Kontrrewolucja w Hiszpanii

– „Kobieto, tu jest trzeci świat. Tu mamy bezrobocie 40%, jak w Kamerunie” – powiedział mój znajomy w Granadzie kilka miesięcy temu. Oficjalnie stopa bezrobocia jest nieco niższa, jednak od jakiegoś czasu Hiszpania zajmuje w tej dziedzinie niechlubną pozycję lidera w Unii Europejskiej. 21,8%, 22, 22,9%… i ciągle rośnie. Jeszcze gorzej te statystyki wyglądają w grupie wiekowej 18-24, gdzie bezrobocie sięga 48%. Warto przy tym zwrócić uwagę na rozbieżności między regionami: stosunkowo niską stopę bezrobocia mają uprzemysłowione regiony północne (Asturia, Galicja, Kantabria); najniższe Kraj Basków oraz region Madrytu. Najwięcej bezrobotnych jest na południu kraju – średnia dla Andaluzji to 31%, przy czym w prowincji Kadyks stopa bezrobocia wynosi 35%.

Nowa reforma prawa pracy ma przezwyciężyć ten alarmujący trend. Deklarowane cele zmian to:

•  możliwie najszybsze stworzenie podstaw dla stabilnego zatrudnienia

•  ograniczenie podziałów na rynku pracy (na mniej i bardziej chronionych pracowników)

•  usprawnienie „wewnętrznej elastyczności firm” w celu „podtrzymania zatrudnienia”

•  „unowocześnienie negocjacji zbiorowych”, aby „przybliżyć je do potrzeb przedsiębiorców i pracowników”

•  „wspieranie samozatrudnionych oraz małych i średnich przedsiębiorstw”

•  „większa elastyczność i zdolność do adaptacji”

•  „wzmocnienie mechanizmów kontroli i zapobiegania nadużyciom w przypadku zasiłków dla bezrobotnych oraz walka z nieuzasadnioną nieobecnością w miejscu pracy”

Pomysły rządowe spotkały się z umiarkowanymi pochwałami stowarzyszenia samozatrudnionych oraz z protestami związków zawodowych. Obawy mogły mieć pewne uzasadnienie – minister gospodarki Luis de Guidnos podczas wizyty w Brukseli pozwolił sobie wyrazić pogląd, iż proponowane zmiany mają charakter „skrajnie agresywny”. Oto nadeszła kontrrewolucja – można by westchnąć w tym momencie – żegnaj zapaterowski reżimie! Skończył się wprowadzony przez socjalistów ośmiogodzinny dzień sjesty, piętnasta pensja i ustawowo zagwarantowana szklanka wina, rozdawana niczym mleko w szkołach. Południe wraca do pracy!

W kontrrewolucyjnym entuzjazmie można jednak przeoczyć fakt, że w pewnej mierze Mariano Rajoy kontynuuje politykę cięć zapoczątkowaną jeszcze przez rząd Zapatero (zlikwidowanie zasiłków dla długotrwale bezrobotnych, obcięcie płac pracownikom budżetówki, zamrożenie waloryzacji emerytur), będącą z kolei bierną realizacją zaleceń unijnych. Plany obecnej ekipy również nie są zjawiskiem specyficznie hiszpańskim, lecz odzwierciedleniem trendu ogólnoeuropejskiego. Ponadto dziennik „El Pais” sugeruje, że proponowane zmiany mogą mieć pewien związek ze spotkaniem Mariano Rajoya z Angelą Merkel z 26 stycznia. Gdyby tak rzeczywiście było, to hiszpańskie podziały polityczne okazałyby się kwestią zgoła drugorzędną. Lepiej zatem niezdrową ekscytację partyjnymi rozgrywkami zastąpić uważną lekturą zapisów reformy.

Na początek można wyodrębnić kilka słów kluczowych: „młodzi”, „starsi”, „samozatrudnieni”, „elastyczność” oraz „kształcenie ustawiczne”. Przyjrzyjmy się im z bliska.

„Kształcenie ustawiczne” ma być „prawem pracownika”. Zgodnie z wymogami nowej reformy, każdemu pracownikowi ma przysługiwać 20 godzin urlopu na kształcenie. Może ono może być realizowane przez firmy prywatne, działające na zlecenie rządu. Nie jest to nowe rozwiązanie – jeszcze przed ogłoszeniem tych zmian spacerując ulicami hiszpańskich miast można było dostrzec liczne ogłoszenia firm oferujących najrozmaitsze kursy dla bezrobotnych.

„Młodzi pracownicy” – reforma wprowadza coś w rodzaju dopłat bezpośrednich do młodych pracowników.  Za każdą kolejną młodą osobę zatrudnioną na czas nieokreślony, pracodawca otrzyma ulgi – państwo ma opłacić część składek. W pierwszym roku dopłata wynosi 1000 euro, w drugim 1100 euro, w trzecim 1200 euro. W przypadku kobiet stawki mają być wyższe o 100 euro w sektorach, gdzie kobiet jest mało. Małe i średnie przedsiębiorstwa będą mogły również odpisać 3000 euro od podatku za pierwszego zatrudnionego pracownika, jeżeli nie będzie miał on skończonych 30 lat.

Równocześnie, jak donosi „La Vanguardia”, państwo przestanie dopłacać do składek kobiet powracających do pracy po urlopie macierzyńskim.

Elastyczność – ta dotyczy przede wszystkim regulacji wewnętrznych w przedsiębiorstwach. Pracodawcy będą mogli teraz z większą swobodą zamieniać pracowników lokalizacjami i stanowiskami oraz obniżać im wynagrodzenia, jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie pogorszeniu. Podobne prawa przyznano instytucjom państwowym: w nowych warunkach mogą zaadaptować kryteria racjonalności ekonomicznej i elastycznie zwinąć działalność. Będzie można także z większą swobodą zwalniać pracowników – masowe zwolnienia zostają wyłączone z obszaru negocjacji ze związkami zawodowymi. Tym samym odeszła do lamusa dawna metoda uelastyczniania – jak pisze ekonomista Alejandro Mora, negocjacje zbiorowe w 1994 r. wprowadzono, aby poprawić zdolności adaptacyjne przedsiębiorstw do różnych sytuacji. Firmy będą mogły również skracać lub zawieszać dzień pracy w czasach spadku popytu w sposób bardziej uproszczony niż dotychczas. Państwo będzie natomiast przez 240 dni (maksymalnie) odprowadzać połowę składek za pracowników tych przedsiębiorstw ze stażem pracy dłuższym niż rok.

Większej wolności zwalniania towarzyszą zapowiedzi wsparcia działalności prywatnych agencji pracy tymczasowej, tak aby pracownicy i pracodawcy mieli szanse na „bardziej elastyczne dopasowanie swoich oczekiwań”. Trzeba jednak podkreślić, że elastyczność w pewnym obszarze ulega zawężeniu. Od 31 grudnia 2012 r. pracownicy mogą być zatrudniani na kontrakty tymczasowe jedynie przez dwa lata – ten zapis ma zapobiec seryjnemu zatrudnianiu na czas określony. Nowe przepisy mają też zapobiegać nadużyciom – zapowiadane jest wzmocnienie działalność Inspekcji Prawa i Zabezpieczeń Społecznych. Kiedy mowa o konkretach, okazuje się jednak, że kontroli mają podlegać przede wszystkim bezrobotni pobierający zasiłek oraz pracownicy korzystający ze zwolnień…

Według hiszpańskiego ministra pracy, „ekstremalnie agresywna” reforma (wersja dla Brukseli) ma „sięgać do głębi problemów hiszpańskiego rynku pracy” (wersja dla wyborców). Oznaczałoby to, że za główną przyczynę bezrobocia uznał „zbyt sztywny” kodeks pracy. Taki pogląd wzbudził wątpliwości Joana Coscubieli, katalońskiego związkowca, który wyraził je w formie pytań na swoim blogu:

•  Jeżeli sztywne prawo pracy jest źródłem hiszpańskiego kryzysu, to dlaczego są tak duże rozbieżności skali bezrobocia między hiszpańskimi regionami: od 10% w Kraju Basków do 32% w Andaluzji?

•  Jakim cudem przy tym samym prawie, które obowiązuje obecnie, w latach 1995-2007 w Hiszpanii wciąż rosła ilość zatrudnionych?

•  Jak to jest możliwe, że w przemyśle na kontraktach tymczasowych pracuje tylko 15% ogółu zatrudnionych, a w usługach ten wskaźnik jest niemal trzykrotnie większy?

Na koniec Coscubiela wyraża wątpliwość: A może firmy, które konkurują kosztami pracy, nie mają wystarczającej motywacji do wdrażania innowacyjnych strategii rozwoju? Tę myśl można nieco rozwinąć: w nowym modelu przedsiębiorcy otrzymują „dopłaty” do pracowników z grup zagrożonych bezrobociem, zatrudnianych na czas nieokreślony, ale także dostają więcej swobody w ich zwalnianiu, zwłaszcza gdy firmy uzyskają gorsze wyniki. Nie bierze się pod uwagę faktu, że spadek popytu może być konsekwencją nieodpowiednich działań ze strony przedsiębiorcy, z góry zakładając, że firma jest racjonalnym podmiotem, który po usunięciu „barier” w postaci przeszkód prawnych będzie poruszał się ruchem jednostajnie przyspieszonym w kierunku coraz większej racjonalności. W odróżnieniu od pracowników najemnych, pracodawcy nie będą musieli wzmacniać tej przyrodzonej skłonności uczestnicząc w szkoleniach.

Jeżeli uzna się system dopłat i zwolnień podatkowych za rodzaj pomocy od państwa, to należy przyjąć, że małe i średnie firmy stanowić będą, paradoksalnie – w zgodzie z promowaną przez Rajoya, Merkel i innych logiką elastyczności – nowy rodzaj beneficjentów pomocy społecznej, bardziej jakoby godnych zaufania i bardziej racjonalnych niż sam homo oeconomicus, po którym w krajach Południa ślad zaginął. Na próżno Eurostat publikuje statystyki pokazujące, że Hiszpanie pracują więcej niż Anglicy i Niemcy, a Grecy więcej niż Hiszpanie. Peryferiusze wszystkich krajów, nawet gdy pracują więcej, to pracują mniej. Tacy Grecy na przykład – jak pisze Castells, pracują średnio po 42 godziny tygodniowo, obcięli wydatki publiczne do 6% PKB, zmniejszyli minimalne wynagrodzenie do 600 euro, a do 2015 mają zwolnić 150 000 pracowników budżetówki. I co? I nic, prognozy na 2012 r. mówią o wzroście bezrobocia z 21 do 25%, a w 2011 r. dług publiczny wzrósł do 161,7% PKB.

Skuteczne recepty nie działają, można jedynie bezradnie zakrzyknąć: „Arbeit!” – niczym kukiełka Angeli Merkel z francuskiego programu „Les Guignols de ‘info”, w którym niemiecka kanclerz/prawdziwy Prezydent Republiki Francuskiej dopinguje ospałych Francuzów do pracy.

Agata Młodawska

Nowe utopie andaluzyjskie

Południe Hiszpanii to wymarzone miejsce ucieczek od instytucji i infrastruktury. W położonym kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Almerii Las Negras można się rozkoszować szelestem ręcznie szytych ubrań z pobliskiego sklepu, popijać niezobowiązująco piwo, a wzrok skierować na białe żagle na tle morskiego ciemno-błękitu.

Półtoragodzinna wycieczka w pobliskie góry dostarcza jeszcze mocniejszych wrażeń. W opuszczonej rybackiej wiosce powstała prawdziwa anarchistyczna komuna. Można tu podziwiać domki złożone z kilku głazów i paneli słonecznych, popatrzeć na cień palmy nad ogrodem warzywnym i wrócić motorówką lub pieszo na łono białych domów, ręcznie szytych ubrań i olbrzymich kotów przeciskających się przez wąskie uliczki.

Po wyczerpującej wycieczce proponujemy relaks przy lekturze tekstów o kooperatywie wiejskiej, gdzie, jak napisał portal kapitalizm.org, „udało się zrobić komunizm”. Mieszkańcy Marinaledy (ok. 100 km na wschód od Sewilli) okupowali leżące odłogiem ziemię książęce tak długo, aż oddano im całe 1200 hektarów. Na zajętych terenach uprawia się m.in. karczochy, paprykę i brokuły, każdy mieszkaniec ma zapewnioną pracę w spółdzielni, półdarmowe mieszkania z materiałów dostarczonych przez andaluzyjski samorząd (ściślej mówiąc, trzeba przy ich budowie pracować przez 450 dni, ale kto by traktował wymianę barterowa jako jedną z form obrotu rynkowego) i wynagrodzenie w wysokości 1126 euro miesięcznie.

To tyle, jeżeli chodzi o fakty, ciąg dalszy można sobie bez trudu wyobrazić. Wersja prawicowa: anachroniczny pomysł z „minionej epoki” (z której? – zapytałby dociekliwy czytelnik? Rządów generała Franco?), Marinaleda musi odejść. Wersja lewicowa: olbrzymie zdjęcia burmistrzowskiej arafatki z włodarzem miasta w tle, wskazane śródtytuły ¡No pasarán! względnie ¡El pueblo unido, jamás será vencido! Co wybierasz: patetyczne okrzyki czy paternalistyczne poklepywanie po plecach? Innej drogi nie ma.

Za przykład może posłużyć historia Jerome’a Mintza, amerykańskiego antropologa, który w 1963 r. osiedlił się w miejscowości Casas Viejas. Miejscowym wydawał się sympatycznym, acz nieco dziwnym człowiekiem – zadawał mnóstwo pytań. „Nie wiem”, „Nie było mnie wtedy w domu”, „Nie pamiętam, jak się nazywali” – takie początkowo uzyskiwał odpowiedzi. Rekonstrukcja tragicznych wydarzeń z 1933 roku, kiedy to wojsko dowodzone przez porucznika Rioja spaliło żywcem miejscowych przywódców libertariańsko-komunistycznego powstania, zajęła mu 3 lata. „Grałem wtedy w piłkę w pobliżu…”, „Brat był wśród zatrzymanych”, „Czuć było zapach spalonego mięsa”.

W końcu doszło do wyznania: „Pamiętam to jak dzisiaj. Słuchaj, powiem ci w końcu jak było naprawdę, byłem jednym z przywódców ruchu”. Wszystkie te historie Mintz  umieści w wydanej w 1983 książce „The anarchists of Casas Viejas”. Towarzyszyć im będą suche zeznania wojskowych, zaczerpnięte z oficjalnej dokumentacji zdarzeń: („Byliśmy zmęczeni po 48 godzinach marszu, przyszedł rozkaz szybkiego stłumienia zdarzeń”) i odniesienia do sięgającej drugiej połowy XIX wieku historii anarchizmu w nieznającej rewolucji przemysłowej południowej Hiszpanii, „gdzie Bakunin był bardziej popularny niż Marks”.

Zdarzenia z roku 1933 były początkiem tragedii. Wkrótce miała wybuchnąć wojna, wobec której część mieszkańców dokona szybkich wyliczeń opartych o rachunek prawdopodobieństwa. Częste będą efektowne  transgresje – miejscowy nauczyciel, zdeklarowany socjalista, krótko po wkroczeniu wojsk Franco nosi koszulę z symbolem Falangi. Część mieszkańców Casas Viejas pójdzie w ślady nauczyciela, część pójdzie za Republiką. Część pójdzie po śmierć, inni zmuszeni zostaną do grzebania zwłok sąsiadów. „Ojciec potem nie mógł jeść przez 8 dni” – wspomina jeden z rozmówców Mintza. Szczegółowa dokumentacja jest pozbawiona patosu i paternalistycznych uwag.

Opis detaliczny do bólu – oceni Rachel Patrick Conover, recenzentka „Cultural Analysis”. Większość  zainteresowanych wydarzeniami w regionie nie pokusiła się o rozmowę z mieszkańcami. Ten błąd popełnił m.in. marksistowski historyk Eric Hobsbawm, który w oparciu o niesprawdzone informacje z niezaangażowanego w ruch  70-latka uczynił „charyzmatycznego lidera”, dopasowując fakty do przyjętych uprzednio założeń teoretycznych.

Uczestniczący w wydarzeniach czynnik ludzki jest dla nich zbyt nieprzewidywalny i zbyt kosztowny – wygodniej jest pisać rewolucyjne poematy z daleka od prozy rewolucyjnej rzeczywistości i codziennych „kooperatywowych” sporów o celowość wydania wspólnych pieniędzy na lekarza, z którego nie wszyscy będą korzystali z jednakową częstotliwością. Dobrzy oburzeni to teoretyczni oburzeni – tacy nie kłócą się, nie mają wad, nie mówią brzydko, śpiewają w jednym chórze i dobrze wychodzą na fotografiach w sepii. Lepiej trzymać się od protestujących z daleka, niezależnie od tego, czy okupują szkołę, czy idą w manifestacji. Zrobić zdjęcia z bezpiecznej odległości, przerobić na komiks i umieścić w dymkach frazesy o wzniosłych ideałach. Tak będzie też korzystniej – fakty mówią same za siebie. Po marksiście Hobsbawmie i innych teoretykach ruchów anarchistycznych został rozgłos, po Mintzu skrawki informacji w internecie i 23 kilogramy dokumentacji (obejmującej nagrania, notatki i filmy).

O nieprzystawalności pomysłów Mintza do rzeczywistości świadczyć może próba zmierzenia ich dzisiejszymi kryteriami konkursów dla młodych naukowców. Jako organizatorom, zależy nam na wysokiej jakości produkcji, dlatego też starannie selekcjonujemy rozpoczynających karierę. Mile widziane osoby w wieku do 35 lat, posiadające publikacje w uznanych periodykach naukowych lub autorstwo monografii anglojęzycznej. Projekt nie musi mieć bezpośredniego znaczenia praktycznego, ale mile widziane, jeżeli autor napisze, jakie znaczenie wyniki będą miały dla rozwoju nauki i biznesu, władz lokalnych i rozwoju przedsiębiorczości. Suszyć, skruszyć, zmielić, zważyć, niech pomysły mienią się osobomiesiącami.

Dlatego też z ubolewaniem zmuszeni byliśmy odrzucić wniosek pana Jerome’a Mintza, który nie posiadając publikacji w uznanych periodykach, postanowił zainteresować się problematyką ruchu anarchosyndykalistycznego w Hiszpanii. Zbyt długi był czas realizacji projektu: trzy lata badań w terenie. Autor nie sprecyzował, kiedy uzyska pierwszy wywiad, nie umiał określić, ile czasu zajmie mu zdobycie zaufania mieszkańców Casas Viejas, nie wycenił wartości tego etapu, nie przeliczył na odpowiednią walutę. Przedstawione wyniki badań są niejasne, nie da się na ich podstawie opracować praktycznych wskazówek dla samorządu lokalnego i przedsiębiorców. Zbyt bliskie relacje badacza z obiektem badania grożą utratą obiektywizmu i  uzyskaniem niemierzalnych wyników. Klasyfikacja wniosku: niezakwalifikowany do finansowania.

Przeszedł za to projekt opracowujący badania marketingowe dla czterogwiazdkowego hotelu o nazwie „Utopia”, który stoi obecnie w Casas Viejas w miejscu spalonej chaty. Uzasadnienie: projekt w ciekawy i innowacyjny sposób przedstawia projekt zbadania postaw konsumenckich wobec pakietu „weekend w Utopii plus pobyt na polu golfowym”.

Agata Młodawska

Rękopis znaleziony w truskawkach

Przewodniki turystyczne ze słowem „Andaluzja” w nazwie opisują krainę niezobowiązującego sączenia tinto de verano z widokiem na Alhambrę (Alcazabę, Alcazar), przegryzanego smażonymi dziesięcionogami przy dźwiękach flamenco. Wymarzone miejsce do sielskiego życia, którego uroki zachwalał Chris Stewart, były perkusista grupy Genesis, na łamach bestsellerowej powieści „Driving over Lemons. An optimist in Andalucia”.

Niektóre z andaluzyjskich krajobrazów wzbudzały zachwyt już 200 lat temu, gdy hrabia Jan Potocki podróżował przez Półwysep Iberyjski:

Widziałem ją [Granadę] całą: jej sześć miast i czterdzieści wiosek, kręte koryto Genilu, potoki spadające ze szczytów Alpuhary, cieniste gaje, altany, domy, ogrody i mnóstwo wiejskich folwarków. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły we wzrok zestrzeliłem („Rękopis znaleziony w Saragossie”).

Bohater powieści Potockiego nie ograniczył swoich hiszpańskich wojaży do wzgórz Granady. W górach Sierra La Mancha ujrzał zgoła odmienny krajobraz:

Wierzchołki gór, na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone, niż mi się to na pierwszy rzut oka wydawało, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem się na nie dostać. Stanąwszy na szczycie, ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiegoś zabudowania, żadnej drogi prócz tej, którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem; echo mi tylko odpowiedziało w oddali.

Na przełomie stuleci, bezdrzewne pustkowia hiszpańskie przyciągały głównie koneserów, jak Potocki lub Washington Irving, autor „Opowieści z Alhambry”. Nic dziwnego – na półpustynnych terenach hiszpańskich w dzień grasowali nieokiełznani rozbójnicy. Nocami z ruin mauryjskich budowli wychodzili ich demoniczni mieszkańcy, którzy podstępnie kusili podróżnych obietnicami rozkoszy, a ze zwabionymi obchodzili się dość brutalnie:

Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko, które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka wsunął swój rozpalony język i zaczął mi lizać mózg tak, że ryczałem z boleści. Natenczas drugi wisielec, który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów. Naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi, za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł z niej skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznym. Widząc jednak, że wcale nie wydaję przyjemnych dlań dźwięków, zapuścił szpony pod moje kolano, pozahaczał ścięgna na pazury i zaczął je skręcać, zupełnie jak gdyby nastrajał harfę. Na koniec jął grać na mojej nodze, z której utworzył rodzaj psalterionu. Słyszałem jego diabelski śmiech, a piekielne wycia towarzyszyły moim przeraźliwym krzykom.

Powyższy opis nie wyczerpywał listy andaluzyjskich koszmarów. Mieszkańców regionu prześladowały potwory znacznie groźniejsze niż podstępne duchy z „Rękopisu…”. Realnymi zjawami były głód i nędza, które – w odróżnieniu od pisarskich fantazji – nie znikały w dzień. Przeciwnie, pozostały w regionie na dobre kilkaset lat. Lata suszy, w trakcie których podstawowym składnikiem pożywienia były dziko rosnące pomarańcze, emigracja zarobkowa i analfabetyzm, były codziennością na południu do lat 60. XX wieku.

Dla Juana Goytisolo, Hiszpana z północy, zwiedzającego południe w latach 50., andaluzyjska prowincja Almeria, jest miejscem, gdzie „po raz pierwszy styka się z brutalną rzeczywistością Trzeciego Świata”: „niesprawiedliwością, rezygnacją i zinstytucjonalizowaną przemocą”. Jej najubożsi mieszkańcy żyją w nieludzkich warunkach w wilgotnych jaskiniach, z rachitycznymi, wygłodzonymi dziećmi, których fotografie spoczywają w hiszpańskich archiwach. W latach 90. sytuacja uległa pewnej poprawie, jednak „gospodarka zależna od uprzemysłowionych obszarów północy i dochodów z turystyki zagranicznej” nie jest w stanie rozładować wysokiego bezrobocia.

Poza miastem Almeria, rozwijają się inne gałęzie gospodarki. Jednym z nich jest rolnictwo szklarniowe. Rozległe plastikowe tunele poprzecinały hiszpańskie stepy i półpustynie. Nazywane po hiszpańsku invernaderos, miały odczarować andaluzyjską rzeczywistość i wypędzić z niej dawne demony na rzecz ekonomicznego postępu oraz generować zyski. W istocie, roczny zysk z przemysłu truskawkowego wynosi około 320 milionów euro. Czerwone złoto pociąga za sobą jednak pewne ofiary – ostrzegli Jeronimo Andreu i Lidia Jimenez, reporterzy dziennika „El Pais” („Las victimas de rojo oro” z 30.06.2010).

Rozwój gospodarczy wymaga poświęceń ze strony zatrudnionych w szklarniach imigrantek, pochodzących  przede wszystkim z Maroka, Polski i Rumunii. Na mocy cichego porozumienia magnatów truskawkowych z lokalnymi władzami i urzędnikami, na farmach obowiązuje specyficzny kodeks pracy. Pracownice mają wybór – stosunek seksualny z właścicielem farmy (i/lub jego znajomymi) lub zakaz picia wody przez ośmiogodzinny dzień pracy. Inny wariant obejmuje zakaz wyjść do toalety. Możliwości jest nieskończenie wiele, a poza tym, jeżeli ktoś nie chce, nie musi przecież pracować. Może odejść w każdej chwili. Jedyne, co musi zrobić, to przejść na piechotę (okoliczna sieć transportu publicznego nie jest przesadnie gęsta) przez hiszpański step w 40-stopniowym upale, bez żadnego wsparcia ze strony mieszkańców.

Wniosek jest prosty – sugeruje Magdalena Grzebałowska z „Gazety Wyborczej” („Polki na saksach”, „Duży Format”, 16.02.2004) – ponieważ nie można mówić o przemocy, polskie imigrantki oddają się dobrowolnie pracy w przemyśle truskawkowo-erotycznym i czerpią z niego same korzyści.  Dziennikarka  przed paroma laty zwiedzała prowincję Huelva w poszukiwaniu Polek, które dobrowolnie porzuciły ognisko domowe na rzecz ognistych romansów ze śniadymi południowcami. Sprytnie ominęła podstępne sugestie organizacji La Strada i władz lokalnych i skierowała kroki prosto do mieszkania, w którym miała rzekomo być przetrzymywana Polka. Dzień dobry, czy przetrzymujecie może nielegalnie jakieś kobiety? Pani, tu nie ma żadnego burdelu, ona tu siedzi, bo chce – odpowiedział właściciel mieszkania. Proszę zapytać tej pani, ona potwierdzi. Chodź tutaj, pani chce cię spytać, czy jesteś tu przechowywana. Tak, to prawda, nikt mnie do niczego nie zmuszał – potwierdza Polka mieszkająca nielegalnie w Hiszpanii.

Jej słowa i osoba mają tu zresztą znaczenie drugorzędne. Jeżeli w reportażu są przywoływane wypowiedzi pracujących kobiet, to tylko po to, aby je zdyskredytować. Nie można wierzyć słowom kobiet z małych miejscowości, bo mają krzywe zęby, a truskawki zbierają w negliżu. Naiwna para dziennikarska z „El Pais” skojarzyła ten gest z 40-stostopniowym upałem, ale znacznie bardziej wiarygodną motywacją jest celowe prowokowanie potencjalnych gwałcicieli. Taką wersję potwierdzają polski proboszcz i konsul w Madrycie. Polki w Andaluzji w istocie wiodą niezmącone przymusem życie, zarabiając 30 euro dziennie (ok. 3,5 euro na godzinę) 15 kilometrów od brzegów Atlantyku, a przemocy w miasteczku nie widać, więc jej nie ma.

Można spokojnie kontynuować rozważania nad „migracjami rozpustnymi” typu „strawberry fields forever” jako nowym typem mobilności w ponowoczesnym świecie. Zagadnienia związane z przyczynami migracji wykraczają jednak poza ramy niniejszego tekstu. Dlatego pomijam kilka interesujących skądinąd kwestii. Nie zastanawiajmy się nad determinacją osób, które wyjeżdżają bez znajomości języka, aby pracować nielegalnie w bliżej nieznanym kraju. Nie zadawajmy trudnych pytań o możliwość realizacji zawodowej, jakie te kobiety miały w Polsce. Wykluczmy sytuację, w której praca w tak ciężkich warunkach może być jedyną możliwością zarabiania na życie, w dodatku wspieraną przez Urząd Pracy w Olsztynie. Pomińmy wstydliwym milczeniem związki przymusu ekonomicznego i seksualnego.

Ostatecznie, zaprezentowany przez nas model emigracji z ziemi polskiej do Hiszpanii jest na tyle spójny i klarowny, że rok później wykorzysta go w swoim eseju Maria Janion („Jeszcze Polska nie umarła”, „Krytyka Polityczna” nr 6, 2004), będącym krytyką polskiej szarej jednorodności. Autorka dostrzegła monolityczność występującą w wielu dziedzinach, płynnie przechodząc od geograficzno-klimatycznej (Jesień, zima, brud, błoto, brudy, niedomyte ciała okutane w jakieś szare szmaty… Właśnie mordercza pośredniość – ani wieczne lato, ani wieczna zima, lecz wszechpanujące błoto, którego obfitość zadziwiała cudzoziemskich podróżników po Polsce już w dawnych wiekach) do braku zróżnicowania kulturowego (Polska wbrew pobożnym życzeniom i zakłamanym zapewnieniom – nie jest krajem wielokulturowym. Jest ubogim i płaskim monolitem, przeważnie narodowo-katolickim. Dlatego tak męczy niektórych swoich obywateli. Można by było tutaj wytrzymać i bez słońca Południa, gdyby bardziej różnorodna, wyzwolona z obsesji kolonialnych i postkolonialnych, właśnie kolorowa byłaby nasza kultura). Konsekwencją postkolonialnego lęku przed obcymi mocarstwami ma być narodowy resentyment. A także niechęć do wszystkiego, co obce – zabójcza dla różnorodności.

Odpowiedzią na ten uciążliwy postkolonialny monolit jest „tęsknota za południem”, ta sama, która owładnęła Zygmuntem Korczyńskim i migrantkami zbierającymi w Hiszpanii truskawki. Janion cytuje Grzebałkowską: Za żadne skarby nie wróciłaby na stałe do Polski. Tu jest kimś. Zna już trochę hiszpański, chodzi wśród palm i pomarańczy, a zamiast gnoju z obory ma pod nogami chodnik. Postkolonialna płaska jednorodność zaciera różnice pomiędzy szlachcicem i migrantkami zarobkowymi. Wszyscy jesteśmy Polakami i jednakowo cierpimy z tego powodu. Szczęśliwie, w naszych farmach truskawkowych też się znajdzie paru imigrantów z Ukrainy, pracujących w warunkach zbliżonych do andaluzyjskich. Być może kiedyś nasza młoda demokracja dojrzeje do zróżnicowania hiszpańskiego i więcej nisko opłacanych imigrantów będzie rozpraszać polską melancholię.

Taka ścieżka rozwoju wzbogaci – miejmy nadzieję – tradycyjną kuchnię polską o nowe potrawy, a smutny i brzydki krajobraz stanie się tak różnorodny, jak hiszpańskie palmy i pomarańcze na tle kilometrów plastikowych szklarni.

Agata Młodawska

„Jak mówić, żeby eksperci nas słuchali”

W końcu lipca przemierzyłam Półwysep Iberyjski, aby w byłej królewskiej posiadłości dyskutować o kryzysie strefy euro.

Lasy piniowe w połączeniu z cynobrowymi plażami Zatoki Biskajskiej łagodziły żołądki podrażnione cateringiem i koiły nerwy zszargane kryzysem. Urwiste skaliste wybrzeża dostarczały znudzonej wykładami wyobraźni smakowitej, acz nieco makabrycznej pożywki. Słowem – wymarzona sceneria dla dyskusji o bezrobociu i tej, jak jej tam, zagrożonej europejskiej tożsamości, której coraz mniej posiada Europa Południowa. Bez dobrze prosperującej gospodarki nie ma co marzyć o przynależności do europejskiego kręgu kulturowego – orzekli dyskutanci zajadając czekoladki.

Południowoeuropejski parias, który pogrążał sferę euro i kilka tygodni wcześniej usiłował otruć ogórkami północnoeuropejskich podatników, był częstym tematem rozmów. Organizatorzy ubolewali nad niskim poziomem szkolnictwa: – Czy zgodzi się pan ze mną panie profesorze?Tak, cierpimy z powodu kryzysu demograficznego, należy sprowadzić do Europy więcej imigrantów – odpowiadał pan profesor, rzuciwszy uprzednio kilka żarcików. Młodzi są bez pracy, więc rynek trzeba uelastycznić. Z perspektywy kawy i ciasteczek, wysoki procent osób zatrudnionych na kontrakty tymczasowe w Hiszpanii był najwyraźniej nieistotnym detalem.

W Hiszpanii społeczeństwo obywatelskie jeszcze się nie rozwinęło – przekonywał inny prelegent. Ręka podniesiona do góry: czy nie sądzi pan, że hiszpańskie protesty mogą być jednak dowodem na nieprawdziwość wspomnianej tezy? Przypominam: w połowie maja 2011 r. na placach hiszpańskich miast zgromadziły się tłumy domagające się przywrócenia prawdziwej demokracji. Część protestujących zamieszkała na placach na stałe, organizując darmowe posiłki, kącik dla dzieci oraz biblioteki. Ci młodzi ludzie zajmujący place miast, którzy zbudowali małe miasteczka z kartonów, doskonale zaopatrzone w żywność i rozrywki kulturalne, są niedojrzali? Czym jest społeczeństwo obywatelskie w takim razie? Nie do końca mnie satysfakcjonuje odpowiedź: „społeczeństwo obywatelskie, to takie coś, czego nie ma w zacofanych krajach”. W potocznym rozumieniu, pojęcie to ma coś wspólnego z aktywizmem i zainteresowaniem dobrem wspólnym, a te zjawiska czasami występują poza Europą i Stanami Zjednoczonymi. Pozwolę sobie podać kilka przykładów:

Chile 2011 – studenci popierani przez większość społeczeństwa protestują przez kilka miesięcy przeciwko opłatom za edukację wyższą. Rząd niestrudzenie odpowiadał za pomocą policyjnych pałek, na początku października przez chwilę negocjował z liderami protestu. Pomimo brutalności policji, studenci wychodzą na ulicę, podobnie jak kilka lat wcześniej podczas „rewolucji pingwinów”.

Argentyna, 1976-1983. Władzę przejmuje junta wojskowa, która w brutalny sposób rozprawia się z przeciwnikami. Część działaczy lewicowych znika bez śladu. Marcelo Figueras w powieści „Kamczatka” opisał zatrzymanie adwokata broniącego praw człowieka: Singaglia padł pierwszy. Zabrano go samochodem bez tablic rejestracyjnych. Wyobrażam sobie, jak cierpiał z powodu szarpania go za świetnie wyprasowany garnitur i niemal słyszę, jak skarży się przede mną, pibe, co to za barbarzyństwo, po co tak, to niepotrzebne.

Dalszych losów fikcyjnego Singaglii i realnych porwanych przez policję można się domyślić czytając raporty argentyńskiej Komisji do Spraw Zaginionych, na które powołuje się Artur Domosławski w „Gorączce Latynoamerykańskiej”: …rażenie prądem najbardziej wrażliwych części ciała – genitaliów, ust, dziąseł, piersi; wprowadzanie do odbytu lub pochwy szerokiej rury, wpuszczanie do niej szczura i zamknięcie odwrotu, tak aby szczur szarpał wnętrzności; torturowanie dzieci w obecności rodziców (i na odwrót); wypalanie na skórze; polewanie skatowanego ciała osoloną wodą; gwałty; fikcyjne egzekucje.

Tymczasem na Placu Majowym gromadziły się matki, które szukały informacji o dzieciach uprowadzonych przez reżim. Ich przygotowanie teoretyczne było w większości przypadków znikome. – Byłam kobietą jedną z wielu, jeszcze jedną gospodynią domową. Kwestie ekonomiczne, sytuacja polityczna, były mi zupełnie obce – powie po latach kontrowersyjna Hebe de Bonafini, jedna z liderek ruchu. Nie miały transparentów, jedynym znakiem rozpoznawczym były białe chusty na głowach. Jak przyjdzie policja i powie „proszę się rozejść”, to weź mnie pod rękę i udawaj, że spacerujemy – mawiały. Kilka protestujących już wkrótce miało się dowiedzieć, jaki los spotkał ich dzieci – Azucena Villaflor została uprowadzona i zrzucona z samolotu do delty rzeki La Plata. My tu mamy mundial zorganizować i wojnę o Falklandy wygrać, a te histeryczki wszystko psują – powiedzieli generałowie dowodzeni przez Jorge Videlę, wysyłając na plac coraz to nowsze odziały policyjne. Po transformacji ustrojowej, stowarzyszenie Matek z Placu Majowego przekształciło się w prężnie działającą organizację z uniwersytetem ludowym i własną radiostacją, zarządzającą budową tanich osiedli.

Kostaryka 1982-2011. Na początku lat 80.: gdy kryzys ekonomiczny ograniczył możliwości zarobkowania, osiem kobiet założyło spółdzielnię, nieopodal parku narodowego, z dala od grantów i subwencji. Lokalni machos początkowo nieufnie odnosili się do inicjatywy, jednak z czasem przekonały ich zwiększone wpływy do budżetów części gospodarstw. Spółdzielnia dobrze prosperowała, oferując wyroby przede wszystkim turystom; członkinie własnoręcznie zbudowały gliniany dom, obok którego z czasem wyrosły sklep i kawiarnia. Od czasu do czasu spółdzielnię finansowo wspomagają byłe wolontariuszki. – Ja się nad nimi nie lituję, ja je podziwiam – powie mi później jedna z nich. – Wiele się nauczyłam w ciągu tych kilku tygodni. Radości ze wspólnej pracy. U nas się robi tylko projekt za projektem, piętnaście projektów.

Na zakończenie wróćmy do Hiszpanii 2011 – spektakularne obozowiska zostały zwinięte, jednak w wielu miastach nadal funkcjonują zgromadzenia ludowe, a przedstawiciele ruchu oburzonych protestują m.in. przeciwko nielegalnym eksmisjom, zamykaniu centrów kultury oraz bronią zwolnionych z pracy.

Podsumowując: jeżeli to nie jest aktywizm i troska o dobro wspólne, to co to jest? Jeżeli wszędzie poza wąsko rozumianą Europą ludzie są bierni, to kto protestuje przeciwko reżimom? Profesor odpowiada: nie wiem, z pewnością jednak nie można tego nazwać społeczeństwem obywatelskim. Pani chyba żartuje, rękodzieło miałoby stanowić element działań obywatelskich? To prawie jakby powiedzieć, że w Polsce koła gospodyń wiejskich tworzą część ruchu kobiecego. Sama pani widzi, że nie możemy podobnych sugestii traktować poważnie. Ruchy studenckie są fenomenem chwilowym i na pewno niedługo im się znudzi, ileż można wytrzymać bez grantów i dotacji? A poza tym w Hiszpanii mamy dobre organizacje pozarządowe, które przykładnie współpracują z samorządami i potem nauczają w Maroku dobrych hiszpańskich praktyk, otrzymując w zamian za to dobre hiszpańskie wynagrodzenia; ci, jak im tam, oburzeni, są zbyt radykalni, żeby władze lokalne mogły z nimi rozmawiać. Bez dobrych grantów nie może istnieć prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, radość i duma krajów rozwiniętych i ich jedyny atrybut.

Odpowiadam: Matki z Placu Majowego miały dotacje od prezydenta Kirchenera? Profesor: Ależ one są tylko „dziarskimi staruszkami”, które mają własne radio i radykalne poglądy, to jeszcze gorsze niż uwikłanie współpracowników Hebe de Bonafini w skandal korupcyjny i zarzut defraudacji pieniędzy przeznaczonych na mieszkania socjalne. Takie bohaterskie ruchy to dobre na symbol, na emblemat na ekologiczną torbę, na – wzorem polskiej „Solidarności” – nazwę dla fabryki wyrobów cukierniczych, a nie do polityki. „Diagnozy Społecznej 2011” pani nie czytała? Nie wie pani, że polscy naukowcy stwierdzili, że aby być społeczeństwem obywatelskim, trzeba mieć liberalny światopogląd, akceptować różnice społeczne, chodzić często na wybory i głosować na partię rządzącą? Dobre organizacje winny być efektywne i konkurencyjne w walce o fundusze rządowe i sprawnie zarządzać grantami i projektami, z dala od polityki i z dala od heroizmu. Bez państwa przyjaznego dotacjom nie ma mowy o społeczeństwie obywatelskim. Poza dobrymi NGO’sami rozciąga się brudny świat terrorystów, płatnych agentów i niebezpiecznego populizmu, proszę mi wierzyć.

Podsumowując, społeczeństwo obywatelskie to wspierane przez państwo zrzeszenia, a masowe protesty mogą być w najlepszym razie nadrukami na koszulki. Ruch oburzonych odegra rolę w rozwoju Europy wtedy i tylko wtedy, jeśli trafi na rynek wyrobów cukierniczych. Dyskusja się przeciąga, zapraszam na kawę i ciasteczka marki „Indignados”, żarcik.

Kosmopolityczne społeczności lokalne

Dworzec kolejowy w Tangerze, godzina 19.30. W porze pierwszego ramadanowego posiłku zawieszono kursowanie jednego z pociągów. Koty z opustoszałego dworca są miłe, ale rozmowa z nimi bywa trudna, więc w poczuciu okcydentalnej więzi zbliżamy się do siebie, ja i dwoje Amerykanów. Rozmawiamy o walorach turystycznych południowej Hiszpanii.

Byliśmy na Costa del Sol. Tam jest tylu Anglików, to niesamowite! Kelnerki, które nas obsługiwały, w ogóle nie znały hiszpańskiego! – opowiadali rozczarowani mdłym smakiem prawdziwej hiszpańskiej Andaluzji. Tak, przypomniałam sobie bary z rybą i frytkami, angielskie nazwy agencji nieruchomości i pola golfowe. I fałszywe westchnienia „tak, wiem, że powinnam znać chociaż trochę hiszpański, mieszkam tutaj już siedem lat”. Brak integracji obudził moje żywe zainteresowanie, więc rozpoczynam opowieść.

Gdybyśmy grali w filmie animowanym, ja niechybnie znalazłabym się na środku hali dworcowej, na moją sylwetkę skierowany zostałby strumień reflektora, a na wiszący nieopodal ekran padłby strumień projektora. W dzisiejszym odcinku mamy zaszczyt państwu przedstawić marginalizowaną grupę imigrantów, których z braku lepszego określenia nazwę ekspatriantami, pomimo że to pojęcie-parasol nie brzmi najlepiej. Do odjazdu pociągu do Fezu zostało pół godziny, więc nie będę wdawała się w historyczne szczegóły. Wspomnę jedynie, że pojęcie to było często używane w odniesieniu do mieszkańców metropolii pracujących w byłych koloniach. Obecnie określani są w ten sposób również wysoko wykwalifikowani imigranci, zatrudniani przez międzynarodowe korporacje.

Co się państwu kojarzy z grupami obcokrajowców mieszkających na stałe za granicą? MULTIKULTURALIZM! Prawie dobrze, ale o dziwo, ludzie Zachodu mieszkający w byłych koloniach nie byli nigdy opisywani jako skomplikowany układ równań wielokulturowych, a integracja stanowiła problem nie tyle dla przybyszy, ile dla społeczeństwa przyjmującego. Tutaj padnie słowo „kosmopolityzm”, które w kontekście ekspansji kolonialnej było używane już w XIX w. Jak napisał Edward Said, brytyjscy politycy argumentujący za utrzymaniem kolonii wyjaśniali, że społeczeństwa podbite muszą się wyzbyć próżnego zaściankowego nacjonalizmu na rzecz kosmopolitycznej solidarności i z podziwu dla osiągnięć ludzkości wypracowanych przez Brytyjczyków uznać jedyne słuszne zwierzchnictwo.

Sto lat później, zdaniem części naukowców, kosmopolityzm jest postawą świadczącą o moralnej wyższości. Ulf Hannerz pisze, że prawdziwy kosmopolita to nowy typ podróżnika, otwartego na inne kultury, gromadzącego nowe doświadczenia. Skrajnie różny od masowego turysty, zainteresowanego wyłącznie ofertami typu „all inclusive” i od niemobilnego, staromodnie przywiązanego do własnej kultury lokalsa, „pozostawionego z tyłu procesów globalizacji”. Nowi, poszukujący autentyczności podróżnicy mieli być ideałami ludzi, skrojonymi na nowe, elastyczne czasy. Z takich właśnie elastycznych, otwartych i mobilnych jednostek, elegancko konsumujących inne kultury, miały się składać społeczności eskpatów. Tak przynajmniej wyglądały z perspektywy antropologicznego biurka w gabinecie prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu. Badacze terenowi dochodzili do zgoła odmiennych wniosków. Pogarda i strach – charakteryzowali pokrótce postawę zagranicznych przybyszów wobec miejscowej ludności. Umiłowanie różnorodności ograniczało się głównie do konsumpcji dóbr materialnych; znajomości z autochtonami raczej unikano.

W latach 90. dostrzeżono również, że kosmopolityzm łatwo daje się przeliczyć na pieniądze. Różni w pracy, to się opłaca – obliczyli autorzy podręczników do marketingu. Rząd Singapuru zastosował to hasło w praktyce i, jak napisała Brenda Yeoh, wpisał oficjalnie kosmopolityzm do rządowych aktów i ustaw. Ta gościnność miała jednak swoje granice – z otwartością na południowoazjatyckich robotników niewykwalifikowanych nie należało przesadzać. Różnorodność i otwartość są wartościami wtedy i tylko wtedy, gdy łatwo można je przeliczyć na pieniądze, inne ich rodzaje nie są istotne. Pożądany typ różnorodności doprecyzował Richard Florida, który przedstawił prostą zależność: miasta z większą liczbą kreatywnych jednostek rozwijają się szybciej. Z kolei otwartość zdefiniował polski socjolog Paweł Kubicki, utożsamiając ją z bywaniem w modnych kawiarniach.

Co to ma wspólnego z Hiszpanią? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu południowa część kraju należała do obszarów najuboższych i najbardziej ekonomicznie zacofanych, zamieszkanych głównie przez rybaków. W końcu lat 60. odkryto jednak jej potencjał – dzikie plaże i łagodny klimat. Turystyka miała być głównym motorem rozwoju dla ubogiej prowincji, nie znającej rewolucji przemysłowej. Jedynym mankamentem tej genialnej w swej prostocie koncepcji była zima: kilkanaście stopni powyżej zera i ulewne zimowe deszcze były mało atrakcyjne z punktu widzenia brytyjskich turystów. Lokalne władze zdecydowały się zatem na sprzedaż nieruchomości po obniżonej cenie: posiadanie letnich rezydencji miało zatrzymać Brytyjczyków na dłużej.

Oferta była kusząca. Jak to już kiedyś napisałam: Pakiet podstawowy obejmuje palmy, morze i skały. Dla bardziej wybrednych klientów mamy również energicznych lokalsów, którzy w nocy wychodzą na ulicę, a w dzień roznoszą jedzenie. Oferta ważna na Wyspach Brytyjskich i w Niemczech, których obywatele mają cudowne właściwości gospodarczego ożywiania podupadłych rejonów.

Niewątpliwie udało się przyciągnąć Brytyjczyków na dłużej. Antonio Aledo, profesor socjologii z uniwersytetu w Alicante, na początku każdego semestru polecał swoim studentom narysowanie imigranta. Źle – mawiał po otrzymaniu kilkunastu wizerunków mieszkańca Afryki Północnej – w naszym regionie najwięcej imigrantów pochodzi z Wysp Brytyjskich. Część z nich jest emerytami, inni są prywatnymi przedsiębiorcami, jeszcze inni pracują nielegalnie, wykonując najrozmaitsze prace: sprzątają, budują, pielęgnują. Zgrupowani w stowarzyszenia tworzą obieg usług i towarów niedostępny dla niezaradnych, niezorganizowanych i nieucywilizowanych Hiszpanów, którzy potrafią kulturalnych Brytyjczyków nieźle zirytować. Ale z drugiej strony są tacy uroczy i prorodzinni, to ludzie żyjący bliżej natury, z dala od restrykcyjnej brytyjskiej cywilizacji – mawiają wybierający Pakiet Rozszerzony Natura 2000 w wydaniu hiszpańskim. Oni nam zasoby naturalne, a my im trochę kultury i część pieniędzy spłynie… ta część, która wyjdzie poza Brytyjski Autarkiczny Okręg Gospodarczy ze zrównoważoną podażą i popytem.

W lokalnym obiegu jednakowoż transfery pieniężne uległy zwiększeniu głównie przez wzrost cen. Wysokie bezrobocie i korupcja pozostały bez zmian. Aledo ponadto sugerował, że brytyjscy obywatele nie byli również zbyt zagorzałymi przeciwnikami korupcji, pod warunkiem, iż praktykowano ją w Hiszpanii i w sektorze nieruchomości. Co więcej, goście z bardziej rozwiniętych krajów europejskich niekiedy w tych praktykach brali dość czynny udział, jak dowodzi historia największego w historii Hiszpanii skandalu korupcyjnego w popularnej wśród ekspatów Marbelli.

–  To bardzo ciekawa historia. Musimy chyba już iść na pociąg – usłyszałam od rozmówców.
– O której będziecie w Fezie?
– O drugiej w nocy. Wiesz, na szczęście ktoś z hotelu nas odbierze z dworca. Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę, gdybyśmy musieli jechać taksówką. Chyba jedziemy tym samym pociągiem, dokąd idziesz?
– Yyyy… to chyba pierwsza klasa.
– My mamy bilet na pierwszą klasę. Powiedzieli nam, że tylko tak jest bezpiecznie.

Rozumiałam. Zanim udaliśmy się do swoich wagonów, poleciłam wycieczkę do położonego nad Atlantykiem Asilah, gdzie można konsumować lokalną kulturę wspólnie z hiszpańskimi ekspatami z Madrytu, którzy wykupują budynki w centrum miasteczka. Słynące z murali Asilah przyciąga klasę kreatywną, która, jak napisał Florida, stanowi główną siłę napędową rozwoju i może kiedyś wciągnie lokalsów w swoje projekty, dlatego też należy ją zatrzymać, nawet jeśli miejscowymi niekiedy pogardza, wzorem cytowanej przez Juana Goytisolo hiszpańskiej damy, miłośniczki „Maroka i Arabów”:

Tak, to zacofany kraj, ale mi się podoba. Chociaż wielu mówi, że Maurowie różnią się bardzo od nas i że nie możesz im ufać, jeżeli ich trochę wychować (…). Proszę sobie wyobrazić, że w domu mam Mauryjkę z północy, która mówi po hiszpańsku. Biedna, nie wiedziała nic o naszej kuchni, ani o naszych zwyczajach i musiałam pokazać jej wszystko, jak gotować, prać w pralce, podawać do stołu…

Wyznanie to wywołało w hiszpańskim pisarzu mieszkającym w Maroku wspomnienia nie tak odległych czasów, gdy emigranci hiszpańscy na szwajcarskiej granicy przechodzili obowiązkową dezynfekcję. Poradniki poprawnych relacji z hiszpańską służbą pouczały wówczas, że: Hiszpan ogólnie nie narzeka i akceptuje swoje położenie z rezygnacją dziedziczoną po kulturze arabskiej. Nie próbuje również dyskutować i uzasadniać używając francuskiej logiki dedukcyjnej. W większości przypadków Hiszpan jej nie zrozumie, ale jest raczej intuicyjny. Szczęśliwie „Hiszpanowi” udało się nabyć nieco logiki dedukcyjnej, dzięki czemu może krzewić ją w Maroku, tak jak to czynią Anglicy na południu Hiszpanii.