przez Krzysztof Wołodźko | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Ta książka jest ankietą, przeprowadzoną z członkami Solidarności na temat przyczyn, które umożliwiły powstanie ruchu społecznego o takim znaczeniu, nieporównywalnego z tym, co wydarzyło się w roku 1956 – pisał w 1989 r. Alain Touraine we wstępie do pierwszego polskiego wydania książki „Solidarność. Analiza ruchu społecznego 1980-1981”. Jej współautorami są Jan Strzelecki, François Dubet i Michel Wieviorka. Kolejnego wydania doczekaliśmy się po ponad 20 latach, w zupełnie innych realiach.
Słowo „ankieta” może być mylące. Francuski socjolog proponuje bowiem jedną z najgłębszych analiz pierwszej „Solidarności” i swoistej „epoki” tego ruchu, krótkiej, lecz jakże brzemiennej wydarzeniami i konsekwencjami. We wprowadzeniu autor stawia następujące kwestie: Trzeba starać się wyjaśnić, dlaczego i w jaki sposób trzy porządki działania, związkowy, demokratyczny oraz narodowy, splatają się w Solidarności, czyniąc z niej to, co można nazwać totalnym ruchem społecznym, dążącym do przekształcenia wszystkich dziedzin życia społecznego. Druga, związana z nią, brzmi: czy Solidarność jest ruchem – zbiorowym zrywem […] czy też jest narzędziem rekonstrukcji całego społeczeństwa, jego instytucji, a nawet tych sił ekonomicznych i społecznych, które byłyby zdolne wejść z nim w konflikt? Trzecia wreszcie ukazuje, że „system” w zetknięciu z „Solidarnością” ukazuje swą inercję i słabość, przy równoczesnej agresywnej, konfliktogennej naturze.
Co istotne, książka Touraine powstała na kanwie badań socjologicznych działaczy szczebla zakładowego w ramach sześciu grup badawczych. Wszędzie wśród nich problemy dotyczące wolności politycznych, niepodległości, kierowania gospodarką czy sprawiedliwości społecznej były równie nieustanne obecne jak na obradach Komisji Krajowej Solidarności. Francuski badacz pokazuje w ten sposób, jak bardzo samorządne i oddolne były „solidarnościowe relacje społeczne” w latach 1980-81. Ruch wyrażał idee, wybory, zbiorową wolę.
Tu pojawia się kwestia ważna również obecnie. Książka godzi w dość silny w Polsce kompleks antyinteligencki. Pokazuje, że pierwsza „Solidarność”, jakkolwiek by nie oceniać dziś dawnych działaczy KOR, roli ekspertów czy zdrady etosu, która się dokonała później, miała silne, intelektualne zaplecze. Była swoistym sojuszem „ludzi pracy” z naukowcami, humanistami, intelektualistami i inteligencją techniczną. Równocześnie widać przez jej pryzmat, że inteligencki, w dużej mierze lewicowy etos był w czasach PRL silnie zakorzeniony w myśleniu i działaniu sporej części elit, że właściwie dopiero realia III RP przyniosły jego erozję. W tym sensie książka może stanowić znów punkt wyjścia do dyskusji nad zaprzepaszczonym dorobkiem i potencjałem intelektualnym ruchu. Bo to właśnie idee, obok masowości i konkretnych działań, stanowią ważną część dziedzictwa „Solidarności”.
Trzy pierwsze grupy badawcze powstały wiosną 1981 r. w Gdańsku, Katowicach, Warszawie, pozostałe jesienią w Szczecinie, Łodzi, Wrocławiu. Badania nie mogły pominąć dwu wielkich portów bałtyckich ani obu części Śląska, stanowiących najważniejsze ośrodki przemysłowe Polski. Łódź, jako stolica przemysłu tekstylnego i miejsce marszu głodowego w lecie 1981 r., interesowała nas ze względu na opinie licznie tu zatrudnionych kobiet. Warszawa narzucała się zarówno dlatego, że jednym z ośrodków, w których narodził się ruch, był zakład Ursus, jak i z uwagi na to, że region Mazowsze sam sytuował się na czele najbardziej radykalnego skrzydła Solidarności. W skład poszczególnych grup, obok autora publikacji, weszli m.in. Grażyna Gęsicka, Włodzimierz Pańków (dziś członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”), Ireneusz Krzemiński, Jan Strzelecki, Anna Kruczkowska, Paweł Kuczyński.
Pierwsza część książki, zatytułowana „Ruch”, opowiada historię oporu przeciw władzy komunistycznej w Europie Środkowej, podejmuje zagadnienie relacji między klasą społeczną, narodem a demokracją i opowiada historię „samoograniczania” się tego ruchu. Druga, „Uwolnienie społeczeństwa”, dotyczy ewolucji „Solidarności”, autoanalizy działalności związkowej w Gdańsku, na Śląsku i w Warszawie. Część trzecia, „W stronę zerwania”, omawia m.in. problem władzy związkowej (pięciu przywódców: Zbigniew Bujak, Andrzej Gwiazda, Marian Jurczyk, Jan Rulewski, Lech Wałęsa), kwestie radykalizmu i kompromisu w ruchu na przykładzie ośrodków w Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, a także zagadnienia solidarnościowego oporu (m.in. ruch demokratyczny czy walka rewolucyjna?).
Warto przytoczyć, by zrozumieć lepiej ducha tamtego czasu, komu m.in. szczególnie dziękowali autorzy książki: Uczestniczący w tych badaniach członkowie Solidarności, robotnicy, pracownicy umysłowi, technicy i inżynierowie, są bardziej ich autorami niż obiektami. […] My, którzy z nimi pracowaliśmy, możemy im dziś powiedzieć, że są chlubą robotniczego świata, godnymi synami swej Ojczyzny i że reprezentują jedną z najszczytniejszych postaci demokracji. […] Ich przykład pozostanie natchnieniem dla wszystkich, którzy pragną, aby – jak powiedział jeden z robotników Ursusa – ludzie przestali być bierną masą, stając się podmiotem własnej historii.
Sama metoda „interwencji socjologicznej”, w której badacz staje się mediatorem między członkami ruchu społecznego, miała na celu skłonić działaczy Solidarności do refleksji nad ich działalnością, proponując im pewne hipotezy, którymi mogli się posługiwać, sprawdzając, czy odpowiadają one ich własnym analizom sytuacji. Zdaniem Touraine, dystans pomiędzy świadomością uczestników ruchu a proponowanymi przez socjologów analizami okazał się niewielki. Toteż – pisze francuski badacz – nasze badania nigdy nie były bliższe swego praktycznego celu: temu, aby prezentując działających, wspierać ich działalność i co za tym idzie – szanse demokracji.
Jednym z polskich marzeń w czasach PRL – zwraca uwagę Touraine – było wyrwać się z obowiązujących konwencji, z pozorów i absurdów, wrócić do rzeczywistości, używać słów, które mają sens, powrócić do nauczania prawdziwej historii narodu, racjonalnie zarządzać przedsiębiorstwami. […] W sierpniu 1980 roku próżnia społeczna nagle wypełnia się treścią i Polska staje się sobą.
Jakkolwiek patetycznie muszą brzmieć te słowa, mają one nader praktyczny wymiar. Touraine pokazuje m.in. klasowy i ekonomiczny charakter działań związkowych: słowo »wyzysk« pojawia się często w rozmowach z robotnikami na Śląsku. Analiza materiału tamtejszych dwóch „grup badawczych” pokazała, że górnicy mają świadomość walki o prawa pracownicze, zajmuje ich obrona robotników przed arbitralnością, niekompetencją i korupcją ich zwierzchników. Równocześnie, co dzisiaj jest często negowane albo przemilczane jako cecha pierwszej „Solidarności”, ruch robotniczy umie uznawać wspólnotę interesów i stawiać ją wyżej niż partykularne sprawy poszczególnych zakładów pracy. Widzieliśmy, jak w Gdańsku w sierpniu 1980 roku stoczniowcy wyrzekli się znacznych korzyści materialnych, gdy pracownicy innych zakładów […] poprosili ich o wsparcie swoich roszczeń.
Obok klasowej istnieje jednak w ruchu „Solidarności” silna dominanta narodowa, połączona z pierwiastkiem religijnym, katolickim. Z jednej strony Kościół stanowi element tożsamości narodowej, z drugiej strony badacze zwracają uwagę, że bardzo wyraźnie manifestuje się wola utrzymania niezależności związku od Kościoła oraz niechęć do jego bezpośredniej ingerencji w sprawy polityczne.
Inny istotny element tego ruchu to „tęsknota za demokracją”, która tak silnie ujawniła się w samej „Solidarności”. Ma ona fundament etyczny: argumentacja ludzi z Solidarności nigdy nie jest czysto polityczna. […]Jest to argumentacja moralna, przeciwstawiająca uczciwość korupcji, jawnośćzwiązkowych obrad sekretnym decyzjom partii, szczerość działaczy krętactwu biurokratów z aparatu. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na uogólniony charakter takich stwierdzeń, trzeba pamiętać, że wynikały one z badań socjologicznych, prezentowały pewien „solidarnościowy paradygmat”.
Ostatecznie, ruch społeczny i program uwolnienia społeczeństwa wzajemnie się uzupełniają, stanowiąc równocześnie dwa różne aspekty działania Solidarności. Z jednej strony pojawiają się nastroje populizmu, tyleż nacjonalistycznego, co robotniczego (byłaby to zatem w pewnych warunkach zrozumiała, ale destruktywna postawa), z drugiej, co do swej istoty, „Solidarność” jest afirmacją wspólnoty społecznej i narodowej […], wolą stworzenia ma nowo warunków dla demokracji w życiu gospodarczym, w polityce i kulturze.
Złożona tożsamość i wieloaspektowość „Solidarności” ukazana w rzeczowej analizie socjologicznej, broni przed uproszczonym, sentymentalnym czy „mitycznym” obrazem ruchu. Stanowi też argument w dyskusji z takim obrazem związku, który chciałby w nim widzieć wyidealizowany byt, albo – przeciwnie – ośmiesza pierwszą „Solidarność” jako do cna skłóconą u zarania. Książka ukazuje, jak wielki wysiłek włożyli ludzie pierwszej „Solidarności” w stworzenie tak złożonej, heterogenicznej strukturalnie i ideowo organizacji, powstałej w skrajnie trudnych warunkach.
Za najistotniejszą część swej pracy uznaje Touraine rozdział „Działacze analizują swoje działania”: prowadzone w zespołach dyskusje są częścią wielkiej debaty, dzięki której Solidarność stara się dojść do rozwiązania trudnego problemu: jak – rozszerzając swoje działanie – nie utracić jedności, nie zostać rozerwaną pomiędzy konkurujące ze sobą cele? Z dzisiejszej perspektywy zapis dyskusji w gronie poszczególnych zespołów może sprawiać wrażenie banalnego, naiwnego. Wtedy jednak, przeżywany z całą siłą, z przyszłością jako ogromną niewiadomą, powodował wielkie napięcia, budził zarówno nadzieje, jak i poczucie zwątpienia. Odpowiedzialność za ruch i podjętą sprawę oraz cała gama czynników generujących kształt otaczającej rzeczywistości, opisana w suchym, analitycznym języku socjologicznego sprawozdania, może tracić swoją wagę. Ale to tylko pozór. Fascynująca w tej części książki jest perspektywa odmienności poszczególnych zespołów przy zrozumieniu, że współtworzą oni ten sam ruch i się z nim utożsamiają.
Zespół gdański ma silne poczucie utożsamienia z pierwotnym obrazem ruchu, […] której symbolem były Porozumienia Gdańskie. Dyskusje prowadzone w trakcie badań ukazują, że aspiracje [zespołu gdańskiego] nie zatrzymują się na etapie uzyskania wolności związkowych. Ambicje są większe, lecz istniejące poczucie różnorodnych ograniczeń oraz kryzys wewnętrzny powodują, że działacze nie mają pewności, czy celem ich jest aktywność typowo związkowa, czy polityczna. Kurs na aktywność polityczną jako sedno działalności neguje istotową, ponad-polityczną naturę ruchu.
Inaczej przedstawia się sytuacja na Śląsku. Tamtejsi górnicy nie mieli takiego poczucia jedności działania związkowego z problemami demokracji, jakie istniało w Gdańsku czy w takich zakładach jak Ursus. Mają przede wszystkim świadomość, że są wyzyskiwani przez swoich zarządców uzależnionych od zagranicy. […] Koncepcja ruchu mającego zarówno wyodrębniony, jak i ogólny cel, będącego jednocześnie ruchem robotniczym i ruchem uwolnienia całego życia społeczeństwa, znajduje zrozumienie i swój wyraz w zespole katowickim. Jednak już pierwsze dyskusje […] dowodzą, że jego członkowie wysuwają na pierwszy plan z jednej strony dążenia narodowe, a z drugiej – walkę z wyzyskiem robotników. Natomiast problematyka demokratyzacji stanowi jak gdyby etap pośredni.
Zespół śląski ma silne poczucie robotniczej tożsamości (robotnicy są bogactwem Polski; bogactwo to jest marnowane przez obecne zarządzanie, przez zły stan maszyn, przez absurdalny system planowania) i wagi zagadnień gospodarczych. Silne są tu napięcia między „radykalnym nacjonalizmem” a pojednawczością, między politycznym i związkowym buntem a świadomością ograniczeń narzuconych przez sytuację. Ostatecznie, u kresu interwencji socjologicznej, śląscy robotnicy trwają niezmiennie w zasadniczym sprzeciwie wobec władzy. Pragną zreorganizować gospodarkę, poczynając od przedsiębiorstwa, ale nie wierzą, aby można było osiągnąć to w drodze negocjacji z partią. Nie chcą działań stricte politycznych, ani przemocy, jednak są dalecy od strategii opozycyjnych intelektualistów, którzy starają się łączyć śmiałość z ostrożnością.
Jeszcze inaczej przedstawia się specyfika grupy warszawskiej: zespół nie ma za sobą tego doświadczenia historycznego, jakim był dla Gdańska sierpniowy strajk z 1980 roku, nie ma też takiej jak w Katowicach świadomości wspólnoty, łączącej pracowników produkujących główne bogactwo kraju. Grupa ze stolicy uznaje, że „Solidarność” jest syntezą celów społecznych, politycznych i narodowych, jednak skupia się przede wszystkim na następującym zagadnieniu: w jaki sposób ten ruch społeczny może zrekonstruować życie społeczne, stworzyć swobodnie działające instytucje, zwłaszcza w życiu gospodarczym, oraz jakie są szanse na przezwyciężenie wrogości partii?
To dość istotna cecha grupy warszawskiej: zespół nie pozostaje obojętny na oferty porozumienia czy sojuszu pochodzące od liberałów partyjnych, takich jak na przykład Stefan Bratkowski, tym bardziej, że równocześnie wydają się wzrastać wpływy Solidarności wewnątrz partii. Ponadto, w Warszawie miejsce zagadnień związkowych, robotniczych zajmuje problematyka samorządowa: przyszłość Solidarności zależy od tego – w opinii zespołu ze stolicy – czy uda się znaleźć nową syntezę wiążącą obronę interesów robotników z reformą instytucji gospodarczych. Ostatecznie narasta poczucie nacisku geopolitycznego i realiów gospodarczych.Zdaniem Touraine, sytuacja grupy warszawskiej najlepiej oddaje metamorfozę całego ruchu: latem 1981 r. określają ją w coraz mniejszej mierze żywione nadzieje i wyznawane wartości, staje się coraz bardziej siłą oporu wobec gróźb i prowokacji.
Trzecia część książki obejmuje m.in. opis i analizę I Zjazdu „Solidarności” we wrześniu 1981 r. Według autora, związkowy wymiar ruchu rzadko dochodzi do głosu na Zjeździe. Solidarność objawia się tu przede wszystkim jako ruch dążący do uwolnienia społeczeństwa,ale w tle narasta już ostry spór, jak go określa Touraine, między nacjonalistami a demokratami. W dzisiejszych realiach ten sposób różnicowania odsyła do wielu znanych i zgranych, mainstreamowych klisz, służących dyskredytacji osób i środowisk „źle widzianych” przez opiniotwórcze salony i budzi pewną rezerwę wobec nomenklatury autora świetnej przecież książki.
Francuski socjolog przedstawia czytelnikowi także sylwetki liderów ruchu – Zbigniewa Bujaka, Andrzeja Gwiazdy, Mariana Jurczyka, Jana Rulewskiego i Lecha Wałęsy. Ciekawy, zwłaszcza z perspektywy czasu, jest portret Gwiazdy: należy do tych, którzy od dawna przygotowywali i obmyślali przyszłe metody działania, odegrał też ważną rolę w momencie, gdy trzeba było organizować strajk i wypracować strategię negocjacji z rządem. […]Uosabia ścisłe powiązanie w ruchu nurtu robotniczego z nurtem demokratycznym.[…] Nie wierzy w działania zmierzające do przejęcia władzy w państwie, opowiada się po stronie tych, którzy nie mając zupełnie zaufania do partii są przeciwni wszelkim ustępstwom. W jego przekonaniu prowadzą one do konfrontacji. Trzeba dążyć do kompromisu ambitnego, odpowiadającego aspiracjom społeczeństwa. […] W miarę jak wzrasta wewnętrzne napięcie między populizmem a dążeniami demokratycznymi, Andrzej Gwiazda waha się między pragnieniem kompromisu a przekonaniem, że władza czyni wszystko, aby ten kompromis uniemożliwić. To tłumaczy małą liczbę głosów uzyskanych przez niego [9% – przyp. K.W.], mimo sympatii tych, których irytuje autokratyzm Wałęsy, a zwłaszcza tych, którzy widzą w Gwieździe szczerego demokratę, stojącego znacznie bliżej KOR-u niż „prawdziwych Polaków”.
Wnioski z badania wśród zespołów łódzkiego, szczecińskiego i wrocławskiego zawiera rozdział „Radykalizm i duch kompromisu”. Stanowią one zapis dualizmu między świadomością robotniczą jako żądaniem słusznych praw dla robotników a populistyczną obroną słabych przed silnymi, świadomością narodową jako afirmacją tożsamości kulturowej a agresywnym nacjonalizmem, wolą demokratyczną jako obroną wszelkich wolności a wezwaniem skierowanym do ludu, do mas czy do na pół wojskowej dyscypliny w imię ocalenia zagrożonego narodu.
Jak przedstawia się sytuacja w Łodzi? Kryzys gospodarczy skłania robotników do manifestacji ulicznych. […] Działalność związku przeradza się w wyczerpującą działaczy akcję pomocy socjalnej. Wskutek m.in. kryzysu następuje stała dezorganizacja produkcji, a „Solidarność” przestaje być związkiem zawodowym, staje się „ciałem mistycznym narodu”: po raz pierwszy w naszych działaniach działacze od razu odwołują się do patriotyzmu. Na płaszczyźnie politycznej dominuje zagubienie: pytanie o postawę władzy i jej skłonność do rzeczywistego kompromisu, nie brutalnej konfrontacji, budzi postawy przeróżne, od gotowości zajęcia się gospodarczymi problemami kraju i uczestnictwa w tworzeniu demokracji politycznej, do radykalnego niezadowolenia, ale bez uciekania się do przemocy.
We Wrocławiu zespół badawczy zostaje określony przez terminy „nacjonalizm i robotniczy solidaryzm”: Świadomość narodowa bierze górę nad świadomością robotniczą i pozostawia jedynie drugorzędne miejsce dążeniom do demokratyzacji. W Szczecinie silnie zaakcentowany jest robotniczy wymiar ruchu. Wchodzący w skład zespołu robotnicy są ściśle związani z tradycją walki przeciwko partii, uważanej za przeciwnika klasy robotniczej i demokracji. Duch sierpnia i postulaty Porozumienia Szczecińskiego nadal tkwią głęboko w ich świadomości. Ci związkowcy są zdecydowanie przeciwni działaniom czysto defensywnym i nie mają zrozumienia dla radykalizmu wyrażającego się w marszach głodowych. Pojawia się jednak pytanie o kierunek, w jakim zmierzać ma „Solidarność”: w stronę ruchu społecznego (najbliższe „typowym związkowcom”) czy demokratyzacji politycznej, a może podjąć wezwanie w duchu narodowym oparte na odczuciu wspólnotowym. Ostatecznie jednak członków grupy ogarnia poczucie obezwładnienia, narastająca świadomość, że nie panują nad wypadkami, lecz dają się unosić ich biegowi. […] Odrzucają strategię przemocy i wojny, ale równocześnie […]przywołują pamięć tych, którzy w Powstaniu Warszawskim podjęli walkę w imię tradycji robotniczej, w imię niepodległości narodu i w imię demokratycznych swobód.
Dla laika i osoby oglądającej pierwszą „Solidarność” ze znacznej już perspektywy, najcenniejsze w książce Touraine wydają się fragmenty pokazujące złożoność ówczesnej sytuacji, przedstawionej bez martyrologicznych upiększeń. W historii opowiedzianej na kartach recenzowanej książki, ukryte jest też smutne ziarno. Widzimy zalążki upadku „Solidarności”, wewnętrzne sprzeczności, które okazały się nieprzekraczalne w nowych okolicznościach ustrojowych i ekonomicznych. Książka Touraine nie pozostawia złudzeń: „Solidarność” okazała się zbyt krucha w swej złożoności, by nie ulec strukturalnemu i ideowemu rozbiciu czy rozproszeniu. To nie tylko czynniki zewnętrzne, w rodzaju stanu wojennego czy działań esbecji, przyniosły kres pierwszej „Solidarności”. Mówiąc w pewnym uproszczeniu: Gwiazdowie, Walentynowicz, Michnik, Kuroń, Wałęsa byli nie tyle podmiotami, co uosobieniem strukturalnych i ideowych prądów w obrębie samego ruchu, byli zarazem autorami, ale i „statystami” na scenie wielorakich uwarunkowań i ograniczeń „Solidarności”. Zagadnienie „Solidarności”, opisane socjologicznie, to nie tylko kwestia „chcę” czy „nie chcę”, wyborów jednostkowych i nastawienia poszczególnych członków, nawet prominentnych. Losy „Solidarności” to opowieść o wzajemnych zależnościach między jednostką a historią czy prawidłami życia społecznego.
Wiele z tych badań, rozmów, sytuacji, musiało być dla ich uczestników bardzo trudne. Wszak widzimy „Solidarność” w jej wielkości i w jej małości. A jednak – całościowo – otrzymujemy pracę pełną empatii, szacunku i podziwu dla ludzi pierwszej „Solidarności”. Ich niedoskonałość, problemy i trudności są niczym wobec wysiłku, jaki ośmielili się podjąć.
Alain Touraine, Solidarność. Analiza ruchu społecznego 1980-1981, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2010, przełożył Andrzej Krasiński.
Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej u wydawcy: Europejskie Centrum Solidarności, ul. Doki 1, 80-958 Gdańsk, tel. 58 767 79 71, e-mail: ecs@ecs.gda.pl, www.ecs.gda.pl
przez Dorota Janiszewska | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Faszyzm zawdzięczamy liberalnemu kapitalizmowi. Rynek to dzieło świadomej i często gwałtownej ingerencji państwa, nie zaś spontanicznych sił. Transformacja systemowa jest nierzadko tożsama ze społeczną katastrofą. To jedne z ciekawszych tez Karla Polanyiego, którego słynną książkę „Wielka transformacja” wreszcie wydano w Polsce.
Węgierski filozof i prawnik zawarł w swym dziele przenikliwą analizę narodzin i upadku XIX-wiecznej cywilizacji opartej na ideach Adama Smitha i doktrynie wolnego rynku. Jednak książka ta nie powinna być traktowana tylko jako rys historyczny, choć została napisana w latach 40. XX w. Stanowiąc bezkompromisową krytykę liberalizmu gospodarczego, jest wciąż aktualna i przydatna m.in. w obecnych debatach wokół kryzysu gospodarczego. Dostarcza bowiem solidnych argumentów do dyskusji nad kondycją systemu ekonomicznego, który po roku 1989 zawojował cały świat.
Polanyi rozpoczyna rozważania od tezy, że idea samoregulującego się rynku jest skrajną utopią. Aby to udowodnić, trzeba się cofnąć do kolebki kapitalizmu – XVIII-wiecznej Anglii. Do tego czasu na wsi powszechna była wspólna własność ziemi. Dopiero boom na przemysł wełniany, który wymagał wielkich obszarów dla wypasu owiec i związana z tym żądza zysku, spowodowały rugowanie chłopów z ziemi w procesie zwanym grodzeniem (enclosure). Rolnicy pozbawieni podstaw egzystencji zostali zmuszeni do migracji do miast, gdzie zatrudniali się jako niskopłatni robotnicy w wielkich fabrykach.
Miasta przemysłowe Anglii stały się siedzibą stłoczonych, zdesperowanych ludzi, żyjących i pracujących w warunkach uwłaczających godności. Rzeczywistość tych miast powodowała, że ludzie ze wsi ulegali demoralizacji, rodziny rozpadały się, a przemysł na wielką skalę niszczył środowisko naturalne.Nie bez przyczyny, jak pisze autor, robotnicy postrzegali fabrykę jako miejsce tortur i poniżenia. Tak dokonała się pierwsza transformacja w historii – powstanie rynku pracy.Nie obyło się to bez znaczącej interwencji państwa. Aby mogły zostać przeprowadzone grodzenia, wprowadziło ono prawo prywatnej własności ziemi, a sukcesy kupców wspierało cłami, premiami eksportowymi czy subwencjonowaniem pracy przez zasiłki. Wolny rynek nigdy by nie powstał, gdyby sprawy pozostawiono ich własnemu biegowi. Gospodarka leseferystyczna (wolnorynkowa) była produktem celowego działania państwa.
W tamtych czasach powszechnie uważano, że tania siła robocza umożliwia rozwój produkcji, bo kto, jeśli nie zdesperowani ubodzy, zaciągałby się do pracy w fabryce, na statki czy szedł na wojnę. Twierdzono ponadto, że robotnik pracujący ponad siły i bezustannie poniewierany, porzuci wszelkie próby stowarzyszania się z ludźmi w podobnym położeniu: tylko taki człowiek nie próbowałby przerwać stanu osobistej niewoli. A wszystko to udawało się osiągnąć groźbą kary najwyższej: bicza głodu. Jak wiadomo, z głodu człowiek zrobi wszystko. Polanyi przyrównuje sytuację robotników angielskich do Murzynów w koloniach, z których w wyniku niewolnictwa uczyniono „ludzkie śmieci”. Angielscy robotnicy stali się Murzynami we własnym kraju.
W tym momencie obrońcy liberalizmu zwykli przytaczać argument, że przecież przez całe XIX stulecie płace i liczba ludności rosły, a ceny żywności spadały. Próbują w ten sposób sugerować, że piekło wczesnego kapitalizmu nigdy nie istniało, a zwykli robotnicy nie tylko nie byli wyzyskiwani, lecz stali się beneficjentem przemian. Opierając się na ogólnie przyjętych miernikach ekonomicznego dobrobytu, liberałowie pomijają fakt, że przemiany poskutkowały ruiną rolnictwa, wielkimi migracjami ze wsi do miast, niszczącymi tkankę społeczną, a także wysoką umieralnością pozbawionych wszelkiej ochrony socjalnej robotników. Polanyi wskazuje, że związana z tą transformacją społeczna katastrofa musi być rozpatrywana jako szerokie zjawisko kulturowe, a nie ekonomiczne. Dlatego też nie może być po prostu mierzona wskaźnikami ekonomicznymi.
Podobną katastrofę można zaobserwować w koloniach pod panowaniem wielkich mocarstw. W czasach przedkolonialnych rządziły plemiona, których system gospodarczy opierał się na motywacjach nie mających charakteru ekonomicznego. Najwyższym dobrem była ochrona grupy i utrzymywanie więzi społecznych, a wspólna praca na rzecz ogółu przynosiła tak znaczny prestiż, że inne zachowania po prostu się nie opłacały. Innymi zaletami tego ustroju była sprawiedliwa redystrybucja dochodu wśród wszystkich członków społeczności. Zbiorowości te nie znały ubóstwa, gdyż ktokolwiek potrzebował pomocy, otrzymywał ją bezwarunkowo. System ekonomiczny był tylko wypadkową organizacji społecznej, nie dominował nad ludźmi.
Kolonialni najeźdźcy unicestwiali te osiągnięcia, niszcząc całe podbite cywilizacje i ich systemy ekonomiczne. Narzędziami kolonialnej przemocy było albo bezpośrednie użycie siły, albo masowe przekupywanie władz. Umożliwiło to transformację pierwotnych społeczeństw zgodnie z celami kolonizatorów w postaci gwałtownej, narzuconej z zewnątrz zmiany, która była obca naturze społeczeństwa i jego normalnemu funkcjonowaniu. Dlatego, jak utrzymuje Polanyi, handel zagraniczny więcej ma wspólnego z podbojem i wojną niż z pokojem i zasadą dwustronności.
Polanyi wskazuje, że spotkanie kultur w dobie kolonializmu okazało się niekorzystne dla słabszego podmiotu, który reprezentowała kultura pierwotna, nie nastawiona na podbój tak, jak Zachód. Jakkolwiek podbój ekonomiczny może być narzędziem destrukcji, to przyczyną kulturowej dezintegracji stało się dopiero zniszczenie instytucji, które organizowały życie społeczne przegranego. Skutkiem utraty tradycyjnych instytucji jest utrata wzorców, a przez to szacunku do własnej kultury. Natomiast dostęp do kultury i instytucji białych kolonizatorów był dla tubylców zamknięty z powodu rasistowskich uprzedzeń. Jak podkreśla Polanyi, dotyczyło to nie tylko jednej klasy czy grupy społecznej, ale i całych narodów. Później podobny los spotkał angielskich robotników – ich własna cywilizacja zwróciła się przeciwko nim. Dlatego Polanyi utrzymuje, że udoskonalenia i postęp cywilizacyjny są z reguły osiągane dzięki oczekiwaniom bogatych i wyłączności ich korzyści, kosztem rażącej destabilizacji społecznej.
Autor „Wielkiej transformacji” zauważa, że system wolnorynkowy dąży do uzyskania pełnej kontroli nad siłą roboczą, a co za tym idzie nad psychiczną i moralną istotą człowieka. Wysuwa wniosek, że liberalizm posługuje się zubożonym i wyrywkowym modelem natury człowieka, gdy zgodnie ze Smithowskim twierdzeniem głosi, iż ludzie kierują się głównie żądzą zysku. To zbyt wąskie rozumienie interesu prowadzić musi do spaczonej wizji historii społecznej i politycznej. Polanyi twierdzi, że człowiek jako istota społeczna jest w swej naturze niezmienny, zmieniają się tylko warunki życia. Dlatego według niego osoba ludzka w relacjach społecznych nie dąży w pierwszej kolejności do ochrony indywidualnego interesu ekonomicznego, lecz stara się wzmacniać pozycję społeczną – dobra materialne są tylko środkiem do tego celu. Innymi słowy, człowiekowi bardziej zależy na zdobyciu społecznego uznania i prestiżu niż na gromadzeniu majątku. Polanyi nazywa liberalną obsesją wiarę, że tylko czysto finansowe interesy są skutecznym bodźcem do działania.
Kolejną liberalną obsesją jest idea stworzenia Jednego Wielkiego Rynku, który połączy wszystkie rynki w jedną całość. Aby to zrealizować, powstała koncepcja utowarowienia pracy i ziemi, które dotąd nie podlegały transakcjom kupna i sprzedaży. Polanyi twierdzi, że sprowadzanie ziemi tylko do funkcji ekonomicznej jest rażącym nadużyciem i ignoruje związane z nią inne wartości. Ziemia bowiem nadaje życiu ludzkiemu stabilność, jest miejscem, gdzie osiadamy i budujemy dom, a więc daje poczucie fizycznego bezpieczeństwa i terytorialny charakter suwerenności. Komercjalizację ziemi i przejęcie czerpanych z niej dochodów wymusiła rewolucja industrialna w celu zapewnienia wyżywienia rosnącej populacji miast, zaspokojenia potrzeb rozbudowującego się przemysłu, który lokował na niej nowe fabryki i czerpał surowce naturalne. Uzyskiwaną w ten sposób nadwyżkę produkcyjną eksportowano do innych, najczęściej słabszych ekonomicznie krajów. Zalewano ich rynki subsydiowaną żywnością i towarami, które przyczyniały się do spadku cen, niszcząc rodzimą produkcję. Z tego względu chłopstwo stało się bastionem oporu przeciw postępującemu uprzemysłowieniu, a związki zawodowe robotników, które popierały niskie ceny żywności, okopały się na pozycji antyagrarnych.
Utowarowienie pracy, a więc człowieka, który żyje ze sprzedaży pracy własnych rąk, spowodowało uprzedmiotowienie osoby ludzkiej. Oddzielenie pracy od innych rodzajów aktywności człowieka miało na celu zastąpienie starych form egzystencji nową formą organizacji społecznej – indywidualistyczną i zatomizowaną. W tradycyjnym rozumieniu nie da się bowiem rozdzielić ziemi i pracy. Praca to część aktywności życiowej człowieka, ziemia to część przyrody, a życie i przyroda stanowią nierozerwalną całość.
Kolejną obsesję liberałowie mają na punkcie wolności. Odrzucają takie, nie oparte na umowach instytucje społeczne, jak więzy pokrewieństwa, sąsiedztwa czy zawodu. Zgodnie z liberalną wiarą w nieingerencję, wymagały one od jednostki posłuszeństwa, a zatem ograniczały wolność. Liberalizm opiera gospodarkę na formalnych umowach, które utożsamiane są z wolnością. Nie zajmuje się on jednak kwestią, że takie efekty uboczne powstania rynku, jak bezrobocie i ubóstwo, to rażące ograniczenia wolności. Zamiast tego, postuluje oparcie społeczeństwa tylko na woli człowieka. Zgodnie bowiem z filozofią liberałów, władza i przymus są złe, a wolność wymaga, żeby zniknęły. Jednak dla Polanyiego oczywistym pozostawał fakt, że funkcjonowanie społeczeństwa nie jest możliwe bez władzy i przemocy. Autor argumentuje, że planowanie i kontrola nie muszą być zaprzeczeniem wolności. Natomiast to właśnie blokowanie przez liberałów wszelkich prób regulacji rynku, tworzenia przepisów i kontroli sprawiło, że zwycięstwo faszystów stało się nieuniknione.
Wielki Kryzys przełomu lat 20. i 30. miał tę moc stwórczą, że na gruzach dawnego porządku narodziły się lub zyskały siłę odmienne idee organizacji społeczeństwa i gospodarki. Były nimi socjalizm, faszyzm i keynesowski Nowy Ład. Wszystkie te doktryny łączyło odrzucenie zasad leseferyzmu, w którym upatrywano przyczyny załamania społeczno-gospodarczego. Były one odpowiedzią na impas, jaki pojawił się w strukturach społeczeństwa i gospodarki już w latach 20. i groził paraliżem tej ostatniej. Sporne kwestie między interesami wielkiego przemysłu oraz partiami robotniczymi i socjaldemokratycznymi, które wtedy w Europie prawie wszędzie miały udział we władzy, okazały się bowiem nie do rozwiązania. Ten węzeł gordyjski przeciął dopiero faszyzm, który jak pisze Polanyi, był reformą gospodarki rynkowej za cenę wyplenienia wszystkich instytucji demokratycznych w gospodarce i polityce. Według niego faszyzm, tak samo jak socjalizm, był głęboko zakorzeniony w społeczeństwie, które odmówiło funkcjonowania. Stał się ruchem skierowanym zarówno przeciw konserwatyzmowi, jak i socjalizmowi. Wedle autora, przyczyn pojawienia się faszyzmu nie należy przypisywać zjawiskom lokalnym, mentalności narodowej czy uwarunkowaniom historycznym. Genezą narodzin faszyzmu była niekontrolowana ekspansja liberalnego kapitalizmu i jej porażka, zakończona Wielkim Kryzysem.
Polanyi utrzymuje, że załamanie się XIX-wiecznej cywilizacji opartej na wolnym rynku to wynik nie ataku zewnętrznych czy wewnętrznych barbarzyńców, lecz działań podjętych przez społeczeństwo. Broniło się ono przed samounicestwieniem przez skutki działalności rynku. Okazało się, że nienaturalnym wypaczeniem jest opieranie gospodarki i społeczeństwa tylko na zasadzie interesu jednostek. Autor argumentuje, iż jedynie kontrolowana cywilizacja przemysłowa nie doprowadzi do zniszczenia człowieka. Proces ten nazywa Polanyi odbudową swojego domostwa po stuleciu ślepego postępu. Według niego, załamanie się wolnorynkowego ładu nie oznacza zagłady, choć wielu ją wieściło. Polanyi patrzy z optymizmem w przyszłość, pisząc, że cywilizacja przemysłowa będzie trwała dalej, natomiast utopijny eksperyment samoregulującego się rynku pozostanie tylko wspomnieniem. Prognozuje także, iż charakterystycznymi dla najbliższej „nowej” przyszłości cechami będą współpraca międzynarodowa pomiędzy zaprzyjaźnionymi krajami oraz wprowadzenie regulacji rynków przez państwa. Węgierski uczony jakby przewidział epokę, gdyż książka została opublikowana, kiedy zwycięski pochód keynesizmu dopiero się rozpoczynał.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, cywilizację XIX-wieczną możemy uznać za pierwsze stadium globalizacji. Polanyi utrzymuje, że wielkiej różnorodności, która stanowi pochodną nieskończonej liczby ludzkich osobowości, towarzyszyła w tej epoce zastanawiająca jednolitość rozwiązań instytucjonalnych. Podobne problemy trapiły też europejskie społeczeństwa. W sferze wewnątrzpaństwowej bolesnym napięciem pozostawała przede wszystkim kwestia bezrobocia i konflikty o charakterze klasowym. W sferze międzynarodowej natomiast były to problemy bilansu płatniczego i „nacisku na waluty” oraz imperialna rywalizacja. Polanyi twierdzi, iż duże bezrobocie oznacza słabość państwa i fakt ten będzie powodował, że inne kraje nie będą respektować należnych mu praw próbując narzucić mu zewnętrzną kontrolę całkowicie niszcząc jego aspiracje narodowe. Uważa on zatem, że wśród najważniejszych regulacji prawnych powinno się znajdować prawo jednostki do pracy w godnych warunkach.
Tymczasem liberałowie traktują państwo jako anachronizm, a kwestię suwerenności narodowej postrzegają jako kwintesencję zaściankowego myślenia. Są więc ślepi na fenomen państwa. Źródła kryzysu i upadku cywilizacji XIX-wiecznej tkwią według Polanyiego w utopijnych dążeniach liberalizmu gospodarczego do stworzenia samoregulującego się systemu rynkowego i próbie budowy cywilizacji opartej na żądzy zysku. Możemy odczytać to jako ciekawą analogię także i dzisiaj, w dobie kryzysu gospodarczego. Ponownie doktryna liberalna, we współczesnym wydaniu neoliberalnym, próbowała narzucić światu logikę wolnorynkową i podporządkować jej wszystkie dziedziny życia. System ten poniósł porażkę, gdyż okazał się niestabilny, podatny na załamania, a także działający na szkodę społeczeństwa. Okazało się też, że rośnie społeczny opór przeciwko neoliberalizmowi, a ludzie w obliczu zagrożenia negatywnymi skutkami wolnego rynku potrafią się organizować w celu obrony swoich interesów. Mimo częstego poczucia braku nadziei na zmianę panujących stosunków społeczno-gospodarczych, warto pamiętać o przesłaniu Polanyiego, że tempo zmian zdecydowanie zależy od nas samych. Dlatego jego książka może być odczytywana nie tylko jako wnikliwa krytyka doktryny wolnego rynku, ale też jako zachęta do działania. W trakcie lektury zdamy sobie ponadto sprawę, że każdy system ma czas swego powstania, rozkwitu i upadku, ale żaden nie trwa wiecznie. Zwłaszcza jeśli jest systemem niesprawiedliwego nieładu, jak współczesny neoliberalizm.
Karl Polanyi, Wielka transformacja, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011, tłum. Maria Zawadzka.
przez Kamil Piskała | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Straciliśmy nie tylko Człowieka – pisał Adam Próchnik w pierwszą rocznicę śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego – który zdobył sobie jedno z pierwszych miejsc w moralnej hierarchii społeczeństwa. Pożegnaliśmy w Nim rok temu symbol tego, co najcenniejsze w polskim socjalizmie i tego, co najcenniejsze w polskiej kulturze politycznej. Jako socjalista M. Niedziałkowski podkreślał w całej swej działalności publicystycznej i politycznej wartość elementu humanistycznego. Ideał socjalistyczny łączył nierozdzielnie z ideałem wolności i kultury. Wizja socjalistycznej przyszłości świata była dlań wizją człowieka szczęśliwego, wolnego, światłego i dobrego […].
***
Urodził się w 1893 r. w Wilnie. Pochodził z rodziny inteligenckiej, wywodzącej się ze zubożałego ziemiaństwa. Wychowywano go w atmosferze kultu powstania styczniowego oraz wszechstronnego zainteresowania sprawami publicznymi.
Czas jego dojrzewania to okres szczególnie intensywnego i bogatego życia politycznego w środowisku polskiej młodzieży. Jako 16-latek, zafascynowany ideą walki o niepodległość i postulatami sprawiedliwości społecznej, Niedziałkowski zaangażował się w działalność młodzieżowego ruchu „filareckiego”, inspirowanego przez PPS. „Filareci” łączyli hasła czynnej walki z zaborcą w oparciu o masy ludowe z postulatami głębokiej demokratyzacji i reform społecznych w odrodzonej Polsce.
Aleksander Hertz, wspominając po latach zaangażowanie w ruch filarecki, pisał: Nie ulega wątpliwości, że postulat walki o niepodległość narodową dominował w motywacjach wielu moich kolegów organizacyjnych. Bez większej walki wewnętrznej wysiedli oni z czasem na „przystanku niepodległość”. Jednak dla wielu innych postulat socjalizmu był czymś zasadniczym i nie dającym się oddzielić od postulatu odrodzenia narodowego i walki o niepodległość. Do drugiej grupy, łączącej niepodległość i socjalizm, należał również Niedziałkowski.
***
W 1912 r. ukończył wileńskie gimnazjum i przeniósł się do Petersburga. Tam podjął studia na wydziale prawa miejscowego uniwersytetu. Oczytany i wszechstronnie uzdolniony zwrócił uwagę prof. Leona Petrażyckiego, uczonego o europejskiej sławie. Wpływ Petrażyckiego jest wyraźnie widoczny w późniejszych poglądach Niedziałkowskiego. Bliska była mu szczególnie sformułowana przez niego teoria państwa, przy której, jak pisał po latach, leninowskie pojmowanie państwa trąci jaskrawym konserwatyzmem umysłowym. Podzielał także poglądy Petrażyckiego nt. konieczności rozumnej „polityki prawa”, która realizowana w przemyślany sposób przez władze państwowe mogłaby stać się katalizatorem i moderatorem pożądanych zmian społecznych.
Był już wówczas bardzo aktywny jako publicysta, regularnie współpracował z redakcjami kilku pism, m.in. z opiniotwórczym „Przeglądem Wileńskim”. Cechą charakterystyczną tych wczesnych tekstów jest duży dystans wobec inspirowanego myślą K. Kautsky’ego tzw. marksizmu II Międzynarodówki, będącego wówczas oficjalną doktryną większości europejskich partii socjalistycznych. Niedziałkowski w koncepcjach Kautsky’ego piętnował nadmierny wpływ pozytywistycznego dziedzictwa oraz przekonanie o „obiektywnym” i niepodważalnym charakterze raz ustalonych praw rozwoju społecznego. Zdecydowanie bliżsi byli mu Sorel i Brzozowski, z aktywizmem swojej filozofii, kultem pracy i czynu oraz krytyką alienacji inteligencji.
***
Wybuch I wojny światowej zmusił Niedziałkowskiego do przerwania studiów. Na wezwanie władz „filarecji” wyruszył do Warszawy, żeby wzmocnić w tych – jak się wówczas wydawało – przełomowych chwilach siły obozu niepodległościowego.
W stolicy od razu zaangażował się w prace PPS, szybko awansując do grona członków ścisłego kierownictwa partyjnego. Częściowe odmłodzenie władz PPS i usunięcie się niektórych działaczy związanych z Piłsudskim wpłynęło korzystnie na sytuację partii. Socjaliści potrafili wykorzystać narastający w polskim społeczeństwie opór wobec rabunkowej gospodarki austriackich i niemieckich okupantów. PPS propagowała wówczas hasła niepodległej i demokratycznej Polski, w której dzięki głębokim społecznym reformom poprawie ulec miał byt warstw pracujących. Postulaty te znajdowały również odbicie w publicystyce Niedziałkowskiego, który był m.in. współredaktorem „Jedności Robotniczej” (legalnego organu PPS), a także legendarnego „Robotnika”.
W głoszonym wówczas haśle „najpierw niepodległość, później socjalizm” wyrażały się poglądy Niedziałkowskiego na taktykę, jaką powinna stosować PPS. Konkurentom z SDKPiL oraz PPS-Lewicy zarzucał, że poprzez schematyczne i uproszczone interpretacje myśli Marksa odrywają się od faktycznych potrzeb społeczeństwa. Uważał, że pierwszym celem polskiej lewicy powinno być rozwiązanie kwestii narodowej. Dopiero w warunkach demokratycznego i niezależnego państwa polskiego socjaliści będą mogli rozpocząć stopniową budowę ustroju społecznej sprawiedliwości.
***
Jesienią 1918 r. PPS stanął przed dylematem: czy decydować się na budowę socjalizmu drogą rewolucyjną, podobną do obranej przez bolszewików, czy pójść śladem zachodnioeuropejskich socjaldemokratów, nastawiając się na ewolucyjne, długotrwałe przemiany społeczne. W dyskusji tej, zakończonej zdecydowanym zwycięstwem zwolenników rozwiązań bardziej umiarkowanych, znaczący udział miał również Niedziałkowski, będący już wówczas jednym z najważniejszych publicystów PPS.
Niedziałkowski zdecydowanie odrzucał lansowany przez rewolucyjną lewicę pogląd o jednoznacznie klasowym charakterze instytucji państwa. Triumf idei demokratycznych i upowszechnienie prawa wyborczego sprawiały jego zdaniem, że dzięki umiejętnej polityce partii socjalistycznej możliwe jest stępienie antyrobotniczego ostrza rządów burżuazyjnych. W ramach systemu demokratycznego proletariat staje się jedną z klas posiadających faktyczny wpływ na kreowanie składu instytucji sprawujących władzę. Dzięki liczebności, zdyscyplinowaniu, a także umiejętnej polityce koalicyjnej socjaliści mają realną szansę stać się jedną z najważniejszych sił w życiu politycznym kraju.
Tym samym państwo burżuazyjne nie tylko realizuje interesy klasy panującej, ale w coraz większym stopniu pełni funkcje ogólnospołeczne, czy wręcz staje się w rękach klasy robotniczej narzędziem przygotowującym przejście do ustroju socjalistycznego. Zamiast rewolucyjnego zniszczenia państwa burżuazyjnego Niedziałkowski preferował więc stosowanie przez socjalistów polityki stopniowego odsuwania klas uprzywilejowanych od wpływu na państwo i poszerzania w tym względzie możliwości warstw pracujących.
Innym problemem budzącym kontrowersje wśród polskiej lewicy, był stosunek do tzw. kwestii narodowej i wzajemnej relacji pojęć „patriotyzm” i „internacjonalizm”. Niedziałkowski żywo polemizował z tymi, którzy uważali, iż nie można być jednocześnie patriotą i zwolennikiem międzynarodowej solidarności proletariatu.
Polskim komunistom, którzy w PPS widzieli partię „socjalpatriotów” i „socjalzdrajców”, zarzucał uproszczone i naiwne interpretowanie słynnych słów z „Manifestu komunistycznego”, mówiących,że robotnicy nie mają ojczyzny. Jego zdaniem, to niefortunne zdanie odnosiło się do kapitalizmu z połowy XIX w., istniejącego w warunkach rządów monarchicznych i przy bardzo ograniczonej świadomości politycznej proletariatu. W ciągu 70 lat, które minęły od publikacji manifestu, gospodarcza i polityczna rola proletariatu uległa znacznemu powiększeniu, stał się on aktywnym i pełnoprawnym uczestnikiem życia narodowego. Jak pisał, proletariat ma ojczyznę i będzie ją zdobywał, odkrywał ją w sobie coraz bardziej w miarę wsiąkania jego własnych wartości duchowych do skarbnicy kultury narodowej i wzrostu wpływów na życie społeczno-państwowe.
Niedziałkowski odrzucał poglądy mówiące, że „narody” to jedynie sztuczne konstrukty, wymyślone przez klasy panujące dla umocnienia uprzywilejowanej pozycji. Bliski był za to stanowisku Otto Bauera, który widział w narodzie wspólnotę losu historycznego, a w socjalizmie najwyższą formę patriotyzmu. Idea socjalistyczna – pisał Niedziałkowski – łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny, przyszłej Polski socjalistycznej, teraźniejszej Polski walczącej.
Przewidywał, że powszechny triumf idei socjalistycznej nie tylko nie przyniesie unifikacji kultur, ale raczej zaowocuje ich jeszcze większym zróżnicowaniem i braterskim dialogiem. W pracy „Teoria i praktyka socjalizmu wobec nowych zagadnień” retorycznie pytał: Dlaczego piękniejszy ma być bukiet jednego tylko gatunku kwiatów, niż harmonijnie ułożony z różnych? Dlaczego kultura wszechludzka nie ma być wspaniałą, jeżeli obejmie bajeczną skalę bujnych kultur narodowych? Jednostajność, chociażby imponująca ogromem, zawsze prędzej czy później nuży i zawsze zabija postęp.
W rozważaniach nad drogami wiodącymi do socjalizmu Niedziałkowski nie mógł pomijać doświadczeń rosyjskich i taktyki stosowanej przez bolszewików. W przeciwieństwie do wielu partyjnych kolegów, pozostawał w swoich sądach bardzo wyważony i umiarkowany. Z dużym uznaniem traktował początkowo Lenina i jego zwolenników, widząc w nich jedyną siłę w rewolucyjnej Rosji, która konsekwentnie i bezwarunkowo stoi na stanowisku uznania prawa narodów do samostanowienia. Stąd też z pewnym zadowoleniem przyjął przewrót październikowy, a rok 1917 w okolicznościowym artykule ochrzcił nawet mianem pierwszego roku demokracji europejskiej.
Polemizując z burżuazyjną prasą, pisał: mówicie, panowie, o mordach rozpętanej tłuszczy, o chaosie i anarchii. Zaprawdę, jeżeli istotnie mają miejsce w Rosji „ekscesy”, toć nie rewolucja była ich matką. Zrodziła je cała przeklęta historia państwa carów, zrodziły tortury męczonych chłopów, rządy „ochronki”, katorgi, szubienice i zesłania, egoizm szlachty, samowola biurokracji. Podkreślić trzeba jednak, że nigdy nie był zwolennikiem przenoszenia doświadczeń rosyjskich na polski grunt. Zresztą z czasem jego nadzieje związane z przejęciem władzy przez bolszewików okazały się złudne, a on sam znalazł się wśród najbardziej przenikliwych krytyków radzieckiej rzeczywistości.
Jego zdaniem, Rosja w 1917 r. nie była państwem, w którym dojrzały warunki do budowy socjalizmu. W „Teorii i praktyce socjalizmu…” pisał, że dokonywanie przebudowy gospodarstwa narodowego za pomocą centralizmu komisarskiego jest tak samo skuteczne, jak naprawianie zegarka biciem pięścią i przesuwaniem gwałtem naprzód opornych wskazówek. Inny cytat z tej pracy wyraża istotę poglądów Niedziałkowskiego: […] w myśl sposobu myślenia szkoły marksowskiej rozumiemy, używając pojęcia rewolucji społecznej, pewien okres historyczny o cechach określonych. Porównaliśmy go z wojną. Lata 1917-1924 w Rosji byłyby w takim razie jedną z kampanii bojowych, prowadzoną przez sztab szaleńców, zarozumiałych półgłówków, niekiedy zdrajców, prowadzoną o cele nieziszczalne środkami bądź nierealnymi, bądź zbrodniczymi, z lekkomyślnością bez precedensu. Niewątpliwie i ta kampania wchodzi w skład wojny, w roli przykładu, jak prowadzić akcji nie należy.
W toczonych na lewicy debatach na temat optymalnego kształtu ustrojowego odradzającej się Rzeczypospolitej, Niedziałkowski zdecydowanie stał na stanowisku demokracji parlamentarnej. Polemizując z zapatrzonymi w Rosję komunistami, wskazywał, że Polska – kraj słabo rozwinięty gospodarczo, zniszczony w wyniku działań wojennych i z niezbyt licznym proletariatem – nie dojrzała jeszcze do socjalistycznej przebudowy. Na zegarze dziejówwskazówka nie doszła jeszcze do godziny socjalizmu polskiego. A sztuczne popychanie jej czy to metodą komunistów, czy też oportunistów, kończy się klęską – pisał.
Niedziałkowski uważał, że Europa po I wojnie światowej weszła w swoisty „okres przejściowy” między kapitalizmem i socjalizmem. I choć ostateczne zwycięstwo było pewne, to proletariat powinien przygotować się na długotrwałą walkę. Ustrój socjalistyczny nie będzie owocem jakiejś uchwały parlamentu albo postanowienia rządu robotniczego. Z wolna, stopniowo dojrzewa nowe życie w łonie społeczeństwa dzisiejszego, krok za krokiem, wyłom za wyłomem łamie socjalistyczny ruch robotniczy twarde mury kapitalizmu, wielkie wypadki, rewolucje, wojny, przewroty popychają jeno szybciej naprzód bieg strumienia historii. Historia pracuje dla socjalizmu. W owym „okresie przejściowym” za najbardziej pożądaną formę rządów uważał republikę demokratyczną, z równym i powszechnym prawem wyborczym oraz dominującą rolą jednoizbowego sejmu.
Demokracja przede wszystkim pozwala wszystkim obywatelom brać realny udział w sprawowaniu rządów. Umożliwia kompromis pomiędzy antagonistycznymi grupami i klasami. Stanowi również „szkołę” przygotowującą dotychczas odsunięte od spraw publicznych masy ludowe do udziału we władzy, co wzmacnia integrację narodu, a także otwiera przed klasą robotniczą możliwości zdobycia parlamentarnej większości i tym samym „legalnej” przebudowy ustroju. Feliks Perl, tłumacząc istotę stanowiska PPS, ukuł słynne powiedzenie o rewolucji w majestacie prawa, Niedziałkowski zaś, mając na myśli ten sam proces, formułował hasło: przez Sejm i Rzeczpospolitą Ludową do socjalizmu.
***
Własną propozycję konstrukcji ustroju odrodzonej Rzeczypospolitej przedstawił w przygotowanym przez siebie projekcie konstytucji. W styczniu 1919 r. został wybrany do Sejmu Ustawodawczego (zasiadał w ławach poselskich do 1935 r.), a Ignacy Daszyński skierował go jako przedstawiciela PPS do pracy w Komisji Konstytucyjnej, której został sekretarzem. Przenikliwy sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer pisał o nim: Gdy […] należało w czasie ogólnej debaty konstytucyjnej zabrać głos w imieniu PPS, wówczas przemawiał poseł Niedziałkowski. Mówił jak profesor, cytował uczonych po francusku, niemiecku i angielsku. […] Był ozdobą i skarbem partii.
Przygotowana przez Niedziałkowskiego Tymczasowa Ustawa Konstytucyjna Rzeczypospolitej Polskiej stanowiła rozwinięcie poglądów formułowanych przez niego już wcześniej na łamach prasy socjalistycznej. Art. 2 projektu wyraźnie mówił, że Władzę najwyższą sprawuje w Rzeczypospolitej Sejm, wybrany przez ogół obywateli, pod bezpośrednią kontrolą narodu. Projekt socjalistów przewidywał szeroki katalog praw i swobód obywatelskich oraz takie instytucje demokracji bezpośredniej, jak referendum ludowe i społeczna inicjatywa ustawodawcza. Ponadto, co warto podkreślić, przewidziane było uspołecznienie dojrzałych gałęzi produkcji, a państwo miało przystosowywać formy własności do potrzeb społecznych i interesów pracy.
Tym jednak, co najbardziej wyróżniało projekt Niedziałkowskiego, był rozdział „Praca i jej przedstawicielstwo”. Zawierał on gwarancje wielu praw socjalnych i pracowniczych, a także omawiał organizację i sposób wyboru Izby Pracy. Miało to być specjalne ciało powołane dla reprezentowania i obrony potrzeb i dążeń wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, utrzymujących się z pracy najemnej. W trakcie debaty konstytucyjnej mówił: Przez Izbę Pracy myśmy Polskę chcieli wprowadzić na tę drogę, o której od 2 lat mówimy robotnikom polskim, na drogę rewolucji w majestacie prawa […] bylibyśmy dumni za Polskę i szczęśliwi z siebie, gdyby cała droga naszej Ojczyzny do socjalizmu mogła się odbyć w majestacie prawa.
Stosunkowo umiarkowany projekt Niedziałkowskiego, ochrzczony przez jednego z posłów prawicy mianem drogi do „eldorado sowieckiego”, nie miał większych szans na zdobycie sejmowej większości. Jednak dzięki zręcznej taktyce sejmowej lewicy, której jednym z najlepszych polemistów był właśnie Niedziałkowski, udało się oddalić większość najbardziej reakcyjnych postulatów prawicy i uchwalić nowoczesną, na wskroś demokratyczną konstytucję.
***
Pierwsze wybory w warunkach stabilizacji politycznej kraju i ukształtowanych granic przeprowadzono jesienią 1922 r. Wśród posłów wybranych z listy PPS znalazł się Niedziałkowski i mimo młodego wieku szybko stał się jedną z centralnych postaci sejmu. Dzięki erudycji i rozległej wiedzy zdobył uznanie zarówno partyjnych towarzyszy, jak i reprezentantów sejmowej prawicy i centrum.
W wolnej Polsce szybko awansował także do grupy uznanych publicystów politycznych. W redakcji „Robotnika” przez długi czas był prawą ręką nestora socjalistycznej prasy, F. Perla. Zygmunt Zaremba, wybitny działacz PPS, a zarazem daleki kuzyn Niedziałkowskiego, wspominał: Powściągliwy w wyrażaniu swoich uczuć, w odezwaniach zawsze rzeczowy, a nawet suchy, obdarzony był rozległym talentem pisarskim, pozwalającym mu władać każdym rodzajem publicystyki, od teoretycznego wywodu do lekkiego felietonu, a nawet okolicznościowego wiersza. Po śmierci Perla w 1927 r. władze partyjne jednogłośnie powierzyły Niedziałkowskiemu pieczę nad redakcją „Robotnika”, będącego jednym z najważniejszych i najlepiej redagowanych dzienników w kraju.
***
Spektakularny triumf idei demokracji po I wojnie światowej okazał się krótkotrwały. Rządy parlamentarne w wielu państwach Europy wykazały się dużą nieskutecznością w zwalczaniu nabrzmiałych problemów społecznych i gospodarczych. Coraz głośniej zaczęto mówić o „kryzysie parlamentaryzmu”, a władzę poczęły przejmować mniej lub bardziej represyjne reżimy autorytarne. Niedziałkowski, jeden z twórców powszechnie krytykowanej konstytucji marcowej, dostrzegając pewne wady polskiej konstrukcji ustrojowej, należał do najbardziej zagorzałych obrońców demokracji.
Niestabilność polskiego życia politycznego wiązał z ogólnym kryzysem politycznym, charakterystycznym jego zdaniem dla „okresu przejściowego” między kapitalizmem a socjalizmem. Pisał na ten temat: kryzys parlamentaryzmu istnieje w samej rzeczy o tyle, o ile pozostaje w ścisłym związku z ogólnym kryzysem politycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym naszej epoki. Okoliczności specjalne nadają mu w różnych państwach swoiste zabarwienie […], nie rozstrzygają wszakże o zagadnieniu. Usunąć go całkowicie środkami sztucznymi, ustawowymi ograniczeniami itp. – niepodobna.
Odpowiedzią Niedziałkowskiego na niedomagania demokracji w trudnych, pełnych społecznych konfliktu czasach było… jeszcze więcej demokracji. Jest ona bowiem formą najbardziej elastyczną, najbardziej subtelną, przy której gra sił klasowych łatwo znajduje swój wyraz […]. Demokracja parlamentarna uzależnia politykę państwową w sprawach wielkich i małych od fluktuacji opinii publicznej […]. Przyśpieszone niepomiernie, nerwowe, wytężone tętno życia współczesnego wymaga właśnie takiej konstrukcji ustrojowej; im subtelniej odbrzmiewa machina rządowo-parlamentarna na ton każdorazowy społeczeństwa, jego poszczególnych klas społecznych i grup politycznych – tym większe szanse pokojowegona wewnątrz i na zewnątrz rozwoju państwa i narodu.
Z dużym dystansem przyjął zamach majowy, a z czasem stał się jednym z surowych krytyków rządów sanacyjnych. O dawnym przywódcy PPS, a obecnym dyktatorze pisał, wbrew żywym wciąż wśród socjalistów sentymentom, że jest wodzem „Gasnącego świata” starej Polski, Polski związku ziemian, „Lewiatanów”, biurokracji i sanacji moralnej. Tamten Piłsudski [sprzed 1918 – K.P.] jest częścią historii PPS. Ten Piłsudski jest taranem, który uderza w Socjalizm i Demokrację.
***
Ostateczna likwidacja w Polsce resztek demokracji, przypieczętowana uchwaleniem konstytucji kwietniowej z 1935 r., zbiegła się z wielkim kryzysem gospodarczym i wzrostem popularności w całej Europie idei faszystowskich. W 1933 r. władzę w Niemczech objął Hitler, rok później zaś prawicowa dyktatura zlikwidowała silną partię socjalistyczną w Austrii. Dla przywódców PPS był to szok, ulice będącego dla nich wzorem „Czerwonego Wiednia” spłynęły krwią tysięcy socjalistów. Obserwujący te przemiany Niedziałkowski z niepokojem notował, że faszyzm uświęcił gwałt jako jedyną skuteczną broń w walkach społeczno-politycznych. Redaktor „Robotnika” traktował ruch faszystowski jako narzędzie w rękach klas posiadających, służące obronie niewydolnego systemu kapitalistycznego. Wielki kryzys dowodził jego zdaniem jednoznacznie, że ostateczny krach kapitalizmu nastąpi niebawem – pisał, że społeczeństwa nie mieszczą się już […] w ramach ustroju kapitalistycznego.
Zaostrzająca się od początku lat 30. atmosfera walki politycznej sprzyjała narastaniu w szeregach PPS nastrojów radykalnych i rewolucyjnych. Zwolenników zdobywały hasła dyktatury proletariatu i „jednolitego frontu” z komunistami. Również Niedziałkowski dostrzegał zmianę w stanowisku zajmowanym przez komunistów, doceniał ich gotowość do poświęcenia, zdawał sobie też sprawę, że sama PPS nie jest w stanie skutecznie walczyć o obalenie sanacji i demokratyzację kraju. Mimo to jednak pisał: Nie wierzę w „jednolity front” Socjalizmu i komunizmu; wymagałby on ze strony komunistów nie tylko zmiany ideologii, ale i rzeczy trudniejszej – zmiany psychologii. Wierzę natomiast, że robotnicy, dziś komunistyczni, otrząsną się kiedyś z obłędnej taktyki swych przywódców. Pisał także, iż Współpracę PPS i KPPuznajemy za wręcz niemożliwą, dzielą nas różnice nie tylko praktyczne, ale również ideowe, ośrodek organizujący i skupiający ruch masowy i walki masowe w Polsce musi być ośrodkiem działającym w Polsce.
W latach 30. szczególnie dużo uwagi poświęcał Niedziałkowski polemice ze zwolennikami wpisania do programu PPS postulatu „dyktatury proletariatu”. Traktował rewolucję społeczną jako długotrwały proces, którego pomyślne zakończenie osiągnięte może zostać przy użyciu różnych środków. Redaktor „Robotnika” uważał, że decyzja o tym, czy przejęcie władzy przez socjalistów nastąpi za pomocą „kartki wyborczej”, czy też drogą konfrontacji zbrojnej, jest kwestią taktyki i decyzji podejmowanych w zależności od warunków; nie uważał za zasadne wpisywania konkretnych „scenariuszy” do partyjnego programu. Drogę gwałtownej rewolty uważał jednak za ostateczność. Jeżeli ktoś do mnie strzela – tłumaczył partyjnym towarzyszom – nie będę mu prawił o miłości bliźniego, ale też wystrzelę. Jednocześnie w prywatnych rozmowach trzeźwo zauważał: nie możemy się szarpać, bo staniemy się poligonem na podobieństwo Hiszpanii.
Bez wątpienia był natomiast zdecydowanym przeciwnikiem „dyktatury proletariatu” w formie znanej z bolszewickiej Rosji. Twierdził, że długotrwała dyktatura jest nie do pogodzenia z demokracją, stanowiącą jego zdaniem istotę socjalizmu.Powtarzał przy tej okazji często stare powiedzenie Kautsky’ego, że socjalizm to nie tylko chleb dla wszystkich, socjalizm to także wolność dla wszystkich. Ponadto podkreślał, iż dyktatura całej klasy (tj. proletariatu) jest niemożliwa do praktycznej realizacji. Faktycznie bowiem władza spoczywa zawsze w rękach wąskiej rewolucyjnej elity, która albo jest kontrolowana przez społeczeństwo (a wtedy nie mamy do czynienia z dyktaturą), albo też ulega zamknięciu i izoluje się od społeczeństwa.
Co ciekawe, w tym wypadku myśl Niedziałkowskiego szła podobnym tropem, co prognozy J. W. Machajskiego, a także popularne w późniejszym okresie wśród sowietologów teorie „nowej klasy”. Teoretyk PPS w 1934 r. pisał: „Nowa biurokracja” – prędzej czy później – zaczęłaby żyć życiem samoistnym, system dyktatorski rządzenia koncentrowałby się w niej, a nie w masach pozostałych po fabrykach, warsztatach, folwarkach. Masy byłyby faktycznie obiektem władzy dyktatorskiej, reprezentującej w swoim przynajmniej przekonaniu – ich potrzeby oraz pragnienia.
Oczywiście krytyka „dyktatury proletariatu” nie była dla Niedziałkowskiego równoznaczna z nawoływaniem do kapitulacji przyszłego rządu socjalistycznego przed atakami ze strony sił kontrrewolucyjnych. Protestował przeciwko podnoszeniu dyktatury do rangi trwałego systemu, natomiast w warunkach zbrojnego wystąpienia przeciwko władzy robotniczo-chłopskiej krótkotrwałe ustanowienie władzy dyktatorskiej było dla niego czymś koniecznym.
***
W latach 30. ostatecznie ustaliła się pozycja Niedziałkowskiego jako jednego z głównych liderów PPS. Kierował redakcją „Robotnika”, był zdecydowanie najważniejszym teoretykiem i publicystą partii, jej reprezentantem w stosunkach z socjalistami z innych krajów, a także w rozmowach z liderami pozostałych obozów politycznych w Polsce. Jemu też powierzono przygotowanie nowego programu PPS. Projekt jego autorstwa został jednogłośnie przyjęty na kongresie w Radomiu na początku 1937 r.
Tzw. program radomski jest niewątpliwie jednym z najważniejszych punktów w ideowym dorobku międzywojennej PPS. Stanowił on dojrzałą i przemyślaną próbę odpowiedzi na najważniejsze wyzwania stojące przed rodzimym ruchem socjalistycznym. W obszernym dokumencie poddano analizie aktualną kondycję kapitalizmu i przesłanki przyszłej ustrojowej transformacji, wskazano drogi prowadzące do zwycięstwa socjalizmu i zarysowano bardzo interesującą wizję przebudowy społeczno-ekonomicznej. Partia miała według Niedziałkowskiego dążyć do utworzenia Polskiej Rzeczypospolitej Socjalistycznej, z wszystkich ziem polskich złożonej, złączonej z innymi Republikami Socjalistycznymi węzłami stałego pokoju i ścisłej braterskiej współpracy gospodarczej, politycznej i kulturalnej.
Aktualności nie straciło przesłanie zawarte w ostatnim akapicie tego dokumentu. Socjalizm – pisał Niedziałkowski – przestał być tylko celem, stał się zadaniem praktycznym. Niesie on ze sobą ludziom nieograniczone możliwości pochodu naprzód ku najdumniejszym ideałom ludzkości. Zwycięstwo Socjalizmu oznacza wyzwolenie całej ludzkości. Socjalizm stworzy nie tylko nowy ustrój gospodarczy i społeczny, ale także wyższą kulturę i wyższą moralność wolnego człowieka.
***
Tymczasem jednak nad Europą zbierały się ciemne chmury – Hitler odbudowywał militarną potęgę Niemiec. Niedziałkowski od dawna już przestrzegał przed rewizjonistycznymi zapędami Trzeciej Rzeszy i zwalczał realizowaną przez ministra Becka politykę odprężenia w stosunkach polsko-niemieckich. Polska, wciągnięta w orbitę światowego prądu faszystowskiego, uderza piersią o sprzeczność zasadniczą; ten prąd w swojej obiektywnej treści historycznej musi być skierowany przeciwko Polsce – przestrzegał na łamach „Robotnika”.
Pogarszające się położenie kraju budziło w szeregach PPS duży niepokój. Z czasem odrzucono twarde, konfrontacyjne wobec obozu pomajowego stanowisko, proponując zamiast tego zgodę i współpracę. PPS postulowała powołanie rządu obrony narodowej, który reprezentując wszystkie liczące się siły polityczne mógłby, wzorem rządu Witosa-Daszyńskiego z 1920 r., skutecznie pokierować walką z ewentualnym agresorem. Jednak wizyta przedstawicieli PPS, a wśród nich Niedziałkowskiego, u prezydenta Mościckiego nie przyniosła żadnych rezultatów. Ten i ów widział w nich nawet podstępną próbę zawłaszczenia przez opozycję owoców przyszłego zwycięstwa (!).
Gdy wojna wybuchła, Niedziałkowski wyrósł ponad ludzką miarę. Był to szczególny rodzaj bohaterstwa. Wciąż spokojny, beznamiętny, niemal chłodny, a przecież posągowy – wspominał Adam Ciołkosz. Sam Niedziałkowski, w często cytowanym artykule z 2 września, pisał: Nie wywołaliśmy tej wojny i nie chcieliśmy jej. Została nam narzucona. Będzie to wojna o całe jutro świata. Są tylko dwie drogi rozwojowe: albo podporządkowanie się Trzeciej Rzeszy w jej planach hegemonii, albo złamanie tych planów i ocalenie zarazem wolności narodów, wolności ludów i wolności ludu polskiego. Wkroczyliśmy na drogę drugą. To jest polski dziejowy szlak.
Redaktor „Robotnika”, obok Stefana Starzyńskiego i gen. Waleriana Czumy stał się jednym z symboli bohaterskiej obrony stolicy. Wspólnie z działaczami PPS organizował Robotnicze Bataliony Obrony Warszawy, doradzał prezydentowi Starzyńskiemu, do samego niemal końca redagował też „Robotnika” – ostatnie pismo wydawane w wolnej Warszawie. Każdego dnia – wspominał Szmul Zygielbojm – artykuły Niedziałkowskiego w „Robotniku” budziły na nowo odwagę. A każdy Jego artykuł przeniknięty był wiarą w jakąś wyższą sprawiedliwość, tchnął przekonaniem, że żadna kropla krwi nie pójdzie na marne.
Nazajutrz po kapitulacji Niedziałkowski zaangażował się w tworzenie pierwszych podziemnych organizacji. Stanął na czele Głównej Rady Politycznej przy komendancie Służby Zwycięstwu Polsce, gen. Tokarzewskim-Karaszewiczu. Praca ta jednak nie potrwała długo. Odrzucił oferty potajemnego wyjazdu na Zachód, nie chciał też ukrywać się przed Niemcami. Gestapo aresztowało go w grudniu, a 21 czerwca 1940 r. został rozstrzelany w zbiorowej egzekucji w Palmirach.
***
W dziejach polskiej lewicy jest Niedziałkowski niewątpliwe jedną z najwybitniejszych postaci. Uosabiał wszystko to, co najlepsze w tradycji PPS: przywiązanie do niepodległości Polski, szczery i głęboki demokratyzm oraz żarliwą wiarę w możliwość zbudowania lepszego świata. Wartości te nie straciły do dziś nic ze swojej aktualności. Życie i myśl Niedziałkowskiego mogą wciąż być inspiracją w ich realizacji.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Spośród dużego grona katolickich myślicieli społecznych w Polsce międzywojennej na szczególną uwagę zasługuje postać ks. Jana Piwowarczyka. Pozostawił olbrzymią spuściznę – kilkanaście większych prac i ok. 5 tys. artykułów – więc śmiało można powiedzieć, że wywarł intelektualny wpływ na całe pokolenie działaczy i myślicieli związanych z tym nurtem ideowym.
Jerzy Turowicz, następca ks. Piwowarczyka na stanowisku redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, napisał, iż był on człowiekiem wysokiej próby, żarliwym chrześcijaninem i kapłanem, dalekim od – jeśli tak wolno się wyrazić – klerykalnej kastowości. Człowiekiem mocnego charakteru, odwagi przekonań, wyraźnie skrystalizowanych, wierności sprawie, której służył. Był w nim jakiś chłopski upór, stanowczość, nieustępliwość jeśli chodziło o ortodoksję religijną czy o poglądy społeczne. A równocześnie autentyczny szacunek dla cudzych przekonań i wielka lojalność. Namiętny szermierz i polemista nie dawał się ponosić emocjom. Cechował go obiektywizm i zdrowy rozsądek, konkretność i rzeczowość w słowie i piśmie1.
***
Jan Piwowarczyk urodził się 27 stycznia 1889 r. w Brzeźnicy niedaleko Wadowic, w małorolnej rodzinie chłopskiej. W Wadowicach ukończył gimnazjum, później podjął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował jako wikariusz w Podgórzu i w parafii św. Szczepana w Krakowie, mansjonarz Kościoła Mariackiego oraz katecheta w krakowskich szkołach.
W 1922 r. został członkiem redakcji związanego z chrześcijańską demokracją krakowskiego dziennika „Głos Narodu”, w którym w latach 1936-1939 pełnił funkcję redaktora naczelnego. Od 1921 r. był członkiem Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji, dla którego opracował zasady programowe. Czynnie uczestniczył również w działalności chrześcijańskich związków zawodowych. Jego zainteresowania polityczne miały jednak charakter raczej teoretyczny, nie angażował się w bieżącą politykę.
Równocześnie kontynuował studia na UJ, które w 1933 r. zwieńczył doktoratem na podstawie pracy pt. „Kryzys społeczno-gospodarczy w świetle katolickich zasad”. Rozprawa ta była jednym z ważniejszych opracowań spod znaku katolicyzmu społecznego w Polsce międzywojennej. Na Wydziale Teologicznym UJ wykładał też od 1928 r. nauki społeczne, jednak w 1933 r. odebrano mu prawo wykładania, na co w dużym stopniu wpłynęły jego poglądy krytyczne wobec władz sanacyjnych.
W 1934 r. utworzono Radę Społeczną przy Prymasie Polski, w skład której obok m.in. ks. Antoniego Szymańskiego, Leopolda Caro, Ludwika Górskiego, Czesława Strzeszewskiego czy ks. Stefana Wyszyńskiego wszedł ks. Jan Piwowarczyk. Instytucja stawiała sobie za cel propagowanie programu społecznego encykliki Quadragesimo anno2. Na tym polu ks. Piwowarczyk położył szczególne zasługi choćby jako tłumacz encykliki, która z jego znakomitym, dogłębnym komentarzem ukazała się w roku 1935.
W 1939 r. opuścił redakcję „Głosu Narodu” w związku z nominacją na proboszcza parafii św. Floriana w Krakowie. W czasie okupacji pełnił obowiązki rektora krakowskiego Seminarium Duchownego. Na przełomie 1941 i 1942 r. został aresztowany przez Gestapo i spędził kilka miesięcy w więzieniu, odzyskując wolność dopiero dzięki zabiegom abp. Adama ks. Sapiehy. W 1945 r. powołał do życia „Tygodnik Powszechny” – jego redakcją de factozawiadywał, pełniąc w nim oficjalnie funkcję asystenta kościelnego. W ciągu pierwszego roku istnienia pisma przekazał obowiązki redaktora naczelnego Jerzemu Turowiczowi. W 1951 r. ustąpił z redakcji „TP” i wyjechał do Zebrzydowic, gdzie przebywał do 1955 r. Związane to było, jak twierdzi Turowicz, przede wszystkim z ciągłą inwigilacją Piwowarczyka przez służbę bezpieczeństwa, a nie – jak twierdzą niektórzy – z konfliktem z pozostałymi członkami redakcji. Nie ulega jednak wątpliwości, iż z biegiem czasu coraz bardziej dystansował się od linii przyjętej przez pismo.
W 1946 r. Stanisław Stomma opublikował w „Znaku” programowy artykuł środowiska związanego z „TP” pt. „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików”. Odrzucono w nim „maksymalne tendencje” wśród katolików chcących urobić na własną modłę dziedziny życia społecznego. Uważano, iż w sytuacji, w jakiej znalazł się kraj, należy zrezygnować z własnego programu społecznego i ograniczyć się do pracy formacyjnej, pielęgnując katolicką religię, moralność i kulturę3. Ks. Piwowarczyk na łamach „Tygodnika” wystąpił przeciwko takiemu „realizmowi politycznemu”, zdobywającemu wśród katolików coraz większą popularność. Podkreślał, iż katolicyzm jest nie tylko dogmatem religijnym, ale także ideologią wyjaśniającą i normującą życie społeczne, a katolicy nie mogą rezygnować z dążenia do pełnej realizacji ideału państwa chrześcijańskiego4. Piwowarczyk nie zrezygnował jednak ze współpracy z założonym przez siebie pismem, publikował w nim do 1959 r. (z przerwą na lata 1953-1956, gdy zostało zamknięte przez władze, a następnie przejęte przez „Pax” Bolesława Piaseckiego). W tamtym czasie powstało też jego opus magnum, dwutomowa „Katolicka etyka społeczna”, wydana najpierw w formie skryptu, a dopiero po śmierci autora w postaci książkowej w Londynie. Zmarł 29 grudnia 1959 r. w Krakowie.
***
Kluczowy w poglądach ks. Jana Piwowarczyka jest problem relacji między ekonomią a etyką. Jak podkreślał, mają one ten sam przedmiot materialny, którym jest życie gospodarcze. Różny jest natomiast przedmiot formalny, ponieważ etyka bada życie gospodarcze z punktu widzenia moralności, ekonomia zaś – gospodarki, usiłując odnaleźć prawidłowości kierujące tą sferą. Przestrzeganie praw etycznych ma życie gospodarcze uczynić zgodnym z obiektywną moralnością. Przestrzeganie praw gospodarczych ma zapewnić dostateczność dóbr zaspakajających potrzeby społeczeństwa5.
Mamy więc do czynienia z dwoma różnymi celami i naukami, ale czy tak różnymi jak etyka i np. chemia? Na to pytanie ks. Piwowarczyk zdecydowanie odpowiada „nie”. Świat chemii jest dziedziną, w której rządzą wyłącznie właściwe jej prawa, które człowiek może jedynie wykrywać i śledzić, natomiast prawidła gospodarcze nie mają charakteru ostatecznego. Człowiek może bowiem na nie wpływać, istnieje więc współzależność zjawisk ekonomicznych i etycznych oraz nauk, które tymi dziedzinami się zajmują. Ich wzajemny stosunek najczęściej ujmowany jest w postaci dwóch skrajnych rozwiązań, tzn. uznania prymatu ekonomii nad etyką lub odwrotnie. Ks. Piwowarczyk nie przyjmował żadnego z nich, podkreślał natomiast, iż możemy mówić o dwóch rodzajach zależności ekonomii od etyki: powszechnej (bezpośredniej) i częściowej (pośredniej).
Zależność pierwszego rodzaju nie istnieje, gdyż mamy do czynienia z całym wielkim zespołem zjawisk ekonomicznych, które wymykają się spod wszelkiego wpływu etyki, np. zagadnienia przyrodnicze lub techniczne w gospodarstwie społecznym. Ekonomia stara się zrozumieć ich mechanizm, dochodząc w ten sposób do ustalenia tzw. praw gospodarczych. W tym zakresie jest w pełni autonomiczna w stosunku do etyki. Istnieje jednak także drugi rodzaj zależności – częściowa, czyli dotycząca zagadnień, które mają określony aspekt moralny. Zdaniem ks. Piwowarczyka nie można przyjąć argumentów o całkowitej niezależności ekonomii od etyki (w każdej sferze), powołując się na jakoby absolutne i nienaruszalne prawa czy mechanizmy rządzące tą dziedziną życia.
Ekonomia klasyczna, tworząc „teorię praw gospodarczych”, wychodziła ze słusznych założeń, jednak wyciągnęła fałszywe wnioski. Życie gospodarcze, choć składa się ze zjawisk indywidualnych i od siebie odrębnych, jednak tworzy pewną jedność, w której poszczególne elementy są od siebie współzależne i jakby zdeterminowane bez udziału woli ludzkiej. Jest to spostrzeżenie słuszne, ale fałszywym było wyjaśnienie go przez ekonomię „klasyczną”. Mianowicie ekonomiści tego kierunku rozumieli owo zdeterminowanie życia gospodarczego jako mechanizm, […] poczęli się dopatrywać przyczyn determinujących życie gospodarcze w „prawach gospodarczych”, które kierują nimi, jak prawa przyrodnicze, absolutne i powszechne kierują chemią lub fizyką6. Skoro przyjmuje się tego rodzaju pogląd, to oczywisty jest wniosek, iż życie gospodarcze musi być wolne od oceny etycznej oraz wszelkiej ingerencji ze strony państwa; że nieład, zamieszanie i samowola, implikowane przez nieskrępowaną wolność rynku, to jedynie etap przejściowy. Wkrótce bowiem mechanizm ten sam się wyreguluje, doprowadzi do powszechnego dobrobytu i pokoju.
Ustrój gospodarczy wprawiają jednak w ruch, jak podkreślał ks. Piwowarczyk, nie jego wewnętrzne prawa, lecz jednostki, które wskutek powiązania ze sobą wytwarzają zjawisko usuwające się już spod ich wpływów, ale przez nie utworzone. Ich stosunek do niego nie jest ani stosunkiem jednostki do dzieła bezpośrednio wytworzonego, ale i nie stosunkiem jednostki do przyrody, lecz stosunkiem jednego ze współtwórców do dzieła wielkiej ilości jednostek. Na skutek tego prawa rządzące tym dziełem […] nie są ani prawami jednostki tworzącej określone dzieło, z którym ona może uczynić co zechce, ani też prawami przyrody, skoro wytwarza je zbiorowość ludzka, lecz prawami społecznymi, które można ustalić obserwując reakcje mas ludzkich, czyli na podstawie statystyki. Jednym z tych praw, najgłośniejszym, jest prawo podaży i popytu, które mówi: im większa podaż, tym niższa cena, im większy popyt, tym wyższa cena, i na odwrót. Zapytajmy: jak doszło do sformułowania tego prawa? Odpowiadamy: przez obserwację zachowania się ludzi, przez statystykę7.
Są to więc prawa społeczne, wyrastające z określonego podłoża politycznego, gospodarczego i kulturalnego, a nie prawa uniwersalne i ostateczne, jak te w świecie przyrody. Wniosek z tego, iż życie gospodarcze nie reguluje się samoczynnie. Regulują je działania ludzi, a jako dziedzina działalności ludzkiej jest ono poddane wpływom namiętności i egoizmu; dlategoczynnik, który – jak państwo – ma troszczyć się o dobro ogółu, ma także prawo i obowiązek wkraczania w życie gospodarcze, ile razy dobro ogółu byłoby na szwank narażone8. Życie gospodarcze winno podlegać ocenie moralnej oraz interwencji państwa, uzasadnionej dobrem wspólnym.
W związku z tym, pisząc o dominującym w jego czasach modelu życia społeczno-gospodarczego, ks. Piwowarczyk nie wahał się nazwać go pogańskim. Stwierdzał, iż w pojęciu tym mieści się zarówno ateizm jako jego naczelna zasada, naturalizm i materializm jako wnioski, wreszcie zaś autonomia poszczególnych dziedzin ludzkiego życia jako skutek9. Po chrześcijańskim średniowieczu następuje jego zdaniem reakcja pogańska, która daje o sobie znać już w renesansie, jednak pogłębianie się tego procesu przypada na II połowę XVIII w. Dwie postaci, zdaniem ks. Piwowarczyka, odegrać miały w owym procesie szczególną rolę: Rousseau i Adam Smith. Roussowski indywidualizm i przekonanie o wrodzonej dobroci człowieka, idea umowy społecznej – miały doprowadzić do atomizacji, zaniku życia społecznego, narastania podziałów klasowych oraz do likwidacji różnego rodzaju ciał pośredniczących, wcześniej wypełniających przestrzeń między jednostką a państwem. Te same założenia stać się miały podwaliną ekonomii politycznej Adama Smitha.
Poganizm, o którym pisał ks. Piwowarczyk, uwidacznia się przede wszystkim w oddzieleniu ekonomii od etyki, w materializmie i nastawieniu na konsumpcję, zapatrywaniu na instytucję własności, która traktowana jest w sposób skrajnie indywidualistyczny, czego konsekwencją jest przyznanie właścicielowi prawa do jej nadużywania. Temu ostatniemu zagadnieniu poświęcił zresztą szczególnie wiele uwagi, uznając je za główną przyczynę postępującego proletaryzmu oraz wszelkich innych niedomagań życia społeczno-gospodarczego. Powołując się na Wilhelma von Kettelera, stwierdził nawet, iż osławiony pogląd Pierre-Josepha Proudhona, iż własność jest kradzieżą, obok oczywistego kłamstwa zawiera w odniesieniu do współczesności również wielką prawdę, prawdę, którą należy zniszczyć, aby ów bon mot stał się jedynie kłamstwem10.
Filozofom liberalizmu, jak pisał, udało się odkryć w człowieku kilku „ludzi”, jak homo oeconomicus, który żyje tylko motywami gospodarczymi, homo religiosus, homo politicus itp. I te koncepcje człowieka przenieśli na życie zbiorowe. Dlatego według nich życie gospodarcze kieruje się własnymi prawami (podaży i popytu), a państwo lub etyka nie ma w nim nic do powiedzenia – własnymi prawami rządzi się także życie polityczne („cel uświęca środki”) – obyczajowe itd. Liberalizm, jak zatomizował społeczeństwo czyniąc z niego tylko sumę suwerennych jednostek, tak znów rozbił życie społeczeństwa na szereg dziedzin od siebie niezależnych, rządzących się własnymi rzekomo prawami, a związanych z sobą co najwyżej negatywnie przez ideę wolności…11.
W swych poglądach na organizację życia społeczno-gospodarczego ks. Piwowarczyk jawił się jako zwolennik „trzeciej drogi”. Zdecydowanie odrzucał rozwiązania socjalistyczne, polegające na pełnej nacjonalizacji środków produkcji. Wyrażał jednocześnie przekonanie, że ustrój kapitalistyczny odchodzi w przeszłość, że wielki kryzys gospodarczy to nie tylko chwilowe przesilenie czy załamanie koniunktury, ale ostateczny krach tego systemu. Źródła kryzysu widział w koncentracji własności, atomizacji społeczeństw wskutek panowania indywidualistycznego światopoglądu oraz w odejściu od chrześcijańskiej nauki o naturze ludzkiej i społeczeństwie12.
Ustrój przyszłości był w jego wizji oparty o zasadę prywatnej własności, jednak miałaby ona posiadać podwójny charakter i cel, zarówno indywidualny, jak i społeczny. Naczelnym zadaniem miała być likwidacja proletaryzmu poprzez uwłaszczenie pracy, zarówno indywidualne w rolnictwie czy drobnej wytwórczości, jak i zbiorowe poprzez system akcjonariatu pracowniczego czy spółdzielczość. Własność publiczna natomiast ograniczona miała być do tych przedsiębiorstw i działów gospodarki, w których prywatne posiadanie wywiera zbyt wielki wpływ na życie społeczne, tam, gdzie wymaga tego dobro ogółu (przemysł zbrojeniowy, poczta, komunikacja, bankowość itp.).
Jak niemała liczba myślicieli katolickich tamtego okresu, ks. Piwowarczyk był zwolennikiem i propagatorem idei korporacjonizmu, zaproponowanej przez Piusa XI w encyklice Quadragesimo anno. Zdaniem kapłana, główną cechą jego czasów jest odwrócenie się od zasad liberalizmu,z czym idzie w parze szukanie instytucji, które by państwu zapewniły stałość, życiu społecznemu równowagę, a życiu gospodarczemu celowość13. Walka o przyszłe państwo, o docelowy ustrój, rozegra się pomiędzy trzema koncepcjami: liberalną, totalną oraz korporacyjną. Jak wierzył, zwycięstwo przypadnie w udziale tej ostatniej14. Świadom tego, że w kontekście korporacjonizmu nasuwały się określone skojarzenia, zwłaszcza z faszystowskimi Włochami, podkreślał, iż nie jest on skonkretyzowaną w szczegółach doktryną, a jedynie kierunkiem społecznym i gospodarczym, o programie dalekim od skostnienia15.
Wyróżniał w związku z tym dwa typy korporacjonizmu: autorytarny i demokratyczny. Pierwszy jest charakterystyczny dla państw, w których mamy do czynienia z rządami dyktatorskimi. Korporacje stały się tam organami administracji, a nawet państwa policyjnego. Służą specjalnym celom politycznym czy partyjnym, dążąc do podporządkowania całego społeczeństwa władzy państwowej, jego ubezwłasnowolnieniu i tłumieniu inicjatywy prywatnej. Korporacjonizm demokratyczny jest natomiast związany z instytucją samorządu, chroni zbiorowość przed omnipotencją państwa, służy celom ogólnospołecznym, pobudza inicjatywę prywatną i stoi na stanowisku personalistycznym16. Oczywiście ten drugi typ zgodny jest z nauczaniem chrześcijańskim.
Wiele uwagi poświęcił ks. Piwowarczyk także reformie rolnej. Wraz z Leopoldem Caro analizowali i podnosili to zagadnienie na forum Rady Społecznej przy Prymasie Polski, zajmując zresztą w tych kwestiach najbardziej radykalne stanowisko wśród jej członków. Stało się to przyczyną znacznych kontrowersji podczas prac nad „Deklaracją w sprawie stanu gospodarczo-społecznego wsi polskiej”, wydanej ostatecznie w 1937 r. Naprzeciw ks. Piwowarczyka i Leopolda Caro stanęła bardziej konserwatywna większość w osobach ks. Antoniego Szymańskiego, Ludwika Górskiego czy Czesława Strzeszewskiego i ostatecznie to ich opinie znalazły odzwierciedlenie w dokumencie. Zasadniczą tezą deklaracji było wspieranie przez państwo i kontrolowanie parcelacji prywatnej, w razie jej nieskuteczności nie wykluczano przymusowych wywłaszczeń za należytym odszkodowaniem17.
Ks. Piwowarczyk, wbrew pojawiającym się w środowiskach katolickich głosom krytycznym wobec pomysłu parcelacji, zdecydowanie ją popierał. Uzasadniał, iż nie ma żadnych przesłanek, aby przewłaszczenie uważać za niezgodne z katolicką nauką społeczną, ponieważ ustrój posiadania nie jest czymś z natury niezmiennym, zaś państwu przysługuje prawo do regulowania go w pewnym stopniu. Przymusowa parcelacja jest uprawniona, gdy grunty są niewykorzystywane lub źle uprawiane, albo ich nadmierna koncentracja sprzyja sproletaryzowaniu ludności wiejskiej. Ks. Piwowarczyk uważał, iż z taką sytuacją mamy do czynienia właśnie w Polsce i że w związku z tym nie ma innego wyjścia, ponieważ wieś nasza formalnie dusi się. Nie tylko od własnego przyrostu naturalnego, ale i z powodu tych mas bezrobotnych, którzy straciwszy pracę w przemyśle z powodu zastoju wracają do swych rodzin wiejskich – i z powodu powrotnej fali emigrantów z Francji, z Czechosłowacji itd.18
Jednocześnie miał świadomość, iż sama parcelacja nie stanowi panaceum na bolączki wsi. Obok niej musi bowiem dojść do całego szeregu innych działań, jak rozwój przemysłu, polszczenie handlu, spółdzielczość, melioracja, podnoszenie techniki i kultury rolnej itp.19
***
Z bogatej spuścizny, którą pozostawił ks. Piwowarczyk, to oczywiście tylko wybrane zagadnienia, którym poświęcał uwagę. Kwestie pracy, jej praw, ochrony czy też społecznego i indywidualnego charakteru, sprawiedliwej płacy, zysku, handlu, pieniądza, kredytu, redystrybucji dóbr, dobroczynności, problemy polityczne oraz wychowawcze zajmowały również ważne miejsce w jego dorobku.
Choć nie stworzył w pełni autorskiego systemu, spójnego programu dotyczącego zagadnień społeczno-gospodarczych, lecz realizował się jako komentator i krzewiciel społecznego programu Kościoła, był postacią nietuzinkową, jedną z tych, które wywierały przemożny wpływ na kierunek i kształt debaty publicznej w swoich czasach. Inicjował poważne dyskusje, zapładniał umysły, wychowywał uczniów i następców. Jego przemyślenia i wskazania ciągle stanowić mogą punkt odniesienia i źródło inspiracji. To nie tylko świadectwo epoki, ale jakże często analizy przystające do czasów nam współczesnych, zachowujące aktualność, która musi niepokoić.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
1. J. Turowicz, Słowo wstępne [w:] ks. J. Piwowarczyk, Wobec nowego czasu (z publicystyki 1945-1950), Kraków 1985, s. 10.
2. E. Kozłowski, Aktualne zadania dla katolickich stowarzyszeń robotniczych, „Przewodnik Społeczny” nr 12/1933.
3. S. Stomma, Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików, „Znak” nr 3/1946.
4. Zob. m.in. ks. J. Piwowarczyk, Kościół i państwo, „Tygodnik Powszechny” nr 47/1947, idem, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Powszechny” nr 28/1947.
5. Idem, Katolicka etyka społeczna, t. II, Londyn 1963, s. 22.
6. Ibid., s. 28.
7. Ibid., s. 29.
8. Ibid., s. 31.
9. Idem, Pogaństwo i chrześcijaństwo w życiu gospodarczym, „Ruch Katolicki” nr 3/1933.
10. Idem, Wielkie zagadnienie własności, „Tygodnik Powszechny” nr 8/1945.
11. Idem, Spór o liberalizm, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1950.
12. Idem, Kryzys społeczno-gospodarczy w świetle katolickich zasad, Kraków 1932, s. 5.
13. Idem, Korporacjonizm i jego problematyka, Poznań 1936, s. 7.
14. Idem, Przyszłość myśli katolicko-społecznej i możliwości jej realizacji w Polsce, „Ruch Katolicki” nr 9-10/1937.
15. Idem, Korporacjonizm… op. cit., s. 11.
16. Ibid., ss. 32-33.
17. Deklaracja Rady Społecznej przy Prymasie Polski w sprawie stanu gospodarczo-społecznego wsi polskiej, „Przewodnik Społeczny” nr 11/1937.
18. ks. J. Piwowarczyk, Katolicyzm a reforma rolna, Poznań 1938, s. 29.
19. Ibid., s. 35.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Wiadomo, że dyktatura proletariatu pod rządami partii komunistycznej czyni z klasy robotniczej klasę rządzącą i dąży do stworzenia nowego, bezklasowego społeczeństwa. Minęło 19 lat od wybuchu rewolucji. Sytuacja robotnika jest zależna od stopnia wykształcenia fachowego, od przekonań politycznych (czy należy do partii lub organizacji młodzieży; prawomyślny czy niepewny; krewny lub przyjaciel wybitnego komunisty czy osoby podejrzanej), od przedsiębiorstwa, od miejscowości. Przy wykonywaniu tej samej pracy robotnicy wielkich przedsiębiorstw są na ogół lepiej płatni niż w warsztatach mniejszych. Większe centra w stosunku do odległych prowincji są uprzywilejowane. Niejednostajność płac myli obserwatora i umożliwia różne fikcje statystyczne, z których najniewinniejsza polega na przedstawieniu średniego zarobku znacznie wyższym, niż wynoszą istotne pobory większości pracowników. Dziś już nieżyjący Kujbyszew przedłożył Komisji Planu sprawozdanie, które opublikowano dnia 3 stycznia 1935. Według niego, średni zarobek w Moskwie wynosił 149 rb. 30 kp. miesięcznie. Natomiast według moich obserwacji osobistych, w tym samym czasie olbrzymia większość robotników moskiewskiej elektrowni (elektrozawod) zarabiała po 120-140 rb. miesięcznie. Państwowy fundusz płac od tego czasu nie zwiększył się, natomiast ilość zarobkujących wzrosła. Dziś możemy uważać za średnie następujące zarobki miesięczne: siły pomocnicze 100-120 rb.; robotnik niewykwalifikowany 150-200 rb.; robotnik wykwalifikowany 250-400 rb.; stachanowiec 500 rb. i więcej, aż do 1500 rb., a nawet w wyjątkowych wypadkach 2000 rb. Płace kobiet są zazwyczaj mniejsze, zwłaszcza na niższych szczeblach, a te obejmują olbrzymią większość pracownic. Setki tysięcy robotnic sowieckich zarabiają 70 do 90 rb. miesięcznie. Jest to uposażenie głodowe, zupełnie niewystarczające na wyżywienie. Stąd wniosek, że państwo-pracodawca uważa, iż zarobki kobiece winne odgrywać w budżecie rodzinnym jedynie rolę pomocniczą. Teoria głosi pięknie: jednakowa praca, jednakowa płaca. Jednakże bolszewicy mają na to odpowiedź, że praca pracy nierówna.
Płace w Leningradzie i Moskwie na początku roku 1937 wynosiły: pracownik naukowy wielkiego zakładu studiów wyższych 300-400 rb.; maszynistka biurowa, znająca języki obce około 200 rb.; redaktor dziennika 230 rb.; różni urzędnicy 90-120 rb. Wielu robotników zarabiało ostatnio w przemyśle włókienniczym w Moskwie (Krasnaja Presnia) 100-120 rb. Na prowincji, gdzie mieszkałem, zarobki kobiece wahają się przeważnie od 70-90 rb. Ekonomista (kalkulator) zarabia 350 rb. (dzień pracy nieograniczony); buchalter (dzień pracy nieograniczony i odpowiedzialność materialna za funkcjonowanie przedsiębiorstwa) 250-350 rb.; odpowiedzialny funkcjonariusz partyjny 250 rb. i wyżej; dyrektor przedsiębiorstwa lub szef biura (komunista) 400-800 rb.; wyżsi funkcjonariusze (komuniści) i wybitni fachowcy od 1000-5000 rb. W stolicach znani fachowcy osiągają od 5000 do 10000 rb. miesięcznie. Podobne są zarobki pisarzy. Wielcy dramaturdzy oficjalni, malarze odznaczeni, którzy stale portretują wodzów, poeci i powieściopisarze, zatwierdzeni przez Komitet Centralny, mogą osiągnąć, a nawet przekroczyć milion rubli rocznego dochodu. Dane powyższe wymagają pewnych wyjaśnień dodatkowych: współpracownik instytutu naukowego zarabia zaledwie 300-400 rb., lecz pracuje w 2 lub 3 instytucjach, co mu daje w końcu miesiąca 1200 rb. Redaktor dziennika, pobierający 250 rb. miesięcznie, współpracuje przy publikacjach, które potrajają jego dochód. Dyrektor fabryki z pensją 500-1500 rb. przyznaje sobie z okazji świąt i obchodów rocznie premię za wykonanie planu. Działacze partyjni i kierownicy komunistyczni otrzymują kupony dobrych materiałów na ubrania, partia daje im luksusowe mieszkania, korzystają oni z domów wypoczynkowych na Kaukazie i Krymie, bezpłatnie lub po cenach ulgowych. Natomiast olbrzymia większość pracowników, a więc tych, którzy żyją z niskich płac, jest pozostawiona sama sobie. To znaczy żyje w nędzy.
Obliczmy tylko potrącenia od zarobków: podatek, pożyczki przymusowe (15 dni płacy rocznie od zarobków najniższych, I miesiąc dla pozostałych), składki na partię, na spółdzielnię, na obronę lotniczo-gazową, Fundusz Obrony Komunizmu itd.
Poza tym świadczenia „dobrowolne” (w rzeczywistości przymusowe) na pomoc międzynarodową („Mopr”), na budowę sterowców, samolotów itd. Potrącenia faktyczne od płac dochodzą od 15-20%. Znałem w szpitalu (1935 r.) sanitariuszki, które otrzymywały 26 rb. za dwutygodniówkę w czasie, gdy chleb kosztował po rublu za kilogram. Kazano im jeszcze, o ile były zdrowe, ubezpieczać się.
W fabrykach i wytwórniach kwitnie system kar pieniężnych: grzywny za niedbalstwo, opóźnienie, przerwę w pracy, brak dyscypliny itd. To powoduje tragedie. Ktoś spodziewa się dostać setkę rubli w końcu miesiąca, a dyrekcja przedstawia rachunek kar na 30 rb. Ze smutkiem muszę przy tej okazji przypomnieć, że Lenin na Syberii rozpoczął swoją karierę publicystyczną broszurą, która była oskarżeniem: „O karach pieniężnych”.
Propaganda oficjalna wyolbrzymia tzw. uposażenia pośrednie, składające się z ubezpieczeń socjalnych, opieki bezpłatnej na wypadek choroby, korzystania z domów wypoczynkowych, emerytur. Z tego wszystkiego jako taką wartość przedstawiają uposażenia (i to niepełne) na wypadek choroby oraz zapomogi wypłacane w okresie ciąży i karmienia. Jednak ilość bonów zapomogowych, które otrzymują lekarze do rozdania między chorych, jest ograniczona. Bezpłatne wydawanie lekarstw zostało ostatnio zniesione. Pobyt w lepszych uzdrowiskach jest bezpłatny jedynie dla działaczy specjalnie dobrze notowanych, którym miejsca w domach wypoczynkowych przyznaje syndykat. W praktyce podróż na Krym lub Kaukaz jest marzeniem nieziszczalnym dla pracownika pobierającego 80-150 rubli uposażenia. Taki bowiem wyjazd pociąga za sobą wydatek około 700 rb.; poza tym trzeba dostać bon, dość trudny do zdobycia. Cyfry, ogłoszone oficjalnie, potwierdzają w tym względzie moje spostrzeżenia osobiste, gdyż z 24 000 000 pracowników zaledwie 181 000 korzystało w roku 1934 z miejscowości kuracyjnych.
Jaką wartość przedstawiają te zarobki?
Siła nabywcza rubla odpowiada mniej więcej frankowi francuskiemu lub belgijskiemu. Jedynie chleb jest w ZSRR tańszy (1 kg kosztuje 90 kop.-1 rb.). Natomiast bułki są niedostępne z powodu ceny (4,50-7,50 rb. za kilogram).
Oto przykłady cen na początku roku 1936: wołowina 6-8 rb. za 1 kg; wieprzowina 9-12; masło 14-18; ser 24; śledzie 6-10; kawior 32-40; kawa 40-50; cukierki 9-40; herbata 60-100 rb.; czekolada 50; alkohol (wódka) 12 rb. za litr.
Manufaktura: płaszcze 100-500 rb.; obuwie ze skórzaną podeszwą 80-150 rb.; garnitur bawełniany 200 rb.; wełniany 600-1000 rb.; sukienka perkalowa 70-100 rb.; bluzka wełniana 200 rb.
1 m3 drzewa opałowego z dostawą do domu i porąbaniem 40-50 rb. By opalić zimą skromne mieszkanie, trzeba zużyć co najmniej 6 m3.
Komorne za pokój wynajęty z wolnej ręki wynosi na prowincji 40-50 rb. miesięcznie; kąt przy rodzinie kosztuje nie mniej niż 30 rb. W dużych miastach ceny mieszkań są wyższe.
Dodać wypada, że nie tylko ceny są wygórowane, ale i samo zdobycie produktów, manufaktury, obuwia i opału jest utrudnione. Często musi się wędrować do innego miasta, by nabyć parę bucików lub koc, z którego uszyje się palto.
Brak towarów jest przyczyną zwyżki cen na nielegalnych rynkach sprzedaży. Tych stosunków nie mogą uzdrowić ani areszty, ani zsyłki spekulantów, które stosowano przez całe lata, a dochodzące np. w roku 1936 nieraz do stu dziennie w samej Moskwie, jak podawały gazety oficjalne.
Pracownik więc 100-rublowy zarabia miesięcznie za 24 dni pracy niewiele więcej niż 5 kg masła lub też 100 kg chleba. Ponieważ można żyć samym chlebem, przynajmniej przez pewien dłuższy czas, dziś więc robotnik nie jest już głodny i powinien być zadowolony z tego polepszenia bytu.
Pewien robotnik francuski, który mieszkał przeszło 10 lat w ZSRR, wpadł na pomysł sporządzenia w roku 1936 dla Moskwy i Paryża tabeli porównawczej, która pozwalała na obliczenie czasu potrzebnego dla jednego robotnika do zarobienia na artykuły codziennej potrzeby. Okazuje się, że w Sowietach siła pomocnicza pracuje 172 minuty na 1 kg białego chleba, co odpowiada 36 minutom czasu francuskiego bezrobotnego. Robotnik sowiecki pracuje na 1 kg masła 1548 min. (siła pomocnicza), 930 min. (robotnik przeciętny) czy też 632 min. (robotnik wykwalifikowany). We Francji zarabia to kilo masła siła pomocnicza w 180 min., a robotnik wykwalifikowany w 114 min. Wyliczenia są najzupełniej ścisłe.
Czy żyło się lepiej przed rewolucją? Wszyscy liczący po czterdziestce twierdzą jednomyślnie, że tak. Przynajmniej co się tyczy trzech rzeczy: jedzenia, mieszkania i ubrania. Statystyka to potwierdza. Robotnik z fabryki włókienniczej, który w roku 1912-14 zarabiał 300 kg chleba miesięcznie, lub górnik, który zarabiał 600 – otrzymuje dziś przeciętnie 150 rb., tj. 150 kg chleba.
Nieraz słyszałem, jak matki ubolewały nad tym, że ich dzieci nie znały tych dobrych czasów, kiedy to z okazji świąt religijnych przyrządzało się tyle smacznych rzeczy: ciastka, konfitury, kremy. Słyszałem narzekania starych kobiet, że dziś nie mają nawet herbaty do picia.
Przeciętne pensje wdów po poległych na wojnie domowej wynoszą 30 rb. (!) miesięcznie. W roku 1926 rychłe osiągnięcie poziomu przedwojennego wydawało się możliwe. Dziś jest do tego niesłychanie daleko. Żeby przywrócić obecnie stan materialny z r. 1926, należałoby podwoić wszystkie niskie uposażenia. Według zaś szefa rządu, Mołotowa, nie można się spodziewać w ciągu najbliższych 3-4 lat podwyżki ponad „parę dziesiątków procent” (powiedzmy nawet 30%).
Arystokracja robotnicza, zarabiająca ponad 150 rb. miesięcznie, stanowiła w ciągu 10 lat zaledwie 6%. Przy najlepszej woli możemy przyjąć, że stanowi ona dziś 10%, pomimo iż nowe przedsiębiorstwa, w wysokim stopniu zmechanizowane, wymagają przeważnie sił roboczych półwykwalifikowanych. A jednak dziewięć dziesiątych robotników sowieckich żyje z niskich zarobków.
Jak im się to udaje?
Komorne stanowi zaledwie około 10% budżetu. Są to raczej nory niż mieszkania. Norma powierzchni zamieszkałej wynosi w wielkich miastach po 8 m2 na głowę obywatela, a w centrach regionalnych władze miejscowe obniżają jeszcze to minimum do 5 m2. To znaczy, że z reguły cała rodzina mieści się w jednej izbie, że sypia się na korytarzach i strychach, w spichrzach i piwnicach. Ponieważ zaś mieszkania nie są dostosowane do takiego przeludnienia, jedni zajmują źle przewietrzanie pokoje, przez które muszą przedostawać się inni, by wyjść lub wejść do siebie. Proszę sobie uzmysłowić w tym natłoku skutki braku bielizny, sprzętów, ubrań; skutki ciemnoty, alkoholizmu i donosów. Albo też wyobraźmy sobie zażarte walki, toczące się o izbę, w której kona dotychczasowa lokatorka.
Robotnicy zatrudnieni w wielkich warsztatach mieszkają w barakach, w jeszcze gorszych warunkach. Na prowincji i przedmieściach ludzie hodują króliki, świnię lub krowę. Zwierzęta te trzeba lokować na korytarzach, pod oknem lub też w samej izbie, gdyż kradzież jest zjawiskiem powszechnym. Pomimo to silą się ludzie na stworzenie sobie, nawet w tych warunkach, zacisza domowego. Widziałem wnętrza wprost wzruszające swoją czystością i schludnością. Powiedziałbym, że były one prawie przytulne. Nędza przystroiła się tam w rodzaj bieli. Jedyne umeblowanie stanowiły łachmany dobrze naprawione, wyprane i narzucone na stare skrzynie. Szkło od lampy zaklejono papierem pergaminowym; łóżka przykryto prześcieradłami, które zdejmowało się na noc, gdyż były one jedyne i nie do zastąpienia. Ale najtragiczniejsze, co widziałem, to cierpienia dzieci źle ubranych podczas silnych mrozów zimowych.
Potworną plagą jest alkoholizm. Mężczyźni, kobiety, starcy i wyrostki – wszyscy piją. Widuje się ich często pijanych do nieprzytomności, leżących na śniegu lub w kurzu, w polu lub na wielkich arteriach miasta. W dni wypoczynku lub święta co trzeci przechodzień zatacza się, podśpiewuje lub wykrzykuje coś na ulicy.
W dzień pogrzebu Kirowa zakazano sprzedaży alkoholu.
– Czy rozumiecie – mówił mi na ten temat pewien komunista, kierownik spółdzielni – że gdyby się ludzie dziś popili, mogliby powiedzieć zbyt wiele rzeczy…
Alkoholizm ludu rosyjskiego wypływa z jego nędzy. Ani domu, ani dobrobytu, mało rozrywek, życie płynie bez wszelkiej radości. Pozostaje alkohol, który daje otumanienie i wyzwala w człowieku bydlę z pęt przyzwoitości. I tenże alkoholizm jest przyczyną niedożywienia i niezliczonych dramatów. W szpitalach, w których przebywałem, personel robił w wigilię dnia odpoczynku niezbędne przygotowania, by przyjmować pacjentów o rozbitych gębach, zmasakrowanych i rannych na wszelkie możliwe sposoby…
Mieszkałem z biedakami tego kraju, jednakże nie mam im za złe, że się upijali. Znam zbyt dobrze ogrom smutku życia bez jutra i bez radości. Ze wzrostem dobrobytu alkoholizm się zmniejszy.
Niskie uposażenia zazwyczaj wpływają ujemnie na wydajność pracy. Szewc ze spółdzielni rzemieślników, otrzymujący 150 rb. miesięcznie, stara się wszelkimi sposobami o poboczne dochody. Ze skóry, którą potajemnie wynosi, robi kilka naprawek w domu i to przynosi mu więcej niż pensja. Klient zaś jest zadowolony, gdyż obstalunek jest wykonany mniej więcej możliwie. Taki szewc obawia się znacznie więcej przeciążenia obowiązkową pracą niż bezrobocia.
Spekulacja, to znaczy odsprzedaż artykułów kupowanych od państwa bądź dzięki wyjątkowym stosunkom, bądź też po prostu po nocy spędzonej w ogonku przed drzwiami sklepu, żywi miliony ludzi. Odsprzedaż pary bucików przynosi w ciągu jednego przedpołudnia tyle dochodu, co osiem dni pracy w fabryce. Ludzie chodzą do pracy, by być zarejestrowanym jako robotnik lub robotnica, lecz żywi ich w rzeczywistości spekulacja. Poza tym – kradzież: ściąga się wszędzie i wszystko, co się da. Partia podejmuje co pewien czas wielką kampanię przeciwko kradzieży w przedsiębiorstwach przemysłowych i składach. Wytacza się procesy dla przykładu, i dla przykładu zapadają jak najsurowsze wyroki skazujące. Nic jednak nie zdoła powstrzymać sprzedawczyni chleba (110 rb. miesięcznie) od nadgryzień kromki chleba i wyniesienia ukradkiem drugiej dla swego dziecka; nawet o ile za to przestępstwo grozi kara dwóch lat przymusowych robót. Nic też nie powstrzyma robotnika otrzymującego 150 rb. miesięcznie przed wyniesieniem pod połą z przędzalni nici, które następnie łatwo sprzeda po trzy ruble za szpulkę…
Ukryte bezrobocie milionów ludzi daje się wytłumaczyć właśnie spekulacją. Gnębi ona masy, ale równocześnie przynosi im ulgę. Konsument toleruje ją, ponieważ w wielu wypadkach jedynie na nią może liczyć, zresztą sam spekuluje i odnosi z tego w rezultacie więcej korzyści niż strat. Kradnąc trochę, sprzedając co się da, małżeństwo robotnicze o nominalnych poborach 200 rb. (mąż 130, żona 70), które ma dwoje dzieci, o ile potrafi wziąć się do rzeczy, podwaja mniej więcej swoje dochody. Żywią się warzywami świeżymi latem, solonymi zimą, odrobiną mięsa – raz lub dwa w tygodniu – nabiałem – jeżeli nie jest zbyt drogi. Kto ma krowę lub kozę, żyje prawie w dostatku, pomimo odoru nawozu, który wypełnia mieszkanie.
Zagadnienie ubrania i opału jest ważne. Na prowincji robią i wynoszą drzewa z parków, rozbierają parkany. Widziałem, jak podczas paru zim z rzędu znikało ogrodzenie wojskowej ujeżdżalni.
To pewne, że opłakany stan włóczęgów głównie przyczynia się do „znikania” transportów. Jedynie linie kolejowe o połączeniach międzynarodowych są dobrze utrzymane. Poza tym jeszcze parę linii centralnych. Z chwilą jednak, gdy oddalimy się od Moskwy, zobaczymy pociągi stale przepełnione i brudne; konduktorzy to nieszczęśnicy, których samo zjawienie się już wywołuje rozpaczliwe oburzenie. Włóczędzy znajdują dodatkowy zarobek, oddając niedozwolone przysługi podróżnym i przewożąc towary przeznaczone na drobną spekulację.
Utarło się mniemanie, że w ZSRR nie ma ani bezrobocia, ani niepewnego jutra pracownika. Prawdą jest, że odczuwa się raczej brak rąk roboczych, ale dzieje się to jedynie dlatego, że wynagrodzenia są bardzo słabe. Ktokolwiek szukał pracy w jakimkolwiek bądź sowieckim mieście, wie, że w końcu zawsze ją znalazł – na bardzo złych warunkach. Kto podróżował po ZSRR, wie, jakie tłumy przesiedleńców wypełniają stacje. Są to ludzie, którzy nie pójdą nazajutrz ani do fabryki, ani do biura, ani w pole. Istotnie masy nie odczuwają bezrobocia takiego, jak w państwach kapitalistycznych. Są jednak inne formy bezrobocia, obejmujące miliony pracowników, lecz statystyka państwowa świadomie to przemilcza. Niepewność jutra w tych warunkach przybiera również inne formy niż na Zachodzie. Nikt nie posiada ani zapasów, ani oszczędności. Żyje się stale w wielkim niedostatku, toteż pozbawienie pracy bez zasiłku, nawet na krótki czas, staje się klęską. Zresztą, z samej pracy wyżyć nie można, stąd – więzienie stało się dla wszystkich czymś powszednim.
Wśród szerokich mas małżeństwo obarczone rodziną wiedzie żywot bardzo ciężki. Mężczyzna musi „pracować”, żeby mieć legalne stanowisko, po czym dopiero musi się starać o zdobycie środków utrzymania… Żłobki dziecięce, pralnie i inne instytucje użyteczności publicznej służą jedynie uprzywilejowanej mniejszości. Sytuacja mas jest beznadziejna, życie przygniatająco prymitywne.
Reasumując:
Nierówność zarobków jest uderzająca, dochodząc w klasie robotniczej do stosunku 1:15. Zarobki większości są bardzo niskie, znacznie niższe niż średnie płace podane przez statystyki, i zupełnie nie wystarczają do utrzymania. Płaca tzw. średnia (powtarzamy, jest ona wyższa od tego, co otrzymuje większość pracowników) pozwala na poziom życia niższy od przedwojennego w Rosji, znacznie niższy od skali życia większości robotników na Zachodzie. Państwo, które tak mało troszczy się o istotne interesy klasy robotniczej, powinno doprowadzić w krótkim czasie płace do poziomu z r. 1914, prawie osiągnięte w r. 1926. Ustrój biurokratyczny woli jednak, pogłębiając różnice socjalne, stwarzać z krzywdą dla mas różne nowe uprzywilejowane warstwy.
Technicy są w sytuacji znacznie lepszej niż robotnicy. Ich uposażenia rzadko kiedy są niższe niż 300 rb., a często przekraczające tę kwotę. Inżynierowie o wybitnych kwalifikacjach zarabiają po kilka tysięcy rubli miesięcznie. Dostają gratyfikacje. Dla nich specjalnie buduje się luksusowe mieszkania. Mają kluby. Instytuty naukowe, zakładane obecnie w wielkich ilościach, umożliwiają im ulepszenia techniczne. Jednakże inżynierom tym nie wolno się zrzeszać. Wszelkie ich poczynania są nadzorowane.
Zdawałoby się, że sytuacja ich jest świetna, gdyby nie przytłaczająca odpowiedzialność karna, ciążąca na nich stale. Kierownicze stanowiska należą do komunistów, ci zaś są jedynie wykonawcami zarządzeń władz centralnych. Może dyrektywy te okażą się niewykonalne? Może pociągną one za sobą skutki nieprzewidziane i przykre? Może niskie płace wpłyną ujemnie na wydajność pracy? Może plan jest nieudolny? Wreszcie, być może inżynier pozwolił sobie na wypowiedzenie pewnych zastrzeżeń? A może nic nie powiedział przez nadmiar ostrożności w przededniu próby, która się nie powiodła?
W tych i wielu innych wypadkach personel techniczny, oskarżony o nieudolność, niedbalstwo, złą wolę, działalność kontrrewolucyjną lub spisek, jest przedmiotem masowych kar, które zazwyczaj polegają na aresztowaniu i kończą się aż nazbyt często – egzekucją.
Victor Serge
Powyższy tekst to rozdział (oryginalnie zatytułowany „Dola pracowników”) książki Victora Serge’a „Losy pewnej rewolucji. ZSRR w latach 1917-1936”, polskie wydanie Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska”, Warszawa 1938.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Każde zwycięstwo polityczne klasy robotniczej wpływa też na postawę robotników w przedsiębiorstwach. Kiedy po rewolucji październikowej proletariat zapanował nad burżuazją, robotnicy w fabryce również uważali się za władców przedsiębiorstwa. Pierwszą próbą wyrażenia tej zmiany stosunku władzy w fabryce, w formie ustawy, jest dekret o „kontroli robotniczej” z dn. 16 listopada 1917. Dekret ten nie wprowadza uspołecznienia przemysłu i przedsiębiorca pozostaje właścicielem przedsiębiorstwa i kierownikiem produkcji, bierze na siebie ryzyko i zysk, jednakże działalność przedsiębiorcy poddana jest kontroli robotników. Kontrolę tę wykonuje w każdym przedsiębiorstwie rada fabryczna, w każdej guberni rada kontroli robotniczych, złożona z zastępców rad fabrycznych, stowarzyszeń zawodowych i spółdzielczych. Rada fabryczna każdego przedsiębiorstwa ma prawo nadzorować prowadzenie przedsiębiorstwa, mieć wgląd w księgi handlowe, w korespondencję handlową i przeprowadzać uchwały ws. prowadzenia przedsiębiorstwa. Uchwały te są dla przedsiębiorcy obowiązujące; ma tylko prawo wnieść protest przeciwko uchwałom rady fabrycznej do rady kontroli robotniczych, która rozstrzyga decydująco.
„Kontrola robotnicza” musiała w najkrótszym czasie zupełnie sparaliżować przedsiębiorstwa kapitalistyczne. Niemożliwością jest bowiem pozostawić przedsiębiorcy funkcje kierowania zakładem, odpowiedzialność za wyniki i ryzyko przedsiębiorstwa, a jednak przy tym wszystkim poddać go w zupełności kontroli rady fabrycznej. Najostrzejsze konflikty między przedsiębiorcami a radami fabrycznymi były nieuniknione. W wielu wypadkach kończyły się one tym, że robotnicy wypędzali przedsiębiorcę i kierowniczych urzędników zakładu i obejmowali sami kierownictwo. Naturalnie bardzo prędko brakło robotnikom kapitału do prowadzenia przedsiębiorstwa. Musiało interweniować państwo. Rząd musiał się zdecydować na „unarodowienie” przedsiębiorstwa.
W pierwszych sześciu miesiącach republiki sowieckiej, unarodowienie postępuje zupełnie bezplanowo. Rząd nie chce nacjonalizować; decyduje się na tę akcję tylko pod przymusem żywiołowej akcji mas. Nacjonalizacja na podstawie dekretu idzie dopiero w ślad za „dziką socjalizacją”, dokonywaną przez samych robotników. Dlatego nie unaradawia się całych gałęzi przemysłu, lecz tylko poszczególne przedsiębiorstwa, w których nie udało się zażegnać konfliktu między przedsiębiorcą a radą fabryczną. […]
Z rozmaitą siłą ogarnął ruch ten poszczególne gałęzie przemysłu; najsilniej przemysł metalowy, nieznacznie tekstylny, wielu zaś ważnych pod względem gospodarczym gałęzi przemysłu, jak kopalń węgla kamiennego, nie dotknął wcale. Zarząd gospodarczy powierzony został ludowym radom gospodarczym. Utworzono naczelną ludową radę gospodarczą i lokalne ludowe rady gospodarcze w poszczególnych guberniach, obwodach i okręgach, złożone z zastępców władz sowieckich, związków zawodowych i stowarzyszeń spółdzielczych. Te ludowe rady gospodarcze miały teraz zorganizować zarząd znacjonalizowanych przedsiębiorstw. Rzecz prosta, było niemożliwością stworzenie porządnego zarządu dla zakładów najróżnorodniejszych, nie związanych z sobą, unarodowionych z pobudek przypadkowych. Unarodowione przedsiębiorstwa popadły w zupełną dezorganizację, jednakże i tym, które pozostały w posiadaniu kapitału, nie lepiej się wiodło. Bo praca systematyczna niemożliwa była tam, gdzie przedsiębiorca nie wiedział, czy najbliższego dnia nie skonfiskują mu jego przedsiębiorstwa. W miejsce bezplanowej nacjonalizacji, musiano przystąpić do pracy planowej, systematycznej.
Zapatrywania co do rozmiaru i rodzaju nacjonalizacji były nawet wewnątrz partii rządzącej podzielone. Już przy obradach wstępnych nad dekretem o kontroli przedsiębiorstw przez robotników, wyłoniły się dwa kierunki: radykalny, syndykalistyczny, który chciał punkt ciężkości kontroli robotniczej przenieść do poszczególnych rad fabrycznych, nie ograniczając niczym ich kompetencji – i kierunek umiarkowany, państwowo-socjalistyczny, który kontrolę robotniczą chciał wykonać przez organy centralnej władzy sowieckiej, a zakres jej działania ściśle oznaczyć i ograniczyć drogą rozporządzenia. Wówczas, w dniach zawieruchy rewolucyjnej, zwyciężył kierunek radykalno-syndykalistyczny. Przy ustalaniu planu nacjonalizacji wynurzyło się znów to samo przeciwieństwo. Radykalno-syndykalistyczny kierunek żądał natychmiastowego unarodowienia wszystkich większych przedsiębiorstw i przeniesienia kierownictwa znacjonalizowanych gałęzi przemysłu w ręce samych robotników danych gałęzi przemysłu. Natomiast umiarkowany, państwowo-socjalistyczny kierunek domagał się ograniczenia nacjonalizacji do niewielu „dojrzałych” do tego, tzn. silnie scentralizowanych i pod względem gospodarczo-społecznym szczególnie ważnych gałęzi przemysłu – i zarządu tych znacjonalizowanych gałęzi przemysłu przez organy centralnej władzy sowieckiej. Kongres rad gospodarczych w maju 1918 wybrał drogę pośrednią. Akcja nacjonalizacji miała być ograniczona do kilku wielkich gałęzi przemysłu. Pojedynczych zakładów nie miano już nacjonalizować. Zarząd zakładów unarodowionych miał być zorganizowany w sposób następujący: przedsiębiorstwem kieruje „zarząd przedsiębiorstwa”, którego 2/3 członków mianuje rada gospodarcza, 1/3 zaś wybierają zorganizowani zawodowo robotnicy danego przedsiębiorstwa. […]
Zarząd całej gałęzi przemysłu organizuje, zależnie od okoliczności, albo najwyższa rada gospodarcza, albo rada gospodarcza guberni, a mianowicie w ten sposób, że dla każdej gałęzi przemysłu tworzy się centralny zarząd przemysłowy, złożony z zastępców rady gospodarczej związków zawodowych i z delegatów zarządów przemysłowych. Poszczególne zarządy przemysłowe podlegają centralnemu i gubernialnemu zarządowi danej gałęzi przemysłu; przysługuje im prawo czynienia propozycji co do mianowania kierujących urzędników zakładu do zarządu, a nawet niekiedy mianowania ich wbrew woli zarządu przedsiębiorstwa. Cała organizacja zarządu we wszystkich swych rozgałęzieniach opiera się na jednolitym kierownictwie przemysłu przez władzę państwową, reprezentowaną przez rady gospodarcze, wraz z robotnikami danej gałęzi przemysłu. […]
Bardzo prędko jednak rząd sowiecki ujrzał się zmuszonym znowu pójść dalej, niż zamierzał. Robotnicy, władcy w państwie, nie chcieli znieść niczyjej przewagi w fabryce. Przedsiębiorcy, zupełnie wydani przez państwo w ręce klasy robotniczej, nie mogli w tych warunkach sprawować kierownictwa. W kilka tygodni po majowym kongresie rad gospodarczych musiano się już zdecydować na unarodowienie prawie całego wielkiego przemysłu. Nastąpiło to na skutek dekretu z 28 czerwca 1918 r. Skoro więc w ten sposób prawie cały wielki przemysł przeszedł w ręce władzy sowieckiej, kwestia zarządu unarodowionego przemysłu nabrała poważnego znaczenia.
Przemysłowiec kapitalista staje wobec robotników w podwójnej roli. Kieruje on społecznym procesem pracy, zarazem jednak wyzyskuje go. Rewolucja proletariacka wyrzuca kapitalistę z przedsiębiorstwa, by społeczny proces pracy uwolnić od wyzysku. Traci jednak zarazem kierownika przedsiębiorstwa, który zespala indywidualne prace, organizuje je i nadzoruje. […] Kapitalizm nie daje masie robotniczej sposobności do nabycia koniecznych do kierownictwa i organizowania społecznej pracy wiadomości, doświadczeń i zdolności. Jednakże kapitalizm wyławia z klasy robotniczej „pewną szczególną sortę zarobników” (Marks), która w imieniu kapitalizmu spełnia funkcję kierownictwa i organizowania pracy, jako też w jego imieniu zarządza produkcją. Proletariat może tylko wówczas ująć we własne ręce funkcje kierownictwa i organizacji pracy, jeżeli zdoła tę odrębną kategorię zarobników pozyskać na swe usługi. Tylko w ten sposób może po wyzwoleniu swym z kapitalistycznego wyzysku utrzymać w ruchu i dalej rozwijać społeczny proces pracy.
W pierwszej fazie rosyjskiej rewolucji proletariatu nie było tych warunków. Wielu dyrektorów, inżynierów i techników opuściło swe placówki. Niekiedy czynili to dobrowolnie, jako przeciwnicy władzy sowieckiej. Często byli do tego zmuszeni przez robotników, ponieważ robotnicy nie chcieli się podporządkować ludziom, którzy niedawno jeszcze rządzili w imieniu kapitału. […] Tak więc brakowało unarodowionym przedsiębiorstwom owego fachowego i dostatecznym autorytetem wyposażonego kierownictwa, bez którego żaden społeczny proces pracy nie jest możliwy.
Kooperacja robotników najemnych – mówi Marks – jest dziełem samego kapitału, który tych robotników równocześnie zatrudnia. Związek pomiędzy ich funkcjami, ich jedność jako zbiorowego ciała wytwórczego, leżą poza nimi, w kapitale, który ich razem zbiera i łączy. Związek pomiędzy ich funkcjami przedstawia im się przeto idealnie jako plan, praktycznie jako autorytet kapitalisty, jako siła obcej woli, która ich działalność podporządkowuje swemu celowi. Dopiero na wyższym stopniu rozwoju organizacji kulturalnej dojrzałości proletariatu umie robotnik oceniać związek swojej funkcji z funkcjami reszty towarzyszy pracy, nie tylko jedynie pod kątem nakazu kapitału, lecz także z punktu wymogów pracy społecznej; swoje zaś podporządkowanie się ciału zbiorowemu oceniać nie tylko jako poddanie się pod obcą władzę, lecz jako przystosowanie się do produktywnej wspólnoty pracy. Proletariat rosyjski, historycznie młody, który dopiero w ostatniej generacji wyłonił się z chłopstwa, niezorganizowany i niewyszkolony za czasów caratu, nie osiągnął jeszcze tego stopnia rozwoju organizacji i kulturalnej dojrzałości. Z upadkiem autorytetu kapitalisty produkcja doznała poważnego wstrząśnienia wskutek tego, że robotnicy nie umieli należycie oceniać związku swych funkcji z całokształtem społecznego procesu pracy. Skoro zabrakło obcej woli, poddającej prace robotników swemu celowi, wówczas harmonia tego jednolitego, produkującego ciała zbiorowego rozluźniła się. Dawna kapitalistyczna dyscyplina pracy utraciła swą moc, nowa zaś, proletariacka, opierającą się na wyrozumiałości, ochocie i solidarności, nie zaczęła jeszcze działać, zatem w przedsiębiorstwa wkradł się brak dyscypliny, dezorganizacja, anarchia. Katastrofalny spadek intensywności i produktywności pracy stał się największym niebezpieczeństwem dla republiki sowietów.
Rząd sowietów musiał powołać wszystkie siły do walki przeciwko anarchii w procesie produkcji. Przede wszystkim starał się sprowadzić na powrót do przedsiębiorstw dyrektorów, inżynierów i techników przez zapewnienie im wyższych płac i samodzielnego zakresu działania. Równocześnie rozpoczęła się owa wielka kampania słowna, w której rzecznicy władzy sowieckiej starali się przekonać robotników o konieczności przywrócenia znów dyscypliny pracy, wzmożenia intensywności pracy i uznania autorytetu kierowników przedsiębiorstwa. Przede wszystkim zaś wprzęgnięto związki zawodowe do spełnienia tych zadań.
W znacjonalizowanym przemyśle zmienia się rola związków zawodowych. Z organów walki pracy przeciwko kapitałowi, przemieniają się w organy zarządu państwa proletariatu, które reprezentuje z jednej strony interesy ludu pracującego poszczególnych gałęzi przemysłu w ludowych radach gospodarczych i centralnych zarządach przemysłu, z drugiej zaś strony muszą wprowadzić proletariacką dyscyplinę pracy w poszczególnych przedsiębiorstwach. […] Przekonywanie i środki dyscypliny zawodowej nie wystarczyły jednakże do pokonania anarchii w znacjonalizowanym przemyśle. Władza sowiecka zdecydowała się zatem pójść o krok dalej. Spór między kierunkiem państwowo-socjalistycznym i syndykalistycznym wybucha na nowo. Już przed majowym kongresem rad gospodarczych, kierunek państwowo-socjalistyczny popierał zasadę, że kierownik przedsiębiorstwa, ustanowiony przez najwyższą radę gospodarczą, ma samodzielnie prowadzić techniczne kierownictwo, zaś radzie fabrycznej przysługuje we wszystkich sprawach technicznej strony kierownictwa zakładem tylko głos doradczy, nie decydujący. Tę zasadę przyjęto do pierwotnego dekretu o administracji znacjonalizowanych przedsiębiorstw. Ale na majowym kongresie rad gospodarczych musiano tę zasadę poświęcić na rzecz kierunku syndykalistycznego, reprezentowanego przez masy. Kolegialna administracja przedsiębiorstwa, złożona z zastępców rady gospodarczej i robotników, stanęła ponad kierownikiem przedsiębiorstwa. Jednak w walce przeciwko anarchii w przedsiębiorstwach chwyta się rząd sowietów na powrót pierwotnego programu. Zdaniem rządu, anarchia nie da się już w żaden inny sposób pokonać, jak tylko przez powołanie na powrót najenergiczniejszych i najbardziej doświadczonych organizatorów do przedsiębiorstw i wyposażenie ich nieograniczonymi, dyktatorskimi pełnomocnictwami. Zezwala się im na powrotne wprowadzenia systemu akordowego, systemu Taylora, na natychmiastowe oddalenie wszystkich nieudolnych robotników, klasę zaś robotniczą zobowiązuje się do bezwzględnego podporządkowania się pod jednolitą wolę kierowników procesu pracy (Lenin). Gdy zaś jedna warstwa robotników broni się przeciwko przywróceniu dyktatury kierownika przedsiębiorstwa, nie cofa się rząd sowietów, wsparty o czerwoną armię, przed gwałtownym zmuszaniem robotników do posłuszeństwa. […]
Jeżeli się jednak wreszcie zdecydowano na zwalczanie anarchii w przemyśle środkami gwałtu i przymusu, to zastosowanie najsilniejszego środka przymusu, armii, dla osiągnięcia postawionego sobie zadania było już tylko naturalną konsekwencją. Nie cofnięto się i przed tym. Napisane przez Trockiego „Tezy Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii” wskazują drogę. W przejściowym stadium rozwoju społeczeństwa, które przejęło dziedzictwo po ciężkiej przeszłości – czytamy tutaj – nie można wprowadzić planowo zorganizowanej społecznej pracy bez zastosowania środków przymusowych, tak w stosunku do żywiołów, które prowadzą żywot pasożytów, jak i w odniesieniu do zacofanych żywiołów chłopskich i robotniczych. Środkiem przymusowym, którym państwo rozporządza, jest jego siła militarna. Zmilitaryzowanie pracy, bez względu na zakres lub formę, będzie przeto nieuchronną koniecznością dla każdego gospodarstwa przejściowego, zbudowanego na zasadzie powszechnego obowiązku pracy (Teza 21).
Do tego celu proponuje Trocki następujące środki:
1) Militaryzacja poszczególnych przedsiębiorstw lub całych gałęzi przemysłu, mających w danym momencie szczególnie ważne znaczenie, albo zbyt silnie dotkniętych ogólną dezorganizacją, następuje na wniosek sowietu obrony i ma za zadanie, zabezpieczyć przedsiębiorstwu robotników na czas przejściowy i wprowadzić bardziej sprężysty zarząd, przy czym, o ile uzdrowienie przedsiębiorstwa nie da się osiągnąć na innej drodze, odpowiednie organa otrzymują daleko idące prawa dyscyplinarne (teza 24).
Jest to dobrze znana robotnikom z czasów wojny militaryzacja, w jej najostrzejszej formie, znosząca swobody robotników i oddająca ich pod dyscyplinarną władzę wojskową.
2) Dla usunięcia braku robotników, przy naprawie środków komunikacyjnych, rąbaniu i znoszeniu drzew, wydobywaniu torfu i łupku, przy robotach w obszarach węglowych, kruszcowych i naftowych, przy odbudowie zniszczonych obszarów i obrabianiu leżących odłogiem pól, mogą być wszyscy obowiązani do pracy mężczyźni i kobiety zmobilizowani. Powołanie następuje według powiatów, roczników i zawodów. W najbliższym czasie należy przede wszystkim powołać te kategorie, które były najmniej dotknięte mobilizacją wojskową; należałoby więc wedle możności powołać przede wszystkim wiele kobiet. (Teza 17). Z powołanych utworzone będą „Organizacje pracy militarnego typu” (Teza 25), które należy przeznaczyć do poszczególnych koniecznych robót. […]
3) W końcu, nie należy demobilizować formacji żołnierskich, niepotrzebnych już dzięki postępowi operacji wojennych, ale przemieniać je w armie pracy.
Taki program przyjął III kongres rad gospodarczych w styczniu 1920. Obecnie wciela się go w życie. […] Co za olbrzymia droga od „kontroli robotniczej” w listopadzie 1917, aż do militaryzacji pracy w styczniu 1920 r.!
Rozwój ten dzieli się wyraźnie na dwie części. W pierwszej, która obejmuje czas od rewolucji październikowej prawie aż do lipca 1918 r.; wypadki rozgrywają się pod wpływem siły popędowej samych mas proletariackich. Jest to żywiołowy ruch mas. Przejawia się w „kontroli robotniczej” w przedsiębiorstwach, w dziki sposób wyrzucającej z nich przedsiębiorców – wymusza na opierającym się rządzie sowietów najpierw nacjonalizację poszczególnych przedsiębiorstw, potem całych gałęzi produkcji, wreszcie całego wielkiego przemysłu – przeprowadza przy pomocy robotników współzarząd znacjonalizowanych gałęzi przemysłu, wbrew państwowo-socjalistycznym planom organizacyjnym sowieckich fachowców. „Siła twórcza mas” nadaje temu okresowi swoiste piętno. Jest to rzeczywisty proletariat, cały proletariat, wymuszający w wielkim rewolucyjnym ruchu ustawy, które sowiety mają tylko ogłosić. Władza sowiecka była w tej fazie tylko wykonawczym organem klasy robotniczej, jej dyktatura była rzeczywiście dyktaturą proletariatu.
Jednak od połowy 1918 r. obraz zmienia się stopniowo. Rząd sowiecki wzmocnił się, wytworzył biurokratyczny aparat, armia jego stała się potężną siłą. Nie jest już bezbronny wobec żywiołowych ruchów mas. Może się im oprzeć, przeciwstawić im przemoc. Jednak gdy aparat władzy rządu sowieckiego stał się o wiele silniejszy, znika równocześnie siła proletariackiej masy. Osłabiła się pod względem liczebnym, z powodu ucieczki z miast mnóstwa robotników. Oddała swe najdzielniejsze i najenergiczniejsze żywioły biurokracji sowieckiej i czerwonej armii, brak jej przeto własnych, nie wprzęgniętych do aparatu rządowego, przywódców. […] Tak więc zmienił się istotnie stosunek sił pomiędzy przywódcami a masą, pomiędzy rządem sowieckim a proletariatem. Historyczna inicjatywa przechodzi od połowy roku 1918 z rąk masy do rządu. Wobec dezorganizacji przemysłu, sam rząd musi się zwrócić przeciwko robotnikom. Musi ich krok za krokiem przymuszać do zwiększenia wydajności pracy i podporządkowania się woli kierowników przedsiębiorstw. Musi ich w końcu zmilitaryzować, przykuć do przedsiębiorstwa, poddać „ostrzejszemu regime” militarnego prawa karnego.
Jeżeli się i dzisiejszy ustrój republiki sowieckiej określa jako „dyktaturę proletariatu” – słowa te mają widocznie całkiem inne znaczenie, niż w pierwszej fazie rozwoju, po rewolucji październikowej. Wówczas były to rzeczywiście szerokie, dzikie masy istotnych, rosyjskich proletariuszy, które dyktowały, a rząd sowiecki był rzeczywiście tylko organem wykonawczym tej woli mas. Dzisiaj jest oczywiście inaczej. Dziś w rzeczywistości rządzą Rosją członkowie komunistycznej partii, która, jak podaje Lenin, po oczyszczeniu z niegodnych intruzów, mogłaby liczyć jakich 100 000 do 200 000 towarzyszy. Naturalnie większość z tych 100 000 do 200 000 ludzi składa się z robotników. Jednak tych 100 000 do 200 000 ludzi jest tylko bardzo małą częścią rosyjskiego proletariatu i nie stanowią oni klasy, na której usługach stoi wielki aparat rządowy władzy sowieckiej, lecz są sami tym aparatem władzy. Z tych 100 000 do 200 000 ludzi składają się właśnie rządzące frakcje sowieckie, sowiecka biurokracja, administracje przemysłowe, związków zawodowych, przedsiębiorstw i sztaby komendy czerwonej armii. Jakiż jest więc stosunek tej rządzącej warstwy do proletariatu? Czysto wykonawczym organem woli szerokiej masy proletariatu, zaiste, ona już nie jest; daleka od tego, by spełniać wolę proletariuszy, widzi się raczej zmuszoną, podporządkowywać proletariuszy swojej woli, przy pomocy środków militarnego przymusu. […] A dyktatura taka rozporządza najstraszniejszymi środkami przemocy. Podlega jej bezpośrednio cały przemysł, górnictwo, komunikacja, organizacja rozdziału towarów. Dysponuje ona całą siłą roboczą kraju. Wedle swego upodobania gromadzi mężczyzn i kobiety i używa ich pod militarnym rygorem do robót, jakie pragnie wykonać. Przedsiębiorstwa poddaje militarnej dyscyplinie. Straszną bronią terroru pokonuje każdą opozycję, każdą krytykę. Potężnym państwem, które podporządkowuje jednostki swemu programowi we wszelkich ich stosunkach życiowych, nie pozostawiając im jakiejkolwiek sfery działalności wolnej od ingerencji państwa, rządzi maluczka mniejszość stumilionowego narodu, wedle własnej woli. Jest to nowy, straszliwy despotyzm, który powstał tą drogą.
Otto Bauer
Powyższy tekst to fragment książki Otto Bauera „Bolszewizm a socjalna demokracja”, polskie wydanie nakładem Ludowego Spółdzielczego Towarzystwa Wydawniczego i Księgarni Robotniczej, Warszawa – Lwów 1920. Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.