Nie tak znowu skuteczna walka z globalną biedą

Życie bezkrytycznych miłośników wolnego rynku było kiedyś proste. Wystarczyło rzucać na przemian kilkoma hasłami. Przypływ podnosi wszystkie łodzie! Więcej rynku to więcej demokracji! Znieśmy regulacje rynkowe i uwolnijmy energię oraz przedsiębiorczość ludzi sukcesu! Jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści. Im bardziej państwa rozwinięte podążały za wolnorynkową ortodoksją, tym gorzej się w nich działo. Realne płace klasy średniej stanęły w miejscu. Nierówności społeczne wzrosły do poziomu nieznanego od czasów sprzed II wojny światowej. Demokracja zaczęła ustępować rządom finansjery. Na to wszystko nałożył się potężny kryzys gospodarczy, wywołany między innymi deregulacją sektora finansowego.

Fundamentalistom rynkowym pozostał ostatni mit. „Popieram neoliberalizm, bo w ostatnich kilkudziesięciu latach wyciągnął setki milionów ludzi z ubóstwa” – napisał mi kiedyś jeden ze znajomych. To jedno zdanie dobrze podsumowuje ten mit. Może najubożsi i klasa średnia w krajach rozwiniętych nie mają tak dobrze, jak chcieliby, ale zobaczcie za to, ilu ludziom w krajach peryferyjnych pomógł ten rzekomo wstrętny neoliberalizm. Ta opowieść opiera się między innymi na danych Banku Światowego, wedle których skrajne ubóstwo w skali globalnej zmniejsza się systematycznie z roku na rok.

Jason Hickel, brytyjski antropolog, zauważa jednak, że gdy tylko przyjrzymy się bliżej problemowi światowego ubóstwa, to dostrzeżemy mniej optymistyczny obraz. Jak to często bywa, Bank Światowy okazuje się skuteczniejszy w reklamowaniu rzekomych sukcesów niż w rzeczywistej walce z biedą.

Na pozór wszystko się zgadza. Jeśli przyjmiemy granicę ubóstwa wyznaczoną przez Bank Światowy – kiedyś dochody w wysokości 1,02 dolara dziennie, potem 1,25, teraz 1,90 – to rzeczywiście okazuje się, że od kilkudziesięciu lat skrajne ubóstwo maleje. Jest jednak kilka „ale”. Duża część redukcji ubóstwa dokonuje się dzięki Chinom, które nie bardzo pasują do opowieści o wspaniałym neoliberalizmie zwalczającym biedę. Choć wprowadzają elementy gospodarki wolnorynkowej i są zdecydowanie bardziej krajem kapitalistycznym niż socjalistycznym, to robią to na własnych warunkach i przy uważnym nadzorze państwa.

Istnieją też poważne wątpliwości, czy linia ubóstwa wybrana prze Bank Światowy nie jest zbyt niska. O ile rzeczywiście można się utrzymać za 1,90 dolara w najbiedniejszych miejscach na świecie, to w krajach zamożniejszych potrzeba już więcej pieniędzy, aby nie popaść w skrajne ubóstwo. Zdaniem Hickela linia ubóstwa powinna być ustawiona na poziomie przynajmniej 5 dolarów dziennie. Co oczywiście znacząco wpłynęłoby na pogorszenie statystyk walki ze skrajną biedą.

Takie jest właśnie przesłanie Hickela. Historia skutecznej walki z biedą to w dużej mierze historia umiejętnego dobierania danych. Jeszcze w 2000 roku Bank Światowy był zmuszony przyznać, że liczba ubogich wzrasta. W 2001 prezes Banku Światowego, James Wolfensohn, ogłosił, że walka z ubóstwem jest skuteczna i jego skala ulega znacznemu zmniejszeniu. Jak to możliwe, że przez rok doszło do tak znacznych zmian? Po prostu zmieniono granicę ubóstwa – odpowiada Hickel. Na pozór podniesiono ją odrobinę, ale tak naprawdę niewystarczająco, aby uwzględnić zmniejszającą się siłę nabywczą dolara. I w ten sposób w ciągu jednej chwili liczba ubogich zmalała.

Zdaniem Hickela wszystkie te sztuczki przesłaniają niewygodną prawdę. Nasz sposób walki ze światową biedą opiera się na lichych przesłankach. Nie nadąża za przyrostem naturalnym i nie wykorzystuje potencjału dotychczasowego wzrostu gospodarczego. Jak pisze Hickel w książce „The Divide”: „W tej chwili naszą główną strategią likwidowania ubóstwa jest zwiększanie wzrostu globalnego PKB. Za tym pomysłem kryje się założenie, że owoce wzrastającego PKB trafią stopniowo także do najuboższych, poprawiając ich życie. Wszystkie dostępne nam dane pokazują jednak wyraźnie, że wzrost PKB nie przynosi tak naprawdę korzyści najbiedniejszym. Choć globalne PKB per capita wzrosło o 45% od 1990 roku, to liczba ludzi żyjących za mniej niż 5 dolarów dzienne zwiększyła się o 370 milionów. Dlaczego wzrost nie pomaga zredukować biedy? Ponieważ jego owoce są nierówno dzielone. Najbiedniejsze 60% ludzkości otrzymuje jedynie 5% dochodu wypracowanego dzięki globalnemu wzrostowi. Pozostałe 95% trafia do najbogatszych 40%. I mówimy tu o najlepszym możliwym scenariuszu. Biorąc pod uwagę wspomniany wskaźnik dystrybucji, Woodward oblicza, że zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na poziomie 1,25 dolara dziennie zajmie ponad 100 lat. Jeśli granicę ustawimy na bardziej miarodajnym poziomie 5 dolarów dziennie, walka z ubóstwem zajmie 207 lat”.

Sprawę pogarsza to, że – jak słusznie zauważa Hickel – nie da się obecnie mówić o wzroście naturalnym bez uwzględnienia zagrożeń związanych z katastrofą środowiskową: „Nie dość, że te epokowe przedziały czasowe są wystarczająco rozczarowujące, to okazuje się, że jest jeszcze gorzej. W celu zlikwidowania biedy na poziomie 5 dolarów dziennie globalne PKB musiałoby zwiększyć się o 175 razy. Innymi słowy, musimy uzyskiwać, produkować i konsumować 175 razy więcej towarów niż dziś. Warto się nad tym przez chwilę zastanowić. Nawet gdyby tak niesamowity wzrost był możliwy, skutki okazałyby się tragiczne. Szybko doprowadzilibyśmy do katastrofy ekosystemu naszej planety, zniszczylibyśmy lasy i glebę, a co najważniejsze klimat” – zauważa Hickel.

Jeśli jest tak źle, to co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację? Hickel zaczyna od skromnego postulatu: biedne kraje nie potrzebują pomocy krajów bogatych, na początek wystarczy po prostu, że te drugie przestaną je wykorzystywać. Popiera ją różnymi danymi statystycznymi. Podaje na przykład, jak horrendalnie wysokie odsetki muszą płacić biedne państwa od zaciągniętych pożyczek. „Pomoc” biednym krajom okazuje się świetnym interesem. Być może jednak problem najlepiej ilustruje krótka historia przytaczana przez Hickela w „The Divide”. Warto przeczytać ją w całości: „Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić Zachodni Brzeg w Palestynie. Pewnego, szczególnie upalnego popołudnia mój gospodarz wiózł mnie w stronę Rowu Jodanu, gdzie miałem przepytać kilku rolników na temat problemów z wodą. Przebijając się przez żwirową trasę, natrafiliśmy na ogromny biały znak, sterczący pośród pustynnych kamieni. Widniało na nim ogłoszenie inicjatywy US AID, »aby pomóc w zmniejszeniu powracających kłopotów z dostępnością wody« przez utworzenie nowej studni. Na ogłoszeniu znajdowała się amerykańska flaga i dumne słowa: »Ten projekt jest darem obywateli Ameryki dla obywateli Palestyny«.

Postronny obserwator byłby zapewne pod wrażeniem. Pieniądze amerykańskich podatników zostały szczodrze podarowane, w zgodzie z duchem humanitaryzmu, biednym Palestyńczykom walczącym o przetrwanie na pustyni. Tylko że Palestyna nie cierpi na niedobór wody. Kiedy Izrael dokonał inwazji i zaczął okupywać Zachodni Brzeg w 1967 roku, ze wsparciem armii USA, przejął całkowitą kontrolę nad warstwami wodonośnymi. Izrael wydobywa większość tej wody – blisko 90 procent – dla swoich osiedli oraz w celu nawadniania wielkich przemysłowych gospodarstw rolnych. Gdy poziom wód podziemnych opada, studnie Palestyńczyków wysychają. Palestyńczycy nie mogą pogłębiać studni ani budować nowych bez zgody Izraela, której prawie nigdy nie otrzymują. Jeśli wybudują studnię bez zezwolenia, a często to robią, szybko zjawiają się izraelskie buldożery. Tak więc Palestyńczycy są zmuszeni kupować od Izraela własną wodę po arbitralnie wysokich cenach.

To nie jest żadna tajemnica. Wszystko dzieje się otwarcie, a rolnicy, z którymi rozmawiałem, wiedzą o tym aż za dobrze. Z ich punktu widzenia znak US AID jest tylko kolejnym policzkiem. Wbrew temu, co sugeruje, Palestyńczykom nie brakuje wody, po prostu zabrano im ją. Z pomocą USA. W 2012 roku, kilka miesięcy przed moją wizytą, Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję 66/225, wzywającą do przywrócenia Palestyńczykom praw do ich własnej wody. 167 krajów głosowało za rezolucją. USA i Izrael głosowały przeciwko”.

Opowieść Hickela wskazuje tylko na drobny element układanki składającej się ze złożonych relacji politycznych i ekonomicznych. Puenta, która z niej płynie, jest jednak uniwersalna. Chcemy na serio walczyć z biedą? To zacznijmy od szczerej oceny sytuacji. Zachód ponosi odpowiedzialność za kłopoty państw peryferyjnych. Nie chodzi tylko o dawne zbrodnie kolonializmu. Dzisiaj także wykorzystujemy biedniejsze kraje. Kiedyś Zachód napędzał swój postęp za pomocą niewolnictwa i podbojów, współcześnie robi to dzięki stronniczym traktatom handlowym, wysokoprocentowym pożyczkom czy zagarnianiu bogactw naturalnych. Istnieje na ten temat cała literatura: od „Globalizacji” Josepha Stiglitza, po „Złych Samarytan” Ha Joon-Changa. Te rzeczy dzieją się czasem przy jawnym użyciu siły. Kiedy wojska USA podbiły Irak, jedna z pierwszych decyzji dotyczyła zadbania o interesy amerykańskich firm i pomocy w przejęciu irackich przedsiębiorstw przez amerykański kapitał. Takie były początki „wprowadzania demokracji”.

Aczkolwiek mówienie o tym, że Zachód korzysta na wyzysku krajów peryferyjnych też jest zawodnicze. Przypominam: realne płace większości Amerykanów i Amerykanek stoją w miejscu od lat. O usługach publicznych często zaś nie można powiedzieć nawet tego, że stoją w miejscu – często ulegają stopniowej degradacji. Nie pomaga wsparcie udzielane przez rząd amerykańskim korporacjom. Nie pomaga wyzysk krajów peryferyjnych. Nie pomaga „wolny” rynek. Ostatecznie na wszystkim korzysta garstka ludzi. I trudno liczyć na to, że podejmiemy skuteczną walkę z globalnym ubóstwem bez rzucenia wyzwania porządkowi, w którym nieliczni żyją na koszt całej reszty.

dr Tomasz S. Markiewka

Praca i oddanie

Praca i oddanie

Praca jest dla ludzi ważna. Nie tylko dlatego, że daje możliwość utrzymania. Sprawia także, iż otrzymujemy tożsamość, która określa nasze miejsce w świecie, wśród innych ludzi. Brytyjska uczona Nancy Harding twierdzi, że bycie człowiekiem zawiera w sobie aspekt pracy. Pracuje się po to, żeby przeżyć, ale także po to, aby zaznaczyć swoją obecność w życiu własnym i innych.

W swojej pięknej książce z 2008 roku, poświęconej rzemiosłu i postaci rzemieślnika, wybitny brytyjski socjolog Richard Sennett opisuje piękno i trud pracy precyzyjnej, wymagającej poświęcenia. Autor definiuje rzemiosło jako „trwały, podstawowy ludzki impuls, pragnienie, by wykonać pracę dobrze, po prostu dla niej samej”. To coś znacznie szerszego, niż wymagające kwalifikacji zatrudnienie i dotyczy tak samo szlifierza, lutnika, naukowca, jak i artysty. Praca rozumiana w ten sposób ma własny rytm, swoją wewnętrzną spójność, które, gdy poświęcić im pełną uwagę, pomagają osiągnąć mistrzostwo i poczuć jedność z wykonywanymi czynnościami. To przynosi głęboką, jednocześnie zmysłową i duchową przyjemność.  Zmarły niedawno wybitny polski socjolog Zygmunt Bauman pytany, z czego jest szczególnie zadowolony w życiu, lubił odpowiadać, że takie zadowolenie daje mu poczucie dobrze wykonanej pracy. Obaj, Sennett i Bauman, przekonani byli, że taka praca wymaga długoletniej praktyki i ciągłego zaangażowania. Nie ma do zadowolenia drogi na skróty – w istocie taka droga byłaby zaprzeczeniem jego sensu. Długa, trudna droga jest tak samo jego częścią, jak radość z dzieła, z efektu, z zasłużonej chwili odpoczynku. Wszystkie te elementy są częścią większej, organicznej całości.

Bracia Stuart i Hubert Dreyfus zaproponowali w latach 80. model uczenia się, złożony z pięciu etapów: od początkującego, poprzez biegłego, do mistrza. Pierwsze trzy etapy polegają na coraz lepszym opanowaniu zasad i reguł, coraz doskonalszym rozpoznawaniu sytuacji i dobieraniu do niej odpowiedniej reguły lub zestawów reguł. Coraz większa biegłość osiągana jest przez analizowanie sytuacji i podejmowanie racjonalnych decyzji poprzez dopasowywanie działania do kontekstu. Na przykład początkujący kierowca uczy się, kiedy należy wrzucić wyższy bieg na podstawie prędkości. Musi ją stale obserwować i gdy licznik pokaże określoną wartość, zmienia bieg. Na drugim, zaawansowanym poziomie, kierowca odróżnia już po dźwięku, czy należy zmienić bieg. Najwyższy poziom kompetencji, czyli poziom trzeci w modelu Dreyfusów, cechuje już duża złożoność. Kierowca wie, że szosa czasami jest śliska, wie, kiedy to może się przytrafić, wie, że pod górkę inaczej się jedzie niż po płaskim itd. Wszystkie te czynniki wymagają zbiorczych reguł i planów działania. Na tym poziomie można pozostać do końca życia, modyfikując i opracowując coraz bardziej precyzyjne procedury i plany.

Jednak są jeszcze dwa wyższe poziomy. Między poziomem trzecim a czwartym jest przepaść. Żeby przejść na poziom czwarty, trzeba coś „zgubić”. Stracić trzeba myślenie analityczne, aby znaleźć intuicję. Mistrz, czyli osoba na piątym poziomie, gubi monitorujący tryb świadomości. Staje się jednością z pracą, jaką wykonuje, a zaangażowanie jest tak intensywne, że wrażenia dobiegają z działania raczej, niż z systemu nerwowego czy poznawczego jednostki. Na przykład opowiada się, że Sarah Benhardt grała dalej swoją rolę w Tosce po tym, jak złamała nogę. Można to zrozumieć, bo choć najprawdopodobniej czuła ból, to nie znajdował się on podczas gry w centrum jej uwagi. Mistrz jest jednocześnie absolutnie skoncentrowany na tym, co robi i posiada uwagę wplecioną w kontekst tu i teraz, nie punktową jak w zwykłym doświadczaniu.

Z modelu uczenia się braci Dreyfus wynika wiele wniosków, ale wymienię tu tylko dwa, ważne dla tego felietonu. Po pierwsze, nadmierna koncentracja na przepisach blokuje możliwość uczenia się na wyższych poziomach. Po drugie, aby osiągnąć mistrzostwo potrzebne jest oddanie, odrzucenie podpór, jakie oferują reguły i przepisy (po ich opanowaniu) i zdanie się na mądrość niejednoznaczną, złożoną i wymykająca się redukcjonistycznej racjonalności. To wymaga wiary i dyscypliny. I tak jest dobrze – zbyt wiele nieszczęść spowodowali dobrzy ludzie z nadmiarem ambicji i niedostatkiem dyscypliny.

Mądrość to nie to samo, co wiedza, obszerna czy nawet głęboka. Mój niegdysiejszy doktorant, potem doktor nauk zarządzania (tak, tak, ta dyscyplina nauk jest o wiele mniej banalna, niż wielu osobom się wydaje), a obecnie mnich benedyktyński z północnej Szkocji, Przemysław Piątkowski, powiedział kiedyś tak: „nie ma nic lepszego, niż poświęcić czemuś całe swoje życie”. Ta myśl dotyczy wszystkiego, co jest w głębi, co jest treścią, niewidoczną zawartością ludzkiego losu. Z wyborem ma niewiele wspólnego, choć występuje taki element – przekroczenie progu, poza którym nie ma znaczenia to, co na powierzchni: ani uznanie społeczne, ani nagrody, ani sława, ani pozycja. Przejście przez ten próg sprawia, że jesteśmy szczęśliwi mimo braku chwały czy nawet wyrazów wdzięczności za to, co robimy. Oddanie powoduje, że przebijamy się przez pierwsze powierzchowne warstwy egotyzmu, potem poczucia ważności, potem znaczenia, potem wreszcie przydatności. Poniżej jest już tylko żywy sens, kolejne jego pokłady. Zapadanie się w sens. To relacja nawet nie ze społeczeństwem, ale z poczuciem, że istnieje coś większego od nas. Dla Przemka jest to droga zakonna. Dla mnie to akademia.

Być profesorem to w najgłębszym znaczeniu właśnie oddanie. Warto pamiętać, że słowo profesor wywodzi się od łacińskiego czasownika profiteor, oznaczającego wyznać, oświadczyć, ale też wykonywać (zawód), nauczać. Od niego pochodzi też słowo profesja, które odnosi się do profesji zakonnej, czyli ślubów, ale także profesji takich jak lekarz czy naukowiec. W sensie, w którym używam tego słowa tutaj, dotyczy też rzemieślnika, rzeźbiarki, krawcowej, wykwalifikowanego robotnika, takiego jakim był mój dziadek szlifierz. Miał w pracy precyzję, trafność i skupienie, o których pisze Sennett, tylko wtedy, gdy pracował w spółdzielni, „na wspólnym”, a nie w wielkiej fabryce, gdzie wprawdzie dużo więcej zarabiał, ale nie miał wpływu na swoje warunki i sposób wykonywania pracy. Państwowy komunizm opierał się na alienacji pracy podobnie jak kapitalizm. Gdy haruje się na kogoś, czy to inwestor, czy wszechmocne państwo, praca przestaje być drogą i oddaniem, a zaczyna być zniewoleniem.

Niektóre profesje posiadają szczególne ceremonie poświęcone oddaniu się im. Dla zakonnika jest to moment złożenia profesji, czyli akt zobowiązania się do tego, by przestrzegać reguły zakonnej, dla lekarza złożenie przysięgi Hipokratesa, dla naukowca – ślubowanie doktorskie. Ten moment, choć ważny, nie definiuje ani nie wyjaśnia tego, co dzieje się potem; jest tylko bramą, którą się wtedy otwiera. Po drugiej stronie są praca i wartości. Są one kompasem, pomagającym tworzyć to, co ma autentyczną jakość, kierować się tzw. wewnętrzną motywacją, zachować równowagę moralną i pomagać w tym swojej wspólnocie. Nie zastąpi się tego niczym innym. Istnieją wprawdzie mniej lub bardziej udane „artykuły zastępcze”, „wartościopodobne”, takie jak nadmierne poleganie na przepisach i procedurach (np. w niedawnej pamięci historycznej epoka Jaruzelskiego w Polsce, a obecnie kultura audytu w neoliberalnym kapitalizmie), zachęty i nagrody rozbudowane do tego stopnia, że przypominają wabienie lub przekupywanie – albo władza.

Ta ostatnia w roli wypełniacza struktur zasługuje na kilka osobnych słów. Władza jest jednym z najpotężniejszych motywatorów w historii ludzkości, zdaniem jednych – właściwością, innych – relacją, a jeszcze innych – właściwością relacji tak mocno przenikającą je, że stanowiącą medium, w którym relacje się tworzą i określają. W systemach społecznych władza ma tendencję, by się akumulować, lub, jeśli ktoś woli, władza tworzy swoje własne pola realizacji, samą siebie od-twarza i pomnaża. Jest to mechanizm na tyle silny, że w dłuższym okresie czasu może wypierać inne procesy i relacje, w tym także te określane przez wartości. Innymi słowy, upraszczając do bólu (mam nadzieję, że jako felietonistce zostanie mi to wybaczone) w organizacjach i społecznościach, jeśli w dłuższym czasie nie są dopuszczane procesy odnowy skoncentrowane na wartościach i etosie, władza zaczyna przejmować ich rolę. Mamy wtedy do czynienia z organizacjami skorumpowanymi, cynicznymi; z zakonami bez wiary, nadziei i radości; uniwersytetami bez idealizmu; szpitalami bez współczucia. Są za to takie organizacje pełne sieci wzajemnych powiązań i zobowiązań, gdzie przede wszystkim każdy wie, komu podlega, od kogo jest zależny, kto jest ważniejszy itd. Takie organizacje same tworzą swoje kody znaczeń, czyli w pewnym momencie odrywają się od treści i produkują wyłącznie formę: ich nagrody mają się nijak do jakości pracy, ich pozycje mają znikomy związek z szerszymi celami społecznymi, jakie realizują. Odrywają się od świata ludzi, który je powołał do życia i funkcjonują wyłącznie dla własnej satysfakcji. Jednak z władzą jest tak, że działa jak narkotyk i satysfakcja nigdy nie przychodzi – im więcej ktoś lub coś jej zaczerpnie, tym więcej potrzebuje. Nigdy nie następuje ten orzeźwiający, cudowny moment, jak wtedy, gdy robi się coś z oddaniem – ani moment poczucia pracy dobrze wykonanej.

Neoliberalny kapitalizm doprowadził do tak potężnej alienacji pracy, że nawet XIX-wiecznym racjonalizatorom się to nie śniło. Do robotników i urzędników, których praca zmieniła się sto lat temu w koszmar powtarzających się w kółko czynności, często bez żadnego osobistego ani społecznego sensu, dołączyły niegdyś święte autonomiczne profesje: medycyna, prawo, akademia. Kapitalizm zmienił pracę wszystkich ludzi w pasmo udręki. Jak piszą naukowcy tacy jak David Graeber czy Peter Fleming, ludzie współcześni nienawidzą swojej pracy, czują się w niej upodleni, wpadają w rozpacz, popełniają samobójstwa, umierają z przemęczenia. Nancy Harding uważa, że alienacja pracy zmienia pracowników w zombie-maszyny. Martwimy się, że roboty zabiorą nam pracę, a sami już jesteśmy robotami. Organizacje masowo dokonują mordu tej ważnej części jaźni i życia człowieka, która tworzy się podczas dobrej, sensownej pracy. Neoliberalizm z jakości zrobił fasadę, którą należy polerować, żeby błyszczała wszystkimi modnymi barwami i hasłami: doskonałość, produktywność, innowacyjność, doświadczenie, a wszystko to w połączeniu z młodym wiekiem i nieodłącznym entuzjazmem, trzeba kochać swoją pracę w każdej chwili, nawet jeśli przenosi się ciężary w Amazonie za kilka groszy i bez bezpieczeństwa zatrudnienia, a jeśli nie odnosi się sukcesu, to dlatego, że nie jest się wystarczająco świetnym, przegrywa w konkurencji. Trzeba w każdej chwili się sprzedać, przekonująco pokazać, jak bardzo się bryluje i zasługuje na bycie „na topie”, niezależnie od tego, co to w praktyce znaczy.

Kult fasady pozostaje nie tylko bez związku z pracą rozumianą jako oddanie, ale jest jej jadowitym zaprzeczeniem. Wszystko, co kryje się za fasadą, odsyłane jest do lamusa jako nieistotne, nieistniejące, wręcz „tylko w naszym umyśle”. Trzeba zakrzykiwać uczucia „pozytywnym myśleniem”, zaszczuwać duszę „wiarą w siebie”, zaganiać serce w kozi róg „określania talentów”, „wyznaczania i osiągania celów”. A jeśli się nie udaje, to znaczy, że się jest chorym i trzeba łykać (nietanie) medykamenty. Liczy się tylko to, co można dopisać do CV – pal licho, czy ma to jakikolwiek związek z prawdą, bo przecież prawda jest „tylko w umyśle”, nie ma najmniejszego znaczenia, w razie czego można ją wyleczyć odpowiednim lekarstwem, i nikt jej specjalnie nie żałuje. W świecie, gdzie wszyscy szlifują fasady, ani przestrzeń, ani architektura nie bywają przedmiotem rozwagi ni rozmowy.

Myślę, że w chwili obecnej fasady są już tak wypolerowane, tak wycyzelowane, że nabrały delikatności skorupki jajka. Lada moment zaczną pękać, nie wytrzymując nawet lekkiego dotyku, a co dopiero nacisku szlifierki. A co tam kryje się w środku? Co mieszczą w sobie te wszystkie CV-wydmuszki, ta pompatyczność współczesnego zarządzania, o której pisze szwedzki uczony Mats Alvesson? Co będzie dalej?

Richard Sennett w swoich badaniach współczesnych profesji, takich jak medyczna, na próżno szukał śladów rzemiosła, organicznej pracy, która zajmuje czas, wymaga poświęcenia, otwartości na to, co niejasne, dwuznaczne. Została wypłukana przez całkiem inny żywioł: wskaźniki, parametry, rankingi. Jazgot. Nie ma miejsca na praktykowanie złożonej relacji między świadomością a ucieleśnioną i doświadczaną wiedzą, na oddanie. Świat wydmuszek raczej nie skończy się hukiem.

prof. Monika Kostera

Umiesz liczyć? Licz na przypadek!

Umiesz liczyć? Licz na przypadek!

„Wszystko, co tak dobrze wygląda w moim CV, zawdzięczam sobie. Moi rodzice zainwestowali w naukę języka, a mama przyjaciela zaprosiła mnie do Australii” – oświadczył Rafał Trzaskowski, kandydat na prezydenta Warszawy, w wywiadzie dla „Plusa Minusa”. Jak widać, mit o samowystarczalności wciąż ma się dobrze w Polsce. Nawet pieniądze rodziców oraz pobyt w Australii zdobyty dzięki znajomościom mogą być przykładami własnych zasług.

Nadal duża część polskiej klasy wyższej jest święcie przekonana o własnej genialności, uparcie nie chcąc dostrzec własnych przewag różnego rodzaju, których zasługami nie sposób nazwać. Nawet wtedy, gdy te przewagi same się im nasuwają. A przecież nawet Jan Kulczyk, który na dobry początek dostał od ojca milion złotych, umiał dostrzec swoje uprzywilejowanie – pytany o tajemnicę sukcesu w biznesie, odpowiedział, że „najważniejsze w życiu to dobrze wybrać sobie rodziców”. Tych niedostrzeganych przewag, dzięki którym klasy wyższe wdrapały się na szczyt, jest mnóstwo i są one już całkiem nieźle opisane. Wykształceni rodzice, którzy zapewnili odpowiedni kapitał kulturowy, sieci znajomych zdobyte dzięki wychowaniu się w dobrze sytuowanej rodzinie, kapitał materialny dający na starcie wielką przewagę nad rówieśnikami itd. Stosunkowo najmniej zwraca się uwagę na szczęście – tymczasem właśnie uśmiechy losu są jedną z największych przewag tak zwanych ludzi sukcesu.

Przypadek – ważny element sukcesu

W sumie to nic dziwnego – akurat na szczęście niespecjalnie zwraca się uwagę. Jest ono widoczne w pierwszych chwilach, gdy łaskawie potraktowani przez los skwitujemy to krótkim „ale fuks!”. Jednak bardzo szybko wypieramy to z pamięci, a szczęśliwa sytuacja po niedługim czasie zachowuje się w naszej pamięci jako w pełni zasłużona. Właśnie dlatego wielu ludzi sukcesu ma niezbite przekonanie, że do wszystkiego doszli wyłącznie ciężką pracą i talentem. Abstrahując od tego, że posiadanie wybitnych talentów to też jest całkiem duże szczęście, trzeba przypomnieć, że na świecie są miliony utalentowanych i bardzo pracowitych ludzi. Tymczasem do wielkich pieniędzy dochodzi garstka – garstka szczęściarzy, dodajmy.

Najbardziej oczywistym przykładem szczęścia jest podjęcie trafnej decyzji w warunkach dużej niepewności, która przełoży się na sukces ekonomiczny, duży zarobek, ewentualnie większą sławę. A w liberalnej gospodarce rynkowej dominują właśnie takie warunki podejmowania decyzji. Po jakimś czasie szczęściarz racjonalizuje sobie w głowie całą sytuację – to przecież ewidentnie wyłącznie moja zasługa, dobrze wiedziałem, że tak należy postąpić. Prawda jest taka, że w momencie podejmowania takich kluczowych decyzji najczęściej nie mamy zielonego pojęcia, czy robimy dobrze. O milionach równie utalentowanych i pracowitych, którzy w kluczowym momencie podjęli błędną decyzję, nikt nie słyszy. Media podejmują głównie historie sukcesu, dzięki czemu podsycają jeszcze przeświadczenie o genialności ludzi, którym się udało, choć gdyby ich porównać z milionami ofiar jednego błędu, to szybko okazałoby się, że w sumie to niewiele się różnią.

Daniel Kahneman, wybitny psycholog i noblista z ekonomii, analizował swego czasu system motywacyjny jednej z firm inwestycyjnych. Był zdziwiony, że system przewiduje tak wielkie premie za udane inwestycje, skoro po analizie było widać, że żadna w tym zasługa traderów. W ich wynikach nie było żadnej logiki – trader najlepszy w jednym okresie, mógł być najgorszy w kolejnym, a potem być w okolicach średniej. Trudno było wskazać rzeczywiście zdolnego tradera, który ma regularnie nosa do inwestycji. Co decydowało o udanej inwestycji i wielkiej premii? Ślepy traf.

Co jeszcze zależy od szczęścia? Kolejny oczywisty przykład to brak problemów zdrowotnych – ważny w każdej grupie zawodowej, ale szczególnie w sporcie zawodowym, w którym są wielkie pieniądze. A przekreślonych karier po poważnej kontuzji było całe mnóstwo. Od szczęścia zależy też, czy w pewnym momencie natkniemy się na odpowiednie osoby, które popchną naszą karierę do przodu. Będąc w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie można zdobyć kluczowe zlecenie, po którym posypią się kolejne. Stworzenie popularnego produktu również w dużej mierze zależy od szczęścia. Czasem trudno powiedzieć, dlaczego dany produkt wygrał z konkurencją – po prostu w pewnym momencie zdobył popularność i zadziałał mechanizm kuli śnieżnej, który jednemu producentowi dał gigantyczne zyski, a konkurencyjne produkty usunął w niebyt. Wiele historii sukcesu opartego o szczęście opisał Robert Frank w wydanej niedawno książce „Sukces i szczęście. Dobry los a mit merytokracji”, w której doskonale rozprawił się z naiwnym przeświadczeniem, że nasze sukcesy to tylko nasza zasługa.

Szczęściarz Bill Gates

Frank opisuje chociażby przypadek Bryana Cranstona, obecnie aktora wręcz kultowego, chodzącej legendy także dla piszącego te słowa. Cranston zagrał główną rolę w być może najlepszym serialu wszechczasów – „Breaking Bad”. Ale gdy w 2008 roku otrzymywał tę rolę trudno było uznać go za spełnionego artystę. Miał 52 lata i był uznawany za raczej przeciętnego aktora grającego głównie role drugoplanowe. Producent Vince Gilligan widział w nim jednak potencjał i chciał dać mu rolę Waltera White’a. Jednak szefowie wytwórni widzieli w niej jakiegoś bardziej znanego aktora. Do Cranstona wrócili dopiero wtedy, gdy odmówili im John Cusack i Mathew Broderick. Cranston okazał się strzałem w dziesiątkę – w trakcie pięciu sezonów cztery razy zgarnął nagrodę Emmy. Obecnie jest już oczywiste, że Cranston to aktor wybitny. Bez wątpienia ma wspaniałe zdolności aktorskie, ale szczęścia miał przynajmniej równie dużo.

Kolejny przykład opisany przez Franka to Bill Gates – przez większość uważany za samorodnego geniusza, który rzucił studia, by z niczego stworzyć w garażu giganta informatycznego Microsoft. Ta legenda ma jednak mało wspólnego z rzeczywistością. Gates w latach 60. chodził do prywatnej szkoły, która oferowała nieograniczony dostęp do zaledwie kilku w kraju nowoczesnych terminali do programowania, które informowały o błędach w kodzie niemalże w czasie rzeczywistym. Gdy zapytany wiele lat później, ilu jego rówieśników otrzymało takie wykształcenie informatyczne przed pójściem do szkoły wyższej, stwierdził: „Gdybym naliczył pięćdziesięciu, zdziwiłbym się. Mam wrażenie, że dzięki niewiarygodnej serii zbiegów okoliczności jako młody chłopak miałem znacznie więcej do czynienia z oprogramowaniem niż ktokolwiek inny”.

Gdy w latach 80. IBM zwrócił się do Gatesa z propozycją przygotowania systemu operacyjnego dla tworzonego przez nich komputera osobistego, ten początkowo odrzucił propozycję. Zasugerował, by IBM zwrócił się do firmy Digital Research, która stworzyła system o nazwie CP/M. IBM jednak nie dogadał się z DR i zamierzał kupić inny system QDOS, który, co ważne, został napisany przez Tima Pattersona na podstawie podręcznika do CP/M. IBM jednak wahał się, w końcu dosyć przypadkowo w trakcie rozmowy Gatesa z Jackiem Samsem z IBM stanęło na tym, że to Gates odkupi prawa do QDOS, dopracuje go i udostępni licencję na użytkowanie dla IBM. Współpracownik Gatesa Paul Allen wynegocjował kupno QDOS od Pattersona za ledwie 50 tys. dolarów. Po wprowadzeniu przez Microsoft pewnych modyfikacji powstał system MS-DOS. IBM nie spodziewając się, że jego komputer odniesie aż taki sukces, zgodził się, by Microsoft pobierał opłatę za prawa autorskie od każdego sprzedanego komputera. Szybko okazało się to dla firmy Gatesa i Allena gigantycznym zastrzykiem gotówki. Początek historii Microsoftu to pasmo szczęśliwych zbiegów okoliczności. A MS-DOS, czyli program, który w bardzo dużej części stworzył ktoś inny, stał się dla Microsoftu kurą znoszącą złote jaja i przepustką do kolejnych zleceń.

Podobnych historii jest u Roberta Franka co niemiara. Michael Lewis to obecnie jeden z najbardziej poczytnych autorów opisujących realia sektora finansowego. Swoją pierwszą książkę napisał zupełnie przypadkowo. Młody Lewis zbiegiem okoliczności trafił na kolację z żoną jednego z decydentów wielkiego banku inwestycyjnego Salomon Brothers. Rozmowa nieźle się układała, a w jej wyniku owa kobieta wymogła na swoim mężu, by ten zatrudnił Lewisa w firmie. Dzięki temu Lewis zaczął zarabiać naprawdę duże pieniądze i poznał sektor finansowy od podszewki. A to, co zobaczył w Salomon Brothers, opisał w książce o znamiennym tytule „Poker kłamców”, który stał się jego pierwszym bestsellerem. Po publikacji okrzyknięto Lewisa doskonały autorem, co wzbudziło jego zdumienie. „Nagle ludzie zaczęli mi mówić, że jestem urodzonym pisarzem. To był absurd. Nawet ja widziałem, że istniała inna, prawdziwa opowieść ze szczęściem w tytule” – cytuje Lewisa Robert Frank.

Ciekawy jest również przypadek słynnej tenisistki Steffi Graf. Od kwietnia 1993 roku jej zarobki znacząco wzrosły. Dlaczego? Ponieważ w kwietniu tego roku jej największa rywalka Monica Seles została zaatakowana nożem podczas turnieju. W wyniku tego najpierw zawiesiła karierę, a potem już nigdy nie powróciła do tak wielkiej formy, jak wcześniej. W latach 1990-1993 wygrała aż siedem razy turniej Wielkiego Szlema, a ostatni zaledwie 3 miesiące przed atakiem nożownika. Jednak po ataku udało się jej to zrobić już tylko jeden raz.

Co łączy Citkę i Kaleckiego?

Zresztą nie musimy posiłkować się znakomitą książką Franka, żeby przywołać podobne przypadki. Wróćmy na chwilę do wspomnianego wywiadu z Trzaskowskim, bo zaraz przed cytowanym na początku tekstu zdaniem powiedział on coś równie interesującego. W 1989 roku pracował jako młodzieniec w warszawskim biurze „Solidarności”. „Kleiłem plakaty i zamiatałem biuro – opowiada Trzaskowski. – Niewiele osób mówiło po angielsku, więc tłumaczyłem dla ekip filmowych i polityków. Trafiłem tam na amerykańskich polityków, którzy uciekli z oficjalnej delegacji mającej się przyglądać temu, jak się demokratyzuje Polska. Potem oni załatwili mi stypendium”. No i proszę, kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności, który otworzył szerzej drzwi do politycznej kariery samowystarczalnemu Rafałowi Trzaskowskiemu.

Z drugiej strony możemy też wymienić sytuacje pechowe, które zablokowały kariery bardzo utalentowanych osób. Tyle się obecnie mówi o Robercie Lewandowski, ale mało kto pamięta już o Marku Citce, który swego czasu uchodził za największy talent polskiej piłki nożnej. Strzelił bramkę Anglii na Wembley, w Lidze Mistrzów wbił gola Atletico Madryt niemal z połowy boiska. Niestety kontuzja ścięgna Achillesa zatrzymała jego karierę na 1,5 roku. Po niej już nigdy nie wrócił do wielkiej formy. Największe gwiazdy futbolu zwykle mają szczęście unikać poważnych kontuzji. A gdy już się jakaś trafi, to mają do dyspozycji najlepszą opiekę medyczną.

Innego rodzaju pecha miał Michał Kalecki, być może najwybitniejszy polski ekonomista. W 1933 roku, a więc trzy lata przed Keynesem, opisał on podstawy ekonomii popytu w „Próbie teorii koniunktury”. Jednak to Keynes jest uznawany za ojca ekonomii popytu, czyli keynesizmu właśnie. Kalecki napisał swoje opracowanie po polsku, a pracę badawczą prowadził w Polsce i Szwecji, co nie rezonowało w Europie. Tymczasem Keynes swoją pracę „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” wydał po angielsku, jako profesor Cambridge, więc spotkała się z bardzo głośnym przyjęciem. Kalecki zresztą trafił potem do Cambridge, jednak tam został tylko jednym z wielu podopiecznych Keynesa – zresztą nie bardzo lubianym przez samego mistrza. Gdyby Kalecki napisał swoją pracę w Anglii i tam pracował od początku, być może dziś mówilibyśmy o kaleckizmie, a nie o keynesizmie.

Dlaczego to wszystko jest ważne? Oczywiście przekonanie o własnej genialności jest całkiem przyjemne, jednak to fałszywy obraz. Jego odrzucenie ma niebagatelne znaczenie dla postrzegania świata. Jak zauważa Frank, gdyby ludzie sukcesu w pełni zdawali sobie sprawę ze szczęścia, jakie ich w życiu spotykało, staliby się dużo bardziej wdzięczni wobec otoczenia. Wobec własnego miasta, kraju, społeczności. A dzięki tej wdzięczności łatwiej byłoby przeforsować prospołeczną politykę, która umożliwiałaby sukces większej liczbie osób. Dopóki klasy wyższe wciąż będą w swojej masie przeświadczone o swoich wybitnych zasługach, wprowadzenie prospołecznych zmian w kapitalizmie będzie niezwykle trudne. Ponieważ ci, którzy mają największe możliwości, by dofinansować sferę publiczną, wciąż będą twierdzić, że owładnięci zawiścią nieudacznicy zaglądają im do kieszeni i chcą odebrać część ciężko zarobionej własności.

Piotr Wójcik

Zapomniany ruch kontroli robotniczej z czasów Praskiej Wiosny

Zapomniany ruch kontroli robotniczej z czasów Praskiej Wiosny

W chwili, gdy wojska Układu Warszawskiego zaatakowały w sierpniu 1968 r. Czechosłowację, istniało w tym kraju nie więcej niż dwa tuziny rad robotniczych i działały one dopiero od dwóch miesięcy. Były jednak skoncentrowane w największych zakładach, a zatem reprezentowały dużą liczbę pracowników. W reakcji na inwazję ruch zaczął rozwijać się bardzo szybko i do stycznia 1969 r. powstało już tyle rad, że istniały w 120 fabrykach, reprezentując interesy ponad 800 tysięcy pracowników, a zatem około jednej szóstej osób pracujących na terenie całego kraju. To wszystko wydarzyło się pomimo tego, że od października 1968 r. rząd przeciwdziałał tego rodzaju samoorganizacji.

Od początku był to ruch oddolny, który zmusił do reakcji na swoje działania partię, rząd i zarządy zakładów pracy. Rady układały własne statuty i od razu wcielały je w życie. Szkic statutu fabryki im. Wilhelma Piecka w Pradze (jeden z pierwszych takich dokumentów, powstały w czerwcu 1968 r.) to dobry przykład: „Pracownicy fabryki Piecka pragną wprowadzić w życie jedno z podstawowych praw demokracji socjalistycznej, to znaczy  prawo robotników do zarządzania własną fabryką” – głosi wstęp do statutu. „Chcą także, by nawiązała się bliższa więź pomiędzy interesami jednostki a interesami całego społeczeństwa. Z tego powodu podjęli decyzję o ustanowieniu samorządu pracowniczego”.

Wszyscy robotnicy, którzy pracowali w zakładzie dłużej niż trzy miesiące, z wyjątkiem jego dyrektora, mieli prawo przyłączyć się do tego ciała. Pracownicy jako całość, nazywani „zgromadzeniem pracowników”, stanowili najwyższą instancję i mieli podejmować wszystkie podstawowe decyzje. Z kolei zgromadzenie pracowników miało wybierać radę pracowniczą, która miała wywiązywać się z realizacji podjętych zamierzeń, zarządzać zakładem i zatrudniać dyrektora. Członkowie rady byli wybierani na niejednorodnych zasadach [ang. staggered terms – oznacza to, że ich kadencje nie musiały być jednakowej długości – przyp. tłum.], w tajnym głosowaniu. Można było wybrać ich więcej niż raz. Dyrektor zakładu miał być wybierany po przeegzaminowaniu wszystkich kandydatów na to stanowisko przez ciało złożone w większości z pracowników, a w mniejszości z obserwatorów z organizacji zewnętrznych.

Dyrektor jest tu właściwie „głównym menedżerem”, odpowiednikiem dyrektora generalnego w kapitalistycznym przedsiębiorstwie. Rada pracowników byłaby zatem odpowiednikiem rady dyrektorów w kapitalistycznej korporacji. Jednak ta nadrzędna rola miałaby całkowicie inny wymiar: rada pracowników składa się z ludzi, którzy walczą na rzecz interesu robotników oraz, w teorii, dla idei większego społecznego dobra, którą cały czas mają mieć przed oczami.

Dla porównania – w kapitalistycznych przedsiębiorstwach rada dyrektorów jest złożona z dyrektorów generalnych danej firmy, ich kumpli, dyrektorów generalnych z innych firm, z którymi akurat nie ma konfliktu interesów, a czasem może i z jakiejś znanej postaci, albo i dwóch. Jednymi osobami, przed jakimi zobowiązana jest się opowiadać rada, są udziałowcy firmy. Chociaż w niektórych krajach ta odpowiedzialność wobec udziałowców ma na tyle silne podstawy, że wpisuje się ją nawet do statutów prawnych przedsiębiorstw, to własność przedsiębiorstwa jest rozdzielona pomiędzy tak wielu udziałowców, że rada często po prostu działa w interesie zarządu, co w praktyce oznacza szukanie najprostszej drogi do transferowania bogactwa w górę „łańcucha pokarmowego” firmy. A i w przypadku, gdy rada dyrektorów chce faktycznie wypełniać swoje prawne obowiązki i czynić zadość interesowi udziałowców, obowiązki te oznaczają po prostu ustalenie wszystkimi dostępnymi środkami jak najwyższej ceny za udział – nie wyłączając cięć w wynagrodzeniach pracowników, masowych zwolnień i odbierania zatrudnionym świadczeń socjalnych. Jak by nie patrzeć, w każdym z tych przypadków kapitalistyczne przedsiębiorstwo jest zarządzane WBREW interesowi swojej siły roboczej (której wspólny wysiłek jest przecież źródłem jego dochodu), i w dodatku w świetle prawa tak być musi.

Żądanie ogólnokrajowego spotkania w celu kodyfikacji statutów

Statut fabryki Wilhelma Piecka przypominał inne statuty powstałe w zakładach, gdzie także istniały rady pracowników. Było zatem logiczne, że musi powstać krajowa federacja tych rad, która koordynowałaby ich prace i uważała, czy aktywność gospodarcza ma odbicie w szerszym interesie społecznym. Zanim jeszcze rząd wyznaczył ostateczny termin na stworzenie ogólnoczechosłowackiego prawa kodyfikującego działanie rad, 9 i 10 stycznia 1969 r. w Pilznie, jednym z najważniejszych miast przemysłowych, odbyło się generalne spotkanie rad pracowników. Owocem zjazdu był 104-stronicowy raport powstały na podstawie nagrania ze spotkania. Reprezentanci z całego kraju zebrali się, by podzielić się wizjami swoich rad w kwestii nowo powstającego prawa krajowego, które miało ich dotyczyć.

Liderzy związków zawodowych także byli obecni na spotkaniu i popierali dopełnianie się ról związków i rad (związki zawodowe zrzeszały dwie trzecie członków rad). Jeden z pierwszych mówców, inżynier, który zasiadał we władzach lokalnego związku zawodowego w Pilznie, powiedział, że podział zadań świadczy o naturalnym rozwoju: „Dla nas ustanowienie rad pracowników oznacza, że będziemy w stanie zdobyć status ludzi relatywnie niezależnych od naszego przedsiębiorstwa, że władze decyzyjne będą oddzielone od władz wykonawczych, że związki zawodowe będą miały wolną rękę co do realizacji swoich poszczególnych polityk. To postęp, który oznacza próbę rozwiązania problemu relacji, w jakiej wytwórca znajduje się w stosunku do produkcji – na przykład problemu alienacji pracy”.

Na spotkaniu było reprezentowanych około 190 zakładów pracy. Wśród nich – 101 rad pracowników i 61 komitetów założycielskich przyszłych rad; pozostałe to związki zawodowe lub inne rodzaje zrzeszeń pracowniczych. Spotkanie przyniosło rezultat w postaci jednogłośnego przyjęcia złożonej z sześciu punktów rezolucji, włączając w to „prawo do samozarządzania jako niezbywalne prawo socjalistycznego pracownika”.

Rezolucja głosiła: „Jesteśmy przekonani, że powstanie rad pracowników może pomóc w ucywilizowaniu zarówno relacji przedsiębiorstwa z pracownikami, jak i samej pracy, i dać każdemu z wytwórców poczucie, że nie jest on tylko pracownikiem, zwykłym elementem w procesie produkcji, lecz jego organizatorem i współtwórcą. Dlatego też chcemy ponownie tu i teraz podkreślić, że rady muszą zawsze zachowywać demokratyczny charakter i żywe związki ze swoimi wyborcami, co zapobiegnie wytworzeniu się »specjalnej kasty profesjonalnych samozarządzających«”.

Ten demokratyczny charakter, jak i popularność takiej koncepcji, wyrażała się poprzez masowy udział w radach – badania przeprowadzone w 95 proc. rad wykazały, że w wyborach do nich uczestniczyło 83 proc. pracowników. Te 95 proc. rad z sektora wytwórczego i innych przebadano gruntownie i dostrzeżono interesujący trend. Osoby wybrane w wyborach do rad miały długie doświadczenie w pracy w przedsiębiorstwach. Około trzy czwarte wybranych pracowało w zakładzie od ponad dziesięciu lat, a wielu od więcej niż piętnastu. 70 procent członków rad rekrutowało się spośród techników lub inżynierów, około jedna czwarta to pracownicy fizyczni, a personel biurowy stanowił tylko 5 procent. Takie wyniki wyborów pokazują silną tendencję do głosowania na tych, których uważa się za najlepszy wybór, a nie na znajomych lub na kandydatów najbardziej przypominających głosującego – ponieważ ruch rad pracowników był szczególnie popularny w sektorze wytwórczym, większość wśród głosujących na kandydatów do rad stanowili pracownicy produkcyjni.

Wyniki udowodniły też wysoki stopień dojrzałości części czechosłowackich robotników. Innym tropem jest fakt, że 29 procent osób wybranych w skład rad miało wykształcenie uniwersyteckie, czyli prawdopodobnie wyższe niż to, którym legitymowali się dyrektorzy przedsiębiorstw. W przeszłości wielu dyrektorów znalazło się na swoich stanowiskach na fali osobistych układów – a rady pracowników pragnęły wzniecić rewoltę przeciw takiemu amatorskiemu zarządzaniu. Interesujące jest też to, że połowa członków rad była również członkami partii komunistycznej. Czechosłowaccy robotnicy nadal wierzyli w socjalizm, jednocześnie odrzucając narzucony im system sowiecki.

Rząd próbuje osłabić kontrolę pracowniczą

Rząd faktycznie stworzył ustawę o radach, a jej kopie krążyły po kraju w styczniu 1969 r. Nigdy jednak nie wprowadzono jej w życie, ponieważ narastała sowiecka presja wobec czeskich władz. Zaczęli się umacniać zwolennicy twardej linii. Proponowana ustawa zmieniłaby nazwę ciała z „rady pracowników” na „rady przedsiębiorstw” i rozwodniła znaczenie niektórych punktów statutu, jakie zostały spisane przez same rady. Zmiany miały być takie: wprowadzenie prawa weta dla rządu przy wyborze dyrektorów zakładu przez radę, jedną piątą rad mieliby stanowić niewybrani przez załogę specjaliści spoza przedsiębiorstwa. Rady zakładów, które ustawa opisuje jako „przedsiębiorstwa państwowe” (banki, koleje i inne kontrolowane bezpośrednio przez państwo), mogłyby tylko w małym stopniu składać się z członków wybranych przez pracowników – i musiałyby uznać nadrzędność weta rządu wobec swoich decyzji.

To wycofywanie się po własnych śladach spotkało się ze sprzeciwem. Codzienna gazeta związkowa „Práce”, jak i federalny kongres związków zawodowych, nazwały propozycję rządu „akceptowalnym minimum”. W gazetowym komentarzu inżynier Rudolf Slánský junior, syn lidera partii, na którym wykonano wyrok śmierci, ustawia ruch rad pracowników w kontekście pytania o własność przedsiębiorstwa: „Zarządzanie gospodarką narodową to jeden z naszych kluczowych problemów. Podstawowym prawem ekonomicznym, na którym opiera się mechanizm zarządzania w sposób biurokratyczno-centralistyczny, jest bezpośrednie wprowadzenie w życie prymatu państwa nad znacjonalizowanym przedsiębiorstwem. Zadanie to biorą na siebie państwo, lub, bardziej precyzyjnie, jego różne organy centralne. Myślę, że nie trzeba przypominać czytelnikowi głównej lekcji płynącej z marksizmu, a mianowicie tego, że kto ma coś na własność, ten ma władzę… Jedynym możliwym sposobem na obalenie biurokratycznego modelu naszego socjalistycznego społeczeństwa i przekształcenie go w model demokratyczny, jest obalenie monopolu administracji państwowej w sprawie wykonawczości kwestii własnościowych, i zdecentralizowanie go na rzecz tych, których interes leży w funkcjonowaniu socjalistycznego przedsiębiorstwa, np. kolektywów pracowniczych”.

Zwracając się do biurokratów, którzy sprzeciwiali się poluzowaniu centralnej kontroli, napisał: „Ci ludzie mylą pojęcia. Mówią na przykład, że takie prawo będzie oznaczało przekształcenie całości własności społecznej we własność grupową, chociaż to jasne, że wcale nie idzie tu o własność, a o to, kto bezpośrednio sprawuje zarząd w imieniu całego społeczeństwa – czy jest to aparat państwa, czy sami socjalistyczni robotnicy”.

Niemniej, nie ma porozumienia co do kwestii ogólnego nadzoru i codziennego zarządzania. Inny komentator, profesor prawa, pisze: „Nie wolno nam ustawiać demokracji i kompetencji technicznych na przeciwnych pozycjach, lecz powinniśmy szukać między nimi harmonii i równowagi. Może lepiej byłoby nie rozmawiać o zmianie funkcji, ale o zmianie zakresu zadań. Wtedy zmiana będzie podyktowana potrzebami, a nie względami dogmatycznymi czy prestiżowymi”.

Ale dyskusje te nie miały już szansy dalej się rozwijać. W kwietniu 1969 r. Alexander Dubček został odwołany z funkcji pierwszego sekretarza partii. Zastąpiono go Gustávem Husákem, który nie czekał długo z wprowadzeniem represji. Ustawa o radach pracowników została w maju odłożona na półkę, a rząd i partia zaczęły oficjalną kampanię przeciwko istnieniu rad. Formalnie rząd zakazał ich tworzenia w czerwcu 1970 r., ale już ich wtedy prawie nie było.

Pete Dolack

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej workerscontrol.net w październiku 2016 r.

Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Od czasu przegranych wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku, zaraz po szoku wywołanym spektakularną porażką poprzedniej formacji politycznej koncentrującej się wokół PO, polityki prozachodniej, proUE, neoliberalnej i bardzo umiarkowanego liberalizmu kulturowego, trwają próby odnalezienia przyczyn poważnych przemian politycznych, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Nawiasem mówiąc dziś widzimy jak bardzo fasadowo rozumiany był ten liberalizm. W zasadzie postępowość w kwestiach równouprawnienia czy sprawiedliwości społecznej tej formacji sięgała tylko tak daleko, jak uprzywilejowane pozycje części wyborczyń i wyborców tej partii – byli to konserwatyści blefujący jako liberałowie (dość długo ten blef działał). Zarówno liderzy i liderki „liberalnej” opozycji, jak i zapasowi intelektualiści z lewego skrzydła (blefującej lewicy) zaczęli kombinowali, co by tu zrobić, żeby odzyskać utracone poparcie.

Opracowano dość oryginalny i ryzykowny plan występowania ustępującej formacji jako opozycji pozaparlamentarnej – reprezentującej społeczeństwo obywatelskie przeciwko uzurpatorom. Odbyło się to przede wszystkim pośrednio przez KOD, a więc jako ruch społeczny, mający reprezentować całe społeczeństwo, odgrzewający solidarnościowe sentymenty. Ruch ten pokazał, czy to w osobie słabego lidera Kijowskiego, czy w abstrakcyjnej retoryce „obrony demokracji”, że strategia ta nie opiera się na silnych postulatach czy ideach, ale raczej na czymś o wiele bardziej stabilnym i materialnym: wypracowanym przez lata interesie formacji politycznej. W efekcie opozycja utknęła, mimo olbrzymiego potencjału, w jakiś zupełnym niebycie i rozkraczeniu ideologicznym: bez liderów, bez programu, bez wyraźnych postulatów. KOD także okazał się jednym wielkim blefem napędzającym paranoję prawicowych mediów i wyborców. W zasadzie poza postulatami odsunięcia PiS od władzy nie znaczy ideowo niemal nic – to ruch w obronie neoliberalizmu. Z kolei prawicowa paranoja prowadzi, zgodnie z własną logiką (niezdrową i kulawą, ale jednak), do dwóch wniosków: wszystkie postępowe postulaty to blef(kłamstwo skrywające prawdę) oraz że jeżeli postulaty postępowe są tylko kłamstwami, oznacza to, że postulaty reakcyjne są ukrytymi postulatami postępowymi (szczegóły funkcjonowania tej logiki to jednak materiał na osobny tekst) [1].

Lewica, a przynajmniej jej bardziej proliberalna część związana z „Gazetą Wyborczą” czy „Krytyką Polityczną” od początku była w pełni gotowa do pełnienia swojej funkcji: ataków na PiS za konserwatyzm (ale i z początku za socjalizm) i za naruszanie zasad państwa prawa i demokracji oraz ataków na samą lewicę za niewspieranie własnych wysiłków, czyli niewspieranie krytyki konserwatyzmu i autorytaryzmu, czyli w konsekwencji za kryptokonserwatyzm i kryptoautorytaryzm. Do pewnego czasu strategia ta była dość skuteczna, dziś jej moc osłabła, po części dlatego, że lewicy udało się samej obronić, ale w większym stopniu ponieważ liberalizm formacji PO szybko pokazał swoje granice, blef domniemanej nowoczesności liberałów przestał działać, ustępując miejsca różnym formom narracji reakcyjnych.
 
Porozumienie przeciw solidarności: „postępowa” reakcja

W obliczu ideologicznego bankructwa liberalizmu (niech ktoś spojrzy na Schetynę czy Petru i spróbuje bez zażenowania powiedzieć, że to ludzie z wizją i ideałami) pojawiło się parę strategii poradzenia sobie z porażką. Wszystkie one były reakcyjne. Pierwszą uruchomiono w obliczu zmian kadrowych i spłacania długów zaciągniętych przez PiS wśród swoich wiernych ludzi. Uruchomiono, po części słusznie, ale oczywiście we własnym interesie, narrację rozkradania państwa (nagle w radach nadzorczych zasiadają znajomi i rodzina władzy, jednak w przeciwieństwie do naszych znajomych, są to ludzie, którzy „nie mają za grosz kultury i profesjonalizmu”!), kulminującą w haśle „Misiewicze”. Obłuda etyczna poprzedniej formacji sprawiła, że sama w sobie słuszna krytyka klientelizmu w PiS okazałą się zupełnie nieskuteczna. W rzeczywistości była oparta o klasowo uwarunkowany pozór „praworządności” – klientelizm znaturalizowany przez długie lata jawi się dla jego beneficjentów jako zupełnie naturalny i sprawiedliwy. Niesprawiedliwe było nie to, że państwo jest obiektywnie korodowane przez korupcję, lecz to, że zjawisko odbywa się bez porozumienia i podziału władzy (z pespektywy władzy korupcja i praworządność rzadko są możliwe do rozróżnienia). Etyczna krytyka takich postaw nie miała wielkiego potencjału z punktu widzenia ludzi spoza tego układu.

Drugą strategią, uruchomioną przy wprowadzeniu programu 500+, był atak na ideologiczne założenia stojące za każdym tego typu programem społecznym oraz na kompetencje moralne i intelektualne zarówno samego PiS-u, jak i obywatelek i obywateli popierających program. Stosunkowo szeroki dostęp do świadczeń i jego egalitarny charakter odwrócono, przedstawiając w mediach takich jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek” jako rozdawnictwo, na które nas nie stać, pieniądze za nic, klientelizm i populizm. Jednocześnie krytykowano samych odbiorców programu 500+. Ostre i bezpardonowe ataki sięgające do standardowego repertuaru inwektyw względem członkiń i członków klasy pracującej, mieszkańców wsi czy mieszkańców biedniejszych regionów Polski, wylały się w mediach głównego nurtu i w gorących debatach w mediach społecznościowych.
Kolejna, obecna faza, to walka na poziomie formalnych ram demokracji, ponieważ nastał taki etap planu budowy struktur władzy przez PiS. Spory ogniskują tu się wokół przejęcia Sądu Najwyższego.

W czysto opisowym sensie wszystkie te strategie były jedynie reakcją na kolejne działania PiS. Jednak były one reakcyjnymi także w głębszym sensie. Stanowiły w oczywisty sposób próbę ratowania wpływów dawnego obozu władzy przeciwko nowemu sojuszowi biedniejszej części społeczeństwa z nową pisowską elitą polityczną. PiS ma oczywiście różne prezenty również dla biznesu, jak ostatni program Lex Deweloper czy podejmowane próby modyfikowania prawa pracy. Trzeba dla sprawiedliwości zaznaczyć, że w zasadzie każda partia po takiej porażce politycznej zwykle musi zadowolić się reakcyjnymi posunięciami. Nie muszą to jednak być zachowania reakcyjne w politycznym sensie.

Warto to podkreślić i uwyraźnić: wszystkie te strategie były wymierzone w możliwość zawarcia porozumienia ponad podziałami klasowymi, na którym oparta jest wiarygodność PiS. To właśnie takie porozumienie stanowi kamień obrazy dla liberałów. To ono, a nie fakt, że PiS jest bardziej jeszcze prawicowy czy że ma w swojej strategii elementy prosocjalne lub dotyczące polityki i prestiżu Polski na arenie międzynarodowej, sprawiło, że liberałowie wpadli w histerię [2]. Ponieważ nowoczesność i lewicowość w kwestiach społecznych i ideowych liberałów była zawsze blefem, który za rządów PiS sprawdzono z bardzo negatywnym wynikiem (jedyne, na co było opozycję stać, to słaba obrona status quo), realna różnica leży gdzie indziej.

Trzeba też od razu przyznać, że porozumienie czy sojusz zawarty przez PiS miał różne wymiary i odcienie: od słusznego i sprawiedliwego transferu 500+ (choć mającego swoje potężne wady, jak np. wykluczanie samotnych rodziców), przez wymiany kadrowe, po otwarcie klientystyczne i korupcyjne nowe układy i układziki, aż po rozpędzającą się coraz mocniej sprzeczność dotyczącą pozycji i praw kobiet (jednoczesne wzmocnienie i atak na pozycję kobiet). Z pewnością lewica za wszelką cenę musi bronić się przed centrystyczną TINĄ (there is no alternative) proPiS-u i antyPiSu, blokującą możliwość budowania sensownych wypowiedzi i działań.

Jednak zrozumienie tego ważnego wniosku (że opozycja walczy przeciwko powstaniu takiego sojuszu) pozwala nam w prosty sposób zinterpretować z lewicowej perspektywy ruchy ideologiczne i polityczne poprzedniej formacji, czyli tzw. opozycji: są to ruchy wymijające i bezwładne.

Z czubka góry lodowej widać niewiele

Spróbuję przedstawić sytuację opozycji jako formacji politycznej wpisując się w tradycję, jak twierdził sam Melville, autor „Moby Dicka”, haniebną – tłumaczenia świata za pomocą metafor marynistycznych, czyli przedstawiając ją jako dryfującą i topniejącą górę lodową.

Lewicowi czy przynajmniej deklaratywnie lewicowi intelektualistki i intelektualiści próbowali z tej góry lodowej na początku ostrzeliwać się, korzystając z jej dalej ogromnej masy zapewniającej jej niezatapialność. Tak wielu ludzi zainwestowało w nią przez lata tak wiele, że nie przejdą na stronę PiS-u czy jakieś niezależnej lewicy bez pieniędzy, kontaktów i poparcia. Atakowali zatem dokonujące się zmiany jako nieuprawomocnione, bo oparte na sojuszu z biedniejszą częścią społeczeństwa (towarzyszyły temu oczywiście mniej wyrafinowane pohukiwania neoliberałów takich jak Lis czy Gadomski [3]). Wydawało im się, że cały problem warunków życia większości społeczeństwa może zostać zanegowany przez kostium nakładany tejże części: kostium bezmyślnego chama, któremu trzeba dać odpór (dyskusję na ten temat też już w sferze publicznej mamy).

Później, gdy to nie pomogło i nie udało się zatrzymać topnienia góry, przyszedł czas na ideologiczne wiosłowanie. W tej czynności jednak już masa góry nie pomaga, a bardzo poważnie szkodzi. Konflikt między PiS-em i opozycją pokazuje nam, jak nienaturalne są „zupełne oczywistości” wyznawane przez członkinie różnych formacji politycznych. Fakt, że hegemonia (materialna forma zwycięskiej formacji politycznej) działa jako coś zupełnie neutralnego – „poglądy wszystkich porządnych Polek i Polaków”, „zdrowy rozsądek”, „twierdzenia samooczywiste”, „zachowania ludzi lepiej wychowanych” etc. – sprawia, że gdy przestaje ona działać, jej beneficjenci, operujący zwykle na jej czubku zaledwie wystającym z wody, nie są wcale zbyt dobrze zorientowani w tej części, która jej masę buduje. Części znajdującej się pod wodą: tej, która pozwala odbiorcom przekazów polityków intuicyjnie zrozumieć „prawdziwy przekaz” stojący za różnymi ogólnymi twierdzeniami, tej, która sprawia, że ludzie wierzą jednym mediom, a zupełnie nie wierzą innym, tej, która sprawia, że pewne sprawy są ważne, a inne absurdalnie głupie czy wreszcie tej, która sprawia, że świat ma sens i że istnieją wybory dobre i słuszne, złe i niesłuszne.

Dlatego też liberałom potrzeba nie tylko drobnej zmiany kursu. Musieliby porzucić ową górę lodową, stracić wszystko to, co budowali przez lata, i nauczyć się pływać tak, żeby zbudować nowy sojusz społeczny. W mojej opinii to się nie stanie, nie ma co na to liczyć, nie ma co przemawiać tu do rozsądku, bo nie o rozsądek chodzi, lecz o ten gigantyczny masyw interesów, przekonań, powiązań, dogmatów i dążeń konstytuujący formację polityczną (hegemonię). To, czego doświadczamy w komunikatach opozycji i jej próbach wyjścia z kryzysu, nie powinno budzić wielkiego entuzjazmu. Nie jest to skok w nieznane, a raczej mało energiczne wiosłowanie. Centrystyczna TINA zmusza bardzo wielu progresywnie nastawionych ludzi do tego, by zamiast nauczyć się pływać samemu, wiosłowali pchając górę odrobinkę do przodu. Nie powinni jednak mieć złudzeń: gdy nastanie odpowiedni moment, wszyscy pójdziemy pod wodę i zasilimy masę góry. Mało kto może powiedzieć, że zawsze pływał samodzielnie, jak np. Piotr Ikonowicz. Wychodzę z założenia, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku i w mniejszym lub większym stopniu żyjemy w cieniu tej masy.

Dlaczego nie chcę być galernikiem, czyli czemu projekty sojuszu liberalno-lewicowego są absurdalne

Wiosłowanie to miało po części charakter wyznań typu „Byliśmy głupi” [4], opinii, że 500+ stanie się częścią programu PO [5] czy zapewnień że ziemia obiecana (zwycięstwo w wyborach) nie jest wcale tak daleko i że nie trzeba się wiele nawiosłować [6]. Przykładem fatamorgany tego typu są zapewnienia Macieja Gduli, że wystarczy dokonać demarkacji i dokoptować trochę nowych wyborców do obecnej formacji (odcinając jednocześnie „neoautorytarnych” wyborców PiS) [7]. Innym przykładem jest poważniejsza (i dość skuteczna) próba zawłaszczenia feminizmu i kobiecych ruchów protestu dla neoliberalizmu, bo ponoć tylko on jest na tyle cywilizowany, żeby utrzymać „przynajmniej X” postulatów tego ruchu. Nic więcej tu nie wchodziło w grę poza utrzymaniem opresyjnego status quo, którego koszmarna pod wieloma względami polityka PiS jest logiczną konsekwencją, a nie ekscesem [8].

Ostatnią [9] tego typu próbą był tekst Michała Sutowskiego „Toksyczni rodzice nie pokonają PiS” [10]. Zawiera on, jak już widać po tytule, reakcyjną odpowiedź na problem „jak wiosłować?”. Tekst daje nieco odmienną odpowiedź, dyktowaną znowu raczej rozwojem sytuacji politycznej aniżeli krytycznym namysłem (choć tekst Sutowskiego zawiera kilka cennych spostrzeżeń, np. dotyczących konfliktu pokoleniowego czy miejsca państwa dobrobytu w historycznej dynamice rozwoju polskiej gospodarki). Sutowski proponuje „pragmatyczny pakt” między młodszym lewicowym pokoleniem a starszym pokoleniem neoliberałów, których w tekście symbolizuje Agata Bielik-Robson, choć wiadomo, że de facto chodzi tu o całą górę lodową.

Pytanie, czy sojusz ten jest na prawdę pragmatyczny. Czy jest to głos rozsądku? Sutowski nawet po części sprzeciwia się redakcyjnemu konformizmowi w samej „Krytyce Politycznej”, tzn. proponuje obrazoburczy ruch porozumienia między klasami. Sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu formacji: sojusze społeczne są zawsze przeciwko biedniejszej części społeczeństwa.

Dla blefującego liberalizmu inkluzja i „postępowość” są tylko formą zapewnienia dostatecznego poparcia dla takiej formy polityki. Przykładowo dla osób LGTB+ „tak”, ale niech siedzą cicho wobec „normalnych” ludzi z góry, bo zostali tu wpuszczeni warunkowo (uciekając przed opresją konserwatywnego społeczeństwa). Parada Równości może być, niszowa kultura też, ale już jakieś realne prawa, coś, co by kosztowało cokolwiek – to już dla tutejszych liberałów zbyt wiele (tu się kończy „tolerancja”). Czy zatem Sutowski proponuje, by polski listonosz na głodowej płacy, samotna matka tonąca w długach czy gejowska para wychowująca razem dzieci stanęli na równi z normalnymi, porządnymi i kulturalnymi ludźmi z czubka góry lodowej?

Naturalnie nic z tych rzeczy. Refleksja nie posunęła się tu ani na jotę. Od lat przybiera tylko inne postaci, dyktowane zmianami w sytuacji politycznej. Fakt ten zauważa sam autor, wskazując na hipotezę, że to rozwój gospodarczy zapewniony przez neoliberalizm zrodził wśród wyborców PiS aspiracje do lepszego życia. Jak pisze Sutowski, neoliberałowie poprzedniej formacji muszą obudzić się z „dogmatycznej drzemki” i uznać istnienie postulatów socjalnych. Sutowski w swoim pragmatycznym sojuszu proponuje zapomnieć lewicy o złej przeszłości neoliberalizmu, a liberałom zaleca uznać konieczność zmiany kursu ze względu na nieuchronnie nadchodzącą przyszłość. Ba, nawet zapewnia, ponieważ prawda sama nasuwa się z natarczywą samooczywistością, że na pewno pomostowe postulaty między nowymi wiosłującymi nie zostaną porzucone. Oczywiście nie ma cienia obaw, że liberalizm stanie się „zbyt lewicowy”, nie bójmy się. Otóż prawda jest taka, że postulaty socjalne w wykonaniu liberalnej formacji politycznej pójdą za burtę tak szybko, jak skończą się wybory – i wszyscy o tym wiedzą. Nie dlatego, że jest ona „zła i obłudna”, lecz dlatego, że wykluczenie tych ludzi stanowi kamień węgielny tejże formacji: podstawę reprezentowanego przez nią interesu klasowego.

Wsparcie nowej opozycji – „liberalizmu z ludzką twarzą” – byłoby z perspektywy nieuprzywilejowanej części społeczeństwa, która w ogromnej mierze poparła PiS, zachowaniem zupełnie irracjonalnym i w oczywisty sposób absurdalnym. Asymetria tego sojuszu jest całkowita. Zwykli ludzie, klasa pracująca, nie mieliby w tym sojuszu żadnych narzędzi wyegzekwowania swoich postulatów (sam Sutowski sprawia wrażanie, że zdaje sobie z tego sprawę): żadnych znajomości i powiązań, żadnych instytucji wywierających nacisk, żadnych mediów reprezentujących ich głos. Ta formacja, góra lodowa, jest w pełni ukształtowana, tu nie ma dla zwykłych ludzi miejsca, bo tu wszystkie miejsca już są zajęte. Sytuacja lewicy jest dla tych ludzi najlepszym wyznacznikiem, co ich czeka, gdyby poszli na taki pakt. Przy tak słabej pozycji negocjacyjnej poparcie takich postulatów byłoby wyrazem skrajnej głupoty czy działaniem wbrew własnemu interesowi.

Na tym też polegała do tej pory siła owej formacji: wielka masa i szczelność przed nadmiarem intruzów z zewnątrz, czyli konserwatywna polityka wykluczenia pod przykrywką liberalnej polityki inkluzji. Jak często podkreślano, dobrobyt prawdziwej Polski (tej bogatszej, Polski A) zależy od konkurencyjności gospodarki – zapewnionej tanią siłą roboczą. Czyli od biedy całej reszty. Propozycja Sutowskiego właśnie dlatego, że ukrywa asymetrię stosunków klasowych w owym „pragmatycznym pakcie”, jest propozycją reakcyjną politycznie. Podobna asymetria występuje w większości przypadków, gdzie ruchy społeczne popierały opozycję i zostały całkowicie ogołocone ze swojego politycznego i etycznego potencjału, w zamian nie otrzymując zupełnie nic, czy w sytuacji, w której namawiano do sojuszu Razem z SLD i PO (razemowcy, idąc za głosem rozsądku i przedstawiając argumentację zbieżną po części z tą przedstawioną tutaj – odmówili) [11]. Ta asymetria jest przykrym faktem, jednak o ile zdawanie sobie z niego sprawy jest pragmatyczne, o tyle aktywne wspieranie i ukrywanie tejże asymetrii jest reakcyjne politycznie, ponieważ podporządkowuje postępowo nastawione jednostki, grupy i organizacje, nie dając im żadnych środków, by zrozumieć sytuację czy walczyć o lepszą przyszłość dla wszystkich. Tu głos Sutowskiego niczym w zasadzie nie różni się od głosów Schetyny czy Lisa i jakiejkolwiek postaci z całej bezbarwnej plejady formacji liberalnej. Lub jedynie tym, że jest przyjemniej sformułowany.

Trzeba szukać nowej drogi poza lewicową reakcję

Niestety niczego więcej nie można się spodziewać po formacji liberalnej. Podkreślę jeszcze raz: nazywam ją górą lodową między innymi dlatego, że posiada ona ogromny bezwład polityczny. Oznacza to nie tylko, że zmiana poglądów i strategii politycznej zajmie lata albo w ogóle nie nastąpi, ale także i to, że w formację tę bardzo wielu ludzi zainwestowało swoje życie, swoje wysiłki, swoje kontakty społeczne, swój czas i pieniądze (nie mówiąc już o tym, że są głęboko przekonani, że to jedyna słuszna formacja). Jest ona ideologicznie i politycznie skostniała i wyjałowiona, jednak ze względu na powyższe nikt z niej nie będzie rezygnował z byle powodu.

Na koniec warto jeszcze dodać jedną rzecz dla jasności. Uważam, że „postępowy” charakter nowej formacji PiS-u wynika raczej z konieczności sytuacji, a jej głęboko reakcyjne elementy pochodzą z jej inteligenckiego rdzenia, który nie jest jakoś bardzo odmienny od tego, co reprezentuje poprzednia formacja. Konieczność budowy mediów opozycyjnych wobec mainstreamu, krytyki liberalizmu, zmiany kursu polityki, przemyślenia polskiej polityki i zawarcia realnego sojuszu ze skutecznie pomijaną przez dotychczasową formację częścią społeczeństwa wynikał właśnie z tego faktu, że ta część społeczeństwa była PiS-owi niezbędna, by przejąć władzę. Jednak ten prosty fakt miał niezwykle głębokie konsekwencje właśnie dlatego, że działał przeciwko formacji mocno osadzonej na wykluczeniu, zatem musiał zorganizować prawdziwe siły, by stawić jej czoła. Nie tylko „poobiecywać”, jak w to się dzieje w warunkach dobrze ukonstytuowanej władzy, np. gdyby działała koalicja PO-PiS nie musząca się z żadnymi wyborcami liczyć. Konflikt, który dla elit jest prawdziwie traumatycznym kataklizmem, jest dla lewicy szansą na zmierzenie się z realnymi problemami społecznymi, ponieważ jako formacja polityczna nie ma ona samoistnego bytu.

Niestety formacja PiS-owska, obok przekonania, że to oni są prawdziwie inkluzywni i de facto choć konserwatywni to prawdziwie nowocześni, także opiera się na wykluczeniu tych grup, którymi liberałowie do tej pory posługiwali się do legitymizacji swojego blefu. Jest to podwójna niesprawiedliwość, ponieważ zgodnie z konserwatywną krytyką choć „liberalne wartości” i „tolerancja” liberałów były pustosłowiem, to sytuacja jest zupełnie inna dla ludzi, dla których nadzieja na nowoczesne, inkluzyjne społeczeństwo kierowała ich życiem i wiele ich kosztowało, by w tym kierunku zmierzać. Istnieje tu bardzo poważne zagrożenie, że wraz z iluzjami liberalizmu rozpłyną się wszystkie postępowe postulaty.

Postępowe postulaty nie mają żadnej szansy powodzenia, gdy pozycja negocjacyjna wysuwających je grup społecznych jest żadna. Nie ma co zatem liczyć na żadną „odgórną rewolucję” czy „klasę średnią jako klasę buntu”, bo to jest po prostu wiara w to, że najbogatsi i najbardziej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa zupełnie bez powodu oddadzą swoje pieniądze i przywileje w zamian za niczym nie podparte (żadnym realnym poparciem społecznym) programy reformy i wizje stworzenia bardziej egalitarnego społeczeństwa. Musiałaby istnieć siła, która by ich do tego zmusiła, tak jak zaistniała taka siła w PiS, który wbrew swoim fantastycznym narracjom na własny temat przeszedł duże zmiany i cechuje się dużą niespójnością (to ta niespójność jest jego największą siłą). Jak wskazuje sam Sutowski i inni „przemawiacze do rozsądku” neoliberalnych elit, można im pokazać, że ich pozycja społeczna jest zagrożona i dlatego powinni przynajmniej przywdziać maskę reformatorów i postępowców, by ratować roztapiającą się formację. Ponieważ jednak za takim zwrotem politycznym nie stoi żaden postępowy interes, a wręcz przeciwnie – stoi bardzo dobrze uformowany interes reakcyjny, to wiosłowanie w galerze opozycji, liberałów, neoliberałów czy jak by ich nie nazywać, jest dla całej reszty zupełnie pozbawione sensu.

Oczywiście wszystkie czytelniczki i wszyscy czytelnicy zaangażowani politycznie i czytający ten tekst mogą zareagować na tego typu komentarze jak mój w zrozumiały sposób: my nie możemy postawić się tak jak ty „obok” sporów politycznych i zająć pryncypialnie słusznej pozycji, musimy wybierać i podejmować decyzje w danej sytuacji. Fakt ten, a także słaba pozycja lewicy oraz ludzi, którzy są zniechęceni i do PiS i do PO, wykorzystywany jest bez przerwy do szantażu intelektualnego i emocjonalnego.

Z jednej strony to prawda: dominacja PiS i PO jest po prostu faktem, jednak nie należy się zgadzać na sformatowanie debaty politycznej i problemów społecznych tak, jak robią to PiS i PO (centrystyczną TINĘ). Istnieje olbrzymia różnica między obroną sprawiedliwego systemu sądownictwa w interesie obywatelek i obywateli a protestowaniem dlatego, że machina propagandowa liberalnej formacji trąbi, iż trzeba bronić, a kto nie broni – ten za PiS. Nie da się uniknąć ram ideologicznych, które dwie duże formacje tworzą i w które nas wciskają, jednak ponieważ często spory te są tylko przedstawiane jako spory w naszym interesie (znowu blefuje się tylko), można je wykorzystać, by powiedzieć coś, czego normalnie nie wolno powiedzieć.

Oczywiście głosy oporu wobec status quo czy szkodliwych zmian wprowadzanych przez PiS zawsze będą podporządkowywane jednej czy drugiej formacji – na tym polega ich władza. Jednak co innego mierzyć się z tą władzą z własnej, niezależnej pozycji, nawet jeśli mniejszościowej, a co innego poddawać się jej przy każdej możliwej okazji. Ustępstwa są ostatnim ruchem, który powinno się podejmować mogąc coś wynegocjować – inaczej są bez wartości i mocy.

Od czego zależy powodzenie lewicy w takich realiach? Sądzę, że od zdolności do wypracowania efektywnie niezależnej pozycji, którą można osiągnąć tylko przełamując klasowe, genderowe, regionalne czy kulturowe podziały. Nie mam na myśli tu tylko akceptacji liberalnej idei różnorodności i tolerancji, ale wychodzenie poza własną strefę komfortu i horyzont ideologicznych „oczywistości”: rozumienie i współdziałanie z ludźmi, z którymi często nie dzielimy ani poglądów politycznych, ani zwyczajów, ani statusu społecznego, orientacji seksualnej czy formy zatrudnienia. Ludzi, których konserwatywny i miałko postępowy liberalizm trzyma po dwóch stronach firewalla. Tych zaledwie tolerowanych i tych wykluczonych z „lepszego i kulturalnego” społeczeństwa.

Lewica nie powinna skupiać się na własnej tożsamości i toczyć tożsamościowych bojów z prawicą (grać jej grę, która niestety także jest po części nieunikniona), ale stać się lewicowym głosem dla ludzi, którzy z lewicą się dziś nie identyfikują. Z jednej strony z ludźmi, którzy z braku wyboru gromadzą się na topniejącej górze lodowej zbankrutowanego liberalizmu, a z drugiej tych, którzy po gorzkim rozczarowaniu ich rządami zwrócili się ku PiS, przynoszącemu długo oczekiwane reformy (budzące równie wielkie rozczarowania, co entuzjazm). W przeciwnym razie utkwimy wszyscy w sytuacji, w której będziemy zdolni tylko do przekonywania do naszych idei, wartości i postulatów tych, którzy są już przekonani: czyli nas samych.

Eliasz Robakiewicz

Przypisy:

1. Zgodnie z tą logiką prawicowi dziennikarze tropią „ideologię gender” czy tępią ekologów z pozycji „realizmu” takiej demaskatorskiej reakcji. Przykładowo, ponieważ w rzeczywistości nawet jeżeli deklaratywnie uznajemy, że mamy poglądy anty-rasistowskie, to i tak jesteśmy częścią globalnego systemu nierówności, w który rasizm jest strukturalnie wpisany, np. nie możemy nic poradzić na przyczyny wojny w Syrii, które są, tak jak przyczyny wszystkich wojen w krajach arabskich, związane z cenami paliw kopalnych, które z kolei wpływają na ceny wszystkich produktów dostępnych na rynku, zatem nasza deklaracja antyrasizmu jest niemal bezwartościowa wobec akcji podejmowanych przez nasze rządy i korzyści, które z zawłaszczenia tych zasobów wszyscy czerpiemy. Problem z tego typu krytyką jest taki, że aby krytykować obłudę antyrasizmu czy feminizmu z pozycji normatywnych, trzeba uznawać ideały i wartości, które za tymi ruchami stoją. Aby stwierdzić, że one do tych ideałów nie dorastają, by uznać nawet, że „są to idee być może piękne, ale nieprawdziwe”, trzeba wpierw uznać ich ważność na poziomie normatywnym. Krytyka prawicowa, choć często bardzo przekonująca, jest de facto zwykle sama oparta na reakcyjnej próbie negacji oświeceniowych wartości jako celów: na krótką metę jest to dość proste, ponieważ wystarczy wskazać, jak w kapitalizmie słuszne postulaty są zwykle w „złagodzonej wersji” integrowane z systemem, jednak ostatecznie i na poziomie samych wartości i praw jest to stanowisko nie do obrony, muszące odwołać się zawsze do egoizmu (jednostki, rodziny i „narodu”) jako ostatecznej i najwyższej wartości.

2. Wspaniały głos histeryczny przedstawia w wywiadzie z lipca Tomasz Siemoniak wiceprzewodniczący PO: https://kulturaliberalna.pl/2018/07/10/siemoniak-wywiad-akt-odnowy-rzeczpospolitej-program-po/.

3. Przykładowy głos w tej sprawie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23780918,list-do-obroncow-iii-rp-mieliscie-ciepla-wode-kranie-i-wszystko.html

4. http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,15414610,Bylismy_glupi.html

5. http://www.platforma.org/aktualnosc/43628/nasz-projekt-prawdziwe-500-zl-na-kazde-dziecko

6. Jest to postulat niezwykle ważny politycznie dla opozycji i jej aktualnej reputacji, więc newsów jest zatrzęsienie, np. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23672419,najnowszy-sondaz-rzadzacy-dalej-liderem-ale-z-koalicja-anty-pis.html, http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,21648707.html?i=0, http://natemat.pl/156401,wielka-koalicja-anty-pis-owska-to-mozliwy-scenariusz-ale-zwiastuje-tylko-jeszcze-wiekszy-chaos.

7. Choć trzeba przyznać oczywiście, że Gdula przynajmniej potraktował problem poważniej niż sami politycy opozycji czy wielu dziennikarzy: http://krytykapolityczna.pl/instytut/raport-dobra-zmiana-w-miastku/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-rzucilem-w-okno-ceglowka/,http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-w-gw-kaczynski-buduje-neoautorytaryzm/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-pis-uderza-w-strune-aspiracji-klasy-sredniej/.

8. Przykładowe głosy w tej sprawie: http://codziennikfeministyczny.pl/kongres-kobiet-socjalny-czy-neoliberalny/, http://codziennikfeministyczny.pl/znajdz-meza-zrob-drugie-dziecko-niemal-lustrzany-odpowiednik-zmien-prace-wez-kredyt/

9. Od momentu napisania tego tekstu ukazał się jeszcze tekst „O czym marzy lud KODerski. Krótki kurs”, forsujący dalej te same postulaty, pogłębiający jednak analizę pokoleniowych różnic, jednak jednocześnie zacierający istotne różnice między lewicą a starą gwardią konserwatywnych liberałów, których Sutowski broni jako „postępowej frakcji” bez oczywiście żadnych konkretów wskazujących na jej postępowość: http://krytykapolityczna.pl/kraj/anty-pis-kod-liberalowie-lewica-dialog/.

10. http://krytykapolityczna.pl/felietony/michal-sutowski/pragmatyczny-pakt/, krytyczny komentarz: https://strajk.eu/czas-proby-lewica-bez-parasola-liberalnej-demokracji/.

11. http://krytykapolityczna.pl/kraj/do-partii-razem-podajcie-lape-czarzastemu/

O pożytkach płynących z rozdawania pieniędzy

O pożytkach płynących z rozdawania pieniędzy

Nie kosztowne programy aktywizacyjne, nie poniżająca kontrola beneficjentów zasiłków – zwyczajny przelew pieniędzy, trwający obecnie kilka sekund i wymagający kilku kliknięć, jest tym kamieniem filozoficznym, którego poszukiwali od setek lat badacze kwestii ubóstwa. Formy tych świadczeń mogą być różne – stałe lub jednorazowe, powiązane z jakąś obiektywną sytuacją (posiadanie dzieci, miejsce zamieszkania, wiek itd.) lub nie. Ważne, żeby kwoty były w wysokości wystarczającej do podjęcia zakładanych aktywności i były wolne od administracyjnej czapy i czujnego oka pracowników socjalnych. Proste transfery pieniężne trafiające bezpośrednio do potrzebujących okazują się być najbardziej optymalnym (tzn. najszybszym i najtańszym) sposobem likwidowania biedy zarówno w krajach rozwiniętych, jak i w krajach Trzeciego Świata.

Potęga kontekstu

To dosyć zabawne, że taki truizm, od jakiego zaczyna się ten tekst, może mieć rewolucyjne znaczenie. Tęgie głowy od lat trudziły się, by wymyślić wzór na biedę – lenistwo razy brak odpowiedzialności plus wyuczona bezradność, i tak dalej. Tymczasem wzór na biedę od zawsze był prosty i oczywisty – bieda równa się brakowi pieniędzy. Chcecie zlikwidować biedę, przekażcie biednym pieniądze. Ale biednym bezpośrednio – nie organizacjom pomocowym, nie instytucjom polityki społecznej, nie skorumpowanym elitom krajów rozwijających się, nie przedsiębiorcom, którzy będą aktywizować ubogich po swojemu. Dajmy je tym, którzy ich bardzo potrzebują. I nie jakąś śmieszną jałmużnę, o którą muszą się prosić – solidną kwotę, która pozwoli stanąć na nogi. Oczywiście, że biedni popełniają masę błędów – często robią rzeczy bzdurne z punktu widzenia sytego. Jednak nie wynika to z ich wrodzonej bezradności i ograniczenia – wynika to z kontekstu, w jakim się znajdują.

Brak pieniędzy zawęża horyzonty, sprawia, że trzeba myśleć w krótkim terminie. Trudno myśleć o dalekiej przyszłości, skoro niepewnych jest najbliższych kilka dni. Brak pieniędzy ogranicza potencjalne aktywności – uniemożliwia jakąkolwiek inwestycję w siebie lub swoje aktywa, która po pewnym czasie dałaby możliwość osiągania większego dochodu. Więcej, brak pieniędzy zniechęca do aktywności – człowiek całe życie zmagający się z niedostatkiem zaczyna tracić nadzieję, że jego działania coś zmienią. Brak gotówki sprawia także, że chętniej spędzamy wolny czas w bardzo zły sposób. Alkohol nie jest popularny wśród biednych dlatego, że ma ona szczególne skłonności do uzależnień – alkohol jest po prostu bardzo tanim sposobem ucieczki od szarej codzienności. Żeby regularnie uprawiać jakiś sport, który po jakimś czasie da satysfakcje oraz pozytywne efekty dla ciała i ducha, trzeba mieć perspektywę posiadania pieniędzy, by inwestycja w sprzęt lub karnet nie wydawała się rozrzutnością. Żeby zabić alkoholem, wystarczy kupić butelkę w sklepie. Na to może sobie pozwolić nawet najbardziej ubogi.

Pośrednicy do lamusa

Otrzymanie żywej gotówki zmienia ten negatywny kontekst. Każdy człowiek dąży do poprawy swojego bytu. Gdyby było inaczej, nie mogłoby być mowy o postępie w antropocenie. Jeśli ktoś zaprzestał walki o polepszenie bytu, to po prostu stracił na to nadzieję. Solidny zastrzyk gotówki jest dla niego łykiem nadziei, wyjściem z jaskini, odzyskaniem wzroku. Transfery pieniężne pozwalają biednym zmienić perspektywę, zacząć myśleć w długim horyzoncie czasowym. Nagle możliwe staje się planowanie i branie spraw we własne ręce. Dzięki solidnemu zastrzykowi gotówki beneficjent otwiera się na nowe możliwości – może podjąć aktywność, o której niegdyś przez chwilę myślał, może spędzić wolny czas w bardziej pożyteczny sposób.

Rezygnacja z pośredników przy transferach pieniężnych może przynieść wiele korzyści. Pieniądze w ręce uzyskane za pomocą prostego oświadczenia, bez składania poniżających wniosków opisujących trudną sytuację, bez poniżającego udowadniania, że się ich nie wydaje na bzdury, zwiększają samodzielność oraz poczucie sprawczości. To człowiek otoczony całym zastępem „życzliwych” pracowników socjalnych i innych osób, mających go zaktywizować, wsadzony w tryby systemu, traci kontrolę nad własnym losem. Zaczyna być przekonany, że jego jako taki los jest uzależniony od ciągłej kontroli i czyjejś ręki wyciągającej go z bagna. Gdy otrzymuje gotówkę bez zbędnych pytań i dociekań, zaczyna myśleć samemu. Czuje się samemu odpowiedzialny za to, jak te pieniądze spożytkuje – jeśli zrobi to źle, będzie miał pretensje do siebie, zamiast oczekiwać na pretensje od pracownika socjalnego.

Poza tym zniesienie całej niepotrzebnej administracyjno-socjalnej czapy drastycznie ograniczy koszty. Wystarczy tylko zdalne sprawdzenie, czy stan faktyczny zgadza się z oświadczeniem. Elektroniczne dane skarbówki i ZUS-u pokażą, czy beneficjent rzeczywiście ma dochód w deklarowanej wysokości, rejestr ewidencji ludności wykaże, czy rzeczywiście ma dzieci na utrzymaniu, i tak dalej. W dobie cyfryzacji administracji taka kontrola jest szybka i tania, bez żadnego udziału beneficjenta. A zaoszczędzone pieniądze powinny oczywiście iść na zwiększenie transferów, aby świadczenia przekazywane potrzebującym były realną pomocą, a nie listkiem figowym, którym administracja zakrywa swoją bezczynność. Pieniądze trafiające na pomoc społeczną powinny być w całości przekazywane do potrzebujących, a nie na utrzymywanie instytucji pomocy. To samo dotyczy pomocy w krajach Trzeciego Świata – świadczenia powinny trafiać do lokalnej ludności bezpośrednio, a nie do lokalnych elit, pracowników organizacji międzynarodowych czy inwestorów. Lokalne elity przechwycą większość z nich, pracownicy organizacji międzynarodowych zwykle nie mają pojęcia, czego potrzeba miejscowym, a misją inwestorów nie będzie działanie w interesie lokalnej społeczności, lecz udziałowców.

Zadziwiające efekty

Ktoś mógłby powiedzieć, że piękna jest teoria, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Jednak to nie teoria. Świetnych rezultatów, jakie przynoszą transfery pieniężne, dowodzi cała seria programów i eksperymentów, które podejmowały przeróżne władze publiczne oraz organizacje na całym świecie. Wiele z nich opisał wspominany na początku tekstu Rutger Bregman w swojej „Utopii dla realistów”.

W pierwszej dekadzie XXI wieku w Londynie przeprowadzono eksperyment, którego uczestnikami byli bezdomni zamieszkujący Square Mile. Generowali oni ogromne koszty – na interwencje policji i pomocy społecznej, koszty sądowe oraz koszty służb porządkowych miasto wydawało 400 tys. funtów rocznie. Postanowiono więc przekazać bezdomnym po 3 tys. funtów na głowę, by sprawdzić, co z tego wyjdzie. W skali poniesionych już kosztów to i tak nic. Co za to kupowali? Nic nadzwyczajnego, telefon, aparat słuchowy, opłacali kurs zawodowy itd. Po półtorej roku od rozpoczęcia eksperymentu 9 z 13 bezdomnych już miało dach nad głową i nie zamierzało wrócić na ulicę. Uzależniony wcześniej od heroiny Simon mówił: „Po raz pierwszy w moim życiu wszystko zagrało. Zacząłem dbać o siebie, myję się i golę. Myślę o powrocie do domu, bo mam dwójkę dzieci”. W sumie cały eksperyment kosztował 50 tys. funtów, czyli ułamek wcześniej ponoszonych kosztów, a efektem był spadek liczby bezdomnych na Square Mile o trzy czwarte.

W Ugandzie zrealizowano dwa podobne eksperymenty – jednak zakrojone na zdecydowanie większą skalę. W ramach pierwszego władze zdecydowały się na przekazanie 12 tys. osób w wieku 16-35 lat kwoty 400 dolarów. Jak na zachodnie standardy to niewiele, ale dla mieszkańców Ugandy w tamtym czasie to czasem nawet roczne zarobki. Po 5 latach sprawdzono, jakie efekty przyniosła ta inwestycja – okazały się zadziwiające. Beneficjenci zainwestowali głównie w małe biznesy oraz edukację. Ich długookresowe zarobki dzięki temu wzrosły o 50 proc., a szanse zatrudnienia o 60 proc. W drugim z eksperymentów przekazano zaledwie 150 dolarów dla 1800 bardzo ubogich kobiet. Ich dochody oraz szanse zatrudnienia także wzrosły przeciętnie o kilkadziesiąt procent. W tym eksperymencie dla porównania części kobiet zaoferowano także pomoc doradczą pracownika socjalnego z organizacji humanitarnej, którego pomoc kosztowała badaczy ok. 350 dolarów od beneficjentki. Rzeczywiście, kobiety te osiągały nieco lepsze wyniki, jednak ten wzrost był nieadekwatny do poniesionego kosztu. Badacze doszli do wniosku, że dużo lepsze efekty dałoby dorzucenie tych 350 dolarów do kwoty świadczenia.

W Kanadzie w 1973 roku rozpoczęto eksperyment Mincome, który trwał przez cztery lata – tylko tyle, ponieważ po wyborach doszedł do władzy nowy, konserwatywny rząd, który zaniechał eksperymentu. Tysiąc rodzin z miasteczka Dauphine dostawało co miesiąc bezwarunkowy przelew, de facto po prostu dochód podstawowy. Rocznie była to równowartość 19 tys. dolarów. Wiele lat później kanadyjska badaczka postanowiła sprawdzić, jakie efekty przyniósł tamten eksperyment, porównując sytuację beneficjentów z sytuacją rodzin z pobliskich miasteczek. Mieszkańcom Dauphine nie odechciało się pracować – spadek liczby przepracowanych godzin wynosił zaledwie 1 proc. wśród mężczyzn oraz 3 proc. wśród kobiet. Jedyni żywiciele rodziny w ogóle nie ograniczyli godzin pracy. Spadła za to liczba hospitalizacji i to aż o 8,5 proc., co przełożyło się oczywiście na oszczędności dla służby zdrowia. Dzieci z rodzin beneficjentów Mincome osiągały wyraźnie lepsze wyniki w nauce, mniejsza była za to liczba przypadków przemocy domowej. Co więcej, Dauphine wyróżniało się w okolicy pod względem sytuacji ekonomiczno-społecznej także wiele lat później – eksperyment poprawił sytuację nawet następnego pokolenia.

Coś na kształt dochodu podstawowego otrzymało 8 tys. przedstawicieli plemienia Czirokezów z Karoliny Północnej. Otwarli oni na swoich ziemiach kasyno, z którego utarg trafiał do wszystkich członków plemienia. Początkowo były to niewielkie kwoty, jednak po jakimś czasie wzrosły one do 6 tys. dolarów rocznie. Ten przypadek przeanalizowali miejscowy badacze, ponieważ sytuacja Czirokezów przed otwarciem kasyna była dużo gorsza, niż pozostałych  mieszkańców okolicy. Otrzymywanie stałej dywidendy przez członków plemienia spowodowało, że problemy psychiczne ich dzieci szybko spadły o 40 proc. i ustabilizowały się na poziomie pozostałych rówieśników z okolicy. Wyrównały się również wyniki w nauce. O rok wydłużył się przeciętny okres kształcenia, a przestępczość wśród 16-latków spadła o 22 proc. Jednocześnie nie zaobserwowano spadku liczby godzin pracy wśród dorosłych. Można powiedzieć, że dzięki dywidendzie wcześniej wykluczeni ze społeczeństwa członkowie plemienia szybko doszlusowali swoją sytuacją ekonomiczno-społeczną do pozostałych mieszkańców regionu.

Transfery, głupcze!

Powyższy wywód nie ma uzasadniać jednej konkretnej formy transferów pieniężnych. Trzeba ją dostosować do aktualnych uwarunkowań. Decyzja o tym, czy wprowadzane transfery mają być powszechne, czy trafiać tylko do potrzebujących, czy mają być jednorazowe, czy comiesięczne, musi być podjęta na podstawie ekonomicznych, społecznych oraz politycznych okoliczności. Docelowym ideałem mógłby być bezwarunkowy dochód podstawowy, ale można go wprowadzać stopniowo, poprzez rozszerzanie sieci transferów pieniężnych, do których uprawnione będą kolejne grupy obywateli. Zdejmując przy tym z nich administracyjno-socjalną czapę, która ubezwłasnowolnia ich beneficjentów. Zresztą już przecież zaczęliśmy – przynoszący bardzo dobre efekty program „Rodzina 500+” spełnia właśnie te założenia. Na początek można więc dążyć do jego rozszerzenia na wszystkie dzieci, a także do rozszerzenia zasiłków dla bezrobotnych na wszystkich szukających pracy. Do czegoś podobnego przymierza się nowy włoski rząd, który chce wprowadzić dochód podstawowy dla kilku milionów najbiedniejszych Włochów.

Oczywiście znajdą się i tacy, którzy zechcą jechać na gapę. Jednak będzie to margines, którego odsianie spowoduje jedynie większe koszty i niepotrzebny paternalizm. Politykę społeczną należy kształtować w interesie większości społeczeństwa, a nie jego marginesu. Tym bardziej, że inwestycja w większe transfery pieniężne przyniesie nie tylko krótkoterminowe oszczędności w postaci redukcji kosztów administracyjnych, ale także długookresowe zyski w postaci zdrowszego i lepiej wykształconego społeczeństwa.

Piotr Wójcik

Gadomski, Maziarski i Pinochet w jednym stoją domku

Polska jak mało który kraj wie, co to znaczyć żyć pod jarzmem dyktatury. Nie minęło jeszcze 30 lat od czasu, gdy demokracja była dla nas ledwie marzeniem. Teraz w pocie czoła musimy stać na straży wolności, którą z takim trudem wywalczyliśmy. Tym bardziej dziwi fakt, że „Gazeta Wyborcza” regularnie publikuje teksty ludzi odwołujących się do antydemokratycznych wartości. Ludzi, którzy za pięknymi i utopijnymi ideami, skrywają zamiłowanie do dyktatorskich rozwiązań. Mam na myśli Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego, zwolenników idei Friedricha Hayeka i Miltona Friedmana.

Większość kojarzy Friedmana i Hayeka jako niewinnych myślicieli dwudziestowiecznych. W rzeczywistości stoją oni za jednym z najgorszych reżimów powstałych w drugiej połowie XX wieku. Chodzi o Chile pod rządami dyktatora Augusto Pinocheta, który jest odpowiedzialny za tortury i morderstwa tysięcy ludzi. Friedman i Hayek z sympatią spoglądali na kraj Pinocheta, ponieważ chilijski dyktator wiernie wprowadzał zalecania fundamentalizmu rynkowego. Gdy Zachód budował państwa dobrobytu za pomocą zdobyczy socjalnych, totalitarne reżimy były jedynymi miejscami, gdzie Hayek i Friedman mogli testować na ludziach swoją ideologię. Zresztą zdaniem uznanych ekonomistów, jak Amartya Sen i Joseph Stiglitz, eksperymenty te nie tylko zniszczyły demokrację, ale doprowadziły też do zapaści ekonomicznej Chile.

Fundamentalizm rynkowy był dla Friedmana oraz Hayeka ważniejszy od demokracji, praw człowieka i powszechnego dobrobytu. Podobne skrajnie kapitalistyczne idee stały zresztą za wieloma innymi dyktaturami – od Brazylii po Argentynę, a także za wyzyskiem i zapaścią gospodarczą krajów trzeciego świata. Nie wspominając o milionach ofiar rozwoju kapitalizmu na jego wcześniejszych etapach, kiedy to ideały wyznawane przez Gadomskiego i Maziarskiego wprowadzano za pomocą niewolnictwa, wojen i grabieży.

Gadomski i Maziarski idą śladami swoich mistrzów. Pokrewieństwo ideowe ze zwolennikami dyktatur sprawia, że gdy polska demokracja drży w posadach, publicyści „Wyborczej” konsekwentnie zalecają rozwiązania, które doprowadzą do jej dalszego osłabienia. Są zwolennikami przywilejów dla bogaczy pod postacią niższych podatków, choć dane jasno pokazują, że demokracja ma się najlepiej tam, gdzie bogaci płacą wysokie podatki – w Norwegii, Danii, Szwecji czy na Islandii. Mimo że wszyscy rozsądni specjaliści i instytucje, włączywszy w to Międzynarodowy Fundusz Walutowy, biją na alarm w związku z narastającymi nierównościami społecznymi, Gadomski i Maziarski chcą je powiększać. Wyciągają z  lamusa fundamentalizmu rynkowego zbutwiałe koncepcje. Powołują się na skompromitowaną teorię skapywania. Są zwolennikami ekonomicznej przemocy i władzy wielkich korporacji.

Co gorsza, szczują na współobywateli i współobywatelki. Stereotypy, które wygłaszają na temat najbiedniejszych członków naszych społeczeństw, przywodzą najgorsze skojarzenia związane z faszystowską propagandą. Zresztą, czemu się dziwić, skoro ich ulubieniec, Bronisław Komorowski, w drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich przymilał się do Pawła Kukiza, lidera partii sprzymierzonej ze skrajną prawicą.

Odbierają ludziom godność, przedstawiając ich jako głupi, zapijaczony motłoch. Tak jak Pinochet, i wielu dyktatorów przed nim, szczerze nienawidzą lewicy. Wznosząc się na wyżyny symetryzmu, porównują lewicowe działaczki walczące o prawa kobiet, prawa osób LGBT, prawa ludzi ubogich – do organizacji skrajnie prawicowych. Raz jeszcze, nie powinno to dziwić. Ich idol, Friedman, porównywał programy antydyskryminacyjne wprowadzone przez Amerykanów w 1941 roku do… Ustaw Norymberskich. Symetryzm jest nieodłączną częścią ich tradycji.

Nawiasem mówiąc, to oni przed ostatnimi wyborami doprowadzili do rozbicia obozu liberalnego. Gdy PO wyłamała się z ich fundamentalistycznych założeń w sprawie OFE, Gadomski wzywał do powstania nowej partii propagującej jego ideologię. Tak powstała Nowoczesna, która podzieliła liberalny elektorat i ułatwiła zwycięstwo PiS-owi.

Zdumiewający jest upór, z jakim twardogłowi fundamentaliści rynkowi próbują wmówić sobie i światu, że możemy poświęcić demokrację na ołtarzu dzikiego kapitalizmu. Zdumiewające jest również to, że „Gazeta Wyborcza” publikuje teksty miłośników ideologii stojącej za dyktaturą Pinocheta. Pozostaje mieć nadzieję, że polska demokracja przetrwa i to zagrożenie.

dr Tomasz S. Markiewka

PS. Tekst powstał z inspiracji twórczością Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego – ich bezkompromisową walką o demokrację, która uchodzi w niektórych sferach za oznakę rozsądku i umiarkowania. Zawiera przeróbki fragmentów ich felietonów.

W poszukiwaniu lewicy romantycznej

Moja doktorantka Joanna Średnicka prowadziła badania etnograficzne w polskim przedsiębiorstwie o dłuższej historii, sięgającej czasów PRL. Szefowie wspominają czasy początków transformacji jako złoty okres, gdy zaczęto doceniać ich fachowość, firma rozwijała się dynamicznie, pracownicy czuli się wtedy u siebie, klienci doceniali produkty, a zagraniczni partnerzy dawali dowody szacunku. Potem wszystko się zmieniło.

Przedsiębiorstwo zostało przejęte przez wielką korporację-inwestora, własne procedury i rozwiązania zostały zastąpione odgórnie narzuconymi. Taka opowieść przewija się jak wyraźny wspólny wątek w rozmowach prowadzonych przez badaczkę. Joanna słuchała uważnie, co mówili ludzie i w pewnym momencie usłyszała coś, czego usłyszeć zupełnie się nie spodziewała. Usłyszała cytaty z Mickiewicza, ze Słowackiego, nawiązania do romantycznej poetyki polskości w przełożeniu na tę „małą ojczyznę”, jaką jest organizacja, wspólne dobro, które zostało narażone na oddziaływanie obcych sił, pozbawiających je tożsamości, godności i sprawiających, że poczucie przynależności zastąpiła powszechna alienacja. Wprost albo metaforycznie przywoływano smutek upadłych narodowych powstań, szukano pocieszenia w poczuciu tragicznej i utraconej organizacyjnej wspólnoty, która jednak, dzięki swemu znaczeniu dla wszystkich, dawała mimo wszystko pocieszenie.

Joasia odkryła polskie romantyczne zarządzanie, choć wcale się tego nie spodziewała, i o tym traktuje jej doktorat. A ja dzięki niej uświadomiłam sobie, jak wielkie znaczenie ma romantyczna więź dla procesów organizowania. I cieszę się bardzo, bo ostatnimi czasy spotykam się z nią w myśli, w mowie i w praktyce. Chciałabym o tym powiedzieć teraz kilka słów w specyficznym kontekście – mobilizacji do zmiany społecznej, do budowania lepszego jutra. Rzecz dotyczy lewicy, ale nie lewicy racjonalistycznej, bazującej na obiektywistycznej argumentacji i proponującej inżynierię społeczną jako sposób tworzenia nowych instytucji społecznych, ani o lewicy nawołującej do burzenia istniejących struktur. Moja wymarzona lewica szanuje struktury społeczne i pragnie je przekształcać z wyobraźnią i uczuciem. Bardzo lubiłabym, gdyby w procesie krystalizacji otrzymała ona nazwę lewicy romantycznej, choć jak znam życie – tak się nie stanie. Jednak tak właśnie bije jej serce.

W codziennych rozmowach z osobami z różnych klas i grup społecznych (choć najczęściej z akademikami), zauważyłam ostatnimi czasy zadziwiające zjawisko, nieraz witane radosnym zdumieniem po obu stronach. Lepiej rozmawia się socjalistom z konserwatystami, niż jednym i drugim z centrystami czy liberałami wszelkich odcieni, lewicowych czy prawicowych. To samo wrażenie miewamy w naszych rozmowach wokół ogólnopolskiego protestu akademików przeciwko Ustawie 2.0. Sam protest jest czymś niezwykłym w moim doświadczeniu, jest prawdziwie ponadpolityczny, czyli, w słowach Aleksandra Temkina, krystalizatora Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, „działający politycznie na rzecz instytucji – wspólnej przestrzeni sporu i myślenia, a nie na rzecz żadnego stronnictwa, partii i sekty”. Jedna z organizatorek, uczona z Uniwersytetu w Białymstoku, Małgorzata Kowalska, zauważa bliskość pewnych idei lewicowych i konserwatywnych w opublikowanym niedawno artykule w „Krytyce Politycznej”: „Poza konserwatyzmem w wariancie mocnym lub »właściwym« istnieje rodzaj konserwatyzmu umiarkowanego i krytycznego, dobrze korespondującego z poglądami lewicy. Należałoby tu może mówić o […] niechęci do modernizacji i racjonalizacji rozumianych w duchu globalnego kapitalizmu”. Równie ciekawie i mocno pisze o zbliżeniu pewnych postaw konserwatywnych i lewicowych w kontekście pracy Piotr Graczyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego na łamach tekstu z „Teologii Politycznej”: „Zmartwychwstała może być tylko taka praca, którą kieruje się ku przyszłości jako swobodnej, rozwijającej się wedle własnych reguł, a nie używana do zaspokojenia nienasyconego głodu zysku”.

W tych i wielu innych takich spotkaniach idei i postaw, jakie ostatnio obserwuję (i w nich uczestniczę), pojawia się jeden zasadniczy wyraźny motyw: szacunek wobec struktur i instytucji. Konserwatyści tradycyjnie pragną je ocalić, socjaliści chcą zmieniać. Jednak ostatnimi czasy pojawiła się grupa jednych i drugich, która przede wszystkim zamierza chronić je przed zniszczeniem i erozją w celu dalszej konserwacji lub organicznego dostosowania do zmienionych warunków świata. Tu przeciwnikiem są liberałowie rynkowi i socjalni, których program zakłada radykalną modernizację, czyli wymianę obecnych struktur na nowe, postulowane jako bardziej nowoczesne. Zdaniem zarówno socjalistów, jak i konserwatystów nie należy „reformować przez zaoranie”, bo, jak pokazuje przykład Kartaginy, to, co raz zaorano, takowym pozostaje. Programy programami, mogą być postępowe, doskonałe, a nawet jedynie racjonalne i Naukowe (modernizatorzy lubią pisać o nauce przez wielkie N i wtedy nie mają na myśli tego, co tworzą naukowcy, lecz swój system wiary w racjonalne rozwiązania), ale przecież tymczasem trzeba jakoś wspólnie działać. Jak pokazują rewolucje francuska i leninowska, a także projekty modernizacyjne, np. te, które miały miejsce w wielu krajach Bliskiego Wschodu w ubiegłym stuleciu, społeczeństwo bez instytucji albo polega na władzy przemocowej, autorytarnej, albo powraca do tych struktur, które przetrwały, czyli najsilniejszych, niemal uranicznych w swej mocy oddziaływania, takich jak hierarchiczna władza i kult jednostki (Pierwszy Sekretarz zamiast Cara).

Struktury i instytucje są bardzo ważne, bo, jak pisałam we wcześniejszym felietonie, umożliwiają ludziom współdziałanie. Bez nich skoordynowana współpraca, potrzebna do każdego większego społecznego przedsięwzięcia (o ile nie zautomatyzujemy wszystkiego na amen, ale dla kogo działałby taki system? to zagadka, której fani zrobotyzowanej przyszłości na ogół nie umieją lub nie chcą rozwiązać), możliwa jest tylko na zasadzie bezpośredniego przymusu i przemocy. Jak pisał Zygmunt Bauman, najnowsze czasy cechuje intensywny rozpad struktur społecznych i instytucji. System staje się niewydolny, ale nie ma jeszcze nowego systemu, który mógłby go zastąpić. Ten stan rzeczy Bauman nazwał metaforycznie, za Antoniem Gramscim, interregnum, bezkrólewiem. Jest to stan instytucjonalnej zapaści bez gwarancji szybkiego wyjścia. Może utrzymać się przez lata, dziesięciolecia, a nawet stulecia – tak jak wówczas, gdy powoli padało Imperium Rzymskie wraz z całą przynależną cywilizacją i kulturą.

Instytucje są niezwykle cenne i nie rosną na drzewach. Trzeba na nie bardzo długo wspólnie pracować. Dlatego zarówno organiczni konserwatyści, jak i organiczni socjaliści, jak roboczo nazywam zwolenników chronienia struktur, pragną zadbać o ich przetrwanie. Spotykamy się na gruncie ochrony instytucji społecznych, dorobku kultury i środowiska naturalnego, czyli wszystkiego tego, co łatwiej jest zniszczyć, niż z powrotem przywrócić do życia. Lewica pragnie zmieniać świat, tak, by ludziom żyło się lepiej i sprawiedliwiej. Ta, o której traktuje ten felieton, czyni to radykalnie w sferze idei, lecz ostrożnie w sferze struktur. Taki program jest możliwy wtedy, gdy socjologicznej rozwadze towarzyszy duchowa wyobraźnia. I tu docieramy do romantyków, a konkretnie do romantycznych wartości.

Dwie naukowczynie zajmujące się organizacjami obywatelskimi – Ewa Bogacz-Wojtanowska i Anna Góral, przebadały etnograficznie organizację społeczną wokół Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Stwierdziły, że niezwykle sprawne współdziałanie bazowało przede wszystkim na poczuciu wspólnotowości i na bardzo silnej identyfikacji z wartościami chrześcijańskimi i społecznościowymi. Badaczki uważają, że taki tryb funkcjonowania możliwy jest tylko przejściowo, jednak może posłużyć nie tylko do tworzenia inicjatyw efemerycznych, takich jak Dni Młodzieży, ale w ogóle może pomóc znaleźć strukturotwórczy kompas w czasach interregnum. Jeśli struktury i instytucje społeczne kruszą się, to można zastosować podobną zasadę, co w przypadku procesów organizacyjnych odbywających się jakby pomiędzy stabilniejszymi rzeczywistościami – poprzez powrót do zasadniczych wartości. Młodzi katolicy zbierali się razem, by celebrować swoją wiarę, swoją radość z doświadczania Bożej obecności w naturze, bliskości, wzajemnej pomocy. W ten sposób nie tylko mogli sprawnie działać razem, ale też stali się żywym zarzewiem odnowy w polskim Kościele katolickim, wpuszczają nowego ducha w stare struktury.

Inne grupy i społeczności mogą osiągnąć podobny efekt, zadając sobie podstawowe pytanie, na które trzeba udzielić wyłącznie szczerej, całkowicie niecynicznej i bezinteresownej odpowiedzi (inaczej to nie działa): po co? Po co chcemy wspólnie wykonywać te działania, które realizuje dana instytucja? Czyli, na przykład, jako Akademicki Komitet Protestacyjny zadaliśmy sobie pytania: po co akademia?I odpowiedzieliśmy sobie, przywołując wartości akademickie: dążenie do prawdy, poszukiwanie wiedzy, twórczość. Wśród wywieszanych przez nas na okupowanych budynkach uczelni transparentach widniały napisy takie jak: „Akademia moja miłość”, „Nauka niepodległa”, „Samorządność naszą bronią”, „Wolne uniwersytety zamiast fabryk wiedzy”, „Rewolucja nigdy nie śpi”. W tym kontekście niesamowite wrażenie robi zmasowany energiczny atak na AKP z różnych stron, który trafia dokładnie w próżnię. Nie ma nas nigdzie tam, gdzie walą z lewa i z prawa, a zwłaszcza z centrum: nie jesteśmy młodymi lewakami ani starymi konformistami, nie jesteśmy niedoinformowani, nie jesteśmy pełni przesądów, nie jesteśmy prowincjonalni, nie jesteśmy desantem z wielkich miast, nie jesteśmy zakompleksieni. Są wśród nas naukowcy, którzy, gdyby chcieli zmierzyć krytyków ich miarami, rozsypaliby ich w puch i w proch – ale nie chcą. Można im zacytować Luke’a Skywalkera: „Amazing! every word you just said is wrong”. A to dlatego, że my dla nich nie istniejemy. To, czym jesteśmy, to, co nas niesie – wartości akademii – nie istnieje w ich świecie. Ich walka z własnymi cieniami zaczyna być wręcz zabawna. Dziesięciolecia koncentracji wyłącznie na tym, co zewnętrzne – na markach, fasadach, wrażeniu, CV, a jednocześnie bagatelizowanie tego, co wewnętrzne („tak ci się tylko wydaje”, „to wszystko w twojej głowie”) przynoszą skutki w postaci gigantycznych drogocennych potiomkinowskich wiosek bez treści (ani wartości) w środku.

Wartości inkluzywne, przywołujące poszanowanie dla dziedzictwa kulturowego i tradycji, ale też radykalne społecznie, a zarazem celebrujące wyobraźnię, znajdziemy w sztuce, poezji i myśli romantyków, w tym także polskich. Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” zawarł wizję polskości plastyczną, żywą, społecznie i politycznie wrażliwą, mocno związaną z miejscem i przyrodą, wśród których dane nam jest żyć – Polakom przeszłym i teraźniejszym. Opisane są tradycje i zwyczaje, a także archetypiczne postaci, jak to archetypy – niejednoznaczne, wielowymiarowe, nieraz problematyczne. W „Dziadach” poeta przywołuje idee mistyczne, czerpie natchnienie, by ożywić i przekazać wizję tego, kim jesteśmy i po co nam nasza polskość. Jest to polskość tajemnicza, tragiczna, ale inkluzywna, społecznie czuła. Wreszcie w poematach takich jak „Widzenie” mamy do czynienia z profetyczną wizją ukazującą spójność świata, przynależność i współistnienie duszy i świata. Jak pokazały badania Joanny Średnickiej, romantycy i Mickiewicz są kompasem moralnym i językiem wyobraźni Polaków także dziś i także w tak niepoetycznych kontekstach, jak zarządzanie. Jest to bardzo ważna rola, bo, jak pokazuje językoznawca George P. Lakoff w swojej książce „Nie myśl o słoniu!”, język i metafory definiują naszą rzeczywistość, określają, co jest możliwe, a co normalne, po prostu kształtują rzeczywistość.

Język romantyków pomaga szanować tradycje i wartości, a więc podstawy instytucji społecznych, jednocześnie otwierając poprzez metafory wrażliwość umysłu i serca na innych i na przyrodę. Racjonalizm i scjentyzm miały już swoje pięć minut w historii. Przywołując wizję i wezwanie innego wielkiego romantyka, Williama Blake’a, czas już, żebyśmy zebrali się razem i zaczęli budować lepszy świat wśród zielonych łąk naszych ziem, odsuwając w przeszłość niszczycielski przemysł i mroczne porządki społeczne kapitalizmu. Tak samo jak poeci, ale także szefowie w badaniach Joanny Średnickiej, rozpoznajmy i ucieszmy się z tego, co nas niesie, co dla nas sensowne i ważne, porzućmy smutny i kruchy świat pozorów. Jeśli nie wierzysz – nie idź do zakonu, jeśli nie kochasz – nie bierz ślubu. Wsłuchajmy się w sens naszych instytucji i naszą wyobraźnię, zobaczmy, jak wszystko się sensownie łączy, słowami poety:

Teraz widziałem jako w wodzie na dnie,

Gdy na nią ciemną promień słońca padnie.

Teraz widziałem całe wielkie morze,

Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga,

A w nim rozlana była światłość błoga.

(Adam Mickiewicz, fragment poematu „Widzenie”).

prof. Monika Kostera

Zanim zastąpią nas roboty

Zanim zastąpią nas roboty

Głównym czynnikiem determinującym przyszłość rynku pracy w skali globu będzie technologia – nie demografia i nie trendy konsumpcyjne. Nie jest to samo w sobie specjalnie przełomowe stwierdzenie. Technologia i w XX, i w XIX wieku odgrywała bardzo dużą rolę w zmianie gospodarki, a nieodłącznie od gospodarki zmieniał się rynek pracy. Działo się to jednak w trochę inny sposób, niż będzie się odbywało w najbliższych dekadach.

Rola technologii w XIX i XX wieku zasadzała się na wspieraniu pracy człowieka (możemy mówić o technologii wspierającej), nie na zastępowaniu go. Na przykład kasjerki w banku dostawały do pomocy maszyny liczące i wydające odpowiednią ilość pieniędzy, ale to nie zmniejszyło liczby kasjerek – wręcz przeciwnie – mogły się zająć innymi czynnościami.

Oczywiście nie obywało się również bez utraty dotychczasowych miejsc pracy, ale nadal można powiedzieć, że maszyny „wspierały” pracę człowieka, nie zastępując jej całkowicie. W rolnictwie traktory zastępowały zwierzęta pociągowe, ale tworzone były miejsca pracy w przetwórstwie żywności. Taksówki zastępowały dorożki, ale dorożkarze mogli stać się taksówkarzami, wykonując dotychczasową pracę szybciej. Maszyny pracowały razem z ludźmi, praca była wykonywana w nowy sposób, wytwarzano nową wartość dodaną (przetworzona żywność, nowe produkty). Produkowano łatwiej, w prostszy sposób zaspokajając ludzkie potrzeby. Jednocześnie powstawały nowe, coraz bardziej zaawansowane sektory gospodarki, produkujące wcześniej nieistniejące produkty, ułatwiające bądź umilające ludziom życie: pralki, radia, telewizory, krajalnice, lodówki, i tak dalej. Oczywiście dotyczy to również rozwoju sektora usług.

Chociaż społeczeństwo korzystało z tego rozwoju, to postęp techniczny (technologii wspierających) nie był całkowicie neutralny z punktu widzenia spójności społecznej. Każda zmiana struktury gospodarki niesie ze sobą skutki – nawet w skali mikro, w skali branży, w skali miasta, znamy to znakomicie z naszej transformacji ustrojowo-gospodarczej. Zmiany mają swoich wygranych i przegranych: w strukturze społecznej (jedni się bogacą, drudzy mniej albo biednieją), w konkurencji podmiotów gospodarczych (pojawia się jedna firma, inna traci udział w rynku), w konkurencji ekonomicznej państw, w relatywnej pozycji jednych bloków gospodarczych względem drugich. Jedni zaczynają wygrywać na nowej technologii dzięki byciu właścicielami środków produkcji. Właściciele umaszynowionych, lepiej „uzbrojonych” firm wygrywają na wyższej efektywności większe obroty i dochody rynkowe. Drudzy, mniejsi wygrani, korzystają z efektów makro tej zmiany.

Społeczeństwo korzysta nie aż tak bezpośrednio, ale z czasem korzyści stają się również zauważalne –  pojawiają się tańsze, lepsze towary lub usługi, ich szybsza dostępność, tworzone są bardziej zaawansowane stanowiska pracy. Czasami zyskują przedsiębiorstwa powiązane, obsługujące bogacącą się firmę, inne zaś tracą.

Jednocześnie pojawiają się też bezpośredni przegrani. Ci, którzy funkcjonowali w systemie produkcji poprzedniej technologii, a dla których nie było jasno zakreślonej, lub w ogóle jakiejkolwiek, roli w systemie nowej technologii. Dorożkarze, którzy nie przesiedli się do samochodów, byli przegranymi postępu przemysłu samochodowego. Wygrywały lub przegrywały także większe organizmy społeczne. Państwa położone nad Morzem Śródziemnym straciły swoją rolę i znaczenie, gdy ich handel z Bliskim i Dalekim Wschodem stał się mniej zaawansowany od rozwoju handlu oceanicznego w XVI, XVII i XVIII wieku.

Przegrani niekoniecznie ugryzą rosnący tort zwany PKB. Wiele zależy od dyfuzji, rozpowszechnienia owoców wzrostu gospodarczego. Jeżeli robotyzacja i automatyzacja będą znacząco zmniejszać liczbę starych miejsc pracy, tworząc znacznie mniej nowych, to wtedy mamy problem. Owoce wzrostu gospodarczego będą koncentrować się coraz bardziej w rękach właścicieli kapitału, którzy są jednocześnie właścicielami technologii – jako kapitał niematerialny, poprzez licencje i programy, lub materialny, jako technologie wdrożone w przedsiębiorstwach. Im większa koncentracja majątku i dochodu z wzrostu wywołanego postępem technicznym, tym większa liczba przegranych.

Może to zwiastować początek kłopotów społecznych i gospodarczych. Henry Ford pokazywał kiedyś szefowi związku zawodowego zakupione nowe maszyny, automatyzujące część prac, zastępujące część pracowników. Powiedział do szefa związku z uśmiechem: „Spróbuj te maszyny zapisać do związku i zebrać od nich składki na związek”. Na co szef związku odpowiedział: „Spraw, żeby kupowały twoje samochody”. W ostatnich dekadach XX wieku widzimy już w szeregu krajów Zachodu początek problemu nierównowagi między kapitałem a pracą. Liczba niepracujących w wieku produkcyjnym rośnie. Liczba miejsc pracy tworzonych przez nowe zawody (np. analityk danych) jest dużo mniejsza, niż tych, które odchodzą w niebyt za sprawą technologii. Jednocześnie rosną nierówności, więc wzrost wydajności – czyli rosnący tort PKB – jest dobrą wiadomością tylko dla właścicieli kapitału i niewielu osób, tych wykonujących wysokopłatne zawody. U innych wzrostowi produktywności towarzyszy stagnacja płacowa. Już wiemy, że da się produkować bez pracowników. Pytanie brzmi, jak stworzyć konsumpcję bez szerokiej bazy konsumentów posiadających dochody przeznaczone na konsumpcję. Koncentracja majątku i dochodu stanowią zagrożenie dla popytu, a zatem – koniunktury i długofalowego wzrostu.

Czy na pewno mamy do czynienia z technologiami zastępującymi ludzi? Obecna rewolucja technologiczna oparta jest na robotyzacji połączonej z możliwościami budowy sztucznej inteligencji zasadzającej się na odmianach uczenia maszynowego. Mówiąc ludzkim językiem: maszyny, obserwując ludzi, uczą się wykonywać rozwiązania problemów w taki sposób jak oni. Tyle że lepiej. Człowiek w ciągu swojego życia jest w stanie uczyć się tylko na podstawie rozwiązywania i obserwowania rozwiązywania zadań. Maszyna uczy się na podstawie dowolnie wielkich zbiorów danych, dzięki czemu jest w stanie dużo szybciej osiągnąć i prześcignąć osiągnięcia ludzi. Od kilku lat oprogramowanie Watson potrafi lepiej niż lekarze wykrywać zmiany nowotworowe. Znacząco lepiej! To dlatego, że maszyna jest w stanie przestudiować setki tysięcy przypadków i diagnozować „bez pudła”. Firma z Kalifornii stworzyła zaś oprogramowanie zarządzające projektami – nie wspomagające zarządzanie projektami, lecz zarządzające nimi.

Oczywiście – nadal potrzebni są tam ludzie. Maszyna rozdziela pracę w zespole programistów, później je grupuje, układa, jak zwyczajny kierownik projektów. Jednocześnie jednak maszyna cały czas przygląda się działaniom ludzi, uczy się ich imitować i w pewnym momencie całkowicie ich zastąpi.

Zatem jakie prace są zastępowalne, a które się oprą maszynom? Warto przytoczyć kilka przykładów  obecnych i przewidywanych możliwości uczenia maszynowego.

Jeszcze kilkanaście lat temu naukowcy przewidywali, iż sztuczna inteligencja nie będzie w stanie samodzielnie prowadzić samochodu na lepszym poziomie niż człowiek, m.in. ze względu na wielość formalnych i nieformalnych reguł zachowania na drodze. Uznawano również, że nie do podrobienia będzie ludzka mowa. Dziś nie tylko samojezdne samochody są lepsze od kierowcy-człowieka i wkrótce wejdą na rynek, ale też np. sztuczna inteligencja tworzy około 20% artykułów pisanych przez agencję prasową Associated Press. Używa jej również „The Washington Post”. Sztuczna inteligencja napisała już scenariusz filmu, tworzy muzykę. Do 2027 r. napisze piosenkę imitującą utwór znanego artysty, i znajdzie się ona w rankingu najbardziej popularnych piosenek. W 2028 r. będzie w stanie stworzyć kreatywny film wideo, a w 2045 r. napisze beletrystykę, która znajdzie się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Tak przewiduje S. Hall i raczej się nie pomyli. Umiejętności automatyzacji i zastąpienia ludzkiej pracy i twórczości postąpią więc bardzo szybko.

Jakie prace będą najszybciej automatyzowane? Rutynowe, łatwe do uczenia się przez maszyny, powtarzalne. Księgowość, call center, ubezpieczenia, audyt, usługi prawne, ale również obsługa maszyn i urządzeń, obsługa linii montażowej. Zobaczymy, co stanie się z polskim zagłębiem outsourcingu procesów biznesowych, np. w Krakowie. „Dłuższy termin ważności” będą mieć prace wymagające dużo większej kreatywności lub inteligencji emocjonalnej: pisarz, pielęgniarka, przedszkolanka, nauczyciel, opiekun osoby starszej, analityk rzadkich, niepowtarzalnych sytuacji itp. Ale i w tych przypadkach trzeba pamiętać, żeby nigdy nie mówić „nigdy”. Sztuczna inteligencja uczy się również zachowań, gestów, naśladuje ludzką intuicję.

Jak to się ma do naszej polskiej rzeczywistości? Polska ma spory udział zawodów narażonych na unicestwienie i na powstanie tego, co John Maynard Keynes nazwał bezrobociem technologicznym. Jednocześnie jest jednym z ostatnich krajów, któremu może udać się w tak relatywnie łatwy sposób doszlusować na dolną półkę krajów wysoko rozwiniętych. Miejsca pracy w przemyśle, w montażu, będące siłą krajów rozwijających się, korzystających z globalnych rynków firm międzynarodowych, będą coraz rzadsze. Przemysł się zmienia. W Chinach jeden z największych pracodawców, Foxconn (produkujący m.in. iPhone’y dla Apple) zamierza w ciągu trzech lat zautomatyzować, czyli zlikwidować, 70% miejsc pracy. Już działa całkowicie automatyczna fabryka Foxconn w Chengdu. Maszyny produkują non stop, a na hali produkcyjnej jest całkowicie ciemno – nie ma ludzi, którzy potrzebowaliby światła. Fabryki przenoszą się z Chin do USA – mówią niektórzy – ale nie są to już te same fabryki. Miejsc pracy jest w nich niewiele. Zmiany w przemyśle będą więc przebiegać szybko, a w ślad za nimi spadać będzie liczba zatrudnionych.

Na to też musimy przygotować się w Polsce, wiedząc jeszcze dodatkowo, iż Europa, nawet Niemcy, jest zapóźniona w technologii sztucznej inteligencji, która będzie decydować o ukształtowaniu podziału pracy w świecie XXI wieku. Liczba miejsc pracy w Polsce będzie w dłuższym horyzoncie (powyżej 10 lat) spadać. To stawia przed nami pytania, jak kształtować politykę imigracyjną dopasowaną do nowej rzeczywistości, nie zaś próbującą przedłużać termin ważności epoki niskich płac, a także jak zaadaptować się na poziomie państwa do ogromnego wyzwania społeczno-gospodarczego.

Aby zabezpieczyć się przed falą bezrobocia technologicznego, niezbędny jest sprawny system edukacji, obejmujący całe życie, nie tylko pierwsze dwadzieścia kilka lat. Ważne jest, aby tworzyć miejsca pracy w nowej gospodarce. Tych miejsc tak czy inaczej nie będzie bardzo wiele i, o ile dostosowanie systemu edukacji jest ważne, nie jest proporcjonalne do skali wyzwań.

Pomysły typu minimalny dochód gwarantowany mają szansę co najwyżej łagodzić skutki, nie rozwiązując źródła problemu. Krytycy tego rozwiązania mają nieco słuszności. Populacja bez dochodu, kraj bez dochodu do redystrybucji przy braku nowoczesnych sektorów gospodarki powodują, że system dochodu gwarantowanego nie będzie mieć silnych podstaw. Byłaby to próba wytworzenia popytu bez bazy strony podażowej (wytwórczej). Opodatkowanie cyfrowej gospodarki będzie w Polsce mrzonką, jeżeli ta gospodarka w kraju nie będzie istnieć w zaawansowanej formie konkurencyjnych cyfrowych przedsiębiorstw. Aby uniknąć sytuacji, w której rzesze populacji nie mają dochodu, a zatem nie mają również siły nabywczej, konieczne będzie stworzenie nowej gospodarki, zdolnej utrzymać i powiększać dobrobyt obywateli.

W związku z tym państwo powinno już teraz rozpocząć tworzenie funduszu inwestycyjnego technologii cyfrowych, który mógłby w przyszłości objąć dużą część gospodarki – stając się współwłaścicielem wielu technologii dających społeczeństwu dochody z własności kapitału.

Jak taki fundusz powinien działać? W jego ramach powinny istnieć subfundusze, inwestujące większość środków w polskie przedsiębiorstwa rozwijające technologie sztucznej inteligencji, jak również inwestujące w aktywa zagranicznych przedsiębiorstw tego typu. Fundusz mógłby zatem stać się również istotnym elementem polityki zagranicznej, budując wpływ w rosnących sektorach gospodarek naszych sąsiadów. Dodatkowo, poprzez inwestycje w zaawansowane globalne przedsiębiorstwa, czyniłby polskie społeczeństwo właścicielem rent globalnej gospodarki przyszłości. W przypadku inwestycji krajowych konieczne byłoby stworzenie (wzorując się częściowo m.in. na sposobie działania Instytutu Fraunhofera) silnego Centrum Rozwoju Technologii Cyfrowych, zapewniającego mocne kompetencje badawcze i akceleracyjne projektów polskich przedsiębiorstw.

Wykres: Szkic architektury funduszu Inwestycje Cyfrowe:


Możemy być pionierem nowej gospodarki i złagodzić społeczne ruchy tektoniczne, które nieodzownie nastąpią w związku z przemianami technologicznymi. Już za umiarkowanie duże środki (na początku np. 5 miliardów euro w ciągu pięciu lat) będziemy w stanie rozpocząć proces unowocześnienia gospodarki i zabezpieczenia przyszłych pokoleń. Mądry Polak przed szkodą? Poszukiwanie rozwiązań na nadchodzące zmiany na świecie jeszcze się na dobre nie zaczęło. Należy z tego skorzystać.

Krzysztof Mroczkowski

Artykuł jest zmodyfikowaną wersją wystąpienia panelowego z II Ogólnopolskiego spotkania sieciującego dla Ośrodków Wsparcia Ekonomii Społecznej (OWES), które odbyło się 11.06.2018 r. w Warszawie.

Rynek pracownika to kiepski żart

Rynek pracownika to kiepski żart

„Sytuacja na polskim rynku pracy jest tak trudna, że firmy przekupują pracowników etatami” – taki nagłówek czekał na czytelników jednego z największych polskich portali. To chyba najlepsze podsumowanie przewijającej się przez polskie media tezy, według której rzekomo mamy obecnie do czynienia w Polsce z rynkiem pracownika.

Można się z nią zgodzić tylko wtedy, jeśli ten zwyczajny cywilizacyjny standard, jakim jest umowa o pracę, uznamy za niebywały wręcz ukłon w stronę klasy pracującej. Po latach dręczenia nadwiślańskich pracowników najemnych każdy nieco większy wzrost płac i nieco większa skłonność do zwierania umów o pracę na czas nieokreślony muszą jawić się niemal jak rewolucja społeczna. Jednak jeśli odłożymy na bok te różowe okulary, to szybko okaże się, że nie ma mowy o żadnym skoku jakościowym na polskim rynku pracy. A ta wielka poprawa, jaka się rzekomo odbyła, to tak naprawdę bardzo powolne zmierzanie w kierunku standardów, które pracownicy na zachodzie kontynentu zapewnili sobie już dawno.

Rezerwowa armia pracy

„Bezrobocie w Polsce absolutnie zaskakuje. Psychologiczna granica blisko” – tak skwitował majowe dane z rynku pracy branżowy portal Puls HR. Według GUS bezrobocie wyniosło 6,1 proc., a liczba zarejestrowanych bezrobotnych 1,02 mln osób. Jeśli trend się utrzyma, co jest prawdopodobne, niedługo stopa bezrobocia spadnie poniżej 6 proc., a liczba bezrobotnych poniżej miliona. Jeszcze lepiej wygląda to według danych Eurostatu, który mierzy bezrobocie inną metoda niż GUS – w kwietniu wyniosło ono w Polsce zaledwie 3,8 proc. i było piąte najniższe w UE, przy średniej unijnej niemal dwukrotnie wyższej.

Problem w tym, że niskie bezrobocie nie jest w Polsce wynikiem wysokiego zatrudnienia, lecz niskiej aktywności zawodowej. Inaczej mówiąc, wiele osób w wieku produkcyjnym pozostających bez pracy, w ogóle jej nie szuka, pozostając poza rynkiem pracy i poza rejestrem bezrobotnych. Według OECD zatrudnionych jest 67 proc. Polek i Polaków w wieku produkcyjnym. To wynik o jeden punkt procentowy gorszy niż średnia OECD. Przykładowo Szwecja ma o ponad dwa punkty procentowe wyższe bezrobocie niż Polska, ale zatrudnienie ma wyższe aż o 10 punktów procentowych. Finlandia ma ponad dwukrotnie wyższe bezrobocie niż Polska, ale fiński wskaźnik zatrudnienia wynosi 71 proc. Francja ma niemal trzykrotnie wyższe bezrobocie niż Polska, ale zatrudnienie ma na bardzo podobnym poziomie (65 proc.).

Według GUS liczba biernych zawodowo Polaków i Polek w wieku produkcyjnym wynosi 5,2 mln osób. Tak więc liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym nad Wisłą pięciokrotnie przewyższa liczbę bezrobotnych. Oczywiście wiele z tych osób nie pracuje z przyczyn obiektywnych – na przykład są niepełnosprawni, otrzymali wcześniejszą emeryturę (np. górnicy) lub wychowują kilkoro dzieci. Jednak są wśród nich osoby, które odeszły z rynku pracy, ponieważ nie potrafiły znaleźć sensownego zatrudnienia. Na szczęście ich liczba wyraźnie spada – jeszcze w 2016 r. biernych zawodowo było w sumie 5,6 mln – jednak jest wciąż duża. Część z tych 5 milionów osób de facto zasila tak zwaną rezerwową armię pracy, która potencjalnie mogłaby podjąć zatrudnienie nie wymagające kwalifikacji. Sam ten fakt osłabia pozycję niewykwalifikowanych pracowników oraz bezrobotnych. A także uzmysławia, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia na polskim rynku pracy.

A ten wcale nie jest tak urodzajny, jak się wydaje. Eurostat podał niedawno wskaźnik wakatów za I kw. 2018 r., czyli odsetek nieobsadzonych miejsc pracy. W kraju, w którym podobno niezwykle brakuje rąk do pracy, odsetek ten powinien być wysoki. Tymczasem w Polsce wskaźnik wakatów wynosi tylko 1,2 proc. i jest 10 od końca w UE. Średnia unijna wynosi 2,2 proc. W Czechach, w których sytuacja na rynku pracy rzeczywiście jest bardzo dobra (zaledwie 2-procentowe bezrobocie), wynosi on aż 4,8 proc. W Szwecji wskaźnik wakatów wynosi 3 proc., choć bezrobocie jest tam o wiele wyższe, niż nad Wisłą. Dokładnie taki sam wskaźnik jak Polska mają za to Włochy i Francja, w których sytuacja na rynku pracy bywa określana jako szczególnie trudna. Jak widać polscy pracownicy wcale nie mogą przebierać w ofertach. Przy tak niskim wskaźniku nieobsadzonych miejsc pracy trudno w ogóle mówić o rynku pracownika.

Wybujałe roszczenia taniej siły roboczej

W sytuacji braku rąk do pracy powinniśmy mieć wysoką presję na wzrost płac, czyli wzrost żądań płacowych wśród pracowników. Czytając portale branżowe, można dojść do takiego wniosku. „Sytuacja na rynku pracy wywołuje presję na wzrost płac” –obwieścił w styczniu Puls HR. Rzeczywiście, w pierwszym kwartale średnie wynagrodzenie wyniosło 4623 zł, co oznacza wzrost rok do roku rzędu 6 proc. Wielu ekspertów niepokoi szybki wzrost wynagrodzeń, gdyż ma on wyraźnie przekraczać wzrost produktywności. Co w efekcie sprawi, że nasza gospodarka stanie się mniej konkurencyjna i dostanie zadyszki. Gdyby tak rzeczywiście było, to znacząco wzrósłby udział płac w PKB. Wzrost płac znacznie przekraczający wzrost produktywności oznaczałby przecież, że pracownicy wykroiliby sobie większy kawałek tortu, jakim jest dochód narodowy. Trudno jednak coś takiego zauważyć – owszem, według danych Komisji Europejskiej w 2016 roku polski udział płac w PKB wzrósł z 47,2 do 48,2 proc., jednak już w 2017 roku spadł do poziomu 47,7 proc. W tym roku szacowany jest kolejny wzrost do 48,6 proc., trudno to jednak porównać z średnią unijną wynoszącą 55,4 proc. W tym czasie w Czechach udział płac ma wzrosnąć z poziomu 46,5 proc. w 2015 r. do 49,2 proc. w 2018 r. A nominalny wzrost płac sięga tam poziomu 8 proc.

W ubiegłym roku po kilku latach stagnacji zanotowaliśmy wreszcie wyraźny wzrost przeciętnej płacy godzinowej liczonej w euro – wzrosła ona z 8,6 euro do 9,4 euro. Podobne lub nawet większe wzrosty notują jednak wszystkie kraje regionu. W Czechach stawka godzinowa wzrosła z 10,1 euro do 11,3, na Węgrzech z 8,3 do 9,1, a na Słowacji z 10,4 do 11,1 euro. Średnia unijna wynosi 26,8 euro, więc przeciętna stawka europejska niezmiennie jest prawie trzy razy wyższa niż polska. Wciąż nie mamy zatem co liczyć na to, że zarobki w Polsce będą konkurencyjne wobec zachodnich. Oczywiście ceny w Polsce są niższe – wynoszą 56 proc. średniej unijnej – ale czasowy wyjazd na saksy wciąż będzie bardzo korzystnym rozwiązaniem dla polskich pracowników w najbliższych latach. Tak więc pole do wzrostu płac w Polsce nadal jest olbrzymie.

Nie należy też zapominać, że w Polsce są wysokie nierówności płacowe. Nie należy ich mylić z nierównościami dochodowymi, które są przeciętne i w ostatnim czasie spadają. Według danych za 2014 r., różnica płac między pierwszym a dziewiątym decylem była najwyższa w UE, wyprzedzaliśmy pod tym względem nawet Rumunię. Dlatego o sytuacji na polskim rynku dużo więcej mówi mediana, która na koniec 2016 r. wyniosła 3511 zł brutto. Od końca 2016 r. średnie wynagrodzenie wzrosło o 9,5 proc., zatem analogicznie obecna mediana może wynosić ok. 3845 zł. Jeśli połowa Polaków zarabia mniej niż 2,75 tys. zł na rękę, to o żadnych wybujałych żądaniach płacowych w Polsce nie ma mowy.

Praca kontra życie

„Umowa o pracę na czas nieokreślony wraca do łask” – napisał na początku ubiegłego roku Dziennik.pl. „Teraz częściej usłyszysz propozycję umowy o pracę niż zachętę do samozatrudnienia” – obwieścił z kolei portal Strefa Biznesu. Można by odnieść wrażenie, że nasz rynek pracy wreszcie zaczął przypominać pod względem stabilności zachodnie standardy. Jednak o żadnym skoku jakościowym nie ma mowy – widzimy raczej bardzo powolne zmierzanie w dobrym kierunku. Według GUS między I kwartałem 2017 i 2018 roku liczba pracujących na umowach o pracę na czas nieokreślony wzrosła o 2,8 proc. Rok wcześniej wzrosła o 3,8 proc. Trudno to uznać za satysfakcjonujące tempo, nic więc dziwnego, że nasz rynek pracy nadal jest jednym z najmniej stabilnych na świecie. Odsetek pracujących na umowach czasowych (umowy cywilnoprawne oraz o pracę na czas określony) spadł co prawda z 28 proc. w 2015 r. do 26 proc. w 2017 r., jednak wciąż jesteśmy w ścisłej czołówce OECD (średnia to 11 proc.). Co nam się udało zrobić, to dać się wyprzedzić Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy jest szczególnie zła (m.in. 16-procentowe bezrobocie), a więc nie jesteśmy już pod tym względem najgorsi w Europie. Poza Hiszpanami tradycyjnie wyprzedzają nas tylko Chile i Kolumbia.

Nadal fatalna jest też jakość miejsc pracy w Polsce. OECD bada to w różny sposób i według każdego z nich wypadamy fatalnie. Główny wskaźnik to odsetek pracowników, którzy są przeciążeni zadaniami w trakcie pracy. W Polsce przeciążonych jest 30 proc. pracowników, tymczasem w Czechach 25 proc. W Danii to tylko 18 proc., a w Finlandii jedynie 16 proc. Bardzo źle wygląda także w Polsce łączenie pracy z życiem prywatnym, czyli tak zwany work-life balance. Polacy poświęcają średnio 14,4 godziny dziennie na odpoczynek i dbanie o siebie, ze snem oraz czasem poświęconym na posiłki włącznie. To ósmy najgorszy wynik w OECD. Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy znajdują się pod tym względem w środku stawki, poświęcają na to 15 godzin dziennie. Nie mówiąc już o Duńczykach (16 godzin) i Francuzach (16,5 godziny).

Zasiłek jako alibi

Rynek pracownika oznacza, że pozycja negocjacyjna pracownika jest bardzo silna względem pracodawcy. Jednym z najważniejszych czynników określających pozycję negocjacyjną pracownika jest system zabezpieczenia przed utratą pracy. Tymczasem w Polsce wygląda on niczym marne alibi dla rządzących, którzy zawsze mogą powiedzieć, że przecież jest zasiłek dla bezrobotnych. Wynosi on w wersji podstawowej 831 zł przez pierwsze trzy miesiące i 653 zł przez kolejne trzy. Jest więc on nie tylko bardzo niski, ale też przyznawany na krótki czas. Tylko w regionach, w których bezrobocie przekracza 150 proc. ogólnokrajowego, udzielany jest on na 12 miesięcy. Jego wysokość jest zupełnie niezależna od wcześniejszego wynagrodzenia, co jest absurdem, gdyż ma on charakter ubezpieczeniowy – płacone przez pracowników składki na Fundusz Pracy są przecież proporcjonalne do ich zarobków. A osoby mające staż pracy mniejszy niż 5 lat otrzymują jedynie 80 proc. podstawowego wymiaru zasiłku. Co więcej, by w ogóle dostać zasiłek, trzeba w ostatnich 18 miesiącach pracować przynajmniej 12 miesięcy za co najmniej płacę minimalną. A to sprawia, że prawo do zasiłku ma jedynie 15 proc. polskich bezrobotnych. A na przykład w województwie lubelskim jedynie 10 proc.

W krajach cywilizowanych zasiłek dla bezrobotnych przysługuje zwykle nieco dłużej, a przede wszystkim jest proporcjonalny do wysokości wcześniejszego wynagrodzenia. Przykładowo w Niemczech wynosi on 60 proc. wcześniejszego wynagrodzenia, a w Austrii 55 proc. W Niemczech wystarczy mieć półtora roku stażu pracy w okresie przed zwolnieniem, by otrzymać zasiłek na 9 miesięcy. Taki wymiar zasiłku daje pracownikowi poczucie bezpieczeństwa niezbędne do bardziej niepokornych postaw. W Polsce nawet ci szczęściarze, którzy otrzymają zasiłek, nie mogą być spokojni o byt.

Jak widać, teoria, według której w Polsce mamy do czynienia z rynkiem pracownika, to tylko bardzo marnej jakości żart. Bezrobocie na papierze jest niskie, jednak realnie rezerwową armię pracy możemy liczyć w milionach – nawet jeśli duża część z nich nie jest formalnie uznawana za bezrobotnych. Wzrost płac jest solidny, jednak z tak niskich poziomów kilkuprocentowe wzrosty nie są niczym oszałamiającym. Poza tym w innych krajach regionu wzrosty płac są podobne lub nawet wyższe. Pod względem niestabilności zatrudnienia nadal jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, za to pod względem jakości miejsc pracy w ścisłym ogonie krajów Zachodu. A realny system zabezpieczenia przed utratą pracy jak nie istniał, tak nie istnieje. Polscy pracownicy bez wątpienia jeszcze nie wstali z kolan – co najwyżej dopiero się na te kolana dźwigają, bo wcześniej leżeli znokautowani.

Piotr Wójcik

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Według opublikowanego w bieżącym roku raportu Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) największym światowym eksporterem uzbrojenia są Stany Zjednoczone, odpowiadając za 34% światowej wartości sprzedaży w latach 2013-2017. Drugie miejsce zajmuje Rosja (22%), trzecie Francja (6,7%), kolejne są Niemcy (5,8%), Chiny (5,7%) i Wielka Brytania (4,8%). Polska w tym rankingu zajmuje dopiero 29. miejsce, a przypada na nią niecałe 0,13% sprzedaży w tym okresie. Przełożenie specyficznej metodologii SIPRI na bezwzględne wartości transakcji nie jest łatwe. Posiłkując się innymi danymi można jednak wskazać, że w roku 2016 wartości amerykańskiego eksportu uzbrojenia wyniosła 33,6 miliarda dolarów, natomiast eksportu polskiego ok. 400 milionów (382,9 miliona euro).

Handel bronią można uznawać za problematyczny moralnie, a nierzadko również politycznie. Jednak nie sposób nie zauważyć pozytywnego wpływu eksportu na kondycję przemysłu zbrojeniowego eksportera, ułatwiającą mu spełnienie wymogów również własnych sił zbrojnych. Sprzedaż za granicę pozwala uzyskać zwrot kosztów prac badawczo-rozwojowych i zmniejszyć cenę jednostkową wytwarzanych wzorów. Przekłada się też oczywiście bezpośrednio na miejsca pracy, w tym te najcenniejsze, związane z zaawansowanymi technologiami.

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Liczone są wyłącznie podzespoły wytworzone w kraju i wartość montażu, nie np. całe śmigłowce S-70i z należących do koncernu Lockheed Martin zakładów PZL Mielec, w przypadku których, jak chwalą się, 80% elementów powstaje w Polsce, jednak największą wartość ma ta pozostała część, która jest sprowadzana.

Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych.

Kwestią istotną jest pewna specjalizacja. Bułgaria eksportuje sprzęt o genezie sowieckiej – moździerze, granatniki, rakiety przeciwpancerne, amunicję itp. Jest on nieszczególnie zaawansowany (chociaż z ciekawymi autorskimi modyfikacjami), tani i przeznaczony dla niewymagających odbiorców, w szczególności z Bliskiego Wschodu. Największymi odbiorcami są Irak i Arabia Saudyjska, sporo kupują też Stany Zjednoczone dla wspieranych przez siebie formacji zbrojnych.

Natomiast Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy.

Krajowe produkty spotkamy w obszarach radiolokacji, łączności, elektroniczno-informatycznych systemów wspomagających działania bojowe, ostatnio pojawiły się też proste drony. Swoistą „perłą w koronie” pozostaje przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Grom/Piorun, który jednak stanowi też egzemplifikację problemu: pozostaje daleką pochodną sowieckiej „Igły”, z importowanym materiałem pędnym dla pocisku. W ubiegłej dekadzie Polska utraciła póki co definitywnie zdolność uzasadnionej ekonomicznie produkcji czołgów – spowodowała ją likwidacja wytwarzających silniki zakładów PZL-Wola. Wskutek tego realizacja kontraktu podobnego do sprzedaży pojazdów PT-91M do Malezji nie miałaby już racji bytu z uwagi na konieczność udziału podzespołów importowanych, praktycznie uniemożliwiającą uzyskanie opłacalności.

Swój wkład w niską wartość krajowego eksportu ma indolencja menedżerów. Opisywane są przypadki braku odpowiedzi zakładów na zapytania potencjalnych importerów. Były wiceminister Bartosz Kownacki poinformował o takiej sytuacji w odniesieniu do zainteresowania Arabii Saudyjskiej radarami z zakładów PIT-Radwar. Na pewno fatalna jest karuzela strukturalno-personalna związana ze zmianami politycznymi, trwająca od 2005. Z drugiej jednak należy zachować jak najdalej idący sceptycyzm wobec pojawiających się apoteoz starych postkomunistycznych fachowców. Gdzie byli ci fachowcy w latach 90., co sprzedawali? Przeważnie oczekiwali na zamówienia krajowe, nie udało im się osiągnąć niczego naprawdę konkretnego nawet na doskonale znanym rynku indyjskim. Nie potrafili wzbudzić zainteresowania klientów nowymi ciekawymi – realnymi, nie obliczonymi na mamienie krajowych decydentów makietami czy prezentacjami – opracowaniami ani nawet skapitalizować istniejących (takich jak mający, jak się wydaje, niemały potencjał, nieograniczający się do jednego tylko kontraktu eksportowego, czołg PT-91). Zatem ciągłość indolencji jest pewną stałą. Na pewno lata 90. z uwagi na tragicznie niskie zakupy ze strony Wojska Polskiego były niezwykle trudne, jednak właśnie to powinno stymulować zainteresowanie rynkiem eksportowym, który pomógł przetrwać znajdującym się w swoim czasie w jeszcze gorszej sytuacji zakładom rosyjskim czy białoruskim.

Genezy niewielkiej konkurencyjności polskiego przemysłu zbrojeniowego należy szukać w historii sprzed roku 1989. Krajowa zbrojeniówka jest – poza firmami prywatnymi, z którą największą jest WB Electronics – materialną spadkobierczynią PRL-owskiej, okrojoną o firmy, które zostały sprzedane kapitałowi zagranicznemu lub zlikwidowane. Po roku 1945 przemysł zbrojeniowy znacznie rozbudowano względem stanu przedwojennego, jednak tylko do lat 60. stał on na relatywnie przyzwoitym poziomie światowym. Również on został dotknięty wyczerpaniem się impulsu modernizacyjnego związanego z forsowną industrializacją i utknięciem w problemach strukturalnych. Lata 60. przyniosły również fiasko kilku dość ambitnych krajowych programów rozwojowych, szczególnie w dziedzinie lotnictwa, a także ograniczenie dostępu do nowoczesnej technologii sowieckiej. Hegemon zaczął zachowywać dla siebie najambitniejsze opracowania, udostępniając satelitom tylko mniej nowoczesne i zubożone. Nie mogła tego zrównoważyć bardzo słaba współpraca horyzontalna między pozostałymi krajami obozu, a ze zrozumiałych względów dostęp do potencjału intelektualnego Zachodu był nad wyraz ograniczony. Stąd lata 70. przyniosły zbrojeniówce wyraźną stagnację i utratę dystansu do światowej czołówki, jeszcze bardziej pogłębioną przez kryzys gospodarczy lat 80.

Braki te zostały w bardzo małym stopniu nadrobione po roku 1989, mimo otwarcia drzwi tak na Zachód, jak i na wschód. Polska nie nawiązała w omawianym zakresie znaczącej współpracy z ośrodkami zachodnim, nie weszła do wspólnych przedsięwzięć, nie skorzystała też z możliwości dostępu do znaczącego potencjału postsowieckiego, który pozostał w szczególności na Ukrainie. Pewien progres przyniosła dopiero pierwsza dekada XXI w., jednak z efektem opisanym powyżej, którego dominantą jest niska samodzielność intelektualna.

Czy istnieją jakieś drogi wyjścia z opisanego stanu? Oczywiście nie ma sensu naśladować Bułgarii i cofać się do pozycji producenta tanich, mało zaawansowanych wyrobów. Przy niewysokim krajowym potencjale naukowym i badawczo-rozwojowym jedyną drogą jest modernizacja zbrojeniówki przez absorpcję rozwiązań pochodzących od liderów przy okazji programów modernizacyjnych Wojska Polskiego. Taką szansą może być w szczególności odbudowa obrony przeciwlotniczej w postaci programów „Wisła” i „Narew”. Należy dążyć do maksymalnego transferu technologii do kraju, co oczywiście nie będzie łatwe z uwagi na obronę pozycji przez partnerów, w szczególności chyba najtrudniejszego pod tym względem, czyli Stany Zjednoczone, wybranych jako dostawca systemów średniego zasięgu w ramach „Wisły”. Znacznie większe możliwości może nieść anonsowana współpraca z europejską zbrojeniówką przy „Narwi”.

Z drugiej strony potencjał należy rozwijać kładąc nacisk na wybrane, najbardziej perspektywiczne sektory, bez chwytania zbyt wielu srok za ogon. Bardzo wątpliwe wydają się zapowiedzi dotyczące udziału w budowie okrętów podwodnych (program „Orka”). Polska nie posiadała nigdy kompetencji w tym zakresie, krajowe potrzeby są niewielkie, rynek światowy – bardzo nasycony, szanse zaistnienia nawet jako kooperant wydają się znikome. Każdy transfer technologii siłą rzeczy podraża kontrakt, trzeba przeto unikać rozbijania szczupłych środków. Zwiększenie samodzielności intelektualnej i poziomu produktów przy znaczącej poprawie w aspekcie organizacyjnym jest warunkiem sine qua non poprawy konkurencyjności na arenie światowej. Bez tego będziemy przegrywać w tej dyscyplinie nawet z państwami znacznie uboższymi.

dr Jan Przybylski

Tylko złożoność nas uratuje

Tylko złożoność nas uratuje

Szwedzki profesor nauk zarządzania Pierre Guillet de Monthoux pisze pięknie i niebanalnie o sztuce i zarządzaniu. Przekonuje, że sztuka jest zjawiskiem bardzo szerokim, organicznym, a zarządzanie jest jego częścią, choć często nieuświadamianą. Estetyka znajduje się w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową a sferą moralną i jakby poszerza ludzki horyzont widzenia i rozumienia świata – wnosi kontekst poznania, niedostępny dla technokratów i zwolenników zwężonej wizji efektywności. Taki kontekst jest bardzo potrzebny, bo przywraca poczucie sensu i proporcji świata. Może być inspiracją dla tych kierowników i menedżerów, którzy czują, że świat wskaźników, krótkoterminowych korzyści i postępującej fragmentaryzacji jest wydmuszką; to świat, gdzie, zgodnie ze znaną maksymą Oscara Wilde’a, każdy zna cenę wszystkiego, ale nikt nie zna wartości czegokolwiek. Guillet de Monthoux uważa, że każde ludzkie działanie posiada wymiar estetyczny i jeśli nie kultywujemy piękna i prawdy, to wybijają brzydota i fałsz.

Bez świadomego poczucia piękna zarządzanie nie ma sensu, żeby nie wiadomo jak bardzo było efektywne i nowoczesne. Musimy odzyskać sens, który został w ostatnich dekadach utracony. Droga do tego nie jest ani prosta, ani nawet nie da się jej jednoznacznie opisać i zaplanować. Można i należy jednak aktywnie jej poszukiwać. Guillet de Monthoux proponuje szefom, by często odwiedzali muzea i galerie oraz czytali książki. Teoretykom i edukatorom poleca naukę od myślicieli związanych z anarchizmem. Uczą oni jak radzić sobie ze złożonością idei, jak nie zadowalać się uproszczeniami i doceniać to, że świat jest nieskończenie różnorodny i skomplikowany. Po prostu tak jest i trzeba nauczyć się z tym żyć. Z różnorodności mądrzej jest czerpać, niż ją na siłę ograniczać.

Ten sposób patrzenia na zarządzanie nie jest dziś ani tak znany, ani tak popularny, jak na to zasługuje. Tymczasem już stare dobre podejście systemowe, kierunek dominujący w naukach zarządzania w połowie ubiegłego wieku, zwracało uwagę, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż proste rozwiązania złożonych problemów. Takie rozwiązania wyglądają kusząco, zwłaszcza w niespokojnych i niepewnych czasach, ponieważ przemawiają do naszego poczucia bezpieczeństwa i zmysłu porządkowania. Oczekiwanie, że da się prosto zarządzić – że możliwe i słuszne jest zaplanowanie wszystkiego, jak w systemie komunizmu państwowego, czy tak jak obecnie, że niewidzialna ręka rynku rozwiąże wszystkie problemy, jest nie tylko naiwne, ale aktywnie szkodliwe. Takie podejście do zarządzania nie rozwiązuje złożonych problemów, lecz powoduje dramatyczne marnotrawienie zasobów i wartości wplecionych w różnorodność, a do tego generuje nowe problemy, do których podchodzi się w ten sam redukcjonistyczny sposób… i mamy spiralę dysfunkcji.

Mechanizm „więcej tego samego”, jako filozofia upadłego zarządzania, został znakomicie opisany przez badacza strategii organizacji, profesora Krzysztofa Obłója, w książce „Zarządzanie: Ujęcie praktyczne”, opublikowanej w połowie lat 80. Autor przedstawia coraz bardziej niewydolny system państwowego komunizmu, reagujący na każdy problem w ten sam prosty sposób. Jeśli specjalizacja prowadzi do wystąpienia problemów, to do każdego z nich stosuje się jeszcze więcej specjalizacji. Jeśli formalizacja generuje kryzysy, to każdy „leczy się” przy pomocy jeszcze większej ilości przepisów. System zarządzania wpadł w korkociąg i nie jest w stanie poderwać się do góry, ponieważ nie jest zdolny do tego, aby choćby tylko dostrzec złożoność sytuacji i samej organizacji, którą próbuje kontrolować. Pole widzenia ogranicza się, zarządzający mogą być autentycznie przekonani, że postępują słusznie i że tak po prostu musi być, bo inaczej ich organizacje, instytucje i państwa wypadną z grupy liczących się nowoczesnych podmiotów.

Tymczasem według innej zasady systemowej, znanej jako prawo niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego, a w polskich naukach zarządzania spopularyzowane przez Andrzeja Zawiślaka, podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym on kieruje. Oznacza to, że dobre, zdrowe zarządzanie musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności organizacji, za którą odpowiada. Na przykład Kooperatywa Dobrze, którą obecnie badam, posiada bardzo rozbudowany system demokratycznego podejmowania decyzji. Pewne zasadnicze sprawy dyskutowane są podczas zebrań otwartych dla wszystkich spółdzielców i spółdzielczyń. Działanie bieżące regulowane jest przez grupy robocze, które podejmują decyzje w drodze konsensusu. Jedną z grup roboczych jest grupa koordynująca, która ma pieczę nad całością działań, a w skład jej wchodzą wszyscy członkowie i członkinie stowarzyszenia. Zebrania grupy koordynacyjnej są częstsze i zajmują się kwestiami bardziej roboczymi. Notatki z zebrań koordynacyjnych są też dostępne dla członków i członkiń, można  przeczytać notatkę. Zarządzanie Kooperatywą opiera się nie na podejmowaniu decyzji na zasadzie prostej większości ani na centralizacji odpowiedzialności, lecz na szerokiej i głębokiej demokracji, czyli braniu pod uwagę pełnej gamy różnorodności opinii i propozycji.

Innym przykładem zarządzania na zasadzie niezbędnej różnorodności jest system kolegialny. Uniwersytet, który jest niezwykle złożoną formą organizacyjną, a przy tym mającą wbudowany w normalne funkcjonowanie konflikt i niezgodę, wypracował sobie przez setki lat swojego funkcjonowania  skomplikowany system oparty na rzemieślniczym starszeństwie i reprezentacji różnych warstw i poziomów profesji. W zarządzaniu kolegialnym przyjmuje się, że najwyższą wartością jest wiedza i prawda, a dążeniu do nich musi być podporządkowane wszystko inne, włącznie z zyskiem i polityką. Jest to trudny warunek i tylko władza rozproszona i bezustannie kontrolowana jest w stanie mu podołać. Sam w sobie model nie jest lekarstwem na każde zło – wymaga dostosowania do coraz większej złożoności naszych czasów.

Demokrację należałoby pogłębiać i poszerzać, by wypracować dobry system zarządzania współczesną uczelnią. Niektóre szwedzkie uczelnie tak właśnie robią, podczas gdy brytyjskie poszły w kierunku prywatyzacji, centralizacji i przekształcenia typu biznesowego. Ostatnio podejmowane są kroki w celu zreformowania polskiej akademii w tym samym kierunku i przeciwko temu trwają kolegialne protesty pracowników i studentów, które objęły w czerwcu cały kraj. Protestujemy i organizujemy się, bo wiemy, że biznesyfikacja akademii to tendencja samobójcza, powodująca utratę wartości akademickich, a w efekcie zniszczenie tożsamości uniwersytetu. W ostatnich dekadach wszystkie branże i sektory poddane są na całym świecie presjom tego rodzaju i jest to tendencja, której należy się przeciwstawiać, bo wcale nie jest nieuchronna ani „jedynie słuszna”. Tak wydaje się tylko wówczas, gdy mamy zawężone pole widzenia, gdy mamy systemowe klapki na oczy, eliminujące różnorodność i złożoność.

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Jednocześnie inwestuje się w nieruchomości, będące częścią marki, i na koniec, pozbywa się ludzi i wszystkiego, czego są nośnikami: wiedzy, tradycji, kultury, wartości, lojalności, struktur… Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Oszczędności nie pomogą utrzymać zatrudnienia, gdyż nigdy nie było to celem ani nawet efektem ubocznym tej fazy neoliberalnego zarządzania.

Nakręcaniu się tej spirali dysfunkcji, zniszczenia i tworzenia papierowego zysku dla anonimowych funduszy inwestycyjnych sprzyja ograniczanie różnorodności, upraszczanie rozwiązań, stwarzanie iluzji, że nie istnieje alternatywa, zgodnie ze słynnym aforyzmem brytyjskiej premier Margaret Thatcher, że there is no alternative. Badacze organizacji Morten Bøås i Desmond McNeill zauważyli, że w obecnych czasach państwa i instytucje posiadające władzę, takie jak USA czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oddziałując bezpośrednio albo poprzez media i struktury takie jak dyscypliny akademickie (ekonomia i biznes), realizują swoją władzę poprzez ograniczanie złożoności, framing, odcinanie i pozbawianie władzy marginesów, idei, które mogłyby się okazać radykalne i faktycznie stanowić alternatywę wobec istniejącego porządku.

Samo dostrzeżenie, że alternatywa istnieje, ma potencjał radykalny i zagraża istniejącemu systemowi. Nasza złożoność, nasza niejednowymiarowość, nasza ludzka kondycja – to wszystko, co system definiuje i piętnuje jako naszą słabość, jest w gruncie rzeczy naszą siłą. Sam fakt, że jesteśmy zbyt skomplikowani jak na narzucane nam sztywne formy zarządzania, że żaden żywy człowiek nie jest homo economicus, kompromituje neoliberalne zarządzanie i demaskuje jego całkowitą nieskuteczność, nawet przy posiadaniu przezeń niemal pełni władzy i bogactwa. Celebrowanie, zgłębianie i używanie złożoności do koordynowania organizacji jest aktem radykalnej niezgody i rewolucyjnym podejściem do zarządzania. Dlatego właśnie propozycje Pierre’a Guilleta de Monthoux, by zarządzać w oparciu o sztukę i idee anarchistyczne, są czymś o wiele więcej, niż tylko ładnymi teoriami. Są zaproszeniem to budowania nowej, żywej gospodarki w poprzek i na wskroś jednowymiarowych neoliberalnych wydmuszek. Gdy zbierze się masa krytyczna złożoności, rozsadzimy krępująca nas śmiertelną skorupę i przejmiemy dla wspólnego dobra to, co zagrabiła i tłamsi swoim niszczycielskim uchwytem.

prof. Monika Kostera

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Specjalne Strefy Ekonomiczne (SSE) to jeden z bardziej kontrowersyjnych tematów polskiej debaty ekonomicznej. O ich likwidacji mówiło się od lat, a przeróżni komentatorzy wskazywali ich słabości i wady. Co ciekawe, wśród przeciwników SSE znajdowali się zarówno komentatorzy i eksperci wolnorynkowi, jak i prospołeczni i progresywni. Ci pierwsi zwracali uwagę, że istnienie SSE zaburza wolną konkurencję – czyli w ich wyniku boisko przestawało być równe. Ci drudzy zwracali uwagę  przede wszystkim na fakt drenowania finansów publicznych.

Mimo to kolejne rządy decydowały się na przedłużanie okresu działania stref – ostatnio aż do roku 2026. Chyba mało kto spodziewał się, że zamiast zakończenia ich działania, będziemy mieli coś wręcz odwrotnego – czyli rozciągnięcie zasad SSE na terytorium całego kraju. Tymczasem właśnie na takie działanie zdecydowała się obecna koalicja rządząca. Niestety PiS, który do tej pory dał się poznać z dosyć progresywnej polityki gospodarczej, tym razem dał się ponieść typowym liberalnym przesądom, według których niższe podatki, to wyższe inwestycje i zatrudnienie.

140 tys. zł za miejsce pracy

Przypomnijmy, że w Polsce formalnie funkcjonowało 14 Specjalnych Stref Ekonomicznych. Jednak była to liczba czysto umowna, ponieważ dopuszczono możliwość tworzenia tak zwanych podstref, z czego ochoczo korzystały gminy, które nie znalazły się na terenie pierwotnych SSE. W efekcie SSE były objęte niemal wszystkie polskie miasta powyżej 100 tys. mieszkańców – a jest ich ok. 40. Co więcej, tereny podstref wcale nie musiały do siebie przylegać. Dochodziło do takich absurdów, że do Mieleckiej SSE należały… Szczecin i Częstochowa. W sumie terenem SSE było objęte 0,1 proc. terytorium naszego kraju. Oczywiście główną zasadą ich działania było udzielanie inwestującym w ich ramach przedsiębiorstwom ulg podatkowych. Ulgi były udzielane w podatku dochodowym od osób prawnych (CIT), choć możliwe też było, aby decyzją rady gminy udzielały też ulg w podatku od nieruchomości. Firma mogła otrzymać ulgę w CIT wysokości od 15 do 50 procent sumy nakładów inwestycyjnych lub sumy dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników. Teraz, decyzją obecnej ekipy rządzącej, ulgi tego typu można uzyskać na terenie całego kraju.

Oczywiście udzielanie ulg podatkowych na tak masową skalę musiało się odbijać wyraźną stratą niezrealizowanych dochodów po stronie budżetu państwa. W 1998 r., czyli w pierwszym roku działania SSE, z ulg skorzystały jedynie 24 podmioty, a suma ulg wynosiła 34 mln złotych. Jednak liczba chętnych rosła lawinowo – w 2005 r. z ulg w SSE korzystały 289 firmy, a w 2012 roku 538. Według Fundacji Kaleckiego w latach 1998-2012 budżet państwa nie otrzymał z tego powodu z tytułu CIT aż 12 mld zł, czyli można powiedzieć, że do jednego utworzonego miejsca pracy w SSE dopłaciliśmy… 139 tys. złotych. W samym 2012 roku suma ulg z tytułu CIT wyniosła 1,6 mld zł, co stanowiło 16 proc. całości wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych. Między innymi dlatego dochody z podatku korporacyjnego w Polsce niezwykle odstawały od dochodów z tego tytułu w innych krajach Zachodu. Według raportu Instytutu Globalnej Odpowiedzialności pt. „Uciekające podatki”, wpływy z CIT wynoszą nad Wisłą 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia dla krajów OECD jest dwa razy wyższa. Oczywiście głównych powodów tak nieproporcjonalnie niskich wpływów z CIT jest więcej – chociażby niższa niż na Zachodzie stawka podatku oraz słaba efektywność organów skarbowych, co ułatwia firmom optymalizację fiskalną. Jednak istnienie SSE to ważny element tego, że koncerny od lat mają w Polsce wyjątkowe możliwości unikania podatku dochodowego.

Wątpliwe założenie

Oczywiście główną ideą stojącą za tworzeniem Specjalnych Stref Ekonomicznych, jak i za samym rozszerzeniem ich na terytorium całej Polski, jest przeświadczenie, że niski podatek korporacyjny sprawia, iż firmy chętniej podejmują inwestycje oraz zwiększają zatrudnienie. Niestety to założenie jest czysto intuicyjne i nie stoją za nim żadne przekonujące dowody. Gdyby sprawa była taka prosta, bezpośrednie inwestycje zagraniczne płynęłyby szerokim strumieniem do Czarnogóry oraz Macedonii, które mają najniższą stawkę podatku CIT w Europie (odpowiednio 9 proc. i 10 proc.), a jak wiemy nic takiego nie ma miejsca. Za to kraje z wyraźnie wyższym podatkiem CIT niż w Polsce (19 proc.), mogą się pochwalić zarówno bardzo wysokimi wskaźnikami zatrudnienia, jak i inwestycjami wysokiej jakości – w Niemczech wynosi on ponad 30 proc. (dokładna stawka jest zróżnicowana regionalnie), w Szwajcarii oraz Austrii 25 proc., a w Danii i Szwecji 22 proc. Koncepcję rozruszania gospodarki poprzez obniżanie podatku korporacyjnego wziął na warsztat australijski ekonomista Andrew Leigh. Postanowił sprawdzić, czy niższy podatek dochodowy od korporacji rzeczywiście przekłada się na większą skłonność do zatrudniania. Podzielił badane firmy na te, które płacą CIT wyższy niż 25 proc., i płacące stawkę niższą niż 25 proc. I o dziwo, większą skłonnością do zwiększania zatrudnienia charakteryzowały się spółki z tej pierwszej grupy. Jednak gdyby się dobrze zastanowić, te wyniki wcale nie muszą być takie zadziwiające. Niższy podatek CIT to wyższy zysk netto przy takich samych przychodach. Zatem właściciele i akcjonariusze firm mają mniejszą motywację do ekspansji i zwiększania sprzedaży oraz skali działania.

Olbrzymia część inwestycji, które powstały w SSE, i tak by miały miejsce. Firmy inwestowały tu na potęgę, skuszone rzeszami dobrze wykształconych pracowników, którzy są niezwykle tani w porównaniu do swoich odpowiedników na zachodzie kontynentu. Ale skoro na terenie strefy mogły jeszcze uzyskać ulgi w CIT, to decydowały o lokowaniu inwestycji dokładnie w nich. Nie mówiąc już o wielu sytuacjach, w których spółki po prostu przenosiły działalność do SSE, więc zysk dla jednej gminy oznaczał stratę dla drugiej i bilans się zerował.

Optymalizacja zamiast modernizacji

Według rządu rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma zmniejszyć zróżnicowanie terytorialne Polski. Obecnie licząc PKB per capita najzamożniejsze województwa są nawet dwa razy bardziej rozwinięte niż najbiedniejsze. Ma temu pomóc konstrukcja ulg – ich poziom będzie zależeć od poziomu rozwoju regionu. A dokładnie będzie odpowiadać limitom pomocy publicznej, których można udzielać w poszczególnych regionach zgodnie z zasadami UE. O ile więc w województwie lubelskim czy podkarpackim będzie można uzyskać ulgę na poziomie 50 proc. poniesionych nakładów, to w dolnośląskim oraz śląskim jedynie 25 proc. Problem w tym, że dokładnie te same zasady funkcjonowały w ramach SSE i jakoś nie zapobiegło to tak dużym różnicom w rozwoju. A inwestycje w SSE i tak ogniskowały się nie tam, gdzie były największe ulgi, lecz tam, gdzie znajdowały się najlepiej rozwinięta infrastruktura i kompetentna kadra. Zdecydowanie największe zatrudnienie daje Katowicka SSE – pracuje w niej 58 tys. ludzi. A obejmuje ona również bardzo zamożne miasta, takie jak Tychy. Druga w kolejności jest leżąca na Dolnym Śląsku Wałbrzyska SSE – daje zatrudnienie 45 tys. osobom. W Krakowskiej SSE pracują 22 tys. osób, tymczasem w SSE na ścianie wschodniej te liczby są bez porównania mniejsze. Przykładowo w Warmińsko-Mazurskiej SSE pracuje 12 tys. osób, a w Starachowickiej SSE zaledwie 7 tys. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego teraz miałoby być inaczej – wciąż inwestycje będą się ogniskować w najlepiej rozwiniętych regionach kraju, tym bardziej, że również one będą oferować ulgi.

Trzeba też pamiętać, że konstrukcja ulg zapewnia większe preferencje największym koncernom – według zasady im większa inwestycja, tym większa ulga w liczbach bezwzględnych. Właśnie dlatego polski kapitał odpowiadał zaledwie za 20 proc. nakładów inwestycyjnych w SSE. I to się przecież nie zmieni – polski kapitał był w mniejszości w SSE nie dlatego, że miał zablokowane wejście do stref, bo to zupełna nieprawda, lecz dlatego, że koncerny zagraniczne mają więcej środków na inwestycje. Nie wiadomo więc dlaczego według rządzących rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma polepszyć sytuację polskich firm. Płonne są również nadzieje rządzących, że ten ruch przyciągnie nad Wisłę inwestycje w wysokie technologie. Owszem, za najwięcej inwestycji w SSE odpowiadała branża samochodowa (25 proc.). Ale następne w kolejności były już wyroby gumowe, wyroby metalowe i wyroby papierowe. A inwestycje w elektronikę czy komputery były porównywalne z inwestycjami branży spożywczej.

***

Niestety wychodzi na to, że polskie władze nie mają innego pomysłu na wzrost inwestycji i modernizację struktury polskiej gospodarki, niż ulgi podatkowe. Przecież wcześniej wprowadzono obniżony CIT 15 proc. dla małych spółek, który ma być znów obniżony do 9 procent. Jak widać przeświadczenie o wielkiej roli w ulgach podatkowych dla korporacji nadal trzyma się mocno. Problem w tym, że dowodów na ich skuteczność nie ma. Ulgi są traktowane przez korporacje jako kolejna forma optymalizacji podatkowej, ale modernizacyjnego impulsu zwykle nie przynoszą. O czym sami mogliśmy się przekonać po latach funkcjonowania polskich Specjalnych Stref Ekonomicznych.

Piotr Wójcik

Mikrobrowary i makrowyzysk

„Wysoka kultura” rzemieślniczych browarów nie dotyczy ich pracowników.

Scott Timms robi sobie właśnie przerwę od warzenia piwa. W wieku 35 lat zajmuje się tym już od trzynastu. Jego ostatnie miejsce pracy to Falling Sky Brewing, popularny pub z browarem miejskim w mieście Eugene w stanie Oregon, pojawiający się regularnie na liście najlepszych takich miejsc w całym stanie.

Komercyjne warzenie piwa potrafi okazać się ciężką, niewdzięczną pracą. Timms mówi: „To zawód, który niszczy kręgosłup, bo dźwiga się setki pięćdziesięciofuntowych worków ze składnikami [50 funtów wagi = prawie 23 kg – przyp. tłum.] i wnosi je po schodach, by dodać do zacieru”. Może się to okazać niebezpieczne: „Ma się do czynienia z wrzącymi cieczami i bardzo zjadliwymi chemikaliami, które mogą spowodować urazy… To w żadnym wypadku nie jest lekki kawałek chleba”. W małych warzelniach wizyty OSHA [Occupational Safety and Health Administration, czyli odpowiednik polskiej Inspekcji Pracy z naciskiem na BHP – przyp. tłum] są rzadkie, a procedury postępowania nie są zestandaryzowane. Obowiązująca w firmie „wizja zasad bezpieczeństwa” może okazać się polityką wolnej ręki, na granicy z absolutnym „olewactwem” i brakiem uważności w tej kwestii.

Za pracę na stanowisku menedżera produkcji w Falling Sky, polegającą na nadzorowaniu drużyny piwowarów i trwającą do 65 godzin w tygodniu, Timms dostawał niewiele ponad 40 tys. dolarów rocznie. Sfrustrowany, rzucił pracę na początku 2018 roku, ponieważ był przekonany, że browary rzemieślnicze są w całym kraju oszukiwane przez przemysł piwny. „Są ludzie, którzy robią na tym pieniądze – mówi – ale to nie my nimi jesteśmy”.

W 2017 r. Lauren Michel Jackson napisała w magazynie „Eater” artykuł o fali wznoszącej w „kulturze kraftowej”, czyli o rynku jedzenia i napojów, który „fetyszyzuje to, co autentyczne, w tradycyjny sposób produkowane, szczególne, a nienawidzi odgórnie zaprojektowanego, masowo produkowanego i pozbawionego konkretnego pochodzenia”. Piwo rzemieślnicze – produkowane przez piwowarów takich jak Timms w ponad 6 tysiącach małych niezależnych browarów w całej Ameryce – jest od ponad dwudziestu lat w awangardzie tego ruchu, stopniowo zakażanego „antykonsumpcyjnym” podejściem. Jego oszałamiający sukces sprzedażowy wywołał wręcz eksplozję rynkową nowych produktów spożywczych i napojów, także w innych kategoriach. Ich rynkowym celem byli klienci podobni do tych kupujących piwa rzemieślnicze. Przejdźcie się tylko pomiędzy regałami w waszym lokalnym sklepie Whole Foods i kultura „rzemieślnicza” otoczy was z każdej strony.

Jednak chociaż sprzedaż produktów kraftowych stale rośnie, to warunki pracy osób, które je produkują i sprzedają, potrafią bardzo się między sobą różnić. To często praca bardzo wymagająca pod względem fizycznym. Wyspecjalizowani pracownicy są proszeni o „noszenie odróżniających się nakryć głowy”, żeby zatuszować fakt, że obsada w browarze restauracyjnym jest zbyt mała, a także muszą z radością przyjmować wezwania do pracy w nadgodzinach, ponieważ  autentycznie zależy im na produkcie, który tworzą. Właściciele minibrowarów, nie chcąc lub nie mogąc zatrudnić wykwalifikowanych zarządców, przejmują menedżerskie obowiązki, do których nie są przygotowani. Zasób siły roboczej jest w takich placówkach często bardzo skąpy, co powoduje wytworzenie się stosunków niemal rodzinnych i, w konsekwencji, przynosi – także typowe dla rodzin – dysfunkcje związane z faworyzowaniem niektórych pracowników oraz manipulacją. Płace i dodatki pozapłacowe są w tym przemyśle bardzo różne – a nawet mogą bardzo różnić się w obrębie poszczególnych firm.

Ale kultura kraftowa rozwija się i przynosi wielkie zyski.  Nie powstał jeszcze raport ani studium, które koncentrowałyby się na badaniu wyłącznie zasięgu produkcji i zbytu wykonanych metodami rzemieślniczymi napojów i żywności, ale wiadomo już, że według badań Specialty Food Association, w 2016 r. amerykański rynek jedzenia z kategorii „specjalne” był wart 127 miliardów dolarów, co oznacza piętnastoprocentowy skok w porównaniu z sytuacją o dwa lata wcześniejszą. W 2017 r. piwa kraftowe odnotowały znaczący wzrost sprzedaży w porównaniu do liczb z poprzedniego roku, i to pomimo faktu, że całościowo gospodarska amerykańska kurczyła się. W mniej rozwiniętych kategoriach żywności produkowanej rzemieślniczo wzrost ten był nawet jeszcze bardziej spektakularny. Według firmy Mintel, która bada rynki, sprzedaż w niesieciowych kawiarniach na terenie Stanów Zjednoczonych podskoczyła od 2011 r. o 40 proc. i w 2017 r. zanotowała 23,4 miliarda dolarów. Sprzedaż serów z kategorii „specjalne” wzrosła o ponad 10 proc., do około 4,42 miliarda dolarów, i to na przestrzeni jedynie dwóch lat.

W cieniu tych gałęzi przemysłu zaczął rozwijać się ruch pracowniczy. Pod koniec 2017 r. producenci sera z Nowego Jorku, pracujący tam dla firmy Beecher Handmade Cheese z Seattle, przegłosowali przyłączenie się do związku zawodowego International Brotherhood of Teamsters. W lutym 2018 bariści z sieci Gimmie Coffee ratyfikowali swój pierwszy układ związkowy z pracodawcami – było to wynikiem samoorganizacji rozpoczętej rok wcześniej. The Unionistas, czyli część związku zawodowego Workers United, to prawdopodobnie pierwszy na terenie kraju związek zawodowy baristów, którego istnienie uznaje pracodawca.

Pracownicy browarów rzemieślniczych mogliby stać się kamieniem węgielnym dla ruchu związkowego w branżach „specjalnej” żywności i napojów, ponieważ są wysoko wykwalifikowani, posiadają wyjątkowe umiejętności, przemysł, który ich zatrudnia, nie jest wykwitem przelotnej mody, lecz ma stałą pozycję na rynku, produkt przez nich wytwarzany jest popularny, a jednocześnie mają oni związki z klientelą o postępowych poglądach.

Dlaczego zatem, w przeciwieństwie do wielu swoich odpowiedników z rynku masowego, są prawie pozbawieni reprezentacji?

Na pewno nie dlatego, że są przesadnie dobrze opłacani. W 2017 r. pracownicy 6300 browarów rzemieślniczych w USA przyczynili się do ustalenia rekordu sprzedaży na poziomie 26 miliardów dolarów za sprzedaż roczną – to dane Beer Institute i Brewers Association. Jednak jednocześnie pomiędzy 2006 a 2016 rokiem tygodniowe wypłaty piwowarów… zmalały o jedną czwartą (według Bureau of Labor Statistics).

Bart Watson, główny ekonomista Brewers Accociation (Stowarzyszenia Piwowarów), które reprezentuje browary rzemieślnicze, mówi, że rozkwit browarów kraftowych spowodował, iż „typowa praca w amerykańskim piwowarstwie nie jest już pracą w wielkim browarze, lecz w małym zakładzie”. Piwowarzy pracujący w przedsiębiorstwie należącym do firmy Anheuser-Busch InBev, czyli do największego browaru w kraju, „zarabiają lepiej niż ludzie, którzy warzą piwo w twoim lokalnym browarze restauracyjnym” – powiedział mi.

Większość pracowników dużych browarów jest uzwiązkowiona: International Brotherhood of Teamsters reprezentuje około 5000 piwowarów w różnych fabrykach na terenie całych Stanów Zjednoczonych, łącznie z prawie wszystkimi, które posiada Anheuser-Busch InBev. Ci robotnicy nie doświadczyli spadku wynagrodzeń, o którym wspomina raport BLS – twierdzi rzecznik prasowy związku Teamsters. Biorąc pod uwagę, że BLS nie prowadzi statystyk pod względem podziału zarobków na małe i duże przedsiębiorstwa, a jedynie statystyki ogólne wynagrodzeń, porównanie przeciętnych pensji może być wyzwaniem. Ale wiemy, że Timms zarobił 40 tysięcy dolarów rocznie, a przeciętne wynagrodzenie menedżera produkcji w Anheuser-Busch wynosi 65 tysięcy rocznie, zaś w Glassdoor zarabia się 105 tysięcy.

W przemyśle piwowarskim jest zatem wiele posad, które nie są uzwiązkowione, a także nie są dobrze płatne. Albo ujmijmy to inaczej: „Pensje w browarach rzemieślniczych są do dupy, chyba że jesteś dyrektorem” – mówi Charlie Johnson, rzemieślnik, który przez piętnaście lat pracował dla Pacific Northwest, zanim rok temu w Kalifornii założył Spontaneous Fermentation Project. Jako że praca w browarze jest dla wielu spełnieniem marzeń, „ludzie po prostu godzą się z tym, że będą pracowali za byle grosze”.

Kolejny krok na drodze ku odczarowaniu pracy w browarach – dodatki finansowe i pozapłacowe. Jasne, podczas zmiany dostaje się darmowe piwo. Ale już takie drobiazgi, jak opłacanie pełnego czasu pracy, 401(k) [pracownicze konto emerytalne – przyp. tłum.] czy programy równościowe dla pracowników są rozdzielane na chybił trafił, mówią piwowarzy, z którymi rozmawiałem. Nie wspominając o opiece zdrowotnej. „Prawie nikt w przemyśle piwowarskim nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, które zapewniałby pracodawca” – mówi Johnson. To bardzo rozpowszechniony zarzut wśród pracowników browarów rzemieślniczych, choć niekoniecznie do końca prawdziwy. Tak jak większość amerykańskich pracodawców, browary zatrudniające więcej niż 50 osób w pełnym wymiarze czasu pracy muszą oferować im opiekę medyczną – wymaga tego prawo. Istnieje też wiele mniejszych browarów, które nie muszą zgodnie z prawem zapewniać takiej opieki, ale i tak to robią. Według wyników międzynarodowego raportu, którymi podzielił się ze mną Watson, spośród amerykańskich browarów wytwarzających rocznie tysiąc beczek lub mniej – czyli w przypadku trzech czwartych firm – jakąkolwiek opiekę medyczną oferuje nie więcej niż 25 procent.

Jednak informacje te bazują na niewielkiej próbie, jak ostrzega Watson. I oczywiście, oferowanie pokrywania tej opieki przez pracodawcę kwalifikuje się jako zapewnianie jej; to, czy owe „benefity” mają w ogóle jakąkolwiek jakość, to pytanie, na które dane nam nie odpowiedzą. Porównując sytuację osób pracujących w małych browarach do sytuacji pracowników największych browarów, Timms ujmuje to bardziej treściwie: „Oni mają pełne ubezpieczenie, a moje świadczenia to gówno”.

(W mailu do mnie właściciel Falling Sky, Rob Cohen, zauważa, że Timms został zakwalifikowany do opieki zdrowotnej, dentystycznej i okulistycznej zapewnianej przez firmę, ale odmówił jej. Cohen twierdzi także, że Falling Sky zapewnia pracowniczy plan emerytalny, dwa tygodnie płatnego urlopu oraz „dłuższy urlop bezpłatny niż to wymagane”).

Jednak, poza tymi indywidualnymi pytaniami, pojawia się też kwestia egzystencjalna: aby usprawiedliwić wyższe od przeciętnych ceny piwa, browary rzemieślnicze w całym kraju aktywnie podkreślają swoją wyższość moralną dotyczącą kierujących nimi zasad. To podkreślanie ma dwa etapy: po pierwsze, twierdzą, że piwo kraftowe smakuje lepiej niż jego inne odpowiedniki, ponieważ jest produkowane ze składników o wyższej jakości i wytwarzane z większą dbałością, a po drugie – że browary rzemieślnicze są w ogóle ze swej natury „lepsze”, zdrowsze, bardziej etyczne, bardziej społecznie odpowiedzialne od browarów korporacyjnych.

Takie opinie są puszczane w ruch w środowisku kultury kraftowej, i wydają się działać. Klienci lubią czuć, że wybory konsumenckie, których dokonują (także na rynku żywności i napojów), czynią dobro. „Kraftowe”, „rzemieślnicze”, „lokalne” – to terminy, które znajdują pozytywny oddźwięk u klientów właśnie pod względem ich dobrego samopoczucia” – mówi Margaret Grey, profesor nauk politycznych na Adelphi University, autorka „Labor and the locavore” („Praca i jedzący tylko produkty lokalne”; locavore to nowo powstały termin określający osobę, która je tylko produkty wytworzone w domu lub w niewielkiej odległości od niego – przyp. tłum], książki z 2014 r., opisującej warunki pracy w lokalnym biznesie żywnościowym w Hudson Valley w stanie Nowy Jork. „Istnieje wiele przyczyn, dla których powinniśmy cieszyć się, że kraftowe piwa są produkowane” – mówi, wymieniając wśród nich jakość i obietnicę zbudowania wspólnoty wokół nich. – „Ale celebrowanie tego wszystkiego i jednoczesne zaniedbywanie tematyki warunków pracy jest wysoce problematyczne”.

O wiele łatwiej jest stwierdzić, czy piwo smakuje dobrze, niż czy browar, który je produkuje, traktuje swoich pracowników w odpowiedni sposób. Zatem niektórzy producenci piwa korzystają z charakterystycznej dla tej kategorii rynku aury postępowości, ale bez zapewniania pracownikom postępowych warunków zatrudnienia.

Często objawia się to w pasywny sposób – poprzez niskie płace, zbyt małą w stosunku do potrzeb liczbę zatrudnionych osób, niebezpieczne warunki pracy, niedostosowany sprzęt. Czasami jednak ta hipokryzja przybiera formę aktywną. Jak pisze gazeta „Northwest Labor Press”, w 2011 r. Rouge Ales, producent piwa kraftowego o zasięgu ogólnokrajowym z Newport w stanie Oregon, miał prowadzić antyzwiązkową kampanię przeciw piwowarom i pracownikom zatrudnionym przy butelkowaniu piwa, ponieważ postanowili się organizować. Co ciekawe, firma wykorzystywała w swoim brandingu oczywiste nawiązania do sowieckich propracowniczych plakatów propagandowych, łącznie z uniesionymi w górę pięściami i czerwonymi gwiazdami. (Brett Joyce, obecny dyrektor Rouge, twierdzi, że „Northwest Labor” prowadziło „oczywistą kampanię przeciw firmie” i dyskutuje z rzetelnością raportu gazety, przyznając jednak, iż „to, co wydarzyło się w 2011 r., było sygnałem do pobudki”).

Ale to była tylko jedna firma, i było to przed prawie dekadą. Co powstrzymuje dzisiejszych właścicieli mikrobrowarów przed podążaniem za przykładem wyznaczonym przez wielkie firmy lub przez ich bratnie dusze w tworzącym się właśnie ruchu pracowniczym w sektorze kraftowym? Rolę może odgrywać tu osobowość. „Przemysł piwowarski przyciąga dziwnych ludzi” – mówi Johnson. – „Niektórzy z nich są większymi indywidualistami od innych”.

Dana Garves, dyrektor naczelna i chemiczka z Oregon Brew Lab, firmy przyznającej piwu certyfikaty jakości, zgadza się, że ważnym czynnikiem jest tu mentalność „samotnego wilka”, wskazuje jednak także na inny, mniej oczywisty czynnik. „Piwowarzy naprawdę z ręką na sercu uważają, że mają najlepszą pracę, jaką można mieć. To pewna mentalność, która każe mówić: kocham robić piwo i jestem przy tym zatrudniony, zatem po co podcinać gałąź, na której się siedzi?” – mówi. Dla wielu piwowarów, tak jak dla mnóstwa pracowników w przemysłach kreatywnych, to nie jest po prostu praca przy linii produkcyjnej – to sposób na życie. A w nacechowanym wyzyskiem środowisku wymarzona praca może stać się ciężarem. Stawia to pracowników przed fałszywym wyborem: rób to, co kochasz i radź sobie z całym syfem, którym się z tym wiąże – albo zostaniesz zmuszony do pożegnania się z tym, co lubisz, by uciec przed tym, co w takiej pracy złe.

Druga strona medalu jest taka, że pozornie zasób osób, które chciałyby spróbować swoich sił w tym przemyśle, jest nieskończony. „Zawsze znajdzie się przeciętny lub przyzwoity piwowar-samouk, który chciałby pracować dokładnie na tym samym stanowisku za mniejsze pieniądze i trochę piwa” – mówi Garves. Nie jest wcale rzadkością, że fani konkretnego kraftowego browaru zgłaszają się, by pracować w nim za darmo. To wszystko może sprawić, że stali pracownicy przemysłu czują się mniej pewnie, a także może osłabić kiełkujący ruch związkowy. „Po co gadać o uzwiązkowieniu, jeśli mogą cię zastąpić kimś innym, kto za pracę weźmie znacznie mniej?”– pyta Garves.

Mamy tu także uniwersalny dla wszystkich gałęzi przemysłu czynnik odstraszający: obawę przed odwetem. „Strach przed zemstą jest silny” – opowiada Garves. Po opublikowaniu w 2015 r. wpisu blogowego, w którym wzywała piwowarów do samoorganizacji, zauważyła, że takie rozmowy chcą oni prowadzić prywatnie, ale rzadko otwarcie. W pracownikach zasiano silną obawę, że jeśli piwowar zażąda lepszych warunków pracy lub spróbuje przekonać współpracowników do solidarności pracowniczej, to administracja browaru urządzi mu po prostu piekło. Nawet jeśli ten strach nie jest uzasadniony, w mniejszych browarach gra może toczyć się o wyższą stawkę. „Właściwie to mamy powiedzieć szefowi, który jest naszym przyjacielem, ale i dyrektorem naczelnym, że nie sądzimy, abyśmy wystarczająco dużo zarabiali. Może się wydać, że jesteśmy chciwi lub niewdzięczni” – mówi.

Jeszcze inną przeszkodą dla samoorganizacji pracowniczej jest nieubłagane przeskakiwanie z firmy do firmy w obrębie branży. „Kocham swoją pracę, współpracowników i to, że służę społeczności” – opowiada Samantha Mason, która zapisała się w tym roku do związku zawodowego w Gimmie. –  „Ale mnóstwo ludzi po prostu skacze z jednego zakładu do kolejnego, w nadziei, że w następnym znajdą lepsze warunki i lepszego szefa”.

Takie przeskakiwanie pomiędzy miejscami pracy nie jest wcale rzadkie w świecie przemysłu żywności i napojów rzemieślniczych. To jedna z najpowszechniejszych uwag na pracowników z pokolenia millenialsów, i jest w tym ziarno prawdy. Ale Mason wierzy, że takie kwestie, jak niskie płace i niechętnie rozdzielane dodatki do nich są problemem strukturalnym tego przemysłu, a nie ograniczają się tylko do poszczególnych przedsiębiorstw. „Kiedy zdamy sobie sprawę, że nie uda nam się tak naprawdę uniknąć tych bolączek, może nas to przytłoczyć” – mówi Mason. Jak wyjaśnił gazecie „New York Daily News” jeden z serowarów pracujących dla firmy Beecher: „Kochamy swoją pracę, ale zależy nam również na tym, żeby była to dobra praca”.

Czy te miejsca pracy mogą stać się „dobrymi”? Oczywiście – bo nawet wysoce obecnie uzwiązkowione gałęzie przemysłu niegdyś mało płaciły i wyzyskiwały pracowników. Czy to właśnie uzwiązkowienie uczyni z nich dobre posady? Zobaczymy. Jeśli chodzi o postępowość etosu, zasób młodej siły roboczej oraz czyniący je intratnymi popyt na produkowane przez nie produkty, to właśnie miejsca pracy w przemyśle kraftowym wydają się naturalnymi punktami wyjścia dla uzwiązkowienia świata pracy. Ale jeśli browary kraftowe mają być papierkiem lakmusowym dla takiej sytuacji, to gwarancja związkowej przyszłości oddala się.

Teraz Timms wyrusza do Montany, gdzie jego znajomy z kursów piwowarskich otwiera nową wytwórnię i zaproponował mu „posadę” głównego piwowara. „Na pewno znajdę pracę – mówi – ale pewnie za barem lub jakąś inną, której tak naprawdę nie chcę wykonywać”. Innymi słowy – znów będzie zmagał się z syfem, po to, by dostać następną szansę w walce o realizację swoich piwowarskich marzeń.

Dave Infane

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu splinternews.com w maju 2018 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Odejście Kaczyńskiego niczego nie zmieni

Odejście Kaczyńskiego niczego nie zmieni

Majątek przeciętnej czarnoskórej rodziny w USA zmniejszył się o 31 procent między 2007 a 2010 rokiem. Dla porównania w przypadku białych rodzin mieliśmy do czynienia ze spadkiem o 11 procent. Takie informacje możemy znaleźć w najnowszej książce Naomi Klein „Nie to za mało”. Kanadyjska dziennikarka zwraca na to uwagę, ponieważ proces pogłębiania nierówności między białymi a czarnymi rodzinami pokrył się w duże mierze z początkiem kadencji Baracka Obamy.

Nie chodzi oczywiście o to, że pierwszy czarny prezydent Stanów Zjednoczonych ponosi osobistą odpowiedzialność za wspomniane zjawisko. Klein zauważa, że przyczyną procesu zwiększania nierówności był najprawdopodobniej kryzys finansowy. Banki oferowały tanie kredyty mieszkaniowe głównie rodzinom afroamerykańskim, więc gdy przyszło załamanie, to właśnie te rodziny ucierpiały najbardziej. Idzie więc o dokonanie, w gruncie rzeczy banalnego, spostrzeżenia: wybór czarnoskórego prezydenta USA nie oznacza automatycznie poprawy losu Afroamerykanów ani nawet utrzymania ich dotychczasowego poziomu życia. Za tym oczywistym wnioskiem kryje się jednak powszechne i niebezpieczne zjawisko, które pozwolę sobie nazwać „polityką symptomów”.

Nie ma wątpliwości, że brak czarnoskórego prezydenta był efektem wielowiekowego rasizmu panującego w Stanach Zjednoczonych. Stanowił jego symptom. Zaczęło się od niewolnictwa, potem była segregacja rasowa, współcześnie zaś mamy do czynienia z sytuacją, gdy Afroamerykanom trudniej znaleźć dobrze płatną pracę niż białej części społeczności USA, łatwiej za to trafić do więzienia. Gdy dana wspólnota tak konsekwentnie dyskryminuje jakąś grupę, to przedstawicielom tej uciskanej mniejszości trudniej wdrapać się na najwyższe pozycje w państwie. Obamie się to udało. I z pewnością jego sukces stanowił powód do dumy i inspirację dla wielu osób.

Nie rozwiązał jednak systemowych problemów, z jakimi zmagają się czarne rodziny. Tak samo jak nie zrobił tego Michael Jordan, który swego czasu był najpopularniejszych sportowcem na świecie, uwielbianym przez miliony kibiców. Zwalczenie symptomu choroby nie wystarcza do jej uleczenia. Niby oczywiste, ale współczesna polityka jest wręcz obsesyjnie nastawiona na analizowanie i ewentualne radzenie sobie z symptomami właśnie – przy jednoczesnym lekceważeniu ich przyczyn. Bardzo dobrze widać to na przykładzie Trumpa. Jego zwycięstwo powinno prowadzić do głębokiej zadumy nad działaniem mediów w USA, nad obecnymi tam podziałami społecznymi, nad zadziwiającą i niepokojącą popularnością biznesmenów, od Elona Muska, przez Marka Zuckerberga, po Trumpa właśnie. Takie analizy powstają, ale na marginesie głównego nurtu debaty publicznej, w której dominuje skupianie się na charakterze obecnego prezydenta USA oraz na gwiezdnych wojnach: Trump vs Robert de Niro, Trump vs Oprah Winfrey, Trump vs Meryl Streep…

Ten problem dotyczy także naszego kraju. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się interesujący wywiad z Rafałem Matyją. Autor „Wyjścia awaryjnego” starał się spojrzeć na polskie perypetie polityczne z szerszej perspektywy. Próbował wyjść poza tragiczne pytanie: „Jesteś z tych, co nienawidzą Kaczora, czy z tych, którzy uważają Tuska za zdrajcę?”. Wskazywał przy tym na wiele bolączek państwa polskiego. Pod tekstem pojawiły się równie interesujące, choć z innego względu, komentarze czytelników. Najpopularniejszy z nich zawierał następującą tezę: „Ten katastrofalny, głęboki podział w społeczeństwie jest dziełem jednego człowieka. Jarosława Kaczyńskiego. To cechy jego charakteru odciskają się fatalnym piętnem na całym życiu kraju”.

Weźmy na chwilę w nawias kwestię oceny PiS-u i jego lidera. W przytoczonym komentarzu mamy do czynienia z idealnym przykładem „polityki symptomów”. Zamiast myślenia w kategoriach systemowych przyczyn, mamy myślenie w kategoriach indywidualnych objawów. W wielu miejscach świata można dostrzec, że politycy centrowi, utożsamiani z establishmentem – przegrywają. Tak było nie tylko w Polsce czy na Węgrzech, ale też w USA, a nawet we Francji. W tym sensie, że dotychczasowe francuskie partie centrolewicowe i centroprawicowe dostały łomot w wyborach. We wszystkich tych krajach partie i politycy utożsamiani z prawicą odnieśli niespodziewanie duży sukces, choć nie wszędzie skończył się on wygraną w wyborach (przykładem Francja). Oskarżenia pod adresem establishmentu o porzucenie zwykłych ludzi, o nieudaczność, o brak wizji i odwagi, połączone z ksenofobią, szowinizmem i autorytarnymi zapędami – to cechy wspólne Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana czy Le Pen.

We wszystkich tych krajach istnieją próby wskrzeszenia lewicy. Lewica również ma wiele złego do powiedzenia na temat partii centrowych lub establishmentu, ale łączy tę krytykę z otwartością, polityką równościową i próbą demokratyzacji naszych społeczeństw. Dzieje się to w kontekście problemów o globalnych zasięgu: świata po kryzysie finansowym, postępującej katastrofy klimatycznej, wzrastających nierówności społecznych i kłopotów migracyjnych.

Oczywiście, każdy z tych krajów ma swoją specyfikę. PiS wprowadził 500 plus, a Trump chce rozmontować namiastki publicznej służby zdrowia. To istotne różnice. Ale podobieństwa nie są przypadkowe. I już one powinny skłaniać do namysłu, że to, co dzieje się w Polsce, to nie jest kwestia charakteru jednego człowieka. Z Kaczyńskim czy bez, kraj, w którym postępują nierówności społeczne i kwitną umowy śmieciowe, kraj ze słabo rozwiniętymi instytucjami demokratycznymi, kraj z takimi, a nie innymi hierarchami kościelnymi, kraj będący częścią przeżywającej kryzys Unii Europejskiej – musi być podzielony. Zresztą w samym podziale, w sporze, nie ma niczego złego. Problemem może być jedynie to, na jakich zasadach się toczy i kto odgrywa w nim główne role.

Niestety myślenie systemowe i globalne słabo przebija się do opinii publicznej. Część winy spoczywa na mediach: na publicystach i tak zwanych ekspertach. Niekończące się analizy psychiki Kaczyńskiego zbyt często wygrywają z próbami spojrzenia na polską politykę z perspektywy ogólnoświatowych procesów. Właśnie stąd bierze się przekonanie, że gdyby tylko prezes PiS-u odszedł z polityki, wszystko wróciłoby do normy. To złudzenie, opierające się zresztą na micie genialnego Kaczyńskiego, a pomijające systemowe powody, które prędzej czy później musiały doprowadzić do zwycięstwa prawicy. Tak, oczywiście, bez przywódcy PiS-u polityka prawicowa wyglądałaby trochę inaczej. Zresztą niekoniecznie lepiej. Kto ma wątpliwości, niech przyjrzy się poglądom Krzysztofa Bosaka, ulubieńca TVN-u, „sympatycznego” nacjonalisty, który uważa, że PiS prowadzi zbyt życzliwą politykę wobec obcych. Nie zmieniłoby to jednak tego, że jakaś radykalna prawica, testująca wytrzymałość praw demokratycznych i folgująca standardowemu zestawowi prawicowych obsesji, zajmowałaby mocną pozycję na polskiej scenie politycznej.

Niestety wszystkie te subtelności umykają gdzieś między kolejną diagnozą stanu Kaczyńskiego, poszukiwaniem nowego lidera opozycji i gorączkowym dodawaniem procentów poparcia partii opozycyjnych. Jakie społeczeństwo budujemy poddając się tej obsesji na punkcie Kaczyńskiego – na punkcie złych czarnoksiężników i rycerzy na białych koniach? Patrząc na komentarze w „Gazecie Wyborczej”, śmiem twierdzić, że nie najlepsze.

dr Tomasz S. Markiewka

Neoliberalny samorząd

Neoliberalny samorząd

Samorząd ma w Polsce zaskakująco dobrą prasę. Często w debacie publicznej podkreśla się wręcz, że akurat samorząd terytorialny należy do tych nielicznych obszarów, które udało nam się dobrze zorganizować. Jeśli poddajemy krytyce sytuację w Polsce, to zwykle obrywa się państwu i parlamentowi. Również krytyka z perspektywy prospołecznej czy lewicowej dotyczy głównie polityków centralnych i to ich najczęściej obarcza winą za wszelkie ekscesy nadwiślańskiej odmiany kapitalizmu. Niestety ten powszechny obraz polskiego samorządu jest nieprawdziwy, a niezła renoma, jaką cieszą się wspólnoty lokalne w naszym kraju – niezasłużona. Samorząd w Polsce to jeden z głównych podmiotów wprowadzających nad Wisłą liberalny model kapitalizmu, a poziom wypełniania przez niego ustawowych zadań jest wyjątkowo niski. Mówiąc w skrócie, polski samorząd jest neoliberalny i nieskuteczny.

Spokojnie, to tylko komercjalizacja

Komercjalizacja jest jednym z podstawowych narzędzi tzw. nowego zarządzania publicznego (NPM) – popularnego od lat 90. modelu liberalizacji sektora publicznego. NPM polega z grubsza na implementowaniu zasad i mechanizmów rynkowych do tradycyjnych obszarów działania instytucji publicznych. Komercjalizacja polega na przekształcaniu podmiotów publicznych w spółki prawa handlowego – zaczynają one zatem działać na zasadach czysto rynkowych, kierując się zyskiem. Komercjalizowane podmioty są następnie niejednokrotnie sprzedawane prywatnym właścicielom – komercjalizacja jest wręcz często wykorzystywana tylko jako pierwszy etap prywatyzacji, jako swoisty listek figowy. Najpierw zamienia się podmiot publiczny w spółkę, uspokajając mieszkańców danej wspólnoty, że to nie prywatyzacja, bo spółka pozostanie w rękach gminy czy państwa. Następnie po jakimś okresie, czasem niezwykle krótkim, sprzedaje się tę spółkę podmiotowi prywatnemu. Uspokaja się mieszkańców wspólnoty, że przecież i tak firma działała już na zasadach rynkowych, więc co to za różnica, kto ją posiada.

Szczególnie ochoczo są w Polsce poddawane komercjalizacji szpitale publiczne pozostające w gestii samorządów. Zwykle mechanizm wyglądał tak, jak wyżej zarysowano – uzupełniano go opowieścią, że szpital jest nierentowny, a przekształcenie go w spółkę pozwoli mu wychodzić na swoje. Według raportu NIK w latach 1999-2010 (do września) skomercjalizowano 105 szpitali publicznych, zamieniając je w NZOZ-y, czyli w Niepubliczne Zakłady Opieki Zdrowotnej. Od października 2010 do 2013 r. samorządy skomercjalizowały kolejne 64 szpitale publiczne. Między innymi dzięki temu procesowi w 2015 r. szpitali publicznych było mniej niż szpitali niepublicznych (540 tych pierwszych, wobec 560 tych drugich) – do niepublicznych zaliczane są podmioty zarówno stricte prywatne, jak i skomercjalizowane, z których wiele też już jest obecnie w pełni prywatnych.

Dopiero w 2016 r. nowa koalicja rządząca wprowadziła ustawę blokująca możliwość komercjalizacji szpitali. Jednak lata obowiązywania tej możliwości sprawiły, że tysiące pracowników służby zdrowia trafiły do firm prywatnych, których nowi właściciele często nie mieli pojęcia o służbie zdrowia. Ich jedyną zasługą było to, że mieli dostęp do kapitału i informacji, które pozwoliły uczestniczyć w prywatyzacji części systemu. Na przykład w Tychach pielęgniarki szkolne trafiły do prywatnej firmy NZOZ Medycyna Szkolna, która działa jako… spółka cywilna (sic!). A samorząd? Pozbył się odpowiedzialności za prowadzenie kłopotliwej działalności.

NIK przyjrzał się komercjalizacji szpitali publicznych za lata 1999-2010. Główną tezą raportu było to, że komercjalizacja nie przyniosła żadnych spodziewanych efektów. Sytuacja finansowa skomercjalizowanych szpitali wcale się nie poprawiła, a kolejki nie uległy skróceniu. Co więcej, samorządy popełniły mnóstwo błędów. Na przykład przenosiły na spółki własność nieruchomości (zamiast je dzierżawić), co w razie upadłości spółki nie zabezpieczało im infrastruktury do prowadzenia opieki medycznej na swoim terenie. Inna część samorządów co prawda wydzierżawiała nieruchomości, ale nie dbały o odpowiednią wycenę, więc pobierały absurdalnie niskie stawki. A podczas przenoszenia dóbr trwałych na poczet nowych spółek nawet nie zadbały o ich inwentaryzację.

Mieszkanie komunalne tanio sprzedam

Kolejnym obszarem ustawowych działań samorządów, z którego zupełnie się nie wywiązują, jest mieszkalnictwo. Co więcej, podobnie jak w przypadku szpitali, samorządy, a w tym wypadku konkretnie gminy, z lubością umywają ręce od problemu, pozbywając się mieszkań komunalnych w zastraszającym tempie. Pomimo że liczba mieszkań w latach 2002-2013 wzrosła o 18 proc., to liczba mieszkań w zasobach gmin spadła o… 31 proc. Głównie w wyniku sprzedaży ich osobom prywatnym, czyli zwyczajnej prywatyzacji. O ile jeszcze w 2002 r. gminy posiadały 12 proc. wszystkich mieszkań w Polsce, to w 2016 r. było to już tylko 6 proc. Gminy są także wyjątkowo mało aktywne w zakresie budowy nowych mieszkań komunalnych – w latach 1989–2014 odpowiadały one zaledwie za 2,6 proc. wybudowanych w tym czasie mieszkań. Co gorsza, trend jest spadkowy – o ile jeszcze w latach 90. budowały ok. 5 proc. mieszkań, to w pierwszej dekadzie XXI wieku 2-3 proc., a w obecnej dekadzie ok. 1,5 proc. A w ubiegłym roku polskie gminy pobiły swój niechlubny rekord – mniej niż jeden procent oddanych w 2017 r. mieszkań było komunalnymi.

Mieszkaniom komunalnym także przyjrzał się NIK. Wnioski płynące z raportu są przygnębiające. W skontrolowanych gminach mieszkanie komunalne co rok otrzymywało zaledwie 16 proc. oczekujących. Komunalny zasób mieszkaniowy spadł w nich o 5,5 proc. w zaledwie trzy lata (2009–2011). W 34 kontrolowanych gminach na mieszkanie komunalne oczekiwało 48 tys. rodzin. Najdłużej w Kielcach – 27 lat. W Kutnie 19 gospodarstw domowych czekało na mieszkanie od kilkunastu lat.

W 2016 roku ukazał się raport Portalu Samorządowego na ten sam temat. Wnioski są podobne – gminy mają bardzo niewielki zasób mieszkaniowy (np. Poznań posiada 13 tys. mieszkań), a i ten mały zasób bardzo chętnie wyprzedają. Na przykład Łódź sprywatyzowała w trzy lata 10 tys. mieszkań z 57 tys., które miała do dyspozycji. Niektóre z… 95-procentową bonifikatą. Dzięki temu uzyskała z tytułu gospodarki mieszkaniowej 125 mln zł na czysto, zamiast kilkumilionowego minusa, jak wcześniej. Samorządy nie palą się też do budowy mieszkań komunalnych – w 2006-2014 na jedną gminę w Polsce przypadał średnio… jeden oddany nowy lokal komunalny. W badanym okresie niektóre całkiem spore miasta w ogóle nie oddały żadnego mieszkania gminnego – np. Gorzów i Opole w latach 2014-2015. W momencie pisania raportu Gorzów, Rzeszów i Gdynia nie budowały ani jednego mieszkania komunalnego.

Problemy z komunikacją

Niewiele lepiej wygląda zaspokajanie przez samorządy potrzeb mieszkańców w zakresie komunikacji zbiorowej. Stan polskiej komunikacji publicznej, szczególnie w mniejszych ośrodkach, jest już wręcz legendarny, doskonale znany nie tylko z rzetelnych opracowań, ale też z setek anegdot czy zdjęć.

W tym roku pojawił się raport Krajowego Instytutu Polityki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, który przyjrzał się aglomeracjom wojewódzkim, a dokładnie ich zewnętrznym strefom miejskiego obszaru funkcjonalnego (MOF). Mówiąc po ludzku, chodzi o stan komunikacji miejskiej w gminach otaczających miasto wojewódzkie, które tworzą razem z nim jeden miejski obszar funkcjonalny. W przypadku Śląska mowa o gminach otaczających Górnośląski Związek Metropolitalny. Okazuje się, że w zasięgu pieszego dostępu do przystanku żyje zaledwie 52 proc. Polaków żyjących w strefach zewnętrznych MOF-ów wszystkich miast wojewódzkich. Inaczej mówiąc, co drugi Polak żyjący w jednej z 16 głównych polskich aglomeracji, ale poza jej rdzeniem, nie mam jak dojechać do jej rdzenia komunikacją publiczną. Pozostaje więc samochód, co oczywiście zwiększa korki w samym mieście, a więc także obniża dobrostan mieszkańców rdzenia. Najgorzej jest w gminach wokół Zielonej Góry – tam zaledwie 20 proc. mieszkańców żyje w zasięgu pieszej dostępności przystanku.

Zresztą problemem jest także gęstość siatki połączeń, która w zewnętrznych strefach MOF miast wojewódzkich jest mizerna. Średnia dobowa liczba połączeń wynosi w nich 7,4 połączenia na tysiąc mieszkańców – w wielu gminach jest niższa, wynosi 2-3 połączenia, a niektóre gminy w ogóle nie mają połączeń. Nawet mieszkając w zasięgu pieszej dostępności przystanku komunikacja zbiorowa może nie być żadną alternatywą.

NIK przyjrzał się temu, jak funkcjonuje regionalny publiczny transport zbiorowy, którym powinny zajmować się powiaty oraz województwa. Wnioski są dosyć zatrważające – otóż skontrolowane samorządy… nie wykazywały zainteresowania organizowaniem lokalnych systemów transportu zbiorowego. Ograniczały się jedynie do wydawania pozwoleń na wykonywanie tego typu usług chętnym podmiotom. Co więcej, połowa skontrolowanych jednostek samorządu terytorialnego (JST) nawet nie badała lokalnych potrzeb komunikacyjnych, choć jest to ich obowiązkiem. Zresztą te JST, które przeprowadziły badania, z których wyszło, że komunikacyjne potrzeby lokalne nie są spełniane, i tak nie podjęły żadnych kroków, tj. na przykład nie podpisały żadnych umów na świadczenie usług z przewoźnikami.

Chaos zamiast metody 

Nie tylko stan komunikacji zbiorowej w Polsce jest legendarny – równie znany jest chaos przestrzenny, który dominuje w naszych miastach, miasteczkach czy wsiach. Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się gospodarowaniu przestrzenią w polskich gminach. Wnioski, jakie wyciągnął NIK po kontroli, pokrywają się dokładnie z tym, co podnoszą wszelkiej maści działacze miejscy. Przede wszystkim gminy nie uchwalają planów zagospodarowania przestrzennego. Zaledwie 30 proc. naszego kraju pokryte jest planami zagospodarowania. Planami pokryte jest zaledwie 12 proc. terenów zagrożonych powodzią oraz 25 proc. pasa nadbrzeżnego. W efekcie nadużywane jest wydawanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ), przez co miejsce ma przestrzenny chaos, niekontrolowana urbanizacja oraz brak należytej ochrony przyrody. A wszystko to razem negatywnie wpływa na dobrostan mieszkańców. Niestety nie widać też specjalnie woli po stronie gmin, by zmieniać ten stan rzeczy na lepsze, a tempo uchwalania planów zagospodarowania jest wysoce niesatysfakcjonujące.

Listę neoliberalnych grzechów polskiego samorządu można ciągnąć w nieskończoność. Fatalna sieć żłobków gminnych – niektóre gminy nie mają żadnego miejsca żłobkowego, tymczasem w skali kraju miejsc we wszystkich żłobkach jest mniej niż 10 proc. dzieci do lat trzech. Część gmin tylnymi drzwiami prywatyzuje… szkoły. Dzięki furtce, jaką stanowi możliwość zlecania prowadzenia szkół z liczbą uczniów poniżej 70 osobom fizycznym lub prawnym. W małopolskich Iwanowicach sprywatyzowano w ten sposób wszystkie szkoły, co spowodowało głównie kłótnie o subwencję oświatową oraz eksplozję wynagrodzeń dyrektorów – nawet do 300 tys. zł rocznie.

Samorządy chętnie też outsourcują usługi publiczne. W Warszawie część usług komunikacji miejskiej świadczą spółki prywatne – np. Arriva Bus Transport Polska czy Europe Express City. Przez lata robił to też koncern Veolia, znany z tego, że swego czasu wytoczył sprawę przed arbitrażem Egiptowi za to, iż ten ośmielił się podnieść płacę minimalną. W tamtym czasie Veolia wywoziła śmieci w Aleksandrii, co podwyższyło jej koszty. Jeszcze dalej poszedł Gdańsk, który sprywatyzował dostarczanie wody oraz odprowadzanie ścieków, co świadczy tam prywatna spółka Saur Neptun Gdańsk. Teraz cena za odprowadzania ścieków jest jedną z wyższych w dużych polskich miastach.

Samorząd ma bardzo ważne zadanie w prospołecznym modelu gospodarczym – wiele usług publicznych najlepiej organizować na szczeblu lokalnym lub regionalnym. Jednak samorząd i elity lokalne są w równym stopniu narażeni na działanie doktryny neoliberalnej i jej przeróżnych lobbystów, co państwo i jego decydenci. Zwodnicze i zwyczajnie nieprawdziwe są teorie, według których to wspólnoty lokalne wyrwą nas z neoliberalnego modelu kapitalizmu, ponieważ nie da się już wrócić do czasów „dużego państwa”. Nie ma żadnego dowodu na to, że samorząd będzie mniej zaczadzony neoliberalizmem, niż państwo. Obserwując sytuację w Polsce można dojść do wniosku, że jest wręcz przeciwnie.

Piotr Wójcik

Ideologia na lodzie

Frostpunk, nowa gra 11 bit studios, to więcej niż zabawa w (od)budowę społeczeństwa. To cyfrowy test, który pozwala graczowi sprawdzić, czy jego działania będą zgodne z wyznawaną przez niego ideologią.

Według badacza Jaspera Juula gry wymagają od odbiorcy więcej niż inne formy sztuki. Czas i zrozumienie konwencji są niezbędne, aby nie tylko czerpać przyjemność z rozgrywki, ale także osiągać różnorakie cele. Poprzez granie, a zatem „wymuszanie” na graczu nie tyle zaakceptowania określonych mechanizmów i reguł, lecz przede wszystkim aktywnego udziału w odtwarzaniu wizji świata gry – takiego, jak wymyślili go sobie twórcy – rozgrywka wpływa na gracza w określony sposób. Tam, gdzie jedni zobaczą zwykłe łączenie kropek, inni dostrzegą autentyczny akt interpretacji. Akt nie różniący się niczym od interpretacji innego dzieła sztuki, jak obrazu czy utworu muzycznego. Tu jednak podobieństwa się kończą, gry mają bowiem tę zaletę, że poza formowaniem ideologii, pozwalają również sprawdzić ją w działaniu.

O ile takie Call of Duty może zmusić gracza do zastanowienia nad sensem wojny, o tyle nie pozwoli mu w żadnym momencie w odpowiedni sposób zamanifestować swojej niechęci do konfliktów zbrojnych. Tak, zabijam tych terrorystów, ale robię to niechętnie, więc mechanizm gry nie ma na mnie żadnego wpływu pod względem politycznym i ideologicznym. W tym kontekście warto przypomnieć scenę na cmentarzu w Call of Duty: Advanced Warfare, gdzie wciskając jeden przycisk możemy złożyć hołd zabitemu podczas walki przyjacielowi.

Chodzi mi raczej o gry, w których gracz może wystawić swoje przekonania na próbę. Dobrym przykładem tego typu gier są strategie, zwykle dające graczowi pewną autonomię w osiąganiu wyznaczonych celów. A nic nie sprawdza ideologii jednostki bardziej niż ekstremalne sytuacje. Wyobraźmy sobie XIX-wieczny, cyberpunkowy świat, skuty lodem po nadejściu zimy wulkanicznej. W 1883 roku erupcja wulkanu Krakatoa przyczyniła się do globalnego ochłodzenia – średnia temperatura na półkuli północnej spadła o 1,2 stopnia Celsjusza. W grze Krakatoa wybucha w roku 1886, wraz z innym wulkanem, Tamborą. Jakby tego było mało, możliwe, że w Ziemię uderzają również meteoryty. Nawarstwienie tych wypadków prowadzi do globalnej zimy, a ta zmusza ludzkość do przeprowadzki na północ. Tam nieliczni ocalali próbują od nowa zorganizować społeczeństwa wokół specjalnie wybudowanych generatorów, będących bezcennym (i jedynym) źródłem ciepła. To właśnie świat przedstawiony w najnowszej grze rodzimego 11bit studios – Frostpunk.

Gracz ma w swoich rękach życie tych mieszkańców Londynu, którzy wyruszają na północ. Jak każde społeczeństwo, to również wymaga pewnej organizacji. Od tego jest Karta Praw, pozwalająca graczowi zaprząc dzieci do pracy lub ulokować je w świetlicach, eksploatować robotników i inżynierów do granic możliwości, ale także organizować życie społeczne mieszkańców wokół kościołów lub pubów. XVIII-wieczny holendersko-brytyjski poeta Bernard de Mandeville w filozoficznym poemacie/satyrze „Bajka o pszczołach” pisał, że dopóki instytucje funkcjonują dobrze, ludzie mogą być plugawi i postępować nieetycznie. Jakkolwiek wygodne byłoby rozdzielenie prywatnego rozpasania od publicznej skrupulatności, tu jednak statystyki nie zdadzą się na wiele – ludzi nie ma tyle, by traktować ich jako jedną zbiorowość. Oczywiście bezpośredni kontakt z robotnikami jest niemożliwy, ale funkcjonowanie naszego ula szybko ustanie bez indywidualnych pszczół oddanych sprawie.

Niestety, dość szybko okazuje się, że łamanie praw pracowniczych będzie niezbędne, jeśli miasto ma przetrwać. Wydłużone, dobowe zmiany są nieuniknione, bo w przeciwnym razie nie tylko miasto nie będzie odpowiednio nagrzane, ale również nie dokona się postęp, który w dłuższej perspektywie ułatwi życie mieszkańcom. Nie wszyscy będą mieli wystarczająco cierpliwości, aby go doczekać. A jeśli Niezadowolenie – jeden z dwóch, obok Nadziei, wskaźników informujących gracza o ogólnych nastrojach panujących w społeczeństwie – osiągnie poziom maksymalny i utrzyma się, rozgrywka się skończy, a postać kontrolowana przez gracza zostanie wygnana na mróz. Ponieważ celem głównej kampanii gry jest przetrwanie aż sześćdziesięciu dni, taki scenariusz wydaje się integralnym elementem pierwszej rozgrywki, zwłaszcza bez wcześniejszego przygotowania. Przy kolejnych gracz jest już bardziej świadomy następstw swoich wyborów, ale nie znaczy to wcale, że są one łatwiejsze.

Przetrwanie w grze Frostpunk to operacja na żywym organizmie. Każdy człowiek wysyłany do pracy na dodatkową zmianę, lądujący w szpitalu czy osierocający dzieci, ma imię i nazwisko, twarz oraz własne zdanie, którym czasem dzieli się z nami na pasku na dole. W pewnym momencie dziecko zamarznie na grobie matki, a robotnik odmrozi sobie nogi podczas pracy w nieludzkich warunkach. Napotkane przez zwiadowców grupki ocalałych będą chciały trafić do naszej wioski. Z jednej strony to ludzie, trzeba im pomóc. To również więcej rąk do pracy, a tych nigdy za wiele, zwłaszcza w okolicach dwudziestego dnia, kiedy wszystko zaczyna nam się walić na głowę. Z drugiej, to jednak więcej posiłków do wydania, baraków do wybudowania i pomieszczeń do ogrzania. Jasne, to tylko gra, ale właśnie takie dylematy wystawiają na próbę moralność gracza. Wartości, obojętnie, socjalistyczne czy liberalne, schodzą na drugi plan, gdy mieszkańcy przymierają głodem. W zasadzie każdy dzień to również walka o ogień i chociaż bohaterowie gry są uzbrojeni w wymyślną technologię, bardzo szybko mogą mentalnie powrócić do Paleolitu.

Dlatego, chociaż wszyscy mieszkańcy rozumieją, że celem nadrzędnym jest przetrwanie, ważne jest też to, aby organizować im czas wolny. Już Marks w „Zarysie krytyki ekonomii politycznej” zauważył, że czas wolny to czas „dla pełnego rozwoju indywiduum”. W myśl idei racjonalnej rekreacji, w wiktoriańskiej Brytanii pracodawca dbał o to, żeby robotnicy nie oddawali się pijaństwu i bijatykom. Tu o rozwoju nie ma mowy, zapewniamy im właśnie pijaństwo i bijatyki. A dokładniej mówiąc, stawiamy im Pub i Arenę Walk – miejsca, w których mogą rozładować napięcie, a w konsekwencji mieć jakąś namiastkę normalności. To ciekawe również dlatego, że w społeczeństwie opresyjnym – kierunku, który gracz może obrać nawet przy najlepszych intencjach – nie ma miejsca na samoistne skupiska ludności, o czym przekonali się całkiem niedawno mieszkańcy Iranu. Tamtejszy rząd w obawie przed rewolucją pozamykał kawiarnie. Tu jednak puby są czymś dobrym i nieszkodliwym, a zatem są pewnym uproszczeniem, nieodzownym przy tworzeniu gry strategicznej. Wart odnotowania jest też fakt, że Nadzieję obywateli podnosi wybudowanie… cmentarza.

Jak na grę przesączoną ideologią, perfekcyjnie odzwierciedlającą przytoczoną na początku obserwację Juula, sam Frostpunk pozostaje zaskakująco bezideowy. Zarówno wyzysk robotników, jak i troska o tych najsłabszych, to rozwiązania, które warto rozważyć. Kościoły i centra propagandy skutkują tym samym – uspokajają nastroje społeczne. Tu możemy się z kolei odwołać do mistrza społecznej kontroli, Lenina, który uważał, że stronniczość jest nieunikniona przy prezentacji prawdy, gdyż ta zawsze wpisuje się w jakieś stanowisko polityczne i ideologiczne. Dyscyplina organizacyjna była najmocniejszą stroną bolszewików, ale odtworzenie tej biurokratycznej maszyny, funkcjonującej niczym mandeville’owski ul, jest w Frostpunku niemożliwe. Robotnicy są tu definiowani jedynie przez swoją pracę, a odpowiedzią na problemy mieszkańców z kontrolą jest… jeszcze większa kontrola. Frostpunk jednak nie jest w żadnej mierze apoteozą wczesnego komunizmu. W innych rękach może równie dobrze stać się pochwałą kapitalizmu. Takie nieoczywistości i możliwości wyboru są największą siłą tej gry.

Łukasz Muniowski

Łukasz Muniowski – doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów naukowych o literaturze, koszykówce i grach. Szef działu recenzji książkowych na portalu Szuflada.net. Ma trzy psy.

Socjal albo barbarzyństwo

Socjal albo barbarzyństwo

Prezydent Republiki Włoch Sergio Mattarella zaakceptował propozycję składu nowego rządu. Wobec tego powołanie gabinetu ze stabilną, wyłonioną w wiosennych wyborach większością, stało się faktem.

Dwa ugrupowania, które utworzyły nowy włoski rząd – Liga oraz Ruch Pięciu Gwiazd (M5S), nie mieszczą się w tradycyjnym głównym nurcie włoskiej polityki partyjnej, zdominowanej od II wojny światowej przez bloki ugrupowań centroprawicy i centrolewicy. Liga (dawniej: Liga Północna) to ugrupowanie o skrajnie szowinistycznych, czasem wręcz neofaszystowskich inspiracjach, dotychczas nawet nie marzące o tak wielkim wpływie na kształt państwa włoskiego. Ruch Pięciu Gwiazd to formacja eklektycznego populizmu, aideologicznego, lecz nieodcinającego się od nastrojów ksenofobicznych i nacjonalistycznych.

Czas będzie grać na korzyść populistów, szczególnie Ligi, która dzięki zręcznemu przywództwu ucieknie od odpowiedzialności za stan gospodarki, koncentrując się na widowiskowych akcjach antyimigranckich. Umocniony demokratyczną elekcją nowy włoski rząd Ligi i M5S, a zatem i włoskie państwo, byłyby pierwszym tak wpływowym podmiotem realizującym w polityce zagranicznej przesłanie „Europy egoizmów”, popularne również w naszym kraju.

Rządy nacjonalistyczne i reżimy hybrydowe mogą w ciągu kilku cykli wyborczych stać się popularnym modelem politycznym w Europie. Transformacji ulec mogą stosunki wewnątrz społeczeństw, jak również stosunki między państwami, w tym w ramach Unii Europejskiej. Obecnie dezintegrujące się liberalne establishmenty nie szukały recept na rosnący społeczny niepokój, wywołany m.in. trwałym bezrobociem, pogorszeniem standardów życia, likwidacją usług publicznych. Pozwoliły, aby wielu ludzi wycofało swoją legitymizację dla systemu. Reżimy ksenofobicznego populizmu nie popełnią tego błędu, wskazując społeczeństwom „kozły ofiarne” – wewnątrz i na zewnątrz krajów – i budując stabilność swojej władzy na gruncie złych myśli, słów i czynów.

Rosnące nierówności społeczno-ekonomiczne wśród społeczeństw zachodnich podważają coraz mocniej legitymizację istniejącego systemu politycznego. Najmocniejszą reakcją liberalnego establishmentu jest marketingowy face lifting starych idei, przeprowadzany za pomocą charyzmatycznych liderów obiecujących zmianę: Baracka Obamy w USA, Emmanuela Macrona we Francji, Justina Trudeau w Kanadzie. To wszystko oczywiście tylko odsuwa w czasie logiczną konsekwencję konstrukcji systemu. Te procesy nie są zaskoczeniem dla wołających o silne reformy zwiększające spójność społeczną obywateli.

Nazistowski zbrodniarz Heinrich Brüning

W czasie Wielkiego Kryzysu gospodarczego na początku 1930 r. rządy w przedwojennych Niemczech (Republice Weimarskiej) objął liberalny technokrata Heinrich Brüning. W obliczu szybko słabnącej aktywności gospodarczej i kłopotów budżetowych uczynił priorytetem stabilizację budżetową – kosztem gospodarki. Liczba bezrobotnych zwiększyła się do sześciu milionów, w ich szeregach wiarę w system straciło wielu przyszłych wyborców Narodowosocjalistycznej Partii Niemiec (NSDAP). Olbrzymią niechęć zwykłych Niemców do Brüninga rekompensowało mu poparcie ekonomicznych i intelektualnych elit – zarówno w Niemczech, jak i za granicą. Jego sława jako „żelaznego kanclerza”, niepoddającego się popularnym dążeniom i prośbom, zapewniła mu m.in. obecność na okładce magazynu „Time”.

Gdy składał urząd kanclerza po ponad dwuletnich rządach, marsz nazistów do władzy był już nie do powstrzymania (udało się zaledwie odsuwać go przez kolejny rok). Można by wówczas zapytać kanclerza Brüninga, czy całe poświęcenie obywateli było warte osiągniętych rezultatów. Dzięki relacjom samego kanclerza znamy jego ówczesną odpowiedź: było warto.

Co jednak o wiele bardziej interesujące, kilkadziesiąt milionów ofiar wojny później, w latach pięćdziesiątych, Heinrich Brüning nadal nie zmienił zdania. W powojennej Europie jego gwiazda jako europejskiego reformatora może już nieco przygasła, z pewnością jednak nie był przytłoczony pretensjami o przyczyny, które spowodowały tamte skutki.

Wygląda to śmiertelnie poważnie, gdy echa kariery żelaznego kanclerza tak doskonale słychać chociażby w krótkiej (2011-2013), acz pełnej zdarzeń misji rządowej włoskiego premiera Mario Montiego. Premier technokrata, wcześniej, w latach 2005-2011, członek rady doradczej firmy inwestycyjnej Goldman Sachs (fakt ten pominięto w anglojęzycznej wersji Wikipedii), przeprowadził cały szereg cięć budżetowych.  Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu zachował pogodę ducha, gdy jego koleżanka z rządu, Elsa Fornero, wybuchła płaczem podczas ogłaszania cięć drakońskich dla włoskich rodzin, co stało się wówczas medialną sensacją.

Przed szkodą, po szkodzie i po następnej szkodzie

Wiele razy opisano, co należy zrobić, by odwrócić bieg wydarzeń, na którego końcu jest faszyzm. W krótkich syntetycznych prezentacjach, w pięknych długich esejach, w mądrych głębokich książkach. Dwa lata temu w Davos, kilkanaście lat temu w (Nowym) „Obywatelu”, w latach trzydziestych w prospołecznych wydawnictwach. Na podstawowym poziomie w tej dyskusji nie ma już nic do dodania. Ruch od dawna jest po stronie liberalnego establishmentu. Przynajmniej teoretycznie może nastąpić gwałtowna zmiana sposobu myślenia. Mało kto jednak wstrzymuje w napięciu oddech.

Wypada z zaciekawieniem spojrzeć na wysiłki środowisk takich, jak polska „Kultura Liberalna”, przekonujących establishment liberalnego centrum do zmian. Takie pedagogiczne podejście zakłada, iż zasadniczą przeszkodą w zaakceptowaniu konieczności dokonania prospołecznych zmian jest wywołana samozadowoleniem i długotrwałą jednomyślnością niemoc poznawcza tegoż establishmentu. Idąc tym tokiem myślenia, wystarczyłoby (odpowiednio wiele razy) wykazać związki przyczynowo-skutkowe zachodzących procesów społecznych, aby przekonać liberalny establishment do konieczności reakcji poprzez głębokie reformy społeczne, nie zaś za pomocą marketingowych sztuczek. To lekko obraźliwe (wobec establishmentu) podejście może być oparte na chybionych kalkulacjach.

Niewypowiedzianym zagrożeniem pozostaje to, że, szczególnie dla biznesowej części establishmentu, stopniowe i niechętne przyłączenie się do szowinistyczno-populistycznej fali może okazać się ostatecznym rozwiązaniem problemu tracenia legitymizacji przez obecny porządek społeczno-gospodarczy. Zasadnicza część sposobu funkcjonowania stosunków społecznych w hybrydowych nieliberalnych demokracjach nie ulegnie zmianie. Część specjalistów i menedżerów z obszarów polegających na mechanizmach merytokratycznych odczuje negatywne konsekwencje, lecz dla wielkiego biznesu możliwości działania pod ideologiczną ochroną pozostaną szerokie. Nie zmieni się konstrukcja porządku społecznego: skrzywiony rozkład równości szans, reglamentowana dystrybucja szacunku, rosnąca koncentracja majątku. Zmieni się „tylko” otoczenie: więcej akceptacji dla nienawiści, więcej konformizmu, zuchwałości i podłości. W zamian stabilność społeczno-polityczna i utrzymanie hegemonii w sferze własności i gospodarki.

Przykłady antyfaszystowskich polityk społecznych przedwojennych Stanów Zjednoczonych i Francji pokazują, że z zaklętego kręgu można wyjść, ale nie bez gwałtownego zerwania z dotychczasowymi założeniami co do tego, co jest dopuszczalne i możliwe. Społeczeństwo coraz bardziej klasowo podzielone w reżimie ksenofobicznego populizmu albo społeczeństwo dóbr publicznych i szeroko rozpowszechnionego dobrobytu. Jedno – albo drugie. Po tym wyborze poznajemy priorytety deklaratywnych humanistów.

XXI wiek

Może zarysowany powyżej obraz nie jest pełen i nie warto polegać na powtarzaniu raz wymyślonej recepty „mniej cięć i nierówności, więcej usług i redystrybucji” jako remedium na każdy objaw chorobowy? Analogie z najciemniejszymi latami trzydziestymi mogą budzić wątpliwości. Konkretne sytuacje poszczególnych krajów europejskich znacząco się między sobą różnią. Wielu ekspertów zajmujących się tematyką populizmu wskazuje na nie-bezpośrednio-ekonomiczne źródła wzrostu populizmu i stopnia delegitymizacji status quo. Na dodatek nasz czas jest coraz bardziej czasem groźby  wojen handlowych bądź manewrów, cyber- i hybrydowych operacji zaczepnych, wojen propagandowych, przyspieszającej technologii wraz z potencjalnie niebezpieczną sztuczną inteligencją. Słowem – jest to czas, gdy najbardziej potrzebni są właśnie technokraci i eksperci, będący rdzeniem, podporą, mieczem i tarczą liberalnego establishmentu.

O ile można się zgodzić, że wyzwania są wielowymiarowe, o tyle trudno obronić tezę, iż w jakimkolwiek z wymiarów liberalny establishment da sobie z nimi radę. W tym zakresie, w którym za wzrost populizmu nie odpowiadają czynniki ekonomiczne, lecz związane ze sferą kultury i wartości, globalistycznie zorientowane liberalne elity mają niewielkie szanse na nawiązanie empatycznego dialogu z marginalizowanymi „lokalnymi”. W kwestiach bezpieczeństwa i relacji międzynarodowych liberalna elita „cnotę straciła i rubelka nie zarobiła”, zdobywając w dobie internetowej widzialności miano pełnej hipokryzji. W dodatku poprzez strategiczną nieskuteczność systematycznie obniżała geopolityczne znaczenie Zachodu. W zakresie rewolucji technologicznej, która właśnie się zaczyna, a w ciągu najbliższych dekad dramatycznie zmieni wygląd rynków pracy, nie zabezpieczyła społeczeństw przed nadciągającym społecznym tsunami bezrobocia technologicznego oraz gospodarczymi skutkami technologicznych oligopoli. Możliwe również, że autokanibalizacja potencjału rozwojowego sprawiła, iż państwa Zachodu przegrają bitwy o przewagę w sferze kluczowej technologii przyszłości – sztucznej inteligencji – z Chinami.

Sytuacja nie pozwala na samozadowolenie. Potencjał polityczny ruchów prospołecznych w większości krajów europejskich jest ograniczony – w walce o schedę po obecnym status quo populistyczni szowiniści są na uprzywilejowanej pozycji. Niewiele, nawet gdyby chciały, są w stanie zdziałać kraje mniejsze, których los w Europie Ojczyzn, czyli de facto Europie Egoizmów, będzie niewesoły, ale które już teraz nie mają dużego wpływu na agendę, pamiętne losu Grecji.

Kto mógłby zatem faktycznie rozpocząć zmiany ratujące Europę przed osunięciem się w reżimy populistów? Niemiecki rząd i niemiecki podatnik.

Krzysztof Mroczkowski

Nieodparta erotyka kości

Nieodparta erotyka kości

Radykalna uczona, profesor nauk zarządzania Maria Daskalaki, od wielu lat prowadzi badania greckich organizacji alternatywnych, czyli funkcjonujący poza głównym nurtem menedżeryzmu. Organizacje te umożliwiają zatrudnienie i sensowną pracę, pomagają uczestnikom osiągnąć godziwy byt, a nawet i bezpieczeństwo ekonomiczne, oferują klientom etyczne i zdrowe produkty. Organizacje, które bada Maria Daskalaki, mają, prócz tych wszystkich ważnych i racjonalnych funkcji, jeszcze jedną, pozaracjonalną rolę, kto wie, czy nie jeszcze ważniejszą.

Otóż w czasach kryzysu, ekonomicznej i instytucjonalnej mizerii, w Grecji powszechny jest nastrój beznadziei i poczucia uwięzienia w świecie, na który ma się wpływ nawet nie znikomy, bo żaden. Bywa jednak tak, że przygnębione, bezsilne, a nawet całkiem załamane jednostki zbierają się razem z intencją zorganizowania się i wtedy czasami dzieje się coś niezwykłego, co w publikacjach Marii Daskalaki określane jest jako drasis. To greckie słowo, oznaczające „działanie”, w języku organizatorów mówi o wspólnym i aktywnym stawianiu czoła, o kolektywnym radzeniu sobie. Badaczka proponuje je na określenie podstawowej zasady organizowania alternatywnego. Gdy zbierają się razem alternatywni organizatorzy, czasami pojawia się drasis (nie jest to do końca działanie przewidywalne, które dałoby się zaplanować) i wtedy wszystko się zmienia. Ludzie nie są już bezsilni i zdołowani. Zstępuje na nich duch sprawczości, dając poczucie sensu, siły i nadziei na to, że inna rzeczywistość jest możliwa.

W tych momentach następuje intensywne uczenie się i powstają wstępne społeczno-materialne warunki dla generowania nowych form organizacji („prefiguratywne organizowanie”), solidarności i oporu. Jest to możliwe tylko w osobistych spotkaniach i zgromadzeniach, bo, jak podkreśla Maria Daskalaki, drasis jest ucieleśnione, zajmuje miejsce w przestrzeni i czyni z tego miejsca bardzo ważny użytek. W internecie drasis nie istnieje.

Mural Banksy’ego

 

Niedawno chodziłam po Warszawie z Davidem Ostem, czyli socjologiem „od Solidarności”, i opowiadaliśmy sobie o tym, jak kiedyś, dawno, dawno temu wskoczyliśmy w miasto solidarnościowe – on, jako badacz i uczestnik, ja, jako przyjezdna, straszliwie młoda studentka z Lund w Szwecji. Oboje wspominaliśmy atmosferę tamtych czasów – życzliwość, nadzieję, łatwość rzeczy – niezwykłą i jednocześnie jakby oczywistą. Wszystko działo się jak najprościej, i wszystko było nie z tego świata. To był czas chodzenia po wodzie. Ludzie podawali sobie ręce, mówili patrząc sobie w twarz, dziennikarze pisali to, w co wierzyli. Taksówkarz, który wiózł mnie na Szpitalną z dworca (tak mi się spieszyło, że wskoczyłam do taksówki, na którą mnie nie było stać, z walizkami, od razu po przyjeździe), śmiejąc się, powiedział, że pod ten adres to nic nie płacę za kurs, jestem jego gościem. Czas cudów i czas ludzi. Kiedy raz się w takim czasie było, to on zostaje w kościach, i nosi się go już zawsze ze sobą. Nic się na to nie poradzi. Człowiek staje się sejsmografem, czułym narzędziem pomiaru, które na każdy podryg, każde najlżejsze mrugnięcie reaguje nagłym dreszczem rozpoznania i nadziei.

Podobnie było trochę później, choć nie tak mocno i nie w tych samych tonacjach. Niedawno rozmawiałyśmy z koleżanką, profesor nauk zarządzania Grażyną Prawelską-Skrzypek, o pewnym niezwykłym okresie w nauce, który połączył nas wspólnym poczuciem sensu, choć wtedy jeszcze nie spotkałyśmy się twarzą w twarz. Końcówka mrocznych lat 80. była w nauce polskiej pełna światła i energii. Nie miałam zostać naukowcem – ani nikt z mojej rodziny sobie tego nie życzył, ani ja nie miałam takich planów. Ale tak się stało, że wskoczyłam w naukę i nie miało to nic wspólnego z wyborem. Gdzieś koło wiosny 1987 nagle zaczęliśmy, my studenci, masowo czytać i dyskutować. Wykładowcy zapraszali nas do swoich domów, a my wpadaliśmy do nich na pogaduszki o książkach, zapowiedziani lub nie, o różnych porach dnia i nie tylko. Moi koledzy prosto z imprezy w niedzielę rano, unosząc ze sobą nieświeży zapach i wymięte książki w kieszeni kożucha, jechali do jednego z naszych wykładowców, który otwierał im, zaspany, wciągał na piżamę sweter, sadzał w kuchni i kazał mówić cicho, bo dzieci i żona jeszcze śpią. Nastawiał czajnik i rozmawiali przy herbacie dotąd, aż rodzina nie upomniała się o przestrzeń. Gadało się o wszystkim: o polskich szefach, o przyszłości, o tym, jak zarządzać sprawiedliwie, co to jest dobro, czy można je zapewnić w organizacjach. Wykładowcy dawali nam swoje prywatne numery telefonów, a my wydzwanialiśmy na okrągło, zadając pytania o egzaminy, oczywiście, ale też o rolę naukowca we współczesnym świecie – robiliśmy to sami z siebie, z takiej głębokiej potrzeby, która pochodziła bardziej z trzewi, niż z rozumu. Dopadaliśmy ich pod uczelnią i pytaliśmy ni stąd ni zowąd o to, czym naprawdę jest  rzeczywistość społeczna i można ją zmienić na życzenie. Nasi wykładowcy nie żałowali nam czasu. Przychodzili do nas na imprezy. Włączali się do rozmów i sami je prowokowali. Dyskutowaliśmy o tym, czym jest uniwersytet i po co (domem dla bezdomnych myśli i pragnień), kim i po co jest student (mocą wyobraźni), czy na uniwersytecie można mieć różne zdania (mieliśmy). Przechodzili z nami na ty, oczywiście nie wszyscy, ale spora ich część. Pozwalali palić na zajęciach, sami palili – jedni papierosy, inni fajkę. Wywoływali nas do odpowiedzi bez skrępowania, a my bez skrępowania się z nimi nie zgadzaliśmy. Na przerwach nie dawaliśmy im żyć, zresztą oni nie wyglądali na takich, którzy mieliby szczególną ochotę istnieć z daleka od nas i od tych wszystkich dyskusji.

Tak było. Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki – pełnych wewnętrznego światła. Jeszcze do 1990 roku trwał ten festiwal, potem zaczął się osłabiać i rozmywać. Akademicy nie byli w stanie utrzymać się ze swoich pensji, więc jeździliśmy po całej Polsce z chałturami. Potem nagle okazało się, że można zarabiać prawdziwe pieniądze nie ruszając się z Warszawy, pod warunkiem, że przestanie się zadawać tyle pytań. Nadal czytano, choć coraz mniej, nadal, długo jeszcze, nie wypadało się przyznać, że się nie czyta. Ale było coraz mniej czasu, coraz mniej przestrzeni na rozmowy, sprzeciw i wspólne budowanie wiedzy. Potem duch zgasł, ale pozostało po nim to mrowienie w kościach. Dlatego nie wierzę, bo nie umiem, że tak musi być, że każdy kowalem swojego, że rankingi, parametryzacja, każdy sobie rzepkę.

Pracuję nad dwiema książkami o nadziei i organizacjach – jedną autorską, a drugą redagowaną wspólnie z kolegą, szwedzkim uczonym zajmującym się naukami organizacji i zarządzania, Danielem Ericssonem. W tej pierwszej szukam drzwi, które można by otworzyć na nowe organizacyjne przestrzenie, poza korporacje i świat, gdzie wszystko ma cenę, ale nic nie ma wartości. Robię to maniakalnie, na chybił trafił, stukam, dzwonię, pohukuję pod domem filozofii, poezji, sztuki, religii…  W drugiej zapraszamy z współredaktorem innych, którzy czują, że wiedzą, gdzie są takie drzwi i prosimy, by je spróbowali odemknąć, a jeśli trzeba – wyważyć. Zbieramy idee, teksty, obrazy, działania, które niosą nadzieję, która, jak wiadomo, nie ma z naiwnym optymizmem absolutnie nic wspólnego.

Nadzieja to przekonanie, że niezależnie od tego, co się wokół dzieje, od tego, jak bardzo zdaje się to być nieuniknione, wcale tak być nie musi i kiedyś nadejdą inne czasy. Nadzieja to niezgoda na to, co nieludzkie, odmowa akceptacji i normalizacji dominującego porządku, a w szczególności jego roszczeń do prawomocnego definiowania przyszłości. Czeski dramatopisarz i legenda obywatelskiego oporu, Vaclav Havel w rozmowie z Karelem Huizdala, opublikowanej w 1990 roku w książce „Disturbing the peace”, mówi, że nadzieja nie powinna być mylona z radością, iż sprawy układają się po naszej myśli lub inwestowaniem w inicjatywy „skazane na sukces”. Nadzieja to determinacja i praca nad czymś, co uważa się za dobre.  Im bardziej sytuacja wygląda na przegraną i niemożliwą, tym bardziej nadzieja równa się mocy widzenia, że coś ma sens, niezależnie od tego, czy przyniesie sukces czy porażkę, pochwały czy kary czy obojętność. Podobnie uważał Zygmunt Bauman, dodając, że dla osoby zajmującej się naukami społecznymi nadzieja to impuls i dążenie do tego, aby uczynić naszą planetę miejscem bardziej gościnnym dla życia. Nadzieja jest aktem radykalnym, bo jest nieśmiertelna i nie potrzebuje dowodów, które mają swoje korzenie w przeszłości. Czyni życie wartym życia.

Papież Franciszek często podkreśla tę radykalną, wręcz rewolucyjną rolę nadziei. Nadzieja nie polega na ignorowaniu powagi naszej sytuacji ani na nieświadomości tragedii naszych czasów. Jest to natomiast cnota serca, mówi papież, polegająca na niezamykaniu się w tej tragedii i jej mroku, ale też nieakceptowaniu jej jako normalności i konieczności, lecz zawsze na dążeniu do zobaczenia lepszej przyszłości. O ile nadzieja jest uczuciem jednostkowym, to gdy zbierze się razem kilka osób posiadających nadzieję, wówczas tworzy się „my”, które rozpoczyna rewolucję czułości.

Możliwe, że „nowe”, w które wierzę, przyjdzie za 10, 50, za 100 lat nawet. Tego nie wiem. Możliwe, że będę dalej zmuszona patrzeć, jak instytucje i wartości, które cenię i kocham, kruszą się i rozsypują w pył. Jednak mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, nie jest całą prawdą, ba, że to w ogóle nie jest prawda. Nawet jeśli wokół szaleją żywioły napełniające obawą i odrazą, to przecież to nie jest wszystko. Ta niezgoda, by przyjąć perspektywę mroku, to ziarnko życia – to nadzieja, którą tak bardzo warto przechować na lepsze czasy. Inny świat jest nie tylko możliwy, ale i sensowny. Takie przekonanie noszę w moich kościach, z gruntu rewolucyjne.

Papież mówi o rewolucji czułości. W badaniach Marii Daskalaki ludzie zdołowani spotykają się i czują nadzieję, i tak rodzi się działanie. Także my, pamiętający pierwszą Solidarność, doświadczyliśmy wszyscy ucieleśnionego, namacalnego znaczenia nadziei. Jest ono bliskie poczuciu, że coś jest prawdziwe – ta definicja prawdy wymyka się manipulacji i nie ma problemów z odróżnieniem jej od kłamstwa. W świecie ucieleśnionym „post-prawda” nie istnieje, jest zwykłą bzdurą. To poczucie troskliwości i tę czułość znaleźć można w spotkaniu, w przestrzeni, to ono zadomawia się w naszych kościach i daje nam siłę, by robić razem rzeczy zarazem oczywiste, jak niemożliwe. Tego nie osiągnie się przez internetowe dyskursy, memy i lajki. One mogą pomóc utrzymać kontakt, ale to nasze kości zajmują miejsce w przestrzeni i to łączy nas ze sobą więzią silniejszą, niż wszechmocny rozsądek beznadziei. Poeta Rainer Maria Rilke pisał, że przychodzimy na świat nieodwołanie, gdy raz się na nim pojawimy, nie ma odwrotu. Jeśli nic innego, to zostają po nas kości, całe lub w postaci popiołu, prochu.

prof. Monika Kostera

Nowa reprezentacja dla nowego świata pracy

Nowa reprezentacja dla nowego świata pracy

Oblicza pracy zmieniają się na naszych oczach. Istotną rolę odgrywają tutaj globalizacja, nowe technologie, przemiany demograficzne czy kulturowe. W jaki sposób zmienia się nasze rozumienie pracy, funkcjonowania jej rynku oraz interesów pracowniczych? Jak wygląda działalność związków zawodowych w XXI wieku? Jakiego typu wsparcia na rynku pracy w przyszłości potrzebować będą osoby pracujące? Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Europa? Dyskutowaliśmy na ten temat z szefem Niemieckiej Federacji Związków Zawodowych (DGB) – jednej z największych central związkowych na świecie – Reinerem Hoffmannem. Rozmawiał Roderick Kefferpütz.

***

Żyjemy w okresie gwałtownych zmian technologicznych. Cyfryzacja przewraca świat pracy do góry nogami. W jaki sposób powinno się zarządzać tą transformacją?

Reiner Hoffmann: Cyfryzacja jest istotną zmianą strukturalną, która przyczynić się może do istotnej redukcji ilości miejsc pracy. Jednocześnie trudno nam powiedzieć, ile miejsc pracy – a także w jakich sektorach – powstanie w jej wyniku. Dostosowanie się do zmiany technologicznej będzie procesem uczenia się na bazie nabywanych na bieżąco doświadczeń, tak jak to było z pierwszą, drugą i trzecią rewolucją przemysłową.

Wyzwaniem będzie zatem sprawienie, aby to ludzie – a nie jedynie możliwości techniczne czy technologiczne – byli punktem odniesienia dla tej transformacji. Nie będzie dla nas niczym korzystnym, jeśli kierować się przy niej będziemy wyłącznie kwestiami technologicznymi. Podejście do tematu, stawiające w centrum człowieka, pomoże nam uznać kluczową rolę systemu edukacyjnego i szkoleniowego.

Które mają pomóc nam odnaleźć się na zmieniającym się rynku pracy?

R. H.: Niegdyś szkolono nas do wykonywania jednego zawodu przez całe życie – scenariusz ten jest jednak od dawna nieaktualny. Już w latach 70. XX wieku w obrębie Międzynarodowej Organizacji Pracy dyskutowano o kwestii kształcenia przez całe życie – nadal jednak niewiele z ówczesnych propozycji zostało zrealizowanych w praktyce.

Jesteśmy dziś świadkami gwałtownego przyspieszenia. Popatrzmy na cykl innowacji technologicznych. Postęp, który niegdyś wymagał 15-20 lat, dziś osiągany jest w 6-9 miesięcy. Przyspieszenie to sprawia, że skróceniu ulega również okres ważności naszych podstawowych kwalifikacji.

Z powodu tych gwałtownych zmian pracownicy zmuszeni są do ciągłego sprawdzania swoich umiejętności oraz – w razie potrzeby – ich podnoszenia i aktualizacji, a tym samym do ciągłego uczenia się. Wymaga to z kolei zupełnie innych form kształcenia przez całe życie niż te, do których przywykliśmy. Edukacja jest jednym z naszych podstawowych praw i nie kończy się na zdobyciu pierwszej pracy i umiejętności zawodowych. Biorąc pod uwagę tempo dziejących się na naszych oczach innowacji, prawo to musi obejmować również kształcenie ustawiczne. Właśnie dlatego walczymy o jego realizację oraz zapewnienie jej stosownego finansowania.

Kto za to prawo do kształcenia ustawicznego powinien jednak płacić?

R. H.: Mamy tu do czynienia z nowym konfliktem wokół dystrybucji dóbr i usług. Widzimy ogromną potrzebę inwestycji w edukację. To zadanie zarówno dla społeczeństwa, jak i dla biznesu. Niemcy stać na takie inwestycje, jeśli finansowane one będą na przykład za pomocą bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego. Potrzebujemy również układów zbiorowych, takich jak ten zawarty niedawno przez IG Metall i jego pracowników, który dał im prawo (i odpowiednie możliwości) do łączenia elastycznej pracy z dalszym kształceniem.

Nie każdy jednak ma ochotę na naukę przez całe życie. Nie brak osób, które po 20-30 latach pracy nie za bardzo chcą zajmować się wymyślaniem siebie na nowo.

R. H.: Edukacja powinna być czymś przyjemnym – trudno zmuszać ludzi do czegokolwiek. Nasze systemy edukacyjne nie są jednak niestety stworzone w ten sposób. Nie pobudzają ciekawości, a korzystanie z nich nie sprawia przyjemności. Mnóstwo ludzi nie postrzega kształcenia jako szansy, lecz jako kolejną formę wywierania na nich presji. Boją się, że nie będą w stanie nadążyć za zmianami i pozostaną w tyle. Tego typu motywacja nie może jednak na dłuższą metę napędzać systemu edukacyjnego. Z tego też powodu istnieje pilna potrzeba jego zmiany. Musi on motywować ludzi do powrotu do kształcenia – motywować, a nie zmuszać. Ktoś, kto uczy się, bo musi, a nie dlatego, że chce, nie nauczy się niczego.

Jakie szanse i wyzwania niesie dla pracowników zmiana technologiczna?

R. H.: Przede wszystkim musimy aktywnie kształtować tę zmianę, by móc korzystać z okazji, jakie się z nią wiążą oraz minimalizować towarzyszące jej ryzyka.

Cyfryzacja bez wątpienia oferuje nam szereg możliwości. Nowe technologie przyczynić się mogą do zmniejszenia tradycyjnych niedogodności miejsca pracy, takich jak kurz, hałas czy konieczność przenoszenia ciężarów. Jednocześnie jednak pojawiają się nowe obciążenia, takie jak ciągła dostępność i związane z nią zatarcie granic czasowych i przestrzennych między pracą a czasem wolnym. Praca zdalna może nieco pomagać, ale otrzymywanie e-maili w środku nocy potrafi być stresujące. Opracowany przez nasz związek Indeks Dobrej Pracy wskazuje, że nie brak ludzi cierpiących z powodu rozmycia się podziału na czas pracy i odpoczynku, jak również wzrostu intensywności oraz kontroli w miejscach pracy. Są to zupełnie nowe wyzwania dla pracowników – również z perspektywy bezpieczeństwa i higieny ich pracy.

Potrzebna jest nam zatem aktualizacja przepisów dotyczących BHP. Od dłuższego czasu domagaliśmy się regulacji dotyczących walki ze stresem, który wyznaczał katalog czynników stresogennych. Potrzebujemy jasnych reguł dotyczących pracy w świecie cyfrowym – począwszy od „prawa do bycia odłączonym” aż po rzetelne rejestrowanie czasu pracy. Osoby pracujące muszą mieć prawo decydować, kiedy chcą wyłączyć swoje służbowe komórki i komputery, a jeśli nadal mają sprawdzać e-maile wieczorami, muszą otrzymywać za to wynagrodzenie.

Transformacji technologicznej towarzyszą zmiany kulturowe. Zmianie ulega sposób, w jaki myślimy o pracy. Dla niektórych jest ona sposobem zarabiania na życie, dla niektórych stanowi fundament ich tożsamości i sensu życia. Czy mamy do czynienia z rosnącą przepaścią wewnątrz świata pracy na tych, którzy pracują, by żyć a tymi, którzy żyją, aby pracować?

R. H.: Zmieniające się podejście, o którym wspominasz, jest szczególnie zauważalne wśród młodych, mających wobec pracy zupełnie inne oczekiwania. Zmiana nastawienia ma również coś wspólnego z dobrobytem. Ludzie mogą korzystać z zalet elastycznych warunków pracy – o ile ich potrzeby materialne pozostają zaspokojone na przyzwoitym poziomie. To pierwsza zmiana. Inną jest fakt, że ludzie śmielej przyznają się do tego, że chcą się skupić na swoich rodzinach, więcej podróżować czy inwestować w samorozwój, nie czekając na przejście na emeryturę.

Mimo wszystkich tych przemian jeden fakt pozostaje niezmienny – to praca jest podstawą reprodukcji i spójności społecznej, a także naszych dochodów. Jest czymś więcej niż tylko pozyskiwaniem środków na życie. Ma ona również rys integracyjny – zapewnia bowiem uczestnictwo osoby pracującej w życiu społecznym, co potrzebuje rzecz jasna dodatkowych gwarancji. Społeczna rola pracy jest powodem, dla którego sprzeciwiam się bezwarunkowemu dochodowi podstawowemu, który marginalizuje, stygmatyzuje i wyklucza ludzi.

Tyle że świat pracy jest coraz bardziej pokawałkowany. Zmieniają się systemy wartości funkcjonujących w nim osób, pojawiają się nowe formy zatrudnienia, a interesy poszczególnych graczy coraz bardziej się od siebie różnią. Czy praca pozostaje zatem odpowiednią przestrzenią mobilizacji politycznej? Czy związki zawodowe są w stanie pogodzić te różnice?

R. H.: Jako organizacja reprezentująca interesy grupowe nie mamy wyjścia. Jesteśmy instytucją, która jest w stanie działać tylko wtedy, kiedy jej członkowie solidarnie ze sobą współdziałają.

Jednym ze stojących przed nami wyzwań jest rosnąca indywidualizacja oraz różnorodność stylów życia. Nie ma już jak niegdyś poczucia wspólnego interesu, który podzielany jest przez wszystkich pracowników. Wyższe płace były przed laty kluczowe dla każdej i każdego. Nikt nie miał ochoty umrzeć z głodu czy zapracować się na śmierć. Istnienie kolektywnego interesu umożliwiało kolektywne działanie.

Interesy pracowników są dziś znacznie bardziej zróżnicowane. Musimy radzić sobie z tą różnorodnością w konstruktywny i produktywny sposób. Ludzie oczekują dziś prawa do indywidualnych wyborów oraz dostosowanych do nich możliwości. Nie chcą jednakowych rozwiązań, ale pomysłów dostosowanych do zróżnicowanych sytuacji życiowych. Staramy się realizować tę potrzebę w ramach układów zbiorowych.

Może Pan podać przykład?

R. H.: Po ostatniej rundzie negocjacyjnej w Związku Pracowników Sektora Kolejowego i Transportu (EVG) zdecydowano się dać wybór samym pracownikom. Na drugim etapie podwyżki płac każdy z pracowników mógł wybrać między podwyżką pensji o 2,4%, dodatkowymi sześcioma dniami urlopu oraz krótszym tygodniem pracy. 56% postawiło na większą ilość dni urlopowych, a 42% na wyższe płace.

Tego typu rozwiązania nie wyczerpują jednak tematu. Potrzebujemy nowych definicji tego, kim są pracownik i pracodawca. W przypadku gospodarki cyfrowej firmy tworzące platformy, takie jak Helping, Uber czy Lieferando nie uważają się za pracodawców, lecz jedynie pośredników łączących ze sobą osoby samozatrudnione z ich klientami. Nie mają one ochoty brać na siebie obowiązków pracodawców.

Jest jednak jasne, że korzystający z Ubera kierowca nie jest samozatrudniony. Nie może on wpływać na wysokość taryfy. Gdyby rzeczywiście był on własną firmą, powinien móc decydować o tym, ile zażyczy sobie za kurs z punktu A do punktu B. Nie ma jednak takiej opcji – pełną kontrolę ma tu bowiem Uber. Potrąca on z jego konta 20% kwoty uzyskanej dzięki przewiezieniu klienta. To przecież typowa relacja pracownik-pracodawca. Dostawcy platform nie mają ochoty przyznać, że nie płacą za nich podatków, nie odprowadzają składek i nie gwarantują odpowiedniego wynagrodzenia.

Jak możemy sobie poradzić z tym wyzwaniem?

R. H.: Dyskutujemy z Komisją Europejską o nowych definicjach pracodawcy i pracownika, które uściślą ich prawa oraz obowiązki. Jako że opierające się na platformach cyfrowych usługi świadczone są już na całym świecie, nie będą tu już wystarczyły regulacje na szczeblu krajowym. Poziom europejski jest tu bardziej adekwatny, choć tak naprawdę na dłuższą metę potrzebne będą globalne reguły.

Mówiąc o poziomie europejskim muszę spytać, czy inne europejskiej centrale związkowe podzielają wasze podejście do przyszłego kształtu świata pracy? Czy widoczna jest jakaś wspólna wizja, czy może pomysły są tu zupełnie inne?

R. H.: Europejskie związki zawodowe dzielą ze sobą szereg idei, tyle że konteksty, w których działają, bardzo się od siebie różnią. Na południu kontynentu, zmagającym się z bardzo wysokim poziomem bezrobocia, podejście do tego typu kwestii może być diametralnie różne. Widać jednak pewne punkty styczne.

Gwałtowne przemiany, jakie zachodzą w ramach świata pracy z powodu cyfryzacji i globalizacji, zaczynają rozmontowywać najróżniejsze bariery. Ludzie – niezależnie od współrzędnych geograficznych, specyfiki oraz warunków panujących w poszczególnych państwach – odczuwają rosnącą niepewność. Zadają sobie pytania o to, czy naprawdę muszą rozpoczynać kolejny kurs edukacyjny w wieku 60 lat, czy może uda im się jeszcze dotrwać do wieku emerytalnego w dotychczasowej pracy. Spora część z nich nie myśli tylko o sobie, ale też o swoich dzieciach i wnukach, zastanawiając się nad dostępnymi dla nich w przyszłości opcjami zawodowymi. Pojawia się zwątpienie w dotychczasową obietnicę dobrobytu i w to, że pewnego dnia nasze dzieci będą sobie radzić lepiej niż my sami.

Ta postępująca utrata kontroli prowadzi do kryzysu wiary w istniejące instytucje polityczne. Ludzie nie wierzą, że będą one w stanie odpowiedzieć na te zmiany. Oznacza to również ich zwrot w kierunku prawicowych populistów oraz oferowanych przez nich prostych rozwiązań. Protekcjonizm, rasizm i wykluczanie ze społeczności nie są jednak żadnym rozwiązaniem – są za to kolejnym niebezpieczeństwem. Związki zawodowe, dla których kosmopolityzm oraz antyrasizm stanowią istotne wartości, muszą odpowiedzieć i na to wyzwanie. Pracownicy domagają się nowych źródeł poczucia bezpieczeństwa oraz sieci zabezpieczeń, na których mogą polegać w miejscach pracy oraz w życiu prywatnym.

Jaką rolę w tworzeniu tego typu sieci może odegrać Unia Europejska?

R. H.: Kluczową rolę może tu odegrać Europejski Filar Praw Socjalnych [Europejski Filar Praw Socjalnych jest zestawem składającym się z 20 zasad, co do realizacji których w roku 2017 porozumiała się Komisja Europejska oraz państwa członkowskie – przyp. redakcji]. Aby tak się stało, musimy pójść dalej niż tylko utrzymywać status quo w zakresie standardów społecznych, które obowiązywało przez ostatnie sześć dekad. Potrzebujemy więcej i lepszych rozwiązań na rynku pracy oraz w polityce socjalnej. Równanie w dół z płacami, osiągnięciami społecznymi czy długością czasu pracy nie jest adekwatną odpowiedzią na globalizację i cyfryzację – ani pod względem ekonomicznym, ani społecznym. Filar Praw Socjalnych tworzy tu wielką szansę, możliwą między innymi dzięki działaniom Komisji Europejskiej. Istotną kwestią jest to, w jaki sposób będą go wcielać w życie państwa członkowskie. W odpowiedzi na to wyzwanie KE musi w najbliższych latach skupić się na ustalaniu zestawu prawdziwie europejskich standardów.

Postępowe siły społeczne – tak partie polityczne, jak i związki zawodowe – muszą wspólnymi siłami kierować walką na rzecz solidarnej Europy. Musimy dawać odpowiedzi na wyzwania, które sięgają daleko poza utrzymanie status quo. Celem musi być możliwość kształtowania modernizacji – od infrastruktury umożliwiającej europejską transformację energetyczną aż po godną pracę.

Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.