Prawy umysł na lewicy

Czy nie zawdzięczamy lewicy wielu owoców postępu społecznego i politycznego: jednostkowych wolności, praw politycznych, instytucji państwa opiekuńczego, działań na rzecz światowego pokoju, praw pracowniczych? I czy prawica nie pełniła zazwyczaj roli hamulcowego, który forsował egoistyczne interesy elit i folgował rozmaitym fobiom? Słowem, racja moralna w sporze między lewicą a prawicą leży bezspornie po stronie tej pierwszej – przynajmniej ona sama tak to widzi. Tylko słupki wyborcze z jakiegoś powodu spadają.

Jednego z wyjaśnień rozziewu między moralnym samozadowoleniem lewicy a niskim poparciem społecznym dla jej partii politycznych stara się dostarczyć psychologia moralności. Według niej umysły prawicowych wyborców muszą mieścić w sobie wielkie pokłady nierozumu, skoro głosują oni na siły ciemności. Założenie to jednak otwarcie kwestionuje Jonathan Haidt, autor „Prawego umysłu”. Twierdzi on, że elektorat głosujący na prawicę nie postradał zmysłów, jest tylko… bardziej moralny.

Aby zrozumieć zajadłą krytykę, a z drugiej strony – gorący entuzjazm, z którymi spotkał się w Stanach Zjednoczonych „Prawy umysł”, trzeba zaznaczyć, że Haidt nie jest konserwatywnym moralistą, lecz zdeklarowanym demokratą. To wolnościowiec z dziada pradziada, popierający Baracka Obamę, a jego esej „Dlaczego ludzie głosują na republikanów?” miał w zamyśle pomóc tamtemu w wygraniu wyborów prezydenckich. Uważa on jednak, że lewica nie będzie w stanie zmobilizować wyborców, jeśli nie dokona samokrytyki, i to takiej, która podważy podstawy jej poczucia wyższości. Nieudolność lewicy, zdaniem Haidta, wynika bowiem z tego, że pojmuje ona moralność w sposób karykaturalnie uproszczony – tym samym zamyka sobie drogę do dużej części „prawych” wyborców.

Słoń i jeździec

W „Prawym umyśle” Haidt przedstawia historię swoich badań naukowych, które skończyły się rozbratem z lewicowymi (bo inni w zasadzie nie istnieją) psychologami moralności. Interesowało go, jak ludzie reagują na sytuację łamania tabu, w której nie ma ofiary. Aby poznać reakcje badanych, przedstawiał im zaskakujące opowiastki.

Wyobraźmy sobie, że pewna kobieta znajduje w domu flagę państwową. Flaga nie jest jej potrzebna, więc kobieta tnie ją na kawałki i wykorzystuje szmatki do mycia łazienki. Nikt nie wie, że została pocięta i nikt nie widzi kobiety podczas sprzątania. Czy jest coś złego w takim wykorzystaniu flagi narodowej?

Oprócz kobiety myjącej łazienkę flagą, badani oceniali rodzinę zjadającą psiego ulubieńca, który zginął w wypadku, mężczyznę spółkującego z kurą kupioną na obiad, deklarowali, czy zjedliby sterylnie czystego karalucha itp. Osoby przepytywane przez psychologa nie miały kłopotu z oceną sytuacji, zwykle krytyczną, jednak nie potrafiły uzasadnić swoich opinii. Badani próbowali wskazać, że ktoś ucierpiał w wyniku danego działania – sytuacje jednak były tak skonstruowane, że nikomu nie działa się żadna krzywda. Zanim kapitulowali pod gradem kontrargumentów psychologa, wymyślali nieprawdopodobne scenariusze. W przypadku kobiety tnącej flagę na kawałki jeden z badanych powiedział, że strzępki flagi mogły zatkać toaletę i doprowadzić do zalania domu – wtedy ofiarą swoich działań byłaby sama kobieta. Tego rodzaju tłumaczenia badacz cierpliwie odrzucał. Poczucie, że ktoś postąpił źle, było bardzo silne, a jednak ludzie z trudem znajdowali dla niego uzasadnienie – i to uzasadnienie dziwaczne.

Badania doprowadziły Haidta do twierdzenia, że nasze oceny moralne mają charakter intuicyjny i emocjonalny – oceniamy w mgnieniu oka, a racjonalne uzasadnienia powstają po fakcie. Aby uzmysłowić, jak zachowuje się człowiek postawiony przed dylematem moralnym, autor porównuje go do maleńkiego jeźdźca na wielkim słoniu. Słoń sam decyduje o tym, w którą stronę iść. Jeździec ma poczucie panowania nad zwierzęciem, ale faktycznie ma nikły wpływ na trakt, którym zwierzę podąża, więc zajmuje się przede wszystkim uzasadnianiem wyborów słonia – uważa je za własne niezależne decyzje. Jest biegły w szukaniu uzasadnień, ale tylko takich, które przedstawiają go w dobrym świetle. Jeźdźcem jest nasza racjonalność, poglądy, które umiemy wyartykułować, słoniem – nasze emocje. To słonie decydowały, że flagą państwową nie myje się wanny w łazience. I to one, jak podkreśla Haidt, dyktują nam również wybory polityczne.

Smaki moralne

Kiedy wiemy już, że podejmowanie decyzji moralnych jest związane przede wszystkim z emocjami, Haidt wyjawia, skąd biorą się nasze intuicje moralne, a w konsekwencji preferencje polityczne. Psychologowie ewolucyjni twierdzą, że umysł składa się z licznych modułów, czyli zdolności adaptacji do środowiska, które wywołują w pewnych okolicznościach reakcje emocjonalne, np. widok węża lub krętego przedmiotu w trawie wywołuje lęk. Emocje moralne mają być wywoływane przez takie właśnie moduły: gdy widzimy, że ktoś krzywdzi innego lub jest nielojalny wobec naszej grupy, aktywują się. Haidt woli się jednak posługiwać terminem fundamentów moralnych. Owe fundamenty można porównać do smaków: moralizujący umysł jest niczym język wyposażony w sześć receptorów smaku. W tym porównaniu przypomina kuchnię – jest ona konstruktem kulturowym, ulegającym wpływowi czynników środowiskowych i historycznych, nie jest jednak tak elastyczna, aby wszystko w niej było dozwolone. Nie może powstać kuchnia oparta na korze drzew ani kuchnia oparta przede wszystkim na gorzkich smakach. Kuchnie istotnie się różnią, wszystkie jednak muszą zadowolić języki wyposażone w taki sam zestaw pięciu receptorów smaku.

Troska/krzywda, sprawiedliwość/oszustwo, lojalność/zdrada, autorytet/bunt, świętość/upodlenie, wolność/ucisk – oto wyodrębnione przez Haidta fundamenty moralne. Każdy z nich pierwotnie pomagał ludziom w adaptacji do wyzwań, które pojawiały się w toku ewolucji naszego gatunku. I tak fundament troska/krzywda, który skłaniał ludzi do opiekowania się małymi dziećmi, dzisiaj sprawia, że potępiamy zadawanie cierpienia niewinnym i chcemy ich chronić. Fundament sprawiedliwość/oszustwo miał nauczyć nas współpracować w taki sposób, by zmniejszać ryzyko, że padniemy ofiarą oszusta. Potępianie zdrajców wynika z istnienia fundamentu lojalność/zdrada, a niezgoda na nadużycie swojej pozycji – z fundamentu autorytet/bunt. Fundament świętość/upodlenie wykształcił się w czasach, gdy zanieczyszczone czy trujące pożywienie mogło doprowadzić do śmierci jednostki, a przywleczona przez obcych choroba okazać się zabójcza dla całej grupy. Z czasem to warunkowanie biologiczne, polegające na unikaniu zanieczyszczeń, przeniosło się na poziom moralny. Chociaż dzisiaj biologiczne podstawy dążenia do czystości właściwie zniknęły, fundament przetrwał na poziomie moralności. Jest bardzo silny, na przykład samo tylko przebywanie w pobliżu dozowników z mydłem wpływało na oceny moralne wydawane przez badanych – stawali się na chwilę bardziej konserwatywni.

Wolność/ucisk to fundament, który zachęcał członków grup do przeciwstawiania się próbom zdominowania społeczności przez jednostkę o tyrańskich zapędach. Brak oporu skutkowałby coraz mniejszym dostępem członków grupy do różnych zasobów. Podobną funkcję moduł wolność/ucisk pełni także dzisiaj. Haidt i jego zespół, za pośrednictwem strony yourmorals.org, nadal pracują nad badaniem fundamentów moralnych, dlatego niewykluczone, że za jakiś czas te kategorie będą wyglądały trochę inaczej.

Ludzie różnią się między sobą czułością modułów. Statystyczne badania, które Haidt prowadzi za pomocą wspomnianej strony internetowej, pozwoliły mu pokazać bardzo ważną korelację między czułością smaków moralnych a wyborami politycznymi w Stanach Zjednoczonych. Osoby, które określały swoje poglądy jako „zdecydowanie lewicowe”, były bardzo wrażliwe na problemy krzywdy i sprawiedliwości, za to nie przejawiały prawie żadnego zainteresowania pozostałymi wartościami – autorytetem, świętością, lojalnością. Z kolei wyborcy z drugiego krańca spektrum politycznego mieli dobrze rozwinięte wszystkie sześć smaków (choć sprawiedliwość i troska zaprzątały ich w nieco mniejszym stopniu). Paradoksalnie więc to lewicowcy okazują się mniej moralni.

Redukcja moralności do kwestii związanych ze sprawiedliwością i krzywdą jest charakterystyczna tylko dla świata zachodniego, i to tylko niektórych jego enklaw. Najbardziej postępowa, wykształcona i zamożna część świata, czyli tak zwane WEIRDzi („weird” – ang. „dziwaczny”, od angielskich słów western, educated, industrialised, rich, democratic – zachodni, wykształcony, uprzemysłowiony, bogaty, demokratyczny) zatraciła większość smaków moralnych. Ludzie ci mają wspólne cechy: widzą świat jako zbiór obiektów i myślą analitycznie. Odwołują się wyłącznie do etyki autonomii, w której nadrzędną zasadą jest poszanowanie jednostki, niezgoda na zadawanie jej cierpienia i ograniczania jej wolności. „Dziwność” jest stopniowalna. Amerykańscy WEIRDzi wyprzedzają europejskich, a studenci amerykańskich uczelni to chyba najwięksi „dziwacy” ze wszystkich. Na nieszczęście dla lewicy – mówi Haidt – to z WEIRD-ów rekrutują się lewicowi politycy i intelektualiści.

Nieczułość liderów lewicy na różne smaki moralne jest przeszkodą w mobilizowaniu szerokiego elektoratu, dla którego polityka to znacznie więcej niż sprawiedliwość i troska. Nie mogą pojąć, że kwestia poszanowania flagi – by powrócić do naszego przykładu – może być problem moralnym i politycznym. Są gotowi potępić prawicowców w czambuł, ponieważ uważają, że ci w ogóle nie wiedzą, czym jest moralność. Zdaniem lewicowców ich przeciwnicy ideologiczni posługują się niewłaściwymi przesłankami, biorąc pod uwagę nieistotne dane, gdy dokonują oceny moralnej. W konsekwencji lewica w swoich kampaniach i programach politycznych nie odwołuje się do fundamentów moralnych, które poruszyłyby czułe struny prawego umysłu. Tymczasem liderzy prawicy oddziałują na wszystkie smaki moralne potencjalnych wyborców.

Pszczela polityka

Ostatnia część „Prawego umysłu” rozprawia się z głęboko zakorzenionym u lewicy przekonaniem, że moralność ma charakter indywidualistyczny, i że w konsekwencji polityka ma służyć wyłącznie obronie praw jednostki i jej szczęściu. W celu podważenia tego przekonania Haidt łączy swoją teorię fundamentów moralnych z ewolucyjną teorią doboru grupowego. Według niej selekcja naturalna zachodzi równocześnie na kilku poziomach, w tym na poziomie indywidualnym i grupowym. Grupy, które są bardziej spójne i potrafią współpracować, uzyskują przewagę adaptacyjną nad zbiorowiskiem egoistów.

Autor stwierdza, że jesteśmy w 10% jak pszczoły, a w 90% jak szympansy. Podobieństwo do szympansów nie stawia nas w najlepszym położeniu, ponieważ to zwierzęta niezdolne do współpracy. Z „pszczołowatości” jednak możemy być dumni, bo pozwoliła nam stworzyć duże i dobrze zorganizowane społeczności. Haidt twierdzi, że zarówno pszczoły, jak i ludzie są istotami terytorialnymi, lubią zakładać gniazda możliwe do obrony oraz posiadają bezbronne potomstwo wymagające opieki. I pszczoły, i ludzie tworzą różne grupy, które stanowią zagrożenie dla siebie nawzajem. Umiejętność współdziałania i specjalizacja osobników w konkretnych dziedzinach sprawiły, że ludzkie „gniazda” stały się niezwykle efektywne i osiągały coraz większe rozmiary. Gdyby nie grupolubność ludziom nigdy nie udałoby się współpracować na tak wielką skalę.

Dzisiaj ta dyspozycja do współdziałania (bardzo niewielka w porównaniu z silną skłonnością do egoizmu) wyjaśnia zadziwiające przykłady altruizmu, do którego żaden stuprocentowy szympans nie byłby zdolny. Z kolei ludzka przewaga nad pszczołami polega na tym, że w naszych wspólnotach jesteśmy spokrewnieni zaledwie z kilkoma lub kilkudziesięcioma osobami. Pszczoły budują gigantyczne rodziny bardzo blisko spokrewnionych owadów. Nasza umiejętność tworzenia dużych grup bazuje nie na wspólnych genach, ale na podzielanej kulturze i moralności.

Pszczeli pierwiastek sprawia, jak przypuszcza Haidt, że jesteśmy zdolni zachowywać się jak istotny rojne, to znaczy pod wpływem określonych czynników odrzucić egoistyczny interes i zatracić się w czymś, co nas wielokrotnie przewyższa swoją wielkością i znaczeniem. To ekstatyczne poczucie zjednoczenia się z grupą ludzi można osiągnąć na różne sposoby: w rytualnym tańcu, podczas zażywania narkotyków albo uczestnicząc w dużym grupowym wydarzeniu jak np. mecz sportowy. Jednostka zapomina wtedy o sobie i czuje się elementem wielkiego organizmu. Prawdopodobnie takie odczucie towarzyszy ludziom na wojnie, gotowym poświęcić własne życie, by ratować towarzyszy broni.

Haidt uważa, że moralność to wszystko, co skłania nas do przedłożenia interesu swojej grupy nad interes jednostkowy. Również tak pozornie indywidualistyczne wartości, jak sprawiedliwość i troska mają znaczenie adaptacyjne: pozwalają nam karać „jeźdźców na gapę” i troszczyć się o potomstwo. Fundamenty moralne, zakorzenione w adaptowaniu się do wyzwań ewolucji oraz gotowość do przejścia w tryb roju, to mechanizmy skłaniające nas do przedłożenia dobra grupy nad własne. Wydaje się, że taka definicja moralności jest dziś szczególnie potrzebna, zwłaszcza lewicy, która nie chce myśleć w kategoriach grup, a tylko krzywdzonych jednostek.

Jeśli Haidt ma rację i konserwatyści, jako osoby o bardziej rozwiniętych smakach moralnych i przekonaniach wspólnotowych, są bardziej skłonni pracować dla grupy, to jego przewidywania powinny mieć empiryczne potwierdzenie. I faktycznie mają.

Aby pokazać, że prawicowcy wygrywają z przedstawicielami lewicy, jeśli chodzi o zdolność do współpracy, Haidt przygląda się religii, która jest bardzo dobrym spoiwem grup. Analiza dwustu wspólnot, które powstały w USA w XIX wieku, pokazała, że po 20 latach od założenia funkcjonowało zaledwie 6% komun świeckich – i 30% religijnych. Dzisiaj religia także „robi różnicę”: Amerykanie należący do najmniej religijnych 20% populacji przekazywali na cele dobroczynne zaledwie 1,5% dochodów, z kolei 20% najbardziej religijnych osób – a badano nie deklaracje, lecz uczestnictwo w nabożeństwach – aż 7% swoich dochodów oddaje na cele charytatywne. Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Ludzie religijni poświęcali wiele czasu na pracę na rzecz swoich kościołów i synagog, a na rzecz organizacji obywatelskich i lokalnych stowarzyszeń – więcej czasu niż osoby niereligijne. Wyjątkowość ludzi wierzących nie leży jednak w ich wierze w karę bożą: Jedynym czynnikiem, który okazał się ściśle związany z pożytkami moralnymi płynącymi z religii, był stopień zaangażowania w relacje ze współwyznawcami. To przyjaźnie i działania grupowe prowadzone w obrębie danego matriksu moralnego uwydatniają ludzką bezinteresowność i wielkoduszność. To one wyzwalają w ludziach to, co najlepsze.

Moralność wiąże i zaślepia

Nasza grupolubność, która daje tak wspaniałe efekty, jest dla nas jednocześnie źródłem nieustannych problemów – wprowadza w obrębie społeczeństwa podziały, które ciężko przekroczyć. Różnice w zdolności do odczuwania fundamentów moralnych wytwarzają coś, co Haidt nazywa matriksami moralnymi. Autor nawiązuje rzecz jasna do filmu, w którym główny bohater przekonuje się, że widziana przez niego rzeczywistość jest tylko ułudą. Podobnego oświecenia doznał Haidt: Zacząłem dostrzegać, że w każdym kraju współistnieje wiele matriksów moralnych. Każdy z nich zapewnia kompletny, jednolity i wiarygodny emocjonalnie światopogląd, który można łatwo uzasadnić za pomocą obserwowalnych danych, i który jest niemal całkowicie odporny na kontrargumenty wysuwane przez osoby z zewnątrz.

Aby spojrzeć na własny matriks moralny z dystansem, najlepiej jest zanurzyć się na chwilę w obcej moralności. Dla Haidta takim doświadczeniem był kilkumiesięczny pobyt w Indiach, gdzie mieszkał u tradycyjnej rodziny. Przekonał się, że kwestie zupełnie nieistotne dla człowieka Zachodu – jak dieta wdowy – są dla Hindusów ważnymi zagadnieniami moralnymi. Autor wielokrotnie podkreśla, że „moralność wiąże i zaślepia” – jesteśmy tak przywiązani do naszej wersji moralności, że zawsze stawiamy ją ponad inne matriksy moralne. Lojalność wobec własnej grupy nakazuje nam przedkładanie jej dobra i jej zasad moralnych ponad wszystko inne, dlatego konflikty moralne – mimo istnienia tych samych fundamentów moralnych w każdym społeczeństwie – są nieuniknione.

Wróćmy do działalności charytatywnej osób religijnych – przekazują one na dobroczynność znacznie więcej pieniędzy niż niereligijne, ale tym organizacjom pozarządowym, które są prowadzone przez ich własne Kościoły. Członkowie wspólnot przede wszystkim wspierają swój zespół, choć, nawiasem mówiąc, „resztki”, które ludzie religijni przekazują organizacjom świeckim, przewyższają cały budżet osób niereligijnych na działalność charytatywną. Jako przeciwwagę dla pojęć interesu jednostkowego i klasowego Haidt ukuł termin „interes moralny”: osoby podzielające wspólny matriks moralny są skłonne do żarliwej obrony jego wartości, tak jakby miały osobisty interes w jego zwycięstwie. Interes moralny – jak przekonuje Haidt – jest lepszym predykatorem poglądów i zachowań niż pozostałe kategorie. Badacze, który starali się ustalić stosunek ludzi do służby wojskowej czy państwowej służby zdrowia, zauważyli, że nie ma on nic wspólnego z wiekiem poborowym badanych czy zasobnością ich portfela, za to wiele z ich światopoglądem.

Tarcia między lewicą a prawicą w Stanach Zjednoczonych były niegdyś łagodzone przez instytucje, które łączyły obie grupy. Zanim został zniesiony powszechny pobór, wspólna służba wojskowa pozwalała członkom obu grup zrozumieć się i nabrać do siebie zaufania. Jeszcze nie tak dawno rodziny amerykańskich polityków przeprowadzały się do Waszyngtonu (teraz coraz częściej zostają u siebie), dzięki czemu nawiązywały między sobą relacje przyjacielskie. Te niepozorne szczegóły sprawiały, że w sytuacji konfliktów politycznych obie strony były bardziej gotowe wobec siebie na ustępstwa. Dzisiaj tkwią w zaślepieniu i arogancji.

Haidt zdaje sobie sprawę, że powrót do Ameryki z jej złotego okresu, w którym życie wspólnotowe rozkwitało na dosłownie każdym rogu, jest bardzo trudny lub w zasadzie niemożliwy. Jednocześnie jest bardzo daleki od tego, żeby obwiniać za ten upadek życia wspólnotowego tylko jedną stronę konfliktu, jak mają to w zwyczaju niektórzy autorzy na lewicy. To prawda, że część winy spada na prawicę. Jej często bezkrytyczny stosunek do kapitalizmu otworzył drogę do ogromnych nierówności ekonomicznych, które następnie przełożyły się na niemal ścisłą segregację biednych i bogatych; rynkowa mentalność doprowadziła do degeneracji form współżycia, które opierają się na akceptacji zobowiązań itd. Haidt woli jednak wrzucić kilka kamyczków do ogródka swoich sojuszników: czy lewica nie podmywa fundamentów życia rodziny, która jest jedną z ostatnich staroświeckich instytucji? Czy lewica nie miała udziału w zniesieniu powszechnego poboru? Czy nie wyśmiewa Kościołów i z nimi nie walczy?

W pewnym sensie „Prawy umysł” jest surogatem instytucji wspólnotowych. Skoro dawne instytucje już nie pomagają nam polubić i zrozumieć naszych przeciwników na poziomie intuicyjnym, to pozostaje droga intelektualna. Ostatecznym celem Haidta nie jest bowiem dostarczenie narzędzi, z pomocą których Partia Demokratyczna mogłaby cynicznie nabijać sobie procenty poparcia, lecz odpowiedź na pytanie, które w 1992 r. zadał Rodney King, czarnoskóry mężczyzna niemal skatowany na śmierć przez policjantów w Los Angeles. Po procesie sądowym, który okazał się farsą i uniewinnił oprawców, w Stanach Zjednoczonych doszło do wielodniowych zamieszek. King, by zatrzymać falę przemocy, pytał wówczas: „Czy możemy żyć wszyscy w zgodzie?”. To troska o „wspólny dom” odróżnia pracę Haidta od bardzo podobnej w charakterze publikacji George’a Lakoffa „Nie myśl o słoniu”, która ukazała się kilka lat temu. Obaj autorzy łączą niepowodzenia lewicy z niezrozumieniem emocjonalnej strony ludzkiego życia, obaj chcą zaprząc naukę w służbę obywatelską, Haidt – psychologię moralności, Lakoff – kognitywistykę; ale tylko ten pierwszy traktuje oponentów jak ludzi. Lakoff przypisuje prawicowcom autorytarną osobowość i dlatego uważa, że w dyskusji z Partią Republikańską dozwolone są wszystkie chwyty.

Niestety, lewica wydaje się ograniczona własnym matriksem moralnym dużo bardziej niż prawica, o czym przekonał się sam autor po opublikowaniu eseju wzywającego demokratów, by spróbowali zrozumieć konserwatystów i odwoływali się do ich fundamentów moralnych. Reakcja wielu lewicowych czytelników wskazywała, że argumentacja Haidta do nich nie trafiła. Warto przy tym dodać, że podobnie niechętnie odnieśli się do niego zwolennicy Tea Party, skrajnie libertariańskiej formacji politycznej. Inaczej odpowiedzieli natomiast czytelnicy konserwatywni. Haidt otrzymywał od nich bardzo osobiste i pełne emocji listy, w których pisali, że autor zrozumiał ich troski. Taki odbiór eseju pozwala przypuszczać, że być może główna linia podziału współczesnej polityki wcale nie przebiega między lewicą a prawicą (czy też liberalizmem a konserwatyzmem), ale między grupami, które w amerykańskim dyskursie określa się komunitarystami (polityka nakierowana na wspólnotę) a libertarianami (polityka nakierowana na jednostkę). Sam Haidt przyznał, że wnioski, do których doszedł po wielu latach swoich badań, do złudzenia przypominają klasyczny konserwatyzm à la Edmund Burke.

Słoń a sprawa polska

„Prawy umysł” jest zanurzony w kontekście amerykańskiej polityki, ale podczas jego lektury nie można uciec od wrażenia, że jest to książka bardziej o Polsce niż o Stanach Zjednoczonych. Po 1989 roku nasz kraj znajduje się pod wpływem tych samych procesów ekonomicznych i kulturowych, które niszczą życie wspólnotowe. Konflikty polityczne są u nas równie ostre. Usilnie dążymy do tego, żeby dogonić Amerykanów pod względem nierówności społecznych. Ale „my już są Amerykany”, a może i posunęliśmy się o krok dalej. Obrany przez nas model transformacyjny bazuje na jednowymiarowym obrazie anglosaskiego świata. Wpatrujemy się w Amerykę indywidualistyczną, ale nie dostrzegamy Ameryki, która wspólnie chodziła grać w kręgle. Instytucje, które miałyby potencjał trzymania Polaków razem nigdy nie były tak silne, jak te w Stanach. Dzisiaj są w zaniku. „Prawy umysł” należałoby potraktować jako wezwanie, by ratować to, co z nich zostało, zanim „słonie” rozejdą się – każdy w swoją stronę.

Jonathan Haidt, Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?, przeł. Agnieszka Nowak-Młynikowska, Smak Słowa, Sopot 2014.

Dług – narzędzie dominacji

Prace Graebera na temat teorii antropologicznych są wybitne. Uważam, że w swoim pokoleniu jest dziś najlepszym teoretykiem antropologii na świecie – napisał znany i ceniony antropolog Maurice Bloch w liście wyrażającym sprzeciw wobec nieprzedłużenia Davidowi Graeberowi kontraktu na Yale z powodu – jak twierdzą niektórzy – jego poglądów politycznych.

Graeber to antropolog ekonomii, wykładowca London School of Economics oraz jeden z najbardziej oryginalnych i prowokujących współczesnych intelektualistów. Jest autorem wielu znaczących publikacji naukowych, w których zajmował się m.in. tradycją anarchizmu, antropologiczną teorią wartości czy związkami magii z pozostałościami niewolniczego systemu na Madagaskarze. Ale błyskotliwa kariera akademicka to zaledwie jeden z obszarów jego działalności. Przede wszystkim znany jest jako aktywista społeczny, zagorzały krytyk międzynarodowych instytucji finansowych. Jest także jedną z najważniejszych postaci ruchu Occupy Wall Street. To właśnie Graeber jako pierwszy sformułował (na łamach „Rolling Stone”) tezę, że ruch Oburzonych reprezentuje 99 procent społeczeństwa, które ponosi koszty decyzji nielicznych – przedstawicieli elit polityczno-ekonomicznych. „99 procent to my” (we are the 99%) to hasło używane dziś przez ruchy oburzonych i alterglobalistów na całym świecie.

Po polsku nie ukazała się jeszcze ani jedna książka Graebera. Taki los spotkał nawet światowy bestseller, jakim jest „Debt, The first 5000 years” („Dług – pierwsze 5000 lat historii”). I to pomimo aktualności jego tematyki, związanej z trwającym także u nas kryzysem ekonomicznym, którego źródła tkwią m.in. w spirali zadłużenia. Pojęcie długu pojawia się w najróżniejszych kontekstach naszej debaty publicznej, jest istotnym punktem odniesienia nie tylko dla polityki i ekonomii, ale i dla socjologów badających kondycję zadłużonego społeczeństwa czy psychologów mówiących o spustoszeniu, jakie sieje w ludzkim umyśle perspektywa spędzenia prawie całego życia na spłacaniu kredytu. W Polsce kwestia długów była szeroko omawiana choćby przy okazji tzw. afery frankowej. Przeglądając informacje z ostatnich miesięcy, dowiemy się także, że Grecja domaga się od Niemiec spłaty innego długu – odszkodowania za straty z okresu II wojny światowej, a w tym samym czasie uregulowania rachunków od Aten domaga się wiele innych państw. Nasze rozmowy i decyzje często krążą wokół problematyki długu, jednak niemal nikt nie pyta, co to pojęcie właściwie oznacza.

Zdążyliśmy je bowiem zneutralizować, uznać za oczywiste i nienaruszalne – powiedziałby Graeber, znany m.in. z działań na rzecz anulowania długów krajom Trzeciego Świata. Zdumiony tym, że nikt jeszcze nie spisał historii koncepcji tak istotnej dla współczesnej cywilizacji, a zarazem zjawiska, wokół którego organizują się ludzkie społeczności niemal od zarania dziejów, postanowił sam podjąć się tego zadania.

Jeśli ktoś pożyczył, to (nie) musi oddać

Impreza charytatywna w Katedrze Westminsterskiej. Graeber spotyka pewną prawniczkę, a zarazem działaczkę na rzecz ubogich. Opowiada jej o kryzysie naftowym z lat 70., który sprawił, iż państwa zrzeszone w OPEC ulokowały tak dużo pieniędzy w zachodnich bankach, że te nie wiedziały, w co inwestować. Ich przedstawiciele wysłali więc agentów, by namawiali dyktatorów krajów Trzeciego Świata do zaciągania długów. Początkowo bardzo nisko oprocentowanych, jednak z czasem stopa procentowa wzrosła nawet do 20 proc. Następnie opowiada swojej rozmówczyni o tym, jak w latach 80. i 90. działania te doprowadziły do kryzysu zadłużeniowego państw Trzeciego Świata. I jakie warunki postawił wtedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy: w zamian za pomoc i restrukturyzację długu kraje te miały „zacisnąć pasa”, zlikwidować dopłaty do podstawowych produktów żywnościowych, darmową służbę zdrowia i edukację.

– A jakie było twoje stanowisko w tej sprawie? – zapytała prawniczka.

– Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Chcieliśmy go zlikwidować.

– Nie. Na temat długu krajów Trzeciego Świata.

– Jego również chcieliśmy zlikwidować. […] Wydawało nam się, że 30 lat przepływu pieniędzy z krajów najbiedniejszych do najbogatszych to już wystarczająco długo.

– Ale – wypowiedziała to słowo tak, jakby to, co powie zaraz po nim, miało być zrozumiałe samo przez się – oni pożyczyli pieniądze! A jeśli ktoś pożyczył, to musi przecież oddać. Zbiło to Graebera z tropu. Mówiłem o biedzie, grabieży zasobów publicznych, upadku społeczeństw, szerzącej się przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanych życiorysach. Ale „jeśli ktoś pożyczył, to musi oddać” – nie dowierzał odpowiedzi prawniczki-aktywistki.

Mogłem tłumaczyć jej, że te pożyczki zaciągnięte były przez dyktatorów, których nie wybrało społeczeństwo, i że większość z pieniędzy wylądowała na ich szwajcarskich kontach; poprosić ją o zastanowienie się, czy to sprawiedliwe, że długi mają być spłacane nie przez dyktatorów […], ale poprzez odbieranie jedzenia głodnym dzieciom. Albo że niektóre państwa spłaciły trzy albo cztery razy więcej niż pożyczyły, lecz dług, za sprawą magicznego mechanizmu „procentu składanego”, wciąż się odnawia. Mogłem też zwrócić uwagę, że istnieje istotna różnica między spłacaniem długu a wymuszaniem stosowania ortodoksyjnie wolnorynkowych rozwiązań wymyślonych w Waszyngtonie i Zurychu, na które obywatele danego kraju nigdy się nie zgodzili i nigdy by się nie zgodzili; że żądanie przyjęcia przez te kraje demokratycznych konstytucji, a zaraz potem odbieranie każdemu wyłonionemu w wyborach rządowi kontroli nad polityką ekonomiczną państwa, było dość obłudne. Albo że polityka gospodarcza narzucona przez MFW nigdy nie działała dobrze – pisze Graeber. Ale mieliśmy bardziej podstawowy problem: samo założenie, że dług musi zostać spłacony.

Nie spłacić to grzech?

Opinia prawniczki-aktywistki stale pobrzmiewa w głowie autora „Pierwszych 5000 lat historii długu”. Dochodzi on do wniosku, że wyrażane przez nią przekonanie jest sądem moralnym, a nie ekonomicznym, bo według wszelkich standardowych teorii ekonomicznych pożyczkodawca musi zaakceptować pewne ryzyko. W przeciwnym razie co powstrzymywałoby go od udzielania pochopnych pożyczek? Opiera się ono na swoistym rozumieniu odpowiedzialności i konieczności dotrzymania zobowiązań.

Wszyscy jesteśmy dłużnikami – stwierdza Graeber po zapoznaniu się z najstarszymi źródłami, w których wspomina się o długach. Mamy więc dług wobec Boga Ojca, naszego stwórcy, i Jego Syna, o czym mówią nam biblijne przekazy o grzechu pierworodnym. Mamy dług wobec rodziców, bo wydali nas na świat. Mamy dług wobec społeczeństwa. W hebrajskim, aramejskim i wielu innych najstarszych językach „dług”, „wina” i „grzech” to właściwie to samo słowo. Stąd tak silny związek zadłużenia z moralnością. Jedno z pierwszych zarejestrowanych w ludzkiej mowie ujęć słowa „wolność” to sumeryjskie ama-gi, oznaczające „powrót do matki”, „powrót do poprzedniego stanu rzeczy”, ale również „brak długu”.

Graeber pokazuje, że za sprawą owego moralnego zobowiązania wpisanego w pojęcie długu, bywa on wygodnym wytrychem służącym realizacji czyichś interesów, a przede wszystkim narzędziem władzy i podporządkowywania sobie dłużników. Antropolog podaje liczne przykłady ilustrujące niesprawiedliwość myślenia w jednakowy sposób o różnych rodzajach długów. Dziś międzynarodowa opinia publiczna jest zgodna – agresor musi zapłacić reparacje. Tak jak Niemcy po I wojnie światowej czy jak Irak, który do dziś płaci Kuwejtowi za inwazję Saddama Husajna z 1990 r. Jednak już z Madagaskarem, Boliwią czy Filipinami jest dokładnie na odwrót: są to państwa zaatakowane i podbite przez kraje europejskie, często te same, którym są dziś winne spore kwoty. W tych przypadkach opinia publiczna oburza się co najwyżej wtedy, gdy dłużnicy zwlekają ze spłatą.

Graeber przybył na Madagaskar wkrótce po epidemii malarii. Program zwalczania owadów po katastrofie polegał m.in. na regularnych testach weryfikujących, czy znów się nie rozmnażają. Nie były to koszty, których budżet nie mógłby udźwignąć. Jednak rząd, związany polityką „zaciskania pasa” narzuconą przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, musiał redukować budżet programu monitorującego. W efekcie zmarło 10 tys. osób. Rozdzielając moralne uzasadnienie, które stanowi sedno koncepcji długu, staram się pokazać, że nie powinien on być traktowany inaczej niż jakikolwiek inny rodzaj obietnicy. Niezrealizowanie przedwyborczych obietnic nigdy nie powstrzymywało polityków przed ubieganiem się o drugą kadencję. W przypadku pożyczki zawsze istnieje element ryzyka, który dominująca narracja dotycząca konieczności spłaty długu stara się zręcznie zignorować. Spłata długu państwa nie może odbywać się kosztem zdrowia czy bezpieczeństwa żywnościowego własnych obywateli. Jedynie nieusprawiedliwiony status moralny długu prowadzi do takich ekscesów, jakie widziałem na Madagaskarze, czy do postaw prawników-aktywistów niewidzących w tym nic złego. To właśnie ten nieusprawiedliwiony status moralny długu skłonił mnie do napisania książki. To, co chcę podkreślić, to fakt, że jest on bezprawny, a w jego imię popełniane są czyny zupełnie niemoralne – mówił Graeber w wywiadzie dla „Green European Journal”.

Obecne oburzenie, negatywny wizerunek dłużników oraz przeświadczenie, że niszczą oni ład społeczny, wynikają m.in. z długiej tradycji myślenia o zasadzie wzajemności jako podstawie funkcjonowania człowieka i tego, co go otacza. Przede wszystkim zakładamy, że koncepcja wzajemności i wymiany rządzi wszelkimi relacjami i procesami w świecie społecznym. Gdy dług nie jest spłacany, ta odwieczna zasada zostaje złamana i powstaje rażący dla nas nieład. Graeber chciałby zburzyć to myślenie. Zasada wzajemności i wymiany jest, według niego, tylko jedną z trzech, które leżą u podłoża zależności i praktyk społecznych. Dwie pozostałe to „komunizm” (działacie razem; jeśli naprawiasz coś i prosisz kogoś o podanie klucza francuskiego, to nie czujesz się dłużnikiem, a partner nie uważa, że jesteś mu coś winien) oraz hierarchia (wykonujesz usługi w zamian za inne – np. w relacji feudalnej pracujesz na roli w zamian za ochronę).

Nienaruszalność przeświadczenia, że „jeśli ktoś pożyczył, to musi spłacić”, gdyż w przeciwnym razie postąpi nagannie moralnie, oraz myślenie, że niespłacony dług narusza równowagę społeczną, prowadzą do moralnej katastrofy. Madagaskar to tylko jeden z wielu przykładów. Inne znajdziemy choćby w Nikaragui i Hondurasie. Huragan Mitch pochłonął w tej części Ameryki 9 tys. istnień, a kolejnych 9 tys. osób nigdy nie odnaleziono. Pomimo działań Kampanii Jubileusz 2000 na rzecz odroczenia lub anulowania części długów państwa te wciąż wydają tyle samo na spłatę odsetek od zadłużenia, co na odbudowę kraju i wsparcie dla obywateli. Bank Światowy, Rezerwa Federalna i Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmówiły odroczenia spłat. Wielka Brytania przeznaczyła 33 mln dolarów na wsparcie dla Nikaragui i Hondurasu. Połowa tej kwoty, mającej ratować życie i pomóc podnieść się tym, którzy przetrwali kataklizm, powędrowała jednak do bogatych międzynarodowych instytucji i bankierów.

Mit założycielski ekonomii

Jednym z ciekawszych wątków obszernej książki Graebera jest krytyka ekonomistów. Najpierw był barter. Ale, z oczywistych względów, był nieefektywny. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, że gdy masz kurczaka, a chcesz się wymienić na różę, to prawdopodobieństwo, że posiadacz róży będzie potrzebował akurat teraz twojego kurczaka, jest niewielkie. W dodatku wartość tego, co masz na wymianę, i tego, co ma ktoś inny, rzadko będzie podobna – tak w skrócie brzmi według Graebera mit czy bajka opowiadana nam od czasów Adama Smitha i jego „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. W książce ojca-założyciela ekonomii zmyślona historyjka o tym, jak Indianie wymieniali mięso sarny na skóry bobrów i łosi, funkcjonuje jako ilustracja rzekomo oczywistej diagnozy przyczyn przejścia od barteru do systemu monetarnego. Do dziś ekonomiści wierzą, że historia wyglądała tak, jak przedstawił to Smith: najpierw barter, potem pieniądz, obecnie zaś kredyt.

Autor pyta: gdzie i kiedy istniał ten barter? U jaskiniowców? Na wyspach Pacyfiku? W starożytnej Grecji? Nie istnieją żadne wiarygodne relacje, które potwierdzałyby, że barter był gdziekolwiek podstawowym systemem wymiany dóbr. W rzeczywistości – odpowiada Graeber – był on stosowany dopiero w czasach, gdy pieniądz znano już od dawna, lecz z jakiejś przyczyny nastąpiło załamanie systemu opartego na nim. Tak jak w Argentynie w czasie kryzysu walutowego lat 90. albo w Rosji w roku 1998.

Na początku był dług – twierdzą antropologowie. Pierwsze społeczności były niewielkie. Barter, który jest wygodniejszym sposobem wymiany z nieznajomym, niż z osobą ze wspólnoty, był im więc niepotrzebny. Bo jeśli chcesz krowę swojego sąsiada, wówczas mówisz „O, fajna krowa”, a on odpowiada: „Podoba ci się? Weź ją” – pisze Graeber. I w ten oto sposób jesteś już sąsiadowi coś winien. Nie musisz oddawać w tym samym momencie – to, jak mu się odwdzięczysz, zależy zarówno od ciebie, jak i od niego. Pytaniem, które należałoby zadawać, nie jest więc to, w jaki sposób jednostka wymiany wyłoniła się z barteru, ale w jaki sposób to, że jesteśmy komuś coś winni, zamieniło się w precyzyjny system miary, to znaczy w pieniądz jako jednostkę rozliczeniową.

Proste historyjki oferowane przez klasyczną ekonomię są oderwane od tego, co mówią źródła czy badania terenowe. Ekonomia przez wielu – w tym przez znaczną część środowisk akademickich – postrzegana jest jako niezależna od czynników moralnych, kulturowych i religijnych, traktuje się ją prawie jak matematykę. Z tym podejściem walczą antropologowie ekonomii. Posługując się imponującym materiałem etnograficznym, Graeber obala schemat historii wymiany, a tym samym fundamenty, na których ukonstytuowana została ekonomia jako dziedzina naukowa. I pyta: czy jeśli fundamenty są fałszywe, nie należałoby na nowo przemyśleć wszystkiego, co na nich nabudowano?

Wynalazek pieniądza

Jeśli wiemy, że barter nie poprzedzał systemu monetarnego, pojawia się pytanie: jak i po co naprawdę powstał pieniądz? Jak zasada „jestem ci coś winien” przerodziła się w coś, co może być precyzyjnie wycenione? Jedna z hipotez Graebera mówi o tym, że pieniądze mogły narodzić się z powodu zagrożenia przemocą. Jeśli dajesz komuś świnię, a on w zamian daje ci pięć kurczaków, to pomyślisz zapewne, że jest skąpcem. Możesz z niego drwić, ale nie wyskoczysz z matematyczną formułą, żeby dowodzić, jak bardzo tanie są kurczaki. Ale gdy ktoś podbije ci oko podczas bójki albo zabije twojego brata, to mówisz tak: „Tradycyjna rekompensata to dokładnie 27 młodych krów najlepszej jakości, i jeśli nie będą najlepszej jakości, oznacza to wojnę!”. Pieniądz jako precyzyjna jednostka miary – w świetle tej teorii – miał zapobiegać przemocy i zapewniać ład.

Pojawienie się pieniądza wiązać się mogło również z wojną, grabieżą i niewolnictwem. Na przykład we wczesnośredniowiecznej Irlandii dziewczynki będące niewolnicami stanowiły najwyższą jednostkę waluty. W stosunku do ich wartości (używano ich np. jako formy zapłaty odszkodowania czy dużego długu) można było wycenić wszystko inne. Przede wszystkim jednak początki wymiany pieniężnej związane są z kosztami prowadzenia wojen. Wyżywienie potężnej armii było trudne logistycznie. Wydawano jej zatem pieniądze, które lud miał obowiązek przyjąć w zamian za żywność dla żołnierzy. Wynikałoby stąd, że to nie ekonomiczne zapotrzebowanie i racjonalna chęć zapewnienia bardziej efektywnej wymiany towarów leżą u podstaw wynalazku, jakim jest pieniądz – leży u nich przemoc czyniona przez instytucje państwa. Pieniądz jest więc częścią historii wojen, podbojów i wynika z konkretnych wydarzeń historycznych, a nie częścią ekonomii rozumianej jako nauka odkrywająca prawa niezależne od kontekstów społecznych.

W jednym z wywiadów przeprowadzonych wokół książki o długu Graeber mówi tak: Jeśli zrozumiesz, że podatki i pieniądze w dużej mierze zawdzięczają swój początek wojnie, łatwiej zauważysz, co naprawdę jest na rzeczy. Ostatecznie rozumie to każdy mafioso. Jeśli chcesz brutalne wyłudzenie, czystą siłę, przekształcić w coś moralnego, a przede wszystkim sprawić, żeby ofiary czuły się winne, przekształcasz wymuszenie w relację długu. Mówisz: „Jesteś mi coś winien, ale na razie ci odpuszczę”. Większość dłużników prawdopodobnie usłyszała podobne zdanie od swoich „wierzycieli”. Kluczową sprawą jest to, jak powinniśmy na to zareagować, bo odpowiedź powinna być mniej więcej taka: „Zaraz, zaraz, kto tu komu co jest winien?”.

Wolny rynek – nowe narzędzie państwa

Kolejnym mitem, który obala historyk długu, jest myślenie o wolnym rynku i państwie jako o rozwiązaniach przeciwstawnych sobie. Materiał etnograficzny zgromadzony przez Graebera ilustruje, że w istocie początki rynku mogą mieć miejsce tylko w sytuacji, gdy władza państwowa jest dostatecznie silna i scentralizowana. Rynek stanowi bowiem narzędzie zarządzania społeczeństwem, a państwo tworzy infrastrukturę niezbędną dla jego funkcjonowania. Graeber opisuje ten mechanizm na przykładzie dobrze znanego mu Madagaskaru. Na początku XX w. ówczesny francuski generał-gubernator Madagaskaru, Joseph Gallieni, wydrukował pieniądze i zapłacił nimi swoim żołnierzom. Ci z kolei zaczęli płacić nimi za usługi i towary ludności malgaskiej, a ta zmuszona była do oddania części wynagrodzenia kolonizatorowi w postaci podatków. W punkcie wyjścia część społeczeństwa miała więc pieniądze, podczas gdy druga nabywała je (a musiała, żeby zapłacić narzucony podatek) przez sprzedaż tego, co miała. Rynek się rozprzestrzeniał. Następnie Malgasze przeznaczali uzyskaną nadwyżkę pieniężną na towary importowane z Francji. W ten sposób powstanie rynku w określonych warunkach oznaczało jednocześnie usankcjonowanie relacji kolonialnej i ekspansję gospodarczą metropolii.

Zarówno rynek, jak i pieniądz wydają się zatem konsekwencją tego, że władca postanowił obarczyć lud ciężarami związanymi z utrzymaniem armii. Wprowadzenie systemu pieniężnego powiązane jest z poborem podatków: mieszkańcy muszą wydać żołnierzom zwierzęta, racje żywnościowe i wszystko to, co będzie im potrzebne, w zamian za pieniądze, bo bez nich nie będą mogli opłacić danin nałożonych przez państwo. Pieniądz zasadniczo rodzi się zatem z długu obywateli wobec państwa, a rynek to nie „abstrakcyjne i neutralne miejsce wymiany”, jak zwykliśmy sobie wyobrażać.

Zmierzch historii długu

„Dług – pierwsze 5000 lat historii” to książka kontrowersyjna, a przez antropologów często traktowana z przymrużeniem oka. Pomimo naukowego dorobku Graebera czytają tę rozprawę jako dzieło aktywisty, a nie badacza. I trudno odmówić im pewnej słuszności. Niejednokrotnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Graeber uprawia coś w rodzaju kolekcjonerstwa – zbiera z różnych zakątków świata historie, które pasują do jego tez. Często kolokwialny język i dosadność, z jaką pisze, wyraźnie demonstrują, że nie jest on neutralnym obserwatorem.

Nie zmienia to jednak faktu, że sprawnie podważa domniemaną neutralność klasycznej ekonomii. Skutecznie i przekonująco rozplątuje supeł, jaki powstał na styku pojęcia długu z moralnością. Spojrzenie z historycznej perspektywy, poparte współczesnymi przykładami z różnych stron świata, oraz zwrócenie uwagi na zapomniane grzechy wierzycieli, pomaga wyrobić w czytelniku bardziej zniuansowane i uważniejsze podejście do dłużników, odkłamując ich „czarny” wizerunek.

Wiele źródeł analizowanych przez Graebera mówi o tym, że od starożytności przewija się w naszej cywilizacji obawa przed tym, że większość społeczeństwa popadnie w zadłużenie. Był to zawsze scenariusz apokaliptyczny, najgorszy z możliwych do wyobrażenia. Z przestrachem wyobrażano sobie perspektywę, w której zadłużenie przybrałoby masowy charakter, zmuszając do sprzedawania w niewolę siebie czy swoich krewnych. A co właśnie dzieje się wokół nas? – mówi Graeber w wywiadzie dla „Naked Capitalism”. – Zamiast tworzyć międzynarodowe instytucje chroniące dłużników, tworzymy Międzynarodowe Fundusze Walutowe czy Standard&Poor’s, żeby ochraniać kredytodawców. Czyli twory, które oficjalnie deklarują (i robią to wbrew tradycyjnej ekonomicznej logice), że żaden dłużnik nie ma prawa ogłosić upadłości. Nie trzeba dodawać, że prowadzi to do katastrofy. Doświadczamy obecnie czegoś, co przynajmniej dla mnie jest dokładnie tym, czego najbardziej obawiali się starożytni: społeczeństwa dłużników balansujących na krawędzi katastrofy.

Graeber zwiastuje jednak koniec niesprawiedliwego podejścia do dłużników. Pierwsze 5000 lat to według niego już historia, a my jesteśmy u progu zmian. „Zdrowy rozsądek” (common sense), czyli jeden z głównych przedmiotów badań antropologii, ulegnie nareszcie przeobrażeniu w duchu moralności i sprawiedliwości, stwarzając szanse rozwoju krajom Trzeciego Świata. To życzeniowe myślenie może wywołać uśmiech, ale zdaniem Graebera wykazanie historycznego partykularyzmu i tymczasowości naszych przekonań ma pokazać, jak łatwo je zmienić.

David Graeber, Debt, The first 5000 years, Melville House Printing 2011.

Pyszna

1

Przez dwadzieścia lat myślałem, że ściemnia. Z ręką na sercu twierdził, że kiedyś widział je z najwyższego wzgórza w naszej wsi. Mało tego, oglądał je przez lornetkę. Posądzałem go o właściwą ludziom, którzy raczej nie opuszczają swojej okolicy, skłonność do przeszczepiania wytworów wyobraźni w prawdziwe życie, albo na odwrót – do przedłużania rzeczywistych scen w głowie, bo ani cyrkiel, ani google nie kłamią – to jak nic ponad sto czterdzieści kilometrów w linii prostej. Tyle że jak on mógłby kłamać? Jak może zmyślać człowiek, który codzienne od piętnastu, a może już dwudziestu lat ogląda „Jeden z dziesięciu”? Który siedzi zawsze w tym samym miejscu przed telewizorem pod pożółkłymi encyklopediami z siedemdziesiątego trzeciego, gdzie sprawdza każdy obcy lub nie do końca klarowny termin? Ostatni sprawdzał przy mnie słowo „łaszt”.

Wujek, to pewne, żyje w duchu „Wielkiej gry”, precyzję i merytoryczną wiedzę ceniąc ponad wszystko. Dlatego uwierzyłem mu, że kiedyś ciepłym latem przed piątą rano, o której przez całe życie wychodził na autobus robotniczy, widział na niebie dziwny obiekt, wyraźny, jasny, zmieniający lokalizację z zaprzeczeniem dobrze mu znanych praw fizyki, który na chwilę znieruchomiał gdzieś ponad szklarniami pana ogrodnika i pocisnął na południe. Niewykluczone, że troska o własny wizerunek nie pozwoliła mu podzielić się tym z nikim dorosłym. Całe życie czekam na taki widok. Kiedyś w górach Hoggar w Algierii leżałem pod pustynnym niebem pół nocy, wpatrzony jak szpak w dziuplę i nic, kompletnie nic. A nie uwierzyłem mu, że widział od nas Tatry.

W ubiegłym roku zwoziłem z dziadkiem siano z pola na tym samym wzgórzu. To był jeden z tych czystych, letnich dni, gdy wiatr zgarnia z powietrza pył i śreżogę, wysysa z przedmiotów pierwotne, żywe odcienie, a po bordowej ściółce lasów, na soczystej lucernie występują żółte plamy salamander. Horyzont idzie wtedy w sukurs wyobraźni spragnionej konkretu i odcina się od nieba wyraźną linią. Zostały nam ze dwie kopki na szczycie wzgórza, wrzuciłem ostatnie widły, odsapnąłem, otarłem pot z czoła, obróciłem się – i aż krzyknąłem. Były, tam na pewno były. Naszkicowane na idealnie gładkim bloku nieba cienką, ale wyraźną kreską, jak dobrze przyciśniętym H3. Dziadek spał na ciągniku z głową na kierownicy.

2

Jak cyrklem rysuję na mapie internetowej półokrąg. Sto czterdzieści kilometrów. Zakreślam okolice Cieszyna, Rybnika, Gliwic, Katowic, Buska-Zdroju, Dębicy, Krosna. A przecież to minimum, bo istnieją dowody, że widać je ze stu sześćdziesięciu albo i dwustu. Kiedyś leciałem samolotem z Gdańska do Krakowa. Nad Łodzią pilot powiedział: „Po lewej widzicie Państwo wieżowce Warszawy, przed nami widoczne Tatry, gdybyśmy mogli zerknąć do tyłu, zobaczylibyśmy wybrzeże”.

A więc musieli widzieć je ci, którzy przed wieloma wiekami, zanim ktokolwiek zaczął notować bieg spraw, znaleźli się na nizinach między Odrą a Wisłą i zmierzali na południe. Zza kolejnego wzgórza musiały się wyłonić jeszcze półrzeczywiste. Któregoś jesiennego świtu, gdy budzili się przy wypalonym żarze i wygrzebywali ze skór, jakiś bystry dzieciak z rozcapierzonymi kudłami mógł przetrzeć oczy i tyrpając jedną ręką kimającą jeszcze matkę, drugą wskazać palcem w tamtą stronę. Ludzie musieli iść w ich kierunku, bo chcemy przylegać do przestrzeni, wypatrujemy na widnokręgu form, w które można się wtulić, a nic nie nadaje się do tego lepiej niż doliny, jaskinie i góry. Za Piastów i wczesnych Jagiellonów na południe od Krakowa rozpościerała się prawdziwa puszcza. Grasowały w niej niezliczone niedźwiedzie i wilki. Była pełna wykrotów i przeszkód. W ciemny las szli tylko ci, którzy mogli odnaleźć w tym jakikolwiek interes. Uciekinierzy, prześladowani, bartnicy, budnicy, drwale, którzy coraz dalej na południe budowali swoje chyże. Dopiero około XV wieku u stóp Tatr stanęły pierwsze chałupy. Zupełnie inaczej niż po południowej, łatwiej dostępnej stronie, gdzie od paru wieków trwała na dobre węgierska kolonizacja. To jest pierwszy obraz, który nie daje mi spokoju – Zakopane, dajmy na to, 1478 rok. Zima na potęgę, zaspy po pas, z czarnego boru wyłania się na koniu oszroniony człowiek. Po drugiej stronie polany widzi parę czarnych chałup, pod którymi pełga mętne światło. Szczyty świecą w świetle księżyca jak łuski zbroi. Mniej więcej wtedy przybyli na tatrzańskie hale Wołosi. Nie wiemy, kto pierwszy stanął na wierzchołku Giewontu, Świnicy czy Rysów, ale na pewno znacznie wcześniej niż nam się wydaje. Ten, kto uczynił to jako pierwszy, najpewniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Może i dobrze – nie każdy organizm i psychika wytrzymują ciężar takiej świadomości.

Wszystko zaczęło się na dobre w XIX wieku. Nie jest celem tej opowieści streszczenie rozwoju turystyki tatrzańskiej w XIX wieku, literatura na ten temat jest nieskończona. W każdym razie dekadę później, gdy mały Mickiewicz chłonął aurę litewskiego pejzażu, a po kraju paradowali szwoleżerowie w lampasach, Staszic przemierzył Tatry wzdłuż i wszerz, przeżył burzę życia na Wołoszynie i spędził noc na Łomnicy, skąd zniósł do badań zamknięty pojemnik powietrza. Już w połowie wieku powstały pierwsze przewodniki, pióra ks. Janoty i Ludwika Zejsznera, a dopiero potem ów słynny bedeker Walerego Eljasza Radzikowskiego, którego oryginał chodzi na rynku antykwarycznym po półtora tysiąca złotych. No ale – legenda Tatr, to legenda Tatr. Początkowo pionierzy tatrzańskich wyryp często wespół z Tytusem Chałubińskim podróżowali do Zakopanego z Krakowa dorożką, co trwało bite dwa dni, zwykle z noclegiem w oberży Herza w Nowym Targu. W 1884 roku, gdy otwarto linię kolejową do Chabówki, dorożkami górale wozili śmiałków tylko na tym ostatnim odcinku, i trzeba było się ostro targować. Walizki fruwały w powietrzu, niejeden woźnica dostał od innego po mordzie. Kapitalnie opisuje to Stanisław Witkiewicz w „Na przełęczy”, od furory której zaczęła się kariera Podhala. To drugi obraz, od którego nie mogę się uwolnić. Witkiewicz jedzie z kompanią po raz pierwszy do Zakopanego. Zaczyna piekielnie lać, walą pioruny, na miejsce docierają nocą. Deszcz dzwoni o gonty i wywrócone balie, w poszarpanym mroku migoczą lampki w oknach. Towarzystwo podjeżdża do domu gościnnego u gazdy i pod parasolkami, kwikając butami o głębokie kałuże, wbiegają pod dach. O poranku muskularne sylwetki Tatr lśnią jak naoliwione. Szybko robi się parno. Zakopane jest małe i jasne. Kawałek dalej jest targ. Pod okapem siedzą górale i ćmią fajki, niespecjalnie nagabując chętnych do wyprawy w głuszę, bo wiedzą, że i tak tamci przyjdą do nich pierwsi. Na rogu stoi Sabała. Pójdzie z Witkiewiczem w góry, przez Halę Gąsienicową, Zawrat, do Doliny Koprowej i od południa na Przełęcz pod Chłopkiem, wówczas prawdziwy wyczyn, by przepaścistą percią zejść nad Morskie Oko i spotkać dwóch Brytyjczyków o polskich korzeniach. Parę dni wędrówki, parę noclegów przy ognisku pod gołym niebem i 254 stron, na których jedzie młodopolszczyzną, aż gwizda. Witkiewicz znalazł się w cieniu swojego głośnego syna, ale przecież mamy oficjalnie rok obu Witkiewiczów, więc nie zapominajmy o ojcu. To on dał swoją opowieścią bodziec do przyjazdu młodopolskich artystów do Zakopanego, a w efekcie do całej tatromanii.

Piszę o tym, bo kilka razy miałem okazję być w miejscach, na zupełnie innej szerokości geograficznej, które pachniały nastrojem Zakopca tamtej epoki. Gdy coś się raczej zaczynało, a nie kończyło. Gdy o poranku las lśni jak krucze pióra, a powietrze jest czerstwe tak, że aż wierci w nosie. Jak w Shwebwiyang w północnej Birmie, gdzie wypasionymi dżipami albo na słoniach docierają pierwsi pionierzy turystyki, albo gdzieś na płaskowyżu Ulla Ulla w Boliwii, skąd można obserwować uważnie nienazwane wierchy pasma Apolobamba. Jest tam zaskakująco dużo przestrzeni na myśli, zwłaszcza na swoje. Trudno wtedy oprzeć się wrażeniu, że cywilizacja każdego miejsca zupełnie niedostrzegalnie dla współczesnych osiąga punkt harmonii z własnym tłem. Wcześniej trwa niezbyt przyjemna walka z siłami natury, później wszystko stacza się w chaos, wir, zmultiplikowane zderzenie. Niewykluczone, że czas, gdy człowiek mógł, powtarzam to za Konwickim, „z honorem znieść swoje położenie geograficzne”, mieć jako taki święty spokój, w miarę ciepły dom, aptekę za rogiem lub w pobliskim mieście, dobrą gazetę do poczytania bez terroru szklanego ekranu, który jak eter usypia ducha, już minął. Niewykluczone, że całkiem niedawno. Pewne jest tyle, że trwał bardzo krótko.

Młodopolskim Tatry były przeznaczone. Zaczęli bratać się z chłopami z Bronowic i zapuszczać na północ przez jurajskie wąwozy, Kobylańską albo Półrzeczki, Bolechowicką i Kluczwody, do kolejnych wsi zagnieżdżonych na słonecznych, jurajskich garbach (najwyższe wzniesienie Jury – Grodzisko – ma 513 m n.p.m. i leży wyżej niż Chabówka), wpatrując się z ławek pod chałupami w wyszczerbioną piłkę Tatr. Najlepiej widać je stąd wczesną wiosną, gdy jeszcze przykrywa je kremowa czapa śniegu. Jadąc olkuską, trzeba powściągać ciekawość, by nie rozbić auta. Można odbić do Będkowic, które leżą na wyniosłym wzgórzu, skąd roztacza się widok na Kraków i szmat wyliniałej ziemi. Kiedyś malarze i zachodni podróżnicy zachwycali się tymi wsiami. W kolorze fotografował je już wtedy Tadeusz Rząca. Domy były niebieskie i wtulone w bujne sady. Wokół było zielono i świeżo. Wesela były huczne i trwały parę dni. Zawsze wyobrażam sobie tęscenę – wesele w Będkowicach na powietrzu, 1901. Światło, wóda i święto krwi. I białe Tatry w oddali.

3

W 1915 roku z Krzyżnego zniknął schron. Dlaczego tak nagle? Co się wydarzyło? Ktoś go zburzył? Spalić nie mogli, bo był z kamienia. Co, tak wysoko się naparzali, bo przecież trwała wtedy wojna? Na przełęczy na 2112 n.p.m.? Nie dowiesz się. Źródła internetowe na ten temat milczą, Muzeum Tatrzańskie jest wyjątkowo oporne w dzieleniu się z obywatelami swoimi archiwami. Do dziś na przełęczy stoją fundamenty. Postawili go tam w 1880 roku. A co tam schroniska nad jeziorem, budy dla frajerów, jak górski schron, to górski schron, niech żyje słowiańska ułańskość – od razu ponad chmurami między łbem Wołoszyna a igliczkami Buczynowych Turni. Schron stał się w końcu niezwykle popularny. Odkąd ksiądz Gadowski w jakiejś górsko-eschatologicznej obsesji poprowadził od Krzyżnego przez grań Orlą Perć, spały w nim jego ekipy budowniczych, a po nich tabuny ceprów spragnionych górskiego luftu. Krzyżne ze swoją panoramą miało już markę za sprawą Chałubińskiego. Chciałbym napisać kiedyś powieść, która zaczynałaby się właśnie tam. Jest zima, wieczór i wieje jak nieszczęście. W schronie strzelają szczapki w ogniu. W środku jest dwóch mężczyzn, jeden siedzi, drugi stoi oparty o ścianę i wygląda przez szparę w kierunku Pięciu Stawów. W śnieżnej zamieci wspina się do nich wolno mała czarna postać. Jest to pewien Żyd, który ma im do przekazania kartkę z niezwykle ważną treścią nieznaną póki co ani dla nich, ani dla narratora, ani dla nawet autora. Jest 1914 rok.

Upadek schronu na Krzyżnem wyznacza zbieg epok. W Tatrach idzie nowe, zaczyna się wielka balanga międzywojnia. Tu mamy jasność – dla Rafała Malczewskiego, wziętego wspinacza, malarza i pisarza, autora „Zakopane – pępek świata”, gwiazdy tatrzańskiego międzywojnia, jest już wtedy po wszystkim. Za II Rzeczypospolitej Zakopane jest już miastem z kamienicami, samochodami i niechlujną rozbudową, i dla Malczewskiego jest oczywiste, że ów punkt harmonii z tłem już minął gdzieś przed pierwszą wojną światową.

Jego książka jest lekturą obowiązkową. Pisze już inaczej niż Witkiewicz, jest to już proza bardziej zwarta i zwięzła, ale dalej przebogata językowa, jakaś swobodna i nienapięta, i może dlatego czyta się to nawet za drugim czy trzecim razem jednym tchem. Wyłania się z nich obraz Zakopanego podwójny – mekki narciarzy i osady artystów.

Przezabawna jest poza wielu współczesnych skiturowców, z których wielu żyje w przekonaniu, że otwierają nową epokę. Ze szczytów Tatr zjeżdżano już na początku wieku, wtedy już odbywały się zorganizowane kursy narciarstwa, ale swoje apogeum skitouring przeżywał w międzywojniu. Jeździli wszyscy. Na narty przyjeżdżał w Tatry prezydent Mościcki i szusował po wymarzonym puchu pod krawatem. Wystarczy spojrzeć na inne fotografie. Szyk i elegancja obowiązywały również w sporcie, przynajmniej gdzieś do wysokości górnych regli. Mam dziwne przypuszczenie, przypatrując się przewrotności dzisiejszej mody, że ten trend lada chwila, góra za parę lat, wróci z hukiem. Widzę wyraźnie w wyobraźni te klipy w telewizjach śniadaniowych, które raczą się nowym (tak, na pewno będą podkreślać, że to rzecz bez precedensu) sznytem na stoku, lansiarnią w stylizowanych koszulach i gatkach. Trendsetterzy, czytajcie „Nowego Obywatela”, a będziecie pierwsi!

Wtedy Józef Oppenheim, kumpel Witkacego i naturalnie Malczewskiego, wydaje kultowy przewodnik pt. „Szlaki narciarskie Tatr Polskich”, którym wychowuje kolejne pokolenie zapaleńców. Gdy dziś na Allegro pojawia się ta książka w oryginalnym wydaniu, kupujący rzucają się jak piranie, kwota ostateczna sięga paru stówek, które zawsze gotów jestem wydać, ale zawsze znajduje się ktoś o większej determinacji. Mam bowiem do Józia Oppenheima, jak na niego mawiali, stosunek szczególny. Józio jest moim idolem. Posiadał wybitną niechęć do robienia pieniędzy. Wreszcie raz udało mi się napotkać człowieka, który żył tak, jak pragnął, robił to, co lubił naprawdę, poza tym starał się pracować w miarę, nie był żadnym „stachanowcem”. Przeciwnie, umiał i lubił się wybyczyć w górach czy dolinach, po schroniskach pod wantą, w kolibie czy wreszcie w klubie– pisał o nim we wspomnieniach Malczewski. Na to pozwalają sobie wyłącznie ludzie z natury wielkiego formatu. Oppenheim przybył pod Tatry w 1910 r. z wycieczką krakowskiego AZS-u i po prostu postanowił zostać, a przy okazji został rasowym zakopiańczykiem i człowiekiem gór. Przez lata pełnił funkcję szefa TOPR-u, wyczyniał w górach, głownie zimą, rzeczy nieprawdopodobne. Mieć taką krzepę fizyczną i fest intelekt to jest, bądźmy zgodni, nie lada wyczyn. Jeździł mocarnym Harleyem ze swoją „Rudą”, Wandą Krzeptowską, malarką i artystką, kolejną heroiną tatrzańskiego międzywojnia. Już jesienią, gdy pachniało pierwszym śniegiem, wybywał na Halę Pyszną, gdzie stało regularnie powiększane i wyposażane schronisko na Hali Pysznej, powyżej dzisiejszego schroniska w Dolinie Kościeliskiej, matecznik narciarzy i romantyków. Oppenheim rąbał drewno, przygotowując budynek pod napór gości. Do 1936 roku, gdy schronisko otwarto na cały rok i przydzielono mu gospodarza w osobie narciarza, olimpijczyka i wicemistrza świata w zjazdach narciarskich Stanisława Marusarza, ciągle ktoś włamywał się do środka i kradł. Zwykle byli to przemytnicy i pospolici rabusie. Oppenheim zimą prowadził na Pysznej kursy narciarskie. Wieczorem było picie i harmonia, w gruncie rzeczy dziś jest całkiem podobnie – na pewnym pułapie czas nie ma wpływu na kształt rzeczy, omija góry gdzieś dołem, gdzieś bokiem, subtelnie zakrzywiając czasoprzestrzeń.

Oni wszyscy musieli to czuć. W narciarstwie w tatrzańskiej głuszy idzie o coś znacznie istotniejszego niż adrenalina, bo płynne substancje nie nadążają za opadającymi narządami i wspinają się po ściankach organów w kierunku gardła, przestając pełnić swoje funkcje. Ruszasz w dół, ale czujesz, że to ziemia zapada się albo w najlepszym wypadku otwiera. Szus z Rakoniado Chochołowskiej to pogrzeb idei, kres matematyki euklidesowej. Dla wielu to jedyna szansa, by uwolnić się od myśli i realnie poczuć efekt medytacji. Obraz furkocze i drży, wygląda to jak na tych nagraniach z kabiny pilota, gdy świat zakrzywia się, mimo że grzejemy trawersem wprost na bydlęce cielsko Wołowca. Niewykluczone, że od fizyki i w tym wymiarze nie ma ucieczki i tak zwane poczucie jedności ze światem realizuje się dopiero przy prędkości światła, ponieważ Stwórca uznał, że tyle wystarczy. Taki zjazd pozwala choć ją musnąć, do czego na co dzień nie dopuszcza nas szczelne zbrojenie kości, powięzi i limfy. Zdaje się, że po prostu dusza jest ciut zwinniejsza od ciała pogrążonego w dyfuzji i doświadcza na te chwile wewnętrznej pustki, znając przewrotność fizyki, znoszącej się plus minus z Absolutem.

Co innego artyści.

Ściągali do Zakopanego i w „Morskim Oku” przy Krupówkach oswajali świat, wypijając morze gorzały. Wysuwam wypadkową z licznych wspomnień, pomniejszoną o gadki podejrzanie barwne, i stawiam pi razy oko obiektywną tezę, że międzywojenne Zakopane wyjątkowo sprzyjało piciu wódki. Nie idzie nawet o miłosierne dla kaca powietrze. Pili wszyscy, bo było gdzie, z kim i za co, a po ulicach nie wałęsało się jeszcze zbyt wielu meneli, którzy zawsze przypominają niewygodną prawdę, że picie jednak szkodzi. Było dużo czasu, wiadomości docierały tu umiarkowanie wolno, a przy tym nikt nie żył ze świadomością, że przed czymś ucieka – świadomość ucieczki czyni picie nad wyraz uciążliwym. Józef Oppenheim i jego kompania są na tę opowieść zbyt zaborczy. Między innymi dlatego opowiem o kim innym, o kimś nie tyle zapomnianym, co raczej w ogóle niepoznanym. Otóż do Zakopanego przyjeżdżał wtedy członek Awangardy Krakowskiej, prozaik i krytyk Adam Ważyk. Swoje wspomnienia spisał w potoczystej „Kwestii gustu”. Jest to w zasadzie źródło jedynego opisu człowieka, który miał szansę zapisać się na wieki w dziejach polskiej, a może i światowej literatury. Jego prozę Jan Gondowicz, czołowy współczesny krytyk, zaliczył w magazynie „Książki” w poczet zaginionych arcydzieł obok „Mesjasza” Schulza. Szkoda czasu na poszukiwania jakiejkolwiek fotografii czy listów. Dlatego tym bardziej warto oddać głos w wybranych partiach Ważykowi, z paroma skrótami.

Latem pojechałem do Zakopanego. Znalazłem się w przypadkowo wskazanym pensjonacie. Usadowiono mnie podczas obiadu przy końcu długiego stołu gęsto obsadzonego gośćmi. Naprzeciw mnie siedziała przystojna brunetka o nieregularnych rysach. Nazywałem ją w myślach kurewką portową. Obok niej usiadł mały człowieczek. Górna część jego twarzy przypominała szympansa, ale bardzo sympatycznego, o bystrym i melancholijnym spojrzeniu. Miałem ze sobą powieść Maxa Jacoba. Po drodze na taras zostawiłem ją na stoliku w korytarzu. Kiedy wracałem, zobaczyłem jakiegoś młodego mężczyznę w okularach w grubej rogowej oprawie. Przechodząc, pochylił się nad stolikiem, zawołał zdzwionym głosem „Max Jacob!”, i zniknął w głębi korytarza. W tej scenie było coś teatralnego. Książka porzucona zaskoczyła nieznajomego, mnie jeszcze bardziej zaskoczył jego okrzyk.

Dalej Ważyk opisuje, jak pewien adwokat podsuwa mu lekko zboczone rysunki, pytając o opinię.

Naraz spoza moich pleców wysunął się mały człowieczek o melancholijnym spojrzeniu, to właśnie on rysował te rysunki, nazywał się Bruno Schulz.

Jakiś chłopiec, słysząc nazwisko Ważyka, biegnie na górę i sprowadza na dół drugiego bohatera. Właśnie wtedy Ważyk poznaje Władysława Riffa, dwudziestopięcioletniego prozaika o galaktycznym talencie, tego możemy być pewni – był artystycznym sparingpartnerem Schulza. Idą do pokoju Riffa. Ważyk pyta głupio, czemu Riff wybrał tak chłodny pokój. Riff jest chory na gruźlicę i spędza w Zakopcu okrągły rok. Na ścianie wisi rysunek autorstwa Schulza, oczywiście kobitka i banda samców dokoła. Riff czyta Prousta i Kafkę, którego zachwala. Jest krakowianinem.

Oszołomiony tym spotkaniem, nie pomyślałem, że mam przed sobą człowieka piszącego. Po ochłonięciu, prędzej czy później przyszłoby mi to na myśl, ale Schulz mnie ubiegł, powiedział mi na osobności, że Riff pisze dużą powieść. Zapewnił mnie, że na moją prośbę wyjątkowo zgodzi się odczytać fragment. Później:

Zaskoczyły mnie długie, rozgałęzione zdania, rozumowane, wyzbyte stylistycznych efektów. Była to narracja w pierwszej osobie. Narrator opowiadał o swoim domu z lat szkolnych, o matce, o zjawieniu się sublokatora, któremu matka wynajęła pokój. Obcy człowiek wprowadzony do otoczenia domowego był nową osobowością, z którą narrator oswajał się w przelotnych spotkaniach. Dalej Ważyk rozwodzi się nad tekstem, podsumowując: „Powieść przygód psychicznych” – w ten sposób Riff określał swoje aspiracje. Opisuje ich spotkanie w zakopiańskiej knajpie, podczas którego jako krytyk trochę się mądrzy w odniesieniu do zaprezentowanej prozy. Spostrzegłem, że Riff wylał piwo z kufla, nie mógł opanować drżenia ręki. Zacząłem łagodzić swoją opozycję i żałowałem tej rozmowy.

Przesiadują wieczorami w pokoju Riffa z dwoma znajomymi kobietami, w tym z ową brunetką, panną X, jak nazywa ją Ważyk, częstochowianką, która nie zdradza jakichkolwiek ciągot intelektualnych.Riff ostentacyjnie ją ignoruje. U jej stóp kuli się za to Schulz, parodiując swoje rysunki albo udaje szympansa. Riff zdradza Ważykowi: Kiedyś za protekcją Axentowicza wysłano go do Wiednia z kwotą, która miała mu starczyć na półroczny pobyt, ale Schulz trafił na wymagającą kobietę i wrócił po dwóch tygodniach bez forsy. Któregoś wieczoru Riff zaczepia na korytarzu Ważyka. Poradził mi wesoło, abym zostawił drzwi otwarte, może panna X przyjdzie do mnie na noc. Odpowiedziałem mu tym samym tonem, że na nic podobnego się nie zanosi. To, co usłyszałem od Riffa było do niego niepodobne. Skazany przez chorobę na izolację, traktował nas jak młodych ludzi, którym los pozwolił korzystać z życia. Zauważyłem, że mnie obserwuje. Dokładnie jak sublokator z jego powieści. Człowiek piszący obserwuje ludzi, ale nie powinien się z tym zdradzać. Ważyk prosi Schulza o subtelną interwencję. Miałem wrażenie, że Schulz to dobrze załatwił.

Dalej następuje scena jak z niemego filmu. Ważyk szuka na cmentarzu grobu Mieczysława Szczuki, „genialnego outsidera”, kolejnej gwiazdy międzywojnia, malarza i grafika, grabarz wskazuje mu miejsce na wzgórzu. Riff z panną X zostają na dole. Ważyk idzie pod górę, obraca się i widzi ich w gwałtownej kłótni; schodząc w dół, traci ich z oczu. Gdy spotykają się, tamci zachowują się jakby nigdy nic. Widocznie coś mnie w tym niepokoiło, coś, co się nie zgadzało z moim wyobrażeniem o przypadkowym zetknięciu się tych dwojga ludzi, którzy nie mieli ze sobą nic wspólnego.

Ważyk wyjeżdża i obiecuje Riffowi, że wpadnie w grudniu. Choruje na grypę i rezygnuje z wyjazdu, wysyła mu list. Otrzymuje odpowiedź: List Pana, niestety, nie zastał już Władysława Riffa, który zmarł 25 grudnia.

Czy Riff zdołał przed śmiercią doprowadzić powieść do końca? Wydaje mi się to wątpliwe.

Wiosną myśl o rękopisach Riffa zaczyna Ważyka dręczyć. Jedzie do Zakopanego. Od jednej z kobiet dowiaduje się, że przed śmiercią Riff intensywnie pisał, jakby przeczuwał koniec. Po wigilii upadł w drodze do pokoju, dostał krwotoku, znaleźli go po godzinie, żył jeszcze paręnaście godzin. Polecił przekazać Ważykowi wszystkie rękopisy. Funkcjonariusze wydziału sanitarnego podczas pogrzebu dezynfekują pokój, gdy w domu nie ma bliskich, i palą wszystkie papiery. Po ich spaleniu jego brat Janek popełnia samobójstwo. Chwilę później w Krakowie odwiedza Ważyka Schulz. W południe pojawia się przy bramie, ale wycofuje się. Wieczorem wraca i przyznaje się, że nie miał odwagi wejść i poszedł na pociąg do Drohobycza. Siedzą między świerkami. Schulz mówi, że duchy zmarłych krążą w pobliżu miejsca, gdzie mieszkały. – Teraz, kiedy Riff nie żyje, mogę panu powiedzieć prawdę – odpowiedział Schulz. Panna X stale przyjeżdżała do Riffa, była jego przyjaciółką blisko dwa lata, ukrywała ten związek przed rodziną. Nie mogła przyjeżdżać za często, była młodziutka i lubiła się bawić. Riff wpadał w chorobliwą nieuzasadnioną zazdrość. Chciał z nią zerwać. Podczas pobytu Ważyka dziewczyna próbowała uratować związek. Scena pod cmentarzem była pewnie kluczowa. Panna X nie pojawiła się na pogrzebie.

W kilka miesięcy później miałem sen o Riffie. Spotkałem go na ulicy ni to w Warszawie, ni to w Zakopanem. Cały był owinięty w bandaże, jak człowiek niewidzialny Wellsa. Mówił coś zagadkowego, co powinienem był odszyfrować. – Przecież pan nie żyje – powiedziałem zdziwiony. Potwierdził i bandaż zaczął się rozwijać w powietrzu, ukazując bezcielesną pustkę. Usłyszałem urywany szloch wewnątrz organizmu i obudziłem się zlany potem.

Schulz wysyła mu jeszcze parę listów Riffa z Zakopanego, w których pensjonat przeobraża się w statek, a epistolografia w prawdziwą literaturę.

Parę lat później Schulz przynosi do Ważyka maszynopis. Ważyk namawia go do pokazania „Sklepów cynamonowych” Nałkowskiej. Schulz chorobliwie boi się odrzucenia. W końcu Ważyk wypycha go do Warszawy. Jego proza wysadza w kosmos polską literaturę.

Ten sukces był dla mnie niespodzianką. Sądziłem, że imaginacyjna proza Schulza przejdzie bez echa. Czytając ją w maszynopisie nie mogłem się opędzić od niedorzecznej refleksji, że mam przed sobą namiastkę czegoś, co zaginęło. Pozbyłem się tych natrętnych myśli dopiero przy powtórnej lekturze w wydaniu książkowym.

Czy Schulz odważyłby się pokazać Nałkowskiej „Sklepy”, gdyby nie Ważyk? Gdyby nie Zakopane? Kim była panna X? Gdzie się podziała? Kiedy zmarła? Co pisał Riff? Czy straciliśmy arcydzieło?

Tyle możemy dla tego chłopaka dziś zrobić. Mam dziwne poczucie, że powinien być głównym bohaterem powieści, która zaczynałaby się na Krzyżnem, a ów niesiony w zamieci list miałby wpływ na jego los. Mogłaby nosić tytuł „Pyszna”.

Jak kończy Oppenheim? Czytajcie Malczewskiego albo, wolna wola, Wikipedię.

4

I tak mimowolnie i niepostrzeżenie przeszedłem z dominującego czasu przeszłego dokonanego na regularny teraźniejszy niedokonany, może dlatego że opisuję już wydarzenia za życia naszych dziadków. Ostatnio uczeni dowiedli, że dziedziczymy genetycznie traumy związane z wydarzeniami, w których brali udział nasi przodkowie. Wojna jest wciąż jak cień oddalającego się przedmiotu, którego kraniec zamiast znikać razem z nim, tkwi w tym samym punkcie albo wręcz wydłuża się, bo dzieje się to o zachodzie słońca.

Niemcy wchodzą do Zakopanego 1 września. Trzeba szybko zmienić zawody, funkcje, role. Stanisław Marusarz, szef Pysznej, światowej rangi narciarz, od razu zamienia się w kuriera tatrzańskiego, by przemycać przez góry ludzi i towar. Tworzy się siatka konspiracyjna, szlaki kurierskie i szyfry – pukanie do drzwi w określonym rytmie, obchodzenie budynku po parę razy przed wejściem do środka, hasła. Na przykład to: „Mam do naprawy buty”. Odzew: „Na kiedy?”. Trasa wiedzie przez przełęcze w głównej grani na Słowację, a potem do Budapesztu, gdzie wrze od polskich uchodźców, kopert i walizek z dolcami. Wojna nie zna żadnych kompromisów, długo nie docierało do mnie, że to wszystko działo się też tam, w górze. Skoro kurierzy śmigali przez zbocza Giewontu i Kondratową Przełęcz na południe, to i byli tam Niemcy. Co oni w tych czarnych skórzanych płaszczach chodzili? Trzy błyszczące postacie na upłazie Małołączniaka, które zbliżają się, aż słychać ich wyraźny, nieskrępowany szwargot.

Najwięcej o tym czasie mówi kurierski los Stanisława Marusarza. Był postacią-legendą, człowiekiem-demolką. Przed wojną podczas konkursu skoków kropnął głową w zeskok, złamał obojczyk i poturbował bark, ale nikomu się nie przyznał, bo zbliżały się mistrzostwa świata w Zakopanem. Wbrew kategorycznemu zakazowi lekarza zdjął sobie gips. Na zawodach zajął siódme miejsce w kombinacji norweskiej i piąte miejsce w skokach, co przy okazji dało mu tytuł mistrza Polski. Po wielu udanych akcjach w końcu wpada w ręce gestapo na Słowacji. Jest przesłuchiwany w budynku ich placówki. Po paru dniach decyduje się na coś, na co mógł zdecydować się tylko on. Wartownik stoi przy oknie i bawi się pistoletem. Marusarz ścieli o poranku łóżko. Wartownik każe mu je zostawić. Marusarz odpowiada, że nie lubi bałaganu. Chwyta materac, ile sił w dłoniach, wali go nim w łeb i wyskakuje przez okno. Gdy jego korpus jest już po drugiej stronie, jeden z żołnierzy zdąża jeszcze zadać mu cios nożem w nogę. Załoga rusza w pościg, Marusarz jest już w lesie. Gdy po raz drugi wpada w ręce hitlerowców, od razu zabierają go na tortury do zakopiańskiej willi „Palace” z siedzibą gestapo. Trafia do izby przesłuchań. Naprzeciwko siada wielki Niemiec, Marusarz nie wierzy własnym oczom – naprzeciw niego siedzi kolega z aren sportowych, bokser wagi ciężkiej Paul Nanen, i częstuje go papierosem. Marusarz nie może jednak liczyć na solidarność sportową. Nanen namawia go do kapowania na kolegów, a w końcu leje pięściami i gumowymi pałkami. Marusarz trafia do więzienia przy Montelupich w Krakowie. Nie mięknie i przenoszą go do „celi śmierci”. Gdy Niemcy wywożą kolejne cele na rozstrzelanie, znów postanawia uciec. Całymi nocami wygina nogą od taboretu pręty w oknie, naciągając na okno w ciągu dnia szmaty – Niemcy dla złamania morale podrzucają im zakrwawione ciuchy martwych kolegów. O świcie 2 lipca 1940 roku, gdy dwóch niemieckich wartowników odpala papierosy za rogiem budynku na dziedzińcu, rzuca hasło do ucieczki. W panice rzucają się ci, którzy odmówili z nim współpracy. Robi się bajzel i korek. W oknie utyka człowiek, Marusarz widzi, że blokują go buty schowane w kieszeni, wyjmuje je i przeciska go na drugą stronę. Nie ma czasu już korzystać z uwieszonej liny z prześcieradła. Ląduje prawie jak z telemarkiem. Wspina się przez druty kolczaste i pięciometrowy mur, biegnie ulicą Montelupich, słychać już syreny alarmowe i strzały. Wpada na targ warzywny na Kleparzu, przerażeni ludzie krzyczą, wywracają stragany, dopiero teraz widzi – cały spływa krwią poraniony drutem. Biegnie aleją Słowackiego, nie zna w ogóle Krakowa, więc biegnie, po prostu biegnie, przez Łobzów, na dziedziniec domu oficerskiego, który niestety zajęli gestapowcy, kryje się w parkanie, i biegnie dalej, do Bronowic, do Lasu Wolskiego, aż wypada na łąki pod Kopcem Kościuszki i będąc już na widoku, spostrzega pełno niemieckich żołnierzy. Schyla się i dźwiga leżącą bukową szczapę. Zarzuca ją na plecy i paraduje z nią tuż przed hitlerowcami. Jeden z nich chce go wylegitymować, drugi macha ręką. Marusarz dociera do zabudowań. Jaki silny był to strach, nie potrafi potem opisać. Na drugą stronę Wisły przewozi go wędkarz. Biegnie dalej, na przełaj, nocą, śpi w zbożu i po paru dniach dociera wieczorem do Kościeliska. Obchodzi dom, jest cicho. Wchodzi przez dach do kuchni. Jego ojciec zrywa się z łóżka. „To ja, Staszek” – mówi Marusarz. Ojcu drżą ręce, gdy dotyka jego ran. Zasłaniają okna i zapalają lampę. Matka mdleje.

Gdy Sowieci zapuszczają się w górę Doliny Kościeliskiej (po co, pytam, po co?!), ścigają ich Niemcy i podpalają schronisko na Pysznej. Dziś są tam łąka i las.

5

No i znów kolejny rok nie poszedłem na Pyszną. Na przełęcz Pyszniańską rzecz jasna, na nartach. Od polskiej strony już nie można, to rezerwat ścisły, ale od słowackiej – owszem. Bo praca, bo działka, bo impreza.

Tatry są ciągłym wyrzutem sumienia. Budzą je, gdy nie odwiedzam ich zbyt długo, a zapomnieć o nich nie można, bo tu na Jurze świecą na widnokręgu jak gromnice. W tym sensie jest to relacja czysto międzyludzka, a kto wie, może i coś więcej, bo Tatry przypominają się jakby częściej. Nasilają się, gdy na skrzynce mejlowej torpedują człowieka posty członków KW Kraków. „W piątek po 17 jadę autem do Moka, ktoś się zabiera?”. Poniedziałek: „Dziś na filarze Świnicy dobry warun”. Środa: „W kominie Drege’a sorbet z dużą ilością śniegu”. I tak dalej, bez przerwy, ci sami ludzie, co rusz. Każdą chwilę pielęgnują w Tatrach, które słabo tolerują półśrodki. Albo góry, szanowni państwo, albo rodzina, albo góry, albo życie. Dziś jedynym środowiskiem górskim z prawdziwego zdarzenia są toprowcy, instruktorzy wspinaczki, którzy zresztą już niewiele się wspinają, bo spędzają całe miesiące w schroniskach, ciągnąc po graniach kolejnych kursantów zimowej turystyki wysokogórskiej. Nie ma wśród nich Jan Gwalbert Pawlikowski wielu następców. Na kursie lawinowym podczas wykładu pracowniczki TPN w Moku wywiązała się dyskusja o destrukcji Tatr przez turystykę. Nie wierzyłem, co słyszę. Ani ona, ani instruktorzy nie wierzyli, że można skutecznie limitować ruch w Tatrach, choćby w Morskim Oku. Takich rozwiązań jest na Zachodzie wiele i są niezwykle proste. Niespecjalnie reagowałem, bo było wśród słuchaczy wyjątkowe stężenie wszystkowiedzących, może dlatego, że byli to sami faceci i jedna kobieta – w ciągu dnia paplaniny padło jedyne sensowne pytanie, a jego autorką była właśnie ona.

Od paru lat wychwytuję ten stalowy, szklący wzrok ludzi gór. Jak u R., która stojąc w Dolinie Kobylańskiej na Jurze opowiadała o zawodnym punkcie asekuracyjnym w Dolomitach tak, jakby wspominała upuszczenie łyżki. Jak W., który stojąc w styczniu gdzieś pod Bandziochem Mięgusza opowiadał mi spokojnie i precyzyjnie: „W tamtym tygodniu podchodziliśmy pod niego, napięliśmy śnieg i z drugiej strony wyjechała deska”. Jak najczystszy lód, jak u Witkiewicza, jak u Marusarza, bo od jakiegoś czasu chcę wierzyć, że rzeczywistość odkłada się warstwami na samej tęczówce. Po co tam chodzić? Wspinacze nienawidzą tego pytania, i często odpowiadają „bo są”. Niewzruszone jak sam Stwórca, ale przynajmniej je widać. Dłonie precyzyjnie wiążą prusika i wpinają ekspres, ściana w swym bezgranicznym miłosierdziu przejmuje cały nasz gniew i w którymś momencie dochodzi do ulotnego sojuszu ducha i ciała, w miejsce chaosu wstępuje ład. W tegoroczny styczniowy dzień, po nocy wietrznej i śnieżnej, gdy buda schroniska w Moku skrzypiała jak łódka na falach, wstał suchy i przejrzysty dzień. Słońce nie chciało się wzbić poza precyzyjnie wyrzeźbione szczyty. Można było sobie tylko wyobrażać, jak światło pieści południowe zbocza i spływa nimi na południe, wypełniając równiny Słowacji i Madziarów. Stały niepokojąco ostateczne, symetryczne i szare. Ale na litość, jak wtedy wierzyć, że za Mięguszami są Hińczowe Stawy, czaj z tatranskich bylin i gulasz w Wielickiej? Sprawa staje tu na ostrzu grani – za Mięguszami jest wszystko albo nic.

Górale z innej części świata, górale Rawang spod Himalajów Birmańskich, wierzą, że nie istnieje jedna historia. Edmund Leach, Brytyjczyk, wybitny antropolog i uczeń Bronisława Malinowskiego, zbierał wśród nich relacje z dawnej wojny, w której brało udział kilka klanów. Nie było dziwne to, że każdy z nich przedstawiał swoją, zupełnie inną wersję wydarzeń, lecz to, że nikt nie miał nic przeciwko istnieniu przeciwnej. Jeden z najwyższych statusów miał wśród Rawang bard, którego wynajmowano, żeby za pieniądze przedstawiał wariant opowieści po myśli płacącego. Leach postawił antropologię na głowie – społeczeństw nie można badać jako organizmów statycznych, bo wszystko, co społeczne, też płynie. Szukanie na siłę obiektywnej wersji jest tyleż żmudne, co niepotrzebne, bo to różnice mówią o nas najwięcej. Z Tatrami jest podobnie – pozwalają każdemu wyłuskać dla siebie ich-swoją historię. Zamiast o Oppenheimie mogłem napisać o Zaruskim. Zamiast o Riffie – o Małachowskim. Zamiast o Marusarzu – o jego siostrze Helenie, która miała mniej szczęścia i zginęła z rąk hitlerowców. Są obfite i plastyczne jak islam.

Teraz, gdy to piszę, jest 27 kwietnia 2015 roku. Siedzę w pustym pokoju na Tarasówce ponad Małym Cichem. Spędzałem w nim jako dzieciak całe wakacje, odkąd cokolwiek pamiętam. Rodzice w ramach wczasów pracowniczych dostawali tanie pokoje w miejscowej szkole. Całe dnie siedzieliśmy w lesie na grzybach albo na jagodach. Zawsze po przebudzeniu wychylałem głowę za okno, by sprawdzić, jak je widać. Zanim wszedłem na ich czubki, były rojeniem, ale na wyciagnięcie ręki. Tak zwana prawda spotykała się tam z fikcją i można było na nią nawet wejść okrakiem. Gdzieś już w podróży, gdy niebezpiecznie wyraźniały przed Nowym Targiem, zaczynało walić serducho. Droga do Małego Cichego wiła się jak w kreskówce przez smukły, czarny las. Pachniało drewnem i sieczką. Gdy wracałem, a powietrze koło Pcimia stawało się duszne i ciężkie od spalin, myśli przysłaniała zieleń lasów w Dolinie Tomanowej. Długo, do chwili, gdy zobaczyłem przez lornetkę ludzi na Kościelcu, nie wierzyłem, że można na nie wejść. Dlatego plecak po wakacjach wypełniały nowe albumy i pocztówki, by przygotować nieufny umysł na spotkanie z innym szczepem prawd. Przewodnik Józefa Nyki żółknął pod palcami, aż nauczyłem się go na pamięć, by jako tako zaspokoić wyobraźnię. A może w ogóle nie powinienem iść na Pyszną? Wszak spotkanie z rzeczywistością jest zawsze rozczarowaniem, tylko z tego względu, że obraca się we wspomnienie.

Siedzę na tarasie i patrzę na Tatry. Zbocza nad wsią, kiedyś zalesione, szpecą brązowe placki wyrębów, które podchodzą już pod Gęsią Szyję. Wytną wszystko – czy ktoś to w ogóle kontroluje? Jest cicho i słonecznie. Śnieg na szczytach jest już żółty, jakby nasiąkł światłem. Niżej jest już wiosna, która potrwa z dwa tygodnie, bo zaraz uderzy lato. Od paru lat nie ma zimy, jest sucho i przyroda nie wybucha. Śnieg jest tylko tam, na widnokręgu. W ten sposób Tatry zaspakajają kolejną tęsknotę. Jesienią zawsze przyjeżdżam tu na rydze. Dziesięć kilo w dwie godziny. Na Jurze to już niemożliwe. Tatry poza sezonem są jednym z ostatnich miejsc, które dają szansę na odosobnienie. Czasem, by to uczucie zintensyfikować, rozbijam zimą biwak na grani, najchętniej w dzień powszedni, by delektować się nią, gdy świat u stóp drga w padaczce świateł w jakimś koniecznym strachu przed zwolnieniem. Człowiek przewraca się z boku na bok, śnieg chrupie pod karimatą, para rozbija się o namiot. Wtedy wyraźnie czuć, że pośpiech nie jest w naszym ciele punktem, a wypełnia go, płynie, i człowiek zaczyna wierzyć, że zastrzyk takiej ciszy usypia go na zawsze, kapituluje, ale to tylko złudzenie. O zmierzchu poszarpany upłaz Starorobociańskiego wygląda z grani Ornaka jednoznacznie martwo i z miejsca przywołuje obrazy tych wszystkich odkrywanych egzoplanet i ich górskich pasm, Kepler 62s albo Gliese 163c, jak na wizualizacjach NASA – nic tylko światło, pył i wiatr po horyzont pod obcym niebem, aż myśl o istnieniu świata bez ludzi staje się zwyczajnie nie do zniesienia.

W styczniu szedłem na nartach na Gęsią Szyję, by potem zjechać do schroniska w Roztoce. Śnieg był niebieski, a gdzieś w żlebach Gerlacha wpadał w kobalt, zupełnie zlewając się z niebem. Człowiek wyłącza radio, zamyka auto, rusza w las, zaciąga się tym powietrzem i każdy ludzki umysł znów zaczyna krzesać jak opiłki myśli, które oczywiście wydają mu się genialne. Na szczycie nie było nikogo. Zbocza Waksmundu błyszczały jak cyna. Usłyszałem ludzkie głosy. Zbliżały się od strony Murowańca, to kawał drogi. Nagle zaczęli wyłaniać się z lasu. Ubrani w miejskie, flauszowe płaszcze i skórzane buty za kostkę zebrali się na szczycie jak kruki na dachu. Spoceni, umordowani, para biła od nich jak od wiejskich chłopaków po północy na wiejskim weselu, gdy w zimną jesienną noc wychodzą w koszulach na dwór. Ale ci byli inni, zupełnie niedzisiejsi, jacyś pełni ogłady, bo choć dosyć głośni, to bez tych typowych współczesnym nieskrępowanych bluzgów. Pomyślałem – tak, chłopaki z seminarium. Tym bardziej, że gdzieś z tyłu dokuśtykał do nich ksiądz. Gdy doszedł ostatni z grupy, spóźniony i zziajany, ściśnięci na wierchu odśpiewali mu piosenkę. Pierwszy raz ją słyszałem. Za nic nie potrafię jej odtworzyć w głowie, znaleźć w necie jakiś trop. Ładna była. Coś o powitaniu, a może o pożegnaniu? Serce, na pewno było tam serce. A diabli wiedzą, może i Bóg jakiś? Trzeba było zabrać dyktafon. Chciałem być sam, ale zupełnie mi nie przeszkadzali. Jak twierdzą znacznie mądrzejsi, odosobnienie jest zbawienne o tyle, o ile jest zbawienne dla innych. A może to byli śpiewacy operowi.


Psiklatka1

Ludziom skał

Teraz to już, ojciec, zmierzcha,
A ja wiszę jak gibon na tym czubku,
Który czarny pan w nienawiści do alpinistów
Wysmarował łajnem krów,
Których nie ma.

Teraz to już, ojciec, zmierzcha,
A naskórek horyzontu pruje się w bord,
Odsłaniając pochyłe wnętrze nieba.
Dlatego jeszcze nie zjeżdżam,
Dotykam dłońmi zimnej skały,
I oddaję jej swoje:

Nocą będzie kląć, sapać,
Kopać w pudła, rzucać talerzami,
Cierpieć na bruksizm, ryczeć, wychodzić,
Mocno trzaskać lasem.

Andrzej Muszyński
Krzykawa, 17.07.2014 r.

Przypis

  1. Popularna nazwa jednej z grup skał na Jurze

Komuna Warszawska czy Rzeczpospolita Partycypacyjna? Komitet Obywatelski miasta Warszawy, sierpień 1914 – sierpień 1915

Komuny, komitety, rady

Chodzi o regularne pojawianie się w toku rewolucji nowej formy władzy, która do złudzenia przypomina jeffersonowski system okręgów i bez względu na okoliczności wydaje się powtarzać wzór stowarzyszeń rewolucyjnych i rad municypalnych, które rozprzestrzeniły się w całej Francji po 1789 roku.

Hannah Arendt

Nieprzypadkowo w tytule odwołuję się do Komuny Paryskiej, choć zapewne łatwo będzie udowodnić, że więcej jest różnic niż podobieństw między tymi formami samoorganizacji miast stołecznych. Powstały w innych warunkach, organizowane były przez inne grupy społeczne, odwoływały się do zupełnie innej ideologii, inaczej były tworzone. A jednak jestem głęboko przekonany, że ta paralela ma swoje uzasadnienie. Co więcej, sądzę, że właśnie to porównanie samoorganizacji zrewolucjonizowanego Paryża i antyrewolucyjnej Warszawy wiele mówi o istocie oddolnych działań społecznych. Nie jest moim celem porównywanie tych historii, ale chciałem na to możliwe porównanie zwrócić uwagę. Również ramkay z Hannah Arendt, które pojawiają się przy poszczególnych częściach, mogą do takich zestawień – mam nadzieję – zachęcać. Traktuję tu bowiem komuny, komitety i rady jako różne nazwy tej samej, federalistycznej z natury, formy samoorganizacji, która jest organiczna (tzn. jest emanacją oddolnej aktywności, a nie odgórnych rozwiązań), spontaniczna (tzn. nie jest narzucona) i powstaje jako uzupełnienie – przynajmniej przez pewien czas – oficjalnych struktur (dwuwładza). To formy radykalnej partycypacji, a ci, którzy byli świadkami funkcjonowania rad, często zgadzali się ze sobą przynajmniej co do tego, że rewolucja dała początek odrodzenia demokracji bezpośredniej (Arendt, s. 266).

Zmowa powszechna przeciwko rządowi, czyli prawdziwy samorząd

W przeciwieństwie do rozumu, władza człowieka jest „nieśmiała i ostrożna, gdy pozostaje w osamotnieniu”, lecz po prostu nie istnieje, jeśli nie może się wesprzeć na innych; najpotężniejszy król i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów tyran są bezradni, jeśli nikt ich nie słucha, czyli nie wspiera ich przez posłuszeństwo – w polityce bowiem posłuszeństwo i wsparcie to jedno i to samo.

H. Arendt

Ideowych inspiracji działania komitetów obywatelskich szukać trzeba chyba w efektach i echach rewolucji 1905 roku. Dla wielu było to kolejne powstanie, dla wielu jednak było też ostrzeżeniem przed nadchodzącą rewolucją socjalną. Jednak społeczeństwo polskie, stłamszone po powstaniu styczniowym, odżyło, a ustępstwa porewolucyjne dawały szanse na nowe formy organizacyjne. Powstawały różnego rodzaju inicjatywy – towarzystwa, spółdzielnie. Ich tworzenie nabierało nowego znaczenia w kontekście pewnej strategii, która choć nierealizowana w pełni, zdobyła umysły i serca wielu Polaków.

Chodziło o broszurę Edwarda Abramowskiego „Zmowa powszechna przeciw rządowi”, która pokazywała sposób walki: Dopóki nie mamy jeszcze siły, by go wypędzić, musimy pod przymusem płacić podatki i stawać do wojska. Ale dobrowolnie pomiędzy nami i rządem rosyjskim nie powinno być nic wspólnego. Nie będziemy odtąd korzystać z żadnych jego praw ani sądów, ani ze szkół, ani z policji; nie będziemy odtąd przyjmować żadnej służby rządowej ani pomagać przy dostawach dla wojska, ani kupować rządowych papierów i wódki. Żadnej łączności z najeźdźcami, żadnego zbliżenia się! […] Za pomocą zmowy powszechnej uczynimy rządowi carskiemu życie ciężkie, trudne, nieznośne w Polsce; wprowadzać go będziemy w nieustanne kłopoty, w rozprzężenie, w zastój wszystkich robót. Ale to nie jest jedyna korzyść zmowy. Jest jeszcze druga, niemniej ważna. Zerwaliśmy stosunki z rządem – będziemy musieli zacząć sami tworzyć swoje życie społeczne; będziemy musieli uczyć się żyć jako ludzie wolni, którzy obchodzą się bez pomocy rządu. I to będzie korzyść dla nas samych. […] Tym sposobem walka nasza z rządem będzie to walka twórcza; będzie to zarazem tworzenie przez nas nowego życia społecznego, życia ludzi wolnych; będzie to stopniowe, lecz ciągłe budowanie tej Rzeczypospolitej ludowej polskiej, której tak pragniemy, a która przez nikogo nam dana nie będzie, dopóki my jej sami nie stworzymy.

Abramowski wzywał do zakładania m.in. szkół, straży ochronnych, towarzystw wzajemnych, sądów rozjemczych – wszystko to później zrealizują Komitety Obywatelskie. Namawiał do budowania – sięgnijmy po pojęcie z czasów stanu wojennego – społeczeństwa podziemnego, które, o ile może, działa legalnie, ale za tą działalnością kryją się dodatkowe cele, inne znaczenia.

Najbardziej niewinne z punktu widzenia władzy były organizacje kulturalne (np. śpiewacze) czy sportowe, ale i tu pod przykrywką sportu tkwiła myśl głębsza, jeśli ręka w rękę z ćwiczeniami i zawodami fizycznymi szła idea niepodległości i oświaty narodowej (Księga Pamiątkowa, s. 44). Idea bojkotu szkoły – w 1905 r. odbył się długotrwały strajk szkolny – doprowadziła m.in. do powstania Polskiej Macierzy Szkolnej, a wezwanie do samodzielności ekonomicznej spowodowało duże poparcie dla idei spółdzielczości, tak że w przeddzień wojny istniały już 1402 „stowarzyszenia współdzielcze” z ponad 680 tysiącami członków. A mówimy tu tylko o organizacjach jawnych, rejestrowanych przez państwo zaborcze. Tak oto przed rokiem 1914 społeczeństwo przygotowane było mentalnie (potrafiło sobie to wyobrazić jako ideę) i organizacyjnie, żeby sięgnąć po władzę.

Rola organizacji, czyli zorganizowane społeczeństwo

Spośród wszystkich aspektów konfliktu pomiędzy stowarzyszeniami a rządem, decydującym – co ciekawe – okazał się ostatecznie ten, że stowarzyszenia nie miały charakteru partii.

H. Arendt

Różne były sposoby powstawania Komitetów Obywatelskich. Wiele wskazuje na to, że przede wszystkim były to inicjatywy straży obywatelskich. W Warszawie już 28 lipca 1914 r. planowano stworzenie Straży Obywatelskiej, która by na wypadek opuszczenia Warszawy przez Rosjan stała się polską władzą wykonawczą, mogącą zapewnić stolicy spokój i bezpieczeństwo. Dwie były organizacje, przy których pomocy plan powyższy mógł być urzeczywistniony: Koło Prawników Polskich, którego prezesem był Leon Supiński, i związek towarzystw gimnastycznych ze śp. adwokatem Stanisławem Popowskim na czele (Kroński, s. 5).

Z kolei zebrani dnia 30 lipca roku 1914 w Dąbrowie delegaci miejscowych gniazd sokolich postanowili zająć się utworzeniem w każdej miejscowości straży obywatelskiej. […] władze opuściły Zagłębie Dąbrowskie w nocy dnia 31 lipca roku 1914, już rano dnia 1 sierpnia ludność miejscowa w całym Zagłębiu Dąbrowskim ujrzała na ulicach uzbrojonych w rewolwery i broń myśliwską członków straży obywatelskich i straży ogniowych z odznakami w postaci białych przepasek na lewym ramieniu z różnymi naszyciami koloru niebieskiego zależnie od sprawowanej władzy (Srokowski, s. 144). Na tworzenie komitetu – pisali twórcy KO w Płocku – drogą wyborów nie ma czasu, wobec tego niżej podpisani zawiązali Komitet, który zaproszony do współdziałania instytucji Straży Ogniowej i Towarzystwa Wioślarskiego (w celu utworzenia milicji miejskiej) objął przede wszystkim nadzór nad więzieniem, kasą miejską – i czuwać będzie nad utrzymaniem porządku w mieście. W ostatecznym składzie komitetu znaleźli się m.in. dyrektor Wzajemnego Kredytu, dyrektor Syndykatu Rolniczego, prezes Płockiego Związku Towarzystw Drobnego Kredytu, dyrektor Towarzystwa Kredytowego Miejskiego, dyrektor stowarzyszenia „Zgoda”, przewodniczący Zarządu Kasy Chorych. W Milanówku Komitet Obywatelski powstał na zebraniu przedstawicieli miejscowych organizacji społecznych, a mianowicie: Tow. Straży Ogniowej, Tow. Letniczego Milanowskiego, Tow. opieki na rodzinami rezerwistów, Tow. Spółdzielczego „Społem”, Komitetu Budowy Kościoła w Milanówku (Krasnodębski).

Rola organizacji społecznych była więc w tym wypadku ogromna. Podobnie było i w Warszawie. Nie dość, że w skład Komitetu weszli zasłużeni działacze społeczni – przewodniczącym został Zdzisław hr. Lubomirski (m.in. były prezes Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności i prezes Towarzystwa Popierania Pracy Społecznej), a zastępcą Piotr Drzewiecki (prezes Towarzystwa Wyższych Kursów Naukowych) – to wsparcia udzieliły mu wszystkie znaczące organizacje. Były wśród nich m.in. Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie – korporacja tak liczna, jak wioślarska, dostarczy kadry gotowe do pracy we wszystkich sekcjach, na które Komitet Obywatelski podzielił swoje prace; Towarzystwo Cyklistów – zaoferowało do dyspozycji sekcji informacyjno-prasowej swoje pogotowie cyklistów; Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy, Stowarzyszenie Nauczycielstwa Polskiego, Towarzystwo Ochrony Kobiet i Stowarzyszenie Kobiet Polskich (Achmatowicz, s. 187). Dodajmy jeszcze Warszawskie Towarzystwo Farmaceutyczne, które oddało do dyspozycji lokal przy ul. Długiej 16 na skład środków opatrunkowych i najpotrzebniejszych lekarstw, oraz przyjęło obowiązek zbierania ofiar w zakresie artykułów leczniczych oraz środków materialnych. Członkowie Związku Rzemieślników Chrześcijańskich zaciągnęli się do służby Straży Obywatelskiej lub do Sekcji sanitarnej, której oddziały pracowały na dworcach kolejowych i w Szpitalu Wojskowo-Ujazdowskim, pełniąc dyżury, w przeciągu trzech miesięcy bez przerwy dniem i nocą. Z kolei Dolina Szwajcarska otworzyła szeroko swe podwoje dla bezdomnych zbiegów. Około tysiąca Kaliszan znalazło przytułek i opiekę w gościnnych murach Tow. Łyżwiarskiego (za: Księga 1928).

Dodatkowo całemu ruchowi komitetów obywatelskich patronowało (ale też w pewnym stopniu stanowiło kościec organizacyjny) Centralne Towarzystwo Rolnicze, skupiające całe społecznie czynne ziemiaństwo polskie (około 2000 członków) oraz ogromną większość uspołecznionego włościaństwa (około 20 000 członków kółek) (Grabski, s. 2).

Zarys historii komuny, czyli kilka dat i faktów

Zobaczyli teraz na własne oczy raptowny rozpad starej władzy i nagłą utratę kontroli nad środkami przemocy, połączone z zadziwiającym tworzeniem się nowej struktury władzy zawdzięczającej istnienie niczemu innemu jak organizacyjnym impulsom samego ludu.

H. Arendt

1 sierpnia 1914 r. w mieszkaniu prezesa Towarzystwa Czetwertyńskiego na zebraniu działaczy społecznych i przedstawicieli instytucji (Sprawozdanie, cz. I, s. 7) zapadła decyzja o powołaniu Komitetu Obywatelskiego. Przedstawiony generał-gubernatorowi wniosek zakładał działanie komitetu w porozumieniu z magistratem miasta Warszawy (zarząd miasta nominowany przez administrację carską) w obszarze dowozu i zabezpieczenia prawidłowego rozdziału artykułów pierwszej potrzeby, uruchomienia środków finansowych, wyszukiwania pracy dla osób bez środków do życia oraz organizacji pomocy dla rodzin rezerwistów, a także sprawy bezpieczeństwa publicznego. 3 sierpnia generał-gubernator zatwierdził proponowany skład Komitetu z ks. Lubomirskim na czele, jednak umiejscowił Komitet „przy magistracie” i wykreślił punkt o bezpieczeństwie publicznym.

Organizacje społeczne zgłaszały swój akces do pracy w poszczególnych sekcjach. 4 sierpnia Komitet wydał pierwszy komunikat, w którym określił swoją strukturę i podział na sekcje – ogólną, aprowizacyjną, informacyjną, pomocy rodzinom rezerwistów, finansową, sanitarną, znajdowania pracy dla bezrobotnych i prawną. Komitet szybko rozwijał działalność, np. 6 sierpnia sekcja żywnościowa urządziła własne sklepy dla sprzedaży produktów spożywczych (Dębicki, s. 290). Na spotkaniu obywateli Pragi powstał oddzielny Praski Komitet Obywatelski w przewidywaniu tej ewentualności, że Wisła mogłaby tworzyć linię bojową pomiędzy walczącymi armiami (Grabski, s. 32). 7 sierpnia ustanowiono „opiekunów domowych”, 13 sierpnia – KO zorganizował „wykłady dla sanitariuszek”. 23 sierpnia, w wyniku napływu do Warszawy bezdomnych z Kalisza, Piotrkowa i Płocka oraz konieczności roztoczenia nad nimi specjalnej opieki, powstała odpowiednia Sekcja KO. 13 października w związku z możliwością opuszczenia miasta przez Rosjan uformowała się milicja obywatelska, 2 grudnia powstała pierwsza „herbaciarnia dla inteligencji”, 20 lutego pojawiły się „kuchnie ruchome” (Dębicki, s. 292).

Zwiększenie się liczby Sekcji, wypływające ze zwiększenia i zróżniczkowania objętych przez Komitet Obywatelski prac, postawiło na porządku dziennym sprawę ujednostajnienia, usystematyzowania i skoordynowania działalności poszczególnych Sekcji, które dotąd pozostawały pomiędzy sobą w dość luźnym stosunku (Sprawozdanie, cz. I, s. 9). Nowa struktura, która zaczęła obowiązywać od 1 maja 1915 r., kierowana była przez Prezydium, składające się z przewodniczącego, wiceprzewodniczącego, sekretarza i skarbnika, oraz przewodniczących Wydziałów. Wydziały były cztery (spraw ogólnych, dobroczynności, pomocy dla ludności i finansowo-gospodarczy) i koordynowały prace przypisanych im sekcji i komisji.

Rok po rozpoczęciu wojny front zbliżył się do Warszawy. 26 lipca 1915 r. Komitet Obywatelski m. Warszawy po raz kolejny przystąpił do kompletowania straży obywatelskiej, 27 lipca przejął straż ogniową, utworzył wydział spraw miejskich i mianował kuratorów do roztoczenia opieki nad gmachami mieszczącymi zbiory oraz instytucje naukowe i artystyczne. 5 sierpnia w opuszczonej przez Rosjan Warszawie ukazało się obwieszczenie Komitetu Obywatelskiego. Niemcy usankcjonowali rządy Komitetu, mianując prezydentem m. Warszawy Zdzisława ks. Lubomirskiego, przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego m. Warszawy (został on też nowym przewodniczącym Centralnego Komitetu Obywatelskiego). Władza obywatelska przejmowała coraz więcej zadań. Straż Obywatelska pilnowała porządku w mieście, Komisja więzienna uwolniła 40 więźniów politycznych, rozpoczął pracę Trybunał obywatelski, powołano 15 sądów pokoju, powstał Wydział Oświecenia.

Komitet Obywatelski z jednej strony przejął pełną odpowiedzialność za miasto, z drugiej musiał się zmierzyć z problemami uciążliwej okupacji niemieckiej. Przyniosło to wiele sukcesów, od symbolicznych (przywrócenie Syrenki jako godła miasta i uznanie stołeczności Warszawy) do konkretnych (budowa polskiego szkolnictwa z otworzeniem działalności Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki Warszawskiej), ale też powodowało liczne trudności. Wynikały one z naprawdę trudnej (głodowej) sytuacji ekonomicznej oraz z niedogodności okupacji. Przytoczmy ramka dotyczący Straży Obywatelskiej: Niektóre czynności wykonawcze S. O. nie mogły nie wywoływać odrazy w społeczeństwie, jak na przykład dokonywanie rekwizycji z rozkazu i na rzecz wojska niemieckiego. Ile taktu, spokoju i opanowania wymagała chociażby taka rekwizycja koni lub przedmiotów mosiężnych, jako to klamek u drzwi, naczyń kuchennych itp. Ludzie, dotknięci taką rekwizycją, nie zawsze zdawali sobie sprawę, z jak ciężkim sercem członkowie Straży wykonywali polecenia władz okupacyjnych, aby w ten sposób uchronić społeczeństwo od stokroć gorszej rzeczy – od dokonywania rekwizycji bezpośrednio przez Niemców (Kroński, s. 21).

Po rozwiązaniu wszystkich innych Komitetów tylko warszawski przetrwał, powoli przekazując środki i działania Zarządowi Miasta, który organizacyjnie i personalnie z Komitetem był już zespolony. Przygotował też propozycję ordynacji wyborczej do samorządu Warszawy, ale wypracowany projekt nie odpowiadał zamiarom okupantów, którzy uznali go za zbyt radykalny i pod pretekstem niedostarczenia im tego projektu w należnym terminie rozwiązali K.O. m W. dnia 10 maja 1916 roku, a więc przedtem nim powstała Rada Miejska […] Dzięki poprzedniemu przelaniu funkcji wykonawczych na zarząd Miasta, zamknięcie Komitetu nie stanowiło już katastrofy (Grabski, s. 137).

Przytoczmy niektóre z dokonań Komitetu Obywatelskiego miasta Warszawy w pierwszym roku działalności:

  • Sekcja Ogólna (główna władza Komitetu – patrz dalej) – 187 posiedzeń pełnych i 103 zebrania prezydium,
  • Sekcja Finansowa – ogółem wpływy: 1 842 404,52 rubli (w tym prawie 700 000 z darowizn),
  • Sekcja Żywnościowa – 68 sklepów we wszystkich dzielnicach, w których sprzedano ponad 5 tys. ton produktów za ponad 6 mln rubli,
  • Komisja Rozdawnictwa – wydała m.in. 907 247 porcji żywnościowych, 908 165 bochenków chleba, 1 928 891 obiadów i 13 297 bonów na mleko […] Dzięki tak zorganizowanej pomocy nie było, pomimo klęsk i nędzy ogólnej, wypadków śmierci głodowej w Warszawie,
  • Sekcja Bezdomnych Chrześcijan dała przytułek 57 946 osobom, a Sekcja Bezdomnych Żydów udzieliła 636 411 noclegów,
  • Komisja Opieki nad Dziećmi – dzięki jej pracy m.in. w czterdziestu zakładach sekcji znalazło przytułek przeszło 4000 dzieci.

Takich liczb w „Krótkim zarysie działalności Komitetu Obywatelskiego m. Warszawy za czas od 1 sierpnia 1914 r. do 5 sierpnia 1915 r.” znajdziemy znacznie więcej.

Neutralność i apolityczność

Co bowiem było w radach istotne, to oczywiście nie tylko fakt, że przecinały one wszystkie linie partyjne i że zasiadali w nich wspólnie członkowie różnych partii, lecz to, że takie członkostwo partyjne nie odgrywało tam żadnej roli.

H. Arendt

Czy warszawskiemu Komitetowi Obywatelskiemu należy się palma pierwszeństwa? Nie ma w tej kwestii pewności. Można uznać, że wydarzenia w Dąbrowie Górniczej czy Płocku oznaczały wcześniejsze przejęcie władzy przez zorganizowanych obywateli. Jednak, jak twierdzi Aleksander Achmatowicz, były to w pierwszym momencie działania doraźne, natomiast w Warszawie stworzono nową jakość w życiu publicznym Polaków w Królestwie o charakterze politycznym i trwałym – była to regulacja co najmniej na cały okres wojny (Achmatowicz, s. 186).

Jak to się stało, że te oddolnie tworzone organy samorządu, właściwie prawnie nieumocowane (jakieś komitety przy Magistracie), po pierwsze uzyskały akceptację Rosji, a po drugie potrafiły przetrwać zmianę władzy? Co prawda państwa osi zlikwidowały w październiku Centralny Komitet i lokalne komitety obywatelskie (poza Warszawą), co jednak oznacza, że:

  1. na obszarach zajętych w sierpniu 1915 r. sprawowały one swoją funkcję przez dwa kluczowe miesiące (a na terenach zajętych wcześniej nawet ponad rok),
  2. większość członków stała się członkami nowo wybranych rad, a działalność ratunkowa prowadzona była przez rady opiekuńcze (z Radą Główną Opiekuńczą) kontynuujące prace komitetów na terenach zajętych przez Niemców, a na terenach zajętych przez Austro-Węgry – przez komitety ratunkowe (z Głównym Komitetem Ratunkowym w Lublinie).

Można różnie oceniać tę działalność, ale nie powinno się jej nie doceniać. O sukcesie, moim zdaniem, zadecydowały dwie zasady – neutralności i apolityczności. Czy komitety obywatelskie (szczególnie te powstające i działające pod administracją rosyjską) mogły zachować neutralność przy zabieganiu o środki u rządu w Moskwie, uzgadniając swoje decyzje z carskimi urzędnikami? Tu zacytujmy informację Kazimierza Srokowskiego, który organizował straż obywatelską w Zagłębiu Dąbrowskim już 30 lipca i tak definiował niezależność: Na dwa dni przed wejściem do Zagłębia Dąbrowskiego pierwszych patroli pruskich wstrzymany został ruch na miejscowych kolejach żelaznych. Zdążyła jeszcze przybyć do mnie sztafeta sokolska od prezesa naszego Związku z zawiadomieniem, że Sokolstwo w Królestwie Polskim w przewidywanej wojnie stoi na stanowisku neutralnym […] Zawiadomienie powyższe było dla mnie rozkazem (Srokowski, s. 154). Podkreśla on również, na pochwałę wojsk niemieckich, że nie żądały one nigdy ani od miejscowych władz obywatelskich, ani od ludności takich usług, które wkraczały w dziedzinę działań wojskowych (s. 183). Pamiętajmy, że w czasie wojny łatwo było być posądzonym o sprzyjanie wrogowi (Srokowski był o to oskarżony i spędził sporo czasu w więzieniu i na wygnaniu) lub zdradę, a kary były wysokie. Nie dziwią tu zapisane w pamiętniku słowa żony przewodniczącego warszawskiego Komitetu Obywatelskiego, który zdecydował się zostać z Komitetem, a nie wycofać z wojskami rosyjskimi: Już skompromitowany wobec Prusaków Zdziś pozostaje w Warszawie dla sprawy polskiej, poświęca się, […] ale niech mu się tu noga pośliznie […] a będzie wisiał, gdy Rosjanie powrócą (Pamiętnik, s. 206). Tak oto zasada neutralności oznaczała, że wszelka działalność, mająca na celu popieranie lub przeszkadzanie przez straże obywatelskie, jako takie, czy to zarządzeniom władz wojskowym, jako stron wojujących, czy to działalności jakichkolwiek stronnictw politycznych, była surowo wzbroniona (Srokowski, s. 145).

Ostatnia część ramkau dotyczy już apolityczności. Wiele osób wskazuje na ogromny udział osób związanych ze Stronnictwem Narodowo-Demokratycznym i Stronnictwem Polityki Realnej w składzie komitetów. Ale wydaje się, że i w deklaracjach, i w działaniu zachowali oni neutralność polityczną. Tak to później opisywano: [w] myśl jednak założeń zasadniczych, które przyświecały przy tworzeniu C.K.O. [mowa tu o Centralnym Komitecie Obywatelskim, ale dotyczyło to wszystkich komitetów – przyp. P. F.] w kraju, nie mógł się on bynajmniej ograniczać do roli czynnika ratunkowego, lecz miał być i był również czynnikiem konstrukcyjnym w sprawie odbudowy samodzielności państwowej Polski. Z góry wyłączone przy tym było traktowanie przez C.K.O. tej sprawy ze stanowiska politycznego, gdyż C.K.O. nigdy nie sięgał po rolę reprezentacji politycznej. Dlatego też, we wszystkich związanych z państwowością polską sprawach, które, jako sporne ze stanowiska polityki polskiej, wymagały opinii stronnictw politycznych, a często wywoływały wzajemną ich walkę, C.K.O. trzymał się zupełnie na uboczu. Natomiast wszędzie, gdzie sprawy, tyczące się państwowości polskiej, miały cechy bezspornych postulatów interesu narodowego, C.K.O. występował czynnie z własną inicjatywą i pracą (Centralny… 1919, s. 210). Komitet Obywatelski miasta Warszawy obejmował pomocą wszystkich mieszkańców i przyjezdnych – niezależne, choć finansowane przez komitet działania samopomocowe prowadził Robotniczy Komitet Gospodarczy, obok Sekcji Bezdomnych Chrześcijan działała Sekcja Bezdomnych Żydów, zaś skład Komitetu na jesieni 1915 r. powiększono w drodze kooptacji o sześciu przedstawicieli klasy robotniczej i jej ugrupowań, w tym o Ludwika Krzywickiego.

Niezależność, czyli dwuwładza

Albowiem wolność polityczna, mówiąc ogólnie, albo oznacza prawo do „uczestnictwa w rządzeniu”, albo nie oznacza nic.

H. Arendt

Czym więc był Komitet Obywatelski? Jedynie uzupełnieniem biurokratycznego Zarządu Miejskiego o „pierwiastek społeczny”, powołanym do realizacji bardzo ograniczonych celów ratowniczych? Formalnie tak, w rzeczywistości zaś:

  1. ramy kompetencyjne rozszerzane były w praktyce przez pojawiające się potrzeby i celową działalność osób zaangażowanych w prace Komitetu,
  2. ciało doradcze w istocie było ciałem decyzyjnym.

Tak to tłumaczy Grabski: Nadanie przez władze Komitetowi charakteru urzędowego, przez powiązanie go z Magistratem i poddanie pod przewodnictwo prezydenta miasta, miało strony dodatnie, ponieważ ułatwiało zabiegi wymagające współdziałania i sankcji władz, z drugiej jednak strony krępowało poniekąd samodzielność Komitetu, jako organu wyłonionego ze społeczeństwa. Wyjście z tej sytuacji znaleziono analogicznie do tego, z jakiego skorzystał C.K.O. Wytworzono więc Sekcję Ogólną, w skład której weszli wyłącznie członkowie obywatele, a która stanowiła właściwy, chociaż nieurzędowy Komitet, to jest organ naczelny, kierujący całą społeczną robotą organizacji Komitetowych i mający na czele Prezydium […] Oficjalnie zaś, tj. wobec władz, Komitetem było to samo grono osób, zbierające się na tak zwanych Plenarnych Posiedzeniach pod przewodnictwem prezydenta miasta, Rosjanina, z udziałem jeszcze innych osób urzędowych (Grabski, s. 31). Działało to tak, że propozycje uzgodnione w Sekcji Ogólnej były przedstawiane na sesji Plenarnej do akceptacji czynników administracyjnych, a wiele działań odbywało się poza obszarem decyzyjnym Magistratu – to Magistrat dokładał się do budżetu Komitetu Obywatelskiego w działaniach, do których udało się przekonać administrację na Plenarnych Posiedzeniach.

Ta dwuwładza – posiadająca umocowanie prawne, ale brak społecznego poparcia, administracja magistratu oraz aktywna, oparta na społecznym zaangażowaniu administracja Komitetu Obywatelskiego – pozwalała na niezależne działania. Chociażby na emisję własnych pieniędzy zastępczych – w Warszawie do tego nie doszło, ale w wielu miejscowościach brak drobnych powodował konieczność wypuszczania bonów poręczonych przez Komitety. Zdarzały się i takie sytuacje, jak ta, gdy 7 stycznia 1915 r. warszawska izba skarbowa przystąpiła, wbrew decyzji rady ministrów, do egzekwowania zaległych podatków (komitety, choć nie było to zasadą, organizowały zbiórkę podatków, a także różnego rodzaju opłat), a po odejściu Rosjan K.O. m. Warszawy wypuścił, po sprawdzeniu, 40 więźniów politycznych. Po wejściu Niemców Komitet stał się w pełni samodzielny, ale konieczność lawirowania między potrzebami mieszkańców a narzucanymi prze okupanta ciężarami stwarzała problemy i powoli obniżała ogromne poparcie społeczne dla tej formy władzy obywatelskiej.

Partycypacja, czyli demokracja uczestnicząca

Taka zaś auto-selekcja, daleka od arbitralnej dyskryminacji, stworzyłaby w istocie podstawę i urzeczywistnienie jednej z najważniejszych swobód negatywnych, jakimi cieszymy się od schyłku starożytności, a mianowicie – wolności od polityki.

H. Arendt

To, jak powstawały komitety, jest rzeczą ważną. Przytoczyłem wcześniej ramka, gdzie napisano, że w Płocku na wybory czasu nie było. Co więcej, jak czytamy w sprawozdaniu C.K.O., nigdzie Komitety Obywatelskie nie powstawały drogą wyborów, a nigdzie nie było sporu o to, kto ma pełnić obowiązki (za: Achmatowicz, s. 317). Zasada była prosta – do pracy stawały osoby, które swoim doświadczeniem (udział w organizacjach społecznych) gwarantowały umiejętność organizacji zadań, a z drugiej strony miały możliwość poświęcenia się pracy społecznej. W końcu praca była intensywną, wydatną, a przy tym kontentowano się małym wynagrodzeniem, często nawet pracowano darmo (Grabski, s. 22). Dotyczyło to także Straży Obywatelskiej, w której członkowie nie otrzymywali wszakże za swą pracę żadnego wynagrodzenia. Zapomogi, dawane szarżom niższym, i to w wyjątkowych wypadkach, były bardzo niewielkie, nie mogły więc być uważane za wynagrodzenie, które by pociągało do zapisywania się w kadry Straży (Kroński, s. 31). W sytuacji, gdy Komitety powstawały już bardziej systematycznie (wg Regulaminu C.K.O.), odbywało się to w następujący sposób: zwoływane było zebranie osób, cieszących się ogólnym zaufaniem w danej okolicy, i te spomiędzy siebie wybierały ⅔ członków Komitetu; wybrani zaś uzupełniali komplet przez kooptację osób (Grabski, s. 16).

Ciekawą formę przyjęły Komitety Obywatelskie w Zagłębiu Dąbrowskim i warto o nich wspomnieć jako o tych, które – z uwagi na zajęcie terenów Zagłębia już na samym początku wojny – nie podlegały bezpośredniemu oddziaływaniu C.K.O. Tamtejsze rady miejskie, gminne i wiejskie (w nawiasie zawsze pisano „komitety obywatelskie”) były wybierane w dwojaki sposób. Według typu pierwszego zebranie poważniejszych mieszkańców w danej miejscowości wybierało członków rady miejscowej [Komitetu Obywatelskiego – przyp. P. F.], która następnie tworzyła komitety [odpowiadało to Sekcjom w Komitetach po drugiej stronie frontu – przyp. P. F.] w celu czynienia zadość poszczególnym potrzebom życia, ekonomicznego i społecznego w tej miejscowości, ten typ ustalił się w Sosnowcu, Będzinie i Strzemieszycach. Według typu drugiego […] zebranie poważniejszych mieszkańców wybierało członków komitetów [sekcji – przyp. P. F.], a rada miejscowa [komitet – przyp. P. F.] składała się z przedstawicieli wszystkich komitetów po jednym z każdego, wybieranych przez pomienione komitety: ten typ ustalił się w Dąbrowie, Zagórzu, Ząbkowicach, Czeladzi, Gołonogu, Grodźcu i innych miejscowościach (Srokowski, s. 148). Zagłębie dość szybko stworzyło reprezentacje wszystkich komitetów. Pierwsze spotkanie rady okręgowej (czyli komitetu) odbyło się w Dąbrowie 26 września 1914 r.

Podobnie powstał po stronie rosyjskiej Komitet Guberni Lubelskiej. W dniach 16–17 stycznia 1915 r. zorganizowano wyborczy zjazd komitetów lokalnych. Na wiosnę zrzeszał on już 10 komitetów miejskich, 5 powiatowych, 15 okręgowych (działających w kilku gminach) i 16 gminnych. Podobna idea przyświecała również CKO, gdzie przewidywany był udział przedstawicieli wszystkich zawiązujących się głównych Komitetów Obywatelskich, na co nie zgodziły się władze carskie (Achmatowicz, s. 336). Tu podobieństwo do rad opisywanych przez Arendt jest wyraźne – zorganizowani samorzutnie obywatele byli zarazem osobami, które troszczyły się o sprawy publiczne i miały inicjatywę; stanowili oni elitę polityczną ludu wyłonioną przez rewolucję. Następnie z tych elementarnych republik członkowie rad wybierali swoich delegatów do kolejnej, wyższej rady, a ci znowu byli selekcjonowani przez równych sobie (Arendt, s. 281).

Czy taka struktura może być trwała? Czy to, że nigdy się nie udało, oznacza, że to nierealne, czy może tylko tyle, że nie było sprzyjających warunków? Na pewno nie jest to rozwiązanie, które samo w sobie nie niesie niebezpieczeństw. Komitety, szczególnie w końcowej części swej historii, były krytykowane. Pojawiały się np. głosy, że system arystokratyczno-demokratyczny stanowczo nie wytrzymał próby czasu. Polega on na tym, że uznaje się wprawdzie formy demokratyczne ustroju, ale równocześnie mniema się, że jedynie dobrze wprawiają w ruch te formy arystokraci. To zmieszanie sprawia wszelako, że arystokracja nie wprowadza do ustroju swych najlepszych czynników, a natomiast demokracja ujawnia swe najgorsze: po wierzchu służalstwo i pochlebstwo, spodem nadużycia i defraudacje. Arystokraci się nie zdemokratyzowali, a demokraci się nie zarystokratyzowali (Gospodarka…, s. 582). Dalej autor jednak pisze: Tymczasem nie ulega kwestii, że wprawdzie pewna ilość ludzi, gdy Rosjanie ustąpili z Warszawy, chciała rzetelnie służyć ogółowi, ale też i niemała była ilość takich, którzy zmiarkowali, że jest do zrobienia doskonały interes. […] Historia odpowie szczegółowo na to zagadnienie, a jej wyroku się nie uniknie. Dziś trudno powiedzieć, ile w tych zarzutach było prawdy, ile efektów nacisku okupanta, a ile politycznego wyrachowania. Pewne jest natomiast, że ostatnie zdanie się nie sprawdziło.

Złośliwość historii, czyli zapomniany eksperyment

Nawet ci historycy, których sympatie stały wyraźnie po stronie rewolucji i którzy nie mogli w swych kronikach nie wspomnieć o wyłanianiu się rad ludowych, widzieli w nich jedynie tymczasowe organa rewolucyjnej walki o wyzwolenie; nie rozumieli więc, w jak poważnej mierze system rad stawia ich wobec całkowicie nowej formy ustrojowej – wobec nowej, otwartej dla wolności przestrzeni publicznej, którą ustanowiono i zorganizowano podczas samej rewolucji.

H. Arendt

Dlaczego ten fragment naszej historii został zapomniany? Przecież nie sposób dziś mówić o historii polskiej samorządności, policji państwowej, pomocy społecznej, sądownictwa, szkolnictwa (w tym szkolnictwa wyższego), a nawet poczty polskiej czy polskiej statystyki, bez odwołania się do dokonań Komitetów Obywatelskich. W Łodzi i okolicach szacuje się liczebność milicji obywatelskiej na 12 tys. ludzi, czyli – jak stwierdza Achmatowicz – była to liczba nie mniejsza niż Legionów Polskich (Achmatowicz, s. 332). A pamiętajmy, że wspomniane liczby dotyczące efektów działań na terenie Warszawy należy powiększyć o działalność na terenie całego Królestwa Polskiego. Na przykład C.K.O. zorganizował pracownie rzemieślnicze, szewskie, krawieckie, stolarskie i szwalnie, dając pracę 2321 osobom; w te przedsiębiorstwa włożyło 319 000 rub. kapitału obrotowego. […] Schronisk stałych dla osób, zupełnie niezdolnych do utrzymania się o własnych siłach oraz dzieci, pozbawionych opieki, C.K.O. urządził 108, w których znajdowało całkowitą opiekę 10 000 osób dorosłych i dzieci (Grabski, s. 24). Niestety nieczęsto się o tym wspomina.

Równie ciekawe, jak sama historia Komitetów Obywatelskich w Królestwie Polskim lat 1914–1915, jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego te wydarzenia tak łatwo zostały zapomniane. Wielki społeczny zryw i samoorganizacja na miarę budowania od podstaw nowoczesnego państwa zostały odesłane, właściwie bezrefleksyjnie, do lamusa historii. Myślę, że warto szukać nie tylko faktów, ale także uzasadnienia, dlaczego nie mieszczą się w ogólnie przyjętej „narracji historycznej”.

Moim zdaniem jest kilka powodów, dla których nie pamiętamy o komitetach obywatelskich z tamtych lat. Po pierwsze, to skutek naszego podejścia do historii. W budowaniu opowieści najczęściej szuka się logiki walki i zbrojnych rozstrzygnięć lub intencji politycznych, czyli sekwencji zdarzeń, która powoduje, że ta lub inna opcja osiąga przewagę. Narracja wykraczająca poza wojenne zmagania i polityczne spory wydaje się nieistotna i z tego powodu chętnie jest pomijana lub co najmniej pomniejsza się jej rolę. Historia ludzi z różnych powodów podejmujących działania, których celem są nie spektakularne zwycięstwa, lecz systematyczna praca dla innych, nie wydaje się wystarczająco atrakcyjna. W pamięci zostają nam raczej kłótnie polityczne niż dowody na to, że można, mimo różnic ideologicznych, współpracować.

Po drugie, na działalności komitetów ciąży oskarżenie o współpracę z zaborcą. Oto komitety obywatelskie nie tylko deklarowały współpracę z administracją carską, ale też starały się wydobyć od niej na swoje działania jak najwięcej środków. Pamiętajmy jednak, że w ówczesnej sytuacji żadna szeroka działalność nie była możliwa bez współpracy z którymś z zaborców (aktywiści tworzący legiony również wyciągali rękę do administracji cesarskiej). W każdym razie nie ulega wątpliwości, że była to – i wszyscy uczestniczący w przedsięwzięciu mieli tego świadomość – próba budowania autonomicznych struktur odradzającej się Polski.

Po trzecie, jak wspomniałem, komitety w istocie swej były apolityczne. Co prawda do dziś często zarzuca się im, że główna inicjatywa wyszła od Narodowej Demokracji, ale chociaż ludzie z endecji często stanowili większość w strukturach komitetów, to nie ideologia nadawała ton ich działaniom. Nadmieńmy jednak, że na terenach przygranicznych nie zawsze władzę w komitetach przejmowała endecja, to zarówno sama forma działania (oparcie się na już istniejących, lokalnych organizacjach społecznych – od spółdzielni spożywców i instytucji charytatywnych po stowarzyszenia kulturalne i sportowe), otwartość działań (pomoc dla wszystkich narodowości i wyznań), a także fakt, że w ich ramach tworzyły się i działały nielegalne grupy o różnej ideowej proweniencji (np. POW w strukturach straży obywatelskich), wskazują, że za jednoznacznie polityczne trudno by je uznać.

Podsumowując, odwołanie się do historii Komitetów Obywatelskich nie było w II Rzeczypospolitej (a jeszcze bardziej w PRL) nikomu potrzebne. Dla endecji była to tylko działalność ratownicza (ewentualnie przygotowanie kadr dla nowego państwa), dla piłsudczyków – dowód na to, że nie tylko legiony i POW miały znaczący udział w budowaniu struktur nowego państwa, dla socjalistów – przypomnienie, że ich struktury, przynajmniej w początku wojny światowej, nie były wystarczająco aktywne. Jak opisywane przez Arendt rady rewolucyjne, tak doświadczenia komitetów obywatelskich, z ich wizją szerokiej partycypacji i apolitycznością, czekają na przypomnienie. Bo może i dziś, debatując o partycypacji i aktywności społecznej, wiele moglibyśmy się na tym przykładzie nauczyć.

Bibliografia cytowana:

Arendt H., O rewolucji, Kraków 1991.

Centralny Komitet Obywatelski i Państwowość Polska, w: Materiały i Studia w sprawach odbudowy państwa polskiego, wydawnictwo Centralnego Komitetu Obywatelskiego Królestwa Polskiego, Warszawa 1919.

Dębicki Z., Warszawa czasu wojny, w: Kalendarzyk polityczno-historyczny miasta stołecznego Warszawy na 1916 rok.

Frączak P., W poszukiwaniu tradycji. Dwa dwudziestolecia pozarządowych inspiracji, Warszawa 2013.

Gospodarka obywatelska a krytyka, „Myśl Niepodległa” nr 391, 10 września 1917 r.

Grabski W., Żabko-Potopowicz A., Ratownictwo społeczne w czasie wojny, Warszawa 1932.

Kalbarczyk D., Rozmowy z legendą. O Edwardzie Abramowskim, „Znak” nr 359, 1984.

Kołodziej E., Komitety obywatelskie na Lubelszczyźnie i Podlasiu w latach 1914–1915, „Radzyński Rocznik Humanistyczny”, tom 2, 2002.

Księga Pamiątkowa pracy społecznej 1918–1928, Warszawa 1928.

Mączkowska T., Działalność kobiet w okresie wojny, w: Kalendarzyk polityczno-historyczny miasta stołecznego Warszawy na 1916 rok.

Kroński A., Straż Obywatelska m. st. Warszawy 1915 roku, Warszawa 1934.

Milanówek 11.10.1914 – 25.11.1914 r., Piotr Krasnodębski za: http://wspolnypowiat.pl/publicystyka/historia-1899–1918/id/123 dostęp 7 stycznia 2013 r.

Pamiętnik Księżnej Marii Zdzisławowej Lubomirskiej 1914–1918, Pajewski J., Wydawnictwo Poznańskie.

Papierowski A. J., Komitety obywatelskie i rady opiekuńcze w Płocku i ich wpływ na życie mieszkańców w czasie II wojny światowej, „Notatki Płockie” 2/203, 2005, s. 16.

Srokowski K., Dla moich dzieci. Wspomnienia z lat 1884–1916, masz. pow. z archiwum Muzeum w Dąbrowie Górniczej.

„Jedność – wolność – socjalizm”. Jak socjaliści arabscy tworzyli naród

Narodowy socjalizm. Trudno dziś o wyrażenie mające bardziej złowieszcze konotacje. Synteza dwóch wielkich ideologii ery nowoczesnej kojarzona jest z nazistowską recydywą barbarzyństwa, negacją Oświecenia, próbą odwrócenia postępu. Jednak poza światem Zachodu to właśnie narodowi socjaliści należeli do najbardziej radykalnych, najbardziej niecierpliwych orędowników modernizacji. Gorąco pragnęli przyśpieszyć w swoich krajach bieg historii, aby dogonić Europę zarówno pod względem świadomości społecznej, jak i rozwoju gospodarki, zachowując przy tym suwerenność i własne unikalne tożsamości. Poszukiwali drogi na skróty, eksperymentując z modnymi europejskimi ideami: Narodu i Socjalizmu.

Przez antykolonializm do nowoczesnej tożsamości

O ile dla socjalistów europejskich naród był zastaną rzeczywistością, a socjalizm ideałem, do którego dążyli, o tyle socjaliści arabscy musieli stworzyć jedno i drugie. To nie była, jak w Polsce czy Irlandii, po prostu walka o narodową niepodległość. Nowoczesny antykolonializm wymagał w pierwszej kolejności stworzenia podmiotu owej niepodległości. W Europie, choć nacjonalizm był zjawiskiem nowym, państwa narodowe miały niemal tysiącletnie tradycje. Na Bliskim Wschodzie nic podobnego nie istniało. Mieszkańcy tego regionu wyznawali lojalność wobec klanu, panującego lokalnie władcy, wreszcie wobec wszechświatowej wspólnoty muzułmanów (ummy) – pojęcie „narodu” pozostawało jednak dla nich niezrozumiałe.

Termin ten usiłowali zaszczepić w Lewancie jezuici i protestanccy misjonarze z Ameryki, tworząc w drugiej połowie XIX w. towarzystwa propagujące europejski światopogląd. Bezskutecznie. Masy żyły w rytmie tradycji, ich wyobraźnię wypełniały pojęcia rodem ze świętych ksiąg, a aspiracje polityczne wyrażał panislamski program sułtana Abdülhamida. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero pod wpływem centralizacyjnych tendencji w imperium osmańskim; reformy w okresie Tanzimatu (1839–1876) wywoływały niezadowolenie tradycyjnych elit lokalnych, zaś nacjonalistyczna polityka rządzących od 1908 r. młodoturków miała charakter wyraźnie antyarabski. Arabski nurt narodowy pojawił się wówczas nawet w łonie panislamizmu. O ile twórca tego ruchu, Dżamal Al-Din al-Afgani (1838–1896), sam z pochodzenia Pers, pozostawał nieczuły na kwestie etniczne, o tyle jego uczeń, Raszid Rida (1865–1935), akcentował rolę „świętego języka” arabskiego i uważał Osmanów za uzurpatorów, a Abd al-Rahman al-Kawakibi (1849–1903) domagał się nawet przeniesienia kalifatu do arabskiego Hidżazu. Arabscy panislamiści ograniczali się jednak do postulatów przesunięcia władzy w obrębie muzułmańskiej ummy. Dalej szli myśliciele chrześcijańscy, tacy jak Nedżib Azuri, który głosił językowe (ponadwyznaniowe) kryterium narodowości. Idea, że mówiący po arabsku chrześcijanie Bliskiego Wschodu tworzą wraz z muzułmanami jeden naród, miała iście rewolucyjny charakter.

Rozwiniętą formę nadał panarabskiemu nacjonalizmowi Sati al-Husri (1882–1968), Jemeńczyk wykształcony w Istambule. Początkowo sympatyk ruchu młodotureckiego, odstręczony jego szowinizmem, stał się teoretykiem panarabizmu. Od niemieckiego nacjonalizmu romantycznego przejął koncepcję narodu jako bytu obiektywnego, opartego na wspólnocie języka, który zapewnia jedność myśli, norm i ideałów; pomijał natomiast rolę religii. Nacjonalizm arabski pozostawał jednak w początkach XX w. poglądem niewielkiej grupki – liczbę arabskich nacjonalistów przed I wojną światową szacuje się na 120–180 osób! Ruch ten miał ponadto charakter ściśle lokalny, ograniczając się de facto do syryjskich i irackich prowincji Turcji (Egipcjanie zainteresowani byli w tym okresie lokalną wersją nacjonalizmu, tzw. faraonizmem). Początkowo zresztą arabscy nacjonaliści koncentrowali się na regionalnych problemach Syrii i Iraku – arabskość była dla nich tylko sposobem odróżniania się od Turków. Ich nacjonalizm, powstały pod wpływem myśli europejskiej i pierwotnie traktujący Europę jako sojusznika przeciw Turkom, po I wojnie światowej zwrócił się jednak przeciw Europejczykom. Mocarstwa Ententy nie tylko nie zrealizowały obietnic stworzenia niepodległego państwa arabskiego, ale jeszcze – w deklaracji Balfoura – uznały Palestynę za „żydowską siedzibę narodową”. Będąca pokłosiem zapoczątkowanych wówczas procesów, klęska w wojnie z Izraelem w 1948 r. (w historiografii arabskiej znana jako an-Nakba – Katastrofa) przyniosła dalszą radykalizację panarabizmu.

Nowoczesność, czyli socjalizm

Nieco podobnie wyglądała dynamika rozwoju arabskiego socjalizmu. Pierwszy kontakt Orientu z europejską myślą socjalistyczną nastąpił podczas podróży saint-simonistów do Egiptu w latach 1833–1835. Później pojawili się pierwsi rodzimi socjaliści, na ogół libańscy i egipscy chrześcijanie: Szibli asz-Szumajjil (1860–1917), Farah Antun (1874–1922), Salam Musa (1887–1958). Sytuowali się oni z reguły w umiarkowanym nurcie socjalizmu, który utożsamiali z demokracją, laicyzacją i nowoczesnością, a który osiągnąć chcieli na drodze pokojowej ewolucji. Musa, w czasie pobytu w Anglii (1908–1911) członek Towarzystwa Fabiańskiego, pisał: Chodzi o przekształcenie Egiptu, słabego kraju orientalnego, zamkniętego w swych tradycjach […] – w kraj europejski, światły, uprzemysłowiony, o niezależnej osobowości, którego organizacja ekonomiczna będzie zorientowana ku socjalizmowi.

W jego wizji modernizacja łączyła się z niepodległością: naszym pierwszym patriotycznym obowiązkiem w Egipcie [jest] wyrzucić Anglików, po czym będziemy mogli przeprowadzić reformy społeczne. Socjaliści z peryferii traktowali kolonialną zależność jako jedną z przyczyn zacofania, uważając, że w interesie metropolii leży podtrzymywanie nierówności międzynarodowego podziału pracy. W 1920 r. grupa Musy ukonstytuowała się w efemeryczną Egipską Partię Socjalistyczną. W Lewancie ruch socjalistyczny zainicjowali (pod wrażeniem komunistycznego „Manifestu do ludów Wschodu”) libańscy chrześcijanie Jusuf Ibrahim Jazbuk i Iskander ar-Rijaszi oraz deportowany z Egiptu Fuad asz-Szamali.

Geneza i początki baasizmu

Dwudziestolecie międzywojenne to czas radykalizacji zarówno nacjonalizmu, jak i socjalizmu. Echa tych procesów dotarły też na Bliski Wschód. Do Arabów zafascynowanych nowymi prądami należał Zakī al-Arsūzī (1899–1968), alawita, absolwent Sorbony, a w latach 30. członek faszystowskiej Ligi Akcji Narodowej (al-asbat al-amal al-kaumi). W 1939 r. założył Arabską Partię Nacjonalistyczną (al-hizb al-kaumi al-arabi), przemianowaną rok później na Arabskie Odrodzenie (al-baas al-arabi) – ugrupowanie faszyzujące, oparte na zasadzie wodzostwa, pieczętujące się „pogańskim” emblematem tygrysa. Swą ideologię, ukształtowaną pod wpływem Hegla, Bergsona, Nietzschego i Spenglera, wyłożył w dziele „Geniusz arabskiego języka” (Abkarijjat al-arabijja fi lisaniha, 1943). Postępując śladami Husriego, nie tylko podkreślał rolę języka jako czynnika narodotwórczego, ale przede wszystkim akcentował wyjątkowe walory języka arabskiego. Nacisk położony na język pozwolił Arsuziemu dowodzić historycznej ciągłości narodu arabskiego od czasów pogańskich i głosić konieczność nawiązania do przeszłości poprzez program „odrodzenia” arabskiego imperium pierwszych kalifów. Pierwotny islam postrzegał on jako ekspresję arabskiego ducha, narzędzie służące ekspansji, niejako pierwszy arabski ruch narodowy: Arabowie podbili świat, by ucywilizować go i dla tej wizji poświęcili swe życie… Rozprzestrzenili swą władzę od Chińskiego Muru po Ocean Atlantycki i od środka Europy po środek Afryki… Jeden kalif, jedno prawo, jeden oficjalny język. O ile jednak, według Arsuziego, początkowo islam był wyrazem czystości rasowej Arabów, o tyle po przyjęciu tej religii przez inne ludy uległ degeneracji.

Z przeciwległego krańca spektrum politycznego wywodził się Michel Aflak (1910–1989), syn prawosławnego kupca, który po powrocie ze studiów we Francji zaangażował się, wraz z kolegą z Sorbony Saladynem (Salah ad-Dinem) al-Bitarem (1912–1980), w działalność Komunistycznej Partii Syrii i Libanu (al-hizb asz-szujuji al-suri al-lubnani). Aflak i Bitar zerwali wszakże z komunizmem w 1936 r., rozczarowani zwrotem w polityce Kominternu w okresie rządów Frontu Ludowego – komuniści, nie chcąc zrażać swych zachodnich partnerów, wycofali się wtedy z radykalnych postulatów antykolonialnych. W 1940 r. Aflak i Bitar utworzyli Arabski Ruch Odnowy (al-harakat al-ihja al-arabi), trzy lata później przemianowany na Arabski Ruch Odrodzenia (al-harakat al-baas al-arabi). Ruch Aflaka pociągał swym dynamizmem, uczestnicząc m.in. w kampanii poparcia Raszida Ali al-Kajlaniego – premiera Iraku, który w 1941 r. wywołał antybrytyjskie powstanie.

4 kwietnia 1947 r. doszło do zjednoczenia ARO z grupą Arsuziego w Partię Odrodzenia Arabskiego (al-hizb al-baas al-arabi). Sam wszakże Arsuzi nie uczestniczył w kongresie i nie został członkiem nowej partii; pogrążając się w manii prześladowczej uznał Aflaka za agenta imperialistycznego spisku. Priorytetem POA stała się sprawa palestyńska: baasiści uważali Palestynę za odwieczną i nieodłączną część wielkiej arabskiej ojczyzny, w związku z czym gwałtownie oponowali przeciw powstaniu państwa Izrael. Ich gniew zwrócił się również przeciw prezydentowi Syrii, Szukri al-Kuwatliemu, oskarżanemu o nieudolne prowadzenie wojny. Po obaleniu Kuwatliego Aflak przez kilka miesięcy 1949 r. pełnił funkcję ministra oświaty w rządzie jedności narodowej. Gdy po przewrocie płk. Adliba asz-Sziszakliego na Baas spadły represje, Aflak schronił się w Libanie. Tam doszło do jego zbliżenia z ugrupowaniem o podobnym programie – Arabskim Ruchem Socjalistycznym (al-harakat al-isztirakjjin al-arab) Akrama Hauraniego. Haurani początkowo należał do Syryjskiej Partii Socjal-Nacjonalistycznej (al-hizb al-suri al-kaumi al-idżtimai), faszyzującego ugrupowania głoszącego syryjski (nie: arabski) nacjonalizm. Ale już w 1938 r. stanął na czele antyfeudalnej Partii Młodzieży (al-hizb al-szabab), popularnej wśród chłopstwa prowincji Hama, z ramienia której był regularnie wybierany do syryjskiego parlamentu. W 1950 r. Partia Młodzieży zmieniła zaś nazwę na ARS, a 13 listopada 1953 r. połączyła się z baasistami w Socjalistyczną Partię Odrodzenia Arabskiego (hizb al-baas al-arabi al-isztiraki). Hauranistom udało się zdominować SPOA, która nawiązała w kolejnych latach – wbrew Aflakowi – współpracę z komunistami. W wyborach, jakie odbyły się po obaleniu dyktatury w 1954 r., Baas zdobyła 22 mandaty, co pozwoliło jej na udział w rządzie.

Partia zaczęła się też w tym czasie rozrastać poza obszar Syrii, Libanu i Jordanii, na którym powstała. W Iraku organizację baasistowską założył w 1951 r. szyita Fuad al-Rikabi – początkowo skupiała ok. 50 członków, ale już w 1955 r. – 289. W 1955 r. odgałęzienia Baas powstały w Adenie i Tunisie, później objęły Sudan, Libię, Jemen (Północny), Maghreb oraz Półwysep Arabski. Ruch zyskał tym samym wymiar prawdziwie panarabski.

Czołowym ideologiem baasizmu był Aflak. Jego celem było stworzenie filozofii przemian społecznych stanowiącą alternatywę dla marksizmu. Różnica tkwiła już w filozoficznych założeniach – baasiści odrzucali materializm. Motorem dziejów miał być według nich duch, manifestujący się zarówno poprzez naród, jak i poprzez człowieka jako jednostkę (z czego wynikała personalistyczna orientacja baasizmu). Aflak pisał: duch jest dla nas najwyższą nadzieją i siłą sprawczą naszego odrodzenia; doskonale odpowiada naszym aspiracjom do wolności, odnowy, sprawiedliwości i równości. Źródłem owego ducha miał być monoteistyczny Bóg, pojmowany wszakże niekonfesyjnie, rzec można – ekumenicznie. To sprawiało, że Aflak, choć chrześcijanin, wysoko cenił islam jako przejaw arabskiego geniuszu. Islam był, jego zdaniem, ruchem rewolucyjnym, który wyrażał arabską duchowość i zarazem ukształtował arabski charakter, dlatego Arabowie innych wyznań winni go szanować. Islam traktowany był jednak raczej jako zjawisko kulturowe – Aflak domagał się separacji religii i polityki, na równi krytykując ateizm i fundamentalizm.

Trudna jedność

Polityczny program baasizmu wyrażał się w formule „Jedność – Wolność – Socjalizm” (al-wahda al-hurijja al-isztirakijja). Priorytetem była jedność narodowa – zjednoczenie wszystkich Arabów w jednym niepodległym państwie. VI kongres Baas uznał za trzy główne pryncypia jedność i wolność narodu arabskiego w ramach arabskiej ojczyzny, wiarę w szczególny charakter oraz szczególną misję narodu arabskiego. Jak głosił Aflak jedność ma pierwszeństwo przed socjalizmem, gdyż socjalizm jest dla nas […] konsekwencją naszego nacjonalizmu, […] odnogą zależną od głównego źródła, którym jest myśl narodowa. Naród był dlań więc najważniejszą i najwyższą naturalną formą organizacji społecznej, która winna przezwyciężyć podziały klasowe, wyznaniowe, regionalne i klanowe. Nacjonalizm, który głosimy, jest przede wszystkim miłością – pisał Aflak. – Jest to całkiem takie samo uczucie, jakie wiąże jednostkę z jej rodziną, ponieważ ojczyzna jest tylko obszernym domem rodzinnym, a naród jest wielką rodziną.

Naród formował się na gruncie wspólnego języka i historii, niekoniecznie pochodzenia. Wprawdzie Aflak używał pojęcia „rasy arabskiej” (rasa arabska uchodzi za świętą i od najwcześniejszych epok historycznych nosi w sobie żywotność i szlachetność umożliwiające jej odradzanie i doskonalenie samej siebie), ale podkreślał, że jest ona otwarta dla wszystkich, którzy związani są z Arabami, ich historią i mieszkają w kręgu ich języka i kultury od pokoleń, tak że stali się Arabami z myśli i uczucia. Potwierdzał to art. 10 statutu Baas, uznający, iż Arabem jest ten, którego język jest arabski, ten, kto żyje na arabskiej ziemi albo ten, kto zasymilował się z życiem arabskim i wierzy w swą przynależność do narodu arabskiego. Jednak w praktyce politycznej partii Baas – w tym zwłaszcza jej irackiej gałęzi – pojawiały się akcenty rasistowskie, jak np. zakaz małżeństw członków partii z osobami niearabskiego pochodzenia.

Trzon narodu stanowią w myśl ideologii baasistowskiej masy ludowe. Aflak zwracał uwagę, że Rewolucja Arabska lat 1916–1918 przegrała, bo przewodziły jej klasy reakcyjne, realizujące swe partykularne interesy. Wyciągał stąd wniosek, że nacjonalizm musi mieć ludowy charakter. Masy – pisał – są najwyższą władzą. Masy, dziś bardziej niż kiedykolwiek, są twórcami rewolucji, twórcami historii. Art. 5 „Zasad ogólnych” statutu Baas proklamował więc zasadę suwerenności ludu, który jest źródłem wszelkiej władzy. Program partii zapowiadał ustanowienie demokracji przedstawicielskiej i konstytucyjnej, poszanowanie swobód obywatelskich (w granicach nacjonalizmu) oraz równość obywateli wobec jednolitego świeckiego prawa. Uroczyście postulowana wolność miała posiadać dwojaki wymiar – społeczny i indywidualny, co nadawało jej dwuznaczny charakter. Wolność, do której dążymy, nie wyklucza środków prawnych dla ukrócenia wyzysku uprawianego przez feudałów, kapitalistów i oportunistów – pisał Aflak. Ideałem miała być harmonia między wolnością jednostki i społeczności a jednością narodu, zgodność praw obywateli z siłą państwa. W praktyce oznaczało to, że w okresie przejściowym rewolucyjna awangarda, stanowiąca mniejszość, ale obdarzona polityczną świadomością, przejmie pełnię władzy, by zbudować nowe społeczeństwo.

Socjalistyczny charakter baasizmu wynikał więc z dążenia do aktywizacji mas ludowych. Aflak pisał wprost: nie ma żadnego […] antagonizmu […] między nacjonalistami a socjalistami, gdyż nacjonalizm arabski jest synonimem socjalizmu w naszej epoce. Walka o jedność narodową musi być połączona z rewolucją socjalną, socjalizm jest zaś historyczną koniecznością, która urzeczywistni idealny porządek społeczny pozwalający narodowi arabskiemu urzeczywistnić jego dziejową misję. Baasistowska wizja socjalizmu była jednak odmienna od marksistowskiej. Moją troską nie jest, by ludzie dostawali takie same racje żywności, lecz żeby każda jednostka mogła wykorzystać swe zdolności i potencjał – podkreślał Aflak. Socjalizm miał usunąć zniewolenie, znosząc wszystkie przywileje, wyzysk i ucisk jednej grupy przez inną oraz zapewnić godność jednostki poprzez jej udział w społeczeństwie jako całości i przy zapewnieniu minimum standardu życiowego. Nacjonalizację baasiści chcieli ograniczyć do kapitału zagranicznego i przedsiębiorstw użyteczności publicznej, wobec rodzimych kapitalistów ograniczając się do postulatu „sprawiedliwego” traktowania pracowników. Wzorem tak pojętego socjalizmu były nauki i reformy Mahometa.

Ideał ustrojowy baasizmu miał – przynajmniej w porównaniu z marksizmem – umiarkowany charakter. Jednak drogą prowadzącą ku niemu miała być rewolucja, rozumiana jako długofalowy, wieloaspektowy proces. Aflak opisywał ją w nieomal poetyckim stylu: Rewolucja, zanim stanie się programem politycznym i społecznym, jest tą początkową siłą napędową, […] tym nakazem walki, bez którego przebudzenie się narodu nie może być zrozumiane. Rewolucja jest drogą wiodącą do wyznaczonych celów […]. Nie jest to jedna z wielu dróg, jest to droga jedyna. […] Rewolucja jest przeciwieństwem […] obecnej sytuacji. Jest przeciwieństwem przyszłości do teraźniejszości. […] Nasza przeszłość była rewolucją i nigdy nie […] spotkamy się z nią [inaczej], jak tylko poprzez rewolucję. Nasza rewolucja jest marszem […], gdzie […] przeciwieństwa jednoczą się, gdzie przeszłość styka się z przyszłością, a naród pojedna się sam z sobą w swej twórczości i w spełnieniu swej misji. Główną siłą rewolucji miała być młodzież, wypełniona twórczą energią zmiany, nieskażona zepsuciem starego świata, otwarta na nowe idee. Aflak akcentował przy tym, że rewolucja nie oznacza krwawej konfrontacji, że przemoc nie jest częścią naszego programu. W rzeczywistości jednak rozruchy, przewroty i akty terroru prędko stały się znakiem firmowym baasistów.

Niebawem pojawiła się okazja do zrealizowania panarabskiego programu Baas. Obawa przed przewrotem ze strony szybko rozwijającej się partii komunistycznej sprawiła, że koalicyjni partnerzy z konserwatywnej Partii Narodowej (al-hizb al-watani) przychylili się do projektu stworzenia unii z Egiptem jako zalążka federacji wszecharabskiej. Nadmienić tu należy, że egipski przywódca Naser, znany jako twórca „socjalizmu arabskiego”, początkowo nie był ani panarabistą, ani socjalistą. Jego oryginalną ideą, wyłożoną w książce „Filozofia rewolucji” (1955), była koncepcja „trzech kręgów”: arabskiego, afrykańskiego i islamskiego, których naturalnym centrum miał być Egipt. W lutym 1958 r. stanął wszakże na czele Zjednoczonej Republiki Arabskiej.

Zjednoczenie szybko rozczarowało baasistów. Wprawdzie Haurani został wiceprezydentem, a Bitar ministrem kultury, ale w unii dominującą rolę odgrywał potężniejszy Egipt (w każdym ministerstwie na jednego Syryjczyka przypadało „z klucza” dwóch Egipcjan). Naser narzucił ZRA rządy autorytarne i wprowadził system monopartyjny (tzw. Unia Narodowa), wymuszając na Aflaku rozwiązanie Baas. W tej sytuacji grupa młodych baasistów na czele z Hafezem al-Asadem i Salehem Dżadidem założyła tzw. Komitet Wojskowy i zwołała w 1960 r. IV kongres SPOA, który zdecydował o odbudowie partii. Bitar, a po nim Haurani wezwali do secesji Syrii i we wrześniu 1961 r. separatystyczni oficerowie dokonali w Damaszku przewrotu. Realne interesy partykularne wzięły górę nad abstrakcyjną doktryną panarabizmu.

Baasizmu życie po życiu

Zerwanie unii doprowadziło do rozłamu w partii Baas, gdyż Naser cieszył się wśród mas arabskich ogromną popularnością. Już w 1960 r. Jordańczyk Abdullah Rimawi założył pronaserowską Rewolucyjną Baas, a w następnym roku powstała partia Socjalistów-Unionistów (al-wahdawijjun al-isztirakijjun), która w 1964 r. weszła w skład Arabskiego Związku Socjalistycznego Syrii (al-ittihad al-isztiraki al-arabi fi surijah). Rzec można, że baasistowscy dysydenci wnieśli do naseryzmu ideologię socjalistyczną. Gdy z kolei V kongres partii w 1962 r. opowiedział się ponownie za unią, z Baas zerwał Haurani, który w 1963 r. odbudował Arabską Partię Socjalistyczną (al-hizb al-isztiraki al-arabi).

8 lutego 1963 r. doszło do zamachu stanu w Iraku. Prezydent Abd al-Karim Kasim, zwolennik nacjonalizmu irackiego (na co wpływ miało jego mieszane, arabsko-kurdyjskie pochodzenie) i współpracy z ZSRR, został obalony – nie bez inspiracji CIA – przez oficerów sympatyzujących z Baas. Prezydentem Iraku został Abdul Salam Aref, sympatyk Nasera, a premierem baasista Ahmed Hassan al-Bakr. Dokładnie miesiąc później, 8 marca, do przewrotu doszło w Syrii. Tu także powstał koalicyjny rząd baasistowsko-naserystowski, jednak na skutek tarć wewnętrznych upadł już w maju. W lipcu naseryści usiłowali bezskutecznie dokonać przewrotu w Syrii. Po jego fiasku Naser zarzucił baasistom faszyzm i ateizm. Niebawem, w listopadzie 1963 r., Aref odsunął baasistów od władzy w Iraku. Rozbrat między dwoma nurtami panarabskiego nacjonalizmu stał się tym samym nieodwracalny.

Co więcej, w łonie samego Baas zaczęło narastać napięcie między „starą gwardią” aflakistów, dominującą w Kierownictwie Narodowym (kujada al-kaumijja) SPOA, a Komitetem Wojskowym, który kontrolował syryjskie Kierownictwo Regionalne (kujada al-kutrija). Na zewnątrz było to postrzegane jako konflikt między prawym a lewym skrzydłem ruchu, gdyż wojskowi dokonali znaczącej modyfikacji baasizmu. Po pierwsze, przejęli postulaty frakcji „regionalistów” (kutrijjin), uważających, że priorytet mają sprawy syryjskie. W rezultacie kongres regionalny syryjskiej Baas w marcu 1965 r. przeniósł realną władzę z Kierownictwa Narodowego na regionalne. Po drugie, pod wpływem marksistowskiej grupy Hammada al-Szafiego, wojskowi zradykalizowali program społeczny partii. Już w maju 1963 r. upaństwowiono w Syrii banki i przyśpieszono realizację reformy rolnej, rok później przeprowadzona zaś została nacjonalizacja wielkiego i średniego przemysłu, a robotnikom zapewniono udział w zarządzaniu przedsiębiorstwami. Wreszcie, w grudniu 1964 r., wydany został dekret nr 133 stanowiący, że nie będzie udzielana żadnej osobie fizycznej lub spółce jakakolwiek koncesja na eksploatację bogactw mineralnych i naftowych. Radykalizację potwierdzały uchwały VI kongresu SPOA, w których dostrzec można wpływ marksizmu: pojawia się w nich m.in. koncepcja partii jako „rewolucyjnej awangardy” opartej na zasadach centralizmu demokratycznego, uznanie walki klas i przewodniej roli mas pracujących w miejsce solidaryzmu narodowego, krytyka własności prywatnej, nacjonalizacja środków produkcji pod „demokratyczną i robotniczą kontrolą”, centralne planowanie oraz kolektywizacja rolnictwa.

Po trzecie wreszcie, coraz wyraźniej ujawniało się w tym okresie autorytarne oblicze baasizmu. „Program Rewolucji 8 Marca” głosił: Wolność oznacza w naszej sytuacji i w tej fazie naszego rozwoju nie tylko wyzwolenie jednostek, ale także polityczne, gospodarcze i społeczne wyzwolenie naszego społeczeństwa od wszelkiego rodzaju dominacji imperialistycznej i wyzysku klasowego. W praktyce następowało przesunięcie akcentów z wolności indywidualnej na „wolność społeczną”. Baas przeszła klasyczną drogę rewolucjonistów, którzy pozostając w opozycji szczerze walczą o wolność, ale po przejęciu władzy zaczynają dostrzegać, że swobody obywatelskie mogą utrudniać realizację reform społecznych. Następują więc doraźne zrazu ograniczenia wolności, demokracja odsuwana jest na przyszłość. W trzeciej fazie autorytaryzm staje się trwałą praktyką, która zyskuje ideologiczne uzasadnienie.

W stronę modelu radzieckiego?

23 lutego 1966 r. radykałowie dokonali przewrotu. Aflak został uwięziony, ale w sierpniu udało mu się zbiec do Libanu. Wydarzenie to zapoczątkowało trwały rozłam w ruchu baasistowskim – jego irackie odgałęzienie nie uznało bowiem zmiany kierownictwa. Znaczenie rozłamu ujawniło się, gdy iraccy baasiści przejęli władzę w swoim kraju, obalając 17 lipca 1968 r. naserystowski rząd Arabskiego Związku Socjalistycznego. W rezultacie powstały dwie równoległe i zaciekle się zwalczające struktury panarabskie Baas. Różnice ideologiczne między krystalizującymi się asadyzmem a saddamizmem są trudne do uchwycenia: iracki wariant baasizmu wydaje się bardziej nacjonalistyczny (co może wiązać się z obecnością w tym kraju pokaźnej i aktywnej politycznie mniejszości kurdyjskiej), militarystyczny oraz zdecydowanie antymarksistowski (krytyka walki klas, dyktatury proletariatu i ateizmu). Saddamizm łączy zarazem nacjonalizm iracki z ogólnoarabskim, uznając starożytnych Babilończyków i Asyryjczyków za przodków współczesnych Arabów.

W istocie iracka gałąź Baas podążała jednak tą samą drogą, co jej syryjska odpowiedniczka. Konstytucja z 1968 r. stanowiła, że Irak jest państwem demokracji ludowej, którego polityka opiera się na zasadach socjalistycznych. Po przejęciu władzy rozwinięto program opieki socjalnej (m.in. przez subsydiowanie towarów pierwszej potrzeby), zainicjowano kolektywizację rolnictwa, a w roku 1972 znacjonalizowano Iraq Petroleum Company. W kwietniu 1972 r. podpisany został traktat o przyjaźni radziecko-irackiej, co jednak nie przeszkodziło baasistowskiemu rządowi przetrzebić sześć lat później szeregi lokalnych komunistów. W samym Iraku dochodzi również do walk frakcyjnych w ramach Baas: w lipcu 1979 r. al-Bakr zostaje usunięty przez Saddama Husajna at-Tikriti.

W Syrii rządząca „lewica” Baas, dążąc do uzyskania legitymizacji, uznała za twórcę baasizmu sędziwego Arsuziego, który awansował tym samym na czołowego ideologa partii syryjskiej. Towarzyszył temu początkowo kurs ekstremistyczny. Dżadid proklamował socjalistyczną transformację gospodarki, nastąpiła też likwidacja systemu wielopartyjnego – partia Baas zastąpiła parlament jako ciało ustawodawcze. Zainicjowano również bezprecedensową w kraju muzułmańskim kampanię laicyzacyjną. Oficjalny organ sił zbrojnych „Armia Ludowa” pisał: Bóg, religia, feudalizm, kapitalizm i kolonializm, i wszystkie inne wartości, które panowały w starym społeczeństwie, nie są niczym innym jak mumiami w muzeum historii, a absolutna wiara w możliwości człowieka powinna być uznana za jedyną wartość. W polityce zagranicznej rewersem zbliżenia z ZSRR była konfrontacyjna polityka wobec Izraela i „reakcyjnych” państw arabskich, takich jak Arabia Saudyjska. Dżadid nie tylko nawoływał do „wojny ludowej” przeciw syjonizmowi, ale wręcz zbroił baasistowskie siły palestyńskie (tzw. Awangarda Ludowej Wojny Wyzwoleńczej, potocznie zwana „Burza” – as-sajka), drugie co do liczebności po Fatahu.

Paradoksy arabskiego socjalizmu

Pozycja Dżadida osłabła po klęsce strony arabskiej w wojnie czerwcowej 1967 r., ale bezpośrednią przyczyną jego upadku była awanturnicza polityka w kwestii palestyńskiej. Gdy w 1970 r. w Jordanii wybuchły starcia między palestyńskimi fedainami a armią królewską (tzw. Czarny Wrzesień), Dżadid nakazał włączyć się do walki siłom palestyńskim stacjonującym w Syrii. Reprezentujący linię pragmatyczną Asad 13 listopada 1970 r. obalił Dżadida i zainicjował tzw. Ruch Naprawczy, opierając się na dawnych aflakistach, zresztą sam Aflak też zdystansował się już wtedy od irackich baasistów, rozczarowany ich biernością w sprawie palestyńskiej. Uchwalono stałą konstytucję, zalegalizowano działalność niektórych partii politycznych, przede wszystkim naserystów i komunistów (co prawda w ramach Narodowego Frontu Postępowego z kierowniczą rolą Baas), przeprowadzono liberalizację gospodarki. Nastąpiła także normalizacja stosunków Syrii z arabskimi sąsiadami (wizyta w Arabii Saudyjskiej w 1974 r.). Asad, choć podobnie jak Dżadid był alawitą, dążył do kompromisu z sunnicką większością Syryjczyków i podkreślał swą muzułmańską prawowierność, m.in. odbywając hadż (pielgrzymkę do Mekki).

Bezskutecznie. Dla ortodoksyjnych sunnitów alawici to odszczepieńcy i bałwochwalcy gorsi od chrześcijan. Tymczasem Asad konsekwentnie opierał aparat partyjno-państwowy na swych alawickich pobratymcach, co potęgowało podziały wyznaniowe. Nienawiść sunnitów wybuchła z całą mocą zimą 1982 r. w powstaniu wznieconym w Hamie przez islamistyczną Walczącą Awangardę (at-talija al-mukatila); w czasie pacyfikacji zginąć mogło nawet 10 tys. ludzi.

Rewolta w Hamie obnażyła słabość baasizmu tkwiącą w samej jego istocie. Świecki ruch panarabski przyciągał głównie marginalizowane mniejszości wyznaniowe – chrześcijan, alawitów czy druzów – dla których nacjonalizm i socjalizm były narzędziami emancypacji. Charakterystyczny był przypadek Iraku. W pierwszej dekadzie istnienia Baas w tym kraju ponad połowę jej nielicznych kadr stanowili szyici, stanowiący biedniejszą i pozostającą na uboczu życia politycznego częścią społeczeństwa. Pod względem liczebnym szyici stanowili jednak w Iraku większość, podczas gdy w skali całego świata arabskiego pozostawali nieliczną mniejszością, w związku z czym w naturalny sposób lgnęli raczej do komunizmu niż do ugrupowań panarabskich. Po 1963 r. iracka Baas została jednak zdominowana przez sunnitów. W rezultacie po zwycięstwie baasistowskich przewrotów sunnicką przeważnie Syrią rządzili alawici, a szyickim w większości Irakiem – sunnici. Autorytarne rządy rewolucjonistów opierały się na wyznaniowych mniejszościach, co skutecznie uniemożliwiało demokratyzację i skazało ostatecznie arabskich modernizatorów – o ironio! – na logikę sekciarskiego konfliktu. Tylko tym można wytłumaczyć fakt, że w 2014 r. zbrojne ramię irackiej Baas – Armia Mężów Zakonu Nakszbandijja pod wodzą Izzata Ibrahima ad-Duri – współpracowało z Islamskim Państwem Iraku i Syrii przeciw szyickiemu rządowi.

***

Wydawać by się mogło, że arabski lewicowy nacjonalizm – w obu bliźniaczych postaciach baasizmu i naseryzmu – poniósł fiasko. Zamiast demokratycznego socjalizmu w ramach wszecharabskiej ojczyzny zaowocował autorytarną dyktaturą zazdrośnie strzegącą swych partykularnych interesów. Tym niemniej socjalistyczny panarabizm pozostaje najbardziej ambitną rodzimą propozycją modernizacyjną na Bliskim Wschodzie, a co za tym idzie – najważniejszą alternatywą ideologiczną zarówno dla obrońców status quo, jak i wobec rzeczników retrospektywnej utopii globalnego kalifatu.

Gen odpowiedzialny

Historia pełna jest przerażających przykładów nadużywania teorii ewolucji w celu uzasadnienia władzy i nierówności. Witajcie w nowej erze biologicznego determinizmu.

Chcemy zrozumieć, dlaczego ludzkość prowadzi wojny? Na pewno istnieje odpowiedzialny za to gen. Czemu mężczyźni gwałcą kobiety? Jest gen odpowiedzialny za to. Chcemy pojąć, czemu „charaktery narodowe” krajów Azji Wschodniej, Zachodu i Afryki różnią się od siebie? Odpowiedzialne za to geny także już odkryliśmy. Właściwie, jeśli wierzyć popularnym mediom, istnieją geny odpowiedzialne za każdą nierówność i niesprawiedliwość w nowoczesnym społeczeństwie.

Genetyczny determinizm i jego brzydszy kuzyn, społeczny darwinizm, przeżywają wielki powrót. Uzbrojony w ogromne ilości danych na temat genomu oraz w arsenał technik statystycznych, mały, ale głośny zespół naukowców usiłuje propagować genetyczne uzasadnienia dla wszystkiego, czym jesteśmy i co robimy.

Zależność między genetyką a biologicznym determinizmem jest prawie tak stara, jak sama dziedzina nauki. Jeden z przodujących instytutów genetyki, Cold Spring Harbor Laboratory, powstał jako instytut eugeniki, a do jego celów zaliczały się: lobbing za eugeniczną legislacją w celu ograniczenia imigracji, sterylizowania „upośledzonych”, edukowania społeczeństwa w kwestiach zdrowia eugenicznego i szerokiego rozpowszechniania koncepcji eugenicznych.

Ostatnia fala biologicznego determinizmu kontynuuje tę długą linię historyczną, ale w istotny sposób różni się od poprzedników. Znajdujemy się na początku ery genomicznej – ery, w której postęp na polu biologii molekularnej umożliwi precyzyjny pomiar drobnych różnic genetycznych między ludźmi. Dodawszy do tego fakt, że żyjemy w nowym Pozłacanym Wieku1, w którym wąska globalna elita ma dostęp do niesłychanych zasobów bogactwa i władzy oraz potrzebuje usprawiedliwienia dla ich posiadania, widzimy, że sytuacja dojrzała do niebezpiecznego odrodzenia się biologicznego determinizmu.

Dziś sekwencjonowanie genomu, identyfikacja 6 miliardów A, C, T i G2, które składają się na DNA jednostki, kosztuje 5 tysięcy dolarów. Niedługo będzie to jednak kosztować o wiele mniej. Mówi się nam, że to moment przełomowy. Gdy uzyskają dostęp do szczegółowej informacji genetycznej, profesorowie medycyny i doradcy genetyczni będą wkrótce w stanie zidentyfikować choroby, na które jesteśmy genetycznie podatni – i zapobiec im lub zminimalizować zagrożenie poprzez „medycynę spersonalizowaną”.

Wiedza naukowa, jaką pozyskujemy z tych danych, jest bezcenna. Zaczynamy rozumieć, jak ewoluują wirusy, czym są mutacje genetyczne powodujące wzrost komórek rakowych oraz jakie są podstawy genetyczne tożsamości komórkowej. Rewolucja sekwencjonowania DNA pozwoliła na studiowanie molekularnego podłoża regulacji genetycznych i odkrycie fascynujących „nowych graczy”, jak niekodujące RNA3 i modyfikacje chromatyny. Wszystkie nasze koncepcje biologiczne ulegają przebudowie.

Jednym z najbardziej uderzających rezultatów studiów nad sekwencjonowaniem ludzkiego genomu jest to, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni – różnimy się jedynie 0,1% DNA. A jednak ten 0,1% prowadzi do różnic takich jak kolor skóry, wzrost i podatność na choroby. Ważnym celem nowoczesnej genetyki jest przyporządkowanie konkretnego wariantu genomicznego do konkretnej cechy lub choroby. Aby to osiągnąć, naukowcy pracują nad stworzeniem nowego potężnego narzędzia do analizy bogatej bazy danych pobranych od populacji z całej planety.

Związek między genami i widocznymi cechami jest bezdyskusyjny. Wysocy rodzice będą prawdopodobnie mieli wysokie dzieci, ciemnowłosi – ciemnowłose. Dziedziczenie cech jest oczywiste, od kiedy Mendel na podstawie statystycznych obserwacji 29 tysięcy okazów roślin grochu skodyfikował słynne Prawa Dziedziczenia. W klasycznej genetyce mendlowskiej odrębne geny odpowiedzialne za odrębne cechy są przekazywane potomstwu przez każde z rodziców niezależnie.

Istnieje zatem oczywisty związek między informacją genetyczną, czyli genotypem, a obserwowalnymi cechami, czyli fenotypem. Pojedynczy gen (technicznie mówiąc: locus lub lokacja genetyczna) odpowiada za pojedynczą cechę i nie wpływają nań inne cechy osobnika. Ponadto czynniki środowiskowe mają nikły wpływ na większość mendlowskich cech. Znane przykłady mieszczące się w tych ramach to anemia sierpowata i mukowiscydoza, każda z nich spowodowana mutacją konkretnego genu.

Jednak dziś wiemy już, że proste założenia leżące u podstaw genetyki Mendla nie znajdują zastosowania przy większości cech i chorób. Prawie wszystkie fenotypy, od wzrostu, przez kolor oczu, po choroby takie jak cukrzyca, powstają z ogromnie złożonych interakcji między wieloma genami (locusami) a środowiskiem. W przeciwieństwie do założeń genetyki mendlowskiej, w której łatwo można zidentyfikować gen odpowiedzialny za konkretną cechę, dla wielu cech związek między genotypem a fenotypem nie jest aż tak prosty do znalezienia.

Ogrom danych z sekwencji DNA, jakimi dziś dysponujemy, przekonał naukowców, że są w stanie przełamać tę barierę. Aby tego dokonać, tworzą nowe narzędzia naukowe i statystyczne, nastawione na analizę i wydobywanie informacji genetycznych z sekwencji danych. Celem tych badań nad asocjacjami zachodzącymi w obrębie całego genomu (GWAS – Genome-wide association studies) jest stworzenie planu deszyfracji informacji zawartych w naszym DNA oraz zidentyfikowanie genetycznych podstaw skomplikowanych cech i chorób. Badania GWAS są obecnie podstawą nowoczesnej genetyki populacyjnej. Jest to wyraźnie widoczne w astronomicznej liczbie publikacji z tego zakresu, wydanych w ciągu ostatniej dekady, od pojedynczych w 2005 r. do ponad 1300 dziś. Istnieją badania GWAS dotyczące wzrostu, wagi noworodków, nieswoistego zapalenia jelit, reakcji ludzi na konkretne leki i szczepionki, różnych rodzajów raka, cukrzycy, choroby Parkinsona i wielu innych. Ilość tych badań jest tak duża, że powstały specjalistyczne przeglądarki, które mają pomóc naukowcom w wizualizowaniu sobie ich wyników.

Z racji rosnącej powszechności badań GWAS warto byłoby omówić podstawową logikę będącą ich postawą. Kluczową rolę w nich odgrywają koncepcje wariacji fenotypicznych i genotypicznych. Wariacja fenotypiczna jest definiowana jako wariacja danej cechy w populacji, np. rozkład wzrostu wśród populacji amerykańskich mężczyzn. Warto zauważyć, że w celu zdefiniowania wariacji fenotypicznej musimy określić populację. To aprioryczny wybór, który musi zostać dokonany, aby możliwe było stworzenie modelu statystycznego. Wybór populacji jest często istotnym źródłem stronniczości (uprzedzeń), gdy niewidoczne założenia społeczne stają się częścią badań GWAS – szczególnie dotyczy to badań dotyczących wariacji genetycznych w grupach „rasowych”.

Badania GWAS próbują statystycznie wyjaśnić widoczną wariację fenotypiczną w kategoriach wariacji genetycznych w obrębie tej samej populacji. To tutaj gwiazda nowoczesnej genomiki świeci najjaśniej. Podczas gdy w erze pre-genomicznej naukowcy musieli ciężko pracować nad pomiarem wariacji genetycznej w ramach jednego locusu, teraz mogą sięgnąć do już gotowych i publicznie dostępnych baz danych i uzyskać informacje na temat wariacji w genomie dla tysięcy osobników. Większość badań typu GWAS koncentruje się na polimorfizmach pojedynczego nukleotydu4 (SNP): wariacjach sekwencji DNA, które pojawiają się w „pojedynczej zasadzie” genomu (np. AAGGCT versus AAGTCT). Naukowcy zaobserwowali w ludzkich populacjach prawie 12 milionów SNP. Liczba ta może wydawać się niewiarygodnie wielka, ale w ludzkim DNA jest 6 miliardów „zasad”. A więc jedynie 0,2% wszystkich zasad DNA eksponuje jakąkolwiek zmienność w całej badanej populacji ludzkiej. Dla cechy takiej jak wzrost człowieka istnieje około 180 znanych polimorfizmów pojedynczego nukleotydu (SNP), które przyczyniają się do różnic w tej kwestii.

Celem badań GWAS jest powiązanie zmienności genotypowej z wariancją fenotypową. Wyraża się to zazwyczaj poprzez koncept zwany dziedzicznością, który ma na celu dokonanie podziału wariancji fenotypowej na składowe genetyczne i środowiskowe. Z grubsza biorąc, dziedziczność jest definiowana jako ułamek zmienności fenotypowej, którą możemy przypisać zmienności genetycznej. Dziedziczność zero oznacza, że cała wariancja fenotypowa jest pochodzenia środowiskowego, podczas gdy dziedziczność jeden oznacza, iż jest ona w całości genetyczna.

U podstaw konceptu dziedziczności leży cała masa upraszczających założeń na temat tego, jak działa biologia i jak oddziałują ze sobą geny i środowisko, a wszystko to jest przefiltrowane przez modele statystyczne o rosnącym stopniu skomplikowania. Dziedziczność jest zależna od wybranej populacji i od środowisk badanych w eksperymentach. Nawet przejrzyste rozróżnienie między środowiskiem a genami jest na pewnym poziomie sztuczne. Jak wskazuje Richard Lewontin: Konkretny fizyczny charakter środowiska, które jest charakterystyczne dla organizmów, jest determinowany przez nie same. Bakteria żyjąca w cieczy nie odczuwa grawitacji, ponieważ jest tak malutka, ale jej rozmiar jest determinowany przez geny, a więc to genetyczne różnice między nami a bakteriami sprawiają, że siła grawitacji jest dla nas istotna.

Wszystko to ma na celu podkreślenie, że dziedziczność, choć jest koncepcją użyteczną, jest także abstrakcją – całkowicie bazuje na modelach statystycznych, ze wszystkimi ich założeniami i uprzedzeniami.

Co ważniejsze dla naszych celów, nawet przy tak wysoce dziedzicznej cesze jak wzrost, środowisko może drastycznie zmienić jej obserwowalność. Podczas wojny domowej w Gwatemali wspierane przez armię USA szwadrony śmierci i oddziały paramilitarne traktowały wiejską, rdzenną populację kraju tak brutalnie, że rezultatem było szeroko rozpowszechnione niedożywienie. Wielu uchodźców-Majów zbiegło do Stanów Zjednoczonych, by uciec przed przemocą. Porównując wzrost dzieci Majów gwatemalskich i Majów amerykańskich w wieku od 6 do 12 lat, naukowcy odkryli, że dzieci amerykańskie były o 10,24 centymetra wyższe od gwatemalskich rówieśników, głównie z powodu lepszego odżywiania i dostępu do opieki zdrowotnej. Dla porównania – gen GDF5, czynnik wzrostu znany jako najbardziej nań wpływający, jest łączony ze zmianami we wzroście jedynie o wysokości 0,3 do 0,7 cm, i to tylko wśród uczestników badania, którzy byli pochodzenia europejskiego.

Tak dramatyczny wpływ środowiska jest powszechny. Na przykład uważa się, że dziedziczność cukrzycy typu II, dostosowana do wieku i wskaźnika masy ciała (BMI), wynosi pomiędzy 0,5 a 0,75 – odrobinę mniej niż w przypadku różnic wzrostu, ale, jak wspomniano, te liczby powinny być traktowane z przymrużeniem oka. Obecnie badania GWAS są w stanie wyjaśnić tylko około 6% tego dziedziczenia i nie są w stanie wskazać proroczego genu, odpowiedzialnego za to, czy u jednostki rozwinie się cukrzyca. Tymczasem niewymagający badań genetycznych wynik BMI na zbyt wysokim poziomie, czyli prosta miara, pokazująca, jak dużą nadwagę ma dana osoba, zwiększa prawdopodobieństwo rozwoju cukrzycy prawie ośmiokrotnie.

Taka sama historia dotyczy IQ – podstawy genetycznych studiów nad „inteligencją”. Badania pokazują długoterminowy i trwały wzrost punktacji ilorazu inteligencji w ciągu XX wieku (efekt Flynna), co wskazuje raczej na wagę czynników środowiskowych, a nie genetycznych w determinowaniu IQ.

Innym przykładem jest schizofrenia. Na blogu Cross-Check John Horgan omawia CMYA5, opisywany w popularnej prasie jako „gen schizofrenii”. Wskazuje, że jeśli jesteśmy nosicielami tego genu, to nasze ryzyko zachorowania na schizofrenię wzrasta jedynie z 0,07% do 1,07%. Dla przeciwwagi: jeśli ma się chorego na schizofrenię krewnego pierwszego stopnia, takiego jak rodzeństwo, prawdopodobieństwo zachorowania wynosi około 10%, czyli ponad 100 razy więcej niż w przypadku wystąpienia genu CMYA5. Takie wyniki nie są rzadkością. Nowa dziedzina nauki jest w rzeczywistości bardzo zaniepokojona brakiem „proroczej siły” badań GWAS, co często jest dyskutowane w kontekście problemu „brakującej dziedziczności”.

Pomimo ograniczonego sukcesu GWAS, wątpliwe jest, aby siła twierdzeń genetyczno-deterministycznych miała osłabnąć w najbliższej przyszłości. Główną tego przyczyną są nieprzebrane ilości nowych danych genetycznych, jakie są wciąż generowane. Potop takich danych to spełniony sen biologicznego deterministy. Gdyby czytelnik uznał, że przesadzam, oto cytat z ostatnich badań nad „genetyczną architekturą naszych preferencji politycznych i ekonomicznych”, opublikowanych w PNAS, wiodącym magazynie naukowym. Nie jest niespodzianką, że SNP, jakie zidentyfikowano „wyjaśnia tylko niewielką część całkowitej wariancji”. Autorzy jednak dalecy są od poczucia porażki i konkludują swój abstrakt z nutą optymizmu: Wyniki te stanowią ostrzeżenie co do możliwości, sposobu i terminu, w jakim dane molekularne będą mogły przyczynić się do badań w naukach społecznych i – być może – je zreformować. Przedstawiamy jedynie konstruktywne odpowiedzi na dedukcyjne wyzwania, stawiane przy małej mocy wyjaśniającej, jaką posiadają indywidualne SNP.

Ten czysty pokaz pychy mówi sam za siebie. Biorąc pod uwagę trudności z wykorzystaniem badań GWAS do wyjaśnienia problematyki wzrostu – łatwo opisywalnej ilościowo i łatwo mierzalnej cechy – ewidentnie jasna staje się absurdalność twierdzenia, że możliwe jest zidentyfikowanie bazy genetycznej tak trudno definiowalnych, zmiennych w czasie i trudnych do opisu ilościowego cech jak inteligencja, agresja czy preferencje polityczne.

Tak czy inaczej, podręczne strategie genetycznego deterministy w erze genomiki są jasne: zebrać nieprzebrane ilości danych o sekwencjach. Znaleźć niedookreślone cechy (takie jak preferencje polityczne). Zidentyfikować gen, który jest statystycznie nadreprezentowany w subpopulacji „posiadającej” tę cechę. Odtrąbić zwycięstwo, ignorując fakt, że geny te naprawdę nie wyjaśniają fenotypicznej wariancji konkretnej cechy. Zamiast uznać tę prawdę, twierdzić, że gdybyśmy tylko posiadali więcej danych, wszelkie statystyki by się potwierdziły. Dalej – sprowadzić te wyniki na poziom społeczeństwa i, generalizując, twierdzić, iż wyjaśniają one fundamentalne zasady genetyczne ludzkich zachowań. Napisać na ten temat informację prasową i czekać, aż media rzucą się z entuzjastycznymi opisami. Powtórzyć z innym zestawem danych i kolejną cechą.

Determinizm biologiczny wydaje się wiarygodny właśnie dlatego, że daje nam iluzję, iż jest zakorzeniony w obserwacji naukowej. Żaden naukowiec nie zaprzeczy faktowi, że podstawowe „cegiełki” organizmu są zakodowane w jego materiale genetycznym i że ewolucja, poprzez kombinację tendencji genetycznych oraz selekcji, te geny ukształtowała. Ale próby przypisania zachowań ludzkich zestawowi genów – obojętnie, czy chodziłoby o zjedzenie całej paczki chipsów czy o prowadzenie wojny – są w oczywisty sposób pokazem donkiszoterii.

Nigel Goldenfeld i Leo Kadanoff apelują w świetnym artykule opisującym systemy złożone: Używajcie opisów na adekwatnym poziomie, aby oddać interesujące was zjawisko. Nie przedstawiajcie spychacza za pomocą kwarków, z których jest złożony. Oczywiście prawdą jest, że wszelkie właściwości spychacza są wynikiem części składowych, które go tworzą, takich jak kwarki i elektrony, jednak myślenie o jego właściwościach (kształcie, kolorze, funkcji) w kontekście tych składowych wydaje się bezcelowe. Kształt i funkcja spychacza to cechy systemu jako całości. Tak jak nie możemy ograniczyć cech spychacza do cech kwarków, tak samo nie powinniśmy redukować złożonych zachowań i cech organizmu do jego genów. Karol Marks zwrócił uwagę na podobny fakt, gdy twierdził, że po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego wyłącznie różnice ilościowe prowadzą do zmian jakościowych.

Jeśli filozoficzne i naukowe założenia twierdzeń genetycznego determinizmu są tak problematyczne, to czemu tak niechlujny sposób myślenia nagradzany jest artykułami na okładce działu naukowego „New York Timesa”? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy wziąć pod uwagę nie tylko naukę, ale i politykę.

Żyjemy w czasach, gdy korporacje osiągają bezprecedensowe zyski, wąskie elity akumulują astronomiczne bogactwo, a nierówności sięgają poziomu tych z Pozłacanego Wieku. Sprzeczności między neoliberalnym kapitalizmem a wartościami demokratycznymi stopniowo wychodzą na światło dzienne. Twierdzenia o równych możliwościach, leżące u podstaw liberalnego myślenia, stają się farsą. Coraz bardziej widoczna jest niezgodność pomiędzy tym, na co kapitalizm pozuje, a jego prawdziwą rzeczywistością.

Urok biologicznego determinizmu polega na tym, że oferuje on wiarygodne naukowe wyjaśnienia społecznych sprzeczności wywołanych przez kapitalizm. Jeśli cukrzycę typu II sprowadzimy do problemu genetycznego (którym oczywiście do pewnego stopnia jest), nie będziemy musieli zastanawiać się nad wzrostem poziomu otyłości i jego przyczynami: monopolem rolniczym, nierównością dochodów i rozbieżnościami w jakości kupowanego jedzenia, opartych na różnicach klasowych. Połączmy to wszystko z powszechnym, a forsowanym przez przemysł farmaceutyczny proponowaniem używania leków jako rozwiązania każdego problemu i nie jest niespodzianką, że pozostawia się nas z wrażeniem, iż złożone zjawiska społeczne są redukowalne do prostych faktów naukowych.

Biologiczny determinizm to, parafrazując świetnego krytyka literackiego Roberto Schwarza, użyteczna społecznie iluzja, dobrze ugruntowana w swych przejawach. Tak jak sztuka i literatura, również nauka jest kształtowana historycznie i… rejestruje procesy społeczne, którym zawdzięcza swoje istnienie. Naukowcy dziedziczą uprzedzenia społeczeństw, w których żyją i pracują. Nigdzie nie jest to bardziej wyraźne niż właśnie w biologicznym determinizmie, który powiela neoliberalne założenia na temat ludzkości i społeczeństwa.

Historia biologii zaśmiecona jest jeżącymi włos na głowie przykładami nadużywania genetyki (i teorii ewolucji) dla potrzeb usprawiedliwiania władzy i nierówności. Mieliśmy już ewolucyjne usprawiedliwienia dla niewolnictwa i kolonializmu, naukowe wyjaśnienia gwałtu i patriarchatu oraz usprawiedliwianie przyrodzonej wyższości rządzących elit za pomocą genetyki. Musimy niestrudzenie pracować, by ta historia nie powtórzyła się w erze genomiki.

tłum. Magda Komuda, Mateusz Trzeciak

Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim lewicowym piśmie „Jacobin” nr 1/2014. Więcej o piśmie: www.jacobinmag.com

Przypisy tłumaczy:

  1. Określenie epoki w dziejach USA, trwającej od zakończenia wojny secesyjnej do rozpoczęcia konfliktu z Hiszpanią w 1898 roku; był to czas największego nasilenia napływu imigrantów do Ameryki oraz gwałtowanego rozwoju przemysłu.
  2. A – deoksyadenozyna, C – deoksycytydyna, G – deoksyguanozyna i T – tymidyna to organiczne związki chemiczne, składowe łańcuchów DNA.
  3. Kwas rybonukleinowy, organiczny związek chemiczny z grupy kwasów nukleinowych, odpowiedzialny głównie za przenoszenie informacji z DNA w celu kontroli syntezy białek.
  4. Wariacja w pojedynczej „parze zasad” (base pair) w obrębie sekwencji DNA.