przez Małgorzata Greszta | niedziela 29 czerwca 2025 | opinie
Szpital jest miejscem urzeczywistniania się socjalistyczno–biblijnej egalitarnej utopii – połowicznie, bo tylko w grupie pacjentów. Król kładzie się do łóżka nagi – bez rzeczy, bez autorytetu. Istnieje co prawda bardzo wątpliwy system nadawania wybranym statusu vipowskiego, ale w rzeczywistości nie wpływa on znacząco na opiekę.
Pewna elegancka kobieta, w dość dobrej jeszcze kondycji fizycznej, spała na jedwabnej poduszce i odtwarzała Brahmsa na spotifaju. Trudno powiedzieć, czy chodziło o bunt przeciwko odebraniu jej kontroli, czy o pogardę i wstręt dla innych chorych, czy o lęk przed śmiercią. Jedwabie szybko zabrudziły się płynami ustrojowymi, duszące perfumy wymieszały z wonią moczu, a Brahmsa zagłuszyły jęki bezdomnego pacjenta z sali obok. Przegrała batalię o władzę nad tą wspólną i jednakową dla każdego rzeczywistością, ale szybko wyszła. Prawdopodobnie ma jeszcze trochę czasu, żeby przygotować się na ostateczną miarę i wagę swojego dobytku i pożegnanie z siłą. Nie pamiętam jak ta kobieta miała na imię, nie nawiązałam z nią relacji, ale z ciekawością ją obserwowałam. Stała się dla mnie jakimś symbolem.
Ciało
Nigdy wcześniej nie dotykałam nagiego ciała zupełnie obcego człowieka. Robiłam kurs przez internet – wątpliwy tryb nauki, ale braki kadrowe są tak duże, że nie stanowiło to problemu. Funkcja opiekuna medycznego to nie są skomplikowane czynności. Małe ryzyko popełnienia błędu śmiertelnego w skutkach, raczej wyłącznie fizyczny wysiłek, ale sypiać zaczęłam dopiero po tygodniu. Pamiętam pierwsze zdania, które powiedziała do mnie starsza opiekunka: „Popatrz, pani krwawi z dróg rodnych. Szybko. Musimy założyć nowego pampersa bo zaraz śniadanie”. No to założyłyśmy. Udawałam, że to dla mnie chleb powszedni. To była Pani Maria, emerytowana inżynier. Ciągle prosiła o papierosy. Leżała pod tlenem – patowa sytuacja. Sama wtedy paliłam, więc wiem jak jej tego brakowało.
Gdy maszyna ludzka kładzie się w łóżku, jest w położeniu przeciwko życiu. Im bardziej zawęża się perspektywa – do czterech ścian sali, ruchu gałek ocznych – tym bliżej śmierci. Martwota to brak ruchu. Im więcej lataniny, harmidru wokół, tym więcej życia. Jeden z pacjentów nazywał mnie „muszką”. Jego uwaga skupiała się na biegu, w jakim byłam bez ustanku – w opozycji do jego położenia. Z biegiem czasu perspektywa się zawęża. Wszystko odnosi się do rzeczywistości szpitalnej, do tego, co dzieje się na tej odizolowanej wyspie. Tu są inne prawa, obyczaje, to inna strefa psychiczna – graniczna.
Szpital jest żałosny, upokarzający, obrzydliwy, piękny i prawdziwy. Powstrzymując się przed wymiotami, które wywołują zapachy kału, krwi, ropy, można jednocześnie dotykać najbardziej ważkich pojęć ontologicznych. Smród chorującego ciała jest mistyczny – może być. W majestacie śmierci wszystko się rozpada, unieważnia, traci wartość. Thomas de Quincey, który napisał „Ostatnie dni Emmanuela Kanta”, uważał, że portretować ludzi należy, gdy się starzeją, bo nie zostaje już czasu i siły na grę w pozory. Kiedy słabną możliwości poznawcze, sypią się wszystkie obudowy, pancerze: klasowe, kulturowe, społeczne. Intelektualne tuzy czasem maleją w mgnieniu oka.
To, co w zasadzie jest oczywiste i przewidywalne, wywołuje szok. Człowiek u swojego kresu staje goły, zwykły, bezwzględnie równy w swojej marności wobec innych chorych i starych. I wtedy widać właściwie tylko sumę wyrządzonego zła i dobra, pokory lub buty, tego, czy się świat uniosło – czy nie. Ci lepiej sytuowani mają czasami trochę lepszą opiekę, dodatkowe dyżury pielęgniarskie albo częstszą zmianę pampersa w zamian za obdarowywanie personelu słodkimi tortami. Ale odchody ludzkie zawsze śmierdzą tak samo, a brak kontroli nad swoim ciałem upokarza i zawstydza każdego bez wyjątku. Każdemu jednakowo zakłada się cewnik i wkłucie dożylne.
Szpitale są wyspami cierpienia w rzeczywistości, w której kłamliwie zapewnia się nas, że za odpowiednią cenę można się od niego wykupić. Są syntezą prawdy o sobie samym i życiu – miażdżącą. Dorobek cywilizacyjny jest właściwie woalem zakrywającym ostateczną istotę bytu. Życie w zdrowiu jest trwaniem w iluzji i samooszukiwaniem, chroniącym przed okrucieństwem prawdy wypchniętej poza świadomość. Konfrontacja z nią odbywa się często na granicy szaleństwa, jest upokorzeniem.
Adrenalina
To była interna, nie oddział psychiatryczny, ale w powietrzu wisiały obłęd i panika. Jedni zarażali się od drugich. Kadra od pacjentów. Chorobę po prostu ciężko unieść, ciężko zachować jasność umysłu, chociaż neurolog nie stawia żadnej diagnozy. Ludzie – zwłaszcza z karetek, przyjeżdżają w szoku. Dramatycznie się boją i cierpią. Różnie sobie z tym radzą, niektórzy biją, plują, bluzgają. Zawsze jest co najmniej jeden taki pacjent na oddziale. Wedle egzystencjalistów, każde cierpienie emocjonalne sprowadza się do lęku przed śmiercią – bojaźni i drżenia. Tkwiący w podświadomości strach przed roztrwonieniem życia, zniweczeniem go, można uznać za przyczynę wszelkich zaburzeń psychicznych.
Lęk tanatyczny to jedno. Szpital jest instytucją totalną. Ręka podniesiona na pielęgniarkę może być wyrazem braku zgody na proceduralne ubezwłasnowolnienie. Zniesione są tu wszelkie hierarchie obowiązujące na zewnątrz. Zastępuje je hierarchia władzy nad życiem. Kolejno najpierw ustawia się lekarzy jako posiadających największą sprawczość, a następnie – wedle sprawczości właśnie – resztę kadry medycznej. Później jest wielka przepaść i pacjenci – niemal zupełnie pozbawieni władzy i siły. Szpital sankcjonuje tę stratę, jest nią napędzany. Stanowi ona usprawiedliwienie jego istnienia i potwierdza zasadności panujących reguł.
Każdy oddział szpitalny jest osobnym organizmem – chorym. Ciało medyczne: pielęgniarskie, lekarskie, opiekuńcze, krąży wokół łóżek pacjentów jak krew wokół toczonych chorobą organów. Właściwie choruje cały budynek. Chore jest powietrze, chora jest cała aparatura. I tak od dyżuru do dyżuru choruje każdy, kto przekroczy próg szpitala. To się po prostu jakoś chłonie. Dopóki się tam jest, dopóki czuje się ten zapach.
Anormalne funkcjonowanie uzasadnia uzależnienie od adrenaliny. Połowa opiekunów mówi, że jest tu na jakiś czas, że nie da rady tak pracować do końca życia, kręgosłup nie wytrzyma. Ja przeciążenie czułam jeszcze miesiąc po odejściu z pracy. Pacjenci mówili: „dziecko, zawołaj kogoś, przecież ty masz rączki jak gałązki”. Chciałabym nie mieć, ale takie rzeczywiście mam. Nie dawałam rady z pacjentami, którzy ważyli dwa, trzy razy tyle, co ja. Na adrenalinie człowiek może naprawdę dużo – oczywiście do czasu. I dlatego to się jakoś kręci. Albo się tam idzie pracować już od niej uzależnionym, albo to przychodzi w trakcie. Może nie każdemu, ale to powszechne.
W dniu, gdy przyjechałam do kadr podpisać umowę, zatrudniano młodego chłopaka. Wyglądał jak przerośnięty maturzysta. Był w moim wieku. Zaprzyjaźniliśmy się. Jeździłam z nim potem do poradni odwykowej, szukałam ośrodków zamkniętych. Opowiadał, jak było na detoksie, kogo poznał, że kolegę Chady, mokotowskich. Ciągle coś opowiadał, był pogodny, trochę dziecinny. Na oddziale były pacjentki urodzone jeszcze przed wojną. Nie mieściło im się w głowie, że będzie je dotykał młody chłopak. Być może to był tylko wstyd, ale mogły to być też traumy okupacyjne. Hela, gdy tylko widziała, że Mateusz się zbliża, wrzeszczała: „Wynoś się, gnoju, won”. W końcu oddziałowa kategorycznie zakazała mu wchodzenia na jej salę. Któregoś dnia mi powiedział: „Gdy cię nie było, to Hela mnie zawołała i przytuliła”. Ciężko było się na niego gniewać, nie lubić go. Nie wiem, czy najpierw były narkotyki czy szpital, ale to się świetnie uzupełnia. To wszystko, co dzieje się w szpitalu, może zastępować używki – albo odwrotnie.
Pracownicy nie mają wsparcia psychologicznego, nie są uczeni radzenia sobie ze stresem. Kiedy byłam zatrudniana w marcu 2024 roku, nie musiałam przedstawiać ani zaświadczeń ani o niekaralności, ani o niefigurowaniu w rejestrze przestępców seksualnych. Okazanie takich dokumentów jest konieczne do podjęcia pracy np. w bibliotece. Taki stan rzeczy ukazuje zasadniczy problem: braku ludzi. Kiedyś w windzie pielęgniarka powiedziała mi, że dojeżdża z lubelskiego – a pracowałyśmy w Warszawie.
Hierarchie
Pracownicy funkcjonują w systemie konserwatywnej hierarchii, która nosi znamiona być może pańszczyźnianej jeszcze przemocy. Zwierzchność przy okazji służy wentylowaniu psychiki z frustracji i zmęczenia.
Kadra niższego stopnia nie ma przywileju prowadzenia rozmów z pacjentami. Tylko zwięzłe treści, czasem przemycane półuśmiechy i współczujące spojrzenia. Łatwo zostać oskarżonym o miganie się od obowiązków, opóźnianie pracy, działanie na niekorzyść ogółu. Czas dla chorych jest reglamentowany. Lekarzy zazwyczaj zna się z imienia i nazwiska, pielęgniarki i opiekunki czasem z imienia – gdy się je usłyszy albo zapyta. Do obowiązku lekarza należy prowadzenie empatycznego dialogu z pacjentem, do obowiązku kadry niższej – nie. Nie ma na to czasu.
Kiedy pacjent mówi po imieniu, to nobilitacja. Nigdy nie czułam się tak szanowana za wykonywaną pracę jak wtedy, gdy pacjenci żegnali się ze mną po zakończeniu dyżuru. Po imieniu. Wychodziłam tylnymi drzwiami i słyszałam zza pleców jak pacjentka woła: „Do widzenia, pani Małgosiu!”. Ona dalej w szlafroku, ponuro zaciąga się papierosem, ja już po cywilnemu, wracam do świata zdrowych, ale wciąż czuję działanie adrenaliny, dopaminy, endorfiny. Już za ogrodzeniem robi się tak lekko, życie jest proste, problemy wcześniej poważne – trywialne. Ta praca ustawia obserwatora w szlachetnym dystansie. To nie tylko zmiana perspektywy, ale także chemia mózgu – triada szczęścia. Wydzielające się podczas dyżurów hormony często przesądzają o pozostaniu w zawodzie, pomagają znieść więcej i więcej, pracować na drugi etat, wytrzymać poniżanie.
Pierwszego dnia przyszłam za pięć siódma na dyżur, a o siódmej dziesięć, po ekspresowej rozmowie z oddziałową, poszłyśmy z Władzią na sale robić swoje. Władzia miała ze sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i mniej więcej tyle samo kilometrów pokonywała w drodze do pracy. Twarda baba, z silnym temperamentem i pogodą ducha. Przedsiębiorcza – nie mogła się oduczyć oszczędzania na rękawiczkach, za co regularnie dostawała reprymendy od pielęgniarek. To chyba było silniejsze od niej. Mówiła, że bardzo wcześnie musiała zacząć pracować, że w domu było sporo gęb do wykarmienia, bieda. Jedni ją kochali za to, że przytuliła, potrzymała za rękę, pocieszyła. Inni kompletnie nie tolerowali i wnosili skargi na „rażące nieprzestrzeganie procedur higieny i niestosowne uwagi”. Dawno by przez to wyleciała, ale nie było nikogo na jej miejsce. Największą kosę miała z łapówkarzami, z pacjentami, których rodziny obdarowywały pielęgniarki prezentami, albo po prostu z tymi, po których na pierwszy rzut oka widać było pozycję społeczną. Nie uznawała podziałów na lepszych i gorszych – i bardzo mi tym imponowała. Miała swoją godność klasową i chociaż czasem trochę przesadzała, to trzymałam jej front.
Minął rok, ale wciąż pamiętam imiona pacjentów. Olę, dwa lata starszą ode mnie, chorowała na marskość wątroby. Nie miała już nawet zębów, gdy woziłam ją na gastroskopię. Pana Krzysztofa, emerytowanego kompozytora. Bardzo cierpiał, miał martwicę, owrzodzenia. Jasię, Anielcię, Piotrka. Wszyscy nie żyją. W ciągu dwóch miesięcy umarło osiem osób.
Największym ciężarem tej pracy są wydarzenia pozamedyczne. Inżynieryjny punkt widzenia nauki w zderzeniu z nagłą emanacją lęków tkwiących w podświadomości, doprowadza do wielu klęsk komunikacyjnych. Szpital jest punktem kontrolnym, czasem ostatnim, zazwyczaj pobyt tam ma znaczenie fundamentalne, strategiczne z perspektywy ogółu życia człowieka. Śmierć jest paroksyzmem życia, jak pisał de Chardin. Szpital jest kondensacją prawdy i istoty trwania. W mgnieniu oka okazuje się, że środowiska i klasy są sztuczne, poglądy polityczne są sztuczne, maniery, tytuły, wiedza – to ostatecznie jest wszystko nic nie warte i zmyślone. Gdy się już człowiek tego wyzbędzie, gdy to uleci, gdy się położy w białej pościeli, to zostaje tylko spojrzenie i to, co jest w oczach. Rdzeń, prawda.
Małgorzata Greszta
PS. Imiona zostały zmienione ze względu na ochronę prywatności.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Engin Akyurt from Pixabay.
przez Małgorzata Greszta | niedziela 13 kwietnia 2025 | opinie
Odpowiadając na pytanie clickbaitowego tytułu – istnieją pasożytnictwo społeczne, klasa próżniacza, apatia, strajk włoski, nonszalancja, praktyka wu wei, ale „lenistwo” wydaje się wprowadzać tylko zamęt pojęciowy. Bezruch w ogóle, „lenistwo” są relatywne – wartościowane przez doktryny polityczno-filozoficzne, systemy religijne, normy kulturowe, ze względu na przynależność klasową itd. Zbyt rozległa definicja „lenistwa” spłyca np. problem astenii – objawu chorobowego charakteryzującego się przewlekłym zmęczeniem, ale również cynicznego żerowania na pracy innych osób, aby zaspokoić potrzeby i cele własne. Mowa tu zarówno o wyzysku systemowym, jak i o patologicznych zachowaniach jednostek.
Zięć Karola Marksa, Paul Lafargue, w 1883 roku opublikował „Prawo do lenistwa” („Le Droit à la paresse”). W książce przedstawia swoje radykalne poglądy – ówcześnie sprzeczne z dążeniami ruchu socjalistycznego, obecnie częściowo z nim zbieżne. Autor uważa, że walka o poprawę warunków pracy paradoksalnie zmierza do rozszerzenia zakresu niewolnictwa, a zamiast „prawa do pracy” postuluje „prawo do lenistwa”.
Krytykuje on kult pracy i wskazuje na spadek produktywności z niego wynikający. Uważa lenistwo za prawo człowieka, za warunek rozwoju indywidualnego i społecznego. Podkreśla również wartość życia samego w sobie, które nie powinno być redukowane jedynie do pracy i wysiłku. W manifeście zawarte są również krytyka nadprodukcji oraz zwrócenie uwagi na brak korzyści z rozwoju technologicznego, który nie prowadzi do większej ilości czasu wolnego. „Lenistwo” jest przez Lafargue’a używane jako synonim czasu wolnego od pracy.
Podobnie uważał Tołstoj, choć jego esej był raczej filozoficznym rozważaniem a nie jak u Lafargue’a manifestem politycznym. W tekście „Nieaktywność” porusza kwestie związane z działaniem, bezczynnością oraz sensem życia. Tołstoj bada kontrast między aktywnością a bezczynnością, wskazując, że wiele podejmowanych działań nie przynosi prawdziwego sensu ani wartości. Podkreśla, że często ludzie angażują się w pracę, która jest pusta i nie przynosi realnych korzyści dla nich samych ani dla społeczeństwa.
Esej ten odzwierciedla poszukiwania Tołstoja, który w późniejszym etapie swojego życia skupił się na duchowych wartościach, prostocie i życiu w zgodzie z naturą. Porównuje w nim dwa stanowiska dotyczące stanu umysłów współczesnych ludzi, reprezentowane przez przemówienie Emila Zoli i list Aleksandra Dumasa. Po jednej stronie postawiony jest Zola, który uważa pracę na rzecz postępu za misję ludzkości, po opozycyjnej Dumas ponad wszystko przedkładający zrozumienia świata. Wskazuje on, że aby dokonały się zmiany potrzeba refleksji, zrozumienia i solidarności, a za jej fundament uważa wewnętrzną transformację.
Rozważania Tołstoja o „nieaktywności” wiążą się z filozofią chińską. Jest to niewątpliwie pewna interpretacja „lenistwa” na bardzo głębokim poziomie, jednak rozważania wciąż dotyczą stosunku do pracy, działania i ich sensu. Filozof był tak zafascynowany taoizmem, że przetłumaczył nawet księgę autorstwa Lao Tzu. Jeden z jej fragmentów głosi (tu w tłumaczeniu Ursuli le Guin):
Nie muszę wychodzić za próg,
żeby wiedzieć, czym żyje świat.
Nie muszę wyglądać za okno,
żeby zobaczyć drogę na niebie.
Im dalej wędruję,
tym mniej wiem.
Roztropna dusza
nie wędruje, a wie;
nie patrzy, a widzi;
nie robi, a przez nią
wszystko już zrobione.
Kolejnym filozofem, który zajął się lenistwem, był Bertrand Russel. W „Pochwale lenistwa” autor, zbieżnie z Lafarguem, zwraca uwagę na niesprawiedliwości wynikające z podziału pracy i czasu wolnego. Wskazuje, że nowoczesna technologia stwarza możliwości sprawiedliwego podziału czasu pracy, co mogłoby prowadzić do większej równości społecznej. Postuluje więcej czasu wolnego, a także krytycznie analizuje koncepcję obowiązku oraz rolę władzy w społeczeństwie. Russell podkreśla, że pojęcie obowiązku było historycznie wykorzystywane przez posiadaczy władzy, aby zmusić innych do działania w interesie elit, a nie ich własnym. W takim kontekście „lenistwo” może być rozpatrywane jako uzasadniony bunt w imię sprawiedliwości społecznej.
Nie ma dziś w tych rozważaniach nic zasadniczo kontrowersyjnego ani olśniewająco odkrywczego – oprócz oczywiście tytułów, które do dziś mogą wywoływać oburzenie. Sieć skojarzeń prowadzi bowiem zazwyczaj głównie do bumelanctwa, natomiast interpretacje w świadomości zbiorowej są wykoślawione przez potęgi ustanawiające normy – grupy, które zorganizowały antagonistyczny porządek współżycia społecznego i ustawiły się w roli pasożytów. Zazwyczaj zwykli oni też o pasożytnictwo oskarżać swoich żywicieli.
Wspomniane społeczne pasożytnictwo to termin odnoszący się do zjawiska, w którym pewne jednostki lub grupy korzystają z zasobów, pracy lub wsparcia innych bez zamiaru wnoszenia w nie adekwatnych wkładów. Można to rozumieć jako formę nieuczciwego wykorzystywania wspólnoty lub systemu społecznego, w którym część ludzi odnosi korzyści kosztem innych.
W rodzinach czy miejscach zatrudnienia zdarzają się przypadki wykorzystywania pracy innych na rzecz zaspokajania potrzeb własnych. Zdarza się również intencjonalne, nieuzasadnione nadużywanie systemu wsparcia społecznego i to jest właśnie obraz najsilniej w świadomości społecznej powiązany z lenistwem. Obraz gnuśnego nieroba pozostającego na łasce państwa lub rodziny. Przypowiastki o leniwych patusach są gremialnie rozpowszechniane przez klasy panujące, które nie mogą znieść, że stracą choć jednego żywiciela. Tacy ludzie oczywiście istnieją, ale najbardziej szkodzą swojej najbliższej rodzinie, a nie panom finansjery, którym na rękę jest rozpowszechniać ten uwłaczający godności mit, bo trzyma on w ryzach zakładników i kieruje uwagę na pojedyncze kamyki, podczas gdy problemem jest masyw górski.
Tym masywem jest tzw. klasa próżniacza (leisure class). Termin ten wprowadził amerykański ekonomista i socjolog Thorstein Veblen. Używa on go do opisania grupy ludzi, którzy nie są zaangażowani w produkcję dóbr materialnych, a ich status społeczny opiera się na konsumpcji i luksusowym stylu życia. Klasa próżniacza charakteryzuje się m.in. dążeniem do wydawania pieniędzy na dobra, które nie mają praktycznego zastosowania, co ma na celu manifestację statusu społecznego, zdobycie prestiżu i uznania w społeczeństwie. I jest to cała klasa, nie jednostka, nie przypadek. Mająca wielowiekowe, usystematyzowane podwaliny klasa pasożytnicza.
Manifestacją statusu tej klasy jest również trwonienie czasu. Czas na „nieaktywność”, na pozostawanie w bezruchu jest w zasadzie największym wyznacznikiem prestiżu i choć dyskusje zawsze toczą się wokół konsumpcji, to najbardziej uniwersalnym pragnieniem jest pragnienie posiadania czasu. Czasu, z którego rabowani są żywiciele. Ta klasa – liczna i władna, to istne gniazdo parazytoidów leniwie trwoniących skradziony czas.
Prawdziwe pasożyty społeczne uwielbiają jednak o lenistwo oskarżać swoich żywicieli. W średniowiecznym utworze „Satyra na leniwych chłopów” w istocie lenistwem okazuje się być unikanie wyzysku pańszczyźnianego, zaradność i sprytne formy buntu przeciwko pańskiej opresji. Znów więc termin „lenistwo” wprowadza zamęt, mąci stan rzeczy i myli żywicieli z karmicielami.
Pańszczyzna miała i ma po dziś dzień fundamentalny wpływ na kulturę pracy. Ukształtowała relacje społeczne, postawy i organizację życia zawodowego. Mityczne tłumaczenie biedy i ubóstwa „lenistwem”. Wymaganie od fizoli pracy możliwie najcięższej, żeby poczuć wreszcie upragnione schadenfreude, czyli radość z nieszczęścia innych. Wykorzystywanie cudzej męki jako kontrastu dla własnych błogich chwil beztroski, aby podbić ich wartość i poczuć ulgę. Przekazywanie doświadczonej przemocy nowym ofiarom. To wszystko czkawka po pańszczyźnie.
Ręka w rękę z doświadczeniami niewolniczej pracy szedł jednak również coraz bardziej zdezaktualizowany wiejski etos pracy, który ma swoje uzasadnienia. To, że „harowanie jak wół” jest cnotą, tłumaczy po prostu konieczność przetrwania w ciężkich warunkach przyrodniczych, co na obecnym poziomie rozwoju technologii nie ma już przełożenia. Praca na wsi oprócz tego że była przymusem, była też przekazywanym kolejnym pokoleniom dziedzictwem, wzmacniała więzi społeczne, rozwijała solidarność, wokół niej rozwijała się kultura. Uczyła elastyczności oraz szacunku i miłości do ziemi i przyrody. Była jednoznaczna z obecnością w świecie i życiu wspólnoty lokalnej i rodzinnej. To o wiele więcej niż praca daje człowiekowi ówcześnie.
Można pokusić się o stwierdzenie, że obecnie praca mniej daje niż zabiera. Tymczasem za lenistwo mogą być brane wielorakie objawy chorobowe, za leniwych uznawani są ludzie zmagający się z chorobą i cierpieniem. Badania przeprowadzone na różnych gatunkach wykazywały związek między stresem a zachowaniami anhedonicznymi. Anhedonia to stan, w którym osoba traci zdolność do odczuwania przyjemności, co w znacznym stopniu wpływa na motywację do działania. Astenia z kolei to stan chronicznego zmęczenia, który może być spowodowany chorobami psychicznymi, somatycznymi oraz silnym stresem generowanym na potęgę przez kapitalizm, który wkradł się już do wszystkich sfer życia człowieka. Fragment abstraktu opisu jednej z prac naukowych („Testing hypotheses about the harm that capitalism causes to the mind and brain: a theoretical framework for neuroscience research”; Kokorikou, Sarigannidis, Fiore) brzmi jednak: „Zakładamy, że badania neurobiologiczne są zdominowane przez dyskursy związane z wolnym rynkiem, medykalizacją cierpienia oraz patologizacją jednostek, które nie spełniają standardów niezależności rynkowej”.
Nie na rękę grupie pasożytniczej mówić na głos o medycznych konsekwencjach, jakie niesie totalna eksploatacja ich żywicieli. Lepiej docisnąć ich butem i rozpowszechniać przypowiastki o zgnuśniałych nierobach.
Wyżej opisana anhedonia wiąże się również bezpośrednio z pojęciem socjologicznym, jakim jest anomia – stan niepewności norm, celów, przyszłości, którego efektem jest dezintegracja społeczna, nihilizm. Osoby, które doświadczają anomii, mogą być bardziej podatne na anhedonię, ponieważ brak celów i wartości może prowadzić do depresyjnych stanów emocjonalnych. Z drugiej strony, anhedonia może również pogłębiać poczucie anomii. Osoba, która nie odczuwa przyjemności, może mieć trudności z odnalezieniem sensu w swoim życiu i w społeczeństwie.
W skrócie, oba zjawiska mogą się wzajemnie przenikać i potęgować. Gdy dochodzi do takiego stanu rzeczy, „lenistwo” nie jest nawet buntem, lecz samoczynnym krzykiem duszy i ciała domagających się odpoczynku, oddechu, bycia w czasie.
Podczas gdy religia za lenistwo gani, wartość bezruchu zawsze doceniano w kulturze i filozofii. Wu wei, często tłumaczone jako „niedziałanie” lub „działanie bez wysiłku”, jest pojęciem kluczowym w taoizmie i filozofii chińskiej. Oznacza ono podejście do życia, które polega na działaniu w zgodzie z naturalnym rytmem świata, zamiast przeciwstawiania się mu.
Wu wei nie oznacza całkowitego braku działania, lecz raczej działanie, które jest spontaniczne, płynne i niewymuszone. W praktyce oznacza to, że osoba stosująca tę zasadę potrafi wykorzystać swoją energię w sposób najbardziej naturalny i efektywny, co prowadzi do osiągania celów bez nadmiernego wysiłku. Właśnie tą koncepcją zainspirowany był Lew Tołstoj podczas pisania wspomnianego eseju. Takich głęboko osadzonych leniwych koncepcji jest wiele.
Kolejna z nich to gelassenheit. To termin kojarzony przede wszystkim z Martinem Heideggerem i w kontekście jego filozofii rozumiany jako „uwolnienie” i pozwolenie rzeczom na bycie czymkolwiek one są. Łączy się on z ideą wewnętrznego spokoju, akceptacji i harmonii z otaczającym światem. Słowo „gelassenheit” można przetłumaczyć na polski jako spokój lub opanowanie. W tym sensie, gelassenheit może być postrzegane jako cnota, która pomaga w osiąganiu równowagi psychicznej i emocjonalnej. Choć nie ma tu mowy bezpośrednio o lenistwie, to jest to koncepcja zbieżna z wspomnianą wyżej wu wei, której celem jest swobodne wiosłowanie po rzece – nie wyścig w sztafecie olimpijskiej, napieranie pod prąd.
Dandysi, choć kojarzą się źle i właściwie zbratali się z wrogiem, przeprowadzili w kręgach klas wyższych tak naprawdę swego rodzaju niewidzialną rewolucję. Nonszalancko wprosili się na salony a jednocześnie bezceremonialnie wzgardzili ich gospodarzami, czym w przewrotny sposób udało się im zjednać ich. Wszystko w aurze nonszalanckiej bierności, obojętności – froideur. Taki właśnie leniwy, bezczelny bunt, okazał się zadziwiająco skuteczny. Dandysi uważali brak dumy i ambicji za szczyt elegancji, ukrywając i zaprzeczając tym samym swoim kompleksom i poczuciu niewystarczalności. Dandyzm był powierzchowny, chodziło o wrażenia, nie wchodzili głębiej niż do kostek w kwestie duchowe, jednak dandysi przypominali w obyciu – przynajmniej z daleka – taoistów, byli Jeffem Lebowskim swoich czasów.
Odnosili dzięki temu spektakularne sukcesy w niezamierzonej walce klasowej, walce o uznanie. Będąc ustawieni poniżej piedestału, z łatwością wstępowali na niego, zasiewając wśród dworzan wątpliwość co do ich własnej wartości. Była to też być może buntownicza reakcja na zmierzch czasów. Dandysi stawiali siebie nie tylko ponad masami, ale ponad wszystkim. Jako grupa społeczna byli na tyle egotyczni i nihilistyczni, że nie należy stawiać ich za wzór, natomiast warto odnotować jak skuteczne były ich działania poprzez niedziałanie.
Ciężko być leniwym, gdy jest się żywicielem, zwłaszcza takim, który jest wyłącznie eksploatowany. Ale najwyższy czas zakopać protestancki etos pracy, który napędza pasożytnictwo i służy wyłącznie zaciskaniu jarzma. Został on przekształcony w kult konsumpcjonizmu, wspiera przyzwolenie na wyzysk, dewaluuje wartość człowieka i czasu wolnego. Należy uświęcić lenistwo, najpierw oddzielając je od systemowego pasożytnictwa, które jest formą przemocy. Polega ono na zaprzęganiu szeregów wyzyskiwanych zakładników, aby osiągnąć stan spokojnego, obfitego bycia w chwili teraźniejszej – bez ograniczeń. Czas wolny to nienaruszalna świętość, z której nie wolno dać się ograbić i nie wolno się jej wyrzec. I jeśli dziś brzmi to jak mieszczańskie pouczenia epatujące beztroską, to niech przestanie. Nadawanie rangi cnoty harówie w pocie czoła umacnia wyzysk w wykonaniu klasy pasożytniczej.
Czym ostatecznie jest lenistwo? Naturalnym dążeniem człowieka, potrzebą oddechu, radości i jedności ze światem, ożywioną obecnością, warunkiem zachowania zdrowia, odpoczynkiem, koniecznością i spełnieniem, drogą. Czasem cichym buntem, bezgłośnym krzykiem, walką o godność, bezwładną bezsilnością. Jest tak ważne, że być może właśnie z głębokiej potrzeby lenistwa powstały pasożytnicze systemy polityczno-ekonomiczne. Z atawistycznego pragnienia pozostawania w bezruchu. I tak właśnie systemową przemocą odebrano prawo do niego jednym, aby drudzy mogli się nim cieszyć do syta i bez reszty. Być może ta przewaga jednych nad drugimi jest ważniejsza nawet od władzy – na pewno nie mniej ważna. Walka toczy się więc o błogie trwanie, o to, żeby spokojnie stać nad wodą, patrzeć w chmury, czuć się częścią chwili, która się dzieje, jednocześnie nie musząc nic. To prawo powszechne.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Małgorzata Greszta | wtorek 10 września 2024 | opinie
Francuski socjolog Pierre Bourdieu wyróżniał podklasy wewnątrz klas społecznych – fakcje. Społeczeństwo dzieli się według niego na trzy klasy: dominującą, średnią i niższą, a każda z nich dodatkowo na dominującą, pośrednią i zdominowaną. Wycofanie się z rynku pracy jest swego rodzaju hibernacją. Zaprzestanie działania wewnątrz agregatu rynkowego wiąże się z separacją od tych, którzy wciąż wewnątrz niego funkcjonują, a także z separacją od swojej dotychczasowej klasy społecznej. Zasady uczestnictwa emeryta w życiu społecznym zmieniają się – odbywa się to w sposób nieuregulowany. Można stwierdzić, że przechodzą oni do nowej klasy – poprodukcyjnej. Natomiast wedle teorii podziału na fakcje zachowują wewnątrz niej swoje dotychczasowe pozycje. Reprezentant klasy niższej po przejściu na emeryturę przynależy zatem do klasy poprodukcyjnej niższej, i tak dalej.
Termin „emeryt” ma fatalne konotacje. Kojarzy się z obciążeniem dla państwa i rodziny, chorobami generującymi koszty leczenia, niedołęstwem, zapóźnieniem technologicznym i informacyjnym, biedą. Prawie 1/5 ludności Polski to osoby pobierające świadczenie emerytalne. Konsekwencją przejścia na emeryturę jest degradacja w hierarchii klasowej, związana z utratą produktywności ekonomicznej. Jakkolwiek konserwatywnie by to nie brzmiało, w kulturze zachodu rzecznikiem seniorów była zawsze religia chrześcijańska, która nakazywała szacunek i troskę. Wraz z sekularyzacja ta norma się rozmywa i kiedy zapadają decyzje – np. o rezygnacji z opieki – decydujące są zazwyczaj czynniki ekonomiczne, związane z utrzymaniem dotychczasowego statusu i komfortu domyślnych opiekunów. Nie istnieją wiążące zapisy prawne dotyczące opieki.
W kulturze kapitalizmu zawsze nadrzędna jest przydatność rynkowa. W takiej sytuacji poza pozycją socjoekonomiczną, którą zapewniało zatrudnienie, spada również szacunek społeczeństwa wobec emerytów. Jest to nierozerwalnie związane z wpływem systemu ekonomicznego na ustanawianie norm społecznych. Ponieważ nie ma żadnego powszechnego zestawu wartości, który gwarantowałby poważanie dla starych, stosunek do nich reguluje głównie rynek. Jest to więc tąpnięcie na wszystkich możliwych polach.
Różnice klasowe w ogóle w Polsce pogłębiły najpierw transformacja, a później finansjalizacja. Powstała drastyczna przepaść pomiędzy tymi, którzy uwłaszczyli się podczas przemiany ustrojowej, a tymi, którzy stracili. Duże znaczenie miały wiek, miejsce zamieszkania, sieć społeczna. Dla osób starzejących się w latach 90. nie było już szansy na przebudowanie swojego życia, pozostały im już tylko emerytury z poprzedniego systemu. Z kretesem przegrała przede wszystkim polska wieś.
Następnie finansjalizacja, czyli wzrost udziału sektora finansowego w produkcie krajowym brutto, doprowadziła do globalnego rozpadu tożsamości klasowych. Wzmocniło to pozycję jednych, osłabiło status innych, zmieniły się sojusze, pogłębiła się przemoc klasowa wobec najsłabszych. Podkopana została klasa średnia, a część klasy ludowej lub jej potomków trafiła na terytoria niczyje. Hierarchie społeczne zostały zrestrukturyzowane, pojawiła się również nowa klasa menedżerów.
Ze względu na problem starzejącego się społeczeństwa powstał w latach 70. termin „srebrna gospodarka”, omawiający strategie systemu produkcji, konsumpcji i dystrybucji z uwzględnieniem seniorów. Jest to w zasadzie zbiór usług i produktów skierowanych do zamożnych osób starszych lub ich rodzin (domy opieki). Osoby w wieku emerytalnym bez względu na wcześniej wykonaną pracę są jednak z punktu widzenia rynku prawie bezproduktywne. Są oni jakąś grupą konsumencką, ale niskie świadczenia sprawiają, że nie jest ona szczególnie istotna. Stanowią natomiast ogromną bazę nieodpłatnych pracowników opiekuńczych, zajmujących się dziećmi i osobami niesamodzielnymi. Ze względu na pogarszające się funkcjonowanie procesów poznawczych są idealnie plastycznym elektoratem wyborczym, żywymi nośnikami tez religijnych i hojnymi darczyńcami. Emeryci są wykorzystywani jako konsumenci, jako nieodpłatni pracownicy, jako wyborcy, jako wierni.
Wewnątrz klasy poprodukcyjnej najsłabsza jest klasa niższa. Jest ona najbardziej wykorzystywana reprodukcyjnie (zwłaszcza kobiety), ale również najkrócej żyje. Pomiędzy 2013 a 2017 rokiem wiek emerytalny wynosił 67 lat dla obu płci. Podniesienie tego progu na stałe doprowadziłoby do tego, że osoby z niższych klas spędziłyby znacząco mniej czasu na emeryturze ze względu na krótszą długość życia względem klas wyższych.
W skali makro ogólna długość życia jednak wzrosła. Na początku XX wieku było to ok. 50 lat w krajach rozwiniętych. Wydłużenie życia wiąże się jednak bardzo często z długim funkcjonowaniem w chorobie generującej wysokie koszty. Niekiedy osobom starszym potrzebna jest opieka całodobowa. Ponad 38 proc. emerytów otrzymuje świadczenia w wysokości 3000 zł lub mniej. 49 proc. z nich – do 3400 zł (dane GUS). Są to kwoty niepozwalające opłacić ani opieki domowej, ani komercyjnego ośrodka. Takie osoby są zdane na rodzinę lub pomoc społeczną. Wedle badań najlepszym miejscem dla seniora jest jego dom i opieka domowa. Jednak jeśli spojrzymy na koszty i wysokość emerytur, okazuje się, że jest to usługa ekskluzywna.
O tym, jak przebiegną ostatnie lata życia decyduje nie tylko przynależność klasowa emeryta, ale również jego rodziny – potencjalnych opiekunów. Jeśli dzieci awansowały społecznie względem klasy ludowej (klasy ojca/matki), bardziej prawdopodobne jest, że będą dysponowały wystarczającymi środkami, aby zapewnić im opiekę. Jeśli pozostały w tej samej klasie, wpływa to negatywnie na jakość i dostępność potencjalnej opieki.
Już trzy lata temu co szósty emeryt żył na granicy ubóstwa. Wedle ostatnich danych GUS skrajne ubóstwo wzrosło z 4,6 proc. do 6,6 proc. Poniżej minimum socjalnego żyło w Polsce w 2023 roku pół miliona emerytów. Wynosi ono między ok. 1500 a 1700 zł w zależności od ilości osób w gospodarstwie domowym. Długi, inflacja, koszty leczenia – generują gigantyczny stres finansowy, który wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne. Może to wywołać stany lękowe, depresję, pogłębić istniejące choroby, negatywnie wpłynąć na funkcje poznawcze, rozwinąć nadciśnienie tętnicze, alkoholizm. Rzutuje to również na funkcjonowanie społeczne, pojawia się problem izolowania się, pogarszają się kontakty z bliskimi, spada decyzyjność – następuje paraliż, wreszcie zwiększa się podatność na różnego rodzaju oszustwa finansowe.
Omówione kwestie dotyczą niższej klasy poprodukcyjnej, jednak problem dostępności państwowej opieki zdrowotnej jest uniwersalny dla niemal całej klasy emeryckiej. Osoby starsze zajmują najwięcej łóżek na oddziałach chorób wewnętrznych. Często trafiają tam z braku opieki ze strony rodziny lub niewłaściwej pielęgnacji w ośrodkach komercyjnych. Ponad milion z prawie trzech milionów interwencji ratownictwa medycznego w 2023 roku dotyczyło osób powyżej 65. roku życia. Pomimo nieuchronności zapadania na choroby wieku starczego pomoc seniorom jest udzielna opieszale i niechętnie, ponieważ nieudolność systemu doprowadza do nieustającego przerzucania odpowiedzialności: z przychodni na szpitale, ze szpitali na rodziny, z rodzin na ośrodki pomocy społecznej. Niesamodzielne osoby starsze są traktowane jak gorący kartofel – jest to najgorsza forma dyskryminacji tej klasy, za którą jednocześnie nie wiadomo kto właściwie powinien odpowiedzieć.
Emeryci, jako klasa poprodukcyjna, są mocno stygmatyzowani i doświadczają wykluczenia.
Jako grupa częściowo niesamodzielna, słabnąca, nie posiadają wystarczająco silnych i głośnych samorzeczników. Ich problemy są marginalizowane i trywializowane przez społeczeństwo. Oligarchia finansowa rośnie w siłę, potrzeby klasy średniej i wyższej są coraz większe, a osoby ze starszych pokoleń, którym społeczeństw wiele zawdzięcza, są skazani na życie pozbawione godności. Poziom problemów wzrasta wraz ze spadkiem w hierarchii. Była klasa dominująca zmaga się prawdopodobnie jedynie z kpiącym stosunkiem i nieprzychylną etykietką, natomiast najniżej mamy do czynienia z niemalże całkowitą dehumanizacją. Argumenty aksjologiczne nigdy nie są wystarczająco silne, może więc warto poszerzyć perspektywę i zacząć rozwiązywać problemy w swoim własnym interesie. Każdego z nas czeka przejście do klasy poprodukcyjnej. Szanse na beztroskie huśtanie się w bujanym fotelu wśród kwiatów bzu – są nikłe.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay
przez Małgorzata Greszta | środa 24 lipca 2024 | opinie
Dlaczego pękło serce młodego chłopca z miasta powiatowego? To, co przez nich samych – inceli, zostało uznane za przyczynę nieszczęścia, jest jego skutkiem. Incel to młody mężczyzna, który nie jest w stanie nawiązać relacji intymnej z kobietą, ponieważ – jak sądzi, posiada nieodpowiednie geny; incele w większości mają negatywny stosunek do kobiet, uznając je za powierzchowne, interesowne i wyrachowane, a także posiadające silniejszą pozycję. Niniejszy tekst to notatki na marginesie książki „Przegryw”, autorstwa Patrycji Wieczorkiewicz i Aleksandry Herzyk, traktującej właśnie o incelach.
Alienacja, w której tkwią incele, jest konsekwencją doświadczanej przemocy, biedy, niedostosowania społecznego, nieleczonych chorób i zaburzeń. Nie da się z tej czeluści tak po prostu wyjść. No bo co potem – stanąć na chwilę w dziennym świetle, w kolejce po dziewczynę z przydziału? Tylko do czego z nią wracać, do tej samej ciemni, z której się wyszło?
Długoterminowa relacja romantyczna dwóch osób opiera się przede wszystkim na miłości, ale nie mniej ważne są wzajemne wsparcie czy podział obowiązków domowych. Małżeństwo z kolei to układ emocjonalny, ekonomiczny i prawny funkcjonujący na zasadach wymiany. Wchodząc w dojrzały związek najuczciwiej jest stawić się z walizką może nie pustą, ale bagaż powinien być jako tako poukładany i w tej walizce zamknięty. Tymczasem incele są w proszku. Z dna samotności, z którego dobiega krzyk rozpaczy, mogłaby wyciągnąć ich praca terapeutyczna. Na boleść duszy nie pomogą stosunki cielesne. Miejsc na kozetkach dla zagubionych w zawiłościach własnej psychiki – niestety nie ma. Właściwie są, ale za grube pieniądze, co nie wchodzi w tym wypadku w grę.
Wraz ze zwiększeniem dostępności wiedzy i usług psychologicznych zwiększyła się również przepaść pomiędzy tymi, którzy mają środki i kapitał – nie tylko finansowy, lecz także społeczny i kulturowy – i z łatwością dotrą do nich, a tymi, którzy zostaną z pustymi rękami. Kolejnym problemem jest wykształcenie. Uprzywilejowanym, z dużych miast, łatwiej jest utrzymać lub zdobyć pozycję zawodową, ale także nauczyć się nowych obyczajów, zaadaptować się w rzeczywistości, którą zmieniła czwarta fala feminizmu. Koncept blackpillu i redpillu żeruje na trzech niedostatkach: niskich kompetencjach społeczno-emocjonalnych, niskiej pozycji zawodowej, niedostosowaniu.
Jedynie niedostosowanie można jakkolwiek powiązać z kryzysem tożsamości. Rozpadły się tradycyjne archetypy mężczyzny i kobiety. Ta dezintegracja przypisanych między innymi przez rynek ról zawodowych i ról płciowych – która z założenia jest słuszna – zachwiała zwłaszcza męskością. Kobiety są zobowiązane podwójnie od dawna, mężczyźni dopiero się z takim stanem rzeczy oswajają. Mierzą się jednocześnie z demonopolizacją sfery zawodowej i koniecznością wykonywania części prac reprodukcyjnych, z których wcześniej byli zwolnieni. Jest to kierunek zmian sprawiedliwy, ale na pewno trudny. Oprócz pokory wymaga również więcej wysiłku i nauki bez późniejszej gratyfikacji.
Ciężko też o nową identyfikację cech konstytuujących płeć. Stopniowo zanika powiązanie pomiędzy nimi a wykonywaną pracą: zawodową i reprodukcyjną. Natomiast żeby zrozumieć istotę problemu, należy przeanalizować historię podziału pracy reprodukcyjnej i podziału ról płciowych. Są one pamiątką po czasach, kiedy relacje romantyczne układały się wedle nienegocjowalnego barteru. Ktoś taki porządek kiedyś usankcjonował i zrósł się on z tożsamościami płciowymi. Zarówno kobietom, jak i mężczyznom odebrało to prawo do indywidualnych ekspresji. Wiązanie płci z określonymi pracami miało praktyczne i ekonomiczne uzasadnienia – gorzej z psychologicznymi i biologicznymi. Życie ludzkie od wieków porządkuje jednak ekonomia. Ferdynand Braudel uważał, że pryncypialną funkcją rodziny jest akumulacja. Małżeństwa w rodzinach senioralnych są zawierane ze szczególnym uwzględnieniem umacniania jej pozycji i prestiżu.
Poza tym aspektem, który niekoniecznie musi być brany pod uwagę, decyzja o wspólnym życiu zawsze wiąże się z podziałem pracy. Wedle badań wskaźnik średniej ilości godzin poświęcanych na pracę reprodukcyjną na osobę utrzymywał się twardo na poziomie ok. 20 godzin tygodniowo przez cały XX wiek. Jest to więc ekwiwalent połowy etatu.
Na przełomie stu lat, wraz ze wzrostem liczby zatrudnionych kobiet, zwiększyła się rola mężczyzn w pracach reprodukcyjnych. Ze statystyk opartych m.in. o dzienniki gospodyń jasno wynika, że ilość czasu poświęcanego na prace reprodukcyjne w gospodarstwie wieloosobowym to wymiar około etatu. Na początku ubiegłego stulecia niemalże cały był on przydzielany kobietom. Ówcześnie zatrudnionych było ok 20% z nich, w latach 50. XX w. już ok 35%, w roku 2005 – 60%. Wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia kobiet, wzrostem zatrudnienia, rewolucją feministyczną, podział pracy reprodukcyjnej stopniowo wyrównuje się między płciami.
Na początku XX wieku kobiety zatrudnione nie cieszyły się jednak dobrą opinią jako kandydatki na żony. We „Włókniarkach” Marta Madejska cytuje tekst z „Gońca Łódzkiego”: „Czy robotnice pracujące w takich warunkach mogą zostawać żonami, a nawet zostawając nimi, czy tworzą ognisko rodzinne – to rzecz więcej niż wątpliwa. Ich zupełne niedołęstwo na punkcie zajęć gospodarczych zmusza je do porzucania domu i dzieci i szukania nędznego zarobku w fabryce, gdy tymczasem umiejąc pracować w domu, nie rozprzęgałaby ona rodziny, lecz wprowadzałaby do niej, dzięki samej tylko swej obecności, ład i porządek”.
Kilkunastogodzinny dzień pracy dyskwalifikował je więc z miejsca. Nie miałyby czasu podjąć dodatkowego etatu reprodukcyjnego, co od żony było wymagane. Lepiej myślano o służących, ponieważ były idealnie wykwalifikowane do prowadzenia domu. One z kolei w małżeństwie widziały ratunek od niewolniczej pracy. Wierzyły, że po ślubie będą mogły uciec od służby u złej pani, od gwałtów pana, od spania po kątach itp.
W latach 70. włoskie feministki (Lotta feminista) walczyły o zmianę postrzegania pracy reprodukcyjnej oraz o jej regulację. Żądały czasu wolnego, wynagrodzeń, miały dość bycia nieograniczonymi robotnicami, doświadczania przemocy ekonomicznej. W eseju z 1940 roku „In Woman’s Defense” Mary Inman pisze o tym, że „żony pracowników Firestone poprzez wykonywanie pracy reprodukcyjnej, mają swój udział w procesie produkcji, a ich praca jest tak samo nierozerwalnie związana z wytwarzaniem opon, jak praca ich mężów”. Wykonanie prac domowym jest konieczne, aby funkcjonował system produkcji i dystrybucji. W sytuacji, gdy kobieta nie podejmowała pracy zawodowej i wykonywała jedynie pracę reprodukcyjną, podział godzinowy między mężczyzną i kobietą był mniej więcej równy. Następnie wraz z aktywizacją kobiet zmienił się na ich niekorzyść – musiały pracować na dwa etaty. Z biegiem czasu podział wyrównuje się, ale dodatkowy etat reprodukcyjny – rozdzielony teraz na kobietę i mężczyznę – wciąż jest nieuregulowany i nieopłacany.
Kapitalizm zyskał ogromne zasoby ludzkie – pracę kobiet. Wzrósł wyzysk ekonomiczny obu płci. Pod przykrywką przyjęcia feministycznych postulatów lejce zostały zaciśnięte jeszcze ciaśniej, rozwijając tym samym atmosferę bezwzględności i egoizmu.
Jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało: każda osoba nie będąca wystarczająco samodzielną, nie posiadająca podstawowych umiejętności i minimum zasobów ekonomicznych, społecznych i intelektualnych, będzie trudnym kandydatem do związku. Najsłabsi dostają po głowach równo – bez względu na płeć. Kiedyś biedne chłopskie córki, bez posagu, umiejętności polerowania sreber i przyrządzania leguminy, dziś synowie uzależnionych glazurników i kasjerek o niskich kompetencjach społecznych, nie umiejący o siebie zadbać.
Opisane dwa akapity wyżej dwudziestowieczne realia to pospolity handel wymienny. Transakcja. Ten porządek nie był kontestowany wystarczająco mocno, aby przestał obowiązywać (ale nawet w najpiękniejszej utopii i tak w jakimś stopniu by się ostał). Sytuacja stała się jednak bardzo zawiła ze względu na to, że wypracowując względną równość, otrzymaliśmy osobistą autarkię. Kobiety są samowystarczalne finansowo, a mężczyźni nauczyli się już gotować i robić pranie. Co więcej, każdy żyje w przekonaniu, że może mieć wszystko. Próg wejścia jest wysoki – należy sprawdzać się w obu rolach na przyzwoitym poziomie. Czasy w ogóle zrobiły się ciężkie, bo trzeba mieć wszystko, umieć wszystko, robić wszystko – tylko nikt nie wie, co właściwie ma, czego chce i kim ma być. W tym chaosie relacje romantyczne wciąż są jednak wspomnianą wymianą. Teraz dokonywaną pod stołem – nie tak bezczelnie jak sto lat temu. Na szali jest przede wszystkim podział etatu reprodukcyjnego – utarg o rozdzielenie nadgodzin. W chwili romantycznych uniesień może wydawać się, że to bez znaczenia, ale w perspektywie lat to dziesiątki tysięcy godzin nieopłacanej, nienormowanej pracy.
Incele rzeczywiście są na przegranej pozycji, ale nie ze względu na wygląd, wzrost czy geny, lecz z powodu niesamodzielności. Nie będą w stanie wedle sprawiedliwego podziału funkcjonować w gospodarstwie domowym, bo potrzebują opieki i wsparcia – jak zresztą każda osoba z deficytami. Właśnie ta niezaspokojona potrzeba pomocy wywołała agresywną rozpacz. Incel, który miałby dziewczynę czy żonę, nadal byłby przecież incelem, bo nadal by cierpiał – kobiety nie są lekiem na całe zło. Małżeństwa, które miały uratować służące, kończyły się nową „niewolą”, jak same to opisywały. To ten sam poziom beznadziejnej naiwności i braku poczucia sprawstwa, które niestety jest najsłabszym odbierane przemocą.
Należy więc zacząć od zwrócenia sprawstwa, które pozwoliłoby osiągnąć pożądaną dziś samowystarczalność – autarkię. Jest to standard będący konsekwencją kapitalistycznego indywidualizmu, stanowiącego przeciwieństwo wspólnotowości, współtroski, mało humanistyczny, po prostu słaby, ale obowiązujący. Może właściwie lepiej zmienić ten wrogi drugiemu porządek? Wymaganie samowystarczalności od człowieka, który od zawsze żył we wspólnotach, jest ostatecznie postulatem absurdalnym. Postulatem oczywiście rynkowym, dla rynku niezwykle wygodnym.
Małgorzata Greszta
Grafika w nagłówku tekstu: Piyapong Saydaung z Pixabay
przez Małgorzata Greszta | niedziela 10 marca 2024 | opinie
Kultura i sztuka wybierają to, co ważkie. Wypluwają to, co nie do przełknięcia. Chłoną uczucia tłumu. Niosą rewolucje. Ostrzegają przed katastrofą. W nich jak w lustrach przeglądają się czasy. Historia zobrazowana przez Marco Bellocchio w filmie „Pięści w kieszeni”, jest w swojej symbolice rewolucyjnym manifestem przeciw konserwatyzmowi. W interpretacji dosłownej jest to film zajmujący się problemami społecznymi i psychologicznymi pewnej rodziny z klasy uprzywilejowanej. Jest opowieścią o jej upadku.
Niewidoma matka i jej czworo dzieci mieszkają w malowniczej górskiej posiadłości. Chorzy uznani za przeszkodę zostają wyeliminowani przez zdrowych. Patologiczne zachowania: kazirodztwo, brato- i matkobójstwo, to obraz przemocy, która rodzi się z konfliktu między wyobrażeniami i pragnieniami a zastaną rzeczywistością. Bunt, ale również przemoc – choć niekoniecznie w aż tak skrajnych formach – to stałe elementy przemian. Przemoc lub walka. Te dwa terminy funkcjonują w bliskości znaczeniowej, natomiast można walczyć z przemocą, można też przemocą – z ostateczności i desperacji – walczyć o uwolnienie się.
Film może być zapowiedzią roku 1968 lub wyrazem nihilizmu wywołanego wyobcowaniem, niemocą, daremnością. Znaczące, że powstał w latach włoskiego cudu gospodarczego. Pasolini, reżyser wcześniejszego nurtu – neorealizmu, wyrażał swoją krytykę wobec tego okresu, nazywając konsumpcjonizm drugim faszyzmem. Widział w nim totalitaryzm.
„Pięści w kieszeni” nie są krytyką. Są skoncentrowanym i potwornym wybuchem frustracji wywołanej wykluczeniem z grona beneficjentów coraz szybciej rosnącego PKB, wywołanej pozbawieniem możliwości podążania za swoimi żądzami. Alessandro chce żyć w mieście, „marzyć i spełniać się”, jak mówi jego siostra Giulia. Nie widzi jednak żadnego celu w swoim życiu, miota się. Dostrzega natomiast jaskrawo przeszkody. Przeszkody stojące mu na drodze nie wiadomo do czego.
Émile Durkheim wprowadził do socjologii pojęcie anomii. Wykorzenienie, rozpad więzi ze społecznością, niezdolność do osiągnięcia sukcesu zawodowego, stworzenia relacji przy jednoczesnym uczuciu nienasycenia. Użył on terminu „choroba nieskończoności”, ponieważ bezgraniczne pragnienie nigdy nie może zostać zaspokojone, a jednocześnie stopniowo narasta i staje się bardziej intensywne i wyniszczające. „Pięści w kieszeni” są o anomii.
Bunt
Jednym z wielu destrukcyjnych skutków kapitalizmu jest stwarzanie warunków właśnie do rozwoju anomii. Występuje ona najpowszechniej w strukturach społecznych ulokowanych na samym dole. Niedostatek i tak sam w sobie jest źródłem nienasycenia. Spotęgowane przez iluzję dostępnych możliwości, rośnie ono ponad skalę. Ten proces stanowi pożywkę dla uprzywilejowanych, tych, dla których możliwości są rzeczywiste. Choroba nienasycenia, doprowadzająca do dewiacji, uzasadnia pogardę wobec jednostek, które się jej poddały oraz potwierdza złudzenie elitarności i nieprzeciętność tych odpornych na nią. Zabezpieczeniem przed uwikłaniem w anomię są oczywiście zasoby ekonomiczne i społeczne.
Film Bellocchio miał premierę w 1965 roku. To czas rozkwitu włoskiej gospodarki – il miracolo economico italiano. Dwa lata wcześniej Vitorio de Sicca nakręcił „Il boom”, film będący krytyką konsumpcjonizmu wywołanego wzrostem gospodarczym. Główny bohater – Giovanni, sprzedaje własną rogówkę, aby utrzymać wysoki status. To wręcz nachalna metafora zaślepienia przez żądzę posiadania, nienasycenie.
Każdy uniwersalny system aksjologiczny uznaje chciwość za negatywną i szkodliwą. Natomiast gospodarka neoliberalna pielęgnuje ją. Zamierzonym celem jest napędzanie konsumpcji i wprowadzanie społeczeństwa w trans pomnażania kapitału. Systemowa chciwość uruchamia atmosferę walki i wrogości. Jest to clou zarówno omawianego terminu socjologicznego, jak i filmu. Alessandro z chciwości zabija, eliminuje przeszkody. Z jednej strony widać chęć przejęcia majątku, ale drugą bardzo istotną kwestią jest obciążenie obowiązkiem opieki. Giulia mówi, że jej brat po prostu „wokół siebie musi mieć ludzi, którzy sami sobie radzą, nie potrzebują pomocy i nie są chorzy”.
Dezintegracja pomiędzy iluzorycznymi, nakreślonymi przez kapitalizm możliwościami a trudną rzeczywistością prowadzi do głębokiego kryzysu. Pojawiają się bunt, agresja, autodestrukcja.
Możliwości deklarowane przez gospodarkę są jednak fatamorganą. Kapitalizm swoimi obietnicami roztacza wokół spragnionych wizję intersubiektywną. To nie halucynacja, to miraż, opisany i funkcjonujący w świecie rzeczywistym. Powszechna i fałszywa imaginacja wzmacniająca nienasycenie. Nienasycenie prowadzące nierzadko do obłędu, wzniecające zło.
Możliwość
Po zabójstwie matki Giulia i Allesandro dyskutują na temat przyszłości. Dochodzą do wniosku, że „to szczególna okazja i każdy powinien z niej skorzystać”. Giulia siedząca obok katafalku, na którym spoczywa martwa matka, mówi o tym, jak się czuje: jest podekscytowana. Niewidoma rodzicielka stanowiła przeszkodę w dążeniu do niezdefiniowanych celów. Rodzeństwo zyskuje wolność, której w ich przekonaniu byli pozbawieni. Jednak nikt z nich nie ma pomysłu, co dalej z nią zrobić. W kolejnych scenach rodzeństwo dewastuje dom. Wyrzucają przez okna meble, a następnie palą ich szczątki w ogrodzie.
Między innymi troszczenie się jest przeszkodą i odbiera możliwość – prawdziwą lub iluzoryczną. Możliwość bogactwa, możliwość przeżycia niezwykłego życia. Opieka jest przerwą w karierze zawodowej, jest zatrzymaniem, pauzą. Pojawia się wstyd związany z przerwą od pracy. Norma kulturowa hierarchizuje odpowiednio opiekę, spychając ją na sam dół. Wedle wartości zachodnich najważniejsze są utrzymywanie statusu na odpowiednio wysokim poziomie oraz praca. Zdecydowanie mniej ważne są satysfakcja z życia czy dobre relacje.
Kapitalizm zapewnia o istnieniu życia prostego i przyjemnego. Jednocześnie ekonomiczny dyktat nakazuje jednostce funkcjonowanie w sposób autodestrukcyjny, marginalizując, a nawet usuwając podstawy życia, takie jak emocjonalność, troska i opieka, wspólnotowość, odpoczynek, przestrzeń na rozpacz i żałobę. Unikanie opieki często nie wynika z trudności materialnych ani z konieczności pracy „aby przetrwać”. Opieka – również nad dziećmi, pozbawiona jest etosu, który przynależy właściwie wyłącznie pracy zarobkowej. Praca bywa wymówką, dobrym uzasadnieniem dla dezercji, stwarza iluzję ucieczki przed śmiercią i chorobą. Tak jakby pracując od świtu do zmierzchu można było uniknąć tego wszystkiego, co w życiu jest trudne, jest nieszczęściem, cierpieniem. Jakby można było się wykupić. Poświęcenie wyłącznie pracy nie gwarantuje jednak dobrego życia. A w zasadzie całkowicie odbiera szanse na takie życie.
Bohaterowie filmu są przekonani o bezwartościowości trudu opieki. Chcą tego, co wszyscy, jednak czują, że nie mogą dostać tego. Podejmują więc ekstremalne decyzje, które i tak nie zbliżają ich do celu, ponieważ możliwość była iluzoryczna.
Nieszczęścia, choroba i śmierć są opowieścią o życiu w najbardziej skondensowanej i wzniosłej formie. Obecność umierających, ich towarzystwo, niejako chwilowo uśmierca, a obecność chorych zaraża chorobą. Tak jak przestaje pracować organizm chorego, stopniowo wyłączając się, tak samo zwalnia życie we wszystkich swoich aspektach. W końcu pozostaje jedynie przestrzeń na śmierć. Nie bez powodu w wierzeniach ludowych wytworzyła się mitologia wciągania do grobu. Powstało wiele rytuałów, które mają uchronić przed zabraniem w zaświaty. Gdy trwają opieka, pielęgnacja, zanika sfera zawodowa, towarzyska, a nawet rodzinna troszczącego się. Śmierć i choroba wypełniają w dominującym stopniu przestrzeń życia. Tak samo jest z opieką rodzicielską – każdy dzień jest podporządkowany istocie potrzebującej troski. Im więcej jej potrzeba, tym bardziej wpływa to na rytm i organizację życia.
W zastanej rzeczywistości pracownik, obywatel, mieszkaniec zachodniego kapitalistycznego świata w wieku produkcyjnym, mają bardzo ograniczoną możliwość opiekowania, troszczenia się. Rozpoczynając od ustawodawstwa, wsparcia socjalnego, poprzez normy kulturowe – tę decyzję podjęło państwo i rynek. Odbieranie prawa do przeżywania śmierci, choroby i opieki jest odczłowieczającą, krzywdzącą manipulacją kapitalizmu. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy to celowe, czy jedynie skutek uboczny stosowanych modeli ekonometrycznych.
Opieka – gdy się zdarza, jest ukrywana w samotności i milczeniu, aby nie rozpraszała innych wytwórców kapitału. Podświadomie wywołuje wstyd u opiekuna i wstręt u gapiów. Izolacja jest więc naturalną konsekwencją. W przeszłości widok umierających był powszedni. Zaletą pożegnań umarłych w domu było oswajanie śmierci. Umieranie nie było tabuizowane. Było tak samo obecne w rozmowach jak narodziny. Widok ciała zmarłego nie był niczym szczególnym nawet dla dzieci. Na pożegnaniach zmarłych gromadziły się całe wsie, przed chatą umieszczano czarne chorągwie, modlitwy trwały kilka nocy, były to tzw. puste noce. Gdyby – tak jak przed laty, opieka i śmierć były doświadczeniem wspólnotowym, przypomniane zostałyby ich powtarzalność, stałość, naturalność, intymność i wartość. Wartość, której próbuje się ich całkowicie pozbawić.
Wygnanie
Wprowadzanie reform socjalnych nie wynika z wysokiego poziomu empatii bytu, jakim jest gospodarka. Wynika z przewidzianych wymiernych i niewymiernych korzyści, jakie za sobą niesie. System ekonomiczny sam w sobie – bez ingerencji ludzkiej, jest zorientowany na wskaźniki zysków i strat. Jest pozbawiony szacunku i zrozumienia dla nieregularnej emocjonalności tych, którym ma służyć. Głównym powodem finansowania instytucji pomocowych jest przywrócenie rynkowi osób zdolnych do pomnażania kapitału. Czy postulat systemowej opieki geriatrycznej jest socjalistyczny czy kapitalistyczny? Jest dwojaki. Porządek legislacyjny stanowiący o opiece rodzinnej skonstruowany jest tak, aby opieka bliskich przegrywała z opieką systemową lub usługami prywatnymi. Kultura pomnażania zysków również zdecydowanie uznaje wyższość pracy zarobkowej nad troską o rodzinę, tej pierwszej nadając status cnoty, opiekę zaś kojarzy ze wstydem ubóstwa i bezczynności. Z jednej strony istnieje więc rozwiązanie problemu, ale nie istnieje możliwość wyboru. Istnieje współczynnik czasu i kosztów.
Domy opieki, które stwarzają iluzję godnych miejsc do umierania, są często zsyłką, skazaniem na banicję, wykluczeniem z grona rodziny. Pisarz i aktywista socjalistyczny – Ivar Lo-Johansson, w latach 50. XX wieku udokumentował warunki życia w domach opieki w Szwecji. Obserwacje doprowadziły go do działania na rzecz organizacji pomocy seniorom tak, aby mogli oni pozostać i umrzeć we własnych domach, we własnych łóżkach. Aktywność pisarza miała wpływ na kierunek polityki społecznej i hierarchię wartości. Zwiększyła się wrażliwość i dbałość o godność człowieka, integralność, emocjonalność, psychikę.
Wstręt do starości można pokonać, można nawet okazać serdeczność, ale nie da się obcemu okazać czułości za pieniądze. Starzy w domach opieki są porzuconymi pariasami, są jak hinduskie wdowy żebrzące na ulicach. Błagają o ratunek nie od nędzy, ale od samotności i separacji od rodziny i społeczeństwa. Niemalże całkowitą odpowiedzialność za to ponosi system.
Umieszczanie starszych w domach opieki nie powinno być normą, lecz ostatecznością. Tymczasem biznes opiekuńczy rozwija się prężnie. Obroty spółki Oprea, która posiada swoje ośrodki w całej Europie, wynosiły w 2021 roku 1,11 mld euro. Średni miesięczny koszt pobytu pensjonariusza to 10 000 euro, przy minimalnych wynagrodzeniach dla personelu i przerażająco niskich kwotach dziennych przeznaczanych na utrzymanie rezydentów, stanowiących nawet zaledwie 4 euro na osobę. Wszystko to wykazało śledztwo prowadzone przez francuskiego dziennikarza Victora Castaneta. Jego reportaż „Les Fossoyeurs” (Grabarze) wymusił debatę publiczną oraz reakcje francuskiego rządu. Na podstawie wywiadów ujawniono, że wskutek zaniedbań mogło dochodzić nawet do śmierci rezydentów. Wobec Orpei prowadzone są postępowania karne dotyczące również defraudacji funduszy, fałszerstw i łamania prawa pracy.
Ęttestupa
Analizując dzieje można dojść do wniosku, że wraz z postępem ekonomicznym powinna rozszerzać się troska o najstarszych. W zamożnych kulturach, w czasach dobrobytu starsi otrzymywali troskliwą opiekę, natomiast w cyklach nędzy i niedoborów niejednokrotnie poświęcano ich. Gerontocyd występował w wielu kulturach. Nie wiadomo, czy historia z „Ballady o Narayamie” rzeczywiście się kiedykolwiek wydarzyła, tak samo niepewny jest obraz starców z Chłodka, ukazany w „Przedwiośniu”. Istnieją jednak dowody na to, że starsi do dziś są zabijani w ubogich regionach Indii. Praktyka ta nosi nazwę thalaikoothal. Można spotkać się również z senicydem w historii Inuitów, starożytnych Herulów, Serbów (lapot), Rzymian, Scytów. W Singapurze funkcjonowały umieralnie dla chińskich imigrantów. Pensjonariuszami domów śmierci przy Sago Lane były przede wszystkim kobiety Samsui. Na piętrach mieściły się gęsto rozstawione łóżka, a na parterach funkcjonowały domy pogrzebowe. Domy istniały aż do 1948 roku – zazębia się to z gwałtownym wzrostem gospodarczym Singapuru.
Ęttestupa to szwedzkie słowo określające kilka stromych klifów. Mit głosi, że w prehistorycznych czasach nordyckich starsi członkowie społeczności rzucali się w przepaść w imię wyższego dobra podczas klęsk głodu lub kryzysów. Allesandro z filmu Bellocchio zepchnął niewidomą matkę ze stromego zbocza. Żył w czasach dobrobytu, pochodził z rodziny obszarników.
Kontrastem dla tych potwornych praktyk jest fakt, że już kodeks Hammurabiego zabezpieczał prawnie seniorów. Pierwsze studium dotyczące gerontologii powstało zaś w 1499 roku. Autorem był Gabirele Zerbi, profesor uniwersytetu bolońskiego. Wedle źródeł, starcy w średniowieczu polegali przede wszystkim na rodzinach. Ci, którzy pozostawali samotni, niekiedy jednoczyli się. Solidaryzowały się ze sobą wdowy, których status społeczny po śmierci męża drastycznie spadał. Znaleźć można zapiski o grupie wdów z Sardynii, która wyjechała razem do Barcelony, gdzie prowadziły wspólnie dom i wspierały się. Istniały tam również inne domy kobiece.
***
Kiedy normalizacja rzeczywistości i kultury należała do grup religijnych, narzucony przez kościół obowiązek opieki nad rodzicami bezpośrednio wiązał się z przyjętą wiarą. Wraz z sekularyzacją Europy normy społeczne coraz częściej ustanawia rynek. Nieprzydatne ekonomicznie jednostki są usuwane poza nawias. Również po to, aby nie przeszkadzały osobom czynnym zawodowo w pomnażaniu kapitału. Wobec tych faktów szczególnie ważne w kontekście badań nad starzeniem i pojawiającymi się konfliktami etycznymi są ekonomia moralna, ekonomia instytucjonalna i tzw. srebrna ekonomia.
Pojawia się natomiast pytanie, jak dalece rynek może organizować nam życie. Czy są to kwestie, nad którymi ekonomiści powinni się zastanawiać, czy raczej powinni podporządkować i dostosować się do tego, co do powiedzenia mają etycy, gerontolodzy, psycholodzy, specjaliści ds. polityki społecznej. Takie koncepcje jak silver economy częściowo zasługują na uznanie, natomiast najważniejszą rzeczą, jakiej potrzebują chorzy i umierający, jest zwrócenie im bliskich, którzy są zakładnikami kapitalistycznego terroru. Stać nas na to.
Przed anomią chroni solidarność społeczna, która jest przeciwnym biegunem egoizmu i indywidualizmu rozwijanych przez kapitalizm i konsumpcję. Wspólne domy, w których mieszkały wdowy, są dzisiejszym cohousingiem senioralnym. Wyrażają ideę kooperatyzmu i solidaryzmu, ale czy to wystarczające rozwiązanie? Na poziomie jednostki zjawisko ukazane w filmie Bellocchio nie stanie się powszechnym, ale istnieje poważne zagrożenie przemocą systemową wymierzoną w starszych i chorych.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Şahin Sezer Dinçer z Pixabay