przez Angelina Kussy | wtorek 6 października 2015 | opinie
1.
Już na ławkach, przed wejściem, ktoś rozpływa się w narkotykowym niebie. Na ziemi, zaraz po przekroczeniu furtki, leżą zużyte strzykawki. A trzydzieści metrów dalej rozłożone przez wolontariuszy namioty dla uchodźców.
Podobno około czterystu. Ostatnia fala to sami Afgańczycy, w większości nastolatki i dzieci. Niektóre bez krewnych. Rodzicom starczyło tylko na jeden przemyt.
Żar leje się z nieba, w połowie sierpnia temperatura dochodzi do trzydziestu ośmiu stopni. Wokół namiotów przechadzają się wolontariusze. Zabiorą dzieci na plac zabaw, zorganizują zajęcia plastyczne i gry zespołowe, puszczą bańki mydlane.
Od święta pojawi się w parku policja na kilkanaście minut. Na odcinek z narkomanami zamknie oczy. Przejdzie do obozowiska uchodźców, przespaceruje się w tę i z powrotem, odmaszeruje.

Fot. David Castro Caso
2.
Park Pedion Areos, „Pole Aresa”, jest ładny i zadbany, ale Ateńczycy nie przychodzą już tutaj na spacery. Pole greckiego boga zniszczenia i wojny to dziś skład żywności i wody. Za współczesną łaźnię grecką robi fontanna przed wejściem, choć niektórzy kąpią dzieci pod strumieniem z węża ogrodowego. Pod pomnikami bohaterów greckiej rewolucji kilku uchodźców ucina sobie drzemkę. Chłopiec z Afganistanu biega przebrany za Napoleona. Inni grają w piłkę.
Są afgańscy lekarze, przedsiębiorcy, studenci, robotnicy, dziennikarz, żołnierz, prawnik, nauczyciel akademicki. Nie ma wśród nich biedaków. Trzeba mieć kilka tysięcy euro, żeby zapłacić przemytnikowi, Qachaqbarowi, jak nazywają go Afgańczycy, który pomaga imigrantom przedostać się do Europy. Uchodźcy zazwyczaj uciekają z mniejszą częścią pieniędzy. Resztę dopłaci rodzina. Oczywiście, jeśli uchodźca dotrze do następnej bazy – w końcu dla nikogo, kto rozpoczyna drogę, nie jest pewne, czy zakończy ją żywy.
Qachaqbar jest katem i wybawcą. Nie da wody i jedzenia, zwyzywa, spoliczkuje przy wszystkich, doprowadzi do płaczu i kopnie leżącego. Przypominając, że ma zapłacić, inaczej droga do lepszego świata skończy się dla niego w miejscu, w którym stoi. Ale jest tym, który pomoże, gdy zjednoczona Europa zamknie oczy i granice na cztery spusty.
3.
– Na górze, na niebie, jest Chinook. Produkowany przez Amerykanów wielozadaniowy, wyposażony w trzy karabiny maszynowe śmigłowiec transportowy. Po jego prawej F-coś tam, może F-16?, lub inny myśliwiec. A na dole jest przemytnik na łodzi obok flagi z czaszką – tłumaczy jeden z pedagogów, który organizuje w parku zajęcia dla dzieci. – Obrazek pokazuje sytuację uchodźców: są zawieszeni między wojną a zarabiającą na niej mafią. Między śmiercią od bomb lub z rąk talibów a śmiercią na morzu lub podczas nielegalnego przekraczania granic.
Rozmawiamy o rysunku ośmioletniego chłopca.

Fot. David Castro Caso
4.
Samoloty wojskowe to codzienny widok dla ludzi mieszkających w rejonach konfliktów na Bliskim Wschodzie. Dzieciaki zapamiętują, jak ojcowie opowiadają, co akurat przelatuje nad głową. Afgańczycy więcej wiedzą o posługiwaniu się bronią palną, niż o uprawie roli.
Pytam, jak wyglądało ich życie w ojczyźnie, za czym będą tęsknić, jak pamiętają dzień, w którym postanowili, że muszą się wynieść. Odpowiedź zawsze jednakowa, wypowiedziana zdziwionym głosem wyliczanka kilku słów wyraźnie sygnalizująca, że pytanie było nie na miejscu. – No, wojna jest: bomby, wybuchy, samoloty, śmierć. Jak może wyglądać dzień w Afganistanie?
Zamiast gry w klasy i podchodów strach przed wyjściem z domu. Zamiast ilustrowanej „Encyklopedii samolotów wojskowych” codzienne obserwacje. Dziecięce rymowanki podobne do tych, które pamiętam z własnego dzieciństwa („Na górze róże, na dole fiołki…”, nie przestaje chodzić mi po głowie, kiedy mijam grupki dzieci w wieku przedszkolnym) zastępują doniesienia o kolejnych bombardowaniach.

Fot. David Castro Caso
– Człowiek by pomyślał, że taki obrazek z wojny będzie szary, brutalny, nie wiem… – dzielę się refleksją.
– Wolontariuszom zależy, aby dzieci miały chociaż kolorowe kredki.

Fot. Angelina Kussy
5.
Żeby ze stolicy Afganistanu dotrzeć do Pedion Areos, trzeba pokonać ponad pięć i pół tysiąca kilometrów. Dziesięć godzin samolotem, ale prawie tysiąc piechotą. To prawie dwie szerokości Europy. Dwa razy od Lizbony do Warszawy. Przez wielkie państwa, Iran i Turcję, pustynie, morze, wysokie góry.
Do Iranu można dostać się na dwa sposoby: bezpiecznie, legalnie, z wizą. Lub nielegalnie, pod siatką. Ryzykując, przyłapanie przez żołnierza irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, Sepāh-e Pāsdārān-e, który powie: „Masz 3 minuty na ucieczkę, potem zaczynam strzelać”. Osoby, które nie biegają wystarczająco szybko, giną na tym odcinku.
Łatwiejsza w przejściu jest granica irańsko-turecka, lecz potem zostaje kilkudniowa droga pod górę, czasem bez jedzenia i picia, jeśli zapasy się skończyły lub były zbyt ciężkie, by ciągnąć je na szczyt. Nie każdy daje radę.
Jak jedenastoletni syn Gofura. Nie miał siły iść kilka dni nieustannie pod górę, sapał i narzekał, nie było już wody dla wszystkich. Ojciec odwrócił się i poszedł sam. Zostawił go w górach po stronie tureckiej.
Gdy dotarli do wybrzeży, Gofur i 20 innych osób w lichych pontonach popłynęli w kierunku greckiej wyspy Lesbos. W tym samym czasie setki innych Afgańczyków, Syryjczyków, Irakijczyków cumowały na pierwszych napotkanych wyspach należących do Unii Europejskiej: Leros, Kos, Chios czy Samos. W prowizorycznym ośrodku dla uchodźców czekali na dokument poświadczający miesięczne pozwolenie na pobyt.

Fot. Angelina Kussy
Na przeludnionych już wyspach będą przeszkadzać swoją obecnością europejskim turystom, którzy „lubią jeść, opalać się i odpoczywać”. I którzy będą udzielać wywiadów o tym, że „imigranci” (słowo „uchodźca” nie przejdzie im przez gardło) zamienili ich wakacje w koszmar.
Potem uchodźcy skontaktują się z Qachaqbarem w sprawie dalszych kroków.
Gdy szok minie, a głos instynktu przetrwania umilknie, Gofur będzie płakał w ośrodku przez cztery noce z rzędu. Będzie ściskał swoją koszulę między nogami i wył z bólu. Powtarzając, że nie rozumie, dlaczego to zrobił. Dlaczego zostawił syna.
6.
Grupa greckich anarchistów umawia się w południe. Pheobus, 19-letni chłopak z bródką, gra na pianinie, aby zarobić na rachunki, mieszka sam otoczony sporą kolekcją książek. Reszta studiuje na uniwersytecie lub dokształcają się samodzielnie. Wszyscy mają ciemne oczy i ciemne włosy, śmiejemy się, że wpisują się w polski stereotyp Greka. Jest wśród nich wysoka studentka filologii angielskiej. Między pracą w kawiarniach, oczywiście na umowach śmieciowych. Po robocie angażują się w różne struktury alternatywne wobec oficjalnej gospodarki: pomagają w kuchniach społecznych, udzielają korepetycji dzieciom, wymieniają się rzeczami za pośrednictwem różnych portali, tak, żeby jak najmniej pieniędzy było potrzebne do życia.
Idą na targ. Dyskutują, jak prosić o warzywa dla uchodźców i jak w uprzejmy sposób sformułować zdania po grecku, aby przekonać do siebie sprzedawców. Nie ujawniają się ze swoimi poglądami politycznymi; chcą, aby pomoc nie miała żadnego logo. Z takich akcji pochodzą surowce do potraw, które wolontariusze przynoszą do parku.
Jeśli już ktoś coś dawał – to nie mniej, niż pełną siatkę. Na około 50 stoisk, które obeszli, siedmiu sprzedawców odmówiło. Jedna pani oddała cały towar ze swojego stoiska. Niektórzy wybierali warzywa i owoce, które lada dzień się zepsują, takie jak miękkie już pomidory. Jeden sympatyczny sprzedawca podszedł do sprawy profesjonalnie: na pięć minut ich zatrzymał, żeby wymacać wszystkie swoje pomarańcze i wybrać te najlepsze.
W ogarniętej kryzysem ekonomicznym Grecji czasów polityki „zaciskania pasa”, gdy oszczędzać już nie ma na czym, nikogo nie dziwi pytanie o jedzenie. Cała Grecja pokryta jest siecią oddolnie zorganizowanych kuchni społecznych, w których wolontariusze zbierają jedzenie, gotują i rozdają potrzebującym. Organizowanie się, pomaganie i korzystanie z pomocy to codzienne doświadczenie większości współczesnych Greków.
– Pozwólcie im zginąć! – krzyczy zgarbiona i ubrana cała na czarno staruszka, która właśnie wkładała do swojego wózeczka zakupione warzywa. – Grecy też są głodni dodaje rozwścieczonym tonem.
– Ale my zbieramy warzywa na posiłki w parku, Grecy też czasami przychodzą, nie pytamy o narodowość rozdając jedzenie – tłumaczy jej jedna z anarchistek.
– I tak powinni umrzeć – usłyszą w odpowiedzi.
I pójdą dalej. Mają już tyle produktów, że więcej się nie zmieści do wozu.

Fot. David Castro Caso
7.
Warzywa i owoce pojadą do Steki, centrum zarządzania pomocą uchodźcom w dzielnicy Exargia, gdzie w kuchni społecznej wolontariusze przygotują posiłki. Tutaj jest też tablica, na której zapisuje się, czego brakuje w parku, a wolontariusze robią jej zdjęcie i wrzucają na Facebooka. W Steki przechowywane są rzeczy, które przynoszą ludzie, którzy zareagowali na zdjęcie: jedzenie, wodę, ciuchy, lekarstwa.
Jeden z tych, którzy „powinni umrzeć”, to Ata Aliazada, średniego wzrostu nieco krępy mężczyzna o nerwowym uśmiechu. Dotarł do parku po 40 dniach drogi. Był tłumaczem wojska afgańskiego. Rozmawiamy przy górze ciuchów, które przynieśli dziś Grecy.
Plan na przyszłość? Przeżyć.
Miał pieniądze, samochód, duży dom. Pokazuje mi na ekranie komórki zdjęcia posiadłości, braci i sióstr, swoje w wojskowym mundurze.
Wybuch nastąpił tuż obok niego, ledwo przeżył i wtedy stwierdził, że ma dosyć. Skontaktował się z kimś z rodziny, żeby mu przywiózł pieniądze i ze znajomym, który zna przemytnika.
– Pytasz mnie, co się dzieje w Afganistanie, ale ja sam tego nie rozumiem. Kiedyś talibowie walczyli przeciwko rządowi i Stanom Zjednoczonym, obecnie talibowie i rząd to jedno i to samo, chociaż niby ci pierwsi mają zwalczać tych drugich. Działania zbrojne finansowane są przez wrogich sąsiadów: Iran i Pakistan. Amerykanie szkolą nasze wojska i dostarczają broń, ich gospodarka oparta jest na wojnie, więc tylko korzystają na tym, co się u nas dzieje. Co mam na myśli? Eksploatują nasze surowce. Media o tym nie mówią. Krytyczne gazety w Afganistanie? Żartujesz?
Od roku, od początku kadencji nowego prezydenta Aszrafa Ghaniego, Afgańczycy boją się wychodzić z domu. Poprzedni, Hamid Karzaj, chciał pracować dla wszystkich: Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków, Hazarów i Pasztunów. Tak mówią Afgańczycy z parku. Wraz z nowym prezydentem wrócił Afganistan plemienny, etnicznie podzielony.
8.
Pięć i pół tysiąca kilometrów, żeby dotrzeć do parku, pokonała Narges Hassanzadah z mamą. Pochodzą z Kabulu. Narges ma 18 lat, ciemną chustę na głowie i kontrastującą z jej czarnymi oczami różową szminkę na ustach. Siada bokiem, elegancko łącząc nogi.
Ma dwie siostry, 24 i 21 lat. Obie mężatki. Tylko dla niej nie zdążyli znaleźć mężczyzny. Śmieje się, że udało jej się uciec przed przeznaczeniem.
I przed życiem kobiety w Afganistanie. Do diabła ze wstawaniem o świcie, pieczeniem chleba w przydomowej piekarni, sprzątaniem domu i praniem. Koniec zakazu studiowania. Koniec skierowanych do mężczyzn próśb o pozwolenie na wyjście z domu.
Narges i Mohammadowi, który tłumaczy naszą rozmowę, zrobię zdjęcie telefonem komórkowym, gdy będziemy się żegnać. Ona każe mi je skasować i poprosi o takie, na którym będzie sama. Zapozuje wtedy ze szczerym uśmiechem.
Wkrótce mi wyjaśnią: zdjęcie kobiety z innym mężczyzną, bez ślubu, mogło być dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Strach, że ktoś je zobaczy w mediach społecznościowych, był silniejszy od tego, co sama na ten temat myśli. Fotografia w Afganistanie to narzędzie niebezpieczne. Jeśli jest na niej uwieczniona kobieta, ktoś wywoła zdjęcie i zacznie rozdawać, ona nie będzie mogła wyjść za mąż. Rozdano jej wizerunek, od teraz ma „złe imię”.
Narges ma marzenie: chce zostać aktorką. Potrzebuje rozgłosu. Jeśli nie pojawi się na ekranie, nikt nie będzie jej słuchał. A chce mówić o rzeczach ważnych, o tym, co dzieje się w Afganistanie. O sytuacji kobiet.
A tak najbardziej w świecie chce pomóc mamie, która ciężko pracowała po śmierci ojca. Ma cukrzycę. Narges marzy, żeby mogła pójść do szpitala.
9.
– Rozejrzyj się po parku, czy ja jestem podobny do Narges? Powiedziałabyś, że jesteśmy z jednego kraju? – pyta Mohammad. W Atenach żyje od 10 lat, pracuje dla Wspólnoty Afgańskiej w Atenach. Uciekł po tym, jak stracił rodziców, kiedy z talibami walczyły jeszcze wojska amerykańskie.
Cztery najliczniejsze w Afganistanie grupy etniczne – Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie – skupiają się w innych regionach. Mają swoje języki i odrębne lokalne rządy. Nietrudno jest rozpoznać „obcego”. Twarze podobne do europejskich o nieco ciemniejszej karnacji jak u Narges – Tadżycy. Niski wzrost i mongolskie rysy jak Mohammeda – Hazarowie. Jedni drugim są wrogami.
Dlatego uchodźcy docierają do ziemi europejskiej i płaczą ze szczęścia, bo czują ulgę. Myślą, że przemoc i segregację zostawili za sobą.
Mohammad przychodzi do parku ich ostrzec.
– Poczekajcie. Nie idźcie dalej w pośpiechu. Grecy wykończeni zagranicznymi długami, praktycznie pozbawieni publicznej służby zdrowia, być może nie pomogą wam tak jak Niemcy. Nie dadzą pracy.
Ale do Niemiec jeszcze daleka droga.
Po drodze Macedonia, Serbia i Węgry.
– Porywają i sprzedają ludzi na organy, dzieci do adopcji. Pobiją was służby graniczne i policja – mówi Mohammad, który współpracuje również z organizacją Act Up Drass Helas przeciwko handlowi ludźmi. Uchodźcy nie wiedzą jak przywita ich cywilizowana Europa.
Grecy wyuczeni są solidarności – tłumaczy. – Nawet jeśli sami nie mają, to się podzielą. A lewicowy rząd, choć nie pomaga, nie pozwoli uchodźcom zrobić krzywdy. Nie zamknie ich w ośrodkach o więziennych warunkach. Nie naśle policji, która spali im rzeczy i dokumenty pod parlamentem, jak Syryjczykom za poprzednich rządów.
Kilka dni po tej rozmowie Mohammad wyruszy w podróż po Europie. Jako aktywista będzie działał na rzecz praw ludzi uciekających przed wojną i terrorem.
Kryzys migracyjny to tragedia uchodźców, nie Europejczyków – będzie argumentował. – Dla Zachodu to jest okazja, aby przygotować nową generację, która pokończy europejskie uniwersytety, wróci i stworzy zdrowy kraj, który nie zagraża całemu światu jak rosnące w siłę Państwo Islamskie. Ci młodzi ludzie zasługują na drugą szansę.
10.
Aliakbar Jawahari do Aten dotarł po 45 dniach, a koledzy, z którymi przebył drogę, od trzech dni są już u celu. Mieli 3000 euro na trasę Grecja-Szwecja, więc poczekali na kolegę, który utknął w parku, bo brakuje mu 600 euro.
Był upał, jak to zwykłe w Afganistanie, kiedy zadzwonili talibowie i powiedzieli, że albo przestanie uczyć, albo podetną mu gardło. Potem jeszcze wysłali groźby potwierdzeniem na piśmie.
24-letni Aliakbar uczył informatyki. Jest ateistą. Takich jak on, od technologii i angielskiego, szerzenia zgniłej kultury Zachodu, talibowie nie lubią najbardziej.
Rodzinie nic nie powiedział. Zebrał się z innymi chłopakami, którzy postanowili wyruszyć w drogę i wymknął się w nocy. Wziął rodzinne oszczędności.
Nie było ataków bombowych w jego prowincji Dajkondii, ale talibowie nie odpuścili żadnemu lokalnemu liderowi, a za takich mieli nauczycieli. Najpierw ostrzegali telefonicznie. Potem śledzili i szkalowali.
Będzie tęsknił za krajem. Bardzo lubił uczyć dzieci. Uważa, że nie ma nic ważniejszego, niż bliscy. I nikt nie chciałby jechać do Europy, żeby być z dala od nich.
Wróci, jeśli kiedyś sytuacja w Afganistanie się ustabilizuje.
Boi się zadzwonić do rodziny.
11.
Część rodziny Khaleda Babori zginęła w eksplozji. – Zginą wszyscy, prędzej czy później. Nie może być inaczej przy czterech eksplozjach na prowincję dziennie – mówi ubrany od sześciu dni w niebieską koszulkę i niebieskie krótkie spodenki szesnastolatek. W parku zabrakło ubrań w rozmiarze odpowiednim dla szczupłych chłopaków.
Okropnie bał się wyjechać. Oglądał w wiadomościach informacje o kolejnych uchodźcach, którzy utonęli w drodze. Bił się z myślami aż w końcu w ramadan zadecydował. Przeprawa z Afganistanu do Aten zajęła miesiąc, podróżował w kilkuosobowej grupie. Po drodze pytali lokalnych mieszkańców: „w którą stronę do Europy?”. Nie mieli żadnej mapy.
Przez granicę między Iranem a Turcją przemycili ich w samochodzie Kurdowie. Potem spali na skałach, cztery dni nic nie jedli.
Wieczorem, zanim wypłynęli w stronę greckich wysp, przeszedł się na wzgórze. Popatrzył w dal, w morze. Zobaczył jakąś łódkę lub ponton. Wróciły obrazy, które oglądał wcześniej w telewizji. Ktoś na dużej łodzi z mocnym silnikiem podpłynął i krążył wokół jednego pontonu tak długo, aż poszedł na dno.
Na tyle daleko od lądu, żeby ludzie nie mogli się uratować i na tyle blisko, żeby Khaled mógł obserwować to z góry. W ciągu ostatniego tygodnia utonęło 70 osób. Mówi, że być może zatapiający to irańscy terroryści, ale skąd on może to wiedzieć. Nie ma już gdzie wrócić. Pozostało modlić się do Allaha. I wierzyć. Przecież na pewno nie zatapiają wszystkich pontonów.
12.
Shah Nazari ma ciemne włosy i lekki zarost. Jest Tadżykiem, rozpoznaję bez pytania po twarzach. W obozie na wyspie Lesbos skłamał, że ma 17 lat. O dwa mniej niż w rzeczywistości, „bo z Niemiec nie deportują nieletnich”. Inny Afgańczyk skłamał, że jest Syryjczykiem: „bo ich Niemcy uznają za uchodźców, a nas nie”.
Nie ma tak ciemnej skóry jak większość Afgańczyków, mógłby udawać Włocha. Przez chwilę będzie rozważał, czy nie kupić fałszywego dowodu. Spojrzy na mój, obróci we wszystkie strony i odda śmiejąc się ironicznie, jak bardzo życie zależy od obywatelstwa. – Masz ten plastik, jesteś wielką szczęściarą. Tylko go nie zgub – rzuci na zakończenie w żartach. – Bo do Polski wrócisz z nami przez Macedonię.
Był duszą towarzystwa i troskliwym bratem rozśmieszającym ósemkę rodzeństwa. Niełatwo było je zostawić. Ale plan jest taki – najstarszy syn dociera do Europy, ustatkuje się i sprowadzi rodzinę. Choć nie mają nawet na przemyt, bo zbankrutowali po tym, jak wybuch zniszczył ich sklep z hidżabami.
Pomogła przyjaciółka z Facebooka. Przyjęła jedno z wielu zaproszeń, które wysyłał, żeby porozmawiać z ludźmi o czymś innym, niż wojna; wypytywał o kulturę, zwyczaje, codzienne życie w ich kraju. Tak się poznali.
Daniela jest Rumunką mieszkającą w Belgii. Mąż ją zdradził i chciała rozwodu, zwierzała się Shahowi godzinami na czacie. Potem zaczęła dzwonić. On radził pamiętać o dziecku. Dać temu jeszcze szansę. Wróciła do męża i są szczęśliwi, a Daniela nie zapomniała o przyjacielu. Łącznie wysłała mu już 900 dolarów.
Angielskiego nauczył się zaledwie przez rok, na kursie, na który ciężko pracował jego ojciec. Liceum skończył z najlepszymi wynikami. Odebrał dyplom, spojrzał na niego, usiadł i wybuchnął płaczem dziecka. Zacisnął ręce ze złości, bo pomyślał, że może wyrzucić go do kosza. W kraju terroru talibów to zwykła kartka, która do niczego nie służy.
Zamknął książki, zatrudnił się w innym sklepie z hidżabami za 7 euro dziennie i spłacał powoli długi ojca. Marzy o tym, żeby skończyć w Niemczech studia i zostać lekarzem okulistą. Mówi, że to dlatego, że człowiek jest w stanie żyć pozbawiony wielu rzeczy, nawet ręki i nogi, ale jak się nie widzi tego, co się wokół dzieje, to tak jakby nie żyć.
13.
Gdy zamyka oczy, widzi pożar i ciała. Czasem wahał się, czy wyruszyć w drogę, ale wtedy przywoływał w głowie obraz taliba. – Dzieci nowego prezydenta są w Ameryce. Nie boi się o ich życie, jak nasi rodzice. Nie zna tego strachu – powtarza Shah kilka razy podczas naszej rozmowy. Prosi, żebym zanotowała.
Rodzice nie pozwolili mu przekroczyć granicy afgańsko-irańskiej nielegalnie, czekał dwa tygodnie na wizę. W Iranie przyjął go kuzyn, potem Shah przebił się do Turcji, zatrzymał się u przyjaciela i zadzwonił do ojca. – Sprzedaj dom, potrzebuję pieniędzy. Przyszły, gdy był w Stambule. Rodzice, czterech braci i cztery siostry mieszkają teraz w wynajmowanych czterech pokojach.
Pozostała droga ku idyllicznym greckim wyspom. Łódź miała 9 metrów. Zmieściła 40 osób. Usłyszeli odgłosy podobne do kruszonego lodu. Łódka trzęsła się cała, dzieci płakały, wszyscy zaczęli się modlić. Przetrwali. Rozbili się pod koniec drogi, 40 osób wylądowało w wodzie, ale byli już blisko, ojcowie i młodzi powyciągali małe dzieci na brzeg.
Do ośrodka dla uchodźców szli trzy godziny. Próbowali pojechać autostopem, ale bez skutku. Jedna osoba zwolniła, żeby wskazać drogę do najbliższego posterunku policji. 4 dni spędzili w obozie. Z tego dwa na zewnątrz, bo nie było już miejsca. Nie było nawet elektryczności. Do jedzenia dawali makaron z chlebem.
Wrócili na wodę, pozostało przepłynąć Morze Egejskie i dotrzeć do Grecji lądowej.
Obok nich płynęły 3 łodzie. Były fale, zaczął wiać wiatr, jedna wywróciła się bokiem. – Nie mieliśmy nawet jednego miejsca. Nie mogliśmy nic zrobić. Musieliśmy zamknąć oczy i przepłynąć obok, kiedy oni tonęli.
Niektóre imiona zostały wymyślone przez bohaterów tekstu. Mafia ściga tych, którzy wyjawiają szczegóły dotyczące jej działania.
Uchodźcy z parku Pedion Areos zostali przeniesieniu już do przygotowanego przez rząd grecki otwartego „centrum gościnnego” w Eleonas. W innych miastach Europy (np. w Belgradzie) uchodźcy wciąż mieszkają w tragicznych warunkach w parkach.
przez Angelina Kussy | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Prace Graebera na temat teorii antropologicznych są wybitne. Uważam, że w swoim pokoleniu jest dziś najlepszym teoretykiem antropologii na świecie – napisał znany i ceniony antropolog Maurice Bloch w liście wyrażającym sprzeciw wobec nieprzedłużenia Davidowi Graeberowi kontraktu na Yale z powodu – jak twierdzą niektórzy – jego poglądów politycznych.
Graeber to antropolog ekonomii, wykładowca London School of Economics oraz jeden z najbardziej oryginalnych i prowokujących współczesnych intelektualistów. Jest autorem wielu znaczących publikacji naukowych, w których zajmował się m.in. tradycją anarchizmu, antropologiczną teorią wartości czy związkami magii z pozostałościami niewolniczego systemu na Madagaskarze. Ale błyskotliwa kariera akademicka to zaledwie jeden z obszarów jego działalności. Przede wszystkim znany jest jako aktywista społeczny, zagorzały krytyk międzynarodowych instytucji finansowych. Jest także jedną z najważniejszych postaci ruchu Occupy Wall Street. To właśnie Graeber jako pierwszy sformułował (na łamach „Rolling Stone”) tezę, że ruch Oburzonych reprezentuje 99 procent społeczeństwa, które ponosi koszty decyzji nielicznych – przedstawicieli elit polityczno-ekonomicznych. „99 procent to my” (we are the 99%) to hasło używane dziś przez ruchy oburzonych i alterglobalistów na całym świecie.
Po polsku nie ukazała się jeszcze ani jedna książka Graebera. Taki los spotkał nawet światowy bestseller, jakim jest „Debt, The first 5000 years” („Dług – pierwsze 5000 lat historii”). I to pomimo aktualności jego tematyki, związanej z trwającym także u nas kryzysem ekonomicznym, którego źródła tkwią m.in. w spirali zadłużenia. Pojęcie długu pojawia się w najróżniejszych kontekstach naszej debaty publicznej, jest istotnym punktem odniesienia nie tylko dla polityki i ekonomii, ale i dla socjologów badających kondycję zadłużonego społeczeństwa czy psychologów mówiących o spustoszeniu, jakie sieje w ludzkim umyśle perspektywa spędzenia prawie całego życia na spłacaniu kredytu. W Polsce kwestia długów była szeroko omawiana choćby przy okazji tzw. afery frankowej. Przeglądając informacje z ostatnich miesięcy, dowiemy się także, że Grecja domaga się od Niemiec spłaty innego długu – odszkodowania za straty z okresu II wojny światowej, a w tym samym czasie uregulowania rachunków od Aten domaga się wiele innych państw. Nasze rozmowy i decyzje często krążą wokół problematyki długu, jednak niemal nikt nie pyta, co to pojęcie właściwie oznacza.
Zdążyliśmy je bowiem zneutralizować, uznać za oczywiste i nienaruszalne – powiedziałby Graeber, znany m.in. z działań na rzecz anulowania długów krajom Trzeciego Świata. Zdumiony tym, że nikt jeszcze nie spisał historii koncepcji tak istotnej dla współczesnej cywilizacji, a zarazem zjawiska, wokół którego organizują się ludzkie społeczności niemal od zarania dziejów, postanowił sam podjąć się tego zadania.
Jeśli ktoś pożyczył, to (nie) musi oddać
Impreza charytatywna w Katedrze Westminsterskiej. Graeber spotyka pewną prawniczkę, a zarazem działaczkę na rzecz ubogich. Opowiada jej o kryzysie naftowym z lat 70., który sprawił, iż państwa zrzeszone w OPEC ulokowały tak dużo pieniędzy w zachodnich bankach, że te nie wiedziały, w co inwestować. Ich przedstawiciele wysłali więc agentów, by namawiali dyktatorów krajów Trzeciego Świata do zaciągania długów. Początkowo bardzo nisko oprocentowanych, jednak z czasem stopa procentowa wzrosła nawet do 20 proc. Następnie opowiada swojej rozmówczyni o tym, jak w latach 80. i 90. działania te doprowadziły do kryzysu zadłużeniowego państw Trzeciego Świata. I jakie warunki postawił wtedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy: w zamian za pomoc i restrukturyzację długu kraje te miały „zacisnąć pasa”, zlikwidować dopłaty do podstawowych produktów żywnościowych, darmową służbę zdrowia i edukację.
– A jakie było twoje stanowisko w tej sprawie? – zapytała prawniczka.
– Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Chcieliśmy go zlikwidować.
– Nie. Na temat długu krajów Trzeciego Świata.
– Jego również chcieliśmy zlikwidować. […] Wydawało nam się, że 30 lat przepływu pieniędzy z krajów najbiedniejszych do najbogatszych to już wystarczająco długo.
– Ale – wypowiedziała to słowo tak, jakby to, co powie zaraz po nim, miało być zrozumiałe samo przez się – oni pożyczyli pieniądze! A jeśli ktoś pożyczył, to musi przecież oddać. Zbiło to Graebera z tropu. Mówiłem o biedzie, grabieży zasobów publicznych, upadku społeczeństw, szerzącej się przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanych życiorysach. Ale „jeśli ktoś pożyczył, to musi oddać” – nie dowierzał odpowiedzi prawniczki-aktywistki.
Mogłem tłumaczyć jej, że te pożyczki zaciągnięte były przez dyktatorów, których nie wybrało społeczeństwo, i że większość z pieniędzy wylądowała na ich szwajcarskich kontach; poprosić ją o zastanowienie się, czy to sprawiedliwe, że długi mają być spłacane nie przez dyktatorów […], ale poprzez odbieranie jedzenia głodnym dzieciom. Albo że niektóre państwa spłaciły trzy albo cztery razy więcej niż pożyczyły, lecz dług, za sprawą magicznego mechanizmu „procentu składanego”, wciąż się odnawia. Mogłem też zwrócić uwagę, że istnieje istotna różnica między spłacaniem długu a wymuszaniem stosowania ortodoksyjnie wolnorynkowych rozwiązań wymyślonych w Waszyngtonie i Zurychu, na które obywatele danego kraju nigdy się nie zgodzili i nigdy by się nie zgodzili; że żądanie przyjęcia przez te kraje demokratycznych konstytucji, a zaraz potem odbieranie każdemu wyłonionemu w wyborach rządowi kontroli nad polityką ekonomiczną państwa, było dość obłudne. Albo że polityka gospodarcza narzucona przez MFW nigdy nie działała dobrze – pisze Graeber. Ale mieliśmy bardziej podstawowy problem: samo założenie, że dług musi zostać spłacony.
Nie spłacić to grzech?
Opinia prawniczki-aktywistki stale pobrzmiewa w głowie autora „Pierwszych 5000 lat historii długu”. Dochodzi on do wniosku, że wyrażane przez nią przekonanie jest sądem moralnym, a nie ekonomicznym, bo według wszelkich standardowych teorii ekonomicznych pożyczkodawca musi zaakceptować pewne ryzyko. W przeciwnym razie co powstrzymywałoby go od udzielania pochopnych pożyczek? Opiera się ono na swoistym rozumieniu odpowiedzialności i konieczności dotrzymania zobowiązań.
Wszyscy jesteśmy dłużnikami – stwierdza Graeber po zapoznaniu się z najstarszymi źródłami, w których wspomina się o długach. Mamy więc dług wobec Boga Ojca, naszego stwórcy, i Jego Syna, o czym mówią nam biblijne przekazy o grzechu pierworodnym. Mamy dług wobec rodziców, bo wydali nas na świat. Mamy dług wobec społeczeństwa. W hebrajskim, aramejskim i wielu innych najstarszych językach „dług”, „wina” i „grzech” to właściwie to samo słowo. Stąd tak silny związek zadłużenia z moralnością. Jedno z pierwszych zarejestrowanych w ludzkiej mowie ujęć słowa „wolność” to sumeryjskie ama-gi, oznaczające „powrót do matki”, „powrót do poprzedniego stanu rzeczy”, ale również „brak długu”.
Graeber pokazuje, że za sprawą owego moralnego zobowiązania wpisanego w pojęcie długu, bywa on wygodnym wytrychem służącym realizacji czyichś interesów, a przede wszystkim narzędziem władzy i podporządkowywania sobie dłużników. Antropolog podaje liczne przykłady ilustrujące niesprawiedliwość myślenia w jednakowy sposób o różnych rodzajach długów. Dziś międzynarodowa opinia publiczna jest zgodna – agresor musi zapłacić reparacje. Tak jak Niemcy po I wojnie światowej czy jak Irak, który do dziś płaci Kuwejtowi za inwazję Saddama Husajna z 1990 r. Jednak już z Madagaskarem, Boliwią czy Filipinami jest dokładnie na odwrót: są to państwa zaatakowane i podbite przez kraje europejskie, często te same, którym są dziś winne spore kwoty. W tych przypadkach opinia publiczna oburza się co najwyżej wtedy, gdy dłużnicy zwlekają ze spłatą.
Graeber przybył na Madagaskar wkrótce po epidemii malarii. Program zwalczania owadów po katastrofie polegał m.in. na regularnych testach weryfikujących, czy znów się nie rozmnażają. Nie były to koszty, których budżet nie mógłby udźwignąć. Jednak rząd, związany polityką „zaciskania pasa” narzuconą przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, musiał redukować budżet programu monitorującego. W efekcie zmarło 10 tys. osób. Rozdzielając moralne uzasadnienie, które stanowi sedno koncepcji długu, staram się pokazać, że nie powinien on być traktowany inaczej niż jakikolwiek inny rodzaj obietnicy. Niezrealizowanie przedwyborczych obietnic nigdy nie powstrzymywało polityków przed ubieganiem się o drugą kadencję. W przypadku pożyczki zawsze istnieje element ryzyka, który dominująca narracja dotycząca konieczności spłaty długu stara się zręcznie zignorować. Spłata długu państwa nie może odbywać się kosztem zdrowia czy bezpieczeństwa żywnościowego własnych obywateli. Jedynie nieusprawiedliwiony status moralny długu prowadzi do takich ekscesów, jakie widziałem na Madagaskarze, czy do postaw prawników-aktywistów niewidzących w tym nic złego. To właśnie ten nieusprawiedliwiony status moralny długu skłonił mnie do napisania książki. To, co chcę podkreślić, to fakt, że jest on bezprawny, a w jego imię popełniane są czyny zupełnie niemoralne – mówił Graeber w wywiadzie dla „Green European Journal”.
Obecne oburzenie, negatywny wizerunek dłużników oraz przeświadczenie, że niszczą oni ład społeczny, wynikają m.in. z długiej tradycji myślenia o zasadzie wzajemności jako podstawie funkcjonowania człowieka i tego, co go otacza. Przede wszystkim zakładamy, że koncepcja wzajemności i wymiany rządzi wszelkimi relacjami i procesami w świecie społecznym. Gdy dług nie jest spłacany, ta odwieczna zasada zostaje złamana i powstaje rażący dla nas nieład. Graeber chciałby zburzyć to myślenie. Zasada wzajemności i wymiany jest, według niego, tylko jedną z trzech, które leżą u podłoża zależności i praktyk społecznych. Dwie pozostałe to „komunizm” (działacie razem; jeśli naprawiasz coś i prosisz kogoś o podanie klucza francuskiego, to nie czujesz się dłużnikiem, a partner nie uważa, że jesteś mu coś winien) oraz hierarchia (wykonujesz usługi w zamian za inne – np. w relacji feudalnej pracujesz na roli w zamian za ochronę).
Nienaruszalność przeświadczenia, że „jeśli ktoś pożyczył, to musi spłacić”, gdyż w przeciwnym razie postąpi nagannie moralnie, oraz myślenie, że niespłacony dług narusza równowagę społeczną, prowadzą do moralnej katastrofy. Madagaskar to tylko jeden z wielu przykładów. Inne znajdziemy choćby w Nikaragui i Hondurasie. Huragan Mitch pochłonął w tej części Ameryki 9 tys. istnień, a kolejnych 9 tys. osób nigdy nie odnaleziono. Pomimo działań Kampanii Jubileusz 2000 na rzecz odroczenia lub anulowania części długów państwa te wciąż wydają tyle samo na spłatę odsetek od zadłużenia, co na odbudowę kraju i wsparcie dla obywateli. Bank Światowy, Rezerwa Federalna i Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmówiły odroczenia spłat. Wielka Brytania przeznaczyła 33 mln dolarów na wsparcie dla Nikaragui i Hondurasu. Połowa tej kwoty, mającej ratować życie i pomóc podnieść się tym, którzy przetrwali kataklizm, powędrowała jednak do bogatych międzynarodowych instytucji i bankierów.
Mit założycielski ekonomii
Jednym z ciekawszych wątków obszernej książki Graebera jest krytyka ekonomistów. Najpierw był barter. Ale, z oczywistych względów, był nieefektywny. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, że gdy masz kurczaka, a chcesz się wymienić na różę, to prawdopodobieństwo, że posiadacz róży będzie potrzebował akurat teraz twojego kurczaka, jest niewielkie. W dodatku wartość tego, co masz na wymianę, i tego, co ma ktoś inny, rzadko będzie podobna – tak w skrócie brzmi według Graebera mit czy bajka opowiadana nam od czasów Adama Smitha i jego „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. W książce ojca-założyciela ekonomii zmyślona historyjka o tym, jak Indianie wymieniali mięso sarny na skóry bobrów i łosi, funkcjonuje jako ilustracja rzekomo oczywistej diagnozy przyczyn przejścia od barteru do systemu monetarnego. Do dziś ekonomiści wierzą, że historia wyglądała tak, jak przedstawił to Smith: najpierw barter, potem pieniądz, obecnie zaś kredyt.
Autor pyta: gdzie i kiedy istniał ten barter? U jaskiniowców? Na wyspach Pacyfiku? W starożytnej Grecji? Nie istnieją żadne wiarygodne relacje, które potwierdzałyby, że barter był gdziekolwiek podstawowym systemem wymiany dóbr. W rzeczywistości – odpowiada Graeber – był on stosowany dopiero w czasach, gdy pieniądz znano już od dawna, lecz z jakiejś przyczyny nastąpiło załamanie systemu opartego na nim. Tak jak w Argentynie w czasie kryzysu walutowego lat 90. albo w Rosji w roku 1998.
Na początku był dług – twierdzą antropologowie. Pierwsze społeczności były niewielkie. Barter, który jest wygodniejszym sposobem wymiany z nieznajomym, niż z osobą ze wspólnoty, był im więc niepotrzebny. Bo jeśli chcesz krowę swojego sąsiada, wówczas mówisz „O, fajna krowa”, a on odpowiada: „Podoba ci się? Weź ją” – pisze Graeber. I w ten oto sposób jesteś już sąsiadowi coś winien. Nie musisz oddawać w tym samym momencie – to, jak mu się odwdzięczysz, zależy zarówno od ciebie, jak i od niego. Pytaniem, które należałoby zadawać, nie jest więc to, w jaki sposób jednostka wymiany wyłoniła się z barteru, ale w jaki sposób to, że jesteśmy komuś coś winni, zamieniło się w precyzyjny system miary, to znaczy w pieniądz jako jednostkę rozliczeniową.
Proste historyjki oferowane przez klasyczną ekonomię są oderwane od tego, co mówią źródła czy badania terenowe. Ekonomia przez wielu – w tym przez znaczną część środowisk akademickich – postrzegana jest jako niezależna od czynników moralnych, kulturowych i religijnych, traktuje się ją prawie jak matematykę. Z tym podejściem walczą antropologowie ekonomii. Posługując się imponującym materiałem etnograficznym, Graeber obala schemat historii wymiany, a tym samym fundamenty, na których ukonstytuowana została ekonomia jako dziedzina naukowa. I pyta: czy jeśli fundamenty są fałszywe, nie należałoby na nowo przemyśleć wszystkiego, co na nich nabudowano?
Wynalazek pieniądza
Jeśli wiemy, że barter nie poprzedzał systemu monetarnego, pojawia się pytanie: jak i po co naprawdę powstał pieniądz? Jak zasada „jestem ci coś winien” przerodziła się w coś, co może być precyzyjnie wycenione? Jedna z hipotez Graebera mówi o tym, że pieniądze mogły narodzić się z powodu zagrożenia przemocą. Jeśli dajesz komuś świnię, a on w zamian daje ci pięć kurczaków, to pomyślisz zapewne, że jest skąpcem. Możesz z niego drwić, ale nie wyskoczysz z matematyczną formułą, żeby dowodzić, jak bardzo tanie są kurczaki. Ale gdy ktoś podbije ci oko podczas bójki albo zabije twojego brata, to mówisz tak: „Tradycyjna rekompensata to dokładnie 27 młodych krów najlepszej jakości, i jeśli nie będą najlepszej jakości, oznacza to wojnę!”. Pieniądz jako precyzyjna jednostka miary – w świetle tej teorii – miał zapobiegać przemocy i zapewniać ład.
Pojawienie się pieniądza wiązać się mogło również z wojną, grabieżą i niewolnictwem. Na przykład we wczesnośredniowiecznej Irlandii dziewczynki będące niewolnicami stanowiły najwyższą jednostkę waluty. W stosunku do ich wartości (używano ich np. jako formy zapłaty odszkodowania czy dużego długu) można było wycenić wszystko inne. Przede wszystkim jednak początki wymiany pieniężnej związane są z kosztami prowadzenia wojen. Wyżywienie potężnej armii było trudne logistycznie. Wydawano jej zatem pieniądze, które lud miał obowiązek przyjąć w zamian za żywność dla żołnierzy. Wynikałoby stąd, że to nie ekonomiczne zapotrzebowanie i racjonalna chęć zapewnienia bardziej efektywnej wymiany towarów leżą u podstaw wynalazku, jakim jest pieniądz – leży u nich przemoc czyniona przez instytucje państwa. Pieniądz jest więc częścią historii wojen, podbojów i wynika z konkretnych wydarzeń historycznych, a nie częścią ekonomii rozumianej jako nauka odkrywająca prawa niezależne od kontekstów społecznych.
W jednym z wywiadów przeprowadzonych wokół książki o długu Graeber mówi tak: Jeśli zrozumiesz, że podatki i pieniądze w dużej mierze zawdzięczają swój początek wojnie, łatwiej zauważysz, co naprawdę jest na rzeczy. Ostatecznie rozumie to każdy mafioso. Jeśli chcesz brutalne wyłudzenie, czystą siłę, przekształcić w coś moralnego, a przede wszystkim sprawić, żeby ofiary czuły się winne, przekształcasz wymuszenie w relację długu. Mówisz: „Jesteś mi coś winien, ale na razie ci odpuszczę”. Większość dłużników prawdopodobnie usłyszała podobne zdanie od swoich „wierzycieli”. Kluczową sprawą jest to, jak powinniśmy na to zareagować, bo odpowiedź powinna być mniej więcej taka: „Zaraz, zaraz, kto tu komu co jest winien?”.
Wolny rynek – nowe narzędzie państwa
Kolejnym mitem, który obala historyk długu, jest myślenie o wolnym rynku i państwie jako o rozwiązaniach przeciwstawnych sobie. Materiał etnograficzny zgromadzony przez Graebera ilustruje, że w istocie początki rynku mogą mieć miejsce tylko w sytuacji, gdy władza państwowa jest dostatecznie silna i scentralizowana. Rynek stanowi bowiem narzędzie zarządzania społeczeństwem, a państwo tworzy infrastrukturę niezbędną dla jego funkcjonowania. Graeber opisuje ten mechanizm na przykładzie dobrze znanego mu Madagaskaru. Na początku XX w. ówczesny francuski generał-gubernator Madagaskaru, Joseph Gallieni, wydrukował pieniądze i zapłacił nimi swoim żołnierzom. Ci z kolei zaczęli płacić nimi za usługi i towary ludności malgaskiej, a ta zmuszona była do oddania części wynagrodzenia kolonizatorowi w postaci podatków. W punkcie wyjścia część społeczeństwa miała więc pieniądze, podczas gdy druga nabywała je (a musiała, żeby zapłacić narzucony podatek) przez sprzedaż tego, co miała. Rynek się rozprzestrzeniał. Następnie Malgasze przeznaczali uzyskaną nadwyżkę pieniężną na towary importowane z Francji. W ten sposób powstanie rynku w określonych warunkach oznaczało jednocześnie usankcjonowanie relacji kolonialnej i ekspansję gospodarczą metropolii.
Zarówno rynek, jak i pieniądz wydają się zatem konsekwencją tego, że władca postanowił obarczyć lud ciężarami związanymi z utrzymaniem armii. Wprowadzenie systemu pieniężnego powiązane jest z poborem podatków: mieszkańcy muszą wydać żołnierzom zwierzęta, racje żywnościowe i wszystko to, co będzie im potrzebne, w zamian za pieniądze, bo bez nich nie będą mogli opłacić danin nałożonych przez państwo. Pieniądz zasadniczo rodzi się zatem z długu obywateli wobec państwa, a rynek to nie „abstrakcyjne i neutralne miejsce wymiany”, jak zwykliśmy sobie wyobrażać.
Zmierzch historii długu
„Dług – pierwsze 5000 lat historii” to książka kontrowersyjna, a przez antropologów często traktowana z przymrużeniem oka. Pomimo naukowego dorobku Graebera czytają tę rozprawę jako dzieło aktywisty, a nie badacza. I trudno odmówić im pewnej słuszności. Niejednokrotnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Graeber uprawia coś w rodzaju kolekcjonerstwa – zbiera z różnych zakątków świata historie, które pasują do jego tez. Często kolokwialny język i dosadność, z jaką pisze, wyraźnie demonstrują, że nie jest on neutralnym obserwatorem.
Nie zmienia to jednak faktu, że sprawnie podważa domniemaną neutralność klasycznej ekonomii. Skutecznie i przekonująco rozplątuje supeł, jaki powstał na styku pojęcia długu z moralnością. Spojrzenie z historycznej perspektywy, poparte współczesnymi przykładami z różnych stron świata, oraz zwrócenie uwagi na zapomniane grzechy wierzycieli, pomaga wyrobić w czytelniku bardziej zniuansowane i uważniejsze podejście do dłużników, odkłamując ich „czarny” wizerunek.
Wiele źródeł analizowanych przez Graebera mówi o tym, że od starożytności przewija się w naszej cywilizacji obawa przed tym, że większość społeczeństwa popadnie w zadłużenie. Był to zawsze scenariusz apokaliptyczny, najgorszy z możliwych do wyobrażenia. Z przestrachem wyobrażano sobie perspektywę, w której zadłużenie przybrałoby masowy charakter, zmuszając do sprzedawania w niewolę siebie czy swoich krewnych. A co właśnie dzieje się wokół nas? – mówi Graeber w wywiadzie dla „Naked Capitalism”. – Zamiast tworzyć międzynarodowe instytucje chroniące dłużników, tworzymy Międzynarodowe Fundusze Walutowe czy Standard&Poor’s, żeby ochraniać kredytodawców. Czyli twory, które oficjalnie deklarują (i robią to wbrew tradycyjnej ekonomicznej logice), że żaden dłużnik nie ma prawa ogłosić upadłości. Nie trzeba dodawać, że prowadzi to do katastrofy. Doświadczamy obecnie czegoś, co przynajmniej dla mnie jest dokładnie tym, czego najbardziej obawiali się starożytni: społeczeństwa dłużników balansujących na krawędzi katastrofy.
Graeber zwiastuje jednak koniec niesprawiedliwego podejścia do dłużników. Pierwsze 5000 lat to według niego już historia, a my jesteśmy u progu zmian. „Zdrowy rozsądek” (common sense), czyli jeden z głównych przedmiotów badań antropologii, ulegnie nareszcie przeobrażeniu w duchu moralności i sprawiedliwości, stwarzając szanse rozwoju krajom Trzeciego Świata. To życzeniowe myślenie może wywołać uśmiech, ale zdaniem Graebera wykazanie historycznego partykularyzmu i tymczasowości naszych przekonań ma pokazać, jak łatwo je zmienić.
David Graeber, Debt, The first 5000 years, Melville House Printing 2011.
przez Angelina Kussy | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
I
Przyszli z samego rana. Dwóch Mossos d’Esquadra, czyli naszych katalońskich policjantów, i dwóch pracowników socjalnych. Nas nie było wtedy w domu, dzieci zostały z mężem. Otwiera drzwi, a tam oni. Zamknął szybko i zastawił wejście drzwiami z poprzedniego mieszkania, których, jak widzicie, mamy tutaj w przedpokoju sporo.
Krzyczeli coś do siebie, oni i mąż, wyszło kilku sąsiadów. Więc uchylił drzwi i rozmawiał z nimi przez łańcuch. Powiedzieli, że lepiej, aby opuścił dom po dobroci. Że to i tak nieuniknione.
– Nie, to wy sobie pójdźcie po dobroci. Przekroczcie próg domu, w którym mieszka trójka moich dzieci, a wydłubię wam oczy lub zrzucę was ze schodów. Jest mi wszystko jedno, mam żółte papiery. Jak was zabiję, to nic mi nie zrobią.
– W domu są nieletni?
– Tak, trójka.
– W takim razie nie wchodzimy.
– Gdyby to nie była sobota, a dzieci byłyby w szkole, to stracilibyście i mieszkanie babci? – pytam Irene Sanchéz i spoglądam na zatroskaną twarz jej mamy.
– Myślę, że tak.
II
Od początku kryzysu gospodarczego w 2008 r. tylko do końca roku 2012 liczba desahucios (eksmitowanych) z powodu zaprzestania spłaty kredytu sięgnęła w Hiszpanii 171 110 osób. Tak mówią statystyki la PAH, czyli Plataforma de Afectados por la Hipoteca – Platformy Poszkodowanych Przez Kredyty Hipoteczne.
El Banco de España (hiszpański bank centralny) wskazuje, że 85 proc. kredytów, które nie zostały spłacone w 2012 r., zaciągnięto w 2007 r. lub wcześniej. Czyli podczas bańki inwestycyjnej na rynku nieruchomości, do której powstania przyczyniła się korupcyjna współpraca na linii władza-banki-deweloperzy. Przeciętna cena mieszkania wzrosła przez nią o 180 proc. w ciągu niespełna dekady.
Ani rząd, ani organizacje bankowe nie przedstawiają alternatywnych danych, a te przygotowane przez la PAH są zaskakująco niskie, jeśli porównać je ze statystykami Consejo General del Poder Judicial (Rada Generalna Władzy Sądowniczej). Według niej w samym pierwszym kwartale 2012 r. na drodze sądowej doszło do 46 556 desahucios – czyli 517 każdego dnia.
W 2013 r. liczba eksmisji wzrosła prawie dwukrotnie.
III
W mieszkaniu nieopodal alei, w której sprzedaje się kokainę, blisko trasy na lotnisko, a daleko od dzielnic turystycznych Plaça Catalunya, Montjuïc i architektury Gaudiego, rozmawiamy z Irene i Marią. Siedzimy w największym z trzech pokoi, który w Hiszpanii zawsze pełni funkcję salonu. Chociaż cały jest zagracony rzeczami z mieszkania, do którego klucze Irene oddała bankowi, ona i tak ma wrażenie, że nie wzięli ze sobą prawie nic. Najdroższe rzeczy, takie jak meble, pralka i lodówka, musiały zostać. Tutaj nie ma na nie miejsca. Czerwcowy upał jest nie do wytrzymania, więc wszystkie okna są zasłonięte. W ciemnym pokoju udziela mi się atmosfera strachu: na dzwonek do drzwi włos jeży mi się na głowie i myślę o najgorszym. Spoglądam na Marię i Irene.
– To tylko Iker, mój syn, wraca z dworu – odpowiada jego mama, domyślając się, co przyszło mi do głowy.
– Można tu palić? – pytam. Matka i córka roześmiały się głośno, jakby od początku tylko o tym myślały. Żeby zapalić. – Jasne! – odpowiada Maria i wyjmuje papierośnicę ze starannie ułożonymi w niej kilkunastoma papierosami. Częstuje.
Maria to kobieta elegancka, lecz smutna, z grymasem bólu na twarzy, jedna z tych, które pięknie się starzeją. Zmarszczki dodają jej uroku. Z papierosem między długimi palcami pogrąża się w rozmyślaniach, patrząc na dym.
Kiedy spodziewała się już spokojnej starości, a życie miała ułożone, nagle okazało się, że ma na głowie kredyt i nowych współlokatorów. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że pracująca córka i dobrze zarabiający zięć mogliby zbankrutować. Dlatego podżyrowała ich pożyczkę.
Irene nie jest fizycznie podobna do matki. Pomimo 36 lat wciąż ma w sobie coś z kumpeli z osiedla, na którą zawsze można liczyć. Seplenienie i lokalny slang dodają jej jeszcze więcej swojskości. Jest wesoła, ale trochę wycofana. Choć szczupła i drobna, sprawia wrażenie silnej kobiety.
– Wiesz, o co mnie Iker zapytał, jak mu powiedziałam, że przyjdzie dwójka dziennikarzy porozmawiać z nami i zrobić zdjęcia? „Ale mamo, oni nas nie wyrzucą z mieszkania, prawda?”. Bo jak ktoś obcy przychodzi, to właśnie z tym mu się to kojarzy.
IV
To był już drugi raz, kiedy chłopcy byli świadkami próby wyrzucenia ich z domu. Po tej akcji sześcioletni Iker usłyszy od koleżanki w szkole: Iker! Zabrali wam dom! Iker wróci do domu z uśmiechem na twarzy i dziecięcą ekscytacją z powodu udziału w ciekawej historii, poszuka potwierdzenia u mamy.
– Mamo! Zabrali nam dom?
– Nie Iker, kto ci tak powiedział?
– Koleżanka w szkole.
Gdy musieliśmy się wynieść z poprzedniego mieszkania, nie chciałam przed nimi niczego ukrywać. Chcę, żeby wiedzieli, że rodzicie dadzą im wszystko, co mogą, ale na zewnątrz rzeczywistość nie jest tak przyjazna. Nie oszukiwałam, że przenosimy się do babci, bo jest samotna czy coś takiego. Powiedziałam im prosto z mostu: „Chłopaki, musimy się wyprowadzić do babci, bo nie płaciliśmy bankowi za mieszkanie, w którym mieszkamy. Jak się nie płaci, to trzeba oddać mieszkanie”.
Ale dlaczego i w domu babci nie mogą czuć się bezpiecznie? Sama nie wiedziałabym, jak im to wytłumaczyć. Ale wolałam, żeby dowiedzieli się ode mnie niż od obcych ludzi, jak to się stało w przypadku Ikera. Więc zaczęłam tak: „Ej, musicie coś wiedzieć. Chodzi o to, że dzisiaj jesteśmy tutaj, mieszkamy tu, ale jutro albo za kilka dni, może za kilka miesięcy, możemy być gdzie indziej. Będziemy musieli zabrać rzeczy i się przenieść”. Nie dopytywali o szczegóły.
Dwunastoletni Salva, najstarszy i najwrażliwszy, ma ciemne oczy i włosy. Jest nieco pulchny, zamknięty w sobie. Natomiast wysoki i szczupły jedenastoletni Izan, choć przy obcych jest małomówny, na facebookowych zdjęciach sprawia wrażenie łobuziaka. Obaj noszą okulary.
Najmłodszy, Iker, dziecko pełne energii i z głową pełną pytań, nawet na moment nie przestaje się śmiać. Ma opaloną skórę i blond włosy. Nawet jeśli robi głupie miny, pięknie wychodzi na zdjęciach. Sprawia wrażenie spoiwa rodziny: jest czuły dla mamy i braci. Maluchy do przodu – krzyczy, gdy robimy sobie razem zdjęcie. Po czym bierze braci za ręce, aby wystąpili o krok.
Dzieciaki łączy pasja do piłki nożnej. Wszyscy, jak niegdyś mama – była bramkarka – grają w dzielnicowych ligach, na domowych zdjęciach są w pełnym piłkarskim ekwipunku.
V
Życie z bankiem na karku zaczęło się od narodzin najpogodniejszego dziecka na świecie. Wcześniej Irene z mężem i dwójką dzieci mieszkali w dzielnicy Franca, około 25 minut od centrum Barcelony.
– Mieliśmy trzy pokoje, a budżet domowy wynosił około 2500 euro miesięcznie. Mąż był grafikiem komputerowym, miał wiele zleceń i naprawdę nieźle zarabiał. Ja pracowałam w sieci sklepów H&M, ale gdy zamknęli jeden z oddziałów, zajmowałam się już tylko dziećmi.
Mieliśmy niewielki kredyt do spłacenia, jakieś 80 tysięcy euro, które pożyczyliśmy w dużym banku Santander. Tyle nam brakowało do kupna mieszkania. Część pieniędzy mieliśmy własnych, część dała nam moja mama. Ale spłacaliśmy to powoli i bez żadnego problemu, stać nas wtedy było na wszystko. Gdy chcieliśmy zjeść na mieście, jedliśmy na mieście. Gdy się pralka zepsuła, kupowaliśmy nową i nawet nie patrzyliśmy na cenę. Wyjeżdżaliśmy na wakacje. Rzeczy po chłopcach, czasem nawet z metkami, rozdawaliśmy znajomym.
– Ale Irene, ty jesteś w ciąży, zaraz ci się to przyda. Nie rozdawaj tak.
– „Kochana, zanim mi się ten malec urodzi, to ja już sobie zdążę nowe kupić” – odpowiadałam.
Niczego nam wtedy nie brakowało oprócz jeszcze jednego pokoju dla chłopców. Pierwszy był salonem, drugi naszą sypialnią i po narodzinach Ikera cała trójka musiałaby mieszkać razem w trzecim.
Ach, jak dziś wkurza mnie to gadanie, że ludzie żyją ponad stan, biorą kredyty, to potem mają za swoje. Że takie jest życie, nikt nam nie kazał brać kredytu, jeśli nie było nas stać. „W co ty się wpakowałaś Irene?” – pytają. Problem w tym, że nie wpakowałam się w nic innego jak w kredyt na mieszkanie, który spokojnie byłam w stanie spłacać.
Po narodzinach Ikera szukaliśmy czegoś większego. Wpadł mi w oko dom w Esparaguerra, wsi na przedmieściach Barcelony. Chciałam sprzedać mieszkanie, ale w banku doradzili mi, żebym zamiast tego zrobiła „kredyt konsolidacyjny”. Żebym połączyła zadłużenie, które zostało za mieszkanie oraz to za dom, i w ten sposób uniknę podwójnych kosztów związanych z prowadzeniem kredytu. A gdy się przeprowadzę do domu, to będę wynajmować mieszkanie i spłacać kredyt.
Wkrótce okazało się, że okolicę, w której stoi dom, nagle uznano za dzielnicę zieloną. Czyli taką, gdzie nie może powstawać nic oprócz parków. Powiedziałam „nagle”, bo kiedyś ktoś tam wybudował te domy. Ale oczywiście jest to typowy przepis-wymówka, żeby umożliwić korupcję na linii władze miasta-deweloper. Jeśli dom jest w dzielnicy zielonej, oznacza to, że w każdej chwili mogą mnie z niego wyrzucić albo go wyburzyć. I zostaję z hipoteką na 30 000 euro, a oddają mi co najwyżej 18 000.
Znajduję się w sytuacji, w której mam dwa kredyty. Domu nie mogę sprzedać – nikt go nie kupi, bo jest w strefie zielonej. Chcę oddać bankowi mieszkanie, żeby anulowali mi część długu. Mówią, że to mi się nie opłaca. Żebym postarała się sprzedać mieszkanie na własną rękę i z tych pieniędzy spłacić część kredytu. Jeśli przez rok mi się to nie uda, to wezmą dom i mieszkanie, a mnie w zamian dadzą inne, większe, które będę sobie spokojnie spłacać. I że to, co zapłaciłam niegdyś za mniejsze mieszkanie i dom, będzie mi odliczone od długu. Wszystko to pani w okienku bankowym powiedziała mi słownie, nie dając żadnych dokumentów. A ja sama dziś z perspektywy czasu nie wiem, dlaczego w to uwierzyłam i na to poszłam. Przez rok spłacałam dwie hipoteki.
W pewnym momencie miesięcznie musimy płacić 2000 euro. Ja już nie pracuję, więc coraz trudniej jest to udźwignąć. Zaczynają się kłopoty zdrowotne mojego męża. Chociaż to dobrze zbudowany, z pozoru twardy facet, to zawsze miał jakieś problemy psychiczne. Kredyt go tak przybił, że w końcu psychiatrzy stwierdzili u niego któryś tam stopień rozdwojenia jaźni. Wyprowadził się, żeby odizolować się od całej tej sytuacji. Dziwnie to zabrzmi, w końcu to choroba, ale dzięki niej teraz nasze dzieci mają za co zjeść i się ubrać, bo dostaję 1000 euro renty.
Mija rok od rozmowy z bankiem. Jeszcze raz idę do Santandera i mówię: „Weźcie dom, ale zostawcie mi mieszkanie i ja wam będę je spłacać do końca. Tych pieniędzy, które spłacałam za dom, już nie chcę. Chcę mieć tylko spokój”. Powiedzieli, że jasne, że nie ma problemu. Ale znowu nie chcieli mi dać na to żadnych dokumentów.
„Aha, skurczybyki. Chcecie, żebym płaciła za mieszkanie, dopóki nie przyjdzie desahucio” – pomyślałam. Ja będę dalej za nie płacić, a i tak zabierzecie mi je razem z domem. Przez rok zrobiłam im prezent, spłacając kredyt na tyle, ile mogłam, co i tak niczego nie zmieniło. Nie zamierzałam tego kontynuować – skoro i tak miałam stracić wszystko, to przestałam w ogóle płacić.
VI
Mniej więcej w tym samym czasie Irene wybiera się do barcelońskiej siedziby Plataforma de Afectados por la Hipoteca, organizacji wspierającej poszkodowanych przez kredyty hipoteczne, założonej w 2008 r. m.in przez Adę Colau, filozofkę, miejską aktywistkę i działaczkę na rzecz praw człowieka, żonę ekonomisty i także działacza la PAH, późniejszą rzeczniczkę prasową organizacji, a przez wiele lat jej główną twarz.
Zaczęło się od oburzenia kilku związanych z nią osób. Chodzili na eksmisje, protestowali, wchodzili w starcia z policją. W prasie zagranicznej Ada Colau często pokazywana jest na słynnym zdjęciu z jednego z „ostrzejszych” protestów, wyprowadzana przez trzymających ją za ramię dwóch funkcjonariuszy Mossos d’Esquadra.
Według działaczy Platformy banki wykorzystywały ludzki wstyd, strach przed utratą domu i poczucie winy dłużników. Znakomicie rozgrywały syndrom ninguneados (ningun – niczyj), czyli poczucie poniżenia i niemocy, oraz powszechne przeświadczenie, że „Bank to coś wielkiego, to nie jest siła, z którą się dyskutuje”, i przekonanie, że jeden człowiek, jedna rodzina są zbyt mali, aby stawić czoło potężnej korporacji. Należało zatem zebrać tych ludzi w jednym miejscu i pokazać im, że mają wpływ na rzeczywistość.
Wraz z rosnącą świadomością społeczną i pogłębiającym się kryzysem gospodarczym la PAH zwiększała liczbę członków. Zaczęli prowadzić wykłady na uczelniach, organizować pikiety i happeningi. Chodzili pod banki, pisali o tym, czym grozi wzięcie kredytu. Podawali przerażające dane dotyczące codziennej liczby eksmisji z powodu niespłacanych zadłużeń.
Najważniejszym i najbardziej spektakularnym działaniem la PAH, przez które wchodzą w konflikt z prawem, są akcje podejmowane, gdy nie uda się zatrzymać desahucio. Zdarza się bowiem tak, że policja wyrzuca z domu siłą. Wtedy grupa aktywistów wraz z poszkodowaną rodziną wyważa drzwi i zajmuje jakiś pustostan należący do miasta albo banku, a następnie informuje o tym właściciela i negocjuje warunki wynajmu.
Akcja okupacji ma też swoją oficjalną nazwę: Obra Social la PAH (Działalność Społeczna PAH), parodiującą przedsięwzięcia banku La Caixa, jednego z głównych odpowiedzialnych za obecną sytuację w Hiszpanii. Banku, który ze spółdzielczej kasy kredytowej przekształcił się w komercyjną instytucję finansową, zachowując jednak propagandowe programy pomocy społecznej pod nazwą Obra Social La Caixa. W ramach programu, przy półrocznych zyskach w wysokości 604 milionów euro, bank przekazuje… 2000 euro na stołówkę dla bezdomnych. Przy równoczesnym cichym eksmitowaniu setek ludzi dziennie. Wiele osób wciąż jednak wierzy w dobroczynną działalność banku.
Gdyby tego dnia, kiedy na posiedzenie organizacji przyszła Irene, nie było specjalnej akcji zatrzymania desahucio, gdyby wszyscy członkowie la PAH nie pobiegli na interwencję, Irene nie zastałaby zamkniętych blaszanych drzwi z wpisanym w znak stopu napisem „Stop desahucios”. Gdyby nie zbieg okoliczności, poznałaby szybciej o kilka lat ludzi z la PAH i być może jej życie potoczyłoby się inaczej.
VII
W 2014 r., podczas gdy co najmniej 40 tys. osób mieszka w tym kraju na ulicy (dwa razy więcej niż w 2008 r.), Hiszpania jest zarazem europejskim liderem, jeśli chodzi o liczbę pustych mieszkań.
Według jednego z lutowych wydań „The Guardian”, powołującego się na hiszpański Narodowy Instytut Statystyki, jest to około 3,5 mln mieszkań, czyli 14 proc. wszystkich nieruchomości w kraju. W rankingu za Hiszpanią są Włochy i Francja z 2 mln pustostanów każde.
Wartość niezamieszkałych nieruchomości wynosi pół biliona euro, czyli stanowi 45 proc. hiszpańskiego PKB.
Co trzecie mieszkanie w Hiszpanii zostało wybudowane podczas boomu nieruchomościowego nakręconego przez banki, które już kilka lat przed kryzysem zaczęły masowo budować bloki, dogadując się z deweloperami. Naczelną zasadą było: „Więcej za mniej i w krótszym czasie”. Zatrudniano tego wykonawcę, który za najmniejszą cenę deklarował najszybsze wykonanie usługi.
Pomimo gładko udzielanych kredytów, domów było tak dużo, że większości z nich banki nigdy nie zdołały sprzedać. Duża część pustostanów to mieszkania zabrane osobom, które nie zdołały spłacić kredytu.
VIII
W 2012 r. la PAH otrzymuje nagrodę poczytnej gazety „El Periódico” za najlepszą inicjatywę solidarnościową. Ada Colau wraz z kilkorgiem działaczy wychodzą odebrać ją podczas gali. Na wydarzeniu dla hiszpańskiej socjety aktywiści stoją zdenerwowani przed zdziwioną widownią oficjeli, dziennikarzy i polityków. Ada ze ściśniętym gardłem wykrztusza z siebie długie przemówienie. Mówi m.in.: Nie wierzymy, że kryzys spadł z nieba, a sytuacja, w której znajdują się Hiszpanie, nie zasługuje na inną nazwę niż oszustwo. Oszustwo, które było uprzednio zaplanowane przez polityków i organizacje finansowe, którzy stworzyli podstawy do tego, żeby okłamać ogromną część społeczeństwa i pozostawić prostych ludzi w zupełnej nędzy, wyrzucając ich z domów. Albo zostawiając ich zadłużonych do końca życia, w ramach nikczemnego prawa, które nie ma swojego odpowiednika w żadnym innym kraju.
Żądamy od administracji publicznej (a na tej gali jest kilku jej przedstawicieli) natychmiastowej zmiany prawa. Pomimo naszych starań wciąż do tego nie doszło, a organizacje finansowe, które odpowiedzialne są za ten kryzys i które zrujnowały gospodarstwa wielu rodzin, wciąż nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności. Za to ich pracownicy dostają kolejne premie, a banki ratuje się z pieniędzy publicznych. Zdrowe społeczeństwo powinno ratować przede wszystkim ludzi, a nie bandyckie instytucje finansowe.
Promujemy obywatelskie nieposłuszeństwo. Gdy prawo jest niesprawiedliwie, jest to nie tylko usprawiedliwione, ale jest moralnym obowiązkiem. Dziś każdy z nas, bez względu na to, czy pracuje w administracji, w sektorze prywatnym czy nie ma pracy, powinien zdecydować się, po której stronie chce stać. Po stronie godności, sprawiedliwości, ludzkiego życia czy systemu, który rujnuje znaczną część społeczeństwa.
Nasze zadanie jest proste – chcemy możliwości „dación en pago” [płatność w naturze, oddanie domu za zdjęcie długu – przyp. A.K.], żeby ludzie pozbyli się tych zadłużeń i mieli prawo drugiej szansy, a nie spłacali setki euro bankom do końca swojego życia, kiedy nie mają już domu.
Banki w czasie kryzysu są wspierane przez nasze pieniądze publiczne i dlatego żądamy tak naprawdę tego, co należy do nas. A także odzyskania kontroli nad instytucjami finansowymi, gospodarką i ustabilizowania demokracji.
Galę wręczenia nagród transmitowała telewizja tv3, a przed telewizorami siedziało ponad 600 000 osób. Ci ludzie mogliby usłyszeć słowa Ady. Mogliby, gdyby telewizja publiczna nie wycięła jej przemówienia.
IX
W kwietniu 2014 r. pismo „Público.es” donosi: El Tribunal de Cuentas (hiszpańska Najwyższa Izba Kontroli) szacuje, że wysokość pomocy dla banków z pieniędzy publicznych w ciągu trzech lat (2009–2012) wyniosła ponad 108 mld euro. Czyli 77 proc. więcej niż 61 336 mld, o których mówił hiszpański bank centralny.
X
W siedzibie la PAH Barcelona nigdy nie mogą się pomieścić wszyscy interesanci i działacze. Ktoś wychodzi złapać nieco świeżego powietrza, ktoś inny zapalić. Jest nieznośnie gorąco. Na środku sali, która kiedyś była garażem, zostawia się miejsce dla speakera i osób przemawiających. Pierwszy krąg stanowią osoby najbardziej doświadczone, które najwięcej mogą doradzić. My, cała reszta, siedzimy wokół, podnosząc rękę, gdy mamy coś do powiedzenia.
Starzy członkowie przynieśli wachlarze, nowi wachlują się swoimi techo, czyli grubymi plikami papierów dokumentujących przebieg negocjacji z bankiem w sprawie niespłacanego kredytu. Jest poniedziałek, więc dzisiaj słucha się nowo przybyłych, którzy proszą o pomoc. Zaprasza się ich do rozmowy, oferuje wsparcie psychologiczne. Planowanie strategiczne i ogłoszenie nowych akcji nastąpi jutro. A w środę profesjonalna sesja z tymi, którzy mają depresję. To najtrudniejszy dzień. Zbyt wielu afectados, poszkodowanych przez kredyty hipoteczne, popełniło już samobójstwa.
Jeśli zorientowałeś się, że prawdopodobnie nie uda ci się spłacić kredytu, po pierwsze dostajesz „zieloną książeczkę”. W niej opisane są trzy fazy, po których następuje desahucio. Aby skutecznie mu zapobiec, musisz zidentyfikować się z daną fazą i postępować tak, jak radzi la PAH. Z książki dowiesz się również, że niespłacanie długu nie jest przestępstwem, nie wylądujesz z tego powodu w więzieniu, a jeśli masz dzieci – to nikt ci ich nie zabierze tylko dlatego, że nie masz pieniędzy na raty kredytu. Że jeśli grozi ci eksmisja, członkowie la PAH albo ją zatrzymają, albo znajdą ci mieszkanie zastępcze. Że cokolwiek by się działo – nie wylądujesz na ulicy.
Pierwsza zaczyna mówić farbowana blondynka o jasnobrązowej karnacji i wydatnych kościach policzkowych, charakterystycznych dla rdzennych mieszkańców Ameryki. Jak wielu imigrantów, zapewne kiedyś przyleciała do Barcelony, aby szukać lepszego życia w Europie. Mam na imię Pacita i przedstawię wam mój przypadek – mówi zdecydowanym głosem.
Chce dalej spłacać dług. Choć długu nigdy nie zaciągała, jest avalem (osoba, która żyruje kredyt) swojej przyjaciółki. Trzydziestokilkuletnia Pacita oddała już bankowi klucze do swojego domu. Ale przedstawiciele banku La Caixa powiedzieli to, co zawsze w takim wypadku: To nie wystarcza, wartość mieszkania spadła, dług jest o wiele większy.
Żeby się od niego uwolnić, musiałaby spłacać go do końca życia. W trakcie opowiadania łamie jej się głos i zaczyna płakać. Funkcję speakera sprawuje dziś młody, nieco przy tuszy chłopak z bródką, który mówi mi po polsku „dzień dobry”. W swojej kilkuletniej działalności natrafił również na afectados imigrantów z Polski. Podchodzi do Pacity poklepać ją po plecach, a mikrofon przejmuje Susana, średniego wzrostu ładna blondynka o ciemnych oczach i przepięknym, kojącym głosie. To jedna z najaktywniejszych członkiń, ta sama, która niegdyś opowiedziała do końca przypadek Irene, kiedy tamtej załamał się głos. Jak wiele osób, którym udało się dzięki la PAH wyjść z długu, angażuje się w pomoc innym.
Słuchaj Pacita, powiedziałabym ci, że są gorsze rzeczy na Ziemi, i że byłam w takiej samej sytuacji jak ty, a dzisiaj jestem czysta, ale… najpierw podejdę, aby cię ucałować. Pacita uśmiecha się na czuły gest Susany. Jej słów nie usłyszała dokładnie, z nerwów już od jakiegoś czasu prawie ogłuchła.
Rozlegają się piski i gwizdy na sali. Około pięćdziesięciu osób skanduje Si se puede (Yes, we can) – slogan, którym posługiwał się Barack Obama w wygranych wyborach prezydenckich, następnie przejęty przez falę ruchów Oburzonych. Z hiszpańskiego „15-M” (nazwa ruchu pochodzi od daty największego protestu hiszpańskich oburzonych, który miał miejsce 15 maja) wywodzi się również la PAH.
Rozglądając się po sali, dostrzegam duży napis na ścianie: „Mój dom to nie biznes, to podstawowe prawo”.
XI
W marcu 2013 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej określa hiszpańskie prawo hipoteczne jako niezgodne z normami Wspólnoty. W wielu krajach dłużnik hipoteczny, który odda bankowi nieruchomość i ogłosi bankructwo, jest wolny od wszelkich zobowiązań. W Hiszpanii prawo hipoteczne jest dla kredytobiorcy najostrzejsze w Europie. Jeśli bank zabierze mieszkanie, którego wartość spadła (co dotyczy wszystkich nieruchomości w Hiszpanii w czasie kryzysu), dłużnik wciąż zostaje z dożywotnim długiem rzędu dziesiątek lub setek tysięcy euro do spłacenia.
Kilka miesięcy po wyroku la PAH otrzymuje kolejną nagrodę – Ciudadano Europeo (Obywatela Europy). Tym razem od Parlamentu Europejskiego.
Ada Colau publicznie odpowiada, że Unia Europejska powinna zacząć robić coś pożytecznego dla ludzi, zamiast wręczać nagrody. Że w imieniu la PAH serdecznie dziękuje, to zapewnia organizacji widoczność, ale nowe desahucios i łamanie praw człowieka wciąż postępują. Nie wybiera się do Brukseli.
Innym razem w hiszpańskim Kongresie Ada bierze udział w posiedzeniu komisji przygotowującej zmiany w prawie hipotecznym. W obronie obecnego prawa występuje przewodniczący Związku Banków Hiszpańskich. Jego słowa oburzają Adę. W emocjonalnym wystąpieniu nazywa go „rzekomym ekspertem” i „kryminalistą”. Gdyby nie to, że chcę przedstawić państwu mój punkt widzenia, rzuciłabym w tego pana butem – zabrzmi jej słynne zdanie.
Film na YouTube z jej wypowiedzią obiega całą Hiszpanię. Hiszpanie udostępniają go na kolejnych portalach społecznościowych, a popularność Ady rośnie proporcjonalnie do pokładanego w niej zaufania publicznego. Moja Ada – mówią o niej Katalończycy.
Dzisiaj jest kandydatką na alcadę, burmistrza Barcelony. I ma realne szanse na zwycięstwo.
XII
Nieraz zdarza się, że banki zapowiadają eksmisję kilku rodzinom jednego dnia. PAH-owianie muszą się rozdzielić, utrzymywać kontakt przez aplikacje internetowe na komórkach i w miarę rozwoju sytuacji dokonywać przegrupowań i przerzutów sił. Połowa pracy działaczy ma miejsce w Internecie, tam można śledzić poszczególne akcje dzięki znajomości związanych z nimi tagów: #siSePuede, #laPAHBarcelona, #IreneSeQueda.
Pod ostatnim tagiem („Irene zostaje”) znajduję informację o udanej próbie zatrzymania desahucio. W „El Pais” trafiam na artykuł o próbie eksmisji pewnej Irene Sanchéz, córki Marii i matki trójki dzieci. W ten sposób poznaję nazwisko jednej z głównych bohaterek reportażu.
Irene długo nie odpisywała na moje próby kontaktu, bo tego dnia, w dniu czwartej już próby eksmisji, miała ręce pełne roboty. Musiała wyprawić swoje urodziny i kupić kilka butelek cavy dla osób, które zostały jeszcze świętować po zakończonej misji.
Tamtego dnia na ulicy przed domem matki Irene pojawiło się ponad sto osób. Nie dostała sądowego zawiadomienia o eksmisji, dowiedziała się o niej od swojego adwokata przez telefon. Irene, to będzie w tym tygodniu – usłyszała. Przez trzy dni po ponad osiem godzin kilkunastu członków la PAH koczowało w domu Marii. Reszta dobiegła po przyjeździe policji. Do tego PAH-owianie zmobilizowali lokalną społeczność i sąsiadów. To oni wyszli na ulicę z rondlami i łyżkami zrobić caceroladę, czyli popularną formę protestu przez hałas. Policja nawet nie weszła do domu.
XIII
– Ale mój przypadek nie jest jednym z wielu, o jakich usłyszysz w PAH – Irene kontynuuje opowieść i odsłaniając zasłony wpuszcza wreszcie nieco światła do salonu. – Nie traktuję tego jak zwykłego desahucio, to zorganizowane oszustwo. Nie wspomnieli o nim w tym artykule z „El Pais”, który czytałaś. Historia nie skończyła się na dwóch hipotekach. Nie mogąc kontynuować ich spłaty i bojąc się o przyszłość swojej rodziny, zwróciłam się do matki przyjaciela ze szkolnej ławki mojego Salvy, która jest zarządcą finansowym i obraca dużymi sumami należącymi do bogatych ludzi. Pia powiedziała, że widzi jedno proste rozwiązanie sytuacji: bierzemy pożyczkę z jakiejś instytucji finansowej, którą ona poleca, tym razem na nazwisko mamy, i te pieniądze inwestujemy. Oprocentowanie pozwoli nam na comiesięczne wypłaty i powolne spłacanie zadłużeń. Pia inwestuje gdzieś pieniądze, nie wiem gdzie, bo nie znam się na tym, a ona w końcu pracuje w tym fachu od lat.
Za miesiąc przychodzi z tysiącem euro w gotówce i mówi, że to pieniądze dla mnie, a rata za kredyt, który wzięłyśmy, jest już za ten miesiąc spłacona, i że wychodzi na to, że przez sześć kolejnych miesięcy będzie przynosić mi dodatkowy tysiąc. Potem przychodzi z czekami. Mówi też, że lepiej jednak, żeby moja matka nie była w to zamieszana, że przepiszemy ten kredyt na mnie, i daje mi dokumenty do podpisania. Cieszyłam się, że zdejmuję to z mamy i już sama odpowiadam za swoje zadłużenia. Okazało się potem, że tym podpisem wzięłam kolejną pożyczkę.
Wkrótce Pia znika i nie odbiera telefonów, chodzę po osiedlu i pytam wszystkich, czy wiedzą, co się z nią stało. Okazało się, że w ten sposób wyłudziła pieniądze od połowy mieszkańców osiedla i uciekła.
Wraz z dziesięcioma rodzinami z dzielnicy doszliśmy do wniosku, że ona jest tylko pionkiem w jakiejś większej grze. Ktoś jej w końcu tych kredytów udzielał. Wzięła 130 tys. euro na nazwisko mojej matki. Jaka instytucja daje staruszce takie pieniądze? Realizowała czeki imienne na moją matkę, a przecież moja matka nigdy nigdzie nie poszła odbierać żadnych pieniędzy. To samo było w przypadku innych osób, na które wzięła kredyty. Podpisała je w wielu różnych instytucjach i oddziałach i pozornie nie miały one ze sobą nic wspólnego, ale kiedy zaczęliśmy drążyć temat, to okazało się, że wszystkie mają tego samego właściciela… Pia zostaje jednak kozłem ofiarnym, ląduje w więzieniu za oszustwo i nie wybucha większy skandal. Następnie wychodzi w ramach programu resocjalizacji. Pracownicy społeczni znajdują jej pracę i ma się dobrze…
A kto mnie, matce trójki dzieci, znajdzie pracę?
XIV
Przychodzi do nas informacja od instytucji pod nazwą Plataforma Antidesahucios. Nazwa prawie jak la PAH, do której ludzie mają zaufanie. Piszą, że mieszkanie pójdzie pod licytację, że potrzebuję adwokata.
Wiesz, idą do sądu, patrzą na listę „desahucios”, a potem wciskają ci kit, że potrzebujesz ich pomocy. Potwierdzają to adwokaci zajmujący się sprawą tej oszustki. A my idziemy do sądu i okazuje się, że to nieprawda, że żadna procedura nie została uruchomiona, a to z licytacją to bujda. Potem okazało się, że adwokaci też byli zamieszani w proceder wyciągania pieniędzy od tych, którzy mają kredyty.
Najgorsze sępy. Zorientowałyśmy się w porę i za nic im nie zapłaciłyśmy. Ale przez nich sprawa tego, kto stał za Pią, nie ruszyła o krok i licytacja mieszkania rzeczywiście zaczęła zbliżać się wielkimi krokami.
Potem skazany z innego niż nasze powództwa zostaje też notariusz Pii, jednak sąd uznaje, że te instytucje, które udzielały kredytów, również były ofiarami notariusza i Pii i działały w dobrej wierze… Biorę inną adwokatkę, płacę jej, a ona któregoś dnia dzwoni do mnie, podając numer Susany: „Słuchaj, masz tutaj numer do tej kobiety, ona się na tym zna i lepiej ci to ogarnie”. Tak, tej samej Susany z la PAH. To za co ja ci zapłaciłam? – pomyślałam. Od tej pory nie robię już niczego bez konsultacji z działaczami Platformy.
Ale nawet oni nie mogli nam już pomóc. Walczą o „dación en pago”, płatność w naturze, która w momencie oddania mieszkania bankowi umożliwia anulowanie długu, jeśli nie jesteś w stanie go już spłacać, a także o uzyskanie mieszkania socjalnego. Ja już jedno mieszkanie dobrowolnie oddałam, dom wzięli sobie sami, teraz chcą zabrać mieszkanie babci, a dług wciąż rośnie.
– Twój mąż pozbył się problemu, rozstaliście się?
– Nie do końca się rozstaliśmy. Nie złożyliśmy papierów o separację. To tylko separacja przestrzenna, żeby kiedyś jeszcze móc do siebie wrócić. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sobą, że ludzie robiący potworną awanturę o to, czy kupić paczkę papierosów (bo szybciej i prościej) czy paczkę tytoniu (bo taniej i więcej), to nie my.
Od tego nie da się tak po prostu odłączyć. Życie kręci się wokół sprawy z mieszkaniem i długiem, bank wchodzi w każdą sferę życia: włazi oknami, wciska się między słowa, w rozmowach, włazi do łóżka. Każda próba rozmowy może skończyć się awanturą. Nerwy są poszarpane – mówi Irene, a Maria przytakuje porozumiewawczo.
Cały świat w takiej sytuacji stoi na głowie. Słuchaj, przychodzi do mnie kiedyś Iker. I mówi. „Mamo, bo ja sobie przypomniałem, że ty mi kiedyś mówiłaś, że gdyby działo mi się coś złego, to mam dzwonić na policję. A przecież policja chce nas wyrzucić z domu, to do kogo mam dzwonić, jak będę w niebezpieczeństwie?”.
XV
Palimy papierosa za papierosem. Czasami po prostu siedzimy w ciszy.
– To tutaj się wychowałaś, prawda?
– No tak… to mieszkanie jest dla nas wszystkim.
– To znaczy?
– To 40 lat życia. To wszystkie Święta Bożego Narodzenia i kolacje rodzinne. To każde urodziny moich chłopców, każdy weekend, kiedy przychodziliśmy odwiedzić babcię.
I moje dzieciństwo… – mówi wolno Irene. – To czasy, kiedy chowaliśmy się z bratem, żeby mama po powrocie z pracy nas nie znalazła. Jak mama wyjeżdżała na weekend, to słaliśmy kolegom z podwórka wieści pocztą pantoflową. Połowa osiedla się wtedy do nas schodziła.
– I twoje mieszkanie, Maria, poszło już pod licytację?
– No tak. Bez licytacji nie mogą cię eksmitować.
– I kto je kupił?
– No ci oszuści. Instytucja finansowa, z której ta kobieta brała pożyczki na nasze nazwiska.
XVI
Irene chwilowo nie chodzi na blokady eksmisji, zbyt jest zajęta własnymi problemami. Zawsze jednak stara się nagłaśniać poszczególne akcje la PAH w Internecie.
Kilka dni po naszej rozmowie to dzięki informacji na jej profilu dowiaduję się o nowej blokadzie. Zbieramy się o 9 rano między stacjami metra Virrei Amat oraz Fabra i Puig. W zielonych koszulkach „Stop desahucios” maszerujemy pod dom marokańskiej rodziny, której grozi eksmisja.
Żona Mahometa wita nas na ławce przed domem w hidżabie, herbatą w arabskich szklaneczkach i ciastem domowej roboty. Za chwilę na rowerze podjeżdża około osiemdziesięcioletni Rafael, stary działacz lewicowy z kaskiem w barwach II Republiki Hiszpańskiej. Na własne oczy mam okazję zobaczyć „górę” la PAH, o której wspominał mi niegdyś jeden z działaczy, opowiadając o strukturze organizacji. Istotnym elementem PAH-owskiej społeczności są ludzie starzy, którzy działali w opozycji za czasów reżimu Franco. Zaprawieni w boju zagrzewają młodych do walki i udzielają im rad. Piszą hasła na transparentach, manifesty i układają teksty przemówień. W dzisiejszej akcji Rafael odpowiedzialny jest za megafon.
Los bancos roban y el gobierno colabora (Banki kradną, a rząd z nimi współpracuje) – wykrzykuje.
Innym istotnym filarem la PAH są strażacy. W przeciwieństwie do policji, z którą się często ścierają, stoją po stronie eksmitowanych. Dzisiaj wywieszają transparenty. Na jednym dziecko mówi do ojca policjanta: Tato! jak ci minął dzień? Uratowałeś wielu ludzi? – Dziś biłem tych, którzy walczą o twoją przyszłość – odpowiada ojciec policjant.
Powoli robi się z nas mały, dwudziestokilkuosobowy tłum. Mahomet podnosi dziecko, uśmiecha się do niczego nieświadomej, jeszcze nie mówiącej córeczki. Któregoś dnia tata ci opowie, co się tutaj działo. – Jaka pulchna, zdrowa ta malutka – mówi ktoś z grupy. – To prawda, przynajmniej ona, bo Mahomet od jakiegoś czasu już nic nie je.
Tę eksmisję zatrzymamy – krzyczy Rafael. Pozbędziemy się tej szajki. Bankierów, polityków, którzy nie wiedzą, czym są kultura, cywilizacja i prawa człowieka. Nie spoczniemy, póki odpowiedzialni za ten kryzys nie staną przed trybunałami.
XVII
Jest pogodny, przyjemny dzień. PAH-owianie są w dobrym humorze, długi nie są już jedynym tematem rozmów. Dyskutują o wszystkim: od problemów komunikacyjnych po kwestię istnienia Boga. Dużo jest dzisiaj filozofii.
Któryś z robotników tłumaczy mi swoje myśli, cytując z pamięci Güntera Grassa. Po powrocie do domu odnajduję ten artykuł po polsku, w wydaniu „Wyborczej” z 2011 r.: Nie mniej istotne są potężne banki, które dzięki lobbingowi uczyniły zakładnikami pochodzący z wyboru parlament i rząd. Banki odgrywają rolę losu – losu nieuniknionego. Wiodą własny żywot. Ich zarządy i wielcy akcjonariusze tworzą społeczeństwo równoległe. Skutki ich ryzykanckiego zarządzania finansami ponosić muszą ostatecznie obywatele, jako płatnicy podatków. Żyrujemy banki, których pochłaniające miliardy czeluści mają niewyczerpany apetyt.
Tymczasem stary rewolucjonista Rafael tłumaczy zgromadzonym wokół młodym: Problem polega na tym, że my, prości ludzie, podajemy im, intelektualistom i rządzącym, rękę z dołu. To znaczy właściwie to oni nam ją podają z góry we własnym interesie. „Los sabios” (mędrcy) wiedzą za nas. A zmiana możliwa jest tylko wtedy, kiedy przyjdzie od ludzi, a oni ludzi nie zmienią. Wiedza na nas nie skapnie z góry. Sami musimy się zmienić.
Najgorsze co może zrobić człowiek, to przestać być człowiekiem. Zapomnieć, że to on to wszystko stwarza i może mieć nad tym kontrolę. Jeśli system nie działa, to go zmieniamy. Kto nam powie, że ci, co go wymyślili, mają rację? Tymczasem u nas system rządzi ludźmi. Umożliwia bogatym jeszcze większe bogacenie się, a klasa średnia schodzi do poziomu życia w nędzy, biedni zaś popełniają samobójstwa, bo nie mają mieszkania. Równocześnie w samej Hiszpanii mamy setki tysięcy pustostanów.
Tłum dyskutantów rozstępuje się, przechodzi bezdomny czarnoskóry emigrant z hipermarketowym wózkiem pełnym złomu. Uśmiecha się i dalej ciągnie swój ciężki wózek.
XVIII
Wiele samobójstw afectados wygląda tak, jak w jednym z akapitów tekstu Krzysztofa Kęćka dla tygodnika „Przegląd”: 9 listopada komornicy przyszli wyrzucić z mieszkania 53-letnią Amayę Egañę, byłą socjalistyczną radną w mieście Barakaldo w Kraju Basków. Kobieta, matka 21-letniego syna, nie mogła spłacić kredytu hipotecznego w wysokości 200 tys. euro. Amaya Egaña wpuściła urzędników do budynku. Kiedy wchodzili po schodach na czwarte piętro, stanęła na krześle i wyskoczyła z okna. Zginęła na miejscu. Kilka godzin później bank wystawił jej mieszkanie na sprzedaż. […] Na ścianach i oknach banków pojawiły się napisy „Mordercy”.
Nie istnieją statystyki wyróżniające liczbę samobójstw z powodu niespłaconego kredytu spośród ogólnej liczby takich wypadków w Hiszpanii. Hiszpański urząd statystyczny nie wyróżnia ich ze względu na przyczynę. Liczba ta utrzymuje się na poziomie około 3100 samobójstw rocznie. Choć według najnowszych danych w 2012 r. wzrosła o 11,3 proc. w stosunku do roku poprzedniego, stanowiąc tym samym najwyższą zarejestrowaną liczbę samobójstw w kraju od 2004 r.
Artykuł w Wikipedii pod hasłem „Lista de suicidios relacionados con desahucios” („Lista samobójstw powiązanych z eksmisją”) podaje nazwiska osób, które z tego powodu odebrały sobie życie. Odsyła do artykułów na ten temat w prasie. Obok nazwisk wytłuszczona informacja: Jeśli myślisz o samobójstwie, zadzwoń do la PAH.
XIX
Rafael kontynuuje: Ten ogień nie zgaśnie, dopóki winni za ten system nie odpowiedzą. Dopóki nie zabiorą swoich rąk od naszych szkół, szpitali i domów. Podstawowych wartości, które muszą być gwarantowane prawem.
Przyjeżdża policyjny radiowóz. Wraz z urzędnikiem sądowym, w jasnym eleganckim garniturze, z zażenowaniem i znudzeniem na twarzy spoglądającym co chwilę na swój drogi zegarek.
Negocjacje trwają kilka godzin. Kilka godzin Rafael skanduje swoje rewolucyjne hasła, a my dyskutujemy o świecie.
– Co tam u Balezy?
– Balezy?
– No ten. Wasz prezydent.
– Przykro mi, ale nie wiem, o czym mówisz.
– Przecież nie jesteś tak młoda, żeby…
– O Boże, Lech Wałęsa! O niego Ci chodzi!
– Lech Baleza – podchwycił i wykrzykuje zgodnie z hiszpańską wymową tłum. Podchodzi kilka nowych osób zainteresowanych rozmową.
– Co u niego słychać? To prezydent-robotnik. Mając takie postaci, musicie w Polsce mieć silną tradycję obywatelskiego nieposłuszeństwa i buntu.
I tak by mi nie uwierzyli, więc postanawiam zmienić temat.
Mahomet wraca zamroczony, PAH-owianie biegną w naszą stronę. Przedstawiciel banku zgodził się na odroczenie desahucio.
Czas uaktualnić informacje w sieci: #siSePuede, #MahometSeQueda. Gwiżdżą sąsiedzi i przechodnie, którzy zdążyli się już wraz z nami zgromadzić.
Głowa rodziny może odpocząć. Opiera się o blok i zsuwa po nim na ziemię, wybucha ze szczęścia płaczem dziecka.
Rafael spokojnie, jak przyjechał, tak odjeżdża na swoim rowerze. Korzysta z zamieszania, żeby nie musieć się ze wszystkimi żegnać.
XX
Na początku sierpnia, kiedy jestem już w Polsce, na Facebooku znów wrze od PAH-owych wiadomości. Zaglądam na profil Irene. Pisze, że potrzebują ludzi. Dopiero po kilkukrotnej lekturze dociera do mnie, że chodzi o jej desahucio. O desahucio, które już doszło do skutku.
Oglądam w Internecie film nagrany przez jednego z członków organizacji. Mossos d’Esquadra znów przyszli nad ranem. Bez uprzedzenia. La PAH nie zdążyło zgromadzić odpowiedniej ekipy. Wyrzucili ich z domu, podczas gdy trzej chłopcy płakali na schodach. Płakała i biedna, pełna godności i powściągliwa do tej pory babcia Maria.
Irene została już tylko złość. Po kolei wynosiła z domu najpotrzebniejsze rzeczy, spoglądając co chwilę z pogardą w stronę policjantów. Później dowiem się, że wyzwisk w ich stronę nie szczędziły również jej dzieci.
Powoli dochodzili ludzie, nie tylko z la PAH, ale z wszelkich zaprzyjaźnionych organizacji społecznych. Z rodziną Sanchéz znów była około setka osób. Chłopców odprowadzili do przyjaciółki Irene, przez kilka dni tam zostaną.
Tłum poszedł pod ratusz. Znów z naczyniami kuchennymi, wszyscy pełni złości i oburzenia. Niektórzy nagrywający wszystko na telefony komórkowe, skandujący nieustannie Si se puede!. Susana i inni działacze wykrzykują przez megafon nazwisko obecnego alcade (burmistrza) Xaviera Triasa, wzywając go do reakcji na to „bandyckie zachowanie” przedstawicieli banku Santander. Przypominając, ile bank otrzymał pieniędzy publicznych. Przypominając o konstytucyjnym prawie Hiszpanów do mieszkania.
Część tłumu – widać to na nagranym filmiku – mija strażnika, rzuca mu na odchodne „dzień dobry” i wchodzi po schodach na pierwsze piętro budynku ratusza. Tam zajmą jedno z pomieszczeń, w którym Maria i Irene wraz z kilkudziesięcioma działaczami la PAH będą dzisiaj spali.
Przez kilka dni trwają negocjacje, nikt nie rusza się w tym czasie z budynku pomimo interwencji policji. La PAH nie przyjęła pierwszych propozycji burmistrza, który chciał ulokować rodzinę Sanchéz w dzielnicy na drugim końcu miasta. Chłopcy nie będą zmieniać szkoły w trakcie nauki – mówią działacze. W Internecie następuje aktualizacja informacji: #IreneSeQueda – Irene tymczasowo zostaje w mieszkaniu socjalnym w dzielnicy Franca.
XXI
Na początku września, miesiąc po eksmisji Irene i wydarzeniach w ratuszu, Ada Colau wraz z członkami partii Guanyem (po katalońsku: zwyciężymy) zbiera podpisy poparcia od mieszkańców Barcelony i już przygotowuje się do wyborów na alcade miasta, które odbędą się w maju 2015 r. Chce sprawdzić, na jakie poparcie może liczyć. Jeśli nie zbierze 30 tys. podpisów, zrezygnuje z udziału w wyborach.
Barcelońskie Guanyem, nowy ruch społeczny, który przekształcił się w partię, sympatyzuje z ogólnohiszpańskim ruchem Podemos. Ten ostatni podczas wyborów do Europarlamentu w zaledwie kilka tygodni uzyskał w ramach zbiórki społecznej tyle pieniędzy, że był w stanie przeprowadzić kampanię, która zapewniła mu czwarty wynik. Guanyem, podobnie jak Podemos, wyrasta z doświadczenia pokoleniowego Hiszpanów, którym kryzys ekonomiczny odebrał nadzieje na przyszłość, a rządzący pod jego pretekstem stopniowo odbierają im również prawa socjalne. Podemos wprowadziło do Europarlamentu pięciu członków: politolożkę, dwóch profesorów, prokuratora znanego z walki z korupcją oraz fizyka. Również i Guanyem składa się w dużej części z intelektualistów, którzy postanowili „robić politykę” – jak o swojej działalności mówi Ada. Mówi też o konieczności dogłębnych zmian systemowych, powrotu do zasad sprawiedliwości społecznej.
9 listopada, kiedy Katalończycy zadecydują o tym, czy chcą tworzyć odrębne państwo, Irene i Maria wyjdą zagłosować zamykając za sobą drzwi nowego domu. Po długich negocjacjach z pracownikiem socjalnym reprezentującym władze miasta muszą już tylko znaleźć mieszkanie, w którym pomieści się sześć osób. Jego wynajem przez trzy pierwsze lata będzie finansować miasto. Nowy dom, przynajmniej w jednym aspekcie, nie będzie jednak oznaczał nowego życia. Długu wobec banku zapewne nigdy nie uda im się zostawić za sobą.