Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Dbajmy o siebie, czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Zaprezentowana w poprzednim numerze część I analizy zjawiska patriotyzmu konsumenckiego (PK) stawiała następującą diagnozę:

  1. Dotychczasowe kampanie promujące patriotyzm konsumencki w Polsce nie posiadają zakładanej przez ich twórców mocy mobilizacyjnej. Wielu konsumentów nie zna bowiem nadal kraju pochodzenia nabywanych produktów czy kraju pochodzenia marki.
  2. Kampanie te, bazując na bardzo wąskim wachlarzu emocji, nie dały żadnych narzędzi konsumentom i w małym stopniu podejmowały działania na rzecz wytworzenia automatyzmu kupowania krajowych produktów/marek.
  3. Wśród polskich konsumentów dość powszechnie występuje mylenie marki i produktu, co w połączeniu z brakiem wyraźnej informacji o kraju pochodzenia towarów oraz sprzedażą marek firmom zagranicznym utrudnia świadomy wybór.
  4. Duża grupa konsumentów deklaruje jednak gotowość do świadomej konsumpcji, zwłaszcza w przypadku ujawnienia nieetycznych działań producentów określonych dóbr (wielu konsumentów chce kierować się swoistą moralnością podczas zakupów).

Co w takiej sytuacji można zrobić lepiej, bardziej efektywnie? Jak powinniśmy działać? Jeśli przyjmujemy założenie o potrzebie tworzenia skutecznego ruchu PK oraz o sensowności budowania potrzeby świadomej konsumpcji w tym zakresie, to musimy uruchomić działanie, które stworzy masę krytyczną, wywołującą modyfikację postaw większej grupy konsumentów. Działanie to na pewno powinno zapełni

lukę wiedzy o kraju pochodzenia produktów, da

szerszy wachlarz mobilizujących emocji oraz pozwolić na wytworzenie skutecznych automatyzmów u konsumentów i przedsiębiorców.

Mobilizujące emocje – przyczepny egoizm

Tradycyjnie pojmowana ekonomia w swoich miarach i opisach procesów ekonomicznych oraz decyzji handlowych pomija wiele czynników, które uchodzą za zbyt subiektywne i nieistotne. Nie byłoby w tym nic dziwnego (każda dyscyplina akcentuje to, co uniwersalne, pomijając cechy incydentalne), gdyby nie to, że procesy ekonomiczne nie dzieją się w próżni.

Zachodzą one w specyficznych skupiskach jednostek ludzkich, które łączy wprawdzie wspólna natura, ale dzieli wiele cech kulturowych, społecznych, światopoglądowych, geograficznych, religijnych itd. Skoro te czynniki mają wpływ na życie wszystkich grup społecznych, to dlaczego nie miałyby mieć wpływu na decyzje handlowe/gospodarcze jednostek? Czemu jednostki miałyby nagle wyzbywać się swojego „społecznego oprogramowania”, gdy idą do sklepu lub zakładają firmę?

Jednym z czynników akceptowanych przez ekonomistów a skłaniających ich do minimalizowania „społecznego oprogramowania”, jest egoizm. To właśnie on ma nas popychać do maksymalizacji przyjemności i minimalizacji przykrości. To skierowanie wektora działań na nas samych jest głównym motorem procesu szacowania kosztów i zysków. Jest bowiem czymś jasnym, że każdy podmiot w gospodarce próbuje zminimalizować koszty oraz zmaksymalizować zyski.

Niestety, bardzo często owe koszty – za zgodą twórców i wykonawców prawa – są przerzucane na podmioty zewnętrzne, nie będące beneficjentami transakcji (vide koszty społeczne i przyrodnicze). Często również zysk jest rozumiany bardzo wąsko, np. wówczas, gdy państwo sprzedaje firmę, aby uzyskać szybki wpływ do budżetu. Chociaż doraźnie i w kalkulacji lokalnej decyduje tu zysk bezpośredni, to jednak pośrednim zyskiem, który został utracony, są nie tylko podatki i wzrost potencjału kapitału miejscowego, czyli dochody państwa, ale również korzyści społeczne, związane z zatrudnieniem oraz kooperacją firm miejscowych. Osobną kwestią jest oczywiście kwestia utraty kontroli w sferach tak newralgicznych, jak energia, przemysł zbrojeniowy, media czy ochrona zdrowia lub edukacja.

Wydaje się więc, że chociaż egoizm ekonomiczny jest ideę „przyczepną”, czyli naturalną, łatwo akceptowalną, to w rachunku ekonomicznym oraz teorii ekonomicznej należy brać pod uwagę coś więcej niż tylko indywidualny egoizm. A jeśli nawet tylko jego, to nie wyłącznie w kontekście potrzeb naturalnych, lecz w szerszym, biorącym pod uwagę potrzeby społeczne, kulturowe, religijne i inne.

Od wieków ludzie dyskutują, ile w nas egoizmu, a ile altruizmu. „Altruiści” twierdzą, że często działamy dla innych bez korzyści dla nas samych, a nawet ze stratą. „Egoiści” z kolei mówią, iż działamy dla własnej przyjemności, pomagając innym. Spór ten zapewne jest nierozstrzygalny. Na pewno jednak, oceniając nasze decyzje nawet z perspektywy egoistycznej, musimy brać pod uwagę coś więcej niż wąskie ego. W najgorszym razie kierujemy się egoizmem rozszerzonym na innych ludzi, na czas i przestrzeń, a jednostki, które tak nie czynią, popadają w poważne problemy prawne i społeczne.

Ma to również swoją ekonomiczną manifestację. Przykładowo, dobry (zwykły!) rodzic woli kupić całej rodzinie po lodzie (z hurtowym rabatem) po dwa złote za sztukę, niż samemu i po kryjomu zjeść jednego loda w cenie detalicznej 3 PLN. Podejmując taką decyzję wiele – wąsko sprawę rozumiejąc – traci, bowiem zamiast wydać trzy złote, wydaje wielokrotność dwóch, a zatem przynajmniej cztery. Jego zysk ma jednak inny charakter, trudny do zmierzenia w kategoriach czysto ekonomicznych, a jednak oczywisty dla każdego, kto nie jest dewiantem lub nie kieruje się jeszcze innymi, szczególnymi czynnikami.

Ten przykładowy rodzic wie, że warto kierować się rozszerzonym egoizmem. Owa wiedza jest mu na szczęście jeszcze dana. Ilu z nas wie jednak, jak kierować się szerszym egoizmem, który uwzględnia nasz interes nie zawsze teraz, ale na pewno tu?

Mobilizujące emocje

Salus Reipublicae Suprema Lex, czyli dobro Rzeczy Wspólnej najwyższym prawem – tak mawiali nasi przodkowie, zarówno ci z I, jak i z II Rzeczypospolitej. Rzymska maksyma podkreślała republikańskie, wspólnotowe korzenie i myśl przewodnią, które towarzyszyły ich twórcom. Chociaż różnym środowiskom pojęcie patriotyzmu wydaje się kontrowersyjne, to niewielu odrzuci piękne przesłanie tego stwierdzenia.

Mimo iż jest to inny temat – choć komplementarny wobec tego, o czym piszemy – warto wspomnieć, że niemal zawsze, a w porównaniu z innymi państwami niezwykle często, polska kultura, państwowość i polityka miały inkluzywny charakter. Oznacza to, że Polakiem, czyli współwłaścicielem Rzeczy Wspólnej, był każdy, kto nim chciał być, czyli ten, kto swój los i powodzenie łączył z Rzeczpospolitą i jej interesem. Zresztą powodzeniu i wielkości Rzeczypospolitych przysłużyło się niezliczenie wielu, którzy nie mieli polskich korzeni, ale politycznie służyli jej i przez to faktycznie byli Polakami, polonizując się z własnej woli i wnosząc wkład w bogactwo naszej kultury oraz przejmując część odpowiedzialności za wspólnotę i państwo. Dopiero niedawno Polska stała się krajem etnicznie homogenicznym oraz ograbionym terytorialnie, kulturowo i osobowo wskutek działań – mówiąc eufemistycznie – niezbyt przyjaznych sąsiadów. Z tej tradycji troski o Rzeczpospolitą można bez problemu wywieść jej współczesne ekonomiczne składowe.

Patriotyzm można rozumieć jednak różnie, można go też negować. Nie można jednak negować tego, że w interesie każdego z nas jest zamożność naszego państwa i zamożność naszych sąsiadów, rodaków, godność ich życia oraz materialne bezpieczeństwo. Jasne, że pieniądze to nie wszystko, ale deficyt pieniędzy w skali państwa to rozwój patologii, nędza powszechna, która ucieleśnia się w braku pieniędzy na emerytury, ochronę zdrowia, przyrody, edukację i kulturę, modernizację infrastruktury. Zatem Rzecz Wspólna to sprawa każdego z nas. Możemy mieć wpływ nie tylko na rządy i władze lokalne – mamy go również na generowanie zysków, które płyną do kasy państwa, samorządu i do współobywateli. Wpływ ten jest domeną działań, które nazywamy patriotyzmem konsumenckim.

Wspominaliśmy o tradycji inkluzywności jako takim aspekcie patriotyzmu, który dopuszcza każdego do udziału w dbałości o dobro wspólne. Inaczej rzecz biorąc, jest to podejście, które namawia do kooperacji oraz tworzenia synergii poprzez wymianę dóbr, współpracę i przepływ informacji, właśnie dla dobra wspólnego. Tę stronę ekonomicznej troski o państwo i społeczeństwo oraz sprzężenie jej z ekonomicznym interesem własnych przedsięwzięć nazywamy patriotyzmem gospodarczym.

Oba te aspekty nazywamy z kolei patriotyzmem ekonomicznym.Uważamy, że w obecnej globalnej grze o pieniądze i władzę, w której słabsze państwa próbuje się sprowadzić do poziomu neokolonii, patriotyzm ekonomiczny jest poglądem, który każda rozsądna siła polityczna – czy to prawicowa, czy lewicowa – powinna popierać. Ponieważ jednak to ludzie kształtują rynek, więc do kalkulacji koszty/zyski musimy dodać kolejną zmienną: czy wspólnie nam się to opłaca.

Wiedza: patriotyzm konsumencki

Kto nie wie, ten błądzi. Kto wie, ma szansę wybierać. Wierząc, że nawet jeśli człowiek nie jest z natury dobry, to przynajmniej ma potencjał dobra, pozostaje nam jedynie dawać mu wiedzę oraz impuls do korzystania z niej, aby czynił dobro. Patriotyzm konsumencki powinien być kształtowany poprzez wysyłanie stałych sygnałów, pokazujących sprzężenie pomiędzy dokonywanymi wyborami konsumenta i zaspakajaniem jego potrzeb a ich wpływem na jego środowisko społeczno-państwowe, na warunki życia jego samego, rodziny, sąsiadów itp. Sygnały te powinny być nadawane systematycznie, spójnie oraz szeroką falą.

Patriotyzm konsumencki jest motywowany przekonaniem, że w przypadku, gdy towar i usługa są w podobnej cenie, to bardziej opłaca się kupić je od firmy związanej z naszym środowiskiem, gdyż w ten sposób zyskujemy pośrednio. W przypadku zakupów samorządowych czy państwowych towar lub usługa droższa, chociaż pochodząca od lokalnej firmy, może się okazać bardziej korzystna niż zakup od międzynarodowej korporacji, która traktuje Polskę tylko jak kolejny rynek zbytu. Zarówno bowiem w naszym prywatnym interesie, jak i w interesie państwa (czyli teoretycznie interesie całego narodu, a więc całego zbioru interesów prywatnych) jest to, abyśmy mieli własne firmy. One bowiem płacą tutaj podatki, są odpowiedzialne za własne działania, zatrudniają obywateli naszego państwa, kooperują z innymi polskimi firmami, sponsorują pozaekonomiczne inicjatywy w Polsce, a wreszcie nie wstydzą się kraju swego pochodzenia.

Te wszystkie czynniki razem wzięte budują ekonomiczną podmiotowość kraju. Dzięki tysiącom małych decyzji konsumentów powstaje znacząca siła. Dzięki niej wzrosną i przywiążą się do naszego rynku firmy, które pracują dla nas wszystkich. Dzięki wsparciu konsumentów, firmy zmuszone będą również do czystej i społecznie uczciwej działalności, gdyż to się im opłaci, jeśli ruch konsumencki będzie dostatecznie silny.

W projekcie patriotyzmu konsumenckiego potrzebni są tzw. maweni, czyli – jak opisał to M. Gladwell – osoby gromadzące wiedzę konsumencką i z chęcią dzielące się nią z innymi. Maweni to dzisiaj ludzie gromadzący się wokół serwisów internetowych, jak zakupy grupowe, portale porównujące ceny towarów lub dające możliwość dyskutowania o jakości usług w poszczególnych branżach. Maweni mogą skutecznie rozpowszechnić dany trend. Projekt powinien więc wyszukiwać mawenów w różnych środowiskach i utwierdzać ich w atrakcyjności kupowania produktów „stąd”.

Zadaniem koordynatorów ruchu patriotyzmu konsumenckiego jest rzetelne informowanie konsumentów, tworzenie zobiektywizowanych skal pomiaru pozytywnego wpływu firm na polską gospodarkę oraz znakowanie usług i produktów uczciwymi znakami informacyjnymi. Takimi znakami, których wartość nie sprowadza się jedynie do dziesięciu tysięcy złotych, które należy zapłacić, aby je mieć. Być może nawet znaki te nie powinny nieść ze sobą przekazu elitarności (jak dotychczasowe „Teraz Polska”), lecz być sygnałem trwałej, potwierdzonej obecności danej firmy w krajowej gospodarce oraz polskim budżecie.

Współpraca: patriotyzm gospodarczy

Siła własnej ekonomii to nie tylko siła przywiązania konsumentów do marek/firm oraz przywiązania firm do swojego kraju i jego obywateli-konsumentów. W naszym interesie jest również powszechna kooperacja firm, które popieramy konsumenckimi wyborami. To ona buduje gospodarczą niezależność i samowystarczalność.

Dlatego o ile po stronie konsumentów leży patriotyzm wyborów, o tyle po stronie firm leży patriotyzm współpracy. Dla nas wszystkich lepiej jest bowiem budować zaufanie pomiędzy podmiotami, które jako konsumenci wspieramy, gdyż wywołuje to efekt synergii. Dzięki niemu mniejsze podmioty mogą podjąć się większych działań, co z kolei powinno spotkać się z pozytywnymi reakcjami świadomego rynku. Im bowiem większy przepływ towarów i usług pomiędzy polskimi firmami, tym większa korzyść dla społeczeństwa.

Konieczne jest zatem poszukiwanie nie tylko kupujących mawenów i przekonywanie ich do idei PK, ale także poszukiwanie producentów posiadających cechy „sprzedawców”. Czyli ludzi skłonnych modyfikować swoje działania pod wpływem pomysłu, idei i przekuwanie ich w działania. Projekt PK powinien koncentrować się na usieciowieniu małych i średnich firm, oczywiście nie porzucając współpracy z „lokomotywami” biznesu, dużymi firmami z rodzimym kapitałem. Projekt musi tworzyć masę krytyczną poprzez ilość firm/producentów działających na małą skalę, ale przyjmujących wizję współpracy pomiędzy podmiotami kierującymi się patriotyzmem gospodarczym.

Patriotyzm gospodarczy to także współpraca i „wciąganie” w naszą wymianę podmiotów i osób związanych z Polską, ale pozostających na trwałe poza krajem. To poprzez te środowiska, które sympatyzują ze starą ojczyzną, możemy przestać być postrzegani jako kraj wyłącznie eksportowych pielęgniarek i hydraulików – z całym szacunkiem dla przedstawicieli tych zawodów – a stać się importerem towarów wyprodukowanych przez nas i sprzedawanych pod naszą banderą w krajach, gdzie znajduje się polska diaspora lub w państwach, w których po zmianach granic zostali potomkowie rodaków.

Nie bez znaczenia w kształtowaniu patriotyzmu gospodarczego jest także tworzenie przejrzystego lobby polskiego interesu, gotowego i posiadającego wystarczające środki, aby negocjować z rządem i parlamentem dobre warunki brzegowe dla propaństwowego biznesu. To dzięki takim zabiegom będziemy mogli wymagać od każdej władzy, aby reprezentowała przede wszystkim nas, a nie szemrane interesy lobbystów i ich fasadowe organizacje, które rzekomo w „imieniu społeczeństwa i polskiego biznesu” patrzą, z czego by tu jeszcze „ukręcić lody” do wywiezienia za granicę.

Zadaniem koordynatorów patriotyzmu gospodarczego powinno być usieciowienie firm propaństwowych (a więc nie unikających płacenia podatków, uczciwie rozliczających koszty zatrudnienia pracowników, nie działających na szkodę lokalnego środowiska biznesowego), tworzenie forów przepływu informacji o zasobach i potrzebach oraz budowanie zaufania – czynnika w kapitalizmie bezcennego, a wielokrotnie niszczonego przez ostatnich 70 lat.

Konieczność – w stronę pozytywnych automatyzów

Działania, które tu opisujemy, nie są fantazją. W wielu krajach, które są podmiotowe i osiągają sukcesy gospodarcze (nawet jeśli nie chcą lub nie potrafią przekuć ich w sukces społeczny) mają one miejsce. Podobno japońska kadra zarządzająca podtoruńskiej strefy ekonomicznej w Łysomicach, gdzie siedziby mają m.in. firmy Sharp i Orion, w początkach obecności w Polsce kupowała w Toruniu japońskie samochody – Hondy i Toyoty. Jeśli to prawda, to tysiące kilometrów od domu zadziałał u tych osób automatyzm wybierania „swoich” produktów. Oczywiście mieli to szczęście, że ich produkt ma dobrą renomę, jest sprawdzony itd. Ale nie zmienia to faktu, że nie kupili renomowanych samochodów z Niemiec czy Francji. Nie skorzystali z okazji wyrwania się z kraju, aby poszaleć po europejskich drogach Mercedesem lub Renaultem. Automatyzm ten musi być jednak efektem wieloletnich działań państwa, firm i innych instytucji społecznych.

To skumulowane, systematyczne działania wspierające ideę PK również są powodem tego, że rządy takich państw jak Japonia stają murem za swoimi przedsiębiorcami, co skutkuje bogactwem w budżetach i społecznym dobrobytem. To wreszcie poprzez promowanie współpracy i zaufania łatwo jest takim państwom strzec własnych rynków, a jednocześnie zalewać rynki słabszych państw swoją nadprodukcją.

Patriotyzm ekonomiczny nie jest fanaberią, lecz sprawdzoną strategią narodowej współpracy i solidarności. Jest także koniecznością, jeśli mamy przestać się zadłużać i liczyć na cud gospodarczy. Samodzielność i niezależność zdobywa się własną pracą. Owoce tej pracy skonsumujemy my sami, gdy pracą organiczną zorganizujemy struktury patriotyzmu ekonomicznego. Do tego potrzebny jest ruch apolityczny, społeczny, którego siła kiedyś zmusi także polityków wszystkich opcji, żeby zaczęli pracować dla nas, dla społeczeństwa.

Pewien nasz rozmówca powiedział, że zanim powstała japońska korporacja Honda, gdzieś kiedyś jakiś pan Honda musiał mieć mały warsztat, w którym kuł np. podkowy. Naszym marzeniem jest, aby i warsztat pana Kowalskiego urósł kiedyś do pozycji, która pozwoli mu z dumą otworzyć filię w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie będzie ona stanowiła okręt flagowy polskiej gospodarki, manifestując kraj pochodzenia.

Propozycja

Niniejszym artykułem chcemy zainicjować dyskusję nad tworzeniem ruchu patriotyzmu ekonomicznego, czyli postawy spajającej patriotyzm indywidualnych konsumentów oraz podmiotów gospodarczych. Przedstawiliśmy jego ogólne ramy, większość szczegółów wymaga społecznych konsultacji. Nic bowiem nie może powstawać na siłę, zwłaszcza gdy ma realizować potrzeby społeczne, a taką misję powinna przecież nieść zarysowana inicjatywa. Zachęcamy więc do refleksji m.in. nad takimi problemami, jak:

  • Idea patriotyzmu konsumenckiego: odpowiedzialność konsumentów, rola mawenów w promowaniu PK; PK jako zdrowy egoizm
  • Słabości dotychczasowych kampanii wspierających polskie produkty – skuteczne/nieskuteczne hasła, formy działania itp.
  • Idea patriotyzmu gospodarczego – współpraca krajowych firm, usieciowienie małych i średnich przedsiębiorstw, atrakcyjność patriotyzmu gospodarczego dla firm

Osoby zainteresowane dyskusją, wymianą poglądów lub pomysłów zapraszamy na stronę www.patriotyzmekonomiczny.pl.

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Równi i równiejsi

Edukacja to narzędzie, które jak żadne inne może sprzyjać tworzeniu egalitarnego społeczeństwa. Jednak w Polsce system edukacyjny, zamiast niwelować nierówności społeczne, nierzadko je pogłębia.

Art. 70. Konstytucji RP zapewnia każdemu prawo (i obowiązek) do bezpłatnej nauki do 18. roku życia. Z kolei Ustawa o systemie oświaty wyróżnia trzy obowiązkowe okresy uczenia się: przedszkole lub przygotowanie przedszkolne w wieku 6 lat, szkoła – do ukończenia gimnazjum, a także okres nauki – do ukończenia 18. roku życia. To standard zalecany ze względu na proces wyrównywania szans i w teorii spełniany przez Polskę. Jednak, jak zauważa prof. Marta Zahorska, przeszkodą jest swoisty dualizm polskich warunków.

Z jednej strony otwarty system szkolny nie tworzy barier selekcyjnych w dostępie do kolejnych etapów kształcenia. Z drugiej natomiast struktura społeczna i rosnące zróżnicowanie materialne znacznie ograniczają dzieciom i młodzieży szanse na edukację na odpowiednim poziomie1. Tworzą się przez to dwie drogi, „lepsza” i „gorsza”. Pomimo braku formalnych barier, możliwości ludzi młodych przy wyborze kolejnych etapów kształcenia, a później podjęcia dobrej pracy są znacznie większe w przypadku osób od początku podążających „lepszą ścieżką” edukacyjną.

Na starcie

Przedszkola to nie tylko forma opieki nad dzieckiem, ale także stymulacji jego rozwoju oraz przygotowania do szkoły. Placówka ta jest miejscem, które wpływa na umiejętność obcowania z rówieśnikami, a dzieciom z rodzin o niskim kapitale kulturowym dostarcza bodźców do rozwoju intelektualnego. Dzięki temu w przyszłości lepiej radzą sobie w szkole od tych, które do przedszkola nie uczęszczały, co potwierdzają liczne badania. Jednym z najważniejszych czynników oddziałujących na sukcesy szkolne uczniów w niższych klasach szkół podstawowych jest co najmniej trzy-, a najlepiej czteroletni pobyt w przedszkolu.

Tymczasem dzieci, które najbardziej tego potrzebują – zaniedbane, pochodzące z rodzin uboższych lub gorzej wykształconych – trafiają do przedszkola zazwyczaj dopiero jako sześciolatki.2W zakresie powszechności kształcenia czterolatków w placówkach przedszkolnych Polska wciąż plasuje się na odległych pozycjach europejskich rankingów. Mimo że odsetek czterolatków w systemie oświaty w Polsce wzrasta, to wciąż jest niemal o połowę niższy niż przeciętny wskaźnik dla 27 krajów należących do UE. W 2009 r. 90,5% czterolatków w 27 państwach Unii Europejskiej uczęszczało do przedszkoli, podczas gdy w Polsce było to tylko 53,2%.3

Tabela 1.: Odsetek 4-latków objętych opieką przedszkolną w wybranych krajach UE. Opracowanie własne na podstawie Eurostatu.

Tabela 1.: Odsetek 4-latków objętych opieką przedszkolną w wybranych krajach UE. Opracowanie własne na podstawie Eurostatu.

W ciągu ostatnich lat zachodzą pozytywne zmiany, ponieważ rozwój wczesnego szkolnictwa stał się ważnym celem dla władz. Do 2012 r. sześciolatki będą już uczniami klas pierwszych, a do oddziałów przygotowawczych trafią dzieci w wieku 5 lat. Powstało też wiele ułatwień dla osób tworzących przedszkola. Należy jednak zwrócić uwagę na tempo wprowadzanych zmian, np. w krajach skandynawskich takie reformy rozkładane są na ok. 10 lat. Powstaje więc pytanie, czy szkoły i przedszkola będą gotowe na przyjęcie młodszych dzieci. Poza aspektem ilościowym, nie mniej ważna jest jakość opieki i nauki w przedszkolach i szkołach. Liczą się zatem nie tylko pomieszczenia i programy, lecz także odpowiednio przygotowana kadra pedagogiczna.4 Upowszechnienie przedszkoli jest ważnym wstępnym warunkiem wyrównywania szans, muszą za nim jednak iść kolejne zmiany jakościowe, które stworzą szanse dzieciom zaniedbanym i żyjącym w biedzie.

Szkolny obowiązek?

Wobec niewielkiej liczby dzieci objętych opieką przedszkolną to szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły ponadgimnazjalne powinny przyczyniać się do wyrównywania szans. Pierwszą kwestią jest pytanie – czy polscy uczniowie rzeczywiście chodzą do szkół?

Dane dotyczące szkół podstawowych i średnich wydają się optymistyczne. Ze względu na ustawowy obowiązek, oficjalnie bardzo niewielki jest odsetek uczniów, którzy nie kończą rozpoczętej edukacji. Tak zwany odpad szkolny wynosił według danych GUS w 2008 r. zaledwie 0,2% wszystkich uczniów. Z raportów NIK wynika jednak, że dyrektorzy szkół, którzy mają pilnować przestrzegania obowiązku kształcenia, bardzo często zniekształcają wyniki. Różnice między danymi przedstawianymi przez szkoły a tymi, które zebrali kontrolerzy NIK w 2003 r., bywały aż dziesięciokrotne!5

Drugim znaczącym problemem jest opuszczanie lekcji przez uczniów. Problem wagarów jest jednym z największych w polskich szkołach. „Ukrytym odpadem szkolnym” określa się ukrywanie absencji uczniów, przepychanie ich siłą do następnej klasy i ostatecznie wydawanie świadectw ukończenia szkoły. W efekcie szkoły mogą kończyć ludzie, którzy nie nabyli podstawowych umiejętności, także społecznych. Im już nie grozi wykluczenie – oni są wykluczeni. Jednak absencja jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Nierówne społeczeństwo

Społeczne nierówności edukacyjne to zależności, które występują pomiędzy pochodzeniem społecznym, statusem społeczno-ekonomicznym rodziców a osiągnięciami ucznia w szkole.6 Ten typ nierówności występuje w każdym kraju, lecz od rodzaju prowadzonej polityki społecznej i edukacyjnej zależy, jak wielkie one są oraz jak znaczny mają wpływ na kariery szkolne poszczególnych dzieci.

Ostatnia reforma edukacyjna w Polsce wprowadziła system zewnętrznych egzaminów. Dzięki niemu nierówności edukacyjne widać jak na dłoni. Po pierwsze, istnieje ogromna rozpiętość między wsią a miastem. Również w samych miastach następuje coraz większe zróżnicowanie pomiędzy gimnazjami i wzmacnia się podział na „lepsze” i „gorsze” szkoły. Już na poziomie szkoły podstawowej pojawia się bardzo duża grupa uczniów (wedle szacunków: 10-20%), którzy mają problemy z podstawowymi umiejętnościami, jak czytanie czy liczenie. Osoby te trafiają do gimnazjów, które utrwalają podziały przyniesione ze szkół podstawowych.

Pod względem innych cech społecznych osoby te są podobne niezależnie od zamieszkiwania na wsi czy w miastach. Najczęściej to dzieci rodziców z niskim wykształceniem, o niskich dochodach, bez pracy, korzystających z pomocy społecznej. Jakkolwiek uczniowie tacy znajdują się w całej Polsce, to istnieją „zagłębia biedy”, które pokrywają się z „zagłębiami złych stopni”.7

Należy podkreślić, że bieda jest podstawowym czynnikiem wpływającym na obniżenie zdolności edukacyjnych dzieci. Efektem wychowywania w rodzinach o niskich dochodach są opóźnienia w rozwoju fizycznym, wynikające z niedożywienia lub nieodpowiednich posiłków, zaburzenia pamięci wywołane przez stres, brak odpowiedniej opieki lekarskiej (doskwierający zwłaszcza teraz, gdy w zasadzie zlikwidowano medycynę szkolną), a także poczucie niższej wartości i w efekcie spadek motywacji do nauki. Jest to olbrzymi polski problem, ponieważ wedle statystyk liczba osób, które nie osiągają minimum socjalnego zwiększyła się trzykrotnie między 1989 a 2008 r. – tego poziomu dochodów nie osiąga w Polsce 16 milionów obywateli, co oznacza, że 43% Polaków nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić elementarnych potrzeb.8

W takiej sytuacji nic dziwnego, że 45% gospodarstw domowych deklaruje, iż nie stać ich na inwestowanie w wykształcenie i rozwój dzieci. Skutki biedy są szczególnie dotkliwe właśnie dla młodszych obywateli. Według raportu Komisji Europejskiej, co czwarte dziecko w naszym kraju żyje w niedostatku lub na skraju ubóstwa9. Poziom zagrożenia ubóstwem dzieci mamy najwyższy w Unii Europejskiej. Wynikają z tego oczywiste konsekwencje: nawet jeśli rodzinom żyjącym w ubóstwie wystarcza na bieżące utrzymanie, to nie mają już środków na zaspokojenie potrzeb związanych z rozwojem. Dotyczy to zakupu książek, dostępu do placówek kulturalnych, możliwości rozwijania zainteresowań, wyjazdów na wakacje, a często nawet zakupu podręczników i pomocy szkolnych.

Największą szansę na dotarcie do wyższych szczebli edukacji mają dzieci rodziców zamożnych i dobrze wykształconych. Dzieci pochodzące z rodzin ubogich rzadziej odnoszą sukcesy w szkole i częściej wybierają szkoły niższego szczebla. Nawet jeśli kończą formalnie ten sam etap nauczania, to te z domów o niższych dochodach zazwyczaj nie uczęszczają do szkól renomowanych, co także może mieć negatywny wpływ na ich sytuację na rynku pracy.10 W rodzinach o niskich dochodach drastycznie słabną szanse edukacyjne i perspektywy życiowe potomstwa. Z tego powodu nierzadko dochodzi do „dziedziczenia biedy” i minimalizacji szans na awans społeczny, niezależnie od posiadanych zdolności.

Nożyce edukacyjne

Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja na wsi. Dzieci ze środowisk wiejskich gorzej radzą sobie na egzaminach zewnętrznych, a także podczas procesu edukacyjnego. Mniejsze są też ich szanse na dostęp do edukacji, co przedstawia poniższa tabela:

Tabela 2.: Odsetek osób uczęszczających do placówek edukacyjnych, wedle grup wiekowych, w 2009 r. Opracowanie własne na podstawie „Diagnoza społeczna 2009 r.”.

Tabela 2.: Odsetek osób uczęszczających do placówek edukacyjnych, wedle grup wiekowych, w 2009 r. Opracowanie własne na podstawie „Diagnoza społeczna 2009 r.”.

Szczególnie duże różnice widać na etapie „nieobowiązkowym”, a więc w wieku przedszkolnym i szkoły wyższej. Odsetek osób mieszkających na wsi i korzystających z edukacji na tych poziomach jest dwukrotnie niższy. Nierówności w dostępie do edukacji na wsi uwarunkowane są wieloma czynnikami.

Braki infrastruktury.Część barier związana jest z funkcjonowaniem systemu oświatowego. Należy do nich m.in. poziom kwalifikacji nauczycieli pracujących na tych terenach, liczba placówek oświatowo-wychowawczych i fizyczna dostępność szkół, zwłaszcza ponadpodstawowych. Panuje tendencja do likwidacji szkół w małych miejscowościach. Problem niewystarczającej infrastruktury edukacyjnej pojawia się jednak już na poziomie przedszkoli. Mimo że od 2004 r. nastąpiła zwiększona liczba urodzin, nie doszło do znacznego zwiększenia miejsc w żłobkach i przedszkolach na wsi. Natomiast w miastach znacznie rozwinął się rynek tych usług, szczególnie prywatnych. Stawia to wieś w gorszej sytuacji, zwłaszcza że usługi opiekuńcze na tym etapie, dostępne dla rodziców w odpowiednio niskiej cenie, są skutecznym sposobem zmniejszania nierówności edukacyjnych.11

Nierówności między miastem a wsią pogłębia także ograniczona dostępność do szkół na poziomie ponadpodstawowym oraz wyższym. Najtrudniejsza jest sytuacja młodzieży wiejskiej, która chce się kształcić w zawodach nierolniczych. Na terenach wiejskich najwięcej jest bowiem szkół zawodowych i techników rolniczych, bardzo mało natomiast liceów ogólnokształcących. W roku szkolnym 2009/2010 w Polsce były 2362 licea ogólnokształcące, z czego aż 2161 w miastach i tylko 201 na wsiach.12 Zatem problemy dostępu do tego rodzaju placówek pogłębiają znaczne odległości od miejsca zamieszkania, którym często towarzyszy niedostosowana infrastruktura komunikacyjna. Należy też dodać, że wydatki na dojazdy stanowią dodatkowe obciążenie budżetu rodzin wiejskich. Z tego powodu młodzież wiejska o wiele rzadziej uczęszcza do szkół uważanych za dobre, które otwierają możliwości dalszej nauki i wstępu na elitarne kierunki studiów.

Niewielki odsetek osób zainteresowanych szkołami wyższymi jest efektem biedy, mniejszych szans na dostęp do dobrych szkół na wcześniejszych etapach kształcenia, a także braku perspektyw zatrudnienia po studiach.13

Koszty kształcenia.Kolejną poważną barierą jest obciążenie gospodarstw wiejskich wydatkami na kształcenie. Nawet nauka w bezpłatnych szkołach publicznych pociąga za sobą znaczne koszty. Są to wydatki na podręczniki, korepetycje, obowiązkowe imprezy szkolne etc. W przypadku rodzin wiejskich często dochodzi do tego poważny wydatek na opłacenie dojazdów do szkoły lub zakwaterowanie poza domem. Od tego roku książki objęte 5-procentowym podatkiem VAT będą jeszcze poważniejszym wydatkiem dla rodzin z dziećmi w wieku szkolnym.

Im gorsza jest sytuacja dochodowa, tym większa presja w kierunku ograniczeń finansowych, udaremniających możliwości dalszej nauki. Najczęściej rodzice rezygnują z zajęć dodatkowych lub nie opłacają korepetycji dziecku, które tego potrzebuje14 – co dodatkowo zwiększa jego dystans wobec dzieci, które mają możliwość dodatkowego kształcenia. Część rodziców rezygnuje z zakupu dziecku obiadów (6,6% gospodarstw domowych na wsi w 2007 r. zdecydowało się na ten krok)15, a wiadomo, że dzieci niedożywione o wiele gorzej radzą sobie z nauką. Zdarza się nawet, że ze względów finansowych rodzice rezygnują z posyłania dziecka do szkoły – ostatnie dostępne dane na ten temat, z 2003 r., wskazują, że zdecydowało się na to 1,7% wiejskich gospodarstw domowych.16

Dzieci na wsi częściej mają też gorsze warunki do nauki. W 2007 r. 7,6% z nich nie miało w domu miejsca do nauki. Warunki te pogarszają się wraz ze wzrostem liczby osób w rodzinie. W rodzinach, w których jest co najmniej troje dzieci, brak własnego miejsca do nauki deklaruje dwukrotnie więcej dzieci niż w rodzinach z dwojgiem dzieci i aż czterokrotnie więcej niż w małżeństwach z jednym dzieckiem. Brak miejsca do nauki najczęściej spotykany jest w rodzinach rolników, emerytów, rencistów i bezrobotnych.17

Aspiracje edukacyjne.Kolejną barierą na drodze do równości szans dzieci w mieście i na wsi są niższe aspiracje edukacyjne rodziców tych drugich. Poziom aspiracji edukacyjnych wśród rodziców reprezentujących gospodarstwa domowe rolników, rencistów i utrzymujących się ze źródeł niezarobkowych, jest niższy niż wśród innych grup zawodowych. W 2009 r. gospodarstwami domowymi, które jako pożądany poziom wykształcenia swoich dzieci uznały ukończenie technikum lub liceum zawodowego, najczęściej były gospodarstwa utrzymujących się ze źródeł niezarobkowych i rolników (40 i 34%).18

Różnice w aspiracjach edukacyjnych odzwierciedla także poziom wykształcenia rodziców. Osoby o wykształceniu średnim lub podstawowym częściej deklarują możliwość zakończenia edukacji dziecka na poziomie szkoły średniej zawodowej lub technikum niż rodzice z wyższym wykształceniem. Jakkolwiek w ostatnich latach zwiększył się odsetek osób legitymujących się wyższym wykształceniem na wsi, to jednak różnice między miastem a wsią są nadal w tej sferze ogromne.

Przyczyna tak zwanych nożyc oświatowych między wsią a miastem ma swoje źródło nie tylko w obiektywnych przesłankach, takich jak brak odpowiedniej infrastruktury czy trudności finansowe, ale i w sferze mentalnej oraz w niższych aspiracjach edukacyjnych wobec swoich dzieci.

Nie-syzyfowe prace?

29 lipca 2008 r. Rada Ministrów przyjęła „Rządowy program rozwoju edukacji na obszarach wiejskich na lata 2008-2013”. Pieniądze zarówno z budżetu państwa, jak i z unijnego Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki są przeznaczone m.in. na różne formy wychowania przedszkolnego dzieci do lat 5 na wsi. Celem jest sprawienie, aby do 2013 r. 50% dzieci na wsi zostało objętych opieką instytucjonalną. Oprócz tego przewiduje się opracowanie i wdrożenie programów wsparcia małych szkół publicznych i niepublicznych (mikroszkół), prowadzonych przez samorządy i osoby prywatne, upowszechnianie różnych form pomocy psychologiczno-pedagogicznej, w tym poradnictwa zawodowego dla uczniów z obszarów wiejskich, rozwój bazy dydaktycznej szkół i placówek położonych na obszarach wiejskich itp.19

W roku 2010 ukazało się sprawozdanie z realizacji tego programu. Pierwsze efekty można uznać za zadowalające: wzrósł udział dzieci objętych wychowaniem przedszkolnym – z 42,7% w 2008 r. do 48,2% w 2009 r. Poprawiły się wyniki osiągane przez uczniów na koniec szkoły podstawowej i gimnazjum. Zwiększył się odsetek gospodarstw domowych posiadających komputer (z 52,8% w 2007 r. do 68,6% w 2009 r.), więcej rodzin z obszarów wiejskich ma też dostęp do Internetu. Wzrosła również liczba osób z wykształceniem średnim oraz wyższym mieszkających na wsi: w 2009 r. wykształcenie średnie miało 27,3%, natomiast wykształcenie wyższe 8,7% mieszkańców wsi.20

Również liczne organizacje pozarządowe zwracają uwagę na problem nierówności edukacyjnych między miastem a wsią i wdrażają programy o lokalnej lub ogólnokrajowej skali, choć efekty są wciąż niewystarczające, aby można było mówić o wyraźnej poprawie sytuacji.

Jak wyrównać?

Doskonałym przykładem państwa, które dobrze radzi sobie z niwelowaniem nierówności edukacyjnych, jest Finlandia. W kraju tym panuje przeświadczenie, że edukacja na wysokim poziomie nie tylko stymuluje rozwój gospodarki, ale także jest narzędziem zwalczania nierówności społecznych i zwiększania mobilności obywateli.

W Finlandii edukacja jest bezpłatna na każdym poziomie, a do ukończenia przez uczniów 16. roku życia każdy ma prawo do bezpłatnych podręczników, zeszytów, przyborów szkolnych, transportu do szkoły i jednego gorącego posiłku dziennie. Również dodatkowe zajęcia są nieodpłatne. W każdej szkole znajdują się dostępne dla uczniów po lekcjach pracownie internetowe, multimedialne i kserokopiarki. Aby nie tworzyć różnic między poszczególnymi regionami, terytorium całego kraju pokryte jest siecią szkół wyższych. Znajdują się one również w niewielkich miejscowościach, takich jak 40-tysięczne Kajaani czy 60-tysięczne Seinäjoki. Wszyscy uczniowie mają prawo do uzyskania stypendium, dodatku mieszkaniowego lub kredytu gwarantowanego przez państwo. W efekcie badania wskazują, że fińscy uczniowie – którzy osiągają w międzynarodowych testach jedne z najwyższych wyników – nie różnią się znacznie między sobą w zależności od szkoły, jaką ukończyli. Świadczy to o zbliżonej jakości kształcenia w szkołach niezależnie od regionu oraz o niewielkim wpływie różnic wynikających z pochodzenia społeczno-ekonomicznego uczniów.21

Polsce bardzo daleko do Finlandii. Jednak zmiany, jakie przechodzi w ostatnich latach polskie szkolnictwo, wprowadzane programy czy wydłużanie okresu obowiązkowej edukacji przez rozszerzenie go na sześciolatków, stanowią pierwsze kroki ku wyrównywaniu społecznych nierówności edukacyjnych. Konieczne są jednak dalsze działania. Jednym z głównych przedsięwzięć powinno być stworzenie odpowiedniego systemu stypendialnego dla dzieci z rodzin najgorzej sytuowanych, także na wsi. Obecnych problemów w zaspokajaniu potrzeb edukacyjnych nie jest w stanie zniwelować marginalna pomoc ze strony szkoły, jaką uzyskuje niewielka część rodzin uczniów.

Konieczne są też zmiany w infrastrukturze edukacyjnej i kulturalnej, która jest na wsi niewystarczająca, niedofinansowana i niedowartościowana. Wskaźnik skolaryzacji to nie wszystko – liczą się także warunki realizacji obowiązku szkolnego. Niezbędne jest podniesienie poziomu szkół wiejskich, łatwiejszy dostęp do szkół średnich ogólnokształcących i w rezultacie także na studia wyższe. W tym celu należy dążyć do podwyższania atrakcyjności terenów wiejskich, tak by chętniej kierowali się tam wykwalifikowani nauczyciele. Im lepsze wykształcenie będą osiągały dzieci na wsi, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo ich przyszłego bezrobocia, a kolejne pokolenia mieszkańców prowincji otrzymają większą szansę uzyskania odpowiedniego wykształcenia.

Wciąż największe nierówności w polskim systemie edukacyjnym wynikają z różnic społecznych, cywilizacyjnych oraz z miejsca zamieszkania. Szkolnictwo nie poradziło sobie jeszcze z niwelowaniem tego zjawiska. I choć zwiększa się w ostatnich latach ilość mieszkańców wsi, które objęte są opieką przedszkolną czy uzyskują wykształcenie wyższe, to nadal dystans pomiędzy prowincją a miastem w dostępie do edukacji wymaga śmiałych i głębokich rozwiązań systemowych.

Janina Petelczyc

Przypisy:

1. M. Zahorska, Równi, równiejsi i najmniej równi, czyli o społecznych barierach w dostępie do edukacji, „Polityka Społeczna” XXXVI nr 9, 2009 r., s. 52.
2. Ibidem, s. 53.
3. Eurostat: Four-year-olds in education, Participation rate (%). http://epp.eurostat.ec.europa.eu/tgm/table.do?tab=table&init=1&language=en&pcode=tps00053&plugin=1.
4. M. Zahorska, Równi, równiejsi… op. cit., s. 53
5. Ibidem.
6. M. Zahorska, Społeczne nierówności edukacyjne, konferencja 23 kwietnia 2009 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich
7. Ibidem.
8. E. Leś, S. Bernini, Przemiany rodziny w Polsce i we Włoszech i ich implikacje dla polityki rodzinnej, Warszawa 2010 r., s. 258.
9. European Commission, Child poverty and Well-Being in the EU, Current status and way forward, The Social Protection Comittee, Luxemburg 2008.
10. E. Leś, S. Bernini, Przemiany… op. cit., s. 274.
11. I. Grabowska, I, Kotowska, Edukacja, [w:] (red.) J. Czapiński, T. Panek, Diagnoza społeczna 2009 r., s. 89.
12. GUS, Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2009/2010, s. 242.
13. K. Gutkowska, A. Murawska, Dzieci wiejskie – środowiskowe uwarunkowania dostępu do edukacji, „Polityka społeczna”, nr 9/2009 r., s. 22.
14. T. Panek, Kształcenie dzieci, Diagnoza Społeczna 2009, s. 101.
15. K. Gutkowska, A. Murawska, Dzieci wiejskie… op. cit., s. 25.
16. Ibidem.
17. Ibidem, s. 28.
18. T. Panek, Kształcenie… op. cit., s. 101.
19. Rządowy program rozwoju edukacji na obszarach wiejskich na lata 2007-2013.
20. Sprawozdanie z realizacji w 2009 r. Programu rozwoju edukacji na obszarach wiejskich na lata 2008-2013 r., Ministerstwo Edukacji Narodowej, Warszawa 2010, ss. 127-131.
21. W. Woźniak, System edukacyjny jako instrument wyrównywania szans. Przypadek Finlandii, „Polityka Społeczna” nr specjalny – „Wyrównywanie szans”, Warszawa 2008 r., s. 33.

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Stygmaty i schematy

Spędziła Pani trzy lata wśród łodzian dorastających w śródmiejskich bramach, czyli młodzieży określanej jako zagrożona wykluczeniem społecznym.

Anita Gulczyńska: Nie lubię pojęcia „wykluczenie”. O „chłopakach z dzielnicy” – jak siebie nazywają – myślę jako o społecznie wyłączanych albo wyłączających się. Te dzieciaki na jakimś etapie życia minimalizują relacje wychodzące poza świat „swoich”, gdyż nie uzyskują w nich satysfakcjonującego obrazu samych siebie. W ich wyobrażeniach „normals” to osoba niedostępna, której jest łatwiej i która wobec takich jak oni stosuje różne taktyki znieważające, degradujące. Zasadniczą formułą dla tej relacji bywa odrzucenie, wynikające nie z niechęci, lecz raczej z obawy o bycie odrzuconym.

Myślę, że dla postrzegania innych przez tę młodzież fundamentalna jest także jej identyfikacja z „dzielnicą”. O granicach tego świata nie stanowi terytorium, lecz uwspólnienie znaczeń przypisywanych obserwowanym faktom czy działaniom innych, co wyraża się swoistym ujednoliceniem postępowania chłopaków w podobnych kontekstach sytuacyjnych. Ten świat budowany jest poniekąd w opozycji czy wręcz oporze do naszego. „Dzielnica” to świat ludzi, którzy identyfikują się jako wrogowie frajerstwa i policji. Uczestnictwo w nim wiąże się z miejscem zamieszkania, gdzie młody człowiek konstruuje swoją biografię tak, by sprostać społecznym oczekiwaniom i uzyskać satysfakcjonujący status. Jakość obywatelskich przywilejów zależy w tym świecie od tego, ile w obrazie społecznym danej osoby, często konstruowanym przez wiele lat, będzie „nie dającego się”, a ile „lapsa”. Ten, kto się „nie daje”, kto na co dzień umie bronić się przed taktykami degradacji i odrzuca wartości klasy średniej, unika stawania się lapsemczyli słabym. W ten obraz wpisywani jesteśmy także my, co oznacza, że wydajemy się im być trochę lapsami. Nie chciałabym jednak swoją wypowiedzią wpisać się w myślenie deterministyczne. „Chłopakiem z dzielnicy” jest się wtedy, kiedy kontekst działania stanowią „swoi”. W innym kontekście społecznym można sprawnie przyodziewać się w inne szaty.

A wyobrażenia drugiej strony tej relacji? Badania dr. Tomasza Rakowskiego nad światem kulturowym bezrobotnych przełamały wiele negatywnych stereotypów, np. na temat ich roszczeniowości czy niezaradności życiowej. Towarzyszyły Pani podobne odkrycia?

A. G.: Jeśli mówimy o zaradności mieszczącej się w granicach normatywnej poprawności, to pewnie „chłopaki z dzielnicy” za bardzo zaradni nie są. Jeżeli jednak zdefiniujemy ją jako umiejętność twórczego rozwiązywania trudnych problemów, to należy ich uznać za bardzo zaradnych. W ich rodzinach, które nie zawsze są wspierające, dzieją się nieraz sytuacje wymagające od nich olbrzymiej odpowiedzialności, teoretycznie przekraczającej możliwości dziecka, a mimo to potrafią dać sobie z nimi radę. Choć z normatywnego punktu widzenia to są rodziny patologiczne, w wielu z nich jest akceptacja, miłość i zaufanie, które mimo biograficznego obciążenia kreują człowieka wyjątkowo zaradnego.

Dzieciaki są też bardzo twórcze w kontekście materialnej przestrzeni swojego miejsca zamieszkania. Brak wyznaczonych dla nich miejsc powoduje, że kierowane nieograniczonym potencjałem wyobraźni budują w ciemnych podwórkach własne przestrzenie przeżywania dzieciństwa, co wymaga nieprawdopodobnej pomysłowości, zaangażowania i aktywności.

Jakie inne pozytywne wartości można odnaleźć w tym świecie, który wielu kojarzy się przede wszystkim z rozmaitymi patologiami?

A. G.: Myślę, że występują tam te same wartości, co u nas, jakkolwiek formy ich realizacji są zróżnicowane na miarę warunków. Czy wyobraża pan sobie, że nastoletnia koleżanka z podwórka „bierze na siebie” pański akt przestępczy tylko dlatego, że szanuje pana jako starszego kolegę i wie, że jako nieletnia „dostanie za niego” tylko kuratora, a pan, który „ma już kartotekę”, poniósłby większą odpowiedzialność? To chyba najpiękniejszy wyraz solidarności. Oczywiście z normatywnego punktu widzenia można tę formę realizacji solidarności zanegować, nie zmienia to jednak faktu, że w „dzielnicy” znalazłam jednych z najbardziej ciekawych, a nawet wciąż mi bliskich ludzi.

Zewsząd słyszymy frazes, że istotne jest tworzenie dla młodzieży przestrzeni samorealizacji w ramach np. domów kultury.

A. G.: Jestem jak najbardziej za instytucjonalizacją czasu wolnego młodzieży, wpisaną w tradycję pedagogiki społecznej. Nie zawsze odpowiada mi jednak celowość i formy tej instytucjonalizacji. Problem w tym, że lokalne instytucje niekoniecznie rozumieją odmienność kulturową osób, dla których zostały powołane. „Chłopak z dzielnicy” trafia do świetlicy ze skierowania pedagoga albo kuratora, będąc kimś, kto od czwartego roku życia wytrwale buduje sąsiedzką, a potem „uliczną” karierę moralną. Ma poczucie ogromnej pracy nad sobą, co przekłada się na szacunek wobec własnej osoby. Tymczasem niektóre świetlice mają to do siebie, że patrzą na podmiot swojej działalności nie jak na kogoś, kto przychodzi do nich wraz z indywidualną historią, lecz na człowieka, którego trzeba wykorzenić: oduczyć, „wyprasować” i zrobić społecznie piękniejszym, adekwatnym.

Pedagog nie ma szans, jeśli nie będzie prowadził działalności na tyle inkluzywnej, by pozwolić „chłopakowi z dzielnicy” pozostać „chłopakiem z dzielnicy”, oferując jednocześnie wybór innych kontekstów socjalizacji, w których może on osiągnąć satysfakcjonujący obraz siebie, a nie obraz „wykluczonego” czy „potrzebującego pomocy”. Bez tego, tak jak w przypadku badanych przeze mnie chłopaków, instytucje w rodzaju świetlic będą jedynie fragmentarycznie obecne w życiu młodzieży jako miejsca zesłania przez kogoś posiadającego formalną władzę – nigdy nie staną się znaczące w sensie symbolicznym.

Kolejną instytucją, z którą „chłopaki z bram” mają przymusowy kontakt, jest szkoła.

A. G.: Szkoła z założenia służy określonej ideologii, którą jest ideologia normalsów. Dlatego mam wrażenie, że mówimy o jej wymiarze integracyjnym jedynie dla spokoju sumienia. Jeśli faktycznie posiada ów wymiar, to wyłącznie w zakresie odmienności, których zaakceptowanie niewiele nas kosztuje, jak odmienność fizyczna, postrzegana jako niezawiniona.

Nie chciałabym wypowiadać się o szkolnictwie jako takim, powiem tylko o moich doświadczeniach ze szkołami, z którymi poniekąd współpracowałam, starając się pomagać w nauce „moim” chłopcom. Żeby zrozumieć de facto ekskluzywny charakter szkoły, trzeba znowu spojrzeć z ich perspektywy. Szkoła jest dla nich bytem kulturowo obcym, w którym na dodatek władzę ma mniejszość. Dlaczego mniejszość? Bo szkoła ma charakter lokalny – idąc do niej dzieciaki znowu zabierają cały swój kapitał społeczny, ponieważ budują tożsamość ucznia w kontekście społecznie mieszanym. Oprócz nauczycieli i nowych kolegów spotykają się tam z kolegami z podwórka oraz z chłopakami odnoszącymi się w działaniu do symbolicznego świata „dzielnicy”, ale pochodzącymi z innych sąsiedztw, nierzadko bohaterami legend, społecznych mitów obrazujących postawy oczekiwane w tym świecie. Pracując nad sobą ileś lat w toku socjalizacji dzielnicowej, nie mogą teraz zanegować całego związanego z tym dorobku. Tymczasem szkoła wymaga od nich właśnie tego. Oczekuje podporządkowania się rygorom, które nie pozwalają na zachowanie dobrego obrazu samego siebie w kategoriach znaczeń dzielnicowych. Stąd też szkoła w doświadczeniu moich podopiecznych była instytucją biograficznie nieznaczącą, a wręcz kłopotliwą, z wyjątkiem pojedynczych nauczycieli. Próba rekonstrukcji ich karier szkolnych pozwala mi twierdzić, że stosowane były wobec nich taktyki stygmatyzacji, które zmierzały do swoistej eliminacji „trudniejszych” uczniów z szans czy kontekstów, które pozwalałyby im budować pozytywną karierę moralną poza światem „dzielnicy”.

Nauczyciele zobowiązani są do spełniania określonych oczekiwań, jednak ograniczanie się przez nich do pracy na podłożu autorytetu formalnego prowadzi w nieunikniony sposób do sytuacji konfliktowych z uczniem, który jako „nie dający się” również musi odpowiedzieć w określony sposób. W takim konflikcie zawsze jest dwóch przegranych: nauczyciel jako ten, którego bezsilność komunikacyjna zostaje zdemaskowana (nie będzie przecież mógł doprowadzić do końca swojej odpowiedzi na zniewagę), a z drugiej strony dzieciak, który w skrajnym przypadku może zostać usunięty ze szkoły na skutek wielości sytuacji tego rodzaju. Tymczasem, paradoksalnie, często mu na tej szkole zależy. Niekoniecznie dla siebie – bo często nie rozumie jej znaczenia dla swojego dalszego życia – ale na przykład, jak w przypadku badanych przeze mnie chłopców, dla matki, która w edukacji widzi szansę na lepszą przyszłość.

Kim byli nauczyciele, którzy pozostawili pozytywny ślad w pamięci „chłopaków z dzielnicy”?

A. G.: Dwie nauczycielki pojawiały się w bardzo różnych wizerunkach, ale w prawie każdej biografii, co jest najlepszym świadectwem, że były dla chłopaków znaczące. Były to nauczycielki, które negocjowały. Szanowały społecznie budowany wizerunek tego, który jest silny, a trudne sytuacje rozwiązywały w warunkach intymności. Wspomniane nauczycielki fantastycznie, choć być może nieświadomie analizowały rzeczywistość społeczną w kategoriach interakcyjnych. Miały świadomość zmienności tożsamości wraz ze zmianą społecznego kontekstu działania uczniów. Wiedziały, że jeśli uczeń ma publiczność, nie pozwoli im ona dotrzeć do tego, kim ten dzieciak naprawdę jest. Będzie on bowiem grał na zasadach „dzielnicowej” tożsamości społecznej, czyli spełniał oczekiwania publiczności, a nie nauczyciela. Ten ostatni jest w jego życiu ważny tylko kilka godzin dziennie, natomiast koledzy są ważni zawsze, zważywszy choćby na to, że ratują z trudnych sytuacji, np. rodzinnych.

Mowa zatem o pedagogach, którzy szanują odmienność kulturową i potrafią w niej zauważyć przepiękne wątki. Są to nauczyciele, którzy nie zawsze działają zgodnie z wyobrażeniami dyrektora, np. znam takich, którzy pozwalali hersztowi danej klasy palić w łazience, w zamian za co ten pilnował, by młodsi nawet nie zaczęli popalać. Zawierali układ: tracę odrobinę władzy, dostając coś w zamian, szanując tożsamość innego od siebie i nie dążąc do zdominowania go.

Nawet przy najlepszych chęciach szkoła raczej nie wystarczy do skutecznego włączania społecznego grupy, o której mówimy. Jakie są niezbędne elementy pracy z młodzieżą w jej najbliższym otoczeniu?

A. G.: Ciągle jestem na etapie budowania swoich poglądów, zarówno teoretycznych, jak i dotyczących praktyki. Mogę już jednak powiedzieć, że najważniejszą sprawą jest nasza – normalsów – obecność w ich środowisku życia. Obecność niezobowiązująca, w ramach której przyjmujemy postawę osoby pragnącej się czegoś nauczyć i która chce w tej społeczności coś zmienić, ale budując celowość tej zmiany odnosi się do racjonalności jej członków. To zadanie dla pedagoga-etnografa, który rozpoznaje rzeczywistość od znaczeń podstawowych, definiując problemy nie w kategoriach normatywnych, lecz z perspektywy badanych. I kolejno, diagnozując z zaprzyjaźnionymi mieszkańcami sąsiedztwa obszary wymagające naprawy, wspólnie dokonuje zmiany. Mamy tu do czynienia z pracą społeczną rozumianą za Heleną Radlińską (prekursorką pedagogiki społecznej w Polsce) jako zmiana dla celów społecznych, przeprowadzana siłami społecznymi, wrażliwie ujawnianymi i aktywizowanymi przez pedagoga pracującego w danym środowisku.

Drugą zasadę stanowi poszanowanie wewnętrznego zróżnicowania mieszkańców danego sąsiedztwa. Jest we mnie ogromna niezgoda na język, dość popularny również w środowisku naukowym, określający miejsca takie jak to, w którym prowadziłam badania, jako „enklawy biedy”. Efektem ubocznym stosowania tej kategorii jest wyobrażenie ich mieszkańców jako jednolitej zbiorowości, a to są miejsca społecznie zróżnicowane. Spojrzenie etnografa – nie polityka społecznego czy statystyka – pokazuje, że oferta społeczno-pedagogiczna oraz socjalna powinny być dostosowane do różnych naturalnych grup mieszkańców, a nie do reprezentantów określonych problemów społecznych. Myśląc o pracy w środowisku, myślę o zróżnicowaniu jej form ze względu na odmienności pomiędzy tymi grupami w ich codziennych interakcjach. W badanym przez mnie sąsiedztwie była np. grupa matek i babć spotykających się przy wspólnej zabawie dzieci, kilka grup starszych chłopców „wystających pod bramami”, grupy chłopców w wieku szkolnym, którzy aktywnie, acz w sposób nieakceptowany przez większość sąsiadów spędzali czas na podwórkach etc.

Przykładem na zasadność takiego definiowania klientów oferty socjalno-wychowawczej może być jedna ze świetlic, która miała problem z chęcią uczestnictwa dzieci z okolic śródmieścia. Dzieciaki, niezależnie od estetyki wnętrz i bardzo atrakcyjnych zajęć, nie chciały tam przychodzić. Dlaczego? Otóż panie pedagog, które wcześniej wchodziły w rolę pedagogów ulicy pracujących z naturalnymi grupami dzieci podwórkowych, zorganizowały przestrzeń świetlicy dla nich wszystkich, nie biorąc pod uwagę lokalnego rozkładu sympatii i antypatii, w dużej mierze opartego o kryterium kibicowania określonemu klubowi piłkarskiemu. Nieuwzględnienie naturalnej organizacji życia społecznego na tamtym terytorium stało się powodem odrzucenia oferty pedagogicznej.

Kładzie Pani bardzo duży nacisk także na kwestię organizacji przestrzeni sąsiedztwa.

A. G.: To bardzo ważny aspekt pracy w środowisku lokalnym. W etiologii problemów społecznych zwykle zaniedbujemy fakt, że dotykają one osób żyjących w miejscu, na które nie mają wpływu. W przestrzeni śródmiejskich podwórek nie ma wyznaczonych miejsc dla osób reprezentujących różne kategorie wiekowe, np. piaskownic czy boisk dla dzieciaków, bardzo ważnych z rozwojowego punktu widzenia. A jeśli nie ma formalnego podziału przestrzeni, rozpoczynają się negocjacje, w których dzieci i młodzież nie mają szans. Ich rodzice z reguły nie są bowiem właścicielami swoich mieszkań, więc nie należą do wspólnoty mieszkaniowej, a tylko jej członkowie mają realną możliwość podejmowania decyzji dotyczących sąsiedztwa. Tymczasem osób ze świata normalsów, które tam mieszkają tylko do czasu, aż stać je będzie na kupno mieszkania w lepszej dzielnicy, zazwyczaj nie interesują potrzeby tych, którzy są tam od pokoleń i wychowują swoje dzieci.

W takich sytuacjach przydaje się osoba, którą nazwałabym adwokatem lub rzecznikiem społecznym. Ktoś, kto rozumie codzienność mieszkańców sąsiedztwa i pomaga im przeforsować swój punkt widzenia. Bo niestety za brakiem wpływu na własną przestrzeń idą konflikty społeczne, w których znowu przegrywają młodsi i ich rodziny, choćby ze względu na mniejszą sprawność komunikacyjną. Gdy przyjeżdża policja, najchętniej rozmawia z takimi jak my, a rzadziej uwzględnia perspektywę tych, którzy coś tam krzyczą językiem nie do końca przez nią akceptowanym, ujawniającym niski status społeczny w naszym świecie.

Obserwowała Pani bardzo różne postawy dorastającej młodzieży wobec niezaspokojenia jej potrzeb w sąsiedztwie.

A. G.: Jeśli dzieciaki konstruują swoją codzienność w taki sposób, żeby móc sprawdzać się w działaniu, stawać się społecznie rozpoznawalnym oraz po prostu zwyczajnie przeżywać dzieciństwo, a napotykają ciągłą niezgodę na swoją aktywność, to w sposób naturalny muszą sobie jakoś z tym radzić.

Nieprzyjazny architektonicznie charakter ich najbliższego otoczenia próbują sobie kompensować np. malując bramki na garażach sąsiadów czy wieszając nad wejściem do czyjejś komórki imitację kosza, zrobioną samemu lub przez któregoś z rodziców. Bywają to fantastyczne przykłady ujawniania się sił społecznych w miejscach, które postrzega się często jako skupiska osób „roszczeniowych” czy „niezaradnych” – akty działalności społecznej, ale niestety mniejszościowej, więc odrzucane. Oczywiście działania takie rodzą akcje zwrotne w postaci demolowania tych udogodnień czy zgłaszania do administracji zmian, które nie korelują z wolą tych, którzy sprawują władzę w sąsiedztwie. W odpowiedzi dzieciaki przyjmują taktyki obronne, nieraz społecznie nieakceptowane, np. osadzają się w czyichś komórkach, budując sobie „klub”. „Moi” chłopcy skonstruowali sobie nawet wewnętrzny system ogrzewający, ale oczywiście cały ten akt społecznego aktywizmu został odebrany w kategoriach wandalizmu.

Reakcje na postawy aktywne, lecz negatywne w sensie normatywnym, z czasem prowadzą do postaw biernych, wycofywania się czy demolowania sąsiedztwa, a ostatecznie do przeniesienia przestrzeni życiowej do obszaru społecznie bezkolizyjnego: do bramy. Nastoletni chłopcy spędzają całe dnie w bramach nie dlatego, że są niedostosowani społecznie, lecz z tego względu, że nie ma dla nich miejsca w sąsiedztwie. Nie są „dziećmi ulicy”, lecz dzieciakami na ulicy, które znalazły się tam wskutek presji mieszkańców-normalsów.

Ma to dalsze konsekwencje społeczne.

A. G.: Przejście z podwórek do bram powoduje zmianę kontekstu codziennej aktywności i zmianę partnerów interakcji, którymi stają się przechodnie, policja i ci, którzy „stoją na rogach” – mężczyźni, do których pasuje pojęcie, którego tak nie lubię, czyli „wykluczeni społecznie”. To osoby wykluczone podwójnie – bezrobotni, często bezdomni, bo wyrzuceni z domu np. ze względu na alkoholizm, ale wykluczeni również ze społeczności dzielnicy. Są swego rodzaju klakierami, wspierającymi taktykę statusotwórczą chłopaków spod bram, jak i bohaterami lokalnych opowieści o wspólnym mianowniku – upadku moralnym.

Kolejną kwestią jest odbiór przez społeczeństwo. Brama jest miejscem granicznym i samo wystawanie pod nią jest faktem naznaczającym: ci, którzy ją okupują, są automatycznie podejrzani, a wobec podejrzanych stosuje się określone taktyki weryfikujące. Ci, którzy definiują ich jako podejrzanych, to my, przechodząc na drugą stronę ulicy, gdy widzimy w bramie grupę młodych chłopców, a także policja. Relacje z policją są bardzo ważnym i zaniedbywanym elementem w próbach zrozumienia etiologii problemów społecznych w kategoriach interakcyjnych. W starych sąsiedztwach policja jest stałym elementem życia mieszkańców, przybywając tam interwencyjnie oraz prewencyjnie. Wizyty prewencyjne oparte są na założeniu, że wystawanie przed bramą rodzi zagrożenie społeczne, stąd też tamtejsza młodzież jest poddawana ciągłej weryfikacji, a nawet „spisywaniu”, co nie jest przecież powszechnym doświadczeniem. Policja stygmatyzuje ich niejako „od zewnątrz”. Co więcej – jak wynika z moich rozmów z policjantami – ma ona za zadanie sprowadzanie tych dzieciaków do podwórek, skąd z kolei wypierają je mieszkańcy taktykami stygmatyzacji „od wewnątrz”. Zresztą sama obecność funkcjonariuszy ma charakter naznaczający. Jeśli mieszkamy w sąsiedztwie, w którym często jest policja, oznacza to, że jesteśmy „podejrzani”.

Brak możliwości kreowania tożsamości innych niż stereotypowe wzmacnia orientację na świat „swoich”: brama staje się miejscem schronienia przed stygmatyzującymi relacjami.

A. G.: Aspekty stygmatyzujące są wzmacniane przez samą młodzież. Brama jest bardzo małym obszarem, więc co można w niej robić? Można obserwować innych i można – a raczej trzeba, gdy jest się razem – kontynuować budowanie kariery moralnej w „dzielnicy” Na małym obszarze mają miejsce działania na tyle twórcze, żeby powodowały przemieszczenia w hierarchii statusów lokalnych. Powoduje to, że aktywność młodych jest bardzo głośna, ekspresyjna, często zewnętrznie oceniana jako wulgarna, obsceniczna. Przeszkadza pozostałym i prowadzi do wtórnego naznaczania.

Wyróżnia Pani dwa typy idealne pracy socjalnej, odmiennie definiujące pole działania oraz zadania pedagoga społecznego.

A. G.: Celem radykalnej pracy społecznej jest w istocie wypracowanie nowego porządku społecznego, transformacja relacji pomiędzy mniejszością i większością. W tym ujęciu źródeł problemów społecznych szuka się nie w jednostkach, lecz w strukturach społecznych, nieadekwatnych do potrzeb zróżnicowanego społeczeństwa. Z kolei tradycyjna praca socjalna wydaje się orientować swoją celowość na poszukiwanie sposobów skutecznej adaptacji – to jednostka musi się dostosować. W tym modelu pomoc we włączaniu społecznym polega na oferowaniu różnego rodzaju zasobów, które mają zwiększyć szanse danej osoby na wyjście z sytuacji trudnej. Przykładem mogą być rozmaite inicjatywy edukacyjne, treningi czy zapomogi.

Jeśli zaś chodzi o działania, które mogą się składać na radykalną pracę społeczną, to odniosę się do swojej praktyki badawczej. W trakcie badań, kiedy ujawniały się nadużycia instytucjonalne wobec „moich” chłopców, w sposób naturalny dla pedagoga społecznego zaczęłam działać, powodowana niezgodą na ten rodzaj relacji. Wśród działań radykalnych w kontekście sąsiedztwa pierwszą sprawą było pełnienie przeze mnie roli adwokata w sytuacjach związanych z „karierą” przestępczą podopiecznych. Byłam świadkiem ich przesłuchań przez policję, które były bardzo ciekawe pod względem badawczym, natomiast bardzo smutne pod względem ludzkim. Sam sposób formułowania pytań za każdym razem ujawniał postrzeganie rozmówcy jako winnego, nawet dowody świadczące o jego niewinności były weryfikowane w sposób potwierdzający narzuconą tożsamość, związaną z dotychczasową historią danego chłopaka. Dobór źródeł dowodów i interpretacja zeznań wydawały się być wtórne wobec założonej definicji sytuacji, a nie być efektem wnikliwego postępowania.

Myślę, że wszędzie tam, gdzie pojawia się ryzyko konfliktu oczekiwań, związanego z odmiennością kultur i nieuprzywilejowaniem jednej z nich, pojawia się potrzeba takiego społecznego rzecznictwa. Dlatego kolejny wymiar obrony pedagogicznej powinna stanowić szkoła, która ma często charakter instytucji nie wspierającej, lecz szybko osądzającej i eliminującej. Istotnym zadaniem byłoby odczarowanie dotychczasowego odbioru społecznego, pokazanie podopiecznego jako osoby, która w kontekście szkolnym funkcjonuje w określony sposób dlatego, że taka, a nie inna jest jej podstawowa identyfikacja kulturowa, a następnie taka jej społeczna reorganizacja, która pozwoli uszanować istniejące różnice. Te dzieciaki nieraz fantastycznie działają w innych kontekstach, ukazując oblicza nieznane w szkole – ich zaprezentowanie jest bardzo ważne.

Kolejny przykład: dzieci często są powodem spotykania się matek, np. w określonych miejscach na podwórkach. Nierzadko są to kobiety, które mają problemy relacyjne ze swoimi mężami czy partnerami, również na tle przemocy. Praca z nimi właśnie w takim naturalnym kontekście, polegająca na obalaniu ich wyobrażeń co do braku możliwości zmiany – również jest formą radykalnego działania społecznego. Bo radykalne działanie to odzyskiwanie kontroli nad własnym życiem i zabieranie władzy tym, którzy na mocy przyzwoleń społecznych mają ją większą.

Punktem wyjścia jest tutaj uświadamianie ludziom systemowego wymiaru ich problemów. Jeśli kobieta nie odchodzi od kogoś, kto sprawia jej ból, gdyż do tej pory zgodnie z ideologią wtłoczoną jej w rodzinie czy ogólnospołecznie była przede wszystkim matką i nie jest plastyczna w sensie edukacyjnym oraz zawodowym – jest to niezbędny pierwszy krok w kierunku zmiany jej położenia. Nie jest winna, nie jest słaba, nie jest złą kucharką, kochanką czy matką, ale tą, która ze względu na ograniczenia strukturalne, jak np. brak mieszkań czy pracy, ma utrudnione wyjście z krzywdzącej ją sytuacji. Takich kobiet jest bardzo wiele; kiedy się spotkają i zrozumieją swoje uwikłania, wówczas mają szansę uzyskać moc, żeby samemu dokonać zmian.

Szczególnie inspirującym nurtem radykalnej pracy społecznej wydaje mi się aktywizacja ludzi do kolektywnej odpowiedzi na dotykające ich problemy, nierówności czy nadużycia.

A. G.: Myślę, że tutaj najbardziej ujawnia się podobieństwo naszych poglądów. Pan myśli o obywatelskości, a ja widzę przyczyny zapobiegające stawaniu się obywatelem już w przestrzeni sąsiedztwa, stąd też działania kolektywne są w niej zdecydowanie bardzo potrzebne. Można zacząć od kwestii demokratycznego dostosowania przestrzeni do potrzeb wszystkich mieszkańców. Budowanie grup, które w sposób komunikatywny okazywałyby sprzeciw wobec niesprawiedliwego podziału przestrzeni, byłoby tutaj początkiem pracy społecznej, prowadzącej do zwiększenia kontroli nad przestrzenią własnego życia i minimalizacji zagrożenia konfliktami. Bo cała ta droga pod bramę i proces stygmatyzacji wewnętrznej i zewnętrznej są efektami braku dostępu do władzy rozumianej jako możliwość współdecydowania o najbliższym otoczeniu. Stąd też rzecznik czy mediator, wchodzący do sąsiedztwa i ujawniający możliwości wpływu na jego przestrzeń oraz pomagający zwerbalizować związane z tym postulaty w sposób oczekiwany przez kulturę tych, którzy podejmują decyzje, zapoczątkowuje jednocześnie działania zorientowane na krzewienie obywatelskości.

To dobry moment, aby zapytać o efekty Pani kilkuletniej radykalnej pracy społecznej z bohaterami Pani badania.

A. G.: Praca kojarzy mi się z działaniem opartym na planie, ewentualnie na antycypacji określonych zagrożeń. Natomiast w moim przypadku miały miejsce raczej spontaniczne interwencje w toku badań, powodowane niezgodą na to, co stopniowo odkrywałam. Jeśli teraz mówię o radykalnej pracy społecznej, to mam na myśli orientację działania, która wydaje mi się znaczącą dla tego rodzaju miejsc i której przykłady nieświadomie proponowałam w trakcie pracy badawczej. Do radykalnego myślenia dorastałam w miarę zagłębiania się w sposób odczuwania rzeczywistości przez tych, których badałam.

Zaczęło się od spacerów z moim bardzo atrakcyjnym psem, który przykuł uwagę sąsiadów i pozwolił otworzyć interesującą przestrzeń komunikacyjną. Był to czas, gdy poszukiwałam tematu doktoratu, myśląc o aktywizacji społeczności osiedla Księży Młyn. Jak się okazało, byłam tam obca i niekoniecznie chciana zarówno przez instytucje, jak i przez mieszkańców. Pomyślałam sobie: gdzie ty tego szukasz, skoro masz to tutaj? I tak się zaczęło: wspólnie spędzany czas, rozmowy i stopniowe generowanie kategorii oddających przeżywanie świata przez bohaterów mojego badania pozwoliło mi rzeczywiście otworzyć się na nich i zżyć z nimi, dlatego gdy widziałam pewne zagrożenia, wówczas reagowałam. To była praca pedagoga ulicy.

Starałam się nawet zinstytucjonalizować pewne działania, z lepszym lub gorszym skutkiem. Rozpoczęłam współpracę z jedną z fundacji, która pomogła mi w organizowaniu wizyt w miejscach poza sąsiedztwem. Pokazywałam im inny świat i inne perspektywy. Byłam jednocześnie świadoma tego, że samo prezentowanie czegoś, co w praktyce codzienności jest dla nich obecnie niedostępne, nic nie znaczy – z przykrością patrzę na te działania pedagogów ulicy, które polegają tylko na tym. Pomyślałam więc o działaniach aktywizujących, które pozwoliłyby innym zobaczyć tych, którzy zawsze stoją w trzecim rzędzie, społecznie niewidzialnych w świecie sukcesu klasy średniej. Chciałam pokazać ich w roli tych, którzy potrafią być twórcami, i w ten sposób doszłam do projektu fotograficznego. Poniekąd przez przypadek, bo miało to być działanie jednej z moich studentek, która ostatecznie się wycofała, w związku z czym to ja zostałam kuratorem wystawy. Wystawy bardzo ciekawej, bo ukazującej świat „dzielnicy” z perspektywy osób, które tam żyją.

Myślę, że udało nam się osiągnąć poziom artystyczny zaprzeczający działaniom wychowawczym, które budzą mój sprzeciw: projektom opartym na oczekiwaniu od biedoty sztuki przez małe „s”. To była prawdziwa wystawa z pozytywnymi recenzjami. Zadbaliśmy, aby nauczyciele fotografii byli najwyższej klasy i żeby jakość artystyczna wydarzenia była równie ważna, jak jakość społeczna. Spotkanie, którego chłopcy byli bohaterami, artystami, pozwoliło zaproszonym – a często byli to przedstawiciele instytucji mających na ich temat określone zdanie – spojrzeć na nich w zupełnie innym świetle. To też jest rodzaj działania radykalnego: przemianowanie wyobrażeń czy wiedzy o drugiej osobie, pozwalające na nowo zdefiniować wzajemne relacje, odkształcając sądy oparte na dość powierzchownej wiedzy.

Potem dzięki sponsorom udało nam się wyjechać na Kielecczyznę na tygodniowy obóz przetrwania, przetrwania przede wszystkim dla mnie [śmiech]. Dla przynajmniej dwóch z tych chłopaków był on pierwszym w życiu wyjazdem poza Łódź. Ogromną przyjemnością było obserwować ich zadziwienie światem poza sąsiedztwem.

Pozostaje kwestia trwałości tego typu interwencji pedagogicznych. Bez wątpienia chłopcy inaczej spojrzeli na rzeczywistość i na samych siebie, jednak po zakończeniu projektu wrócili przecież do bram swoich zaniedbanych kamienic. Czy ich życie zauważalnie zmieniło się na lepsze?

A. G.: Bałam się tego pytania. Nawet żeby się na nie przygotować, gdyż je przewidziałam, spotkałam się z jednym z „moich” chłopaków, który dzisiaj bardzo mi kibicował przed wywiadem – mimo to wciąż nie umiem na nie odpowiedzieć. Nigdy nie ewaluowałam wyników swoich działań, bo nigdy nie uważałam, że tam działam; byłam tam jako człowiek. Gdyby oceniać efekt mojej obecności w kategoriach obiektywnych, robi się smutno: dostaję piękne listy z więzień. Z drugiej strony – także piękne e-maile z zagranicy, co wskazywałoby na to, że radykalna praca społeczna może mieć ogromne znaczenie, skoro po wyjeździe, a więc zmianie warunków strukturyzujących codzienność, taka osoba dobrze sobie radzi.

Nie będę jednak mówiła o wymiarze indywidualnym, bo nie wiem, na ile by sobie tego życzyli uczestnicy moich badań. Jeśli chodzi o wymiar grupowy, pochwalę się tym, co dla mnie było najbardziej znaczące, jednym z najlepszych prezentów i najwspanialszych gratyfikacji, jakie w życiu otrzymałam, mianowicie kartką, którą dostałam po wystawie. Były to przepiękne podziękowania od moich podopiecznych za to, że wreszcie nie byli w tle i w końcu ich było widać, co chyba najpełniej oddaje miejsce tej mniejszości kulturowej w naszym społeczeństwie i jej postrzeganie samej siebie w kontekście naszej kultury. Treść tej kartki jest chyba najlepszym świadectwem efektów mojej pracy. Podobnie jak to, że niektórzy chłopcy wciąż czują się zobowiązanymi do tego, żeby mi relacjonować, co obecnie robią, mają potrzebę, żeby mi się wytłumaczyć. Myślę, że to wskazuje na to, iż działanie proponowane z perspektywy interpretatywnej, a nie normatywnej, powoduje, że pedagog może stać się „znaczącym innym”, a to już bardzo wiele.

Istnieją również wymiary, wciąż poddawane przeze mnie refleksji, które są dla mnie dość bolesne. Najważniejszą chyba kwestią, z której trzeba sobie zdać sprawę będąc pedagogiem w takim środowisku, jest to, że jak powiedział Saint-Exupéry, „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Zastanawiam się często, na ile moja obecność spowodowała oswojenie do świata, który na tym etapie uwikłania w różne zależności i stygmaty nie dawał chłopakom zbyt szerokiego wachlarza możliwości, w tym szans na zbudowanie pozytywnej tożsamości społecznej. W którymś momencie znajomości z najbliższą mi osobą z tychże badań zrozumiałam, że dawanie nadziei ma swoje granice. To był przypadek niesamowicie zdolnego chłopaka, jednak bardzo uwikłanego w życie dzielnicowe. Miał co najmniej trzy upadki i wzloty szkolne, i gdy po raz kolejny rozpoczynaliśmy tworzenie planu poprawy wyników w nauce, ja stosowałam wzmocnienia typu: „Słuchaj, X, uda nam się. Zobacz, zrobiłeś to, to i to, ale poniosłeś za to odpowiedzialność. Teraz możemy zacząć od nowa”, on powiedział: „Anita, stop! Ja już nie mam siły, ja się przez to nie przedrę”. To chyba najlepiej pokazuje niebezpieczeństwa łączące się ze zderzeniem osób z różnych kultur, gdy to zderzenie ma miejsce chyba już zbyt późno i niemożliwa jest zmiana odbioru społecznego jednej z nich, a także jej odbioru samej siebie.

Gdy ich poznałam, chłopcy byli już przez życie bardzo silnie ukształtowani. Stąd też spotkania pedagoga z młodymi z sąsiedztwa powinny się rozpoczynać nie wtedy, gdy najmłodszy z nich ma 14 lat, z których jedenaście spędził w domu dziecka, lecz wtedy, gdy rozpoczynają się ich pierwsze harce, interakcje świadczące o konflikcie oczekiwań z otoczeniem.

Nie wydaje się niestety realne, by na każdych kilka osób wymagających kompleksowych, wieloletnich zabiegów pedagogicznych przypadał osobny specjalista…

A. G.: Żeby ocenić efektywność takich działań, trzeba mieć świadomość kosztów, jakie państwo ponosi z tytułu np. pracy socjalnej z rodziną zagrożoną umieszczeniem dziecka w instytucji opiekuńczej czy utrzymania więźniów.

Proszę zwrócić uwagę, że jedną rodziną zajmuje się często asystent rodziny, pracownik socjalny, kurator i psycholog. Praca w środowisku, która w odróżnieniu od wspomnianych profesji nie jest pracą z indywidualnym przypadkiem, wydaje się w ostatecznym rozrachunku tańsza. Można pomyśleć o tym, by strukturyzować pracę służb społecznych nie pod kątem jednostek typu rodzina, ale takich jak sąsiedztwo, z uwzględnieniem jego społecznie definiowanych granic. Czy nie bardziej efektywne będzie umieszczenie na stałe dwóch pedagogów w sąsiedztwie, którzy dzięki temu, że odkryją jego specyfikę, będą w stanie przewidzieć dalszy bieg określonych wydarzeń, co zapobiegnie ich rozwojowi do społecznie bardzo kosztownego punktu?

Jednak radykalne działania bardzo często pokazują dysfunkcyjność instytucji powołanych do pomocy ludziom – i być może stąd się bierze dość duży opór przed myśleniem w tych kategoriach. Kolejną sprawą jest trudność wyobrażenia sobie miejsca takiego radykalnie zorientowanego pracownika społecznego w strukturze zawodów społecznych, które najczęściej łączone są z sektorem publicznym. To ogromne zadanie dla organizacji pozarządowych. Ich misją jest właśnie aktywizacja i pomoc ludziom, których potrzeby nie zawsze są właściwie rozpoznane przez instytucje.

Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 22 lipca 2011 r.

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Między edukacją a pomocą społeczną

Jeśli chcemy skutecznie i trwale przeciwdziałać wykluczeniu edukacyjnemu dzieci i młodzieży, musimy zidentyfikować i eliminować bariery, na jakie natrafiają one poza szkołą – w środowisku lokalnym, w rodzinie itp. Takimi uwarunkowaniami rozwoju zajmuje się pedagogika społeczna. Natomiast sposobem przezwyciężania wspomnianych problemów może być edukacja środowiskowa.

Kto, komu, gdzie, jak, po co

Jak wynika np. z badań Anny Karpińskiej, to właśnie czynniki środowiskowe są najczęstszą przyczyną szkolnych niepowodzeń. Środowiskowa edukacja powinna więc oddziaływać nie tylko na same dzieci w pozaszkolnym otoczeniu, ale także na to otoczenie. Tak, jak trudno pomóc jednostce, gdy najbliższa rodzina jest dotknięta dysfunkcją i patologią, podobnie trudno zmienić sytuację rodziny, jeśli bez zmian pozostaną realia jej bytowania. Dotyczy to szczególnie rodzin żyjących w enklawach biedy. W takich sytuacjach potrzebne są – wywodzące się z tradycji anglosaskiej – strategie upodmiotowienia (empowerment) i rozwoju społeczności (community development).

Szeroko adresowana edukacja środowiskowa może nie tylko wspomaga

system edukacyjny, ale także zostać wykorzystana przez instytucje pomocy społecznej do realizacji ich celów. Jeśli pomoc ma faktycznie wspierać w przezwyciężaniu trudnych sytuacji życiowych, a nie tylko łagodzić sytuację materialną najuboższych (choć i to jest potrzebne), niezbędne jest oddziaływanie na wzorce postępowania i integrowanie ludzi ze społecznością. Temu właśnie służy edukacja środowiskowa.

Pojawia się pytanie, czy taka edukacja powinna służyć socjalizacji do norm dominujących w społeczeństwie (funkcja adaptacyjna), czy też przygotować do zmiany rzeczywistości (funkcja emancypacyjna). Wybitna specjalistka ds. pedagogiki społecznej, Helena Radlińska, twierdziła, że celem jest przekształcenie środowiska siłami środowiska w imię ideału. Cel był więc raczej emancypacyjny niż adaptacyjny. Podobnie było w przypadku działalności i opinii brazylijskiego pedagoga Paolo Freire (1921-97). Jego metody wsparcia biednej i dotkniętej analfabetyzmem ludności Brazylii polegały na jednoczesnym uczeniu podstawowych umiejętności oraz uświadamianiu im wyzysku i nędzy, co miało prowadzić do zmiany systemu społecznego.

Pozostawiając dylemat „Ile adaptacji – ile emancypacji?” – nota bene zasadniczy dla refleksji nad funkcjami edukacji w ogóle – jako kwestię otwartą, można powiedzieć, że edukacja środowiskowa nawet jeśli tylko poprawi sytuację jednostek i grup w ramach istniejących stosunków społecznych, jest czymś wartym podjęcia. Poza tym już samo włączenie grup zmarginalizowanych do głównego nurtu życia stanowi istotną zmianę społeczną.

Na pomoc pomocy

Nie ma powodu, żeby na obecnym poziomie rozwoju pomoc społeczna sprowadzała się wyłącznie do zaspokojenia elementarnych potrzeb, jak odzież, żywność czy dach nad głową. Powinna jednocześnie oddziaływać na zdolność tych ludzi do przezwyciężania swoich problemów oraz na chęć wspólnoty lokalnej, by wspierała ich w tym procesie. Potencjał takich działań można wykształcić właśnie za pomocą edukacji środowiskowej. Czy jednak instytucje pomocy społecznej są do tego przygotowane? Czy mają odpowiednie zasoby kadrowe, prawne, finansowe i czasowe?

Dotychczasowa sytuacja nie napawa zbytnim optymizmem. Badania pokazują, że pomoc społeczna boryka się z wieloma ograniczeniami w tym względzie. Jak pisze prof. Mirosław Grewiński, Oprócz deficytu usług społecznych polska pomoc społeczna boryka się cały czas z deficytem pracy socjalnej i środowiskowej. W dalszym ciągu brakuje pracowników socjalnych, nie jest przestrzegana w wielu gminach ustawowa norma 1 pracownik na 2000 mieszkańców. Wielu pracowników socjalnych nie ma odpowiedniej ilości czasu, aby zajmować się pracą socjalną i środowiskową, gdyż są przeciążeni biurokracją i koniecznością prowadzenia szczegółowej dokumentacji sprawozdawczej. Problemem polskich publicznych instytucji pomocy społecznej jest brak rozróżnienia na „terenowych” (środowiskowych) pracowników socjalnych i pracowników administracyjnych, zajmujących się prowadzeniem dokumentacji.1

Z badań, które przeprowadzono wśród pracowników socjalnych z województw łódzkiego i mazowieckiego wynika też, że ponad połowa uznała, iż z powodu innych obowiązków nie ma czasu na pracę socjalną, a ponad połowa nie czuje się bezpiecznie idąc w teren do środowisk trudnych.2 Już tylko te wyniki pozwalają wychwycić bariery dla środowiskowej pracy socjalnej, w tym takiej, która wykorzystywałaby doświadczenia pedagogiki społecznej.

Potwierdzają to wypowiedzi pracowników, z którymi rozmawiałem. Marcin Semeniuk z warszawskiego Ośrodka Pomocy Społecznej Praga Północ wskazuje, że choć pracownicy wychodzą w teren, często osobisty kontakt z klientem w jego środowisku sprowadza się do wywiadu środowiskowego czy interwencji dopiero, gdy pojawił się jakiś problem. Ograniczone są natomiast możliwości długofalowej, kompleksowej pracy socjalnej. Efektem jest to, że pracownicy socjalni są często postrzegani jako organ kontroli, a nie ktoś, kto może i ma za zadanie pomóc w przezwyciężaniu kłopotów. Mój rozmówca wskazuje, że już sama ustawa o pomocy społecznej pozycjonuje priorytety. W pierwszej kolejności mówi się w niej bowiem o pomocy pieniężnej, a dopiero później o pracy socjalnej.

Z Unią można więcej

Tak wyglądają realia pracy socjalnej w ogóle, a przecież praca socjalna z wykorzystaniem pedagogiki społecznej jest formą szczególnie wymagającą czasu i odpowiedniego przygotowania. Czyli szczególnie trudną do realizacji w obecnych warunkach.

Aleksandra Marczak, współpracująca ze wspomnianym p. Marcinem, wskazuje, że w codziennej pracy nie praktykuje się edukacji środowiskowej. Wyjaśnia natomiast, że udaje się podejmować takie działania w ramach projektów, w których uczestniczy OPS. Jednym z nich jest współfinansowany z Europejskiego Funduszu Społecznego projekt „Z rodziną mogę więcej”. Działania te adresowane są do osób z rodzin dotkniętych bezrobociem, ubóstwem, bezradnością w sprawach opiekuńczych lub borykających się z innymi problemami.

Jak czytamy w opisie projektu, Niezmiernie ważnym elementem pomocy jest Klub Samopomocy Rodzinie. Klub ten ma być przyjaznym, bezpiecznym miejscem dla rodziny. Miejscem, w którym w godzinach popołudniowych dzieci i młodzież otrzymują m.in. pomoc w nauce, mają dostęp do Internetu, telewizora. W razie potrzeby mogą liczyć na ciepłą herbatę i kanapkę. Do zorganizowania pracy w Klubie zatrudniony zostanie animator klubu. Osoby dorosłe będą mogły szukać tutaj informacji o pracy, uczyć się prawidłowego sposobu zaspokojenia potrzeb w rodzinie, np. współudziału w odrabianiu lekcji, organizowaniu wspólnych sposobów spędzania czasu z dzieci itp.

Pani Mariola Wąsowicz, współkoordynator projektu, oprowadziła mnie po klubie. Gdy rozmawialiśmy w jej biurze za przeszkloną ścianą, w czystej, jasnej i przyjaznej Sali odbywały się warsztaty psychoterapeutyczne, w których uczestniczyła grupa osób, głównie młodzieży. Zdaniem mojej rozmówczyni, zatrudnienie przy takim projekcie jest dla pracownika bardzo korzystne, gdyż w odróżnieniu od zwykłej pracy w ośrodku, w dużej mierze polegającej na zajmowaniu się dokumentacją, tutaj istnieją możliwości prowadzenia faktycznej pracy socjalnej i aktywizacji podopiecznych – zarówno edukacyjnej, jak i zawodowej.

Jest tylko jeden problem. Projekty finansowane ze środków unijnych wkrótce wygasną. Trudno więc uznać je za systemowe rozwiązanie problemów polskiej pomocy społecznej. W ostatnim czasie powstała jednak w polskim prawie instytucja, która poniekąd może odpowiadać na to zapotrzebowanie – asystent rodzinny. Przyjęta niedawno ustawa o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej nakłada na gminy obowiązek zatrudnienia asystenta, który pracowałby z rodziną dysfunkcyjną w sferze wychowawczej.

Wyrównywanie poza szkołą

Wykluczenie edukacyjne dotyka polskich dzieci na różne sposoby, szczególnie te z rodzin ubogich. Środowisko i jego realia mocno rzutują na szanse edukacyjne dziecka.

Co więcej, współcześnie różnice zakorzenione w środowisku życia są powiększane przez fakt, że w rodzinach zasobnych w kapitał kulturowy i materialny istnieje statystycznie większa skłonność (za sprawą innego poziomu aspiracji) i przede wszystkim zdolność do zapisywania dzieci na korepetycje czy rozmaite kursy i zajęcia. Tam dzieci zdobywają nie tylko wiedzę, ale także obycie ułatwiające przyswajanie dalszej wiedzy. Istotna jest nie tylko edukacja szkolna, ale także to, co dzieje się poza takimi placówkami.

W obliczu takich zjawisk, jak rozwinięty rynek płatnych korepetycji, tym bardziej na wagę złota są środowiskowe działania kompensacyjne, skierowane do dzieci z uboższych rodzin. Czy Ośrodki Pomocy Społecznej, a więc główna instytucja służąca wsparciu rodzin z problemami finansowymi i innymi, partycypuje choćby pośrednio w zapewnieniu dzieciom wsparcia pozaszkolnego? Praktyka – przynajmniej jeśli chodzi o stołeczne OPS-y – pokazuje, że część z nich podejmuje pewne działania w tym kierunku. We wspomnianym OPS Praga Północ p. Marcin zajął się koordynacją wolontariatu, tyle że jest to efekt jego inwencji i dodatkowego, społecznego zaangażowania. Ośrodki bowiem nie mają ustawowego obowiązku zajmowania się takimi kwestiami.

Choć bazując na własnym doświadczeniu dostrzegam korzyści wolontariatu prowadzonego właśnie za pośrednictwem tego typu instytucji, uważam, że należy mieć świadomość licznych, nieraz wręcz technicznych barier. Jedną z nich jest brak przestrzeni, w której takie zajęcia mogłyby się odbywać. Gdy zaczynałem pracę z pierwszą uczennicą, p. Marcin, koordynując moje działania, stwierdził, iż środowisko zamieszkania dziecka jest na tyle niebezpieczne, że nie wchodzi w grę, abym uczył ją w domu. Wymyśliliśmy więc, że zajęcia będą odbywały się salce Domu Samotnej Matki, który jest instytucjonalnie związany z tymże OPS-em. Wiele placówek nie ma podobnych możliwości, choć bywają takie, które dysponują większą liczbą pomieszczeń. W takich sytuacjach chodzi nie tylko o ewentualne bezpieczeństwo wolontariusza, lecz także o bezpieczeństwo dziecka. Wszak wolontariusze nie przechodzą gruntownej selekcji, często nie mają też przygotowania fachowego. Możliwość formalizacji i pewnej kontroli jest więc zaletą prowadzenia działań edukacyjnych właśnie pod egidą placówki publicznej pomocy społecznej.

Znaczenie odpowiedniej przestrzeni warto pokreślić, gdyż z powodu deficytów w tej materii upadła niejedna inicjatywa. Pan Marcin swego czasu planował powołać – wzorem innych ośrodków – pogotowie edukacyjne. W określonych godzinach w danym miejscu dyżurowałby pracownik z wolontariuszami, a dzieci mogłyby ze swoimi zadaniami i problemami szkolnymi zasięgnąć pomocy. Pomysł upadł m.in. dlatego, że nie udało się wygospodarować odpowiedniego pomieszczenia. Przy czym odpowiednie miejsce to nie tylko metraż, lecz także np. otoczenie społeczne i akustyczne. Podczas moich zajęć w Domu Samotnej Matki dobiegające zza cienkich ścian głosy, a także obecność wbiegających do sali dzieci, bardzo często prowadziły do dekoncentracji ucznia i utrudniały naukę.

Trafić do potrzebujących

Podstawową korzyścią związaną z organizowaniem przez MOPS zajęć pozaszkolnych jest to, że instytucja dysponuje udokumentowaną wiedzą na temat rodzin z problemami materialnymi i pozamaterialnym. Dzięki temu możliwy jest w miarę sprawny sposób identyfikacji potrzeb i przyporządkowania ich do określonych form pomocy.

Mechanizm naboru adresatów wsparcia to kwestia zasadnicza. Przekonałem się o tym, gdy przed laty stawiałem pierwsze kroki na polu kompensacyjnej edukacji pozaszkolnej. Wówczas nie pomyślałem o MOPS, lecz poszedłem z grupą przyjaciół do szkoły. Udało się przy pomocy szkolnego katechety wygospodarować salkę w parafii. Głównym zaś sposobem przyciągania uczniów do darmowej edukacyjnej oferty było informowanie o niej przez księdza podczas parafialnych ogłoszeń oraz rozwieszenie ulotek w szkole. Efekt: nie przychodziły osoby wykluczone czy mające szczególne problemy w nauce, lecz takie, których rodzice chcieli dopilnować przy odrabianiu lekcji w sobotnie przedpołudnie.

Tamte, prowadzone przez rok działania nie były zupełnie bezowocne, lecz nie spełniły zasadniczego celu. Natomiast gdy skierowanie dzieci na dodatkowe zajęcia kompensacyjne odbywa się za pośrednictwem pracowników MOPS-u, którzy są zorientowani w ich sytuacji, mechanizm wyłonienia potrzebujących może zadziałać bardziej efektywnie.

Jest jednak i druga strona medalu. Nie wszystkie dzieci wymagające wsparcia są klientami pomocy społecznej. Ba, nie są nimi nawet wszystkie dzieci ewidentnie ubogie. Próg dochodowy, uprawniający do finansowego wsparcia w ramach pomocy społecznej, ustanowiono na bardzo niskim poziomie, a kolejne rządy nie podwyższały go. Efektem jest sytuacja, w której w 2011 r. ów próg jest niższy od kwoty zapewniającej minimalny poziom egzystencji, obliczanej przez ekspertów Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Wskutek takiej polityki część rodzin potrzebujących znajduje się poza systemem wsparcia, a więc potrzeby wychowujących się w nich dzieci umykają wiedzy i dokumentacji pracowników socjalnych. A przecież już samo ubóstwo, nawet jeśli w parze z nim nie idzie wykluczenie w innych wymiarach, sprawia, że dzieci nie mogą sobie pozwolić na pomoce naukowe, nie mówiąc o korepetycjach.

W stronę pracy środowiskowej

Wydaje się, że drogą do przełamania powyższego problemu jest wyjście pracowników ku środowisku. Czy oni sami jednak również widzą taką potrzebę?

Ciekawe wnioski przynoszą badania przeprowadzone przez Instytut Spraw Publicznych na dużej próbie pracowników socjalnych z OPS-ów, Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie oraz placówek specjalistycznych. Jak pisze dr Marek Rymsza, najbardziej pozytywną konstatacją z przeprowadzonego badania jest to, że polscy pracownicy socjalni postrzegają działania aktywizujące jako działania środowiskowe. […] To właśnie praca ze środowiskiem lokalnym, nie zaś klinicystyczna praca socjalna, wzorowana na amerykańskich doświadczeniach opartych na psychoterapii i psychoanalizie, ma w Polsce jak się wydaje – największy potencjał […] Pracownicy socjalni wolą […] wyjść w teren do ludzi, pracować w środowisku, nie gabinecie. Jest więc wśród nich otwarcie na nowe środowiskowe role zawodowe.3

Jakie to mogą być role? W innej części raportu wyszczególniono kilka:

  • Tzw. edukator – zorientowany na rozwiązanie problemów i zadaniową pracę socjalną. Pracuje z osobami niezaradnymi życiowo nad problemami, z którymi się one zgłaszają, wspiera w poszukiwaniu i realizowaniu rozwiązań. Jego podopieczni tą drogą nabywają kompetencje życiowe i społeczne.
  • Menedżer przypadku – osoba pracująca z rodzinami o wielu problemach i dysfunkcjach. Określa katalog potrzeb, ma stały kontakt z osobami potrzebującymi pomocy i w razie czego interweniuje, jeśli plan nie jest realizowany.
  • Animator społeczny – pracuje z członkami danej społeczności, pomagając im się organizować i współpracować w zakresie rozwiązywania lokalnych problemów.
  • Organizator sieci społecznych – praca na rzecz wspólnoty poprzez budowanie więzi między członkami, grupami i instytucjami, by ze sobą współdziałały.
  • Lokalne planowanie społeczne – praca dla społeczności, polegająca na zbieraniu i analizie danych w kwestii potrzeb i problemów, a także na planowaniu i projektowaniu sposobów ich rozwiązywania.

Czy już dziś role te są praktykowane? Pytani o to pracownicy socjalni nieraz odpowiadali twierdząco, aczkolwiek analizujący tę część badań dr Tomasz Kaźmierczaknieco sceptycznie odnosi się do wyników. Pisze on, iż Bardzo wysoki procent deklaracji wykonywania czynności takich (lub podobnych) jak opisane w charakterystyce ról, zwłaszcza w wypadku edukatora i menedżera przypadku, nie oznacza, że role te profesjonalnie […] są w rzeczywistości odgrywane – wyniki te pokazują raczej, że idee zawarte w opisach ról są bliskie pracownikom socjalnym, że mają oni poczucie konieczności częstego wprowadzania ich w życie.4

Wspomniany roboczy podział nowych ról pracowników socjalnych pokazuje, jak szeroka jest paleta możliwych działań na rzecz społeczności. Jest to kierunek, który należy wspierać z uwagi zarówno na potrzeby społeczności, takie jak budowanie więzi czy wspólne rozwiązywanie problemów, jak również ze względu na wizerunek służb społecznych. Zaufanie do służb publicznych, w tym pomocy społecznej, może mieć istotne znaczenie w procesie tworzenia bezpieczeństwa socjalnego. Od tego zależy m.in. skłonność obywateli do zwracania się do tych instytucji, gdy pojawi się jakiś problem życiowy, nie zaś dopiero gdy jest on już w krańcowym stadium i bardzo trudno go przezwyciężyć. Pracownicy socjalni zaś mogliby zdobyć rzetelniejszą wiedzę na temat procesów zachodzących w danej społeczności, a dzięki temu lepiej adresować wsparcie.

Chodzi o to, aby pracownicy pozyskiwali wiedzę na temat środowiska społecznego oraz sami temu środowisku przekazywali wiedzę i umiejętności w określonym zakresie, a więc prowadzili swoistą edukację środowiskową. Może to być wiedza zarówno na temat sposobów rozwiązywania życiowych problemów (w obecnej sytuacji byłoby to trudne, gdyż pracownicy nie zawsze są wystarczająco przeszkoleni w tym celu), jak i wiedza na temat innych, specjalistycznych instytucji, do których można się zwrócić w poszczególnych przypadkach.

Nie chodzi tylko o instytucje w ramach publicznej pomocy społecznej, ale także na przykład o inicjatywy, które odpowiadają na określone potrzeby socjalne i edukacyjne. Dla przykładu, jeśli mówimy o działaniach socjalizacyjno-wychowawczych, na Pradze Północ działa sporo świetlic socjoterapeutycznych. Pracownicy MOPS zapewne mają ograniczone możliwości, aby pełnić funkcje socjoterapeutyczne, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby uzyskali wiedzę na temat zasad działania tych świetlic i ich rozmieszczenia, którą mogliby przekazać potrzebującym.

Instytucje w społecznym środowisku

W scenariuszu nakreślonym wyżej widać szansę zasypania przepaści między tym, co instytucjonalne a tym, co środowiskowe. Przepaść ta wydaje się w polskim myśleniu i praktyce życia zbiorowego bardzo głęboka. Ma to oczywiście pewne uzasadnienia historyczne, ale spoglądając w przyszłość, a także próbując się zmierzyć z teraźniejszymi problemami, wydaje się, że nie we wszystkich sferach jest to zjawisko korzystne. Pomoc społeczna to jedna ze sfer, gdzie zatarcie podziałów między porządkiem instytucji a dynamiką życia społecznego byłoby szczególnie potrzebne.

Podobnie zatarciu powinna stopniowo ulec granica między pracą socjalną a pedagogiką społeczną. Przedstawiciele służb społecznych muszą stawiać sobie coraz bardziej edukacyjne cele i w tym procesie sami podlegać dalszemu przekwalifikowywaniu, by sprostać zadaniu. Tego typu działalność wymaga znacznie bardziej złożonych kompetencji niż działania transferowo-osłonowe.

Trzeba jednak pamiętać, że warunkiem ewentualnej zmiany nie może być wyłącznie zmiana paradygmatu. Konieczne jest także zapewnienie odpowiednich środków finansowych i umiejętne ich rozdysponowanie. W sytuacji, w której w wielu gminach łamie się ustawową normę liczby pracowników socjalnych, bardzo trudno jest im – nawet przy odpowiednich kwalifikacjach i chęciach – skutecznie uczyć sposobów rozwiązywania problemów życiowych, zawodowych czy rodzinnych.

Warto przeznaczyć na to środki, gdyż przy pomocy opisanych działań realne stanie się zmierzanie ku społeczeństwu świadomemu swoich praw i możliwości ich realizacji. Instytucje pomocy społecznej – zwłaszcza partycypując pośrednio lub bezpośrednio w edukacji środowiskowej – mogą, a właściwie powinny sprawić, że w tym bardziej samoświadomym społeczeństwie będą mieli szanse odnaleźć się także jego najsłabsi członkowie.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1. M. Grewiński, Od administrowania do zarządzania usługami społecznymi [w:] M. Grewiński, B. Skrzypczak (red.), Środowiskowe usługi społeczne – nowa pespektywa polityki i pedagogiki społecznej, Warszawa 2011, s. 32.
2. ibidem.
3. M. Rymsza (red.), Czy podejście aktywizujące ma szansę? Pracownicy socjalni i praca socjalna w Polsce 20 lat po reformie systemu pomocy społecznej,Warszawa 2011, s. 251.
4. T. Kaźmierczak, Pracownicy socjalni wobec nowych ról zawodowych [w:] M. Rymsza (red.), Czy podejście aktywizujące… op. cit., s. 163.

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Radio-aktywni

Społecznościowe rozgłośnie stanowią nie tylko alternatywę programową dla stacji komercyjnych. Bywają jednocześnie wspaniałymi szkołami aktywności, demokracji i samopomocy.

Radio Swoboda

Wśród stacji, które opierają się na bezpłatnej pracy, a mimo to utrzymują wysoki poziom i różnorodność audycji, przeważają rozgłośnie akademickie. Okazuje się, że dla wielu młodych ludzi satysfakcja z współtworzenia radia stanowi wystarczającą zapłatę. – Przychodzą do nas głównie zapaleńcy, którzy się na czymś świetnie znają i nie wytrzymają, jeśli nie podzielą się tym z innymi – śmieje się Agnieszka Wasilczyk-Kryger, redaktorka programowa Radia Afera, należącego do Politechniki Poznańskiej. Brak warsztatu nie przekreśla szans na zostanie członkiem zespołu. – Wymagamy pomysłów i osobowości, a nie umiejętności. Mamy bowiem ambicję, żeby trafiających do nas ludzi nauczyć dziennikarstwa, prezenterstwa czy realizacji dźwięku, w zależności od indywidualnych predyspozycji.

Otwartość na przeróżne tematy i na każdego kandydata na radiowca sprawiają, że studenckie anteny pełne są oryginalnych audycji autorskich. Teatr, amerykańskie komiksy, piosenka turystyczna, niezależna scena muzyczna czasów PRL-u – to tylko kilka przykładowych tematów. Aleksandra Dulas, związana ze Studenckim Radiem „Żak” Politechniki Łódzkiej od wczesnych lat 90., podaje przykład prowadzonych przez siebie programów o działaczach społecznych: Cały czas nie bardzo widzę miejsce dla takich audycji w jakiejkolwiek innej rozgłośni. Grzegorz Długoszewski, redaktor naczelny wspomnianego radia w latach 2007-2009, zapewnia: Są stacje, które się troszkę wyróżniają na radiowej mapie Polski, ale mimo wszystko ich programy są bardzo uładzone, nie ma tam miejsca na żadne ekstrema. U nas można tych ekstremów posłuchać, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i poruszane tematy. Dyrektor naczelna Akademickiego Radia LUZ z Wrocławia, Malwina Marszałek, dodaje: Nie oglądamy się na to, że np. muzyka metalowa powinna być puszczana późno w nocy, bo słucha jej niewielka część społeczeństwa. U nas można ją usłyszeć o godzinie 21.00.

Wszystko to nie byłoby możliwe w przypadku „zwykłych” stacji, dążących do maksymalizacji zysku z reklam. – My możemy sobie pozwolić na robienie rzeczy, które spodobają się pięciu osobom, ale jest szansa, że zmienią ich świat – wyjaśnia redaktorka programowa Afery. Ta filozofia przenika nawet serwisy informacyjne, w których usłyszeć można np. oferty pracy dla studentów i absolwentów czy wiadomości ze świata sportu akademickiego.

Co więcej, niezależność od wielkich pieniędzy i wielkiej polityki pozwala swobodniej podejmować tematykę społeczną, np. prezentować szersze spektrum poglądów. – Przedstawiciele środowisk bardziej radykalnych w innych mediach rzadko kiedy mogą powiedzieć coś od siebie. U nas np. anarchiści mieli własny program – podkreśla Agnieszka Wasilczyk-Kryger. Siłą niezależnych radiowców jest także wolność od rutyny. – Myślę, że po wywiadzie dla „Żaka” niektórzy politycy czuli się jak oblani wiadrem zimnej wody. Byli przyzwyczajeni do dziennikarzy, którzy zadają jedno pytanie, nagrywają trzyminutową wypowiedź i na tym kończą, tymczasem tutaj rozmawiali z ludźmi, którzy choć są młodzi, doskonale znali się na temacie i niemiłosiernie go drążyli – mówi Katarzyna Kraska, redaktor rozgłośni ds. programowych. Również Aleksandra Dulas, która bywa zapraszana do innych stacji jako gość, zaręcza, że „Żak” pozostaje szkołą dobrego dziennikarstwa. – Mam poczucie, że musimy być bardziej profesjonalni właśnie dlatego, że nie jesteśmy zawodowcami.

Mówiąc o profesjonalizmie „młodzieżowych” rozgłośni warto wspomnieć, że LUZ miał korespondentów m.in. z ogłaszającego niepodległość Kosowa, a dziennikarka stacji, Katarzyna Nieciecka, została za reportaż „Pełnosprawny student” nominowana do prestiżowej nagrody Grand Press.

Na tych samych falach

Alternatywna radiofonia to nie tylko niesztampowe audycje – to także społeczności, w których zaciera się granica między twórcą a odbiorcą.Ci, którzy siedzą u nas za mikrofonami i ci, którzy nas słuchają, to tak naprawdę tacy sami ludzie. Dzięki temu możemy nawiązać głębsze porozumienie. Nie głosimy prawd objawionych. Mamy takie samo prawo dowiadywać się wszystkiego o świecie na bieżąco, dyskutować ze słuchaczami, weryfikować własne poglądy – mówi red. Wasilczyk-Kryger, której radio współtworzy aktualnie ok. 200 osób.

Nieraz byłem świadkiem sytuacji, gdy wierny słuchacz wpadł zobaczyć, jak program wygląda od środka – i już został. To raczej nie jest powszechne w innych stacjach – zauważa Długoszewski. – Między słuchaczami a prowadzącymi audycje nawiązują się przyjaźnie, które przenoszą się do świata poza anteną – uzupełnia Iza Kwiatkowska, która słuchaczom „Żaka” prezentuje S.P.A.M., Subiektywny Polski Alfabet Muzyczny. Z kolei Aleksandra Dulas podkreśla, że każdy żakowiec osobiście dbao słuchalność własnej audycji wśród ludzi, którzy mogą być nią zainteresowani.

Unikalny przykład twórczego zaangażowania słuchaczy w życie rozgłośni stanowi internetowe Radio Wnet, założone przez Krzysztofa Skowrońskiego wraz z przyjaciółmi z Trójki, którzy odeszli z niej po jego zwolnieniu. Choć w odróżnieniu od stacji studenckich ma charakter profesjonalny, jest otwarte na początkujących. Najzdolniejsi z nich – absolwenci Akademii Radia Wnet, gdzie zawodowcy dzielą się z amatorami swoją wiedzą i doświadczeniem – mają możliwość prowadzenia na jego falach własnych audycji w ramach tzw. Wolnej Anteny. – Sprawia mi ogromną radość odkrywanie wielu samorodnych talentów radiowych. W radiu publicznym spotykałam głównie klony wybitnych dziennikarzy. Tu atmosfera otwartości i wsparcia dla stawiających pierwsze kroki sprzyja rozwojowi medialnych osobowości – cieszy się Monika Wasowska, która wraz z mężem Grzegorzem, również doświadczonym radiowcem, stanowi jedną z sił napędowych stacji.

Podkreśla ona, że rozgłośnia stopniowo przekształca się w multimedialny portal społecznościowy, co od początku było jednym z założeń przedsięwzięcia. – Słuchacze i „portalowicze”, czyli republikanie – współtworzą Radio Wnet w większym stopniu niż redakcja. Wystarczy prześledzić ramówkę, gdzie Wolna Antena dominuje. Widać to także na stronie internetowej, gdzie ponad połowa publikacji jest autorstwa republikanów.

Lata z radiem

Społeczna praca w alternatywnych rozgłośniach owocuje nie tylko indywidualnymi przyjaźniami – wyjątkowo trwałymi, jak zapewniają radiowcy o długim stażu – ale także więziami wspólnotowymi. Szczególnie dobrze widać to w łódzkim „Żaku”. Wszyscy moi rozmówcy spontanicznie deklarowali, że pracowników stacji – tak nazywa się członków zespołu po przejściu kilkuetapowego okresu kandydackiego, mimo że nie dostają ani grosza – łączy silne poczucie przynależności do radiowej rodziny oraz posiadania oparcia w jej członkach. – Gdy koledze spaliło się mieszkanie, kilkunastu żakowców przez tydzień przyjeżdżało i pomagało mu je ogarnąć – wspomina Długoszewski.

Aldona Sołtysiak, związana z rozgłośnią od lat 80. i współautorka jubileuszowej monografii na jej temat, tak charakteryzuje osoby, które doświadczyły zaangażowanej, a przy tym bezpłatnej pracy radiowca: Wiem, że jeżeli którąś z nich poproszę o pomoc, nie usłyszę „a za ile?”. Zaręcza też, że na hasło „Żak” otwiera się wiele drzwi. – Gdy się kogoś poleca, że był w „Żaku” albo przynajmniej go zna, to już się taką osobę traktuje jak dobrego znajomego. Aleksandra Dulas, która niedawno wróciła do radia po 8-letniej przerwie związanej z narodzinami dziecka (z „radiowego” związku), dodaje: Gdziekolwiek jedziesz w świat i potrzebujesz noclegu – wystarczy, że napiszesz na listę dyskusyjną żakowców i na pewno kogoś znajdziesz. I jeszcze dostaniesz jeśli nie wikt i opierunek, bo ludzie mają różne warunki, to na pewno dużo ciepła.

Nauce koleżeństwa i wzajemności bardzo sprzyja brak „wyścigu szczurów”. – To miejsce, gdzie można realizować swoje pasje i dzielić się nimi z innymi, gdzie nie ma walki o każdą minutę na antenie ze względu na zarobki. Tutaj każdy, kto tylko reprezentuje jakiś poziom, dostanie czas antenowy. Zresztą „Żak” to także np. organizowane przez niego festiwale. Działań, w ramach których nie tylko radiowcy mogą się spełnić, jest bardzo dużo – mówi Iza Kwiatkowska. Jej zdaniem, jeżeli ktoś przychodzi do stacji z myślą o osobistym sukcesie, nie utrzyma się w niej dłużej.Aldona Sołtysiak uzupełnia: Choć dla części osób praca radiowca staje się zawodem, to tylko pojedyncze jednostki przychodzą do „Żaka” wiedząc, że chcą pracować w tzw. mediach profesjonalnych i traktują stację jako pierwszy stopień kariery. Dodaje, że sporo żakowców wybiera alternatywne ścieżki „kariery”, np. poświęcają się pracy w organizacjach społecznych.

Sceptyk mógłby argumentować, że do rozgłośni po prostu trafiają ponadprzeciętnie aktywni. Takie wytłumaczenie nie satysfakcjonuje Aleksandry Dulas. – To, że ktoś ma „nadpobudliwość ruchowo-intelektualną” nie znaczy jeszcze, że zrobi w życiu coś ciekawego. „Żak” potrafi ukierunkować takie osoby na fajne tory – wyjaśnia. Praca radiowca pozwala im lepiej poznać własny potencjał oraz sfery, w których muszą coś poprawić. Jest też niepowtarzalną okazją do intelektualnych i światopoglądowych przewartościowań. – Radio stanowi tygiel różnych sposobów patrzenia na świat oraz różnorodnych zainteresowań. Zarażamy się nimi i uczymy od siebie nawzajem. Gdy w jednym miejscu spotyka się tylu ludzi, którym naprawdę „się chce” i którzy cały czas czegoś szukają – muszą z tego wyjść fantastyczne rzeczy – mówi Dulas, wspominając m.in. program o literaturze, który dał jej możliwość dyskutowania z polonistami, socjologami czy etnologami. Przywołuje też postać przyszłego współzałożyciela „Nowego Obywatela”, Szymona Surmacza: Gdy przyszłam do „Żaka”, pomyślałam o „Słoniu”, który już dość intensywnie prowadził swoją audycję: „To taki szalony ekolog”. Dzisiaj w 90% zgadzam się z jego widzeniem świata.

W opowieściach żakowców powtarza się wątek społecznościowego radia jako najlepszej uczelni, na którą dane im było uczęszczać.Żak” zapewnia swoisty – i darmowy! – trening interpersonalny. Zawdzięczam mu choćby to, że nie wstydzę się zagadywać do nieznajomych. To także szkoła asertywności i konstruktywnego wyrażania swojego zdania, ale również przyjmowania krytyki – wylicza Katarzyna Kraska. Inny współpracownik rozgłośni, Kasper Ługowski, przyszedł tam, żeby się lepiej zsocjalizować, tymczasem otrzymał o wiele więcej. – Rzeczą, na którą wcale nie liczyłem, jest zdobycie całej palety umiejętności. Od specjalistycznych, typu cyfrowa obróbka dźwięku czy obsługa emisji radiowej, po wokalne, interpersonalne i organizacyjne. Do tego dochodzi wielka dawka wiedzy teoretycznej, którą musiałem przyswoić, albo z upływem czasu przyswajałem mimo woli – precyzuje. – Bycie żakowcem to dla większości z nas dużo więcej niż „mam takie radio, do którego sobie przychodzę raz na jakiś czas i prowadzę program” – podsumowuje Długoszewski.

Demokracja FM

Wreszcie, rozgłośnia Politechniki Łódzkiej jest wyjątkowa jeśli chodzi o „ustrój”. Można w nim odnaleźć wiele zasad cechujących dojrzałe demokracje, jak transparentność władz czy ich rozliczanie – podczas kwartalnych zgromadzeń ogółu pracowników. – Rządzi nami kolegium, ale jest ono wyłaniane w sposób demokratyczny. Jest walne zebranie, gdy są szczególnie ważne sprawy do ustalenia. W trudnych sytuacjach można się wesprzeć osobami, które już nie są pracownikami, ale mają odpowiednie doświadczenie i wiedzę – wzywa się je jako „ekspertów”. Jeśli się w ten sposób spojrzy na „Żaczka”, jest on niezłą szkołą funkcjonowania w społeczeństwie – uważa Aleksandra Dulas.

Zdaniem wielu żakowców to, że radio przetrwało w tradycyjnej formule w czasach komercjalizacji wielu bliźniaczych rozgłośni było możliwe właśnie dzięki kultywowaniu ideałów demokratycznych, a jednocześnie – merytokracji.Nie wiem, czy jest inne miejsce, gdzie o wadze głosu szeregowego pracownika, redaktora naczelnego oraz osoby dawniej aktywnej, ale od wielu lat nie związanej z radiem decydują wyłącznie kompetencje w omawianym temacie – mówi Alicja Szeligowska, która w latach 2001-2008 w „Żaku” m.in. prowadziła audycje poświęcone muzyce etnicznej.

Szymon Surmacz podziela opinię o zdrowych podstawach funkcjonowania radia. Na jej potwierdzenie przywołuje sytuację, gdy jego władze próbowały bez wiedzy żakowskiej społeczności przekonać rektora do komercjalizacji rozgłośni. Po wykryciu „spisku”, bardziej świadomi radiowcy zrobili wszystko, żeby jej zapobiec. – Nie było to łatwe. Wizja dynamicznego rozwoju stacji oraz wynagrodzeń dla autorów i realizatorów audycji, przy rzekomym utrzymaniu profilu rozgłośni, rozpaliła wiele głów młodych pracowników – wspomina Surmacz.

Po drugiej stronie barykady stanęli ci, dla których niekomercyjny charakter „Żaka” był warunkiem jego niezależności, ale i przetrwania. – Mobilizacja objęła ogromną liczbę „weteranów”, którzy zaangażowali się w naświetlanie personalnych interesów osób stojących za projektem. Odbyły się dziesiątki spotkań w różnych gronach, które można by porównać do prac w podkomisjach, albo do regionalnych sejmików – mówi obecny redaktor „Nowego Obywatela”.

Przywoływano losy podobnych rozgłośni, jak łódzki Kiks czy krakowski RAK, dla których „profesjonalizacja” stała się gwoździem do trumny. Na jaw wyszły wątki wskazujące na zakulisowy wpływ konkurencyjnej uczelni oraz możliwość likwidacji radia w celu przejęcia bardzo atrakcyjnej częstotliwości przez stację, której szefem był „biznesowy doradca” naiwnego kolegium. Żakowcy uruchomili kontakty w całym kraju, sprawą zainteresowały się ogólnopolskie media. – Próba uwłaszczenia się na kilkudziesięcioletniej tradycji radia zakończyła się sromotną porażką „biznesmenów”, o których „dokonaniach” uczą się ku przestrodze kolejne pokolenia radiowców. Alicja Szeligowska dodaje, że w „Żaku” naturalnie rugowane są próby wykorzystywania pozycji w strukturach redakcji do budowania zewnętrznych układówwcale nie w myśl regulaminów, ale na zasadzie zbiorowego uczulenia na takie praktyki.

Mimo charakteru stowarzyszenia – dobrowolnej społeczności opartej na koleżeństwie i pracy społecznej – grupa na ogół jest w stanie wyegzekwować przestrzeganie panujących zasad. – Dość często odwołujemy się do spisanych reguł, do statutu czy regulaminu. Jeśli ktoś np. nie wypełni protokołu dla ZAiKS-u, z czego później jesteśmy rozliczani przez różne instytucje, kolegium musi go przywołać do porządku. Natomiast większość problemów natury społecznej jest rozwiązywanych w ramach relacji koleżeńskich. Przykładowo, gdy starszy kolega zauważa, że coś jest nie tak, zwraca takiej osobie uwagę i jej wszystko wyjaśnia – zapewnia Grzegorz Długoszewski. Siła społeczności ujawnia się także w obliczu różnicy zdań. – W „Żaku” fajne jest to, że potrafimy skakać sobie do oczu, natomiast gdy wychodzimy z sali, w której obradujemy, dalej jesteśmy kolegami. Nauczył nas, że nie chodzi o to, żeby się pokłócić, tylko żeby rozwiązać problem – deklaruje Aleksandra Dulas.

Ciężki kawałek eteru

Podstawowym problemem rozgłośni opartych na pracy ochotniczej jest bardzo duża rotacja kadry. Skutkuje to nieraz brakiem ciągłości w przekazywaniu doświadczenia czy kontaktów. Kłopotliwe są także przerwy w zaangażowaniu.

Ponieważ osoby, które u nas pracują, w większości są nieopłacane, każdy ma prawo powiedzieć, że nie przyjdzie jutro do radia, bo np. ma kolokwium. Musimy wtedy „na szybko” znaleźć zastępstwo, a jeśli się to nie uda – odwołać program. Najgorsze jest lato, gdy większość zespołu chce wyjechać do pracy, do domu czy na wakacje – wzdycha red. Marszałek, która sama za pracę w wymiarze odpowiadającym pełnemu etatowi otrzymuje wynagrodzenie pozwalające na opłacenie rachunku telefonicznego. Zastrzega jednocześnie, że przypadki „zawalania” są naprawdę rzadkie. Agnieszka Wasilczyk-Kryger ubolewa, że Afera nie jest w stanie choćby symbolicznie płacić członkom zespołu, co zmusza ich, by więcej czasu poświęcali na dorabianie gdzie indziej: W ten sposób w jakimś stopniu tracimy ludzi, na których nam zależy.

Niekomercyjna formuła w oczywisty sposób utrudnia także utrzymanie radiowej infrastruktury, zwłaszcza w przypadku rozgłośni, które nie uzupełniają budżetów wpływami z reklam. Problemem jest nie tylko niedobór środków. – Jedynym źródłem naszego finansowania jest Politechnika Wrocławska, dlatego na wszystko musimy składać wnioski, których rozpatrywanie zajmuje nieraz sporo czasu. Gdy niezbędny jest np. nowy mikrofon, trochę komplikuje nam to pracę – tłumaczy dyrektor LUZ-u.

Zdaniem Izy Kwiatkowskiej, jedyna istotna rzecz, którą utrudnia „niekomercyjność”, to pozyskiwanie sponsorów. – Kiedy organizujemy jakieś wydarzenie, zwykle informacja, że nie możemy w zamian wyemitować spotów reklamowych, jest dla nich blokadą. Zaraz jednak dodaje, że plusów takiego modelu jest znacznie więcej: nie musimy martwić się, że ktoś, kto miałby wykupiony czas reklamowy, mógłby próbować wpływać na program.

Ostrożnie z pieniędzmi

Grzegorz Długoszewski podaje dodatkowe argumenty za nieobecnością reklam na falach „Żaka”. – Nie jest tak, że gdybyśmy się na nie zdecydowali, reklamodawcy sami by do nas przyszli. Pozyskiwanie reklam wymaga ogromnego wysiłku, na dodatek jest kosztowne: trzeba zapłacić za zmianę koncesji na taką, która pozwala je emitować, zwiększają się koszty ZAiKS-u itd. Żeby to zrekompensować,należałoby naprawdę intensywnie pracować nad reklamodawcami, co nie jest łatwe w przypadku radia pozbawionego stałej kadry.

Można co prawda stworzyć jedno czy dwa płatne stanowiska, jednak jest to ryzykowne. – Redaktor naczelny jest na etacie, a jego zastępcy, którzy pracują nie mniej ciężko niż on, żadnych pieniędzy nie dostają. No to oferuje im się jakieś umowy, żeby mieli większą motywację do pracy. Wtedy pojawiają się konflikty: dlaczego szef promocji, który ma prowizje od pozyskanych reklam, ma zarabiać więcej niż redaktor programowy, chociaż to program jest istotą radia; reporterzy nie chcą pracować, dopóki nie otrzymają wypłaty itp. – wyjaśnia Długoszewski, powołując się na przykłady innych stacji niekomercyjnych.

Mówi też, że odwiedzając rozgłośnie, które programowo oraz ideowo są do łódzkiego radia podobne, jednak zdecydowały się na stworzenie pewnej liczby płatnych stanowisk, był zaskoczony mniejszym zapałem zespołu, niezbyt intensywnym życiem towarzyskim oraz słabszymi więziami koleżeńskimi. – Dlatego od lat niszczymy w zarodku wszelkie pomysły, żeby do „Żaka” wprowadzić pieniądze. Jego zdaniem kiedy się one pojawią, każdy chce, żeby ich było więcej, a potem już nietrudno o wykupienie radia. Wszędzie, gdzie weszły pieniądze, skończyło się radio studenckie, a zaczęło – formatowane – potwierdza Aleksandra Dulas. – Gdy ludzie zaczęli zarabiać, zaczęli też walczyć o pieniądze, jak bardzo śmieszne by one nie byłydodaje.

Zdaniem red. Wasilczyk-Kryger, wcale nie musi tak być, w każdym razie nie przypomina sobie, by w ciągu dziewięciu lat, jakie spędziła w Aferze, była świadkiem konfliktu czy zazdrości na tym tle. – Może dlatego, że kolegium redakcyjne jest obsadzane w otwartych konkursach? Poza tym ludzie widzą, że koordynacja całego działu wymaga znacznie więcej czasu niż cokolwiek innego – zastanawia się.

Redaktorka programowa poznańskiej rozgłośni zwraca uwagę, jak wiele pieniędzy i energii rozmaite korporacje poświęcają, żeby pracownicy się z nimi identyfikowali, tymczasem wolontariusze radia utożsamiają się z nim od razu. – Nie wiem, na czym to polega – czy to magia radia, czy może magia Afery – ale wystarczy, że ktoś przygotował dla nas jeden materiał dziennikarski, a już opowiada o stacji same najlepsze rzeczy, nosi jej koszulkę, mówi wszystkim, że tam pracuje i zachęca do jej słuchania. Dostajemy to w prezencie, za darmo.

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

Kraje wielu stolic

Warszawa „odrywa się” od reszty kraju. W stolicy siedziby ma przytłaczająca większość urzędów administracji publicznej, tu zapadają wszystkie ważne decyzje, stąd media opisują rzeczywistość, tu Polacy upatrują szans na rozwój własnej kariery.

Choć skupienie władzy w jednym mieście może się nam wydawać zupełnie naturalne, wyraźna dominacja ośrodka stołecznego nad resztą kraju wcale nie jest w Europie typową sytuacją. Polska na tle wielu krajów jest państwem o niezwykle scentralizowanym przestrzennie układzie instytucjonalnym.

Przestrzenny trójpodział

W części państw przyjęto zasadę, że trójpodział władzy powinien mieć odzwierciedlenie również w przestrzeni. W kilku europejskich krajach najwyższe organy władzy sądowniczej mieszczą się w innych miastach niż ośrodki władzy wykonawczej i ustawodawczej. Słowacki trybunał konstytucyjny ma siedzibę nie w stołecznej Bratysławie, lecz w Koszycach. W Czechach poza Pragą siedzibę ma nie tylko trybunał konstytucyjny, ale również sąd najwyższy oraz prokuratura generalna – instytucje te usytuowano w Brnie. Również w Szwajcarii główne izby sądu działają w innych miastach niż siedziba rządu.

W Niemczech kluczową siedzibą władzy sądowniczej jest Karlsruhe, oddalone o 670 km od stołecznego Berlina. W Karlsruhe siedziby mają federalny trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura federalna. Co więcej, federalny sąd administracyjny mieści się w Lipsku, a federalny sąd pracy – w Erfurcie.

Również niemiecka sieć sądów apelacyjnych nie pokrywa się ani z siecią najludniejszych miast, ani z głównymi ośrodkami władzy. Choć stolicą landu Nadrenia-Palatynat jest Moguncja, to w tym kraju związkowym sądy apelacyjne mieszczą się w Koblencji i Zweibrücken. Sąd apelacyjny dla Turyngii zlokalizowano w Jenie, choć stolicą i największym miastem landu jest Erfurt. Stolica Dolnej Saksonii to Hanower, lecz sądy apelacyjne dla tego landu mieszczą się w Brunszwiku, Celle oraz Oldenburgu. Stolicą landu Szlezwik-Holsztyn jest Kilonia, ale sąd apelacyjny ma siedzibę w znacznie mniejszym mieście Szlezwik.

W Polsce siedziby sądów apelacyjnych mieszczą się w Białymstoku, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu. Taki układ – opierający się na zasadzie, że siedziba sądu apelacyjnego zlokalizowana jest w największym mieście na terenie danej apelacji – jest typowym dla Polski elementem cementującym podział na „duże i ważne” miasta oraz resztę kraju.

Model prawie idealny

Niemcy to europejski lider polityki deglomeracji administracji publicznej, czyli rozproszenia ośrodków władzy. Nawet rząd nie jest tam skupiony w jednym mieście: część ministerstw mieści się w Berlinie, a pozostałe w dawnej stolicy, Bonn. Co więcej, główne siedziby urzędów administracji centralnej i innych instytucji o zasięgu ogólnokrajowym rozsiane są po całych Niemczech – od Flensburga na granicy z Danią po Monachium na południu kraju.

Przykładowo, prezydium policji federalnej mieści się w Poczdamie, dyrekcja archiwów państwowych w Koblencji, urząd ochrony konstytucji (kontrwywiad) w Kolonii, główny urząd statystyczny w Wiesbaden, urząd ochrony konsumentów oraz urząd lotnictwa cywilnego w Brunszwiku, urząd ochrony przyrody oraz urząd transportu kolejowego w Bonn, urząd patentowy w Monachium, urząd transportu drogowego we Flensburgu, a federalny urząd pracy oraz urząd ds. cudzoziemców – w Norymberdze. Niemiecka biblioteka narodowa ma dwie siedziby: w Lipsku oraz we Frankfurcie nad Menem. Poza stolicą zlokalizowane są publiczne media: telewizyjny program pierwszy (ARD) ma centralę w Monachium, a program drugi (ZDF) w Moguncji. W Polsce odpowiedniki wszystkich wyżej wymienionych instytucji mieszczą się w Warszawie.

Urzędy centralne w 248-tysięcznym Brunszwiku (wielkością porównywalnym z Radomiem czy Częstochową) zapewniają temu miastu ok. 900 miejsc pracy. Z kolei flensburski urząd transportu drogowego chwali się na swojej stronie internetowej, że jest jednym z największych pracodawców w północnej części landu Szlezwik-Holsztyn. Jak widać, jednym z efektów deglomeracji władzy jest rozprzestrzenianie miejsc pracy – zwłaszcza średnich i wyższych stanowisk urzędniczych – po różnych częściach kraju.

Co więcej, dzięki rozproszeniu ośrodków władzy życie administracyjne i polityczne Niemiec nie skupia się wyłącznie w stolicy. W kraju tym osiągnięto ideał organizacji przestrzennej, polegający na tym, że trudno wskazać, które z największych miast jest najważniejszym i dominującym ośrodkiem – nie tylko w zakresie administracji publicznej.

Przykładowo, redakcje największych tygodników – „Der Spiegel” oraz „Stern” – mieszczą się w Hamburgu. Największy tabloid, „Bild”, ukazuje się w Berlinie, w jeszcze innych miastach mają główne siedziby poważniejsze ogólnokrajowe dzienniki: „Frankfurter Allgemeine Zeitung” we Frankfurcie n. Menem, a „Süddeutsche Zeitung” w Monachium. Niemiecka centrala potężnej grupy medialnej RTL mieści się w Kolonii.

Niemiecką stolicą bankowości jest Frankfurt n. Menem (tu siedzibę mają niemiecki i europejski bank centralny). Z kolei matecznikami nauki są niewielkie miasta uniwersyteckie, jak Heidelberg, Tybinga, Greifswald czy Bamberg.

Miasta dzielą się władzą

W Niemczech deglomeracja realizowana jest również na poziomie landów. Jedną z jej oznak było wyznaczenie stolic części krajów związkowych poza miastem dominującym na danym obszarze. Stolicą Nadrenii Północnej-Westfalii nie jest licząca ponad milion mieszkańców Kolonia, lecz Düsseldorf (589 tys. mieszkańców). Stolica Hesji mieści się w Wiesbaden (276 tys. mieszkańców), nie zaś w zaliczającym się do europejskich metropolii Frankfurcie n. Menem (680 tys. mieszkańców). Podobna sytuacja ma miejsce w leżącym na terenie byłej NRD kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie, którego stolicą jest Schwerin (95 tys. mieszkańców), a nie największe w tym landzie ważne miasto portowe Rostock (203 tys. mieszkańców).

Na poziomie landów zachowana jest zasada zdekoncentrowanej organizacji przestrzennej władz administracyjnych. Przykładowo, w Nadrenii-Palatynacie część instytucji poziomu landowego znajduje się poza stołeczną Moguncją – urząd statystyczny w Bad Ems, a urząd geodezji i informacji geograficznej, główna biblioteka oraz archiwa landu w Koblencji.

W Meklemburgii-Pomorzu Przednim agendy władz regionalnych zlokalizowane są nie tylko w stołecznym Schwerinie, ale również w Rostocku oraz Güstrow.

W landzie Szlezwik-Holsztyn miejscowy rząd mieści się w Kilonii, ale jego agendy zlokalizowano również w Neumünster (urząd opieki społecznej), Flintbek (urząd rolnictwa i środowiska), Szlezwiku (urząd archeologii i główne archiwum) oraz w Husum (urząd ochrony wybrzeża i parków narodowych).

Stolica od Bellinzony po Grenchen

Jak widać na przykładzie Niemiec, zabiegiem równoważącym organizację przestrzenną może być wyznaczanie głównego ośrodka władzy poza największym miastem danego obszaru. Podobnie jest w Belgii: stolicą Walonii – czyli frankofońskiej części kraju – jest Namur, trzecie pod względem liczby mieszkańców (po Charleroi i Liege) miasto tego regionu.

Taka sytuacja, i to już na poziomie ogólnokrajowym, występuje również w Szwajcarii. Siedzibą rządu federalnego tego kraju jest liczące 130 tys. mieszkańców Berno, dopiero piąte co do liczby ludności, zbliżone pod względem wielkości do polskiego Płocka. W Bernie oraz kilku graniczących z nim miejscowościach mieszczą się wszystkie ministerstwa (w Szwajcarii nazywane departamentami), większość urzędów centralnych oraz bank narodowy. Co jednak istotne, nie cała władza centralna została skoncentrowana w jednym miejscu. Federalny urząd meteorologii i klimatologii zlokalizowany jest w Zurychu (największym mieście Szwajcarii), główny urząd statystyczny w Neuchâtel, federalny urząd komunikacji elektronicznej w Biel/Bienne (mieście na pograniczu niemieckiej i francuskiej strefy językowej), federalny urząd sportu w Magglingen, a federalny urząd mieszkalnictwa w 16-tysięcznym Grenchen, co zapewniło mu 50 dodatkowych miejsc pracy.

Poza Bernem zlokalizowano również najważniejsze instytucje władzy sądowniczej. Szwajcarski sąd najwyższy mieści się w Lozannie, federalny sąd ubezpieczeń w Lucernie, a federalny sąd karny w liczącej zaledwie 17,5 tys. mieszkańców Bellinzonie we włoskojęzycznej części kraju. Co więcej, na 2012 r. planowane jest przeniesienie z Berna do Sankt Gallen siedziby naczelnego sądu administracyjnego.

Bez granic

Nie bez znaczenia dla równoważenia aktywności publicznej w przestrzeni Szwajcarii jest również to, że licznie występujące w tym kraju instytucje międzynarodowe zostały umiejscowione w kilku ośrodkach: w Genewie (europejska siedziba ONZ, Międzynarodowa Organizacja Pracy czy Międzynarodowy Ruch Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca), w Lozannie (MKOl), w Zurychu (FIFA) oraz w Nyonie (UEFA).

W Polsce za naturalną lokalizację dla instytucji międzynarodowych uznano Warszawę. Gdy Unia Europejska postanowiła utworzyć w naszym kraju siedzibę agencji Frontex, zajmującej się sprawami ochrony zewnętrznych granic państw członkowskich, to oczywiście umieszczono ją w stolicy. Tymczasem obie unijne agencje zlokalizowane we Włoszech mają siedziby poza Rzymem: w Parmie (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności) oraz w Turynie (Europejska Fundacja Kształcenia). Podobnie w Hiszpanii – tu na siedziby unijnych agend wybrano Alicante (Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego) oraz Vigo (Wspólnotowa Agencja Kontroli Rybołówstwa). Nawet Francja, zazwyczaj zdominowana przez Paryż, zdecydowała się umieścić unijne instytucje poza nim: w Angers (Wspólnotowy Urząd Ochrony Odmian Roślin) oraz w Valenciennes (Europejska Agencja Kolejowa).

Deglomeracja po polsku

W Polsce co jakiś czas dochodzi do zabiegów stanowiących próby równoważenia relacji między ośrodkami miejskimi oraz dekoncentracji władzy publicznej.

Jednym z takich przypadków było utworzenie dwóch województw, w których stołeczność podzielono. W ramach reformy samorządowej z 1999 r. powstały województwo kujawsko-pomorskie oraz lubuskie, w których jedno miasto jest siedzibą urzędu wojewódzkiego (przedstawicielstwa rządu w terenie), a inne urzędu marszałkowskiego (samorządu wojewódzkiego). W Lubuskiem siedzibą wojewody jest Gorzów Wielkopolski, a siedzibą władzy samorządowej Zielona Góra. W Kujawsko-Pomorskiem wojewoda urzęduje w Bydgoszczy, a sejmik wraz z marszałkiem województwa w Toruniu. W ślad za tym podziałem pomiędzy dwa miasta wojewódzkie podzielone zostały inne instytucje szczebla regionalnego – przykładowo, Komenda Wojewódzka Policji mieści się w Bydgoszczy, a Komenda Wojewódzka Straży Pożarnej w Toruniu.

Koncepcja dwu-stołeczności wspomnianych regionów powstała niejako przypadkiem – jako pomysł na pogodzenie porównywalnych ośrodków w walce o status miasta wojewódzkiego. Podjęto również próby wprowadzenia podobnego rozwiązania na poziomie powiatów. W Polsce istnieją cztery powiaty, których nazwa nietypowo pochodzi nie od jednego, lecz od dwóch ośrodków: ropczycko-sędziszowski, bieruńsko-lędziński, strzelecko-drezdenecki oraz czarnkowsko-trzcianecki. W przypadku części z nich powiatowa dwu-stołeczność sprowadza się wyłącznie do nazwy – w leżącym na Podkarpaciu powiecie ropczycko-sędziszowskim instytucje władzy powiatowej i tak w całości skupione są w jednym mieście, w Ropczycach. Ale już w przypadku powiatu strzelecko-drezdeneckiego w woj. lubuskim występuje przestrzenny podział władzy. Starostwo, komenda policji, komenda straży pożarnej, urząd pracy oraz powiatowy inspektorat weterynarii mieszczą się w Strzelcach Krajeńskich, a powiatowa stacja sanitarno-epidemiologiczna, powiatowy inspektorat nadzoru budowlanego oraz powiatowe centrum pomocy rodzinie mają siedziby w Drezdenku. Jak widać, deglomeracja może funkcjonować na różnych szczeblach władzy – zarówno państwowej, jak i samorządowej.

W dodatku, jak pokazuje przykład niemiecki, deglomeracja władzy państwowej oraz regionalnej mogą się uzupełniać. We wspomnianej już Nadrenii Północnej-Westfalii siedzibą władz landu jest Düsseldorf (drugie pod względem liczby mieszkańców miasto w regionie), ale za to w większej Kolonii oraz w sąsiednim Bonn zlokalizowano instytucje szczebla federalnego (poza już wymienionymi m.in. służba celna, federalny urząd ds. rodziny czy federalny urząd obrony cywilnej).

Wpuszczeni w reformę

W Europie wyróżnić można dwa podstawowe modele organizacji przestrzennej państw. Francuski, z Paryżem jako jednym miastem faktycznie dominującym nad całym krajem, oraz niemiecki, z siecią kilku, o ile nie kilkunastu równorzędnych miast.

Wydaje się, że Polska dryfuje w kierunku francuskiego układu przestrzennego, czyli dość sztywnej hierarchii znaczenia miast, opartej na łańcuchu „stolica państwa – stolice regionów – miasta powiatowe”. Zwykle z góry zakłada się, że główna siedziba państwowej instytucji działać ma w Warszawie, a jej delegatury w miastach wojewódzkich. Podobnie na niższym szczeblu – główne instytucje samorządu regionalnego mają siedziby w miastach wojewódzkich. Stanowi to sygnał dla społeczności miejskich oraz aktywniejszych władz, że jedyną szansą na lokalizację urzędów (czyli na dodatkowe miejsca pracy, prestiż, towarzyszące formy działalności gospodarczej) jest status miasta wojewódzkiego. W konsekwencji wciąż tlić się będą pomysły wydzielania kolejnych województw z podziału funkcjonującego od 1999 r.

Reformę podziału administracyjnego kraju określić można przespaną szansą na zrównoważenie aktywności publicznej w przestrzeni Polski.Zmniejszenie liczby województw z 49 do 16, wskutek którego 31 polskich miast utraciło status miasta wojewódzkiego, było odbierane wyłącznie jako „odjazd” władzy (urzędów, wyższych stanowisk, działalności towarzyszących) do większych ośrodków. Miastom pozbawianym statusu stolicy województwa nie zaproponowano właściwie nic w zamian. Tymczasem do ośrodków tracących rangę regionalnej stolicy można było przenieść z Warszawy część urzędów administracji centralnej. Zbyt rzadko korzystano również z „rozlewania stołeczności” tworzonych dużych województw. Poza wspomnianymi Lubuskiem i Kujawsko-Pomorskiem istnieją nieliczne przykłady instytucji szczebla wojewódzkiego zlokalizowanych poza stolicą danego regionu: komenda policji dla woj. mazowieckiego (z wyłączeniem aglomeracji warszawskiej) mieści się nie w Warszawie, lecz w Radomiu, a siedzibę zachodniopomorskiego zarządu dróg zlokalizowano w Koszalinie, a nie w Szczecinie. Te pojedyncze przypadki to jednak zbyt mało, by móc nazwać Polskę krajem zdeglomerowanej administracji publicznej.

Warszawa, czyli Polska?

Problemem Polski jest brak organizacji przestrzennej – jej miejsce zajmuje bezmyślność przestrzenna. Gdy powstają nowe urzędy centralne lub istniejące poddawane są głębokim reformom, zwykle nawet nie rozważa się innej lokalizacji ich siedziby niż Warszawa.

Reformy prokuratury z 2010 r. (uniezależnienie jej od administracji rządowej) nie wykorzystano do zlokalizowania siedziby Prokuratury Generalnej poza stolicą. Również gdy w 2008 r. tworzono jedną z najmłodszych instytucji centralnych – Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska – na jej siedzibę automatycznie wybrano Warszawę. Choć należy wskazać wyjątek od reguły niepodzielnej stołeczności największego polskiego miasta: utworzone w 2011 r. Narodowe Centrum Nauki, koordynujące i finansujące badania naukowe, zostało umiejscowione w Krakowie. Nic jednak nie wskazuje, aby decyzja o lokalizacji NCN poza Warszawą stanowiła element przemyślanego programu deglomeracji administracji publicznej, a co za tym idzie równoważenia pozycji polskich miast i regionów. Tymczasem, wbrew pozorom, lokalizowanie urzędów poza miastami „namaszczonymi” do sprawowania władzy to nie tylko przesuwanie biurek wraz z siedzącymi za nimi urzędnikami, lecz rozprzestrzenianie na różne części kraju bazy gospodarczej, towarzyszącej administracji publicznej, jak centra konferencyjne, obiekty noclegowe, usługi doradcze, poligrafia itp.

Organizacja przestrzenna administracji publicznej uwidacznia się również w układzie i jakości sieci komunikacyjnej. We Francji podstawowa sieć kolejowa składa się z linii szybkiej kolei TGV, zbiegających się w Paryżu, natomiast połączenia między pozostałymi regionami opierają się na rzadko i dość wolno kursujących pociągach. Z kolei w Niemczech sieć kolejowa – dostosowana do układu równorzędnych ośrodków miejskich w różnych częściach kraju – zapewnia atrakcyjną ofertę przewozową w zróżnicowanych relacjach.

Typowa dla Polski koncentracja administracji państwowej w stolicy powoduje „wymywanie” aktywności gospodarczej i społecznej z pozostałych regionów kraju. Ambitni i wykształceni uznają, że tylko w Warszawie można znaleźć pracę odpowiednią do ciężko zdobytych kwalifikacji. Prywatne firmy chcą być bliżej miejsc, w których zapadają decyzje gospodarcze, a media jak najbliżej polityków.

Istnieją przykłady firm, które przeniosły główne siedziby do Warszawy – tak postąpił np. koncern komputerowy Optimus z Nowego Sącza. Siedziby w stolicy ma aż 7 z 10 pierwszych firm na liście największych polskich przedsiębiorstw dziennika „Rzeczpospolita”. Kilka lat temu do Warszawy przeniosły się redakcje tygodników „Wprost” (z Poznania) i „Przekrój” (z Krakowa) – wydawca tego drugiego czasopisma ostatnio podjął jednak decyzję o jego powrocie do Małopolski.

Koniec „warszawki”

Do polityki deglomeracji paradoksalnie dość łatwo można przekonać warszawiaków. Wydaje się bowiem, że są oni świadomi przede wszystkim uciążliwości (czy raczej uciążliwostek) wynikających ze stołeczności, aniżeli kolosalnych korzyści ze skupiania się w Warszawie życia politycznego i gospodarczego.

Za każdym razem, gdy w Warszawie odbywa się większa manifestacja, w mediach nie może zabraknąć głosu stojących w korkach mieszkańców, żądających wprowadzenia zakazu organizacji demonstracji w stolicy. Jednocześnie coraz głośniejsze stają się w Warszawie inicjatywy na rzecz likwidacji lub znaczącego ograniczenia tzw. janosikowego, czyli mechanizmu budżetowego dążącego do wyrównywania sytuacji ekonomicznej bogatych i biednych samorządów. Jego przeciwnicy uważają, że w Warszawie również są biedniejsze dzielnice i w związku z tym nie ma podstaw, aby stolica oddawała część dochodów do innych części kraju. Całkowicie zapomina się przy tym o ogólnopolskich koncernach mających w niej swoje siedziby, co oznacza, że odprowadzają one podatki do warszawskich urzędów skarbowych i udział w dochodach podatkowych jest kierowany do samorządu Warszawy. Zapomina się również o tym, że obecność praktycznie wszystkich urzędów centralnych znacząco pobudza stołeczną gospodarkę.

Wreszcie, wdrożenie polityki deglomeracji władzy publicznej oznaczałoby koniec „warszawki”, czyli zjawiska skupienia w jednym ośrodku klasy politycznej i elity urzędniczej, wpływających na sytuację w całym kraju mimo funkcjonowania w co najmniej lekkim oderwaniu od realiów życia poza największym miastem.

Na peryferiach Europy

Na peryferiach Europy

Unia Europejska składa się obecnie z 27 państw. Ponad dziesięć z nich to kraje dawnego bloku wschodniego, a wraz ze zbliżającą się akcesją byłych republik jugosłowiańskich liczba ta wzrośnie. Środek ciężkości Europy przesuwa się. Proces rozszerzenia Unii Europejskiej nie tylko napędza zmiany w nowych krajach, ale prowadzi też do zmiany charakteru całej Europy.

W latach 90. zwykło się nazywać te państwa mianem „krajów transformacji ustrojowej”. Określenie to sugeruje optymistyczną perspektywę, liniowy postęp, porzucenie nieudanej komunistycznej przeszłości na rzecz przyszłości na wzór zachodnioeuropejski. Z kryzysu finansowego i recesji ostatnich lat można wysnuć wniosek, że optymizm ten jest nieuzasadniony. Jeżeli państwa Europy Środkowo-Wschodniej rzeczywiście przechodzą transformację, proces ten przypomina rozpędzony wóz, którym miotają zewnętrzne siły polityczne i ekonomiczne. Biorąc pod uwagę ciągłe wstrząsy i przemiany gospodarcze, przetaczające się przez całą Europę – nie jest pewne, w którym kierunku on podąży.

Wynikiem przemian jest powstanie obszaru niskich płac – gospodarki peryferyjnej na obrzeżach wysokorozwiniętego europejskiego centrum. Ma to szersze polityczne i społeczne konsekwencje dla całej Unii Europejskiej – zmienia się znaczenie słowa „europejski”.

Teoria ekonomiczna a rzeczywistość

Charakter gospodarek dawnego systemu komunistycznego jest często nierozumiany. Podmioty gospodarcze w systemie centralnego planowania nigdy nie były – wbrew pozorom – całkowicie obojętne na zmiany zachodzące na globalnych rynkach. Trzeba jednak przyznać, że nie były w stanie na nie reagować w odpowiedni sposób – np. przez wzrost wydajności pracy lub rozwój innowacyjności. Jak twierdził Mark Pittaway, po kryzysie naftowym w połowie lat 70. na gospodarki krajów Europy Środkowej i Wschodniej zaczęto wywierać presję. Spadek aktywności gospodarczej, który na Zachodzie doprowadził do wzrostu bezrobocia, na Wschodzie przejawiał się zaciąganiem pożyczek w zachodnich instytucjach, takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, lub zgodą na stopniowe obniżanie standardów życia. Mimo tego w 1989 r. wiele krajów peryferyjnych eksportowało do państw Zachodu swoje produkty, głównie lekarstwa, wyroby chemiczne, węgiel, tekstylia oraz żywność. Cały region zmagał się wtedy z problemami, takimi jak nadprodukcja, ukryte bezrobocie oraz brak inwestycji w edukację i badania naukowe.

Za sprawą swoistej symbiozy z sektorem publicznym, prywatne małe i średnie przedsiębiorstwa w krajach Europy Środkowej i Wschodniej nie musiały przejmować się konkurencją ze strony zagranicznych firm. Koszty, które ponosiły – podatki i składki na ubezpieczenie społeczne – były niewspółmierne. Ponadto przedsiębiorstwa te do pewnego stopnia wykorzystywały słabe strony sektora publicznego. Gdy w wyniku przemian gospodarczych zniknęły ułatwienia, sytuacja tych firm stała się bardzo trudna. Taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. To, co nastąpiło później, spotęgowało tylko trudności, z którymi przedsiębiorstwa musiały się mierzyć. W efekcie wiele z nich zbankrutowało lub zostało zamkniętych.
Zamiast wdrażać rozwiązania dostosowane do rzeczywistej sytuacji gospodarczej, politycy w nowo wyzwolonych krajach woleli kierować się ideologią. Wiele problemów, których doświadczyły „państwa akcesyjne” – i w konsekwencji cała Europa – wynikało z zasadniczo ideologicznego charakteru rozwiązań zaproponowanych Europie Wschodniej przez Zachód. Rozwiązań, którym przyklasnęły rządy dawnego bloku wschodniego. Nowe czasy stały pod znakiem prywatyzacji i szerokiego poparcia dla liberalizacji. Dla zagranicznych firm pojawiły się duże możliwości inwestycyjne. Skupiono się na prywatyzacji. Następstwami takich „hurtowych” zmian mało kto zaprzątał sobie głowę.

Popularna stała się doktryna „terapii szokowej”. Miała ona doprowadzić do daleko idących zmian instytucjonalnych w ekonomii politycznej państw Europy Środkowo-Wschodniej, co jednocześnie otworzyło te kraje na wpływy Zachodu. Doktryna opracowana przez Jeffreya Sachsa miała przestawić gospodarki regionu na kapitalistyczny sposób działania – wraz z jego restrykcyjną polityką monetarną i fiskalną. Do repertuaru doktryny szoku należała nagła likwidacja dotacji, wyprzedaż majątku państwowego oraz bezzwłoczna rezygnacja z kontroli i dopłat do płac i cen. W następstwie doszło do niemal natychmiastowego rozbicia istniejącej w regionie struktury handlu – kraje transformacji zostały same ze swoimi ograniczonymi zasobami.

Szok miał nastąpić przed ukształtowaniem rynków finansowych. W obliczu braku kapitału inwestycyjnego, restrukturyzacja dotknęła rynek pracy – aby być „konkurencyjnym”, należało zmniejszyć jednostkowy koszt pracy. Będące tego skutkiem fale bezrobocia z początku lat 90. przyćmiły doświadczenia Wielkiej Brytanii z czasów recesji lat 80. – na niektórych obszarach bezrobocie sięgnęło 80%. Rozbijając więzi ekonomiczne i wywołując potężną recesję w krajach regionu, terapia szokowa doprowadziła do załamania gospodarczego w tej części Europy.

Charakterystyczne dla okresu komunistycznego niedoinwestowanie sektora badawczo-rozwojowego zostało podtrzymane przez restrykcyjną politykę kredytową Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR). Instytucje te podjęły świadomą decyzję, by pożyczać jedynie prywatnym firmom i wspierać działania prywatyzacyjne.

Wraz ze zdziesiątkowaniem lokalnego przemysłu, wzrosła rola sektora finansowego i zadłużenia. Nowa kapitalistyczna gospodarka potrzebowała bowiem sektora usług finansowych, który mógłby obsłużyć rosnące tendencje do spekulacji i obrotu aktywami. Działalność instytucji zachodnich miała różnorakie konsekwencje. Doszło przede wszystkim do uzależnienia państw Europy Środkowo-Wschodniej od bezpośrednich inwestycji zagranicznych, a także od wsparcia ze strony Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz specjalnie utworzonego Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

Ogólna finansyzacja regionu doprowadziła do ogromnego wzrostu długu, zarówno osobistego, jak i w sektorze instytucjonalnym. Zachodnie banki z kilku mniejszych państw, głównie Austrii i Szwecji, dążyły do pomnożenia zysków poprzez zwiększenie udziału w rynkach krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w agresywny sposób udzielając kredytów gospodarstwom domowym. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom państw regionu, zainteresowanych pożyczkami na hurtowych rynkach pieniężnych, a także wykorzystując finansową deregulację i słabą ochronę konsumencką w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, banki udzielały pożyczek w euro, frankach szwajcarskich i japońskich jenach. Pozwoliło im to oferować klientom niższe stopy procentowe niż obowiązujące w przypadku kredytów w walutach krajowych. Pożyczki prowadziły do ogromnego wzrostu zadłużenia gospodarstw domowych – zwłaszcza na Węgrzech, w Rumunii, Bułgarii i krajach bałtyckich.

Jedną z zamierzonych konsekwencji „terapii szokowej” była presja, żeby Unia Europejska otworzyła zachodnie rynki na Europę Środkowo-Wschodnią. Przyjęcie przez kraje peryferyjne modelu nastawionej na eksport gospodarki z niskimi płacami było uzależnione od dostępu do rynków UE. W okresie przedakcesyjnym podpisano wiele umów handlowych, które miały ułatwić zmiany w tym kierunku. Pierwszą zawarto w 1992 r. między Unią Europejską a krajami Grupy Wyszehradzkiej (Słowacją, Czechami, Polską i Węgrami). Mimo to w I połowie 1993 r. łączna wartość eksportu wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej w porównaniu z pierwszą połową 1992 r. spadła o 13% (według kursu dolara). Dane te pokazują, że w kluczowym okresie poprzedzającym przystąpienie krajów transformacji do UE zawarte umowy nie działały na ich korzyść.

Państwa te rzecz jasna różnią się między sobą. Odmienne były też rozwiązania, które wdrażały. Słowenia, Czechy i Polska realizowały bardziej ostrożną, protekcjonistyczną politykę mikroekonomiczną, która obejmowała w latach 90. odsunięcie w czasie restrukturyzacji przedsiębiorstw państwowych. Pozwoliło to zachować bardziej dynamiczny rodzimy sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Polsce udało się ponadto dokonać w 1991 r. restrukturyzacji zadłużenia, dzięki czemu państwo było w stanie działać bardziej autonomicznie i skuteczniej reagować na zmieniające się warunki. Inaczej było w przypadku Węgier, które restrykcyjną polityką monetarną i wczesnym wdrożeniem surowego prawa upadłościowego doprowadziły do zdziesiątkowania krajowego sektora niewielkich i średnich firm.

Pomijając te różnice, wszędzie wykształcił się wymuszony powszechną prywatyzacją system negatywnych i pozytywnych bodźców. W ostatecznym rozrachunku doprowadziło to do przejęcia bardziej wartościowych aktywów przez firmy zagraniczne. W 1989 r. Unia Europejska stworzyła fundusz PHARE (ang. Poland and Hungary: Action for the Restructuring of the Economy), który miał pomóc przyciągnąć kapitał do Polski i Węgier, by mogła rozpocząć się ich „modernizacja”. Z czasem program ten objął wszystkie państwa akcesyjne. PHARE był przede wszystkim programem wspierającym bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Oprócz tego umożliwił utworzenie agencji prywatyzacyjnych, funkcjonujących w Europie Wschodniej jako organy rządowe. Ponieważ brakowało ścisłych reguł dysponowania pieniędzmi z PHARE, trudno było śledzić ich wydatkowanie. Mimo tego można zaobserwować pewne tendencje. Zmarły niedawno Peter Gowan twierdził, że pieniądze z PHARE przeznaczono na sfinansowanie setek badań przemysłu w całym regionie. Prowadzące je zachodnie firmy konsultingowe dostarczały pozyskane dane na Zachód: zbierano je specjalnie na potrzeby tamtejszych przedsiębiorstw, mogły więc być wykorzystywane do nieuczciwej konkurencji.

Informacje pozyskane z pomocą PHARE pozwoliły takim firmom jak General Electric szybko rozpoznać dziedziny wymagające „racjonalizacji”. Przykładowo, po zakupie węgierskiego Tungsramu, General Electric błyskawicznie zamknął dochodowe linie produkcyjne, eliminując w ten sposób źródło konkurencji na rynku krajowym. Podobna sytuacja miała miejsce, gdy węgierski przemysł cementowy został wykupiony przez zagranicznych przedsiębiorców. Wymogli oni, by ich węgierskie spółki zaprzestały eksportu. Jeden z austriackich producentów stali kupił ważną na Węgrzech hutę po to, by ją zamknąć i przejąć krajowy rynek. To tylko kilka przykładów tego, jak Europa Środkowa stawała się „gospodarką peryferyjną”.

Po zaledwie kilku latach „terapii szokowej” duża część istotnej infrastruktury gospodarczej krajów peryferyjnych wpadła w ręce koncernów międzynarodowych – począwszy od sieci sklepów, aż po elektrownie i huty.

Wraz z przystąpieniem dziesięciu państw do Unii Europejskiej w 2004 r., PHARE zostało zastąpione przez fundusze strukturalne. Po raz pierwszy pieniądze zaczęto przeznaczać na cele społeczne. W pomocy udzielanej przez UE w dalszym ciągu widoczne było neoliberalne skrzywienie i faworyzowanie partnerstwa publiczno-prywatnego. Unia Europejska ma skłonność do wprowadzania liberalizacji wszędzie tam, gdzie inwestuje pieniądze. Unijne projekty infrastrukturalne zdominowane są przez skomplikowaną strukturę podwykonawców. W tej nieprzejrzystej i skorumpowanej rzeczywistości firmy polują na oferty przetargowe. Na samym dole struktury znajdują się zaś pracownicy zatrudnieni na umowy „śmieciowe”. Skłonność Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju do udzielania pożyczek w dalszym ciągu uzależniona jest od tego, czy zainteresowane państwo zgłasza gotowość prywatyzacji usług publicznych.

Do szerszych skutków transformacji należą liczne korzyści dla korporacji, a także wykształcenie się w krajach Europy Środkowo-Wschodniej elity bogatej i często skorumpowanej, a nawet powiązanej ze światem kryminalnym. Niemieckie i austriackie koncerny okazały się szczególnie biegłe w celnym lokowaniu inwestycji i przechwytywaniu funduszy unijnych – w ten sposób dążyły do redukcji kosztów oraz zwiększania zdolności produkcyjnej, a także radziły sobie z niedoborem siły roboczej. W efekcie w Austrii i Niemczech upowszechnił się model „dynamicznego porównywania”. Przy jego pomocy zarządy przedsiębiorstw są w stanie rozpoznać obszary niskich płac i małego uzwiązkowienia w krajach transformacji. Ostatecznie wszystko to posłużyło za uzasadnienie neoliberalnych reform także w krajach Europy Zachodniej.

Społeczne konsekwencje

Opisane rozwiązania gospodarcze nieuchronnie prowadziły do długotrwałego bezrobocia strukturalnego. W kontrowersyjnym badaniu opublikowanym na łamach „The Lancet” w 2009 r. starano się obliczyć koszty ludzkie terapii szokowej. Opisano w nim zmniejszoną oczekiwaną długość życia, wzrost poziomu zachorowań i lęku oraz „społeczne tsunami”. Większe obciążenie systemu opieki zdrowotnej i pomocy społecznej to kolejny problem państw zadłużonych.

Nagła zmiana systemowa najbardziej dotknęła robotników fabrycznych – niewykwalifikowanych oraz nie mogących się przekwalifikować. Przy braku rządowego programu stymulującego tworzenie nowych miejsc pracy, z dnia na dzień powstała podklasa, która zasiliła nową armię bezrobotnych.

Niektóre postępowe elementy polityki społecznej przetrwały zarówno transformację, jak i późniejszą recesję. W większości państw regionu dzieciom powyżej szóstego miesiąca życia w dalszym ciągu – przynajmniej w teorii – przysługuje darmowa opieka. W większości krajów płaca minimalna ustalona została na przyzwoitym poziomie. Wysokość emerytury zazwyczaj wystarcza emerytom na utrzymanie. Dotyczy to również opieki społecznej, którą objęte są osoby niezaradne. Rozpowszechniono też bezpłatne badania profilaktyczne. Cieszący się dużą popularnością model zabezpieczeń społecznych „od kołyski aż po grób” – pozostałość okresu komunistycznego – często stoi w sprzeczności z nowym porządkiem gospodarczym.

W tych trudnych warunkach ekonomicznych zasadniczym elementem determinującym status społeczny i zarobki stało się umiejscowienie jednostki w ramach sieci społecznej. Dzieci z rodzin o niskim statusie muszą pracować szczególnie ciężko (jeśli za punkt odniesienia wziąć sytuację w Europie Zachodniej), by osiągnąć sukces. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej nawet ukończenie studiów z wysokim wynikiem nie gwarantuje dobrze płatnej pracy. Państwa peryferyjne w dużej mierze nie są w stanie zapewnić naukowcom odpowiedniego zaplecza badawczego oraz solidnych wynagrodzeń, pozwalających konkurować z krajami rozwiniętymi. Prowadzi to do przerwania związku między zasługą a nagrodą, co może mieć destrukcyjny wpływ na przyszłość tych państw. Gdy brak odpowiedniej nagrody za osiągnięcia naukowe, od wykształcenia wyższą wartość mają wciąż znajomości.

Mimo istotnej roli, jaką związki zawodowe odegrały w ruchach demokratycznych lat 80., ich władza i wpływ na rzeczywistość znacząco zmalały. Związkowcy na własnej skórze doświadczyli zwolnień i likwidacji zakładów przemysłowych. Podczas gdy wśród części wykwalifikowanych robotników wciąż istnieje chęć do walki o swoje prawa, to jednak nowe pokolenie pracowników nie ma pojęcia o działalności związkowej i postrzega nierówności w płacach oraz niepewność zatrudnienia jako coś naturalnego. Zawarta w książce Richarda Sennetta „Korozja charakteru” analiza wpływu upowszechnienia się tzw. umów śmieciowych na stosunki społeczne, jest szczególnie trafna w odniesieniu do krajów peryferyjnych.

Nie wszyscy oczywiście na zmianach stracili. Terapia szokowa miała swoich entuzjastów – ludzi oczarowanych ekonomią neoklasyczną oraz koncepcjami Hayeka – również w krajach Europy Środkowej. Czasem było to szczere intelektualne zainteresowanie – zwolennicy neoliberalnych ekonomistów z Zachodu wykładali na uczelniach Warszawy, Pragi, Bukaresztu i Budapesztu. Częściej jednak wśród neofitów neoliberalizmu można było znaleźć cynicznych ekskomunistów – poszukiwaczy nowego kapitalistycznego ładu. Angażując się w działalność zachodnich instytucji, takich jak NATO czy UE, niektórzy z niedawno nawróconych kapitalistów mieli nadzieję, że uda im się ugruntować swą pozycję głównych rozgrywających na politycznej scenie – nowej elity reformatorów na zachodnią modłę.

Konsekwencje polityczne

Debata na temat ograniczenia funkcji państwa stała się z czasem samospełniającą się przepowiednią. Wraz ze wzrostem uzależnienia gospodarek od napływu kapitału zagranicznego, państwa stopniowo rezygnowały z regulacji tej strefy. Zachód wywierał wpływ na politykę Europy Środkowo-Wschodniej, dążąc do osłabienia partii politycznych opowiadających się za pewnym stopniem interwencjonizmu. Wielu zachodnich obserwatorów w połowie lat 90. było zaniepokojonych powtarzającymi się sukcesami wyborczymi partii postkomunistycznych. Michael Ignatieff zaproponował w 1995 r. „strategię społeczeństwa obywatelskiego” dla regionu, która miała jego zdaniem składać się z kierowanych przez państwa zachodnie programów pomocowych, wspierających finansowo w krajach postkomunistycznych środki masowego przekazu, partie opozycyjne, sądy, wymiar sprawiedliwości i policję. Twierdził, że wdrażanie strategii powinno zacząć się od znalezienia partnerów w społeczeństwie.

Zachodnie rządy, często ręka w rękę z międzynarodowymi firmami, wprowadzały swoje pomysły w sposób instrumentalny i zazwyczaj bardzo podstępny. System finansowania kampanii wyborczych w większości krajów peryferyjnych stał się nieprzejrzysty. Zaczęły pojawiać się zarzuty mieszania się podmiotów transnarodowych w wewnętrzne sprawy państw. Były to idealne warunki dla zwolenników teorii spiskowych. Niezdarnymi ingerencjami i wpompowywaniem pieniędzy w fasadowe „liberalne” organizacje, zachodnie instytucje przyczyniły się do wypaczenia polityki i dalszego podporządkowania jej interesom ekonomicznym.

Od momentu zastosowania terapii szokowej wyborcy często masowo opowiadali się po stronie partii lewicowych. Mieli nadzieję, że zniwelują one najbardziej negatywne społeczne i gospodarcze skutki kapitalistycznej transformacji. Chcąc wprowadzić własne państwa do UE, partie te były jednak gorącymi zwolennikami prywatyzacji i głównych założeń neoliberalnej ekonomii. Ideologiczny chaos, który temu towarzyszył, przyczynił się do powstania w całym regionie ruchów populistycznych i prawicowych, chcących wykorzystać niezadowolenie społeczne. Odrodziły się siły polityczne takie jak antysemicki „chrześcijański socjalizm” i patriotyczny „narodowy liberalizm”, które rozwijały się w czasach monarchii austro-węgierskiej.
W sytuacji, gdy polityka w dużej mierze pozostaje w cieniu ekonomii i coraz bardziej uwikłana jest w geopolityczne interesy paranoicznych i nadaktywnych Stanów Zjednoczonych, strzegących „globalnego bezpieczeństwa narodowego”, legitymacja posttransformacyjnej elity zaczęła zależeć od nadrobienia dystansu do Zachodu. Po kryzysie finansowym tę ambitną strategię czeka najtrudniejsza próba, a jej rezultat może mieć katastrofalne skutki polityczne.
Jak twierdzi Gabor Scheiring, członek ugrupowania Polityka Może Być Inna (powstałej niedawno węgierskiej partii „zielonych”), ktoś, kto lokuje w danym kraju kapitał, staje się ważny dla jego życia społecznego i politycznego – to właśnie umacnia hegemonię kulturową wartości i sposobu myślenia elity gospodarczej i społecznej. Partie lewicy odnotowały spadek legitymizacji, a liberalna lewica nie jest w stanie sformułować własnej krytyki procesu globalizacji i problemów związanych z nowym systemem politycznym. Rozczarowanie często idzie więc w parze ze skrajnie prawicowym postulatem powrotu do tradycyjnej kultury.

Odrodzenie nacjonalizmu w wersji mitycznej wynika z pragnienia „ucieczki od nowoczesności” – zrozumiałej reakcji na zachodnią hegemonię kulturową. Liberałowie z byłego bloku wschodniego, którzy spodziewali się nowego złotego wieku w literaturze, muzyce i sztuce, przeżyli rozczarowanie. Kultura masowa peryferii została sprowadzona do najniższego wspólnego mianownika i bazuje na tanich „produktach” importowanych z USA. Gabor Scheiring zauważa, że liberalizm stał się słowem obraźliwym: To globalne zjawisko – przegrani z państw transformacji gospodarczej stają się izolacjonistami. Potrzebna jest nowa forma krytyki, łącząca prawa człowieka ze sprawiedliwością społeczną.

Nowa geografia społeczna

Po dwudziestu latach „terapii” w krajach transformacji kształtuje się krajobraz społeczny, odzwierciedlający charakter ich gospodarek. W typowej stolicy państwa peryferyjnego dominuje handel detaliczny, sektor usług i turystyki. Michael Lake, ambasador UE na Węgrzech w okresie poprzedzającym akcesję, wielokrotnie nazwał Budapeszt „miastem butików”. Drugie oblicze stolicy Węgier – część przemysłowa, w której żyją prawie dwa miliony ludzi, w tym wielu robotników mieszkających w blokach – nie jest warte uwagi.

Infrastruktura miasta peryferyjnego to mieszanka obiektów zabytkowych, budynków popadających w ruinę, nad którymi nikt nie panuje, oraz podejrzanych spekulacyjnych projektów rewitalizacyjnych. Nowoczesna architektura miejska, której przykładem są nijakie biurowce, może być równie brutalistyczna jak betonowe budowle z czasów stalinizmu. Brak kontroli i planowania tyczy się przedsięwzięć architektonicznych w biznesie, handlu oraz mieszkalnictwie. Słabe, dysponujące małymi funduszami lokalne władze często nie są w stanie należycie zadbać o zabytki lub po prostu kierują się interesami biznesowymi. Przytłaczająco zbiurokratyzowany system planowania okazuje się łatwy do obejścia dla podmiotów komercyjnych, używających argumentu pieniądza.

Państwa Europy Środkowo-Wschodniej były dawniej znane z rozbudowanej publicznej infrastruktury transportowej, w tej chwili duża jej część jest jednak w stanie ruiny. Prywatny samochód staje się coraz bardziej pożądanym środkiem komunikacji. Wraz ze wzrostem liczby aut, na wielu obszarach zanieczyszczenie powietrza przekroczyło poziom z czasów komunistycznych. Jak poinformowała organizacja „Bankwatch”, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju w dalszym ciągu wspiera w Europie Wschodniej szereg przedsięwzięć, które będą miały negatywny wpływ na środowisko, np. budowę spalarni śmieci czy autostrad.

Miejscowości, które leżą blisko granicy z państwem tzw. centrum (przykładowo te w zachodniej Słowacji, Polsce i na Węgrzech), czerpią korzyści z ruchu transgranicznego. W innych miejscach zaobserwować można exodus młodych ludzi, którzy przenoszą się do stolicy lub szukają pracy za granicą. Typowy obszar miejski jest zazwyczaj wyraźnie odgraniczony. Nieliczna klasa wyższa najczęściej zamieszkuje grodzone osiedla. Niestabilną klasę średnią można przeważnie znaleźć na obszarach podmiejskich i w niektórych mieszkaniach w centrum. Ludzie z klasy robotniczej i niższej średniej to najczęściej mieszkańcy bloków. Biedni mieszkają na wsi lub w prowizorycznych chatach pojawiających się na obrzeżach miast.

Infrastrukturę przemysłową obszarów peryferyjnych można podzielić na cztery grupy. Pierwsza to mnóstwo opuszczonych miejsc – zakłady, które w latach 90. zbankrutowały lub zostały porzucone. Druga to zmodernizowane obiekty, najczęściej będące własnością przedsiębiorstw zagranicznych. Trzecia to zakłady działające na zasadzie franczyzy, gdzie lokalny przedsiębiorca nawiązał kontakt z zagranicznym właścicielem lub przedstawicielem. Czwarta to nowe obiekty zbudowane przez międzynarodowe korporacje. Jako bezpośrednie inwestycje zagraniczne są one często dotowane przez rząd. Korporacje wykorzystują niższe koszty pracy i pieniądze z dopłat, by przenieść zakłady z Europy Zachodniej na wschód.

Opisany powyżej krajobraz krajów peryferyjnych stwarza potencjalnie korzystne warunki do pojawienia się nowych sił politycznych. Widoczna gołym okiem degradacja środowisk miejskich i wiejskich może doprowadzić do powstania potężnych ruchów opozycyjnych. Walka o przestrzeń miejską, podczas której subkultury dążą do humanizacji miast, sprzeciwiając się tendencjom do spekulacji na rynku nieruchomości, stanowi również doskonałą okazję do organizowania się. Te ruchy to szansa, aby alternatywne lewicowe idee wynieść z sali wykładowej i wykorzystać w codziennym życiu.

Wnioski

Pomimo różnic między krajami regionu, podobne rozwiązania polityczne z lat 90. doprowadziły do stanu, który charakteryzuje się podobnymi rozwiązaniami strukturalnymi i porównywalnymi problemami. Polityka narzucana przez MFW, UE i wiele innych organizacji międzynarodowych, prowadzi do utrzymania sytuacji, w której zadłużone państwa są od tych instytucji uzależnione. Będzie to skutkowało postępującym osłabieniem więzi społecznych i wzrostem dysproporcji w rozwoju regionów Unii Europejskiej. Zdolność państwa do utrzymania podstawowego poziomu usług i opieki społecznej znajdzie się w stanie zagrożenia. Zjawisko starzenia się społeczeństwa prowadzi do dalszego zaostrzenia sytuacji, nawet w bardziej stabilnych państwach regionu.

Problemom tym można zaradzić na kilka sposobów. Są to: bardziej intensywna współpraca między państwami Europy Środkowo-Wschodniej; samodzielne określenie ram własnego rozwoju, przy jednoczesnym zachowaniu dostępu do kluczowych zewnętrznych źródeł finansowania; luźniejsza polityka fiskalna, a w razie konieczności – dewaluacja; usprawnienie sektora państwowego zamiast jego stopniowej likwidacji lub prywatyzacji.

Trudno powiedzieć, czy i kiedy oblicze Europy Środkowo-Wschodniej ulegnie zmianie. Może należy raczej zadać pytanie, jak długo jeszcze sytuacja na Zachodzie będzie pomyślna. Wraz ze zmianą oblicza UE, wynikającą z dalszego jej rozszerzenia na wschód, może ukształtować się gospodarka europejska, która, choć zjednoczona pod względem instytucjonalnym, będzie podzielona pod względem społecznym. Jeśli tak się stanie, powstanie ultrakapitalistyczny twór – ułomny pod względem społecznym i politycznym.

Carl Rowlands

tłum. Mateusz Batelt

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w angielskim lewicowym periodyku „Soundings. A Journal of Politics and Culture” nr 46, 2010. Pominięto przypisy o charakterze bibliograficznym, odsyłające do literatury anglojęzycznej, oraz poczyniono niewielkie skróty.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

OFE – system społecznego bankructwa

Krytyka systemu emerytalnego wprowadzonego przez rząd Jerzego Buzka odbywa się w dwóch głównych układach odniesienia, które stanowią z jednej strony finanse publiczne, z drugiej zaś bezpieczeństwo socjalne emerytów i stabilność systemu. Które kategorie zarzutów wobec systemu kapitałowego są Pani zdaniem najpoważniejsze i najbardziej uzasadnione?

Prof. Leokadia Oręziak: Myślę, że jedna i druga. W pierwszej kolejności należy powiedzieć, że jest to system, na który nas jako kraju nie stać, ponieważ przyczynia się do ogromnego długu. Jeśli spojrzymy na doświadczenia państw, które bankrutują, tym bardziej staje się oczywiste, że nie możemy sobie pozwolić na coś takiego. Trzeba podkreślić, że nie posiadamy nadwyżki oszczędności i nie mamy z czego odkładać na emerytury, wobec czego, aby utrzymać otwarte fundusze emerytalne (OFE), stanowiące przymusowy filar kapitałowy systemu emerytalnego, rząd musi zaciągać pożyczki. Składki potrącane z naszych comiesięcznych wynagrodzeń powinny iść na emerytury obecnych emerytów, a ponieważ nie idą, gdyż w części kierowane są do OFE, musimy pożyczać, aby tym emerytom zapewnić świadczenia. Przecież nie chcemy zostawić ich bez środków do życia. Jak długo mamy deficyt budżetowy i dług publiczny, tak długo nie mamy nadwyżek. Gdybyśmy je mieli, wówczas moglibyśmy się zastanawiać, co z nimi zrobić. Moglibyśmy obniżyć podatki, budować autostrady czy szkoły, albo kupować papiery wartościowe i odkładać na emerytury. Ale nie mamy tych nadwyżek. Wskutek istnienia OFE powstał już ogromny dług. Niedługo będzie to aż 300 mld złotych – pamiętajmy, że cały polski dług to około 800 mld zł. Żeby ten „luksus” w postaci OFE utrzymywać, Polska musiała dotychczas – i nadal musi – pożyczać na krajowym i zagranicznym rynku finansowym ogromne kwoty. To prowadzi kraj do bankructwa.

Jeśli nie finansować tego z długu, to jak? Można poprzez podniesienie podatków – wszystkich obciążyć, żeby powstała jakaś pula oszczędności na kupowanie papierów na ten cel. Jednak nie warto tego robić. Nie tylko dlatego, że to obniża konkurencyjność polskiej gospodarki, ale także ponieważ wiąże się z ogromnymi wyrzeczeniami społecznymi. I nie jest to dobry sposób zagospodarowania ewentualnych wyższych podatków. Mamy przecież tyle innych ważnych zadań – bezpieczeństwo, edukacja, infrastruktura…

Innym źródłem może być wyprzedawanie majątku państwowego. To się dzieje od wielu lat. Sprywatyzowano już niemal wszystkie państwowe firmy, także z zakresu infrastruktury transportowej i energetycznej, istotne dla bezpieczeństwa państwa i obywateli. Presja wynikająca z istnienia dużego deficytu budżetowego, będącego skutkiem m.in. istnienia OFE, powoduje, że resztki majątku publicznego wyprzedajemy pospiesznie, często za wszelką cenę. To jest tak, jak z gospodarstwem domowym – gdyby pan nagle zdecydował się oszczędzać na emeryturę, musiałby pan skądś wziąć pieniądze, by kupić akcje i obligacje. Jeśli pan ich nie ma, to idzie do banku i pożycza. Tak postępuje nasz kraj od ponad 10 lat – pożycza, żeby finansować OFE. A jeśli nie chciałby pan pożyczać, musiałby pan się zastanowić, co sprzedać. To także robimy, na siłę prywatyzując zakłady czy sektory niezbędne dla bezpieczeństwa kraju. Albo będzie pan odejmował sobie od ust, i aby odłożyć na okres starości zmniejszy teraz wydatki na jedzenie lub kształcenie dzieci. W skali państwa odpowiednikiem tego jest cięcie wydatków budżetowych na cele społeczne, a także podnoszenie podatków.

To są trzy rodzaje poświęceń, które pokazałam na przykładzie gospodarstwa domowego, by odkładać środki na emeryturę. Można się czasem poświęcać dla ważnego celu, ale akurat ten, polegający na gromadzeniu papierów w ramach OFE, nie jest wart ani odejmowania sobie od ust, ani wyprzedawania sprzętów, ani zadłużania się. Papiery wartościowe nie są dobrym sposobem zbierania przez dziesięciolecia środków na emeryturę. Ich wartość rujnuje inflacja, kryzysy finansowe, koszty oraz malwersacje instytucji finansowych. Ponadto, jeśli kupujemy papiery za pożyczone pieniądze, to będziemy musieli spłacać nie tylko kredyt, ale także odsetki od niego. W rezultacie mamy z jednej strony zebrane papiery, ale z drugiej ogromny dług do spłacenia.

Pierwszy aspekt problemu o nazwie OFE jest więc taki, że nie mamy pieniędzy na rozwiązanie tego typu. Prowadzi to Polskę do sytuacji, w jakiej znalazła się Grecja i inne zadłużone kraje strefy euro. Możemy jednak spojrzeć na Węgry, gdzie zdecydowano się wprowadzić dobrowolność przynależności do OFE. Na początku 2011 r. każdy uczestnik OFE musiał sam zdecydować, czy zapisać się ponownie do funduszy – i z 3,1 mln uprawnionych zapisało się tylko 100 tys. Środki tych, którzy się nie zapisali, wróciły do systemu finansów publicznych i znacznie zmniejszyły dług publiczny państwa. Dało to Węgrom szansę na zmniejszenie podatków i zwiększenie wydatków na cele prorozwojowe. Premier Węgier w obronie interesów państwa i obywateli umiał przeciwstawić się zagranicznym korporacjom (w dużej części tym samym, co w Polsce) ciągnącym zyski z OFE.

Drugi aspekt problemu dotyczy sytuacji emerytów. Zajmuję się rynkiem finansowym od dawna i nie uważam, żeby korzystne było przymusowe lokowanie na emeryturę środków w papiery wartościowe. W ramach sytemu emerytalnego wprowadzonego w 1999 r., łączna emerytura z pierwszego (ZUS) i drugiego filara (OFE) będzie bardzo niska. Cudem będzie, jeśli osiągnie ona 1/3 ostatniego wynagrodzenia przyszłego emeryta. Z powodu OFE, część z tej przyszłej, niewielkiej przecież emerytury jest dodatkowo narażona na wielkie ryzyko związane z rynkiem finansowym. Gdy ktoś ma tak skromne środki, jakie rysują się w ramach przyszłych emerytur, to nie powinien grać na giełdzie, bo gdy przegra, nie będzie miał nawet na mleko i chleb. Tymczasem państwo polskie utrzymuje system, w którym tymi pieniędzmi gra się na giełdzie, a całe ryzyko spada na przyszłego emeryta. To nie jest sposób, by skutecznie zwiększyć środki na sfinansowanie godziwych emerytur. Jest to natomiast sposób, by przez kilkadziesiąt lat utrzymywać z pieniędzy emerytów wielkie instytucje finansowe. Są to niemal w całości zagraniczne towarzystwa ubezpieczeniowe i banki, będące akcjonariuszami działających obecnie w Polsce 14 Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (PTE).

Nie mniej istotny niż antyspołeczne skutki związane z OFE jest sam mechanizm wprowadzenia tego systemu. Pisała Pani, m.in. na podstawie książki prof. Mitchella A. Orensteina, nie tylko o tym, z czego wiele osób zdaje sobie sprawę, czyli o braku autentycznej i rzetelnej debaty przed wprowadzeniem systemu kapitałowego (zastąpiły ją kampanie reklamowe), ale także o znacznie mniej jawnych aspektach tego procesu. Mam na myśli nasilony lobbing i ogromne kwoty, które ponadnarodowe koncerny ubezpieczeniowe i banki przeznaczyły na promowanie rozwiązań korzystnych dla siebie.

L.O.: Książka prof. Orensteina to bardzo poważna publikacja człowieka, który współpracował z Bankiem Światowym, miał dostęp do wielu dokumentów oraz przeprowadził systemowe badania. Doświadczenia związane z funkcjonowaniem II filara kapitałowego najpierw zaczęto gromadzić w Chile. Pobieranie przymusowo co miesiąc składek emerytalnych od milionów ludzi to dla banków i innych instytucji finansowych wspaniały interes. Okazało się, że we wprowadzanie tego systemu w takich krajach, jak Polska, włączył się także Bank Światowy pod naporem wielkich korporacji międzynarodowych, które zwietrzyły okazję do nowych wielkich zysków.

W książce znakomicie opisano kampanię towarzyszącą wprowadzeniu II filara systemu emerytalnego w krajach, które nie potrafiły się oprzeć tej wielkiej presji ze strony podmiotów międzynarodowych. W państwach rozwiniętych, dojrzałych demokracjach, społeczeństwa nie pozwoliły narzucić sobie tego przymusowego opodatkowania na rzecz zagranicznych korporacji. Orenstein przedstawił m.in. to, jak zwolennicy OFE przegrali batalię w USA, mimo że proponowano tam przymusową składkę w wysokości 2% pensji (u nas jest to aż 7,3%). Pokazał on, że tego systemu nie przyjęły kraje silne i bogate. Inaczej było w państwach mocno uzależnionych od międzynarodowych instytucji finansowych. Rządzący okazali się nieodporni na zmasowaną akcję instytucji międzynarodowych, podjętą w latach 90. Prof. Orenstein opisuje jak wytypowano kraje do wprowadzenia OFE, jak pozyskiwano i szkolono w tym celu krajowych polityków i ekspertów, łącznie z finansowaniem ich wyjazdów na wycieczki do Chile i Argentyny. Była to wyrafinowana postać korupcji. Moim zdaniem, książka ukazuje dramatyczną walkę przeciwników OFE, będących w istocie obrońcami suwerenności kraju, z tymi, którzy stanęli po drugiej stronie. Chciałabym mieć nadzieję, że zwolennicy wprowadzenia OFE w Polsce działali w dobre wierze, ale nie jest to łatwe.

Czemu nikogo nie dziwiło, że inne rozwinięte kraje nie wprowadziły takich rozwiązań? Powie ktoś: a Szwecja? Wyjaśnijmy różnice. Gdy u nas ustalono składkę do OFE na poziomie 7,3% wynagrodzenia, tam dotyczy to nieco ponad 2%. Poza tym w Szwecji nie pobiera się opłaty od składek, która u nas wynosiła najpierw 10%, później 7%, a teraz 3,5%. W Szwecji takiej opłaty nie ma. Istnieje swoboda wyboru, jest kilkaset funduszy, a całością procesu zarządza państwo. A ponadto – i to jest kwestia kluczowa – Szwecja to kraj z nadwyżkami budżetowymi, a w Polsce od dziesięcioleci jest deficyt.

Co znamienne, w krajach rozwiniętych nie ma przymusu oszczędzania na emeryturę na rynku finansowym. Został on ustanowiony jedynie w krajach, które nie miały doświadczenia z gospodarką rynkową i nie potrafiły się oprzeć silnej presji instytucji międzynarodowych. Teraz trudno się wycofać z tego systemu rujnującego kraj, gdyż instytucje te nie chcą zrezygnować ze stałego, ogromnego źródła zysków, napędzanego państwowym przymusem. Węgry pokazały patriotyczne podejście, w zasadzie likwidując OFE. Inne kraje naszego regionu zredukowały ten system do minimum. U nas zaś system OFE funkcjonuje ciągle dlatego, że ludzie nie mają wystarczającej świadomości, iż dzieje się to ich kosztem, a instytucje finansowe potrafią skutecznie wpływać na polityków i tzw. niezależnych ekspertów.

Mimo oporu wielu wpływowych środowisk, rząd niedawno przeforsował zmiany w systemie emerytalnym, przede wszystkim zmniejszając część składki przekazywanej do OFE. Czy uchwalone zmiany są wystarczające z punktu widzenia interesu publicznego?

L.O.: Trzeba podkreślić, że stało się dobrze, iż zredukowana została składka przekazywana do OFE – z 7,3% do 2,3%. Dobrze, że rząd wykazał determinację wobec ogromnego sprzeciwu instytucji finansowych. Gdyby tego nie zmieniono, do OFE trafiałyby składki w wysokości ponad 24 mld zł rocznie. Ponadto trzeba uwzględnić odsetki od całego długu spowodowanego przez OFE. Łącznie to ponad 40 mld zł rocznie nowego długu publicznego. Teraz, dzięki redukcji składki, pożyczamy mniej, choć i tak za dużo. Dobrze że zrobiono taki krok, gdyż trzeba było ratować państwo. Gdy zacznie się taka tragedia jak w Grecji, to będzie za późno – trzeba będzie sprzedawać ziemię, lotniska, porty, lasy i inne składniki dziedzictwa narodowego.

W medialnej debacie Leszek Balcerowicz i Jacek Rostowski spierali się o kupowanie przez fundusze emerytalne obligacji Skarbu Państwa. Wydawali się natomiast zgodni co do zasadności inwestowania środków ze składek w akcje na giełdzie. Tymczasem Pani nie podziela tego przekonania – dlaczego?

L.O.: Oni rozmawiali o drugim kroku w całym systemie funkcjonowania OFE. Pierwszy krok to wspomniane miliardy złotych składki rocznie od naszych wynagrodzeń, które przekazywane są przez ZUS do OFE, zamiast iść na wypłatę obecnych emerytur. Zatem, aby obecni emeryci mogli otrzymać emeryturę i mieli za co przeżyć, rząd musi znaleźć pieniądze, by zrekompensować ZUS-owi ten ubytek środków. Trzeba więc pożyczyć całą tę kwotę, którą ZUS przekazuje do OFE. Najpierw więc powstaje dług publiczny: rząd musi emitować obligacje skarbowe i znaleźć na nie nabywców w kraju i za granicą. Część z tych obligacji kupią OFE.

Drugi krok to inwestowanie przez OFE pieniędzy otrzymanych ze składek. Powstaje absurdalna sytuacja: konieczność przekazania składek do OFE powoduje deficyt w budżecie państwa. Potem państwo musi pożyczyć pieniądze, także od OFE. Najpierw więc pozbyło się pieniędzy, a potem te same pieniądze pożycza, dając przy tym zarobić instytucjom finansowym. Przecież to nonsens i ogromne marnotrawstwo pieniędzy publicznych. Ponadto, gdy pan będzie szedł na emeryturę, społeczeństwo będzie musiało wykupić te obligacje nabyte przez OFE do pańskiego portfela emerytalnego (oraz pozostałe, wynikające z długu tworzonego przez OFE). Wszyscy będziemy musieli się wtedy na to złożyć poprzez wyższe podatki. Tak wygląda to oszczędzanie na emeryturę w ramach OFE. Nie dość, że teraz tworzy dług zagrażający niewypłacalnością państwa, to jeszcze w przyszłości oznacza ogromne obciążenia podatkowe. Oprócz tego w międzyczasie PTE pobiorą opłaty od składek i przez dziesięciolecia będą co miesiąc pobierać opłaty za zarządzania aktywami OFE, powodując topnienie zgromadzonego kapitału.

Jeśli zaś chodzi o akcje, czyli kolejny element inwestowania (poza obligacjami) w ramach drugiego kroku, również nie ma to sensu. Gdybyśmy jako kraj mieli nadwyżki finansowe, to ostatecznie możemy inwestować w przyszłe emerytury kupując akcje i inne instrumenty finansowe. Ale OFE kupują te akcje z pożyczonych pieniędzy. W efekcie kraj zadłuża się, żeby OFE mogły nabywać akcje na giełdzie i rynku pozagiełdowym. Z pożyczonych pieniędzy państwo nabija więc bańkę spekulacyjną na giełdzie, a ponadto daje instytucjom finansowym do dyspozycji pieniądze do obracania przez dziesięciolecia, według ich własnego uznania, w tym finansowania własnych i powiązanych spółek (trzeba dbać tylko o to, by nie przekroczyć limitu inwestowania w akcje).

Czyli zasadniczy problem związany z kupowaniem akcji na giełdzie to wspomniany brak nadwyżki budżetowej? Czy to, że gra na giełdzie nie daje gwarancji stabilnych emerytur?

L.O.: Jedno i drugie. Nie mamy pieniędzy na takie inwestowanie i to powinno zamykać dalszą dyskusję. Nie jestem wrogiem rynków finansowych, ale uważam, że gra na nich powinna odbywać się na zasadach dobrowolności. Jeśli ktoś chce, żeby pieniędzmi przeznaczonymi na jego emeryturę grać na giełdzie, to niech sam zdecyduje o tym i sam ponosi ryzyko. Do tego trzeba dodać zagrożenie kryzysami finansowymi. Zanim przejdzie pan na emeryturę, będzie jeszcze niejeden kryzys, który zrujnuje te oszczędności. W normalnych warunkach nikt rozsądny nie ryzykowałby takich strat – ale tutaj wszystko i tak pójdzie na koszt skarbu państwa, a więc podatników. Na wysoką szkodliwość OFE wskazuje fakt, że aby utrzymać te fundusze Polska zadłuża się, płacąc odsetki ponad 6%, a rentowność osiągana przez OFE to ok. 3%. Państwo polskie pożycza więc na 6% (i więcej), by ulokować te środki na 3%. Ten stan rzeczy potwierdza występującą na rynku finansowym prawidłowość, że oprocentowanie kredytów jest niemal zawsze znacznie wyższe niż oprocentowanie lokat, jakie można osiągnąć inwestując uzyskane środki. Od ponad 10 lat Polska postępuje wbrew tej oczywistej zasadzie.

Jeśli mówimy o przyszłości, nasuwa się problem wysokości przyszłych emerytur. Czy możemy przewidzieć te wielkości i od czego będą one zależeć? Jakie mechanizmy mogłyby zmniejszyć skalę niepewności?

L.O.: Jedyny rozsądny mechanizm emerytalny, jaki dotychczas wymyślono w świecie, polega na tym, że ci, którzy pracują, dzielą się dochodami z tymi, którzy już pracować nie mogą, czyli z emerytami. Jest to system repartycyjny. Ważne, żeby uświadamiać to wszystkim, zwłaszcza ludziom młodym. Obecnie wielu z nich uważa, że emeryci to darmozjady, ludzie niepotrzebni. To bardzo nieuczciwe. Liberalizm zasiał w wielu umysłach opinię, że starsze pokolenie nie zasługuje na finansowanie, a każdy powinien oszczędzać tylko dla siebie. Takie tradycyjne wartości, jak szacunek wobec starszych, pomoc i solidarność międzypokoleniowa, są coraz słabiej rozumiane i akceptowane wskutek liberalnego prania mózgów.

A odpowiadając na pytanie, co trzeba zrobić, żeby emerytury były pewne – na pewno nie wydawać pieniędzy na próżno (jak w przypadku OFE), lecz inwestować, aby kraj się rozwijał, zwiększać wydajność pracy, inwestować w wykształcenie i postęp techniczny. Jeśli będziemy bogaci, będziemy mieli się czym dzielić z naszymi rodzicami i dziadkami. Można wspomnieć też o demografii. Wydajność pracy i wzrost gospodarczy są ważne, ale niewystarczające. Należy również oddziaływać na strukturę demograficzną, przeznaczając środki m.in. na żłobki i przedszkola czy wsparcie pracujących matek. Byłoby na to zresztą znacznie więcej funduszy, gdyby nie ten straszny błąd w postaci OFE. PTE wzięły dla siebie kilkanaście miliardów złotych w postaci opłat i prowizji. Ile można byłoby za to zbudować przedszkoli, których teraz tak brakuje?

Zwolennicy reformy emerytalnej z lat 90. zwykli wskazywać szereg argumentów za osłabieniem repartycyjnego charakteru systemu: zmianę relacji między liczbą pracujących a liczbą emerytów, potrzebę dywersyfikacji ryzyka, uniezależnienie sytuacji emerytów od decyzji politycznych oraz od rzekomej niegospodarności ZUS. Jak Pani ocenia zasadność poszczególnych zarzutów?

L.O.: Jeśli chodzi o sytuację demograficzną, można korygować zmianę proporcji grup wiekowych poprzez stworzenie fundamentów trwałego rozwoju gospodarczego i wzrost efektywnego zatrudnienia. Potrzebne są np. inwestycje w infrastrukturę i szkolnictwo. Taką drogą tworzy się dobrobyt, a jeśli jest dobrobyt, to jest też co dzielić. Trzeba więc dbać zarówno o sytuację demograficzną, jak i tworzyć podstawy do wzrostu gospodarczego.

Drugi aspekt to dywersyfikacja. Hasło wymyślone przez Bank Światowy – „Bezpieczeństwo w różnorodności” – rozminęło się z rzeczywistością. Dzięki tej swoistej „różnorodności” ryzyko niestabilnych i niskich emerytur nie tylko nie jest mniejsze, lecz znacznie wzrosło. OFE stwarza ogromne ryzyko zarówno dla bezpieczeństwa państwa, jak i przyszłych emerytur.

Powtórzę: jeśli ktoś ma nadwyżki i wierzy w rynek finansowy, może inwestować na rynku kapitałowym, ale niech to robi na własną rękę. Państwo nie powinno przymuszać do tego obywateli poprzez OFE. Kryzysy pokazały, że bezpieczeństwa na rynkach finansowych już nie będzie. Nie ma już takich instrumentów finansowych, w które można bezpiecznie inwestować.

A jeśli chodzi o uniezależnienie od polityki oraz o domniemaną niegospodarność ZUS?

L.O.: Zapytajmy może, czy w wyniku istnienia OFE emerytura byłaby niezależna od przyszłych decyzji polityków, gdy przejdzie pan na emeryturę? Spójrzmy na strukturę portfela – są tam akcje i obligacje skarbowe. Kto wykupi pana obligacje, jeśli państwo nie będzie dobrze rządzone? Kto teraz wykupuje obligacje np. Grecji? Ona jest na garnuszku instytucji międzynarodowych. W systemie kapitałowym nasze emerytury też są zależne od decyzji polityków. Również wartość akcji jest zależna od sytuacji gospodarczej i funkcjonowania państwa. System OFE wcale nie łagodzi problemu, lecz go potęguje. Punktem wyjścia jest to, jak kraj jest zarządzany. Jeśli dobrze, a gospodarka się rozwija, wówczas są pieniądze także na emerytury. Jeśli jest ogromny dług i zagrożenie bankructwem państwa, przyszła wartość papierów skarbowych może zostać znacznie zredukowana (nawet do zera), podobnie jak papierów emitowanych przez przedsiębiorstwa. W każdym przypadku właściwe rządzenie polityków jest potrzebne i nie można się od tego uwolnić. Nie można powiedzieć: zabieram swoje zabawki i nie będę zależny od tego, co dzieje się w państwie. Te argumenty o bezpieczeństwie i różnorodności zostały wymyślone przez Bank Światowy.

Wspominała Pani, że pod wpływem dyskursu liberalnego dokonała się zmiana kulturowa, polegająca na odchodzeniu od solidarności międzygeneracyjnej. Spotkałem się z tezą, że przechodzenie do systemu kapitałowego wiąże się ze zmianą postrzegania starości, która przestaje być uważana za typowe ryzyko socjalne. W związku z tym zabezpieczenie przed jej skutkami powinno się odbywać w ramach indywidualnej przezorności – przesunięcia środków między różnymi fazami życia jednostki. Gdzie tkwi błąd w tym rozumowaniu?

L.O.: Myślę, że jest to odkręcanie prawidłowości, które obowiązywały przez tysiąclecia. Zgodnie z nimi, dzieci powinny zadbać o rodziców i nie zostawiać ich na pastwę losu. Mamy teraz taki dziki kapitalizm, w którym w wielu przypadkach ludzie starsi są postrzegani jako niepotrzebni i najlepiej gdyby w ogóle ich nie było. Tymczasem zwłaszcza młode pokolenie powinno sobie uświadomić, że gdyby nie praca poprzednich i obecnych emerytów, to nie byłoby większości istniejącego majątku publicznego i prywatnego. Prawie wszystko, co mamy, zostało stworzone przez nich. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby tworzenie gospodarki, gdyby trzeba to robić teraz od zera, np. na księżycu. Tam nie było poprzednich pokoleń. Młodzi nie musieliby im nic płacić, ale też niczego by nie odziedziczyli. Powinni sobie uświadomić, że starsi ludzie, wymagający opieki, stworzyli bazę dla naszego funkcjonowania. Tej minimalnej uczciwości młodym ludziom często brakuje.

W efekcie propagandy rozwijanej przez lata przez zwolenników OFE nastąpiło duże spustoszenie w umysłach wielu osób, którym mówi się np. że dobrze byłoby zlikwidować ZUS. Tymczasem ZUS jest tylko instytucją techniczną. Ktoś musi zorganizować pobieranie składek i przekazać świadczenia beneficjentom. Nie można do ZUS-u mieć pretensji, że wypłaca niskie emerytury. ZUS wypłaca tylko tyle, ile jako obywatele zgodzimy się – za pośrednictwem parlamentu – żeby wypłacano. Jeśli będziemy chcieli więcej, to on przekaże więcej. To tylko kasjer. Jakże nierozsądne są głosy, żeby ZUS zlikwidować. Pamiętajmy, że ZUS obsługuje nie tylko te kilka milionów emerytów obecnych, ale także zbieranie składek od kilkunastu milionów pracowników, obsługuje rencistów, osoby na urlopach macierzyńskich, zasiłki chorobowe, wypadkowe etc. Nieraz słychać argumenty, że ZUS marnotrawi pieniądze. Ale – chcąc zachować symetrię – zapytajmy, ile z naszych składek pobierają, czyli kosztują nas, towarzystwa emerytalne. A ile od nich otrzymamy?

Pamiętajmy też, że jeśli będziemy promować taki indywidualistyczny model kapitalizmu, to nasze dzieci też się nami nie zajmą. Jak ktoś będzie przechodził na emeryturę, będzie traktowany jak osoba zbędna. To są ogromne zmiany w mentalności, które bardzo ciężko będzie odwrócić. Wiele będzie zależało od mediów. Tymczasem one zależą w dużej części od banków i innych instytucji finansowych (jako reklamodawców, a także właścicieli). Trudno oczekiwać, że będą prezentować poglądy sprzeczne z interesami sponsorów.

Chciałem zapytać o szerszy aspekt problemów związanych z systemem emerytalnym. Obecnie wiele osób pracuje na tzw. umowach śmieciowych, często pozostaje przynajmniej okresowo wyrzuconych poza rynek pracy. Czy obecny system zabezpieczenia społecznego, nawet jeślibyśmy zlikwidowali OFE, byłby w stanie odpowiedzieć na to zjawisko?

L.O.: Jeśli nadal tak wielu ludzi będzie pracowało na umowach śmieciowych, większość z nich nie dopracuje się żadnej emerytury. Przed nami poważna dyskusja na ten temat. Jak zapewnić minimalne emerytury ludziom, którzy pracowali, lecz – nie z własnej winy – nie uzbierali wystarczających środków na starość? Z drugiej strony, w dyskusji o emeryturach obywatelskich (pewna kwota dla każdego emeryta, niezależnie od przebiegu życia zawodowego) problem stanowi jak to zorganizować, żeby szara strefa się nie powiększyła. Bo wielu uzna, że jeśli i tak dostanie obywatelską emeryturę, to w ogóle nie będzie rejestrowało działalności i płaciło składek. Myślę, że samo życie wymusi taką dyskusję, gdyż rysuje się trudna sytuacja dla ogromnej rzeszy ludzi.

Obok wspomnianego zagadnienia, na horyzoncie jest jeszcze spór o podniesienie wieku emerytalnego. W tej sprawie zasadniczo zgodni są zarówno obóz rządzący, jak i jego jeszcze bardziej liberalni krytycy. Czy uważa Pani, że jest to optymalny społecznie lub po prostu nieunikniony kierunek zmian?

L.O.: Jakakolwiek dyskusja o podniesieniu wieku emerytalnego powinna się rozpocząć dopiero, gdy zniesiemy obowiązek przynależności do OFE. W przeciwnym razie instytucje finansowe będą mogły dłużej czerpać zyski z OFE, a ludzie dłużej pracować, czyli dłużej przymusowo je finansować. Jeśli pozbędziemy się tego problemu, można się zastanawiać, czy podwyższyć wiek emerytalny. Ale również w tej kwestii sprawa nie jest taka prosta. Osoby, które później przechodzą na emeryturę, później zaczną otrzymywać świadczenia, więc będzie to korzystne dla finansów publicznych. Ale jednocześnie zajmą miejsca pracy młodym. Czy jest to sprawiedliwe i rozsądne? W pierwszej kolejności trzeba dbać o to, żeby młodym ludziom zapewnić pracę. Moim zdaniem, powszechne podwyższenie wieku emerytalnego to opcja na razie niedobra w polskich realiach. Taką możliwość powinni otrzymać ludzie, którzy mogą i chcą dłużej pracować, posiadają odpowiednie kwalifikacje i są potrzebni na rynku pracy. Ale po co wszystkich zmuszać do dłuższej pracy, gdy w tym samym czasie istnieje armia bezrobotnych?

Jeśli władze poprosiłyby Panią o rekomendacje w kwestii najpilniejszych kierunków zmian w systemie zabezpieczenia społecznego, to co by im Pani doradziła?

L.O.: Ciągle aktualne jest hasło likwidacji OFE. Ważny jest także sposób likwidacji. Jeśli chcielibyśmy tego dokonać, najlepiej wprowadźmy zasadę dobrowolności przynależności do OFE, być może według wzoru zastosowanego na Węgrzech. Ale to nie wystarczy, żeby uratować finanse publiczne. Poza tym jest wiele innych rzeczy do zrobienia, np. racjonalizowanie KRUS, rozważenie podniesienia wieku emerytalnego służb mundurowych. Ale zacząć trzeba od OFE, gdyż ze względu na skalę związanych z nimi zagrożeń dla państwa i obywateli, to najpoważniejszy problem dla finansów publicznych.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 14 lipca 2011 r.

Dbajmy o siebie,  czyli patriotyzm konsumencki (i więcej) (część II)

„Nowy Obywatel” w Waszych rękach

Pierwszy raz w jedenastoletniej historii pisma złożony do druku numer przeleżał niemal dwa miesiące – czekając, aż uzbieramy wystarczającą ilość pieniędzy na opłacenie drukarni.

W naszych reklamach deklarujemy, że „walczymy o każdy numer tego pisma”. Nie ma w tym żadnej przesady: poszukiwanie środków na sfinansowanie prac redakcyjnych i druku to dla nas jedno z głównych codziennych zajęć. Mimo postępującej dywersyfikacji źródeł przychodów, Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, którego jestem nowym prezesem, nadal nie osiągnęło stabilności finansowej. Wiele w tym naszej winy: społeczników, którzy skupieni na sianiu fermentu ideowego przez lata nie dość przykładali się do nauki zarządzania profesjonalnym wydawnictwem. Są jednak wyzwania, którym nie podoła nawet najlepszy zarząd, a jedynie akcjonariusze.

Dlatego zamiast wstępu zagrzewającego do walki o lepszy świat, mamy dziś dla Was, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, kilka słów od wydawcy. Chcę w nich zachęcić Was do wzięcia współodpowiedzialności za mały, papierowy kawałek Waszego świata. Jego przetrwanie zależy bowiem także od zmiany Waszych przyzwyczajeń w dziedzinie nabywania naszego kwartalnika.

Ogromne marże i dodatkowe opłaty narzucane przez dystrybutorów prasy i książek, niepłacone miesiącami faktury są w stanie dobić każdego wydawcę nienastawionego na masowego odbiorcę. O tym, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych problemach z molochami, świadczy choćby coraz głośniejsza akcja „Nie karm książkowego potwora. Kupuj mądrze”, do której włączyliśmy się nie tylko jako wydawnictwo, ale również jako konsumenci zadrukowanego papieru. Przyszłość ambitnej prasy i książek zależy w dużej mierze od tego, czy ich odbiorcy wyrobią w sobie nawyk kupowania z pominięciem wielkich sieci dystrybucji.

W tym miejscu apelujemy do Was: weźcie „Nowego Obywatela” w swoje ręce. Jeśli bliska jest Wam misja, którą realizujemy, od konsumpcji kolejnych akapitów przejdźcie do działania. Jeśli jeszcze nie jesteście prenumeratorami, najwyższy czas to zmienić. To najprostsze, co możecie zrobić – nie ponosząc żadnych kosztów, a nawet oszczędzając – by ułatwić nam utrzymanie wysokiego poziomu pisma oraz kwartalnego cyklu wydawniczego, obecnie zagrożonego. Płacąc za gazetę z góry, pomagacie nam zachować płynność finansową, a także zyskujecie pewność, że Wasz wkład w całości zasila budżet pisma, a nie bezdenne kieszenie dystrybutorów-gigantów.

Dla tych, dla których obecność w debacie publicznej propagowanych przez nas idei jest ważna, mamy także inne propozycje świadomego „akcjonariatu” w działalności wydawniczej Stowarzyszenia. Dlatego w tym numerze szczególnie polecam Waszej uwadze… reklamy, treść z reguły omijaną w poszukiwaniu kolejnego inspirującego tekstu. Na poszczególnych stronach okładki oraz na stronach 90 i 158 znajdziecie informacje na temat tego, co możecie zrobić, by mieć pewność, że kolejny numer „Nowego Obywatela” trafi do Waszych rąk. Również od Was zależy, kiedy będziemy mogli znowu się spotkać.

Szaleństwo cięć

„Wymagamy of…” – głos włoskiej minister spraw społecznych załamał się w trakcie przedstawiania planów brutalnych cięć świadczeń socjalnych. Elsa Fornero zaczęła łkać.

„Ofiar. Wymagamy ofiar” – dokończył z uśmiechem siedzący obok niej premier Mario Monti.

„Super Mario” jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nigdy nie był przez Włochów wybrany w wyborach na żaden urząd, jednak jego kariera w banku inwestycyjnym Goldman Sachs i regularna obecność na nasiadówkach oligarchicznej grupy Bilderberg powoduje, iż cieszy się zaufaniem „rynków”. Podczas gdy inny niewybrany przez nikogo bankier Lucas Papademos mości się w fotelu premiera Grecji, zaś kolega z Goldman Sachs, Mario Draghi, obejmuje Europejski Bank Centralny, Monti bez większego sprzeciwu kogokolwiek składa ofiarę z przyszłości Włochów „rynkom”. Dzieje się to przy wciąż słyszalnych odgłosach wiwatów włoskiej lewicy, zadowolonej z odsunięcia Berlusconiego.

Przyszłość obywateli Republiki Włoskiej to oczywiście dla tamtejszej lewicy ważny temat, nie tak istotny jednak jak potrzeba emocjonalnej satysfakcji z udziału w udanej „kolorowej rewolucji” (bodajże fioletowej) przeciw Berlusconiemu. Od dłuższego czasu jej działalność to walka z interesami jednego miliardera (Berlusconiego) na rzecz interesów innego miliardera (De Benedetti). W kluczowych miesiącach, gdy niepokorny rząd Il Cavaliere nie chciał się poddać dyktatowi wielkich instytucji finansowych i jak nigdy potrzebny był ogólnonarodowy opór przeciw ich działaniom, włoska opozycja dołączyła do kampanii przeciw swemu premierowi. Tym samym dopełnia się to, czemu udało się zapobiec Berlusconiemu w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy to detonacja skandalu P2 (tzw. akcja „Czyste Ręce”) miała za zadanie zmieść skorumpowany krajowy układ i zastąpić go nowym, zupełnie uległym wobec finansowej oligarchii. Dziś włoski system polityczny ostatecznie kapituluje przed Wall Street i City.

Europejska wojna finansowa

Przy ogólnoeuropejskim trendzie cięć i oszczędności nie powinno nas dziwić, iż wielu analityków przewiduje w przyszłym roku znaczące spowolnienie tempa wzrostu PKB, a nawet recesję. O ekonomicznej przeciwskuteczności działań oszczędnościowych, podejmowanych w celu zredukowania deficytu, przekonała się w ciągu ostatniego stulecia cała plejada politycznych nieudaczników. Od kanclerza Heinricha Bruenninga za czasów Republiki Weimarskiej po ex-gubernatora Schwarzeneggera i ex-premiera Papandreou.

Żaden z dzisiejszych przywódców nie jest w stanie przyznać, że Europa stoi w obliczu ataku pasożytów finansowych, dokonywanego przy pomocy powiązanych z nimi agencji ratingowych. Żaden nie kwestionuje legalności instrumentów pochodnych CDS, mających być ubezpieczeniem na wypadek niewypłacalności państw, wydawanych jednak para-legalnie, bez spełniania kryteriów zabezpieczeń, jakie powinien posiadać legalny ubezpieczyciel. To właśnie niesławne CDS-y są przyczyną, dla której wielu spekulantów życzy sobie niewypłacalności poszczególnych państw atakowanych przez S&P, Fitch oraz Moody’s.

Taktykę obraną przez finansowych agresorów trudno określić inaczej niż mianem bezczelnej. Z jednej strony, przy wielkim PR-owskim wysiłku wykreowano narrację, wedle której kraje mocno zadłużone lub o dużym deficycie „same się proszą” o ukaranie przez rynki finansowe i o lichwiarskie warunki pożyczania pieniędzy. Efekt – grabież podstawowej infrastruktury pod zastaw długów – może być zatem przedstawiany jako kara za nieroztropne „rozdawnictwo”. Z drugiej jednak strony, rzeczywiste kierunki przeszłych i zapowiadanych wspólnych ataków agencji ratingowych i spekulantów mają bardzo małą korelację z poziomami długu lub deficytu do PKB.

Grecja została wybrana za cel ataku nie ze względu na poziom długu (wówczas pierwszym celem byłaby Japonia), lecz z uwagi na płytkość rynku i możliwość stosunkowo taniego wstrząśnięcia całą strefą euro. Włochy z kolei trzymają deficyt w ryzach, zaś dług, choć spory, nie powinien znacząco się powiększać. Niechęć do premiera Włoch, zaangażowanego z Rosjanami w projekt budowy rurociągu South Stream – zagrażającego hegemonii dolara jako waluty rozliczeniowej za surowce – miała zapewne większe znaczenie przy ataku na ten kraj.

Hipokryzja przeczenia przez „rynki” swym własnym rzekomym dogmatom została dobrze wypunktowana przez wicepremiera Pawlaka, zapowiadającego przedstawienie na forum europejskim propozycji anty-lichwiarskich dla rynku obligacji państw. W propozycjach Pawlaka oprocentowanie obligacji podlegałoby „sufitom” – maksymalnym kwotom, zmieniającym się w zależności od poziomu zadłużenia/deficytu państw. Tym samym wielkie instytucje byłyby zmuszone do podporządkowania się własnej zakłamanej teorii. Podobny nurt anty-spekulacyjny prezentuje coraz większe grono państw Unii Europejskiej, czego skutkiem jest rozbrat krajów kontynentu z Wielką Brytanią na ostatnim szczycie Rady Europejskiej. Kością niezgody w brukselskim sporze z Brytyjczykami był rysujący się na ciągle dość odległym horyzoncie podatek od transakcji finansowych, będący śmiertelnym zagrożeniem dla londyńskiego City.

Jednak nawet uwolnienie Europy i świata od pasożytów finansowych i służących im pseudonaukowych teorii zatrzyma co najwyżej regres w standardzie życia społeczeństw, podczas gdy wyzwania cywilizacyjne, tak w rodzimych stronach, jak i w innych częściach świata są ogromne. Podejście redystrybucyjne, podobnie jak neoliberalne, nie jest w stanie odpowiedzieć na te wyzwania w satysfakcjonujący sposób, tj. zaproponować sposobu na stałe zwiększanie bogactwa. W tym kontekście warto napisać o źródłach postępu.

Kilka słów o ekonomii

Podstawowym celem nauki ekonomii (aplikowanej w praktyce jako polityka gospodarcza) jest poprawa warunków życia ludzi („By żyło się lepiej”, jak napisał pewien klasyk). Ta poprawa historycznie objawiała się w tym, iż ta sama ilość pracy zapewniała jednostce coraz lepsze warunki: więcej i coraz lepszej jakości dóbr. Bogactwo tym samym objawia się fizycznie w postaci dóbr kapitałowych, a zatem coraz łatwiejsze tworzenie coraz większej ilości i lepszej jakości tych dóbr jest odzwierciedleniem prawidłowej polityki gospodarczej.

Ponieważ źródłem postępu, tj. tworzenia nadwyżki, nie jest ani „niewidzialna ręka”, ani trud robotnika, lecz dokonywanie i implementacja w procesie produkcji przełomów naukowo-technicznych, właśnie na tych dwóch aspektach winny się skoncentrować wysiłki rozwojowe społeczeństw. Pierwszy, dokonywanie przełomów, jest mniej uchwytny, lecz bardzo realny w efektach, a stanowi pokłosie odpowiedniej, szeroko rozumianej, edukacji oraz wysiłku badawczego. Drugi wiąże się z podejmowaniem inwestycji, z których zwroty pośrednie (infrastruktura) i bezpośrednie (przemysł) znacząco przewyższają koszt ich dokonania. Rezultatem takiej polityki jest wzrost mocy wytwórczej, wartości dodanej na głowę. Wzrost krajowej wytwórczości oznaczałby podwyższający się standard życia obywateli.

Wchodząc w czas światowych turbulencji warto mieć na uwadze nie tylko liczne i wielkie zagrożenia dla przyszłości cywilizacji, ale i wielkie szanse, które niekiedy udaje się uzyskać wyłącznie w tak turbulentnych czasach. Rozwój Afryki, pomniejszenie obszarów biedy, rozpowszechnienie badań naukowych i dobrodziejstw medycyny – to wszystko będzie nagrodą za odważne decyzje w trudnych czasach. Słyszycie nas, przywódcy Europy?

Rękopis znaleziony w truskawkach

Przewodniki turystyczne ze słowem „Andaluzja” w nazwie opisują krainę niezobowiązującego sączenia tinto de verano z widokiem na Alhambrę (Alcazabę, Alcazar), przegryzanego smażonymi dziesięcionogami przy dźwiękach flamenco. Wymarzone miejsce do sielskiego życia, którego uroki zachwalał Chris Stewart, były perkusista grupy Genesis, na łamach bestsellerowej powieści „Driving over Lemons. An optimist in Andalucia”.

Niektóre z andaluzyjskich krajobrazów wzbudzały zachwyt już 200 lat temu, gdy hrabia Jan Potocki podróżował przez Półwysep Iberyjski:

Widziałem ją [Granadę] całą: jej sześć miast i czterdzieści wiosek, kręte koryto Genilu, potoki spadające ze szczytów Alpuhary, cieniste gaje, altany, domy, ogrody i mnóstwo wiejskich folwarków. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły we wzrok zestrzeliłem („Rękopis znaleziony w Saragossie”).

Bohater powieści Potockiego nie ograniczył swoich hiszpańskich wojaży do wzgórz Granady. W górach Sierra La Mancha ujrzał zgoła odmienny krajobraz:

Wierzchołki gór, na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone, niż mi się to na pierwszy rzut oka wydawało, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem się na nie dostać. Stanąwszy na szczycie, ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiegoś zabudowania, żadnej drogi prócz tej, którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem; echo mi tylko odpowiedziało w oddali.

Na przełomie stuleci, bezdrzewne pustkowia hiszpańskie przyciągały głównie koneserów, jak Potocki lub Washington Irving, autor „Opowieści z Alhambry”. Nic dziwnego – na półpustynnych terenach hiszpańskich w dzień grasowali nieokiełznani rozbójnicy. Nocami z ruin mauryjskich budowli wychodzili ich demoniczni mieszkańcy, którzy podstępnie kusili podróżnych obietnicami rozkoszy, a ze zwabionymi obchodzili się dość brutalnie:

Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko, które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka wsunął swój rozpalony język i zaczął mi lizać mózg tak, że ryczałem z boleści. Natenczas drugi wisielec, który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów. Naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi, za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł z niej skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznym. Widząc jednak, że wcale nie wydaję przyjemnych dlań dźwięków, zapuścił szpony pod moje kolano, pozahaczał ścięgna na pazury i zaczął je skręcać, zupełnie jak gdyby nastrajał harfę. Na koniec jął grać na mojej nodze, z której utworzył rodzaj psalterionu. Słyszałem jego diabelski śmiech, a piekielne wycia towarzyszyły moim przeraźliwym krzykom.

Powyższy opis nie wyczerpywał listy andaluzyjskich koszmarów. Mieszkańców regionu prześladowały potwory znacznie groźniejsze niż podstępne duchy z „Rękopisu…”. Realnymi zjawami były głód i nędza, które – w odróżnieniu od pisarskich fantazji – nie znikały w dzień. Przeciwnie, pozostały w regionie na dobre kilkaset lat. Lata suszy, w trakcie których podstawowym składnikiem pożywienia były dziko rosnące pomarańcze, emigracja zarobkowa i analfabetyzm, były codziennością na południu do lat 60. XX wieku.

Dla Juana Goytisolo, Hiszpana z północy, zwiedzającego południe w latach 50., andaluzyjska prowincja Almeria, jest miejscem, gdzie „po raz pierwszy styka się z brutalną rzeczywistością Trzeciego Świata”: „niesprawiedliwością, rezygnacją i zinstytucjonalizowaną przemocą”. Jej najubożsi mieszkańcy żyją w nieludzkich warunkach w wilgotnych jaskiniach, z rachitycznymi, wygłodzonymi dziećmi, których fotografie spoczywają w hiszpańskich archiwach. W latach 90. sytuacja uległa pewnej poprawie, jednak „gospodarka zależna od uprzemysłowionych obszarów północy i dochodów z turystyki zagranicznej” nie jest w stanie rozładować wysokiego bezrobocia.

Poza miastem Almeria, rozwijają się inne gałęzie gospodarki. Jednym z nich jest rolnictwo szklarniowe. Rozległe plastikowe tunele poprzecinały hiszpańskie stepy i półpustynie. Nazywane po hiszpańsku invernaderos, miały odczarować andaluzyjską rzeczywistość i wypędzić z niej dawne demony na rzecz ekonomicznego postępu oraz generować zyski. W istocie, roczny zysk z przemysłu truskawkowego wynosi około 320 milionów euro. Czerwone złoto pociąga za sobą jednak pewne ofiary – ostrzegli Jeronimo Andreu i Lidia Jimenez, reporterzy dziennika „El Pais” („Las victimas de rojo oro” z 30.06.2010).

Rozwój gospodarczy wymaga poświęceń ze strony zatrudnionych w szklarniach imigrantek, pochodzących  przede wszystkim z Maroka, Polski i Rumunii. Na mocy cichego porozumienia magnatów truskawkowych z lokalnymi władzami i urzędnikami, na farmach obowiązuje specyficzny kodeks pracy. Pracownice mają wybór – stosunek seksualny z właścicielem farmy (i/lub jego znajomymi) lub zakaz picia wody przez ośmiogodzinny dzień pracy. Inny wariant obejmuje zakaz wyjść do toalety. Możliwości jest nieskończenie wiele, a poza tym, jeżeli ktoś nie chce, nie musi przecież pracować. Może odejść w każdej chwili. Jedyne, co musi zrobić, to przejść na piechotę (okoliczna sieć transportu publicznego nie jest przesadnie gęsta) przez hiszpański step w 40-stopniowym upale, bez żadnego wsparcia ze strony mieszkańców.

Wniosek jest prosty – sugeruje Magdalena Grzebałowska z „Gazety Wyborczej” („Polki na saksach”, „Duży Format”, 16.02.2004) – ponieważ nie można mówić o przemocy, polskie imigrantki oddają się dobrowolnie pracy w przemyśle truskawkowo-erotycznym i czerpią z niego same korzyści.  Dziennikarka  przed paroma laty zwiedzała prowincję Huelva w poszukiwaniu Polek, które dobrowolnie porzuciły ognisko domowe na rzecz ognistych romansów ze śniadymi południowcami. Sprytnie ominęła podstępne sugestie organizacji La Strada i władz lokalnych i skierowała kroki prosto do mieszkania, w którym miała rzekomo być przetrzymywana Polka. Dzień dobry, czy przetrzymujecie może nielegalnie jakieś kobiety? Pani, tu nie ma żadnego burdelu, ona tu siedzi, bo chce – odpowiedział właściciel mieszkania. Proszę zapytać tej pani, ona potwierdzi. Chodź tutaj, pani chce cię spytać, czy jesteś tu przechowywana. Tak, to prawda, nikt mnie do niczego nie zmuszał – potwierdza Polka mieszkająca nielegalnie w Hiszpanii.

Jej słowa i osoba mają tu zresztą znaczenie drugorzędne. Jeżeli w reportażu są przywoływane wypowiedzi pracujących kobiet, to tylko po to, aby je zdyskredytować. Nie można wierzyć słowom kobiet z małych miejscowości, bo mają krzywe zęby, a truskawki zbierają w negliżu. Naiwna para dziennikarska z „El Pais” skojarzyła ten gest z 40-stostopniowym upałem, ale znacznie bardziej wiarygodną motywacją jest celowe prowokowanie potencjalnych gwałcicieli. Taką wersję potwierdzają polski proboszcz i konsul w Madrycie. Polki w Andaluzji w istocie wiodą niezmącone przymusem życie, zarabiając 30 euro dziennie (ok. 3,5 euro na godzinę) 15 kilometrów od brzegów Atlantyku, a przemocy w miasteczku nie widać, więc jej nie ma.

Można spokojnie kontynuować rozważania nad „migracjami rozpustnymi” typu „strawberry fields forever” jako nowym typem mobilności w ponowoczesnym świecie. Zagadnienia związane z przyczynami migracji wykraczają jednak poza ramy niniejszego tekstu. Dlatego pomijam kilka interesujących skądinąd kwestii. Nie zastanawiajmy się nad determinacją osób, które wyjeżdżają bez znajomości języka, aby pracować nielegalnie w bliżej nieznanym kraju. Nie zadawajmy trudnych pytań o możliwość realizacji zawodowej, jakie te kobiety miały w Polsce. Wykluczmy sytuację, w której praca w tak ciężkich warunkach może być jedyną możliwością zarabiania na życie, w dodatku wspieraną przez Urząd Pracy w Olsztynie. Pomińmy wstydliwym milczeniem związki przymusu ekonomicznego i seksualnego.

Ostatecznie, zaprezentowany przez nas model emigracji z ziemi polskiej do Hiszpanii jest na tyle spójny i klarowny, że rok później wykorzysta go w swoim eseju Maria Janion („Jeszcze Polska nie umarła”, „Krytyka Polityczna” nr 6, 2004), będącym krytyką polskiej szarej jednorodności. Autorka dostrzegła monolityczność występującą w wielu dziedzinach, płynnie przechodząc od geograficzno-klimatycznej (Jesień, zima, brud, błoto, brudy, niedomyte ciała okutane w jakieś szare szmaty… Właśnie mordercza pośredniość – ani wieczne lato, ani wieczna zima, lecz wszechpanujące błoto, którego obfitość zadziwiała cudzoziemskich podróżników po Polsce już w dawnych wiekach) do braku zróżnicowania kulturowego (Polska wbrew pobożnym życzeniom i zakłamanym zapewnieniom – nie jest krajem wielokulturowym. Jest ubogim i płaskim monolitem, przeważnie narodowo-katolickim. Dlatego tak męczy niektórych swoich obywateli. Można by było tutaj wytrzymać i bez słońca Południa, gdyby bardziej różnorodna, wyzwolona z obsesji kolonialnych i postkolonialnych, właśnie kolorowa byłaby nasza kultura). Konsekwencją postkolonialnego lęku przed obcymi mocarstwami ma być narodowy resentyment. A także niechęć do wszystkiego, co obce – zabójcza dla różnorodności.

Odpowiedzią na ten uciążliwy postkolonialny monolit jest „tęsknota za południem”, ta sama, która owładnęła Zygmuntem Korczyńskim i migrantkami zbierającymi w Hiszpanii truskawki. Janion cytuje Grzebałkowską: Za żadne skarby nie wróciłaby na stałe do Polski. Tu jest kimś. Zna już trochę hiszpański, chodzi wśród palm i pomarańczy, a zamiast gnoju z obory ma pod nogami chodnik. Postkolonialna płaska jednorodność zaciera różnice pomiędzy szlachcicem i migrantkami zarobkowymi. Wszyscy jesteśmy Polakami i jednakowo cierpimy z tego powodu. Szczęśliwie, w naszych farmach truskawkowych też się znajdzie paru imigrantów z Ukrainy, pracujących w warunkach zbliżonych do andaluzyjskich. Być może kiedyś nasza młoda demokracja dojrzeje do zróżnicowania hiszpańskiego i więcej nisko opłacanych imigrantów będzie rozpraszać polską melancholię.

Taka ścieżka rozwoju wzbogaci – miejmy nadzieję – tradycyjną kuchnię polską o nowe potrawy, a smutny i brzydki krajobraz stanie się tak różnorodny, jak hiszpańskie palmy i pomarańcze na tle kilometrów plastikowych szklarni.

Agata Młodawska

Wielki szort

Polecam książkę Michaela Lewisa „WIELKI SZORT, mechanizm maszyny zagłady”. Tytuł pochodzi od „krótkiej sprzedaży”, czyli spekulacji za pożyczone pieniądze. Może trochę przekroczę limit 5400 znaków, który sobie sama narzuciłam, aby na końcu przynajmniej pobieżnie książkę omówić. Pisanie dłuższych tekstów do publikacji w Internecie nie ma sensu, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że ich przeczytanie odkłada się do najbliższej grypy, kiedy jest więcej wolnego czasu.

Różnie ludzie przygotowują się do walki z kryzysem. Zależnie od światopoglądu jedni podlizują się Platformie, drudzy organizują Krucjatę Różańcową. Są też maniacy tak przywiązani do swojej idee fixe, że niezależnie od kursu walut i wartości WIG 20 walczą z faszyzmem i krzyżem w miejscach publicznych. Nie grozi im degradacja ekonomiczna i społeczna, ponieważ ich działania są na rękę władzy. Skutecznie odwracają uwagę od realnych problemów i ułatwiają manipulowanie opinią publiczną. Cele globalistów i neobolszewików są zbieżne: likwidacja demokracji, suwerenności państw narodowych i kultury zakorzenionej w tradycji.

Gdy coś ważnego dzieje się w Polsce lub na świecie, w elektronice zaczynają działać chochliki. E-maile nie dochodzą, SMS-y są kasowane lub cenzurowane, ginie sygnał doprowadzony do komputera i telefonu stacjonarnego. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, czy mamy do czynienia ze złośliwością rzeczy martwych, czy wywiadów. Teraz w walce z protestami i opozycją antysystemową decydenci wybiórczo ingerują w komunikację za pośrednictwem Internetu i telefonów komórkowych, ale może nastąpić pełna blokada. Dlatego wszystkim dobrze radzę: Kupcie zeszyt i zapiszcie w nim numery telefonów i adresy znajomych. Może się zdarzyć, że ani na manifę Wolne Konopie, ani na Marsz Pamięci o ofiarach Smoleńska nie będzie można się skrzyknąć.

Polacy traktują kryzys jak przejściowe zdarzenie zewnętrzne, niezasłużoną karę, bo przecież byliśmy pilnym uczniem, wszyscy nas chwalili za reformowanie kraju i dostosowanie do standardów światowych. Likwidując komunistyczny przemysł, zrobiliśmy wielki skok w epokę postindustrialną, gdzie źródłem dochodów są operacje finansowe i turystyka. Tylko wciąż za dużo mamy biednych, rolników i emerytów. Młodych też mamy za dużo, bo nie ma dla nich pracy. Natomiast dzieci mamy za mało. Nie wiem, jak rząd rozwiąże taką kwadraturę koła. Zielona wyspa dryfuje, ale wciąż jest zielona, a rząd jest dobrej myśli. Pojawiają się plotki o tratwach ratunkowych.

O tym, że jest to kryzys światowego systemu, nie ma z kim rozmawiać. Jako przyczyny kryzysu wymienia się nadmierną konsumpcję starszego pokolenia i rozbuchane państwo opiekuńcze. Nikt nie mówi o tym, że w epoce Reagana i Thatcher skończył się kapitalizm oparty na indywidualnej własności prywatnej, wolnym rynku i związkach zawodowych, które stabilizowały system.

Przypomnę tylko, że system korporacyjny polega na anonimowej, rozproszonej własności. Indywidualna własność prywatna, wymagająca odpowiedzialności za decyzje, przegrywa z potęgą polityczną i ekonomiczną wielkich korporacji, co jest przyczyną likwidacji klasy średniej. Obecnie klasę średnią stanowią głównie pracownicy najemni wielkich korporacji. W zarządach korporacji trwa karuzela stanowisk. Powstała nowa nomenklatura, analogiczna do komunistycznej.

W systemie finansowym, opartym na spekulacji i hazardzie, mantra o wolnym rynku doprowadziła do takich patologii, że wolny rynek wydaje się teraz przyczyną chaosu. Powstała nowa teoria wolnego rynku –chaotyka (to nie jest żart!).

Źródłem patologii jest wyłączenie banków i innych instytucji finansowych spod praw wolnego rynku. Za złe zarządzanie i błędne decyzje kredytowe bank nie ponosi odpowiedzialności. Kiedy bankrutuje stocznia, kopalnia, huta czy piekarnia, władzy politycznej nie wolno ingerować. Kiedy bankrutuje bank, można, a nawet musi się dofinansować go z budżetu. Wystarczy, że banki poniosły straty na złych kredytach, zewsząd słychać apele o solidarną zrzutkę.

System neoliberalny nie jest wynikiem naturalnej ewolucji systemu kapitalistycznego. Punkt po punkcie można prześledzić zmiany w prawie, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Jest na ten temat bogata literatura również w języku polskim. Niestety, antyglobaliści w Polsce mają złą prasę i te publikacje czytane są w wąskich kręgach. Z wyjątkiem redaktorów „Obywatela”, nikt nie interesował się diagnozami antyglobalistów. Już prezydent Kwaśniewski mówił, że antyglobaliści są globalistami, ponieważ posługują się Internetem. Teraz komentatorzy też opowiadają różne głupstwa, bo nie wiedzą, o czym mówią i wszyscy czekają niecierpliwie, kiedy wreszcie władza zrobi porządek z protestami w Europie i ruchem „Okupuj Wall Street”. Opozycja antysystemowa wywołuje wrogość sytemu, jego klientów i lęk milczącej większości. Nie inaczej było po powstaniu Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. PiS trochę na wyrost nazwano partią antysystemową i jak sądzę, jest to istotna przyczyna zabobonnego lęku przed tą formacją.

Teraz zainteresowanie finansami, ekonomią, gospodarką jest większe, ale obawiam się, że świat powierzy naprawę systemu tym, którzy do kryzysu doprowadzili, czyli profesjonalistom.

Książka „Wielki short” analizuje przyczyny kryzysu wywołanego złymi kredytami hipotecznymi i opisuje jego przebieg. Dobrze udokumentowana jest teza, że zawodowcom ze świata finansów brakuje nie tylko zasad moralnych, ale po prostu kompetencji zawodowych. To, co było oczywiste dla każdego Amerykanina, że ceny domów nie mogą rosnąć w nieskończoność, a kredyty zaciągane przez ubogich emigrantów nigdy nie zostaną spłacone, nie budziło niepokoju profesjonalistów dopóki można było dobrze zarabiać i różnymi machinacjami utrzymać pozory bezpiecznego biznesu. Pierwotnych przyczyn kryzysu należy szukać w epoce Reagana, gdy korporacjom i różnym instytucjom finansowym przyznano prawo emitowania obligacji, czyli papierów dłużnych. Obfite i łatwo dostępne źródło finansowania wywołało euforię i burzliwy rozwój. Rynek przyzwyczajony do gwarantowanych obligacji państwowych kupował śmieciowe obligacje hipoteczne. Agencje ratingowe nadawały im najwyższe noty, ponieważ były to obligacje „zdywersyfikowane”, czyli wszystkie dokładnie wymieszane. Rynek obligacji nie był nadzorowany tak, jak rynek akcji. Kiedy system zaczął się sypać, nikt nie wiedział, co się dzieje i kto jeszcze utonie.

Ciekawostką jest, że pierwszą książkę, pt. „Poker kłamców”, autor napisał ku przestrodze studentów. Miał nadzieję zniechęcić ambitną młodzież do niszczącej kultury pieniądza. Utonął w stertach listów i e-maili: „Już wiemy jak robić karierę na Wall Street. Prosimy o więcej wskazówek”.

                    Joanna Duda-Gwiazda

Prawo czy pięść?

Po każdym większym zgromadzeniu publicznym zwykle pojawiają się kontrowersje co do działań policji. Pojawiły się one również po zorganizowanych 11 listopada w Warszawie wydarzeniach z okazji Święta Niepodległości.

W Internecie krążą nagrania pokazujące policjanta w cywilu, który zatrzymuje człowieka uderzając go pięścią w głowę, następnie spryskując gazem, kilkakrotnie kopiąc w twarz, a potem kopie w głowę (http://www.youtube.com/watch?v=iEJn3SvnQlY). Inne nagranie przedstawia grupę umundurowanych policjantów w kaskach, z pałkami i tarczami, którzy wielokrotnie pałują człowieka z biało-czerwoną flagą – nie stawiającego oporu, lecz w obliczu działań policjantów próbującego się zatrzymać i stanąć pod ścianą budynku (http://www.youtube.com/watch?v=GtmT-QNL164).

Mimo iż działania policjantów zwykle wywołują kontrowersje, a ich czyny coraz lepiej dokumentowane są przez oddolnie działających obywateli-dziennikarzy, upowszechniających swoje materiały w serwisach internetowych, trudno się doczekać choćby krytycznej oceny ich działań przez przełożonych z komend wojewódzkich, komendy głównej czy rządu nadzorującego policję. Wręcz przeciwnie – zwykle nawet w obliczu poważnych kontrowersji słyszymy pochwały, że stróże prawa zachowali się profesjonalnie. A jednocześnie oglądamy amatorskie nagrania zaświadczające o bezprawnym działaniu policji. Bezprawnym, bo prawo w żadnej sytuacji nie zezwala policji na korzystanie ze środka przymusu bezpośredniego w postaci kopania w głowę.

Problem bezprawnych działań policji, a następnie ich zamiatania pod dywan, wynika między innymi z tego, że w czasie operacji licznych oddziałów policji w konfrontacji z tłumem, policjanci faktycznie są całkowicie anonimowi. Ich twarze ukryte są pod kaskami, a jedyny identyfikator na mundurze, to napis „policja”. Druga sprawa to obecność podczas zabezpieczania manifestacji policjantów w cywilu (ewentualnie tylko w odblaskowych kamizelkach), wyposażonych w pałki i gaz. Taka sytuacja powoduje, że podczas chaosu walk ulicznych nikt nie może być pewien, czy właśnie został pobity przez policjanta, czy przez uczestnika kontrmanifestacji. Trudno – ewentualnie poza problemami policji w wyposażeniu – wskazać konkretny powód, dla którego policjanci kierowani do stosowania środków przymusu bezpośredniego podczas manifestacji powinni działać w cywilu.

Po ostatnich działaniach policji w Warszawie trudno nawet dojść, z której komendy wojewódzkiej byli konkretni policjanci – wydarzenia zabezpieczane były przez garnizony policyjne z różnych części Polski. Policjanci ukryci w pełni maskujących mundurach, działający w dużych grupach, czują się całkowicie anonimowo. To może – szczególnie w chwilach nagłego przypływu stresu – skłaniać ich do działań bezprawnych. Aby zapobiec problemowi całkowitej anonimowości policjantów w czasie chaosu ulicznych manifestacji, warto skorzystać z wzorców stosowanych przez policję czeską.

W Republice Czeskiej policjanci ze specjalnych jednostek porządkowych (Speciální pořádková jednotka), wykorzystywanych podczas ulicznych manifestacji, noszą na umundurowaniu – oprócz wyraźnych napisów „Policie” – duże naszywki z numerami służbowymi. Dzięki temu przy ewentualnych naruszeniach prawa przez policjantów można dojść – np. na podstawie nagrań z kamer monitoringu lub materiałów filmowych autorstwa przechodniów czy uczestników – który konkretnie policjant dopuścił się bezprawnych działań. Trudno bowiem tworzyć poważny materiał dowodowy przeciwko konkretnemu policjantowi na podstawie nagrań przedstawiających czarną sylwetkę z białym kaskiem na głowie, wyposażonym w przyciemnioną zasłonę z plexi. Tymczasem widoczny numer służbowy od razu wskazywałby konkretnego człowieka.

Zamiast wprowadzania zmian ograniczających wolność zgromadzeń publicznych, niezbędne są nowe przepisy odnośnie do umundurowania i identyfikacji konkretnych policjantów. Także po to, by czarne owce w czarnych mundurach nie niszczyły wizerunku policjantów, którzy swoją niewdzięczną i niebezpieczną służbę podczas ulicznych walk wykonują zgodnie z prawem.

Karol Trammer

Cisza przed burzą oburzonych

Na zabetonowanie polskiej sceny politycznej narzeka wielu. Zazwyczaj jednak w tych utyskiwaniach nie sięga się do społecznych korzeni zjawiska, lecz zatrzymuje na parlamentarnej powierzchni.

W istocie głównym problemem jest nie to, że scena partyjna pozostaje zamknięta na nowe formacje czy nawet na nowe osobowości w formacjach już istniejących. Znacznie gorsze jest to, iż układ polityczny zdaje się być zamknięty na nowe wyzwania i narastające problemy, które wykluwają się obecnie i ukażą w całej okazałości już niebawem. Wzrastające rozwarstwienie dochodowe, rosnąca i coraz bardziej samoświadoma warstwa prekariatu, szybki przyrost liczby osób wymagających opieki ze względu na podeszły wiek – to tylko kilka zjawisk, które mogą rozsadzić społeczny ład. Niestety ani polityczny kartel czterech partii, ani „anty-establishmentowy” Ruch Poparcia Palikota nie stawiają tych zagadnień w centrum uwagi.

Podmiotowo wobec wyzwań

Dla przykładu, rząd Tuska dopiero wtedy pochylił się nad mizernym wsparciem dla osób zajmujących się niepełnosprawnymi krewnymi, gdy protestowali oni przed Kancelarią Premiera. A i tak nie wiadomo, jakie konkretne zmiany to przyniesie. Tymczasem nieunikniony wzrost popytu na usługi opiekuńcze – przy niewielkim zaangażowaniu w to władz publicznych – wykluczy z możliwości efektywnego uczestnictwa w rynku pracy mnóstwo osób (które przejmą opiekę nad bliskimi). A co więcej – w sposób trwały zmniejszy ich kapitał społeczny i zdrowotny oraz kompetencje zawodowe. Podobnie jest w przypadku pozostałych zasygnalizowanych problemów.

Czy państwo polskie powinno tylko reagować na już ewidentnie zaistniałe i wyartykułowane problemy, czy samo – oczywiście po konsultacjach z partnerami społecznymi – identyfikować je zanim narosną oraz proponować rozwiązania systemowe i przekonywać do tych rozwiązań kolejne grupy? W pewnych kręgach sporo mówi się o podmiotowości polskiego państwa. Być może z ową podmiotowością mielibyśmy do czynienia właśnie wówczas, gdyby walczące o władzę i jej utrzymanie partie prezentowały wizje rozwoju i w sposób refleksyjny oraz elastyczny próbowały je realizować. Ruchy „uliczne” czy inne formy społecznego nacisku bywają pożyteczne, ale trzeba mieć świadomość, że nie wszystkie grupy będące w trudnej sytuacji, potrafią się zorganizować odpowiednio sprawnie i w porę. Jeśli władza publiczna nie okaże się podmiotowa i nie upomni się o nie, czeka je degradacja, co odbije się na całej strukturze społecznej.

Widać to na przykładzie problemu prekariatu. Rosnąca liczba osób pozostających na marginesie rynku pracy, bez żadnej stabilności, skazana na życie z dnia na dzień, przyniesie w przyszłości gigantyczny kryzys systemu zabezpieczenia społecznego. Zdewastuje też strukturę demograficzną – obecna sytuacja hamująco działa  na świadome decyzje prokreacyjne. Polskie życie polityczne przez długi czas ignorowało to zjawisko. O prekariacie (choć już niekoniecznie o jego dalekosiężnych konsekwencjach) politycy zaczęli mówić dopiero, gdy sprawa „wyszła na ulice”. Nie tylko polskie, ale i zagraniczne. Na krótko przed wyborami opublikowano rządowy raport „Młodzi 2011”, w którym dostrzeżono problem „umów śmieciowych”, a wówczas  media głównego nurtu zatrąbiły: „Boni mówi prekariat!”.

Cóż, lepiej późno niż wcale, ale pokazuje to, jak bardzo myślenie władzy nie nadąża za przemianami społecznymi. W raporcie „Polska 2030”, gdy mowa o zasadniczych wyzwaniach rozwojowych w pespektywie dwóch najbliższych dekad, ten motyw jest pomijany, zaś o uelastycznieniu rynku pracy mówi się wyłącznie w superlatywach i postuluje przyspieszenie tego procesu. Być może i w raporcie o młodych pominięto by ten problem, gdyby rządowi doradcy nie uświadomili sobie, że jego omówieniem można kupić sobie poparcie młodego pokolenia. To właśnie ono skutków prekaryzacji doświadcza najmocniej już dzisiaj, a jeszcze mocniej odczuje je w obliczu choroby czy starości, pozostając wówczas bez zabezpieczenia.

Nierówny grunt pod kryzys

Politycy w końcu wspominający o prekariacie nie odkrywają żadnej Ameryki. Tymczasem najwyższy czas, by odkryli i przemyśleli prawdziwą Amerykę, a zwłaszcza tę jej część, która  –  pod nazwą Ruchu 99% – prostuje przeciwko drastycznej polaryzacji społeczeństwa. Póki co rząd jednak kwestie nierówności bagatelizuje, choć – według raportu OECD z 2011 r. – Polska osiągnęła najwyższy wśród krajów rozwiniętych współczynnik Giniego, jeśli chodzi o dochody przed opodatkowaniem i transferami. Jesteśmy też na czwartym miejscu od końca (za nami tylko Chile, Meksyk i Turcja) pod względem nierówności w dochodzie do dyspozycji. [1]

Jest to o tyle ważne, że poniekąd to nierówności leżą u podstaw obecnego kryzysu finansowego i gospodarczego na świecie. Jakiś czas temu podczas dyskusji z cyklu „Kapitalizm – Armagedon na co dzień?” ekonomiści Piotr Kuczyński i prof. Jerzy Osiatyński zgodzili się, że praprzyczyną kryzysu były właśnie rosnące nierówności i deprywacja najuboższych. Spowodowały one bowiem, że część osób w coraz bardziej spolaryzowanych ekonomicznie społeczeństwach konsumpcyjnych nie była w stanie zaspokajać swych potrzeb na godziwym poziomie,  wobec czego – aby uniknąć konfliktu społecznego – politycy deregulowali system finansowy.

Pozwalało to na krótką metę zaspokoić potrzeby dzięki mechanizmowi kredytowemu, który jednak musiał się w końcu zawalić. Pacyfikowało to społeczne niezadowolenie, choć w dłuższej perspektywie jedynie zwiększyło nierówności, nie mówiąc o perturbacjach ekonomicznych. Konsumpcję można było oczywiście próbować wzmacniać w inny sposób, np. inwestując w tworzenie miejsc pracy na wzór keynesowski, ale ta doktryna popadła w ostatnich dekadach w niełaskę ekonomicznych gremiów i mainstreamowych mediów. Kryzys, który nadszedł, dopiero pokazał, że niesłusznie.

Czy Polak okazał się mądry po szkodzie? Skądże. Rząd nie ruszył fundamentalnego problemu nierówności społecznych. Gorzej – jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych, partie rządzące w ostatniej dekadzie (nie tylko ostatnia z nich) poprzez swoją politykę podatkowo-transferową przyczyniły się do dalszego wzrostu nierówności. Obniżanie CIT, zniesienie górnej stawki podatkowej, zmniejszenie składki rentowej, zniesienie podatku spadkowego, utrzymanie ulgi rodzinnej (faworyzującej najbogatszych, a  wykluczającej z dostępu najuboższych) oraz brak waloryzowania przez lata kwot dochodów uprawniających do korzystania ze świadczeń rodzinnych i pomocy społecznej – to tylko niektóre z działań, które podejmowały partie będące u władzy: od SLD, przez PIS, po PO.

Toteż jeśli partie i komentatorzy mówią o konieczności wychodzenia z kryzysu (nawet kosztem cięć w wydatkach publicznych), to powinno sięgnąć się do instrumentów kształtujących strukturę społeczną. Obecny kryzys nie jest przejściową chorobą, której świat nabawił się przypadkiem i w krótkim czasie może z niej wyleczyć, oddziałując tylko na skutki. To raczej objaw przewlekłej choroby, która trapi świat od dłuższego czasu, a rosnące nierówności są niewątpliwie jednym z głównym czynników ryzyka mogących ją pogłębić.

W przypadku młodych oburzonych, głównym problemem nie jest nawet popadanie w kredytową pułapkę, lecz to, że w swojej sytuacji życiowej i zawodowej nie mają szans nawet na kredyt. Co więc mają? Chciałoby się rzec – nic (do stracenia) prócz kajdan, które zmuszają ich do wykonywania zajęć coraz mniej stabilnych i gorzej płatnych oraz dalekich od posiadanych kwalifikacji i aspiracji. Rodzi się ogromny potencjał buntu, który może wybuchnąć, gdy ludzie ci przedwcześnie ulegną wypaleniu i nie będą już w stanie wykonywać nawet „śmieciowej” pracy.

Palikot, czyli backlash dla prekariatu

Procesy te bardzo wyraźnie rysują się na horyzoncie nieodległej przyszłości i wydawałoby się, że już teraz powinny być wyartykułowane w sferze politycznej. Jeśli nie przez dominujące partie, to przez ruch z zewnątrz, który powinien cieszyć się wysokim poparciem. Tymczasem, jak się okazało, jedynym ruchem antyestablishmentowym, którego poparcie poszybowało niedawno w górę, okazał się  Ruch Poparcia Palikota. Formacja wyrazista w sferze obyczajowej, ale nie bardzo w sferze gospodarczej.

W okresie przedwyborczym Centrum Analiz Ekonomicznych próbowało oszacować skutki zapowiadanych programów poszczególnych partii. Wynikało z tego, że mglisty program RPP jest w porównaniu z innymi najkorzystniejszy dla najbogatszych warstw, a najmniej korzystny dla uboższych. [2] Ostatnio wprawdzie środowisko Palikota puszcza oko do socjaldemokratycznego wyborcy, ale  widać w tym brak całościowej, wcześniej przygotowanej wizji. Co więcej, wśród parlamentarzystów, którzy dostali się do parlamentu z tejże listy, przeważają drobni przedsiębiorcy. Niekoniecznie zatem muszą być w pierwszym szeregu tych, którzy chcieliby rozwiązywać wspomniane problemy społeczne.

Jeśli Palikot przeora debatę publiczną, to tylko na osi kulturowej. Choć i tu można się zastanawiać, czy będzie to efekt głęboko przemyślanej wizji, czy jedynie wczytanie się w już istniejące trendy społeczne. Tak czy inaczej, w najbliższych latach, jeśli nie wybuchnie oddolny ruch kontestacji, możemy się spodziewać, że debata polityczna będzie w ogromnej mierze koncentrowała się na tematach obyczajowych – jak zresztą przez minione 20 lat, przy czym teraz w jeszcze brutalniejszej postaci. Im więcej będzie tu emocji, tym mniej miejsca prawdopodobnie pozostanie na sprawy społeczno-ekonomiczne.

Co ciekawe, dotychczas ruchy wyraziste w sferze kulturowej przekraczały próg parlamentarny raczej gdy wywodziły się z prawej strony. Nieraz swe poparcie zawdzięczały umiejętnemu przełożeniu frustracji ekonomiczno-społecznych na gniew kulturowy oraz anty-establishmentowy (Amerykanie określają to zjawisko mianem backlash). Teraz podobny fenomen powstał nie tyle z lewej, co z liberalnej, antyklerykalnej strony. Może mieć to głębsze ekonomiczne źródła, które powinny być sygnałem alarmowym. Okazuje się bowiem, że obecnie frustracja społeczna i ekonomiczna poszerza swój zakres także o klasy średnie, przynajmniej w sensie kulturowym. W gniewie są nie tylko biedni, niewykształceni, ze środowisk peryferyjnych, którzy znaleźli się za burtą rozwoju społeczno-ekonomicznego.

Dołączyli do nich także młodzi z dużych miast, którzy inwestowali w swoje wykształcenie, ale nie mają jak go zdyskontować na rynku pracy, nie posiadają też szans na godziwe życie, obiecywane im w Polsce doby transformacji. Jak czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, co dziesiąty bezrobotny ma wykształcenie wyższe. Co więcej, w tej grupie dynamika wzrostu bezrobocia jest szczególnie wysoka. W ostatnim roku liczba bezrobotnych z dyplomem wyższych uczelni wzrosła o 11,6% – szybciej niż to miało miejsce wśród osób z niższym wykształceniem. [3] Dla części z nich Palikot, choć nie proponuje realnej alternatywy, jest światopoglądowo bliski, a to, że proponuje proste, wyraziste hasła jako odpowiedź na złożone problemy, jedynie przysparza mu popularności. Nie odpowiada im narodowo-katolicki populizm, więc wybierają populizm liberalny.

Zjawiska te zatem  można odczytywać jako rozlewanie się frustracji na kolejne warstwy społeczne, zaś  popularność Ruchu Poparcia Palikota jako znak trendów nie tylko kulturowych, ale także społeczno-ekonomicznych. Wątpliwe jednak, by mógł on się przyczynić do owych trendów odwrócenia. Jest to więc doraźna „przykrywka” realnych problemów, które – nierozwiązane – będą narastać pod powierzchnią systemu politycznego.

Jeśli chcemy uniknąć dryfu rozwojowego, a także buntu społecznego czy politycznego, potrzebny jest program całościowego zmierzenia się z cywilizacyjnymi wyzwaniami, jak wspomniane nierówności, demografia i prekariat. Tymczasem im dalej jesteśmy od ostatniej kampanii, tym mniej w debacie politycznej miejsca na problemy społeczne. Warto mieć jednak świadomość, że może to okazać się cisza przed burzą. Przed burzą oburzonych.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:
1. http://www.oecd.org/dataoecd/32/20/47723414.pdf, s.11
2. http://lewica.pl/?id=25269
3. J. K. Kowalski, Wysoko kształceni bezrobotni, DGP, 7 listopada 2011.

Karpie spieszące się na Wigilię

Kolejne wybory wygrane przez obecną ekipę rządzącą sprowokowały wielu ekonomistów i komentatorów życia publicznego do ponaglenia ludzi ze szczytów władzy do wdrożenia „koniecznych reform”. Owe konieczne reformy, argumentują publicyści, pozwolą uchronić Polskę przed losem krajów dotkniętych przez kryzys, takich jak Grecja czy Portugalia. Czy rzeczywiście?

„Modernizacyjne” i „reformatorskie” ruchy oczekiwane przez komentatorów zamykają się w enigmatycznej frazie „reforma finansów publicznych”. Pod ładnie brzmiącym sloganem skrywa się nic innego jak zamiar równoważenia przychodów i wydatków publicznych (zbilansowania) w celu zlikwidowania lub choćby znaczącego ograniczenia deficytu. Wzrost przychodów nie przykuwa przy tym szczególnej uwagi analityków, zawiedliby się więc np. obywatele oczekujący na zmianę uprzywilejowanej pozycji podatkowej zachodnich koncernów w naszym kraju. Ewentualnymi równoważącymi przychody powinni być natomiast, według nawołujących do reform, rolnicy z KRUS-u, co dałoby jedynie symboliczny wzrost wpływów do budżetu.

Tym samym śmielsze zmiany musiałyby być wprowadzone w sferze wydatków. Drastyczne cięcia miałyby rzekomo „uzdrowić” polską gospodarkę, uwalniając ją od niepotrzebnego balastu. Niestety, zwolennicy liberalnych zmian nie zauważają, iż ta teoria idzie wbrew doświadczeniom obecnego kryzysu. Drastyczne cięcia budżetowe w Grecji (dla lepszego równoważenia budżetu wspierane wyprzedażą majątku państwa) miały zmniejszyć deficyt, lecz przyniosły odwrotny efekt. Deficyt budżetowy w tym roku wzrasta1 wskutek malejących przychodów, będących efektem zmniejszenia wydatków, podobnie jak w roku ubiegłym2. Jednocześnie PKB brutto Grecji spadło w ciągu roku o ponad 7 procent3. Recepty neoliberalnych monetarystów na „grecką chorobę” jedynie pogarszają stan pacjenta.

Czy nawołujący do reform przedsiębiorcy z PKPP „Lewiatan” okażą się karpiami domagającymi się przyspieszenia Wigilii, podobnie jak wcześniej brytyjskie lobby przedsiębiorców CBI, twardo domagające się reform przed zeszłorocznymi wyborami4, dziś zaś głośno lamentujące z powodu opłakanych dla sektora prywatnego skutków zmniejszenia wydatków publicznych?5 Niekoniecznie. Do wystarczająco radykalnych reform, wbrew życzeniom karpi, może nie dojść. Zeszłoroczne wystąpienie sejmowe premiera, lekceważące neoliberalnych dogmatyków jako „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”, może być zwiastunem wyuczonego doświadczeniem pragmatyzmu rządzących eks(?)-liberałów.

Efekt „zielonej wyspy”, rozumiany poprawnie jako uniknięcie znaczącego pogorszenia warunków życia dla większości Polaków, spowodowany był przede wszystkim utrzymaniem wysokiego poziomu inwestycji i wydatków, a dzięki temu stabilnej koniunktury wewnętrznej. Oczywiście, konserwatywna struktura kredytowa pozwoliła uniknąć szoków bankowych, które z tej przyczyny dotknęły kraje bałtyckie, zaś słaby złoty znacząco wsparł eksporterów. Jednak lekcją numer jeden z poprzednich lat jest uznanie prymatu wzrostu gospodarczego nad poziomem deficytu budżetowego. Najwyższy już czas, by tę lekcję odrobili „doktrynerzy, eksperymentatorzy, wariaci”. Karą za fetyszyzowanie licznika długu publicznego, ot, paradoks, może być los Grecji.

Mimo wszystko fakt, iż – jak zauważają niektórzy ekonomiści – „myśl neoliberalna nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością”6, nie robi większego wrażenia na rodzimych promotorach „trudnych, lecz koniecznych” reform. Ich czas zatrzymał się na erze neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego, gdy nie do pomyślenia byłoby zatwierdzenie przez Narodowy Bank Szwajcarii sztywnego maksymalnego kursu franka do euro. Dlatego gdy rząd Niemiec wprowadza tymczasowy zakaz obrotu7 spekulacyjnymi papierami CDS, które nawet George Soros nazywa zbyt toksycznymi i działającymi na zasadzie kupna „polisy na czyjeś życie połączonej z licencją na zabijanie”8, polscy analitycy potulnie raportują, iż zgodnie z życzeniem grających CDS-ami patologicznych spekulantów „Polska idzie na dno”9, gdyż rynki pokazały jej „żółtą kartkę”. Podczas gdy włoski prokurator urządza kipisz w skompromitowanych kryminalnymi działaniami agencjach ratingowych10, a śledztwa w ich sprawie wszczynają nawet Amerykanie, w Polsce ze strachem mówi się o „groźbach” agencji Moody’s, chcącej wymusić „zdecydowane reformy”.11

Przypomnijmy, iż spektakl z atakowaniem długów suwerennych państw jest odwracaniem uwagi od prawdziwego sprawcy kryzysu, zorganizowanego kartelu12 wielkich instytucji finansowych. To one są prawdziwym epicentrum kryzysu, i to stworzona przez nie bańka pochodnych instrumentów finansowych jest powodem, dla którego system bankowy jest chory i zamiast wspomagać produktywne inwestycje realnej gospodarki domaga się od niej wyrzeczeń dla zaspokojenia długu wykreowanego przez toksyczne kontrakty. Nieprzypadkowo wielki Franklin Delano Roosevelt po dojściu do władzy w czasie Wielkiego Kryzysu odizolował za pomocą Glass-Steagall Act z 1933 r. zdrową bankowość tradycyjną od mnożącej zobowiązania bankowości inwestycyjnej. W 1936 r. prezydent poszedł jeszcze dalej i w Commodity Exchange Act drastycznymi regulacjami wyeliminował spekulację pochodnymi. Przed powrotem tych dwóch regulacji, oraz trzecią, czyli podatkiem od transakcji finansowych, drżą oligarchowie finansowi całego świata i w desperackim ruchu zrzucają winę za kryzys na „nierozsądnych pożyczających”, czyli zwykłych obywateli, mimo iż żadne państwo nie ma w swym skarbcu tyle toksycznego długu, co J.P. Morgan lub Bank of America.

Dlatego wszyscy aspirujący do roli ekspertów doradzających rządom muszą zadać sobie pytanie: co jest „zbyt wielkie, by upaść”? Spekulacyjne banki – czy edukacja? Hedge-fundy – czy służba zdrowia? Kontrakty futures – czy policja? Przyszłość milionów ludzi nie powinna i nie może zostać złożona w ofierze bożkowi zrównoważonego budżetu przez kastę niekompetentnych kapłanów-neoliberałów. Społeczeństwo jest zbyt wielkie, by upaść.

Vox populi, vox Dei

Tytuł  jest nieco przewrotny. Można go wyrazić inaczej – gdy Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Może nie rozum, bo w potocznym znaczeniu głosowanie na silniejszego jest rozumne i bezpieczne. Innym darem Ducha Świętego jest cnota męstwa.

Wybory do Senatu w miejskim okręgu Gdańsk-Sopot wykazały realną siłę polityczną  Platformy. Bogdan Borusewicz zebrał 32 tysiące podpisów poparcia i dostał 147 tys. głosów. Andrzej Gwiazda odpowiednio – 8,5 tys. i 62,6 tys., kilka procent więcej niż PiS na tym obszarze. To imponujące zwycięstwo Borusewicz osiągnął nie kiwając palcem w bucie. Społeczny komitet wspierający Gwiazdę ciężko harował kilka tygodni. Kampania była merytoryczna, nie emocjonalna, prowadzona na ulicach i w klubach osiedlowych, z elementami happeningu. Gdyby spontanicznie nie zgłosili się niezwykli ludzie, Gwiazda nie zdołałby poinformować mieszkańców, że kandyduje. Struktury PiS-u na Pomorzu zostały kilka miesięcy temu rozwiązane. Media papierowe i elektroniczne, prawicowe, lewicowe i nijakie, lokalne i ogólnopolskie, zachowały szlachetną apolityczność, nie podając absolutnie żadnych informacji. 

Jedynie tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyważony artykuł o obu kandydatach. U Gwiazdy najbardziej denerwujące jest podobno, że zawsze ma rację. Autor obu kandydatom przypisał szlachetność, czy może szlacheckość, już nie pamiętam. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby zachować obiektywizm! Ale dzięki i za to. Może ktoś przeczytał i dowiedział się, że Gwiazda jeszcze żyje.

Apolityczność jest teraz najwyższą cnotą obywatelską. Naród nie zajmuje się polityką, buduje stadiony. Dlaczego stadiony są apolityczne, a przychodnie lekarskie polityczne? Muszę się nad tym zastanowić. Bez wątpienia wybory są polityczne, więc nie mogliśmy wynajmować na spotkania lokali w szkołach, na uczelniach, w placówkach podległych Urzędowi Miasta i komercyjnych. Łatwiej było w klubach spółdzielni mieszkaniowych, choć nie zawsze. Platforma organizowała lekcje demokracji. Niestety, wszyscy wiedzą, że Gwiazda jest politykiem i przebieranie się w owczą skórę nie pomaga. 

Agora bardzo się skurczyła, o czym już pisałam w „Obywatelu”. Wiec uliczny trzeba zgłosić trzy dni wcześniej i modlić się o pogodę. Wiec zaatakowały bojówki Palikota i agenci Matrixu. Naszą tajną bronią byli szczudlarze na sprężynujących szczudłach. Pijani wysłannicy Belzebuba zobaczyli w nich wojsko szefa i pierzchali w popłochu. Wielokrotnie wzywana policja nie przyjeżdżała. Człowiek spotkany na spacerze w lesie mówił, że głosował na Palikota, ponieważ jest ateistą i boi się Kościoła. Może coś w tym jest, ale jak wszyscy wszystkiego będą się bali, to nie da się żyć. Udusimy się w dusznej atmosferze.

O głosujących na Platformę nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Nienawidzą  PiS-u i boją się, że Putin spuści na Polskę bombę (autentyczne), a obrażona Angela Merkel wyrzuci nas z Unii. Elity włożyły pokutny wór i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Są też tacy, którzy popierają Platformę ze strachu przed zemstą. – „Podpisałabym panu Andrzejowi, ale po PESEL-u do mnie trafią”.

W czasie kampanii wyborczej telewizja była jeszcze bardziej niż poprzednio nudna, tendencyjna i agresywna. Teraz oglądam tylko „To był dzień  na świecie” w Polsat News i od czasu do czasu CNN, ponieważ na świecie dzieją się ciekawe rzeczy. Z CNN można się  dowiedzieć, że pętla długów na greckiej szyi zacisnęła się  po inwestycjach z okazji Olimpiady. To temat niewygodny dla Platformy, więc nikt o tym w polskich mediach nie wspomniał. Ciekawe, jakie będzie poparcie dla Platformy po Euro 2012, kiedy skończą się pieniądze, firmy zaczną bankrutować, a długi trzeba będzie spłacać.

Polacy, nie tylko elity władzy, są zdezorientowani i zaniepokojeni antysystemowym protestem. Stracili język przydatny do opisu świata. Przez wiele lat lewicą nazywali lobby rosyjskie, obrońców agentury i mniejszości seksualnych. Teraz mówią „lewacy” o antyglobalistach, obrońcach środowiska i związkach zawodowych. Inteligentna i wykształcona kobieta nie uwierzyła nam, że w kapitalizmie związki zawodowe działają też w przedsiębiorstwach prywatnych, nie tylko państwowych. Wszyscy obawiają się, że ten ruch zdominują anarchiści. Mój czarny scenariusz wynika z obaw przed opcją przeciwną – trockistami. To jedyna grupa, która stosując entryzm ma wszędzie wpływy, jest dobrze zorganizowana i wie, czego chce. Ich celem jest totalitaryzm, likwidacja demokracji, państw narodowych, religii, tradycji. W tak ukształtowanym globalnym społeczeństwie, centralne zarządzanie gospodarką światową będzie możliwe, co zawsze było celem marksistów. Ich cele są niebezpiecznie zgodne z celami elit władzy i biznesu. Wiele lat temu ostrzegaliśmy przed trockistami, nazywaliśmy ich lewą nogą globalizacji. 

Spotykam wielu ludzi udręczonych przez nonsensowne procedury i biurokrację wynikające z dyrektyw Unii. Są nawet tacy delikatni, którzy cierpią  słuchając zakłamanej drętwej unijnej nowomowy. Ja się dostosowałam. Nie mogę zapalić zapalniczki childrenproof, więc kupuję zapałki. Gorzej mają nauczyciele w małej szkole. Wymogi sanitarne obowiązujące przy wydawaniu gotowych posiłków pozbawiły ich pokoju nauczycielskiego.

Światełko w tunelu to Kabaret Dwójki. Tam rząd się boi, chowa pod stołem przed ostrzałem Macierewicza i Ziobry, emigruje do Peru. W razie prześladowań za obrazę majestatu państwa, rozbijam namiot, choć jeszcze nie wiem gdzie.

„Jak mówić, żeby eksperci nas słuchali”

W końcu lipca przemierzyłam Półwysep Iberyjski, aby w byłej królewskiej posiadłości dyskutować o kryzysie strefy euro.

Lasy piniowe w połączeniu z cynobrowymi plażami Zatoki Biskajskiej łagodziły żołądki podrażnione cateringiem i koiły nerwy zszargane kryzysem. Urwiste skaliste wybrzeża dostarczały znudzonej wykładami wyobraźni smakowitej, acz nieco makabrycznej pożywki. Słowem – wymarzona sceneria dla dyskusji o bezrobociu i tej, jak jej tam, zagrożonej europejskiej tożsamości, której coraz mniej posiada Europa Południowa. Bez dobrze prosperującej gospodarki nie ma co marzyć o przynależności do europejskiego kręgu kulturowego – orzekli dyskutanci zajadając czekoladki.

Południowoeuropejski parias, który pogrążał sferę euro i kilka tygodni wcześniej usiłował otruć ogórkami północnoeuropejskich podatników, był częstym tematem rozmów. Organizatorzy ubolewali nad niskim poziomem szkolnictwa: – Czy zgodzi się pan ze mną panie profesorze?Tak, cierpimy z powodu kryzysu demograficznego, należy sprowadzić do Europy więcej imigrantów – odpowiadał pan profesor, rzuciwszy uprzednio kilka żarcików. Młodzi są bez pracy, więc rynek trzeba uelastycznić. Z perspektywy kawy i ciasteczek, wysoki procent osób zatrudnionych na kontrakty tymczasowe w Hiszpanii był najwyraźniej nieistotnym detalem.

W Hiszpanii społeczeństwo obywatelskie jeszcze się nie rozwinęło – przekonywał inny prelegent. Ręka podniesiona do góry: czy nie sądzi pan, że hiszpańskie protesty mogą być jednak dowodem na nieprawdziwość wspomnianej tezy? Przypominam: w połowie maja 2011 r. na placach hiszpańskich miast zgromadziły się tłumy domagające się przywrócenia prawdziwej demokracji. Część protestujących zamieszkała na placach na stałe, organizując darmowe posiłki, kącik dla dzieci oraz biblioteki. Ci młodzi ludzie zajmujący place miast, którzy zbudowali małe miasteczka z kartonów, doskonale zaopatrzone w żywność i rozrywki kulturalne, są niedojrzali? Czym jest społeczeństwo obywatelskie w takim razie? Nie do końca mnie satysfakcjonuje odpowiedź: „społeczeństwo obywatelskie, to takie coś, czego nie ma w zacofanych krajach”. W potocznym rozumieniu, pojęcie to ma coś wspólnego z aktywizmem i zainteresowaniem dobrem wspólnym, a te zjawiska czasami występują poza Europą i Stanami Zjednoczonymi. Pozwolę sobie podać kilka przykładów:

Chile 2011 – studenci popierani przez większość społeczeństwa protestują przez kilka miesięcy przeciwko opłatom za edukację wyższą. Rząd niestrudzenie odpowiadał za pomocą policyjnych pałek, na początku października przez chwilę negocjował z liderami protestu. Pomimo brutalności policji, studenci wychodzą na ulicę, podobnie jak kilka lat wcześniej podczas „rewolucji pingwinów”.

Argentyna, 1976-1983. Władzę przejmuje junta wojskowa, która w brutalny sposób rozprawia się z przeciwnikami. Część działaczy lewicowych znika bez śladu. Marcelo Figueras w powieści „Kamczatka” opisał zatrzymanie adwokata broniącego praw człowieka: Singaglia padł pierwszy. Zabrano go samochodem bez tablic rejestracyjnych. Wyobrażam sobie, jak cierpiał z powodu szarpania go za świetnie wyprasowany garnitur i niemal słyszę, jak skarży się przede mną, pibe, co to za barbarzyństwo, po co tak, to niepotrzebne.

Dalszych losów fikcyjnego Singaglii i realnych porwanych przez policję można się domyślić czytając raporty argentyńskiej Komisji do Spraw Zaginionych, na które powołuje się Artur Domosławski w „Gorączce Latynoamerykańskiej”: …rażenie prądem najbardziej wrażliwych części ciała – genitaliów, ust, dziąseł, piersi; wprowadzanie do odbytu lub pochwy szerokiej rury, wpuszczanie do niej szczura i zamknięcie odwrotu, tak aby szczur szarpał wnętrzności; torturowanie dzieci w obecności rodziców (i na odwrót); wypalanie na skórze; polewanie skatowanego ciała osoloną wodą; gwałty; fikcyjne egzekucje.

Tymczasem na Placu Majowym gromadziły się matki, które szukały informacji o dzieciach uprowadzonych przez reżim. Ich przygotowanie teoretyczne było w większości przypadków znikome. – Byłam kobietą jedną z wielu, jeszcze jedną gospodynią domową. Kwestie ekonomiczne, sytuacja polityczna, były mi zupełnie obce – powie po latach kontrowersyjna Hebe de Bonafini, jedna z liderek ruchu. Nie miały transparentów, jedynym znakiem rozpoznawczym były białe chusty na głowach. Jak przyjdzie policja i powie „proszę się rozejść”, to weź mnie pod rękę i udawaj, że spacerujemy – mawiały. Kilka protestujących już wkrótce miało się dowiedzieć, jaki los spotkał ich dzieci – Azucena Villaflor została uprowadzona i zrzucona z samolotu do delty rzeki La Plata. My tu mamy mundial zorganizować i wojnę o Falklandy wygrać, a te histeryczki wszystko psują – powiedzieli generałowie dowodzeni przez Jorge Videlę, wysyłając na plac coraz to nowsze odziały policyjne. Po transformacji ustrojowej, stowarzyszenie Matek z Placu Majowego przekształciło się w prężnie działającą organizację z uniwersytetem ludowym i własną radiostacją, zarządzającą budową tanich osiedli.

Kostaryka 1982-2011. Na początku lat 80.: gdy kryzys ekonomiczny ograniczył możliwości zarobkowania, osiem kobiet założyło spółdzielnię, nieopodal parku narodowego, z dala od grantów i subwencji. Lokalni machos początkowo nieufnie odnosili się do inicjatywy, jednak z czasem przekonały ich zwiększone wpływy do budżetów części gospodarstw. Spółdzielnia dobrze prosperowała, oferując wyroby przede wszystkim turystom; członkinie własnoręcznie zbudowały gliniany dom, obok którego z czasem wyrosły sklep i kawiarnia. Od czasu do czasu spółdzielnię finansowo wspomagają byłe wolontariuszki. – Ja się nad nimi nie lituję, ja je podziwiam – powie mi później jedna z nich. – Wiele się nauczyłam w ciągu tych kilku tygodni. Radości ze wspólnej pracy. U nas się robi tylko projekt za projektem, piętnaście projektów.

Na zakończenie wróćmy do Hiszpanii 2011 – spektakularne obozowiska zostały zwinięte, jednak w wielu miastach nadal funkcjonują zgromadzenia ludowe, a przedstawiciele ruchu oburzonych protestują m.in. przeciwko nielegalnym eksmisjom, zamykaniu centrów kultury oraz bronią zwolnionych z pracy.

Podsumowując: jeżeli to nie jest aktywizm i troska o dobro wspólne, to co to jest? Jeżeli wszędzie poza wąsko rozumianą Europą ludzie są bierni, to kto protestuje przeciwko reżimom? Profesor odpowiada: nie wiem, z pewnością jednak nie można tego nazwać społeczeństwem obywatelskim. Pani chyba żartuje, rękodzieło miałoby stanowić element działań obywatelskich? To prawie jakby powiedzieć, że w Polsce koła gospodyń wiejskich tworzą część ruchu kobiecego. Sama pani widzi, że nie możemy podobnych sugestii traktować poważnie. Ruchy studenckie są fenomenem chwilowym i na pewno niedługo im się znudzi, ileż można wytrzymać bez grantów i dotacji? A poza tym w Hiszpanii mamy dobre organizacje pozarządowe, które przykładnie współpracują z samorządami i potem nauczają w Maroku dobrych hiszpańskich praktyk, otrzymując w zamian za to dobre hiszpańskie wynagrodzenia; ci, jak im tam, oburzeni, są zbyt radykalni, żeby władze lokalne mogły z nimi rozmawiać. Bez dobrych grantów nie może istnieć prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, radość i duma krajów rozwiniętych i ich jedyny atrybut.

Odpowiadam: Matki z Placu Majowego miały dotacje od prezydenta Kirchenera? Profesor: Ależ one są tylko „dziarskimi staruszkami”, które mają własne radio i radykalne poglądy, to jeszcze gorsze niż uwikłanie współpracowników Hebe de Bonafini w skandal korupcyjny i zarzut defraudacji pieniędzy przeznaczonych na mieszkania socjalne. Takie bohaterskie ruchy to dobre na symbol, na emblemat na ekologiczną torbę, na – wzorem polskiej „Solidarności” – nazwę dla fabryki wyrobów cukierniczych, a nie do polityki. „Diagnozy Społecznej 2011” pani nie czytała? Nie wie pani, że polscy naukowcy stwierdzili, że aby być społeczeństwem obywatelskim, trzeba mieć liberalny światopogląd, akceptować różnice społeczne, chodzić często na wybory i głosować na partię rządzącą? Dobre organizacje winny być efektywne i konkurencyjne w walce o fundusze rządowe i sprawnie zarządzać grantami i projektami, z dala od polityki i z dala od heroizmu. Bez państwa przyjaznego dotacjom nie ma mowy o społeczeństwie obywatelskim. Poza dobrymi NGO’sami rozciąga się brudny świat terrorystów, płatnych agentów i niebezpiecznego populizmu, proszę mi wierzyć.

Podsumowując, społeczeństwo obywatelskie to wspierane przez państwo zrzeszenia, a masowe protesty mogą być w najlepszym razie nadrukami na koszulki. Ruch oburzonych odegra rolę w rozwoju Europy wtedy i tylko wtedy, jeśli trafi na rynek wyrobów cukierniczych. Dyskusja się przeciąga, zapraszam na kawę i ciasteczka marki „Indignados”, żarcik.

Ruch 99% wkracza na Wall Street

Ruch 99% wkracza na Wall Street

Ruch Occupy Wall Street (Przejmijmy Wall Street) to amerykańska część fali protestów, która ogarnęła wiele krajów świata w 2011 roku.

Wszystko zaczęło się, gdy kanadyjska organizacja Adbusters, zainspirowana egipską rewolucją i hiszpańskim ruchem indignados, rzuciła ideę rozpoczęcia podobnych masowych protestów w USA. Miały one stanowić wyraz sprzeciwu wobec ingerencji korporacji w politykę, hegemonii lobbystów, wirtualnej gospodarki zdominowanej przez sektor finansowy oraz bezkarności nieodpowiedzialnych bankierów i finansistów, którzy doprowadzili do kryzysu w 2008 r. i nie ponieśli z tego tytułu żadnych konsekwencji. 17 września protestujący mieli pojawić się w Nowym Jorku u samego źródła kryzysu – na Wall Street – i rozpocząć bezterminową pokojową okupację, rozstawiając namioty pod hasłem Yes, we camp (Tak, możemy obozować), stanowiącym parafrazę wyborczego sloganu Obamy Yes, we can. Inicjatywa została szybko podchwycona przez grupę US Day of Rage i coraz bardziej znaną ze spektakularnych akcji w Internecie nieformalną zbiorowość Anonymous.

17 września pojawiło się na Dolnym Manhattanie ok. 2000 osób, które ruszyły w kierunku Wall Street, wznosząc hasła wymierzone w wielką finansjerę i „the 1%” – ten jeden procent populacji USA, który posiada ponad jedną trzecią bogactwa kraju. Demonstranci wyposażeni w megafony, bębny i transparenty zastali ulicę zamkniętą i zabarykadowaną przez policję. Udali się zatem do położonego nieopodal Zuccotti Park, gdzie rozbili namioty i rozstawili centrum medialne, kuchnię i bibliotekę. W swoich komunikatach przywrócili parkowi dawną nazwę, czyli Liberty Plaza (Plac Wolności) i ogłosili powstanie Zgromadzenia Powszechnego Nowego Jorku.

Podobnie jak w Egipcie, Hiszpanii, Grecji i innych krajach, podstawową zasadą ruchu jest leaderless: nie ma przywódców ani rzeczników, ruch jest niemal całkowicie zdecentralizowany, nie pojawiają się nazwy żadnych organizacji. Wymiana informacji przebiega poziomo – przede wszystkim poprzez serwisy społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter; w ciągu pierwszych dni protestu nazywany był on #occupywallstreet od tagu na tym drugim serwisie.

Każdy, kto spróbowałby ustawić się w roli przywódcy, byłby narażony na ostracyzm. Okupacja Wall Street jest bowiem ważnym przejawem demokracji bezpośredniej w działaniu. Na Liberty Square codziennie odbywa się tzw. zgromadzenie powszechne (General Assembly), gdzie każdy ma prawo do krótkiej wypowiedzi, a decyzje wymagają konsensusu lub przeważającej większości podniesionych rąk. Każdy – nawet odwiedzające obozowisko popularne osoby, jak np. Michael Moore, Susan Sarandon czy zaangażowany politycznie raper Immortal Technique – musi czekać na swoją kolejkę.

Mogłoby się wydawać, że taki eksperyment w sferze radykalnej demokracji okaże się niezdolny do podejmowania decyzji, ale protestujący okazują się skuteczni i doskonale zorganizowani, co więcej, decentralizacja jest ich siłą. Przepływ informacji jest błyskawiczny, przemarsze przebiegają bez ekscesów, nie doszło do żadnego aktu przemocy czy wandalizmu. Nazwiska osób aresztowanych są błyskawicznie ustalane i podawane do wiadomości opinii publicznej, a praktycznie niemal przez 24 godziny na dobę można oglądać transmisję na żywo z przebiegu akcji – http://globalrevolution.tv/

Ponieważ policja nie wydała zezwolenia na rozstawienie systemu nagłośnienia, demonstranci przyjęli system „the people’s PA”: podczas zebrań każdy wypowiada się na głos, a zgromadzeni powtarzają, zdanie po zdaniu, jego wypowiedź. Kilkakrotnie można było zobaczyć, jak to rozwiązanie pozwala na uniknięcie kompromitacji czy prowokacji – gdy pojawiali się przemawiający, którzy próbowali opowiadać się za użyciem przemocy lub głosili egzotyczne teorie spiskowe o Iluminatach, powtarzanie wypowiedzi przez tłum stopniowo cichło aż do zupełnego milczenia, co było jasnym sygnałem mówiącym: „Nie reprezentujesz nas”.

Demokracja na Occupy Wall Street jest tak gruntowna, że organizatorzy nie wysunęli żadnych konkretnych żądań, stwierdzając, że lepiej będzie, jeśli uczestnicy sformułują i przegłosują je sami. I choć na początku przeciwnicy wypominali protestującym brak postulatów, ci odpowiadali hasłem „nasze postulaty to proces”.

Rzeczywiście, po dwóch tygodniach pojawiła się robocza wersja żądań, do której poprawki może zgłaszać każdy: albo zostaną przyjęte przez całą grupę, albo nie. Ten model, pozbawiony przywódców, jakichkolwiek władz centralnych i odgórnie przyjętych linii programowych, zainspirował ludzi w całych Stanach – w kolejnych wielkich miastach, począwszy od Chicago, Bostonu, Denver i Los Angeles, podjęto zlokalizowane zwykle w pobliżu lokalnych centrów finansowych solidarnościowe okupacje, które – często począwszy od garstki inicjatorów – z dnia na dzień rozrastają się w masowe ruchy. Po dwóch tygodniach organizatorzy szacują, że protesty już trwają (a w niektórych przypadkach mają się lada dzień rozpocząć) w kilkudziesięciu miastach pod hasłem Occupy Together. Uzyskali też poparcie niemal wszystkich związków zawodowych w USA, które postanowiły wspierać protestujących w miarę możliwości i zachęcają swoich członków do przyłączania się do ruchu.

Akcja spotyka się wyjątkowo brutalną reakcją policji, jakiej w USA nie widziano od dawna. W próby spacyfikowania protestu zaangażowano duże ilości policjantów i tajniaków. Wielokrotnie miały miejsce akty brutalnej przemocy fizycznej, włącznie z bezzasadnym używaniem pałek. Konfiskowano sprzęt filmowy, megafony i transparenty, dokonywano zatrzymań i aresztowań, niekiedy wręcz z groteskowych powodów, jak np. posiadanie maski Guya Fawkesa, która za sprawą popularnego filmu „V jak Vendetta” stała się na całym świecie symbolem ruchu oporu przeciwko tyranii oligarchicznych elit. Ósmego dnia protestu, 24 września, coraz liczniejsi demonstranci podjęli przemarsz ulicami Manhattanu. W pewnym momencie policjanci wyciągnęli długie siatki i zaczęli zamykać grupy demonstrantów w swego rodzaju „kotłach”. Dokonano ponad 80. aresztowań pod zarzutem „naruszenia porządku publicznego”, ale szczególne oburzenie wywołał incydent, który można obejrzeć na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=moD2JnGTToA, gdzie dwójka młodych kobiet, nie stawiających oporu, została bez powodu spryskana gazem pieprzowym. Co więcej, dokonał tego policjant w „białej koszuli”, czyli na kierowniczym stanowisku, który został zidentyfikowany z imienia i nazwiska. Kolejny przemarsz, 1 października, w którym uczestniczyło około 5000 osób, przyniósł już aresztowania na bardzo dużą skalę – liczna grupa demonstrantów została przepuszczona przez policję na Brooklyn Bridge, po czym ponownie użyto siatek do ich schwytania. Tym razem NYPD aresztował ok. 700 osób. Jednak represje odnoszą jak dotąd skutek przeciwny do zamierzonego: dzięki wsparciu związków zawodowych, w środę 5 października na Foley Square zebrał się jeszcze większy tłum, według szacunków „The Guardian” – co najmniej 15 000 osób. Choć policja znów próbowała rozpędzać demonstrantów przy użyciu pałek i gazu pieprzowego, każdy akt brutalności jest nagrywany, nagłaśniany i jedynie zwiększa determinację protestujących.

Choć przeciwnicy chętnie odmalowują Occupy Together jako protest radykalnej lewicy albo znudzonej młodzieży z grona nowojorskich hipsterów, mamy tu do czynienia z bardzo reprezentatywnym przekrojem społeczeństwa – przeważają ludzie w wieku od 20 do 30 lat, ale jest też wiele osób starszych, a wśród nich dawni uczestnicy ruchu kontestacyjnego z lat 60. Nie ma mowy o podziałach ze względu na kolor skóry czy przynależność etniczną. Są przedstawiciele różnych wyznań i niewierzący. Obawiający się o swoją przyszłość reprezentanci klasy średniej protestują ramię w ramię z długotrwale bezrobotnymi, wykluczonymi społecznie mieszkańcami etnicznych gett, a także świeżo upieczonymi absolwentami college’ów wegetującymi w śmieciowej McPracy oraz opuszczonymi przez własne państwo wojskowymi weteranami i inwalidami. Również przekrój polityczny jest wyjątkowo szeroki. Na Liberty Plaza są liberałowie zawiedzeni brakiem wyrazistości Partii Demokratycznej, bardziej lewicowy ruch Progressives, zadeklarowani socjaliści, grupy anarchistyczne, a także sytuujący się przecież po zupełnie innej stronie politycznego spektrum libertarianie, którzy również sprzeciwiają się sfinansjeryzowanej gospodarce, spekulacyjnym fortunom, ekonomicznej dyktaturze całkowicie niedemokratycznej Rezerwy Federalnej oraz jawnej korupcji politycznej w postaci lobbyingu i systemu „obrotowych drzwi”.

Uczestnicy protestu i ludzie dołączający do tworzącego się ruchu zdają sobie sprawę z jednego – mogą się nawet bardzo różnić, ale czas na dyskusje o socjalnej czy wolnorynkowej gospodarce, roli religii w życiu społeczeństwa czy sprawach obyczajowych przyjdzie dopiero, gdy obalony zostanie dyktat elit Jednego Procenta i przywrócona zostanie prawdziwa demokracja – taka, jaką sami spontanicznie wprowadzają w życie.

A oto proponowana lista żądań do przedłożenia Kongresowi – ma ona jeszcze charakter otwarty i mogą się pojawić kolejne postulaty, a już istniejące mogą zostać dokładniej sprecyzowane.

1. Należy jak najszybciej przyjąć ustawę HR 1489, czyli „Ustawę o powrocie do rozsądnej bankowości” http://www.govtrack.us/congress/bill.xpd?bill=h112-1489. Przywraca ona wiele zasad Glass-Steagall Act z roku 1933, czyli ustawy zakazującej łączenia działalności komercyjnej banków z bankowością inwestycyjną. Ustawa ta została anulowana w roku 1999 przez Gramm-Leach-Bliley Act. Pozwoliło to bankom inwestycyjnym tworzyć i wprowadzać do obrotu derywaty oraz inne toksyczne aktywa i objąć tymi niebezpiecznymi praktykami bankowość komercyjną, przyjmującą i zabezpieczającą depozyty konsumentów. Większość ekonomistów uważa, że przyczyniło się to bezpośrednio do intensywności kryzysu finansowego, ponieważ pozwoliło bankom inwestycyjnym z Wall Street grać pieniędzmi swoich depozytariuszy, trzymanych w bankach komercyjnych będących w posiadaniu firm inwestycyjnych lub wręcz przez nie założonych.

2. Trzeba użyć całej władzy ustawodawczej Kongresu, by zobowiązać odpowiednie instytucje federalne do ścigania przestępców i oszustów z Wall Street, którzy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem bezpośrednio przyczynili się do kryzysu finansowego roku 2008.

3. Należy przegłosować odpowiedni akt ustawodawczy, który uchyli decyzję Sądu Najwyższego w sprawie Citizens United, która de facto pozwoliła korporacjom wydawać tyle, ile chcą na kampanie polityków, co właściwie umożliwia im kupowanie wyborów. Należy również przywrócić media publiczne, które zapewniałyby kandydatom w wyborach równą, gwarantowaną ilość czasu podczas kampanii wyborczej, by mogli przedstawić swoje poglądy i racje.

4. Wprowadzić „podatek Buffetta”, by najbogatsi i korporacje uczciwie płacili podatki. Wyeliminować luki prawne, pozwalające korporacjom na unikanie podatków oraz zakazać ukrywania przychodów w rajach podatkowych. Należy położyć kres sytuacji, w której firmy takie jak General Electric nie płacą ani centa podatków za cały rok rozrachunkowy lub wręcz otrzymują zwrot.

5. Całkowicie zmienić zasady funkcjonowania Securities and Exchange Commission (SEC – Komisja Nadzoru Giełdy i Obrotu Papierami Wartościowymi), by rzeczywiście strzegła stabilności rynku, chroniąc interesy konsumentów i inwestorów. Komisja ta potrzebuje dobrych kadr i wysokiego budżetu, a obecnie jest katastrofalnie niedofinansowana i prowadzona przez ludzi z wewnętrznego kręgu Wall Street, którzy często ją opuszczają, by objąć lukratywne posady w korporacjach, których działalność mieli nadzorować.

6. Wprowadzić prawo ograniczające wpływ lobbystów i eliminujące praktykę, w której to lobbyści piszą ustawy i są one następnie w nadanej przez nich formie głosowane w Kongresie.

7. Wprowadzić prawo dotyczące tzw. obrotowych drzwi, czyli zjawiska przechodzenia byłych urzędników administracji rządowej do pracy w firmach prowadzących działalność w branżach i sektorach rynku, których zasady działania urzędnicy ci poprzednio regulowali.

8. Zlikwidować zasadę traktowania korporacji jako „osoby”. 14 Poprawka do Konstytucji, wprowadzona w roku 1868, miała z założenia gwarantować prawa Afroamerykanom, czyli byłym czarnym niewolnikom, uznając, że „żaden stan nie może pozbawić kogoś życia, wolności lub mienia bez prawidłowego wymiaru sprawiedliwości ani odmówić komukolwiek na swoim obszarze równej ochrony prawa”. Prawnicy działający w imieniu korporacji chcieli zapewnić swoim mocodawcom więcej władzy. Właśnie dlatego arbitralnie przyznano korporacjom identyczny status. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że między 1890 a 1910 rokiem przed sądami znalazło się 307 spraw dotyczących 14 Poprawki. 288 z nich zostało wysuniętych przez korporacje, a zaledwie 19 przez Afroamerykanów. Należy pamiętać, że 600 tysięcy osób zginęło, by przyjąć i zagwarantować te prawa, a następnie odebrano je ludziom i przekazano kapitałowi. Czas to naprawić.

Całość opracował i listę żądań protestujących przetłumaczył Krzysztof J. Adamski

Day 14 Occupy Wall Street September 30 2011 Shankbone 43
The Corporatist State 2011 Shankbone
Occupy Wall st. Day 20
6215889003_7c2e60b542_o.jpg

Problem nie tylko młodych

Polskie media nie potrafią samodzielnie zauważyć trudnych problemów, więc stosują kalki ze swoich zachodnich odpowiedników. Ostatnio roni się w nich krokodyle łzy nad młodzieżą pracującą na tzw. umowach śmieciowych.

No, może nie wszyscy rozczulają się nad młodymi na umowach o dzieło, na czas określony czy wymuszonym samozatrudnieniu. Niektórzy dostrzegają plusy tego rodzaju „elastyczności”, przekonując, że pozwala zdobyć doświadczenie zawodowe i że jest lepsza niż praca na czarno. Oczywiście skrzętnie pomijają takie kwestie jak brak możliwości zaciągnięcia kredytu na mieszkanie. A jeśli zwraca się im uwagę na ciemne strony aktualnej sytuacji na rynku pracy, to szybko kwitują je stwierdzeniem, że świat się zmienia, że tak jest rzekomo w całej Europie itp.

Choć żaden z medialnych mędrków nie ma podobnego problemu, to znają oni najlepszą metodę na jego rozwiązanie: jest nią pomoc rodzinna uzupełniona tradycyjnym polskim kombinatorstwem. O dziwo, muszę im przyznać rację. Od 10 lat nie mam szczęścia do umów na czas nieokreślony, a moja żona nigdy takiej nie miała. Mieszkanie udało nam się zdobyć tak, jak zalecali „specjaliści”, czyli dzięki znajomościom i rodzinie. Byśmy mogli normalnie pracować, niezbędna była pomoc babci w opiece nad dzieckiem. O żłobkach w moim mieście można tylko pomarzyć, a przedszkole jest otwarte tylko 10 godzin, co przy szczęściu, jakie spotkało moją małżonkę – pracuje 8 godzin dziennie – jest i tak zbyt krótkim czasem, gdyż dojazd z drugiego końca miasta zajmuje ponad dwie.

Jestem jeszcze młody i mam możliwość korzystania z pomocy bliskich. Pokolenie moich dzieci może nie mieć tyle szczęścia. Nim rozwinę tę myśl, pozwolę sobie odwołać się do guru polskich speców od gospodarki i stosunków społecznych. Niedawno miałem okazję wysłuchać samego Leszka Balcerowicza, który w jednej ze stacji radiowych w prosty sposób wyjaśnił genezę protestów hiszpańskiej młodzieży. Nie ma ona pracy, bo starzy związkowcy zatrudnieni są na umowach, które uniemożliwiają ich zwolnienie. O Polsce nie wspomniał, za to wielu jego apologetów wskazuje na ten sam problem w naszych firmach „państwowych” (tj. należących do Skarbu Państwa bądź samorządów).

Kilka lat temu pracowałem w zakładzie komunalnym. Odziedziczył on po poprzednim systemie wiele patologii, jak przerost kadry „umysłowej” (w firmie, której głównymi zadaniami były sprzątanie, brukowanie i rozbiórki, pracownicy fizyczni stanowili zaledwie połowę zatrudnionych) czy kumoterstwo. Kapitalizm dodał do tego znaczący rozdźwięk między płacami „góry” i „dołu”. Już wówczas niemal wszyscy robotnicy pracowali na umowach na czas określony, a kiedy zgodnie z prawem przychodziła pora na stałą umowę, odsyłano nas do urzędu pracy. W każdej chwili można było nas zwolnić, z dwutygodniowym wypowiedzeniem, o czym kierownicy do znudzenia nam przypominali: „w tej brygadzie pracy może być pewna tylko jedna osoba”.

Niedawno spotkałem się z kolegami i dowiedziałem się, że nowe standardy obowiązują także w moim dawnym zakładzie. Pracownikom, którym kończą się umowy, proponuje się nowe – w formie zlecenia. Tym, którym w czasach niedawnego boomu na pracowników fizycznych zaproponowano umowy kilkuletnie, obecnie się je wypowiada i również zmusza do przejścia na zlecenia. „Smarkaczy” świeżo po szkołach, do których według medialnej kalki ogranicza się cały problem, jest niewielu. Za to odsetek osób po 50. roku życia jest znaczący.

Protesty młodych ludzi, o których donoszą media, dotyczą krajów znacznie bogatszych niż Polska. Nawet w nich przyznaje się, że na horyzoncie widnieją poważne problemy, m.in. demograficzne. Nasz kraj jest ciągle „zieloną wyspą”, jednak grupa szczęśliwych posiadaczy emerytur wypracowanych w minionym ustroju topnieje, zaś przyszli staruszkowie będą mieli głodowe świadczenia, jeśli w ogóle je uzyskają, pomoc rodzinna zatem nie będzie możliwa. Zapewne wówczas rząd, w imię utrzymania zieleni na wyspie, wezwie sędziwych obywateli do patriotycznego czynu polegającego na szybkim zgonie.

Raport socjologiczny

PO rzuciło na rynek kiełbasę wyborczą i przedstawiło program poprawy sytuacji młodego pokolenia. Kiełbasa, jak to kiełbasa: składa się głównie z wody i wypełniaczy.

Na miesiąc przed wyborami zespół kierowany przez Michała Boniego przedstawił raport „Młodzi 2011”. Dokument ma być odpowiedzią na trudną sytuację młodego pokolenia Polaków. W zależności od naszych sympatii politycznych, publikacja Boniego może być różnie odbierana. Niechętni PO będą wytykali, że opracowanie ujrzało światło dzienne w przeddzień wyborów i jest elementem kampanii wyborczej. Sympatycy słusznie będą argumentować, że warto docenić inicjatywę rządu, który zajął się tak ważkim tematem.

A sprawa jest paląca. Polska jest w niechlubnej unijnej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek młodych (18-34 lata) zatrudnionych na umowy śmieciowe. Przegania nas obecnie już tylko Portugalia i Hiszpania. Co więcej, ci, którzy mają pracę, powinni czuć się wygranymi. Obecnie bowiem już co drugi bezrobotny Polak należy do tej grupy wiekowej. Na to wszystko nakładają się obcięte przez PO programy stypendialne, brak funkcjonalnego systemu kredytów studenckich czy kulejący program wspieranych przez państwo kredytów mieszkaniowych Rodzina na Swoim.

Numerki, cyferki

Raport zespołu doradców rady ministrów rodził więc duże nadzieje. Miał spełnić pożyteczną rolę w trwającej debacie o sytuacji absolwentów uczelni. I co najważniejsze, zaprezentować konkretne rozwiązania, mające poprawić stan rzeczy. O ile pierwszy cel autorów najpewniej się powiedzie, o tyle co do drugiego można mieć wątpliwości.

Dokument stworzony przez „intelektualne zaplecze Platformy” rozczarowuje. I to mimo iż posiada właściwie bezcenną wartość informacyjną. Zawiera kompleksowe dane dotyczące młodego pokolenia. Są tu statystyki niemal na każdy temat: od preferencji mieszkaniowych po badania dotyczące wrażliwości obywatelskiej. Całość zajmuje aż 426 strony formatu A-4.

Niestety raport pełen jest także analiz porażających trafnością. Najlepiej można je prześledzić w specjalnej prezentacji zespołu doradców (patrz tutaj). Eksperci na przykład na postawione w prezentacji na stronie 25 pytanie „W czym tkwi siła i rozwojowy potencjał młodych?”, na stronie 26 odpowiadają, że „w ich młodości i energii życiowej”. Doradcom Michała Boniego zdarza się też cytowanie Michała Boniego. Dzięki dokumentowi możemy się np. dowiedzieć, że minister uważa, iż „nie można mówić o młodych bez mówienia o przyszłości i nie można mówić o przyszłości bez mówienia o młodych”.

Mamy więc mądrości rodem z amerykańskich poradników psychologicznych, za to w opracowaniu brakuje niestety konkretów. Zgromadzone dane statystyczne wyglądają raczej jak zaplecze przyszłego raportu ekspertów, a nie jak sam raport. W tekście próżno szukać skonkretyzowanych propozycji reform.

Mowa trawa

Są za to rekomendacje. Większość mglista i nieprecyzyjna. Na szczęście jednego możemy być pewni. Przeprowadzone przez zespół analizy nie poszły w las i na ich podstawie zalecono przeprowadzenie kolejnych analiz. Moja ulubiona: „Dokonać analizy możliwości większego skupienia wsparcia na rzecz wzrostu dzietności poprzez ulgi podatkowe w większej skali na dzieci – od trzeciego w rodzinie”.

Wątpliwości budzą również rekomendacje najczęściej komentowane przez media. Chodzi m.in. o propozycję tymczasowego zatrudnienia studentów i absolwentów w samorządach. Miałoby to służyć zdobyciu praktyki zawodowej. Zamiast więc zaproponować rozwiązania długofalowo zmniejszające bezrobocie, wymyślono, że administracja może pełnić funkcję agencji pracy tymczasowej. Zatrudni wszystkich studentów na chwilę, co by się nie nudzili i zdobyli doświadczenie. Tym samym terminujący (w powiatowym urzędzie pracy?) malarze, poloniści i historycy w mig znajdą etaty.

Nie od dziś przecież wiemy, że pracodawcy stawiają młodym duże wymagania dotyczące doświadczenia zawodowego nie dlatego, że w kraju jest wysokie bezrobocie i na każde stanowisko aplikuje wiele osób. Jak zapewniają przedstawiciele takich instytucji jak Business Centre Club czy Lewiatan, rynek jest głodny i byłby w stanie wchłonąć każdą ilość „wykwalifikowanych specjalistów”. Tych dotąd po prostu brakowało. Jednak od czego są samorządy?! Zaraz wezmą naszych nieopierzonych absolwentów w obroty i zrobią z nich rozchwytywanych bankierów.

Cud miód

Jak by tego było mało, zespół planuje rozwiązać także polski problem mieszkaniowy. Przyszłość jest jasna – dzięki analizom powstaną opracowania, w wyniku których wprowadzi się plany, by rząd, niczym bracia Golcowie, z developerskiego kretowiska zrobił San Francisco.

Jak? To proste. Po pierwsze, dzięki „nowemu programowi” pojawi się „lepsza oferta mieszkań na wynajem”. Po drugie, rząd rozwiąże wreszcie jakże wstydliwy dla Polski problem niewykorzystywanych mieszkań socjalnych i wprowadzi studenckie „programy” „uzyskiwania mieszkań z puli budownictwa socjalnego”. C’est genial!

Najnowszy dokument zespołu doradców premiera rozczarowuje. Tym bardziej, że na jego potrzeby wykonano tytaniczną pracę badawczą. Szkoda, że za nią nie poszły odważne wnioski. No chyba, że za takie uznamy np. drugą rekomendację raportu: „W rozwiązywaniu różnych problemów i podejmowaniu wyzwań powinniśmy stawiać na młodych”.