Cyfrowa bandera z czaszką

Jednym z problemów coraz bardziej istotnych społecznie jest kwestia praw autorskich i własności oprogramowania komputerów, cyfrowych postaci filmów i muzyki, udostępniania zdigitalizowanych wersji różnych dóbr użytkowych. Właściwie każdy, kto korzysta z komputera, staje twarzą w twarz z problemem zwanym piractwem. Sprawa nie jest błaha, bowiem w grę wchodzą duże pieniądze, odpowiedzialność karna, a wreszcie kwestia niewymierna, lecz równie istotna – zakres naszej wolności jako indywidualnych osób oraz całego społeczeństwa. Spróbujmy zatem zastanowić się nad kształtem aktualnego ładu prawnego, który dotyczy szeroko pojętej „własności intelektualnej” oraz nad konsekwencjami istniejących przepisów. Problem jest bardzo szeroki i zawiły, dlatego wielu ludzi myli aspekty prawne i przypisuje je złym podmiotom (stąd np. dość powszechne przekonanie, że pliki muzyczne w formacie mp3 są nielegalne – co jest oczywiście nieprawdą). Właśnie z powodu tej niewiedzy istnieje możliwość zasiania w nas ziarna strachu, bo „skoro ja nie wiem, jak to właściwie jest, to możliwe, że jest źle”. Oczywiście jest to błędne podejście.

Mity i fakty

Wielu z nas zadaje sobie pytania: Czy mogę trzymać muzykę i filmy na dysku komputera? Czy mogę wziąć muzykę w formacie mp3 lub filmy od kolegi? Czy mogę trzymać nagrania z radio i TV na dysku? Niewiele osób wie, że na wszystkie te pytania odpowiedź brzmi: TAK! Jeszcze mniej ludzi zdaje sobie sprawę, że za te wszystkie formy dysponowania takimi postaciami dóbr kulturalnych płaci artystom, wytwórniom płytowym oraz ZAiKS-owi. Dzieje się tak wskutek specjalnego podatku nałożonego na cyfrowe nośniki danych (takie jak płyty CD, DVD) oraz na sprzęt RTV. Pieniądze z tego źródła są przeznaczone dla twórców oraz wydawców muzyki i filmów jako rekompensata za dozwolony użytek osobisty (czyli za dzielenie się muzyką i filmami ze znajomymi). W Polsce wynosi obecnie, w zależności od nośnika czy sprzętu, 2-3% jego ceny.

Jedyne, czego nam zabrania aktualne prawo, to udostępniania tych treści w Internecie. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę, że ściągając na nasz komputer muzykę czy filmy za pomocą programów tzw. P2P, zazwyczaj jednocześnie udostępniamy (nieraz w sposób automatyczny) aktualnie pobierane pliki, tzn. już posiadane ich części! A to już jest karalne: za rozpowszechnianie utworów, zgodnie z art. 116 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, grozi nam do dwóch lat więzienia, nawet jeśli robimy to zupełnie niekomercyjnie (jeżeli czerpalibyśmy z tego stały dochód – nawet 5 lat). I to właśnie tego typu straszliwy proceder, czyli dzielenie się z innymi muzyką lub filmami, jest najczęstszym powodem oskarżeń o piractwo. Nie zmienia to jednak faktu, że ów problem reguluje prawo cywilne, czyli artysta lub ZAiKS sami muszą pozwać i udowodnić przed sądem winę osoby, która tak uczyniła (to zjawisko już ma miejsce, jednak skala tego problemu jest znikoma). Policja ścigając „z urzędu” takie zjawiska, po prostu łamie prawo!

Artysta z jednej sprzedanej płyty otrzymuje 2-5 zł, w zależności od tego, czy jest początkującym twórcą, czy też gwiazdą. Wszyscy wiemy, że polska muzyka w sklepie kosztuje około 30 zł za płytę. Artysta dostaje zatem 6-15% tego, co płacimy, reszta to marże, koszty dystrybucji, opłaty na rzecz ZAiKS-u (które artysta musi zapłacić) itd.

Od kilku lat funkcjonuje nowy sposób dystrybucji dzieł (Internet i sieci wymiany plików), który jest doskonale dostosowany do obecnych realiów technologicznych i trendów kulturowych. Jednak wielka fonografia (np. organizacja ZPAV – Zrzeszenie Producentów Audio Video) piętnuje Internet i wskazuje, że jest to z natury złe, „pirackie” rozwiązanie. Dlaczego? Powód jest oczywisty: pieniądze. Internet daje artystom bezpośredni dostęp do swoich fanów, a jedyne, co ogranicza ich w kwestii bezpośredniej sprzedaży swojej twórczości, to umowy z ZAiKS-em, które zmuszają artystę do pozbycia się swoich praw, jeśli chce zaistnieć na rynku muzycznym. Za te praktyki ZAiKS został już ukarany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Kultura uwięziona

Kolejnym aspektem problemu jest przerażająco długi czas prawnej ochrony dzieł. Wynosi on aż 70 lat po śmierci artysty. Okres ten jest systematycznie wydłużany. Moim zdaniem – podobnie twierdzi też wielu niezależnych teoretyków prawa autorskiego, np. Lawrence Lessing, autor książki „Wolna Kultura” – prawo autorskie obowiązuje tak długo, by w okresie jego funkcjonowania dany utwór już dawno popadł w zapomnienie – jedyna twórczość jaka istniałaby, to taka, która będzie objęta prawami autorskimi.

Prawa autorskie miały w zamyśle tylko na samym początku dawać przychód twórcom (jako uznanie za trud ich pracy), a potem, po wygaśnięciu tych praw, całe społeczeństwo mogłoby poznać dzieło i swobodnie je przetwarzać, aby stworzyć nowe na jego podstawie (to jest właśnie sedno kultury – nieskrępowane prawnie tworzenie na podstawie czegoś innego). Chodzi zatem o monopolizację rynku sztuki, kultury i rozrywki. Gdyby prawo było odpowiednie, utwór przechodziłby do domeny publicznej – tak nazywa się to, że prawa autorskie wygasają i każdy może utwór przetwarzać i rozpowszechniać w imię rozwoju kultury – w rozsądnym czasie, czyli jeszcze wtedy, gdy dzieło nie popadło w zapomnienie.

Drugi obieg

Można dojść do wniosku, że chodzi o coś więcej niż tylko bezpośrednie zyski – o władzę. Władzę nad rynkiem muzycznym, która daje możliwość kontroli tego, co puszczają w radio i tego, co leży w sklepie na półce. Są to wnioski daleko posunięte, ale fakty mówią same za siebie. Wiele jest przykładów komercjalizacji i monopolizacji rynku rozrywki, zwłaszcza radia. Wielu z nas pamięta Program 3 Polskiego Radia i Radio Bis – teraz nie różnią się one od stacji komercyjnych, mimo że nadal mają „misję” wpisaną w statut nadawcy publicznego.

Piractwo wpisuje się w to zjawisko w ciekawy sposób – jako alternatywna droga artysty do odbiorcy i jako tzw. drugi obieg. Interesujące, że wiele z tych zachowań, np. wspomniane dzielenie się z kolegą mp3-kami, jest legalne, jednak piętnowane (np. przez ZAiKS) z całą mocą. Cel takiej propagandy jest jeden: zmiana prawa autorskiego na bardziej restrykcyjne, czyli takie, które zakazywałoby wspomnianych wcześniej zachowań. Lobbing już się zaczął. Ministerstwo Kultury forsuje kierunek zmian tak silnie broniących praw autorskich, że aż prowadzących na skraj paranoi – teoretycznie może wprowadzić nawet delegalizację posiadania komputerów lub ich komponentów, jak nagrywarki CD/DVD. Jeśli damy sobie wmówić, że coś jest złe, to prawo powinno to piętnować, a my przyjmiemy to ze spokojem, prawda?

Programy i systemy

Wielu ludzi myli prawo dotyczące muzyki i filmu (czyli dzieła) z prawem dotyczącym oprogramowania, które jest produktem, nie zaś dziełem. Prawo dotyczące oprogramowania często utożsamiane jest z przedstawionym wcześniej, a więc dotyczącym twórczości. Na szczęście tak nie jest, a owo postrzeganie problemu to efekt pomyłki. Piszę „na szczęście”, ponieważ prawo dotyczące oprogramowania jest bardziej bezwzględne.

Art. 278 Kodeksu Karnego mówi: „§ 1. Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Tej samej karze podlega, kto bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej”. Zabroniony jest zatem akt uzyskiwania, czyli kupna, kopiowania itd., ale samo posiadanie już nie. To bardzo ważne, gdyż nikt z nas nie jest zobowiązany przechowywać jakichkolwiek dowodów zakupu. Dotyczy to nawet oryginalnej płyty instalacyjnej z programem, która mimo iż się zużyje, a mamy jej kopię zapasową, nadal może nam służyć, tj. jej oryginalna zawartość.

Kolejnym ważnym elementem tej układanki są słowa: „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej”. Gdyby chodziło po prostu o to, że kopiujemy program od kogoś, a więc nie płacimy za niego w sklepie, to te słowa byłyby zbędne. Skoro jednak się pojawiły, oznaczałoby to, że chodzi tylko o przypadki, gdy dzięki temu oprogramowaniu zarabiamy (sprzedajemy, pracujemy na nim itd.). Niestety, te kwestie są zazwyczaj pomijane przez prokuraturę i w sądzie.

Ostatnio dużo słyszeliśmy o „nalotach” policji na mieszkania i firmy w różnych częściach Polski. Wielu ludzi przyznało się do wszystkiego, co im zarzucano, mimo że w większości przypadków nie popełnili przestępstwa, gdyż nie spełnili warunku „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej”. Jednak kampania zastraszania zebrała duże żniwo i policja chlubi się wątpliwymi moralnie sukcesami. Co gorsza, za swoje działania dostaje nagrody pieniężne za bezwzględność (tzw. Złota Blacha) od organizacji broniących aktualnego ładu prawnego.

Prawo sobie, życie sobie

Problem piractwa rozumianego jako wykorzystywanie do prywatnych celów kopiowanego oprogramowania jest problemem bardziej społecznym niż prawnym. Wynika to z tego, że nikt nie jest w stanie przedstawić jego skutecznego rozwiązania, mimo że skala zjawiska jest ogromna. Cały problem zaczyna się już na początku, czyli w szkołach, gdzie uczy się nas obsługi oprogramowania, na które prywatnie nas nie stać, a następnie każe się nam z niego korzystać w dalszym procesie edukacji, do komunikacji z urzędami, w celach informacyjnych, w pracy oraz promuje się je w rozrywce (np. gry komputerowe).

Człowiek, który kończy edukację, jest przekonany, że ma dwa wyjścia: albo kupić oprogramowanie, które jest wymagane, albo skopiować je i zaryzykować problemy prawne (wykluczam nie korzystanie z nowoczesnych technologii, gdyż powinno się je uważać za PRAWO człowieka). Gdyby na poziomie edukacji wyartykułować rozwiązania takie jak otwarte standardy i otwarte oprogramowanie (open source) i promować je np. w administracji, to skala tzw. piractwa byłaby znacznie mniejsza, gdyż każdy znałby „trzecią drogę”.

Kolejnym problemem jest liczba platform wspieranych przez producentów oprogramowania (zwłaszcza gier, oprogramowania typu CAD oraz do obróbki muzyki). Najczęstszym przypadkiem jest wspieranie jednej platformy, a nawet jednego systemu operacyjnego – aktualnie jest to Windows XP. Jeśli więc mamy starszego Windowsa lub GNU/Linuxa, to możemy pożegnać się z uruchomieniem danego programu. Co dziwniejsze, podczas procesu edukacji lub w pracy zmusza się nas do posiadania takowych programów – np. nauczyciele czy wykładowcy wymagają od nas prezentacji w formacie PPT czy bazy danych w MDB. Ten problem ujawnia się bardziej, gdy potrzebne jest nam oprogramowanie specjalistyczne, np. typu CAD. Wtedy jedynym wyjściem jest piractwo, bo koszty zakupu są za wysokie np. dla wielu uczniów czy studentów, wynosząc czasem nawet 10 tysięcy dolarów/rok za licencję studencką (!). Te wszystkie problemy znikłyby, gdyby promowane były otwarte standardy w wymianie dokumentów cyfrowych.

Na szczęście są firmy, które zauważyły te problemy i poprzez współpracę chcą wywrzeć pewne naciski na nasze władze (http://www.standardy.org/).

Qui bono?

Lista beneficjentów takiej sytuacji jest długa i nie ma sensu wymieniać wszystkich firm i instytucji, które czerpią zysk z monopoli informatycznych oraz piętnowania Internetu jako kanału dystrybucji dóbr kultury. Ważniejsze jest, kto jest poszkodowany i kontrolowany. Głównymi poszkodowanymi są artyści zniewalani umowami z ZAiKS-em oraz odbiorcy, czyli my wszyscy, którzy chcemy, aby artyści byli wynagradzani, lecz wiemy, że aby dotarła do nich choć złotówka, musimy oddać 5 zł na rzecz różnych firm i instytucji.

Warto też zauważyć, że projekty Ministerstwa Kultury posuwają się coraz dalej. Przepisy, które proponują, zabraniałyby podejmowania działań zmierzających do egzekwowania prawa do dozwolonego użytku (o którym już pisałem) z treści zabezpieczonych „skutecznymi środkami technicznymi” (czyli tzw. DRM). DRM są to małe programy dodawane do treści cyfrowych (jakimi są mp3 i filmy DVD), które mają zapobiegać ich kopiowaniu. Największym zwolennikiem systemów DRM jest firma Microsoft, której nowy system operacyjny Windows Vista decyduje za nas o tym, co możemy zrobić z naszym komputerem oraz z legalnie nabytą treścią (muzyką, filmami).

Tu należy ponownie podkreślić, że prawo pozwala nam na kopiowanie tych dzieł w celu wykonania kopii zapasowej i dzielenie się nimi ze znajomymi. Czyli prawo mamy, ale… zabezpieczeń łamać nie możemy. Cel jest jasny. Chodzi o zabranie nam naszych praw poprzez legislacyjne sztuczki. Dlaczego Ministerstwo tak bardzo chce ograniczyć prawa konsumentów? Tego nie wiem, ale wiem, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Internet Society Poland i inne organizacje chcą bronić praw konsumentów i są przeciwne takim regulacjom.

Co robić

Do lipca 2006 r. w Polsce nie istniała ŻADNA organizacja, partia czy też instytucja, która opowiadałaby się za zmianami prawa autorskiego na korzyść twórców (nie wydawców) i ich odbiorców. Jedyny urząd, który co jakiś czas opowiadał się za prawami konsumentów, to UOKiK. Reszta, zwłaszcza MSWiA oraz ZUS, nie chcą słyszeć o pluralizmie w rozwiązaniach informatycznych, a lobby medialne skutecznie prze do przodu ramię w ramię z Ministerstwem Kultury w celu zdławienia dozwolonego użytku oraz domeny publicznej.

Pod koniec lipca 2006 r. powstał zalążek Partii Piratów (PP) w Polsce. Ruch narodził się w Szwecji dwa lata temu. Dzięki internetowi, podobne inicjatywy jak szwedzka zaczęły wyrastać niczym grzyby po deszczu. Aktualnie istnieją już 4 partie oraz 15 jest (tak jak w Polsce) w trakcie tworzenia. Aktualnie jedyne co można zrobić, to zebrać pozywanych i zastraszanych ludzi w jedną grupę i spróbować walki o swoje prawa, takie jak dozwolony użytek i domniemanie niewinności (które jest niszczone wskutek zastraszania). Partia Piratów koordynuje też wstępną pomoc prawną pozywanym do sądów.

Ważne są trzy aspekty, które mogą cokolwiek zmienić w wyżej opisanej sytuacji:

  • Zmiany legislacyjne, czyli projekty obywatelskie i obecność w parlamencie ludzi, którzy zadbają o ich przyjęcie.
  • Edukacja – konsumentów, w celu zmniejszenia skali łamania licencji na oprogramowanie, oraz artystów, aby znali swoje prawa wobec organizacji zbiorowo zarządzających prawami autorskimi i wytwórni płytowych.
  • Zmiany w administracji publicznej – aby posługiwała się otwartymi standardami wymiany np. dokumentów, aby obywatele nie byli skazani na kupowanie drogiego oprogramowania lub jego kradzież.

Potrzebne są zatem dwie organizacje. Jedna to partia polityczna, w celu dokonania zmian prawnych, oraz pilnowania administracji. Druga to organizacja pozarządowa, która zajęłaby się edukacją.

Na szczęście społeczność polskiego Internetu nie śpi. Pojawiają się takie inicjatywy, jak list przeciwko DRM w Polsce (http://list.7thguard.net/) czy wspomniana Partia Piratów (http://www.partiapiratow.org.pl).

Błażej Kaczorowski

Ostatnio, z uwagi na zadania jakich się podjąłem (jestem jednym z założycieli PP w Polsce), dostaję wiele informacji od ludzi, których dopadła machina egzekucji praw „własności intelektualnej”. Oto jeden z listów, który mnie poruszył (bardzo wiele jest podobnych):

Moja historia zaczęła się tak: W 2003 r. uległem córce kupując konsolę playstation. Wtedy nie miałem jeszcze komputera i moja wiedza na ten temat była równa zeru, tj. byłem przekonany, że do konsol wchodzą płyty PC. Niestety nie wchodziły. Zacząłem więc w legalnych sklepach szukać płyt do konsoli. Znalazłem dwie i to wszystko, ponieważ konsola była już przestarzała (w takim razie, jakim prawem były w sprzedaży).

Ktoś mi powiedział, że można zamówić płyty z gazety. Tak też zrobiłem. Jakież było moje zdziwienie, gdy na początku wiosny 2005 r. przyszło do mnie dwóch policjantów z nakazem rewizji. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy powiedzieli mi, że chodzi o pirackie płyty. Panowie byli nawet grzeczni, nie zrobili rewizji jak te z amerykańskich filmów, tylko poprosili, abym im wydał wszystkie płyty i tak też zrobiłem, od razu zabrali mnie na komisariat, gdzie złożyłem wyjaśnienia. I na tym koniec, aż do 6 listopada br., kiedy listonosz przyniósł mi wezwanie na komendę, i znowu nawał myśli, o co chodzi. Pragnę podkreślić, iż nigdy wcześniej nie miałem zatargów z prawem, dlatego ta sytuacja kosztuje mnie dużo zdrowia, nie wspominając o stresie.

Pracuję jako maszynista PKP i zamiast myśleć, jak szczęśliwie dowieźć ludzi do celu, ja myślę dlaczego robi się ze mnie kryminalistę i jak ten horror się skończy. Zapomniałem dodać, że dziś przedstawiono mi zarzuty i od dziś (to jakaś paranoja) jestem podejrzanym. Myślę, że sprawa skończy się w sądzie i na pewno dowalą mi jakąś olbrzymią karę, a wtedy nie wiem kto wyżywi dwójkę moich dzieci, jestem jedynym żywicielem rodziny. Dlaczego oni mi to robią, ja już jestem strzępkiem nerwów, tak się nie da żyć. Czuję się, jakbym kogoś zamordował.

Prawdziwi bandyci są bezkarni a uczciwych ludzi się czepiają, bo tak najprościej, bo nie trzeba zza biurka wyłazić i wiedzą, że takie ofiary jak ja są bezbronne.

Proszę doradźcie mi jak mam się bronić, co robić?”.

Bez kombinowania

Bez kombinowania

– z Cezarym Ciszewskim rozmawia Agnieszka Sowała-Kozłowska

ciszewski

Jak duże zmiany w polskim dokumencie przyniósł przełom ustrojowy?

Cezary Ciszewski: Mój mistrz, Andrzej Titkow, za komuny świetnie funkcjonował w swym zawodzie, podobnie jak wielu jego kolegów, moich nauczycieli ze szkoły filmowej. To, co staje się dziś oczywiste po zetknięciu z tymi ludźmi i ich twórczością, to fakt, że ucisk komercyjny, który w tej chwili jest podstawowym żywiołem destrukcyjnym dla filmu dokumentalnego, grozi impotencją znacznie bardziej niż ucisk ustrojowy, który pod pewnymi względami był wręcz żyzny.

Gdy słuchałem opowieści o tym, jak za komuny filmowcy potrafili dyskutować przez cały tydzień – w gronie samych mistrzów dokumentu! – nad jednym ujęciem, najpierw się śmiałem, a potem zrozumiałem, że to jest właśnie środowisko do budowania refleksji, metafory, sensu. Właśnie w takiej dyskusji, niemalże antycznej, można debatować o sprawach tego świata – a nie pomiędzy tworzeniem reklamy a udzielaniem się w serialu.

Miałem do czynienia z ludźmi, którzy tak właśnie funkcjonowali, choć przecież kiedyś robili wspaniałe dokumenty. Widziałem, jak Maciej Dejczer, którego zatrudniłem do swego programu telewizyjnego „Muzyka łączy pokolenia” (bo przecież ja też żyję z telewizji), marnował potencjał w serialach i reklamach. Pamiętam, jak powiedział wszystkim na planie: „Mam 50 lat i ciągle jestem tylko dobrze zapowiadającym się reżyserem”. Był sfrustrowany i wybrał pieniądze; frustratem pozostał do dziś, natomiast przestał robić kino.

W stosunku do tego, jak tworzono kiedyś, współczesna kinematografia dokumentalna stanowi całkiem inny świat. To tak, jakby porównywać literaturę klasyczną do kryminałów i harlequinów.

W jednym z wywiadów stwierdził Pan, że współczesny dokument jest bardzo zubożony formalnie oraz że jedynie nieliczni twórcy świadomie posługują się obrazem.

C.C.: W dokumencie nie korzysta się obecnie z czegoś, co jest dla filmu podstawowe – nie operuje się scenami. Żeby opowiedzieć coś obrazem, nie wystarczy mieć wypowiadających się bohaterów i kilka pejzaży. Przede wszystkim trzeba zaobserwować pewne sceny. Gdy oglądam filmy, które opierają się na tym, że bohaterowie na przemian wygłaszają swoje opinie, za każdym razem dziwię się, dlaczego nie powstała z tego audycja radiowa. Wśród nowych filmów zdarzają się jednak także dzieła niezwykłe. Magicznym obrazem są na przykład „Nasiona” Wojtka Kasperskiego.

Najboleśniejsze jest to, że niewielu twórców stać dziś na bycie obłędnymi rycerzami swoich idei. Na bycie mistykiem, który poszukuje, i dopóki nie znajdzie, to się nie wypowie. Pamiętam, jak robiłem „Wolność jest darem Boga”, mój pierwszy film, który zabrał mi pięć lat życia i w którym się całkowicie zatraciłem. Przede wszystkim w materii kina, skoro miałem poprzez nią przekazać niezmiernie ważną dla mnie kwestię. Wszystko się kilka razy łamało; tuż przed premierą chciałem swoje dzieło spalić, ślęczałem nad workiem kaset, zastanawiając się, czy to wszystko ma jakikolwiek sens, czy zdołam to pociągnąć. I wtedy Maciej Drygas powiedział mi: „A co pan myślał? Że będzie pan pływał jachtem po Karaibach i kończył filmy? Pan nigdy nie będzie miał pieniędzy, żona pana zdradzi, koledzy będą co najwyżej pili z panem wódkę, będzie pan chory i będzie miał wiecznie długi i problemy. Takie jest życie dokumentalisty”.

Oczywiście absolutnie tego nie kupiłem, nadal byłem przekonany, że z życiem filmowca związany jest komfort pracy. Niestety, to on miał rację: w tej branży trzeba być gotowym na wszystko i być gotowym wszystko poświęcić. Tylko kto dzisiaj wszystko poświęci, skoro za dzień pracy przy reklamie dostaje tyle, że musiałby zrobić nie wiem ile filmów dokumentalnych? A każdy porządny film robi się tak długo, jak długo spełnia się proces twórczy, aż dojdzie się do momentu, kiedy powiedziało się wszystko. Niestety, większość twórców woli zrobić kolejny reportaż i wysłać go na jakiś festiwal do wsi takiej a takiej, bo „może coś wygra”.

Dlatego nie mam o obecnej kondycji polskiego dokumentu zbyt dobrego zdania. Po pierwsze dlatego, że bardzo dużo go oglądam, po drugie – bo mam kontakt z jego twórcami i wiem, co się z nimi dzieje. W tej chwili każdy chce zrobić karierę, a w dokumencie nie robi się kariery! To jest bardzo stara, szlachetna sztuka walki, w której nie chodzi o to, kto wygra, lecz o to, kto bardziej zbliży się do prawdy i będzie potrafił opowiedzieć o niej życiem. A obserwacja ludzi jest bardzo trudna; trzeba być jak drzewo, zżyć się z tym lasem, być w nim i mieć potrzebę tego, by posiąść tajemnicę. A jej się nie da wziąć tak po prostu, jak hot doga.

Odważył się Pan na boleśnie osobistą wypowiedź w postaci „Wolności…”, teraz jest Pan czołowym propagatorem twórczości za pomocą telefonów komórkowych. Preferuje Pan sztukę skrajnie subiektywną – czy to jest słuszna droga dla dokumentalizmu?

C.C.: Nie odczuwam potrzeby ujmowania tego tak globalnie. Obrałem taką drogę, ale nie jestem myślicielem, ani teoretykiem. Oczywiście spotykam się z całym tym poetyzowaniem na temat moich filmów. Ale powiem szczerze, że jestem praktykiem, robotnikiem. Robię film i przepływa przeze mnie wówczas strumień energii; staję w tej rzece i buduję swoje mosty. Nie zastanawiam się, jaka teoria wynika z tego dla kina, bo zajmuję się głównie przeżywaniem spraw, które są dla moich bohaterów tak bardzo ważne. Jeżeli w dokumencie nie ma świadectwa z podróży przebytej przez autora, wówczas robienie filmu mija się z celem. Nie zamierzam nikomu wytyczać żadnych szlaków, bo mam to już za sobą, natomiast ja kroczę takim. I to się chyba właśnie nazywa kino autorskie, czyli takie, w którym od początku do końca to ja odpowiadam za proces twórczy. Mam drużynę, która później w studio dokłada do tego swoje umiejętności, ale nikt więcej nie bierze w tym udziału. To trudna i żmudna droga, bo wszystko trzeba samemu „urodzić”. Z drugiej strony, jest to wtedy na pewno własne.

Czy to jest przyszłość dokumentu? Myślę, że dla człowieka, który zetknął się z tym świętym ogniem i zaczyna drążyć swój tunel, innego wyjścia już nie ma. Nie chcę uprawiać żadnych zapasów i stać się ofiarą własnych zapędów, popadając we frustrację, ale widzę w świecie filmowym bardzo dużo „kombinowania”. A największym nieszczęściem dokumentu jest właśnie kombinowanie.

Co dokładnie ma Pan na myśli?

C.C.: Ludzie podrabiają dokumenty, próbują o czymś opowiedzieć w całkowicie niewiarygodny sposób. Najlepiej, żeby bohater miał wszystkie możliwe zboczenia i kalectwa, a w dodatku robił złe rzeczy, chociaż jest księdzem. Zilustruję to przykładami. Andrzej Fidyk i Ewa Borzęcka tworzą w ten sposób, że kombinują swoje wielkie historie i dopiero później dopinają do nich bohaterów i doginają ich do swoich potrzeb. W praktycznie każdym filmie Borzęckiej nic nie jest prawdziwe, choć wszystko dzieje się w rzeczywistości. Myślę, że gdyby rysowała komiksy, to by się w tym genialnie spełniła.

Po przełomie ustrojowym dokument dopadły dwie choroby. Jedna, o której już mówiłem, łączyła się z tym, że wszyscy musieli – i mogli – zacząć zarabiać pieniądze. Większość przeszła przez tę chorobę, a przecież jak się zrobi serial i dwie reklamy, to już się nie wróci do prawdziwego kina…

Druga choroba przypada na czas, gdy królował Fidyk. Nastała wtedy epoka „dorównywania” do światowego dokumentu, czyli poszukiwania sensacji. A że powstawały komercyjne telewizje, znalazły się sceny potrzebujące takiej płytkiej materii. Wcześniej nie było możliwe, aby Kieślowski zrobił film o kimś, kto ma wypisane na twarzy wszystko, czego mamy się o nim dowiedzieć. On nie zrobiłby filmu o rodzinie z trzynaściorgiem dzieci, która na dodatek męczy królika, bo w tym nie byłoby nic do odkrycia. Jeśli zrobił film o nocnym portierze, po którym i tak miał wielkie wyrzuty sumienia, to on tę postać ujmował mitologicznie. Filmy Kieślowskiego miały w sobie wielkie uniwersum, to nie były historie robione ku uciesze gawiedzi.

Dokładnie pamiętam nastanie nowej ery w polskim dokumencie, bo zaczynałem wówczas pracę w telewizji publicznej jako dziennikarz interwencyjny. Jeździłem do różnych biduli czy przytułków i chciałem za sprawą telewizji rozwiązywać problemy społeczne. Przez trzy lata pracy doprowadziłem się do ruiny, nie robiąc nic innego. I nagle wszedł TVN i Polsat, i okazało się, że nikogo nie obchodzi pomaganie: bohater ma ryczeć, a kamera ma być włączona właśnie wtedy, gdy dzieje się najgorzej. Bo to ma być show – a show to bieda człowieka, jego wynaturzenie; jeśli go nie ma, trzeba je sprowokować. Nieważne stało się, co twórca ma do powiedzenia, ale to, co życie wrzeszczy. To zaczęło zabijać dokument.

Mimo tego wszystkiego, ma on wielką przyszłość, bo ludzie zawsze będą potrzebowali tego szlachetnego opowiadania. Ostatnia edycja Festiwalu Planete Doc Review była bardzo budująca, pojawiło się na nim kilka naprawdę dobrych filmów.

Odżegnuje się Pan od reportażu społecznego, jednak ja oceniam Pana jako zadeklarowanego społecznika. Poprzez warsztaty i akcje artystyczne (jak np. „przejście graniczne” na Moście Świętokrzyskim w Warszawie) propaguje Pan dziennikarstwo obywatelskie, można zatem nazwać Pana aktywistą. A może również utopistą…

C.C.: Wyzwolić w człowieku pewną świadomość – to rzecz nieoceniona. W takim sensie, owszem, jestem społecznikiem i neopublicystą.

W naszym manifeście najważniejsze są dwa pojęcia: neopublicystyka i wideonotes. Uświęciliśmy tym samym narzędzie okrutne i straszne, jakim jest telefon komórkowy. Bo nie wiem, czy jest we współczesnym świecie drugie urządzenie, które by tak zniewoliło ludzi i tak dalece robiło z nimi, co chce. Właśnie z tego narzędzia postanowiliśmy z moją bandą wykrzesać to, co ludzkie, czyli zamienić czarne na białe. Wideonotes ma przypominać, że każdy może utrwalać swoje refleksje i dzielić się nimi. Z tych wideonotatek być może powstaną kiedyś dokumenty, z działających w projekcie dzieciaków wyrosną twórcy, bo doświadczają one tego, czego każdy dokumentalista powinien doświadczyć: zapisują obraz ze swoim skrajnie subiektywnym i intymnym komentarzem, i zaczynają zauważać, że w każdej scenie musi być przeżycie, a nie tylko techniczne czynności. Włączenie kamery nie sprawia, że nagle zaczyna się życie, ono się przeważnie właśnie wtedy dla dokumentu kończy.

Genialny reżyser fabularny może w tym momencie zacząć „czarować”, ale dla dokumentalisty chwila, gdy pojawia się hasło „Kamera poszła”, to powinien być już koniec. Tymczasem spójrzmy na filmy takiego Marcina Koszałki. Nikt tak nie przekreował rzeczywistości, jak on w „Istnieniu”. Czytałem scenariusz, w którym zapisano, że główny bohater ma być krojony na stole, jeszcze zanim on umarł. Używam wyobraźni cały czas, unoszę się z nią nad ziemią jak balon. I wiem, że ta ziemia i to niebo nie mogą być zafałszowane. Kiedy zaczynamy fałszować, wychodzi z nas ta straszna słabość, którą mamy w sobie. Nigdy w ten sposób nie powiemy czegokolwiek ważnego i prawdziwego, zawsze będziemy mówić ściszonym falsetem nastolatka przed mutacją. To tyle, jeśli chodzi o prawdę w dokumencie.

Jestem aktywistą, choć mówię to z lekkim żalem, bo to nie jest poezja. A ja kocham poezję i gdy nie piszę wierszy, czuję, że jestem tylko stołkiem – do czegoś służę, ale nie świecę. Aktywista to taki zmęczony, wiecznie rozczarowany człowiek, który wierzy w ludzi nawet wtedy, gdy już się nie da. Uczymy młodych opowiadać obrazem, pytamy: jak chcesz przedstawić historię własnego życia, po to, by zostawić swoje świadectwo? Oczywiście jeśli chcesz, bo nie każdy musi i nie każdemu jest to pisane. Dane świadectwo to ogromnie ważna cezura – od tego momentu jesteś innym człowiekiem, wszedłeś na jakąś górkę i teraz już z niej oglądasz świat. Nie znaczy to, że jesteś wyższy i ważniejszy, ale że masz perspektywę: objąłeś świat i opowiedziałeś o nim.

Nie ukrywam, że mam w tym ruchu swój ogromny ideowy interes. Chciałbym, żeby powstała siła, która da odpór temu, co się zowie show-businessem, żeby ludzie nie głupieli w masie, jak to się dzieje obecnie i pewnie nieprędko skończy. Dzięki temu, że siedziałem trochę w hip-hopie i że wychowałem się na Pradze, wśród tamtejszej rynsztokowej cyganerii, wiem, że w tych ludziach są ogromne pokłady wrażliwości. To są nieprzebrane zasoby naturalne tego kraju, tylko że trudno ten potencjał uruchomić, utrzymać i rozwinąć. No ale iluś tam zaczęło już kręcić, podobno kilkuset, jak się dobrze policzy – tylu udało się już odnaleźć dla świata. A my działamy dalej, za chwilę rusza Komórkowa Telewizja Obywatelska. Jesteśmy jeszcze w podziemiu, ale coraz mocniejsi.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 1 sierpnia 2009 r.

Na ratunek!

Coraz częściej przychodzili do mnie znajomi robotnicy i urzędnicy ze stereotypową prośbą o napisanie po francusku albo po niemiecku listu do dyrekcji zakładów żyrardowskich, a przeważnie do dyrektora generalnego, pana Koehlera. Robotnicy pamiętali jeszcze czasy, gdy dawny właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, uprzejmie odpowiadał na listy skierowane do niego, kazał badać wynikłe spory, udzielał pomocy, radził potrzebującym rady. Teraz więc, gdy starzy urzędnicy i robotnicy tracili pracę, a nie otrzymywali odpowiedniej emerytury, każdy z nich był przekonany, że byle donieść o tym dyrektorowi generalnemu, to wszystko zmieni się od razu. Ale należało napisać do niego po niemiecku albo po francusku. Korespondencja ta stała się bardzo jednostronna, bo na listy i podania wysłane do pana Koehlera nikt nigdy nie otrzymywał odpowiedzi, bez względu na to, czy pisał urzędnik mający za sobą trzydzieści lat pracy na wysokim stanowisku fabrycznym i społecznym, czy też robotnik, który po półwiekowej pracy został „zredukowany”. Pan dyrektor po prostu nie odpowiadał, dostępu do niego nie było i sprawy likwidowały się jakoś same przez się, ulegały przedawnieniu, zapomnieniu, radykalnemu zlekceważeniu.

Biura fabryczne zostały przeniesione do Warszawy i dyrektor Koehler nakazał urzędnikom, aby się przeprowadzili do stolicy. Ni mniej, ni więcej. Że istniał bezprzykładny głód mieszkaniowy i że nawet za liche mieszkanko trzeba było płacić wysokie odstępne, tego nie przyjmował po prostu do wiadomości. Niektórym urzędnikom udzielano pożyczki na nabycie mieszkania w Warszawie, a pożyczkę odbierano potrąceniami z pensji. W Żyrardowie opustoszał wielki, kosztowny gmach kantoru głównego, a mnóstwo ładnych i wygodnych mieszkań w domach i willach fabrycznych stało pustkami. Oczywiście, nie brakło amatorów na te mieszkania, ale urzędnicy przenosili się do Warszawy, a osobom prywatnym fabryka mieszkań wynajmować nie chciała. Była to polityka w wielkopańskim stylu: przepadał dla fabryki czynsz mieszkaniowy za tyle pustych mieszkań po wysiedlonych urzędnikach, a w dodatku za pomieszczenia na biura w Warszawie musiały zakłady żyrardowskie płacić 80 tysięcy rocznie. Dla fabryki były to drobiazgi pozbawione większego znaczenia, ale jednocześnie zaprowadzono oszczędności, bardzo podobne do dokuczliwego i złośliwego sknerstwa, którego skutkami obarczano wyłącznie ubogiego robotnika, drobnego urzędnika, rzemieślnika i kupca. Gdzie się dało zaoszczędzić złotówkę kosztem najuboższej ludności żyrardowskiej, zaoszczędzano ją jak najskwapliwiej, ale nie żałowano setek tysięcy, gdy chodziło o dogodzenie kaprysom dyrekcji.

Od roku 1927 coraz częściej powtarzano imiona dwóch nowych władców Żyrardowa: Koehlera i Waśkiewicza. Dwa te imiona zrosły się z sobą tak ściśle, że gdy się powiedziało Koehler, to echo niby myśl natrętna dopowiadało: Waśkiewicz. To kazał zrobić Koehler, tamto zarządził Waśkiewicz. […] Sprowadzano z zagranicy nowych urzędników, tak zwanych asów przemysłowej i handlowej reorganizacji i racjonalizacji. Przyjeżdżał taki pan Pfau. Sześć tysięcy miesięcznie, wspaniała willa, świadczenia wszelkiego rodzaju. Kontrakt na trzy lata. Posiedzieli zacni ludzie trzy lata, wzięli z tytułu umowy 240 tysięcy, wydali z tej sumy na swoje utrzymanie jakie 10 tysięcy najwyżej i wyjechali śmiejąc się zapewne w kułak, że tak łatwo można w Polsce zarobić gruby grosz. Łatwo oczywiście, bo pan Pfau nie miał najmniejszego pojęcia o fabrykacji, a cała jego racjonalizacja pracy i handlu polegała na sztuce wypatrywania, komu by tak jeszcze można urwać coś niecoś z zarobku.

Siedział sobie w biurze tkalni pan Ulrich, specjalista od jedwabiu, chociaż z jedwabiem Żyrardów nie miał nic wspólnego. Likwidowano nawet len, aby tym wydatniej przerabiać bawełnę, jako że główny akcjonariusz pan Boussac był królem bawełny i na bawełnie zbijał majątek. Pobierał ten pan Ulrich 4500 złotych miesięcznie i nie robił literalnie nic, bo jedwabiu w Żyrardowie nie przerabiano. Robotnicy śmieli się z niego, że za całe zajęcie miał ten dyrektor wywabianie plam z tkanin. Kontrakt także na parę lat i na to rady nie było. Posiedział, powywabiał trochę plam i wyjechał wywożąc grube pieniądze. Ilu było w Żyrardowie takich racjonalizatorów i reorganizatorów pracy i jakie pieniądze powywozili, o tym społeczeństwo polskie nigdy nie dowie się całej prawdy, bo to są sekrety „handlowe”. Te właśnie sekrety podlegały bezpośrednio władzy dyrektora generalnego, Koehlera. Angażował inżynierów i dyrektorów specjalistów, ale żadnemu z nich nie pozwolił nic robić samodzielnie. Duża pensja, wysokie stanowisko i wywabianie plam. Dyrektor Koehler sam za wszystko odpowiadał i sam znał się na wszystkim najlepiej. Kazał np. poprzesuwać ciężkie maszyny w przędzalni lnu i to w taki sposób, że cienka posadzka żelazobetonowa groziła załamaniem się i nieobliczalną w skutkach katastrofą, ale nikt nie byłby się odważył zwrócić mu na to uwagę, bo każdy mógł wylecieć z fabryki na poczekaniu. Dopiero po jego śmierci z największym pośpiechem zdemontowano maszyny i poustawiano je na dawnych miejscach. Gdy pończoszarnia szła nieosobliwie i gdy fachowcy mówili, że trzeba koniecznie podnieść gatunek wyrobów pończoszniczych i obniżyć ceny, pan dyrektor generalny kazał przenieść maszyny do innego gmachu. Oczywiście, że te kosztowne przenosiny nic nie pomogły.

Taki był pan Koehler. A pan Waśkiewicz? Pewnego dnia pojawił się w Żyrardowie pan w rogowych okularach i „zajął stanowisko”. Miał poprzedników, ale poprzednicy ci jeden po drugim opuszczali Żyrardów, nie chcąc być narzędziem polityki fabrycznej, jawnie przeciwspołecznej. Pan Waśkiewicz zaprezentował się od razu wszystkim i każdemu. Obchód narodowy? Oczywiście, on na pierwszym miejscu. Zebranie towarzyskie w resursie? Naturalnie za jego specjalnym zezwoleniem. Zabawa sylwestrowa? Pod protektorem jaśnie wielmożnego pana dyrektora Jana Waśkiewicza. Urzędnicy mówili między sobą o nowych porządkach, ale tylko szeptem, bo nowy dyrektor bywał nie tylko protektorem zabaw sylwestrowych, lecz i groźnym władcą. Był wprawdzie tylko pomocnikiem dyrektora Koehlera, ale obowiązki swoje traktował z wielką sumiennością i interesy fabryki ucieleśnił w sobie. Gdy trzeba było wyszorować podłogę, dawny zarząd dawał szczotki na kijach, ścierki, szare mydło, sodę i kazał szorować. Pan Waśkiewicz przystępował do takich rzeczy obrzędowo: ile szarego mydła trzeba na metr kwadratowy podłogi? Na jak długo wystarczy ścierka? Ile zużywa się szczotki? Racjonalizacja gruntowna. W biurze stawał nad pracownikiem: „Co pan teraz robi? Czy nie można by trochę prędzej? Czy umie pan robić to a to?”. Pracę trzech zgarniało się na kupę, dzieliło się ją między dwóch, a trzeci mógł sobie iść. Reorganizacja na całego. […]

Pan Waśkiewicz rozejrzał się w sytuacji i z całą swą gorliwą wiernością zabrał się do służenia swojemu Koehlerowi. Przede wszystkim odmłodzenie zakładów żyrardowskich! […] Zaczęto sobie opowiadać, że na miejsce starych i niestarych robotników przyjmuje się dzieci, ale te dzieci muszą terminować. […] Pomysł był kuszący: rodziców na bruk, a ich dzieci pracować będą darmo, w zamian za perspektywę otrzymania później pracy stałej. Pan Waśkiewicz zabrał się do zrealizowania tej pięknej myśli z gorliwością wprost niezrównaną. Bywają tacy służbiści, którzy dla przypodobania się swemu panu gotowi wyleźć ze skóry. Pojawiły się „Kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła”. W kontraktach tych pan Waśkiewicz dyskontował dla fabryki i dla własnej kariery braki ustawodawstwa społecznego, bierność społeczeństwa, a przede wszystkim nędzę wyzyskiwanych. Wszyscy wiedzą przecie, że fabryka rozbiła rzemiosła na szereg rękoczynów przy maszynach i że w żadnej fabryce robotnik, choćby pracował trzydzieści czy czterdzieści lat, nie wyuczy się rzemiosła. A więc fikcja i podstęp, czyli chytry wyzysk.

Nauka rzemiosła u pana Waśkiewicza miała być zrazu bezpłatna, czyli że ani on nie płacił terminatorowi, ani rodzice terminatora nie płacili jemu. Ale w warunkach straszliwej nędzy, jakie razem z Koehlerem wytworzył, sama nadzieja otrzymania pracy była już sowitą zapłatą, więc dzieci rodziców wygnanych z fabryki garnęły się tłumnie do terminu, aby pracować darmo tam, gdzie rodzice ich pracowali za jakie takie wynagrodzenie. Terminowanie miało trwać aż trzy lata, podczas gdy naprawdę wystarczają cztery tygodnie, aby się wyuczyć sekretów pilnowania maszyny. Dawniej terminator fabryczny otrzymywał od razu wynagrodzenie jako dniówka, a po czterech czy sześciu tygodniach nauki własne krosna czy własny przydział przy maszynie. A tu trzy lata! Majster dawnego typu zobowiązywał się, że terminatora czegoś naprawdę nauczy, ale pan Waśkiewicz nie myślał brać na siebie takiego obowiązku i pozostawiał sobie wolną rękę. […] Taki kontrakt wiązał ucznia i jego rodziców, ale do niczego nie zobowiązywał pana Waśkiewicza. Terminator pracował, oczywiście, jak stary robotnik, niekiedy jeszcze wydajniej, bo wiadomo, że siły młodociane uskrzydla wrażenie nowości i pociąga zaciekawienie, wzbudzając gorliwość, jakiej w starych robotnikach być nie może. I takich właśnie „terminatorów” można było wyzyskiwać jako robotników darmowych, aby ich następnie wyrzucić i zastąpić nowymi darmowymi terminatorami. Gdy opinia zaczęła sarkać na to bezpłatne terminowanie, pan Waśkiewicz raczył płacić po 80 groszy dziennie, ale rzecz osobliwa, że terminator od razu otrzymywał książeczkę robotniczą, a kierownik oddziału nie troszcząc się o to, że ma do czynienia z terminatorem pana Waśkiewicza, który ma pobierać po 80 groszy dziennie, wyznaczał mu wynagrodzenie od sztuki. W rezultacie takich dziwnych manewrów młodociany po parotygodniowej darmowej robocie otrzymywał wreszcie pierwsze wypłaty, wynoszące jakie trzy złote z groszami za tydzień pracy. Ale co najważniejsze, to fakt, że na kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła przyjmowano nie chłopców, ale dziewczyny. Chłopców do fabryki nie przyjmowano. Popracowały takie młode robotnice, pozarabiały po trzy-cztery złote na tydzień i zgodnie z umową zostawały zwolnione w chwili, gdy trzeba było przyznać im większy zarobek, a na ich miejsce przyjmowano terminatorki nowe. Obrót młodocianymi siłami robotniczymi był żywy, praktyczny, cyniczny. […]

Mniejsza o majstersztyki takich panów, ale obojętność społeczeństwa, bierność wyzyskiwanych i brak jakiegoś głębszego zainteresowania dla spraw tak ważnych ze strony prasy – to zagadka po prostu tragiczna. Zainteresowanie się Żyrardowem miało przyjść dopiero później, gdy już było tylko prostym stwierdzaniem smutnych faktów, nie dających się odrobić. Na razie pojawiały się w prasie tylko luźne uwagi, notatki, artykuliki, z których ani jeden nie próbował sięgnąć głębiej. Jedyną konsekwentną akcję prowadził Magistrat. Prezydent miasta, p. Edmund Orlik, krzątał się, jeździł do Warszawy, informował władze, organizował pomoc dla bezrobotnych, szukał rozwiązania sprawy żyrardowskiej, gdzie tylko mógł, zalecając Żyrardów jako pierwszorzędny ośrodek przemysłowy. Inicjował akcję prasową w obronie Żyrardowa, zdobywał ciekawy materiał dowodowy, dotyczący gospodarki nowego zarządu, polecał układać memoriały dla władz rządowych, sejmu, prasy. Lecz trudności żyrardowskie nie były odosobnione i wyłącznie nasze. Robotnik żyrardowski, pozbawiony pracy w fabryce, nie miał dokąd odpłynąć i dlatego dzień w dzień przed Magistratem i przed biurem Funduszu bezrobotnych tworzyły się zatory unieruchomionej energii robotniczej. Trzeba było radzić. Ale jak? Roboty publiczne wymagały dużych pieniędzy, a o kredyty nie było łatwo. Magistrat i Rada Miejska wyzyskały wszystkie możliwości dopomożenia bezrobotnym, ale te możliwości były ogromnie ograniczone w stosunku do bezmiaru nędzy, jaka się w Żyrardowie zagnieżdżała. […]

Tymczasem pan Koehler sprowadza nowe kosztowne maszyny-automaty, przy których obsługa ludzka jest niemal zbędna, a pan Waśkiewicz przesiewa przez sito swoich kombinacji imiona tych, którzy mają być niebawem „zredukowani”. Z ust do ust idzie smutna wieść, że lista nowych redukcji już jest gotowa, że czterystu osiemdziesięciu robotników pójdzie na bruk. Ale na to nie ma rady. To jest racjonalizacja i reorganizacja pracy. Reorganizacja w imię czego? Dla kogo? Czy to naprawdę nikogo nie obchodzi, że tysiące ludzi musi głodować, ulegać straszliwej degradacji społecznej w rozpaczy i nędzy? Czy jedyną odpowiedzią na te pytania jest i będzie zawsze to jedno nic nie mówiące słowo: kryzys? Co to jest kryzys? Kto jest sprawcą kryzysu? Kiedy się skończy ten wielopostaciowy kryzys? […]

W Żyrardowie było coraz gorzej. Związki zawodowe zostały rozbite albo wegetowały żałośnie, w fabryce pracowało zaledwie tysiąc dwieście robotników, pan Waśkiewicz zwalniał bezustannie robotników i urzędników, niektórych namawiał usilnie do opuszczenia Żyrardowa. Jednocześnie likwidował w Żyrardowie bogate życie towarzyskie i kulturalne, otaczając się ludźmi prawie wyłącznie obcymi. Swoją gorliwość w służeniu Boussakom posuwał coraz dalej, wynajdował różne sposoby i chwyty, odebrał robotnikom Dom Ludowy, zbudowany dla nich przez Karola Dittricha, zamknął też szkołę tkacką, jedyną w województwie warszawskim, i zabierał się do opanowania miasta. Przed letnimi urlopami wymawiał wszystkim robotnikom pracę, wobec czego owe dwa tygodnie wypoczynkowe, które prawodawca chciał uczynić źródłem radości i porą wytchnienia dla spracowanego robotnika, stawały się dla wszystkich istnym piekłem niepokoju i zgryzoty, bo nikt nie wiedział, czy po urlopie letnim znajdzie jeszcze pracę w fabryce. Zarazem obrót siłami młodocianymi, czyli terminatorami fabrycznymi, był coraz bystrzejszy, według plastycznego wyrażenia p. Haliny Krahelskiej, byłej inspektorki fabrycznej. […]

Chodziło o złamanie człowieka pracy, o pognębienie go i zatriumfowanie nad jego bezradnością. I na to wszystko rady nie było. Koehler miał siłę po swojej stronie i z całym cynizmem wyzyskiwał to prawo silniejszego. Zaś pan Waśkiewicz odsłaniał mu usłużnie wszystkie braki naszego ustawodawstwa robotniczego i społecznego i doradzał, w jaki sposób można wyzyskać każdy z tych braków. Ogarniała nas rozpacz, ale cóż było robić? Podczas gdy w Paryżu i Berlinie ukazywały się książki o przesileniu demokracji i kryzysie parlamentaryzmu, w Żyrardowie widzieliśmy najistotniejsze przyczyny tych zjawisk. Ludzie pracy, ta podwalina najgłębsza gmachu cywilizacji, poczuli nagle, że dźwigają ciężar nad siły, obcy i wrogi. Wszystko, co dawniej tworzyło właściwą treść istnienia, polityka, wiedza, sprawy społeczne, lepsza przyszłość, znikło wobec zagadnienia elementarnego instynktu życia. Demokracja, faszyzm, dyktatura, socjalizm, oświata, komunizm, klerykalizm, antyklerykalizm – wszystko to stało się nagle nieistotne, obojętne, dalekie i obce. Jeszcze w nowelkach Gorkiego ubogi zecer wolał utracić pracę niż sprzeniewierzyć się swoim przekonaniom. Degradował się wprawdzie na robotnika niższej kategorii, musiał malować płoty, ale nie skazywał się na śmierć. Miał jeszcze rozległy wybór między dobrym a gorszym. Taki wybór znikł teraz zupełnie: najlichsza, najmarniej płacona praca albo głód, poniewierka, cierpienie i może nawet śmierć głodowa. Nie to było ważne, czy pracę da demokrata, czy komunista, klerykał i wstecznik, ale to, czy się ją w ogóle dostanie. Koniunktura gospodarcza pociągnęła za sobą koniunkturę polityczno-społeczną. […] Roztrząsanie spraw demokracji czy dyktatury to sprawa sytych, głodni nie mieli ani ojczyzny, ani przyszłości, ani przekonań polityczno-społecznych. Tragiczny popyt na chleb zmniejszył z natury rzeczy popyt na ideologie społeczno-polityczne. […]

Redukcje postępowały, obrót siłami młodocianymi był coraz szybszy. Poszczególne oddziały fabryki szły po trzy-cztery dni w tygodniu, a przy tym w całej wielkiej fabryce pracowało już nie 9 tysięcy robotników jak dawniej, ale niewiele ponad tysiąc. Jednocześnie wszakże administracja była taka kosztowna, jak bodaj nigdy dotąd. Sam Koehler pobierał kilkaset tysięcy rocznie, a tacy reorganizatorzy, jak Pfau, Ulrich i wielu innych otrzymywali po kilka tysięcy miesięcznie. W biurach warszawskich siedzieli różni dygnitarze zagraniczni, mający bardzo wysokie pensje, a techniczny personel fabryki był liczny. Na tę kosztowną administrację, która była nie mniejsza od administracji dawnej, gdy w fabryce pracowało 9000 ludzi, lecz raczej większa, musiało zapracować nieco ponad tysiąc robotników. Chodziło, oczywiście, nie tylko o administrację, ale i o akcjonariuszy, więc robotnik żyrardowski miał co dźwigać na swoich barkach. W dodatku musiał wziąć na siebie sprawę bezrobotnych towarzyszy, bo nowy zarząd fabryki z zasady nie dawał na cele społeczne ani grosza. Gdy opinia publiczna zaczęła się dopominać od fabryki pomocy dla bezrobotnych, zarząd nałożył na swoich urzędników 2-procentowy podatek od pensji, co w razie najlepszym mogło dać kilka tysięcy miesięcznie, czyli po kilkadziesiąt groszy na bezrobotnego. Była to „akcja ratunkowa” na odczepne.

Inteligentni robotnicy zdawali sobie sprawę z tego, że nie chodzi już o jedno z dawnych bezroboci, ale o wielkie zasadnicze przemiany, które setki tysięcy i miliony robotników wyrzucają poza nawias systematu pracy. Kierownicy tkalni nie troszczyli się teraz o to, czy tkacze zechcą pracować na trzech albo czterech krosnach, bo doszło tymczasem do tego, że jeden tkacz obsługiwał 10–12 krosien-automatów, a miejsce 200 cewiarek zajęły maszyny obsługiwane przez kilka młodych dziewczyn. Podczas gdy dawna cewiarka zarabiała 20–30 złotych tygodniowo, co przy 200 pracownicach cewiarskich dawało od 4 do 6 tysięcy złotych tygodniowo, po zracjonalizowaniu cewiarni maszyny przy obsłudze kilku dziewczyn pracowały za 60–80 złotych tygodniowo. W przędzalni pozsuwano maszyny i pracę porozdzielano w ten sposób, że gdzie dawniej pracowały trzy prządki, tam postawiono jedną. Gdy w oddziałach pomocniczych, w których robotnicy pracowali na dniówkę, powstawały zaległości, Koehler nie pozwolił przyjmować nowych robotników, ale domagał się od kierowników tych oddziałów, aby całą pracę wykonywali przy pomocy personelu posiadanego. Oczywiście, że nie można było dokonać tego inaczej, niż przez wymuszanie na robotnikach pracy nad siły i nad normę. Dzień roboczy przedłużano o kilka godzin, za które jednak nikomu nie płacono. Bezkarność takich nadużyć była zapewniona, bo żaden robotnik nie byłby się odważył zaprotestować lub udać się ze skargą do inspektora. Skutek protestu lub skargi mógł być tylko jeden: utrata pracy. A tego żaden robotnik ryzykować nie chciał.

Racjonalizacja pracy i „odmładzanie” fabryki prowadziły do tego, że robotników starszych zastępowano siłami młodymi. Od dziesięcioleci istniał w Żyrardowie zwyczaj, że starym robotnikom, którzy przestawali pracować, wypłacano emeryturę w wysokości od kilku do kilkunastu rubli miesięcznie. Do tej fabrycznej emerytury były właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, dodawał od siebie od dwóch do pięciu rubli miesięcznie. Jeśli dodamy, że każdy robotnik starszy miał znaczne oszczędności w Fundacji Karola Augusta Dittricha, założonej i utrzymywanej przez Karola Dittricha, to zrozumiemy, że żaden emeryt po opuszczeniu fabryki nie doznawał skutków jakiejś nędzy. Nowy zarząd spoglądał na emerytury jak na trwałe fatalne zło, którego trzeba było pozbyć się jak najprędzej razem z wszystkimi świadczeniami społecznymi. Redukowano tedy emerytury razem z płacą, a ta stawała się coraz mniejsza. Tkacz, który pracował na dwunastu krosnach, nie zarabiał oczywiście tyle, ile zarobiłoby w normalnych warunkach pięciu lub sześciu tkaczy, ale dostawał za swoją wytężoną pracę o 50 do 100% więcej, niż dostawał dawny tkacz, pracujący na dwu krosnach. […]

Skutki racjonalizacji są olbrzymie. Tu nie chodzi o jakieś drobne ulepszenia produkcji i zbytu, ale o rewolucję w wielkim stylu. Dotychczas rewolucje gospodarcze i społeczne były dziełem zrozpaczonych mas i zwracały się przeciwko posiadaczom zbyt wielkich bogactw i zbyt wielkiej władzy. Teraz posiadacze wielkich bogactw i absolutnej władzy dokonywali rewolucji przeciw bezbronnym i bezradnym masom. Rozmiary tej rewolucji wyraziły się w Żyrardowie liczbami tragicznymi: z 9000 dawnych robotników pozostało przy pracy 1200–1500, a więc siódma czy szósta część. Gdyby racjonalizacja pozbawiała chleba tylko siódmą część robotników, można by mniemać, że się ta część bezrobotnych ostatecznie gdzieś podzieje, rozpłynie po całym organizmie społecznym i nie rzuci się w oczy postacią klęski. Zmniejszy się liczba małżeństw, obniży się liczba urodzin i na tym koniec, jeśli jeszcze dodać odpowiednie zmniejszenie się dochodu społecznego i powiększenie się zysków kapitalistów. A tu taka katastrofa! Dla nas sprawa nieobojętna, bo robotnik jest nasz i trzeba go żywić, kapitał jest obcy i zyski wywozi za granicę. Racjonalizacja więc, taka, jaka odbywa się w Żyrardowie, oznacza obniżenie dochodu społecznego, a tym samym obniżenie stopy życiowej i wszystkie tego skutki.

Rodziło się pytanie: kiedy i na czym skończy się racjonalizacja i co stanie się z bezrobotnymi? Pytanie takie nie istniało dla kapitalisty, ale narzucało się nam. Kapitaliści prześcigali się wzajemnie: w Żyrardowie jeden tkacz pracował na dwunastu krosnach, u Ettingona w Łodzi jeden tkacz pracował już na 32 krosnach. Kto może więcej i taniej produkować, ten bije słabszego przeciwnika i zwycięża. Ale pobity przeciwnik nie ginął z głodu. Jak w wojnach orężnych królowie i cesarze bili się swoimi poddanymi, tak w walce kapitalistycznej wielcy bogacze załatwiali swoje rozrachunki kapitalistyczne na skórze ubogich robotników, nie troszcząc się o los bezrobotnych, o ich życie i śmierć. Trudno było zgodzić się z myślą, że ostatecznym celem racjonalizacji przemysłu jest anarchia gospodarcza i społeczna. […] Taka jest rzeczywistość gospodarcza. W Australii hodowcy zabijają i niszczą 800 000 owiec, w Brazylii niszczy się setki tysięcy worków kawy, w Argentynie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie palą masy zboża, w Meksyku wojsko niszczy miliony bananów, w Ameryce Południowej i w Egipcie palą olbrzymie masy bawełny, nawet w Czechosłowacji topią w Dunaju mnóstwo sławnych czeskich ogórków, a w Holandii hodowcy tulipanów płacą specjalnym robotnikom za niszczenie milionów cebulek kwiatów, które dotychczas rozchodziły się po całym świecie. To są rzeczy, których prosty ludzki rozum, nie wypaczony nałogami myśli kapitalistycznej, zrozumieć nie jest w stanie. […]

Napisałem artykuł o rzeczywistości gospodarczej widzianej w perspektywie Żyrardowa i posłałem go do „Gazety Polskiej” jako głos dyskusyjny, z góry licząc się z tym, że redakcja może go nie wydrukować. Zresztą nie przywiązywałem żadnej specjalnej wagi do tego artykułu, bo widziałem przecie na własne oczy, że paroletnia kampania prasowa przeciwko zarządowi Żyrardowa nie dała w wyniku ostatecznym literalnie nic. Dawniejszy zarząd na każdy najdrobniejszy artykulik odpowiadał natychmiast, chociaż mógł się był z rynkiem polskim nie liczyć, ile że rynkiem właściwym Żyrardowa była cała Rosja aż po Samarkandę i Port Artur. Obecnie zarząd fabryki kpił sobie z prasy i nawet nie raczył zwrócić uwagi na jej głosy. Byłem przekonany, że i tym razem będzie tak samo. […] Stała się rzecz nieoczekiwana. Nie tylko że prasa polska żywo zainteresowała się artykułem moim, przedrukowując wyjątki z niego i komentując je życzliwie, ale co najważniejsze, zarząd Zakładów żyrardowskich zdecydował się nareszcie odpowiedzieć na stawiane mu zarzuty, chociaż w artykule swoim nie wymieniłem nazwy miejscowości i nazwisk fatalnych działaczy. Lecz odpowiedź dana mi piórem p. senatora G., członka rady Zakładów żyrardowskich, była w duchu nowego kursu. Pan senator G. jako urzędnik przedsiębiorstwa musiał stanąć po jego stronie, jednakże cały jego artykuł był tak stylizowany, iż tylko potwierdzał moje zarzuty. Autor tego artykułu poza ogólniki wyjść nie umiał. Rozpisał się o przyjaźni polsko-francuskiej, jak gdyby miała ona w tym wypadku cokolwiek do rzeczy, rozwiódł się szeroko nad szlachetnością pana Koehlera, dodał coś niecoś o trudnościach, o kapitale, o popieraniu rządu i zrobił ze mnie szkodnika społecznego, który w dodatku mieszka w domu fabrycznym, czyli że już z tej racji powinien dąć w dudkę pana Koehlera. Artykuł pana senatora G. ukazał się w wolnej trybunie „Gazety Handlowej” i wywarł na mnie wrażenie przygnębiające. Odpowiedziałem mu w „Gazecie Polskiej”, co myślę o tej odpowiedzi, wezwałem go, aby zaprzeczył faktom przeze mnie podanym o terrorze panującym w Żyrardowie, o szykanowaniu polskich urzędników i robotników, o sprzedawaniu w kraju francuskich tkanin ze stemplem fabryki żyrardowskiej. Pan G. odpowiedział znowu komunałami w „Gazecie Handlowej”, że tego-owego, że „słowami robotników bezrobotnych nie nakarmimy”. Było to przykre uchylanie się od odpowiedzialności. […]

Tymczasem po ukazaniu się moich artykułów w „Gazecie Polskiej” Żyrardów stał się nagle tematem wysoce aktualnym dla całej prasy polskiej. Dzień w dzień „Informacja Prasowa” posyłała mi wycinki różnych gazet piszących o Żyrardowie a jednocześnie dostawałem listy z całego kraju z informacjami o stosunkach przemysłowych w Łodzi, na Śląsku i indziej. […]

Do ogarnięcia całokształtu życia społeczno-gospodarczego brakło mi zainteresowania, a może zdolności. Marks był dla mnie lekturą trudną i niezrozumiałą. Ale nagle ujrzałem hierarchię kapitalistyczną tuż przed oczami: Waśkiewicz, Koehler, Boussac… Pakiet akcji przechodzi z rąk do rąk i nagle człowiek, który przy pomocy machinacji giełdowych i fałszywej przysięgi zdobywa miliony, staje się panem losów ludności żyrardowskiej. Apartament za milion, urządzenie mieszkania za pięć milionów, trzy Rolls-Royce’y, wspaniałe zbiory, diva opery paryskiej jako przyjaciółka… Takie to dziwne: do roku 1914 nie miał nic, o Żyrardowie może nigdy nawet nie słyszał, na dostawach wojennych „dorobił się majątku”, kupił sobie akcji… A tymczasem ludzie, którzy z dziada-pradziada siedzieli w tym mieście, budowali je na fundamentach swej nędzy i wyrzeczeń, na gruźlicach, rupturach, na tysiącu nieszczęśliwych wypadków i nagłych śmierci w trybach maszyn, stają się niczym, dodatkiem do maszyn, budynków, wielkich placów, domów mieszkalnych, pałaców, will, parków…

Kierowniczka jednej ze szkół opowiada nam, że dzieci zasypiają przy lekcjach, bo są chronicznie głodne. Sami widzimy, że dzieci zaczynają żyć na własną rękę: sprzedają gazety, grają o pieniądze, spekulują, na czym się da, aby zarobić kilkadziesiąt groszy. Wieczorem widuje się na ulicach sporo młodych kobiet. Chodzą, jakby na kogo wyczekiwały, zwalniają kroku, spoglądają na przechodnia… Wprost się wyczuwa, że mają okropne bicie serca, że nie wiedzą, jak się zachować, aby mieć sposobność upragnioną do zarobienia kilku złotych. Ale zabiegi ich nie zdają się na nic. Tyle ich jest, a tak mało w Żyrardowie ludzi zarobkujących, którzy mogliby wyrzucić zgoła niepotrzebnie kilka złotych. Przecie za trzy złote wegetuje nieraz cała rodzina przez tydzień.

Racjonalizacja, kultura chrześcijańska, wolność, równość, braterstwo, prawo do pracy, prawo do życia, do oświaty, do szczęścia… Człowiek chce żyć. Najprzód wyprzedaje się ze wszystkiego, czego bezpośrednio do utrzymania życia nie potrzebuje, potem sprzedaje ostatnie graty, ubranie, bieliznę, buty, jednym słowem wszystko, co można wymienić na chleb. Wreszcie sprzedaje swoją moralność, obyczaje, wierzenia, wstyd, godność ludzką… Za kawałek chleba. […] Z takimi smutnymi myślami wyszedłem po obiedzie 26 kwietnia na ulicę, aby odetchnąć po pracy. Snuli się obdarci robotnicy, ze szkoły wychodziły dzieci, po wyboistym bruku terkotał wózek chłopski. Było słoneczno i smutno w pustce ulic konającego miasta. Z bramy szkolnej wyszła blada i wzburzona znajoma, sąsiadka z trzeciego domu, pani Blachowska, higienistka. Podeszła i głosem ochrypłym mówiła coś, co było fantastycznie nieprawdopodobne. Że w tej chwili ktoś słyszał wiadomość podaną przez radio, iż mąż jej zabił Koehlera. Niemożliwe! Gdzie? W Warszawie! W biurze? Nie wiadomo. Nie, to chyba nieprawda. […] Taka pewno pogłoska… Nie, to wiadomość urzędowa, przez radio podana… Blada pani Blachowska stoi chwilę bezradna, potem żegna się i idzie do domu, a niebawem widzimy ją idącą wolno ku dworcowi kolejowemu.

Ludzie przystają z sobą i rozmawiają szeptem, wskazują za siebie wyprostowanym kciukiem, że tam, w Warszawie… Nikt nie wierzy. […] Czy pan już słyszał? Chyba nieprawda… W biurze policji mówili, że prawda. Idę ulicą i myślę o tym, co właśnie słyszałem. […] W lutym pisałem w „Gazecie Polskiej”, że jeśli polityka dyrekcji trwać będzie dalej, to krwawa tragedia nie każe czekać na siebie. Przychodziło zdziwienie, że ten zabity człowiek nie rozumiał tak prostej rzeczy, iż ludzi kopać nie można, że nawet racjonalizacja winna odbywać się jakoś po ludzku. […]

Pierwsza połowa sierpnia. Co słychać? Nic dobrego. Redukcje, racjonalizacja, bieda. […] Minął październik, przyszedł łagodny i słoneczny listopad, a potem równie łagodny grudzień. Bieda wzmagała się, komitety pomocy bezrobotnym wznowiły działalność i zaczęły zbierać składki. Ale cóż znaczyło kilkaset złotych miesięcznie na tylu bezrobotnych? Tymczasem w dalszym ciągu zwalniano starszych robotników i urzędników, zaś od pracowników biurowych żądano pracy za trzech. Każdy podporządkowywał się wymagającym zwierzchnikom, bo sama myśl o utracie pracy pełna była ponurej grozy. Gdzież były te czasy, gdy organizacje zawodowe miały głos w sprawach płacy, przyjmowania, zwalniania i zaopatrywania starych robotników? Fabryka może się procesować przez wszystkie instancje, robotnik pozbawiony środków do życia nie może się prawować bez końca. Tymczasem upływają dni, miesiące i lata, starzy emeryci wymierają, nowi mają za sobą mniej lat pracy, a sprawiedliwość działa powoli i z wielką rozwagą. Tylko głodnym i nagim pilno. Świat ma czas. […]

Pracodawca? Chlebodawca? Miły Boże, byliśmy przecie w ciągu wieków chlebodawcami wszelkiego draństwa i wszelkich nędznych a tępych pasożytów i byliśmy ich pracodawcami, dając im pot, i krew, i zdrowie, i wszelki sens swojego ludzkiego życia na tej ziemi. Oni brali pracę naszą i nasz chleb, oni byli pracobiorcami i chlebobiorcami naszymi, a my byliśmy dawcami, żal się Boże, dobrowolnymi i ciemnymi. […]

Czytuję dużo pisarzy polskich i zagranicznych i ku wielkiej radości swojej przekonywam się, że najlepsi i najszlachetniejsi spośród nich przestali być rezydentami kapitalizmu. Galsworthy pokazał na przykładzie z życia, czym jest forsytyzm, który jedyny cel życia widzi w gromadzeniu pieniędzy. Kaden-Bandrowski robi u nas to samo, obnażając tendencje różnych partyjników zmierzających do spieniężania haseł polityczno-społecznych. Stary Andre Gide z uniesieniem mówi o człowieku budującym nowy świat i całą duszą pragnie doczekać się zwycięstwa tego człowieka. Młodzież francuska tworzy front antykapitalistyczny od prawicy katolickiej aż po lewicę marksowską. […] Na jednym biegunie życia widzimy drapieżny i nigdy nienasycony kapitalizm, który do celów swoich idzie po trupach, a na drugim biegunie staje do służby szlachetne i piękne człowieczeństwo. Proza angielska zwalcza energicznie obłudę urzędowej moralności, proza polska służy wysokim ideałom społecznym i wszechludzkim. I zdaje się, że już wiemy, co będzie dalej: pozostawimy Morganom ich złoto, Rockefellerom ich źródła nafty, a Vickersom ich armaty. Niech sobie to wszystko mają. Ludzkość świadoma wartości życia i pracy pójdzie własnymi drogami. Kapitalizm to ciemnota mas; gdy się ta ciemnota rozwieje, kapitalizm zniknąć musi.

W perspektywie ulicy żyrardowskiej ukazuje się nowy piękniejszy świat, w którym ideałem najwyższym nie będzie już zysk i wyzysk. Wnuki nasze z niedowierzaniem pytać będą, czy to prawda, iż różni ograniczeni carowie skazywali na więzienie i na śmierć ludzi, którzy nie taili swej wiary, że istnieje doskonalszy i sprawiedliwszy sposób wytwarzania i podziału towarów, niż ten, jaki zaprowadził i utrwalił kapitalizm. Patrzę na dziedziniec szkolny przed mymi oknami i wierzę niezłomnie, że tłum dzieci bawiących się tam w tej chwili, to przyszli obywatele lepszego i sprawiedliwszego świata.

W tym świecie, nad którym nie będzie już panował anarchiczny i drapieżny kapitalista, znajdzie miejsce także mój Żyrardów. Budowały go razem z innymi ręce moich dziadów i rodziców, pracowałem przy jego budowie przez dziesiątek lat i ja, pracuję przy innym warsztacie i dzisiaj. Lecz oto przyszedł człowiek obcy, który jeszcze wczoraj nic nie wiedział o nas i naszej pracy, i na mocy jakichś nędznych papierków położył na nas łapę i zaczął nam wyznaczać skromniutkie racje chleba, ograniczać nasze prawo do życia. Spadła na nas fala straszliwej nędzy, zgryzot, niepokoju. Ale już wielu z nas rozumie, że to jest komiczne. Gdy komizm tej sytuacji zrozumiemy wszyscy i parskniemy wesołym śmiechem, gmach kapitalizmu, więzienie ludzkości i zmora świata, runie. […]

Jednocześnie otrzymałem kwestionariusz ankiety na temat wzmożonej przestępczości na gruncie Żyrardowa. Znam swoje miasto rodzinne i wiem, że było ono zawsze bardzo spokojne, od razu tedy przyszło mi na myśl, że ta wzmożona przestępczość ma pewien przyczynowy związek z „gospodarczą” działalnością Boussaków i ich, żal się Boże, polskich naganiaczy. Stałe redukcje ery Koehlera i Waśkiewicza musiały doprowadzić do wzmożonej nędzy i co za tym idzie do wzmożonej przestępczości. Jeśli Boussac w krótkim czasie wyciąga z Żyrardowa kilkadziesiąt milionów „czystych” zysków, to nam pozostawia odpowiednie straty i gospodarcze, i moralne.

Udaję się z tymi myślami do prezydenta miasta, p. Edmunda Orlika. Czy to prawda, że tak zatrważająco wzmogła się przestępczość? Niestety, tak. W ostatnich latach kroniki policyjne zanotowały kilkadziesiąt morderstw i zabójstw, kilkaset krwawych bójek, kilka tysięcy kradzieży większych i mniejszych. Nędza jest straszliwa. Zdaniem lekarzy 60% młodzieży żyrardowskiej to kandydaci gruźlicy płuc. Panoszą się straszliwie choroby weneryczne. Od kiedy wzmogła się tak bardzo przestępczość? Od roku 1926 – brzmi odpowiedź. A więc od czasu wielkiego lokautu i tych stałych redukcji, które cechowały rządy Koehlera i Waśkiewicza. […] Przypomina mi się pewien szczegół z memoriału wydanego w roku 1927 staraniem prezydenta Orlika dla informowania władz i opinii publicznej o przyczynach i skutkach upadku Żyrardowa. Jest w tym memoriale mowa o tym, że zarząd Boussaków sprzedawał na złom dobre maszyny żyrardowskie. Teraz czytamy w „Gazecie Polskiej” z 5 II 1934, że te maszyny powędrowały do francuskich fabryk p. Boussaka i tam ten „złom”, sprzedany mu za bezcen, pracuje normalnie dalej. Istna otchłań brudów moralnych i chamskie, cyniczne deptanie ludzkich praw robotnika żyrardowskiego. Ale to cuchnące bagno oszustw i złodziejstw już jest odsłonięte i musi zostać zlikwidowane. Inaczej być nie może.

Drogi rozwoju polskiego ustawodawstwa pracy

Drogi rozwoju polskiego ustawodawstwa pracy

I

Podobnie jak w państwach innych, tak i w Polsce, rząd wyniesiony przez powojenny przewrót, wsparty o szerokie masy robotnicze, za jedno z pierwszych zadań uznać musiał spełnienie długoletnich dążeń i haseł świata pracy. Już manifest Rządu Lubelskiego zapowiedział wcielenie w czyn szeregu reform społecznych, w tym, w pierwszym rzędzie, realizację ośmiogodzinnego dnia pracy. Rząd Moraczewskiego w krótkim czasie program ten spełnił, wydając kolejno dekrety o utworzeniu Ministerstwa Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej i Ochrony Pracy, dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy, o inspekcji pracy, o pracowniczych związkach zawodowych, o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, o organizacji państwowych urzędów pośrednictwa pracy i inne. […]

Po tym okresie, w którym przez szereg śmiałych dekretów położono podwaliny pod nowoczesną polską myśl społeczną, w którym budowano już – w planach – strukturę przyszłego jednolitego polskiego kodeksu pracy, nastąpił czas długoletniego marazmu i zastoju. […]

Cała energia stronnictw robotniczych skoncentrowana była na odpieraniu z zewsząd idących ataków na zdobycze uzyskane w czasie rządów Moraczewskiego, w tym głównie na ośmiogodzinny dzień pracy. I choć marka stała nisko i płace robotnicze w czasach inflacji całkiem drobny stanowiły odsetek kosztów produkcji, tak, że o braku konkurencyjności polskiego towaru z powodu zbyt rozbudowanych obciążeń społecznych nie mogło być poważnie mowy, mimo to jednak próby podważenia ustawodawstwa robotniczego wznawiały się bez ustanku. I po każdej deklaracji ministra, konferencji ministrów (skarbu) czy sfer gospodarczych, lub stronnictw sejmowych, urządzano robotnicze zebrania, wiece i demonstracje, ogniskując całą akcję w tej dziedzinie na obronie zajętych już pozycji.

II

Rząd pomajowy zastał w zakresie ustawodawstwa robotniczego szerokie pole twórczej pracy. Trzeba było, otrzymawszy pełnomocnictwa, odrobić długie lata zastoju. Przyznać należy, pełnomocnictwa zostały w tej dziedzinie przez rząd szeroko wykorzystane, znacznie pełniej aniżeli na innych polach. […] Są w tych dekretach oczywiście braki, luki i niedociągnięcia, ale stanowią one bezsprzecznie poważny krok naprzód. Scharakteryzujmy pokrótce poszczególne dekrety.

Rozporządzenie o umowie o pracę robotników z dnia 13 marca 1928 r. oraz rozporządzenie o umowie o pracę pracowników umysłowych z dnia 16 marca 1928 r. zespala różnorodne normy dawniejszych dzielnicowych praw w jednolitą całość. Pod pewnym względem idą one cokolwiek – co prawda bardzo nieznacznie – dalej od przepisów poprzednio obowiązujących. Jednak już sama unifikacja przepisów, rozproszonych po ustawach przemysłowych, górniczych, drogowych i in., posiada doniosłe znaczenie, szczególnie zaś ważne jest ustawowe umocnienie trzymiesięcznego terminu wypowiedzenia dla pracowników umysłowych w całym państwie.

Rozporządzenie o inspekcji pracy z dnia 14 lipca 1927 r. uregulowało kwestię, która mimo niezliczonych posiedzeń i uzgodnień nie mogła przed przewrotem majowym żadną miarą ruszyć z martwego punktu. […] Dekret staje na nowoczesnym stanowisku niezależności urzędów inspekcji pracy od organów administracji ogólnej i uczynił z inspektorów pracy organ orzecznictwa karno-administracyjnego, co, rzecz prosta, w wysokim stopniu ułatwia im skuteczne czuwanie nad stosowaniem ustawodawstwa ochronnego.

Najbardziej doniosłym krokiem ustawodawczym jest niewątpliwie rozporządzenie (z dnia 22 marca 1928 r.), powołujące do życia nową instytucję Sądów Pracy. Brak osobnego sądownictwa w sprawach związanych z ustawodawstwem pracy w wysokim stopniu utrudniał realizację dotychczasowych praw ochronnych. Sądy zwykłe nie tylko zbyt są przeciążone, by otoczyć należytą troską drobne na ogół sprawy, wynikające ze stosunku umowy pracy, ale są i zbyt kosztowne, a nade wszystko zaś sędziowie nie wykazywali należytego zrozumienia dla ducha nowoczesnego ustawodawstwa pracy. Brak znajomości i zrozumienia tej dziedziny prawa i związane z tym nader pobłażliwe wyroki przyczyniły się do lekceważenia u części przemysłowców przepisów tego prawa i uczynił normy prawne w dziedzinie ochrony pracy prawem drugiego rzędu, w wielkiej mierze iluzorycznymi. […]

Krok naprzód poczyniono również w dziedzinie materialnego prawa bezpieczeństwa i higieny pracy. Wydano rozporządzenie o bezpieczeństwie i higienie pracy z dnia 16 marca 1928 r. Brak odpowiednich postanowień ustawowych bardzo utrudniał dotychczas inspekcji pracy należytą aktywność w tej dziedzinie, co inspektorzy podnosili w swych sprawozdaniach niejednokrotnie. Ponadto, prócz pomniejszych, wydano rozporządzenie o zapobieganiu chorobom zawodowym i ich zwalczaniu (z dnia 22 sierpnia 1927 r.).

Unormowana została również w duchu nowoczesnych pojęć rozległa dziedzina spraw emigracyjnych ustawą emigracyjną z dnia 11 października 1927 r.

Rozporządzenie o ochronie rynku pracy z dnia 4 czerwca 1927 r daje możność wydania w razie potrzeby zakazu zatrudnienia pracowników nie będących obywatelami Państwa Polskiego.

Wreszcie rozporządzenie o Radzie Ochrony Pracy z dnia 17 września 1927 r. ustanawia organ doradczy i opiniodawczy przy Ministrze Pracy i Opieki Społecznej we wszystkich sprawach z zakresu ochrony pracy. […]

III

Odzywają się obecnie, w związku z ujemnym bilansem handlowym i związaną z tym koniecznością wzmożenia eksportu, głosy nie tylko żądające wstrzymania dalszego rozwoju ustawodawstwa robotniczego, ale domagające się nawet, byśmy cofnęli się wstecz. Jako argument podaje się, że wyprzedzamy prawodawstwo Zachodu, że zbyt rozbudowane ciężary społeczne są kulą u nóg naszego przemysłu w jego walce konkurencyjnej z zagranicą.

Lecz zważmy: Polska ma najniższe płace ze wszystkich krajów, z którymi współzawodniczy. Najniższe w złocie i najniższe w ich realnej sile kupna. Dowodzą o tym zestawienia Międzynarodowego Biura Pracy, przekona o tym każde ad hoc zrobione zestawienie. Przy różnicy znacznej poziomu płac zarobkowych pomiędzy Polską i zagranicą, cóżby znaczyć mogły, gdyby nawet istniały, różnice w wysokości obciążeń społecznych w pozycji kosztów produkcji, stanowiącej zaledwie… 1%. Inne być muszą, i inne też są przyczyny słabej konkurencyjności naszego przemysłu.

Ale przemysł nasz bynajmniej nie jest bardziej obciążony świadczeniami, aniżeli wytwórczość zagraniczna. Legendę tę obaliło już raz wydawnictwo Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej pt. „Obciążenia produkcji na rzecz ubezpieczeń społecznych w Polsce i zagranicą” i zdruzgotały ją badania Komisji Ankietowej, które wykazały nikłość pozycji robocizny w ogólnych kosztach produkcji, a ujawniły natomiast znaczny poziom kosztów administracji i to administracji częstokroć aż nazbyt nieudolnej! Tak rozpowszechnione obecnie kartele i syndykaty o charakterze monopolistycznym i prawie monopolistycznym, coraz mniej liczyć się muszą w swej polityce cen z istotnymi kosztami produkcji. Opór, na jaki natrafia rozwój ustawodawstwa pracy, tłumaczy się częstokroć w istocie rzeczy nie tyle względami natury kalkulacyjnej, ile przesłankami natury zasadniczej. Przedsiębiorca w każdej ustawie ochronnej dopatruje się zacieśnienia swego stanowiska, sukcesu natomiast klasy pracującej. Przeciw temu każe mu się bronić jego ambicja i myśl o przyszłości, w każdej nowej ustawie widzi on bowiem groźbę obsuwania się podstawy, na której opiera się jego cały byt i jego nastawienie myślowe.

I podczas gdy przedsiębiorca polski i jego ideolodzy głoszą, że ustawodawstwo polskie w radykalizmie swym kroczy na czele wszystkich prawodawstw, to samo zupełnie obwieszcza przemysł niemiecki, austriacki, rosyjski, angielski. Nie tu miejsce stwierdzać, jak jest w istocie, wszakże można skonstatować z całą pewnością, że za granicą znacznie ściślej są ustawy wykonywane i że za granicą obowiązuje szereg ustaw, których u nas jeszcze nie ma. Nie tylko szerzej na ogół są tam rozbudowane ubezpieczenia społeczne, obejmując również ubezpieczenie na starość, ale także w dziedzinie ochrony pracy obowiązuje szereg postanowień, które u nas znajdują się bądź dopiero w fazie projektów, bądź też wcale nie są nawet jeszcze rozważane. Mamy na myśli ustawy o umowach zbiorowych, akcji polubownej i rozjemczej, płacach minimalnych, o pracy w chałupnictwie, pracy na roli, radach załogowych, izbach pracy itd.

Podobnie jak za granicą rozwinął się i u nas zwyczaj zawierania umów zbiorowych bardzo szeroko. Nie mówiąc o b. zaborze niemieckim, gdzie obowiązuje odnośne dawne ustawodawstwo Rzeszy – w górnictwie, w przemyśle włókienniczym, naftowym, cukrowniczym i innych obowiązują umowy zbiorowe.

Należy formę umów zbiorowych, formę o wiele doskonalszą i bardziej nowoczesną od indywidualnej umowy o najem pracy wszelkimi siłami popierać i rozpowszechniać. Umowa zbiorowa wszak z jednej strony ruguje wypadki skrajnego wyzysku pracy, z drugiej wprowadza pewną równomierność oraz stałość i spokój w stosunki przemysłowe. Cały szereg organizacji przemysłowców, które przez czas dłuższy opierały się jakimkolwiek pertraktacjom ze związkami i zawieraniu umowy, raz ją zawarłszy, odnawiają ją z roku na rok bez zbiorowej nawet ingerencji władz; jest to oznaką niewątpliwą, że ułatwiają one przemysłowi uregulowanie spraw robotniczych.

Również i robotnicy odnoszą z umów niewątpliwe korzyści. Na drodze umów zbiorowych zyskują oni, prócz ustępstw w dziedzinie płac zarobkowych oraz tak pożądanej równości i jawności, dalsze uprawnienia w zakresie przyjmowania i zwalniania, przedstawicielstwa, wpisów dla dzieci itd.

Jednakże istnienie umów zbiorowych wymaga specjalnego ustawodawstwa, które by regulowało cały splot zagadnień związanych z umową, dawało gwarancję ich wykonania, wyjaśniało punkty niejasne, nieustalone itd. Ustawodawstwo odnośne istnieje w różnych państwach przemysłowych: w Austrii, Belgii, Finlandii, Francji, Holandii, Niemczech, Szwajcarii, Szwecji, Włoszech, ZSSR. W Polsce, prócz województw zachodnich, odnośnej ustawy nie ma. A umowy zbiorowe obowiązują szeroko i wraz z organizacją przemysłu coraz bardziej będą się rozpowszechniać. Nie mają one jednak dostatecznej sankcji i są w wielkiej mierze obchodzone i łamane, zwłaszcza jeśli za umowami nie stoi odpowiednia faktyczna siła związków. Przy braku odpowiednich ustaw mogą się przedsiębiorstwa wyłamywać spod umów zbiorowych lub wcale do nich nie przystępować, stwarzając gorszymi warunkami pracy i płacy mniej lub więcej groźną konkurencję dla objętych umową przedsiębiorstw. Ustawa o umowach zbiorowych, wzorowana np. na ustawie niemieckiej, mogłaby temu zapobiegać przez to, że władze państwowe miałyby prawo rozciągania ich mocy na cały okręg lub przemysł. Projekty są w tym zakresie przygotowane i były już rozpatrywane przez Radę Ochrony Pracy; ich szybkie uchwalenie przez władze ustawodawcze jest sprawą konieczną.

Uregulowania domaga się kwestia załatwiania zatargów zbiorowych. Nie jesteśmy zwolennikami przymusowego rozjemstwa, które doprowadzać musi do zupełnie zbędnych komplikacji pomiędzy państwem a grupami społecznymi. Przykład Australii raczej odstrasza niż zachęca do tego rodzaju eksperymentu. Tym niemniej stan obecny, kiedy strony, będące w zatargu, mogą w ogóle nie objawiać chęci do zejścia się przy wspólnym stole, z czego wynikają długotrwałe strajki, jest na dłuższą metę nie do pomyślenia. Nie jest również pożądane, by każdy zatarg opierał się o najwyższe czynniki rządowe… Muszą być ustanowione specjalne niezależne, a wysoce autorytatywne organy akcji polubownej i rozjemczej. Organy te odciążą również inspekcję pracy, która obecnie jest zajęta zbyt wieloma czynnościami pobocznymi, ponadto wyrokowanie o zatargach niezupełnie daje się pogodzić z rolą i stanowiskiem inspekcji. I w tej dziedzinie istnieje przygotowany już projekt ustawy. […]

Za konieczność należy również uznać wydanie ustawy o płacach minimalnych i o pracy chałupniczej. Drobne zakłady, stosujące najstraszniejszy wyzysk pracy, nie przestrzegające żadnych zgoła ustaw robotniczych ani nie uwzględniające najskromniejszych nawet wymagań higieny, dzięki temu właśnie mogą obecnie skutecznie współzawodniczyć z wielkimi, nowocześnie urządzonymi zakładami pracy. Tak jest w przemyśle włókienniczym okręgu łódzkiego, w przemyśle spożywczym (piekarniach, fabrykach cukierków itd.), konfekcyjnym itp. Państwo winno dążyć do rozwoju wielkiego przemysłu i nie dopuszczać do tego, by zagrażały jego rozwojowi tego rodzaju „przedsiębiorstwa”, stanowiące groźbę dla kultury naszego kraju, przeszkodę dla polepszenia jego stanu zdrowotnego. Mamy tu do czynienia z nakazem nie tylko polityki socjalnej, ale też z wymogiem racjonalizacji życia gospodarczego.

Ustawy o płacach minimalnych i o pracy chałupniczej istnieją – w różnych formach – w większości państw europejskich. […] Rząd polski w odpowiedzi swej na kwestionariusz o metodach ustalania płac minimalnych wypowiedział się za wąskim ujęciem kwestii, ograniczając ich stosowanie do chałupników. Praca chałupnicza, tak odróżniająca się swym charakterem zawodowym od pracy rzemieślniczej i fabrycznej, nadaje się już w chwili obecnej do takiej specjalnej reglamentacji, której opracowanie, rozpoczęte jeszcze poprzednio i przerwane jedynie ze względu na okres wahań stabilizacyjnych waluty, zostaje na nowo przez rząd polski podjęte – pisze rząd w cytowanej odpowiedzi.

Jak wynika z powyższego, uważa rząd zastosowanie płac minimalnych do chałupników za pierwszy tylko krok w tym kierunku. Należałoby w przyszłości dążyć do polepszenia warunków pracy tą drogą również w tych działach rzemiosła i pracy fabrycznej, które nie mają umów zbiorowych i wykazują niepomiernie niskie zarobki. […] Państwo nie może się już ograniczać do roli biernego widza w obliczu nędzy i wyzysku. Poziom płac decyduje bowiem o rozwoju całego szeregu innych czynników – nie wyłączając politycznych – w których kształtowaniu jest ono wysoce zainteresowane.

IV

Za najważniejszy jednak brak polskiego ustawodawstwa społecznego – i to z punktu widzenia samej nawet produkcji – uważać należy fakt, że nie sprzęgło ono i nie starało się sprzęgnąć świata pracy z procesem wytwórczym.

W warunkach obecnych robotnik traktuje przedsiębiorstwo jako coś obcego lub co najmniej obojętnego. Jego losy mało go obchodzą. Obawia się zamknięcia zakładu – grozi mu to wszak okresem głodu i niedostatku. Ale w wydajności zakładu, w jego sprawności organizacyjnej i technicznej mało jest zainteresowany. Doświadczenie nauczyło go, że wydajność zakładu mało lub wcale nie wpływa na wzrost robotniczych zarobków, a zwiększa natomiast zysk. […] Przedstawicielstwa, rady fabryczne, załogowe czy jakakolwiek inna byłaby ich nazwa, dawałyby warstwie robotniczej możność wyjścia poza obręb jednego tylko, własnego ich warsztatu pracy i zapoznania się z kręgiem zagadnień gospodarczych, związanych z działalnością danego zakładu. Robotnicy otrzymaliby wgląd w mechanizm życia gospodarczego, poczęliby poprzez swych delegatów rozumieć związki zachodzące pomiędzy poszczególnymi zjawiskami ekonomicznymi i wpływ tych czynników na ich własny los.

W nowej instytucji stworzony zostałby pomost pomiędzy zarządem a personelem pracowniczym, pomost niwelujący tę ciągle jeszcze olbrzymią przepaść leżącą między tymi dwoma światami. […] Działają u nas w wielu przedsiębiorstwach delegacje robotnicze, lecz prawne podłoże ich działania nie jest wcale uregulowane, co oczywiście krępuje ich znaczenie i rozwój. Na Górnym Śląsku natomiast działa na zasadzie dawnej niemieckiej ustawy instytucja rad załogowych.

Komisja Ankietowa doszła, na podstawie analizy ośmioletniej działalności tej instytucji, do wniosku, że skutki stosowania ustawy o radach załogowych należy ocenić jako niewątpliwie dodatnie, zarówno pod względem realnego oddziaływania na stosunki społeczno-gospodarcze, jak również i ze względów wychowawczych – podnoszenia poziomu i poczucia odpowiedzialności u pracowników. Na terenie pozostałych dzielnic – stwierdza dalej Komisja – uderza brak opartego na ustawie przedstawicielstwa robotniczego i urzędniczego. Istnieją wprawdzie delegaci robotników, ale nie mają oni określonych przez ustawę zadań i uprawnień. […]

Wnioski, do których doszła Komisja Ankietowa, są zgodne z rezultatami odpowiednich badań na Zachodzie. Sprawozdania inspekcji pracy czy to Austrii, czy Niemiec, wszystkie podnoszą korzystne wyniki pracy rad fabrycznych. Rady te, aczkolwiek nie zadośćuczyniły daleko idącym nadziejom, jakie klasa robotnicza przy ich powstawaniu przywiązywała do nich, jednakże wniosły w życie fabryczne pewien konstytucjonizm, czuwają one nad realizacją ustaw ochronnych, łagodzą drobne zatargi itd.

Niemcy poszły, jak wiadomo, dalej jeszcze. Przedstawiciele robotników zasiadają tam w radach nadzorczych towarzystw akcyjnych. Cel tego postanowienia jest jasny – chodzi o dalsze jeszcze zbliżenie pracowników do procesów wytwórczych, do bliższego jeszcze wtajemniczenia ich w warunki współczesnego życia gospodarczego. Radca załogowy, który pozna dokładnie całokształt warunków, w jakich przedsiębiorstwo pracuje, realniej reprezentować może interesy swych mocodawców.

W naszych warunkach tego rodzaju zarządzenie byłoby zapewne przedwczesne. Tym niemniej należy klasę robotniczą stopniowo zainteresować już teraz biegiem życia gospodarczego i dać jej możność wpływania na nie nie tylko poprzez sejm i partie polityczne. […]

Dalszą drogą zapewnienia czynnikowi pracy większego, niż dotychczas, wpływu na bieg życia gospodarczego, są izby pracy. Wprowadzone zostały w czasach ostatnich izby przemysłowo-handlowe, rolnicze, rzemieślnicze. Tylko izby pracy nie zostały powołane do życia, ani nawet nie rozpoczęto, o ile nam wiadomo, odpowiednich prac przygotowawczych. I pod tym względem pozostajemy w tyle za Zachodem. […]

Izba występowałaby z inicjatywą ustawodawczą, brałaby udział w radach opiniodawczych, prowadziłaby ankiety i badania nad warunkami życia robotniczego, współdziałała z Urzędem Statystycznym w rozwoju statystyki pracy itd.; słowem – byłaby samorządem świata pracy. Jednym z ważnych jej zadań musiałoby również być gospodarcze szkolenie funkcjonariuszy związków zawodowych, ławników sądów pracy i ewentualnie radców załogowych. Wzrost wiedzy i zainteresowań ogólnogospodarczych oraz fachowych wśród klasy robotniczej będzie niewątpliwie regulatorem postępów demokracji gospodarczej, choć będzie niezawodnie również i jej pochodną.

Nakreśliliśmy w paru rzutach główne drogi, którymi zdążać winna polska myśl społeczna. Zatrzymaliśmy się jedynie na wytyczeniu szlaków głównych, pozostawiając na uboczu wiele dziedzin, które nie mniej wymagają ustawowych uzupełnień i dalszego rozwinięcia.

Czy to będzie praca młodocianych, czy sprawa wykorzystania wczasów, czy praca na roli lub prawa służby domowej – wszędzie twórcza myśl społeczna, wychodząca z założenia, że czynnikiem produkcji najbardziej cennym jest praca, znajdzie szerokie pole inicjatywy. […]

Wyzwoliliśmy się w latach ostatnich z narzuconej przez pewne sfery opinii, że w dziedzinie polityki społecznej już wszystko zostało dokonane, że nawet zrobiono za dużo i że należy się już… cofnąć wstecz. Uzasadniano to względami natury gospodarczej. Oczywiście, kwestie społeczne łączą się ściśle i nierozerwalnie z zagadnieniami gospodarczymi. Związek ten nie może być negowany i nie jest też przez nas zaprzeczany. Ale aż nazbyt często owe względy gospodarcze służą tylko jako argumenty dla utrzymania preponderancji pewnych warstw, co nie może leżeć w interesie ogólnogospodarczym, w interesie państwowym. W interesie państwa, wzmocnienia jego wewnętrznej siły i zwartości – leży gospodarcze dźwignięcie warstw pracujących i uczynienie z nich aktywnych czynników procesu wytwórczego. […]

Wołanie dla Puszczy

Wołanie dla Puszczy

Od połowy lutego trwa akcja na rzecz ochrony najcenniejszych obszarów Puszczy Białowieskiej. O jej celu i przebiegu rozmawiamy z Robertem Cyglickim, dyrektorem Greenpeace Polska.

***

Czemu Puszcza Białowieska jest ważna?

Robert Cyglicki: To ostatni naturalny las nizinny w strefie umiarkowanej w Europie. Jest on olbrzymim laboratorium naukowym, ale również miejscem, w którym możemy zobaczyć, jak wyglądały lasy pokrywające Europę kilka tysięcy lat temu, zanim człowiek zaczął je eksploatować.

Dlaczego Greenpeace rozpoczął obecną akcję w obronie Puszczy?

R. C.: Cofnijmy się do sierpnia ubiegłego roku. Organizacjom ekologicznym udało się wówczas podpisać porozumienie z Ministerstwem Środowiska, na mocy którego miało zostać ograniczone pozyskiwanie drewna z Puszczy. Ten warunek został spełniony. Równocześnie wycinka drzew miała ulec przeniesieniu poza tereny najcenniejsze przyrodniczo. W tej sprawie miało dojść do spotkania ekspertów, aby sprecyzować, jakie kryteria przyjmiemy dla określenia, czym są takie obszary.

Niestety ten warunek nie został dotrzymany przez stronę rządową. Wiemy, że kryteria, które Ministerstwo przesłało do Lasów Państwowych, nie pokrywają się z kryteriami przygotowanymi przez naukowców. Zorganizowaliśmy leśne patrole w Puszczy Białowieskiej, aby zweryfikować, czy w najcenniejszych obszarach tego unikalnego lasu trwa wycinka. Niestety, okazało się, że wbrew obietnicom i publicznym deklaracjom Ministra Środowiska, wycinka trwała i trwa. Przygotowujemy mapę tych miejsc, którą przekażemy Ministerstwu i oczekujemy, że na jej podstawie plany cięć zostaną zweryfikowane. Rzeczniczka ministra Kraszewskiego zapowiada to w mediach od początku trwania naszych patroli.

Jak przebiega akcja?

R. C.: Weryfikujemy w terenie miejsca potencjalnego konfliktu, które wyznaczyliśmy w oparciu o analizę przygotowaną przez naukowców i przy pomocy geograficznych systemów informacyjnych pod kątem tego, gdzie planowana jest wycinka. Pracujemy w trzech zespołach, w każdym mamy zawodowego przyrodnika – osobę, która pomaga nam porównać dane zawarte w tabelach z tym, co widzimy w terenie. W ten sposób sprawdzamy również, jakiego rodzaju cięcia są planowane na terenie Puszczy Białowieskiej oraz w jaki sposób będą one oddziaływać na dany fragment naturalnego lasu. Będąc w Puszczy, sprawdzamy również na miejscu, gdzie wycinka już miała miejsce. Po kilku dniach zidentyfikowaliśmy co najmniej dziesięć obszarów cennych przyrodniczo, na których doszło do wycinki drzew, a tym samym zniszczono ciągłość pokoleniową lasu.

Greenpeace ma opinię organizacji „zadymiarskiej”, tymczasem okazuje się, że współpracują z Wami naukowcy. Jacy naukowcy i czemu zdecydowali się na wsparcie „zadymiarzy”?

R. C.: Nie jesteśmy „zadymiarzami”. Akcje organizujemy dopiero wtedy, gdy inne metody zawodzą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie siedziałby 2 tygodnie w lesie przy -20 stopniach, jeśli można by to było załatwić rozmową. Niestety inne metody zawiodły. Minister Środowiska wydaje się być głuchy na nasze argumenty lub nie panuje nad własnym resortem.

Naukowcy wspierają nas przy każdej kampanii. Nie jest tajemnicą, że badacze Puszczy Białowieskiej zabiegają od co najmniej kilkunastu lat o poszerzenie Białowieskiego Parku Narodowego i zmniejszenie pozyskania drewna w Puszczy Białowieskiej. Niestety, przez te kilkanaście lat niewiele udało się zrobić. Argumenty merytoryczne, opracowania naukowe, dziesiątki spotkań – nie przyniosły pożądanego efektu.

Obecną akcję rozpoczęliśmy po odpowiednim przygotowaniu i zapewnieniu wsparcia naukowców i badaczy Puszczy, którym od lat zależało na jej ochronie. Współpracujemy głównie z biologiem lasu, prof. Tomaszem Wesołowskim, a także z prof. Wiesławem Walankiewiczem, który na zlecenie stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wykonał wiele opracowań dotyczących Puszczy. Dzięki ich analizom wiemy, gdzie są cenne tereny, które powinniśmy chronić. Lista naukowców jest o wiele dłuższa i nie sposób wszystkich wymienić, więc pozwolę sobie zwrócić uwagę jeszcze tylko na prof. Jerzego Gutowskiego oraz dr. Przemysława Chylareckiego.

Społeczność lokalna jest nastawiona raczej niechętnie do organizacji ekologicznych. Jak przyjmują obecną akcję Greenpeace’u i jakie propozycje Greenpeace ma dla społeczności lokalnej?

R. C.: Ci ludzie są nieufni wobec akcji dotyczącej rozszerzania parku narodowego, bo jak sami podkreślają, zdarzało się w przeszłości, że byli oszukiwani. Wsłuchujemy się w te głosy, bo nie jesteśmy zamknięci na dialog. Wydaje nam się, że najpilniejszą potrzebą lokalnej społeczności jest to, aby rzeczywistością stały się deklaracje ministra z października ubiegłego roku – chodzi o przeznaczenie drewna na opał dla lokalnych potrzeb. Takiego drewna w tym momencie nie ma. To jest do zrobienia, ale wymaga szczególnego podejścia wobec Puszczy Białowieskiej i zaprzestania sprzedaży drewna przez Lasy Państwowe za pomocą aukcji internetowych.

Czemu drewno nie trafia do społeczności lokalnej, skoro jest pozyskiwane na miejscu?

R. C.: Wynika to z ogólnopolskiego zarządzenia Generalnego Dyrektora Lasów Państwowych, które reguluje sposób sprzedaży drewna. Zgodnie z nim, większość drewna musi być sprzedawana poprzez aukcje internetowe. Lokalna ludność nie jest w stanie stanąć do takiego przetargu i konkurować z dużymi nabywcami.

Pozostaje mi życzyć powodzenia w działaniach na rzecz objęcia całej Puszczy Białowieskiej parkiem narodowym.

R. C.: Oczywiście byłoby dobrze, gdyby cały obszar Puszczy został objęty ochroną w formie parku narodowego, ale takie stwierdzenie działa na lokalną ludność jak płachta na byka. Powinniśmy dążyć do tego, aby Puszcza Białowieska była dobrze chroniona. Możemy to osiągać poprzez zadania planu Natura 2000, ograniczenie pozyskania drewna, powołanie nowych rezerwatów – form ochrony Puszczy Białowieskiej jest mnóstwo, brakuje tylko ich wdrożenia.

Osobiście jestem ciut zawiedziony…

R. C.: Prowadzimy kampanie po to, żeby je wygrywać, nie po to, żeby je prowadzić. Jeżeli są inne metody ochrony Puszczy Białowieskiej, to nie będziemy się upierać przy parku narodowym. Nie o to chodzi, abyśmy nazywali sobie coś tak czy inaczej. Przypomnę tylko, że Minister Środowiska chciał włączyć do parku narodowego istniejące rezerwaty przyrody. Jaką korzyść przyniosłoby to z punktu widzenia ochrony Puszczy? Żadną. Nazwanie czegoś parkiem narodowym, a jednocześnie utrzymanie takiego a nie innego rygoru gospodarki leśnej, spowoduje, że nie będzie się to niczym różniło od sytuacji, gdyby to nadal był rezerwat czy leśny kompleks promocyjny. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju działalność będzie tutaj prowadzona. Proszę pamiętać, że około 60% cięć na terenie Puszczy Białowieskiej to tzw. cięcia sanitarne. Takie cięcia robi się też na terenie parków narodowych w całej Polsce. Parki narodowe same w sobie nie są gwarantem bezwarunkowej ochrony przyrody.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 22 lutego 2011 r.