Zamiast „ostatniej prostej” mamy czwartą i piątą falę

Mija osiem miesięcy, odkąd Kancelaria Prezesa Rady Ministrów przez swoje kanały w mediach społecznościowych oraz spot reklamowy obiecywała Polakom „ostatnią prostą” w walce z pandemią.

Stowarzyszenie Pacjent Europa przestrzegało wtedy przed nieuzasadnionym optymizmem. Pisaliśmy: „To nie jest żadna ostatnia prosta”. Przekonanie to oparliśmy na podstawie nie tylko tempa szczepień, ale również sposobu oraz czasu wprowadzania, utrzymywania i znoszenia innych polityk sanitarnych.

Od zeszłego roku podkreślamy, że – według danych wskazywanych przez ekspertów – polityką najlepiej chroniącą ludzkie życie, zdrowie, ale również wolności obywatelskie i nadzieję na trwały powrót do normalności jest „strategia eliminacji wirusa”. Polega ona na zduszeniu liczby zakażeń (szeregiem działań dotyczących administracyjnych restrykcji, w tym lockdownów i kwarantann) do poziomu bliskiego zera. Zamiast tego mamy do czynienia z polityką reakcji dopiero w momencie gwałtownego wzrostu zakażeń, gdy przepełnienie szpitali skutkuje lawiną zgonów.

Jest to polityka nieefektywnie reagująca na problem oraz skutkująca wieloma możliwymi do uniknięcia zgonami. Wbrew pozorom nie musimy dokonywać wyboru między „normalnym życiem” i ignorowaniem zgonów a długotrwałymi restrykcjami. Aby uniknąć kolejnej, piątej fali zakażeń oraz śmierci wielu osób, konieczna jest zmiana polityki. Po przejściu tej fali musimy ograniczyć liczbę zakażeń w pobliże zera i utrzymywać ten stan lekkimi i czasowymi działaniami przeciwepidemicznymi.

Niski na tle europejskiej średniej poziom zaszczepienia populacji, jak również utrzymująca się w społeczeństwie niechęć do przestrzegania administracyjnych restrykcji sanitarnych oddalają nas od zakończenia pandemii i przyczyniają się do przedłużania obecnego stanu rzeczy. Jednakże, choć niezadowolenie obywateli skierowane jest w niewłaściwym kierunku, Stowarzyszenie Pacjent Europa – w przeciwieństwie do przekazu płynącego z wielu ośrodków medialnych – dostrzega racjonalne podstawy tych lekkomyślnych i antyspołecznych postaw wielu Polaków. Odruchowe zbywanie tych głosów jako irracjonalnych i absurdalnych oddala nas od rozwiązania ważnego problemu społecznego.

Polacy mają prawo być źli na rządzących. Mają prawo podejrzewać, że ochrona interesów społeczeństwa nie zawsze w rządowych gabinetach miała priorytet nad, przykładowo, bieżącą narracją PR-ową czy strategią komunikacyjną. Obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej komunikacji nauki zamiast perswazyjnego hurraoptymizmu polityków i części ekspertów co do skuteczności szczepionek (wspomniana „ostatnia prosta”). Mają też prawo wątpić w to, czy eksperci zawsze dobro pacjentów i populacji stawiają wyżej niż środowiskowe konformistyczne presje i utarte stanowiska. Mają prawo pytać, czy na kształtowanie medialnych przekazów większy wpływ ma troska o życie i zdrowie ich bliskich, czy chęć dopasowania narracji do oczekiwań odbiorców. W obliczu sprzeciwu zarządów wielkich korporacji medycznych wobec zawieszenia patentów – sprzeciwu blokującego możliwości produkcji szczepionek przez kraje ubogie – również nie powinno nas dziwić stawianie przez wielu obywateli pytań o wpływ „Big Pharmy” na dobrostan społeczeństwa.

Sceptycyzm obywateli ma głębokie korzenie, ugruntowane m.in. doświadczeniami postkomunistycznej transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Regiony i miejscowości „wygrane” bardziej ufają autorytetom i szczepią się chętniej. Regiony i miejscowości „zapomniane” podchodzą do nich z nieufnością. Nieprzypadkowo w Unii Europejskiej najniższe poziomy zaszczepienia mają kraje z populacjami najdotkliwiej dotkniętymi tym problemem, jak np. w Bułgarii. Poczucie „zdradzenia” przez elity i nieufność wobec ich przekazu ma więc racjonalne korzenie, chociaż jawi się jako irracjonalne i wydaje szkodliwe owoce.

Dotychczasowe strategie nie działają. Dlatego Stowarzyszenie Pacjent Europa uważa, iż dla uniknięcia piątej fali powinniśmy wykorzystać nadchodzący po czwartej fali spadek transmisji wirusa do wdrożenia strategii jego eliminacji i utrzymania zakażeń na jak najniższym poziomie dzięki konsekwentnemu korzystaniu z dostępnych mechanizmów minimalizacji wpływu lokalnych ognisk zakażeń, takich jak: śledzenie przypadków zachorowań przez Sanepid, kierowanie na kwarantanny zarówno przyjezdnych, jak i mających kontakt z osobami zakażonymi, izolowanie tych przypadków (najlepiej przez kwarantanny „hotelowe”), a także wprowadzanie lokalnych lockdownów celem zatrzymania krążenia wirusa.

Długotrwałe próby ignorowania problemu są kosztowne i niebezpieczne. Opanowanie problemu w jego łagodnej fazie pozwoli na obniżenie wydatków administracyjnych, ale również – co najważniejsze – pozwoli ochronić wiele ludzkich istnień. Towarzyszyć temu powinny finansowa pomoc dla obywateli oraz transparentna, intelektualnie uczciwa komunikacja, traktująca ludzi podmiotowo, dzięki której poziom zaufania do elit, a także do programu szczepień powinien wzrosnąć. Od początku pandemii populacja Polski obniżyła się o ćwierć miliona – za sprawą czterech fal zakażeń oraz towarzyszącego im przeciążenia służby zdrowia. Uniknięcie śmiertelnej piątej fali jest dzisiaj w rękach polityków.

Krzysztof Mroczkowski, Mateusz Piotrowski

Stowarzyszenie Pacjent Europa

Nasza transklasa

Z wielu powodów, prywatnych i zawodowych, zastanawiam się często nad tym, czemu od czasów transformacji stale słyszy się tyle kłamstw na temat PRL-u. Nieprawdy, półprawdy, gównoprawdy, ale przede wszystkim wielkie przemilczenia, jak o zmarłym krewnym, który był czarną owcą rodziny i wszyscy chcą już o nim zapomnieć, ale jakoś jego duch stale nawiedza rodzinne spotkania. Jest to bardzo ważne, może nawet definiujące kondycję naszych czasów zjawisko, więc będę do niego wracać. Dzisiaj o jednym wątku – o awansie społecznym.

Bo wszak PRL dał ludziom z niższych klas potężne pchnięcie w górę. Potem w okresie transformacji to się zatrzymało i dla wielu grup społecznych – odwróciło, a dla innych zintensyfikowało, przyspieszyło. Jednak bez PRL-owskiej windy w górę bylibyśmy w innym miejscu. Ja również byłabym kimś innym, na pewno nie profesorem zwyczajnym – jestem inteligentką w drugim pokoleniu i moje korzenie są robotniczo-chłopskie. Po moich robotniczo-chłopskich rodzinach odziedziczyłam nie kapitał kulturowy, lecz ciekawość poznawczą, upartą odwagę i optymizm kogoś ostro mobilnego w górę. Słabą orientację w tym, co wypada, z kim, jakie wrażenie należy zrobić na kim. Silne przekonanie, że edukacja rozwiąże jeśli nie wszystkie problemy świata, to raczej większość, a na pewno moje własne. Wiem też, że to wszystko mało by mi pomogło, gdybym szykowała się do lotu w potransformacyjnych czasach. Te cechy są teraz obciążeniem. Były znakami rozpoznawczymi w społeczeństwach awansu społecznego. Jako sygnały wychwytywane są przez innych w podobnej sytuacji. Nie zabrnęłabym pewnie zbyt daleko, gdyby osoby o podobnych stygmatach, bez związków pokrewieństwa, znajomości, wzajemnych zobowiązań – tylko dla tego podobieństwa – po drodze mnie nie dostrzegły i w kluczowych momentach nie podały mi ręki.

Dla zestabliszowanych elit wyglądamy niedobrze: arrivistes; zawsze coś kłuje w oczy, wystaje nam słoma z butów, brak nam ogłady, nie umiemy się zachować, nie mamy taktu. A przede wszystkim nie mamy tej całej sieci wujków, stryjków, zblazowanych koleżanek cioci babci z prywatnej szkoły, tych gwarantów, mentorów, odźwiernych czy po prostu zdolnych do wskazania drogi.

Herbert biadolił swego czasu, że PRL kusił go zbyt mało przekonująco. Mnie tam kusił o wiele bardziej niż to, co po nim nastąpiło. PRL miewał przyjemną mieszankę kultury ludowo-inteligenckiej, z różnymi falami wzrostu i upadku. Ta mieszanka bywała momentami ciekawa, niebanalna, zaskakująca. Właśnie ci wszyscy arrivistes wyglądający w każdym ubraniu jak wymięci po długiej, męczącej podróży, miewają w oczach czar i blask jak nikt inny. Bywa, że wiedzą o tym stare kulturowe klasy, szlachetna inteligencja, la grande bourgeoisie wie, że bez nas by się skalcyfikowała – i dlatego miewamy nadal swoje miejsce w społeczeństwach, gdzie są one aktywne. Nie w neoliberalizmie.

Neoliberalizm to jeden wielki pochód triumfalny klasy średniej. Od czasów prorokini drobnomieszczaństwa Thatcher trwa totalna kolonizacja świata przez tę warstwę: jej moralność, jej estetykę, jej zasady, ambicje i dążenia. Wciskają się wszędzie, nie ma już takiego miejsca, gdzie nie dyktują wszystkim swoich zasad. Są jako klasa pełni zazdrości, asertywnego przekonania o własnej doskonałości. Generalnie pogardzają klasami niższymi od siebie i powierzchownie naśladują klasy wyższe, nie dbając o żadną głębię ani o wartości. Tylko pozory są ważne, tylko powierzchnia. Zdobyć „pieniążki” i zachwycić się sobą. To nie są czasy ani warunki dla arrivistes. A szkoda. Jesteśmy nie tylko czarujący, ale i potrzebni.

Wszędzie tam, gdzie otwiera się blokada klasowa i można awansować, od rewolucji francuskiej poprzez Napoleona i jego wojaków, a na angielskim romansie z socjaldemokracją w latach od II wojny do połowy lat 70. – wszędzie tam wyzwala to nieprawdopodobną energię, tryskają nowe idee, geniusze rodzą się na kamieniu, pojawia się ten wiatr odnowy, który potem w historii sztuki zapisuje się jako okres szczególnie inspirujący, a w nauce jako lata nowych prądów i odkryć. Pojawiają się nowe pytania, nowe trendy, zdarzają się ciekawe próby odpowiedzi. A czasem tylko szalone mody. I też dobrze.

Francuska filozofka Chantal Jaquet, pisze o transclasses, transklasach – osobach znajdujących się w ruchu pomiędzy klasami społecznymi. Klasa jest dla niej nie tożsamością, lecz dynamiczną relacją. Przejście pomiędzy klasami wymaga pokonywania wielu niespójności, co jest trudne i energochłonne. Stąd wiąże się to z zestawem afektów i aspiracji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Polega na używaniu kodów kulturowych wywodzących się z różnych środowisk, często twórczym. Na przykład obecnie gwiazdy sportu dokonują przekraczania granic, co kreuje interesujące postaci, ale za cenę dysonansów, np. bycia postrzeganymi jako „nieokrzesani”.

Otóż myślę, że cały PRL był jedną wielką transklasą. Dlatego wstydzimy się go, bo on mówi o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, zdradza coś, co jest pod powierzchnią – w świecie, gdzie powierzchnia jest najważniejsza, bo dająca moc definiowania świata na zasadzie tożsamościowych ukazów. Staramy się wyprzeć to coś pod powierzchnią, tę kolektywną słomę wystającą z butów. W popularnych telewizyjnych serialach opowiadana jest nasza kulturowa historia, jakby to nie istniało, tyle że puste półki (kiedy? w latach 80. czy 70.? w Polsce czy w Rumunii? mniejsza o to…) i ubecja śledząca każdego kierownika działu zaopatrzenia i każdą uczennicę szkoły podstawowej (w rzeczywistości czy na szpiegowskim filmie? mniejsza o to…). Był Bareja i łyżki na łańcuchach (fikcja, dla śmiechu? mniejsza o to…). I szare bloki. Nic więcej. Nic, co by nas osobiście dotyczyło czy definiowało. Definiuje nas kultura szlachecka przedwojnia, ewentualnie Skamandryci. Ewentualnie – ewentualnie! – jakiś pradziad kosynier, który pod Kościuszką walczył o niepodległość. No bo jednak gdzieś jakiś chłop musiał nam się w społecznym rodowodzie trafić. Ale nie ma tego całego arrivistowskiego kontekstu, który tak dobrze pamiętam: wiotkie dziewczyny w niemodnych bluzkach recytujące Stachurę na dworcu w Szklarskiej, nierówno ostrzyżonych panów na prestiżowym zachodnim kongresie, będących wszak nieprawdopodobnie zdolnymi szefami, poetów „walających się w przedpokoju” (cytat z przyjaciółki, która miała taki przedpokój). I hasło, które towarzyszyło nam wtedy w naszych nieraz alarmująco pretensjonalnych wieczorach przy węgierskim winie: bądźmy oryginalni za każdą cenę, zesrajmy się, a bądźmy oryginalni. Tak było. OK, zoomer, deal with it.

prof. Monika Kostera

Górnicza walka trwa

z Jarosławem Niemcem, przewodniczącym Związku Zawodowego „Przeróbka” w kopalni Bogdanka na Lubelszczyźnie, rozmawia Mateusz Jurewicz

Jakie działania podejmujecie obecnie jako związek zawodowy?

Jarosław Niemiec: Jesteśmy świeżo po masówkach, czyli spotkaniach, wiecach załogi. Zaczęliśmy już rejestrować pikietę na przyszły tydzień, gdyby rozmowy z zarządem kopalni nie doszły do skutku. Zarząd poinformował nas, że spór zbiorowy jest nieuzasadniony. Twierdzili, że porozumienie zostało już zawarte. Nie wiem z kim, ale twierdzą, że zostało. Uzasadnienie brzmi tak, że związek zawodowy nie może podejmować żadnych sporów zbiorowych, bo nie możemy walczyć o poprawę warunków płacy i pracy. To zabawne, ponieważ to zupełne ograniczenie podstawowego prawa związku zawodowego, prawa do sporu, strajku, do manifestowania niezadowolenia załogi. Krótko mówiąc, jest to ograniczenie prawa do reprezentowania załogi i działania na rzecz poprawy warunków pracy i płacy. O tym powinny decydować inspekcja pracy i sąd, a nie druga strona sporu. Powiadomiliśmy Państwową Inspekcję Pracy o takich działaniach zarządu.

Skoro zarząd nie chce prowadzić rokowań w sposób ustalony przepisami o sporze zbiorowym, będziemy próbowali mówić o tym głośniej. Zorganizujemy pikiety oraz zaczniemy naciskać na zarząd, żeby jednak zaczął z nami poważnie rozmawiać i przestał nas lekceważyć. Nas i nasze związkowe uprawnienia.

Jak wygląda poparcie tego, co robicie jako związek?

Ludzie po prostu popierają nas nogami. Załoga przychodzi z wyrazami poparcia. A także zapisuje się do nas – w ciągu ostatnich kilku tygodni wrzenia pracowniczego zwiększyliśmy liczebność związku o 50%. Mało tego: w sytuacji konfliktowej z innymi związkami ludzie należący do nich podchodzą do nas i mówią, że dobrze robimy, że tak trzymać, co rzadko się zdarza w realiach przynależności pracowników do różnych związków. Przeważnie związkowcy są krytykowani za to, że za mało robią, że są za mało stanowczy. A tutaj okazało się, że jest związek, który dla paru osób jest za bardzo zdecydowany. Padają oczywiście oskarżenia o wichrzycielstwo i inne, cała ta gadka, która ma na celu unieważnienie przeciwnika i jego dyskredytacje.

Kto głównie stosuje wobec Was takie oskarżenia?

Zarząd oraz, co najgorsze, inne związki zawodowe.

Możesz opowiedzieć więcej o sytuacji z innymi organizacjami związkowymi?

Z punktu widzenia taktyki związkowej, kiedy inny związek wchodzi w strajk ja osobiście odczekałbym kilka dni i zobaczył, czy załoga w to idzie czy nie, a jeżeli idzie to trzeba przyłączyć się do akcji. Jeśli nie ma poparcia załogi, to wiadomo, że umrze to śmiercią naturalną i związek przegra.

Myślisz, że przegracie?

W tej chwili nie mam żadnych podstaw do takiego myślenia, tym bardziej, że to, co w tej chwili robimy to jest to, czego ludzie chcą, żebyśmy robili. Załoga chciała uczestniczyć aktywnie w negocjacjach. W zakładzie aktywność oddolna została tak wzbudzona, że gdy jadę gdzieś z ulotkami, to okazuje się, że ludzie już sami je sobie podrukowali i wyłożyli, zanim je tam dowiozłem. Wszystkie komunikatory kopalniane już się grzeją. Ludzie się zbierają, rozmawiają, wymieniają się opiniami. Czegoś takiego u nas jeszcze nie było. Jesteśmy kilka kroków przed zarządem, który mówił nam o partycypacji. My już to robimy – przed zarządem i przed wszystkimi innymi związkami. To, że klasa robotnicza na Bogdance się upodmiotowiła, to już nie nasza wina. Gdy się z ludźmi rozmawia i daje im prawo do stawiania żądań poprawy warunków pracy, to tak to po prostu działa. I tak to powinno działać.

Jakie są wasze żądania?

Najważniejsze dla nas są podwyżki procentowo-kwotowe. Głównie chodzi o podwyższenie płac osobom najniżej zarabiającym plus rekompensaty dla ciężkich prac głównie na tzw. ścianach, gdzie trudno to nazwać pracą, bo bardziej pasuje określenie sport ekstremalny.

Nasze postulaty mają charakter socjalny, chodzi w pierwszej kolejności o zaspokojenie potrzeb płacowych, wynikających z rosnących kosztów życia. Mówimy, że wszyscy muszą odczuć podwyżki netto. Po to, by móc przetrwać przyszły rok z rosnącymi cenami. Nie chodzi nam tu wcale o jakieś kokosy. Niech nikogo nie zwiedzie ta wysoka średnia na kopalni, bo do tej średniej płacy wliczane są nagrody jubileuszowe, czternastka i wszelkie inne świadczenia. Na miesiąc wcale tak kolorowo nie wychodzi, zwłaszcza u pracowników z najniższych grup zaszeregowania. Domagamy się, żeby podwyżka była kwotowa, a nie procentowa. Procentowa działa tak, że kto zarabia dużo, ten zarobi więcej, a kto zarabia mało – temu podwyższą mniej.

Sytuacja chyba wam sprzyja? Mamy niedobór węgla na rynku światowym oraz rosnące zapotrzebowanie na specjalistów na rynku. Jak do tego odnosi się zarząd?

Zarząd mówi, że ma długoterminowe plany strategiczne. Na razie jedynym pomysłem na to, jak poprawić wydajność, jest dodatek motywacyjny, który tak naprawdę sprowadza się do zorganizowania nam wyścigu szczurów. Wtedy wszystko samo się rozwiąże, bo w tym pędzie ludzie sami będą ukrywać problemy, żeby przełożony przyznał premie. Drugi zarzut jest taki, że siadaliśmy do rozmów z trzema punktami, a kiedy dostaliśmy inne propozycje od załogi – wyłoniliśmy ich siedem. Teraz powinniśmy zrobić przerwę, przeprowadzić konsultacje i brnąć dalej w spór zbiorowy. Natomiast pozostałe związki uznały, że to już je satysfakcjonuje i nie uznały za stosowne skonsultować się z załogą. Reszta związków boi się teraz wyjść na zakład, a my organizujemy zarówno zapowiedziane, jak i niezapowiedziane masówki, na które ludzie sami przychodzą.

Widzimy już jako górnicy, że nie musimy dłużej słuchać o byciu nieprzydatnymi, że coś od nas zależy. Choćby to, żeby był prąd w gniazdkach. Zielony ład zielonym ładem ale węgiel nadal będzie potrzebny przez jeszcze sporo czasu. Węgiel ma znaczenie również jako sam surowiec. Paradoksalnie, górnictwo musi istnieć, aby mógł być wprowadzony zielony ład. Ponieważ jest to rezerwa paliwowa, trudno będzie się od niej uwolnić, ale w momencie, kiedy wieje, kiedy jest słońce, to po co ten węgiel wydobywać tylko dla wyników. Jako związek Przeróbka uważamy, że lepiej byłoby wprowadzić coś na zasadzie dopłaty za gotowość lub za zachowanie złóż. Nie musimy sprzedawać węgla nie wiadomo gdzie za marne pieniądze, bo gdy za dwa czy trzy lata przyjdzie koniunktura, on znów będzie potrzebny tutaj. W tym czasie kopalnie jako ośrodki o wysokiej kulturze technicznej mogłyby być liderami transformacji, ośrodkami naukowymi, technicznymi. Wiele można u nas zrobić, zaplecze tutaj jest. Zamiast tego widzimy zmianę gospodarki tylko jako proces rynkowy, a nie społeczny. Mówi nam się, że musimy konkurować cenowo z węglem z tzw. rynku światowego. Ale jak można konkurować na ceny np. z takimi krajami, gdzie nie ma kodeksów pracy czy lekceważy się warunki BHP. Konkurencyjność polskiego węgla to pułapka, która skończy się konkurowaniem o wyniszczenie i koszty pracy z krajami trzeciego świata.

Najbardziej nurtującym mnie pytaniem po wszystkim, co usłyszałem, jest to, w jaki sposób organizować się w miejscu pracy i jak robić to skutecznie?

Recepta jest bardzo prosta, odpowiedzi na to pytanie udzielił mi kiedyś mój mentor związkowy Bogusław Szmuc ze Związku Zawodowego Górników. Powiedział mi on, że związkowiec może być nawet głupi – wystarczy, żeby wiedział w kluczowym momencie, po której stronie stanąć. Przewodniczący związku musi pamiętać, żeby słuchać załogi i dać się jej wypowiadać.

Oczywiście liczy się też autentyczność. Trzeba również być jednym z tych ludzi, a nie tylko wykonywać funkcje w związku.

Jako pierwszy na tej kopalni zacząłem prowadzić profil związku na facebooku z możliwością komentowania, przygotowywać informacje dla załogi, a inni związkowcy zaczęli przychodzić do nas, żeby się czegoś dowiedzieć. Wszyscy się przyzwyczaili do tego, że było spokojnie i cicho, ale to już się zmieniło. Nas od pół roku nazywają szantażystami. Robią o nas ulotki na poziomie „on mówi nieprawdę, bo jest zły”. Myśleli, że będzie jak było, a tutaj okazuje się, że załoga nie dość, że potrafi sama czytać, to jeszcze i pisać.

Dziękuję za rozmowę.

18 stycznia 2022 r. 

Polski (Nie)Ład

Obecna reforma przedstawiana jest jako system progresywny, w odróżnieniu od degresywnego, jaki istnieje dotąd, a którego nie ma chyba nigdzie indziej, a w Europie tym bardziej.

Opowieść władzy o nowym systemie wygląda jednak jak zaoferowanie zakupu uszkodzonego produktu, przy ukrywaniu owego uszkodzenia. Założenie naiwne, powodujące zamiast reakcji pozytywnej – negatywną. Także u tych, którzy na reformie zyskają, bo na początku prezentacji myśleli, że dostaną sporo więcej. Po raz kolejny zabrakło wyczucia psychologii społecznej. Nagłaśnia się tylko wielki wzrost kwoty wolnej od podatku oraz podwyższenie progu przechodzenia nadwyżki na 32% z 85 tys. rocznie do 120 tys. Wstępnie robi to wielkie wrażenie, ale potem listki opadają.

„Polski Ład” obejmuje wiele propozycji korzystnych dla ludzi. Jednak w mentalności odbiorcy najbardziej liczy się płaca. Gdy odbiorcy orientują się, że ich wykolegowano, czyli przedstawiono prawdę częściową, a w tym przypadku oznacza to kłamstwo, bo wykonano owo świadomie – reakcja jest nieprzyjemna. Chodzi oczywiście o ukrycie nieodliczania składki zdrowotnej. Obecnie po odliczeniu w rocznym PIT efektywny podatek z tego tytułu wynosi dla wszystkich 1,25% od brutto, czyli w zasadzie bez znaczenia. Gdy nie będzie się składki zdrowotnej odliczać, wszyscy zapłacą 9%.

Jak to się przekłada na realne skutki zmian w dochodach netto? Zarobek czy świadczenie 2500 zł brutto jest bez podatku, bo 30 tys. jest zwolnione z opodatkowania. Mający taki dochód lub świadczenie, czyli w wysokości ok. średniej emerytury lub ok. najniższej płacy, zaoszczędzi ok. 230 zł miesięcznie (wszystkie kwoty wzrostu czy spadku dochodu oznaczają kwoty netto). Ten, kto ma dochód brutto 2000, zaoszczędzi 180 zł. Czyli zyski z reformy w dół od dochodu 2500 zł mają charakter degresywny (różnice się zwiększają), ponieważ stawka podatku wynosi 17%, a składka zdrowotna 9% dla wszystkich – obie wartości maja charakter liniowy (bez progresji). Inaczej z tego rachunku wyjść nie może.

Jeśli jesteśmy przy tym zjawisku, to zupełnie niepostrzeżenie przeszła Ustawa z 21.01.2021 o nowelizacji rent i emerytur. Przywraca ona skrajnie niesprawiedliwą waloryzację świadczeń, czyli procentową, jaka przez wiele lat powodowała stale rozciągającą się stratyfikację owych świadczeń. W zeszłym roku w przestrzeni środkowej (dość szerokiej) zastosowano wreszcie waloryzację kwotową. Ta zmiana była ułomna, bo tylko częściowo objęła świadczenia najniższe (gwarancja podwyżki o co najmniej 50 zł) oraz procentowo traktowała nadal świadczenia wysokie, ale był to krok w dobrym kierunku.

Teraz wrócono do sposobu wieloletniego – niesprawiedliwego. Ten manewr nie będzie zauważony szerzej, natomiast zauważona będzie inna zmiana zawarta w tej ustawie. I wzbudzi oburzenie ludzi najbiedniejszych – właśnie teraz, bo ZUS dopiero obecnie przesyła zawiadomienia o nowych wymiarach świadczeń po waloryzacji. Chodzi o to, że w Ustawie zawarto informację, iż jeśli waloryzacja przekroczy 4,16%, to gwarancja zachowania minimum 50 zł tejże przestaje obowiązywać. Waloryzację określono na poziomie 4,24%, czyli ociupinę wyżej i owo gwarantowane 50 zł poszło się bujać. Jest jasne, że próg w ustawie i próg waloryzacji, który określono później, pozostają ze sobą w relacji z góry zaplanowanej.

Jak wspomniałem – wartości podwyżki z tytułu podniesienia kwoty wolnej będą miały charakter spadający w liczbach bezwzględnych, idąc w kierunku biedniejszych (od 2500 zł) i w ogóle nie wiadomo, czy zrekompensują brak gwarancji podwyżki waloryzacyjnej 50 zł dla najbiedniejszych.

Nietrudno przewidzieć ich reakcje na takie dictum.

A co się dzieje przy wyższych dochodach?

Mediana dochodów wynosi ok. 4200 zł brutto. Zysk na reformie w tym punkcie wynosi 100 zł. Zatem zyski pomiędzy 2500 zł a 4200 zł rozciągają się pomiędzy 230 zł a 100 i mamy progresję podatkową. Czy 100 zł netto dla zarabiającego na poziomie mediany da mu satysfakcję? Może trochę da, bo 4200 to kwota brutto a 100 zł netto – z 4200 na rękę zostaje teraz sporo mniej.

Płaca średnia to teraz ok. 6 tys. brutto.. Na tym pułapie mamy stratę netto 40 zł. Wyżej te straty się podwyższają. Na poziomie górnej granicy pierwszej stawki, czyli 10 tys., strata wynosi 350 zł. Cały czas mamy więc progresję podatkową, ale bardzo małą, przy czym straty biegnące już powyżej średniej i bardzo niewielki zysk przy medianie oraz degresja zysku od 2500 zł w dół – to wszystko nie przyniesie radości społecznej, zwłaszcza że mamy efekt psychologiczny opisany wcześniej, czyli ukrycie w narracji nieodliczania składki zdrowotnej. Ci, do których to nie dotarło, dziwią się, jakim cudem przy podniesieniu drastycznym kwoty wolnej i podniesieniu progu 17% do 120 tys. rocznie dostają albo tak mało (ci poniżej średniej), albo tracą (ci od średniej w górę).

Minister Finansów zdał sobie teraz sprawę, że straty nie mogą zaczynać się od średniej i zapowiedział jakieś „algorytmy”, aby to wyrównywać. Już samo słowo dla niejednego nie jest zrozumiałe i nikt nie wie, co to miałoby być. Wrażenie jest takie, że cała reforma nie została wymyślona z sensem i należnym namysłem.

Osobną sprawą jest sytuacja przedsiębiorców Płacili oni składki praktycznie od ok. najniższej pensji (ryczałt). To znaczy mogli płacić więcej, ale zdecydowana większość nie chciała. Odbijało się to na ich perspektywie emerytalnej, rentowej i zasiłku chorobowym i wypadkowym, ale tak chcieli, więc ich broszka.

Nie miało to prawie znaczenia, bo składka zdrowotna prawie cała była wszystkim – także emerytom, rencistom i pracownikom – zwracana.

Teraz, gdy muszą oni płacić, tak jak wszyscy, niezwracaną składkę zdrowotną 9%, mają – irracjonalne – poczucie, że ich dochody straciły 9%. Tymczasem korzystają zarówno z kwoty wolnej od podatku, jak i z podniesienia progu ze stawką 17% do 120 tys. rocznie – tak jak wszyscy. Diabeł tkwi w tym, że oni w dużej większości zarabiają powyżej 6 tys. i na całej reformie tracą. Nie tak, jak im się wydaje, ale jednak.

Można było przewidzieć, co się stanie z ich świadomością, ale znowu o psychologii społecznej nikt nie pomyślał. A przedsiębiorców mamy kilka milionów plus rodziny.

A przecież można było po prostu skopiować system, jaki na Zachodzie jest niemal wszędzie. Czyli kilka progów progresywnie. Od stawki 5% lub 10% (5 ma Francja, a 10 Anglia) aż do np. 50%. Wszak da się wyliczyć tak system, aby budżet nie stracił, biedniejsi zyskali (a jest ich, czyli tych z zarobkami do 4200 zł, połowa społeczeństwa).

Progresja podatkowa jest u nas bardzo niska, bo wciąż mamy tylko dwie stawki, a pierwsza jest bardzo wysoka (dlatego nie ma wyższych ponad 32%), a zyski już na poziomie mediany idąc od dołu się kończą, niżej są niewielkie, a poniżej 2500 zł zaczyna się degresja zysków.

Mariusz Muskat

Twarze wykluczenia – czas na informacyjną i cyfrową alfabetyzację

Twarze wykluczenia – czas na informacyjną i cyfrową alfabetyzację

Walka ze współczesnym wykluczeniem społeczno-cyfrowym stawia przed nami wyzwania o skali porównywalnej z tymi, które wiązały się z procesem masowej alfabetyzacji w XX wieku.

Dlaczego zjawisko wykluczenia społeczno-cyfrowego jest tak istotne? Odpowiedź na to pytanie można częściowo uzyskać dzięki zdefiniowaniu problemu wykluczenia, a ściślej rzecz ujmując: określeniu jego zakresu. Bardzo rzadko spotykamy się dziś z pojmowaniem tego zjawiska jako jednej z form nierówności społecznych prowadzących do marginalizacji zarówno jednostek, jak i całych grup. W zakresie cyfryzacji dominuje technokratyczny paradygmat myślenia i polityki, który uwzględnia prawie wyłącznie ilościowe wskaźniki infrastrukturalne: zakupy sprzętu i kolejnych rodzajów technologii czy tworzenie aplikacji mobilnych i wdrażanie nowych procesów zarządzania w IT. W wielu liczących się kręgach politycznych i gospodarczych wykluczenie cyfrowe sprowadzane jest do jednego z działów administracji pod nazwą „informatyzacja”. Rezultatem takiego sposobu myślenia i kierowania się wyłącznie wskaźnikami technicznymi jest szkicowanie, w najlepszym razie, niepełnego obrazu sytuacji. Możne to prowadzić nawet do przekonania, że zjawisko wykluczenia nie istnieje, gdyż zasięg sieci internetowej pokrywa dziś niemal całe terytorium Polski. Z doświadczeń i obserwacji, szczególnie wyraźnych w czasie dwóch lat pandemii, wiemy jednak, że w zjawisku wykluczenia społeczno-cyfrowego, nie chodzi wyłącznie o sam dostęp do internetu.

Sprzężenie zwrotne

Kluczowych informacji na temat cyfryzacji, pozyskiwania informacji i współczesnych mediów, udzielają eksperci reprezentujący nurt ekologii mediów. Zajmują się oni badaniem relacji człowieka ze środowiskiem technologii informacyjnych. W ocenie dr hab. Magdaleny Szpunar, socjolożki kierującej Zakładem Nowych Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekologia mediów „koncentruje się na tym, jak media mogą zmieniać nasze postrzeganie, wyznawane wartości, ale także […], jak nasze interakcje z mediami ułatwiają bądź też utrudniają przetrwanie”. „Nowa technologia nic nie dodaje ani niczego nie odejmuje. Nowa technologia wszystko zmienia” – twierdzi badaczka.

Rozpatrywanie wykluczenia cyfrowego wyłącznie jako wyzwania technokratycznego może prowadzić do wzrostu rozwarstwienia społecznego. Wykluczenie ma wiele przyczyn, których nie da się dostrzec za pośrednictwem wskaźników skoncentrowanych wyłącznie na rozwoju technologii. Powody omawianego zjawiska dotyczą bowiem także ludzkiej psychiki, relacji społecznych, zasobów materialnych, edukacji, zdrowia, spraw obywatelskich, kapitałów – społecznego, ludzkiego, moralnego i kulturowego – wprost wpływających również na jakość systemu politycznego.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wyodrębnia dwa typy wykluczenia cyfrowego. Pierwszy dotyczy dostępu do technologii informacyjno-komunikacyjnych, w tym dostępu do urządzeń, oprogramowania, łącza i stabilności usług oraz finansów niezbędnych do ich zakupu. Drugi rodzaj definiuje się ze względu na użytkowanie technologii. Uwzględnia on kompetencje, motywacje związane z korzystaniem z sieci oraz urządzeń, a także funkcje, jakim ono służy (rozrywka, informacja, wiedza, relacje, zaangażowanie obywatelskie etc.).

Bazując na sposobie myślenia promowanym przez OECD i traktując wykluczenie cyfrowe jako jeden z wymiarów społecznych nierówności, jako Fundacja Orange wraz z Fundacją Stocznia stworzyliśmy raport „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce” (autorzy: Aleksandra Pierścińska, Jan Herbst, Anna Bartol). Został w nim naszkicowany zintegrowany model tego zjawiska.

W modelu tym potraktowano wykluczenie jako strukturalne ograniczenie szans życiowych poszczególnych osób i całych społeczności lokalnych. Jest ono wynikiem nakładania się na siebie niekorzystnych uwarunkowań społecznych i ekonomicznych oraz deficytów związanych z możliwością korzystania z usług cyfrowych. Kluczowym mechanizmem jest w tym przypadku sprzężenie zwrotne, w którym infrastrukturalne, dochodowe, kulturowe, mentalne i kompetencyjne uwarunkowania korzystania z technologii powodują i jednocześnie są kształtowane przez nierówności społeczne i ekonomiczne, w tym przez dysproporcje dochodowe, nierówności edukacyjne, różnice w dostępie do oferty i infrastruktury edukacyjnej oraz w kapitale kulturowym.

Skala wykluczenia i zjawisk towarzyszących

Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że prawie 20 proc. Polaków w ogóle nie używa internetu. Ponad połowa osób, które nigdy nie korzystały z sieci, mieszka na terenach wiejskich. W czasie pandemii 25 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach nie miało dostępu do internetu w swoich domach. Najważniejszą formą wykluczenia – mówiąc językiem używanym przez OECD – jest wykluczenie motywacyjne. Okazuje się, że 66 proc. osób niekorzystających z sieci uzasadnia to brakiem potrzeby, mimo tego, że – w zależności od grupy społecznej – od 20 do 45 proc. z nich ma w domu urządzenia zapewniające dostęp do sieci. Na brak umiejętności w zakresie korzystania z internetu wskazuje 52 proc. badanych.

Polskę charakteryzuje jedna z najwyższych w Europie dysproporcji sposobów użytkowania internetu w zależności od ukończonej edukacji. Osoby gorzej wykształcone znacznie rzadziej niż w innych krajach korzystają z usług publicznych w sieci, poszukują tam wartościowych treści lub traktują ją jako źródło codziennych informacji o świecie.

Ogromne znaczenie ma także to, że wykluczenie społeczno-cyfrowe nie jest związane wyłącznie z brakiem dostępu do internetu lub świadomym niekorzystaniem z nowych technologii. Wiąże się ono także z dysfunkcyjnymi wzorcami korzystania z nich. Grupy wykluczone są narażone w pierwszej kolejności na skutki dezinformacji, cyberprzestępczości, niebezpiecznych zachowań w sieci czy uzależnień behawioralnych.

Ważnych informacji dostarcza nam doświadczenie pandemii, która jeszcze bardziej zwiększyła rozwarstwienie społeczno-cyfrowe. Osoby niekorzystające z sieci przed wybuchem pandemii Covid-19 nadal w 90 proc. twierdzą, że nie mają takiej potrzeby. Z drugiej strony, osoby mające nieograniczony dostęp do technologii i stale ich używające, uciekły wykluczonym o kilka długości. Udział niekorzystających z internetu wśród respondentów o niskim poziomie wykształcenia jest ponad 10-krotnie większy niż wśród osób, które ukończyły uczelnie wyższe. Przepaść ta jest olbrzymia również w przypadku osób mniej i bardziej zamożnych, a różnica między najmłodszymi i osobami po 70. roku życia jest aż 20-krotna.

Darwinizm społeczny czasu pandemii

W społeczeństwie zauważyć można także niepokojące cechy „indywidualistyczno-darwinistyczne”. Problem ten jest przez nas traktowany raczej opisowo niż związany z faktycznymi kosztami społecznymi. Jest on dostrzegany, ale jednocześnie jest na tyle przezroczysty, że ignorujemy wagę jego istnienia. Utrwalony został stereotyp, że wykluczenie cyfrowe związane jest z wiekiem oraz że jest to zjawisko dość naturalne. Uważa tak aż 59 proc. internautów, mimo że wielu wykluczonych to ich bliscy. Wiemy jednak, że obraz sytuacji jest znacznie bardziej złożony. Mentalne bariery leżące u podstaw wykluczenia cyfrowego stanowią obecnie jego główną przyczynę, choć w społecznej świadomości nie są częścią tego problemu. Zaryzykowałbym tezę, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest panująca od wielu lat orientacja technokratyczna, która nie uwzględnia procesów społecznych i psychologicznych. Jednak najbardziej niepokojące jest to, że 40 proc. internautów uważa za przyczynę wykluczenia brak chęci niekorzystających z sieci, nie zaś uwarunkowania systemowe czy bariery poznawcze. Spora grupa Polaków przypisuje zatem „winę/odpowiedzialność” za wykluczenie samym wykluczonym.

Ten indywidualistyczny ton brzmi dość znajomo, kiedy uwzględnimy badania 30-lecia Krystyny Skarżyńskiej („My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle”, 2019). Zdiagnozowano w nich mniejszościowy, ale bardzo wyraźny i łatwo rozprzestrzeniający się społeczny zestaw zachowań opisanych przez autorkę jako „społeczny darwinizm”. Jest to zestaw przekonań, na które składa się antagonistyczna wizja świata, brak wiary w istnienie dobra wspólnego i traktowanie życia społecznego jako gry o sumie zerowej, w której wygrywa się tylko wtedy, gdy wykorzystuje się słabe strony innych osób. Nie trzeba dodawać, że integralną częścią tego zbioru jest głęboka nieufność wobec otoczenia oraz instytucji, akceptacja instrumentalizowania otaczających nas osób, a także akceptacja dla „siłowych” i agresywnych zachowań.

W obliczu pandemii opisane wyżej rysy nabierają znacznie groźniejszego charakteru. Pandemia jest bowiem niczym innym jak doświadczeniem społecznej traumy, dobrze opisanej przez badaczy (np. prof. Piotra Sztompkę czy prof. Piotra Długosza) na przykładzie transformacji ustrojowej w Polsce i innych krajach. Społeczne doświadczenie traumy jest całym tsunami kryzysów – zdrowotnych, finansowych, społecznych, psychicznych i wielu innych. Jego konsekwencją jest pogłębianie syndromu nieufności, wzrost agresji i konfliktów społecznych, stanu bierności i wycofania się do własnej prywatności lub podatności na skrajne ideologie proponujące uproszczone wizje świata. Co można zatem robić?

Kompetencje

Przyjęcie paradygmatu społecznego wobec procesów cyfryzacji skutkować powinno zaakceptowaniem tego, że głównym wyzwaniem jest mentalny wymiar wykluczenia, a chcąc być bardziej precyzyjnym – kompetencje, na które składają się postawy (a wśród nich motywacje i systemy wartości), wiedza i umiejętności. Dla zarysowania pełniejszego obrazu kompetencje te nazwę cyfrowymi, informacyjnymi i medialnymi. Traktowane powinny być one jako priorytetowe rozwiązania dla systemowych polityk publicznych państwa i samorządu, dotyczące wszystkich grup społecznych. W zakres tych działań, powinny wchodzić między innymi takie dziedziny wiedzy jak: język mediów, selekcja i korzystanie z informacji oraz umiejętność ustalania ich wiarygodności, tworzenie treści, aspekty prawne i etyczne, bezpieczeństwo w komunikacji, ekonomiczne aspekty funkcjonowania mediów, umiejętności techniczne (np. przechowywanie danych, utrwalanie materiałów, programowanie), rodzaje mediów cyfrowych, organizacja wydarzeń w sieci. Powinny one zawierać także wiedzę o zaangażowaniu obywatelskim z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych, relacjach społecznych w internecie oraz spójności zachowań online i offline, a także o najczęstszych zniekształceniach poznawczych i możliwościach radzenia sobie z nimi. Fundamentem tych działań jest nauka krytycznego i refleksyjnego myślenia, które za Johnem Deweyem nazwać można w następujący sposób: „czynnym, wytrwałym i uważnym rozważaniem jakiegoś mniemania lub przypuszczalnej formy wiedzy – w świetle podstaw, na której się wspiera, oraz wniosków do których doprowadza […], rozważać pro i contra, zastanawiać się nad daną kwestią, to znaczy szukać dalszych dowodów, nowych danych, które by pozwoliły rozwinąć nasuwającą się myśl, potwierdzić ją lub wykazać jej bezsensowność i niewłaściwość […] Istotą krytycznego myślenia jest odroczenie sądu; a istotą tego odroczenia jest dociekanie w celu określenia natury problemu przed przystąpieniem do prób jego rozwiązania”.

Inspiracje pedagogiczne

Inspiracja płynie z nauk i praktyk pedagogicznych, szczególnie pedagogiki społecznej. Bada ona warunki środowiskowe, „w jakich przebiegają procesy opiekuńczo-wychowawcze człowieka. Od jego urodzenia do końca życia. W badaniach tych uwzględnia się zwłaszcza warunki społeczne, kulturowe, przyrodnicze i biopsychiczne oraz warunki związane z rozwojem współczesnej cywilizacji”.

Szczególna rola przypisana zostaje tu nie tylko szkole, ale także innym instytucjom, takim jak świetlice środowiskowe, kluby seniora, Domy Pomocy Społecznej, organizacje pozarządowe, biblioteki, muzea, pracownie psychologiczno-pedagogiczne, urzędy pracy, interdyscyplinarne zespoły działające w samorządach i wiele innych. Każda z nich stanowić powinna element systemu składającego się na wzmacnianie potrzeb kształcenia ustawicznego (odbywającego się przez całe życie). Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że postęp technologiczny powoduje niespotykane dotąd tempo zmian społecznych i stwarza potrzeby nabywania nowych umiejętności. Oczywiste powinno być ich zdobywanie w sposób znacznie bardziej solidarny i wspólnotowy, a nie zindywidualizowany i sprywatyzowany, którego istotę oddaje powiedzenie „radź sobie sam”. Henry Jenkins, ekspert nowych mediów, przyznaje, że „Prawie wszystkie nowe kompetencje wymagają umiejętności społecznych, które są rozwijane poprzez współpracę i networking”.

Warunkiem koniecznym wprowadzenia tego rodzaju systemowych rozwiązań jest odpowiedzialne zastosowane dialogu. Rozwiązań w tym zakresie szukać można u Paulo Freire, brazylijskiego pedagoga zajmującego się walką z masowym analfabetyzmem milionów dorosłych w XX wieku. Rozróżniał on dwa podejścia. Jedno związane było z nakazywaniem adaptowania się do aktualnych wymogów, technologii i zmian, bez względu na cenę społeczną płaconą za to. Uzupełnieniem tego podejścia był model edukacji bankowej czy też depozytowej, a więc traktowanie uczących się jako biernych odbiorców, u których deponuje się wiedzę i idee płynące wprost z systemu reprezentowanego przez edukatorów. W tym przypadku stosuje się jeden schemat, do którego wszyscy muszą się bezwzględnie dopasować. Podejście to utożsamiane było przez niego jednoznacznie z dehumanizacją i kończyło się wielką skalą wykluczenia oraz traum.

Badacz przeciwstawiał mu metodę integracyjną, której naturalną składową powinien być autentyczny dialog skoncentrowany na poznaniu potrzeb i kontekstu życia grup społecznych i osób uczących się, do których wspierania powołany jest system. Stosowane w nim rozwiązania powinny być „szyte na miarę”. Jego istotą powinna być ochrona godności, tworzenie warunków do wzrostu świadomości i rozwoju dla każdego. Celem wszelkich wysiłków polityk publicznych powinna być nie technicyzacja, a humanizacja warunków życia społecznego.

Przeciwko efektowi św. Mateusza

Kolejnym krokiem do przyjęcia dwóch poprzednich założeń powinien być wybór sposobu realizacji poszczególnych polityk i inicjatyw nastawionych na budowanie kompetencji społecznych i cyfrowych. Istnieje wiele możliwych wariantów. To, co powinno je łączyć, to zrozumienie faktycznych potrzeb i sposobu docierania dopasowanego do lokalnego kontekstu, które są dziś powszechnie ignorowane przez większość decydentów oraz wielkie instytucje koncentrujące się na własnych celach. Wielu z nas ma poczucie, że programy pomocowe, społeczne i edukacyjne – publiczne i prywatne – odmieniające „społeczną inkluzję” przez wszystkie przypadki, w praktyce wcale nie pełnią takiej funkcji. Zjawisko to nazywane jest przez socjologów efektem św. Mateusza. W skrócie rzecz ujmując, wsparcie trafia często do tych osób i miejsc, które posiadają pewne przewagi konkurencyjne i zasoby umożliwiające uzyskanie nowych korzyści, a niekoniecznie tam, gdzie faktycznie jest potrzebne. Przykładem wykorzystania prezentowanego tu modelu jest podejście zastosowane przez zespół Fundacji Orange, prowadzącej ogólnopolskie programy edukacji formalnej i pozaformalnej w zakresie kompetencji cyfrowych i informacyjnych oraz wspierania lokalnych liderek i liderów. Mając na uwadze brak idealnych rozwiązań i potrzebę stałego ulepszania metod dotarcia, przygotowaliśmy analizę z wykorzystaniem tzw. Indeksu Wykluczenia Lokalnego. Uwzględnia ono różne wymiary wykluczenia – społeczny (ubóstwa, bezrobocia, niskiego kapitału ludzkiego), ekonomiczny (różnice w kondycji lokalnej gospodarki, aktywności przedsiębiorstw), infrastrukturalny (dostęp do infrastruktury telekomunikacyjnej i możliwościach z tym związanych), edukacyjny (różnice w wykształceniu rodziców dzieci w wieku szkolnym, wyniki edukacyjne szkół). Z badania wynika, że około 20 proc. polskich gmin spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego. Wiedzieliśmy też, że szkoły pochodzące z tych terenów są niedoreprezentowane wśród tysięcy innych szkół korzystających z oferty programowej. Dodatkowym aspektem niezbędnym do uwzględnienia były także małe miejscowości i tereny wiejskie. Aby rozpocząć działanie w nowych szkołach, przygotowaliśmy system oceniania wniosków, który przyznawał 10 proc. punktów za lokalizację. Ponadto specjalne centrum informacyjne dzwoniło w pierwszej kolejności do wszystkich szkół z tych terenów, zachęcając do wzięcia udziału w rekrutacji. Każda szkoła w Polsce otrzymała od nas korespondencję, która różniła się jednak akcentami związanymi ze specyfiką danego miejsca. Zintensyfikowaliśmy też komunikację internetową kierowaną do szkół we wspomnianych gminach. W konsekwencji zastosowanych działań, w obecnym roku szkolnym ponad 20 proc. szkół pochodzi bezpośrednio z terenów zagrożonych wykluczeniem cyfrowym w najwyższym stopniu. 80 proc. uczestniczących pochodzi z miejscowości do 40 tysięcy mieszkańców oraz terenów wiejskich. Obecni jesteśmy w 100 nowych gminach, w których nasze programy wcześniej nie funkcjonowały. Podjęliśmy też współpracę pilotażową z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci i prowadzonymi przez nie świetlicami środowiskowymi.

Brak woli politycznej

Powyższe działania – z pewnością wymagające dalszego rozwoju – zaprezentowałem w intencji zobrazowania potrzeby przełamania powszechnych schematów myślenia związanych z ograniczającymi przekonaniami instytucji, firm i organizacji lub wynikającymi z innych celów niż deklarowana przez nie walka z nierównościami. Poszukiwanie nowych form dotarcia, opartych na lepszym i głębszym rozumieniu potrzeb społeczności lokalnych wydaje się niezbędne do zasypywania nierówności społecznych wynikających z wykluczenia społeczno-cyfrowego. Także spustoszenie, jakie niesie ze sobą rosnąca skala dezinformacji politycznej i ekonomicznej, przestępczości w sieci, przemocowej radykalizacji, ale także masowych zaburzeń psychicznych, alienacji i polaryzacji społecznej – są kokpitem pełnym czerwonych lampek bijących na alarm i wzywających do całościowego zajęcia się tymi wyzwaniami. Tak jak w przypadku alfabetyzacji w XX wieku, tak samo dzisiaj, wobec alfabetyzacji cyfrowej, informacyjnej i medialnej kluczem jest posiadanie politycznej woli i elementarnego konsensusu społecznego. Wagę edukacji w zakresie kompetencji medialnych i informacyjnych odzwierciedla cytat prof. Lena Mastermana: „[…] to bardzo poważne i znaczące zadanie. Jej celem jest upełnomocnienie [upodmiotowienie – przyp. aut.] większości obywateli oraz wzmocnienie demokratycznych struktur w społeczeństwie”. W obecnych warunkach kryzysu zaufania, obserwując działania rządzących, w tym politykę resortu edukacji i kilku innych ośrodków odpowiedzialnych za sprawy społeczne, zaryzykowałbym twierdzenie, że woli takiej – być może świadomie – po prostu nie ma.

dr Konrad Ciesiołkiewicz

 

W tekście wykorzystano następujące źródła:

M. Szpunar, Nowa Ekologia Mediów, „Studia Humanistyczne AGH” 2014, vol. 13 (1), s. 135.
K. Skarżyńska, My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle, Scholar, Warszawa 2019, s. 117.
Z. Wiatrowska, Pedagogika społeczna a inne obszary wiedzy naukowej, [w:] red. E. Marynowicz-Hetka, Pedagogika społeczna, t. 2, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 189-190, za: M. Cichosz, Pedagogika społeczna. Zarys problematyki. Impuls, Kraków 2020, s. 11-12.
H. Mizerek, Refleksja krytyczna w edukacji i pedagogice. Misja (nie)wykonalna?, Impuls, Kraków 2021, s. 24-25.
P. Freire, Pedagogy of the Opressed, Penguin Books, 2017, s. 49-70.
A. Ogonowska, Współczesna edukacja medialna: teoria i rzeczywistość, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego, Kraków 2013, s. 26.

Psychiatryczny Matrix

„Czy ja wariuję?” – pyta zaniepokojony Neo swojego psychiatrę-psychoterapeutę w jednej ze scen najnowszego Matrixa. Na co ten troskliwie wyjaśnia mu, że „nie używamy tutaj takich słów” i proponuje uzupełnienie zapasu niebieskich pigułek, nie pozwalających Thomasowi Andersonowi wyrwać się z koszmaru korporacyjnego wyzysku. W późniejszej scenie ów Analityk, główny nadzorca Matrixa, tłumaczy Neo, w jaki dokładnie sposób manipuluje nim i innymi ludźmi, aby eksploatować ich jeszcze mocniej, tak by nawet nie zdawali sobie sprawy z bycia oszukiwanymi i bez sprzeciwu akceptowali coraz gorsze warunki. „Użyć mocy, która Cię zdefiniowała, aby Cię kontrolować” – mówi, dodając „cóż za ironia”. Pomimo pozornego odrzucenia „stygmatyzującego języka”, psychiatryczne etykiety definiujące ludzi i ich doświadczenie stają się ostatecznie narzędziem kapitalistycznej kontroli.

Uwaga Analityka z początku filmu dobrze oddaje charakter powszechnych już „kampanii antystygmatyzacyjnych”, które skupiają się przede wszystkim na kwestiach językowych (co przypomina politycznie poprawną politykę tożsamościową), a z drugiej strony podkreślają, że do czynienia mamy z „chorobami jak każde inne”, z „chorobami mózgu”. Nie zmienia to jednak, nie podważa, a nawet umacnia, nierówności w systemie psychiatrycznym i społecznym. Jaskrawym przykładem tego zjawiska jest skandal wywołany przez Bożenę Dykiel, która jako ambasadorka kampanii „Twarze Depresji. Nie Oceniam. Akceptuję” sponsorowanej przez koncern farmaceutyczny Servier, producenta antydepresantów, ośmieliła się wyrazić własne zdanie na temat depresji, odbiegające od scenariusza przygotowanego w ramach kampanii. Spotkało się to z powszechnym hejtem, nie mającym nic wspólnego z „nieocenianiem i akceptowaniem”, a sama Dykiel została błyskawicznie usunięta z kampanii i plakatów niczym Beria ze zdjęć ze Stalinem.

Jak jednak pokazuje część badań, prezentowanie tego, co nazywamy zaburzeniami psychicznymi jako przede wszystkim „chorób mózgu”, które leczyć należy farmakologicznie, nawet jeśli odbywa się w dobrych intencjach, może mieć skutki przeciwne do zamierzonych i prowadzi do jeszcze większego wyobcowania, dystansu społecznego czy nawet dehumanizacji pacjentów psychiatrycznych. W końcu ktoś z genetycznie popsutym mózgiem nie dość że jest „wybrakowany”, to jeszcze tym bardziej nieprzewidywalny – po „zepsutym mózgu”, spodziewać można się wszystkiego, „zepsutego mózgu”, w przeciwieństwie do np. skrzywdzonego człowieka, zrozumieć nie sposób, z „zepsutym mózgiem” trudno empatyzować, z „zepsutym mózgiem” nie ma sensu rozmawiać, „zepsuty mózg” i tak nie zrozumie. „Zepsuty mózg” to ktoś fundamentalnie inny, gorszy od nas „normalnych”.

Jeśli więc taką wizję „zaburzeń” i „chorób psychicznych” zinternalizuje zdiagnozowana osoba, to prowadzić to może do autostygmatyzacji – postrzegania samego siebie jako kogoś innego, gorszego, wybrakowanego, w dodatku z powodów wrodzonych genetycznych biologicznych ułomności, które pozostają poza kontrolą osoby z diagnozą psychiatryczną. Pacjent może więc postrzegać się jako osoba, która nawet własnemu mózgowi, a w konsekwencji własnym myślom, uczuciom i zachowaniom nie może ufać – w końcu to ten mózg „produkuje” „chorobę”. Dlaczego więc takiej osobie ufać mieliby „zdrowi”? Badania zdają się potwierdzać, że przyjęcie biomedycznej narracji (a więc sprowadzającej naturę i przyczyny cierpienia do np. zdyskredytowanej już hipotezy „nierównowagi chemicznej w mózgu”) na swój temat wiąże się z obniżonym poczuciem nadziei, sprawstwa i utratą wiary w możliwość wyzdrowienia.

Nie oznacza to oczywiście, że doświadczenia, które nazywamy zaburzeniami lub chorobami psychicznymi, nie mają podłoża biologicznego. Czym innym jest jednak podłoże biologiczne, a czym innym są biologiczne przyczyny – podłoże biologiczne mają zapewne wszystkie nasze cechy, stany czy zachowania, od najprostszych typu podnoszenie ręki po bardziej złożone typu czytanie, śmiech, smutek czy miłość. Nie oznacza to jednak, że np. przyczyną niezadowolenia z warunków pracy czy wypalenia, jest chory mózg, choć „ucieleśnienie” lub „realizacja” tego niezadowolenia przebiega również na poziomie biologicznym.

Sławomir Murawiec w tekście „Nieoczekiwana spowiedź bohaterów psychiatrycznego dzieciństwa”, opublikowanym w czasopiśmie „Psychiatra”, dobrze pokazuje, niechcący zapewne, na czym w praktyce polega dominacja myślenia biomedycznego w psychopatologii. Stwierdza: „Drugi błąd, o którym pisze prof. Murray, dotyczy leczenia przeciwpsychotycznego w schizofrenii. Rozpoczyna on ten temat od przytoczenia wyników badań z użyciem PET, które mówią, że ostatecznym wspólnym mechanizmem leżącym u podłoża psychozy jest nadmierna synteza dopaminy w neuronach prestynaptycznych. Dodaje, że większość czynników środowiskowych mających znaczenie dla wystąpienia schizofrenii, to czynniki nasilające dysregulację dopaminy. A więc – problem leży w neuronach presynaptycznych. Natomiast leczenie farmakologiczne nie jest skierowane na nadmierną produkcję dopaminy, ale na blokadę post-synaptycznych receptorów D2. Powstaje więc pytanie: czy można je blokować w sposób przewlekły i ciągły, nie powodując zmian w receptorach D2?”.

Czynniki środowiskowe – takie jak np. przemoc, wyzysk, nierówności społeczne itd. – zostają więc sprowadzone zaledwie do poziomu wyzwalacza nadmiernej syntezy dopaminy (podatność na ową nadmierną syntezę miałaby zaś być genetycznie uwarunkowana), następnie całkowicie pominięte, problem umiejscowiony w neuronach jednostek, a więc oddziaływanie lecznicze sprowadza się do farmakologicznej korekcji indywidualnych mózgów. W dalszej części tekstu Murawiec przywołuje też badania mówiące o tym, że stosowana współcześnie farmakoterapia może wręcz pogarszać długoterminowe rokowania, a podobne wątpliwości pojawiają się też współcześnie w literaturze naukowej w odniesieniu m.in. do depresji i antydepresantów.

Jest to więc „prywatyzacja stresu” (pod pojęciem „stres” może zaś ukrywać się szereg innych negatywnych zjawisk kulturowych, społecznych i ekonomicznych), ale w tej prywatyzacji mamy do czynienia nie tylko z problemami jednostek i ich indywidualnych mechanizmów psychicznych, ale wręcz z problemami indywidualnych wyjętych z kontekstu mózgów. Takie podejście umieszcza więc w jednostce przyczyny problemów, żeby nie powiedzieć iż odpowiedzialność za nie, a zadaniem pacjenta jest jedynie stosowanie się do zaleceń lekarza.

Od kilku lat środowisko brytyjskich psychologów skupionych przede wszystkim w ramach British Psychological Society sugeruje rozwiązanie opierające się na innej logice, wykraczającej poza model biomedyczny i diagnozy oparte na odhaczaniu „symptomów” z listy według DSM lub ICD. Proponowane przez nich Power Threat Meaning Framework zaleca pójście w kierunku diagnozy psychologicznej, która pytałaby o kwestie związane z relacjami władzy/siły, sytuacjami zagrożenia i sensami/znaczeniami, które związane były z jednostkowym cierpieniem i/lub umożliwiały zmierzenie się z nim. W największym skrócie, zamiast „co z tobą nie tak?” pytalibyśmy więc „co ci się stało?” i „co musiałeś zrobić, żeby przetrwać?”.

Do czynienia mielibyśmy wtedy nie z „chorobami” i patologizacją jednostek, lecz z trudnymi życiowymi sytuacjami – wielorako uwarunkowanymi społecznie i kulturowo – i różnie przejawiającym się i rozumianym cierpieniem. Mogłoby to pozwalać na jego faktyczne uszanowanie, z zachowaniem sprawstwa i podmiotowości, zamiast redukowania sytuacji do pozornie tylko wyjaśniającej cokolwiek psychiatrycznej etykiety, która ostatecznie zasłania kwestie kulturowe i społeczne.

Pomimo poparcia inicjatyw krytycznych wobec modelu biomedycznego przez postaci, którym udało się przebić do masowej świadomości, takich jak np. Gabor Mate czy Johann Hari, projekt ten nie zyskał szerszego rozgłosu. Jednak w Wielkiej Brytanii silne środowisko psychologów stara się zwiększać rolę psychoterapii w ramach systemu psychiatrycznego, co zaowocowało niedawno nowymi oficjalnymi wytycznymi, które w przypadku depresji zalecają oferowanie psychoterapii przed farmakoterapią. Mimo że tego typu rozwiązania są nadal uwikłane w neoliberalną indywidualistyczną logikę, to pozwalają przynajmniej na dostrzeżenie, że cierpienie niekoniecznie powinniśmy redukować do genów i biologii, odzierając je z sensu i znaczenia. Pytając bowiem o sens, znaczenie i ekonomiczne uwarunkowania coraz powszechniejszego psychicznego cierpienia możemy dowiedzieć się czegoś o kondycji współczesnego świata i tym samym wskazać kierunek zmian, przekształcenia naszego rozumienia rzeczywistości i samej rzeczywistości.

Radosław Stupak

Wielka sprawa. O filmie „Lokatorka”

Dyskusje internetowe mają krótki lont – szybko się wzniecają i jeszcze szybciej kończą. Pamiętacie te wszystkie kilometrowe spory o znaczenie czy przyszłość jakiegoś zjawiska, toczone na podstawie jednego słowa, jednego zdjęcia czy wyrwanego z kontekstu cytatu, który ktoś ze złą wolą wyodrębnił, a reszta uczestników rozmowy cierpi na chroniczne zmęczenie, wobec czego nie może tego zweryfikować? Identycznie jest z filmami – na podstawie trailerów, plakatów, mglistych zapowiedzi komentariat podejmuje nie tylko decyzję, czy na film pójdzie i za niego zapłaci (w czym nic dziwnego, jesteśmy w końcu konsumentami w późnym kapitalizmie), ale także decyzję, czy film, którego przecież nie widzieli, dostatecznie dobrze przedstawia „wielką sprawę”, o której ma traktować, i czy inni powinni go oglądać, czy też jest „szkodliwy”.

Tak było z „Lokatorką”, filmem Michała Otłowskiego o zbrodni polskiej reprywatyzacji. Tak prawdopodobnie będzie z „Gierkiem”, który to film, na podstawie dość, jak trzeba przyznać, słabego trailera, wrzucono do worka z napisem „nieoglądalne”, i to na miesiące przed premierą.

Wszystko byłoby z grubsza w porządku, w końcu prawem widza jest wybrzydzać, oczekiwać i rozczarowywać się – gdyby tylko komentujący wracali do treści, która tak rozpalała ich zmysły, gdy nie była dostępna w całości, i czytali ją lub oglądali, by zweryfikować swoją pierwotną, wydaną w pośpiechu i bez kompletnych danych opinię. Tak się jednak nie dzieje – komentator, który uczestniczył w zapalczywych dyskusjach o jakimś zjawisku, budował okopy i sojusze, zrywał przyjaźnie (przynajmniej te internetowe), traci zainteresowanie realnym oglądem zjawiska czy dzieła, gdy staje się ono już dostępne. A już zwłaszcza wtedy, gdy zaczynają się pojawiać informacje, że pierwotna opinia nie była uprawniona, gdyż wycinek nie oddawał całości.

Wtedy nasz komentator starannie udaje, że dzieła/zjawiska/artykułu nie ma. Nigdy nie czytałam tak długich i zapalczywych dyskusji o swoich tekstach, jakie toczyły się po ujawnieniu wieści, że będę regularnie pisywała felietony w pewnym medium. Przed opublikowaniem choć jednego z nich dziesiątki osób wymieniały spekulacje i podejrzenia, co też tam będzie pisane, oczywiście większość w trybie niezbyt przyjemnym. Żaden z opublikowanych potem kilkunastu tekstów nie spotkał się z podobnym zainteresowaniem, nawet w przybliżeniu.

Wniosek z tego, że widz/czytelnik najbardziej lubi podejrzewać, kategoryzować, „obawiać się”. Gdy już ma w zasięgu ręki dzieło, o które lub przeciw któremu tak walczył, bardzo często po nie wcale nie sięga. Zainteresowanie się wypaliło, czekają kolejne fenomeny do „wnikliwego opisu”. A już lewicowi dyskutanci są pod tym względem tak samo słabi, jak prawica tropiąca czarnoskóre elfy w „Wiedźminie”, bo „nie było czarnoskórych elfów”. Proszę państwa, proszę usiąść i poświęcić mi całą swoją uwagę: elfy nie istnieją. Ani czarne, ani białe.

Film „Lokatorka” idealnie wpasowuje się w trend „obawiania się”. Zatroskani widzowie, zamiast wspierać nogami i portfelami pierwszy mainstreamowy, nie-niszowy film o ważnej sprawie, której poświęcili tyle serca i dyskusji, woleli „obawiać się”. Że będzie sztuczny, papierowy, przegadany albo niejasny, że będzie miał wszystkie złe cechy polskich filmów i żadnej dobrej. Obawa przed rzekomą topornością sprawiła, że mnóstwo osób, które, zresztą słusznie, były oburzone procederem warszawskiego ratusza i krzywdą lokatorów kamienic komunalnych, w ogóle na film nie poszło, ponieważ „nie będzie dobry”. To kolejna z pułapek, które zastawia na nas konsumpcja w kapitalizmie – ułuda mikrodecyzyjności, samosterowalności, w zamian za zezwolenie na zarzucanie nas papką przypadkowych treści. Widzowi wydaje się, że samodzielnie decyduje, odrzuca dzieło, gdyż ma tak wyśrubowane wymagania estetyczne i etyczne. „Nie może patrzeć”, jak wielka sprawa jest omawiana czy pokazywana w uproszczony, toporny sposób – wobec czego wcale nie obejrzy. Zaoszczędzony czas poświęci na oglądanie filmów o sprawach politycznych z odległych krajów (bo wtedy nie będzie wiedział, czy „mówią prawdę”) albo absolutnego shitu, dla którego pozwalamy co miesiąc netfliksowi drenować nasze portfele.

Nasz lewicowy widz zwycięża – we własnych oczach.

Za to ci, którzy na „Lokatorkę” poszli, zobaczyli nowocześnie zrealizowany polski film (oksymoron, prawda?), z dobrymi kreacjami aktorskimi i, przede wszystkim, prosto i jasno streszczający zbrodnię reprywatyzacji, czyli nieuczciwy, krwawy, wołający o pomstę do nieba proceder, kosztujący wiele osób zdrowie, pieniądze i życie. Fabuła ogniskuje się rzecz jasna na walce i śmierci Jolanty Brzeskiej, bo film potrzebuje głównej bohaterki i „tajemnicy” do wyjaśnienia. Twórcy scenariusza zdecydowali się poprowadzić ten wątek w stylu kryminału, co zresztą pokrywa się z prawdziwym rozwojem wydarzeń – cały czas szukamy mordercy Brzeskiej. Obraz nie jest zatem polityczną agitką ani fabularyzowanym dokumentem, lecz od początku konsekwentnie buduje napięcie w stylu „sensacyjnym” (walenie do drzwi, strach, szantaże, odkrywanie krok po kroku powiązań, przemoc fizyczna, niedopowiedzenia), co w sensie filmowym przyniosło bardzo dobre skutki. Film był także reklamowany jako sensacyjny, jako opowieść o tajemnicy i wielkim przekręcie, co sprawiło, że w naszej małomiasteczkowej sali kinowej pojawili się młodzi chłopcy z popcornem. I bardzo dobrze – tematy polityczno-społeczne nie są wcale zarezerwowane dla sal akademickich, poranków w TOK FM ani dyskusji na skłotach. Wręcz przeciwnie, to właśnie takich chłopaków wyrzucano by z mieszkań komunalnych, gdyby reprywatyzacja dotknęła małych miast.

Fabuła poprowadzona jest lekko, a niektóre zwroty akcji przykuwają widza do fotela; nawet takiego widza, który z konieczności zna finał i wie, że tutaj dobro wcale nie zwycięży. Ożywieniu historii (której, bogiem a prawdą, wcale nie trzeba „ożywiać”, bo roi się w niej od czarnych charakterów i przeciwności losu) sprzyja poprowadzenie akcji z punktu widzenia młodej policjantki (w tej roli Irena Melcer) prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej. To dobry zabieg, bo porządkuje prawną i kryminalną stronę fabuły. Policjantka Anka gromadzi materiały, spotyka się z kolejnymi osobami, jest ofiarą nagonki, zniechęcania i zastraszania – a jednocześnie ciekawą, silną, dobrze zagraną postacią. Także inne kreacje są niezłe: czy to dwulicowy pułkownik, czy przekupna, infantylna prokurator, czy dość przekonujący przestępcy-mózgi operacji. Jak to zwykle w polskich filmach sensacyjnych, najbardziej groteskowo są przedstawiane „zbiry”. Twórcy „Lokatorki” także niestety nie oparli się pokusie, by para przestępców prezentowała się jak Flip i Flap, miała (w zamyśle) zabawne powiedzonka itp. Na szczęście jednak atmosfera grozy i ręki myjącej rękę jest silnie wyczuwalna przez cały film. Muszę także pochwalić twórców za niewrzucanie do społecznego dramatu rozpraszacza typu romans czy seks. Takie zabiegi nie posuwają zazwyczaj fabuły do przodu, służą tylko wynagrodzeniu widza za uwagę i serwują mu koktajl pt. „trudne sprawy plus goła dupa”. „Lokatorka” w ogóle nie używa tego typu tanich chwytów.

Właśnie, a jak ze społecznym i obyczajowym tłem filmu? Na szczęście dobrze. Fabuła nie jest przegadana, żaden narrator z offu nie zarzuca widza faktami i liczbami, sceny mają mówić same za siebie. I mówią, a ich głos wzmacnia właśnie ten brak komentarza. Proste, krótkie przebitki – Brzeska smaży kotlety schabowe, sama w pustej kamienicy, ostry dzwonek do drzwi. Rodzina ogląda wspólnie telewizję, ale wyczuwalna jest atmosfera strachu. Policjantka pije alkohol, patrząc w przestrzeń. Zwyczajne sceny z życia, zwyczajne mieszkania są pokazane zgodnie z realiami. Obraz nie jest kolorowy, nie pulsuje TVN-owską estetyką, nie ma „dynamicznego montażu” podlanego głośną muzyką. Jest przygaszony, stonowany, tak, jak Warszawa w listopadzie czy marcu. Nie jest to Ken Loach, ale społeczne tło, nawet nie walka, lecz zwykłe realia „my kontra oni”, „bogaci kontra biedni” – są bardzo dobrze oddane, także w szczegółach. Przy kilku scenach nie udało mi się zachować suchych oczu.

Film pokazuje także, iż takie sprawy miewają półcienie. Zło i chciwość także bywają stopniowalne. Nie poznajemy motywacji przestępców (nie byłoby tu zresztą żadnej wielkiej niespodzianki), ale czasem widzimy wahanie tych, którzy mają przyczynić się do krzywdy lokatorów, przyklepać nieuczciwą decyzję, przedwcześnie zamknąć śledztwo. Ale młyny reprywatyzacji mielą bez ustanku. Tego błędnego koła nie uda się zatrzymać. Ostatnia scena jasno nam sugeruje, że proceder będzie trwał i przynosił zyski, a lokatorzy mieszkań komunalnych będą, jak to ujęła aktorka grająca Jolantę Brzeską, nikim. Nikt się z nimi nie liczy i nie zacznie liczyć, dlatego tak istotne jest, by powstawały filmy, które wprowadzą do popkultury tego rodzaju tematy. Taki film jest wart tysiąc razy więcej niż debata dla dwudziestu przekonanych osób czy ulotny tekst, którego pies z kulawą nogą nie czyta.

Magdalena Okraska

„Lokatorka”, reż. Michał Otłowski, 2021.

dwa teksty rymowane

***

 

wkładka mięsna

 

kolejny remont na klatce; wiertarki

rozwyte w obrotach od czwartej do czwartej

z jazgotem i groźbą i smołą pod butem

wylaną pod progiem; na drzwiach widzę dziurę

co dłutem rozgrzebał gospodarz; minutę

zaledwie mi dajcie na ciszę; na lustrze

pęknięcia i szkiełka, gdy trzęsie budynkiem

opona przecięta, lecz dajcie mi chwilkę

nim pęknie gdzieś okno i w trzaskach głośnika

popłynie muzyka; tak ciężko oddychać

gdy lepią się wargi a fetor zza klatki

przeżera posadzki i szafki po babci,

gdy w hukach petardy upchanej w kontener

wydzieram godziny wśród nocy bezsennej

na linii adwokat mi mówi, że szkoda

mych nerwów na pokaz, by biegać po sądach

wtem znowu hałasy i wrzawa z podwórka

wiązanki w śmietniku i tumult aż ósma

wybije w majakach; więc leżę do rana

w tym chłodzie, co smaga z ciasnego mieszkania

a myśl gdzieś się gnieździ jedyna przytomna,

że kraj chyba cały już o mnie zapomniał

 

 

peryferie

 

chciałby pisać rap o metrze, ale brak go w jego mieście

a więc pisze jak pod kerfem stali pijąc czarną perłę

jak zaciągał się chesterkiem i jak potem gdzieś pod kebsem

tłukli butle na podeście, bo to tak jak w czyimś wersie

jak dopiero jedenasta a już w mieście pełna pustka

na Jagiełły pękła butla a ktoś z okna słuchał Tuska

kiedy znowu na Augusta wszystkie kluby się skończyły

zgasły miejskie już latarnie – poza pomnikiem Wojtyły

chciałby pisać co wypili, jak rozmowy się toczyły,

że się Marcin rozstał z Anką – nie obyło się bez spiny,

to że Bartek rzucił szlugi i przerzucił się na Juulsa,

że impreza jest pod bursą, to że w lotku padła szóstka,

że lokalny deweloper betonuje znowu parki

na Dniach Siedlec będą targi i wystawią je przed Bajmem

to jak miejską jest aferą, że ktoś znowu spalił śmietnik,

że rozbiła się beemka i że komplet ma Elektryk,

że odwiedzi nas Wałęsa i że znowu ktoś swastykę

namalował na kirkucie, że pierdoli ktoś policję,

że na Bema nowa Żabka, że ktoś pobił nastolatka,

rośnie liczba znów wypadków i że zbiórka jest na Maćka

chciałby pisać o tym wszystkim, chociaż nie wie, czy wypada

bo czy warto o tym mówić, jeśli nie jest to Warszawa?

Przemoc instytucjonalna w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Z Parku znika fragment Łyśca

10 grudnia 2021 Rada Ministrów przyjęła projekt rozporządzenia w sprawie usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego enklawy o powierzchni 1,35 ha na Łyścu. Rządowe Centrum Legislacyjne poinformowało o tym na swoich stronach 13 grudnia. Dokument po podpisaniu przez premiera Mateusza Morawieckiego wejdzie w życie 14 dni później. Wciąż nie wiemy, czy premier podpisał dokument. Projekt ten narusza prawo.

Od kwietnia 2019 roku trwają rządowe prace zmierzające do usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego niewielkiego fragmentu w szczytowej partii Łyśca. Kolejni ministrowie środowiska, a obecnie klimatu i środowiska (Henryk Kowalczyk, Michał Woś, Michał Kurtyka, Anna Moskwa) forsują tezę, jakoby 1,35 ha na Łyścu wraz z fragmentem zabytkowej zabudowy klasztornej utraciło wartości przyrodnicze i kulturowe. Tylko udowodnienie tej tezy może pozwolić na zmianę granic ŚPN w świetle prawa. Po usunięciu tego terenu z granic Parku przejdzie on w zarząd starosty kieleckiego, a następnie w jakiś sposób przekazany lub odsprzedany Zakonowi Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Oblaci jako zamieszkujący obiekt mają prawo do zakupu z bonifikatą.

Klasztor na Łyścu nie ma wartości

Usunięcie jakiegoś terenu z granic parku narodowego może nastąpić zgodnie z ustawą o ochronie przyrody wyłącznie w przypadku, gdy „bezpowrotnie utraci on swoje wartości przyrodnicze i kulturowe”. Od kwietnia 2019 roku podejmowałem wszelkie dostępne i zgodne z prawem wysiłki, aby zweryfikować tę tezę w odniesieniu do Łyśca. Powołałem zespół naukowców, przeprowadziliśmy badania pokonując utrudnienia, jakie stawiali przed naszym zespołem minister środowiska Michał Woś oraz dyrektor ŚPN Jan Reklewski. Wyniki badań zostały opublikowane w raporcie, który otrzymały wszystkie zajmujące się sprawą instytucje. Jednoznacznie wynika z niego, że teren przeznaczony do usunięcia z granic ŚPN nie utracił ani wartości przyrodniczych, ani kulturowych. Zmiany, jakie zaszły na Łyścu, nie mają też charakteru nieodwracalności. Tym samym nie istnieje ani jedna przesłanka, która pozwala na zmianę granic ŚPN w tym miejscu.

Kolejni ministrowie oraz dyrektor ŚPN nie uwzględnili tych ustaleń w swoich działaniach i decyzjach. Mimo wszystko jednak musieli się jakoś wobec nich zachować. Wytrychem – niezgodnym z prawem – jakiego użyli, jest koncepcja włączenia do ŚPN oddalonej od jego granic leśnej enklawy o umiarkowanych wartościach przyrodniczych o powierzchni ponad 62 ha pod wsią Grzegorzowice. Karkołomna logika ministra Wosia, który wpadł na taki pomysł, jest taka, że gdy w jednym akcie prawnym usuwa się mniejszy fragment i włącza inny, większy, to zapisy ustawy o ochronie przyrody nie mają zastosowania. Bo przecież obszar Parku zostaje powiększony, a nie pomniejszony. Jest to zwykła manipulacja, ponieważ pomniejszenie obszaru parku w jednym miejscu nie ma nic wspólnego z jednoczesnym powiększeniem powierzchni Parku w innym miejscu. To tak, jakby ktoś wyciął mi serce i jednocześnie przyszył np. głowę konia. Funkcjonalnie i medycznie to dwie zupełnie inne rzeczywistości i procedury.

Ważną rolę w procedurze łamania prawa miała Sekretarz Stanu Małgorzata Golińska, która argumentowała, że ocena wartości Łyśca to kwestia sporna, subiektywna i to w ministerstwie zostanie ona poddana ocenie. Sekretarz Stanu wykazała się tu całkowitą nieznajomością obszernej literatury naukowej omawiającej rzeczywiste wartości tego terenu. Poza tym przyznała w ten sposób, że jednak kwestia oceny wartości jest istotna i nie wystarczy wszczepić większego kawałka, aby wyciąć mniejszy.

Argument podnoszony przez dyrekcję ŚPN i powielany przez ministerstwo, a mówiący, że na Łyścu doszło do głębokich przekształceń o charakterze antropogenicznym, co doprowadziło do bezpowrotnej utraty wartości, jest bezprzedmiotowy i dowodzi czegoś zupełnie innego. Na Łyścu przekształcenia antropogeniczne sięgają czasów przedchrześcijańskich. Od czasów Piastów znajduje się tam kościół, obecnie klasztor. Znajdowały się tam więzienia carskie, sanacyjne i hitlerowskie. W roku 1939 Niemcy ciężko zbombardowali Łysiec. Jednak już w 1950 r. powołano tu Świętokrzyski Park Narodowy. Zrujnowana niemieckimi bombami góra była w lepszym stanie niż obecnie, po tym, jak przez 70 lat była objęta najwyższą formą ochrony w Polsce? I dopiero w 2019 ktoś zauważył, że doszło do rzekomo bezpowrotnej utraty wartości? Co w takim razie działo się pod zarządem obecnego dyrektora Jana Reklewskiego? Polscy patrioci, przyrodnicy i działacze społeczni, z prof. Władysławem Szaferem na czele, od roku 1908 zabiegali o objęcie Łyśca ochroną. W latach trzydziestych ubiegłego wieku prof. Szafer postulował utworzenie Muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego w miejscu, gdzie obecnie się ono znajduje – w budynku, który chcą przejąć Oblaci. Ponadto chyba we wszystkich parkach narodowych w Polsce znajdują się obiekty związane z działalnością człowieka: kościoły, klasztory, drogi, parkingi oraz inna zabudowa. Nikt nie postuluje wyłączenia tego wszystkiego z granic parków narodowych.

Głos naukowców do kosza na śmieci

W kolejnych miesiącach batalii o wycofanie wadliwego projektu rozporządzenia głos zabrały najważniejsze organizacje pozarządowe, wyrażając sprzeciw i wykazując liczne niezgodności z polskim prawem. Dokument krytycznie ocenił Komitet Biologii Środowiskowej Polskiej Akademii Nauk, Instytut Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, Rada Naukowa Świętokrzyskiego Parku Narodowego, Państwowa Rada Ochrony Przyrody, a ostatnio w ramach procedowania dokumentu także sejmowa komisja prawnicza.

Krytyczne słowa publicznie wypowiedział ojciec Stanisław Jaromi, wzywając Oblatów do zaniechania działań na szkodę Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Po kilku dniach burzy złagodził znacznie swoją wypowiedź i można przypuszczać, że stało się to na skutek presji, jakiej został poddany.

W październiku 2021 roku odbyła się konferencja naukowa prezentująca najnowsze wyniki badań na Łyścu. Mimo zaproszenia nie pojawili się na niej przedstawiciele ministerstwa klimatu i środowiska, dyrekcji ŚPN ani zakonników.

Powstała petycja wzywająca do zaprzestania bezprawnych działań wobec ŚPN, która podpisało 38 000 Polek i Polaków. We wrześniu 2021 został wysłany apel do premiera Morawieckiego. Kilka tygodni temu poinformowaliśmy w liście papieża Franciszka o sprawie i poprosiliśmy o jego interwencję. Sprawą od dawna zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli.

Ile zapłacą?

Oblaci na Łyścu pojawili się w latach trzydziestych XX wieku. Zasiedlili klasztor. Od tamtego czasu czynią starania o przejęcie obiektu, który jest własnością Skarbu Państwa. Dotychczas żaden rząd nie zgodził się na przekazanie Oblatom tego terenu. Dopiero minister Jan Szyszko złożył Oblatom obietnice szybkiego obdarowania ich własnością państwową. Poseł Przemysław Gosiewski był rzecznikiem interesu Oblatów w tamtym czasie. Jego śmierć zatrzymała ten proces. Kolejnym świętokrzyskim reprezentantem zakonników w ministerstwie został ówczesny członek zarządu województwa świętokrzyskiego, a dziś poseł – Mariusz Gosek. Lobbował on na rzecz zakonników, tłumacząc to w ten sposób, że jako „Polak-Katolik” spotyka się z superiorem zakonu Marianem Puchałą, ministrami oraz dyrektorem ŚPN Janem Reklewskim. W tamtym czasie także poprosiłem o takie spotkanie, jako Polak-Obywatel zatroskany o losy Skarbu Państwa i bezcennego dziedzictwa kultury i przyrody świętokrzyskiej. Nie otrzymałem możliwości lobbowania w tej sprawie.

Nie całkiem jasna w tej sprawie jest rola świętokrzyskiego posła PiS Krzysztofa Lipca. W kuluarach mówi się, że wykonał dużą robotę, aby Oblaci dostali Łysiec. Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz dyrekcja ŚPN pytane przeze mnie pisemnie o spotkania z posłem Lipcem odpowiedziały, że do takich nie dochodziło w tej sprawie. Jednocześnie widywałam posła na Łyścu kilkakrotnie, a także pod siedzibą Ministerstwa Klimatu i Środowiska w dniu, w którym zorganizowaliśmy w Warszawie barwny korowód, który przeszedł spod Pałacu Kultury pod ministerstwo. Tam nowej ministrze Annie Moskwie wręczyliśmy petycję podpisaną przez 38 000 Polek i Polaków oraz tekturowego jelenia z krzyżem świętokrzyskim. W nadziei, że się nim zaopiekuje.

Jak widać, superior zakonu Oblatów Marian Puchała skutecznie znalazł polityczną niszę głównie w postaci polityków Solidarnej Polski, którzy postanowili obdarować na Gwiazdkę zakonników własnością wszystkich Polaków.

Do początku 2021 roku zarówno ministerstwo, jak i sami Oblaci zaprzeczali, jakoby teren po wyłączeniu miał stać się ich własnością. Choć było to oczywiste, bo podejmują tam liczne inwestycje i działania, w istotny sposób zmieniające zarówno stan przyrody, jak i zabytków. Dopiero latem 2021 w świetle licznych publikacji, interpelacji poselskich, apeli, informacji medialnych zakonnicy przyznali, że teren ten jest im potrzebny do budowy centrum turystyczno-pielgrzymkowego. Rzecznik Oblatów w oficjalnej wypowiedzi dla TVN stwierdził, że zakonnicy na Łyścu nie mają gdzie przyjąć gości na kawę. Zostałem przyjęty przez Mariana Puchałę w klasztorze i piłem z nim kawę. W każdym razie usunięcie kluczowego obiektu z granic ŚPN oraz rozmontowanie systemu ochrony przyrody w Polsce odbyło się, bo Oblaci na Łyścu uważają, że nie mają gdzie pić kawy ze swoimi gośćmi. Nieco żartuję, ale to jest wstrząsające. Na życzenie jednej z grup religijnych został zaangażowany aparat państwa. Ile to kosztowało? Co do kosztów: 23.12.2021 dyrekcja ŚPN udzieliła mi informacji, że wartość dwóch z trzech działek przeznaczonych do usunięcia z granic ŚPN i podarowania Oblatom to 5 500 000 zł. Liczę na to, że zakonnicy zapłacą cenę rynkową.

Przemoc

Sprawa ta jest jeszcze jednym przykładem przemocy instytucjonalnej i użycia aparatu państwa do załatwienia prywatnych interesów. Sprawa ta otworzy drogę do podobnych aneksji na rzecz rozmaitych grup interesów w pozostałych parkach narodowych. To jest kamyk, który pociągnie lawinę.

Po podpisaniu projektu rozporządzenia przez premiera Morawieckiego musi upłynąć 14 dni, aby wszedł on w życie. Po tym czasie teren przejdzie w zarząd starosty kieleckiego. We wrześniu 2020 roku z inicjatywy dyrektora ŚPN został podpisany list intencyjny między nim, wojewodą i starostą, który reguluje sposób przekazania Oblatom 1,35 ha na Łyścu. Przypomnę, list był podpisany w czasie, gdy wszyscy, łącznie z Oblatami, zaprzeczali, że sprawa przemocowego pomniejszenia ŚPN ma cokolwiek wspólnego z nieuzasadnionymi roszczeniami zakonników.

Ostatnią procedurą, z jakiej mogę skorzystać, jest po podpisaniu przez premiera projektu rozporządzenia, skierowanie sprawy do Rzecznika Praw Obywatelskich. Ten powinien sprawę przekazać do Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ cała ta procedura narusza właśnie konstytucję. W grę wchodzą też zawiadomienia do Prokuratury, bo popełniono kilka przestępstw, jednak wydaje się, że w obecnej sytuacji politycznej jest to bezcelowe i zamknie szansę na dochodzenie sprawiedliwości w przyszłości.

Łukasz Misiuna

Autor na naszych łamach prezentuje sprawę od kilku lat, w tym zamieścił tutaj pierwszy w Polsce artykuł opisujący ten problem:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?

Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym

Świętokrzyski Lunapark Narodowy

Staremu światu (1913)

Staremu światu (1913)

Znowu jesteśmy świadkami obchodzonej – u schyłku starego roku – tysiąc dziewięćset czternastej rocznicy przyjścia na świat wielkiego reformatora ludzkości, którego nauki rozsadziły starożytny świat pogański. Zasady głoszone przezeń – mimo to do dziś dnia nie zostały urzeczywistnione. Maluczkich on ci nauczał, z maluczkimi przestawał i maluczkim chciał zgotować inny… lepszy los. Marzyciel… chciał zaprowadzić wszechludzkie braterstwo na ziemi, głosił równość wszystkich synów ziemi – karcił fałsz i obłudę, chłostał faryzeuszów i bogaczy. Przewrotni kapłani – głosiciele wiary w innego boga – oskarżyli go przed rządem rzymskim jako buntownika i poniósł sromotną śmierć na krzyżu. Ale za wzniosłą była idea, za wzniosłe „ziarna prawdy” przezeń głoszone, żeby jego nauka zeszła wraz z nim do grobu. Ponieśli ją w świat daleki jego apostołowie, którzy wszyscy pochodzili z prześladowanej i gnębionej masy ludowej. W miejsce zdrajcy przybył potem do nich mędrzec – uczony, św. Paweł. Szli przez wszystkie lądy z jednym hasłem: Jedną jest owczarnia i jeden kościół boży, a więc wszyscy ludzie są równi, nie wolno jednemu nad drugim panować, bo wszyscy są między sobą równi bracia. Potęga imperium rzymskiego nic ostała się wobec tych nowych haseł. Skruszyły one jej podstawy społeczne, zmiażdżyły jej bogów prastarych. Ale nie wytrwali przy ideach i przykazaniach, głoszonych przez Wielkiego Marzyciela jego następcy w wiekach późniejszych. Zastępcy Syna Człowieczego, który nie miał gdzie głowy skłonić, powkładali ziemskie korony i zamieszkali w pysznych pałacach. W galilejskich chatach rybackich – a później w katakumbach rzymskich bujnie krzewiła się prosta prawda, by potem zamrzeć w bogatych, złoconych kościołach. Wypędzał ongi Chrystus przekupniów ze świątyń – dziś handlują w nich głosiciele jego nauki świętościami. Sprzedają odpusty – nawet sakrament chrztu, „bez którego człowiek nie może wnijść do Królestwa niebieskiego”, nie jest wolnym od opłaty. A w Ameryce każą sobie księża już i za spowiedź wielkanocną, za odpuszczenie grzechów w imieniu Chrystusa, płacić po 10 dolarów.

Wszędzie, gdzie lud walczy o swe prawa, o lepszy kawałek chleba, gdzie broni się przed wyzyskiem, nie znajdziesz księży przy boku maluczkich; stoją oni przy jego krzywdzicielach.

I robi się coraz zimniej i coraz bardziej pusto w złoconych świątyniach. Berlińskie pisma podają, że w wielkich kościołach znajdziecie tam w niedzielę zaledwie kilkudziesięciu ludzi.

Nauka Chrystusowa jednak nie zamarła. Podstawowe jej zasady, miłość wszechludzka, równość i braterstwo całego rodzaju ludzkiego, których wyrzekli się nowocześni faryzeusze-kapłani, wypłynęły na nowo z odmętu wieków – świeże i nieskażone, jakie padły niegdyś nad błękitnymi toniami jeziora tyberiadzkiego… Macie je wypisane na czerwonych sztandarach, wokoło których skupiają się milionowe rzesze dzisiejszych maluczkich – nowoczesnych proletariuszy…. na czerwonych sztandarach, zabarwionych niejednokrotnie męczeńską krwią – robotnika! Chrystusowe ziarna prawdy znajdziecie dziś – jasno i bez wykrętów podane – w katechizmach socjalnej demokracji!

Prawdę Chrystusową umiłowały czerwone masy robotnicze i hasła jego ewangelii wzięły za swoje… One też podjęły się ich zrealizowania.

________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 52/1913, Frysztat, 26 grudnia 1913 roku. Pismo to było organem Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, ukazującym się na Śląsku Cieszyńskim, w tym na przygranicznych terenach należących obecnie do Czech, a wówczas zamieszkiwanych w znacznej większości przez ludność polską.

Tusk i stary świat

Przeczytałem ten wywiad Sierakowskiego z Tuskiem i Applebaum i jest tam jeden dobry moment. Który zresztą pokazuje, że w Polsce, a może i nie tylko w Polsce język przestaje być narzędziem komunikacji. Nie chodzi o to, że ja jestem mądry, ktoś jest głupi, ja rozumiem, ktoś nic nie rozumie itd. Chodzi o to, że te same słowa znaczą co innego w zależności od tego, jakie mamy poglądy.

Otóż Tusk w pewnym momencie mówi, że za triumfy „prawicowych populizmów” odpowiada „przyspieszona i nieadekwatna do rzeczywistości społecznej rewolucja obyczajowa”. Dla liberalnej lewicy jest to kamień obrazy i dowód na głupotę Tuska oraz krach wszelkich, licznych przecież w tym gronie, choć skrywanych, nadziei na sojusz z Tuskiem jako bardziej progresywnym niż PiS (a wszyscy wiemy, że dzisiejszą lewicę interesuje głównie progresja obyczajowa i niewiele więcej, na pewno nie jakiś socjal). Twierdzą oni, bo to dla nich oznaczają „obyczaje”, jakoby Tusk przekonywał do takiej wizji dziejów, w której szło to mniej więcej jakoś tak, że „przyszli geje i feministki, zaczęli być widoczni, ludziom się to nie spodobało, wręcz wystraszyli się, a w reakcji poszli głosować na prawicę”. Gdyby Tusk coś takiego powiedział, rzeczywiście byłby idiotą. Ale Tusk czegoś takiego wcale, wbrew interpretacjom, nie mówi. On nie rozwija w ogóle wątku płciowo-seksualnego, za to przechodzi od razu do wątku rozpadu świata, jaki znamy.

Bo tak jest w istocie. Popularność populizmów ma dwie przyczyny. Pierwsza, której Tusk zupełnie nie rozumie, bo jest balcerowiczowskim matołkiem, to sprawa socjalna i krytyczna reakcja na neoliberalizm. Tusk i podobni są zaćpani wskaźnikami PKB, dochodu per capita i tak dalej, a umyka im mnóstwo rzeczy: wzrost nierówności, niepewność ekonomiczna, zablokowane kanały awansu, „uśmieciowienie” całości zatrudnienia (nie tylko form umów, ale i tego, że trzeba się ciągle przebranżawiać, doszkalać, zmieniać pracę, miejsce pobytu itp, aby utrzymać się na ekonomicznej powierzchni) i tak dalej. Jedną z reakcji na neoliberalizm jest zwrócenie się ludzi w stronę populizmu; dzisiejsza prawica jest znacznie częściej niż dawniej prawicą socjalną, „ludową”, a przynajmniej na tle swoich konkurentów (to świetnie widać na Węgrzech, gdzie Orban jest zasadniczo gospodarczym liberałem, ale kilka benefitów dla rodzin, klasy średniej, małych firemek itd., uczyniło go kimś, kto „daje więcej” niż opozycja).

Ale drugą z przyczyn krachu neoliberalizmu jest jego wymiar społeczno-kulturowy. Właśnie zmiana obyczajowa. Ale nie w takim wąskim sensie, jaki pod terminem „obyczaje” rozumieją lewaccy fiksaci. Obyczaje to nie są geje i feministki. Obyczaje to jest to, jak żyjemy. A dawny świat, stabilny i oswojony, rozpadł się. Nie przez gejów i feministki, Tusk niczego takiego nie mówi. On się rozpadł przez inwazję neoliberalizmu. Tusk mówi tu, choć nieświadomie, niemalże Marksem, że „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. I tak się rzeczywiście dzieje. Ludzie chcą mieć pracę, więc muszą wyjeżdżać setki i tysiące kilometrów od rodziny i przyjaciół, od krainy swego dzieciństwa. Chcą mieć karierę, ale ona koliduje z posiadaniem dzieci. Chcą mieć dzieci, ale nie mają czasu ich wychowywać. Chcą mieć stabilne życie, ale ciągle jest jakiś chaos. Chcą mieć w czymś oparcie, ale nawet dach nad głową mają na kredyt i jeszcze 30 lat wysokich rat do spłacania. Co chwilę jest kryzys finansowy, migracyjny, ekologiczny, nowe technologie, nowe systemy organizacji pracy, nowe formy życia, konsumpcji itd. To jest właśnie ta „rewolucja obyczajowa”. Stąd popularność, jako reakcja, rozmaitych mrzonek spod znaku „tradycji”, poczynając od „dżemu babuni” jako nurtu konsumpcji, a kończąc na odrzuceniu szczepionek „bo nie wiadomo, czego oni tam używają”.

W Polsce to wszystko jest wzmocnione jeszcze i tym, że oprócz ofensywy neoliberalizmu miała miejsce ofensywa „europeizmu”. Na nachalne trendy tego typu ludzie odpowiedzieli bardzo szybko i bardzo wyraźnie ofensywą patriotyzmu, nacjonalizmu, tożsamości, wyklętyzmem itp., wszystkim tym, co w narracji wyjaśniającej triumf PiS-u nosi nazwę „godności”. PiS dał ludziom nie tylko chleb – powiedział im także, że nie musicie się wstydzić i wypierać tego, że jesteście jacy jesteście, skąd jesteście i dlaczego.
Wybór „prawicowego populizmu” to część tej reakcji. „Populiści” mówią, że ocalą przynajmniej część dawnego świata – obronią stare fabryki i miejsca pracy, zamkną granice na towary i innych ludzi, będą porządek, ład, „po staremu”. I ludzie to kupują nie dlatego, że boją się geja i feministki, w każdym razie nie wszyscy się boją. Za to mnóstwo ludzi chce mieć wreszcie spokój z ciągłymi zmianami, chce ich mniej, chce wolniej, chce rzadziej. Bo już się nazmieniali. Gdyż kapitalizm jest dynamiczny w ogóle, a neoliberalizm był, jak ładnie to określił pewien angielski myśliciel, „leninizmem rynkowym”. Niszczył, burzył, wywracał do góry nogami, przekształcał co się da i kiedy zechciał, nie pytając nikogo o zdanie. Dla zysku garstki robił „rewolucję obyczajową”. „Szary człowiek” musiał ciągle nadążać, musiał wciąż więcej i więcej biec, żeby pozostać w choć tym samym miejscu, a nie daleko w tyle.

Tusk to intuicyjnie rozumie, choć oczywiście nie ma żadnego pomysłu i lekarstwa, co z tym zrobić, bo proponując neoliberalny kapitalizm, proponuje zarazem kolejne turbodoładowanie zmian. Im więcej neoliberalizmu, tym większa będzie reakcja „antynowoczesna”. Prawicowa, jak PiS, Le Pen czy Orban, albo lewicowo-„konserwatywna”, jak słowacki Smer. Albo jeszcze jakaś inna, w każdym razie napędzana strachem „szarych ludzi” przed kolejnymi zmianami.

Nie, Tusk nie jest idiotą, gdy mówi o „rewolucji obyczajowej” jako jednej z przyczyn wyboru „populistów”, on nie straszy was gejami i feministkami, on wcale nie jest konserwatystą, który chciałby stąd przegnać „nowinki obyczajowe”. Wręcz przeciwnie, on jest „Europejczykiem” pełną gębą, chciałby modernizacji polskiego społeczeństwa, ale zarazem nie potrafi rozwikłać sprzeczności, która polega na tym, że neoliberalna doktryna i rzeczywistość rozwalają zastany świat. Nie tylko generują problemy socjalne, ale nawet jeśli oferują miraż czy sporadycznie rzeczywistość wyższego poziomu życia, to za cenę ciągłej destabilizacji społeczno-kulturowej związanej z „dynamicznymi” formami gospodarki i ekspansji kapitału. I wtedy ludzie masowo odrzucają taki system. I przestali się wstydzić głosowania na „populistów” i „faszystów”, gdy tamci oferują choć spowolnienie owej dynamiki wywracającej do góry nogami wszystko to, co znamy.

Zatem uspokajam liberalną lewicę: pan Donald nie chce dokuczać gejom i feministkom, jest waszym sojusznikiem w dziedzinie postępu, tak jak i cała niesocjalna lewica wierzy on w moc hiperkapitalizmu, który burzy stary świat. Tyle że widzi on to, czego wy ze swoich nisz nie dostrzegacie: że akcji towarzyszy reakcja i że odpowiedzią społeczną na więcej dynamiki jest żądanie mniejszej dynamiki. I znowu nie dlatego, że „szarzy ludzie” chcą prześladować gejów i feministki. Chcą spokoju w chaotycznym świecie.

Gdyby lewica nie porzuciła agendy socjalnej, znałaby wyjście z tego labiryntu: stabilne realia gospodarcze pozwoliłyby się ludziom bardziej otworzyć bez lęków na zmiany stylu życia. No ale to by trzeba znowu na serio być lewicą i robić lewicę w „bazie”, nie w „nadbudowie”, np. ***** podatkami wolne media, czyli wielkie koncerny, zamiast tropić „transfobię” w niszowych partiach i grupkach. A ponieważ tego nie robi, to fangę w nadęte gęby Tuska i liberalnego lewactwa wypłacą „szarzy ludzie” – głosem na „populistów”.

Remigiusz Okraska

Komentarz pierwotnie ukazał się na facebookowym profilu autora.

Nowoczesna cywilizacja (1907)

Żyjemy w dwudziestym stuleciu cywilizacji i kultury, w wieku postępu. Podziwiamy cuda, jakie stwarzają para, elektryczność, gaz, wprowadzone w zastosowanie ręką człowieka. Z ciekawością przyglądamy się nowoczesnym miastom jakby wyrosłym niedawno spod ziemi, olbrzymim i wspaniałym budowlom, potężnym fabrykom o całych lasach dymiących wiecznie kominów, gdzie różnorodne i doskonale skonstruowane maszyny kierowane silną ręką proletariusza wytwarzają krociowe bogactwa!

W dziewiętnastym stuleciu nauka i wynalazki w technice przemysłu zrobiły daleko większe postępy niż kilka przeszłych stuleci, a i tego należy się spodziewać, że w bieżącym stuleciu poczyni jeszcze większe postępy. Gorączkowa praca z dniem nieomal każdym stwarza i wynajduje wynalazki, które jakby goniły się wzajem, celem przysporzenia bogactw, zmniejszenia nakładu sił i pracy, uprzyjemnienia życia.

W prasie i literaturze, sięgających szczytu prawie swego rozwoju, roi się od słów, zapewnień, prawie że hymnów witających kroczący z dumą postęp; dobrobyt dzisiejszego pokolenia znajduje tylu piewców, że naprawdę zdawałoby się, że żyjemy w latach, w których życie człowieka staje się wolnym od trosk i cierpień, pełne wesela i radości, tak, że nic ludziom nie pozostaje, jak używać wszystkiego. I czemuż by nie? Wszak widać wszędzie składy przepełnione żywnością i materiałami niezbędnymi do życia, magazyny pełne wszystkiego aż do zbytku i wyuzdania, zapraszają niejako ludzi do używania nagromadzonych bogactw. A nad tym wszystkim rozbrzmiewają głosy wolności, humanitarności, sprawiedliwości…

A jednak zastanawiają i w zdumienie wprawiają każdego z nas zjawiska wręcz przeciwne cywilizacji, zjawiska nieznane nigdy nawet dzikim narodom, zjawiska tchnące śmiertelną nienawiścią do cywilizacji i postępu. W społeczeństwie głoszącym wolność i sprawiedliwość popełnia się gwałt najgorszego gatunku, w ustroju społecznym niby przesyconym dobrobytem, żyje większość ludzi w największej nędzy i niedostatku, w społeczeństwie głoszącym równość i wolność głos drobnej garści bogaczy świata więcej znaczy, niż wola całego narodu, niż wola uciśnionych mas ludu; w społeczeństwie chorującym na nadmiar oświaty i kultury zapełniają ulice i ciemne przedmiejskie sutereny tłumy ludu roboczego nie umiejące ni czytać, ni pisać, tłumy, które odpędzono od spożywania owoców kultury i dobrobytu. Około przepełnionych składów i magazynów, gdzie środki żywności gniją i niszczeją, wałęsają się masy żebraków i ludzi żądających pracy, którzy może jeszcze ani raz w życiu nie nasycili się należycie; wspaniałe gmachy i budowle, bogate zamki i drogie wille z przestronnymi i wygodnymi salami, jasnymi i ciepłymi pokojami stoją latami pustką, bo zamieszkuje je zaledwie kilka osób, jakiś biskup lub magnat, mający ku przyjemności zastęp nudzących się kobiet, które swymi pieszczotami lub ciałem rozweselają mu życie – podczas gdy całe masy pożytecznych ludzi gniotą się w brudnych, wilgotnych bez światła i słońca suterenach, gnieżdżą się na nędznych poddaszach lub w barakach pełnych brudu i niechlujstwa, w jaskiniach, gdzie nędza, głód i choroby wyprawiają swe orgie, gdzie w mrokach rodzą się zbrodnie, powstają gwałty, a śmierć najobfitsze zbiera żniwo przed czasem.

Na ochronę koni, psów i innych zwierząt wydaje się ustawy, społeczeństwo cywilizowane zakłada stowarzyszenia opieki nad zwierzętami, ale to samo „cywilizowane” społeczeństwo nie zna ustaw ochraniających tysiące robotników; w każdym roku padają w fabrykach trupy robotnicze, temu głowę zmiażdżyło, tego maszyna rozerwała w kawałki, temu rękę urwało, tam znowu w kopalniach gazy zatruły dziesiątki górników lub spadające z góry kamienie śmiertelnie pokaleczyły ojca licznej rodziny. Ilu górników przez niedbalstwo odpowiednich organów straciło życie, ilu stało się kalekami, ilu straciło siły i zdrowie w gazach i pyle kamiennym czy węglowym, gdzie za marną, psią zapłatę pracowali na jaśniepanów. Gdzież są ustawy na obronę ludu, gdzie słuszność, gdzież ta kultura głosząca sprawiedliwość i wolność. Nie ma jej? Ale niewinnego człowieka umiała wysłać na szubienicę lub wtrącić do więzienia za to, że śmiał upomnieć się o swe prawa, za to, że nędza popchnęła go do buntu; nędzarza wpakowano do aresztu za to, że z głodu ukradł kawałek chleba. Gdzież poczucie sprawiedliwości u tych „cywilizowanych” jaśniepanów, którzy dostają apopleksji na widok znęcania się woźnicy nad koniem, gdzież te pisma piszące całe artykuły o niedyspozycji żołądkowej jakiegoś książątka chorującego z przesytu, gdzież ci w czarnych sutannach głoszący miłość bliźniego, którego należy przyodziać i nakarmić?

W tej rażącej sprzeczności dobrobytu i nędzy, kultury i ciemnoty, postępu i wstecznictwa mieści się obłuda i faryzeuszostwo „cywilizowanego” społeczeństwa dwudziestego stulecia. Czy tutaj może być mowa o humanitarności, postępie lub cywilizacji? O ile prześcignęła humanitarność dzisiejszych klas burżuazyjnych życie dzikich barbarzyńskich plemion? U ludów dzikich ludzi niezdolnych do pracy wrzucano do wody lub strącano ze skały do przepaści, aby nie byli ciężarem dla innych, tak robiono np. w starożytnej Sparcie, krainie greckiej. Dziś w społeczeństwie o wysokiej kulturze i humanitarności skazuje się ludzi na powolne konanie, na śmierć głodową, na całe to piekło dzisiejszej nędzy.

W dzisiejszym ustroju społecznym wyniki nauk, korzyści badań, wszelkie owoce wynalazków i pracy, stały się wyłącznym majątkiem małej garści ludzi, fabrykantów, kapitalistów, baronów węglowych, którzy do wytworzenia tych bogactw ani jednym kiwnięciem palca się nie przyczynili.

Taki miliarder Rotszyld nie wie nawet, ile ma fabryk na świecie, ze sprawozdań dyrektorów dowiaduje się dopiero o tym, a sam spędza chwile na podróżach po norweskich zatokach lub polowaniach na tygrysy w północnej Afryce, podczas gdy lud roboczy pracuje ciężko na niego, po fabrykach i po kopalniach, po to, aby p. Rotszyld mógł życia do woli używać.

Dzisiejszy ustroi wobec tych krzyczących niesprawiedliwości i gwałtów nie zdoła się długo utrzymać, nieustające walki, jakie się w nim rozgrywają z dnia na dzień, powodują rozkład i zgubę istniejących obecnie stosunków: naprzeciw garstki ciemięzców staje milionowy tłum żebraków do walki. Prawdziwym paszkwilem ośmieszającym cywilizację i postęp dzisiejszy są istniejące ustawy i różne rozporządzenia, które służą do tego, aby mniej liczna klasa wyzyskiwaczy mogła bezkarnie okradać lud roboczy, rabować jego zdrowie, siłę i życie. Dziś nie ceni się człowieka dla jego zdolności, pracy, wykształcenia, ale dla… pieniędzy, majątków, które prawem kaduka, nieuczciwym sposobem pozyskał. Możesz być największym głupcem, ale jeśli masz pieniądze, świat powie, żeś mądry, jesteś skończonym łotrem, ale bogatym, przyjdą ludzie, pokłonią ci się i nazwą cię uczciwym, jesteś krwawym tyranem, ale mającym za sobą szubienice, armaty i ustawy, społeczeństwo ogłosi cię najsprawiedliwszym człowiekiem. Ale prawie zawsze zostaniesz głupim, nieuczciwym, szubrawcem jeśliś biedny, choćbyś był mądrym, uczciwym, ba nawet świętym. Dzisiaj potaniała już cnota – mówi poeta.

To całe piekło powyżej przedstawionych stosunków to wykwit tak wychwalanej przez klerykałów i burżuazję prywatnej własności, uświęconej, jak oni powiadają, przez samego boga, który bogaczowi kazał majątek rozdać ubogim. Kapitał, który stworzył nowoczesną kulturę i burżuazyjną cywilizację, ten kapitał będący źródłem tej krzywdy społecznej, wykopie swą zachłannością dla siebie grób. Każdy choć trochę myślący człowiek zrozumie, że obecne stosunki nie dadzą się długo utrzymali. Własność prywatna, kapitał prowadzi ludzkość na drogę zupełnego upadku, a periodycznie pojawiające się kryzysy przemysłowe, wyrzucające na bruk klasę pracującą – są najlepszym dowodem szkodliwości prywatnych kapitalistycznych przedsiębiorstw, których krzywdzącą działalność należy powstrzymać i zmienić.

Głosicielem nowych i sprawiedliwych zmian przyszłego ustroju społecznego jest lud roboczy, proletariat górniczy i fabryczny, który gromadzi siły i w swoich organizacjach gotuje się do walki o lepszy ustrój społeczny dla wszystkich. Spełnienie tego celu to wprowadzenie w życie myśli socjalistycznej, której głosicielem jest lud roboczy. Proletariat nie ma nic do stracenia, a cały świat do zdobycia, w walce więc, jaką wydał staremu porządkowi walącemu się już w gruzy, budował będzie nowy świat, który nowymi pójdzie tory. Nic więc dziwnego, że idea socjalistyczna znajduje taki posłuch wśród mas robotniczych, nic więc dziwnego, że wrogowie ludu oszczerstwa i psy wieszają na ludzie roboczym i to nic dziwnego, że świat burżuazyjny na gwałt wrzeszczy: socjaliści chcą świat, cywilizację, postęp zniszczyć, wywrócić świat do góry nogami. A byłże kiedy świat tak do góry nogami postawiony, jak dzisiaj? Lud roboczy zszeregowany w partii socjalistycznej chce ład i porządek zaprowadzić, zwycięstwo ludu roboczego to zwycięstwo prawdziwej cywilizacji i kultury, postępu i sprawiedliwości. Nie dziwi więc dzisiaj nikogo, że na całym świecie rozbrzmiewa potężny głos: proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! W ślad zanim podążają milionowe szeregi robotnicze, przed których pochodem drży w strachu stary, podły świat!

_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Górnik – organ Unii Górników w Austrii” nr 1/1907, Cieszyn, 9 stycznia 1907 r. Było to pismo wydawane przez górniczy związek zawodowy na Śląsku Cieszyńskim, pozostający pod wpływem polskiego ruchu socjalistycznego w zaborze austriackim. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Wykluczyć wykluczenie

Problem wykluczenia transportowego wciąż nie został rozwiązany – podkreśla rzecznik praw obywatelskich. I postuluje, aby wprowadzić standardy, które społecznościom lokalnym zagwarantują połączenia.

W kwestii wykluczenia transportowego Marcin Wiącek – od lipca 2021 r. sprawujący funkcję rzecznika praw obywatelskich – kontynuuje działania swojego poprzednika Adama Bodnara. To właśnie za kadencji Bodnara problemy z funkcjonowaniem transportu publicznego weszły w zakres spraw, którymi zajmuje się Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Nierówny dostęp

Problemy z dojazdami były jednym z najczęściej poruszanych tematów podczas spotkań regionalnych, których Adam Bodnar przez sześć lat urzędowania odbył w całej Polsce ponad 150. Ich uczestnicy alarmowali, że autobusy do mniejszych miejscowości zbyt wcześnie kończą kursowanie, przez co młodzież nie tylko nie może brać udziału w zajęciach pozalekcyjnych, ale czasem musi się wręcz zwalniać z ostatnich lekcji. Z kolei seniorzy skarżyli się, że z powodu braku połączeń mają problemy z dotarciem nie tylko na zajęcia uniwersytetów trzeciego wieku, ale też do przychodni: „Nie mogę dojechać do lekarza, jeśli córka nie weźmie urlopu i mnie nie zawiezie” – mówiła uczestniczka jednego ze spotkań.

– „Doprowadziliśmy do tego, że w Polsce do aktywnego życia i korzystania z praw potrzebny jest prywatny samochód” – mówił Bodnar po spotkaniu we Wrześni, a w Lublińcu stwierdził: – „Jeżdżąc po kraju, widzimy jak rośnie problem wykluczenia transportowego. Jak nierówny jest przez to dostęp do edukacji, służby zdrowia, urzędów”.

Kwestie te Adam Bodnar starał się przede wszystkim nagłaśniać: z mównicy sejmowej, na spotkaniach z samorządowcami czy na organizowanych przez biuro rzecznika Kongresach Praw Obywatelskich.

W podsumowującym kadencję Bodnara raporcie biura rzecznika odnotowano wprowadzenie przez rząd programu Kolej Plus oraz uchwalenie ustawy o Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Rozsądne minimum

Nowy rzecznik praw obywatelskich alarmuje, że społeczności lokalne wcale nie przestały borykać się z trudnościami w dojazdach: „Na podstawie liczby skarg dotyczących przedmiotowej problematyki wpływających do mojego biura po wejściu w życie wyżej wymienionej ustawy nie mogę jednak stwierdzić, że problem wykluczenia komunikacyjnego został rozwiązany” – napisał Marcin Wiącek w piśmie wysłanym na początku października 2021 r. do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, zaznaczając, że „wykluczenie transportowe stanowi faktyczną przeszkodę w realizacji szeregu konstytucyjnych praw i wolności obywatelskich, takich jak wolność poruszania się, prawo do ochrony zdrowia, prawo osób z niepełnosprawnościami do pomocy ze strony władz publicznych, prawo do nauki”.

Choć rządowy Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych działa od 2019 r., to nadal duża część samorządów nie zorganizowała na swoim terenie transportu publicznego. Z wsparcia funduszu samorządy mogą, ale nie muszą korzystać. Co więcej, samorządy w ogóle nie mają obowiązku tworzenia i utrzymywania połączeń. Żadne sankcje nie grożą nawet w sytuacji, gdy nie tworzy się linii komunikacyjnych zapisanych w planach transportowych uchwalonych przez samorządy. Choć plany te są aktami prawa miejscowego, to brak ich realizacji nie może stanowić podstawy do dochodzenia roszczeń przez mieszkańców.

Rzecznik praw obywatelskich uważa, że to powinno się zmienić. „Pragnę zwrócić uwagę na możliwość innego podejścia do problemu, nie ograniczającego się wyłącznie do kwestii zapewnienia finansowania przewozów, ale ujmującego problem z perspektywy praw obywatela” – napisał Marcin Wiącek do resortu rolnictwa i rozwoju wsi, postulując przy tym, aby ustawowo określić obowiązki władzy publicznej w zakresie transportu publicznego. – „Wydaje się, że rozsądnym minimum w tym zakresie jest wprowadzenie prawa obywatela do transportu publicznego zapewniającego połączenie do siedziby władz danej gminy”.

Jeden z najważniejszych tematów

1 września 2021 r. Marcin Wiącek gościł reprezentanta Polski w Komisji Europejskiej – komisarza ds. rolnictwa i rozwoju wsi Janusza Wojciechowskiego. Biuro rzecznika informuje, że „jednym z najważniejszych tematów poruszanych w czasie spotkania były problemy związane z wykluczeniem transportowym w wielu rejonach w Polsce”.

Komisja Europejska pod koniec czerwca 2021 r. przedstawiła wizję rozwoju obszarów wiejskich, której jednym z czterech filarów jest ich lepsze skomunikowanie: „Zwiększy to ich dostępność, jednocześnie poprawiając dostęp ludności wiejskiej do szerszego zakresu usług”. To dlatego rzecznik praw obywatelskich wystąpił w sprawie transportu publicznego do resortu zajmującego się rolnictwem i rozwojem obszarów wiejskich.

– „Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zwróciło się do Ministerstwa Infrastruktury o przekazanie stanowiska w sprawie” – mówi magazynowi „Z Biegiem Szyn” Dariusz Mamiński z resortu rolnictwa. – „Stanowisko to jest kluczowe dla dalszych ewentualnych prac nad proponowanymi rozwiązaniami”.

Samorządy nie garną się

Postulat, by Ministerstwo Infrastruktury we współpracy z samorządami opracowało minimalne standardy obsługi transportowej, został przedstawiony w czerwcu 2021 r. na Kongresie Polityki Miejskiej w Katowicach: „Aby komunikacja finansowana ze środków publicznych stanowiła realną alternatywę dla komunikacji indywidualnej, musi ona odpowiadać na zapotrzebowanie transportowe ludności i zapewniać spójny system” – zaznaczyli eksperci zajmujący się mobilnością, wnioskując przy tym, by spełnianie wypracowanych standardów stało się warunkiem korzystania ze źródeł takich jak Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Eksperci wskazali ponadto, że podczas formułowania standardów należy pamiętać też o stykach województw: „Kiedy organizator transportu kolejowego jest skupiony jedynie na stworzeniu optymalnej oferty przewozowej do stolicy regionu, połączenia na granicach z województwami sąsiednimi realizowane są jedynie w marginalnym zakresie lub nie są realizowane w ogóle”.

W październiku 2021 r. do Ministerstwa Infrastruktury trafił wniosek, w którym Centrum Zrównoważonego Transportu postuluje, aby do 2027 r. sukcesywnie dojść do następujących standardów: w ramach każdego regionu połączenia między miastami wojewódzkimi i stolicami powiatów oraz połączenia między stolicami sąsiadujących powiatów, a ponadto zapewnienie, aby z żadnej miejscowości liczącej minimum 100 mieszkańców nie było dalej niż 3 km do przystanku autobusowego lub kolejowego obsługiwanego przez co najmniej dziesięć par kursów w dni nauki szkolnej i sześć par kursów w pozostałe dni. W piśmie do resortu infrastruktury prezes CZT Krzysztof Rytel napisał: „Ponieważ samorządy nie garną się do odtwarzania sieci autobusowych, nasuwa się refleksja, że państwo powinno je do tego zobowiązać”.

Rozwój w standardzie

– „Nie jest rzadkością, że wójt czy starosta boją się ulepszać ofertę przewozową, myśląc, że jak zabraknie kasy, to trzeba będzie ciąć kursy i z tego się tłumaczyć” – mówi szef PKS Słupsk Piotr Rachwalski, który od 2014 do 2019 r. kierował Kolejami Dolnośląskimi. Jest on zwolennikiem przyjęcia standardów: – „Powinny one odnosić się do całego transportu zbiorowego dotowanego ze środków publicznych – i autobusów, i kolei. Ich wprowadzenie przyniosłoby skokową poprawę oferty transportu publicznego oraz skokowy powrót pasażerów do systemu”.

O ile rzecznik praw obywatelskich wskazuje, że zagwarantowany powinien zostać przynajmniej dojazd do miejscowości gminnej, o tyle Rachwalski uważa, że nawet ważniejsze jest zapewnienie połączeń z gmin do miast powiatowych, między powiatami oraz z miast powiatowych do stolicy regionu. – „Organizując całą wymienioną siatkę, niejako przy okazji skomunikowano by także znaczną część sołectw. Na poziomie gminnym w dużej mierze wystarczy zmienić zasady dowozu dzieci do szkół, udostępniając kursy pozostałym mieszkańcom i rozciągając je na cały rok” – mówi Rachwalski. Przypomina też o kwestii standardu samych pojazdów: – „Obowiązkowe miejsce na wózek dziecięcy czy inwalidzki i na większy bagaż, system informacji pasażerskiej z numeracją linii, klimatyzacja, określona norma emisji spalin, lokalizacja GPS pojazdów dostępna w internecie. Określić można też maksymalny wiek taboru: przykładowo autobusów na 15 lat, a pociągów na 30-40 lat. Standardy muszą stymulować rozwój”.

Autobusy zintegrowane z pociągami

Na to, aby przy określaniu standardów nie ograniczać się do połączeń w ramach gmin, zwraca uwagę również geograf transportu z Uniwersytetu Szczecińskiego dr Tadeusz Bocheński: – „Istotne jest zapewnienie bezpośrednich połączeń także z ośrodków gminnych do miasta powiatowego oraz z miast do ośrodków regionalnych lub subregionalnych, gdzie zazwyczaj znajdują się obiekty specjalistycznej opieki zdrowotnej i organy wymiaru sprawiedliwości poziomu okręgowego” – mówi Bocheński, dodając, że standardy muszą wiązać się z zapewnieniem stabilnego finansowania systemu transportu: – „Państwo powinno zapewnić samorządom na przykład zwiększony udział w podatku PIT, ewentualnie dotację celową. Samorządy zmuszone do uruchomienia nowych połączeń, ale bez otrzymania dodatkowych funduszy na ten cel, mogą zmniejszyć liczbę kursów na jednej trasie, aby uruchomić je na innej”.

Bocheński zaznacza ponadto, że standardy stanowią szansę na zintegrowanie transportu kolejowego i autobusowego. – „Miasta, zwłaszcza te będące stolicami powiatów, powinny mieć zapewniony dostęp do kolei. Jeśli jednak kolej nie dociera do danego miasta, należałoby zapewnić komunikację autobusową dowożącą pasażerów do czynnej stacji kolejowej. Autobus taki powinien być zintegrowany z pociągiem zarówno pod względem skomunikowania na stacji przesiadkowej, jak i wspólnego biletu”.

Bez komentarza

Przygotowywanie propozycji zmian legislacyjnych koniecznych do zapobiegania wykluczeniu transportowemu oraz koordynacja prac dotyczących zwiększenia dostępności i poprawy jakości usług przewozowych – to zadania pełnomocnika rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu. Funkcję tę sprawuje wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel.

Po tym, jak rzecznik praw obywatelskich zaalarmował Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi o wciąż palącym problemie wykluczenia transportowego na obszarach wiejskich, zapytaliśmy w Ministerstwie Infrastruktury, czy dostrzega potrzebę ustalenia standardów transportu i czy wraz z resortem rolnictwa zamierza zająć się tą kwestią. Rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś odparł tylko: – „Ministerstwo Infrastruktury nie komentuje wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/116 listopad-grudzień 2021)
http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Gdy wszyscy mają rację i nikt jej nie ma

Wyobraźmy sobie trójwymiarowe ludziki – grubasików – żyjących w dwumiarowej cywilizacji, w płaskiźmie. W dobrych czasach wiodą życie podobne do bohatera włoskiej kreskówki La Linea, którego przygody w liniowym świecie kontrolowane są zawsze, mniej lub bardziej spolegliwie, przez rękę rysownika wyposażoną w ołówek. Postać ludzika obrysowana jest pojedynczą linią i przemieszcza się po nieskończonej kresce, której jest częścią. Ludzik napotyka przeszkody i (energicznie) zwraca się do rysownika o pomoc. Jedną z powtarzających się przeszkód jest nagły koniec trasy. W gorszych czasach grubasikom nie pojawia się znajoma ręka z ołówkiem, tylko mniej lub bardziej niezrozumiałe płaskie geometryczne figury, błyskawice i kawałki świderków, bombardujące płaski świat, pozbawiony bezpiecznej liniowej trasy. Nasi bohaterowie unoszą się w powietrzu albo fruwają w różnych kierunkach uczepieni rombów i kwadratów. Bazgroły przepełniają ich płaski świat.

Wszak grubasikowie nie są w gruncie rzeczy płascy – są trójwymiarowi. Ale widzą tylko dwuwymiarowe szkice, w dodatku czarno-białe. Na tym polega ich cywilizacja; posiadają do rozumienia i postrzegania swojego świata tylko takie – płaskie – kategorie. Biedni grubasikowie wydają nam się bezsensowni i ograniczeni? Słusznie, bo tacy właśnie są. A my jesteśmy do nich uderzająco podobni.

W naszych czasach próby poradzenia sobie z coraz bardziej trudnymi problemami przypominają przygody pozbawionych opiekuńczej ręki grubasików w płaskiźmie. Atakują ich zewsząd jakieś chaotyczne hasła i wydarzenia. Każde z nas trzyma się jakiegoś sensownego dla nas kształtu – czegoś, co postrzegamy jako „normalność”. Nic nas nie łączy. Sami sobie nawzajem tworzymy chaos. Świat, gdzie wszyscy mają rację. Gdzie nikt jej nie ma. Gdzie istnieją dwa obozy: czarny i biały, które stają się widoczne dzięki sobie nawzajem, ale które nie łączą się nigdy w odcienie szarości (że o kolorach nie wspomnę). Gdzie koszt zabrania głosu jest zarazem za niski i za wysoki, bo można mówić cokolwiek, ale tylko wtedy, gdy się nie wykracza poza linie. Jakakolwiek kwestia która poza nie wystaje, naraża się któremuś z obozów – albo obu. Wszyscy zdają się być do tego dotknięci daltonizmem.

Grubasikowie nie są płascy. I nie są ślepi na barwy. Tylko ich cywilizacja to wszystko wyklucza. My też nie jesteśmy taką czy siaką Tożsamością. Tylko nie umiemy sobie radzić ze złożonością. Złożoność istnieje, wiemy o tym. Ale wszystko wokół nas zdaje się pochodzić z rzeczywistości o wiele prostszej. Dominujące mechanizmy zarządzania zorientowane są na proste systemy – wszystko jest upraszczane, sprowadzane do danych ilościowych, zasady zastępowane są automatycznymi algorytmami. Edukacja biznesowa i ekonomiczna głównego nurtu stara się sprowadzić wszystko do prostych kryteriów wzrostu i opłacalności. Katechizmowa teologia upiera się przy używaniu jednoznacznych miar do każdej życiowej sytuacji. Dyskurs medialny głosi, że złożoność trzeba ograniczać.

Wręcz przeciwnie.

Musimy dojrzeć do naszej złożoności. Nauczyć się ją widzieć, cenić, rozpoznawać, wreszcie – rozumieć jej zależności i pokochać jej rubensowskie kształty. Potrzebujemy wizji rozwiązań wielościennych, kanciastych, kolorowych, wieloaspektowych, grubych, barokowych! Inaczej będziemy jak biedni grubasikowie uwięzieni w liniowym świecie, podczas gdy w tym prawdziwym, trójwymiarowym, dzieją się rzeczy czasami bardzo groźne, czasami bardzo piękne. Jednak grubasikowie ignorują je nawet za cenę swojego zdrowia i życia. Co mogą na to poradzić? Produkują czarne i białe rozwiązania, które nic nie rozwiązują, bo nie wchodzą w interakcje z sobą ani z bardziej złożonymi aspektami świata. Nie są to tezy i antytezy – bo nie ma syntez, są tylko coraz bardziej spolaryzowane czarne i białe obozy. To nie są bańki – bańki są trójwymiarowe i mają lepkie ścianki, czasami łączą się w większe banie. To raczej opadający proch, martwy, bez organicznych ścianek, a przede wszystkim bez hybryd.

Hybrydy są wypychane poza marginesy świata płaskizmu. Weźmy dziennikarza, który podjął się trudnego zadania rozmawiania z osobami z różnych środowisk, należącymi do różnych porządków, i który naprawdę zaczął rozumieć tych ludzi, na ogół nierozumianych przez swoich czytelników. Pragnie ich przedstawić, pokazać ich punkt widzenia. Weźmy innego, który od wielu lat pełnił rolę jednego z nielicznych łączników lewa i prawa, ale także teraźniejszości i przeszłości – historycznej i praktykowanej obecnie lewicowości. Dobra, weźmy pewną naukowczynię, która przez kilka dziesięcioleci była – mało skuteczną to prawda, ale jednak – budowniczynią alternatyw w polskich naukach zarzadzania. Niedawno wszystkie te osoby zostały „wysprzątane” z cywilizacji płaskizmu. (Co wszak co najmniej jedna z nich sobie chwali.)

W świecie żywym i złożonym przeciwieństwa powinny się móc przyciągać. Kto się czubi, ten się lubi. Muszą istnieć hybrydy, budowniczowie mostów i tricksterzy. Musi istnieć miejsce dla odmieńców, niekoniecznie w centrum, wystarczy, aby było na względnie widocznych obrzeżach. Teraz miejsca dla takich ról nie ma, a próby ich odgrywania mają przykre konsekwencje – towarzyskie i zawodowe. Za wypowiedzi w mediach i mediach społecznościowych i inby wokół siebie miewa się poważne przykrości w pracy. Jeśli jest się bez pracy, to można jej już nie znaleźć. Jeśli jest się freelancerem lub prekariuszem, to nie znajdzie się zleceniodawców. Dla prekariuszy to dosłownie głód, bo jeśli ma się ten status, to trzeba się stale pokazywać jako osoba zatrudnialna, akceptowalna. Do tego dochodzi też strona społeczna – nikt nie chce być sam. Jeszcze 10 lat temu miałam licznych znajomych, którzy otwarcie głosili preferencje (drobne i większe) spoza swojego „obozu”. Teraz jest ich tak niewiele… Bycie oryginałem to towarzyskie i środowiskowe samobójstwo. Kto to w ogóle pamięta, że było inaczej? Pamiętać takie rzeczy to też towarzyskie i środowiskowe samobójstwo.

W świecie płaskizmu głębia jest partyzantką, a czas jest dywersją.

prof. Monika Kostera

Dzień bezradności

Promienisty niczym zorza Open Space’u uśmiech Unit Managera rozświetla mroki kuchni w naszej fabryce. W naszej fabryce wszyscy nic, tylko adresujemy. Nie, nie pracujemy na poczcie. Adresujemy potrzeby naszych klientów. Bo jak wiadomo: Klient nasz Pan, nasz Bóg. na wieki wieków Amen. Wychodzisz z roboty na „uroczystą galę rozdania prestiżowych statuetek”, by odebrać nagrodę dla naszego innowacyjnego produktu. Oprawa tego wydarzenia jest uroczysta i jako się rzekło prestiżowa, niczym na Oscarach. Czerwony dywan, reflektory. Kelnerzy roznoszący proseczio i przekąski kursują jak szaleni.

– Kanapeczkę? Zachęcamy. Proszę się częstować.

Zaczyna się. Para prowadzących jak na Sylwestrze Marzeń z Jedynką. Ona suknia cała w cekiny, on we fraku. Zastanawiasz się w duchu, czy zaraz zaintonują „Cała sala śpiewa z nami” lub „Niech żyje bal”. Sądzisz, że na pewno już za moment na estradzie pojawi się przebrana za zupkę instant Maryla Rodowicz. Nic takiego jednak nie następuje. Konferansjer odzywa się w końcu w te słowa:

– Proszę spojrzeć, po mojej prawej stoją nasze prestiżowe statuetki, które rozdamy na dzisiejszej uroczystej gali. Są piękne. Stoją na regale zaprojektowanym przez firmę Expo Retail, która jest sponsorem naszego wydarzenia. On także jest wspaniały. Piękny regał!

Myślisz: będzie grubo i nie mylisz się. Około 50 produktów FMCG, czyli żarcie. Teraz z kolei przechodząc do meritum, Pani w błyszczącej sukni mówi z uśmiechem numer pięć na ustach:
– Innowację Brylantową w kategorii „Miłe chwile z produktem” w segmencie wędliny otrzymuje…

Grają werble, błyszczą światła. Oraz wszystko inne po trochu…

– Sucha krakowska marki takiej a takiej!

Na scenę wkracza brand manager kiełbasy. Rozlega się burza braw. Oklaskiwane są jogurty, serki kanapkowe, tekturowe opakowania z przymocowaną na stałe zakrętką. To jest właśnie ta innowacja, że ona jest na stałe przymocowana.

Zapadasz w rodzaj katatonii. Zamykasz oczy. Gdy je znów otwierasz, nie widzisz już ludzi. Na sali siedzą Parówki Berlinki. Jak z reklamy. Jak żywe. Parówki oklaskują inne parówki. Ty też jesteś parówką i choć z samych trzewi swego parówczanego jestestwa chcesz się sprzeciwić, to nie możesz. Wyczytują cię w końcu. Wychodzisz na scenę. O wstydzie.

Wracasz do biura i stawiasz Innowacje na biurku swego szefa. Siadasz do swojego biurka. Świst ksera przypomina turkot kół Pendolino na trasie Kraków – Warszawa. Cichy, cichuteńki. Brakuje tylko plumkania Chopina w tle i można by przyjąć, że jest się w podróży. Gdzie indziej, gdzie indziej.

Trigger, touchpoint i faza pasywna w procesie zakupowym zrobią ci ewaluacje. Dowieź target, a choćbyś kroczył ciemną doliną zła się nie ulękniesz.

W naszej fabryce siedzisz dupogodziny. Nadgodziny. Złe godziny. Siedzisz.

Z mózgu po sześciu masz już kotlet mielony. Toteż grasz na komórce i obczajasz nowe wdzianko dla swego psa na allegro. A tu jeszcze spotkanie na Teamsach.

Jeden typ zauważa, że musimy zmaksymalizować relewantnie wolumen ludzki. Wszyscy potakują gorliwie. Kiwające miniaturowe głowy na ekranie są jak komisja kontroli gier i zakładów w totolotku. Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie pięciu liczb. Po połowie spotkania zastanawiasz się, czy na pewno rozmawiasz z osobami. A nie na przykład z robotami, które opanowały świat. Po całym dasz już sobie rękę uciąć, że zebrani mają za uszami śrubki, które można odkręcić, by zajrzeć do środka ich głów. Pod włosami zaś na pewno skrywają wtyczki do ładowania.

Takie dni jak ten mówią ci więcej o opłakanej kondycji człowieczej w dobie „schyłkowego kapitalizmu”, niż opasłe tomy, jakie na ten temat powstały.

Wychodzisz i odbijasz kartę. Fajrant. Stajesz na chodniku. Monumentalny szklany dom przygląda ci się pustymi oczodołami okien. Ocenia. Wartościuje twoje życie. Sumuje w Excelu. Formuła policzy. Zero lub jeden. Innej opcji nie ma.

Ronja

O obronie ojczyzny – nie tylko w kontekście projektu ustawy

W cieniu kryzysu na granicy z Białorusią i obaw dotyczących możliwego rosyjskiego ataku na Ukrainę czynniki rządowe przedstawiły projekt nowej ustawy o obronie ojczyzny. Moment można uznać w związku z tym za bardzo stosowny.

Rzeczony projekt został zaanonsowany ze wskazaniem jako celu zwiększenia liczebności Sił Zbrojnych do poziomu 250 000, tj. do dwukrotności stanu obecnego. Wielkość ta budzi dyskusje, jednak zagadnienie liczebności wojska pozostaje dyskusyjne co najmniej od czasu podjęcia na początku XXI wieku decyzji o uzawodowieniu armii. Już wtedy wskazywano, że z uwagi na wyższe w sposób naturalny koszty osobowe przejście od modelu uzupełnianego poborem na w pełni profesjonalny wiąże się z redukcją stanu osobowego o około połowę. W tamtych, pozornie spokojnych czasach, w których wojny toczyły się tysiące kilometrów od Polski, a udział w nich był kwestią decyzji politycznej o dołączeniu do koalicji interwencyjnej, kwestię tę można było uznawać za akademicko-techniczną, niekoniecznie egzystencjalną.

Mało tego, niektórzy eksperci formułowali nawet stanowisko, zgodnie z którym założona liczebność wojsk regularnych, wynosząca 100 000 żołnierzy, była i tak zawyżona w stosunku do nakładów. Zgodnie z tą opinią właściwym posunięciem miało być ograniczenie liczebności do najwyżej 80 000 i przeznaczenie zaoszczędzonych środków na znacznie efektywniejszą niż dotychczas modernizację techniczną. Nie sposób zaprzeczyć, że takie podejście wspierały i wspierają ważkie argumenty. Jednak działania Rosji, zapoczątkowane wojną z Gruzją i agresją na Ukrainę, w nieprzyjemny sposób zmieniły lokalne środowisko międzynarodowe i zasadniczo przybliżyły konflikt do granic Polski. Ponadto Ukraina stała się modelem nowego typu agresywnego oddziaływania, a mianowicie wojny hybrydowej, w której agresor może wręcz utrzymywać, że nie prowadzi żadnych działań, nie odpowiadając za zielone ludziki z uzbrojeniem, które można kupić w każdej hurtowi sprzętu wojskowego tudzież za spontaniczne zrywy lokalnej ludności uciemiężonej czymkolwiek. O ile armia mała, bardzo dobrze wyposażona, ale dysponująca znikomymi rezerwami i zdolnościami odtworzenia potencjału ludzkiego mogłaby się sprawdzić w z samego założenia agresora krótkim i angażującym tylko część dostępnych jego sił konflikcie podobnym do gruzińskiego, to wątpliwa byłaby jej zdolność do radzenia sobie z wielomiesięczną pełzającą wojną taką jak ta prowadzona na Ukrainie. Taka sytuacja wymaga nieraz pozycyjnego utrzymywania terenu i prowadzenia długotrwałych działań regularnych bądź nieregularnych, zużywających oraz wyczerpujących jednostki, którymi trzeba rotować i odtwarzać je. W takim kontekście liczebność i dostępność rezerw zaczyna mieć znaczenie decydujące dla realizacji własnego celu politycznego w konflikcie, choćby czysto defensywnego, ograniczonego do samego odparcia naporu.

W krajach leżących w polu oddziaływania Rosji wyciągnięto z tego pewne konkretne wnioski. W Szwecji w roku 2017 podjęto decyzję o przywróceniu zniesionej siedem lat wcześniej obowiązkowej służby wojskowej. W Polsce, w której za zasadniczą służbą wojskową ciągnie się odium zjawisk określanych jako fala, a różnice społeczno-kulturowe wykluczają w dającej się przewidzieć przyszłości skandynawską pozytywną integrację wojska z przeżywaniem obywatelskości, bez szkód dla późniejszej kariery zawodowej, zdecydowano się na powołanie ochotniczych Wojsk Obrony Terytorialnej.

Miał to być relatywnie niedrogi sposób stworzenia formacji liczącej połowę stanu wojsk regularnych, stanowiących dla nich wsparcie i potencjalną rezerwę kadrową. Jednak z uwagi na różne czynniki, w tym często pozbawioną stosownego umiarkowania retorykę tak „ojca” WOT, ówczesnego ministra Antoniego Macierewicza, jak i innych przedstawicieli obozu rządzącego, zakładanych celów kadrowych wciąż nie osiągnięto. Chociaż już w bieżącym roku WOT miały osiągnąć stan 50 000 żołnierzy, faktycznie osiągnięto ledwie 30 000. Choć niemała część krytyki tej formacji stanowiła lustrzane odbicie wspomnianego werbalnego nieumiarkowania rządzących, a utworzenie jej stanowi tak czy inaczej sukces potwierdzany m.in. przez możliwość zaangażowania terytorialsów do ochrony granicy, założenia spełniono tylko częściowo. Problemy z obsadzeniem etatów dotykają zresztą również wojsk regularnych, w których sformowano nową, czwartą dywizję.

Sytuacja międzynarodowa uległa natomiast dalszemu zagęszczeniu. Ponieważ, jako się rzekło, przywrócenie obowiązkowego poboru byłoby niezwykle obciążające politycznie, projekt ustawy zakłada wprowadzenie rocznej dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, po której odbyciu żołnierz mógłby kontynuować karierę w wojsku lub przejść do rezerwy. Zamiary obejmują również stworzenie systemu zachęt dla kandydatów – skierowane do studentów programy stypendiów „spłacanych” późniejszą okresową służbą wojskową czy uatrakcyjnienie warunków służby jako takiej.

Ponieważ dwukrotne zwiększenie liczebności (deklarowane poziomy to 250 000 żołnierzy armii regularnej plus 50 000 WOT) przy pozostawieniu dotychczasowego finansowania byłoby przepisem na katastrofę, zakłada się wzrost wydatków do poziomu rzędu 3% PKB. Przy czym w dziedzinie konkretnych planów próg 2,5% miałby zostać osiągnięty już w roku 2026, a nie, jak wcześniej zakładano, w 2030. Pomóc temu ma Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych zasilany wpływami ze skarbowych papierów wartościowych środkami z obligacji wyemitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego, wpłatami z budżetu państwa i wpłatami z zysku z Narodowego Banku Polskiego. Wydatki majątkowe, tj. na uzbrojenie, sprzęt i infrastrukturę, mają wynieść co najmniej 20% ogółu. W kontekście funkcjonowania wojska mają zostać wprowadzone zmiany w aspektach organizacyjnych, powodujące ułatwienie awansów czy umożliwienie uzyskania wyższego stopnia w obrębie istniejącego stanowiska. Na poziomie ustawowym zostaną usankcjonowane ponadto Wojska Obrony Cyberprzestrzeni, tworzone skądinąd już od roku 2019, nie jest więc to jakaś sensu stricto nowość wprowadzana przez obecny projekt.

Powyższy skrótowy przegląd wskazuje na poszukiwanie w nieprzyjemnej sytuacji międzynarodowej formy równowagi pomiędzy liczebnością, jakością i możliwościami finansowymi. Realność deklaratywnych celów dotyczących tej pierwszej pozostaje wątpliwa, na co skądinąd wskazuje umiarkowane powodzenie naboru do WOT. Prawdopodobnie jednak realizacja projektu spowoduje pewne odtworzenie zanikających z powodu starzenia się przeszkolonych roczników rezerw. W niełatwej sytuacji gospodarczej można obawiać się o realność celów dotyczących wzrostu finansowania. Tak czy inaczej w tym aspekcie konieczne jest zadbanie o jak największy stopień realizacji kontraktów w kraju. Pewnym powodem do optymizmu może być wybranie jako preferowanego partnera do negocjacji kontraktowych dotyczących realizacji programu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu „Narew” koncernu MBDA oferującego pociski rakietowe rodziny CAMM i deklarującego szeroki zakres produkcji w Polsce oraz transferu technologii.

W odniesieniu do deklarowanej liczebności i dominacji Wojsk Lądowych, wyrażonej przez planowany zakup czołgów Abrams, ciekawe wydają się formułowane porównania z Bundeswehrą w postaci z czasów Zimnej Wojny. Była to bowiem armia potężna na lądzie, z relatywnie nieco niedorozwiniętymi komponentami powietrznym i morskim. Luftwaffe słaba nie była, ale np. stanowiące gros potencjału w latach 70. i 80. niemieckie Phantomy należały do uproszczonej wersji F-4F pozbawionej możliwości zwalczania celów powietrznych poza zasięgiem wzroku. Bundesmarine była flotą raczej przybrzeżną, nieporównywalną z marynarkami wojennymi Wielkiej Brytanii czy Francji. Ale wszystko odbywało się w NATO-wskim układzie odniesienia, więc brakujące zdolności mieli zapewnić sojusznicy, przede wszystkim Amerykanie.

Ponieważ do Wojska Polskiego trafią Abramsy, a mają pozostać powierzchownie zmodernizowane T-72, Polska stanie się w NATO prawdziwą marchią pancerno-zmechanizowaną, dysponującą circa 900 czołgami w linii oraz do rozwinięcia mobilizacyjnego. Dla porównania – Niemcy mają w 2025 dysponować ledwie 328 czołgami, a po wdrożeniu Abramsów potencjał Wojska Polskiego będzie wyższy także w aspekcie jakościowym. Siły Powietrzne pozostaną za to niedorozwinięte, z efektywnie ledwie 80 samolotami po wprowadzeniu F-35 i zamiarem rozbudowy potencjału o kolejne 32 maszyny w późniejszej perspektywie. Niemcy mają z kolei 231 samolotów i podobny poziom utrzymają w przyszłości. Analogicznie wygląda zestawienie marynarek wojennych nawet po ewentualnie szczęśliwym wdrożeniu „Mieczników”.

Takie niezrównoważenie poszczególnych komponentów ma sens – ale pod warunkiem założenia obustronnie twardej i obliczalnej konstelacji sojuszniczej. W razie czego Wojsko Polskie miałoby gryźć ziemię, a alianci dosyłać posiłki w powietrzu oraz na morzu, znacznie mniej grożące masowym powrotem w workach. Taka konstelacja wymaga dyplomacji i słuchania głosu stolic, od których oczekuje się odsieczy, w różnych sprawach, bo bez pewnej lojalności nikt nie będzie rzucał się do ratowania innych. Nie jest to może nadmiernie komfortowe, pytanie jednak o realną politycznie alternatywę. A ponieważ daną postać Wojska Polskiego autoryzuje ta, a nie inna formacja, można zakładać, że sporo ruchów pod hasłem „wstawania z kolan” będzie bardzo pozornych, z teatrem na użytek krajowego widza, jednak wynikiem uzgodnionym z zagranicą, która też gniewać się może dość teatralnie.

dr Jan Przybylski

Obrazki zza płotu albo dlaczego grodzimy osiedla i betonujemy place

Betonowanie placów miejskich ma zostać zakazane na mocy decyzji PiS. Po co się więc nim jeszcze zajmować? Może dlatego, że zawsze warto rozumieć proces, w który następuje ingerencja. Przypadek chociażby zakazu handlu w niedzielę pokazuje, że rozstrzygnięcie legislacyjne jest ważnym, ale dopiero pierwszym krokiem. Zwłaszcza, jeśli dotyczy zjawisk budzących silne, sprzeczne i nie do końca rozpoznane emocje.

Obrazek pierwszy: nie ma ławki – nie ma „menela”

Na początku lat dwutysięcznych bliska mi osoba kupiła mieszkanie w Warszawie, w pięknej okolicy na Górnym Mokotowie, niedaleko metra i kina „Iluzjon”. Dość szybko rzucił jej się w oczy brak ławek. Zapytała o to gospodarza domu. „Proszę pani, jak jest ławka, to na niej jest menel” – odpowiedział. W ten sposób mokotowski dozorca w kompaktowy sposób wyraził ideę stojącą za zamykaniem poczekalni kolejowych, usuwaniem ławek lub czynieniem ich niemożliwymi do leżenia, pokrywaniem gzymsów kolcami, zakładaniem domofonów, grodzeniem osiedli. Ideę fizycznego ograniczania dostępu intruzom – niepożądanym osobom (ale też na przykład gołębiom). Ta sama myśl leży również u podstaw betonowania placów, ale o tym później.

Na razie cofnijmy się do początku XXI wieku, a nawet dalej. Bo żeby zrozumieć pragnienie czy potrzebę fizycznego oddzielenia się od intruzów, musimy wrócić do lat dziewięćdziesiątych. Albo obejrzeć film „Dług” Krzysztofa Krauzego. Ten obraz upraszcza czy nawet zniekształca realia, ale świetnie oddaje atmosferę Polski kilka lat po przemianach ustrojowych. Z erupcją przemocy, bezkarnością przestępców pospolitych, zorganizowanych i gospodarczych, a przede wszystkim – dojmującym poczuciem, że jest się w tym wszystkim samemu. Że państwo abdykowało z wielu podstawowych funkcji, w tym z dbania o bezpieczeństwo. Że nie ma co liczyć na władzę, na policję, na bliźnich. Że trzeba wziąć sprawy we własne ręce, co przecież zgadzało się z oficjalną doktryną balcerowiczowskiej transformacji. Więc ludzie brali sprawy we własne ręce. Lata dziewięćdziesiąte i następne to był czas mody na kursy samoobrony, pistolety gazowe, zakładanie krat i zdejmowanie spisów lokatorów. Oraz na budowanie płotów i zamykanie bram.

W sytuacji wycofania się państwa, tworzenie fizycznych barier wydawało się naturalnym sposobem oddalania niebezpieczeństwa. Rosnąca alienacja, samotność, znieczulica i lęk powodowały, że zagrożeniem był już nie tylko przysłowiowy facet bez karku siedzący w czarnym BMW, lecz każdy obcy, niepasujący do stereotypu, inny.

Obrazek drugi: labirynt z płotów

Wspomniane mieszkanie znajdowało się w zbudowanej zaraz po wojnie kamienicy, która stała pośrodku dużego kwadratowego podwórca, a właściwie małego skweru położonego między czterema ulicami. Bramy okalających kamienic były otwarte, więc dało się szybko wyjść w pożądaną stronę. Można też było skorzystać z dużego podwórza bądź dzięki jego obecności poczuć więcej przestrzeni. Wszystko zaczęło się zmieniać po kilku latach, wraz z grodzeniem.

Charakterystyczny był sposób, w jaki je przeprowadzono. Kształt przestrzeni wręcz prowokował do tego, by zamknąć lub wstawić kilka bram i rozdać kody czy klucze. W naturalny sposób powstałby chroniony kwartał, dostępny tylko dla mieszkańców. Sprzyjałoby to również oswojeniu i wzięciu odpowiedzialności za „niczyje” do tej pory podwórze, które mogłoby zostać zagospodarowane jako przestrzeń wspólna służąca potrzebom lokatorów z wszystkich okalających domów. Stało się inaczej. Płoty pojawiły się stopniowo, jakby niepostrzeżenie, stawiane przez poszczególne wspólnoty wokół własnych budynków. Bramy faktycznie zostały zamknięte, ale klucze do każdej otrzymywali wyłącznie lokatorzy domu, w którym się znajdowała. W ten sposób przestało być możliwe wychodzenie na cztery strony świata. Od pewnego momentu każdy mieszkaniec musiał już opuszczać swój dom konkretną drogą, często jej nadkładając. Zaczynało to zresztą przypominać skomplikowaną wędrówkę wśród płotów wyrastających tuż za oknem. Podwórze nie było już przestrzenią wspólną (ani zagospodarowaną, ani zdziczałą), lecz klaustrofobicznym labiryntem.

W tym konkretnym przypadku (i nie tylko w nim) charakterystyczne jest to, że jako intruzi potraktowani zostali nie ci, którymi tradycyjnie straszono (włamywacze, złodzieje aut, narkomani, pijacy itp.) czy nawet osoby skracające sobie drogę do metra, lecz sąsiedzi. Bariery nie powstały na granicy wspólnoty, by ją chronić przed – wyimaginowanym czy realnym – zagrożeniem, lecz w jej wnętrzu. Ale czy aby na pewno wspólnoty? Czy ludzie, którzy zamieszkiwali sąsiadujące domy, czuli się nią? Może wcale nie? Może raczej uważali sąsiadów za zło konieczne, które co najwyżej należy tolerować?

Mokotowski przypadek wcale nie był odosobniony. W całym kraju w tamtym czasie nie tylko podwórka, piętra wieżowców czy galerie falowców były cięte kratami, lecz dopełniał się proces „prywatyzacji” ostatnich przestrzeni wspólnych w budynkach wielorodzinnych. Sprzedawano czy oddawano w dzierżawę pomieszczenia, które w założeniu projektantów miały być użytkowane kolektywnie, takie jak wózkownie, pralnie, kluby, strychy. Nie wspominając o dogodnych do wydzielenia kawałkach korytarza czy nawet dodatkowych klatkach schodowych. Gdzieniegdzie ostały się suszarnie czy świetlice – te ostatnie jednak niemal wyłącznie w blokach spółdzielczych.

Opisane sprawy były niewątpliwie kulminacją pewnych procesów. Na pewno nawarstwiły się tu zjawiska z lat dziewięćdziesiątych uruchomione przez wybrany model transformacji – z jednej strony lęk i alienacja narastające aż do paranoi, z drugiej indywidualizm i dążenie do uwłaszczenia. Ale nie tylko. Myślę, że chodzi o procesy głębsze i starsze. Wyraźne już w epoce Gierka, w której dzieje się akcja serialu „Czterdziestolatek”. W jednym z odcinków inżynier Karwowski, przerażony anonimowością i znieczulicą panującą w jego bloku, próbuje założyć klub mieszkańców. A w zasadzie go reaktywować, bo pomieszczenie jest, tylko zawłaszczone przez gospodarza domu Walendziaka, który nieoficjalnie prowadzi tam punkt naprawy odbiorników RTV. To właśnie on zada ostateczny cios inicjatywie Karwowskiego, ale tak naprawdę upada ona pod ciężarem oporu mieszkańców, którzy są wobec pomysłu odtworzenia przestrzeni wspólnej obojętni, niechętni, a nawet wrodzy. Jest coś symbolicznego w tym, że – wiele dekad przed wszechobecnymi dziś lamentami – kontakt z żywym słowem i żywymi ludźmi przegrywa z potrzebą siedzenia z najbliższą rodziną w czterech ścianach i oglądania telewizji.

Zdruzgotanemu inżynierowi rzeczywistość tłumaczy jak zwykle Kobieta Pracująca, która akurat dorabia sobie w instytucie socjologii. Streszczając pracę poświęconą sytuacji z Nowego Bródna, gdzie sąsiedzi zainterweniowali w obronie atakowanej kobiety, a potem bez słowa rozeszli się do mieszkań, podsumowuje ona: „Nie znają się i nie chcą się znać”. To zdanie-klucz, które wyjaśnia wiele zjawisk zachodzących współcześnie.

Odnosi się ono do tej cechy zamieszkiwania w budynkach wielorodzinnych, jaką jest wymuszone sąsiedztwo. Powoduje to dwa źródła poważnego stresu środowiskowego. Pierwszym jest poczucie zatłoczenia, czyli postrzeganie przestrzeni dostępnej jako mniejszej od pożądanej. Życie w bloku czy kamienicy konfrontuje ze stałą obecnością innych ludzi, ich śladami, odgłosami, zapachami. Zamieszkiwanie pod jednym dachem wystawia na konsekwencje cudzych decyzji – nie tylko podejmowanych gremialnie (na przykład przez zarząd wspólnoty czy spółdzielni), lecz również indywidualnych, wypływających chociażby z odmiennych priorytetów, preferencji czy gustów. A nie każdy ma tyle tupetu (i władzy), co Stanisław Anioł w serialu „Alternatywy 4” żądający od sąsiada, by zmienił kolor zasłon, bo brązowy obok zielonego „wygląda jak gówno w lesie”.

Prowadzi nas to to drugiego ze źródeł stresu. Jest nim daleko mniejsza niż w przypadku budownictwa jednorodzinnego prywatność oraz możliwość personalizacji zamieszkiwanej przestrzeni. Są to bardzo podstawowe potrzeby psychologiczne, których frustracja uruchamia mechanizmy obronne. Niektóre mają charakter kreatywny, a ich wyrazem jest z jednej strony ozdabianie balkonów i drzwi, wieszanie firanek i obrazków na klatkach schodowych czy uprawa przyblokowych ogródków, a z drugiej strony na przykład graffiti czy wlepki. Inny rodzaj mechanizmów obronnych w sytuacji poczucia zatłoczenia i ograniczenia prywatności polega na wycofaniu się z relacji, a nawet z kontaktu. To dlatego w wielu krajach (na pewno w Polsce i w Stanach Zjednoczonych) nie spełnił się sen modernistycznych architektów, którzy projektowali w budynkach duże przestrzenie wspólne kosztem prywatnych. W założeniu mieszkańcy mieli się tam spotykać, przypadkiem bądź intencjonalnie, poznawać, nawiązywać relacje i budować więzi. Tyle teoria. W praktyce okazało się, że ludzie, którzy odczuwają obecność innych w swoim życiu prywatnym jako narzuconą, będą się raczej unikać. „Nie znają się i nie chcą się znać”. A kiedy pojawi się taka możliwość – jak w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – odgrodzą nawet od najbliższych sąsiadów.

Obrazek trzeci: jajecznica na betonie?

Od lat nie bywam już na opisanym mokotowskim podwórku, nie wiem więc, jak potoczyły się jego losy. Być może dalej dziczeje podzielone płotami. Można się jednak spodziewać, że zostało w taki czy inny sposób utwardzone kosztem zieleni – zgodnie z logiką ostatnich lat trapionych chorobą nazwaną betonozą. To zjawisko jest wciąż dość szeroko analizowane, również przeze mnie. Można je w skrócie opisać jako silną tendencję, zgodnie z którą przestrzeń publiczna po remoncie czy rewitalizacji zawiera w sobie mniej zieleni niż przed wprowadzeniem zmian. Innymi słowy, przebudowa terenów wspólnych w Polsce wiąże się w dużej mierze z usuwaniem trawników, wycinką drzew i krzewów itp. Na ich miejsce pojawiają się bruk, cement czy kostka, uzupełnionymi przez rachityczne formy typu drzewko w donicy, które nie rekompensują utraconej zieleni, stanowiąc raczej rodzaj alibi. W ten sposób w polskich miastach na placach, ulicach, a nawet skwerach powstało mnóstwo betonowych pustyń, niedających schronienia przed deszczem, wiatrem, a zwłaszcza upałem. Do tego ostatniego zjawiska odnosiły się happeningi polegające na smażeniu jajecznicy na środku wybrukowanego, rozgrzanego słońcem rynku.

Presję na betonowanie przestrzeni miejskich tłumaczy się różnie. Oficjalne komunikaty samorządów często podkreślają chęć przywrócenia rynkom ich oryginalnego kształtu. Jest to prawda, ale tylko częściowa, ponieważ nie uwzględnia faktu, że główne place miejskie różnie wyglądały w różnych momentach historycznych: inaczej na przykład w średniowieczu, gdy mieściły w sobie budowle czy urządzenia służące wspólnocie; inaczej przed wojną, gdy były puste, aby można było zjeżdżać wozami na jarmarki; inaczej w PRL-u, kiedy w ramach szybkiej odbudowy i pod wpływem idei modernistycznych place zadrzewiano, często zamieniając w rodzaj skwerów. Za każdym razem mamy do czynienia z oryginalnym kształtem, jego wybór przy remoncie jest zatem kwestią arbitralną.

Sporo osób zwraca uwagę na procedury, w ramach których przydzielane są środki unijne na rewitalizację czy modernizację przestrzeni miejskiej. Ich konstrukcja ma sprzyjać wybieraniu przy przebudowie najprostszych, często izolowanych od siebie rozwiązań, typu wycinka, brukowanie, sadzenie drzew w donicach, stawianie ławek, latarni itp. Niektórzy idą dalej, sugerując, że na betonowaniu czy innych ciężkich pracach budowlanych łatwiej dać zarobić tym przedsiębiorcom, którzy mają zarobić.

Konflikt o betonozę wpisuje się ponadto w toczony na wszelkich polach polski spór modernizacyjny. Jedną jego stroną są ci, dla których nowoczesność wiąże się ze stopniowym przekraczaniem wiejskich korzeni, a zatem między innymi odchodzeniem od drewna, ziemi, nieuporządkowanej zieleni w kierunku betonu, bruku i przystrzyżonych trawników. Po drugiej stronie sporu znajdują się ci, którzy chcieliby ten etap rozwoju społeczeństw czy miast przeskoczyć i znaleźć się od razu tam, dokąd dotarły państwa Europy Zachodniej, a zwłaszcza północnej. Tam promuje się maksymalizowanie powierzchni biologicznie czynnych, szerokie stosowanie materiałów ekologicznych oraz ograniczanie ingerencji w naturalne procesy. Spór pomiędzy zwolennikami wolniejszej i przyspieszonej modernizacji jest ogólnie bardzo emocjonalny, w dużej mierze oparty na zawstydzaniu. Tak też jest w przypadku konfliktu o betonozę, którego temperatura (!) wzmacniana jest faktem, że przeciwnicy brukowania placów mają po swojej stronie aktywistów i naukowców zajmujących się ociepleniem klimatu. Szereg ich argumentów zasługuje na uznanie, ale jeden wydaje mi się nieoczywisty. Otóż zgadzam się, że brak osłony przed deszczem, wiatrem czy słońcem nie sprzyja spędzaniu czasu na rynku. Ale też każdy, kto mieszka bądź bywa w polskich miastach (zwłaszcza mniejszych i średnich), wie, że i przed wycinką drzew ich place nie tętniły życiem. A już na pewno nie często i nie z głównym udziałem tak chętnie przywoływanych matek z małymi dziećmi.

Ten ostatni przykład uznać można za znamienny. W psychologii środowiskowej panuje bowiem przekonanie – zgodne zresztą z potoczną intuicją – że dane miejsce postrzegane jest jako bezpieczne, jeżeli chętnie przebywają tam osoby starsze i dzieci właśnie. Z tego punktu widzenia większość polskich rynków czy placów nie należy do bezpiecznych. I nie należała również przed betonowaniem. Oczywiście w dzień powszedni przed południem panuje na nich hałas i gwar. Jeśli się jednak przyjrzeć, to nie mamy do czynienia z dłuższym przebywaniem, zwłaszcza osób starszych czy dzieci, lecz raczej z przemieszczaniem się w krzątaninie załatwianych spraw i ewentualnie z krótkimi zatrzymaniami w ruchu. Oczywiście w pogodne niedzielne popołudnia (ale wczesne!) na rynku spotkamy trochę rodziców czy opiekunów z dziećmi, zwłaszcza jeśli jest tam fontanna czy lodziarnia. Po pierwsze jednak na miejskich placach znajdziemy ich tam znacznie mniej niż w tym samym czasie w przeciętnej galerii handlowej czy sali zabaw. Po drugie, i te nieliczne osoby starsze czy dzieci znikają z rynków na długo przed zapadnięciem zmroku. Miejskie place wracają zaś wtedy do swych realnych właścicieli. Ponownie wchodzą w posiadanie tych, którzy je okupują zazwyczaj: pojawiają się najwcześniej i najpóźniej schodzą. W międzyczasie natomiast zajmują najdogodniejsze miejsca. W czasach przed betonozą to właśnie oni przesiadywali w przywoływanym dziś z nostalgią cieniu. Wybierając lokalizacje najczęściej lekko na uboczu, ale pozwalające kontrolować wzrokiem wszystko, co dzieje się na placu. Na różne sposoby zaznaczając swoją obecność.

Ludzie, ale też i inne gatunki, po znalezieniu się w zamkniętym obszarze – a takim jest małe miasto bądź dzielnica większego – przejawiają tendencję, by gromadzić się w centralnym miejscu. Nie ma to związku z dostępem do przestrzeni, pożywienia czy innych zasobów, lecz raczej z pragnieniem uspołecznienia czy bliskości. To wtórne zagęszczenie powoduje szereg następstw, do których należą hiperaktywność jednych i nienaturalna pasywność innych, często przechodzące jedna w drugą. I to jest właśnie zjawisko, jakie nadaje ton centralnym placom miast czy dzielnic. Niekiedy są to mężczyźni w średnim wieku, którzy piją alkohol bądź patrzą przed siebie, milczą lub wybuchają nagłymi kłótniami, są pobudzeni albo ospali. Niekiedy są to pojedyncze grupki głośno zachowującej się młodzieży. Albo hałaśliwe pary. Albo osoby sprawiające wrażenie zdezorientowanych, zagubionych, splątanych. Albo żebracy, żebraczki. A najczęściej są to różne konfiguracje osób podobnych do opisanych powyżej lub innych, ale zawsze budzących pewien niepokój. Nie chodzi przy tym wcale o zachowania jednoznacznie agresywne (chociaż procentowo jest ich najwięcej w centrach miast), lecz o rodzaj napięcia wprowadzanego przez samą obecność i zachowanie odbiegające od pewnej konwencji. Konwencji polegającej na ograniczaniu bliskości do konkretnych sytuacji (zwłaszcza domowych, rodzinnych, towarzyskich) i unikaniu jej na poziomie społecznym. Konwencji, by w przestrzeni publicznej „nie znać się i nie chcieć się znać”. A na pewno trzymać dystans. Osoby okupujące miejskie place tego nie robią. Skracają dystans, szukają bliskości. Dlatego budzą niepokój i niechęć, czasem wrogość. Stają się niechcianymi intruzami.

Z tej perspektywy na betonowanie placów i pozbawianie ich drzew – a zatem czynienie ich pustyniami niezdatnymi do przebywania – można spojrzeć jak na kolejny etap procesu zapoczątkowanego przez grodzenie osiedli. Procesu – w dużej mierze podświadomego – stwarzania fizycznych barier dla niechcianych osób, postaw czy emocji. Najpierw za pomocą krat, domofonów i zamkniętych bram zostały one wyrugowane z budynków, a następnie z osiedli i gentryfikowanych dzielnic. W ten sposób wzmocnieniu uległy naturalne tendencje gromadzenia się na centralnych placach. Uczynienie z nich pustych, betonowych, nieprzyjaznych przestrzeni byłoby z tej perspektywy ostatnim aktem usuwania poza obszar społeczności tego, co niechciane czy przestraszające. Pozostaje pytanie, gdzie mają się one podziać?

Epilog

Trauma jest normalną reakcją na nienormalną sytuację. Grodzenie osiedli, czy szerzej: wznoszenie fizycznych barier, wydawało się naturalną odpowiedzią na porzucenie przez państwo swoich obywateli i zostawienie ich samych z uwolnionymi demonami. Naturalne też wydawało się ograniczenie terytorium do obszaru, który wydawał się możliwy do obrony przez daną grupę – nie miasta, nie osiedla, lecz pojedynczego budynku czy nawet fragmentu korytarza. Działanie pod wpływem traumy ma jednak szereg ograniczeń i skutków ubocznych. Grodzenie i betonowanie jako reakcje odruchowe, impulsywne, przypominają wylewanie dziecka z kąpielą. Być może blokują dostęp agresorom, przy okazji znacznie utrudniając funkcjonowanie mieszkańcom i odcinając ich od tego wszystkiego, co nie stanowi zagrożenia, lecz mogłoby wzbogacić życie wspólnoty. Smutne (i pełne niemiłych owadów) są osiedla, z których pozbyto się jerzyków. Jeszcze smutniejsze są zamknięte enklawy ogołocone z ludzi i emocji.

Wygrodzenie jednego lub kilku budynków być może ułatwia rozwiązanie niektórych problemów. Równocześnie jednak prowadzi do tworzenia w dzielnicy czy mieście izolowanych podmiotów. Utrudnia współpracę przy załatwianiu wielu spraw w skali przekraczającej wymiar pojedynczej wspólnoty. Często bywa tak, że po grodzeniu przestrzeń wewnątrz płotu staje się bardziej zadbana i chroniona, a na jego zewnątrz – bezpańska i trudniejsza do ochrony.

Co może pomóc? Przez cały ten tekst przewija się figura gospodarza domu. Nie był to świadomy zamiar. Coś w tym może jednak jest? Jeżeli decydującym impulsem prowadzącym do traumy było porzucenie przez państwo swej roli wobec obywateli jako użytkowników przestrzeni, to może powinno ono do niej wrócić, aby pomóc ją przepracować? Zahamowanie maniakalnego betonowania jest pierwszym krokiem. Aktywność władzy nie powinna się jednak ograniczyć ani do niego, ani do prostego uruchamiania funduszy, ani do impulsywnych pojedynczych działań podejmowanych na szczeblu centralnym bez namysłu czy empatii. Takim krokiem prowadzącym do pogłębienia traumy byłby na przykład odgórny zakaz grodzenia osiedli. Zamiast tego potrzebne jest zrozumienie oraz uznanie potrzeb i emocji stojących za stawianiem fizycznych barier oraz aktywna, realna pomoc udzielana wspólnotom we wprowadzaniu bardziej sensownych rozwiązań. Na tym etapie byłoby nim nie tyle usuwanie płotów, co ich rozszerzanie. Symboliczne i dosłowne.

Tomasz Drzazgowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Za wolność Britney, naszą i waszą

Nieco ponad tydzień temu, po 13 latach ubezwłasnowolnienia, Britney Spears wygrała batalię sądową, dzięki czemu udało jej się odzyskać kontrolę nad podstawowymi aspektami swojego życia prywatnego, choć nad jej majątkiem wciąż czuwać będą inni.

W 2006 Britney Spears była w trakcie burzliwego rozwodu z Kevinem Federlinem. W trakcie walki o prawa do opieki nad dziećmi Britney miała zamknąć się wraz z nimi w łazience. Wezwano policję, wokalistkę zabrano do szpitala psychiatrycznego. Po kilku kolejnych hospitalizacjach jej ojciec wystąpił o tymczasową kuratelę/ubezwłasnowolnienie, które następnie w 2008 roku uczyniono trwałym. Od tego momentu ojciec Britney sprawował kontrolę nad najbardziej nawet prywatnymi aspektami życia córki (np. zmuszał ją do stosowania antykoncepcji) oraz jej finansami i karierą.

Istnieje pokusa, żeby historię Britney Spears wtłoczyć w dwie podstawowe klisze. Z jednej strony możemy mieć więc do czynienia z opowieścią o gwieździe popkultury, wykorzystywanej przez bezduszny przemysł rozrywkowy promujący seksualizację dzieci i nastolatków, konsumpcjonizm, indywidualizm itp., itd. Czyli w sztampę tych wszystkich, słyszanych od lat, utyskiwań dobrze opłacanego głównonurtowego medialnego i akademickiego salariatu, który poza wylewaniem krokodylich łez nie robi nic, aby tym zjawiskom realnie się przeciwstawić, a często jest też ich najlepszym przykładem i konsumentem. Możemy też mówić o tym, że gwiazda płaci wysoką osobistą cenę za sukces komercyjny, czyli o ciężkim losie bogaczy. Z drugiej, w równie klasycznym indywidualizującym manewrze, możemy mieć opowieść o złym i bezdusznym ojcu zarabiającym na córce, zamieniającą narrację w ckliwą historię rodem z telenoweli. Wszystko kończy się happy endem, wzruszamy się, dobro ostatecznie triumfuje, złoczyńcy zostają ukarani, księżniczka zwycięża i odzyskuje wolność, kamień spada nam z serca, żyli długo i szczęśliwie. Dobranoc.

Ujmując jednak przypadek Britney w taki sposób, umyka nam podstawowa kwestia: dlaczego w ogóle do tej sytuacji doszło? Jak było możliwe pozbawienie młodej, bogatej, sławnej kobiety u szczytu kariery kontroli nad wszystkimi aspektami swojego życia i finansami? Nie jest to przecież wyłącznie kwestia popkulturowych standardów i przemysłu rozrywkowego, ani tym bardziej wyłącznie kwestia „złych ludzi”. Nie jest to też kwestia „zgniłych jabłek” w systemie psychiatrycznym i sądowniczym, wyjątkowych odosobnionych przypadków, niemoralnych osobników, którzy to umożliwili i których teraz wystarczy przykładnie ukarać. To, co widzielibyśmy, gdybyśmy chcieli to dostrzec na przykładzie historii Britney Spears, to kwestia praw człowieka, a właściwie ich łamania i ograniczania, w kontekście psychiatrii. To właśnie zdiagnozowanie Britney jako chorej psychicznie uruchomiło całą procedurę, która ostatecznie, zgodnie z prawem i wszelkimi wymogami, pozwalała na uczynienie z niej niewolnicy, która nie mogła nawet decydować o tym z kim się spotykać, czy może zajść w ciążę, by nie wspominać już nawet o wolności dotyczącej stosowania i wyboru rodzaju leków czy terapii.

Przypadek Britney nie jest odosobniony, takie sytuacje zdarzają się często, nie są obce ludziom, którzy mieli pecha zetknąć się z systemem psychiatrycznym [1]. Zazwyczaj jednak nie dotyczą one ludzi z pierwszych stron gazet, ludzie ci nie mogą więc liczyć na wsparcie rzeszy fanów. „Zwykłych ludzi” leczyć przymusowo i ubezwłasnowolnić jest znacznie łatwiej niż międzynarodowe gwiazdy. „Zwykłym ludziom” znacznie trudniej natomiast jest się z takiej sytuacji wyplątać. Wymaga to znajomości, kontaktów, rozeznania w systemie, pieniędzy na pomoc prawną, przychylne opinie ekspertów (którzy muszą wtedy występować niejako przeciwko własnemu środowisku i opinii innych lekarzy) itd. Same diagnozy i opinie psychiatryczne są natomiast niezwykle subiektywne, pomimo powoływania się na hasło „medycyny opartej na dowodach”, trudno lub w ogóle nieweryfikowalne. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tak naprawdę jest to kwestia osobistego zdania osoby wystawiającej opinię psychiatryczną, ponieważ nie istnieją w zasadzie żadne obiektywnie mierzalne wskaźniki (jak np. pomiar stężenia jakiegoś hormonu czy skan mózgu), które mogłyby taką opinię potwierdzić lub jej zaprzeczyć. Wyjątkami od tej reguły mogą być jedynie sytuacje, kiedy to innego rodzaju fizyczna choroba (np. padaczka) powoduje objawy podobne do zaburzeń psychicznych.

Ojciec Britney posługiwał się diagnozą psychiatryczną instrumentalnie. Fakt, że Britney miała być chora psychicznie, oznaczał więc, że wymaga „troskliwej opieki”, oznaczającej całkowitą kontrolę nad jej życiem, dla „jej własnego dobra”. Fani walczący o wolność wokalistki, skupieni w ramach akcji #FreeBritney, oskarżani byli więc przez lata nie tylko o foliarstwo i szerzenie teorii spiskowych, ale również o stygmatyzację zaburzeń psychicznych. Zarzut o stygmatyzowanie osób chorych psychicznie stał się więc hasłem umożliwiającym pozbawienie wolności zdiagnozowanej osoby. Jednak to właśnie uznanie, że osoby z diagnozami psychiatrycznymi, takie jak Britney, nie są w stanie „prawidłowo” oceniać rzeczywistości i decydować o sobie i o swoim życiu, jest stygmatyzujące, a wręcz dehumanizujące. Oznacza, że odmawiamy im prawa do specyficznie ludzkich zdolności.

Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z ocalonymi z psychiatrii, miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować całkowicie stosowanie tego rodzaju praktyk. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz dosłownie o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”, co oznaczało, ni mniej ni więcej, że lobby psychiatryczne nawoływało do ignorowania stanowiska ONZ. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu rozmontowanie Konwencji, pomimo sprzeciwu organizacji pacjentów [2]. Raport dla ONZ w sprawie stosowania tortur i innych okrutnych, nieludzkich i poniżających form leczenia i karania wprost zrównywał część praktyk psychiatrycznych właśnie z torturami [3].

W wielu krajach europejskich, oprócz przymusowego leczenia szpitalnego, funkcjonują też, różnie nazywane (np. Community Treatment Orders w Wielkiej Brytanii), programy przymusowego leczenia „w środowisku”. Zazwyczaj sprowadzają się one w praktyce do tego, że ludziom, którzy odmówiliby przyjmowania leków, grozi automatyczny powrót do szpitala.

W Polsce kontrola NIK z 2012 r. wykazała, że nawet dość luźne kryteria kierowania na przymusowe leczenie i stosowania środków przymusu (w rodzaju podania leków wbrew woli, przywiązywania do łóżka i kaftanów bezpieczeństwa) w szpitalach są nagminnie łamane [4]. Wraz z trwającą reformą psychiatrii, której częścią ma być nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, planuje się dalsze poluzowanie tych kryteriów, a także dodatkowe przepisy znacznie ułatwiające przymusowe leczenie dzieci. Nie chodzi jednak wyłącznie o poluzowanie kryteriów. W uzasadnieniu zmian rozesłanym do organizacji pacjentów przez Rzecznika Praw Pacjenta przeczytać możemy też że:

„W art. 11 ustawy proponuje się dodanie ust. 3, który wyłączałby obowiązek osobistego zbadania osoby z zaburzeniami psychicznymi lub wydania opinii o tej osobie w sytuacji, gdy stan zdrowia tej osoby jest wyłącznie konsultowany. Zmiana ta wychodzi naprzeciw postulatom środowiska lekarskiego, aby w sytuacji, w której lekarz uznaje za potrzebne skonsultowanie się z innym lekarzem, nie było każdorazowego obowiązku przeprowadzenia osobistego badania osoby. Najczęściej ma to dotyczyć sytuacji przyjęcia bez zgody do szpitala psychiatrycznego oraz przedłużenia stosowania przymusu bezpośredniego”.

De facto byłaby to po prostu legalizacja części nielegalnych praktyk, które wykazał wcześniejszy raport NIK i oznaczałoby, że decyzję o przymusowym leczeniu lub przedłużeniu unieruchomienia poprzez np. przywiązanie kogoś do łóżka wydać można będzie nie widząc na oczy osoby, której ta decyzja dotyczy.

Paradoksalnie, poluzowanie kryteriów, może też działać w drugą stronę i być związane nie z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy nie złamali prawa, ale z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy złamali prawo, ale mogą, dzięki odpowiedniej opinii psychiatry, uniknąć więzienia a następnie szybko wyjść na wolność. Wskazywać mogłoby na to niedawne aresztowanie ordynatora szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie (Szpital Dziekanka) pod zarzutem ułatwiania skazanym uniknięcia kary. Proceder trwał najprawdopodobniej wiele lat, dotyczył wielu osób, a wyszedł na jaw dopiero, kiedy oskarżonego przyłapano na gorącym uczynku, w mieszkaniu odkryto ponad milion złotych w gotówce pochowanych w reklamówkach [5]. Wcześniej ani sąd, ani personel, ani inni zainteresowani nie potrafili lub nie chcieli zauważyć oszustwa. To również może wskazywać na subiektywny i trudno weryfikowalny charakter opinii i diagnoz psychiatrycznych.

Nawet jeśli uznać, że przymus jest niezbędnym elementem leczenia psychiatrycznego, takim, którego nie da się uniknąć (choć w lepiej pomyślanej i finansowanej opiece psychiatrycznej taka konieczność mogłaby zachodzić znacznie rzadziej lub być nawet wyeliminowana), to nie oznacza to, że powinniśmy przechodzić nad tym do porządku dziennego. Należałoby się przynajmniej zastanowić nad tym, w jakich okolicznościach jego stosowanie można byłoby uznać za usprawiedliwione, jeśli w ogóle. Przypadek Britney Spears jest jedną z wielu spraw, które zdobyły duży rozgłos medialny a które dają nam okazję do tego, żeby w końcu krytycznie przyjrzeć się „zdrowiu psychicznemu”. W historii Britney ujawniają się przede wszystkim kwestie związane z prawami człowieka w kontekście psychiatrii (choć, ponieważ ostatecznie psychiatria staje się tutaj również narzędziem wywłaszczenia i przejęcia kontroli nad majątkiem, można by pokusić się o próbę szerszej interpretacji). Prawdopodobnie jednak kolejny raz uznamy, że lepiej udawać, że nic się nie dzieje i żadnego problemu (poza ewentualnie „dostępem do leczenia”) – nie ma.

Radosław Stupak

 

Przypisy:

1. https://newrepublic.com/article/161344/framing-britney-spears-review-disability-legal; https://mashable.com/article/britney-spears-coerced-mental-health-treatment; https://www.npr.org/sections/health-shots/2021/09/27/1040552033/involuntary-psychiatric-hold-cost-britney-spears?t=1637490720255; https://www.madinamerica.com/2021/08/sins-conservatorship-britney-spears/

2. https://punkertje.waarbenjij.nu/reisverslag/5079966; http://enusp.org/2019/03/19/open-letter-to-wpa-response-to-the-attack-on-the-un-crpd/

3. https://www.ohchr.org/en/issues/torture/srtorture/pages/srtortureindex.aspx

4. https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/11/093/LKA/

5. https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,27818498,ordynator-psychiatrii-z-gniezna-aresztowany-policja-znalazla.html

Solidarność zdroworozsądkowa: jak stworzyć lewicę pracowniczą

Eksperymentalne badanie – pierwsze tego rodzaju – opracowane przez magazyn „Jacobin”, YouGov i Center for Working Class Politics, oferuje nowe, mocne spojrzenie na poglądy polityczne klasy robotniczej.

W ciągu ostatnich pięciu lat odmłodzona postępowa lewica stała się potężną siłą w amerykańskiej polityce. Zainspirowani wyścigiem prezydenckim senatora Berniego Sandersa w 2016 r. postępowi demokratyczni pretendenci zmobilizowali darczyńców i wolontariuszy wokół odważnego i egalitarnego programu gospodarczego, wygrywając imponującą liczbę wyborów lokalnych, stanowych i do kongresu. Względny sukces wyborczy tej nowej lewicy jest jedną z głównych opowieści politycznych naszych czasów.

A jednak, w większości przypadków, te postępowe triumfy odnoszono w dobrze wykształconych i silnie zdemokratyzowanych dzielnicach o stosunkowo wysokich dochodach. Nawet jeśli postępowcy wygrali prawybory na obszarach robotniczych, robili to raczej bez zwiększania całkowitej frekwencji lub zdobywania nowych wyborców z klasy robotniczej. W wyścigach wyborczych poza przyjaznym terenem metropolii ci sami postępowi kandydaci w dużej mierze walczyli o to, by w ogóle ich dostrzeżono. Nie spełnili jeszcze jednej kluczowej obietnicy swoich kampanii: przekształcenia i rozszerzenia samego elektoratu.

Rzuca to poważne wyzwanie jakiejkolwiek nadziei na krajową reorientację polityczną w progresywnym kierunku. Ostatnie wydarzenia sugerują, że kandydaci lewicy mogą nadal zastępować umiarkowanych Demokratów w demograficznie korzystnych dla siebie dzielnicach miejskich, co może prowadzić do bardziej postępowej polityki na szczeblu miejskim lub stanowym. Ale obraz narodowy jest już mniej obiecujący. Po prostu nie ma wystarczającej liczby dzielnic tego rodzaju, aby mogli przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów USA, nie mówiąc już o Senacie. Aby uzyskać większość niezbędną do przegłosowania ustawy o opiece zdrowotnej dla wszystkich lub innych ważnych punktów agendy socjaldemokratycznej, postępowi kandydaci będą musieli wygrać w znacznie szerszym gronie wyborców. Dopóki tego nie zrobią, ich wpływ polityczny pozostanie mocno ograniczony na poziomie lokalnym, stanowym i krajowym.

Dlaczego postępowcy potrzebują klasy robotniczej?

Naszym podstawowym założeniem jest to, że postępowcy mogą zwiększyć swoją atrakcyjność – i osiągnąć swoje cele polityczne – jedynie zdobywając większościowe poparcie wśród wyborców z klasy robotniczej. Ten punkt widzenia potwierdzają dwa kluczowe fakty.

Po pierwsze, klasa robotnicza ma zdecydowanie największy udział w amerykańskim elektoracie. W 2020 roku 63% wyborców nie miało dyplomu ukończenia studiów wyższych, a 74% wyborców pochodziło z gospodarstw domowych zarabiających mniej niż 100 000 USD rocznie. W następstwie Nowego Ładu ci stosunkowo mniej wykształceni wyborcy o niższych dochodach stali się lojalnymi Demokratami. Ale począwszy od lat 70., a najszybciej postępowało to w ostatniej dekadzie, klasa robotnicza oddaliła się od Partii Demokratycznej. Patrząc w przyszłość, trudno wyobrazić sobie zwycięską progresywną koalicję, która nie odwróci tego trendu, by ostatecznie objąć znacznie większy odsetek wyborców z klasy robotniczej.

Po drugie, klasę robotniczą łączy z postępową polityką szczególny związek: najbardziej skorzysta ona na egalitarnych i redystrybucyjnych reformach, które stanowią fundament polityki lewicowej. Historycznie największe triumfy amerykańskich postępowców w XX wieku – od New Deal po Ruch Praw Obywatelskich i Great Society – osiągnięto tylko przy solidnym poparciu udzielonym przez klasę robotniczą. To samo dotyczy osiągnięć socjaldemokracji za granicą. Postępowa polityka, która nie zwiększa swojego oddziaływania wśród wyborców z klasy robotniczej, ryzykuje dziś oderwanie się od centralnej siły napędzającej egalitarne reformy na całym świecie.

Nie jest to prosty problem z jasnym rozwiązaniem; w rzeczywistości trendy od prawie pół wieku biegną w przeciwnym kierunku. To kwestia, która wymaga pogłębionych badań.

Należy zadać trzy podstawowe pytania:

1. Jak postępowcy mogą wygrać w robotniczej Ameryce?

2. W jaki sposób postępowcy mogą skuteczniej angażować wyborców z klasy robotniczej o niskiej skłonności do głosowania, niezależnie od rasy i położenia geograficznego, zwłaszcza poza dużymi miastami?

3. Jakie są wyborcze przewagi i słabości różnego rodzaju progresywnych platform i przekazów? Czy różne komunikaty progresywne mogą działać w różnych obszarach?

Wnioski

Nasze eksperymentalne badanie, pierwsze tego rodzaju, oferuje nowe, mocne spojrzenie na poglądy polityczne klasy robotniczej. We współpracy z firmą badania opinii publicznej YouGov opracowaliśmy ankietę, aby sprawdzić, jak wyborcy z klasy robotniczej reagują na bezpośrednie starcia wyborcze. Prosząc wyborców, aby wybierali bezpośrednio między tysiącami hipotetycznych kandydatów – zamiast odosobnionych polityk lub haseł – możemy stworzyć bogatszy, bardziej realistyczny obraz postaw wyborczych, niż mogą nam dostarczyć konwencjonalne sondaże. Przedstawiając tę ankietę reprezentatywnej grupie dwóch tysięcy wyborców z klasy robotniczej w pięciu kluczowych „wahających się” stanach – czyli znacznie większej próbce dla tej grupy demograficznej niż wynika z większości sondaży – jesteśmy w stanie skoncentrować się na tych wyborcach o wiele bardziej szczegółowo.

Kluczowe wnioski z naszej ankiety, wymienione pokrótce poniżej i omówione bardziej szczegółowo w pełnym raporcie, mogą pomóc w przyszłych kampaniach kandydatów progresywnych.

Wyborcy z klasy robotniczej wolą kandydatów postępowych, którzy skupiają się przede wszystkim na podstawowych kwestiach ekonomicznych i ujmują te kwestie w kategoriach uniwersalnych. Kandydaci, którzy mocno akcentowali „kwestie pełnej miski” (praca, opieka zdrowotna, gospodarka) i przedstawiali je w prostej, uniwersalistycznej retoryce, wypadli znacznie lepiej niż ci, którzy mieli inne priorytety lub posługiwali się innym językiem. Ten ogólny wzór był jeszcze mocniej widoczny na obszarach wiejskich i w małych miasteczkach, gdzie Demokraci w ostatnich latach z wywieszonym językiem walczyli o głosy.

Populistyczne, klasowe przekazy progresywnej kampanii przemawiają do wyborców z klasy robotniczej przynajmniej tak samo, jak główny nurt przekazów Demokratów. Kandydaci, którzy wymieniali elity jako główną przyczynę problemów Ameryki, wywoływali gniew na status quo i szanowali klasę robotniczą, byli dobrze przyjmowani wśród tych wyborców – nawet gdy porównywano ich z bardziej umiarkowanymi nurtami retoryki Demokratów.

Postępowcy nie muszą rezygnować z kwestii równości, aby zdobyć wyborców z klasy robotniczej, ale pewna retoryka skoncentrowana na tożsamości jest tu obciążeniem. Potencjalnie demokratycznie nastawieni wyborcy z klasy robotniczej nie stronili od progresywnych kandydatów lub tych kandydatów, którzy zdecydowanie sprzeciwiali się rasizmowi. Jednak kandydaci, którzy opisywali ten konflikt w wysoce wyspecjalizowanym, skoncentrowanym na tożsamości języku, wypadli znacznie gorzej niż kandydaci przyjmujący język populistyczny lub mainstreamowy.

Wyborcy z klasy robotniczej wolą kandydatów z klasy robotniczej. Rasa czy płeć kandydata nie są przeszkodą dla potencjalnie demokratycznych wyborców z tej klasy. Jednak pochodzenie kandydata z wyższej klasy jest dla nich poważnym problemem. Liczy się środowisko, z którego się wywodzimy.

Niegłosujące osoby z klasy robotniczej nie są automatycznie postępowe. Istnieje niewiele dowodów na to, że osoby rzadko głosujące nie chodzą na wybory tylko dlatego, że nie widzą wystarczająco postępowych poglądów u kandydatów głównego nurtu.

Pracownicy fizyczni są szczególnie wrażliwi na formę przekazu płynącego od kandydatów – a jeszcze ostrzej reagują na różnice między językiem populistycznym a językiem „woke” [maksymalistycznego progresywizmu kulturowego]. Przede wszystkim pracownicy fizyczni, w porównaniu z pracownikami umysłowymi, byli jeszcze bardziej zainteresowani kandydatami, którzy podkreślali „kwestię chleba” i unikali retoryki aktywistów.

Link do raportu w języku angielskim: https://images.jacobinmag.com/wp-content/uploads/2021/11/08095656/CWCPReport_CommonsenseSolidarity.pdf

Redakcja magazynu „Jacobin”

tłum. Magdalena Okraska

Ignacy Daszyński: O całość, niepodległość i przyszłość Polski (1920)

Ignacy Daszyński: O całość, niepodległość i przyszłość Polski (1920)

Sejm warszawski nie słyszał dotąd tak silnego i rzeczowego przemówienia, jakie wygłosił dnia 10 lutego poseł towarzysz Daszyński.

Warszawskie pismo burżuazyjne „Kurier Polski” pisze o niej, że w każdym innym państwie mowa taka byłaby plakatowaną na koszt publiczny.

Mowa tow. Daszyńskiego huczała tętnem i burzą krwi polskiej, zmagającej się dziś na wszystkich granicach ziem naszych o całość i niepodległość, błyskała skrami diamentów żywcem wyrwanych z duszy polskiej, oczyszczonej z namułu półtorawiekowej niewoli – ale i twardą była jak diament.

Gdy odzywał się tow. Daszyński w stronę Niemiec i Czech, że połowa ludu polskiego na Górnym Śląsku, który porwał za broń przeciw katowskim rządom Hoersinga [Otto Hörsing – były niemiecki działacz socjaldemokratyczny i związkowy na Górnym Śląsku, po II wojnie mianowany komisarzem Rzeszy i Prus na tym terenie, szybko dał się poznać z bandyckich metod, m.in. z wysyłania wojska przeciwko nieuzbrojonym strajkującym polskim robotnikom, których mordowano – przyp. redakcji Nowego Obywatela] to byli nasi socjaliści polscy, i że górnik na Śląsku Cieszyńskim, powieszony przez najeźdźców-Czechów, przy wejściu do kopalni, był przewodniczącym miejscowej grupy socjalistów polskich – czujemy w głębi serc naszych i sumień, że tow. Daszyński rzucił w twarz światu całemu najistotniejszą, przeogromną moc uczucia i niezłomnego przekonania, jaka pulsuje dziś w krwi dziesiątków milionów Polaków od Ostrawicy i Karpat po Bałtyckie Morze – że nie ma dziś siły, która by zmusiła nas do pozostawienia poza granicami Państwa Polskiego choćby najmniejszego skrawka ziemi polskiej. Wyżynie skali temperamentu uczuciowego mowy tow. Daszyńskiego odpowiadała siła argumentów i głębokie przeświadczenie, że skoro połączymy do reszty wszystkie ziemie polskie, mając do dyspozycji ogromne zasoby bogactw naturalnych i cały lud polski – staniemy się granitową potęgą na przełomie środkowej i wschodniej Europy, opartą o polskie brzegi Morza Bałtyckiego.

Ze względu na szczupłe rozmiary naszego pisma i nawał materiału plebiscytowego – mowę tow. Daszyńskiego podajemy w streszczeniu Polskiej Agencji Telegraficznej. Spodziewamy się jednak, że wyda ją w całości Główny Komitet Plebiscytowy.

***

Wysoka Izbo! Rzadko bywa, żeby sprawa tycząca się pokoju europejskiego i naszego w tym pokoju udziału, mieściła w sobie tyle goryczy, ile poruszona w punkcie drugim. Polska, zawdzięczająca sojusznikom swój byt państwowy w obecnych granicach zachodnich, nie mogła nabrać tego przekonania, ażeby pełnia praw jej została w traktacie wersalskim wyrażoną. Trzy były największe wartości, którymi Polska mogła rozporządzać na swojej zachodniej granicy. To były dwa tereny węglowe Śląska Cieszyńskiego i Śląska Górnego, a trzecia wartość to był port gdański. To było ujście na wielkie, wolne morze. I wszystkie te trzy walory polityczne, społeczne i ekonomiczne walory bezcenne, zostały Polsce albo w niedostatecznej mierze przyznane, albo zostały puszczone na zmienne losy walki plebiscytowej.

Granica zachodnia Polski, można powiedzieć, jeszcze do dnia dzisiejszego nie została ustalona ostatecznie. Jeszcze o nią Polska nie krwawą bronią wprawdzie, ale dzień po dniu walczyć będzie musiała, a jeżeli sprawa gdańska nosi na sobie piętno połowicznego, szkodliwego rozwiązania, to słuszną jest rzeczą, że Polska już dziś, w tym okresie, kiedy między Polską a Gdańskiem ma stanąć umowa w najbliższych kilku tygodniach, regulująca stosunek Gdańska do Polski, że Polska w tym czasie nie powinna być bezbronną, powinna walkę sobie narzuconą, powiadam jeszcze raz – bezkrwawą walkę, podjąć i przeprowadzić. Jednym z kroków, jednym z czynników tej walki jest wniosek, który tu jest na porządku dziennym. Chodzi o pogłębienie Wisły, zbudowanie portu polskiego na polskiej ziemi, tak jak gdybyśmy musieli liczyć się z ewentualnością nie utraty Gdańska, ale połowicznego prawa korzystania z portu gdańskiego. Pewnie, że są możliwe trudności. I bardzo dobrze zrobił pan referent, że przestrzega świat, iż nie jest to blef, że nie jest to pusta pogróżka, tylko że jest to konieczna konsekwencja w razie, jeżeli Gdańsk szczerze i bez zastrzeżeń nie stanie się portem polskim. Bo tutaj my wszyscy jesteśmy jednego zdania, że na narodowość mieszkańców Gdańska żaden Polak nie czyha, że na tym punkcie Niemcy gdańscy mogą być zupełnie spokojni, że ani kropli ze swych praw narodowych nie uronią przez przyłączenie się do Polski. Ale Polska nowoczesna, Polska robotnika i chłopa, zrozumiała, że Polska może być tylko wtedy wolna i niepodległa, jeżeli stanie się wielkim warsztatem wolnej, zorganizowanej pracy polskiej. A tym warsztatem nie będzie mogła być dopóty, dopóki nie będzie miała wolnego dostępu do morza.

Wspomniawszy następnie, iż rozlegające się w sejmie słowa krytyki wewnętrznych naszych stosunków są wyzyskiwane przez naszych wrogów w agitacji plebiscytowej, oświadcza, iż jest to dzieciństwo używać takich właśnie argumentów w walce plebiscytowej, bo są one ostatnim argumentem, którego w plebiscycie, w nowej walce o duszę i o los mas polskich wolno używać.

Warszawa – mówił – gości w swych murach deputację gdańską; pośród tej deputacji jest szesnastu socjalistów niemieckich, 8 scheidemannowców [zwolenników Philippa Scheidemanna, polityka lewicowego, który w okresie kształtowania się ładu powojennego przewodził ugrupowaniu autonomicznemu wobec głównego nurtu niemieckiej socjaldemokracji – przyp. redakcji NO], 8 niezawisłych. Niech wywiozą z Warszawy to jedno zdanie i to jedno przekonanie i niech dadzą znać braciom swoim i towarzyszom w Niemczech, że na tym punkcie socjaliści polscy są w pierwszych szeregach walki o duszę narodu polskiego i o ziemie polskie, że nie jest walka słowem jedynie prowadzona, że ten górnik polski na Śląsku, który w obronie swojego szybu dał się powiesić u wejścia do szybu przez czeskiego najezdnika, że ten górnik był przewodnikiem socjalistycznej grupy miejscowej, niechaj wiedzą o tym, że spośród tysięcy tych Ślązaków, którzy porwali za broń, aby koniec położyć katastrofie systemu Hoersiga i spółki, że wśród tych tysięcy połowa to byli towarzysze partyjni, socjaliści polscy, górnicy z Górnego Śląska. Niech wiedzą, że fakty te to nie przypadek, że fakty te to dalszy ciąg niesłabnącej nigdy walki o prawa, że nie ma braterstwa międzynarodowego między braćmi, z których jeden jest w kajdanach, a drugi jest wolny. Wszyscy muszą być wolnymi, aby wszyscy mogli stać się braćmi. Niech wiedzą dalej, że Polska to nie żebrak międzynarodowy, że Polska nie łasce chwili zawdzięcza swoją dzisiejszą wolność, że nie ma narodu w Europie, który by w stu kilkudziesięciu latach niewoli tak jak Polacy dziesięć razy chwytali za broń, dziesięć razy praw swych przeciw innym, przeciw największym bronili przemocą. To, co przyszło, przyszło nie jako dar, ale jako prawo, którego się nie wyrzekniemy i wyrzec nie możemy, bo byśmy w tej samej chwili zginęli. Dlatego, proszę panów, Polska z przeszłości swej siłę swoją czerpać może, ale o tyle większą okaże się tak siła, o ile spojrzymy w przyszłość.

Niech przy Polsce opowie się Górny Śląsk, niech opowie się Śląsk Cieszyński, niech staną Warmiacy i Mazurzy, Orawianie i Spiszowiacy, a wówczas Polska będzie krajem, który jak żaden kraj w Europie, będzie mógł spojrzeć tej przyszłości w oczy. I nieprawdą jest, że w Polsce, jak to wam zawsze w twarz ciskają, rządzą magnaci wspomagani przez lichwiarzy, albowiem tu nie drzemie, ale żyje, rozwija się i walczy siła ludu, chłopa i robotnika polskiego, a przyłączenie tych terenów spornych, tych terenów zakwestionowanych, jeszcze wzmocni tę siłę dwukrotnie i trzykrotnie. Polska z Górnym Śląskiem, Polska ze Śląskiem Cieszyńskim, Warmią, Mazurami, ze Spiszem i Orawą, zaiste będzie to Polska chłopa i robotnika razem, a nie pana i kapitalisty. Tak się zarysowuje ekonomiczna i społeczna przyszłość tego kraju.

To pewne, że kto by dziś po torturach wojny światowej, kto by dziś chciał ocenić stan jakiegoś kraju jako stan stały i trwały, ten byłby ślepym człowiekiem, ten byłby człowiekiem, którego nienawiść zaślepia, ten byłby człowiekiem, którego argumentów nie należy poważnie traktować. To są te rzeczy, o których na terenach plebiscytowych w walce o dusze należy z naszej strony z całym naciskiem mówić, bo każdy wie to, że my w sejmie korzystamy z wolności demokratycznego państwa, korzystamy z obecnego powszechnego bez zastrzeżeń głosowania, to, że my w sejmie nie bawimy się w komplementy, to, że palec kładziemy na ranę, to, że słowa nasze budzą silny odruch w społeczeństwie, to nie może być argumentem, który by mówił przeciwko Polsce i dlatego ja odpieram z oburzeniem argumenty, które się pojawiły w pruskim „Przyjacielu Ludu”, wydanym pod strażą rządową, a który zużytkował mowę moją w listopadzie o stosunkach w Polsce tu w tym sejmie wypowiedzianą jako mowę, która miała wykazywać niezdolność Polski do życia, która miałaby odstraszyć bodaj jednego Polaka od przyłączenia się do tej Polski. Wzywam tę prasę, która na podobną drogę dała się uwieść, ażeby nie przeceniała tego rodzaju argumentów. Wolność słowa, wolność krytyki, jest pierwszym dowodem, że Polska ta jest na drodze do zupełnego wyzdrowienia. Słabo organizm nie zniósłby krytyki, tylko zdrowy organizm może wytrzymać walki wewnętrzne.

Ignacy Daszyński

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” – organie Polskiej Partii Socjalistycznej, 15 lutego 1920 roku; siedzibą redakcji pisma było wówczas miasto Frysztat, które wkrótce, mimo znacznej przewagi ludności polskiej, zostało zagarnięte zbrojnie przez Czechosłowację. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Zdjęcie w nagłówku tekstu:  freestocks-photos from Pixabay.