Mark Gregory: Z piersi i z pieśni

Mark Gregory: Z piersi i z pieśni

Niezależnie od miejsca na świecie i momentu w historii, walka o równość i demokrację odbywa się zwykle ze śpiewem na ustach.

Związki zawodowe mają co najmniej dwieście lat historii. Narodziły się w czasach, gdy nie mogły działać jawnie, ze względu na panujące prawo (w Wielkiej Brytanii stanowiły je tzw. ustawy o zrzeszeniach, combination acts), które uznawało wszelkie formy samoorganizacji pracowników najemnych lub pracodawców za nielegalne. Nie trzeba dodawać, że przepisy te wykorzystywano wyłącznie przeciwko pracownikom – w czasach, kiedy jedynie pracodawcy i klasa posiadaczy mieli czynne i bierne prawo wyborcze oraz realny wpływ na stanowienie prawa.

Z tego względu związki zaczęły zabiegać o powszechne prawo wyborcze, które umożliwiłoby im wyjście z podziemia. O brytyjskiej demokracji mówi się tak, jakby rozciągała się na setki lat wstecz, tymczasem aby większość mieszkańców uzyskała prawo udziału w wyborach, niezbędne były wysiłki wielu kolejnych pokoleń. W Wielkiej Brytanii dopiero w latach 20. XX wieku kobiety uzyskały prawa wyborcze. Związki zawodowe od zawsze należały do tych organizacji, które zarówno same opierały się na wewnętrznej demokracji, jak i walczyły o bardziej demokratyczny ustrój. Dość szybko zwróciły także uwagę na korzyści z tworzenia sojuszy z podobnymi sobie zrzeszeniami, w kraju i na świecie. Jak głosi pieśń: „Na zawsze solidarni!” (Solidarity Forever).

Istnieje duży opór przed uznaniem historycznej roli związków jako siły modernizującej, a często wręcz całkowicie się ją pomija. Tymczasem w pieśniach, wierszach i opowieściach, będących w każdym kraju częścią tradycji ruchu pracowniczego, znaleźć możemy całkowicie odmienne spojrzenie na dzieje powszechne. To, że są one mało znane szerszemu odbiorcy, wiele mówi o tym, jak bardzo obowiązująca wizja historii opiera się na oficjalnych dokumentach, kosztem ustnych przekazów na temat poszczególnych wydarzeń. Dziś możliwe jest znaczne poszerzenie naszego oglądu wspólnej historii, dzięki potraktowaniu pieśni i wierszy jako „relacji z przemian społecznych”. Liczni kronikarze tego dziedzictwa kulturowego, w ogromnej części niezbadanego, pozostawili nam w spadku niezwykłe bogactwo. Co istotne, jest to ten rodzaj tradycji, który choć czasem wydaje się zanikać niemal do szczętu, ostatecznie zawsze odzyskuje swoją żywotność.

***

Bywa, że połączone głosy sprzeciwu milionów ludzi na całym świecie zostają zignorowane przez potężne siły. Tak było w przypadku globalnego protestu wobec inwazji na Irak, której przewodziły USA. W mojej rodzinnej Australii w 2003 r. około miliona osób demonstrowało przeciwko wojnie, jednak nasz premier po prostu to zlekceważył. Choć na fali tego sprzeciwu powstało wiele pieśni i wierszy, w gazetach można było przeczytać rozważania na temat tego, „gdzie się podziały protest-songi”.

Wychodzi na to, że dziennikarze wypatrywali ich na listach przebojów i po prostu umknęły im – lub zbagatelizowali je – utwory powstające w zupełnie innym obiegu. Tak się często dzieje w czasach dominacji tzw. mediów masowych – jakże wiele ciekawych wydarzeń nie jest przez nie uznawanych za „wystarczająco atrakcyjne”. Zalew reklam oraz nieustanne poszukiwanie sensacji zdają się być wprost wymierzone we wszelkie autentyczne działania kulturotwórcze.

Bo przecież mało kto kwestionuje fakt, że wspólne śpiewanie pieśni jest ważną częścią każdej kultury. O ile wiadomo, były częścią ludzkiej cywilizacji od samych jej początków. Niektóre z nich, np. te o charakterze religijnym, są ściśle związane z konkretnymi aspektami życia społecznego. Także poszczególne narody mają własne pieśni: są nimi ich hymny. Z kolei związki zawodowe zajęły ważne miejsce w społeczeństwie zaledwie nieco ponad dwustoma laty, po rewolucji przemysłowej. Zwłaszcza włókniarze i górnicy mają już jednak bogate tradycje związane z własnymi pieśniami. O czym nie można zapomnieć: pieśni są pisane i wykonywane przede wszystkim wtedy, kiedy istnieją ludzie, którzy chcą ich słuchać.

Choć zrzeszanie się było jeszcze wtedy nielegalne, w 1779 r. angielscy tkacze wspólnie zniszczyli nowe krosna mechaniczne w wiosce Anstey. Podziemne sprzysiężenie tkaczy, które stało się znane jako Luddyści, działało na zasadach ścisłej tajności. Rząd był bardzo zdeterminowany, by się z nimi ostatecznie rozprawić; doszło nawet do tego, że niszczenie maszyn przemysłowych zostało uznane za przestępstwo zagrożone karą śmierci. W roku 1813 siedemnastu robotników zostało straconych, wielu innych skazańców wywieziono do Australii.
Pozostała nam po tych podziemnych organizacjach nikła liczba świadectw, zachowało się natomiast trochę pieśni. Oto „Tkalnia Fostera” (Foster’s Mill), pod którą zapisano datę 1912 r.:

Niezłomni sukna postrzygacze,

niechaj wam serca w piersiach rosną!

Spójrzcie na waszych w Yorku braci:

biorą się za Fostera krosno.

 

Łuna nad tkalnią rozgorzała

wybiegli ludzie wprost spod pierzyn;

w księżyca blasku drżącym tłumem

ugasić pożar miasto bieży.

 

A oni ramię w ramię stojąc

się zaklinają na Święty Duch,

że nie pozwolą cebrom z wodą

by je ktokolwiek puścił w ruch!

 

My też staniemy ramię w ramię

nasze przysięgi równie srogie;

puścimy z dymem postrzygalnie

– i resztę maszyn, co nam wrogie!

 

Jako że związki zawodowe były u swej kolebki czymś wyjętym spod prawa, nie powinno dziwić, że przywiązywały szczególną wagę do własnej historii i tradycji. Można wskazać wiele „pokoleń” pieśni walki i protestu, które łącznie składają się na alternatywną historię społeczną, historię widzianą z perspektywy „dołów”.

Etnografowie zaczęli postrzegać tego rodzaju twórczość jako ważne świadectwo zmian społecznych, dlatego obecnie jest ona ceniona bardziej niż kiedykolwiek – nadal pozostając światem niemal niezauważanym przez ogół. Gromadzenie i popularyzowanie takich pieśni jest niełatwym zadaniem, jednak wysiłek włożony w ich badanie zwraca się z dużą nawiązką: pozwala lepiej zrozumieć wkład, jaki w kulturę wniósł zorganizowany ruch pracowniczy.

***

Niedawno miałem okazję uczestniczyć w imprezie będącej hołdem dla Jacka Mundeya w 80. rocznicę jego urodzin. Ten robotnik budowlany i przywódca związkowy stał się w Australii sławny w latach 70. z powodu swojego wkładu w zachowanie dużych fragmentów historycznej zabudowy Sydney przed wyburzeniami.

Związek, któremu przewodził, Builders Labourers Federation (BLF), zorganizował wspólnie ze społecznościami lokalnymi tzw. zielone strajki (green bans) w obronie miejsc o szczególnym znaczeniu przyrodniczym oraz budynków wyjątkowo cennych pod względem historycznym. Prasa i politycy owego okresu z ogromnym lekceważeniem wypowiadali się na temat koncepcji, w myśl której robotnicy budowlani mogliby mieć cokolwiek do powiedzenia na temat losów zabudowy miejskiej. Tymczasem zielone strajki stały się ważną inspiracją w wielu krajach świata. W Niemczech Petra Kelly założyła Partię Zielonych, a ruchy związkowe zaczęły uświadamiać sobie istnienie problemów ekologicznych. Podczas uroczystości na cześć Mundeya odśpiewano szereg pieśni, które powstały przy okazji zielonych strajków, jak „Zielone strajki teraz i zawsze” (Green Bans Forever), „Miasto zieleni” (City of Green), „Pomniki” (Monuments), „Szkło i beton dziś w natarciu” (Under Concrete and Glass), ale i „Na zawsze solidarni!”, hymn IWW [Industrial Workers of the World (Robotnicy Przemysłowi Świata), radykalna międzynarodowa organizacja związkowa, bliska ideologii anarchosyndykalistycznej – przyp. red.], napisany podczas I wojny światowej. Zapoznajcie się z fragmentem „Szkło i beton dziś w natarciu”, pieśni znanej także pod tytułem „Wśród Zachodnich Przedmieść” (Across the Western Suburbs):

Tu, gdzie stoisz, stał mój piękny mały domek

w gruzy zmienił go chciwości strasznej walec

dziś ekipa rozbiórkowa wyburzyła go bez słowa

wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.

 

Refren:

Szkło i beton dziś w natarciu, Stare Sydney – na wymarciu

w gruzy zmienia je chciwości strasznej walec

my nie chcemy się stąd ruszać, lecz się nas do tego zmusza

wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.

 

Mój dom to dziś klitka ciasna, w bloku na obrzeżach miasta

ech, chłopaki, na sam widok chce się płakać…

aż po dach, który przecieka, obciążona hipoteka

jeszcze tylko przez pół wieku mam go spłacać.

 

Przyszła już najwyższa pora skończyć rządy „inwestora”

przecież widać, jaka straszna jest to plaga

mafii dasz rozwinąć skrzydła – zaraz zrobi cię bez mydła

…i obudzisz się gdzieś aż za Wagga Wagga!

Powyższy przykład udowadnia, że bojowym działaniom „tu i teraz” mogą z powodzeniem towarzyszyć bojowe pieśni z dawnych czasów. Zawarty w nich sposób postrzegania świata nie przestaje bowiem istnieć: trwa w kulturze, ale i przekazywany jest w łonie organizacji.

Pieśń związkowa, tak jak i każdy inny utwór, stanowi element wspólnego śpiewnika całego społeczeństwa. Bywa, że staje się popularna wiele lat od jej napisania czy pierwszego wykonania. Weźmy pieśń Woody’ego Guthrie, „Ten kraj należy do ciebie” (This Land is Your Land). Napisana została w 1940 r., podczas II wojny światowej, Guthrie nagrał ją w 1944 r., z kolei jej słowa opublikowano w 1956 r. Dużą popularność zyskała w USA (ale i w innych krajach) w latach 60.; pierwszy raz usłyszałem ją na początku 1962 r. na obozie w Springwood w Górach Błękitnych na zachód od Sydney. Od tamtych czasów nagrano ją i wydano wiele, wiele razy. Jej słowa zmieniano i tłumaczono, dopisywano nowe, ale i cenzurowano dotychczasowe. W 2002 r. utwór znalazł się wśród 50 nagrań, które Biblioteka Kongresu uznała za godne dopisania do Narodowego Rejestru Nagrań.

Na początku ubiegłego roku oglądałem, za pośrednictwem Internetu, jak zbliżający się do dziewięćdziesiątki Pete Seeger na koncercie z okazji objęcia urzędu przez Baracka Obamę porwał za sobą ogromną widownię. Wspólnie odśpiewano pieśń „Ten kraj należy do ciebie” – łącznie z trzema zwrotkami, które zwykle się omija, z racji ich jednoznacznie politycznego przesłania:

Na ulicach tego miasta,

w cieniu wielkich chmur drapaczy

i w kolejce po zasiłek

– dziś widziałem moich braci.

Kiedy stali, wygłodniali,

takie słowa wyszeptałem:

ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.

 

Mur wysoki aż do nieba

kazał mi zakończyć drogę,

a litery na tablicy

mówią: dalej iść nie mogę.

I zostałem po tej stronie,

o której tablica milczy

tę stronę stworzono dla ciebie i dla mnie.

 

Nikt na ziemi

mi nie zabroni

kroczyć przed siebie

autostradą wolności;

nikt na ziemi

nie jest w stanie mnie zawrócić,

bo ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.

Jak wiele innych pieśni związkowych, pieśń ta niesie w sobie zarówno ładunek historii, jak i potencjalny ładunek wybuchowy na dzisiejsze czasy. Napisana pod koniec poprzedniego wielkiego kryzysu, przywitano nią prezydenta, po którym oczekuje się powstrzymania pierwszego kryzysu XXI w.

***

Bez wątpienia Woody’ego Guthrie można uznać za ważnego autora pieśni związkowych. Jednak wielu twórców tego rodzaju utworów nie jest szerzej znanych, o ile w ogóle nie pozostają anonimowi. Co więcej, wiele utworów śpiewanych przez związkowców stanowi parodię powszechnie rozpoznawanych piosenek. Joe Hill, bard i męczennik IWW działający w Stanach Zjednoczonych (choć urodzony w Szwecji), napisał cały szereg pieśni opartych na hymnach lub je parodiujących. Związek wsławił się pieśniami, wydanymi w postaci niewielkiego czerwonego śpiewnika, zatytułowanego „Rozniecając płomienie buntu” (To Fan the Flames of Discontent).

Oddziały IWW, utworzonego w 1905 r. w Chicago, zaczęły szybko powstawać w innych krajach, jak Kanada, Australia czy Chile, a wpływ działalności związku można było odczuć w Irlandii, Afryce Południowej, Skandynawii, Chinach… Jedną z jego naczelnych zasad, z której zasłynął, była walka z uprzedzeniami rasowymi, które postrzegał jako narzędzie rozbijania solidarności świata pracy; był też zawziętym przeciwnikiem wojen, w ramach których robotnicy z poszczególnych krajów mieli zabijać swoich towarzyszy z innych. W 1916 r. w Sydney siedmiu członków IWW zostało skazanych na karę piętnastu lat więzienia za działalność antywojenną, inni dostali wyroki pięcio- i dziesięcioletnie. Bill Casey, członek IWW, który później został sekretarzem Seamen’s Union of Australia [australijskiego związku zawodowego marynarzy floty handlowej – przyp. red.], napisał „Do sejmu niczym z procy” (Bump me into Parliament), poświęconą politykom tamtego okresu. Oto kilka zwrotek:

Nadstawcie uszu, dobrzy ludzie!

Formalny wniosek tutaj zgłaszam:

ptasiego mleczka dla każdego!

Mam na to patent pierwsza klasa:

 

Refren:

Elektoracie, wystrzel mnie

do sejmu, niczym z procy!

Nieważne, jak to zrobić chcesz

zrób wszystko, co w Twej mocy!

 

Kolegów mam, z nadzorczych rad

co mówią, że się nadam,

bo senatorski rozum mam

i wzruszająco gadam.

 

Ja z tobą, ludu pracujący!

Wraz z wyklętymi chcę powstawać!

Mam na to sposób niezawodny,

to „podkomisja” i „ustawa”.

 

Pracownik z szefem się dogada

nam niepotrzebne spory nowe;

już ja ustawą poustawiam

te całe związki zawodowe!

Duch pieśni i filozofii IWW unosi się nad wszystkimi hymnami związkowymi, powstałymi w późniejszych okresach. Związki zawodowe na całym świecie sprzeciwiały się inwazji na Irak, podobnie zresztą jak przywódcy religijni. Świadectwa oporu przeciwko wojnie odnaleźć można w australijskich pieśniach związkowych; gdy mowa o wojnie w Wietnamie, na myśl przychodzą „Pokój jest sprawą związkowców” (Peace is Union Business) oraz „Boonaroo” – w 1967 r. członkowie Seamen’s Union of Australia odmówili służby na statku handlowym o tej nazwie, który pełen ładunku dla wojska szykował się do rejsu do Wietnamu. W latach 50. australijskie związki zawodowe pracowników branży morskiej uniemożliwiły holenderskiej marynarce wojennej próby utrzymania kolonialnego statusu Indonezji. W 1937 r. należący do związków robotnicy udaremnili eksport żeliwa do Japonii, w sprzeciwie wobec jej napaści na Chiny. W 1964 r. Clem Parkinson poświęcił tamtej akcji „Żeliwną piosenkę” (The Pig-iron Song):

Czy nie byłeś nigdy ciekaw, czemu pracownicza brać

„Człowiekiem z żeliwa” zwykła Roberta Menziesa zwać?

Fascynuje ta opowieść, chociaż ma już tyle lat

obowiązek ma ją poznać cały robotniczy świat!

 

Refren:

Nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm

nici ze statku załadunku, nie daliśmy się zastraszyć!

Kiedy stawką demokracja, zawsze walczy się do końca

tak jak z krajem Wschodzącego, mocno Brunatnego Słońca.

 

Był to rok trzydziesty siódmy, gdy japoński imperializm

postanowił na kolana dumny chiński lud powalić.

Chłopski naród walczył dzielnie, choć miał karabinów mało

za to w australijskich dokach miał przyjaciół armię całą.

 

Prokurator Menzies orzekł: „Wypłynięcie kto blokuje,

ten do życia w ciasnej celi niech od jutra się szykuje!”.

Ale nikt się nie wyłamał, równo twardzi chłopcy nasi

– nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm!

 

Polityku-sprzedawczyku, ktoś twe winy zmazać musi

krzyż ten niosą robotnicy gdzieś w Gwinei Nowej głuszy.

Dla pokoleń przyszłych tej historii jest przesłanie:

aby pokój mógł się ziścić – stać musimy ramię w ramię!

***

Patrząc z perspektywy globalnej, postawa ruchu pracowniczego odegrała ważną rolę w walce z dyskryminacją, kolonializmem, apartheidem, niewolnictwem, wojną i grabieżą ekonomiczną. Fundamentem związkowego światopoglądu jest przekonanie o konieczności tworzenia – w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej – oddolnych, niezależnych organizacji, opartych o ideały powszechnej równości i sprawiedliwości. Związki zawodowe uważają bezpieczeństwo w miejscu pracy, bezpłatną opiekę zdrowotną i edukację za podstawy cywilizowanego społeczeństwa. Stojące przed nimi wyzwania, w dobie korporacyjnej globalizacji i nadciągającego kryzysu ekologicznego, spowodowanego brakiem jakiejkolwiek kontroli nad działaniem „sił rynkowych”, są coraz większe, a potrzeba stawienia im czoła – nagląca. Mnóstwo naszych współczesnych zmartwień stanowią zatem kwestie, którym autorzy pieśni zdążyli już poświęcić naprawdę dużo uwagi.

Na mojej stronie internetowej, www.unionsong.com, zgromadziłem wiele takich utworów, w przekonaniu, że są one czymś niezmiernie ważnym. Pieśni związkowe powstają wszędzie, gdzie tylko istnieją związki zawodowe. Niedawno, na japońskim festiwalu filmowym miałem okazję obejrzeć koreański film dokumentalny „Nie wrócę na noc” (Weabak: Stayed Out All Night), wyreżyserowany przez Kim Mi-re. Pracownice supermarketu, które przeprowadziły 16-miesięczny strajk okupacyjny, nieustannie pisały i śpiewały pieśni na temat swojej walki. Gdyby nie film, nigdy nie usłyszałbym o tych utworach, ani o samym strajku. Żyjemy w świecie, w którym tego typu rzeczy nie zwracają na siebie uwagi tzw. mass mediów. Tak zresztą było zawsze, dlaczego więc jesteśmy zaskoczeni, przyłapując samych siebie na totalnej niewiedzy na temat historii, kultury i pieśni związków zawodowych? To ulotne dziedzictwo, dlatego powinniśmy wspomóc jego zachowanie dla przyszłych pokoleń.
Wymagać to będzie skoordynowanych działań w kierunku gromadzenia i udostępniania tych „relacji z przemian społecznych”. Internet stanowi bardzo dobre narzędzie zbierania takich pieśni i ich ochrony przed zapomnieniem, ale także zachęty do tworzenia nowych. Rzadko która osiągnie popularność „Na zawsze solidarni!” czy „Ten kraj należy do ciebie”, jednak każda z nich oferuje sposób patrzenia na świat niemal nie zauważany przez wielkie koncerny.

Mark Gregory

Tłum. Włodzimierz Kaniec

Teksty piosenek przełożył Michał Sobczyk

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 49 w roku 2010.

Mark Gregory (ur. 1943) – etnograf, muzyk i producent. Pieśniami związkowymi zainteresował się w latach 60., uczestnicząc w pracach nad śpiewnikiem Towarzystwa Miłośników Muzyki Ludowej przy Uniwersytecie w Sydney, zatytułowanym „Songs of Our Times” (Pieśni naszych czasów). W latach 70. w Londynie współtworzył Cinema Action, radykalny projekt filmowy, pisząc piosenki na potrzeby dokumentów poświęconych protestom pracowniczym; działał też w brytyjskich związkach zawodowych. Autor wystąpień i publikacji na temat pieśni związkowych i ich dokumentowania, prezentowanych na licznych konferencjach i festiwalach. Jego praca dyplomowa z muzykologii, obroniona na Uniwersytecie Macquariego, w 2007 r. ukazała się w wersji książkowej, pod tytułem „Sixty Years of Australian Union Songs”. Twórca internetowego zbioru niemal siedmiuset pieśni i wierszy o szeroko rozumianej tematyce związkowej: www.unionsong.com. W roku 2014 obroni pracę doktorską pt. „Australian working songs and poems – a rebel heritage”.

Niewidzialny skalpel rynku

Niewidzialny skalpel rynku

Członkowie Konfederacji chcieli utrzymać liberum veto i nie chcieli płacić podatków. Poseł Dobromir Sośnierz z Konfederacji też nie chce płacić podatków. Jego zdaniem, wszystko musi być prywatne. Zagrał więc niedawno w telewizyjnym teatrze rolę eksperta od amerykańskiego systemu ochrony zdrowia. Pochwalił (oczywiście) niewidzialny skalpel rynku, ale o szczegółach nie mówił. Napiszę więc o nich.

Amerykanie mogą, za stosunkowo małą opłatą (gotówką lub kartą potwierdzającą posiadanie ubezpieczenia), iść do prywatnego gabinetu, w którym lekarz porozmawia z nimi przez chwilę i skieruje na badania diagnostyczne. Podczas następnej wizyty powie co się dzieje i wypisze recepty. Jeśli to wystarcza, to dobra nasza. Jeśli sprawa jest poważna, to kamienista droga przed nami.

Bywa też tak, że ktoś zadzwoni na numer alarmowy. Gdy tylko dyspozytor ustali lokalizację, natychmiast ruszają na sygnale: ambulans, straż pożarna i policja. Kto pierwszy przyjedzie, ten pierwszy udziela pierwszej pomocy. Po przewiezieniu pacjenta do szpitala robione jest wszystko, aby go uratować. Dopiero po tym wolno pytać, kto za to zapłaci.

Najlepsze szpitale wyposażone są w najnowocześniejszy sprzęt i pracują w nich najlepsi specjaliści. Najlepsi na świecie, gdyż gdy tylko pojawi się gdzieś jakiś wybitnie zdolny lekarz, to, prędzej lub później, dostanie ofertę nie do odrzucenia. Pacjentami takich szpitali są w większości ludzie bogaci. Nie trzeba jednak być miliarderem. Czasami wystarczy kilka lub kilkanaście milionów. Ciekawym aspektem działania takich szpitali jest to, że ich pacjentami bywają również ludzie biedni. Ich biletem wstępu jest posiadanie ciekawego przypadku nieuleczalnej choroby. Można bowiem testować na nich nowe lekarstwa lub techniki operacyjne. Nie należy jednak doszukiwać się w tym działań niemoralnych. To ludzie, którym standardowa medycyna pomóc już nie może i dana jest im szansa na cud. Zaliczyć ich więc należy do szczęśliwców gdyż w tego rodzaju szpitalach cuda często się zdarzają.

Poniżej są zwykłe szpitale komercyjne. Poziom usług medycznych jest w nich dobry. Ich pacjentami są najczęściej posiadacze planów ubezpieczeniowych oferowanych pracownikom przez pracodawców. Firmy nie mają formalnego obowiązku ubezpieczania swoich pracowników, ale jeśli tego nie robią, to ludzie nie chcą w nich pracować. I tu zaczyna się też to, co „wolnościowcy” lubią najbardziej: biurokracja.

W walce o pieniądze pomiędzy pracodawcami i pracownikami, rolę rozjemców pełnią firmy wyspecjalizowane w opracowaniu planów ubezpieczeniowych oraz w administrowaniu i zarządzaniu tym bałaganem. Są plany złote (bez limitów) – dla kadry kierowniczej, srebrne dla niższej kadry kierowniczej i specjalistów oraz brązowe – dla szeregowych pracowników. Różnice pomiędzy nimi wyznacza sieć lekarzy i szpitali, które dany plan akceptują. W poszczególnych planach znajdują się ceny opłat za procedury medyczne, dopuszczalna częstotliwość ich stosowania, lista dopuszczalnych badań diagnostycznych oraz spis akceptowanych lekarstw. W tym miejscu należy pamiętać, że system ten obejmuje ludzi w wieku produkcyjnym, czyli ciągle jeszcze względnie zdrowych. Dodatkowo większość planów zawiera copay (kwotę, którą ubezpieczony musi zapłacić z własnej kieszeni na „dzień dobry”) i max (kwotę, po wyczerpaniu której ubezpieczenie traci ważność). W praktyce, „wszyscy pacjenci są równi ale niektórzy są bardziej równi niż inni”.

W efekcie na każdego dolara wydanego na służbę zdrowia co najmniej dwa dolary przeznaczane są na to, aby oliwić tryby. Kręci się to jednak jakoś, gdyż Ameryka to bardzo bogaty kraj.

Co jakiś czas (seria bardzo skomplikowanych operacji lub choroba wymagająca długotrwałego i kosztownego leczenia) zaczyna się dramat. Max zostaje osiągnięty i poczta zaczyna przynosić pacjentowi rachunki. Medicaid (państwowe program dla biednych) „wskakuje” bowiem dopiero, gdy pacjent oddał już wszystko, co posiada.

W trochę lepszej sytuacji są emeryci. Rządowy program opieki medycznej dla emerytów (Medicare) płaci za nich tylko tyle, ile wynika z oficjalnej (minimalnej) wyceny procedur medycznych. Tych pacjentów szpitale przyjmują, ale „nie szanują”. Kręci się to jednak jakoś, gdyż wielu emerytów kupuje ubezpieczenia uzupełniające.

Trzecią grupę stanowią przychodnie i szpitale charytatywne. Tam nikt o pieniądze nie pyta. Tego typu placówki finansowane są przez władze miasta, powiatu lub stanu oraz różnego rodzaju fundacje katolickie, protestanckie, żydowskie itd. W stosunku do potrzeb nie ma ich niestety wystarczająco dużo i dostanie się pod ich opiekę zależy od tego, czy ma się odpowiednie „znajomości”.

To nie koniec. Wielu chorych, gdy max zostaje osiągnięty, wraca do domu. Robią to, aby nie wpędzać rodziny w ogromne długi. Po drodze zatrzymują się często w „aptece” na skrzyżowaniu ulic w złej dzielnicy i kupują marihuanę. Jest to po prostu dobry i tani środek przeciwbólowy. Cenione są również działania uboczne tego zioła. Znikają psychologiczne skutki stresu. Można się śmiać, słuchać muzyki i czytać książki. Następny etap to heroina. Niby łatwo jest strzelić sobie w głowę, ale polisy ubezpieczeniowe (na wypadek śmierci) mają klauzulę wyłączającą wypłatę odszkodowania, jeśli powodem śmierci jest samobójstwo. Lepiej jest dodatkowo zachorować (narkomania jest chorobą) i doprowadzić się do stanu, w którym (świadomy lub nieświadomy) złoty strzał, czyli przedawkowanie, kończy wszystko bez bólu i strachu.

Oh well. Tak sobie myślę, że z lansowaniem amerykańskiego systemu opieki medycznej powinniśmy poczekać. Do czasu gdy „wolnościowcy” dorosną lub cena heroiny będzie w Polsce wystarczająco niska.

Jerzy Jacek Pilchowski

Plusy ujemne Kolei Plus

Plusy ujemne Kolei Plus

PKP PLK chce w ramach rządowego programu odbudowy linii lokalnych realizować drogie i czasochłonne projekty. Samorządów na to nie stać.

Jeszcze w maju 2020 r. ma wreszcie rozpocząć się nabór wniosków do programu Kolej Plus. Programu, który rodził się w bólach przez ponad półtora roku.

Minister infrastruktury w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Andrzej Adamczyk już jesienią 2018 r. zaprezentował mapę sieci kolejowej z dorysowanymi kreskami do niektórych polskich miast nieposiadających połączeń i oznajmił: „Od 1989 r. zlikwidowano wiele tysięcy kilometrów linii kolejowych. Najwyższy czas ten zły proces odwrócić. Dzisiaj ogłaszamy program Kolej Plus. Odbudujemy zniszczone i zbudujemy nowe linie kolejowe”.

Przy realizacji programu Kolej Plus mogą wystąpić znacznie większe bóle od tych, które pojawiły się podczas jego tworzenia.

Program wyborczy

Do ogłoszenia programu Kolej Plus przez premiera Mateusza Morawieckiego i ministra Andrzeja Adamczyka doszło na peronie przystanku Jasienica Mazowiecka w dniu 17 października 2018 r.: „To przełomowy moment, punkt zwrotny, od którego możemy powiedzieć, że będziemy odtwarzali połączenia kolejowe” – mówił Morawiecki, a stojący obok niego Adamczyk zapewniał, że realizacja programu rozpocznie się lada dzień: „Przygotowaliśmy projekty ustaw, przygotowaliśmy zmiany w ustawach dzisiaj istniejących. Ten program ma realny kształt, ten program jest realnie przygotowany do tego, żeby wdrażać go jak najszybciej”.

Szybko jednak okazało się, że zapewnienia o gotowym do wdrażania programie Kolej Plus były tylko propagandowym zabiegiem na potrzeby kampanii przed wyborami samorządowymi rozpisanymi na 21 października 2018 r. Program ogłoszono cztery dni przed wyborami, a dopiero potem nieśpiesznie zabrano się za jego tworzenie.

W styczniu 2019 r. na zorganizowanym w Warszawie przez Grupę PKP Kongresie Rozwoju Kolei – gdy od ogłoszenia programu Kolej Plus minęły już trzy miesiące – minister Andrzej Adamczyk oznajmił, że trwają prace nad stosownymi przepisami: „Przygotowywany jest projekt ustawy o programie Kolej Plus, który niebawem trafi do konsultacji społecznych”.

Po upływie kolejnych trzech miesięcy, w kwietniu 2019 r., dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” zapytał w Ministerstwie Infrastruktury, kiedy wreszcie program Kolej Plus ujrzy światło dzienne. – „Trwają prace nad programem” – oznajmił rzecznik resortu Szymon Huptyś. – „Wprowadzenie programu związane jest z koniecznością przeprowadzenia niezbędnych zmian w prawie. Przyjęcie i wdrożenie tego programu musi być poprzedzone uzgodnieniem z zainteresowanymi resortami i podmiotami”.

Każdy program wieloletni musi zostać przyjęty ustawą sejmu lub uchwałą rady ministrów. I choć pod koniec września 2019 r. program Kolej Plus nadal nie przybrał takiej postaci, nie przeszkodziło to premierowi wykorzystać programu na potrzeby trwającej wówczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi: „Będzie budowana kolej – kolej tutaj z Turku. 600 mln zł na to przeznaczymy” – oznajmił Mateusz Morawiecki mieszkańcom tego wielkopolskiego miasta, leżącego pośrodku jednej z większych białych plam na polskiej sieci połączeń kolejowych. Premier nie zająknął się przy tym, że program Kolej Plus wciąż jeszcze nie został przyjęty i cała koncepcja budowy linii kolejowej Konin – Turek sprowadza się jedynie do kreski narysowanej na mapie.

Obietnice plus

Uchwałę wprowadzającą Program Uzupełniania Lokalnej i Regionalnej Infrastruktury Kolejowej Kolej Plus rada ministrów przyjęła dopiero 3 grudnia 2019 r. Oznacza to, że od ogłoszenia programu do jego faktycznego ustanowienia upłynął ponad rok. Następnie 9 stycznia 2020 r. sejm uchwalił nowelizację ustawy o transporcie kolejowym określającą możliwości finansowania programu Kolej Plus.

Ustawę o zmianie ustawy prezydent Andrzej Duda podpisał 4 marca 2020 r. Do złożenia podpisu doszło nie w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, lecz na uśpionej stacji kolejowej w Końskich, z której ostatni pociąg pasażerski odjechał w 2009 r. – „Dzięki tej ustawie przywrócimy do życia tę linię kolejową i ten dworzec, który znajduje się przed nami, a którego okna dzisiaj zabite są blachą” – obiecywał na koneckim peronie prezydent. – „Co najmniej 20 miast średniej wielkości, powyżej 10 tys. mieszkańców, otrzyma swoje połączenia kolejowe, których do tej pory nie miały”.

Chcąc wykorzystać program Kolej Plus w swojej kampanii wyborczej, Andrzej Duda złożył obietnice trudne do spełnienia. Nawet uwzględniając to, że rząd wydłużył czas realizacji programu o kilka lat. O ile bowiem przy ogłoszeniu programu zapowiedziano, że zostanie on wykonany do końca 2023 r., o tyle w momencie jego ustanowienia okazało się, że okres realizacji rozciągnięto aż do końca 2028 r.

Wskaźniki zapisane w rządowej uchwale określają, że cel programu Kolej Plus zostanie uznany za osiągnięty, jeśli do końca 2023 r. dostęp do transportu kolejowego uzyska jeden samorząd, a do końca 2028 r. pięć samorządów.

Fundusze na realizację przedsięwzięć w ramach programu Kolej Plus mają pochodzić z dokapitalizowania spółki PKP PLK przez skarb państwa – kwota 5,6 mld zł ma być przekazywana w transzach przez siedem lat: od 2021 do 2027 r. Jak jednak wynika z uchwały przyjętej przez rząd, do 2023 r. spółka PKP PLK otrzyma zaledwie 2,5% kwoty przeznaczonej na program Kolej Plus. Większe transze zaczną być przekazywane przez skarb państwa dopiero od 2024 r., a więc tak się składa, że po zakończeniu obecnie trwających kadencji parlamentu, rządu i samorządów. Zgodnie bowiem z kalendarzem wyborczym, jesienią 2023 r. mają odbyć się zarówno wybory parlamentarne, jak i samorządowe. Program Kolej Plus ma więc rozkręcić się dopiero za kilka lat – po przetasowaniach na różnych szczeblach władzy: od parlamentu i rządu po województwa, powiaty i gminy.

Bajki premiera i legendy prezydenta

Rozpoczęcie inwestycji w ramach programu Kolej Plus zależy od samorządów. To one mają zgłaszać linie do budowy czy rewitalizacji. Selekcji dokona spółka PKP Polskie Linie Kolejowe.

Pierwszeństwo będzie miało 21 koncepcji przedstawionych na dołączonej do programu Kolej Plus mapce stworzonej w PKP PLK. Jak jednak wskazuje Ministerstwo Infrastruktury, stanowi ona katalog otwarty: samorządy z jednej strony wcale nie muszą ubiegać się o dofinansowanie przedsięwzięć, które znalazły się na mapce, a z drugiej strony mogą starać się o dofinansowanie inwestycji spoza mapki. A zatem – co otwarcie przyznał wiceminister infrastruktury ds. kolei Andrzej Bittel w marcu 2020 r. – „do czasu zakończenia procedury naboru wniosków i podpisania stosownych umów w zakresie realizacji projektów pomiędzy PKP PLK a jednostkami samorządu terytorialnego nie jest możliwe wskazanie, jakie inwestycje i w jakim terminie będą realizowane w ramach programu Kolej Plus”.

Oznacza to, że deklaracje zarówno prezydenta Dudy z Końskich („Przywrócimy tu do życia tę linię kolejową”), jak i premiera Morawieckiego z Turku („Będzie budowana kolej”) można włożyć między bajki i legendy, gdyż wszystko zależy od tego, czy miejscowe samorządy w ogóle zechcą zgłosić się do programu Kolej Plus.

W programie mogą uczestniczyć samorządy wszystkich szczebli: województwa, powiaty i gminy. Jest jeden warunek: muszą wyłożyć wkład własny w wysokości 15% wartości inwestycji.

(Na)przeciw samorządom

Od udziału w programie Kolej Plus samorządowców mogą odstraszyć kosmiczne koszty. Na przykład rewitalizacja odnogi o długości 6,5 km, biegnącej od magistrali Bydgoszcz – Trójmiasto do Świecia, została wyceniona przez PKP PLK na 300 mln zł (samorząd musiałby więc wyłożyć wkład własny w wysokości 45 mln zł).

Dla porównania, wykonana w 2019 r. rewitalizacja 6-kilometrowej linii z Dzierżoniowa do Bielawy kosztowała 14,6 mln zł. Ciąg ten został odbudowany jednak nie przez PKP PLK, lecz przez Dolnośląską Służbę Dróg i Kolei – instytucję zarządzającą drogami wojewódzkimi i liniami kolejowymi przejętymi od PKP. Nieczynną linię z Dzierżoniowa do Bielawy samorząd województwa dolnośląskiego przejął w grudniu 2018 r., następnie od marca do października 2019 r. zostały wykonane prace rewitalizacyjne i od 15 grudnia 2019 r. odbywa się ruch pociągów. – „Z punktu widzenia prawa budowlanego inwestycja była prowadzona na zgłoszenie, co oznacza, że Dolnośląska Służba Dróg i Kolei mogła potraktować ją jako remont. To w znaczącym stopniu uprościło i przyspieszyło cały proces” – mówi szef DSDiK Leszek Loch. – „Przed rozpoczęciem inwestycji dokonano jedynie inwentaryzacji drzewostanu oraz samej infrastruktury kolejowej”.

Nawiasem mówiąc, przywrócenie do życia linii Dzierżoniów – Bielawa trwało krócej niż napisanie przez urzędników Ministerstwa Infrastruktury 17-stronnicowego programu Kolej Plus.

Dużym tempem realizacji inwestycji raczej nie zaskoczy nas też spółka PKP PLK, która ma mieć monopol na fundusze z programu. Uchwała rady ministrów jasno bowiem stwierdza, że „wykonawcą programu jest spółka PKP Polskie Linie Kolejowe”. Samorządowi zarządcy infrastruktury – tacy jak Pomorska Kolej Metropolitalna czy właśnie Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – nie będą więc mogli uzyskać z programu Kolej Plus ani grosza. A jeszcze we wrześniu 2019 r. wiceminister Bittel stwierdził w rozmowie z Portalem Samorządowym, że Kolej Plus to wyjście naprzeciw inicjatywom samorządów: „Mieliśmy sporo zgłoszeń o chęci odtworzenia linii kolejowych i przywrócenia na nich ruchu pociągów, choćby z województwa dolnośląskiego”.

Samorząd województwa dolnośląskiego jako jedyny polski region realizuje strategię przejmowania od PKP nieczynnych linii i ich rewitalizacji. Oprócz linii Dzierżoniów – Bielawa, DSDiK przywróciła już do życia trasy Wrocław – Trzebnica oraz Szklarska Poręba – Harrachov. W listopadzie 2019 r. dolnośląski samorząd przejął kolejnych sześć zamkniętych tras o łącznej długości 110 km: Wałbrzych – Szczawno-Zdrój – Boguszów-Gorce, Bielawa – Srebrna Góra, Rokitki – Chojnów, Kobierzyce – Niemcza – Piława Górna, Łagiewniki – Kondratowice i Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski.

Choć Dolnośląska Służba Dróg i Kolei nie może być beneficjentem programu Kolej Plus, to wśród 21 ciągów wytypowanych do odbudowy w ramach programu znalazł się 24-kilometrowy odcinek Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski, który został przejęty przez samorząd województwa dolnośląskiego z zamiarem reaktywacji połączeń na trasie Legnica – Złotoryja – Jerzmanice-Zdrój – Lwówek Śląski – Wleń – Jelenia Góra. Inny nieczynny fragment tego ciągu, 33-kilometrowy odcinek z Lwówka Śląskiego do Jeleniej Góry, nie tylko nie znalazł się na liście 21 priorytetów Kolei Plus, ale w ogóle nie jest objęty planami inwestycyjnymi. Tymczasem jako ciąg będący w gestii PKP PLK mógłby liczyć na fundusze z programu Kolej Plus, a lokalne samorządy od lat domagają się jego renowacji.

Droga plus, kolej minus

W otwartym katalogu programu Kolej Plus wymienione zostało odtworzenie odcinka od położonej na linii Opole – Kędzierzyn-Koźle stacji Gogolin do Krapkowic, 16-tysięcznego miasta powiatowego bez połączeń kolejowych od 1991 r. Liczący 6 km odcinek Gogolin – Krapkowice stał się nieprzejezdny w 1997 r., kiedy to powódź uszkodziła most kolejowy przez Odrę. W 2004 r. wydana została decyzja o likwidacji linii, a następnie w latach 2006-2007 zdemontowano tory. Odbudowa tego fragmentu umożliwiłaby nie tylko uruchomienie połączeń pasażerskich między Opolem a Krapkowicami, ale także odtworzenie ciągu Gogolin – Krapkowice – Prudnik i w efekcie poprawę spójności sieci kolejowej na Opolszczyźnie. Problem w tym, że nieprzejezdny od 1997 r. most kolejowy na Odrze właśnie jest przebudowywany na przeprawę drogową: rozpoczęte jesienią 2019 r. prace budowlane mają skończyć się wiosną 2021 r. Wcześniej, we wrześniu 2018 r., otwarto obwodnicę gogolińskiego osiedla Karłubiec, którą zbudowano po śladzie linii Gogolin – Krapkowice. Kolejnym etapem tej inwestycji ma być poprowadzenie drogi z Gogolina do Krapkowic nieczynnym tunelem kolejowym pod autostradą A4.

Z problemem braku pasa terenu zderzy się też ujęta w programie Kolej Plus koncepcja rewitalizacji ciągu Małkinia – Kosów Lacki – Sokołów Podlaski. Od dekady kolejne fragmenty tej nieczynnej linii kolejowej są bowiem demontowane w celu skierowania drogi wojewódzkiej 627 nowym, prostszym przebiegiem. Najpierw rozebrany został most kolejowo-drogowy koło Małkini – w 2010 r. zbudowano w jego miejscu nową przeprawę drogową, demontując przy tym infrastrukturę kolejową po obydwu stronach Bugu w celu poprowadzenia dróg dojazdowych. Następnie w 2015 r. otwarto 12-kilometrowy odcinek drogi biegnący śladem torów do Kosowa Lackiego. Obecnie trwa opracowywanie projektu budowy drogi na dalszym, 20-kilometrowym odcinku linii kolejowej do Sokołowa Podlaskiego. Zawarte w programie Kolej Plus odtworzenie ciągu Małkinia – Sokołów Podlaski będzie więc wymagać wybudowania linii kolejowej w całkowicie nowym przebiegu. Decyzję o likwidacji torów z Małkini do Sokołowa Podlaskiego – z myślą o rozbudowie sieci drogowej – wydało w 2004 r. Ministerstwo Infrastruktury na wniosek PKP PLK.

Bogate obawy

Na liście priorytetów programu Kolej Plus dla województwa mazowieckiego, oprócz koncepcji odtworzenia ciągu Małkinia – Sokołów Podlaski, znalazły się modernizacje linii Siedlce – Sokołów Podlaski (wyceniona na 160 mln zł) i odcinka Małkinia – Ostrów Mazowiecka (wyceniona na 250 mln zł). Obie te linie od likwidacji połączeń pasażerskich w 1993 r. są wykorzystywane tylko w ruchu towarowym. Ponadto spółka PKP PLK wpisała do programu Kolej Plus szacowaną na 415 mln zł rozbudowę odcinka towarowego łączącego linię Warszawa – Piaseczno z Konstancinem-Jeziorną w celu doprowadzenia do tego miasta połączeń pasażerskich.

Czy władze województwa mazowieckiego są zainteresowane udziałem w programie? – „Na obecną chwilę nie ma planów dotyczących wystąpienia o fundusze i realizację wraz z PKP PLK projektów w ramach programu Kolej Plus” – mówi Marta Milewska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego, dodając, że obawy dotyczą przede wszystkim kwestii finansowych i wynikają z doświadczeń we współpracy z PKP PLK przy rewitalizacjach linii Ostrołęka – Chorzele i Wieliszew – Zegrze w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego: „Koszty okazały się dwu-, trzykrotnie wyższe niż pierwotnie zakładano”.

Sceptyczne jest nie tylko najbogatsze województwo w Polsce, ale między innymi również województwo kujawsko-pomorskie: jego władze przynajmniej na razie wstrzymują się z decyzją o uwzględnieniu w wieloletniej prognozie finansowej funduszy koniecznych na wkład własny do programu Kolej Plus. „Jego zakres finansowy i zadaniowy jest bardzo odległy od realnych możliwości” – stwierdził kujawsko-pomorski marszałek Piotr Całbecki.

Udźwignąć Kolej Plus

Problemem jest to, że spółka PKP Polskie Linie Kolejowe – przy akceptacji rządu – chce realizować w ramach programu Kolej Plus przedsięwzięcia o bardzo szerokim zakresie, wymagającym nie tylko kilku lat na przygotowanie i realizację prac, ale także bardzo dużych wydatków. Przykładowo zaproponowana w programie modernizacja 23-kilometrowego odcinka Czerwieńsk – Krosno Odrzańskie, na którym odbywa się ruch towarowy, a szynobusy mogłyby już dziś osiągać prędkość maksymalną 100 km/h, została wyceniona przez PKP PLK na aż 300 mln zł. Koszt rewitalizacji 20-kilometrowego odcinka z Czempinia do Śremu oszacowano na 350 mln zł.

Gdy w grę wejdą takie kilkusetmilionowe sumy, to niewinnie brzmiący 15-procentowy wkład własny samorządów będzie musiał sięgnąć kilkudziesięciu milionów złotych. Dla dużej części samorządów, zwłaszcza powiatów i gmin, jest to kwota bardzo trudna do udźwignięcia. Tym bardziej w dobie kłopotów finansowych wywołanych przez epidemię koronawirusa.

Program Kolej Plus trafiłby w możliwości finansowe samorządów, gdyby inwestycje skupiały się na przywracaniu dawnych parametrów na liniach nieczynnych i poprawie stanu linii funkcjonujących obecnie tylko w ruchu towarowym – poprzez zapewnienie prędkości 80-120 km/h i bez rozdymania zakresu przedsięwzięć o takie kosztowne elementy jak komputerowe centra sterowania ruchem kolejowym. Pozwoliłoby to osiągnąć zasadniczy cel programu – czyli reaktywację połączeń pasażerskich do możliwie dużej liczby miast – za mniejsze pieniądze, a także w znacznie krótszym czasie.

Entuzjazmu samorządów dla Kolei Plus nie budzi harmonogram finansowania programu, zgodnie z którym szerszy strumień funduszy popłynie dopiero po 2023 r. To rozmija się z prozaiczną potrzebą lokalnych polityków, jaką jest wydawanie pieniędzy na takie inwestycje, które pozwalają na przecięcie wstęgi nie później niż podczas kampanii przed najbliższymi wyborami samorządowymi. A one, przypomnijmy, odbędą się w 2023 r.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/107 maj-czerwiec 2020), www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

De gustibus disputemus

De gustibus disputemus

Maseczki to niezła rzecz na nasze czasy zawieszenia, czasy socjologicznego interregnum. Teraz nie widać śmiejących się ust. Teraz można zobaczyć oczy.

Przez ostatnie dziesięciolecia żyliśmy w świecie, gdzie zewsząd otaczały nas wizerunki gładkich roześmianych osób: na billboardzie reklamującym dom spokojnej starości widnieje młodociana starsza pani obnażająca perłowo-białe zęby. Strona internetowa banku otwiera się na coraz bardziej ekstatyczne uzębienia zapatrzonych w komórki i horyzont dali ludzi. Website’y uniwersytetów pokazują grupki różnorasowych młodych osób prezentujących orgię bieli zębów. Zęby szczerzy na nas przystojny lekarz na reklamie przychodni. Tryska śmiechem ogłoszenie o poważnej konferencji naukowej. W odpowiedzi na pytanie o powód rosnącej ilości zachorowań, młoda polityczka wybucha perlistym śmiechem. Śmiali się do nas politycy, prezesi, przedsiębiorcy. Pełen błyszczący garnitur zębów prezentowali szefowie psychopaci, pozbawieni empatii administratorzy, oszuści celebryci zgrywający ekspertów od wszystkiego. Permanentny mega uśmiech był obowiązkowym elementem wyposażenia każdego człowieka sukcesu. Rzadko zadawaliśmy sobie trud, by popatrzeć w ich oczy, bo te zęby odciągały uwagę od oczu, które zupełnie się nie śmiały. Pochodziły jakby z zupełnie innej estetyki i logiki twarzy. Dwa niepasujące do siebie puzzle. Czemu tak długo dawaliśmy się na to nabrać? Gdy szczęka jest zasłonięta, to wiadomo, na co patrzeć. Maseczka pomaga w namyśle nad tym, co ma dla nas więcej sensu, a także w skupieniu. Bardzo często widzimy piękno, choć odciąga od niego naszą uwagę milion bodźców i impulsów. Nie było dotąd przestrzeni na to, by się nad tym zamyślić.

W ramach zdalnych zajęć z przedmiotu poświęconego zarządzaniu i twórczości zadałam ostatnio moim studentom zadanie domowe – by odpowiedzieli krótko na pytanie, czym dla nich jest piękno. Zebrałam prawie sto odpowiedzi, w znakomitej większości bardzo oryginalnych, niepowtarzających się, osobistych. Niektóre były tak piękne, że nie chcę ich cytować – są ziarnami, z których studenci zbudują, wyhodują, coś wielkiego, jestem o tym przekonana. Jednak chcę opowiedzieć o nich, używając myśli moich studentów i słów splecionych razem: moich i ich. Myślę, że tak będzie dobrze.

Pisali o deszczu. Deszcz wzbudza spokój, dźwięczy na parapecie, ten rytm sprawia, że czujemy, jak chłoną go zmęczone suszą rośliny, jak pojawia się równowaga w naturze. Deszcz łączy nas z życiem na zewnątrz. Pisali o tym, co drobne i ulotne, co można dostrzec naprawdę we wszystkim: w przyrodzie, ludziach, relacjach czy w codziennych chwilach. Staliśmy się na to obojętni, bo przestaliśmy dostrzegać piękno w drobnych rzeczach, gestach, ludziach. Ta ulotność łączy zachód słońca z uśmiechem bliskiej osoby i ze wzgórzem pełnym dmuchawców – jest to zwykła codzienność, ale w swojej prostocie i ulotności jest piękna.

Pisali o produktach własnych rąk. Nie chodzi o dumę ani o autorstwo, ani o sukces, lecz o piękno zadowolenia z pracy dobrze wykonanej. Taki przedmiot nie jest niczym niezwykłym, może nawet jest czymś przypadkowym. Ale powstał z ich rąk, starań i czasu. Wykonany od początku do końca – to właśnie jest piękne. Pisali o pierogach – gdy zostaną własnoręcznie ulepione i ugotowane, to praca włożona w nie sprawia, że są piękne. Każdy jest troszkę inny.

Pisali o drugim człowieku. Nie takim, który wygląda jakby przypadkiem przemierzał ulice miasta, zamiast stąpać po luksusowym wybiegu podczas pokazu mody, tylko o takim nieświadomym swojego piękna, spotkanym przypadkiem – starszy mężczyzna stojący przede nami w kolejce do kasy, kobieta opadająca w zmęczeniu na wolne miejsce w autobusie. Te momenty pokazują najprawdziwiej i najpełniej, że te osoby są, coś przeżyły. Tak jak przykładem pięknych, niezwerbalizowanych mikronarracji są spracowane ręce uwiecznione przez Henryka i Janinę Mierzeckich. W odpowiedziach pojawiały się zresztą nieraz nawiązania do fotografii, obrazów, filmów: Mierzeckich, Zofii Rydet, filmu Mekasa „As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty”. Takie piękno pomaga dostrzec, że wszyscy jesteśmy częścią czegoś dużo, dużo większego od nas samych, pojedynczo. Miłość znajduje się bardzo blisko takiego piękna.

Pisali o ludzkich gestach, o „dzień dobry”, o zwykłej uprzejmości, o sympatycznym geście. To znak, że druga osoba życzliwie jest tam gdzieś, obok. Pisali o niesamowitym pięknie piegów bliskiej osoby, które czynią ją niepowtarzalną i jedyną na świecie, nawet jeśli ona wstydzi się tego i uważa za defekt. Taka uroda, gdzie nie byłoby miejsca na piegi, nie jest piękna. Nie przyciąga czułości – raczej odpycha, znieczula. Pisali o tym, że piękno jest w tym, co codzienne i błahe: rodzina przy stole, wspólny obiad, układanie lego razem z bratem. Piękne jest to, jak teraz, w czasie epidemii, widać wyraźnie, że piękno jest zupełnie gdzie indziej, niż wskazują palce na reklamowych billboardach.

Pisali o roślinach. Mlecze to najpiękniejsze kwiaty, bo są proste, ale mają wiadomość do przekazania – przyszła wczesna wiosna. To jest zwykła wiadomość, nietrwała, efemeryczna. Ale dobrze jest się móc przywitać, a potem pożegnać z fazą pory roku. Pisali o rozwijającym się bzie i odważnie kwitnących niezapominajkach. Pisali o drzewach. Właściwie to bardzo dużo pisali o drzewach. Drzewa nas pocieszają, drzewom można ufać, drzewa są samą kwintesencja życia, są ukojeniem, są antydepresantem. Wreszcie, drzewa wyprowadzają nas na spacer – tak, właśnie tak. Jesteśmy jak psy na smyczy, a one wyprowadzą nas na zaczerpnięcie tchu. Pisali o zwierzętach, które pojawiają się na blokowisku. Skupiony sąsiad z psem. Przebiegająca po przebiegła sarna. Wieczorami wiewiórki chowają się za samochodami. W dzień lis przechadza się nieopodal sklepowego parkingu. Piękne jest to, jak planeta się odradza tam, gdzie stoimy, razem z nami i naszymi osiedlami.

Miasto też jest piękne. Pisali o tym, jak pięknie jest, gdy budzi się rano do życia. Usiąść rano z kubkiem herbaty lub kawy w oknie i patrzeć, celebrować poranki. Piękne jest to, jak poranne promienie słoneczne padają na ulice, ludzie spieszą się do pracy, ktoś jedzie na rowerze… Świadomość bycia we wnętrzu jakiegoś wielkiego organizmu, nie do końca odgadnionego; czasami zapomina się o tym, że miasto jest organizmem, ale rano, gdy się budzi, łatwo jest je na tym przyłapać.

Pisali o zapachu asfaltu po deszczu, o wędrówce chmur po niebie, o nagłym wrażeniu, że kolory gryzą się ze sobą. Pisali o starych, znoszonych trampkach, o bluzie kupionej na ciuchach za bezcen. Pisali o rozmowach mimo wszystko, mimo maseczek i zoomów, tych momentach zrozumienia, kiedy okazuje się, że ktoś podobnie do nas przeżywa świat. Że technologia jednak nie dzieli, choć sama z siebie nie łączy. Bliskość jest mocna, pozostaje we wspomnieniu bardziej, niż w natychmiastowym skypie.

Jeśli cokolwiek się powtarzało, to refleksja, że piękno jest w oczach. Bo patrzenie w oczy to intensywny kontakt, bo oczy nie kłamią, a piękno to coś, co sprawia, że czuje się, że życie jest prawdą. Bo oczy odbijają promienie słońca i wcale nie jest to metafora. Łączą fakty i uczucia. Bo jest w nich wiele dobrego i złego, pomieszane – bo tacy jesteśmy, pomieszani.

Pisali, że lubią pisać o pięknie.

Piękni są moi studenci. Dla nich, tak jak i dla mnie, piękno nie ma związku z tym, co głoszą kanony, co wypada myśleć i mówić, z tym, co modne, ładne, ładniutkie, co się innym podoba. Bruno Schulz powiedział, że piękno jest chorobą, „pewnego rodzaju dreszczem tajemniczej infekcji, ciemną zapowiedzią rozkładu, wstającą z głębi doskonałości i witaną przez doskonałość westchnieniem najgłębszego szczęścia”. To nie jest kategoria wzniosłości – to nasze ludzkie ucieleśnienie odnajdujące swój kontekst.

W swej interesującej książce „Steal as much as you can”, poświęconej twórczości i tworzeniu w czasach neoliberalnego kapitalizmu, dziennikarka Nathalie Olah przedstawia wyjałowienie kultury z treści i znaczeń pochodzących z przestrzeni symbolicznej innych klas, aniżeli klasy średnie. Klasy średnie przystały bez większych oporów na sprowadzenie sztuki do kategorii wartości finansowych i mierzalnych. Wrażenia estetyczne zostały podporządkowane popytowi i podaży, a więc, podobnie jak inne towary, konkurują ze sobą o dowartościowanie przez rynek. Stają się w tym celu mierzalne, bo są oceniane na prostych skalach, a zatem podobieństwa, nie różnice, definiują ich sens i przeznaczenie. Wyższa kultura jest dla tych, którzy znają jej (tak pojętą) wartość. A jednak nie zawsze tak było. Sztuka była przez stulecia domeną klas wyższych, ale pojawiały się w niej często silne, odmienne głosy. W ubiegłym stuleciu wstęp do kultury, także wyższej, zyskały klasy niższe. Sztuka i muzyka ludowa zostały „odkryte” przez świat kultury i zaproszone do uczestnictwa w kształtowaniu kanonów piękna. Pisarze z biednych rodzin, tacy jak Flora Thompson, która nie skończyła żadnych szkół, zaczęli być czytani i poważani na salonach i w salach wykładowych. Chłopaki i dziewczyny z robotniczych rodzin grały rocka i świat się zachwycał. Genialny John Berger opowiadał o tym, jaki sens ma sztuka poza salonami elit i akademii. W epoce punka „robotniczość” stała się wręcz cudna i pożądana; „z robociarska” zaczęły się nosić także osoby z bardziej zamożnych klas. W Polsce przyszła moda na robotników wraz z karnawałem „Solidarności”. Dopiero neoliberalizm przyniósł wieść, że historia się „skończyła” i już „nie było alternatywy”. Te czasy spowodowały prohibicję klasowego myślenia o świecie społecznym i wyrzucenie poza nawias wszystkiego, co autentycznie robotnicze i chłopskie. W Brytanii pojawiło się wyzwisko „chavs”, w Polsce mianem „dresiarstwo” zaczęto określać niepożądane obecności w kulturze. „Ładne” jest to, co mieszczańskie. Gust inny niż mieszczański – jest po prostu „zły”. Owszem, można pochodzić z klasy pracującej, ale wtedy trzeba obowiązkowo „umieć się ubrać”, zachowywać i mówić zgodnie z obowiązującym mieszczańskim kanonem – na tym polega współczesna edukacja, zwłaszcza wyższa. Milenijne „doskonałe” korpo-uniwersytety uczą mieszczańskości i są zarządzane i rozliczane po mieszczańsku. Od biedy można sobie wyglądać jak z klas niższych, ale wtedy gra się i śpiewa tylko dla tych klas – i nie jest to przecież muzyka ani poezja, tylko hip hop. Nie malarstwo, lecz stritart. Z tym nie ma prawa wstępu na salony, bo słoma. Wiadomo.

Kategoria piękna stała się podobna do grodzonego osiedla – codzienność i przybłędy z zewnątrz nie są mile widziane. Może dlatego odpowiedzi i zainteresowania moich studentów nie są bardziej rozpowszechnione (bo nie są – wiem o tym; oni sami mi to sygnalizowali). Wręcz bywa tak, że to, co im i mnie się podoba, spotyka się z odrzuceniem w publicznym dyskursie. Ich piękno nie tylko mija się z wyszczerzonymi kanonami doskonałego „piękna” wizerunków wokół nas, ale ono po cichu odrzuca przyjętą nabożnie zasadę doskonałości dominującą dziś niemal absolutnie. A przecież doskonałość nie ma w sobie życia, nie jest ucieleśniona, nie potrzebuje patrzenia żywym okiem. Tymczasem John Berger w swojej cudnej książce „Sposoby widzenia” zachęca do tego, by patrzeć okiem żywym i prawdziwym, człowieczym. Właściwie to jest po prostu wyzwalające.

Ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky piszą w książce „How much is enough” o dobrym życiu. Podejmują także wątek sztuki i gustu. W niezbyt odległych czasach, gdy w najlepszym czasie telewizyjnym opowiadał o sztuce John Berger, gusta uważane były za sensowny i uprawniony temat dyskusji i edukacji. Co więcej, lewicowe polityki obejmowały kształtowanie gustu w społeczeństwie, a nawet głosiły konieczność takiej edukacji w długim okresie po to, by umożliwić ludziom z różnych klas społecznych aktywny udział w kulturze. Socjaldemokratyczne rządy – takie jak szwedzki i brytyjski – z tej epoki silnie inwestowały w programy kształcenia w zakresie sztuki i estetyki, w ośrodki kultury, w promowanie inicjatyw kulturalnych różnych warstw i grup społecznych. Skidelski i Skidelsky zaznaczają, że był to aktywny program opieki instytucji państwa nad sztuką, niestroniący od dyskusji nad tym, jaki kto ma gust i jak można swój gust rozwinąć. Instytucje publiczne nie stroniły od udzielania głosu artystom i krytykom wyrażającym preferencje co do gustu i tego, co jest w życiu dobre. Dobre życie nie jest ograniczone do mózgu jednostek, przypomina książka, ale realizuje się w rozmowach i społecznościach. Tymczasem neoliberalizm stopniowo rezygnował z edukacji gustu pod pretekstem wolności i swobody, zastępując dialog jednostronną, bezustanną i zmasowaną indoktrynacją gustów – bo na tym polega masowa reklama i marketing. Dyktatura drobnomieszczaństwa.

A przecież czujemy, że to odbiera nam coś ważnego. Piękno sprawia, że świat staje się sensowny. Przeżycie piękna, rozmowa o nim to tak jak spojrzenie w oczy. Staje się widoczne, że reklamowe uśmiechy były fałszywe, że śmiech był jadowity. Musi być przestrzeń na rozmowy dla nas wszystkich o pięknie, muszą pojawić się język i nastrój. Musi się znaleźć miejsce do rozmowy o starych trampkach, o sarnach pod blokiem, o pierogach. Kto nie widział pierogów ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.

prof. Monika Kostera

Kto bierze odpowiedzialność – powinien otrzymywać owoce

Kto bierze odpowiedzialność – powinien otrzymywać owoce

Akcje pracownicze w ratowanych spółkach. Teraz.

Przez lata słyszeliśmy, że podział zysków w przedsiębiorstwach nie obejmuje pracowników, bo to właściciele ponoszą ryzyko. W czasie kryzysu zaś lwia część ciężaru restrukturyzacji dużych spółek spadnie na pracowników. Nie powinno więc być aberracją postulat mówiący, że jeśli zatrudnieni ponoszą odpowiedzialność za kondycję swoich przedsiębiorstw, to mają prawo do czerpania w przyszłości zysków z ich sukcesów.

Państwo przychodzi teraz na pomoc przedsiębiorstwom, które często przez lata wypracowywały solidne zyski dzięki dokonywanym optymalizacjom. Optymalizacjom, które nieraz były realizowane bez względu na koszty pracownicze czy poziom ryzyk funkcjonowania przedsiębiorstwa. W konsekwencji jednak umożliwiały wypłacanie dywidend właścicielom i premii członkom zarządów. Państwo, interweniując, wyciąga rękę do tych, którzy często swoją pracę traktowali tak, jak gdyby nie byli w realnej gospodarce, lecz w kasynie.

I tutaj pojawia się kluczowa kwestia: kto powinien partycypować w korzyściach z uratowania przedsiębiorstw? Czy porcji z tego nie powinni brać pracownicy, których wysiłki i poświęcenie są kluczowe dla powodzenia wysiłków restrukturyzacyjnych? Progresywna odpowiedź musi być stanowcza: tak dla udziału pracowników i pracownic w kapitałach ratowanych spółek!

Akcjonariat pracowniczy to nie egzotyczna instytucja, funkcjonuje on pod różnymi postaciami w wielu krajach. W szczególności w Polsce nie można zapomnieć o uprawnieniach do udziału w kapitale przedsiębiorstw komercjalizowanych przez Skarb Państwa. Nie zapomniał o tym… Mateusz Morawiecki, który uwzględnił w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju konieczność budowania akcjonariatu pracowniczego. Jednak nie doczekało się to żadnych konsekwencji. Brak jest ustawy o akcjonariacie pracowniczym, choć projekt takowej został przygotowany przez zewnętrznych ekspertów już jakiś czas temu. Brak też konkretnych instrumentów finansowych wspierających tego typu działania.

Co dałoby się zrobić? Umówmy się, tarcze antykryzysowe nie chronią pracowników, a raczej podkopują ich dość wątłe fundamenty ekonomiczne. Nietrudno sobie wyobrazić osobę zarabiającą najniższą krajową, której pracodawca obcina pensję w ramach „ratowania gospodarki”. Farsa antykryzysowa jest więc instrumentem wsparcia przedsiębiorców. O ile można się zgodzić, że w upadłym przedsiębiorstwie pracownicy pensji nie dostaną wcale, to jednak życie za pensje poniżej minimalnej również nie będzie różowe. Jeśli więc pracownicy mają zaciskać pasa w imię ratowania, bądź co bądź, cudzego majątku, powinni mieć możliwość partycypacji w zyskach, kiedy ten będzie już bezpieczny.

Aby to osiągnąć, konieczne jest wypracowanie mechanizmu, w którym – tak jak kiedyś w komercjalizowanych przedsiębiorstwach – pracownicy obejmowaliby udział w kapitale ratowanych spółek. Jasne, nie można wywłaszczać właścicieli. Zbudujmy więc instrument finansowy, który poprzez obejmowanie obligacji społecznych będzie wspierał specjalne wehikuły pracownicze częściowo dokapitalizowujące ratowane spółki. Równolegle z funduszami zarządzanymi przez PFR kierowanymi do dużych przedsiębiorstw. Z taką samą lub zbliżoną wyceną. Jako mniejszy współinwestor. Da to nie tylko przejrzysty mechanizm inwestycji tych wehikułów i zachowa prawa majątkowe dotychczasowych właścicieli, ale wręcz zwiększy dostęp ratowanych spółek do kapitału, tak potrzebnego im w momencie kryzysu. A po kilku latach, niejako równolegle, da pracownikom prawo do partycypowania we wzroście wartości przedsiębiorstwa.

Ryzyko finansowania tego wehikułu na rynku? Możliwa jest jego mitygacja poprzez gwarancje państwowe, co już teraz dzieje się w ramach Tarczy Finansowej. Tak realnie może państwo wesprzeć akcjonariat pracowniczy, a w konsekwencji choćby zbudować bazę majątkową dla pracowników dotkniętych obecnym kryzysem, który przecież nie będzie obojętny dla wysokości ich przyszłej emerytury.

Pozostają oczywiście do uzupełnienia cechy tych wehikułów, czyli choćby zakaz zbywania przez jakiś okres praw wynikających z partycypacji w wehikule czy sposób zarządzania tymi wehikułami. Można skorzystać z zagranicznych wzorców i nauk płynących także z dotychczasowych doświadczeń komercjalizacji państwowych przedsiębiorstw albo kuponowych prywatyzacji, jakie przeprowadzono w kilku krajach regionu. Można pokusić się o stworzenie autorskich rozwiązań w wyniku prac stron Rady Dialogu Społecznego. Można wreszcie tworzyć konkretne działania w oparciu o znajomość kondycji ratowanych przedsiębiorstw przez samych pracowników.

Dzięki formie specjalnego wehikułu z oddzielnym reżimem prawnym i współinwestowaniu wraz z funduszami zarządzanymi przez Polski Fundusz Rozwoju możliwe jest osiągniecie wysokiej sprawności całego procesu z korzyściami dla wszystkich jego uczestników. Dla pracowników zabezpieczenie przyszłości, dla właścicieli ratowanych spółek dodatkowy zastrzyk potrzebnego kapitału, ale także większe zaangażowanie pracowników w plan restrukturyzacyjny, a dla państwa możliwość realnego budowania całościowego dobrobytu społecznego po zakończeniu obecnego kryzysu ekonomicznego. Tak samo, jak konieczne jest wykorzystanie obecnej sytuacji do wdrażania sprawiedliwej transformacji energetycznej, tak możliwe jest budowanie bardziej koherentnego społeczeństwa, które partycypuje nie jedynie w kosztach, ale także w zyskach systemu ekonomicznego.

Wypracowanie szczegółowego mechanizmu nie będzie zapewne łatwe. Ale rządowi legislatorzy spokojnie sobie z tym poradzą. Jeśli są w stanie w jedną noc zmieniać ustrój sądownictwa czy anulować wybory, to przecież dla tak propracowniczego rządu mającego oparcie w NSZZ „Solidarność” stworzenie takiego rozwiązania nie stanowiłoby problemu. Prawda?

Wojciech Stankiewicz

Wspólnymi siłami – świat pracy i ruch ekologiczny

Z Francescą Re David i Stefanią Barca rozmawia Lorenzo Marsili

Stawianie przeciwko sobie zwolenników ochrony przyrody oraz ruchu pracowniczego to sprawdzona taktyka, służąca interesom ludzi, których nie obchodzi żadna ze spraw, o którą grupy te walczą. Lekceważy ona fakt, iż cierpiący z powodu zanieczyszczeń środowiska wywodzą się najczęściej z tych samych społeczności robotniczych, których interesy mają reprezentować związki zawodowe. Pomija również długą historię walk ekologicznych i pracowniczych, odnoszących sukcesy dzięki wspólnemu poruszaniu tych dwóch kwestii. Lorenzo Marsili w przeprowadzonych przez siebie dwóch wywiadach sprawdza sytuację we Włoszech, pytając o to, czym w XXI wieku jest środowisko dla świata pracy oraz w jaki sposób ruch klimatyczny i związki zawodowe mogą działać jako sojusznicy.

***

FIOM – federacja związkowa zrzeszająca osoby pracujące w sektorze metalurgicznym – chroni interesy zatrudnionych w jednej z najbardziej zanieczyszczających środowisko branż gospodarki, sięgającej od produkcji stali aż po samochody. Czy postrzega ona potrzebę ekologicznej transformacji przemysłowej w kategoriach szans czy zagrożeń?

Francesca Re David: Związki między produkcją przemysłową a stanem środowiska przez długi czas były ignorowane. W trakcie trwającego po II wojnie światowej boomu ekonomicznego właściwie się nad nimi nie zastanawiano. Działo się to w sytuacji, gdy kluczową rolę we włoskim przemyśle ciężkim odgrywały podmioty państwowe, teoretyczne zobowiązane do myślenia wykraczającego poza stopy zysku – mimo to zainteresowanie wpływem przemysłu na przyrodę było właściwie zerowe.

Kwestia transformacji społecznej i ekologicznej jest dziś kluczowa dla działania związków zawodowych. Oba te aspekty zmian muszą iść ramię w ramię. To, że tego typu myślenia w ostatnich latach często brakowało, skutkował porażkami doświadczanymi przez lewicę w minionych dekadach. To firmy, a nie pracownicy generują zanieczyszczenia. To, co właściwie jest produkowane, ustalane jest przez osoby dysponujące władzą i kontrolujące produkcję. Wrażliwa na kwestie społeczne transformacja ekologiczna stanowi świetną okazję do tego, by poszerzać nasze prawa w miejscach pracy. Proces ten można zacząć od nadania większej rangi głosowi pracowników oraz od odejścia od traktowania maksymalizacji zysków jako jedynego celu działania przedsiębiorstwa.

Pobawię się jednak w adwokata diabła. Można dowodzić, że wasze miejsca pracy zależą od konsumpcjonizmu i niszczenia planety. Im więcej ludzie kupują, tym większe staje się zapotrzebowanie na wzrost produkcji – poprawia się przy tym również pozycja negocjacyjna pracowników. W jaki sposób możemy zerwać z tą zależnością?

Francesca Re David: Związki zawodowe zrzeszają osoby, których poziom życia zależy nie od renty ekonomicznej, ale od własnej pracy. Na prawa pracownicze składają się płace, bezpieczeństwo i higiena w miejscu zatrudnienia, a także możliwość wpływu na jego kształt. Współdecydowanie oznacza wpływ na to, co i w jaki sposób jest produkowane – a tym samym na efekt, jaki procesy te będą mieć na ludzi pracujących lub mieszkających w pobliżu zakładu. Każdy etap transformacji i rozwoju technologicznego przejawia się w inny sposób i w odmienny sposób zmienia warunki pracy i produkcji.

Nie oznacza to, że nie powinniśmy już produkować niczego. Powinniśmy, tyle że w inny sposób – skupiając się np. na recyklingu czy ponownym użytkowaniu. Globalizacja przyczyniła się do poszerzenia rynków oraz możliwości związanych z tym faktem. To słuszne, by każda osoba na świecie miała lodówkę – nie możemy myśleć, że jakaś część świata ma prawa do sprzętów gospodarstwa domowego, a jakaś inna część ma być go pozbawiona.

Powojenny kompromis, którego symbolem byli robotnicy przyjeżdżający do fabryk własnymi samochodami, opierał się na połączeniu wzrostu produkcji przemysłowej z ochroną socjalną. Po latach kapitalizmu finansowego kompromis ten uległ załamaniu. Czy próbując zachować to, co z niego zostało, ryzykujemy, że nie będziemy w stanie wyobrazić sobie nowego podejścia do tworzenia dobrobytu i kształtowania polityki przemysłowej?

Francesca Re David: Włochy nie miały własnej polityki przemysłowej od momentu wejścia do strefy euro. Unia Europejska, stawiając nacisk na prywatyzację, pomogła w tym procesie, przez co kraj – chyba bardziej niż gdzie indziej – przeszedł na wiarę w samoregulujący się rynek. Od tego czasu można było obserwować wzrost nierówności oraz wyprzedaż kluczowych elementów majątku państwowego. Przemysł produkcji żelaza i stali rozwinął się dzięki wsparciu publicznemu – dziś jednak kontrolowany jest przez ponadnarodowe korporacje, które robią, co im się podoba i nie są przywiązane do określonego terytorium, często nie płacąc w nim podatków. Innym rzucającym się w oczy przykładem są komputery i technologie cyfrowe. Olivetti – włoska firma – wynalazła komputer osobisty. Dziś cały ten sektor odszedł w niepamięć [1].

Dobrym przykładem może tu być również Telecom Italia. W latach 90. XX wieku, jeszcze jako firma państwowa, wynalazł SMS i nieomal kupił Vodafone…

Francesca Re David: Za to dziś Włochy już tylko obrabiają produkty wytworzone gdzie indziej. Kraj ma drugi pod względem wielkości sektor przemysłowy w Europie, ale przemożny wpływ na jego kształt mają korporacje. To one decydują, gdzie będą działać i jaki będzie ich wpływ na warunki społeczne czy regulacje środowiskowe.

Swoboda przepływu kapitału to potężna broń w walce z żądaniami socjalnymi i ekologicznymi, czego krytyka stanowi dziś paliwo dla nacjonalistycznej prawicy. Jaka może być progresywna odpowiedź na dumping socjalny czy przenoszenie produkcji?

Francesca Re David: Musimy nauczyć się działać na szczeblu europejskim. To paradoks, że fundusze unijne, mające wspierać biedniejsze państwa członkowskie, prowadzą często do sytuacji, w której przenosiny tej czy innej firmy obniżają jakość życia w krajach, które wykładają te pieniądze na stół. Intensywnie dyskutowany dziś kryzys w rozwoju przemysłu tak naprawdę nie ma miejsca – firmy rosną w siłę, tyle że poprzez przenosiny produkcji. To tak naprawdę kryzys dobrych warunków pracy i uczciwej konkurencji. Europejski ruch związkowy nie udzielił w ostatnich latach przekonującej odpowiedzi na te wyzwania. Od początku XXI wieku FIOM toczy rozmowy z naszymi partnerami, w trakcie których namawiamy ich do stworzenia jednej centrali związkowej na szczeblu europejskim. Postulat ten wciąż nie został zrealizowany, przez co na szczeblu unijnym wszelkie działania realizują związki z poszczególnych państw członkowskich.

Na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, zmobilizowanych kwestią kryzysu klimatycznego. Wydają się oni często oderwani od kwestii, które zaprzątają głowę tradycyjnemu ruchowi robotniczemu. Czy światy związkowców i aktywistów są w stanie się spotkać?

Francesca Re David: Niezależnie od sprzeczności między nimi, ten nowy ruch ekologiczny stanowi również wielką szansę. Ruch, który nie przejmuje się czy wręcz sprzeciwia się przemysłowi jako takiemu nie będzie w stanie odpowiedzieć na stojące przed nami wyzwanie. Spotykałam się z osobami reprezentującymi te ruchy, domagającymi się zamknięcia fabryk samochodów. Reprezentuję jednak pracowników – kwestią dla nas kluczową nie może być zamknięcie zakładu, lecz zmiany na linii produkcyjnej. Związki zawodowe i nowe ruchy na rzecz ochrony środowiska muszą prowadzić uczciwą rozmowę, poszukując efektów synergii i wzajemnego uczenia się. Tylko poprzez przywrócenie godności pracy możemy przyczynić się do stworzenia nowych relacji władzy, które umożliwią zmianę modeli produkcji. Jeśli nam się to nie uda, wówczas wciąż wygrywać będzie kapitał i jego dążenie do maksymalizacji zysków za wszelką cenę. Świat nie dzieli się na ekologów i na chcących zanieczyszczać środowisko robotników, lecz na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych – na kapitał i pracę. W pewnych kwestiach musimy wrócić do podstaw.

Skrajna prawica rośnie we Włoszech w siłę. Rząd jest niepopularny – brakuje mu jakiejkolwiek wizji zmian. Czy taką wizję mogą zapewnić związki zawodowe? Być może czas na powrót do żądania pełnego zatrudnienia czy skracania czasu pracy?

Francesca Re David: Ludzie zwracają się ku prawicy, bo poczucie osamotnienia i bieda budzą w nich gniew. Priorytetem jest przywrócenie wartości i godności pracy, w każdej z branż. Najnowszy film Kenia Loacha, „Nie ma nas w domu”, opowiadający o dostawcy przesyłek kurierskich, pokazuje jak bardzo samotna potrafi być praca w sektorze gig economy. Tak, musimy mówić o pełnym zatrudnieniu i o skracaniu czasu pracy – szczególnie biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości technologiczne. Korzyści z innowacji nie mogą czerpać wyłącznie ci, w rękach których znajdują się kapitał i maszyny. Płace we włoskim sektorze metalurgicznym od roku 2008 właściwie nie rosną, podczas gdy zyski firm uległy podwojeniu. Nie są one przeznaczane na inwestycje w transformację ekologiczną, wyższe płace czy krótszy czas pracy – finansują za to dywidendy dla akcjonariuszy.

Powinno być czymś oczywistym, że nierówności społeczne i ekologiczne muszą być uznawane za dwie strony tej samej monety. Czemu wciąż często tak nie jest?

Stefania Barca: Bywa tak całkiem często, choć nie zawsze w pełni konsekwentnie. Globalny ruch klimatyczny wskazuje dziś jasno, że walczy o globalną sprawiedliwość. W świecie, w którym poważnie traktujemy zarówno ludzi, jak i przestrzeń, odpady przemysłowe nie mogą być przerzucane na pracowników, społeczności robotnicze, obszary zamieszkiwane przez różnego rodzaju mniejszości czy ludność rdzenną, a także na ekosystemy.

Kwestie związane z kształtem świata pracy stanowią sam rdzeń sprzeczności ekologicznych, a ich unikanie może skutkować podminowaniem nawet największych wysiłków ruchów ekologicznych. Fakt ten coraz mocniej przebija się do świadomości, co przejawia się w istotnej zmianie świadomości środowiskowej. Jeszcze kilka lat temu w głównym nurcie dominowała wizja zazieleniania gospodarki za pomocą narzędzi rynkowych i rozwiązań technologicznych. 25 lat zakończonych porażkami szczytów klimatycznych COP, a także alarmujących raportów naukowych, pokazały jasno, że takie podejście nie sprawdziło się – podobnie jak przeciwstawianie miejsc pracy ochronie środowiska. Rynki i technologie nie pomagają w rozwiązaniu kryzysu ekologicznego. Zawodzą zarówno pracowników, jak i środowisko. Po dziesięcioleciach neoliberalnej propagandy, przekonującej wszystkich (czy to z prawa, czy z lewa), że „nie ma alternatywy”, ludzie w końcu zauważają, że alternatywy nie tylko istnieją, ale że to ich właśnie w tej chwili potrzebujemy.

Czy możemy się czegoś nauczyć z dawnych walk, w których ruch robotniczy i ekologiczny szły ramię w ramię?

Stefania Barca: Biorąc pod uwagę globalny kontekst, warto zauważyć, że istotnym osiągnięciem są tu wywalczone przez międzynarodowy ruch związkowy ściślejsze regulacje dotyczące różnego rodzaju zanieczyszczeń przemysłowych. Złotym wiekiem ekologii robotniczej były lata 60. i 70. XX wieku. W kodeksie pracy z roku 1970 włoskie związki zawodowe zagwarantowały bezpośrednią kontrolę pracowniczą nad czynnikami ryzyka w przestrzeni sprzedażowej – w tym nad zagrożeniami fizycznymi, chemicznymi czy radioaktywnymi. Związkowcy walczyli następnie o to, by rozciągnąć tak rozumiane prawo do zdrowego otoczenia na całą populację. Powołany do życia w roku 1978 publiczny system ochrony zdrowia wśród swoich obowiązków otrzymał również monitorowanie zanieczyszczeń przemysłowych. Mniej więcej w tym samym czasie najpotężniejszy związek zawodowy w Stanach Zjednoczonych, zrzeszający pracowników sektora paliwowego, chemicznego i jądrowego, przekonał Kongres do przyjęcia jednych z pierwszych – i najważniejszych – obowiązujących w tym kraju ustaw z zakresu walki z zanieczyszczeniami powietrza i wody – Clean Air Act w roku 1963, Clean Water Act w roku 1972, a także do powołania do życia Agencji Ochrony Środowiska (EPA) w roku 1970. Nowy urząd otrzymał za zadanie zagwarantowanie prawa do życia w czystym, bezpiecznym środowisku dla każdej osoby z amerykańskim obywatelstwem. Te nowe prawa zbyt często pozostawały jednak na papierze. Z powodu oporu tak rządów, jak i korporacji, wdrażane były niezbyt stanowczo, a stała mobilizacja ze strony części związków zawodowych pozostaje konieczna dla ich ochrony. Związki niestety zaczęły zapominać o swych obietnicach z zakresu ochrony środowiska, a ich mobilizacja w tym temacie w ostatnich dwóch, trzech dekadach osłabła. Nadszedł dziś czas na krytyczne spojrzenie na dotychczasowe działania i na ułożenie swych priorytetów na nowo.

W jaki sposób powinniśmy zapewnić większą rolę pracowników i ich reprezentantów w transformacji ekologicznej?

Stefania Barca: Odpowiedzi na to pytanie poszukuje wiele związków zawodowych i ich międzynarodowych konfederacji. „Sprawiedliwa transformacja”, czyli związkowa odpowiedź na kryzys klimatyczny, powstała jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku. Piękno tej idei tkwi w jej prostocie – koszty odejścia od paliw kopalnych nie mogą być przerzucane na pracowników. Jest ona również zbieżna z hasłami sprawiedliwości ekologicznej, będącymi ważnym punktem odniesienia dla ruchu klimatycznego. Zejście się tych dwóch ruchów w wielu miejscach dzieje się już teraz, choć oczywiście nie wszędzie. Nikt nie słyszał o sprawiedliwej transformacji w przypadku Tarano, a kto wie, czy nie i większej części włoskiego społeczeństwa. We wspomnianym Tarano związkowcy ze stalowni ILVA, a nawet i przedstawiciele ruchu ze szczebla krajowego, wciąż w dużej mierze poruszają się w obrębie dychotomii „środowisko kontra miejsca pracy” [2]. Efektem tego stanu rzeczy jest ogromna ilość wypadków przy pracy, chorób zawodowych, a także katastrofalny stan zdrowia publicznego w całej społeczności lokalnej, co potwierdzają najważniejsi krajowi eksperci z tej dziedziny. Niestety również i ekologia robotnicza zawiodła mieszkańców Taranto czy inne społeczności (po)przemysłowe. Zdradziła również interes publiczny, stawiając na model gospodarczy poświęcający środowisko i zdrowie publiczne na ołtarzu produkcji przemysłowej i wzrostu PKB. Ekonomia polityczna to oczywiście również ważna sprawa. Rządzące Włochami elity bardzo niechętnie spoglądały na regulacje sektora produkcyjnego, a nawet na tworzenie planu na rodzimy przemysł. Nigdy nie pójdziemy jednak naprzód, jeśli związki zawodowe nie zauważą swojego współuczestnictwa w tych negatywnych trendach. Dały się uwieść toksycznej opowieści, w której produkcja przemysłowa jest najważniejszym czynnikiem dobrostanu społecznego. Tylko jeśli nowe pokolenie osób działających w związkach poczuje się w obowiązku podjąć epokowe wyzwanie walki o sprawiedliwość ekologiczną i uznać ją również za swoją walkę, mającą realny wpływ na jakość życia osób pracujących i tworzonych przez nie społeczności, będziemy mieć szanse na realną zmianę.

Jesteśmy ofiarami biopolityki, która stworzyła pojęcie homo economicusa, a także winni udziału we wzroście gospodarczym napędzanym naszą hiperkonsumpcją. W jaki sposób możemy się wyrwać z tych zależności?

Stefania Barca: Kluczowe jest umieszczenie praw pracowniczych w samym centrum kampanii ekologicznych. Jeśli wspominane prawa – od bezpieczeństwa po godne płace – byłyby przestrzegane, wówczas nie istniałby problem (zbyt) tanich dóbr konsumpcyjnych. W przypadku zglobalizowanej gospodarki niezbędne są działania na globalną skalę. Międzynarodowe korporacje czy Światowa Organizacja Handlu (WTO) nie są wszechpotężne – międzynarodowa solidarność ludzi pracy mogłaby przyczynić się do osiągnięcia niemałych sukcesów, co pokazuje historia zwieńczonych sukcesem strategii i kampanii. Świat pracy był potężnym graczem przed nadejściem neoliberalizmu – znajdujemy się w momencie historycznym, w którym powinien na nowo zacząć odgrywać tę rolę. Świat nie dzieli się, jak głosić miał „zdrowy rozsądek”, na robotników i ekologów. Istniejący dziś globalny ruch klimatyczny pokazuje nam, że nie dzieli się już też w tak prosty jak niegdyś sposób na kapitał i świat pracy. Pracujący najemnie stanowią jedynie część światowego proletariatu, a pracujący w przemyśle jeszcze mniejszą część tego małego zbioru.

Spojrzenie na kryzys klimatyczny z perspektywy klasowej oznacza przeformułowanie konfliktu klasowego wokół osi kapitał kontra życie. Ruchy związkowe, jak zauważyła Anabella Rosenberg reprezentująca Międzynarodową Konfederację Związków Zawodowych, mają szansę znaleźć się po słusznej stronie historii. Uda im się to tylko wtedy, gdy uwolnią się od kapitalistycznego realizmu – myślenia, że nie ma alternatywy – i zaczną myśleć oraz działać w ramach globalnej, ekologicznej świadomości klasowej.

Powyższa rozmowa ukazała się pierwotnie w magazynu Green European Journal.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Przypisy:

1. Programma 101 – „Perottina” – był pierwszym modelem komputera osobistego. Po premierze w roku 1965 osiągnął globalny sukces. W roku 1969 został wykorzystany przez NASA na potrzeby lotu Apollo 11 na Księżyc. Dział elektroniczny firmy Olivetti został w roku 1964 sprzedany amerykańskiej firmie General Electric, ale Programma 101 został wyłączony z transakcji.

2. ILVA to największy w Europie zakład produkcji stali, położony w pobliżu centrum Taranto. Wraz z kooperantami daje pracę około 20 tysiącom ludzi. Generowane przez fabrykę zanieczyszczenia odpowiadają za wysokie wskaźniki zachorowania na nowotwory i choroby układu oddechowego w okolicy. W roku 2019 operujący z Luksemburga gigant z branży – indyjski ArcelorMittal – ogłosił swoje wycofanie się z produkcji w zakładzie, podając jako powód wysokie koszty dostosowania się do standardów z zakresu ochrony środowiska. Włoski rząd rozważa udzielenie wsparcia przedsiębiorstwu.

Pandemia – wyzwanie cywilizacyjne dla Polski

Wychodzimy z przekonania, że pandemia koronawirusa jest wydarzeniem o globalnym i przełomowym znaczeniu. Jeśli nie za rok, to z perspektywy kilkunastu lat, rok 2020 uznany zostanie za faktyczny koniec XX wieku. Czy tego chcemy, czy nie wkrótce dotkną nas gospodarcze i społeczne zmiany mające ścisły związek z pandemią i niosące długofalowe przekształcenia wielu sfer życia. Skoro świat nie był przygotowany na pandemię, należy wypracować strategię pozytywnych impulsów oraz minimalizację potencjalnych, odległych negatywnych skutków zarazy. Szerszą aniżeli taką, która miałaby charakter ograniczonej i doraźnej tylko reakcji na spodziewany (na całym świecie) kryzys gospodarczy i społeczny. Nie obejmujemy całości zagadnienia, ale podjęliśmy kilka kwestii, które uznaliśmy za ważne i rzadziej dyskutowane w mediach.

Belle époque i bolesny fin de siècle

Dla Europejczyków przełom ostatnich wieków to nasza belle époque, okres dobrobytu gospodarczego i bogacenia się społeczeństw. Dzięki integracji europejskiej i likwidacji granic podróżowanie stało się łatwe i dodatkowo tanie. Turystyka stała się jednym z wiodących działów gospodarek wielu państw, stanowiąc ponad 10 procent światowego PKB. Poczuliśmy się obywatelami globalnej wioski. I w pewnym sensie stało się to przyczyną naszego upadku. Wielu nam współczesnych przestrzegało dokładanie przed tym, co dzieje się na naszych oczach. Czy widzieli lub wiedzieli coś więcej od innych? Być może, ale z drugiej strony wieszczenie zarazy ma historię sięgającą aż po czasy biblijne. Malutki łańcuch RNA zapakowany w otoczkę, zemsta nietoperza czy łuskowca, w 2020 roku przywrócił granice, zatrzymał produkcję w wielu krajach świata, uziemił samoloty i zablokował inne możliwości podróżowania. Zamierza pozbawić miliony ludzi dochodów. Społeczeństwa zrobiły to samo, co w poprzednich epokach historycznych – antyku, średniowieczu, odrodzeniu – czyli zaczęły się mniej lub bardziej dobrowolnie izolować. Okazało się, że obok mycia rąk nie mamy lepszej profilaktyki tej choroby.

Wydaje się, że nie mamy co liczyć na wersję optymistyczną, czyli nagłe ustąpienie zarazy. W wersji pesymistycznej zaraza będzie trwała, być może tylko tliła się, latami – i dosłownie zdziesiątkuje ludzkość. Miejmy nadzieję, że tak nie będzie, ale np. przez analogię do AIDS nie można tej opcji całkowicie odrzucić. Epidemia zakażeń HIV zaczęła się w latach 80. poprzedniego wieku, a do tej pory nie ma możliwości eliminacji wirusa z organizmu osoby chorej. Od niedawna jest możliwa skuteczna kontrola wirusa w zakażonym organizmie i wydłużenie życia chorego, porównywalne z długością życia osób zdrowych, ale mimo wieloletnich wysiłków nie udało się stworzyć skutecznej szczepionki. Zakładając dość realistyczną wersję, że uda się w ciągu najbliższych kilku czy kilkunastu miesięcy opracować skuteczny lek i szczepionki na chorobę wywoływaną przez koronawirusa SARS CoV-2, to ich wyprodukowanie dla miliardów ludzi, a potem ich wakcynacja zajmie kolejne kilka lat.

Przeciw czterem jeźdźcom Apokalipsy

Wedle Ewangelii Św. Jana czterej jeźdźcy Apokalipsy wyruszą na koniach przed Sądem Ostatecznym. Mają to być wedle tradycji: Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć. Nie chcemy w tym miejscu podejmować rozważań natury religijnej. Dostrzegamy jednak wielką mądrość ukrytą pod tkanką symboliczną Janowego tekstu. Kryzysy, które doświadczają ludzkość, mają swoją okrutną logikę. Wojnom i zarazom towarzyszą głód i śmierć, po których następuje odrodzenie często w lepszej rzeczywistości.

Nową strategię społeczno-gospodarczą dla Polski trzeba zbudować tak, aby była niczym szpica rozbijająca pochód owych jeźdźców. Podejmując walkę z zarazą należy w krótkiej perspektywie minimalizować ryzyko głodu i śmierci, to oczywiste, ale rozważmy perspektywę z bardziej odległym horyzontem czasowym.

Jeśli ostatnią pandemię porównamy do swego rodzaju wojny, to musimy też wiedzieć, że każda następna rządzi się swoimi regułami, nie zawsze powtarzalnymi. Nie trzeba mieć zbyt wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć, że w bliższej lub dalszej przyszłości wystąpi kolejna pandemia (może połączona z atakiem terrorystycznym?), która znów każe wybierać między zrujnowaną gospodarką a koniecznością izolacji społeczeństwa. Dostosowania do nowych zagrożeń wymaga Obrona Cywilna Kraju, którą należy dofinansować i na nowo przybliżyć społeczeństwu. Na nowo należy zdefiniować zadania dla formacji wspierających regularne wojsko i policję. Powinniśmy iść dalej. Trzeba przywrócić w szkołach zajęcia z przysposobienia obronnego. Zlikwidowano je na fali odżegnywania się od wszystkiego, co słusznie lub nie, ale kojarzyło się z PRL-em. W sytuacji permanentnego zagrożenia np. terroryzmem, nie ma nic złego w tym, by młodzież wiedziała, jak postępować w stanach zagrożenia epidemiologicznego, klęski żywiołowej czy ataku terrorystycznego. Po 1989 roku reformowano edukację w kierunku tzw. wychowywania bezstresowego. Owszem, młodego człowieka należy otoczyć troskliwą opieką i wykazać mu zrozumienie. Pamiętajmy jednak o tym, że życie nie jest bezstresowe. Właściwe jest uczenie młodzieży, w jaki sposób radzić sobie ze stresem, a nie udawanie, że go nie ma.

Przestrzeń medialną wypełniły w ostatnim czasie dziesiątki, jeśli nie setki filmików prezentujących opustoszałe, sprawiające wręcz wrażenie wymarłych miasta. Dowodzi to zdyscyplinowania ludzi, którzy na wezwanie rządów zgodzili się pozostać w domach i ograniczyć aktywność do niezbędnego minimum – poruszanie się tylko do zakładów pracy, sklepów, aptek itd. Nie oddaje to jednak całej prawdy o naszych miastach. Jeśli coś „wymarło”, to przede wszystkim centra miast, z których pod wpływem presji biznesu, turystów i gentryfikacji wyparci zostali rdzenni mieszkańcy. Dzielnice mieszkalne – ujmując to obrazowo – weszły w inną rytmikę, ale wciąż zachowały swoją żywotność. W Europie wyludniły się centra dużych miast, które wyjałowiono z wszystkiego, co służy tzw. zwykłym mieszkańcom, a ich infrastrukturę przestrojono głównie na potrzeby turystów. Teraz widać, jak wielki to był błąd. Turystyka to ważna i potrzebna (także w Polsce) gałąź gospodarki, ale nie należy opierać się wyłącznie na niej. Może okazać się, że ruch turystyczny w wielu miejscowościach z drugiej ligi turystycznej zamrze na kilka lat. Czy upadek hoteli, apartamentów pod wynajem, barów i restauracji, usług przegotowanych pod turystów oraz sklepów z pamiątkami nasili degradację często najcenniejszych historycznie centrów miast, podobną do tej z czasów PRL-u, kiedy to właściciele nie mieli środków na niezbędne remonty?

Miejmy nadzieję, że nie, ale warto chyba przywrócić tę elementarną prawdę, że gości należy zapraszać i dobrze ich traktować, ale oni przyjeżdżają i wyjeżdżają, zaś miejscowi są stale. Tymczasem w niektórych miastach ludność miejscowa została zepchnięta na dalszy plan. W skali makro dramatyczne skutki takiej polityki widać w państwach, których gospodarka w ostatnich latach bazowała głównie na turystyce. Przykładem tego są Włochy, które po wejściu do Unii Europejskiej przeżyły deindustrializację, ale nikt nie podnosił larum, gdyż strumienie euro płynęły wartkim strumieniem od milionów przyjeżdżających tam turystów, wnosząc 13% do PKB. Ale to i tak niewiele w stosunku do turystycznych rajów jak Malediwy czy w Europie Malta. Nikt nie przewidział sytuacji, w której w czasie pokoju ruch turystyczny może zostać wstrzymany. Pouczający jest też przykład Izraela. O ile Włochy raczej nie są stawiane za przykład gospodarczego prymusa, to Izrael jako naród start upów już tak. W wyniku pandemii Izrael musi mierzyć się z bardzo poważnymi kłopotami społeczno-gospodarczymi. Przed pandemią w Izraelu bezrobocie sytuowało się na minimalnym poziomie 3,4%. W wielu dziedzinach, jak sektor turystyczny i opieka nad seniorami, posiłkowano się importem siły roboczej. W krótkim czasie od wybuchu pandemii bezrobocie osiągnęło wysoki pułap. Pod koniec marca br. stopa bezrobocia w Izraelu zbliżyła się do 20%. Dlatego warto na nowo przemyśleć kwestię koniunktury i konsumpcji wewnętrznej oraz przez ich pryzmat definiować słuszność polityki socjalnej państwa.

Spójne państwo, zdecentralizowana gospodarka

W ostatnich latach dyskutowano różne pomysły na dalszy rozwój Polski. Wśród ponawianych co jakiś czas propozycji bodaj największe i skrajne emocje wywołuje decentralizacja państwa. Projekt ten wytwarza nieodparte skojarzenia z rozbiciem dzielnicowym Polski, które datuje się na lata 1138–1320. Nie trzeba sięgać do odległej historii, by wiedzieć, że w czasie wielkich kryzysów lepiej radzą sobie państwa o sprawnych i scentralizowanych rządach. Podczas pandemii koronawirusa USA straciły cenne tygodnie, zanim rząd federalny ujednolicił niespójną politykę poszczególnych stanów.

Nie przeczy to potrzebie decentralizacji gospodarki. Nawet ci, którzy są gorącymi zwolennikami centralizacji państwa powinni wiedzieć, że właśnie poprzez agendy rządowe i oddziały lub nawet centrale jednostek państwowych lokowanych w terenie, rząd zyskuje skuteczne instrumenty oddziaływania na środowiska lokalne. Z kolei miasta wojewódzkie mając w swojej przestrzeni takie placówki dywersyfikują źródła dochodów – choćby minimalnie i tylko czasowo, ale jednak uniezależniają się załamań koniunktury światowej, które mają przemijający charakter i można je przeczekać. Jeśli za przykład wziąć Kraków, to widzimy, że niemal wszyscy, którzy pracowali w branży turystycznej, stracili nagle dochody. W tej sytuacji czynnikiem stabilizującym, przynajmniej dla części rodzin, okazały się wynagrodzenia w niezakłócony sposób wypłacane przez urzędy i instytucje rządowe, przez uczelnie, szpitale etc.

Problem polega na tym, że po 1989 roku kolejne rządy dość niechętnie lokowały instytucje centralne poza Warszawą. W relokacji niektórych instytucji tkwi duży potencjał. Ważne jednak, by dokonać jej na podstawie potencjału kadrowego i położenia geograficznego poszczególnych ośrodków wojewódzkich, a nie w procesie walki politycznej. Chodzi również o to, by nie były to fasadowe i kosztowne przenosiny samych biur, lecz instalowanie w regionach kompletnych centrów decyzyjnych.

Decentralizacja gospodarki, bazująca na miastach wojewódzkich (choć nie tylko), może sprawić, że w obliczu większego zagrożenia – pandemią, terroryzmem, konfliktem zbrojnym itp. – przynajmniej część regionów przetrwa we względnie dobrej kondycji. Po zakończeniu takiego kryzysu może nastąpić ruch migracyjny wewnątrz państwa, ale będzie on bardziej korzystny, aniżeli emigracja poza granicę Polski. Pozytywy dostrzegamy również w budowie pewnej synergii pomiędzy stolicą a miastami wojewódzkimi. Powszechne jest przekonanie, że z pozycji Warszawy trudno nieraz zrozumieć problemy Krakowa, Kielc czy Białegostoku. Większe zespolenie miast wojewódzkich z Warszawą, rozumianą tutaj jako ośrodek władzy centralnej, mogłoby przynieść chwalebne skutki zarówno w dziedzinie gospodarki, jak też w obszarze dialogu społecznego.

Do czego wykorzystać naukę?

W toku kolejnych reform próbowano uczynić naukę bardziej praktyczną i dostosowaną do potrzeb rynku. W tym kierunku zaczęto modelować różnego rodzaju linie grantowe. Nie kwestionujemy tego, że przyjęte rozwiązania zaowocowały większą konkurencyjnością naukowców. Nie podważamy tego, że konieczność planowania budżetu i efektów pracy przynosi pozytywne skutki. Dostrzegamy jednak zbyt nachalne wtłaczanie nauk humanistycznych i społecznych w ramy reguł wolnorynkowych, podczas gdy naukowcy reprezentujący dyscypliny tego nurtu bardzo często największe efekty osiągają wtedy, gdy pracują nad tematami, które pozornie są oderwane od bieżących potrzeb rynku. Zresztą podobnie jest w przypadku innych dyscyplin. Jeśli jakakolwiek instytucja rządowa przydzielająca granty miałaby oceniać przydatność projektów zgłaszanych przez Isaaca Newtona, to całkiem możliwe, że nigdy nie zdobyłby żadnego finansowania. A dzięki jego odkryciom światowa nauka zanotowała wielki postęp, ale dla jemu współczesnych nie musiało to być wcale takie oczywiste.

Dlatego dalszy rozwój nauki powinien następować dwuetapowo. Naukowcy powinni mieć zagwarantowaną autonomię dla doboru tematów prac naukowych i sposobu ich realizacji. Współpraca świata nauki i biznesu powinna być wspierana. Nie przeszkadza to temu, by równolegle w roli aktywnego kreatora badań występował rząd. W ramach zamówień rządowych powinny się rozwinąć badania, które w USA w dużej mierze realizują think tanki. Od kilkudziesięciu lat bezskutecznie oczekujemy w Polsce na narodziny szerokiej gamy think tanków, ale z wielu powodów jest ich mało i jak dotąd większość z istniejących słabo rozwinęła swoją działalność. Błędnie zakładano, że powstaną dzięki inicjatywom wychodzącym z partii politycznych i sektora biznesu. W zagadnienia polityczne wchodzić nie zamierzamy. Brak inicjatywy ze strony biznesu to z kolei temat na oddzielny artykuł. Niewątpliwie ważną rolę odegrał w tym przypadku fakt, że znaczny odsetek dużych i dochodowych firm operujących w Polsce to firmy zagraniczne, które jeśli w ogóle są skłonne dotować think tanki, to raczej w państwach, w których mają zlokalizowane swoje centrale. Proponujemy, by start upy, ale także think tanki powstawały jako partnerstwo rządu, uczelni i instytucji naukowo-badawczych. Mogłyby też realizować projekty zlecane bezpośrednio przez rząd, a państwo występując w roli współinwestora, później czerpałoby zyski z zainwestowanych pieniędzy.

Przed nami mnóstwo wyzwań, które będą wymagały rozstrzygnięć i decyzji o długofalowych skutkach. Przeniesienie części dyskusji z sali sejmowej do laboratoriów naukowych stworzyłoby szanse na to, że choć część z przyjmowanych rozwiązań będzie wynikała w pierwszym rzędzie z racjonalnych przesłanek, a nie z emocji politycznych. Już teraz wiadomo, że programy kształcenia nauczycieli należy w zdecydowany sposób poszerzyć o przedmioty przygotowujące adeptów tego zawodu do pracy zdalnej, do pracy na wizji, poza kameralnymi salami szkolnymi. Dużą niepewność wnosi wpływ zdalnej nauki na kompetencje społeczne małoletnich. Oni już przed pandemią często przedkładali znajomości w sieci nad bezpośredni kontakt z rówieśnikami w tzw. realu. Zalety, a przede wszystkim zagrożenia życia „zdalnego” w nowym, cyfrowym świecie to dla nas jeszcze terra incognita.

Wielki znak zapytania dotyczy również przyszłości turystyki. Pojawiają się już pierwsze głosy mówiące o tym, że kosztem wyjazdów grupowych rozwinie się turystyka indywidualna. To nie lada wyzwanie, bo innymi kanałami docieramy do klienta grupowego, a innymi do indywidualnego.

Krótko rzecz ujmując, historia, która miała odejść do lamusa – przyspieszyła. Po względnie spokojnym, przynajmniej w Polsce, końcu XX wieku zaczyna się – naszym zdaniem właśnie teraz wiek XXI. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, niezależnie od tego, kto będzie trzymał jego stery, musi występować w roli kapitana, który nie ogranicza swojej aktywności do doraźnej reakcji, lecz ambitnie wyznacza dalekosiężne kierunki.

dr hab. Łukasz Tomasz Sroka, dr hab. n. med. Przemysław Tomasik

Powrót do ubóstwa

Powrót do ubóstwa

Ludzkość zawsze toczyła choroba ubóstwa. Dlatego nieocenionym sukcesem państwa opiekuńczego było wprowadzenie nowego, społecznego porządku, oznaczającego m.in. działania na rzecz minimalizowania zasięgu biedy. Ale wirus starego porządku wciąż tkwił w naszej mentalności. Dziś powraca wraz z pandemią.

Państwo jako instytucja rzadko zajmowało się rozwiązaniem kwestii ubóstwa. Chyba że ubodzy stanowili zagrożenie dla władzy lub bieda dosięgała rządzących. Dlatego ubóstwo było zwyczajowo indywidualnym problemem ubogich. Jeśli przyjmiemy, że pierwsze państwa powstały mniej więcej pięć tysięcy lat temu, a problemem ubóstwa władza zaczęła interesować się poważnie około stu lat temu, to okaże się, że przez zaledwie dwa procent rozwoju państwowości kwestia ubóstwa była kwestią uspołecznioną, czyli taką, która miała znaczenie polityczne.

To zastanawiające, gdyż w gruncie rzeczy wszyscy zrodziliśmy się z biedy. Weźmy choćby Europę: prześladowana i wynędzniała starożytna mniejszość chrześcijańska stała się w pewnym momencie większością. To z tej społeczności, społeczności religii biednych, generowała się średniowieczna arystokracja, choć wsparcie współwyznawców w niedoli pozostało zadaniem instytucji religijnych i siłą rzeczy ograniczało się do obszarów zurbanizowanych, czyli ułamka średniowiecznego świata. Idea uczynienia z ubóstwa wartości duchowej ugruntowała inercję władz politycznych w tym obszarze, gdyż oznaczała przesunięcie tej kwestii z codziennej rzeczywistości do obszaru sacrum.

W kolejnych wiekach, jeśli już państwo spoglądało na biednych, czyniło to podejrzliwe i z pogardą, jak na zagrożenie porządku społecznego. Ubodzy stanowili źródło niepokojów, epidemii i dysfunkcji, zatem należało się ich pozbyć, albo przynajmniej uciszyć. Stąd na ogół balansowano pomiędzy dwiema strategiami postępowania z biednymi: szubienicą i litością. Jak pisał Bronisław Geremek – przez wiele epok stryczek dla żebraków współistniał z miłosiernym gestem jałmużny. Represyjność władz w stosunku do ubogich przybierała różne oblicza: od wygnania z miast, poprzez surowe zakazy żebractwa, zamykanie w przytułkach, aż po przymuszanie do pracy. Słynna jest przypowieść o amsterdamskim domu pracy z osiemnastego wieku, gdzie biedaków odmawiających wykonywania pracy „uczono” odpowiednich postaw umieszczając ich w lochach, które powoli zalewano wodą. Aby przeżyć, otrzymywali pompę, z której musieli zrobić odpowiedni użytek, wykształcając tym sposobem – jak sądzono – nawyk pracy.

Przełom w myśleniu o ubóstwie nadszedł wraz z rewolucją przemysłową. W rolniczych społeczeństwach przedprzemysłowych rozproszenie terytorialne oraz brak podmiotowości chłopów skutkowały tym, iż przez wieki nie udało się upolitycznić kwestii ubóstwa. W tym kontekście, w naukach społecznych czasami mówimy o procesie uspołecznienia ryzyk socjalnych, tj. o nadawaniu zbiorowego znaczenia określonym zdarzeniom w życiu człowieka, które powodują zanik dochodów. Generalnie do dwudziestego wieku większość ryzyk socjalnych – jak starość, choroba, niepełnosprawność, brak pracy czy właśnie ubóstwo – nie miała wymiaru społecznego, co oznacza, iż nie były przedmiotem zainteresowania państwa. Pamiętajmy wszak, iż nawet dziewiętnastowieczne społeczeństwa wciąż były w przeważającej mierze wiejskie, gdzie wielopokoleniowa rodzina spełniała rudymentarne funkcje socjalne, a ponadto infrastruktura administracji publicznej tamtych czasów oraz struktura budżetów ówczesnych państw utrudniały realizację, jak mawia Gøsta Esping-Andersen, „kolektywizacji ryzyka socjalnego na masową skalę”.

Wraz z wspomnianą industrializacją rozdziałowi uległo miejsce zamieszkania od miejsca pracy. Rozpoczął się proces przekształcania pojęcia pracy, polegający na jej uspołecznieniu. Praca ewoluowała z naturalnej, indywidualnej czynności ludzkiej w działanie o znaczeniu społecznym, co oznaczało przejście tej wartości ze strefy prywatnej do publicznej. Myśl ta prowadzi nas do oczywistego związku pracy z ubóstwem; można by rzec – jego odkrycia przez państwo. Proletariacka bieda zaczęła być pojmowana nie tylko w kategoriach prywatnych, jednostkowych, ale także w perspektywie grup społecznych o określonej sile fizycznej i politycznej. Wszak istotą rewolucji przemysłowej było również to, iż zdecentralizowane chłopskie masy, będące w poprzednich epokach źródłem ubóstwa, przekształciły się w liczne szeregi robotników scentralizowanych w przyfabrycznym świecie przemysłu. To właśnie te środowiska, swoją masą i mięśniami, wywalczyły pionierskie wprowadzenie przez Otto Bismarcka ubezpieczeń społecznych dla robotników fabrycznych.

Był to początek rozwoju nowoczesnej, nierepresyjnej polityki społecznej. Pierwotnie funkcjonującej zresztą w otoczeniu nie w pełni demokratycznym. Dlatego też ten nowy porządek społeczny nabrał niebywałej siły wraz z upowszechnianiem praw wyborczych. To właśnie równolegle z tym procesem ewoluowała mobilizacja polityczna grup społecznych – z różnych form niestrukturalnych, takich jak nielegalne strajki czy protesty społeczne do sformalizowanych form demokratycznego nacisku – związków zawodowych, grup interesu czy partii politycznych. W ten sposób egoistyczny organizm czysto państwowy przekształcał się powoli we wspólnotowe państwo opiekuńcze, czyli organizację polityczną, która dostrzega biedę oraz reaguje na potrzeby grup społecznych. Ta – jak mawiał Seymour M. Lipset – „demokratyczna walka klas”, miała przede wszystkim wymiar partyjny, gdyż niewątpliwym realizatorem tych zmian były partie polityczne, a szczególnie ugrupowania socjalistyczne, socjaldemokratyczne oraz chadeckie, które traktuje się jako siłę napędową rozwoju polityki społecznej w dwudziestym wieku. Inaczej mówiąc, zmiana myślenia o ubóstwie wiązała się ze zmianą myślenia o społeczeństwie. Z ewolucją postrzegania państwa i jego roli. Rozwój socjalnych funkcji państwa nastąpił w wyniku porzucenia egoistycznych tradycji władzy na rzecz wspólnotowości. Przekształcenie to dokonywało się w imię solidaryzmu społecznego i realizacji idei praw społecznych. Jednego z najbardziej niedocenianych procesów w naszej historii.

Skoro państwo przez wieki spoglądało na biedę zza przyłbicy, to rozwiązaniem problemu ubóstwa zajmować się musieli niestrudzeni poszukiwacze sprawiedliwości i równości społecznej. Od filozofów religii po marksistów. Kto dziś pamięta Thomasa H. Marshalla i jego elegancki esej „Citizenship and Social Class” z 1949 roku? Państwo ma obowiązki wobec jednostek, nie tylko natury cywilnej i politycznej, ale także społecznej – twierdził brytyjski socjolog. Nikt wcześniej tak wyraźnie nie sformułował tej prostej myśli, że obywatel w państwie nigdy nie będzie w pełni obywatelem, jeśli nie będzie miał zagwarantowanego bezpieczeństwa socjalnego. Idea ta, która legła u podstaw konstrukcji państw opiekuńczych, zrywała z wielowiekową zasadą, polegającą na tym, iż biedni byli zależni od innych: od ich łaski.

Ta nowa dwudziestowieczna umowa pomiędzy państwem a ludem miała wymiar iście przełomowy, gdyż określała, iż zapewnienie minimalnego poziomu socjalnego obywateli to obowiązek państwa, a nie prywatnych jednostek. To prawo, a nie dobroczynność. To ustawodawstwo, a nie litość. To w istocie publiczny mechanizm niwelacji wspomnianych wcześniej ryzyk socjalnych. To jedyna szansa na upodmiotowienie biednych i urzeczywistnienie idei równych szans. Na kontynencie europejskim prawa społeczne, a w konsekwencji państwowe systemy ochrony socjalnej, osiągnęły dojrzały kształt na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Tym samym, pierwszy raz w historii zminimalizowano poziom ubóstwa na starym kontynencie.

Historia walki z ubóstwem jest historią przełamywania postaw egoistycznych. To zwycięstwo zasady solidaryzmu społecznego nad jednostkowością i uznaniowością. Triumf uniwersalizmu nad partykularyzmem.

Dziś jednak stwierdzenie, iż przez wieki ubodzy stanowili dla państwa wstydliwą chorobę czy narośl, którą nie ma się ochoty ruszać, nabiera zupełnie innego znaczenia. Sytuacje kryzysowe od zawsze odsłaniały prawdziwe oblicze zjawisk społeczno-politycznych. Tym razem epidemia koronawirusa ukazuje, jak w rzeczywistości kruchy porządek zbudowaliśmy, ale nie w obszarze instytucji społecznych, lecz w naszej mentalności. Jak łatwo dziś, w obliczu epidemii koronawirusa, przychodzi nam myśl o społeczeństwie indywidualistów, o selektywności praw socjalnych, o słuszności represyjności władz i instytucji. Jak bez drżenia powieki podważamy zasadę równości społecznej czy publicznej redystrybucji dóbr. Jak bez trudu odbieramy podmiotowość ubogim, zakażonym, poszkodowanym. Zwróćmy uwagę, jak w obliczu epidemii koronawirusa wciąż niewiele mówi się o zapewnieniu ochrony socjalnej grupom najsłabszym społecznie. Jak mało poświęca się działań na rzecz minimalizacji zasięgu ubóstwa, które z pewnością nastąpi. Olga Tokarczuk powiada, że być może czeka nas powrót do starego porządku. W tym kontekście dookreślilibyśmy: powrót do ubóstwa.

Nie miejmy jednak wątpliwości, że o wiele łatwiej będzie nam uporać się z nadchodzącym kryzysem ekonomiczno-społecznym, gdy nie będziemy stosować starego leku na nową chorobę. Gdy wykorzystamy wszystkie dostępne instrumenty polityki społecznej nowoczesnego państwa opiekuńczego, myśląc holistycznie o społeczeństwie jako o solidarnej wspólnocie żyjącej w jednym organizmie, kierującym się zasadą, iż załamanie najsłabszego elementu powoduje powolny upadek całości.

dr Krzysztof Chaczko

Leon Wasilewski: 1 maj w perspektywie dziejowej (1936)

Leon Wasilewski: 1 maj w perspektywie dziejowej (1936)

Zaledwie parę lat brakuje do pięćdziesiątej rocznicy ustanowienia święta majowego. I bardzo już mało towarzyszy pamięta pierwsze wystąpienia robotnicze w dniu tego święta – te skromne początki manifestacji majowych pod hasłem 8-godzinnego dnia pracy, które dopiero z biegiem czasu przekształciły się na coraz potężniejsze manifestacje międzynarodowej solidarności proletariatu.

Sami początkodawcy obchodów pierwszomajowych nie zdawali sobie zupełnie sprawy z tego, czym się one miały stać z czasem.

Jakżeż brzmi owo postanowienie międzynarodowego robotniczego kongresu socjalistycznego w Paryżu w roku 1889, które stało się punktem wyjścia dla manifestacji pierwszomajowych w przyszłości? Oto jego tekst: „Będzie urządzoną wielka międzynarodowa manifestacja w dniu oznaczonym dlatego, ażeby we wszystkich krajach i miastach jednocześnie robotnicy wezwali władze publiczne do wprowadzenia prawa ograniczającego liczbę godzin pracy do 8 godzin i do wykonania innych postanowień kongresu paryskiego. Zważywszy, że podobna manifestacja jest już naznaczona na 1 maja 1890 roku przez amerykański Związek Pracy na jego kongresie odbytym we wrześniu 1888 roku w St. Louis, termin ten jest przyjęty i dla manifestacji międzynarodowej. Robotnicy wszystkich krajów mają wykonać tę manifestację w warunkach, jakie im narzucają poszczególne położenia ich krajów” („Przedświt” nr 13-15 z roku 1889).

Ostatni ustęp tej uchwały liczył się wyraźnie z zastrzeżeniami towarzyszy polskich (popartymi przez tow. Plechanowa w imieniu towarzyszy rosyjskich), którzy oświadczyli, że w szczególnych warunkach, w jakich działają, „nie mogą całości oraz bytu organizacji swej poświęcić udaniu się manifestacji” i że wobec tego „ich agitacja słabsza będzie i nie zawsze odpowiadać może nawet tym chęciom, które sami mają” (tamże).

Najbliższa przyszłość miała prze łamać te skromne ramki, jakie projektodawcy paryscy zakreślali obchodowi majowemu. Miała ona też usunąć nieufność, z jaką – w odniesieniu do możliwości własnych – potraktowali te uchwały socjaliści polscy.

Pokazało się niebawem, że hasło skromnej manifestacji za 8-godzinnym dniem pracy znalazło tak potężny oddźwięk w masach proletariatu całego szeregu krajów, że święto majowe stało się niejako doroczną rewią narastających sił zorganizowanego proletariatu i potężna dźwignią rozwoju międzynarodowego ruchu socjalistycznego. A POLSKI proletariat okazał się wyjątkowo podatnym na hasło święta majowego. I to nie tylko w zaborze austriackim, gdzie warunki konstytucyjne dawały możność jawnego organizowania obchodów robotniczych, ale i w zaborze rosyjskim. Tu strajki pierwszomajowe, zwłaszcza olbrzymie poruszenie mas proletariatu łódzkiego w roku 1892 odegrało olbrzymią rolę w rozwoju naszego ruchu i było jednym z głównych czynników powstania Polskiej Partii Socjalistycznej i jej programu.

Proletariat polski we wszystkich trzech zaborach z całym entuzjazmem w ciągu długich dziesięcioleci brał udział w święcie majowym, niejednokrotnie składając ofiary ze swej krwi serdecznej w manifestacjach ulicznych. Tradycja obchodów majowych stała się u nas nieodłączną częścią świadomości socjalistycznej szerokich mas i robotnik polski nie pozwoli już nikomu wydrzeć sobie prawa manifestowania w dniu 1 maja na rzecz międzynarodowej solidarności proletariatu. Tym bardziej, że w dobie obecnej, kiedy rządzone przez dyktatorów społeczeństwa są opanowane szałem przygotowań do nowych wojen, tylko solidarny opór proletariatu socjalistycznego może zapobiec krwawej katastrofie ludzkości.

Leon Wasilewski

__________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik”, centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 145(6628)/1936, Warszawa, piątek 1 maja 1936 r. Od tamtej pory nie był wznawiany. Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z publikacji wydanej w roku 1905 przez działającą w zaborze austriackim Polską Partię Socjalno-Demokratyczną.

Leon Wasilewski (1870-1936) – wybitny działacz socjalistyczny i niepodległościowy, współzałożyciel Polskiej Partii Socjalistycznej, redaktor podziemnego „Robotnika” oraz pisma „Przedświt”, jeden z liderów socjalizmu niepodległościowego, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, teoretyk i publicysta socjalistyczny, wybitny znawca problematyki narodowościowej i mniejszości etnicznych w Europie Środkowo-Wschodniej, minister spraw zagranicznych w pierwszym centralnym rządzie niepodległej Polski, delegat na paryską konferencję pokojową, w II RP członek władz PPS oraz wydawca pism zbiorowych Piłsudskiego.

Duża prędkość w małym mieście

Duża prędkość w małym mieście

Czy koło Białej Rawskiej powstanie kolejna stacja pasażerska na Centralnej Magistrali Kolejowej? Od stworzenia stacji w mniejszych miastach będzie też zależeć akceptacja społeczności lokalnych dla przebiegu nowych linii kolejowych – szprych prowadzących do Centralnego Portu Komunikacyjnego.

Położony na północnym wschodzie województwa łódzkiego powiat rawski to jeden z 53 polskich powiatów, do których nie da się dojechać pociągiem. Paradoks polega na tym, że powiat ten przecięty jest Centralną Magistralą Kolejową, którą każdego dnia przemyka kilkadziesiąt pociągów łączących Małopolskę i Śląsk z Warszawą. Lokalni politycy chcą, by część pociągów zaczęła stawać na terenie powiatu rawskiego.

Cel numer jeden

W listopadzie 2019 r. rada powiatu przyjęła stanowisko, w którym domaga się powstania stacji pasażerskiej w tym rejonie: „Wielu mieszkańców naszych gmin pracuje w Warszawie. Powstanie stacji kolejowej skomunikowanej ze stolicą przyczyniłoby się do zapobiegania stałym migracjom zarobkowym i wyludnianiu się regionu” – czytamy w stanowisku, które zostało poparte przez władze wszystkich sześciu miast i gmin powiatu rawskiego.

Poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Dariusz Klimczak z Rawy Mazowieckiej oznajmił, że doprowadzenie do powstania stacji pasażerskiej w Białej Rawskiej jest jego „inwestycyjnym celem numer jeden w pracy parlamentarnej na rzecz powiatu rawskiego”. O potrzebie powstania tej stacji z miejscowymi parlamentarzystami Prawa i Sprawiedliwości rozmawiał już wiceminister infrastruktury Marcin Horała.

Władze powiatu chcą, by nowa stacja powstała w miejscu, gdzie Centralna Magistrala Kolejowa przebiega na obrzeżach liczącego 3,2 tys. mieszkańców miasta Biała Rawska – w pobliżu wiaduktu drogi wojewódzkiej 725 biegnącej do oddalonej o 15 km Rawy Mazowieckiej, 18-tysięcznej stolicy powiatu.

Białą Rawską i dworzec Warszawa Centralna dzieli 70 km – czas podróży pociągiem InterCity na tej trasie wyniósłby około 40 min. Tyle w Warszawie jedzie tramwaj z osiedla Tarchomin do centrum. W powiecie rawskim mają więc nadzieję, że pracując w stolicy, będzie można – dzięki szybkiemu połączeniu – mieszkać w okolicach Białej Rawskiej.

Magistrala bez tunelu

Gdy w latach 70. XX wieku budowano Centralną Magistralę Kolejową, skupiono się na zapewnieniu szybkiego połączenia aglomeracji śląsko-dąbrowskiej z Warszawą i nikt nie myślał o tym, żeby zaspokoić też potrzeby transportowe mieszkańców obszarów leżących po drodze.

– „Obecnie w projektowaniu linii dużych prędkości obsługa regionów traktowana jest jako podstawowy element funkcjonalności takich ciągów” – podkreśla wiceprezes spółki Centralny Port Komunikacyjny Piotr Malepszak, który odpowiada za planowanie rozbudowy polskiej sieci kolejowej pod kątem obsługi mega-lotniska, które w 2027 r. ma powstać w gminie Baranów nieopodal Żyrardowa.

Już pod koniec lat 90. Komisja Europejska w dokumencie „Europejska perspektywa rozwoju przestrzennego” przestrzegała przed efektu tunelu, zjawiskiem pojawiającym się wskutek planowania szybkich linii łączących największe metropolie bez brania pod uwagę potrzeb mieszkańców mijanych obszarów.

W przypadku Centralnej Magistrali Kolejowej próby przeciwdziałania efektowi tunelu podjęto w XXI wieku – wówczas powstały stacje pasażerskie przy dwóch największych miastach leżących przy tej 224-kilometrowej linii: w 2006 r. otwarto stację w 10-tysięcznej Włoszczowie, a w 2014 r. w pobliżu 22-tysięcznego Opoczna.

Z Włoszczowy do oddalonej o 184 km Warszawy jedzie się około półtorej godziny, zaś 122-kilometrową relację z Opoczna do Warszawy pokonuje się mniej więcej w godzinę. Ze stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe można szybko dojechać również do Krakowa czy Katowic.

– „Na przykładzie stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe możemy powiedzieć, że atrakcyjny czas przejazdu bardzo szybko przyciąga klientów do kolei” – mówi Malepszak. Obydwie stacje ściągają pasażerów z promienia około 30 km. Według zestawienia Urzędu Transportu Kolejowego, ze stacji Włoszczowa Północ dziennie korzysta 200-299 pasażerów, a ze stacji Opoczno Południe 500-699 pasażerów.

Stacja dla ludzi

Stacje pasażerskie w Opocznie i Włoszczowie powstały w wyniku rozbudowy istniejących stacji technicznych o perony i przejścia podziemne. Problemem powiatu rawskiego jest to, że w jego granicach nie ma na Centralnej Magistrali Kolejowej stacji technicznej – istnieje jedynie posterunek Biała Rawska, umożliwiający przejazd między torami. Konieczna byłaby więc przebudowa tego posterunku w stację z torami dodatkowymi, na które zjeżdżałyby pociągi mające postój (tak jak dzieje się to na stacjach Opoczno Południe i Włoszczowa Północ). – „Rozwiązanie z peronami przy torach dodatkowych daje większe możliwości pod względem przepustowości” – mówi Malepszak. Gdy bowiem jeden pociąg zatrzymuje się na torze dodatkowym przy peronie, to drugi pociąg – przejeżdżający przez stację bez postoju – może go w tym czasie wyprzedzić torem głównym.

Alternatywą jest stworzenie przystanku osobowego, a więc wybudowanie peronów bezpośrednio przy torach głównych. – „Takie rozwiązanie jest stosowane w Niemczech i Austrii na odcinkach, które zostały zmodernizowane do prędkości 230 km/h” – mówi Piotr Malepszak.

Na przykład zmodernizowaną linią Berlin – Hamburg jeżdżą pociągi InterCityExpress z prędkością 230 km/h oraz pociągi regionalne osiągające 160 km/h. Wiąże się to z tym, że na części przystanków i stacji składy ICE przemykają bezpośrednio przy peronach, na których podróżni czekają na pociągi regionalne. Bezpieczeństwo zapewniają barierki, za które można przejść dopiero po zatrzymaniu się składu.

TGV na dworcu w polu buraków

Wbrew głosom, które towarzyszyły uruchomieniu w 2006 r. stacji pasażerskiej Włoszczowa Północ, postoje szybkich pociągów w mniejszych miastach nie są w Europie czymś wyjątkowym. Co więcej, nie są czymś wyjątkowym postoje w miejscowościach nawet takiej wielkości jak licząca 3,2 tys. mieszkańców Biała Rawska.

We Francji pierwszą peryferyjną stację pasażerską na trasie pociągów TGV otwarto już w 1981 r. wraz z uruchomieniem linii dużych prędkości Paryż – Lyon: stacja leży w pobliżu liczącego 22 tys. mieszkańców miasta Le Creusot i od niego nosi swoją nazwę. Kolejna stacja na tym ciągu – Mâcon-Loché – działa od 1983 r. na obrzeżach Mâcon (34 tys. mieszkańców). Na otwartej w 1990 r. linii Paryż – Tours większość pociągów TGV po drodze zatrzymuje się na stacji Vendôme-Villiers-sur-Loir, położonej koło 17-tysięcznego miasta Vendôme.

W 1994 r. otwarto pierwszą na sieci TGV stację pasażerską na obszarze wiejskim. Choć położoną na linii dużych prędkości Paryż – Lille stację Haute Picardie media nazwały „dworcem w polu buraków”, to znajduje się ona przy węźle autostradowym, dzięki czemu korzystają z niej mieszkańcy nie tylko pobliskich wsi i miasteczek, ale również miast Amiens i Saint-Quentin, oddalonych o ponad 40 km. Ze stacji Haute Picardie korzysta średnio 1,3 tys. osób dziennie. Nazwa stacji nie pochodzi od konkretnej miejscowości, lecz od całego regionu Górna Pikardia – dobrze oddaje to zasięg obszaru, z którego stacje pasażerskie na liniach dużych prędkości przyciągają pasażerów.

Kolejne „dworce w polu buraków” powstały na otwartej w 2007 r. linii dużych prędkości Paryż – Strasburg. Ze stacji Meuse – leżącej na terenach wiejskich departamentu Meuse – dziennie korzysta średnio 490 mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Stację Lorraine, której nazwa pochodzi od regionu Lotaryngia, zlokalizowano koło liczącej 900 mieszkańców wsi Louvigny – kilka kilometrów od zjazdu z autostrady łączącej ponad stutysięczne miasta Metz i Nancy (ze stacji Lorraine do Metzu jest 29 km, a do Nancy 37 km).

Stacje w interiorze

Najdłuższą w Europie siecią kolei dużych prędkości może poszczycić się Hiszpania. Również w tym kraju szybka kolej nie ogranicza się do obsługi tylko największych miast. Na przykład na linii Malaga – Madryt działają dwie stacje pasażerskie w andaluzyjskim interiorze: stacja Antequera-Santa Ana, położona na terenach wiejskich w odległości 17 km od 41-tysięcznego miasta Antequera, oraz stacja Puente Genil-Herrera, zlokalizowana po 10 km od miast Puente Genil (30 tys. mieszkańców) i Estepa (12 tys. mieszkańców).

W regionie Aragonia, przeciętym przez główny ciąg dużych prędkości Barcelona – Madryt, część szybkich pociągów AVE staje w 20-tysięcznym mieście Calatayud.

Co charakterystyczne dla Hiszpanii, peryferyjne stacje na liniach alta velocidad są obsługiwane nie tylko przez osiągające 300 km/h pociągi dalekobieżne AVE, ale także przez składy kategorii Avant, które kursują z szybkością 250 km/h w relacjach regionalnych: na przykład na 85-kilometrowej trasie Calatayud – Saragossa, zapewniając dojazd w czasie 25 min. z zachodu Aragonii do liczącej 675 tys. mieszkańców stolicy regionu.

Włoszczowa po niemiecku

W Niemczech na uruchomionej w 2002 r. 180-kilometrowej linii dużych prędkości Kolonia – Frankfurt nad Menem stacje pasażerskie zlokalizowano w miastach Siegburg (39 tys. mieszkańców), Montabaur (14 tys. mieszkańców) i Limburg (35 tys. mieszkańców). Najmniejsze z tych miast, Montabaur, leży dokładnie w połowie linii, którą pociągi InterCityExpress kursują z prędkością 300 km/h. To, że co trzeci zwalnia i zatrzymuje się w 14-tysięcznym mieście, jest wynikiem starań władz Nadrenii-Palatynatu, które już na etapie prac planistycznych oznajmiły, że choć linia dużych prędkości ma przebiec skrajem tego landu, to pociągi muszą zatrzymywać się w jego granicach. Według tygodnika „Der Spiegel” decyzja o powstaniu dworca w Montabaur była ceną, jaką kolej zapłaciła władzom landu za bezproblemowe przejście procedury niezbędnej do rozpoczęcia budowy nowej linii. Jedna czwarta kosztów budowy stacji w Montabaur została pokryta przez land i miasto. Inwestycja ta niewątpliwie opłaciła się nie tylko lokalnej społeczności, ale też kolei, która zdobyła wielu klientów wcześniej nie korzystających z pociągów.

Z Montabaur pociągi InterCityExpress w obydwu kierunkach odjeżdżają raz na godzinę od wczesnego rana do północy. Z tego leżącego wśród wzgórz Westerwald miasta można w 35 min. dojechać do śródmieścia milionowej Kolonii oraz w 45 min. do centrum Frankfurtu nad Menem, będącego finansową stolicą Niemiec (po drodze pociągi zatrzymują się przy frankfurckim lotnisku, najważniejszym niemieckim porcie lotniczym). Z Montabaur można bez przesiadki dotrzeć też do Monachium, Norymbergi, Düsseldorfu czy Dortmundu. Jak niedawno poinformował tygodnik gospodarczy „Wirtschaftswoche”, Montabaur to miasto, które cechuje się największym w Niemczech odsetkiem mieszkańców posiadających roczny bilet sieciowy na kolej BahnCard 100 (jego cena to 3952 €).

Każdego dnia ze stacji Montabaur korzysta około 2,5 tys. osób. To nie tylko mieszkańcy tego miasta. Tuż obok stacji znajduje się dworzec autobusowy zapewniający kursy z okolicznych wsi i miast. Ponadto przy stacji zlokalizowane są trzy parkingi Park&Ride zapewniające około 900 miejsc postojowych.

W 2010 r. ekonomiści z London School of Economics oraz Uniwersytetu w Hamburgu zbadali efekty powstania stacji w Montabaur i Limburgu: znaczące skrócenie czasu dojazdu do metropolii zapewniło tym miastom przyspieszenie wzrostu gospodarczego, wywołane pojawieniem się nowych firm na miejscu i poprawą dostępu do miejsc pracy w większych ośrodkach.

Aktualnie nie ma planów

Mimo zagranicznych efektów otwierania linii dużych prędkości na mijane obszary oraz pozytywnej oceny wykorzystania stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe, spółka PKP Polskie Linie Kolejowe na razie negatywnie podchodzi do koncepcji zlokalizowania w Białej Rawskiej stacji pasażerskiej. – „Aktualnie nie ma planów budowy nowych stacji czy przystanków na Centralnej Magistrali Kolejowej. To linia łącząca stolice regionów, zaplanowana do prowadzenia ruchu międzyregionalnego i międzyaglomeracyjnego” – mówi Mirosław Siemieniec z PKP PLK, dodając, że nie przewiduje się także udostępnienia magistrali przewoźnikom regionalnym. A przecież można sobie wyobrazić pociągi Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, które kursując w relacji Opoczno Południe – Biała Rawska – Warszawa, zapewniałyby mieszkańcom wschodniej części województwa łódzkiego połączenia z aglomeracją stołeczną. – „Na najbliższe lata planowane jest podniesienie prędkości na Centralnej Magistrali Kolejowej do 250 km/h i obecność pociągów regionalnych wiązałaby się z ograniczeniem przepustowości” – przekonuje Siemieniec.

W Niemczech pociągi regionalne zostały wpuszczone na ciąg dużych prędkości Berlin – Monachium. Na jego bawarskim odcinku, gdzie składy InterCityExpress mkną 300 km/h, kursują także pociągi regionalne osiągające prędkość 140-200 km/h, które obsługują zbudowane na linii dużych prędkości stacje pasażerskie w gminach Allersberg (8 tys. mieszkańców) i Kinding (2,5 tys. mieszkańców). Pociągi regionalne zapewniają bezpośrednie połączenie tych gmin z dwoma największymi miastami Bawarii: Monachium i Norymbergą (na przykład z Kinding do oddalonej o 59 km Norymbergi jedzie się 29 min.). Przy stacjach Allersberg i Kinding powstały parkingi oraz terminale, do których docierają autobusy z okolicznych miast i gmin.

Problemem polskich stacji Włoszczowa Północ i Opoczno Południe jest brak komunikacji autobusowej zapewniającej możliwość dojazdu z okolicznych miejscowości inaczej niż samochodem (pasażerowie zostawiają auta na parkingu albo są podwożeni przez bliskich).

Kij w szprychy

Spółka Centralny Port Komunikacyjny planuje, by nowe linie, zwane szprychami, zapewniały połączenia nie tylko między lotniskiem a największymi aglomeracjami. – „Chodzi też o otwieranie się na tereny do tej pory nieobsługiwane przez kolej oraz o poprawę dostępności dużych miast jak Płock czy Grudziądz, które obecnie mają ubogą ofertę kolejową” – mówi Piotr Malepszak.

Według wstępnych założeń, obsługa części miast, na przykład Kalisza czy Sieradza, ma być zapewniona poprzez łącznice, które umożliwią pociągom zjechanie z linii dużych prędkości, postój przy istniejących dworcach w centrum, a następnie powrót na linię dużych prędkości. W części ośrodków, na przykład w Grudziądzu czy Kępnie, szprychy miałyby w miarę możliwości przebiec przez istniejące stacje. – „W przypadku nowych stacji na linii szybkiej będziemy stosować układ peronów przy torach dodatkowych” – mówi wiceprezes CPK, podając przykład planowanej stacji na obrzeżach 13-tysięcznego miasta Brzeziny, w pobliżu którego przebiec ma szprycha z lotniska w kierunku Łodzi.

O ile w przypadku stacji budowanych bezpośrednio na liniach dużych prędkości łatwiej jest wygospodarować tereny pod parkingi przesiadkowe, o tyle zajazd na tradycyjną stację zapewnia postój w miejscu znacznie lepiej wpisanym w lokalną tkankę oraz możliwość skomunikowania z pociągami regionalnymi.

– „Doświadczenia innych krajów pokazują, że bardziej sprawdza się obsługa istniejących stacji poprzez system łącznic z linii szybkich” – mówi Malepszak. – „Ważne, aby taki zajazd był zaprojektowany w sposób umożliwiający szybkie włączenie się do linii istniejącej”.

Tak obsługiwany jest na przykład niemiecki Coburg (41 tys. mieszkańców). Otwarty w 2017 r. ciąg dużych prędkości Berlin – Monachium został poprowadzony skrajem Coburga, ale wybudowane zostały łącznice umożliwiające zjazd na tradycyjną linię przebiegającą przez miasto. Część pociągów InterCityExpress na chwilę więc opuszcza linię szybką, by przejechać przez centrum Coburga i zatrzymać się na tamtejszym dworcu. Zajechanie do Coburga wydłuża czas przejazdu o około kwadrans – to znacznie więcej niż w przypadku postojów na stacjach zlokalizowanych bezpośrednio na liniach dużych prędkości.

Już po stu dniach funkcjonowania nowego ciągu Berlin – Monachium koncern Deutsche Bahn poinformował, że do i z sześciu pociągów ICE wsiada i wysiada na stacji w Coburgu średnio 300 osób dziennie. Wkrótce potem liczbę pociągów zajeżdżających do Coburga zwiększono do ośmiu.

Budowy kolejnej stacji pasażerskiej na ciągu Berlin – Monachium domaga się obecnie 39-tysięczne Ilmenau w Turyngii. Linia przebiega 7 km od tego miasta.

Tymczasem w Polsce coraz większe kontrowersje budzi proces wytyczania szprych prowadzących do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Jednym z ognisk protestu jest liczący 18 tys. mieszkańców Konstantynów Łódzki, przez który ma wbiegać do Łodzi nowa linia w kierunku Wrocławia i Poznania. Burmistrz Robert Jakubowski na jednym ze spotkań z mieszkańcami zwrócił uwagę, że miasto w ogóle nie skorzysta na nowym ciągu: – „To będzie tylko trasa przelotowa, w Konstantynowie nie będzie przystanku”.

Mikołaj Wild, prezes spółki Centralny Port Komunikacyjny, jak na razie próbuje studzić emocje. Tak mówił na przełomie marca i lutego 2020 r. w telewizji TVN: – „Ten czas, gdy będziemy jeździć od gminy do gminy i konsultować każdy z przebiegów, jeszcze nadejdzie. Natomiast to nie jest jeszcze dziś”.

Dopóki mieszkańcom mijanych terenów nie zaoferuje się powstania stacji pasażerskich, dopóty w szprychach nie ujrzą oni jakiejkolwiek korzyści dla swoich małych ojczyzn. I nie zaakceptują żadnego wariantu przebiegu tych linii kolejowych.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/106 marzec-kwiecień 2020)
www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Odchudzanie państwa, czyli dowalanie słabszym

Odchudzanie państwa, czyli dowalanie słabszym

Cokolwiek nie działoby się w Polsce, jednego możemy być pewni: popularnością będzie się cieszyła idea taniego państwa, znoszenia regulacji i zestaw podobnych pomysłów, które mają wprowadzić oszczędności i zwiększyć efektywność. Wszak powszechnie wiadomo, że nic tak nie polepsza wydajności danej rzeczy, jak próba przyoszczędzenia na niej. Nie powinno zatem dziwić, że pandemia stała się okazją do forsowania tej niebezpiecznej idei.

„Zanim skończy się epidemia, należy zawieszać niepotrzebne rygory, może np. RODO, a następnie je znieść i ograniczyć biurokrację generującą koszty i pętającą nasze życie i aktywność gospodarczą” – czytamy w tekście Marka Domagalskiego w „Rzeczpospolitej”. Pomińmy już fakt, że RODO to rozporządzenie unijne i Polska nie może go dowolnie zawieszać – z pomysłami Domagalskiego jest głębszy problem.

Kiedy czytam takie wezwania, od razu przypomina mi się obserwacja amerykańskiego ekonomisty Roberta Reicha. Wspomina on, że gdy był sekretarzem pracy w administracji Billa Clintona, to miał ambicję tworzenia prostych i przejrzystych przepisów. Nie mnóżmy regulacji, nie komplikujmy – takie było założenie. Tylko co się okazywało? Gdy już udało się napisać proste prawo, to do gry przystępowali korporacyjni lobbyści, do których zalicza się również część polityków. Tu trzeba zmienić, tu potrzebny jest wyjątek, tu kolejny – mówili. Administracja rządowa się łamała i tak oto powstawały zawiłe regulacje, do których nie ma co podchodzić bez prawników. Nie dlatego, że źli urzędnicy lubią wszystko utrudniać, a państwo jest rozbuchane, ale dlatego, że państwo jest słabe i łamie się przed reprezentantami „wolnego” rynku (swoją drogą, Elizabeth Warren w rozmowie z Reichem wspomniała, że najlepszym sposobem na uchwalenie dobrego prawa w USA jest utrzymywanie go możliwie długo w tajemnicy przed korporacyjnymi lobbystami).

Na ogólniejszym poziomie podobną prawidłowość zauważył David Graeber w książce „Utopia regulaminów”. Neoliberalna rewolucja zapoczątkowana przez Reagana i Thatcher opierała się na obietnicy odchudzania państwa, znoszenia bezsensownych regulacji i ograniczania biurokracji. Brzmi wspaniale, prawda? Każda dorosła osoba zna frustracje związane z niewydolną biurokracją, niemiłymi urzędnikami czy koniecznością wypełniania bezsensownych formularzy. Kiedy więc Reagan mawiał: „Najbardziej przerażające słowa w języku angielskim to: jestem z rządu i chcę ci pomóc” – mogli się z tym utożsamić nie tylko użytkownicy angielszczyzny. Ale ta neoliberalna obietnica to był zwykły PR – tak naprawdę regulacje i biurokracja po neoliberalnej rewolucji miały się dobrze, po prostu zaczęły jeszcze bardziej sprzyjać tym, którzy mają (im więcej, tym lepiej), a mniej tym, którzy nie mają. „Zakrawa to na paradoks – pisze Graeber – polityka, która ma ograniczać ingerencje rządu w gospodarkę, w praktyce zawsze kończy się tym, że przybywa regulacji prawnych, biurokratów i funkcjonariuszy policji”.

No ale może to dlatego, że nadal nie jesteśmy w prawdziwym kapitalizmie, nadal nie mamy prawdziwego wolnego rynku uwolnionego z kajdan państwowych regulacji? Problem polega na tym, że sama idea „wolnego rynku niezależnego od państwa” jest nierealizowalną utopią, która opiera się na błędnym przekonaniu, że rynek jest bytem niezależnym od państwa.

„Historia gospodarcza dowodzi, że narodziny rynków krajowych w żadnym wypadku nie były skutkiem stopniowego i spontanicznego uwolnienia sfery gospodarczej od kontroli państwa. Przeciwnie, ukonstytuowanie się rynku wynikało ze świadomej i często gwałtownej interwencji ze strony państwa, które narzucało społeczeństwu organizację rynkową w celach pozaekonomicznych” – pisał lata temu Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji”. Jeszcze zgrabniej ujął to wspomniany wcześniej Reich w książce „The Common Good”: „państwo nie ingeruje w rynek, ono go tworzy”.

Tak naprawdę – powiada słusznie Reich – nie mamy wyboru między regulacjami a ich brakiem, lecz między regulacjami, które sprzyjają tym albo innym grupom społecznym, w zależności od tego, jak są skonstruowane. Komu zaś najczęściej sprzyjają regulacje wprowadzane pod płaszczykiem „znoszenia regulacji”? Ha-Joon Chang, koreański ekonomista, pisze o tym w „23 rzeczach, których nie mówią wam o kapitalizmie”: „Kiedy więc wolnorynkowi ekonomiści mówią, że nie powinno się wprowadzać pewnej regulacji, bo ograniczyłaby ona »wolność« na jakimś rynku, to po prostu wyrażają polityczną opinię o tym, że odrzucają prawa tych, których proponowane ograniczenia miałyby bronić. Zakładają ideologiczną maskę, która ma nas przekonać, że prowadzona przez nich polityka nie jest tak naprawdę polityczna, ale stanowi obiektywną ekonomiczna prawdę, podczas gdy polityka innych ludzi jest polityczna. A tak naprawdę wolnorynkowi ekonomiści są w równym stopniu politycznie motywowani, co ich oponenci”.

Tak więc zamiast zniesienia regulacji, domagajmy się regulacji, które działają na rzecz ludzi pracy, na rzecz wykluczanych i zapominanych, na rzecz ludzi, których nazywamy dziś bohaterami i bohaterkami: od pielęgniarek po osoby sprzątające nasze ulice – a nie na rzecz wielkiego biznesu. Zamiast taniego państwa, domagajmy się państwa mądrego i solidarnego, które chce budować dobrobyt dla wszystkich, a nie dla garstki. Zamiast odchudzania, domagajmy się inwestycji, które dziś potrzebne są szczególnie, jeśli chcemy uniknąć załamania gospodarki.

dr Tomasz Markiewka

O potrzebie empatii według Žižka

O potrzebie empatii według Žižka

Nie sposób zacząć tekstu na temat koronawirusa inaczej niż od pewnego namysłu nad śmiercią, która teraz dla każdego jest, bardzo dosłownie, na wyciągnięcie ręki. Uważam, że dobrym punktem wyjścia będzie tu Arystoteles, który uważał śmierć za właściwą z natury wszystkiemu, co żywe. To sytuuje ją ponad ostatecznymi opozycjami pokroju dobra i zła, w które próbujemy wpisywać codzienne wydarzenia. Śmierć kładzie kres wszelkim ziemskim dywagacjom, nieważne jak istotnym, czyniąc je, w momencie swojego przyjścia, bezsensownymi.

Mowa tu oczywiście o śmierci z perspektywy jednostki, zostawiającej żyjących z konsekwencjami własnego odejścia. Można jednak wprowadzić pewne rozróżnienie między śmiercią zwyczajną a śmiercią dobrą. Chociaż klasyfikacji tej dokonują żyjący, to po stronie (jeszcze niedawno żyjącego, ale już) zmarłego leży nadanie jej znaczenia. Według Arystotelesa dobrą śmierć gwarantowała odwaga, którą ten poczytywał jako śmierć w walce, w imię określonych wartości. Na przeciwnym biegunie była na przykład śmierć powodowana chorobą, stanowiąca jedynie negację życia [1].

W obliczu obecnej sytuacji śmierć z powodu koronawirusa może być jednak interpretowana zarówno jako zwyczajna, jak i odważna. Czymś innym jest bowiem śmierć odpowiedzialnego obywatela, który zaraził się wirusem mimo stosowania się do zaleceń WHO, a czymś innym śmierć kogoś takiego jak doktor Li Wenliang, który wbrew rządowej cenzurze, jako pierwszy doniósł o potencjalnym ryzyku światowej pandemii [2]. Chiński whistleblower w nowej książce Sławoja Žižka, zatytułowanej „Pandemic! Covid-19 Shakes the World”, zostaje usytuowany wraz z Edwardem Snowdenem, Chelseą Manning czy Julianem Assangem jako jeden z bohaterów współczesności. To grono należy jednak poszerzyć o wszystkich pozornie bezimiennych pracowników służb medycznych, codziennie ratujących życie obcych im przecież ludzi. Włączyć do niego powinno się także tych, którzy w swych działaniach byli podobni do doktora Wenlianga, przez co odsunięto ich od możliwości niesienia pomocy. Odwleczenie ewentualnej śmierci nie uczyni jej mniej bohaterską w przypadku kogoś takiego jak pielęgniarka Renata Piżanowska [3], która miała odwagę skrytykować brak przygotowania własnego szpitala do zmierzenia się z pandemią. Tego typu altruistyczne akty tworzą współczesnych bohaterów i tego typu aktów dziś potrzeba, by zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się wirusa.

To, jak Piżanowska została potraktowana przez dyrektora szpitala – zwolniono ją dyscyplinarnie – stoi w opozycji do przesłania najnowszej książki słoweńskiego filozofa. Chociaż jesteśmy zmuszeni do fizycznego dystansu, bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy się zjednoczyć w obliczu wyzwania, jakim jest koronawirus. Žižek odżegnuje się od nazywania go wrogiem, jak również używania wojskowego żargonu, w tym słów takich jak „walka”, by opisać naszą sytuację, ponieważ język ten już się nie sprawdza, nie oddaje powagi sytuacji. Jeśli pandemia powinna nam coś uświadomić, to fakt, że wszelkie konflikty zbrojne są pozbawione sensu.

Piszącemu o pandemii Žižkowi nie chodzi zresztą tylko o sam wirus, ale także o rozprzestrzeniające się wraz z nim fake newsy czy rasizm, których ekspansji sprzyja ponowny wzrost znaczenia państw narodowych. Gdy takowy nastąpił ponad sto lat temu, u jego podstaw leżał pogląd, że tylko one są gwarantem demokracji. Obecnie jest to raczej konsekwencją ksenofobicznych przekonań, jakoby globalizacja i swoboda przemieszczania się – niewątpliwie jedne z przyczyn szerzenia się choroby – były tożsame z „wolnością od państwa” [4]. W neoliberalnej gospodarce wspomniana swoboda sprowadza się jednak głównie do towarów i kapitału, nie można powiedzieć tego samego o ludziach, czego świadectwem jest choćby kryzys migracyjny. Właśnie to uproszczone i ograniczone pojmowanie „jednego świata” sytuuje suwerenne państwo narodowe w roli jedynego gwaranta bezpieczeństwa, posłuszeństwo wobec władzy powinno wobec tego wydawać się czymś naturalnym i logicznym, egzekwowanym przez odpowiednie organy.

I chociaż Žižek, podobnie jak przywoływany przez niego Fredric Jameson, widzi w obecnej sytuacji realizację fabuł filmów katastroficznych, gdzie ludzkość jednoczy się przeciwko prawdziwie demokratycznemu – bo traktującego wszystkich jednakowo – zagrożeniu, nie jest równie optymistyczny w swoich prognozach co Amerykanin. Dla Jamesona scenariusz wspólnego przezwyciężenia różnic wydaje się możliwy do zrealizowania, Žižek pozostaje tu bardziej sceptyczny. Patrząc na działania światowych rządów mamy raczej do czynienia ze scenariuszem podobnym do tego z filmu „Elizjum” Neila Blomkampa z 2013 roku. Tam udało się stworzyć społeczeństwo komunistyczne – przekształcenia kojarzone z działaniami komunistycznymi Žižek obserwuje już teraz, jako przykłady podając stopniowe przejmowanie sektora prywatnego przez państwowy czy możliwość wprowadzenia na jakiś czas bezwarunkowego dochodu podstawowego – jest to jednak komunizm dla wybranych. Bogaci żyją na całkowicie autonomicznej stacji kosmicznej Elizjum, biedni zaś tkwią na Ziemi, którą w swojej analizie filmu Peter Frase przyrównuje do obozu koncentracyjnego, gdzie biedota po prostu tkwi, przepracowując się bez konkretnego powodu [5]. To z kolei stoi w zgodzie z krytykowanym przez Žižka narzucanym samemu sobie przymusem pracy, która nie prowadzi do poprawy warunków życiowych, a jedynie do zmęczenia, wypalenia czy depresji.

Wspomniany film zrywa z zależnością bogatych od biednych, ci drudzy nie pracują na utrzymanie tych pierwszych, co każe postawić pytanie: dla kogo i po co biedni w ogóle pracują? Tego typu stan łatwo wyobrazić sobie teraz, symbolem bogactwa lub statusu stanie się zdaniem Žižka relatywnie normalne życie, takie jak rozumieliśmy je do tej pory. W politycznym dyskursie już funkcjonuje zwrot „nowa normalność” [6]. Gdy przeciętnych obywateli czekają kary za bycie w „niedozwolonych” miejscach lub brak „odpowiedniego” sprzętu, rządowi oficjele jeszcze do niedawna paradowali przed kamerami nie stosując się do jakichkolwiek wytycznych, emanując pewnością siebie i dokonując projekcji spokoju na społeczeństwo myślące przede wszystkim o przetrwaniu.

Z uprzywilejowanych pozycji pokazują nam miniony świat, do którego mamy nie mieć już nigdy dostępu, tak jak mieszkańcy Ziemi do filmowego Elizjum, skrzętnie pilnowanego przed motłochem. Symboliczną granicą między ich i naszą rzeczywistością jest zwykły uścisk dłoni. Obywatele nie tylko są pozbawieni tego luksusu, ale też sami ponoszą odpowiedzialność za własne położenie – to oni mają pilnować się, by nie roznosić wirusa i siedzieć w domach dla dobra innych, to przez ich nieostrożność lekarze są przepracowani, a straż miejska musi patrolować parki i wystawiać mandaty.

Z większą odpowiedzialnością nie idą jednak w parze przywileje, lecz coraz to nowsze ograniczenia. Žižek, bardzo optymistycznie, widzi w tym szansę na powstanie nowego rodzaju komunizmu, podobnego do tego, który udaje się wywalczyć bohaterom „Elizjum” na końcu filmu. Chociaż jesteśmy odizolowani, nie musimy być samotni, a narastające w nas pragnienie bliskości możemy przekuć w coś konstruktywnego, jakkolwiek memicznie to brzmi [7]. W „Historii samotności i samotników” Georges Minois wskazuje na pewien bardzo interesujący paradoks – „podczas godzinnych zakupów w centrum handlowym mijamy więcej ludzi niż średniowieczny chłop mijał przez całe życie” [8], co pokazuje, że dotychczasowa „dostępność” drugiego człowieka wcale nie sprzyja budowaniu relacji. Jeśli już, wzmaga ona obojętność, tymczasem pandemia może okazać się zbawienna dla społecznych więzi. Od niecałych dwóch miesięcy inny człowiek nie jest naszym rywalem w walce o status i posiadanie, ale towarzyszem niedoli, a każda przypadkowa interakcja stanowi szansę na utwierdzenie samego siebie we własnym człowieczeństwie.

Kontakt fizyczny jest odgórnie zakazany, a jedną z kwestii zajmujących Žižka pozostaje to, czy w ogóle jest nam potrzebny do zbudowania silnych więzi. Do tego nawiązuje w otwierającym „Pandemic!” cytacie z Jezusa z Ewangelii według świętego Jana. Właśnie zmartwychwstały, Jezus znosi dotyk jako symbol relacji, mówiąc do Marii Magdaleny: noli mi tangere (nie dotykaj mnie) [9]. Jego powrót do żywych jest możliwy dzięki niefizycznej bliskości, jaką odczuwamy z drugim człowiekiem. To bardzo wymowny obraz, czyniący przesłanie „Pandemic!” błyskawicznie zrozumiałym – skoro już zostaliśmy postawieni w tej sytuacji, niech doprowadzi ona do rozwinięcia empatii, a nie do powrotu barbarzyństwa. Tylko empatia pozwoli nam zrozumieć sytuację drugiego człowieka, obojętnie, czy jest to sąsiad za ścianą czy ktoś żyjący na innym kontynencie – obecnie dzieli nas ten sam dystans, a łączy to samo zagrożenie. Parafrazując powiedzenie przytoczone w książce przez Žižka: bliskość śmierci czyni z nas wszystkich socjalistów.

dr Łukasz Muniowski

 

Przypisy:

1. Arystoteles. Etyka Nikomachejska. PWN, 2020.
2. https://www.bbc.com/news/world-asia-china-51403795
3. https://zdrowie.wprost.pl/koronawirus/w-polsce/10309233/polska-pielegniarka-zwolniona-z-pracy-za-wpis-na-facebooku-przestancie-robic-z-ludzi-idiotow.html
4. Jan-Werner Muller. Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2016.
5. Peter Frase. Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie. PWN, 2018.
6. https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,25816698,nowa-normalnosc-morawieckiego-czyli-zapomnijcie-o-dawnym.html
7. https://mashable.com/article/shakespeake-coronavirus-king-lear-plague-memes/?europe=true
8. Georges Minois. Historia samotności i samotników. Aletheia, 2018.
9. Co ciekawe, według przekładu w Biblii tysiąclecia jego słowa brzmią: „nie zatrzymuj mnie”.

Koronawirus i ekonomiczne iluzje

Koronawirus i ekonomiczne iluzje

Groźba kolejnego kryzysu ekonomicznego powracała w dyskusjach od kilku lat. Nikt jednak nie spodziewał się, że rolę czynnika destabilizującego przyjmie COVID-19. Nassim Taleb, pisarz i filozof, nazywa takie zdarzenia czarnymi łabędziami [1]. Świadczą one o słabości prognoz opartych o najbardziej wysublimowane modele statystyczne. Czarny łabędź burzy zadowolenie, że mamy wszystko pod kontrolą.

Szybkości, z którą rozpowszechnia się wirus, towarzyszy ferment intelektualny. Konieczne staje się to, co jeszcze ponad miesiąc temu było nie do pomyślenia. Politykę zaciskania pasa i dyscypliny finansowej zastępują wielomiliardowe pakiety finansowane przez banki centralne. W walce z epidemią prywatna służba zdrowia jest bezużyteczna. Sektor prywatny dzisiaj nie mówi „mniej państwa”, lecz domaga się wsparcia finansowego ze środków publicznych. Czarny łabędź z Wuhan odsłonił ideologiczny wymiar realizowanych polityk ekonomicznych. Nikt poza neoklasycznymi fundamentalistami nie pyta już, jak za to zapłacić.

Nowoczesna Teoria Monetarna (Modern Monetary Theory), teoria suwerennie monetarnego państwa, podkreśla, że państwa będące emitentami własnej waluty nie są ograniczone finansowo. Zawsze mają możliwość zwiększenia swoich zasobów finansowych poprzez instrument długu publicznego. Nie oznacza to, że ilość pieniądza w gospodarce nie ma żadnego znaczenia. To, czym jesteśmy ograniczeni, to zasoby, np. dostępne respiratory, maseczki, personel medyczny. Brak środków finansowych jest zawsze decyzją polityczną, nie faktem ekonomicznym. Wynikające z ekonomicznej ortodoksji pytanie „Jak państwo ma za to zapłacić” – jest trywialne. Prawdziwy problem dotyczy tego, ile zasobów do osiągnięcia określonego celu trzeba zmobilizować.

Koronawirus jako szczególny rodzaj kryzysu

Kryzys w 2008 roku był wynikiem narastającego od lat zadłużenia prywatnego. Bańka spekulacyjna pękła, pogrążając rynki finansowe. W wyniku tego zmniejszył się popyt, do którego następnie dostosowała się podaż. Rezultatem była recesja ekonomiczna. Właściwą reakcją władz publicznych byłby w takich warunkach klasyczny stymulant keynesowski w postaci inwestycji publicznych i nowych miejsc pracy. Wzrost popytu efektywnego umożliwiłby ożywienie gospodarcze i poprawę materialnych warunków życia.

Nadchodzący kryzys ma natomiast charakter szoku podażowego. Wirus w zglobalizowanym społeczeństwie paraliżuje globalne i lokalne łańcuchy dostaw. Firmy nie mogą funkcjonować, bo dostawy z zagranicznych rynków są wstrzymane. Dystansowanie społeczne ogranicza mobilność siły roboczej oraz aktywność konsumencką. W tym momencie szok podażowy przekłada się na wymiar popytowy. Przedsiębiorstwa przestają odnotowywać zyski, tną płace i zmniejszają zatrudnienie. To wpływa na mniejszy popyt wewnętrzny. Rezultatami są recesja i dalszy wzrost bezrobocia.

Bezcelowe w obecnych warunkach są inwestycje publiczne mające na celu pobudzenie gospodarki. Celem jest pokonanie epidemii, co może dokonać się tylko poprzez zamrożenie gospodarki. Ograniczając poziom aktywności ekonomicznej i społecznej tworzymy przestrzeń, w której jesteśmy w stanie zapobiec masowemu rozpowszechnianiu się wirusa. Opanowanie epidemii będzie połową sukcesu. Po okresie wstrzymania gospodarki musimy wejść na ścieżkę dobrobytu i zrównoważonego rozwoju.

Czy jednak propozycje liberałów gospodarczych i nowolewicowych aktywistów są w stanie sprostać temu wyzwaniu? Powątpiewam i uważam, że stanowią awers i rewers jednowymiarowego ujęcia problemu.

Socjalizm dla firm, kapitalizm dla pracowników

W ujęciu neoklasycznym kluczowa jest strona podażowa gospodarki, tj. wszystko to, co sprawia, że przedsiębiorstwa mogą produkować więcej i szybciej. Regulacje, podatki czy prawa pracownicze są złe, ponieważ nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału firm. Wychodząc z tego paradygmatu, neoliberalni politycy domagają się wstrzymania opodatkowania przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Firmom w dostosowaniu się do nowych realiów ma pomóc daleko idąca liberalizacja przepisów o prowadzeniu działalności gospodarczej. Celem nie jest jednak stworzenie warunków, które pozwolą prywatnym przedsiębiorcom przetrwać okres epidemii. Liberałowie mówią, że w dobie kryzysu trzeba uwolnić sektor prywatny od państwa, a rynek zrobi swoje. Przegapiają oni fakt, że dla zatrzymania COVID-19 potrzebujemy zmniejszyć dynamikę ekonomiczną.

Nie zdrowie publiczne, ale wzmocnienie sektora prywatnych przedsiębiorstw i osłabienie pozycji negocjacyjnej pracowników jest celem gospodarczych liberałów. Chcą oni zahamować zwalniający wzrost gospodarczy destrukcją praw pracowniczych – ułatwiając zwolnienia, obniżając pensje czy likwidując świadczenia socjalne. Zysk, nie zdrowie, jest priorytetem.

Bezdroża dochodu podstawowego

W roli adwersarzy powyższego stanowiska pozycjonują się lewicowi zwolennicy dochodu podstawowego – koncepcji stałego i powszechnego transferu pieniężnego dla obywateli.

W przeciwieństwie do liberalnych ekonomistów, dostrzegają oni znaczenie efektywnego popytu dla funkcjonowania gospodarki. W dobie „narodowej kwarantanny”, kiedy obserwujemy spadek aktywności gospodarczej powodującej mniejszą ilość ofert pracy czy wzrost bezrobocia, kluczowe jest zapewnienie ludziom środków do życia. Comiesięczne świadczenie finansowe jest jednym z instrumentów, które pozwala gospodarstwom domowym przetrwać ten okres. Lewicowcy ignorują jednak, że po fazie zamrożenia gospodarka musi wejść w fazę ożywienia. Jest to nie do zrealizowania przy braku przedsiębiorstw dostarczających towary i usługi. Jeśli kryzys wywołany globalną epidemią zniszczy podażową stronę gospodarki, to przy popycie utrzymanym dzięki dochodowi podstawowemu gospodarstwa domowe staną przed ryzykiem wysokiej inflacji. Konsumenci z pieniędzmi, ale z mniejszą pulą produktów możliwych do zakupu wywołają wzrost cen, który obniży siłę nabywczą otrzymywanych świadczeń. Sam dochód podstawowy nie gwarantuje powstania nowych miejsc pracy w sytuacji osłabienia sektora prywatnego. W takich warunkach argument o wzmocnieniu siły przetargowej pracowników jest nieistotny.

Czego potrzebujemy?

Propozycje liberalnych i nowolewicowych ekonomistów nie są wystarczające, by poradzić sobie z gospodarczymi konsekwencjami epidemii. Intencją liberałów jest wzmocnienie pozycji prywatnych przedsiębiorców względem państwa oraz pracowników. Lewicowi zwolennicy dochodu gwarantowanego wskazują na korzyści dla średniozamożnych i uboższych gospodarstw domowych. Jednak w praktyce zostawiają całą strukturę społeczno-ekonomiczną i model państwa nietkniętymi. Obydwa podejścia są jednowymiarowe i nie rozróżniają między celem krótkoterminowym i długoterminowym.

Zdrowie publiczne i zdławienie epidemii są obecnie priorytetowe. W dłuższej perspektywie zadaniem jest budowa gospodarki gwarantującej godny byt swoim obywatelom, zrównoważony rozwój i dającej narzędzia do sprostania podobnym kryzysom w przyszłości.

W praktyce oznacza to zamrożenie aktywności ekonomicznej Polski przy zagwarantowaniu środków do życia. Polacy muszą mieć zapewnione jedzenie na stole, miejsce do mieszkania oraz dostęp do niezbędnych usług (np. elektryczność, kanalizacja, woda etc.). Państwo powinno zagwarantować wypłacalność dotychczasowych świadczeń socjalnych oraz podwyższyć te, które w związku z turbulencjami gospodarczymi będą dużo bardziej potrzebne (np. zasiłek dla bezrobotnych). Równoległym działaniem jest ograniczenie odpływu gotówki z budżetów domowych poprzez zawieszenie szeregu danin publicznych, opłat mieszkaniowych oraz wywarcie presji na sektor bankowy w celu wprowadzenia wakacji kredytowych. Celem tych działań jest niedopuszczenie do zubożenia osób, które straciły źródło utrzymania.

Do momentu zwalczenia epidemii część aktywności gospodarczej powinna zostać zamknięta lub ograniczona. Szczególną ochroną państwa należy otoczyć branże, których funkcjonowanie jest kluczowe dla pokonania COVID-19. Nie można pozwolić na ich paraliż ze względu na niesprzyjające warunki. Państwo w dużo większym stopniu powinno wpływać na mechanizmy rynkowe poprzez ustanowienie cen maksymalnych, racjonowanie deficytowych towarów czy nawet współzarządzanie strategicznymi firmami. Nie są to propozycje, które istnieją tylko na papierze. Donald Trump korzystając z uprawnień w ramach Defense Production Act nakazał General Electronics Co. (oraz pięciu innym firmom) przestawienie się na produkcję respiratorów [2].

Typ gospodarki, która najlepiej odzwierciedla wyzwania, przed jakimi stoimy, to gospodarka czasu wojny. Przeciwnikiem nie jest obce państwo, ale wirus. W obydwu przypadkach zwycięstwo wymaga pełnej mobilizacji zasobów i podporządkowania się głównemu celowi, którym jest zdrowie publiczne.

Nowy Ład

Kryzys nie może się zmarnować. Nie wyciągając lekcji z niego, państwo polskie pozostanie nieprzygotowane na zawirowania, które przyniesie przyszłość. Dlatego już teraz trzeba postawić postulaty nowego ładu gospodarczego.

Doświadczenie epidemii pokazuje, że globalne łańcuchy dostaw bardzo szybko mogą zostać przerwane. Chiny, które są głównym dostarczycielem półproduktów do firm produkcyjnych na świecie (20% globalnego handlu) mają silne przełożenie na przemysł precyzyjny, maszynowy, automotive i sprzętu komunikacyjnego. W raporcie UNCTAD na temat wpływu COVID-19 na globalną gospodarkę przebija się teza, że obostrzenia nałożone w związku z wirusem mogą uderzyć w zdolności produkcyjne fabryk umiejscowionych w Europie [3]. Maksymalizacja zysków musi ustąpić postulatowi bezpieczeństwa narodowego. Oznacza to skrócenie łańcuchów dostaw poprzez ich re-lokalizacje, tj. powrót bazy produkcyjnej do kraju pochodzenia. Pozwoli to zmniejszyć ich zawodność i współzależność w kontekście przyszłych zawirowań.

Konieczne jest zwiększenie potencjału służb publicznych. Lata polityki „optymalizacji” kosztów i niskiego finansowania zostawiły publiczną ochronę zdrowia bez narzędzi, by efektywnie poradzić sobie w sytuacji kryzysowej. Doniesienia o braku sprzętu, personelu i procedur to efekt zaniedbań wszystkich poprzednich ekip rządowych. Dlatego należy odrzucić kryteria zyskowności na rzecz wskaźników jakościowych związanych ze zdrowiem publicznym. Każdy obywatel bezwzględnie musi mieć zapewniony dostęp do sprawnie funkcjonującej służby zdrowia.

Kolejnym słabym ogniwem w obecnym kryzysie jest sytuacja pracowników najemnych. Deregulacja rynku pracy doprowadziła do upowszechnienia się atypowych form zatrudnienia. Tacy pracownicy są pozbawieni szeregu zabezpieczeń, którymi dysponują pełnoetatowcy. Należy wyeliminować ten dualizm i zapewnić jednolitą ochronę wszystkim.

Wraz z rosnącym bezrobociem i niezdolnością sektora prywatnego do zatrudnienia wszystkich, którzy chcą pracować, państwo powinno wdrożyć instrument polityki gwarantowanego zatrudnienia. Program byłby skupiony na aktywnościach społecznie użytecznych, ale nie traktowanych jako zyskowne wedle rynkowej logiki. Celem jest, by każdy kto chce pracować, mógł znaleźć zatrudnienie za płacę gwarantującą przynajmniej minimum socjalne. Nawet w obecnej sytuacji można wyobrazić sobie prototypowe wdrożenie tego rozwiązania. Państwo polskie mogłoby zatrudniać pracowników do przygotowywania i rozwożenia posiłków osobom będącym w grupie ryzyka (seniorzy czy niepełnosprawni) czy oferować pracę z domu, np. przy obsłudze infolinii dla NFZ-u. Po epidemii pulę oferowanych stanowisk będzie można poszerzyć [4].

Aby zbudować bardziej sprawiedliwą i stabilną gospodarkę należy wyzbyć się z ortodoksyjnego myślenia, jakoby państwo było ograniczone finansowo. Kraj suwerenny monetarnie jako emitent swojej waluty nie jest zależny od wielkości budżetu, ale od realnie istniejących zasobów. Epidemia wirusa odsłoniła, że hasło zbilansowanego budżetu ma charakter ideologiczny. Nieangażowanie wszystkich możliwych sił do zwalczenia COVID-19 i budowy lepszego społeczeństwa w obawie przed długiem publicznym jest w najlepszym przypadku głupotą, a w najgorszym przypadku wyrachowaniem mniejszości, by czerpać zyski kosztem cierpienia innych.

Kamil Sawczak

Bibliografia:

[1] Taleb N., Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń, Kurhaus Publishing, 2015.

[2] https://www.rp.pl/Biznes/303289988-Trump-zmusza-General-Motors-i-Forda-do-produkcji-respiratorow-Nie-traccie-czasu.html

[3] Global Trade Impact of the coronavirus (COVID-19) epidemic, United Nation Conference On Trade and Development, 4 marzec 2020, https://unctad.org/en/PublicationsLibrary/ditcinf2020d1.pdf

[4] Więcej szczegółów odnośnie do polityki gwarantowanego zatrudnienia można znaleźć: https://www.pavlina-tcherneva.net/job-guarantee

Teksty rymowane

Teksty rymowane

przemoc

przemoc to żyć za tysiąc pięćset

w zimnym mieszkaniu na czwartym piętrze,

które wygląda na kawalerkę

po nieprzespanej kolejnej nocy,

kiedy minuty długie, niepewne

zdawały się wlec wciąż, ledwie co kroczyć

 

przemoc to wstawać o piątej przed świtem,

by zdążyć zakręcić kaloryfery,

aby rachunki cyfr nie miały czterech

i by choć trochę starczyło na życie,

by nie oszczędzać na kredkach dla dziecka,

aby wciąż liczyć złotówki przestać,

aby się wynieść z czwartego piętra,

mieć nowe ciuchy, raz kupić wino,

trochę pokręcić się w handlowych centrach,

przejrzeć wystawy, nie tylko je minąć,

odwiedzić teatr, muzeum czy kino,

aby się cieszyć choć jedną chwilą

pośród bezsensu, co cię wypełnia

 

przemoc to siedzieć przez godzin siedem,

będąc na każde palca skinienie

nie być człowiekiem, być tylko numerem,

lub stanowiskiem albo peselem,

kodem, zasobem lub tylko NIP-em,

i złem koniecznym w zakładzie pracy,

któremu trzeba niestety płacić,

któremu trzeba fundować życie,

który mieć musi lekarza, dentystę,

opiekę, urlopy, wolne niedziele

i jeszcze nawet ubezpieczenie

 

przemoc to wierzyć tym publicystom

narzekającym na rozdawnictwo,

na to, że ty im zabierasz wszystko,

że kiedyś nad morzem to było czysto,

że w górach pusto, że tak przejrzysto,

gdy mieli te góry i morza na własność

a teraz do miejsc tych przybyło chamstwo,

co przecież wszystko dostało za darmo

nie tak jak wielki pan publicysta

co swą wierszówką, harówką, ofiarą,

każdym swym słowem, swą pracą całą

zasłużył, by z dóbr tych wszystkich korzystać

 

przemoc to słuchać o patologiach,

co w końcu dostały swój marny ochłap

tak przecież mówi Newsweek, Wyborcza,

że się sprzedałeś za jakiś socjal

i że nie myśląc o prawach i sądach,

o demokracji, wolności, poglądach,

o wodzie w kranie, ciepłej lub zimnej

oddałeś wszystko, co jest im bliskie

jak mogłeś wcale o nich nie myśleć,

kiedy na szali są sprawy wyższe?

 

kiedy stać musisz, gdy oni siedzą,

gdy wegetujesz kolejny miesiąc,

marznąc w mieszkaniu, znów mało jedząc

a oni mówią, że ciągle chcesz więcej,

łapę wyciągasz po więcej pieniędzy,

że się sprzedałeś za srebrników pięćset

zamiast uchwycić ich dobrą rękę

i wspólnie walczyć, by było jak było

o demokrację, o spokój i miłość,

o wolne sądy, śmieciowe umowy

i o eksmisje – te w środku nocy,

o wolny rynek, o brak rozdawnictwa,

i o programy Tomasza Lisa

 

gdy mówić będą, o wszystkim tym bredząc

słuchaj uważnie – to właśnie przemoc

 

eko

wśród plastikowych plaż i odkręconych kranów,

gdzie w pierś się bije milionerów paru

tych z rafinerii i tych od odpadów,

ze łzami na nowym filmie Netflixa,

gdzie celebryta swe grzechy wylicza

to, że nie dawał dobrego przykładu

i brak mu było empatii, czułości,

ale już kocha te lwy i foki,

tygrysy, rysie i wszystkie drzewa,

ale iść musi, bo jacht mu ucieka

 

wśród eko-coli, bio-soków, kampanii społecznych,

zielonych krawatów, torebek, wędrówek leśnych,

procenta od kawy na pomoc Afryce

i tego procenta, co dzierży kapitał

wśród żartów rubasznych o Grecie Thunberg,

rechotu prawicy, że ekofaszyzm,

że wolność odebrać chcą im lewacy,

wśród ognia, co trawi tajgę i tundrę,

zniczy, co płoną za pamięć lodowca,

drapania w płucach, łamania w kościach

pośród foliówek w żołądkach ptaków,

i przypadkowych wszystkich pożarów

bez raf koralowych, bez Amazonii,

lecz z celebrytą, co grzechy przypomni

 

wciąż kapie woda i płonie węgiel,

bo innego końca świata nie będzie

 

Piotrek Kolasiuk

Wirus kontra artyści

Chociaż problem rozprzestrzeniania się koronawirusa zdominował w ostatnim czasie wszelkie dyskusje nie tylko na tematy zdrowotne, ale również społeczne, polityczne i gospodarcze, to jednak niewiele osób zastanawia się nad skutkami pandemii w sferze kultury i sztuki, w tym nad jej wpływem na losy samych twórców. Tym bardziej zasadne wydają się pytania: w jakiej kondycji będzie kultura po światowej epidemii? Czy – lub na ile – zmieni się rola artystów? Czy wzrośnie rola nowych technologii oraz narzędzi multimedialnych w procesie tworzenia? Jak artyści będą postrzegani przez społeczeństwo? Czy na fali kryzysu gospodarczego nie dojdzie do drastycznych cięć w obszarze kultury? Nad tymi kwestiami, prędzej czy później, warto się poważnie zastanowić.

Zacznijmy od opinii, że grupą najbardziej poszkodowaną wskutek pandemii są przedsiębiorcy. Oni to bowiem stanowią siłą napędową gospodarki, mają realny wpływ na wzrost PKB i jego dynamikę. Jeżeli zgodzimy się z powyższą tezą, to warto przywołać opinię rektora Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, prof. Klaudiusza Barana. Twierdzi on, że na współczesnym rynku muzycznym (a szerzej w ogóle na rynku sztuki) właściwie każdy artysta jest, abstrahując od realnych form zatrudnienia, właścicielem jednoosobowej firmy, niezależnie od tego, czy działamy w obszarze sztuk muzycznych, plastycznych czy teatralnych. Formy zatrudnienia bywają w naszym środowisku różne: etat w instytucji kultury, praca w szkole artystycznej, regularne lub nieregularne umowy „śmieciowe” dotyczące realizacji poszczególnych eventów itp.

Każdy artysta na współczesnym rynku pracy, podobnie jak menedżer lub właściciel niewielkiej firmy, podejmuje decyzje dotyczące rozwoju swojego „przedsiębiorstwa”, czyli kariery. Jedni więc „inwestują”, wydając pieniądze na dalszy rozwój „firmy”, czyli udział w kursach mistrzowskich czy warsztatach, a inni gromadzą „kapitał” poprzez jak największą liczbę koncertów, eventów, wydarzeń. Oczywiście decyzje dotyczące ulokowania tego kapitału zależą od indywidualnej sytuacji rodzinnej i osobistej danego „przedsiębiorstwa” oraz od priorytetów życiowych. I niezależnie od tego, jak te proporcje kształtowały się wcześniej, w związku z aktualnym stanem epidemiologicznym zdecydowana większość artystów w naszym kraju może czuć się poszkodowana.

Sytuacji, która nastąpiła, nie można było przewidzieć. Czy jednak, przywołując dawne słowa byłego premiera RP Włodzimierza Cimoszewicza, można się było ubezpieczyć? Niestety, zarobki w sferze kultury wciąż pozostają niewystarczające. Odnosi się wrażenie, że wielu artystów w naszym kraju pozostaje w swoistej „pułapce średniego rozwoju”. Choć zarabiają coraz więcej, to jednak ich bieżące wydatki związane z prowadzeniem życia rodzinnego oraz koniecznym w tej branży samorozwojem (wspomniany udział w warsztatach, kursach, studiach podyplomowych) są relatywnie duże. Wyższe koszty utrzymania, szczególnie w wielkich miastach, połączone z niewielkim wzrostem uposażeń w instytucjach kultury, sprawiły, że ciężko było – zwłaszcza w ostatnich latach – zgromadzić fortunę jako muzyk w orkiestrze symfonicznej, nauczyciel w szkole baletowej czy instruktor w domu kultury. Mówimy oczywiście o artystach, a nie o jednosezonowych gwiazdeczkach ze świata show-biznesu czy o celebrytach. Wokalista i performer Krzysztof Skiba słusznie zwrócił uwagę, że ci ostatni ronią dziś łzy nad dramatycznym losem ludzi kultury, a tymczasem ich krociowe zarobki
z ostatnich lat można było zainwestować, tak aby dziś zapewnić sobie spokojną egzystencję w dobie pandemii. Jeżeli wykonawca muzyki rozrywkowej (taki z wyższej półki) inkasuje za koncert 50-60 tys. złotych, a miesięcznie jest w stanie zrealizować kilka eventów na terenie całej Polski, to, mówiąc wprost, taki ktoś rzeczywiście mógł się ubezpieczyć.

Aktualny kryzys wykazał jeszcze jedną słabość na linii artyści – państwo, mianowicie brak przystosowania polskiego prawa pracy do zmieniającego się świata kultury. Z punktu widzenia państwa istnieją bowiem dwie kategorie ludzi sztuki. Jedni to ci, którzy mają zagwarantowany dochód dzięki stałej pracy, przeważnie w państwowych lub samorządowych instytucjach kultury. Drudzy to „wolni strzelcy”. Powszechnie uważa się, że ci drudzy pozostają na umowach śmieciowych, ponieważ mają status wielkiej gwiazdy albo są… życiowo niezaradni. Tymczasem w ostatnich latach pojawił się w klasie średniej (pod względem zarobków) środowiska artystycznego trend bycia „wolnym z wyboru”, jako element celowego działania. Czyli celowego prowadzenia jednoosobowego przedsiębiorstwa. Niejednokrotnie artyści rezygnowali ze stabilnego etatowego zatrudnienia na rzecz umów o dzieło. Kilka stałych, systematycznie powtarzanych, regularnych kontraktów, zapewniało im zdecydowanie wyższe wpływy i możliwości rozwoju, niż praca w instytucji kultury. Niestety, rodzime prawo pracy w stosunku do środowiska artystycznego szwankuje.

Warto przywołać w tym kontekście raport teatrolożki dr Joanny Szulborskiej-Łukaszewicz, przygotowany dla Związku Artystów Scen Polskich w roku 2015. Podkreśla on „konieczność stworzenia systemu ubezpieczeń zdrowotnych i zabezpieczeń emerytalnych, dostosowanego do specyfiki zawodów artystycznych” oraz „konieczność wspierania i rozwoju pracy artystów między innymi poprzez szkolenia i wykorzystanie funduszy samorządowych, tworzenie nowych miejsc pracy, a także przeciwdziałanie dalszej destabilizacji zawodu artysty”. Dobrym rozwiązaniem mogą być wzory niemieckie, gdzie artyści sami odkładają na przyszłą emeryturę, a sprawdzone rozwiązania funkcjonują tam od 1981 roku. Jak zauważają autorzy ekspertyzy przygotowanej pod kierunkiem prof. dr hab. Doroty Ilczuk (prekursorki badań z zakresu ekonomiki kultury w Polsce) dla Ogólnopolskiej Konferencji Kultury, w Niemczech „artyści […] niezależni podlegają obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu. Ustawa o obowiązkowym ubezpieczeniu społecznym […] chroni artystów […] niezależnych w zakresie ubezpieczeń: zdrowotnego, pielęgnacyjnego i rentowego, przy czym artyści […] jako pracobiorcy są zobowiązani do płacenia tylko połowy stawki ubezpieczenia socjalnego. Część kwoty ubezpieczeń, odprowadzana zwy¬kle przez pracodawcę, pokrywana jest w tym wypadku przez przedsiębiorstwa, które regularnie nabywają i wprowadzają na rynek dzieła artystyczne i publicystyczne. Firmy te podnoszą wszystkie wypłacane honoraria o 5,2 proc. (od 2014 roku) i z tej nadwyżki płacą składki na ubezpieczenia społeczne artystów. Dodatkowo środki na ową »część pracodawcy« pozyskiwane są z dotacji landów, których wkład wynosi obecnie 40 proc. wydatków kasy socjalnej artystów”.

Moim zdaniem konsekwencją walki z pandemią powinno być wprowadzenie bardziej prosocjalnych rozwiązań dotyczących artystów niezależnych, tak by w przyszłości mogli oni sobie lepiej poradzić z podobnie dramatyczną sytuacją, jak ta dzisiejsza. Minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński zaproponował nieco inne działania. Bieżące problemy finansowe ludzi sztuki mają być rozwiązane poprzez aktywizację pomocy socjalnej z Funduszu Promocji Kultury. Innym rozwiązaniem jest nowy program dotacyjny „Kultura w sieci”, będący elementem tak zwanej Tarczy Antykryzysowej. Ta druga propozycja wydaje się być ciekawym punktem wyjścia do dyskusji na temat wzajemnych zależności kultury i Internetu. Od kilku tygodni obserwujemy bowiem wzmożoną aktywność artystów sztuk wszelakich w mediach społecznościowych. Internet zalewają filmy, utwory muzyczne, piosenki, happeningi. Czy jednak po zakończeniu pandemii będziemy jako odbiorcy woleli transmisję on-line od wizyty w teatrze lub w sali koncertowej? Propozycje prof. Glińskiego traktować należy jako niezbędną „tratwę ratunkową” dla ludzi kultury. Budżet programu opiewa na kwotę 15 mln zł. To zdecydowanie więcej niż analogiczne programy Ministra realizowane poprzez finansowanie za pośrednictwem Instytutu Muzyki i Tańca (np. programy „Zamówienia kompozytorskie” czy „Dyrygent-rezydent”). Mimo wysokich kwot, środki przeznaczone na realizację programu „Kultura w sieci” są prawdopodobnie niewystarczające, by zapewnić odpowiednie zasilanie i ustabilizowanie budżetu domowego każdego niezależnego artysty w Polsce. Z drugiej jednak strony należy docenić ciekawą formułę programu, która nie jest zasiłkiem, lecz czymś w rodzaju stypendium twórczego przyznawanego za działalność kulturalną w Internecie.

Pomysł dotowania przez Ministra ambitnych projektów wydaje się ciekawy. Czy jednak faktycznie można przenieść całe instytucje kultury do sieci? Czy w związku z tym zmieni się relacja artystów z widzami/odbiorcami? Czy również po zakończeniu kwarantanny kultura przeniesie się do sieci? Otóż moim zdaniem cała ta sytuacja nie jest w stanie doprowadzić do zanegowania podstawowej prawdy, że istotą działalności artystycznej jest kontakt wykonawcy z odbiorcą. Rozwój technologii kultury (programów do tworzenia filmów, muzyki, dzieł plastycznych), który obserwujemy przez cały wiek XX, nie zmienia faktu, że najpiękniejszą nagrodą dla artysty są szczere gromkie brawa po zakończonej prezentacji dzieła. Zatem rozwój technologii kultury – tak. Zmiana paradygmatu widz-odbiorca – nie.

Warto tu przywołać słynną teorię „dzieła otwartego” Umberto Eco. Każdy spektakl, koncert, wydarzenie artystyczne opiera się na interakcji – kontakcie widza z odbiorcą, który często nieświadomie wpływa na kształt dzieła artystycznego. Włoski semiolog pisał, że „sztuka może wybrać sobie tyle przedmiotów swojej wypowiedzi, ile zapragnie, lecz jedyną liczącą się treścią jest sposób, w jaki człowiek ustosunkowuje się do świata”. Swoją teorię Eco zastosował przede wszystkim do awangardowych projektów z II połowy XX wieku, w rodzaju „teatru instrumentalnego”. Dziś możemy już śmiało pójść o krok dalej, twierdząc, że właściwie każde wydarzenie artystyczne jest w istocie „dziełem otwartym”. I wszystko wskazuje na to, że nawet bardzo dynamiczny w przyszłości rozwój technologii kultury, będący prawdopodobnie następstwem pandemii, raczej tego nie zmieni.

Przyszłość gospodarcza zarówno naszego kraju, jak i reszty świata wydaje się co najmniej niepewna. Wybitny ekonomista, były minister finansów oraz autor bestsellerowej publikacji „Wędrujący świat”, prof. Grzegorz Kołodko, zwraca uwagę, że choć wzrost PKB w ostatnim kwartale tego roku może być znów dodatni, to wzrost bezrobocia oraz cięcia programów socjalnych w niedalekiej przyszłości wydają się być nieuniknione. Niestety, wśród elity politycznej, niezależnie od barw partyjnych, może się pojawić pokusa szukania oszczędności w dziedzinie kultury. Ludzie kultury przerabiali już ten problem w okresie transformacji gospodarczej w początkach lat 90. XX wieku. Dochodziło wówczas do sytuacji absurdalnych, gdy na przykład zlikwidowano słynną Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie, będącą wraz z chórem jednym z najlepszych zespołów oratoryjnych w Europie. Tłumaczono tę decyzję oszczędnościami i koniecznością zachowania równowagi budżetowej miasta. Dziś widać wyraźnie, że utrzymanie tego zespołu nie było zbyt kosztowne, zaś sukcesy muzyczne ogromne. Tyle że zespołu, bezcennego kapitału ludzkiego – nie można już odtworzyć. Całkiem niedawno podobne działania podjęły władze samorządowe na Śląsku, gdzie doprowadzono do upadku Gliwickiego Teatru Muzycznego. Po pierwszych „sukcesach budżetowych” bardzo szybko zauważono idiotyzm podjętej decyzji. Warto w tym kontekście przypomnieć anegdotę o Winstonie Churchillu. Tuż przed wybuchem II wojny światowej premier Wielkiej Brytanii na spotkaniu z ministrami powiedział: „Starcie jest nieuniknione, pilnie potrzebujemy więcej pieniędzy na wojsko, musimy skądś wziąć te fundusze”. Minister wojny odparł: „Może obetniemy wobec tego wydatki na kulturę”. Na to Churchill bez wahania: „Panowie, to o co my wobec tego walczymy?”.

Przypomnijmy więc raz jeszcze, że w Polsce nie mamy zbyt wiele filharmonii, orkiestr, teatrów muzycznych, muzeów, galerii czy ośrodków kultury. Mimo to ostatnie 10-15 lat było okresem budowania swoistej mapy kultury. Coraz więcej mniejszych miejscowości zyskiwało instytucje, takie jak centra sztuki, orkiestry i filharmonie, które przedstawiały ofertę kulturalną dla mieszkańców. Ten trend trzeba kontynuować. Piszę o tym, ponieważ wciąż można się spotkać z negatywnymi komentarzami dotyczącymi budowania infrastruktury kulturalnej w naszym kraju. Nawet w okresie koniunktury gospodarczej pojawiały się głosy wzywające do likwidacji orkiestry, chóru czy ośrodka kultury w mniejszym mieście w imię mitycznych „oszczędności”. „Po co nam te grajki?”, „te szarpidruty przejadają publiczne pieniądze”, „ciekawe ile się dostaje za nicnierobienie…”. To autentyczne komentarze z ostatnich lat, zamieszczane pod relacjami z koncertów orkiestr w Elblągu, Gorzowie Wielkopolskim, Płocku czy Radomiu.

Krytykom i hejterom należy zdecydowanie odpowiedzieć, że – niestety – za pracę artysty nie otrzymuje się oszałamiających pieniędzy. Przeciwnie – są to środki zdecydowanie niewystarczające na godną egzystencję. Zanim zacznie się wykonywać zawód np. muzyka, trzeba zwykle ukończyć szkołę pierwszego, później drugiego stopnia, następnie wyższą uczelnię muzyczną. Później mistrzowskie kursy, studia podyplomowe. Myślę, że pensja na poziomie średniej krajowej (lub niższa) w orkiestrze, to niewielka rekompensata ze strony władz miasta i jego mieszkańców dla artystów, którzy promują miasto oraz region poza jego granicami. Jestem absolutnie pewny, że teraz takie negatywne komentarze się nasilą. Niezależnie od tego, jak mocno epidemia odciśnie piętno na naszej gospodarczej rzeczywistości, miejmy zatem w pamięci słowa Churchilla.

Za pozytywną konsekwencję walki z koronawirusem uznać można natomiast powszechny dostęp do artystycznego skarbca prestiżowych instytucji kultury. Słynne muzea, filharmonie i teatry masowo udostępniają swoje zbiory online. W ramach walki o widza prezentowane są ekskluzywne do tej pory koncerty, wystawy i spektakle. Jest to o tyle ciekawe, że w ostatnich latach masowe udostępnianie choćby relacji video z tego typu wydarzeń było często blokowane przez… samych artystów. Możliwości, które stworzyło unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) pozwalały bowiem zakwestionować umieszczenie w Internecie fragmentu koncertu na żywo, jeżeli wykonawca się na to nie zgadzał. W tej chwili obserwujemy trend odwrotny. Trwa walka o widza i słuchacza, więc ochrona wizerunku, prawo autorskie i jego respektowanie zeszły niejako na plan dalszy. Osobiście uważam to za kierunek jak najbardziej pozytywny. Walka z udostępnianiem kultury nie ma najmniejszego sensu, a na YouTubie znaleźć można tysiące „nielegalnych” nagrań. Budujący jest fakt, że wielu artystów, bardziej konserwatywnych, sceptycznych wobec osiągnięć technologicznych (np. z kręgu muzyki poważnej), teraz przekonuje się do siły Internetu. Dostrzegli fakt, że jest on platformą umożliwiającą kontakt z odbiorcą dzieła artystycznego. Jest to kontakt ograniczony, niepełny, ponieważ odbiorca nie może współkształtować dzieła, jak to zwykle czyni podczas występu na żywo, zgodnie z koncepcją Umberto Eco. Pozwala on jednak zachować ciągłość instytucji kultury oraz działalności artystycznej. Pamiętajmy również, że w codziennej, dotychczas zabieganej rzeczywistości, część odbiorców ma teraz więcej czasu, by spokojnie obcować z kulturą.

Pozytywnym skutkiem pandemii mogą być również samorozwój i doskonalenie się twórców kultury. Odosobnienie, przerwa w pracy zawodowej może zaowocować nowymi projektami, pomysłami oraz inicjatywami. Dopiero za kilka miesięcy będziemy mogli przekonać się, jak wiele ciekawych dzieł muzycznych, filmowych, plastycznych, teatralnych czy kabaretowych powstało w czasie epidemii.

dr Jarosław Praszczałek

Good Bye, Hayek!

„Good Bye, Lenin!” to tytuł filmu z 2003 roku, reżyserowanego przez Wolfganga Beckera. Akcja rozgrywa się w czasie upadku NRD. Bohaterką jest Christiane Kerner, zaangażowana enerdowska komunistka, która zapada w śpiączkę w październiku 1989. Gdy budzi się w czerwcu 1990 roku, NRD już nie istnieje. Jej syn Alex stara się przygotować ją jak najdelikatniej na nową rzeczywistość, nie chcąc, by doznała wstrząsu, który mógłby przeszkodzić w powrocie do zdrowia. Inscenizuje wokół niej nieistniejąca już enerdowską rzeczywistość przy pomocy starych rekwizytów, nagrań wiadomości na video i rozmaitych sztuczek polegających na przepakowywaniu nowych elementów codzienności w stare enerdowskie opakowania i łuski. Cały czas jednak nowa rzeczywistość wysypuje się z tych opakowań, powodując zdumienie, niepokój, ale także śmiech. To, co nowe, jest tłumaczone na różne sposoby, często komiczne, językiem starego – np. nowe elementy miejskiego pejzażu biorą się stąd, że NRD zaczęło przyjmować uciekinierów z Zachodu. Helikopter zabiera pomnik Lenina na śmietnik, ale żeglując w powietrzu Włodzimierz Ilicz zdaje się czule żegnać z bohaterką. Film jest ciepły i zabawny, jest też bardzo smutny.

Podobne tragikomiczne wrażenie (minus ciepło) mam ostatnimi czasy przeglądając polskie media. Tak jakby nie dotarło do nich, co właściwie się dzieje, dziennikarze inscenizują sobie świat sprzed pandemii COVID-19 i ubierają nowe zjawiska w stare frazesy. Pojawia się zarówno plan Balcerowicza, jak i wzrost gospodarczy, dopływ środków finansowych do wielkiego biznesu, uelastycznienie czasu pracy, jak i hasło restrukturyzacji. Przez polskie niebo szybuje unoszony przez helikopter historii duch Friedricha Hayeka, znanego jako jeden z ojców założycieli doktryny neoliberalnej. Widmo to wyciąga w czułym geście ręce do polskiego głównego nurtu ekonomii, mediów, zarządzania i polityki.

Tymczasem, gdy wyjrzeć poza nasze poczciwe cztery ściany, to dzieją się rzeczy. Pominę wszystkie tradycyjne lewicowe głosy i media. Zacznijmy od „Teen Vogue”, które w artykule z 24 marca w bardzo dosadnych słowach wyjaśnia, jak „Pandemia korona wirusa ujawniła porażki kapitalizmu” i, co więcej, postuluje, że inne systemy gospodarcze są możliwe. „Financial Times” prezentuje 12 marca „Przyszłość socjalizmu w Ameryce”, ogłaszając, że amerykańska alergia na socjalizm była przesadzona, a przesłanie Berniego Sandersa trafia do amerykańskiej młodzieży i, być może, tenże jest Janem Chrzcicielem nowych czasów. „Daily Telegraph”, znany też jako „Daily Torygraph” – sztandarowy dziennik brytyjskiej partii konserwatywnej, 17 marca obwieszcza, niczym jakaś Szczepkowska à rebours, „Nie istnieje alternatywa [tak, tak, to jest to właśnie słynne hasło, to neoliberalne amen: There Is No Alternative]: w walce z koronawirusem jesteśmy wszyscy socjalistami”. Ten sam „Telegraph” w dziale Biznes radzi: „Boris musi niezwłocznie przyjąć socjalizm, by ocalić liberalny wolny rynek” (20 marca). Wprawdzie celem ma być uratowanie liberalnej gospodarki, ale co do środków tekst nie pozostawia wątpliwości: „nie ma żadnej spójnej alternatywy”.

W mediach pojęcie dobra wspólnego pojawia się nie tylko bez nawiązania do „tragedii” (często cytowana, choć oparta na co najmniej wątpliwych przesłankach, teoria biologa Garretta Hardina z 1968 roku spopularyzowała wyrażenie „tragedia dobra wspólnego” jako skrótową deklarację wyższości własności prywatnej), ale w tezach takich jak, na przykład, że „koronawirus przypomniał Amerykanom, że dążenie do szczęścia powiązane jest z dobrem wspólnym” („The Conversation”, 18 marca). Z kolei „The Independent” (17 marca) rozważa, „co koronawirus ujawnił o narodowych sposobach myślenia – i jak Kuba zajęła czołowa pozycję”. Tak, Kuba, ta sama, gdzie Castro i Che Guevara, postrach liberalnych salonów („i od Kuby uchroń nas, Ronaldzie…”). Wreszcie, „Poseł Torysowski żąda, by Richard Branson zapłacił wszystkim pracownikom Virgin ze swojego majątku” (25 marca). I, ostateczny kołek w serce Maggie Thatcher: „Istnieje coś takiego, jak społeczeństwo, ogłasza Boris Johnson ze swojego bunkra”. Brytyjski premier, nieustraszony bojownik neoliberalizmu, trawestuje bez szacunku słynne powiedzonko swojej wielkiej prekursorki („there is no such thing as society”). Inna sprawa, że czyni to z pobudek wybitnie narcystycznych i egoistycznych, aż takie cuda nawrócenia nie mają w naszym świecie miejsca.

Zresztą mniejsza o nawrócenia. Mówimy o języku – a ten zmienia się z dnia na dzień i niedługo będzie się dało powiedzieć wiele ważnych prawd bez bycia wyrzuconym do śmietnika „nieracjonalności”. Taki język istniał już wcześniej, ale tylko na marginesach. Lewicowa ekonomia, filozofia, socjologia, nauki zarządzania, lewicowe, lewicujące i ekoradykalne kręgi skupione wokół pism takich jak „Jacobin” czy „Social Europe”, a także wiele innych mniej lub bardziej niszowych, mniej lub bardziej rozproszonych środowisk od dawna mówiło o konieczności zmian, o brutalnym niezrównoważeniu neoliberalnego kapitalizmu. Od dawna też proponowano alternatywne strategie. W ostatnich latach propozycje te wyrażane były chyba szczególnie stanowczo. Ciekawym przykładem jest parafuturologiczna książka socjologa i publicysty Petera Frase’a a 2016 roku pod tytułem „Cztery przyszłości: Życie po kapitalizmie”. Frase, w odróżnieniu od dominujących w tym czasie dyskursów, nie wierzył w determinizm technologiczny, lecz raczej w różne użycia technologii. Ten, kto ma władzę, używa dostępnych technologii do swoich celów. W zależności od tego, jak będzie wyglądać układ sił społecznych, tak będzie wyglądać scenariusz rozwoju. Pierwszy scenariusz nazywa komunizmem, przez co rozumie nie komunizm państwowy typu radzieckiego, lecz w pełni równe społeczeństwo, które będzie umiało użyć technologii do wprowadzenia powszechnego dostatku. Od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb. Koniec wyzysku i koniec niszczenia środowiska. Drugi scenariusz to rentyzm: owszem, dostatek jest produkowany, ale tylko dla niewielkiej elity. Pozostali walczą o coraz bardziej ograniczone możliwości zatrudnienia przy obsłudze technologii, dzięki której bogaci stale się bogacą. Trzecia możliwość to socjalizm, czyli ustrój, gdzie wszyscy troszkę muszą się ograniczyć, nie ma wzrostu, ale za to jest równość, sprawiedliwość i troska o środowisko. Aby uratować klimat, państwo radykalnie przekształca strukturę społeczno-ekonomiczną. Każdy otrzymuje podstawowy dochód gwarantowany. Wreszcie, ostatnia możliwość, czyli eksterminizm. To opcja dystopijna, społeczeństwo horroru, gdzie mała zamożna elita wprowadza nowoczesny feudalizm. Życie ludzkie liczy się mniej, niż gospodarka – i to całkiem oficjalnie. Nadmiary „zasobów ludzkich” trzymane są w obozach dla uchodźców lub po prostu eksterminowane. Książka Frase’a nie jest może jakąś bardzo zaawansowaną futurologią (zakreśla możliwości raczej niż ekstrapoluje obserwowalne trendy), ale na pewno daje język do codziennych, poważnych rozmów o przyszłości. Taki język jest ogromnie ważny, szczególnie w systemie definiującym samego siebie jako pozbawiony alternatywy. Bardzo mocno dawało się to odczuć przez ostatnie lata w Polsce, gdzie bardzo brakowało innych języków do rozmowy o problemach społecznych, gospodarczych, organizacyjnych.

Sprawiało to, że trudno było zabrać na poważnie głos, jeśli nie mówiło się językiem neoliberalizmu, czy to z prawa, czy z lewa, czy z centrum (tak, neoliberalizm występuje we wszystkich barwach spektrum politycznego, dlatego tak ciężko było go podważyć). Pragnących mówić inaczej czekało odrzucenie i przedefiniowanie jako osoby niezasługujące na zostanie wysłuchanymi. Istniał cały słowniczek definicji. Mówili „wariatka” – to znaczyło mniej więcej „niech ona wreszcie się zamknie, bo rzeczy, które mówi psują mi dobry nastrój i niszczą samozadowolenie, a nie mam żadnych dobrych argumentów przeciwko jej twierdzeniom”. Mówili „nadwrażliwiec” – to znaczyło „ten facet uznaje za pełnoprawnych ludzi tych wszystkich, którzy muszą cierpieć czy poumierać, żebym ja mógł być bogaty i przekazać majątek moim dzieciom”. Mówili „dorośnij” – to znaczyło „napluj na swoje poczucie godności, tak jak ja, to dam ci zarobić, bo wiesz, ja naprawdę muszę zrobić karierę, to jest jedyna poważna rzecz w moim życiu”. Mówili „za słaby” – to znaczyło „nie ma serca z kamienia, ma jakieś ludzkie uczucia, to mnie stresuje i sprawia, że wpadam w depresję, będę musiał znów się napić i walnąć sobie prochy”. Mówili „nierealne, ludzie są źli i głupi, im się tak właśnie podoba, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie z tym walczył”. Okazywali pogardę, kazali cieszyć się, że z łaski pozwalają żyć na marginesach. Trzymali krótko, nie nagradzali, nie zapraszali – ostracyzowali, wzruszali lekceważąco ramionami. A gdy już musieli się odezwać w publicznej przestrzeni, to wyciągali stare dobre armaty: Wenezuela. Trach. Kuba. Bum. No właśnie, co z tą Kubą…?

Gdy siedzimy w pandemicznym odosobnieniu i słuchamy głosów z różnych miejsc, pamiętajmy, jak bardzo nie da się wrócić do tamtego świata. Tak, naprawdę był źle urządzony, niesprawiedliwy, odrażający. Uchodźcy giną na morzu, nikt „poważny” nie kiwnie palcem. Wycinane są lasy, zabudowywane zielone przestrzenie miast, dzień w dzień niszczone to, co żywe, zdrowe i piękne, w imię „ważnych celów” takich jak PKB. Nikt racjonalny nie bierze tego zbyt serio. Sfera publiczna rozgrabiona, przepraszam, „sprywatyzowana”, dobro wspólne dotknięte tragedią, ale nie nieskuteczności, wcale nie, lecz tragedią chciwości jednych kosztem drugich. Nie podoba się? To możesz zawsze zostać skazany prawomocnym wyrokiem niezależnego sądu. I to ciągłe schodzenie im z drogi – zawsze im się spieszyło, słusznie, dorośle, racjonalnie. Spieszyli się i zdawali nie wiedzieć, nie pamiętać, nie rozumieć, że gdy potęga radzieckiego państwowego komunizmu runęła, to przez kilka lat rozmawialiśmy o tym, co dobrego możemy teraz powołać solidarnie do życia. Te „długie nocne Polaków rozmowy”. Nie po to, by wycięli nam wszystkie drzewa w mieście. Nie po to, by zabrali każdy dom, „zefektywizowali” każdy szpital. Nie po to, by Polska miała siedmioro przedstawicieli na liście najbogatszych ludzi świata „Forbesa”. Nie po to, by uniwersytety zbudowały przewagę konkurencyjną.

Na początku lat 90. prowadziłam badania w terenie wśród polskich dyrektorów, pamiętających czasy PRL-u. Kiedyś, jako wątek uboczny, spytałam kilkoro spośród moich rozmówców o wspomnienia z czasów stalinowskiej młodzieżówki ZMP. Usłyszałam wiele opowieści, głównie mrocznych: o upokorzeniu, o strachu, o zdradzie, o kłamstwie, pogardzie, przemocy. I o języku uprawomocniającym to wszystko, ciągłej fałszywej narracji przewijającej się w szkołach, na uczelniach, na uroczystościach, nawet między znajomymi. Moi rozmówcy sami go używali, bo inaczej nie mogli, bo bali się, a także dlatego, że innego tak spójnego języka po prostu nie znali. Opowiadali o tym, jak ten język ich prześladował od zewnątrz i niejako od środka. Te ohydne, obce słowa, którymi wypełniła się ich młodość i które dla większości z nich bardziej, niż realnym, fizycznym zagrożeniem, były pętami i kneblem. O zebraniach, o samokrytyce, o akademiach pełnych tych słów. Jeden z moich rozmówców opowiedział mi tę historię do zaskakującego końca – jak w czasie „odwilży” w 1957 roku zebrali się na Plenum. Widział wokół siebie tych samych ludzi, co zawsze, te same twarze, ale teraz inne, miękkie, plastyczne. I zaczęli mówić. Mówili zupełnie inaczej, niż dotąd, opowiadał mój rozmówca, stał się cud, niby wszystko to samo, ale jednak nie takie samo, niby ci sami, ale jednak teraz – mówili ludzkim głosem. To był ostatnie plenum, ZMP zlikwidowano.

„Przestań wyobrażać sobie Apokalipsę. Zacznij wyobrażać sobie rewolucję” – mówi mem przekazywany sobie wśród moich znajomych na facebooku. Tak, wyobraźmy sobie, mamy już język, może powiedzieć na początek: good bye, Hayek, do widzenia, a właściwie – żegnaj. To ty, Friedrich i twoi ziomale sknociliście sprawę tak absolutnie, że teraz musimy siedzieć w domu, człowiek człowiekowi nie może podać ręki, nie można iść na kawę, księgarnie zamknięte, kto wie, czy kiedykolwiek się otworzą. Studenci, których moglibyśmy uczyć, są rozproszeni po rodzinnych miejscowościach. Gorzej, dużo gorzej: ludzie umierają na korytarzach szpitali. A troszkę wcześniej w Australii płonęły lasy, szalały powodzie i tornada. Wasze dogmaty były szkodliwe i kłamliwe, wasza estetyka była jadowita i jałowa, wasze ambicje egoistyczne. Wasz świat był niegościnny i brutalny. Żegnajcie, Hayek i cała kompanio, żegnajcie wszyscy, którzy zaprowadziliście nas na ten skraj. Ustąpcie miejsca wariatkom, nadwrażliwcom, niedorosłym. Inaczej dalszego ciągu nie będzie – a przecież jednak coś nas wszystkich łączy. Dwie rzeczy: jesteśmy ludźmi, nie chcemy końca świata. Wszystko ma swój czas. Niech to będzie czas mówienia ludzkim głosem.

prof. Monika Kostera

Zmartwychwstanie (1931)

Zmartwychwstanie (1931)

Święto Wielkiej Nocy jest najgłębszym symbolem zwycięstwa prawdy nad śmiercią. Bez żadnych przenośni ani specjalnej wykładni dziejów Jezusa Nazarejczyka widzimy przed sobą jego walkę nieubłaganą z tym wszystkim, co w panującym ówczesnym świecie żydowskim było zgniłe, kłamliwe, wrogie ludowi i reakcyjne. Religa żydowska była równocześnie prawodawstwem narodowym, a w ręku faryzeuszów stała się zbiorem przekręcań litery prawa, jawnym oszustwem na korzyść klasy panującej. Jawna prowokacja rzeczywistej religii, poparta gwałtem sfanatyzowanego tłumu – musiała wywołać odpór i walkę ze strony prześladowanych i wyzyskiwanych nędzarzy, pasterzy, rybaków, wyrobników.

Na czele takiego ruchu wyzwoleńczego stał Jezus, którego najbliżsi „apostołowie’” byli biednymi rybakami-proletariuszami. Ruch ten, jak wszystkie ruchy na Wschodzie, był religijnym, ale społeczna jego treść rozrywa nieraz szatę rozważań i sporów czysto religijnych i pokazuje, że to była walka nędzarzy z pogardzanymi i znienawidzonymi bogaczami. Bogacz w religii Jezusa nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego, bogacz, to lichwiarz, a faryzeusz, jego obrońca, to „grób pobielany”, to „ród jaszczurczy”, to handlarz świętościami, oszust, obłudnik!

Walka socjalna jest tu scharakteryzowana tak jaskrawo, że dzisiaj, w epoce walki socjalistycznej z kapitalizmem i jego faryzeuszowskimi obrońcami, trudno z niej wydobyć silniejsze słowa i kontrasty!…

Około Wielkiej Nocy przychodzi do konfliktu. Władza bogaczy i faryzeuszy więzi Jezusa i skazuje go na haniebną śmierć przybicia do Krzyża.

Jezus ponosi śmierć, ale idea jego nie daje się zabić. Zmartwychwstaje i zwycięża!

Żywioł zwycięstwa nad śmiercią, pokonania kłamstwa przez prawdę, jest wspólny każdemu ruchowi potężnemu myślowo i słabemu jeszcze, o ile chodzi o siły fizyczne. Ciało można ukrzyżować, ubezwładnić, uwięzić, ale ducha się nie zabije! Duch zmartwychwstanie i zwycięży, choćby koło grobu postawiono żołnierzy dla przeszkodzenia zmartwychwstaniu!

Walka duchów jest też istotną treścią pasowań się między klasami społecznymi, chociaż powstaje ona na tle zmian materialnych i wedle nich się kształtują jej każdorazowe formy. Całe narody, ujarzmione przez obcą przemoc, szukały wyzwolenia w walce duchowej, klasy społeczne i wyzyskiwane wytwarzały w sobie .siłę potężną idei prawdy i sprawiedliwości. mniejszej od gwałtu.

Socjalizm nowoczesny, oparty mocno o grunt realny zjawisk ekonomicznych, jest równocześnie olbrzymią walka dusz, toczoną między światem posiadaczy i ich płatnych „faryzeuszów”” a światem proletariatu, który występuje w imię pracy i wierzy mocno w swoje zwycięstwo.

Iluż to walczących socjalistów więziono i obezwładniono siłą fizyczną, przemocą i gwałtem, ilu robotników skazywano i skazuje się na nędzę i śmierć głodową ich rodzin, ile przemocy leży w demonstracji zbrojnej potęgi broniącej kapitalistów, a jednak myśl socjalistyczna idzie ku zwycięstwu!

Ci, którzy drżą o losy świątyni kapitalizmu, nie wiedzą, że socjalizm odbuduje inną, nową, wspanialszą budowę ustroju solidarności ludzkiej, że z gruzów starego świata musi powstać świat lepszy.

W rozpatrywaniach ideologicznych dziejów męki i zmartwychwstania Jezusa uderza nas, że ci, co uważają się za urzędowych jego następców, walczą dzisiaj ramię w ramię z biblijnymi „bogaczami”, spełniając u ich boku rolę biblijnych „faryzeuszy”… Oni to są przedmurzem i czujną strażą opancerzonych kas kapitalistów, oni przybrali barwę „pobielanych grobów”, oni gotowi do ukrzyżowania rewolucyjnej myśli i do strażowania przy jej grobie…

Ale myśl wolna, myśl nowa, myśl o prawdzie i sprawiedliwości społecznej zwycięży!

________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Oświata – pismo dla młodzieży robotniczej” nr 4/1931, Karwina, kwiecień 1931 roku. Był to miesięcznik wydawany przez Polskie Stowarzyszenie Robotnicze Oświatowo-Gimnastyczne „Siła” w Czechosłowacji. Stowarzyszenie „Siła” było młodzieżową organizacją związaną z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska Cieszyńskiego, której liderem był Ignacy Daszyński. Po aneksji części tych terenów po I wojnie światowej przez Czechosłowację, mimo ich większościowo polskiego składu etnicznego, pismo było wydawane nadal przez lewicowe środowisko polskiej mniejszości narodowej w tym kraju, a siedziba redakcji mieściła się kolejno w miastach Frysztat i Karwina, dziś połączonych w jedno miasto leżące w granicach Republiki Czeskiej.

Koronakryzys

Koronakryzys

Nie było wojny, nie zniszczono fabryk, nie zburzono domów. Kryzys, którego zaczynamy doświadczać, nie jest wynikiem załamania możliwości produkcyjnych naszej gospodarki, lecz tego, że przestaliśmy wydawać pieniądze. Siły wytwórcze nie zmniejszyły się – mamy w społeczeństwie tyle samo pracowników, co wcześniej, dostęp do takich samych maszyn i technologii, te same fabryki i tyle samo komputerów. Nie musimy niczego budować od nowa, nie potrzebujemy wyrzeczeń, pracy po dwanaście godzin dziennie ani zaciskania pasa.

To, co się wydarzyło można porównać do sytuacji, w której jedziemy rowerem i spada nam łańcuch. Nie możemy jechać dalej, ale nie dlatego, że zepsuły się hamulce, odpadło koło czy połamaliśmy nogi. Po prostu mechanizm, który przekładał pracę mięśni w ruch pojazdu, chwilowo nie działa. Łańcuch można nałożyć z powrotem, rower będzie jechał dalej. Z gospodarką jest podobnie.

Kryzys wziął się stąd, że przestaliśmy wydawać pieniądze. Zamknięto punkty usługowe, gastronomiczne, zamrożono turystykę, odwołano imprezy masowe. Biurowa klasa wyższa i średnia zaczęła pracować z domu i przestała wydawać pieniądze na zbytki. Popyt na usługi zniknął, a zamykane lokale zaczęły zwalniać pracowników, zatrudnianych zwykle na śmieciówkach. Pracownicy stracili źródło utrzymania i z konieczności ograniczyli wydatki do minimum, co doprowadziło do kolejnych zwolnień, bo wydatki jednych to dochody drugich. Nawet ci, którzy mieli odłożone pieniądze, zaczęli wydawać je ostrożniej, trzymając na czarną godzinę, która nie wiadomo kiedy wybije i jak będzie wyglądać. I choć każda z tych jednostkowych decyzji może być uzasadniona, to spoglądając z góry widzimy, że kryzys ma kształt błędnego koła. Porusza się spiralnym ruchem, który pogłębia problemy, które go wywołały i sam się napędza.

Właśnie dlatego wszelkie próby pokonania kryzysu za pomocą polityki cięć i ograniczeń – jak proponuje na przykład Grzegorz Hajdarowicz – są skazane na porażkę. Obcinanie świadczeń i zaciskanie pasa czy wstrzymanie wypłat 500+ to pomysły katastrofalne, bo prowadzące do jeszcze większego ubóstwa tych, którzy stracili pracę i kolejnego załamania popytu, a więc kolejnej fali bankructw i zwolnień. Kryzysu nie da się pokonać oszczędzając, bo to oszczędzanie jest jego przyczyną. Jeżeli chcemy przerwać to błędne koło, musimy przeciwstawić się logice cięć, uratować przed ubóstwem tych, którzy stracili pracę i sprawić żeby ludzi znów zaczęli wydawać pieniądze.

Jak znika pieniądz

Choć banknoty nie zniknęły magicznie z portfeli Polek i Polaków – wciąż jest ich tyle samo, ile było pół roku czy rok temu – to spirala zwolnień i zaciskania pasa sprawia, że gospodarka w czasach kryzysu funkcjonuje tak, jakby zabrakło w niej pieniędzy. Ograniczanie wydatków sprawia, że spada prędkość krążenia pieniądza, co daje taki sam efekt, jak gdyby część pieniędzy po prostu zniknęła. Dla obiegu gospodarczego nie ma żadnego znaczenia, ile fizycznie istnieje wydrukowanych pieniędzy w kieszeniach Polaków (czy cyfrowych na ich kontach) – znaczenie ma tylko to, jaka część z nich jest regularnie wydawana.

Jeżeli ktoś zakopał w ogrodzie skrzynię, a w niej sto miliardów złotych, to pieniądze te nie mają prawa mieć żadnego wpływu ani na gospodarkę, ani na inflację. Stanie się tak dopiero wtedy, kiedy je odkopiemy i zaczniemy wydawać, wejdą do obiegu i zaczną tworzyć popyt na towary i usługi. W tym świetle to, co stało się w naszej gospodarce na przestrzeni ostatnich miesięcy można porównać do sytuacji, w której tysiące Polaków zakopałyby swoje oszczędności w ziemi – pieniądze tymczasowo zniknęły, bo przestały być wydawane.

Właśnie dlatego celem polityki antykryzysowej jest przywrócenie pieniędzy do obiegu, a narzędziem, którego możemy użyć, żeby osiągnąć ten cel – rozdanie gotówki tym, którzy stracili pracę i nie mają za co żyć. Będziemy mieć pewność, że wydadzą pieniądze, a nie schowają ich na czarną godzinę, a ich wydatki zaczną odwracać trend zaciskania pasa. Zwiększony popyt na usługi i towary nie tylko zniechęci do zwalniania, ale i doprowadzi do przywrócenia do pracy niektórych z tych, którzy pracę stracili. Pracownicy, którzy odzyskają miejsca pracy, wydadzą dochody, których przedtem nie mieli, tworząc tym samym nowe miejsca pracy. Właśnie dlatego kolejne kraje myśląc o lekarstwach na kryzys gospodarczy, rozważają wprowadzanie różnych form bezwarunkowego dochodu podstawowego. Rozdawanie pieniędzy – przede wszystkim tym, którzy na pewno je wydadzą – ma sens w sytuacji, w której jesteśmy, bo kryzys, którego doświadczamy, nie wziął się ze spadku możliwości wytwórczych gospodarki (nie zbombardowano fabryk, nie przestały działać komputery czy telefony), lecz z zaburzenia procesu krążenia pieniądza w gospodarce.

Musimy przy tym zmierzyć się z dwoma strachami, które przez dekady wpajali nam liberalni propagandyści, a które w ostatnich tygodniach nieustannie wracają w debacie publicznej – strachem przed inflacją i obawami dotyczącymi długu publicznego.

Czym jest inflacja?

Inflacja to nic innego jak średni wzrost cen dóbr i usług, które kupujemy każdego dnia. Powstaje w sytuacji, w której ilość pieniądza w obiegu rośnie szybciej, niż liczba towarów, które można za te pieniądze kupić. Co stanie się z inflacją, gdy za kilka miesięcy otworzymy szkoły, sklepy, restauracje i bary?

Będziemy mieli do czynienia z radykalną nierównowagą pomiędzy tymi dwoma sferami. Z dnia na dzień liczba usług i dóbr dostępnych na rynku wzrośnie. Ilość wydawanych pieniędzy również wzrośnie, lecz w znacznie mniejszym stopniu. Pieniądze będą wydawać ci, którzy je mają, ale w wyniku zwolnień czy upadku części firm, setki tysięcy osób zostały trwale pozbawione źródła dochodu. Będziemy wtedy stali przed groźbą nie inflacji, a deflacji – a więc sytuacji, w której wartość pieniądza w czasie rośnie, a ceny towarów i usług spadają. I choć taka perspektywa może brzmieć kusząco – spadek cen to przecież powód do radości – deflacja sprzyja pogłębianiu się kryzysu, a nie wychodzeniu z niego. Po pierwsze, spadek cen usług to spadek płac tych, którzy te usługi wykonują, a więc spadek ich wydatków, a co za tym idzie powrót do błędnego koła kryzysu. Po drugie, deflacja spowalnia obieg pieniędzy w gospodarce, a inflacja – przyspiesza. Gdy mamy do czynienia z inflacją – wartość pieniądza spada o jeden, dwa czy pięć procent rocznie – nie opłaca się odraczać decyzji inwestycyjnych czy konsumpcyjnych, bo wiadomo że za te same artykuły w przyszłości zapłacimy więcej. W przypadku deflacji opłaca się czekać, inwestycje zrobić za rok czy dwa, bo wówczas będą tańsze. Tym samym przez rok czy dwa pozostawić bez pracy osoby, które moglibyśmy zatrudnić. Właśnie dlatego inflacja – na poziomie kilku procent – jest celem, do którego powinniśmy dążyć wychodząc z kryzysu, a nie obawą. Obawiać należy się deflacji, która nadejdzie, gdy zakończą się ograniczenia związane ze stanem pandemii.

Straszenie Polek i Polaków hiperinflacją w sytuacji, w której jesteśmy, mówienie o tym, że gdy rozdamy pieniądze najbardziej pokrzywdzonym przez kryzys, to za miesiąc chleb będzie kosztował 20 tysięcy złotych – jest niezrozumieniem tego, jak działa gospodarka i skąd wziął się kryzys. W obecnej chwili obawy przed hiperinflacją są równie uzasadnione, co obawy o to, że mamy za dużo łózek szpitalnych, które będą stały puste.

Skąd się bierze dług publiczny?

Drugim strachem, który zaszczepili nam liberalni eksperci, jest strach przed rosnącym długiem publicznym. Wbrew temu, co czasem sugerują, nie da się zjeść chleba, którego jeszcze nie upieczono. Istnienie długu publicznego nie oznacza więc, że żyjemy ponad stan, na kredyt, który spłacać będą przyszłe pokolenia. Każda wydana złotówka, nawet ta na kredyt, odpowiada dobrom, które zostały wyprodukowane i już istnieją. Dług publiczny nie jest zobowiązaniem ponadczasowym, a wyłącznie kwestią dystrybucji dóbr tu i teraz.

Strach przed długiem publicznym bierze się stąd, że zwykliśmy patrzeć na państwo jak na gospodarstwo domowe, które podejmuje nieodpowiedzialne decyzje i regularnie wydaje więcej niż zarabia. Ale w tym uproszczonym spojrzeniu jest luka – na co to państwo-gospodarstwo domowe wydaje pieniądze i u kogo właściwie jest zadłużone? Odwróćmy tę logikę. Państwo nie jest zadłużone tak, jak gospodarstwo domowe, które żyje ponad stan. Jest zadłużone, bo postanowiło ograniczyć swoje dochody dla celów politycznych – czy to ze strachu przed odpływem części wyborców, czy przed medialną propagandą, które to media zaskakująco często pozostają w posiadaniu drobnej garstki milionerów.

Dług publiczny nie jest zjawiskiem ekonomicznym, lecz tworem politycznym, który pozwala najbogatszym raz jeszcze powiększyć swój majątek. Mechanizm jest bardzo prosty – te same pieniądze, które państwo mogłoby pobrać w formie podatków, ostatecznie i tak uzyskuje, zaciągając dług publiczny – fakt że da się to zrobić, oznacza, że te pieniądze istnieją. Dług publiczny zaciąga się poprzez emisję obligacji skarbu państwa, które później są kupowane przez indywidualnych inwestorów, fundusze inwestycyjne czy korporacje. Płacimy więc najbogatszym – bo to ich stać na kupowanie obligacji skarbu państwa – za to, że łaskawie pożyczą pieniądze, których państwo nie ściągnęło od nich w formie podatków.

Niedofinansowana służba zdrowia, głodowe pensje nauczycieli czy ratowników medycznych to wynik tego, że państwo pozwoliło Kulczykom i Solorzom-Żakom uciec ze swoimi majątkami do rajów podatkowych, albo sztuczkami księgowymi opodatkować się w mniejszym stopniu niż opodatkowany jest przeciętny pracownik na minimalnej krajowej. Później pożyczyło od nich pieniądze, których zabrakło w budżecie, płacąc im – przy pomocy moich i twoich podatków – za możliwość tymczasowego skorzystania z ich majątku.

Ani hiperinflacja, ani kryzys zadłużeniowy, nie są realnymi zagrożeniami, których musimy się obawiać w 2020 roku. Stoimy przed załamaniem, które powstało w wyniku radykalnego spowolnienia obiegu pieniądza w gospodarce, właśnie dlatego wyjściem z sytuacji jest przyspieszenie jego obiegu, a nie propozycje „ekspertów” w rodzaju Hajdarowicza czy projektantów Tarczy Antykryzysowej, sprowadzające się do zrobienia z polskich pracowników – niewolników pracujących po kilkanaście godzin dziennie.

Hubert Walczyński

Biznesowirus, czyli jak przedsiębiorcy ogrywają związki zawodowe

Biznesowirus, czyli jak przedsiębiorcy ogrywają związki zawodowe

Wydaje się, że w sytuacji zagrożenia bytu milionów pracowników, w sytuacji absolutnie skrajnej, na tyle, że trudno sobie wyobrazić gorsze scenariusze, centrale związkowe powinny wytoczyć najcięższe działa i bez żadnych skrupułów postawić twardo warunki, bez spełnienia których jakikolwiek dialog z pozostałymi stronami jest niemożliwy. Wydaje się, że powinna paść komenda „ani kroku w tył” i wszyscy odpowiedzialni za reprezentowanie świata pracy powinni się czuć jak na wschodnim froncie, gdzie za plecami był już tylko politruk z naganem. Tak się tylko wydaje, bo w tym momencie strona zatrudnicieli, a ogólniej – strona reprezentująca biznes, zepchnęła związki zawodowe do narożnika, a te zaliczają nokdaun po nokdaunie. Czy strona związkowa się podniesie, zanim rząd, jako arbiter, przerwie tę nierówną walkę?

Czy grozi nam Balcerowicz 2.0?

Teoretycznie scenariusz z początku lat 90., napisany przez Balcerowicza, nie ma prawa się powtórzyć. Sytuacja wyjściowa świata pracy wtedy i dziś jest diametralnie różna i pod każdym względem przemawia na korzyść pracowników. Pandemia obnażyła wiele neoliberalnych mitów i manipulacji i dostarcza kolejnych argumentów zwolennikom silnego państwa socjalnego, bo przecież pod obronę państwa uciekają się dziś wszyscy. Od pracowników najniższego szczebla po menedżerów wielkich firm, a nawet zupełnie obcy biznesmeni z Cypru czy innych krajów, którzy przypomnieli sobie, że mają obywatelstwo polskie, które tak bardzo im ciążyło, gdy mieli tu płacić podatki. I to właśnie ci najbardziej roszczeniowi cwaniacy, którzy wycisnęli z obywateli Polski najwięcej, nie dając nic w zamian, najgłośniej krzyczą i są najbardziej słyszalni. To ich nawoływania żeby uspołecznić wszelkie straty z tytułu pandemii, po to żeby ich zyski nie spadły, są najbardziej słyszalne.

Jest czymś niebywałym, że centrale związkowe pozwalają, aby tacy ludzie w ogóle mieli czelność dziś się publicznie odzywać. Jest czymś niezrozumiałym, iż rząd w ogóle nie obawia się, że lada moment będzie miał na ulicach tysiące ludzi, którzy przestaną się bać wirusa, gdyż zajrzy im w oczy dużo gorsze widmo: wieloletniej nędzy i życiowej degradacji. To zabija szybciej i skuteczniej niż koronawirus.

Argumenty są po stronie społecznej

Dziś już nikt nie przekona pracowników do zaciskania pasa w imię odrabiania strat po komunizmie czy innej podobnej zapaści. Przeciwnie, mamy niespotykane w historii Polski prosperity gospodarcze. Owszem, można powiedzieć, że będzie nam się jakiś czas żyło ubożej i każdy zrozumie sytuację, ale zubażanie należy zacząć od tych, którzy mogą obniżyć swój standard życia. Na pewno nie należą do nich pracownicy na śmieciówkach czy osoby z najniższą ustawową pensją. Dla nich „obniżenie standardu życia” oznacza zagrożenie egzystencjalne, czyli, mówiąc wprost, absolutną biedę. Od central związkowych należałoby oczekiwać jasnego stanowiska, że koszty kryzysu powinni dźwigać ci, którzy są je w stanie udźwignąć. Narracja, że „wszyscy razem solidarnie, musimy ponosić koszty kryzysu” – jest nie do przyjęcia. Nie wszyscy te koszty udźwigną.

Nawet liberalne media nie kwestionują tego wprost, co nie oznacza, że się z tym godzą. Odmieniając „przedsiębiorców” przez wszystkie przypadki, dopuszczają głosy o likwidacji 500 plus czy w ogóle „socjalu”, żeby pomóc owym mitycznym przedsiębiorcom, którzy jak wiadomo są dobrodziejami, żywicielami i opiekunami swoich pracowników, więc to właśnie tym dobrodziejom trzeba pomóc, żeby oni się zatroszczyli o swoich pracowników. To już nawet nie jest paternalizm. To zwyczajna pańszczyzna. Każdy odpowiedzialny przewodniczący najważniejszych central związkowych w kraju powinien z szewską pasją i w słowach niecenzuralnych publicznie zmieszać z błotem autorów takich pomysłów, bo dla związkowca nie nadają się one nawet do dyskusji. Rzecz oczywista, że już żaden neofita „wolnego rynku” i żaden „kowal własnego losu” nie doradzi, aby założyć firmę, wziąć kredyt czy bardziej się starać. Ci mędrkowie siedzą dziś w domach i miejmy nadzieję, że pozostaną w nich po ustąpieniu epidemii. Ich mądrości okazały się równie pomocne jak lewoskrętna witamina C wielkiego uczonego z Internetu.

Racja nie leży już po środku, jak chętnie mawiają dziennikarze bez moralnego kręgosłupa. Ona jest w całości po stronie ludzi, którzy muszą mieć środki do życia. Nikt nie rozgrzeszy związkowych przywódców, jeśli mając niepodlegające dyskusji argumenty i moralną rację, nie będą ich głosić jasno i głośno. Jeśli nie wykorzystają wszelkich metod nacisku i nie podejmą wszelkich prób oporu przeciw uspołecznianiu strat i obciążania kosztami kryzysu rzeszy najuboższych obywateli w imię ochrony majątków i przywilejów nielicznych uprzywilejowanych klas społecznych.

Gdzie jest „Solidarność”?

Dziś nawet ludzie, którzy wierzyli, że „Solidarność” ma pewien wpływ na rząd, rozpaczliwie pytają, gdzie się ukrył Piotr Duda. Przecierają oczy ze zdumienia, że ten związek zawodowy, mając w ręku bardzo mocne karty, oddaje za bezdurno lewę po lewie. Wręcz ukrywają asa atutowego, którym jest poparcie w wyborach dla urzędującego prezydenta. Kiedy użyć takiej karty, jeśli nie teraz? Na „Solidarność” liczą dziś również związkowcy innych central. Przecież oni mają „swój” rząd, kto jak nie „Solidarność” może dziś najwięcej ugrać? Każdy wie, że na poparcie obecnej ekipy rządzącej w znacznej mierze składa się poparcie „Solidarności”, która ogłosiła, że w zamian za to wsparcie oczekuje dobrej polityki społecznej i propracowniczej. Teraz jest najwyższy czas przypomnieć o tym z całą mocą megafonu, jeśli trzeba będzie to robić na ulicy. Roztaczanie parasola ochronnego nad rządem musi mieć swoje granice.

Niewidzialna ręka przewodniczącego OPZZ

Póki co szef OPZZ jest jak Wielka Stopa – wiemy, że jest, ale się nie pokazuje. Nie widać jego aktywności w mediach, nawet społecznościowych, w których więcej szumu robią szeregowi związkowcy. Oczywiście można stawiać zarzuty, że media pomijają głos związków zawodowych, ale na miłość Zuckerberga, jest jeszcze Internet, nie wiadomo czy nie bardziej skuteczny niż telewizja, której społeczeństwo coraz mniej wierzy. Szukając po rekordach, jakie wrzuca przeglądarka, nie widać większej niż zwykle aktywności centrali. Widocznym, i chyba jedynie aktywnie publikującym członkiem zarządu krajowego, OPZZ jest wiceprzewodniczący Piotr Ostrowski. Do działań OPZZ można doliczyć kilku harcowników z organizacji branżowych i to by było na tyle. Z pozostałych aktywności związkowych odnotujmy jeden występ Doroty Gardias z Forum Związków Zawodowych w jednej z ogólnopolskich telewizji.

A biznes gra swoje

Podczas gdy wypatrujemy kogoś, kto weźmie ciężar gry na siebie i rzuci wyzwanie przeciwnikowi, biznes czuje krew i nie zamierza odpuszczać. Tymi samymi zabiegami co zwykle usiłuje zagonić ludzi do pracy w podwyższonym wymiarze czasu za mniejsze stawki, wymusić poluzowanie kodeksu pracy i zwolnienia z podatków, czy jest to konieczne dla przetrwania firmy, czy nie. Takie zabiegi to tradycyjna doktryna szoku i szantaż: straszenie, że bez biznesmenów nie będzie pracy dla nikogo, że gdyby nie oni, to nie będzie niczego. Jeśli tak, to w interesie pracownika jest walczyć o swojego zatrudniciela do krwi ostatniej. I to niestety działa.

Jakoś nikogo nie zastanawia, że jest zupełnie odwrotnie, albo nie ma odważnego, żeby to głośno powiedzieć. Nie słychać wyraźnego przekazu, że jeśli biznesmen sobie nie poradzi, to zawsze może firmę przejąć państwo i poprowadzi je za niego, co zresztą będzie praktykowane w Niemczech. I nagle okazuje się, że pracownicy nie muszą mieć żadnego dobrodzieja. Ten wyraźny głos świata pracy, że jesteśmy świadomi swojego znaczenia i swojej pozycji, że jesteśmy prawdziwym sprawcą i podmiotem gospodarki, musi wybrzmieć właśnie dziś i to jest zadanie liderów związkowych. Nie można pozwolić po raz kolejny na takie ukształtowanie opinii publicznej, że to biznesmen jest centrum wszelkiej ekonomii i właściwie gdyby nie on, to chodzilibyśmy nago i jedli surowe mięso. To sprowadza pracowników do roli myślących narzędzi, które muszą zdać się na łaskę pana. Żeby w ogóle zwrócić uwagę na potrzeby ludzi pracy i w ogóle na ludzi, a nie wskaźniki ekonomiczne, należy zapobiegać tej propagandzie, którą po 30 latach znów usiłują odtworzyć przedstawiciele biznesu.

Jeden Zandberg wiosny nie czyni

Nie jest to jego, polityka, zadaniem, żeby reprezentować interes ekonomiczny pracowników. Oczywiście, jako człowiek lewicy ma obowiązek reprezentować świat pracy, ale politycznie, bo nie załatwi niestety spraw związkowych, gdyż jest tylko opozycji. Chwała i za to, że dziś to tylko Zandberg i kilkoro polityków, wśród których słychać również m.in. Marcelinę Zawiszę i Macieja Koniecznego, w zasadzie są głosem związków zawodowych w debacie publicznej, niestety bez stosownej legitymacji ze strony związkowej, więc w zasadzie rząd nie musi brać pod uwagę tego, co postulują.

Nie mają nie tylko legitymacji, ale także narzędzi, jakie mają centrale związkowe, a więc możliwości zorganizowanego oporu. Głos pracowników jest dość rozproszony i głównie widzialny w Internecie, a właściwie w mediach społecznościowych. Byłby to głos znaczący, pod warunkiem, że liderzy związkowi zrobią to, co do nich należy, a więc ten głos zintegrować i wzmocnić na ogólnopolskim forum. Przede wszystkim jednak należy pokazać, że liderzy są zdecydowani poprowadzić ludzi do walki, biorąc na siebie każde ryzyko w tych trudnych czasach. Bo media związkowe to przede wszystkim megafon na ulicy, a najskuteczniejsze, podstawowe i tradycyjne argumenty to płonące opony. Od czasu do czasu ktoś też powinien o tym przypomnieć

Apel końcowy

A już na koniec związkowcom pozostaje oficjalnie i publicznie tylko grzecznie poprosić wszystkich, którzy doradzają pracownikom jak żyć:

Drodzy ekonomiści, eksperci Lewiatanów, BCC itp., finansiści, kołczowie i celebryci. Wszyscy, którzy są obecnie nikomu do niczego niepotrzebni i odpowiedzialnie realizują wezwanie #zostańwdomu. Dziękujemy wam za to i prosimy: kiedy przeminie zagrożenie epidemiologiczne, nie wychodźcie. Zostańcie w domu. Jak widać, nic tu po was. Siedźcie sobie w swoich wiejskich rezydencjach, jak pani Bochniarz na ten przykład, wdzięczne społeczeństwo postara się zapewnić wam godziwe środki do życia i utrzymania tych waszych posiadłości. To opłacalna inwestycja, bylibyście tylko dali nam spokój, nie psuli krwi ludziom pracy, którzy chcą spokojnie pracować dla siebie, swoich rodzin i społeczeństwa. Bądźcie odpowiedzialni, bo gdy was nie będzie widać, to wszystkim będzie lepiej. A jeśli chcecie coś robić, to weźcie mopy, ścierki i weźcie się do jakiejś użytecznej pracy. Dziś potrzeba nam sprzątaczek i sprzątaczy, salowych i każdej pary rąk do utrzymania higieny i czystości miejsc publicznych, a nie waszego smętnego, roszczeniowego marudzenia, że wam się należą miliony, bo tak wam sam Pan Bóg szepnął z nieba.

Z góry dziękujemy.

Jarosław Niemiec

Ekonomia polityczna, czyli kto ma miejsce przy stole?

Ekonomia polityczna, czyli kto ma miejsce przy stole?

Obecny światowy kryzys zdrowia publicznego stawia Polskę i dużą część świata przed wyzwaniem uniknięcia wieloletniej i głębokiej recesji gospodarczej. Polski pakiet antykryzysowy, przyjęty pod koniec marca przez parlament, zakłada optymistycznie, iż od końca wiosny będziemy mieli do czynienia z widocznym odbiciem gospodarczym i powrotem na ścieżkę wzrostu. Te kalkulacje wydają się niepewne i zapewne niedługo będziemy rozmawiać o nowym pakiecie antykryzysowym.

Ze względu na charakter kryzysu potrzebne będzie jednoczesne osiągnięcie dwóch celów: utrzymania dochodów ludności na poziomie bliskim przedkryzysowemu oraz utrzymanie większości sektora przedsiębiorstw w stanie żywotności i gotowości do skorzystania z ożywienia gospodarczego, a także okazji tworzonych na globalnym rynku przez załamanie się części dotychczasowych umów biznesowych (jak również przecenę aktywów). Innymi słowy, potrzebujemy niezubożonego społeczeństwa i nieprzetrzebionych firm, gotowych zamienić czas pokryzysowy w okazję.

Jeżeli okres depresji gospodarczej będzie przedłużać się do końca roku, lub nawet nieco dłużej, koszty utrzymania poziomu dochodów Polaków oraz gotowości produkcyjnej i handlowej firm będą olbrzymie. Jest jednak dobra wiadomość: polski rząd jest w stanie stworzyć takie instrumenty (oraz użyć istniejących), aby dużą część tego tytanicznego kosztu „wziąć na siebie” i przenieść gospodarkę oraz społeczeństwo na bezpieczny drugi brzeg. Rządzący muszą odrzucić przy tym głosy środowisk biznesowych i liberalnych ekspertów, domagających się powrotu do polityki oszczędzania przez państwo kosztem społeczeństwa (przesunięcia budżetowe od programów socjalnych do przedsiębiorców) i biznes (przesunięcia od świata pracy do kapitału). Posłuchanie tych głosów miałoby jednoznacznie depresyjny efekt popytowy. Jednocześnie jednak nie warto stosować odwrotnej logiki (antybiznesowej) proponowanej przez część głosów prospołecznych, szczególnie identyfikujących się jako lewicowe. Bezwarunkowy dochód podstawowy miałby krótki żywot w państwie ze zdewastowanym biznesem. Konieczne jest utrzymanie dochodów ludności oraz żywotności przedsiębiorstw jednocześnie – nie „albo-albo”.

Pierwsza faza reakcji antykryzysowej rządu wyglądała jako bliższa tej pierwszej logiki: zaprojektowana (zbyt mała i nieadekwatna) pomoc dla biznesu ma być finansowana w dużej części przez pracowników (poprzez środki z ich składek). Ta obserwacja prowadzi do kolejnej wiadomości, tym razem złej. Natura kryzysu i możliwych odpowiedzi na niego będzie prowadzić do dużych przesunięć podziału majątku i dochodu narodowego. Będziemy mieli wielkich wygranych i wielkich przegranych. Odsłoni się przed nami w pełnej krasie działanie ekonomii politycznej, zazwyczaj niewidocznej. W grze rozbieżnych interesów o różnej sile, rozsądzające decyzje instytucji państwa przesuwać będą moc gospodarczą w jedną bądź w drugą stronę. Zmiany czekają nas nie tylko w trójkącie biznes – państwo – pracownicy, ale równie wewnątrz samego sektora przedsiębiorstw. Niepewność co do długości kryzysu i nierówno rozłożony wpływ kryzysu będą stawiać pytania o priorytety i instrumenty (przykładowo: „ile miesięcy warto utrzymywać zamknięte biznesy restauracyjne?”). Na to wszystko oczywiście nakłada się brutalna siła lobbingowa oraz wielkie pokusy nadużycia wyjątkowej sytuacji do transferu środków do wybranych sektorów i firm. Przy czym niepodejmowanie decyzji może być jeszcze bardziej brzemienne w skutkach, gdy awersja wobec ryzyka „prokuratorskiego” może doprowadzać od bankructwa firmy oczekujące na pomoc.

To stawia przed nami nieubłaganie pytanie: kto ma miejsce przy stole, przy którym podejmowane są decyzje? W zasadzie jedyni gospodarczo kompetentni ludzie w centrum władzy (KPRM, Ministerstwo Finansów, NBP, Polski Fundusz Rozwoju) są finansistami, wyczulonymi na problemy sektora finansowego. To pozwala pozytywnie zadziałać „od góry” – zapewnić płynność rynkowi obligacji skarbowych oraz bankom, a w dalszej kolejności części silniejszych i mniej narażonych przedsiębiorstw. Nie zabezpiecza jednak gospodarki „od dołu”. W przypadku tego kryzysu nie wystarczy tylko pomóc „koniom pociągowym” (wielkim firmom konkurującym międzynarodowo), gdyż zatrzymanie aktywności tysięcy małych podmiotów może przenieść się na otoczenie firm-czempionów. Przykładowo, firmy niepłacące czynszu operatorom nieruchomości mogą po pewnym czasie zatrzymać ruch „zdrowych” firm budowlanych, potrzebujących nowych projektów nieruchomościowych. To zaś może wpłynąć na podwykonawców wyrobów stalowych. Już dzisiaj widać, iż krytycznym ogniwem transmisyjnym załamującym otoczenie biznesu mogą być firmy małe, lecz zatrudniające powyżej 9 osób, pozostawione na razie bez pomocy.

To nie wina premiera Morawieckiego, że musi na siebie przyjąć rolę Wielkiego Planisty polskiej gospodarki, kierującego fiskalną, monetarną i regulacyjną odpowiedzią na kryzys. Natomiast sposób, w jaki będzie wypracowywać rozwiązania i dzielić się odpowiedzialnością z partnerami społecznymi, będzie szedł na jego konto. Rada Dialogu Społecznego (RDS), sama w sobie zbytnio pomijana w opracowywaniu rozwiązań, w swoim kształcie nie zapewnia odpowiedniej reprezentacji. Pomijając nawet problem zbyt wielkich wpływów dużego biznesu kosztem małego w reprezentacji przedsiębiorców, również reprezentacja związkowa nie zapewnia pilnowania interesu społecznego. O ile pracownicy w uzwiązkowionych sektorach mogą liczyć na próbę reprezentacji przez środowiska związkowe w RDS, o tyle inni pracownicy i samozatrudnieni są w gorszej sytuacji. Wielkim problemem jest brak środowisk ekspertów gospodarczych o nastawieniu prospołecznym. Postuluję rozszerzenie Rady Dialogu Społecznego lub powołanie dodatkowego ciała doradczego w kwestii działań antykryzysowych.

O jakich rozwiązaniach warto dyskutować? Część jest już znana i tylko awersja do zwiększenia długu publicznego może tłumaczyć umiarkowaną skalę działania rządu. Należy rozszerzyć udział państwa w finansowaniu płac pracowników z obecnych 40% do co najmniej 80% – z dodatkowego deficytu budżetu budżetowego, nie zaś z plądrowania środków przeznaczonych na składki. Należy stworzyć zasilony płynnością wehikuł Polskiego Funduszu Rozwoju, dokonujący wsparcia dużych, ważnych dla konkurencyjności Polski firm, w zamian za udziały (np. sieci marek ubraniowych, firmy przemysłowe). Dodatkowo, ponieważ czas i skala kryzysu będą dla poszczególnych firm i sektorów wyglądać różnie, w pewnych przypadkach, aby uratować biznes, obok instrumentów ogólnych finansujących część kosztów biznesów trzeba byłoby stworzyć instrumenty „celowane”, w tym być może tak awangardowe jak „państwo jako kupiec ostatniej szansy”. Aby uniknąć zarówno „pokusy nadużycia” dyskrecjonalnych działań oraz groźby bezczynności ze względu na ryzyka „prokuratorskie”, w bieżącym nadzorze tych działań powinien uczestniczyć szeroki czynnik społeczny – np. osoby delegowane z rozszerzonej Rady Dialogu Społecznego.

Ze względu na olbrzymie koszty pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego należy na razie pozostawić na przyszłość, zwiększając jedynie znacząco poziom zasiłków dla bezrobotnych. Przy dużym wzroście bezrobocia obecny poziom zasiłku będzie wylęgarnią problemów społecznych, a także gospodarczych, jak na przykład niespłacanie kredytów hipotecznych. Dodatkowo należy stworzyć finansowe zachęty dla firm, które już zwolniły pracowników, do ponownego zatrudnienia tych osób. Dla pracujących na umowach cywilno-prawnych państwo powinno wejść bezpośrednio w rolę pracodawcy – przykładowo, w Norwegii państwo płaci „wolnym strzelcom” równowartość 80% przedkryzysowych miesięcznych przychodów.

O ile rok 2020 powinien być rokiem ratowania gospodarki i firm, to przy powodzeniu całej operacji w przyszłym roku pojawi się problem długu. Ze względu na potrzebę rozpędzenia gospodarki, warto przynajmniej do 2022 roku wstrzymać się z podwyższaniem opodatkowania, nawet dla „silniejszych”, przy zastrzeżeniu, że ostatecznie obciążenie musi trafić na najsilniejsze barki, a wzrost długu nie może być pretekstem do zwijania raczkującego „polskiego państwa dobrobytu”. W krótkim okresie obsłużenie długu nie powinno być problemem – inwestorzy nie uciekną z braku alternatyw. Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że inwestorzy sprzedadzą obligacje po to, by zainwestować w inne aktywa. Przy załamującej się gospodarce aktywa te przez długi czas tracą na wartości, więc obligacje są raczej „bezpieczną przystanią” w pierwszej fazie kryzysu. Od przyszłego roku będziemy musieli się zastanowić nad sposobem obsługi obciążenia. Nawet jeżeli (co powinniśmy zrobić) podwyższymy konstytucyjny limit długu publicznego wynoszącego obecnie 60% PKB, jest już najwyższy czas, by zmienić podział ciężarów i korzyści gospodarczych.

Wyzwanie jest dużej skali, ale przy odważnym sięganiu po instrumenty na bazie państwowego deficytu możemy sobie z nim poradzić, choć może nas to kosztować nawet kilkanaście procent PKB jako dodatkowy dług w latach 2020-21. Dzięki finansowej kładce trwającej od kilku miesięcy, nawet po początek przyszłego roku, możemy uniknąć depresyjnej spirali i zacząć mierzyć się z pokryzysowymi zagadnieniami, w tym z długiem, inflacją, oraz możliwością deglobalizacji produkcji i rynku światowego. Na końcu tej drogi, za ten cały okres i problemy ktoś zapłaci i będzie przegranym. Będą też wygrani – ci, którzy teraz zasiądą przy stole decyzyjnym.

Krzysztof Mroczkowski