Kto może spędzić apokalipsę w domu?

Kto może spędzić apokalipsę w domu?

Gdy przed trzema tygodniami zamknięto szkoły i przedszkola oraz wprowadzono pierwsze ograniczenia dotyczące poruszania się poza domem, część osób odetchnęła z ulgą. Wreszcie mogły uzyskać możliwość pracy w dawno wymarzonym trybie home office, na który wcześniej szef nie chciał się zgodzić. Teraz jak znalazł pojawiła się wymówka – epidemia. Media społecznościowe zalewają zabawne zdjęcia z pracy zdalnej z domu, zakłócanej przez koty, psy i dzieci. Trwa dyskusja o tym, kto miał ładniejsze tło za plecami, gdy występował jako zdalny komentator przez skype’a. Na stronach internetowych lewicowych portali pojawiają się wyliczanki: „Dziesięć rzeczy, które można robić, gdy nie da się wyjść z domu”, „Dwadzieścia seriali do nadrobienia”. Facebooka zalewają memy, jak to ktoś nawet nie zauważył apokalipsy, bo i tak jego tryb pracy pozwalał mu siedzieć na co dzień w mieszkaniu, nie stykać się z ludźmi i oglądać w kółko seriale. Wraz z rozwojem epidemii i postępem izolacji pojawiły się rady psychologów – co robić, jak myśleć, żeby nie zwariować w zamknięciu.

Tymczasem możliwość pozostania w czterech ścianach i wykonywania zdalnie swoich zawodowych obowiązków jest determinowana – jak wszystko – przez pozycję klasową. Wielkie zakłady pracy i centra logistyczne nadal pracują, przynajmniej w Polsce. Codziennie przewijają się przez nie setki i tysiące ludzi, narażając własne zdrowie i życie, mimo że ich praca jest dla walki z epidemią niekonieczna. Dlaczego to zatem robią? Po pierwsze – nie mają wyjścia; rezygnacja z pracy w sytuacji zagrożenia nadciągającym spowolnieniem gospodarczym to samobójstwo, wolą zatem chodzić do roboty i ze strachem „przeczekać”. Po drugie – muszą pracować, by podtrzymać funkcjonowanie kapitalizmu w jedynej słusznej wersji. Tej, która molochom daje zyski, straty uspołecznia, a uprzywilejowanym dostarcza pod drzwi cieplutkie jedzenie i książki oraz gry planszowe dla zabicia nudy. Ktoś musi pozostać na zewnątrz, pomimo zapewnień, że „to bardzo niebezpieczne”, by ktoś inny mógł przeczekać apokalipsę bezpiecznie w domu. Tak, jakby niektórym złośliwy wirus miał zupełnie nie szkodzić.

Ostatnio internet obiegły zabawne w swoim założeniu obrazki, przedstawiające realizację hasła „pracuj z domu” w kontekście tego, jak wyglądałoby to w wielu profesjach. Mamy zatem na przykład budowlańca, który siedzi w pokoju obok betoniarki. To prawda, tylko niewielka część pracowników może pozwolić sobie na zabranie swoich zadań do domu. Jak mają z mieszkania pracować leśnik czy sprzedawczyni? Nie wszystko da się też wykonać online, nawet w przypadku niektórych prac biurowych, na co wskazuje przypadek ZUS-u, dysponującego obecnie tylko jedną trzecią obsady, ponieważ zatrudnione tam pracownice nie mogą zainstalować oprogramowania na swoich komputerach domowych, gdyż jest to łamanie tajemnicy państwowej. Tak, nie każdy ma luksus pozostania w domu – albo może tam pozostać, jeśli zrezygnuje z pracy. Jednocześnie wiadomo już, że dziurawa tarcza antykryzysowa nie pomoże prawie wcale tym, którzy zdecydowaliby się na taki krok.

Podział jest zatem prosty – uprzywilejowani zostają w domach i stamtąd pracują zdalnie, nie tracąc przy tym zatrudnienia ani dochodów. Nieuprzywilejowani zostają „na zewnątrz”, by dostarczać im pizzę, pakować ich zamówienia na książki, dezynfekować przystanki komunikacji miejskiej czy prowadzić autobusy. Poza domem przebywają czasami po kilkanaście godzin na dobę kasjerki z dyskontów i hipermarketów – ich praca stała się nagle wręcz zawodem zaufania publicznego, w dodatku jej godziny wydłużono i dołożono im nowe obowiązki (m.in. dezynfekcję koszyków zakupowych). W sytuacji epidemii kapitalizm jeszcze wyraźniej obnaża swoją brutalną twarz z ciągle ostrymi zębami. Ci „na zewnątrz” muszą tam pozostać w imię zarobienia na własną miskę ryżu, ale i w imię podtrzymania w tych, którzy zamknęli się w domach, iluzji, że wszystko wokół toczy się z grubsza normalnie.

Pod hasłem „dbania o bezpieczeństwo” (czyje?) osoby zamknięte w domach zamawiają online coraz więcej przedmiotów, a sprzedaż przez internet do tego stopnia zwiększyła zasięgi, że Amazon rekrutuje nowych pracowników do swoich centrów logistycznych. To wszystko pokłosie bezrefleksyjnego podejścia do zachęt, by za wszelką cenę pozostać w mieszkaniach i jak najrzadziej je opuszczać, a wszystko, co konieczne, zamawiać w sieci. Cóż, jak się okazało, ludzie mający sporo czasu i (nadal jeszcze) pieniędzy będą zamawiali także rzeczy niekonieczne, wręcz zbytkowne, w ogóle nie poświęcając namysłu sytuacji pakowaczki czy kuriera, którzy w takich warunkach będą im to na wyścigi dostarczać, zaopatrzeni przez pracodawcę jedynie w symboliczne maski i nieliczne pary rękawiczek. Dyskusje internetowe tych zabunkrowanych szczęśliwie w domach ogniskują się wokół tego, jak najlepiej zadbać o własne bezpieczeństwo. Jest w tym także trochę przesady i mody – pojawiły się już maseczki w postacie z komiksów, szyte przez „małe lokalne firmy”. Nie jest jasne, gdzie się w takiej maseczce pokazać, poza zdjęciem na instagramie. Maseczka ma zapewnić bezpieczeństwo noszącemu, ale, zanim się to wydarzy, przez morowe powietrze musi przenieść ją kurier.

Ogłaszane są pospolite ruszenia – kupujmy jak najwięcej od lokalnych piekarni i kawiarni, zamawiajmy jedzenie do domu, bo nakaz zamknięcia lokali gastronomicznych uderzył restauratorów po kieszeni. Wspierajmy małe pracownie artystyczne, kupujmy książki, figurki, wazoniki. Szlachetne pobudki szybko zmieniają się w festiwal zamawiania – skoro już siedzimy w domu, to może nowy telefon, bo jest w końcu czas przejrzeć oferty? Może rower stacjonarny, żeby nie zgnuśnieć? Może kolejna paka książek i gra planszowa na dłużące się wieczory? Kapitalizm uczynił z nas konsumentów doskonałych. Tańczymy na Titanicu, póki grają, i rozrzucamy wokół pieniądze, w dodatku przekonani o swoich szlachetnych motywacjach. Przecież tylko pomagamy pizzerii z dzielnicy, prawda?

Tu nie ma złotego środka – konsumenci mają ochotę na pizzę, książkę, nowy telefon, albo po prostu chcą zrobić zakupy spożywcze online (ale w sklepach jest przecież jeszcze wiele towarów i trup się tam wcale nie ścieli gęsto od wejścia), biznesy chcą przetrwać, więc zrobią wiele, by dostarczyć, donieść i dowieźć, kosztem wzmożonej pracy i bezpieczeństwa pracowników. Wydaje się, że jest trochę tak, jakby niektórym wirus miał mniej szkodzić, jakby zawód kuriera czy listonosza, na których każdy miliony razy pomstuje w zwyczajnych czasach, miał być zawodem pierwszej linii, wręcz koniecznym do przetrwania.

Gdy nadejdzie prawdziwa mortal kombat (to jeszcze nie teraz), przetrwają najsilniejsi. Kłopot w tym, że nie będą musieli walczyć. „Siła” oznacza zawsze pieniądze i pozycję, które pozwalają jak najdłużej eliminować siebie z listy narażonych.

Hasło „stay the fuck home” to w tym świetle ponury żart. Nie jesteśmy solidarni z innymi pracownikami, póki otwarte są centra Amazona, a dyskonty wydłużają swoje godziny pracy. Idziemy ręka w rękę z kapitałem.

Magdalena Okraska

PS. Autorka pracuje między innymi jako pracownica sklepu internetowego i przebywa kilka razy w tygodniu „na zewnątrz”, by dostarczyć paczki na pocztę.

Kodeks Faktów Dokonanych – o pakiecie antykryzysowym Morawieckiego

„Ja bym zwolnił a potem się martwił. W tym momencie w kraju obowiązuje Kodeks Faktów Dokonanych” – wpis na facebookowej grupie „Strajk Przedsiębiorców”

Przeczytałem założenia Tarczy Antykryzysowej rządu Morawieckiego i mówiąc krótko będzie to, co było i już jest. Czyli minimum pozorowania cywilizacji niezbędne dla funkcjonowania firm i instytucji publicznych. Ustawa antykryzysowa to Kodeks Faktów Dokonanych, jak stwierdzili już przedsiębiorcy. Sankcjonuje dzikie warunki pracy panujące w Polsce od dekad. Pewne ważne kwestie ulegną jednak także zmianie.

Polski kapitalizm, czyli barbarzyństwo

Zacznijmy od krótkofalowych efektów, od „tu i teraz”. Jeśli chodzi o płace, zostaną one prawie wszędzie, poza uprzywilejowanymi stanowiskami, obcięte do wielkości w praktyce zbliżonej do płacy minimalnej (ok. 2000 zł na rękę). Jeśli chodzi o czas pracy, zostanie dla jednych obcięty, a dla innych rozszerzony drastycznie. Dla pracowników generujących straty w czasie przestoju zostanie on obcięty i można się spodziewać, że ich płaca zostanie zredukowana do dozwolonego przez prawo minimum lub zostaną zwolnieni. Jedno i drugie już się dzieje, a jedynym sposobem, żeby temu przeciwdziałać, jest założenie związku zawodowego i solidarny opór pracowników. Zatomizowani pracownicy będą robić to, co im każe ich szef i będą ich słuchać nawet w obliczu bezpardonowych zwolnień.

Czas pracy zostanie natomiast wydłużony dla pracowników generujących zyski lub wykonujących społecznie niezbędną pracę, jak np. pracownice magazynów czy pielęgniarki, a z drugiej strony dla wykonujących pracę niezbędną dla obsługi firm części menedżerów. Ich płace zostaną zmienione w zależności od przynależności klasowej. Klasie pracującej wykonującej niskopłatne i wysoce wartościowe społecznie prace – zarobki zostaną obcięte. Dla kadry zarządzającej pojawią się premie. Będzie królowała metoda marchewki i kija: jeżeli da się pracowników zastraszyć, to będzie się straszyć zwolnieniem lub gwarantowaną, ale niską płacą, natomiast gdy nadal będzie z nimi problem, otrzymają bonusy (jak na przykład w Amazonie).

Pracownicy i pracownice muszą walczyć o swoje, ponieważ pomoc państwa ogranicza się do starań o uniknięcie masowych zwolnień i pomocy w utrzymaniu jakichkolwiek wynagrodzeń i ewentualnej kontroli cen. Państwo robi to zresztą bez większego entuzjazmu. Pokazują to choćby skandaliczne warunki, jakie osobom na umowach śmieciowych postawiono, żeby mogły otrzymać świadczenie. Podstawą jakiekolwiek walki o ludzkie traktowanie jest solidarność – pojedynczy szeregowy pracownik nie ma nic do gadania w kapitalizmie. To fundament praktyczny i moralny jakiegokolwiek działania lewicy broniącej pracowników i pracowniczek.

Co ważnego się zmieni?

Wraz z kryzysem nie nastał żaden socjalizm, ale nastąpiła dość poważna zmiana w sposobie myślenia o polityce gospodarczej i społecznej rządu. Kluczowa różnica wobec neoliberalizmu „typu Balcerowicz” (cięcia w wydatkach publicznych, dbanie wyłącznie o wzrost PKB i najkorzystniejsze warunki dla biznesu) jest taka, że nie proponuje się od razu klasie pracującej wylądowania na bruku i szukania szczęścia poza granicami czy cięć w wydatkach publicznych. Próbuje się zamiast tego wyjść z kryzysu inwestycjami na poziomie 10% rocznego PKB Polski (212 mld zł). Jest to dla naszego kraju skokiem olbrzymim, zmianą paradygmatu i wielkim wydarzeniem – przynajmniej w teorii, bo w praktyce może się okazać, że to za mało, a podział środków jest niesprawiedliwy i nieefektywny. Przedsiębiorcy jako podmioty od dekad przyzwyczajone do zupełnie antyspołecznego i egoistycznego zachowania są skonsternowani i niezadowoleni. Grożą niepłaceniem podatków i innych opłat, z których i tak ich w dużej mierze zwolniono, oraz zwolnieniami pracowników – zasiewając w społeczeństwie strach. W konsekwencji mogą oni nie chcieć realizować planu Morawieckiego, buntować się i wykręcać.

Moje przypuszczenie jest takie, że korporacje zagraniczne porozumiały się na poziomie EU i wykonają zalecenia Morawieckiego, ponieważ są one zgodne z ogólną strategią kryzysową w EU, mającą na celu utrzymanie stanu sprzed kryzysu. Polskie firmy prywatne, te duże, małe i mikro, są bez większego znaczenia gospodarczego w obecnej sytuacji (rząd będzie tu manewrować), natomiast spółki skarbu państwa i w ogóle cały sektor publiczny wykona zalecenia. Gehenna będzie miała miejsce w sektorze prywatnym w produkcji i handlu oraz w części sektora publicznego odpowiedzianego za utrzymanie społeczeństwa w ruchu i przy życiu. To kadr takich przedsiębiorstw i instytucji należy bronić.

Choć plan jest nazywany „tarczą Morawieckiego”, to jego kształt zasadniczo nie wynika z pomysłów czy ich braku Morawieckiego lub PiS-u. Po prostu nie ma innej możliwości działania ani w EU, ani w Polsce – dlatego pakiet został przygotowany w ekspresowym tempie. Plan zakłada jako priorytety ochronę zdrowia i bezpieczeństwa, ochronę miejsc pracy, ochronę sektora przedsiębiorstw i funkcjonowanie sektora finansowego jako cztery główne priorytety.

Jest to program solidarnościowy na pół czy wręcz ćwierć gwizdka. Więcej w nim solidarności z biznesem niż z klasą pracującą. Ochrona miejsc pracy zależy od tego, jaką mamy pracę i gdzie lokujemy się na drabinie społecznej. Dla bardziej uprzywilejowanych pracowników biur korporacji i urzędów jest to siedzenie w domu i pewne cięcia w płacy (dla części zwolnienia), dla pracowników handlu, dystrybucji i produkcji to praca po 12 godzin za głodowe płace w warunkach epidemii. PiS ani nie chce zniszczenia „wolnej Polski przedsiębiorczej”, ani utworzenia państwa dobrobytu. „Totalna opozycja” wobec PiS jest opozycją słabą i probiznesową (krytykującą PiS z prawej strony), a z ugrupowań parlamentarnych rozwiązania te ze strony propracowniczej krytykuje tylko klub Lewicy.

Plan a praktyka

Zastanawiające i istotne dla wszystkich pracowników i pracowniczek jest to, czy i jak przedsiębiorcy będą się stosować do przepisów. Moja prognoza jest ponownie raczej niewyszukana – tak, będą, ale optymalnie dla biznesu. Bezpieczeństwo i higiena pracy nigdy w III RP nie były priorytetem dla żadnego rządu ani żadnej firmy, teraz też się wiele nie zmieni. Różnica jest taka, iż rząd ma plan zapanować nad warunkami pracy, poziomem zatrudnienia i poziomem płac centralnie, a nie pozostawić sprawę „rynkom”, czyli pozwolić na zupełne barbarzyństwo. Nasuwają się tutaj dwie wątpliwości. Pierwsza: czy państwo osłabiane od dekad jest w ogóle w stanie tego dokonać? Druga: czy z punktu widzenia dynamiki rozwoju epidemii tragiczne warunki pracy i barbarzyńskie metody zarządzania nie sprawią, że wysiłki te spełzną na niczym, ponieważ wśród pracowników współczynnik zachorowania i śmiertelności będzie tak wysoki, że plan się załamie? Kryzys społeczny wywołany epidemią koronawirusa dobitnie pokazał, że to pracownicy tworzą wartość w kapitalizmie i jeżeli ich zabraknie, to system się załamie niezależnie od tego, ile wpompuje się pieniędzy w giełdę i korporacje.

Skąd wziąć na to pieniądze, czyli śmierć spiżowego prawa zrównoważonego budżetu

Środki zgromadzone w funduszach rezerwowych są niskie głównie dlatego, że państwo polskie jest utrzymywane przez ubogą klasę pracującą, a biznes i bogaci uchylają się od płacenia podatków na ogromną skalę. Co zatem zrobi rząd?

Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, ogłosiła, że zostaną zawieszone limity zadłużenia publicznego, czyli fundament „odpowiedzialnej”, tj. barbarzyńskiej polityki fiskalnej (dotyczącej podatków, zadłużenia i wydatków państwa). Fundament odpowiedzialnej fiskalnie Europy jest zagrożony – ostrzega Balcerowicz! Oznacza to, że premier będzie sprawował tymczasowo rolę centralnego planisty budżetowego oraz fiskalno-monetarnego w kraju (patrz: specjalne uprawienia premiera w projekcie). Polska to kraj raczej biedny, fundusze na realizację nawet skromnego planu kryzysowego są niewystarczające, choć zadłużenie państwa jest nieduże i mamy suwerenną walutę.

Na szczęście rząd może tak, jak robią obsesyjnie i z wielkim entuzjazmem korporacje i banki, finansować wydatki z własnego zadłużenia, czyli obligacji, które sam wyda i sam kupi (obsługą tego procesu zajmie się BGK). Szczegóły mechanizmu na pewno są złożone, jednak sens prosty. Cel i zasada funkcjonowania takiej polityki to nie żadna nowość i jest prosta jak drut – można stworzyć pieniądze „z niczego”, o ile napędzi to gospodarkę. W tym przypadku owo „nic”, z którego rząd stworzy fundusze, to dług publiczny, jaki państwo zaciąga samo u siebie – ma do tego prawo, jest suwerenne w tej kwestii. Balcerowicz był wrogiem kreowania takiego pieniądza dla klasy pracującej, nie miał nigdy nic przeciwko, gdy kapitaliści robili to jak oszalali.

Państwo udzieli samo sobie kredytu i zainwestuje go, żeby napędzić gospodarkę. Gdy dynamika gospodarki dzięki inwestycjom zwiększy się, wówczas dług zostanie spłacony (niekoniecznie wprost) lub umorzony. Co do szczegółowych narzędzi, to sprawa może być bardziej złożona i należy śledzić głosy specjalistów. Powiem tylko jedno: nastąpi tu prawdopodobnie spora zmiana, ponieważ pieniędzy nie będzie się wyłącznie rozdawać „rynkom”, czyli klasie posiadającej, korporacjom i bogaczom, ale prawdopodobnie istotna część środków pójdzie na inwestycje w firmy sektora publicznego, takie jak Enea, Poczta Polska oraz z drugiej strony w infrastrukturę (zapowiedzi tego już widać w projekcie w kwestii informatyzacji).

Czemu jednak pakiet dla służby zdrowia wynosi jedynie 7 mld złotych? Tego odgadnąć nie mogę – jest to nie tylko niemoralne, ale i pozbawione sensu. Plany Morawieckiego zakładają wysokie poparcie społeczne, które sam kształt pakietu antykryzysowego podkopuje.

Nie lubię bawić się w Nostradamusa, ale…

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że oczywiście wszystko powyższe to moje przypuszczenia i sytuacja może potoczyć się zupełnie inaczej.

Działam w związku zawodowym Inicjatywa Pracownicza i staram się bronić klasy pracującej, nie licząc na rząd, jednak rozumiejąc, co się dzieje. Niezależnie od tego, czy jesteśmy nastawieni optymistycznie czy pesymistycznie, czy anty-PiS czy pro-PiS, należy z wielu względów, m.in. etycznych, humanitarnych czy politycznych wspierać pracowników i pracowniczki na miarę naszych możliwości tu i teraz. Możemy uważać, że czeka nas katastrofa najpierw ekonomiczna, a potem klimatyczna, jednak pesymizm i defetyzm są poglądami de facto nie do utrzymania. Są wyrazem bezsilności, zrezygnowania i konformizmu, czyli nihilizmu. Nie da się nie wierzyć w to, co dzieje się obecnie, a to, co dzieje się obecnie, wymaga określonego działania konstruktywnego i pozytywnego. Nihiliści będą tylko biernymi obserwatorami lub ofiarami. Obecny moment jest okresem kryzysu społecznego wywołanego epidemią, która sama w sobie nie byłaby bardzo groźna, gdyby społeczeństwo już wcześniej nie było w głębokim kryzysie. Jest to moment niepewności i zmian społecznych. Pytanie na najbliższe miesiące dotyczy tego, czy wyjdziemy z kryzysu ze społeczeństwem lepszym i bardziej sprawiedliwym i czy osobiście się do tego przyłożymy, czy ze społeczeństwem zatomizowanym, traktującym pracowników jak tani towar (jak napisał jeden przedsiębiorca: nieróżniący się niczym od piasku czy cementu), a zysk jest świętością ważniejszą niż życie.

Eliasz Robakiewicz

Niniejszy tekst stanowi osobistą opinię autora, oficjalne stanowisko Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza znajdziecie tutaj

Dr Piotr Ostrowski: Dziurawa tarcza antykryzysowa

Dr Piotr Ostrowski: Dziurawa tarcza antykryzysowa

O założeniach „tarczy antykryzysowej” przyjętej przez rząd z powodu pandemii koronawirusa rozmawiamy z dr. Piotrem Ostrowskim, wiceprzewodniczącym OPZZ.

Kogo wspierają założenia tarczy antykryzysowej? Stanowisko OPZZ rozkłada na czynniki pierwsze i krytykuje ten pakiet – to, że środki pochodzą z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, a także wysokość tych dofinansowań. Co jest nie tak z tarczą?

Piotr Ostrowski: Pierwsza, podstawowa uwaga – pakiet jest za mało ambitny. W obecnej sytuacji, gdy docierają do nas informacje, że setki pracowników już zostały pozbawione pracy, że wiele zakładów jest w przestoju, a inne obawiają się, że przestój nastąpi w ciągu najbliższych dni, musimy wykonać naprawdę bardzo odważne działania, aby podtrzymać funkcjonowanie tych miejsc pracy. Tworzenie tego typu rozwiązań, które zostały wprowadzone do tarczy antykryzysowej, jest zdecydowanie niewystarczające. One niczego nie naprawią, to zasłona dymna, może gra na czas, na to, że epidemia szybko minie i wrócimy do normalności. Na razie nic na to nie wskazuje, więc rząd musi podjąć dużo bardziej aktywne i odważne działania, związane głównie z przygotowaniem solidnego zastrzyku pieniędzy – miliardów dla pracowników. To w tej chwili rozwiązanie absolutnie podstawowe.

Proponowane dofinansowania wynagrodzeń są procentowo bardzo niskie – 40, 50, czasami 80% wynagrodzenia minimalnego, które w Polsce jest przecież niewysokie.

P. O.: To wsparcie jest bardzo niskie. Możemy je podzielić na dwie sytuacje: na sytuację postojowego i na sytuację obniżenia obrotów. Przy obniżeniu obrotów ma zastosowanie klauzula o ochronie miejsc pracy – to jest zakład, który nie jest w przestoju, nadal funkcjonuje, ale ma znacząco obniżone obroty. W przypadku postojowego redukcje wynagrodzeń są wyższe, a w przypadku obniżenia obrotów nie aż tak radykalne. Ale w dalszym ciągu mówimy tu o zmniejszeniu dochodów pracowników, a musimy zrobić wszystko, aby je utrzymać na niezmienionym poziomie. Stanowisko OPZZ przedstawia tę sprawę bardzo jasno: 100% wynagrodzenia.

Co z osobami na umowach cywilno-prawnych, czyli tzw. śmieciowych? Ile one miałyby od rządu dostać?

P. O.: To ma być pomoc jednorazowa. W bardzo niesprecyzowanych sformułowaniach mówiło się, że takie osoby mogłyby występować o drugą transzę pomocy w wysokości 80% minimalnego wynagrodzenia Osoba na zleceniu zatem otrzymałaby jednorazowo 2080 zł brutto. Gdyby jej sytuacja się nie poprawiała, decyzją prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych mogłaby otrzymać drugie wsparcie tej samej wysokości. Docelowo więc możemy mówić o wsparciu rzędu 4160 zł brutto, ale w projekcie z 25 marca, głosowanym w nocy z 27 na 28 marca, nie ma już tego zapisu o jednorazowej pomocy i drugiej od prezes ZUS. Rada Ministrów może przyznawać dodatkowe wsparcie, jeśli sytuacja będzie tego wymagała.

Wsparcie ma zaczynać się od kwietnia, więc nie ma obejmować marca, gdy część osób już nie pracowała.

P. O.: Czy to będzie nawet od kwietnia, jeszcze nie wiemy. To wszystko dobrze wygląda na papierze. Musimy pamiętać, jakie są realia. Jest dwóch operatorów wypłat – to ZUS w przypadku osób mających umowę o pracę (czyli mówimy tu o wspomnianej sytuacji przestoju lub zmniejszenia obrotów), a pozostałe przypadki, czyli pomoc dla mikrofirm, dla samozatrudnionych i osób na umowach cywilno-prawnych, mają podlegać powiatowym urzędom pracy. Mamy więc dwóch różnych operatorów, którzy mają do dyspozycji środki dwóch funduszy – Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Funduszu Pracy. I dwie instytucje – ZUS i urzędy pracy. One jeszcze przed stanem epidemii były przeciążone pracą. Możemy sobie dywagować, że „mają szybko nastąpić wypłaty”, przyjmowanie i weryfikacja wniosków itp. Ale w tej chwili obsada ZUS to około jedna trzecia zwykłego stanu pracowników. Część z nich opiekuje się dziećmi, które nie chodzą do przedszkola czy szkoły, część pracuje zdalnie, ale taka praca w przypadku ZUS jest utrudniona, ponieważ systemy, na których zakład pracuje, funkcjonują wyłącznie na komputerach stacjonarnych w biurach. Pracownicy nie mogą zabrać komputerów do domu, bo pojawia się kwestia danych osobowych, bezpieczeństwa państwa – to są dane wrażliwe. Systemy musiałyby być zainstalowane na prywatnych komputerach w domu, a tego nikt nie zrobił. Pracownik ZUS-u nie może pracować z domu, zatem wypłaty w kwietniu to bardzo optymistyczna prognoza. W poniedziałek 23 marca przysłuchiwałem się telekonferencji, w której uczestniczyła pani prezes ZUS-u i bardzo optymistycznie o tym mówiła – że ZUS będzie operatorem itp. Moje pytanie brzmi – czy rzeczywiście tak będzie, czy dadzą w obecnej sytuacji radę? To jest podobna sprawa, jak w przypadku systemu ochrony zdrowia. To, że mamy teraz epidemię koronawirusa, nie oznacza, że ludzie nie chorują na inne choroby, więc system musi podołać podwójnemu wyzwaniu – z jednej strony leczyć schorzenia, które ludzie mają niezależnie od epidemii, a dodatkowo koronawirusa. Tak samo będzie z urzędami pracy i ZUS-em. Będą musiały wykonać dodatkową pracę w bardzo okrojonym składzie. Czy dadzą radę wypłacić pomoc w kwietniu? Nie jestem optymistą. To muszą zrobić ludzie, których na razie nie ma. A nie zapominajmy, że ani ta, ani poprzednie ekipy rządowe raczej nie dbały o to, by zasoby kadrowe w usługach publicznych, m.in. w administracji, były liczne.

Jednym z „groźnych” postulatów tarczy antykryzysowej jest uelastycznienie stosunku pracy, czyli np. zakłócenie odpoczynku dobowego.

P. O.: Jako OPZZ zupełnie tego nie rozumiemy. Możemy sobie wyobrażać, że niektóre branże dotknie poważny kryzys i przestój, ale inne nie – np. sklepy internetowe mają w tej chwili wielki boom. Jeśli już dobowy albo tygodniowy wymiar odpoczynku ma być zmniejszony, to naszym zdaniem powinno się to odbywać za zgodą zakładowej organizacji związkowej. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której pracodawca będzie jednostronnie zmieniał tego typu warunki. Jednak w przypadku antykryzysowej reakcji na sytuację postojowego czy obniżonych obrotów przewiduje się konsultacje ze stroną społeczną, a w przypadku zmniejszenia dobowego i tygodniowego wymiaru odpoczynku – projekt ustawy tego początkowo nie przewidywał. Ostateczny kształt ustawy już to ujmuje. Nie przewiduje sytuacji, gdy wprowadza się zmiany bez uzgodnienia ze związkami zawodowymi.

Wszystkie te pomysły, gdy im się bliżej przyjrzeć, są dość niepokojące. Na początku był wielki entuzjazm, że państwo w ogóle coś zamierza zrobić i zająć się sytuacją ogółu pracowników, nie tylko tych zatrudnionych na podstawie umów o pracę. Ale teraz widać, że to i małe pieniądze, i nie wiadomo kiedy, i otwarcie tylnych drzwi dla „uelastycznień”, czyli pogorszenia warunków zatrudnienia.

P. O.: Mam obawy, może panikuję i przemawia przeze mnie czarnowidztwo, ale obawiam się, że wprowadzenie w życie tego typu rozwiązań i ich funkcjonowanie nawet przez jakiś czas – kilka tygodni, dwa-trzy miesiące – czyli ich wejście w krwiobieg systemu stosunków pracy może spowodować, że ktoś wpadnie w pewnym momencie na pomysł, że one „nie są wcale takie złe” i że może powinniśmy je na stałe wprowadzić. Kilka lat temu czytałem „Doktrynę szoku” Naomi Klein i jakoś mi się ta lektura przypomina w ostatnim czasie.

Kolejny element pakietu to likwidacja płacenia składek na ZUS przez trzy miesiące. Pracownicy zapłacą za to w przyszłości niższymi emeryturami.

P. O.: Pierwotny pomysł rządu polegał na zawieszeniu składek. Od razu jednak środowiska biznesowe zaczęły lamentować – no jak to, tylko zawieszenie, kiedyś trzeba będzie to spłacać. Moim zdaniem tu rząd powiedział „a”, ale nie powiedział „b” – mógł przecież rozłożyć składki na raty, na dłuższy okres, jeżeli to dla części firm stanowi taki problem. Natychmiast w sukurs rządowi przyszedł prezydent Duda, który powiedział, że to nie będzie zawieszenie, lecz zwolnienie – z czym my jako związek nie możemy się zgodzić, bo będzie to oznaczało zmniejszenie wpływów do funduszu ubezpieczeń społecznych i odbędzie się to kosztem pracowników. Prezydent tym stwierdzeniem zaszkodził pracownikom, a rząd to bardzo szybko podchwycił.

Czyli na wirusie tak naprawdę najbardziej stracą pracownicy.

P. O.: Wszystko na to wskazuje. Straty będą, koszty będą, i widać wyraźnie, że rząd chce jak najwięcej przerzucić na pracowników. Warto wspomnieć jeszcze o źródłach finansowania tarczy, czyli o tych dwóch funduszach – FGŚP i Funduszu Pracy. Gdy rząd ogłaszał tarczę antykryzysową, przedstawił piękną kwotę – 212 mld złotych. Taka suma powala na kolana. Kto by nie chciał połowy rocznego budżetu państwa na walkę z kryzysem? Ale potem ten pozytywny przekaz został nieco stępiony. Po pierwsze, eksperci mówili, że zdecydowana większość to są gwarancje, więc mówimy tu tylko o około 60 mld „żywej” gotówki. Przystępując kilka dni temu do czytania ustawy miałem z tyłu głowy świadomość tego, że odnajdę w niej gdzieś te dodatkowe miliardy z budżetu państwa. Mój entuzjazm strona po stronie topniał. Gdy doszedłem do kluczowych artykułów mówiących o tym, skąd te środki na pomoc dla pracowników i osób na umowach śmieciowych mają się brać, to zobaczyłem, że to ma być wzięte z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i z Funduszu Pracy. Nie ma w tym projekcie ustawy żadnych innych dodatkowych środków. OPZZ od dwóch lat systematycznie mówi o tym, że te fundusze były już wcześniej drenowane przez rząd, który fundował pewne, bądź co bądź ważne, wsparcie finansowe właśnie z tych funduszy, co jednak było niezgodne z ich przeznaczeniem. Zamiast tworzyć osobne fundusze celowe na rzecz chociażby wsparcia dla lekarzy rezydentów czy na wsparcie dla pracowników młodocianych, brał środki z istniejących źródeł, które miały służyć czemuś innemu. Jako związki zawodowe mówiliśmy od początku, że nie wolno tego robić. Te fundusze są stworzone w innym celu. Może pojawić się moment, gdy wzrośnie liczba bezrobotnych i będzie potrzeba wypłaty zasiłków, które i tak w Polsce są bardzo niskie. Może więc warto podwyższyć zasiłki dla bezrobotnych w tej chwili, gdy bezrobocie jest relatywnie niższe, aby potem mieć lepszy punkt startu w sytuacji obniżonej koniunktury. Rząd się z tego śmiał – albo nabierał wody w usta, albo opowiadał, że koniunktura jest tak dobra, że nie ma takiej potrzeby. Przyszedł czas koronawirusa i rząd sięga po te fundusze, nie dając nic dodatkowego. Podczas wideokonferencji minister Emilewicz mówiła, że będzie rozmawiać z ministrem finansów, aby przekazał jakieś dodatkowe środki. Być może przekaże – ale to jest wszystko gdybanie. To w tym momencie pracowników nie powinno interesować. Rząd powinien być pewien tego, że ma te środki przygotowane i uspokaja sytuację na rynku pracy, mówiąc „Podtrzymamy standard życia na zwykłym poziomie, abyście nawet nie dostrzegli różnicy”. Opierając to na dwóch funduszach, wydrenowanych wcześniej, rząd tak naprawdę naraża obywateli na bezrobocie, biedę, nierówności społeczne, i jest to bardzo niebezpieczne. To główny przekaz, który płynie z lektury ustawy o tarczy antykryzysowej – wbrew temu, co mówi rząd, tu nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy. A oczekiwalibyśmy, wzorem innych krajów, solidnego wsparcia z innych środków budżetu państwa. Nie ulega wątpliwości, że kosztem zadłużenia, ale czas jest szczególny i w takich sytuacjach zadłużenie jest wskazane.

Warto dodać jako epilog wywiadu, będący jednocześnie prologiem do nowej doktryny szoku: głosami Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Obywatelskiej uchwalono, że premier będzie mógł w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii odwoływać członków Rady Dialogu Społecznego. Jednym z powodów odwołania członka RDS przez premiera może być „sprzeniewierzenie się działaniom Rady” i doprowadzenie do „braku możliwości prowadzenia przejrzystego, merytorycznego i regularnego dialogu”.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Okraska, 24.03.2020 r.

Czego uczy nas koronawirus

Jeśli choroba może nauczyć nas mądrości wykraczającej poza konstatację, jak niepewne i cenne jest życie, to koronawirus zaoferował nam aż dwie lekcje.

Po pierwsze, w zglobalizowanym świecie nasze życia są ze sobą tak splecione, że ideę postrzegania siebie jako wysp – zarówno jako jednostek, społeczności, narodów, jak i wyjątkowo uprzywilejowanych gatunków – należy rozumieć jako dowód fałszywej świadomości. Prawdę mówiąc byliśmy zawsze powiązani, stanowiliśmy część cudownej sieci życia na naszej planecie, a poza nią – gwiezdny pył w niezgłębionym, wielkim i złożonym wszechświecie.

Arogancja pielęgnowana w nas przez narcyzów, którzy doszli do władzy dzięki własnemu niszczycielskiemu egoizmowi oślepiła nas na niezbędną mieszankę pokory i podziwu, jaką powinniśmy odczuwać, gdy patrzymy na kroplę deszczu na liściu, dziecko uczące się chodzić czy na nocne niebo ujawniające się w całej swej nieskończonej okazałości z dala od świateł miasta.

A teraz, gdy zaczynamy wkraczać w okres kwarantanny i izolacji, jako narody, społeczności i jednostki, wszystko to powinno być o wiele bardziej wyraźne. Wirus pokazał nam, że tylko razem jesteśmy silniejsi, żywi i ludzcy.

Pozbawieni z powodu zagrożenia zarażeniem tego, czego najbardziej potrzebujemy, przypominamy sobie, jak bardzo wzięliśmy społeczność za coś oczywistego, nadużywaliśmy jej, wydrążyliśmy ją. Obawiamy się, ponieważ usługi, których potrzebujemy w czasach zbiorowej trudności i traumy, zostały zamienione w towary wymagające zapłaty lub traktowane jako przywileje, do których dostęp jest obecnie utrudniony, racjonowany lub po prostu zniknął.

Kiedy prześladuje nas śmierć, nie zwracamy się do bankierów, dyrektorów korporacyjnych lub zarządzających funduszami hedgingowymi. A mimo to właśnie takich ludzi nasze społeczeństwa wynagradzają najlepiej. Jeśli pensje są główną miarą wartości, to siłą rzeczy właśnie oni są najbardziej cenieni. Ale to nie są ludzie, których potrzebujemy jako jednostki, jako społeczeństwa, narody. To raczej lekarze, pielęgniarki, pracownicy służby zdrowia, opiekunowie i pracownicy socjalni będą walczyć o ocalenie naszego życia, ryzykując własne.

Podczas kryzysu zdrowotnego rzeczywiście możemy zauważyć, kto i co jest najważniejsze. Ale czy będziemy pamiętać czyjeś poświęcenie, jego wartość po tym, jak wirus zniknie z pierwszych stron gazet? Czy raczej wrócimy do zwykłej codzienności – aż do następnego kryzysu – i hojnego nagradzania producentów broni, miliarderów, właścicieli mediów, szefów firm zajmujących się paliwami kopalnymi i pasożytów z branży finansowej, żywiących się pieniędzmi innych ludzi?

„Weźmy to na klatę”

Druga lekcja wynika z pierwszej. Pomimo wszystkiego, co mówiono nam od czterech dekad lub dłużej, zachodnie społeczeństwa kapitalistyczne są dalekie od najbardziej efektywnych sposobów samoorganizacji. Odkryjemy to, gdy kryzys związany z koronawirusem pogłębi się.

Nadal jesteśmy bardzo głęboko zanurzeni w ideologicznym świecie thatcheryzmu i reaganizmu, gdzie powiedziano nam dosłownie: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”. Jak ta mantra polityczna wytrzyma próbę nadchodzących tygodni i miesięcy? Ile możemy przetrwać jako jednostki, nawet w kwarantannie, a nie jako część społeczności, która troszczy się o nas wszystkich?

Zachodni przywódcy, którzy opowiadają się za neoliberalizmem, tak jak muszą to robić obecnie, mają dwie możliwości radzenia sobie z koronawirusem – i obie z nich mogą nas zwieść, jeśli nie przejrzymy ich hipokryzji i oszustwa.

Nasi przywódcy mogą pozwolić nam „wziąć to na klatę”, jak to określił brytyjski premier Boris Johnson. W praktyce będzie to oznaczać przyzwolenie na faktyczną selekcję naturalną wielu osób ubogich i starszych. Uwolni ono rządy od ponoszenia ciężaru finansowego niedofinansowanych programów emerytalnych i świadczeń socjalnych.

Tacy liderzy twierdzą, że są zbyt bezsilni, aby interweniować lub łagodzić kryzys. W obliczu sprzeczności nieodłącznie związanych z ich światopoglądem nagle stają się fatalistami, porzucając wiarę w skuteczność i adekwatność wolnego rynku. Powiedzą, że wirus był zbyt zaraźliwy, aby go powstrzymać, zbyt silny, aby poradziła sobie z nim służba zdrowia i za bardzo śmiertelny, żeby ratować życie. Unikną wszelkiej winy za dziesięciolecia cięć w systemie opieki zdrowotnej i jego prywatyzacji, które spowodowały, że usługi te stały się nieskuteczne, nieodpowiednie, niewygodne do wdrażania i mało elastyczne w obliczu próby.

Lub odwrotnie: politycy wykorzystają swoich spin-doktorów i sojuszników w korporacyjnych mediach, żeby ukryć fakt, iż po cichu i tymczasowo stają się socjalistami, by poradzić sobie z sytuacją kryzysową. Zmienią zasady państwa dobrobytu, aby wszyscy ci, którzy musieli brać udział w stworzonej przez nich gig economy – np. zatrudnieni na podstawie umów śmieciowych – nie rozprzestrzeniali wirusa, ponieważ nie mogą sobie pozwolić na kwarantannę lub dni wolne od pracy.

Ale najprawdopodobniej nasi liderzy skorzystają z obu tych opcji.

Kryzys bez końca

Wniosek, który należy wyciągnąć z kryzysu – że wszyscy mamy takie samo znaczenie, że musimy się troszczyć o siebie nawzajem, że utoniemy lub popłyniemy razem – jeśli w ogóle zostanie wzięty pod uwagę, będzie potraktowany jako odosobniona, przelotna lekcja charakterystyczna dla czasów tego konkretnego kryzysu. Nasi przywódcy odmówią wyciągnięcia bardziej ogólnych wniosków – takich, które mogą uwypuklić ich własną winę – na temat tego, jak zdrowe społeczeństwo powinno funkcjonować przez cały czas.

W rzeczywistości nie ma nic wyjątkowego w kryzysie spowodowanym przez koronawirus. To po prostu udoskonalona wersja mniej widocznego kryzysu, w którym jesteśmy pogrążeni na stałe. W miarę jak Wielka Brytania tonie pod powodzią każdej zimy, Australia płonie każdego lata, a południowe stany USA są niszczone przez huragany, a ich wielkie równiny stają się pyłem, w miarę jak kryzys klimatyczny staje się coraz bardziej namacalny, poznajemy tę prawdę powoli i boleśnie.

Ci, którzy wymiernie korzystają na obecnym systemie, a także ci, którzy zostali poddani praniu mózgu i nie widzą jego wad – będą bronić go do samego końca. Niczego się nie nauczą z czasów wirusa. Wskażą na państwa autorytarne i ostrzegą, że może być znacznie gorzej.

Wskażą na wysoką liczbę ofiar śmiertelnych w Iranie jako potwierdzenie, że nasze społeczeństwa nastawione na zysk są lepsze, ignorując straszne szkody, jakie wyrządziliśmy irańskim służbom zdrowia po latach sabotowania jego gospodarki za pomocą okrutnych sankcji. Zostawiliśmy Iran jeszcze bardziej narażony na koronawirusa, ponieważ chcieliśmy nadzorować tam „zmianę reżimu”, aby móc ingerować w nią pod pozorem „humanitarnej” troski – tak, jak to zrobiliśmy w innych krajach, których zasoby chcieliśmy kontrolować, od Iraku po Syrię i Libię.

Iran zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za kryzys, którego to my chcieliśmy, by nasi politycy mogli obalić tamtejszych przywódców. Niepowodzenia Iranu zostaną przytoczone jako dowód skuteczności europejskiego stylu życia. Będziemy lamentować z oburzeniem z powodu „rosyjskiej ingerencji”, której zarysy ledwo potrafimy wyartykułować.

Docenianie wspólnego dobra

Ci, którzy bronią naszego systemu, nawet gdy jego wewnętrzna logika załamuje się w obliczu koronawirusa i zagrożenia klimatycznego, powiedzą nam, jakie mamy szczęście, ponieważ żyjemy w wolnych społeczeństwach, gdzie niektórzy – dyrektorzy Amazona, usługodawcy dostaw do domu, apteki, producenci papieru toaletowego – wciąż mogą szybko zarobić na naszej panice i strachu. Tak długo, jak ktoś nas wykorzystuje, tak długo, jak ktoś się na nas pasie i staje się bogaty, dowiadujemy się, że system działa – i że działa lepiej niż jakikolwiek inny system, który można by sobie wyobrazić.

Ale w rzeczywistości społeczeństwa kapitalistyczne późnego etapu, takie jak USA i Wielka Brytania, będą walczyć o osiągnięcie nawet niewielkich sukcesów w walce z koronawirusem i będą one mniejsze od sukcesów autorytarnych rządów. Czy Trump w USA lub Johnson w Wielkiej Brytanii – przykłady kapitalizmu pod hasłem „rynek wie najlepiej” – poradzą sobie z tym wirusem skuteczniej niż Chiny?

Ale ta lekcja nie dotyczy społeczeństw autorytarnych w porównaniu z „wolnymi”. Chodzi o społeczeństwa, które cenią wspólne bogactwo, dobro wspólne ponad prywatną chciwość i zysk, ponad ochronę przywilejów elity bogaczy.

W 2008 r., po dziesięcioleciach oferowania bankom tego, czego chciały – swobodnego zarabiania pieniędzy – gospodarki zachodnie niemal wybuchły jak napompowana bańka. Banki i usługi finansowe zostały uratowane tylko dzięki publicznym bailoutom – za pieniądze podatników. Nie dano nam wyboru: banki, jak powiedziano, były „zbyt duże, by upaść”.

Wykupiliśmy je za nasze wspólne pieniądze. Ponieważ jednak prywatne bogactwo jest złotym cielcem naszej epoki, publika nie mogła posiadać banków, które kupiła. Zatem kiedy banki zostały przez nas uratowane – co za przewrotny socjalizm dla bogatych! – wróciły do robienia prywatnych pieniędzy, wzbogacając niewielką elitę, aż do następnego krachu.

Nie ma dokąd lecieć

Naiwni mogą myśleć, że to jednorazowy przypadek. Ale wady kapitalizmu są od niego nieodłączne i strukturalne, a wirus już demonstruje, że kryzys klimatyczny pojawi się u nas w nadchodzących latach z niepokojącą zaciekłością.

Zamknięcie granic oznacza, że linie lotnicze szybko wypadają z biznesu. Oczywiście nie odkładały pieniędzy na czarną godzinę. Nie oszczędzały, nie były rozważne. Operują w świecie, gdzie podrzyna się sobie nawzajem gardła, muszą konkurować z rywalami, wyrugować ich z biznesu i zarobić jak najwięcej pieniędzy dla akcjonariuszy.

Teraz nagle nie mają dokąd lecieć – i nie będą miały widocznych możliwości zarobienia pieniędzy przez wiele miesięcy. Podobnie jak banki, są „zbyt duże, aby upaść” – i podobnie jak banki żądają, aby pieniądze publiczne zostały przeznaczone na ich przetrwanie, dopóki nie będą w stanie ponownie łupieżczo osiągać zysków dla swoich akcjonariuszy. Za liniami lotniczymi ustawi się w kolejce po pomoc wiele innych korporacji.

Wcześniej czy później społeczeństwo znowu zdobędzie się na wysiłek, aby ratować te korporacje nastawione jedynie na zysk, choć ich jedyną działalnością jest centralna rola, jaką odgrywają w napędzaniu globalnej zmiany klimatycznej i eliminacji życia na planecie. Linie lotnicze będą reanimowane aż do nadejścia kolejnego nieuniknionego kryzysu – takiego, w którym są kluczowymi graczami.

But kopiący w twarz

Kapitalizm jest systemem wydajnym tylko dla niewielkiej elity, której pozwala zarabiać pieniądze straszliwym kosztem – ponoszonym przez innych. Jest zatem systemem coraz bardziej niemożliwym do utrzymania dla szerokiego społeczeństwa – a działa tylko dopóki nie okaże się, że jest już nieskuteczny. Następnie społeczeństwo musi się dorzucić i pomóc elicie bogaczy, aby ten cykl można było rozpocząć od nowa. To jak but kopiący nas w twarz – na zawsze, jak ostrzegał dawno temu George Orwell.

Ale nie chodzi tylko o to, że kapitalizm jest ekonomicznie samoniszczący – jest także pusty moralnie. Naprawdę, powinniśmy przestudiować przykłady neoliberalnej ortodoksji: Wielką Brytanię i USA. W Wielkiej Brytanii krajowa służba zdrowia – niegdyś przedmiot zazdrości świata – przechodzi gwałtowny upadek po dziesięcioleciach prywatyzacji i outsourcingu swoich usług. Teraz ta sama partia konserwatystów, która rozpoczęła kanibalizację NHS, zwraca się do firm takich jak producenci samochodów o rozwiązanie problemu poważnego niedoboru respiratorów, które wkrótce będą potrzebne, aby pomóc pacjentom z koronawirusem.

Kiedyś w nagłych przypadkach zachodnie rządy byłyby w stanie skierować zasoby, zarówno publiczne, jak i prywatne, na ratowanie życia. Fabryki mogły zostać przekształcone dla wspólnego dobra w inne podmioty. Dzisiaj rząd zachowuje się tak, jakby wszystko, co mógł zrobić, to zachęcać do prowadzenia działalności gospodarczej, pokładając nadzieję w motywowanym zyskiem samolubstwie, które skłania firmy do wejścia na rynek produkcji respiratorów lub do dostarczenia łóżek w sposób korzystny dla podtrzymania zdrowia publicznego. Wady tego podejścia powinny być rażące, jeśli dostrzeżemy, jak producent samochodów może odpowiedzieć na prośbę o dostosowanie swoich fabryk do produkcji respiratorów. Jeśli nie zostanie przekonany, że można na tym zarobić łatwe pieniądze lub jeśli sądzi, że może osiągnąć szybsze lub większe zyski kontynuując produkcję samochodów w czasach, gdy społeczeństwo obawia się korzystania z transportu publicznego, pacjenci umrą. Jeśli wstrzyma się, obserwując, czy będzie wystarczający popyt na respiratory, aby uzasadnić dostosowanie swoich fabryk do ich produkcji – pacjenci umrą. Jeśli opóźni to w nadziei, że niedobory respiratorów spowodują wzrost dotacji od rządu obawiającego się publicznego oburzenia – pacjenci umrą. A jeśli wyprodukuje najtańsze respiratory, aby zwiększyć zyski, bez upewnienia się, że personel medyczny nadzoruje kontrolę jakości – pacjenci także umrą.

Wskaźniki przeżywalności nie będą zależeć od wspólnego dobra, od naszej pomocy potrzebującym czy od planowania najlepszego rezultatu, lecz od kaprysów rynku. I to nie tyle od rynku, co od błędnego ludzkiego postrzegania tego, co stanowi siły rynkowe.

Przetrwają najsilniejsi

Gdyby to nie wystarczyło, Trump – w całej swojej nadmuchanej próżności – pokazuje, w jaki sposób tę motywację zysku można przenieść ze świata biznesu, który tak dobrze zna, na cynizm polityczny, który stopniowo opanowuje. Według różnych raportów, dyskretnie poszukuje on szybkiego rozwiązania problemu wirusa. Rozmawia z międzynarodowymi firmami farmaceutycznymi i chce znaleźć osobę, która jest bliska opracowania szczepionki, tak by Stany Zjednoczone mogły kupić do niej wyłączne prawa.

Raporty sugerują, że chce zaoferować szczepionkę wyłącznie obywatelom USA, co sprawiłoby, że zdecydowanie wygrałby reelekcję. Oznaczałoby to triumf wpajanej nam od ponad czterech dziesięcioleci filozofii „po trupach do celu” – przetrwają tylko najsilniejsi, a zadecyduje o tym rynek. Tak zachowują się ludzie, gdy odmawia im się udziału w szerszej zbiorowości, za którą są odpowiedzialni i która jest za nich odpowiedzialna.

Ale nawet jeśli Trump w końcu raczy pozwolić innym krajom cieszyć się korzyściami ze sprywatyzowanej szczepionki, nie będzie to polegało na pomaganiu ludzkości w ramach czynienia większego dobra. Będzie mowa o Trumpie biznesmenie-prezydencie, który osiąga porządny zysk dla USA na fali desperacji i cierpienia innych, a także przedstawia siebie jako politycznego bohatera na arenie światowej. Lub, co bardziej prawdopodobne, będzie to kolejna szansa dla Stanów Zjednoczonych, by wykazać swoje „humanitarne” kwalifikacje nagradzając „dobre” kraje i dając im dostęp do szczepionki, a jednocześnie odmawiając „złym” krajom, takim jak Rosja, prawa do ochrony swoich obywateli.

Nieprzyzwoicie skarłowaciały światopogląd

Będzie to idealna ilustracja na scenie globalnej – i to w kolorze – tego, jak działa amerykański pomysł na służbę zdrowia. Oto, co się dzieje, gdy opieka zdrowotna nie jest traktowana jako dobro publiczne, lecz jako towar do kupienia, jako przywilej zachęcający siłę roboczą do pracy, jako miara tego, kto odnosi sukces, a kto nie.

USA, zdecydowanie najbogatszy kraj na świecie, ma dysfunkcyjny system opieki zdrowotnej nie dlatego, że nie stać go na dobry, lecz dlatego, że jego polityczny światopogląd jest tak nieprzyzwoicie zatruty kultem bogactwa, iż odmawia uznania istnienia dobra wspólnego i uszanowania wartości, jaką stanowi zdrowe społeczeństwo.

Amerykański system opieki zdrowotnej jest zdecydowanie najdroższy na świecie, ale także najbardziej nieefektywny. Ogromna część „wydatków na zdrowie” nie przyczynia się do leczenia chorych, lecz wzbogaca kieszeń korporacji farmaceutycznych i firm ubezpieczeniowych. Analitycy opisują jedną trzecią wszystkich wydatków na zdrowie w USA – 765 miliardów dolarów rocznie – jako „zmarnowane”. Ale „marnotrawstwo” to eufemizm. W rzeczywistości są to pieniądze wpychane do kieszeni korporacji, które nazywają siebie branżą zdrowia, okradając wspólny budżet obywateli USA. Oszustwo jest tym większe, że pomimo tak ogromnych wydatków więcej niż jeden na 10 obywateli USA nie ma właściwie żadnej opieki zdrowotnej.

Koronawirus bezprecedensowo uwypukli zdeprawowaną nieefektywność tego systemu – model opieki zdrowotnej nastawionej na zysk, siły rynkowe, które zwracają uwagę na krótkoterminowe interesy biznesu, a nie długoterminowe interesy nas wszystkich.

Istnieją alternatywy. W tej chwili Amerykanom oferuje się wybór między demokratycznym socjalistą Berniem Sandersem, który broni opieki zdrowotnej jako prawa, ponieważ jest to dobro wspólne, a szefem partii demokratycznej, Joe Bidenem, popierającym lobby biznesowe, od którego zależy w kwestii finansowania swojej politycznej kariery. Jeden z nich jest marginalizowany i oczerniany jako zagrożenie dla amerykańskiego stylu życia przez garstkę korporacji, które są właścicielami amerykańskich mediów, podczas gdy drugi jest wspierany przez te same korporacje w drodze do otrzymania nominacji Demokratów.

Koronawirus ma dla nas ważną, pilną lekcję do odrobienia. Pytanie – czy jesteśmy już gotowi jej wysłuchać?

Jonathan Cook

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na lewicowym amerykańskim portalu Counterpunch 19 marca 2020.

Corbyn i lewica zdeindustrializowana

1. Nowa nadzieja

Jeremy Corbyn jako przewodniczący Partii Pracy był zapowiedzią zmiany statusu quo. Negatywna reakcja establishmentu tylko uwiarygodniła go jako polityka. Po neoliberalnych rządach Tony’ego Blaira, kapitulacji Tsiprasa i marginalizacji Pablo Iglesiasa, to Corbyn miał pokazać europejskiej lewicy, jak zwyciężać.

Przyspieszone wybory w 2017 roku, choć przegrane, okazały się sukcesem pod względem zdobytych głosów i miejsc w parlamencie. Zamysł Theresy May, by wykorzystać moment niskich sondaży labourzystów do pozyskania większości parlamentarnej gwarantującej samodzielne negocjacje z UE – nie powiódł się. Torysi skończyli z mniejszą liczbą parlamentarzystów, a Corbyn udowodnił, że jest wybieralny.

Punktem zwrotnym okazały się kolejne wybory w grudniu 2019. Poparcie dla Partii Pracy spadło z 40% w 2017, do 32%. Partia Konserwatywna pod wodzą Borisa Johnsona uzyskała samodzielną większość. Porażka wyborcza labourzystów nie ma jednak charakteru ilościowego. Labour z 10,3 milionami głosów uzyskała wynik o 750 tys. wyższy niż Blair zwyciężający 15 lat temu. Więcej wyborców głosowało na Corbyna, niż na Browna w 2010 i Milibanda w 2015 roku.

Prawdziwą klęską Partii Pracy jest natomiast utrata swych tradycyjnych okręgów wyborczych, które od zawsze lub od bardzo dawna były jej bastionem (np. Sedgefield od 1935, Bishop Auckland od momentu utworzenia, Wakefield od 1935). Zapoczątkowana przez Tony’ego Blaira strategia faworyzowania wielkomiejskich wyborców kosztem regionów z biedniejszym elektoratem została zrealizowana. Klasa robotnicza przestała bezwarunkowo popierać labourzystów.

2. Czas rozliczeń

Klęska wyborcza wywołała dyskusję na temat strategii partii. Dwa główne środowiska – socliberalne i progresywne – oceniły kurs partii pod wodzą Corbyna.

Pierwsze, ukształtowane przez blairyzm, swą krytykę skupiło na na radykalizmie postulatów Labour i niepopularności samego lidera. Corbyn jako rzekomy zwolennik IRA, libańskiego Hezbollahu, ukryty antysemita i krypto-brexitowiec miał odciskać negatywne piętno na wizerunku partii.

Czy faktycznie postulaty ekonomiczne Labour były zbyt radykalne? Agencja sondażowa YouGov zapytała Brytyjczyków o poszczególne propozycje programowe Partii Pracy [1]. Zwiększony interwencjonizm państwowy i nacjonalizacja poszczególnych sektorów gospodarczych, walka z nierównościami ekonomicznymi poprzez większe opodatkowanie czy zagwarantowanie pracownikom jednej trzeciej miejsc w zarządach firm, cieszyły się poparciem wśród 50% do 64% ankietowanych. Badania społeczne wskazują więc, że brytyjscy wyborcy popierają większy udział państwa w gospodarce oraz są przeciwni rosnącym nierównościom społecznym.

Zarzut dotyczący kontrowersyjnych poglądów Corbyna nie tłumaczy, dlaczego w 2017 nie były one problemem dla wyborców, a stały się takimi obecnie. Gdyby uznać ten argument za prawdziwy, to powinny one być obciążeniem od samego początku. Za dowód o niskim znaczeniu oskarżeń niech posłuży przykład Claire Fox. Europarlamentarzystka Brexit Party, a dawniej czołowa działaczka Revolutionary Communist Party, w przeszłości usprawiedliwiała zamach bombowy dokonany przez IRA w Warrington w 1993. Zginęło w nim 2 dzieci, a 56 osób zostało rannych. Nie przeszkodziło to jej w zdobyciu mandatu, chociaż Warrington było częścią jej okręgu wyborczego. Jestem więc zdania, że zarzuty socliberalnego obozu Labour nie tłumaczą wyborczej porażki.

Odmiennego kalibru są oskarżenia wysuwane przez stronę progresywną. W tekście „After Corbynism” Paul Mason – dziennikarz i prominentna postać brytyjskiej skrajnej lewicy – wskazuje na Brexit i zmianę struktury klasowej brytyjskiego społeczeństwa [2]. Labourzyści stracili niepotrzebnie czas na wypracowanie stanowiska drugiego referendum. Manson jako zwolennik pozostania w UE uważał, że tylko jednoznaczne poparcie dla Remain gwarantuje zwycięstwo Partii Pracy. Orientacja pro-unijna oznaczała odrzucenie tych głosów klasy robotniczej, która w referendum zagłosowała za wyjściem z UE. Dla Mansona nie jest to strata. Współczesna Labour jego zdaniem nie potrzebuje konserwatyno-nacjonalistycznie zorientowanych wyborców. Malejące znaczenie związków zawodowych i zorganizowanego świata pracy czyni utratę tego segmentu klasy robotniczej niezbyt bolesną.

Autor tekstu „After Corbynism” w zgodzie z całą plejadą post-marksistowskich teorii deprecjonuje znaczenie pracy najemnej w procesie wyzysku. Wyzysk zachodzi nie tylko w zakładzie pracy, ale dokonuje się w obszarach kultury, technologii czy usług finansowych. Walki społeczne wokół praw migrantów, kobiet, LGBT czy kwestii klimatycznych na równi z konfliktami pracowniczymi kształtują nowy podmiot zmiany społecznej – różnorodną i usieciowioną klasę pracowniczą (wolną od konserwatywnych i nacjonalistycznych nawyków starej klasy). Zdaniem Mansona, Partia Pracy powinna się skupić na rozwijaniu poparcia wśród jej członków. Tradycyjna klasa robotnicza nie jest potrzebna.

3. Krytyka krytyki

Przeciwnie do stanowisk zarysowanych powyżej, uważam, że przyczyn klęski Partii Pracy należy szukać gdzie indziej. Wyróżniam cztery czynniki: stosunek względem Brexitu, agendę kulturową, dynamikę walk społecznych oraz etatystyczny skręt Partii Konserwatywnej.

a) Brexit

W grudniowych wyborach 50 okręgów wyborczych spośród 60 utraconych przez labourzystów, było równocześnie obszarami, gdzie wyborcy w większości głosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Partia Pracy, ignorując oczekiwania swojego elektoratu, zagwarantowała sobie porażkę. Dostrzegł to również znany zwolennik reorientacji Labour na opcję Remain, dziennikarz Owen Jones. W artykule z „Guardiana” wskazywał, że jeśli partia nie podejmie działań, by dotrzeć i przekonać wyborców z Północy, to może mieć to zgubne konsekwencje podczas grudniowych wyborów – i nie pomylił się [3].

Przyjęte podczas przedwyborczego kongresu stanowisko drugiego referendum ws. pozostania w UE wraz z opiniami prominentnych członków Labour Party o niewychodzeniu z tejże, wskazywało, że rząd Corbyna będzie dążył do odwrócenia wyników referendum z 2016. Labour wyrasta więc na partię odrzucającą demokratyczny mandat, do realizacji którego była zobowiązana. Skoro więc nie ma zamiaru wykonać tego zobowiązania, wyborcy całkiem przytomnie mogą zapytać, skąd pewność, że inne postulaty labourzystów nie zostaną porzucone.

Dużo lepiej tłumaczy to moim zdaniem negatywną percepcję Jeremiego Corbyna. Jego oponenci powoływali się na badania, z których wynikało, że sylwetka przewodniczącego zniechęca do głosowania na Partię Pracy. Nie wyjaśnia to jednak, skąd ten negatywny obraz się wziął.

Szczęśliwie takie pytanie zadało YouGov. Odpowiedzi wskazują, że negatywne opinie na temat przewodniczącego mają swoje źródła w jego podejściu do Brexitu [4]. Nie jego przeszłości, nie poglądy ekonomiczne czy osobowość. Jeremy Corbyn został wybrany na lidera Partii Pracy jako polityk anty-establishmentowy. Próby jego odwołania uwiarygodniły go jako osobę spoza głównego nurtu. Niestety ten kapitał zaufania został zaprzepaszczony po 2017 roku. Z ideowca Corbyn stał się kolejnym politykiem, który w imię interesu partyjnego musi karmić apetyty różnych frakcji. Jego walka o kontrolę nad partią oraz nieumiejętność wypracowania jasnego stanowiska na temat Brexitu pokazały go jako polityka bezużytecznego.

Za Michaelem Wilkinsonem [5] można powiedzieć, że faktyczny koniec corbynismu nie dokonał się nad urną wyborczą, lecz dużo wcześniej, gdy Partia Pracy opowiedziała się za kolejnym referendum, tym samym odcinając się od istotnej części swojej bazy społecznej.

b) Agenda kulturowa

Narracja kulturowa Partii Pracy znajduje coraz mniejsze zrozumienie pośród niemetropolitarnych wyborców z centralnej i północnej części Wielkiej Brytanii.

Zwrot ku szeroko pojętym grupom wykluczonym dokonał się na zachodniej lewicy w latach 80. w wyniku „ukąszenia postmodernistycznego”. Po tym, jak klasę robotniczą uznano za niechętną zmianom systemowym, ówcześni liderzy nowej lewicy potrzebowali innego podmiotu rewolucyjnego. Tę rolę przyjęły nowe ruchy społeczne. Lewica dowartościowała obszary konsumpcji i kulturowej inkluzji kosztem sfery stosunków produkcji.

Stuart Hall, wiodąca postać brytyjskich studiów kulturowych i nowolewicowy autorytet, opisywał strajki górnicze jako wyraz starej i przegranej polityki. Górnicy zostali pokonani, ponieważ Labour była jego zdaniem więźniem przeszłości. Nową szansą dla lewicy miał być Tony Blair, co szybko zostało zrewidowane. Pomimo tego nowa strategia została zaadaptowana. Lewica kosztem walk o bezpieczeństwo ekonomiczne na pierwszy plan wysunęła konflikty tożsamościowe.

Partia Pracy jest coraz mniej atrakcyjna dla bazy społecznej, z której wyrosła. Z drugiej strony, sami wyborcy z klasy robotniczej przestali być ważni dla partii. Wybrzmiało to najmocniej w sprawie Gillian Duffy, 65-letniej kobiety, wieloletniej zwolenniczki Partii Pracy. Gordon Brown, ówczesny przewodniczący, nazwał ją bigotką tylko dlatego, że opowiedziała o niewydolności lokalnych usług publicznych w związku z napływem imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. W te same tony uderzył Paul Manson, który tuż po ogłoszeniu sondaży exit polls w 2019 stwierdził, że wynik wyborczy to triumf starych białych rasistów [6].

Labour Party na własne życzenie przegrała wojnę kulturową o ludzi pracy. Społeczny konserwatyzm klasy robotniczej, rozumiany jako przywiązanie do norm kulturowych podzielanych przez ogół wspólnoty i możność jej współkształtowania, został wyparty przez ideologię transgresji i afirmacji mniejszości (najnowszy przykład to czasowe zniesienie podziału na toalety dla kobiet i mężczyzn w głównej siedzibie partii [7]). Aktywiści związanego z LP ruchu Momentum mogą być podekscytowani tematami zmian klimatycznych, praw LGBT i sytuacji uchodźców, ale nie są to wątki atrakcyjne dla mieszkańców Derbyshire.

Przekaz partyjny dostosowany jest do oczekiwań nowego wielkomiejskiego elektoratu. Znajduje to potwierdzenie w zachowaniach wyborczych z grudnia. Największy przepływ z Partii Pracy do Partii Konserwatywnej dokonał się w okręgach z niższym poziomem wykształcenia. Z kolei im więcej osób z wyższym wykształceniem, tym większe były szanse, że dany okręg pozostanie przy labourzystach.

c) Mobilizacja społeczna

Wybór Corbyna na przewodniczącego partii wywołał entuzjazm partyjnej i pozaparlamentarnej lewicy. Emocje te nigdy jednak nie przełożyły się na poziom mobilizacji brytyjskiego społeczeństwa. Dynamika konfliktu pracowniczego w Wielkiej Brytanii pozostaje na tym samym niskimi poziomie, a aktywność strajkowa utrzymuje się na najniższym historycznym poziomie [8].

Wprawdzie w latach 2018/2019 badania odnotowują wzrost liczby strajków, ale jednocześnie ilość dni strajkowych zmniejszyła się. To efekt działań w branżach dużo bardziej sprekaryzowanych, gdzie upowszechnione są kontrakty zero-godzinowe przy spadku aktywności strajkowej w dużych przedsiębiorstwach [9].

Zachwalany przez lewicę wzrost liczby członków Partii Pracy nie przełożył się na jej mocniejsze zakorzenienie. Wynika to z tego, że nowi członkowie nie wywodzili się z klasy robotniczej, zawodów fizycznych, ale z warstwy dobrze wykształconej, pochodzącej z dużych miast klasy średniej lub były to osoby wyalienowane ze swojego otoczenia. Energia, którą Corbyn pobudził, skoncentrowana była na polityce elektoralnej lub wewnątrzpartyjnej. Zabrakło przełożenia na życie społeczne.

d) Etatystyczny zwrot Partii Konserwatywnej

W wyborach parlamentarnych to nie duch Margaret Thatcher nadawał ton kampanii Torysów. Boris Johnson postawił na dużo większą rolę państwa w gospodarce i mniej ortodoksji w obszarze finansów publicznych. Konserwatyści zobowiązali się do doinwestowania usług autobusowych o 5 mld funtów do 2025, nacjonalizacji Northen Rail oraz zwiększenia bieżących wydatków na ochronę zdrowia i edukację.

Wzrost wydatków inwestycyjnych na infrastrukturę w regionach, które uległy pauperyzacji od lat 80. jest w stanie na stałe zmienić geografię wyborczą Wielkiej Brytanii. Przy postępującej alienacji Partii Pracy od problemów ludzi mieszkających poza dużymi miastami, oferta Partii Konserwatywnej staje się atrakcyjną alternatywą. Etatystyczny skręt torysów pozwala pozyskać wyborców, dla których Partia Pracy była dotychczas jedyną opcją.

4. Socjaldemokracja: Odrodzenie?

Nieuczciwie byłoby twierdzić, że wyborczy wynik Partii Pracy to rezultat przywództwa Corbyna. Postępująca marginalizacja niegdyś wiodących europejskich partii socjaldemokratycznych jest zjawiskiem systemowym. Brytyjczycy dzięki konstrukcji swojego systemu wyborczego byli w stanie pozostać główną siłą parlamentarną, jednak wraz z erozją politycznych tożsamości, wyborcy są coraz mniej przywiązani do tradycyjnych reprezentacji politycznych.

W fenomenalnej książce „Social democracy and Capitalism” [10] Adam Przeworski już dawno temu analizował modele działań partii socjaldemokratycznych w Europie. Trafiał w punkt, sygnalizując 45 lat temu, że chęć poszerzenia bazy wyborczej poza klasę robotniczą na rzecz klasy średniej, powoduje utratę klasowego poloru socjaldemokratów i zniechęcenie robotniczych wyborców. Partia z narzędzia klasy robotniczej staje się jedną z wielu zbiorowych reprezentacji politycznych preferencji obywateli.

Jeremy Corbyn nie był w stanie przezwyciężyć przemian zainicjowanych przez Tony’ego Blaira. Problem Partii Pracy polega na tym, że stała się zbyt wielkomiejska, zbyt zdominowana przez absolwentów uniwersytetu, a nie związkowców. Nie mniejsze, regionalne miasteczka i postindustrialne obszary, ale miasta uniwersyteckie i metropolie stanowią obszary życia jej bazy społecznej.

Partia Pracy powinna podjąć działania na rzecz odbudowy wiarygodności wśród wyborców z centralnej i północnej części Wielkiej Brytanii, z tzw. czerwonego pasa. Nowolewicowe debaty o tożsamościach przy deprecjonowaniu instytucji państwa narodowego i rodzimej kultury utrzymają partię co najwyżej w roli wiecznej opozycji.

W najgorszym razie brytyjska lewica obudzi się jako obóz polityczny popierany przez niewielki procent wielkomiejskiej klasy średniej zatrudnionej w usługach lub w szkolnictwie wyższym. Bez zakorzenienia w ruchu związkowym, z postulatem walki o bardziej sprawiedliwy ład ekonomiczny, będącym jednak dodatkiem do niekończących się wojen kulturowych. Sprowadzona do roli lewego skrzydła obozu liberalnego, jej miejsce zastąpi socjalna prawica ciesząca się zaufaniem ekonomicznie słabszej części społeczeństwa. Obudzi się w rzeczywistości, w której polska lewica funkcjonuje od 2016 roku.

Kamil Sawczak

Przypisy:
1. https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/11/12/labour-economic-policies-are-popular-so-why-arent-
2. https://www.paulmason.org/wp-content/uploads/2019/12/After-Corbynism-v1.2.pdf
3. https://www.theguardian.com/commentisfree/2019/nov/27/labour-election-leave-voters-boris-johnson-hard-brexit
4. https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/01/30/brexit-indecisiveness-seriously-damaging-corbyn
5. https://verfassungsblog.de/the-failure-of-the-left-to-grasp-brexit/
6. https://twitter.com/paulmasonnews/status/1205247632135872516
7. https://www.dailymail.co.uk/news/article-7982655/Labour-scraps-male-female-loos-party-HQ-favour-gender-neutral-toilets.html?ito=amp_twitter_share-top
8.https://www.ons.gov.uk/employmentandlabourmarket/peopleinwork/workplacedisputesandworkingconditions/articles/labourdisputes/latest
9. https://www.cityam.com/number-of-uk-strikes-nearly-doubles-in-last-year/
10. Przeworski A., Capitalism and Social Democracy, 1975

Europa ratuje rynki finansowe, a nie ofiary koronawirusa

Po kryzysie w 2008 r. władze europejskie uratowały banki, ale zmusiły państwa opiekuńcze do ograniczenia wydatków. W obliczu koronawirusa dotknięte oszczędnościami szpitale są oblężone, jednak Europejski Bank Centralny znów pomaga rynkom finansowym, a nie publicznym systemom opieki zdrowotnej.

W czwartek 12 marca epidemia koronawirusa w Europie osiągnęła nowy kamień milowy, wraz z tysięcznym zgonem we Włoszech – dziś będących krajem z największą liczbą nowych przypadków zachorowań. Jest to najnowszy wskaźnik głębokości kryzysu, który przyniósł także daleko idące załamanie włoskiej gospodarki. Może to oznaczać niemal wszystko, lecz nie kwestię czysto wewnętrzną – a inne państwa europejskie wydają się zmierzać w tym samym kierunku.

W zeszły wtorek w komunikacie prasowym koncentrującym się na ekonomicznych skutkach kryzysu, Komisja Europejska zauważyła w suchym stylu biurokratycznym, że „koronawirus ma bardzo znaczący wymiar ludzki”. Jednak, jak pisze Martine Orange dla Mediapart, władze europejskie skoncentrowały się na wąskiej stabilizacji rynków finansowych – nie robiąc nic, aby pokazać, że „europejska solidarność” rozciąga się na samo społeczeństwo.

Europejski Bank Centralny ma niewłaściwe priorytety

Wielu generałów ma zwyczaj ponownego przeżywania ostatniej wojny, w jakiej walczyli. W obliczu wirusa władze polityczne i monetarne sprawiają wrażenie, jakby wpadły w tę samą pułapkę. Ich zdaniem mamy do czynienia z kryzysem finansowym porównywalnym z tym z roku 2008, podczas gdy to, przez co przechodzimy, jest tak naprawdę bezprecedensowym kryzysem zdrowia publicznego, uderzającym w sedno prawdziwej gospodarki. Ani zdrowie publiczne, ani realna gospodarka nie potrzebują takich samych działań, jakich potrzebują rynki.

Nie dowiemy się zbyt wiele o działaniach władz politycznych i monetarnych. Od tygodni koncentrują całą swoją uwagę na rynkach finansowych. To prawda, nastąpiło ogromne załamanie. Dwukrotnie na przestrzeni jednego tygodnia rynki zostały wyłączone mechanizmy hamowania [circuit breaks], by zapobiec spektakularnemu upadkowi giełd, gdy tylko te się rano otworzą. Jednak na próżno. W czwartek giełdy w Paryżu, Frankfurcie, Londynie, Mediolanie i Nowym Jorku straciły od 10 do 16 procent swojej wartości – to był najgorszy dzień handlu na Wall Street od 1987 roku, kiedy zanurkowały aż o 26 procent.

Nawet jeśli to nie jest załamanie, zaczyna je podejrzanie przypominać. Od 20 lutego, kiedy świat finansowy obudził się rano i spostrzegł niebezpieczeństwa ze strony COVID-19, różne rynki straciły od 26 do 35 procent; ponad 9 trylionów dolarów zostało odartych ze swojej wartości.

Nie szczędzono prób ratowania rynków giełdowych przed załamaniem i przywracania poczucia pewności siebie finansistom. Już w zeszłym tygodniu Fed [Federal Reserve System – System Rezerwy Federalnej] wycofał „broń monetarną” i obniżył stopę referencyjną o 0,5 proc. W kolejnej próbie uspokojenia finansistów wpompował znacznie zwiększoną ilość płynnych środków na rynek pieniężny (repo), który od września wykazuje oznaki rosnących trudności. Fed zwiększył zastrzyki płynności ze 100 miliardów dolarów do ponad 150 miliardów dolarów dziennie.

Natychmiast po tym Bank Japonii ogłosił, że również wznowi politykę łagodzenia skutków i zacznie skupować obligacje na rynkach. Bank Anglii poszedł w ich ślady, obniżając 11 marca stopę bazową o 0,5 procent.

W takim klimacie w czwartek 12 marca oczekiwano z niecierpliwością na decyzję Europejskiego Banku Centralnego. Sytuację uznano za chrzest bojowy dla Christine Lagarde, która w listopadzie została prezeską EBC. Uwolniła ona monetarną „bazukę”, której wszyscy się spodziewali. Chociaż EBC nie zmienił swojej (już ujemnej) stopy referencyjnej wynoszącej minus 0,5 procent, był gotowy do zastosowania wszystkich innych dostępnych narzędzi. Jego polityka zakupu obligacji (tzw. luzowanie ilościowe), poprzednio opiewająca na 20 miliardów euro miesięcznie, zostanie zwiększona o kolejne 120 miliardów euro do końca 2020 r. Banki, które już korzystają z wyjątkowych warunków refinansowania, będą dalej wspierane poprzez program TLTRO III (ukierunkowane długoterminowe operacje refinansujące). Wszystko, aby zapewnić systemowi finansowemu nieograniczoną płynność.

Dzięki tym wyjątkowym okolicznościom świat finansów w końcu uzyskał to, o co od dawna prosił. Ograniczenia ostrożnościowe i regulacyjne wprowadzone po kryzysie z 2008 r. zostaną teraz złagodzone, aby zachęcić banki do udzielania pożyczek.

Chcąc zwiększyć wpływ tych środków, Christine Lagarde wezwała rządy do wdrożenia „ambitnej i skoordynowanej odpowiedzi w postaci polityki fiskalnej”. Świadomi krytyki dotyczącej niepowodzenia ich działań po kryzysie finansowym w 2008 r. i po kolejnym kryzysie strefy euro, europejscy urzędnicy zgodnie obiecali, że nie powtórzą tych samych błędów. Tym razem, jak powiedzieli, wszyscy byli gotowi do wspólnego działania, do użycia „wszelkich możliwych narzędzi”, aby poradzić sobie z epidemią i załamaniem gospodarczym, którym grozi jej rozprzestrzenianie się. Zatem w Europie polityka pieniężna i budżetowa będą szły ręka w rękę.

W nadchodzący poniedziałek europejscy ministrowie finansów ustalą wspólne podejście do przeciwdziałania szkodom spowodowanym przez epidemię koronawirusa. Jeszcze przed tym spotkaniem, 11 marca Angela Merkel ogłosiła zamiar rewizji niemieckiej zasady zerowego deficytu, wyrytej w marmurze w niemieckiej konstytucji i uważanej za jedną z głównych przeszkód dla wzmożenia bodźca fiskalnego w Europie. „Wyłożymy pieniądze niezbędne do walki z epidemią, a potem przyjrzymy się deficytowi”, mówi niemiecka kanclerz.

Wszystko to powinno zadowolić lub przynajmniej uspokoić kręgi finansowe, przywracając im pewność siebie. Jednak po ogłoszeniu EBC rynki europejskie – jedyne otwarte w tamtym czasie – spadły jeszcze niżej. Było podobnie, jak wtedy gdy Fed obniżyła stopy w poprzednim tygodniu lub gdy Bank Anglii zrobił to samo w środę. Niemiecki indeks DAX, który już wcześniej był bardzo niski, stracił ponad 2 procent w ciągu kilku minut od ogłoszenia stanowiska EBC.

Niektórzy analitycy wyjaśniali te reakcje uwagami, że interwencje EBC zostały uznane za niewystarczające. Inni wyjaśnili, że działania bankierów centralnych podsycały obawy inwestorów, które spotęgowały już wcześniej decyzje Donalda Trumpa. Ale ich złe samopoczucie niewątpliwie sięga głębiej. Wiele osób zdało sobie sprawę, że, będąc od ponad czterech dekad największymi na świecie „pociągającymi za sznurki”, banki centralne są dziś bezsilne wobec koronawirusa. Nie mogą na niego zareagować bardziej niż wdrażając pięcioletnie plany stymulacyjne lub ulgi podatkowe dla biznesu, mogące rozładować paraliż, który opanował światową gospodarkę.

Potrzeba polityki publicznej

Przypominając nam, że polityka makroekonomiczna nie może odpowiadać za wszystko, ekonomista Barry Eichengreen wyjaśnił: „Polityka pieniężna nie może naprawić załamanych łańcuchów dostaw. Przewodniczący Fed Jerome Powell nie może ponownie otworzyć fabryk zamkniętych z powodu kwarantanny. Polityka pieniężna nie spowoduje, że kupujący wrócą do centrów handlowych czy podróżni z powrotem do samolotów, o ile ich obawy dotyczą bezpieczeństwa, a nie kosztów. Obniżki stóp nie zaszkodzą, biorąc pod uwagę, że już osłabiona inflacja zmierza i tak w dół – ale nie należy się po nich spodziewać prawdziwych bodźców ekonomicznych. To samo dotyczy niestety polityki fiskalnej. Ulgi podatkowe nie uruchomią ponownie produkcji, gdy firmy zajmują się zdrowiem swoich pracowników i ryzykiem rozprzestrzeniania się choroby. Cięcia podatków od wynagrodzeń nie zwiększą dochodu rozporządzalnego, gdy konsumenci obawiają się o bezpieczeństwo w swoim ulubionym barze z fast foodem”.

Eichengreen jest pod wieloma względami liberałem. Ale ten naukowiec, podobnie jak wielu ekonomistów (na przykład w think tanku Bruegel), uznaje, że priorytetem jest uwolnienie wszelkich możliwych środków na leczenie chorych, powstrzymanie epidemii i wsparcie systemów opieki zdrowotnej. Jednym słowem: priorytetem są polityki publiczne ukierunkowane na opiekę zdrowotną i skłonienie państwa do podjęcia odpowiednich działań.

Dla państw to teraz właściwie jedyna możliwa odpowiedź. W końcu im bardziej epidemia się rozprzestrzeni, tym dłużej będzie trwała i tym bardziej dotknie światową gospodarkę. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że koronawirus rozprzestrzenił się już w krajach zachodnich, najbardziej uderzający był brak reakcji władz publicznych. Bez wątpienia to właśnie wywołuje panikę w świecie finansów: narastający paraliż wszelkiej działalności, brak wystarczających reakcji państwa oraz ryzyko, że spowoduje to ogólny upadek – tym bardziej gwałtowny i druzgocący, że system wypracował sobie na przestrzeni ostatniej dekady góry długów (i innych bolączek).

Poza Włochami – które zaakceptowały, że muszą narazić własną gospodarkę, aby powstrzymać epidemię – głównym zmartwieniem europejskich liderów było utrzymanie działalności gospodarczej, wspieranie przedsiębiorstw, zapewnienie, że wszystko będzie tak jak poprzednio, zamiast przygotowywania się na radzenie sobie z kryzysem publicznej służby zdrowia. Poza Włochami, które przeznaczyły kilka miliardów euro na walkę z epidemią, zakup lekarstw i materiałów oraz rekrutację personelu opiekuńczego, inne państwa europejskie niczego takiego nie zrobiły.

Pokazując swoje „ach, jakie wspaniałe” poczucie odpowiedzialności, Komisja Europejska 7 marca ogłosiła, że zastosuje do Włoch „rozumne” podejście, nawet jeśli nie w pełni zrealizują one europejskie założenia dotyczące deficytu budżetowego. To po raz kolejny pokazało dogmatyzm Komisji – i jej niezdolność do określenia, gdzie leżą prawdziwe priorytety.

W kryzysie COVID-19 solidarność europejska po raz kolejny pokazała swoją prawdziwą twarz. Dalecy od niesienia pomocy Włochom w tym bezprecedensowym kryzysie, wszyscy woleli zachować dla siebie lekarstwa i materiały medyczne (poszczególne kraje, w tym Francja i Niemcy, zakazały eksportu masek). To Chiny, a nie europejscy partnerzy Włoch, dostarczyły temu krajowi respiratory, leki i inną pomoc.

Kto potrzebuje wydatków na zdrowie?

Komisja Europejska w swojej obronie wyjaśnia, że polityka zdrowotna jest sprawą każdego państwa oddzielnie. Ale nie jest tak, że powstrzymywała się od ingerowania w tę dziedzinę w ostatnich latach. W rzeczywistości w ciągu ostatniej dekady wydatki na opiekę zdrowotną i szpitale były głównym celem europejskich programów oszczędnościowych. Budżety na badania medyczne zostały zmasakrowane od Włoch po Hiszpanię, Francję, Grecję i Irlandię. W każdym Europejskim Semestrze (procesie przeglądu budżetu UE) technokraci zajmujący się oceną budżetów państw członkowskich domagali się nowych cięć personelu medycznego i środków przeznaczonych na szpitale. Takie wydatki były uważane za zbyteczne, a nawet luksusowe w świetle wyższych wymagań dotyczących świętości w postaci ograniczania deficytu do 3 procent.

Podejście do opieki zdrowotnej zostało w równym stopniu zastosowane wobec energetyki, przemysłu i innych dziedzin: cała polityka publiczna została uznana za wypaczanie niewidzialnej ręki rynku. Zatem, w imię ekonomicznej „racjonalności”, posiadanie nadwyżek łóżek szpitalnych było uważane za zwykłe marnotrawstwo. W ciągu ostatnich kilku lat we Francji pozbyto się dziesięciu tysięcy łóżek wraz z personelem, który zniknął wraz z nimi. To te dziesięć tysięcy łóżek, które dziś by się nam przydało.

Epidemia koronawirusa pokazuje, jak szkodliwa jest taka polityka. Wszystkie kraje europejskie są wyposażone niedostatecznie, aby poradzić sobie z kryzysem zdrowia publicznego, który spowodował. Wszystkie systemy opieki zdrowotnej wykazują oznaki, że osiągnęły punkt krytyczny – i to zanim epidemia osiągnie szczyt. Od jedenastu miesięcy personel szpitalny we Francji organizuje strajki, aby potępić masakrę na publicznych usługach zdrowotnych oraz brak zasobów ludzkich, materialnych i finansowych.

Z powodu swojej ślepoty i dogmatyzmu europejscy urzędnicy nie pokazują, że mieliby zamiar zmienić kurs i włączyć politykę publiczną do swoich planów. Decyzje EBC wskazują na to samo. W swoim nowym programie skupu akcji własnych EBC poinformował, że najpierw skupi akcje w prywatnych przedsiębiorstwach, a nie obligacje państwowe.

A powinno być dokładnie na odwrót. W czasach niepewności EBC powinien być po stronie państw europejskich, pomagając im w zwiększeniu ochrony przed epidemią i finansowaniu publicznej opieki zdrowotnej. Bo to najpilniejsze zadanie. Możemy sobie nawet wyobrazić, że w tych wyjątkowych okolicznościach EBC może anulować wszystkie obligacje państwowe, które kupił w ostatnich latach, w ramach luzowania polityki pieniężnej, aby ulżyć państwom i zapewnić im większe marginesy finansowe. Tym jednym razem pieniądze trafiłyby do ludzi, a nie do banków.

Ale wszystkie dowody wskazują, że EBC jest bardzo daleki od podjęcia tak odważnej decyzji. Na konferencji prasowej Lagarde popełniła faux pas, co bardzo mówiło o jej niezdolności do zmiany podejścia i zrozumienia, jak wyjątkowa jest ta sytuacja. Wyjaśniła, że EBC „nie jest tu po to, by zamykać spready” (tj. wyrównywać koszty finansowania zewnętrznego pomiędzy państwami poprzez wspieranie bardziej wrażliwych gospodarek). Krótko mówiąc, oznacza to, że EBC nie uważa, że jego zadaniem jest zmniejszanie rosnących rozbieżności między oprocentowaniem obligacji niemieckich i włoskich oraz zapewnianie spójności strefy euro. Nawet jeśli taka polityka oznacza okaleczenie Włoch, nawet jeśli trzecia co do wielkości gospodarka UE i jej system opieki zdrowotnej znajdują się pod maksymalną presją.

Finansiści natychmiast wyciągnęli z tego wniosek, że EBC nie stoi u boku Włoch w obliczu kłopotów, które dotknęły tego kraju. Rzeczywiście zaraz po tym, jak Lagarde skomentowała sprawę w taki sposób, włoskie obligacje zostały zmiażdżone. W ciągu kilku godzin dziesięcioletnie stopy obligacji wzrosły z 1,26 procent do 1,76 procent. A negatywny sygnał ze strony Lagarde może mieć dalsze poważne konsekwencje. W chwili takich napięć nie zajmie wiele czasu, by ponownie rozpalić jasnym płomieniem tlący się w Europie kryzys. Ale tym razem spotka się to z wielką furią opinii publicznej, bo już się okazało, że Europa nie jest w stanie odpowiedzieć na rzeczywiście priorytetowe problemy.

Martine Orange

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się po francusku w portalu Mediaport w marcu 2020 r., a 15 marca został przetłumaczony na angielski na stronie internetowej lewicowego pisma „Jacobin”.

Dola klasy pracującej w Ameryce – rozmowa z Leonem Krzyckim (1930)

Dola klasy pracującej w Ameryce – rozmowa z Leonem Krzyckim (1930)

Wywiad „Robotnika „Śląskiego” z tow. Leonem Krzyckim, przywódcą polskich robotników socjalistycznych.

W czwartek ub. tygodnia gościł w Karwinie jeden z przywódców polskich robotników socjalistycznych w. Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej tow. Leon Krzycki. Tow. Krzycki przybył na Śląsk wraz z małżonką w drodze powrotnej do Polski, gdzie zwiedził większe ośrodki przemysłowe. Korzystając z jego pobytu poprosiliśmy o informacje dla „Robotnika Śląskiego” co do stosunków robotniczych w Ameryce.

***

Trzeba wiedzieć – mówi tow. Krzycki, że życie robotników w Ameryce nie jest tak łatwe, jak sobie niejeden Europejczyk wyobraża. Życie robotników niestety przedstawić muszę z czarnej strony. Klasa pracująca Ameryki przechodzi niebywały dotąd kryzys, który stale się zaostrza. Wskażę tylko na olbrzymią armię siedmiu milionów bezrobotnych.

Czy bezrobotni korzystają z zapomóg – pytamy.

To właśnie jest najgorsze. Bezrobotni nie korzystają z żadnego ubezpieczenia społecznego. Nikt się o ich byt nie troszczy, rząd nie udziela żadnych zapomóg w bezrobociu. Bezrobotni żyją przeważnie z filantropii. Różne instytucje dobroczynne, na czele których stoją bogate Amerykanki, dostarczają, ciepłego jedzenia bezrobotnym i ich rodzinom.

A organizacje zawodowe?

Organizacje zawodowe są bardzo słabe. Jedynie Związek Krawców, którego jestem funkcjonariuszem, jako najsilniejsza organizacja, posiada odpowiednie fundusze na wypadek bezrobocia. W innych zawodach organizacje są bardzo słabe, bo z 46 milionów zatrudnionych w przemyśle, jest ledwo dwa miliony zorganizowanych. Z jednego miliona zatrudnionych Polaków jest ledwo 5% zorganizowanych.

Przyczyną tego, że organizacje zawodowe są tak słabe, jest przede wszystkim brak uświadomienia. Lud roboczy nie ma żadnych zastępców [reprezentantów] w urzędach czy sądach, trudniej też ludowi wykazać praktyczne zdobycze organizacji. Dla scharakteryzowania trzeba podnieść, że w parlamencie liczącym 435 posłów, nie ma ani jednego posła socjalistycznego. Chociaż jest siedem milionów bezrobotnych, ci widać głosują na kandydatów burżuazyjnych. Jednak ruch socjalistyczny wzmaga się. Robotnicy polscy współpracują z socjalistami amerykańskimi i dzięki temu socjaliści rządzą już w niektórych miastach. W dwóch stanach mamy już dziesięciu posłów socjalistycznych. W miastach amerykańskich, gdzie rządzą socjaliści, widać gospodarkę nową. Podnosi się stan zdrowotny miast i obniża przestępczość.

Co moglibyście nam powiedzieć o położeniu Polaków w Ameryce?

Polacy w liczbie 4 milionów rozsiani są po całej Ameryce. Kryzys gospodarczy odbija się fatalnie na robotnikach polskich. Zaledwie 10 tysięcy Polaków pracuje na własnej roli, hoduje bydło i prowadzi znośniejsze życie. Reszta to robotnicy, zatrudnieni przeważnie w przemyśle włókienniczym, metalurgicznym, w kopalniach antracytu. Te gałęzie przemysłu cierpią najbardziej, robotnik wyzyskiwany bywa tam niemiłosiernie.

Słyszymy też, że skoro każdy robotnik ma swój samochód…

I to mija się z prawdą. Jeżeli ktoś z robotników miał lepsze warunki płacy, mógł sobie zakupić na raty samochód. Kiedy wszak wzrosło bezrobocie, lud nie był w stanie płacić dalszych rat. Wtedy firmy zabierały wszystkie niewypłacone samochody z powrotem i spłacone im raty przepadły. Nie chcąc ich sprzedać jako zużytych taniej, firmy zgromadziły je j spaliły. W ten sposób niszczą kapitaliści amerykańscy też inne produkty (chleb, jarzyny i owoce), co ma przyczynić się do utrzymania wysokich cen. Tak gospodarują kapitaliści, podczas gdy na drugiej stronie panują wyzysk i nędza robotników.

Ruch narodowy Polaków

Najpotężniejszą organizacją polską w Ameryce jest Związek Narodowy Polski, liczący w Stanach Zjednoczonych Am. Północnej 260 000 członków. Ma on na celu podtrzymywać ducha narodowego i nieść pomoc rodakom. Związek ten w bieżącym roku obchodzi 50. rocznicę swego założenia. Polscy robotnicy socjalistyczni również go popierają.

Jak wygląda polskie szkolnictwo?

Jeżeli chodzi o stan szkolnictwa polskiego, jest ono dość nisko zorganizowane. W każdym mieście czy osadzie, gdzie Polacy żyją gromadnie, są szkoły wyznaniowe, utrzymane tylko z własnych środków. Poza tym Związek Narodowy Polski utrzymuje wyższą polską szkołę.

Czy Polacy mają instytucje humanitarne?

Ponieważ w Ameryce nie ma państwowego ubezpieczenia na wypadek choroby czy inwalidztwa, polscy robotnicy utrzymują własną Polską Robotniczą Kasę Chorych, która liczy 11 000 członków. Generalnym sekretarzem jest tow. Feliks Siekierski. Organizacja ta opiekuje się chorymi członkami, czerpiąc środki z własnych funduszów.

Związek Socjalistów Polskich

Robotnicy polscy zorganizowani są politycznie w Związku Socjalistów Polskich z siedzibą w Nowym Jorku, którego generalnym sekretarzem jest tow. J. Trzaska. Mają własny organ, tygodnik „Robotnik Polski”. Ruch młodzieży jest znikomy.

Czy są widoki naprawy stosunków?

Owszem. Początkowo słaby ruch socjalistyczny przybiera na skutek klęski bezrobocia coraz większe rozmiary. Teraz dopiero budzić się poczyna świadomość klasowa mas, lud przychodzi do przekonania, że trzeba tworzyć organizacje zawodowe i obok nich budować silną organizację polityczną. Oczekiwać należy, że w Ameryce powstanie podobnie jak w Anglii wielka partia robotnicza Labour Party, która poprowadzi proletariat do zwycięstwa nad obecnym ustrojem kapitalistycznym do lepszej przyszłości proletariatu.

Podziękowaliśmy tow. Krzyckiemu za odwiedziny, śląc pozdrowienie dla naszych braci za oceanem.

Odczyt tow. L. Krzyckiego w Karwinie

Przy sposobności swego krótkiego pobytu w Czechosłowacji przyrzekł tow. Krzycki wygłosić w Karwinie odczyt na temat „Kryzys gospodarczy a ruch robotniczy w Ameryce”, co się też stało. Staraniem miejscowych organizacji, mianowicie Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, organizacji zawodowej i „Siły” zorganizowano naprędce w ubiegły czwartek w Domu Proletariuszy w Karwinie odczyt, który pomimo wszystkich lokalnych trudności udał się dobrze. Przyszła spora ilość młodzieży, starszych oraz kobiet, aby wysłuchać prelegenta o tym, co się obecnie dzieje w Ameryce. A przyznać trzeba, że zainteresowanie słuchaczy tymi wiadomościami było naprawdę ogromne. Toteż audytorium powitało tow. Krzyckiego i jego małżonkę gorącym aplauzem, dając wyraz swej wdzięczności za odwiedziny robotników karwińskich w Domu Proletariuszy.

Wykład tow. Krzyckiego o dzisiejszej Ameryce był naprawdę interesujący. W krótkich, dobitnych, ale nadzwyczaj jasnych, dla słuchaczy zrozumiałych słowach przedstawił dzisiejszą Amerykę, jako kraj miliarderów i nędzarzy, kraj przeżywający jak i wszystkie inne państwa kapitalistyczne chorobę, której objawem jest 7 000 000 bezrobotnych. Wskazał na gigantyczne walki robotników amerykańskich z kapitalistami, i klęski poniesione w tychże walkach oraz upadek organizacji. W ogóle uświadomienie klasowe jest jeszcze znikome, lecz z rozwojem kryzysu gospodarczego i ono systematycznie toruje sobie drogę i nadejdzie czas, w którym proletariat amerykański będzie miał swoją wielką partię robotniczą. Prelegent ma niezłomną nadzieję, że w Ameryce nastaną lepsze czasy, ale to dopiero z chwilą, gdy proletariat zrzuci siebie jarzmo niedoli i w miejsce wyzysku t zbrodniczości nastanie sprawiedliwość i dobrobyt wszystkich.

Odczyt tow. Krzyckiego pozostawił w sercach robotników karwińskich niezatarte wrażenie. Szkoda tylko, że nie było można zorganizować podobnych odczytów w innych miejscowościach. W każdym razie tow. Krzycki zasłużył sobie za swoje poświęcenie na nasze szczere podziękowanie i wdzięczność.

_______________
Powyższy tekst ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 47/1930, Karwina, 20 listopada 1930 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. „Robotnik Śląski” był pismem socjalistycznym utworzonym w roku 1904 i przeznaczonym dla robotników polskich na terenie Śląska Cieszyńskiego/Zaolzia. Początkowo był związany z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną. Po aneksji części tych terenów po I wojnie światowej do Czechosłowacji, mimo ich większościowo polskiego składu etnicznego, pismo było wydawane przez partię socjalistyczną działającą wśród polskiej mniejszości narodowej w tym kraju i nosiło podtytuł „Organ centralny Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej w Czechosłowaczyźnie”, z siedzibą w redakcji w mieście Karwina, dziś leżącym w granicach Republiki Czeskiej.

Leon (Leo) Krzycki (1881-1966) – urodził się w Milwaukee w stanie Wisconsin w rodzinie polskich emigrantów zarobkowych. Od młodości działał w polskich organizacjach narodowych w USA i związał się z ruchem socjalistycznym i robotniczym. Był jednym z liderów związków zawodowych w przemyśle tekstylnym i liderem związku zawodowego krawców przemysłowych. Organizował strajki, nie tylko w przemyśle tekstylnym, ale także w branży stalowej i motoryzacyjnej. Dał się poznać z nieustępliwego nagłaśniania policyjnej przemocy i łamania praw człowieka wobec strajkujących. Był jednym z liderów wielkiego strajku okupacyjnego w fabrykach General Motors w latach 1936-1937. W latach 1933-1936 przewodniczący Socialist Party of America. W 1935 należało do współtwórców i został wybrany jednym z liderów Congress of Industrial Organizations – federacyjnej centrali związkowej w przemyśle ciężkim i wydobywczym. Kilkakrotnie był kandydatem tego ugrupowania w wyborach prezydenckich, do senatu USA oraz parlamentu stanowego. Od 1942 roku stał na czele Kongresu Słowian w Ameryce.

Nie ufaj Netflixowi

Nie ufaj Netflixowi

Ferdynand Braudel definiował panujący w USA system finansowy jako „reprezentujący sferę wysokiego zysku”. Neoliberalny kapitalizm sprzyja budowie globalnych monopoli, które są zagrożeniem dla konsumentów, przedsiębiorców (poczynając od najmniejszych, a kończąc na rynkowych potentatach) oraz dla gospodarek poszczególnych regionów i państw. Monopolizacja powoduje spadek efektywności alokacji zasobów, ponieważ zmniejsza się poziom produkcji. Poza korzyściami ekonomicznymi, monopoliści dążą do deregulacji. Lobbują na rzecz zmniejszenia ingerencji państwa w rynek i znoszenia ustaw chroniących pracowników. W Stanach Zjednoczonych projekty ustaw niejednokrotnie przygotowywane były przez lobbystów, natomiast rolą członków kongresu opłacanych przez korporacje było wyłącznie składanie podpisów i odpowiednie głosowanie. Silne firmy manipulują prawem tak, aby uchronić się przed potencjalnym zagrożeniem. Anulują przepisy dotyczące bezpieczeństwa, zdrowia, blokują wejście na rynek nowym firmom i dążą do uniknięcia odprowadzenia podatków, co w konsekwencji rujnuje państwo i gospodarki – bezpośrednio przyczynia się do bezrobocia, biedy i nierówności.

Rynek cyfrowy funkcjonuje nieco inaczej. Nie jest możliwa konkurencja między korporacjami oferującymi zbliżony produkt. Aby uniknąć zagrożenia monopolizacją musi być możliwa konkurencja o rynek. W optymalnych warunkach każdy start-up powinien mieć szansę wkroczenia na rynek cyfrowy i detronizacji dotychczasowego magnata.

W skali globalnej 37% użytkowników mediów streamingowych wybiera Netflixa, przy czym jest on jak dotąd niedostępny w Chinach, Korei i Syrii (plany wejścia na rynek chiński zostały już powzięte, powstają seriale w języku mandaryńskim – łamanie praw człowieka najwyraźniej nic nie znaczy dla CEO Netflixa, Reeda Hastingsa). Jego silna pozycja uwarunkowana jest przede wszystkim ogromnym zasobem danych, jakie firma pozyskała od subskrybentów. Regulacje dotyczące big data nie chronią w dostatecznym stopniu ani obywateli UE, ani Amerykanów. Dane, które mają się stać nową walutą, są fundamentem w budowie szczelnych monopoli, które będą torpedować lub wykupować wszystkie start-upy próbujące wejść na rynek. Zagrożeniem płynącym z monopolizacji rynku np. żywności jest dla konsumenta przede wszystkim wzrost cen. Natomiast w przypadku monopolu cyfrowego groźbą jest wyłudzenie od subskrybenta zbyt dużej ilości danych.

Kontent jest królem

Przedsiębiorstwa z wielkimi aspiracjami muszą być zdywersyfikowane. To znaczy, że najbardziej korzystne dla ich rozwoju jest oferowanie asortymentu, który będzie możliwie jak najbardziej zróżnicowany. Netflix, dzięki zgromadzonym danym, dywersyfikuje asortyment asekurując się niezwykle ścisłymi analizami rynku, które pozwalają zminimalizować ryzyko potencjalnych strat. Telewizje kablowe, które muszą planować program posiadając o wiele mniej informacji na temat użytkowników, są na przegranej pozycji. Venture Beat na podstawie danych stowarzyszenia Motion Picture Association of America (MPAA), organizacji handlowej reprezentującej główne studia Hollywood i Netflix, podaje, że „usługi streamingowe mają teraz więcej subskrybentów na całym świecie (613,3 miliona użytkowników), niż telewizje kablowe (około 556 milionów użytkowników)”. Z jednej strony można odczytać to jako zwiększenie wpływu odbiorców na kreowaną przez media streamingowe ofertę, z drugiej jednak zmniejszenie go. Stosowanie algorytmów, które częściowo zwalniają użytkownika z konieczności podejmowania decyzji, uczy bierności, co może wpłynąć na to, że przyszłe pokolenia będą miały problemy z procesami decyzyjnymi. Subskrybent Netflixa dokonuje kilka razy wyboru „treści”, a potem algorytmy robią to już za niego.

W 1996 roku Bill Gates napisał esej zatytułowany „Content is a king”. „Content” czyli treść to pojęcie o wielu desygnatach. Wedle słownika języka polskiego PWN treść to: 1. «to, co jest zawarte w czyjejś wypowiedzi; też: to, co przekazuje odbiorcy dzieło sztuki, w przeciwstawieniu do formy»; 2. «to, co stanowi istotę, sens czegoś»; 3. «zawartość przewodu pokarmowego, niektórych jam wewnątrz ciała lub żywych komórek».

Treść jest teraz przede wszystkim produktem. Może być prawdą, faktem, ale też kłamstwem, fake newsem, cudzą myślą, ideą, narracją, opowieścią. W treści mogą być zawarte elementy tożsamości, wizualizacja pragnień. To wszystko wyzwala odpowiednią sieć skojarzeń i emocji. Przy wyborze konkretnego produktu istotne więc mogą być poglądy polityczne subskrybenta, jego nastrój emocjonalny, życiowa sytuacja. Dywersyfikacja treści polega na przygotowaniu niezbyt szerokiej, ale i niezbyt wąskiej oferty produktów, spośród których każdy subskrybent będzie mógł wybrać kilka produkcji, zobaczyć w nich najlepszą wersję siebie, swojego życia lub która poklepie go po ramieniu i ukoi ból egzystencji. Zróżnicowanie ze względu na gatunek i klasę nie jest wbrew pozorom aż tak duże w porównaniu do globalnego przemysłu filmowego, jest jednak wystarczające, by utrzymać się na pozycji monopolisty. Monopole i oligopole takie jak GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) czy Netflix posiadający ogromne zasoby danych, eliminują nisze i blokują wejście na rynek np. niezależnym producentom seriali.

Rainbow capitalism i prezydent Obama

Karol Marks przewidywał, że rewolucja przeciw kapitalistom zacznie się w USA i Wielkiej Brytanii. W obliczu zagęszczającej się atmosfery XIX-wieczni przedsiębiorcy nie pozostali jednak, wbrew jego prognozom, bierni. Yuval Noah Harari twierdzi, że sięgnęli po „Kapitał” i dopasowali swoją strategię do sytuacji, w jakiej się znaleźli. To samo dzieje się teraz w Stanach Zjednoczonych. Nazywamy to zjawisko „rainbow (albo pink) capitalism”, „greenwashing”. Poparcie dla lewicy w Ameryce jest duże – za jakąś formą socjalizmu opowiada się tam aż 40% społeczeństwa. Obojętność wobec oczekiwań tak ogromnej części społeczeństwa byłaby skrajnie nieodpowiedzialna, dlatego biznes wychodzi naprzeciw konsumentom i utożsamia swoje marki z feministycznymi manifestami, staje w obronie ekologii czy praw osób LGBT+. Wszystko to jest niewiele warte i pozostaje zręczną taktyką korporacyjnych oligarchów, którzy w obliczu możliwości podniesienia buntu przez żyjącą w coraz większym ubóstwie klasę średnią, zdają się być stoicko spokojni. Najwyraźniej liczą na to, że uda im się ugłaskać niepokornych, rzucając im pseudolewicowe ochłapy. Taktyka dopisywania treści ideologicznej do procesu sprzedaży produktu przynosi firmom niespodziewaną korzyść: buduje silniejszą więź pomiędzy konsumentem a marką. Nabywca w czasach wyraźnie wzmożonej polaryzacji traktuje swoje polityczne poglądy dużo bardziej emocjonalnie. Korporacje w ten sposób z większą łatwością przywiązują do siebie konsumentów, a potem mogą ingerować w ideowe założenia lewicy tak, aby zamiast doprowadzić do załamania systemu i spadku zysków, zwiększyć je.

W 2018 roku Barack Obama wraz z żoną założyli Higher Ground Productions – podmiot, który produkuje treści dla Netflixa. Michelle powiedziała wtedy: „Netflix w naturalny sposób pasuje do historii, którymi chcemy się dzielić. Cieszymy się na rozpoczęcie tego ekscytującego nowego partnerstwa”. Jakie są to historie, jakie narracje? Opowieść o prezydenturze Baracka Obamy i zapowiadanych reformach regulacyjnych po kryzysie z 2008 roku brzmi następująco: reformy dotyczące agencji ratingowych, lobbingu i wynagrodzeń nie zostały w ogóle przeprowadzone. Timothy Geithner, którego Obama mianował sekretarzem skarbu w czasach kryzysu, był dyrektorem Banku Rezerw Federalnych, był też zwolennikiem zapłacenia Goldman Sachs pełnej ceny za derywaty, a podczas zaprzysiężenia przyznał że nigdy nie opowiadał się za regulacją. William C. Dudley, który został dyrektorem Banku Rezerw Federalnych, wcześniej był głównym ekonomistą Goldman Sachs, wraz z Glennem Hubbardem odpowiedzialnym za obniżkę podatków podczas kadencji Busha, napisał artykuł zachwalający derywaty i ich zbawienny wpływ na utrzymywanie stabilności rynku. Szefem sztabu Geithnera był Mark Patterson, główny lobbysta Goldman Sachs. Szefem CFTC – rządowej agencji regulującej amerykańskie rynki, Obama mianował Garego Genslera, kierownika w Goldman Sachs, który pomagał blokować regulacje rynku derywatów. Rząd Baracka Obamy i jego najbliżsi doradcy są tymi samymi ludźmi, którzy doprowadzili do kryzysu gospodarczego. Teraz były prezydent postanowił zająć się doborem treści, jakie będą serwowane zmęczonym prekariuszom po powrocie z pracy.

Zamiast szukać ukojenia frustracji na Netflixie, rozsądniej byłoby przeciwstawiać się naszym eskapistycznym tendencjom. Wywołane są one m.in. złymi warunki życia panującymi w bajkowym ustroju dobrobytu jednego procenta. Protest to jedyna droga ucieczki.

Małgorzata Greszta

Oda do przyjaźni

Oda do przyjaźni

Przyjaciółka powiedziała mi niedawno, że w zasadzie fajne te teksty i dobrze, że je piszę, ale że ona by prosiła, abym z raz napisała coś, co nie jest takie beznadziejnie dołujące. Ten tekst jest dla Ciebie, moja przyjaciółko i dla wszystkich innych, którzy cenią przyjaźń, także w pracy. To będzie całkowicie przyjazny tekst, z wyjątkiem zdania lub dwóch o plugastwie kapitalizmu. To nie będzie liryka, ale oda, tak, na pewno oda, taka ku pokrzepieniu serc.

Dwóch autorów, ojciec i syn – ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky – napisało wspólnie książkę pod tytułem „How much is enough?”. Traktuje ona o dobrym życiu i o tym, jak bardzo współczesny człowiek oderwał się od tej, kiedyś tak centralnej, wartości. Jednym z ważnych aspektów dobrego życia była przyjaźń, rozumiana jako relacja szalenie ważna i poważna. Chodzi o przyjaźń taką, jak między Achillesem i Patroklosem, którzy wspólnie walczyli pod Troją. Gdy ten drugi ginie z ręki Hektora, zrozpaczony Achilles wyrusza do boju, by pomścić druha. Przyjaźń jest na śmierć i życie; Achilles straszliwie mści się na sprawcy śmierci Patroklosa. Biblijna Rut, Moabitka, która poślubiła Izraelitę, i jej teściowa Noemi przyjaźniły się ze sobą tak bardzo, że pozostała po nich jedna z najmocniejszych deklaracji więzi w ludzkiej historii: „Nie nalegaj na mnie, abym cię opuściła, powróciła i nie szła z tobą. Bo dokąd pójdziesz i ja pójdę, a gdzie pozostaniesz, tam i ja pozostanę”.

Nie, nie wypowiadają tych słów małżonek ani kochanka. Tak mówi przyjaciółka do przyjaciółki, choć prawdopodobnie lepiej i wygodniej żyłoby się jej, gdyby wróciła między swoich, w rodzinne strony. Taka przyjaźń jest bezwarunkowa, o wiele bardziej, niż w tamtych czasach były relacje między dziećmi a rodzicami – także między matką a dzieckiem. Patroklos zginął, bo zachował się nierozsądnie i nie posłuchał rady, a właściwie zalecenia, Achillesa. Jednak nie zmieniło to ich przyjaźni – wina, odpowiedzialność, to jedno, a przyjaźń domaga się zemsty i żałoby. Rut na pewno tęskniła za swoim krajem i rodziną, poza tym nierozsądnie było zostać u obcych po śmierci męża. Jednak przyjaźń z Noemi domaga się lojalności silniejszej, niż poczucie rozsądku.

Jest to więź bardzo podstawowa. Jak wskazują te dwa przykłady, może łączyć się z innymi uczuciami i relacjami, takimi jak miłość będąca pożądaniem czy więzi rodzinne. Starożytni Grecy mieli różne słowa określające miłość, bo wyróżniali rozmaite więzi. Filia, czyli taka przyjaźń jak ta, o której tu mówię, to jedna z nich, obok miłości między kochankami – eros, miłości boskiej – agape, miłości w rodzinie – storge. Arystoteles jest jednym z myślicieli, dla których filia, przyjaźń, ma centralne znaczenie, także w związkach między kochankami czy partnerami w interesach. Jeszcze w czasach elżbietańskich (Szekspir!) pytanie, czy ważniejsza jest miłość czy przyjaźń było częstym tematem debat intelektualnych. Zarówno „Dwaj dżentelmeni z Werony” jak i „Dwóch szlachetnych krewnych” rozgrywają ten właśnie dylemat (dewaluacja przyjaźni to również powód, dla którego obie sztuki w dzisiejszych czasach są rzadko wystawiane). Nie chodzi tylko o życzliwość – to musi być wzajemna relacja, altruistyczne pragnienie czyjegoś dobra i gotowość do poświęceń. Nie jest przyjacielem ktoś, kto, dajmy na to, podziwia drugą osobę, gdy ta jest pełna chwały, ale zajmuje się swoimi sprawami, gdy kontakt z nią nie przynosi korzyści i przyjemności. Przyjaźń prawdziwa istnieje wszędzie, gdzie żyją ludzie, a więc także, rzecz jasna, w pracy.

Przykładów jest wiele, ale ponieważ to jest oda do przyjaźni, więc tym razem podam przykłady z własnego doświadczenia. Pewnego razu, wiele lat temu, pracowałam na niewielkiej szwedzkiej uczelni. Bywało różnie, lepiej i gorzej. Był to czas wdrażania reform „doskonałości” i „autonomii” w szwedzkiej akademii, więc więcej było smutków i niespodziewanych przykrości, konfliktów, zdrad. Jednak pamiętam ten czas głównie dobrze, bo były to lata, gdy pracowałam razem z Karin. Ona jest profesorem rachunkowości, ja zajmuję się teorią organizacji, więc nie miałyśmy oczywistych powodów do zawodowej współpracy. Jednak nawet niesprzyjające struktury nie przeszkodziły nam robić wielu dobrych rzeczy razem. Przez pewien czas nawet wspólnie kierowałyśmy instytutem. Był to jeden z najmniejszych i najmniej ważnych instytutów na wydziale, z budżetem bliskim zeru, ale udało nam się zorganizować i ożywić sporo twórczych obszarów, które funkcjonują do tej pory. Wiedziałyśmy, że możemy zawsze na siebie liczyć. Gdy spostrzegłyśmy poważne nadużycia na uczelni, podjęłyśmy wspólnie ryzyko, by się przeciwstawić, mimo że z powodu niepewnych czasów wielu wolało raczej nie zabierać głosu. Ba, był nawet taki moment, gdy niektórzy znajomi, na wszelki wypadek, udawali, że nas nie rozpoznają na korytarzu. Obecność Karin sprawiała, iż czułam takie niesamowite bezpieczeństwo w coraz bardziej zwariowanym świecie. Mimo że rzadko się ostatnimi czasy widujemy, nadal obie mamy – wiem, bo rozmawiałyśmy o tym – głębokie przekonanie, że ta druga z nas jest gdzieś tam i że można na nią liczyć. Po prostu. Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Może i tak, ale myślę, że pracowych przyjaciół poznaje się też w chwale i w sukcesie. W odróżnieniu od tak wielu innych, ona nigdy nie uznała, że „absolutnie coś musi” kosztem mnie, że coś innego jest ważniejsze, niż przyjaźń i to coś ją zawiesza lub wręcz unieważnia. Jest osobą ambitną, stanowczą i bojową, więc to nie łagodne usposobienie lub brak ambicji to sprawiają. Wiele rzeczy w życiu jest ważnych. Ale żadna nie jest ważniejsza niż przyjaciółka.

Przyjaźń w pracy to nie musi być relacja dwuosobowa. Równie często bywa w niej miejsce dla wielu kompanów. W mojej aktualnej szwedzkiej uczelni mam przyjemność pracować w takiej grupie, gdzie są koledzy i koleżanki patrzący na siebie z życzliwością. Zebrania w tym towarzystwie bywają burzliwe, ale bywają też cudnie ożywcze. Niedawno byłam świadkiem takiej spontanicznej akcji, gdy kilka osób zdecydowało się wystąpić o grant po to, by umożliwić powrót do czynnej pracy badawczej koleżance, choć nikt inny z grupy dla prowadzenia własnych badań nie potrzebował grantu. Występowanie o grant jest uciążliwe i dołujące, wypisywanie wniosku przykrym urzędowym językiem jest męczące i nikt z nas tego nie lubi robić. Procedury są często absurdalnie wręcz skomplikowane, a ryzyko niepowodzenia duże. Jednak dla nas oczywiste było, że chcemy to zrobić. Co więcej, mam takie głębokie poczucie, że nikt z nas nie widzi w tym zasługi ani niczego szczególnego. Aż głupio o tym mówić. Dlatego, jeśli piszę o tym w mojej odzie, to tylko po polsku. Po szwedzku pozostanie to niewypowiedzianą, najzwyklejszą sprawą na Bożym świecie.

Przyjaźń daje poczucie mocy i pewności. Nic dziwnego, że kapitalizm stara się ją zmarginalizować, przemianować, rozmienić na drobne, ogłosić nieważną. Bez niej jesteśmy słabi i pozbawieni kompasu moralnego. Łatwiej nami manipulować, nakłonić do konkurencji, „zachowań racjonalnych” i „rynkowych postaw”. A jednak ona wciąż istnieje – mimo że przysypana tysiącami fejsbukowych „friendów”, których się w życiu na oczy nie widziało, i „lajków” polegających na kliknięciu w małą ikonkę, kojarzącą się z gestem verso pollice skazującym gladiatora na śmierć – pozostaje fundamentem ludzkich działań, także w pracy. Wskazują na to choćby przytoczone przeze mnie opowieści i mnóstwo innych, o których wciąż słyszę od znajomych i w moim terenie badawczym. Na przekór zaleceniom, modom i kołczom, mimo deklaracji kapitalizmu, że naprawdę, ale to naprawdę nie jesteśmy stróżami braci naszych.

Nie ma bardzo wielu badań na temat przyjaźni w pracy, ale te, które istnieją, także w ramach nauk o zarządzaniu, mówią nam wiele ważnych rzeczy. Jeden z ciekawszych polskich badaczy zarządzania, Bartosz Sławecki, opublikował 10 lat temu książkę pt. „Zatrudnianie po znajomości”. Przyzwyczajony do opowieści grozy o nepotyzmie czytelnik spodziewa się gromów… jednak nie znajdzie ich. To wrażliwa etnograficzna opowieść o małych rodzinnych firmach, gdzie decydującą rolę odgrywają osobiste kontakty, zaufanie, wcześniejsze relacje. I bardzo dobrze – zamiast konkurowania i bezosobowych mechanicznych stosunków pracy, ludzie szybko wypracowują wzajemne zaufanie, a znajomości stają się ich kulturowym kapitałem przydatnym także, a może zwłaszcza wtedy, gdy innego kapitału brakuje.

Pamiętać należy, że słowo „merytokracja” pojawiło się po raz pierwszy współcześnie użyte przez socjologa Michaela Younga w 1958 roku na kreślenie dystopii, mechanistycznego i pozbawionego ludzkich cech systemu, gdzie istnieją ostre podziały społeczne na „lepszych” i „słabych”, i gdzie ci drudzy są bezwzględnie wykluczani i sprowadzeni do statusu podklasy. Jest to porządek równie nieludzki jak podziały według rasy, płci czy inne odrażające elitaryzmy. W dodatku sieje niezgodę, niszczy solidarność i naturalizuje niesprawiedliwości równie skutecznie jak feudalne „szlachectwo urodzenia”.

Geografki Natasha Webster i Meighan Boyd zbadały zespoły pracownicze na uczelni i stwierdziły, że przyjaźń, zwłaszcza przyjaźń między osobami niebędącymi częścią tej samej jednostki organizacyjnej, a więc w poprzek struktury, szczególnie mocno wspiera opór w miejscu pracy wobec neoliberalizacji. Przyjaciele czują się lepiej i mają większe poczucie sensu, nawet gdy warunki, w jakich funkcjonują oceniane są przez nich jako złe i szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Jednak dzięki przyjaźni lepiej sobie radzą i skuteczniej przeciwstawiają się wdrażaniom neoliberalnych zasad i mechanizmów zarządzania. Przyjaźnie w ramach jednostki przeobrażają się często w kliki. Jednak gdy angażują się w nie osoby z różnych formalnych zespołów, skupiają się bardziej na wspólnych wartościach, niż na wykluczaniu innych. O ile autorki skupiają się na przyjaźni między kobietami, to współautorska trójka – psycholożka Dorothy Markiewicz i badaczki zarządzania Irene Devine i Dana Kausilas – poświęca uwagę przyjaźniom mieszanym i stwierdza, że wszystkie przyjaźnie wnoszą wiele dobrego w życie ludzi w miejscu pracy (aczkolwiek przyjaźnie męskie mają tendencję skuteczniej pomagać w promowaniu kariery). Psycholożki Rachel Morrison i Helena Cooper-Thomas dodają, że czym innym jest „znajomość”, „kumplostwo”, a czym innym głęboka przyjaźń. O ile to pierwsze chroni przed samotnością, to prawdziwie głębokie zaangażowanie, bezinteresowność i oddanie charakterystyczne są dla przyjaźni. To ona wnosi poczucie bliskości i uczuciowej obfitości, a niejako przy okazji uczy obserwatorów wzorców zachowań. Wreszcie, życie w pracy, gdzie są przyjaciele, jest po prostu przyjemniejsze.

Badania pokazują także, iż brak przyjaźni czy choćby koleżeństwa – samotność w miejscu pracy – bywa szkodliwa dla ludzi i dla całej organizacji. Badaczki organizacji Sarah Wright i Anthony Silard w opublikowanym niedawno artykule naukowym argumentują, że samotność, choć stygmatyzowana i trywializowana we współczesnych miejscach pracy, w istotny i bardzo złożony sposób współpowoduje cierpienie i wzmacnia depersonalizację organizacji, budząc coś w rodzaju chronicznego głodu ludzkich więzi.

W Biblii Bóg rzadko zabiera głos osobiście. Jedna z okazji, gdy to robi, to jedna z pierwszych Jego refleksji o kondycji człowieka, gdy, w Księdze Rodzaju, mówi: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Te słowa samego Boga rezonują mocno z jednym z najpiękniejszych cytatów z mojego terenu badawczego, gdy jedna z animatorek organizacji zajmującej się edukacją mówi: „Czuję, że nie chcę już nigdy nic robić sama”.

No właśnie. Ja też nie.

prof. Monika Kostera

Kompleks polski

Kompleks polski

Dla niektórych postaci polskiej kultury cywilizacja jest jednoznaczna z Zachodem. Właściwie w ten sposób myślą zarówno liberałowie, jak i konserwatyści, choć jedni i drudzy odwołują się do innych mitów. Jedni i drudzy mają w sobie chęć ucieczki z Polski takiej, jaką ona jest.

Wyobrażają ją sobie na obraz i podobieństwo Zachodu, starego lub nowego. Nie ma miejsca dla rodzimej kultury, chyba że zostanie ona podporządkowana sposobowi myślenia właściwemu dla Zachodu. Dość powiedzieć, że za najważniejszy obraz w zbiorach polskich uznaje się dzieło Leonarda da Vinci „Damę z łasiczką”, a zapomina o fenomenalnej twórczości m.in. Aleksandra Gierymskiego, Olgi Boznańskiej, Jacka Malczewskiego i innych.

Jest w nas wielki kompleks polskości, kompleks polski, który każe nam uciekać przed nami samymi. Raz za razem budzą się w nas kompleksy – czy wobec Niemców, czy wobec Żydów (swoją drogą ten kompleks najczęściej uaktualnia się jako antysemityzm – skoro oni są od nas lepsi i są większymi ofiarami, to będziemy ich nienawidzić; pokazuje to najmocniej, że nie znamy własnej kultury, jesteśmy pełni wątpliwości co do wartości własnej historii, stąd musimy znaleźć sobie kozła, na którego zrzucimy wszystkie nasze kompleksy).

Kompleks polski to brak zdolności do pozytywnego przeżywania rocznic z historii Polski. Celebrujemy głównie rocznice powstań. Czy ktoś jednak pamięta o konfederacji warszawskiej, która uczyniła Polskę jednym z najbardziej tolerancyjnych religijnie krajów w Europie? Co z soborem w Konstancji, na którym Paweł Włodkowic przedstawił dojrzałą myśl o prawie do samorządności ludów? Czy ktoś pamięta o konstytucji Nihil novi, która była jednym ze szczytowych momentów polskiego parlamentaryzmu?

To nieustanne napięcie między martyrologią, uprawianą tak chętnie przez konserwatystów, a zaprzeczeniem, stwierdzeniem, że brak nam wielu rzeczy, które są typowe dla Zachodu, w myśli liberałów.

Nawet konserwatyści, paradoksalnie, nie cenią własnej kultury. Najlepszym przykładem jest polityka dotycząca szkolnictwa wyższego, pełna kompleksów wobec Zachodu, uniżenia wobec wskaźników, parametryzacji, cytowań. Nawoływania do reformy to nawoływania do okcydentalizacji, porzucenia rodzimego języka, rodzimej tematyki w imię tego, co na pozór jest ciekawsze, bo nie jest polskim piekiełkiem.

Uciekamy w dwa mity – Okcydentu i Orientu. Pierwszy z nich to przekonanie, że to, co wartościowe w naszej kulturze, powstało dzięki wpływom z Zachodu. Drugi mit – typowy dla nacjonalistów, to ucieczka w mit jedności Słowian, według Bobrownickiej, stworzony przez Niemca – Herdera, a wyzyskiwany politycznie przez Rosjan. Słowianie urastają w tej ideologii do ludności rdzennej (a jak wiadomo, jak wszyscy Indoeuropejczycy przybyliśmy ze wschodu), co niesie konsekwencje w postaci ksenofobii.

Być może większa świadomość historii przyczyniłaby się do zastopowania narracji skrajnej prawicy. Przykładem są czasy odsieczy wiedeńskiej, dziś reinterpretowanej jako odparcie islamu, a nie wojna o charakterze stricte politycznym. Tymczasem to Sobieski nadał muzułmańskim Tatarom wsie Kruszyniany, Nietupa, Łużany i część Poniatowicz, tym samym sprowadzając na ziemie polskie muzułmanów (wcześniej w Rzeczypospolitej istniało ok. 60 meczetów na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego). Fakty okazują się być nieprzychylne dla rzekomego symbolu walki z muzułmańskim „nachodźcą”, pokazują, że nawet w najbardziej nietolerancyjnym w historii Polski wieku XVII była możliwa tolerancja, także dla niechrześcijan

Martyrologia, kluczowa dla kompleksu – bądź pielęgnowana, bądź negowana, każe nam postrzegać siebie jako ofiary. Ciężko nam przez to przyznać, że naród szlachecki, który jest dla nas tak wielkim ideałem, bywał ciemiężcą czy to Ukrainy, czy to chłopów. Nasz polski kolonializm nie dotyczył bowiem ziem dalekich, przejawiał się w zupełnej alienacji części społeczeństwa – chłopów i Żydów, traktowanych często jak niewolnicy. Świadomość ciemnych kart historii jest nikła.

Kiedy chodziłem do liceum, wielokrotnie pytałem znajomych, z ciekawości, czy wiedzą o lokalnych zabytkach. Niestety, gdy pytałem o XVI-wieczny kościółek w Boguszycach odległych o 30 kilometrów od Tomaszowa Mazowieckiego czy o zamek w Rawie, spotykałem się ze zdziwieniem. W szkołach brak edukacji regionalnej, stąd nawet nie wiemy, jakie bogactwa mamy. Może mieszkańcy mojej gminy, Czerniewice, wiedzą, że we wsi stoi drewniany kościół z XV wieku z zachowanymi XVI-wiecznymi polichromiami, ale ludzie spoza już nie. Kuleje nam promocja regionów. Dziś dla wielu wstydem jest mówić w gwarze swojego regionu, kultura ludowa pozostaje nieznana, tonie pod warstwą sprośnych przyśpiewek. Czy ktoś jeszcze pamięta, że na terenie prawie całej Polski, a nie tylko w Łowiczu, istniała kiedyś wycinanka? Niestety, przemiany gospodarcze kraju, najpierw w okresie komunizmu, następnie w czasach dzikiego neoliberalnego kapitalizmu zmiotły nasze dziedzictwo regionalne w niepamięć. Nieużyteczne, lokalne, sprzeczne z mitem dworskim, więc niepotrzebne.

Polskie szkolnictwo niewiele tu pomaga, brakuje edukacji regionalnej, mało mówi się o polskich osiągnięciach naukowych czy kulturalnych, sprowadza się je do kilku nazwisk: Kochanowskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza z jednej strony, z drugiej do Kopernika, Łukasiewicza i Skłodowskiej-Curie. Wiedząc tak mało o sobie, uważamy, że jesteśmy mniej warci niż narody pewne swojej przeszłości. Kto bowiem słyszał o Janie Ostrorogu czy Andrzeju Fryczu Modrzewskim, których pisma były znane w epoce Odrodzenia w Europie? Kto słyszał o Michale Boymie, jednym z pierwszych sinologów, który był Polakiem? Nawet gdy mowa o najnowszych czasach, świadomość jest niewielka. Kto dziś pamięta, że jedną z ważniejszych postaci współczesnej egiptologii był prof. Kazimierz Michałowski? Kto wie o Edwardzie Abramowskim, jednym z ważniejszych polskich teoretyków i praktyków spółdzielczości? Szkoła tego nie uczy, kolejne reformy nastawione są na pragmatyzm, a nie na znajomość historii, kultury czy historii regionu.

Dlatego tak ważne jest, by zajmować się w nauce sprawami polskimi, by popularyzować wiedzę na temat historii i kultury polskiej. Istotne jest też stworzenie dostępu do kultury wysokiej dla ludzi z prowincji. Można, jak liberałowie, zżymać się na triumfy disco polo, można też wykonywać pracę u podstaw i kształtować społeczne postawy, tak by większa liczba osób mogła korzystać z dóbr kultury. To jednak wymaga nakładów finansowych na rozwój kultury, przeznaczonych również na lokalne muzea czy teatry, które dziś albo nie istnieją, albo dysponują bardzo skromnymi środkami finansowymi.

Ostatnie 30 lat „wolności” zostało pod wieloma względami zmarnowane. Nie zadbano o rozwój kultury i nauki, o wykształcenie społeczeństwa obywatelskiego. Wszystko to się na nas dzisiaj mści, w postaci zakompleksionego, a przez to niepewnego siebie i ksenofobicznego społeczeństwa.

Krzysztof Kocik

Gorsze oblicza sportu

Gorsze oblicza sportu

Jeżeli sport jest dla ciebie uosobieniem najszlachetniejszych cnót, a idea igrzysk olimpijskich to nieskazitelna, prospołeczna inicjatywa, nie czytaj dalej. Szok może być zbyt silny. Jeżeli natomiast masz wątpliwości wobec różnych aspektów dużych imprez sportowych czy sportu zawodowego, zwłaszcza piłki nożnej, to ten tekst jest w sam raz dla Ciebie.

Książka „Sport nie istnieje” autorstwa Jana Sowy i Krzysztofa Wolańskiego całkowicie zmienia postrzeganie megaimprez sportowych. Znaleźć tam można wiele zdumiewających liczb i oburzających faktów. Po zapoznaniu się z nimi sport nie będzie już taki jak przedtem. Mankamentem książki z pewnością jest to, że autorzy nie stronią od wyrażania swoich poglądów i opinii. „Każdy, kto uważa inaczej, jest cynikiem” pojawia się w książce niepokojąco często. Jednak po odsianiu tej maniery pozostaje nam zderzenie idei i celów wyrażanych przez FIFA i MKOl z brutalną prawdą o skutkach ich działalności.

Piłka jest okrągła, a liczy się zysk

Pierwsze rozdziały poświęcone są najpopularniejszym dyscyplinom sportu, czyli głównie piłce nożnej, która króluje w Europie, ale także popularnym w USA futbolowi amerykańskiemu i wrestlingowi. Autorzy stanowczo umacniają obecną już w debacie publicznej tezę, że zawodowa piłka nożna ma niewiele wspólnego ze sportem. Przywoływane są początki tworzenia profesjonalnych klubów piłkarskich, ich relacje z biznesem i zależność od telewizji. To właśnie rozwój środków masowego przekazu całkowicie zrewolucjonizował sport. Odkąd zmagania ulubionych drużyn zagościły w ramówce, rozpoczął się proces ich systematycznej komercjalizacji. Cyklicznie spotykające się grupy ludzi unifikujące się pod konkretną marką były wymarzonym zjawiskiem dla szukających rozgłosu przedsiębiorców. Sport stał się elementem niepohamowanej konsumpcji. Był zarazem idealnym narzędziem do jej napędzania, jak i doskonałym nośnikiem marketingowym. Kwintesencją tych procesów okazał się Bhutan, który jawił się jako ostatni bastion antyglobalizmu. Do czasu wyemitowania transmisji z mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Przez stulecia Bhutan pozostawał obojętny na zjawiska niesione przez postęp. W kraju dominowały buddyjskie wartości: skromność, uczciwość, brak zainteresowania dobrami doczesnymi i zdolność do czerpania radości z małych, codziennych przeżyć. Władca kraju, chcąc podkreślić odmienność swojego narodu, ogłosił dążenie do pomnażania Narodowego Szczęścia Brutto, przeciwieństwa PKB. Niestety, chcąc owo szczęście pomnażać, popełnił błąd, wystawiając w stolicy kraju telebim, na którym można było podziwiać mundial. Naród ogarnęła euforia, więc władca otworzył granice dla imperium Ruperta Murdocha.

Efekt? Uprawy ryżu gniły na polach, ponieważ pogrążeni w medialnej głębi rolnicy nie chcieli ich zebrać. Cztery lata później przeprowadzono badania, z których wynikało, że około 30% dziewczynek chciało przefarbować się na blond i rozjaśnić skórę. Natomiast 35% rodziców oznajmiło, że wolą oglądać telewizję niż zajmować się swoimi dziećmi. Zatrważające okazały się dane dotyczące przestępczości. W spokojnym jak dotąd społeczeństwie odnotowano zbrodnie, o jakich wcześniej nikt nie słyszał, takie jak gwałt pod wpływem alkoholu czy prostytucja nieletnich. Jedną zmienną, jaka dotknęła w tamtym czasie Bhutan, było pojawienie się telewizji, która stała się wyznacznikiem wartości dyscyplin sportowych.

W 2012 roku w Polsce miały się odbyć zawody w kombinacji norweskiej. Niestety żadna telewizja nie była zainteresowana transmisją. To rodziło problemy ze znalezieniem sponsorów, czyli z osiągnięciem zysku. Cel wśród osób zarządzających sportem jest prosty i nie są nim wyniki czy osiągnięcia. „Przekroczenie miliarda euro rocznego zysku” – oto cel Josepa Maria Bartomeu prezydenta FC Barcelony, jednego z największych klubów sportowych na świecie.

Olimpijski ogień zniszczenia

Co należy zrobić, aby zorganizować największą imprezę sportową na świecie? MKOl, wybierając gospodarza, bierze pod uwagę motywację, pomysł, długoterminowe korzyści, wsparcie polityczne, finansowe, instalacje sportowe, bazę noclegową, transport, bezpieczeństwo, opinię publiczną i doświadczenie. Jednak według autorów książki, aby zorganizować igrzyska olimpijskie należy po prostu wydać nieprzyzwoitą ilość głównie publicznych pieniędzy.

Obrońcy idei igrzysk wskazują na popularyzację kultury fizycznej, rozwój miast, podwyższenie poziomu życia mieszkańców czy korzyści z turystyki nasilającej się po takim wydarzeniu. Autorzy zadają kłam każdej z tych rzekomych zalet olimpizmu. Badania długoterminowych skutków igrzysk wykazały, że „nigdy w żadnym kraju nie przyczyniły się one do popularyzacji jakiekolwiek sportu”. Co więcej, badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, która organizowała to wydarzenie w 2012 roku, wykazały, że w 29 badanych dyscyplinach aż w 20 zanotowano spadek liczby uprawiających je osób.

Optymizmem nie napawają również dane dotyczące poziomu życia mieszkańców byłych gospodarzy megaimprez. W 2014 roku Billy Greaff zapytał mieszkańców Porto Alegre o to, jak organizowany w Brazylii mundial wpłynął na ich życie i większość ankietowanych wyznała, że jest gorzej. Nic dziwnego. Brazylia w krótkim okresie była gospodarzem igrzysk panamerykańskich, igrzysk olimpijskich i mundialu. Imprezy te wymagały stworzenia potężnej infrastruktury, która pochłonęła gigantyczną ilość publicznych pieniędzy (IO 11 miliardów dolarów, mundial 14 miliardów dolarów). Powstałe obiekty świecą dziś pustkami, a szpitale i szkoły wymagają dofinansowania. Symbolem problemu stały się pola golfowe. Rio dysponowało dwoma kompleksami golfowymi. Czy wykorzystano je w ramach igrzysk? Oczywiście, że nie! Prezydent miasta Eduardo Paes ogłosił, że miliarder Pasqualo Mauro, będący głównym sponsorem jego kampanii wyborczej, wybuduje zupełnie nowy obiekt na terenach chronionego obszaru przyrodniczego tuż przy nowym osiedlu apartamentowców stawianych przez Mauro. Oczywiście odbyły się masowe protesty w związku z inwestycją, ale kogo by to interesowało.

Nie jest to tylko problem Brazylii. W 2015 roku opublikowano badania analizujące wpływ megaimprez na gospodarkę. W 16 przypadkach nie odnotowano wzrostu gospodarczego i zwiększenia zatrudnienia, w 7 zauważono nieznaczny, krótkookresowy progres, a w 3 stwierdzono skutki negatywne. Brak wymiernych korzyści i ewidentne negatywy, takie jak wzrost cen nieruchomości o 150% i przepuszczanie publicznych pieniędzy, sprawiają, że miejscowa ludność wprost zadaje pytanie „dla kogo te Igrzyska”?

W ramach przygotowań do igrzysk w Atlancie w 1996 roku aresztowano 9 tys. bezdomnych, aby ich nędza przypadkiem nie zepsuła sportowego święta. Wielu ludzi przeszkadzało w przygotowaniach do pięknego, pełnego radości festiwalu. Przed igrzyskami w Pekinie wysiedlono 1,5 mln osób. Amnesty International alarmowała o wysiedleniach w związku z olimpiadą w Soczi, oraz o niewolniczej pracy w przygotowaniach rosyjskiego i katarskiego mundialu. W latach 2006-2013 w samym Rio de Janeiro wysiedlono 74 tysiące osób. Symbolem wyższości olimpizmu nad prawami człowieka stała się Vila Autódromo, dzikie osiedle powstałe w pobliżu toru Formuły 1. Brazylijska konstytucja głosi, iż każdy, kto zasiedla dany teren przez 5 lat bez sprzeciwu właściciela, uzyskuje do niego tytuł prawny. W 1994 roku potwierdził to sąd, nadając mieszkańcom osiedla prawo użytkowania na 99 lat. I co z tego! W 2015 roku, po usilnych staraniach burmistrza Paesa, buldożery zrównały Vilę Autódromo z ziemią, by zbudować w tym miejscu park olimpijski.

Wszystkim, którym wydaje się, że to skandal i że takie praktyki nie mogą mieć miejsca u nas, autorzy polecają historię Jarmarku Europa, mieszczącego się na Stadionie X-lecia. Znaleźć można było na nim uciekinierów politycznych z Chin i Wietnamu. Zjawisko inspirowało do tego stopnia, że w 2009 roku czasopismo antropologiczne „Konteksty” poświęciło mu osobny monograficzny numer. Jarmark oczywiście zmieciono z powierzchni ziemi, by postawić w tym miejscu Stadion Narodowy. Euro 2012 to również przykład „upiększania przestrzeni publicznej”. Do bestialskich praktyk dochodziło na Ukrainie, gdzie włodarze miast postanowili pozbyć się bezpańskich psów. Strzelano do nich, truto je i przekazywano spółce zajmującą się utylizacją odpadów. Według doniesień uruchomiono nawet mobilne krematoria, do których trafiały żywe zwierzęta…

Dobro wspólne na wyłączność

Jesteście sobie w stanie wyobrazić, że powstaje Międzynarodowa Federacja Pizzy, która ustala kryteria wyrobu, sprzedaje licencję na produkcję i co najważniejsze wskazuje, z jakich konkretnie produktów można ją wykonać? Brzmi absurdalnie, ale dokładnie tak autorzy książki wyrażają stosunek do MKOl i FIFA. Te niewybierane przez nikogo organizacje zawłaszczyły sobie prawa do powszechnych i nieposiadających właściciela dziedzin naszego życia. Pada porównanie do koncernów farmaceutycznych, które z dostępnych od dekad za darmo receptur tworzą drogie specyfiki będące pod ich ścisłą kontrolą.

Próba unifikacji rozgrywek we wszystkich krajach świata nie wzbudza kontrowersji, o ile międzynarodowa fede(korpo)racja nie zakazuje sprzedaży frytek innych niż te serwowane przez jednego ze sponsorów imprezy. Firmy lokujące swoje logo obok pięciu olimpijskich kół nie uznają konkurencji. Ba! Za korzystanie z dóbr i usług innych firm nakładane są kary, a nad przestrzeganiem narzuconych przepisów czuwają specjalnie powołane sądy. Podczas mundialu w RPA FIFA zażyczyła sobie powstania Fifa World Cup Courts, które działały w 56 miejscach i zatrudniały 1500 osób. Były to superszybkie jednostki wymiaru sprawiedliwości, które miały stać na straży narzuconej wcześniej przez FIFA ustawy i wydawać wyroki w ciągu 24 godzin. Koszty oczywiście po stronie podatników. Zajmowały się na przykład przypadkami przebywania na stadionie w barwach kojarzących się z akcjami marketingowymi firmy innych niż sponsorzy imprezy lub przebywania w wyznaczonej strefie z produktami innym niż wskazane przez FIFA. Wolisz Pepsi od Coca Coli? Uważaj! Według FIFA jest to przestępstwo zasługujące na 6 miesięcy pozbawienia wolności.

MKOl nie jest lepszy. W 2012 roku wyegzekwował zakaz łączenia słów „igrzyska”, „dwa tysiące dwanaście”, „2012”, „dwadzieścia dwanaście” ze słowami „Londyn”, „medale”, „złoto”, „srebro”, „brąz”, „sponsor”. Podsumujmy. Organ, nad którym nie mamy kontroli, uzurpuje prawa do dobra wspólnego i za nasze pieniądze urządzą sobie na nim żniwa dla swoich sponsorów?

Obraz ruchu olimpijskiego został w ostatnim czasie mocno wypaczony przez specyfikę gospodarzy imprez. Brazylia i Rosja borykają się z korupcją i łamaniem praw człowieka, a Wielka Brytania i Korea Południowa przesadziły z przepychem. Brytyjczycy nie musieli wieszać na Tower Bridge gigantycznego loga Igrzysk za 300 tys. dolarów!

Mateusz Perowicz

Wędrowny zakład stereotypizacji

Wędrowny zakład stereotypizacji

Autorka „Wędrownego zakładu fotograficznego” mówi nam w swojej fotograficznej podróży na „dziki wschód” Polski, że będzie się stara unikać przedzałożeń, stereotypów, ocen. Jest etnografką, interesuje ją kultura wiejska, a na samej wsi bywała jako dziecko – co może ją negatywnie zaskoczyć? Po czym, opisując odbywane spotkania, łamie większość swoich założeń metodologicznych i moralnych.

Pomysł na fotograficzną podróż po kraju, zwłaszcza tak dużym jak Polska, jest prosty, ale chwytliwy. Jeden van, jeden aparat, jedna kobieta. Agnieszka Pajączkowska chce przywrócić społeczną funkcjonalność roli fotografa objazdowego. Pragnie przyjeżdżać do przypadkowej wsi leżącej na szlaku swojej podróży, rozwieszać przed sklepem lub czyimś domem białe prześcieradło, i robić zdjęcia ludziom, którzy na co dzień nie są fotografowani. Drukuje je potem od razu na podręcznej drukarce i wręcza „zdjętym” osobom. Wspaniały pomysł na podróż i książkę, prawda? Wymagający otwartości, odwagi, wyjścia do rozmówców, odnalezienia się w byciu „nie u siebie”. A przede wszystkim – odwieszenia własnych oczekiwań na kołek.

Historia przez prawie czterysta stron książki toczy się w podobny, raz senny, raz chwytający za serce sposób – autorka kogoś spotyka, robi mu/jej zdjęcie, rozmawia albo nie, wypija oranżadę w sklepie wiejskim, obszczekuje ją pies itp., a wszystko to mamy podane w formie literackich miniatur. Jednak, moim zdaniem, wbrew deklaracjom, ta książka nie jest o Podlasiu, ludziach, o wsi. To jest książka o autorce dużo bardziej niż o kimkolwiek innym. Z każdej miniatury, opisu spotkania czy upalnego południa niedaleko granicy białoruskiej, jak spod rogu niedokładnie przybitej na wiejskim stole ceraty, wystaje wciąż i wciąż postać samej autorki. Jej oczekiwania, jej uczucia (zwłaszcza w kółko opisywany strach, dyskomfort, niesmak), poczynione przez nią obserwacje. Zdaniem jednych czyni to książkę osobistą, bo reporterka wychodzi daleko poza „byłam/widziałam”. Zdaniem moim – daje pole do skierowania strumienia uwagi na przeżywane przez nią trudne chwile. Bo autorka musi być na wsi. Musi przemieszczać się po okolicach, o których pisze na przykład tak: „Gdy miałam trzy lata, w Polsce wiele się zmieniło. Na fali transformacji moi rodzice kupili wiejskie gospodarstwo oddalone pięćdziesiąt kilometrów od naszego mieszkania na warszawskim Grochowie. To była typowa nijaka mazowiecka wieś. Chwilę wcześniej zlikwidowano w niej PGR, po którym zostały dwa szare bloki pełne zaskoczonych ludzi mających w zwyczaju wylewać ścieki do ogrodu warzywnego, zostały też długie, puste chlewy z pustaków oraz sklep otwierany w niedzielę tuż po trzynastej, by można było się napić po mszy”. Niby wszystko prawda, jednak tak podana, że nie widzimy „w głowie” po prostu mieszkańców zostawionych na pastwę losu przez trąbę powietrzną transformacji. Widzimy wykrzywione, zapijaczone gęby tłuszczy, która dziwi się, że jak to zamknęli PGR, i nie umie iść z duchem czasu. I to wszystko już na stronie dwunastej.

Jednocześnie autorka w części książki, w której opisuje swój namysł, założenia i przygotowania do projektu, gani Zofię Rydet, legendarną polską fotografkę, której zdjęcia z nieistniejących już wsi i przysiółków podziwia się do dziś. Gani ją i napomina za „nadużycie miejsko-klasowej przewagi”, „wejście z butami biednym ludziom do chałup” i „wykorzystanie fotografii jako narzędzia ich egzotyzowania”. Jest więc świadoma, że kobieta z Warszawy, z aparatem fotograficznym i pewną dozą wścibskości, niekoniecznie musi mieć moralne prawo do zdobywania psim swędem zdjęć i osobistych historii ludzi o dobrych sercach, nawet jeśli obuduje to szyldem „badania etnograficzne”. W książce są momenty, gdy tę bezlitosną miarę przykłada także do siebie, jednak takie konstatacje w żaden sposób nie zmieniają sposobu narracji, który jest męcząco gazetowyborczy, nieczuły, skupiony na podświadomym podkreślaniu „wad” wsi i mieszkańców, którzy wpuścili Pajączkowską do swoich domów (brak zębów, brud, muchy).

Mam coraz większy problem z samym założeniem pisania reportażu, by pokazać, że „gdzieś mają gorzej”, bo to ze swej natury czynność pozbawiona wymienności i wzajemności. Mimo że autorka „Wędrownego zakładu…” opracowała, wydawałoby się, idealny pomysł na wymianę – osoby opowiadające jej swoją historię dostają zdjęcie – to trudno jest podczas pisania o miejscu, gdzie było się raz i pewnie już nigdy nie będzie, wyzbyć się miejskiej maniery reporterskiej. Wiele tego rodzaju tekstów brzmi jak reportaże z „Dużego Formatu” z lat 1995-2013, zanim liberalne redakcje odkryły wrażliwość społeczną. Niby nic, niby piszemy przecież, by pomóc, nagłośnić, interweniować, ale ze strzępków zdań i sposobu prezentacji języka opisywanych bohaterów przebija poczucie nieadekwatności, chęć zaakcentowania śmieszności sytuacji, a nawet pogarda. To się czuje. Zawsze mdliło mnie przy czytaniu takich tekstów.

Zastanawiam się od lat, jak pisać reportaże, by nie uchybić prawdzie i nie uchybić bohaterom. Staram się stawiać ich w centralnym, honorowym miejscu opowieści – ich, a nie samą historię, która, przefiltrowana przez ogląd reportera, traci znamiona obiektywizmu, mimo że usiłuje rozpaczliwie udawać, iż tak nie jest. Reportaż gazetowy czy książkowy to chyba ostatnie pole twórczości pisarskiej, które podejrzewamy o rozmaite nadużycia. Każe nam się wierzyć, że obraz wydarzeń przedstawiony przez autora jest jedynie słuszny, zgodny z rzeczywistością i wierny wydarzeniom. „Literatura faktu” to dla wielu wzór literackiej solidności; bardzo często słyszy się, jak w dyskusjach ktoś na poparcie tezy czy opinii o odległym miejscu czy ocenie wydarzenia stwierdza: „Było tak, bo tak napisał reporter w książce X”. Nie podsuwa badań, liczb czy choćby reportażu telewizyjnego, gdzie widać gołym okiem, jak wygląda „świat przedstawiony”. Podsuwa literacką, zbeletryzowaną wersję wydarzeń, widzianą okiem osoby, która każe nam wierzyć, że „właśnie tak jest w dalekim kraju”.

Z drugiej strony – w jakim sposób reportaż miałby być „obiektywny” i czy powinien? Dlaczego miałby nie ulegać literackiemu naginaniu świata, przyrodzonemu każdemu rodzaju pisania? Czemu miałoby nie być w nim widać autora? Uważam, że całkowity obiektywizm jest przereklamowany, a dążenie do niego – niemożliwe. Gorzej jednak, gdy autora widać w tekście aż za bardzo, gdy książka jest „o nim”, a nie „o sprawie”, a przy tym komentarz odautorski zmusza nas do wiary, że przedstawione wydarzenia miały miejsce dokładnie w takiej formie, w jakiej są opisane, a przytoczone słowa padły w spisanym kształcie. To właśnie przypadek Pajączkowskiej, która sama przyznaje, że dialogi przytacza z pamięci, a więc po literacku zmienia ich brzmienie, kształt i wydźwięk, a jednocześnie każe nam wierzyć, że na Podlasiu jest tak, jak mówi.

Reportaż jest z konieczności wycinkowy, a obraz przedstawianej rzeczywistości – niepełny. Jednak książka oparta na mnóstwie drobnych impresji, króciutkich miniatur, zaledwie cieni wrażeń, czyni go dalece wyszczerbionym. To znana literacka maniera: autor nie prowadzi linearnej (ani nawet kompletnej) narracji, lecz zarzuca czytelnika dłuższymi i krótszymi wyimkami ze swojej podróży. W „Wędrownym zakładzie…” to czasem kilka stron, a czasem tylko parę zdań, co czyni opowieść dość niestabilną – ciekawe historie, których chcielibyśmy posłuchać dłużej, czasem kończą się, zanim zaczną. Brak puzzli, z których czytelniczka mogłaby ułożyć sobie brakujące fragmenty.

Pajączkowskiej nie można odmówić oka do niektórych obserwacji, a odmalowywany przez nią krajobraz upalnego lata i zagubionych w lasach wiosek zamieszkanych tylko przez starych ludzi sprawia, że pewnie niejeden czytelnik chciałby „rzucić wszystko i uciec na Podlasie” lub zanurzyć się, jak sama krytycznie to określa, w „typowej wschodniopolskiej egzotyce oglądanej z podnieceniem przez mieszkańców Warszawy, bezkrytycznie zafascynowanych biedą oraz niezrozumiałym dla nich wiejskim folklorem”. Autorka bywa (bardziej bywa niż jest) zatem świadoma swojego przywileju i pewnej nieadekwatności podjętego przez siebie projektu. W książce co jakiś czas powracają pytania o to, czy w ogóle mamy prawo po prostu wchodzić komuś do domu i „żądać” czasu i opowieści od tej osoby, i kto nam naszym zdaniem to prawo przyznał? Nie przeszkadza jej to jednak popadać w kolejne etnograficzno-klasistowsko-historyczne klisze, opisywać własnego strachu, niesmaku czy zażenowania czyimiś poglądami. Moja „ulubiona” scena to ta, gdy wybiega z chałupy staruszki, bo ta wyraziła w rozmowie o dawnych czasach pogląd antysemicki – to wszystko bez refleksji, czy osoba w takim wieku i w takim miejscu miała kiedykolwiek szanse na edukację, poznanie narracji tolerancyjnej, przepracowanie stereotypów itp. Do autorki dociera powoli w trakcie podróży, że ludzie, których spotka, nie będą tacy, jak by chciała – uśmiechnięci, uskansenowieni, „biedni, ale szczęśliwi” – jednak wyciąga z tej konstatacji tylko połowiczne wnioski: „Dotarło do mnie, że przez miesiąc będę rozdawała raczej byle jakie zdjęcia, dostając w zamian sytuacje, które obtłuką mnie jak emaliowaną miskę, odrapią skutecznie z przyjemności sentymentalnego myślenia o wsi”. No tak, coś za coś. Na konfrontacji swoich wyobrażeń i poglądów z podlaską rzeczywistością się zresztą kończy – autorka w żaden sposób ich nie zmienia.

Bardzo ciężko czyta się tę książkę, jeśli posiadamy czuły barometr klasistowskiego bullshitu. A już zupełnie najgorsze są te klasizmy, które kryją się za „wrażliwością” i „postępowością”. Przykład – autorka podjeżdża vanem pod sklep wiejski i chce zapytać o drogę, ale tego nie robi, bo stoi przed nim trzech młodych facetów, którzy spojrzeli na auto, gdy podjeżdżała. „Nie wysiadłam, bo byłam w letniej sukience i nie chciałam usłyszeć pytania, za ile obciągam”, pisze autorka. W ciągu raptem kilku stron mamy przeskok od romantyzacji ubóstwa, więzi międzyludzkich i krajobrazu do odebrania mieszkańcom wsi cech ludzkich, a przypisania im zezwierzęcenia a priori i bez żadnych podstaw. Plot twist – kiedyś W DUŻYM MIEŚCIE mijany na ulicy facet zapytał mnie „Lubisz obciągnąć?”. I co teraz? Misterna konstrukcja się wali.

Co ujmuje w książce, to fakt, że autorka obiecała fotografowanym osobom, że ich zdjęcia nigdzie się nie ukażą – i, jak się wydaje, słowa dotrzymała. „Zakład…” to zatem historia o robieniu zdjęć ludziom, a nie album. W tym kontekście wymyślona przez nią filozofia wymiany – zdjęcie za opowieść – wydaje się bardzo ciekawym konstrukcyjnym kręgosłupem historii. Szkoda tylko, że jest najeżona minami uprzedzeń i przedzałożeń, z których samo doświadczenie (kilkuletnie) podróżowania i stykania się z ludźmi autorki niestety nie wyleczyło. Chociaż na ostatniej stronie książki pisze, że „zostawiła zdjęcia, ale dostała o wiele, wiele więcej”.

Magdalena Okraska

Agnieszka Pajączkowska, Wędrowny Zakład Fotograficzny, Czarne 2019, s. 384.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

Najgorszy wiatr – wieje górnikom w oczy

Jaka jest sytuacja w górnictwie, to cała Polska widzi i komentuje po swojemu. Komentuje na tyle, na ile ma wiedzę z przekazów dnia mediów koalicji i opozycji. Komentuje z punktu widzenia liberalnej ekonomii skutecznie wbijanej ludziom do głów. W tej sytuacji jedyną obroną branży górniczej jest, górnolotnie mówiąc, „stanąć w prawdzie”. Najprawdziwsze jest zawsze to, co się wie i czuje z własnych doświadczeń. Tych doświadczeń branża górnicza i związkowcy mają aż za wiele. Czas wyciągnąć wnioski.

Powtarzać do znudzenia

Balcerowicz w energetyce i górnictwie nie ma prawa się powtórzyć, bo z założenia stracą na tym pracownicy branży, państwo i społeczeństwo. Pracownicy branży górniczej i energetycznej muszą zdecydowanie zakończyć grę z pozostałymi stronami „dialogu społecznego”, czyli rządem i zatrudnicielami, w której te strony w trakcie rozgrywki zmieniają jej reguły. Narzucona przez pozostałe strony reguła wyznacza oś konfliktu między interesami ekonomicznymi spółek górniczych czy pracowników poszczególnych spółek. A jeśli to nie działa, to zawsze można zrzucić winę na Unię Europejską czy ekologów, którzy o niczym innym nie marzą poza zamknięciem kopalń i paleniem importowanym węglem. To takie polityczne alibi zamiast planu dla pracowników: w razie czego miejcie pretensję do siebie nawzajem i do wszystkich, innych, tylko nie do tych, którzy sprawują rzeczywistą władzę. Nie. Nie możemy grać w grę pod tytułem „silniejszy przetrwa”. Oś podziału przebiega pomiędzy interesem społecznym a rachunkiem ekonomicznym.

Sekwencja ostatnich zdarzeń w branży górniczej oraz publikacje medialne nie pozostawiają wątpliwości, jaką wizję górnictwa mają ośrodki władzy i środowiska opiniotwórcze, oraz, pożal się Boże, „publicystyka”. Nie pozostawiają też złudzeń, że na energetykę nie ma w Polsce ani pomysłu, ani planu, zaś wszelkie działania w tej branży są doraźnymi reakcjami na tendencje z zewnątrz. Suwerenną polityką nie można tego nazwać, choćby rząd nie wiadomo jak bojowo ogłaszał nieugiętą walkę o nasze górnictwo i energetykę w ogóle. Dziś mamy do czynienia z gaszeniem kolejnego pożaru, a komunikaty o sytuacji górnictwa przypominają komunikaty z oblężonej twierdzy, w której oblężeni powinni zastanawiać się, kogo rzucić na ofiarę, żeby uratować resztę. Oblegają nas Unia Europejska, ekolodzy, Greta Thunberg, granicę szturmują kolejne importy taniego węgla, wydobywanego po skandalicznie dumpingowych cenach, z terenu UE płynie darmowa energia, krasnoludki do mleka sikają i ogólnie świat się uparł, żeby nas wykończyć. Niestety, jest to tylko część prawdy. W rzeczywistości światowe tendencje i rynki wymuszają na Polsce podjęcie zdecydowanych działań, a nie buńczucznych oświadczeń, że się nie dajemy i będziemy dzielnie odpierać napór. Nie, nie damy rady odpierać tego naporu w nieskończoność, bo wystarczy mocniejszy wiatr, żeby nas zdmuchnąć.

Najgorszy wiatr

Teraz, za przeproszeniem, będę pisał w pierwszej osobie, bo nie sposób inaczej przekazać refleksji i wniosków, jakie nasuwają się przy stole negocjacyjnym bezpośredniemu uczestnikowi negocjacji zarówno płacowych, jak i tych w Komisji Trójstronnej.

Po pierwsze, można odnieść wrażenie, że praca górnicza staje się pracą sezonową, co w ogóle zaprzecza standardom tej pracy, zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i fachowości. Większość spółek węglowych uzależnia płace nie tylko od wyników ekonomicznych, ale i od aktualnej sytuacji na rynku węgla, a ta jest w tej chwili taka, że zwały są zasypane, bo była ciepła zima i nie spalono zapasów, a ponadto zaczęło mocniej wiać i energia wiatrowa oddawana jest do Polski nie tylko za darmo, ale np. Dania nawet dopłaca za odbiór, byle tylko odciążyć sieć. Strona rządowa zaczyna mówić prawie jak w znanym skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Parafrazując: „Najgorszy wiatr, bo nawet jak jest zimno i jest wiatr to mamy energię za darmo i jest ciepło, ale jak jest ciepło i nie ma wiatru, to możemy spalać węgiel”. Tak się już wisielczo dowcipkuje przy stołach negocjacyjnych. Mamy zapasy, nie ma gdzie sypać, wypadałoby wstrzymać produkcję. I to byłoby najrozsądniejsze.

Niestety, spółki górnicze podlegają tym samym regułom, co reszta gospodarki, więc muszą wyprodukować odpowiedni wolumen i go sprzedać, żeby mieć dochód. Na wypadek niesprzyjających warunków pogodowych nie ma bufora w postaci rekompensat za postój. Nie ma wystarczających składów węgla, zresztą nie wiadomo, czy więcej dałoby się składować jako zapas, gdyż węgiel za długo składowany po prostu się utlenia, traci wartość energetyczną, dostaje samozapłonu i emituje trujący tlenek węgla. Jedynym wyjściem jest planowe i regulowane wydobycie dostosowane do potrzeb. I tu pojawia się paradoks. W zeszłym roku padły tu i ówdzie rekordy produkcji. Po co? – pytają górnicy. Po co harowaliśmy na granicy ludzkich możliwości? Po to, żeby się zasypać, wstrzymywać produkcję i nie mieć szans na podwyżkę płac, które w części spółek stoją w miejscu, a ich siła nabywcza znacznie spadła? Odpowiedź jest prosta. Musieliśmy tak ostro fedrować, żeby utrzymać przyzwoite wyniki ekonomiczne w zeszłym roku. Niektóre spółki, jak np. Polska Grupa Górnicza, nawet nie walczyły o jakiś superwynik ekonomiczny, lecz o przetrwanie. Musimy dużo fedrować, żeby utrzymać firmę, ale czasami, ze względów od nas niezależnych, fedrować nie możemy i wtedy zaczynają się kłopoty. Najgorszy wiatr, ale w czerwcu czy lipcu może się okazać, że Wisła wyschnie i zabraknie wody na chłodzenie turbogeneratorów, mimo szczytu energetycznego, który powoduje coraz powszechniejsze użycie energochłonnej klimatyzacji. Co wtedy? Wtedy energię będzie się importować. A co z górnikami? Brać płace, jakie dają i czekać na lepsze czasy, kiedy zaczną potrzebować węgla? Może wtedy dostaniemy jakieś premie specjalne na koniec roku. Niestety tak się w górnictwie dzieje od kilku lat.

Pracownicy sezonowi czy freelancerzy?

O górniczych płacach krążą legendy. Podobnie jak o przywilejach nauczycieli, kolejarzy czy kogokolwiek, kto zaczyna upominać się o swoje. W rzeczywistości nie ma jednolitej płacy górniczej w skali kraju. Są spółki, w których górnicy zarabiają wyraźnie lepiej od średniej płacy robotniczej, a są i takie, gdzie ledwo się z tą średnią równają. Ponadto płace górników nawet w skali zakładu są zróżnicowane. Na oddziałach wydobywczych, gdzie praca przypomina bardziej sport ekstremalny uprawiany wyczynowo, te płace są wyższe, chociaż wątpię, żeby jakiś wyczynowy sportowiec chciałby tyle trenować za takie pieniądze.

Z kolei płace na oddziałach pomocniczych spadają w miarę oddalania się od ściany czy przodka, aż do płac zdecydowanie niższych od średniej krajowej na powierzchni, która też ma zadania ściśle związane z produkcją. Dziś tym ludziom próbuje się wmówić, że jak będzie kasa, to się podzielimy na koniec roku albo na świętego Idziego. W szaleństwie rynkowej propagandy, w ogłupiającej narracji o wspólnym interesie „pracodawców” i pracowników, zrównuje się robotników z przedstawicielami klasy średniej, którzy istotnie mają dochody zmienne, ale na tyle wysokie, żeby poczekać na zastrzyk ekstra gotówki.

Do tego dochodzi czynnik motywacyjny. Oczywiście w indywidualistycznym szaleństwie paradoksalnie nie patrzy się na przynależność do klasy społecznej czy grupy zawodowej. Uznano, że na motywację pracownika wyższego szczebla i robotnika mają wpływ takie same czynniki. No cóż, z pijakiem nie wygrasz i kłócić się z oczadziałymi od tych teorii haerowcami nawet nie mam ochoty. Wystarczy powiedzieć, że z punktu widzenia robotnika najlepszą motywacją jest stała pewna płaca i bezpieczeństwo. Żaden z nas nie chce ekstra dochodów na nowy jacht, lecz pewności, że co miesiąc dostaniemy tyle, żeby przyzwoicie żyć. Nie ma solidnej fachowej roboty bez zachowania tego standardu, a przy dzisiejszych technologiach i wymogach bezpieczeństwa inna nie wchodzi w grę w górnictwie. Obiecankami większych wypłat w bliżej nieokreślonej przyszłości nie zapłacimy rachunków i kredytów (tak, górnicy kupują mieszkania, bo wszyscy to robią i nie jest to objaw bogactwa, lecz konieczność, bo gdzieś mieszkać każdy musi, a zakup to dziś właściwie jedyny sposób na w miarę bezpieczne mieszkanie). Koszty życia rosną i w tej sytuacji proponowanie płac zadaniowych zamiast stałych jest dla każdego robotnika nie do przyjęcia. Zresztą i te zadaniowe są mocno wątpliwe, bo jak jest strata, to ich nie ma, a jak jest zysk… to też ich nie ma, bo w przyszłości może być strata i trzeba oszczędzać.

Często mówi się, że górnictwo samo się zwinie, bo ludzie przestaną przychodzić do zawodu. O ile będzie alternatywa innej, lepszej pracy, to nie będę rozpaczał. Będziemy rozpaczać wszyscy, gdy stracimy resztki niezależności energetycznej i okaże się, że węgiel jednak w przyszłości może być potrzebny, a przez następne 30 lat będzie potrzebny jako paliwo stabilizujące system energetyczny. Może się okazać, że ten tani węgiel z importu nie będzie tani, bo kiedy naszego zabraknie, to ceny wzrosną. Może się okazać, że energetyka węglowa będzie pracować w trybie szczytowym lub podszczytowym. Może się okazać wszystko, bo informacje strony rządowej przekazywane stronie związkowej na razie mają się nijak do obecnej sytuacji. Czy receptą na to jest praca sezonowa dla górników, czy utrzymywanie branży niskimi kosztami pracy? Bo już zaczyna się straszenie, że jeśli nie ograniczymy naszych żądań płacowych, to upadniemy, przy czym, jak sytuacja obecna pokazuje, upaść możemy niezależnie od naszych płac.

Marzeniowe planowanie

Termin ten pochodzi z terapii psychologicznej. Oznacza on, że człowiek w trudnej sytuacji, uzależniony, neurotyk czy ktokolwiek dotknięty jakimś poważnym psychicznym kryzysem, na co dzień posługuje się mechanizmami obronnymi w postaci iluzji, zaprzeczeń, racjonalizacji, natomiast na przyszłość ma wielkie plany, którym brakuje dwóch szczegółów, żeby można je było zrealizować: odniesienia do rzeczywistości i pomysłu na pierwszy krok. Jesteśmy właśnie w tej sytuacji. Tkwią w niej strona rządowa i strona społeczna. Oznacza to niemoc obu stron i brak pomysłu na ten pierwszy krok. Zamiast tego mamy zaprzeczenia, że energetyka nie ma wpływu na klimat i racjonalizację, że ocieplenie i susze to jakieś cykle klimatyczne niezależne od człowieka, racjonalizowanie, że Niemcy są hipokrytami i sami palili węglem i dalej kupują rosyjski, czy iluzje, że górnictwo będzie można utrzymać w tym stanie na wieki wieków.

Jeśli nie pomoże i to, to zawsze można nie przyjmować niewygodnych faktów do wiadomości. Przykładem może tu być rosnąca wypadkowość w zakładach górniczych, gdzie jest największy poziom wydajności. Można stosować tysiąc zabezpieczeń, a one i tak nie wyeliminują czynnika ludzkiego, którym jest zwyczajne przemęczenie. Górnik pracujący pod presją wyników we wszystkie soboty i większość niedziel będzie mniej więcej tak czujny wobec zagrożenia, jak koń w kieracie. Niby wszyscy to wiedzą, a jakoś nie widać w raportach wzmianki, że jedną z przyczyn wysokiej wypadkowości jest przepracowanie.

Marzeniowe planowanie to założenie, że jak się coś tam wywalczy w UE w kwestii emisji czy trochę wstrzyma import węgla, zrobi nowe składy, zrestrukturyzuje – to będzie można założyć takie czy inne wydobycie i można spać spokojnie. Niestety nie, bo dochodzą kolejne czynniki, np. wiatr. Jak się okazuje, już nie normy emisyjne, nie import węgla, ale import gotowej energii wygasza nasze górnictwo. Nie dali rady normami, to zaleją nas tanią albo darmową energią. Pamiętam, jak w 2012 roku mówił o tym, co teraz się dzieje wykładowca na zajęciach z gospodarki energetycznej. Mówił mianowicie, że całkowita rezygnacja z górnictwa w Polsce na rzecz OZE jest mrzonką i że jeśli to się stanie, to nie w najbliższych 30 latach, ale o ile tak się stanie, to albo będziemy mieli własne źródła energii alternatywnej, albo będziemy stać w kącie i patrzeć jak inni handlują energią, którą mają za darmo. Wróć, nie za darmo. Żeby pracował na nich wiatr, woda i słońce, wyłożyli mnóstwo pracy, a przede wszystkim pieniędzy.

To dlatego ileś lat temu górniczy związkowcy w Niemczech manifestowali nie w obronie kopalń, lecz domagali się pełnego udziału w procesie transformacji, co oznaczało korzystanie z wyłożonego na ten cel kapitału. U nas nie widać takiej perspektywy, żeby górnicy w zamian za kopalnie dostali udział w jakimś kapitale, z którego będą żyć też następne pokolenia. U nas każdy kapitał, jaki się pojawia, trafia zwykle do tych, którzy już mają kapitał.

Marzeniowe planowanie widać po Polskiej Grupie Górniczej. Po wielu restrukturyzacjach powstała grupa, która przejęła kilka dobrych kopalni, żeby podciągnąć te słabsze. Winą obarcza się dziś związki zawodowe, zarzucając im, że parły do takiego rozwiązania, bo dzisiaj zamiast silnej spółki mamy wielki kryzys, gdyż zamiast poprawiać wskaźniki techniczno-ekonomiczne – ratowano co się da. A co mieli zrobić z kilkunastoma tysiącami górników? Kto miał na nich pomysł? Jednorazowe odprawy można sobie darować. Może rzeczywiście zrobiono górnikom krzywdę, przyjmując ich do pracy. No ale jak już wcześniej wspominałem, trzeba było więcej fedrować, żeby ratować, a żeby fedrować, trzeba przyjmować pracowników, i tak wkoło Macieju. Z pewnością górnicy z PGG nie usłyszeli słowa, że mają takie same czy lepsze perspektywy, bo ich nie ma. Z pewnością usłyszeli: fedrujcie solidnie, my was uratujemy, a jak będzie dobrze to dostaniecie pieniądze. No i nie dostali.

Publicystyka i pucublistyka

To, co dostajemy na temat górnictwa w przekazach medialnych, to już nie jest dziennikarskie niedbalstwo. Już nikt nie udaje, że coś relacjonuje. Dostajemy gotowe tezy bez specjalnego „napracowania”, żeby cokolwiek uzasadniać. Jeśli jakiś górnik brał udział w szczuciu na nauczycieli w czasie ich strajku, jakie to roszczeniowe nieroby, to teraz poczuje to samo, co oni wtedy. Może nawet nie poczuje aż tak, bo nie musi na co dzień spotykać się z rodzicami, którzy w internecie wylewali pomyje na nauczycieli. Ja już poczułem jako związkowiec, po arcyciekawym reportażu TVN na temat patologii związkowych w JSW. Nie dlatego arcyciekawym, że coś wyjaśniał, a dlatego, że nienowym i odgrzanym po roku. Arcyciekawym, bo wyemitowanym dokładnie wtedy, kiedy w górnictwie jest ostry kryzys, a związki protestują, ponieważ pracownicy nie chcą za niego płacić. Arcyciekawym, bo jeśli rząd jest stroną sporu z górnikami, to TVN, w całej nienawiści do pisowskiego rządu, gra z nim do jednej bramki. Właśnie wskazuje rządowi: winni są związkowcy, którzy robili machlojki, oraz pracownicy, którzy przehulali pieniądze na wypłaty.

W lokalnych portalach to już zupełnie jak kto chce i np. w portalu łęczna24 jakiś publicysta robi z siebie pożytecznego idiotę i kleci tekst z tezą, że „Bogdanka dostaje po d…pie żeby ratować Śląsk?”. Nie ma o czym pisać, bo głębia myśli jest tak porażająca, że autor musiał dać w nawiasie dopisek przy tytule, że to „publicystyka”. Wystarczy powiedzieć, że pisze on jak lokalny Warzecha: „górnicy, waszym przeciwnikiem są górnicy ze Śląska, niech spadają na drzewo i ich zamkną to wam będzie lepiej, wasz węgiel będą kupować”. Jeśli nawet by tak było, to należy mieć pretensje jedynie do rządu, że dziadowskimi zabiegami chce łatać dziury i stwarza sytuację, w której rywalami jednych górników mają być inni górnicy, ale broń Boże nie rząd i „pracodawcy”.

Nawet jeśli obecny kryzys jakoś szczęśliwie się rozwiąże, to nawet na krok nie poprawi sytuacji górników. Pozostajemy przy oparciu górnictwa o realnie coraz niższe płace, żeby konkurować z dumpingiem energetycznym, oraz mówieniu górnikom, żeby byli odpowiedzialni i niezbyt pazerni, a wtedy utrzymamy kopalnie. To muszą zakwestionować związkowcy. Podziękować za marzenia, zażądać bezpieczeństwa, planów i gwarancji, że pracownicy nie zostaną na lodzie. Zażądać pełnej interwencji państwa i długoletnich rządowych programów nawet za cenę, że ktoś nam zarzuci powrót do centralnego planowania, My tego nie tylko chcemy – my bez tego nie przetrwamy nie trzydziestu lat, ale nawet najbliższych kilku.

Jarosław Niemiec

Między Jezusem, Marksem i Gają (2005)

Między Jezusem, Marksem i Gają (2005)

Przy okazji śmierci Jana Pawła II i typowania jego następcy pojawiły się w polskich mediach wzmianki o rzadko przywoływanym przez nie zjawisku – teologii wyzwolenia. Związane one były z prezentowanymi przez niektórych południowoamerykańskich kandydatów na głowę Kościoła poglądami, a także z dyskusjami o „postępowości” i „społecznym zaangażowaniu” współczesnego katolicyzmu. Temat ten znikł z mediów równie nagle jak się w nich pojawił – warto jednak nieco uważniej przyjrzeć się teologii wyzwolenia.

I. Kontekst społeczny, polityczny i ekonomiczny

Teologia wyzwolenia (TW), czyli ruch Kościoła zaangażowanego społecznie, narodziła się w Ameryce Łacińskiej w rewolucyjnej dekadzie lat 60. i 70., w konkretnej rzeczywistości społeczno-politycznej.

Globalnym tłem politycznym TW jest Zimna Wojna między blokami zachodnim i sowieckim. W styczniu 1949 r. Harry S. Truman w swej prezydenckiej mowie inauguracyjnej wprowadza pojęcie „rozwój”. Zauważa, że 2/3 planety to „obszary niedorozwoju” i deklaruje, iż „dawny imperializm – eksploatacja dla zysku podmiotów zagranicznych nie ma miejsca w naszych planach” oraz zapowiada nowy „program rozwoju opartego na koncepcji demokratycznego i sprawiedliwego traktowania”. Odtąd USA inwestują w zwalczanie „niedorozwoju” poprzez szkolenie kadr i wielkie programy, takie jak np. „Sojusz dla Postępu” J. F. Kennedy’ego dla Ameryki Łacińskiej. Dzięki zastrzykowi technologii i inwestycjom każdy kraj mógłby – wedle teorii „rozwojowego skoku” – powtórzyć drogę lidera rozwoju, USA, w trybie przyspieszonym. ZSRR podejmuje rzuconą rękawicę i jak zauważa Wolfgang Sachs, „rozwój przez ponad 40 lat był bronią w rywalizacji między systemami”.

Ani Korpus Pokoju, ani Bank Światowy nie spełniły w Ameryce Płd. obietnicy zaprowadzenia „dobrobytu dzięki rozwojowi”. Na początku lat 60. Komisja Ekonomiczna ONZ dla Ameryki Łacińskiej (CEPAL) dokonała podsumowania dekady programów rozwojowych. Eksperci wypunktowali: rozrost obszarów ubóstwa, eskalację wyzysku, brak reform strukturalnych (zwłaszcza reformy rolnej), powiększenie dystansu między krajami „rozwiniętymi” i „rozwijającymi się”. Andre Gunder Frank diagnozował: „Niedorozwój nie jest konsekwencją przeżytków instytucji archaicznych ani braku kapitału w regionach oddalonych od głównego nurtu historii świata, lecz wręcz przeciwnie, niedorozwój był i jest stwarzany przez ten sam proces historyczny, który rodzi rozwój ekonomiczny kapitalizmu”. Powstają różne odmiany tzw. teorii zależności, akcentujące strukturalny charakter „niedorozwoju” (podział „centrum – peryferie”). Ekonomiści zauważają, że państwa produkujące surowce pierwotne, zwiększając eksport, jednocześnie w większym stopniu intensyfikują import dóbr przetworzonych, uzależniając się od niego, co prowadzi do redukcji zysków.

Okres powojenny w głównych krajach Ameryki Płd. to epoka rządów populistycznych, które uwiedzione obietnicą Trumana dokonują nieudanych „skoków” w stronę rozwoju, aby w latach 60. skorzystać ze strategii gospodarczych CEPAL-u, który proponował industrializację jako sposób na zastępowanie importu. Niektórzy autorzy teorii zależności opowiadali się za bardziej radykalnymi rozwiązaniami – wspomniany Frank za rewolucją socjalistyczną, Samir Amin za „wyłączeniem się” z globalnego systemu produkcji.

Teoria zależności miała znaczny wpływ na przemyślenia twórców teologii wyzwolenia. Również populizm był ważnym zjawiskiem, które miało wpływ na kontekst, w jakim powstała TW. Jak ocenia J. Libano, „populizm stworzył dialektykę oczekiwań i żądań”. Oczekiwania rosły jednak szybciej niż „zdobycze społeczne”, prowadząc do niezadowolenia. W przypadku Brazylii w okresie populizmu rozkwitło życie obywatelskie, ruchy społeczne, związki zawodowe – tworząc bazę instytucjonalną dla przyszłego rozwoju ruchu TW.

Teologia wyzwolenia ma swoich symbolicznych rodziców. Na miano matki zasługuje, według M. Löwy’ego i innych autorów, Rewolucja Kubańska z 1959 r. Jej przywódcy, Castro i Guevara, odwoływali się do specyfiki i kontynentalnej świadomości latynoamerykańskiej, stwarzali nadzieje na „rdzenny” marksizm, niezależny od Moskwy. Konsekwencją tej rewolucji było pojawienie się radykalnych ruchów społecznych oraz partyzantek miejskich i wiejskich w wielu krajach Ameryki Płd. Mniej lub bardziej realne zagrożenie z ich strony i przyjazna wobec Kuby polityka rządów populistycznych, dostarczały pretekstu do zamachów stanu, z których najważniejszy w 1964 r. położył kres populistycznym rządom J. Goularta w Brazylii. Władzę w tym kraju przejęli wojskowi, którzy krwawo rozprawili się z działaczami lewicy. Kościół jednak nie był obojętny wobec poczynań państwowego aparatu przemocy i przyjął rolę parasola ochronnego dla działaczy ruchu oporu. Jako że guerilla marksistowska została utopiona we krwi, Kościół stał się jedynym punktem oporu wobec dyktatury.

II. Kontekst doktrynalny

Z Rewolucją Kubańską (1959) i zamachem stanu w Brazylii (1964) zbiegło się szczególne wydarzenie w łonie Kościoła katolickiego. Za symbolicznego ojca TW uznaje się trwający w latach 1962–1965 Sobór Watykański II, określany jako „otwarcie Kościoła na znaki czasu”. J. Libano określił ten sobór jako „prawdziwą rewolucję kopernikańską”, dzięki której „człowiek przestał być obiektem świata i stał się jego podmiotem”. Kościół otwiera się na „Ciało Boże”, co oznacza pewne ograniczenie roli kleru i przyznanie głosu laikatowi. W ramach Soboru pojawiają się debaty na temat celibatu, rozwodów, punktów wspólnych z marksizmem. Warto wspomnieć o międzynarodowej grupie roboczej, poświęconej problemom Trzeciego Świata, w której główną rolę odgrywał kardynał Helder Cámara, brazylijski rzecznik katolicyzmu społecznie zaangażowanego.

Decydującą rolę w otwarciu Kościoła na problematykę społeczną odegrał papież Jan XXIII i jego encykliki Mater et magistra i Pacem in terris. W swym posłaniu z 11.09.1962 r. papież ten pisał: „Wobec biednych Kościół ukazuje się takim jakim jest, Kościołem wszystkich, szczególnie Kościołem biednych”. Nawiązując do tych znamiennych słów, duchowni latynoamerykańscy zaczęli tworzyć „Kościół Biednych”. Kolejnym ważnym dziedzictwem Soboru jest konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, która zaleca metodologię „patrz, sądź i działaj”. Teolodzy z Ameryki Płd. interpretują to jako wezwanie do krytycznej oceny sytuacji społecznej oraz podejmowania działań reformatorskich. Sobór Watykański II wytworzył klimat „fali ewangelizacyjnej”. Jak wspomina J. Libano, „wracając z Soboru, wielu biskupów zostawiało swe pałace, zakonnice i zakonnicy opuszczali zamożne i wielkie zgromadzenia, przeprowadzając się do biednych obszarów wielkomiejskich peryferii i stref wiejskich”.

Papież Paweł VI dał się poznać jako kontynuator linii Jana XXIII, szczególnie zainteresowany był „kontynentem nadziei” – Ameryką Łacińską. Jego encyklika Populorum progressio wsparła narodziny TW na Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej CELAM w Medellin w roku 1968. Konferencja ta rozszerzyła zadanie chrześcijańskiego wyzwolenia od grzechu także na społeczną działalność człowieka, przyjmując istnienie „grzechów strukturalnych”. Konferencja CELAM w Puebla w 1979 r. przynosi deklarację „opcji na biednych”, która była rezultatem kompromisu między kręgami konserwatywnymi Kościoła (nacisk na miłosierdzie i jałmużnę) i teologami społecznie zaangażowanymi (aktywny udział w walce o wyzwolenie biednych).

III. Na lokalnym gruncie

Tradycja społecznie zaangażowanego chrześcijaństwa europejskiego, szczególnie silna we Francji i Belgii (ruch księży-robotników, personalistyczny kooperatyzm Mouniera), miała wpływ na „otwarcie społeczne” w czasie Soboru Watykańskiego II. Podobna tradycja istniała również w Ameryce Płd. W Brazylii od 1950 r. istniał ruch Chrześcijańska Młodzież Uniwersytecka (JUC), inspirowany Mounierem i Lebretem, poszukujący „świadomości transformującej struktury społeczne” i „ideału historycznego chrześcijanina”. Jako że idee te zalecają analizę konkretnej sytuacji społeczno-politycznej, w 1960 r. członkowie JUC publikują dokument, w którym stwierdzają, iż „kapitalizm zasługuje na potępienie z punktu widzenia świadomości chrześcijańskiej”. W Brazylii działał również Ruch Edukacji Bazy (MEB), który inspirował się ideami „pedagogiki wyzwoleńczej” Paulo Freire (alfabetyzacja plus uświadomienie). Z połączenia tych ruchów, w 1962 r. powstaje Akcja Katolicka, która promuje reformę rolną oraz krytykuje kapitalizm i kolonializm – zostaje rozwiązana przez hierarchię kościelną. Tradycje tych ruchów kontynuuje jednak sieć Komitetów Eklezjalnych Bazy (CEB), czyli komitetów parafialnych, które pierwotnie organizowały wydarzenia stricte religijne (odmawianie różańca, pielgrzymki, procesje, obchody świąt patronów), lecz pod wpływem Akcji Katolickiej stopniowo zaczęły się angażować w walkę o poprawę sytuacji społecznej (akcje budowy szkół, punktów pomocy medycznej). Nastanie dyktatury prowadzi do radykalizacji CEB, które zaczynają walczyć przeciwko represjom. Warto jednak podkreślić, że CEB nigdy nie zrezygnowały z działalności typowo religijnej. Liczbę tych komitetów szacuje się na kilkadziesiąt tysięcy, a ich członków na kilka milionów osób.

To właśnie Brazylia jest krajem, w którym ruch TW osiągnął największe rozmiary i aż do końca lat 70. był główną siłą w Episkopacie Brazylii. Czasopismo „Teologia i Wyzwolenie” i oficyna wydawnicza braci Boff „Głosy” (Vozes) stały się najprężniej działającymi i najbardziej prestiżowymi instytucjami teologicznymi w kraju. Michael Löwy wskazuje wyjątkowe czynniki, które przesądziły o sukcesie TW w Brazylii: silne związki kulturowe z Francją (napływ misjonarzy z Francji, kraju z tradycją społecznego zaangażowania Kościoła) i mądra strategia członków ruchu – unikanie konfrontacji z hierarchami kościelnymi (taki błąd popełnił argentyński odłam ruchu).

IV. Kilka uwag definicyjnych

Niektórzy autorzy dokonują rozróżnienia między TW a ruchem „chrześcijaństwa wyzwoleńczego”. Mianem TW określają tylko awangardę szerokiego ruchu chrześcijaństwa wyzwoleńczego – zaangażowanych duchownych i intelektualistów, tworzących refleksję teologiczną w oparciu o własne praxis w ramach ruchu. Ruch chrześcijaństwa wyzwoleńczego jest więc pierwotny wobec TW. Jednak określenie „teologia wyzwolenia” w odniesieniu do całego ruchu społecznie zaangażowanych chrześcijan w Ameryce Płd. ma swoje logiczne uzasadnienie, gdyż pozostaje w zgodzie z egalitaryzmem samych teologów. Potężnym instrumentem walki jest wedle nich lektura i dyskusja wspólnotowa – zatem nie tylko wykształcony zakonnik, ale i bosy członek dyskusyjnego koła biblijnego jest teologiem.

TW nie jest ruchem, który ogranicza się do Kościoła katolickiego. Istnieje teologia wyzwolenia rozumiana także jako refleksja teologiczna oraz ruch społeczny w ramach tradycyjnych kościołów protestanckich. Jest to istotne zastrzeżenie, gdyż liczba protestantów w Ameryce Płd. wskutek aktywnej polityki misyjnej wzrosła z zaledwie 7 tys. w 1900 r. do 30 milionów w 1990 r.

TW wpisuje się w nurt teologii liberalnych XX w., które zrywają z tradycją scholastyczną badania relacji pomiędzy dogmatami wiary. Wśród najważniejszych jej twórców warto wymienić Gustavo Gutiérreza, Hugo Assmana, Leonardo i Clodovisa Boff, Pedro Casaldáligę. Publikacje Brazylijczyka Hugo Assmana (1970) i Peruwiańczyka Gustavo Gutiérreza (1971) uznaje się za pierwsze systematyczne wykładnie TW. Niemal wszyscy czołowi twórcy TW odbyli studia teologiczne na uczelniach europejskich, a część z nich to Europejczycy wysłani na misje do Ameryki Łacińskiej.

Jak stwierdza Leonardo Boff, TW jest owocem „utopijnej i demaskatorskiej lektury Ewangelii”, będącej próbą odpowiedzi na pytanie „Jak w świecie nędzarzy głosić, że Bóg jest życiem i pokojem?” oraz refleksją teologiczną płynącą z doświadczenia życia „między Bogiem, ubogimi i nędzarzami”. Istnieją ważne różnice między teologami wyzwolenia, jednak wspólnym czynnikiem wydaje się obranie „opcji na biednych” i przeciwstawienie się „opcji na Cezara”. Jak pisze J. Vigil, opcja na biednych ma swój wymiar polityczny, etyczny i religijny, zakłada „zmianę miejsca fizycznego i społecznego”, „wcielenie i identyfikację – żyć jak biedny wśród biednych, przyjęcie na własny bark przeznaczenia biednych wraz z ryzykiem śmierci przedwczesnej i niesprawiedliwej”. Aby przyjęcie takiej opcji stało się prawdziwym „historycznym praxis wyzwolenia”, należy wyzbyć się „paternalistycznego stosunku do biednych”. Chcąc tworzyć TW, trzeba przyjąć jako punkt wyjścia refleksji teologicznej aktywne zaangażowanie w wyzwolenie biednych i zwalczanie niesprawiedliwości.

V. Doktryna teologii wyzwolenia

Czym jest dla TW „wyzwolenie”? W fundamentalnym dziele Gutiérreza znajdujemy taką definicję: „rewolucja społeczna która radykalnie i jakościowo zmieni warunki, w jakich żyją obecnie ubodzy”. Chodzi o wyzwolenie „ze wszystkich form wyzysku, możliwość życia bardziej ludzkiego i bardziej godnego, stworzenie nowego człowieka poprzez walkę”. Gutiérrez przeciwstawia wyzwolenie – rozwojowi. Rozwój ogranicza się do poprawy warunków życia, wyzwolenie ma uczynić z człowieka podmiot swego przeznaczenia. Twórcy TW pragną dostrzec integralność ludzkiego bytu w przypadku ubogich, sprzeciwiając się redukcjonizmowi teorii rozwoju i licznych lewicowych krytyków „niedorozwoju”. Krytykują traktowanie biednych jako have-nots, czyli jednostek, które są definiowane poprzez swe braki. Jak pisze L. Boff, „biedny ma kulturę, zdolność do pracy, współpracy, organizacji i walki”, przeto może stać się podmiotem własnego wyzwolenia.

Boff w niedawno udzielonym wywiadzie dystansował się od tych osób w Kościele, które krytykują biedę z pozycji abstrakcyjnych, takich jak „godność ludzka”. TW przeciwstawia im konkretne działania – teoria musi być poddawana ciągłemu egzaminowi z praktyki i zdatna do zastosowania w konkretnej sytuacji społecznej, historycznie zdeterminowanej. Nazywany niekiedy „ojcem teologii wyzwolenia”, G. Gutiérrez uznał, że to nie wiara powinna kwestionować praxis, lecz praxis powinna kwestionować wiarę. Takie podejście spotkało się z ostrą krytyką Watykanu – kardynał Ratzinger stwierdził, że jest to „instrumentalne poddawanie wiary osądowi jedynej praktyki, jaką uznają za uprawnioną”, a L. Mateo Seco w swej krytyce TW oskarża jej twórców o posługiwanie się „produktywistyczną koncepcją prawdy”.

Michael Löwy wyróżnił 7 najważniejszych idei TW:

1. Chrześcijaństwo i Bóg będący Życiem nie odnajdują swego wroga w ateizmie, lecz w „fałszywych bożkach” śmierci, jakimi są deifikowane Mammon, Rynek, Państwo, Bezpieczeństwo Narodowe czy Cywilizacja Chrześcijańska Zachodu.

2. Wyzwolenie historyczne jako antycypacja zbawienia ostatecznego w Chrystusie – Królestwa Bożego.

3. Krytyka tradycji dualistycznej jako dziedzictwa Grecji i filozofii platońskiej, obcej tradycji biblijnej, w której historia Boża i ludzka są nierozdzielne. Sprzeciw wobec dualizmów obecnych w chrześcijaństwie: teoria – praktyka, sacrum – profanum, ciało – dusza, mężczyzna – kobieta…

4. Nowa lektura Biblii, szczególnie istotna nowa interpretacja Księgi Wyjścia, uznanej za paradygmatyczny archetyp walki o wyzwolenie ludu zniewolonego. W ujęciu Gutiérreza biedni Ameryki Płd. są na wygnaniu we własnej ziemi, zdominowanej przez obcy kapitał i posiadaczy ziemskich.

5. Kategoryczne potępienie moralne kapitalizmu jako „grzechu strukturalnego”.

6. Korzystanie z marksizmu jako instrumentu analizy społecznej.

7. Życie wspólnotowe, doświadczenie wiary wspólnotowej i solidarnej jako alternatywa kulturowa dla zindywidualizowanej religii.

Opowiedzenie się TW po stronie wspólnotowości zbiega się z radykalną krytyką indywidualizmu. Gustavo Gutiérrez w swej sztandarowej pozycji „Beber en su propio pozo” stanowczo sprzeciwia się „prywatyzacji duchowości”, czyli „rozwojowi cnót i zdolności, które mają niewielki lub żaden związek ze światem zewnętrznym”. W innym miejscu zaznacza, że „indywidualizm i duchowość ramię w ramię zubożają, a nawet deformują znaczenie tego, co oznacza naśladowanie Chrystusa”.

VI. Marksizm i/kontra chrześcijaństwo

Czy można być chrześcijaninem i marksistą? Wedle dekretów Kongregacji Doktryny Wiary podpisanych przez Josepha Ratzingera, stanowiska te są ontologicznie sprzeczne. Pius XII na początku Zimnej Wojny nawet ekskomunikował marksizm. Jednak istnieją także pewne podobieństwa między chrześcijaństwem i marksizmem. Nawiązując do terminologii Karla Mannheima, chrześcijaństwo ma swój aspekt ideologiczny (usprawiedliwianie istniejącego porządku), a także utopijny (projekcja innej przyszłości), pozostające w zależności dialektycznej. Sam Marks czasem używał języka religijnego, np. określając kapitalizm „bogiem pogańskim, który chce pić nektar wyłącznie z czaszek zmarłych”, co stanowi prefigurację idei rozwiniętej przez TW. Antonio Gramsci natomiast przezwyciężył „ekonomicystyczną” perspektywę Marksa i stworzył typologie różnych rodzajów wiary (liberalna, fundamentalistyczna, burżuazyjna itp.), do której nawiązał Gutiérrez proponujący „wiarę latynoamerykańską” jako szczególny typ wiary. Związany z marksizmem filozof Ernst Bloch zaproponował heterodoksyjną interpretację Biblii, tzw. biblia pauperum, która stawia czytelnika przed rozłącznym wyborem: aut Ceasar aut Christus.

TW zainspirowana była jednak nie klasycznym marksizmem, lecz zachodnim neomarksizmem (Bloch, Althusser, Marcuse, Lukács, Gramsci, H. Lefebvre, L. Goldmann, E. Mandel), a przede wszystkim „rdzennymi” marksistami Latynoameryki. Peruwiańczyk José Carlos Mariátegui, marksista heterodoksyjny okresu międzywojennego o odcieniu neoromantycznym, potępiony przez sowiecką ortodoksję, stanowi wielką inspirację Gutiérreza. Mariátegui głosił, iż „siła rewolucjonistów nie zasadza się na nauce, lecz tkwi w wierze, pasji i ich woli”. Był on autorem koncepcji „komunizmu Inków”: „Powinniśmy stworzyć odpowiadający naszej własnej rzeczywistości i naszemu językowi socjalizm indo-amerykański”.

M. Löwy wskazał sześć punktów zbieżnych między marksizmem i chrześcijaństwem:

1. Krytyka jednostki jako fundamentu etyki, wiara w wartości transcendentne wobec jednostek.

2. Uznanie biednych za ofiary niesprawiedliwości.

3. Uniwersalizm – substancjalna jedność rodzaju ludzkiego ponad etnicznymi i religijnymi partykularyzmami.

4. Wspólnota jako alternatywa dla alienacji i rywalizacji.

5. Krytyka kapitalizmu z perspektywy dobra wspólnego.

6. Nadzieja na przyszłe królestwo sprawiedliwości, wolności, pokoju i braterstwa.

Clodovis Boff wyróżnił natomiast cztery cechy marksizmu, które mogły mieć wpływ na rozwój TW:
1. Jest jedną z nielicznych teorii i praktyk tworzonych z perspektywy uciskanych.

2. Wyjaśnia społeczeństwo w jego całości.

3. Jest teorią zorientowaną na działanie i wymaga zgodności idei z praktyką.

4. „Utopijny wymiar marksizmu w najlepszym znaczeniu tego terminu”.

Hugo Asman uznaje marksizm za najlepszą współczesną teorię społeczną, ale zaznacza, że istnieją sprawy fundamentalne dla ludzkiej egzystencji, o których marksizm nie ma nic ważnego do powiedzenia i przyjmuje, iż chrześcijaństwo potrafi uzupełnić marksizm w tych właśnie aspektach (np. problem śmierci jednostkowej jako najwyższej formy alienacji). Większość teologów wyzwolenia odrzucała jednak etykietkę marksisty – na gruncie języka hiszpańskiego istnieje nawet specjalny termin marxianos, którym określa się myślicieli używających „narzędzi” marksizmu, ale nie przyjmujących marksizmu jako wiary.

VII. Praxis ruchu

Teologowie wyzwolenia brali udział w walce o społeczne wyzwolenie – część z nich pozostała wierna zasadzie niestosowania przemocy, inni natomiast poszli śladem księdza Camilo Torresa, słynnego uczestnika kolumbijskiej guerilli, zamordowanego w 1966 r., przed powstaniem ruchu TW. W Chile w czasie rządów Allende został powołany ruch Chrześcijanie na rzecz Socjalizmu, skupiający znaczną część tamtejszego kleru. Przypadki udziału ruchu w wojnie w Salwadorze i Nikaragui w latach 80. są szczególnie skomplikowane. W tejże dekadzie ruch TW został określony przez administrację Ronalda Reagana jako „zagrożenie, które musi napotkać aktywną przeciwwagę”. Tak w pierwszej deklaracji z Santa Fe z 1980 r. (rząd Reagana), jak i w drugiej, z 1988 r. (kadencja Busha seniora), pojawia się slogan o teologach wyzwolenia jako sowieckich agentach przebranych w habity. Casus Nikaragui jest szczególnie bolesny, gdyż część księży i wiernych zaangażowało się w walkę po obu stronach konfliktu. Strategią marksistowskiego Sandinowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FSLN) było przyjmowanie w swe szeregi chrześcijan bez nawracania ich na marksizm. W rewolucyjnym rządzie Nikaragui teki ministerialne przyjęło kilku duchownych, którzy zostali za to potępieni przez Jana Pawła II.

W ruchu TW szczególnie istotną rolę odegrali męczennicy. Gutiérrez tak oto określa znaczenie męczenników dla konsolidacji ruchu: „Wedle najdawniejszej tradycji chrześcijańskiej, krew męczenników daje życie wspólnocie eklezjastycznej, zgromadzeniu uczniów Chrystusa. To jest właśnie przypadek Ameryki Łacińskiej”. Pewnym archetypem męczennika jest arcybiskup Salwadoru Oscar Romero, duchowny w młodości związany z kręgami konserwatywnymi Kościoła, który obserwując dokonywane przez wojsko morderstwa zaangażowanych kapłanów, coraz bardziej radykalnie domagał się powstrzymania przemocy i ukarania sprawców, bezskutecznie apelował do Jana Pawła II o potępienie salwadorskiego reżimu. Romero został zamordowany przez wojskowych w 1980 r. w czasie odprawiania mszy. 10 lat później został zamordowany wybitny teolog Ignacio Ellacuria – będący mediatorem w konflikcie – wraz z grupą jezuitów i zakonnic, w budynku uniwersytetu Salwadoru.

W Ekwadorze biskup Leonidas Proaño i kontynuator jego dzieła po śmierci w 1988 r., biskup Victor Corral, znacząco wpłynęli na proces samoorganizacji ruchu Indian Keczua. Corral był także czołową postacią dwutygodniowej rebelii, która w 1994 r. doprowadziła do wycofania neoliberalnego prawa ziemskiego, przyznającego silne gwarancje własności prywatnej, poddającego rolnictwo wyłącznie logice rynku i dopuszczającego prywatyzację wody. Również z ruchem TW związany jest biskup Samuel Ruiz, który w meksykańskim stanie Chiapas stworzył sieć blisko 8000 lokalnych katechetów i 2000 „komitetów bazowych”, dających schronienie dla uciekinierów z ogarniętej wojną domową Gwatemali. Choć nie promował walki zbrojnej, był odpowiedzialny za uświadomienie rdzennej ludności, co na pewno miało wpływ na wybuch powstania zapatystów w 1994 r. Podjął się także mediacji z rządem Meksyku.

W Brazylii działa najprężniejsza sieć komitetów związanych z TW, istnieją struktury podejmujące działania gospodarcze, takie jak tworzenie przy użyciu skromnego kapitału spółdzielni zatrudniających jak najwięcej osób, działa też samopomoc wspólnotowa przy budowie domostw. Komitety prowadzą mobilizacje przeciwko dużym i szkodliwym projektom inwestycyjnym, takim jak np. tamy na rzekach – co ciekawe, dawniej protestowano wyłącznie ze względu na szkody, jakie inwestycja może przynieść biednym, dziś odwołują się w równym stopniu także do argumentów ekologicznych, w myśl książki Leonarda Boffa identyfikując krzyk biednych z krzykiem Ziemi. Teolodzy Leonardo Boff i Pedro Casaldalagia założyli Duszpasterską Komisję Ziemi, stanowiącą „parasol ochronny” dla Ruchu Chłopów Bez Ziemi, propagując reformę rolną. Inną instytucją związaną z ruchem TW jest Komisja Rdzennych Misjonarzy, biorąca w obronę rdzenną ludność Brazylii, nagłaśniając i krytykując mordy dokonane na liderach tej ludności, chroniąc ich kulturę i zwalczając szkodliwe projekty typu Strefa Wolnego Handlu Obu Ameryk.

VIII. Teologia wyzwolenia a Watykan

G. Guttieréz w swej pracy mało uwagi poświęca zmianom w strukturze Kościoła, uznając, że zaprowadzając zmiany w świecie zewnętrznym Kościół siłą rzeczy zmieni się. Z kolei Leonardo Boff walczy o Kościół, który powróci do ducha Soboru Watykańskiego II, o Kościół „wolny od strachu przed kobietami, laikatem i Trzecim Światem”.

Jan Paweł II w liście do Konferencji Episkopatu Brazylii (9 IV 1986), który obudził duże nadzieje w Ameryce Łacińskiej, stwierdził, że „teologia wyzwolenia, zakorzeniona w żywej i stałej tradycji Magisterium Kościoła, jest nie tylko właściwa, ale użyteczna i konieczna”. Z drugiej strony, Jan Paweł II przyznawał ważne stanowiska konserwatywnym duchownym, wrogim TW. Joseph Ratzinger jako szef Kongregacji ds. Doktryny Wiary konsekwentnie krytykował TW, pozostając wiernym opinii wyrażonej w dekrecie z 1981 r.: „Koncepcja Chrystusa jako polityka, rewolucjonisty, wywrotowca z Nazaretu, nie jest zgodna z katechezą Kościoła”.

Za swą opublikowaną w 1984 r. książkę „Kościół: Władza i Charyzma” Leonardo Boff został ukarany przez Watykan rocznym zakazem nauczania, a w 1992 r. zdecydował się porzucić habit, aby móc korzystać ze swobody wypowiedzi. Również Gutiérrez i – według różnych źródeł – od 140 do 500 teologów wyzwolenia zostało w różny sposób skarconych przez Watykan.

IX. Perspektywy teologii wyzwolenia

Po upadku bloku sowieckiego pojawiły się głosy o zmierzchu TW. L. Boff zareagował na te opinie potępiając reżim sowiecki za „grzech strukturalny mordów na wołających o wolność” i argumentował, że socjalizm radziecki nigdy nie był wzorcem dla teologów z Ameryki Łacińskiej. Problem stanowi na pewno przyjaźń niektórych przedstawicieli TW z Fidelem Castro i dwuznaczne dziedzictwo zaangażowania TW w reżim sandinistów.

Przy okazji wyboru nowego papieża pojawiły się ciekawe opinie o przyszłości TW. Kardynał z Hondurasu, Rodríguez Maradiaga, uznawany za jednego z faworytów sfer liberalnych Kościoła na urząd papieski, tak określił perspektywy TW: „Skończyła się pewna teologia wyzwolenia dwuznaczna, oparta na marksistowskiej analizie rzeczywistości. Lecz żyje inna [TW], ponieważ bez sprawiedliwości nie ma pokoju. I w całej Latynoameryce jest mnóstwo świeckich zaangażowanych we wspólnoty bazowe, które są naszą siłą ewangelizacyjną”.

Od jakiegoś czasu widoczny jest nowy trend w łonie TW – marksizm staje się bardziej stonowany, a rozwija się refleksja ekologiczna. Szczególnie widać to w dorobku Leonardo Boffa, który w ostatniej dekadzie napisał kilka książek poświęconych ekologii i etyce środowiskowej; w podobnym kierunku podąża także Enrique Dussel. Boff w swej książce „Ekologia: krzyk biednych – krzyk Ziemi” akceptuje hipotezę Gai autorstwa Jamesa Lovelocka i potępia grzech antropocentryzmu. Jego zdaniem, nastała godzina spotkania ekologii i TW. Te dwa prądy łączy wspólny wróg, którym jest logika „akumulacji i organizacji społecznej”, uznająca środki ze cele i stosująca przeciwko biednym „agresję ekologiczną”. Wspólne jest wołanie o podporządkowanie tychże środków nadrzędnemu celowi, jakim jest dobra kondycja Ziemi.

Boff stwierdza, iż „najbardziej zagrożonym bytem stworzenia nie są wieloryby, lecz biedni”. Krytykuje jednak koncepcje „zrównoważonego rozwoju”, uznając, iż „możliwy do zaakceptowania jest jedynie rozwój jakościowy i nielinearny” i nazywając „wielką pomyłką” wiarę w możliwość pogodzenia rozwoju gospodarczego z równowagą ekosystemów. Prezentuje nową wizję utopijną, którą jest „biokracja” lub „demokracja socjokosmiczna” – „demokracja, która jest skoncentrowana na życiu, która wychodzi od życia ludzkiego najbardziej poniżonego, która uwzględnia elementy przyrody, takie jak góry, rośliny, rzeki, zwierzęta, atmosferę, krajobrazy, jako nowych obywateli uczestniczących w ludzkiej uczcie i ludzi jako uczestników wielkiej uczty kosmicznej”.

Teologia wyzwolenia jest propozycją bardziej radykalnej krytyki kapitalizmu niż ideologia europejskiej lewicy – kwestionuje bowiem samą wiarę w postęp. Zasługą latynoskich teologów jest przywrócenie Ewangelii w obszar idei i działań politycznych oraz przypomnienie, że uciekając od ziemskich bolączek nie dostąpimy niebios.

Piotr Bielski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 24, wiosną 2005 r.

Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie

Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie

Bob był pracownikiem jednego z brytyjskich uniwersytetów. Pewnego razu zmienił się zarząd i ogłoszono, że teraz będą wdrażane bardzo potrzebne, projakościowe reformy, „w najlepszym interesie Uniwersytetu i całej społeczności lokalnej”. Zapewniono, że „bolesne zmiany kulturowe”, jakie będą miały miejsce, są niezbędnym „sprawdzianem naszej determinacji, by stać się naprawdę wyróżniającym się uniwersytetem światowej klasy”. Pierwszą zmianą w miejscu pracy Boba były elektroniczne bramki. Blokowały one dostęp pozostałym pracownikom do pomieszczeń, w których pracowali administratorzy. Bob dowiedział się, że można wejść na teren administracji, jeśli umówi się w konkretnej sprawie e-mailem, ale, generalnie, wszelkie sprawy administracyjne należy od teraz starać się załatwiać on-line. Miało to być ogromne uproszczenie, odbiurokratyzowanie, unowocześnienie i znaczący krok w kierunku efektywności pracy.

Pierwszym efektem było to, że Bob nie mógł już wpaść na pogawędkę do zaprzyjaźnionej doświadczonej administratorki, Bethany. Drugim było wypowiedzenie, które wpłynęło do kadr od Bethany, o czym dowiedział się od wspólnej znajomej. Spotkał się z Bethany w kawiarni, wręczył jej kwiaty, powiedział, że chce podziękować za tyle lat dobrej wspólnej pracy. Bethany wzruszyła się, powiedziała mu, że cieszy się, iż ktoś o tym pamięta. Opowiedziała mu, jak administratorzy zostali przeniesieni do wielkiej wspólnej hali, odcięci od kontaktu z pozostałymi pracownikami, zmuszeni do rejestrowania obecności i nawet wyskoczenie na kawę do pracowego bufetu było odhaczane i rejestrowane centralnie. „Ta praca była kiedyś moim domem”, powiedziała Bethany, ocierając łezkę z policzka, „a stała się elektronicznym więzieniem”.

Dla Boba wkrótce stało się jasne, że na tym właśnie polega wprowadzana reforma. Coraz więcej czasu poświęcał na wklepywanie różnych danych do tabelek według wyznaczonych twardych reguł. Pojęcia, które doskonale znał i kojarzył, bo pracował z nimi przez całe życie, takie jak ocena prac studenckich, rozliczenie projektu badawczego, przygotowanie programu zajęć – teraz zmieniły się nie do poznania, przybierając kształt zamkniętych, opisanych urzędowym językiem kategorii. Także oceny studentów musiał teraz wklepywać on-line, według takich samych schematów. Nie mógł dodać od siebie rad ani spostrzeżeń odbiegających od rygorystycznych kategorii. Studenci wysyłali do niego e-mailem anonimowe zapytania; często nie kojarzył nadawców osobiście ani oni jego. Domagali się właściwego „obsłużenia” – i tyle. Oczekiwali, że odpowie natychmiast, w dzień czy w nocy.

Jego kontakt z pracownikami administracji stał się równie anonimowy. Dostawał e-maile domagające się urzędowym, suchym językiem określonych działań w określonym terminie. Gdy sam wysyłał e-mail w jakieś administracyjnej sprawie, takiej jak prośba o radę w sprawie o zwrot kosztów konferencji czy zapytanie o warunki zatrudnienia doktoranta, jego korespondencja szła na „pool”, czyli odbierała ją osoba, która akurat w systemie pojawiała się, jako „wolna”. Za każdym razem musiał od początku tłumaczyć swoje sprawy. Nikt nie wykazywał już żadnego współczucia, nie przejawiał żadnej ludzkiej reakcji. Cała korespondencja odbywała się w formalnym sztywnym języku. Wielokrotnie mówiono mu, jak ważne jest to, by nie wykraczać poza te ramy – wszystkie komunikacje e-mailowe są dostępne dla odpowiednich instytucji uczelni. W przypadku zaskarżenia przez studenta np. o dyskryminację wszystko, cokolwiek pracownik napisał w swoim e-mailu, poddawane jest szczegółowemu śledztwu, a fragmenty przekazywane dalej do odpowiednich organów. Wszystkie e-maile, te do i od studentów, te do i od administratorów, do i od zarządzających, są adresowane imiennie. „Hi, Bob!”, pisze student, „czy sprawdziłeś już moją pracę?”. „Hi Bob!”, pisze dział kadr (HR), „wczoraj minął deadline drugiej tury anonimowego sprawdzania pracy. Przypominamy, jak ważne jest terminowe rozliczenie zaliczeń. Nie możemy dopuścić do tego, by studenci byli niezadowoleni. Prosimy o raportowanie jakichkolwiek problemów w trakcie postępu prac. Wyślij mi draft feedbacku, jaki wysyłasz studentom. Załączam proformę”. „Hi Bob!”, pisze Bill, dyrektor kadr, „w związku z brakiem obciążenia w twoim planie w lecie proponujemy, byś przeszedł na wcześniejszą emeryturę w maju”. Bob poszedł do związków zawodowych. Odszedł z pracy po swoim ostatnim urlopie, we wrześniu. Udział pracowników administracji w całkowitym zatrudnieniu uczelni Boba wynosi obecnie 67%.

Bethany i Bob, mniej lub bardziej dobrowolnie, odeszli z pracy, w której byli dobrzy i która była dla nich ważna. Jednak oboje wiedzieli, że nie musi tak być, bo pamiętali inne czasy i inne zasady. Wiele osób przyjmuje „elektroniczne więzienie” jako coś oczywistego, jedynie możliwego. Boguwłość pracuje w takim miejscu i nie widzi w tym nic dziwnego. Nie jest może szczęśliwa, ale daje radę. Nawet całkiem nieźle, gdyby nie ciągłe awarie a to nadgarstka, a to kręgosłupa, a to powracająca depresja. W wolnych chwilach Boguwłość jest mścicielką internetu. Twitter i Facebook to pola bitew, które nieustannie stacza z zacofaniem i miernotą. Atakuje, komentuje, zawstydza, szturmuje. Pod jej trafnymi komciami padają co dzień bastylie faszyzmu i ciemnoty. Byłaby rycerzem niezłomnym, gdyby nie to, że to określenie ma męskie końcówki, z którymi walczy i dotyczy czasów ciemnych, irracjonalnie romantycznych, nienaukowo bezrozumnych, którymi pogardza. W każdym jej spostowanym zdaniu jest precyzja i klarowność, rzucająca na kolana tłumy tępaków i idiotów. Wieczorami, przy drinku, Boguwłość szarżuje memami, spokojnie i rozważnie decyduje, kto jest spoko, a kto nie.

Gdy zmarł znany człowiek, przyłączyła się do komciów odsądzających go od czci, że opresyjny potwór, że ona jest jedną z jego ofiar. Nie była, w ogóle w życiu go nie spotkała. To był akurat poczciwy człowiek, przeżył życie nie powodując ofiar. Związany był jednak z instytucją, która w świecie Boguwłości jest bastionem zła i zacofania. To był człowiek, który miał w sobie czułość, której – to prawda – nie miało tak wielu ważnych ludzi z tej instytucji. Mówił jej językiem, ale mówił też często przeciwko niej. Wreszcie, był człowiekiem, był śmiertelny, właśnie umarł i różne ludzkie kultury nakazują godne pożegnanie zmarłego przynajmniej w tej jednej chwili. To rytuały refleksji i szacunku, osadzone bardzo głęboko w naszej świadomości. Antygona ginie, bo musi pochować zmarłego brata Polyneikesa: nie dlatego, że go podziwia, nie dlatego nawet, że był jej bratem – dlatego, że zmarłego pochować trzeba. To jest moment pokory i świadomości naszych granic, a także tradycyjny wzajemny obowiązek wobec siebie uczestników ludzkich społeczności. Nasza śmiertelność sprawia, że pojmujemy, iż jesteśmy w gruncie rzeczy równi sobie w obliczu śmierci. Wszyscy jesteśmy siostrami i braćmi, jak Polyneikes i jak Antygona, bo jesteśmy ludźmi, jesteśmy śmiertelni. W świecie Boguwłości nie ma jednak miejsca na rytuały refleksji. W nim śmiertelność istnieje wyłącznie jako wyrok – wielki, symboliczny, sprawiedliwy, jako coś, co jest karą, co się wymierza.

Boguwłość walczy z pewnym znanym reżyserem. Głosi, że jest potworem. Że powinien zostać ukarany śmiercią. I że tak powinien uważać każdy, bo to, co zrobił, jest straszne i było przestępstwem już wtedy, gdy to zrobił, a więc żadne pitolenie o kontekście (to znienawidzone słówko używane przez romantycznych oszołomów!) nie powinno w ogóle mieć miejsca. Jaki tam czas? Jakie warunki? Wszystko nieważne, ważna sprawiedliwość. Faktycznie reżyser zrobił coś strasznego, ale jednak Facebook nie jest sądem, zwłaszcza ostatecznym, a kontekst pozostaje kontekstem. Jeden z ulubionych bohaterów Boguwłości też został skazany prawomocnym wyrokiem za coś, co było w jego czasie przestępstwem. Akurat w tym przypadku było to podłe prawo. Jednak człowiek ów w kategoriach imaginarium moralnego, z którym identyfikuje się Boguwłość, też nie był aniołkiem. Dziś wiemy, że nie zasłużył sobie na karę, jaką poniósł. Wiemy też, że jeszcze potworniejszy, niż ten wyrok, ten sąd, ta kara, był wtedy tłum świętych i oburzonych wiktoriańskich moralistek i moralistów. Ich obrzydzenie, ich determinacja, ich święty płomień w oczach, które zniszczyły życie tego dobrego człowieka, jego żony i jego dzieci. On wyszedł z więzienia i nie napisał już nic z tego, co mógłby, umarł młodo i w biedzie. Rodzina biedowała na emigracji, żona marniała z rozpaczy, w końcu też przedwcześnie umarła; musieli zmienić nazwisko, bo świat nie dawał im spokoju. Świat wiedział, co jest dobre, a co złe. Świat sądził i wyrażał swoje sądy głośno. Miał moc, i to niezależnie od prawa i sądów, choć, w tym przypadku, zgodnie z nimi. Nie miał tylko jednej rzeczy do pełni doskonałości – internetu. A dziś ma.

W swojej najnowszej książce „The twittering machine” (komu ten tytuł kojarzy się z przejmującym obrazem Paula Klee z 1922 roku, ten ma całkowitą rację, to skojarzenie zamierzone) socjolog i dziennikarz Richard Seymour opisuje dramatyczny stan współczesnej kultury, wyjałowiony z wartości społecznych i uczuć wyższych przez masowe używanie tzw. mediów społecznościowych w późnokapitalistycznym kontekście. Ten kontekst sprawia, że stały się one platformą sfragmentaryzowanej komunikacji społecznej, kształtowanej na obraz i podobieństwo idealnie wolnego rynku, zdominowanej przez konkurencję, a jednocześnie będącą platformą bardzo uzależniającą, wzmacniającą narcyzm, uprawomocniającą komunikacyjną przemoc bez żadnych konsekwencji. Autor przytacza znaną trollowską maksymę: none of us is as cruel as all of us; nikt z nas nie jest taki okrutny, jak wszyscy z nas. Na internetowych formach i platformach, zwłaszcza pod osłoną anonimowości, ludzie są w stanie pokonać w sobie opory, które chronią przed traktowaniem innych okrutnie, a wspólne działanie wyzwala potężne moce. Seymour ostrzega przed interakcją z internetowymi trollami, ale ostrzega także przed moralizowaniem – to części tej samej spirali. W książce opisuje przykłady ludzkich tragedii: samobójstw, załamań, życiowych porażek, które spotkały osoby będące obiektem ataku internetowych trolli i moralistów.

Media społecznościowe dają poczucie mocy i sprawczości, a także poczucie moralnej wyższości. W efekcie stają się nieraz czymś w rodzaju linczującego tłumu, bez żadnych zahamowań, nawet fizycznych odruchów oporu czy choćby odrazy, które niejedną osobę powstrzymują od uczestniczenia w takich działaniach w materialnym świecie. Dynamika wymyka się bardzo szybko spod kontroli nawet w cywilizowanych poniekąd kręgach, między osobami dobrej woli i dobrych manier. Medium internetowej komunikacji w swojej kapitalistycznej krasie powoduje, że rozkręca się wymiana, której nikt z uczestników nie zamierzał rozpętać. Sama w czymś takim uczestniczyłam kilka dni temu – bardzo niemiła rozmowa na jednej z facebookowych stron rozszalała się z powodu zwykłego nieporozumienia. Jedna osoba myślała, że pisze jedno, a druga, że napisane jest coś zupełnie innego. Kwestia mogła rzeczywiście być czytana na te dwa sposoby. Każda ze stron miała na uwadze kontekst dla niej oczywisty. Tylko dobra wola obu stron i rozmowy poza forum sprawiły, że nieporozumienie dało się wyjaśnić. Nieprecyzyjne sformułowanie zostało przeredagowane na forum, a dynamika antypatii zatrzymana.

Jednak stało się tak za sprawą osób, które znały się fizycznie, poza internetem. Seymour opisuje przypadki bez takiego happy endu. Poleganie na komunikacji w sieci prowadzi prostą drogą do nihilizmu: „platformy wydestylowały ideę przewagi w doskonale abstrakcyjną metrykę uwagi i uznania”. Jest to efekt kombinacji kapitalizmu i jakiejś właściwości internetowych mediów. Ale jakiej? Skąd ona się wzięła?

Myślę, że wzięła się stąd, iż coś znacznie wcześniej z ludzkością poszło źle. Zaczęło się już dawno temu, przybierając postaci różnych dualizmów, takich jak manicheizm i pewne nurty chrześcijaństwa, zaprzeczające, jakoby cokolwiek dobrego mogło wiązać się z materią. Nabrało rozpędu w epoce Oświecenia, gdy człowiek stwierdził, że rozum istnieje niezależnie od ciała, jest wyższy i szlachetniejszy od niego i wszystkiego, co zeń pochodzi, czyli od ograniczeń, słabości, emocji. To, co pochodzi od rozumu, zostało uhonorowane jako wiedza, a to, co pochodzi od ciała zostało zdegradowane do pozycji nieracjonalności i niewiedzy. Zaczęto wierzyć, że rozum powinien zostać oderwany od świata odczuwania, że reakcje pochodzące z ciała są pośledniejsze, że są zakłóceniami czystego, prawdziwego myślenia. Wreszcie przyszła epoka internetu i postawiła sto kropek nad i. Ludzie ostatecznie uznali, że możliwe jest oderwanie się od materialnego świata i zachowują się tak, jakby stało się to faktem. Jednocześnie w szlachetnej sferze nauki, w tak zwanych poważnych mediach i odpowiedzialnej polityce, umacnia się redukcjonistyczny model w pełni racjonalnego rozumu. Wszystko, co jest poza nim, jest zabobonem, pseudonauką, populizmem.

A jednak ten „nieracjonalny” świat istnieje i przypomina o sobie. Boguwłość ciągle leczy się na jakieś problemy z kręgosłupem i nadgarstkiem, jej ciągły smutek wszak jest emocją, jakkolwiek naukowo by tego nie nazywała. Klimat się zmienia: płoną lasy, szaleją powodzie, wichury, ciągły nowoczesny postęp nie daje ludziom szczęścia, a planecie warunków do życia. Mamy racjonalną odpowiedź na wszystko, ale zgubiliśmy poczucie sensu. Wreszcie, żebyśmy nie wiem jak ględzili, że supermoce internetu, że algorytmy przyszłości, to świadomość poza ciałem na tej planecie nie istnieje. Wszyscy rodzimy się, jemy, śpimy, pracujemy. Wszyscy kiedyś umieramy. Jesteśmy ludźmi, nie rozumami wywalonymi w stratosferę. Wie o tym Bratomiła, która bardzo lubi internet i udziela się chętnie na facebooku (choć wykasowała jakiś czas temu konto na twitterze). Podobnie jak wiele organizacji alternatywnych, które badam, działających na granicach kapitalizmu lub poza nimi, Bratomiła stosuje zasadę sofy – nie pozwala, by ktokolwiek zachowywał się w jej facebookowej przestrzeni tak, jak nie zgodziłaby się pozwolić zachować gościowi siedzącemu na sofie u niej w domu. Ona też zachowuje się w taki sposób. A więc przede wszystkim nie zaprasza anonimów. Czasami zaprasza osoby, z którymi nie spotkała się w świecie fizycznym – wówczas, gdy ma nadzieję, że w ten sposób nawiąże kontakt i spotka się w niezbyt odległej przyszłości. Gdy to się nie udaje (a dzieje się tak dość często), Bratomiła kasuje taki kontakt. Natychmiast wyłącza się z wątków, które zaczynają mieć charakter trollingu. Po pocieszenie dzwoni do przyjaciółki, podobnie wtedy, gdy zależy jej, by ktoś ją pochwalił – nie próbuje uzyskać tego przez publiczny post chwały na facebooku. Facebook jest dla niej narzędziem komunikacji, plotkowiskiem, troszkę taką meta-gazetą, podpowiedzią, co gdzie przeczytać, co nowego, co modnego. Mój teren badawczy, organizacje alternatywne, ponadto korzystają zeń często jak z dobrego – bo darmowego – medium reklamy i informacji. Jedna z nich, szczególnie zaawansowana technologicznie, posiada własne niekapitalistyczne platformy i programy, a jednak korzysta z nich wyłącznie w sposób instrumentalny, do wykonania określonych zadań. Wtedy, gdy trzeba się naradzić, porozmawiać, spółdzielcy spotykają się przy stole, w fizycznej przestrzeni. Uważają to za jedną z fundamentalnych zasad, choć nie zawsze jest im z nią wygodnie, a sprawność podejmowania decyzji mocno cierpi.

W swojej najnowszej książce, „Revolutionary love”, aktywista, filozof i rabin Michael Lerner, pisze, że aby zaradzić kryzysom i zapobiec zbliżającym się milowymi susami katastrofom, ludzie powinni zrobić wszystko co mogą, by pielęgnować nasze człowieczeństwo, jego najczulszą stronę. Powinniśmy patrzeć sobie w oczy więcej, niż patrzymy na komcie w internecie. Lerner mówi o zagrożeniu, jakie dla człowieczeństwa niesie błędne redukcjonistyczne materialistyczne przekonanie, które stało się aksjomatem w cywilizacji kapitalizmu, a przybrało postać kultu w jego obecnej, neoliberalnej fazie. Nawołuje do budowania socjalizmu opartego na życzliwości i empatii. Media społecznościowe, twierdzi Lerner, same w sobie nie są złe, ale używane tak jak obecnie stały się częścią dynamiki okrucieństwa i przemocy, które ukryte są w opakowaniu racjonalnej komunikacji. Lerner uważa, że wielu tych reakcji by nie było, gdybyśmy stanęli fizycznie w jednym pomieszczeniu. Owszem, istnieją ludzie agresywni i wrodzy, ale nie wszyscy tacy jesteśmy. Bardzo potrzebne są nam rytuały refleksji, przywołujące świadomość wspólnego człowieczeństwa i wspólnych granic ludzkiego losu – dzięki nim okrucieństwo trzymane jest przez społeczności w ryzach braterstwa i siostrzeństwa.

Lerner jest zdania, że wiele zła, które emanuje z współczesnej kultury, wynika z samotności, izolacji, oddzielenia, wyobcowania. Do tego, by uzdrowić ludzkość z kultury strachu i przemocy konieczny jest kontakt twarzą w twarz, konieczne jest uznanie, że nasze uczucia, emocje są równie ważne i mądre, jak nasz rozum. To one od dawna mówią, krzyczą, ogłaszają prawdę: że lepiej jest pod drzewem nad jeziorem niż w zasmogowanym mieście pełnym błyszczących wieżowców. Że dobrze, ach jak dobrze, być pogłaskanym po ramieniu przez przyjaciela, kiedy jest nam smutno. Że e-mail od HR powoduje uczucie, jakby coś walnęło nas w mostek i uchodzi z płuc powietrze, gdy go otwieramy. Że moment, w którym zaczyna się internetowy lincz za coś, co napisaliśmy, wywołuje szaleństwo pulsu, pocenie się dłoni, mrowienie w okolicach żołądka. Że nos wbity w książkę daje coś w rodzaju rauszu, czego nie daje czoło w ekranie. Że po dziesięciu godzinach pracy zmęczenie jest jak grypa, nie ma miejsca nic, ukojenie daje tylko porządny, pachnący obiad. Nie wypowiedź mądrego pana o tym, że trzeba pracować, to osiągnie się sukces. Wreszcie, to one mówią nam, że nigdy nie poszlibyśmy do kina, ba, nie odpalilibyśmy na netfliksie czy jutubie, filmu „Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie”.

prof. Monika Kostera

Józef Piłsudski: Strajki pod caratem (1904)

Józef Piłsudski: Strajki pod caratem (1904)

Gdy się mówi o strajkach, socjalista europejski natychmiast przedstawi sobie wszystkie akcesoria strajkowe, a więc związek zawodowy, który strajk uchwalił i nim kieruje; wyobraża sobie mniej lub więcej obfity zapas pieniężny, zebrany w kasie związku i w razie potrzeby zwiększający się przypływem funduszów z kas innych związków lub ze składek publicznych od towarzyszy, mieszkających nieraz w innym państwie, a nawet innych częściach świata; przekonany jest przy tym, że wiadomość o strajku może być natychmiast opublikowana we wszystkich pismach, że zatem pomoc, gdy ją kto zechce okazać, na czas zdąży i wpływ swój na przebieg strajku wywrze. Pod caratem o tych pięknych rzeczach nikt nie wie i strajki muszą się odbywać w całkiem innych warunkach.

Przede wszystkim więc o związkach zawodowych nie ma w całym państwie rosyjskim ani mowy. Wszystkie próby w tym kierunku czynione przez najrozmaitsze organizacje socjalistyczne, nie doprowadziły do dłuższego trwania szerszego nieco związku. Pochodzi to stąd, że niepodobna w Rosji utworzyć na dłuższy czas organizacji obejmującej zbyt szerokie koła ludzi. Organizacja taka z konieczności korzystać musi z materiału ludzkiego mało przygotowanego na próby, które każdego członka organizacji robotniczej czekają przy zetknięciu się z więzieniem i żandarmerią. Następnie trudno sobie wyobrazić związek zawodowy bez rachunków, jakiego takiego spisu członków, publicznej kontroli rachunkowej i temu podobnych rzeczy, które stanowią ogromny materiał śledczy dla policji i szpiegów. Skoro się nie ma związku zawodowego, nie ma też i kasy, nie ma zapasu gotówki na wypadek strajku.

Równie utrudnioną i prawie uniemożebnioną jest pomoc zewnętrzna. Już sama wiadomość o strajku w jakimkolwiek miejscu wobec zakazu drukowania o tym w pismach niełatwo się przedziera do innych miejscowości. Każdy Europejczyk z trudnością pojąć może takie stosunki, a jednak mieliśmy np. takie wypadki, że gdy w Białymstoku, odległym od Warszawy mniej więcej tak, jak Rzeszów od Krakowa, wybuchł strajk powszechny, w którym brało udział dwadzieścia kilka tysięcy ludzi, w Warszawie w kilka dni po rozpoczęciu strajku prawie nikt o nim nie wiedział. Jeśli nawet dzięki wypadkowi wieść o strajku prędko dojdzie i ludzie potrafią w krótkim czasie zebrać cokolwiek na strajkujących, to nie zawsze łatwo pomoc tę przesłać do odpowiednich rąk. Wreszcie niełatwo jest przy większym strajku podzielić zebrane pieniądze pomiędzy strajkujących, gdyż przy podziale łatwo natrafić na ludzi niepewnych, nawet agentów policyjnych, pracujących w fabrykach, i naraża się na aresztowanie i więzienie.

Widzimy więc, że strajkujący w Rosji są pozostawieni najzupełniej własnym siłom i liczyć mogą jedynie na siebie, a w najlepszym razie na pomoc najbliższego otoczenia. Cóż więc robią strajkujący? Odpowiedź łatwa. Przejadają oszczędności, zastawiają lub sprzedają wszystko, co mają w domu, głodzą się, otrzymując od czasu do czasu niewielką pomoc lub pożyczkę od któregoś ze znajomych robotników z innej fabryki lub warsztatu. Z tego położenia wynika, że w porównaniu z Europą strajki pod caratem trwać muszą znacznie krócej i w ten sposób robotnicy są pozbawieni najpoważniejszej rękojmi powodzenia strajku – możności walczenia przez czas jak najdłuższy.

Rzecz prosta, że w tych warunkach najtrudniej jest przeprowadzić i utrzymać strajk w dużej fabryce z setkami lub tysiącami uczestników, często nie znających się wzajemnie. W takich wypadkach strajkujący są najliteralniej na łasce własnych, bardzo szczupłych, zasobów i, naturalnie, przetrzymać długo nie mogą – strajki w większych fabrykach, trwające tydzień, należą do nadzwyczajnych wyjątków. Przeciwnie, strajki drobne, osobliwie w warsztatach rzemieślniczych, są najłatwiejsze do przeprowadzenia, tym bardziej, że w tym wypadku mogą być użyte wszelkie sposoby perswazji opornego „pracodawcy”. Szczególnie w większych ośrodkach przemysłowych, gdzie nie tylko o pomoc finansową łatwiej, lecz istnieje możność znalezienia chwilowego chociażby zarobku, strajki w warsztatach rzemieślniczych trwać mogą bardzo długo i w istocie trwały nieraz miesiąc i więcej.

Lecz poza strajkującymi robotnikami i mniej lub więcej opornymi „pracodawcami” istnieje jeszcze osoba trzecia – rząd z całym swym aparatem wojskowo-policyjnym. Ten, naturalnie, nie drzemie. Polityka rządowa w Rosji w ostatnich czasach, gdy rozwój ruchu robotniczego w całym państwie zatrważa carat zupełnie serio, jest skierowana ku temu, by w każdym sporze pomiędzy pracą a kapitałem umaczać ręce i w razie potrzeby wziąć na barki rządowe jego rozwiązanie. W wielu więc wypadkach rząd całkowicie zasłania sobą fabrykanta lub zarząd zakładu przemysłowego i robotnicy mają wówczas do czynienia jedynie z rządem i jego agentami.

Prawo rosyjskie obowiązuje fabrykanta zawiadamiać natychmiast inspektora fabrycznego o wszelkich nieporozumieniach pomiędzy nim a robotnikami. Inspektor zaś, który jakoby wyczuwać może nastrój wśród robotników, musi zawiadomić policję, ta zaś żandarmerię, o każdym nieporozumieniu grożącym strajkiem. Rola tych trzech władz jest rozmaita. Inspekcja fabryczna występuje jako pośrednik pomiędzy walczącymi stronami i stara się doprowadzić do pokojowego załatwienia sprawy. Policja jest powołana do pilnowania, by porządek publiczny nie został zakłócony, żandarmeria zaś ma za obowiązek wywęszyć, czy w danym wypadku nie działała jaka tajna organizacja oraz w razie znalezienia jej śladów musi ją wytropić i wyłapać. W poważniejszych wypadkach wszystkie te władze działają łącznie i pod prezydencją gubernatora dają inicjatywę do zastosowania poważniejszych środków – wojska i kozaków.

Tak wygląda interwencja władzy rządowej na papierze, lecz w rzeczywistości jest ona nieco inna. Przede wszystkim wyznać trzeba, że działa ona nadzwyczaj opieszałe i bodaj każdy strajk zastaje ją nieprzygotowaną do akcji. Składa się na to mnóstwo przyczyn, główną jednak jest niesłychane niedbalstwo, lenistwo i niezdolność do szybkich poruszeń, którymi to cechami odznacza się w ogóle czynownictwo moskiewskie. Do jakiego stopnia opieszałość ta jest posunięta, sądzić można z faktu, że registracja strajków w statystyce rządowych inspektorów fabrycznych grubo się różni od tejże registracji naszej partii, która przecież nie jest w stanie działać z dokładnością urzędową. Różnica ta jest tak wielka, że dla niektórych lat inspekcja fabryczna podaje dwa razy mniejszą liczbę strajków, niż to zostało skonstatowane przez partię na podstawie danych zasięgniętych od robotników. W ogromnej więc ilości wypadków strajki nie doprowadzają nawet do interwencji inspektorów fabrycznych. Kiedy jednak wkracza pan inspektor, odbywa się to zwykle według następującego szablonu. Przede wszystkim p. inspektor odwiedza zarząd fabryki lub mieszkanie fabrykanta, gdzie zbiera informacje oraz zasila się obfitym śniadaniem, obiadem lub kolacją, odpowiednio do pory dnia, i wreszcie wychodzi do zebranych robotników. Przeważnie radzi robotnikom zaprzestać walki dla tych lub innych powodów, straszy kozakami, Sybirem i policją, przy czym nieraz obłudnie udaje, że sam chciałby umknąć interwencji policyjnej, następnie wysłuchuje żądań robotniczych, tłumaczy ich niestosowność, a niekiedy dla pozyskania zaufania robotników uznaje za słuszne niektóre z żądań i namawia fabrykanta, by ustąpił i zgodził się na nie. Tymczasem policja, która nieraz wie o wybuchu strajku wcześniej od inspektora, rozpoczyna swą działalność. Zajmuje ona posterunki na zewnątrz i wewnątrz fabryki, notuje osoby wśród robotników, straszy ich, grożąc okropnymi karami, nieraz aresztuje za głośniejszy okrzyk, rozpędza grupki, które się zatrzymały dla rozmowy, słowem, uważając strajk za zakłócenie spokoju i porządku publicznego, przypuszcza szturm na buntowników ze wszystkich stron. Żandarmeria też nie próżnuje. Wyszukuje ona w swych spisach osób podejrzanych, czy nie ma kogo z nich wśród strajkujących, otacza ich baczniejszą uwagą i notuje sobie ludzi, z którymi owi podejrzani mają w tym czasie stosunki, robi rewizje, więzi nieraz całymi dziesiątkami i napastuje zarząd fabryki, by wskazał inicjatorów strajku.

Wreszcie w wypadkach, gdy władza uzna za stosowne to zrobić, występuje wojsko. Tutaj fabrykant lub zarząd fabryki znika zupełnie; cały interes przechodzi do rąk rządu i wszystko zależy od jego decyzji. Dzieją się wówczas rzeczy niesłychane. W Warszawie w czasie strajku sierpniowego w 1899 r., gdy połowa fabryk stała bezczynnie, kozacy i policjanci biciem zmuszali robotników do podjęcia roboty. W fabryce Szlenkiera okładano robotnice nahajami dopóty, dopóki nie wzięły w ręce narzędzi pracy, w innych miejscach łapano robotników na ulicy i wciągano ich przemocą do fabryki, gdzie gwałtem wpychano im w ręce instrumenty. Gubernator piotrkowski, Miller, nieraz już przy większych strajkach ogłaszał plakatami urzędowymi, że nie pozwoli na to, by zarząd fabryki lub kopalni zrobił jakie ustępstwa strajkującym. Aresztują wówczas setkami, wyrzucają z miejsca, gdzie się strajk odbywa, masy robotników, zaczepiają i biją najspokojniejszych przechodniów, rewizje zaś nabierają charakteru epidemicznego.

Naturalnie, opisany powyżej aparat przeciwstrajkowy nie zawsze bywa puszczony w ruch. Przede wszystkim sami fabrykanci nieraz wolą uniknąć najazdu czynowniczego na swą fabrykę, chociaż ten najazd staje po ich stronie. Pochodzi to stąd, że dzięki specyficznym właściwościom urzędnictwa moskiewskiego, wszelkie zetknięcie się z nim oznacza kłopot, często kosztowny, a zawsze prawie niemiły. W czasie strajku oraz dłuższy czas po nim zarząd fabryki jest narażony na większe i drobniejsze łapówki, którymi zaspakajać trzeba apetyty różnych przedstawicieli władzy, na ciągłe traktamenty, zaczynając od kieliszka wódki dla jakiegoś stójkowego, kończąc sutym śniadankiem z szampanem dla wyższych urzędników i oficerów. Jak wysokimi są nieraz te koszty, sądzić można z tego, że w czasie dużego strajku w Hucie Bankowej, gdy żołdacy zastrzelili kilku robotników, na samo wino szampańskie dla oficerów i gubernatora zarząd fabryki wydał do 10 tysięcy rubli. Wreszcie przez dłuższy czas, po strajku nawet, zarząd fabryki ma wciąż do czynienia z policją i żandarmami, którzy ściągają niezliczoną moc protokołów i zeznań, odrywając robotników i majstrów od pracy na kilka często godzin. Samo aresztowanie kilkunastu lub więcej robotników, często najbardziej wykwalifikowanych i niezbędnych dla fabryki, przynosi ciężkie straty i kłopoty. Gdy zaś w poważniejszych wypadkach na fabrykę spada i utrzymanie wojska operującego przy strajku, i łagodzenie różnych komisji, kilkakrotnie najeżdżających fabrykę dla zbadania przyczyn i powodów zaburzeń, to zaiste pożałowania godnym jest los biednych „pracodawców”. Nic też dziwnego, że nieraz sami fabrykanci zawahają się poruszyć gniazdo os czynowniczych i śpieszą załatwić jak najprędzej sprawę z robotnikami, żeby uprzedzić najazd policyjno-żandarmeryjny. W takich wypadkach dosyć bywa energiczniejszego i zgodnego wystąpienia ze strony robotników, by od razu tegoż dnia uzyskać takie lub inne ustępstwo.

Oprócz tych wypadków interwencja władzy nie następuje nieraz z innych powodów. Czy to dlatego, że w danej chwili policja i żandarmeria ma pilniejsze sprawy do załatwienia, czy też dlatego, że strajk wybuchnął gdzieś na prowincji, gdzie pogotowie policyjne nie może wystąpić w całej okazałości, czy wreszcie dlatego, że strajk jest zbyt drobny lub trwa zbyt krótko, dosyć, że wielka część strajków unika opieki argusowych oczu policji carskiej. I pod tym względem najbardziej uprzywilejowanymi są niewielkie strajki w dużych miastach, które, jakeśmy to wykazali wyżej, i pod względem finansowym najłatwiejsze są do utrzymania.

Przejdźmy teraz do zachowania się robotników w czasie strajku i techniki, że się tak wyrażę, strajkowej. Strajk jest najpierwotniejszą, najpowszechniejszą bronią robotniczą w walce z wyzyskiem, spotykamy się więc z nim zaraz przy pierwszych krokach ruchu robotniczego. Nosi on wówczas piętno żywiołowego poruszenia ludowego, nieraz bez określonego planu i żądań, i jest wyrazem pierwszego fermentu wywołanego w masie ludu pracującego przy zetknięciu się jego z ideą socjalizmu. W wielkich organizacjach przemysłowych nabiera on cech epidemicznych i z łatwością przenosi się z jednej fabryki do drugiej, a gdy następuje interwencja ugodowa, siłą rozpędu żywiołowego nie zatrzymuje się przed tą zaporą i zamienia się w krwawe nieraz utarczki z policją i wojskiem. Zwykle w tym początkowym stadium znaczenie strajku jest przeceniane, a nadzieje pokładane przez robotników na tego rodzaju wystąpienia, są tak wygórowane, iż rzeczywistość nigdy im odpowiedzieć nie może. Zresztą realne ślady po takich występowaniach w postaci powiększenia płacy lub skrócenia dnia roboczego zostają zwykle jedynie w drobnym przemyśle, w wielkim natomiast następuje pewne rozgoryczenie i uczucie zawodu. O jakiejkolwiek technice strajkowej mowy na tym stadium być nie może, organizacje zaś istniejące wśród strajkujących albo rozsypują się bez śladu, albo też, jeśli stanowią część organizacji ogólnokrajowej, starają się wykorzystać te poruszenia dla pogłębienia świadomości robotniczej przez rozpowszechnienie rozchwytywanych zwykle w takiej chwili wydawnictw socjalistycznych.

Z czasem jednak wyrabia się pewna technika, pewien zbiór prawidełek, których się ludzie trzymają przy strajkach. Agitacja przedstrajkowa prowadzona jest przez organizację fachową po porozumieniu się z miejscowym komitetem partyjnym. Zwykle na krótko przed strajkiem zwołuje się liczniejsze zgromadzenie, na którym się omawia szczegółowo punkty żądań robotniczych, lub też gdy zgromadzenie jest dla czegokolwiek niemożliwe, zwołuje się kilka mniej licznych kółek w tym samym celu. Przy tej agitacji unika się ludzi niepewnych lub mało znanych agitatorom w danym fachu lub fabryce i co do nich, liczy się zwykle, że w pierwszej chwili pójdą zawsze za innymi. W istocie bezwiedne uczucie koleżeństwa i solidarności z kolegami z pracy jest zwykle tak silne, że łamistrajki zjawiają się dopiero po pewnym czasie.

Przed samym strajkiem najlepiej, gdy to jest możliwe, rozpowszechnić krótką odezwę, streszczającą żądania robotnicze w takiej formie, by je można było przedstawić zarządowi zakładu przemysłowego lub władzy. Chociaż taka odezwa zwraca uwagę władzy na przygotowujący się strajk, ma jednak tę dobrą stronę, że wszyscy robotnicy mający strajkować, wiedzą od razu, o co chodzi, bez osobistej rozmowy z kimkolwiek spomiędzy agitatorów. Na czas strajku wszyscy ludzie partii, pracujący w danym fachu czy fabryce, oczyszczają swe mieszkania z wszelkich śladów roboty partyjnej. W razie potrzeby na czas strajku formuje się komitet strajkowy, do którego się wciąga ludzi uczciwych, chociaż i nie należących do organizacji partyjnej; naturalnie, komitet taki jest tajny i służy jedynie do tego, by, o ile to się da, kierować strajkiem, wyszukiwać pomoc pieniężną dla potrzebujących, namawiać chwiejnych lub karać łamistrajków. Wreszcie przy rozmowach z władzą robotnicy starają się nie wystawiać nikogo spomiędzy siebie na sztych i wszędzie występują gromadnie, nie zgadzając się na wybór delegacji lub czegoś podobnego, zwykle bowiem tacy delegaci są uznani przez władzę za inicjatorów strajku i jako tacy są potem prześladowani. Gdy strajk obejmuje sobą jaki fach rzemieślniczy, kierownictwo jest bardziej potrzebne, niż przy strajku w fabryce. Tu bowiem powstaje zawsze kwestia, czy fach ma strajkować od razu we wszystkich warsztatach, czy też kolejno; w tym zaś ostatnim wypadku trzeba określać tę kolej. Trzeba też przyznać, że najbardziej prawidłowymi, najbardziej, że się tak wyrażę, europejskimi były dotąd zawsze strajki rzemieślnicze. Szewcy w czasie strajku 1890 r. urządzili nawet pikiety stawiane przed warsztatami objętymi strajkiem, które to pikiety badały każdego wchodzącego do warsztatu i ostrzegały kandydatów na łamistrajków.

Naturalnie, wszystko to, com powiedział, tyczy się strajków, które są przygotowywane przez organizację. Wiele jednak walk odbywa się tak nagle i niespodzianie, zwłaszcza, jeśli są skutkiem jakiej zmiany w regulaminie fabrycznym, że nie sposób zawczasu je przewidzieć.

Przechodząc do wniosków, przede wszystkim zwrócić należy uwagę na nieznane gdzie indziej postępowanie rządu carskiego względem strajkujących. Przy większych strajkach carat nadaje im cechę walki politycznej, która odsuwa na dalszy plan zdobycze ekonomiczne, w ogóle zaś wprowadza w grę czynnik zupełnie nieobliczalny, robiący ze strajków coś w rodzaju gry hazardowej. Nigdy bowiem zawczasu przewidzieć nie można, jaką ilość energii dla stłumienia strajku użyją przedstawiciele władzy, kierujący się nie czymś stałym, jak prawo, ale najrozmaitszymi względami, osobistej nieraz natury. W każdym razie przegrana w strajkach w ogromnej większości jest spowodowana przez presję rządową. Wobec hazardowości strajku oraz przeszkód stawianych przez rząd, bezrobocia [termin „bezrobocie” w tamtym okresie rozwoju polskiego ruchu robotniczego był synonimem słowa „strajk” – przyp. redakcji NO] są często wynikiem pewnej lekkomyślności, która jest stałym zjawiskiem w początkach ruchu lub też zjawia się w czasie niezwykłego ożywienia przemysłowego. W zwyczajnych zaś czasach strajki wymagają ogromnego wydatku energii, siły i ofiarności robotników. Strajki w większych fabrykach albo są wygrane prawie natychmiast, albo prowadzą przy dłuższym trwaniu do nieuniknionej prawie przegranej. Wszędzie w warunkach politycznych rosyjskich losy najłaskawsze są dla robotników pracujących w drobnych warsztatach rzemieślniczych w wielkich ogniskach przemysłowych.

Na zakończenie słów parę o powodzeniu walki strajkowej pod caratem. Statystyki zupełnie ścisłej pod tym względem nie mamy, gdyż registracji naszej przeważnie podlegają strajki i wystąpienia uwieńczone powodzeniem. Te cyfry, które posiadamy, dowodzą, że 2/3 strajków są wygrane w całości lub częściowo, wnosząc zaś poprawkę z powodu wyżej wskazanego, możemy bez wielkiego błędu powiedzieć, że połowa strajków nie jest bezowocną dla robotników. Najlepiej udaje się walka o dzień roboczy, znacznie gorzej o płacę, a najgorzej obrona wyrzucanych z roboty towarzyszy. Najsmutniej się przedstawiają strajki duże, te w ogromnej większości są przegrane całkowicie. Nie należy jednak sądzić, że pozostają one bez śladu dla strajkujących. Wywierają one tak silny wpływ na fabrykantów i zarządy zakładów przemysłowych, że podnosząc w ich oczach znaczenie robotników, zmuszają do ustępstw już po strajku, przy żądaniach tak pojedynczych robotników, jak zarówno i poszczególnych grup fachowych w fabryce.

Józef Piłsudski
_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Kalendarzu Robotniczym” Polskiej Partii Socjalistycznej na rok 1904. Przedrukowujemy go za „Pisma zbiorowe Józefa Piłsudskiego” tom II, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937.

Dziura w samolocie – i w kapitalizmie

Przed niespełna dwoma laty napisałem tekst przedstawiający sytuację na rynku samolotów pasażerskich, zdominowanym przez duopol Boeing-Airbus. Pozycja gigantów ze Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej wydawała się w przewidywalnym horyzoncie czasowym niezagrożona. Potencjalni konkurenci byli albo pożerani, albo dopiero raczkowali. Od tego czasu zaszło jednak sporo dramatycznych wydarzeń stanowiących próbę dla postawionej tezy o trwałości duopolu.

Początek okresu między momentem powstania poprzedniego tekstu a chwilą obecną wzmacniał rzeczoną tezę. Dokonało się faktyczne przejęcie działu samolotów pasażerskich brazylijskiego Embraera przez Boeinga. W powstającej, oczekującej na aprobatę organów antymonopolistycznych spółce joint venture Boeing Brasil–Commercial podmiot amerykański będzie miał 80% udziałów, Embraer zachowa ich zaledwie 20%. Airbus z kolei stał się większościowym udziałowcem analogicznego działu kanadyjskiego Bombardiera – samoloty, które zaczęły żywot jako Bombardiery CS są oferowane już jako Airbusy A220.

Zwiastunką problemów Boeinga była katastrofa samolotu 737 MAX 8 linii Lion Air. Rozbił się on 29 października 2018 na Morzu Jawajskim, grzebiąc w nim wszystkich 189 ludzi obecnych na pokładzie. Chociaż maszyna była niemal nowa, a piloci przed rozbiciem się jej zgłaszali kłopoty techniczne, producent nie poniósł jeszcze konsekwencji. Jednak kolejnej katastrofy identycznego i równie nowego samolotu, tym razem linii Ethiopian Air, w której 10 marca 2019 w podobnych okolicznościach zginęło 157 pasażerów, nie dało się już zlekceważyć. Przewoźnicy oraz krajowe organy nadzoru lotnictwa pasażerskiego zaczęli masowo uziemiać floty 737 MAX.

MAX to czwarta generacja wąskokadłubowego samolotu pasażerskiego średniego zasięgu, który pierwszy lot wykonał 9 kwietnia 1967 i powstał dotychczas w liczbie 10 571 egzemplarzy. W ciągu 39 lat dzielących pierwsze loty modelu 737-100 i MAXa maszyna przeszła gruntowną metamorfozę. Jej maksymalna masa startowa zwiększyła się z 50 ton przy długości 29 m do niemal 90 w wersji MAX 10 mierzącej 43,8 metra. Maksymalna liczba pasażerów wzrosła ze 124 do 230. Ciąg silników na początku wynosił 62 kN, teraz najmocniejsze jednostki napędowe rozwijają 130 kN. Pierwszy 737 był w stanie przelecieć 2850 km, najnowsi członkowie tej rodziny mają zasięg wynoszący do 7130 km.

Mimo tak wielkich postępów oraz różnorakich zmian technicznych i technologicznych samolot pozostał co do zasady tą samą platformą. Takie podejście z uwagi na upływ czasu od początku życia konstrukcji może wydawać się kontrowersyjne, jednak jest przez producentów amerykańskich dość szeroko stosowane. Nie tylko w lotnictwie cywilnym. Nowe wersje transportowego C-130 Herculesa, którego prototyp po raz pierwszy wzniósł się w powietrze w roku 1954, wciąż znajdują nabywców. Należy do nich między innymi Francja, zamawiająca tego typu maszyny mimo równoległego użytkowania konstrukcyjnie o ponad pół wieku młodszego Airbusa A400M. Lotnictwo samych Stanów Zjednoczonych wprowadzi z kolei w najbliższych latach do eksploatacji samoloty myśliwskie F-15EX, chociaż prototyp pierwszej wersji wzleciał w powietrze jeszcze w roku 1972. Filozofia zakładająca bardzo długi żywot platformy zapewnia niezaprzeczalne korzyści, przede wszystkim w aspekcie całkowitego kosztu posiadania danej maszyny. Ciągłość konstrukcyjna umożliwia utrzymywanie, choć oczywiście z pewnymi zmianami wynikającymi z postępu technicznego, tej infrastruktury obsługowej i zasadniczych zrębów procedur eksploatacyjnych. W porównaniu do wprowadzania zupełnie nowych typów radykalnie ogranicza to koszty utrzymania, w tym w aspekcie szkolenia specjalistów. Nic zatem dziwnego, że linie lotnicze nie zraziły się w najmniejszym stopniu kalendarzowym wiekiem rodziny 737 i złożyły na MAX-a ogromne zamówienia. Do feralnego roku 2019 wyniosły one aż 5005 sztuk, z których producent zdążył dostarczyć 387.

Analizy przyczyn katastrof wydają się jednak wskazywać, że Boeing poszedł o przysłowiowy jeden most za daleko. Model 737 urósł w porównaniu do pierwotnej postaci za bardzo. W szczególności dotyczyło to jego silników, których ciąg zwiększył się ponad dwukrotnie. To z kolei przełożyło się na masę i średnicę gondol. Ta zmiana, skutkująca przesunięciem środka ciężkości, wpłynęła na zachowanie się samolotu w powietrzu, powodując niestabilność podczas lotów przy niskich prędkościach. Konstruktorzy starali się zaradzić problemowi przez wprowadzenie elektronicznego systemu poprawy charakterystyki manewrowej (MCAS). Działanie systemu powodowało jednak zachowanie samolotu zaskakujące i niepokojące dla pilotów przesiadających się na MAXy ze starszych wersji, którzy z winy producenta nie byli w tym zakresie stosownie przeszkoleni z uwagi na stanowiącą marketingowy atut ciągłość platformy, pozwalającą w założeniu na przejście na nowszą wersję „z marszu”. Nie znali specyfiki systemu i nie potrafili wyłączyć go w sytuacjach awaryjnych. Efektem były wspomniane katastrofy.

Dochodzenia, które nastąpiły po nich, ujawniły bardzo przykry i niepokojący stan rzeczy odnośnie do praktyk producenta oraz, co gorsza, amerykańskich organów nadzorczych. Okazało się, że niedofinansowana i zmagająca się z brakami kadrowymi amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa (FAA), naciskana przez Boeinga dążącego do jak najszybszej certyfikacji MAXa, przekazała znaczącą część prac w ramach procedury… samemu producentowi. Weryfikacja przedłożonych przez niego analiz bezpieczeństwa konstrukcji wykazała, że zawierały poważne błędy, m.in. dotyczące funkcjonowania feralnego systemu. Wady te nie zostały w porę wykryte i certyfikat dopuszczający do eksploatacji uzyskała maszyna, jak się okazało, niebezpieczna. Raporty badających sprawę organów dochodzeniowych wskazują, że kierownictwo koncernu wywierało „nieuzasadnioną presję” na swoich pracowników posiadających uprawnienia FAA do zatwierdzania zmian projektowych. Cały proces certyfikacji określono jako naruszający stosowne procedury oceny maszyny. Okazało się również, że Boeing zatajał przed FAA informacje o problemach z MCAS, którymi dysponował już w roku 2016.

W wyniku katastrof Boeingi 737 MAX na całym świecie nie latają od połowy marca ubiegłego roku. Termin ponownego dopuszczenia ich do eksploatacji, uwarunkowanego usunięciem wad systemu MCAS oraz innych wykrytych podczas analiz po katastrofach wad samolotu, ulegał kolejnym przesunięciom w stosunku do nadziei producenta i wciąż pozostaje nieznany. Obecne przewidywania producenta mówią o połowie 2020, FAA jest nieco bardziej optymistyczna. W styczniu bieżącego roku została w związku z tym wstrzymana ich produkcja – na dostawę oczekuje ponad 400 już wyprodukowanych maszyn o wartości około 50 miliardów dolarów. Koncern utracił na rzecz Airbusa dzierżoną od 2012 palmę pierwszeństwa wśród producentów samolotów pasażerskich. Wstrzymanie dostaw MAX-ów spowodowało w roku 2019 spadek ich wielkości do zaledwie 380 maszyn w porównaniu z 806 w 2018. Natomiast Airbus dostarczył w 2019 roku 863 samoloty. Boeing ponadto traci złożone już zamówienia na MAX-y, musi wypłacać liniom lotniczym, poddostawcom oraz rodzinom ofiar katastrof odszkodowania idące w miliardy dolarów, a także ponosić koszty składowania samolotów. Kurs jego akcji spadł z 440 dolarów na początku marca 2019 do niecałych 317 28 stycznia 2020.

Nie są to jedyne problemy amerykańskiego producenta. Z powodu poważnej usterki technicznej podczas prób oraz kłopotów dostawcy silników, firmy GE Aviation, z największym w historii silnikiem odrzutowym, o co najmniej kilka miesięcy opóźni się rozpoczęcie dostaw modelu 777X, który będzie z kolei największym dwusilnikowym samolotem pasażerskim, zabierającym do 415 pasażerów i śrubującym ekonomikę eksploatacji. Jeszcze przed katastrofą MAX-a Ethiopian Air Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych wstrzymały odbiory latających zbiornikowców KC-46 (wersja Boeinga 767) z powodu znajdowania przez załogi pozostawionych przez robotników narzędzi i śmieci, zagrażających bezpieczeństwu (piloci odmawiali lotów na maszynach). Mimo to problem świadczący o złym stanie procedur wewnątrz koncernu i skutkujący kolejnym wstrzymaniem dostaw powtórzył się na początku kwietnia. Co gorsza, we wrześniu 2019 podczas przeglądów wykryto pęknięcia krytycznego dla struktury samolotu okucia mocowania skrzydła do kadłuba w starszych maszynach 737 NG. Chociaż powinny one przetrwać 90 000 cykli lotów, okazały się wadliwe już po 35 000. Gdyby problem miał mieć szerszy zakres, byłby on dla Boeinga gigantyczny, zważywszy na wielkość produkcji maszyny (ponad 7000 sztuk od 1996, w większości pozostających w eksploatacji) oraz trudność naprawy.

Utrata zaufania spowodowana nadużyciami podczas certyfikacji MAX-ów nie dotyczy jedynie Boeinga. Chociaż FAA wyeliminowała koncern z prac przy ponownej certyfikacji, jej wizerunek został zszargany. Własne, niezależne od amerykańskich procedury weryfikacji modelu 777X i zapewne kolejnych zamierzają wprowadzić Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA) oraz jej odpowiednik ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wspierany przez potężną linię lotniczą Emirates.

Długofalowe skutki opisanych wydarzeń trudno przewidzieć. Bieżące straty Boeinga są ogromne, zapłacił za nie stanowiskiem dotychczasowy (od lipca 2015) prezes koncernu Dennis A. Muilenburg. Całość kosztów kryzysu związanego z MAX-ami może według analityków przekroczyć dla koncernu 25 miliardów dolarów, co odpowiada zyskom z trzech lat sprzed jego wybuchu (w latach 2017 i 2018 wzrosły one niemal dwukrotnie względem 2016, głównie za sprawą przeforsowania wbrew problemom wprowadzenia do sprzedaży feralnego modelu). Koncern dotknie głęboki kryzys zaufania, poważnie rozważana jest kwestia rezygnacji z nazwy MAX. Przed jego następcami stanie ogromne zadanie uporządkowania wewnątrzfirmowych procedur, które jednak i tak będzie niewielkie wobec wyzwania ogólniejszego, związanego z samą filozofią obecnego wcielenia kapitalizmu.

Otóż w pogoni za krótkoterminowym zyskiem oraz windowaniem bieżących wyników Boeing zatracił się jako producent bardzo określonego wyrobu, od którego sprawności w wynoszącym kilkadziesiąt lat przewidywanym okresie eksploatacji zależy życie wielu tysięcy pasażerów. Tu fałszywie rozumiane oszczędności, pośpieszne opracowywanie modelu w celu poprawy kwartalnych czy rocznych bilansów prezentowanych udziałowcom, a co gorsza celowe tuszowanie wad mają fatalne konsekwencje, których nie da się uniknąć żadnymi manipulacjami. Jest to oczywiście lekcja nie tylko dla Boeinga – i można mieć ogromne, lecz uzasadnione wątpliwości, czy zostanie prawidłowo zrozumiana. W przypadku FAA widoczne są efekty „taniego państwa” z niedofinansowaniem agencji i określanymi jako żałosne wynagrodzeniami funkcjonariuszy wykonujących odpowiedzialne zadania. Outsourcing obowiązków kontroli do podmiotów jej podlegających jest tak groteskowy, jak się wydaje. Potężni gracze potrzebują prężnego, kompetentnego i rygorystycznego nadzoru, którego nie zapewni żadna niewidzialna (rzeczy urojonych zwykle nie widzi nikt poza rojącymi…) ręka.

Sam duopol powinien jednak przetrwać tę próbę. Airbus przejmie część zamówień na MAX-y, jednak nie jest w stanie samodzielnie spożyć tortu liczącego wiele tysięcy maszyn. Moce produkcyjne i obsługowe oraz zasoby specjalistów są przecież ograniczone. Przy tym monopolizacja niezwykle ważnego segmentu rynku nie leżałaby w żadnej mierze w interesie linii lotniczych. Poziom skomplikowania produktu i długotrwałość jego opracowywania wyklucza natomiast pojawienie się jakiegoś nowego gracza ex nihilo. Embraer i Bombardier, które ewentualnie mogłyby skorzystać, rozszerzając na bazie posiadanego doświadczenia swoje gamy, straciły podmiotowość. Aspirujący producenci z Eurazji nadal wegetują na marginesie. Katastrofy rosyjskiego Suchoja SSJ100 w październiku 2018 oraz maju 2019, wraz z problemami eksploatacyjnymi, poderwały udzielone przeważnie na politycznie motywowany kredyt zaufania do tej maszyny, jej i tak niewielka produkcja spada, a zamówienia ciekną cienkim strumykiem. Źle to wróży znacznie bardziej ambitnemu przedsięwzięciu producenta – większemu samolotowi MC-21, który dotychczas nie wzbudził istotnego zainteresowania poza Rosją. Konkurujący bezpośrednio z Boeingiem 737 chiński COMAC C919 jest dotychczas opóźniony już o pięć lat względem pierwotnego harmonogramu, istnieje ryzyko zwiększenia poślizgu o kolejne 2–3 lata, ponadto na jego perspektywy wpływa konflikt handlowy między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Boeing ma w zanadrzu projekt zabierającego 220–270 pasażerów samolotu NMA (być może przyszłego 797, jeśli nie zostanie wybrana opcja symbolicznego „nowego otwarcia”), który według ostatnich doniesień nabrał impetu, zapewne w ramach ucieczki do przodu. Poza wszystkim, gdyby kondycja Boeinga w dłuższym okresie miała ulec groźnemu pogorszeniu, jest on z jednej strony za duży, żeby upaść, a z drugiej również jego część cywilna (w związku z kryzysem pojawiły się informacje o możliwości podziału koncernu na piony wojskowy i komercyjny) dostarcza produkty o znaczeniu strategicznym dla amerykańskich sił zbrojnych. Należą do nich wspomniane latające zbiornikowce, skądinąd wybrane w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach, związanych z wyraźnym faworyzowaniem Boeinga, mimo że Airbus oferował produkt oceniany powszechnie jako nowocześniejszy i doskonalszy, oraz oparte na 737 samoloty patrolowe. Stąd, nawet gdyby bieg spraw stał się dla koncernu bardzo zły, może być praktycznie pewny rządowej kroplówki, która zostanie podana niezależnie od ewentualnych zagranicznych oskarżeń o nieuczciwą konkurencję. Dla amerykańskiej gospodarki będzie to zresztą długofalowo dobrym interesem. Pod warunkiem trwałego zerwania z współudziałem organów rządowych w szkodliwych praktykach producenta oraz wymuszenia jego głębokiej sanacji.

dr Jan Przybylski

Prowadź swój pług przez umysły niewinnych

Temat dostępu do pornografii ostatnio powrócił na fali decyzji brytyjskiego rządu o wycofaniu się z pomysłu obowiązkowej weryfikacji wieku przed uzyskaniem dostępu do internetowej pornografii, oraz polskim pomysłem Stowarzyszenia Twoja Sprawa, który opierał się o to samo rozwiązanie. Powszechnie uznano, że idea powstania rządowego rejestru wydającego klucze na dostęp do porno rodzi więcej zagrożeń dla prywatności niż korzyści z punktu widzenia celów regulacji. Polski internet odtrąbił sukces i orzekł „nie da się”. Czy to zamyka sprawę? Bynajmniej.

Because it is 2020

Dlaczego w ogóle temat internetowej pornografii jest istotny? Ponieważ jest 2020 rok. Według różnych badań ponad połowa dzieci w wieku lat 12 ma za sobą pierwszy kontakt z pornografią, natomiast liczba osób po inicjacji seksualnej przekracza połowę dopiero w okolicach 16. roku życia. Możemy podważać wiarygodność i metodę badań, ale trend jest jasny – pornografia dociera do dzieci bardzo wcześnie i znacznie wyprzedza wiek inicjacji seksualnej. Oznacza to, że osoba bez własnych doświadczeń seksualnych pozostaje przez długi okres pod wpływem treści pornograficznych, które nierzadko formatują seksualność młodej osoby i rzutują na jej dalsze życie. Uzupełnimy ten obraz o informację, że ponad połowa dzieci w wieku lat 14-16 ogląda regularnie pornografię oraz o aktualne treści pornograficzne i ich dostępności w sieci. Musimy sobie to uzmysłowić bardzo wyraźnie, że o ile w okolicach 2000 roku kontakt nastolatków z pornografią polegał na czytaniu gazetek znalezionych na dnie szafki w pokoju rodziców lub trzymania płyty cd z kilkoma filmami w tapczanie (gdy komputery już się upowszechniły), to teraz dziecko w podstawówce ma w swoim telefonie drzwi do internetowego hipermarketu wypełnionego po brzegi najróżniejszymi rodzajami porno, którego nigdy nie szukało lub nawet nie zdawało sobie sprawy z jego istnienia, a to wszystko jest dostępne po kilku kliknięciach. Mówimy więc nie o marginalnym problemie, lecz o całym pokoleniu, którego życie seksualne jest od najmłodszych lat inwazyjnie formatowane przez branżę pornograficzną. Przez branżę, nad którą nie ma żadnej kontroli zarówno w kwestii prezentowanych treści, jak i dostępu do nich. I tylko aktualne trendy strony decydują o tym, czy pierwszy filmik obejrzany przez 12-latkę będzie nosił tytuł „teen gangbang party” czy „drunk girl forced to have sex”.

W ślepym zaułku

Problem zbyt szerokiego dostępu do pornografii jest realny i coraz częściej dostrzegany. Zasadnicza większość opinii publicznej zdaje się być zgodna co do tego, że dostęp ten należy ograniczyć, zwłaszcza w przypadku dzieci. Deklaracje te nie przekładają się póki co na działanie, bo wszelkie pomysły rozbijają się o brak technicznych możliwości kontrolowania treści w internecie. Rzecz w tym, że dotychczas patrzymy na problem tylko od jednej strony. Zastanawiamy się, jak rodzice mogą najlepiej zabezpieczyć dzieci przed ekspozycją na pornografię, jak nałożyć blokady rodzicielskie na urządzenia, jak monitorować aktywność dziecka w sieci. Sporadycznie zastanawiamy się, jak blokować dostęp do stron osobom niepełnoletnim. Zupełnie jednak nie bierzemy pod uwagę spojrzenia na problem nie od strony odpowiedzialności odbiorców, lecz producentów i dystrybutorów za treści umieszczane i rozpowszechniane w sieci.

Kiedy my zastanawiamy się, jak ustawić blokady na dziecięcym smartfonie tak, żeby zabezpieczenia nie były banalnie łatwe do obejścia, w tym czasie branża pornograficzna we współpracy z innymi cyfrowymi gigantami gromadzi, przetwarza i wykorzystuje dane osobowe i zachowania w sieci milionów ludzi, przy użyciu nowoczesnych rozwiązań IT poszerzają działania swoich serwisów i grupę odbiorców swoich produktów, monitorują każdą naszą minutę spędzoną na stronie w celu zbudowania profilu, dzięki któremu będą mogli jeszcze lepiej i dokładniej proponować nam kolejne produkty i wiązać nas jeszcze mocniej z pornograficznym biznesem. Wszystko to odbywa się zupełnie poza kontrolą, mimo że branża ta ma gigantyczny zasięg i generuje bardziej niż przyzwoite dochody. Utknęliśmy w martwym punkcie, stojąc na rozdrożu pomiędzy ochroną prywatności osób korzystających z porno a ochroną dzieci przed pornografią, tak jakby zasięg i zakres branży pornograficznej był stałą kosmiczną, której ruszyć nie można. Tymczasem właśnie tutaj tkwi, moim zdaniem, rozwiązanie problemu – w położeniu chociaż części ciężaru społecznej odpowiedzialności za pornografię w sieci na jej producentów i dystrybutorów.

Wielkie pieniądze to wielka odpowiedzialność

Po pierwsze regulacja. Chcesz robić biznes pornograficzny w Polsce? Dobrze, ale na naszych zasadach. Pornografia internetowa jest legalna, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by uzależnić ją od otrzymania licencji, która będzie obwarowana obowiązkami np. w zakresie podjęcia działań zmierzających do ochrony dzieci przed dostępem do treści. Ot choćby weryfikacja wieku, nieużywanie linków, które przenoszą do stron pornograficznych z innych miejsc w internecie, wymóg rejestracji na stronie przed korzystaniem z serwisu (nawet rejestracji bez danych osobowych, tylko po to, aby wymóc dodatkowe działanie, które dziecko musiałoby podjąć), „schowanie” głębiej na stronie najmocniejszych treści, zakaz publikacji i dystrybucji materiałów prezentujących przemoc czy poniżenie, albo zapewnienie na stronach porno rzetelnych ostrzeżeń i pomocy dla osób uzależnionych. Do tego oczywiście regularne kontrole zabezpieczeń danych osobowych, opłata za licencję i uczciwe podatki, z których choć częściowo będzie można pokryć koszty infrastruktury publicznego nadzoru nad branżą. Wraz z prawem do prowadzenia działalności i zarabiania pieniędzy na pornografii zainteresowani otrzymaliby też pakiet obowiązków, które muszą wypełnić na własny koszt. Strony bez licencji należałoby w takim przypadku jak najskuteczniej blokować (np. za pomocą lokalnych dostawców internetu). Należałoby także nałożyć obowiązki zmniejszenia dostępności do pornografii za pośrednictwem popularnych wyszukiwarek czy eliminacji treści pornograficznych z social mediów. Modele biznesowe większości z działających w tej branży spółek opierają się na wykorzystywaniu najnowszych narzędzi IT do budowania skomplikowanych profili i ulepszanie za ich pomocą lepszej dystrybucji i marketingu pornografii, nie powinniśmy więc wierzyć, że spółki te nie są w stanie poradzić sobie z wdrożeniem narzędzi do ograniczania dzieciom dostępu do pornografii.

Oczywiście nie zmienia to faktu, że nadal potrzebujemy powszechnej edukacji seksualnej, kontroli rodzicielskiej i narzędzi technicznych ograniczających dostęp do pornografii od strony użytkownika. Te działania muszą być podejmowane łącznie, aby dziecko miało jednocześnie rzetelną wiedzę na temat seksualności, utrudniony dostęp do pornografii przez blokady urządzeń z których korzysta, a jeśli już nawet trafi na strony pornograficzne, to ich najbardziej niebezpieczna treść będzie głębiej ukryta, a samo korzystanie utrudnione przez np. obowiązek założenia konta czy nawet weryfikację wieku. Nie oszukujmy się – sama edukacja seksualna i czuła opieka rodziców nie wystarczą, jeśli internet będzie nadal oferował pełną gamę pornograficznych produkcji na wyciągnięcie ręki dla każdej osoby zdolnej obsługiwać komputer czy telefon w podstawowym zakresie.

Co z ochroną danych?

Część narzędzi ograniczających dostęp do internetu leżących po stronie producentów i dystrybutorów pornografii nie stanowi zagrożenia dla danych osobowych (np. ograniczenie widoczności w wyszukiwarkach, ograniczenie treści, ograniczenie widoczności treści szczególnie groźnych na stronie). W wielu miejscach jednak ochrona prywatności musi w pewnym zakresie ustąpić ochronie dzieci.

Odnotujmy jednak, że wiele danych o użytkownikach pornografii jest gromadzonych nawet teraz, przed wprowadzeniem ograniczeń. Serwisy monitorują naszą aktywność na ich stronach, zbierają informacje na temat naszego IP, rodzaju urządzenia z jakiego korzystamy, jakie treści wyszukujemy, kiedy, ile czasu, skąd trafiamy na strony porno. Wiele stron oferuje także usługi premium, które wiążą się z opłatami, a te wymagają procesowania płatności w systemach transakcyjnych, które z kolei wiążą się z przetwarzaniem informacji na temat naszego konta bankowego, karty kredytowej czy innego środka płatności. Dane te są zbierane i przechowywane obowiązkowo choćby z uwagi na regulacje AML. Trzeba pamiętać, że bez weryfikacji tożsamości możemy być anonimowi, ale nie jesteśmy niewidoczni.

Weryfikację wieku także da się przeprowadzić technicznie z dużo mniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa danych osobowych niż proponowany w polskiej regulacji. Słusznie podnosi się, że baza informacji na temat naszej aktywności na stronach porno w połączeniu z danymi osobowymi niezbędnymi do weryfikacji stanowi poważne zagrożenie dla prywatności w przypadku wycieku. Można jednak zaprojektować weryfikację wieku w taki sposób, aby np. po założeniu konta w serwisie i podaniu danych osobowych niezbędnych do weryfikacji np. imię, nazwisko, dokument tożsamości z numerem pesel, wykorzystano te dane to wygenerowania unikalnego klucza (np. druga litera imienia + trzy ostatnie cyfry pesel + druga litera nazwiska + unikalny kod klienta nadany przez serwis + dwie pierwsze cyfry numeru dowodu) przypisanego do konkretnego konta użytkownika, a po wygenerowaniu klucza usunięcie danych osobowych z rejestru. W taki sposób można przeprowadzić weryfikację prowadzącą do uzyskania klucza, który jest wystarczająco unikalny, żeby był osobistym potwierdzeniem wieku danego użytkownika, a jednocześnie na tyle zanonimizowany, że na jego podstawie nie da się zidentyfikować tożsamości osoby. To trochę jak w przypadku uzyskiwania dostępu po użyciu odcisku palca, kiedy na podstawie odcisku system uwierzytelniający generuje unikalny kod złożony z określonej liczby punktów odcisku (nie zapisując pełnego obrazu linii papilarnych), który zapewnia rzetelną weryfikację, a jednocześnie nie da się na jego podstawie odtworzyć danych biometrycznych w postaci pełnego odcisku palca. Dzisiaj taka technologia bez problemów jest w zasięgu technicznym i finansowym dla biznesu pornograficznego.

Olaboga, szara strefa

Oczywiście nie ma idealnych rozwiązań. Zawsze znajdzie się sposób na obejście zabezpieczeń, oszukanie systemu lub jego ominięcie i uzyskanie dostępu do pornografii przez dzieci lub korzystania z szarej strefy, która nie zastosuje się do rynkowych regulacji i nie zostanie skutecznie i w całości zablokowana. To, że szara strefa będzie sporą częścią rynku, jest niemal pewne. Niemniej jednak pomiędzy pełną, niczym nieograniczoną dostępnością do treści pornograficznych, przez nikogo nie kontrolowanych, a zablokowaniem całego internetu i wydawaniem przez rząd kartek na filmy porno, jest całe spectrum działań. Można i należy je podjąć, żeby choć w części przesunąć rynek w kierunku regulacji i ochrony dzieci. Jeśli więc kogoś martwi, że szara strefa i tak będzie istnieć, to warto wziąć pod uwagę, że w świecie bez regulacji nie obowiązują zasady i wszystko jest niejako tą groźną szarą strefą. Jeśli więc na skutek podjętych działań uda się uregulować największych graczy i uporządkować choć 30% rynku, to będzie to zawsze duży sukces, biorąc pod uwagę, że obecne startujemy z poziomu 0%.

Podsumowując: pornografia internetowa istnieje i będzie istnieć. Będzie wpływać nie tylko na psychikę dzieci, ale i całego pokolenia, które wejdzie w dorosłość po edukacji seksualnej serwowanej przez branżę porno. Bez wątpienia będziemy odczuwać skutki społeczne tej sytuacji. Jeden czy drugi pomysł, który upadnie z powodu zbyt dużego ryzyka dla prywatności lub brak technicznych możliwości nie powinien nam zamykać oczu na problem, z którym musimy się jakoś zmierzyć, bo osiągnął rozmiary, których nie da się dłużej ignorować. I to jest odpowiedzialność nas wszystkich, osób korzystających z internetu, osób działających w branży, osób działających w polityce, rodziców i opiekunów, osób działających na rzecz edukacji seksualnej czy środowiska seksuologicznego.

Obowiązkiem nas wszystkich jest działać na rzecz uporządkowania tej sfery, a nie wiecznego rozkładania rąk i poddawania się nieskrępowanemu biznesowi bo podobno „się nie da”.

Bartosz Migas

Tekst jest prywatną opinią autora i nie wyraża stanowiska żadnych partii czy organizacji.

Zachwyt nad bogaczami to kapitalistyczny zabobon

Łukasz Warzecha napisał ostatnio tekst, w którym tłumaczy, dlaczego on, samozwańczy liberał, popiera wydawanie publicznych pieniędzy na utrzymanie monarchów. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, wszak w Polsce liberała najlepiej poznać po tym, jak bardzo narzeka na wydawanie pieniędzy z budżetu państwa na jakąkolwiek pomoc. Wiecie, „nic nie ma za darmo”, „każdy sam musi sobie zapracować” i tym podobne formułki.

Wydawałoby się, że członkowie rodziny królewskiej, którzy mają ogromne przywileje i pieniądze, są wzorcowym przykładem ludzi „dostających coś za darmo”, za sam fakt należenia do określonej linii rodowej. A jednak polscy liberałowie nie kwapią się do ich krytyki, wolą pomstować na propozycję podwyższenia emerytur czy płacy minimalnej. Część z nich, jak wspomniany Warzecha, wręcz wychwala instytucję monarchii. O co chodzi?

Publicysta „Do Rzeczy” pisze, że docenia monarchię, ponieważ ta „pełni rolę stabilizującą”, zapewniając państwu mocniejsze podstawy. Są ludzie, którzy twierdzą – ba, mają nawet na to badania i statystyki – że aktywne zmniejszanie nierówności, inwestowanie w edukację, pracowników czy służbę zdrowia też może „pełnić rolę stabilizującą”. Zaryzykowałbym tezę, że takie inwestycje robią to znacznie lepiej niż sponsorowanie monarchów. Ale kiedy słyszę, że ktoś przedstawia się jako liberał, to prędzej spodziewam się po nim zachwytów nad monarchami, ewentualnie nad ludźmi o „szlachetnym pochodzeniu” (przypomnijcie sobie ekscytację „genami Kidawy-Błońskiej”) niż propozycji zwiększenia inwestycji publicznych w dobra wspólne. Dlatego nie bardzo kupuje tę opowieść o „roli stabilizującej”.

Moim zdaniem istnieje lepsze wyjaśnienie. Jest nim zachwyt nad osobami, które mają władzę i pieniądze. Ludźmi, których można ubóstwiać i wynosić ponad „motłoch”. Przez wiele lat taką rolę odgrywali monarchowie, dziś coraz rzadziej, a ich miejsce zajęli bogaci biznesmeni i szefowie korporacyjni. Dlatego też ludzie, którzy tak jak Warzecha lubią określać się mianem „liberałów”, gdy akurat nie są zajęci wychwalaniem monarchii, to angażują się całym sercem w obronę systemu, w którym ci biznesmeni znajdują się na górze hierarchii społecznej.

To jest szerszy trend kulturowy: podziwiamy bogatych biznesmenów, utożsamiamy się z nimi, bronimy ich do utraty tchu przed podatkami i pragniemy być tacy jak oni. Stąd popularność wszelkiego rodzaju poradników z serii „Bądź jak Bezos/Jobs/Trump”. Spójrzcie jak wypowiada się autor książki „Umysł miliardera” w wywiadzie dla „Forbesa”: „Miliarderzy to ludzie, którzy prowadzą armie pracowników na różnych szczeblach odpowiedzialności. Bardzo łatwo jest odpaść na którymś szczeblu i nie dotrzeć do miliardera”. To wspinanie się po szczeblach, aby spotkać na samej górze miliardera i choć na chwilę dotknąć jego boskich szat, ma wyraźny posmak religijny. Nie jesteśmy wcale tak daleko od popularnych kiedyś panegiryków, w których wychwalano ponad wszelki rozsądek królów i innych władców.

W jednym i drugim przypadku, królów i bogatych biznesmenów, mamy do czynienia z zabobonem, a dokładniej z ideologią, której podstawową funkcją jest utrzymanie ściśle hierarchicznej struktury społecznej. Trafnie opisują to Peter Bloom i Carl Rhodes, badacze społeczni, w książce „Świat według prezesów”: „Dawno już zauważono, że zaufanie pokładane w wolnym rynku ma charakter nie tylko naukowy, ale także (a może przede wszystkim) religijny. Opiera się ono na przywiązaniu do dogmatycznej wizji człowieka i świata; na czymś, co ekonomista Joseph Stiglitz nazywa wszechobecnym „fundamentalizmem rynkowym”. Prawdopodobnie ten pierwiastek religijny jest jeszcze silniejszy w hiperkapitalizmie. Reprezentuje on niebiański porządek rzeczy, w którym prezesi są wszystkowiedzącymi, potężnymi, świeckimi bogami, odbierającymi należną cześć od mniej utalentowanych, ale oddanych wiernych. Taka idealizacja utwierdza prawomocność współczesnego, boskiego uniwersum kapitalistycznego i służy do wypierania jakichkolwiek faktów dotyczących korporacyjnych nadużyć, bezwzględnego dążenia do zaspokajania interesów własnych, przemysłowych zniszczeń środowiska oraz globalnych nierówności, które wymknęły się spod kontroli”.

Kiedy pada pytanie, dlaczego właściwie mamy godzić się na świat, w którym kilkadziesiąt osób ma większy majątek od biedniejszej połowy ludzkości, to kapłani wolnego rynku mają nie lada problem z udzieleniem sensownej odpowiedzi. Na początku próbują przekonywać, że to kwestia pracowitości, ale szybko zdają sobie sprawę z tego, jakim absurdem jest stwierdzenie, że kilkadziesiąt osób pracuje więcej niż kilka miliardów ludzi. Więc przerzucają się na argument z produktywności, ale on też jest nieprzekonujący, bo nie tłumaczy, czemu jeszcze kilkadziesiąt lat temu prezes w USA zarabiał 30 razy więcej od przeciętnego pracownika, a tuż przed kryzysem finansowym z 2008 roku prawie 400 razy więcej. Ostatecznie więc wyznawca kultu miliarderów jest zmuszony stwierdzić „Rynek tak zdecydował”. Ale taka odpowiedź ma dokładnie taką samą wartość, jak próba przekonania ludzi, że muszą godzić się na rządy monarchy, bo „Bóg tak zdecydował”. To tylko wybieg, który służy do zachowania dotychczasowych struktur władzy.

Właśnie dlatego ten kapitalistyczny zabobon jest niebezpieczny. Jako członkowie demokratycznych społeczeństw mamy pełne prawo dociekać, czy tak ogromna przepaść między najbogatszymi a całą resztą jest uzasadniona i czy powinniśmy się na nią godzić. W pełni zasadne jest pytanie, które tak bardzo godzi w uczucia religijne sporej części osób: „Czy w ogóle ktokolwiek powinien być miliarderem?”. Andrew Sayer słusznie pisze, że po prostu nie stać nas na takie fanaberie jak krezusi, którzy zgarniają lwią część globalnego majątku. W dodatku mają ogromną władzę, bo stać ich na własne media, na lobbing, na reklamę, na najlepszych prawników. Jak zauważa George Monbiot, w czasach kryzysu klimatycznego ludzie kierujący największymi firmami paliwowymi dosłownie decydują o przyszłości całej ludzkości. Choć nie wygrali żadnego powszechnego głosowania, które dawałoby im prawo do takiej władzy. Każda próba ucięcia tej dyskusji za pomocą zaklęć o rynku i wybitnych biznesmenach jest gestem antydemokratycznym i tak należy go nazywać. Oczywiście, zakładając, że traktujemy demokrację na poważnie, a nie jako fajne hasło do skandowania na manifestacjach.

Tomasz Markiewka

Moja rodzina i ja. Z klasy ludowej do średniej

Moja rodzina i ja. Z klasy ludowej do średniej

Wychowałem się na warszawskim Gocławiu, w 1989 miałem 4 lata, jestem świadkiem awansu klasowego mojej mamy, a choć z tatą nadal mieszkają razem, to o nim nie powiedziałbym, że awansował. Ale najpewniej go nie doceniam. To jednak tata zaszczepił we mnie ideę czytania książek, która przez długi czas przeczyła mojemu doświadczeniu – on nie czytał, tylko „Wyborczą” w piątki. Idea jednak tliła się we mnie podtrzymywana przez niego, co skutkowało sporadycznym sięganiem po książki (a na półkach serie o Tomku i o Panu Samochodziku) a w liceum pełną parą połączyła mnie z rzeczywistością inteligencką, nie tylko samego czytania, ale także przeżywania i odnoszenia do siebie oraz – pisania na własną rękę.

Jako socjaliście parzy mi trochę mordkę ten poprzedni akapit afirmujący wartości inteligenckie i awans klasowy. Czy mogłem stać się pełniejszy dopiero, gdy (puste) wezwania ojca do sięgania po książki natrafiło na opowiadania Sartre’a? Smutne to, ale nie było innej możliwości (nie dziwię się też, że tata przestał czytać, gdy serce i głowę miał zajęte bezrobociem od Balcerowicza). To strasznie smutne, że ówczesne państwo, podobnie jak obecne państwo, nie daje dzieciom z klas ludowych twórczej dumy, a jedynie zadania, jak w RPG-u. Kiedyś: zostań pięknym/ą i bogatym/ą; teraz: zostań pięknym/ą i bogatym/ą patriotą/ką. A najgorsza, najbardziej dewastująca w tym procesie dzikiej socjalizacji jawi mi się alienacja wobec rodziców, która w moim przypadku pogłębiła się, gdy zacząłem czytać, a oni dalej raczej nie czytali albo czytali coś dziwnego (mama – rosyjskiego bioenergoterapeutę). Moje nawiązanie kontaktu ze światem inteligenckim wyżłobiło między nami dotkliwe różnice, dając mi również arsenał do sprawniejszego bombardowania naszej relacji, bo rodzice są głupsi, wierzą w boga, małżeństwo i nie czytali Gombrowicza.

A jaki był ogromny, bezpowrotnie utracony potencjał tego, co nazwałbym twórczą, ludową dumą, otwarciem się na to, co chłopskie, robotnicze, wykorzystaniem wiedzy, umiejętności i spojrzenia na świat, wszystkich szkalowanych jako wieśniaków czy roboli? Gdy dorastałem w latach 90. na Gocławiu cały nasz blok był ludowy – wyrósł na ulicy imienia przedwojennego komunisty, Sylwestra Bartosika, przemienionej za dekomunizacji na Przemyka. Mama kolegi i tata koleżanki handlowali na Wiatracznej. Żyli wśród nas sprzątaczki, mechanicy, pomocnice laboratoryjne, kasjerki, elektrycy, pielęgniarki, tokarze, rencistki, bezrobotni. Zaraz jedni mieli wystrzelić w przedsiębiorców, inne umrzeć, stracić pracę, nie zmienić się o milimetr.

Długo miałem problem z moim pochodzeniem. Podczas ponad dwuletniej terapii dużo złości uruchomiłem wobec rodziców i byłem w stanie im ją wyrazić – pierwszy raz bez wulgaryzmów, spokojnie, zdecydowanie. Jednak złość wyłowioną w pokoju terapeutki i zapuszczoną w relacje teraz poszerzam o coś więcej, co wynikało z tła społecznego, co tłem nie było, a realnym inkubatorem postaw wobec świata. Pisali o tym w niedawno wydanych po polsku książkach – James Baldwin w „Zapiskach syna swego kraju” i Didier Eribon w „Powrocie do Reims”.

Mówię o wstydzie.

Wieść o edukacji

Moi rodzice z klasy ludowej i ja z niej, ale częściowo, ponieważ wychowywałem się w procesie ich walki (bardziej walki mamy) o zmianę pozycji społecznej. Na sztandarach umieścili edukację dzieci jako absolutny priorytet i nie szczędzili korepetycji, lekcji gry na keyboardzie, wakacji z rakietą tenisową, kaset do nauki języka angielskiego. Wszystko po to, żebyśmy z siostrą mieli dobrą pracę, a z niej dobre pieniądze.

Ze znacznym uporem negowałem zarówno ich dążenia społeczno-ekonomiczne, jak i ludowość sposobu bycia. Od piętnastego roku życia miałem wyraźny cel – zostać genialnym (lub przeklętym) poetą i przeżyć wielką miłość. Inteligencki romantyzm wcielił się we mnie – brzydziła mnie praca fizyczna, straszyły wszelkie zajęcia manualne, techniczne, nie interesowała technologia, wkurzało codzienne oszczędzanie, bo nie było nas stać. Zarazem chłonąłem wulgarność rodzicielskich kłótni oraz uzależnienia ojca i babci kopcącej na potęgę.

Z ludu rodzice bez wątpienia mieli i nadal mają wiele. Mama: siarczystość języka i uległość wobec wszelkich wpływów; tata: nieufność, strach wobec świata. Mama ćwiczyła i stopniowo stawała się coraz bieglejsza w mieszczańskich pozycjach ciała i minach. Nie garbić się, uśmiechać się, nie kląć. Teraz tylko, gdy wróci od rodziny z Borów Tucholskich, przez parę dni mówi „jo” zamiast „tak” i kurwy używa jak ciszy.

Przebyła niezwykłą drogę społeczną. Z chłopskiej rodziny trafiła na fotel dyrektorki przedszkola. Zacytowałbym serial „Mad Man”, w którym o sekretarce agencji reklamowej pracującej w wysokim wieżowcu mówi się „astronautka”, bo życie zaczęła w stodole na prowincji. O mojej mamie bym tak jednak nie powiedział – umiejętności potrzebne do współpracowania z ludźmi nabyła już w dzieciństwie, opiekując się młodszymi braćmi, gdy babcia była w polu, a dziadek pod sklepem. Tata z kolei, elektryk, doświadczony służbą wojskową podczas stanu wojennego, od maleńkości wciągający alkoholowo-papierosowe opary środowiska robotniczego – zachował w sobie coś z marzyciela. Jako nastolatek czytał Karola Maya i jeździł na kolarzówce, a teraz potrafi pisać wybujałe opisy przyrody w esemesach z wyjazdów. Po 40-tce skończył płatne studia i został niskopłatnym urzędnikiem. Wrócił jednak do pracy fizyczno-technicznej – obecnie jako dozorca oraz konserwator w bibliotekach. Nieskory do zmian, skory do nieskrępowanych zachowań ciała w swoim mieszkaniu.

A ja dorastając, stawałem się coraz bardziej rozdarty. Chłonąłem ambicje matki i apatię ojca. Zaważyło to na moim życiu i w dużej mierze stworzyło mnie. Mój społeczny dramat zaczął się w liceum, do którego bez większych problemów zdałem, ale ledwo je skończyłem. W podstawówce na Przyczółku Grochowskim byłem całkiem dobrym uczniem. W ogólniaku okazało się, że uczyłem się w innej, gorszej galaktyce. Wszystkie przedmioty wydawały mi się prowadzone w obcym dialekcie i wymagały wiedzy, w którą nie zostałem wyposażony. Nigdy nie nadgoniłem tej różnicy, popadłem w używki, nastoletni bunt. Polonistka z liceum powiedziała o mnie na forum klasy: „cicho mówi, brzydko pisze – na odstrzał!”.

W obecnym kształcie nauczyciel to nikt inny jak namiestnik państwa ds. egzekwowania granic społecznych. Szkoła zamiast mi pomóc, starała się mnie pozbyć. Rodzina przekazywała ambitne cele awansu, ale nie dawała poczucia bezpieczeństwa i kapitału kulturowego. Jedynie przypadek sprawił, że poszedłem na studia – wsparli mnie nastoletnia relacja miłosna i krytyk teatralny, który mieszkał w bloku mojej dziewczyny.

Pokochać lud i nie stracić go z oczu

Bardzo późno zacząłem rozwijać w sobie twórczą dumę z pochodzenia klasowego. Dopiero po 30-tce. Od razu popadłem też w nutę nostalgii za minionym PRL-em. Dziadka, którego jako konserwatywny student ganiłem za antysemityzm i podważanie roli AK w polskiej historii, teraz pokochałem jako robotniczą sól tej ziemi i chłonąłem jego zawodowe przechwałki. Pewnego razu podczas lekko ironicznej rozmowy rodzinnej powiedziałem o nim i o sobie: my, komuniści… oburzył się! Stwierdził stanowczo, że jest robotnikiem, a nie komunistą.

Przyjąłem to zdanie dziadka z niepokojem, który później pomógł mi doprecyzować Didier Eribon, m.in. pisząc: „Uważałem się za marksistę, ale mój marksizm za czasów studiów i moje goszystowskie poglądy były jedynie sposobem idealizowania klasy robotniczej, przemienienia jej w mistyczną istotę, w porównaniu z którą życie moich rodziców wydawało się godne potępienia”.

Obecnie największym wyzwaniem dla mnie jako artysty i aktywisty jest twórcze podjęcie pochodzenia mojego i innych przeciwko toksycznej chłopomanii tak samo, jak i klasistowskiej pogardzie. To, skąd jestem, od zawsze wołało do mnie politycznie, ale dopiero od niedawna wyraźnie słyszę ten głos. Długo nie rozumiałem, kim jestem, bo długo byłem znikąd, tej krainy pełnej lęku, którą tak trudno wypowiedzieć. Gdy ustami mojej mamy, taty, babci, dziadka dochodzą do mnie teraz głosy z przeszłości to chcę wysłuchać, spisać, przetworzyć, zachować, nadać im nowe znaczenia.

Inną strategię obrała moja siostra. Do dziś krytycznie podchodzi do naszych korzeni. Skrupulatnie pilnuje zachowania rodziców podczas rodzinnych obiadów. Wszelkiego rodzaju niefrasobliwe sposoby poruszania ciałem, zgarbienia, mlaskanie, wzdęcia, stara się błyskawicznie wyrugować, przywołując rodzinę do pionu i porządku. Piszę o tym trochę ironicznie, ale widzę w wymaganiach mojej siostry przejawy wypierania ludowości, którą sam aktywnie pogardzałem, wstydziłem się jej, może i nienawidziłem.

Nie chcę jak James Baldwin rozpaczliwie stwierdzić po śmierci ojca: „żałowałem, że nie mam go obok siebie, by w jego twarzy szukać odpowiedzi, które od tej chwili mogła przynieść mi już tylko przyszłość.”. W twarzach mojej rodziny są rysy mojej twarzy, w ich społecznie ukształtowanych ciałach, myślach, działaniach – przyczyny mnie. Z odcisków ojca od narzędzi i kabli – moje gładsze, nie imające się młotka, dłonie; z czarnych od nikotyny zębów babci i jej dymnych pocałunków – moja skłonność do uzależnień; z pracowitości drugiej babci – moja energia do działania; z ambitnych planów oszczędzania mamy – moja oszczędność i umiejętności organizacyjne; z powierzchownej wiary mojej rodziny – mój ateizm.

Powstałem z nich. Klasa ludowa daleka jest od jednoznaczności. Bywa bardzo sprawcza, wpływowa, zaradna. Też pełna strachu i uprzedzeń. Frustracji. Głupoty. Pełna tajemnic i uroku.

Tomasz Gromadka