Nowy purytanizm?

Sześć lat temu prowadziłam badania terenowe w spółdzielczej teatro-kawiarni położonej w dużym brytyjskim mieście. Kawiarnia miała wyjątkowo szczęśliwą (jak mi się wydawało) lokalizację – położona była nad rzeką wśród domów akademickich. Kiedy barman powiedział mi, że musieli zrezygnować z wieczornych występów na tarasie z powodu skarg sąsiadów, że jest za głośno, byłam przekonana, że chodzi o jakichś starych zgrzybiałych killjoyów pomstujących na młodzieńczą radość życia. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że protestowali… okoliczni studenci. Albo inna historia, trudna do pojęcia dla kogoś przyzwyczajonego do myślenia w kategoriach z ubiegłego stulecia. Pewien brytyjski aktor rozebrał się do naga i biegał dla żartów po planie filmowym (gdy akurat nic nie filmowano). Wybuchł skandal proporcji niemal Wilde’owskich, gdzie aktor, po 50-tce, został przedstawiony jako odrażający demoralizator, przez koleżeństwo i fanów – generalnie poniżej 30-tki. Gdy robił to samo kilkanaście lat wcześniej, uważano to za świetny dowcip (i nie, nie jest z wyglądu ohydnym oblechem). Gdyby robił to w latach 60., byłby wielbiony przez młodzież jako artystyczna awangarda wolności – i potępiany przez starszych za niemoralność i łamanie zasad. Kiedyś to młodzież rozbierała się do naga i szokowała starszych. Teraz jest odwrotnie.

Te wydarzenia układają się w pewien coraz bardziej intensywny wzorzec: oskarżenia, skandale, wykluczenia, zwolnienia, ostracyzowanie. Prawica obserwuje to zjawisko i biadoli nad „nowym purytanizmem”. Owszem, rozumiem, że tak to może wyglądać – bo zewsząd dochodzą niekończące się awantury i moralne krucjaty. Nie można się pomylić, nie można błądzić, jeden głupi wyraz, wypowiedziany w wieku lat 16 przez jakąś gwiazdeczkę, utrwalony na filmiku, rujnuje jej karierę. Jednak prawica myli się głęboko – nie ma to z purytanizmem nic wspólnego. Wspomniany wcześniej Oscar Wilde wzruszył się akurat reakcją ówczesnych amerykańskich purytanów, którzy mieli o wiele bardziej ludzie reakcje w czasie jego tragicznego procesu niż całe „szacowne angielskie społeczeństwo”. Purytanizm, owszem, dąży do eliminacji wszelkiej niemoralności, ale nie polega na etykietowaniu i gorszeniu się innymi ludźmi, lecz na podążaniu drogą cnoty poprzez skromność, prostotę i otwartość na duchową łaskę. Oferuje też wzajemną bliskość, społeczność opartą na trosce i współodpowiedzialności. Kultura potępienia nie posiada żadnej z tych cech, a jej podobieństwo do purytanizmu jest powierzchowne – podobnie jak jej system wartości.

Osoby atakujące brytyjskiego aktora i ciągające po urzędach „zbyt głośnych” spółdzielców przypominają inne postaci z epoki wiktoriańskiej i mają z nimi o wiele więcej wspólnego – symboliczną tożsamość klasową. To, co widzimy to przejawy coraz bardziej zaciekłej walki o przynależność do klasy średniej, mieszczańskiej.

Jerzy Kociatkiewicz, profesor zarządzania z Francji, charakteryzuje kulturę wysokiej konkurencyjności na przykładzie dworu Ludwika XIV, gdzie jedno słowo mogło spowodować nieodwołalny upadek. Trzeba było starannie dobierać słownictwo, wiedzieć, jakie wyrazy są w danym momencie dobrze widziane, a jakie źle. To oczywiście zmieniało się dość szybko i kto nie zdążył się zorientować, wypadał z karuzeli. W naszych czasach nie mamy do czynienia z królem Ludwikiem, lecz raczej z mieszczańskim salonem. Weźmy polskich młodych akademików. Ci sami ludzie, które upominają, że nie wolno mi o sobie mówić „profesor” (i jednocześnie „etnografka”), w prasie głoszą: „mów do mnie jak ci niewygodnie” i traktują te konwencje językowe jako kanon bezwzględnie obowiązujący. Gdy naruszy się go, uzyskuje się etykietę, której usunąć w żaden sposób się nie da. Tą etykietą jest najczęściej anglosaski akronim – co samo w sobie jest ciekawe – który po rozszyfrowaniu okazuje się zawierać w charakterze wyzwiska coś, co niedawno było dla tego samego środowiska jedną z cenionych pozytywnych wartości (jak na przykład radykalizm). Te deklarowane wartości coraz szybciej się zmieniają, nie trzeba czekać pokolenie ani nawet dekadę, ba, 5 lat to już kompletna wymiana słowników. Nie ma to żadnego związku z walką pokoleń, bo, wbrew temu, co często się słyszy, nie chodzi tu o żaden bunt młodzieży. Młodzież obecnie nie ma żadnej przestrzeni na bunt. Studia nie gwarantują nie tylko awansu społecznego, ale i zatrudnienia. W branych przez nas za wzór krajach anglosaskich absolwent wychodzi w życie z gigantycznym długiem i bez perspektyw, ale za to z ogromną presją by „wykazać się” i „zapracować na sukces”. Owszem, można też skorzystać z okazji, by pozbyć się konkurentów etykietowanych jako „boomersi” lub „dziadersi” i wprowadzić przepisy eliminujące z różnych zawodów wiekowe grupy pracownicze w imię światłych wartości („czas oddać pole młodym!”).

Deklarowane wzniosłe wartości są oderwane od kontekstu, od doświadczenia, a przede wszystkim nie służą temu, by się doskonalić czy wywracać stare niesprawiedliwe porządki. To sposób na ciągłe egzaminowanie kandydatów do klasy średniej. Umiejętność płynnego posługiwania się językiem jakiegoś obowiązującego w danym momencie systemu wartości kwalifikuje chwilowo do wejścia. Brak tej umiejętności eliminuje trwale z gry. Oczywiście, że miejscem tych potyczek są uniwersytety, które kiedyś same z siebie dawały przepustki do wyższych warstw społecznych. Obecnie umasowienie z jednej, a konsumeryzacja studiów wyższych z drugiej strony, sprawiły, że ten system „windy klasowej” przestał działać. Tymczasem klasa średnia osłabia się, zmniejsza swoją liczebność, zwłaszcza w krajach anglosaskich, które są dla Polski kulturowo wciąż absolutnym kompasem.

To nie nowy purytanizm. To nowy brak nadziei, pożegnanie marzeń o dobrym życiu. Szczury przestały się ścigać i dawno uciekły, zostało bla, bla, bla.

prof. Monika Kostera

Migracje zarobkowe: za i przeciw

Nasilona migracja zarobkowa do Polski już jest faktem, a przewidywania wskazują, że będzie jeszcze większa. Jednocześnie wśród postępowej części społeczeństwa panuje twardy pogląd, że Polska powinna nie tylko pomagać uchodźcom, ale także korzystać z pracowników zagranicznych, jeśli tacy do Polski chcą przyjeżdżać. A jak to wygląda z perspektywy mojej, czyli Polaka pracującego w firmie przeprowadzkowej w Szwecji?

Otóż życie migranta zarobkowego potrafi wprawić w niezłą konsternację. Słyszę na przykład o wdrażanym gdzieniegdzie czterodniowym tygodniu pracy. A mam sześcio-, czasem siedmiodniowy.

Czytam o potężnej roli związków zawodowych w Szwecji i 73% uzwiązkowienia. A pracuję w kolejnym już miejscu bez związków w zakładzie, z ew. kilkoma procentami członków tychże w załodze, którzy jednak swoją przynależność trzymają w głębokiej konspiracji.

Słyszę o kluczowej roli układów zbiorowych. A pracuję w kolejnym z rzędu miejscu bez „kollektivsavtal”, czyli bez obowiązującej płacy minimalnej, dodatków za pracę w święta, w nocy itd.

Czytam o „lagom”, „work life balance” i nieprzekraczalnym limicie 200 godzin pracy na miesiąc. A z kolegami prześcigamy się w doświadczeniach pracy po 250, 300, a nawet więcej godzin w miesiącu. Czasem, bo chcemy i nam pozwalają, a czasem mimo że nie chcemy, ale trzeba.

I dochodzę do wniosku, że żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach. Jednej fair, przepisowej i skrojonej na ludzką miarę. Tylko że zarezerwowanej dla kogoś innego, dla migranckich szczęśliwców, którzy załapali się na pracę dla gminy, szkoły czy inną posadę wymagającą przede wszystkim znajomości języka.

A drugą taką naszą, swojską. Taką jak w Polsce, Rumunii, Albanii czy jeszcze gdzieś indziej. Ze swobodnym podejściem do litery prawa. Tylko za większe pieniądze, trochę poniżej kwalifikacji i z szefami, którzy choć nas wykorzystują, to jednak są mili, pomocni i przymykają oko na wiele rzeczy. No chyba, że firma jest polska. Wtedy szefowie nie są mili, nie można być z nimi na „ty”, a kawa nie jest za darmo. Ale pensja, kilka razy wyższa niż w kraju, skutecznie ociera łzy.

I czasem myślę, że trafiliśmy się szefom tutejszych firm jak losy na loterii. Zaglądam w statystyki i widzę, że w Szwecji w związkach zawodowych jest 51% pracowników urodzonych poza krajem, czyli migrantów lub ich dzieci. Dużo, prawda? Ale spośród miejscowych, urodzonych w Szwecji, ten wskaźnik wynosi 82%. Ewidentnie ciężej byłoby wykorzystywać swoich niż przyjezdnych. Na szczęście jesteśmy my.

Patrzę też na inną statystykę. Według badań z naszego kraju, tylko 1/3 z całej rzeszy polskich migrantów zarobkowych wyjeżdżała do pracy na dłużej niż dwa lata. Najczęściej było to kilka miesięcy lub tygodni. Miałem okazję pracować w firmie sprzątającej w Szwecji, której specyficzny model biznesowy polegał właśnie na tym. Przyjmowano tylko Polaków, a mało kto zabawił tam dłużej niż pół roku. Rotacja, rotacja i jeszcze raz rotacja – i to wśród ludzi nieobeznanych z miejscowymi normami, prawem, formami pracowniczego oporu. Kto w takim układzie miałby ochotę na zaczynanie działalności związkowej, negocjacje, ew. procesy sądowe w obcym języku, ciągnące się latami? (Tak się składa, że kilka osób się znalazło, w tym ja. Historia jest jednak na tyle długa, że nie pomieści jej ten tekst, ponadto, po półtora roku od rozpoczęcia jeszcze się nie zakończyła.) W odczuciu pracownika, który przyjechał tu na chwilę, to się zwyczajnie nie opłaca.

Ktoś powie, że być może mam pecha, albo po prostu nie dość dobrze szukałem lepszej pracy i na pewno coś by się znalazło. Rzeczywistość jest jednak taka, że ludzi podobnych do mnie jest mnóstwo. Jako migranci zarobkowi, szczególnie ci, którzy nie planują spędzić reszty życia w nowym kraju, mamy dużo cech wspólnych. Tym, co nas skłoniło do wyjazdu, jest najczęściej przymus ekonomiczny. Niska pensja, brak oszczędności, długi. Jesteśmy więc skłonni do wielu poświęceń, aby móc jak najwięcej zarobić w jak najkrótszym czasie i wrócić z lepszą perspektywą na dalsze życie. Nawet jeśli nie zawsze mamy siły i możliwości pracować bardzo długo, to w branżach narosłych wokół nas intensywna praca stała się swego rodzaju standardem. Często jesteśmy też za granicą bez rodzin i przyjaciół, co tym bardziej ułatwia poświęcenie się wyłącznie pracy. Sprzyja temu też chęć szybszego powrotu do kraju. Ale przedtem trzeba swoje zarobić.

Tymczasem firmy, które napędzane są pracą tak zmotywowanych ludzi, którzy za godzinę pracy zarabiają częstokroć o wiele mniej niż przewiduje układ zbiorowy dla danej branży, są w stanie rosnąć i wygryzać ewentualną uczciwszą konkurencję. Firma sprzątająca, której byłem pracownikiem, nie miała w ogóle podpisanego układu zbiorowego, zatem nie obowiązywała jej minimalna stawka godzinowa w branży (w Szwecji nie ma ustawowej pensji minimalnej). Do tego szefowie nie płacili pracownikom za czas podróży między różnymi miejscami pracy jednego dnia, co wedle prawa jest nielegalne. Dzięki temu realna godzina pracy kosztowała właścicieli nawet o połowę mniej niż przewiduje minimalne wynagrodzenie dla tej branży. Skutkowało to tym, że nieduża firma zaczęła ekspansję i obsługiwała kilkadziesiąt placówek jednej z największych w Szwecji sieci siłowni. Wygryzając stamtąd inne, droższe przedsiębiorstwa. Zapewne nie chcielibyśmy, aby podobne rzeczy działy się w Polsce.

Jest jeszcze jedna perspektywa, którą warto poruszyć. Jako migranci wykonujemy najczęściej prace niepożądane przez miejscowych. Piotr Wójcik przytaczał ostatnio w Krytyce Politycznej badania, które mówią, iż warunki pracy pracowników rdzennych nie pogarszają się wraz z napływem migracji. Możliwe. Jestem jednak skłonny stwierdzić, że tworzą swego rodzaju gettoizację niektórych branż i najmniej atrakcyjnych miejsc pracy, wypychając je tylko do świata migrantów. A ci, jak widać wyżej, są mniej uzwiązkowieni, a ponadto rzadziej biorą udział w wyborach. Aż 30% osób pracujących w Szwecji nie urodziło się w tym kraju, ale nawet ok. 7% pracowników w ogóle nie ma praw wyborczych, bo nie są obywatelami. Powstaje swoista luka w systemie demokratycznym. Migranci, owszem, poprawiają swój status materialny, ale nie biorą udziału w tym, co dzieje się wokół nich. Lub ten udział jest dużo mniejszy niż średnia.

Jednocześnie przez specyfikę migranckich zawodów – raczej niskopłatnych, czasochłonnych, a ułatwiających życie miejscowym (np. sprzątanie, przeprowadzki, opieka nad osobami starszymi) migranci wypełniają obowiązki służby domowej. Za stosunkowo niewielkie wynagrodzenie wspomagają życie tych, których na to stać i którzy dzięki temu mogą skupić się na własnych karierach, bardziej wartościowych w sensie finansowym. Usługi te nie są jednak dostępne dla każdego, nawet „rodowitego” Szweda (czy innego obywatela Zachodu), co pogłębia różnice majątkowe wewnątrz danego społeczeństwa.

W mikroskali obserwowałem podobne zjawisko nawet w Polsce, pracując w schronisku górskim. Koleżanki i koledzy z Ukrainy wykonywali prace na zapleczu (gotowanie, sprzątanie, konserwacje), niewymagające dobrej znajomości polskiego, zarabiając jednak o ok. 30% mniej niż Polacy i pracując zazwyczaj dłużej niż reszta załogi. Faktycznie, płace polskiej części załogi w tym czasie nie malały. Dochodziło jednak do wyraźnej nierównowagi, gdzie za podobną pracę w podobnym albo większym wymiarze godzin ukraińska część załogi otrzymywała mniejsze wynagrodzenie. I być może zyskiwała na tym nawet polska część pracowników, nie musząc wykonywać najcięższych zadań. A na pewno zyskiwali właściciele biznesu. Pytanie, czy to dla nas sytuacja pożądana.

Spójrzmy też na sprawę politycznie. Duża ilość migrantów, którzy w krótkim czasie zasilili szwedzkie społeczeństwo, stała się jednym z najsilniejszych czynników stymulujących wzrost poparcia Szwedzkich Demokratów, czyli partii postrzeganej tu jako skrajnie prawicowa, o profilu najbardziej antyimigracyjnym w kraju trzech koron. SzD wykorzystali wzrost nastrojów przeciwnych imigracji, szczególnie z krajów muzułmańskich. W efekcie, po latach wzrostu, formacja ta zdobyła w ostatnich wyborach ponad 17% poparcia, a w powyborczych sondażach nawet wyprzedziła rządzących socjaldemokratów, co jest o tyle wyczynem, że partia lewicy wygrywała wszystkie szwedzkie wybory nieprzerwanie od 1914 roku. Znamiennie jest też to, że poparcie dla Szwedzkich Demokratów było jeszcze wyższe wśród członków LO, czyli Szwedzkiej Konfederacji Związków Zawodowych, zrzeszającej zdecydowaną większość tutejszych pracowników produkcji i administracji, tzw. niebieskich kołnierzyków. Wyniosło ono 24% wśród członków organizacji założonej przecież przez socjaldemokratów i która oficjalnie wyraża niechęć wobec SzD.

Generalnie trudno, abym był przeciwny wyjazdom zarobkowym, samemu to robiąc i widząc przecież plusy i szansy wynikające z takiej możliwości. Choć jest ona zazwyczaj, co trzeba też zauważyć, pokłosiem problemów w rodzimym kraju, a masowe wyjazdy obywateli nie rozwiązują tych problemów, a jedynie pozwalają spuścić parę z gwizdka i obniżyć wewnętrzne napięcia. Nie sądzę jednak, że możemy zawracać kijem Wisłę i blokować migrację zupełnie. Chciałbym jednak, żeby proces, na który się zanosi i który już się zaczął, mógł wyglądać w jak najbardziej cywilizowany sposób. Zarówno dla tych, którzy już pracują w Polsce, jak i tych, którzy mają taki zamiar.

Migranci są grupą, która jest bardzo podatna na gorsze traktowanie. Nieznajomość języka, realiów, prawa, sytuacji instytucjonalnej, niemożność wykorzystania za granicą nabytego wykształcenia, mniejszy zasób osób, do których można się zwrócić o pomoc. Wraz z rosnącą migracją do Polski powinniśmy największy nacisk kłaść na wzmocnienie tych organizacji czy urzędów, które odpowiadają za dobrostan pracowników. Tak, aby pracownik zza granicy nie był „okazją” na lepszy i szybszy zarobek przedsiębiorcy. Bo będzie to nie tylko potencjalnym zagrożeniem dla pracowników w naszym kraju, ale także zwyczajnie czynem niemoralnym. A jako cywilizowane społeczeństwo powinniśmy zapewnić migrantom godne i równe traktowanie. Inspekcja pracy, kontrole, zaangażowanie związków zawodowych w środowiska migrantów. Ale też np. bezpłatne lekcje języka polskiego dla chętnych.

Zapewne nie będzie to jednak łatwe. Jak pokazuje przykład Szwecji, nawet w państwie stosunkowo silnym i uzwiązkowionym, uchodzącym nawet za socjaldemokratyczny raj, nie jest łatwo wszystkiego dopilnować. Co może zatem się dziać, a właściwie co już się dzieje, w państwie o słabszych instytucjach i z dużo gorszą organizacją świata pracy, jakim jest Polska?

Sądzę, że mówiąc o migracji na lewicy czy wśród tych, którym zależy na losie pracowników niezależnie od tego, z jakiego kraju ci pochodzą, powinniśmy przede wszystkim kłaść nacisk na dobre warunki pracy dla wszystkich, a szczególnie tych z gorszą pozycją przetargową. Bo bez tego duża migracja do Polski może być zjawiskiem niedobrym zarówno dla pracowników przybyłych, jak i miejscowych. A skorzystają głównie ci, którzy ich zatrudniają.

Maciej Zaboronek

Praca dla każdego!

Praca dla każdego!

Okres globalnej niepewności wywołanej przez COVID-19 to przeszłość. O ile skutki pandemii odsłoniły słabość instytucji publicznych, to obawy załamania gospodarczego i masowego bezrobocia nie spełniły się. Na przykład w kwietniu 2020 stopa bezrobocia w USA osiągnęła 14,8% i była najwyższym odczytem od początku historii pomiaru, tj. od 1948 [1], by w maju 2021 spaść do 5,8%. Świat jest na ścieżce powrotu do sytuacji wzrostu z końca 2019 roku. Widać to w kontekście polskiego rynku pracy, gdzie dotyczące zatrudnienia pozytywne trendy sprzed pandemii nie tylko są kontynuowane, lecz ulegają wzmocnieniu. Ignacy Morawski w swoim komentarzu ekonomicznym wskazuje, że rosnąca presja płacowa przebija trend sprzed pierwszej fali koronawirusa w Polsce. Przy niskim poziomie bezrobocia i trwającym ożywieniu gospodarczym oznacza to wzmocnienie pozycji przetargowej pracowników [2]. Wydaje się, że podobny pogląd podzielają sami zainteresowani. W majowym badaniu CBOS nt. nastrojów na rynku pracy odsetek pracowników odczuwających zagrożenie bezrobociem był najmniejszy od początku pandemii. Opinie dotyczące bieżącej i przyszłej sytuacji w zakładzie pracy oraz na lokalnym rynku pracy również uległy poprawie [3]. Te wskaźniki osiągnęły swoje historyczne najwyższe noty w 2019 i spadły wraz z wybuchem pandemii, jednak dynamika popandemicznego wzrostu pozwala przewidywać kolejne rekordy w najbliższym czasie [4].

Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia

Nie wszyscy są zadowoleni z umacniającej się pozycji przetargowej pracowników i niskiego poziomu bezrobocia. Michał Kalecki w swoim najgłośniejszym tekście „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) wskazywał, że o ile stan pełnego zatrudnienia jest osiągalny ekonomicznie, to główne źródło niezgody wobec niego ma charakter polityczny. Kalecki wymienia trzy płaszczyzny sprzeciwu kapitalistów względem polityki pełnego zatrudnienia (na potrzeby analizy tych mechanizmów skupię się na drugim i trzecim):

1) Opozycja względem wydatków państwa na wzrost zatrudnienia, finansowanych z deficytu publicznego;

2) Opozycja względem kierowania wydatków publicznych na inwestycje publiczne i subsydiowanie masowej konsumpcji;

3) Opozycja względem permanentnej polityki pełnego zatrudnienia.

Przez subsydiowanie masowej konsumpcji Kalecki rozumie następujący zestaw świadczeń: zasiłki rodzinne, renty starcze, obniżka podatków pośrednich i dotowanie artykułów pierwszej potrzeby. Niechęć środowisk liberalnych względem beneficjentów programów społecznych nie jest zaskoczeniem dla Kaleckiego. Pisał, że ich sprzeciw ma charakter moralny, gdyż dominującym przekonaniem kręgów biznesowych i ich politycznej reprezentacji jest to, że klasa pracująca nie może otrzymywać nic za darmo, gdyż wtedy zgnuśnieje [5].

Dlaczego kapitaliści przeciwstawiają się polityce, która każdemu chętnemu do pracy tworzy możliwości zarobkowania? Pełne zatrudnienie pozbawia ich głównego narzędzia dyscyplinowania pracowników i powściągania ich żądań płacowych. Tym narzędziem jest bezrobocie. „Ich [kapitalistów] instynkt klasowy mówi im, że trwałe pełne zatrudnienie jest »niezdrowe« z ich punktu widzenia i że bezrobocie jest integralnym elementem normalnego systemu kapitalistycznego” [6] – konkludował Kalecki. Dlatego docelowo „kapitanowie sektora prywatnego” będą dążyć do odejścia od polityki pełnego zatrudnienia finansowanego z deficytu publicznego i wzrostu bezrobocia. Dzięki temu odzyskują kluczową rolę w określaniu poziomu inwestycji i zatrudnienia w gospodarce oraz umacniają swój wpływ na politykę gospodarczą państwa [7].

Walka paradygmatów

William Mitchell, wiodący ekonomista ze szkoły Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory) wskazuje na dwa paradygmaty w ekonomii, których konflikt kształtował funkcjonowanie gospodarek w krajach zachodnich w XX wieku. To spór między paradygmatami pełnego zatrudnienia oraz pełnej zatrudnialności, sięgający czasów wielkiego kryzysu. John Maynard Keynes wykorzystał ówczesną nieskuteczność neoklasycznych ekonomistów. Novum jego propozycji tkwiło w odrzuceniu poglądu, iż rynek pracy determinuje poziom zatrudnienia. Twierdził, iż podaż siły roboczej i popyt na nią nie mają żadnego związku z klasyczną krzywą podaży pracy (decyzja pracownika, czy wybrać odpoczynek czy pracę). Popyt na pracę ma źródła w rynku towarowym i odzwierciedla popyt na finalne towary i usługi, co jest rezultatem efektywnego popytu w gospodarce. Toteż bezrobocie ma źródło w niewystarczających wydatkach w gospodarce, nie w poziomie płac pracowników czy osłonach socjalnych, jak twierdzili neoklasyczni oponenci Keynesa [8]. Doświadczenie II wojny światowej pozwoliło pozytywnie zweryfikować nowy paradygmat. To wydatki wojskowe u progu i w trakcie wojny wyeliminowały masowe bezrobocie. Wyzwaniem, przed którym stanęli wtedy decydenci, było to, jak przełożyć rzeczywistość czasów wojennych na okres pokoju i większych swobód obywatelskich [9].

U podstaw keynesowskiego sposobu myślenia tkwiło przekonanie, że pełne zatrudnienie definiuje się przez określoną ilość wakatów [10]. To nadwyżka miejsc pracy łatwo dostępnych dla najmniej wykwalifikowanych pracowników (głównie w sektorze publicznym, ale w prywatnym również) była fundamentem pełnego zatrudnienia. Dla lat 1945–1975 zmiany w poziomie wydatków sektora prywatnego były równoważone przez sektor publiczny, który tak zarządzał polityką fiskalną i monetarną, aby wydatki w gospodarce gwarantowały wzrost zatrudnienia odpowiadający przyrostowi siły roboczej. W rezultacie dla okresu 1950–1975 poziom bezrobocia w Europie wahał się między 2 a 4% [11]. Umożliwiło to instytucjonalizację polityki pełnego zatrudnienia jako pewnego paradygmatu opartego o trzy filary:

1. Filar ekonomiczny → pełne zatrudnienie

2. Filar redystrybucji → funkcjonowanie rynku jest amoralne i nie zawsze prowadzi do efektywnych i pożądanych społecznie rozwiązań, dlatego rolą państwa jest korygowanie rynku.

3. Filar kolektywny → Funkcjonowanie negocjacji zbiorowych, wpływ obywateli na państwo i zobowiązanie państwa do działania na rzecz wspólnoty. [12]

Neoklasyczna kontrrewolucja

Dzięki Kaleckiemu wiemy, że kapitaliści nie traktują stanu pełnego zatrudnienia jako czegoś pożądanego. Prawie 30 lat trwała delegitymizacja powojennego modelu gospodarczego, w czym kluczową rolę odegrały dwa zdarzenia.

• Impuls inflacyjny w wyniku wojny w Wietnamie stworzył warunki do krytyki aktywnej polityki makroekonomicznej państwa;

• Wzrost cen ropy przez kraje OPEC zwiększył poziom inflacji.

Uczynienie z inflacji głównego problemu było podstawą retorycznego ataku na pełne zatrudnienie. Nowym priorytetem polityki makroekonomicznej było jej zwalczanie. Przekłada się to na spadek wydatków publicznych (niższy poziom deficytu), a w konsekwencji niewykorzystaną siłę roboczą. Popyt w gospodarce jest zbyt niski, aby stworzyć odpowiednią ilość miejsc pracy [13]. Celem przestała być nadwyżka dostępnych miejsc pracy, a stał się nim kompromis między bezrobociem a inflacją. Szok paliwowy pozwolił ostatecznie pogrzebać model polityki pełnego zatrudnienia, a wraz z tym ugruntować model oparty o pełną zatrudnialność [14].

Nowy paradygmat opierał się na następujących trzech filarach:

1. Filar ekonomiczny → prymat rynkowo określanych celów (niepełne zatrudnienie);

2. Filar redystrybucji → wspieranie i wzmacnianie rynkowych mechanizmów, np. deregulacja, skłanianie do partycypacji w rynku pracy, przywileje podatkowe dla najbogatszych;

3. Filar indywidualistyczny → żadnych samoistnych praw w związku z byciem obywatelem. Jednostka poprzez pewne behawioralne kryteria musi wykazać swoją zdatność i gotowość do bycia zatrudnionym. [15]

Wraz z tym zmienił się sposób mówienia o bezrobociu. Monetarystyczni ekonomiści upowszechnili koncepcję NAIRU (non-accelerating inflaition rate of unemployment). Milton Friedman twierdził, że istnieje nieredukowalny i unikalny poziom bezrobocia, gdzie inflacja jest stała. Starania, by zejść poniżej poziomu NAIRU, muszą wedle niego skończyć się klęską i doprowadzą do ponownego wzrostu inflacji [16]. W tym ujęciu bezrobocie to już nie systemowy problem, który można rozwiązać ekspansywną polityką fiskalną lub monetarną, ale defekt od strony podażowej. Przyczyną tego może być kiepska jakość siły roboczej, zbyt duże regulacje państwa czy system zasiłków, które zniechęcają do pracy. Władze państwa mogą coś zmienić demontując istniejące ograniczenia na rynku pracy. W efekcie rząd zmniejsza swój wpływ na gospodarkę, a w większym stopniu opiera się o rynek i sektor prywatny [17].

Prawo do pracy i skutki jej braku

Konstytucyjny zapis obowiązku polityki zmierzającej do pełnego produktywnego zatrudnienia jest nieobecny w świadomości społecznej. W polskiej debacie jest ono traktowane co najwyżej jako produkt uboczny polityki zachęcającej do wzrostu prywatnych inwestycji lub efekt rosnącej konsumpcji. Zatrudnienie jest czymś, za co odpowiedzialna jest sama jednostka. Podczas gdy bycie zatrudnionym i jakość tej relacji mają istotne konsekwencje społeczne.

Dla większości gospodarstw domowych praca jest głównym źródłem dochodu. Bezrobocie i niepełne zatrudnienie pozbawiają dostępu do sieci społecznych i korzyści z nich płynących oraz czynią patologie społeczne bardziej prawdopodobnymi [18]. Tadeusz Kowalik, omawiając masowe bezrobocie w początkach III RP, wymienia całą listę jego makrospołecznych skutków:

• Osłabienie siły przetargowej pracowników i wzmocnienie autorytaryzmu zarządców przedsiębiorstw;

• Pogorszenie się warunków pracy i stagnacja lub obniżka płac;

• Zmniejszona ruchliwość społeczna;

• Pogłębienie się nierówności płciowych (kobiety tracą pracę częściej niż mężczyźni) i regionalnych;

• Utrata kwalifikacji przez pracowników. [19]

Z kolei David Blustein, psycholog z Boston Collage, przywołuje bogaty zbiór badań potwierdzający znaczenie pracy dla zdrowia psychicznego jednostki. Brak pracy wpływał na brak poczucia własnej wartości, nadużywanie środków odurzających, alkoholizm itp. Z perspektywy lokalnej społeczności utrata zatrudnienia wiązała się z istotnym spadkiem jakości życia w sąsiedztwie, pogorszeniem relacji rodzinnych oraz wzrostem przestępczości. Blustein konkluduje, że praca jest głównym składnikiem rozwoju i zachowania zdrowia psychicznego [20].

Ograniczenia stymulacji zagregowanego popytu

Centralny charakter pracy w życiu jednostki wymaga uznania jej roli na poziomie społeczno-gospodarczym. Warunkiem tego jest polityka pełnego zatrudnienia, gwarantująca godne i produktywne zatrudnienie każdemu, kto chce pracować, a nie może znaleźć pracy w sektorze prywatnym.

Dotychczas najpowszechniej stosowanym modelem osiągania pełnego zatrudnienia była omawiana wcześniej ekspansywna polityka wydatków publicznych. Bazuje ona na wydatkach rządowych oraz zachętach dla inwestorów do rozwinięcia aktywności gospodarczej. Jej celem jest spadek bezrobocia poprzez kreowanie konkurencyjnych miejsc pracy w sektorze publicznym oraz wzrost zatrudnienia w sektorze prywatnym. Ten osiągany jest dzięki efektowi mnożnikowemu – wzrostowi PKB w wyniku zwiększeniu wydatków rządowych, które uruchamiają cały łańcuch wydatkowy. Od inwestujących i zatrudniających przedsiębiorstw prywatnych po konsumujących pracowników [21].

W przeciwieństwie do neoliberalnej agendy, która z bezrobocia uczyniła narzędzie dyscypliny pracowników, keynesowska polityka stymulowania zagregowanego popytu gwarantowała wysokie poziomy zatrudnienia. Napotyka ona jednak szereg ograniczeń, które osłabiają jej pozytywny wpływ:

• Niezdolność do stworzenia wystarczającej ilości miejsc pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników – poprzez oparcie się o efekt mnożnikowy i sektor prywatny w generowaniu zatrudnienia, pracownicy o większym doświadczeniu zawodowym będą zatrudniani w pierwszej kolejności. Osoby o niskich kwalifikacjach lub długotrwale bezrobotni będą zatrudniani później lub wcale.

• Zachowuje regionalne nierówności na rynku pracy spowodowane globalizacją i deindustrializacją. Umiędzynarodowione obszary metropolitarne z silnym udziałem sektora usług, niskim bezrobociem oraz wyższymi płacami zajmują dominującą pozycję. Rolę peryferyjną pełnią obszary niezurbanizowane o niższym poziomem kapitału ludzkiego i punktowo skoncentrowanymi obszarami produkcyjnymi w postaci specjalnych stref ekonomicznych.

• Jest pozbawiona mechanizmów kontr-inflacyjnych – poprzez stymulację popytu oraz efekt mnożnikowy gospodarka osiąga stan pełnego zatrudnienia. Jednak presja płacowa oraz rosnące ceny materiałów z dużym prawdopodobieństwem tworzą presję inflacyjną. Przy braku tzw. kotwicy anty-inflacyjnej powstaje ryzyko dla rozwoju gospodarczego. [22]

Potrzeba alternatywnych modeli pełnego zatrudnienia, minimalizujących braki keynesowskiej polityki stymulowania popytu.

Pracodawca Ostatniej Instancji

Rozwiązaniem, które umożliwia realizację tego celu przy uniknięciu opisanych problemów jest proponowana w ramach Nowoczesnej Teorii Monetarnej koncepcja gwarancji zatrudnienia (Job Guarantee). Ekonomiści MMT wychodzą z założenia, że państwo, wykorzystując władzę fiskalną, jako monopolistyczny emitent pieniądza jest w stanie zatrudnić każdą chętną osobę. Obecnie ci, którzy nie mogą znaleźć pracy, nie mogą otrzymać ustawowej płacy minimalnej. Wynosi ona dla nich zero złotych. Jednakowe wynagrodzenie gwarantujące minimum socjalne tworzyłoby efektywną płacę minimalną. Program gwarancji zatrudnienia, określany również jako Pracodawca Ostatniej Instancji, nawiązuje do roli, którą bank centralny pełni w gospodarce. Tak jak bank centralny udziela pożyczek w postaci rezerw bankom, które nie są w stanie pozyskać ich w inny sposób, tak pracodawca ostatniej instancji tworzy miejsca pracy dla tych, którzy nie znajdują zatrudnienia nigdzie indziej [23]. Celem polityki gwarancji zatrudnienia jest likwidacja bezrobocia w sposób bezpośredni, tworząc miejsca pracy tu i teraz. Nie poprzez inwestycje czy zachęty finansowe mające dopiero zwiększyć popyt na pracę.

Zbliżony mechanizm funkcjonuje na rynku produktów rolnych pod nazwą skupu interwencyjnego. Urodzaj plonów powodujący nadpodaż określonego towaru jest sygnałem dla państwa do rozpoczęcia akcji skupu po ustalonej cenie w celu ściągnięcia nadwyżki z rynku. Stabilizuje to poziom cen oraz zabezpiecza interesy ekonomiczne producentów rolnych. W odwrotnej sytuacji, gdy danego produktu jest mniej, czyniąc go dużo droższym, państwo jest w stanie wypuścić na rynek zmagazynowane towary, gwarantując stabilność cen i równoważąc interesy rolników i konsumentów. Według tego samego schematu państwo zapewnia równowagę na rynku pracy. W fazie dekoniunktury (malejące inwestycje prywatne i spadek zatrudnienia) liczba pracowników w ramach polityki gwarantowanego zatrudnienia automatycznie zwiększałaby się, a w okresie koniunktury (rosnące inwestycje prywatne i wzrost zatrudnienia) – malała.

Polityka gwarancji zatrudnienia kierowałaby wolne zasoby pracy (osoby, które w reżimie neoliberalnym byłyby bezrobotne – chcą pracować, ale nie mogą znaleźć zatrudnienia) do projektów ekologicznych i opiekuńczych, które służyłyby lokalnym społecznościom w całej Polsce, szczególnie tym najbardziej zaniedbanym. Zakłada ona aktywności o wysokiej użyteczności społecznej, ale generujące niewielkie zyski – z tego względu ignorowane przez sektor prywatny. Nie ma ograniczeń dotyczących rodzaju prac, które w ramach tej polityki byłyby wykonywane. Jednak kluczowy jest ich inkluzywny charakter, który umożliwi zatrudnienie wszystkich chętnych bez względu na poziom umiejętności czy atrybuty fizyczne.

Znajdujemy się w okresie historycznie niskiego bezrobocia. Wciąż jednak są obszary, gdzie bezrobocie jest dwucyfrowe, zaś biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa czy kryzys klimatyczny potrzeby lokalnych społeczności będą rosnąć. Jak miałaby wyglądać praktyczna implementacja tego programu w Polsce? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejnym tekście.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Przypisy:

1. US mass unemployment covid, Congressional Research Service, https://fas.org/sgp/crs/misc/R46554.pdf

2. Ignacy Morawski, Dane dnia: powrót rynku pracownika, płace rosną szybciej niż przed kryzysem – 21.06.2021

3. Komunikat CBOS „Nastroje na rynku pracy w maju”, maj 2021 (oprac. Umańska E.).

4. Ocena sytuacji w zakładzie pracy dla lat 1992–2021 s. 3.

5. Kalecki M., Kapitalizm: dynamika gospodarcza i pełne zatrudnienie. Wybór tekstów, pod red. Łaski Kazimierz, Osiatyński J., s. 391.

6. Tamże s. 392.

7. Tamże s. 397.

8. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 36.

9. Tamże s. 38.

10. Tamże s. 78.

11. Tamże s. 9–10.

12. Tamże s. 8–9.

13. Tamże s. 4–6.

14. Tamże s. 78.

15. Tamże s. 16.

16. Friedman M., Money: the Quantity Theory, 1968. IESS, s. 12.

17. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 12–13.

18. Tamże s. 21.

19. Kowalik T., www.PolskaTransformacja.pl, Warszawa 2009, s. 208–209.

20. Blustein D., The Role of Work in Psychological Health and Well-Being: A Conceptual, Historical, and Public Policy Perspective. American Psychologist 63, nr 4 (2008), s. 230.

21. Samuelson P., Nordhaus W., Ekonomia, Poznań 2019, s. 452.

22. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 241–243.

23. Wray L. R., Nowoczesna Teoria Monetarna MMT. Wprowadzenie do makroekonomii suwerennych systemów monetarnych, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox 2018, s. 309–310.

Polskie demony – z odzysku

„Wesele” Smarzowskiego to tani recykling polskich traum, cały ten podręczny kocioł z krwi katów i ofiar, sztambuch z ładną okładką i ohydnym wnętrzem. Tyle że straszliwy demon, gdy pokażemy go komuś pięćsetny raz i znów każemy bić się w piersi za bieg historii i wady narodowe, staje się po prostu kukłą ze szmat. Strunę z wysokim C można łatwo zerwać.

Podczas seansu, na który poszłam w swoim niewielkim mieście, siedziała za mną para ludzi w średnim wieku. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki śpiewanej w jidysz pieśni i na sali zapaliły się światła, kobieta powiedziała do swojego towarzysza: „Słabe”, na co on odparł: „No, słabe”. Ten dialog wcale nie świadczy o banalnym podsumowaniu filmu przez niewyrobionych widzów. Mówi nam raczej, że to, czym reżyser wali nas jak siekierą – a w jego zamyśle jest mocne i ważne – wybrzmiewa słabo, bo słyszeliśmy i widzieliśmy to już setki razy. Gdy widzisz, że znowu Polacy nie mają ani jednej zalety, robią wyłącznie okropne rzeczy i nie można im ufać, wcale nie masz ochoty przeglądać się w tym podstawianym od dekad lustrze. Wolisz je rozbić.

Sama po seansie, podczas którego znowu kazali mi kajać się za to samo i nurzać w identycznym, odwiecznym błotku, byłam bliska reakcji w rodzaju: „No i co z tego?”. Wiem, że Polacy piją, robią krzywe interesy i urządzają na weselach przaśne zabawy z podtekstem erotycznym. Wiem, że jedni Polacy pomagali Żydom, a inni tego nie robili. Wiem, że reżyser i klasa średnia (która siebie w tym lustrze nie widzi) będą starali się pod płaszczykiem wielkiego dzieła przyprawić nam gębę absolutnych rasistów, mizoginów i januszy. Ile filmów jeszcze mam o tym obejrzeć?

Smarzowski znany jest z kumulowania w swoich obrazach wszystkich wad narodowych i indywidualnych – a na wierzch dorzuca jeszcze tematy aktualne, oczywiście z grona chwytliwych (pedofilia i chciwość księży, znęcanie się nad zwierzętami, korupcja itp.). Powstaje z tego magma zła, karuzela postaci, z których żadna nie jest dobra czy choćby akceptowalna, ludzki odruch jest rzadkością, a nawet jeśli się pojawi, to ma zawsze drugie dno, którym jest dążenie do załatwienia własnego interesu. Zgodnie z zamysłem Smarzowskiego mamy na tej karuzeli wymiotować z obrzydzenia, bo oto widzimy, „jacy jesteśmy”, czy też (wersja dla klasy średniej i inteligencji z wielkich miast) „jacy oni są”.

Ale nie wymiotujemy, bo, co za niespodzianka, psychologizowanie cepem sprawdza się tylko wśród tych, którzy mają właśnie obejrzeć „how the other half lives”, natomiast ci, którzy faktycznie na takim weselu przekładali jajko przez nogawkę i rozpijali kolejne połówki wódki weselnej ze specjalną etykietą, śmieją się w zupełnie innych miejscach i co innego uznają za oburzające. To pierwszy film Smarzowskiego, w którym etatowi komentatorzy dostrzegli klasizm w ujęciu i prezentacji postaci (brawo, lepiej późno niż wcale!), chociaż był on tam od zawsze. Reżyser przypisuje prowincji wszystkie cechy „dzikiego”, który przebrał się w garnitur, ale po dwóch kieliszeczkach czy w jakiejkolwiek sytuacji konfliktowej wychodzi z niego odwieczny buc, a słoma z butów znaczy szlak jego kroków. Nieprzypadkowo zło umieszcza w małych miejscowościach i na wsiach, racząc nas paradami bezzębnych twarzy, pijackiego bełkotu, chamskich odzywek i brudnych interesów. Portretuje ten świat bez czułości, bez zrozumienia, wymyśla go od podstaw w konkretnym kierunku i z konkretnym zamysłem, a na koniec dosztukowuje nam jeszcze etatowego „żula” Henryka Gołębiewskiego, który wyrzuca głównego bohatera z meliny. Niemal widzę, jak reżyser siedzi z karteczką i zapisuje na niej pomysły fabularne, które mają przebić weryzm i gore poprzednich filmów (a to nie takie proste, poprzeczkę postawił sobie wysoko) i w końcu wpada na pomysły typu „dobra, to niech może Ukraińcy nasprejują kutasa na kabriolecie pary młodej, a goście weselni w odwecie spalą im dom”.

Bardzo ogranym, ale niemal zawsze stosowanym zabiegiem są w polskim filmie dwa plany czasowe i historyczne – a ten wcześniejszy zazwyczaj toczy się w czasie wojny. Dzięki sepiowym retrospekcjom widz ma zrozumieć motywacje współczesnych bohaterów – ale u Smarzowskiego służą one najbanalniejszej konstatacji z możliwych, a mianowicie takiej, że zło było i zło jest, bo Polacy są źli. To ich/nasza immanentna cecha, wada fabryczna. Autoreset nic nie zmienia, bo wracamy z pokolenia na pokolenie do naszych pierwotnych ustawień. Gęba Polaka-antysemity, Polaka-gwałciciela, Polaka-pijaka nie jest według Smarzowskiego maską, lecz twarzą. W tym kontekście tło historyczne nie ma więc nawet służyć jakiemukolwiek wyjaśnieniu przypisywanych nam cech, bo podczas wojny też tacy byliśmy – płynęliśmy z prądem, ratowaliśmy siebie, przyłączaliśmy się do zbiorowych aktów przemocy. Reżyser ociężale i bez lekkości meandruje pomiędzy prawdą historyczną a założonym z góry przesłaniem, wprost sugerując niemal seksualną, psychopatyczną przyjemność, z jaką Polacy oddawali się mordowaniu i torturom.

Oczywiście wszystko, co dzieje się w fabule, ma kierować widza ku oświeconej konstatacji, że „other half” to ludzie nieokrzesani, nieuczciwi i przepełnieni uprzedzeniami, że w Polsce panują nastroje pogromowe, że jesteśmy fizycznie i psychicznie niezdolni do odczuwania empatii w stosunku do innych nacji, a Kościół jeszcze to podkręca. Smarzowski nie mówi „tacy jesteśmy”, tylko „tacy jesteście”, więc tym bardziej ludzie czyści, tolerancyjni i wykształceni mogą otwierać szeroko oczy na wieść, co też się w tej Łomży odstawia, zapominając o swoim stygnącym popcornie. Potem napiszą tekst czy komentarz w mediach społecznościowych, że Polacy są ostatnimi czasy strasznie podzieleni i będą zachodzili w głowę, z czego to może wynikać. Wiem, że nie oszczędzę im tych rozważań, bo za nimi przepadają, ale służę odpowiedzią – z tak sterowanego autorasizmu, samostygmatyzacji i bojówek „policji myśli”, która regularnie sprawdza, czy dość gorliwie bijemy się w piersi za prawdziwe czy urojone winy przodków. Ta policja chce meblować nam pamięć, tożsamość i teraźniejszość, ciągać nas, przecież także ofiary wojny, do konfesjonału, w którym mamy przyznać, że byliśmy nie ofiarami, lecz oprawcami.

Ale my tego demona pamięci widzieliśmy już wiele razy, już nam spowszedniał i obrzydł. Nie ruszają nas setne nawiązanie do chocholego tańca ani spłowiałe od pracowitego przywoływania aluzje do gnuśności i braku działania, gdy ojczyzna w potrzebie. Mamy nawet wrażenie, że te „uniwersalne traumy” wcale nie są takie uniwersalne i że tylko część Polaków grzebie w nich z upodobaniem.

Polski demon z recyklingu jeszcze nie raz powróci, ale będzie wywoływał coraz większe ziewanie.

Magdalena Okraska

Janusz Korczak: Przeciw rozpuście (1905)

Przed czterema laty w domu 46 przy ulicy Kruczej, na parterze od frontu, na prawo z bramy, znajdował się magazyn kapeluszy damskich. Szyld był tylko osłoną. W owym magazynie dziesięcio-, dwunastoletnie dziewczęta używane były do zbrodniczych praktyk.

Opowiedział mi o tym adwokat przysięgły J. S. w następującymi słowach:

– Kolega mój, lekarz prowincjonalny, zachęcony został do udania się tam, jeśli „pragnie ujrzeć coś ciekawego”. Na zapytanie jego, „czy kapelusik już gotów”, wprowadzony został do sąsiedniego pokoju i tu znalazł dwie dziewczynki, które uczyniły mu propozycję. – „Ja wam pokażę” – zawołał oburzony. – Wówczas otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, i ukazał się w nich drab jakiś o groźnej postawie. „Co nam pokażesz” – zapytał. Lekarz wyjął rewolwer i tyłem wycofał się z pułapki.

Zapytałem adwokata przysięgłego, który zna prawa, co myśli ze swą informacją uczynić.

– Mówiłem o tym z Gr… Powiedział, że to do niego nie należy, że są to rzeczy znane, że trudno tu coś poradzić. –Trzeba by to jakoś sprawdzić.

Udaliśmy się więc tam nazajutrz. Wizyta nasza zrazu silnie zaniepokoiła właścicielkę magazynu, ale po chwili uspokoiła się i kazała przyjść nieco później. Po wypiciu kawy w cukierni powróciliśmy. Tym razem otrzymaliśmy pewne informacje:

Panowie są nieostrożni: zajeżdżają w nocy, czasem pijani, robią awantury. Mieszkanie parterowe od frontu jest niewygodne. Prostytutki uliczne, zatrwożone konkurencją, denuncjują ją. Ma wiele kłopotu z policją. Wreszcie ktoś doniósł matkom tych dzieci. Ostatecznie wyprowadza się, więc za dni kilka da nam nowy adres i tam nas zaprasza „po kapelusik”.

Po tygodniu udałem się sam. Trafiłem akurat na przeprowadzkę. Stróż nie chciał mi udzielić nowego adresu i odmówił wszelkich informacji…

Zwróciłem się w tej kwestii do redaktora L. S. Nie udało mi się silniej go zainteresować tą sprawą. Przyznał natomiast, że jest to bardzo „niełatwa do wyświetlenia sprawa”…

Był moment, kiedy chciałem raz jeszcze tam się udać, zastrzelić handlarkę dzieci. Był to czas, kiedy wierzyłem gorąco w wartość „protestów moralnych”. Zwierzyłem się temu i owemu – odradzono. Fakt ten silnie wpłynął na mój światopogląd: przejrzałem…

A potem już z pobłażaniem patrzałem na działalność Wysłouchów, towarzystw ochrony kobiet itd., itp.

Fakt ten uważałem za jedną z tajemnic kształtowania się mego ducha i dlatego nigdzie nie wspominałem o nim przez lat cztery. Dziś, zdaje mi się, nie wolno mi o nim przemilczeć. A wreszcie nic spóźnionego: bohaterowie niniejszego faktu (resp. panowie S. i S.) żyją i mogą go potwierdzić.

Zaznaczam raz jeszcze: ani adwokat przysięgły, ani redaktor dziennika nie potrafili zareagować na ohydną i jawną zbrodnię. Stosunki cenzuralne tak się wówczas układały, że stójkowy z ową damą, znaczyło to narazić się na porażkę i – zemstę ze strony alfonsów.

Nasza prasa nigdy nie konstatuje faktów, jeno radzi i… stawia stopnie ze sprawowania, wydaje świadectwa – ulicy. Nic to, że ulica jej nie czyta, a na stopniach się nie zna. Jeśli Rabski czy Bartoszewicz napiszą swojej kucharce czy lokajowi, że sprawowali się źle, będzie to miało w rzeczy samej pewien skutek; ale oni nie poprzestaną za nic w świecie na tak skromnej roli: od czegóż są publicystami, publicznymi dziennikarzami? Publicznych dziennikarzy mamy dziś więcej niż dawniej, mnożą się…

Walka z upadkiem, z rozpustą jest świętą sprawą, „splamiono ją, zbezczeszczono krwią ludzką” – pisze pan Straszewicz w „Kurierze Polskim”. „Od krwi ludzkiej zła rdza osiada na zawsze na duszy zabójcy. Zabójstwo znieprawia zabójcę”.

Przyznaję, że są to ładne zdania – powinien był jednak ich autor pamiętać, że wszystkie święte sprawy są w ten sposób zbezczeszczone. – „Sprawcy rozruchów obniżyli poziom obyczajowy i moralny ludności całej, robiąc ją świadkiem gwałtu i mordu”. I to ładne; niestety jednak świadkami gwałtu i mordu są całe pokolenia od wieków, chronicznego.

„Niech sądy najsurowiej karzą wyrzutków społecznych, niech będą obmyślone i zastosowane jak najsurowsze środki zapobiegawcze” – krzyczy „Goniec”. Mądrzejsi są już ci, którzy wołają o szkoły: wówczas liczba wyrzutków społecznych spadłaby do poziomu zagranicy, i sądy mniejszą ich liczbę musiałyby surowo karać.

„Słowo” pragnie otoczyć Żydów opiekuńczym skrzydłem swych rozumowań.

Odpowiada mu słusznie „Kurier Codzienny”:

Co ruch antysemicki może mieć wspólnego z ruchem antyprostytucyjnym? Możemy zapewnić „Słowo”, że samorodnie nie wynikną one, zbyt bowiem blisko poznał się tłum chrześcijański z proletariatem żydowskim.

Niepotrzebnie jednak pragnie „Kurier Codzienny” się dowiedzieć, gdzie się owe nieszczęśliwe dziewczęta podziały, kto je nakarmił, kto im dal pomieszczenie? Od ciekawości podobnej jeden krok tylko do rady, na wzór „Kuriera Warszawskiego”, by je umieścić w przytułkach – towarzystw ochrony kobiet wyznań obu.

***

„Kurier Warszawski” jak zwykle – po błazeńsku.

„Walka z rozpustą i lincz. Śpiew anioła i ryk rozjuszonego tygrysa”.

Któż po tym „tygrysie” i „aniele” nie poznałby pióra operetkowego sprawozdawcy?

A przecież sprawa zbyt poważna chyba, by się po niej
ślizgał dziennikarski totalizatorowicz.

***

„Warszawski Dniewnik” jako bezpośredni powód rozruchów podaje fakt następujący:

Na weselu żydowskim zebrano dla nowożeńców kilkadziesiąt rubli. Nagle wszedł na salę alfons czy nożowiec, zabrał pieniądze i poszedł. Wydaje się to nieprawdopodobne: jakim prawem wszedł, jakim prawem wziął pieniądze, czy mógł sądzić na chwilę bodaj, że mu to ujdzie bezkarnie?

Odpowiadam: mógł sądzić, że mu to ujdzie bezkarnie.

***

Tęgie łby mieszczańskiej inteligencji zrazu zaczęły rozważać, czy zabicie dwóch prostytutek spośród kilkunastu tysięcy i zranienie dziesięciu zbirów spośród drugich kilkunastu tysięcy – usunie prostytucję czy też nie.

I rzekły, że nie usunie. I zaczęły pouczać ulicę, że ta się trudzi daremnie. Ależ ulica wie o tym, wie…

A potem spadając na łapy, jak kot, nieszkodliwie, z wyżyn tragicznego faktu – orzekły łby twarde, że w Piasecznie jest jeszcze pięć wolnych miejsc dla pięciu kobiet upadłych, które zechcą już teraz… być moralnymi.

O tym wiele… wiele jeszcze można by powiedzieć. Tylko że rana jeszcze krwawi; niech zastygnie.

Janusz Korczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w warszawskim postępowo-radykalnym piśmie „Głos” 3 czerwca 1905 roku. Artykuł ukazał się po głośnym „pogromie lupanarów”, w ramach którego głównie żydowscy, ale także polscy robotnicy o poglądach socjalistycznych dokonali rozbicia „zagłębia” domów publicznych w Warszawie przy ulicach Marszałkowskiej, Krochmalnej, Leszno i innych. W trakcie trzydniowych zamieszek zdewastowano kilkadziesiąt domów publicznych, miały miejsca liczne pobicia sutenerów (kilku zabito), a walki między zorganizowanymi robotnikami a alfonsami trwały jeszcze przez kilkanaście dni. Nie są całkowicie wyjaśnione przyczyny tych zajść, aczkolwiek jedną z prawdopodobnych jest gniew żydowskich robotników wobec masowego i coraz bardziej zaawansowanego procederu handlu żywym towarem na potrzeby branży usług seksualnych, dotykającego głównie kobiet ze środowisk robotniczych, w tym żydowskich. Janusz Korczak (wówczas młody lewicowy dziennikarz) i środowisko pisma „Głos” wraz z ówczesną postępową inteligencją (m.in. jednym z czołowych jawnych działaczy PPS, Stanisławem Posnerem) angażowali się w zwalczanie prostytucji. Tekst ze względu na cenzurę carską odnosi się do tych wydarzeń w sposób ogólnikowy i aluzyjny.

Polexit i inne drobnomieszczańskie histerie

Symboliczne znaczenie dnia 10 października 2021 roku w Polsce wydaje mi się być niedostrzegalne gołym okiem dla większości osób. Dla mnie jest ono jednak dosadne i stanowi ponury rodzaj symboliczności. Dnia tego miały bowiem miejsce dwa istotne wydarzenia. Pierwsze z nich było polityczne. Drugie było polityczne jeszcze bardziej, choć to, jak przywykliśmy wyobrażać sobie politykę, zupełnie do tej prawdy nie pasuje.

Teraz to już na serio będzie ten Polexit

Mieliśmy więc falę gigantycznych demonstracji w największych polskich miastach. Demonstracji przeciwko rzekomemu Polexitowi, do którego pierwszy krokiem ma być wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający wyższość konstytucji nad prawem unijnym. Choć obrona praworządności to domena raczej liberałów, widoczne było też zaangażowanie polskich środowisk lewicowych. Niespecjalnie dziwi obecność Roberta Biedronia na Placu Zamkowym w Warszawie – jednak w akcję #zostajemy (w Unii) zaangażowali się także politycy Partii Razem, której sam jestem niebezkrytycznym członkiem.

Aby zbadać prawdziwość tezy o zbliżającym się Polexicie przeanalizujmy kilka faktów. Po pierwsze Polexit „wydarza się” w Polsce już któryś raz. Spadkobiercy Komitetu Obrony Demokracji wieszczą go przy każdym sporze Polski z władzami Unii Europejskiej. O Polexicie pisał w 2017 roku Jan Hartman, w 2019 roku robili to Wojciech Sadurski oraz Jacek Kochanowski. „Tym razem to już na serio będzie ten Polexit” – zdają się sugerować nagłówki liberalnych mediów oraz politycy przemawiający na Placu Zamkowym.

Trudno te sugestie traktować całkiem poważnie. Etatystyczna partia Jarosława Kaczyńskiego zbyt mocno potrzebuje unijnych dotacji na politykę społeczną, by zdecydować się na tak radykalny krok. Jeśli chcecie przekonać się czy Wartości Wyższe okażą się ważniejsze od pieniędzy, spójrzcie na ostatnią sytuację z samorządami. Grzecznie wycofały się z uchwał AntyLGBT, kiedy przykręcono im kurek z pieniędzmi. Włączcie też TVP. Alarmowanie o Polexicie jest tam wyśmiewane. Akcentuje się natomiast prounijne postawy części polityków PiS jeszcze z czasów sprzed dołączenia do UE. Przytacza się też archiwalne antyunijne wypowiedzi dzisiejszych polityków PO. Chociażby Romana Giertycha, który był przeciwny akcesji Polski do Unii Europejskiej.

W tej sytuacji obecne zamieszanie zdaje się być obliczone na efekt wspierający partię rządzącą. Polexitowy rozgardiasz jest jej jak najbardziej na rękę. Tezę o realnym zagrożeniu wyjścia Polski z Unii Europejskiej naprawdę ciężko jest obronić w oczach elektoratu nieprzekonanego do tego, żeby zrezygnować z oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. To polityczna zagrywka obliczona na scementowanie zastanych elektoratów w stanie nienaruszonym. Prężenie muskułów przed wyborcami ceniącymi sobie pozowanie na suwerenność. Warto wziąć sobie do serca także słowa Łukasza Molla, który ostrzega, że straszenie Polexitem rykoszetem spowoduje co najwyżej falę przesadnego euroentuzjazmu i odbierze lewicy impuls do reformowania Unii w stronę bardziej prosocjalną, co jest przecież bardzo potrzebne.

Problemy realne

W tej sytuacji warto byłoby się skupić na drugim wydarzeniu, które miało miejsce – jak co roku – 10 października. Był to Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego.

Jeśli na co dzień żyje się w lewicowej, emancypacyjnej bańce, zapewne przeczytało się kilka postów na ten temat w mediach społecznościowych. W skali całego kraju znaczenie tej daty pozostało jednak praktycznie niezauważone. „Zdrowie psychiczne” to bowiem termin, który w opinii społecznej wciąż kojarzy się „byciem wariatem”. I to jest – w odróżnieniu od jarmarku zorganizowanego przez Donalda Tuska – naprawdę realny problem.

Kilka danych dla rozjaśnienia sprawy. Szacuje się, że na jakąś formę zaburzenia psychicznego może cierpieć nawet 6 milionów Polaków. Do trzech milionów cierpi na zaburzenia nerwicowe. U prawie miliona występują zaś objawy zaburzeń depresyjnych. Polska to kraj, w którym dziennie życie odbiera sobie 15 osób. 12 z nich to mężczyźni.

Trudno o temat bardziej zespolony z codziennym życiem każdego z nas niż zdrowie psychiczne. Nawet ludziom, których można zdiagnozować jako „w pełni zdrowych”, przydaje się bowiem podstawowa wiedza związana chociażby z higieną umysłu czy umiejętnością odpoczywania. W naszym kraju wciąż nie jest to temat polityczny. A przecież nie jest tak, że nic nie możemy zrobić z obecnym status quo. Psychiatria, w tym psychiatria dziecięca, jest w Polsce niedofinansowana tak samo jak cała reszta usług zapewnianych przez NFZ. Brakuje też podstawowej edukacji psychologicznej i wykwalifikowanych do zajmowania się nią osób w polskich szkołach.

Zdrowie psychiczne powinno być jednak przede wszystkim tematem sztandarowym dla współczesnej lewicy. Przecież nie jest tak, że pogarszające się życie wewnętrzne Polaków nie ma związku z życiem w późnym kapitalizmie. Z elastycznymi warunkami zatrudnienia, z przepracowaniem, z mobbingiem, który trudno wykazać w relacjach dla parodystycznie działającej Państwowej Inspekcji Pracy. Z zadłużeniem i z marazmem wynikającym z zablokowania kanałów awansu społecznego. Z brakiem edukacji antydyskryminacyjnej w szkołach, które wolą kształcić nas na trybiki systemu niż zdrowych, świadomych i szczęśliwych obywateli.

Co z tego wynika?

Zestawienie tych dwóch wydarzeń – masowych, euroentuzjastycznych demonstracji oraz ukrytego gdzieś w cieniu Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego – daje bardzo pesymistyczną diagnozę stanu świadomości politycznej w naszym kraju. Tego, co w ogóle jest dla nas polityczne i ważne. Spieramy się o Wartości Wyższe, podczas gdy podstawowe potrzeby pozostają niezaspokojone. Piramidę Masłowa stawiamy na samym czubku. Przestrzeń społeczna to dla nas widowisko, w którym weteranka powstania warszawskiego krzyczy do Roberta Bąkiewicza wycierającego sobie usta Rotą. Arena do Sygnalizowania Cnoty. Niemal zapomina się o tym, że polityka powinna służyć budowaniu ludzkiego dobrobytu. Sytuacja taka ma miejsce nie pierwszy i nie ostatni raz. W „wolnych mediach” w zasadzie bez echa obił się fakt, że tej samej nocy, gdy w Sejmie głosowano Lex TVN a liberalna oligarchia wieszczyła koniec demokracji, przepchnięto ustawę o zwiększeniu nakładów na NFZ do 2023 roku. Nie jest moim celem bronienie ustawy, która ostatecznie zapewne nie wejdzie w życie. Jest nim wskazanie, że i tu mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której sprawa bardziej efektowna odbiła się o wiele szerszym echem niż sprawa istotnie dotykająca ludzi.

Mógłbyś odpowiedzieć, drogi Czytelniku, że przecież dziś każdy dzień jest dniem czegoś. O Światowym Dniu Maszynisty nie pisze się na pierwszych stronach gazet i trudno oczekiwać, że będzie tak z jakimkolwiek innym dniem. Fakt, że zupełnie nic nieznaczący karnawał odbył się akurat tego dnia, w którym choć na chwilę powinniśmy pochylić się nad czymś znacznie ważniejszym, ma jednak gorzki symboliczny smak.

Jeśli polska lewica chce utrzeć nosa PiS-owi, jej strategią powinno być zagospodarowywanie tych realnych ludzkich potrzeb, które nie zostają i nie mogą zostać przez niego zaspokojone.

Piotr Tomaszewski

Strażacki styl zarządzania

Niejeden niepolski przybysz z krajów anglosaskich dziwi się podczas odwiedzin kraju nad Wisłą, jak to jest możliwe, że tu rzeczy zdają się działać? Nie jest to wszak ani kraj skandynawskiego socjalizmu, ani francuskiego etatyzmu. Państwowe struktury zdemontowano do samej kości, tak, że sama Thatcherowa byłaby pod wrażeniem. W dodatku ten kraj jest o całe niebo biedniejszy, niż Wielka Brytania, z której tak pieczołowicie bierze przykład. Jednak tam wiadomo, że nie da się naprawić cieknącej rury, wypełnić na dłużej niż na tydzień ziejącej dziury w jezdni, sprawić, by w bloku mieszkalnym na kilkaset mieszkań działały stale więcej niż dwie windy, ba, choćby i dwie windy, nawet jedna, byle stale! Nie da się odpowiedzieć klientowi na proste pytanie. I już. Jak się to zatem dzieje, że w tym dziwnym kraju, pełnym wkurzonych ludzi, da się tak bardzo dużo załatwić, skoro ani nie płacą, ani nie tworzą systemowych rozwiązań? Jakim cudem to działa?

Klucz do odpowiedzi na to pytanie tkwi w latach 80. Gdy na początku transformacji prowadziłam badania wśród polskich szefów, pewna heroiczna opowieść powtarzała się z dużą regularnością – o zrywowym, wręcz bohaterskim zarządzaniu w czasach po stanie wojennym. Moi rozmówcy nazywali to „gaszeniem pożarów”. Ileż historii słyszałam o sytuacjach niemalże spektakularnie porażkowych – staje produkcja, bo nie ma surowców; zagraniczny klient miał dostać próbkę produktu, a dostarczono jakiś wybrakowany gniot; ktoś zgubił kluczową dokumentację. I tak dalej, i tak dalej. To były czasy, gdy do wielu polskich przedsiębiorstw po stanie wojennym wrócili fachowcy od zarządzania, albo powołano nowych szefów, niebędących wojskowymi. Jednak to, co ich zastało w miejscach pracy, przerastało często ich – wszak przygotowane na najgorsze – wyobrażenie. Co wtedy robił typowy dyrektor Kowalski (wśród moich rozmówców kobiet było jak na lekarstwo, ale pani dyrektor Kowalska robiła dokładnie to samo)? Gasił pożary. Zakasywał rękawy. Rzucał się w wir chaosu. Wydawał polecenia, opieprzał podwładnych, wykonywał alarmistyczne telefony do kolegów i koleżanki z całego kraju. „To nie miało prawa działać, pani Moniko”, tłumaczył mi niejeden weteran takich bojów. „A jednak robiło się tak, żeby działało”.

Myślę, że ten styl zarządzania jest jedną z nielicznych rzeczy w polskim zarządzaniu, które przetrwały czasy transformacji i dotrwały do dziś. Zgubiono wiedzę, zaprzepaszczono marki, pozwolono na złowrogie przejęcia firm. Jednak obecnie moi znajomi i studenci też opowiadają bardzo podobne, mrożące krew w żyłach historie o tym, jak oni sami, bądź ich szefowa czy szef, gna do robienia rzeczy, których nie da się zrobić, obiecując, że „to ostatni raz”, że „jeszcze ten jeden raz, a potem już będzie z górki”. „Zróbcie to dla mnie jeszcze jeden raz, za darmo, ale potem już zapłacimy, znajdziemy środki, wyjdziemy na prostą, będzie już z górki. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku. Ile osób zjadło na tym zęby, ile budzi się w firmie mając ponad 50 lat, z tym samym szefem u sterów, albo jakimś innym, śpiewającym wciąż tę samą strażacką śpiewkę.

Takie zarządzanie wymaga heroizmu i ciągłych poświęceń wszystkich zainteresowanych. Często nieakceptowalnych z punktu widzenia czy to pracownika, czy samego szefa. Ileż kosztuje to zdrowia, ileż zajmuje wolnego, prywatnego czasu ludzi, ileż niepewności, stresu, jazd po bandzie. Wygląda jakby było skuteczne i dlatego na ogół nie narzeka się na sam styl zarządzania, lecz na różne jego części składowe, najczęściej na szefa, albo na firmę, albo na samą siebie – na zbyt słabe zdrowie, na „niewłaściwy” wiek. Taki styl jest na dłuższą metę wybitnie patogenny, wypalający, wyniszczający psychicznie. Na poziomie ludzkim jest to ciągłe produkowanie poważnych problemów psychicznych i społecznych u wszystkich osób zaangażowanych. U szefa może w pewnym momencie spowodować to, co Francuzi nazywają wywaleniem bezpieczników – człowiek nagle zaczyna zachowywać się jak socjopata lub furiat. U podwładnych normalnym efektem jest demoralizacja i depresja. Ale jednak „robią tak, by działało”.

Czy jest na to lekarstwo, czy można się uchronić od tego permanentnego pogotowia pożarowego? Jestem przekonana, że tak, ale jest to lekarstwo systemowe. Mamy zdolnych szefów i pracowników, więc nie zaczęłabym leczenia od zmieniania ich terapią czy nawet edukacją. Zajęłabym się przede wszystkim zapewnieniem lepszych warunków w sferze przeciwpożarowej, czyli likwidacją dziur umożliwiających i wymuszających zarazem ten system. Dać gwarancję stabilnego zatrudnienia, spowodować zmniejszenie indywidualnej konkurencji, ograniczyć sztuczne samozatrudnienia, zapewnić więcej rygorystycznych kontroli warunków pracy i zatrudnienia. Skąd na to wziąć środki? Z opodatkowania korporacji, rzecz jasna. Obawy o spadek międzynarodowej konkurencyjności polskich firm są tylko częściowo uzasadnione – pora zastanowić się, gdzie i czym pragniemy konkurować: czy na rynku taniego podwykonawstwa czy raczej tam, gdzie liczy się jakość.

Sceptykom polecam rozmowę z zagranicznymi obserwatorami i konsumentami – we Francji polski hydraulik słynie nie z tego, że jest tani – lecz dlatego, że jest dobrym fachowcem, a w Wielkiej Brytanii wspomina się tęsknie polskiego kierowcę TIR-a nie tylko dlatego, że w ogóle był, ale dlatego, że umiał rzeczy, których niełatwo się nauczyć. Śmiejemy się nadal z hasła „Polak potrafi”, ale wydaje się, że tylko my się z niego śmiejemy. Mamy niezłych fachowców: budowlańców, pielęgniarki, hydraulików, kelnerów. I szefów-strażaków. Może pora rozdzielić te zawody, bo taka kombinacja generuje przykrą postać strażaka-piromana, który umie działać tylko poprzez maksymalny chaos i stres, który pali mosty, wypala ludzi i przy tym sam się spala jak tragiczna ofiara tragicznych czasów. Narzekamy ciągle na polskich szefów. Badania wykazują, że w tym narzekaniu naprawdę jest dużo racji. W porównaniu z innymi krajami, takimi jak Szwecja, polski szef wypada często jak sadysta i przemocowiec. Marzy się nam miła i uśmiechnięta szwedzka szefowa, zapraszająca w piątek rano na kawę i cynamonowe bułeczki, a „mimo to” niezawodna i piekielnie skuteczna? Może pora przestać się upierać, że „szwedzki socjalizm” to dla Polaka najgorsze zagrożenie? Ugaśmy systemowo pożary zarządzania, dajmy ludziom odetchnąć.

prof. Monika Kostera

Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z: https://pl.freepik.com/wektory/mezczyzna

Dwadzieścia lat po Genui

Wiosną 1976 roku moje miasto, Bolonia, przeżywało jutrzenkę kreatywności kulturalnej, solidarności społecznej i inwencji politycznej. Pod koniec tej niemal dekady nieprzerwanej politycznej walki zostałem zaproszony na spotkanie za zamkniętymi drzwiami przez osobę, która uczestniczyła w tych samych zgromadzeniach organizowanych przez studentów i działaczy, w tym samym co ja momencie rewolucji kulturalnej. Przyjąłem zaproszenie, tak jak zrobiłbym to z zaproszeniem każdego, kogo spotkałem na tych zgromadzeniach, chociaż nie znałem wtedy jego nazwiska ani nie znam go teraz.

Był towarzyszem i to mi wystarczało.

Poszedłem na spotkanie na obrzeżach miasta. Kiedy przyjechałem, były tam tylko dwie osoby: ta, która mnie zaprosiła, i pracownik, trochę starszy ode mnie. Podążając za przeczuciem chwili, domyśliłem się, na jaki temat będzie to spotkanie. Ci ludzie dostali zadanie zorganizowania bolońskiej kolumny Czerwonych Brygad. Zaprosili mnie, bym się do nich przyłączył.

Rozmawialiśmy przez kilka godzin. Powiedziałem im po prostu, co wtedy myślałem i co nadal myślę: nie wierzę, że ruch robotniczy potrzebuje formacji zbrojnej. Nie wstąpiłem więc do Czerwonych Brygad ani do innych grup bojowych. W następnym roku, w 1977, podczas protestu studenckiego, na morderczą przemoc wojsk represyjnego państwa odpowiedziałem przemocą symboliczną. Rozbijałem witryny sklepowe. Ale nigdy nie stosowałem przemocy wobec innych ludzi, nikogo nie zabiłem ani nie nosiłem broni palnej. Nie uważam tego jednak za pozytywną wartość etyczną. To przywilej, który posiadam.

Czy nam się to podoba, czy nie, w historii walki klas pojawia się kwestia przemocy i nie da się tego uniknąć. U niektórych ludzi biorących udział w walce klas, sprzeczność, którą dostrzegają między przemocą wobec państwa a przemocą wobec ludzi, nie została jeszcze rozwiązana, mimo że jest bardzo silnie obecna.

W ciągu następnych dziesięcioleci kilkakrotnie obwiniałem się za odmowę zaciągnięcia się do walki zbrojnej na ulicach przeciwko kapitałowi i państwu. Jeden z takich momentów miał miejsce w lipcu 2001 r., w Genui, kiedy policja brutalnie potraktowała ogromną demonstrację przeciwko szczytowi G8, zamordowała studenta-anarchistę Carlo Giulianiego i torturowała setki ludzi – wszystko po to, by móc chronić Busha, Berlusconiego i Putina, którzy spotkali się w luksusowym Palazzo Ducale, aby rozmawiać o władzy.

Pamiętam, iż tego dnia pomyślałem, że chociaż wiodę całkiem wygodne życie, być może nie jest to sprawiedliwe, ponieważ nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem, aby pomóc wyeliminować potwory, zanim potwory przyszły zniszczyć nas. Zatem po Genui pojechałem do Himachal Pradesh w północnych Indiach, aby odwiedzić młodą mniszkę buddyjską. Medytowałem i zdałem sobie sprawę, że problemem nie jest broń. Buddyjska zakonnica przypomniała mi, że oni – państwo – mają zawodową armię. My, jeśli chodzi o przemoc, zawsze będziemy amatorami. Zamiast się uspokoić, zaakceptowałem myśl, że nie ma już miejsca na nadzieję.

Po Genui wydawało mi się jasne, że przeznaczeniem ludzkości jest iść do diabła. Ponieważ neoliberalizm połączył się w sojusz z faszyzmem, a podmiotowość społeczna jest coraz mniej zdolna do kultywowania autonomii i przyjaźni, jedyną perspektywą jest piekło rosnącej niepewności, wyzysku, nędzy oraz dewastacji naszej psychiki i środowiska.

Rozpaczałem i nie przestałem rozpaczać. Ale to, że przestajesz mieć nadzieję, nie oznacza, że przestajesz czekać na coś innego.

Latem 2001 musiałem czekać tylko kilka miesięcy.

We wrześniu z nieba nad Manhattanem nadeszła zemsta na neoliberalnym porządku, a piekło faszystowskiego liberalizmu zamieniło się w piekło wojny. Tych dziewiętnastu młodych mężczyzn, prowadzonych przez brodatego zabójcę, zadało strategicznie zwycięski cios. Zburzenie jednego z głównych symboli Zachodu uruchomiło proces, który dwadzieścia lat później toczy się pełną parą: proces, który obecnie prowadzi do końca zachodniej cywilizacji.

Nie żałuję upadku tego symbolu ani końca cywilizacji zachodniej, choć nie mam „nadziei”, że ta destrukcja doprowadzi do jakiegokolwiek wyzwolenia spod dominacji kapitału lub do kresu wojny toczonej przeciwko ludzkości.

W 2002 roku opublikowałem książkę zatytułowaną „Un’estate all’inferno” (Lato w piekle), w której opowiedziałem o tym popadaniu w szaleństwo i w autorytarną przemoc. We wspomnieniach z lata 2001 roku zmagałem się z tą samą sprzecznością i emocjami, o których wspomniałem na początku niniejszego tekstu: sprzecznością między życiem prywatnym a bojowością, oraz poczuciem winy, które powstaje, gdy policjanci wyważają drzwi i rzucają się na naszych towarzyszy. Pisząc ten tekst, w dwudziestą rocznicę zamordowania Carlo Giulianiego oraz pobić, gwałtów i torturowania tysięcy młodych ludzi w Genui, powróciłem do linijki, którą napisałem tej nocy, kiedy moja żona i ja wróciliśmy do Bolonii: „Brakowało nam słów, brakowało nam tchu. Wszystko, co się dzieje, może tylko oznaczać, że wkraczamy w erę rządów bestii”.

Dziś, po dwóch dekadach panowania tych potworów, kapitalistyczna dominacja trwa, ponieważ podmiotowość zdolna do emancypacji nie jest w stanie się wyłonić. Kiedy te tysiące weszły na Piazzale Kennedy w Genui, kiedy zbiorowa podmiotowość huczała na ulicach, policja kapitalistycznego imperium pokazała swój faszystowski charakter, tak jak robiła to wiele razy od tamtego czasu, w Ferguson, w Atenach, w Santiago. Ale cywilizacja zachodnia jest w agonii. Może kapitalizm i Zachód się rozchodzą. Tak czy inaczej, kapitalistyczne królestwo abstrakcji i akumulacji pozostaje silne, podczas gdy żywy organizm ludzkości traci oddech.

W Afganistanie Zachód przegrał świętą wojnę. Wojska białej rasy uciekły, a przyjaciele bin Ladena podbili kraj. Bliski Wschód rozpada się w wyniku amerykańskiej inwazji i okupacji Iraku. Amerykanie obiecali zbombardować Irak do tego stopnia, że powróci on do epoki kamienia łupanego, jeśli Saddam nie zrezygnuje ze swojej „broni masowego rażenia”, której nigdy nie znaleziono. Teraz cała ludzkość powraca do epoki kamienia łupanego.

Klęska Zachodu w Afganistanie i Iraku jest nieodwracalna – nie tylko dlatego, że Zachód został pokonany militarnie, ale także dlatego, że moralne i polityczne wartości, których Zachód obłudnie próbował bronić, są teraz w strzępach. Obrona „demokracji” była tylko pretekstem do przywrócenia dominacji Zachodu. Ta porażka oznacza, że dominacja Zachodu maleje, a pustka demokracji jest obnażana.

Strategiczny geniusz bin Ladena (a przede wszystkim niezwykła głupota Busha, Rumsfelda i Cheneya) uruchomił niepowstrzymany proces globalnej wojny domowej, którego oznaki są widoczne wszędzie. Największa potęga militarna wszechczasów już nie istnieje, ponieważ jest w stanie wojny ze sobą, i z tej wojny nie wyjdzie żywa.

Zachód pogrąża się w chaosie, pogrąża się w demencji, w ogniu lasów amerykańskiego Zachodu i lawinie błotnej północnej Europy.

W Genui dwadzieścia lat temu zgromadziło się 300 tysięcy ludzi. Ich przesłaniem było: jeśli to dalej potrwa, jesteśmy przeklęci. Jeśli kapitalistyczna grabież zasobów fizycznych planety będzie trwała dalej, jeśli szaleńcza eksploatacja energii nerwowych będzie przebiegać jak zwykle, ludzkość jest zgubiona. Możni tego świata uciszyli nas przemocą i w imię zysku kontynuowali przygotowania do ostatecznej zagłady.

Teraz jest już za późno.

Ogień jest nie do powstrzymania i co roku będzie płonął coraz bardziej.

Powódź nie cofnie się, co roku woda ma pędzić coraz szybciej, wsysając wszystkich i wszystko.

Może dwadzieścia lat temu można było jeszcze zatrzymać apokalipsę.

Teraz jest już za późno.

Komisja Europejska obiecuje, że w 2035 r. wszyscy przejdziemy na samochody elektryczne, a do 2050 r. emisje dwutlenku węgla zostaną zredukowane do zera. Być może nikt im nie powiedział, że amazoński las deszczowy, niegdyś uważany za płuca planety, dziś emituje więcej dwutlenku węgla niż pochłania.

Branson przygotowuje wahadłowce do opuszczenia Ziemi. Bezos spędził w kosmosie jedenaście minut. Niech obaj spierdalają na Marsa.

My zostaniemy tutaj. Salutujemy klęsce Zachodu. Nie cieszy nas ona jednak, ponieważ pozostajemy uwięzieni w kapitalistycznej abstrakcji. Zachód przegrał wojnę z islamskim fundamentalizmem, ale my nie możemy tego świętować, ponieważ islamscy fundamentaliści prowadzą własną kampanię terroru i obskurantyzmu. Nie możemy też świętować nadchodzącej porażki Zachodu w wojnie z Chinami, ponieważ Chiny są imperium automatyzacji, które zmusza miliony do pracy w obozach pracy i skazuje młodych demonstrantów w Hongkongu na dekady więzienia.

Zostaniemy tutaj, ponieważ nie mamy nadziei, a to czyni nas niepokonanymi.

Franco „Bifo” Berardi

tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie https://www.e-flux.com/, przedruk za zgodą autora.

Czy pandemia niechcący uratuje małe miasta?

Trudno mówić o wydarzeniach tragicznych jako o katalizatorach pozytywnych zmian. Szczególnie jeśli są to wydarzenia niedawne, zarośnięte świeżym, stale ropiejącym strupem. Łatwiej jest pisać o dżumie jako bodźcu rozwojowym dla średniowiecznej Europy Zachodniej niż o atakach z 11 września i ich wpływie na poprawę bezpieczeństwa w transporcie lotniczym (tym bardziej, że to drugie jest mocno dyskusyjne).

Pandemia koronawirusa od początku prowokowała rozmowy na temat zmian, jakie wywoła na świecie: od doinwestowania służby zdrowia, przez dowartościowanie tzw. pracowników niezbędnych, zmiany w międzynarodowych łańcuchach dostaw, przyśpieszony upadek niektórych branż (np. kin), aż po wieszczony przez niektórych upadek niewydolnego systemu neoliberalnego kapitalizmu. Niewiele z tych prognoz zdaje się spełniać. Nikt już nie jest wdzięczny kasjerkom w dyskontach za ich pracę z narażeniem zdrowia i życia, za to ludzie dopominają się o swoje „prawo do robienia zakupów w niedzielę”. Wszyscy już widzą, że kapitalizm świetnie się zaadaptował i bogaci nie tylko nie stracili, ale wręcz zarobili na pandemii. A ochrona zdrowia, jak to ochrona zdrowia, ciągle pozostaje niedofinansowana, a przeciwko wyższym składkom na ten cel opowiadają się nawet sami lekarze.

Wiele jednak się zmieniło i jedną z tych zmian na pewno jest podejście zarówno pracodawców, jak i pracowników do pracy biurowej – praca z domu okazała się w wielu przypadkach wygodna, oszczędna, a nawet bardziej wydajna od pracy w biurze. Obecnie, gdy większość ludzi w dużych miastach jest już zaszczepiona, wielu pracodawców wcale nie śpieszy się z zapędzaniem pracowników z powrotem do biur, a ci, którzy to robią spotykają się z dużym oporem pracowników. W wielu ofertach pracy już na wstępie wyszczególniona jest praca zdalna. Pracownicy tego oczekują, a i dla pracodawcy jest to korzystne – z jednej strony może dzięki temu wybierać spośród pracowników z całej Polski, a z drugiej – może zaoszczędzić wynajmując mniejsze biuro.

W Polsce, mimo odtrąbienia sukcesu polityki samorządowej, centralizacja ma się dobrze – jedynie trzy z sześćdziesięciu czterech urzędów administracji rządowej wyszczególnionych na stronie Głównego Urzędu Statystycznego są umiejscowione poza Warszawą. Największe uczelnie i instytucje kultury działają w Warszawie, większość siedzib dużych spółek, w szczególności polskich oddziałów międzynarodowych koncernów, ma swoje siedziby w stolicy. Decentralizacja jest przez PiS-owskie władze podnoszona raczej jako straszak na sędziów (słynna groźba przeniesienia TK na drugi koniec Polski) i jedynie lewicowe partie zdają się traktować temat poważnie. W skali wojewódzkiej duże uniwersyteckie metropolie pełnią podobną rolę z większą koncentracją dużych pracodawców – czy to publicznych, czy prywatnych.

Taka sytuacja sprawia, że migracja wewnętrzna z Polski powiatowej do miast wojewódzkich jest najczęściej podyktowana przymusem ekonomicznym. Większość maturzystów z mniejszych miejscowości planujących studia w dużych ośrodkach osiada potem w tych miastach ze względu na rynek pracy, za następny kierunek migracyjny obierając ewentualnie Warszawę lub zagranicę. Wielu z nich wcale nie lubi mieszkania w dużym mieście: korków, smogu, hałasu, drożyzny. Stąd zjawisko suburbanizacji widoczne wyraźnie we wszystkich większych ośrodkach miejskich w Polsce.

Zastanawiam się zatem, jak przy obecnym rozwoju rynku pracy biurowej zachowają się przyszłe roczniki absolwentów. Część z nich zapewne zwiąże swoje życia z miastami uniwersyteckimi przez 3-5 lat studiów – nawiążą przyjaźnie, przyzwyczają się do życia w mieście i dostępności miejsc użyteczności publicznej. Ale jestem pewien, że dla niektórych szalę przeważą niższe koszty życia, bliskość rodziny, która mogłaby zaopiekować się dziećmi oraz kompaktowa, bardziej przystępna urbanistyka miast, z których pochodzą. W zależności od skali, zjawisko to może pociągnąć za sobą spore zmiany na rynku mieszkaniowym, w zapotrzebowaniu na instytucje kultury i inne miejsca użyteczności publicznej, wpływach do budżetów gmin, a w dłuższej perspektywie w strukturze rozmieszczenia geograficznego populacji.

Bez spójnej polityki rozwoju obszarów peryferyjnych na szczeblu centralnym, lokalne inicjatywy w rodzaju tworzenia Specjalnych Stref Ekonomicznych są jedynie ich przedśmiertnymi drgawkami. Praca zdalna może wyręczyć rząd w tym aspekcie i dać nieoczekiwany impuls rozwojowy mniejszym ośrodkom.

Jakub Szymkowiak

Potrzebujemy korekty polskiej polityki historycznej

na to zwracają uwagę też politycy izraelscy, że młodzież uczy się o Polsce i to Polskę kojarzy ze zbrodniami II wojny światowej, zbrodniami holokaustu. Nie kojarzy tych zbrodni z Niemcami. Niemcy dziś przedstawiane są jako kraj przyjazny i nowoczesny. Tam jest narracja zupełnie inna. To jest coś, co należałoby zmodyfikować. Jeśli młodzi ludzie przyjeżdżają do Polski i kojarzą ją tylko ze złem, które tutaj miało miejsce ze strony Niemców, a nie mają okazji na przykład spotkania się z polską młodzieżą, nie poznają Polski dzisiejszej, nie poznają także historii zbrodni Niemców na Polakach, to jest coś, co później może prowadzić do utwierdzania się negatywnych opinii o Polsce. Trzeba z tym walczyć – powiedział niedawno, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Sierpniowa diagnoza wiceszefa MSZ Pawła Jabłońskiego jest jedną z wielu trafnych w ostatnich latach, jakie obecny rząd stawia w obszarze polityki historycznej. Co z tego jednak, skoro trafne oceny i intuicje nie przekładają się na wymierne efekty.

Trudno za obecny stan rzeczy winić wyłącznie stronę rządową. Można nawet zaryzykować tezę, że polityka historyczna obecnego polskiego rządu jest m.in. dlatego nieskuteczna, gdyż nie ma realnej konkurencji na opozycji, przez co grzęźnie w samozadowoleniu i braku nowych inspiracji. To o tyle dziwne, że prezydent Bronisław Komorowski zdawał się doceniać omawianą problematykę, czego dowodem było podtrzymanie linii politycznej w kwestii „żołnierzy wyklętych” autorstwa poprzednika – Lecha Kaczyńskiego. Wychodził też z własnymi udanymi inicjatywami. W 2013 r. Kancelaria Prezydenta RP organizowała obchody 150. rocznicy powstania styczniowego, w trakcie których odbyła się m.in. konferencja i ciekawa wystawa na Krakowskim Przedmieściu, zaś sam prezydent był wielce zaskoczony faktem – czemu dał wyraz w swoim wystąpieniu – że w obchodach uczestniczą niemal wyłącznie samorządowcy i animatorzy kultury z prowincji.

O tym, że po 1989 r. polskie elity i społeczeństwo wielokrotnie wykazywały się naiwnością w podejściu do Zachodu w aspekcie instrumentalizacji przeszłości daje niejednokrotnie wyraz w swoich publikacjach Rafał Chwedoruk. Polityka historyczna Niemiec, zmierzająca całkiem skutecznie do relatywizacji ich roli w zbrodniach II wojny światowej, zdaje się nie robić większego wrażenia na dużej części opiniotwórczych środowisk liberalnych. Zdaniem Chwedoruka można wysnuć wniosek, że środowiska liberalne są zapętlone – z jednej strony mamy zatem ahistoryczny kult pamięci, „cancel culture”, postkolonializm, za którymi idzie łatwość adaptacji pozbawionych naukowych podstaw oskarżeń ze strony USA i Izraela pod naszym adresem, na drugim biegunie klasycznie liberalna wizja modernizacyjno-okcydentalistyczna, której przejawem jest kult Lecha Wałęsy jako symbolu ziszczenia wielowiekowej drogi (takie wątki silnie zaznaczały się w podręcznikach szkolnych).

Oczywiście do niskiej skuteczności polskiej polityki historycznej przyczyniają się także czynniki zupełnie niezależne od nas. Po wojnie ubrano nas w gorset państwa narodowo-katolickiego, jakim w zasadzie nigdy w przeszłości nie byliśmy, przy czym miękka narracja przedstawicieli (intelektualistów, polityków) krajów zachodnich zaczęła nam zarzucać, że na świat spoglądamy głównie przez podszyty ksenofobią paradygmat narodowy. Jednocześnie z upływem lat z Zachodu płynął (i płynie nadal) coraz ostrzejszy głos, którym podważano i nadal podważa się nasze prawa do Żydów – nawet tych, którzy zawsze bezwzględnie poczuwali się do związków z Polską (jak np. wywieszający biało-czerwoną flagę powstańcy w getcie) – jako do Polaków w sensie obywatelskim. Myśmy nie wiadomo czemu na to przystali i nie honorujemy w należyty sposób pamięci o tych osobach. Kultywujemy pamięć o ofiarach wojennych, ale ograniczamy się głównie do rzymskich katolików, których prawdziwe i symboliczne mogiły widnieją niemal na każdym cmentarzu o starszym niż 1945 r. rodowodzie, podczas gdy generalnie nie czcimy należycie pamięci o dawnych żydowskich sąsiadach, w wielu miasteczkach stanowiących przed wojną przecież 30-50% ludności. Pewne zalążki zmian w tym zakresie daje się od niedawna zauważyć w działaniach prezydenta Andrzeja Dudy i niektórych samorządowców, ale głos ten jest zbyt słabo słyszalny. Gdyby zrobić sondaż na temat tego, jaki odsetek uniwersyteckich absolwentów historii XXI wieku zna choć jednego przedstawiciela chasydyzmu polskiego, to można żywić obawy, że wyniki testu byłyby przygnębiające. Zresztą podobnie byłoby z reprezentantami i historią innych niż żydowska grup etnicznych. Nie postrzegamy ich uczciwie jako współtwórców naszej spuścizny politycznej i kulturowej.

W PRL problem ten był bagatelizowany nawet przez opozycję, nie tylko ze względu na istniejącą cenzurę, ale też dlatego, że najważniejsza była walka ze wschodnim „wielkim bratem”. Za tym szło z kolei traktowanie Kościoła rzymskokatolickiego jako głównej społecznej siły opozycyjnej – i to nie tylko przez antypeerelowską opozycję narodową i konserwatywną, ale nawet przez lewicową i liberalną, czego jaskrawym przykładem były teksty Adama Michnika. To z kolei pociągało za sobą mało mającą wspólnego z faktami narrację, jakoby na przestrzeni całego millenium interesy Kościoła rzymskiego były zawsze spójne z naszą racją stanu. Sami uwierzyliśmy w to, że zawsze byliśmy „zbrojnym ramieniem Rzymu”.

Rzecz jasna nie tylko splot niefortunnych okoliczności zewnętrznych przyczynia się do tego, że wszyscy po trosze staliśmy się narodowymi katolikami, wierzącymi i niewierzącymi. Szło za tym przypinanie w publikacjach resztkom naszych różnowierców łatek ekspozytur zachodnich lub wschodnich okupantów albo amerykańskich imperialistów (do wyboru, do koloru). Nasze „wewnętrzne” winy są bezdyskusyjne: przed wojną numerus clausus i numerus nullus na uniwersytetach oraz planowe i systemowe burzenie świątyń prawosławnych, potem wojenne i powojenne przypadki mordów na Żydach, wreszcie obrzydliwe antysemickie hucpy Moczara i Gomułki. Tym niemniej do znudzenia należy podkreślać, że to nie myśmy byli pionierami szowinizmu, nie nasi „myśliciele” byli autorami pseudonaukowych teorii rasistowskich, nie byliśmy też inicjatorami i inspiratorami Zagłady narodu żydowskiego i nie nasi naukowcy wpadli na pomysł wyrabiania mydła z ludzi. Pojawiające się nadal na Zachodzie sformułowania o „polskich obozach zagłady”, w naszych zaś opiniotwórczych kręgach lewicowo-liberalnych pozbawione refleksji próby zrównywania antysemityzmu otoczenia kardynała Wyszyńskiego i jego samego z „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, a naszych pograniczników z SS, to niewątpliwe dowody na to, że niemiecka polityka historyczna odnosi sukcesy, a nasza wykazuje się nieskutecznością. Naoczni świadkowie Zagłady, niezależnie od poglądów politycznych, widzieli zbrodniarzy wojennych w Niemcach, natomiast współcześni reprezentanci środowisk liberalnych – częstokroć w niekoniecznie identyfikowanych narodowo nazistach.

Coraz więcej osób wypiera z pamięci słowa Marka Edelmana: „Wina zbiorowa to bardzo trudna rzecz. Ale bez wątpienia Żydów nie mordowało 30 milionów Polaków, ale jakaś wąska grupa. I jak się źle czujesz być w tej grupie to znaczy, że jesteś przyzwoitym człowiekiem, ale jak cię to nie obchodzi, albo tego nie zauważasz, albo – co gorsza – próbujesz to tłumaczyć, a nawet usprawiedliwiać, to jesteś nieprzyzwoitym. Bo jak usprawiedliwiać morderstwo? Jest jednak wielka różnica między odpowiedzialnością Polaków i Niemców. W Niemczech to było szalenie masowe. W Polsce chodzi głównie o nastrój, który był przeciw Żydom”. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że przekaz inny niż Edelmana – naocznego świadka Zagłady – polegający na relatywizowaniu win Niemców i uwypuklaniu polskich, jest z pewnością korzystny dla naszych zachodnich sąsiadów, ale i tych wszystkich aliantów, których symbolicznym wyrzutem sumienia powinien być rzadko wspominany Szmul Zygielbojm. Oczywiście możemy naiwnie głosić: „Porzućmy logikę narodowych krzywd. Chcemy innej historii, bardziej europejskiej” – jak pisał jeden z lewicowych publicystów w rocznicę tragedii wołyńskiej. O infantylizmie takiego myślenia łatwo mógł się jednak przekonać polski turysta, który w tym roku zwiedził choćby mauzoleum i muzeum w Verdun, gdzie wymowy obu wystaw mają ewidentny odcień nacjonalistyczny, niespecjalnie odbiegający od np. rosyjskiego myślenia o „wielkiej wojnie ojczyźnianej” (nie mówiąc już o tym, że zwiedzający nie dowie się zbyt wiele o innych niż francusko-niemiecki frontach I wojny światowej).

Nie znaczy to oczywiście, abyśmy mieli podążać drogą francuskiego nacjonalizmu lub rosyjskiego imperializmu. Historia Polski, a wcześniej Rzeczypospolitej Wielu Narodów, powinna jednak inspirować elity opiniotwórcze o rozmaitej proweniencji ideowej do poszukiwania własnej drogi i nowych pomysłów, być może modyfikacji narracji w niektórych kwestiach, skoro dotychczasowa polityka nie przynosi oczekiwanych efektów. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby wykorzystywanie w wielu miejscach możliwie najbardziej nowoczesnych form przekazu. Nie oponując przeciwko idei odbudowy Pałacu Saskiego, wydaje się, że klasyczna rekonstrukcja gmachu, średnio oryginalnego pod względem architektonicznym, po kilku latach może nie wzbudzać już zainteresowania i pozytywnych emocji; być może np. montaż niezbędnej konstrukcji i stworzenie na trwałe hologramu, widocznego wyłącznie po zmierzchu pałacu-ducha, w wymiarze symbolicznym miałoby szerszy i trwalszy pozytywny zasięg oddziaływania.

Generalnie jednak zachowując dotychczasowe instrumentarium związane z przeciwdziałaniem rozmywania odpowiedzialności Niemców za Holocaust czy z kultywowaniem pamięci o polskich ofiarach II wojny światowej, korzystając również nadal z przemyśleń środowiska Marka Cichockiego i Dariusza Gawina, w dużo większym stopniu należy starać się uwypuklić pozytywny wizerunek Polski, koncentrując się w przekazie na przykładach z naszych dziejów. Wymaga to jednak oczywistych zmian wektorów w narracji i w symbolice. Wbrew potocznemu myśleniu, nasz niewykorzystany potencjał jest niemały.

Być może warto byłoby zatem rozważyć np. wprowadzenie oficjalnego święta państwowego w dniu 28 stycznia – data ogłoszenia aktu konfederacji warszawskiej 1573 – który byłby dniem wolnym od pracy dla niedużej liczbowo grupy naszych różnowierców i jednocześnie hołdem dla wszystkich mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych zamieszkujących tak dziś, jak i niegdyś nasze państwo. Skoro Francuzi odwołują się dziś do tradycji roku 1789, zaś Grecy i Macedończycy toczą spory o tradycję starożytną – szczycenie się osiągnięciami o dwa wieki wcześniejszymi od Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie jest żadnym powodem do ujmy. Obchody takiego święta można i należałoby „wypchnąć” poza Warszawę – do katedry prawosławnej w Białymstoku, grekokatolickiej w Przemyślu i ewangelicko-augsburskiej w Katowicach, którejś z synagog w Krakowie, katedry mariawitów w Płocku czy zabytkowego meczetu w Kruszynianach. Pomimo pewnej inflacji muzeów warto byłoby też przemyśleć, czy nie powołać takowej instytucji poświęconej w całości mniejszościom narodowym, etnicznym i wyznaniowym zamieszkujących przez stulecia ziemie Rzeczpospolitej, ale przy okazji także i grupom dyskryminowanym – np. chłopom pańszczyźnianym, kobietom, homoseksualistom, osobom chorym i niepełnosprawnym – a także walczącym o ich emancypację. Kwestia umiejscowienia takiej potencjalnej instytucji poddana powinna być głębszej analizie, ale na pierwszy rzut oka wydaje się, że fakty, na które nacisk kładzie wspomniany minister Jabłoński, przemawiają za Krakowem. Poza walorem edukacyjnym dla mieszkańców Polski, zwłaszcza dzieci i młodzieży, zagraniczni turyści zwiedzający bardzo często oprócz Krakowa jedynie Oświęcim – pomijający zaś Warszawę i Muzeum Polin – powinni wynieść z naszego kraju inne trwałe wrażenie niż tylko to, które pozostawia w ich umysłach Auschwitz. Tym bardziej że przeciętnemu zagranicznemu turyście, który wcześniej lub później odwiedzi choćby tylko Drezno, Wilno, Pragę czy Lwów, zabytki Krakowa rozmyją się wśród wymienionych – tego nie da się zmienić.

Gruntownej rewizji domaga się program nauczania historii w szkole podstawowej i średniej. Odwołania do pozytywnych przykładów polskiej tolerancji, myśli egalitarnej i przykładów emancypacyjnych powinny być trwałą, widoczną i podstawową częścią edukacji młodego pokolenia w dziedzinie historii; podobnie jak szersze otwarcie się na spuściznę historyczną i kulturową narodów oraz innych niż rzymskokatolicka grup religijnych, z którymi przez wieki żyliśmy w jednym gmachu państwowym.

Na koniec warto uzmysłowić sobie, że mała skuteczność naszej polityki historycznej splata się z fiaskiem polityki wschodniej, co dostrzegają już chyba wszyscy, ale przynajmniej jedna przyczyna takiego stanu rzeczy ogromnej większości naszych decydentów zdaje się umykać. Chodzi mianowicie o to jak my, Polacy, postrzegamy mieszkańców Rosji i Białorusi oraz inne ludy byłego ZSRS. Ze znajdującej racjonalne wytłumaczenie „rosjofobii”, będącej pokłosiem rosyjskiego i sowieckiego imperializmu, ku uciesze Kremla stajemy się powoli „rusofobami”, którymi dawniej w swojej masie nie byliśmy. Źródeł tego procesu doszukiwać należy się m.in. w tym, iż od wielu dekad wschodnie, zwłaszcza prawosławne dziedzictwo kulturowe, staje się dla nas i naszych elit coraz bardziej obce i niezrozumiałe. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że wyraz „ruski”, powszechnie odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki przez dużą część możliwie szeroko rozumianego zaplecza politycznego, ideowego i środowiskowego Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego (czyli de facto niemal przez 2/3 społeczeństwa), ma w naszym języku – w odróżnieniu od rosyjskiego – wymowę jednoznacznie pejoratywną, dziś zdecydowanie bardziej niż kiedyś. Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy przyjąć endecką orientację na Rosję, ale niczemu nie służy trwanie naszych najbardziej opiniotwórczych kręgów na pierwszej linii antyrosyjskości niczym ks. Ignacy Skorupka. Straszenie „ruskim” jest dziś jednym z nielicznych elementów, który łączy obóz rządzący oraz główny nurt liberalnej i lewicowo-liberalnej opozycji. Poważni eksperci i analitycy od dawna powtarzają, że nasza siła wizerunkowa na Zachodzie jest m.in. pochodną tego, jak postrzegamy Wschód.

Niestety zamiast rzeczowych diagnoz nasze elity wyrażają o wschodnich sąsiadach zbyt często opinie emocjonalne, a czasami histeryczne, które wynikają z historycznych zaszłości. Abstrahując od anachronicznego antykomunizmu, który pozostaje dziś jedynie pustą formułą (marksizm-leninizm nie jest dziś przecież żadnym zagrożeniem dla interesów RP), nie zdołaliśmy tutaj wypracować opartego przecież na faktach przekazu, w którym wyraźnie rozróżnieni byliby ci, którzy prowadzili wobec Polski i naszych obywateli morderczą politykę (na czele ze Stalinem) od zwykłych żołnierzy, stanowiących mięso armatnie Armii Czerwonej, masowo ginących w walce z Niemcami, nie mówiąc już o tym, że niektórzy z nich zanim siłą zostali krasnoarmiejcami, we wrześniu 1939 r. bili się z orzełkiem na piersi w obronie II RP. I mniejsza o to, że Rosjanie i Białorusini są na punkcie szacunku do milionów własnych żołnierzy ginących na frontach II wojnie światowej bardzo wyczuleni. Ważniejsze jest to, że pokłosiem powyższego jest zniekształcony obraz dziejów, w którym: 1. Polacy nie walczyli masowo po stronie Sowietów (że byli najczęściej wcielani „siłą” do Armii Czerwonej to prawda, ale do Armii Berlinga to już wcale niekoniecznie siłą); 2. W całkiem niemałej mierze nie popierali władzy komunistycznej po wojnie (bo jest oczywistością, że duże grupy Polaków z różnych warstw i różnych powodów popierały tę władzę w różnych okresach).

W przypadku ZSRS sytuacja była zatem zupełnie odmienna niż w odniesieniu do III Rzeszy, choć niewątpliwie jest prawdą, że Niemcy po prostu nie chcieli współpracy ze strony Polaków, a Sowieci – umiarkowanie chcieli, mówiąc w dużym uproszczeniu oczywiście. Ci pierwsi nie chcieli, bo traktowali nas jako podludzi, oczywiście trochę „lepszych” podludzi niż Żydów, ale gorszych niż Czesi, o Francuzach nie wspominając. Jednak bez względu na to, jakie były przyczyny tego stanu rzeczy, Rosjanie w odróżnieniu od Niemców nie traktowali nas nigdy jak gorszej rasy ludzkiej, a my nie potrafimy tych faktów wykorzystać w polityce historycznej przede wszystkim ze względu na naszą ideologiczną antyrosyjskość. Mało tego – ten ostatni aspekt (emocjonalna antyrosyjskość, traktowanie „ruskich” jako ludzi o niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego, a nawet traktowanie prawosławia jako ekspozytury Rosji) blokuje nam możliwość odwoływania się do najlepszych tradycji polskiej tolerancji w oparciu o historyczne fakty, bo ona wzięła się przecież w dużej mierze z tego, że, w odróżnieniu od krajów Zachodu, przez kilkaset lat większość naszych władców piastowskich i jagiellońskich traktowała jako własne oba obrządki, tj. zachodni, łaciński i wschodni (co ostatnio doskonale przypomina w swoich publikacjach Antoni Mironowicz).

Szkopuł zatem w tym, że potencjalna korekta naszej polityki historycznej w kierunku pozytywnej promocji „polskiej tolerancji”, związana ze słusznym odwoływaniem się w przypadku naszych dziejów do wartości chrześcijańskich, wymuszałaby dochowania szacunku dla wielu reprezentantów rzymskiego katolicyzmu (w tym oczywiście także duchownych – wszak nawet oryginalną cechą polskiego Oświecenia była niespotykana gdzie indziej dominacja w nim kleru) oraz rozmaitych różnowierców, w tym traktowanych z dystansem prawosławnych „ruskich”, przy jednoczesnej rezygnacji z wielce wątpliwego od strony faktów historycznych dominującego przekazu, że polska racja stanu była na przestrzeni millenium zawsze zgodna z interesami Kościoła rzymskokatolickiego i papiestwa.

dr Andrzej Dwojnych

Więcej wsparcia, mniej prochów. W stronę prospołecznej psychiatrii

Pisząc o zdrowiu psychicznym, należy ważyć słowa.

Tworząc tekst publicystyczny dotyczący zdrowia psychicznego, a stawiający, lub nawet tylko prezentujący, kontrowersyjne tezy, ma się podwójnie utrudnione zadanie. Formuła takiej próby wymaga pewnych skrótów, pominięć, uproszczeń i uniemożliwia gęste cytowanie doniesień naukowych. Narażać to może autora na zarzuty o nierzetelność i nienaukowość, nawet jeśli prezentowane tezy są dobrze udokumentowane oraz w bardziej pogłębiony i zniuansowany sposób przedstawione gdzie indziej. Kilka poruszonych tutaj problemów, jak i samo zagadnienie zdrowia psychicznego, wydają się być silnie zideologizowane (w wielorakim rozumieniu tego słowa; na różnych poziomach pasowałyby tu zarówno ujęcia „konserwatywno-liberalne”, jak i „krytyczne” tego terminu). Mimo częstego podpierania się autorytetem nauki, wiele przekonań funkcjonujących w obiegu publicznym na temat zaburzeń psychicznych jako pewniki czy wręcz dogmaty, ma faktycznie raczej status hipotez roboczych lub nawet hipotez już sfalsyfikowanych i odrzuconych. Może to także rodzić pytania o właśnie „ideologiczną” rolę nauki jako takiej, choćby tylko hasłowo wykorzystywanej. Nie jest przecież tak, że istnieje jakieś „jedynie prawdziwe, niepodważalne i niezmienne stanowisko nauki”, co pandemia Covid-19 boleśnie pokazała. Mimo to, a może właśnie dlatego, warto przedstawić niektóre z argumentów krytycznych wobec współczesnej psychiatrii, szczególnie że ich znaczenie i siła oddziaływania zdają się w ostatnim czasie rosnąć, wraz z pogłębiającym się poczuciem, że problemy ze zdrowiem psychicznym stanowią jedno z głównych wyzwań, z którymi mierzy się współczesna cywilizacja zachodnia.

Głośne na świecie książki Roberta Whitakera „Szaleńcy w Ameryce: Zła nauka, zła medycyna i przedłużające się złe traktowanie chorych psychicznie” z 2002 r. (Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill) oraz „Anatomia epidemii: magiczne pigułki, leki psychiatryczne i zadziwiający wzrost chorób psychicznych w Ameryce” z 2010 r. (Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America), z jakiegoś powodu nie przebiły się do publicznej debaty w Polsce, mimo że otrzymały na Zachodzie szereg prestiżowych nagród. W debacie naukowej prowadzonej w ramach psychiatrii spotkać można co najwyżej rzadkie o nich wzmianki, zazwyczaj próbujące umniejszać ich znaczenie i rzetelność z pozycji naukowego autorytetu, mimo że Whitaker wielokrotnie drobiazgowo wykazywał nierzetelność stawianych mu zarzutów. Nieco inaczej wygląda sytuacja w naukach społecznych i humanistycznych, gdzie przebijają się tezy zbliżone do pozycji Whitakera lub też wprost odwołania do niego i jego książek (często zresztą cytowanych w światowej literaturze naukowej). Na świecie głosy podobne do spojrzenia Whitakera płyną także z ust uznanych autorytetów psychiatrii, psychologii i psychoterapii, naukowców i praktyków, choć wciąż jest to opinia mniejszości, często oskarżanej o prezentowanie stanowiska „antypsychiatrycznego”, „nienaukowego” czy nawet „niebezpiecznego”.

Whitaker nie ma wykształcenia medycznego, co chętnie podnoszą krytycy próbujący podważyć jego wiarygodność. Z zawodu jest dziennikarzem, od początku kariery zajmującym się przede wszystkim medycyną. Sam podkreślał, że zaczynał pracę z typowym dla dziennikarzy naukowych nastawieniem, w którym zadaniem dziennikarza jest właściwie wyłącznie bezkrytyczne zreferowanie poglądów przedstawianych przez naukowców, najlepiej w optymistycznym tonie: nowy cudowny lek, odkryto geny itp. Jednak gdy pracował nad materiałem dotyczącym leków przeciwpsychotycznych, uderzył go fakt, że w ramach badań klinicznych części pacjentów leki te się odstawia – aby stanowili grupę kontrolną dla osób przyjmujących leki. Uznał, że w świetle powszechnego podkreślania, jak ważne jest stałe przyjmowanie neuroleptyków i jak niebezpieczne jest ich odstawianie, to zjawisko co najmniej dziwne, jeśli nie nieetyczne, szczególnie że w przypadku, którym się zajął, w trakcie badań klinicznych doszło do samobójstwa. Zaczynał więc od niezachwianej wiary w psychiatryczną narrację. Gdy jednak zaczął samodzielnie studiować literaturę naukową, szczególnie pod kątem skuteczności i mechanizmów działania leków psychiatrycznych, stopniowo odkrywał, że wiele z dotychczasowych przekonań ma niewiele wspólnego z prawdą.

Przytoczone już tytuły książek Whitakera mówią w dużej mierze same za siebie, ale warto krótko je omówić. Przede wszystkim autor przedstawia dane dotyczące liczby ludzi otrzymujących zasiłki z powodu niezdolności do pracy spowodowanej problemami psychicznymi. Okazuje się, że liczby te znacznie, nawet kilkakrotnie, wzrosły po wprowadzeniu do powszechnego użycia leków psychiatrycznych. Można by to jednak na różne sposoby wytłumaczyć, pokazuje więc również, że już po wprowadzeniu Prozacu nadal rosła liczba ludzi niezdolnych do pracy z powodu depresji. Jeśli „nowoczesne leki antydepresyjne” byłyby tak skuteczne, jak to często się przedstawia, powinniśmy raczej oczekiwać spadku liczby ludzi trwale niezdolnych do pracy z powodu zaburzeń nastroju – nie zaś wzrostu.

W opowieści, która łączy historię, kontekst społeczny, instytucjonalną stronę nauki i psychiatrii, doniesienia naukowe i ich krytyczną analizę, Whitaker pokazuje, jak zmieniała się psychiatryczna narracja oraz jak powstała ta dominująca współcześnie; jakie stały za nią motywacje, jakiego rodzaju logiczne i właśnie stricte naukowe problemy skrywa. Przygląda się przy tym bardziej szczegółowo przede wszystkim tzw. lekom przeciwpsychotycznym (neuroleptykom), benzodiazepinom, antydepresantom, depresji, chorobie afektywnej dwubiegunowej i schizofrenii. Pokazuje, jak splot wymienionych wcześniej czynników prowadzi ostatecznie do „rozprzestrzeniania się epidemii chorób psychicznych na dzieci”. Whitaker stworzył później także organizację i portal Mad in America, na którym publikuje wielu uznanych badaczy i praktyków.

Wyłaniający się z książek Whitakera obraz wpisuje się nie tylko w coraz powszechniej, także wśród części psychiatrów i środowisk naukowych, podzielane przekonanie, że wobec „epidemii zaburzeń psychicznych” głównonurtowa psychiatria jest bezradna. Ale i wręcz, że częściowo (jeśli nie w dużym stopniu) jest ona za ten problem odpowiedzialna. Jednym z ważniejszych problemów, na które wskazuje Whitaker, jest historia i proces powstania trzeciej wersji „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” (DSM, tzw. biblii psychiatrii, zawierającej definicje i kryteria diagnostyczne chorób psychicznych), w której interesy psychiatrii jako instytucji i grupy zawodowej niebezpiecznie zbliżyły się do interesów koncernów farmaceutycznych. Arbitralne de facto definicje zaburzeń decydują bowiem o często dożywotnim stosowaniu farmakoterapii. Kolejne wersje DSM jeszcze ten problem pogłębiły, a w komisjach pracujących nad definicjami większość stanowiły osoby powiązane finansowo z biznesem.

Problemy te obrazuje np. jedna ze zmian wprowadzonych w ramach jedenastej wersji International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems (ICD-11). ICD, międzynarodowa klasyfikacja chorób, zawiera także część dotyczącą diagnozowania zaburzeń psychicznych i w dużej mierze – choć nie całkowicie – pokrywa się z DSM. Sam ten fakt pokazuje również problemy diagnostyczne: według DSM ktoś może cierpieć na jakieś zaburzenie, a według ICD – nie, czyli być zdrowym lub cierpieć na jakieś inne. Niektóre zaburzenia występują w jednej klasyfikacji, a w innej nie. Teoretycznie można położyć się spać zdrowym, a, po zmianie definicji, obudzić chorym (albo na odwrót), choć nic w naszym stanie czy zachowaniu nie zmieniło się, lub też zasnąć z jednym zaburzeniem, a obudzić się z innym, gdy ich nazwy i definicje się zmienią.

W ramach zmian wprowadzonych do ICD-11 usunięto kategorię pojedynczego epizodu maniakalnego/hipomaniakalnego, co sprawia, że każdy, nawet pojedynczy epizod maniakalny lub hipomaniakalny oznaczać musi diagnozę CHAD (zaburzenia afektywnego dwubiegunowego). Jest to problematyczne z dwóch powodów. Po pierwsze „hipomania” to stan, który zdiagnozować można byłoby u bardzo wielu ludzi – w uproszczeniu to po prostu relatywnie krótki okres lepszego niż zwykle humoru, większej energii, obniżonej potrzeby snu, które jednak nie dezorganizują życia; do diagnozy CHAD nie ma wtedy nawet konieczności występowania epizodu depresji. Po drugie diagnoza CHAD, jak często się podkreśla w oficjalnej narracji, oznacza konieczność długotrwałej lub nawet dożywotniej farmakoterapii. Diagnoza pojedynczego epizodu pozwalała zgodnie z procedurami na uniknięcie takiego rozwiązania. Diagnoza CHAD wręcz je wymusza. O ile jednak, w ramach DSM, odpowiedź na antydepresanty „przekraczającą nasileniem spodziewany efekt” należy diagnozować jako manię, a więc jako CHAD (choć możemy mieć do czynienia z wyindukowaną antydepresantami manią lub hipomanią, a nie z „prawdziwym” epizodem maniakalnym w przebiegu CHAD, którego bez zastosowania antydepresantów nie byłoby w ogóle), to ICD, na razie, takiego rozwiązania nie narzuca.

Whitaker wyraźnie sympatyzuje przy tym z ruchem nazywanym psychiatrią społeczną, który to ruch, tak jak i psychoanaliza, wraz z ekspansją stricte biomedycznego ujmowania zaburzeń psychicznych, został zmarginalizowany. Oba te podejścia widziały leki psychiatryczne nie jako klasyczne lekarstwa działające na zasadzie „magicznej pigułki” eliminującej biologiczne przyczyny problemów, ale jako substancje, które, choć tymczasowo mogą łagodzić cierpienie, nie rozwiązują istoty problemów, mających raczej podłoże społeczne, kulturowe czy wewnątrzpsychiczne, i właśnie w tych obszarach widziały właściwe pole dla działań terapeutycznych, a także niekoniecznie stricte „terapeutycznych”, jak np. poprawa warunków materialnych życia ludzi.

O tym, że jego książki nie zostały bynajmniej przez środowisko naukowe odrzucone jako wyssane z palca i zignorowane świadczy także fakt, że Whitaker i Lucy Cosgrove (badaczka zatrudniona ówcześnie na Uniwersytecie Harvarda) przygotowali kolejną książkę, tym razem skupiającą się już głównie na przedstawieniu korupcjogennego wpływu przemysłu farmaceutycznego na psychiatrię, samą psychiatrię traktując właściwie jako case study obrazujące zjawisko niekorzystnego wpływu koncernów na różne instytucje publiczne, medyczne i naukowe w ogóle. Polska badaczka, Emilia Kaczmarek, autorka książki „Gorzka pigułka: etyka i biopolityka w branży farmaceutycznej”, w artykule opublikowanym w „British Journal of Clinical Pharmacology” wymienia: „Przedstawiciele handlowi i reklama leków skierowana do lekarzy, reklama skierowana bezpośrednio do konsumentów, marketing treści w internecie, kampanie zwiększające świadomość społeczną chorób, sponsorowane stowarzyszenia medyczne, lobbing, astroturfing, sponsorowane organizacje pacjentów, sponsorowana edukacja medyczna, sponsorowane badania, sponsorowane konferencje medyczne i szerszy wpływ ekspertów medycznych zatrudnianych przez firmy, zwanych Kluczowymi Liderami Opinii”.

Kluczowi Liderzy Opinii to, w pewnym uproszczeniu, prominentni psychiatrzy lub w ogóle lekarze czy naukowcy, jeśli abstrahować od psychiatrii jako takiej zatrudniani przez koncerny. Firmują swoim nazwiskiem badania prowadzone przez te firmy (choć często nie mają z ich faktycznym powstaniem nic wspólnego, a nad całością czuwają od początku do końca pracownicy przemysłu), a z drugiej kształtują publiczną narrację dotyczącą zaburzeń psychicznych i prowadzą szkolenia dla mniej utytułowanych kolegów, mocą autorytetu naukowego legitymizując przekaz koncernów. „Szeregowi lekarze”, którzy często informacje czerpią właśnie z takich źródeł lub bezpośrednio od przedstawicieli handlowych koncernów farmaceutycznych, nie mają zazwyczaj kontaktu z literaturą naukową, a ponadto w ramach kształcenia do wykonywania zawodu nie są uczeni podstaw metodologii badań naukowych i klinicznych, mogą więc, nawet kierując się najszczerszymi i najlepszymi intencjami, działać na niekorzyść pacjentów. Książka Marcii Angell „Prawda o firmach farmaceutycznych: Jak nas oszukują i co z tym zrobić” (The truth about the drug companies: how they deceive us and what to do about it), pracującej na Harvardzie byłej redaktorki „New England Journal of Medicine”, a więc jednego z najważniejszych i najbardziej prestiżowych czasopism medycznych na świecie, także przeszła w Polsce właściwie niezauważona. Autorka, bogata w osobiste doświadczenie z „pierwszej linii frontu”, pokazuje w książce m.in. negatywny wpływ koncernów farmaceutycznych także na same czasopisma naukowe, częściowo utrzymywane z reklam od koncernów, co pozwala firmom pośrednio i bezpośrednio wpływać na publikowane treści (również blokując publikację tych niezgodnych z ich linią).

W artykule opublikowanym w „Harvard Review of Psychiatry” w 2020 r. autorzy piszą, że postępy neuronauk nie przekładają się na postępy w praktyce klinicznej, a jednak dominujący w mediach przekaz (kształtowany m.in. przez wspomnianych już Kluczowych Liderów Opinii) przedstawia zaburzenia psychiczne jako choroby mózgu leczone przez naukowo opracowane lekarstwa (oraz dobranie „właściwego leku” do „trafnej diagnozy”). Artykuł pokazuje, w jaki sposób wyniki biomedycznych badań są zniekształcane i wyolbrzymiane, zarówno przez badaczy, jak i później przez media, oraz wskazują na przyczyny tych zjawisk, związane m.in. z konkurencją i walką o fundusze wśród naukowców. Wyniki falsyfikujące lub przynajmniej niuansujące wyolbrzymione twierdzenia nie trafiają do mediów i często pomijane są także w ramach debaty stricte naukowej – przyczynia się do tego zjawisko niepublikowania negatywnych wyników prób klinicznych i ich rzadszego cytowania. Redukcjonistyczny obraz zaburzeń psychicznych, mimo że został już właściwie przez naukę odrzucony (jak np. w wypadku hipotezy „nierównowagi chemicznej mózgu”), negatywnie wpływa na pacjentów, także w związku ze stygmatyzującym efektem esencjalistycznych koncepcji zaburzeń psychicznych. Autorzy wspomnianego artykułu dodają też, że taki dyskurs przykrywać może rzeczywiste przyczyny problemów psychicznych, np. zmniejszoną mobilność w kontekście awansu społecznego, czynniki społeczne, takie jak ubóstwo, zastępując je odwołaniami do biologii.

Dobrym przykładem tego zjawiska jest głośna metaanaliza Andrei Ciprianiego, której wyniki trafiły do najbardziej wpływowych światowych i polskich mediów („Guardian” np. ogłaszał w nagłówku: „To oficjalne! Antydepresanty to nie oszustwo i spisek – działają!”). Opublikowana później w BMJ Open reanaliza statystyczna tych wyników, która pokazywała m.in., że ze względu na zastosowanie przez zespół Ciprianiego nietypowego sposobu oceny skuteczności leczenia, wyniki i ich prezentacja były nadmiernie optymistyczne, a faktycznie nie różniły się właściwie od publikowanych wcześniej metaanaliz pokazujących minimalną skuteczność antydepresantów (tak jak w głośnej metaanalizie Kirscha i opublikowanej także w Polsce książce „Nowe leki cesarza. Demaskowanie mitu antydepresantów”) – do mediów już nie trafiła.

I tak w latach 2000–2015 spożycie antydepresantów w krajach OECD wzrosło dwukrotnie (również w Polsce), a w niektórych nawet kilkakrotnie, np. pięciokrotnie w Słowacji. W Anglii ok. 16% populacji otrzymało w 2017 r. receptę na antydepresant, w sumie ponad 26% przyjmowało antydepresanty, opioidy, gabapentinoidy i benzodiazepiny lub tzw. niebenzodiazepiny (z-drugs). W 2019 roku oznaczało to już niemal osiem milionów Brytyjczyków na antydepresantach i nieco ponad dwa miliony na benzodiazepinach. Szacuje się też, że globalnie wartość rynku antydepresantów – a więc ich sprzedaż – w samym 2020 r. z powodu pandemii mogła się podwoić: z 14 do 28 miliardów dolarów.

W Polsce w 2018 roku „tylko” 1,4 miliona ludzi otrzymało receptę na antydepresant. Równocześnie, zgodnie z raportem NFZ, publiczne i prywatne wydatki na antydepresanty wyniosły ponad 400 milionów złotych (130 milionów było refundowane z budżetu), za to publiczne wydatki na psychoterapię depresji tylko 20 milionów. Podobnie ma się rzecz w innych krajach, np. w Anglii, według danych NHS, zapewnia się co najwyżej 25% „potrzeb” na psychoterapię, która i tak najczęściej sprowadza się wtedy do dosłownie kilku refundowanych sesji. Warto dodać, że raport NFZ dotyczący leczenia depresji koncentruje się niemal wyłącznie na ocenie wydatków na poszczególne leki oraz na poziomie stosowania się do farmakoterapii. Jeśli chodzi o trend, można powiedzieć, że „gonimy Zachód”. Niestety, nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta miała się radykalnie poprawić wraz z trwającą reformą psychiatrii.

W tym kontekście warto wspomnieć również o zarobkach psychologów w służbie zdrowia, niższych już od i tak niskich zarobków pielęgniarek. Kolejny alarmistyczny artykuł o zdrowiu psychicznym niewiele zmieni, jeśli zarobki psychologów pozostaną tak niskie. Bez radykalnej zmiany tej sytuacji nie może być mowy o żadnej poprawie opieki, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, szczególnie dzieci, ponieważ aktualnie praca w służbie zdrowia często jest dla psychologów tylko przystankiem w drodze do otwarcia prywatnej praktyki. Sprawia to, że wykwalifikowana pomoc dostępna jest niemal wyłącznie dla zamożnych – a to właśnie ludzie w trudnej sytuacji materialnej częściej potrzebują pomocy. W dodatku szkolenie psychoterapeutyczne jest bardzo drogie, co ogranicza jego dostępność osobom bez wsparcia krewnych lub mniej zarabiającym. Sprawia to, że psychoterapia staje się luksusową usługą dla zamożnej klasy średniej (lub też klasy wyższej, jeśli przyjąć definicję klas odwołującą się do poziomu dochodów), świadczoną przez przedstawicieli tej klasy. Terapeuci, z powodu różnicy doświadczeń i kodów kulturowych, mogą mieć problem ze zrozumieniem problemów ludzi gorzej sytuowanych i nawiązaniem z nimi odpowiedniej relacji terapeutycznej. Nie tylko świadczeniu usług, ale również szkoleniu psychoterapeutycznemu należałoby się więc przyjrzeć pod kątem uczynienia go bardziej dostępnym, np. poprzez różne formy finansowania ze środków publicznych. Nieśmiałym krokiem w tym kierunku jest wprowadzony niedawno program szkolenia psychoterapeutów dziecięcych.

Nie jest też tak, że antydepresanty sprawiają, iż ludzie stają się szczęśliwi. Andrzej Leder, w wywiadzie prowadzonym przez Grzegorza Sroczyńskiego, zwraca uwagę na szerszy kontekst, w jakim należy rozpatrywać depresję, co jednak symptomatyczne odwołuje się niemal wyłącznie do rozterek i aspiracji klasy średniej, pomijając bezpośredni wpływ czynników ekonomicznych takich jak np. ubóstwo. Mówi przy tym: „Działanie leków polega na zmniejszaniu odczuwania emocji, właściwie wszystkich, a nie na produkowaniu tych dobrych”. Jest to opinia, którą zdają się potwierdzać badania. Jeśli chodzi o leki stosowane przede wszystkim w leczeniu schizofrenii i CHAD, wielu pacjentów mówi nawet o „zamienianiu w zombie”; pierwsze doniesienia o neuroleptykach określały ich efekt jako „chemiczną lobotomię”. Pojawiają się też wyniki badań wskazujące, że, po pierwsze, prezentowanie problemów psychicznych jako „chorób jak wszystkie inne” (czyli właśnie: biologicznych problemów, problemów z mózgiem, które leczyć należy biologicznie) pogłębia stygmatyzację i autostygmatyzację osób określanych jako chore psychicznie. Po drugie, może to wręcz prowadzić do gorszych wyników terapii – przekonanie o posiadaniu chorego mózgu, wadliwych genów itp. może zmniejszać nadzieję na „wyzdrowienie”, prowadząc niejako do samospełniającej się przepowiedni.

Na dodatek właściwie nie ma przekonujących badań, które pokazywałyby, że istnieje związek pomiędzy farmakologicznym leczeniem depresji a spadkiem liczby samobójstw lub mniejszym ryzykiem samobójstwa, za to istnieją badania kliniczne i inne dane, sugerujące wręcz, że stosowanie popularnych antydepresantów zwiększa ryzyko samobójstw. Mówienie o jednoznacznym związku przyczynowo-skutkowym mogłoby być nadużyciem, jednak niedawno w Australii minister zdrowia zlecił analizę możliwości jego występowania – z powodu badań pokazujących, że wraz ze wzrostem stosowania antydepresantów wśród młodzieży doszło do gwałtownego wzrostu liczby samobójstw. Między 2008 a 2018 rokiem stosowanie antydepresantów wśród dzieci i młodych dorosłych wzrosło tam o 66%, a liczba samobójstw o 49%. Między 2006 a 2016 o 98% wzrosła też liczba celowych samootruć (głównie zresztą… przy pomocy przepisanych wcześniej lekarstw). Amerykańska Food and Drug Administration (FDA) już wiele lat temu umieściła na opakowaniach leków oficjalne ostrzeżenie, że antydepresanty stosowane u młodych ludzi zwiększają ryzyko samobójstwa. W USA, w populacji ogólnej, wzrostowi stosowania antydepresantów pomiędzy 1999 a 2014 r. o 65% towarzyszył wzrost współczynnika samobójstw o 33% pomiędzy 1999 a 2017 r. Pokazuje to przynajmniej, że obecne podejście do zaburzeń psychicznych i problemu samobójstw jako takich jest niewystarczające. Rzadko też pojawia się komunikat, że samobójstwo może mieć wiele różnych przyczyn, nawet według oficjalnych statystyk może być konsekwencją np. problemów finansowych, a nie zaburzeń psychicznych jako takich.

Wbrew powszechnej narracji, wyniki leczenia w przypadku zaburzeń nastroju i zaburzeń psychotycznych, szczególnie jeśli chodzi o perspektywę dłuższą niż krótkoterminowe badania kliniczne, nie są lepsze, a według niektórych danych – są nawet gorsze, niż przed erą farmakoterapii. Niektórzy badacze wskazują, że nawet jeśli leki pozwalają początkowo na „szybsze wyzdrowienie”, to ich stosowanie powodować może większą podatność na „zachorowanie” w przyszłości. Z jednej strony leki mogą bowiem maskować objawy, nie wpływając jednak na ich faktyczne przyczyny, z drugiej, na poziomie biologicznym, prowadzić mogą do zmian, które kolejny epizod czynią bardziej prawdopodobnym, a nawet cięższym.

Stopniowo do literatury naukowej przebijają się badania wskazujące na znacznie częstsze, dłuższe i cięższe objawy odstawienia związane z antydepresantami niż to się początkowo wydawało. Trwać mogą one nawet wiele miesięcy, w przypadku nawet 1/4 zażywających antydepresanty objawy mogą być ciężkie. Objawy te często mylone są z „nawrotem choroby”. Swoje stanowisko w tej sprawie, przyznając, że zjawisko to było wcześniej niesłusznie bagatelizowane, zmienił nawet brytyjski Royal College of Psychiatrists. Na problemy te długo zwracali uwagę obecni i byli pacjenci, ignorowano ich jednak, w związku z czym opracowali własne metody bezpiecznego odstawiania leków. Po wielu latach także te metody zaczynają przebijać się do literatury naukowej i znajdują potwierdzenie w badaniach neurobiologicznych. Przypomina to nieco sytuację z benzodiazepinami, które (jak wiele innych leków wcześniej) prezentowane były początkowo jako bezpieczne i nieuzależniające, z czasem jednak okazało się, że jest inaczej. Potencjał uzależniający benzodiazepin był właśnie jednym z powodów wprowadzenia na rynek antydepresantów typu Prozac. W tym kontekście „renesans psychodeliczny” może jawić się jako poszukiwanie nowych substancji, które mogłyby zastąpić „nowoczesne antydepresanty” obecne na rynku od ponad 30 lat. Jak jednak mówi Rosalind Watts, jedna z badaczek odpowiedzialnych za badania kliniczne porównujące psylocybinę z popularnym antydepresantem: „Psylocybina to wspaniałe narzędzie. Ale myślę, że nasze wyniki pokazują magię prawdziwej troski, czasu, obecności, szacunku i bycia częścią leczniczej społeczności. I tego właśnie boleśnie brakuje w naszym systemie psychiatrycznym. Jeśli więc psylocybina stanie się po prostu kolejnym lekiem, będzie to tak samo nieciekawe i ostatecznie rozczarowujące jak SSRI były dla wielu. A psychodeliki bez troskliwej społeczności mogą okazać się nie tylko nieskuteczne, ale i ryzykowne”.

Na nadmierną medykalizację wprost wskazał nawet opublikowany niedawno raport WHO zawierający wskazówki dotyczące organizacji opieki środowiskowej. Raport ONZ z kolei porównał stosowanie przymusu w psychiatrii do tortur. W „Psychiatric Times” ukazał się niedawno wywiad z jego autorem, litewskim psychiatrą Dainiusem Pūrasem. Powiedział on, że największe wrażenie zrobiły na nim relacje pacjentek, które, choć często pacjentkami stają się z powodu różnego rodzaju przemocy, doświadczenie unieruchomienia pasami porównują właśnie do doświadczenia bycia zgwałconą. Prosić miały Pūrasa, żeby przekazał psychiatrom, aby zaprzestali tego rodzaju praktyk. Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z pacjentami i byłymi pacjentami (nazywającymi siebie czasem „ocalonymi z psychiatrii”), miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować stosowanie przymusu w psychiatrii. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu „rozmontowanie” Konwencji. W jednym z badań wykazano, że w USA pomiędzy 1993 a 2003 rokiem, z powodu stosowania unieruchomienia zmarło 45 dzieci, a żaden z 23 przypadków, w których dostępna była dokumentacja, nie spełniał kryteriów „zagrożenia dla siebie lub otoczenia”, które, zgodnie z przepisami, usprawiedliwiają użycie takich środków.

W tym kontekście należałoby też chyba spojrzeć na głośną sprawę Britney Spears. Piosenkarka została całkowicie pozbawiona kontroli nad własnym życiem, co umotywowane zostało „chorobą psychiczną” i troską o jej zdrowie. Uczyniono z niej właściwie niewolnicę. W polskich mediach trafiają się czasem relacje dotyczące przymusowego leczenia i przemocy personelu wobec pacjentów (np. głośny tekst Justyny Kopińskiej „Oddział chorych ze strachu”). Jednak poza, w najlepszym razie, wywołaniem krótkiego wzmożenia moralnego, nie prowadzą do żadnych rzeczywistych zmian.

Mark Fisher pisał: „Jeśli lewica chce zakwestionować realizm kapitalistyczny, to zadanie repolityzacji choroby psychicznej jest kwestią nadzwyczaj palącą”. Ten fragment jego głośnej książki przeszedł jednak właściwie niezauważony. Z tej perspektywy biomedyczna psychiatria jawić może się wręcz jako „opium” farmakologiczne i ideologiczne równocześnie (a kolejne skojarzenie z wykreowanym przez koncerny kryzysem opioidowym wcale znów nie tak odległe), łagodzące cierpienie (nawet jeśli tymczasowo i ostatecznie złudnie), ale i blokujące drogę do przekroczenia go w stronę mniej wyalienowanego świata. „Prywatyzację stresu”, o której pisał Fisher, można by też ująć jako jedną z indywidualnych strategii przetrwania, w której, zamiast kolektywnie walczyć o lepsze warunki pracy, korzystamy np. z krótkoterminowych zwolnień wystawianych przez psychiatrów, które, choć pozwalają złapać oddech, niczego ostatecznie nie zmieniają. Walka o prawa pracownicze grzęźnie więc w kolejkach do poradni zdrowia psychicznego.

Jednym z postulatów prawdziwie środowiskowo i społecznie zaangażowanej i zorientowanej psychiatrii mogłoby być wprowadzenie Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (Universal Basic Income). Szereg badań wskazuje na związek nierówności społecznych, ubóstwa itp. z częstotliwością diagnozowania zaburzeń psychicznych. Istnieją nawet badania pokazujące, że podnoszenie płacy minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw. Prawdopodobnie za odnotowane niedawno zahamowanie trendu wzrostowego w liczbie samobójstw w Polsce odpowiadają przede wszystkim program 500+, podniesienie płacy minimalnej i inne rozwiązania socjalne. Z kolei wzrost liczby prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży, przy równoczesnym spadku liczby samobójstw, też trudno wytłumaczyć pomijając czynniki społeczne i kulturowe. Nawet w dużych mediach spotkać się można z wypowiedziami psychiatrów narzekających na rozpad więzi społecznych, przepracowanie, niestabilną sytuację zawodową, brak poczucia bezpieczeństwa i problemy finansowe jako faktyczne przyczyny problemów pacjentów. A jednak lekarstwem na te problemy ma być farmakoterapia lub psychoterapia, które miałyby do takich warunków pozwolić się przystosować lub przynajmniej złagodzić ból. To nie działa, na co wskazują wyniki systemów ochrony zdrowia psychicznego finansowanych znacznie lepiej niż polski, jak np. system brytyjski.

Z perspektywy zdrowia publicznego, podobnie jak ma to miejsce np. w walce z chorobami płuc, wprowadzono rozwiązania dotyczące zakazu palenia w miejscach publicznych czy regulacje dotyczące jakości powietrza w miastach, tak w ramach walki z „epidemią zaburzeń psychicznych” żądać można wprowadzenia Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego. Ostatecznie nie o to przecież chodzi, żeby „zwiększać nakłady na usługi publiczne i służbę zdrowia” lub, w tym kontekście, „psychiatrię”. Chodzi o to, żeby ludzie byli zdrowsi i żyło się im lepiej.

Radosław Stupak – psycholog, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje nad doktoratem z psychologii: „Model biomedyczny w psychopatologii i opozycja wobec niego. Perspektywa psychologiczna” i filozofii: „Ideologia psychiatrii. Psychiatria w świetle teorii krytycznej i filozofii kultury, aspekty egzystencjalne i fenomenologiczne”. Studiował także m.in. na Petersburskim Uniwersytecie Państwowym, Uniwersytecie Radbouda, Uniwersytecie w Groningen i ukończył dwuletnie szkolenie z psychoterapii przy Collegium Medicum UJ. Publikował m.in. w czasopismach „Diametros”, „Psychiatria Polska”, „Archives of Psychiatry and Psychotherapy”, „Theory & Psychology”, „International Journal of Environmental Research and Public Health”, „Psikhologicheskii Zhurnal”. Recenzował dla „Theory & Psychology” i „Journal of Humanistic Psychology”.

Twoje zdrowie!

Niewiele jest tematów, które stanowią aż taki samograj, jeśli chodzi o przekonywanie odbiorców, iż dana kwestia jest ważna. Wielokrotnie w ciągu ponad 20 lat tworzenia pisma sięgaliśmy po tematykę nieoczywistą, niełatwą i przynajmniej w pierwszym odruchu wywołującą pytanie, po co ktoś miałby o tym czytać. Czasami podnosiliśmy jakiś temat jako pierwsi w Polsce, nierzadko jako jedni z nielicznych. Nie zawsze łatwe było przekonanie odbiorców, szczególnie zanim nastały obecne mody, że istotne są na przykład tematyka ekologiczna, kondycja transportu zbiorowego czy promowanie ekonomii innej niż balcerowiczowska. Co innego zdrowie i jego ochrona.

Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że zdrowie jest ważne. Może jedynie ludzi młodych i w świetnej kondycji, aczkolwiek życie w szybko starzejącym się społeczeństwie sprawia, że nawet dzisiejsi dwudziestolatkowie stykają się w swoim otoczeniu z wyzwaniami i dolegliwościami natury medycznej. To coraz częściej problem numer jeden jednostek, rodzin czy większych zbiorowości. Koszty leczenia, kolejki do gabinetów specjalistów, obcowanie z bólem i cierpieniem bliskich osób, problemy z zapewnieniem odpowiedniej opieki medycznej – to codzienność wielu ludzi w Polsce. Nawet gdybyśmy chcieli o tym zapomnieć, rzeczywistość nie pozwala. A gdyby tego było mało, swoją ponurą cegiełkę dołożyła pandemia koronawirusa.

O tym wszystkim jest bieżący numer. Wieloaspektowo przyglądamy się ochronie zdrowia, kondycji naszych rodaków i innym sprawom z tej działki. Piszemy o zdrowiu fizycznym i psychicznym oraz o tym, co im zagraża. Jak wygląda leczenie w różnych sektorach. Przed jakimi wyzwaniami stoimy w finansowaniu opieki medycznej oraz jakie liberalne mity panują na ten temat. Jakie są bariery w dostępie do porządnej medycyny. Co się dzieje z kadrami tego sektora i jak należy dowartościować tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu naszego leczenia. I o wielu innych kwestiach.

Oczywiście jest to temat tak szeroki, że nie wszystkie ważne sprawy udało się opisać. Będziemy do tego wracali w przyszłości. Ale jestem przekonany, że zgromadzona w tym numerze dawka wiedzy jest spora i przydatna, a także zawiera wątki nieoczywiste i rzadko dyskutowane publicznie. W numerze mamy również kilka tekstów na inne tematy, żeby nie przytłoczyć Was zupełnie tematyką zdrowotną.

Zapraszam do lektury całości! Wszyscy byliśmy, jesteśmy lub będziemy pacjentami. Oby w jak najlepszych realiach opieki i wsparcia przy powrocie do zdrowia. Oddajemy w Wasze ręce dawkę informacji o tym, jak, dlaczego i za pomocą jakich działań sprawić, aby te realia były lepsze niż obecne.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Szerokie perspektywy wąskich torów: kiedy nadejdzie renesans kolei wąskotorowych?

Samorząd województwa łódzkiego myśli o włączeniu linii wąskotorowej Rogów – Rawa Mazowiecka – Biała Rawska w regionalną sieć połączeń kolejowych. Ogłoszony został przetarg na opracowanie ekspertyzy, która wskaże kierunki rozwoju kolejki. Firmy planistyczne mogą składać swoje oferty do 16 września 2021 r.

Czy od rogowskiej kolejki zacznie się zwrot w historii wąskotorówek? W Polsce – zupełnie inaczej niż zagranicą – już od lat nie widziano w nich potencjału i możliwości wykorzystania w systemie transportowym.

Czas znikania

Między Rogowem, Rawą Mazowiecką a Białą Rawską regularny ruch pociągów pasażerskich był prowadzony do czerwca 2001 r. Wówczas Polskie Koleje Państwowe – za prezesury Krzysztofa Celińskiego – jedną decyzją zakończyły działalność wszystkich kolei wąskotorowych, a nadzorującą je Dyrekcję Kolei Dojazdowych postawiły w stan likwidacji. Wielu wąskotorówkom nie udało się jednak dotrwać nawet do tego momentu.

Część kolejek – jak bogatyńską, podlaską, zwierzyniecką – zamknięto już w latach 60. i 70. W tym czasie w rejonie dużych miast kolejne wąskie tory znikały, aby ustąpić miejsca poszerzanym drogom wylotowym. Tak stało się z Radzymińską Koleją Dojazdową, Wrocławską Koleją Dojazdową i kolejnymi odcinkami niegdyś rozległej sieci Grójeckiej Kolei Dojazdowej: Warszawa Południowa – Piaseczno – Góra Kalwaria i Warszawa Wilanów – Konstancin-Jeziorna

Schyłkiem regularnych przewozów liniami wąskotorowymi na Mazowszu były już lata 80. Sochaczewska Kolej Dojazdowa wycofała pociągi pasażerskie w 1984 r., by przekształcić się w Muzeum Kolei Wąskotorowej, które po dziś dzień od maja do września prowadzi przewozy turystyczne z Sochaczewa do Wilcza Tułowskiego na skraju Puszczy Kampinoskiej.

W połowie lat 80. zamknięty został ruch pasażerski na Mławskiej Kolei Dojazdowej, której sieć obejmowała Mławę, Ciechanów, Przasnysz i Maków Mazowiecki. W 1986 r. – zaledwie 36 lat po wybudowaniu kolejki – przestały kursować pociągi pasażerskie z Nasielska do Pułtuska. Otwarta w 1950 r. Nasielska Kolej Dojazdowa była jedyną wąskotorówką wybudowaną przez PKP po II wojnie światowej.

Wąskotorówki wypełniały luki w sieci linii normalnotorowych, zapewniając dostęp do kolei mieszkańcom Przasnysza, Makowa Mazowieckiego, Pułtuska czy Grójca.

Regularny ruch pasażerski na ostatnich fragmentach Grójeckiej Kolei Dojazdowej zlikwidowano na przełomie lat 80. i 90.: w 1988 r. przestały kursować pociągi pasażerskie między Grójcem a Nowym Miastem nad Pilicą, zaś w 1991 r. między Piasecznem a Grójcem. Do 1996 r. był jeszcze prowadzony ruch towarowy.

Od lat 70. przewóz ładunków na wąskotorówkach opierał się na wagonach-transporterach, na których przewożone były wagony normalnotorowe – tak docierały one do klientów rozlokowanych przy liniach wąskotorowych. Dzięki temu na stacjach stycznych wyeliminowano czasochłonny przeładunek towarów między wagonami normalnotorowymi i wąskotorowymi.

Choć lata 80. były już czasem szybkiego znikania wąskotorówek, to wówczas PKP zakupiły w zakładach FAUR w Rumunii 32 szynobusy MBxd2: w latach 1984-1986 powstało 20 pojazdów na potrzeby kolejek o szerokości toru 750 mm i 12 dla kolei z szerokością toru 1000 mm (podobnej inwestycji zabrakło wtedy dla lokalnych linii normalnotorowych: ogłoszony pod koniec lat 80. program zakupu 220 szynobusów nie został zrealizowany).

Do decyzji z 2001 r. o zamknięciu linii wąskotorowych dotrwało w regularnym ruchu osiem kolei dojazdowych: średzka, śmigielska, pleszewska, ełcka, krośniewicka, rogowska, koszalińska oraz stargardzka.

Pułapki na wąskim torze

Jedyną szansą na dalszy byt wąskotorówek w XXI wieku było przejęcie ich przez samorządy lokalne. Nie mniej istotny był zapał entuzjastów – zarówno miłośników dróg żelaznych, jak i kolejarzy porzucanych przez PKP razem z wąskotorówkami. Gotowi byli oni poświęcać swój czas, by dbać o tabor i infrastrukturę, a także służyć wiedzą i doświadczeniem w zarządzaniu kolejami wąskotorowymi. Lokalni włodarze zwykle na tym po prostu się nie znali, nawet jeśli byli pozytywnie nastawieni do przejęcia kolejek. Właśnie w celu utrzymania działalności wąskotorówek powstało Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Ta organizacja pasjonatów – której zakres działalności z biegiem lat uległ zmianom – zaangażowała się w dalsze funkcjonowanie między innymi Śmigielskiej Kolei Dojazdowej w Wielkopolsce. Nowym właścicielem tej wąskotorówki został Urząd Miasta i Gminy Śmigiel, operatorem SKPL, zaś naczelnikiem Wit Kreuschner, który tę samą funkcję pełnił w czasach, gdy kolejka działała w ramach PKP.

Codzienny ruch pociągów pasażerskich przywrócono w styczniu 2002 r., pół roku po jego zlikwidowaniu przez PKP. Obsługiwana trasa została wydłużona do Wielichowa, dokąd w ostatnich latach funkcjonowania kolejki pod banderą PKP już nie docierały pociągi pasażerskie. W 2003 r. otwarty został nowy przystanek Nietążkowo Szkoła, aby ułatwić dojazd uczniów do tutejszego zespołu szkół średnich.

Niestety na nowych właścicieli kolejek czyhały zastawione przez PKP pułapki. Śmigielska Kolej Dojazdowa po przejęciu przez gminę dowiedziała się, że będzie musiała płacić spółce PKP Polskie Linie Kolejowe 24 tys. zł rocznie za opuszczanie i podnoszenie szlabanu na przejeździe kolejowym w Starym Bojanowie. Wspólny dla wąskotorowki i linii normalnotorowej przejazd strzeżony był bowiem obsługiwany przez pracowników z nastawni na stacji normalnotorowej. W celu uniknięcia opłat podjęto decyzję o skróceniu trasy pociągów wąskotorowych, tak by nie musiały przejeżdżać przez feralny przejazd. Niestety oznaczało to, że przestały one docierać do peronu na stacji Stare Bojanowo, stycznej z linią normalnotorową. Przesiadający się między wąskotorówką a pociągami kursującymi linią Poznań – Leszno byli odtąd zmuszeni do pokonywania kilkuset metrów pieszo.

Regularny ruch pasażerski i towarowy był prowadzony do 2010 r., do kiedy śmigielską wąskotorówką zarządzało Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Od 2011 r. kolejką zarządza Zakład Komunalny w Śmiglu, który ogranicza się już tylko do uruchamiania pociągów turystycznych i okazjonalnych.

Stowarzyszenie przez sześć lat, od 2002 do 2008 r., prowadziło regularny ruch pasażerski i towarowy również na Krośniewickiej Kolei Dojazdowej, będącej jedną z pozostałości sieci wąskotorowej niegdyś rozciągającej się od Gniezna po aglomerację łódzką.

SKPL wciąż jest operatorem prowadzącym regularne przewozy na trójszynowej linii o prześwicie 750/1435 mm, łączącej Pleszew z położoną 3,5 km za miastem stacją na linii Poznań – Ostrów Wielkopolski. Linia Pleszew Wąskotorowy – Pleszew Miasto, po tym jak w 2001 r. PKP wycofało się z jej obsługi, należy do Urzędu Miasta i Gminy Pleszew.

Rosnące tempo

Rogowską Kolej Dojazdową w 2002 r. przejął od PKP powiat rawski. W to, aby tak się stało, zaangażowali się pasjonaci z Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych. Organizacja ta po dziś dzień zarządza należącą do powiatu kolejką, troszcząc się o jej tabor i infrastrukturę oraz uruchamiając pociągi turystyczne – w 2019 r. przewiozły one 24 tys. osób.

Ostatnio fundacji udało się uzyskać z budżetu państwa dotację w wysokości 1 mln zł na renowację parowozu Px48 i zapewnienie zaplecza do jego eksploatacji. Ma on zacząć prowadzić pociągi w 2022 r. – 46 lat od wycofania trakcji parowej na rogowskiej wąskotorówce.

Fundacja eksploatuje nie tylko tabor przekazany powiatowi rawskiemu przez PKP wraz z całą kolejką, ale także ściąga oraz restauruje lokomotywy i wagony ze zlikwidowanych wąskotorówek. W 2020 r. kupiła od PKP zniszczony szynobus MBxd2, który służył w Krośniewicach – trwa zbiórka pieniędzy na jego remont i przywrócenie do ruchu.

Fundacja zbiera również fundusze na remonty i bieżące utrzymanie infrastruktury. W latach 2016-2018 przeprowadzone zostały naprawy odcinków Rogów – Jeżów i Rawa Mazowiecka – Biała Rawska. Wciąż w złym stanie jest środkowy odcinek kolejki między Jeżowem a Rawą Mazowiecką – z tego powodu nie kursują nim pociągi z pasażerami, mogą tu odbywać się tylko przejazdy robocze i techniczne.

W czasach funkcjonowania regularnego ruchu na Rogowskiej Kolei Dojazdowej jej rozkład jazdy przez dwie dekady nie był zmieniany – pociągi kursowały w dokładnie tych samych godzinach od przełomu lat 70. i 80. Rozkład jazdy uległ zmianie w czerwcu 2000 r., a z początkiem kwietnia 2001 r. – na kilka miesięcy przed likwidacją połączeń – kursowanie zostało ograniczone do godzin przedpołudniowych.

49-kilometrową trasę z Rogowa do Białej Rawskiej pociąg pokonywał w ponad dwie godziny. Jadąca z prędkością około 35 km/h wąskotorówka coraz słabiej nadążała za rosnącym tempem życia.

Inwestycja w wąski tor

Czy w trzeciej dekadzie XXI wieku jest możliwy renesans kolei wąskotorowych: dostosowanie ich do dzisiejszych wymagań i wykorzystanie do normalnego zaspokajania potrzeb transportowych?

Na to pytanie ma odpowiedzieć ekspertyza zamawiana przez samorząd województwa łódzkiego. Założeniem jest wpięcie kolei wąskotorowej w regionalny system transportu w celu zapewnienia przejazdu z Rawy Mazowieckiej do Łodzi w nie więcej niż 1 godz. 10 min. – wąskotorówką do Rogowa, a dalej pociągiem Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej (jazda busem na tej trasie trwa około 1 godz. 30 min.).

Licząca 17 tys. mieszkańców Rawa Mazowiecka to po Bełchatowie największe miasto powiatowe województwa łódzkiego bez połączeń kolejowych. Stacja wąskotorówki w Rawie Mazowieckiej znajduje się 500 metrów od Placu Wolności – głównego punktu w mieście. Linia biegnie przez sześć gmin, które obecnie nie są obsługiwane transportem kolejowym.

Analiza określić ma zakres niezbędnych inwestycji w linię wąskotorową wraz z wskazaniem lokalizacji mijanek, nowych przystanków i punktów umożliwiających dowiązanie połączeń autobusowych. Ponadto rozpatrzona ma zostać koncepcja budowy odgałęzienia wąskotorówki do Centralnej Magistrali Kolejowej, na której w pobliżu Białej Rawskiej mogłaby powstać stacja pozwalająca na przesiadki między pociągami wąskotorowymi i dalekobieżnymi.

Koncepcja przebudowy posterunku Biała Rawska w celu umożliwienia postojów pociągów kursujących Centralną Magistralą Kolejową została zgłoszona przez samorząd województwa łódzkiego do Rządowego Programu Budowy lub Modernizacji Przystanków Kolejowych na lata 2021-2025. Ministerstwo Infrastruktury odrzuciło jednak ten wniosek.

Ekspertyza ma się przyjrzeć rynkowi taborowemu pod kątem zakupu nowych lub używanych składów wąskotorowych na potrzeby regularnego ruchu pasażerskiego.

W ramach prac analitycznych mają zostać przeprowadzone badania ankietowe wśród mieszkańców na temat ich kierunków i celów dojazdów. Na tej podstawie ma zostać zaprezentowana propozycja rozkładu jazdy. Uwzględnione mają zostać też potrzeby ruchu towarowego: przewozu kontenerów i wagonów normalnotorowych na platformach wąskotorowych oraz lokalizacji punktów ładunkowych.

Samorząd województwa łódzkiego oczekuje, że autorzy ekspertyzy wskażą możliwości zrealizowania inwestycji z wykorzystaniem funduszy Unii Europejskiej w perspektywie finansowej 2021-2027.

Wbrew pozorom

– „Największy potencjał efektywnego wpięcia w regionalne systemy transportowe mają koleje wąskotorowe zlokalizowane blisko generatorów ruchu, a więc aglomeracji i zapewniające połączenia z większymi miastami powiatowymi. Szczęśliwie Rawa Mazowiecka może być takim przykładem” – mówi dr Michał Zajfert, który w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk zajmuje się sektorem infrastruktury, a jednocześnie pełni funkcję członka rady Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych, zarządzającej rogowską kolejką. – „Przez ostatnią dekadę samorządy zaangażowane w rozwój kolejowego transportu regionalnego na swoim obszarze udowodniły, że umieją go zorganizować. W gronie zaangażowanych województw jest też łódzkie, co dobrze wróży inicjatywie rewitalizacji”.

Wbrew pozorom wąskotorówki nie muszą być powolne, a ich autonomia może wręcz stanowić atut. – „Koleje wąskotorowe, jako technicznie odseparowane od ogólnopolskiej sieci PKP PLK, podlegają mniej restrykcyjnym regulacjom, a z drugiej strony są niezależne od skutków kongestii ruchu licznych pociągów różnych rodzajów i przewoźników, dzięki czemu dużo łatwiej zapewnić na nich tak ważną dla podróżnych punktualność” – mówi Zajfert i dodaje, że największy jest problem mentalny, który nie pozwala traktować wąskich torów jako jednej ze składowych systemu transportowego. – „To konsekwencja trwającej już od lat 50. marginalizacji kolei wąskotorowych”.

Sezon na wąskotorówki

Rzeczywiście w Polsce już od dawna na linie kolejowe z rozstawem szyn węższym niż 1435 mm patrzy się jak na atrakcję turystyczną lub co najwyżej jak na sezonowy środek transportu.

W ruchu sezonowym najlepiej radzą sobie: Nadmorska Kolej Wąskotorowa, która od maja do września codziennie jeździ na trasie Pogorzelica – Niechorze – Rewal – Trzęsacz – Gryfice, Żnińska Kolej Wąskotorowa, od maja do sierpnia zapewniająca dojazd do Muzeum Archeologicznego w Biskupinie, oraz Żuławska Kolej Dojazdowa, która w wakacje codziennie, a w czerwcu i wrześniu w weekendy kursuje na biegnącej wzdłuż Zatoki Gdańskiej linii Sztutowo – Stegna – Jantar – Mikoszewo – Prawy Brzeg Wisły. – „Tam w okresie letnim pociągi pasażerskie wyczerpują jej przepustowość i mimo tego nie są w stanie obsłużyć wszystkich chętnych podróżnych” – mówi Zajfert.

Dodajmy, że na żuławskiej wąskotorówce na Wszystkich Świętych co godzinę kursują pociągi na cmentarz komunalny, który jest zlokalizowany na obrzeżach Nowego Dworu Gdańskiego. Co roku z tej formy dojazdu na groby bliskich korzysta około 1 tys. osób.

Wąskotorowa normalność

– „Transportowa funkcjonalność kolei nie jest determinowana prześwitem jej torów” – podkreśla Michał Zajfert. – „Przecież w wielu krajach funkcjonują systemy transportowe oparte o koleje wąskotorowe. W Niemczech, Austrii czy Czechach koleje wąskotorowe spełniają codzienne funkcje transportowe”.

Jedną z takich kolei są Jindřichohradecké Místní Dráhy, które prowadzą ruch na dwóch liniach wybiegających z położonego na południu Czech 21-tysięcznego miasta Jindřichův Hradec. Pociągi JHMD wyruszają stąd główną linią kolejową – na jej liczącym 2,5 km odcinku funkcjonuje trzyszynowy splot toru normalnego z torem wąskim o szerokości 760 mm.
Na 33-kilometrowej linii Jindřichův Hradec – Nová Bystřice i 46-kilometrowej linii Jindřichův Hradec – Obrataň JHMD uruchamia łącznie 32 pociągi dziennie. – „Można tu spotkać wagony kursujące 60 km/h, które powstały w wyniku kompleksowej modernizacji pojazdów odkupionych 16 lat temu z zamkniętych kolei wąskotorowych w Polsce” – mówi Zajfert o czterech pojazdach MBxd2, których modernizację w Czechach dofinansowano z funduszy unijnych.

W lecie JHMD obok standardowych pociągów uruchamia składy prowadzone parowozami – w tym lokomotywą U37, wyprodukowaną w 1898 r.

Tuż za polską granicą, 10 km od Prudnika i Głubczyc, regularny ruch prowadzony jest na 20-kilometrowej wąskotorówce Třemešná ve Slezsku – Osoblaha. Linia o szerokości toru 760 mm łączy miasteczko Osoblaha z normalnotorową siecią kolejową. Co dość nietypowe, tą wąskotorówką administruje krajowy zarządca infrastruktury kolejowej Správa Železnic, a przewoźnikiem są państwowe České Dráhy. W Niemczech Deutsche Bahn zarządza już tylko jedną linią wąskotorową: to kolejka na objętej zakazem ruchu samochodów wyspie Wangerooge na Morzu Północnym. W Austrii państwowa kolej ÖBB przekazała wąskotorówki landom w latach 2008-2010.

Na państwowej linii Třemešná ve Slezsku – Osoblaha lokalne stowarzyszenie Slezské Zemské Dráhy w letnie weekendy uruchamia pociągi zabytkowe, prowadzone parowozem lub lokomotywą spalinową. Zaspokajanie przez koleje wąskotorowe codziennych potrzeb transportowych wcale bowiem nie musi kłócić się z dbałością o ich wyjątkowy i zabytkowy charakter. Na to również liczą entuzjaści rogowskiej wąskotorówki.

Węgiel, ropa, wodór

Pociągi prowadzone parowozem na kolei wąskotorowej Zillertalbahn stanowią atrakcję austriackiego Tyrolu. Jednocześnie na tej linii – łączącej Jenbach (7 tys. mieszkańców) z Mayrhofen (4 tys. mieszkańców) – funkcjonuje regularny ruch obsługiwany składami spalinowymi. Szykowane jest jednak przejście na napęd wodorowy – w fabryce koncernu Stadler w Bussnang w Szwajcarii trwa już produkcja wodorowych zespołów trakcyjnych, które na torze o szerokości 760 mm mają osiągać prędkość 80 km/h. Obecnie pociągi jeżdżą 70 km/h.

Ruch na Zillertalbahn prowadzony jest codziennie między 6:00 a 21:00 – pociągi kursują dwa razy na godzinę. W Jenbach składy wąskotorowe są skomunikowane z pociągami kursującymi na trasie Innsbruck – Salzburg – Wiedeń. W 2019 r. na liczącej 32 km linii Jenbach – Mayrhofen pasażerowie odbyli 2,9 mln podróży. To więcej niż w całym województwie podlaskim (w 2019 r. 2,4 mln podróży).

W maju 2021 r., po ośmiu latach przerwy, Zillertalbahn przywróciła ruch towarowy. Pociągi dowożą drewno do zlokalizowanej w Fügen fabryki koncernu Binderholz, co oznacza wyeliminowanie z doliny rzeki Ziller 16 tys. przejazdów ciężarówek w skali roku.

W Austrii codzienny ruch prowadzą też między innymi wąskotorówki Murtalbahn, Pinzgauer Lokalbahn i zelektryfikowana Mariazellerbahn, na których rozstaw szyn to również 760 mm, a prędkość osiągana przez pociągi to 70-80 km/h.

100 km/h po wąskim torze

Koleje wąskotorowe są jedną z bardziej znanych atrakcji turystycznych Szwajcarii. Rhätische Bahn, Matterhorn Gotthard Bahn czy Zentralbahn – o rozstawie szyn 1000 mm i zelektryfikowane – to jednak nie tylko składy z panoramicznymi wagonami, z których można podziwiać Alpy, ale także codzienny ruch pasażerski i towarowy, wpisany w świetnie działający szwajcarski system transportowy. Pociągi wąskotorowe są tu w pełni zintegrowane taryfowo i idealnie skomunikowane z pociągami normalnotorowymi i autobusami. Na systemy kolei aglomeracyjnych S-Bahn w Bernie, Lucernie czy Zurychu składają się zarówno linie normalnotorowe, jak i wąskotorowe. Do trzech szwajcarskich kantonów – Appenzell Innerrhoden, Obwalden, Nidwalden – da się dojechać tylko wąskim torem.

We Włoszech koleje wąskotorowe są istotnym elementem systemu transportowego aglomeracji Neapolu. Circumvesuviana – kolej wąskotorowa o rozstawie szyn 950 mm – łączy milionową stolicę regionu Kampania z okolicznymi miastami i gminami. Sieć neapolitańskiej kolei jest zelektryfikowana, liczy 148 km, obejmując 96 stacji i przystanków. Część szlaków jest dwutorowa. Działająca od 1890 r. Circumvesuviana w XXI wieku zyskała dwa nowe odcinki: w 2001 r. na wschodnich przedmieściach Neapolu otwarto liczący 8 km łącznik między trzema liniami, a w 2006 r. jedną z linii wydłużono do 59-tysięcznego miasta Acerra. Nowe odcinki biegną w dużej mierze tunelami.

Na Sycylii działa Ferrovia Circumetnea, okrążająca wulkan Etna 111-kilometrowa linia z Katanii do Riposto. – „Od kilku lat w codziennym ruchu kursują tu szybkie nowoczesne wąskotorowe spalinowe zespoły trakcyjne wyprodukowane w Polsce – w zakładach Newag” – mówi Michał Zajfert o składach Vulcano, które na linii o szerokości toru 950 mm rozpędzają się do 100 km/h.

W naszym kraju wąskotorówki uważa się za nietypowy i nieprzystający do dzisiejszych czasów środek transportu. A tymczasem to Polska – z kolejami wąskotorowymi, których nie wykorzystuje się na co dzień – jest wyjątkiem na kolejowej mapie Europy.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 5/115 (wrzesień-październik 2021). Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Karol Trammer. http://www.zbs.net.pl

Mieszkania zamiast kredytów!

Właściwie nie ma dnia, w którym nie bylibyśmy bombardowani informacjami dotyczącymi Nowego (Polskiego) Ładu. Codziennie pojawiają się nowe doniesienia o potencjalnych zmianach, setki analiz oraz artykułów objaśniających, co potencjalnie może nastąpić wraz z nowym rokiem. Nietrudno zauważyć, że w większości przypadków narracja ta przedstawia perspektywę głównie biznesu, a rzadziej perspektywę pracowniczą i społeczną proponowanych zmian. Dysproporcje te świetnie można było obserwować w trakcie debaty dotyczącej składki zdrowotnej i podatku dochodowego – gdzie mowa była głównie o przedsiębiorcach, którzy rozliczają się podatkiem liniowym. Efekt – prawdopodobnie przedsiębiorcy i tak nie będą musieli odprowadzać całej składki zdrowotnej, natomiast pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę będą płacić ją w całości. W taki oto sposób dzieją się dwie rzeczy, które dalekie są od rozwiązań prospołecznych. Pierwsza – nie ruszamy grupy uprzywilejowanej, która nadal nie będzie w całości płacić składek na rzecz ochrony zdrowia. Druga – nie likwidujemy problemu tzw. sztucznych jednoosobowych działalności gospodarczych, czyli długoletnich kontraktów B2B, które przerzucają koszty na pracownika.

Jednak tym, co w mojej opinii wydaje się kluczowym zagrożeniem zawartym w Nowym (Polskim) Ładzie, są kredyty bez wkładu własnego. Na pierwszy rzut oka zmiana ta wydaje się w pewnym stopniu pozytywna. Bo wyobraźmy sobie standardową sytuację rodziny 2+2, która nie posiada własnego mieszkania. Załóżmy, że dwójka rodziców zarabia po najniższej krajowej, czyli orientacyjnie będzie to 4120 zł na rękę oraz dołóżmy świadczenie w postaci 500+ na dwójkę dzieci i mamy około 5120 zł miesięcznie. Prawdopodobnie na sam wynajem mieszkania (oczywiście w zależności od standardu, metrażu i lokalizacji) z tej kwoty może iść od 1200 do 2000 zł czynszu, a do tego musimy doliczyć wszelkie media (prąd, woda, gaz, Internet itd.). Czyli około 50% (albo i więcej) dochodu takiej rodziny będzie wydawane na wynajem mieszkania. Natomiast reszta na codzienne życie plus ew. zakupy odzieży, utrzymanie auta itp. Nietrudno zauważyć, że w takim przypadku całość dochodu jest pochłaniana przez koszty miesięcznego utrzymania i raczej nie ma mowy o tym, żeby nasza przykładowa rodzina mogła pozwolić sobie na dodatkowe oszczędności. Takie, które umożliwiłby jej wpłatę wkładu własnego (zwykle 10-20% ceny nieruchomości) na mieszkanie, szczególnie przy szalejących cenach na rynku nieruchomości, czy to pierwotnym czy wtórym.

W takiej sytuacji 0% wkładu jawi się jako pewnego rodzaju wybawienie. Zamiast płacić za wynajem mieszkania, które nie jest pewne, ponieważ w każdej chwili można zostać wyrzuconym na bruk – rodzina płaci za kredyt hipoteczny i ma zapewniony względny spokój, jeśli chodzi o warunki mieszkalne. Więc w czym w takim razie tkwi zagrożenie?

Szykuje się abdykacja państwa z próby stworzenia szeroko dostępnych mieszkań publicznych na rzecz prywatnych banków oraz deweloperów. Poprzedni program mieszkaniowy (Mieszkanie+), w założeniach o wiele lepszy niż kredyt bez wkładu własnego, okazał się porażką. Natomiast tutaj mamy typowy przykład „lekarstwa gorszego od choroby” w postaci zadłużenia obywateli (i ewentualnie państwa, które jest gwarantem pokrycia wkładu w przypadku niewypłacalności kupującego), które buduje taką samą niepewność jutra, jak w przypadku braku dostępu do własnego mieszkania. Można by rzec za Slavojem Žižkiem: „Widmo krąży nad współczesnym kapitalizmem – widmo długu”.

Należy pamiętać, że kredyt jest nie tylko narzędziem do zarabiania pieniędzy przez banki, ale także mechanizmem kontrolowania dużej rzeszy ludzi. Mając duże zobowiązanie finansowe, nie podejmują już oni wolnych i swobodnych decyzji. Większość decyzji np. dotyczących zmiany pracy zaczyna być ściśle związana z kalkulowaniem. Trudniej w takiej sytuacji o nawet minimum ryzyka – ponieważ wystarczy kilka niespłaconych rat i ląduje się na bruku. W dodatku samemu bankowi bardzo często nie zależy na tym, żeby dług został spłacony, lecz raczej żeby trwał on możliwie jak najdłużej. Pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno temu za nadpłacenie kredytu mieszkaniowego czy gotówkowego były nakładane prowizje, ponieważ banki były „stratne” na tym, że ktoś nie jest zadłużony i szybciej zwrócił część lub całość kwoty.

Tak jak na powyższym dość anegdotycznym (lecz nie oderwanym od rzeczywistości) przykładzie – nie przekreślałbym samego pomysłu bez wkładu własnego, pod warunkiem, że byłaby to tylko jakaś forma wspierająca, a nie główny sposób rozwiązania problemu mieszkaniowego w Polsce. Ponieważ w tym przypadku mamy do czynienia tylko z leczeniem objawów, a nie z rozwiązaniem problemu. Podstawowym działaniem powinien być szeroko zakrojony plan budowy nowych mieszkań zapewnianych przez państwo oraz powrót do idei spółdzielczości. A wszystkim osobom, które uważają, że to pomysł rodem z PRL, przypominam, że duża część mieszkańców Polski ma jakiekolwiek mieszkanie właśnie dzięki temu, że państwo te mieszkania przez wiele lat zapewniało.

Artur Matuszkiewicz

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Gilbert Keith Chesterton: Nie ma czegoś takiego, jak edukacja (1910)

Żyjemy w czasach bardziej niezwykłych, niż nam wszystkim się wydaje. To chyba jedyny dobry skutek, jaki instytucja wyborów powszechnych wywiera na ludzki umysł. Gdybyśmy zobaczyli starą pannę z anglikańskim modlitewnikiem w dłoni, zdziwiłoby nas to na pewno, a przynajmniej zaciekawiło, gdyby okazało się, że przy okazji praktykuje ona kanibalizm. Rozmowa z drobnym angielskim urzędnikiem zawsze jest ciekawsza, jeśli wychodzi w niej przypadkowo, że nasz interlokutor uważa się za prawowitego papieża. Otóż wierz mi lub nie, Czytelniku, ale nasza Anglia pełna jest takich osobliwych figur, które – same w sobie równie prozaiczne – wierzą w rzeczy równie niestworzone, a wręcz szalone. I prawdziwy i wieczny humor wyborów powszechnych polega dokładnie na tym, że ludzie ci zaczynają zabierać głos. Piszą listy. Zadają pytania. I człowiek zaczyna rozumieć nareszcie, że Anglia to naprawdę kraina elfów.

Moją tezę, że w angielskiej ignorancji tkwi jakiś element dziwny, nieomal magiczny, trzeba jednak dobrze rozumieć. Po pierwsze zatem: moja definicja ignorancji nie jest ani racjonalna, ani emocjonalna; krótko mówiąc: nie chodzi mi tutaj po prostu o różnicę zdań. Osobiście sądzę, że taki pan Haeckel [1] to wielki ignorant; każdy, kto zna trochę historię chrześcijaństwa widzi, że jego uwagi na temat historii chrześcijaństwa są takie, że – dosłownie – koń by się uśmiał. Idąc dalej: Lorda Milnera [2], na przykład, również mam za ignoranta – szczególnie w sprawie historii i kultury Anglii rzecz jasna, ale właściwie we wszystkich niemal sprawach z wyjątkiem dziennikarstwa. Ale to właśnie opinie, czy raczej przekonania. Nie fakty. Jak by nie spojrzeć, chrześcijaństwo i Anglia to jednak dość złożone problemy. W tym jednak przypadku chodzi mi właśnie wyłącznie o ignorancję faktyczną, ewidentną – taką, jak gdyby powiedzieć, że Dickens napisał „Targowisko próżności” albo że Shropshire jest wyspą.

Otóż natężenie owej niewątpliwej, jak moglibyśmy powiedzieć: biało-czarnej, ignorancji w życiu społecznym, to rzecz dosłownie nie do uwierzenia. Na przykład, niedawno „Daily News” zbeształo publicznie pewnego sympatycznego, starszego pastora, choć jego jedyną winą jest to, że wierzy we wszystko, co napiszą w „Daily Mail” [3]. Chodzi jednak o to, że dziennikarze „Daily News” przemilczeli jedyny bodaj naprawdę niezwykły fragment zupełnie zwyczajnej wypowiedzi tego zacnego jegomościa. Prawda, nazwał Lloyd George’a [4] „gryzipiórkiem”, a McKennę [5] „belfrem”, ale tylko dlatego, że przeczytał te określenia tego samego dnia w porannej gazecie. Zaraz potem jednak dodaje nasz śmiały gentleman coś własnego pomysłu – pisze: „Winston Churchill, dziennikarz”. Pewien jestem, że zrobił to zupełnie niewinnie. Że naprawdę święcie wierzył w to, że pan Churchill nadludzkim wysiłkiem wydźwignął się z biedy i błota Grub Street [6]. Że Winston Churchill tyle ma wspólnego z Randolphem Churchillem [7], co Will Crooks [8] z Sir Williamem Crookesem [9]. Otóż fakt, że pan Winston Churchill to polityk dziedziczny, członek jednego z najbogatszych i najpotężniejszych rodów Anglii, to po prostu fakt, który może się nam podobać bądź nie podobać. Możemy uważać, że jest dzięki temu urodzonym przywódcą albo zepsutym i leniwym pozerem. Ale to fakt; taki sam, jak to, że na wieży katedry św. Pawła stoi krzyż. I tego właśnie faktu okazał się nasz poczciwy, wiejski duszpasterz zupełnie i dziwnie nieświadom. Oto właśnie owa niebywała ignorancja i łatwowierność, o której mówię, że ujawnia się przy okazji wyborów powszechnych.

Kiedy indziej zgoła pewna szlachetna dama, gdy powiedziałem jej, że jestem liberałem, zupełnie poważnie zapytała mnie, czy naprawdę uważam, że lepiej by było, gdyby Anglią rządzili Niemcy. Sądząc, że to dobra polityczna satyra, odpowiedziałem w podobnym tonie. Powiedziałem jej, że przecież już i tak w znacznej mierze rządzą nami Niemcy – i czasami dostają za to tytuły szlacheckie. Jej riposta omal nie zwaliła mnie z nóg. Bo okazało się, że w przekonaniu mojej zacnej interlokutorki pan premier Asqhuit [10] naprawdę i dosłownie miał pewnego dnia domagać się, aby Kaiser został królem Anglii! Uważała, że to jego oficjalny postulat. Miała jednak pewne wątpliwości, czy aby nie trochę ryzykowny. Powtarzam: ponownie odkrywamy dla ludzkości krainę elfów.

Bardziej interesująca jest jednak druga cecha tej społecznej ignorancji. To, mianowicie, że nie przejawiają jej wyłącznie, nawet nie przede wszystkim, klasy biedniejsze. Przeciwnie: jeżeli się pojawia, to raczej u wykształconych. Częściej spotka się ją u księży, niż u krętaczy. U dam, niż u sprzątaczek. Trudno byłoby znaleźć w Londynie (a przynajmniej w okolicach Westminsteru) dorożkarza, który nie wiedziałby, że Winston Churchill jest arystokratą; gdybyśmy zapytali jednak duszpasterzy służących przy katedrze – strzelam, że z pięciu nie miałoby tej świadomości. I gdybym naprawdę chciał komuś wmówić, że jestem zwolennikiem aneksji Anglii przez Niemcy, najłatwiejszym celem byłyby tu wyfiokowane szlachcianki ze zubożałych rodów. Drobni arystokraci popierają protekcjonizm – w praktyce chodzi częściej o swoisty protekcjonizm intelektualny, którego muru nic nie przebije. Przede wszystkim jednak klasy wykształcone cechuje coś, co nazwać moglibyśmy ignorancją akcydentalną: londyńczycy nie wiedzą nic o angielskiej wsi, mieszkańcy wsi – o rozwoju miejskim, szeregowi politycy o tym, co się pisze w opozycyjnych gazetach, a twardogłowi księża o dogmatach innych religii. I wszystko to razem zlewa się w jedną oceaniczną masę nieporozumienia, w której dziennikarz może pływać całymi dniami.

Prawda jest bowiem taka, że nie ma czegoś takiego, jak klasy wykształcone; z tego prostego powodu, że nie ma czegoś takiego, jak edukacja. Są tylko różne rodzaje edukacji, a więc i różne typy, a właściwie style, ludzi wykształconych. Ktoś może dawać wykłady przed Królewskim Towarzystwem Jeździeckim i nie mieć pojęcia o tym, jak obstawiać na wyścigach – ba!, może przeprowadzać na koniach sekcje zwłok i kompletnie nie umieć na nich jeździć. Młody polityk może znać się bardzo na ekonomii, ale nie na gospodarce. I błędy popełnianie przez biskupów, bankierów czy biologów świadczą o ignorancji nie mniej, niż to, że dziecku mylą się litery alfabetu, a Indianin nie zna współczesnej astronomii. Każdy z nas jest ignorantem w jakiejś dziedzinie życia; większość z nas w większości z nich. Różnica między pychą a pokorą leży wyłącznie w świadomości – świadomości istnienia owych setek zawodów, w których by nam nie wyszło, tych setek egzaminów, których byśmy nie zdali. Nie mam nic przeciwko, aby taki hipotetyczny pan Roberts wiedział, że jest świetnym bilardzistą, a nawet zadzierał nosa aż do gwiazd na tę okoliczność. Chciałbym tylko, aby pamiętał przy tym, a raczej powtarzał sobie co dzień, jak litanię, że byłby także prawdopodobnie najgorszym puzonistą na świecie, słabym krawcem, trzeciorzędnym inżynierem okrętowym, nędznym mimem, rozczarowującym linoskoczkiem, podprzeciętnym komentatorem klasyki łacińskiej, no i, rzecz jasna, że nie najlepiej radziłby sobie na turnieju rycerskim. Być może trudno byłoby utrzymywać wszystkie te obrazy naszych potencjalnych niepowodzeń i klęsk przed oczyma wyobraźni przez dwadzieścia cztery godziny. Ale podobnie gigantyczna pokora ducha na pewno jest warta zachodu.

Jednym ze sposobów ułatwienia sobie tego zadania byłoby wprowadzenie do prawa angielskiego pojęcia stopnia ignorancji, podobnie jak teraz mamy stopnie wykształcenia. Moglibyśmy dostawać za to dyplomy. Na przykład, ktoś dostawałby piękny certyfikat potwierdzający, że na taki a taki temat nie wie zupełnie nic. „Dr. nauk humanistycznych” mógłby oznaczać nie doktora, a dramat nauk humanistycznych. „Lic.” – nie licencjat, a „licentia poetica” w jakiejś dziedzinie. Byłoby to dla nas wszystkich świeże i słodkie doświadczenie, gdybyśmy zaczęli umieszczać na naszych wizytówkach czy dokumentach oficjalne informacje na temat tego, na czym się najbardziej nie znamy. Ja musiałbym dopisywać przed swoim imieniem tak wiele liter, że mogłoby to okazać się trochę niepraktyczne.

Gilbert Keith Chesterton

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 5 lutego 1910 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od tłumacza.

Przypisy tłumacza:

1. Ernst Heinrich Haeckel (1934–1919) – biolog niemiecki, próbujący transponować teorię ewolucji Darwina na grunt stricte filozoficzny.

2. Sir Alfred Milner (1854–1925) – brytyjski polityk, gubernator Transwalu i komisarz Afryki Południowej podczas II wojny burskiej.

3. Niestety, bez dostępu do archiwów nie sposób ustalić, do jakiego artykułu prasowego Chesterton się odnosi.

4. Lloyd George (1858–1945) – angielski polityk liberalny i ostatni premier Wielkiej Brytanii (w latach 1916–1922) z ramienia Partii Liberalnej.

5. Reginald McKenna (1863–1943) – angielski polityk liberalny, pełniący różne funkcje w różnych rządach Wielkiej Brytanii.

6. Ulica jednej z najbiedniejszych dzielnic w Londynie, słynna z tego, że mieszkało i pracowało tam wielu początkujących literatów aspirujących do normalnego życia.

7. Lord Randolph Churchill (1849–1895) – angielski polityk konserwatywny, zwolennik tzw. demokracji torysowskiej, ruchu politycznego w łonie Partii Konserwatywnej, głoszącego konieczność poparcia przez torysów demokratycznych reform w kraju i działania na rzecz tzw. mas. Ojciec Winstona.

8. Will Crooks (1852–1921) – angielski działacz związkowy, bardzo zasłużony dla sprawy robotniczej, członek Towarzystwa Fabiańskiego.

9. Sir William Crookes (1832–1919) – renomowany angielski fizyk i chemik, słynny z uznania realności zjawisk paranormalnych.

10. Herbert Asquith (1852-1928) – angielski polityk liberalny, premier Anglii w latach 1908–1916, słynny z rozległych reform (m.in. reformy ubezpieczeniowej).

Kim są „przyjaciele migrantów”?

Strzeżcie się owych kosmopolitów, co w swych książkach szukają dalekich obowiązków, których nie uważają za stosowne spełniać dokoła siebie. Niejeden filozof kocha Tatarów, aby być zwolnionym od obowiązku miłości względem sąsiadów swoich – Jean-Jacques Rousseau

Temat polityki migracyjnej ponownie znalazł się w centrum debaty publicznej. Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej mobilizuje środowiska liberalne i lewicowe. Aktywistów rozgrzewa pytanie, do czego jest zobowiązane państwo polskie względem obozowiska migrantów w okolicach Usnarza Górnego. Uczciwa odpowiedź wymaga znajomości kontekstu sytuacji. Ten został opisany przez Tadeusza Giczana. Białoruski dziennikarz przedstawia dowody, że zwiększona presja migracyjna na granicę Polski jest koordynowana przez Białoruś w ramach operacji Śluza.

To zdarzenie jest punktem odniesienia w tekście Szymona Gamsa. Autor analizuje środowiska – liberalne i lewicowe – pozycjonujące się jako sojusznicze wobec migrantów i stawia im zarzut, że liberałowie swoje wsparcie dla osób próbujących przekroczyć polską granicę ograniczają tylko do deklaracji. W praktyce niczym nie różnią się w takim razie od uszczelniającego obszary graniczne rządu Prawa i Sprawiedliwości. Drugie środowisko, według Gamsa groźniejsze, nawet jeśli faktycznie popiera przyjęcie migrantów do Polski, to jednocześnie przymyka oczy na sytuację wykluczonych w kraju. Wspiera politykę, która umożliwia własny uprzywilejowany styl życia oraz pozostaje ślepa na uprzedzenia względem klas ludowych. Zdaniem autora, tylko uznanie znaczenia obydwu grup – migrantów i obywateli w sytuacji ekonomicznej zbliżonej do migrantów – jest gwarantem promigranckiej polityki.

Otwarte granice? Propozycja braci Koch

Nie jest prawdą, że liberałowie wspierają politykę zamkniętych granic. Wspomniane przez Gamsa słowa Donalda Tuska należy odczytać w kontekście dość znamiennej wypowiedzi innego liberalnego celebryty – Tomasza Lisa: „Jest prosty sposób na wyleczenie się ze strachu przed uchodźcami i imigrantami. Zainstalować sobie w telefonie aplikację Uber Eats i zamówić burgera. Proste. Godzinka i po strachu”.

Migrant to przyszły pracownik jednej z cyfrowych platform opierających swój model biznesowy o prekarne zatrudnienie i niskie płace. Według Lisa rolą uchodźcy jest budowa ekonomicznego dobrostanu klas posiadających. Nie stoi to w sprzeczności ze słowami Tuska, który podkreśla znaczenie ochrony granic. Różnica dotyczy „jakości kapitału ludzkiego” – ile wysiłku należy włożyć, aby uczynić z przybysza część taniej siły roboczej. Akceptacja obozu liberalnego dla polityki otwartych (lub uchylonych) granic jest wyrazem interesu klasowego.

Wiedzieli o tym klasycy. Fryderyk Engels w rozprawie „Położenie klasy robotniczej w Anglii” poświęcił osobny rozdział zagadnieniu irlandzkiej imigracji i jej negatywnemu wpływowi na warunki życia angielskich robotników. Z kolei Marks w liście do Sigfrida Meyera i Augusta Vogta z 1870, pisał, że tylko powstanie niepodległej Irlandii jest w stanie zażegnać wrogość dwóch narodowości. Zatrzymanie napływu taniej siły roboczej wytrąci broń z rąk angielskiej burżuazji. Do tego samego odnosił się Bernie Sanders, nazywając agendę otwartych granic propozycją braci Koch, czyli amerykańskich miliarderów forsujących neoliberalny model gospodarczy.

Zgaduję, że tym samym przekonaniem kieruje się rząd duńskich socjaldemokratów, którego restrykcyjna polityka imigracyjna w 2020 doprowadziła do najmniejszej liczby wniosków o azyl od roku 1990. Premier Mette Frederiksen chce zmniejszyć tę liczbę do zera, zaś wnioskujących o azyl deportować do ośrodków poza granicami Danii, gdzie oczekiwaliby na wynik procedury.

Napływ taniej siły roboczej z zagranicy obok rezerwowej armii pracy (stałego zasobu bezrobotnych) były i wciąż stanowi najefektywniejszą broń kapitalistów przeciwko klasie robotniczej. Liberałowie popierają przyjmowanie migrantów nie z dobrego serca (chociaż takiego motywu też nie można wykluczyć), ale ze względu na konsekwencje dla rynku pracy, które zmuszą krajowych pracowników do silniejszej konkurencji z obcokrajowcami.

Polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia

Co z lewicowymi „przyjaciółmi migrantów”? Współczesna lewica jest tworzona w znacznej mierze przez klasę menedżerów-specjalistów (Professional-managerial class), jej dolną część – absolwentów uczelni wyższych, zamieszkujących duże miasta, przeważnie zatrudnionych na stanowiskach nie wynagradzanych zbyt okazale, ale zapewniających status oraz autonomię osobistą. Nie kapitał ekonomiczny jest tu w centrum. Aktywiści lewicy dysponują kapitałem kulturowym, dzięki któremu próbują narzucić określoną interpretację sytuacji na granicy. Ich wiedza i humanitaryzm wskazują „właściwe” postawy i zachowania dla państwa, społeczeństwa i jednostek. W tym przypadku to polityka otwartych granic.

To stanowisko wykorzystuje znaczenie, jakie przypisujemy ofiarom w kulturze zachodniej – począwszy od ukrzyżowania Chrystusa po doświadczenie Holocaustu. Jak bardzo byśmy nie byli cyniczni, to czujemy się zobowiązani do współczucia ofiarom, a nawet podjęcia działań, które poprawią ich los.

Ten słuszny motyw może zostać postawiony na głowie. René Girard, autor koncepcji kozła ofiarnego jako mechanizmu przywracania społecznego pokoju poprzez skierowanie przemocy na niewinną jednostkę lub grupę, pisał: „Zamiast krytykować siebie, robimy zły użytek z naszej wiedzy – kierujemy ją przeciwko drugiemu i uprawiamy polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia, polowanie na myśliwych kozła ofiarnego. W naszym społeczeństwie obowiązkowe współczucie upoważnia do nowych form okrucieństwa” (Girard, Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica, Warszawa 2002, s.171).

Ten mechanizm obrazuje sytuacja na granicy polsko-białoruskiej. Tak jak Łukaszenko wykorzystuje migrantów do wywierania presji na Litwę, Łotwę i Polskę, tak sami migranci stali się bronią w walce opozycji z Prawem i Sprawiedliwością. Lewicowo-liberalne środowisko zarzuca rządowi, że ten stworzył obóz koncentracyjny. Atakuje tę część społeczeństwa, która pozostaje sceptyczna względem agendy otwartych granic. Rzuca obelgami w kierunku Straży Granicznej.

Jednocześnie moralnie uwzniośla się tych, którzy przeprowadzają ataki. Udaremniony sprint posła Starczewskiego w kierunku białoruskiej granicy czy stanie na bosaka w imię solidarności z migrantami to akt moralnej wyższości, wolnej od narodowych ograniczeń i reakcyjnych poglądów. Przecież nie sposób pozyskania poklasku w mediach społecznościowych. Nie zgadzając się z lewicowymi aktywistami, nie tylko nie masz racji. Nie masz też sumienia.

Celem opozycji nie jest dobrostan migrantów, lecz atak na rząd. W innym przypadku można by w tej samej sprawie oczekiwać krytyki wymierzonej w Unię Europejską. Organizacje działające na rzecz uchodźców oficjalnie głoszą, że polityka migracyjna UE ma charakter rasistowski i stanowi spuściznę czasów kolonializmu. Nie mieści się to jednak w polskiej liberalno-lewicowej ortodoksji, wedle której instytucje unijne stanowią punkt oparcia do walki politycznej z rządem.

Szlachetny dzikus i bunt mas

Autor wspomnianego tekstu konfrontuje krótkowzroczność lewicowych i liberalnych aktywistów z sytuacją wykluczonych w Polsce. Uczciwa postawa ma wymagać wsparcia dla obydwu grup. Jednak, jak zauważył Slavoj Žižek, lewica beatyfikuje uchodźców jako wolnych od zła. Jakiekolwiek problemy są w tej optyce tymczasowe, a przyszłe wyzwania z integracją wskazują na defekty wspólnoty przyjmującej. Z drugiej strony, polska klasa ludowa wcale nie musi być postrzegana jako zasługująca na uznanie. W antyrządowej retoryce, beneficjenci reform dokonanych po 2015 roku są współwinni obecnej sytuacji w kraju. To przepełniona ksenofobią i patriarchatem czarna masa pełna zawiści. Jej zakorzenienie i mobilizacja polityczna są dla klas dominujących groźniejsze. Pokazały to doświadczenia Brexitu oraz wybory prezydenckie w USA z 2016 roku, gdy pierwszy raz od wielu lat demokratyczny werdykt zapadł w kontrze do oczekiwań rządzących elit (warto obejrzeć dokument filmowy poświęcony tym wydarzeniom). Dlatego klasy ludowe trzeba zdyscyplinować, a migrantów uczynić tanią siłą roboczą, która zahamuje wzrost płac przez szykujący się do przejęcia władzy obóz liberalny.

Moralne wzburzenie wokół sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, które porusza liberalną i lewicową opinię publiczną, nie służy poprawie sytuacji imigrantów. Ofiary są środkiem do celu. Wymóg współczucia ma legitymizować określone rozwiązania polityczne i atak na instytucje państwa. Zaś sam migrant jest tak dobry, jak szybko potrafi dowieźć burgera.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Jak wyrzucić związkowców z korporacji

Jak wyrzucić związkowców z korporacji

z Karolem Dwornikiem rozmawia Remigiusz Okraska

 

Zanim opowiemy o tym, jak zostaliście wyrzuceni z pracy w korporacji za działalność związkową, opowiedzmy o tym, skąd Was wyrzucono. Co to za firma, czym się zajmuje?

Karol Dwornik: Rzecz dzieje się w Krakowie, nazywanym europejską – już nawet nie polską, lecz europejską, bo tu jest największe zagęszczenie ich siedzib – stolicą korporacji. Cała nasza później zwolniona trójka pracowała dla przedsiębiorstwa, które najpierw nazywało się Accounting Plaza i należało do kapitału holenderskiego. Świadczyło ono usługi księgowe dla największej sieci holenderskich supermarketów, działających w różnych krajach pod marką Albert Heijn. Po kilku latach pracy gruchnęła wiadomość, że przejmują nas Amerykanie z koncernu Genpact. Przejęcie nastąpiło w roku 2012. Po zmianie własnościowej nadal zajmowaliśmy się głównie prowadzeniem księgowości, tyle że dla zwiększonej ilości podmiotów. Wszyscy trzej pracowaliśmy w charakterze przede wszystkim tłumaczy: jeden z nas zna język czeski, a dwóch niderlandzki.

Coś się zmieniło po przejęciu firmy?

Oddanie biznesu w ręce Amerykanów nieuchronnie musiało przynieść za sobą znane całemu światu „subtelne” amerykańskie metody. Toteż trudno się dziwić, że wkrótce rozpoczęły się kłopoty. Zapowiedziano duże zwolnienia. Miały one dotknąć długoletnich pracowników, w zdecydowanej większości kobiety, którym pozostało niewiele do osiągnięcia wieku, gdy prawo gwarantuje ochronę przed zwolnieniem do chwili osiągnięcia wieku emerytalnego. Dotyczyły więc osób, które mają ogromne trudności ze znalezieniem nowego zatrudnienia. Perfidia przewidzianej redukcji polegała na tym, że właśnie takich pracowników Genpact zamierzał pozbyć się w pierwszej kolejności.

Niezgoda na tę niesprawiedliwość i przedmiotowe traktowanie ludzi spowodowała, że Zbigniew Zysek zgłosił pomysł utworzenia związku zawodowego. Było to sześć lat temu, w sierpniu 2015 r.

O jakiej skali zatrudnienia mówimy?

Gdy właścicielem spółki był kapitał holenderski, pracowało u nas około 350 osób. Amerykanie stwierdzili, że liczba pracowników musi być zmniejszona mniej więcej o połowę. Przyczyna planowanych zwolnień – i dodatkowa porcja goryczy – nie wynikała bynajmniej z przerostu zatrudnienia czy malejącej skali zleceń. Z tym dałoby się jeszcze jakoś pogodzić. W naszym przypadku chodziło nie o to, że pracowników było zbyt dużo, ale o maksymalizację zysków amerykańskich miliarderów. Wyłącznie z tego powodu Amerykanie wyrzucili na bruk polskie matki, zupełnie nie przejmując się ich losem. Odebraną im pracę przenieśli do Indii, gdzie wykonuje się ją o wiele taniej, a prawa pracownicze właściwie nie istnieją.

Modelowy brutalny współczesny kapitalizm, jak z lewicowych czytanek: przejęcie firmy, zwolnienia grupowe, outsourcing zadań do biednych krajów, gdzie praca jest znacznie tańsza, czyli rośnie zysk właściciela. Postanawiacie się bronić w naturalnym odruchu. Ale niekoniecznie całkiem naturalna jest formuła takiej samoobrony w polskich realiach. Związki zawodowe nie są w Polsce popularne, nie jest łatwo je zakładać, zostały wielu ludziom zohydzone w ogóle, a co dopiero w korporacji, w sektorze uznawanym za nowoczesny, a co dopiero mówić o korporacji opartej na pracy biurowej, intelektualnej, nie przy produkcji…

Niestety, w naszej ojczyźnie ten rodzaj samoobrony nie jest odruchem naturalnym. Dość powiedzieć, że wedle szacunków w samym tylko Krakowie w korporacjach świadczących usługi w branży biurowej było w owym czasie zatrudnionych około 80 tysięcy osób, a zarazem nie istniał w nich żaden związek zawodowy. Nie wiem, czy w całej Polsce znaleźlibyśmy więcej niż kilka związków w korporacjach z sektora biurowego. W każdym razie w stolicy Małopolski było to zjawisko bezprecedensowe.

Zaczynaliśmy w trzech: wspomniany Zbigniew Zysek, Krisztian Kovacs i ja. Wkład w zawiązanie organizacji wniosła też koleżanka z naszego działu, pełniąca przez pewien czas funkcję w zarządzie. W tym gronie mieliśmy świadomość, czym są związki zawodowe, choć wcześniej nie należeliśmy do żadnego. Dla mnie idea była oczywista, ponieważ od dawna jestem człowiekiem lewicy patriotycznej. Krisztian miał doświadczenie zdobyte w radzie pracowników Genpact, ale tam właśnie poznał słabość tej struktury, jej czysto konsultacyjny charakter. Rozumiał konieczność utworzenia realnego organu obrony interesów pracowników, jakim jest związek zawodowy.

W efekcie stworzyliście komisję zakładową „Solidarności”. Ale trzy osoby to za mało, żeby ją powołać. W świetle prawa potrzeba co najmniej dziesięciu pracowników danej firmy. Jak ze strony współpracowników wyglądała reakcja na pomysł założenia związku? Entuzjazm czy raczej strach?

Entuzjazmu nie zauważyłem w ogóle. Przeważały strach i niewiara w powodzenie sprawy. Pozyskiwanie członków-założycieli przebiegało w całkowitej tajemnicy, wręcz konspiracji. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jeśli kadra zarządzająca dowie się o inicjatywie na tym etapie, to nastąpią natychmiastowe działania destrukcyjne. W takich okolicznościach znalezienie dziesięciu odważnych było niezwykle trudne. To głównie ja rozmawiałem z koleżankami z biura, szczególnie tymi najbardziej zagrożonymi zwolnieniami. Były to osoby w takim wieku, że pamiętały istnienie związków. Miały świadomość korzyści wynikających ze współdziałania pracowników. Nie były przesiąknięte indywidualizmem, który w korporacjach jest często spotykany i dodatkowo odgórnie stymulowany.

Utkwił mi w pamięci przypadek pewnego chłopaka, który otwarcie deklarował się jako lewicowiec, był też absolwentem politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Należał do pierwszych, którym Zbigniew i ja zaproponowaliśmy akces. Młody politolog był wystraszony, odrzekł: „Ale przecież to jest nielegalne! Związek zawodowy w korporacji? Nie! Ja się nie zapiszę, to jest nielegalne!”…

Po dwóch tygodniach i dziesiątkach rozmów udało nam się zebrać wymagane 10 osób i mogliśmy zarejestrować związek. Dodam jeszcze, że nikt z założycielskiej trójki nie robił tego dla siebie. Żaden z nas nie był nigdy zagrożony zwolnieniem. Mieliśmy silny atut w postaci dobrej znajomości języków poszukiwanych na rynku pracy, byliśmy pracodawcy bardzo przydatni. Naszemu działowi nie groziła likwidacja, przeniesienie tej pracy do Indii.

W mediach liberalnych i narracji pracodawców często pojawia się „argument”, że związki tworzą „cwaniacy”, „nieroby” itp., którzy chcą bezpiecznie do końca życia siedzieć w firmie i być „nie do ruszenia”.

Utworzyliśmy organizację nie dla własnych korzyści, ale z pobudek natury humanitarnej. Chcieliśmy uchronić koleżanki przed bezrobociem. Nie chcę być gołosłownym: jako władzom komisji zakładowej związku przysługiwały nam tzw. miejsca chronione – oddaliśmy je paniom zagrożonym zwolnieniem. Sami wystawiliśmy się na ewentualne represje pracodawcy.

Jak zareagowały regionalne struktury „Solidarności”, bo, jak rozumiem, w momencie powstania komisji zakładowej zarejestrowaliście się na szczeblu regionalnym?

Reakcję określiłbym jako radość zmieszaną z niedowierzaniem. Mimo naszpikowania Krakowa zagranicznymi korporacjami, dla małopolskiej „Solidarności” jawiły się one jako swego rodzaju terra incognita.

Od członków Zarządu Regionu usłyszeliśmy, że podejmowali próby propagowania idei związkowej na gruncie korporacyjnym, ale z uwagi na specyfikę tego środowiska, jego hermetyczność, dotarcie tam z zewnątrz było utrudnione, przez co wszelkie starania spaliły na panewce. Dużo później koledzy, którzy trafili do Genpact z innych korporacji, opowiadali: „chcieliśmy założyć związek w firmie X, ale udało się namówić tylko trzy czy cztery osoby”. Nasze powodzenie było zatem ewenementem w skali całego regionu.

Faktem jest, że ze związkowego punktu widzenia ponadnarodowe korporacje biurowe to najtrudniejszy teren. Jednakże w dobie globalizacji potencjalnie stanowi on największe pole ekspansji związków. W odróżnieniu od innych, tradycyjnych gałęzi gospodarki (górnictwo, hutnictwo), miejsc pracy w tej branży stale przybywa. Mój kolega obliczył, że w Krakowie generują one niemal 20% ogółu miejsc pracy, co odpowiada ok. 10% ludności miasta. Nawet jeżeli te szacunki są nieco zawyżone, to i tak mówimy o liczbach imponujących.

A reakcja pracodawcy?

Był oszołomiony. Konspiracja była na tyle głęboka, że wiadomość o powstaniu „Solidarności” spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Z przecieków wiemy, że zadawał sobie pytania: „Jak mogło do tego dojść? Dlaczego akurat u nas? Co teraz będzie?”. Bali się o swoje stołki. I chyba nie bez podstaw, bo z ówczesnego składu zarządu nie ostał się w Genpact już nikt.

Główna kadrowa przyjęła od nas pismo informujące o powołaniu związku. Kilka godzin później powiedziała, że jedna z najważniejszych osób w Genpact w skali świata, Polka z kwatery głównej w USA, bardzo się tym zainteresowała. Ton głosu kadrowej dawał do zrozumienia, że jest to zainteresowanie złowrogie…

Czy poszły za tym jakieś działania przeciwko wam?

Początkowo nie. Przez pierwszy rok działalności, może nawet dwa, nie wydarzyło się nic szczególnego. Oczywiście dawano nam odczuć, że nie jesteśmy ulubieńcami zarządu. Dochodziły sygnały, że kierownicy niektórych działów jawnie obrzydzali podwładnym ideę związkową. Mówili: „Na co to potrzebne? Z tego mogą być tylko kłopoty”. Nie mogliśmy temu zaradzić, bo informatorzy każdorazowo prosili o dyskrecję. Z kręgów kierowniczych wychodziły sugestie, że Amerykanie, chcąc ukarać nieposłusznych, rozważają przeniesienie polskiej filii Genpact do Rumunii. Uciążliwy był wprowadzony od razu zakaz informowania załogi o istnieniu związku i propagowania jego działań za pomocą służbowej poczty elektronicznej.

Czyli oczywistego kanału komunikacji w nowoczesnej firmie w XXI wieku…

Osobom postronnym trudno w to uwierzyć. Odebraliśmy wtedy pierwszy wyraźny sygnał mówiący, że nie jesteśmy w Genpact mile widziani, że próbuje się przeciwdziałać popularyzowaniu związku, że chcą nas odizolować. Dostaliśmy natomiast tablice informacyjne. Jest to rozwiązanie pozostawiające wiele do życzenia, bowiem czytelnicy naszych wieści mogli być przez przełożonych zauważeni, obserwowani. Krótko mówiąc – istniały obawy przed korzystaniem z takiej formy komunikacji. Kilku współpracowników otwarcie się do tego przyznało. Kilku innych w sposób pośredni, zadając pytania, na które odpowiedź widniała na tablicach ogłoszeń. Niby nic wielkiego, ale to dość skuteczny sposób zniechęcania do demokracji pracowniczej. Poza tym funkcjonował wówczas duży, 200-osobowy oddział Genpact w Szczecinie, gdzie, gdyby nie powyższe utrudnienia, też moglibyśmy prowadzić werbunek.

Czy po tym okresie startowym nastąpił jakiś rozwój związku? Ludzie zgłaszali się do Was?

To raczej my staraliśmy się docierać do nich. Początkowo szło bardzo opornie. Przez dłuższy czas balansowaliśmy na granicy egzystencji, mając 11, 12, najwyżej 13 członków. Wśród osób zachęcanych do przystąpienia panował strach. W 90 procentach przypadków odpowiedź brzmiała: „Ale ja mam kredyt, ale ja mam dzieci, nie mogę się wychylać, ryzykować. Co zrobię, gdy mnie zwolnią?”.

Pokazuje to strukturalne, systemowe podkopywanie aktywności społecznej. Kredyt jako topór wiszący nad głową, przestroga.

I ciężkie jarzmo nakładane na barki niewolników. Nasza ojczyzna jest kolonią. Kolonią bogatych państw Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Od ponad trzech dekad jesteśmy dostarczycielem taniej siły roboczej. Zarówno we własnym kraju, jak i w krajach Zachodu. Kosmopolityczna oligarchia finansowa oraz będąca jej usłużnym lokajem klasa polityczna gorliwie czuwają, by polski pracownik nie mógł rozprostować pleców.

Podkreślam, że mówimy o kredytach hipotecznych, czyli kredytach zaciąganych na zaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb człowieka – dachu nad głową. Stawiam tezę, że w ojczyźnie „Solidarności” ludzie boją się wstępować do związku zawodowego. Przede wszystkim z powodu zniewolenia kredytem mieszkaniowym i związanych z tym obaw przed utratą pracy. Stąd bierze się druga z lansowanych przeze mnie tez: niedobór mieszkań jest zagrożeniem dla demokracji.

Na kogo Pan głosował w wyborach parlamentarnych, jeśli można spytać?

Podobnie jak tysiące naszych rodaków głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, wierząc, że położy wreszcie kres narodowej hańbie i wybuduje państwowe mieszkania. Okazuje się, że nic z tego nie będzie. Rząd Zjednoczonej Prawicy skapitulował przed inwestorami budowlanymi. W ramach kolonizacji – tym razem językowej – zwanymi deweloperami.

Mimo wspomnianych problemów z pozyskiwaniem członków próbowaliście działać. Co związek robił w ramach firmy, jakie tematy poruszał?

Głównym przedmiotem naszego zainteresowania stał się Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych.

Czyli jedna z niewielu sfer działalności firm, w której ustawodawca przewidział dla związków zawodowych prawo nie tylko opiniowania, konsultowania decyzji, ale także – gdy związek istnieje w przedsiębiorstwie – prawo do ewentualnego zawetowania działań pracodawcy.

Tak. Dlatego wzięliśmy pod lupę właśnie tę działkę. Pracodawca bez zgody związku nie może z Funduszu wydać ani złotówki.

Dodajmy, że ta pula to pieniądze pracowników, pochodzące z potrąceń z ich pensji. Dopóki związku nie ma, pracodawca może wydawać te pieniądze tak, jak zechce, byle uzasadnił to interesem pracowniczym.

To prawda. Dla mydlenia oczu załodze zarząd niekiedy wybiera tak zwanego reprezentanta pracowników, ale jest to zawsze ich człowiek. Nasz pracodawca używał tych pieniędzy do robienia sobie darmowej reklamy. Wabił przyszłych pracowników tekstami typu: przyjdź do nas, a dostaniesz kartę Multisport, we wszystkie poniedziałki będziesz otrzymywał owoce itp. Cała ta reklama była finansowana ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych.

Czyli pracownik de facto płacił z własnych pieniędzy za te rzekome prezenty od firmy. Nie płacił za to pracodawca z własnych zysków.

Do tego sam decydował, jak te pieniądze wyda. Rodzaj świadczeń nie był w żaden sposób konsultowany z załogą. A w skali roku chodziło o niebagatelną kwotę, sięgającą 700 tysięcy złotych.

Co próbowaliście zmienić w tych wydatkach?

Odcięliśmy najlepiej zarabiających – około 30 osób – od tzw. bonów świątecznych, czyli pieniędzy, które pracownicy dostawali z Funduszu na święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Pozbawiliśmy elitę finansową – tych, którzy zarabiali powyżej 10 tysięcy miesięcznie – możliwości korzystania z tego świadczenia po to, żeby większą sumę pieniędzy rozdysponować wśród gorzej zarabiających. Tych z dołu drabiny płacowej.

Jak tym razem zareagował pracodawca?

Nieukrywaną złością. Nasza socjalna akcja zabolała ich dotkliwie. Tym, którzy mają najwięcej, zawsze najtrudniej rozstać się z pieniędzmi.

Czyli złościło ich to, że chcecie, jako reprezentacja pracowników, decydować o pieniądzach samych pracowników. Nie o jakiejś dodatkowej puli z zysku firmy.

Oni tego tak nie postrzegali. Często padało sformułowanie: „to są pieniądze pracodawcy!”. Przekonywaliśmy ich, cytowaliśmy odpowiednie akty prawne, wyjaśnialiśmy mechanizm gromadzenia tych środków. Wskazywaliśmy, że ustawa przyznaje związkom zawodowym kompetencje wpływania na sposób ich wydatkowania.

Przy kilku okazjach starali się nas namówić, żebyśmy odstąpili od nowo przyjętych zasad rozdziału pieniędzy. Twierdzili, że do finansowej elity należą również osoby w gorszej sytuacji materialnej. Odpowiadaliśmy, że owszem, rozumiemy, pracownik z wysokimi zarobkami może mieć duże wydatki, np. kilkoro dzieci, kredyt itp., ale że w takim razie zapraszamy do składania wniosków o zapomogę do komisji socjalnej. Do dnia dzisiejszego nikt z przedstawicieli „śmietanki” nie złożył wniosku o takie wsparcie. Szczycimy się, że w naszym zakładzie pracy najgorzej uposażeni otrzymują najwyższe świadczenia. Jest im teraz odrobinę lżej. Także dlatego, że nie wyraziliśmy zgody na dalsze finansowanie kart Multisport i zakup owoców ze środków Funduszu. Dzięki temu posunięciu dysponujemy większą kwotą do podziału na bony i zapomogi.

Oprócz pieniędzy była to też kwestia symboliczna: nie godzimy się na jaśniepański gest wedle widzimisię pracodawcy, lecz sami chcemy decydować o tym, jak są wydawane nasze pieniądze.

W optyce Genpact był to spór o władzę. Korporacja jest niewiarygodnie bogata, stać ją na to, żeby fundować owoce czy karnety na siłownię z własnego zysku, nie z potrąceń pracowników. Tym sposobem naruszyliśmy pozycję kierownictwa. Zawalił im się dawny porządek rzeczy. Związkowcy konsultowali swoje decyzje z pracownikami.

Czy takie działania przekonały pracowników do wstępowania do związku?

Uświadomiły im korzyści z jego funkcjonowania. Wykazały, że działamy dla ich dobra. Kilkoro wypełniło deklaracje członkowskie. Nie ujawniając swojej przynależności przed pracodawcą. Za wyjątkiem osób szczególnie chronionych, wszyscy członkowie organizacji pozostają utajnieni. W małopolskiej „Solidarności” budziło niemałe zdumienie, że składki członkowskie wpłacamy w sposób bezpośredni, z pominięciem działu kadr i potrąceń z pensji.

W kraju demokratycznym, w kraju, którego etos założycielski dotyczący przełomu roku 1989 odwołuje się do związku zawodowego, ludzie boją się jawnie zadeklarować przynależność związkową, czyli akces do legalnej, sformalizowanej organizacji. W dużej, międzynarodowej firmie, nie przy zatrudnieniu na czarno w garażu u jakiegoś cwaniaka. Zachowują się tak, jakby robili coś niecnego i ukrywali się z tym…

Faktycznie się z tym ukrywają. Powiem coś zaskakującego. Pewna część naszych członków nie ujawnia się nawet przed innymi członkami. Znamy ich my jako kierownictwo komisji zakładowej, ale zobowiązali nas do nieujawniania ich przynależności innym ludziom „Solidarności”. Nie biorą udziału w zebraniach i wyborach do władz komisji zakładowej, gdyż wtedy musieliby się odkryć. To chyba najlepiej obrazuje, jaki terror mentalny panuje w Polsce w tej sferze…

To brzmi jak opowieść z czasów okupacji i ruchu oporu – tyle że dotyczy legalnej działalności w demokratycznym państwie…

Przytoczę znamienny przykład. Pewnego razu koleżanka z biura napisała do mnie z prośbą o rozmowę. Ale na osobności, dyskretnie i w miejscu, w którym nikt nie zobaczy nas razem. W czasie przerwy wyszliśmy z biura. Koleżanka powiedziała, że chciałaby się zapisać do związku. Ucieszyłem się, omówiliśmy sprawy formalne. Później zapytałem, dlaczego zdecydowała się dopiero teraz, znamy się od dawna, ona wie o istnieniu związku, co się zatem stało, że tak długo zwlekała. Odrzekła, że powstrzymywało ją nasze „konspiracyjne” działanie, otaczająca nas tajemnicza atmosfera, to, że nie wiadomo, kto poza aktywem należy do „Solidarności”. Formuła naszej rozmowy była dobitnym wyjaśnieniem, czemu inni pracownicy mają podobne obawy przed jawnym przystąpieniem do związku. Skąd się bierze ta nasza konspiracja? Stąd, że, jak właśnie widzisz, jest ona koniecznością. Przecież sama mnie dziś o nią prosiłaś. „No tak”– odpowiedziała i przytaknęła ze zrozumieniem.

Co jeszcze udało się zrobić związkowi?

Wynegocjowaliśmy dodatkowe odprawy dla osób zwalnianych z pracy. Doniosłym w skutki wydarzeniem był natomiast wybór społecznych inspektorów pracy. Istniejący w zakładzie pracy związek posiada kompetencje utworzenia struktury społecznej inspekcji pracy, podziału zakładu na komórki pod tym kątem, przeprowadzenia wyboru inspektorów itp. Wcześniej inspektorów nie było w spółce wcale, gdyż wyłączną kompetencję tworzenia SIP ustawodawcy przewidzieli dla organizacji związkowych. Wyłonieni w wyniku powszechnych wyborów inspektorzy jawnie i oficjalnie sprawują pieczę nad przestrzeganiem przepisów BHP oraz prawa pracy. Ze względu na liczne nieprawidłowości wybraliśmy 13 inspektorów.

Było łatwo ich wybrać?

Ponieważ każdemu inspektorowi SIP przysługuje szczególna ochrona przed zwolnieniem, było nieco łatwiej przekonać ludzi do pełnienia tej funkcji. Jednak wiele osób nie chciało kandydować, nawet nie tyle ze strachu przed reperkusjami, co ze względów pragmatycznych, wychodząc z założenia, że i tak dłużej w Genpact nie zabawią, że w Genpact nie ma przyszłości. Tłumaczyły, że wprawdzie same nie złożą wypowiedzenia – w takim przypadku straciłyby dodatkowe odprawy – ale z niecierpliwością czekają na to, kiedy zrobi to Genpact. Twierdziły, że odejdą z tej firmy bez żalu. Ujawniły się indywidualne strategie przetrwania, szczególnie zauważalne u najmłodszych wiekiem. Nie wolno popełnić błędu uogólnienia, ale doświadczenie wyniesione z ponad dziesięciu lat pracy pozwala mi na wysnucie następującego wniosku: znaczną część korporacyjnej młodzieży cechuje brak przywiązania do kolegów, środowiska pracy i obojętność na wszystko, co nie leży w ich własnym, wąsko pojętym, konsumpcyjnym interesie. Przychodzą do pracy z niezrozumiałym dla starszego pokolenia nastawieniem: popracuję tu rok czy półtora, wzbogacę CV o tę firmę i pójdę gdzie indziej.

W gronie trzynastu wybranych przez załogę inspektorów SIP znajdowało się pięć matek, którym Genpact kilka tygodni wcześniej wręczył wypowiedzenia. Złożyło się tak, że informacja o wyborach dotarła do nich w okresie, gdy biuro zelektryzowała informacja o pozyskaniu nowego zlecenia. Pojawiła się nadzieja, że panie może jednak nie okażą się zbędne. Były mocno rozgoryczone, gdy wyszło na jaw, że nowa praca trafi nie do nich, lecz do całkowicie nowych osób. Niewdzięczność decydentów Genpact (wszystkie te panie były długoletnimi dobrymi pracownicami), jak również świadomość, że nie mają już nic do stracenia, spowodowały, że nabrały odwagi. Zdecydowały się mówić o praktykach notorycznego naruszania prawa w ich działach i kandydować w wyborach na społecznych inspektorów pracy. W ten sposób dowiedzieliśmy się o sprawach, których wcześniej nie byliśmy świadomi: niezgodnym z prawem rozliczaniu nadgodzin, zakazanym planowaniu nadgodzin, zmuszaniu do pracy w dni wolne, świąteczne itp.

Co tym razem powiedziało na to szefostwo?

Włodarze Genpact co prawda uszanowali wynik wyborów, lecz nie cofnęli wypowiedzeń pięciu matkom z listy redukowanych pracowników. Oznaczało to manifestacyjne złamanie prawa. Przypomnijmy: społeczny inspektor pracy od chwili wyboru podlega szczególnej ochronie, a pracownik w okresie wypowiedzenia wciąż zachowuje wszelkie prawa i obowiązki. Jest pełnoprawnym pracownikiem, ma prawo wybierać i zostać wybranym. Zgłosiliśmy ten występek do Państwowej Inspekcji Pracy. Kontrola PIP potwierdziła, że zwolnienie tych osób jest nielegalne. Ale cóż z tego, w polskich warunkach niewiele to zmienia. Należałoby złożyć pozew do sądu pracy, a zwolnione panie tego nie chciały – to oznacza czas, koszty, nerwy.

Do wątku sądu pracy jeszcze będzie okazja wrócić. Ale póki co zapytam Pana, jak radziliście sobie z tymi przepychankami – potrzebna jest do nich wiedza prawnicza itp.

Na wszystkich etapach mieliśmy merytoryczne wsparcie Państwowej Inspekcji Pracy. Z mocy odpowiedniej ustawy PIP ma obowiązek współpracować i pomagać społecznym inspektorom pracy. W ramach tych zobowiązań Inspekcja wydała poradnik dla społecznych inspektorów pracy, który okazał się nam nader pomocny. W pozostałych kwestiach porad prawnych udzielali nam prawnicy i eksperci z małopolskiej „Solidarności”.

Pracodawca wyprowadził brutalne kontruderzenie, zwalniając kilkoro społecznych inspektorów pracy wbrew prawu. A czy wy, ta kierownicza trójka, oficjalni liderzy związku w zakładzie, byliście przedmiotem jakichś negatywnych zabiegów ze strony szefostwa?

Niejednokrotnie. Gdy poinformowaliśmy pracowników drogą elektroniczną – w imieniu komisji socjalnej, nie związku zawodowego – o nieprawidłowościach w Funduszu Świadczeń Socjalnych, Krisztian Kovacs i ja otrzymaliśmy od dyrektor naszego przedsiębiorstwa informację o zamiarze zwolnienia dyscyplinarnego. Wbrew prawu, gdyż obaj byliśmy wtedy członkami rady pracowników. Pisma wystosowane przez Genpact do zarządu związku i rady pracowników zawierały wniosek o wyrażenie zgody na dyscyplinarne zwolnienie nas z pracy. Oczywiście prośba spotkała się ze stanowczą odmową obu organów demokracji pracowniczej. Genpact wtedy ten sprzeciw uszanował. Sprawa nie miała kontynuacji. Ukazała jednak próbę kneblowania nam ust, spacyfikowania niepokornych. Powołani przez nas na świadków koledzy z komisji socjalnej w zeznaniach przedłożonych Sądowi Pracy oświadczyli, że szykanowanie przez Genpact K. Kovacsa i mnie spowodowało, że poczuli się zastraszeni, zaczęli obawiać się o pracę.

Prześladowanie przybierało różnorakie formy. Nie tylko zbiorowe, ale i osobiste. Dwukrotnie próbowano mnie „zmiękczyć” za pomocą odebrania dodatku mieszkaniowego. Pochodzę z Wielkopolski, skąd korporacja przed jedenastu laty sprowadziła mnie do Krakowa. Aby mnie zwerbować, przyznano dopłatę do najmu mieszkania w kwocie 1200 złotych gwarantowaną przez cały okres zatrudnienia.

Paleta nie byłaby pełna, gdyby zabrakło na niej czarnej barwy szantażu. Do rozmów z nami – w różnym przedziale czasu – zostały oddelegowane z Ameryki dwie wysoko postawione osoby. Jedną z nich była wspomniana rodaczka. Posłańcy zaoceanicznego potentata, bez silenia się na zbytnią kurtuazję, postawili nam ustne ultimatum o treści: Jeżeli będziecie „tak nieustępliwi”, to krakowska filia Genpact będzie zlikwidowana. Wasza praca – przeniesiona do Rumunii.

Czyli z biegiem czasu sprawa się zaogniała? Czy były jakieś momenty przełomowe?

Po nieudanej próbie zwolnienia sytuacja się uspokoiła. Punkt zwrotny nastąpił w lutym 2019 r. Dostaliśmy zaproszenie na spotkanie, w którym oprócz nas wzięły udział trzy panie: dyrektor firmy, główna kadrowa oraz kierowniczka działu, w którym pracowaliśmy. Na spotkaniu pani dyrektor oznajmiła nam, że wróciła z Bukaresztu, gdzie dotychczas rozwijano główną strukturę Genpact w Europie. Tam zapadła decyzja, że o wiele większy nacisk będzie od teraz kładziony na Kraków. Zamiast, jak do tej pory, zmniejszania zatrudnienia i wyprowadzania naszych miejsc pracy do Indii czy Rumunii, oddział krakowski ma być rozwijany. Planowane jest zwiększenie w nim zatrudnienia, pozyskiwanie nowych klientów itp. A jednocześnie, jak dodała dyrektor, męczymy się tu razem ze sobą. My, szefostwo firmy, męczymy się z wami, a wy męczycie się z nami. W związku z tym, kontynuowała, chcielibyśmy wam coś zaproponować. Zastanówcie się, czy jest taka kwota, za którą zgodzilibyście się odejść z pracy. Wiemy, że nie możemy was zwolnić, bo jesteście chronieni z racji pełnionych funkcji – ale może będziecie skłonni odejść dobrowolnie. Dała nam kilka dni na przemyślenie i poprosiła, żebyśmy podali satysfakcjonującą nas kwotę. Bezpośrednio po tym spotkaniu – w celu uczynienia mnie bardziej podatnym na przyjęcie oferty korupcyjnej – kadrowa i dyrektor zakomunikowały mi podjętą w Bukareszcie decyzję o odebraniu dodatku mieszkaniowego.

Propozycja korupcyjna jak z amerykańskich filmów sensacyjnych. Wymowny jest też moment jej złożenia: będziemy firmę rozwijali, zatrudniali nowe osoby, ale lepiej, żeby w firmie nie działał związek zawodowy, który zadba o dobre traktowanie pracowników… I co dalej?

Po tygodniu odpowiedzieliśmy odmownie. W imieniu całej trójki oznajmiłem, że nie ma takiej kwoty, za którą bylibyśmy gotowi porzucić towarzyszy broni. Powiedziałem to, choć mieliśmy przekonanie, że skoro zawiodły zastraszanie, przekupstwo i szantaż, metody, które przystoją amerykańskim gangsterom, a nie przedsiębiorstwu przejawiającemu globalne ambicje, to teraz będzie gorąco…

Tak też się stało. Kilka dni później przyszła do mnie koleżanka ze związku i pokazała artykuł opublikowany w dużym regionalnym piśmie, krakowskim „Dzienniku Polskim”. Z artykułu wynika, że w Krakowie pracuje w korporacjach kilkadziesiąt tysięcy osób, ale w żadnej z nich nie ma związku zawodowego, i że nikt nigdy nawet nie słyszał o próbach ich tworzenia. Co zdaniem autora oznacza, iż nie są one potrzebne. Z lektury można by odnieść wrażenie, że realia zatrudnienia w tym sektorze są świetne.

Wykazaliśmy dziennikarzowi, że to nieprawda. Że po pierwsze od kilku lat istnieje związek w krakowskiej korporacji, a po drugie, na własnym przykładzie udowodniliśmy, że warunki pracy w opisywanej branży sprawiają, iż związki są tam potrzebne. Naszym zdaniem bardziej potrzebne niż gdzie indziej.

Zapewne bardziej niż choćby w budżetówce, która działa w innej formule. Korporacje to przecież z definicji biznes dążący do zysków, ich maksymalizacji, siłą rzeczy chcący wycisnąć jak najwięcej profitów z pracowników.

Uświadomiliśmy to dziennikarzowi „Dziennika Polskiego”, który chętnie zgodził się na rozmowę. Naświetliliśmy tajniki pracy w korporacjach biurowych, dole i niedole naszego związku, doświadczenia, które zebraliśmy w trakcie bojów o demokrację pracowniczą. Wtajemniczyliśmy w kulisy nieudanej korupcji. Wywiad posłużył za osnowę rzetelnego tekstu opublikowanego pod tytułem „Związek zawodowy w korporacji? To możliwe!” .

Po ukazaniu się artykułu odnotowaliśmy niespotykany wcześniej przyrost liczby członków. Ludzie dowiedzieli się nie tylko o tym, że ktoś ich broni, ale że można im zaufać, bo nie zdradzili kolegów, nie dali się przekupić pracodawcy. Przed opublikowaniem artykułu związek liczył 25 osób, po publikacji ta liczba szybko wzrosła do 55 z około 400 zatrudnionych. Wśród nowych członków przeważali pracownicy o krótkim stażu w Genpact.

Intrygujący był przypadek jednego z nowych działów. Świadczył on usługi na rzecz Konica Minolta. Te miejsca pracy trafiły do nas z Niemiec, gdzie je zlikwidowano, gdyż dla odmiany tym razem my okazaliśmy się tańsi. Pracowali przy tym ludzie zatrudnieni przed kilkoma miesiącami. Było ich zbyt mało, więc Genpact rozpoczął rekrutację personelu. Rekrutacja zakończyła się fiaskiem, bo za pieniądze oferowane przez Amerykanów nie udało się znaleźć chętnych z odpowiednią znajomością j. niemieckiego. Stawki zostały więc podwyższone. Poddany presji czasu Genpact pogubił się na tyle, że za pośrednictwem listu elektronicznego zaproponował posadę dziewczynie, która… już od pół roku w tym dziale pracowała, przyjęta w ramach wcześniejszej rekrutacji. W wyniku niedopatrzenia koleżanka dostała ofertę podjęcia tej samej pracy – za pensję o tysiąc złotych przewyższającą jej dotychczasowe zarobki. Dysponujemy dowodami, że zamieszczane przez Genpact ogłoszenia zawierały jeszcze wyższe stawki.

Skonsternowana dziewczyna odpowiedziała na ten list elektroniczny: że już tu pracuje i też jest zainteresowana podwyżką o tysiąc złotych, skoro firma za taką samą pracę oferuje innym wyższe płace. Szczegółami niecodziennego zdarzenia podzieliła się z kolegami z działu. W bodajże siedem osób poprosili o spotkanie ze swoim kierownikiem i kimś z kadr. Zapytali, co to ma znaczyć, skąd taka różnica stawek. Początkowo zostali przez kierownika wyśmiani, a po chwili usłyszeli, że nie mają co liczyć na podwyżki. W złożonych do Sądu Pracy pisemnych zeznaniach utrzymują, że byli przez przełożonych zwodzeni i oszukiwani.

Tu pojawia się wątek, który często wybrzmiewa w opowieściach o współczesnych realiach, w tym szczególnie w „nowoczesnych” sektorach. Że po pierwsze każdy zarabia inną kwotę, taką, jaką indywidualnie wynegocjował z pracodawcą, nie zaś wedle jakiegoś znanego, upublicznionego schematu i podobnych stawek za podobną pracę. A po drugie, że ludzie nie rozmawiają między sobą o stawkach, zarobkach, nie wiedząc w efekcie, jak to wygląda i że część z nich jest celowo i świadomie traktowana gorzej.

W Genpact mówi się czy wręcz zapisuje w umowach z pracownikami, że wysokość wynagrodzenia jest tajna i pod groźbą określonych konsekwencji zabrania się informowania o niej innych. Nie wyłączając reprezentujących danego pracownika działaczy związkowych. Jest to wierutną bzdurą. W świetle obowiązującego prawa dokument ten nie ma żadnego znaczenia. Nie wolno nam informować kogokolwiek o zarobkach innych osób. Jako związkowiec nie mogę udzielić informacji, ile zarabia ktoś inny. Podobnie pracodawca nie może bez zgody zainteresowanego poinformować mnie o czyichś zarobkach. Natomiast każdy pracownik ma pełne prawo powiedzieć komukolwiek chce, ile zarabia.

Przemilczanie wysokości wynagrodzenia miewa smutne konsekwencje. W 2010 roku zostałem zatrudniony przez poprzednika Genpact jako Polak z dobrą znajomością j. niderlandzkiego. Wraz ze mną rozpoczął pracę rodowity Holender, który oprócz oczywistej znajomości ojczystego języka posiadał spore doświadczenie pracy w księgowości i, o niebo lepszą od mojej, znajomość potrzebnych programów komputerowych. Wykonywaliśmy tę samą robotę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, więc byłem zmartwiony, kiedy po upływie kilku miesięcy powiedział mi, że zastanawia się nad zmianą pracodawcy, albowiem uzyskiwane tu zarobki nie wystarczają mu na życie. Gdy tak się skarżył, byłem trochę zdziwiony. Ja swoją wypłatę uważałem za naprawdę wysoką. Zaproponowałem mu, że powiem, ile zarabiam, abyśmy porównali nasze pensje, bo nie bardzo rozumiałem, skąd jego kłopoty. Kolega wysunął przed siebie dłonie w geście odpychającym niewidzialne niebezpieczeństwo i z zarysowującym się na twarzy przestrachem oświadczył: „Nie, nie, nie mów mi tego, ja nie chcę tego wiedzieć”. Zdumiewającą reakcję umotywował rzekomą nielegalnością wymiany takich informacji. Wyszło na jaw, że ostrzeżenie przed „nadmiernym gadulstwem” znajdowało się w jego umowie o pracę. Po pewnym czasie, wysłuchawszy kolejnej porcji mocniejszych niż dotychczas narzekań na niepodobieństwo związania końca z końcem, bez pytania o zdanie wyjawiłem mu kwotę moich zarobków. Co się okazało? Otóż kolega z Holandii dostawał za tę samą pracę ponad dwa tysiące złotych (netto) mniej ode mnie. Poruszony do żywego dyskryminacją płacową wystąpił nazajutrz z wnioskiem o podwyżkę, ale jej nie otrzymał. Rozgoryczony wypowiedział umowę i odszedł do konkurencji. Tym sposobem korporacja pozbyła się sumiennego, oddanego pracownika, a ja serdecznego kolegi. Od tamtej pory biorę na bok każdego nowicjusza z mojego działu i informuję o stawce miesięcznej, poniżej jakiej nie powinien schodzić.

Latem roku 2019 pracownicy działu Konica Minolta zbulwersowani skandalem z wynagrodzeniami zaczęli się burzyć. Do kilkuosobowej grupy bez przerwy przyłączali się nowi. Doszli do wniosku, że sami niczego nie zwojują, że natrafili na ścianę złej woli i kłamstw. Przyszli do nas, zainspirowani wzmiankowanym artykułem w „Dzienniku Polskim”. Postanowiliśmy wspierać ich w rozmowach z pracodawcą. Z naszej inicjatywy doszło do spotkania buntowników z przedstawicielami koncernu. Genpact ma teraz dylemat. Podwładnych nie dało się dłużej zwodzić, bo stał za nimi związek i byliśmy uczestnikami rozmów. Znając na wylot machinacje Genpact mieliśmy możliwość utrącania na bieżąco wszelkich manipulacji, obnażania bezczelnych oszustw i łgarstw. Wysiłki podejmowane przez aktyw „Solidarności” sprawiły, że szeregi organizacji szybko rosły. Staliśmy się ewidentnym i coraz większym problemem z perspektywy kręgów kierowniczych Genpact. Nieugięta postawa pracowników i prowadzącego ich związku sprawiła, że Amerykanie musieli dać podwyżki. Byli jednak przebiegli. Dobrze opanowali imperialną zasadę dziel i rządź. Podwyżki przyznali tylko połowie pracowników domagających się tego. Temperatura sporu nie spadła. Stawka była poważna. Strategia Amerykanów czytelna. Grali na rozbicie tak dla nich niebezpiecznej jedności pracowników.

Jaka była wasza reakcja?

Zapowiedź strajku. Sięgnęliśmy po główny oręż ludzi pracy. Konsekwentnie twierdziliśmy, że podwyżki muszą dostać wszyscy. Ogłosiliśmy wstąpienie w spór zbiorowy i przedstawiliśmy pracodawcy nasze żądania. Najważniejsze to podwyżka o 700 złotych dla wszystkich pracowników Genpact. Rozpoczęliśmy formalny proces, który w razie braku porozumienia może zakończyć się strajkiem. Ale Genpact nie chciał nawet wysłuchać postulatów ludzi pracy. Zląkł się prowadzenia z nami sporu. Wolał zniżyć się do przestępstwa. Po dwóch tygodniach od ogłoszenia sporu zostaliśmy – czołowi działacze związku – zwolnieni dyscyplinarnie z pracy.

Za co?

Blagierzy z Genpact, fałszując przedmiot sporu, twierdzili, że powodem zwolnienia jest artykuł z „Dziennika Polskiego”, jakoby zawierający nieprawdziwe i szkalujące ich treści. Podawany przez nich pretekst pozostaje w kolizji ze zdrowym rozsądkiem. Nawet przyjmując, że można byłoby kogoś za takie wypowiedzi zwolnić, to pracodawca ma w świetle prawa miesiąc od powzięcia wiedzy o popełnieniu przez pracownika czynu zabronionego na podjęcie takiej decyzji. Z treścią artykułu Genpact zapoznał się w dniu jego publikacji, na początku czerwca. Nas zwolniono dopiero 9 października. Rażące naruszenie prawa miało też bardziej doniosły wymiar. Zbigniew Zysek był chroniony z tytułu przewodniczenia organizacji związkowej oraz jako społeczny inspektor pracy. Krisztian Kovacs i ja byliśmy w momencie zwolnienia społecznymi inspektorami pracy oraz członkami rady pracowników. Amerykanie wyrzucili nas z pracy pomimo podwójnej ochrony.

Pracodawca miał tego pełną świadomość, a mimo to zwolnił was.

Zrobił to, ignorując sprzeciw związku i rady pracowników. W trybie dyscyplinarnym, czyli z dnia na dzień straciliśmy zatrudnienie i dochody, a także wstęp na teren zakładu pracy, siedziby związku zawodowego.

Akt zwolnienia dokonał się w sposób, który wiele mówi o postawie etycznej koncernu z Nowego Jorku. W dniu 9 października 2019 r. do drzwi mieszkania Krisztiana Kovacsa, podczas ostatniego dnia jego urlopu, rozległo się pukanie. Krisztian przez wizjer zobaczył nieznaną sobie kobietę. Otworzył drzwi, a kobieta – jak się później okazało, prawniczka z sowicie opłacanej kancelarii – oświadczyła, po co przyszła i wręczyła mu postanowienie o dyscyplinarnym zwolnieniu. W tej chwili zza jej pleców wychynęła główna kadrowa Genpact. Krisztian oznajmił, że dokumentu nie podpisze, dopóki nie zabierze z biura osobistych rzeczy. Panie po naradzie zgodziły się na to i zabrały go do siedziby Genpact. Po wejściu do biura dołączyła do nich kierowniczka Krisztiana i w asyście trzyosobowej obstawy Krisztian rozpoczął zabieranie z szafki swoich rzeczy. Wynajęta na tę okoliczność prawniczka poniżała węgierskiego bratanka „Solidarności”, poganiając go słowami: „szybciej! szybciej!”. Powyższe sceny rozgrywały się na oczach kilkudziesięciu współpracowników Krisztiana. Intencją tego przedstawienia było prawdopodobnie upokorzenie działacza związku zawodowego i wywarcie presji psychicznej w celu zastraszenia podwładnych.

Ta prawniczka, która brała udział w procederze, reprezentowała jaki podmiot? Niech jego nazwa wybrzmi, skoro biorą udział w czymś takim.

Prawniczka reprezentowała kancelarię, która nosiła nazwę Raczkowski Paruch. Jakiś czas później zaszły w niej zmiany własnościowe. Obecna nazwa kancelarii to Raczkowski Sp. k.

A jak potraktowano Pana i trzecią zwolnioną osobę?

Zbigniewa i mnie nie było w tym dniu w pracy. Do Zbigniewa wysłali zwolnienie listem elektronicznym. Do mnie – jak do Krisztiana – zamierzali przyjechać, ale nie chcąc oglądać tych ludzi w moim domu powiedziałem, że odbiorę dokument w siedzibie Genpact. Jednak po sprawozdaniu Krisztiana ze sposobu, w jaki został potraktowany, zarzuciłem ten pomysł. Wobec tego pismo włożyli do skrzynki pocztowej oraz przysłali mi wersję elektroniczną.

Co po tym wszystkim zrobiliście w samoobronie?

Przy pomocy prawników z zarządu regionu małopolskiej „Solidarności” złożyliśmy pozew do sądu pracy, a następnie zawiadomienie do prokuratury. Warto o tym wspomnieć, żeby pracownicy wahający się przystąpić do związków z powodów finansowych wiedzieli, że m.in. na to płacą składki – na pomoc w razie kłopotów; pomoc, która na wolnym rynku kosztowałaby sporo.

Straciliście z dnia na dzień pracę, dochody…

W trybie dyscyplinarnym, a więc bez okresu wypowiedzenia, bez prawa do zasiłku, z zapisanym w świadectwie pracy zwolnieniem dyscyplinarnym… A ponieważ zarabialiśmy stosunkowo dużo, to za wniesienie pozwu do sądu pracy musieliśmy słono zapłacić – w moim przypadku 5000 złotych.

A co ze związkiem w Genpact?

Prawo stanowi, że wyrzucenie z pracy nie zmienia nic w sytuacji związkowców. Nadal tworzymy kierownictwo komisji zakładowej. Nikt nas oczywiście nie wpuści do biura Genpact, ale spoza zakładu kontynuujemy aktywność związkową.

Podjęliście też działania na rzecz nagłośnienia sprawy. Chyba jedyne, czego może się obawiać duża firma zwalniająca związkowców, to nie proces w sądzie pracy, który zapewne wkalkulowała sobie w koszty, lecz strat wizerunkowych.

Przekonałem Zbigniewa i Krisztiana, żeby nagłaśnianie afery rozpocząć od środków przekazu będących tubą propagandową neoliberałów. Byłem ciekaw strategii przekazu, jaką obiorą skonfrontowani z twardym, bezdyskusyjnym faktem pogwałcenia Konstytucji, wolności słowa oraz podstawowych praw człowieka – bezcennych dla nich rzekomo wartości – przez swego ideowego sojusznika, ponadnarodową korporację.

Krisztian zna osobiście Monikę Góralewską, wpływową redaktor krakowskiego ośrodka TVN. Trzykrotnie prosił ją o zrobienie materiału i tylekroć nic z tego nie wychodziło. Nie wykluczamy, że pani Góralewska, laureatka nagród za reportaże o tematyce społecznej, chciałaby nam pomóc, ale nie uzyskała zgody centrali.

Z odważnych, propracowniczych tekstów kojarzyłem Adrianę Rozwadowską z „Gazety Wyborczej”. Opisywała między innymi łamanie praw pracowniczych w Amazonie. Staraliśmy się do niej dotrzeć. Trzy razy zadzwoniłem do „Wyborczej”. Nigdy nie połączono mnie z Adrianą. Rozmawiałem z jej kierowniczką. Powiedziała, że nie może mi podać telefonu Adriany, ale przekaże jej, że dzwoniłem i Adriana się do mnie odezwie. Niestety, odzewu nie było. Z kolei Zbigniew kilkakrotnie do niej pisał. Z takim samym rezultatem, czyli żadnym.

Tematu ciekawego, zdawałoby się, z punktu widzenia linii programowej czasopisma, nie podjął również lewicowy tygodnik „Przegląd”. Próbowaliśmy się z nim skontaktować za pośrednictwem pewnej znanej osoby. Uzyskała zapewnienie, że redakcja się do nas odezwie. Jednak jej kilkakrotne monity nie przyniosły efektów.

To media. A instytucje inne niż wymiaru sprawiedliwości?

Zarząd małopolskiej „Solidarności” zwrócił się do Rzecznika Praw Obywatelskich z wnioskiem o obronę związkowców zwolnionych ze szczególnym naruszeniem prawa. Z biura Adama Bodnara nadeszła odpowiedź, że RPO wystąpił do Okręgowego Inspektora Pracy w Krakowie o przeprowadzenie kontroli przestrzegania prawa pracy w spółce Genpact. W piśmie informowano również o możliwości przystąpienia Rzecznika do toczącego się przed wymiarem sprawiedliwości postępowania na prawach prokuratora. W tym celu poproszono o dostarczenie Rzecznikowi niezbędnej dokumentacji. Zrobiliśmy to w lutym 2020 roku. Później nastała cisza. Brak jakiejkolwiek reakcji. Tym większe było moje zdziwienie, gdy ostatnio przeczytałem, że Adam Bodnar zaangażował się w obronę TVN. Tej samej telewizji, która uznała za stosowne zamilczenie afery Genpact. Solidarny ze stacją RPO zrobił to samo, co ona.

A czy udało się kogoś zainteresować?

Tak, partię Razem. Zwróciliśmy się do posłanki Razem z Krakowa, Darii Gosek-Popiołek. Jej reakcja była nader życzliwa. Zaprosiła nas do swego biura, przedstawiliśmy sprawę. Daria Gosek-Popiołek dała nam wiele dowodów przychylności. Zorganizowała konferencję prasową. Przyjechał na nią inny parlamentarzysta Razem, Adrian Zandberg z Warszawy. W swoim wystąpieniu określił naszą sprawę mianem symbolu: „To jest symbol, wokół którego powinni zgromadzić się wszyscy ci, dla których wartości konstytucyjne, wartości demokratyczne w Polsce są ważne. Nie możemy dopuścić do tego, żeby prawo w Polsce nie obowiązywało silniejszych”. Na konferencję przybyła również ekipa TVN-u, ale z tego, co wiemy, nie wyemitowała żadnego sprawozdania. Inne środki masowej informacji, a było ich tam niewiele, ograniczyły się do zamieszczenia niedługiej wzmianki. Ważnej tematyki społecznej nie rozwinęły…

Ukazał się tylko duży wywiad z nami w „Tygodniku Solidarność”, ale to oczywistość, skoro jesteśmy członkami tego związku szykanowanymi za działalność związkową.

Wydawałoby się, że to jest dla mediów ciekawy materiał ze względów czysto komercyjnych, niezależnie od sympatii ideowych. Dobry news: amerykańska wielka korporacja wyrzuca trzech związkowców, facetów z biura, z nowoczesnego miejsca pracy, jeden z nich to Węgier, wcześniej był wątek próby skorumpowania was przez pracodawcę. Można za to zgarnąć wierszówkę czy honorarium bez wielkiego wysiłku…

Ja też tak myślałem. Byłem pewny, że nasza historia to najprawdziwszy samograj. Temat poruszający drażliwą kwestię społeczną, którego nie przepuści żaden rasowy dziennikarz. W całej sprawie pojawia się kilkanaście unikalnych, przebojowych aspektów. Weźmy chociażby ten. Trójka zwolnionych tworzy miniaturową Grupę Wyszehradzką. Każdy jest mieszkańcem innego kraju członkowskiego z tej Grupy: Polski, Węgier i Czech.

Wyjątkową odrazę wywołuje dopuszczenie się przez władze Genpact niespotykanego w cywilizowanym świecie aktu barbarzyństwa. Polegał on na bezlitosnym wyrzuceniu na bruk i pozostawieniu bez środków do życia przewodniczącego związku zawodowego Zbigniewa Zyska – osoby niepełnosprawnej, z amputowaną nogą. Dzieje się tak, choć Genpact wspiera organizowany w Krakowie bieg pod nazwą Business Run. Jest to charytatywna impreza, z której dochody są przeznaczane m.in. na zakup sprzętu dla osób z niepełnosprawnością ruchową. We wrześniu 2019 r. liczna reprezentacja Genpact wzięła udział w zawodach, reklamując swoją obecnością firmę. Nie upłynął nawet miesiąc i ten sam, tak bardzo współczujący pokrzywdzonym Genpact wyrzucił na twardy krakowski bruk Zbigniewa Zyska, który pracował dla nich 12 lat…

Ważnym zleceniodawcą amerykańskiego koncernu jest pewien europejski gigant ubezpieczeniowy. Z racji prowadzonej działalności los osób niepełnosprawnych jest mu szczególnie bliski. Akcjonariuszom obu koncernów nie byłoby do śmiechu, gdyby cierpieniu Zbigniewa udało się nadać światowy rezonans.

A później wybuchła zaraza. Media i społeczeństwo zaczęli żyć czymś innym.

Wasza sprawa jednak toczyła się nadal w sądzie pracy i prokuraturze.

Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia i umorzyła sprawę. Mimo oczywistych, bo udokumentowanych przecież dowodów, prokurator w poczynaniach firmy nie dopatrzył się zachowań przestępczych. Napisaliśmy skargę na tę decyzję. Sąd wydał postanowienie, w którym w całej rozciągłości przyznał nam rację.

W tym samym czasie przeczytałem gdzieś o instytucji pisemnej interwencji poselskiej, na którą każdy organ państwa ma obowiązek odpowiedzieć w terminie 14 dni. Bogatsi o tę wiedzę dotarliśmy do słynącej z dużej wrażliwości społecznej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, Urszuli Ruseckiej z Wieliczki. Pani poseł zadeklarowała pomoc i dotrzymała słowa. W trybie interwencji poselskiej napisała pismo do ministra Ziobry z wnioskiem o interwencję w prokuraturze. Wstawiennictwo poseł Ruseckiej niewątpliwie pomogło. Krakowska prokuratura mimo początkowej niechęci rozpoczęła śledztwo.

Nawiązaliśmy kontakt także z Maciejem Koniecznym, posłem Razem. Jego również poprosiliśmy o interwencję poselską u ministra Ziobry w przedmiocie absurdalnej decyzji krakowskiej Prokuratury. Poruszyliśmy też inną kwestię. Zapytaliśmy posła Koniecznego, czy byłby skłonny podjąć się koordynowania działań obejmujących zasięgiem całe spektrum polskiego ruchu związkowego. Nasza koncepcja polega na tym, aby, odkładając na bok sympatie polityczne i trzeciorzędne różnice światopoglądowe, rozpocząć rozmowy mające doprowadzić do przyjęcia wspólnego stanowiska związków odnośnie do wprowadzenia zmian legislacyjnych uniemożliwiających zwalnianie z pracy osób szczególnie chronionych do chwili rozstrzygnięcia sprawy przez sąd. Czas skończyć z iluzją zwaną ochroną. Jeżeli szczególna ochrona ma być autentyczna, to objęty nią pracownik musi być zatrudniony tak długo, aż nie wypowie się sąd – odwrotnie niż jest obecnie.

A co z sądem pracy, czyli w zasadzie z kluczową płaszczyzną tej całej sprawy od momentu wyrzucenia was z pracy?

Dotychczas odbyły się dwie rozprawy, trzecia miała być w czerwcu, ale ze względu na usprawiedliwioną nieobecność sędziego została przełożona na październik. Średnio wychodzi jedna rozprawa na rok. A to jeszcze nie koniec. I podkreślmy, że chodzi o sprawę ewidentną, o jasne złamanie prawa chroniącego związkowców. Nikt nam nigdy nie zarzucił złej pracy. Przeciwnie, czasami dostawaliśmy nagrody. Nie mamy na koncie żadnego nadużycia, nic podobnego. Pomyślmy zatem, co musi dziać się w sprawach mniej jednoznacznych? I ile one muszą trwać?

Czyli nie tylko można wyrzucić związkowców z pracy, ale i cała sprawa ich walki z taką decyzją odbywa się później w żółwim tempie. De facto zatem ochrona związkowców nie istnieje, jest fikcyjna.

Jest oczywistą fikcją. Trzeba to powiedzieć wyraźnie: nasze państwo nas oszukało i zostawiło na lodzie.

Warto dodać, że trzy tygodnie później na podstawie dokładnie tego samego scenariusza zwolniono z pracy dziesięciu związkowców z Castoramy. Brała w tym udział ta sama kancelaria prawna, która pomagała Genpact w wyrzucaniu nas na bruk.

Zapytam wprost: z czego żyjecie przez ten kawał czasu? Bo przecież to jest sedno sprawy dla zwykłego człowieka i pracownika – środki do życia.

Po tych bulwersujących sprawach – naszej i kolegów z Castoramy – Komisja Krajowa „Solidarności” uruchomiła Fundusz pomocowy dla represjonowanych i szykanowanych związkowców. Otrzymujemy z niego co miesiąc pożyczkę, którą spłacimy, jeśli zostaniemy przywróceni do pracy i pracodawca wypłaci nam odszkodowanie z tytułu nielegalnego zwolnienia.

Dzięki wsparciu z Funduszu „Solidarności” mamy za co żyć. Gdyby nie te pieniądze, mielibyśmy znikome szanse na kontynuowanie działalności związkowej w korporacji, z której nas wyrzucono. Nagłaśnianie całej sprawy, dopominanie się o swoje prawa, przygotowywanie pism do instancji – wszystko to pochłania wiele energii. W przeciwnym razie musielibyśmy zarabiać na chleb, nie mając czasu i sił na walkę o sprawiedliwość.

Bardzo ciekawa i wartościowa inicjatywa, solidarność przez małe „s”. I zupełne przeciwieństwo liberalnych demagogicznych wywodów, że związki to wygodne posadki dla darmozjadów, biurokratów itp.

Liberałowie niejednokrotnie udowodnili, że w wojnie psychologicznej, jaką toczą przeciwko organizacjom powołanym do obrony interesów ludzi pracy, nie cofną się przed żadną manipulacją. Nie tak dawno adoratorzy Balcerowicza i Sorosa mamili opinię publiczną groźbą fali zwolnień, która miała wznieść się wysoko z powodu ograniczenia handlu w niedzielę. Co się ostało z tych prognoz? Nic. W sklepach widzimy pokaźny kontyngent pracowników z Ukrainy, bo polskich rąk do pracy w handlu już nie wystarcza. Przykłady można by mnożyć. Arsenał dezinformacji liberałów jest nieprzebrany.

Opowiedział Pan o przebiegu całej sprawy, wciąż nierozstrzygniętej, pełnej niezbyt optymistycznych wątków i etapów. Chciałbym na koniec zapytać, w ramach podsumowania, o szersze refleksje po tych latach aktywności związkowej, po założeniu związku w korporacji, czyli na bardzo trudnym terenie, po szykanowaniu was i po długotrwałych i wciąż niezakończonych bojach formalnoprawnych.

Niebawem minie sześć lat od powołania do życia pierwszego związku zawodowego w korporacji biurowej w Krakowie – stolicy europejskich korporacji. Przyszło nam działać w skrajnie niesprzyjających warunkach. I chociaż ze stągwi rozczarowań zaczerpnęliśmy obficie – konsekwentnie dążymy do wytyczonego celu. Na pierwsze miejsce wysuwamy zakaz zwalniania osób szczególnie chronionych. Bez tego nawet nie ma co myśleć o krzewieniu związków w korporacjach i ulżeniu doli proletariatu biurowego.

Rzecz druga – podwyżki wynagrodzeń, dodatkowe świadczenia i wszystkie inne korzyści, jakie wywalczy związek, powinny przysługiwać wyłącznie jego członkom. Tak jak to jest w krajach skandynawskich. Podobne rozwiązanie zachęciłoby do wstępowania do związków i zakończyło bierność. U nas o poprawę sytuacji biją się nieliczni związkowcy. Nieliczni – więc z mniejszą perspektywą powodzenia. Ci odważni społecznicy ryzykują, narażają się, wystawiają na szykany i nieprzyjemności. Oprócz tego opłacają składki członkowskie. A gdy coś wywalczą, profity zbierają wszyscy, także osoby obojętne, niezainteresowane. W tej liczbie również i ci, którzy utrudniają działanie związku, sabotują wysiłki podejmowane przez aktyw.

I wreszcie trzeci – bodaj najważniejszy – obszar do poprawy to społeczna świadomość. Pracownicza Polska musi zrozumieć, że związki wspierają pracowników i walczą z samowolą pracodawców, że razem jesteśmy silniejsi. Po trzydziestu latach zatruwania umysłów neoliberalnym jadem, w postawach społecznych dominuje model indywidualistyczny. W ustroju apoteozy wyzysku zdążyło wyrosnąć całe pokolenie. Pracownicy przeważnie nie znają już innego rozwiązania niż jednostkowa poprawa swojego położenia. Jest to widoczne chociażby w przypadku półrocznych lub rocznych rozmów oceniających funkcjonowanie pracownika. A jeszcze wyraźniej podczas negocjacji z pracodawcą, tak zwanej rozmowy jeden na jeden. Przy czym ta nazwa niekiedy bywa myląca, bo po stronie pracodawcy nierzadko zasiada nie jedna osoba, lecz różnego rodzaju doradcy, prawnicy, fachowcy. Wszyscy ci ludzie mają wprawę w negocjacjach, znają sztuczki erystyczne i emocjonalne, nierzadko korzystają ze specjalnych szkoleń. Po drugiej stronie stołu zasiada osamotniony podwładny. Tu nie ma żadnej równowagi sił, nawet teoretycznej. Zilustrowałem ten fenomen na podstawie przeżyć mojego holenderskiego kolegi. W pojedynkę nie ugrał nic. Jedyną szansą na poprawę bytu okazała się zmiana pracodawcy. Jak często będziemy ich zmieniać?

Ludziom pracy najemnej należy wpoić podstawową prawdę. Zorganizowani w skupieniach demokracji pracowniczej uzyskują zupełnie inną rangę. Stanowią faktyczną przeciwwagę dla sił i interesów pracodawców. Tylko pod tym warunkiem mogą cokolwiek wywalczyć i istotnie polepszyć swój los. W godzinie zwątpienia, w chwilach najtrudniejszych dla walczących o godność i sprawiedliwość towarzyszy z działu obsługującego u nas Konica Minolta, zagrzewałem ich do wytrwania zwięzłym hasłem: zjednoczeni wygramy! Tracących nadzieję przekonywałem, że nie ma pracodawcy będącego w stanie pokonać zjednoczone zastępy ludzi pracy.

Utworzyć jedną pięść! Oto zadanie dla ruchu związkowego.

Dziękuję za rozmowę.

Zawiercie, 11 sierpnia 2021 r.

Make Life Harder to ***** *** i nic więcej

Make Life Harder to jeden z największych fenomenów internetu na lewo od centrum. Inne centrolewicowe memiarnie (PLwDD i Tygodnik NIE) próbują skopiować jego sukces, ale na razie są bardzo daleko. Jednak MLH, mimo przewagi w liczbie obserwujących, nie tylko jest daleko w tyle za swoimi konkurentami pod względem jakości treści, ale też zmienia się w niebezpieczną politycznie sektę, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się też ideologiczną wydmuszką.

MLH zaczynał dziesięć lat temu jako fanpejdż na Facebooku całkiem zabawnie kpiący ze sztucznych obrazów życia celebrytek nowego wtedy w Polsce typu, czyli szafiarek, dziś zajmujących się nie tylko modą i nazywanych influencerkami. Przede wszystkim najbardziej wtedy znanej z nich – Kasi Tusk. Obecnie najprężniej marka MLH działa na Instagramie i, choć w sporadycznie udostępnianych postach nawiązuje niekiedy do dawnej konwencji, bardziej niż Kasią Tusk i jej koleżankami po fachu interesuje się teraz jej ojcem i jego obszarem działalności, wrzucając codziennie na InstaStories memy zarówno autorstwa własnego, jak i przeklejane, podsyłane przez obserwujących.
Prawie 800 000 followersów robi wrażenie – aż dwa procent populacji Polski śledzi profil na IG w sposób zdystansowany komentujący wydarzenia społeczno-polityczne. Obawiam się jednak, że popełniający przy tym wiele błędów tradycyjnych mediów i tworzący niebezpieczną bańkę, a do tego niewykorzystujący potencjału, jaki tkwi w młodych (no, powiedzmy…) ludziach rozczarowanych elitami odklejonymi od realiów życia w Polsce oraz ich rządami.

Po pierwsze, obawiam się, że MLH przy pomocy rytuału i rutyny tworzy bardzo uzależniające medium, które tysiące osób codziennie śledzą i, co do czego nie mam wątpliwości, traktują jako główne źródło wiedzy o wydarzeniach w kraju.

Rytuał MLH wygląda tak:

1. Przed rozpoczęciem pracy (treści pochodzą od typka, który nie pracuje na etacie) jakiś eskapistyczny, malowniczy landszaft ze ścieżką dźwiękową;

2. O 9:00 gif ze zwierzęciem przypominającym jakimś drobnym niuansem, gestem czy pozą człowieka zaczynającego pracę – najczęściej niewyspanego, nieszczęśliwego;

3. W ciągu dnia kilka memów na temat aktualnych wydarzeń w polskiej polityce; obowiązkowo ***** ***;

4. Zwierzątka;

5. „W mieście X w przejściu podziemnym prowadzącym na przystanek tramwajowy Y siedzi starsza pani i sprzedaje <wstaw cokolwiek>”, albo „Sklep z guzikami państwa Z nie poradził sobie z pandemią – przed wyprowadzką pozbywają się dobytku”;

6. MAKŁOWICZ;

7. ***** *** * ************;

8. Coś tam o tym, jak w Polsce jest do dupy;

9. SASIN!

10. Zwierzątka;

11. ***** ***;

12. „Czekając na 17:00” (przypominam – od typka, który nie pracuje na etacie);

13. Jeszcze ostatni mem z Czarnkiem/Sasinem/Kaczorem/Suskim;

14. 17:00 – gify z podekscytowanymi zwierzętami;

15. ***** ***;

16. Landszafcik z zachodem słońca.

Jak łatwo zauważyć, nie jest to zniuansowany przekaz oferujący jakiekolwiek diagnozy, lecz przestrzeń dla wylewania frustracji, oswajania śmiechem przygnębiającej rzeczywistości i odczuwania wspólnoty losów przez pokolenie milenialsów.

Najbardziej niepokojącymi mnie elementami przekazu oferowanego przez MLH są ***** *** oraz ogłoszenia wspomniane w punkcie piątym. Hasło swą wszędobylskością buduje szkodliwą narrację, bardzo źle diagnozującą problemy polskiej sceny politycznej, sprowadzającą je do „złego PiS-u”, w którym to momencie admin MLH może sobie podać rękę z TVN-em, Gazetą Wyborczą i innymi korporacyjnymi mediami głównego nurtu. Z kolei ogłoszenia bez odpowiedniego komentarza budują narrację indywidualistyczną, zrzucającą na społeczeństwo (czy, w tym przypadku, społeczność odbiorców MLH) ciężar rozwiązania problemów strukturalnych, dających się rozwiązać tak naprawdę jedynie u źródła – poprzez sprawne zarządzanie państwem, lepsze prawodawstwo, sprawiedliwszy podział owoców naszej pracy, instytucje zwrócone frontem do obywatela. Te posty aż proszą się o komentarz „Czy naprawdę chcecie żyć w państwie, w którym los staruszki, której nie stać na leki, zależy od admina memiarni, który udostępni jej łzawą historię oraz od jego odbiorców, którzy tłumnie ruszą kupić do niczego im niepotrzebne bibeloty oferowane przez ową staruszkę? Następnym razem przed skreśleniem kwadracika na karcie wyborczej zamknijcie oczy i wyświetlcie na wewnętrznej stronie powiek obraz tej kobiety!”.

Obawiam się jednak, że właśnie w owej ideologicznej miałkości tkwi powab MLH i przyczyna jego popularność wśród wielkomiejskich millenialsów. To moje pokolenie. Jego przedstawiciele niestety często, nawet ci określając się jako lewica, mają na myśli jedynie idpolowy aspekt tejże: poparcie dla ruchów LGBT+, aborcji, mniejszości etnicznych (których głównym problemem w Polsce jest, o ironio, niesprawiedliwy rynek pracy i śmieciowe albo w ogóle nielegalne formy zatrudnienia ich w charakterze kurierów rozwożących jedzenie najczęściej, statystycznie, właśnie grupie społecznej, z której rekrutują się odbiorcy MLH), praw kobiet i świeckiego państwa. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że profil nie byłby tak popularny, gdyby powodował u swoich followersów choćby najmniejszy dyskomfort.

Jakub Szymkowiak

Teologia polityczna Leszka Balcerowicza

Dlaczego Leszek Balcerowicz na Campus Polska Przyszłości podważał naukowy konsensus ws. przyczyn kryzysu klimatycznego?

Oczywiście istnieją powiązania, także finansowe, między negacjonistami klimatycznymi a organizacjami i wydarzeniami, którym patronuje wykonawca „terapii szokowej”. Fundacja FOR (Forum Obywatelskiego Rozwoju) promowała publikacje kluczowych sponsorów negacjonizmu klimatycznego braci Koch, właścicieli konglomeratu przemysłowego obejmującego sektor produkcji ropy naftowej, chemiczny, energetyczny, produkcji asfaltu, gazu ziemnego, nawozów sztucznych, wyrobów spożywczych i tworzyw sztucznych. Także Campus Polska Przyszłości był współfinansowany przez instytucje powiązane z rodziną Kochów. Fundacja Braci Koch w latach 1997–2008 wspomogła sumą prawie 48 milionów dolarów prace różnych ugrupowań, które kwestionują globalne ocieplenie lub jego przyczyny, w 2015 r. zatrudniała za pośrednictwem różnych instytucji trzy razy więcej osób niż Partia Republikańska, a rok później wydała w czasie kampanii wyborczej 800 mln dol.

Ale nie chodzi po prostu o to, że Balcerowicz czy jego think tank działają z prostej inspiracji finansowej. Ani tylko o to, że często (choć nie zawsze) „granice mojego finansowania są granicami mojego świata”.

Sprawa jest nieco głębsza. Pokonanie kryzysu klimatycznego wymaga współdziałania różnych podmiotów: publicznych i prywatnych, samorządowych i spółdzielczych, obywateli i biznesmenów, związkowców i ekologów, młodzieży i Kościołów. Musi to być wysiłek wspólny i celowy. Impuls do tego wysiłku to coś, co ożywia nowoczesną wspólnotę polityczną. Wspólnotę, która, jak pisze Rafał Matyja w swojej nowej pięknej książce „Miejski grunt”, próbując zadbać o zdrowie swoich obywateli, poziom ich wykształcenia czy stan środowiska, w którym żyją, mogłaby niejeden budynek państwowy opatrzyć hasłem: „Tutaj próbujemy zapanować nad swoim losem”.

Nic nie jest bardziej obce sposobowi myślenia, który reprezentuje Balcerowicz niż ta próba wspólnego zapanowania nad swoim losem.

Negacjonizm klimatyczny Balcerowicza nie jest wypadkiem przy pracy czy wynikiem niedoinformowania. Wynika z głębokiej, by nie powiedzieć dogmatycznej wiary w „rynek”, który „sam”, tj. bez udziału wspólnego, celowego i świadomego działania, rzekomo załatwia wszystkie problemy, samemu nie generując żadnych. Nie mogąc zatem także generować problemów z nadmiernymi emisjami gazów cieplarnianych.

„Rynek” wedle tej wizji nie może zagrażać naturze, bo sam jest najbardziej „naturalnym” ładem. Jest samym czystym stanem natury.

Oczywiście w rzeczywistości żaden rynek naprawdę nie działa „sam”, nie działa po prostu „automatycznie”. Jest zawsze wypadkową interakcji zespołów pewnych – politycznych – instytucji. Co na przykładzie „terapii szokowej” Balcerowicza i jej odgórnego, politycznego, centralistycznego wprowadzania, świadomego i celowego „ręcznego” sterowania, państwowego wytwarzania pewnego określonego systemu instytucjonalnego (łącznie z zaplanowanym i skutecznie wdrożonym spadkiem udziału płac pracowników i dochodów rolników w PKB) świetnie pokazał Tadeusz Kowalik, a spośród badaczy zagranicznych Lord Maurice Glasman w niestety wciąż nieprzetłumaczonej na polski fundamentalnej pracy „Unnecessary Suffering: Managing Market Utopia”, słusznie określając Balcerowiczowską inżynierię społeczną mianem „rynkowego leninizmu”.

Ale dla doktryny, którą reprezentuje Balcerowicz, niewidzialny jest ten polityczny, związany z polityczną wolą element tworzenia rynku. Nawet gdy sam polityk-ekonomista wdraża określony model rynku własnymi rękami, to i tak postrzega siebie jedynie jako narzędzie „niewidzialnej ręki”. W ramach tej doktryny „rynek” nie jest traktowany jako pewna pożyteczna, ale niedoskonała, ułomna ludzka instytucja czy zespół instytucji, które mają swoje wady i zalety, swoje potencjały, ale i ograniczenia, ale jako odpowiednik, a właściwie zastępnik Boga i Jego Opatrzności, jako źródło ostatecznych i nieomylnych wyroków.

Dlatego młodzieżówka partii Nowoczesna, Młodzi .Nowocześni, nieświadomie wyraziła dogmat swej doktryny, gdy spotkanie z Leszkiem Balcerowiczem zareklamowała hasłem „za chwilę spotkanie z Panem Bogiem”.

Mateusz Piotrowski

Brytyjscy związkowcy wobec „Solidarności”

Od tłumacza: W zeszłym roku przypadała okrągła, 40. rocznica utworzenia „Solidarności”. Z tej okazji powstał artykuł o wsparciu radykalnej lewicy dla „Solidarności” w Wielkiej Brytanii, opublikowany tutaj.

Dotyczył on okresu pomiędzy Sierpniem ‘80 a wprowadzeniem stanu wojennego, a jego treść skupiała się na ruchu trockistowskim. Przygotowując tamten tekst zebrałem więcej materiałów o współpracy brytyjskiej lewicy z „Solidarnością”. Za pośrednictwem polskich działaczy emigracyjnej „Solidarności”, związanych z lewicą, emigracyjnymi strukturami Polskiej Partii Socjalistycznej i ruchem robotniczym, skontaktowano mnie z młodym brytyjskim historykiem Tomem Palmerem, który pisał pracę magisterską na Uniwersytecie w Leeds na ten temat. Przekazałem mu zebrane materiały, licząc że zawodowy historyk lepiej je wykorzysta. Chciałby w 41. rocznicę Porozumień Sierpniowych zaprezentować publicystyczny skrót z jego pracy naukowej, poświęcony współpracy „Solidarności” z brytyjskim ruchem zawodowym i robotniczym. Należy pamiętać, że w Wielkiej Brytanii w tym okresie istniała tylko jedna centrala związków zawodowych (TUC), która była ściśle związana z Partią Pracy i liczyła w 1980 roku około 12 milionów członków. Stwarzało to m.in. problemy związane z szerokim spektrum politycznym w tej centrali związkowej. Oprócz socjalistycznego centrum, w poszczególnych związkach mieli wpływy zarówno prosowieccy członkowie Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, eurokomuniści, jak i radykalni socjaliści trockistowscy z organizacji takich jak Socialist Workers Party, International Marxist Group czy Socialist Workers Alliance. Poniższy tekst częściowo ukazuje, jaki to szerokie spektrum lewicowych opcji ideologicznych miało wpływ na stosunek do robotniczej rewolty z lat 80. w Polsce.

Wstęp

„Jeżeli maszyna drukarska jest do zdobycia, to załatwcie to!” – polecił Lech Wałęsa, gdy poinformowano go, że John Taylor zlokalizował maszynę do druku offsetowo-litograficznego na Targach Poznańskich. Zafascynowany wydarzeniami w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980, Taylor, członek Partii Pracy z Dudley, przyjechał do Polski z dwutygodniową wizą turystyczną. W państwie komunistycznym, chcącym kontrolować dystrybucję wszelkich informacji, sprzęt drukarski był prawie niemożliwy do zdobycia. Taylor wprowadził więc w błąd komunistycznych urzędników, deklarując, że zakup jest przeznaczony na eksport. W ten sposób dostarczył „Solidarności” pierwszy profesjonalny sprzęt do powielania.

Ponieważ „Solidarność” była oficjalnie związkiem zawodowym, to dlatego właśnie ruch robotniczy i związki zawodowe były w Wielkiej Brytanii inicjatorem znacznej część akcji wsparcia dla niej. Wspomniany John Taylor uosabiał sympatię brytyjskiej lewicy wobec nowego polskiego związku. Historia pomocy udzielanej w latach 80. jest opowieścią o solidarności, ale i o kunktatorstwie i hipokryzji brytyjskiej lewicy. Żadna inna kwestia nie zyskała w tym okresie sympatii zarówno ze strony brytyjskiej premier Margaret Thatcher, jak i np. oddziału Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii (CPGB) w Cardiff. Jednak właśnie ta różnorodności poparcia dla „Solidarności” dowiodła lojalności dużej części lewicy wobec jej fundamentalnych wartości, gdy np. prosowieccy apologeci w brytyjskim ruchu robotniczym utrudniali pomoc.

Pochwały ze strony Thatcher pod adresem polskiego związku zawodowego odstręczały niektórych lewicowych aktywistów, ponieważ brytyjska premier tłumiła w Wielkiej Brytanii te same prawa, o które walczyła „Solidarność”. Dla innych ujawnienie hipokryzji brytyjskiej premier było natomiast motywacją do działania. Hipokryzja nie była zarezerwowana jednak tylko dla prawicy. Nacjonalistyczne wątki w „Solidarności” i jej bliskie relacje z Kościołem katolickim niepokoiły niektórych brytyjskich socjalistów. Jednak ci sami krytycy nie mieli problemu ze wspieraniem katolickiego nacjonalizmu w Irlandii Północnej.

Wielu zarzuca brytyjskiemu ruchowi robotniczemu bycie jednym z najbardziej niechętnych pomocy „Solidarności” w porównaniu z jego odpowiednikami w innych krajach Europy Zachodniej. Anita Prażmowska, profesor London School of Economics, w swojej książce „Solidarity with Solidarity: Western European Trade Unions and the Polish Crisis, 1980-1982” napisała, że „gdy przywódcy »Solidarności« zdecydowali się szukać poparcia u Margaret Thatcher, odcinali się w ten sposób od jakiegokolwiek dialogu z brytyjskimi przywódcami związkowymi”. Należy przyznać, że reakcja brytyjskiej centrali związków zawodowych TUC na powstanie „Solidarności” była ostrożna i to samo dotyczyło brytyjskiej Partii Pracy. Artykuł ten ma jednak na celu wykazanie, że powolna reakcja kierownictwa głównych organizacji pracowniczych nie miała odzwierciedlenia na poziomie oddolnym ani w poszczególnych związkach zawodowych, bo byli oni dalecy od unikania kontaktów z „Solidarnością” z powodu jej poparcia przez brytyjską prawicę (Thatcher). Nowy polski związek był odbierany przez wielu członków brytyjskiej lewicy jako ruch robotniczy domagający się prawa do istnienia jako niezależny od państwa związek zawodowy. Prawdziwe oddolne powiązania rozwinęły się między brytyjską i polską klasą robotniczą na poziomie regionalnym, branżowym, a nawet poszczególnych zakładów pracy.

Studium solidarności z Solidarnością ukazuje „przepuszczalność” żelaznej kurtyny i przyczynia się do zrozumienia roli, jaką w upadku Związku Radzieckiego i Bloku Wschodniego odegrały społeczno-polityczne interakcje Wschód-Zachód.

Niechciana emigracja

Chociaż od 1980 roku powstawały różne brytyjskie inicjatywy solidarnościowe z niezależnym ruchem zawodowym w Polsce, żadna z nich nie był oficjalnym przedstawicielem „Solidarności”. Formalnym przedstawicielstwem związku została dopiero Grupa Robocza NSZZ „Solidarność” w Wielkiej Brytanii (STUWG – Solidarność Trade Union Working Group), założona w grudniu 1981. W skład jej wchodzili członkowie „Solidarności”, którzy pozostali w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu stanu wojennego.

Od 1983 roku STUWG zostało zastąpione przez Biuro Informacyjne „Solidarności” w Londynie, kierowane przez Marka Garzteckiego, dziennikarza muzycznego znanego m.in. z Programu 3 Polskiego Radia, który utknął w Londynie po wprowadzeniu stanu wojennego. Świadomi znaczenia kontaktów międzynarodowych, liderzy podziemnej „Solidarności” w Polsce zezwolili na utworzenie oddziałów w kluczowych stolicach Europy Zachodniej jako oficjalnych przedstawicieli pod auspicjami Biura Koordynacyjnego Solidarności za Granicą, z siedzibą w Brukseli. Biuro Informacyjne w Londynie cieszyło się poparciem brytyjskich związków zawodowych. Oprócz wystąpień medialnych, kluczowym działaniem Biura Informacyjnego była organizacja programu „Adoptuj więźnia”, w ramach którego udzielano pomocy zatrzymanym i ich rodzinom w Polsce. Szczegółowe informacje o internowanych członkach „Solidarności” pojawiały się w różnych lewicowych publikacjach i ułatwiały oddolną akcję solidarnościową z więźniami politycznymi w Polsce.

STUWG poświęciła wiele wysiłków na szukanie wsparcia ze strony brytyjskiego ruchu związkowego. W 1982 zorganizowano objazd z cyklem przemówień w setkach lokalnych oddziałów związków zawodowych, fabrykach i zakładach pracy, w których wzięli udział Garztecki i Piotr Kozłowski. Kozłowski był robotnikiem, działaczem „Solidarności” z fabryki traktorów w Ursusie, który również utknął w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu staniu wojennego. Garztecki wspomina „fenomenalne” wrażenie, jakie robił Kozłowski na brytyjskiej klasie robotniczej. Pomimo przemawiania po polsku, Kozłowski był w stanie przekazać autentyczny głos polskiej klasy robotniczej. „Socialist Challenge”, pismo brytyjskich trockistów z Międzynarodowej Grupy Marksistowskiej, donosiło o „wielkim wpływie”, jaki Kozłowski miał „na górników, hutników oraz aktywistów związkowych i działaczy ruchu robotniczego”.

Wraz z brytyjskimi sympatykami, polscy związkowcy postulowali, aby NSZZ „Solidarność” wywoływała oddolną solidarność brytyjskiej klasy robotniczej z polskimi robotnikami. Chciano w ten sposób rozwiać obawy związane z kojarzeniem „Solidarności” z jej prawicowymi zwolennikami z brytyjskiego rządu i administracji USA; jednocześnie starano się obalić prosowiecką ideę, że to władze PRL są prawowitym i jedynym przedstawicielem polskiej klasy robotniczej. Emigrantom z „Solidarności” z ich brytyjskim sprzymierzeńcami udało się wywołać, oddolną, spontaniczną sympatię dla polskich robotników zarówno w ruchu robotniczym, jak i poza nim, w przeciwieństwie do niezdecydowanej postawy większych organizacji ruchu robotniczego, takich jak centrala związkowa – TUC. Powodzenie tej strategii lobbowania na lewicy najlepiej pokazał przypadek oddolnej solidarności zamanifestowanej w fabryce traktorów Massey Ferguson w Coventry.

„Solidarność” i brytyjski ruch związków zawodowych

W styczniu 1982, po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, Piotr Kozłowski apelował do pracowników Massey Ferguson, aby wyrazić solidarność ze swoimi polskimi odpowiednikami, odmawiając obsługi wysyłki podzespołów do licencyjnych ciągników w fabryce Ursus. Po wysłuchaniu apelu Kozłowskiego ponad trzy tysiące pracowników Massey Ferguson jednogłośnie go poparło. Podobne działania podjęto w zakładach Massey Ferguson w Manchesterze. Był to akt prawdziwej solidarności klasy robotniczej między robotnikami brytyjskimi i polskimi, jako oddolna inicjatywa wypracowana na poziomie miejsc pracy. „To był ogromny pokaz solidarności klasy robotniczej”, „wiec całym sercem poparł postulat” (bojkotu wysyłki do Polski części), relacjonował Les Hartopp, pracownik fabryki Massey Ferguson w Coventry.

Robotnicy Massey Ferguson nie byli osamotnieni w wyrażaniu solidarności. „Adopcje” internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego było najbardziej rozpoznawalnym sposobem wspierania działaczy „Solidarności” przez organizacje lewicowe. Na przykład pracownicy brytyjskiej fabryki Leyland w Albion w Szkocji „adoptowali” więźniów politycznych, zapewniając pomoc materialną rodzinom internowanych. Inne związki zawodowe również często adoptowały swoich zatrzymanych polskich odpowiedników. Porozumienia partnerskie między brytyjskimi związkami zawodowymi a regionalnymi oddziałami „Solidarności” to kolejny przykład oddolnej solidarności. W 1987 roku Związek Zawodowy Urzędników Administracji Państwowej i Samorządowej (NALGO – National and Local Government Officers’ Association) nawiązał współpracę ze szczecińskim oddziałem „Solidarności”, pokrywając koszty prawne i wspierając finansowo rodziny związkowców osadzonych w obozach internowania.

Wiele wpływowych związków zawodowych, które wcześnie wyraziły solidarność z „Solidarnością”, natychmiast potępiło stan wojenny w grudniu 1981. Związki te wzywały swoją centralę – TUC, której dotychczasowe poparcie było mierne, do maksymalizacji pomocy dla „Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego wyrażano szczególne zaniepokojenie losem Bogdana Lisa, wiceprzewodniczącego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, ponieważ był on gościem zjazdu TUC w 1981. Podobnie NALGO napisało do polskiego ambasadora, zaniepokojone losem Mieczysława Kukuły, członka „Solidarności”, który uczestniczył w ich zjeździe w 1981. Ta troska o konkretne osoby jest reprezentatywna dla więzi osobistych, które uformowały się oddolnie pomiędzy brytyjskimi związkowcami a członkami NSZZ „Solidarność”, gdy współpraca zmieniła się z czysto politycznej, w osobiste relacje wsparcia i solidarności.

Omawiając wsparcie brytyjskiego ruchu zawodowego nie sposób, nie wspomnieć o EEPTU – The Electrical, Electronic, Telecommunications and Plumbing Union. To brytyjski związek zawodowy, który prawdopodobnie najbardziej żarliwie popierał „Solidarność”. Frank Chapple, sekretarz generalny związku, był jednym z najgłośniejszych zwolenników „Solidarności”. Jednak wsparcie Chapple’a nie zawsze było błogosławieństwem. Chapple, uważany za antysocjalistycznego „prawicowca” i przywódcę niedemokratycznego związku zawodowego, był postacią dzielącą ruch robotniczy, a jego poparcie szkodziło postrzeganiu „Solidarności” w innych środowiskach. Ta konfrontacja opinii wewnątrz ruchu związkowego wpłynęła na ostrożne podejście TUC. Zachowawcze stanowisko centrali brytyjskich związków stanowiło przeciwieństwo oddolnych wysiłków działaczy i poszczególnych związków zawodowych. Można to wyjaśnić tym, że podmioty stowarzyszone w TUC obejmowały całe spektrum opinii politycznych brytyjskiej lewicy.

Kongres Związków Zawodowych (TUC)

„Kim on jest? Co to jest?” – reagowała Magda Wójcik (jedna z dwóch pracowników Biura Zagranicznego przy Komisji Krajowej w Gdańsku) na list, który w styczniu 1981 otrzymał Lech Wałęsa od Lena Murraya, sekretarza generalnego TUC. To, że „Solidarność” nie wiedziała o brytyjskiej konfederacji związków zawodowych po czterech miesiącach swego istnienia, jest przykładem powolnej reakcji TUC, w przeciwieństwie do innych krajów. „Solidarność’ otrzymała niemal natychmiastowe poparcie wszystkich głównych francuskich konfederacji związków zawodowych oraz Amerykańskiej Federacji Pracy i Kongresu Organizacji Przemysłowych (AFL-CIO). Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) i Europejska Konfederacja Związków Zawodowych, których członkiem była TUC, również złożyły natychmiastowe deklaracje poparcia. Kontrastowało to z postawą TUC, które na swoim dorocznym kongresie, odbywającym się we wrześniu 1980 roku, zaledwie tydzień po założeniu „Solidarności”, było uwikłane w spór o to, jakie stanowisko zająć wobec nowego polskiego niezależnego związku zawodowego.

Lata odprężenia, poprzedzające powstanie „Solidarności”, przyniosły rozwój dobrych stosunków między TUC a komunistycznymi związkami zawodowymi w Europie Wschodniej, w tym Centralną Radą Związków Zawodowych (CRZZ) w Polsce. Na przykład Wydział Ekonomiczny TUC miał zaplanowaną wizytę w Polsce, jako oficjalni goście CRZZ, na wrzesień 1980. Powstanie „Solidarności” zdyskredytowało roszczenia CRZZ do wyłącznego reprezentowania polskich robotników. Rodziło to pytanie, jak donosił brytyjski „Guardian”: „czy (w tej sytuacji) TUC (w ogóle) powinna jechać do Warszawy?”. Wizyta została odwołana przez CRZZ. Epizod ten przygotował grunt pod niejasne stanowisko zajęte przez TUC w pierwszych sześciu miesiącach istnienia polskiego niezależnego związku.

Pomimo odwołania wizyty przez stronę polską, Kongres TUC przyjął niejednoznaczny wniosek, który „wyrażał nadzieję, że rozmowy toczące się w Polsce doprowadzą do rozwiązania satysfakcjonującego wszystkich zainteresowanych”. Było to dalekie od jednoznacznego poparcia dla „Solidarności”. Charakterystyczne jednak dla prób zachowania przez TUC równowagi pomiędzy przyjaznymi stosunkami z komunistycznymi związkami zawodowymi a wiarą w wolny ruch związkowy.

Wewnętrzne dokumenty ujawniają, że chociaż TUC starała się nawiązać kontakt z „Solidarnością”, to była przekonana, iż „CRZZ powinien być (o tym) poinformowany”. O dwuznacznej odpowiedzi TUC świadczy to, że uznając, iż „Solidarność” walczy o niezależną reprezentację robotniczą, pozostali dalej kurtuazyjni wobec CRZZ, która po sierpniu 1980 przestała być realnym przedstawicielem polskiej klasy robotniczej [a w grudniu 1980 przestała istnieć – przypis tłumacza].

Jednak w organizacji o wielkości TUC sympatia pojedynczych liderów nie wystarczyła do określenia polityki całego Kongresu, ponieważ procedury podejmowania decyzji były dość skompilowane. Tom Jenkins, który zajmował się Europą Wschodnią w Dziale Międzynarodowym TUC, podkreślał, że dla małego Działu Międzynarodowego TUC Polska była tylko jedną z wielu spraw, którymi się w tym okresie zajmowano.

Warto zastanowić się, dlaczego reakcja TUC różniła się tak wyraźnie od innych konfederacji związkowych na Zachodzie. TUC starała się zrównoważyć napięcia wewnątrzzwiązkowe z pragnieniem utrzymania przyjaznych stosunków z komunistyczną Europą Wschodnią, jednocześnie nie sprzeniewierzając się ideom wolnego ruchu związkowego. Zakres poglądów politycznych w TUC, od prosowieckich członków partii komunistycznej po żarliwych antykomunistów, jak Chapple, oznaczał, że decyzje polityczne wymagały czasu i wymagały kompromisu. To w pewien sposób wyjaśnia początkową niejednoznaczność TUC.

Niemałą rolę odgrywało to, że TUC był jedyną w Wielkiej Brytanii konfederacją związków zawodowych. W przeciwieństwie do innych krajów Europy, brak konkurencji z innymi konfederacjami nie zmuszał TUC do zajmowania zdecydowanego stanowiska wobec „Solidarności”. Kwestia stosunku do NSZZ „Solidarność” była bardziej widoczna w krajach, w których istnieje wiele konfederacji związkowych, takich jak Belgia, Francja czy Włochy.

Dla tych działaczy TUC, którzy już byli podejrzliwi wobec „Solidarności” ze względu na poparcie jej przez Franka Chapple’a, fakt, że Thatcher patrzyła przychylnie na rozwój wydarzeń w Polsce stanowił kolejny powód do sceptycyzmu. W styczniu 1981 r. doradca „Solidarności” Jan Strzelecki spotkał się z posłami Partii Konserwatywnej w jej siedzibie. Tego samego dnia odwiedził przedstawicieli TUC w londyńskiej głównej siedzibie centrali. Potwierdzał w ten sposób wyjątkową zdolność „Solidarności” do zjednywania sobie poparcia opcji politycznych, które na krajowej scenie politycznej były sobie wrogie. Dlatego, biorąc pod uwagę wewnętrzne spory, jakie wywołała „Solidarność”, TUC wydawała się początkowo zadowolona z pozostawienia aktywizmu pro-solidarnościowego w rękach ICFTU, jako substytutu własnego działania [ICFTU – Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych, miała siedzibę w Londynie, była afiliowana przy Międzynarodówce Socjalistycznej – przyp. tłumacza].

Kolejnym czynnikiem wpływającym na politykę TUC była chęć utrzymania życzliwych stosunków z CRZZ i innymi związkami zawodowymi za żelazną kurtyną. To, że początkowo ostrożna polityka TUC była napędzana chęcią niezaostrzania napięć w okresie zimnej wojny, było widoczne w analizie Bogdana Lisa dotyczącej jego wizyty w Londynie w lutym i marcu 1981. Wyrażał on swoją frustrację częstotliwością, z jaką lider TUC Len Murray odnosił się do kwestii „troski TUC o niebezpieczeństwa dla pokoju na świecie, jeśli coś pójdzie nie tak w Polsce”.

Istniało jednak jeszcze inne wyjaśnienie chłodnej reakcji TUC. Należy wziąć pod uwagę osobiste relacje, które rozwinęły się między brytyjskimi działaczami i komunistycznymi państwowymi związkowcami w okresie odprężenia. Były to przyjaźnie nawiązywane na różnych spotkaniach towarzyskich i na wakacjach. Znany lewicowy publicysta Denis MacShane w swojej książce o „Solidarności” („Solidarity: Poland’s Independent Trade Unions”, 1981) zidentyfikował problem brytyjskich „przywódców związkowych o dobrych intencjach”. Zostali oni postawieni w niewygodnej sytuacji, gdy musieli przemyśleć, czy ich sowieccy gospodarze w „luksusowych kurortach nad Morzem Czarnym” faktycznie reprezentowali robotników z Europy Wschodniej.

Niejednoznaczna i zachowawcza polityka TUC wobec „Solidarności” utrzymywała się do końca lutego 1981. Punktem zwrotnym, kiedy to TUC formalnie nawiązała związki z „Solidarnością”, była oficjalna wizyta Bogdana Lisa. Tak jak Piotr Kozłowski miał głęboki wpływ na brytyjską klasę robotniczą, tak Lis na przywódców związkowych. Lis był młodym, charyzmatycznym inżynierem z bardzo dużą łatwością nawiązywania osobistych relacji ze związkowcami z klasy robotniczej. Był on przeciwieństwem polskich intelektualistów, którzy do tej pory kontaktowali się z TUC w imieniu „Solidarności”. Eugeniusz Smolar, który był tłumaczem Lisa podczas podróży, podkreślał znaczenie przedstawienia przez Lisa robotniczego oblicza „Solidarności”. Smolar podkreślał szok TUC, gdy Lis ujawnił, że jest członkiem rządzącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), pokazując przywódcom związkowym, że „Solidarność” nie jest organizacją antykomunistyczną, lecz naprawdę robotniczym ruchem obejmującym zarówno komunistów, jak i niekomunistów. Na konferencji prasowej Lis starał się złagodzić zaniepokojenie charakterem postulatów „Solidarności”. Wyraził świadomość, że „warunki geopolityczne […] są takie, że musimy zachowywać poziom zdrowego rozsądku i umiaru w naszych żądaniach”. Pomogło to uspokoić obawy TUC, że powstanie „Solidarności” zagraża stabilności Europy oraz uspokoić brytyjski ruch robotniczy, że „Solidarność” jest przede wszystkim związkiem zawodowym, dążącym do obrony prawa do niezależnej reprezentacji pracowniczej.

Wizyta odniosła zamierzony skutek i uzyskano oczekiwane wsparcie TUC, a pomoc materialna znacznie wzrosła. Przekazano 20 000 funtów na sprzęt biurowy i drukarski, a także zaproponowano szkolenia związkowe dla członków „Solidarności”. Wizyta Lisa była jedną z wielu wizyt przedstawicieli „Solidarności” w całej Europie Zachodniej, które miały na celu nawiązać współpracę pomiędzy nowym polskim związkiem zawodowym a światowym ruchem związkowym. Chociaż często zakłada się, że to zachodni aktywiści zainicjowali wsparcie dla uciskanych ludzi w Bloku Wschodnim, w rzeczywistości często było odwrotnie; to oni potrzebowali działaczy „Solidarności”, takich jak Lis, odwiedzających Europę Zachodnią, aby uzyskać wsparcie od bardziej zachowawczych organizacji ruchu robotniczego.

Chociaż pomoc ze strony TUC wzrosła po wizycie Lisa, dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego poparcie stało się absolutne. Powaga sytuacji w Polsce spowodowała zmianę polityki w całej Europie. We wrześniu 1983 Departament Międzynarodowy TUC ogłosił, że „Solidarność” jest „jedyną organizacją w Polsce, którą uznajemy”, natomiast w listopadzie 1986 sekretarz generalny TUC Norman Willis złożył wniosek o członkostwo „Solidarności” na kongresie ICFTU [wzmocniło to symboliczną pozycję zdelegalizowanego przez władze PRL związku na arenie międzynarodowej – przyp. tłumacza]. TUC nie zerwało jednak po wprowadzeniu stanu wojennego relacji z reżimowymi związkami zawodowymi w Polsce (związki branżowe, OPZZ). Działo się tak, mimo że Polish Solidarity Campaign [związana z lewicowymi działaczami brytyjskimi oraz emigracyjnym PPS – przyp. tłumacza] naciskała wielokrotnie na TUC w kwestii zerwania kontaktów z koncesjonowanymi przez władze PRL związkami zawodowymi. TUC twierdziło jednak, że kontakty takie dają wyjątkową okazję do lobbowania u władz polskich w imieniu „Solidarności”. Pomimo tego, podczas wizyty w Londynie w 1989, Wałęsa wyraził wdzięczność TUC za całokształt wsparcia.

Krajowy Związek Górników

Postawa działaczy centrali związkowej TUC nie zawsze odzwierciedlała oddolną sympatię ruchu związkowego wobec „Solidarności”. Przypadek National Union of Mineworkers (NUM) może posłużyć jako doskonały przykład tego, że poglądy kierownictwa poszczególnych związków niekoniecznie oddawały odczucia jego członków. Opinie Arthura Scargilla, przewodniczącego NUM, groziły wrzuceniem tego związku do jednego worka z prosowieckimi przeciwnikami „Solidarności”. W liście do „News Line”, dziennika Workers’ Revolutionary Party (Robotnicza Partia Rewolucyjna, trockiści), Scargill wyraził swój sprzeciw wobec „Solidarności”, uznając ją za „organizację antysocjalistyczną, która pragnie obalenia państwa socjalistycznego”.

Krytyki Scargilla pod adresem „Solidarności” nie podzielali szeregowi członkowie NUM. Przykładem tego może być delegacja związku do Ambasady RP w lutym 1982 z żądaniem uwolnienia Józefa Patyny, polskiego górnika, który odwiedził NUM w 1981. Akcja ta pokazywała szczególną sympatię brytyjskich lewicowców wobec polskich związkowców, z którymi mieli osobisty kontakt.

Nieco ponad rok później, gdy strajk górników w Wielkiej Brytanii trwał, wątpliwości zasiane na lewicy przez działaczy typu Scargilla co do robotniczego charakteru Solidarności zostały rozwiane. „Do strajkujących górników Wielkiej Brytanii” – to tytuł oświadczenia podziemnej „Solidarności” z Górnego Śląska z czerwca 1984. Czytamy tam: „[…] Górnicy Solidarności przesyłają Wam braterskie pozdrowienia i naszą […] solidarność z Waszą walką”. Oświadczenie reprezentuje branżowe powiązania między szeregowymi związkowcami w Wielkiej Brytanii i Polsce. Poparcie polityczne udzielone „Solidarności” przez członków NUM w 1981 roku zostało odwzajemnione trzy lata później. Było to nie tylko kłopotliwe dla Scargilla, ale także obnażało hipokryzję poparcia Thatcher dla „Solidarności”. Rząd Thatcher był w konflikcie z NUM, który cieszył się poparciem „Solidarności”. Co więcej, jej rząd, aby złamać strajk górników, trzykrotnie zwiększył import węgla od polskiego reżimu – tego samego, który Thatcher potępiła po stanie wojennym. Związkowcy szybko wskazali na podwójne standardy Thatcher.

Strajk górników przyniósł jednak kolejne problemy w stosunkach między NUM a „Solidarnością”. W artykule opublikowanym w „Sunday Mirror” w lipcu 1984 roku Wałęsa wydawał się krytykować podejście Scargilla do strajku górników, jednocześnie chwaląc Thatcher. Pogorszyło to postrzeganie „Solidarności” w kręgach NUM. Wywiad Wałęsy, w kontekście ogromnej popularności Scargilla, osiągającej apogeum wśród związkowców podczas strajku górników, ponownie wywołał głośny sprzeciw części lewicy wobec „Solidarności”.

Generalnie jednak podczas gdy przywódcy brytyjskiego ruchu robotniczego często podchodzili do „Solidarności” z rezerwą, szeregowi działacze oraz poszczególne organizacje związkowe okazywały znaczną spontaniczną sympatię.

Podsumowanie

„Za waszą i naszą wolność” od dawna było to hasłem i wezwaniem Polaków wspierających walki wyzwoleńcze na całym świecie, czy to w solidarności z rosyjskimi dekabrystami w XIX wieku, czy w ramach Brygad Międzynarodowych walczących o republikańską Hiszpanię w XX wieku. W 1980 roku polska tradycja solidarności międzynarodowej została odwzajemniona, gdy polscy robotnicy otrzymali polityczne i materialne wsparcie od ruchu robotniczego w Europie Zachodniej.

Relacje między brytyjską lewicą a „Solidarnością” były hamowane ze strony głównych organizacji związkowych, przeciwieństwem były jednak prawdziwe wyrazy solidarności ze strony szeregowych związkowców. Oddolne ruchy solidarnościowe niestrudzenie lobbowały w kierownictwie brytyjskiej lewicy, by skoncentrowało polityczne działania na uciskanych polskich robotnikach oraz zaprzestało przyjaznych stosunków z ich ciemiężcami. Członkowie NSZZ „Solidarność”, którzy zostali w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu stanu wojennego, odegrali nieocenioną rolę jako jej przedstawiciele, prezentując robotnicze oblicze „Solidarności” wobec sceptycznych elementów w ruchu robotniczym.

Pomiędzy brytyjską i polską klasą robotniczą rozwinęły się autentyczne oddolne związki. Wielu brytyjskich związkowców wyraziło po wprowadzeniu stanu wojennego osobiste zaniepokojenie losem członków „Solidarności”, z którymi mieli wcześniej osobiste kontakty. Porozumienia rozwinęły się między brytyjskimi i polskimi pracownikami na poziomie regionalnym, branżowym i zakładowym.

Może byłoby zbędne mówienie o sukcesie działań brytyjskiej lewicy na rzecz solidarności z „Solidarnością”, ponieważ jej wkład w ostateczne osiągnięcie wolności w Polsce był nieporównywalny z ofiarą polskich robotników. Należy pamiętać jednak, że materialne i polityczne wsparcie ze strony brytyjskiego ruchu robotniczego i międzynarodowa solidarność były bez wątpienia ważną pomocą dla polskich robotników po stanie wojennym.

Tom Palmer

tłum. Marcin Guzek