„Polska w budowie” systemu nierówności

Polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były sloganem w ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.

Końcówka kadencji parlamentu skłania do podsumowań. Jedno z pytań brzmi: jak system polityczny wpływa na strukturę społeczną? Jak państwo swymi działaniami kształtuje relacje dochodowe między poszczególnymi warstwami?

Częściowej odpowiedzi udziela raport przygotowany przez Centrum Analiz Ekonomicznych. Pełna wersja dokumentu ukazała się 13 września. „Gazeta Wyborcza” dotarła wcześniej do zasadniczych obliczeń i wniosków. Jak czytamy w podtytule artykułu na ten temat: Państwo zamiast wspomagać najuboższych, wspiera ulgami podatkowymi najbogatszych (M. Bojanowski, „Ulgi nie pomogą najbiedniejszym”, „Gazeta Wyborcza”, 24 sierpnia 2011). Co składa się na tę ponurą diagnozę?

Z jednej strony, w 2007 r. (jeszcze pod koniec rządów PiS) podwyższono niemal 10-krotnie ulgę podatkową na dziecko. Nie przyniosło to żadnych korzyści rodzinom najmniej zamożnym. Tymi, którzy skorzystali z ulgi najwięcej, okazały się rodziny najbogatsze. Z drugiej strony, nastąpiło zmniejszenie liczby adresatów świadczeń rodzinnych, których wielkość nieznacznie wzrosła w ostatnich latach, ale próg pozostał na starym poziomie, więc wiele rodzin nie może już z nich korzystać.

Wspomniany raport zawiera dokładniejsze wyliczenia, kto i ile zyskał na zmianach. Ogólnie jednak można powiedzieć, że system podatkowo-zasiłkowy w tym względzie zaczął działać zgodnie z tak zwanym w naukach społecznych prawem św. Mateusza: „Albowiem temu, kto ma, będzie dane i obfitować będzie; a temu, kto nie ma, i to, co ma, będzie odjęte”.

Warto przy tym zauważyć mniej oczywiste aspekty problemu. Otóż sytuacja biednych pogarsza się podwójnie, a nawet potrójnie. Nie tylko dlatego, że państwo przeznacza na ich rzecz mniej pieniędzy, ale także z tego powodu, że rośnie dystans między nimi a bogatszymi, a więc subiektywny wymiar ubóstwa może się pogłębić. W badaniach prowadzonych w krajach rozwiniętych, do pomiaru ubóstwa i wykluczenia stosuje się nie tylko wskaźniki absolutne, ale także względne – określające pozycję materialną jednostki względem standardów danego społeczeństwa.

Pogorszenie sytuacji najsłabszych w wyniku omawianej polityki odbywa się w jeszcze jeden sposób. Wraz ze wzrostem dystansów osłabia się spójność społeczna, a ta jest ważnym czynnikiem ułatwiającym rozwiązywanie problemów, na których występowanie i skutki narażone są w większym stopniu osoby gorzej sytuowane.

Rozwój na nierównej drodze?

Widzimy więc, że władze przez ostatnie lata nie wykorzystały systemu podatkowo-zasiłkowego do łagodzenia nierówności społecznych, choć jest to jeden z głównych instrumentów do tego celu. Niestety, można odnieść wrażenie, iż obecna ekipa rządząca w ogóle sobie takiego celu nie stawia. W sztandarowym dokumencie strategicznym rządu „Polska 2030” proponuje się wizję rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego. Nie wnikając w szczegóły, można powiedzieć, że odrzuca on równość – o czym świadczy już sam pierwszy człon tej dość enigmatycznej nazwy – zarówno jako cel, jak i tym bardziej jako warunek rozwoju. Na kartach raportu kwestia wysokiego rozwarstwienia nie jest traktowana jako zasadnicze wyzwanie nawet w rozdziale „Spójność społeczna”, mimo że ogromne kontrasty społeczne jeśli nie uniemożliwiają, to z pewnością utrudniają osiągnięcie tej spójności.

Tymczasem nierówności są bardzo niepokojące i bez mechanizmów je ograniczających mogą do 2030 r. wzrosnąć. Dokonują się one już na poziomie pierwotnego podziału dochodu narodowego. Obserwujemy w ciągu kilkunastu lat rosnące rozwarstwienie płacowe. Jak podają, posiłkując się danymi GUS, autorzy raportu „Polska Praca 2010”: W 1993 roku różnica pomiędzy najwyższymi a najniższymi wynagrodzeniami sięgała 493%. Natomiast w 2008 roku była już półtora razy wyższa i osiągnęła 794,1% (Komisja Krajowa NSZZ Solidarność, „Polska praca 2010”, s. 27). Diagram ilustrujący trendy wskazuje, iż zróżnicowanie to sukcesywnie rosło przez całe półtora dekady objętej porównaniem. A to tylko różnice w zarobkach. Rozwarstwienie majątkowe jest znacznie głębsze.

Do pewnego stopnia różnice te można łagodzić już na poziomie płacowym, ale pole manewru władzy państwowej jest tu stosunkowo niewielkie. Znacznie łatwiej można różnice w zamożności zmniejszać poprzez politykę fiskalną i socjalną. A tego władza nie czyni lub robi to nieskutecznie. Chodzi przy tym nie tylko o niwelowanie rozwarstwienia, ale i o problem redystrybucji środków, które są nierówno rozdzielone.

Każdy podręcznik polityki gospodarczej wskazuje na redystrybucję jako jedną z zasadniczych funkcji polityki fiskalnej. Tymczasem w Polsce system podatkowy słabo realizuje to zadanie. Nie chodzi tylko o wspomnianą ulgę na dzieci, ale np. o proporcje przychodów, jakie budżet czerpie z poszczególnych rodzajów podatków. Kolejne rządy obniżają podatki czy to dla firm, czy dla najbogatszych obywateli, rekompensując to podniesieniem stawek VAT, który dotyka wszystkich, ale – w relacji do posiadanych zasobów – osoby niezamożne szczególnie dotkliwie. Dziwi to tym bardziej, że jeszcze przed podjęciem tej decyzji obecny rząd miał szanse zapoznać się z raportem Eurostatu, z którego wynikało, że w Polsce udział podatków pośrednich w całości opodatkowania jest jednym z najwyższych, podczas gdy udział bezpośrednich jednym z niższych w UE (patrz tutaj). Decyzja jest więc kuriozalna, tym bardziej, że podwyżka VAT ogranicza w przypadku osób uboższych konsumpcję, a ta mogłaby napędzić produkcję. Zwłaszcza w dobie zagrożenia recesją powinniśmy o tym pamiętać.

Działania władzy uderzają nie tylko w uboższych, ale pośrednio w całą zbiorowość. Albo powiedzmy inaczej: poprzez uderzenie w najsłabszych, uderzają w ogół społeczeństwa. Ta ostatnia konstrukcja wydaje się precyzyjniejsza i jednocześnie naprowadza na ogólniejszą zależność, którą warto wziąć sobie do serca. Chodzi o zależność między ogólnym dobrobytem (rozpatrywanym nie tylko ekonomicznie) a dobrobytem najsłabszych członków społeczeństwa. Najpoważniejszym argumentem „rozwojowym” przeciwko oszczędzaniu na systemowym wsparciu dla najuboższych jest to, że prowadzi zazwyczaj do nieodwracalnego ubytku w kapitale ludzkim, będącym jednym z motorów nowoczesnej gospodarki. Rodzi to koszty zdrowotne i koszty utraconych możliwości, jakich osoby pogrążone w biedzie nie są w stanie (z pożytkiem dla społeczeństwa) wykorzystać. Koszty generuje zresztą nie tylko bieda w wymiarze absolutnym, ale także względnym, o której tu mówimy. Wielkie przepaście prowadzą do społecznych konfliktów i zagrażają bezpieczeństwu.

I wędka, i ryba

Oczywiście pojawia się jeszcze kwestia tego, czy transfery socjalne – takie jak zasiłek rodzinny – to najlepszy sposób na wydobywanie rodzin z ubóstwa. Część osób skłonna jest argumentować, że ważniejsze są działania aktywizujące. Nie ryba, lecz wędka – przekonują. Sprawa jednak nie jest tak prosta. Świadczenia rodzinne to coś innego niż świadczenia przysługujące na mocy ustawy o pomocy społecznej. Te pierwsze mają zwiększyć dochody wśród rodzin mniej zamożnych, te drugie – wspomóc ludzi w trudnych sytuacjach. Nie zawsze rodzina, której powinien przysługiwać zasiłek rodzinny, jest dotknięta jakąś dysfunkcją. Nieraz po prostu nie ma dość pieniędzy, by finansować różne potrzeby umożliwiające jej pełne uczestnictwo w życiu społecznym.

Bieda często widziana jest przez pryzmat stereotypów, w których wódka leje się hektolitrami, a od kilku pokoleń nikt w rodzinie nie podejmował pracy. Tymczasem w post-transformacyjnej Polsce mamy równolegle do czynienia z nową biedą, np. niskopłatnych pracowników, ludzi na czasowych umowach, którzy nie mogą wziąć kredytu mieszkaniowego, za to mają na utrzymaniu dzieci, co generuje dodatkowe wydatki. Takim osobom bardziej niż wędka jest potrzebna ryba, dzięki której zmniejszy się luka między codziennymi potrzebami a możliwościami finansowymi. Co więcej, to właśnie niemożność dopięcia domowego budżetu może doprowadzić do sytuacji patologicznych. To, jak codzienne trudności materialne stają się zaczynem poważnych konfliktów międzyludzkich i głębokich patologii, nieraz prowadzących wręcz do tragedii, zilustrował w przejmujący sposób film „Plac Zbawiciela”.

Poza tym nawet tam, gdzie zjawiska patologiczne są głęboko utrwalone i potrzebna jest reintegracja społeczna i życiowa, nie należy rezygnować z instrumentów osłonowych w postaci transferów pieniężnych. Dlatego, że przezwyciężenie nieporadności życiowej, rodzinnej i zawodowej ma szanse się powieść dopiero tam, gdzie ludzie zaczynają dysponować własnymi środkami, których jest na tyle dużo, iż mogą przy ich pomocy zaspokoić choćby podstawowe potrzeby. Bez ryby mało komu starczy siły i wytrwałości, by uczyć się skutecznego korzystania z wędki. Potrzebne jest więc jedno i drugie. Aby starczyło na obydwa typy instrumentów, trzeba przeznaczać na to spore środki publiczne. To się jednak – patrząc wielowymiarowo i długookresowo – po prostu opłaca.

By żyło się lepiej. Wszystkim

Wiele społeczeństw, zwłaszcza skandynawskich, dawno już to zrozumiało i woli poprzez mechanizmy hojnej i silnie progresywnej polityki fiskalnej wydać więcej, ale dzięki temu cieszyć się życiem w bezpieczniejszym i zdrowszym społeczeństwie, przy okazji nie tracąc później publicznych i prywatnych środków na walkę z problemami wyrosłymi z biedy i nierówności.

Reasumując: polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były tylko sloganem ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.

To my jesteśmy Europą

17 września we Wrocławiu manifestacja Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, zrzeszającej kilkadziesiąt central związkowych z całego kontynentu, w tym „Solidarność” i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. O przyczyny akcji oraz plany i cele protestujących pytamy Andrzeja Radzikowskiego, wiceprzewodniczącego OPZZ.

***

W zapowiedziach waszej euromanifestacji czytamy: „Decyzja podyktowana jest nieskutecznym, opartym głównie na pogarszaniu warunków pracy i płacy, przeciwdziałaniu kryzysowi przez większość europejskich rządów, w tym rząd polski”. Jakie konkretnie zarzuty stawiacie państwom Unii Europejskiej, a także rządowi polskiemu w obecnej (po)kryzysowej sytuacji?

Andrzej Radzikowski: Walka z kryzysem idzie po linii najmniejszego oporu – cięć w wydatkach socjalnych, podnoszenia wieku emerytalnego, zmniejszania wydatków na różnego typu usługi publiczne, oświatę, lecznictwo, administrację, a także wydłużania rozliczeniowego czasu pracy, skracania czasu pracy i obniżania wynagrodzeń. Natomiast zyski akcjonariuszy banków mają pozostać niezagrożone.

Zresztą nie tylko związki zawodowe występują przeciwko tym prostym, neoliberalnym rozwiązaniom. Również frakcja Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim uznała europejski antykryzysowy pakiet legislacyjny – tzw. sześciopak – za niewystarczający, bo sama dyscyplina i cięcia to za mało, konieczne są również m.in. inwestycje.

Na plakacie zapowiadającym manifestację widnieją hasła: „Tak dla europejskiej solidarności”, „Tak dla miejsc pracy i praw pracowniczych”, „Nie dla polityki cięć”. Co w praktyce oznaczają te postulaty?

A.R.: To jest właśnie sprawa, o której wspomniałem. Chcemy wpłynąć na europejskie rozwiązania w polityce gospodarczej i społecznej w zakresie wychodzenia z kryzysu. Wiemy, że jeśli na szczeblu europejskim będą przyjęte neoliberalne rozwiązania, to nie mamy wątpliwości, że polski rząd je skopiuje i jeszcze doda swoje.

W Polsce przyjmując dwa lata temu razem z pracodawcami Pakiet Działań Antykryzysowych pokazaliśmy, co można zrobić w praktyce. To, co z tego zrobiła koalicja PO-PSL, to już inna sprawa. Ale pokazaliśmy, że nawet w warunkach kryzysu państwo ma możliwości interwencji w obronie zagrożonych firm i miejsc pracy, a cięcia budżetowe wcale nie są potrzebne.

W porozumieniu z OPZZ w skład manifestacji związkowej ma wejść blok społeczny, tworzony przez różnorodne stowarzyszenia i inne organizacje. Czy Pana zdaniem euromanifestacja może przyczynić się do wzmocnienia wspólnoty celów prospołecznych i propracowniczych sił w Polsce?

A.R.: Już od dłuższego czasu OPZZ stara się nawiązać stałą współpracę z organizacjami pozarządowymi, działające w tej sferze, która interesuje związki zawodowe. Dopiero kilka lat temu nastąpiła samoorganizacja różnego typu środowisk prospołecznych, alterglobalistycznych, kobiecych. Naszym celem jest stała współpraca z takimi inicjatywami. Podam przykład: walczymy o równouprawnienie na rynku pracy, a hasła tegorocznej „Manify” to w zasadzie były hasła związkowe – jednak oddźwięk „Manify” był znacznie większy niż akcji stricte związkowych.

Dlaczego właśnie Wrocław ma być tym miastem, w którym odbędzie się manifestacja?

A.R.: Wybór czasu i miejsca nie był przypadkowy. Manifestacja została zorganizowana w dniu, w którym we Wrocławiu odbywa się posiedzenie ECOFIN – Rady ds. gospodarczych i finansowych UE. W jej skład wchodzą ministrowie finansów i gospodarki krajów Unii Europejskiej, będą tam również przedstawiciele banków centralnych krajów UE. W naszym przekonaniu to właśnie oni dyktują recepty na wyjście Unii Europejskiej z kryzysu. Recepty, które naszym zdaniem idą w antypracowniczym kierunku. Dlatego chcemy pokazać, że nie ma zgody europejskiego ruchu związkowego na wychodzenie z kryzysu kosztem pracowników i najsłabszych grup społecznych.

Europie – rządzącym i związkowcom – chcielibyśmy pokazać, że Polska to nie tylko liberalny rząd Tuska i przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek. Polska to również tradycje pracownicze i socjalne, aktywny ruch związkowy.

Jakie cele chcecie osiągnąć euro manifestacją? Czy wydarzenie to może w ogóle przynieść realne skutki?

A.R.: Chcemy pokazać, że na europejską politykę gospodarczą i społeczną muszą mieć wpływ środowiska pracownicze, nie zaś tylko pracodawcy i dyrektorzy banków. Oczywiście nie sądzę, żeby w dzień po naszej manifestacji polityka całej Unii i krajów członkowskich uległa radykalnej zmianie, ale kropla drąży skałę. Bez stałego nacisku związkowców rządzący mogą zapomnieć, że kosztami wychodzenia z kryzysu nie można obciążać tylko pracowników.

Chodzi raczej o wpływ na świadomość. Ale mamy też nadzieję, że ta manifestacja wpłynie na europejskie rozwiązania antykryzysowe.

Czy waszym zdaniem rządzący i media głównego nurtu, z reguły stojący po stronie kapitału, zwrócą uwagę na manifestację? Co ma zapewnić jej sukces?

A.R.: Już mieliśmy tego próbkę w jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych, która poinformowała o manifestacji z komentarzem „tym razem Warszawiacy mają szczęście, bo manifestacja odbywa się we Wrocławiu”. I niestety obawiam się, że taki będzie przekaz mediów głównego nurtu. Mam jednak nadzieję, że „przy okazji” zostanie trochę powiedziane o celach manifestacji i postulatach związkowców. W ramach manifestacji będą też elementy happeningu i może chociaż to pokażą…

Jakich gości można się spodziewać 17 września we Wrocławiu?

A.R.: Będą przedstawiciele wszystkich związków zrzeszonych w Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych – oczywiście znaczące są tu odległości. Dlatego najwięcej będzie Niemców, Czechów, Słowaków i Węgrów. Łącznie powinno przyjechać około 8 tys. związkowców z krajów Unii, ale zapowiadają się też goście m.in. z Ukrainy. Oczywiście będą władze EKZZ z sekretarz generalną Bernardette Ségol, która prawdopodobnie spotka się z Donaldem Tuskiem. No i oczywiście liczne reprezentacje polskich członków EKZZ, czyli „Solidarności” i OPZZ, a także delegacje krajowych związków, nie zrzeszonych w europejskiej strukturze.

Euro manifestacja: jeden dzień, jedno wydarzenie. A co dalej? Co robić na co dzień, by polska rzeczywistość społeczno-gospodarcza była bardziej przyjazna dla pracowników, nie tylko dla kapitału?

A.R.: To jest codzienna, mrówcza związkowa praca i to na wielu płaszczyznach – bo w grę wchodzi np. prawo pracy, polityka podatkowa, polityka społeczna – jak „boksowanie” w Komisji Trójstronnej i jej zespołach, rozmowy z organizacjami pracodawców, z rządem, lobbing w parlamencie, również akcje masowe, typu demonstracje, obywatelskie inicjatywy ustawodawcze. I na wszystkich poziomach – od zakładu pracy przez powiaty, województwa, aż po władze centralne.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 14 września 2011 r.

Kosmopolityczne społeczności lokalne

Dworzec kolejowy w Tangerze, godzina 19.30. W porze pierwszego ramadanowego posiłku zawieszono kursowanie jednego z pociągów. Koty z opustoszałego dworca są miłe, ale rozmowa z nimi bywa trudna, więc w poczuciu okcydentalnej więzi zbliżamy się do siebie, ja i dwoje Amerykanów. Rozmawiamy o walorach turystycznych południowej Hiszpanii.

Byliśmy na Costa del Sol. Tam jest tylu Anglików, to niesamowite! Kelnerki, które nas obsługiwały, w ogóle nie znały hiszpańskiego! – opowiadali rozczarowani mdłym smakiem prawdziwej hiszpańskiej Andaluzji. Tak, przypomniałam sobie bary z rybą i frytkami, angielskie nazwy agencji nieruchomości i pola golfowe. I fałszywe westchnienia „tak, wiem, że powinnam znać chociaż trochę hiszpański, mieszkam tutaj już siedem lat”. Brak integracji obudził moje żywe zainteresowanie, więc rozpoczynam opowieść.

Gdybyśmy grali w filmie animowanym, ja niechybnie znalazłabym się na środku hali dworcowej, na moją sylwetkę skierowany zostałby strumień reflektora, a na wiszący nieopodal ekran padłby strumień projektora. W dzisiejszym odcinku mamy zaszczyt państwu przedstawić marginalizowaną grupę imigrantów, których z braku lepszego określenia nazwę ekspatriantami, pomimo że to pojęcie-parasol nie brzmi najlepiej. Do odjazdu pociągu do Fezu zostało pół godziny, więc nie będę wdawała się w historyczne szczegóły. Wspomnę jedynie, że pojęcie to było często używane w odniesieniu do mieszkańców metropolii pracujących w byłych koloniach. Obecnie określani są w ten sposób również wysoko wykwalifikowani imigranci, zatrudniani przez międzynarodowe korporacje.

Co się państwu kojarzy z grupami obcokrajowców mieszkających na stałe za granicą? MULTIKULTURALIZM! Prawie dobrze, ale o dziwo, ludzie Zachodu mieszkający w byłych koloniach nie byli nigdy opisywani jako skomplikowany układ równań wielokulturowych, a integracja stanowiła problem nie tyle dla przybyszy, ile dla społeczeństwa przyjmującego. Tutaj padnie słowo „kosmopolityzm”, które w kontekście ekspansji kolonialnej było używane już w XIX w. Jak napisał Edward Said, brytyjscy politycy argumentujący za utrzymaniem kolonii wyjaśniali, że społeczeństwa podbite muszą się wyzbyć próżnego zaściankowego nacjonalizmu na rzecz kosmopolitycznej solidarności i z podziwu dla osiągnięć ludzkości wypracowanych przez Brytyjczyków uznać jedyne słuszne zwierzchnictwo.

Sto lat później, zdaniem części naukowców, kosmopolityzm jest postawą świadczącą o moralnej wyższości. Ulf Hannerz pisze, że prawdziwy kosmopolita to nowy typ podróżnika, otwartego na inne kultury, gromadzącego nowe doświadczenia. Skrajnie różny od masowego turysty, zainteresowanego wyłącznie ofertami typu „all inclusive” i od niemobilnego, staromodnie przywiązanego do własnej kultury lokalsa, „pozostawionego z tyłu procesów globalizacji”. Nowi, poszukujący autentyczności podróżnicy mieli być ideałami ludzi, skrojonymi na nowe, elastyczne czasy. Z takich właśnie elastycznych, otwartych i mobilnych jednostek, elegancko konsumujących inne kultury, miały się składać społeczności eskpatów. Tak przynajmniej wyglądały z perspektywy antropologicznego biurka w gabinecie prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu. Badacze terenowi dochodzili do zgoła odmiennych wniosków. Pogarda i strach – charakteryzowali pokrótce postawę zagranicznych przybyszów wobec miejscowej ludności. Umiłowanie różnorodności ograniczało się głównie do konsumpcji dóbr materialnych; znajomości z autochtonami raczej unikano.

W latach 90. dostrzeżono również, że kosmopolityzm łatwo daje się przeliczyć na pieniądze. Różni w pracy, to się opłaca – obliczyli autorzy podręczników do marketingu. Rząd Singapuru zastosował to hasło w praktyce i, jak napisała Brenda Yeoh, wpisał oficjalnie kosmopolityzm do rządowych aktów i ustaw. Ta gościnność miała jednak swoje granice – z otwartością na południowoazjatyckich robotników niewykwalifikowanych nie należało przesadzać. Różnorodność i otwartość są wartościami wtedy i tylko wtedy, gdy łatwo można je przeliczyć na pieniądze, inne ich rodzaje nie są istotne. Pożądany typ różnorodności doprecyzował Richard Florida, który przedstawił prostą zależność: miasta z większą liczbą kreatywnych jednostek rozwijają się szybciej. Z kolei otwartość zdefiniował polski socjolog Paweł Kubicki, utożsamiając ją z bywaniem w modnych kawiarniach.

Co to ma wspólnego z Hiszpanią? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu południowa część kraju należała do obszarów najuboższych i najbardziej ekonomicznie zacofanych, zamieszkanych głównie przez rybaków. W końcu lat 60. odkryto jednak jej potencjał – dzikie plaże i łagodny klimat. Turystyka miała być głównym motorem rozwoju dla ubogiej prowincji, nie znającej rewolucji przemysłowej. Jedynym mankamentem tej genialnej w swej prostocie koncepcji była zima: kilkanaście stopni powyżej zera i ulewne zimowe deszcze były mało atrakcyjne z punktu widzenia brytyjskich turystów. Lokalne władze zdecydowały się zatem na sprzedaż nieruchomości po obniżonej cenie: posiadanie letnich rezydencji miało zatrzymać Brytyjczyków na dłużej.

Oferta była kusząca. Jak to już kiedyś napisałam: Pakiet podstawowy obejmuje palmy, morze i skały. Dla bardziej wybrednych klientów mamy również energicznych lokalsów, którzy w nocy wychodzą na ulicę, a w dzień roznoszą jedzenie. Oferta ważna na Wyspach Brytyjskich i w Niemczech, których obywatele mają cudowne właściwości gospodarczego ożywiania podupadłych rejonów.

Niewątpliwie udało się przyciągnąć Brytyjczyków na dłużej. Antonio Aledo, profesor socjologii z uniwersytetu w Alicante, na początku każdego semestru polecał swoim studentom narysowanie imigranta. Źle – mawiał po otrzymaniu kilkunastu wizerunków mieszkańca Afryki Północnej – w naszym regionie najwięcej imigrantów pochodzi z Wysp Brytyjskich. Część z nich jest emerytami, inni są prywatnymi przedsiębiorcami, jeszcze inni pracują nielegalnie, wykonując najrozmaitsze prace: sprzątają, budują, pielęgnują. Zgrupowani w stowarzyszenia tworzą obieg usług i towarów niedostępny dla niezaradnych, niezorganizowanych i nieucywilizowanych Hiszpanów, którzy potrafią kulturalnych Brytyjczyków nieźle zirytować. Ale z drugiej strony są tacy uroczy i prorodzinni, to ludzie żyjący bliżej natury, z dala od restrykcyjnej brytyjskiej cywilizacji – mawiają wybierający Pakiet Rozszerzony Natura 2000 w wydaniu hiszpańskim. Oni nam zasoby naturalne, a my im trochę kultury i część pieniędzy spłynie… ta część, która wyjdzie poza Brytyjski Autarkiczny Okręg Gospodarczy ze zrównoważoną podażą i popytem.

W lokalnym obiegu jednakowoż transfery pieniężne uległy zwiększeniu głównie przez wzrost cen. Wysokie bezrobocie i korupcja pozostały bez zmian. Aledo ponadto sugerował, że brytyjscy obywatele nie byli również zbyt zagorzałymi przeciwnikami korupcji, pod warunkiem, iż praktykowano ją w Hiszpanii i w sektorze nieruchomości. Co więcej, goście z bardziej rozwiniętych krajów europejskich niekiedy w tych praktykach brali dość czynny udział, jak dowodzi historia największego w historii Hiszpanii skandalu korupcyjnego w popularnej wśród ekspatów Marbelli.

–  To bardzo ciekawa historia. Musimy chyba już iść na pociąg – usłyszałam od rozmówców.
– O której będziecie w Fezie?
– O drugiej w nocy. Wiesz, na szczęście ktoś z hotelu nas odbierze z dworca. Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę, gdybyśmy musieli jechać taksówką. Chyba jedziemy tym samym pociągiem, dokąd idziesz?
– Yyyy… to chyba pierwsza klasa.
– My mamy bilet na pierwszą klasę. Powiedzieli nam, że tylko tak jest bezpiecznie.

Rozumiałam. Zanim udaliśmy się do swoich wagonów, poleciłam wycieczkę do położonego nad Atlantykiem Asilah, gdzie można konsumować lokalną kulturę wspólnie z hiszpańskimi ekspatami z Madrytu, którzy wykupują budynki w centrum miasteczka. Słynące z murali Asilah przyciąga klasę kreatywną, która, jak napisał Florida, stanowi główną siłę napędową rozwoju i może kiedyś wciągnie lokalsów w swoje projekty, dlatego też należy ją zatrzymać, nawet jeśli miejscowymi niekiedy pogardza, wzorem cytowanej przez Juana Goytisolo hiszpańskiej damy, miłośniczki „Maroka i Arabów”:

Tak, to zacofany kraj, ale mi się podoba. Chociaż wielu mówi, że Maurowie różnią się bardzo od nas i że nie możesz im ufać, jeżeli ich trochę wychować (…). Proszę sobie wyobrazić, że w domu mam Mauryjkę z północy, która mówi po hiszpańsku. Biedna, nie wiedziała nic o naszej kuchni, ani o naszych zwyczajach i musiałam pokazać jej wszystko, jak gotować, prać w pralce, podawać do stołu…

Wyznanie to wywołało w hiszpańskim pisarzu mieszkającym w Maroku wspomnienia nie tak odległych czasów, gdy emigranci hiszpańscy na szwajcarskiej granicy przechodzili obowiązkową dezynfekcję. Poradniki poprawnych relacji z hiszpańską służbą pouczały wówczas, że: Hiszpan ogólnie nie narzeka i akceptuje swoje położenie z rezygnacją dziedziczoną po kulturze arabskiej. Nie próbuje również dyskutować i uzasadniać używając francuskiej logiki dedukcyjnej. W większości przypadków Hiszpan jej nie zrozumie, ale jest raczej intuicyjny. Szczęśliwie „Hiszpanowi” udało się nabyć nieco logiki dedukcyjnej, dzięki czemu może krzewić ją w Maroku, tak jak to czynią Anglicy na południu Hiszpanii.

Niedouczenie – wróg demokracji

Niedouczenie – wróg demokracji

Niedouczenie stanowi pułapkę, z której trudno się wydostać. Przejawia się głównie niezdolnością połączenia poszczególnych wiadomości w żywą, dynamiczną całość, a zatem fragmentarycznością wiedzy. Jednocześnie staje na przeszkodzie uświadomieniu sobie własnych luk w wykształceniu.

Theodor W. Adorno zwraca uwagę na paradoks związany z tzw. demokratyzacją uniwersytetów. Demokratyzacja jest pseudodemokratyzacją, priorytetem jest bowiem to, by jak największa liczba osób uzyskała umiejętności i nawyki potrzebne współczesnej gospodarce. Ich całkowite wykształcenie nie jest istotne. Lecz właśnie wykształcenie, jako zdolność rozumienia świata w szerszych kontekstach oraz myślenia własną głową („Sapere aude”, jak powiada Kant, „Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem”), zapewnia jednostce autonomię. Ideał demokracji zakłada, że obywatele będą przejawiać się jako osoby autonomiczne i aktywne politycznie, jako osoby pytające o własną sytuację oraz sytuację społeczeństwa. Jeżeli uniwersytety nie prowadzą ku autonomii i myśleniu krytycznemu, produkując apolityczne i konformistyczne jednostki, to podkopują samą demokrację. Adorno konkluduje, że tego rodzaju demokratyzacja uniwersytetów wywołuje własne przeciwieństwo, rozkład ideałów demokratycznych.

Diagnoza Adorna pochodzi z końca lat 50. minionego wieku, można jednak powiedzieć, że ujmuje tendencję, która od tamtej pory nasilała się, a w końcu przekształciła się we własną karykaturę. Dziś mamy bowiem do czynienia z sytuacją, gdy większość ludzi uważa się za osoby autonomiczne i wolne. Autonomię i wolność pojmuje jednak w sposób, który sprowadza się do przyjęcia znaków odrębności wyprodukowanych przez współczesną gospodarkę. Powstaje więc swego rodzaju konformistyczna autonomia. Możemy kupić pobyt w klasztorze indyjskim albo jakieś ekstremalne przeżycie w pakiecie. Element odmienności wpisany jest w sam towar: większość produktów ma sprawiać wrażenie, że w pewien sposób wykracza poza ustalone reguły, poza normę, ma prezentować się ekstrawagancko i oryginalnie. „Kup mnie, a będziesz sobą” – jest podstawą wielu sloganów reklamowych. Oryginalność, niepowtarzalność i autonomia produkowane są masowo.

Na tym polega główna zmiana od czasów, gdy pisał Adorno. Wówczas można było mówić o umasowieniu i konformizmie, ponieważ taką formę przybrała ówczesna produkcja gospodarcza. Dzisiejsza produkcja stwarza natomiast pozory wyjątkowości i autonomii. Dlatego też większość ludzi nie odczuwa, że demokracja traci oparcie, którym jest autonomia jednostki. Mamy więc do czynienia z dwoma rodzajami autonomii. Pierwsza, produkowana przemysłowo, to autonomia konformistyczna. Druga polega na myśleniu krytycznym. Pierwsza przesłania jednak tę drugą, odnosimy więc wrażenie, że możemy się bez niej obejść. Jesteśmy przecież autonomiczni, skoro mamy poczucie autonomii.

W ten sposób cała kwestia autonomii ulega rozmyciu. Po co starać się o autonomię, kiedy już nią dysponujemy? Poczucie autonomii zagradza drogę do osiągnięcia autonomii realnej znacznie mocniej niż bezpośredni konformizm. Albowiem bezpośredni konformizm może jeszcze wzbudzić uczucie wstydu i reakcję krytyczną.

Główną przeszkodę na drodze do autonomii Adorno widzi w niedouczeniu. Jest ono czymś różnym od braku wykształcenia. W niewykształconym społeczeństwie ludzie nie wstydzą się braku wykształcenia, co więcej, nawet się tym chwalą. Nadal  jednak spotykamy osoby, które pragną zdobyć wykształcenie. Czyha na nie pułapka: niedouczenie.

W tekście „Teoria niedouczenia” Adorno wspomina o wielu czynnikach, które pchają nas w stronę niedouczenia. Dwa podstawowe to brak czasu wolnego oraz ugrzęźnięcie w mechanicznym trybie pracy, który prowadzi do myślowego skostnienia. Nie chodzi nawet o pracę fizyczną, ale raczej o pracę, która wymaga powtarzania określonych schematów myślowych lub komunikacyjnych. Dzisiaj jest to np. praca konsultanta telefonicznego, dziennikarza lub polityka.

Czym charakteryzuje się niedouczenie? Przede wszystkim niezdolnością połączenia poszczególnych wiadomości w żywą, dynamiczną całość, a zatem fragmentarycznością wiedzy. Ta przeradza się w targowisko informacji. Choćbyśmy nawet przeczytali wszystkie dzieła Nietzschego, zdobyte wiadomości nie łączą się w spójną całość, my zaś nadal znamy jedynie kilka odrębnych, wzajemnie odseparowanych wątków. Nie potrafimy po prostu powiedzieć, do czego Nietzsche dążył, a jeśli nawet, to tylko w sposób schematyczny i jednostronny.

Kolejną cechą niedouczenia jest krótkotrwałość. Jeśli poszczególne wiadomości nie łączą się w większą całość, to stają się ulotne i jako takie niebawem wyparowują, nie zostawiając żadnych śladów. Jedne informacje znikają, a w ich miejsce wchodzi nowa treść. Nasza obecna wiedza szybko się rozpływa, pozostawiając najwyżej jakieś nieokreślone, ogólnikowe wrażenia.

Cechą niedouczenia jest wreszcie to, iż stoi na przeszkodzie uświadomieniu sobie luk w wykształceniu. Niedouczony człowiek nie ma świadomości własnych niedostatków, która mogłaby prowadzić go naprzód. Niedouczenie przejawia się jako narcystyczne zadowolenie. Ja wiem najlepiej i nikt nie będzie mnie pouczał.

Niedouczenie stanowi pułapkę, z której trudno się wydostać. Adorno zaznacza, że niedouczenie nie jest przedsionkiem wykształcenia, lecz jego śmiertelnym wrogiem. Nie pozostaje nam nic innego, jak tę pułapkę zauważyć i w nią nie wpaść. Niedouczenie nie jest gruntem dla autonomii, lecz właśnie – jedynie pułapką. Dla odbudowy demokracji, czy nawet podjęcia próby wprowadzenia demokratycznego socjalizmu, potrzeba autonomii realnej, a więc wykształcenia.

Michael Hauser

Przekład z języka czeskiego: Krzysztof Kołek

Tekst pierwotnie ukazał się w „Dzienniku Referendum” (http://denikreferendum.cz). Przedruk za zgodą autora.

Miłe ulice, ulice Miłe. Miasto Łódź

Nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy gniew i wielkość Łodzi umarły? Czy tylko czekają swego czasu?

Domy, domy, domy surowe, / trzypiętrowe, czteropiętrowe, / idą, suną, ciągną się prosto, / napęczniałe bólem i troską. / W każdym domu cuchnie podwórko, / w każdym domu jazgot i turkot, / błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica – to Broniewski, „Ulica Miła” z tomu „Krzyk ostateczny”, wydanego w roku 1938.

Mroczna brama, stary pies, młoda dziewczyna, umalowana  wyzywająco lub nieudolnie, smród alkoholowego moczu, pełzający po murze liszaj, refleks światła, przypadkowy, groteskowy w tym ciemnym miejscu. Jakieś krzyki z głębi, wulgarne, ochrypłe, bełkotliwe. To już Łódź, tu i teraz.

To się nie skończyło, nędza i krzywda, beznadzieja. Polska codzienność niechciana, nie pokazywana w folderach turystycznych. Banalność szpetoty, banalność brudu, pozorów życia, zwykłość melancholii. Jeśli miejsca mogą chorować na depresję, nieuleczalną, śmiertelną, to właśnie trafiłem na jeden z jej przytułków. Niedaleko ulicy Piotrkowskiej, w centrum dużego miasta w środku Polski.

Uliczki łódzkie, pejzaże nieretuszowanej Polski. To nawet nie słynne Bałuty. Ot, uliczki i ulice jakich tu nie brak. Na każdej spożywczak, na każdej sklep z alkoholem, mnóstwo warzywniaków, knajpy, „chińskie” „restauracje”, budki z kebabami, pierogarnie, naleśnikarnie, bary z domowym jedzeniem. Łódź je i pije, pije i je. Je albo pije. A te sklepy wciąż takie zwykłe, nie naznaczone markami znanych sieci. Jakby ulice chciały zachować swoją niezależność, swoją tożsamość, jakby nie chciały być częścią globalnego świata, natrętnego ometkowywania. Za to należy się im niekłamany szacunek.

Tak, to jest świat nieretuszowany i nieprzedstawiony, by nawiązać do Zagajewskiego. Z jednej strony straszny, z perspektywą tnącą jak „rzeźnickim nożem po oczach”, świat, którego chciałoby się nie widzieć i nie słyszeć, gdy znane są inne krajobrazy, inne widoki (na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość). Świat budzący zawstydzenie moralistów i estetów, bez przytulnej prowincjonalności z seriali ku pokrzepieniu polskich serc, w rodzaju „Ksiądz Mateusz”. Ale ksiądz Mateusz piłby tu denaturat i zakąszał „Magnusem śliwkowym”. Albo, lekko przygarbiony, osłaniając ciałem Najświętszy Sakrament, wracałby rankiem ze szpitala do bezpiecznego azylu na plebanii.

I to jest jedna Łódź, turpistyczna. Jest też inna, pełna ostentacyjnie obnoszonego bogactwa, któremu pieniądz daje uskrzydlającą „wolność miliona”, gwarantującą wyższość wobec mniej szczęsnych finansowo ziomków. Zadbane kobiety kontra kobiety zniszczone. Mężczyźni sukcesu kontra mężczyźni zdeklasowani, „ludzie, którym się udało”, obładowani na zakupach w Manufakturze, Łodzi-Port, sklepach przy Piotrkowskiej – drogimi rzeczami, drogimi żonami i kochankami, najdroższymi dziećmi. Prowincjonalizm a rebours, prowincjonalizm dostatni, który wczesnym rankiem zrywa się na pociąg do Warszawy, tam dosypia i wraca późnym popołudniem, wieczorem, w nocy do swojego miasta. Który woli jednak TLK od pierwszej klasy InterCity.

Ale jest jeszcze jeden, znacznie bardziej interesujący niż to proste, zawarte wyżej przeciwstawienie, obraz. Ukazał go czeski reżyser Pavel Štingl w niedawno pokazanym przez TVP Kultura dokumencie „Bałuckie getto”. Opowiadana przez ocalałych z łódzkiego getta czeskich Żydów historia miejsca, ludzkich losów w czasach pogardy. Nałożona na nią druga narracja z dzisiejszych Bałut, cierpka, bolesna, bo znów wypełniona kalectwem fizycznym, moralnym, duchowym, przenika się z historią Szoach. Przypomina o wielowymiarowości Łodzi, tak dobrze znanej z „Ziemi Obiecanej”.

Historia Łodzi, sama w sobie, jest gorzką pigułką ludzkiego dnia i ludzkich dziejów, które są opowieścią o niezdarnych próbach dopłynięcia do szczęśliwych brzegów historii. Fascynujące jest w Łodzi i to, że na jej ulicach, tak umęczonych, mieszczą się dumnie siedziby zadbanych teatrów, choćby Jaracza czy Powszechnego. A obok nor ludzkich rozpościerają się piękne parki, mnóstwo przyjaznej zieleni, ścieżki pełne spacerujących, odpoczywających zwykłych ludzi. Fascynujące jest, że łódzkie uliczki, tak smutne czasem, zdobią piękne kamienice, jak przebłysk innej rzeczywistości. Że od przaśnych kawiarni do mojego ulubionego sklepu muzycznego „Ale Jazz!” na Pomorskiej jest kilka kroków. Że gdy oprowadzałem po Łodzi swojego pierwszego gościa, jego zdumienie budziło i świetne Muzeum Kinematografii, i przykry zapach miasta w spiekocie. Nie ma w tym przejściu od kultury i świeżości przyrody do banalnej szpetoty i przygnębiającej degeneracji żadnych punktów pośrednich, jest krok w ciemność lub jasność. To właśnie stanowi o niezwykłości Łodzi, jej magnetyzmie, tragizmie i wspaniałości.

Od swych początków to miasto jest dla jednych szczęśliwym, dla drugich bolesnym miastem bogactwa i wysokiej kultury, przepychu, piękna i zbytku, a z drugiej strony – cierpienia rzesz wegetujących w nędzy, grozy mordowanych (nie tylko) w getcie, desperacji i dumy kobiet-włókniarek, uczestniczek marszu głodowego latem 1981 roku, gdy ulicą Piotrkowską, z ówczesnej siedziby „Solidarności” (przy numerze 260) na Plac Wolności przeszło blisko 50 tys. ludzi. Miasto mężczyzn (bez) pracy, a może bardziej jeszcze: miasto kobiet (bez) pracy.

Nic też dziwnego, że właśnie Łodzi Broniewski poświęcił jeden ze swych najpiękniejszych, przepełnionych pasją wierszy:  Ciąży sercu troska i pieśń, / troskę w sercu ukryj i nieś, / pieśń jak kamień podnieś i rzuć. / W dymach czarnych budzi się Łódź. /…/ Z ognia i ze krwi robi się złoto, / w kasach pękatych skaczą papiery, / warczą warsztaty prędką robotą, / tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery, / im – tylko radość z naszej niedoli, / nam – na ulicach końskie kopyta – / chmura gradowa ciągnie powoli, / stanie w piorunach Rzeczpospolita. / Ciąży sercu wola i moc, / rozpal iskrę, ciśnij ją w noc, / powiew gniewny wciągnij do płuc / jutro inna zbudzi się Łódź.

Ale dzisiejsza Łódź jest inna. Pieśń rzucać tu jak kamień? Kamieniem ciska wyrostek w pociąg dojeżdżający na dworzec Łódź Fabryczna. Ale nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy jego gniew i wielkość umarły? Czy tylko czekają swego czasu? Czy krzyk miasta wsiąkł w mury, czy zagłusza go dana stosunkowo nielicznym sytość Manufaktury? Czy w nazwach ulic tego miasta, w aktywności jego mieszkańców, młodych ludzi, czy w krzątaninie codziennej, czy w licznych łódzkich sklepikach, czy w malutkich targowiskach, czy w strasznym niektórym egalitaryzmie ulic, na czele z Piotrkowską, nie kryje się prawdziwe życie, któremu, owszem, podcięto skrzydła, ale nie wyrwano go przecież z korzeniami.

Ulice Miłe miasta Łódź. Miłe sercom ulice Łodzi. Prawdziwe życie jest tu obecne.

Cała nadzieja w Islandii

Co łączy protestujących w Anglii, Hiszpanii, Francji, Izraelu czy USA? Bezsilność. Całe szczęście, że w obliczu światowego kryzysu nie wszystkie demokracje okazały się bezradne.

Trwająca od połowy maja „szopka” Ruchu Oburzonych przejadła się już hiszpańskim elitom politycznym. Gdy na początku zeszłego tygodnia młodzi próbowali ponownie dostać się na Puerta del Sol, MSW oraz władze Madrytu odgrodziły popularny plac szczelnym kordonem policyjnym. Gdy kilka dni później zdecydowali się na protest pod madrycką siedzibą MSW, uzbrojone policyjne oddziały zaatakowały demonstrujących. Jedyną reakcją na protesty, do jakiej był zdolny rząd premiera Zapatero, okazały się pałki policyjne.

Obywatele są z Ziemi, a politycy z Marsa

Inicjatywę Oburzonych oprotestowała niemal cała hiszpańska elita polityczna. Przedstawiciele burmistrza Madrytu ostro skrytykowali protesty, podkreślając, że w ich efekcie właściciele sklepów i restauracji stracili 60 mln euro. Manifestujących zrugali lider socjalistów Alfredo Perez Rubalcaba i cała prawicowa opozycja. Tymczasem rząd ponownie nabrał wody w usta.

Taka postawa elit nie dziwi. W końcu Oburzeni nie protestują przeciwko złym przepisom drogowym, zbyt małym ulgom podatkowym czy niedofinansowaniu lokalnego szpitala. Nie postulują fragmentarycznej zmiany rzeczywistości. Protestują, bo nie podoba się im to, jak się im żyje. Tylko tyle – i aż tyle. Ich ruch odżegnuje się od prostych kalek podziałów politycznych. Jest oddolny i jawnie alter- czy nawet antysystemowy. I właśnie dlatego uwiera, jak kamyk w bucie, całą scenę polityczną.

Racjonalnych, wydawałoby się, haseł, które na transparentach wypisują dziś buntujący się Francuzi, Hiszpanie, Amerykanie czy Brytyjczycy, nikt z establishmentu nie potraktował poważnie. W Hiszpanii nie zreformowano ordynacji wyborczej, w Wielkiej Brytanii podniesiono czesne w szkołach wyższych, wbrew przytłaczającej woli Amerykanów nie podniesiono podatków najbogatszym, a Francuzom nie udało się obronić dotychczasowego wieku emerytalnego.

Wszystkie te postulaty, mimo że cechowały się wielkim poparciem społecznym, nie zostały wprowadzone przez polityków. – „Nie reprezentujecie nas!” – słusznie więc powtarzają rozjuszeni młodzi.

Dziwny kryzys

Kryzys kompetencji ogarnął nie tylko polityków, ale i część elit intelektualnych. Te utraciły ostrość widzenia tak dalece, że głosicielem postulatów młodego pokolenia został przeszło 90-letni Stephane Hessel. Jak pisze w swoim eseju „Czas Oburzenia”: Ośmielają się nam mówić, że państwo nie może już podołać kosztom tych oczekiwań obywatelskich. Jakże może zabraknąć pieniędzy na trwałe utrzymanie zdobyczy socjalnych dzisiaj, kiedy produkcja bogactw tak znacznie wzrosła od czasu Wyzwolenia, od czasu, kiedy Europa była zrujnowana?

Społeczeństwa globalnej północy domagają się obciążenia kosztami kryzysu gospodarczego tych, którzy są za niego odpowiedzialni – sektora finansowego. Jednak w tej i w pozostałych sprawach już dawno straciły moc sprawczą. Dzisiejsze państwa demokratyczne karleją, stopniowo i niezauważalnie tracąc wpływy na rzecz kapitału transnarodowego.

Gdzieś obok tego wszystkiego, zasępieni politolodzy przebąkują o kryzysie demokracji. Co lepiej zorientowani ekonomiści dodają coś o kryzysie gospodarek kognitywnych. Poczciwi dziennikarze martwią się zdrowiem mieszkających w namiotach „zakręconych manifestantów”. Wszyscy są zaniepokojeni. Tylko nic z tego nie wynika.

Ile owiec w kredycie

Z postkryzysowego scenariusza niemocy wyłamała się tylko Islandia. Ten zamieszkały przez 300 tys. obywateli kraj był przed globalnym krachem jedną ze spekulacyjnych skarbonek finansowych. Islandia, która na kilka lat przed kryzysem sprywatyzowała sektor finansowy i znacząco zmniejszyła kontrolę krajowego nadzoru finansowego (FME), była wskazywana jako wzorowe miejsce do inwestycji.

Gospodarka, której podstawą dotąd było rybołówstwo, nagle stała się bankowym eldorado. Szacuje się, że w przedkryzysowym okresie na wyspie poza Islandczykami i 1,2 mln owiec znajdowało się co najmniej 600 tysięcy kont zagranicznych.

Gdy we wrześniu 2008 r. nastąpił krach gospodarczy, okazało się, że trzy największe sprywatyzowane banki islandzkie – Islandsbanki, Landsbanki i Kaupthing Bank – są zadłużone za granicą na ponad 40 mld euro. Dodajmy, że w rekordowym 2007 r. PKB Islandii wyniósł 8 mld euro.

Wskutek kryzysu kapitalizacja tamtejszej giełdy spadła o 90%. Łączne zadłużenie sektora prywatnego i publicznego ponad sześciokrotnie przekroczyło PKB wyspy. Inflacja skoczyła do ponad 14%, a islandzka korona straciła 35% wartości. Stopa bezrobocia wzrosła z 2% do 9%.

Mały kraj, wielka odwaga

Jednak reakcja islandzkich elit politycznych na kryzys finansowy okazała się nieortodoksyjna. Decydenci nie oglądali się na neoliberalne dogmaty i natychmiast uszczelnili i objęli ścisłym nadzorem cały sektor bankowy. Jeszcze w 2008 r. rząd dokonał renacjonalizacji Islandsbanki i Kaupthing Bank, a nadzór finansowy przejął kontrolę nad Landsbanki.

Niedługo potem Islandczycy zaczęli domagać się usunięcia całego rządu. Od października 2008 do stycznia 2009 r. w Reykjavíku miały miejsce spontaniczne protesty, które z czasem przerodziły się w zamieszki. 21 stycznia limuzyna ociągającego się z ustąpieniem ze stanowiska premiera Geira Haarde został zaatakowana przez rozwścieczonych obywateli. Następnego dnia islandzka policja po raz pierwszy od 1949 r. w walkach z manifestantami użyła gazu łzawiącego. Wysiłek protestujących nie poszedł jednak na marne. Pod koniec miesiąca Haarde podał się do dymisji.

Islandia jako jedyny kraj na świecie wyciągnęła konsekwencje od współodpowiedzialnych za kryzys. Za sytuację gospodarczą zapłacił nie tylko Haarde, ale również wszyscy decydenci islandzkiego nadzoru finansowego. Podczas gdy w USA do dziś waszyngtońskie tuzy ekonomiczne zachowały stanowiska, cała dyrekcja islandzkiego nadzoru zwolniła się z pracy.

Gabinet nowej premier Johanny Sigurðardottir powołał komisję śledczą, która oskarżyła Haarde oraz trzech jego ministrów o niedopełnienie obowiązków urzędnika państwowego. W wyniku głosowania w parlamencie, sprawa byłego premiera trafiła do sądu.

Grube ryby za kratami

Na tym nie poprzestano. W 2009 r. islandzki establishment postanowił przeprowadzić wyczerpujące śledztwo, mające „zbadać potencjalne działania o charakterze kryminalnym, które miały miejsce w okresie przed krachem bankowym”. W tym celu przy prokuraturze generalnej powołano specjalny międzynarodowy zespół specjalistów ds. przestępczości bankowej. Na jego czele stanęła Eva Joly, francuska sędzina śledcza, która w przeszłości wsławiła się m.in. wykryciem afery korupcyjnej koncernu paliwowego Elf czy korupcji wśród pracowników banku Credit Lyonnais.

Śledztwo ma potrwać 2-3 lata, ale już przyniosło pierwsze rezultaty. Islandia, jako jedyny kraj, po kryzysie doprowadziła przed sądy szereg pracowników swojego sektora bankowego. Do tej pory aresztowano m.in. zarząd brytyjskiej spółki inwestycyjnej Rotch Group czy byłego prezesa banku Kaupthing. Prace zespołu Joly na tyle zaniepokoiły część islandzkiej elity, że szereg wpływowych przedsiębiorców zdecydowało się opuścić kraj – tak zrobili m.in. właściciele sieci sprzedaży detalicznej Baugur Group.

Jak by tego było mało, maleńka Islandia oparła się presji zagranicznych wierzycieli. Gdy w 2009 r. Wielka Brytania oraz Holandia domagały się zwrotu ok. 4 mld euro długu internetowego banku Incsave, Islandczycy powiedzieli „dość”. Zgoda rządu na warunki obu krajów oznaczałaby, że dług powstały w wyniku spekulacji pracowników jednego tylko islandzkiego banku, obciążyłby każdego obywatela wyspy na sumę ok. 12 tys. euro. Tak więc najpierw w 2010, a potem w 2011 r. prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson zawetował umowę dotyczącą spłaty należności i rozpisał w tej sprawie referenda. Nie trzeba chyba mówić, z jakim skutkiem.

Islandia chcąc nie chcąc stała się przykładem demokracji zdolnej odpowiedzieć na wyzwania zglobalizowanego świata. Nie obarczyła obywateli długami zaciągniętymi przez bankierów. Jako jedyna zastosowała procedury dalekiej interwencji państwowej w sektorze bankowym, sformułowała akty oskarżenia przeciwko tuzom finansjery. Jako jedyna potrafiła trafnie osądzić własne elity polityczne i wysłuchać postulatów protestujących ludzi.

Jak widać, da się. Spekulanci, drżyjcie. Oburzeni, oburzajcie się!

Media publiczne do lamusa?

Media publiczne do lamusa?

Kondycja TVP jest nieustannie przedmiotem dyskusji i krytyki zarówno ze strony zwolenników prywatyzacji, jak i ludzi chcących zachować publiczny charakter nadawcy. O problemach telewizji publicznej rozmawiamy z Barbarą Bubulą, członkinią Rady Programowej TVP.

Jeśli porównać ofertę programu TVP 1 i TVP 2 z tym, co proponuje TVP Kultura czy nawet TVP Polonia, widać rażącą różnicę między programami misyjnymi a zdecydowanie komercyjnymi, rozrywkowymi. Dlaczego Pani zdaniem dopuszczono do tego?

Barbara Bubula: Każda dobra telewizja publiczna, choćby podawana wszędzie za wzór BBC, nie stroni od oferowania widzom także programów rozrywkowych czy sportowych. Ten wzorzec, w którym rzetelna informacja łączy się z edukacją i dobrą zabawą uważam za słuszny. Nie sądzę, żeby właściwe było ograniczanie mediów publicznych do niszowej tematyki z zakresu elitarnej kultury i mało popularnego, nudnego poradnictwa. Narodowa telewizja w swych głównych kanałach musi odpowiadać wzorcom kultury masowej, taka jest jej specyfika, ze względu na wielomilionową „średnią” widownię.

Dramat TVP, ale także Polskiego Radia polega jednak na tym, iż po roku 1989 politycy uznali, że problem finansowania działalności mediów publicznych sam się jakoś rozwiąże i nie zapewnili im stabilnego źródła dochodów z abonamentu wnoszonego przez widzów. W ten sposób zmusili media publiczne do zabójczego wyścigu z Polsatem i TVN o wpływy z reklam. Brakło więc tego zabezpieczenia, które umożliwia mediom publicznym w Niemczech, Austrii, Francji czy wspomnianej Wielkiej Brytanii zabieganie o widzów bez obniżania poziomu oferowanych usług, bez odwoływania się do najprymitywniejszych metod zdobywania popularności.

Władze telewizji państwowych w większości krajów zachodnich mogą sobie pozwolić na luksus produkcji i emisji doskonałych filmów dokumentalnych, animacji dla dzieci, koncertów muzyki poważnej czy dyskusji o literaturze, gdyż nie powoduje to zagrożenia bankructwem. A tak jest niestety w Polsce. Dość powiedzieć, że publiczne nakłady na media w naszym kraju stanowią obecnie około 0,1 promila PKB, przy około 3,5 promila PKB w Niemczech. W liczbach bezwzględnych jest to 100 milionów euro łożone przez Polaków na TVP w porównaniu do 7 miliardów euro łożonych przez obywateli niemieckich na ich telewizję publiczną. To jest miara zagrożenia naszej suwerenności kulturalnej. I to jest odpowiedź, na pytanie – dlaczego.

Polskie media publiczne podzieliły los polskich stoczni, hut i zakładów włókienniczych. Połączone siły głupoty prywatyzacyjnej i celowego osłabiania tego, co państwowe, zrobiły swoje. Zabrakło elit działających ze wsparciem świadomego społeczeństwa, które razem obroniłyby dobro wspólne. Nawet dziś obrońcy suwerenności polskich mediów ciągle są w mniejszości.

Czy można jeszcze dziś mówić o faktycznie misyjnym charakterze powszechnie dostępnych kanałów TVP?

B.B.: W związku z wadliwym systemem finansowania i wypieraniem dobrej telewizji przez złą wskutek wyścigu komercyjnego, ambitniejsza oferta TVP jest już w zaniku. Polska produkcja filmów animowanych, z której słyniemy w świecie, za którą zdobywamy nagrody z Oscarem włącznie, praktycznie zamarła z powodu braku środków. Polskie dzieci zaprzyjaźniają się z Bobem Budowniczym i Strażakiem Samem oraz Scooby Doo, nie mając własnych, rodzimych bohaterów. My jako dzieci uwielbialiśmy wprawdzie Misia Yogi, ale w naszym świecie byli także Bolek i Lolek oraz Miś Uszatek. W rezultacie dziś powstaje wyrwa w kulturze popularnej i budowaniu wspólnoty, co nawet w tak błahej sprawie jak kreskówki jest bardzo istotne.

Nie jest realizowana ustawa o radiofonii i telewizji, która nakazuje telewizji popularyzowanie wiedzy o języku polskim – w ramówce brak jakiegokolwiek programu z tej dziedziny. Podobnie ma się rzecz z wieloma zagadnieniami społecznymi, podnoszeniem wiedzy przeciętnych Polaków z dziedziny historii własnego kraju, ekologii, prawa, ekonomii. Wszystkie te zagadnienia mogą być realizowane poprzez atrakcyjną formę telewizyjną, w sposób przyciągający widzów. Takie programy powstają, lecz są nieliczne. Są dobre przykłady popularyzowania wiedzy wśród dzieci, realizowane we współpracy z Centrum Nauki „Kopernik” czy ciekawe filmy dokumentalne albo organizowane dwa razy w roku narodowe testy z historii. Jednak obecność tych rodzynków w ramówce jest znikoma.

Ale najistotniejsze jest to, że w ostatnich dwudziestu latach przez niewłaściwą politykę ekonomiczno-programową miliony widzów w Polsce zostały odzwyczajone od wartościowej oferty, więc powstało w ten sposób błędne koło. Nie ma zapotrzebowania na ambitniejsze filmy dokumentalne, bo nie ma widzów, którzy by je oglądali, a nie ma ich dlatego, że wyrosły całe pokolenia tych, którzy nigdy nic poza „X Factor”, „Idolem” czy „M jak Miłość” nie mieli w porze największej oglądalności. W ten sposób nie wytwarza się to „coś”, co jako jedyne i niepowtarzalne może powstać jedynie w telewizji publicznej.

Jednym z żelaznych punktów programów Telewizji Publicznej, choć już nie tylko, są filmy i seriale, mniej lub bardziej ambitne, pochodzące jeszcze z czasów Polski Ludowej. Odnieść można wrażenie, że poza nielicznymi wyjątkami, kolejne pokolenie widzów karmione jest obrazami często znakomitymi (np. ekranizacja „Lalki”), ale niejako zamykającymi nas w muzeum kinematografii. Czy za to, że w ciągu dwudziestu lat III RP nie powstała właśnie nowa ekranizacja „Lalki” nie odpowiada także TVP?

B.B.: Mówiłam o „wyrwie” pokoleniowej w produkcji filmów animowanych dla dzieci. Podobnie jest z ekranizacją klasyki i zapełnieniem tych białych plam w historii i literaturze, które pozostawił po sobie PRL. Tak jest rzeczywiście, choć pojawiło się kilka wyjątków. W ostatnich latach powstały seriale, które w popularny sposób poruszały nieobecną w archiwach telewizji tematykę historyczną – „Czas honoru” czy „Rok 1920 – wojna i miłość”. Już dawno powinny powstać ekranizacje np. wielkich powieści Józefa Mackiewicza, takich jak „Droga donikąd” i „Nie trzeba głośno mówić”.

Mamy wielką tradycję prozy realistycznej, choćby Prusa czy Reymonta, która powinna być na nowo odczytywana w każdym pokoleniu. Zwłaszcza w pokoleniu na własnej skórze odbierającym lekcję dzikiego kapitalizmu, o którym tak wiele mówili polscy pisarze już w XIX wieku. Niesłusznie odeszły w zapomnienie lub zostały spłycone diagnozy Żeromskiego. Zniknęła z telewizji poezja, a to „w tym jesteśmy dobrzy”, o czym świadczą dwie Nagrody Nobla za życia naszego pokolenia. Tak, wielka jest lista win i zaniechań.

Oczywiście brak dobrego finansowania to jedno, lecz zabrakło też mądrych decyzji władz telewizji w latach tłustszych, do 2006 r., gdy jeszcze z abonamentu wpływało ponad 800 milionów zł. Zaważył ogólny klimat polskich elit kulturalnych, w których tradycja patriotyczna i narodowa, w tym nasza wielka literatura służy raczej jako materiał do wyszydzania, niż cenne dziedzictwo. Niestety świadomi tej sytuacji zatroskani obywatele nie umieli wytworzyć mechanizmu wywierania skutecznej presji na decydentów.

Wyobraźmy sobie, jaką siłę rażenia miałby społeczny ruch miliona widzów domagających się filmu fabularnego o bitwie pod Monte Cassino czy nowej ekranizacji „Faraona”. Ostatnio na Facebooku ktoś zrobił ankietę o tym, na jakie ważne tematy polskich filmów ciągle nie ma. Lista była długa. Może rozwój tego typu oddolnych inicjatyw doprowadzi do zmiany.

Jednym z nieustannie powracających problemów telewizji publicznej jest kwestia abonamentu, w tym jego ściągalności. Czy uważa Pani, że jest to bardziej problem samego społeczeństwa, dość niechętnego płaceniu tego „haraczu”, czy może władze telewizji nie potrafiły zaproponować i wprowadzić efektywnych rozwiązań w tej materii?

B.B.: Często powtarzam, że najwyraźniej wielu ludziom decydującym w TVP głód jeszcze nie zajrzał w oczy. Gdyby rzeczywiście ludzie mediów publicznych mieli świadomość swej społecznej roli i dobrą wolę, potrafiliby tak ukształtować opinię publiczną, by obywatele walczyli o dobry poziom finansowania telewizji i nie pozwolili politykom na złą egzekucję prawa w zakresie abonamentu. Tego porozumienia z odpowiedzialnymi widzami ponad głowami polityków nie było i nie ma. Widać, że jednak łatwy pieniądz z komercji daje dobry zarobek wielu ludziom i najwyraźniej jest wygodny dla wielu środowisk. Stąd ten kontredans z wymienianymi układami politycznymi, który trwa od dwudziestu lat.

W krajach o względnie normalnej demokracji, to właśnie elity polityczne dbają, by cele wspólnotowe mediów publicznych były realizowane. To ma stabilizować społeczeństwo i tworzyć siłę danego państwa. U nas sytuacja jest nienormalna. To nieliczne grupy zdeterminowanych obywateli, nie mających do tego narzędzi prawnych, apelują o misyjność mediów i ich rzeczywisty pluralizm, przy bierności, a nawet wrogości rządu wobec dobrego finansowania narodowych mediów. Przy takim wywróceniu wszystkiego na opak, nic dziwnego, że antypaństwowo wychowywani przez własną władzę państwową przeciętni wyborcy nie chcą płacić „haraczu”. Nie wiedzą, że w ten sposób pozwalają się wywłaszczać z własnej ojcowizny, jaką są dobre media. Jest bowiem głęboki sens w abonamencie RTV, gdyż to nie jest podatek, lecz bezpośrednia wpłata obywateli na ich własne radio i telewizję, bez pośrednictwa polityków! W ten sposób, przy dobrym systemie, to widz czuje się współwłaścicielem tej telewizji i to przed nim rozlicza się jej prezes, nie przed partiami politycznymi czy przed premierem.

Mam ogromny żal do wszystkich bez wyjątku prezesów TVP, że nigdy nie odwołali się do tej bezpośredniej więzi z widzami. Jednak największa wina spoczywa na rządzie, który ma dbać o sprawiedliwą egzekucję prawa. U nas od lat media publiczne utrzymuje mniejszość odpowiedzialnego społeczeństwa. I to taka, która w ofercie programowej tych mediów jest w rażący sposób dyskryminowana! Taki system musi doprowadzić do katastrofy.

Telewizja publiczna, muszę tak to określić, „psuje się” od wielu lat. Nie ma już prawie Teatru Telewizji, nie ma telewizji edukacyjnej, ambitnych teleturniejów, które mogły mieć walor misyjny, edukacyjny. To tylko wspomniany „błąd systemowy” czy ponadnarodowa sytuacja naturalna, związana ze zmianami na rynku medialnym, wrażliwością odbiorcy?

B.B.: Teatr Telewizji na szczęście ciągle istnieje, choć daje tylko kilka premier w roku. Ale to nie zmienia ogólnego wrażenia kryzysu. Rzeczywiście, w wielu krajach media publiczne przeżywają kryzys. Burzliwy rozwój nowych mediów i ekspansja setek kanałów rozrywkowej telewizji stanowią nie lada wyzwanie. Zwiększa się podział na odbiorców płatnych mediów, którzy są „dobrze poinformowani” i na masy „źle poinformowane”, które korzystają z bezpłatnych mediów. Wzrasta rola potężnych prywatnych koncernów telekomunikacyjno-medialnych, które łączą posiadanie częstotliwości i sieci światłowodowych z produkcją telewizyjną. Ten proces rozwarstwienia i wykluczenia oraz ponadnarodowej siły korporacji powinien zapalać alarmową lampkę w głowach rządzących. Bo jednak przy mądrej polityce i rozsądnym finansowaniu udaje się obronić prestiż wartościowej wspólnej telewizji, dostępnej bezpłatnie i jednoczącej obywateli. Zawsze jest zainteresowanie, na poziomie około 10-20% populacji, dla spraw ważniejszych niż bezwartościowa rozrywkowa sieczka.

Odpowiedzialne elity inwestują w ten sektor przemysłu audiowizualnego, wiedząc, że to tak samo ważne, jak bezpieczeństwo energetyczne czy system publicznej ochrony zdrowia. Dobry film przyrodniczy lub biograficzny albo ciekawa debata o polityce zagranicznej to wizytówka danego kraju i świetny towar eksportowy, nie mówiąc o spełnianiu ważnej roli kształtowania opinii publicznej i podnoszenia ogólnego poziomu wiedzy. Dobry spektakl Teatru Telewizji ogląda milion osób. Nie ma żadnej możliwości, by tylu widzów zgromadziły wszystkie sale teatralne w całym kraju.

Złym modom można i trzeba się przeciwstawiać, ale niestety w Polsce społeczny nacisk na to, by telewizja była lepsza jest ciągle zbyt słaby. Nie mamy – w przeciwieństwie do krajów skandynawskich czy Wielkiej Brytanii – masowych organizacji społecznych broniących praw widzów. Tam do stowarzyszeń tego typu należy po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a ich głos musi być respektowany. W naszym kraju nakładają się więc aż trzy niekorzystne czynniki: naturalny spadek jakości oferowanych programów dla wszystkich, obserwowany na całym świecie, systemowy błąd zawiniony przez rządzący establishment oraz apatia społeczna w walce o dobro wspólne.

Czy nadzór polityczny nad Telewizją Publiczną, wybory Rady Programowej, wnoszą obecnie jakąkolwiek rzeczywistą, pozytywną wartość w funkcjonowanie tej instytucji?

B.B: Niestety, nie. Mamy nawet regres, gdyż obecnie pod pozorem „odpolitycznienia” doszło do niezwykle niebezpiecznego uzależnienia mediów publicznych od rządzącej partii – Platformy Obywatelskiej. TVP używana jest do walki przeciwko elektoratowi konserwatywnemu, co z miejsca wyklucza około jednej trzeciej aktywnej publicznie populacji z poczucia wspólnoty w obronie telewizji publicznej. To samobójcza polityka, gdyż to właśnie w dużej mierze dzięki temu elektoratowi istniało społeczne poparcie dla istnienia mediów publicznych.

Jeśli ktoś nie pójdzie po rozum do głowy i nie powróci do rzeczywistego pluralizmu, uwzględniającego całe spektrum poglądów Polaków, media publiczne zostaną trwale zmarginalizowane, gdyż utracą spory odsetek widzów. Wzrastać będzie poparcie dla poglądu, że TVP kłamie i wielu przejdzie do drugiego obiegu informacji. Mam nadzieję, że po wyborach dojdzie do decyzji, które pozwolą na zmianę tej niebezpiecznej sytuacji. Zresztą 15-osobowa Rada Programowa TVP, której członkiem jestem od kilku miesięcy, mimo że w większości złożona z ludzi zgłoszonych przez PO, także dziś jest ostentacyjnie marginalizowana przez obecne władze telewizji, pochodzące z tego samego nadania politycznego. Omal nie doprowadziło to w lipcu do buntu członków rady i zbiorowej dymisji. Decyzje zapadają gdzie indziej. A miało być inaczej. Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Jan Dworak, obiecywał w grudniu ubiegłego roku, że głos Rady Programowej będzie respektowany jak nigdy dotąd. Tak się nie stało.

W oczekiwaniu na jakieś duże zmiany systemowe widzę sens działań doraźnych, bo kropla drąży skałę. Ciekawym instrumentem oddolnej kontroli telewizji publicznej jest w wielu krajach obowiązek publikowania co miesiąc w Internecie raportu z rozpatrzenia wszystkich skarg i wniosków widzów. Szansą dla rad programowych jest ich uspołecznienie, tj. nawiązanie bieżącego kontaktu z widzami, występowanie w ich imieniu i rozliczanie się przed nimi. Tak staramy się robić jak na razie w trójkę z dwiema innymi paniami z Rady – Bożeną Walewską i posłanką Anną Sobecką. Namawiamy pozostałych członków Rady do podobnej aktywności. Na mój wniosek, wiosną po raz pierwszy w historii KRRiT uzależniła swą akceptację zamierzeń TVP na rok 2012 od przedłożenia opinii Rady Programowej. Uchwała w tej sprawie jest udostępniona na stronie internetowej TVP SA w zakładce Rady. Dzięki takiemu wspólnemu naciskowi widzów i Rady Programowej Teatr Telewizji wróci niebawem do wcześniejszej pory emisji, a filmy dokumentalne zaczęły się pojawiać o normalnych porach.

Dostrzega Pani jakiekolwiek szanse na „nową jakość” w Telewizji Publicznej? Czy mamy raczej do czynienia z instytucją sukcesywnie ograniczającą swoją misyjność do pewnej niszy? A może „misyjność” to już staroświecka mrzonka?

B.B.: Dopóki nie obudzi się śpiący olbrzym, czyli świadomy swych praw obywatel – aktywny odbiorca mediów, dopóty tej nowej jakości nie będzie. Nadzieję niesie rosnąca interaktywność mediów w ogóle, która wymusza respektowanie zbiorowych potrzeb widzów, również tych ambitniejszych. Na szczęście wzrasta też u wielu ludzi świadomość roli mediów i poziom wiedzy na temat mechanizmów komunikacji społecznej. Wzrostowi manipulacji towarzyszy rozwój różnych form oporu i obrony wolności słowa. Ciągle też istnieje spora grupa twórców telewizyjnych, powiedzmy, średniego szczebla, którzy boleją nad upadkiem jakości programu i mają pomysły, jak to zmienić. Jeżeli zjednoczyliby siły ze swymi naturalnymi sojusznikami po stronie widzów i wymusili na partiach politycznych zawarcie ugody co do przyszłości TVP, uda się ocalić dobrą markę narodowego nadawcy. Czasu na taki program ratunkowy jest jednak coraz mniej. Instytucja słabnie, traci wiarygodność. Co tu dużo mówić, po jakości telewizji publicznej poznaje się siłę danego społeczeństwa i państwa, a odnowy moralnej polityki nie sposób oddzielić od odnowy mediów.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 17 sierpnia 2011 r.

To nie „socjal” tworzy biedę

Choć statystyki pokazują zwykle fragment rzeczywistości, to ostatni raport GUS na temat ubóstwa w 2010 r. ukazał fragment bardzo istotny. Taki, którego nie widać na co dzień w mediach i o którym, jeśli tylko nas nie dotyczy, chętnie byśmy zapomnieli.

Przychodzi komentator do biednego

Za przytoczonymi liczbami kryją się głębokie dramaty, niewyrażalne statystycznie. Jednak również same liczby są wymowne. Do tego stopnia, że zwróciły na nie uwagę nawet liberalne media. Nie chodzi jednak tylko o to, aby przestano wypierać ze świadomości fakt głębokiej nędzy wokół nas. Ważne jest również, żebyśmy właściwie osadzili problem w kontekście polityki ekonomicznej i społecznej. A to mainstreamowe media robią często niewłaściwie. Dobrym przykładem jest komentarz Bartosza Marczuka pt. „To socjal jest przyczyną nędzy”, który po opublikowaniu raportu GUS zamieszczono w „Dzienniku Gazeta Prawna”.

Po lekturze tekstu Marczuka można odnieść wrażenie, że autor głęboko wczytał się w częste ostatnio komentarze na temat modelu norweskiego. Do tego stopnia, iż chyba wyobraził sobie, że my też jesteśmy „drugą Norwegią”, która rzeczywiście gwarantuje obywatelom hojny „socjal”, pozwalający im na względnie godne życie, nawet gdy znajdą się poza rynkiem pracy. Tyle, że nijak się to ma do Polski zarówno ze względu na nasz ogólny stan bogactwa (czyli to, co możemy dzielić), jak i realizowany od lat model redystrybucji (czyli to, jak dzielimy). Ten podział gwarantuje ubogim niewiele – co pokazał raport GUS.

Marczuk stawia tezę, że zbyt hojny i powszechny „socjal” odpowiada za to, iż część Polaków nie próbuje podjąć pracy i tym samym tkwi w stanie ubóstwa, przekazując je kolejnym pokoleniom. Choć dla każdego, kto wie, jaka jest wysokość świadczeń oraz jak restrykcyjne są kryteria ich przydziału, taka teza jest i śmieszna i irytująca, warto jednak się z nią zmierzyć. Jest to bowiem – zdaje się – pogląd dominujący w debacie publicznej o problemie ubóstwa i wykluczenia.

Ubodzy na zasiłku, ubodzy w pracy

Zacznijmy od – płynących z raportu – faktów. Choć ubóstwo istotnie jest szczególnie wysokie w rodzinach, które żyją głównie ze świadczeń, to jednak występuje nie tylko w nich. Znajdziemy je także wśród rodzin osób pracujących, zwłaszcza tam, gdzie główny dochód pochodzi z pracy najemnej na stanowisku robotniczym. Stopa ubóstwa ustawowego wyniosła tu aż 11%, zaś skrajnego ok. 8%. Warto dodać, że dane porównawcze Eurostatu wskazują, iż w Polsce pracujący biedni stanowią relatywnie dużą część ogółu pracujących. Oczywiście są to liczby znacznie mniejsze niż w przypadku rodzin, które żyją głównie z demonizowanego „socjalu’’, a więc ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (w tej kategorii stopa ubóstwa ustawowego wyniosła 36%, a skrajnego 30%). Pokazują jednak wystarczająco, że samo przejście z „socjalu” do aktywności zawodowej nie gwarantuje przezwyciężenia ubóstwa. Zresztą nie trzeba wczytywać się w raporty GUS, żeby to wiedzieć. Wystarczy sobie wyobrazić np. trzyosobową rodzinę robotnika pracującego za minimalną pensję. Dochód na głowę w takim gospodarstwie jest bardzo niski. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w rodzinach wielodzietnych.

Pamiętajmy przy tym, że jeśli osoby, które obecnie żyją ze świadczeń pomocy społecznej, znajdą zatrudnienie, to z reguły mogą liczyć na kiepskie stanowiska, a więc na pracę niskopłatną, co wciąż nie pozwoli im wyjść z ubóstwa. Powiększą oni po prostu odsetek pracujących biednych (working poor).

Brak chętnych czy brak miejsc?

Liberalny oponent powie, że to i tak lepsze. Po pierwsze dlatego, że jednostka dzięki temu staje się produktywna, więc dokłada się do łącznej puli bogactwa, którą można następnie dzielić. Po drugie, bo oducza się ona bezradności i z czasem może znaleźć pracę gdzie indziej. To rozumowanie jednostkowo się sprawdza, ale traktowane jako panaceum zawodzi, gdyż omija kluczowy problem – brak pracy.

Marczuk zgodnie z dość powszechnym mniemaniem milcząco zakłada, że pracodawcy czekają z otwartymi ramionami na potencjalnych pracowników, lecz ci zamiast brać się do roboty, pławią się w lenistwie lub cwaniacko doją nieracjonalne w swej hojności państwo socjalne. Pogląd taki można wyczytać nie tylko z tego komentarza. Nie zauważa się natomiast, że jest wiele osób, które chcą pracować legalnie, ale nie mogą pracy znaleźć. Pokazują to wysokie wskaźniki bezrobocia. Oczywiście znam argument, że część z nich pracuje na czarno. Bywa to prawdą, ale też należy pamiętać, że owa praca na czarno ma często dorywczy charakter, również jest słabo płatna, nie daje zabezpieczenia i w każdej chwili może ulec przerwaniu – nie jest więc sposobem na przezwyciężenie ubóstwa i marginalizacji.

Niezależnie od tego, jest sporo osób, które zgłaszają się do urzędów pracy chcąc pracować, ale brakuje odpowiednich ofert. Obecnie jest ich jeszcze mniej niż wcześniej. Ten sam „Dziennik Gazeta Prawna”, który zamieścił komentarz Marczuka, informował ostatnio, że w bieżącym roku w urzędach pracy jest najmniej ofert od ośmiu lat! Wynika to nie tylko z recesji, ale także z drastycznego obcięcia przez rząd wydatków na Fundusz Pracy. W efekcie zabrakło środków na subsydiowane miejsca pracy, a także na szkolenia dla bezrobotnych.

Czy za to też obarczymy winą socjal lub tych, którzy z niego korzystają? Nie, to skutek określonych decyzji politycznych, choć te oczywiście nie były zawieszone w próżni, ale wynikły z uwarunkowań ekonomicznych.

Na kłopoty migracja?

Jeśli nie ma pracy na lokalnym rynku, red. Marczuk widzi proste wyjście: osoba bezrobotna może wyjechać do większego miasta lub za granicę. Niemcy szukają budowlańców. Jego zdaniem, wykluczeni wolą jednak czerpać z korzystnego dla nich „socjalu” niż ruszyć się z miejsca.

Moim zdaniem problem jest inny. Liberalni komentatorzy dość bezrefleksyjnie podchodzą do kwestii mobilności, także tej wewnątrzkrajowej. Nie uwzględniają dodatkowych ekonomicznych kosztów transportu i zamieszkania w większym mieście, a także społecznych i rodzinnych konsekwencji takich decyzji. Migracje zresztą prowadzić mogą do tego, że będzie więcej pracujących w centrach (także lokalnych) rozwoju, a na obrzeżach zostaną osoby starsze, dzieci i młodzież, zostawieni bez opieki, zwłaszcza, że na peryferiach infrastruktura opiekuńcza i kulturalna jest znacznie skromniejsza.

Jeszcze większe koszty dotyczą migracji zagranicznej. „Euro-sieroctwo” staje się problemem, którego skutki już niedługo dadzą się nam we znaki. Ponadto wiadomo, że – zwłaszcza w dobie globalnej dekoniunktury – za granicą nie na wszystkich czeka praca. Dla pracowników bez kwalifikacji i kompetencji miękkich (np. znajomości języka) niemiecki rynek wcale nie jest aż tak chłonny.

Łatwość, z jaką dziennikarze mainstreamowi podsuwają innym ścieżki migracyjne, zdradza też inną słabość myślenia liberalnego. Człowiek w tej wizji to „homo economicus”, który dokonuje kalkulacji zysków i strat tylko w ramach ekonomicznej racjonalności. Bagatelizuje się tu – na co słusznie zwracali uwagę komunitarianie – takie czynniki, jak zakorzenienie w danej społeczności i systemie norm oraz więzi.

Redaktor Marczuk w pewnym momencie pisze o rodzinnych, psychologicznych i społecznych skutkach… polskiego „socjalu”. Robi to tak: dzieci uczą się roszczeniowej postawy, nabierają przekonania, że można nie pracować, a jakoś się żyje. Szkoda, że owo „jakoś” nie zostało napisane w cudzysłowie. Wiadomo wszak, że tam, gdzie jest ubóstwo, zwłaszcza skrajne, często – przynajmniej w wymiarze materialnym – nie żyje się „jakoś”, lecz wegetuje w bylejakości, w niedożywieniu, wilgoci, w stresie i poczuciu niemocy. Często właśnie te towarzyszące ubóstwu okoliczności wyzwalają w ludziach frustrację, apatię, brak wiary w siebie i sprawiają, że członkowie takich rodzin nie są zdolni do podjęcia skutecznych działań, aby zmienić swą sytuację. Niekoniecznie stoi za tym owa roszczeniowa postawa.

Państwo skąpych świadczeń i nędznych płac

Problemem jest więc nie sam „socjal”, ale raczej bariery uniemożliwiające wyjście z niego. Trudno jednak uznać, by sam system wsparcia socjalnego działał właściwie. Zbyt duża wysokość świadczeń i łatwość ich otrzymywania to chyba ostatnie zarzuty, jakie można postawić polskiej polityce społecznej. Właściwie w tekście red. Marczuka „socjal” jest kategorią mało konkretną. Czy kryje się za nią częściowo uznaniowy, niski i selektywny zasiłek z pomocy społecznej? Czy świadczenie rodzinne – niewielkie i przysługujące rodzinom spod progu dochodowego, od dawna nie podnoszonego mimo wzrostu kosztów życia? Czy też zasiłek dla bezrobotnych – zaledwie kilkusetzłotowy, obudowany licznymi kryteriami dostępu i przysługujący przez krótki czas?

Państwo socjalne nie jest w Polsce zbyt hojne, jeśli miarą miałaby być dostępność i wysokość świadczeń pieniężnych. Zwłaszcza, jeśli uwzględnimy zakres podstawowych potrzeb (żywność, ubranie, opłaty za mieszkanie), które można zaspokoić dzięki tym świadczeniom. To, że ludzie pracują często za niewiele więcej niż mogliby dostać żyjąc na skromnym garnuszku państwa, mówi oczywiście o patologii – tyle że nie w sferze pomocy społecznej, lecz w gospodarce i stosunkach pracy.

Miarą dramatu Polski jest nie tylko to, iż praca jest często mniej opłacalna niż pozostanie na „socjalu”, ale i to, że praca ta nieraz jawi się jako tak nieatrakcyjna lub niedostępna, że przegrywa nawet z „socjalem”, który jest w Polsce, mówiąc kolokwialnie, dziadowski.

Odpoczywaj w gniewie

Wraz ze śmiercią Andrzeja Leppera odszedł człowiek, który we współczesnej Polsce zrobił – nieraz bezwiednie – najwięcej dla promocji ideałów prospołecznych. I człowiek, którego „kariera” mówi o owej Polsce więcej niż medialna wrzawa i tysiące naukowych analiz.

„Everyone loves you when you are dead” – śpiewa z goryczą szwedzki zespół Perkele. Gdy umrzesz, wszyscy cię (po)kochają. Andrzeja Leppera też doceniono, gdy okazało się, że nie żyje. Nagle całkiem pozytywnie zaczęły o nim mówić i pisać media establishmentu, a od wyznań jego „fanów” zaroiło się również na niszowych portalach różnych radykałów. Moment jest może niezbyt stosowny, ale podzielę się z czytelnikami satysfakcją człowieka, który Samoobrony nigdy nie opluwał tak, jak czyniły to media głównego nurtu, bełkoczące na przemian o faszyzmie i komunizmie Leppera, ani tak, jak robili to pożal się Boże „radykałowie”, zarzucający Zmarłemu, iż nie jest wystarczająco radykalny, konsekwentny i że w ogóle się „sprzedał”. Fakt, ci ostatni się nie sprzedali, bo przecież nikt ich nigdy nie chciał kupić – albo byli na to zbyt głupi i nieudolni, albo od zawsze i całkiem za darmo schlebiali establishmentowi, głosząc „radykalnym” żargonem to samo, co „Gazeta Wyborcza” głosiła w liberalnej polszczyźnie.

Dla Samoobrony i jej lidera miałem wiele sympatii odkąd pamiętam. Sympatii, której nie należy mylić ani z przekonaniem, że to środowisko jest nieskazitelne i zawsze czyni dobrze, ani z bezkrytycznym kultem idola. Wręcz przeciwnie – gdy wielokrotnie o Samoobronie pisałem i mówiłem ciepło lub wrzucałem do urny głos na jej kandydatów, były to całkowicie odpersonalizowane wyrazy uznania i poparcia. Bo choć Samoobrona miała mnóstwo wad i popełniła całkiem sporo błędów, a jej liderzy nie raz i nie dwa kompromitowali się na różne sposoby, był to jedyny taki fenomen w Polsce po roku 1989. Popieranie Samoobrony nigdy nie było rozkoszą, ale czasami bywało obowiązkiem.

Jeśli krytycznie oceniamy rozwój wydarzeń po roku 1989 i polski status quo, a w centrum takiej diagnozy stawiamy triumf dzikiego kapitalizmu, ekspansję neoliberalizmu, nierówności społeczne, ukształtowanie pseudodemokratycznej oligarchii itp., to trudno byłoby znaleźć racjonalny powód, aby Samoobrony nie popierać, nawet jeśli byłoby to poparcie krytyczne. Ugrupowanie Andrzeja Leppera było jedyną siłą polityczną, która zarazem zakwestionowała realia III RP z pozycji prospołecznych i potrafiła wokół takiego stanowiska zgromadzić masy, niejako skumulować społeczny gniew.

Na podkreślenie zasługuje kilka kwestii. Po pierwsze, ogromna wytrwałość. Zanim Lepper mógł choć trochę „skonsumować” własny sukces, prowadził walkę przez dekadę. Odbył setki, jeśli nie tysiące spotkań ze zwykłymi ludźmi, organizował dziesiątki protestów i innych działań, budując z olbrzymim mozołem ten ruch protestu. Czynił to wbrew licznym niepowodzeniom i o wiele większej dawce ataków. Ataków wyjątkowo brutalnych i chamskich nawet jak na realia polskiego systemu oligarchicznego, w którym mafiosi zwani liderami, autorytetami czy ojcami demokracji nie cofną się właściwie przed niczym, podobnie jak serwilistyczne wobec nich media. Na Leppera wylano kubły pomyj, próbując go bez ładu i składu oskarżać o co się tylko da: o faszyzm i o komunizm, o agenturalność taką czy inną, o złodziejskie zamiary i o naiwny idealizm, o podejrzaną przeszłość i zbrodnicze plany na przyszłość. Był portretowany jako wykolejeniec, bezwzględny demagog, furiat i szaleniec, no i oczywiście – jako wieśniak, cham, burak i ćwok.

Tego ostatniego „argumentu” używali ochoczo m.in. specjaliści od tolerancji i zwalczania dyskryminacji. Liberalne media, które pełne są potępień homofobii, antysemityzmu, ksenofobii i innych niemądrych, lecz zazwyczaj dość marginalnych – choć przez zawodowych „zwalczaczy” chętnie wyolbrzymianych – postaw, nieustannie mrugały okiem do odbiorców. O, popatrzcie, ale wsiowy głupek, co on bredzi, cham jeden w gumofilcach, dureń od pługa granatem oderwany, gnojem śmierdzi i brud ma za paznokciami, ha ha ha. Bo w dyskursie sytej, aroganckiej elity nie tylko dopuszczalny, ale wręcz dobrze widziany jest jeden rodzaj rasizmu: pogarda, niechęć i odmawianie faktycznych równych praw tym, którzy nie są dość zamożni, dobrze wykształceni i nie zamieszkują wielkich aglomeracji. Demokracja – o tak, pod warunkiem, że chamy z prowincji nie przegłosują Geremka na rzecz „ludzi znikąd”. „Prosty człowiek” – czemu nie, pod warunkiem, że jest „nasz” i że imię ma TW, a nazwisko Bolek.

Andrzej Lepper znosił dzielnie całe to szambo, które na niego wylewano przez lata. Ale nie tylko znosił, nie tylko je przetrwał, nie tylko cierpliwie zapracował na sukces. Tym, co przesądza o jego znaczeniu w polskim życiu publicznym, są współgrające ze sobą: umiejętność mobilizacji mas społecznych oraz ominięcie pułapki mielizn ideologicznych, na których osiadło wiele podobnych inicjatyw. Samoobrona była skuteczna – nie raz, nie przez rok, lecz wiele razy przez ponad dekadę artykułowała społeczny gniew, nie pozwoliła zamieść problemów pod dywan, wytrącała sytych z błogostanu. Może i ocierała się o prymitywizm, ale „Balcerowicz musi odejść” wyprowadzało ludzi na ulice skuteczniej niż seminaria o nierównościach społecznych i eseje o szwedzkim modelu dobrobytu. Lepper był populistą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu – po imieniu nazywał realne problemy, które inni chcieli przypudrować i rozmemłać w magmie ładnych słówek. Potrafił o bolączkach opowiedzieć tak, że nawet jeśli nie była to narracja zbyt pożywna dla wymagających mózgów, to na pewno porywała proste serca.

Co więcej, populizm Leppera był postępowy. Nie był to populizm w stylu Le Pena, który gniew ludu kieruje na Bogu ducha winnych emigrantów, aby ominął on faktycznych winowajców – kapitalistycznych krwiopijców i niesprawiedliwości natury gospodarczej, nie etnicznej. Lepper nie wzywał do rozprawy z żadnymi „obcymi”, nie napuszczał „rdzennych Polaków” na Żydów, wierzących na ateistów czy „sól ziemi” na „miastowych”. Potępiał polityczny establishment i podejmowane przezeń decyzje strukturalne jako szkodliwe dla naszego kraju i większości jego mieszkańców.

Tym, co stanowiło o fenomenie Samoobrony, było także ominięcie pułapek, w które inni krytycy obecnego porządku wpadają z regularnością godną mechanizmów szwajcarskiego zegarka. Z 99-procentową pewnością można zakładać, że gdy w Polsce pojawi się jakiś radykał, który całkiem sensownie krytykuje prywatyzację, wyzysk ekonomiczny, nieistnienie polityki gospodarczej, łamanie praw pracowniczych, biedę i brak perspektyw, to prędzej czy później zacznie bełkotać bądź o tym, że wszystkiemu są winni Żydzi, masoni i lobby aborcyjne, bądź dla odmiany o tym, że należy zalegalizować marihuanę, wysłać księży na Księżyc oraz ubóstwiać „Che” Guevarę. W Polsce fiasko polityki prospołecznej i niemożność stworzenia silnego lobby na jej rzecz wynikały nie tylko z uwarunkowań systemowych (liberałowie wszelkich odcieni u władzy, bo tylko oni mieli na to środki), nie tylko z klimatu ideologicznego (ogólnoświatowa moda na neoliberalizm), nie tylko z wpływu przeszłości (niemal wszystko, co „społeczne”, kojarzy się źle po 45 latach komuny). Jak wskazują prawie wszystkie sondaże, Polacy są zazwyczaj zwolennikami rozwiązań socjalnych. Jeśli masy popierają postulaty liberalne, to zwykle w tych przypadkach, gdzie noszą one znamiona sensu, jak w kwestii „przebiurokratyzowania” życia codziennego. Jedną z głównych przyczyn niepowodzeń opcji prospołecznej jest natomiast to, że postulaty owego rodzaju są niemal zawsze podawane „w pakiecie” z czymś, co albo powinno być prywatną sprawą, albo przedmiotem debaty w innym miejscu i na innej płaszczyźnie.

Ugrupowanie Leppera jako jedyna poważniejsza siła antyliberalna zdołało uniknąć tej pułapki. Jej lider deklarował się jako katolik i cytował Jana Pawła II, a zarazem nie wdawał w czarnosecinne potępianie homoseksualizmu czy w inicjatywy wieszania krzyży gdzie popadnie. Bronił niektórych aspektów PRL-u, lecz bez wielbienia morderców Popiełuszki, wychwalania stanu wojennego czy wywodów, że słusznie rozgromiono „reakcyjne bandy” rękoma krasnoarmiejców. Lepper sednem ideologii i przekazu uczynił postulaty prospołeczne, inne niemal zupełnie marginalizując lub wręcz całkowicie przemilczając. To było jednym z głównych źródeł jego sukcesu – że ofiary neoliberalizmu widziały w nim wybawienie niezależnie od tego, czy któraś z nich czytała „Nie”, czy „Nasz Dziennik”.

Ale właśnie to było też powodem nasilonej nienawiści establishmentu wobec Samoobrony. Gdy okazało się, że Leppera nie sposób wrobić w faszyzm czy w komunizm, że nie daje się złapać na haczyk wyklinania lub promowania aborcji, lecz stoją za nim masy żądające pracy i chleba – wiedziano już, że nie ma żartów, bo ktoś taki może odnieść sukces, jakiego nie odniosą nigdy Wrzodak czy Ikonowicz. A sukces Leppera mógł być początkiem końca ustroju ugruntowanego na niesprawiedliwościach, wyzysku i łupiestwie.

Nawiasem mówiąc, dokładnie za to samo nienawidzili Leppera nie tylko przedstawiciele establishmentu, ale także ci wszyscy radykałowie, którym pokazał on, jak można być „ostrym” i jednocześnie wyjść z niszy. Radykałowie prawicowi wtórowali TVN-owi i „Wyborczej”, portretującym Leppera jako komunistę i aparatczyka rodem z PRL, zaś radykałowie lewicowi jednym głosem z „Wprost” ględzili, że Lepper to neofaszysta i antysemita. Gdy oni popiskiwali o „rewolucji socjalnej” lub „obronie interesów narodowych” w swoich gazetkach węszących spiski faszystów lub spiski Żydów, Lepper blokadami paraliżował cały kraj i wprowadzał do parlamentu kilkudziesięciu posłów.

Nie chcę być źle zrozumiany – to nie jest żadna pośmiertna, standardowa laurka. Andrzej Lepper jako człowiek i lider ugrupowania popełnił wiele błędów, był postacią kontrowersyjną nie tylko wedle salonowych, lecz również całkiem zwykłych kryteriów. Wokół Samoobrony kręciło się wielu podejrzanych typów, okoliczności wydarzeń z udziałem tego środowiska są niejasne i nawet jeśli establishment je wyolbrzymiał (jak sprawę Anety K., orientację prorosyjską, aferę gruntową itp.), to pozostawiają pole do wielu domniemań i podejrzeń. Podobnie wygląda rzecz z udziałem Samoobrony we władzy – nie jest łatwo powiedzieć dzisiaj, czy Lepper się „sprzedał”, dał utemperować za kilka posad, a następnie uwikłał w niejasne interesy, czy też Jarosław Kaczyński na bazie pomówień lub czyjejś prowokacji postanowił podarować władzę Platformie Obywatelskiej i zamienić rząd przeklinany przez salony na niekończącą się opozycyjność. Zapewne na precyzyjny osąd przyjdzie nam poczekać kilka dekad, gdy historycy spokojnie przejrzą akta wielu instytucji i ocenią je bez środowiskowo-politycznych uwikłań i oczekiwań, od których dziś nie sposób abstrahować.

Niezależnie jednak od nieraz dziwnych „okolic” Samoobrony oraz od smutnego końca jej lidera, Andrzej Lepper był postacią, która zasługuje na dobre słowo. Ile błędów by nie popełnił, pozostaje jego zasługą to, że pierwszy tak dobitnie i zarazem konsekwentnie, a przy tym z wielkim talentem popularyzatora podniósł hasła socjalne, „wbił” się z nimi do debaty publicznej i nie pozwolił sytym całkiem zdominować krajobrazu politycznego, zabudowywanego stopniowo coraz bardziej groteskowymi liberalnymi wioskami potiomkinowskimi. Lepper był mieczem, który wciąż wisiał nad głowami zadowolonych łajdaków z warszawki i krakówka i przypominał im – i nam wszystkim – że istnieje inny świat. Świat zlikwidowanych PGR-ów, podupadłych małych miasteczek, które przeżywają regres cywilizacyjny, zamykanych zakładów pracy, wiejskiej i miejskiej biedy, głodnych dzieci i wegetujących starców. To w dużej mierze dzięki niemu dziś nawet media establishmentu przestały udawać, że jest całkiem OK, że doganiamy i przeganiamy Europę, że nie istnieją realne, utrwalone i rosnące problemy społeczne. Jeszcze 15 lat temu w tych samych mediach byli tylko „ludzie sukcesu” i „pracowita klasa średnia” oraz garstka „roszczeniowych nieudaczników” i amatorów wina „Arizona”.

Oceniając pośmiertnie Leppera należy też zrobić coś, czego niemal nigdy w polskim dyskursie publicznym się nie robi. Mianowicie odpersonalizować zjawisko. Wygodniej i łatwiej wytyka się takie czy inne wady i błędy lidera Samoobrony lub dla odmiany wychwala jego zalety jako konkretnego człowieka, bo wówczas nie trzeba się wysilać. Wówczas on sam jest „chamem i burakiem” albo „charyzmatycznym liderem”, jego wyborcy „dali się omamić” lub „zawierzyli komuś, kto wyrażał ich nastroje”, a on ich zawiódł, gdyż „sprzedał się” lub „uwikłał w niejasne interesy” albo „załatwił go Kaczyński”. Ale w ujęciu systemowym Lepper jest tylko – a może aż – swoistym papierkiem lakmusowym, skutkiem pewnych procesów, nie zaś ich przyczyną.

W takim ujęciu nie ma „Nikodema Dyzmy”, który „uwiódł naiwnych”. Jest polityka lekceważenia milionów ludzi i całych połaci kraju, które nie są przypadkowo zacofane oraz zamieszkiwane przez nieudaczników, lecz „celowo” spychane na dno wskutek wyboru modelu ekonomicznego, bazującego na tworzeniu i powiększaniu nierówności. Jest wieloletnia pogarda pod adresem takich ludzi i obszarów, jest ich nieobecność w debacie publicznej, jest lekceważenie ich sytuacji przez polityków głównego nurtu. I jest trybun ludowy, który dla takich osób staje się jedynym wiarygodnym człowiekiem. I jest jego przekaz, brutalny i prosty nie tylko dlatego, że przynosi poparcie wspomnianych osób, ale i ponieważ tylko to może przebić się do centrum zainteresowania. Podobnie jak wysypywanie zboża na tory czy blokowanie ruchu drogowego w całym kraju – zamiast konferencji prasowych, których nie pokażą skorumpowane i stronnicze media.

W takim ujęciu nie ma „chama i buraka”, który zapragnął wtargnąć na salony i wbić zęby w specjały z pańskiego stołu. Są głębokie uprzedzenia elit politycznych i kulturowych, są olbrzymie pokłady antywiejskich kompleksów (wiele mówiące o kraju, w którym pokolenie czy dwa wstecz „wieśniakami” była ogromna większość społeczeństwa). Jest oligarchiczny, zablokowany system polityczny oraz triumf kumoterstwa, co skutkuje niemożnością cywilizowanej kooptacji do grona liderów reprezentujących interesy społeczne.

W takim ujęciu nie ma Leppera, który „upraszcza”, „wyolbrzymia”, „źle definiuje”. Jest plebejski, samorodny działacz, który bije głową w mur, bo nie może liczyć na zainteresowanie i pomoc specjalistów, analityków czy naukowców. Oni bowiem albo stanowią integralną część systemu władzy i opresji, podczepieni pod promocję w „Wyborczej” i granty z Fundacji Batorego, albo są tak subtelni i przywiązani do eleganckiej formy, iż przesłania im ona sedno treści, albo też ich prospołeczne poglądy są po prostu ścieżką kariery w neofeudalnej hierarchii akademicko-medialnej. Są też tak bardzo postępowi, że dla mniej postępowych nie mają pomocnej dłoni, a jedynie pogardliwe wywody o ich zacofaniu.

W takim ujęciu wreszcie, nie ma Leppera, który się sprzedał, zdradził, wypiął na „swoich”. Jest całkowita zapaść kultury demokratycznej i zaangażowania społecznego we współczesnej Polsce. W efekcie nie ma ugrupowań o wielu liderach kontrolujących się wzajemnie, a przede wszystkim kontrolowanych przez zwykłych członków i sympatyków. Jest za to kult idoli, którzy za nas „powinni coś z tym zrobić”, a my łaskawie wrzucimy kartkę do urny, oczywiście jeśli akurat nie będzie padał deszcz lub teść nie zorganizuje imprezy. Jest polityka nie jako emanacja zbiorowej woli, lecz żerowisko nieokiełznanych samców alfa. Nie ma pobłądzenia czy zdrady jednostki, którą zastępują sprawnie inni, bez wielkiej szkody dla całości, są za to partie wodzowskie, które upadają wraz z upadkiem wodzów. Nie ma comiesięcznych składek 50 tysięcy ludzi po 10 zł, lecz „układy” z 50 „sponsorami”, z których każdy daje 10 tysięcy i oczekuje „wdzięczności”, czyli reprezentowania swoich – nie zaś wyborców – interesów, albo po prostu jedna wielka łapówka 500-tysięczna, za którą kupuje się kogoś, kto na „wielką politykę” potrzebuje środków.

Andrzej Lepper nie żyje. Ale wciąż żyją problemy i negatywne tendencje, przeciwko którym on się buntował. Dziś już tego nie zrobi, bo rozpoczął wieczny odpoczynek. Byłoby kpiną właśnie komuś takiemu życzyć sztampowego, mieszczańskiego odpoczywania w spokoju. Panie Andrzeju, niech Pana gniew nie opuszcza, gdziekolwiek Pan jest.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Empatia

Według słownika empatia to „uczuciowe utożsamienie się z inną osobą i wywołanie w sobie uczucia, które ona przeżywa”.

Trudno racjonalnie wytłumaczyć nienawiść do braci Kaczyńskich, Macierewicza i całego „pisowskiego ludu” (określenie Igora Janke). Absurdalna i okrutna wydaje się usilnie lansowana teza, że załoga i pasażerowie samolotu w Smoleńsku zginęli na własne życzenie. Ale popatrzmy na sprawę oczami tych, którzy boją się PiS-u jak zarazy, żądają „kordonu sanitarnego”, a wszystko będzie wyglądać inaczej.

Ryszard Kalisz ogłosił, że za samobójczą śmierć Barbary Blidy odpowiedzialni są Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński. Jest to prawda oczywista. Gdyby PiS nie podejmował próby wyjaśnienia powiązań w mafii paliwowej, Barbara Blida by żyła. Trudniej wytłumaczyć przyczyny zbiorowego samobójstwa awangardy pisowskiego ludu. Dlatego wciąż pojawia się inny wątek. Lech Kaczyński sam sobie winien, ponieważ narażał się PO i Rosji. Stawiał się, wtrącał do polityki międzynarodowej, nie uwzględniał szczególnej wrażliwości decydentów, którzy mają realną siłę i realną władzę. Tak jak sam sobie jest winien szef CBA, który zastawiał pułapkę na premiera oraz agent Tomek, prawiący dusery skorumpowanej posłance.

Nienawiść do patriotów staje się zrozumiała, gdy wyobrazimy sobie taką scenę. Jesteśmy marszałkiem albo ministrem, zasłużonym, podziwianym, filmowanym. Poddani nam czapkują, redaktorzy tytułują, zagraniczni mężowie stanu obejmują i klepią po plecach, saloniki dla VIP-ów, salonki w samolocie, drogie hotele. Nasza chata na przedmieściu chędoga, choć nie rzuca się w oczy, fura z przyciemnionymi szybami w garażu. Nagle bez uprzedzenia o szóstej rano – puk-puk i zbiry w mundurach jak jakieś gestapo wywlekają nas z domu do aresztu, na przesłuchanie. Wypytują o starych i nowych partnerów w biznesie, przetargi, kontakty, adresy, mają jakieś papiery z podsłuchów, z NIK-u, z tajnych biurek urzędników państwowych. Powiemy, że wszystko fałszywe, pewnie z IPN-u, gdzie najlepiej znają się na podrabianiu dokumentów, ale będzie wstyd i duże straty. Nie tak miało być. Nieudacznicy, którzy nie odnaleźli się na wolnym rynku i w naszej młodej demokracji, biorą odwet na tych, którzy w ciężkim trudzie zbudowali III RP.

Motyw pukania o szóstej rano pojawiał się we wszystkich opowieściach o odradzającym się faszyzmie, stalinizmie, totalitaryzmie. Przyznaję, że robi on wrażenie nawet na tych, do których w PRL pukali koledzy bohaterów naszej młodej demokracji. Pojawił się cień obawy, że pukanie wraca, może nawet wywalanie drzwi łomem, jak w nocy 13 grudnia. No i wróciło, zapukało do drzwi jakiegoś internauty. Ryszard Kalisz jest prawdziwym prorokiem.

Smoleńska katastrofa pomogła opanować sytuację. Służbami państwowymi kierują teraz kulturalni, apolityczni profesjonaliści, odpowiedzialni za stabilność państwa, uwzględniający uwarunkowania zewnętrzne. Zagrożenie minęło, na twarze premiera, ministrów i innych notabli powróciła pewność siebie. Jednak nadal coś ich nęka, uśmiechy przypominają grymas, wzrok dziki, plącze się słowotok o paśmie sukcesów. Co to może być? Nie sytuacja gospodarcza, bo ta jest jak wiadomo znakomita i budzi powszechny podziw, stosunki z Berlinem i Moskwą są tak dobre, że buzi dać. Słupki poparcia trzymają się jak zamurowane.

Jakiś robak dręczy sterników naszej nawy państwowej. Strach przed prokuratorem i sądem minął – ale pozostał, a nawet nasilił się strach przed ulicą. W całej Europie „motłoch” wylega na ulice i czepia się polityków. Strach ma wielkie oczy. Pojawił się napis na transparencie – nadciąga las (odwołanie do Makbeta). Ten las zmaterializował się na stadionach. Kibice okazali się odporni na propagandę sukcesu. Przed sejmem jacyś dzicy spalili 560 krzesełek, symbol parlamentarnej demokracji. Mało kto to zauważył, bo policja chwaliła demonstrantów za ład i porządek. W kinach wyświetlają film „Uwikłani” – instruktaż, jak poradzić sobie z demonami przeszłości.

Jeszcze wierny lud gapi się w telewizję i nie chce zmian. Kto ma dach nad głową, dostęp do środków publicznych, dobrą pracę albo wysoką emeryturę, ten wie, że mieszka na zielonej wyspie. Kto się omsknął i już tonie, może jeszcze wierzyć, że sam sobie winien. Młodzi ludzie, którzy nie mogą pracy znaleźć albo harują od świtu do nocy bez żadnej perspektywy na przyszłość, pocieszają się, że to pech, chwilowe niepowodzenie. Są przecież młodzi, pełni entuzjazmu, nowocześni. Jednak slogan, że pracę znajdzie każdy, kto naprawdę chce, coraz częściej okazuje się oszustwem. Uwiedzionych propagandą sukcesu twarde lądowanie przywraca do rzeczywistości.

W Gdańsku jedyną pracą, którą znalazł absolwent technikum, było rozrzucanie tłucznia przy przebudowie torów tramwajowych. Praca dobrze płatna – 10 zł za godzinę netto, ale warunki umowy drakońskie. Jeśli robotnik zrezygnuje w ciągu pierwszych trzech dni, nie dostanie ani grosza. Za jeden dzień nieobecności kara wynosi 100 zł. Nie ma żadnych dni wolnych, a z zawartych w umowie 10 godzin pracy na dobę zrobiło się 12 godzin. Matka radziła synowi, aby powołując się na konstytucyjne prawo do praktyk religijnych zażądał wolnych niedziel. Nie dało to rezultatu. Być może, gdyby był muzułmaninem, dostałby wolne piątki, jeśli Żydem – wolne soboty. Kiedy okazało się, że ból mięśni nie mija przez noc oraz nie ma możliwości odebrania świadectwa maturalnego i zapisania się na studia, młody człowiek zrezygnował z pracy. Jego starsi koledzy zostali, są silniejsi, w domu czekają głodne dzieci. Każdy mądrala powie: „Po co rozrzucać tłuczeń, lepiej świadczyć usługi internetowe”. Praca fizyczna jest w pogardzie, a wykonujący ją ludzie są wyzyskiwani bez litości.

Rywalizacja z systemem komunistycznym zmuszała kapitalizm do respektowania praw pracowniczych i związkowych. Marksizm przegrał. Tzw. państwo opiekuńcze jest likwidowane jako szkodliwy dla gospodarki anachronizm. Mam nadzieję, że dla wszystkich już jest jasne, dlaczego pierwszą „Solidarność” trzeba było zniszczyć. Teraz wszyscy się na nią powołują, ale przypominanie, że był to związek zawodowy, wywołuje konsternację.

Strach przed komunistyczną zarazą zniknął. Dla wyzyskiwaczy nastało dolce vita, gospodarka rozwinęła się wspaniale i nawet na kryzysie można dobrze zarobić. Banki nadal pożyczają pieniądze na obsługę długów. Nazywa się to pomocą międzynarodową w imię solidarności. Odsetki od tych długów w krajach bankrutujących sięgają już 30 procent. Biznes jest pewny, bo rządy nie pozwolą, aby banki poniosły stratę. Trzeba tylko dokręcić śrubę „darmozjadom” z ulicy.

Jeśli jedynym lekarstwem na światowy kryzys jest zwiększanie wyzysku, to znaczy, że znaleźliśmy się na równi pochyłej i pędzimy do ściany.

Co z tym handlem?

Co z tym handlem?

Przyczyny i skutki oszałamiającego sukcesu sieci handlowej Wal-Mart wiele mówią o całym współczesnym systemie gospodarczym.

Założona w 1962 r. na amerykańskiej prowincji, jeszcze pod koniec 1990 r. posiadała zaledwie 9 tzw. supercentrów, największych z prowadzonych przez siebie sklepów. Pod koniec 2000 r. było ich już 888, tysiąc kolejnych otworzyła w ciągu zaledwie 5 lat. Dziś jest właścicielem prawie 9 tys. placówek na całym globie. Zajmuje pozycję największego detalisty w USA, Meksyku i Kanadzie, dynamicznie rozwija się m.in. w Chinach. Zatrudnia bezpośrednio 2 mln osób i osiąga roczny przychód rzędu 400 mld dolarów. To prawdopodobnie najbardziej wpływowe przedsiębiorstwo na świecie.

Dawno przestało być jedynie potężną firmą. Wal-Mart nadaje formę miejscu, w którym kupujemy, produktom, które nabywamy i cenom, które płacimy – oddziałuje nawet na tych, którzy nigdy nie robili w nim zakupów. Wpływ Wal-Martu sięga podstaw działalności przedsiębiorstw, które są jego dostawcami […] zmienia styl życia pracowników zakładu, który wytwarza te towary – czasami nawet zmienia oblicze krajów, w których mieszczą się fabryki – przekonuje amerykański dziennikarz Charles Fishman. Podjął on próbę analizy „efektu Wal-Martu”. Pokłosiem starań jest książka o takim właśnie tytule.

Niskie ceny zmieniają świat

W-M stał się tak popularnym miejscem zakupów, gdyż produkty powszechnie znanych marekoferuje po cenach niższych niż którykolwiek z konkurentów. Ich utrzymanie, a nieraz dalsze obniżki możliwe są dzięki minimalnym marżom oraz niewyczerpanej inwencji w cięciu kosztów. Przykładowo, prawie niezauważalne przeprojektowanie butelki firmowej wody pozwoliło oszczędzać 2 mln kg plastiku rocznie.

Zawsze niskie ceny” biorą się jednak nie tylko ze śrubowania efektywności. Są niestety także efektem przerzucania kosztów: na producentów, pracowników i środowisko naturalne. Presja na obniżkę kosztów po stronie dostawców jest tak wielka, że w pewnym momencie nie da się już więcej oszczędzić na zmianach w logistyce, skromniejszym opakowaniu czy gorszych surowcach. Skutkuje to m.in. rosnącą eksploatacją pracowników oraz przenoszeniem produkcji. Projekt, cena i harmonogram narzucane dostawcom uniemożliwiają nieraz przestrzeganie nawet trzecioświatowych standardów czasu pracy czy wynagrodzenia.

Nienasycony głód tanich produktów, których głównym odbiorcą jest Wal-Mart, potrafi zmieniać gospodarkę i środowisko naturalne całych regionów. Przemysłowe fermy łososia w południowym Chile powstały „od zera” w odpowiedzi na wysokie ceny tej ryby w USA. W ok. 20 lat branża stała się drugim najważniejszym sektorem eksportowym kraju, przekształcając tysiące rybaków i farmerów w robotników zakładów przetwórczych. Równie duże zmiany wywołała w przyrodzie: typowa ferma produkuje tyle nieczystości, co 65 tys. ludzi.

Zmiany objęły też sferę zachowań konsumentów. Przeobrażeniom uległy np. oczekiwania wobec cen: Jeżeli klient może kupić zupełnie dobry odtwarzacz DVD w Wal-Marcie za 39 dolarów, odtwarzacz DVD za 129 dolarów musi w nim budzić podejrzenia. Nie przyjdzie mu do głowy, że ten sprzęt może być lepszy, ale uzna, że to zwykłe zdzierstwo.

Robienie interesów z Wal-Martem bywa bardzo opłacalne, m.in. dzięki skali i ciągłości zamówień. Wiążą się z nim jednak liczne pułapki, np. ryzyko rosnącego uzależnienia od jednego kanału dystrybucji. Autor opisuje historię producenta kosiarek, który zakończył współpracę z siecią, widząc w perspektywie m.in. konieczność stopniowego obniżania jakości – jego najcenniejszego kapitału. Nadal jednak musi utrzymywać działalność fabryki na wysokich obrotach z taką samą niezmordowaną determinacją, jakby nadal dostarczał produkty do marketów Wal-Martu; musi mierzyć efektywność każdego pracownika fabryki każdej godziny i każdego dnia, ponieważ Wal-Mart narzuca tempo, nawet jeżeli zakład nie pracuje na potrzeby koncernu.

Jak się wydaje…

Choć „efekt Wal-Martu” jest bez wątpienia bardzo silny i budzi ogromne zainteresowanie amerykańskiej opinii publicznej, wiele jego przejawów pozostaje raczej w sferze odczuć niż „twardych dowodów”. Skrajnie nieliczne są badania poświęcone oddziaływaniu koncernu np. na rynek pracy czy tradycyjny handel.

Wyniki istniejących analiz każą jednak nienajlepiej oceniać wpływ supercentrów na lokalne społeczności. W latach 1997-2004 W-M bezpośrednio stworzył w USA aż 480 tys. miejsc pracy z 670 tys. przyrostu zatrudnienia w całym handlu detalicznym. Jednak powstawanie „nowych”, słabo płatnych miejsc pracy odbywało się głównie kosztem innych detalistów. Supercentrum może dać pracę 300 osobom, ale po pięciu latach od otwarcia traci ją 250 pracowników sąsiednich punktów handlowych.

Wątpliwa w świetle badań jest także teza, że budowa marketu powoduje lokalne ożywienie gospodarcze. Na przykład w stanie Iowa sklepy Wal-Mart wywołały spadek obrotów firm usługowych o 13%, co można tłumaczyć m.in. przekonaniem klientów, że pewnych artykułów nie warto naprawiać, skoro tanio kupią nowe. Również w Iowa, w okresie, w którym nie mając w całym stanie ani jednej placówki otworzył ich 45, upadło 43% sklepów z odzieżą męską i chłopięcą.

Autostrada dla wózków

Książka nie jest pamfletem, lecz szkicem do studium zjawiska, jakim jest nowoczesny handel detaliczny. Tytułowy fenomen to dla Fishmana po prostu sposoby – proste i wyrafinowane, oczywiste i ukryte – na jakie największa firma tego sektora zmienia życie mieszkańców USA i innych krajów. Dziennikarz dotarł do byłych pracowników koncernu, rozmawiał z szefostwem i załogami firm robiących z nim interesy, przeczytał setki artykułów i książek, odwiedził dziesiątki sklepów. Relację oparł w dużej mierze na konkretnych przykładach.

Głównym atutem publikacji jest brak efektownych uproszczeń. Fishman przekonuje, że pytanie, czy Wal-Mart jest dla Ameryki dobry czy zły, zostało źle sformułowane, gdyż bez trudu można udowodnić każdą z tych tez. Tymczasem sieć jest przede wszystkim całkiem nowym zjawiskiem kryjącym się pod pozorem zwykłej, wręcz prozaicznej firmy.

Dobrą analogią jest samochód – wynalazek, który w równie wszechstronny sposób zmienił XX-wieczną Amerykę. Zaoferował wiele nowych możliwości, jednak z czasem skala zastosowania zaczęła generować liczne problemy. W miarę jak sobie je uświadamiano, w interesie publicznym nakładano na motoryzację pewne ograniczenia, np. związane z ochroną środowiska, czemu towarzyszyło ścieranie się rozmaitych racji i interesów. W przypadku W-M brak na razie zrozumienia rewolucji, którą przyniósł, stąd otaczająca go mieszanka podziwu i niechęci, strachu i zakłopotania.

Autor książki potrafi dostrzec pozytywne aspekty sieci. Handlowy gigant m.in. znacząco ogranicza inflację. Nie utrzymuje on niskich cen jedynie do momentu pokonania lokalnej konkurencji, lecz zbija je dalej – a różnica zostaje głównie w kieszeniach konsumentów. Jego zdaniem, spółka nadal hołduje cnotom zaszczepianym pracownikom przez legendarnego założyciela, zmarłego w 1992 r. Sama Waltona. Etos ciężkiej pracy, samodoskonalenia i przedsiębiorczości, kult skromności i oszczędności, imperatyw służby konsumentom – wszystko to można odnaleźć nawet na szczytach hierarchii koncernu. Dlaczego zatem działalność firmy wiernej tradycyjnym wartościom powoduje tak wiele szkodliwych skutków?

Zakładnicy samych siebie

W-M jest obecnie tak duży, że każde jego posunięcie ma ogromne konsekwencje. Niejako „przerósł” ograniczenia, jakie nakładały na niego z jednej strony kultura korporacyjna, z drugiej zaś – państwo i rynek, których prawa w większym stopniu kształtuje, niż im podlega.

Kultura Wal-Martu, a także rozumienie kultury przez spółkę, nie zmieniły się przez ostatnie dwadzieścia lat. Jednakże rzeczywistość Wal-Martu – jego wielkość, stosunki panujące w spółce, misja firmy, z którą identyfikują się pracownicy, a także sposób ich wynagradzania, to wszystko uległo dramatycznej zmianie. Wal-Mart […] jeszcze nie doszedł do ładu z tym nowym wcieleniem – przekonuje Fishman.

Firma sprzeniewierzyła się części swoich wartości z powodu obsesyjnego pielęgnowania innych, na czele z oszczędnością. Warunkiem wstępnym realnych zmian jest głęboka przemiana budowanej przez ponad 40 lat kultury korporacyjnej przedsiębiorstwa, które nieustannie analizuje szybkość skanowania artykułów przez poszczególnych kasjerów, a na dostawców przerzuca nawet koszty rozmów telefonicznych.

Nie mniej istotna jest bariera bardziej prozaiczna: spółka stała się zakładnikiem strategii, która zapewniła jej sukces. W-M nie kłamie, gdy oznajmia, że nie może podnieść pensji. W typowym roku jego zysk w przeliczeniu na jeden etat wynosi ledwie 3 dolary na godzinę. Fishman pisze: Jeżeli odchody łososia muszą zostać poddane oczyszczeniu i neutralizacji, nie ma to oczywiście nic wspólnego z obniżeniem ceny łososia – a raczej jej podniesieniem. Wal-Mart z pewnością obawia się, że jeżeli raz pozwoli sobie na rozważenie kwestii innych niż te, które narzucają regulacje prawne, na podjęcie spraw innych niż te, które wiążą się z podnoszeniem efektywności i obniżaniem kosztów, to koniec żądań nigdy nie nastąpi. Czego opinia publiczna będzie się domagać […] w następnej kolejności? Konsumenci chcą czystego środowiska i dobrych warunków pracy, ale wcale nie kwapią się do płacenia za produkty wytwarzane z uwzględnieniem tych restrykcji.

Patologie towarzyszące funkcjonowaniu sieci nie biorą się z chciwości jej kierownictwa ani nie są immanentną cechą przedsiębiorstwa, lecz mają charakter systemowy. W tej sytuacji, zdaniem autora, konieczne jest zwłaszcza pokazywanie firmie oraz jej klientom, że sprzedawanie/kupowanie po tak niskich cenach niekoniecznie jest cnotą.

Klapki na oczach

Fishman dowodzi, że politykę W-M przynajmniej częściowo tłumaczy (choć nie usprawiedliwia jej negatywnych następstw) brak zdolności zrozumienia przez kierownictwo, dlaczego koncern jest krytykowany, mimo że oferuje „zawsze niskie ceny”. Dla nich oraz dla wszystkich pchających sklepowe wózki ma on nie moralizatorstwo, lecz bardzo trafnie sformułowane pytania.

Gospodarkę rynkową cechuje nieustanna realokacja zasobów, a często tymi zasobami są ludzie, którzy stracili pracę i muszą szukać nowego zajęcia. Problem tak naprawdę polega na tym, że ludzie nie żyją w makrogospodarce, nie żyją w kategoriach długoterminowych. […] czy niektórzy powinni tracić środki do życia, po to aby narzędzia elektryczne, bielizna czy proszek do prania mogły być dla wszystkich tańsze?

W ramach obecnego systemu gospodarczego odpowiedź jest zawsze twierdząca. Efektywność jest uważana za źródło postępu, tworzącego nowe możliwości zatrudnienia, także dla tych, którzy wcześniej stracili źródło utrzymania. Jednak surowość tego kompromisu – nasze zakupy w Wal-Marcie kosztują tych ludzi utratę pracy – jest zwykle bezpiecznie ukryta w złożoności gospodarki […] – zauważa Fishman.

Książka o gigantycznym detaliście staje się więc zaproszeniem do stawiania sobie uniwersalnych pytań, co i za jaką cenę musimy lub chcemy mieć.Opisując los młodocianych bangladeskich pracownic, szyjących dla koncernu spodnie za 13 centów za godzinę, autor pyta Amerykanów, czy potrzebują ubrań tak tanich, że ludzie je produkujący nie mogą sobie pozwolić na kupno szczoteczki do zębów.

Oczywiście w takim pytaniu kryje się sugestia moralna, jednak autor stawia także takie, na które brak jednoznacznej odpowiedzi. Jaki jest zakres odpowiedzialności wielkich korporacji za skutki działań podwykonawców? Czy jako społeczeństwo tanie towary cenimy bardziej niż dobre i stabilne miejsca pracy, gdy okazuje się, że nie można mieć jednego i drugiego? Debata wokół Wal-Martu powinna zatem przerodzić się w spór o to, jakim krajem zamierza być Ameryka. I nie tylko ona, gdyż nam również oferuje się „codziennie niskie ceny”.

Duży musi więcej

Najwyższy czas […] przyznać w kategoriach polityki publicznej, że istnieje różnica między firmą, której obrót wynosi 100 milionów dolarów, a firmą, której obrót wynosi 100 miliardów dolarów – pisze autor. Nie zgłasza niestety praktycznych propozycji zmian, co wypada uznać za największy z braków książki.

Podkreśla natomiast znaczenie „podwyższania poprzeczki” przez konsumentów: Żaden z piętnastu najczęściej kupowanych artykułów nie kosztuje nawet 3 dolarów. […] Spółka, która stała się największą i najbardziej wpływową firmą w historii, nie jest przedsiębiorstwem zbrojeniowym ani koncernem samochodowym; jej pozycja nie jest rezultatem działalności doświadczonych lobbystów w Waszyngtonie, zbiegu okoliczności na rynku dostaw ropy naftowej czy politycznego spisku, niezrozumiałego dla zwykłych ludzi. Największa i najbardziej wpływowa firma w historii jest budowana przez każdego klienta, który na zakupy w tej sieci regularnie wydaje trzy jednodolarowe banknoty.

Zachowując rezerwę wobec deklaracji szefów spółki, Fishman uważa, że pod wpływem rosnącego krytycyzmu opinii publicznej sieć zaczęła się zmieniać na lepsze. Zdaniem dziennikarza, jeśli koncern zacznie narzucać i egzekwować od kontrahentów przestrzeganie norm socjalnych i środowiskowych, zamiast wymuszać ich łamanie bezlitosną presją na cięcie kosztów, możliwy jest całkiem nowy rodzaj efektu Wal-Martu – Wal-Mart, wykorzystując swoją ogromną siłę nabywczą, nie tylko podnosi standard życia swoich klientów, ale także swoich dostawców.

Charles Fishman, Efekt Wal-Martu. Jaka jest prawda o najpotężniejszej firmie na świecie i jaki ma ona wpływ na światową gospodarkę, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2009, przełożyli Aldona i Witold Matuszyńscy.

Co z tym handlem?

Trud socjalizmu, trud polskości

Jedną z kwestii istotnych dla zrozumienia kondycji współczesnej lewicy w Polsce jest jej tożsamość i korzenie ideowe. A raczej ich brak.

Żaden projekt społeczny czy polityczny nie istnieje w dziejowej próżni. Książka dr. Marcina Paneckiego „Kazimierz Pużak (1883-1950). Biografia polityczna” stanowi cegiełkę w odbudowie rodzimej tożsamości lewicowej, umożliwia jej osadzenie w historycznych realiach. Szkoda jedynie, że praca ta jest właściwie dość elementarnym zapisem biograficznym, bez poszerzenia tła historycznego i bez pogłębionych dociekań nad aspektami życiorysu bohatera.

Pużak urodził się w 1883 r. w Tarnopolu. Matka była Ukrainką, ojciec – Polakiem. Bohater książki wcześnie włączył się w działalność patriotyczno-radykalną. W 1899 r. założył w gimnazjum tajną organizację, a w 1901 przyłączył ją do „promienistych”, galicyjskiego związku młodzieży socjalistycznej. Najprawdopodobniej w 1904 r. wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. W rewolucyjnym roku 1905 często wykonywał polecenia Wydziału Bojowego partii. W ciągu kilku miesięcy, podczas których agitował i zakładał koła PPS, stał się jednym z bardziej czynnych działaczy w partii.

Po rozłamie współtworzył Frakcję Rewolucyjną. Jak podaje Panecki: W 1909 roku Pużak wraz z Henrykiem Minkiewiczem był wykonawcą wyroku sądu partyjnego na prowokatorze z Organizacji Bojowej PPS, Edmundzie Tarantowiczu. Tarantowicza wywieźli do Rzymu i tam zamordowali. Oficjalnie sprawców nigdy nie wykryto.W roku 1911 został aresztowany w Łodzi i skazany na karę ośmiu lat ciężkich robót i późniejsze osiedlenie na Syberii. W 1915 r. trafił do twierdzy szlisselburskiej, wyszedł na wolność po rewolucji lutowej 1917 r.

Panecki zauważa: O wiele bardziej, niż realizacja idei socjalistycznych w Rosji, interesowała [Pużaka] kwestia niepodległości Polski. […] Podkreślał konieczność zachowania pełnej samodzielności, twierdząc, że PPS jest partią polskich robotników i musi odegrać czynną rolę przede wszystkim w życiu polskiego narodu. W ogarniętej rewolucją Rosji organizował sieć miejscowych sekcji partii, działał aktywnie w jej Centralnym Komitecie Wykonawczym oraz w Komisariacie do Spraw Polskich. Jako rewolucjonista-weteran, dyskutował z Leninem o możliwości utworzenia wojska polskiego na terenie Rosji. Za jego sprawą bezpiecznie opuścili ów kraj żołnierze gen. Józefa Hallera. Interweniował także u Dzierżyńskiego w sprawie Polaków aresztowanych przez Czeka.

Od początków II RP Pużak z całych sił zaangażował się w działalność publiczną jako członek PPS i poseł na sejm z ramienia tej partii. Pod wpływem rozwoju wydarzeń w Rosji sowieckiej coraz mocniej dystansował się od lewego skrzydła partii, nawołującego do ufundowania Polskiej Republiki Socjalistycznej za pomocą rewolucyjnego przewrotu. Co istotne, zajmowały go konkretne kwestie społeczne, dużo czasu poświęcał sprawom wyborców ze swoich okręgów (Zagłębie Dąbrowskie, później Częstochowa-Radomsko). Wiele pracy włożył w nowelizację ustawy o lokatorach. Występował przeciwko proponowanym podwyżkom czynszów, zajmował się dopuszczalnością eksmisji, problemami świadczeń odpłatnych, stawał w obronie sublokatorów i bezrobotnych, którzy zalegali z zapłatą za czynsz itd. Bronił także wolności obywatelskich, więźniów politycznych, przeciwstawiał się ciężkim niejednokrotnie nadużyciom, jakich wojsko i policja dopuszczały się wobec strajkujących.

W trakcie wojny z Sowietami werbował ochotników do Wojska Polskiego, zwalczał komunistyczną agitację za Rosją radziecką. W sierpniu 1920 r. działał w lewicowych inicjatywach antybolszewickich, współorganizował robotnicze oddziały ochotnicze. Po wycofaniu się wojsk sowieckich został oddelegowany do badania przypadków współpracy członków PPS z Armią Czerwoną i polskimi komunistami. Działał także na Śląsku w czasie III powstania: wysyłał tam grupy młodzieży, pomagał w organizowaniu szkolenia bojowego, w Sosnowcu utworzył Główny Komitet Opieki nad Powstańcami.

Kolejną cezurą był przewrót majowy i problemy będące konsekwencjami Wielkiego Kryzysu. Kierownictwo PPS szybko przeszło do opozycji wobec pomajowych rządów, pojawiały się ponadto problemy z prosanacyjnymi grupami w łonie PPS. W tamtym czasie Pużak podkreślał konieczność organizowania wsi i zacieśniania współpracy partii z lewicą chłopską (PSL „Wyzwolenie”, Stronnictwo Chłopskie). Popierał także utworzony w 1929 r. Centrolew. Konsekwentnie przeciwstawiał się tendencjom i środowiskom odwołującym się do radykalnie rewolucyjnych, a przy tym probolszewickich haseł. Cel walki widział […] w powstrzymywaniu ofensywy nacjonalistycznej prawicy, przywróceniu demokracji parlamentarnej i rozszerzeniu socjalnych i politycznych praw robotnikówpodkreśla Panecki.

Działalność Centrolewu spowodowała reakcję rządzącej sanacji. W sierpniu 1930 r. na czele rządu stanął Piłsudski, przerwano kadencję parlamentu oraz zaplanowano aresztowania działaczy opozycji. Wśród osób, które zamierzano uwięzić, znalazło się sześciu posłów PPS. Panecki relacjonuje: gdy minister Stanisław Car przedstawił Piłsudskiemu listę kandydatów do uwięzienia, znajdował się na niej również Kazimierz Pużak, jednakże Marszałek skreślił jego nazwisko, mówiąc: „Co by o mnie powiedziano, gdybym ja więźnia Szlisselburga zamknął w twierdzy.

Jednak wyniki wyborów z listopada 1930 r. okazały się dla Pużaka bodaj większym ciosem niż ryzyko uwięzienia. Choć po raz czwarty został posłem, jego ugrupowanie zdecydowanie przegrało z BBWR.Skala porażki była w dużej mierze pochodną terroru, manipulacji i zwykłych fałszerstw ze strony rządzącego obozu, Pużak zmuszony był jednak uznać, że lewica musi zmienić strategię. Powinna przejść od działalności parlamentarnej ku rozbudowie form organizacyjnych, które miały doprowadzić do umocnienia więzi partii z masami. Równocześnie rosła jego rola w PPS, w której pełnił już wtedy funkcję sekretarza generalnego.

W przededniu wybuchu II wojny światowej Pużak organizował wraz z Tomaszem Arciszewskim ściśle zakonspirowane oddziały dywersyjne, złożone z zaufanych członków PPS. W razie niemieckiej inwazji miały stanąć do walki. Wcześniej współtworzył paramilitarną Akcję Socjalistyczną, która we wrześniu 1939 r. odegrała znaczną rolę w Robotniczych Batalionach Obrony Warszawy. Do ostatnich chwil jako przedstawiciel opozycji podejmował próby porozumienia z prezydentem Mościckim, domagając się m.in. powołania rządu obrony narodowej, niestety bezskutecznie.

Podwójna okupacja przyniosła pracę w nowych, bardzo trudnych warunkach. Pod koniec września 1939 r., tuż przed kapitulacją Warszawy, Pużak w gronie zaufanych osób podjął decyzję o oficjalnym rozwiązaniu PPS w jej ówczesnej formie. W oparciu o dotychczasowe struktury powstała podziemna partia Wolność, Równość, Niepodległość (Ruch Mas Pracujących Miast i Wsi). Na Pużaka spadł ciężar […] doboru ludzi do pracy w zakonspirowanej partii. Werbowano tylko sprawdzonych i zdyscyplinowanych działaczy […]. Został także komendantem głównym Gwardii Ludowej WRN i podporządkował ją Komendzie Głównej ZWZ-AK.

Osobnym zagadnieniem była konsolidacja stronnictw politycznych na terenach okupowanych oraz ich stosunek do rządu londyńskiego i socjalistycznego odłamu emigracji. Kwestia ta była niezwykle złożona, zwłaszcza w kontekście wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i konieczności ułożenia na nowo stosunków z Sowietami. Ci ostatni mieli w Polsce do rozegrania własną partię i dążyli do zdominowania lewej strony sceny politycznej. WRN bardzo krytycznie odniosła się do układu Sikorski-Majski, sam Pużak niejednokrotnie podkreślał brak złudzeń co do Sowietów w ogóle i Stalina osobiście.

15 sierpnia 1943 r. podpisano Deklarację Porozumienia między PPS-WRN, Stronnictwem Ludowym, Stronnictwem Narodowym i Stronnictwem Pracy, która dała początek podziemnej Radzie Jedności Narodowej. Panecki przypomina: W tamtym okresie niezmiernie wzrosła rola Kazimierza Pużaka w życiu politycznym okupowanego kraju. Brał aktywny udział w pracach Krajowej Reprezentacji Politycznej, wpływając w ten sposób na kształt tworzącego się podziemnego parlamentu. 15 marca 1944 r. przez aklamację został wybrany jego przewodniczącym.

W czasie powstania warszawskiego pozostał w stolicy jako przewodniczący RJN. Słał w świat, do Londynu i Waszyngtonu, do władz polskich i sprzymierzonych (także do Sowietów) coraz bardziej desperackie depesze. Oto fragment jednej z nich, z 11 sierpnia, apel do Narodów Zjednoczonych: Podjęliśmy walkę. Nakazywał nam to honor, godność i odwieczna polska uczciwość. I oto wzywana raz po raz do wystąpienia zarówno przez Sowiety, jak przez demokracje zachodnie Polska znalazła się znowu samotna, bez pomocy, opuszczona przez sprzymierzeńców. Zaś 29 września, gratulując de Gaulle’owi oswobodzenia Paryża, pisał doń: Paryż był wolny, a Warszawa zamieniała się w cmentarzysko.

Po upadku powstania Kazimierz Pużak wraz z rodziną zamieszkał w Piotrkowie. Rozdziały piąty i szósty książki oraz znaczna część aneksu zawierają omówienia i dokumentację najtrudniejszego okresu w jego życiu. Wraz z zajmowaniem ziem Rzeczpospolitej przez idące na Berlin wojska radzieckie, wzmagał się nacisk Stalina na Polskę, zaś podporządkowani mu komuniści coraz jawniej występowali w roli jedynych prawowitych władz.

We wspomnieniach Pużak tak opisywał ówczesne realia: Od pierwszych dni wywożono z Polski literalnie wszystko, rekwirowano dla wojsk sowieckich chleb i mąkę i piekarnie, powodując powszechny głód. Kraj ogołocony i spustoszony w ciągu okupacji niemieckiej – musiał żywić nie tylko garnizony rosyjskie wewnątrz kraju, ale i te wojska, które ciągle przebiegały przez kraj i lądowały w Niemczech. […] Całość była przyczepką do całego systemu okupacji sowieckiej i jej postępowanie było obowiązujące dla agentury Lubelskiej. Wybielaniem i motywacją tego systemu zajmowała się zglajszachtowana prasa, kryjąca się ze zrozumiałych względów za tytułami istniejących przed wojną wydawnictw prasowych, nie mających nic wspólnego z komuną i agenturą sowiecką. […] Zaczęto obrabiać moje nazwisko, Bora i Zaremby. My byliśmy odpowiedzialni za zniszczenie, palenie i masakrę Warszawy i jej ludności.

Ustalenia jałtańskie (4-11 lutego 1945 r.) czyniły sytuację jeszcze trudniejszą. Polska Partia Robotnicza miała już niemal pewność, że z radzieckiego nadania przejmie całkowitą władzę. Tzw. odrodzona PPS była infiltrowana przez komunistów. W tej sytuacji na jednym z marcowych posiedzeń kierownictwa PPS-WRN wydano instrukcję zakazującą członkom partii angażowania się w prace polityczne. Zalecano natomiast działalność w organizacjach zawodowych, spółdzielczych i kulturalno-oświatowych […]. Pużak i Zaremba odnieśli się negatywnie do postanowień konferencji jałtańskiej w sprawie definitywnego uznania granicy polsko-radzieckiej na Bugu. Opowiedzieli się też za bojkotem odbudowywanej PPS.

W drugiej połowie marca ogłoszono decyzję o wyjściu z podziemia. 27 marca 1945 r. w Pruszkowie uwięzieni zostali podstępem przez Sowietów przybyli na „pokojowe negocjacje” Jan Stanisław Jankowski (delegat rządu londyńskiego), gen. Leopold Okulicki i Kazimierz Pużak. Następnego dnia znaleźli się w Moskwie, na Łubiance. Rozpoczęto śledztwo będące preludium „procesu szesnastu”. Wspólnie prowadziło je NKWD i NKGB. Nie stosowano tortur fizycznych – pisze Panecki – dążono natomiast do psychicznego złamania przesłuchanych. Pużak odmawiał podawania nazwisk i szczegółów konspiracji, co budziło wściekłość radzieckich śledczych. Major Gałkin nazywał go upartym „starikiem”, uważał za człowieka „hardego i opryskliwego”.

„Proces szesnastu” trwał między 18 a 21 czerwca 1945 r. w Moskwie. W tym samym czasie odbywały się w stolicy ZSRR rozmowy na temat utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Pużaka sądzono jako „recydywistę” – dawnego więźnia carskiego Szlisselburga! Oskarżycielami byli naczelny prokurator Armii Czerwonej Nikołaj Afanasjew oraz Roman Rudenko, późniejszy główny oskarżyciel ZSRR w procesach norymberskich. Wiele lat później, w pracy „Więźniowie polityczni w Polsce 1945-1956” (Gdańsk 1981) zaznaczono: W procesie moskiewskim Okulicki, Pużak i Stypułkowski złożyli piękne dowody odwagi i poczucia godności własnej i narodowej. Jerzy Lerski pisał zaś: Poznałem od razu w zeznaniach uwięzionego Prezesa Rady Jedności Narodowej, tegoż nieugiętego człowieka, którego nawet oskarżyciele sowieccy musieli szanować.

W moskiewskim procesie skazano Pużaka na półtora roku więzienia, ale 1 listopada 1945 r. jemu, Bagińskiemu i Zwierzyńskiemu udzielono „indywidualnej amnestii”. Kilka dni później znaleźli się w „nowej Polsce”. W kwietniu 1990 r. Plenum Sądu Najwyższego ZSRR stwierdziło oficjalnie, że w działalności oskarżonych nie było cech przestępstwa i uznało wyniki postępowania rehabilitacyjnego.

Po powrocie do kraju Pużak był stale obserwowany. Zachowując najwyższe środki ostrożności, działał w podziemiu. W styczniu 1946 r. wobec praktycznego rozbicia WRN próbował współtworzyć nową strukturę: Krajowy Ośrodek WRN. Z dzisiejszej perspektywy ambicje grupy były skrajnie nierealistyczne. Tak przedstawiano je w ówczesnych raportach bezpieki: Domagano się […] m.in. uniezależnienia polityki zewnętrznej i wewnętrznej od ZSRR […]. Zapowiedziano walkę o odzyskanie niezależności, o jawną dyplomację i zniesienie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Struktura konspiracji przypominała tę, jaką Pużak stosował w czasach hitlerowskiej okupacji. Równocześnie konsekwentnie odmawiał przyjaciołom, którzy namawiali go do opuszczenia Polski: Za stary jestem na emigrację. Muszę dokończyć swą drogę tutaj.

5 czerwca 1947 r. został aresztowany. Podobny los spotkał innych działaczy WRN, m.in. Tadeusza Szturm de Sztrema, Józefa Dzięgielewskiego i Ludwika Cohna. W listopadzie 1948 r. rozpoczął się proces liderów niepodległościowej lewicy, skrupulatnie relacjonowany przez propagandową prasę. Warto przytoczyć kilka tytułów z „Głosu Ludu”, organu KC PPR: „Agentura międzynarodowego kapitału w ruchu robotniczym”, „Kazimierz Pużak paraliżował walkę przeciwko Niemcom”, „Pużak zszedł do kolaboracjonizmu”. Zaś „Robotnik” „odnowionej” PPS pisał: Na sali sądowej odżyły […] postacie zdradzieckie przedwojennych bonzów naszej partii, tych, którzy przez dwudziestolecie drugiej niepodległości konsekwentnie szli po linii zdrady i rozbijania klasy robotniczej, tych, którzy w okresie okupacji wywiedli na manowce uczciwych robotników, tych wreszcie, którzy nie spiskując przeciw Polsce sanacyjnej, spiskowali przeciwko Polsce Ludowej. I jeszcze raz „Głos Ludu”: Kazimierz Pużak ma kartę życia zapisaną krwią i błotem. Służył na wszystkich frontach kontrrewolucji.

Marcin Panecki przytacza obszerne fragmenty zeznań Pużaka, mów oskarżyciela i obrońcy. Pozwalają one wczuć się w atmosferę procesu i ukazują, na jak fundamentalnej niegodziwości budowany był od początku ustrój państwa, które miało czelność nazywać się „Polską Ludową”. Ostatecznie Pużaka skazano na karę 10 lat pozbawienia wolności, utratę praw publicznych i obywatelskich na okres 5 lat i przepadek mienia na rzecz Skarbu Państwa. W wyniku amnestii karę więzienia zmniejszono do 5 lat.

Niedługo po procesie, w dniach 15-21 grudnia, w auli Politechniki Warszawskiej zebrał się Kongres Zjednoczeniowy PPS i PPR, podczas którego powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Dziś można uznać, że poprzedzający to wydarzenie proces stanowił swoisty „akt założycielski” nowego ustroju.

W czerwcu 1948 r. rozpoczął się ostatni etap w życiu Pużaka. Najpierw osadzono go w więzieniu na Rakowieckiej, następnie w Rawiczu, gdzie poddawany był specjalnym szykanom. Władze miały wywierać presję, by napisał do Bieruta wiernopoddańczy list, będący zarazem przepustką na wolność. Więzień Rawicza, Mieczysław Truszewski, wspominał: Był chory i straszliwie cierpiał. Co drugi i trzeci dzień był wzywany na przesłuchania, które trwały kilka godzin. Wracał zmaltretowany. Młodym z celi mówił: „wy chłopcy przeżyjecie, tylko nie dajcie się sprzedać, bądźcie zawsze wierni ojczyźnie”. Wiele razy przebywał w karcerze bez powodu. O formacie Pużaka świadczy też to, że w składanych zeznaniach nigdy nie obciążył Józefa Cyrankiewicza, choć oczekiwano tego po nim, zaś sam Cyrankiewicz – dawny współpracownik PPS-WRN, a późniejszy lider filosowieckiej „odrodzonej” PPS – był dlań wielkim rozczarowaniem.

Panecki przytacza wymowne wspomnienie Jana Karskiego o spotkaniu z wieloletnim premierem PRL: W latach siedemdziesiątych odwiedziłem Polskę, wtedy odnalazł mnie Cyrankiewicz. Przegadaliśmy pół nocy. […] Opowiedziałem mu, jak poszedłem do Pużaka w 1942 roku, kiedy Cyrankiewicz był w Oświęcimiu. Pytałem Pużaka, czy nie można coś zrobić, żeby ratować Cyrankiewicza. Odbić albo kogoś przekupić. Pużak się zezłościł: chcę, żeby Pan wiedział, że polska klasa robotnicza nie zapomniała przyszłego sekretarza generalnego PPS. Mówię do Cyrankiewicza […]: „Józek, jak ty byłeś w obozie, to Pużak myślał o tobie jako o przyszłym sekretarzu generalnym”. Chwila milczenia i Cyrankiewicz odpowiada: „No cóż, po wojnie Pużak się zdezaktualizował”.

Zmarł 30 kwietnia 1950 r., schorowany, zniszczony warunkami osadzenia (nieogrzewana cela piwniczna), sprowadzony do więziennego szpitala wprost z karceru lub izolatki. Panecki stwierdza: Wiele wskazuje na to, że na Kazimierzu Pużaku dokonano politycznego mordu. Rodzina nigdy się nie dowiedziała, jak naprawdę zmarł ich mąż i ojciec. Pużaka zrehabilitowano 19 kwietnia 1989 r., a w 1996 r., w Święto Niepodległości Aleksander Kwaśniewski odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego. Córka Maria nie odebrała odznaczenia z rąk postkomunisty, najbliższa rodzina przyjęła je dopiero 7 lipca 2009 r. od Jana Olszewskiego, doradcy prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Życie polskiego lewicowca, bohatera swoich czasów oraz jednej z ich ofiar, w pełni ukazuje, co znaczył trud socjalizmu i trud polskości wtedy, gdy za taką podwójną wierność trzeba było płacić najwyższą cenę. I choć książka Paneckiego jest suchą, naukową biografią, to przecież widzimy w niej człowieka wybitnego, a przy tym tak ludzkiego w swoich wyborach i perypetiach życiowych. Karty życia Pużaka zapisane są dumną treścią.

___________

Marcin Panecki, Kazimierz Pużak (1883-1950). Biografia polityczna, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2010.

Co z tym handlem?

O nową wieś. Koncepcje agrarne Władysława Grabskiego

Nazwisko Władysława Grabskiego kojarzy się przede wszystkim z reformą walutową, którą przeprowadził w 1924 r., pełniąc funkcje premiera i ministra skarbu.

Wówczas to, w ramach pełnomocnictw udzielonych przez Sejm, dokonał uzdrowienia finansów państwa poprzez m.in. radykalne cięcia kosztów administracji, podwyższenie podatków, usprawnienie systemu ściągania danin majątkowych, stabilizację cen, wprowadzenie jednolitego systemu podatkowego oraz państwowego monopolu spirytusowego, tytoniowego i zapałczanego. Przede wszystkim jednak ustanowiono nową walutę – złotego polskiego i powołano jego emitenta, Bank Polski.

Reforma była rozmaicie oceniana. Dziś generalnie dominują pozytywne oceny, mówi się wręcz o imponującym sukcesie. Jej rangę i charakter dobrze obrazuje, jak się wydaje, zestawienie z reformą Leszka Balcerowicza, która oparta była na zupełnie odmiennych przesłankach. Grabski, jako zwolennik szkoły historycznej w ekonomii, odrzucał możliwość generalizowania zjawisk gospodarczych i wyodrębnienia niezmiennych motywów gospodarowania. Charakterystyczne dla niego było podkreślanie podmiotowości (polegającej na szukaniu oparcia dla reform w siłach wewnętrznych kraju) oraz wielowymiarowości życia gospodarczego, solidaryzmu społecznego i potrzeby harmonijnego rozwoju wszystkich grup społecznych.

Grabski, w przeciwieństwie do Balcerowicza, postanowił obciążyć kosztem reform głównie bogatszą część społeczeństwa.Jak pisali Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski, jego program uderzał przede wszystkim w interesy klas posiadających. One w pierwszym rzędzie miały płacić daninę majątkową, one zostały dotknięte waloryzacją podatków. […] Ludzie żyjący z płacy roboczej, jak również drobnotowarowi rolnicy byli zbyt biedni, aby obciążenie ich nowymi świadczeniami na rzecz państwa mogło dać zadawalające efekty finansowe.

Grabski był jednak również działaczem społecznym. Niemało uwagi poświęcił kwestiom rozwoju polskiej wsi, był jednym z rodzimych teoretyków agraryzmu oraz twórcą socjologii wsi. Te płaszczyzny jego działalności są o wiele słabiej znane, dlatego warto omówić je szerzej.

***

Władysław Dominik Grabski urodził się 7 lipca 1874 r. w Borowie nad Bzurą w rodzinie ziemiańskiej jako trzecie dziecko. Starszy brat, Stanisław, był współorganizatorem PPS, a później wybitnym politykiem i ekonomistą obozu narodowego. Starsza siostra, Zofia, również angażowała się w życie polityczne jako działaczka PPS. Zainteresowanie wsią i stosunek do ludności wiejskiej Grabski wyniósł z domu rodzinnego. Jego ojciec jeszcze przed powstaniem styczniowym, w 1859 r. uwłaszczył chłopów na terenie swego majątku, żywo interesował się sprawami wsi, współpracował z włościanami z obszaru gminy.

W latach 1883-1892 Władysław uczęszczał do V Gimnazjum Filologicznego w Warszawie. Tam wraz z bratem organizował kółka samokształceniowe i wszedł w skład tajnej Centralizacji Związku Kółek Gimnazjalnych Królestwa Polskiego. Jej program zawierał postulaty awansu cywilizacyjnego ludu i walki w obronie interesów najbiedniejszych. W owym czasie wykazywał wyraźne sympatie socjalistyczne, jednak jak pisał Józef Wojnarowski, Już pod koniec swego pobytu w szkole zraził się do socjalizmu, dostrzegając sprzeczność między postępowaniem socjalistów a wyznawanymi przez nich poglądami. Władysław był bodajże pierwszym z grona swego rodzeństwa, który socjalistyczną teorię walki klasowej zastąpił koncepcjami solidaryzmu społecznego i narodowego, co nastąpiło zresztą nie bez wpływu myśli Abramowskiego. Wrodzone predyspozycje intelektualne oraz wyniesione z domu rodzinnego umiłowanie prawdy i sprawiedliwości skłoniły go do podjęcia wysiłku stworzenia własnego światopoglądu.

Po zdaniu matury udał się na studia do Paryża, tam w latach 1892-1894 pobierał nauki w École des Sciences Politiques, skupiając uwagę na finansach, prawie, ekonomii politycznej i historii. Równocześnie w latach 1893-1895 studiował historię i archiwistykę na Sorbonie. W 1895 r. wrócił do kraju, wkrótce jednak ponownie wyjechał na studia, tym razem agronomiczne w Halle, jednak po roku przerwał je w związku ze śmiercią ojca. Wrócił wówczas do Borowa, aby zająć się prowadzeniem rodzinnego majątku. Kontynuując dzieło ojca, przekształcił folwark w nowoczesne gospodarstwo rolne oraz dokonał parcelacji ziemi, umożliwiając rolnikom jej wykup za pośrednictwem Banku Włościańskiego.

Intensywnie angażował się także w prace społeczne. W 1899 r. założył pod Kutnem rolniczą stację doświadczalną, instytucję naukową o charakterze społecznym, drugą tego rodzaju w Królestwie Polskim. W 1901 r. zorganizował w tych okolicach pierwszą w Królestwie fabrykę spółdzielczą drenów, o nazwie „Spójnia”. Dwa lata później zaś w Bocheniu pod Łowiczem utworzył drugie w zaborze rosyjskim kółko rolnicze, przy którym powołał pierwszą spółdzielnię mleczarską. W 1904 r. zorganizował w Warszawie Towarzystwo Melioracyjne, na czele którego przez jakiś czas stał. W 1905 r. utworzył natomiast Powiatowe Towarzystwo Rolnicze w Łowiczu, którego pracami kierował do 1919 r., zakładając również kasy spółdzielcze dla chłopów czy wspierając finansowo szkoły rolnicze. Sam w rodzinnym Borowie utrzymywał nielegalną szkołę dla chłopskich dzieci. W latach 1901-1906 pełnił obowiązki sekretarza Sekcji Rolnej przy Towarzystwie Popierania Przemysłu i Handlu w Warszawie. Przyczyniła się ona do rozwoju szeregu towarzystw rolniczych, na czele z Centralnym Towarzystwem Rolniczym, skupiającym całe społecznie czynne ziemiaństwo polskie (około 2000 członków) oraz ogromną większość uspołecznionego włościaństwa (około 20000 członków kółek).

W 1904 r. wydał pierwsze ważniejsze dzieło, pt. „Historia Towarzystwa Rolniczego”, za które otrzymał nagrodę Akademii Umiejętności w Krakowie. Zwracał w nim uwagę na szkodliwość pańszczyzny i poddaństwa, a także akcentował siły twórcze, drzemiące w polskim społeczeństwie. Pisał tam, iż Idealizm w Towarzystwie Rolniczym polegał na tym, że wierzono, iż ludzie są w stanie wznieść się ponad poziom własnych osobistych i stanowych interesów, że sumienie społeczne może stać się potężną dźwignią czynów, że rozum na usługę tego sumienia oddać należy. We własnym zakresie, w łonie własnych członków, w łonie obywatelstwa wiejskiego dokonano w tym względzie wiele. A nawet i zatwardziałe uprzedzenia ludu wiejskiego zaczęły się kruszyć.

W tamtym czasie Grabski związał się z obozem narodowo-demokratycznym, z jego ramienia trzykrotnie posłował do kolejnych Dum rosyjskich w latach 1906-1912, pracując tam w Komisji Budżetowej Ministerstwa Rolnictwa Rosji. O pracy w Kole Polskim Dumy pisał: W sprawie agrarnej postawiłem tezę o tym, że nie Rosja, a tylko Polska sama może zreformować swój ustrój agrarny, przy czym stanąłem na gruncie konieczności tej reformy, w sprawach podatkowych wykazałem pokrzywdzenie Królestwa w porównaniu z Rosją i udowodniłem, że na przeprowadzeniu uwłaszczenia włościan rząd rosyjski zarobił na czysto […] W sprawach finansowych wykazałem, że Rosja czerpała większe dochody z Królestwa, niż na nie wydawała, a w sprawach rolniczych postawiłem tezę konieczności subwencji dla ich rozwoju nie tylko w Rosji, ale i w Królestwie wobec ujemnych skutków dla ludności włościańskiej polskiej, wynikających z konkurencji zbóż i bydła rosyjskiego. Praca ta moja przyczyniła się gruntownie do podkopania zaufania do rządu rosyjskiego ze strony mas włościańskich, na mnie zaś ściągnęła karę administracyjnego aresztu w 1906 r., z którego zostałem po kilku tygodniach zwolniony.

W czasie pobytu w więzieniu pracował nad studium „Materiały w sprawie włościańskiej”. Postulował w nim przyspieszenie procesów parcelacyjnych, wprowadzenie udogodnień kredytowych dla chłopów oraz mocniejsze zwrócenie się w kierunku ludu. Wówczas, jak tłumaczył, przekonamy się o tym, że w nim samym tkwią głębokie zasady cywilizacyjne, które wszelkie barbarzyńskie eksperymenty w nas udaremnią […]. Dziś lud to wielkie zbiorowisko świadomych swego położenia jednostek, które nie przeciwstawiają się społeczeństwu, lecz stanowią jego prawdziwą podporę. Potrzeba tylko oświaty i nauki, potrzeba dużo szczerości ze strony inteligencji w stosunku do ludu, potrzeba lepszych urządzeń ekonomicznych krajowych, a lud nasz, zespolony już dziś z całym narodem, wykaże zdolność swoją do odrodzenia cywilizacyjnego Polski.

W kolejnym etapie życia, jak sam wspominał, oddał się przede wszystkim przygotowaniu przyszłej państwowości polskiej poprzez organizowanie jej surogatów, jakimi były Biuro Pracy Społecznej czy Centralny Komitet Obywatelski. Gros aktywności w Biurze poświęcił problematyce wiejskiej, a w jej ramach kwestiom edukacyjnym. Konstatując katastrofalny stan edukacji w Królestwie oraz, jak pisał, w ciemnocie ludu główną siłę, na której system panowania rosyjskiego był oparty, podjął działania zaradcze. Jego książka „O nauczaniu powszechnym i zakładaniu szkół ludowych” stanowiła analizę sytuacji, a jednocześnie konkretny program działania. Tematykę tę kontynuował w okresie międzywojennym w studiach „Kultura wsi polskiej i nauczanie powszechne”i„Oświata ludu i sprawy agrarne w Polsce”. Odwołując się tam do przykładów duńskich, belgijskich i amerykańskich, Grabski postulował gruntowną reformę szkolnictwa ludowego w naszym kraju.

Dostrzegał on ścisły związek między rozwojem i kulturą wsi, a stanem oświaty ludowej, która, jak podkreślał, wpływa także na standardy mieszkaniowe czy dochody. Stąd warunkiem usunięcia niedomagań życia ekonomicznego miała być właśnie reforma oświaty. Jej szerzenie nie miało być jedynie akcją społeczną, działaniem warstw wyższych na rzecz ludu, lecz przede wszystkim wprowadzeniem potężnego czynnika produkcji rolnej, wpływającego na jej wzrost, poprawę stosunków agrarnych i dobrobytu ludności. Na przykładzie monografii powiatu wadowickiego, autorstwa Franciszka Dziedzica, wskazywał, iż jego mieszkańcy, pomimo dużego rozdrobnienia ziemi, właśnie za sprawą lepszego wykształcenia częściej znajdują pracę poza rolnictwem lub uzyskują wyższe dochody dzięki wprowadzeniu nowych metod gospodarowania. Niestrudzenie więc przez lata akcentował, iż należy reformować ustrój, upełnorolnić gospodarstwa, komasować grunty, meliorować – ale to nie wystarczy. Wieś bowiem nie przestanie być siedliskiem biedy, jeśli nie wydobędzie z siebie sił ekonomicznych, gospodarczych, tkwiących w człowieku samym, jak te, które dały typ życia wsi i społeczeństwa w tych krajach, gdzie nędza ze wsi dawno znikła.

Wiedza nabywana dzięki oświacie pełni rolę kapitału kulturowego, który pozwala skuteczniej rozwiązywać problemy, doskonalić rolnictwo i podnosić wieś pod względem cywilizacyjnym. Wieś niekulturalnanie wydobywa z siebie tych wszystkich wartości, jakie kryje i które wydać by mogła jako wkład swój do ogólnej skarbnicy dobra narodowego. […] Wieś jako ognisko życia ogromnej większości narodu musi mieć pewien poziom moralno-umysłowy, zabezpieczający narodowi możność swego rozwoju. Szkoły wiejskie, jak podkreślał, nie spełniają tych zadań. Mieszczące się w dusznych pomieszczeniach, z dużą liczbą uczniów, nie budzą nowych potrzeb kulturalnych, nie uczą porządku, systematyczności czy łączenia w działalności gospodarczej własnych korzyści z korzyściami rodziny, wsi, miasta czy narodu. Nauczycielom zarzucał natomiast izolowanie się od społeczności lokalnych, wynikające z poczucia wyższości. Wskazywał, że szkoły wiejskie potrzebują specjalnie przygotowanych programów, podręczników i pedagogów. Inteligencja nasza stoi na wysokości, lekceważy potrzeby ludu, bo lekceważy producentów w ogóle, bo jest nastawiona na odczuwanie jedynie intelektualizmu i czynnika konsumpcji.

Okres niepodległości do zamachu majowego wypełniła Grabskiemu przede wszystkim służba państwowa, po jej zakończeniu natomiast poświęcił się pracy naukowej. Już w 1923 r., pomimo braku doktoratu i habilitacji, na podstawie wcześniejszego dorobku w dziedzinie agronomii społecznej i polityki agrarnej został mianowany profesorem zwyczajnym polityki ekonomicznej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Dwukrotnie pełnił obowiązki rektora tej uczelni, równocześnie od 1926 r. kierował Katedrą Polityki Ekonomicznej SGGW, w ramach której powołał do życia w 1927 r. Sekcję Agronomii Społecznej, drugą tego typu placówkę w Europie. Jak pisał jego uczeń i współpracownik, Czesław Strzeszewski, przygotowywała ona działaczy, których zadaniem jest rozbudzenie świadomości i podniesienie ekonomiczne wsi polskiej. Oprócz wykładów organizowała wyjazdy w teren, do szkół rolniczych, zakładów doświadczalnych, drobnych gospodarstw, związków rolniczych itp.

Grabski wychodził z założenia, iż problemów polskiej wsi nie da się rozwiązać doraźnymi działaniami, dzięki pracy społecznikowskiej w typie XIX-wiecznym. Potrzeba dobrego przygotowania i systematyczności. Jednocześnie rozumiał, iż największy potencjał kraju tkwi właśnie w społecznościach wiejskich. Należy go jednak rozbudzić, który to proces wiązał z profesjonalizacją pracy rolniczej oraz aktywności instytucji i organizacji wiejskich, z wykształceniem fachowych wiejskich działaczy społecznych. Odwoływał się tutaj do wzorców zza oceanu, do roli agronomii społecznej w USA. Nie jest ona – pisał – dawnej daty, ale doszła do wielkich rozmiarów: 3195 osób personelu fachowego pełni czynności agronomów społecznych. Organizacje rolnicze obejmują 22 miliony osób, wśród których prócz farmerów i dzierżawców są liczni robotnicy.

Postulował więc przygotowanie szeregów fachowych agronomów społecznych. Przytaczał przykłady działań amerykańskich, angielskich czy włoskich – bezpośredniego docierania do rolników z odczytami i kursami uzupełniającymi wiedzę. Skrzętnie wyliczył, że aby ośrodki promieniowania wiedzy rolniczej były dostępne dla ogółu, należy tworzyć jedną placówkę na 106 gospodarzy (500 hektarów), wówczas poradnictwo fachowe będzie miało charakter indywidualny. W każdym ośrodku powinno funkcjonować gospodarstwo pokazowe. W sumie przewidywał 30 tys. takich placówek, po 2-3 na każdą gminę, 120 na powiat. W każdym powiecie miało być przeciętnie 8 nauczycieli, którzy prowadziliby zimowe kursy rolnictwa i kontrolowali ośrodki kultury rolniczej.

Upowszechnieniu pożądanych wzorców służyć też miał system subwencjonowania rolnictwa przez państwo. Grabski proponował przejście od systemu dowolnego czy zryczałtowanego do premii za dobre wyniki gospodarowania. Zwracał również uwagę, że dawne formy współdziałania ludności wiejskiej, jak pomoc sąsiedzka, nie odpowiadają już potrzebom czasów. On sam był jednym z pionierów organizowania się rolników do zbiorowych działań, postulował tworzenie i zakładał różnego rodzaju stowarzyszenia rolnicze, kooperatywy, kółka włościańskie, spółki handlowe itp. Kółka rolnicze w jego ujęciu miały znacznie poszerzać zakres działań, stać się szkołą życia publicznego i narodowego, zajmując się nie tylko problemami gospodarowania, ale i stosunków na wsi, w gminie, parafii czy budową szkół wiejskich. Jednocześnie ostro przeciwstawiał się ich upolitycznianiu, uznając, że rozpolitykowanie zabija ducha pracy społecznej.

Kooperatywy wiejskie miały być gwarantem szybszej absorpcji nowych rozwiązań w dziedzinie gospodarowania w drobnych gospodarstwach. Jak zauważał, w Polsce postęp rolniczy wprowadzali wyłącznie właściciele dużych gospodarstw, tymczasem na Zachodzie, gdzie od lat funkcjonowały kooperatywy drobnych rolników, problem ten nie istniał. W Belgii, Holandii czy Danii mniejsza własność nie ustępowała większej pod względem postępu właśnie dzięki formom kooperatywnym, np. tworzeniu spółek wodnych w celu przeprowadzenia melioracji.

Przyszłość wsi polskiej Grabski widział w silnych gospodarstwach farmerskich o wysokiej produktywności i niskich kosztach produkcji. Ubolewał, że Polska ma za dużo gospodarstw wielkich i karłowatych, zbyt mało zaś średnich. W 1929 r. pisał w związku z tym: Nie możemy rozwinąć działalności eksportowej naszego rolnictwa na poważną skalę, nie możemy skompensować eksportem rolniczym ujemności naszego bilansu handlowego w zakresie surowców i towarów przemysłowych, pomimo że na wsi pracuje u nas 66% ludności […]. Wydajność pracy naszego rolnictwa jest bardzo słaba.

Jako środki zaradcze proponował ochronę celną polskich produktów rolnych, regulowanie obrotu zbożem wewnątrz kraju za pośrednictwem skupu przez aparat państwowy, obniżanie kosztów produkcji rolnej poprzez wdrażanie nowych technik, szeroko zakrojoną meliorację gruntów czy rozbudowę elewatorów zbożowych. Nie żądał jednak całkowitego zniesienia wielkiej własności ziemskiej, uznając, iż ma ona do spełnienia ważne cele, rozwijając uprawy wyspecjalizowane (chmielu, buraków) oraz przemysł rolniczy (drzewny, ceramiczny itp.). Działalność taką winno państwo wspierać, stosując odpowiednie instrumenty polityki gospodarczej. Tego rodzaju gospodarstwa mogą również stanowić doskonałe narzędzie walki z bezrobociem na wsi. Przy czym, jak podkreślał, państwo musiałoby tutaj wykazać się troską o robotników najemnych, zabezpieczając takie kwestie, jak odpowiednie wynagrodzenie czy ubezpieczenia.

Wreszcie zaś podkreślał, iż konieczna jest zmiana mentalności, wyrobienie swoistej samoświadomości na wsi polskiej i zrozumienie zadań, które przed nią stoją: Wieś polska ma pełnię praw – czytamy w„Historii wsi w Polsce” – ma większość liczebną, ale nie czuje w pełni swych sił. Brak jej wyrobienia i umocnienia gospodarczego, brak wyrobienia umysłowego, brak przywódców, na których by liczyć mogła, brak świadomości, co jest istotnie najbardziej potrzebne. Liczni są, którzy jej to pragną podpowiedzieć. Ale ona sama musi do tego dojść, by zrozumieć swoją rolę w społeczeństwie współczesnym.

Jeden z uczniów Grabskiego, Tadeusz Cywiński, pisał, iż punkt wyjścia jego agronomii społecznej można streścić w sposób następujący: Podniesienie poziomu gospodarczego i kulturalnego warstwy włościańskiej zadecyduje o przyszłości Polski. Cały wysiłek światłego społeczeństwa rolniczego winien być skierowany do tej warstwy ludności wiejskiej nie dlatego, że ktoś ma ten czy inny światopogląd, lecz z tej przyczyny, że stan włościański z tytułu władania przytłaczającą większością obszaru rolnego o wiele więcej waży z punktu widzenia państwowego niż jakikolwiek inny. Że poza tym zgodnie z „prawem zmniejszającego się dochodu” podnoszenie tych gospodarstw jest zabiegiem najbardziej uzasadnionym z punktu widzenia gospodarstwa narodowego, gdyż przy obecnym niskim ich poziomie, każdy najmniejszy, a racjonalny nakład już daje tu bardzo widoczne skutki – że wreszcie obok całego szeregu czynników mogących zadecydować o przyszłości wsi, zawsze poczesne miejsce będzie przysługiwało czynnikowi ludzkiemu, który musi być odpowiednio wyszkolony.

Ukoronowaniem działalności Grabskiego na tej niwie była niewątpliwie praca „System socjologii wsi”, nieukończona z powodu śmierci autora. Jej pierwsze trzy części ukazały się na łamach założonego przez Grabskiego periodyku pt. „Roczniki Socjologii Wsi” – pierwszy numer wydano w tym samym 1936 r., w którym zaczął się ukazywać pionierski w skali światowej amerykański kwartalnik „Rural Sociology”. Na potrzeby rozwoju tej subdyscypliny, na wniosek Grabskiego Rada Wydziału Rolniczego SGGW powołała do życia 27 października 1936 r. Instytut Socjologii Wsi. Niemal równocześnie prezydent Ignacy Mościcki powołał Państwowy Instytut Kultury Wsi, w którym Grabski pełnił funkcję prezesa Rady Naukowej. Instytut zajmował się badaniami naukowymi nad kulturą wsi oraz doradztwem. Badania miały dotyczyć przede wszystkim: 1) wpływu ekonomicznych warunków życia wsi na jej kulturę, 2) zbiorowego życia wsi, 3) potrzeb społeczno-kulturalnych wsi, 4) akcji społeczno-kulturalnej wsi […]. W zakresie metod pracy nad podniesieniem kultury wsi Instytut opracowuje: 1) metody organizowania zbiorowości wiejskiej dla działania zespołowego, 2) metody wychowania jednostki dla działania zespołowego, 3) wzory różnych urządzeń społeczno-kulturalnych, jak np. dom ludowy, biblioteka, oraz metody podniesienia sprawności tych urządzeń, 4) projekty planowego zaspokajania potrzeb wsi w różnych dziedzinach jej życia społeczno-kulturalnego.

***

Grabskiemu generalnie chodziło o awans ekonomiczny, polityczny i kulturalny włościaństwa. Zdając sobie sprawę, iż przez długi czas stanowiło ono narzędzie realizacji celów warstwyziemiańskiej, utożsamianej z narodem, postulował gruntowne przeobrażenie tego stanu rzeczy. Nie miało ono jednak polegać na wyrugowaniu ziemiaństwa i zastąpieniu go włościaństwem, gdyż w takim wypadku mielibyśmy znowu do czynienia z dzieleniem narodu i realizacją partykularnych interesów stanowych. Nawoływał natomiast do przywrócenia równowagi sił społecznych, harmonijnego współdziałania w imię solidarystycznych ideałów, którym przez całe życie był wierny.

Zainteresowanie Grabskiego wsią to wynik przekonania, że awans chłopów stanowi warunek konieczny właściwego rozwoju państwa i narodu.Podkreślał, że próby reformowania wsi skazane są na porażkę, jeżeli nie zostanie w nie wciągnięty sam lud. W pracy „Idea polska” pisał w związku z tym: Gdy władza państwowa opiekuje się i kieruje biernym ludem, jest to metoda rządzenia przeszłości. Dziś jest konieczne, aby władza współpracowała z ludem nad jego dobrem.

dr hab. Rafał Łętocha

Bibliografia:

M. M. Drozdowski, Władysław Grabski, Rzeszów-Warszawa 2004.

A. Golec, Wieś i rolnictwo w poglądach społeczno-ekonomicznych Władysława Grabskiego [w:] Z dziejów gospodarki i myśli ekonomicznej Drugiej Rzeczypospolitej, pod red. R. Orłowskiego, Lublin 2001.

W. Grabski, Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej, Warszawa-Rzeszów 2003.

W. Grabski, Wybór pism, oprac. i wstęp J. Wojnarowski, Warszawa 1987.

K. Korab, Władysław Grabski, Warszawa 2004.

K. Korab, Władysław Grabski jako socjolog wsi, Warszawa 2004.

Z. Landau, J. Tomaszewski, Od Grabskiego do Piłsudskiego. Okres kryzysu proinflacyjnego i ożywienia koniunktury 1924-1939, Warszawa 1971.

P. Sieliwończyk, Władysław Grabski: wieś i rolnictwo na tle solidarystycznej koncepcji narodu [w:] Szkice z historii socjologii polskiej, pod red. K. Z. Sowy, Warszawa 1983.

Władysław Grabski. Uczony i mąż stanu, pod red. J. Konefała, S. Wójcika, Lublin 2005.

Wspomnienia i relacje o reformach Władysława Grabskiego, wyb. i oprac. M. M. Drozdowski, Warszawa 2004.

Co z tym handlem?

Za szczęście wasze i nasze, czyli polska teologia wyzwolenia

W oskarżycielskim tekście „Słowo o bandosie”, poświęconym niedoli chłopów i robotników rolnych, Stefan Żeromski wymienia garstkę Polaków, którzy dokonali wielkich dzieł, a zarazem byli nieobojętni na krzywdę ludu. Nazwiska ich są znane bardziej (Mickiewicz, Norwid, Witkiewicz) lub mniej (Lelewel, Trentowski, Worcell). Tylko jedna z przywołanych postaci jest dzisiaj niemal całkowicie zagadkowa. Autor „Ludzi bezdomnych” pisze o niej: ten za naszych dni czysty przechodzień z góry ducha, przynoszący obłudnym faryzeuszom pozew przed ołtarz, Antoni Szech, który nim słowo zwiastujące mówić począł, oczyścił się w zimnej kąpieli czynu: sprzedał, co miał, i wykupił nieszczęsne dusze, jęczące w jarzmie rozpusty.

***

Antoni Szech naprawdę nazywał się Izydor Kajetan Wysłouch. Urodził się 25 lipca 1869 r. w Pirkowiczach nieopodal Drohiczyna jako najmłodszy z trzech synów. Rodzina prowincjonalnej szlachty wyróżniała się spośród wielu podobnych. Pradziad Zenon Wysłouch to poseł na Sejm Czteroletni. Jego dwaj synowie Kazimierz i Jan byli żołnierzami Legionów Dąbrowskiego, zaś trzeci, Wiktor, miał potomka o imieniu Antoni. Był on uczestnikiem powstania styczniowego oraz ojcem bohatera naszego tekstu. Siostra Antoniego, Katarzyna, to matka legendarnego nestora polskiego ruchu socjalistycznego – Bolesława Limanowskiego. Jeden z dwóch braci ojca, Ludwik, miał z kolei syna – twórcę ruchu ludowego w zaborze austriackim, Bolesława Wysłoucha. Z kolei matka Izydora Kajetana, Teofila z Butowt-Andrzejkowiczów, to przyjaciółka Elizy Orzeszkowej, sportretowana przez nią jako „piękna Tośka” w opowiadaniu „Oficer”. Ludwik Krzywicki po latach pisał: Wziął po paru pokoleniach Wysłouchów mocne instynkty natury społecznej, a także ich niezdolność, aby czynami swoimi byli w rozterce z przekonaniami.

Po gimnazjum Izydor Kajetan wybrał studia historyczne w Warszawie. Był wyróżniającym się żakiem, lecz nie angażował w życie społeczne. Dopiero nagła śmierć jednego z braci, Witolda, zaowocowała refleksjami natury religijnej i zwrotem ku Kościołowi.

Wkrótce trafił w krąg późniejszego błogosławionego, a wówczas jednego z najbardziej prężnych kościelnych działaczy społecznych, o. Honorata Koźmińskiego, twórcy opiekuńczych inicjatyw kościelnych (pomoc ubogim, chorym, sierotom, samotnym kobietom). Po powstaniu styczniowym i kasacie zakonów przez władze carskie Koźmiński organizował podziemne struktury. Z klasztoru w Nowym Mieście nad Pilicą kierował niejawnym ruchem „świeckich zakonników”, którzy powołanie łączyli z działalnością w środowiskach „zaniedbanych” społecznie.

Izydor Kajetan po ukończeniu studiów pojechał do Nowego Miasta i oznajmił Koźmińskiemu chęć współpracy. Carskie regulacje zabraniały przyjmowania nowicjuszy do klasztoru kapucynów, wstąpił zatem do bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi. W 1893 r. odbył nowicjat wśród łódzkich robotników i rzemieślników. Brat Marcin, bo takie imię przybrał, wkrótce został wybrany generalnym przełożonym zgromadzenia, a już kilka miesięcy później z najbardziej aktywnych członków stworzył nową strukturę – Zgromadzenie Synów Boleści Maryi. Popularnie zwane dolorystami, prowadziło działalność w miejscowościach, gdzie nie docierały inicjatywy religijne i społeczne, m.in. walczyło z analfabetyzmem i prowadziło kursy rzemiosł dla ubogich.

Wysłouch błyskawicznie zyskał uznanie jako znakomity organizator, a także z uwagi na wykształcenie i zdolności przywódcze oraz z powodu wyjątkowo skromnego, ascetycznego życia. W 1894 r. został przełożonym kolejnej niejawnej inicjatywy – Zgromadzenia Sług Świętej Rodziny. Rok później sprzedał swą część majątku w Pirkowiczach i przekazał pieniądze kapucynkom z galicyjskich Kęt, które pomagały kobietom ze środowisk ubogich i patologicznych – do tego czynu nawiązują słowa uznania, które wyszły spod pióra Żeromskiego.

Po śmierci Aleksandra III, na fali „odwilży” podjęto starania o zgodę na nowicjat w klasztorze w Nowym Mieście. Była to jedyna szansa przetrwania zakonu skazanego na dosłowne wymarcie. Pierwszym kandydatem został właśnie Izydor Kajetan Wysłouch, a władze carskie pozytywnie rozpatrzyły tę prośbę. Otrzymał imię zakonne Antoni. Wykorzystując chwilową liberalizację, nadano wyjątkowe tempo odbywaniu nowicjatu oraz zdobywaniu wykształcenia teologicznego. Latem 1899 r. złożył śluby wieczyste, a święcenia kapłańskie otrzymał w listopadzie.

Wkrótce u młodego zakonnika pojawiły się pierwsze wątpliwości, gdy studiował dostępną literaturę teologiczną – przestarzałą i kiepsko napisaną. Zetknął się wówczas z modernizmem katolickim, sceptycznym wobec dosłownego traktowania tekstów biblijnych i nauczania Ojców Kościoła. Z powodu poważnych problemów zdrowotnych dwukrotnie dla podreperowania zdrowia przebywał w Egipcie. Gdy zmagał się ze sceptycyzmem wobec form wiary, historia nagle przyspieszyła. Wybuchła rewolucja 1905 r.

Wówczas rozkwitła jego polityczna i publicystyczna pasja. Głównie pod pseudonimem Antoni Szech – pochodzącym od zasłyszanego w Egipcie słowa oznaczającego przywódcę czy przewodnika duchowego, a wedle innych opinii z „Ojca zadżumionych” Słowackiego – opublikował wiele artykułów i broszur. W ciągu zaledwie 3-4 lat Wysłouch wyartykułował program ideowo-polityczny, łączący chrześcijaństwo z socjalizmem i romantycznym patriotyzmem.

***

Szech dostrzegł, że współczesna mu epoka to czasy gruntownych przemian. Czy to dynamiczne przeobrażenia gospodarcze, czy konflikty społeczne towarzyszące brutalnemu kapitalizmowi, czy krępowany, lecz stale postępujący proces emancypacji warstw ludowych – wszystko to znacząco odmienia świat. Wymaga więc aktywności intelektualnej i organizacyjnej, które Kościół zaniedbuje.

O tym mówią pierwsze publikacje Szecha wykraczające poza tematykę stricte religijną. Ich „wysyp” następuje w roku 1906. W broszurze o mariawitach, „W sprawie mankietnictwa”, potępiając zerwanie przez nich związków z Kościołem, pisał jednocześnie, że rozłam ujawnił to, w co nie chcieliśmy wierzyć dotąd, […] że lud obecnie rozgoryczony jest na duchowieństwo. Że kapłanów takich, jakich lud mieć by pragnął, mało bardzo […]. W broszurze „Do braci kapłanów” dodawał, mając na myśli rozbudzenie dążeń ludu do samodzielności w sprawach społecznych, że Na wszystkie te wołania odpowiadamy formułkami zatęchłych, średniowiecznych książek.

W rozprawie „O pracy katolickiej” stawia diagnozę, iż Działalność katolicka […] odłączyła się zanadto od wszystkiego, co obchodzi społeczeństwo. Kościół w pewnym sensie obraża się na rzeczywistość, w efekcie przestaje być dla ludu partnerem i zmierza w kierunku sytuacji, w której Ecclesia stanie się depopulata. Rezygnując z udziału w nowoczesnych procesach społecznych, traci też szansę na formowanie ich oblicza, na nadanie im chrześcijańskiego wymiaru. Katolicy ograniczają się do działalności czysto religijnej, z niewielkimi wyjątkami, jak filantropia. A jeśli czasem podejmują aktywność społeczną, to w ekskluzywnym, wyłącznie katolickim gronie. W ten sposób Kościół stopniowo przekształca się w anachroniczną sektę.

Bądźmy […] wszędzie, gdzie trzeba bronić wielkich ideałów ludzkości lub wcielać je w życie. By świat cały poznał, że katolicy tam są, gdzie walka o najświętsze i najwyższe rzeczy. […] Że wszystko, co piękne, wzniosłe, wielkie, czyste w nich ma obrońców – apeluje Szech. I dodaje, że gdyby pierwsi chrześcijanie naśladowali obecnych, to byśmy na pewno poganami byli dotąd, a gdy się trzymać [tych zasad] będziemy dziś – to na pewno za sto lat Europa znowu pogańską będzie. Musimy – przekonuje współwyznawców – zrozumieć pragnienia społeczeństwa – i nie zwalczać ich, jeśli są słuszne, ale je uświęcić i oczyścić.

Oczywiście kapłan z Nowego Miasta nie był tak naiwny, aby mniemać, że postawa kleru wynika tylko z ciasnych horyzontów czy wygodnictwa. Konserwatyzm Kościoła ma także wymiar interesowny. Obojętność na krzywdę ludu i na protesty przeciwko niej to postawa przynosząca wymierne profity. Jednak wedle Szecha krótkowzroczna: Katolicy […] zatracili niejako świadomość, w czym istotna potęga Kościoła. Im chodziło o to, by rządy zjednać sobie, te rządy skompromitowane dziś powszechnie, znienawidzone […] A przecież potęga Kościoła – nie w przyjaźni rządów, i nie w przyjaźni możnych […] Jego moc w potędze moralnej. Jego siła we wzniosłości nauki, w podniosłości czynów. Jego potęga w tym, by on, Kościół Chrystusowy, jaśniał jak słońce wśród ciemności świata. […] By ludzkość widziała, że to, co idzie stamtąd – to Boże, to wielkie, to święte, że w tym nic nie masz ludzkiego, nic z tego, co małe, co ziemskie, co egoistyczne.

W artykule „Wrogom Kościoła, tłumicielom wiary”, będącym odpowiedzią na ataki klerykalnej prawicy, pisał: Chcecie uczynić z Kościoła miejsce zbiorcze tych, co w egoizmie swoim zastraszeni, w niskich, poziomych interesach swoich zachwiani – ludzkość chcą wstrzymać i dzień wszelki zgasić, i ruch wszelki stłumić, i ducha skarlić, i serca ścieśnić i zdławić.

***

Szech nie proponował zmian w praktyce Kościoła ze względów taktycznych – aby utrzymać dotychczasową pozycję w społeczeństwie. Jego zdaniem, istniejący porządek jest do głębi sprzeczny z ideałami chrześcijańskimi. Zatem Kościół ma moralny obowiązek wspierania ludu, ponieważ jego bunt i dążenia są słuszne.

W „O pracy…” pytał: I któż wziąć powinien najwięcej do serca te krzywdy ubogich i maluczkich, tych ubogich – ukochanych przez Chrystusa […], ubłogosławionych przez Ewangelię, jeśli nie uczniowie tegoż Chrystusa, jeśli nie wyznawcy i głosiciele Ewangelii? Bieda, głód, wyzysk czy handel żywym towarem powinny wywoływać reakcję katolików. W broszurze „Wyjaśnienia” przekonywał: Kościół Chrystusowy na ruch społeczny, w imię pogwałconej sprawiedliwości wszczęty, patrzeć musi sympatycznym okiem. Wszak to plon wyrosły z Ewangelii posiewu. Wszak to zaczyn Ewangelii, co przeniknął społeczeństwo całe.

W broszurze „Gdzie wróg?”, napisanej u schyłku rewolucji 1905 r., krytycznie ocenia tendencje reakcyjne, których przedstawiciele uważają, że wraz z uśmierzeniem buntu społecznego rozwiązano istotne problemy. Zakonnik przekonuje, że mniemanie to jest błędne, a socjalizm stanowi skutek, nie przyczynę niepokojów społecznych. […] nieprzyjacielem strasznym, nieubłaganym, nie ugłaskanym nigdy, tym nieprzyjacielem, co grozi, co grozić będzie, co grozić musi, co zemstą wre, i zemstę wywrze w swoim czasie, nie dziś to jutro, tym wrogiem krwawym i okrutnym – nie socjalizm i nie socjaliści. Tym wrogiem – niesprawiedliwość społeczna, krzywda milionów. I co za tym idzie – nienawiść milionów. […] Krzywda, co wygląda zewsząd i jest wszędzie; w mieście i po wsiach, po fabrykach i folwarkach, w pałacach i suterynach, warsztatach i pracowniach, wśród najmodniejszych ulic i zaułków nędzy. […] Ta krzywda milionów, ta niesprawiedliwość społeczna, ta nędza, co się wzmaga […]. Słowem – kwestia socjalna. Oto wróg – oto nieprzyjaciel. Z nim rozprawić się trzeba – tego wroga przemóc.

***

Wskutek takich refleksji powstały publikacje dotyczące socjalizmu, w tym jedna z głównych rozpraw Szecha, „Uwagi o socjalizmie”. W jego przekonaniu, socjalizm był swoistym zwieńczeniem buntu mas w epoce dzikiego kapitalizmu. Tego rodzaju postawy nieprzypadkowo zrodziły się w Europie – tyleż wskutek dynamicznego rozwoju gospodarczego (jak chciał Marks), co i chrześcijańskiego dziedzictwa kontynentu. Zakonnik uważał, że tylko na gruncie ideałów ewangelicznych mogły się zrodzić masowe dążenia do sprawiedliwości społecznej.

Przywołuje pionierów katolicyzmu społecznego, von Kettelera i Manninga, jednak konstatuje, że większość katolików nie podjęła się – ze wspomnianych już względów – wspierania wykluczonych. Ogół dbał więcej o garstkę zboża, co ukradł z głodu biedny wyrobnik, niż o krzywdę całych pokoleń. O przełamanie piątkowego postu, niż o zgwałcenie i zdeptanie przez społeczeństwo chrześcijańskie prawa wiekuistej sprawiedliwości – pisał w „Uwagach…”. Ludowe poczucie krzywdy zostało więc „zagospodarowane” przez socjalizm.

W odróżnieniu od katolickich przeciwników socjalizmu, rozpowszechniających czarną legendę, Szech rzetelnie omawia jego założenia. Wskazuje, że znaczna część ruchu odeszła od postulatów hedonistycznych („wolna miłość”) czy od forsowania rewolucyjnej drogi przeobrażeń ustrojowych, a doktryna socjalizmu podlega rewizji wraz z rozwojem wiedzy i zmianami społecznymi. Zauważa, że swoisty „program minimum” socjalistów (swobody obywatelskie, równość wobec prawa, powszechne nauczanie, podatek progresywny, cywilizowane zasady i warunki pracy najemnej) został przyjęty także przez chrześcijańską demokrację.

Autor „Uwag o socjalizmie” akcentuje nie tylko ekonomiczne i społeczne aspekty programu socjalistycznego, lecz także jego wymiar etyczny. Wedle Szecha, kapitalizm jest ustrojem niekorzystnym pod względem moralnym, przy czym jego ofiary widzimy także wśród niewolników u góry – tych bogaczów zbydlęconych, i ogłupiałych, i zdeprawowanych przez złotego cielca, co zakuci także w kajdany ustroju dzisiejszego. Zakonnik powtarza marksowską tezę, że wyzysku nie da się sprowadzić do indywidualnych decyzji „złych ludzi”, stanowi on bowiem immanentną cechę systemu wolnokonkurencyjnego. Nawet jeśli pracodawca ma świadomość skutków własnych poczynań, musi krzywdzić i wyzyskiwać. To jego być – albo nie być.

Tym bardziej bieda i upodlenie odciskają piętno na moralności. Wysłouch dostrzegał – do dziś nie jest to powszechne wśród kleru i katolickiej prawicy –społeczno-ekonomiczne przyczyny wielu grzechów. Niedostateczne pożywienie i ubranie […] pobudza od wczesnej młodości do kradzieży i oszukaństwa. Brak pracy […] popycha bardzo wielu do podstępnego korzystania z cudzego majątku. […] Prostytucja […],ta ohyda wieku naszego i to źródło zgnilizny i zguby społeczeństw – to zło, które zrodzone przez obecny ustrój społeczny – także przecie dzieckiem nędzy i ekonomicznych dzisiejszych warunków – pisał w „Uwagach…”. Był też autorem broszury„W jaki sposób można zapobiec prostytucji”, w której – jak pisze Henryk Syska – pragnie wskazać na tak zwane nierządne kobiety nie jako na ofiary wrodzonych skłonności, tajemniczego przekleństwa nadprzyrodzonych sił miotających […] człowiekiem, ale przede wszystkim jako na ofiary kapitalistycznego ustroju.

Nie twierdził, że wszystkie złe czyny można wyjaśnić warunkami społecznymi. Należał jednak w łonie Kościoła do prekursorów myślenia, które wskazuje, że określone realia stanowią bardziej urodzajną glebę dla grzechu. Stanisław Gajewski pisze, iż Wysłouch dostrzegał […] to, co obecnie Jan Paweł II […] nazywa „strukturami zła”, czyli takie warunki ustrojowo-instytucjonalne, w których znaczniej trudniej żyć wedle zasad katolickich.

Wedle Szecha, błędem jest oddzielanie wymiaru doczesnego od wiecznego, a indywidualnego od zbiorowego. Modlitewne wezwanie „Przyjdź Królestwo Twoje” to wskazówka, iż tutaj i teraz powinniśmy tworzyć świat jak najlepszy, świat, w którym grzech i nieprawość miałyby znacznie mniejsze pole do popisu. Program socjalistyczny jest – pisze w „Uwagach…” – wprowadzeniem idei chrześcijańskiej w urządzenie społeczne. Jeżeli socjaliści zdołają zmniejszyć skalę niesprawiedliwości i wyzysku, to największą przysługę wyrządzą religii – przygotują grunt pod posiew Boży. Tak rozumiany socjalizm nie tylko nie sprzeciwia się Kościołowi – ale owszem jest [ideą] arcychrześcijańską.

Jak podsumowuje Jerzy Mazurek, wymowa rozpraw Szecha z tego okresu brzmi: katolicyzm nie musi wiązać się z aktualnym porządkiem społecznym; socjalizm nie jest antytezą chrześcijaństwa.

***

Docenieniu zalet socjalizmu towarzyszyły w jego rozważaniach uwagi krytyczne – zarówno wobec taktyki i działalności bieżącej ruchu, jak i sedna idei.

Zarzuty mniejszego kalibru dotyczyły stosunku socjalistów wobec religii i obyczajowości. Szech krytycznie oceniał „wolnościowe” postulaty tego obozu jako prowadzące do rozkładu moralnego warstw ludowych. Przyznawał socjalistom prawo do krytyki kleru czy Kościoła za uchybienia moralne lub zaangażowanie polityczne po stronie reakcji, jednak surowo oceniał antyreligijne wątki ich doktryny i propagandy. Uważał, że są one wtrącaniem się w osobistą, wręcz intymną sferę przekonań człowieka, a także błędem polityczno-taktycznym. Te godne pożałowania wybryki przeciw obrazom, krzyżom, te głoszone bluźnierstwa, które rozbrzmiewały po ulicach, polach, fabrykach […] mogły oburzyć i odstręczyć bardzo wielu, najżyczliwiej nawet dla samej sprawy usposobionych – pisał w „Uwagach…”. Ludowy antyklerykalizm, dość powszechny i nierzadko ostry, nie oznacza bowiem występowania przeciwko religii. Ataki socjalistów na tę ostatnią skutkują niechęcią względem nich, a nawet silniejszym utożsamieniem się ludu z klerem.

Jednak główną kością niezgody między Szechem a socjalistami, a zarazem clou ideowego przesłania zakonnika, był stosunek wobec kwestii klasowych. Kapłan popierał większość postulatów społeczno-gospodarczych ruchu socjalistycznego, zwłaszcza w jego wydaniu reformistycznym i ewoluującym wraz z przeobrażeniami społecznymi (Czy nie śmieszną jest rzeczą pasować Marksa na nieomylnego proroka przyszłości? – pytał). Sceptycznie oceniał natomiast „klasowość” i przewagę wątków negatywnych.

W „Uwagach…” pisał, że Idea socjalistyczna – idea powszechnej sprawiedliwości – usunięcia krzywdy raz na zawsze, praktycznego zastosowania haseł braterstwa, jedności i miłości – piękną jest i wzniosłą. […] jeśli z niej zrobić interes tylko klasy jednej, interes życiowy robotnika, w imię której on nastaje na interesy tych, którym dziś dobrze, traci swą piękność, swój urok, a z nimi swą potęgę. Przeradza się w wyraz egoizmu klasowego. Staje się czymś brzydkim, jak brzydkim samolubstwo i egoizm bogatych. […] Na tym gruncie oparty socjalizm, staje się walką brutalną o byt, walką jednych przeciw drugim […] Socjalizm w tym znaczeniu – jest walką głodnych psów nad pełną miską strawy.

Choć przekonywał, że bez zaspokojenia potrzeb nie można godnie funkcjonować, a o idealizmie mówią zazwyczaj żyjący w dobrobycie, których takie wywody nic nie kosztują, to jednak przestrzegał przed „obniżeniem” ideałów. Inspirowany tyleż chrześcijaństwem, co poglądami Edwarda Abramowskiego, z którym współpracował, przekonywał w piśmie „Siewba” w tekście „Jeszcze jedno”, że ludowi potrzeba postępu ekonomicznego i zdobyczy cywilizacyjnych, Ale to jeszcze nie wszystko. […] Prócz dobrobytu, prócz oświaty, potrzeba jeszcze czegoś. Potrzeba ducha. Konieczne są nie tylko reformy socjalne, lecz także piękny ideał i dążenie doń poprzez zmiany we wzorcach kulturowych i postawach, czyli reformy etyczne.

Opowiadał się zatem za walką nie w imię egoizmu – ale szczęścia wszystkich. Nie z nienawiści do innych, ale z miłości dla idei – i dla wszystkich ludzi. Socjalistom radził, by na sztandarach zamiast walki klas – wypisali hasło sprawiedliwości ogólnej. Dawne zawołanie „za Waszą i naszą wolność” proponował przekuć na „za Wasze i nasze szczęście”.

W „O pracy katolickiej”, książce skierowanej do ludzi Kościoła, apelował o syntezę wartości chrześcijańskich z przeciwdziałaniem krzywdzie społecznej, o socjalizm naprawdę chrześcijański, oparty na chrześcijańskich ideałach, […] ożywiony duchem ewangelicznej miłości. Byłby to socjalizm – ale taki, co nie poniżałby, ale podnosił duszę, uszlachetniał […]. I pięknością swoją i podniosłością zrobiłby on więcej niż socjalizm niechrześcijański ze swymi bombami. Z kolei chłopów na łamach „Siewby” wzywał do przepojenia swych dążeń duchem chrześcijańskim. W artykule „Ty, ludu polski” pisał: Idź swoją drogą – w przyszłość Twą, ku słońcu. I świętej chwili przebudzenia Twego nie zbrukaj gniewem, nie plam nienawiścią. […] w świętym Twym pochodzie – Chrystusa weź na krzyż. I męką Jego zagrzej się do czynu. […] I w Ewangelię Jego przystrój duszę Twoją. A wtedy nie zbłądzisz […].

***

Postulat „szczęścia dla wszystkich” miał związek z innym ważnym aspektem poglądów Szecha – stanowiskiem w sprawie niepodległości. Jej odzyskanie było zarazem wartością samą w sobie, jak i drogą do przeobrażeń w duchu egalitarnym – tylko wolne państwo może być jednocześnie sprawiedliwym społecznie.

Szech głosił poglądy znane bodaj od czasów Wielkiej Emigracji, które nabrały jeszcze mocy po klęsce powstania styczniowego. Nierealne jest odzyskanie niepodległości na drodze elitarnej walki „Polski pańskiej”. W broszurze „Wolności!…” rzuca pod ich adresem gorzkie słowa: Żeśmy o braciach naszych nie myśleli, i pragnąc sami wolności, i oburzając się na własne krzywdy, tyranami byli i krzywdzicielami ludu. […] Żeśmy dla wolności, za wolność walczyli po świecie całym […] a dla braci własnych nie mieliśmy miłosierdzia […] Kainami chcieli być dalej dla braci swoich – a wolność pozyskać dla siebie. I cieszyć się sami, i chodzić w blaskach słońca, w promieniach wolności, nie dbając o to, że miliony braci cierpią i płaczą i że krzywda im się dzieje.

Polska – ale jaka? W „Uwagach…” tak przedstawiał tę kwestię: Jeśli kochamy Polskę, to […] pragnąć musimy nie tylko, […] by się stała wolną, ale […] aby ona, ta wymarzona ojczyzna, ukochana nasza, była cudną w rzeczywistości […] By wolnych i szczęśliwych ludzi – wolną i szczęśliwą stała się ojczyzną. Aby wolność nadeszła, nie dość usunąć krzywdę polityczną – trzeba usunąć krzywdę ekonomiczną. Że nie dość wyzwolić się z kajdan najeźdźców – że trzeba się wyzwolić i z kajdan kapitalizmu– pisał w „Wolności!…”. W broszurze „Sursum corda” dodawał, iż nie może być szczęścia klasy jednej, kiedy druga cierpi. I szczęścia narodu – bez szczęścia wszystkich.

Program Szecha był solidarystyczny, ale w odmiennym rozumieniu niż solidaryzm warstw posiadających. Tamte głosiły, że niepodległość jest wartością nadrzędną, dla której lud musi pokornie znosić zły los. Płaskiej idei „zgody narodowej” przeciwstawiał kapłan wyrzeczenie się przez możnowładców swoich przywilejów, aby lud czuł się partnerem w dziele odzyskania suwerenności, a przyszła Polska jawiła mu się jako sprawiedliwa społecznie. W „Przyjdź Polsko” o Niepodległej pisał tak: W niej będzie jedność – jedność wszystkich bratnia. W niej cud się stanie, ale nie ten, co ze szlachtą polską lud miał polski złączyć. W niej ani szlachty, ani ludu nie będzie. W niej będą bracia. W broszurze „Orzeł Biały” dodawał: Polska wolna będzie, gdy wszyscy wolnymi zostaną.

Jego wizja braterstwa obejmowała nie tylko kraj ojczysty. Polska nie zbrodnią wstanie – ale cnotą. Nie szowinizmem, ani hakatyzmem, ani nienawiścią. Ale miłością bratnią wszystkich ludów. I ukochaniem wszystkiego, co święte, i podniosłością ideałów swoich. I apostolstwem ich po świecie całym, by wszyscy z nią – je pokochali razem. I wtedy przyjdzie wolność wszystkich ludów. I wolność ludzi wszystkich – przekonywał w „Przyjdź Polsko”.

***

Nie ograniczał się do publicystyki. W listopadzie 1905 r. wziął udział w warszawskiej filharmonii w wiecu zainicjowanym przez PPS. Głośnym echem odbiły się jego słowa, stanowiące streszczenie wywodów św. Hieronima: Każdy posiadacz jest złodziejem lub potomkiem złodzieja. Współorganizował też późniejszy o miesiąc zjazd duchowieństwa zaboru rosyjskiego, inspirowany tym razem przez Ligę Narodową. Przemówienie zakonnika odbiegało od pozostałych akcentowaniem problematyki socjalnej i radykalizmem wniosków.

Nazwisko Szecha widnieje w stopce redakcyjnej „Życia Gromadzkiego” – tygodnika Polskiego Związku Ludowego, pierwszej radykalnej chłopskiej organizacji w Królestwie Polskim. Sygnował wraz z m.in. Abramowskim, Władysławem Orkanem i Żeromskim tzw. prospekt tego pisma, zawierający deklarację obrony wyłącznie interesów ludu […] a cel tej pracy widzimy jasny: uczynić z każdego samodzielnego, rozumnego obywatela.

Wydawnictwa PZL były efemeryczne, a sama organizacja szybko została rozbita przez carską policję. Jednak już wkrótce kapłan wszedł do grona współpracowników „Siewby”, pierwszego polskiego czasopisma tworzonego wedle zamysłu i pod kierunkiem samych chłopów. Redagowane od jesieni 1906 r. przez grupę włościan z Tłuszcza i okolic, miało profil postępowo-lewicowy. Pierwszy numer otwierała odezwa autorstwa Szecha, w której zakończeniu pisał: Niech żyje lud – niech żyje siewba ta, co na dobro ludu. Niech żyje Polska przyszła, co z ludu wstanie – w imię Boże. Jak pisał Tomasz Szczechura, Współpraca księdza Wysłoucha była dla […] „Siewby” bardzo cenna. Dla wychowanych w duchu religijnym i posłuchu dla Kościoła chłopów głos księdza miał szczególną wymowę. Nakładem pisma ukazały się też trzy broszury Szecha.

W środowisku „Siewby” zrodziła się też polityczna inicjatywa z udziałem zakonnika. Był to nielegalny, zrzeszający kilkaset osób Związek Młodej Polski Ludowej, powołany 2 września 1906 r. Wysłouch opracował jego program, przyjęty kilka miesięcy później. Dokument zapowiadał walkę o niepodległość (nie wykluczając działań zbrojnych) i zjednoczenie ziem polskich, a podwaliną odrodzonej ojczyzny miał stać się lud. Głosił hasła tolerancji religijnej i narodowościowej, sojuszu-federacji z Rusinami (Ukraińcami) i Litwinami, a w wymiarze ponadlokalnym – federacji krajów europejskich. „Na dziś” walczyć należało m.in. o autonomię Królestwa Polskiego, powszechne szkolnictwo polskie, swobody obywatelskie, równouprawnienie kobiet. Ważnym elementem programu były oczywiście sprawy chłopskie – wywłaszczenie, za odszkodowaniem, wielkich właścicieli ziemskich, a także podniesienie kultury rolnej (od szkolnictwa rolniczego poczynając, na komasacji gruntów kończąc) i nacjonalizacja obszarów leśnych. System fiskalny opierałby się na podatku progresywnym, aby bogaci mieli większy wkład w dobro wspólne. Postulaty robotnicze to m.in. 8-godzinny dzień roboczy, płaca minimalna, zniesienie pracy dzieci, równość wynagrodzeń kobiet i mężczyzn, swoboda działalności związkowej, tanie budownictwo mieszkaniowe.

Bez wątpienia silnie inspirowany wizjami Abramowskiego, program ZMPL kładł nacisk na rozwój inicjatyw społecznych. Kooperatywy (spółdzielnie) to zarówno praktyczne narzędzia poprawy doli warstw ludowych, jak i szkoły demokracji, uczące wspólnej pracy i współzarządzania. A także instytucjonalne zręby nowego ustroju, celem było bowiem przeobrażenie obecnego ustroju społecznego klasowego na ustrój kooperatywny. Ustrój taki stanowić będzie wyższą formę przyszłego współżycia narodów, w której nie masz miejsca dla sobkostwa, krzywdy i ucisku braci przez braci, a wszyscy społem w pracy koło dobra społecznego zabiegać będą, by ojczyzna jaśniała szczęściem, sprawiedliwością, miłością bratnią!

Kolejną inicjatywą było Towarzystwo Kółek Rolniczych im. S. Staszica. Powołane na zebraniu w Tłuszczu w grudniu 1906 r., wkrótce posiadało oddziały w całym Królestwie. Wśród założycieli był Wysłouch, który wszedł do Tymczasowego Zarządu organizacji. TKR było nie tylko inicjatywą przekuwającą hasła programowe w konkretne chłopskie inicjatywy o charakterze spółdzielczym i samopomocowym. Ważny był też jej symboliczny i praktyczny wymiar emancypacyjny. Dotychczasowe kółka rolnicze pozostawały bowiem – mimo większościowego udziału drobnych posiadaczy – pod kontrolą i kuratelą, jak mawiano wówczas, „patronów”, czyli ziemian i kleru. Natomiast nowo powołane kółka były niezależnymi inicjatywami chłopów, pracujących w myśl zasady „sami sobie”. Hasło to stało się znakiem firmowym kolejnego ludowo-postępowego pisma, „Zaranie”, założonego w kręgu „staszicowsko-siewbiarskim” w roku 1907. Również z nim współpracował Wysłouch.

Zakonnik z Nowego Miasta nad Pilicą był więc wśród ojców-założycieli ruchu ludowego w zaborze rosyjskim, a jednocześnie pełnił ważną rolę w środowisku postępowej inteligencji. Kapłan, publicysta, społecznik, wspierający lud głównie piórem, ale gdy trzeba także autorytetem, przykładem i dobrą radą doświadczonego organizatora.

***

Jego działania i poglądy – zarówno wspomniane już, jak i np. optowanie za równouprawnieniem kobiet (o którym pisał: Kto wolność kocha, ten niewoli matek swych i żon i córek nie zniesie. I ludzie wolności niegodni, jeśli jej nie chcą dla wszystkich) – spotkały się z licznymi głosami krytyki. „Szechizm” – bo dla jego przekonań ukuto wręcz taką nazwę – zaowocował mnóstwem polemicznych artykułów, oświadczeń, a nawet broszur.

Prasa katolicko-prawicowa odsądzała go od czci i wiary. Oto próbka ze szczególnie napastliwej „Roli”: Kto zacz ów Antoni Szech i jaką wytwarza truciznę? Ma to być „kapłan”, nawet kapłan-zakonnik, ale kapłan taki, którego […] admirują i wysławiają najnędzniejsze świstki wywrotowe i żydowsko-socjalistyczne. Ataki te przyniosły początkowo skutek odwrotny od zamierzonego. Jak pisał, Rozgłos to mi zrobili moi przeciwnicy. A najlepszym dowodem, że podczas, gdy przez kilka miesięcy przed artykułami „Roli” mój wydawca sprzedał zaledwie paręset egzemplarzy moich broszur, w czasie kampanii […] rozeszło się kilka tysięcy.

Jednak nagonka przyniosła efekty – „sprawą Szecha” zainteresowała się hierarchia kościelna. Chodziło wszak o czynnego zakonnika – i to nie byle jakiego, bo lidera licznych środowisk katolickich, w dodatku postrzeganego jako wielka nadzieja swego zgromadzenia. Wątpliwości hierarchii budziła dokonana przez niego obrona socjalizmu, wskazywanie związków przesłania chrześcijaństwa z koniecznością radykalnych reform ustrojowych, modernistyczny sceptycyzm wobec tradycyjnej narracji historyczno-teologicznej, a także krytyka Kościoła za niedostateczną aktywność wobec palących problemów społecznych. Krytyki Wysłoucha dokonali publicznie m.in. biskup łucko-żytomierski Karol Niedziałkowski, biskup wileński Edward Ropp i arcybiskup lwowski Józef Teodorowicz.

Atakujący nie mieli łatwego zadania z uwagi na nienaganną postawę jako zakonnika i kapłana. Choć usiłowano go pogrążyć za pomocą plotek o lekceważenie wymogów stanu duchownego, to zwierzchnicy i współpracownicy z kręgów kościelnych wystawili mu jak najlepsze świadectwo w tej kwestii. Jego religijność, sumienność praktyk, niezwykle skromne życie i brak zainteresowania pokusami świata doczesnego stawiano wręcz za wzór do naśladowania. To wszystko jednak nie miało znaczenia w obliczu światopoglądu.

Pod koniec roku 1906 próbowano „uciszyć” o. Antoniego. Nakazano mu publikować wyłącznie po uzyskaniu każdorazowej aprobaty u zwierzchników. Wysłany został do Kolegium Jezuickiego w Innsbrucku dla pogłębienia wiary i wiedzy teologicznej. Wrócił po niespełna roku i przerwał milczenie. Nowe publikacje były bezkompromisowe, choć zawierały też wyjaśnienia. Zakonnik miał jeszcze nadzieję na jakiś modus vivendi z władzami kościelnymi. W liście do innego buntowniczego kapłana, Edwarda Miłkowskiego, krytycznie ocenił jego decyzję o opuszczeniu Kościoła: Reforma musi być w Kościele, nie poza Kościołem. […] Walcząc z tym, z czym walczyć należy śmiało, narażając się na sądy ludzkie i może na kary konsystorskie, ale z kościołem nie zrywać.

Jednak hierarchia twardo zareagowała na złamanie zakazu publikowania bez konsultacji. W czerwcu 1908 r. Wysłouch otrzymał nakaz opuszczenia klasztoru w Nowym Mieście, w jego sprawie miało się toczyć postępowanie dyscyplinarne. Jednak 28 sierpnia 1908 r. zakonnik ogłosił decyzję o wystąpieniu ze stanu duchownego. Tłumaczył ją w broszurze pt. „Dlaczego?”, pisząc, iż działalność w łonie Kościoła uświadomiła mu straszliwą przepaść między ideałem chrześcijańskim a tym, co widzimy wcielone w społeczeństwie wiernych – między ideą Chrystusową a tym obozem reakcji, bezduszności, bezruchu, faryzeizmu, obłudy, jakimi w przeważnej części stał się Kościół […]. Do pewnego momentu miał przesłanki sądzić, że Kościół otwiera się na świat współczesny, jednak encyklika „O modernizmie” rozwiała resztki, przebłyski złudzeń, których jeszcze dusza […] rozpacznie chwytać się próbowała. Dodawał, że nie chce być księdzem-hipokrytą, choć z wielu względów dla mnie i dla innych wygodnie by było.

Wkrótce przyszły kolejne, ostrzejsze publikacje Szecha-Wysłoucha, wymierzone w polityczny i kościelny obóz zachowawczy oraz w atmosferę po upadku zrywu z lat 1905-07. W broszurze „Hańba” powtarzał tezy o egoizmie warstw posiadających jako przyczynie niepowodzeń walk o niepodległość. Tekst kończył z goryczą: Hańba nam, że bezruchem swym do trupa uczyniliśmy Polskę podobną, że bezduszną, trupią i zgniłą jest ta, co wyroki feruje wszelkie – nasza „oświecona” opinia, że w imię dobra ojczyzny, której zgniłego snu nikomu mącić nie wolno, tłumi się wszelką myśl śmielszą, że w każdym słowie szlachetnym, odważnym, zdradę się widzi ojczyzny i zamach na „jedność” jej i spokój, że […] „prawdziwy Polak” to sługa reakcji i wstecznictwa […] a katolik u nas synonimem głupoty, bezmyślności, niewolnictwa ducha.

W broszurze „Na sąd was wzywam” konstatował moralny upadek kleru i obojętność na problemy nurtujące społeczeństwo. Zarzucał mu też, że wychował wiernych w bezmyślnym posłuszeństwie, a chrześcijański Bóg jest przez szeregowych wyznawców traktowany jak pogańskie bożki, bądź to krwawe i okrutne, bądź przebłagane, więc łaskawe. Kościół miast być dźwignią świata, stał się zaporą dla wszelkiego ruchu – miast być przewodnikiem ludzkości do przyszłego świata, do Bożego Królestwa, stał się gnębicielem jej, więziennym dozorcą.

Przypieczętowaniem ewolucji ideowej Izydora Kajetana Wysłoucha stały się jego ostatnie większe publikacje. W broszurze „Katolicyzm a polskość” z 1909 r., opatrzonej wymownym mottem – cytatem ze Słowackiego: „Polsko, Twa zguba w Rzymie”, przekonywał, że katolicyzm nie przyniósł Polsce zbyt wiele dobrego, lecz wzmacniał tendencje negatywne i hamował wartościowe. Uważał też, że fałszywe jest utożsamienie polskości z katolicyzmem. Tak jak Niemcy porzucili go na rzecz luteranizmu, a Francuzi dla laicyzmu, tak i Polacy nie muszą być katolikami, aby pielęgnować tożsamość. Wręcz przeciwnie – katolicyzm nierzadko jest sprzeczny z interesem narodowym, zaś Rzymski katolik, o ile naprawdę nim jest, nie zawaha się, gdy o wybór idzie między Ojczyzną a Watykanem. […] W tym znaczeniu i na tym polu katolicyzm nie tylko nie jest podporą polskości, ale jest owszem, szkołą narodowego zaprzaństwa.

Jeszcze dalej szedł w wydanej rok później broszurze „Być albo nie być”, stanowiącej odpowiedź na artykuł Bolesława Prusa, który przyłączył się do napaści kleru na szkołę ludową w Kruszynku, utworzoną w środowisku „Zarania”. To już nie jest krytyka „błędów i wypaczeń” jednostkowych czy zbiorowych. Ex-zakonnik stwierdza, że polski katolicyzm uległ tak wielkiej degeneracji, że obezwładnia ducha, osłabia energię, niszczy wszelką inicjatywę, wypacza i usypia umysł, kaleczy serca, sprzymierzeńcem jest wszelkiej reakcji. Szech apelował: Jeśli przyszłość ludu naprawdę na sercu nam leży, jeśli lud z bierności jego i duchowego serwilizmu wyprowadzić chcemy – w wolnych ludzi go zamienić […] choćby dlatego, że lud – to Polska, to jedyna Polski nadzieja, musimy nie księżom jedynie wypowiedzieć walkę, ale na walkę z Kościołem się zgodzić. […] katolicyzm wśród ludu osłabić trzeba, walkę mu wydać otwartą. Walka to o Prawdę, światło, wolność. Walka o lud. O Polski lepszą przyszłość. […] jestem głęboko przekonany, że walka z Kościołem – to obowiązek w imię dobra ludu i miłości ojczyzny.

Nie oznaczało to porzucenia samej wiary. Wiosną 1910 r. pisał w „Zaraniu”, w duchu dawnych tekstów, o ideałach ewangelicznych, kładąc jednak szczególny nacisk na to, że o człowieku nie świadczą formułki. Blisko Boga może być ktoś nominalnie niewierzący lub innowierca, jeśli czyni dobro, natomiast wielu deklaratywnych chrześcijan przekreśla swoim postępowaniem takie autoidentyfikacje. […] nie w słowach Bóg żąda świadectwa, ale w życiu, w czynie. Bo On nie ofiar pragnie całopalnych, lecz ofiar serca. Bo nie w modlitwie się kocha bezmyślnej, lecz w życiu godnym tej nazwy, w uczynkach szlachetnych, w wielkości serca, w świętym pożądaniu. Bo Mu nie chodzi o cześć jaką inną, prócz tej, co miłością bliźnich się wyraża.

***

Choć nie krępowany już zasadami kościelnymi, wkrótce po opuszczeniu zakonu zaprzestał działalności publicystycznej. Kilka broszur, kilkanaście artykułów – to wszystko, co Szech zrobił po zrzuceniu sutanny, czyli niewspółmiernie mało w porównaniu do lat 1906-08. Początkowa satysfakcja jego przeciwników nie miała się czym żywić, zawiodły nadzieje na jakiś „skandal” – prowadził żywot iście zakonny (mająca nadzieję na romans z nim Zofia Nałkowska konstatowała, że sposób bycia Wysłoucha nie zmienił się po opuszczeniu klasztoru).

Choć jego stanowisko ideowe zradykalizowało się, to na tle innych świeckich postępowców było umiarkowane, a on sam nie chciał „prać brudów” z czasów zakonnych. Okazało się też, że wielu uprzednich sojuszników traktowało Szecha instrumentalnie – jako ksiądz był wygodnym listkiem figowym lub przynętą na plebejuszy, jako świecki okazał się niepotrzebny. Nie pasował do żadnego z obozów. Był nie tylko zbyt „lewacki” dla Kościoła i zalążków chadecji, ale i – jak pisał – postępowi […] zanadto widzą we mnie religijnego, bym się im podobać mógł. Socjaliści takich idealistów nie aprobują. Jak pisał Andrzej Chwalba, nie znalazł on zrozumienia w partiach robotniczych, które widziały w nim człowieka Kościoła.

Aleksander Świętochowski konstatował: Z Szecha nie wyjdzie więc szechizm. Rzeczywiście, nie stał się liderem żadnej inicjatywy społecznej czy nurtu ideowego. Pod koniec 1910 r. wyjechał do Paryża, gdzie był wolnym słuchaczem w École des hautes études, uczęszczał też na wykłady francuskiego modernisty, ekskomunikowanego Alfreda Loisy. W stolicy Francji funkcjonował w kręgu skupionym wokół anarchosyndykalisty i wolnomyśliciela, lekarza Józefa Zielińskiego. Ponoć wygłaszał – ubrany w habit – radykalne antyklerykalne przemówienia podczas demonstracji robotniczych.

W przededniu I wojny światowej powrócił do Polski ze względu na odnawiające się problemy z płucami. Popierał czyn zbrojny i działalność Piłsudskiego, ale z uwagi na stan zdrowia nie brał udziału w akcji niepodległościowej.

1 stycznia 1919 r. zatrudniono go w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. W ciągu 8 lat przeszedł kolejne szczeble kariery urzędniczej, zostając naczelnikiem jednego z wydziałów. Choć uległa zmianie forma, treść jego aktywności pozostała podobna. Izydor Kajetan Wysłouch był bowiem współtwórcą zrębów polskiego ustawodawstwa socjalnego, a pamiętajmy, że nasz kraj należał wówczas do ścisłej światowej czołówki w tej dziedzinie. Przygotował nowelizację ustawy o obowiązkowych ubezpieczeniach na wypadek choroby oraz był współautorem projektu ustawy o Kasach Chorych. Doprowadził – i był jej sygnatariuszem – w 1931 r. do polsko-niemieckiej umowy o wzajemnym respektowaniu zobowiązań wynikających z ubezpieczeń społecznych obywateli obu krajów. W 1933 r. pod jego kierownictwem przygotowano projekt nowej ustawy o ubezpieczeniach społecznych. Reprezentował Polskę w pracach na forum Ligi Narodów jako jeden z liderów międzypaństwowej Komisji Ubezpieczeniowej. Za całokształt tego rodzaju działalności otrzymał Order Polonia Restituta oraz Złoty Krzyż Zasługi.

Prowadził ascetyczny i samotniczy tryb życia, zmagając się stale z kłopotami zdrowotnymi. Jedynym wyjątkiem była aktywność w masonerii. W listopadzie 1932 r. przyjęto go w poczet członków warszawskiej loży „Kopernik”, gdzie działał pod pseudonimem Antoni Sławicz. W 1935 r. został przewodniczącym tej najstarszej polskiej wspólnoty wolnomularskiej.

Zmarł nagle, w samotności, 25 lub 26 czerwca 1937 r. w swoim warszawskim mieszkaniu po powrocie z wakacji w Pirkowiczach. Pochowano go na skraju lasu w tradycyjnym miejscu grzebalnym nieopodal rodzinnego dworku.

***

Choć minęło ponad 100 lat od zakończenia politycznej aktywności Antoniego Szecha, sytuacja jest zadziwiająco podobna. Zajadła antyreligijność środowisk lewicy oraz ich bezrefleksyjne zachwyty nad wszelkimi nowinkami obyczajowymi skutecznie odstraszają osoby wierzące i bardziej zachowawcze. Polski Kościół pozostaje niemal całkowicie impregnowany na postawy i idee egalitarne. Większość księży bez wahania święci pałace i limuzyny nawet największych krwiopijców, zaś wśród politycznie aktywnych wiernych dominują osoby, które wydają się służyć raczej Mamonie i Złotemu Cielcowi, zwanemu wolnym rynkiem, niż Bogu. W takich czasach warto wracać do wspólnych ideałów Ewangelii i socjalizmu.

Co z tym handlem?

Organizacja służby bezpieczeństwa w fabryce „Ursus” Państwowych Zakładów Inżynierii

W krajach Europy Zachodniej oraz w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej już od dawna powstała myśl o walce z nieszczęśliwymi wypadkami przy pracy, przy czym – równorzędnie z rozwojem przemysłu, higieny pracy i ekonomiki społecznej – myśl ta spowodowała na szeroką skalę zakrojoną akcję z bardzo znacznym wynikiem dodatnim.

Zwrotnym momentem w tej dziedzinie było utrwalenie się przekonania, że w akcji bezpieczeństwa pracy odgrywają rolę nie tylko względy finansowe poszczególnych fabryk i przemysłowców, lecz także, i to przede wszystkim, względy natury humanitarnej, społecznej i ogólnogospodarczej.

W państwach uprzemysłowionych, jak Francja, Niemcy, Anglia i Stany Zjednoczone, powstały silne i wpływowe organizacje, których zadaniem jest walka o bezpieczeństwo pracy.

W Polsce zainteresowanie sprawą bezpieczeństwa pracy jest, niestety, słabe, toteż niewielka stosunkowo liczba zakładów przemysłowych wprowadziła u siebie oddziały bezpieczeństwa; są to: Huta Batorego, Huta Królewska, Zakłady Ostrowieckie, Fabryka Metalurgiczna Państwowych Zakładów Inżynierii i kilka innych; natomiast w wielu gałęziach przemysłu przestrzeganie bezpieczeństwa pracy prawie zupełnie nie istnieje. Przechodząc do organizacji służby bezpieczeństwa pracy na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” w Czechowicach pod Warszawą, muszę przede wszystkim stwierdzić pełne zrozumienie tego zagadnienia przez dyrekcję fabryki. Najlepszym dowodem tego jest utworzenie z inicjatywy dyrekcji działu bezpieczeństwa i zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom przy pracy. Kierownictwo tym działem powierzono inżynierowi, który w swej działalności nie jest niczym skrępowany przy przeprowadzaniu potrzebnych badań na terenie fabryki i któremu pozostawiono pełną inicjatywę w tym kierunku.

W myśl zaleceń dyrekcji i wyznawanej przez nią zasady, że z całością funkcji Fabryki Metalurgicznej łączy się bezpośrednio przewidywanie i zapobieganie wypadkom przy pracy, akcja ta na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii w Czechowicach wygląda, jak następuje.

A. Akcja zapobiegawcza

1. Zapobieganie techniczne

(a) Kontrola ruchu, badanie i sprawdzanie części dźwigów, łańcuchów, lin itd. oraz bezpośrednie czuwanie nad bezpieczeństwem pracy. Na przykład założono specjalne ochrony przy piłach taśmowych, gumowe fartuchy przy piaskownicach obrotowych i specjalne maski, zbadano w roku bieżącym trzy suwnice 5- i 15-tonowe przy próbnym obciążeniu od 7 do 20 ton oraz 14 Demagów 750 i 3000 kg przy próbnym obciążeniu 1000 i 4000 kg. Sprawdzono mechanizmy, liny i łańcuchy. O wynikach sporządzono specjalne protokóły i wpisano je do osobnej książki sznurowej.

(b) Przy pracy zastosowano różne specjalne przyrządy ochronne, jak okulary, respiratory, maski itd. Zdawałoby się, że tak prosta rzecz, jak okulary ochronne, nie nasuwa żadnych wątpliwości. Tymczasem okazało się, że przy każdym rodzaju pracy należy stosować różne rodzaje okularów, jak np. specjalne okulary dla piecowych w odlewni żeliwa, inne dla pracowników przy szlifierkach, piłach taśmowych do metalu, inne dla odlewaczy.

(c) Zapobieganie wypadkom przez racjonalne zorganizowanie pracy.

Ponieważ większość wypadków w odlewniach wydarza się przy przenoszeniu płynnego metalu, przy użyciu podnośników itp., w odlewniach Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii zwrócono uwagę na usunięcie przyczyn mogących spowodować wypadki tej kategorii oraz na zachowanie porządku i dyscypliny w odlewni, jako też na komunikację (przejścia) na terenie odlewni. Przejścia, służące do przenoszenia płynnego metalu, uporządkowano tak, że są możliwie najszersze, o równej powierzchni i wolne od przedmiotów tamujących ruch, przy czym przyjęto za zasadę, że jedno lub dwa szerokie przejścia muszą być stale wolne dla ruchu. Zwraca się również specjalnie uwagę, aby pracujący nie zatrzymywali się pod wiszącymi ciężarami. Zabroniono wszelkich czynności pod wiszącymi skrzyniami formierskimi podczas robót formierskich. Podnoszenie dużych odlewów dozwolone jest tylko po zupełnym oswobodzeniu ze skrzynki formierskiej. Przy ręcznym podnoszeniu żąda się od pracowników ścisłego wykonania komendy i przestróg majstra.

Podczas topienia zwraca się zawsze uwagę, aby pracujący stał z boku otworu wylewowego w czasie napełniania kadzi; niezatrudnionym zaś pobyt w pobliżu jest w ogóle wzbroniony. Ponadto same kadzie, służące do transportu płynnego metalu, są zabezpieczone przed przypadkowymi przechyleniami.

Wiadomo jest, że praca przy wyjmowaniu gotowych odlewów ze skrzyń jest jedną z najszkodliwszych dla zdrowia, ponieważ powstają kłęby kurzu przy wybijaniu ze skrzyń formierskich piasku po wykonaniu odlewu. Aby temu zapobiec, wprowadzono wodne pulweryzatory, działające za pomocą zgęszczonego powietrza i zapobiegające powstawaniu kurzu.

Ulatniający się tlenek cynku w postaci białej pary, podczas topienia mosiądzu oraz zalewania form tym metalem powoduje tak zwaną febrę odlewniczą (para ta powstaje przy nagrzewaniu stopów powyżej temperatury wrzenia cynku). Wobec tego, że nie dało się uniknąć tworzenia się ZnO, zastosowano dobrze działające wyciągi przy piecach tyglowych, umieszczone nad piecami. Dało to bardzo dobre wyniki, gdyż od dłuższego czasu nie zdarzyły się zasłabnięcia na febrę odlewniczą, chociaż produkcja dzienna stopu cynkowego o zawartości około 42% cynku dochodzi do 1000 kg dziennie.

Z uwagi na to, że nowo przyjęci robotnicy najczęściej ulegają wypadkom przy pracy, włożono na majstrów obowiązek pouczenia nowo przyjętych i zwrócenia ich uwagi na główne niebezpieczeństwa, obowiązek podobny mają także starzy doświadczeni robotnicy.

Zaznaczyć należy, że w kwestii zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom stałe uświadamianie robotników, periodyczne pouczania majstrów i rozmowy na ten temat dają zawsze pożądane wyniki.

2. Zapobieganie psychiczne

(a) We wszystkich oddziałach Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii umieszczone są tablice ostrzegawcze oraz specjalne przepisy dla spawaczy, zajętych spawaniem i cięciem metali itd. Wywieszono także plakaty rysunkowe, na których są uwidocznione przyczyny i skutki nieszczęśliwych wypadków przy pracy.

Ponieważ robotnicy przyzwyczajają się po pewnym czasie do wywieszonych plakatów i przestają na nie zwracać uwagę, zamienia się plakaty między oddziałami fabryki. Oprócz tego sprowadzone zostały z Czechosłowacji wydane tam plakaty i wywieszone w fabryce po zmianie czeskich napisów na polskie. Nawiasem wspomnę w tym miejscu, iż we Francji propaganda przy pomocy plakatów we wszystkich fabrykach prowadzona jest w szerokich rozmiarach, a ponieważ w fabrykach tych pracuje wielu polskich robotników, dla nich napisy francuskie przetłumaczono na język polski.

(b) W jednym z największych oddziałów Fabryki Metalurgicznej bywa wywieszany na widocznym miejscu dokładny i szczegółowy opis wypadków, jakie miały miejsce w fabryce w ciągu ostatnich paru miesięcy, jako też wykaz nieszczęśliwych wypadków, zaczerpnięty z fachowych tygodników i prasy codziennej.

(c) Fabryka prenumeruje stale czasopisma poświęcone zagadnieniom bezpieczeństwa pracy oraz zapobieganiu nieszczęśliwym wypadkom, jak „Przegląd Fabryczny”, francuski miesięcznik „Chronique de la Sécurité Industrielle” oraz włoskie czasopismo ilustrowane „Securitas” z Mediolanu.

(d) Wreszcie prowadzi się w fabryce statystykę nieszczęśliwych wypadków w myśl zarządzeń wydanych przez Ministra Spraw Wojskowych z dnia 19.VI.1933 r.

B. Ratownictwo

Na terenie fabryki stale jest czynne ambulatorium Kasy Chorych, wyposażone we wszelkie środki potrzebne do udzielenia pierwszej pomocy. Oprócz tego w poszczególnych oddziałach fabryki zaprowadzono podręczne apteczki pierwszej pomocy, wystarczające dla doraźnych mniejszych opatrunków.

Na zakończenie referatu uważam za konieczne zaznaczyć z przyjemnością, iż nie było wypadku, żeby robotnicy przeszkadzali w pracy kierownikowi bezpieczeństwa, przeciwnie – stale spotykałem się z czynnym poparciem ze strony robotników w każdej sprawie dotyczącej zapobiegania wypadkom.

Zdajemy sobie sprawę, że wyszczególniona wyżej akcja zapobiegawcza na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” nie może być uważana za skończoną i zupełnie wystarczającą. Jest jeszcze wiele do zrobienia i w najbliższych latach akcja, naszym zdaniem, powinna rozwinąć się w następujących kierunkach:

(a) Doprowadzenie porządku w warsztatach do możliwego ideału tak, aby każdy przedmiot, narzędzie i materiał był na swoim miejscu, czyli – jak mówią Francuzi – „miejsce dla każdej rzeczy i każda rzecz na swoim miejscu”.

(b) Pomimo uświadomienia majstrów i stałego wymagania od nich ze strony kierownictwa zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom, należałoby wydać kodeks bezpieczeństwa, normujący przede wszystkim zakres działalności majstrów w akcji przeciwwypadkowej.

(c) Należy się zastanowić, czy nie byłoby wskazane zaprowadzenie w fabryce wewnętrznej Rady Bezpieczeństwa z udziałem delegatów robotniczych.

(d) Zorganizowanie badań psychotechnicznych dla określania kwalifikacji fizycznych i psychicznych robotników.

(e) Sprawę propagandy zapobiegania i bezpieczeństwa trzeba rozwinąć znacznie szerzej, jak to się robi w niektórych krajach zachodnioeuropejskich, i użyć ku temu środki nowoczesne, przede wszystkim następujące:

Plakaty, które powinny być ładnie ilustrowane i drukowane; należy je często zmieniać seriami, co miesiąc lub co dwa najwyżej. Należy też wykorzystać tak potężny nowoczesny środek, jakim jest film.

Ustalenie odpowiednich druków reklamowych na kopertach przy wypłacie zarobków robotnikowi.

Zaprowadzenie specjalnej skrzynki na terenie fabryki, do której każdy z robotników mógłby składać swe wnioski i spostrzeżenia co do urządzeń ochronnych, na jakie kierownictwo czasami nie zwraca uwagi.

W celu zachęcenia pracowników do walki z wypadkami należy wprowadzić konkursy z nagrodami; pytania konkursowe powinny być jasne i proste, np.: Jakie, według Was, należałoby wprowadzić zmiany i ulepszenia, aby uniknąć wypadków przy pracy w Waszym warsztacie?

Z drugiej strony, w miarę rozwoju prac naszych w tym kierunku trzeba się będzie zastanowić nad rozwiązaniem kwestii należytej wentylacji i ogrzewania hal odlewniczych, co jednak napotyka na trudności natury finansowej.

Wreszcie, korzystając ze statystyki nieszczęśliwych wypadków, trzeba będzie poważnie przestudiować, jakie części ciała podlegają najczęściej urazom i w związku z tym zastanowić się nad wprowadzeniem odpowiednich ochronnych środków, jak ubrania, buty, okulary itd.

W każdym razie stwierdzić musimy, że już obecnie istniejąca w fabryce służba bezpieczeństwa w praktyce znakomicie przyczyniła się do zmniejszenia liczby nieszczęśliwych wypadków przy pracy.

Co z tym handlem?

Drogi rozwoju polskiego ustawodawstwa pracy

I

Podobnie jak w państwach innych, tak i w Polsce, rząd wyniesiony przez powojenny przewrót, wsparty o szerokie masy robotnicze, za jedno z pierwszych zadań uznać musiał spełnienie długoletnich dążeń i haseł świata pracy. Już manifest Rządu Lubelskiego zapowiedział wcielenie w czyn szeregu reform społecznych, w tym, w pierwszym rzędzie, realizację ośmiogodzinnego dnia pracy. Rząd Moraczewskiego w krótkim czasie program ten spełnił, wydając kolejno dekrety o utworzeniu Ministerstwa Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej i Ochrony Pracy, dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy, o inspekcji pracy, o pracowniczych związkach zawodowych, o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, o organizacji państwowych urzędów pośrednictwa pracy i inne. […]

Po tym okresie, w którym przez szereg śmiałych dekretów położono podwaliny pod nowoczesną polską myśl społeczną, w którym budowano już – w planach – strukturę przyszłego jednolitego polskiego kodeksu pracy, nastąpił czas długoletniego marazmu i zastoju. […]

Cała energia stronnictw robotniczych skoncentrowana była na odpieraniu z zewsząd idących ataków na zdobycze uzyskane w czasie rządów Moraczewskiego, w tym głównie na ośmiogodzinny dzień pracy. I choć marka stała nisko i płace robotnicze w czasach inflacji całkiem drobny stanowiły odsetek kosztów produkcji, tak, że o braku konkurencyjności polskiego towaru z powodu zbyt rozbudowanych obciążeń społecznych nie mogło być poważnie mowy, mimo to jednak próby podważenia ustawodawstwa robotniczego wznawiały się bez ustanku. I po każdej deklaracji ministra, konferencji ministrów (skarbu) czy sfer gospodarczych, lub stronnictw sejmowych, urządzano robotnicze zebrania, wiece i demonstracje, ogniskując całą akcję w tej dziedzinie na obronie zajętych już pozycji.

II

Rząd pomajowy zastał w zakresie ustawodawstwa robotniczego szerokie pole twórczej pracy. Trzeba było, otrzymawszy pełnomocnictwa, odrobić długie lata zastoju. Przyznać należy, pełnomocnictwa zostały w tej dziedzinie przez rząd szeroko wykorzystane, znacznie pełniej aniżeli na innych polach. […] Są w tych dekretach oczywiście braki, luki i niedociągnięcia, ale stanowią one bezsprzecznie poważny krok naprzód. Scharakteryzujmy pokrótce poszczególne dekrety.

Rozporządzenie o umowie o pracę robotników z dnia 13 marca 1928 r. oraz rozporządzenie o umowie o pracę pracowników umysłowych z dnia 16 marca 1928 r. zespala różnorodne normy dawniejszych dzielnicowych praw w jednolitą całość. Pod pewnym względem idą one cokolwiek – co prawda bardzo nieznacznie – dalej od przepisów poprzednio obowiązujących. Jednak już sama unifikacja przepisów, rozproszonych po ustawach przemysłowych, górniczych, drogowych i in., posiada doniosłe znaczenie, szczególnie zaś ważne jest ustawowe umocnienie trzymiesięcznego terminu wypowiedzenia dla pracowników umysłowych w całym państwie.

Rozporządzenie o inspekcji pracy z dnia 14 lipca 1927 r. uregulowało kwestię, która mimo niezliczonych posiedzeń i uzgodnień nie mogła przed przewrotem majowym żadną miarą ruszyć z martwego punktu. […] Dekret staje na nowoczesnym stanowisku niezależności urzędów inspekcji pracy od organów administracji ogólnej i uczynił z inspektorów pracy organ orzecznictwa karno-administracyjnego, co, rzecz prosta, w wysokim stopniu ułatwia im skuteczne czuwanie nad stosowaniem ustawodawstwa ochronnego.

Najbardziej doniosłym krokiem ustawodawczym jest niewątpliwie rozporządzenie (z dnia 22 marca 1928 r.), powołujące do życia nową instytucję Sądów Pracy. Brak osobnego sądownictwa w sprawach związanych z ustawodawstwem pracy w wysokim stopniu utrudniał realizację dotychczasowych praw ochronnych. Sądy zwykłe nie tylko zbyt są przeciążone, by otoczyć należytą troską drobne na ogół sprawy, wynikające ze stosunku umowy pracy, ale są i zbyt kosztowne, a nade wszystko zaś sędziowie nie wykazywali należytego zrozumienia dla ducha nowoczesnego ustawodawstwa pracy. Brak znajomości i zrozumienia tej dziedziny prawa i związane z tym nader pobłażliwe wyroki przyczyniły się do lekceważenia u części przemysłowców przepisów tego prawa i uczynił normy prawne w dziedzinie ochrony pracy prawem drugiego rzędu, w wielkiej mierze iluzorycznymi. […]

Krok naprzód poczyniono również w dziedzinie materialnego prawa bezpieczeństwa i higieny pracy. Wydano rozporządzenie o bezpieczeństwie i higienie pracy z dnia 16 marca 1928 r. Brak odpowiednich postanowień ustawowych bardzo utrudniał dotychczas inspekcji pracy należytą aktywność w tej dziedzinie, co inspektorzy podnosili w swych sprawozdaniach niejednokrotnie. Ponadto, prócz pomniejszych, wydano rozporządzenie o zapobieganiu chorobom zawodowym i ich zwalczaniu (z dnia 22 sierpnia 1927 r.).

Unormowana została również w duchu nowoczesnych pojęć rozległa dziedzina spraw emigracyjnych ustawą emigracyjną z dnia 11 października 1927 r.

Rozporządzenie o ochronie rynku pracy z dnia 4 czerwca 1927 r daje możność wydania w razie potrzeby zakazu zatrudnienia pracowników nie będących obywatelami Państwa Polskiego.

Wreszcie rozporządzenie o Radzie Ochrony Pracy z dnia 17 września 1927 r. ustanawia organ doradczy i opiniodawczy przy Ministrze Pracy i Opieki Społecznej we wszystkich sprawach z zakresu ochrony pracy. […]

III

Odzywają się obecnie, w związku z ujemnym bilansem handlowym i związaną z tym koniecznością wzmożenia eksportu, głosy nie tylko żądające wstrzymania dalszego rozwoju ustawodawstwa robotniczego, ale domagające się nawet, byśmy cofnęli się wstecz. Jako argument podaje się, że wyprzedzamy prawodawstwo Zachodu, że zbyt rozbudowane ciężary społeczne są kulą u nóg naszego przemysłu w jego walce konkurencyjnej z zagranicą.

Lecz zważmy: Polska ma najniższe płace ze wszystkich krajów, z którymi współzawodniczy. Najniższe w złocie i najniższe w ich realnej sile kupna. Dowodzą o tym zestawienia Międzynarodowego Biura Pracy, przekona o tym każde ad hoc zrobione zestawienie. Przy różnicy znacznej poziomu płac zarobkowych pomiędzy Polską i zagranicą, cóżby znaczyć mogły, gdyby nawet istniały, różnice w wysokości obciążeń społecznych w pozycji kosztów produkcji, stanowiącej zaledwie… 1%. Inne być muszą, i inne też są przyczyny słabej konkurencyjności naszego przemysłu.

Ale przemysł nasz bynajmniej nie jest bardziej obciążony świadczeniami, aniżeli wytwórczość zagraniczna. Legendę tę obaliło już raz wydawnictwo Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej pt. „Obciążenia produkcji na rzecz ubezpieczeń społecznych w Polsce i zagranicą” i zdruzgotały ją badania Komisji Ankietowej, które wykazały nikłość pozycji robocizny w ogólnych kosztach produkcji, a ujawniły natomiast znaczny poziom kosztów administracji i to administracji częstokroć aż nazbyt nieudolnej! Tak rozpowszechnione obecnie kartele i syndykaty o charakterze monopolistycznym i prawie monopolistycznym, coraz mniej liczyć się muszą w swej polityce cen z istotnymi kosztami produkcji. Opór, na jaki natrafia rozwój ustawodawstwa pracy, tłumaczy się częstokroć w istocie rzeczy nie tyle względami natury kalkulacyjnej, ile przesłankami natury zasadniczej. Przedsiębiorca w każdej ustawie ochronnej dopatruje się zacieśnienia swego stanowiska, sukcesu natomiast klasy pracującej. Przeciw temu każe mu się bronić jego ambicja i myśl o przyszłości, w każdej nowej ustawie widzi on bowiem groźbę obsuwania się podstawy, na której opiera się jego cały byt i jego nastawienie myślowe.

I podczas gdy przedsiębiorca polski i jego ideolodzy głoszą, że ustawodawstwo polskie w radykalizmie swym kroczy na czele wszystkich prawodawstw, to samo zupełnie obwieszcza przemysł niemiecki, austriacki, rosyjski, angielski. Nie tu miejsce stwierdzać, jak jest w istocie, wszakże można skonstatować z całą pewnością, że za granicą znacznie ściślej są ustawy wykonywane i że za granicą obowiązuje szereg ustaw, których u nas jeszcze nie ma. Nie tylko szerzej na ogół są tam rozbudowane ubezpieczenia społeczne, obejmując również ubezpieczenie na starość, ale także w dziedzinie ochrony pracy obowiązuje szereg postanowień, które u nas znajdują się bądź dopiero w fazie projektów, bądź też wcale nie są nawet jeszcze rozważane. Mamy na myśli ustawy o umowach zbiorowych, akcji polubownej i rozjemczej, płacach minimalnych, o pracy w chałupnictwie, pracy na roli, radach załogowych, izbach pracy itd.

Podobnie jak za granicą rozwinął się i u nas zwyczaj zawierania umów zbiorowych bardzo szeroko. Nie mówiąc o b. zaborze niemieckim, gdzie obowiązuje odnośne dawne ustawodawstwo Rzeszy – w górnictwie, w przemyśle włókienniczym, naftowym, cukrowniczym i innych obowiązują umowy zbiorowe.

Należy formę umów zbiorowych, formę o wiele doskonalszą i bardziej nowoczesną od indywidualnej umowy o najem pracy wszelkimi siłami popierać i rozpowszechniać. Umowa zbiorowa wszak z jednej strony ruguje wypadki skrajnego wyzysku pracy, z drugiej wprowadza pewną równomierność oraz stałość i spokój w stosunki przemysłowe. Cały szereg organizacji przemysłowców, które przez czas dłuższy opierały się jakimkolwiek pertraktacjom ze związkami i zawieraniu umowy, raz ją zawarłszy, odnawiają ją z roku na rok bez zbiorowej nawet ingerencji władz; jest to oznaką niewątpliwą, że ułatwiają one przemysłowi uregulowanie spraw robotniczych.

Również i robotnicy odnoszą z umów niewątpliwe korzyści. Na drodze umów zbiorowych zyskują oni, prócz ustępstw w dziedzinie płac zarobkowych oraz tak pożądanej równości i jawności, dalsze uprawnienia w zakresie przyjmowania i zwalniania, przedstawicielstwa, wpisów dla dzieci itd.

Jednakże istnienie umów zbiorowych wymaga specjalnego ustawodawstwa, które by regulowało cały splot zagadnień związanych z umową, dawało gwarancję ich wykonania, wyjaśniało punkty niejasne, nieustalone itd. Ustawodawstwo odnośne istnieje w różnych państwach przemysłowych: w Austrii, Belgii, Finlandii, Francji, Holandii, Niemczech, Szwajcarii, Szwecji, Włoszech, ZSSR. W Polsce, prócz województw zachodnich, odnośnej ustawy nie ma. A umowy zbiorowe obowiązują szeroko i wraz z organizacją przemysłu coraz bardziej będą się rozpowszechniać. Nie mają one jednak dostatecznej sankcji i są w wielkiej mierze obchodzone i łamane, zwłaszcza jeśli za umowami nie stoi odpowiednia faktyczna siła związków. Przy braku odpowiednich ustaw mogą się przedsiębiorstwa wyłamywać spod umów zbiorowych lub wcale do nich nie przystępować, stwarzając gorszymi warunkami pracy i płacy mniej lub więcej groźną konkurencję dla objętych umową przedsiębiorstw. Ustawa o umowach zbiorowych, wzorowana np. na ustawie niemieckiej, mogłaby temu zapobiegać przez to, że władze państwowe miałyby prawo rozciągania ich mocy na cały okręg lub przemysł. Projekty są w tym zakresie przygotowane i były już rozpatrywane przez Radę Ochrony Pracy; ich szybkie uchwalenie przez władze ustawodawcze jest sprawą konieczną.

Uregulowania domaga się kwestia załatwiania zatargów zbiorowych. Nie jesteśmy zwolennikami przymusowego rozjemstwa, które doprowadzać musi do zupełnie zbędnych komplikacji pomiędzy państwem a grupami społecznymi. Przykład Australii raczej odstrasza niż zachęca do tego rodzaju eksperymentu. Tym niemniej stan obecny, kiedy strony, będące w zatargu, mogą w ogóle nie objawiać chęci do zejścia się przy wspólnym stole, z czego wynikają długotrwałe strajki, jest na dłuższą metę nie do pomyślenia. Nie jest również pożądane, by każdy zatarg opierał się o najwyższe czynniki rządowe… Muszą być ustanowione specjalne niezależne, a wysoce autorytatywne organy akcji polubownej i rozjemczej. Organy te odciążą również inspekcję pracy, która obecnie jest zajęta zbyt wieloma czynnościami pobocznymi, ponadto wyrokowanie o zatargach niezupełnie daje się pogodzić z rolą i stanowiskiem inspekcji. I w tej dziedzinie istnieje przygotowany już projekt ustawy. […]

Za konieczność należy również uznać wydanie ustawy o płacach minimalnych i o pracy chałupniczej. Drobne zakłady, stosujące najstraszniejszy wyzysk pracy, nie przestrzegające żadnych zgoła ustaw robotniczych ani nie uwzględniające najskromniejszych nawet wymagań higieny, dzięki temu właśnie mogą obecnie skutecznie współzawodniczyć z wielkimi, nowocześnie urządzonymi zakładami pracy. Tak jest w przemyśle włókienniczym okręgu łódzkiego, w przemyśle spożywczym (piekarniach, fabrykach cukierków itd.), konfekcyjnym itp. Państwo winno dążyć do rozwoju wielkiego przemysłu i nie dopuszczać do tego, by zagrażały jego rozwojowi tego rodzaju „przedsiębiorstwa”, stanowiące groźbę dla kultury naszego kraju, przeszkodę dla polepszenia jego stanu zdrowotnego. Mamy tu do czynienia z nakazem nie tylko polityki socjalnej, ale też z wymogiem racjonalizacji życia gospodarczego.

Ustawy o płacach minimalnych i o pracy chałupniczej istnieją – w różnych formach – w większości państw europejskich. […] Rząd polski w odpowiedzi swej na kwestionariusz o metodach ustalania płac minimalnych wypowiedział się za wąskim ujęciem kwestii, ograniczając ich stosowanie do chałupników. Praca chałupnicza, tak odróżniająca się swym charakterem zawodowym od pracy rzemieślniczej i fabrycznej, nadaje się już w chwili obecnej do takiej specjalnej reglamentacji, której opracowanie, rozpoczęte jeszcze poprzednio i przerwane jedynie ze względu na okres wahań stabilizacyjnych waluty, zostaje na nowo przez rząd polski podjęte – pisze rząd w cytowanej odpowiedzi.

Jak wynika z powyższego, uważa rząd zastosowanie płac minimalnych do chałupników za pierwszy tylko krok w tym kierunku. Należałoby w przyszłości dążyć do polepszenia warunków pracy tą drogą również w tych działach rzemiosła i pracy fabrycznej, które nie mają umów zbiorowych i wykazują niepomiernie niskie zarobki. […] Państwo nie może się już ograniczać do roli biernego widza w obliczu nędzy i wyzysku. Poziom płac decyduje bowiem o rozwoju całego szeregu innych czynników – nie wyłączając politycznych – w których kształtowaniu jest ono wysoce zainteresowane.

IV

Za najważniejszy jednak brak polskiego ustawodawstwa społecznego – i to z punktu widzenia samej nawet produkcji – uważać należy fakt, że nie sprzęgło ono i nie starało się sprzęgnąć świata pracy z procesem wytwórczym.

W warunkach obecnych robotnik traktuje przedsiębiorstwo jako coś obcego lub co najmniej obojętnego. Jego losy mało go obchodzą. Obawia się zamknięcia zakładu – grozi mu to wszak okresem głodu i niedostatku. Ale w wydajności zakładu, w jego sprawności organizacyjnej i technicznej mało jest zainteresowany. Doświadczenie nauczyło go, że wydajność zakładu mało lub wcale nie wpływa na wzrost robotniczych zarobków, a zwiększa natomiast zysk. […] Przedstawicielstwa, rady fabryczne, załogowe czy jakakolwiek inna byłaby ich nazwa, dawałyby warstwie robotniczej możność wyjścia poza obręb jednego tylko, własnego ich warsztatu pracy i zapoznania się z kręgiem zagadnień gospodarczych, związanych z działalnością danego zakładu. Robotnicy otrzymaliby wgląd w mechanizm życia gospodarczego, poczęliby poprzez swych delegatów rozumieć związki zachodzące pomiędzy poszczególnymi zjawiskami ekonomicznymi i wpływ tych czynników na ich własny los.

W nowej instytucji stworzony zostałby pomost pomiędzy zarządem a personelem pracowniczym, pomost niwelujący tę ciągle jeszcze olbrzymią przepaść leżącą między tymi dwoma światami. […] Działają u nas w wielu przedsiębiorstwach delegacje robotnicze, lecz prawne podłoże ich działania nie jest wcale uregulowane, co oczywiście krępuje ich znaczenie i rozwój. Na Górnym Śląsku natomiast działa na zasadzie dawnej niemieckiej ustawy instytucja rad załogowych.

Komisja Ankietowa doszła, na podstawie analizy ośmioletniej działalności tej instytucji, do wniosku, że skutki stosowania ustawy o radach załogowych należy ocenić jako niewątpliwie dodatnie, zarówno pod względem realnego oddziaływania na stosunki społeczno-gospodarcze, jak również i ze względów wychowawczych – podnoszenia poziomu i poczucia odpowiedzialności u pracowników. Na terenie pozostałych dzielnic – stwierdza dalej Komisja – uderza brak opartego na ustawie przedstawicielstwa robotniczego i urzędniczego. Istnieją wprawdzie delegaci robotników, ale nie mają oni określonych przez ustawę zadań i uprawnień. […]

Wnioski, do których doszła Komisja Ankietowa, są zgodne z rezultatami odpowiednich badań na Zachodzie. Sprawozdania inspekcji pracy czy to Austrii, czy Niemiec, wszystkie podnoszą korzystne wyniki pracy rad fabrycznych. Rady te, aczkolwiek nie zadośćuczyniły daleko idącym nadziejom, jakie klasa robotnicza przy ich powstawaniu przywiązywała do nich, jednakże wniosły w życie fabryczne pewien konstytucjonizm, czuwają one nad realizacją ustaw ochronnych, łagodzą drobne zatargi itd.

Niemcy poszły, jak wiadomo, dalej jeszcze. Przedstawiciele robotników zasiadają tam w radach nadzorczych towarzystw akcyjnych. Cel tego postanowienia jest jasny – chodzi o dalsze jeszcze zbliżenie pracowników do procesów wytwórczych, do bliższego jeszcze wtajemniczenia ich w warunki współczesnego życia gospodarczego. Radca załogowy, który pozna dokładnie całokształt warunków, w jakich przedsiębiorstwo pracuje, realniej reprezentować może interesy swych mocodawców.

W naszych warunkach tego rodzaju zarządzenie byłoby zapewne przedwczesne. Tym niemniej należy klasę robotniczą stopniowo zainteresować już teraz biegiem życia gospodarczego i dać jej możność wpływania na nie nie tylko poprzez sejm i partie polityczne. […]

Dalszą drogą zapewnienia czynnikowi pracy większego, niż dotychczas, wpływu na bieg życia gospodarczego, są izby pracy. Wprowadzone zostały w czasach ostatnich izby przemysłowo-handlowe, rolnicze, rzemieślnicze. Tylko izby pracy nie zostały powołane do życia, ani nawet nie rozpoczęto, o ile nam wiadomo, odpowiednich prac przygotowawczych. I pod tym względem pozostajemy w tyle za Zachodem. […]

Izba występowałaby z inicjatywą ustawodawczą, brałaby udział w radach opiniodawczych, prowadziłaby ankiety i badania nad warunkami życia robotniczego, współdziałała z Urzędem Statystycznym w rozwoju statystyki pracy itd.; słowem – byłaby samorządem świata pracy. Jednym z ważnych jej zadań musiałoby również być gospodarcze szkolenie funkcjonariuszy związków zawodowych, ławników sądów pracy i ewentualnie radców załogowych. Wzrost wiedzy i zainteresowań ogólnogospodarczych oraz fachowych wśród klasy robotniczej będzie niewątpliwie regulatorem postępów demokracji gospodarczej, choć będzie niezawodnie również i jej pochodną.

Nakreśliliśmy w paru rzutach główne drogi, którymi zdążać winna polska myśl społeczna. Zatrzymaliśmy się jedynie na wytyczeniu szlaków głównych, pozostawiając na uboczu wiele dziedzin, które nie mniej wymagają ustawowych uzupełnień i dalszego rozwinięcia.

Czy to będzie praca młodocianych, czy sprawa wykorzystania wczasów, czy praca na roli lub prawa służby domowej – wszędzie twórcza myśl społeczna, wychodząca z założenia, że czynnikiem produkcji najbardziej cennym jest praca, znajdzie szerokie pole inicjatywy. […]

Wyzwoliliśmy się w latach ostatnich z narzuconej przez pewne sfery opinii, że w dziedzinie polityki społecznej już wszystko zostało dokonane, że nawet zrobiono za dużo i że należy się już… cofnąć wstecz. Uzasadniano to względami natury gospodarczej. Oczywiście, kwestie społeczne łączą się ściśle i nierozerwalnie z zagadnieniami gospodarczymi. Związek ten nie może być negowany i nie jest też przez nas zaprzeczany. Ale aż nazbyt często owe względy gospodarcze służą tylko jako argumenty dla utrzymania preponderancji pewnych warstw, co nie może leżeć w interesie ogólnogospodarczym, w interesie państwowym. W interesie państwa, wzmocnienia jego wewnętrznej siły i zwartości – leży gospodarcze dźwignięcie warstw pracujących i uczynienie z nich aktywnych czynników procesu wytwórczego. […]

Co z tym handlem?

Polityka społeczna w początkach niepodległości

Warunki, w których nastąpiło wskrzeszenie Państwa Polskiego, przesądziły kierunek jego polityki wewnętrznej w duchu najbardziej demokratycznym i współczesnym. Wybitna rola, jaką klasa robotnicza odegrała w polskim ruchu niepodległościowym przed wojną światową i podczas niej, nastroje społeczne, panujące w Europie i Ameryce w latach 1917 i 1918, wyraz, jaki one znajdowały podczas Konferencji Pokojowej, wrzenie rewolucyjne, otaczające Polskę od wschodu i od zachodu w okresie przywracania bytu państwowego, osobistość Józefa Piłsudskiego, któremu ustanowiona przez okupantów Rada Regencyjna przekazała w najkrytyczniejszej chwili (14 listopada 1918 r.) „obowiązki i odpowiedzialność względem narodu polskiego” – wszystko przyczyniało się do spotęgowania wpływów robotniczych i w ogóle radykalnych. […]

Gabinet Moraczewskiego przygotował i ogłosił ordynację wyborczą sejmu ustawodawczego, opartą na pięcioprzymiotnikowym powszechnym prawie wyborczym, przy zupełnym równouprawnieniu kobiet, i szereg innych dekretów, z których kilka dało zasadnicze podwaliny polskiej polityce społecznej. […] rząd Moraczewskiego stanął od razu na stanowisku konieczności zadośćuczynienia naczelnym hasłom warstw pracujących. Bezpośrednio po ogłoszeniu dekretu o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej nastąpił dekret o 8-godzinnym dniu pracy, ustalający 8-godzinny dzień i 46-godzinny tydzień pracy dla robotników i pracowników we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz w przedsiębiorstwach handlowych, z zastrzeżeniem, by skrócenie czasu pracy do tej normy nie pociągnęło za sobą obniżenia płacy. […]

Najpilniejszym zadaniem realnym było rozwiązanie zagadnienia bezrobocia. […] dekretem z dn. 27 stycznia 1919 r., w celu ułatwienia poszukiwania pracy oraz zapewnienia opieki wychodźcom polskim, powstały Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy i Opieki nad Wychodźcami (PUPP). Zajęły się one rejestracją zgłoszeń osób poszukujących pracy, roztaczając szczególną opiekę nad robotnikami powracającymi z Niemiec, i podjęły inicjatywę w kierunku uruchomienia robót publicznych, fabryk i warsztatów. […] Zasadnicza akcja Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy w kierunku dostarczenia zatrudnienia pozostałym na miejscu i powracającym bezrobotnym napotkała na razie oczywiście na nieprzezwyciężone trudności wobec całkowitego długoletniego zamarcia przemysłu. […]

W obliczu tej zatrważającej swym ogromem klęski przystąpiono śpiesznie do organizowania robót publicznych mimo nieodpowiedniej pory roku i pełnej świadomości, że nie ma żadnych gotowych projektów ani właściwego aparatu. Organami wykonawczymi uczyniono miejscowe komitety przy samorządach, zaś na ich czele postawiono Urząd Robót Publicznych. […] Jednocześnie podjęto udzielanie pomocy bezrobotnym za pośrednictwem specjalnych komitetów lokalnych, pozostających w ścisłej łączności z Urzędami Pośrednictwa Pracy i złożonych z przedstawicieli miejscowej władzy administracyjnej, rady miejskiej lub powiatowej instytucji opieki społecznej i delegatów organizacji przedsiębiorców i robotników, przy czym ci ostatni mieli zagwarantowaną połowę przedstawicielstwa. Już z dniem 26 grudnia 1918 r. rozpoczęto wydawanie zasiłków pieniężnych, po miesiącu zaś zaczęto stopniowo przechodzić od tej formy pomocy do zapomóg w naturze w postaci artykułów żywnościowych, mydła i drzewa. Nadto pozostający bez pracy właściciele mieszkań korzystali na zasadzie specjalnego dekretu z moratorium mieszkaniowego. […]

Czyniąc zadość potrzebom najbardziej palącym, nie tracono jednak z oka celów dalszych, zasadniczych. Przy oparciu się na razie o zasadę 8-godzinnego dnia pracy i przepisy ochronne zaborców, przystąpiono energicznie do przygotowania kadr personelu nadzorującego przestrzeganie tych przepisów. Rosyjscy inspektorzy fabryczni opuścili bowiem swe placówki podczas ogólnej ewakuacji władz rosyjskich, a władze okupacyjne nie pozwalały na rozwój warszawskiej inspekcji pracy, próbując powoływać do życia niemieckie placówki inspekcyjne. Wytworzoną w ten sposób próżnię postarano się zapełnić przy pomocy kilkomiesięcznych kursów kształcących, egzaminów kandydatów na inspektorów pracy i organizacji na razie dwudziestu kilku urzędów na podstawie dekretu tymczasowego o urządzeniu i działalności inspekcji pracy. Dekret ten, którego zasady rozciągnięto z czasem również na inne dzielnice Polski i który obowiązywał do roku 1928, rozszerzył znacznie właściwości organów nadzorujących wykonywanie ustaw ochronnych, poddając ich kompetencji pracę najemną we wszystkich gałęziach (przemysł, rzemiosło, handel i rolnictwo) bez względu na rozmiary przedsiębiorstwa.

Równolegle do działalności w dziedzinie ochrony pracy tworzono fundament polskich ubezpieczeń społecznych, które w b. zaborze rosyjskim istniały tylko pod postacią prawa do otrzymywania odszkodowania za wypadki przy pracy w większych przedsiębiorstwach górniczych, hutniczych i przemysłowych. Do opracowanego w okresie okupacji projektu o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby wprowadzono dzięki pomyślnemu przewrotowi w losach kraju daleko idące zmiany i ogłoszono (dn. 11 stycznia 1919 r.) dekret, w którym ustalono cztery dotychczas obowiązujące zasady tego ubezpieczenia: przymus ubezpieczenia, powszechność obowiązku ubezpieczenia w stosunku do pracowników najemnych wszystkich kategorii, rozmieszczenie kas chorych według zasady terytorialnej oraz ich autonomię. Rozpoczęto też zaraz organizację pierwszej kasy chorych w Warszawie, która rozpoczęła swe czynności od sierpnia tegoż roku. […]

Gdy […] fala strajków rolnych, szczególnie gwałtowna w południowo-wschodnim kącie b. Królestwa Kongresowego, nie opadała, gdy strajki te zaczęły grozić nie tylko przelotnymi ekscesami, ale i niewykorzystaniem właściwej pory robót polnych, co w obliczu braków aprowizacyjnych przedstawiało się jako klęska podwójna, sejm zażądał od rządu, by działalność inspektorów pracy niezwłocznie rozciągnąć na rolnictwo, jednocześnie grożąc przymusowym zarządem właścicielom majątków ziemskich „niezagospodarowanych wskutek opornego stanowiska właścicieli wobec słusznych żądań robotniczych i pojednawczej akcji inspektorów pracy”. Uchwała sejmu z 28 marca 1919 r. dała początek szerokiemu prawodawstwu o załatwianiu zatargów zbiorowych między pracodawcami a pracownikami w rolnictwie. Prawodawstwo to stworzyło aparat, dzięki któremu cały obszar Rzeczypospolitej pokrywał się stopniowo siecią zbiorowych umów ramowych, a strajki w rolnictwie traciły na ostrości przebiegu i stawały się coraz rzadszym wyjątkiem. Dzięki umowom zbiorowym położenie robotnika rolnego, który w okresie zaborów był najuboższym, najgorzej płatnym, lekceważonym składnikiem proletariatu polskiego, uległo znakomitej poprawie zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. […]

W miastach sprawę domagającą się zasadniczego uregulowania stanowiła pomoc dla bezrobotnych. Przejście przez doraźnie tworzone komitety do udzielania zasiłków w naturze zamiast w pieniądzach nie dało pożądanych rezultatów, nie zapobiegło nadużyciom i nie dostarczyło selekcji najbardziej potrzebujących. Mniemano, że złe strony doraźnej pomocy dadzą się usunąć przez stworzenie dla niej podstaw ustawowych, które powstały w postaci ustawy z dn. 4 listopada 1919 r. Ustawa ta przewiduje powiatowe komisje niesienia pomocy bezrobotnym, które oparły się w swej działalności o rejestry sporządzone przez Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy, nadto zmieniła ustaloną poprzednio formę i wysokość zapomóg, obniżając je i przywracając system wypłaty w produktach. Przy tym już wówczas – przed powstaniem międzynarodowych koncepcji o wzajemności w traktowaniu obywateli własnych i cudzoziemców – uprawniono do korzystania z tej pomocy również obywateli państw obcych, zamieszkałych na terytorium państwa polskiego. […]

Dnia 12 grudnia 1919 r. ogłoszona została ustawa o czasie pracy w przemyśle i handlu, rozwijająca dekret wydany przed rokiem w tej samej sprawie. Ustawa zachowuje normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy; wprowadza zakaz pracy w porze nocnej oraz w niedziele i dni świąteczne; przewiduje nieliczne wyjątki od powyższych zasad; ustala wysokość dodatku za godziny nadliczbowe na 50% płacy normalnej, jeżeli praca nadliczbowa odbywa się w dzień powszedni, na 100% zaś za pracę w porze nocnej, w niedzielę lub święto. Przy małym doświadczeniu zarówno obu stron zainteresowanych tą ważną sprawą, jak i miarodajnych czynników rządowych i przy niewyrobionych metodach pracy parlamentarnej ustawa o czasie pracy wypadła, w porównaniu z analogicznymi aktami na Zachodzie, nieco sztywno i nie dość wyczerpująco, wymagając z czasem licznych przepisów uzupełniających wykonawczych. Najbardziej zasadniczymi z nich są przepisy o czasie pracy w handlu (z dn. 14 lutego 1922 r.) oraz o dniach świątecznych (wydane jako rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej dn. 15 listopada 1924 r. i znowelizowane dn. 18 marca 1925 r.).

Tak samo uchwalona dn. 19 maja następnego roku ustawa o ubezpieczeniu na wypadek choroby pozostawiła nienaruszonymi podstawowe zasady dekretu poświęconego tej sprawie, wzmacniając powszechność i przymus ubezpieczenia przez ograniczenie dopuszczalności zwolnienia się od tego przymusu. Poza tym nowa ustawa przyniosła rozszerzenie niektórych świadczeń i pewne zmiany w organizacji orzecznictwa. […]

Ponadto z zakresu prawodawstwa pracy sejm konstytucyjny uchwalił ustawę z dn. 21 października 1921 r. o zarobkowym pośrednictwie pracy. Nabyte w ciągu dwóch i pół lat doświadczenie potwierdziło ważność w walce z bezrobociem należycie zorganizowanego pośrednictwa pracy; wykazało, że poszczególne biura nie mogą poprzestawać na stosunkach z pracodawcami jednego miasta czy nawet jednego okręgu, lecz winny być wplecione w ogólną sieć pośrednictwa; dowiodło, że pośrednictwo pracy uprawiane przez państwo może działać równie sprawnie jak biura prywatne, a posiada w stosunku do nich niezaprzeczenie wyższe walory moralne. Wszystkie te argumenty przemawiały za uznaniem prywatnych biur pośrednictwa pracy za formę przejściową, która winna ulec likwidacji w miarę rozwoju właściwych organów państwowych. Tymczasem zaś dalsze istnienie czynnych już prywatnych biur pośrednictwa zostało uzależnione od charakteru i kwalifikacji moralnych i fachowych ich kierowników i od złożenia kaucji; roczny termin udzielanej koncesji pozwala wywierać presję na prowadzenie biura zgodnie z wymaganiami władzy państwowej pod groźbą nieprzedłużenia koncesji. […]

W pierwszym okresie uruchomienia przemysłu, który zbiegł się, jak widzieliśmy, z nastrojem wielkich nadziei społecznych, zapewne pod wpływem idei „płacy sprawiedliwej” zapanował system dodatków rodzinnych: robotnik nieżonaty pobierał płacę zasadniczą, robotnik rodzinny otrzymywał do tej płacy dodatki na żonę i na każde dziecko – do pewnej ich liczby. Istotnie płaca robotnika pojedynczego obliczona była tak nisko, że owe niewielkie dodatki do niej posiadały pewne znaczenie w budżecie domowym. Taki system płac, utrudniający kalkulację kosztów produkcji, mógł powstać i utrzymywać się jedynie wówczas, kiedy kalkulację zastępowała spekulacja, oparta na kredytach rządowych, spłacanych w pieniądzu zdewaluowanym, i na cenach sprzedażnych, obliczanych w chwili dokonywania transakcji, bez oglądania się na koszt własny, wyłącznie w stosunku do popytu wewnętrznego i warunków zbytu zagranicą. Zapotrzebowanie zaś na towary wszelkiego rodzaju musiało być znaczne wobec powszechnej ucieczki przed zdewaluowanym pieniądzem. Zwykła w tych razach spekulacja paskarska pogarszała do ostateczności sytuację spożywcy. Robotnicy, po każdej wypłacie nie mogąc związać końca z końcem, coraz częściej dopominali się o podwyżki. […]

W uwzględnieniu samorzutnej praktyki prowincjonalnej i życzeń z wielu stron naraz zgłaszanych, w maju 1920 r. rada ministrów powołała do życia przy Głównym Urzędzie Statystycznym w Warszawie Komisję do badania wzrostu kosztów utrzymania rodzin pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Do Komisji tej, na wzór innych, zorganizowanych poprzednio przez strony w różnych ośrodkach lub gałęziach przemysłu, powołano w równej liczbie przedstawicieli pracodawców i pracowników oraz zainteresowanych ministerstw. Komisja warszawska i utworzone jej śladem komisje prowincjonalne (w Sosnowcu, Łodzi, Częstochowie, Lublinie, Poznaniu, Radomiu, Kielcach, Krakowie i Bydgoszczy), w braku realnego budżetu polskiej rodziny robotniczej, wzięły za podstawę swych obliczeń budżet teoretyczny, uwzględniający mniej więcej warunki życia i wartość kaloryczną pożywienia rodziny robotniczej, złożonej z 4 osób. Z tego punktu wyjścia rozpoczęto badanie zmian zachodzących w kosztach utrzymania – badanie, przeprowadzane początkowo co miesiąc. Przy coraz raptowniejszym spadku pieniądza i wzroście cen, komisje zmuszone były przejść na czas pewien na obliczenia dwutygodniowe. Większość fabryk regulowała płace swych robotników stosownie do wyników obliczeń komisji, a w rozpowszechniających się coraz bardziej umowach zbiorowych robotnicy zastrzegali jako jeden z warunków podstawowych dokonywanie zmian w cenniku płac według tej zasady.

Komisje do badania wzrostu kosztów utrzymania nie zdołały oczywiście całkowicie zabezpieczyć zarobków pracowniczych przed ujemnymi skutkami dewaluacji; przyczyniły się jednak w znacznej mierze do złagodzenia tych skutków i pozwoliły uniknąć wielu zatargów, skrócić je lub złagodzić ich przebieg.

Wprowadzenie ubezpieczenia na wypadek choroby według przepisów polskich było odmienne w poszczególnych dzielnicach, zależnie od ich warunków politycznych i gospodarczych. W b. dzielnicach austriackiej i niemieckiej, gdzie istniały już takie instytucje, dokonano w latach 1920 i 1921 przystosowania ich do nowych przepisów. W ostatecznym wyniku prac, przeprowadzonych w tym celu w woj. poznańskim i pomorskim, zamiast 629 drobnych kas chorych różnego typu o znikomej nieraz ilości członków i różnych, przeważnie niskich świadczeniach, powstało 56 kas terytorialnych o jednolitej organizacji, które liczyły przeciętnie blisko po 10 000 członków, posiadały mocne podstawy finansowe i były zdolne do rozwinięcia zakreślonej im przez ustawę szerokiej działalności. Analogiczne wyniki dała reorganizacja w województwach południowych, gdzie zamiast 189 kas chorych, stworzonych za rządów austriackich, różnego typu i przeważnie wegetujących, powstało 71 kas terytorialnych, liczących przeciętnie po 6500 zamiast, jak dawniej, po 980 członków.

Natomiast w b. zaborze rosyjskim trzeba było stworzyć całkowicie nowy aparat, na terenie zupełnie nieprzygotowanym i w warunkach szczególnie niesprzyjających. Skutki działań wojennych, takie jak brak odpowiednich lokali, drożyzna środków leczniczych i narzędzi lekarskich, a obok tego brak dostatecznego personelu lekarskiego i pomocniczego zaciążyły poważnie na organizacji Kas Chorych. Toteż musiała ona być rozłożona na okres lat kilku (1920-1927). Wydatki organizacyjne znalazły pokrycie w pożyczkach bezprocentowych, asygnowanych przez skarb państwa i zwracanych następnie ratami po rozpoczęciu prawidłowego funkcjonowania instytucji przy normalnych źródłach dochodów. Pierwsze zostały uruchomione Kasy Chorych w głównych centrach przemysłowych: w Warszawie, Sosnowcu i Łodzi; następne w powiatach o większych skupieniach ludności. Trudności finansowe i wojna osłabiały tempo prac organizacyjnych: gdy więc w pierwszym roku po uchwaleniu ustawy o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby stworzono dwie największe Kasy Chorych, liczące po 100 000 członków każda, w roku 1921 poprzestano na reorganizacji Kas dawnych typów; w roku 1922 powstało 13, w roku 1923 – 8 nowych Kas Chorych. […]

Odszkodowania za wypadki przy pracy istniały pod różną postacią we wszystkich dzielnicach państwa. Pracownicy umysłowi ubezpieczeni byli tylko na zasadzie i w zakresie przepisów austriackich i niemieckich tam, gdzie przepisy te obowiązywały. Podczas wysiłków czynionych przez państwo polskie w kierunku naprawienia krzywd wynikających z dewaluacji, udało się przeprowadzić szereg reform znacznie ulepszających oba te systemy ubezpieczeń.

W b. dzielnicy austriackiej, gdzie obowiązywała znowelizowana po raz ostatni w 1917 r. ustawa o ubezpieczeniu robotników od wypadków, powstała przede wszystkim konieczność – obok przyznania dodatków drożyźnianych do zdewaluowanych świadczeń – usunięcia krzywdy powodowanej niskim wymiarem granicy pobieranego zarobku. Dano do tego podstawę w ustawie z dn. 7 czerwca 1921 r., która, wprowadzając dodatki, zarazem zniosła granicę pobieranego zarobku. Równocześnie, wychodząc z zasady powszechności ubezpieczenia, państwo polskie znacznie rozszerzyło zakres zakładów i osób podlegających obowiązkowi ubezpieczenia. Obecnie na obszarze działania ustawy austriackiej ubezpieczeni od wypadków przy pracy są wszyscy robotnicy, urzędnicy, uczniowie i praktykanci, zatrudnieni we wszelkich zakładach pracy, włącznie z gospodarstwami rolnymi o obszarze powyżej 30 ha (z wyjątkiem niektórych zakładów prowadzonych nie dla zysku).

W b. dzielnicy pruskiej na plan pierwszy wysunęło się zagadnienie organizacyjne: należało stworzyć instytucję ubezpieczeniową, która objęłaby funkcje po pozostałych w granicach państwa niemieckiego przemysłowych spółkach zawodowych (Berufsgenossenschaften), przeprowadzających ubezpieczenie od wypadków. Powołano przeto do życia Ubezpieczalnię Krajową w Poznaniu, która objęła ubezpieczenie od wypadków w przemyśle, ubezpieczenie inwalidzkie, a początkowo i ubezpieczenie pracowników umysłowych.

Istniejące na zasadzie ustawy z 1906 r. na ziemiach polskich przynależnych do Austrii ubezpieczenie pracowników umysłowych na wypadek niezdolności do zarobkowania, starości i śmierci wykonywane było przez dwa biura powszechnego zakładu pensyjnego dla funkcjonariuszy w Wiedniu oraz przez szereg zakładów zastępczych. Uznając zasadę terytorialności instytucji ubezpieczeniowych za najwłaściwszą, dokonano fuzji jednego z tych biur, które pozostało w granicach Polski, z Towarzystwem Wzajemnych Ubezpieczeń Urzędników Prywatnych, największym spośród zakładów zastępczych, i utworzono z nich (ustawą z dn. 10 czerwca 1921 r.) jeden Zakład Pensyjny dla Funkcjonariuszy we Lwowie. Jednocześnie zniesiono możność zastąpienia ubezpieczenia umową zastępczą między pracodawcą a pracownikiem oraz zaostrzono warunki tworzenia odrębnych zakładów zastępczych, wymagając od nich udzielania lepszych świadczeń, większej liczby członków i silniejszych gwarancji finansowych. Prócz tego zwiększono udział ubezpieczonych w organach kierowniczych. Tą samą ustawą rozszerzono zakres ubezpieczenia na pomocników handlowych i na wszystkich pracowników najemnych niezatrudnionych w charakterze służby czeladnej lub robotników oraz wydatnie podwyższono świadczenia. […]

Sejm konstytucyjny, w przewidywaniu bliskiego końca przeciągającego się swego istnienia, dał jeden poważnej treści akt prawodawczy o nowym znaczeniu dla świata robotniczego. Aktem tym była, uchwalona zgodnie na wniosek stronnictwa chrześcijańsko-demokratycznego, ustawa z dn. 16 maja o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Przepisy tej ustawy zapewniają pracownikom fizycznym 8 dni płatnego urlopu, o ile przepracowali w danym przedsiębiorstwie nieprzerwanie przynajmniej rok jeden, i 15 dni takiegoż urlopu po 3 latach pracy, zaś pracownikom umysłowym – 2 tygodnie urlopu po nieprzerwanej pracy półrocznej i 1 miesiąc po roku takiej pracy. […] Dobrodziejstwo przepisów o urlopach okaże się w pełni dopiero wówczas, gdy wydadzą owoce wszechstronne prace nad właściwym zużytkowywaniem wczasów robotniczych, prowadzone od niezbyt dawna, głównie przy pomocy subwencji rządowych.

Najlepszym streszczeniem istoty myśli społecznej w okresie sejmu konstytucyjnego będzie powołanie się na traktujące o pracy artykuły uchwalonej przez ten sejm obowiązującej Konstytucji z dn. 17 marca 1921 r. Są to artykuły 102 i 103, częściowo art. 68 oraz wstęp do Konstytucji.

Art. 102 rozwija jedną z myśli zawartych we wstępie, który pośród celów ustawy konstytucyjnej wymienia „zabezpieczenie pracy poszanowania, należnych praw i szczególnej opieki państwa”. Art. 102 wyraża tę samą myśl w ten sposób, że „praca, jako główna podstawa bogactwa Rzeczypospolitej, pozostawać ma pod szczególną ochroną Państwa”, powtarzając to po raz trzeci w ustępie 2 tegoż artykułu: „Każdy obywatel ma prawo do opieki Państwa nad jego pracą, a w razie braku pracy, choroby, nieszczęśliwego wypadku i niedołęstwa – do ubezpieczenia społecznego, które ustali osobna ustawa”.

Opieka nad dzieckiem stanowi treść dwóch pierwszych ustępów art. 103:

„Dzieci bez dostatecznej opieki rodzicielskiej, zaniedbane pod względem wychowawczym – mają prawo do opieki i pomocy Państwa w zakresie oznaczonym ustawą”. […]

Opieka nad macierzyństwem ze strony Państwa wynika z ustępu 3 art. 103:

„Osobne ustawy normują opiekę macierzyństwa”.

Dwa ostatnie ustępy art. 103 wracają znów do spraw ochrony pracy, mianowicie zajmują się ochroną pracy dzieci, młodzieży i kobiet, od razu regulując te sprawy w sposób ogólnikowy, a zarazem bardzo szeroki:

„Praca zarobkowa dzieci niżej lat 15, praca nocna kobiet i robotników młodocianych w gałęziach przemysłu szkodliwych dla ich zdrowia jest zakazana”.

„Stałe zatrudnienie pracą zarobkową dzieci i młodzieży w wieku szkolnym jest zakazane”.

Wszystkie te przepisy Konstytucji polskiej trzeba uznać za zdecydowany i mocny, choć niezupełnie szczęśliwy w formie, wyraz nowej myśli gospodarczo-społecznej. […]

Co z tym handlem?

Lepsze jutro było wczoraj?

Niemal cała myśl polityczna oraz intuicja potoczna bazują na przekonaniu, że państwo jest obywatelom potrzebne po to, aby ich wspierało, ulepszało kondycję życia zbiorowego oraz pomagało dokonać tego, co przekracza możliwości oddolnych wysiłków, a co jest korzystne dla społeczeństwa. Jeśli państwo nie podejmuje takich działań, można postawić pytanie, po co ono w ogóle istnieje. Pytanie takie stawiają dziś Polacy przy wielu okazjach.

Przekaz, który płynie do nich od państwa, brzmi mniej więcej tak: „mam was gdzieś, sami martwcie się o siebie”. Państwo „nie ma” na benzynę do policyjnych radiowozów, państwo nie buduje dróg, państwo zamyka urzędy pocztowe i placówki sądowe w mniejszych miastach. Władze mówią nam, że nie stać ich właściwie na nic – czy będzie to wizyta obywatela u lekarza-specjalisty, czy zaopatrzenie biblioteki w nowe książki, czy nawet położenie chodnika. Za komuny pewien kabareciarz żartował, że nie ma nic prostszego niż praca w sklepie – wystarczy przez 8 godzin dziennie mówić „nie ma”. Dziś równie mało wymagająca jest praca włodarzy gminnych, powiatowych, wojewódzkich i ministerialnych: „nie mamy”.

Nic dziwnego, że w XXI w. nawet inwestycje w tak „nowatorską” i „luksusową” sferę, jak budowa sieci kanalizacyjnej, muszą być oznakowane tablicami informującymi, że 3 środków na ten cel pochodzi z programu operacyjnego numer milion sto dwadzieścia tysięcy dwieście szesnaście, łamane przez duże C, finansowanego przez najwyższy urząd ds. wykopów ziemnych, z siedzibą w lewym skrzydle gmachu Komisji Europejskiej. W Polsce na takie cuda, jak oczyszczanie ścieków – „nie mamy”.

Na domiar złego państwo kpi z obywateli. Choćby wtedy, gdy za pomocą reklamowych spotów zachęca ich do płodzenia dzieci, a zarazem likwiduje żłobki, przedszkola i szkoły. Lub gdy poucza bezrobotnych, że są roszczeniowymi cwaniakami i leniami, jednocześnie obcinając kwoty na programy aktywizowania osób pozostających bez pracy. Albo wtedy, gdy przekonuje obywateli, że powinni być „mobilni”, a w tym samym czasie masowo likwidowane są połączenia kolejowe i autobusowe oraz niszczeje cała towarzysząca im infrastruktura.

W kraju, w którym do aktów prawnych – od Konstytucji poczynając – oraz do wszelkich deklaracji czynników oficjalnych wpisywana jest równość szans, sprawiedliwość społeczna, ochrona życia itd., można przy odrobinie pecha umrzeć podczas transportu między wymigującymi się od odpowiedzialności placówkami służby zdrowia. Można zostać odciętym od elementarnych zdobyczy cywilizacyjnych i instytucji. Można po wypadku skutkującym utratą ręki lub nogi stawać co roku przed komisją orzekającą niezdolność do pracy („nie odrosło wam przypadkiem, obywatelu?”)…

To wszystko nie dzieje się przypadkiem. Choć zdarza się indolencja, brak wyobraźni, lenistwo czy wieloletnie zapóźnienia cywilizacyjne, większość tego rodzaju problemów ma przyczyny w przyjętej ideologii i wynikających z niej sposobach działania. Ideologia ta jest jawnie antyspołeczna, a na imię jej neoliberalizm. Mówiąc w dużym skrócie, zasadza się ona na przekonaniu, że państwo nie jest dla ogółu obywateli, lecz dla wybranych, choć nikt tego nie mówi wprost. To samo państwo, które „nie ma” na połączenia kolejowe dla obywateli, wykłada ogromne kwoty na rozwój infrastruktury mającej ułatwić zagranicznym koncernom wożenie towarów przez Polskę ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Państwo, któremu „nie starcza” na przedszkola, jest zawsze gotowe obniżać podatki Kulczykowi i telewizyjnym celebrytom. Państwo, które za palenie papierosa lub picie piwa w niedozwolonym miejscu wręcza kilkusetzłotowy mandat bezrobotnemu lub emerytowi, podobnej wysokości kary nakłada na operującą w skali globu firmę handlową, której zyski bazują na zorganizowanym systemie wyzysku tysięcy pracowników. Innymi słowy, neoliberalizm jest socjalizmem dla bogatych.

W Polsce mamy do czynienia ze skrajną odmianą tej ideologii i towarzyszących jej rozwiązań. Wystarczy wspomnieć, że nawet w krajach symbolizujących liberalizm społeczno-gospodarczy istnieją systemy wsparcia obywateli na skalę, o której Polacy mogą tylko pomarzyć. W Stanach Zjednoczonych ponad czterdzieści milionów osób (!) otrzymuje od państwa talony na produkty żywnościowe, bo nawet liberałom nie mieści się w głowie, że w cywilizowanym kraju można być w dzisiejszych czasach głodnym. W Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyło się liberalne tsunami autorstwa Thatcher i jej następców, system wspierania rodzin i rodzicielstwa wygląda tak, że wśród polskich emigrantów zarobkowych w Londynie czy Glasgow – nie będących wszak nawet obywatelami owego kraju! – mówi się o prawdziwym baby boomie.

Jak wspomniałem, nie jest to dziełem przypadku, lecz efektem decyzji podjętych świadomie na progu tworzenia nowego ładu instytucjonalnego. Autorzy polskiej transformacji, niezależnie, czy mieli zawziętą twarz Leszka Balcerowicza, czy dobroduszne oblicze Jacka Kuronia, po prostu wypięli się na społeczeństwo, nie poczuwając się do jakichkolwiek obowiązków wobec niego. Żadnym usprawiedliwieniem nie jest przy tym fakt, że w nowe realia wchodziliśmy z garbem dziedzictwa 45 lat niewydolnego, marnotrawnego i rozsypującego się w oczach „realnego socjalizmu”. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał przecież, że po chwili i bez wysiłku będzie nad Wisłą tak, jak nad Łabą, Sekwaną czy Tamizą. Problem polega jednak na tym, że decydenci celowo wybrali zupełnie inną drogę – drogę antyspołeczną.

Porównania z innymi krajami są zawsze obarczone ryzykiem błędu, czyli nieuwzględnienia tamtejszej historii, kultury i mentalności z jednej strony, z drugiej zaś położenia, naturalnych atutów lub takowych przeszkód. Dlatego też w niniejszym wydaniu działu „Nasze tradycje” przypominamy polską myśl prospołeczną sprzed lat. Ten sam kraj, podobne realia naturalne, podobne momenty historyczne – w ostatnich dekadach wychodzenie z komunizmu, w II RP zaś zmaganie się z dziedzictwem zaborów. Za to dwa zupełnie różne sposoby myślenia o społeczeństwie, roli państwa i jego powinnościach.

Publikujemy teksty obrazujące, że nawet w trudnych warunkach władze publiczne i wspierający je specjaliści mogą dla obywateli wiele dokonać i jeszcze więcej planować. Zacofanie gospodarcze, niedobory budżetowe czy brak struktur instytucjonalnych ograniczają pole manewru, jednak nie stanowią nieprzezwyciężalnej bariery. Dla chcącego nic niemożliwego – zdają się mówić autorzy publikowanych rozważań.

Melania Bornstein-Łychowska, radca przedwojennego Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, opisuje ogół wysiłków dopiero odtwarzanego państwa na rzecz pomocy swoim obywatelom. Z jej obszernej publikacji mogliśmy wybrać stosunkowo krótkie fragmenty, jednak nawet one pokazują, iż kraj biedny, pozbawiony właściwie wszystkich atrybutów nowoczesnego i stabilnego państwa, podjął na wielką skalę wysiłki zarówno praktyczne, jak i ustawodawczo-instytucjonalne, aby chronić słabszych. Nie oferował im oczywiście manny z nieba, dawał tyle, ile mógł, a zapewne mniej niż mógłby, jednak za oczywisty obowiązek uznawał nie tylko podejmowanie takich wysiłków, ale także ich intensyfikację i rozwój. Nawet jeśli ówczesna pomoc socjalna była z konieczności „dzieleniem biedy”, to była właśnie dzieleniem, solidarnym wobec współobywateli, nie zaś lekceważeniem ich i odwracaniem się plecami.

W kolejnym tekście dr Władysław Landau, naukowiec o poglądach prospołecznych, opisuje nie tylko dokonania. Jego rozważania w równej mierze poświęcone są temu, co dopiero można i należy zrobić. Nie ma w tym żadnego minimalizmu i spoczywania na laurach po „odfajkowaniu” pewnego zestawu zadań – jest odwaga wizji, chęć ulepszania rozwiązań i zmiany realiów w duchu ochrony słabszych i potrzebujących. Ba, sporo tu wyrażanego wprost niezadowolenia ze status quo, czyli niedostatecznych – wedle autora – wysiłków i efektów. Inaczej niż dzisiejsi mędrkowie na stabilnych, rządowych posadach, którzy zalecają społeczeństwu zaciskanie pasa, bycie konkurencyjnym (czytaj: mniej wymagającym) i równanie w dół, formułuje on zalecenia, abyśmy na drodze rozwoju gospodarczego nie zapominali o rozwoju społecznym, bo tylko wówczas będzie w ogóle można mówić o rozwoju jako takim. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy przypomnimy sobie, że „prospołeczny” i „wrażliwy” Jacek Kuroń miał w analogicznej sytuacji do zaoferowania kocioł z lichą zupą i odkładanie faktycznej troski o społeczeństwo do momentu „aż się wzbogacimy”, czyli w modelu neoliberalnym de facto na święty nigdy.

Ostatni z przypomnianych tekstów, autorstwa nie znanego nam nawet z pełnego imienia R. Siennickiego, to ciekawe studium przypadku, dotyczące bardzo konkretnych zagadnień, mianowicie dbałości o pracowników najemnych. Dbałości nie byle gdzie, bo w państwowym przedsiębiorstwie. Tym, co uderza dzisiejszego czytelnika, jest nie tylko afirmatywny opis dokonań, ale przede wszystkim wyrażane przez autora przekonanie, że do zakończenia wysiłków droga jeszcze daleka. Znów mamy zatem myślenie o rozwiązaniach prospołecznych nie w kategoriach przykrej powinności, której najlepiej byłoby się pozbyć pod byle pretekstem, lecz pozytywnie postrzeganego zobowiązania wobec słabszych członków wspólnoty.

Oczywiście czasy opisywane przez trójkę autorów były dalekie od ideału i nie ma sensu tworzenie fałszywego przeciwstawienia rzekomo cudownej II RP oraz koszmarnej Polski współczesnej. Tym, co warte podkreślenia, jest nie tyle odmienność realiów, lecz różnice w sferze mentalności. Celowo wybraliśmy teksty autorów, którzy niewiele mieli wspólnego z radykalizmem politycznym. Choć ich poglądy były niewątpliwie prospołeczne, były to zarazem poglądy głównego nurtu, a przynajmniej jednej z opcji ścierających się w jego ramach. Nietrudno byłoby znaleźć z tego samego okresu teksty znacznie bardziej radykalne, czy nawet krytykujące prezentowane tu stanowiska jako nazbyt zachowawcze. Nas jednak interesuje tym razem pokazanie, że takie opinie były pełnoprawnym elementem dyskursu publicznego.

Broszura Bornstein-Łychowskiej to oficjalna publikacja jednego z ministerstw. Tekst Landaua ukazał się w pracy zbiorowej, stanowiącej manifest ideowy lewego skrzydła rządzącego wówczas obozu sanacyjnego. Artykuł Siennickiego zamieszczono w pracy zbiorowej Instytutu Spraw Społecznych – instytucji utworzonej przy pomocy poważnych placówek publicznych, tj. zakładów powszechnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych.

Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby dzisiaj teksty o takim przesłaniu i utrzymane w takim tonie stanowiły coś zwyczajnego w wywodach decydentów i osób z ich otoczenia, a tak właśnie było wówczas. Ówczesne państwo bowiem, mimo licznych wad i niedoskonałości, było państwem dla obywateli. Dzisiejsze jest państwem lekceważącym obywateli. Może już czas to zmienić?

R. O.

Co z tym handlem?

Demokracja i jej wrogowie

Demokracja jest dziś czymś więcej niż tylko ustrojem politycznym. Stała się religią, której dogmaty nie podlegają kwestionowaniu. Uznanie kogoś za przeciwnika demokracji jest równoznaczne ze średniowieczną ekskomuniką. Politycy i dziennikarze spierają się tylko, kto jest bardziej prawdziwym demokratą. Często cytowane słowa Churchilla, że nikt nie wymyślił lepszego ustroju, sprawiają, iż nawet nie próbujemy sobie wyobrazić alternatywy. Co więcej, pojęcie demokracji cały czas ulega zawężaniu – zostało zarezerwowane dla jej szczególnego modelu: demokracji liberalnej i przedstawicielskiej.

Spróbujmy wypunktować tu dogmaty Nowej Religii Panującej:

  • społeczeństwo jako wyraz umowy społecznej równych i wolnych jednostek
  • społeczeństwo źródłem władzy
  • poszanowanie praw człowieka – praworządność
  • demokracja przedstawicielska oparta na mandacie wolnym
  • pluralizm polityczny i wolność mediów
  • podział władzy
  • konstytucjonalizm

Fakt, że demokracja panuje dziś niepodzielnie, nie oznacza, że nie ma ona przeciwników. Jest ich więcej, niż się nam wydaje – spróbujemy ich usystematyzować.

„Poganie”: pozaeuropejskie ruchy antydemokratyczne

Gdybyśmy zapytali, kto jest współcześnie największym wrogiem demokracji, to prawdopodobnie najczęściej wskazywany byłby islamski fundamentalista – śniady, odziany w burnus, z kałasznikowem w ręce i pasem z materiałami wybuchowymi na biodrach. Takim obrazem karmią nas media.

To wróg bardzo wdzięczny, bo ogromnie się od nas różniący, a przez to łatwy do zidentyfikowania i odrzucenia. Rzeczywiście: fundamentaliści muzułmańscy spod znaku Al-Kaidy czy Hizb ut-Tahrir jasno i otwarcie odrzucają demokrację, tak jak każde inne rządy człowieka – także dyktaturę czy monarchię. Ich zdaniem, suwerenność przynależy wyłącznie Bogu, który objawił nam swe prawo (szariat), a rolą ludzi jest tylko poznawanie i interpretowanie boskich zasad. Dziedzictwo Oświecenia jest im obce jako przynależne do innej cywilizacji.

Ale choć polscy żołnierze walczą w górach Hindukuszu, to fundamentaliści muzułmańscy nie zagrażają bezpośrednio Rzeczpospolitej. Trudno sobie wyobrazić, by afgańscy talibowie dotarli pod Warszawę – dlatego możemy ich pominąć w naszych rozważaniach. Darujmy sobie też zwolenników konfucjańskiej teorii państwa. Zajmijmy się raczej tymi przeciwnikami liberalnej demokracji, których zrodziła nasza cywilizacja.

„Heretycy”: ruchy antydemokratyczne Zachodu

Przeciw demokracji występują z powodów zasadniczych anarchiści, zwłaszcza anarchoindywidualiści. Demokracja to wszak władza ludu – a oni odrzucają każdą władzę człowieka nad człowiekiem. Bardziej umiarkowana część anarchistów opowiada się za skrajnie zdecentralizowaną formą demokracji bezpośredniej – rządami permanentnych zgromadzeń ludowych – ale i ta wizja sprzeczna jest z parlamentaryzmem.

Większość ruchów antydemokratycznych nie neguje jednak władzy jako takiej, lecz tylko jej demokratyczną postać. Najczęściej kwestionują samą zasadę suwerenności ludu (społeczeństwa). Do kogo więc ta suwerenność miałaby należeć?

Najdalej idą tu reakcjoniścilegitymiści, którzy uważają, że wszelka władza pochodzi od Boga, ten zaś sprawuje ją – i tu jest różnica z fundamentalistami islamskimi – za pośrednictwem bożego pomazańca, czyli monarchy. Monarcha nie jest jednak władcą absolutnym, zmuszony bowiem pozostaje do poszanowania tradycji i prawa naturalnego. Legitymiści to margines marginesu, w Polsce reprezentowany przez niewielki Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. W złagodzonej wersji podobne idee głoszą jednak integryści katoliccy spod znaku Radia Maryja, którzy akceptując zasady demokracji, nie dopuszczają jednocześnie, by działania demokratycznych władz naruszały prawo naturalne w ich wykładni.

Inaczej uzasadniają odrzucenie demokracji nowocześni „naukowi” elitaryści. Nie odwołują się do Boga, lecz do nauki, a ściślej do praw przyrody, które objawił im Darwin i jego uczniowie. Ich zdaniem, istotą natury jest nierówność, dlatego wszelka demokracja to w najlepszym razie fikcja – zawsze rządzą elity. Otwarcie takie idee głosi francuska Nowa Prawica (np. Klub Zegarowy), w Polsce nie mająca swego odpowiednika. Warto jednak zwrócić uwagę, że w formie zakamuflowanej takie koncepcje głoszą różnej maści technokraci, dla których wciąż ubezwłasnowolniany parlamentaryzm jest tylko parawanem dla „rządów fachowców”. Ludzi tego pokroju spotkamy w każdej partii. Pewnym wariantem „technokratyzmu oświeconego” jest też projekt Unii Europejskiej, w ramach którego referenda powtarza się tak długo, aż zmęczone społeczeństwa zagłosują „właściwie”. Demokratyczna legitymizacja jest tu zaledwie listkiem figowym merytokracji.

Niewątpliwie przeciwnikami demokracji są też ekstremiści ekologiczni, którzy odrzucają panowanie człowieka nad przyrodą. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich obrońców środowiska naturalnego, a tylko tych najbardziej skrajnych: wyznawców fińskiego ekofilozofa Pentti Linkoli, ekoterrorystów z grup takich jak Wyzwoliciele czy Front Wyzwolenia Ziemi. Linkola otwarcie mówi, że środowisko naturalne może uratować przed człowiekiem tylko „zielona dyktatura”. Choć od fundamentalistów religijnych różnią się prawie pod każdym względem, to łączy ich jedno – nie uznają człowieczeństwa, ludzkości za najwyższą wartość. Idą jednak dalej od fundamentalistów religijnych, gdyż człowiek nie jest dla nich koroną wszelkiego Stworzenia, najdoskonalszym z bożych dzieł, lecz planetarną chorobą, którą należy usunąć. Rzec można, że rozszerzają oni zasady demokracji na całą przyrodę ożywioną, a ludzkość zostaje wtedy „przegłosowana” przez inne gatunki.

„Schizmatycy”: ruchy alterdemokratyczne

Inna grupa przeciwników obecnego ustroju to ruchy nie tyle antydemokratyczne, co – przez analogię do alterglobalistów – „alterdemokratyczne”. To ruchy, które nie kwestionując samych fundamentów demokracji, tj. zasady suwerenności ludu, krytykują zarazem jej realizację, czyli liberalną demokrację parlamentarną. Twierdzą, że ta forma demokracji nie spełnia swych obietnic, tj. nie wyraża rzeczywistej woli ludu, lecz deformuje ją. Zgadzając się w aspekcie negatywnym, różnią się diametralnie w zakresie proponowanych rozwiązań.

Faszyści i bonapartyści uważają, że wola narodu najpełniej wyrażana jest poprzez genialną jednostkę: Wodza. Zarazemnaród postrzegają jako wspólnotę pokoleń, co pozwala Wodzowi podejmować decyzje sprzeczne z wolą aktualnej większości – wszak to on „wie lepiej”, co jest w interesie narodu.

Od koncepcji skrajnej prawicy odcinają się komuniści. Pomimo jednak formalnego uznania równości obywateli, głoszą wyższość mas ludowych nad klasami posiadającymi, proletariatu nad resztą pracujących, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej nad robotnikami z małych zakładów, partii komunistycznej nad klasą robotniczą, kierownictwa partii nad szeregowymi członkami. Klasyczny system komunistyczny – władza rad w Rosji bolszewickiej – zorganizowany był na tej zasadzie, np. 1 delegata wybierało 10 robotników, ale 50 chłopów. Okazuje się tu, że jedynie komunistyczna awangarda uprawniona jest do artykułowania woli ludu.

Na pierwszy rzut oka pułapkę tę ominęli korporacjoniści, postulujący „demokrację organiczną”, w której podmiotem nie są jednostki, lecz grupy społeczne, zorganizowane w korporacje. W myśl tej koncepcji,przedstawicielstwo narodowe pochodzi nie z wyborów, a z delegacji, co pozwala lepiej odzwierciedlić skład społeczeństwa i zarazem związać posłów z wyborcami. Wizja ta jest jednak trudna do realizacji w warunkach mobilności społeczeństwa: zanim jednostka zdąży poczuć się związana z jakąś grupą zawodową czy terytorium – już zmienia miejsce pracy lub zamieszkania. W świecie koczowników korporacjonizm stałby się fikcją zdominowaną przez faktycznie niekontrolowanych biurokratów korporacyjnych.

Najpełniejszymi demokratami są populiści. Chcą demokracji rozumianej dosłownie – jako bezpośrednia władza wszystkich obywateli, realizowana poprzez referenda. Słabością ich koncepcji jest jednak to, że taka forma demokracji łatwo może przerodzić się w tyranię większości, nie wspominając już o podatności mas na demagogię. Plebiscyt w warunkach nieograniczonych możliwości manipulowania opinią publiczną przez media ma taki sam sens, jak w III Rzeszy.

„Zeloci”: minorytarianie

Wszystkie opisane tu ideologie to przeciwnicy demoliberalizmu rzec można odwieczni. Ale w ostatnich latach pojawił się przeciwnik nowy, który wyewoluował z demokracji jako hiperliberalizm. Demokracja została zredefiniowana: to już nie władza większości, szanująca prawa mniejszości, lecz prymat interesów mniejszości nad większością. Atomizacja społeczeństwa sprzyja nielicznym, ale głośnym i dobrze zorganizowanym lobbies. Ich działalność sprawia, że niejednokrotnie współczesna demokracja okazuje się zaprzeczeniem demokracji klasycznej.

„Kapłani”: politycy

Przysłuchując się argumentom przeciwników demokracji nie sposób odmówić słuszności niektórym z nich. Demokracja rzeczywiście jest często nieefektywna, słaba, skorumpowana. Polska demokracja jest tu niezbyt budującym przykładem. Wszyscy potrafimy podać przykłady niekompetencji polityków. Nie zawsze jest to tylko niekompetencja – często również nieuczciwość. Do nieustannych informacji o wciąż nowych aferach zdążyliśmy już przywyknąć, nie robią na nas wrażenia. Polska jest na 49. miejscu w światowym Indeksie Postrzegania Korupcji, opracowanym przez Transparency International, wyprzedzona nie tylko przez Nową Zelandię, Danię czy Singapur, ale też np. przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kostarykę i Botswanę. Ale czy Polska jest odosobnionym przypadkiem? Choć u nas te patologie ujawniają się w sposób wybitnie jaskrawy, to przykład chociażby Silvio Berlusconiego pokazuje, że nie jesteśmy niechlubnym wyjątkiem.

Powiedzmy więc jasno: demokratyczni politycy osłabiają demokrację, dostarczając argumentów jej wrogom.

„Wierni”: społeczeństwo

Ale czy tylko politycy są tu winni? Przecież politycy nie wzięli się z Marsa. To my ich wybraliśmy. Każde demokratyczne społeczeństwo ma takich polityków, na jakich zasługuje. Przyjrzyjmy się więc społeczeństwu polskiemu. Socjologowie są zgodni: cechuje je dramatycznie niski poziom kapitału społecznego. Gdy Polaków pytano, czy można ufać innym ludziom, 3/4 odpowiedziało, że nie. To najgorszy wynik w Europie. To samo dotyczy stopnia uspołecznienia Polaków, mierzonego udziałem w stowarzyszeniach. Przykłady można by mnożyć. W rezultacie społeczeństwo nazbyt często okazuje się bezkształtną masą, dowolnie manipulowaną przez media. Gdy w czasie ataku na Jugosławię zaserwowały one odbiorcom umiejętnie spreparowaną porcję informacji o serbskich okrucieństwach (pomijając skrupulatnie wszystko, co nie pasowało do czarno-białego obrazu sytuacji), polska opinia publiczna poparła bombardowania tradycyjnie zaprzyjaźnionego kraju.

„Kościół bez Boga”

Apatia społeczeństwa nie bierze się jednak z niczego. Nie obarczajmy tu całą winą komunistycznej spuścizny: w Trzeciej Rzeczpospolitej wychowało się już całe pokolenie, a jego stopień uspołecznienia jest jeszcze niższy niż rodziców. Przyczyn szukać należy w głębiej zachodzących zjawiskach.

Otaczająca nas rzeczywistość staje się coraz bardziej skomplikowana, przeciętny człowiek przestaje ją ogarniać, zdając się na opinie polityków, ekspertów, dziennikarzy, celebrytów. W miarę postępów globalizacji ośrodki decyzyjne przenoszą się na coraz wyższy poziom – do Brukseli, do Waszyngtonu, wciąż i wciąż oddalając od obywatela. Wynik wyborów parlamentarnych ma coraz mniejsze znaczenie ze względu na zobowiązania międzynarodowe i nacisk rynków finansowych, potrafiących zdestabilizować przeciętną gospodarkę.

Proces profesjonalizacji objął nie tylko politykę, ale także obronność. Na współczesnym, wysoce stechnicyzowanym polu bitwy radzić sobie potrafi tylko zawodowy żołnierz, co sprawia, że kolejne państwa rezygnują z poboru, z armii obywatelskiej. Choć przeciętnego zjadacza chleba taka perspektywa raduje, to trudno nie zwrócić uwagi, że demokracja ateńska była dzieckiem falangi hoplitów, demokracja szlachecka – pospolitego ruszenia, demokracja współczesna – powszechnego poboru. Dziś lud wypuszcza oręż z rąk, zdając się na lojalność najemników. O święta naiwności!

W rezultacie ludzie czują, że tracą kontrolę nad własnym życiem. Nic dziwnego, że demokrację postrzegają jako spektakl, jako formę pozbawioną istotnej treści – coś na kształt Republiki Rzymskiej w okresie pryncypatu. Demokracja zaczyna przypominać Kościół bez wiernych. Ale czy możliwa jest demokracja bez demokratów?

Co z tym handlem?

Z miłości do ziemi

Wendell Berry

Rolnik działający na rzecz ochrony przyrody ma dość bycia na podwójnie przegranej pozycji.

Jestem rolnikiem i działaczem na rzecz ochrony przyrody (conservationist), rzecznikiem Matki Natury i agrarystą1. Działam na rzecz ochrony dzikiej przyrody nie tylko dlatego, że czuję z nią osobistą więź – po prostu uważam to za konieczne z punktu widzenia życia na Ziemi oraz życia człowieka. Z tych samych względów pragnę również chronić naturalną równowagę i integralność ekosystemów użytkowanych przez człowieka: chciałbym, aby rolnicy, hodowcy i leśnicy na całym świecie mogli dobrze żyć i prosperować w społecznościach stabilnych, dostosowanych do lokalnych warunków i rozsądnie gospodarujących zasobami.

Oznacza to, że spędzam życie, broniąc interesów dwóch przegrywających stron. Odkąd pamiętam, światłe idee agraryzmu i ochrony przyrody odnoszą – mimo zwycięstw w niektórych sprawach – nieustanne porażki, z których wielu nie sposób zrekompensować. Trzecią stronę, tę, która wydaje się coraz bardziej zdecydowanie wygrywać, tworzą korporacje bezwzględnie eksploatujące środowisko. Celowo napisałem „wydaje się” – uważam bowiem, że złudna jest potęga takich przedsiębiorstw. Wersja kapitalizmu przez nie kultywowana, w ostatecznym rozrachunku opiera się nie na zasobach naturalnych, które lekkomyślnie niszczy, lecz na pielęgnowaniu iluzji. Całkiem niedawno pewien ekonomista zasygnalizował problem, mówiąc: „Gdyby konsumenci przestali żyć ponad stan, kryzys gospodarczy byłby nieunikniony”2. Kiedy trzecia strona ostatecznie pokona dwie pierwsze, przyrodę i tradycyjne społeczności wiejskie, oznaczać to będzie także jej koniec.

W ostatnim czasie jej przedstawiciele – być może świadomi niedorzeczności, na której opiera się ich działalność – bronią swoich interesów wyjątkowo zaciekle, dążąc do podporządkowania sobie polityki, mediów i nauki, ze szczególnym uwzględnieniem biotechnologii, którą gorączkowo komercjalizują z zamiarem przejęcia całkowitej kontroli nad światową produkcją żywności. Rosnąca przewaga wpływów korporacji nad mechanizmami demokratycznymi to bodaj najbardziej niepokojący proces od czasów wojny secesyjnej, a znakomita większość współczesnego świata nie widzi w nim nic nadzwyczajnego.

Smutek wypływający z wieloletniego obserwowania porażek dwóch bliskich mi stron jest tym większy, że konflikt istnieje nie tylko między każdą z nich a ich wspólnym wrogiem, ale także – i to niejako „z definicji”, jak się przyjęło – między nimi nawzajem. Jeszcze większy ból sprawia mi świadomość, że obie moje strony są głęboko uwikłane w różnego kalibru grzechy tej trzeciej.

Próbując konstruktywnych dróg wyplątania się z tego położenia, postanowiłem niedawno, że nie poprę już żadnej inicjatywy na rzecz ochrony dzikiej przyrody, jeśli jej celem nie będzie jednocześnie poprawa kondycji pobliskich obszarów wiejskich: zdrowia ich ekosystemów i jakości życia ich mieszkańców. Niezależnie od wynikających z tego trudności praktycznych, decyzja, by przeciwstawić się podziałowi na „dzikie” i „udomowione”, pozwoliła mi z większą wyrazistością dostrzec komplementarność czy nieledwie jednię spraw, o które walczę. Rozgraniczenie między naturą a kulturąjest w istocie zwodnicze – odwraca uwagę od faktu, że nawet w przypadku dzikich zwierząt należy mówić o swoistym „udomowieniu”, a przede wszystkim od całkowitej zależności tego, co udomowione, względem dzikiej przyrody, która w ostatecznym rozrachunku stanowi fundament dla wszelkich ludzkich poczynań. Wysuwając popularny obecnie zarzut, że ludzkość jest antropocentryczna (cóż za okropne określenie), łatwo zapomina się, że w takim razie dzikie owce są „ovicentryczne”, a wilki – „lupocentryczne”. Można by rzec, że to świat jest dziki, a wszystkie zamieszkujące go stworzenia instynktownie dążą do tego, by „zadomowić się” w nim – w tym celu łączą się w pary, opiekują potomstwem, szukają pożywienia i wygodnego schronienia. Zupełnie zapominamy też, że chociaż pod pewnymi względami dzikie owce istotnie różnią się od hodowlanych, to w sytuacji, gdy udomowione rasy całkiem zatracają swą dziką naturę, jak to się czasem zdarza, ich chów okazuje się dla rolnika nieopłacalny – pojawiają się wówczas np. problemy z płodnością. Wbrew pozorom, dzikość i udomowienie pozostają ze sobą w najściślejszym związku. W zasadniczej opozycji do obu stoi natomiast zinstytucjonalizowany, korporacyjny przemysł – gospodarcza rzeczywistość pozbawiona zakorzenienia w naturalnym środowisku i szacunku wobec surowców, które wykorzystuje.

Zagadnieniem, z którym musimy się zmierzyć, nie jest pytanie, czy to, co pierwotne, da się oddzielić od tego, co udomowione – istotne jest, w jaki sposób ten nierozerwalny związek powinien być pielęgnowany w ramach ludzkiego gospodarowania. Uznanie, że „dzikość” i „udomowienie” są ze sobą powiązane, i że my – ludzie – jesteśmy w dużym stopniu odpowiedzialni za stan tej relacji, wiąże się z przyjęciem na siebie konkretnych, ciężkich obowiązków. Przychodzą mi tutaj na myśl co najmniej dwie zasadnicze kwestie praktyczne. Po pierwsze: dlaczego każdy prawdziwy obrońca natury powinien aktywnie interesować się rolnictwem? Powodów jest wiele, z których najprostszy brzmi: on też musi coś jeść. Interesować się jedzeniem, nie interesując się jednocześnie zagadnieniami związanymi z jego produkcją, to czysty absurd. Ekolodzy mieszkający w miastach prawdopodobnie czują się tutaj usprawiedliwieni w swojej ignorancji z uwagi na fakt, że nie są rolnikami. Nie mogą jednak tak łatwo zostać zwolnieni z odpowiedzialności – nie mogliby jeść, gdyby nie to, że w ich imieniu, w konkretnym miejscu ktoś uprawia ziemię według określonych reguł. Gdyby zdecydowali się wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby żywieniowe, odkryją, że przywiedzie ich to prosto do tradycyjnych obszarów troski o naturę.

Zatem, czy „ochroniarze” chcieliby jadać dobrze, czy byle jak? Czy zależy im, by ciągłość zaopatrzenia w żywność była zagwarantowana? Czy woleliby, żeby to, co jedzą, było wolne od toksyn, antybiotyków i innych zanieczyszczeń, w tym genetycznych? Czy życzyliby sobie, by w ich diecie przeważały produkty naprawdę świeże? Czy chcieliby, żeby produkcja żywności trafiającej na ich talerze wiązała się z jak najmniejszym obciążeniem dla środowiska naturalnego? Jeśli poważnie zastanowimy się nad odpowiedziami na te pytania, będą one miały istotny wpływ na przemysł, sposób użytkowania gruntów, zdrowie ekosystemów. Obrońcy natury, którzy są gotowi zjeść wszystko, co oferują supermarkety, wspierają swoimi portfelami skrajnie uprzemysłowioną produkcję żywności: wielkie fermy tuczu zwierząt; zubożenie zasobów wód płynących i podziemnych; uprawy monokulturowe, prowadzące do stopniowej utraty różnorodności biologicznej i genetycznej; wzajemnie ze sobą powiązane zanieczyszczenie środowiska, zatrucia i faszerowanie zwierząt hodowlanych lekami; system dystrybucji oparty na długodystansowym transporcie, pochłaniającym niezliczone ilości paliwa i przyczyniającym się do rozprzestrzeniania szkodników i chorób; zastępowanie rodzinnych gospodarstw wiejskich przez coraz większe kombinaty rolne, w których jest coraz mniej miejsca na miłość do ziemi. Gdyby miłośnicy przyrody zaczęli się domagać, by w sklepach powszechnie dostępne były produkty spożywcze wysokiej jakości, wytwarzane w możliwie najbliższej okolicy z zachowaniem najwyższych standardów; gdyby poświęcali więcej uwagi krytycznej ocenie tego, co trafia na ich stoły – wówczas automatycznie wsparliby całkiem odmienny model gospodarki rolnej, zupełnie inaczej kształtujący charakter wsi. Na takiej wsi na jednego rolnika-opiekuna przypada znacznie mniejsza powierzchnia, dzięki czemu uprawy mogą być otoczone większą troską. Krajobraz takiej wsi jest o wiele bardziej zarówno „udomowiony”, jak i naturalnie dziki niż krajobraz przemysłowy. Czy wzrost liczby gospodarstw i pracujących w nich rolników może pozytywnie wpłynąć na jakość krajobrazu wiejskiego jako siedliska dla dzikiej flory i fauny, sprawiając, że miejscowa przyroda stanie się „bardziej pierwotna”? Niewątpliwie, a tym, co umożliwiłoby taką zmianę, byłby wzrost różnorodności. Nie zapominajmy, że mówimy o zmianach, których motorem miałby być rosnący popyt na lokalnie produkowaną żywność. Wyobraźmy sobie teraz współczesny amerykański krajobraz rolniczy, zdominowany przez wielkoobszarowe uprawy soi i kukurydzy oraz fermy przemysłowego chowu zwierząt. A teraz zastanówmy się, co by się stało, gdyby w pobliskim mieście istotnie wzrósł popyt na wytwarzane przez lokalnych producentów artykuły spożywcze wysokiej jakości. Aby odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, miejscowe rolnictwo będzie musiało stać się bardziej różnorodne.

Gdyby popyt tego typu był znaczący w obu rozumieniach tego słowa – gdyby pochodził od świadomych i konsekwentnych w swoich wyborach konsumentów, zapewniając rolnikom wystarczające zaplecze ekonomiczne – wówczas skrajnie ujednolicony krajobraz rolniczy mógłby ulec zmianie. Jednogatunkowe uprawy i wielkie fermy ustąpiłyby miejsca gospodarstwom mieszanym, nastąpiłby powrót do wypasania stad zwierząt hodowanych z przeznaczeniem na mięso oraz do bydła mlecznego, a także do tradycyjnej hodowli drobiu, co wiązałoby się z koniecznością przekształcenia części gruntów w łąki i pastwiska. Gdyby nowa świadomość konsumencka objęła swoim zasięgiem również gospodarkę leśną i bogactwo darów lasu, możliwa byłaby analogiczna poprawa warunków naturalnych na terenach zalesionych i zwiększenie ich powierzchni. Nie zapominajmy przy tym, że rolnicy mogą z różnych względów, w tym po prostu dla przyjemności, rezygnować z eksploatacji części zalesionych przez siebie gruntów, pozostawiając je „dzikimi”. Gdyby krajobraz wsi urozmaiciły dodatkowe łąki i lasy, zwiększyłaby się także rozmaitość ptaków i innych zwierząt. Rozległe uprawy kukurydzy i soi, wykorzystywanych przede wszystkim jako pasza dla zwierząt lub surowiec dla przemysłu, ustąpiłyby owocom i warzywom, trafiającym na stoły mieszkańców pobliskich miast.

Wraz ze wzrostem powierzchni pokrytej roślinnością wieloletnią zwiększyłaby się zdolność magazynowania wody przez glebę i zmniejszyło nasilenie procesów erozji. Woda w potokach i rzekach uległaby oczyszczeniu, ustabilizowały się ich przepływy. Kolejną korzyścią z większej różnorodności produkcji na terenach wiejskich byłoby zmniejszenie przeciętnej wielkości gospodarstw i wzrost liczby osób mogących się utrzymać z uprawy ziemi. To z kolei przyczyniłoby się do obniżenia ilości środków chemicznych w rolnictwie, jako że stosuje się je po to, by zadośćuczynić biologicznym skutkom ubocznym upraw monokulturowych oraz jako zastępstwo dla rąk do pracy. W zdecentralizowanej gospodarce rolnej zwierzęce odchody nie stanowią skoncentrowanego źródła zanieczyszczeń, więcej – wykorzystuje się je jako nawóz. Reasumując, wskutek takiej transformacji krajobraz rolniczy, dziś niebezpiecznie ujednolicony, miałby szanse zmienić się w system zdrowy zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym.

O mieście, które funkcjonowałoby w dużej mierze w oparciu o to, co zapewniają pobliskie pola i lasy, należy myśleć w kontekście całego lokalnego systemu gospodarczego, na który składałyby się także niewielkie, nie zanieczyszczające środowiska zakłady przetwórcze i sklepy wkomponowane w krajobraz tak, by maksymalnie ograniczyć koszty ekologiczne i społeczne. Taki model gospodarki promować będzie małe, niezależne firmy oraz „pracę na swoim”, a ponadto pozwoli ograniczyć ilość paliwa zużywanego na transport, a (jak się wydaje) nawet tego niezbędnego do produkcji towarów.

Taki model jest możliwy do osiągnięcia, nie ma co do tego wątpliwości – dysponujemy odpowiednimi rozwiązaniami i zapleczem technicznym. Liczne historyczne przykłady z różnych zakątków świata udowodniły również, że przyroda jest w stanie dostosować się, a nawet czerpać korzyści z tak rozumianej symbiozy z gospodarką. Warto przywołać choćby modele wypracowane przez Indian Ameryki Północnej – niektóre przeszły już do historii, inne praktykowane są do dziś – lub wciąż kultywowane np. we wspólnotach amiszów tradycje osadników amerykańskich. A przecież podobne praktyczne przykłady odnaleźć można także wśród współczesnych rozwiązań; jak widać, nie są to wszystko tylko mgliste rojenia.

Nieco większe wątpliwości budzi natomiast zdolność współczesnego człowieka do świadomego wyboru proponowanego modelu oraz do utrzymania go. Co najmniej od półwiecza byliśmy przyzwyczajani, że rozwiązania stosowane w uprawie ziemi są determinowane przez procesy przemysłowe, a „opłacalność rolnictwa” ocenia się z perspektywy korporacji. Nadeszła najwyższa pora, by zerwać z takim myśleniem: społeczne, ekologiczne, a nawet ekonomiczne koszty tego paradygmatu stały się zbyt wysokie i nieustannie rosną na całym świecie.

Nadszedł czas, by nauczyć się myśleć kategoriami rolnictwa opartego o prawidła biologii, a nie logikę przemysłu. Sześćdziesiąt lat temu [niniejszy tekst powstał w 2002 r. – przyp. red. „Obywatela”] Sir Albert Howard, prekursor współczesnego rolnictwa ekologicznego, postulował taką zmianę standardów; obecnie podobne poglądy głosi m.in. Wes Jackson, reformator z Kansas. Według nich, aby można było mówić o zrównoważonym rozwoju w rolnictwie, konieczne jest dopasowanie upraw i hodowli do zasad, którymi rządzi się miejscowy ekosystem; konieczne jest utrzymywanie możliwie największej różnorodności biologicznej, dbałość o zachowanie żyzności gleb i ich ochrona przed erozją, wtórne wykorzystywanie odpadów powstających w gospodarstwie itp. Jak wyłożył to 70 lat temu geograf ekonomiczny J. Russel Smith, trzeba w pierwszym rzędzie „dostosować rolnictwo do roli”, a nie do dostępnych technologii czy oczekiwań rynku, przy całej świadomości ich ogromnego znaczenia. Konieczne jest, mówiąc krótko, utrzymywanie równowagi między „udomowionym” a „dzikim”. Nadrzędnym standardem, pozwalającym ocenić efekty tej pracy, należy uczynić kondycję obszaru, na którym jest ona wykonywana.

Trzeba podkreślić, że taka transformacja to nie gotowy schemat, który możemy przyjąć tak, jak przyjmuje się – a potem porzuca – chwilową modę. Nie ma też co liczyć, że z czasem wymusi ją kryzys ekologiczny na wielką skalę. Będzie ona możliwa jedynie wtedy, gdy duże grupy – konsumenci i producenci, mieszkańcy miast i wsi, ci, którzy chcą środowisko chronić, i ci, którzy żyją z eksploatacji jego zasobów – połączą siły i zaczną działać.

Oto część z powodów, dla których obrońcy przyrody powinni żywo zainteresować się problematyką rolnictwa i razem z mieszkańcami wsi działać we wspólnej sprawie. A teraz pora na drugą z zasadniczych kwestii praktycznych.

Dlaczego rolnik miałby zacząć działać na rzecz ochrony przyrody? Choć może lepiej byłoby zapytać: dlaczego jedynie działacz na rzecz przyrody może być dobrym rolnikiem? Rolnicy żyją i pracują na styku natury i gospodarki – tam, gdzie potrzeba ochrony przyrody jest najpilniejsza i najbardziej oczywista. W swojej pracy mogą „dostosować rolnictwo do roli”, podporządkować się prawom natury, pozostawiając jej potencjał nienaruszonym. Mogą też przeciwstawić się im, przyczyniając się do pogłębienia długu ekologicznego, który w przyszłości trzeba będzie spłacić (nie o takim rolnictwie myślę, gdy zachęcam obrońców przyrody do popierania rolników).

Odpowiedzialni rolnicy, którzy poważnie podchodzą do swoich powinności względem Stworzenia oraz spadkobierców własnych gospodarstw, przyczyniają się do budowania społecznego dobrobytu w znacznie większym stopniu, niż zwykliśmy to przyznawać, a wręcz uświadamiać sobie. Dostarczają wartościowe produkty, co dla każdego oczywiste, ale ponadto pomagają chronić glebę, wody, dzikie rośliny i zwierzęta oraz krajobraz.

Tym właśnie powinni zajmować się rolnicy godni tego miana. Tymczasem we współczesnym społeczeństwie, w którym miarą wszechrzeczy uczyniono zysk, a „realia ekonomiczne” odmienia się przez wszystkie przypadki – tak postępujący gospodarze nie otrzymują za swoje produkty godziwej zapłaty, a za działania na rzecz środowiska nie są wynagradzani w ogóle. Rolnik może w dzisiejszych czasach oferować wysokiej jakości artykuły spożywcze i wyświadczać społeczeństwu wszystkie wymienione przysługi, a mimo to nie będzie go stać na opłacenie ubezpieczenia zdrowotnego, a dla mediów pozostanie prostaczkiem z prowincji, „wsiokiem” bądź „burakiem”. I jeszcze będzie słyszał od „ekonomicznych realistów”: „Kombinuj, jak stworzyć kombinat, albo sprzedaj ziemię i się zwijaj. Dostosuj się lub giń”.Co udało się osiągnąć po pięćdziesięciu latach dyktatury tak rozumianego „realizmu”? Uprawy monokulturowe na wielką skalę, fermy hodowlane przypominające fabryki i coraz wyższe koszty tego stanu rzeczy – społeczne, ekologiczne, a koniec końców także gospodarcze.

Co sprawia, że tylu rolników dochowuje wysokich standardów produkcji, choć za swój wysiłek wynagradzani są tak nędznie, oraz że dobrze dbają oni o przyrodę, mimo iż nie są za to wynagradzani w ogóle? Wszystko to, dodajmy, bez oglądania się na to, czy mają komu przekazać gospodarstwa, a przecież wielu z nich wie już, że nie znajdą następców.

Cóż, pochodzę z rolniczej rodziny, sam uprawiam ziemię, podobnie wychowana przeze mnie dwójka dzieci – co ośmiela mnie do stwierdzenia, że mam przynajmniej ogólne wyobrażenie o rolnikach. Przez całe lata razem z rzeszą podobnych mi osób zastanawiałem się: dlaczego właściwie to robimy? Wszak trudna sytuacja ekonomiczna jest, w obliczu wszystkich innych przeciwności i frustracji typowych dla tego rzemiosła, zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Odpowiedź może być tylko jedna: miłość. To dla niej rolnicy trwają przy swoich gospodarstwach. Pracują z zamiłowania do rolnictwa: z pasją doglądają upraw, uwielbiają pracę na świeżym powietrzu i życie w otoczeniu zwierząt. Pragną mieszkać tam, gdzie pracują i pracować tam, gdzie mieszkają. W mniejszych gospodarstwach we wspólną pracę mogą zaangażować się całe rodziny. Względna niezależność, jaką nadal może zapewnić posiadanie własnego gospodarstwa, jest dla ich właścicieli ukochaną wartością. Jestem przekonany, że wielu rolników jest gotowych znosić liczne niedogodności właśnie ze względu na możliwość samostanowienia, choćby tylko przez część życia.

A zatem tym, co jako ochroniarze przyrody rolnicy muszą chronić w pierwszej kolejności, jest pasja wobec własnego rzemiosła i umiłowanie niezależności. Oczywiście wartości te uda się zachować tylko wówczas, gdy możliwe będzie przekazanie ich swoim następcom. Być może największym wyzwaniem dla każdego z nas – ludzi, którzy pragną „prawdziwego” jedzenia – jest przekonanie dzieci dorastających na terenach wiejskich, by w przyszłości przejęły gospodarstwa rodziców. Musimy mieć świadomość, że będzie to możliwe tylko wtedy, gdy uwarunkowania ekonomiczne będą sprzyjać takim decyzjom. Obecnie trudno się dziwić, że dzieci rolników marzą o innym życiu, skoro obserwują swoich rodziców zawożących zbiory do hurtownika tylko po to, by im je ukradziono, tj. zakupiono po cenie niższej niż koszty produkcji.

Jednak nie tylko o przekazanie umiejętności i pasji tu chodzi – rolnicy są odpowiedzialni za dużo więcej. Była już powyżej mowa o tym, dlaczego w równym stopniu jak aktywiści ekologiczni powinni oni zabiegać o ochronę dzikiego życia: w sposób nieunikniony zależy od niego ich własny los. Ktoś, o kim myślę jako o „dobrym rolniku”, potrafi instynktownie rozpoznać podstawową różnicę między tym, co naturalne a tym, co wytworzone przez człowieka – wie, że traktowanie gospodarstwa jako fabryki z żywymi istotami zamiast maszyn albo akceptacja inżynierii genetycznej w rolnictwie, prędzej czy później spowoduje nieszczęście, a także dodatkowe koszty. Traktowanie żywych istot jak automatów jest błędem o ogromnych konsekwencjach praktycznych.

Dobrzy rolnicy wiedzą także, iż natura może być sprzymierzeńcem gospodarki. Sir Albert Howard i Wes Jackson pokazali, że jeśli będziemy ją uważnie naśladować, zachowamy zdrowie i żyzność gleby – na dłuższą metę to jedyny sposób. Co więcej, „naturalne” znaczy „tanie”. Stosowanie nawozów naturalnych, zwłaszcza w perspektywie długoterminowej, jest tańsze niż zakup sztucznych. Dbanie o zdrowie zwierząt opłaca się bardziej niż faszerowanie ich antybiotykami. Energia słoneczna, jeśli ją umiejętnie wykorzystywać – w tym np. wychwytywać za pomocą pastwisk, które następnie służą zwierzętom roboczym – jest tańsza niż ropa naftowa. Wysoko uprzemysłowione gospodarstwa są w pełni zależne od „środków produkcji”, w które muszą zaopatrywać się na zewnątrz. Gospodarstwo tradycyjne natomiast, działając w harmonii z otaczającą je przyrodą, korzysta z jej bogactwa, co pozwala na większą samowystarczalność i znaczące oszczędności.

Mamy zatem uznać, że dobry rolnik dąży do tego, by być bliżej natury jedynie z przyczyn praktycznych i oszczędnościowych? Nie sądzę.

Przyjmuje się, że od momentu, kiedy ludzkość zaczęła uprawiać ziemię i hodować bydło, zrezygnowała ze zbieractwa i polowań. A jednak przetrwały one do dziś jako nieodłączna i wciąż żywa część tradycyjnego stylu życia na wsi w moim regionie. Okoliczni mieszkańcy od wieków polowali, łowili ryby w stawach i strumieniach; wiosną zbierali zioła, jesienią orzechy, w lasach szukali jagód i innych owoców, wybierali dzikim pszczołom miód. Nie ma wątpliwości, że takie zabiegi były ważnym uzupełnieniem produkcji w gospodarstwie, były jednak również źródłem przyjemności doświadczanej podczas obcowania z naturą – bardzo podobnych uczuć doświadczają wszyscy miłośnicy przyrody, z aktywistami ekologicznymi włącznie. Większość rolników, których poznałem, a z pewnością najbardziej interesujący z nich, czerpie niekłamaną radość z wędrówek po okolicy, podczas których mogą zachwycić się widokiem polującego lisa czy też poczuć dreszcz ciekawości, widząc tajemnicze tropy na śniegu.

Wraz z wyludnianiem się wsi i nadejściem ciężkich czasów dla rolników te „dzikie” rozrywki zeszły na dalszy plan, ale nie zostały całkiem poniechane; symbolizują istotę najlepszych tradycji rolnictwa i zasługują na to, by ocalić je od zapomnienia i spontanicznie kultywować. Między innymi dlatego właśnie uważam, że dobry rolnik jest jednocześnie działaczem na rzecz ochrony przyrody oraz że każdy rolnik powinien nim być.

Moim celem była próba wykazania, że istnieje wspólnota dążeń i interesów między rolnikami a aktywistami ekologicznymi. Identyfikacja owych wspólnych interesów oraz uświadomienie sobie tego, o czym pisałem na początku – że obie grupy mają tych samych wrogów – nasuwa naglące pytanie: dlaczego otwarcie i zdecydowanie nie zaakcentują one kwestii, co do których się zgadzają, i nie dadzą szansy współpracy?

Nie mam zamiaru umniejszać różnic między tymi środowiskami – dostrzegam je i zdaję sobie sprawę, że nie są błahe. Jednak pomimo tego uważam, że współdziałanie jest potrzebne i możliwe. Skoro plantatorzy tytoniu ze stanu Kentucky potrafili usiąść do stołu z grupami antynikotynowymi, określić „wartości podstawowe”, co do których wszyscy byli zgodni, i zacząć wspierać się nawzajem3 – to coś podobnego mogłoby nastąpić także w relacjach między „ochroniarzami” a rolnikami prowadzącymi gospodarstwa rodzinne, lokalnymi właścicielami lasów i tartaków etc. Na dobrą sprawę podobny proces już ma miejsce, ale jak dotąd na małą, lokalną skalę. Konieczne jest zainteresowanie i aktywny udział większych organizacji reprezentujących każdą ze stron.

A jednak póki co te dwa środowiska, które powinny ze sobą współpracować, trwają w konflikcie. W czym tkwi problem? Wydaje mi się, że odpowiedzi należy szukać w sferze ekonomicznej. Właściciele małych gospodarstw robią wszystko, by przetrwać w świecie gospodarki kontrolowanej przez wielkie korporacje, a to oddala ich od natury, która jest przecież fundamentem gospodarki rolnej. Często nie poświęcają też należytej uwagi dysproporcjom między nieustająco balansującymi na granicy załamania lokalnymi systemami ekonomicznymi a nieustająco kwitnącym systemem wielkich korporacji, który na nich żeruje.

Z drugiej strony, większość obrońców przyrody mieszka w miastach i przejawia głęboką ignorancję w kwestii trudności ekonomicznych, z jakimi borykają się na co dzień właściciele gospodarstw rodzinnych. Zdecydowanie zbyt mało uwagi poświęcają analizie związków między „miejską” gospodarką a degradacją środowiska naturalnego. Trudno im dostrzec, że nieodpowiedzialne praktyki w rolnictwie i leśnictwie, wobec których deklarują sprzeciw, odbywają się niejako w ich imieniu i za ich przyzwoleniem – dzięki wsparciu ekonomicznemu, które oferują korporacjom jako konsumenci.

To bez wątpienia bardzo poważne problemy, pokazujące, że ekonomia nie kończy się na gospodarce przemysłowej, choć tej ostatniej znakomicie udaje się kreować takie fałszywe wyobrażenia. Zbyt wielu rolników i zbyt wielu ekologów bezrefleksyjnie przyjmuje pogląd, że dostępność dóbr zależy wyłącznie od zasobności portfela i od mechanizmów rynkowych. Innymi słowy wierzą w to, do czego między wierszami starają się ich przekonać korporacje: że można bezpiecznie oddzielić ekonomię od ekologii, a to, co wytworzone przez człowieka od tego, co naturalne. Uprzemysławiający się rolnicy zbyt łatwo przyjęli, że ziemia, którą gospodarują, może bez protestów podporządkować się technologii, a ochronę przyrody można z powodzeniem zostawić aktywistom. Ci ostatni natomiast zbyt pochopnie uznali, że prawidłowe funkcjonowanie Przyrody można zabezpieczyć poprzez wyłączanie z użytkowania dziewiczych zakątków kraju, a dbałość o kondycję terenów wiejskich można z powodzeniem zostawić agrobiznesowi, przemysłowi drzewnemu, zadłużonym rolnikom i sezonowo najmowanym pracownikom rolnym.

Wygląda na to, że u podstaw konfliktu między wspomnianymi grupami leży kurczowe przywiązanie każdej z nich do własnych interpretacji. Co można z tym zrobić? Myślę, że niewiele, dopóki obie strony nie otworzą się na dialog i nie spróbują wypracować wspólnego języka. Aktywiści ekologiczni muszą się gruntownie zapoznać z problematyką gospodarki rolnej, rolnicy natomiast uświadomić sobie, że istnieją ważkie powody, również ekonomiczne, dla których należy poważnie traktować kwestie związane z ochroną przyrody.

Nie podejmując współpracy, obie strony pozwolą na łatwe zwycięstwo ich wspólnego wroga – totalistycznych korporacji, które coraz sprawniej jednoczą się pod szyldem „globalnej gospodarki”, by całkiem zdominować zarówno przyrodę, jak i żyjące w niej ludzkie wspólnoty.

Wendell Berry

tłum. Magdalena Gorzak

Tekst pierwotnie ukazał się w „Sierra Magazine”, maj-czerwiec 2002. Strona pisma: www.sierraclub.org/sierra

Przypisy:

1 Tj. zwolennikiem doktryny głoszącej, że podstawą rolnictwa, mającego stanowić ekonomiczny i moralny fundament społeczeństwa, powinny być niewielkie, samodzielne gospodarstwa (przyp. tłum.).

2 Warto zwrócić uwagę, że tekst ten napisany został kilka lat przed wielkim kryzysem na amerykańskim rynku finansowym, który „rozlał się” na cały świat (przyp. red. „Nowego Obywatela”).

3 W 1998 r. kilkadziesiąt organizacji rolniczych, prozdrowotnych i religijnych opracowało katalog wspólnych postulatów, jak przeznaczanie wpływów z akcyzy od produktów tytoniowych na zdrowie publiczne oraz wsparcie społeczności lokalnych uprawiających tę roślinę, czy obowiązek podawania na etykiecie udziału krajowego surowca w danym wyrobie (przyp. red. „Nowego Obywatela”).