nieźle: „Jeśli na tym polega socjalizm, to zostanę socjalistą”.

Myślę, że w takim właśnie momencie się znajdujemy. Pojawienie się Donalda Trumpa bez wątpienia popchnęło wielu ludzi w kierunku aktywności politycznej, tak jak przyczyniła się do tego ofensywa wymierzona w aborcję i prawa kobiet. Nie jestem pewien, czy znajdujemy się w zwrotnym punkcie, ale z pewnością istnieje opór. Sądzę, że podczas kolejnych wyborów zobaczymy dryf na lewo, ale partia Wall Street nie przestanie istnieć.

Tłumaczył Paweł Szczęch

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w lipcu 2019 r. Rozmowę przeprowadził Arnau Barquer z magazynu „Catarsi” podczas czerwcowego pobytu Harveya w Barcelonie. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

David Harvey – teoretyk społeczny, geograf, profesor antropologii w City University of New York. Wniósł znaczący wkład w rozwój geografii jako dyscypliny akademickiej. Stosuje metodologię marksistowską do analizy globalizacji i kapitalizmu. Autor wielu książek i setek tekstów naukowych i popularyzatorskich.

Prof. Monika Kostera: Zarządzanie ględami

Prof. Monika Kostera: Zarządzanie ględami

Ostatnimi czasy z przyjemnością miłośniczki soczystej polszczyzny używam Okraskowego określenia (czyli okraskizmu, jak twierdzi lud fejsbukowy) „ględzenie”. Oznacza ono pewien rodzaj gadaniny – bezrefleksyjnej mowy przywileju i nudnego poczucia wyższości i uprawnienia. Jest to słowo polskie i trafne, nie wymaga przemodnych kalek językowych z angielszczyzny i oddaje idealnie sedno sprawy. Jedną z takich kalek, która przybrała znamiona plagi, jednocześnie doskonale łącząc się z ględzeniem, jest zarządzanie czym popadnie. Angielskie słowo to manage ma w języku polskim wiele znaczeń, takich jak dawać sobie radę, radzić sobie, kontrolować, potrafić, obchodzić się, kierować i zarządzać. Wszystkie te znaczenia (i wiele innych) bywają ostatnio tłumaczone jako zarządzanie.

Bzdura kosmiczna! Nie istnieje coś takiego, jak zarządzanie sobą, zarządzanie talentem, zarządzanie relacjami, zarządzanie millenialsami, zarządzanie stresem, zarządzanie emocjami, zarządzanie pasją, zarządzanie ambicją, zarządzanie wiekiem, zarządzanie gniewem (wszystko to autentyki). Równie dobrze można by wyobrazić sobie następujący mądry dialog: „jak dajesz sobie radę w tym deszczowym czasie? – jakoś zarządzam”; how to you endure in the rainy season? – somehow I manage. A „zarządzam sobą” to po angielsku I am the director of myself. Mojego prywatnego anty-Miodka zdobywa jednak „zarządzanie życiem”, którego podejmuje się uczyć pewna prestiżowa warszawska uczelnia na specjalnych studiach podyplomowych, drogich i „elitarnych”.

Zarządzanie to wszak gospodarowanie (rzadkimi) zasobami, zatem możemy mówić o zarządzaniu fabryką, finansami, produkcją, ewentualnie czasem (jeśli chodzi o podejście systemowe, nie o własny kalendarzyk). Dalej, kieruje się ludźmi, zarządza personelem, bo w domyśle to cały podsystem przedsiębiorstwa, nie tylko ludzie jako tacy, ale także przepisy, stanowiska pracy, funkcje doboru, utrzymania i rozwoju itd.

Skoro mamy sezon ogórkowy i idę bardzo poważnie być offline w sierpniu, z plecakiem i bez zarządzania, to ten felieton będzie troszkę mniej serio. Nie aż tak, by nie wyraził moich głębokich i stałych w swej negatywnej tonacji uczuć wobec kapitalizmu, ale, być może, wyrazi je nieco mniej solennie. Jeśli potrafię.

Na początek coś bardziej serio – dlaczego warto się zastanawiać nad ględzeniem. Duński metodolog nauk społecznych prof. Bent Flyvbjerg zwraca uwagę, że wówczas, gdy ma się do czynienia z materią społeczną, należy zadawać kilka podstawowych pytań: dokąd zmierzamy? Kto wygrywa, a kto traci na tym, że zmierzamy tam, gdzie zmierzamy? Czy ten kierunek rozwoju jest pożądany? Jeśli nie, to co powinniśmy z tym zrobić? Te pytania są obowiązkowe dla wszystkich uczonych zajmujących się naukami społecznymi – bez brania pod uwagę ukrytego często głęboko w strukturach społecznych czynnika władzy, czyli fundamentalnego pytania, dla kogo dane zjawisko jest korzystne, nauki społeczne są bez wartości. W codziennym życiu nie jest to postulat aż tak mocny, jedynie zachęta do refleksji. Może przydać się wszelkim osobom zainteresowanym mediami, a także socjalistom, których, przypomnę, łączy przede wszystkim dążenie do obalenia kapitalizmu i zmiany świata na lepsze. Krytyczne myślenie i refleksyjność mogą być w tym bardzo pomocne. Zatem wszelkie „prawdy oczywiste” nie są prawdą. To ględy. Znów powołam się na spostrzeżenia Flyvbjerga, który głosi, że myślenie krytyczne jest niezbędne, bo w zetknięciu z materią społeczną musimy zrezygnować z wszelkich pretensji, także tych niewyrażonych wprost, by naśladować sukces nauk ścisłych w tworzeniu teorii kumulatywnych i predyktywnych, bo takie podejście po prostu nie działa w naukach społecznych. Nie ma więc żadnych obiektywnych praw, na których możemy się oprzeć. Zawsze musimy odnieść się do problemów, które mają znaczenie dla konkretnych grup ludzi w społecznościach lokalnych, narodowych i globalnych, w których żyjemy, i musimy robić to w sposób mający znaczenie, czyli po prostu mieć im coś do powiedzenia i do zaproponowania. Inni ludzie to nie tylko nasze „przedmioty badań” czy też czytelnicy, wyborcy, oddane głosy, słupki sondażowe, ale nasi współobywatele. To, co mówimy i jak mówimy, jest naprawdę ważne, bo, nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, jest zawsze częścią dialogu, podkreśla Flyvbjerg. Zostawmy wakacyjnie naukę troszeczkę na boku i hop, wskoczmy do basenu słów i gadaniny, której częścią bardzo poczesną są nie tylko pociągające plotki i gawędy, ale też rozmaite ględy.

Pierwszym i całkiem niebanalnym rodzajem ględzenia są ględy o wszech-zarządzaniu. Bogiem a prawdą nie tylko złe zwyczaje tłumaczeniowe i brak wiedzy leżą u podstaw tego nałogu. Jedną z głównych jego przyczyn jest to, że po prostu opłaca się tak mówić – za takie sformułowania przyznawane są granty, pozytywne oceny recenzentów i innych opiniodawczych ważnych gron. Niedawno Aldona, doktorantka z dziedziny nauk społecznych, próbowała otworzyć przewód z pracą o wspieraniu zaradności profesjonalnej pewnej grupy zawodowej, powiedzmy, artystów. Komisja stanowczo odrzuciła propozycję, nakazując zmianę tytułu na przedsiębiorczość. Aldona, pomimo przekonujących uzasadnień i pogodnego, niekonfrontacyjnego usposobienia, rada nie rada musiała zmienić tytuł i aparat terminologiczny, bo inaczej nie mogłaby wyników swoich badań przedstawić jako pracy doktorskiej. Inna doktorantka, Angelina, która zaproponowała jako tytuł swej pracy „Kierowanie ścieżką zawodową”, została nakłoniona do jego zmiany na „Zarządzanie karierą”, bo jej oryginalny tytuł skojarzył się komuś z PRL. Angelina z trudem powstrzymała pytanie: a komu i jak będzie się mój zmieniony tytuł kojarzyć za 20 lat?

Naukowcy znają takie historie doskonale, nie muszę się nad nimi za bardzo rozwodzić. Jednak język, którego używamy w nauce nie jest w tym przypadku wyłącznie naszą hermetyczną sprawą. Pozostali ludzie przyzwyczaili się do takiego języka – z wyjątkiem lingwistów i filozofów, których, bywa, że chętnie czytamy, ale rzadko słuchamy. Zwykli ludzie widzieli tego typu konstrukty miliony raz w ciągu dowolnego miesiąca i myślą, że to jest poprawna forma. Zarządzacze, czyli teoretycy zarządzania, są zadowoleni, bo po cichu i prawie bez wysiłku rozbudowują swoje imperium symboli. Problem w tym, czym będziemy się, jako dyscyplina nauki, zajmować, gdy skończy się bańka – a kiedyś się skończy – i z czym właściwie zastaniemy? To imperium symboli zawiera ględy. Coś takiego jak „zarządzanie życiem” czy „zarządzanie sukcesem” nie ma sensu poza modą na zarządzaniową nowomowę. Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie: co będziemy badać w czasie, gdy zarządzanie nie będzie już modne, gdy nie będzie wiodącą ideologią? Ja mam pewien pomysł – będziemy zajmować się mniej więcej tym samym, czym oryginalnie mieliśmy jako nauka akademicka (czyli nie szkoły handlowe, lecz instytuty uniwersytetów), mniej więcej od lat 20. czy 30. ubiegłego stulecia i przez cały czas od tamtej pory. Nawet mam polski dyplom z tej dyscypliny: magister organizacji i zarządzania. Podobny pomysł ma mój wybitny kolega profesor Martin Parker, z tym że on proponuje, by pozbyć się z nazwy zarządzania, bo jest to wszak część składowa szerszego pojęcia – organizacja.

Kolejny podgatunek ględów to władzoprelekcje. Może zacznę prezentację takowych od tego, że nie wierzę w „mansplaining”. To tylko część zjawiska i tak jak bywa modnie przedstawiana zaciemnia raczej niż eksponuje problem, jakim jest retoryka władzy i przywileju. Tak, to prawda, że w patriarchacie strukturalną władzę mają mężczyźni – nie jako grupa żywych ludzi, ale cecha dostępu do uprzywilejowanej struktury społecznej. Bycie facetem z władzą daje coś w rodzaju klucza generała do wszystkich struktur. Więc gdy oni (faceci z władzą, nie faceci władzy pozbawieni) sobie gawędzą, to wszyscy ich słuchają, w tym także ci, którzy lepiej od tamtych znają się na przedmiocie gawędy. To samo robią wszakże kobiety mające władzę, dokładnie tak samo nie wiedząc, że to robią – a nawet, przeciwnie, czując się dumne, że tak oto prezentują silną kobiecość i ach jakież to wyzwalające dla potęgi jajnika. Tymczasem władza to władza i działa tak samo, niezależnie od genitaliów. Podpieseł płci dowolnej może sobie gadać ile wlezie i tak czy owak kiedyś przyjdzie ktoś, kto naprawdę wytłumaczy to samo i wtedy świat usłyszy. Podpieseł może być co najwyżej zabawny, interesujący albo – na ogół – niezauważalny lub irytujący. To oczywiste, że należy jej/jemu wytłumaczyć wszystko porządnie.

Kolejny podtyp ględów to śmieciomichałki. Przykłady, przykładziki, atrakcyjne ilustracyjki na prawach niepodważalnego argumentu. Na przykład bardzo popularne są ostatnimi czasy w polskiej akademii anegdoty o tym, jak uczony złożył do oceny publikację składającą się z samych pustych stron, a w sektorze IT opowiastki o informatyku, który zapomniał przychodzić do pracy. Służą one legitymizacji postulatu wzmożenia kontroli – słuchacze oburzają się, że oto inni – ci okropni akademicy, ci luzacy informatycy – mają takie fory, podczas gdy oni muszą rzetelnie pracować.

Chciałabym zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, to tylko anegdoty. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona i nie ten jeden leser, luzak, oszust, alkoholik powoduje upadek morale, lecz czyni to na ogół osoba na pozycji władzy, dająca zły przykład innym. W wyniku wzmożenia kontroli osoby stosujące wobec swojej pracy taryfę ulgową i pragnące to legitymizować, starają się o uzyskanie takiej pozycji, by działać w ten sposób bez negatywnych konsekwencji, a nawet z możliwością uzyskania permanentnych przywilejów. Stają się niewidoczne, ale sposób ich działania wyznacza odtąd normę dla całego podsystemu, którym kierują. Koszty zaostrzenia kontroli zawsze spadają na innych, głównie na tych „ze środka” struktur lub na najsłabszych (na różne sposoby) pozycjach.

Po drugie, kwestia warunków pracy – w przypadku pracy naukowej czy pracy informatyka warunki jej wykonania są inne, niż w przypadku sprzedawcy szamponów. W ogóle niewyalienowana praca ma to do siebie, że odbywa się we właściwym sobie kontekście, ma swoje zasady, prawa i narzędzia. W kapitalizmie dominujący postulat kontroli przez oderwanie pracy od wiedzy i wpływu pracownika, na początku zastosowany był wobec robotników przemysłowych jakieś sto lat temu i stopniowo objął wszystkie grupy zawodowe, ba, nawet profesje takie jak medycyna czy akademia. Deprofesjonalizacja przynosi mnóstwo fatalnych skutków, takich jak systematyczne obniżanie standardów, odłączenie empatii, czyli profesjonalna znieczulica i szalejąca alienacja wywołująca epidemię depresji.

Po trzecie, cóż w tym złego, by funkcjonowały w organizacjach różne postaci, ludzie niedoskonali czy mający niedoskonałe momenty? Można, zamiast czynić z nich kozły ofiarne, starać się nad nimi pochylić, pomóc, zdyscyplinować, wyedukować. Z tego, co pamiętam, na tym miało polegać nowoczesne kierowanie ludźmi. Gdyby nikt nie pochylił się swego czasu w zwykłej nastawionej na zysk korporacji nad posiadającym wówczas sto problemów Johnem Burnsidem, nie mielibyśmy dziś genialnego szkockiego poety. Pytanie za kupon na pietruszkę od felietonistki-strukturalistki: dlaczego śmieciomichałki zawsze dotyczą słabych, maluczkich, organizacyjnych podpiesełków? Jakoś nigdy nie słyszy się o szefie, który zapomniał przyjść do pracy. Albo o dyrektorze-alkoholiku, który od rana dolewa sobie z piersióweczki whiskaczyka do kawki. Czemu nie czyta się prasowych bzdurek o menedżerach wpisujących losowe słowa do raportów? A już z całą pewnością – o inwestorze miliarderze, którzy zapomniał przyjść do pracy… Może to nie dotyczy tych pozycji, funkcjonują na nich wyłącznie tytani pracy i aniołowie odpowiedzialności?

Podgatunek kolejny, niebanalny. Ballada o zgniłku. Czasami – wcale nie bardzo rzadko – pojawia się w dyskursach naszych codziennych i medialnych taka granicząca z sadyzmem „dorosłość”: „zaraz wam udowodnię, że świat jest zgniły, ja to wiem, teraz i wy się przekonacie”. Jestem zmęczona założeniem, że posiadanie poglądów, szczerość, zaangażowanie, są miarą niedojrzałości i godne pogardy, natomiast o prawdziwej dojrzałości świadczy – i zasługuje na zaufanie – wyłącznie cynizm. W ten sposób można przedstawić siebie jako postać poważną i dojrzałą, zasługującą na bogactwo i władzę. Można w ten sposób przekonywać, że się na wszelkie te nagrody w pełni zasługuje. Dlaczego? Bo taka osoba spojrzała w otchłań i otchłań spojrzała na nią i głęboko westchnęła. Nie, nie jest to efekt dojrzałości, lecz na ogół kooptacji. Była idealistka, były idealista, którzy tego doświadczają, prawdopodobnie nie tyle dorośli, co sprzedali swoje ideały za jakąś tam cenę, mniejsza z tym, czy z życiowej konieczności, czy z innego powodu. Ballada o zgniłku potrzebna jest takiej osobie do tego, by za jednym zamachem uprawomocnić to, co zrobiła – zwykłą i dość pospolitą zdradę, a jednocześnie odreagować swoją złość, smutek i obrzydzenie z tego powodu na kimś innym, na sobie samej sprzed aktu zdrady, na innych, którzy (jeszcze, wcale) tego aktu nie dokonali. Dzięki balladzie znów czuje się uskrzydlona, znów czuje, że żyje i walczy – to nieważne, że tym razem na radykalnie innym froncie i bardziej z samą sobą, niż przeciwko zniewoleniu. Ględzenie o doniosłości bycia zgniłkiem jest, w istocie, formą permanentnego samobójstwa, które można popełniać wciąż na nowo, w uniesieniu.

Skoro sezon ogórkowy, to nie musi być mądrych konkluzji. Może tylko tyle, że takie ględy tworzą coś, co z pozoru jest lekkie i frywolne – modę. Zawsze zadziwiała mnie i przerażała siła, która w połowie lat 70. nagle kazała wszystkim kobietom nosić jednakowe koszulki z nadrukiem portretu zagadkowej kobiety, potem skarpetki z koronką, a potem nagle wszystkim głosić, że rynek rozwiąże sam wszystkie problemy ludzkiej egzystencji. Moda jest tylko z pozoru lekka i zabawna. To jedna z potężnych sił instytucjonalizacyjnych, czyli takich wielkich kulturowych dynamik, które kształtują instytucje społeczne – szczególnie trwałe i głębokie podstawy do budowania struktur społecznych, na ogół przyjmowane jako oczywiste i dlatego niewidoczne z perspektywy zwykłego członka czy członkini społeczeństwa. Można porównać je do aksjomatów, fundamentów, których się nie kwestionuje. Zmieniają się powoli i pod wpływem potężnych presji, takich jak prawo czy edukacja. Oraz – moda. Tak, to pozornie niepoważne zjawisko ma gigantyczną moc. Jeśli wszyscy zaczniemy mówić o zarządzaniu żołądkiem, to za czas jakiś stanie się to oczywiste i pomoże wypromować dalej modę na zarządzanie i na to, by traktować działanie wewnętrznych narządów ludzkiego ciała jako możliwe do kontrolowania w analogiczny sposób, w jaki kontroluje się np. produkcję środków czystości. Pomoże w dalszym kreowaniu wizji świata jako wielkiej korporacji i posłuży jeszcze większej fragmentaryzacji tkanki społecznej – każdy jest odpowiedzialny za działanie swojego ciała. Nie zdziwmy się, gdy pojawi się nurt żołądkowej przedsiębiorczości, w ramach którego osoby pozwalające swoim narządom trawić spokojnie spożytą kanapkę z serem piętnowane będą jako pasywne homo sowieticusy bez grosza inicjatywy, niezasługujące na dostęp do publicznej służby zdrowia. Ale nie zdziwmy się też, gdy pojawi się jakaś moda dzika, szalona, jak na słynnej farmie Yasgura latem 1968 roku i zrzucimy z siebie zarządzaniowe ględy jak hippisi krawaty, szpilki i staniki i poszybujemy jako tkanka społeczna nie do końca przewidywalna, chwała niebiosom, ku przyszłości niewyzarządzanej i nieprzedsięwziętej. Gdzie też będą ględy, ale całkiem inne.

prof. Monika Kostera

Żegnaj próchnico!

Za chwilę zaczyna się rok szkolny. Od września w każdej szkole mają pojawić się gabinety pielęgniarskie i stomatologiczne, zapewniające opiekę zdrowotną w miejscu pobierania nauki dzieciom do 19. roku życia. Pojawić się, a raczej powrócić – dentyści zniknęli ze szkół ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w latach 90. Od tego czasu, pomimo obecności prywatnych gabinetów niemal na każdym rogu, stan zębów polskich dzieci i młodzieży systematycznie się pogarsza.

Jak informuje strona zdrowie.gov.pl. próchnicę ma już ponad połowa, bo aż 57% trzylatków, 80% pięciolatków i aż 90% siedmiolatków. Statystyki podają, że 35% polskich dzieci w wieku 7 lat ma przynajmniej jedną plombę, a 12% dzieci w tym wieku ma już za sobą pierwsze przeżycia związane z usunięciem chorego zęba. W porównaniu ze średnimi europejskimi wynoszącymi odpowiednio 15% i 9% polskie dzieci nie wypadają najlepiej.

Publikacje na temat ogromnego rozpowszechnienia próchnicy (która jest chorobą zakaźną!) pomijają jednak całkowicie temat dostępności darmowego leczenia. Skupiają się za to na piętnowaniu rodziców za niski poziom świadomości zdrowotnej, brak profilaktyki i zainteresowania stanem zębów potomstwa. Kolorowe foldery informują o konieczności przeprowadzania badań kontrolnych uzębienia już od szóstego miesiąca życia dziecka. Ostrzegają, by nie dopuszczać do próchnicy zębów mlecznych, które „w razie czego się wyrwie”, ponieważ dzieci z ubytkami w zębach mlecznych nie mogą prawidłowo jeść, a czasami także mówić. Usunięcie zębów zaatakowanych przez próchnicę przyczynia się do wad zgryzu w późniejszym wieku. „Lepiej zadbać o zęby, by nasze pociechy mogły cieszyć się uśmiechem nie tylko we wczesnym dzieciństwie” – informuje jedna z publikacji Ministerstwa Zdrowia. Na radosnych zdjęciach wszyscy mają piękne białe uzębienie.

Pod enigmatyczną formułą „zadbać” kryje się cały bezlitosny sztafaż III RP i wykrzywiona twarz polskiego liberalizmu. Obywatel/ka ma samodzielnie troszczyć się o zapewnienie sobie na wolnym rynku usługi medycznej, która jest jedną z droższych. W kraju, gdzie bardzo wiele osób zarabia wciąż poniżej 2 tysięcy złotych „na rękę” miesięcznie, koszt jednorazowej wizyty u dentysty – w sprawie jednego zęba – to 150-400 zł. A na jednym spotkaniu bardzo często się przecież nie kończy. Nawet jeśli zlekceważymy odkamienianie, wybielanie, dostawianie koronek czy leczenie mniej widocznych, tylnych zębów – i tak wydamy fortunę, jeśli za jamę ustną weźmiemy się całościowo. Koszt leczenia kanałowego jednego zęba przekracza w tym momencie 1000 zł. Mityczny strach przed dentystą i „zaniedbywanie” zębów to jedno, ale bardzo wielu Polaków przed wizytą w prywatnym gabinecie powstrzymuje po prostu cena. Zwlekają, póki nie zacznie naprawdę solidnie boleć. Wtedy zdarza się, że biorą na leczenie „chwilówkę”.

Można oczywiście leczyć zęby na koszt NFZ, lepszy rydz niż nic. Jednak zakres refundowanych zabiegów nie jest szeroki, a poza tym występuje system dopłat. Do znieczulenia. Do lepszej, jaśniejszej, mniej rzucającej się w oczy plomby. I oczywiście długie terminy, co, w połączeniu z faktem, że bólu zęba nie da się ignorować dłużej niż przez kilka dni, napędza klientelę prywatnym gabinetom.

Czy to wszystko oznacza, że nic się nie da zrobić i należy nabijać kabzę prywatnym przychodniom, bo NFZ jest słabe i niewydolne? Wręcz przeciwnie: należałoby wrócić do pomysłu darmowego, powszechnego leczenia stomatologicznego. Wprowadzić ponownie gabinety do szkół, zwiększyć kadry i liczbę przychodni funkcjonujących na kontraktach z NFZ, a docelowo – otworzyć zupełnie darmowe poradnie dentystyczne, zaś w regiony, gdzie ich nie ma, puścić dentobusy.

Plany te nie są nowe, a wręcz mają już ładnych parę lat, bo, wbrew pozorom, już niespełna dekadę po wypędzeniu gabinetów ze szkół zorientowano się, że nie był to wcale najlepszy pomysł. Państwo radośnie umyło ręce od swoich psich obowiązków, przekazując je, jak zazwyczaj, sektorowi prywatnemu. Kogo stać, poradzi sobie. Kogo nie stać, bo ma pilniejsze wydatki, np. chleb – będzie szczerbaty.

Już w 2010 r. „Gazeta Współczesna” pisała o pomyśle na dentobusy, czyli w pełni wyposażone autobusy dentystyczne, które będą przemieszczały się z regionu do regionu. Ministerstwo Zdrowia wpadło na ten pomysł w 2008 r., dwa lata później jednak nadal pozostawał on w sferze planów. Dentobusy wyruszyły do polskich wsi i mniejszych miejscowości dopiero po niemal dekadzie. „Zdaniem specjalistów, przyczyną pogarszającego się stanu zębów u dzieci i młodzieży jest likwidacja gabinetów stomatologicznych w szkołach. Jeszcze kilkanaście lat temu to one tworzyły główną sieć kontroli nad uzębieniem najmłodszych. Teraz ta odpowiedzialność spoczywa w całości na rodzicach” – alarmowała już w 2010 r. gazeta. Przypominała, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej zęby dzieci były systematycznie kontrolowane. Raz w semestrze do klasy przychodziła dentystka i zapraszała wszystkie dzieci do gabinetu na przegląd zębów. Kto chciał leczyć się prywatnie, poza szkołą, mógł odmówić. Ale ogromna grupa dzieci korzystała na takich przeglądach, bo stanowiły one sito przesiewowe do bezpłatnego leczenia.

Latem 2018 r. ruszył program pod hasłem „Poprawa dostępności do świadczeń stomatologicznych dla dzieci i młodzieży w szkołach”. Do szkół publicznych miały powrócić gabinety dentystyczne. Samorządy na szczeblu gminnym, powiatowym i wojewódzkim miały składać wnioski o dofinansowania wyposażenia i remontów. Jednak w 2018 r. otwarto tylko kilkadziesiąt gabinetów, głównie w małych miejscowościach. Koszt wyposażenia takiej pracowni to prawie 50 tys. zł, tu jednak kłopoty się nie kończą.

Program napotyka na wiele problemów, przede wszystkim kadrowych. Brak pielęgniarek jest już legendarny – przez lata żelazna ręka wolnego rynku ściskała je w klinczu niskich płac, szantażu emocjonalnego („nie odejdziecie do łóżek,, bo narazicie pacjentów”) lub jednym i drugim skutecznie zachęcała do wyjazdów na Zachód. Dentystów za to nie brakuje, to jeden z intratniejszych zawodów medycznych. Cóż z tego, skoro nie chcą pracować w szkołach (a i nierzadko leczyć „na NFZ”), bo „to się im nie opłaca”. W dodatku logika rynkowa przez ostatnie trzydzieści lat przeorała nam umysły tak solidnie, że są w takim podejściu usprawiedliwiani. Pielęgniarka może zarabiać tragicznie mało, chwytać sroki trzech etatów za ogon, a „jak się nie podoba, to zmienić pracę”, stomatolog ma zaś wyłącznie zarabiać i bogacić się w prywatnym gabinecie, mimo że państwo polskie zapłaciło za lata jego darmowych studiów, praktyk i ćwiczeń. W którym momencie zatraciliśmy rozsądek, trzeźwość myślenia, dbałość o zdrowie obywateli? Dlaczego uznaliśmy, że przedstawiciele pewnych niezbędnych zawodów nic nie muszą, choć ich pomoc jest de facto nieodzowna?

Kilka dni temu czytałam na facebookowym profilu Związku Nauczycielstwa Polskiego dyskusję o powrocie darmowej opieki dentystycznej do szkół. Jeśli uda się to przeprowadzić, to wydawałoby się, że to wspaniały pomysł, prawda? Otóż nie – w optyce większości komentujących jest to idea fatalna. „Kojarzy się z komuną”, „jakość plomb będzie słaba”, „dzieci będą się bały”, „nikt nie powinien prowadzić leczenia pod nieobecność rodzica”, i tak dalej. Powracają (i dominują) także oczywiście stare liberalne śpiewki. Prywatne lepsze. Dentystom nie będzie się opłacać, a trudno ich zmuszać. Kto za to wszystko zapłaci? – oczywiście my, z podatków.

Byłam przerażona, że można ludziom oferować coś dobrego i za darmo, rozwiązanie, które może oznaczać uporanie się z problemem próchnicy wśród dzieci na szerszą skalę, ale i tak wiele osób uzna je za niekoniecznie, a wręcz potraktuje je wrogo. Płacą podatki i jęczą, że nie ma usług publicznych (a raczej ich nie dostrzegają, bo przecież są, i to znośne). Mają możliwość dostać coś w zwrocie za te podatki, bez ich podwyższania – pomoc i usługę, która kiedyś była standardem w szkołach. Wolą zapłacić za prywatne na wolnym rynku kupę forsy, bo „lepsze” – niech płacą. Ale niech nie torpedują prawa dostępu do takiej pomocy tym, którzy jej potrzebują. Nie wszystkie dzieci są prowadzane do prywatnych dentystów, którzy rozdają pluszowe ząbki i odznaki dzielnego pacjenta. Są dzieci z próchnicą, której nikt nie leczy, bo brak na to czasu i środków. Nie wszystkim dzieciom ktoś poda choćby witaminy czy tabletkę przeciwbólową. Nie wszystkie dzieci ktoś zważy, zmierzy, dostrzeże wady postawy czy wszawicę. Nie wszystko rozwiąże wolny rynek rękami rodziców, bo nie wszyscy rodzice mają pieniądze, wiedzę i kompetencje, by prowadzać dziecko do dentysty czy na zwykłe bilanse. Mówienie „to niech zaczną mieć” to wygodne spychanie odpowiedzialności z państwa, które za „złej komuny” takie minimum zapewniało.

Bardzo trudno będzie przywrócić opiekę pielęgniarską i dentystyczną w każdej szkole. Są problemy z kadrami, choć mógłby je rozwiązać np. nakaz praktykowania młodych dentystów przez jakiś czas w szkole czy poradni państwowej, za stawki nierynkowe, dla dobra wspólnego. Są problemy finansowe i organizacyjne – za gabinety mają zapłacić samorządy, którym właśnie rząd uszczuplił wpływy, wprowadzając zerowy PIT do 26. roku życia. Przed nami korowód kłopotów, które będziemy musieli pokonać tylko po to, by… przywrócić do dawnego stanu to, co mieliśmy i co nieźle funkcjonowało. Ale trzeba koniecznie wejść na tę drogę. Innej nie ma.

Magdalena Okraska

Argentyńska wołowina i niemiecka fura a sprawa polska

Kierownictwo Komisji Europejskiej oraz Mercosur, międzynarodowej organizacji gospodarczej zrzeszającej Argentynę, Brazylię, Paragwaj i Urugwaj, podpisały 28 czerwca porozumienie handlowe. Negocjacje trwały prawie 20 lat, lecz do ich finalizacji doszło w ciągu kilku tygodni przez kończące swoją kadencję władze Komisji Europejskiej. Umowa zakłada redukcję barier celnych, uproszczenie procedur prawnych oraz dopuszczenie do przetargów publicznych [1]. Sygnatariusze porozumienia poruszają kwestie ochrony konsumentów, środowiska i standardów pracy, jednak dotychczasowe doświadczenia liberalizacji handlu międzynarodowego uczą, że priorytetem pozostaje zyskowność sektora prywatnego kosztem jakości życia mieszkańców obydwu kontynentów.

Wgląd w strukturę handlu między UE a Mercosur pozwala zidentyfikować głównych beneficjentów porozumienia. W Unii są to sektory produkujące maszyny, sprzęt transportowy, chemikalia i produkty farmaceutyczne. Wiodącą rolę w tych branżach odgrywa kapitał niemiecki. Dla przeżywającej spowolnienie gospodarki Niemiec obniżenie jednych z największych taryf importowych na samochody będzie szansą do zwiększenia swojej rentowności [2]. Z kolei kraje Ameryki Południowej celują w eksporcie żywności, napojów i tytoniu. Do roli potentatów rosną eksporterzy mięsa drobiowego z Brazylii i mięsa wołowego z Argentyny. Przeciwko temu protestują europejscy producenci rolni. Wskazują, że wzrost importu oznacza napływ żywności niespełniającej unijnych norm jakości oraz naruszenie dobrostanu zwierząt i reguł ochrony środowiska [3].

Protest już trwa

Gotowość unijnego establishmentu do przehandlowania europejskiego rolnictwa dla zysków niemieckiego przemysłu samochodowego wywołała sprzeciw producentów rolnych i grup działających na rzecz ochrony środowiska. COPA COGECA – europejskie zrzeszenie rolniczych związków zawodowych i organizacji spółdzielczych – wydało oświadczenie, w którym skrytykowało odchodzącą Komisję Europejską za wdrażanie polityki podwójnych standardów, która grozi gospodarkom z rozwiniętym sektorem rolniczym. Podpisana umowa stoi w sprzeczności z deklarowanymi celami unijnej polityki, a zadaniem nowych władz UE powinno być ograniczenie jej negatywnego wpływu [4].

Do innych kwestii odnoszą się organizacje na rzecz ochrony środowiska i społeczeństwa obywatelskiego. W otwartym liście krytykują ekspansywną politykę rolną wspieraną przez prezydenta Bolsonaro. Prowadzi ona do niszczenia lasów Amazonii oraz do ataków na ludność autochtoniczną. Prezydent Brazylii jest również odpowiedzialny za łamanie praw człowieka. W konkluzji ponad 340 organizacji sygnujących list wzywa UE do natychmiastowego wycofania się z negocjacji z krajami Mercosur [5].

Zagrożenie ze strony międzynarodowej umowy mobilizuje nie tylko do wydawania oświadczeń. Znani z gotowości do radykalnych działań francuscy rolnicy protestowali na ulicach w ciągu ostatnich tygodni. Demonstracje miały również miejsce w Belgii i Irlandii.

Od zawarcia porozumienia do jego wejścia w życie musi ono zostać zaakceptowane przez wszystkie instancje unijne i rządy narodowe krajów zrzeszonych w UE. Wciąż relatywnie niska skala mobilizacji społecznej ma jeszcze czas, by się wzmocnić i zablokować umowę na szczeblach krajowych. To jednak zależy od aktywności strony społecznej oraz determinacji południowoamerykańskiego i europejskiego kapitału do wdrożenia zmian faworyzujących ich interesy.

UE-Mercosur a sprawa polska

Handel z krajami Mercosur, światowymi liderami produkcji żywności, stanowi zagrożenie dla polskiego rolnictwa, szczególnie w obszarze wołowiny, cukru i drobiu. Jednocześnie polska gospodarka nie jest w stanie zrekompensować strat poprzez zwiększony eksport towarów do Ameryki Południowej. Zyski niemieckiego biznesu są nie do powtórzenia w polskich warunkach ze względu na brak analogicznej bazy przemysłowej i orientacji naszej produkcji żywności na potrzeby krajowe i unijne.

Wydaje się, że problem jest dostrzegany przez polskiego ministra rolnictwa. Na forum unijnym wskazywał na zagrożenia dla europejskiego rynku żywności płynące z porozumienia z Mercosur [6]. Na ile jednak rząd Mateusza Morawieckiego będzie zdecydowany na obronę interesów rolników i czy nie przehandluje ich kosztem innych celów?

Ocena wpływu umowy Mercosur nie powinna jednak być ograniczona do bieżącego bilansu zysków i strat. Zadać należy pytanie, czy sam fakt traktowania żywności jako towaru służącemu bogaceniu się jest właściwym podejściem. Z odrzucenia tego punktu widzenia wychodzi ruch na rzecz suwerenności żywnościowej. Suwerenność żywnościowa zakłada, że to same społeczności kontrolują sposób, w jaki żywność jest produkowana, dystrybuowana i konsumowana. Priorytetem są potrzeby społeczności i ochrona środowiska, nie zyski międzynarodowych korporacji, które dominują globalne łańcuchy dostaw [7]. Zdolność społeczeństwa do zagwarantowania sobie dostępu do pożywienia bez względu na okoliczności zewnętrzne stanowi podstawę długofalowego i zrównoważonego rozwoju. Coś przeciwnego głosi teoria liberalna, dla której krótkoterminowa efektywność ekonomiczna jest ostateczną miarą sensowności istnienia branż.

Dlatego suwerenność żywnościowa jest sztandarem, wokół którego należy gromadzić siły społeczne sprzeciwiające się międzynarodowej liberalizacji handlu i wynikającym z niej naruszeniom norm środowiskowych, standardów pracy czy praw konsumentów. Bieżący zysk ekonomiczny i rentowność gospodarstw rolnych są drugorzędne wobec produkcji zdrowej i pełnowartościowej żywności dostępnej ogółowi społeczeństwa. W tym ujęciu państwo aktywnie harmonizuje interesy producentów i konsumentów w trosce o bezpieczeństwo żywnościowe i efektywność produkcji.

Budujmy ruch!

Sprzeciw wobec umowy UE-Mercosur powinien być bodźcem do budowy polskiego ruchu na rzecz suwerenności w obszarze żywność. Łączyłby rolników, organizacje ochrony praw konsumentów i ekologów w kontrze do globalnych korporacji i wspierających je probiznesowo zorientowanych rządów europejskich i południowoamerykańskich.

Świadomość opinii publicznej na temat problemu pozostaje wciąż bardzo niska, w przeciwieństwie np. do TTIP, które było szeroko oprotestowywane. Nie pomaga temu ignorowanie tematu w mediach masowych. Z drugiej strony głosy niezadowolenia docierają z organizacji branżowych, AGROunii skupiającej bojowych rolników czy think tanków zajmujących się sprawiedliwym handlem oraz ochroną środowiska. Dlatego pierwszym krokiem powinna być integracja środowisk sprzeciwiających się temu porozumieniu handlowemu, z kluczową rolą samych rolników, i rozpoczęcie kampanii informacyjnej. Wymiana towarowa ma służyć stabilnemu i zrównoważonemu rozwojowi społeczności, nie zyskowi eksporterów i inwestorów poszukujących jak najbardziej efektywnej alokacji zasobów. To jednak zakłada podważenie instytucjonalnych ram globalnego handlu chronionego przez szereg międzynarodowych organizacji, jak MFW, WTO czy sama UE.

Dlatego budowa suwerenności żywnościowej nie oznacza bycia skupionym tylko na kwestiach lokalnych i zamknięcie się na problemy krajów globalnego Południa. Konieczne jest podważenie samej logiki utowarowienia jedzenia, kosztem potrzeb narodów świata. Dlatego walka o bezpieczeństwo żywieniowe w kraju jest jednocześnie walką o sprawiedliwszy model relacji międzynarodowych.

Kamil Sawczak

 

Przypisy:

1. http://trade.ec.europa.eu/doclib/docs/2019/june/tradoc_157954.pdf

2. https://worldview.stratfor.com/article/mercosur-high-auto-tariffs-are-all-part-game

3. http://www.portalspozywczy.pl/mieso/wiadomosci/mieso-na-wtorek-dlaczego-umowa-ue-z-mercosur-to-zla-wiadomosc-dla-branzy,173070_2.html

4. https://copa-cogeca.eu/Download.ashx?ID=3667046&fmt=pdf

5. http://s2bnetwork.org/letter-brasil-bolsonaro-eu-mercosur/

6. http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/francja-i-polska-stworza-wspolny-front-przeciwko-umowie-ue-mercosur,173655.html

7. https://www.globaljustice.org.uk/what-food-sovereignty

F-35 nad Fort Trump

F-35 nad Fort Trump

Czerwcowa wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie przyniosła deklaracje gospodarzy dotyczące zwiększenia ich obecności wojskowej w Polsce. Ponieważ projekt zasadzający się na dążeniu do osiągnięcia istotnego amerykańskiego zaangażowania na tej niwie, który z biegiem czasu zyskał miano „Fort Trump”, jest jednym ze sztandarowych przedsięwzięć obecnego obozu rządzącego w dziedzinie polityki zagranicznej, warto przeanalizować osiągnięte efekty i ocenić je w szerszym kontekście.

Podpisana przez prezydentów Dudę i Trumpa deklaracja, która z biegiem czasu ma przyoblec się w ciało formalnej umowy dwustronnej, zakłada zwiększenie o 1000 osób stanu żołnierzy amerykańskiego personelu wojskowego w Polsce, którego liczebność wynosi obecnie w ramach rotujących pododdziałów 4500 ludzi. Planowane jest utworzenie amerykańskiego wysuniętego dowództwa dywizyjnego, centrum szkolenie bojowego, wykonującej działania wywiadowcze, zwiadowcze oraz rozpoznawcze eskadry bezzałogowych statków powietrznych klasy operacyjnej MQ-9 (informacje przez nie uzyskiwane mają być udostępniane stronie polskiej), załadunkowo-rozładunkowej bazy lotniczej, grupy wsparcia dla teatru działań, zdolności amerykańskich sił specjalnych w zakresie wspierania operacji powietrznych lądowych i morskich oraz infrastruktury obsługującej brygadową grupę bojową, brygadę lotniczą oraz batalion wsparcia logistycznego. Siły te uzupełnią jednostki stacjonujące już w Polsce na zasadzie rotacyjnej. Są to pancerna brygadowa grupa bojowa (de facto ciężka brygada pancerna), transportowo-bojowa brygada lotnicza, stanowiący rdzeń Wysuniętej Wzmocnionej Obecności NATO batalion zmechanizowany, pododdziały lotnicze wyposażone, w zależności od aktualnej konfiguracji, w samoloty myśliwskie, szturmowe lub transportowe, a od końca przyszłego roku planowana od dawna baza antyrakietowa w Redzikowie.

Polskie oczekiwania związane z „Fort Trump” dotyczyły stałej obecności co najmniej dywizji. Nie zostały one co do zasady spełnione. Amerykańska dywizja składa się według aktualnej struktury z dowództwa, dwóch brygad pancernych, artylerii szczebla dywizyjnego, brygady lotnictwa bojowego oraz oddziałów logistycznych. Liczy około 15 000 żołnierzy w zgranych ze sobą jednostkach. Chociaż politycy obozu rządowego mówią o przyszłej obecności „rdzenia dywizji”, jego charakter pozostaje potencjalny, rotujące oddziały wchodzące w skład różnych związków taktycznych mogą rzecz jasna w razie potrzeby współpracować ze sobą ad hoc, jednak trudno oczekiwać od nich efektywności porównywalnej ze zintegrowaną wielką jednostką.

Strona rządowa przedstawia uzgodnienia jako sukces polityczny. Konsens w kwestii dobroczynnego charakteru amerykańskiej obecności wojskowej jest powszechny. W istocie sprawa wydaje się jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zagadnieniem najbardziej bezpośrednim są warunki lokalizacji amerykańskich jednostek. Polska zobowiązała się stworzyć, a później utrzymywać na własny koszt infrastrukturę, z której będą korzystały siły amerykańskie, a także zapewnić bliżej jeszcze nieokreślone dodatkowe wsparcie wykraczające poza obowiązujący w NATO standard działań państwa-gospodarza. Trudno obecnie oszacować koszty – przy relatywnie niewielkim zwiększeniu amerykańskiej obecności powinny one być mniejsze niż dwa miliardy dolarów deklarowane przez polityków obozu rządowego w ubiegłym roku przy okazji rozważań nad „Fort Trump”. Jakaś część wydatków będzie też najprawdopodobniej dotyczyła infrastruktury ogólnego użytku, w szczególności transportowej. Niemniej jednak przy ofensywnej polityce wydatkowej rządu potrzebne pieniądze będą musiały zostać uzyskane kosztem ograniczeń w innych dziedzinach – istnieją obawy, że ofiarą padną i tak niedofinansowane krajowe siły zbrojne. Obawy budzi również publiczne rozważanie przez polityków amerykańskich, w tym samego prezydenta Trumpa, koncepcji domagania się od państw-gospodarzy opłat za stacjonowanie amerykańskich wojsk jako czynnika odciążającego lokalne armie.

Jeszcze ważniejsze wydają się kwestie ogólnopolityczne i strategiczne. Politykę zagraniczną rządu PiS można po czterech latach bez przesady podsumować jako bezalternatywnie proamerykańską. Symbolem tego stanu rzeczy może być kuriozalna konferencja bliskowschodnia zorganizowana w Warszawie w lutym na amerykańskie polecenie bez szczególnej dbałości choćby o pozory, sfinansowana przez nasz kraj, dotycząca zagadnień znajdujących się w istocie poza polską sferą możliwości wywierania wpływu, która dała asumpt do skandali dyplomatycznych powodowanych przez traktujących gospodarzy jak lokai polityków amerykańskich i premiera Izraela. Bon mot dotyczący wyjątkowych zdolności polskiej dyplomacji, objawiających się wejściem w sytuację jednoczesnego zadrażnienia stosunków z Iranem i Izraelem, był niestety trafny. W takim stanie rzeczy pozycja negocjacyjna Warszawy wobec Waszyngtonu jest niezwykle słaba, gorsza nawet niż wynikałoby z porównania potencjałów obu krajów. Polscy politycy są petentami, od których druga strona może zasadnie oczekiwać spełnienia dowolnych warunków. W związku z tym na relacjach polsko-amerykańskich cieniem kładzie się również kwestia roszczeń dotyczących bezspadkowego mienia po żydowskich obywatelach Polski, którzy stracili życie w latach 1939–45. Chociaż zagadnienie to nie zostało, wbrew pogłoskom, póki co powiązane z rozszerzeniem amerykańskiej obecności wojskowej, nie można wykluczyć tego w przyszłości. Trudno przewidzieć ostateczne skutki osławionej ustawy 447, jednak traktowanie jej jako aktu zupełnie pozbawionego znaczenia byłoby bardzo lekkomyślne. Możliwe, że skutki te zależą od polskiej postawy. Dopraszanie się o amerykańskie wojska zachęca do stawiania rozmaitych warunków, również w tym zakresie, w zależności od aktualnych interesów wewnętrznych i zewnętrznych tamtejszej administracji.

Czy skórka jest warta wyprawki? Wydarzenia dekady rozpoczętej wojną gruzińsko-rosyjską wykazują jasno, że wszelkie pacyfistyczne nadzieje opierały się na iluzjach i niedorzecznościach. Rosji nie sposób nie traktować jako realnego zagrożenia, jeżeli nie bezpośredniego, to potencjalnego, w dłuższej perspektywie. Można liczyć, że kraj ten nie stanie się na powrót matecznikiem groźnej, morderczej ideologii, jednak w realnej perspektywie będzie on najprawdopodobniej podążał koleinami podobnymi, jak państwo carów. Siła wojskowa będzie znacznie przeważała nad ekonomiczną czy kulturową, a polityka zagraniczna będzie kompensować deficyty dużą aktywnością, niestroniącą w razie potrzeby od agresji. Obszar Europy Środkowej pozostanie natomiast dla Moskwy jedną ze stref gier z innymi mocarstwami. Należy się zatem liczyć z różnymi rodzajami oddziaływania militarnego. Ponieważ wieloaspektowa i być może realnie nieprzezwyciężalna w wyobrażalnym czasie półperyferyjność nie pozwala Polsce osiągnąć potencjału, w tym wojskowego, zabezpieczającego asertywność, konieczne jest poleganie na sojuszach. Ponieważ armie europejskich członków NATO bardzo ucierpiały w wyniku cięć po zakończeniu Zimnej Wojny i zmian struktury wydatkowej, w ramach aliansu realną wiarygodnością wojskową zdolną do kontrowania zagrożenia ze strony Rosji dysponują tylko Stany Zjednoczone. Przykładem niech będą wojska pancerne. Rosjanie mają w linii oraz w jednostkach możliwych do rozwinięcia w ciągu około 4 miesięcy 4500 nowoczesnych czołgów. Europejskie kraje NATO, bez uwzględnienia Polski i skoncentrowanych na innym teatrze Grecji, Włoch oraz Turcji (której status jako członka sojuszu pozostaje niepewny) mają ich ledwie 1000. Amerykański potencjał to z kolei 3500 przewyższających wyraźnie rosyjskie pojazdów w linii i rezerwie wysokiej gotowości.

Należy jednak uwzględnić uwarunkowania strategiczne, w jakich działają Stany Zjednoczone. Ich zasadniczym przeciwnikiem pozostają i pozostaną potężniejące Chiny, poza tym USA są zaangażowane w różnych rejonach świata. W związku z tym na europejskim teatrze działań Amerykanie będą w najbliższej perspektywie dysponowali łącznie… 230 czołgami. Brygada operująca w Polsce to około 100 pojazdów. Stany Zjednoczone należy zatem z perspektywy polskiej traktować jako kraj w granicach woli działania wiarygodny w zakresie strategicznego odstraszania nuklearnego, jednak poniżej niego sytuacja pozostaje niepewna, z koniecznością uwzględnienia wielu zmiennych. Najważniejszą pozostaje kluczowy dla amerykańskiej geostrategii problem możliwości analogicznego do ruchu Richarda Nixona wobec Chin resetu z traktowaną jako przeciwnik drugorzędny Moskwą, rozbijającego alians chińsko-rosyjski.

W perspektywie takich gier nawet „Fort Trump” z marzeń polityków polskich pozostaje trzeciorzędnym szczegółem. Każdą bazę można bowiem zwinąć, a wydarzenia w Syrii wskazały na możliwość funkcjonowania strategicznej neutralności pomiędzy mocarstwami. Obecni tam zbrojnie Rosjanie, będący wszak prorektorami rządu al-Asada, nie reagują na skierowane przeciwko niemu działania Amerykanów wspomaganych przez europejskie kraje NATO czy Izraela, o których są z wyprzedzeniem informowani, a ich plany zakładają w skrupulatny sposób nierażenie oddziałów i instalacji rosyjskich. Nawet jeśli odrzucić taki scenariusz jako wydumany, można mocno wątpić w realność amerykańskiego wsparcia w sytuacji konfliktu nieosiągającego poziomu otwartej wojny. Podsumowując: w przypadku pełnoskalowej wojny z Rosją amerykańska obecność w Polsce będzie przekładała się na symboliczne możliwości. W razie konfliktu może nie zapewniać wsparcia. W każdym wypadku pozostaje funkcją globalnej polityki, nie świętym Graalem zapewniającym Polsce bezpieczeństwo. Wydaje się zatem, że nie warto ponosić dla jej zapewnienia nadmiernych kosztów finansowych i politycznych.

Równolegle do rozmów o amerykańskiej obecności wojskowej biegną sprawy modernizacji Wojska Polskiego. Warunkuje je ten sam układ sił w dziedzinie polityki zagranicznej, co przekłada się na dominację podmiotów amerykańskich. Bieżący rok przyniósł podpisanie umowy dotyczącej dostawy pierwszego dywizjonu artylerii rakietowej w programie Homar, informację o przesunięciu na co najmniej przyszły rok sygnowania zawarcia porozumienia dotyczącego II fazy programu obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej „Wisła” oraz wystosowanie do strony amerykańskiej zapytania ofertowego w sprawie zakupu 32 wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji F-35A. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z bardzo wątpliwym finałem realizowanego od początku wieku przedsięwzięcia, które miało dać Wojsku Polskiemu system o maksymalnym zasięgu rażenia celów przekraczającym 150 km, według pierwotnych założeń krajowej produkcji, z zastosowaniem rozwiązań licencyjnych. Skończyło się na zakupie amerykańskiego systemu HIMARS „z półki”, bez żadnych elementów polskich, o bardzo ograniczonej kompatybilności z krajowymi systemami łączności i dowodzenia, bez zabezpieczenia nawet serwisu. Jest to z jednej strony efekt fatalnej organizacji prac badawczo-rozwojowych, braku konsekwencji w zakresie finansowania czy wręcz świadomości takiej konieczności, a także mających mętne cele i wątpliwe efekty permanentnych reorganizacji przemysłu zbrojeniowego, z drugiej natomiast ogromnych wpływów w sferach rządowych działających na rzecz podmiotów amerykańskich lobbystów, w szczególności koncernu Lockheed Martin. Zmarnowano leżącą w zasięgu możliwości szansę na skokowe zwiększenie kompetencji krajowego przemysłu, zyskując uzbrojenie co prawda sprawdzone, jednak przeciętnie już nowoczesne, którego koszty eksploatacji z uwagi na zagraniczny serwis będą nieuchronnie bardzo duże, a możliwości użycia bojowego zależne od amerykańskiej decyzji politycznej.

W odniesieniu do programu „Wisła” istnieją realne obawy, że z uwagi na kwestie finansowe oraz dotyczące rozbieżności między formułowanymi przez Polskę oczekiwaniami w zakresie koprodukcji a chęcią Amerykanów do udostępnienia rozwiązań, realizacja dostawy sześciu (z ośmiu planowanych w ramach całego programu) baterii zostanie co najmniej opóźniona, a wypadający w roku 2026 koniec bieżącego Planu Modernizacji Technicznej, w ramach którego systemy miały zostać wprowadzone na uzbrojenie, w najlepszym razie pokryje się z rozpoczęciem dostaw. Nie można też wykluczyć, że odwleczenie następuje faktycznie ad Kalendas Graecas, a zdolności zostaną uzupełnione w ramach innego programu – albo wcale.

Zakup nowych wielozadaniowych samolotów bojowych stał się natomiast koniecznością wskutek gwałtownej utraty zdolności operacyjnych przez flotę MiGów-29. Maszyny te, od początku służby w polskich barwach w roku 1989, były realnie mało nowoczesne z uwagi na dość niewielkie możliwości wczesnej wersji, na eksport dodatkowo zubożonej. Były też z powodu deficytów perspektywicznego myślenia permanentnie przeceniane i traktowane jako konstrukcja mająca przed sobą długą przyszłość, sięgającą nawet lat 30. Tymczasem ich głęboka modernizacja, zwiększająca skokowo potencjał, była niewykonalna politycznie z uwagi na konieczność zapewnienia udziału strony rosyjskiej, a dostawy części zabezpieczających bieżące funkcjonowanie stanowiły zawsze problem. Technikom sił powietrznych, którzy zapewniali przez 28 lat funkcjonowanie tych samolotów bez strat, należą się najwyższe słowa uznania, jednak wskutek postępującego zużycia prowizorka przestała wystarczać. Od 2017 rozbiły się już trzy MiGi, a prawdopodobnie to dopiero smutny początek.

Wskazanie na F-35A trudno podważać od strony merytorycznej. Jest to jedyny dostępny w pełni funkcjonalny samolot V generacji, z uwagi na cechy stealth i rozbudowane zintegrowane pole informacyjne znacznie przewyższający maszyny generacji IV (jak europejskie Typhoon, Rafale i Gripen) czy III zmodernizowanej do standardu IV (jak F-16V czy F-18E/F). Można zatem uznać, że procedura przetargowa byłaby w istocie stratą czasu. Nie trzeba martwić się o korzyści przemysłowe – kolejne rządy zadbały o zanik krajowego przemysłu, który mógłby np. aspirować do zastąpienia firm tureckich w procesie produkcji F-35, co jednak wiązałoby się z trudnymi, czasochłonnymi rozmowami. Offset można załatwić w sposób w ogromnej przewadze pozorny, co przećwiczono już przy kontrakcie na F-16. Polska szczęśliwie nie produkuje uzbrojenia lotniczego, nie ma zatem problemu dostępu do kodów źródłowych samolotu w celu jego integracji, z kolei bezalternatywne stawianie na Waszyngton pozwoli nie martwić się niekontrolowanymi przez posiadacza transmisjami pakietów danych do producenta, na które zwracali uwagę choćby Norwegowie. Przy odrobinie uśmiechu Fortuny mamy zatem szanse być bardzo szczęśliwymi użytkownikami F-35.

dr Jan Przybylski

Fotografia w nagłówku tekstu: MSgt John Nimmo Sr., za Wikipedia.

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Wielka wojna poczyniła znaczne zmiany w ustroju gospodarczym świata. Europa z wierzyciela Ameryki stała się jej dłużnikiem, co więcej musiała korzystać przez czas dłuższy z dobroczynności Ameryki.

Główną platformą konkurencji międzynarodowej stała się dziś konkurencja między Europą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Obok tego na terenie Europy rozwija się konkurencja pomiędzy poszczególnymi państwami, a konkurencja ta trwać będzie tak długo, dopóki idea solidarności ogólnej w Europie nie zastąpi walk konkurencyjnych. W tych warunkach walka pomiędzy poszczególnymi dziedzinami życia gospodarczego kraju musi się złagodzić, musi ustąpić idei solidarności wewnątrz państwa, aby życie gospodarcze państwa jako całości mogło dotrzymać kroku w wyścigu międzynarodowym.

Już przed wojną w epoce panowania bardziej niż dziś czystego liberalizmu, kiedy przy końcu ubiegłego stulecia zaczęły powstawać w Stanach Zjednoczonych najrozmaitsze kartele, ustawy państwowe podjęły w pierwszym momencie walkę z nimi, stając w obronie zagrożonych interesów konsumenta, następnie zaś ustosunkowały się do karteli jako do konieczności wynikającej z rozwoju gospodarczego, poddając je jedynie ograniczeniom w formie kontroli. Nieco później jednak, również przed wojną, powstaje w Niemczech syndykat potasowy, i to przy pomocy i pod kontrolą rządu. Już wtedy zatem poszczególne rządy zmieniają swoje poglądy na stosunki w dziedzinie organizacji życia gospodarczego.

Kiedy tak rozwijało się na świecie życie gospodarcze, my nie mieliśmy własnego państwa i żyć musieliśmy podzieleni na trzy zabory. W każdym zaborze nasze życie gospodarcze podlegało innym prawodawstwom, innym zwyczajom, innej polityce, i dlatego życie gospodarcze Polski nie stanowiło jednej całości. Zycie gospodarcze poszczególnych dzielnic musiało się przystosować do życia państw zaborczych, względnie z interesami tych państw zaborczych walczyć. Na takim tle kształtowały się poglądy obywateli państwa, a ponieważ państwo było obce i było czymś narzuconym, więc stosunek obywatela do państwa kształtował się negatywnie. Unikano więc spełnienia obowiązku, starano się za wszelką cenę nie pójść do wojska, nie zapłacić podatku, przewieźć jak najwięcej rzeczy bez opłaty celnej przez granicę itd. Było to zrozumiałe, bo państwo było obce, narzucone, było wrogie. Jednak miało to i musiało wywrzeć wpływ na ukształtowanie się życia gospodarczego, i wpływ ten można do dziś dnia obserwować. Zapewne minąć musi niejedno dziesięciolecie, aby te złe wpływy zostały zniweczone.

Nie było i nie mogło być państwowego ujęcia spraw przez nas samych. Co gorzej jeszcze, ponieważ niektóre dzielnice nie miały samorządu, więc w ogóle obywatele nie przechodzili szkoły wspólnego życia, jaką daje państwo, jaką daje organizacja samorządowa.

Przyszła wojna, a z nią dalsze pogłębienie negatywnego stosunku obywateli polskich do państw obcych. W imię interesów wojny życie gospodarcze musiało być podporządkowane celom wojennym. Zostało ono skrępowane, wszystkie państwa walczące na ziemiach polskich narzucały mu swoją wolę, żądały dawania szeregu niezmiernie uciążliwych świadczeń, a życie gospodarcze musiało się podporządkować.

W tych warunkach zaczęliśmy budować państwo. Kasa nasza była, rzecz oczywista, pusta. Potrzeba było pieniędzy. Jedynym środkiem była inflacja i tą drogą trzeba było zacząć gospodarczą budowę państwa. Inflacja jednak w życiu gospodarczym jest chorobą, która pozostawia po sobie głębokie ślady. Jeżeli więc w ogóle nie było u nas warunków sprzyjających ogólnopaństwowym interesom, to inflacja jeszcze te stosunki pogorszyła.

Zginęła oszczędność i kapitalizacja; każdy starał się z dnia na dzień więcej zarobić, jak największy procent wyciągnąć ze swych kapitałów, aby kapitału nie stracić. Te skutki inflacyjne dają się nam dzisiaj jeszcze porządnie we znaki. Życie gospodarcze nie da się tak łatwo zmienić, potrzeba będzie lat, aby wytworzyć i realizować w życiu linię wytyczną interesów ogólnopaństwowych.

W każdym społeczeństwie, w każdym gospodarstwie różne grupy mają różne interesy, i jeżeliby jedna dziedzina przemysłu, jedna jego gałąź wobec drugiej, czy przemysł wobec rolnictwa, czy przemysł i rolnictwo wobec handlu, narzucały swoją wolę, to rzecz prosta, taka zależność nigdy nie mogłaby wyjść na pożytek całego organizmu państwowego. Kiedy zaś warunki konkurencji wewnętrznej przerzucają się na walkę konkurencyjną międzypaństwową, to rola państwa w życiu gospodarczym staje się z dnia na dzień większą. Coraz częściej państwo uzgadniać musi, dajmy na to, interesy poszczególnych cukrowni między sobą, aby ten wspólny interes wszystkich cukrowni, jaki istnieje wobec zagranicy, był należycie respektowany. Inną tego rodzaju aktualną sprawą jest sprawa przemysłu drzewnego wobec naszych stosunków z zagranicznymi odbiorcami drzewa. Ktoś musi wypośrodkować interesy poszczególnych gałęzi przemysłu drzewnego, aby w stosunku do naszego sąsiada móc konsekwentnie i celowo postępować.

Państwo posiada dużo środków regulujących i wpływających na życie gospodarcze. Posiada politykę podatkową, której układ zawsze odbijać się musi na sprawności i rozwoju tej lub innej gałęzi życia gospodarczego. Jedną może rozruszać, inną hamować lub odwrotnie. Wspomnieć należy, że o ile chodzi o politykę podatkową, to w tych sprawach, niestety, wiele mamy jeszcze do zrobienia. W historii naszej w dziedzinie podatkowej nie wykazaliśmy tego hartu i zrozumienia, jaki wykazały inne narody. Toteż i od zarania obecnego państwa naszego w dziedzinie podatkowej popełnialiśmy pewne błędy, których wyrazem było to, że nasza reprezentacja społeczna, to jest Sejm, niechętnie uchwalał ustawy podatkowe. W czasach inflacji przerzucano ciężar podatków na podatki pośrednie. Można zresztą powiedzieć, że przez 5 pierwszych lat państwo utrzymywane było przez inflację.

Państwo prowadzi, dalej, politykę celną, przez którą może bardzo silnie wpłynąć na życie gospodarcze. Jak wiemy, u nas istnieje względnie duża ochrona celna: z trzech taryf, jakie były na ziemiach polskich, przyjęta została najwyższa. Tłumaczy się to tym, że przemysł nasz jest słaby i dopiero się rozwija, przeto potrzebuje ochrony, a tę ochronę daje mu taryfa celna.

Ważnym bardzo środkiem, regulującym życie gospodarcze, jest polityka kredytowa. Za pomocą tej polityki państwo może wpływać i wpływa wydatnie na życie gospodarcze. Szczególnie w naszych warunkach, kiedy w pierwszych latach po inflacji największym kapitalistą było państwo, kiedy jedynie państwo mogło udzielać kredytów, wpływ polityki kredytowej państwa na życie gospodarcze był bardzo wielki. Obecnie stosunki te ulegają zmianie, o czym świadczą cyfry wskazujące, że wkłady w bankach prywatnych od 1926 r. rosną wyjątkowo szybko i że do 1 lipca 1928 r. wzrosły prawie dwukrotnie, gdy w bankach państwowych wzrosły zaledwie o kilkadziesiąt procent.

Dalej, państwo prowadzi swoją politykę zakupów, ponieważ jako duża organizacja jest wielkim konsumentem. W 1926 r., tzn. w okresie, kiedy produkcja nasza była mniejsza niż dzisiaj, w niektórych gałęziach przemysłu państwo było konsumentem około 25% produktów, jak to miało miejsce np. w żelazie. Państwo przez politykę zakupów wpływa bardzo silnie na życie gospodarcze tym bardziej, że udziela produkcji zaliczek na zamówienia.

Państwo jest ponadto również producentem. U nas przede wszystkim z tego tytułu, że posiada bardzo dużo lasów, a więc musi prowadzić eksploatację leśną. Poza tym państwo posiada szereg przedsiębiorstw, jak np. monopole – tytoniowy i spirytusowy, koleje, fabrykę nawozów sztucznych, rafinerię nafty, przemysł, związany z obroną kraju itd.

Poza tym jest cały szereg przedsiębiorstw, które powstały u nas nie z tzw. inicjatywy prywatnej, lecz z pożyczek państwowych, gdyż w wielu wypadkach przystępowano do budowy przedsiębiorstw bez żadnego kapitału, licząc wyłącznie na zaliczki państwowe. Rzecz zrozumiała, że przedsiębiorstwa takie z czasem musiały podupaść i w rezultacie państwo musiało przedsiębiorstwa te w tej czy innej formie przejmować za długi.

Poza tym istnieje cały szereg dziedzin czy to ogólnopaństwowych, czy to ogólnospołecznych, w których z natury rzeczy albo samorząd, albo państwo występuje jako właściwy organizator danej dziedziny życia. Mam tu na myśli: drogi, elektrownie, rzeźnie, gazownie i cały szereg innych przedsiębiorstw, które, o ile nie powstały naturalnym biegiem rzeczy w inny sposób, musiały być dziś organizowane przez samorządy przy pomocy pieniędzy państwowych lub przez państwo.

Wreszcie państwo musi niekiedy przystąpić do organizowania przedsiębiorstw, które są konieczne dla rozwoju całokształtu życia, a które czy z braku kapitału, czy z innych przyczyn nie powstają.

Mam na myśli tutaj budowę nowej fabryki związków azotowych, której znaczenie dla Polski jest szczególnie doniosłe ze względu na to, że rolnictwo nasze przedstawia jedną z najgłówniejszych dziedzin naszego życia gospodarczego. Możliwości w tej dziedzinie są wprost nieograniczone i rolnictwu potrzeba dać odpowiednią ilość środków, aby się mogło rozwijać: do tych środków należą przede wszystkim nawozy sztuczne. Budowa takich fabryk wymaga jednak olbrzymich kapitałów, a na razie ich nie ma, więc rząd zmuszony jest, oszczędzając na czym innym, budować tego rodzaju przedsiębiorstwa.

To samo mniej więcej można powiedzieć o budowie floty handlowej czy naszego portu w Gdyni. Jednym z wielkich błędów naszych przodków było niedocenianie znaczenia morza. Tych błędów historycznych nam dzisiaj popełniać nie wolno i dlatego za wszelką cenę musimy budować ten port, skoro on na innej drodze nie powstanie.

To samo dotyczy zresztą również i budowanej obecnie chłodni w Gdyni. Wiemy o tym, że rolnictwo produkuje bardzo wielkie ilości przetworów mięsnych i nabiałowych, że przetwory te znajdują znakomity zbyt w Anglii i w innych krajach Europy. Organizacja tego handlu wymaga jednak, aby przetwory były dostarczane na rynek wtedy, gdy są potrzebne. My zaś, nie mając urządzeń, zbywamy te towary wtedy, gdy je wyprodukujemy, a nie wtedy, kiedy nam konsument za nie najlepszą cenę zapłaci. Wywozimy ten towar do Hamburga, aby tam przez kilka miesięcy przeleżał i aby później pośrednik niemiecki sprzedał go w Anglii czy w innym kraju Europy po najwyższych cenach. Jest to potrzeba wyjątkowo pilna, bo ona da naszemu rolnictwu możność otrzymania za towar maksymalnej ceny. Wybuduje się za kilka milionów chłodnię, która przyniesie naszemu rolnictwu nie kilka, ale kilkanaście milionów zysku.

Nie ulega wątpliwości, że gdyby rząd nie podjął się teraz tych wszystkich zadań, spotkałby się z ciężkimi zarzutami za zaniedbanie tak pilnych spraw, a to samo przecież dotyczy całego szeregu przedsiębiorstw, których rozbudowanie jest konieczne ze względów obrony państwa lub innych. Nieraz przedsiębiorstwa takie tworzone były z inicjatywy prywatnej, jednak bez kapitału, i rezultat był taki, że państwo musiało za długi te przedsiębiorstwa przejmować.

Jednym słowem, rola państwa w życiu gospodarczym jest ogromna. U nas rola ta jest trudniejsza niż w innych państwach. Teraz stajemy wobec zagadnień niezmiernie skomplikowanych, wobec olbrzymich zapotrzebowań, jakie się wyłaniają z tego powodu, że jako państwo nie istnieliśmy przez tyle lat, i że co inne narody budowały wiek cały, to my musimy w niewielu latach zbudować. Społeczeństwo staje nieraz bezradne wobec tych wszystkich trudności i skłonne jest wierzyć, że państwo tam jakoś wszystkie te sprawy załatwi.

Objawy tej wiary, że państwo jest wszechmocne – z jednej, a ta pewna bezradność z drugiej strony – wiążą się często z całym szeregiem postulatów, żądań i apelów w stosunku do państwa. Dla przykładu przytoczę kilka szczegółów z konferencji z przedstawicielami życia gospodarczego, jaką odbył w tym roku Minister Przemysłu i Handlu dla uzgodnienia pewnych postulatów, które dałyby się w tym roku przeprowadzić, a przyczyniłyby się do rozbudowy życia gospodarczego. Na konferencji tej w odpowiedzi na wywody Pana Ministra posypały się propozycje: żądano zmniejszenia podatków, zwiększenia ochrony celnej, zwiększenia ilości godzin pracy czy zmniejszenia świadczeń socjalnych, wreszcie głównym żądaniem i głównym wskazaniem życia gospodarczego na rok 1928 było domaganie się pieniędzy od Skarbu Państwa, względnie banków państwowych, dostarczania poszczególnym gałęziom życia gospodarczego odpowiedniej ilości środków pieniężnych. Mogę przytoczyć cały szereg cytatów z książki pt. „Inwestycje, kredyt, konsumpcja, eksport, żegluga”, która jest sprawozdaniem z tej konferencji.

„Udzielania przez rząd, względnie przez instytucje rządowe, tanich kredytów długoterminowych na skonwertowanie poprzednich prywatnych pożyczek krótkoterminowych oraz na dalsze konieczne inwestycje przemysłowe” – domaga się delegat przemysłu cukrowniczego.

„Przeprowadzenie zaś tego planu [czytaj: zwiększenia produkcji] byłoby możliwe również tylko przy wydatnym wysiłku rządu w postaci długoterminowych tanich kredytów inwestycyjnych” – oświadczył delegat przemysłu szamotowego wyrobów ogniotrwałych.

„Pożądany byłby kredyt na dogodnych warunkach, udzielany przez banki państwowe” – stwierdza, jako postulat, przedstawiciel konwencji węglowej dąbrowsko-krakowskiej.

Otworzenie przez państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego oddziału w Szanghaju i finansowanie eksportu „poleca troskliwej uwadze rządu” przywódca przemysłu włókienniczego.

Finansowania przez państwo eksportu domaga się delegat przemysłu Białej i Bielska.

„Byłoby pożądane: a) by Bank Gospodarstwa Krajowego powołał do życia dla kredytów przemysłowych długoterminowych komitet doradczy, złożony z delegatów poszczególnych centralnych organizacji branżowych, który to komitet proponowałby Bankowi kolejność dla załatwiania podań o pożyczkę; b) by z zasobów, uzyskanych z pożyczki amerykańskiej, a przeznaczonych na inwestycje gospodarcze, zasobów, które razem wyniosą przeszło złotych 300 milionów, przynajmniej kilkadziesiąt milionów zostało użytych na skup listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Przemysłu Polskiego – w ten sam sposób, w jaki z zasobów tych zakupuje się listy zastawne ziemskie rolnicze, oraz by tempo tej akcji, do tej pory prowadzonej w bardzo skromnych rozmiarach, zostało przyspieszone; c) by instytucje publiczne, jak PKO, zakłady ubezpieczeń przymusowych, Dyrekcja Wzajemnych Ubezpieczeń itd., otrzymały polecenie zakupywania wspomnianych listów zastawnych, korzystających przecież z gwarancji państwa, choćby tylko w stosunku 10% innych swoich lokat” – oświadcza delegat przemysłu konfekcyjnego, nie zapominając dodać, że wobec zaprojektowanej przez Radę Finansową oraz Komisję Opiniodawczą instytucji zastawu rejestrowego, „zresztą kredytów takich powinien udzielać Bank Gospodarstwa Krajowego, jak długo banki prywatne nie rozwiną tego działu”, jak również, że wobec drogiego „urządzenia sklepu” z obuwiem, takich kredytów „powinien udzielać fabrykom obuwia Bank Gospodarstwa Krajowego”.

„Przed rządem staje konieczność zaciągnięcia nowej pożyczki na cele inwestycyjne”, „Rząd winien pozostawić sprawy kredytowe nadal w PKO” – bo „poznaliśmy się wzajemnie [tj. pośrednik – kupiec żydowski i PKO] i byliśmy na drodze do pokojowego współżycia” – deklaruje przedstawiciel Centrali Związku Kupców.

„Udziału finansowego państwa w eksporcie’” – żąda delegat Związku Eksportowego Przemysłu Metalowego Przetwórczego, jak również „subsydiowania pewnych funkcji związanych z eksportem”.

„Tutaj więc byłyby potrzebne wielkie nakłady pieniężne i te nakłady może dać tylko rząd” – deklaruje krótko i jasno przedstawiciel przemysłu drzewnego.

A więc pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy domaga się od rządu życie gospodarcze. Zwłaszcza, gdy potrzebne są „wielkie nakłady pieniężne”, aby przemysł mógł zacząć „zarabiać”, aby odczuwać mógł zyski, aby był rentowny, to „te nakłady może dać tylko rząd”.

O czym to świadczy? Że nie ma pieniędzy, ale że jest jakaś wiara w rząd, że rząd pieniądze znajdzie i dostarczy dla rozbudowy życia gospodarczego.

W swoim czasie, jak wspomniałem, powstawały różne przedsiębiorstwa z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe. Powstało kilka bekoniarni przeznaczonych na eksport. W rezultacie musiał rząd przedsiębiorstwa te przejąć. Właśnie jako przykład tej wiary w rząd przytoczę ustęp z listu, pochodzącego od jednej z poważnych instytucji Wielkopolski, która pisze, że konieczne jest i w tej dzielnicy stworzyć fabrykę bekonów, aby rolnicy mogli zbywać swoje produkty:

„Komitet organizacyjny, po wszechstronnym zbadaniu obecnego stanu rzeczy, doszedł do przekonania, że pomimo ogólnie odczuwanej potrzeby zreformowania dotychczasowego sposobu zbytu trzody chlewnej, znaczenie przemysłu bekoniarskiego w sferach rolniczych zbyt mało jest znane, ażeby pozyskać rolnika do realnych świadczeń pieniężnych na rzecz fabryki którą zbudować by należało:

Ażeby zrozumienie to w sferach rolniczych wyrobić, względnie aby rolnikowi wskazać nowe drogi organizacji, którymi kroczyć winien, należy, zdaniem komitetu organizacyjnego, stworzyć pierwszy wzorowy warsztat bekoniarski, który by powstał z funduszów państwowych, a który by państwo na okres przejściowy (2-3-letni) w tanią lub nawet darmową dzierżawę oddało rolnikom, zorganizowanym w spółdzielnię zbytu inwentarza. Rolnicy ci braliby tylko na siebie obowiązek komisowego zbywania wszelkiej trzody chlewnej przez swoją spółdzielczą bekoniarnię, nie ponosząc poza tym żadnego innego ryzyka”.

Warunki propozycji tej są lepsze aniżeli faktyczne warunki budowy bekoniarni w Dębicy lub Chodorowie, które zbudowano z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe kosztem dwukrotnie większym.

Takich przykładów można by przytoczyć bardzo dużo. Są i inne żądania. Więc np. z istniejącej konwencji węglowej wyłamała się jakaś kopalnia. Wtedy delegacja konwencji występuje z żądaniem niedostarczania przez kolej kopalni wagonów. Oczywiście, byłoby to nadużyciem władzy posiadanej przez państwo w dziedzinie życia gospodarczego, bo państwo musi regulować warunki życia, może produkować w specyficznych dziedzinach, ale nie może nadużywać swojej władzy w zatargach między przedsiębiorcami. Zatarg taki musiałby być rozpatrzony przez sąd kartelowy, którego dotąd nie mamy i dopiero wyrok sądu musiałby być siłą państwa wykonany. Natomiast tego rodzaju interwencja państwowa, jakiej żądała konwencja, byłaby szkodliwa, byłaby tym nadmiarem interwencjonizmu czy etatyzmu, jak to się u nas mówi.

Z jednej więc strony żąda się od państwa daleko idącej ingerencji, z drugiej zaś podnoszą się głosy krytyki, kwestionujące racjonalność tego, że państwo bierze się do takich rzeczy, oraz twierdzące, że państwo nie powinno się mieszać np. w dziedzinę eksportu, że te dziedziny życia winny być pozostawione samemu życiu. Jedne czynniki zainteresowane życzą sobie, żeby państwo interweniowało, inne zaś, niezainteresowane w danej dziedzinie, protestują przeciw temu.

Dziedzina eksportu niewątpliwie obchodzi przede wszystkim tych, którzy mają co eksportować, i oni przede wszystkim powinni się zorganizować, aby eksport wzmocnić, tego jednak nie czynią. Powstał więc Państwowy Instytut Eksportowy. Nie sądzę, aby względy finansowe były jedynym powodem, że powstał on jako instytucja państwowa, bo przecież budżet jego wynosi tylko złotych 215 000, co stanowi tak drobną kwotę w stosunku do tego, co Instytut życiu gospodarczemu daje. Wszak życie gospodarcze wykłada na cele społeczne nieraz znaczniejsze sumy.

Na wspomnianej już konferencji w Ministerstwie Przemysłu i Handlu niewątpliwy przeciwnik etatyzmu domagał się utworzenia Państwowego Instytutu Ziemniaczanego, podkreślając specjalnie, że dla życia gospodarczego potrzebny jest instytut państwowy, a nie prywatny.

Weźmy teraz pod uwagę ten fakt, o którym bardzo dużo mówi się w naszym społeczeństwie, weźmy polemikę na temat rzekomego etatyzmu Państwa Polskiego. Istnieje w niej niewątpliwie wiele sprzeczności, bo etatyzmu nie można zarzucać rządowi, jednocześnie żądając pieniędzy na budowę fabryki i odstąpienia jej w darowiznę lub w dzierżawę. Zachodzą w niej zresztą sprzeczności bardziej silne i czasem używane są argumenty nazbyt silne. Mam przed sobą poważny organ „Przegląd Gospodarczy”. W tym organie jeden z najwybitniejszych przedstawicieli przemysłu napisał w ten sposób: „Jesteśmy miejscem krzyżowania się idei Wschodu i Zachodu i fluktuacje Wschodu mają do nas dostęp. Reagują na nie nie tylko ci, przeciw którym jest skierowana agitacja, ale i przedstawiciele parlamentów i rządów. Indywidualizm i etatyzm – oto charakterystyka prądu wschodniego i zachodniego”. I dalej, w tym artykule, z powodu książki, która wyszła staraniem szeregu działaczy na niwie społecznej i państwowej pt. „Zagadnienia gospodarcze Polski współczesnej”, wysunięty jest zarzut, że autorzy tej książki dążą do zetatyzowania Państwa Polskiego, do stworzenia, jak to się mówi, prądów wschodnich. Innymi słowy, rzuca się w masy bardzo ciężkie oskarżenie tych osób o bolszewizm. Naturalnie, że dla celów demagogicznej agitacji jest najlepiej rzucić jedno słowo, np. „mason”, „bolszewik”, „żyd”. Do tych słów-synonimów dodano obecnie bardzo popularne: „etatysta”.

Co to jest etatyzm? Etatyzm jest pojęciem naukowym i dlatego pozwolę sobie powołać się na dwóch uczonych. Obaj to przeciwnicy etatyzmu. Prof. Stanisław Głąbiński, który napisał pracę pt. „Etatyzm a gospodarka społeczna”, wydaną w roku 1922 w „Ruchu Prawniczym i Ekonomicznym”, powiada, że „względy humanitarne, społeczne i polityczne pchnęły państwo nowożytne na drogę ustawodawstwa socjalnego, obejmującego zrazu najsłabsze warstwy pracujące, dzieci i kobiety, a rozszerzonego na wszystkich pracowników zawisłych i sankcjonowanego przez międzynarodowe konferencje, na koniec przez traktat wersalski z roku 1919 i konferencję waszyngtońską z października roku 1919”.

Niektóre postanowienia tego ustawodawstwa o charakterze międzynarodowym są, zdaniem dr. Głąbińskiego, „bardzo głęboko sięgającym wyłomem w systemie wolnej konkurencji, a jednak niepodobna tym objawom etatyzmu odmówić zasadniczej racji”.

„W każdym razie zapominać nie należy, że kolebką tego ustawodawstwa jest wolnohandlowa Wielka Brytania”.

A więc ustawy socjalne, które u nas stale przedstawiane są jako objaw etatyzmu, powstały, zdaniem prof. Głąbińskiego, który o stronniczość tutaj posądzony być nie może – z ważnych względów „humanitarnych, społecznych i politycznych” w wolnohandlowej Wielkiej Brytanii, a są przy tym usankcjonowane całym szeregiem konwencji i traktatów międzynarodowych, nie wyłączając wersalskiego. Dlaczegóż więc Wielkiej Brytanii ani mocarstwom europejskim nie inkryminuje się zbrodni etatyzmu?

„Nie wszystko jednak jest etatyzmem, co w życiu i teorii i w polityce wolnohandlowej etatyzmem nazywają. Etatyzmem nie jest każde współdziałanie państwa w produkcji i wymianie dóbr gospodarczych, nie jest nim wszelkie ograniczenie lub nawet uchylenie wolnego współzawodnictwa, wszelka interwencja państwowa w gospodarstwie narodowym. Sprawa etatyzmu w takim niewłaściwym znaczeniu, czyli czynnej roli państwa w życiu ekonomicznym narodów, jest zagadnieniem państwowej polityki ekonomicznej. Kto zwalcza wszelkie współdziałanie państwa na polu gospodarczym, ten zapoznaje naturę państwa i prawa i musi w konsekwencji dojść do idei anarchizmu, jak w swoim czasie Proudhon, zbłąkawszy się w labiryncie ekonomicznych sprzeczności”.

Myśli te w zupełności odpowiadają ogólnie ustalonym w nauce pojęciom i byłoby pożądane, ażeby oskarżający nas o etatyzm zechcieli zajrzeć do prac prof. Głąbińskiego, który niewątpliwie właśnie dla nich jest autorytetem.

Drugi uczony, prof. [Adam] Krzyżanowski, wydał niedawno pracę o etatyzmie. Wskazując w niej na wszystkie ujemne strony etatyzmu, kończy autor swoją pracę tymi słowy:

„Etatystyczne nastawienie polskiej polityki wydaje mi się nie ulegać wątpliwości. Widzę w tej ewolucji w znacznej mierze konieczny wynik toku wypadków politycznych i ekonomicznych. Nie należę do tych, którzy uważają ten przebieg wydarzeń za bezwzględnie ujemny. Zagadnienie tkwi w zachowaniu właściwej miary”.

Tak mówi przeciwnik etatyzmu, zwolennik doktryny liberalnej, lecz trzeźwo patrzący na współczesne tendencje rozwojowe świata i słusznie sprowadzający zagadnienie do kwestii rozmiarów ingerencji państwa, a nie istoty tej ingerencji. Wyraz etatyzm bowiem pochodzi od francuskiego słowa état – co znaczy państwo – jest więc równoznaczny z wyrazem „państwowość”, Przeciwnikiem zatem istoty etatyzmu, tj. państwowości – może być tylko anarchista, jak to słusznie napisał prof. Głąbiński.

Wspomnę teraz o tym, jak mówi praktyk, przedstawiciel ciężkiego przemysłu żelaznego, Antoni Balcer, prezes zarządu Syndykatu Polskich Hut Żelaznych. P. Balcer w wywiadzie udzielonym „Gazecie Handlowej” z dn. 12 grudnia r. b., w sprawie organizacji naszego eksportu, oświadczył:

„Jest rzeczą charakterystyczną, że ta krytyka zamierzeń rządowych, nieraz bardzo ostra i posuwająca się niekiedy nawet do używania argumentów o pewnym zabarwieniu polityczno-demagogicznym, wychodzi spod pióra ekonomistów-teoretyków, dziennikarzy i innych osób nie stojących w praktycznym życiu gospodarczym. Natomiast czynniki bezpośrednio zainteresowane, a więc ludzie reprezentujący realne interesy gospodarcze Polski, nie podzielają tych obaw i nie dopatrują się w poczynaniach rządu w dziedzinie organizacji eksportu żadnych ryzykownych eksperymentów. Chcemy wierzyć, że owe krytyczne głosy wynikają tylko z teoretycznych rozważań i zbytniej ostrożności w trosce o gospodarcze losy Państwa Polskiego, aczkolwiek czytając niektóre artykuły trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że za tymi teoretycznymi wywodami kryją się jako inspiratorzy te sfery zagranicznych pośredników, które są zainteresowane w utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy, pozwalającego im zgarniać olbrzymie zyski z oczywistą szkodą naszego gospodarstwa narodowego”.

„Wmawianie opinii publicznej takich zapatrywań oraz straszenie argumentem, że zrealizowanie zamiarów rządu w dziedzinie organizacji naszego eksportu oznaczałoby upodobnianie naszego handlu eksportowego do metod handlu zagranicznego obowiązujących w Rosji bolszewickiej, na łamach poważnego dziennika budzi zdziwienie, gdyż jest wodą na młyn pośredników zagranicznych, którzy, jak polip, ogarnęli swymi ramionami eksport polski!”.

„Inicjatywę rządu w sprawie reorganizacji naszego eksportu musimy zatem powitać jako rezultat zdrowej myśli gospodarczej, zasługującej na uznanie i poparcie społeczeństwa, a natomiast z całym krytycyzmem odnosić się do tych głosów, przez które pod hasłem »walki z etatyzmem« przemawiają interesy zagranicznych pośredników”.

Mówiłem już dzisiaj o utworzeniu bekoniarni. Otóż przedtem rolnicy wywozili do Pragi czy Wiednia nierogaciznę w nadmiarze po to, aby tam zdychała. Podnoszą się głosy przeciwko organizacji eksportu trzody chlewnej. Nie wiem, co było lepsze: czy wywozić zagranicę tylko tyle nierogacizny, ile jej tam można zbyć po normalnych cenach, czy też wywozić jej więcej, ale za to po tańszych cenach, więcej niż jest zapotrzebowania na tamtejszym rynku, więcej o tyle, że skutkiem nadmiaru tego trzeba za nią brać dwa razy mniej, niż obecnie, kiedy wywozi się dwa razy mniej świń, a bierze się za nie dwa razy większą cenę. Zapatrywanie teoretyków i praktyków jest rozmaite.

Obecnej polityce gospodarczej rządu zarzuca się etatyzm. Otóż, historia się powtarza. Sprawy analogiczne do tych, które obecnie są omawiane, były już przed stu laty aktualne, w okresie Ministra Skarbu Lubeckiego. Dlatego jest rzeczą bardzo ciekawą sięgnąć do książek historyków-ekonomistów, którzy te czasy przed stu laty opisują. Jest rzeczą bardzo znamienną opinia, jaką wydali o tym właśnie okresie pracy sprzed stu laty historycy i ekonomiści współcześni. Pisze o tym dr Henryk Radziszewski, którego miałem zaszczyt być uczniem, zwolennik doktryny liberalnej – w dziele „Bank Polski”, o tym pisze również Stanisław Smolka w dziele „Polityka Lubeckiego przed powstaniem listopadowym”.

W dziele Radziszewskiego czytamy o Towarzystwie Wyrobów Zbożowych, tj. o instytucji, która miała skupować zboże, mleć i sprzedawać, aby przeciwstawiać się lichwie zbożowej, co następuje:

„Rozumiał Bank, że popierając uczciwą instytucję, która trudniła się przemiałem zboża na wielką skalę, równocześnie wpływa na uczciwe regulowanie cen zboża, a więc niweczy poniekąd nieuczciwy wyzysk pokątnych spekulantów i pośredników zbożowych”.

Ta działalność Banku Polskiego sprzed stu laty zyskała całkowitą aprobatę i pochwałę nie tylko współczesnych historyków i ekonomistów, lecz również i tych spośród dzisiejszych przywódców życia gospodarczego którzy są najbardziej zaciekłymi wrogami rzekomego „etatyzmu” w dzisiejszym państwie polskim. Toteż ci ostatni w tworzeniu rezerw zbożowych i organizacji elewatorów przez rząd dzisiejszy nie dostrzegają lub może nie chcą dostrzegać analogii z ówczesną działalnością Banku Polskiego, mimo że analogia ta jest oczywista.

Prof. Radziszewski pisze w innym miejscu w sprawie sprowadzenia bydła i koni do kraju na skutek pomoru, jaki miał miejsce w roku 1824:

„Od pierwszych chwil uwidocznienia się dążności wyzysku wśród nowych »dziedziców« starał się Bank kłaść tamę tym zapędom, równocześnie zwracając ich zabiegi na drogę racjonalnej gospodarki”. „Chodziło przeto o zorganizowanie akcji, mającej na celu dobro mieszczan, dobro włościan oraz dobro istotne rolnictwa, gdyż tylko przecinając drogę do spekulacji, można było zwrócić czyhających na zyski nadmierne dorobkiewiczów na tory właściwe. Podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski”.

A więc przed 100 laty podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski, jeżeli zaś dzisiaj po 100 latach jakiejś akcji interwencyjnej podejmuje się bank państwowy, to mówi się o tym, że jest to etatyzm.

Jednak i wówczas, podobnie jak dzisiaj, symulacja „inicjatywy prywatnej” znalazła gorącego obrońcę w osobie Dyrektora Komisji Przychodów i Skarbu, Fuhrmana, który kategorycznie przeciwko temu projektowi zaoponował.

„Wolałby Dyrektor Skarbu – pisze Radziszewski faworyzować przedsiębiorców prywatnych, zamiast powierzania tego przedsięwzięcia Bankowi, gdyż żaden nawet najbardziej oddany sprawie urzędnik nie jest w stanie dorównać w takiej operacji przedsiębiorczości prywatnej”.

Jednakże wystarczyły trzy lata (1832-1835) praktyki, aby czuwający nad całym przedsięwzięciem Łubieński mógł autorytatywnie pisać do Fuhrmana: „Jest w tym przedsięwzięciu tylko małe zwiększenie zajęcia dla urzędników, lecz czyż można porównywać ten kłopot z korzyściami wypływającymi dla gospodarki krajowej?”.

A czy można porównywać „ten kłopot” dla urzędników z korzyściami wypływającymi z budowy chłodni w Gdyni dla całego rolnictwa?

Bardzo ważne zagadnienia, które istnieją dziś jako kwestia kartelów i syndykatów, i wówczas były już aktualne. Wspomina o nich Radziszewski, kiedy pisze o próbach zorganizowania przemysłu cynkowego:

„Zdaje sobie Jelski doskonale sprawę z trudności, jakie by temu przedsięwzięciu towarzyszyły. Pierwszą trudnością byłoby skłonienie producentów, aby po-przestając chwilowo na cenie pokrywającej tylko koszty produkcji, dalszego zysku cierpliwie oczekiwali”, drugą, zdaniem Jelskiego, trudnością daleko większą byłoby znalezienie akcjonariuszów, którzy by i mogli, i chcieli kapitały ulokować w przedsięwzięciu, które dopiero w dalszym okresie czasu mogło zyski przynosić.

Te samu przyczyny, a mianowicie niecierpliwość w uzyskiwaniu jak największych, a jednocześnie jak najszybszych zysków były tak wówczas przeszkodą dla racjonalnej organizacji przemysłu – jak są nimi niestety tak często i dzisiaj.

Trzeba więc cierpliwości, a my cierpliwości nie mamy. Inflacja przyzwyczaiła nas do wielkiej niecierpliwości i zawsze chcielibyśmy mieć zysk jak najszybciej.

O kredytach krótkoterminowych Radziszewski mówi w ten sposób:

„Z kredytu tego korzystali niemal wyłącznie tylko fabrykanci wyrobów sukienniczych. Po pewnym czasie jednak opatrzył się Bank, iż kredyt ten, wzbogacając fabrykantów; w gruncie rzeczy krzywdę krajowi przynosił, albowiem fabrykanci ci, dzięki kapitałom bankowym, wyzyskiwali producentów wełny, bo utworzyli pewne pomiędzy sobą porozumienie, dążące do zniżki cen wełny. Cierpiała na tym wytwórczość krajowa wełny, zarabiali cudzoziemscy fabrykanci. Bank, zorientowawszy się w sytuacji, zaprzestał od roku 1850 wydawać fabrykantom pożyczek krótkoterminowych, natomiast rozszerzył znacznie dział udzielania pożyczek na wełnę”.

Czy nie ma dziś analogicznych sytuacji? Czy nie ma trudności w organizacji producentów wełny lub lnu.

Tak samo, jak dzisiaj, posądzano wówczas Bank Polski o konkurencję w dziedzinie kredytów. Oto, co pisze Radziszewski:

„Powiedzieliśmy, iż nigdy Bank Polski nie dążył do wystąpienia w roli konkurenta w stosunku do kupców. Tak było istotnie. Jeżeli jednak pod mianem »kupców« zaliczyć lichwiarzy, to był tu Bank Polski konkurentem bez pardonu. Udzielając pożyczek handlowi na 5 lub co najwyżej 6%, był Bank Polski na tym stanowisku wrogiem, nie tylko konkurentem wyzyskiwaczy. I słusznie szczycił się z tego, że dzięki alimentowaniu handlu tanim kredytem był nie tylko regulatorem stosunków handlowych, lecz zniewalał do usuwania się lichwiarzy stamtąd, gdzie handel był zdrów i zaufanie budził”.

Tak, jak oskarżano Bank Polski o konkurencję, tak dzisiaj oskarża się Bank Gospodarstwa Krajowego o taką samą konkurencję dla banków prywatnych, co nie przeszkadza naturalnie krytykom domagać się ciągle kredytów z Banku Gospodarstwa Krajowego, bankom zaś akcyjnym korzystać z tychże kredytów.

Na wspomnianej konferencji u Pana Ministra Przemysłu i Handlu, a także w prasie poddano ostrej krytyce ostatnie instrukcje Ministra Skarbu o tzw. biurach informacyjnych, które to biura mają za zadanie zbierać informacje o podatnikach, aby wymierzać im właściwe podatki, nie za wielkie, lecz i nie za małe. A przed stu laty istniała analogiczna kwestia, lecz wówczas dotyczyła cła. Pisze o niej Smolka w swym dziele: „W sprawozdaniu komisji sejmowych nie w tym jednym tylko miejscu przebija sympatia pewna dla defraudantów cłowych, tak nierzadka w naszym społeczeństwie. Nie zwracano na to zgoła uwagi, że energiczna walka Lubeckiego z przemytnictwem miała na celu nie tylko interes Skarbu, ale także ochronę żywotnych interesów przemysłu krajowego, a to ze względu na stosunki handlowe z Prusami i na całą ich politykę handlową”. Dzisiaj, jeżeli chodzi o cła, to przewożenie przez granicę bez cła jedwabi również jakoś uchodzi i nie jest przez społeczeństwo należycie potępiane.

I tak, jak dzisiaj poddaje się ostrej krytyce wszelkie zarządzenia sanacyjne, tak i współcześni Lubeckiego nie mieli zrozumienia dla jego działalności. Oto, co pisze Smolka:

„Urągano też projektowi Towarzystwa Kredytowego, gdy w r. 1823 składały o nim opinie Rady Wojewódzkie Królestwa, właściwe reprezentacje zrujnowanego obywatelstwa; naśmiewano się zwłaszcza z solidarnej poręki stowarzyszonych, jakby »asocjacja bankrutów« mogła cudem z niczego stworzyć pieniądz… w szerokich kołach obywatelskich zapanowała rozpacz, tak – czarna rozpacz… Załamywano ręce; dosyć źle było dotąd, teraz Lubecki swoim »systemem kredytowym« zrujnuje do reszty kredyt, wtrąci Królestwo w przepaść”.

Gdy mówi się o towarzystwach kredytowych, toć wszyscy wiemy, jaką odegrały one rolę w życiu i rozwoju naszego rolnictwa.

Taka sama krytyka spotyka wiele z dzisiejszych zarządzeń rządu. Głosy dzisiejszej krytyki są równie nierzeczowe jak te, które atakowały Lubeckiego. Toteż nic dziwnego, że Lubecki w pamiętnikach swoich podkreślił, iż w działaniu swym nie mógł głosom tej krytyki ulegać. Pisał Lubecki:

„Ministra Finansów przede wszystkim obowiązek czuwać bacznie, by energiczne działanie Rządu ani na chwilę nie ustawało, by mógł doprowadzić do skutku projekty zamierzonych ulepszeń i wydobyć naród cały z tak krytycznego położenia, w jakim chwilowo się znajduje. Jak chirurg nie może zważać na jęki operowanego pacjenta, by nie narazić życia chorego zbyteczną czułostkowością, i ja też tak niezachwianym krokiem muszę postępować po drodze, jaką mi wytknął mój obowiązek, świadom tego, że nie ma na świecie trudności, których by nie przełamało to przeświadczenie”.

A w innym miejscu swych pamiętników, jak podaje Smolka, pisze Lubecki słowa, które tak odpowiadają dzisiejszej sytuacji, tak są żywotne i zgodne z potrzebami chwili i intencją dzisiejszych czynników rządowych, że przytoczyć je należy bez żadnych komentarzy.

„Takie niestety jest położenie władzy w kraju nierozwiniętym jak nasz, że musi we wszystkim i na każdym polu brać inicjatywę, ponieważ stan oświaty, nieufność i zakorzenione przyzwyczajenia powstrzymują obywateli od wszelkich nowości, które gdzie indziej można pozostawić zabiegom osób prywatnych w własnym ich interesie. Co do nas, źle wyszlibyśmy pod tym względem na stosowaniu najpiękniejszych aksjomatów ekonomii politycznej, jeśliby nas oddały na pastwę tego zastoju, w którym, niestety, pleśniejemy od dawna. Rząd nasz, wódz świeżych jeszcze zastępów i nie ujętych w karby dyscypliny, musi śmiało na czele ich postępować, aby w nie wpoić poczucie siły i świadomość, którymi rozporządzają. Dałby Bóg, żeby ta rola rządu skończyła się jak najrychlej: żeby tkwiąca w nim siła impulsu, wszystko wprawiwszy w ruch, mogła wrócić w granice rozważnego spokoju”.

I tak postępując doczekał się Lubecki chlubnej oceny ze strony historyków i ekonomistów, zwolenników doktryny liberalizmu, przeciwników etatyzmu. Między innymi p. Andrzej Wierzbicki, który w tak jaskrawy sposób krytykuje rzekomy „etatyzm” dzisiejszych czasów, że nie waha się przezwać go ideą Wschodu, pisze w artykule swym w „Przeglądzie Gospodarczym” z dn. 1 stycznia 1921 r.:

„…a kiedy nam już tchu braknąć zaczyna – dobrze jest obejrzeć się poza siebie, wysiłki chociażby ostatniego stulecia okiem ogarnąć, zdobędziemy wtedy pewność, że dojdziemy do szczytu, że potrafimy nie tylko za Polskę umierać, ale żyć dla Polski”.

„Mówi nam o tym pokolenie, którym Lubecki rządził. Twarde to były rządy w dziedzinie porządkowania skarbowości”.

I tu, w artykule swym, jak i w innych artykułach („Przegląd Gospodarczy” nr 3 z dn. 1 lutego 1926 r.), nie miał nic innego prócz superlatyw i chwały dla Ministra, który nie zważał na jęki „operowanego pacjenta”, jakim było ówczesne życie gospodarcze Polski.

Od tych czasów w Polsce niewiele się zmieniło. Tylko drogą realizowania haseł Lubeckiego możemy iść ku mocarstwowemu rozwojowi państwa, i na tej drodze uzyskamy należytą ocenę przynajmniej potomnych, jeśli dzisiejsi krytycy nie zechcą zdobyć się choćby na minimum obiektywizmu.

Stefan Starzyński

Powyższy tekst to zapis wystąpienia wygłoszonego przez autora w dniu 15 grudnia 1928 r. w Poznaniu. Następnie wydano go w postaci broszury, nakładem Tygodnika „Przemysł i Handel”, Warszawa 1929. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.