przez dr hab. Jakub Brdulak | czwartek 2 lipca 2020 | opinie
Dzisiejsze zarządzanie przeżywa szereg wstrząsów. Okazuje się, że dotychczasowy paradygmat oparty na stałym wzroście jest ślepą uliczką. Prawdę mówiąc, opieranie się na założeniu, że wzrost jest nieskończony i jest jedynym celem organizacji, jest dość niemądre – wszakże nikt nie jest w stanie ciągle się rozwijać. W typowym paradygmacie zarządzania rozwój następuje poprzez wzrost przychodów lub redukcję kosztów, ale przecież nie możemy tego robić w nieskończoność. Jednocześnie można sobie zadać pytanie, czy nieustanny wzrost i rozwój mają sens. Czy dają one poczucie szczęścia swoim pracownikom? I po co w ogóle jest zarządzanie i organizacja?
Niniejszy artykuł jest efektem dyskusji przeprowadzonej razem ze studentami na temat artykułu prof. Moniki Kostery („Syzyf, twój brat”) w ramach przedmiotu „Teoria Zarządzania” realizowanego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie na studiach magisterskich. Zadanie, przed którym stanęli studenci, było proste i sprowadzało się do przeczytania artykułu prof. Kostery oraz sformułowania dwóch rekomendacji dla swojego potencjalnego przełożonego w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi.
Rezultaty ćwiczenia dały dużo do myślenia. Tytułowy Syzyf wywołał lawinę komentarzy młodego pokolenia na temat jakości środowiska pracy, w którym przyszło nam stawiać pierwsze kroki. W pogoni za być może utopijną wizją, jaką tworzymy wokół pracy zawodowej, zderzamy się z rzeczywistością, która potrafi nas zaskoczyć – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Wynikało z nich, że studenci po prostu chcą pracować w organizacjach, w których ich praca będzie miała sens. Czy chcą cały czas piąć się w górę po szczeblach kariery i maksymalizować zyski? Niekoniecznie. Kwestie odnoszenia satysfakcji z pracy, uczciwego traktowania i możliwości nauki oraz jednoczesnego rozwoju są dla nich kluczowe. Czy to jest postawa roszczeniowa, tak często wskazywana jako jedna z cech obecnych millennialsów?
Można spróbować samemu sobie odpowiedzieć, zadając następujące pytania: Czy pracując zastanawiam się jaki w ogóle jest sens mojej pracy? Czy mam możliwości rozwoju i czuję się doceniony? Czy jestem zaangażowany w swoją pracę i czuję, że przyczyniam się do sukcesu swojej organizacji? Jeśli, na któreś z pytań padła odpowiedź „nie”, to może też reprezentuję „postawę roszczeniową”?
W procesie uczenia się, za Alanem Mumfordem i Peterem Honeyem, wyróżnia się cztery fazy: teorię, która odpowiada na pytanie „co?”; pragmatykę odpowiadającą na pytanie „po co?”; empirię – „jak?” oraz analizę „dlaczego?”. Mumford i Honey twierdzą, że nie da się niczego nauczyć, jeśli nie przejdziemy tych czterech faz. Tak samo organizacja nie jest w stanie się uczyć, jeśli nie podchodzi refleksyjnie do swoich aktywności – wskazał to Peter Senge w swojej koncepcji „organizacji uczącej się”, gdzie zaproponował dwie pętle uczenia się. Jedna sprowadzająca się do gaszenia powstałych pożarów i drugą refleksyjną, mającą zapobiegać pożarom. Można powiedzieć, że w takiej organizacji wzrost i maksymalizacja zysków nie jest ostatecznym i jedynym wskaźnikiem sukcesu. Ten sukces wynika z dyskusji z osobami, które tworzą tę organizację. Warto zapoznać się z mądrym spojrzeniem młodych ludzi na zarządzanie i dowiedzieć się, czym jest dla nich praca z sensem.
Głosy studentów skupiły się przede wszystkim na dwóch aspektach: poczuciu sensu wykonywanej pracy oraz możliwości rozwoju. U źródła alienacji pracowników leżą takie kwestie, jak brak poczucia sensu pracy, przynależności do organizacji i możliwości samorozwoju. Wkraczając na rynek pracy z nadzieją, że za kilka lat studenci będą czuć satysfakcję z wyboru ścieżki zawodowej, chcą od pierwszych dni stać się integralną częścią organizacji. Zachłystują się własnymi oczekiwaniami wobec pracodawcy i są roszczeniowi czy może prezentują inną perspektywę hierarchii wartości i tyko chcą zwrócić uwagę pracodawców na ogniska zapalne, które rozgrzewają ich do czerwoności? Warto zaznaczyć, że celem millennialsów nie jest przeważnie wzniecanie pożarów, a jedynie podniesienie alarmu. Robią to przeważnie w sposób dość bezpośredni, co starsze pokolenia odbierają jako zamach na dotychczasowe status quo. Z tym że intencje są jak najbardziej pozytywne.
Zacznijmy od kwestii poczucia sensu oraz istotności pracy. Każdy pracownik, aby działał efektywnie, potrzebuje motywacji i musi on widzieć jej sens i znaczenie, a także późniejsze efekty (poniżej zawarte cytaty są wypowiedziami studentów, które powstały w ramach ćwiczenia analizującego artykuł profesor Moniki Kostery). Stając się częścią wspólnego projektu powinniśmy mieć szansę na poznanie kluczowych kwestii związanych z wykonywaną pracą oraz wpływu na finalny produkt, który powstanie, ponieważ bez tego czujemy się jak maszyna, którą ktoś postanowił zaprogramować, aby wykonać konkretne zadanie od A do Z bez zadawania pytań. Poznając cel wykonywanej pracy, łatwiej jest się zaangażować i współistnieć jako jeden organizm, który zgodnie dąży do celu, a wszystkie jego elementy tworzą spójną całość. Wiedza, że nasze działania przyczyniają się do sukcesu firmy jest ważnym aspektem dla pracownika. Powszechne są jednak opinie, że w niektórych środowiskach pracowniczych panuje przyzwolenie i cicha afirmacja na zachowanie okazujące dezaprobatę bądź brak przywiązania i poczucia odpowiedzialności za firmę, w której się pracuje. Brak poczucia sensu pracy skutecznie zniechęca pracownika, u którego prędzej czy później pojawi się wypalenie, do podejmowania odpowiedzialności, dlatego tak istotne z punktu widzenia młodego pokolenia wydaje się poznanie sensu swojej pracy i jej dalszych efektów. Bycie odosobnionym elementem całej organizacji i brak identyfikacji z wizją i celami firmy powoduje, że nie wykorzystamy potencjału i umiejętności.
Drugim i równie ważnym aspektem jest możliwość rozwoju. Zaczynając pracę i poznając jej wymogi chcemy dać z siebie możliwie jak najwięcej, wykorzystując i rozwijając swoje kompetencje. W procesie samodoskonalenia niezbędna jest motywacja ze strony pracodawcy, która wspiera zaangażowanie i dążenia pracownika do rozwijania umiejętności. Trafiając do korporacji, w których dumnie brzmią takie hasła jak „ścieżka rozwoju”, liczymy na to, że nie są to tylko puste frazesy. Aspiracje młodego pokolenia nie kończą się tylko na podjęciu pracy pod szyldem nowoczesnej organizacji przyjaznej pracownikowi, lecz opierają się na głębokiej nadziei dotyczącej możliwości poszerzenia kompetencji, które zostaną wykorzystane podczas pracy. Doświadczenie, o które tak usilnie zabiegają pracodawcy, a którym nie dysponuje osoba wchodząca na rynek pracy, powinno być w tym przypadku zastąpione taką cechą jak ambicja i chęć samorozwoju. Kiedy pracownik otrzymuje szansę „wykazania się” i ma większą swobodę działania, jest bardziej zmotywowany, a jego czyny wynikają w większym stopniu z własnej inicjatywy, aniżeli pracowniczego obowiązku. W ten sposób pracownicy wkładają w swoje działania więcej serca i przekonania, czują się związani z efektami swojej pracy, gdyż są one stricte powiązane z ich osobą, dzięki czemu przełożeni mają pewność, iż nie będą oni działać wbrew interesom przedsiębiorstwa. Dodatkowo, co niezwykle ważne, pracownicy czują też, że ich przełożeni ufają im i wierzą w ich umiejętności.
Niejednokrotnie spotykamy się z opinią, że ścieżka rozwoju pracowników powinna być odpowiednio dostosowana do stanowisk oraz indywidualnych potrzeb zainteresowanych. Organizacja powinna sprzyjać różnorodności pracowników oraz wspierać rozwój ich talentów. Ważna jest kultura oraz środowisko pracy, które sprzyjają poszerzeniu umiejętności oraz kwalifikacji pracowników. Częste promowanie odpowiedzialnych wartości sprzyja przyjmowaniu i stosowaniu ich przez pracowników. Istnieje silne przekonanie, że dla pracownika ważne jest poczucie odpowiedzialności za swoje czyny, a ponadto chce on czuć, że jego pomysły i idee realnie wpływają na rzeczywistość. Praca staje się pewnego rodzaju misją w życiu pracownika, dzięki czemu nie jest on nastawiony tylko na mierzalne efekty, ale również na zmienianie, ulepszanie świata. W oczach młodego pokolenia interesująca wydaje się uwaga o możliwości samodzielnej organizacji czasu pracy i przydzielonych zadań, a firma powinna stwarzać przestrzeń umożliwiającą dyskusję i ocenę tworzonych rozwiązań we współpracy z innymi pracownikami.
W celu skonfrontowania głosu i zdań naszych rówieśników, przeprowadziliśmy rozmowy z dwiema absolwentkami SGH, które ukończyły naszą Alma Mater kilka lat temu i mają już doświadczenie nabyte podczas pracy w różnorodnych środowiskach. Aby spojrzeć szerzej na poruszony problem udało nam się dotrzeć między innymi do osoby, która obecnie pracuje za granicą – w Stanach Zjednoczonych.
Pierwszą osobą z którą rozmawialiśmy, była Kalina, która opuściła progi uczelni w 2016 roku. Wspominając swoje wstępne doświadczenia zawodowe, które zdobywała podczas pracy w jednym ze start-upów, jedną z rzeczy, na które zwraca uwagę, jest fakt, iż realne obowiązki, które wykonywała w pracy różniły się od tego, co przeczytała w ogłoszeniu, aplikując na ofertę pracodawcy. Co istotne, nie traktuje ona tego jako czegoś negatywnego, choć w jej przypadku obowiązków było więcej, niż się spodziewała. Na początku kariery takie wyzwanie może być traktowane pozytywnie, gdyż pomaga poznać swoje preferencje, sprawdzić się w różnych zadaniach i uświadomić sobie, co lubimy robić, a czego nie. Kalina przy okazji zaznacza, że całość odbywała się w dobrej atmosferze, nie występowało uczucie zarzucenia obowiązkami zepchniętymi na praktykanta. Dobra atmosfera jest konieczna, aby radzić sobie z dużym obciążeniem. Według Kaliny, jest to nieporównywalnie lepsza sytuacja od takiej, gdzie głównym obowiązkiem praktykanta jest przysłowiowe parzenie kawy.
Kalina od niedawna ma możliwość pracowania w Stanach Zjednoczonych, w dużej korporacji. Zapytana o kulturę pracy w organizacji zwraca uwagę na jedną istotną różnicę w porównaniu z Polską: ludzie są bardziej otwarci i skorzy do współpracy, co pomaga zaaklimatyzować się młodemu pracownikowi w nowym środowisku. Na uwagę zasługuje fakt, iż Kalina swoją pracę za granicą dostała u tego samego pracodawcy, u którego odbywała dwa lata wcześniej program menedżerski dla absolwentów. Pokazuje to, że polityka otwartych drzwi wobec byłych pracowników popłaca i warto doceniać młodych na rynku pracy, gdyż w dynamicznie zmieniającym się środowisku nigdy nie wiadomo jak potoczy się życie i czy droga kariery nie zatoczy koła. Szalenie istotnym aspektem z punktu widzenia motywacji młodego pracownika jest świadomość tego, co robi, jaki jest cel jego pracy i jak istotny jest wkład w całość projektu. Brak tego czynnika może być demotywujący. Aby temu zapobiec, pracodawcy powinno zależeć na tym, żeby przy wdrożeniu i podczas wykonywania pracy nie pomijać przedstawienia sensu i powodu wykonywanych czynności.
Podczas drugiej naszej rozmowy z Agnieszką, która ukończyła studia w 2013 roku, poruszona została kwestia kształtowania się etyki pracy młodego pracownika bez wcześniejszych doświadczeń. Pierwsze spotkanie z pracodawcą i odczucia wyniesione z debiutu na rynku pracy mogą rzutować na dalszą karierę i rozwój myślenia młodego człowieka, dlatego tak istotne jest otoczenie początkującego pewnym parasolem bezpieczeństwa, danie mu możliwość przekonania się o własnych preferencjach, co umożliwi mu wszechstronny rozwój. To prawda, że młody pracownik jest zazwyczaj inwestycją i aby go utrzymać, trzeba poświęcić mu nieco więcej czasu i uwagi. Jeśli taka osoba nie będzie traktowana jako tańszy i mniej wydajny zamiennik pełnoprawnego pracownika, organizacja będzie długoterminowo czerpać z takiej osoby wymierne korzyści. Powierzanie kreatywnych zadań i rozdzielenie odpowiedzialności jest znakomitym narzędziem szkolenia i rozwoju, po który pracodawcy powinni sięgać.
Aby utrzymywać wysoką kulturę na rynku pracy, w relacjach z pracodawcą i pracownikiem ważna jest transparentność od pierwszego etapu rekrutacji, czyli oferty pracy. Siedziba w domu na Saskiej Kępie z ogrodem czy regularna dostawa cytrusów nie powinny być głównymi elementami zachęcającymi do aplikowania. Transparentność i prawdomówność w zakresie pokazywania przyszłych obowiązków i zadań powinna być pierwszym i najważniejszym przykazaniem dla rekrutujących. To prosta droga do oszczędzania czasu obydwu stron procesu rekrutacyjnego, sprawia, że zwiększa się szansa pozyskania właściwego kandydata, który już na początkowym etapie odpowie sobie na pytanie, czy chce wykonywać zaprezentowane zadania, a tym samym nie zostanie rozczarowany na wstępie i zostanie w ostatecznym rozrachunku w firmie na dłużej
Agnieszka, posiadając obecnie doświadczenia z pracy w korporacji, zwraca uwagę na istotną rolę działów HR, które powinny być wsparciem i umożliwiać zgłoszenie problemu, który w pracy może każdego dotknąć. Przy zachowaniu anonimowości może być to niezbędny środek, który zapewni pracownikowi poczucie, że w razie problemów ma się do kogo zgłosić i nie zostanie osamotniony w gąszczu powiązań, układów i znajomości.
Czy powyższe oczekiwania i doświadczenia zarówno obecnych studentów, jak i absolwentów, sprowadzają się do oczekiwań finansowych, często powiązanych z orientacją organizacji na ciągły wzrost? Niekoniecznie, kwestie finansowe są oczywiście bardzo ważne, ale to, czego oczekuje młoda osoba wchodząca na rynek pracy, to transparentność, podmiotowe traktowanie oraz funkcjonowanie w środowisku, gdzie błędy są dozwolone, ale wyciąga się z nich wnioski. Ważna jest etyka, rzeczywiste kompetencje oraz dobra atmosfera w pracy.
Może więc ta narracja o roszczeniowości millennialsów wynika z tego, że starsze pokolenie czasami nie jest w stanie sprostać tak podstawowym wymaganiom? A być może nie ma w rzeczywistości napięcia pomiędzy młodym a starszym pokoleniem, lecz konflikt występuje, gdy przełożeni traktują pracowników przedmiotowo? Przecież formalne zwierzchnictwo to po prostu odpowiedzialność za innych niezależnie od tego, czy ma się pod opieką millennialsów, czy starsze lub młodsze osoby. I o tym warto pamiętać w zarządzaniu…
Jakub Brdulak, Natalia Chlebowska, Hubert Mazurczak
przez Jarosław Niemiec | środa 1 lipca 2020 | opinie
Pusty śmiech ogarnia umiarkowanie zorientowanego w polityce człowieka, kiedy słyszy, że utrwalacze systemu neoliberalnego, z Kukizem i turboliberałami z obecnej Konfederacji na czele, ogłaszają się siłami antysystemowymi. Tacy oni antysystemowi jak hunwejbini Mao Tse-Tunga i komsomołcy pana z wąsem. Jedyną i kto wie czy nie ostatnią w Polsce siłą zdolną do zakwestionowania reguły neoliberalnej ekonomii są górnicy. Albowiem transformacja energetyczna, żeby była sprawiedliwa, musi być antysystemowa.
Już pobieżny przegląd sytuacji polskiego górnictwa skłania do sformułowania powyższego wniosku. Jeden po drugim opadają mity i rozwiewają się złudzenia, nawet u największych zwolenników wygaszania górnictwa, że da się to zrobić szybko i bezproblemowo, a kiedy to już się stanie, nasza planeta się zazieleni. Trwa ekonomiczna wojna o energię i nikt nie bierze jeńców. Niemcy bezwzględnie wykorzystują swoją przewagę i zaawansowanie technologiczne, eksportując energię, którą uzyskują nie tylko z OZE, ale również z energetyki węglowej. Rosja ani myśli ograniczać eksportu węgla, gdyż ma odbiorców właśnie w krajach UE, które póki co również węglem stabilizują system energetyczny. Natomiast polska energetyka oparta jest głównie na węglu i zanim to się zmieni, długo jeszcze będzie skazana na import albo energii, albo samego surowca, o ile zamknie kopalnie. Koszty społeczne łatwo przewidzieć, bo już dwie akcje wygaszania kopalń przeszliśmy i wszyscy pamiętają wałbrzyskie biedaszyby i słynne odprawy dla górników wypłacone przez rząd Buzka/Balcerowicza, po których pozostało tylko nakręcić serial reportażowy „Serce z węgla”, w którym dobitnie pokazano, jak ta liberalna reforma degradowała ludzi i region. Dziś jedynym ratunkiem przed utratą suwerenności energetycznej i katastrofą społeczną jest objęcie centralnym planowaniem przez państwo całego sektora, co samo w sobie jest naruszeniem dogmatów nie tylko doktryny liberalnej, ale przede wszystkim oznacza bardzo głęboką ingerencję państwa w rynek, co jest działaniem wbrew obowiązującemu systemowi gospodarczemu. Górnicy domagający się od rządu długoletniego planu dla swojego sektora i udziału państwa w transformacji energetycznej, mimo woli podejmują działanie antysystemowe.
W światowej debacie funkcjonuje koncepcja Nowego Zielonego Ładu, która jest absolutnie odmienna od tego, co mówi na ten temat główny nurt opinii publicznej. Jej podstawowe założenia to nacjonalizacja paliw kopalnych i transformacja dokonywana rękami pracowników branży energetycznej i wydobywczej. Na pierwszy rzut oka widać jak daleka jest ta wizja od tego, co głoszą nawet najbardziej „postępowi i prospołeczni” politycy w Polsce. Ba! To w ogóle zapewne nie mieści się w ich aparacie pojęciowym. Najbardziej znaną orędowniczką tego rozwiązania jest amerykańska kongreswoman Alexandria Ocasio-Cortez, która z powodzeniem znajduje zwolenników dla tej koncepcji nawet w tak ultraliberalnym kraju jak USA. Koncepcję tę wspierają związkowcy z USA i Niemiec, którzy widzą w tym planie okazję zmiany stosunków ekonomicznych. Między innymi to jest powodem spowalniania i blokowania pewnych zmian, które z powodzeniem można wdrażać ku pożytkowi społecznemu i z korzyścią dla klimatu. Wiadomo, że wymagałoby to planu w skali globalnej, zapewne z koniecznością subwencji dla krajów posiadających bogate zasoby przyrodnicze, głownie wielkie obszary dżungli, która powinna stanowić tzw. płuca świata. W takim układzie kraje przemysłowe winny płacić tym krajom subwencje pozwalające na zaniechanie produkcji przemysłowej, właśnie w zamian za ochronę wspólnych dóbr przyrody nieodzownych wszystkim mieszkańcom globu. Bez tego typu rozwiązań transformacja nie ma sensu.
Niestety wymaga to nowego podziału bogactwa i tak jak w przypadku dopuszczenia pracowników energetyki i górnictwa narusza bilionowe interesy gigantów finansowych. Dlaczego transformacja energetyczna idzie tak opornie i wzbudza więcej obaw niż nadziei, wyjaśnia Tomasz Figura w tekście „Wiele twarzy Nowego Zielonego Ładu”: „Każdemu Polakowi czytającemu o »transformacji« powinna zapalić się czerwona lampka. »Zmiana paradygmatu energetycznego« to świetna okazja, by pozbawić ludzi pracy. Dlaczego ktoś miałby chcieć to zrobić? Górnicy to niewygodna dla kapitalistów grupa, ponieważ jest ona dobrze zorganizowana. Masowe zwolnienia sprawiłyby zaś, że gospodarka stałaby się »zdrowsza«, co w ekonomicznej nowomowie oznacza, że łatwiej będzie obniżać pensje. Najgorsze, co może przytrafić się rachubom kapitalistów, to zwrot samych górników w stronę zielonej transformacji, w której zagwarantują oni sobie korzystny udział”.
Póki co kolejnym rządom wygodniej jest zapewniać górników, że nie będzie zamykania kopalń, że węgiel jest „cud, miód, malina”, jednocześnie podpisując międzynarodowe porozumienia dotyczące odchodzenia od węgla, od czasu do czasu gasząc społeczny kryzys w górnictwie doraźnymi programami naprawczymi. Ta formuła już się jednak wyczerpała, a górnicze związki zawodowe już kilka miesięcy temu pozbyły się złudzeń i czekają na jasne deklaracje rządu, kto, ile i do kiedy ma fedrować oraz jakie będzie miejsce i rola górników w procesie transformacji energetycznej, co już się robi niebezpiecznie bliskie stanowisku zwolenników Nowego Zielonego Ładu.
Od czasu do czasu na spotkaniach w ramach tzw. dialogu społecznego strona rządowa jeszcze próbuje przerzucić odpowiedzialność na „zielonych”, kogokolwiek mają na myśli pod tym pojęciem, ale związkowcy coraz częściej kwitują to mniej więcej w stylu: „pretensje do garbatego, że ma dzieci proste”. Jasno już widać, że gdyby władze Polski odpowiednio wcześnie zagwarantowały odpowiedni udział OZE w krajowym miksie energetycznym, tak jak zrobili to swego czasu Niemcy, to nikt by nas nie zmuszał do importu energii, co z kolei zmusza nasze elektrownie węglowe do ograniczenia mocy. Węgiel nie jest odbierany i spalany, lecz zalega na zwałach. Natomiast Niemcy w najlepsze spalają importowany węgiel kamienny i własny węgiel brunatny w swoich jednostkach konwencjonalnych i sprzedają nadwyżki mocy, gdyż wykazują, że jest to moc pozyskana z OZE. W tej sytuacji polskie kopalnie muszą ograniczać wydobycie, a pozbawione dotacji zagrożone są po prostu zamykaniem, bo górnictwo, wbrew obiegowym opiniom, działa na zasadach rynkowych według kryterium rentowności.
Trzeba ponadto wziąć pod uwagę, że górnictwo poniosło znaczne koszty inwestycji, bo w tej branży przygotowanie wyrobiska do eksploatacji musi zaczynać się kilka miesięcy wcześnie. Wykonanie chodników do ściany, przecinki, instalacja sekcji, maszyn urabiających, odstawy itd., to wielkie przedsięwzięcia logistyczne i kosztuje grube miliony. Energetyka również poniosła spore koszty, które należy spisać na straty. Miliard złotych zainwestowane w nowy blok węglowy w elektrowni Ostrołęka wsiąkł jak krew w piach, gdyż inwestycję zatrzymano. Są to realne straty dla gospodarki narodowej i samej branży wynikające właśnie z braku spójnego planu i zabezpieczenia się Polski przed dumpingiem energetycznym, a jest on coraz bardziej bezwzględny. Import węgla, który wcześniej rozgrzewał emocje, specjalnie nikogo już nie przeraża, bo, co za niespodzianka, ceny krajowego węgla były przez ostatnie kilka lat niższe niż importowanego.
Kolejnym argumentem za zmianą paradygmatu ekonomicznego w kwestii górnictwa jest jego wpływ na otoczenie gospodarcze. Najostrożniejsze wyliczenia mówią o czterech miejscach pracy generowanych przez jedno stanowisko górnicze, co przy zagrożeniu zwolnieniem kilkudziesięciu tysięcy górników stwarza faktycznie zagrożenie dla ponad 100 pracowników i to nie w skali krajowej, co przy rozbiciu tej liczby na cały kraj dałoby jakąś możliwość wchłonięcia tych ludzi przez rynek pracy, ale w skali dwóch regionów – Śląska i Lubelszczyzny. To oczywiście stwarza zagrożenie degradacji przemysłowej tych obszarów, czego doświadczył region wałbrzyski 20 lat temu.
Górnicy ironizują, że w ministerialnych gabinetach niezbędne są egzorcyzmy, gdyż snuje się po nich jeszcze upiór Balcerowicza, a jest to jedna z niewielu zmór, jakie mogą przestraszyć tę raczej odważną grupę zawodową. Żądania, jakie formułują dziś górnicy w tej obawie, by Balcerowicz nie powtórzył się w ich branży, wykraczają znacznie poza ramy panujących zasad liberalnej wizji wolnego rynku i w znacznym stopniu oznaczają postulat centralnego planowania. Nie ma nic bardziej antysystemowego i wszelkie ruchy prospołeczne postulujące udział państwa w rynku i rozwój polityki społecznej muszą stanąć po stronie górników. Potem może już zabraknąć realnej siły, którą można wesprzeć i dokonać zmiany co najmniej w kierunku społecznej gospodarki rynkowej realizującej konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej.
Obronę konstytucji wypadałoby zaczynać krok po kroku od początku. Od tych dwóch wspomnianych artykułów, zanim pobiegniemy pod Sąd Najwyższy bronić nastego czy któregoś tam dziesiątego. Bo ludzie pozbawieni dochodów i zagrożeni biedą tam nie pobiegną. Zanim zacznie się bronić społeczeństwa obywatelskiego, trzeba je najpierw zbudować, a niewątpliwie upodmiotowienie górników i ich pełny udział w transformacji energetycznej jest krokiem w tę stronę i jest krokiem zdecydowanie antysystemowym. Z góry należy zaznaczyć, że jednorazowe odprawy w stylu „załóż firmę” nikogo nie interesują. Potrzebne są pomysły na przekształcenia gospodarcze regionów górniczych, z wystarczającą liczbą wysokiej jakości miejsc pracy, a nie kolejna armia nowych „przedsiębiorców” z pieniędzmi, za które można otworzyć najwyżej budę z kebabem.
Jarosław Niemiec
przez Tinkzorg.wordpress.com | wtorek 30 czerwca 2020 | opinie
***
„Socjalistyczni burżua chcą zachować warunki bytu nowoczesnego społeczeństwa bez wynikających stąd nieuchronnych walk i niebezpieczeństw. Chcą społeczeństwa obecnego bez rewolucjonizujących i rozkładających je czynników. Chcą burżuazji bez proletariatu. Burżuazja wyobraża sobie świat, w którym rządzi, oczywiście jako najlepszy ze światów. Burżuazyjny socjalizm rozwija to pocieszające wyobrażenie w mniej lub bardziej całkowity system. Kiedy wzywa on proletariat, by urzeczywistnił jego system i wkroczył do nowej Jerozolimy, to żąda w gruncie rzeczy tylko tego, by proletariat pozostał w dzisiejszym społeczeństwie, lecz wyzbył się swych nienawistnych o nim pojęć”.
Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej
„Długowłosi kaznodzieje przybywają co noc,
Próbują powiedzieć ci, co jest dobre, a co złe,
Ale zapytani o coś do jedzenia,
Odpowiedzą słodkimi głosami,
Będziesz jeść, przyjdzie taki czas,
W chwalebnej niebiańskiej krainie,
Pracujcie i módlcie się, żyjcie na sianie,
Dostaniecie ciasto gdy umrzecie, w niebie”.
Joe Hill, The Preacher and the Slave
Jak to często dziś bywa, widmo nawiedza wyobraźnię zachodniej lewicy. Widmo to najczęściej nazywane jest „strasseryzmem”, choć nosi także inne etykietki, takie jak „czerwonobrunatni” (redbrownism), „nazbole” (od „narodowych bolszewików”) czy też – bardziej nieporęcznie – jak „lewicowość Angeli Nagle”. Kiedy dołączyłem do lewicy na początku minionej dekady, te terminy nie funkcjonowały w znaczącej skali. Co do mnie i ludzi, których znałem, „strasserysta” był niezwykle niejasnym terminem używanym wyłącznie przez internetowych neonazistów w ich wąskich, wewnętrznych konfliktach. Nikt z nas nie zwracał uwagi ani na nich, ani na ich głupie ideologiczne totemy.
Na początku pierwszej dekady 2010 lewica, której byłem częścią, zaczęła znów odzyskiwać nadzieję, po okresie dezorientacji i utraty kierunku, który nastał wraz z upadkiem realnego socjalizmu. W latach długiej zimy lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, ludzie albo beznadziejnie i gorzko trzymali się proroctwa, które wszyscy inni odrzucili, albo próbowali znaleźć nowe tematy, które zastąpiłyby te, które przegrały. Aby wziąć za przykład moją rodzinną Szwecję, dwie z najbardziej istotnych spraw dotyczyły sprzeciwu wobec neonazistów i sprzeciwu wobec globalizacji. Zdarzały się zwycięstwa – a przynajmniej ludzie lubili tak sądzić – ale idea, by rzeczywiście przejąć władzę polityczną, była martwa. Lewica w większości zaakceptowała rolę społecznego sumienia liberalizmu, a w przypadku antyfaszyzmu uważała się za Batmana chroniącego miasto Gotham końca historii. Ulice triumfującego społeczeństwa liberalnego mogły być brudne, politycy skorumpowani i nie zasługujący na nic, ale antyfaszystowski Batman co noc wstawał z łóżka, by chronić głodnych i upadłych przed potworami czającymi się w ciemnościach. A przynajmniej lubił tak myśleć. Przez większość czasu po prostu siedział i pił piwo.
Ten okres polityczny i intelektualny już poważnie dogorywał, gdy dołączałem, tuż po wielkim kryzysie finansowym w 2008 roku. Kilka lat później ludzie już na serio otwarcie mówili o tym, jak to Marks miał rację, jak kapitalizm i neoliberalizm zawiodły i jak to lewica jest jedyną alternatywą wobec sił panujących. Poobijana i upokorzona, ale nie całkiem pokonana, z narzędziami i wolą powrotu do walki – tak widziała siebie samą lewica, kiedy do niej dołączyłem.
Wszystkie szczegółowe aspekty tej dekady wykraczają poza zakres tego eseju, ale można śmiało powiedzieć, że dziś lewica jest bardziej rozbita i politycznie dysfunkcjonalna niż w jakimkolwiek momencie od upadku Związku Radzieckiego. Właściwie można stwierdzić, że kryzys, który stoi dziś po stronie lewicy, jest poważniejszy niż kryzys z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. „Lewicowy populizm” jako model polityczny zawiódł. Jeremy Corbyn przewodniczył Partii Pracy w trakcie jej najgorszego wyniku wyborczego niemal od stulecia. „Moment Sandersa” przeminął i nigdzie nie ma widoków na kontynuacje tych nieudanych lewicowych projektów. Ten zmierzch jest prawdopodobnie ostateczny i nieodwracalny, ponieważ w przeciwieństwie do rozkładu z lat dziewięćdziesiątych, lewica nie notuje już znaczącego poparcia wśród klasy robotniczej. W rzeczy samej, wraz z każdym nowym „odrodzeniem lewicy” à la Corbyn ciągły odpływ poparcia klasy robotniczej tylko nabiera rozpędu. Towarzysz Bhaskar Sunkara z magazynu „Jacobin” promuje (nie)sławną AOC (Alexandrię Ocasio-Cortez) jako kolejną wielką kandydatkę prezydencką i nadzieję na globalny socjalizm, ale każdy z IQ gdzieś ponad poziomem topnienia wody – a przynajmniej każdy, kto nie ma gazety, którą desperacko próbuje ci sprzedać – wie, że to naprawdę desperacki odlot fantazji, która nigdy się nie spełni, nawet za milion lat.
Niejaki Marty McMarty ostatnio nagrał pewnego rodzaju post-mortem do kampanii Berniego Sandersa, który polecam wszystkim, którzy nie mieli okazji go przesłuchać, ponieważ odsłania większość głównych sprzeczności drążących lewicę. Zaznajomienie się z tego rodzaju analizą jak ta Marty’ego przyda się i tutaj, ponieważ celem tego eseju nie jest przedstawienie krytyki lewicy ani wyłożenie planu lewicy na pójście naprzód. Naszym celem jest, dla odmiany, wyjaśnienie, dlaczego lewica panikuje z powodu tego, co nazywa strasseryzmem, przedstawienie prawdziwej treści politycznej tego, co lewica nazywa strasseryzmem i wytłumaczenie, dlaczego lewica nie może go powstrzymać, ani uniknąć ostatecznego zgonu z naszej ręki, jej drogich przyjaciół i starych towarzyszy.
Zaczniemy od tego, co oczywiste. Strasseryzm tak naprawdę nie istnieje. Nikt nie czyta braci Strasserów, nie robią tego nawet neonaziści, którzy obrzucają się oskarżeniami o strasseryzm od dekad. Nikt poza Rosją – a zresztą, pod tym względem, nikt w Rosji – nie przejmuje się intelektualnym dorobkiem partii Narodowych Bolszewików, o ile taki dorobek udałoby się w ogóle wykazać. Powodem, dla którego współczesna lewica wyjęła ze śmietnika historii pojęcie strasseryzmu, jest to, że wspomniana lewica znajduje się obecnie w środku społecznej i politycznej paniki, a panika ta spełnia co najmniej dwie centralne funkcje. Po pierwsza, tego rodzaju paniki stanowią jeden ze sposobów, na jakie grupa wyznawców radzi sobie z sytuacją, w której jej proroctwo zawodzi. Dla lewicy jedyną rzeczą, którą zna, jest ciągła porażka. Jak w przypadku każdego kultu religijnego, niepowodzenie proroctw można odkupić jedynie poprzez przelanie krwi członków uznanych za zatruwających wiarę. Ceną spójności społecznej jest zwrot w stronę ciągłych czystek.
Po drugie, panika wokół strasseryzmu wyraża fundamentalną sprzeczność klasową, której lewica zupełnie nie potrafi rozwiązać. Ważne jest, żeby zrozumieć, iż sposób, w jaki ta sprzeczność klasowa jest opisywana, polega na tym, że prawie wszyscy zgadzają się na to, aby usunąć ją z pola widzenia. Nie jest niczym kontrowersyjnym czy szokującym zwrócenie uwagi na fakt, że organizacja taka jak DSA (Demokratyczni Socjaliści Ameryki) składa się niemal wyłącznie z osób z klasy średniej, albo że polityka tożsamości odstrasza pracowników, albo coś w tym rodzaju. Nie zostaniesz nazwany „strasserystą” za wypowiedzenie któregokolwiek z tych zdań, ponieważ wszyscy o tym wiedzą. W rzeczywistości do ideologicznej reprodukcji lewicy jest w jakimś sensie konieczne, aby wszyscy w nią zaangażowani wyśmiewali się z tego, jak często „nie ma ona kontaktów z pracownikami”.
Udział w tym rytuale poniżania własnej samooceny nie oznacza, że jesteś osobą z zewnątrz. Dzieje się tak dopiero, jeśli złamiesz zasady gry, jeśli rozpoznasz człowieka schowanego za kurtyną, jeśli wskażesz na podstawową prawdę ukrytą za zewnętrzną warstwą ironicznej kpiny z samego siebie – wtedy zostaniesz jednym z nas, z tak zwanych strasserystów. Ta prawda jest dość banalną marksistowską prawdą. Klasy mają klasowe interesy, tak więc pomysł, że możesz mieć ruch polityczny – lewicę – który byłby mocno i naprawdę zdominowany przez jedną klasę, a jednocześnie wciąż oddany interesom klasowym innej klasy, a także pomimo swej nieporadności i oderwania od rzeczywistości zdolny, żeby wykonać dobrą robotę dla klasy, na której podobno „naprawdę” mu zależy, jest, delikatnie mówiąc, wątpliwym pomysłem. O wiele bardziej prawdopodobne jest, że ruch polityczny zdominowany przez jedną klasę będzie w mniejszym lub większym stopniu poświęcony realizacji interesów klasowych wyłącznie tej właśnie klasy, a jednocześnie nie będzie w stanie podjąć żadnych zdecydowanych działań sprzecznych z jej interesami.
Wyśmiewanie się z lewicy jest właściwie jedyną prawdziwą „działalnością polityczną”, w której bierze udział większość współczesnych lewicowców. Chodzi tu o to, aby – pożyczając argument znany fanom Žižka – dokonać swoiście nie-transgresyjnego czynu. Wspiera on ideę, że lewica jest po prostu zbyt postrzelona, durnowata, leniwa lub głupia, żeby osiągnąć swój prawdziwy cel, za który nadal uważana jest emancypacja ludzi pracy czy coś takiego. Prawdziwa transgresja w tym kontekście polegałaby na pokazaniu, że klasowa pozycja lewicy jest niespójna. Zabawne, że redaktor „Current Affairs”, Nathan J. Robinson, znalazł się ostatnio pod ostrzałem, gdy stwierdził, że socjalizm miałby się znacznie lepiej, gdyby Marks się nie urodził, ale to w rzeczywistości stawia Robinsona w położeniu politycznym, które jest mniej niespójne niż w przypadku większości jego rozzłoszczonych krytyków. Istniał socjalizm przed Marksem, był on utopijny i oparty na ludzkim rozumie i postępie moralnym. Zaistniały dobre powody, dla których ten odłam socjalizmu popadł w niełaskę, ale w jego ramach można zdecydowanie utrzymywać, że niewielka klasa ludzi oświeconych i zamożnych, działająca w przypływie dobrego serca, ostatecznie doprowadzi do socjalizmu poprzez podniesienie położenia biednych, rasistowskich i/lub głupich proli. Nie trzeba się z tym zgadzać, ale jest to spójne stanowisko.
Centralnym założeniem marksistowskiego, materialistycznego czy naukowego socjalizmu jest to, że klasy po prostu nie mogą działać w ten sposób. Klasy realizują własne interesy i działają politycznie nie gnane chciwością albo hojnością czy jakimkolwiek innym osobistym uczuciem, ale z powodu uwarunkowań historycznych i ekonomicznych. Ten bardzo prosty fakt sprawia, że „materializm” kogoś takiego jak Bhaskar Sunkara z „Jacobina” i większości lewicowców tego typu, jest tak niesamowicie sprzeczny. Żeby to mogło działać, musi istnieć niewysłowiona zgoda wśród większości wyznawców na to, by nigdy nie stosować na serio analizy marksistowskiej wobec samej lewicy. Wszelkie badanie samego siebie musi pozostać na poziomie spersonalizowanym („czy ta i ta osoba może naprawdę być socjalistą, jeśli jej rodzice są tak bogaci?”). Kara za wystąpienie przeciwko temu porozumieniu, za złamanie najświętszego kodu omerty współczesnej lewicy, jest natychmiastowa i surowa: zostaniesz z tego powodu skasowany i dopisany do rosnącej listy „strasserystów” i „utajonych nazistów”, którzy próbują odwlec wiernych od ścieżki prawdziwej wiary. To, co się stało z Angelą Nagle jest w tym względzie pouczające; jej artykuł – „Lewicowy argument przeciwko otwartym granicom” – był próbą argumentacji przeciwko nieograniczonej imigracji z klasowej, materialistycznej perspektywy. To całkiem prawdopodobne – a jednocześnie zabawne – że Nagle prawdopodobnie spotkałaby się w Internecie z mniejszą nienawiścią, gdyby napisała, że imigracja nie powinna być dozwolona dopóty nie-biali ludzie śmiesznie mówią i źle pachną.
Powinienem zaznaczyć, że sam zostałem „skasowany” na początku 2017 roku, w podobny sposób jak Nagle. W moim przypadku urażający esej stanowił próbę wyjaśnienia faktu, dlaczego szwedzka lewica trwale nie dociera do imigrantów, choć uważa się za naturalną przystań dla tej grupy wyborców. Aby dać czytelnikom ogólne pojęcie o tamtym zdarzeniu, powiedzmy, że szwedzka partia Lewicy (Vänsterpartiet, dosłownie „Partia Lewicy”) rzeczywiście odnotowuje niższe poparcie wśród kobiet-imigrantek niż „anty-imigrancka, anty-feministyczna” partia Szwedzcy Demokraci. „Karki i rasiści” z SD, z których partia Lewicy lubi się naśmiewać, są dosłownie traktowani poważniej i pozostają bardziej popularni wśród imigrantów, a ten problem wraz z upływem czasu jedynie narasta! Żeby nie przedłużać, w eseju argumentowałem, że kategoria „imigranta” jest politycznie niespójna i bezużyteczna jako narzędzie socjalistycznej analizy, ponieważ 1) ludzie przejawiają tendencję do utrzymywania własnej tożsamości etnicznej nawet jeśli migrują; 2) istnieją przemożne różnice klasowe między różnymi grupami etnicznymi i wewnątrz nich; 3) ponieważ szwedzki system polityczny aktywnie stara się tworzyć i utrzymywać etniczne organizacje polityczne, należy założyć, że ludzie, którzy im przewodzą, mają racjonalny, materialny interes w ich trwaniu, a nie w bezinteresownej walce o międzynarodowy socjalizm czy co tam jeszcze innego.
Powołuję się na swój przykład nie dla wskrzeszania starych bitew, ale by podkreślić, że grzech, którym można zasłużyć sobie na etykietkę „strasserysty”, „karka” czy „czerwonobrunatnego naziola” nie ma nic wspólnego z rasistowskimi postawami ani nawet z kwestią imigracji jako takiej. Wyczarowywanie zagrożenia rasizmem i duchami nazistowskich Niemiec nie dzieje się dlatego, że są one prawdziwe, ale dlatego, że jest konieczne. W moim przypadku posiadanie ojca, który przyjechał do pracy do Szwecji z Afryki Środkowej okazało się kłopotliwym, ale dość niewielkim ograniczeniem prędkości na drodze do obwołania mnie bojownikiem o czystość aryjskiej krwi. Nie ma w tym nic głupiego ani irracjonalnego; nasi szanowni towarzysze robią po prostu jedynie to, co mogą zrobić w obliczu sprzeczności, której nie są w stanie rozwiązać i w kontekście ruchu, który szybko się rozpada.
Nikt nie czyta braci Strasserów, a „strasseryzm” nie jest dziś poważną ideologią. Ale my istniejemy. My, zapomniani koledzy i odrzuceni towarzysze, wkrótce powrócimy, by zrzucić nasze łańcuchy. Tym, co nas od siebie oddzieliło nie były rasizm, zła wola ani pragnienie krwi. Tym, co uczyniło nas najpierw obcymi, a później wrogami w waszych oczach, był polityczny spór – spór, który lewica chciałaby pogrzebać i udawać, że go nie ma: spór o los i przyszłość klasy społecznej i ekonomicznej, z której rekrutuje się lewica i dla której walczy. Nawet jeśli próbuje ukryć swoją egocentryczną walkę za osławionymi politycznymi totemami XX wieku, które pozostają martwe od dziesięcioleci, lewica nie może uciec od tego pytania.
Chociaż nie zamierzam udawać, że przemawiam w imieniu kogokolwiek innego niż swoim, twierdzę, że „strasserystowska” analiza klasowa polityki na Zachodzie i roli lewicy nosi kilka zasadniczych cech. Na początek: wraz z przemianami gospodarek krajów zachodnich w ostatnich dekadach, pojawiła się nowa klasa ludzi, która zyskała na znaczeniu społecznym i politycznym. W Stanach Zjednoczonych klasy te najczęściej nazywane są PMC; klasy menedżerów-specjalistów. Ich nazwa jest mniej istotna niż ich polityczne funkcje i trajektorie. Aby brutalnie rzecz uprościć na rzecz wymogu zwięzłości, godną uwagi cechą wielu politycznych aktorów PMC jest miks politycznego liberalizmu i kulturowego progresywizmu, połączony z projektem nakierowanym na coraz większe subsydiowanie reprodukcji PMC jako klasy – najlepiej poprzez transfery państwowe. Państwo powinno umorzyć dług studencki. Państwo powinno zająć się reparacjami. Państwo powinno zatrudnić „ludzi idei” do pisania raportów i przemyśleń na temat reparacji. Państwo powinno tworzyć nowe komisje ds. sprawiedliwości rasowej, albo ogólnie tworzyć więcej miejsc pracy, na których można by zatrudniać ludzi, którzy dzięki przynależności do PMC uważają, że konieczność podjęcia pracy w Walmarcie oznacza, iż kapitalizm zawiódł i już czas na rewolucję. Najbardziej zradykalizowane, udręczone i ekonomicznie zagrożone części tej klasy w naturalny sposób skłaniają się ku lewicy, ponieważ lewica jest – bez względu na to, co lewicowcy chcieliby wmówić samym sobie – dość dobrze ukierunkowanym, kompetentnym i wiarygodnym projektem klasowym. Kiedy Corbyn pojawił się znikąd i został liderem Partii Pracy, sprowadził go tam prawdziwy oddolny ruch; oddolny ruch studentów i ludzi, którzy albo mają ambicje, aby wspiąć się po drabinie, albo przejawiają uzasadniony strach przed zbliżającą się proletaryzacją, spadkiem z drabiny społecznej i ekonomicznej i znalezieniem się pośród proli.
Ta szczególna forma „propracowniczej” retoryki, której używają członkowie PMC, sprowadza się głównie do pewnego rodzaju działalności charytatywnej. Głosuj na nas, a my damy ci wyższe benefity i bezpłatny szerokopasmowy Internet – Partia Pracy próbowała powiedzieć niedawno opornym pracownikom z północy kraju. To nie zadziałało. Ten rodzaj „charytatywy” nie jest wcale bezinteresowny – byłby to darmowy „upominek” od tych aktywistów PMC, wręczony ich drogocennej soli ziemi, proletariuszom, i jak każdy podarunek zależałby od dobrej woli i hojności obdarowującego. Jego główną funkcją byłoby z pewnością tuczenie ciągle rosnącej liczby stołków dla tej klasy dobrze się mających, wyuczonych na uniwersytetach administratorów. I kiedy niektórzy lewicowcy zaczynają poważnie zastanawiać się nad tym, czy „rasistom” należy odmawiać opieki medycznej w NHS (państwowej służbie zdrowia), zaczynamy przeczuwać, ile hierarchicznej dominacji przyniósłby przyszły „robotniczy raj” dla pracujących biednych.
Nie chodzi tu o kwestię moralną. Gdy Laburzyści przegrali, jeden z rozdrażnionych członków i aktywistów partii rozpaczał nad tym, jak ślepi byli robotnicy i jak łatwo zostali oszukani przez torysowską propagandę: „Czy oni nie wiedzą jak zły jest kapitalizm? Jak brutalny i niesprawiedliwy?”, pisał tenże aktywista. „Mam wielu przyjaciół z dobrymi ocenami, którzy utknęli pracując w sklepach spożywczych, zapełniając półki”. Każdy, kto próbuje pozostać materialistą, nie może nie wyśmiać nastawienia takiego jak powyższe; to całkowicie racjonalne, że ktoś zajmujący taką pozycję myśli, że „zło kapitalizmu” zostaje w jakiś sposób obnażone przed światem, gdy jego znajomi zostają zmuszeni do zapełniania półek niczym zwykli wyrobnicy, żeby móc opłacić czynsz. To, że pozostali pracownicy w sklepie spożywczym uważają ten sposób myślenia za całkowicie absurdalny i arogancki, oczywiście nie ma znaczenia. Z politycznego punktu widzenia gniew i energia, którą wyzwala proletaryzacja, nigdy nie powinny być niedoceniane, ponieważ wywołują eksplozje polityczne. Jeremy Corbyn skutecznie pokonał kartel polityczny, który zarządzał Partią Pracy, w wyniku takiej eksplozji.
Nie powinniśmy naśmiewać się z aktywisty, który gardzi stanem świata, gdy dobrzy, solidni ludzie z klasy średniej z solidnymi średnioklasowymi ocenami nie mogą dłużej osiągnąć obiecanego im średnioklasowego stylu życia. Pozostaje jednak podstawową prawdą polityczną, że ruch robotniczy złożony z ludzi rozgniewanych perspektywą „degradacji” społecznej i ekonomicznej – innymi słowy, ludzi walczących z okrutnym losem stania się pracownikiem – nigdy nie odniesie sukcesu. Obiecywanie darmowego Internetu szerokopasmowego albo nieograniczonego Kosmicznego Komunizmu, albo jakiejś innej głupawej fantazji o świecie, w którym złość na konieczność pracy jak normalna osoba jest akceptowalna, ponieważ nikt już nie musi pracować, tego nie zmieni.
Co więcej, im bardziej rośnie klasa ludzi, którzy teraz znajdują się na skraju proletaryzacji, tym bardziej muszą oni stać się pasożytami. Jeśli destrukcyjny ruch nieskrępowanego kapitalizmu zdecyduje, że nie potrzebuje już dużej klasy średniej, jedynym aktorem zdolnym uratować klasę historycznie przebrzmiałą, będzie państwo. Państwo może to zrobić na dwa sposoby: albo poprzez przekierowanie większej części zasobów ekonomicznych, którymi dysponuje, na subsydiowanie tej klasy; albo poprzez wykorzystanie swojej władzy do zmniejszenia kosztów związanych z reprodukcją tej klasy. To tutaj manifestuje się konflikt klasowy – prawdopodobnie nieunikniony – między pracownikami a PMC. To stwarza sytuację, w której może dojść do takiej dyskusji jak ta między Cenkiem Uyghurem z „lewicy”, który mówi: „jeśli deportujemy nielegalnych imigrantów, to kto będzie pracował w zakładach drobiowych, co?”, a kimś takim jak Tucker Carlson z „prawicy”, który odpowiada: „może wtedy fabryki drobiu powinny wypłacać godziwą pensję pozwalającą na utrzymanie się, nawet jeśli to sprawi, że kurczak będzie droższy?”.
Ważne, żeby zauważyć, iż wymiana między Cenkiem a Tukerem nie ma nic wspólnego z „kapitalizmem” ani z tym, czy powinien zostać zniesiony. Bardzo łatwo wyobrazić sobie system „kapitalizmu” z super-eksploatowaną, wynędzniałą klasą robotniczą przycinającą żywopłoty szczęśliwie progresywnych i społecznie liberalnych specjalistów. Można również wyobrazić sobie system „kapitalizmu”, w którym robotnicy zarabiają nieco więcej i ogólnie prowadzą bardziej komfortowe życie w porównaniu z pierwszym przykładem, ale nikt z klasy średniej nie może sobie pozwolić na zatrudnienie niani z Ekwadoru. Amerykańska lewica uwielbia masakrować Tuckera Carlsona – i innych podobnych do niego prawicowców – jako nieszczerych lub „bogatych kanciarzy”, ale fakt, że są oni bogaci czyni ich potencjalnie mniej niewiarygodnymi sojusznikami w oczach klasy robotniczej, a nie bardziej. Sytuacji, w których pomiędzy królem a chłopstwem dochodzi do sojuszy, by walczyć z klasą średnią czy szlachtą, jest w historii bez liku. To, że dziedzic fortuny Swanson byłby skłonny do odebrania klasie profesjonalistów drugiego rocznego urlopu – a nawet możliwości gniewnych, wyposażonych w karty kredytowe dzieciaków z DSA do pozostania w obrębie klasy specjalistów – w celu zdobycia poparcia politycznego pośród ludzi pracy, nie powinno nikogo dziwić. Losy drobnych menedżerów i specjalistów nie są dla takiego kogoś jak on dealbreakerem. Ale są dealbreakerem dla lewicy. I dlatego lewica umiera. Interesy klas menedżerów-specjalistów a klas robotniczych – czy też, by nazwać te drugi na moment w nie-marksistowski sposób – wewnętrznego proletariatu Zachodu, rozchodzą się teraz do tego stopnia, w którym różnic nie da się już zatrzeć. Nie możesz próbować „zadowolić obu”. Musisz wybrać klasę i żyć z przekonaniem, że właśnie zrobiłeś sobie wroga w drugiej klasie.
Powyższa analiza jest z konieczności niezwykle skróconym opisem sytuacji politycznej, w której się znajdujemy. Nie musisz oznaczać mnie na Twitterze, ponieważ nie zgadzasz się z tym lub innym pojęciem lub jakąś poboczną kwestią. Jak zaznaczyłem wcześniej, nie udaję, że wypowiadam się w imieniu wszystkich, a powyższe akapity nie stanowią wyczerpującego ani nawet ścisłego rozliczenia się z moją własną analizą polityczną. Mimo to, są one wystarczająco szczegółowe, ponieważ celem tego eseju nie jest przekonanie dobrych towarzyszy z różnych partii eurokomunistycznych, grup dyskusyjnych czy „progresywnych” organizacji pozarządowych, aby powrócili do owczarni. Nie, nadszedł czas na rozrysowanie politycznej linii na piasku.
Wielki podział polityczny, który podzielił „dom” nowoczesnego socjalizmu sprowadza się do pytania o to, o którą klasę najpierw należy zadbać. Fajnie jest rozmawiać o „dbaniu o obie” lub próbować uspokoić robotników, mówiąc, że gdy zwycięży socjalizm, nikt nie będzie pracował, więc znajdą się w opiece. Sto lat temu Joe Hill wyśmiewał kaznodziejów, którzy próbowali uspokoić głodujących robotników, obiecując im, że po śmierci w niebiosach czeka na nich mnóstwo ciasta. Dzisiaj Aaron Bastani dokonuje jeszcze bardziej żałosnego trudu w ramach tej chlubnej tradycji politycznej, obiecując brytyjskiej klasie robotniczej górnictwo na asteroidach i w pełni zautomatyzowane komunistyczne holodeki, gdy tylko Rewolucja™ się powiedzie. Jednak dopóki ten dzień nie nadejdzie, nie można poradzić nic na to, że będą musieli pozostać pod kontrolą – i toczyć bitwy dla – mobilnych specjalistów, prawda? W końcu kto zbuduje te wszystkie fantazyjne kopalnie na asteroidach, jeśli mały Bąbelek nagle będzie musiał pracować w Starbucksie – jak zwykły plebejusz?
To nie jest kwestia lewicowej niekompetencji czy Brexitu, który nagle wszystko popsuł, albo czegoś, co Bernie mógłby, potrafiłby, powinien był zrobić. Wsparcie klasy robotniczej dla lewicy kończy się wszędzie. Lewica zbiera poparcie wśród bardziej zamożnych i zamożnych warstw na całym świecie. Lewica zlewa się wszędzie z zielonymi i liberalnymi „postępowcami”. To nie jest wynik niekompetencji ani tchórzostwa. Nie jest to kwestia personalna ani nie może zostać naprawiona przez aktywności indywidualnych osób; stanowi ona potwierdzenie materializmu historycznego i rozgrywa się na naszych oczach.
Nadszedł czas, aby „socjalizm” klas profesjonalistów i menedżerów oraz socjalizm klas pracujących, rozeszły się. Ten pierwszy stanowi dogorywającą i historyczną ślepą uliczkę. Wydaje mi się, że ten drugi nadal jest uzasadniony. Co ważniejsze – i moje osobiste doświadczenia spoza lewicy to potwierdzają – wciąż ma widownię, która chętna jest słuchać.
W mojej rodzinnej Szwecji ten konflikt rozgrywa się już politycznie. Lewica zbiera głosy zamożnych liberałów („wow, wiesz, kiedyś nienawidziłem socjalistów, ale teraz, z tymi przerażającymi populistami dookoła, zrozumiałem, że część z was jest naprawdę w porządku!”), ale poza tym znajduje się w stagnacji, pełna paranoi i złego samopoczucia – jak lewica wszędzie. Ale jednocześnie jest coraz więcej i więcej nas, renegatów, każdego dnia – dawnych towarzyszy, nowych przyjaciół, samych rasistek, seksistów i niemoralnych karków – i postanowiliśmy zbudować ruch populistyczny, który nie będzie próbował służyć dwóm panom, który nie będzie próbował już przekonywać zwykłych ludzi, że muszą słuchać – lub płacić pensje – tym nadętym nadzorcom hal zza monitorów, o których lewica troszczy się dziś. To wciąż świeża sprawa, ale nie będę kłamał: po latach i latach porażek, konieczności wysłuchiwania małych politycznych komisarzy lewactwa, którzy mówią wam, że „to walka na dziesięciolecia, towarzyszu!”, że „ten ruch jest większy niż X czy Y!”, i – oczywiście – „kup moją książkę!” i „sfinansuj walkę, wpłać coś na mój patreon!”, dobrze jest zacząć w czymś wygrywać. Dziwnie, ale dobrze.
Nie mam wątpliwości, że do naszego skromnego nordyckiego przykładu wkrótce dołączy wiele, wiele innych. Druga dekada naszego stulecia była okresem narastającej paranoi i coraz bardziej okrutnych czystek na lewicy – każdemu, kto próbował zakwestionować niewysłowiony wprost prymat interesów PMC, brutalnie wskazywano drzwi. Lata 2020 będą dekadą, w której więcej takich postaci – ludzi takich jak Sahra Wagenknecht i wszyscy inni dobrzy socjaliści, którzy zostaną oczernieni i odrzuceni przez liberalną lewicę – powrócą, by ponownie nawiedzać naszą scenę polityczną i będzie to dekada, w której lewica odkryje, że jej własna baza klasowa jest po prostu zbyt słaba i mała, aby zdobyć władzę polityczną w obliczu rozgniewanej klasy robotniczej, której teraz się boi i którą gardzi. Nawiasem mówiąc, to nie jest tylko sentymentalizm: w momencie, gdy zostaniesz wyrzucony z lewicy i przestaniesz podlegać wszystkim jej tabu i zasadom, zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, że żyjemy w środku złotej okazji. Prawica populistyczna jest w zasadzie dość słaba – dalece, dalece słabsza niż nasi dawni towarzysze byliby skłonni przyznać – a ich rosnąca przyczepność do klasy robotniczej jest często wynikiem braku konkurencji, a nie jakichkolwiek godnych uwagi kompetencji po jej stronie. Po odrzuceniu balastu i społecznych i ekonomicznych nerwic absolwentów studiów i aspirujących menedżerów, ludzie pracy są zadziwiająco otwarci na nasze przesłanie. Ale z drugiej strony, właśnie na otwartość na populizm spoza PMC stanowi powód, dla którego musimy być przez lewicę odrzucani na każdym kroku jako rasiści i idioci.
Pracownicy nie są głupi. Nie są demoniczni. Nie zostali „oszukani przez media”. Nie potrzebują żadnych fałszywych pasterzy, którzy by ich prowadzili, ani dobrze opłacanych komisarzy moralności, którzy nauczą ich, aby nie mordowali swoich sąsiadów z powodu wydumanego rasizmu. Porzucili lewicowe partie, ponieważ to lewicowe partie porzuciły ich – nie „kulturowo”, jak chcieliby sądzić niektórzy zwolennicy polityki tożsamości, ale materialnie. Znają własne interesy klasowe i wiedzą, że lewica jest wroga wobec tych interesów. To dobra wiadomość, przynajmniej dla tych z nas, którzy potrzebowali odwagi i woli politycznej, aby pomogły nam uwolnić się od tych, których nazywa się „tymi lepszymi”. Niech sobie londyńscy aktywiści Partii Pracy lamentują nad tym, jak „rozczarowani” są, że klasa robotnicza przestała wykonywać polecenia. Nie będziemy tacy jak wy. Nie obiecamy nowych panów i nowych jarzm, pod którymi będą żyć, nowych arystokracji i „awangard”, które będą utrzymywać, nowych kadr sprzedających im kazania moralne i kursy wrażliwości. Obiecamy im szansę na rewanż.
Czasy, w których dwa domy Socjalizmu™ spróbują się nawzajem przekonywać albo „wygrać spór” – cokolwiek by to dzisiaj znaczyło – już minęły. Od teraz my, „strasseryści” nie będziemy was prosić o pozwolenie na robienie tego, co robimy, nasi byli koledzy i szacowni dawni towarzysze. Nie będziemy też prosić o wybaczenie za to, że zmęczyło nas bycie wiecznymi przegrywami, powtarzanie tego samego rytuału z roku na rok („chło-chłopaki, wiem, że jest do bani, ale dziś się smucimy, jutro organizujemy!!!”) tylko po to, żeby wpisać sobie w CV bycie antyzdolnymi karierowiczami i nieuczciwymi handlarzami książkami. Wam pozostawimy przegrywanie, towarzysze, ponieważ jest to w końcu jedyna rzecz, którą potraficie robić. Powiadacie, że zwykli ludzie są rasistowscy, sadystyczni i niebezpieczni, jeśli się ich bezustannie nie prześladuje, nie nazywa ich niemoralnymi i nie mówi się im, co mają robić. Cóż, będziemy musieli sprawdzić tę teorię w praktyce, prawda? Tak czy inaczej, nadszedł już czas, żebyśmy poszli swoimi oddzielnymi drogami.
Piszę to wszystko, ponieważ wciąż są ludzie, którzy jeszcze nie wiedzą, że mogą wybrać stronę i którzy myślą, że ciągłe przegrywanie i bycie postrzeganym w kategoriach żartu lub tchórzliwego wroga przez tych samych ludzi, którym rzekomo „służą”, to jedyna alternatywa, jaką mają do zaoferowania. Nie jedyna. Możesz stać się „karkiem”, „strasserystą”, „rasistą”, „czerwonobrunatnym”, „nazistą” – tak jak my: krótko mówiąc, możesz po prostu zdecydować się na pozostawienie za sobą specjalistów i menedżerów i pozwolić im stoczyć ich beznadziejną walkę z historycznym starzeniem się.
Piszę to również jako ostatni akt uprzejmości wobec ludzi, których kiedyś nazywałem przyjaciółmi i do – ech – „ruchu robotniczego”, do którego niegdyś należałem. Jeśli próbujesz toczyć bitwy, nie zawracając sobie głowy tym, kto naprawdę jest twoim wrogiem, przegrasz wojnę, zanim oddany zostanie pierwszy strzał. Nie żywię złudzeń co do zdolności współczesnej lewicy do tolerowania jakiegokolwiek poglądu, który głosi, że jej wrogowie są w jakiś sposób rozsądni albo kierowani czymś innym niż „wydumane rasizmy”, ponieważ rozsądny wróg to ten rodzaj wroga, z którym lewica wie, że nie może wygrać. W porządku, pomimo braku szans, jest jeszcze wola walki ze stagnacją i dekadencją lewicy, ale później z całą pewnością objawi się prawdziwa twarz twojego nowego wroga. Wyglądaj sobie jak chcesz! My jesteśmy duchem przeszłego socjalizmu i kiedy twój umęczony „ruch” zostanie w końcu zrzucony na śmietnik historii, my znów będziemy zwiastunami jego przyszłości.
Życzymy wam wszystkim powodzenia w waszych ostatecznych zmaganiach, aby ocalić wasz skazany na zatracenie ruch i równie straconą klasę społeczną. I podobnie jak dawni kozacy zaporoscy, pokornie i uprzejmie prosimy was, byście nas całowali w dupę.
Tekst ukazał się 7 maja 2020 na blogu https://tinkzorg.wordpress.com/.
Przełożył: Łukasz Moll
przez Łukasz Misiuna | poniedziałek 29 czerwca 2020 | opinie
***
„Bij w korpus, a głowa sama opadnie”
Feliks Sztam, legendarny trener polskich bokserów
Ten tekst zacząłem pisać 18 czerwca 2020 roku. Do wyborów prezydenckich zostało 10 dni. 18 czerwca 1410 roku król Władysław Jagiełło w drodze pod Grunwald odwiedził Łysiec.
24.05.2020 w Międzynarodowym Dniu Parków Narodowych prezydent Polski Andrzej Duda i minister środowiska Michał Woś pokonali o własnych siłach drogę wiodącą od granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego aż na Łysiec, jedno z najcenniejszych miejsc w całym parku [1]. Niczym dawniej piastowscy królowie. Następnie minister w kieleckim radio ogłosił, że Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony o kilkadziesiąt hektarów. Świętokrzyscy przyrodnicy i mieszkańcy województwa od ponad roku walczą o zachowanie ŚPN w nienaruszonym stanie. Rząd stara się jednak te szczególne 5 ha z klasztorem usunąć z granic ŚPN i przekazać oblatom. Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, aby zmniejszyć obszar parku narodowego, należy wykazać, że obszar ten utracił swoje przyrodnicze i kulturowe walory.
Zapowiedź rządu o planach powiększenia ŚPN to sukces całego społecznego ruchu na rzecz obrony ŚPN.
Powiększenie, ale pomniejszenie – sukces, ale porażka
To sukces nieoczekiwany i niezamierzony. Jest to więc radość cedzona przez zęby. Tym bardziej, że czuć przez skórę, iż to wyłącznie przedwyborcza gra.
Nie zostało to wyrażone wprost, ale jest przecież jasne. Rząd, ogłaszając pomysł włączenia nowego terenu do ŚPN, chce przekupić opinię publiczną w sprawie usunięcia Łyśca z granic parku. Przekaz brzmi mniej więcej tak: dajmy oblatom Łysiec, a w zamian ŚPN dostanie nie 5, lecz 60 ha. Chyba się nie będziecie o to kłócić? Trzeba też pamiętać, że jest kampania wyborcza, a sprawa Łyśca poruszyła znaczną część elektoratu.
Na powiększanie obszarów chronionych warto patrzeć przychylnym okiem. Tym bardziej, że ten akurat rząd jest jawnie antyprzyrodniczy. Jednak łykając te 60 ha ptasiego mleczka podawanego dzióbkiem ministerialnym, przyrodnicy mogą się zadławić. A nawet je zwrócić.
Deklaracja o powiększeniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego nijak się ma formalnoprawnie i merytorycznie do planów zmniejszenia tego parku o Łysiec. To dwie różne sprawy i muszą się tu toczyć dwa odrębne postępowania. To nie jest deal. To jest walka o zachowanie integralności ŚPN i zachowanie w rękach skarbu państwa i Polaków terenu o wyjątkowym, unikatowym znaczeniu w naszej historii. A plan powiększenia powierzchni ŚPN to odprysk tej walki, skutek uboczny. Efekt wielomiesięcznej pracy, uporu i konsekwencji przyrodników. Jeśli minister Woś zechciał powiększyć ŚPN o 60 ha lasami Nadleśnictwa Łagów, to świetnie, cieszymy się. Ale to całkowicie inna, odrębna, niepowiązana z Łyścem sprawa. I kibicujmy ministrowi w byciu konsekwentnym. Swoją drogą sugerowanie Polakom, że można oblatom dać Łysiec za 60 ha lasu, jest pewną… bezczelnością.
Tym bardziej, że nie wiadomo właściwie, z jakiego powodu właśnie ten izolowany, w zasadzie młody las otoczony polami ma stać się częścią parku narodowego. Idąc tym tropem może się okazać, że najwyższą wartość przyrodnicza ma większość lasów gospodarczych w kraju. Im bardziej są poszatkowane, tym lepiej. Minister nie prowadzi dialogu ze środowiskiem świętokrzyskich przyrodników w tej sprawie. Rozmowy toczą się pomiędzy ministerstwem, dyrekcją ŚPN a nadleśnictwem. Czyli w zasadzie w obrębie urzędników państwowych. To tak jakby gadać do siebie.
Wyciąć serce – wszczepić implant
Zgodnie z tym. co podaje kielecka „Gazeta Wyborcza” [2], do ŚPN ma być włączony izolowany, 60-hektarowy las koło wsi Grzegorzowice. Wybór takiej lokalizacji to gotowy przepis na konflikty społeczne i pogłębienie problemów malutkiego parku narodowego, którego kolejna enklawa miałaby być izolowana od zasadniczego obszaru chronionego. Oderwany od całości parku obszar otoczony polami wygeneruje problemy ochrony niemożliwe do rozwiązania, podobnie jak to jest w przypadku Lasu Serwis i Góry Chełmowej, które powoli tracą swoje wartości przyrodnicze. Ta lokalizacja z czasem stanie się kolejnym argumentem, że ŚPN jest za mały, zbyt izolowany i jego ochrona jest niemożliwa. Las planowany do włączenia do ŚPN składa się z drzewostanów jaworowych, bukowych, dębowych jodłowych i sosnowych w wieku od zaledwie 27 do 127 lat. To śródpolna remiza w skali makro [3]. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób park narodowy ma realizować swoje cele będąc tak poszatkowaną, niewielką sumą kilku izolowanych kompleksów leśnych. Na terenie o takiej strukturze nie ma możliwości, aby gatunki mogły swobodnie migrować i tworzyć trwałe, stabilne populacje.
Nadleśnictwo Łagów na pytania o wartości przyrodniczej lasu pod Grzegorzewicami odesłało mnie do Ministerstwa Środowiska. Ministerstwo nie odpisuje – pismo zostało wysłane 24.05.2020. Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego natomiast napisał tak (pismo z dn. 12.06.2020): „Kryterium które przyświecało przyłączeniu tego obszaru była jego przynależność do obszaru sieci Natura 2000 PLH 260002 »Łysogóry«, którego znakomita większość pokrywa się już z obszarem ŚPN. W przedmiotowym fragmencie wg Planu Ochrony Przyrody będącego częścią PUL dla Nadleśnictwa Łagów na lata 2017-2026, zostały zinwentaryzowane siedlisko 9170 grądu środkowoeuropejskiego (Galio Carpinetum betuli), subkontynentalnego (Tilio-Carpinetum betuli) oraz gatunki z dyrektywy siedliskowej wydra (Lutra lutra) i bóbr (Castor fiber)”. Jeśli te walory wystarczą, żeby las włączyć do parku narodowego, to walory Łyśca z pewnością są wystarczające, aby go nie wyłączać z tych granic.
Aby zmniejszyć powierzchnię ŚPN poprzez usunięcie z jego granic 5 ha ziemi na Łyścu wraz z unikalnymi odsłonięciami geologicznymi, stanowiskami zagrożonych wymarciem roślin i zwierząt oraz wyjątkowym zabytkiem, jakim jest klasztor, rząd musi udowodnić, że teren ten utracił swoje wartości przyrodnicze, kulturowe i edukacyjne. Takiej tezy wobec faktów historycznych i przyrodniczych, naukowych, nie da się obronić.
W ciągu ponad roku aktywność przyrodników ze Stowarzyszenia MOST doprowadziła do tego, iż rząd zaprzestał procedowania tej sprawy. Świętokrzyscy przyrodnicy opracowali raport z częściowo zrealizowanych badań na Łyścu. Raport wykazał, że miejsce ma ponadprzeciętną rangę przyrodniczą i nie ma racjonalnych powodów na usunięcie tego terenu z granic parku narodowego. Dokument otrzymali minister środowiska i dyrektor ŚPN. Stowarzyszenie MOST przygotowało także apel do prezydenta Polski, premiera, ministra środowiska, parlamentu i dyrektora ŚPN, aby wycofano się z tego szkodliwego i nieuzasadnionego projektu. Apel został podpisany przez kilkudziesięciu naukowców, polityków i działaczy z całej Polski. Powstała też petycja w tej sprawie, którą podpisało kilkanaście tysięcy osób. Odbył się też protest pod klasztorem, w którym wzięło udział około 200 osób.
Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski próbował uniemożliwić badaczom wykonanie niezależnej ekspertyzy przyrodniczej Łyśca. Najpierw udzielił na to zgody, po czym ją cofnął. Nałożył nowe wymagania. Ekipa Stowarzyszenia MOST przygotowała nowy zespól ekspertów krajowych i złożyła nowy wniosek o zgodę na badania. Od kilku miesięcy przyrodnicy nie mogą się doczekać decyzji w tej sprawie. Przed kilkoma dniami dowiedziałem się, że procedura uzyskiwania podpisu Ministra Środowiska jest wydłużona. Kiedyś Dyrektor Departamentu Ochrony Przyrody z upoważnienia MŚ mógł podpisywać decyzje zezwalające na odstępstwa. Teraz Dyrektor nie ma takiego upoważnienia, stąd m.in takie długie opóźnienia. Przyczyniła się również do tego reorganizacja Ministerstwa Środowiska. Jednocześnie ustawowe terminy są przekraczane. Przewlekanie procedury wydania zgody na badania to działanie z obszaru prawa alternatywnego. Sezon wegetacyjny, lęgowy i rozrodczy niebawem się skończy. Wydanie zgody w sierpniu czy październiku niemożliwi prowadzenie badań, ponieważ przedmiot badań zniknie. Aż do kolejnej wiosny. W ten sposób ministerstwo zyskuje rok swobodnych działań.
Symbolika i znaczenie
Jeśli jakiś król lub prezydent idzie o własnych siłach, nikt go tam nie wiezie, to musi mieć jakąś ważną potrzebę albo miejsce musi być niezwykłe. Dokąd zatem udali się prezydent Andrzej Duda i minister środowiska Michał Woś?
Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102-1138 przez Bolesława Krzywoustego. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim. Łysiec był jednym z najwyższych szczytów ówczesnego Królestwa. Klasztor zamieszkiwali benedyktyni.
W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano. Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane polskim Sachalinem. W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
Od 1924 roku teren ten objęty jest ochroną rezerwatową, a od 1950 ochroną w ramach Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Klasztor na Łyścu jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”. Chroni on sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i w strefie podszczytowej 300-metrową strefą ochronną. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii.
Od lat 90. oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o odzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków.
Klasztor na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym wraz z przyległymi działkami stanowi własność skarbu państwa. Tylko niewielka część klasztoru należy do zakonników. Uzyskali ją oni przez zasiedzenie.
W czasach przedchrześcijańskich Łysiec stanowił ważne miejsce kultu. Zachowały się resztki wału kultowego.
Na Łyścu znajduje się chronione siedlisko przyrodnicze (łąka świeża) wymienione w tzw. dyrektywie siedliskowej. Rośnie tam także rzadka w Polsce, a w województwie świętokrzyskim znana jedynie z kilku stanowisk roślina – zanokcica północna, wymieniona w Czerwonej liście roślin i grzybów Polski oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin jako narażona na wyginięcie (kategoria zagrożenia: V, VU), której stanowiska w zorganizowany sposób zadeptywano oraz gatunek nietoperza – mopek zachodni, wymieniony w dyrektywie siedliskowej, i popielica szara, wymieniona w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Ponadto znane jest stąd stanowisko rzadkiego i zagrożonego gatunku ślimaka – bezoczki podziemnej oraz reliktowe stanowiska zagrożonego ślimaka świdrzyka siedmiogrodzkiego. Stwierdzono tu także gatunki ptaków objęte ochroną w ramach dyrektywy siedliskowej, ale jest to też miejsce stwierdzeń gatunków wysokogórskich, np. płochacza halnego. Z danych literaturowych wynika, że stwierdzono tam także wiele gatunków chrząszczy uznanych za bardzo rzadko występujące i zagrożone, w tym takie, które mają tu np. jedno z trzech swoich stanowisk w kraju.
O wartościach tego miejsca tak napisał kielecki regionalista dr Cezary Jastrzębski, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie: „W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju (Harabin 2000). Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim (Jastrzębski 2003). Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem”. Poza wartościami kulturowymi wierzchowina Łyśca ma wysokie walory geologiczne pozwalające na poznanie procesów formowania się najstarszych gór w Europie.
Od kwietnia 2019 roku świętokrzyscy przyrodnicy i działacze społeczni, wspierani przez środowiska z całej Polski, starają się przekonać rząd, że nie ma podstaw do wyłączenia tego terenu z granic ŚPN.
Koniec, ale początek
Motorem napędowym wszystkich tych sytuacji i działań jest nieuzasadnione roszczenie superiora klasztoru oblatów na Łyścu, ojca Mariana Puchały. Puchała forsuję tezę, jakoby klasztor i ziemie sąsiadujące miały zostać „oddane” oblatom. Tyle że te ziemie nigdy nie były własnością oblatów. W sprzyjających politycznie okolicznościach superior prowadzi działalność lobbystyczną, która ma na celu wyrwanie Łyśca z własności skarbu państwa, a następnie przejęcie tego terenu przez zakon. W tych destrukcyjnych, antypaństwowych działaniach Puchałę wspiera poseł Mariusz Gosek z Solidarnej Polski, jeden z głównych „ziobrystów”, który jako członek zarządu województwa świętokrzyskiego głosił, że w sprawie Łyśca spotyka się z ministrem Wosiem, ojcem Puchałą i dyrektorem ŚPN Reklewskim jako katolik i nie musi nikogo pytać o zgodę.
Powiększenie powierzchni ŚPN to świetna wiadomość. Natomiast o ten właśnie las o powierzchni 60 ha – bardzo zła. Bez włączenia strony społecznej i naukowców w proces zwiększenia powierzchni ŚPN nie uda się uniknąć kolosalnych problemów w przyszłości. Jeśli rzeczywiście rząd jest zainteresowany ochroną świętokrzyskiej przyrody w ramach najwyższej formy ochrony, powinien zadbać o stworzenie szerokiej koalicji specjalistów: działaczy, samorządowców, naukowców, prawników, społeczników, przyrodników i leśników. Tylko wtedy powiększenie ŚPN nie będzie zwykłą sztuczką, zabiegiem PR w czasie kampanii wyborczej. Tylko wtedy minister Woś udowodni, że jest ministrem środowiska, a nie członkiem sztabu wyborczego a jego celem jest dbanie o polską przyrodę, a nie o Andrzeja Dudę i partię.
Nie ma powodu ani podstaw, aby Świętokrzyskiemu Parkowi Narodowemu amputować Łysiec. Nie ma powodu, aby dać nam wmówić, że gdy się wytnie Łysiec, to się przeszczepi las koło Grzegorzowic. I wszystko będzie dobrze. Nie ma powodu sądzić, że to jest koniec sprawy. Ani nie będzie dobrze, ani nie będzie to koniec.
Gospodarska wizyta Dudy i Wosia niestety bardziej przypomina wizytację lokalnych kacyków niż poważny rekonesans polityków zainteresowanych napęczniałym problemem przyrodniczym, prawnym, społecznym i politycznym.
Łukasz Misiuna
Poprzednie teksty autora na ten temat:
Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?
Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)
Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu
Przypisy:
1. https://m.radio.kielce.pl/pl/post-106882?fbclid=IwAR3JbKopLCTVODoFc41kxspy9zaGpZfjzvNbLB7Crl888y-9JQiaDpnDCnk
2. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,25973672,w-co-gra-ministerstwo-swietokrzyski-park-narodowy-do-powiekszenia.html?fbclid=IwAR0yk_tWFp9suawyYlYaHXlhmEmFNiMY3_R9Ub2ywQcbdaQL6lKySuY7dsA
3. https://www.bdl.lasy.gov.pl/portal/mapy
przez Magdalena Okraska | czwartek 25 czerwca 2020 | opinie
Prawica nie musiała „kraść” osiedli ani narracji o nich – ona była tam już wcześniej.
W Polsce właściwie nie można napisać książki, która nie zostałaby przez czytelników i recenzentów odbudowana setkami wyjaśnień i interpretacji. Mam na myśli także te o modnym od kilku lat tle społecznym. Lewicowi komentatorzy chcą dzielić książki na „ważne” i „istotne”, a niewygodne przemilczać. A Wojciech Mucha napisał po prostu powieść o Polsce – nie eseje, nie felietony, nie reportaż, nie „zabawne” impresje zza okna PKS-u. Napisał książkę o krakowskich osiedlach, na których się wychował, o stadionach, na które chodził z innymi ultrasami Cracovii, o polskich chłopakach i polskich rodzinach. „Miasto noży” to jedna z najlepszych powieści o prawdziwej, nie-wyobrażonej Polsce ostatnich dekad. Nie science fiction o tym, „co by było, gdyby PRL nie upadł”, nie eksperymenty językowe i fabularne spod znaku małych literackich wydawnictw. Mucha proponuje nam kilkuwątkową, uczciwą, bardzo sprawnie napisaną powieść na temat nie poruszany zbyt często – kim są i jak żyją/żyli mieszkańcy osiedli odległych od centrum. Pisze czule, uczciwie, bez wybielania i przekłamań. Lewica książkę przemilczała, bo opowiada ona przecież o „kibolach”. Krakowskie wydanie „Gazety Wyborczej” nazwało ją „niebezpieczną”.

Lewica i liberałowie lubią sobie pochlebiać, że „przegrali w walce o zwykłego człowieka”. Nie, oni nawet nie stanęli w jej szranki, nawet nie podjęli rękawicy. Przyświecała im mieszanina strachu, obrzydzenia i dystansu – tego mentalnego i tego przestrzennego. Od kilku lat pojawia się powierzchowna moda na „zrozumienie”, a przynajmniej reporterski opis rzeczywistości potransformacyjnej, rzeczywistości ludzi z opustoszałych PGR-ów, małych miasteczek, gdzie zlikwidowano jedyny zakład. Jak każda moda, także i ta niebawem przeminie. I prawdopodobnie nigdy nie dotknie tematu miejskich osiedli, chociaż wszędzie jest jakiś „Manhattan”, „Meksyk”, „Brooklyn” czy po prostu „wieżowce”, i tam także mieszkają ludzie, z którymi po 1989 r. coś (niedobrego) się działo.
Wojciech Mucha był w latach 2003-2011 gniazdowym Cracovii i taką informację o sobie zamieszcza nawet w biogramie na skrzydełku książki, co natychmiast zaskarbiło mu moją sympatię. Gniazdowy to osoba, która kieruje dopingiem podczas meczu na trybunie tzw. fanatycznych kibiców (a książka pokazuje, jak dęty i niezgodny ze stanem faktycznym jest język inteligenckiego mówienia o piłce – kibice mają własny). Wie zatem, o czym pisze, ale to żadną miarą nie jest książka o piłce nożnej czy, szerzej, sporcie. To przede wszystkim powieść o tym, jak w naturalny sposób środowisko i warunki bytowe kształtują nas wedle jedynego dostępnego wzorca i popychają w jedynym możliwym kierunku. Mamy chłopaków z bloków – Małpę, Browarnika, Kikiego. Kilkunastolatków, którzy uciekają z ciasnych klitek swoich pokoi w wieżowcach (jeśli mają szczęście mieć własny pokój), nie po drodze im do szkoły, a o ciarki zażenowania przyprawia ich konieczność dłuższej rozmowy z rodzicami. W wieku nastoletnim każdy chce wychodzić czy uciekać z domu. Ale tutaj chłopcy nie ujadą daleko. Ich pasji nie zagospodaruje kółko zainteresowań w liceum (mało kto stamtąd w ogóle do liceum chodzi), biblioteka ani krakowskie puby dla artystów czy kino. Zagospodarują je klatka, ławka przed blokiem, schodki i stadion. I grupa rówieśnicza, która ma się bezwzględnie wspierać, popijać razem pierwsze piwa, marzyć o dziewczynach i kibicować swoim barwom. Piętnastoletni kibic stojący przed klatką na Prądniku Białym nie „dokonał wyboru”, jak chcą wierzyć liberałowie i inteligenci, dla których życie to perpetuum mobile własnej sprawczości i rzuconych z boku kół ratunkowych, w sposób naturalny pojawiających się przez całe życie. Urodził się w określonych warunkach i w nich trwa. Sam Mucha mówi o tym zresztą w ciekawym wywiadzie dla Telewizji Republika: „Ludzie z bloków patrzyli na elity III RP jak przez lustro weneckie. Te elity ich zwyczajnie nie widziały, uważały istnienie tych ludzi za zbędne. Mieli siedzieć w bloku na 30 metrach, włączyć »Ekstradycję« albo Disco Relax i tam sobie zdechnąć. Jeśli masz mieszkanie, które ma 30 metrów i tam żyje sześć osób z czterech pokoleń, od babci, która ma 100 lat i pamięta I wojnę światową po dziecko siostry, które ma 3 miesiące, to nie będziesz tam siedział, tylko uciekał na klatkę schodową czy na ławkę”.
Środowiska kibicowskie nie mają w „lepszych” sferach dobrej prasy. Kojarzą się z przemocą, nacjonalizmem, chamstwem i głupotą, a poważne kibicowanie swojej drużynie jest pogardliwie określane terminem „kibol”, słowem, którego kibice w stosunku do samych siebie nie używają. „Kibol” oznacza bijatykę, strach, przemoc, często też głupotę. Lepiej trzymać się od niego z daleka. Szukając w mediach internetowych dominującej narracji na ich temat – choć przecież przeczuwałam, jaka będzie – natknęłam się wyłącznie na pogardliwie sformułowane newsy, w których kibice są przedstawiani jako tępa masa i tłuszcza, albo na pseudosocjologiczne opisy czy reportaże wcieleniowe (pewna pani pojechała na wyjazd z duszą na ramieniu, by potem opisać dla jakiegoś czasopisma wybite zęby). Narracja „zdrowej tkanki społecznej” na temat grup defaworyzowanych jest zawsze narracją zewnętrzną, chłodną, a przy tym wrogą.
Mucha pisze tymczasem o osiedlach z czułością, ale bez złudzeń: „Nie cierpiał klinów, kojarzyły mu się z alkoholikami, na trzy zmiany szturmującymi osiedlowy monopolowy U Żyda. Z bezrobotnymi o drgających rękach i gardłach, wystającymi przy stołach zadaszonych falistym plastikiem i obłożonych pociętą ceratą. Od rana przepijali tak zasiłki i odprawy między innymi pracownicy sprywatyzowanej i likwidowanej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Za »bezrobocie« – śmieszne trzysta dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie – nabierali opuchlizny, wystając przy flaszkach z Okocimiem O.K i puszkach EB. Dzielili się relacjami z pośredniaka, po czym wracali rozkładać ręce przed żonami i dziećmi. Po nich, po uprzednim obejściu osiedlowych piwnic i śmietników, przychodzili złomiarze. W zależności od tego, czy udało im się znaleźć nagrzewnicę do piecyka, żeliwną wannę czy jedynie makulaturę, raczyli się piwem, wódką lub jedynie »węglówką« – wyrabianą w osiedlowej melinie berbeluchą, powstałą ze zmieszania kranówki i royala. – Smakuje jak rzygi i śmierdzi jak kał – mówili. I pili”.
Bo jednym z głównych bohaterów powieści Muchy jest alkohol. Przezroczysty w polskiej kulturze biesiadnej, wszechobecny we wszystkich klasach społecznych – staje się jednak pretekstem do wytykania palcami tych, dla których bywa ostatnią deską ratunku. Gdy inteligent „raczy się” kieliszeczkiem (czy połową litra, bez różnicy), mężczyzna z osiedla „chla”, obojętnie czy w swoim mieszkaniu, czy pod sklepem. Narracja dotycząca popadania w nałogi czy też po prostu używania napojów procentowych jest zawsze niekorzystna dla klas ludowych. To one „zalewają się w trupa”, „wydadzą ostatnie grosze na wódkę”, a potem „leżą zamroczone”. Mucha przedstawia za to alkohol jako zwykłego towarzysza polskiej biedy, słabych warunków, ale także spotkań, interesów, zabawy czy wspólnego smutku. „Miasto noży” pełne jest pięćdziesiątek, ciepłych piw, butelek finlandii i domorosłych trunków. Autor mocno podkreśla też tragizm postaci potransformacyjnych ojców rodzin (akcja powieści dzieje się w 1997 r., czyli w okresie zamykania zakładów pracy i ogromnej fali bezrobocia), którzy nie mają już pracy, pieniędzy, autorytetu ani perspektyw, i często ich jedynym przyjacielem staje się alkohol. Mucha ich rozumie, przedstawia ze spokojem i w zniuansowany sposób, wspaniale maluje też konflikty wewnątrzrodzinne.
Tragiczne i z czułością opisane są także postaci matek, chociaż to już obraz w polskiej literaturze znany. Te zmęczone kobiety w fartuchach z poliestru i przydeptanych kapciach, osiwiałe z troski o rodzinę, uważające kotlety schabowe za remedium na każdy problem, pochylone nad szyciem, krzyżówkami, obieraniem ziemniaków – to widok wszystkim nam znany. Ale nigdy za mało pisania o tych cichych bohaterkach, które podejmują liczne i nieraz rozpaczliwe próby scalenia rodziny. Tak jest i u Muchy, który nie ucieka także przed opisem warunków mieszkaniowych i bytowych panujących na osiedlach: „Małpa ze zdumieniem odkrył, że mieszkańcy spokojniejszych pięter tego strasznego bloku chowali się za wysokimi kratami lub grubą blachą. Miało to chronić ich przed złodziejską ferajną, wykwaterowaną tu z wyburzonych na Kazimierzu kamienic […] Ruch na klatce bywał tu jak na Tandecie w niedzielne przedpołudnie. Nie szło poznać, kto jest lokatorem, kto pomieszkuje, kto »tylko wpadł« na kilka dni, a kto czai się pod klatką na frajerów”.
Albo: „Nikt nie zwracał uwagi na awantury takie, jak tocząca się w tej chwili pomiędzy rodzicami Małpy, bo były one codziennością. Mężowie wciąż wyładowywali tu na żonach frustracje spowodowane pracą lub ciągłym bezrobociem, a matki odpierały ataki nastolatków za brak kieszonkowego i skargi mężów na liche posiłki. […] Sąsiedzi nie reagowali więc albo wcale, albo – tak jak teraz – bezsensownym waleniem po rurach, tym sąsiedzkim morsem, którym i tak nikt się nie przejmował. Owszem, zdarzało się, choć rzadko, że wkładano w drzwi konfidencjonalną kartkę z wykaligrafowanym anonimem w stylu: »Proszę przestać bić dzieci« lub »Pani mąż znów awanturuje się pod klatką«, ewentualnie »Syn ćpa wieczorami. Proszę bardziej dbać o rodzinę«. […] Blok Małpy naprawdę się nie wyróżniał”.
Wojciech Mucha bardzo dokładnie i obrazowo przedstawia mapę Krakowa oczami tych, którzy mieszkają z dala od rynku i pojawiają się na nim najwyżej raz w miesiącu. W powieści mamy mnóstwo detali – opisy wyglądu ulic i bloków, tras autobusowych, wnętrz lokalnych mordowni i blaszanych budek z kurczakiem. Przede wszystkim jednak autor przedstawia wizję odległych od centrum osiedli jako odrębnych krwiobiegów, które centrum właściwie nie potrzebują i którymi ono pogardza. Mucha pieczołowicie przywołuje ich nazwy i szczegóły o nich, by dokonać pierwszego opisania Krakowa z tej perspektywy – Azory, Prądnik, Złotej Jesieni, Ruczaj, Piaski. Autor rozumie, że opowieść o ludziach nie istnieje w oderwaniu od opowieści o przestrzeni, która ich zrodziła i podtrzymuje przy życiu. Mucha zresztą wspaniale bawi się topograficznymi opisami Krakowa, czytanie książki tak mocno usadowionej w konkretnej przestrzeni to ogromna przyjemność.
„Miasto noży” to także opis świata przestępczego – ciemnych interesów, zapuszczonych barów, gdzie nad porcją żurku wymienia się informacje o dostawach narkotyków i pieniądze do przeprania. To historia o tym, że środowiskiem kibicowskim, ale i po prostu ubogimi, szukającymi zajęcia dla rąk i głowy chłopakami, nader szybko zainteresuje się półświatek, i to z tych twardych. I prędko znajdzie im coś do roboty. Nie należy jednak czytać „Miasta…” jako powieści sensacyjnej. To przede wszystkim przejmujący obraz życia osiedli, tych społecznych „dołów” (musimy wytworzyć inny, nowy język opisu rzeczywistości ubóstwa, bo posługujemy się albo tym z kronik policyjnych, albo z liberalnych salonów), które dla „lepszych” są tylko cyferkami w statystykach lokalnego MOPS-u.
Wojciech Mucha jest dziennikarzem „Gazety Polskiej” i „Frondy”. Na wojnie polsko-polskiej to wystarczy, by jego książka nie była brana pod uwagę w liberalnej debacie o „kibolach” i grupach defaworyzowanych ekonomicznie – oczywiście gdyby taka debata w ogóle się toczyła, bo liberałowie mają co innego na głowie. Mimo wszystko – szkoda. Książkę Muchy należy przeczytać uważnie i wyciągnąć z niej wnioski. Lewica i salon nie zrobią tego, jak się obawiam, nawet wtedy, gdy wybory parlamentarne wygra Konfederacja.
Magdalena Okraska
przez Marcin Guzek | wtorek 23 czerwca 2020 | opinie
Pod koniec lutego br. w Londynie odbyło się spotkanie poświęcone „Solidarności” z okazji promocji książki „Solidarność: The workers’ movement and the rebirth of Poland in 1980-81”. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie autor i organizatorzy. To trockiści z brytyjskiego Alliance for Workers’ Liberty. Czerwone sztandary, sierp i młot, zdjęcia Lenina i książki o Rewolucji Październikowej to nie jest raczej otoczenie, w którym spodziewalibyśmy się hołdu dla naszego Sierpnia ‘80. Ale to nie trockistowska „ikonografia” zaskoczyła najbardziej przebywającą ze mną członkinię partii Razem. Moją towarzyszkę najbardziej wzburzył slajd ze słynnym zdjęciem Anny Walentynowicz, przemawiającej przez tubę z wózka elektrycznego podczas strajku w Stoczni Gdańskiej. Dla brytyjskich trockistów to ikona, podobna trochę do słynnego zdjęcia „Che”. Dla młodej lewicy w Polsce… no właśnie, co oznacza dla młodej lewicy w Polsce dziedzictwo „pierwszej” „Solidarności”? Nie mnie na to pytanie odpowiadać, bo mam 52 lata. Natomiast chciałbym przybliżyć, jak to się stało, że radykalna brytyjska lewica do dziś uznaje nasz Sierpień ‘80 za jedno z najważniejszych wydarzeń w historii ruchu robotniczego. A jego bohaterowie, jak Walentynowicz, Wałęsa czy Gwiazda, funkcjonują jako ikony „rewolucji”.
Przed Sierpniem ‘80
Podwaliny dla wsparcia „Solidarności” przez brytyjskich trockistów dała prawdopodobnie współpraca środowiska Labour Focus on Eastern Europe (LFEE) z polską lewicującą opozycją. Oprócz oczywistych kontaktów z KOR-em, pod koniec lat 70. LFEE ze względu na trockistowskie korzenie miała również kontakty z polskimi trockistami.
Czasopismo „Labour Focus on Eastern Europe”, związane z grupami lobbystycznymi Eastern European Solidarity Campaign i Campaign for Labour Party Democracy, kojarzone było z lewym skrzydłem Labour Party, z najbardziej znanymi posłami Erikiem Hefferem i Kenem Livingstonem, później bardzo aktywnie wspierającymi „Solidarność”. Należeli do niego także inni lewicowi aktywiści, jak np. Tariq Ali, który również udzielał czynnego wsparcia Solidarności, oraz Edmunda Bałuka który jest określany przez naczelnego „LFEE” jak współzałożyciel pisma, „founding sponsor”.
Redaktorem naczelnym i inicjatorem czasopisma „LFEE” był Peter Gowan (alias Peter Green, Oliver MacDonald); członek International Marxist Group – IMG. Środowisko czasopisma nie utożsamiało się jednak z jednym ugrupowaniem. Gowan odwiedzał Polskę i nawiązywał kontakty; jego głównym współpracownikiem był Stefan Piekarczyk (również IMG). Inspiracją dla nich był zapewne legendarny przywódca strajku w Szczecinie w 1970 Edmund Bałuka, który mieszkał czasowo w Manchesterze w latach 70. Stenogramy rozmów komitetu strajkowego z władzami PRL znane były brytyjskim trockistom i stanowiły dla nich inspirację.
Od Sierpnia ‘80 do Grudnia ‘81
Już podczas strajków w Sierpniu zainteresowanie prasy trockistowskiej nimi było duże i stanowiły jeden z jej głównych tematów. Tak było przez cały okres, którego dotyczy poniższe opracowanie, tj. do końca 1982.
O dobrych stosunkach redaktora naczelnego „Labour Focus” ze środowiskiem KOR-u może świadczyć wywiad z Janem Lityńskim opublikowany już we wrześniu 1980 w „Socialist Challenge”. Tematem były sierpniowe strajki i powstanie „Solidarności”. Oliver MacDonald często powoływał się na osobiste relacje z Lityńskim.
Także we wrześniu 1980, zaraz po zakończeniu strajku, do stoczni docierają Steve Griffiths (przewodniczący związku zawodowego AUEW, Amalgamated Union of Engineering Workers, w zakładach Rover, członek IMG) i Richard Rozanski (członek młodzieżówki IMG, redaktor „Revolution”). Spotkali się oni w Gdańsku m.in. z Walentynowicz i Joanną Gwiazdą. Relacje z tego wyjazdu znalazły się w „Socialist Challenge”. Relacje z pobytu w Polsce były tematem serii wystąpień obydwu aktywistów trockistowskich w październiku 1980 w kilku miastach Wielkiej Brytanii. W spotkaniach uczestniczył również naczelny „Labour Focus”.
Pod koniec października dociera do Gdańska reporterka „Socialist Challenge”, Kay Carter, która była członkinią związku zawodowego AUEW z Leicester. Efektem tego wyjazdu jest m.in. wywiad z Wojciechem Gruszeckim, członkiem prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i sygnatariuszem porozumień sierpniowych, który zapewnia o tym, że strajki w sierpniu 1980 nie były antysocjalistyczne. Kay udało się też zrobić zdjęcie z Lechem Wałęsą. Kolejnym przejawem aktywności działaczy AUEW o rodowodzie trockistowskim jest wizyta Raba Birda, przedstawiciela związku (steward) z Sheffield, na uroczystościach z okazji Grudnia ‘70 w Gdańsku.
Związek zawodowy AUEW od początku powstania „Solidarności” był bardzo aktywny w jej wspieraniu. Efektem zaangażowania AUEW było zainicjowanie akcji zbierania środków i wysyłki sprzętu drukarskiego do Polski na przełomie lat 1980 i 1981. Akcja była reklamowana i opisywana kilkakrotnie w „Socialist Challenge”. Koordynatorem był wspomniany wcześniej Steve Griffths z Birmingham.
24 styczniu 1981 naczelny „Labour Focus” odbył publiczny meeting o Polsce w londyńskim Brixton (reklamowany kilkukrotnie w „Socialist Challenge”). Zapewne odbywały się w tym okresie również spotkania lokalnych grup trockistowskich o Polsce i „Solidarności”, inspirowane przez IMG (np. ogłoszenie o meetingu na Camberwell, 3 marca 1981).
Od lutego 1981, EESC rozpoczęła kampanię „Hands off Workers’ Poland”. Kulminacją kampanii była manifestacja w Londynie 15 kwietnia. Przygotowaniu manifestacji poświęcony był duży artykuł w samym „LFEE”, gdzie przewodniczący EESC Vladimir Derer wyjaśniał idee kampanii i potrzebę wsparcia dla „Solidarności”. Manifestację z inicjatywy EESC poparło 7 posłów, a wśród organizatorów możemy znaleźć IMG. Polish Solidarity Campaign, choć brała udział w przygotowaniach, finalnie nie zdecydowała się wesprzeć marszu, ale jej członkowie uczestniczyli w nim indywidualnie.
Sama manifestacja okazała się dużym sukcesem i była relacjonowana w „Socialist Challenge” oraz w konkurencyjnym „Socialist Organiser”. Przy okazji tej manifestacji zwrócono uwagę centrali angielskich związków zawodowych TUC, że jej finansowe wsparcie dla „Solidarności” jest bardzo małe (20 tysięcy funtów).
O tym, że kampanii (Hands off/EESC) nie udało się nawiązać bezpośrednich kontaktów z przedstawicielami „Solidarności” z Polski może świadczyć jedyny publiczny meeting 9 lipca 1981. Jedynym polskim uczestnikiem był Włodzimierz Brus. Natomiast zestawienie mówców brytyjskich świadczy o bardzo dobrych kontaktach w lewym skrzydle Partii Pracy (m.in. Heffer, Livingstone, Tariq Ali).
Od czerwca 1981, po „wygaśnięciu” kampanii Hands Off, „Socialist Challenge” włączył się w akcję sprzedaży koszulek z logo „Solidarności” organizowaną przez Polish Solidarity Campaign. Reklamowano też publiczne spotkaniach organizowane przez PSC, np. 30 listopada 1981 w Conway Hall w centrum Londynu, z udziałem m.in. posła Partii Pracy Neila Kinnocka.
Ostatnią przed stanem wojennym inicjatywą „Socialist Challenge” na rzecz „polskiego ruchu robotniczego” było promowanie polskiego wydania trockistowskiego pisma „Inprekor” we współpracy z IV Międzynarodówką.
Podsumowanie okresu „karnawału Solidarności”
Działania trockistów w tym okresie miały duży wpływ na pozytywny stosunek ruchu robotniczego w Wielkiej Brytanii do „Solidarności”. Informacje z Polski, entuzjastyczne w wymowie dla „Solidarności”, ukazywały się w niemal każdym wydaniu tygodników „Socialist Challenge” (IMG) i „Socialist Organiser” (SO Alliance). Pismo „Labour Focus on Eastern Europe”, które było rocznikiem, poświęciło całe wydania z lat 1980 i 1981 Polsce i „Solidarności”. Akcentowano potrzebę bezwarunkowego poparcia dla „Solidarności” przez brytyjską centralę związkową TUC i szkocką STUC oraz przez Labour Party.
Pomimo że środowisko „Labour Focus” miało dość dobre kontakty z opozycją demokratyczną w PRL, nie udało się stworzyć silnych relacji z „Solidarnością”. Wszyscy działacze związku (m.in. Lis, Walentynowicz, Onyszkiewicz, Fotyga), którzy odwiedzili Wielką Brytanię w tym czasie, byli „obsługiwani” przez Polish Solidarity Campaign, związaną z KOR-em i emigracyjną Polską Partią Socjalistyczną. Na publiczne meetingi również nie udało się zaprosić kogoś jednoznacznie związanego z demokratyczną opozycją czy „Solidarnością”. Sytuację zmieniło dopiero wprowadzenie w Polsce stanu wojennego.
Po 13 grudnia 1981
Lokalne komitety wsparcia dla „Solidarności” używały nazw Polish Solidarity Committee w odróżnieniu do „centrali” w Londynie, Polish Solidarity Campaign. Zaczęły one powstawać na fali protestów po wprowadzeniu stanu wojennego. Składały się w większości z trockistów z IMG oraz z Socialist Organiser Alliance – SOA.
Na listach organizacji wspierających „Solidarność”, publikowanych w trockistowskim „Socialist Challenge”, są wymieniane Labour Focus, Eastern European Soloidarity Campaign, lokalne Polish Solidarity Committee oraz Grupa Robocza Solidarności (Solidarność Trade Union Working Group – STUWG) uważana za oficjalne przedstawicielstwo NSZZ „Solidarność” w UK. Wygląda to jak sieć wsparcia równorzędnych partnerów i nie widać tu jakiegoś ciała „nadrzędnego”.
Ich działalność to temat na osobne opracowanie. Niemożność nawiązania szerszej współpracy z coraz bardziej skręcającymi w prawo emigracyjnymi strukturami „Solidarności” była prawdopodobnie powodem nawiązania kontaktów z rodzącym się w połowie lat 80. ruchami lewicowymi powstającymi w ramach opozycji solidarnościowej. Z nurtu tego powstała m.in. Polska Partia Socjalistyczna – Rewolucja Demokratyczna. Według słów Józefa Piniora to właśnie brytyjscy trockiści udzielili największego wsparcia tej partii. Dość powiedzieć, że na przełomie lat 1989 i 1990 w Londynie sponsorowali oni jedyne zagraniczne biuro PPS-RD. A gościem na ich meetingach był mało znany wtedy poseł Partii Pracy Jeremy Corbyn, związany od początku ze wspominaną Eastern European Solidarity Campaign.
Marcin Guzek
przez Monika Kostera | niedziela 21 czerwca 2020 | opinie
Gawędziłam niedawno z człowiekiem nawykłym do rozmów z publicznymi intelektualistami i autorami opowieści różnych treści. Mówiłam o tym, co można zrobić, by uniknąć katastrofy, jakie są możliwości i perspektywy, co można wykorzystać do zmiany świata na lepsze. Ten doświadczony interlokutor słyszał już dużo i umie rozmawiać o ideach dalekich od głównego nurtu. Nie wykazywał więc zdziwienia przez całą naszą rozmowę. Pod koniec spytał mnie, czy nie obawiam się, że moje wizje przyszłości się nie sprawdzą. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że bardzo się obawiam, że nie ma dnia, bym nie myślała o tym z ogromną obawą. Wtedy dopiero się zdziwił.
Moje pomysły na lepszą przyszłość, którymi dzielę się w różnych sytuacjach, często określane są przez rozmówców jako optymizm. Zastanawiało mnie zawsze, czemu te same osoby, które nazywają moje teksty apokaliptycznymi, bez zająknienia przechodzą do diagnozowania w nich optymizmu. Wszak to żaden optymizm, to chęć życia. Dzięki zdziwieniu mojego rozmówcy zrozumiałam wreszcie coś naprawdę ważnego, czym chciałabym się w tym felietonie podzielić z moimi Czytelnikami.
Uderzyło mnie mianowicie, że argumenty z głównonurtowego zarządzania, zwłaszcza w Polsce, czynione są bardzo często z pozycji „konieczności historycznej”. „Eksperci” ogłaszają Jak Będzie. Są to na ogół twierdzenia niepodparte żadnymi naukowymi metodami, za to mające silnie normatywny charakter, np. „uniwersytet zostanie przeniesiony online”, „pracę zabiorą nam roboty”, „humanistyka będzie niepotrzebna”, „przyszłość należy do oferujących najtańsze usługi”, „w przyszłości dojdzie do symbiozy człowieka ze sztuczną inteligencją” itp. Jednak normatywność w tym przypadku też jest specyficzna – ani etyczna, ani polityczna. W sensie politycznym i moralnym nie są to hasła ani przykazania, jakimi bywają na przykład „należy demokratyzować instytucje” czy „nie zabijaj”. Nie chodzi o to, by do czegoś nakłonić lub zachęcić. Chodzi o coś znacznie mocniejszego – o odcięcie marginesów.
Na bazie takich stwierdzeń „eksperci” jako jedyne i słuszne promują cały szereg idei i teorii, które bywają mocno kontrowersyjne. Jednak wszelkie próby angażowania się w kontrowersje, czyli dyskutowania z nimi – czy to sięgając po argumenty naukowe, czy polityczne, czy etyczne – zbywane są stwierdzeniami typu: „ale tak będzie”, „taka jest przyszłość”. Po czym na ogół uzyskuje się albo nakaz myślenia „realistycznego” (czyli trzymającego się kategorii „eksperta”), albo od razu reprymendę ad personam (niedojrzałość, niepoważność, nieracjonalność itd.). „Bo tak po prostu jest”/„bo tak po prostu będzie” zdaje się być podstawowym aksjomatem w takiej „argumentacji”. Profesor zarządzania Jerzy Kociatkiewicz określa to mianem argumentum ex futuro: „argumentacja, której siła retoryczna wywodzi się z pewności argumentującego co do tego, co przyniesie przyszłość. Skoro nastąpi X, to już teraz należy podjąć kroki Y. Ponieważ wystąpienie X jest niemożliwe do sprawdzenia w chwili użycia argumentum ex futuro, oponentowi trudno jest znaleźć argumenty przeciwko proponowanej tezie”. Argumentum ex futuro można by uznać za szczególny przypadek błędu logicznego zwanego odwołaniem do prawdopodobieństwa, jednak podstawowym problemem jest tu niepoznawalność raczej niż niepewność przyszłości. Innymi słowy, nie istnieje logiczna, empiryczna ani teoretyczna podstawa do wygłaszania takich twierdzeń, niekiedy bardzo szczegółowych.
Proponuję nie dyskutować z „ekspertami” o szczegółach, jakkolwiek nie byłoby to kuszące, lecz skupić się na założeniach. Co to znaczy „tak będzie”? Dlaczego „tak będzie”? Dla kogo? Kto na tym korzysta? Kto na tym traci? Skąd to wiadomo? Co by się stało, gdyby jednak „tak nie było”? I koniecznie radzę ignorować argumenty ad personam. One są bardzo niemiłe, ale skutecznie rozpraszają uwagę, odciągają ją od założeń, którym warto się przyjrzeć. Pandemia to szczególnie dobry moment na koncentrację uwagi.
Argumenty ex futuro nie biorą się z badań naukowych. Nie biorą się też z poetyckiej wizji, z wróżenia z fusów, z dalekosiężnych idei, z przewidywań, spekulacji, nadziei ani lęków. Biorą się stąd, że wypowiadający je wsiadł w pociąg Zeitgeistu i niesie go wielki pęd historii, potężny nurt dziejów. Oni tak twierdzą, bo naprawdę to wiedzą, siedząc tam, gdzie siedzą. To nie jest prorokowanie, to jest powtarzanie za GPS-em. Ten pociąg zmierza w tę stronę, po prostu, a oni wiedzą, dokąd nim jadą. Nie interesuje ich, dokąd by można pojechać ani nawet to, czy istnieją inne pociągi. Ostatnimi czasy nie interesuje ich nawet, czy zmierza wprost w przepaść, czy w jakieś ciekawe miejsca zdatne do życia. W obecnej fazie naszej pandemijnej teraźniejszości mają skłonność twierdzić, że w zasadzie nic się nie zmieni, tylko warunki pracowników i grup społecznych, które dotąd były w słabej sytuacji, znacznie się pogorszą i nastąpi normalizacja mizerii. Problem z powtarzaniem za GPS-em jest jednak taki, że bezmyślnie pokazuje kierunek, a nie ocenia, czy droga jest przejezdna ani też, co mieści się u celu i czy warto tam gnać.
Przede wszystkim zastanawia mnie więc to, czemu tak bezstresowo „eksperci” wypluwają z siebie wyroki na swoich bliźnich, krewnych i własne dzieci. Na naszą piękną planetę i na cywilizację, która miewała lepsze chwile. Poza tym popełniają te same dwa błędy, co zawsze dotąd od kilku dekad. Są to błędy będące jednocześnie kierunkami strategii sukcesu, czyli takimi, które dotąd przynosiły im sukces. Według profesora zarządzania Pasquale Gagliardiego można popełniać błędy poznawcze, a nawet decyzyjne, dopóki prowadzi to do sukcesów. Co więcej, ma się skłonność powielać i intensyfikować postawy i cechy, które przynosiły sukces w przeszłości. Jednak gdy przychodzi moment zwrotny, wykoleja to strategów. Jest właśnie moment zwrotny.
Błędy te są następujące: 1) Będzie dalej tak samo. Będzie się dało nami sterować tak samo jak teraz. Równia pochyła w dół działała skutecznie przez dziesięciolecia i łatwo było antycypować, w którą stronę idzie zmiana. Nawet lekko się do niej przykładając, bez narażania swojego „wizerunku w lustrze”, miało się pewność, że trend właśnie tam zmierza. Tam – czyli tu, gdzie jesteśmy. Przypomnę: jesteśmy w gigantycznym kryzysie, całe społeczeństwa stanęły w miejscu, ludzie nie wychodzili z domów, a teraz, mimo poluzowania, nadal nie ma rozwiązania nigdzie na horyzoncie, a ogromny kryzys ekonomiczny czyha tuż – tuż. Dalej nie da się „więcej tego samego”. Można albo całkiem „odmrozić” gospodarki, ryzykując masowe zachorowania (i co wtedy?), albo co jakiś czas wysyłać nas z powrotem do domów, nie płacąc i zwalniając z etatów, plus „przeniesienie całej pracy online” (naprawdę? – i co dalej?). Oczywiście są głosy i proponowane całe programy działań w obie te strony, ale te głosy nie potrafią powiedzieć, co dalej. Potrafią tylko nastraszyć „bo jak nie, to…” – ale ludzie zaczynają rozumieć, że „jak tak, to…” może być w tym przypadku jeszcze mniej atrakcyjne. A jeśli nie wiedzą, to się dowiedzą. 2) Są przekonani, że człowiek jest umysłem, a zatem nie ma znaczenia, że jest istotą wcieloną. Cała wiodąca nitka ideologii jest zabarwiona takim myśleniem – roboty, ejajki, onlajn wszystko. Nie dotarło do nich, że, po pierwsze, teraz dla wszystkich stało się widocznie, jak bardzo fałszywe jest to założenie. Ludzie są wściekle wygłodzeni fizycznego kontaktu. Moi studenci gotowi są przenieść góry, byleby mieć jakieś zajęcia w realu, jakiekolwiek. A z pewnością gotowi są przenieść obrony magisterskie – i tak też zrobili. Po drugie, głoszący te ejajki nie potrafią sobie przedstawić, co się stanie, gdy faktycznie wyjdziemy na dobre z tej hibernacji. Ulice, ludzie, plaża pod chodnikiem… Widzicie to?… ja czuję to w kościach…
Na koniec sama zaproponuję argumentum ex futuro – ten parowóz dziejów wykolei się wcześniej czy później. Już od dawna nie ma nikogo w kabinie maszynisty. To pociąg-widmo, pędzi na łeb na szyję, dokądkolwiek, byle jak, byle po co. Gdy to gruchnie, będzie wielka katastrofa, a potem wielkie złorzeczenia i zgrzytanie zębami. Będziemy znów mogli z bliska obserwować cuchnącą banalność zła. Ileż osób będzie mówiło, że tylko wykonywały rozkazy? Ileż będzie twierdzić, że nic nie widzieli, że nie przeczuwali, jaki ten system był zbrodniczy, a już na pewno nie brali w tym udziału z własnego wyboru. Zostawali psychopatycznymi szefami, bezlitosnymi ludźmi sukcesu, mordercami szlachetnych struktur i tradycji tylko dlatego, że ktoś lub coś trzymało ich na muszce. Cały czas szczerze nienawidzili kapitalizmu i byli prześladowani. Pomiatali bratem swym, siostrą swą, bo misja firmy. Od wielu usłyszymy też na pewno, że zawsze z kapitalizmem walczyli, że wiedzieli, że jego upadek był nieuchronny, choć wszelkie ślady tej wiedzy (i tej walki) pojawią się dopiero post factum.
Ale ujrzymy także, niestety, banalność dobra, a właściwie fatalność dobra. Dobrzy ludzi wzywają czasami diabła. Tak rozprzestrzeniają się najmroczniejsze instytucje i systemy władzy. Tylko częściowo robią to ambitni psychopaci i ci, którzy potrafią się aktywnie przełamać i działać jak psychopaci. Intensywnie przenoszą je dobrzy, skrzywdzeni ludzie, którzy nie mogą się znikąd doczekać ratunku i sprawiedliwości, więc idą do Mefistofelesa po pomoc, bo jest skuteczny, bo używa słów, które ich przekonują. Szukają skuteczności i oddają moc strukturom podłości – małym i dużym. One i ich aktywiści oczywiście niszczą potem tych dobrych, którzy ich wspierali, ale łatwo tego nie widzieć, gdy to się dzieje innym osobom, nawet na naszych oczach. To może wyglądać jak słabość i rozlazłość (dobro często wygląda jak słabość i rozlazłość), to może być w ogóle niewidoczne.
Wspomniałam, że wygłoszę argumentum ex futuro, choć nie siedzę w żadnym pędzącym pociągu dziejów. Stoję obok i patrzę. Częściej idę przed siebie. Co to za argument ex futuro, spytasz, uważny Czytelniku? To zwykłe kasandrowanie. W tym jednak przypadku Kasandra stoi na peronie i czuje, jak szumią szyny, zwiastując nadjeżdżający pociąg. Na tym peronie już kiedyś stała, już kiedyś słyszała taki szum. Tylko od tego czasu zmienił nazwę. Wtedy nazywał się Czarnobyl.
prof. Monika Kostera
Rysunek w nagłówku tekstu: Sam Chivers, Fifth Estate
przez Marcin Rezik | czwartek 18 czerwca 2020 | opinie
Pandemia koronawirusa zostanie zapewne uznana za największą globalną tragedię od czasu II wojny światowej. Zaraza, która już pochłonęła życie kilkuset tysięcy ludzi, wzbudza zrozumiały strach i niepewność o przyszłość. Uczucia te są dodatkowo podsycane przez media, które nie muszą już się specjalnie wysilać w poszukiwaniu tematów zapewniających oglądalność czy tzw. klikalność. Wystarczy, że prowadzą relację na bieżąco, podając najważniejsze informacje z kraju i ze świata, na temat rozwoju pandemii. Wiele z nich dotyczy stanu załamujących się gospodarek. Koronawirus bowiem jak w soczewce ukazuje nam, na jak kruchych fundamentach zbudowany jest gmach światowego kapitalizmu.
Kolos na glinianych nogach – tak zwykło się określać Związek Sowiecki, szczególnie w schyłkowym momencie istnienia. Kilka tygodni zamrożenia gospodarki dowiodło, że taki termin jak ulał pasuje jednak również do kraju uważanego wciąż za największe polityczne, militarne i ekonomiczne mocarstwo świata. W ciągu pierwszych dwóch tygodni liczba bezrobotnych w USA zwiększyła się o 10 mln osób (najwięcej w historii), by po kolejnym miesiącu przekroczyć 30 mln. Wystarczyły dwa miesiące przestoju, by upadłość ogłaszały nawet największe firmy. Hertz, które wspólnie z Avis Budget i Enterprise kontroluje większość amerykańskiego rynku wypożyczalni samochodów, pod koniec maja złożył wniosek o upadłość.
W Europie sytuacja wygląda podobnie. O tyle może lepiej, że na starym kontynencie przepisy prawa pracy nie są tak elastyczne jak za oceanem, dając mniejszą swobodę w zwalnianiu pracowników. To jednak nie rozwiązuje problemu. Firmy co prawda nie mogą z dnia na dzień rozwiązywać stosunku pracy, ale zawsze mają możliwość ogłoszenia upadłości, co de facto wiązałoby się z utratą zatrudnienia nawet przez tysiące osób (w największych korporacjach). Rządy są zatem zmuszone opracowywać programy pomocowe, aby zachować jak najwięcej miejsc pracy. Środki na ten cel pochodzą z pieniędzy publicznych, a więc państwo wspomaga prywatne firmy wpływami z naszych podatków, czyli wszyscy składamy się na utrzymanie tego stanu rzeczy. Oczywiście wyjścia nie mamy żadnego, bo gdy upadnie wielkie prywatne przedsiębiorstwo, to jego załoga i tak znajdzie się na publicznym utrzymaniu.
To, co dzieje się dzisiaj ze światową gospodarką, jest jednak dobrą okazją, by zastanowić się nad kondycją światowego kapitalizmu. Okazuje się bowiem, że dla większości firm brak raptem jedno- czy dwumiesięcznych przychodów rodzi sytuację, w której nie tyle przeżywają kryzys, ale wręcz ich byt jest zagrożony! Nie mam tu na myśli małych, jedno- czy kilkuosobowych firm, wiążących koniec z końcem od pierwszego do pierwszego. Natomiast dla wielu dużych przedsiębiorstw brak wpływów przez zaledwie kilka tygodni powoduje podobno olbrzymie problemy.
Nam, pracownikom, doradza się często, by nie wydawać całości miesięcznej wypłaty. Nawet jeżeli nie mamy jakichś ambitnych celów finansowych, jak kupno mieszkania czy nowego samochodu, należy odkładać część wynagrodzenia, by zbudować tzw. poduszkę finansową. Ekonomiści przekonują, że powinna być ona na tyle duża, aby zapewnić nam normalne funkcjonowanie przez okres minimum trzech miesięcy. Ma zatem stanowić zabezpieczenie na wypadek jakiegoś nieprzewidzianego zjawiska (np. choroby czy utraty pracy). Skoro za jednostkę postępującą rozsądnie uznajemy taką, która oszczędza i dysponuje zabezpieczeniem finansowym, dlaczego tego samego nie mielibyśmy wymagać od przedsiębiorstw? Okazuje się jednak, że w świecie biznesu znacznie większą popularnością od oszczędzania cieszy się kult nieustannych inwestycji. Firmy zadłużają się, by inwestować, a pożyczki spłacają z bieżących dochodów. Kiedy ich brakuje, nie tylko nie starcza im środków na bieżącą działalność, ale stają się dłużnikiem względem podmiotów zewnętrznych. Aby nie być gołosłownym, posłużmy się danymi zamieszczonymi przez portal pulsHR pod koniec zeszłego roku, kilka miesięcy przed kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa. Nieuregulowane płatności przedsiębiorstw widniejących w Krajowym Rejestrze Długów wynosiły 9,4 mld złotych. Na tę kwotę złożyły się zobowiązania ponad 281 tys. firm. Średnio ok. 34 tys. złotych na przedsiębiorstwo.
Oczywiście każda firma powinna dążyć do rozwoju, ale czy na pewno kredyt jest do tego najlepszą drogą? I tutaj możemy wrócić do porównania przedsiębiorstwa z osobą indywidualną. Od nas wymaga się, abyśmy poważnie zastanowili się przed zaciągnięciem zobowiązania. Rozważyli, czy będziemy w stanie je spłacać w przypadku wystąpienia jakiegoś przejściowego kryzysu. Tak samo każde odpowiedzialne przedsiębiorstwo winno skalkulować swoje możliwości.
Tak być powinno, ale nie jest. Być może dlatego, że jeżeli my przeszacujemy swoje możliwości finansowe, to konsekwencje ograniczają się „tylko” do nas samych, ewentualnie naszej najbliższej rodziny. Nie uruchamia się specjalnych programów pomocowych, chroniących przed upadłością. Co najwyżej dostaniemy skromną jałmużnę od państwa i lokal socjalny, pozwalające jedynie na wegetację. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku wielkich przedsiębiorstw. Gdy administracja prezydenta Obamy ratowała przed upadkiem największe amerykańskie banki, których fatalna sytuacja wynikała w lwiej części z wysoce niewłaściwej polityki udzielania kredytów, było jasne, że postępuje tak w interesie depozytariuszy. Czyniła to jednak za pomocą środków publicznych. Dzisiaj rządy różnych państw opracowują programy wsparcia dla biznesu, chroniąc interesy obywateli zagrożonych utratą pracy. Rozumiem, że istnieją pewne okoliczności (a obecną pandemię jak najbardziej można do takich zaliczyć), w których nieodzowna jest jakaś forma pomocy prywatnym inicjatywom ze środków publicznych. Rolą biznesu jest bowiem nie tylko zapewnienie miejsc pracy dla obywateli, ale także generowanie wpływów podatkowych czy dostarczanie na rynek pożądanej ilości towarów. Tym bardziej, że sytuacja wielu prywatnych przedsiębiorstw jest pośrednio, a często bezpośrednio skorelowana z konkretnymi decyzjami podjętymi przez władze centralne w związku z rozwojem epidemii. Zastanówmy się jednak, czy nie byłoby wskazane, aby w przypadku podreperowania sytuacji ekonomicznej prywatnego przedsiębiorstwa za pomocą pieniędzy publicznych, nie powinno ono w jakiś sposób zostać zobowiązane do prowadzenia bardziej odpowiedzialnej polityki finansowej.
Mam świadomość, z jakimi trudami i niedogodnościami może wiązać się prowadzenie przedsiębiorstwa. Czasami zadłużenie jest jedynym ratunkiem, by uratować byt firmy i pracę osób tam zatrudnionych. Jest to zrozumiałe, gdyby dotyczyło sytuacji jednostkowych. Przerażająca jest jednak powszechność tego zjawiska, która aż krzyczy o refleksję, czy taka forma kapitalizmu daje nam poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Kapitalizm na kredyt przypomina bowiem bańkę mydlaną. Dla wprawionych bańkarzy nie stanowi problemu wydmuchanie przez słomkę okazałych pęcherzy powietrza. Bańki jednak pękają momentalnie przy napotkaniu jakiejkolwiek przeszkody.
Marcin Rezik
przez Karolina Pervanić | wtorek 16 czerwca 2020 | opinie
Wobec nasilającego się kryzysu gospodarczego walka z nierównościami ekonomicznymi powinna stać się w Polsce priorytetem. Nie da się jej przeprowadzić bez szeroko zakrojonej reformy jednego z głównych winowajców nierówności – systemu podatkowego.
O tym, że polski system podatkowy jest niesprawiedliwy, pisze się w ostatnich latach sporo, kładąc nacisk gównie na wątek podatków dochodowych (PIT i CIT) oraz składek na ubezpieczenia społeczne. Słusznie wskazuje się, że w Polsce dochody z CIT są nieadekwatnie niskie, a PIT i składki – w praktyce regresywne, ponieważ bardziej obciążają osoby o niskich dochodach, niż te o wysokich.
W dyskusji o podatkach rzadziej natomiast wybrzmiewa temat podatków pośrednich (VAT-u i akcyzy). Tymczasem w kraju takim jak Polska, gdzie nierówności ekonomiczne są znaczne, ich charakter i umiejscowienie w systemie dodatkowo potęgują one efekt niesprawiedliwości. W rezultacie, analizując całościowo dwa główne filary systemu – i daniny dochodowe, i konsumpcyjne – trudno dopatrzeć się w polskim modelu istotniejszych przejawów progresji. [1]
Regresywność podatków konsumpcyjnych
W budżecie państwa za 2018 rok VAT stanowił połowę całkowitych podatkowych dochodów budżetowych (ok. 175 mld z ok. 350 mld), a akcyza – ok. 20 proc. Łącznie więc podatki konsumpcyjne odpowiadają za aż 70 proc. dochodów państwa pochodzących z podatków (przy czym dochody niepodatkowe to bardzo niewielka część budżetu). Częściowo wynika to z faktu, że dochody z PIT i CIT dzielone są pomiędzy państwo a samorządy, jednak nawet włączając do analizy całość pobranego PIT i CIT, tj. zarówno część zasilającą budżet centralny, jak i tę przekazywaną samorządom, udział VAT w wymienionych podatkach pozostaje najwyższy (42 proc.), a akcyza plasuje się na trzecim miejscu (17 proc.), istotnie przewyższając CIT (11 proc.).
Zatem, mimo znacznych różnic dochodowych i majątkowych w społeczeństwie, w Polsce wydatki budżetowe finansuje system, który opiera się na podatkach konsumpcyjnych, w szczególności na podatku VAT. A te ze swojej natury są regresywne: jeżeli w cenie danego koszyka produktów koszt VAT wynosi sto złotych, to te sto złotych będzie zdecydowanie istotniejszą częścią dochodu osoby zarabiającej dwa tysiące złotych na rękę, niż kogoś dysponującego miesięcznie kilkunastoma tysiącami złotych. Nie wspominając już o milionerach, którzy wydania owych stu złotych pewnie nawet nie zauważą. Dodatkowo, co dość oczywiste, im mniejsze mamy dochody, tym większą ich część (procentowo) przeznaczamy na konsumpcję – zwłaszcza tę najbardziej podstawową.
Co więcej, nawet jeśli spojrzymy na VAT i akcyzę od strony wydatków danego gospodarstwa domowego, a nie jego dochodów (na zasadzie: im więcej konsumujesz, tym finansujesz większą kwotę podatków pośrednich), to tak rozumiana „proporcjonalność” nadal nie gwarantuje sprawiedliwości. Dla kogoś dysponującego tysiącem złotych na wydatki, koszt VAT-u wynoszący 230 złotych będzie bardziej odczuwalny, niż formalnie proporcjonalne 2300 złotych zapłacone przez osobę, która mogła przeznaczyć na zakupy dziesięć tysięcy złotych (jest to tzw. prawo malejącej krańcowej użyteczności).
Badania ekonomiczne potwierdzają, że regresywność VAT-u najbardziej uderza w najbiedniejszych. Pod koniec 2014 r. OECD przeprowadziła analizę, w której porównała stosunek obciążenia podatkiem VAT do dochodów gospodarstw domowych w państwach zrzeszonych w Organizacji. [2] Zastosowano metodę decylową, tj. podzielono społeczeństwa na dziesięć grup dochodowych, w ramach których pierwszy decyl (pierwsze 10 proc. ludności) reprezentowany jest przez najuboższą część społeczeństwa, a ostatni decyl (ostatnie 10 proc.) – przez grupę najbogatszą. Okazało się, że w większości krajów OECD obciążenie VAT-em w stosunku do dochodu jest dwukrotnie wyższe w gospodarstwach domowych należących do pierwszego decyla dochodowego (czyli najuboższych), niż w przypadku rodzin plasujących się w ostatnim decylu (najzamożniejszych).
Co ciekawe, różnice pomiędzy pozostałymi grupami dochodowymi nie są już tak wyraźne. Proporcja między VAT a dochodami gwałtownie spada, gdy porównuje się pierwszy i drugi decyl, podobnie duży spadek można zaobserwować między decylami dziewiątym i dziesiątym. W decylach „środkowych”, udział VAT w finansach gospodarstw domowych łagodnie maleje wraz ze wzrostem ich dochodów. Skutki dystrybucyjne podatku VAT są więc szczególnie dotkliwe dla najbiedniejszych, a w przypadku najbogatszych sytuacja jest dokładnie odwrotna.
Ten niesprawiedliwy stan rzeczy wydaje się być dość wygodnym dla rządzących i zapewne dlatego mamy od lat taki a nie inny status quo. Podatki pośrednie, zwłaszcza VAT, są powszechne, bardzo efektywne fiskalnie i co do zasady odporne na optymalizacje (pomijamy przypadki wyłudzeń będących ewidentnym przestępstwem). Dzięki konstrukcji, w której formalni podatnicy (przedsiębiorcy) i podmioty faktycznie finansujące podatek (konsumenci) to dwie odrębne grupy – podwyższenie VAT-u i akcyzy, a potem utrzymywanie ich na wysokim poziomie, wydaje się politycznie mimo wszystko łatwiejsze niż reforma podatków dochodowych czy majątkowych. Po pierwsze dlatego, że dotyczy wszystkich i nie daje się wpisać w popularną narrację „karania” danej grupy społecznej podatkami. Po drugie – bo o ile np. swoje roczne rozliczenie PIT każdy z nas ma czarno na białym, o tyle większość obywateli nie jest w stanie stwierdzić, jaką kwotę VAT-u i akcyzy sfinansowali w danym roku ze swoich kieszeni. A, jak wiadomo, czego oczy nie widzą, tego sercu mniej żal.
„Wina” PKB?
Z drugiej strony można spotkać się z poglądem, że analiza wpływów budżetowych niewiele mówi o określonym systemie podatkowym, bo nie uwzględnia struktury PKB danego kraju, oraz że w Polsce wysokie wpływy z VAT są w dużej mierze związane właśnie z wysokim udziałem konsumpcji w naszym produkcie krajowym. [3]
Zgodzimy się, że jeżeli naszym celem jest porównanie skali opodatkowania różnymi podatkami w kilku krajach, to patrzenie na „gołe” liczby nie odzwierciedli różnic miedzy tymi państwami, i istotne będzie tu uwzględnienie danych o kondycji czy strukturze ich gospodarek. Jeżeli jednak rozważamy jeden konkretny system podatkowy, to analiza poszczególnych wpływów budżetowych wydaje się przydatna, o ile osadzimy je w pewnym kontekście. A ten powinno wyznaczać nie tylko pytanie o PKB, ale również o obowiązujące stawki podatkowe, istniejące luki prawne umożliwiające unikanie płacenia określonych podatków oraz o to, jakie zdarzenia uznano za „warte” opodatkowania, a jakie opodatkowano w sposób marginalny lub w ogóle pominięto.
W Polsce podstawowa stawka VAT (23 proc.) jest relatywnie wyższa niż stawka CIT (19 proc.). Oczywiście podatki te różnią się między sobą konstrukcją, jednak dobór stawek pokazuje pewien kierunek myślenia prawodawców. Polska stawka VAT jest też stosunkowo wysoka na tle innych krajów Unii. Unijna średnia wynosi 21,5 proc., a w aż osiemnastu państwach UE obowiązuje stawka niższa od polskiej (m.in. Niemczech, Francji, Hiszpanii, Czechach czy Słowacji). Na rzecz rodzimych rozwiązań przemawia natomiast dość szerokie zastosowanie stawek preferencyjnych (5 i 8 proc.) oraz fakt, że są one faktycznie niskie, również na tle innych państw UE.
Warto też zauważyć, że za wartością konsumpcji (tj. w uproszczeniu cenami finalnych towarów i usług nabywanych przez gospodarstwa domowe) stoją zasadniczo wartość kapitału, koszt pracy i dochód osiągnięty przez dostawców towarów i usług. Jako że w Polsce koszty pracy są generalnie niskie, należałoby spodziewać się, że wysoka konsumpcja będzie generować wysokie dochody z kapitału. Tym samym, z perspektywy budżetu, duże dochody z VAT teoretycznie powinny iść w parze z dość istotnymi dochodami z CIT (co do zasady najwięksi przedsiębiorcy są podatnikami CIT, a nie PIT). A mimo to tak się nie dzieje. Gdy weźmiemy jednak pod uwagę np. obowiązujące w Polsce liczne specjalne strefy ekonomiczne (a od połowy 2018 r. również ulgi podatkowe dla niektórych inwestorów niezależne od miejsca położenia przedsiębiorstwa) czy też fakt, że część dochodów z kapitału wypracowanych w Polsce nie pozostaje w kraju i nie zostaje tu w praktyce opodatkowana, to ta dysproporcja między VAT i CIT wydaje się logiczna, a struktura polskich wpływów budżetowych – spójna z tym, co generalnie wiemy o naszym systemie podatkowym.
Z perspektywy tego systemu istotnych jest (lub mogłoby być) także wiele zdarzeń gospodarczych, które nie znajdują odzwierciedlenia w wielkości czy strukturze PKB, tzn. nie są przy wyliczaniu PKB brane pod uwagę. Mamy tu na myśli kilka zjawisk. Po pierwsze, transakcje polegające na zmianie właściciela określonego majątku, a nie generujące żadnej wartości dodanej, jak otrzymanie spadku czy darowizny, obecnie w praktyce w zasadzie nieopodatkowane. Po drugie, posiadanie kapitału danego rodzaju – jest to punkt wyjścia np. w podatku katastralnym, również nieistniejącym w Polsce i budzącym duże kontrowersje, mimo że można wyobrazić sobie różne jego konstrukcje, np. znaczne ulgi w opodatkowaniu nieruchomości wykorzystywanych na cele mieszkaniowe. Po trzecie wreszcie, osiąganie dochodów z obrotu papierami wartościowymi czy udziałami w spółkach – opodatkowane zryczałtowaną, dziewiętnastoprocentową stawką PIT, niepodlegającą, w przeciwieństwie do dochodów z pracy, żadnej progresji.
Powyższe przykłady pokazują, że nawet przy niezmienionej strukturze PKB czy, szerzej, kondycji gospodarki, system podatkowy może zostać ukształtowany różnie, i być mniej lub bardziej sprawiedliwy. Doceniając więc wagę zależności między uwarunkowaniami ekonomicznymi a podatkami, warto jednak podkreślić, że decyzje o przyjęciu lub odrzuceniu określonych rozwiązań mają w dużej mierze charakter ideologiczno-polityczny. W Polsce zdecydowano, że podatki będą najbardziej obciążać najuboższych.
Karolina Pervanić, Mikołaj Paja
Przypisy:
1. Druga stawka PIT i tzw. danina solidarnościowa jedynie w niewielkim stopniu łagodzą problem nierówności, zwłaszcza wobec powszechnego zastosowania podatku liniowego.
2. The Distributional Effects of Consumption Taxes in OECD Countries, 2014.
3. Zob. np. https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/podatki-do-gruntownej-reformy-sutowski-sawulski/
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 7 czerwca 2020 | opinie
Czasami to, co niewyobrażalne, jest niezbędne. Świat rozwinięty, cywilizowany i kulturalny, a zatem Ameryka i Europa, zmaga się właśnie z wielkim testem. Sytuacje nadzwyczajne, takie jak pandemia koronawirusa COVID-19, często brutalnie odsłaniają relacje władzy i zależności poszczególnych porządków społecznych. Możemy dowiedzieć się, ile naprawdę warte jest ludzkie życie, ile pieniędzy i wysiłku wkładają poszczególne rządy w to, aby je chronić. Widzimy podział pracy w społeczeństwach, przekładalny często na ryzyko zarażenia i powikłań.
Destrukcyjna logika nieregulowanego kapitalizmu doprowadziła w poszukiwaniu wyższych rent wynikających z taniej siły roboczej do niepotrzebnych śmierci i innych strat. Rozciągnięte do granic możliwości łańcuchy dostaw leków, sprzętu, odczynników i komponentów, skutkują bardzo realnymi ludzkimi tragediami, ale odpowiedzialni za nie hiperglobaliści nie będą pociągnięci do odpowiedzialności. Fundusze private equity możnych tego świata niszczą tradycyjne biznesy, dobrze działające dawniej w warunkach regulowanego kapitalizmu, ale wystawiane na śmierć w nowej rzeczywistości. Ta nowa rzeczywistość wymaga monopoli i oligopoli na każdym rynku. Wymaga tworzenia korporacyjnych gigantów, samoregulujących się dzięki przekuciu siły gospodarczej we władzę polityczną. Wymaga podejmowania miliardowego ryzyka kosztem społeczeństwa, jeżeli ma przynieść choćby jednego dolara więcej. Każde inne działanie byłoby sprzeczne z interesem akcjonariuszy, a zatem nielegalne oraz „nieetyczne”.
Czasami konsekwencje są już bardzo blisko niszczycieli i wydaje się, że lada moment doświadczą oni, jak kruchy świat urządzili. Tak jak w 2012 roku, gdy rekiny finansjery z Wall Street, podobnie jak reszta nowojorczyków, znaleźli się w następstwie przerwanych przez huragan Sandy globalnych łańcuchów dostaw w odległości jednego dnia od kompletnie pustych sklepów i magazynów z żywnością. Chociaż pewnie i wtedy nie połączyliby faktów.
W ekstremalnych warunkach pandemii COVID-19 amerykańscy oligarchowie zadbali o zarządzony przez Kongres USA, a administrowany przez Rezerwę Federalną, transfer bogactwa od społeczeństwa do siebie. W bezprecedensowy sposób zamieniają na świeże zielone dolary śmieciowe obligacje korporacyjne, których nikt na rynku nie chciałby dotknąć (tzw. obligacje high-yield, czyli wysoko-rentowne, a w praktyce ekstremalnie ryzykowne). Technicznie wszystko jest bardzo skomplikowane, przykładowo Fed skupuje obligacje o nic nie mówiących nazwach, typu „SPDR HY Bond ETF”, zawierające w sobie w istocie dług. W praktyce jednak nie różnie się to wiele od emisji pieniądza przez same prywatne fundusze (skoro pieniądze z Eurobiznesu mogą wymienić na dolary). To wszystko powoduje, że gdy amerykańscy obywatele i biznesy liczą każdy cent i często są zmuszeni do bankructwa, oligarchia finansowa z walizkami pieniędzy może kupić każdy biznes, budynek czy inne aktywa. Amerykańscy miliarderzy zwiększyli swój stan posiadania o 565 miliardów dolarów od momentu przeprocedowania przez Kongres pod koniec marca specjalnej ustawy kryzysowej.
Aby dopełnić obrazu rozpaczy, warto nadmienić, iż transfer bogactwa (tzw. CARES Act) odbył się za przyzwoleniem i z poparciem zarówno parlamentarnej, jak i pozaparlamentarnej lewicy (od Berniego Sandersa i Alexandrii Ocasio-Cortez, po komentatorów socjalistycznego pisma „Jacobin”). Zapowiadający werbalnie radykalną rewolucję wykazali się kompletnym niezrozumieniem faktycznych mechanizmów akumulacji władzy gospodarczej i politycznej przez korporacyjną oligarchię. Mogliby pobierać nauki o tym, jak okiełznać ich władzę od Franklina D. Roosevelta, gdyby nie to, że bardziej niż wielkiego prezydenta doceniają niszowych myślicieli owiniętych w czerwoną flagę. Z pewnością za jakiś czas progresywni parlamentarzyści i aktywiści będą proponować nałożenie podatku majątkowego od majątku, który pomogli przetransferować do najbogatszych. Jedyny sensowny zapis CARES Act, o dofinansowaniu płac głównie małych i średnich firm, na który i tak przeznaczono niewystarczające środki, wywalczył prawicowy senator Marco Rubio…
Stany Zjednoczone Ameryki były projektem, którego wizjonerscy przywódcy byli świadomości ogólnoludzkiego znaczenia. Pisma i przemówienia XIX-wiecznego amerykańskiego prezydenta Abrahama Lincolna doskonale to pokazują. Lincoln chciał zniszczyć nieludzki system społeczny i zbudować opartą na przemyśle konkurencyjną gospodarkę jako wzór dla innych i nowy biegun siły. Przewidywał także, iż siła USA może przydać się w inny sposób i być może wojska amerykańskie będą musiały przekroczyć Atlantyk, aby bronić demokratycznych wolności przed zakusami tyranii. Dzisiaj to USA są pod butem tyranów-plutokratów i chociaż zrzucenie tej tyranii jest niezbędne, to trudno to sobie wyobrazić.
Patrząc na stan naszych amerykańskich przyjaciół, Europa musi sama wykazać się w trudnych momentach przywództwem i solidarnością wobec innych kontynentów. Nie tylko Stany Zjednoczone potrzebują pomocy. Z Afryki dobiegają głosy o pladze szarańczy, która będzie mieć wpływ na zaspokojenie potrzeb żywnościowych. Jest też zwiastunem trudnych dekad związanych z wieloma nawarstwiającymi się kryzysami ekologicznymi. Z kolei z Azji dochodzą niepokojące sygnały o kruchości poszanowania wolności indywidualnych, a także o zagrożonej podmiotowości mniejszych państw. Niewykluczone, że sukces Europy jest historyczną koniecznością.
Jak wspominano już na tych łamach, przerwanie negatywnej spirali europejskiej depresji, dezintegracji i powstania ksenofobicznych reżimów mają w swojej gestii „niemiecki rząd i niemiecki podatnik”. Nawiasem mówiąc, warto, abyśmy jako Polska byli świadomi, iż potencjalne globalne znaczenie naszych działań ma mniej wspólnego z byciem wysuniętym przyczółkiem NATO (co oczywiście też jest istotne), a więcej z byciem sąsiadem i ważnym partnerem państwa o kluczowym wpływie na przyszłość Unii. Wewnętrzna polityka niemiecka wpłynie na całą Europę i w związku z tym powinna być traktowana jako oczywiste pole aktywności innych państw europejskich.
To decyzje Berlina dotychczas powstrzymywały wzięcie wspólnej odpowiedzialności przez państwa Unii za zapewnienie stabilności finansowej bardziej narażonym na ataki spekulacyjne, a potrzebującym inwestycji krajom południa UE. Co gorsza, niemiecki sąd konstytucyjny uznał w trakcie pandemii, iż musi wymóc od Europejskiego Banku Centralnego zapewnienia o właściwości działań EBC (tzw. luzowanie ilościowe), których nie wymagał (w ich opinii – nie dopełniając swych obowiązków) Europejski Trybunał Sprawiedliwości. EBC nie zamierza się tłumaczyć powołując się na ETS, zaś niemiecki sąd nakazuje wycofanie współpracy z EBC niemieckiemu bankowi centralnemu (który jest częścią struktury EBC). Polityk CDU Elmar Brok skrytykował sąd konstytucyjny, mówiąc, że spełnił on wszystkie życzenia skrajnej prawicy.
Niemieckie ministerstwo finansów zareagowało na tę próbę narzucenia ograniczeń w zadziwiająco odważny sposób – poprzez „ucieczkę do przodu” i pierwszy wyraźny zwrot solidarnościowy na rzecz cierpiących społeczeństw południa UE. Na wspólnej konferencji przywódców Francji i Niemiec 19 maja zaproponowano wyemitowanie przez Komisję Europejską (a zatem nie przez EBC) wspólnotowego długu przeznaczonego na nowe wydatki. Do 500 miliardów euro grantów dojdzie 250 miliardów euro pożyczek, z czego w nieproporcjonalnie wysoki sposób mają skorzystać kraje południa, w tym uderzone koronawirusem Włochy. To może otworzyć perspektywę tak zwanego „momentu hamiltońskiego” (od sekretarza skarbu Alexandra Hamiltona, który uwspólnotowił dług poszczególnych stanów USA, tworząc de facto organizm państwowy).
Skąd Unia chce wziąć nowe przychody? Ponieważ nowy dług jest długoterminowy, ta kwestia jeszcze nie została rozstrzygnięta, ale mówi się o nowych źródłach dochodu od razu z poziomu centralnego UE, takich jak np. podatek węglowy, cyfrowy, od transakcji finansowych. Stawiałoby to rządy państw UE w lepszej sytuacji w przyszłości. Gdyby UE miała własne źródło przychodów, poszczególne państwa nie musiałyby wewnętrznie tłumaczyć się z finansowania przed podatnikami, wyłączając ten obszar z gry politycznej.
Dodatkowo niemieccy politycy chcą podejść do narzekania na „południową niegospodarność” w bardziej konstruktywny sposób niż dotychczas, tj. ograniczyć unikanie podatków w tych krajach poprzez europejski audyt podatków dochodowych i majątkowych.
To wszystko oczywiście niesie szereg zagrożeń. Zmierzanie w kierunku ściślejszej konfederacji o cechach bliższych federacyjnym lub wręcz państwowym stawia szereg pytań o wykonalność tych zamysłów w warunkach deficytu demokracji UE i nacjonalistycznych impulsów targających krajami. Podobnie jak poprzednie pomysły integracyjne oderwanych od społecznego pulsu euroentuzjastów, ten również napotka i wywoła wstrząsy. W przeciwieństwie jednak do np. wprowadzenia euro w taki sposób jak to nastąpiło, idea wspólnego długu jest niezbędna dla zachowania spójności wspólnoty europejskiej. W efekcie pójścia tą drogą uniknięta zostanie dezintegracja UE i polityczny upadek podzielonej Europy, ale każdy kraj UE będzie musiał uznać za swoją politykę wewnętrzną polityki wewnętrzne innych państw (na czele z zagrożeniami niemieckimi typu AfD). Że przy 27 krajach jest to niespotykana w historii świata ekwilibrystyka? Najwyraźniej nie mamy wyjścia i musimy się tego nauczyć.
Krzysztof Mroczkowski
przez Jarosław Niemiec | czwartek 4 czerwca 2020 | opinie
Jeszcze kilka miesięcy temu górnicze związki zawodowe skupione były głównie na obronie interesu pracowniczego i społecznego w transformacji energetycznej, gdyż przekonywano górników, że nie ma innej alternatywy. Dziś wiele wskazuje, że górnicy byli zwyczajnie oszukiwani. Głównym celem transformacji może być nie ochrona klimatu, lecz walka o opanowanie rynku energii.
Polscy górnicy przecierają oczy ze zdumienia, czytając doniesienia, że w Niemczech po cichu uruchomiono nową elektrownię węglową. Jeszcze bardziej zdumiewające jest, że w Belgii pracują reaktory atomowe, które powinny być dawno wyłączone, gdyż przeglądy wykazały tysiące mikropęknięć w komorach ciśnieniowych. W ostatnich miesiącach przekonywano górników, że zwały węgla rosną, gdyż Polska jest zobowiązana odbierać nadwyżki energii z krajów UE, oczywiście w ramach „nowego zielonego ładu”. Podobno tak mocno wiało, że nadwyżka pochodziła z generatorów wiatrowych. Wprawdzie strona związkowa zgłaszała swoje podejrzenia, że nie jest to cała prawda, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Dziś okazało się, że podejrzenia związkowców były słuszne. Ukryty cel takiej, a nie innej transformacji, jakim jest walka o rynek energii, w świetle ostatnich doniesień, wyszedł na jaw. Kto teraz przekona górników, że muszą poświęcić swoje miejsca pracy w imię ochrony klimatu i interesu publicznego? Bo nie widać w tym ani ochrony klimatu, ani interesu publicznego, czyli suwerenności energetycznej i ochrony miejsc pracy.
Sygnały płynące ze strony rządowej powinny ucieszyć zwolenników szybkiego zamykania kopalń. Wprawdzie nikt nie mówi o likwidacji górnictwa, ale jeśli wypowiedzi ministra aktywów państwowych Jacka Sasina są zapowiedzią kierunku obranego przez rząd, to nie trzeba będzie likwidować górnictwa – ono samo się zlikwiduje. Wynika z nich bowiem, że plan na górnictwo ogranicza się do działań biznesowych i restrukturyzacyjnych oraz chęci poddania górnictwa kolejnej weryfikacji rynkowej, a wiadomo, że w czysto rynkowej grze nasze górnictwo poległoby już dawno. Według sygnałów, jakie płyną z ministerstwa, podstawą tych planów miałoby być podzielenie spółek energetycznych i rozdział aktywów „czystych” od „brudnych”. Zatem do „czystych” trafiłaby dystrybucja i przesył, do „brudnych” – wytwarzanie i wydobycie. Innymi słowy, oddzielenie aktywów bardzo zyskownych, które i tak zarabiają, niezależnie od źródeł wytwarzania, od samych źródeł wytwarzania, które muszą ponosić koszty produkcji w coraz trudniejszej sytuacji dla zawodowej energetyki węglowej, która jako jedyna w Polsce jest energetyką suwerenną i niezależną od światowych rynków paliw i innych źródeł energii.
Poddanie jej wyniszczającej konkurencji z rynkiem sterowanym przez wielkich graczy na arenie międzynarodowej, kontrolującymi zasoby paliw i mającymi już odpowiedni wkład OZE do miksu energetycznego – oznacza koniec energetyki węglowej i suwerenności energetycznej. Zwraca już na to uwagę m.in. Witold Jurasz, który nie jest zwolennikiem węgla. Tak pisze w mediach społecznościowych: „Niemcy właśnie, po cichu i bez fanfar, uruchomiły nową elektrownię węglową. Reklamowany przez niektórych polskich ekspertów – czysto zapewne przypadkowo pracujących w ośrodkach analitycznych opłacanych przez niemieckie koncerny – »koniec epoki węgla« w Republice Federalnej oznacza bowiem jedynie koniec wydobycia węgla u naszego zachodniego sąsiada, ale nijak nie oznacza wygaszania energetyki węglowej. Przeciwnie – właśnie uruchamiane są nowe moce. Powyższe nie oznacza wcale, że pomysły naszych wielbicieli węgla mają sens, bowiem z racji kosztów jego wydobycia w naszym kraju i nam przyjdzie zmierzyć się z perspektywą »końca epoki węgla«. To zaś oznaczać będzie wzrost importu tego surowca z Rosji, co w naszym wypadku oznacza wszakże zupełnie co innego niż w wypadku Niemiec, choć – dodajmy uczciwie – import węgla nie uzależnia tak jak import gazu (bo kierunek importu łatwo zmienić i nie trzeba mieć dla tego kosztownej infrastruktury)”.
Ten aspekt suwerenności i stabilności systemu energetycznego w ogóle nie pojawiał się w debacie o energetyce węglowej, więc wypada teraz zwrócić na niego uwagę, bo może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla pracowników branży, ale także dla odbiorców i polskiej gospodarki.
Nie wdając się w techniczne rozważania o tym, na czym polega stabilność systemu, można opisać to tak: moc wyprodukowana, powinna odpowiadać w przybliżeniu mocy zapotrzebowanej przez odbiorców. Jeśli jest zbyt mała, to zwyczajnie gdzieś zabraknie prądu. Nie może też być zbyt duża. Długie linie przesyłowe mają swoją indukcyjność i pojemność, co oznacza, że może pojawić się zbyt duże napięcie w sieci, a to jest zjawisko szkodliwe. Wynika z tego, że zmienne źródła energii z wiatru czy słońca muszą być uzupełniane źródłem stabilizującym, czymś, co można oszacować i mieć na to wpływ. Takim źródłem jest właśnie energetyka konwencjonalna, czyli cieplna. Póki nie pojawi się technologia magazynowania energii z OZE czy inne stabilne źródło energii, paliwa kopalne będą miały udział w miksie energetycznym. Takim źródłem jest też energetyka atomowa.
Póki co Polska nie ma ani odpowiedniej liczby źródeł energii odnawialnej, ani elektrowni atomowej. Ma tylko węgiel. W tej sytuacji pozbywanie się węgla jest działaniem ryzykownym dla suwerenności energetycznej. Oczywiście są kraje, które nie mają własnych paliw i jakoś żyją. Polska niestety jest krajem, który potrzebuje znacznej ilości energii i jest w takiej sytuacji geopolitycznej, że bezpieczeństwo energetyczne musi być jednym z priorytetów. Pomysł zapewnienie stabilności systemu energetycznego przy pomocy gazu nie daje żadnych gwarancji. Za ten gaz zapłacimy tyle, ile dostawca zażąda. Podobnie może być z OZE. Bez własnych źródeł kupno energii z OZE może okazać się bardzo kosztowne. Likwidacja górnictwa przyniesie też poważne skutki gospodarcze. Jeśli przyjąć, że jedno stanowisko pracy w górnictwie generuje kilka innych stanowisk w przyległych sektorach gospodarki, to mamy wielki problem z całymi regionami – Śląskiem i Lubelszczyzną – dla których górnictwo jest jednym z fundamentów gospodarki. Odejście od węgla musi więc być rozłożone na lata i przewidywać płynne przechodzenie z jednego typu gospodarki na inny, przy aktywnym udziale państwa i samych pracowników branży. O tym mówi coraz częściej koncepcja „Nowego zielonego ładu”. Z pewnością nie zrobi tego rynek.
Oczywiście można wskazywać palcem winnych tej patowej sytuacji, w jakiej tkwi polska energetyka. Musimy kupować energię, sprzedawaną jako „zieloną”, bo nie możemy wykazać się odpowiednim udziałem OZE w miksie energetycznym. Oczywiście kilowat jest kilowat, i nikt nie sprawdzi, czy jest on z OZE, czy z węgla brunatnego w Niemczech. Oni mają odpowiedni miks, a my nie. Dziś sprawdza się paradoks przepowiadany przez wielu – żeby utrzymać górnictwo, musimy rozwijać OZE. Szkoda, że polskie rządy wolały opcję zerojedynkową: albo zamknąć kopalnie, bo węgiel truje, albo podtrzymywać górnictwo od kryzysu do kryzysu, gasząc niepokoje społeczne w kopalniach i obiecując górnikom, że będą fedrować jak fedrowali i zapewniając, że rząd by im nieba przychylił, ale nie może, bo ich ekologicznie terroryzują zwolennicy „zielonego ładu” w UE.
Napuszczanie górników na ekologów i odwrotnie przynosi taki skutek, że nie odbyła się debata o sprawiedliwej transformacji energetycznej z tymi, którzy poważnie myślą i o klimacie, i o suwerenności, i o sprawiedliwości społecznej w tym procesie. Skutek widać – nie ma dziś ani OZE, ani przyszłości dla górnictwa. Polska przegrywa w wojnie o energię.
Jarosław Niemiec
Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z polskiej Wikipedii i przedstawia kopalnię Bobrek-Centrum.
przez Stefan Paweł Załęski | wtorek 2 czerwca 2020 | opinie
W sytuacji kryzysu ekonomicznego nasilają się negatywne konsekwencje funkcjonowania systemu gospodarczego opartego na akumulacji kapitału. Coraz pilniejsza staje się zmiana sposobu jego działania. Można tego dokonać przede wszystkim za pomocą podatków. Najbardziej optymalne w tym celu są zróżnicowane podatki majątkowe.
Podstawowym celem lewicy jest redystrybucja zasobów własności, by zapobiec ich nadmiernej koncentracji i doprowadzić do większej demokratyzacji kontroli nad środkami produkcji, finansów i własności. Dotyczy to w takiej samej mierze mieszkań, co hut i serwerowni, ale przede wszystkim ziemi. Można to osiągnąć za pomocą nacjonalizacji (np. jako wstępu do bardziej rozproszonej prywatyzacji). Jednak bardziej racjonalnym sposobem jest zastosowanie podatków majątkowych. Głównym wyzwaniem jest zastąpienie nieefektywnego a nieproporcjonalnie intensywnego opodatkowania pracy przez opodatkowanie kapitału.
Podstawowym jednak błędem współczesnej fiskalnej myśli lewicowej jest projekt jednolitego, zunifikowanego, obejmującego wszystkie zasoby danej osoby podatku majątkowego. Jest to błąd strategiczny i taktyczny. Strategicznie dobrze jest przyjąć, że rozmaite zasoby mają odmienną wartość społeczną i polityczną nieodzwierciedlaną w wycenie ekonomicznej. Taktycznie łatwiej jest opodatkować poszczególne zasoby, niż wszystkie naraz. Strategicznie i taktycznie lepiej jest opodatkowywać w odmienny sposób różne formy własności: ziemię, nieruchomości, środki produkcji, antyki, sztukę, instrumenty finansowe.
Lewicowe projekty podatków majątkowych koncentrują się nad wyraz intensywnie na podatkach od wartości nieruchomości. Tymczasem najpilniejsze wydaje się opodatkowanie majątków wirtualnych, czyli instrumentów finansowych. To one są odpowiedzialne za tzw. finansjalizację współczesnej gospodarki, czyli lokowanie zasobów majątkowych na rynkach finansowych zamiast w produkcji dóbr i usług, czyli za aspołeczną praktykę akumulacji kapitału na dużą skalę. To w nich ulokowane są największe majątki. W hierarchii ważności opodatkowanie instrumentów finansowych stanowi obecnie najważniejsze wyzwanie. Najtrudniejsze politycznie i jednocześnie najprostsze praktycznie w realizacji, gdyż wartość instrumentów finansowych jest znana na bieżąco. Nie trzeba ich zatem osobno wyceniać, tak jak ma to miejsce w przypadku nieruchomości czy dzieł sztuki, antyków. Są to zasoby o dużej płynności, więc łatwo jest sprzedać ich część, by spłacić należności i zobowiązania. W nieco mniejszym stopniu dotyczy to także udziałów w spółkach nienotowanych na giełdach.
Oprócz braku objęcia podatkiem majątkowym, dziwnym jest, że na sprzedaż instrumentów finansowych nie jest w bieżącym reżimie podatkowym nałożony podatek VAT, który narzucono na sprzedaż wszystkich innych towarów i usług w Unii Europejskiej, nawet w przypadku transferów poza granice Unii (co odnosi się również do bardziej progresywnego podatku obrotowego). W zamian wprowadzono opodatkowanie jedynie zysków z instrumentów finansowych, czyli dochodów inwestorów-spekulantów. Tworzy to stan fiskalnego uprzywilejowania rynków finansowych.
Przeciętny polski pracownik musi odprowadzać podatki od każdej złotówki swoich dochodów, głównie w postaci składek ZUS. To, co mu zostanie, wydaje na zakup żywności i przedmiotów, których sprzedaż jest objęta podatkiem VAT. Gdy po wielu latach uzbiera i zainwestuje w zakup mieszkania, zaczyna płacić podatek od powierzchni nieruchomości, dyskryminujący posiadaczy nieruchomości o małej wartości. Wszystkie te podatki mają degresywny charakter. Spekulanci finansowi nie mają takich problemów.
Drugim niezmiernie istotnym zasobem, którego opodatkowanie wymaga osobnych regulacji, jest ziemia. Jest to zasób szczególny i kluczowy, o ograniczonym i ściśle określonym wymiarze. Zgodnie z tzw. twierdzeniem Henry’ego George’a (Henry George Theorem), wartość ziemi i dochody z jej najmu zależą przede wszystkim od publicznych inwestycji na jej obszarze i wokół. Opodatkowanie gruntów powinno stanowić zatem podstawę publicznych budżetów, stanowić „złotą regułę finansów publicznych”, szczególnie samorządowych. Potencjał wartości gruntów jako bazy podatkowej jest systematycznie niedoszacowywany w wielu analizach, które błędnie konkludują, że nie jest on wystarczający dla współczesnych publicznych celów wydatkowych.
Dopiero teraz, jako trzeci w kolejności ważności, można rozpatrzeć podatek od nieruchomości. Jednak przede wszystkim od nieruchomości komercyjnych, czyli takich, które służą podmiotom prawnym do pomnażania kapitału: biur, fabryk, sklepów, magazynów, hoteli, mieszkań na wynajem, infrastruktury przemysłowej (dróg, przewodów, studzienek i słupów transmisyjnych, kanałów wodnych). Ich wartość jest skorelowana z rzeczywistymi i potencjalnymi zyskami. Można zatem założyć, że adekwatne opodatkowanie nieruchomości komercyjnych powinno wpłynąć pozytywnie i stymulująco na zyski z nich i odpowiednio intensywne użytkowanie. Jednym z podstawowych problemów rynku nieruchomości jest ich skup wyłącznie w celach spekulacyjnego wzrostu wartości bez odpowiednio racjonalnego i użytecznego społecznie i ekonomicznie wykorzystania.
Ta ostatnia uwaga dotyczy w takiej samej mierze czwartego punktu niniejszych rozważań – nieruchomości prywatnych wykorzystywanych w celach mieszkaniowych. Nieruchomości mieszkaniowe, jak należałoby je nazwać, stanowią główną inwestycję klasy średniej. Ich opodatkowanie powinno zatem podlegać szczególnej ostrożności. Jest to ów słynny i złowrogi podatek katastralny, który śni się po nocach jako koszmar lepiej sytuowanej części klasy średniej. I nie powinno to dziwić, bowiem są oni wyraźnie uprzywilejowani przez obecnie istniejący sposób opodatkowania nieruchomości mieszkaniowych. Zdecydowanie nie powinien on wyglądać tak, jak ma to miejsce w Polsce. Nieruchomości mieszkaniowe nie są opodatkowane adekwatnie do ich wartości, lecz według ich powierzchni (dotyczy to także nieruchomości komercyjnych i gruntów). W ten sposób uprzywilejowani zostają właściciele droższych nieruchomości miejskich, zwłaszcza w dużych metropoliach, a dyskryminowani mieszkańcy terenów wiejskich. Jest to wyjątkowo degresywny sposób opodatkowania majątków, wypaczone dziedzictwo czasów neoliberalnej transformacji. Planowane obecnie zwolnienie z opodatkowania pierwszej, zamieszkanej przez właściciela nieruchomości będzie miało taki sam degresywny charakter. Duże trudności i kontrowersje związane z opodatkowaniem zasobów mieszkaniowych są najlepszym argumentem przeciw jednolitemu podatkowi majątkowemu.
Zwrócić uwagę należy na związek opodatkowania wartości nieruchomości zarówno komercyjnych, jak i mieszkaniowych z katastrofą klimatyczną. Oto bowiem ich ogrzewanie i klimatyzowanie (a nie transport, który bardziej odpowiada za zanieczyszczenie powietrza) stanowi główny czynnik wpływający na ocieplenie klimatu poprzez emisję gazów cieplarnianych w wyniku spalania paliw kopalnych na potrzeby produkcji energii cieplnej oraz elektrycznej (do czego zużywane są też olbrzymie ilości wody). Budowa i rozbudowa nieruchomości wpływa także w istotny sposób na niszczenie naturalnych siedlisk i wymieranie zwierząt i roślin. W tym przypadku jednak głównym czynnikiem jest masowa hodowla zwierząt rzeźnych, odpowiedzialna za ekspansję nowych areałów upraw na pasze, a także za duże zużycie wody i znaczną emisję gazu cieplarnianego – metanu. Powinno to skutkować odrębnym opodatkowaniem zasobów zwierząt hodowlanych.
Wymuszenie zmniejszenia powierzchni użytkowanej na osobę powinno stanowić jeden z głównych celów podatkowych w kontekście ekologicznym – na wzór japoński, jak obrazowo można by to przedstawić. Opodatkowanie już istniejących zasobów mieszkaniowych, zwłaszcza tych niewykorzystywanych w pełni, w części czy całkowicie pustych, niezamieszkanych wymusić może bardziej racjonalne, ekonomiczne i w konsekwencji ekologiczne ich użytkowanie. Obowiązujące opłaty od emisji gazów i pyłów można uznać za szczególny podatek majątkowy – od zasobów należących do jakiegoś podmiotu i emitowanych do wspólnej atmosfery, środowiska. Przykłady te pokazują, że polityka podatkowa, zwłaszcza względem zasobów osób majętnych, powinna znajdować się w centrum namysłu i postulatów ruchów ekologicznych. Wbrew argumentom maltuzjańskim, to posiadacze dużych majątków, kapitału, ludzie bogaci, których jest mniej, są odpowiedzialni za katastrofę klimatyczną, a nie skromnie żyjące osoby ubogie, mimo iż jest ich wielokrotnie więcej.
Kolejnym, niesłychanie wrażliwym społecznie, zasobem podatkowym są depozyty bankowe. W największym stopniu korzystają z tej formy oszczędzania osoby nisko zarabiające. O ile instrumenty finansowe są głównie zasobem osób bogatych, a w nieruchomości inwestuje klasa średnia, to depozyty, lokaty bankowe stanowią podstawową formę inwestycyjną osób o niskich dochodach. Ich opodatkowanie powinno być wyraziście progresywne, z sowitą kwotą wolną od podatku. Należy przy tym podkreślić, że inflacja jako narzędzie podatkowe dotyka w największym stopniu takie właśnie zasoby „drobnych ciułaczy”, jak również dochody osób o niskich kwalifikacjach, które mają słabe możliwości przetargowe wobec pracodawców.
W przypadku ruchomości – jak pojazdy, serwery, roboty, antyki czy dzieła sztuki – można zastosować rozwiązanie, że poniżej pewnej wartości są one obłożone podatkiem VAT oraz obrotowym (obrotowym jako bardziej progresywnym w oddziaływaniu niż VAT, którego stosowanie należałoby ograniczyć, jednak wymusza je Unia Europejska), natomiast powyżej tej wartości podatkiem majątkowym, alternatywnie albo dodatkowo.
Jedynym progresywnym sposobem opodatkowania majątków jest stosowanie kwoty wolnej od podatku i przynajmniej trzystopniowej skali podatkowej o waloryzowanych co roku progach podatkowych. Każde z pięciu wyżej wymienionych dóbr podstawowych powinno być opodatkowane według osobnej skali powstałej w efekcie odpowiedniej analizy makroekonomicznej, biorącej za główny punkt odniesienia kwestię nierówności społecznych. Podatki te powinny być pobierane w cyklu miesięcznym, a nie rocznym, jak najczęściej się stosuje w przypadku podatków majątkowych, co wywołuje wrażenie ich niezwykle dużej wysokości. Dla porównania, opodatkowanie pracy w Polsce obecnie oscyluje wokół 40% miesięcznie licząc wraz ze składkami ZUS, podatek majątkowy nie powinien być wyższy niż 0,4% miesięcznie. Wszyscy walczący o niskie podatki powinni być zwolennikami podatków majątkowych.
Generalną zasadą przy tym powinno być założenie, że podatki majątkowe mają dużo lepszy wpływ na zmniejszanie nierówności ekonomicznych, wzrost gospodarczy oraz inwestycje, niż nadmiernie obecnie stosowane podatki dochodowe. Głównym argumentem wysuwanym przeciw podatkom majątkowym jest ich rzekomy wpływ na zniechęcenie do inwestowania, co całkowicie przeczy badaniom, które pokazują, że są one optymalne dla inwestycji, w przeciwieństwie do opodatkowania dochodów, zwłaszcza z pracy. Podatki te stanowią narzędzie mogące przeciwważyć neoliberalne strategie gospodarcze, zarówno tanich kredytów (np. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania), jak i taniej pracy (np. Niemcy, Chiny, Polska) – paradoksalnie odpowiedzialne za zmniejszenie dynamiki wzrostu, inwestycji oraz produktywności.
Celem ostatecznym zastosowania zróżnicowanych podatków majątkowych jest przynajmniej częściowe zastąpienie opodatkowania pracy osób najuboższych przez podatki od kapitału zgromadzonego w bardziej lub mniej legalny czy humanitarny sposób przez najbogatszych. Podstawowe uzasadnienie dla stosowania podatków majątkowych jest w gruncie rzeczy zgodne z doktryną wolnorynkową: za posiadanie, przetrzymywanie, użytkowanie majątku na danym terytorium należy się opłata.
Stefan Paweł Załęski
Artykuł ten stanowi publicystyczny aneks do tekstu „Podatki ubezpieczeniowe w perspektywie progresji fiskalnej: efektywność opodatkowania pracy i kapitału dla lewicowych polityk redystrybucji ekonomicznej”, Praktyka Teoretyczna 3(33)/2019.
przez Łukasz Misiuna | niedziela 31 maja 2020 | opinie
Rząd zapowiada wielki projekt budowy niemal 1500 zbiorników retencyjnych. Ma to być remedium na wielki kryzys suszy w Polsce. Kryzys, który właśnie się przebija do świadomości, a który trwa już od dawna i ma wiele przyczyn. Jednocześnie kraj oplata sieć rowów melioracyjnych, trwa wieloletnia już masowa wycinka drzew w miastach, nabierają rozpędu „prace utrzymaniowe” rzek, polegające na zamianie ich koryt w rynny. Najcenniejsze lasy w kraju wycina się i unika ich ochrony. Spalanie węgla w deklaracjach premiera i prezydenta jest zadaniem priorytetowym. W oderwaniu od siebie te zjawiska mogą uwierać, niepokoić, wzbudzają podrygi „ekologistów”. Jednak kiedy spojrzy się na nie jako na długotrwały, planowy, systemowy proces, dopiero wówczas ogarnia przerażenie. Tym bardziej, że mamy kolejny najcieplejszy rok w historii i największą suszę w dziejach. Już rok temu w niektórych miastach reglamentowano wodę.
Postanowiłem zbadać sprawę. Wybrałem najprostszą metodę badawczą, dostępną każdemu. Poczekałem, aż po tygodniu braku opadów deszcz będzie lał dzień i noc. Udało się. Następnego dnia wziąłem szpadel i wbiłem go w ziemię. Woda przedostała się na głębokość około 2 cm. Dalej była susza. Później poszedłem do lasu nad strumień, który znam od 30 lat. Zastałem suche koryto. Pobliskie torfowisko, dawniej niedostępne w maju suchą nogą, trzeszczało pod stopami. Zalewowa łąka w dolinie rzecznej, pełna dawniej rycyków, czajek i krwawodziobów – była pusta, cicha i sucha.
W dalszej części tekstu opowiem o tym, co widzę od lat, pracując jako przyrodnik i obserwator przyrody.
Hydrofobia
Wszelkie działania mające na celu maksymalnie szybkie odprowadzenie wody ze środowiska są skrajnie nieodpowiedzialne i niszczące. Przekonanie, że woda musi jak najszybciej opuścić środowisko i w najlepszym razie wylądować w zbiorniku retencyjnym, a potem znowu jak najszybciej w morzu, to jakaś trudna do zrozumienia hydrofobia. Ten cel jest realizowany na kilka sposobów. Przede wszystkim to osuszanie wszelkich mokradeł, dużych i najmniejszych. To, co wydaje mi się najbardziej destrukcyjne, to deforestacja (wylesienie) w górnych odcinkach cieków. Na przykład w związku z budową instalacji narciarskich z całym niezbędnym systemem naśnieżania, do którego przecież konieczna jest woda. Również w związku z gospodarką leśną czy realizacją innych inwestycji, np. hotelarskich. Wylesione stoki gór stanowiące obszary zasilania naszych rzek i zamiana koryt strumieni górskich w rynny służące do jak najszybszego odprowadzenia wody, często przez betonowe obudowy, to początek katastrofy.
Drugie ważne, skrajnie negatywne zjawisko to wycinki prowadzone wzdłuż naturalnych cieków wodnych i osuszanie leśnych mokradeł. Trzecim są oczywiście „prace utrzymaniowe na rzekach”, prowadzone przez Wody Polskie. Usuwanie z koryt nawet niewielkich cieków martwego drewna, wycinka olsów i łęgów na ich brzegach, odmulanie, likwidacja tam i żeremi bobrowych. To dzieje się na masową skalę w całym kraju. Przyśpieszanie spływu wody pociąga lawinę negatywnych, destrukcyjnych konsekwencji. Woda szybko opuszcza środowisko, nie stagnuje, nie retencjonuje w bagnach, terasie zalewowej, na łące, w starorzeczach, a więc też nie ma czasu na przenikanie do gruntu, do warstw wodonośnych. Te cenne miejsca bez rozlewającej się poza koryto wody szybko się degenerują. Znikają ważne siedliska higrofilne z wieloma gatunkami. Tracimy cały system powiązań pomiędzy naturalnymi procesami i uzależnionymi od tych procesów gatunkami. Łyse brzegi pozbawione olsów to radykalnie większe nasłonecznienie i podgrzanie wody w cieku. Wyższa temperatura wpływa na właściwości fizyczne i chemiczne wody, a to na skład gatunkowy. Wyższa temperatura to szybsze parowanie. Woda znika. Opuszcza bezpowrotnie dolinę rzeki czy cieku, bo właściwie nie ma już doliny w dawnym rozumieniu. Jest rynna. W zasadzie od źródeł do ujścia rzeki traktowane są skrajnie brutalnie. Niszczy się systemowo ich pierwotne funkcje i właściwości, co pociąga za sobą szereg negatywnych zjawisk, a te kolejne i kolejne. System hydrologiczny się rozpada, woda znika. Zostaje system hydrofobiczny.
Kolejne dwa zjawiska znam ze świętokrzyskiego i nie wiem, jak to wygląda gdzie indziej. Przede wszystkim to województwo jest bardzo bogate geologicznie, wiąże się z eksploatacją górniczą złóż. Mamy tu wiele kamieniołomów. Ich istnienie związane jest często z głębokimi odwodnieniami, a więc z powstaniem leja depresyjnego. Na skutek eksploatacji złóż wody podziemne są wypompowywane i wylewane do cieków. W przypadku dużych kopalń lej może mieć całkiem duży zasięg, np. kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów. Z całego tego obszaru woda znika w sposób niezauważalny i mało spektakularny. Po prostu z czasem wszystko wokół stepowieje. W województwie jest około 130 kamieniołomów (dane z 2012 roku). Roboczo przyjmijmy, że lej ma powierzchnię około 20 km kw., co jest raczej wartością zaniżoną. Czyli mamy około 2600 km kw. stale poddawanych odwodnieniu, zwykle wieloletniemu. Lej wpływa też na naturalne cieki i zbiorniki wodne, mokradła. Powierzchnia województwa świętokrzyskiego to niecałe 12 000 km kw. Brzmi to dość przerażająco. Ale świętokrzyskie należy do regionów najbardziej narażonych na głęboką suszę i właściwie klęskę hydrologiczną. W dodatku woda pochodząca z odwodnienia kamieniołomów jest wpompowywana pod ciśnieniem do naturalnych cieków. Zmienia to tempo przepływu wody, zmienia warunki fizyczne i chemiczne wody, zmienia naturalny skład gatunkowy cieków. Problem lejów depresyjnych dotyczy też kopalń węgla oraz miast. Średniej wielkości miasto polskie tworzy lej o powierzchni mniej więcej 2 000 km kw.
Ostatni problem, który spotykam na dużą skalę w świętokrzyskim, to zasypywanie gruzem prywatnych działek w terasie zalewowej cieków, nawet niewielkich, a z czasem przekształcanie ich w działki budowlane. Gminy chętnie na to przymykają oko, bo przecież działka budowlana to już perspektywa pieniędzy, a taka terasa zalewowa? Nic nie daje gminie. No może poza tym, że gromadzi bezpłatnie wodę.
Jest jeszcze kwestia zużycia wody przez przemysł i energetykę oraz problem gęstej sieci dróg wyposażonych w system rowów melioracyjnych. W skali kraju to są gigantyczne problemy. Jako przyrodnik spotykam się z tymi właśnie problemami i jestem przekonany, że destrukcyjne skutki ich wszystkich nakładają się na siebie, co powoduje powstanie sprzężenia zwrotnego. Patrząc na to wszystko można chyba powiedzieć, że naruszamy same podstawy funkcjonowania środowiska, niszcząc system hydrologiczny poprzez ingerencję w lasy ze źródliskami i leśnymi mokradłami, naruszając system wód podziemnych oraz czyniąc ze złożonej sieci cieków i mokradeł wzdłuż nich system rynien do spuszczania wody jak za pociągnięciem spłuczki. Absurdalna walka z substancją, od której zależy nasze istnienie i istnienie wszystkich innych organizmów. Bardzo dużo energii i środków angażujemy w tę walkę.
Należy jeszcze wspomnieć o powszechnej likwidacji w rolnictwie wielkoobszarowym istniejących śródpolnych zbiorników wodnych oraz remiz śródpolnych. Pola mają być równe i łatwo dostępne dla maszyn. Tyle że spływ powierzchniowy z takich typów pól, bez miedz i lokalnych oczek wodnych, jest także błyskawiczny. Podobnie brak już wśród rolników kultury posiadania stawów koło domu lub małych zbiorników na ciekach, przeważnie zarybionych. Kiedyś było to powszechne, teraz to absolutna rzadkość, chociaż w dolinach jeszcze widać ślady zastawek. Na początku lat 90. XX wieku w Technikum Leśnym leśnicy nauczyli mnie, że zachowanie remiz śródpolnych i miedz w dawnym typie ma ogromne znaczenie, bo te zadrzewienia i siedliska chwastów pełną funkcję rezystencjalną wobec upraw, są oazami bioróżnorodności wśród morza skrajnie uproszczonych zbiorowisk, zapobiegają erozji gleb i… zatrzymują wodę w środowisku. Likwidowanie remiz śródpolnych ma chyba te same podstawy, co w przypadku potrzeby niszczenia naturalnych mokradeł i starych lasów. To bieda i potrzeba kontroli. Tak sądzę. Oraz niezrozumiałe przekonanie, że jak jest wyrównane, z kostką Bauma, od linijki, bez chaszczy, to świadczy o większej rozumności, bogactwie, o jakiejś porządności większej. O cywilizowaniu.
Minister otwiera front
Minister Marek Gróbarczyk zapowiedział plan budowy zbiorników retencyjnych. Jednocześnie wspomniany plan walki z suszą uznaje takie zbiorniki za ostateczne rozwiązanie. Plan ma być wprowadzony odpowiednią specustawą.
Zarządzanie specustawami stało się już stylem obecnej władzy. Tyle że tworzenie specustaw w rzeczywistości wyjętych spod prawa wpisuje się w logikę budowania systemu niedemokratycznego. Przecież zadania w ten sposób realizowane wyjęte są choćby spod procedury partycypacji obywatelskiej. Obywatele przestają mieć głos. To polityka nakazowa, centralistyczna i realizowana podobnie jak za pomocą słynnych 5-latek. Wtedy zresztą osuszanie bagien i torfowisk było kwestią społeczno-polityczną, robioną z całą pompą, łopocącymi sztandarami, przemówieniami lokalnych notabli. To jest sposób zarządzania krajem w głębokim kryzysie, np. wojennym. Budowa niemal 1500 zbiorników retencyjnych bez uwzględnienia procedury ocen oddziaływania na środowisko i bez kontroli społecznej to gotowy przepis na katastrofę ekologiczną, hydrologiczną, ekonomiczną i społeczną. To ma cechy chińskiej Rewolucji Kulturalnej. To grozi dobiciem naturalnego systemu hydrologicznego. Bo system nadal będzie. Tyle że nowy. Postawiony za ciężkie pieniądze bez jakiejkolwiek kontroli i oceny. Można się domyślać, że jak zwykle zbiorniki zaporowe powstaną w miejscach naturalnego stagnowania wód. Na łąkach, torfowiskach, w miejscach po olsach i łęgach, które się wytnie. To jest, delikatnie mówiąc, wylewanie dziecka z kąpielą.
Istniejące naturalne cieki i mokradła to unikalny, naturalny system, który powstawał w zgodzie z warunkami geologicznymi, czyli opierał się o sam fundament życia tej planety. Rzeki tysiącleciami „układały” się do podłoża geologicznego. Tak optymalnie wpasowane wiły się, zmieniając z wiekami swój bieg, kształtując rzeźbę terenu, tworząc higrofilne siedliska: łąki, torfowiska, zakola, starorzecza, torfowiska, lasy nadrzeczne, łąki trzęślicowe i inne. Ten samopowstały system działa tak, żeby woda była w środowisku w sposób niezbędny do życia. Także ludzkiego. To był i jest, bo on trwa, proces całkowicie darmowy, a jednocześnie bezcenny. Przekształcenie rzek w rynny, a mokradeł w miednice czy balie doprowadzi szybko do bardzo głębokich i śmiertelnie niebezpiecznych zniszczeń. No ale rozumiem, że skoro mamy rząd stosujący metody polityki wojennej, to i ofiary muszą być.
Prawdopodobnie przy obecnej skali presji ludzi na środowisko jest czasami konieczne zbudowanie zbiornika retencyjnego. Zresztą niektóre przez lata zaczęły przypominać obiekty naturalne i są ostojami bioróżnorodności. Jednak systemowe, szybkie, ponadprawnie robione ingerencje w układ wód w całym kraju skończy się raczej źle. Te pieniądze powinny być użyte do odbudowy względnie naturalnego systemu wodnego. I powinno to się odbyć przy udziale szerokiego grona ekspertów. Tyle że teraz miejsce ekspertów zajęli politycy.
Mamy funkcjonujący od ostatniego zlodowacenia system, który się sprawdził. To my zniszczyliśmy ten system i on się boryka z ogromnymi trudnościami. Gdyby mu odpuścić, zmniejszyć presję, zostawić przestrzeń i czas, może nieco pomóc renaturyzując niektóre zniszczone rzeki, to by prawdopodobnie „wstał”. Mówienie, że musimy osuszyć mokradła i wyprostować rzeki, bo zniszczony przez nas system nie działa – to absurd. Ta ogromna energia powinna iść w prace związane z ochroną i odbudową istniejących i zniszczonych mokradeł. Zbiorniki retencyjne nie muszą, a nawet nie powinny być ogromne i tylko na rzekach głównych. Naturalna retencja powierzchniowa na małą skalę, np. w mokradłach i bagnach powoduje zwiększenie retencji podziemnej, a to jest główne źródło wody pitnej.
Bieda
Cała ta potrzeba wyżynania naturalnych lasów, spuszczania wody i wydłubywania węgla wynika z biedy. Jesteśmy biednym krajem i biednym społeczeństwem. W odniesieniu do krajów tzw. rozwiniętych, do których aspirujemy. Mamy niemal tylko XIX-wieczne metody na rozwój. Eksploatację surowców naturalnych. Do pewnego momentu nie wymagają one nakładów. Las rośnie, węgiel leży, woda płynie. Tylko brać i sprzedawać. Polacy niszczą swój kraj, bo są biedni, a chcą być bogaci jak Niemcy. Tylko że my wyprzedajemy drewno, bo jest je łatwiej wyprodukować niż zaawansowane technologie jak perowskity czy światłowody – dwa rewolucyjne wynalazki polskie, z których Polska nie potrafiła skorzystać, żeby stać się siłaczem.
No więc drewno sprzedajemy, żeby mieć za co kupować technologie, węgiel palimy, żeby była energia do podtrzymania tego kosztownego XIX-wiecznego systemu, a woda musi szybko płynąć, żeby chłodzić te węglowe elektrownie. I dlatego nikt nie chce puszcz, bagien i mokradeł. Bo są nienowoczesne i niezachodnie, lecz wschodnie. A Polacy chcą być zachodni. Niestety stosując daleko-wschodnie metody. Paradoks polega też na tym, że te tzw. metody zachodnie dotyczą działań, od których już dawno tam odstąpiono. Teraz na Zachodzie przywraca się „dzikość” przyrody różnymi kosztownymi metodami.
Podam przykład. Zmagałem się kiedyś z procederem zasypywania działek w terasie zalewowej rzek. Właściciel postanowił zasypać gruzem nadrzeczne zalewowe łąki. Gmina na to przymknęła oko. Mnie grożono. Następnie działki zostały przekształcone w działki budowlane. I stało się to, co się musiało stać. Zabudowane działki zaczęły być zalewane, bo… na innym odcinku rzeki wykonano prace utrzymaniowe, co spowodowało gwałtowne przyśpieszenie spływu wód, a że nie miały one swoich starych łąk do rozlewania się, to się rozlały temu panu po podwórku i domu. Następnie pan wystąpił o odszkodowania i je dostał. I co dalej? No dalej uznano, że rzeka stanowi zagrożenie i znowu ją zmeliorowano, a tym razem ols wycięto. Itd., itd. Przecież to jest szaleństwo.
A jeszcze pojawiły się w wielu miejscach bobry. To wspaniałe zwierzęta. Spiętrzają wodę tam, gdzie ją najłatwiej spiętrzyć. Są ekonomiczne, bo muszą, żeby przeżyć. Tyle że w wielu takich miejscach ludzie osuszyli łąki, pobudowali się, pozakładali pola. I teraz trzeba odstrzelić bobry, bo niszczą mienie. Nie jestem w stanie spokojnie zastanawiać się nad tym, jakie procesy myślowe zachodzą w głowach ludzi, którzy jako odpowiedź mają: meliorować, wycinać, strzelać, budować zbiorniki rekreacyjno-retencyjne. Zdecydowanie taniej jest budować się z dala od łąk i torfowisk, łęgów i olsów. To proste. A robota bobrów i naturalnych procesów są darmowe. Tyle że prawdopodobnie problem leży głębiej. Dotyczy on po pierwsze ludzkiej potrzeby kontroli, a po drugie ludzkich fobii, że gdy nie wykona się choćby najbardziej nieracjonalnej czynności, to napięcie nie spadnie. To jak zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Lęk, że naturalne procesy mogą się toczyć bez naszej kontroli i mogą nam zagrozić, wywołuje takie napięcie, że aby je znieść, ludzie wykonują działania nieracjonalne. A to wzmaga w nich lęk. I jeszcze bardziej muszą coś robić. Cokolwiek. No więc bobry i łąki zalewowe są tańsze i skuteczniejsze.
Utrzymać w dobrym stanie
Mam dwa przykłady z ostatnich dni ze świętokrzyskiego obrazujące stosunek „leśników” i „wodniaków” do małych naturalnych cieków. Oba pochodzą z obszaru Natura 2000 Ostoja Żyznów. W pierwszym przypadku wycięto olchy porastające brzegi Kacanki i wywleczono z niej martwe drewno zalegające w korycie. Wszystko w szerokiej dolinie, przepięknej, malowniczej, przebogatej przyrodniczo. To były prace utrzymaniowe właśnie. Ale chodzi o utrzymanie czego? Bo sądziłem, że na obszarze chronionym prawem polskim i europejskim chodzi o utrzymanie w stanie niepogorszonym siedlisk będących przedmiotami ochrony tego obszaru. Drugi przypadek to bezimienny ciek, kilka kilometrów dalej. Unikalne przyrodniczo miejsce. Pośród wspaniałych grądów nadrzeczny łęg z wymierającymi gatunkami roślin i zwierząt, ekstremalnie rzadko występującymi w świętokrzyskim. Ranga tego miejsca jest znana, bo jeden z naszych wspaniałych botaników, już nieżyjący dr Edward Bróż, starał się tam powołać rezerwat przyrody. Tymczasem Nadleśnictwo Staszów dokonało tam rzezi drzew. Miejsce wygląda obecnie jakby obrzucono je bombami.
Zgodnie z zaleceniami dla realizacji trwale zrównoważonej gospodarki leśnej należy unikać wycinek wzdłuż śródleśnych naturalnych cieków, należy dbać o zachowanie wysokiej bioróżnorodności szczególnie tam, gdzie wiadomo, że występują gatunki rzadkie i zagrożone, należy dążyć do zachowania jak największej ilości martwego, wielkogabarytowego drewna (które gromadzi ogromne ilości wody i nie dość, że jest unikalnym siedliskiem dla ginących gatunków, to jeszcze stanowi naturalny system przeciwpożarowy!) oraz należy zmierzać w kierunku odnawiania lasów wykorzystując odnowienie naturalne. Tymczasem mamy wyjątkowo cenne miejsce, o którym wiadomo od lat, gdzie wyrżnięto łęg wzdłuż cieku oraz grąd na obu brzegach i wykonano nasadzenia dosłownie „od linijki”.
To dzieje się na każdym niemal kroku. Można mnożyć przykłady. W pierwszym przypadku na prace utrzymaniowe wydała zgodę Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, w drugim prace odbyły się w sprzeczności z oficjalnymi dokumentami i rekomendacjami samych leśników oraz w oparciu o Plan Urządzenia Lasu, który wciąż jest dokumentem niepodlegającym konsultacjom społecznym i ocenie oddziaływania na środowisko. Dla jasności: nie jestem tak całkiem wariatem i rozumiem, że gospodarka leśna to ważna gałąź przemysłu. Ale ona nie może się odbywać poza prawem, na specjalnych warunkach. Obecny stan wiąże się z ogromnym negatywnym oddziaływaniem gospodarki leśnej na przyrodę Polski. Rzeki, strumienie, oczka śródpólne, jeziora, torfowiska, olsy itp. siedliska higrofilne powinny zostać uznane w Polsce za priorytetowe. Powinno się przyjąć program ich inwentaryzacji w całym kraju. A najcenniejsze i najważniejsze powinny być nietykalne. Tu już nie chodzi o „ptaszki i motylki”, lecz o bezpieczeństwo publiczne.
Strzel bobra
Bobry to nasi wielcy sprzymierzeńcy. Jestem codziennie nad rzekami i w lasach. Tylko tam, gdzie są bobry, jest jakaś woda. Wszędzie indziej wszystko jest wyschnięte na wiór i nawet trzydniowe opady nie poprawiły sytuacji. Gdzieś czytałem niedawno wypowiedź hydrologa. Powiedział, że aby obecnie uzupełnić deficyt wody w środowisku, potrzebujemy nieustannych, obfitych, przynajmniej 30-dniowych opadów. To pokazuje skalę problemu. Na początku maja byłem we wspaniałym miejscu w Górach Świętokrzyskich. Niewielka wioska, tradycyjna zabudowa, ekstensywne rolnictwo (z biedy, nie z wyboru), wokół największy świętokrzyski zwarty kompleks leśny: mroczne, wilgotne i chłodne bory jodłowe. I pod lasem malutki ciek, a na nim wielkie łaki trzęślicowe z 6 gatunkami storczyków, rosiczkami, pełnikami europejskimi, kosaćcami syberyjskimi, ptactwem wodno-błotnym i przychodzącymi czasem wilkami. Woda stagnująca przez cały rok. Tak było tam jeszcze 3 lata temu. Wczoraj wszystko wyschnięte w straszliwy sposób. Resztki tej różnorodności, którą znałem. Nie ma tam bobrów. Nie wiem, czemu. Za to jest sieć rowów melioracyjnych i w nich jest woda. Tylko w nich. Więc jeśli nie ma tam bobrów, to odpaliłbym program dopłat dla rolników na budowę zastawek, mikrotam. Żeby tę wodę zatrzymywali na swoich łąkach. To rozpaczliwy pomysł, ale i sytuacja jest rozpaczliwa.
Hydrofobia jest wynikiem głębokiego kryzysu, w jakim się znajdujemy. Trzeba tu podkreślić, że na ten kryzys, chyba już egzystencjalny, pracowały pokolenia Polaków, nie tylko obecny rząd.
Łukasz Misiuna
przez dr Bartłomiej Błesznowski | czwartek 28 maja 2020 | opinie
Po lekturze pierwszych akapitów artykułu prof. Hartmana „Nie potrzebuję waszej troski” (wydanie świąteczne „Gazety Wyborczej” z 16 maja 2020) uznałem, że w końcu ktoś w jasnych słowach opisał sytuację, w jakiej znaleźli się obywatele współczesnych państw demokratycznych: „z dnia na dzień niewielka grupka mniej czy bardziej anonimowych urzędników i ekspertów »bez krępacji« i niewiele się tłumacząc, wsadziła świat do aresztu”. Szybko jednak doszło do mnie, że podzielanie tych samych diagnoz nie musi prowadzić do podobnych konstatacji dotyczących terapii. Te drugie zaś stanowią rodzaj deklaracji nie tylko ideowej, ale wręcz cywilizacyjnej. Zgadzając się więc z profesorem, że jako obywatele znaleźliśmy się w opałach wynikających ze „stanu wyjątkowego”, jaki fundują nam państwa, nie zgadzam się z przekonaniem, że przed autokratyzmem z jednej strony i zbiorową histerią z drugiej, uchroni nas permisywizm zwrócony przeciw metodom sanitarnym (m.in. zrzucenie masek, które jakoby „zakrywają nasz wstyd”) oraz obrona cnót – godności i wolności. W tym kontekście godność sprowadzona zostaje do abstrakcyjnego arystokratyzmu ducha, wolność zaś do indywidualistycznie pojętego oporu wobec reguł wzajemnej troski obywateli o bezpieczeństwo swoje i innych.
Przyglądając się rozmaitym zachowaniom Polaków w trakcie pandemii rzuca się w oczy rodzaj specyficznej niekonsekwencji. Zakładamy (choć wraz z coraz bardziej chaotycznym przekazem władz coraz mniej gorliwie) maski i zachowujemy bezpieczną odległość w miejscach szczególnie narażonych nie tyle na obecność wirusa, co upominającego policjanta. Gdy tylko znajdziemy się poza nimi, w pracy czy sklepie, od razu pojawia się ulga: „ufff, możemy już zrzucić te idiotyczne okrycia”.
Czy ten akt blagierstwa wynika po prostu z niewiedzy i obojętności, a może czegoś więcej – z wrodzonej polskiej przekory? A może z indywidualnego oporu, który każdy z nas stosuje, radząc sobie jak może z narzucającą mu niepoważne obostrzenia władzą? Zdaje się, że ani jedno, ani drugie. Hipoteza przekory oparta jest na założeniu o zbiorowym cynizmie, jaki miałby znamionować z istoty Polaków, ten zaś zakładałby jakąś metafizyczną istotę narodu, przecząc ustaleniom dwustu lat nauk społecznych. Dostrzeganie zaś w unikaniu środków bezpieczeństwa dysydenckich intencji wydaje się zwyczajnie śmieszne. Moim zdaniem powód jest zupełnie inny i leży nie w charakterze narodowym, lecz w stosunku łączącym Polaków z ich państwem. Najlepszym słowem, jakim można by ten stosunek określić, jest według mnie „obcość”. Państwo jako organizacja życia zbiorowego stanowi w polskiej kulturze politycznej twór o zgoła ambiwalentnym bycie. Z jednej strony, jesteśmy ulegli wobec zarządzeń omnipotentnego Lewiatana. Podporządkowujemy się mu w sferze publicznej, a tym samym zrzucamy na niego ciężar wszelkiej organizacji i sprawczości, pozbywając się wraz z nimi woli politycznej. Z drugiej, postrzegając państwo jako twór obcy i odległy, usiłujemy przechytrzyć je w każdy możliwy sposób, zasłaniając się jednocześnie retoryką obrony naszej indywidualistycznej cnoty.
W pierwszych latach XX wieku Edward Abramowski – filozof, psycholog i wielki ideolog kooperacji – pisał: „Przyzwyczailiśmy się uważać siebie za materiał, z którego ktoś inny urabia rozmaite formy; przy każdej sposobności ofiarowaliśmy siebie: »zróbcie z nas to lub owo; zróbcie z nas społeczeństwo konstytucyjne, demokratyczne lub społeczno-demokratyczne; zreformujcie nam szkoły i szpitale; ochrońcie przed nędzą i wyzyskiem«. Cała mądrość polityczna zawierała się w tych prośbach czy żądaniach reformy. Wszystkie ideały chyliły się przed tym jednym: Państwa-Opatrzności. Ono miało za nas myśleć i działać, miało nas karmić, uzdrawiać, chronić. I to się nazywało u nas »demokracją«”.
Nietrudno zauważyć analogię, jaka łączy te słowa ze współczesnym kontekstem. Państwo wydaje nam się zewnętrzną strukturą, więc omijamy jego nakazy, jednak nie potrafiąc stworzyć alternatywy wobec niego, oddajemy mu coraz więcej władzy w sferze publicznej. Nie dostrzegamy w ten sposób faktu, że zawłaszczająca potęga państwa jako emanacji interesów tej czy innej partii idzie w parze z jego niekompetencją, gdy chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa swoim obywatelom. To winno wykraczać dalej niż cedowanie na nich odpowiedzialności za los bliźnich poprzez przymusowy social distancing.
Zrzucając maski i przekraczając bariery fizycznej izolacji mamy nadzieję zrobić państwu na złość. Reakcja ta wynika jednak wyłącznie z braku lepszych repertuarów kontestacji i samoorganizacji, które pozwoliłyby nam na wytworzenie faktycznej „populacyjnej odporności”, nie poprzez masowe „przechorowanie” COVID-19, ale poprzez przygotowanie do epidemii na poziomie ekonomicznym, edukacyjnym, a przede wszystkim medycznym (jak choćby zwiększenie ilości testów na obecność koronawirusa u pracowników służby zdrowia czy dbanie o spójny harmonogram obostrzeń i odmrożeń w trakcie pandemii). W tym czasie władza zajmuje się przede wszystkim wsparciem dla sektora finansowego oraz walką o doraźne cele polityczne, zrzucając na jednostkę ciężar zabezpieczeń i paraliżując wspólnotę, której boi się najbardziej. Słabe społeczeństwo to przecież mocne państwo.
Abramowski i inni kooperatyści przełomu XIX i XX stulecia wyobrażali sobie wspólnotę jako sieć sfederalizowanych stowarzyszeń, których działanie oparte będzie na samorządności i pomocy wzajemnej. Przekładając te kategorie na rzeczywistość polityczną naszego stulecia – nie chodzi o to, czy można znieść państwo przechodząc do jakiejś wyidealizowanej anarchii, ale o to, czy można osłabić wszechwładzę państwowej biurokracji. Chodziłoby zatem o taką organizację życia zbiorowego, która utrzymując sprawność organizacyjną, nie wysysa politycznej inicjatywy i nie tłumi powszechnej woli obywateli. Gdzie reguły życia zbiorowego nie stanowią wrogich i niejasnych komunikatów wydawanych przez rządowych ekspertów, ale wynikające ze społecznych deliberacji zasady funkcjonowania wspólnoty.
Tam, gdzie państwa jest po prostu mniej, kooperatyści chcieli widzieć przestrzeń nie dla egoizmu prywatnych interesów (jakby bez państwa nie mogły zawiązać się prawdziwe stosunki społeczne), ale przede wszystkim dla nowoczesnych instytucji politycznych. Społeczne zaufanie nie oznaczało dla nich abstrakcyjnej idei, lecz jawiło się jako zestaw powszechnych i skutecznych wzorców organizacji. Dlatego też naszym naczelnym zadaniem w warunkach pandemii, która najpewniej (po krótkim letnim oddechu) nie skończy się tak szybko, jest stworzenie nowych modeli „zdystansowanej troski”, które pozwolą nam jednocześnie chronić życie najbardziej narażonych (zaawansowanych wiekiem i chorych), a także tych z pierwszych linii frontu – lekarzy czy pracowników usługowych, stanowiących, o czym pandemia przekonała nas pod dwakroć, essential workers.
Walkę z naszą „marnością”, o której pisze prof. Hartman, a której celem miałyby być elitarna obrona godności i wolności, proponowałbym zastąpić postulatem kreowania alternatywnych sposobów życia społecznego. Nadzieje zaś na powrót do starych form demokracji liberalnej – nawoływaniami do tworzenia nowych instytucji politycznego sprawstwa. Etyczne imperatywy dla jednostek należy więc przekuć w „dobro wspólne” rozumiane nie jako abstrakt, ale konkretne działania – bezwarunkową troskę o innych w przestrzeni publicznej, wspieranie związków zawodowych, których działalność może okazać się kluczowa w walce o miejsca pracy, aktywność samopomocową, która zastąpi rozmaite niedomagania państwa, transformacją struktury pracy w kierunku własności pracowniczej, a także zwrócenie uwagi na kwestie ekologiczne – wszakże wirus może być ostatnim ostrzeżeniem przed skutkami nieposkromionej ekspansji ludzkości w środowisku naturalnym.
O tym, że pandemia stanowi poligon przyszłości, wiemy już pewnie wszyscy. Natomiast tego, w jakim kierunku owe zmiany podążą, nie wie tak naprawdę nikt. Jedno jest jednak bezsporne – w ramach pandemii następuje akceleracja zmian, które rozpoczęły się na długo przed pandemią. Czas kryzysu, jaki postępuje na naszych oczach, stanowi znakomite pole dla nowych form współdziałania. Sztuką będzie jednak sprawić, by nie stały się one jedynie przetrwalnikami na czas zawieruchy, lecz laboratoriami nadchodzącej wspólnoty. Nawoływania do sprzeciwu wobec infantylizującej nas władzy i rozwijanie cech odpowiedzialności i uczciwości, mają sens wyłącznie wtedy, gdy zaczniemy postrzegać je jako cechy społeczne, nie zaś indywidualne. Oddając raz jeszcze głos Abramowskiemu: „Tworzenie demokracji przez samo społeczeństwo, tworzenie jej istoty, jej sił wewnętrznych, jest to zarazem uzdrowienie życia i wyzwolenie moralne ludzi”.
dr Bartłomiej Błesznowski
przez Szymon Majewski | środa 27 maja 2020 | Kwartalnik, Wiosna 2020, Wywiad - kwartalnik
Czym jest sektor pozabankowy albo parabankowy? Czym różni się od „normalnej” bankowości – prawnie, ekonomicznie i społecznie?
Iwona Jakubowska-Branicka: W polskim systemie prawnym nie istnieje legalna definicja parabanku. Mimo że prawnicy powszechnie używają tego pojęcia, nie pojawia się ono w aktach prawnych. W literaturze przedmiotu można jednak znaleźć próby zdefiniowania parabanku oraz instytucji pozabankowej. I tak np. Witold Srokosz w książce „Czynności bankowe zastrzeżone dla banków” definiuje parabanki jako podmioty rynku finansowego, które, nie będąc bankami, wykonują na podstawie innych ustaw niż prawo bankowe czynności bankowe zastrzeżone dla banków lub bez upoważnień ustawowych wykonują czynności bankowe w ujęciu szerokim. Zdefiniować parabanki spróbowali także twórcy słownika dostępnego w ramach Portalu Edukacji Ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego, mówiąc, iż w ich ocenie najbardziej trafne jest przyjęcie, że instytucje parabankowe to inne niż banki instytucje, dla których działalność depozytowa jest działalnością podstawową. Ostatecznie najszersza definicja stwierdza, że parabankami są wszystkie instytucje finansowe świadczące usługi podobne do bankowych; w ujęciu węższym instytucjami parabankowymi określa się podmioty inne niż banki, które zostały przez odrębne ustawy upoważnione do podejmowania czynności bankowych sensu stricto. W naszej książce „Rynek firm pożyczkowych w Polsce” przyjęliśmy, że parabankiem jest instytucja finansowa, która świadczy usługi zbliżone do usług świadczonych przez banki (tzw. usługi bankowe w ujęciu szerokim), jednak nieobjęta nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i niestosująca przepisów ustawy Prawo bankowe, a zatem przyjęliśmy definicję wypracowaną przez Komitet Stabilności Finansowej.
Co w kontekście sektora parabankowego oznacza przywoływane w waszej książce pojęcie hybrydyzacji?
W tym sensie instytucje te mają charakter hybrydowy, jeśli przez hybrydę rozumieć kombinację aspektów, które tradycyjnie przynależą do różnych domen, w tym przypadku obszaru bankowego i pozabankowego. Takie zdefiniowanie instytucji parabanku pozwala na stwierdzenie, że firmy pożyczkowe są jedną z form parabanków. Do niedawna instytucje pożyczkowe nie miały swojej definicji legalnej. Sytuacja zmieniła się wraz z nowelizacją ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim, która weszła w życie 11 października 2015 r. i zdefiniowała instytucję pożyczkową jako kredytodawcę, który nie jest: bankiem krajowym, bankiem zagranicznym, oddziałem banku zagranicznego, instytucją kredytową lub oddziałem instytucji kredytowej, spółdzielczą kasą oszczędnościowo-kredytową lub podmiotem, którego działalność polega na udzielaniu kredytów konsumenckich.
Powiedzmy kilka słów o korzeniach całego zjawiska. Skąd się ono wzięło i jakie są jego korzenie, zarówno globalnie, jak i w Polsce?
Rynek małych firm pożyczkowych od dawna funkcjonował w USA i w Europie Zachodniej, natomiast w Polsce zaczął rozwijać się w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Firmy te oferowały tzw. szybkie pożyczki oraz pożyczki i kredyty „bez Biura Informacji Kredytowej”, kierując swoją ofertę przede wszystkim do osób bez zdolności kredytowej. Pojawiało się coraz więcej punktów stacjonarnych proponujących takie pożyczki, a równolegle rozlała się fala ogłoszeń reklamowych na słupach, latarniach, ścianach domów, przystankach. W końcu na ulicach miast stanęły tzw. pożyczkomaty, w których całą procedurę zaciągnięcia pożyczki można było załatwić od ręki, za pośrednictwem urządzenia. Jeszcze w 2015 r. liczbę firm pożyczkowych w Polsce szacowano na kilka tysięcy tzw. małych, lokalnych firm, które działały przeważnie w obrębie jednej miejscowości lub na niewielkim obszarze, oraz na kilkadziesiąt firm o zasięgu znacznie większym, w tym ogólnopolskim.
Czy od tamtej pory coś uległo zmianie? Jaka obecnie jest skala rozpowszechnienia instytucji pożyczkowych w Polsce?
Ciekawe, że gdy w 2013 r. rozpoczęliśmy nasze badania nad rynkiem firm pożyczkowych (projekt „Dlaczego paraformalność działa. Dyfuzja chwilówki w Polsce”), okazało się, że ze względu na zmiany w otoczeniu prawnym, są one prowadzone w kluczowym i bardzo dynamicznym okresie. Zaczynaliśmy je w momencie, gdy rynek usług pożyczkowych był w niewielkim stopniu uregulowany prawnie, co oznaczało, że każdy przedsiębiorca mógł prowadzić usługi pożyczkowe, swobodnie tworząc swoją ofertę. Niedługo później pojawiły się pierwsze regulacje. Przełomem wyznaczającym kierunek rozwoju branży firm pożyczkowych była nowelizacja ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym: Ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o zmianie ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. 2015, poz. 1357). Zawiera ona pierwsze rozwiązania mające prowadzić do choćby częściowego unormowania działalności branży firm pożyczkowych w Polsce. Ustawa nałożyła znaczące ograniczenia na działalność tych firm, ustawodawca założył, że nowe prawodawstwo równocześnie wyeliminuje z rynku niestabilne firmy oraz zmniejszy ryzyko zbytniego zadłużania się klientów.
Ograniczono pozaodsetkowy koszt pożyczki: w pierwszym roku kredytowania koszty te nie mogą przekroczyć 55% kwoty kredytu, a w każdym kolejnym roku dodatkowo 30% pożyczonej kwoty. Łączny koszt wszystkich opłat pozaodsetkowych z jednej pożyczki nie może przekroczyć 100% jej wartości (art. 36a). Nowelizacja zlikwidowała możliwość tzw. rolowania pożyczek, czyli prolongaty terminu spłaty za odpowiednią prowizją. W praktyce nierzadko obserwowane były przypadki „rolowania” niemal w nieskończoność pożyczek zaciąganych na miesiąc, przy jednoczesnym czerpaniu zysków przez firmę poprzez wciąż pobierane odsetki od kwoty kredytu (art. 36b).
Kolejnym krokiem zmierzającym do prawnego uregulowania funkcjonowania firm pożyczkowych na polskim rynku kredytowym była nowelizacja ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim, która weszła w życie 22 lipca 2017 r., a na jej mocy został utworzony Rejestr Instytucji Pożyczkowych prowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego. Od tej pory podmiot pragnący rozpocząć działalność jako instytucja pożyczkowa zobowiązany jest do złożenia wniosku zawierającego podstawowe informacje, w tym: nazwę spółki, adres, dane członków zarządu włącznie z PESEL, numer w rejestrze KRS, NIP. Konieczność rejestracji nie oznacza jednak – niestety – możliwości kontroli działalności firm pożyczkowych przez Komisję Nadzoru Finansowego. W tej chwili w rejestrze KNF zarejestrowane są 493 instytucje pożyczkowe, można jednak domniemywać, że w dalszym ciągu działają firmy pożyczkowe powstałe i zarejestrowane lata temu jako działalność gospodarcza. O ile mi wiadomo, do dnia dzisiejszego nie ma spisu wszystkich działających firm pożyczkowych, nie mówiąc już o mechanizmach ich faktycznej kontroli. Trudno więc określić rozmiary tzw. szarej strefy, co zresztą jest jedną z przyczyn prowadzących do samoorganizacji tej części sektora firm pożyczkowych, która nie chce być utożsamiana z tą „szarą strefą”.
Podsumowując, można powiedzieć, że na przestrzeni ostatnich lat, od 2015 r. trwa nieprzerwanie proces prawnego uporządkowania sytuacji firm pożyczkowych. Celem ustawodawcy jest również niewątpliwie zabezpieczenie interesów pożyczkobiorców korzystających z usług tych firm.
Dlaczego w ogóle ludzie biorą chwilówki? Jaki jest profil odbiorcy tego typu usług?
Wyniki naszych badań ilościowych z roku 2016, na reprezentatywnej próbie ogólnopolskiej (przeprowadzonych przez CBOS 21–28 stycznia 2016 r. w ramach badania omnibusowego 2016/03), wskazują, że z usług firm pożyczkowych w ciągu ostatnich pięciu lat od chwili przeprowadzenia badania korzystało 6,7% respondentów. W kontekście próby badawczej grupa ta wydaje się niewielka. Jednak przy założeniu reprezentatywności próby dla populacji Polski, co oznacza, że populacja dorosłych osób w 2016 r. według GUS wynosiła 31 537 114, mówi nam to, że w podobnej sytuacji mogło znaleźć się 2 207 598 osób. Z uwagi jednak na to, że jest to badanie sondażowe, wynik należy poprawnie podać w przedziale, który tutaj wynosi między 2 172 546 a 2 242 650 osób (dla 95% poziomu ufności). Ostatecznie wnioskujemy, że z usług firm pożyczkowych korzystało około 2,2 mln Polaków.
Na ogół, niestety, są to osoby mające poważne kłopoty finansowe. Z produktu finansowego, jakim są chwilówki w firmie pożyczkowej, najczęściej korzystają respondenci oceniający własne warunki materialne jako złe – 21,3%, w rodzinach o dochodach do 649 zł na osobę, pracujący w prywatnym gospodarstwie rolnym – 20,5%, rolnicy – 13,8% i renciści – 13,1% oraz osoby mające wykształcenie podstawowe lub gimnazjalne – 8,9% lub zasadnicze zawodowe – 8,3%. Chwilówki najczęściej biorą ludzie starsi, w wieku 55–64 lata – 9,6%, również mieszkańcy miast powyżej 500 tysięcy i więcej mieszkańców. Osoby korzystające z usług firm pożyczkowych najczęściej wpadają w spiralę zadłużenia – 35,5%; ponad jedna trzecia z nich (34,4%) znajdowała się lub znajduje w krajowym rejestrze dłużników; najczęściej objęte są postępowaniem sądowym z powodu niespłacania długów – 36,3%. Badani, którzy korzystali z usług firm pożyczkowych, najczęściej biorą pożyczki od 1000 do 2501 zł – 29,2% (ostatnia chwilówka tej wysokości dotyczy 32,3% badanych) oraz od 500 do 1100 zł (ostatnia chwilówka tej wysokości – 20,5% badanych), powyżej 3000 zł – 10,9% badanych (ostatnia chwilówka tej wysokości – 18,5% badanych).
Zaledwie 72,7% badanych było w stanie spłacić pożyczkę w terminie, 18,6% nie miało takiej możliwości z powodu braku wystarczających środków, 4,5% badanych nie spłaciło pożyczki w terminie z powodu kontrowersji z pożyczkodawcą. Aż 44,5% badanych zdecydowało się na wzięcie pożyczki w firmie pożyczkowej, a nie kredytu lub pożyczki w banku z powodu braku zdolności kredytowej, a tym samym braku dostępu do tradycyjnych usług bankowych. 22% jako uzasadnienie podaje brak formalności, fakt, że nie trzeba przedstawiać żadnych dokumentów takich jak poświadczenie wysokości zarobków czy zgody współmałżonka. 8,6% przyznaje, że pożyczki są bardzo drogie, ale procedura ich uzyskania jest bardzo szybka. Zaledwie 4% nie uważa tych pożyczek za drogie, ceniąc sobie ich szybkie udzielenie. Badani, którzy nie mają zdolności kredytowej, jako powód podają brak stałych dochodów, pracę na czarno – 44,6%, niskie dochody – 29,6% oraz posiadanie zadłużenia w innych bankach, co skutkuje odmową udzielenia kredytu bankowego – 14,9%. Większość badanych, tj. 64%, nie akceptuje kosztów pożyczek (33% akceptuje), ale korzysta z nich z konieczności.
Padło tu wiele danych – czy możemy na ich podstawie stwierdzić, że chwilówki to problem związany przede wszystkim z ubóstwem i niską pozycją społeczną?
Wszystko na to wskazuje. Z przedstawionych analiz wynika jednoznacznie, że w zdecydowanej większości klientami firm pożyczkowych w Polsce są ludzie wykluczeni z bankowego rynku finansowego, nieposiadający zdolności kredytowej, przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, osiągają bardzo niskie dochody, a po drugie – nie spełniają kryteriów formalnych wymaganych przez banki, nie posiadają stałego zatrudnienia, są zatrudnieni na tzw. śmieciówkach. Wykluczenie z systemu bankowego oznacza niemożność korzystania z relatywnie tańszych kredytów i pożyczek, a więc upośledzonych skazuje na jeszcze większe upośledzenie w sytuacji konieczności pozyskania pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Można więc mówić o podwójnym wykluczeniu.
Czy wiemy coś o tym, na co są wydawane te pieniądze? Na jakie potrzeby odpowiadają?
Według przywoływanego przeze mnie badania, ostatnią chwilówkę badani najczęściej przeznaczyli na: zakup żywności – 17,4%; zapłatę rachunków – 14,6%; opłacenie leczenia, zakup leków – 13,1%, zaplanowane remonty, np. mieszkania – 10,3%, nagłe, nieprzewidziane wydatki, np. naprawy – 6,8%, edukację dzieci, np. zakup podręczników, opłaty w szkole – 6,6%; wyjazdy, wypoczynek – 6,2%, na zakup podstawowych rzeczy dla najbliższych, np. ubrania dla dzieci – 4,9%. Pozostałe wybory lokują się poniżej 4 pkt procentowych, warto jednak zwrócić uwagę, że 3,1% bierze chwilówki na zaspokojenie bieżących potrzeb, na które nie mają środków, ponieważ spłacają kredyty, a 2,3% na spłatę długów zaciągniętych przez członków rodziny. Jedynie 3,9% badanych zadeklarowało, że wzięli chwilówkę na zakup ekstra sprzętu, np. drogiej komórki.
Przytoczona struktura potrzeb, których zaspokojeniu służą chwilówki, jest przygnębiająca i nie pozostawia wątpliwości, iż tak drogie pożyczki służą zaspokojeniu potrzeb podstawowych, a nie ekskluzywnych.
Co Polki i Polacy sądzą o chwilówkach? Czy są świadomi związanego z nimi ryzyka?
Większość respondentów korzystających z usług firm pożyczkowych nie ma do nich zaufania – to 57,8%. Niezależnie od tego niepokoi i zadziwia fakt, iż zaledwie 51,6% badanych pożyczkobiorców skorzystało z możliwości wcześniejszego poznania treści umowy dotyczącej warunków, na jakich udzielana jest pożyczka. Z odmową możliwości wcześniejszego poznania warunków umowy spotkało się 13,1% pożyczkobiorców. Nie umiało podać ogólnych kosztów ostatniej pożyczki aż 27% pożyczkobiorców. Trudno powiedzieć, czym spowodowany jest taki stan rzeczy. Prawdopodobnie katastrofalnie niskim poziomem edukacji ekonomicznej, związanym najczęściej z niskim wykształceniem badanych pożyczkobiorców. Takie wytłumaczenie wydaje się najbardziej prawdopodobną hipotezą, ale na pewno nie jedyną możliwą.
Przeanalizowaliśmy również 19 skarg na firmy pożyczkowe, które wpłynęły do Rzecznika Finansowego oraz 71 skarg złożonych do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zdecydowana większość skarg dotyczyła niebotycznie wysokich kosztów rzeczywistych pożyczki, dochodzących niekiedy do 200-300%, nękania przez pożyczkodawcę, niemożności przedłużenia terminu spłaty, bezprawnego naliczania kosztów pożyczki. Wszyscy skarżący pisali w nadziei, że Rzecznik Finansowy lub UOKiK rozwiążą ich problem, co z uwagi na kompetencje wymienionych urzędów nie jest możliwe.
No właśnie – czy instytucje państwowe w jakiś sposób pomagają ofiarom firm pożyczkowych? Czy mogą oni liczyć na jakieś wsparcie?
Postawmy zatem pytanie, na ile prawo chroni interesy pożyczkobiorców. W 2016 r. w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości zespół kierowany przez Mateusza Grochowskiego przeprowadził badanie poświęcone praktyce polskich sądów w sprawach o roszczenia z umowy pożyczki. Raport z badań „Umowa pożyczki w orzecznictwie sądów powszechnych” został opublikowany na stronie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Analiza objęła ogółem 367 spraw rozpoznawanych przez sądy powszechne i zakończonych prawomocnie w 2015 i w 2016 r. Prowadzone badanie wskazało na bardzo wyraźną dominację w badanej grupie umów o charakterze „jednostronnie sprofesjonalizowanym” – w których jedna ze stron trudni się stale i w zorganizowany sposób zawieraniem umów danego rodzaju. Niemal wszystkie spośród badanych spraw toczyły się z powództwa pożyczkodawców – zwykle instytucji pożyczkowych lub nabywców wierzytelności. Tylko w jednej ze spraw w całej badanej próbie w roli powoda występował konsument. Przeważająca liczba spraw kończyła się przegraną konsumenta. Co więcej, jak jasno dowodzi badana próba, w większości przypadków odbywało się to przy całkowitej bierności pożyczkobiorcy, który nie podejmował jakiejkolwiek obrony wobec żądań pożyczkodawcy. W badanych sprawach wyraźnie zaznaczyła się dysproporcja w korzystaniu przez strony z pomocy adwokatów i radców prawnych. O ile pożyczkodawca dysponował z reguły pomocą profesjonalnego pełnomocnika, o tyle konsumenci niezwykle rzadko korzystali z tej formy pomocy. Można to wytłumaczyć przede wszystkim wysokimi kosztami korzystania z pomocy fachowych pełnomocników.
Badanie ujawniło także wyraźną słabość instytucjonalnej ochrony interesów konsumenta, zarówno w sferze działań państwa, jak i w sektorze pozarządowym. W badanych sprawach, z nielicznymi wyjątkami, niemal zupełnie ignorowano szerszy kontekst prawa konsumenckiego w porządku prawnym UE. Sądy pomijały zarówno treść legislacyjnych dokumentów UE, jak i orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE, czyniące priorytetem ochronę praw konsumenta. System kontroli i wsparcia, który powinno zapewnić państwo, funkcjonuje z reguły źle. Sądy w wielu przypadkach jedynie zatwierdzają to, co przedstawi im pożyczkodawca. W ten sposób pierwotne wykluczenie ekonomiczne przekłada się na wykluczenie z systemu bankowego, a to z kolei powoduje częściowe wykluczenie z ram porządku prawnego tworzonego przez państwo. Mamy więc do czynienia z potrójnym, „kaskadowym” wykluczeniem, a ostatecznie z wykluczeniem obywatelskim, bo o takim można mówić, gdy jednostka przestaje być podmiotem prawa, które nie chroni jej interesów.
Co dalej? Czy istnieją bezpieczne i pożyteczne chwilówki, czy można sobie coś takiego wyobrazić?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się już toczonym dyskusjom – istnienie i funkcjonowanie firm pożyczkowych jest powszechnie krytykowane z uwagi na bardzo wysokie oprocentowanie pożyczek. W 2019 r. rząd zgłosił projekt nowej ustawy, ograniczającej w znacznym stopniu dochody firm pożyczkowych. Obecnie limit kosztów pożyczki wynosi 55% wartości pożyczki w skali roku. Projekt ustawy antylichwiarskiej, przyjęty przez rząd, zredukował ten próg do, początkowo, wysokości 45%, a ostatecznie przewiduje się, że będzie on wynosił 20%.
Projekt ten wywołał prawdziwą burzę dyskusji. Protestują przedstawiciele firm pożyczkowych, wieszcząc upadek tego sektora. Komisja Nadzoru Finansowego zgłosiła zastrzeżenia do projektu, wskazując, że w imię ochrony interesów konsumentów nie można doprowadzić do unicestwienia firm legalnie działających na rynku finansowym. Autorzy projektu są natomiast zdania, że ograniczenie wysokości oprocentowania działa w interesie pożyczkobiorców, którzy niejednokrotnie stawali się ofiarami nadużyć.
Czy chwilówki można trzymać w ryzach? Ograniczanie rynkowej samowoli firm pożyczkowych może zwiększać bezpieczeństwo ich klientów i ograniczać szkody społeczne?
To bardzo szeroki temat. Wydaje się jednak, że podstawowe kwestie to po pierwsze kontrola, czy firmy pożyczkowe działają zgodnie z obowiązującym prawem. Po drugie, umożliwienie pożyczkobiorcom faktycznego dochodzenia swoich roszczeń, realne wsparcie ze strony instytucji państwa, takich jak np. UOKiK czy Rzecznik Praw Konsumenta. Następnie – kontrola poziomu zadłużenia deklarujących chęć zaciągnięcia pożyczki. Część osób korzysta z dobrodziejstw FinTechu, czyli technologii cyfrowej w branży finansowej, co przy braku kontroli wysokości poziomu zadłużenia prowadzi do niekontrolowanego poziomu zadłużania się. I wreszcie, kwestia ostatnia spośród moim zdaniem najważniejszych. Korzystanie z usług firm pożyczkowych nie wymaga zgody współmałżonka, co może prowadzić, i często prowadzi, do katastrofy finansowej całych rodzin. Odpowiedzialność za długi obciąża współmałżonka nawet wówczas, gdy nie mają wspólnoty majątkowej.
Nadal jednak pozostaje tutaj założenie, że chwilówki w jakiejś postaci są czymś nieuniknionym. Dlaczego?
Przede wszystkim dlatego, że instytucja firm pożyczkowych jest jedyną, która umożliwia legalne zaciągnięcie pożyczki ludziom nie posiadającym zdolności kredytowej. Całkowity zakaz takiej działalności uderzy w ludzi, którzy w świetle obowiązujących zapisów nie mają zdolności kredytowej, w tym również zatrudnionych na umowie-zlecenie na krótki okres czasu. Jest wielce prawdopodobne, iż uniemożliwienie firmom pożyczkowym legalnego funkcjonowania na polskim rynku finansowym prawdopodobnie doprowadziłoby do wytworzenia tzw. szarej strefy, co byłoby katastrofalne, tym bardziej, że w sytuacji epidemii koronawirusa prawdopodobnie liczba osób potrzebujących wsparcia finansowego wzrośnie lawinowo, przynajmniej na jakiś czas.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, luty–marzec 2020 r.
Prezentowane wyniki badań zostały szeroko omówione w: „Rynek firm pożyczkowych w Polsce. Teoria i praktyka”, red. naukowa I. Jakubowska-Branicka, PTE Warszawa 2018. Książka została wydana w ramach projektu „Dlaczego paraformalność działa. Dyfuzja chwilówki w Polsce” sfinansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2013/11/B/HS6/01506.
Szymon Majewski (ur. 1992) – warszawiak i piasecznianin, z wykształcenia historyk. Ideowo demokratyczny socjalista inspirujący się myślą Edwarda Abramowskiego. Poza tym miłośnik dobrego hip-hopu i wycieczek po lasach.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Paweł Szymczuk z Pixabay.
przez Remigiusz Okraska | środa 27 maja 2020 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna 2020
Zaczęliśmy przygotowywać ten numer kilka tygodni przed wybuchem pandemii. Ona sama postawiła kropkę nad „i”. Zanim sfinalizowaliśmy opis tego, że wiele zjawisk przybiera nietypową postać, a słowa nierzadko znaczą coś innego niż kiedyś, otrzymaliśmy dobitne potwierdzenie takiego stanu rzeczy.
Okazało się, że liberałowie i środowiska biznesowe domagają się wsparcia od państwa, żeby ratować przedsiębiorstwa prywatne. Czyli chcą socjalizmu dla bogatych, choć wcześniej opowiadali, że państwo nie ma własnych pieniędzy, a jedynie te zabrane innym, i że nie ma też darmowych obiadów. A teraz chcieliby się najeść za darmo na nasz koszt. Oczywiście, dla odmiany, rzekome „roszczeniowe nieroby” wcale nie dostają w obliczu pandemii „obfitego socjalu”, lecz rozmontowany kodeks pracy zmusza ich do cięższej harówki. Takich zjawisk sprzecznych z liberalną propagandą jest oczywiście znacznie więcej, np. gdy niezbędne społecznie okazują się prace pielęgniarki czy kasjerki dyskontu, a bez sprzedawców „usług finansowych” czy gwiazdorów futbolu możemy się obyć w obliczu poważnego zagrożenia.
O pandemii i jej skutkach oraz związanych z nią przewartościowaniach zrobimy kolejny numer „Nowego Obywatela”. Natomiast w tym wydaniu przyglądamy się światu postawionemu na głowie na wielu innych poziomach. Rafał Chwedoruk mówi o tym, jak bardzo zamieniły się miejscami lewica z prawicą i jak wiele jest we współczesnej polityce zjawisk niezbyt typowych. Łukasz Moll pokazuje, że to, co w Polsce uchodzi za europejskie i nowoczesne, stanowi przeciwieństwo głoszonych idei. Michał Rydlewski wyjaśnia, jak telewizyjne programy mające promować „zwykłych ludzi” służą de facto szydzeniu z nich i swoistemu rasizmowi, a promują przede wszystkim słynnych jurorów. Monika Kostera i Jerzy Kociatkiewicz pokazują, że ruch oporu wobec zmian wcale nie musi być synonimem zacofania i ciemnoty.
Ale nie tylko na gruncie dzisiejszych spraw i wyzwań pokazujemy, że idee i wizje lepszego świata wcale nie są do bólu przewidywalne i narysowane od linijki. Maurice Glasman opowiada, że dla brytyjskiego Żyda i „lewaka” inspiracją były polska „Solidarność” i myśl społeczna Jana Pawła II. Rafał Łętocha pokazuje długie i silne związki chrześcijaństwa z refleksją ekologiczną. Jarosław Tomasiewicz i Roman Adler piszą, że w powstaniach śląskich chodziło nie tylko o polskość, ale także o socjalizm i interesy robotników. Przypominamy także socjalistę żydowskiego pochodzenia, który jednym z celów swojej walki uczynił niepodległość Polski i sprawę narodową.
Oprócz głównego tematu numeru przygotowaliśmy także inne teksty, nie mniej ciekawe i ważne. Zapraszam do lektury całości!
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – zajrzyjcie proszę tutaj.
przez redakcja | wtorek 26 maja 2020 | opinie
Niezależnie od miejsca na świecie i momentu w historii, walka o równość i demokrację odbywa się zwykle ze śpiewem na ustach.
Związki zawodowe mają co najmniej dwieście lat historii. Narodziły się w czasach, gdy nie mogły działać jawnie, ze względu na panujące prawo (w Wielkiej Brytanii stanowiły je tzw. ustawy o zrzeszeniach, combination acts), które uznawało wszelkie formy samoorganizacji pracowników najemnych lub pracodawców za nielegalne. Nie trzeba dodawać, że przepisy te wykorzystywano wyłącznie przeciwko pracownikom – w czasach, kiedy jedynie pracodawcy i klasa posiadaczy mieli czynne i bierne prawo wyborcze oraz realny wpływ na stanowienie prawa.
Z tego względu związki zaczęły zabiegać o powszechne prawo wyborcze, które umożliwiłoby im wyjście z podziemia. O brytyjskiej demokracji mówi się tak, jakby rozciągała się na setki lat wstecz, tymczasem aby większość mieszkańców uzyskała prawo udziału w wyborach, niezbędne były wysiłki wielu kolejnych pokoleń. W Wielkiej Brytanii dopiero w latach 20. XX wieku kobiety uzyskały prawa wyborcze. Związki zawodowe od zawsze należały do tych organizacji, które zarówno same opierały się na wewnętrznej demokracji, jak i walczyły o bardziej demokratyczny ustrój. Dość szybko zwróciły także uwagę na korzyści z tworzenia sojuszy z podobnymi sobie zrzeszeniami, w kraju i na świecie. Jak głosi pieśń: „Na zawsze solidarni!” (Solidarity Forever).
Istnieje duży opór przed uznaniem historycznej roli związków jako siły modernizującej, a często wręcz całkowicie się ją pomija. Tymczasem w pieśniach, wierszach i opowieściach, będących w każdym kraju częścią tradycji ruchu pracowniczego, znaleźć możemy całkowicie odmienne spojrzenie na dzieje powszechne. To, że są one mało znane szerszemu odbiorcy, wiele mówi o tym, jak bardzo obowiązująca wizja historii opiera się na oficjalnych dokumentach, kosztem ustnych przekazów na temat poszczególnych wydarzeń. Dziś możliwe jest znaczne poszerzenie naszego oglądu wspólnej historii, dzięki potraktowaniu pieśni i wierszy jako „relacji z przemian społecznych”. Liczni kronikarze tego dziedzictwa kulturowego, w ogromnej części niezbadanego, pozostawili nam w spadku niezwykłe bogactwo. Co istotne, jest to ten rodzaj tradycji, który choć czasem wydaje się zanikać niemal do szczętu, ostatecznie zawsze odzyskuje swoją żywotność.
***
Bywa, że połączone głosy sprzeciwu milionów ludzi na całym świecie zostają zignorowane przez potężne siły. Tak było w przypadku globalnego protestu wobec inwazji na Irak, której przewodziły USA. W mojej rodzinnej Australii w 2003 r. około miliona osób demonstrowało przeciwko wojnie, jednak nasz premier po prostu to zlekceważył. Choć na fali tego sprzeciwu powstało wiele pieśni i wierszy, w gazetach można było przeczytać rozważania na temat tego, „gdzie się podziały protest-songi”.
Wychodzi na to, że dziennikarze wypatrywali ich na listach przebojów i po prostu umknęły im – lub zbagatelizowali je – utwory powstające w zupełnie innym obiegu. Tak się często dzieje w czasach dominacji tzw. mediów masowych – jakże wiele ciekawych wydarzeń nie jest przez nie uznawanych za „wystarczająco atrakcyjne”. Zalew reklam oraz nieustanne poszukiwanie sensacji zdają się być wprost wymierzone we wszelkie autentyczne działania kulturotwórcze.
Bo przecież mało kto kwestionuje fakt, że wspólne śpiewanie pieśni jest ważną częścią każdej kultury. O ile wiadomo, były częścią ludzkiej cywilizacji od samych jej początków. Niektóre z nich, np. te o charakterze religijnym, są ściśle związane z konkretnymi aspektami życia społecznego. Także poszczególne narody mają własne pieśni: są nimi ich hymny. Z kolei związki zawodowe zajęły ważne miejsce w społeczeństwie zaledwie nieco ponad dwustoma laty, po rewolucji przemysłowej. Zwłaszcza włókniarze i górnicy mają już jednak bogate tradycje związane z własnymi pieśniami. O czym nie można zapomnieć: pieśni są pisane i wykonywane przede wszystkim wtedy, kiedy istnieją ludzie, którzy chcą ich słuchać.
Choć zrzeszanie się było jeszcze wtedy nielegalne, w 1779 r. angielscy tkacze wspólnie zniszczyli nowe krosna mechaniczne w wiosce Anstey. Podziemne sprzysiężenie tkaczy, które stało się znane jako Luddyści, działało na zasadach ścisłej tajności. Rząd był bardzo zdeterminowany, by się z nimi ostatecznie rozprawić; doszło nawet do tego, że niszczenie maszyn przemysłowych zostało uznane za przestępstwo zagrożone karą śmierci. W roku 1813 siedemnastu robotników zostało straconych, wielu innych skazańców wywieziono do Australii.
Pozostała nam po tych podziemnych organizacjach nikła liczba świadectw, zachowało się natomiast trochę pieśni. Oto „Tkalnia Fostera” (Foster’s Mill), pod którą zapisano datę 1912 r.:
Niezłomni sukna postrzygacze,
niechaj wam serca w piersiach rosną!
Spójrzcie na waszych w Yorku braci:
biorą się za Fostera krosno.
Łuna nad tkalnią rozgorzała
wybiegli ludzie wprost spod pierzyn;
w księżyca blasku drżącym tłumem
ugasić pożar miasto bieży.
A oni ramię w ramię stojąc
się zaklinają na Święty Duch,
że nie pozwolą cebrom z wodą
by je ktokolwiek puścił w ruch!
My też staniemy ramię w ramię
nasze przysięgi równie srogie;
puścimy z dymem postrzygalnie
– i resztę maszyn, co nam wrogie!
Jako że związki zawodowe były u swej kolebki czymś wyjętym spod prawa, nie powinno dziwić, że przywiązywały szczególną wagę do własnej historii i tradycji. Można wskazać wiele „pokoleń” pieśni walki i protestu, które łącznie składają się na alternatywną historię społeczną, historię widzianą z perspektywy „dołów”.
Etnografowie zaczęli postrzegać tego rodzaju twórczość jako ważne świadectwo zmian społecznych, dlatego obecnie jest ona ceniona bardziej niż kiedykolwiek – nadal pozostając światem niemal niezauważanym przez ogół. Gromadzenie i popularyzowanie takich pieśni jest niełatwym zadaniem, jednak wysiłek włożony w ich badanie zwraca się z dużą nawiązką: pozwala lepiej zrozumieć wkład, jaki w kulturę wniósł zorganizowany ruch pracowniczy.
***
Niedawno miałem okazję uczestniczyć w imprezie będącej hołdem dla Jacka Mundeya w 80. rocznicę jego urodzin. Ten robotnik budowlany i przywódca związkowy stał się w Australii sławny w latach 70. z powodu swojego wkładu w zachowanie dużych fragmentów historycznej zabudowy Sydney przed wyburzeniami.
Związek, któremu przewodził, Builders Labourers Federation (BLF), zorganizował wspólnie ze społecznościami lokalnymi tzw. zielone strajki (green bans) w obronie miejsc o szczególnym znaczeniu przyrodniczym oraz budynków wyjątkowo cennych pod względem historycznym. Prasa i politycy owego okresu z ogromnym lekceważeniem wypowiadali się na temat koncepcji, w myśl której robotnicy budowlani mogliby mieć cokolwiek do powiedzenia na temat losów zabudowy miejskiej. Tymczasem zielone strajki stały się ważną inspiracją w wielu krajach świata. W Niemczech Petra Kelly założyła Partię Zielonych, a ruchy związkowe zaczęły uświadamiać sobie istnienie problemów ekologicznych. Podczas uroczystości na cześć Mundeya odśpiewano szereg pieśni, które powstały przy okazji zielonych strajków, jak „Zielone strajki teraz i zawsze” (Green Bans Forever), „Miasto zieleni” (City of Green), „Pomniki” (Monuments), „Szkło i beton dziś w natarciu” (Under Concrete and Glass), ale i „Na zawsze solidarni!”, hymn IWW [Industrial Workers of the World (Robotnicy Przemysłowi Świata), radykalna międzynarodowa organizacja związkowa, bliska ideologii anarchosyndykalistycznej – przyp. red.], napisany podczas I wojny światowej. Zapoznajcie się z fragmentem „Szkło i beton dziś w natarciu”, pieśni znanej także pod tytułem „Wśród Zachodnich Przedmieść” (Across the Western Suburbs):
Tu, gdzie stoisz, stał mój piękny mały domek
w gruzy zmienił go chciwości strasznej walec
dziś ekipa rozbiórkowa wyburzyła go bez słowa
wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.
Refren:
Szkło i beton dziś w natarciu, Stare Sydney – na wymarciu
w gruzy zmienia je chciwości strasznej walec
my nie chcemy się stąd ruszać, lecz się nas do tego zmusza
wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.
Mój dom to dziś klitka ciasna, w bloku na obrzeżach miasta
ech, chłopaki, na sam widok chce się płakać…
aż po dach, który przecieka, obciążona hipoteka
jeszcze tylko przez pół wieku mam go spłacać.
Przyszła już najwyższa pora skończyć rządy „inwestora”
przecież widać, jaka straszna jest to plaga
mafii dasz rozwinąć skrzydła – zaraz zrobi cię bez mydła
…i obudzisz się gdzieś aż za Wagga Wagga!
Powyższy przykład udowadnia, że bojowym działaniom „tu i teraz” mogą z powodzeniem towarzyszyć bojowe pieśni z dawnych czasów. Zawarty w nich sposób postrzegania świata nie przestaje bowiem istnieć: trwa w kulturze, ale i przekazywany jest w łonie organizacji.
Pieśń związkowa, tak jak i każdy inny utwór, stanowi element wspólnego śpiewnika całego społeczeństwa. Bywa, że staje się popularna wiele lat od jej napisania czy pierwszego wykonania. Weźmy pieśń Woody’ego Guthrie, „Ten kraj należy do ciebie” (This Land is Your Land). Napisana została w 1940 r., podczas II wojny światowej, Guthrie nagrał ją w 1944 r., z kolei jej słowa opublikowano w 1956 r. Dużą popularność zyskała w USA (ale i w innych krajach) w latach 60.; pierwszy raz usłyszałem ją na początku 1962 r. na obozie w Springwood w Górach Błękitnych na zachód od Sydney. Od tamtych czasów nagrano ją i wydano wiele, wiele razy. Jej słowa zmieniano i tłumaczono, dopisywano nowe, ale i cenzurowano dotychczasowe. W 2002 r. utwór znalazł się wśród 50 nagrań, które Biblioteka Kongresu uznała za godne dopisania do Narodowego Rejestru Nagrań.
Na początku ubiegłego roku oglądałem, za pośrednictwem Internetu, jak zbliżający się do dziewięćdziesiątki Pete Seeger na koncercie z okazji objęcia urzędu przez Baracka Obamę porwał za sobą ogromną widownię. Wspólnie odśpiewano pieśń „Ten kraj należy do ciebie” – łącznie z trzema zwrotkami, które zwykle się omija, z racji ich jednoznacznie politycznego przesłania:
Na ulicach tego miasta,
w cieniu wielkich chmur drapaczy
i w kolejce po zasiłek
– dziś widziałem moich braci.
Kiedy stali, wygłodniali,
takie słowa wyszeptałem:
ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.
Mur wysoki aż do nieba
kazał mi zakończyć drogę,
a litery na tablicy
mówią: dalej iść nie mogę.
I zostałem po tej stronie,
o której tablica milczy
tę stronę stworzono dla ciebie i dla mnie.
Nikt na ziemi
mi nie zabroni
kroczyć przed siebie
autostradą wolności;
nikt na ziemi
nie jest w stanie mnie zawrócić,
bo ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.
Jak wiele innych pieśni związkowych, pieśń ta niesie w sobie zarówno ładunek historii, jak i potencjalny ładunek wybuchowy na dzisiejsze czasy. Napisana pod koniec poprzedniego wielkiego kryzysu, przywitano nią prezydenta, po którym oczekuje się powstrzymania pierwszego kryzysu XXI w.
***
Bez wątpienia Woody’ego Guthrie można uznać za ważnego autora pieśni związkowych. Jednak wielu twórców tego rodzaju utworów nie jest szerzej znanych, o ile w ogóle nie pozostają anonimowi. Co więcej, wiele utworów śpiewanych przez związkowców stanowi parodię powszechnie rozpoznawanych piosenek. Joe Hill, bard i męczennik IWW działający w Stanach Zjednoczonych (choć urodzony w Szwecji), napisał cały szereg pieśni opartych na hymnach lub je parodiujących. Związek wsławił się pieśniami, wydanymi w postaci niewielkiego czerwonego śpiewnika, zatytułowanego „Rozniecając płomienie buntu” (To Fan the Flames of Discontent).
Oddziały IWW, utworzonego w 1905 r. w Chicago, zaczęły szybko powstawać w innych krajach, jak Kanada, Australia czy Chile, a wpływ działalności związku można było odczuć w Irlandii, Afryce Południowej, Skandynawii, Chinach… Jedną z jego naczelnych zasad, z której zasłynął, była walka z uprzedzeniami rasowymi, które postrzegał jako narzędzie rozbijania solidarności świata pracy; był też zawziętym przeciwnikiem wojen, w ramach których robotnicy z poszczególnych krajów mieli zabijać swoich towarzyszy z innych. W 1916 r. w Sydney siedmiu członków IWW zostało skazanych na karę piętnastu lat więzienia za działalność antywojenną, inni dostali wyroki pięcio- i dziesięcioletnie. Bill Casey, członek IWW, który później został sekretarzem Seamen’s Union of Australia [australijskiego związku zawodowego marynarzy floty handlowej – przyp. red.], napisał „Do sejmu niczym z procy” (Bump me into Parliament), poświęconą politykom tamtego okresu. Oto kilka zwrotek:
Nadstawcie uszu, dobrzy ludzie!
Formalny wniosek tutaj zgłaszam:
ptasiego mleczka dla każdego!
Mam na to patent pierwsza klasa:
Refren:
Elektoracie, wystrzel mnie
do sejmu, niczym z procy!
Nieważne, jak to zrobić chcesz
zrób wszystko, co w Twej mocy!
Kolegów mam, z nadzorczych rad
co mówią, że się nadam,
bo senatorski rozum mam
i wzruszająco gadam.
Ja z tobą, ludu pracujący!
Wraz z wyklętymi chcę powstawać!
Mam na to sposób niezawodny,
to „podkomisja” i „ustawa”.
Pracownik z szefem się dogada
nam niepotrzebne spory nowe;
już ja ustawą poustawiam
te całe związki zawodowe!
Duch pieśni i filozofii IWW unosi się nad wszystkimi hymnami związkowymi, powstałymi w późniejszych okresach. Związki zawodowe na całym świecie sprzeciwiały się inwazji na Irak, podobnie zresztą jak przywódcy religijni. Świadectwa oporu przeciwko wojnie odnaleźć można w australijskich pieśniach związkowych; gdy mowa o wojnie w Wietnamie, na myśl przychodzą „Pokój jest sprawą związkowców” (Peace is Union Business) oraz „Boonaroo” – w 1967 r. członkowie Seamen’s Union of Australia odmówili służby na statku handlowym o tej nazwie, który pełen ładunku dla wojska szykował się do rejsu do Wietnamu. W latach 50. australijskie związki zawodowe pracowników branży morskiej uniemożliwiły holenderskiej marynarce wojennej próby utrzymania kolonialnego statusu Indonezji. W 1937 r. należący do związków robotnicy udaremnili eksport żeliwa do Japonii, w sprzeciwie wobec jej napaści na Chiny. W 1964 r. Clem Parkinson poświęcił tamtej akcji „Żeliwną piosenkę” (The Pig-iron Song):
Czy nie byłeś nigdy ciekaw, czemu pracownicza brać
„Człowiekiem z żeliwa” zwykła Roberta Menziesa zwać?
Fascynuje ta opowieść, chociaż ma już tyle lat
obowiązek ma ją poznać cały robotniczy świat!
Refren:
Nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm
nici ze statku załadunku, nie daliśmy się zastraszyć!
Kiedy stawką demokracja, zawsze walczy się do końca
tak jak z krajem Wschodzącego, mocno Brunatnego Słońca.
Był to rok trzydziesty siódmy, gdy japoński imperializm
postanowił na kolana dumny chiński lud powalić.
Chłopski naród walczył dzielnie, choć miał karabinów mało
za to w australijskich dokach miał przyjaciół armię całą.
Prokurator Menzies orzekł: „Wypłynięcie kto blokuje,
ten do życia w ciasnej celi niech od jutra się szykuje!”.
Ale nikt się nie wyłamał, równo twardzi chłopcy nasi
– nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm!
Polityku-sprzedawczyku, ktoś twe winy zmazać musi
krzyż ten niosą robotnicy gdzieś w Gwinei Nowej głuszy.
Dla pokoleń przyszłych tej historii jest przesłanie:
aby pokój mógł się ziścić – stać musimy ramię w ramię!
***
Patrząc z perspektywy globalnej, postawa ruchu pracowniczego odegrała ważną rolę w walce z dyskryminacją, kolonializmem, apartheidem, niewolnictwem, wojną i grabieżą ekonomiczną. Fundamentem związkowego światopoglądu jest przekonanie o konieczności tworzenia – w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej – oddolnych, niezależnych organizacji, opartych o ideały powszechnej równości i sprawiedliwości. Związki zawodowe uważają bezpieczeństwo w miejscu pracy, bezpłatną opiekę zdrowotną i edukację za podstawy cywilizowanego społeczeństwa. Stojące przed nimi wyzwania, w dobie korporacyjnej globalizacji i nadciągającego kryzysu ekologicznego, spowodowanego brakiem jakiejkolwiek kontroli nad działaniem „sił rynkowych”, są coraz większe, a potrzeba stawienia im czoła – nagląca. Mnóstwo naszych współczesnych zmartwień stanowią zatem kwestie, którym autorzy pieśni zdążyli już poświęcić naprawdę dużo uwagi.
Na mojej stronie internetowej, www.unionsong.com, zgromadziłem wiele takich utworów, w przekonaniu, że są one czymś niezmiernie ważnym. Pieśni związkowe powstają wszędzie, gdzie tylko istnieją związki zawodowe. Niedawno, na japońskim festiwalu filmowym miałem okazję obejrzeć koreański film dokumentalny „Nie wrócę na noc” (Weabak: Stayed Out All Night), wyreżyserowany przez Kim Mi-re. Pracownice supermarketu, które przeprowadziły 16-miesięczny strajk okupacyjny, nieustannie pisały i śpiewały pieśni na temat swojej walki. Gdyby nie film, nigdy nie usłyszałbym o tych utworach, ani o samym strajku. Żyjemy w świecie, w którym tego typu rzeczy nie zwracają na siebie uwagi tzw. mass mediów. Tak zresztą było zawsze, dlaczego więc jesteśmy zaskoczeni, przyłapując samych siebie na totalnej niewiedzy na temat historii, kultury i pieśni związków zawodowych? To ulotne dziedzictwo, dlatego powinniśmy wspomóc jego zachowanie dla przyszłych pokoleń.
Wymagać to będzie skoordynowanych działań w kierunku gromadzenia i udostępniania tych „relacji z przemian społecznych”. Internet stanowi bardzo dobre narzędzie zbierania takich pieśni i ich ochrony przed zapomnieniem, ale także zachęty do tworzenia nowych. Rzadko która osiągnie popularność „Na zawsze solidarni!” czy „Ten kraj należy do ciebie”, jednak każda z nich oferuje sposób patrzenia na świat niemal nie zauważany przez wielkie koncerny.
Mark Gregory
Tłum. Włodzimierz Kaniec
Teksty piosenek przełożył Michał Sobczyk
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 49 w roku 2010.
Mark Gregory (ur. 1943) – etnograf, muzyk i producent. Pieśniami związkowymi zainteresował się w latach 60., uczestnicząc w pracach nad śpiewnikiem Towarzystwa Miłośników Muzyki Ludowej przy Uniwersytecie w Sydney, zatytułowanym „Songs of Our Times” (Pieśni naszych czasów). W latach 70. w Londynie współtworzył Cinema Action, radykalny projekt filmowy, pisząc piosenki na potrzeby dokumentów poświęconych protestom pracowniczym; działał też w brytyjskich związkach zawodowych. Autor wystąpień i publikacji na temat pieśni związkowych i ich dokumentowania, prezentowanych na licznych konferencjach i festiwalach. Jego praca dyplomowa z muzykologii, obroniona na Uniwersytecie Macquariego, w 2007 r. ukazała się w wersji książkowej, pod tytułem „Sixty Years of Australian Union Songs”. Twórca internetowego zbioru niemal siedmiuset pieśni i wierszy o szeroko rozumianej tematyce związkowej: www.unionsong.com. W roku 2014 obroni pracę doktorską pt. „Australian working songs and poems – a rebel heritage”.
przez Jerzy Jacek Pilchowski | niedziela 24 maja 2020 | opinie
Członkowie Konfederacji chcieli utrzymać liberum veto i nie chcieli płacić podatków. Poseł Dobromir Sośnierz z Konfederacji też nie chce płacić podatków. Jego zdaniem, wszystko musi być prywatne. Zagrał więc niedawno w telewizyjnym teatrze rolę eksperta od amerykańskiego systemu ochrony zdrowia. Pochwalił (oczywiście) niewidzialny skalpel rynku, ale o szczegółach nie mówił. Napiszę więc o nich.
Amerykanie mogą, za stosunkowo małą opłatą (gotówką lub kartą potwierdzającą posiadanie ubezpieczenia), iść do prywatnego gabinetu, w którym lekarz porozmawia z nimi przez chwilę i skieruje na badania diagnostyczne. Podczas następnej wizyty powie co się dzieje i wypisze recepty. Jeśli to wystarcza, to dobra nasza. Jeśli sprawa jest poważna, to kamienista droga przed nami.
Bywa też tak, że ktoś zadzwoni na numer alarmowy. Gdy tylko dyspozytor ustali lokalizację, natychmiast ruszają na sygnale: ambulans, straż pożarna i policja. Kto pierwszy przyjedzie, ten pierwszy udziela pierwszej pomocy. Po przewiezieniu pacjenta do szpitala robione jest wszystko, aby go uratować. Dopiero po tym wolno pytać, kto za to zapłaci.
Najlepsze szpitale wyposażone są w najnowocześniejszy sprzęt i pracują w nich najlepsi specjaliści. Najlepsi na świecie, gdyż gdy tylko pojawi się gdzieś jakiś wybitnie zdolny lekarz, to, prędzej lub później, dostanie ofertę nie do odrzucenia. Pacjentami takich szpitali są w większości ludzie bogaci. Nie trzeba jednak być miliarderem. Czasami wystarczy kilka lub kilkanaście milionów. Ciekawym aspektem działania takich szpitali jest to, że ich pacjentami bywają również ludzie biedni. Ich biletem wstępu jest posiadanie ciekawego przypadku nieuleczalnej choroby. Można bowiem testować na nich nowe lekarstwa lub techniki operacyjne. Nie należy jednak doszukiwać się w tym działań niemoralnych. To ludzie, którym standardowa medycyna pomóc już nie może i dana jest im szansa na cud. Zaliczyć ich więc należy do szczęśliwców gdyż w tego rodzaju szpitalach cuda często się zdarzają.
Poniżej są zwykłe szpitale komercyjne. Poziom usług medycznych jest w nich dobry. Ich pacjentami są najczęściej posiadacze planów ubezpieczeniowych oferowanych pracownikom przez pracodawców. Firmy nie mają formalnego obowiązku ubezpieczania swoich pracowników, ale jeśli tego nie robią, to ludzie nie chcą w nich pracować. I tu zaczyna się też to, co „wolnościowcy” lubią najbardziej: biurokracja.
W walce o pieniądze pomiędzy pracodawcami i pracownikami, rolę rozjemców pełnią firmy wyspecjalizowane w opracowaniu planów ubezpieczeniowych oraz w administrowaniu i zarządzaniu tym bałaganem. Są plany złote (bez limitów) – dla kadry kierowniczej, srebrne dla niższej kadry kierowniczej i specjalistów oraz brązowe – dla szeregowych pracowników. Różnice pomiędzy nimi wyznacza sieć lekarzy i szpitali, które dany plan akceptują. W poszczególnych planach znajdują się ceny opłat za procedury medyczne, dopuszczalna częstotliwość ich stosowania, lista dopuszczalnych badań diagnostycznych oraz spis akceptowanych lekarstw. W tym miejscu należy pamiętać, że system ten obejmuje ludzi w wieku produkcyjnym, czyli ciągle jeszcze względnie zdrowych. Dodatkowo większość planów zawiera copay (kwotę, którą ubezpieczony musi zapłacić z własnej kieszeni na „dzień dobry”) i max (kwotę, po wyczerpaniu której ubezpieczenie traci ważność). W praktyce, „wszyscy pacjenci są równi ale niektórzy są bardziej równi niż inni”.
W efekcie na każdego dolara wydanego na służbę zdrowia co najmniej dwa dolary przeznaczane są na to, aby oliwić tryby. Kręci się to jednak jakoś, gdyż Ameryka to bardzo bogaty kraj.
Co jakiś czas (seria bardzo skomplikowanych operacji lub choroba wymagająca długotrwałego i kosztownego leczenia) zaczyna się dramat. Max zostaje osiągnięty i poczta zaczyna przynosić pacjentowi rachunki. Medicaid (państwowe program dla biednych) „wskakuje” bowiem dopiero, gdy pacjent oddał już wszystko, co posiada.
W trochę lepszej sytuacji są emeryci. Rządowy program opieki medycznej dla emerytów (Medicare) płaci za nich tylko tyle, ile wynika z oficjalnej (minimalnej) wyceny procedur medycznych. Tych pacjentów szpitale przyjmują, ale „nie szanują”. Kręci się to jednak jakoś, gdyż wielu emerytów kupuje ubezpieczenia uzupełniające.
Trzecią grupę stanowią przychodnie i szpitale charytatywne. Tam nikt o pieniądze nie pyta. Tego typu placówki finansowane są przez władze miasta, powiatu lub stanu oraz różnego rodzaju fundacje katolickie, protestanckie, żydowskie itd. W stosunku do potrzeb nie ma ich niestety wystarczająco dużo i dostanie się pod ich opiekę zależy od tego, czy ma się odpowiednie „znajomości”.
To nie koniec. Wielu chorych, gdy max zostaje osiągnięty, wraca do domu. Robią to, aby nie wpędzać rodziny w ogromne długi. Po drodze zatrzymują się często w „aptece” na skrzyżowaniu ulic w złej dzielnicy i kupują marihuanę. Jest to po prostu dobry i tani środek przeciwbólowy. Cenione są również działania uboczne tego zioła. Znikają psychologiczne skutki stresu. Można się śmiać, słuchać muzyki i czytać książki. Następny etap to heroina. Niby łatwo jest strzelić sobie w głowę, ale polisy ubezpieczeniowe (na wypadek śmierci) mają klauzulę wyłączającą wypłatę odszkodowania, jeśli powodem śmierci jest samobójstwo. Lepiej jest dodatkowo zachorować (narkomania jest chorobą) i doprowadzić się do stanu, w którym (świadomy lub nieświadomy) złoty strzał, czyli przedawkowanie, kończy wszystko bez bólu i strachu.
Oh well. Tak sobie myślę, że z lansowaniem amerykańskiego systemu opieki medycznej powinniśmy poczekać. Do czasu gdy „wolnościowcy” dorosną lub cena heroiny będzie w Polsce wystarczająco niska.
Jerzy Jacek Pilchowski
przez Karol Trammer | środa 20 maja 2020 | opinie
PKP PLK chce w ramach rządowego programu odbudowy linii lokalnych realizować drogie i czasochłonne projekty. Samorządów na to nie stać.
Jeszcze w maju 2020 r. ma wreszcie rozpocząć się nabór wniosków do programu Kolej Plus. Programu, który rodził się w bólach przez ponad półtora roku.
Minister infrastruktury w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Andrzej Adamczyk już jesienią 2018 r. zaprezentował mapę sieci kolejowej z dorysowanymi kreskami do niektórych polskich miast nieposiadających połączeń i oznajmił: „Od 1989 r. zlikwidowano wiele tysięcy kilometrów linii kolejowych. Najwyższy czas ten zły proces odwrócić. Dzisiaj ogłaszamy program Kolej Plus. Odbudujemy zniszczone i zbudujemy nowe linie kolejowe”.
Przy realizacji programu Kolej Plus mogą wystąpić znacznie większe bóle od tych, które pojawiły się podczas jego tworzenia.
Program wyborczy
Do ogłoszenia programu Kolej Plus przez premiera Mateusza Morawieckiego i ministra Andrzeja Adamczyka doszło na peronie przystanku Jasienica Mazowiecka w dniu 17 października 2018 r.: „To przełomowy moment, punkt zwrotny, od którego możemy powiedzieć, że będziemy odtwarzali połączenia kolejowe” – mówił Morawiecki, a stojący obok niego Adamczyk zapewniał, że realizacja programu rozpocznie się lada dzień: „Przygotowaliśmy projekty ustaw, przygotowaliśmy zmiany w ustawach dzisiaj istniejących. Ten program ma realny kształt, ten program jest realnie przygotowany do tego, żeby wdrażać go jak najszybciej”.
Szybko jednak okazało się, że zapewnienia o gotowym do wdrażania programie Kolej Plus były tylko propagandowym zabiegiem na potrzeby kampanii przed wyborami samorządowymi rozpisanymi na 21 października 2018 r. Program ogłoszono cztery dni przed wyborami, a dopiero potem nieśpiesznie zabrano się za jego tworzenie.
W styczniu 2019 r. na zorganizowanym w Warszawie przez Grupę PKP Kongresie Rozwoju Kolei – gdy od ogłoszenia programu Kolej Plus minęły już trzy miesiące – minister Andrzej Adamczyk oznajmił, że trwają prace nad stosownymi przepisami: „Przygotowywany jest projekt ustawy o programie Kolej Plus, który niebawem trafi do konsultacji społecznych”.
Po upływie kolejnych trzech miesięcy, w kwietniu 2019 r., dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” zapytał w Ministerstwie Infrastruktury, kiedy wreszcie program Kolej Plus ujrzy światło dzienne. – „Trwają prace nad programem” – oznajmił rzecznik resortu Szymon Huptyś. – „Wprowadzenie programu związane jest z koniecznością przeprowadzenia niezbędnych zmian w prawie. Przyjęcie i wdrożenie tego programu musi być poprzedzone uzgodnieniem z zainteresowanymi resortami i podmiotami”.
Każdy program wieloletni musi zostać przyjęty ustawą sejmu lub uchwałą rady ministrów. I choć pod koniec września 2019 r. program Kolej Plus nadal nie przybrał takiej postaci, nie przeszkodziło to premierowi wykorzystać programu na potrzeby trwającej wówczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi: „Będzie budowana kolej – kolej tutaj z Turku. 600 mln zł na to przeznaczymy” – oznajmił Mateusz Morawiecki mieszkańcom tego wielkopolskiego miasta, leżącego pośrodku jednej z większych białych plam na polskiej sieci połączeń kolejowych. Premier nie zająknął się przy tym, że program Kolej Plus wciąż jeszcze nie został przyjęty i cała koncepcja budowy linii kolejowej Konin – Turek sprowadza się jedynie do kreski narysowanej na mapie.
Obietnice plus
Uchwałę wprowadzającą Program Uzupełniania Lokalnej i Regionalnej Infrastruktury Kolejowej Kolej Plus rada ministrów przyjęła dopiero 3 grudnia 2019 r. Oznacza to, że od ogłoszenia programu do jego faktycznego ustanowienia upłynął ponad rok. Następnie 9 stycznia 2020 r. sejm uchwalił nowelizację ustawy o transporcie kolejowym określającą możliwości finansowania programu Kolej Plus.
Ustawę o zmianie ustawy prezydent Andrzej Duda podpisał 4 marca 2020 r. Do złożenia podpisu doszło nie w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, lecz na uśpionej stacji kolejowej w Końskich, z której ostatni pociąg pasażerski odjechał w 2009 r. – „Dzięki tej ustawie przywrócimy do życia tę linię kolejową i ten dworzec, który znajduje się przed nami, a którego okna dzisiaj zabite są blachą” – obiecywał na koneckim peronie prezydent. – „Co najmniej 20 miast średniej wielkości, powyżej 10 tys. mieszkańców, otrzyma swoje połączenia kolejowe, których do tej pory nie miały”.
Chcąc wykorzystać program Kolej Plus w swojej kampanii wyborczej, Andrzej Duda złożył obietnice trudne do spełnienia. Nawet uwzględniając to, że rząd wydłużył czas realizacji programu o kilka lat. O ile bowiem przy ogłoszeniu programu zapowiedziano, że zostanie on wykonany do końca 2023 r., o tyle w momencie jego ustanowienia okazało się, że okres realizacji rozciągnięto aż do końca 2028 r.
Wskaźniki zapisane w rządowej uchwale określają, że cel programu Kolej Plus zostanie uznany za osiągnięty, jeśli do końca 2023 r. dostęp do transportu kolejowego uzyska jeden samorząd, a do końca 2028 r. pięć samorządów.
Fundusze na realizację przedsięwzięć w ramach programu Kolej Plus mają pochodzić z dokapitalizowania spółki PKP PLK przez skarb państwa – kwota 5,6 mld zł ma być przekazywana w transzach przez siedem lat: od 2021 do 2027 r. Jak jednak wynika z uchwały przyjętej przez rząd, do 2023 r. spółka PKP PLK otrzyma zaledwie 2,5% kwoty przeznaczonej na program Kolej Plus. Większe transze zaczną być przekazywane przez skarb państwa dopiero od 2024 r., a więc tak się składa, że po zakończeniu obecnie trwających kadencji parlamentu, rządu i samorządów. Zgodnie bowiem z kalendarzem wyborczym, jesienią 2023 r. mają odbyć się zarówno wybory parlamentarne, jak i samorządowe. Program Kolej Plus ma więc rozkręcić się dopiero za kilka lat – po przetasowaniach na różnych szczeblach władzy: od parlamentu i rządu po województwa, powiaty i gminy.
Bajki premiera i legendy prezydenta
Rozpoczęcie inwestycji w ramach programu Kolej Plus zależy od samorządów. To one mają zgłaszać linie do budowy czy rewitalizacji. Selekcji dokona spółka PKP Polskie Linie Kolejowe.
Pierwszeństwo będzie miało 21 koncepcji przedstawionych na dołączonej do programu Kolej Plus mapce stworzonej w PKP PLK. Jak jednak wskazuje Ministerstwo Infrastruktury, stanowi ona katalog otwarty: samorządy z jednej strony wcale nie muszą ubiegać się o dofinansowanie przedsięwzięć, które znalazły się na mapce, a z drugiej strony mogą starać się o dofinansowanie inwestycji spoza mapki. A zatem – co otwarcie przyznał wiceminister infrastruktury ds. kolei Andrzej Bittel w marcu 2020 r. – „do czasu zakończenia procedury naboru wniosków i podpisania stosownych umów w zakresie realizacji projektów pomiędzy PKP PLK a jednostkami samorządu terytorialnego nie jest możliwe wskazanie, jakie inwestycje i w jakim terminie będą realizowane w ramach programu Kolej Plus”.
Oznacza to, że deklaracje zarówno prezydenta Dudy z Końskich („Przywrócimy tu do życia tę linię kolejową”), jak i premiera Morawieckiego z Turku („Będzie budowana kolej”) można włożyć między bajki i legendy, gdyż wszystko zależy od tego, czy miejscowe samorządy w ogóle zechcą zgłosić się do programu Kolej Plus.
W programie mogą uczestniczyć samorządy wszystkich szczebli: województwa, powiaty i gminy. Jest jeden warunek: muszą wyłożyć wkład własny w wysokości 15% wartości inwestycji.
(Na)przeciw samorządom
Od udziału w programie Kolej Plus samorządowców mogą odstraszyć kosmiczne koszty. Na przykład rewitalizacja odnogi o długości 6,5 km, biegnącej od magistrali Bydgoszcz – Trójmiasto do Świecia, została wyceniona przez PKP PLK na 300 mln zł (samorząd musiałby więc wyłożyć wkład własny w wysokości 45 mln zł).
Dla porównania, wykonana w 2019 r. rewitalizacja 6-kilometrowej linii z Dzierżoniowa do Bielawy kosztowała 14,6 mln zł. Ciąg ten został odbudowany jednak nie przez PKP PLK, lecz przez Dolnośląską Służbę Dróg i Kolei – instytucję zarządzającą drogami wojewódzkimi i liniami kolejowymi przejętymi od PKP. Nieczynną linię z Dzierżoniowa do Bielawy samorząd województwa dolnośląskiego przejął w grudniu 2018 r., następnie od marca do października 2019 r. zostały wykonane prace rewitalizacyjne i od 15 grudnia 2019 r. odbywa się ruch pociągów. – „Z punktu widzenia prawa budowlanego inwestycja była prowadzona na zgłoszenie, co oznacza, że Dolnośląska Służba Dróg i Kolei mogła potraktować ją jako remont. To w znaczącym stopniu uprościło i przyspieszyło cały proces” – mówi szef DSDiK Leszek Loch. – „Przed rozpoczęciem inwestycji dokonano jedynie inwentaryzacji drzewostanu oraz samej infrastruktury kolejowej”.
Nawiasem mówiąc, przywrócenie do życia linii Dzierżoniów – Bielawa trwało krócej niż napisanie przez urzędników Ministerstwa Infrastruktury 17-stronnicowego programu Kolej Plus.
Dużym tempem realizacji inwestycji raczej nie zaskoczy nas też spółka PKP PLK, która ma mieć monopol na fundusze z programu. Uchwała rady ministrów jasno bowiem stwierdza, że „wykonawcą programu jest spółka PKP Polskie Linie Kolejowe”. Samorządowi zarządcy infrastruktury – tacy jak Pomorska Kolej Metropolitalna czy właśnie Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – nie będą więc mogli uzyskać z programu Kolej Plus ani grosza. A jeszcze we wrześniu 2019 r. wiceminister Bittel stwierdził w rozmowie z Portalem Samorządowym, że Kolej Plus to wyjście naprzeciw inicjatywom samorządów: „Mieliśmy sporo zgłoszeń o chęci odtworzenia linii kolejowych i przywrócenia na nich ruchu pociągów, choćby z województwa dolnośląskiego”.
Samorząd województwa dolnośląskiego jako jedyny polski region realizuje strategię przejmowania od PKP nieczynnych linii i ich rewitalizacji. Oprócz linii Dzierżoniów – Bielawa, DSDiK przywróciła już do życia trasy Wrocław – Trzebnica oraz Szklarska Poręba – Harrachov. W listopadzie 2019 r. dolnośląski samorząd przejął kolejnych sześć zamkniętych tras o łącznej długości 110 km: Wałbrzych – Szczawno-Zdrój – Boguszów-Gorce, Bielawa – Srebrna Góra, Rokitki – Chojnów, Kobierzyce – Niemcza – Piława Górna, Łagiewniki – Kondratowice i Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski.
Choć Dolnośląska Służba Dróg i Kolei nie może być beneficjentem programu Kolej Plus, to wśród 21 ciągów wytypowanych do odbudowy w ramach programu znalazł się 24-kilometrowy odcinek Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski, który został przejęty przez samorząd województwa dolnośląskiego z zamiarem reaktywacji połączeń na trasie Legnica – Złotoryja – Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski – Wleń – Jelenia Góra. Inny nieczynny fragment tego ciągu, 33-kilometrowy odcinek z Lwówka Śląskiego do Jeleniej Góry, nie tylko nie znalazł się na liście 21 priorytetów Kolei Plus, ale w ogóle nie jest objęty planami inwestycyjnymi. Tymczasem jako ciąg będący w gestii PKP PLK mógłby liczyć na fundusze z programu Kolej Plus, a lokalne samorządy od lat domagają się jego renowacji.
Droga plus, kolej minus
W otwartym katalogu programu Kolej Plus wymienione zostało odtworzenie odcinka od położonej na linii Opole – Kędzierzyn-Koźle stacji Gogolin do Krapkowic, 16-tysięcznego miasta powiatowego bez połączeń kolejowych od 1991 r. Liczący 6 km odcinek Gogolin – Krapkowice stał się nieprzejezdny w 1997 r., kiedy to powódź uszkodziła most kolejowy przez Odrę. W 2004 r. wydana została decyzja o likwidacji linii, a następnie w latach 2006-2007 zdemontowano tory. Odbudowa tego fragmentu umożliwiłaby nie tylko uruchomienie połączeń pasażerskich między Opolem a Krapkowicami, ale także odtworzenie ciągu Gogolin – Krapkowice – Prudnik i w efekcie poprawę spójności sieci kolejowej na Opolszczyźnie. Problem w tym, że nieprzejezdny od 1997 r. most kolejowy na Odrze właśnie jest przebudowywany na przeprawę drogową: rozpoczęte jesienią 2019 r. prace budowlane mają skończyć się wiosną 2021 r. Wcześniej, we wrześniu 2018 r., otwarto obwodnicę gogolińskiego osiedla Karłubiec, którą zbudowano po śladzie linii Gogolin – Krapkowice. Kolejnym etapem tej inwestycji ma być poprowadzenie drogi z Gogolina do Krapkowic nieczynnym tunelem kolejowym pod autostradą A4.
Z problemem braku pasa terenu zderzy się też ujęta w programie Kolej Plus koncepcja rewitalizacji ciągu Małkinia – Kosów Lacki – Sokołów Podlaski. Od dekady kolejne fragmenty tej nieczynnej linii kolejowej są bowiem demontowane w celu skierowania drogi wojewódzkiej 627 nowym, prostszym przebiegiem. Najpierw rozebrany został most kolejowo-drogowy koło Małkini – w 2010 r. zbudowano w jego miejscu nową przeprawę drogową, demontując przy tym infrastrukturę kolejową po obydwu stronach Bugu w celu poprowadzenia dróg dojazdowych. Następnie w 2015 r. otwarto 12-kilometrowy odcinek drogi biegnący śladem torów do Kosowa Lackiego. Obecnie trwa opracowywanie projektu budowy drogi na dalszym, 20-kilometrowym odcinku linii kolejowej do Sokołowa Podlaskiego. Zawarte w programie Kolej Plus odtworzenie ciągu Małkinia – Sokołów Podlaski będzie więc wymagać wybudowania linii kolejowej w całkowicie nowym przebiegu. Decyzję o likwidacji torów z Małkini do Sokołowa Podlaskiego – z myślą o rozbudowie sieci drogowej – wydało w 2004 r. Ministerstwo Infrastruktury na wniosek PKP PLK.
Bogate obawy
Na liście priorytetów programu Kolej Plus dla województwa mazowieckiego, oprócz koncepcji odtworzenia ciągu Małkinia – Sokołów Podlaski, znalazły się modernizacje linii Siedlce – Sokołów Podlaski (wyceniona na 160 mln zł) i odcinka Małkinia – Ostrów Mazowiecka (wyceniona na 250 mln zł). Obie te linie od likwidacji połączeń pasażerskich w 1993 r. są wykorzystywane tylko w ruchu towarowym. Ponadto spółka PKP PLK wpisała do programu Kolej Plus szacowaną na 415 mln zł rozbudowę odcinka towarowego łączącego linię Warszawa – Piaseczno z Konstancinem-Jeziorną w celu doprowadzenia do tego miasta połączeń pasażerskich.
Czy władze województwa mazowieckiego są zainteresowane udziałem w programie? – „Na obecną chwilę nie ma planów dotyczących wystąpienia o fundusze i realizację wraz z PKP PLK projektów w ramach programu Kolej Plus” – mówi Marta Milewska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego, dodając, że obawy dotyczą przede wszystkim kwestii finansowych i wynikają z doświadczeń we współpracy z PKP PLK przy rewitalizacjach linii Ostrołęka – Chorzele i Wieliszew – Zegrze w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego: „Koszty okazały się dwu-, trzykrotnie wyższe niż pierwotnie zakładano”.
Sceptyczne jest nie tylko najbogatsze województwo w Polsce, ale między innymi również województwo kujawsko-pomorskie: jego władze przynajmniej na razie wstrzymują się z decyzją o uwzględnieniu w wieloletniej prognozie finansowej funduszy koniecznych na wkład własny do programu Kolej Plus. „Jego zakres finansowy i zadaniowy jest bardzo odległy od realnych możliwości” – stwierdził kujawsko-pomorski marszałek Piotr Całbecki.
Udźwignąć Kolej Plus
Problemem jest to, że spółka PKP Polskie Linie Kolejowe – przy akceptacji rządu – chce realizować w ramach programu Kolej Plus przedsięwzięcia o bardzo szerokim zakresie, wymagającym nie tylko kilku lat na przygotowanie i realizację prac, ale także bardzo dużych wydatków. Przykładowo zaproponowana w programie modernizacja 23-kilometrowego odcinka Czerwieńsk – Krosno Odrzańskie, na którym odbywa się ruch towarowy, a szynobusy mogłyby już dziś osiągać prędkość maksymalną 100 km/h, została wyceniona przez PKP PLK na aż 300 mln zł. Koszt rewitalizacji 20-kilometrowego odcinka z Czempinia do Śremu oszacowano na 350 mln zł.
Gdy w grę wejdą takie kilkusetmilionowe sumy, to niewinnie brzmiący 15-procentowy wkład własny samorządów będzie musiał sięgnąć kilkudziesięciu milionów złotych. Dla dużej części samorządów, zwłaszcza powiatów i gmin, jest to kwota bardzo trudna do udźwignięcia. Tym bardziej w dobie kłopotów finansowych wywołanych przez epidemię koronawirusa.
Program Kolej Plus trafiłby w możliwości finansowe samorządów, gdyby inwestycje skupiały się na przywracaniu dawnych parametrów na liniach nieczynnych i poprawie stanu linii funkcjonujących obecnie tylko w ruchu towarowym – poprzez zapewnienie prędkości 80-120 km/h i bez rozdymania zakresu przedsięwzięć o takie kosztowne elementy jak komputerowe centra sterowania ruchem kolejowym. Pozwoliłoby to osiągnąć zasadniczy cel programu – czyli reaktywację połączeń pasażerskich do możliwie dużej liczby miast – za mniejsze pieniądze, a także w znacznie krótszym czasie.
Entuzjazmu samorządów dla Kolei Plus nie budzi harmonogram finansowania programu, zgodnie z którym szerszy strumień funduszy popłynie dopiero po 2023 r. To rozmija się z prozaiczną potrzebą lokalnych polityków, jaką jest wydawanie pieniędzy na takie inwestycje, które pozwalają na przecięcie wstęgi nie później niż podczas kampanii przed najbliższymi wyborami samorządowymi. A one, przypomnijmy, odbędą się w 2023 r.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/107 maj-czerwiec 2020), www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Monika Kostera | niedziela 17 maja 2020 | opinie
Maseczki to niezła rzecz na nasze czasy zawieszenia, czasy socjologicznego interregnum. Teraz nie widać śmiejących się ust. Teraz można zobaczyć oczy.
Przez ostatnie dziesięciolecia żyliśmy w świecie, gdzie zewsząd otaczały nas wizerunki gładkich roześmianych osób: na billboardzie reklamującym dom spokojnej starości widnieje młodociana starsza pani obnażająca perłowo-białe zęby. Strona internetowa banku otwiera się na coraz bardziej ekstatyczne uzębienia zapatrzonych w komórki i horyzont dali ludzi. Website’y uniwersytetów pokazują grupki różnorasowych młodych osób prezentujących orgię bieli zębów. Zęby szczerzy na nas przystojny lekarz na reklamie przychodni. Tryska śmiechem ogłoszenie o poważnej konferencji naukowej. W odpowiedzi na pytanie o powód rosnącej ilości zachorowań, młoda polityczka wybucha perlistym śmiechem. Śmiali się do nas politycy, prezesi, przedsiębiorcy. Pełen błyszczący garnitur zębów prezentowali szefowie psychopaci, pozbawieni empatii administratorzy, oszuści celebryci zgrywający ekspertów od wszystkiego. Permanentny mega uśmiech był obowiązkowym elementem wyposażenia każdego człowieka sukcesu. Rzadko zadawaliśmy sobie trud, by popatrzeć w ich oczy, bo te zęby odciągały uwagę od oczu, które zupełnie się nie śmiały. Pochodziły jakby z zupełnie innej estetyki i logiki twarzy. Dwa niepasujące do siebie puzzle. Czemu tak długo dawaliśmy się na to nabrać? Gdy szczęka jest zasłonięta, to wiadomo, na co patrzeć. Maseczka pomaga w namyśle nad tym, co ma dla nas więcej sensu, a także w skupieniu. Bardzo często widzimy piękno, choć odciąga od niego naszą uwagę milion bodźców i impulsów. Nie było dotąd przestrzeni na to, by się nad tym zamyślić.
W ramach zdalnych zajęć z przedmiotu poświęconego zarządzaniu i twórczości zadałam ostatnio moim studentom zadanie domowe – by odpowiedzieli krótko na pytanie, czym dla nich jest piękno. Zebrałam prawie sto odpowiedzi, w znakomitej większości bardzo oryginalnych, niepowtarzających się, osobistych. Niektóre były tak piękne, że nie chcę ich cytować – są ziarnami, z których studenci zbudują, wyhodują, coś wielkiego, jestem o tym przekonana. Jednak chcę opowiedzieć o nich, używając myśli moich studentów i słów splecionych razem: moich i ich. Myślę, że tak będzie dobrze.
Pisali o deszczu. Deszcz wzbudza spokój, dźwięczy na parapecie, ten rytm sprawia, że czujemy, jak chłoną go zmęczone suszą rośliny, jak pojawia się równowaga w naturze. Deszcz łączy nas z życiem na zewnątrz. Pisali o tym, co drobne i ulotne, co można dostrzec naprawdę we wszystkim: w przyrodzie, ludziach, relacjach czy w codziennych chwilach. Staliśmy się na to obojętni, bo przestaliśmy dostrzegać piękno w drobnych rzeczach, gestach, ludziach. Ta ulotność łączy zachód słońca z uśmiechem bliskiej osoby i ze wzgórzem pełnym dmuchawców – jest to zwykła codzienność, ale w swojej prostocie i ulotności jest piękna.
Pisali o produktach własnych rąk. Nie chodzi o dumę ani o autorstwo, ani o sukces, lecz o piękno zadowolenia z pracy dobrze wykonanej. Taki przedmiot nie jest niczym niezwykłym, może nawet jest czymś przypadkowym. Ale powstał z ich rąk, starań i czasu. Wykonany od początku do końca – to właśnie jest piękne. Pisali o pierogach – gdy zostaną własnoręcznie ulepione i ugotowane, to praca włożona w nie sprawia, że są piękne. Każdy jest troszkę inny.
Pisali o drugim człowieku. Nie takim, który wygląda jakby przypadkiem przemierzał ulice miasta, zamiast stąpać po luksusowym wybiegu podczas pokazu mody, tylko o takim nieświadomym swojego piękna, spotkanym przypadkiem – starszy mężczyzna stojący przede nami w kolejce do kasy, kobieta opadająca w zmęczeniu na wolne miejsce w autobusie. Te momenty pokazują najprawdziwiej i najpełniej, że te osoby są, coś przeżyły. Tak jak przykładem pięknych, niezwerbalizowanych mikronarracji są spracowane ręce uwiecznione przez Henryka i Janinę Mierzeckich. W odpowiedziach pojawiały się zresztą nieraz nawiązania do fotografii, obrazów, filmów: Mierzeckich, Zofii Rydet, filmu Mekasa „As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty”. Takie piękno pomaga dostrzec, że wszyscy jesteśmy częścią czegoś dużo, dużo większego od nas samych, pojedynczo. Miłość znajduje się bardzo blisko takiego piękna.
Pisali o ludzkich gestach, o „dzień dobry”, o zwykłej uprzejmości, o sympatycznym geście. To znak, że druga osoba życzliwie jest tam gdzieś, obok. Pisali o niesamowitym pięknie piegów bliskiej osoby, które czynią ją niepowtarzalną i jedyną na świecie, nawet jeśli ona wstydzi się tego i uważa za defekt. Taka uroda, gdzie nie byłoby miejsca na piegi, nie jest piękna. Nie przyciąga czułości – raczej odpycha, znieczula. Pisali o tym, że piękno jest w tym, co codzienne i błahe: rodzina przy stole, wspólny obiad, układanie lego razem z bratem. Piękne jest to, jak teraz, w czasie epidemii, widać wyraźnie, że piękno jest zupełnie gdzie indziej, niż wskazują palce na reklamowych billboardach.
Pisali o roślinach. Mlecze to najpiękniejsze kwiaty, bo są proste, ale mają wiadomość do przekazania – przyszła wczesna wiosna. To jest zwykła wiadomość, nietrwała, efemeryczna. Ale dobrze jest się móc przywitać, a potem pożegnać z fazą pory roku. Pisali o rozwijającym się bzie i odważnie kwitnących niezapominajkach. Pisali o drzewach. Właściwie to bardzo dużo pisali o drzewach. Drzewa nas pocieszają, drzewom można ufać, drzewa są samą kwintesencja życia, są ukojeniem, są antydepresantem. Wreszcie, drzewa wyprowadzają nas na spacer – tak, właśnie tak. Jesteśmy jak psy na smyczy, a one wyprowadzą nas na zaczerpnięcie tchu. Pisali o zwierzętach, które pojawiają się na blokowisku. Skupiony sąsiad z psem. Przebiegająca po przebiegła sarna. Wieczorami wiewiórki chowają się za samochodami. W dzień lis przechadza się nieopodal sklepowego parkingu. Piękne jest to, jak planeta się odradza tam, gdzie stoimy, razem z nami i naszymi osiedlami.
Miasto też jest piękne. Pisali o tym, jak pięknie jest, gdy budzi się rano do życia. Usiąść rano z kubkiem herbaty lub kawy w oknie i patrzeć, celebrować poranki. Piękne jest to, jak poranne promienie słoneczne padają na ulice, ludzie spieszą się do pracy, ktoś jedzie na rowerze… Świadomość bycia we wnętrzu jakiegoś wielkiego organizmu, nie do końca odgadnionego; czasami zapomina się o tym, że miasto jest organizmem, ale rano, gdy się budzi, łatwo jest je na tym przyłapać.
Pisali o zapachu asfaltu po deszczu, o wędrówce chmur po niebie, o nagłym wrażeniu, że kolory gryzą się ze sobą. Pisali o starych, znoszonych trampkach, o bluzie kupionej na ciuchach za bezcen. Pisali o rozmowach mimo wszystko, mimo maseczek i zoomów, tych momentach zrozumienia, kiedy okazuje się, że ktoś podobnie do nas przeżywa świat. Że technologia jednak nie dzieli, choć sama z siebie nie łączy. Bliskość jest mocna, pozostaje we wspomnieniu bardziej, niż w natychmiastowym skypie.
Jeśli cokolwiek się powtarzało, to refleksja, że piękno jest w oczach. Bo patrzenie w oczy to intensywny kontakt, bo oczy nie kłamią, a piękno to coś, co sprawia, że czuje się, że życie jest prawdą. Bo oczy odbijają promienie słońca i wcale nie jest to metafora. Łączą fakty i uczucia. Bo jest w nich wiele dobrego i złego, pomieszane – bo tacy jesteśmy, pomieszani.
Pisali, że lubią pisać o pięknie.
Piękni są moi studenci. Dla nich, tak jak i dla mnie, piękno nie ma związku z tym, co głoszą kanony, co wypada myśleć i mówić, z tym, co modne, ładne, ładniutkie, co się innym podoba. Bruno Schulz powiedział, że piękno jest chorobą, „pewnego rodzaju dreszczem tajemniczej infekcji, ciemną zapowiedzią rozkładu, wstającą z głębi doskonałości i witaną przez doskonałość westchnieniem najgłębszego szczęścia”. To nie jest kategoria wzniosłości – to nasze ludzkie ucieleśnienie odnajdujące swój kontekst.
W swej interesującej książce „Steal as much as you can”, poświęconej twórczości i tworzeniu w czasach neoliberalnego kapitalizmu, dziennikarka Nathalie Olah przedstawia wyjałowienie kultury z treści i znaczeń pochodzących z przestrzeni symbolicznej innych klas, aniżeli klasy średnie. Klasy średnie przystały bez większych oporów na sprowadzenie sztuki do kategorii wartości finansowych i mierzalnych. Wrażenia estetyczne zostały podporządkowane popytowi i podaży, a więc, podobnie jak inne towary, konkurują ze sobą o dowartościowanie przez rynek. Stają się w tym celu mierzalne, bo są oceniane na prostych skalach, a zatem podobieństwa, nie różnice, definiują ich sens i przeznaczenie. Wyższa kultura jest dla tych, którzy znają jej (tak pojętą) wartość. A jednak nie zawsze tak było. Sztuka była przez stulecia domeną klas wyższych, ale pojawiały się w niej często silne, odmienne głosy. W ubiegłym stuleciu wstęp do kultury, także wyższej, zyskały klasy niższe. Sztuka i muzyka ludowa zostały „odkryte” przez świat kultury i zaproszone do uczestnictwa w kształtowaniu kanonów piękna. Pisarze z biednych rodzin, tacy jak Flora Thompson, która nie skończyła żadnych szkół, zaczęli być czytani i poważani na salonach i w salach wykładowych. Chłopaki i dziewczyny z robotniczych rodzin grały rocka i świat się zachwycał. Genialny John Berger opowiadał o tym, jaki sens ma sztuka poza salonami elit i akademii. W epoce punka „robotniczość” stała się wręcz cudna i pożądana; „z robociarska” zaczęły się nosić także osoby z bardziej zamożnych klas. W Polsce przyszła moda na robotników wraz z karnawałem „Solidarności”. Dopiero neoliberalizm przyniósł wieść, że historia się „skończyła” i już „nie było alternatywy”. Te czasy spowodowały prohibicję klasowego myślenia o świecie społecznym i wyrzucenie poza nawias wszystkiego, co autentycznie robotnicze i chłopskie. W Brytanii pojawiło się wyzwisko „chavs”, w Polsce mianem „dresiarstwo” zaczęto określać niepożądane obecności w kulturze. „Ładne” jest to, co mieszczańskie. Gust inny niż mieszczański – jest po prostu „zły”. Owszem, można pochodzić z klasy pracującej, ale wtedy trzeba obowiązkowo „umieć się ubrać”, zachowywać i mówić zgodnie z obowiązującym mieszczańskim kanonem – na tym polega współczesna edukacja, zwłaszcza wyższa. Milenijne „doskonałe” korpo-uniwersytety uczą mieszczańskości i są zarządzane i rozliczane po mieszczańsku. Od biedy można sobie wyglądać jak z klas niższych, ale wtedy gra się i śpiewa tylko dla tych klas – i nie jest to przecież muzyka ani poezja, tylko hip hop. Nie malarstwo, lecz stritart. Z tym nie ma prawa wstępu na salony, bo słoma. Wiadomo.
Kategoria piękna stała się podobna do grodzonego osiedla – codzienność i przybłędy z zewnątrz nie są mile widziane. Może dlatego odpowiedzi i zainteresowania moich studentów nie są bardziej rozpowszechnione (bo nie są – wiem o tym; oni sami mi to sygnalizowali). Wręcz bywa tak, że to, co im i mnie się podoba, spotyka się z odrzuceniem w publicznym dyskursie. Ich piękno nie tylko mija się z wyszczerzonymi kanonami doskonałego „piękna” wizerunków wokół nas, ale ono po cichu odrzuca przyjętą nabożnie zasadę doskonałości dominującą dziś niemal absolutnie. A przecież doskonałość nie ma w sobie życia, nie jest ucieleśniona, nie potrzebuje patrzenia żywym okiem. Tymczasem John Berger w swojej cudnej książce „Sposoby widzenia” zachęca do tego, by patrzeć okiem żywym i prawdziwym, człowieczym. Właściwie to jest po prostu wyzwalające.
Ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky piszą w książce „How much is enough” o dobrym życiu. Podejmują także wątek sztuki i gustu. W niezbyt odległych czasach, gdy w najlepszym czasie telewizyjnym opowiadał o sztuce John Berger, gusta uważane były za sensowny i uprawniony temat dyskusji i edukacji. Co więcej, lewicowe polityki obejmowały kształtowanie gustu w społeczeństwie, a nawet głosiły konieczność takiej edukacji w długim okresie po to, by umożliwić ludziom z różnych klas społecznych aktywny udział w kulturze. Socjaldemokratyczne rządy – takie jak szwedzki i brytyjski – z tej epoki silnie inwestowały w programy kształcenia w zakresie sztuki i estetyki, w ośrodki kultury, w promowanie inicjatyw kulturalnych różnych warstw i grup społecznych. Skidelski i Skidelsky zaznaczają, że był to aktywny program opieki instytucji państwa nad sztuką, niestroniący od dyskusji nad tym, jaki kto ma gust i jak można swój gust rozwinąć. Instytucje publiczne nie stroniły od udzielania głosu artystom i krytykom wyrażającym preferencje co do gustu i tego, co jest w życiu dobre. Dobre życie nie jest ograniczone do mózgu jednostek, przypomina książka, ale realizuje się w rozmowach i społecznościach. Tymczasem neoliberalizm stopniowo rezygnował z edukacji gustu pod pretekstem wolności i swobody, zastępując dialog jednostronną, bezustanną i zmasowaną indoktrynacją gustów – bo na tym polega masowa reklama i marketing. Dyktatura drobnomieszczaństwa.
A przecież czujemy, że to odbiera nam coś ważnego. Piękno sprawia, że świat staje się sensowny. Przeżycie piękna, rozmowa o nim to tak jak spojrzenie w oczy. Staje się widoczne, że reklamowe uśmiechy były fałszywe, że śmiech był jadowity. Musi być przestrzeń na rozmowy dla nas wszystkich o pięknie, muszą pojawić się język i nastrój. Musi się znaleźć miejsce do rozmowy o starych trampkach, o sarnach pod blokiem, o pierogach. Kto nie widział pierogów ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.
prof. Monika Kostera