Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Od czasu przegranych wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku, zaraz po szoku wywołanym spektakularną porażką poprzedniej formacji politycznej koncentrującej się wokół PO, polityki prozachodniej, proUE, neoliberalnej i bardzo umiarkowanego liberalizmu kulturowego, trwają próby odnalezienia przyczyn poważnych przemian politycznych, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Nawiasem mówiąc dziś widzimy jak bardzo fasadowo rozumiany był ten liberalizm. W zasadzie postępowość w kwestiach równouprawnienia czy sprawiedliwości społecznej tej formacji sięgała tylko tak daleko, jak uprzywilejowane pozycje części wyborczyń i wyborców tej partii – byli to konserwatyści blefujący jako liberałowie (dość długo ten blef działał). Zarówno liderzy i liderki „liberalnej” opozycji, jak i zapasowi intelektualiści z lewego skrzydła (blefującej lewicy) zaczęli kombinowali, co by tu zrobić, żeby odzyskać utracone poparcie.

Opracowano dość oryginalny i ryzykowny plan występowania ustępującej formacji jako opozycji pozaparlamentarnej – reprezentującej społeczeństwo obywatelskie przeciwko uzurpatorom. Odbyło się to przede wszystkim pośrednio przez KOD, a więc jako ruch społeczny, mający reprezentować całe społeczeństwo, odgrzewający solidarnościowe sentymenty. Ruch ten pokazał, czy to w osobie słabego lidera Kijowskiego, czy w abstrakcyjnej retoryce „obrony demokracji”, że strategia ta nie opiera się na silnych postulatach czy ideach, ale raczej na czymś o wiele bardziej stabilnym i materialnym: wypracowanym przez lata interesie formacji politycznej. W efekcie opozycja utknęła, mimo olbrzymiego potencjału, w jakiś zupełnym niebycie i rozkraczeniu ideologicznym: bez liderów, bez programu, bez wyraźnych postulatów. KOD także okazał się jednym wielkim blefem napędzającym paranoję prawicowych mediów i wyborców. W zasadzie poza postulatami odsunięcia PiS od władzy nie znaczy ideowo niemal nic – to ruch w obronie neoliberalizmu. Z kolei prawicowa paranoja prowadzi, zgodnie z własną logiką (niezdrową i kulawą, ale jednak), do dwóch wniosków: wszystkie postępowe postulaty to blef(kłamstwo skrywające prawdę) oraz że jeżeli postulaty postępowe są tylko kłamstwami, oznacza to, że postulaty reakcyjne są ukrytymi postulatami postępowymi (szczegóły funkcjonowania tej logiki to jednak materiał na osobny tekst) [1].

Lewica, a przynajmniej jej bardziej proliberalna część związana z „Gazetą Wyborczą” czy „Krytyką Polityczną” od początku była w pełni gotowa do pełnienia swojej funkcji: ataków na PiS za konserwatyzm (ale i z początku za socjalizm) i za naruszanie zasad państwa prawa i demokracji oraz ataków na samą lewicę za niewspieranie własnych wysiłków, czyli niewspieranie krytyki konserwatyzmu i autorytaryzmu, czyli w konsekwencji za kryptokonserwatyzm i kryptoautorytaryzm. Do pewnego czasu strategia ta była dość skuteczna, dziś jej moc osłabła, po części dlatego, że lewicy udało się samej obronić, ale w większym stopniu ponieważ liberalizm formacji PO szybko pokazał swoje granice, blef domniemanej nowoczesności liberałów przestał działać, ustępując miejsca różnym formom narracji reakcyjnych.
 
Porozumienie przeciw solidarności: „postępowa” reakcja

W obliczu ideologicznego bankructwa liberalizmu (niech ktoś spojrzy na Schetynę czy Petru i spróbuje bez zażenowania powiedzieć, że to ludzie z wizją i ideałami) pojawiło się parę strategii poradzenia sobie z porażką. Wszystkie one były reakcyjne. Pierwszą uruchomiono w obliczu zmian kadrowych i spłacania długów zaciągniętych przez PiS wśród swoich wiernych ludzi. Uruchomiono, po części słusznie, ale oczywiście we własnym interesie, narrację rozkradania państwa (nagle w radach nadzorczych zasiadają znajomi i rodzina władzy, jednak w przeciwieństwie do naszych znajomych, są to ludzie, którzy „nie mają za grosz kultury i profesjonalizmu”!), kulminującą w haśle „Misiewicze”. Obłuda etyczna poprzedniej formacji sprawiła, że sama w sobie słuszna krytyka klientelizmu w PiS okazałą się zupełnie nieskuteczna. W rzeczywistości była oparta o klasowo uwarunkowany pozór „praworządności” – klientelizm znaturalizowany przez długie lata jawi się dla jego beneficjentów jako zupełnie naturalny i sprawiedliwy. Niesprawiedliwe było nie to, że państwo jest obiektywnie korodowane przez korupcję, lecz to, że zjawisko odbywa się bez porozumienia i podziału władzy (z pespektywy władzy korupcja i praworządność rzadko są możliwe do rozróżnienia). Etyczna krytyka takich postaw nie miała wielkiego potencjału z punktu widzenia ludzi spoza tego układu.

Drugą strategią, uruchomioną przy wprowadzeniu programu 500+, był atak na ideologiczne założenia stojące za każdym tego typu programem społecznym oraz na kompetencje moralne i intelektualne zarówno samego PiS-u, jak i obywatelek i obywateli popierających program. Stosunkowo szeroki dostęp do świadczeń i jego egalitarny charakter odwrócono, przedstawiając w mediach takich jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek” jako rozdawnictwo, na które nas nie stać, pieniądze za nic, klientelizm i populizm. Jednocześnie krytykowano samych odbiorców programu 500+. Ostre i bezpardonowe ataki sięgające do standardowego repertuaru inwektyw względem członkiń i członków klasy pracującej, mieszkańców wsi czy mieszkańców biedniejszych regionów Polski, wylały się w mediach głównego nurtu i w gorących debatach w mediach społecznościowych.
Kolejna, obecna faza, to walka na poziomie formalnych ram demokracji, ponieważ nastał taki etap planu budowy struktur władzy przez PiS. Spory ogniskują tu się wokół przejęcia Sądu Najwyższego.

W czysto opisowym sensie wszystkie te strategie były jedynie reakcją na kolejne działania PiS. Jednak były one reakcyjnymi także w głębszym sensie. Stanowiły w oczywisty sposób próbę ratowania wpływów dawnego obozu władzy przeciwko nowemu sojuszowi biedniejszej części społeczeństwa z nową pisowską elitą polityczną. PiS ma oczywiście różne prezenty również dla biznesu, jak ostatni program Lex Deweloper czy podejmowane próby modyfikowania prawa pracy. Trzeba dla sprawiedliwości zaznaczyć, że w zasadzie każda partia po takiej porażce politycznej zwykle musi zadowolić się reakcyjnymi posunięciami. Nie muszą to jednak być zachowania reakcyjne w politycznym sensie.

Warto to podkreślić i uwyraźnić: wszystkie te strategie były wymierzone w możliwość zawarcia porozumienia ponad podziałami klasowymi, na którym oparta jest wiarygodność PiS. To właśnie takie porozumienie stanowi kamień obrazy dla liberałów. To ono, a nie fakt, że PiS jest bardziej jeszcze prawicowy czy że ma w swojej strategii elementy prosocjalne lub dotyczące polityki i prestiżu Polski na arenie międzynarodowej, sprawiło, że liberałowie wpadli w histerię [2]. Ponieważ nowoczesność i lewicowość w kwestiach społecznych i ideowych liberałów była zawsze blefem, który za rządów PiS sprawdzono z bardzo negatywnym wynikiem (jedyne, na co było opozycję stać, to słaba obrona status quo), realna różnica leży gdzie indziej.

Trzeba też od razu przyznać, że porozumienie czy sojusz zawarty przez PiS miał różne wymiary i odcienie: od słusznego i sprawiedliwego transferu 500+ (choć mającego swoje potężne wady, jak np. wykluczanie samotnych rodziców), przez wymiany kadrowe, po otwarcie klientystyczne i korupcyjne nowe układy i układziki, aż po rozpędzającą się coraz mocniej sprzeczność dotyczącą pozycji i praw kobiet (jednoczesne wzmocnienie i atak na pozycję kobiet). Z pewnością lewica za wszelką cenę musi bronić się przed centrystyczną TINĄ (there is no alternative) proPiS-u i antyPiSu, blokującą możliwość budowania sensownych wypowiedzi i działań.

Jednak zrozumienie tego ważnego wniosku (że opozycja walczy przeciwko powstaniu takiego sojuszu) pozwala nam w prosty sposób zinterpretować z lewicowej perspektywy ruchy ideologiczne i polityczne poprzedniej formacji, czyli tzw. opozycji: są to ruchy wymijające i bezwładne.

Z czubka góry lodowej widać niewiele

Spróbuję przedstawić sytuację opozycji jako formacji politycznej wpisując się w tradycję, jak twierdził sam Melville, autor „Moby Dicka”, haniebną – tłumaczenia świata za pomocą metafor marynistycznych, czyli przedstawiając ją jako dryfującą i topniejącą górę lodową.

Lewicowi czy przynajmniej deklaratywnie lewicowi intelektualistki i intelektualiści próbowali z tej góry lodowej na początku ostrzeliwać się, korzystając z jej dalej ogromnej masy zapewniającej jej niezatapialność. Tak wielu ludzi zainwestowało w nią przez lata tak wiele, że nie przejdą na stronę PiS-u czy jakieś niezależnej lewicy bez pieniędzy, kontaktów i poparcia. Atakowali zatem dokonujące się zmiany jako nieuprawomocnione, bo oparte na sojuszu z biedniejszą częścią społeczeństwa (towarzyszyły temu oczywiście mniej wyrafinowane pohukiwania neoliberałów takich jak Lis czy Gadomski [3]). Wydawało im się, że cały problem warunków życia większości społeczeństwa może zostać zanegowany przez kostium nakładany tejże części: kostium bezmyślnego chama, któremu trzeba dać odpór (dyskusję na ten temat też już w sferze publicznej mamy).

Później, gdy to nie pomogło i nie udało się zatrzymać topnienia góry, przyszedł czas na ideologiczne wiosłowanie. W tej czynności jednak już masa góry nie pomaga, a bardzo poważnie szkodzi. Konflikt między PiS-em i opozycją pokazuje nam, jak nienaturalne są „zupełne oczywistości” wyznawane przez członkinie różnych formacji politycznych. Fakt, że hegemonia (materialna forma zwycięskiej formacji politycznej) działa jako coś zupełnie neutralnego – „poglądy wszystkich porządnych Polek i Polaków”, „zdrowy rozsądek”, „twierdzenia samooczywiste”, „zachowania ludzi lepiej wychowanych” etc. – sprawia, że gdy przestaje ona działać, jej beneficjenci, operujący zwykle na jej czubku zaledwie wystającym z wody, nie są wcale zbyt dobrze zorientowani w tej części, która jej masę buduje. Części znajdującej się pod wodą: tej, która pozwala odbiorcom przekazów polityków intuicyjnie zrozumieć „prawdziwy przekaz” stojący za różnymi ogólnymi twierdzeniami, tej, która sprawia, że ludzie wierzą jednym mediom, a zupełnie nie wierzą innym, tej, która sprawia, że pewne sprawy są ważne, a inne absurdalnie głupie czy wreszcie tej, która sprawia, że świat ma sens i że istnieją wybory dobre i słuszne, złe i niesłuszne.

Dlatego też liberałom potrzeba nie tylko drobnej zmiany kursu. Musieliby porzucić ową górę lodową, stracić wszystko to, co budowali przez lata, i nauczyć się pływać tak, żeby zbudować nowy sojusz społeczny. W mojej opinii to się nie stanie, nie ma co na to liczyć, nie ma co przemawiać tu do rozsądku, bo nie o rozsądek chodzi, lecz o ten gigantyczny masyw interesów, przekonań, powiązań, dogmatów i dążeń konstytuujący formację polityczną (hegemonię). To, czego doświadczamy w komunikatach opozycji i jej próbach wyjścia z kryzysu, nie powinno budzić wielkiego entuzjazmu. Nie jest to skok w nieznane, a raczej mało energiczne wiosłowanie. Centrystyczna TINA zmusza bardzo wielu progresywnie nastawionych ludzi do tego, by zamiast nauczyć się pływać samemu, wiosłowali pchając górę odrobinkę do przodu. Nie powinni jednak mieć złudzeń: gdy nastanie odpowiedni moment, wszyscy pójdziemy pod wodę i zasilimy masę góry. Mało kto może powiedzieć, że zawsze pływał samodzielnie, jak np. Piotr Ikonowicz. Wychodzę z założenia, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku i w mniejszym lub większym stopniu żyjemy w cieniu tej masy.

Dlaczego nie chcę być galernikiem, czyli czemu projekty sojuszu liberalno-lewicowego są absurdalne

Wiosłowanie to miało po części charakter wyznań typu „Byliśmy głupi” [4], opinii, że 500+ stanie się częścią programu PO [5] czy zapewnień że ziemia obiecana (zwycięstwo w wyborach) nie jest wcale tak daleko i że nie trzeba się wiele nawiosłować [6]. Przykładem fatamorgany tego typu są zapewnienia Macieja Gduli, że wystarczy dokonać demarkacji i dokoptować trochę nowych wyborców do obecnej formacji (odcinając jednocześnie „neoautorytarnych” wyborców PiS) [7]. Innym przykładem jest poważniejsza (i dość skuteczna) próba zawłaszczenia feminizmu i kobiecych ruchów protestu dla neoliberalizmu, bo ponoć tylko on jest na tyle cywilizowany, żeby utrzymać „przynajmniej X” postulatów tego ruchu. Nic więcej tu nie wchodziło w grę poza utrzymaniem opresyjnego status quo, którego koszmarna pod wieloma względami polityka PiS jest logiczną konsekwencją, a nie ekscesem [8].

Ostatnią [9] tego typu próbą był tekst Michała Sutowskiego „Toksyczni rodzice nie pokonają PiS” [10]. Zawiera on, jak już widać po tytule, reakcyjną odpowiedź na problem „jak wiosłować?”. Tekst daje nieco odmienną odpowiedź, dyktowaną znowu raczej rozwojem sytuacji politycznej aniżeli krytycznym namysłem (choć tekst Sutowskiego zawiera kilka cennych spostrzeżeń, np. dotyczących konfliktu pokoleniowego czy miejsca państwa dobrobytu w historycznej dynamice rozwoju polskiej gospodarki). Sutowski proponuje „pragmatyczny pakt” między młodszym lewicowym pokoleniem a starszym pokoleniem neoliberałów, których w tekście symbolizuje Agata Bielik-Robson, choć wiadomo, że de facto chodzi tu o całą górę lodową.

Pytanie, czy sojusz ten jest na prawdę pragmatyczny. Czy jest to głos rozsądku? Sutowski nawet po części sprzeciwia się redakcyjnemu konformizmowi w samej „Krytyce Politycznej”, tzn. proponuje obrazoburczy ruch porozumienia między klasami. Sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu formacji: sojusze społeczne są zawsze przeciwko biedniejszej części społeczeństwa.

Dla blefującego liberalizmu inkluzja i „postępowość” są tylko formą zapewnienia dostatecznego poparcia dla takiej formy polityki. Przykładowo dla osób LGTB+ „tak”, ale niech siedzą cicho wobec „normalnych” ludzi z góry, bo zostali tu wpuszczeni warunkowo (uciekając przed opresją konserwatywnego społeczeństwa). Parada Równości może być, niszowa kultura też, ale już jakieś realne prawa, coś, co by kosztowało cokolwiek – to już dla tutejszych liberałów zbyt wiele (tu się kończy „tolerancja”). Czy zatem Sutowski proponuje, by polski listonosz na głodowej płacy, samotna matka tonąca w długach czy gejowska para wychowująca razem dzieci stanęli na równi z normalnymi, porządnymi i kulturalnymi ludźmi z czubka góry lodowej?

Naturalnie nic z tych rzeczy. Refleksja nie posunęła się tu ani na jotę. Od lat przybiera tylko inne postaci, dyktowane zmianami w sytuacji politycznej. Fakt ten zauważa sam autor, wskazując na hipotezę, że to rozwój gospodarczy zapewniony przez neoliberalizm zrodził wśród wyborców PiS aspiracje do lepszego życia. Jak pisze Sutowski, neoliberałowie poprzedniej formacji muszą obudzić się z „dogmatycznej drzemki” i uznać istnienie postulatów socjalnych. Sutowski w swoim pragmatycznym sojuszu proponuje zapomnieć lewicy o złej przeszłości neoliberalizmu, a liberałom zaleca uznać konieczność zmiany kursu ze względu na nieuchronnie nadchodzącą przyszłość. Ba, nawet zapewnia, ponieważ prawda sama nasuwa się z natarczywą samooczywistością, że na pewno pomostowe postulaty między nowymi wiosłującymi nie zostaną porzucone. Oczywiście nie ma cienia obaw, że liberalizm stanie się „zbyt lewicowy”, nie bójmy się. Otóż prawda jest taka, że postulaty socjalne w wykonaniu liberalnej formacji politycznej pójdą za burtę tak szybko, jak skończą się wybory – i wszyscy o tym wiedzą. Nie dlatego, że jest ona „zła i obłudna”, lecz dlatego, że wykluczenie tych ludzi stanowi kamień węgielny tejże formacji: podstawę reprezentowanego przez nią interesu klasowego.

Wsparcie nowej opozycji – „liberalizmu z ludzką twarzą” – byłoby z perspektywy nieuprzywilejowanej części społeczeństwa, która w ogromnej mierze poparła PiS, zachowaniem zupełnie irracjonalnym i w oczywisty sposób absurdalnym. Asymetria tego sojuszu jest całkowita. Zwykli ludzie, klasa pracująca, nie mieliby w tym sojuszu żadnych narzędzi wyegzekwowania swoich postulatów (sam Sutowski sprawia wrażanie, że zdaje sobie z tego sprawę): żadnych znajomości i powiązań, żadnych instytucji wywierających nacisk, żadnych mediów reprezentujących ich głos. Ta formacja, góra lodowa, jest w pełni ukształtowana, tu nie ma dla zwykłych ludzi miejsca, bo tu wszystkie miejsca już są zajęte. Sytuacja lewicy jest dla tych ludzi najlepszym wyznacznikiem, co ich czeka, gdyby poszli na taki pakt. Przy tak słabej pozycji negocjacyjnej poparcie takich postulatów byłoby wyrazem skrajnej głupoty czy działaniem wbrew własnemu interesowi.

Na tym też polegała do tej pory siła owej formacji: wielka masa i szczelność przed nadmiarem intruzów z zewnątrz, czyli konserwatywna polityka wykluczenia pod przykrywką liberalnej polityki inkluzji. Jak często podkreślano, dobrobyt prawdziwej Polski (tej bogatszej, Polski A) zależy od konkurencyjności gospodarki – zapewnionej tanią siłą roboczą. Czyli od biedy całej reszty. Propozycja Sutowskiego właśnie dlatego, że ukrywa asymetrię stosunków klasowych w owym „pragmatycznym pakcie”, jest propozycją reakcyjną politycznie. Podobna asymetria występuje w większości przypadków, gdzie ruchy społeczne popierały opozycję i zostały całkowicie ogołocone ze swojego politycznego i etycznego potencjału, w zamian nie otrzymując zupełnie nic, czy w sytuacji, w której namawiano do sojuszu Razem z SLD i PO (razemowcy, idąc za głosem rozsądku i przedstawiając argumentację zbieżną po części z tą przedstawioną tutaj – odmówili) [11]. Ta asymetria jest przykrym faktem, jednak o ile zdawanie sobie z niego sprawy jest pragmatyczne, o tyle aktywne wspieranie i ukrywanie tejże asymetrii jest reakcyjne politycznie, ponieważ podporządkowuje postępowo nastawione jednostki, grupy i organizacje, nie dając im żadnych środków, by zrozumieć sytuację czy walczyć o lepszą przyszłość dla wszystkich. Tu głos Sutowskiego niczym w zasadzie nie różni się od głosów Schetyny czy Lisa i jakiejkolwiek postaci z całej bezbarwnej plejady formacji liberalnej. Lub jedynie tym, że jest przyjemniej sformułowany.

Trzeba szukać nowej drogi poza lewicową reakcję

Niestety niczego więcej nie można się spodziewać po formacji liberalnej. Podkreślę jeszcze raz: nazywam ją górą lodową między innymi dlatego, że posiada ona ogromny bezwład polityczny. Oznacza to nie tylko, że zmiana poglądów i strategii politycznej zajmie lata albo w ogóle nie nastąpi, ale także i to, że w formację tę bardzo wielu ludzi zainwestowało swoje życie, swoje wysiłki, swoje kontakty społeczne, swój czas i pieniądze (nie mówiąc już o tym, że są głęboko przekonani, że to jedyna słuszna formacja). Jest ona ideologicznie i politycznie skostniała i wyjałowiona, jednak ze względu na powyższe nikt z niej nie będzie rezygnował z byle powodu.

Na koniec warto jeszcze dodać jedną rzecz dla jasności. Uważam, że „postępowy” charakter nowej formacji PiS-u wynika raczej z konieczności sytuacji, a jej głęboko reakcyjne elementy pochodzą z jej inteligenckiego rdzenia, który nie jest jakoś bardzo odmienny od tego, co reprezentuje poprzednia formacja. Konieczność budowy mediów opozycyjnych wobec mainstreamu, krytyki liberalizmu, zmiany kursu polityki, przemyślenia polskiej polityki i zawarcia realnego sojuszu ze skutecznie pomijaną przez dotychczasową formację częścią społeczeństwa wynikał właśnie z tego faktu, że ta część społeczeństwa była PiS-owi niezbędna, by przejąć władzę. Jednak ten prosty fakt miał niezwykle głębokie konsekwencje właśnie dlatego, że działał przeciwko formacji mocno osadzonej na wykluczeniu, zatem musiał zorganizować prawdziwe siły, by stawić jej czoła. Nie tylko „poobiecywać”, jak w to się dzieje w warunkach dobrze ukonstytuowanej władzy, np. gdyby działała koalicja PO-PiS nie musząca się z żadnymi wyborcami liczyć. Konflikt, który dla elit jest prawdziwie traumatycznym kataklizmem, jest dla lewicy szansą na zmierzenie się z realnymi problemami społecznymi, ponieważ jako formacja polityczna nie ma ona samoistnego bytu.

Niestety formacja PiS-owska, obok przekonania, że to oni są prawdziwie inkluzywni i de facto choć konserwatywni to prawdziwie nowocześni, także opiera się na wykluczeniu tych grup, którymi liberałowie do tej pory posługiwali się do legitymizacji swojego blefu. Jest to podwójna niesprawiedliwość, ponieważ zgodnie z konserwatywną krytyką choć „liberalne wartości” i „tolerancja” liberałów były pustosłowiem, to sytuacja jest zupełnie inna dla ludzi, dla których nadzieja na nowoczesne, inkluzyjne społeczeństwo kierowała ich życiem i wiele ich kosztowało, by w tym kierunku zmierzać. Istnieje tu bardzo poważne zagrożenie, że wraz z iluzjami liberalizmu rozpłyną się wszystkie postępowe postulaty.

Postępowe postulaty nie mają żadnej szansy powodzenia, gdy pozycja negocjacyjna wysuwających je grup społecznych jest żadna. Nie ma co zatem liczyć na żadną „odgórną rewolucję” czy „klasę średnią jako klasę buntu”, bo to jest po prostu wiara w to, że najbogatsi i najbardziej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa zupełnie bez powodu oddadzą swoje pieniądze i przywileje w zamian za niczym nie podparte (żadnym realnym poparciem społecznym) programy reformy i wizje stworzenia bardziej egalitarnego społeczeństwa. Musiałaby istnieć siła, która by ich do tego zmusiła, tak jak zaistniała taka siła w PiS, który wbrew swoim fantastycznym narracjom na własny temat przeszedł duże zmiany i cechuje się dużą niespójnością (to ta niespójność jest jego największą siłą). Jak wskazuje sam Sutowski i inni „przemawiacze do rozsądku” neoliberalnych elit, można im pokazać, że ich pozycja społeczna jest zagrożona i dlatego powinni przynajmniej przywdziać maskę reformatorów i postępowców, by ratować roztapiającą się formację. Ponieważ jednak za takim zwrotem politycznym nie stoi żaden postępowy interes, a wręcz przeciwnie – stoi bardzo dobrze uformowany interes reakcyjny, to wiosłowanie w galerze opozycji, liberałów, neoliberałów czy jak by ich nie nazywać, jest dla całej reszty zupełnie pozbawione sensu.

Oczywiście wszystkie czytelniczki i wszyscy czytelnicy zaangażowani politycznie i czytający ten tekst mogą zareagować na tego typu komentarze jak mój w zrozumiały sposób: my nie możemy postawić się tak jak ty „obok” sporów politycznych i zająć pryncypialnie słusznej pozycji, musimy wybierać i podejmować decyzje w danej sytuacji. Fakt ten, a także słaba pozycja lewicy oraz ludzi, którzy są zniechęceni i do PiS i do PO, wykorzystywany jest bez przerwy do szantażu intelektualnego i emocjonalnego.

Z jednej strony to prawda: dominacja PiS i PO jest po prostu faktem, jednak nie należy się zgadzać na sformatowanie debaty politycznej i problemów społecznych tak, jak robią to PiS i PO (centrystyczną TINĘ). Istnieje olbrzymia różnica między obroną sprawiedliwego systemu sądownictwa w interesie obywatelek i obywateli a protestowaniem dlatego, że machina propagandowa liberalnej formacji trąbi, iż trzeba bronić, a kto nie broni – ten za PiS. Nie da się uniknąć ram ideologicznych, które dwie duże formacje tworzą i w które nas wciskają, jednak ponieważ często spory te są tylko przedstawiane jako spory w naszym interesie (znowu blefuje się tylko), można je wykorzystać, by powiedzieć coś, czego normalnie nie wolno powiedzieć.

Oczywiście głosy oporu wobec status quo czy szkodliwych zmian wprowadzanych przez PiS zawsze będą podporządkowywane jednej czy drugiej formacji – na tym polega ich władza. Jednak co innego mierzyć się z tą władzą z własnej, niezależnej pozycji, nawet jeśli mniejszościowej, a co innego poddawać się jej przy każdej możliwej okazji. Ustępstwa są ostatnim ruchem, który powinno się podejmować mogąc coś wynegocjować – inaczej są bez wartości i mocy.

Od czego zależy powodzenie lewicy w takich realiach? Sądzę, że od zdolności do wypracowania efektywnie niezależnej pozycji, którą można osiągnąć tylko przełamując klasowe, genderowe, regionalne czy kulturowe podziały. Nie mam na myśli tu tylko akceptacji liberalnej idei różnorodności i tolerancji, ale wychodzenie poza własną strefę komfortu i horyzont ideologicznych „oczywistości”: rozumienie i współdziałanie z ludźmi, z którymi często nie dzielimy ani poglądów politycznych, ani zwyczajów, ani statusu społecznego, orientacji seksualnej czy formy zatrudnienia. Ludzi, których konserwatywny i miałko postępowy liberalizm trzyma po dwóch stronach firewalla. Tych zaledwie tolerowanych i tych wykluczonych z „lepszego i kulturalnego” społeczeństwa.

Lewica nie powinna skupiać się na własnej tożsamości i toczyć tożsamościowych bojów z prawicą (grać jej grę, która niestety także jest po części nieunikniona), ale stać się lewicowym głosem dla ludzi, którzy z lewicą się dziś nie identyfikują. Z jednej strony z ludźmi, którzy z braku wyboru gromadzą się na topniejącej górze lodowej zbankrutowanego liberalizmu, a z drugiej tych, którzy po gorzkim rozczarowaniu ich rządami zwrócili się ku PiS, przynoszącemu długo oczekiwane reformy (budzące równie wielkie rozczarowania, co entuzjazm). W przeciwnym razie utkwimy wszyscy w sytuacji, w której będziemy zdolni tylko do przekonywania do naszych idei, wartości i postulatów tych, którzy są już przekonani: czyli nas samych.

Eliasz Robakiewicz

Przypisy:

1. Zgodnie z tą logiką prawicowi dziennikarze tropią „ideologię gender” czy tępią ekologów z pozycji „realizmu” takiej demaskatorskiej reakcji. Przykładowo, ponieważ w rzeczywistości nawet jeżeli deklaratywnie uznajemy, że mamy poglądy anty-rasistowskie, to i tak jesteśmy częścią globalnego systemu nierówności, w który rasizm jest strukturalnie wpisany, np. nie możemy nic poradzić na przyczyny wojny w Syrii, które są, tak jak przyczyny wszystkich wojen w krajach arabskich, związane z cenami paliw kopalnych, które z kolei wpływają na ceny wszystkich produktów dostępnych na rynku, zatem nasza deklaracja antyrasizmu jest niemal bezwartościowa wobec akcji podejmowanych przez nasze rządy i korzyści, które z zawłaszczenia tych zasobów wszyscy czerpiemy. Problem z tego typu krytyką jest taki, że aby krytykować obłudę antyrasizmu czy feminizmu z pozycji normatywnych, trzeba uznawać ideały i wartości, które za tymi ruchami stoją. Aby stwierdzić, że one do tych ideałów nie dorastają, by uznać nawet, że „są to idee być może piękne, ale nieprawdziwe”, trzeba wpierw uznać ich ważność na poziomie normatywnym. Krytyka prawicowa, choć często bardzo przekonująca, jest de facto zwykle sama oparta na reakcyjnej próbie negacji oświeceniowych wartości jako celów: na krótką metę jest to dość proste, ponieważ wystarczy wskazać, jak w kapitalizmie słuszne postulaty są zwykle w „złagodzonej wersji” integrowane z systemem, jednak ostatecznie i na poziomie samych wartości i praw jest to stanowisko nie do obrony, muszące odwołać się zawsze do egoizmu (jednostki, rodziny i „narodu”) jako ostatecznej i najwyższej wartości.

2. Wspaniały głos histeryczny przedstawia w wywiadzie z lipca Tomasz Siemoniak wiceprzewodniczący PO: https://kulturaliberalna.pl/2018/07/10/siemoniak-wywiad-akt-odnowy-rzeczpospolitej-program-po/.

3. Przykładowy głos w tej sprawie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23780918,list-do-obroncow-iii-rp-mieliscie-ciepla-wode-kranie-i-wszystko.html

4. http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,15414610,Bylismy_glupi.html

5. http://www.platforma.org/aktualnosc/43628/nasz-projekt-prawdziwe-500-zl-na-kazde-dziecko

6. Jest to postulat niezwykle ważny politycznie dla opozycji i jej aktualnej reputacji, więc newsów jest zatrzęsienie, np. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23672419,najnowszy-sondaz-rzadzacy-dalej-liderem-ale-z-koalicja-anty-pis.html, http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,21648707.html?i=0, http://natemat.pl/156401,wielka-koalicja-anty-pis-owska-to-mozliwy-scenariusz-ale-zwiastuje-tylko-jeszcze-wiekszy-chaos.

7. Choć trzeba przyznać oczywiście, że Gdula przynajmniej potraktował problem poważniej niż sami politycy opozycji czy wielu dziennikarzy: http://krytykapolityczna.pl/instytut/raport-dobra-zmiana-w-miastku/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-rzucilem-w-okno-ceglowka/,http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-w-gw-kaczynski-buduje-neoautorytaryzm/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-pis-uderza-w-strune-aspiracji-klasy-sredniej/.

8. Przykładowe głosy w tej sprawie: http://codziennikfeministyczny.pl/kongres-kobiet-socjalny-czy-neoliberalny/, http://codziennikfeministyczny.pl/znajdz-meza-zrob-drugie-dziecko-niemal-lustrzany-odpowiednik-zmien-prace-wez-kredyt/

9. Od momentu napisania tego tekstu ukazał się jeszcze tekst „O czym marzy lud KODerski. Krótki kurs”, forsujący dalej te same postulaty, pogłębiający jednak analizę pokoleniowych różnic, jednak jednocześnie zacierający istotne różnice między lewicą a starą gwardią konserwatywnych liberałów, których Sutowski broni jako „postępowej frakcji” bez oczywiście żadnych konkretów wskazujących na jej postępowość: http://krytykapolityczna.pl/kraj/anty-pis-kod-liberalowie-lewica-dialog/.

10. http://krytykapolityczna.pl/felietony/michal-sutowski/pragmatyczny-pakt/, krytyczny komentarz: https://strajk.eu/czas-proby-lewica-bez-parasola-liberalnej-demokracji/.

11. http://krytykapolityczna.pl/kraj/do-partii-razem-podajcie-lape-czarzastemu/

O pożytkach płynących z rozdawania pieniędzy

O pożytkach płynących z rozdawania pieniędzy

Nie kosztowne programy aktywizacyjne, nie poniżająca kontrola beneficjentów zasiłków – zwyczajny przelew pieniędzy, trwający obecnie kilka sekund i wymagający kilku kliknięć, jest tym kamieniem filozoficznym, którego poszukiwali od setek lat badacze kwestii ubóstwa. Formy tych świadczeń mogą być różne – stałe lub jednorazowe, powiązane z jakąś obiektywną sytuacją (posiadanie dzieci, miejsce zamieszkania, wiek itd.) lub nie. Ważne, żeby kwoty były w wysokości wystarczającej do podjęcia zakładanych aktywności i były wolne od administracyjnej czapy i czujnego oka pracowników socjalnych. Proste transfery pieniężne trafiające bezpośrednio do potrzebujących okazują się być najbardziej optymalnym (tzn. najszybszym i najtańszym) sposobem likwidowania biedy zarówno w krajach rozwiniętych, jak i w krajach Trzeciego Świata.

Potęga kontekstu

To dosyć zabawne, że taki truizm, od jakiego zaczyna się ten tekst, może mieć rewolucyjne znaczenie. Tęgie głowy od lat trudziły się, by wymyślić wzór na biedę – lenistwo razy brak odpowiedzialności plus wyuczona bezradność, i tak dalej. Tymczasem wzór na biedę od zawsze był prosty i oczywisty – bieda równa się brakowi pieniędzy. Chcecie zlikwidować biedę, przekażcie biednym pieniądze. Ale biednym bezpośrednio – nie organizacjom pomocowym, nie instytucjom polityki społecznej, nie skorumpowanym elitom krajów rozwijających się, nie przedsiębiorcom, którzy będą aktywizować ubogich po swojemu. Dajmy je tym, którzy ich bardzo potrzebują. I nie jakąś śmieszną jałmużnę, o którą muszą się prosić – solidną kwotę, która pozwoli stanąć na nogi. Oczywiście, że biedni popełniają masę błędów – często robią rzeczy bzdurne z punktu widzenia sytego. Jednak nie wynika to z ich wrodzonej bezradności i ograniczenia – wynika to z kontekstu, w jakim się znajdują.

Brak pieniędzy zawęża horyzonty, sprawia, że trzeba myśleć w krótkim terminie. Trudno myśleć o dalekiej przyszłości, skoro niepewnych jest najbliższych kilka dni. Brak pieniędzy ogranicza potencjalne aktywności – uniemożliwia jakąkolwiek inwestycję w siebie lub swoje aktywa, która po pewnym czasie dałaby możliwość osiągania większego dochodu. Więcej, brak pieniędzy zniechęca do aktywności – człowiek całe życie zmagający się z niedostatkiem zaczyna tracić nadzieję, że jego działania coś zmienią. Brak gotówki sprawia także, że chętniej spędzamy wolny czas w bardzo zły sposób. Alkohol nie jest popularny wśród biednych dlatego, że ma ona szczególne skłonności do uzależnień – alkohol jest po prostu bardzo tanim sposobem ucieczki od szarej codzienności. Żeby regularnie uprawiać jakiś sport, który po jakimś czasie da satysfakcje oraz pozytywne efekty dla ciała i ducha, trzeba mieć perspektywę posiadania pieniędzy, by inwestycja w sprzęt lub karnet nie wydawała się rozrzutnością. Żeby zabić alkoholem, wystarczy kupić butelkę w sklepie. Na to może sobie pozwolić nawet najbardziej ubogi.

Pośrednicy do lamusa

Otrzymanie żywej gotówki zmienia ten negatywny kontekst. Każdy człowiek dąży do poprawy swojego bytu. Gdyby było inaczej, nie mogłoby być mowy o postępie w antropocenie. Jeśli ktoś zaprzestał walki o polepszenie bytu, to po prostu stracił na to nadzieję. Solidny zastrzyk gotówki jest dla niego łykiem nadziei, wyjściem z jaskini, odzyskaniem wzroku. Transfery pieniężne pozwalają biednym zmienić perspektywę, zacząć myśleć w długim horyzoncie czasowym. Nagle możliwe staje się planowanie i branie spraw we własne ręce. Dzięki solidnemu zastrzykowi gotówki beneficjent otwiera się na nowe możliwości – może podjąć aktywność, o której niegdyś przez chwilę myślał, może spędzić wolny czas w bardziej pożyteczny sposób.

Rezygnacja z pośredników przy transferach pieniężnych może przynieść wiele korzyści. Pieniądze w ręce uzyskane za pomocą prostego oświadczenia, bez składania poniżających wniosków opisujących trudną sytuację, bez poniżającego udowadniania, że się ich nie wydaje na bzdury, zwiększają samodzielność oraz poczucie sprawczości. To człowiek otoczony całym zastępem „życzliwych” pracowników socjalnych i innych osób, mających go zaktywizować, wsadzony w tryby systemu, traci kontrolę nad własnym losem. Zaczyna być przekonany, że jego jako taki los jest uzależniony od ciągłej kontroli i czyjejś ręki wyciągającej go z bagna. Gdy otrzymuje gotówkę bez zbędnych pytań i dociekań, zaczyna myśleć samemu. Czuje się samemu odpowiedzialny za to, jak te pieniądze spożytkuje – jeśli zrobi to źle, będzie miał pretensje do siebie, zamiast oczekiwać na pretensje od pracownika socjalnego.

Poza tym zniesienie całej niepotrzebnej administracyjno-socjalnej czapy drastycznie ograniczy koszty. Wystarczy tylko zdalne sprawdzenie, czy stan faktyczny zgadza się z oświadczeniem. Elektroniczne dane skarbówki i ZUS-u pokażą, czy beneficjent rzeczywiście ma dochód w deklarowanej wysokości, rejestr ewidencji ludności wykaże, czy rzeczywiście ma dzieci na utrzymaniu, i tak dalej. W dobie cyfryzacji administracji taka kontrola jest szybka i tania, bez żadnego udziału beneficjenta. A zaoszczędzone pieniądze powinny oczywiście iść na zwiększenie transferów, aby świadczenia przekazywane potrzebującym były realną pomocą, a nie listkiem figowym, którym administracja zakrywa swoją bezczynność. Pieniądze trafiające na pomoc społeczną powinny być w całości przekazywane do potrzebujących, a nie na utrzymywanie instytucji pomocy. To samo dotyczy pomocy w krajach Trzeciego Świata – świadczenia powinny trafiać do lokalnej ludności bezpośrednio, a nie do lokalnych elit, pracowników organizacji międzynarodowych czy inwestorów. Lokalne elity przechwycą większość z nich, pracownicy organizacji międzynarodowych zwykle nie mają pojęcia, czego potrzeba miejscowym, a misją inwestorów nie będzie działanie w interesie lokalnej społeczności, lecz udziałowców.

Zadziwiające efekty

Ktoś mógłby powiedzieć, że piękna jest teoria, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Jednak to nie teoria. Świetnych rezultatów, jakie przynoszą transfery pieniężne, dowodzi cała seria programów i eksperymentów, które podejmowały przeróżne władze publiczne oraz organizacje na całym świecie. Wiele z nich opisał wspominany na początku tekstu Rutger Bregman w swojej „Utopii dla realistów”.

W pierwszej dekadzie XXI wieku w Londynie przeprowadzono eksperyment, którego uczestnikami byli bezdomni zamieszkujący Square Mile. Generowali oni ogromne koszty – na interwencje policji i pomocy społecznej, koszty sądowe oraz koszty służb porządkowych miasto wydawało 400 tys. funtów rocznie. Postanowiono więc przekazać bezdomnym po 3 tys. funtów na głowę, by sprawdzić, co z tego wyjdzie. W skali poniesionych już kosztów to i tak nic. Co za to kupowali? Nic nadzwyczajnego, telefon, aparat słuchowy, opłacali kurs zawodowy itd. Po półtorej roku od rozpoczęcia eksperymentu 9 z 13 bezdomnych już miało dach nad głową i nie zamierzało wrócić na ulicę. Uzależniony wcześniej od heroiny Simon mówił: „Po raz pierwszy w moim życiu wszystko zagrało. Zacząłem dbać o siebie, myję się i golę. Myślę o powrocie do domu, bo mam dwójkę dzieci”. W sumie cały eksperyment kosztował 50 tys. funtów, czyli ułamek wcześniej ponoszonych kosztów, a efektem był spadek liczby bezdomnych na Square Mile o trzy czwarte.

W Ugandzie zrealizowano dwa podobne eksperymenty – jednak zakrojone na zdecydowanie większą skalę. W ramach pierwszego władze zdecydowały się na przekazanie 12 tys. osób w wieku 16-35 lat kwoty 400 dolarów. Jak na zachodnie standardy to niewiele, ale dla mieszkańców Ugandy w tamtym czasie to czasem nawet roczne zarobki. Po 5 latach sprawdzono, jakie efekty przyniosła ta inwestycja – okazały się zadziwiające. Beneficjenci zainwestowali głównie w małe biznesy oraz edukację. Ich długookresowe zarobki dzięki temu wzrosły o 50 proc., a szanse zatrudnienia o 60 proc. W drugim z eksperymentów przekazano zaledwie 150 dolarów dla 1800 bardzo ubogich kobiet. Ich dochody oraz szanse zatrudnienia także wzrosły przeciętnie o kilkadziesiąt procent. W tym eksperymencie dla porównania części kobiet zaoferowano także pomoc doradczą pracownika socjalnego z organizacji humanitarnej, którego pomoc kosztowała badaczy ok. 350 dolarów od beneficjentki. Rzeczywiście, kobiety te osiągały nieco lepsze wyniki, jednak ten wzrost był nieadekwatny do poniesionego kosztu. Badacze doszli do wniosku, że dużo lepsze efekty dałoby dorzucenie tych 350 dolarów do kwoty świadczenia.

W Kanadzie w 1973 roku rozpoczęto eksperyment Mincome, który trwał przez cztery lata – tylko tyle, ponieważ po wyborach doszedł do władzy nowy, konserwatywny rząd, który zaniechał eksperymentu. Tysiąc rodzin z miasteczka Dauphine dostawało co miesiąc bezwarunkowy przelew, de facto po prostu dochód podstawowy. Rocznie była to równowartość 19 tys. dolarów. Wiele lat później kanadyjska badaczka postanowiła sprawdzić, jakie efekty przyniósł tamten eksperyment, porównując sytuację beneficjentów z sytuacją rodzin z pobliskich miasteczek. Mieszkańcom Dauphine nie odechciało się pracować – spadek liczby przepracowanych godzin wynosił zaledwie 1 proc. wśród mężczyzn oraz 3 proc. wśród kobiet. Jedyni żywiciele rodziny w ogóle nie ograniczyli godzin pracy. Spadła za to liczba hospitalizacji i to aż o 8,5 proc., co przełożyło się oczywiście na oszczędności dla służby zdrowia. Dzieci z rodzin beneficjentów Mincome osiągały wyraźnie lepsze wyniki w nauce, mniejsza była za to liczba przypadków przemocy domowej. Co więcej, Dauphine wyróżniało się w okolicy pod względem sytuacji ekonomiczno-społecznej także wiele lat później – eksperyment poprawił sytuację nawet następnego pokolenia.

Coś na kształt dochodu podstawowego otrzymało 8 tys. przedstawicieli plemienia Czirokezów z Karoliny Północnej. Otwarli oni na swoich ziemiach kasyno, z którego utarg trafiał do wszystkich członków plemienia. Początkowo były to niewielkie kwoty, jednak po jakimś czasie wzrosły one do 6 tys. dolarów rocznie. Ten przypadek przeanalizowali miejscowy badacze, ponieważ sytuacja Czirokezów przed otwarciem kasyna była dużo gorsza, niż pozostałych  mieszkańców okolicy. Otrzymywanie stałej dywidendy przez członków plemienia spowodowało, że problemy psychiczne ich dzieci szybko spadły o 40 proc. i ustabilizowały się na poziomie pozostałych rówieśników z okolicy. Wyrównały się również wyniki w nauce. O rok wydłużył się przeciętny okres kształcenia, a przestępczość wśród 16-latków spadła o 22 proc. Jednocześnie nie zaobserwowano spadku liczby godzin pracy wśród dorosłych. Można powiedzieć, że dzięki dywidendzie wcześniej wykluczeni ze społeczeństwa członkowie plemienia szybko doszlusowali swoją sytuacją ekonomiczno-społeczną do pozostałych mieszkańców regionu.

Transfery, głupcze!

Powyższy wywód nie ma uzasadniać jednej konkretnej formy transferów pieniężnych. Trzeba ją dostosować do aktualnych uwarunkowań. Decyzja o tym, czy wprowadzane transfery mają być powszechne, czy trafiać tylko do potrzebujących, czy mają być jednorazowe, czy comiesięczne, musi być podjęta na podstawie ekonomicznych, społecznych oraz politycznych okoliczności. Docelowym ideałem mógłby być bezwarunkowy dochód podstawowy, ale można go wprowadzać stopniowo, poprzez rozszerzanie sieci transferów pieniężnych, do których uprawnione będą kolejne grupy obywateli. Zdejmując przy tym z nich administracyjno-socjalną czapę, która ubezwłasnowolnia ich beneficjentów. Zresztą już przecież zaczęliśmy – przynoszący bardzo dobre efekty program „Rodzina 500+” spełnia właśnie te założenia. Na początek można więc dążyć do jego rozszerzenia na wszystkie dzieci, a także do rozszerzenia zasiłków dla bezrobotnych na wszystkich szukających pracy. Do czegoś podobnego przymierza się nowy włoski rząd, który chce wprowadzić dochód podstawowy dla kilku milionów najbiedniejszych Włochów.

Oczywiście znajdą się i tacy, którzy zechcą jechać na gapę. Jednak będzie to margines, którego odsianie spowoduje jedynie większe koszty i niepotrzebny paternalizm. Politykę społeczną należy kształtować w interesie większości społeczeństwa, a nie jego marginesu. Tym bardziej, że inwestycja w większe transfery pieniężne przyniesie nie tylko krótkoterminowe oszczędności w postaci redukcji kosztów administracyjnych, ale także długookresowe zyski w postaci zdrowszego i lepiej wykształconego społeczeństwa.

Piotr Wójcik

Gadomski, Maziarski i Pinochet w jednym stoją domku

Polska jak mało który kraj wie, co to znaczyć żyć pod jarzmem dyktatury. Nie minęło jeszcze 30 lat od czasu, gdy demokracja była dla nas ledwie marzeniem. Teraz w pocie czoła musimy stać na straży wolności, którą z takim trudem wywalczyliśmy. Tym bardziej dziwi fakt, że „Gazeta Wyborcza” regularnie publikuje teksty ludzi odwołujących się do antydemokratycznych wartości. Ludzi, którzy za pięknymi i utopijnymi ideami, skrywają zamiłowanie do dyktatorskich rozwiązań. Mam na myśli Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego, zwolenników idei Friedricha Hayeka i Miltona Friedmana.

Większość kojarzy Friedmana i Hayeka jako niewinnych myślicieli dwudziestowiecznych. W rzeczywistości stoją oni za jednym z najgorszych reżimów powstałych w drugiej połowie XX wieku. Chodzi o Chile pod rządami dyktatora Augusto Pinocheta, który jest odpowiedzialny za tortury i morderstwa tysięcy ludzi. Friedman i Hayek z sympatią spoglądali na kraj Pinocheta, ponieważ chilijski dyktator wiernie wprowadzał zalecania fundamentalizmu rynkowego. Gdy Zachód budował państwa dobrobytu za pomocą zdobyczy socjalnych, totalitarne reżimy były jedynymi miejscami, gdzie Hayek i Friedman mogli testować na ludziach swoją ideologię. Zresztą zdaniem uznanych ekonomistów, jak Amartya Sen i Joseph Stiglitz, eksperymenty te nie tylko zniszczyły demokrację, ale doprowadziły też do zapaści ekonomicznej Chile.

Fundamentalizm rynkowy był dla Friedmana oraz Hayeka ważniejszy od demokracji, praw człowieka i powszechnego dobrobytu. Podobne skrajnie kapitalistyczne idee stały zresztą za wieloma innymi dyktaturami – od Brazylii po Argentynę, a także za wyzyskiem i zapaścią gospodarczą krajów trzeciego świata. Nie wspominając o milionach ofiar rozwoju kapitalizmu na jego wcześniejszych etapach, kiedy to ideały wyznawane przez Gadomskiego i Maziarskiego wprowadzano za pomocą niewolnictwa, wojen i grabieży.

Gadomski i Maziarski idą śladami swoich mistrzów. Pokrewieństwo ideowe ze zwolennikami dyktatur sprawia, że gdy polska demokracja drży w posadach, publicyści „Wyborczej” konsekwentnie zalecają rozwiązania, które doprowadzą do jej dalszego osłabienia. Są zwolennikami przywilejów dla bogaczy pod postacią niższych podatków, choć dane jasno pokazują, że demokracja ma się najlepiej tam, gdzie bogaci płacą wysokie podatki – w Norwegii, Danii, Szwecji czy na Islandii. Mimo że wszyscy rozsądni specjaliści i instytucje, włączywszy w to Międzynarodowy Fundusz Walutowy, biją na alarm w związku z narastającymi nierównościami społecznymi, Gadomski i Maziarski chcą je powiększać. Wyciągają z  lamusa fundamentalizmu rynkowego zbutwiałe koncepcje. Powołują się na skompromitowaną teorię skapywania. Są zwolennikami ekonomicznej przemocy i władzy wielkich korporacji.

Co gorsza, szczują na współobywateli i współobywatelki. Stereotypy, które wygłaszają na temat najbiedniejszych członków naszych społeczeństw, przywodzą najgorsze skojarzenia związane z faszystowską propagandą. Zresztą, czemu się dziwić, skoro ich ulubieniec, Bronisław Komorowski, w drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich przymilał się do Pawła Kukiza, lidera partii sprzymierzonej ze skrajną prawicą.

Odbierają ludziom godność, przedstawiając ich jako głupi, zapijaczony motłoch. Tak jak Pinochet, i wielu dyktatorów przed nim, szczerze nienawidzą lewicy. Wznosząc się na wyżyny symetryzmu, porównują lewicowe działaczki walczące o prawa kobiet, prawa osób LGBT, prawa ludzi ubogich – do organizacji skrajnie prawicowych. Raz jeszcze, nie powinno to dziwić. Ich idol, Friedman, porównywał programy antydyskryminacyjne wprowadzone przez Amerykanów w 1941 roku do… Ustaw Norymberskich. Symetryzm jest nieodłączną częścią ich tradycji.

Nawiasem mówiąc, to oni przed ostatnimi wyborami doprowadzili do rozbicia obozu liberalnego. Gdy PO wyłamała się z ich fundamentalistycznych założeń w sprawie OFE, Gadomski wzywał do powstania nowej partii propagującej jego ideologię. Tak powstała Nowoczesna, która podzieliła liberalny elektorat i ułatwiła zwycięstwo PiS-owi.

Zdumiewający jest upór, z jakim twardogłowi fundamentaliści rynkowi próbują wmówić sobie i światu, że możemy poświęcić demokrację na ołtarzu dzikiego kapitalizmu. Zdumiewające jest również to, że „Gazeta Wyborcza” publikuje teksty miłośników ideologii stojącej za dyktaturą Pinocheta. Pozostaje mieć nadzieję, że polska demokracja przetrwa i to zagrożenie.

dr Tomasz S. Markiewka

PS. Tekst powstał z inspiracji twórczością Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego – ich bezkompromisową walką o demokrację, która uchodzi w niektórych sferach za oznakę rozsądku i umiarkowania. Zawiera przeróbki fragmentów ich felietonów.

W poszukiwaniu lewicy romantycznej

Moja doktorantka Joanna Średnicka prowadziła badania etnograficzne w polskim przedsiębiorstwie o dłuższej historii, sięgającej czasów PRL. Szefowie wspominają czasy początków transformacji jako złoty okres, gdy zaczęto doceniać ich fachowość, firma rozwijała się dynamicznie, pracownicy czuli się wtedy u siebie, klienci doceniali produkty, a zagraniczni partnerzy dawali dowody szacunku. Potem wszystko się zmieniło.

Przedsiębiorstwo zostało przejęte przez wielką korporację-inwestora, własne procedury i rozwiązania zostały zastąpione odgórnie narzuconymi. Taka opowieść przewija się jak wyraźny wspólny wątek w rozmowach prowadzonych przez badaczkę. Joanna słuchała uważnie, co mówili ludzie i w pewnym momencie usłyszała coś, czego usłyszeć zupełnie się nie spodziewała. Usłyszała cytaty z Mickiewicza, ze Słowackiego, nawiązania do romantycznej poetyki polskości w przełożeniu na tę „małą ojczyznę”, jaką jest organizacja, wspólne dobro, które zostało narażone na oddziaływanie obcych sił, pozbawiających je tożsamości, godności i sprawiających, że poczucie przynależności zastąpiła powszechna alienacja. Wprost albo metaforycznie przywoływano smutek upadłych narodowych powstań, szukano pocieszenia w poczuciu tragicznej i utraconej organizacyjnej wspólnoty, która jednak, dzięki swemu znaczeniu dla wszystkich, dawała mimo wszystko pocieszenie.

Joasia odkryła polskie romantyczne zarządzanie, choć wcale się tego nie spodziewała, i o tym traktuje jej doktorat. A ja dzięki niej uświadomiłam sobie, jak wielkie znaczenie ma romantyczna więź dla procesów organizowania. I cieszę się bardzo, bo ostatnimi czasy spotykam się z nią w myśli, w mowie i w praktyce. Chciałabym o tym powiedzieć teraz kilka słów w specyficznym kontekście – mobilizacji do zmiany społecznej, do budowania lepszego jutra. Rzecz dotyczy lewicy, ale nie lewicy racjonalistycznej, bazującej na obiektywistycznej argumentacji i proponującej inżynierię społeczną jako sposób tworzenia nowych instytucji społecznych, ani o lewicy nawołującej do burzenia istniejących struktur. Moja wymarzona lewica szanuje struktury społeczne i pragnie je przekształcać z wyobraźnią i uczuciem. Bardzo lubiłabym, gdyby w procesie krystalizacji otrzymała ona nazwę lewicy romantycznej, choć jak znam życie – tak się nie stanie. Jednak tak właśnie bije jej serce.

W codziennych rozmowach z osobami z różnych klas i grup społecznych (choć najczęściej z akademikami), zauważyłam ostatnimi czasy zadziwiające zjawisko, nieraz witane radosnym zdumieniem po obu stronach. Lepiej rozmawia się socjalistom z konserwatystami, niż jednym i drugim z centrystami czy liberałami wszelkich odcieni, lewicowych czy prawicowych. To samo wrażenie miewamy w naszych rozmowach wokół ogólnopolskiego protestu akademików przeciwko Ustawie 2.0. Sam protest jest czymś niezwykłym w moim doświadczeniu, jest prawdziwie ponadpolityczny, czyli, w słowach Aleksandra Temkina, krystalizatora Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, „działający politycznie na rzecz instytucji – wspólnej przestrzeni sporu i myślenia, a nie na rzecz żadnego stronnictwa, partii i sekty”. Jedna z organizatorek, uczona z Uniwersytetu w Białymstoku, Małgorzata Kowalska, zauważa bliskość pewnych idei lewicowych i konserwatywnych w opublikowanym niedawno artykule w „Krytyce Politycznej”: „Poza konserwatyzmem w wariancie mocnym lub »właściwym« istnieje rodzaj konserwatyzmu umiarkowanego i krytycznego, dobrze korespondującego z poglądami lewicy. Należałoby tu może mówić o […] niechęci do modernizacji i racjonalizacji rozumianych w duchu globalnego kapitalizmu”. Równie ciekawie i mocno pisze o zbliżeniu pewnych postaw konserwatywnych i lewicowych w kontekście pracy Piotr Graczyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego na łamach tekstu z „Teologii Politycznej”: „Zmartwychwstała może być tylko taka praca, którą kieruje się ku przyszłości jako swobodnej, rozwijającej się wedle własnych reguł, a nie używana do zaspokojenia nienasyconego głodu zysku”.

W tych i wielu innych takich spotkaniach idei i postaw, jakie ostatnio obserwuję (i w nich uczestniczę), pojawia się jeden zasadniczy wyraźny motyw: szacunek wobec struktur i instytucji. Konserwatyści tradycyjnie pragną je ocalić, socjaliści chcą zmieniać. Jednak ostatnimi czasy pojawiła się grupa jednych i drugich, która przede wszystkim zamierza chronić je przed zniszczeniem i erozją w celu dalszej konserwacji lub organicznego dostosowania do zmienionych warunków świata. Tu przeciwnikiem są liberałowie rynkowi i socjalni, których program zakłada radykalną modernizację, czyli wymianę obecnych struktur na nowe, postulowane jako bardziej nowoczesne. Zdaniem zarówno socjalistów, jak i konserwatystów nie należy „reformować przez zaoranie”, bo, jak pokazuje przykład Kartaginy, to, co raz zaorano, takowym pozostaje. Programy programami, mogą być postępowe, doskonałe, a nawet jedynie racjonalne i Naukowe (modernizatorzy lubią pisać o nauce przez wielkie N i wtedy nie mają na myśli tego, co tworzą naukowcy, lecz swój system wiary w racjonalne rozwiązania), ale przecież tymczasem trzeba jakoś wspólnie działać. Jak pokazują rewolucje francuska i leninowska, a także projekty modernizacyjne, np. te, które miały miejsce w wielu krajach Bliskiego Wschodu w ubiegłym stuleciu, społeczeństwo bez instytucji albo polega na władzy przemocowej, autorytarnej, albo powraca do tych struktur, które przetrwały, czyli najsilniejszych, niemal uranicznych w swej mocy oddziaływania, takich jak hierarchiczna władza i kult jednostki (Pierwszy Sekretarz zamiast Cara).

Struktury i instytucje są bardzo ważne, bo, jak pisałam we wcześniejszym felietonie, umożliwiają ludziom współdziałanie. Bez nich skoordynowana współpraca, potrzebna do każdego większego społecznego przedsięwzięcia (o ile nie zautomatyzujemy wszystkiego na amen, ale dla kogo działałby taki system? to zagadka, której fani zrobotyzowanej przyszłości na ogół nie umieją lub nie chcą rozwiązać), możliwa jest tylko na zasadzie bezpośredniego przymusu i przemocy. Jak pisał Zygmunt Bauman, najnowsze czasy cechuje intensywny rozpad struktur społecznych i instytucji. System staje się niewydolny, ale nie ma jeszcze nowego systemu, który mógłby go zastąpić. Ten stan rzeczy Bauman nazwał metaforycznie, za Antoniem Gramscim, interregnum, bezkrólewiem. Jest to stan instytucjonalnej zapaści bez gwarancji szybkiego wyjścia. Może utrzymać się przez lata, dziesięciolecia, a nawet stulecia – tak jak wówczas, gdy powoli padało Imperium Rzymskie wraz z całą przynależną cywilizacją i kulturą.

Instytucje są niezwykle cenne i nie rosną na drzewach. Trzeba na nie bardzo długo wspólnie pracować. Dlatego zarówno organiczni konserwatyści, jak i organiczni socjaliści, jak roboczo nazywam zwolenników chronienia struktur, pragną zadbać o ich przetrwanie. Spotykamy się na gruncie ochrony instytucji społecznych, dorobku kultury i środowiska naturalnego, czyli wszystkiego tego, co łatwiej jest zniszczyć, niż z powrotem przywrócić do życia. Lewica pragnie zmieniać świat, tak, by ludziom żyło się lepiej i sprawiedliwiej. Ta, o której traktuje ten felieton, czyni to radykalnie w sferze idei, lecz ostrożnie w sferze struktur. Taki program jest możliwy wtedy, gdy socjologicznej rozwadze towarzyszy duchowa wyobraźnia. I tu docieramy do romantyków, a konkretnie do romantycznych wartości.

Dwie naukowczynie zajmujące się organizacjami obywatelskimi – Ewa Bogacz-Wojtanowska i Anna Góral, przebadały etnograficznie organizację społeczną wokół Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Stwierdziły, że niezwykle sprawne współdziałanie bazowało przede wszystkim na poczuciu wspólnotowości i na bardzo silnej identyfikacji z wartościami chrześcijańskimi i społecznościowymi. Badaczki uważają, że taki tryb funkcjonowania możliwy jest tylko przejściowo, jednak może posłużyć nie tylko do tworzenia inicjatyw efemerycznych, takich jak Dni Młodzieży, ale w ogóle może pomóc znaleźć strukturotwórczy kompas w czasach interregnum. Jeśli struktury i instytucje społeczne kruszą się, to można zastosować podobną zasadę, co w przypadku procesów organizacyjnych odbywających się jakby pomiędzy stabilniejszymi rzeczywistościami – poprzez powrót do zasadniczych wartości. Młodzi katolicy zbierali się razem, by celebrować swoją wiarę, swoją radość z doświadczania Bożej obecności w naturze, bliskości, wzajemnej pomocy. W ten sposób nie tylko mogli sprawnie działać razem, ale też stali się żywym zarzewiem odnowy w polskim Kościele katolickim, wpuszczają nowego ducha w stare struktury.

Inne grupy i społeczności mogą osiągnąć podobny efekt, zadając sobie podstawowe pytanie, na które trzeba udzielić wyłącznie szczerej, całkowicie niecynicznej i bezinteresownej odpowiedzi (inaczej to nie działa): po co? Po co chcemy wspólnie wykonywać te działania, które realizuje dana instytucja? Czyli, na przykład, jako Akademicki Komitet Protestacyjny zadaliśmy sobie pytania: po co akademia?I odpowiedzieliśmy sobie, przywołując wartości akademickie: dążenie do prawdy, poszukiwanie wiedzy, twórczość. Wśród wywieszanych przez nas na okupowanych budynkach uczelni transparentach widniały napisy takie jak: „Akademia moja miłość”, „Nauka niepodległa”, „Samorządność naszą bronią”, „Wolne uniwersytety zamiast fabryk wiedzy”, „Rewolucja nigdy nie śpi”. W tym kontekście niesamowite wrażenie robi zmasowany energiczny atak na AKP z różnych stron, który trafia dokładnie w próżnię. Nie ma nas nigdzie tam, gdzie walą z lewa i z prawa, a zwłaszcza z centrum: nie jesteśmy młodymi lewakami ani starymi konformistami, nie jesteśmy niedoinformowani, nie jesteśmy pełni przesądów, nie jesteśmy prowincjonalni, nie jesteśmy desantem z wielkich miast, nie jesteśmy zakompleksieni. Są wśród nas naukowcy, którzy, gdyby chcieli zmierzyć krytyków ich miarami, rozsypaliby ich w puch i w proch – ale nie chcą. Można im zacytować Luke’a Skywalkera: „Amazing! every word you just said is wrong”. A to dlatego, że my dla nich nie istniejemy. To, czym jesteśmy, to, co nas niesie – wartości akademii – nie istnieje w ich świecie. Ich walka z własnymi cieniami zaczyna być wręcz zabawna. Dziesięciolecia koncentracji wyłącznie na tym, co zewnętrzne – na markach, fasadach, wrażeniu, CV, a jednocześnie bagatelizowanie tego, co wewnętrzne („tak ci się tylko wydaje”, „to wszystko w twojej głowie”) przynoszą skutki w postaci gigantycznych drogocennych potiomkinowskich wiosek bez treści (ani wartości) w środku.

Wartości inkluzywne, przywołujące poszanowanie dla dziedzictwa kulturowego i tradycji, ale też radykalne społecznie, a zarazem celebrujące wyobraźnię, znajdziemy w sztuce, poezji i myśli romantyków, w tym także polskich. Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” zawarł wizję polskości plastyczną, żywą, społecznie i politycznie wrażliwą, mocno związaną z miejscem i przyrodą, wśród których dane nam jest żyć – Polakom przeszłym i teraźniejszym. Opisane są tradycje i zwyczaje, a także archetypiczne postaci, jak to archetypy – niejednoznaczne, wielowymiarowe, nieraz problematyczne. W „Dziadach” poeta przywołuje idee mistyczne, czerpie natchnienie, by ożywić i przekazać wizję tego, kim jesteśmy i po co nam nasza polskość. Jest to polskość tajemnicza, tragiczna, ale inkluzywna, społecznie czuła. Wreszcie w poematach takich jak „Widzenie” mamy do czynienia z profetyczną wizją ukazującą spójność świata, przynależność i współistnienie duszy i świata. Jak pokazały badania Joanny Średnickiej, romantycy i Mickiewicz są kompasem moralnym i językiem wyobraźni Polaków także dziś i także w tak niepoetycznych kontekstach, jak zarządzanie. Jest to bardzo ważna rola, bo, jak pokazuje językoznawca George P. Lakoff w swojej książce „Nie myśl o słoniu!”, język i metafory definiują naszą rzeczywistość, określają, co jest możliwe, a co normalne, po prostu kształtują rzeczywistość.

Język romantyków pomaga szanować tradycje i wartości, a więc podstawy instytucji społecznych, jednocześnie otwierając poprzez metafory wrażliwość umysłu i serca na innych i na przyrodę. Racjonalizm i scjentyzm miały już swoje pięć minut w historii. Przywołując wizję i wezwanie innego wielkiego romantyka, Williama Blake’a, czas już, żebyśmy zebrali się razem i zaczęli budować lepszy świat wśród zielonych łąk naszych ziem, odsuwając w przeszłość niszczycielski przemysł i mroczne porządki społeczne kapitalizmu. Tak samo jak poeci, ale także szefowie w badaniach Joanny Średnickiej, rozpoznajmy i ucieszmy się z tego, co nas niesie, co dla nas sensowne i ważne, porzućmy smutny i kruchy świat pozorów. Jeśli nie wierzysz – nie idź do zakonu, jeśli nie kochasz – nie bierz ślubu. Wsłuchajmy się w sens naszych instytucji i naszą wyobraźnię, zobaczmy, jak wszystko się sensownie łączy, słowami poety:

Teraz widziałem jako w wodzie na dnie,

Gdy na nią ciemną promień słońca padnie.

Teraz widziałem całe wielkie morze,

Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga,

A w nim rozlana była światłość błoga.

(Adam Mickiewicz, fragment poematu „Widzenie”).

prof. Monika Kostera

Zanim zastąpią nas roboty

Zanim zastąpią nas roboty

Głównym czynnikiem determinującym przyszłość rynku pracy w skali globu będzie technologia – nie demografia i nie trendy konsumpcyjne. Nie jest to samo w sobie specjalnie przełomowe stwierdzenie. Technologia i w XX, i w XIX wieku odgrywała bardzo dużą rolę w zmianie gospodarki, a nieodłącznie od gospodarki zmieniał się rynek pracy. Działo się to jednak w trochę inny sposób, niż będzie się odbywało w najbliższych dekadach.

Rola technologii w XIX i XX wieku zasadzała się na wspieraniu pracy człowieka (możemy mówić o technologii wspierającej), nie na zastępowaniu go. Na przykład kasjerki w banku dostawały do pomocy maszyny liczące i wydające odpowiednią ilość pieniędzy, ale to nie zmniejszyło liczby kasjerek – wręcz przeciwnie – mogły się zająć innymi czynnościami.

Oczywiście nie obywało się również bez utraty dotychczasowych miejsc pracy, ale nadal można powiedzieć, że maszyny „wspierały” pracę człowieka, nie zastępując jej całkowicie. W rolnictwie traktory zastępowały zwierzęta pociągowe, ale tworzone były miejsca pracy w przetwórstwie żywności. Taksówki zastępowały dorożki, ale dorożkarze mogli stać się taksówkarzami, wykonując dotychczasową pracę szybciej. Maszyny pracowały razem z ludźmi, praca była wykonywana w nowy sposób, wytwarzano nową wartość dodaną (przetworzona żywność, nowe produkty). Produkowano łatwiej, w prostszy sposób zaspokajając ludzkie potrzeby. Jednocześnie powstawały nowe, coraz bardziej zaawansowane sektory gospodarki, produkujące wcześniej nieistniejące produkty, ułatwiające bądź umilające ludziom życie: pralki, radia, telewizory, krajalnice, lodówki, i tak dalej. Oczywiście dotyczy to również rozwoju sektora usług.

Chociaż społeczeństwo korzystało z tego rozwoju, to postęp techniczny (technologii wspierających) nie był całkowicie neutralny z punktu widzenia spójności społecznej. Każda zmiana struktury gospodarki niesie ze sobą skutki – nawet w skali mikro, w skali branży, w skali miasta, znamy to znakomicie z naszej transformacji ustrojowo-gospodarczej. Zmiany mają swoich wygranych i przegranych: w strukturze społecznej (jedni się bogacą, drudzy mniej albo biednieją), w konkurencji podmiotów gospodarczych (pojawia się jedna firma, inna traci udział w rynku), w konkurencji ekonomicznej państw, w relatywnej pozycji jednych bloków gospodarczych względem drugich. Jedni zaczynają wygrywać na nowej technologii dzięki byciu właścicielami środków produkcji. Właściciele umaszynowionych, lepiej „uzbrojonych” firm wygrywają na wyższej efektywności większe obroty i dochody rynkowe. Drudzy, mniejsi wygrani, korzystają z efektów makro tej zmiany.

Społeczeństwo korzysta nie aż tak bezpośrednio, ale z czasem korzyści stają się również zauważalne –  pojawiają się tańsze, lepsze towary lub usługi, ich szybsza dostępność, tworzone są bardziej zaawansowane stanowiska pracy. Czasami zyskują przedsiębiorstwa powiązane, obsługujące bogacącą się firmę, inne zaś tracą.

Jednocześnie pojawiają się też bezpośredni przegrani. Ci, którzy funkcjonowali w systemie produkcji poprzedniej technologii, a dla których nie było jasno zakreślonej, lub w ogóle jakiejkolwiek, roli w systemie nowej technologii. Dorożkarze, którzy nie przesiedli się do samochodów, byli przegranymi postępu przemysłu samochodowego. Wygrywały lub przegrywały także większe organizmy społeczne. Państwa położone nad Morzem Śródziemnym straciły swoją rolę i znaczenie, gdy ich handel z Bliskim i Dalekim Wschodem stał się mniej zaawansowany od rozwoju handlu oceanicznego w XVI, XVII i XVIII wieku.

Przegrani niekoniecznie ugryzą rosnący tort zwany PKB. Wiele zależy od dyfuzji, rozpowszechnienia owoców wzrostu gospodarczego. Jeżeli robotyzacja i automatyzacja będą znacząco zmniejszać liczbę starych miejsc pracy, tworząc znacznie mniej nowych, to wtedy mamy problem. Owoce wzrostu gospodarczego będą koncentrować się coraz bardziej w rękach właścicieli kapitału, którzy są jednocześnie właścicielami technologii – jako kapitał niematerialny, poprzez licencje i programy, lub materialny, jako technologie wdrożone w przedsiębiorstwach. Im większa koncentracja majątku i dochodu z wzrostu wywołanego postępem technicznym, tym większa liczba przegranych.

Może to zwiastować początek kłopotów społecznych i gospodarczych. Henry Ford pokazywał kiedyś szefowi związku zawodowego zakupione nowe maszyny, automatyzujące część prac, zastępujące część pracowników. Powiedział do szefa związku z uśmiechem: „Spróbuj te maszyny zapisać do związku i zebrać od nich składki na związek”. Na co szef związku odpowiedział: „Spraw, żeby kupowały twoje samochody”. W ostatnich dekadach XX wieku widzimy już w szeregu krajów Zachodu początek problemu nierównowagi między kapitałem a pracą. Liczba niepracujących w wieku produkcyjnym rośnie. Liczba miejsc pracy tworzonych przez nowe zawody (np. analityk danych) jest dużo mniejsza, niż tych, które odchodzą w niebyt za sprawą technologii. Jednocześnie rosną nierówności, więc wzrost wydajności – czyli rosnący tort PKB – jest dobrą wiadomością tylko dla właścicieli kapitału i niewielu osób, tych wykonujących wysokopłatne zawody. U innych wzrostowi produktywności towarzyszy stagnacja płacowa. Już wiemy, że da się produkować bez pracowników. Pytanie brzmi, jak stworzyć konsumpcję bez szerokiej bazy konsumentów posiadających dochody przeznaczone na konsumpcję. Koncentracja majątku i dochodu stanowią zagrożenie dla popytu, a zatem – koniunktury i długofalowego wzrostu.

Czy na pewno mamy do czynienia z technologiami zastępującymi ludzi? Obecna rewolucja technologiczna oparta jest na robotyzacji połączonej z możliwościami budowy sztucznej inteligencji zasadzającej się na odmianach uczenia maszynowego. Mówiąc ludzkim językiem: maszyny, obserwując ludzi, uczą się wykonywać rozwiązania problemów w taki sposób jak oni. Tyle że lepiej. Człowiek w ciągu swojego życia jest w stanie uczyć się tylko na podstawie rozwiązywania i obserwowania rozwiązywania zadań. Maszyna uczy się na podstawie dowolnie wielkich zbiorów danych, dzięki czemu jest w stanie dużo szybciej osiągnąć i prześcignąć osiągnięcia ludzi. Od kilku lat oprogramowanie Watson potrafi lepiej niż lekarze wykrywać zmiany nowotworowe. Znacząco lepiej! To dlatego, że maszyna jest w stanie przestudiować setki tysięcy przypadków i diagnozować „bez pudła”. Firma z Kalifornii stworzyła zaś oprogramowanie zarządzające projektami – nie wspomagające zarządzanie projektami, lecz zarządzające nimi.

Oczywiście – nadal potrzebni są tam ludzie. Maszyna rozdziela pracę w zespole programistów, później je grupuje, układa, jak zwyczajny kierownik projektów. Jednocześnie jednak maszyna cały czas przygląda się działaniom ludzi, uczy się ich imitować i w pewnym momencie całkowicie ich zastąpi.

Zatem jakie prace są zastępowalne, a które się oprą maszynom? Warto przytoczyć kilka przykładów  obecnych i przewidywanych możliwości uczenia maszynowego.

Jeszcze kilkanaście lat temu naukowcy przewidywali, iż sztuczna inteligencja nie będzie w stanie samodzielnie prowadzić samochodu na lepszym poziomie niż człowiek, m.in. ze względu na wielość formalnych i nieformalnych reguł zachowania na drodze. Uznawano również, że nie do podrobienia będzie ludzka mowa. Dziś nie tylko samojezdne samochody są lepsze od kierowcy-człowieka i wkrótce wejdą na rynek, ale też np. sztuczna inteligencja tworzy około 20% artykułów pisanych przez agencję prasową Associated Press. Używa jej również „The Washington Post”. Sztuczna inteligencja napisała już scenariusz filmu, tworzy muzykę. Do 2027 r. napisze piosenkę imitującą utwór znanego artysty, i znajdzie się ona w rankingu najbardziej popularnych piosenek. W 2028 r. będzie w stanie stworzyć kreatywny film wideo, a w 2045 r. napisze beletrystykę, która znajdzie się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Tak przewiduje S. Hall i raczej się nie pomyli. Umiejętności automatyzacji i zastąpienia ludzkiej pracy i twórczości postąpią więc bardzo szybko.

Jakie prace będą najszybciej automatyzowane? Rutynowe, łatwe do uczenia się przez maszyny, powtarzalne. Księgowość, call center, ubezpieczenia, audyt, usługi prawne, ale również obsługa maszyn i urządzeń, obsługa linii montażowej. Zobaczymy, co stanie się z polskim zagłębiem outsourcingu procesów biznesowych, np. w Krakowie. „Dłuższy termin ważności” będą mieć prace wymagające dużo większej kreatywności lub inteligencji emocjonalnej: pisarz, pielęgniarka, przedszkolanka, nauczyciel, opiekun osoby starszej, analityk rzadkich, niepowtarzalnych sytuacji itp. Ale i w tych przypadkach trzeba pamiętać, żeby nigdy nie mówić „nigdy”. Sztuczna inteligencja uczy się również zachowań, gestów, naśladuje ludzką intuicję.

Jak to się ma do naszej polskiej rzeczywistości? Polska ma spory udział zawodów narażonych na unicestwienie i na powstanie tego, co John Maynard Keynes nazwał bezrobociem technologicznym. Jednocześnie jest jednym z ostatnich krajów, któremu może udać się w tak relatywnie łatwy sposób doszlusować na dolną półkę krajów wysoko rozwiniętych. Miejsca pracy w przemyśle, w montażu, będące siłą krajów rozwijających się, korzystających z globalnych rynków firm międzynarodowych, będą coraz rzadsze. Przemysł się zmienia. W Chinach jeden z największych pracodawców, Foxconn (produkujący m.in. iPhone’y dla Apple) zamierza w ciągu trzech lat zautomatyzować, czyli zlikwidować, 70% miejsc pracy. Już działa całkowicie automatyczna fabryka Foxconn w Chengdu. Maszyny produkują non stop, a na hali produkcyjnej jest całkowicie ciemno – nie ma ludzi, którzy potrzebowaliby światła. Fabryki przenoszą się z Chin do USA – mówią niektórzy – ale nie są to już te same fabryki. Miejsc pracy jest w nich niewiele. Zmiany w przemyśle będą więc przebiegać szybko, a w ślad za nimi spadać będzie liczba zatrudnionych.

Na to też musimy przygotować się w Polsce, wiedząc jeszcze dodatkowo, iż Europa, nawet Niemcy, jest zapóźniona w technologii sztucznej inteligencji, która będzie decydować o ukształtowaniu podziału pracy w świecie XXI wieku. Liczba miejsc pracy w Polsce będzie w dłuższym horyzoncie (powyżej 10 lat) spadać. To stawia przed nami pytania, jak kształtować politykę imigracyjną dopasowaną do nowej rzeczywistości, nie zaś próbującą przedłużać termin ważności epoki niskich płac, a także jak zaadaptować się na poziomie państwa do ogromnego wyzwania społeczno-gospodarczego.

Aby zabezpieczyć się przed falą bezrobocia technologicznego, niezbędny jest sprawny system edukacji, obejmujący całe życie, nie tylko pierwsze dwadzieścia kilka lat. Ważne jest, aby tworzyć miejsca pracy w nowej gospodarce. Tych miejsc tak czy inaczej nie będzie bardzo wiele i, o ile dostosowanie systemu edukacji jest ważne, nie jest proporcjonalne do skali wyzwań.

Pomysły typu minimalny dochód gwarantowany mają szansę co najwyżej łagodzić skutki, nie rozwiązując źródła problemu. Krytycy tego rozwiązania mają nieco słuszności. Populacja bez dochodu, kraj bez dochodu do redystrybucji przy braku nowoczesnych sektorów gospodarki powodują, że system dochodu gwarantowanego nie będzie mieć silnych podstaw. Byłaby to próba wytworzenia popytu bez bazy strony podażowej (wytwórczej). Opodatkowanie cyfrowej gospodarki będzie w Polsce mrzonką, jeżeli ta gospodarka w kraju nie będzie istnieć w zaawansowanej formie konkurencyjnych cyfrowych przedsiębiorstw. Aby uniknąć sytuacji, w której rzesze populacji nie mają dochodu, a zatem nie mają również siły nabywczej, konieczne będzie stworzenie nowej gospodarki, zdolnej utrzymać i powiększać dobrobyt obywateli.

W związku z tym państwo powinno już teraz rozpocząć tworzenie funduszu inwestycyjnego technologii cyfrowych, który mógłby w przyszłości objąć dużą część gospodarki – stając się współwłaścicielem wielu technologii dających społeczeństwu dochody z własności kapitału.

Jak taki fundusz powinien działać? W jego ramach powinny istnieć subfundusze, inwestujące większość środków w polskie przedsiębiorstwa rozwijające technologie sztucznej inteligencji, jak również inwestujące w aktywa zagranicznych przedsiębiorstw tego typu. Fundusz mógłby zatem stać się również istotnym elementem polityki zagranicznej, budując wpływ w rosnących sektorach gospodarek naszych sąsiadów. Dodatkowo, poprzez inwestycje w zaawansowane globalne przedsiębiorstwa, czyniłby polskie społeczeństwo właścicielem rent globalnej gospodarki przyszłości. W przypadku inwestycji krajowych konieczne byłoby stworzenie (wzorując się częściowo m.in. na sposobie działania Instytutu Fraunhofera) silnego Centrum Rozwoju Technologii Cyfrowych, zapewniającego mocne kompetencje badawcze i akceleracyjne projektów polskich przedsiębiorstw.

Wykres: Szkic architektury funduszu Inwestycje Cyfrowe:


Możemy być pionierem nowej gospodarki i złagodzić społeczne ruchy tektoniczne, które nieodzownie nastąpią w związku z przemianami technologicznymi. Już za umiarkowanie duże środki (na początku np. 5 miliardów euro w ciągu pięciu lat) będziemy w stanie rozpocząć proces unowocześnienia gospodarki i zabezpieczenia przyszłych pokoleń. Mądry Polak przed szkodą? Poszukiwanie rozwiązań na nadchodzące zmiany na świecie jeszcze się na dobre nie zaczęło. Należy z tego skorzystać.

Krzysztof Mroczkowski

Artykuł jest zmodyfikowaną wersją wystąpienia panelowego z II Ogólnopolskiego spotkania sieciującego dla Ośrodków Wsparcia Ekonomii Społecznej (OWES), które odbyło się 11.06.2018 r. w Warszawie.

Rynek pracownika to kiepski żart

Rynek pracownika to kiepski żart

„Sytuacja na polskim rynku pracy jest tak trudna, że firmy przekupują pracowników etatami” – taki nagłówek czekał na czytelników jednego z największych polskich portali. To chyba najlepsze podsumowanie przewijającej się przez polskie media tezy, według której rzekomo mamy obecnie do czynienia w Polsce z rynkiem pracownika.

Można się z nią zgodzić tylko wtedy, jeśli ten zwyczajny cywilizacyjny standard, jakim jest umowa o pracę, uznamy za niebywały wręcz ukłon w stronę klasy pracującej. Po latach dręczenia nadwiślańskich pracowników najemnych każdy nieco większy wzrost płac i nieco większa skłonność do zwierania umów o pracę na czas nieokreślony muszą jawić się niemal jak rewolucja społeczna. Jednak jeśli odłożymy na bok te różowe okulary, to szybko okaże się, że nie ma mowy o żadnym skoku jakościowym na polskim rynku pracy. A ta wielka poprawa, jaka się rzekomo odbyła, to tak naprawdę bardzo powolne zmierzanie w kierunku standardów, które pracownicy na zachodzie kontynentu zapewnili sobie już dawno.

Rezerwowa armia pracy

„Bezrobocie w Polsce absolutnie zaskakuje. Psychologiczna granica blisko” – tak skwitował majowe dane z rynku pracy branżowy portal Puls HR. Według GUS bezrobocie wyniosło 6,1 proc., a liczba zarejestrowanych bezrobotnych 1,02 mln osób. Jeśli trend się utrzyma, co jest prawdopodobne, niedługo stopa bezrobocia spadnie poniżej 6 proc., a liczba bezrobotnych poniżej miliona. Jeszcze lepiej wygląda to według danych Eurostatu, który mierzy bezrobocie inną metoda niż GUS – w kwietniu wyniosło ono w Polsce zaledwie 3,8 proc. i było piąte najniższe w UE, przy średniej unijnej niemal dwukrotnie wyższej.

Problem w tym, że niskie bezrobocie nie jest w Polsce wynikiem wysokiego zatrudnienia, lecz niskiej aktywności zawodowej. Inaczej mówiąc, wiele osób w wieku produkcyjnym pozostających bez pracy, w ogóle jej nie szuka, pozostając poza rynkiem pracy i poza rejestrem bezrobotnych. Według OECD zatrudnionych jest 67 proc. Polek i Polaków w wieku produkcyjnym. To wynik o jeden punkt procentowy gorszy niż średnia OECD. Przykładowo Szwecja ma o ponad dwa punkty procentowe wyższe bezrobocie niż Polska, ale zatrudnienie ma wyższe aż o 10 punktów procentowych. Finlandia ma ponad dwukrotnie wyższe bezrobocie niż Polska, ale fiński wskaźnik zatrudnienia wynosi 71 proc. Francja ma niemal trzykrotnie wyższe bezrobocie niż Polska, ale zatrudnienie ma na bardzo podobnym poziomie (65 proc.).

Według GUS liczba biernych zawodowo Polaków i Polek w wieku produkcyjnym wynosi 5,2 mln osób. Tak więc liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym nad Wisłą pięciokrotnie przewyższa liczbę bezrobotnych. Oczywiście wiele z tych osób nie pracuje z przyczyn obiektywnych – na przykład są niepełnosprawni, otrzymali wcześniejszą emeryturę (np. górnicy) lub wychowują kilkoro dzieci. Jednak są wśród nich osoby, które odeszły z rynku pracy, ponieważ nie potrafiły znaleźć sensownego zatrudnienia. Na szczęście ich liczba wyraźnie spada – jeszcze w 2016 r. biernych zawodowo było w sumie 5,6 mln – jednak jest wciąż duża. Część z tych 5 milionów osób de facto zasila tak zwaną rezerwową armię pracy, która potencjalnie mogłaby podjąć zatrudnienie nie wymagające kwalifikacji. Sam ten fakt osłabia pozycję niewykwalifikowanych pracowników oraz bezrobotnych. A także uzmysławia, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia na polskim rynku pracy.

A ten wcale nie jest tak urodzajny, jak się wydaje. Eurostat podał niedawno wskaźnik wakatów za I kw. 2018 r., czyli odsetek nieobsadzonych miejsc pracy. W kraju, w którym podobno niezwykle brakuje rąk do pracy, odsetek ten powinien być wysoki. Tymczasem w Polsce wskaźnik wakatów wynosi tylko 1,2 proc. i jest 10 od końca w UE. Średnia unijna wynosi 2,2 proc. W Czechach, w których sytuacja na rynku pracy rzeczywiście jest bardzo dobra (zaledwie 2-procentowe bezrobocie), wynosi on aż 4,8 proc. W Szwecji wskaźnik wakatów wynosi 3 proc., choć bezrobocie jest tam o wiele wyższe, niż nad Wisłą. Dokładnie taki sam wskaźnik jak Polska mają za to Włochy i Francja, w których sytuacja na rynku pracy bywa określana jako szczególnie trudna. Jak widać polscy pracownicy wcale nie mogą przebierać w ofertach. Przy tak niskim wskaźniku nieobsadzonych miejsc pracy trudno w ogóle mówić o rynku pracownika.

Wybujałe roszczenia taniej siły roboczej

W sytuacji braku rąk do pracy powinniśmy mieć wysoką presję na wzrost płac, czyli wzrost żądań płacowych wśród pracowników. Czytając portale branżowe, można dojść do takiego wniosku. „Sytuacja na rynku pracy wywołuje presję na wzrost płac” –obwieścił w styczniu Puls HR. Rzeczywiście, w pierwszym kwartale średnie wynagrodzenie wyniosło 4623 zł, co oznacza wzrost rok do roku rzędu 6 proc. Wielu ekspertów niepokoi szybki wzrost wynagrodzeń, gdyż ma on wyraźnie przekraczać wzrost produktywności. Co w efekcie sprawi, że nasza gospodarka stanie się mniej konkurencyjna i dostanie zadyszki. Gdyby tak rzeczywiście było, to znacząco wzrósłby udział płac w PKB. Wzrost płac znacznie przekraczający wzrost produktywności oznaczałby przecież, że pracownicy wykroiliby sobie większy kawałek tortu, jakim jest dochód narodowy. Trudno jednak coś takiego zauważyć – owszem, według danych Komisji Europejskiej w 2016 roku polski udział płac w PKB wzrósł z 47,2 do 48,2 proc., jednak już w 2017 roku spadł do poziomu 47,7 proc. W tym roku szacowany jest kolejny wzrost do 48,6 proc., trudno to jednak porównać z średnią unijną wynoszącą 55,4 proc. W tym czasie w Czechach udział płac ma wzrosnąć z poziomu 46,5 proc. w 2015 r. do 49,2 proc. w 2018 r. A nominalny wzrost płac sięga tam poziomu 8 proc.

W ubiegłym roku po kilku latach stagnacji zanotowaliśmy wreszcie wyraźny wzrost przeciętnej płacy godzinowej liczonej w euro – wzrosła ona z 8,6 euro do 9,4 euro. Podobne lub nawet większe wzrosty notują jednak wszystkie kraje regionu. W Czechach stawka godzinowa wzrosła z 10,1 euro do 11,3, na Węgrzech z 8,3 do 9,1, a na Słowacji z 10,4 do 11,1 euro. Średnia unijna wynosi 26,8 euro, więc przeciętna stawka europejska niezmiennie jest prawie trzy razy wyższa niż polska. Wciąż nie mamy zatem co liczyć na to, że zarobki w Polsce będą konkurencyjne wobec zachodnich. Oczywiście ceny w Polsce są niższe – wynoszą 56 proc. średniej unijnej – ale czasowy wyjazd na saksy wciąż będzie bardzo korzystnym rozwiązaniem dla polskich pracowników w najbliższych latach. Tak więc pole do wzrostu płac w Polsce nadal jest olbrzymie.

Nie należy też zapominać, że w Polsce są wysokie nierówności płacowe. Nie należy ich mylić z nierównościami dochodowymi, które są przeciętne i w ostatnim czasie spadają. Według danych za 2014 r., różnica płac między pierwszym a dziewiątym decylem była najwyższa w UE, wyprzedzaliśmy pod tym względem nawet Rumunię. Dlatego o sytuacji na polskim rynku dużo więcej mówi mediana, która na koniec 2016 r. wyniosła 3511 zł brutto. Od końca 2016 r. średnie wynagrodzenie wzrosło o 9,5 proc., zatem analogicznie obecna mediana może wynosić ok. 3845 zł. Jeśli połowa Polaków zarabia mniej niż 2,75 tys. zł na rękę, to o żadnych wybujałych żądaniach płacowych w Polsce nie ma mowy.

Praca kontra życie

„Umowa o pracę na czas nieokreślony wraca do łask” – napisał na początku ubiegłego roku Dziennik.pl. „Teraz częściej usłyszysz propozycję umowy o pracę niż zachętę do samozatrudnienia” – obwieścił z kolei portal Strefa Biznesu. Można by odnieść wrażenie, że nasz rynek pracy wreszcie zaczął przypominać pod względem stabilności zachodnie standardy. Jednak o żadnym skoku jakościowym nie ma mowy – widzimy raczej bardzo powolne zmierzanie w dobrym kierunku. Według GUS między I kwartałem 2017 i 2018 roku liczba pracujących na umowach o pracę na czas nieokreślony wzrosła o 2,8 proc. Rok wcześniej wzrosła o 3,8 proc. Trudno to uznać za satysfakcjonujące tempo, nic więc dziwnego, że nasz rynek pracy nadal jest jednym z najmniej stabilnych na świecie. Odsetek pracujących na umowach czasowych (umowy cywilnoprawne oraz o pracę na czas określony) spadł co prawda z 28 proc. w 2015 r. do 26 proc. w 2017 r., jednak wciąż jesteśmy w ścisłej czołówce OECD (średnia to 11 proc.). Co nam się udało zrobić, to dać się wyprzedzić Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy jest szczególnie zła (m.in. 16-procentowe bezrobocie), a więc nie jesteśmy już pod tym względem najgorsi w Europie. Poza Hiszpanami tradycyjnie wyprzedzają nas tylko Chile i Kolumbia.

Nadal fatalna jest też jakość miejsc pracy w Polsce. OECD bada to w różny sposób i według każdego z nich wypadamy fatalnie. Główny wskaźnik to odsetek pracowników, którzy są przeciążeni zadaniami w trakcie pracy. W Polsce przeciążonych jest 30 proc. pracowników, tymczasem w Czechach 25 proc. W Danii to tylko 18 proc., a w Finlandii jedynie 16 proc. Bardzo źle wygląda także w Polsce łączenie pracy z życiem prywatnym, czyli tak zwany work-life balance. Polacy poświęcają średnio 14,4 godziny dziennie na odpoczynek i dbanie o siebie, ze snem oraz czasem poświęconym na posiłki włącznie. To ósmy najgorszy wynik w OECD. Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy znajdują się pod tym względem w środku stawki, poświęcają na to 15 godzin dziennie. Nie mówiąc już o Duńczykach (16 godzin) i Francuzach (16,5 godziny).

Zasiłek jako alibi

Rynek pracownika oznacza, że pozycja negocjacyjna pracownika jest bardzo silna względem pracodawcy. Jednym z najważniejszych czynników określających pozycję negocjacyjną pracownika jest system zabezpieczenia przed utratą pracy. Tymczasem w Polsce wygląda on niczym marne alibi dla rządzących, którzy zawsze mogą powiedzieć, że przecież jest zasiłek dla bezrobotnych. Wynosi on w wersji podstawowej 831 zł przez pierwsze trzy miesiące i 653 zł przez kolejne trzy. Jest więc on nie tylko bardzo niski, ale też przyznawany na krótki czas. Tylko w regionach, w których bezrobocie przekracza 150 proc. ogólnokrajowego, udzielany jest on na 12 miesięcy. Jego wysokość jest zupełnie niezależna od wcześniejszego wynagrodzenia, co jest absurdem, gdyż ma on charakter ubezpieczeniowy – płacone przez pracowników składki na Fundusz Pracy są przecież proporcjonalne do ich zarobków. A osoby mające staż pracy mniejszy niż 5 lat otrzymują jedynie 80 proc. podstawowego wymiaru zasiłku. Co więcej, by w ogóle dostać zasiłek, trzeba w ostatnich 18 miesiącach pracować przynajmniej 12 miesięcy za co najmniej płacę minimalną. A to sprawia, że prawo do zasiłku ma jedynie 15 proc. polskich bezrobotnych. A na przykład w województwie lubelskim jedynie 10 proc.

W krajach cywilizowanych zasiłek dla bezrobotnych przysługuje zwykle nieco dłużej, a przede wszystkim jest proporcjonalny do wysokości wcześniejszego wynagrodzenia. Przykładowo w Niemczech wynosi on 60 proc. wcześniejszego wynagrodzenia, a w Austrii 55 proc. W Niemczech wystarczy mieć półtora roku stażu pracy w okresie przed zwolnieniem, by otrzymać zasiłek na 9 miesięcy. Taki wymiar zasiłku daje pracownikowi poczucie bezpieczeństwa niezbędne do bardziej niepokornych postaw. W Polsce nawet ci szczęściarze, którzy otrzymają zasiłek, nie mogą być spokojni o byt.

Jak widać, teoria, według której w Polsce mamy do czynienia z rynkiem pracownika, to tylko bardzo marnej jakości żart. Bezrobocie na papierze jest niskie, jednak realnie rezerwową armię pracy możemy liczyć w milionach – nawet jeśli duża część z nich nie jest formalnie uznawana za bezrobotnych. Wzrost płac jest solidny, jednak z tak niskich poziomów kilkuprocentowe wzrosty nie są niczym oszałamiającym. Poza tym w innych krajach regionu wzrosty płac są podobne lub nawet wyższe. Pod względem niestabilności zatrudnienia nadal jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, za to pod względem jakości miejsc pracy w ścisłym ogonie krajów Zachodu. A realny system zabezpieczenia przed utratą pracy jak nie istniał, tak nie istnieje. Polscy pracownicy bez wątpienia jeszcze nie wstali z kolan – co najwyżej dopiero się na te kolana dźwigają, bo wcześniej leżeli znokautowani.

Piotr Wójcik

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Według opublikowanego w bieżącym roku raportu Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) największym światowym eksporterem uzbrojenia są Stany Zjednoczone, odpowiadając za 34% światowej wartości sprzedaży w latach 2013-2017. Drugie miejsce zajmuje Rosja (22%), trzecie Francja (6,7%), kolejne są Niemcy (5,8%), Chiny (5,7%) i Wielka Brytania (4,8%). Polska w tym rankingu zajmuje dopiero 29. miejsce, a przypada na nią niecałe 0,13% sprzedaży w tym okresie. Przełożenie specyficznej metodologii SIPRI na bezwzględne wartości transakcji nie jest łatwe. Posiłkując się innymi danymi można jednak wskazać, że w roku 2016 wartości amerykańskiego eksportu uzbrojenia wyniosła 33,6 miliarda dolarów, natomiast eksportu polskiego ok. 400 milionów (382,9 miliona euro).

Handel bronią można uznawać za problematyczny moralnie, a nierzadko również politycznie. Jednak nie sposób nie zauważyć pozytywnego wpływu eksportu na kondycję przemysłu zbrojeniowego eksportera, ułatwiającą mu spełnienie wymogów również własnych sił zbrojnych. Sprzedaż za granicę pozwala uzyskać zwrot kosztów prac badawczo-rozwojowych i zmniejszyć cenę jednostkową wytwarzanych wzorów. Przekłada się też oczywiście bezpośrednio na miejsca pracy, w tym te najcenniejsze, związane z zaawansowanymi technologiami.

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Liczone są wyłącznie podzespoły wytworzone w kraju i wartość montażu, nie np. całe śmigłowce S-70i z należących do koncernu Lockheed Martin zakładów PZL Mielec, w przypadku których, jak chwalą się, 80% elementów powstaje w Polsce, jednak największą wartość ma ta pozostała część, która jest sprowadzana.

Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych.

Kwestią istotną jest pewna specjalizacja. Bułgaria eksportuje sprzęt o genezie sowieckiej – moździerze, granatniki, rakiety przeciwpancerne, amunicję itp. Jest on nieszczególnie zaawansowany (chociaż z ciekawymi autorskimi modyfikacjami), tani i przeznaczony dla niewymagających odbiorców, w szczególności z Bliskiego Wschodu. Największymi odbiorcami są Irak i Arabia Saudyjska, sporo kupują też Stany Zjednoczone dla wspieranych przez siebie formacji zbrojnych.

Natomiast Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy.

Krajowe produkty spotkamy w obszarach radiolokacji, łączności, elektroniczno-informatycznych systemów wspomagających działania bojowe, ostatnio pojawiły się też proste drony. Swoistą „perłą w koronie” pozostaje przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Grom/Piorun, który jednak stanowi też egzemplifikację problemu: pozostaje daleką pochodną sowieckiej „Igły”, z importowanym materiałem pędnym dla pocisku. W ubiegłej dekadzie Polska utraciła póki co definitywnie zdolność uzasadnionej ekonomicznie produkcji czołgów – spowodowała ją likwidacja wytwarzających silniki zakładów PZL-Wola. Wskutek tego realizacja kontraktu podobnego do sprzedaży pojazdów PT-91M do Malezji nie miałaby już racji bytu z uwagi na konieczność udziału podzespołów importowanych, praktycznie uniemożliwiającą uzyskanie opłacalności.

Swój wkład w niską wartość krajowego eksportu ma indolencja menedżerów. Opisywane są przypadki braku odpowiedzi zakładów na zapytania potencjalnych importerów. Były wiceminister Bartosz Kownacki poinformował o takiej sytuacji w odniesieniu do zainteresowania Arabii Saudyjskiej radarami z zakładów PIT-Radwar. Na pewno fatalna jest karuzela strukturalno-personalna związana ze zmianami politycznymi, trwająca od 2005. Z drugiej jednak należy zachować jak najdalej idący sceptycyzm wobec pojawiających się apoteoz starych postkomunistycznych fachowców. Gdzie byli ci fachowcy w latach 90., co sprzedawali? Przeważnie oczekiwali na zamówienia krajowe, nie udało im się osiągnąć niczego naprawdę konkretnego nawet na doskonale znanym rynku indyjskim. Nie potrafili wzbudzić zainteresowania klientów nowymi ciekawymi – realnymi, nie obliczonymi na mamienie krajowych decydentów makietami czy prezentacjami – opracowaniami ani nawet skapitalizować istniejących (takich jak mający, jak się wydaje, niemały potencjał, nieograniczający się do jednego tylko kontraktu eksportowego, czołg PT-91). Zatem ciągłość indolencji jest pewną stałą. Na pewno lata 90. z uwagi na tragicznie niskie zakupy ze strony Wojska Polskiego były niezwykle trudne, jednak właśnie to powinno stymulować zainteresowanie rynkiem eksportowym, który pomógł przetrwać znajdującym się w swoim czasie w jeszcze gorszej sytuacji zakładom rosyjskim czy białoruskim.

Genezy niewielkiej konkurencyjności polskiego przemysłu zbrojeniowego należy szukać w historii sprzed roku 1989. Krajowa zbrojeniówka jest – poza firmami prywatnymi, z którą największą jest WB Electronics – materialną spadkobierczynią PRL-owskiej, okrojoną o firmy, które zostały sprzedane kapitałowi zagranicznemu lub zlikwidowane. Po roku 1945 przemysł zbrojeniowy znacznie rozbudowano względem stanu przedwojennego, jednak tylko do lat 60. stał on na relatywnie przyzwoitym poziomie światowym. Również on został dotknięty wyczerpaniem się impulsu modernizacyjnego związanego z forsowną industrializacją i utknięciem w problemach strukturalnych. Lata 60. przyniosły również fiasko kilku dość ambitnych krajowych programów rozwojowych, szczególnie w dziedzinie lotnictwa, a także ograniczenie dostępu do nowoczesnej technologii sowieckiej. Hegemon zaczął zachowywać dla siebie najambitniejsze opracowania, udostępniając satelitom tylko mniej nowoczesne i zubożone. Nie mogła tego zrównoważyć bardzo słaba współpraca horyzontalna między pozostałymi krajami obozu, a ze zrozumiałych względów dostęp do potencjału intelektualnego Zachodu był nad wyraz ograniczony. Stąd lata 70. przyniosły zbrojeniówce wyraźną stagnację i utratę dystansu do światowej czołówki, jeszcze bardziej pogłębioną przez kryzys gospodarczy lat 80.

Braki te zostały w bardzo małym stopniu nadrobione po roku 1989, mimo otwarcia drzwi tak na Zachód, jak i na wschód. Polska nie nawiązała w omawianym zakresie znaczącej współpracy z ośrodkami zachodnim, nie weszła do wspólnych przedsięwzięć, nie skorzystała też z możliwości dostępu do znaczącego potencjału postsowieckiego, który pozostał w szczególności na Ukrainie. Pewien progres przyniosła dopiero pierwsza dekada XXI w., jednak z efektem opisanym powyżej, którego dominantą jest niska samodzielność intelektualna.

Czy istnieją jakieś drogi wyjścia z opisanego stanu? Oczywiście nie ma sensu naśladować Bułgarii i cofać się do pozycji producenta tanich, mało zaawansowanych wyrobów. Przy niewysokim krajowym potencjale naukowym i badawczo-rozwojowym jedyną drogą jest modernizacja zbrojeniówki przez absorpcję rozwiązań pochodzących od liderów przy okazji programów modernizacyjnych Wojska Polskiego. Taką szansą może być w szczególności odbudowa obrony przeciwlotniczej w postaci programów „Wisła” i „Narew”. Należy dążyć do maksymalnego transferu technologii do kraju, co oczywiście nie będzie łatwe z uwagi na obronę pozycji przez partnerów, w szczególności chyba najtrudniejszego pod tym względem, czyli Stany Zjednoczone, wybranych jako dostawca systemów średniego zasięgu w ramach „Wisły”. Znacznie większe możliwości może nieść anonsowana współpraca z europejską zbrojeniówką przy „Narwi”.

Z drugiej strony potencjał należy rozwijać kładąc nacisk na wybrane, najbardziej perspektywiczne sektory, bez chwytania zbyt wielu srok za ogon. Bardzo wątpliwe wydają się zapowiedzi dotyczące udziału w budowie okrętów podwodnych (program „Orka”). Polska nie posiadała nigdy kompetencji w tym zakresie, krajowe potrzeby są niewielkie, rynek światowy – bardzo nasycony, szanse zaistnienia nawet jako kooperant wydają się znikome. Każdy transfer technologii siłą rzeczy podraża kontrakt, trzeba przeto unikać rozbijania szczupłych środków. Zwiększenie samodzielności intelektualnej i poziomu produktów przy znaczącej poprawie w aspekcie organizacyjnym jest warunkiem sine qua non poprawy konkurencyjności na arenie światowej. Bez tego będziemy przegrywać w tej dyscyplinie nawet z państwami znacznie uboższymi.

dr Jan Przybylski

Tylko złożoność nas uratuje

Tylko złożoność nas uratuje

Szwedzki profesor nauk zarządzania Pierre Guillet de Monthoux pisze pięknie i niebanalnie o sztuce i zarządzaniu. Przekonuje, że sztuka jest zjawiskiem bardzo szerokim, organicznym, a zarządzanie jest jego częścią, choć często nieuświadamianą. Estetyka znajduje się w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową a sferą moralną i jakby poszerza ludzki horyzont widzenia i rozumienia świata – wnosi kontekst poznania, niedostępny dla technokratów i zwolenników zwężonej wizji efektywności. Taki kontekst jest bardzo potrzebny, bo przywraca poczucie sensu i proporcji świata. Może być inspiracją dla tych kierowników i menedżerów, którzy czują, że świat wskaźników, krótkoterminowych korzyści i postępującej fragmentaryzacji jest wydmuszką; to świat, gdzie, zgodnie ze znaną maksymą Oscara Wilde’a, każdy zna cenę wszystkiego, ale nikt nie zna wartości czegokolwiek. Guillet de Monthoux uważa, że każde ludzkie działanie posiada wymiar estetyczny i jeśli nie kultywujemy piękna i prawdy, to wybijają brzydota i fałsz.

Bez świadomego poczucia piękna zarządzanie nie ma sensu, żeby nie wiadomo jak bardzo było efektywne i nowoczesne. Musimy odzyskać sens, który został w ostatnich dekadach utracony. Droga do tego nie jest ani prosta, ani nawet nie da się jej jednoznacznie opisać i zaplanować. Można i należy jednak aktywnie jej poszukiwać. Guillet de Monthoux proponuje szefom, by często odwiedzali muzea i galerie oraz czytali książki. Teoretykom i edukatorom poleca naukę od myślicieli związanych z anarchizmem. Uczą oni jak radzić sobie ze złożonością idei, jak nie zadowalać się uproszczeniami i doceniać to, że świat jest nieskończenie różnorodny i skomplikowany. Po prostu tak jest i trzeba nauczyć się z tym żyć. Z różnorodności mądrzej jest czerpać, niż ją na siłę ograniczać.

Ten sposób patrzenia na zarządzanie nie jest dziś ani tak znany, ani tak popularny, jak na to zasługuje. Tymczasem już stare dobre podejście systemowe, kierunek dominujący w naukach zarządzania w połowie ubiegłego wieku, zwracało uwagę, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż proste rozwiązania złożonych problemów. Takie rozwiązania wyglądają kusząco, zwłaszcza w niespokojnych i niepewnych czasach, ponieważ przemawiają do naszego poczucia bezpieczeństwa i zmysłu porządkowania. Oczekiwanie, że da się prosto zarządzić – że możliwe i słuszne jest zaplanowanie wszystkiego, jak w systemie komunizmu państwowego, czy tak jak obecnie, że niewidzialna ręka rynku rozwiąże wszystkie problemy, jest nie tylko naiwne, ale aktywnie szkodliwe. Takie podejście do zarządzania nie rozwiązuje złożonych problemów, lecz powoduje dramatyczne marnotrawienie zasobów i wartości wplecionych w różnorodność, a do tego generuje nowe problemy, do których podchodzi się w ten sam redukcjonistyczny sposób… i mamy spiralę dysfunkcji.

Mechanizm „więcej tego samego”, jako filozofia upadłego zarządzania, został znakomicie opisany przez badacza strategii organizacji, profesora Krzysztofa Obłója, w książce „Zarządzanie: Ujęcie praktyczne”, opublikowanej w połowie lat 80. Autor przedstawia coraz bardziej niewydolny system państwowego komunizmu, reagujący na każdy problem w ten sam prosty sposób. Jeśli specjalizacja prowadzi do wystąpienia problemów, to do każdego z nich stosuje się jeszcze więcej specjalizacji. Jeśli formalizacja generuje kryzysy, to każdy „leczy się” przy pomocy jeszcze większej ilości przepisów. System zarządzania wpadł w korkociąg i nie jest w stanie poderwać się do góry, ponieważ nie jest zdolny do tego, aby choćby tylko dostrzec złożoność sytuacji i samej organizacji, którą próbuje kontrolować. Pole widzenia ogranicza się, zarządzający mogą być autentycznie przekonani, że postępują słusznie i że tak po prostu musi być, bo inaczej ich organizacje, instytucje i państwa wypadną z grupy liczących się nowoczesnych podmiotów.

Tymczasem według innej zasady systemowej, znanej jako prawo niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego, a w polskich naukach zarządzania spopularyzowane przez Andrzeja Zawiślaka, podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym on kieruje. Oznacza to, że dobre, zdrowe zarządzanie musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności organizacji, za którą odpowiada. Na przykład Kooperatywa Dobrze, którą obecnie badam, posiada bardzo rozbudowany system demokratycznego podejmowania decyzji. Pewne zasadnicze sprawy dyskutowane są podczas zebrań otwartych dla wszystkich spółdzielców i spółdzielczyń. Działanie bieżące regulowane jest przez grupy robocze, które podejmują decyzje w drodze konsensusu. Jedną z grup roboczych jest grupa koordynująca, która ma pieczę nad całością działań, a w skład jej wchodzą wszyscy członkowie i członkinie stowarzyszenia. Zebrania grupy koordynacyjnej są częstsze i zajmują się kwestiami bardziej roboczymi. Notatki z zebrań koordynacyjnych są też dostępne dla członków i członkiń, można  przeczytać notatkę. Zarządzanie Kooperatywą opiera się nie na podejmowaniu decyzji na zasadzie prostej większości ani na centralizacji odpowiedzialności, lecz na szerokiej i głębokiej demokracji, czyli braniu pod uwagę pełnej gamy różnorodności opinii i propozycji.

Innym przykładem zarządzania na zasadzie niezbędnej różnorodności jest system kolegialny. Uniwersytet, który jest niezwykle złożoną formą organizacyjną, a przy tym mającą wbudowany w normalne funkcjonowanie konflikt i niezgodę, wypracował sobie przez setki lat swojego funkcjonowania  skomplikowany system oparty na rzemieślniczym starszeństwie i reprezentacji różnych warstw i poziomów profesji. W zarządzaniu kolegialnym przyjmuje się, że najwyższą wartością jest wiedza i prawda, a dążeniu do nich musi być podporządkowane wszystko inne, włącznie z zyskiem i polityką. Jest to trudny warunek i tylko władza rozproszona i bezustannie kontrolowana jest w stanie mu podołać. Sam w sobie model nie jest lekarstwem na każde zło – wymaga dostosowania do coraz większej złożoności naszych czasów.

Demokrację należałoby pogłębiać i poszerzać, by wypracować dobry system zarządzania współczesną uczelnią. Niektóre szwedzkie uczelnie tak właśnie robią, podczas gdy brytyjskie poszły w kierunku prywatyzacji, centralizacji i przekształcenia typu biznesowego. Ostatnio podejmowane są kroki w celu zreformowania polskiej akademii w tym samym kierunku i przeciwko temu trwają kolegialne protesty pracowników i studentów, które objęły w czerwcu cały kraj. Protestujemy i organizujemy się, bo wiemy, że biznesyfikacja akademii to tendencja samobójcza, powodująca utratę wartości akademickich, a w efekcie zniszczenie tożsamości uniwersytetu. W ostatnich dekadach wszystkie branże i sektory poddane są na całym świecie presjom tego rodzaju i jest to tendencja, której należy się przeciwstawiać, bo wcale nie jest nieuchronna ani „jedynie słuszna”. Tak wydaje się tylko wówczas, gdy mamy zawężone pole widzenia, gdy mamy systemowe klapki na oczy, eliminujące różnorodność i złożoność.

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Jednocześnie inwestuje się w nieruchomości, będące częścią marki, i na koniec, pozbywa się ludzi i wszystkiego, czego są nośnikami: wiedzy, tradycji, kultury, wartości, lojalności, struktur… Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Oszczędności nie pomogą utrzymać zatrudnienia, gdyż nigdy nie było to celem ani nawet efektem ubocznym tej fazy neoliberalnego zarządzania.

Nakręcaniu się tej spirali dysfunkcji, zniszczenia i tworzenia papierowego zysku dla anonimowych funduszy inwestycyjnych sprzyja ograniczanie różnorodności, upraszczanie rozwiązań, stwarzanie iluzji, że nie istnieje alternatywa, zgodnie ze słynnym aforyzmem brytyjskiej premier Margaret Thatcher, że there is no alternative. Badacze organizacji Morten Bøås i Desmond McNeill zauważyli, że w obecnych czasach państwa i instytucje posiadające władzę, takie jak USA czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oddziałując bezpośrednio albo poprzez media i struktury takie jak dyscypliny akademickie (ekonomia i biznes), realizują swoją władzę poprzez ograniczanie złożoności, framing, odcinanie i pozbawianie władzy marginesów, idei, które mogłyby się okazać radykalne i faktycznie stanowić alternatywę wobec istniejącego porządku.

Samo dostrzeżenie, że alternatywa istnieje, ma potencjał radykalny i zagraża istniejącemu systemowi. Nasza złożoność, nasza niejednowymiarowość, nasza ludzka kondycja – to wszystko, co system definiuje i piętnuje jako naszą słabość, jest w gruncie rzeczy naszą siłą. Sam fakt, że jesteśmy zbyt skomplikowani jak na narzucane nam sztywne formy zarządzania, że żaden żywy człowiek nie jest homo economicus, kompromituje neoliberalne zarządzanie i demaskuje jego całkowitą nieskuteczność, nawet przy posiadaniu przezeń niemal pełni władzy i bogactwa. Celebrowanie, zgłębianie i używanie złożoności do koordynowania organizacji jest aktem radykalnej niezgody i rewolucyjnym podejściem do zarządzania. Dlatego właśnie propozycje Pierre’a Guilleta de Monthoux, by zarządzać w oparciu o sztukę i idee anarchistyczne, są czymś o wiele więcej, niż tylko ładnymi teoriami. Są zaproszeniem to budowania nowej, żywej gospodarki w poprzek i na wskroś jednowymiarowych neoliberalnych wydmuszek. Gdy zbierze się masa krytyczna złożoności, rozsadzimy krępująca nas śmiertelną skorupę i przejmiemy dla wspólnego dobra to, co zagrabiła i tłamsi swoim niszczycielskim uchwytem.

prof. Monika Kostera

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Specjalne Strefy Ekonomiczne (SSE) to jeden z bardziej kontrowersyjnych tematów polskiej debaty ekonomicznej. O ich likwidacji mówiło się od lat, a przeróżni komentatorzy wskazywali ich słabości i wady. Co ciekawe, wśród przeciwników SSE znajdowali się zarówno komentatorzy i eksperci wolnorynkowi, jak i prospołeczni i progresywni. Ci pierwsi zwracali uwagę, że istnienie SSE zaburza wolną konkurencję – czyli w ich wyniku boisko przestawało być równe. Ci drudzy zwracali uwagę  przede wszystkim na fakt drenowania finansów publicznych.

Mimo to kolejne rządy decydowały się na przedłużanie okresu działania stref – ostatnio aż do roku 2026. Chyba mało kto spodziewał się, że zamiast zakończenia ich działania, będziemy mieli coś wręcz odwrotnego – czyli rozciągnięcie zasad SSE na terytorium całego kraju. Tymczasem właśnie na takie działanie zdecydowała się obecna koalicja rządząca. Niestety PiS, który do tej pory dał się poznać z dosyć progresywnej polityki gospodarczej, tym razem dał się ponieść typowym liberalnym przesądom, według których niższe podatki, to wyższe inwestycje i zatrudnienie.

140 tys. zł za miejsce pracy

Przypomnijmy, że w Polsce formalnie funkcjonowało 14 Specjalnych Stref Ekonomicznych. Jednak była to liczba czysto umowna, ponieważ dopuszczono możliwość tworzenia tak zwanych podstref, z czego ochoczo korzystały gminy, które nie znalazły się na terenie pierwotnych SSE. W efekcie SSE były objęte niemal wszystkie polskie miasta powyżej 100 tys. mieszkańców – a jest ich ok. 40. Co więcej, tereny podstref wcale nie musiały do siebie przylegać. Dochodziło do takich absurdów, że do Mieleckiej SSE należały… Szczecin i Częstochowa. W sumie terenem SSE było objęte 0,1 proc. terytorium naszego kraju. Oczywiście główną zasadą ich działania było udzielanie inwestującym w ich ramach przedsiębiorstwom ulg podatkowych. Ulgi były udzielane w podatku dochodowym od osób prawnych (CIT), choć możliwe też było, aby decyzją rady gminy udzielały też ulg w podatku od nieruchomości. Firma mogła otrzymać ulgę w CIT wysokości od 15 do 50 procent sumy nakładów inwestycyjnych lub sumy dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników. Teraz, decyzją obecnej ekipy rządzącej, ulgi tego typu można uzyskać na terenie całego kraju.

Oczywiście udzielanie ulg podatkowych na tak masową skalę musiało się odbijać wyraźną stratą niezrealizowanych dochodów po stronie budżetu państwa. W 1998 r., czyli w pierwszym roku działania SSE, z ulg skorzystały jedynie 24 podmioty, a suma ulg wynosiła 34 mln złotych. Jednak liczba chętnych rosła lawinowo – w 2005 r. z ulg w SSE korzystały 289 firmy, a w 2012 roku 538. Według Fundacji Kaleckiego w latach 1998-2012 budżet państwa nie otrzymał z tego powodu z tytułu CIT aż 12 mld zł, czyli można powiedzieć, że do jednego utworzonego miejsca pracy w SSE dopłaciliśmy… 139 tys. złotych. W samym 2012 roku suma ulg z tytułu CIT wyniosła 1,6 mld zł, co stanowiło 16 proc. całości wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych. Między innymi dlatego dochody z podatku korporacyjnego w Polsce niezwykle odstawały od dochodów z tego tytułu w innych krajach Zachodu. Według raportu Instytutu Globalnej Odpowiedzialności pt. „Uciekające podatki”, wpływy z CIT wynoszą nad Wisłą 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia dla krajów OECD jest dwa razy wyższa. Oczywiście głównych powodów tak nieproporcjonalnie niskich wpływów z CIT jest więcej – chociażby niższa niż na Zachodzie stawka podatku oraz słaba efektywność organów skarbowych, co ułatwia firmom optymalizację fiskalną. Jednak istnienie SSE to ważny element tego, że koncerny od lat mają w Polsce wyjątkowe możliwości unikania podatku dochodowego.

Wątpliwe założenie

Oczywiście główną ideą stojącą za tworzeniem Specjalnych Stref Ekonomicznych, jak i za samym rozszerzeniem ich na terytorium całej Polski, jest przeświadczenie, że niski podatek korporacyjny sprawia, iż firmy chętniej podejmują inwestycje oraz zwiększają zatrudnienie. Niestety to założenie jest czysto intuicyjne i nie stoją za nim żadne przekonujące dowody. Gdyby sprawa była taka prosta, bezpośrednie inwestycje zagraniczne płynęłyby szerokim strumieniem do Czarnogóry oraz Macedonii, które mają najniższą stawkę podatku CIT w Europie (odpowiednio 9 proc. i 10 proc.), a jak wiemy nic takiego nie ma miejsca. Za to kraje z wyraźnie wyższym podatkiem CIT niż w Polsce (19 proc.), mogą się pochwalić zarówno bardzo wysokimi wskaźnikami zatrudnienia, jak i inwestycjami wysokiej jakości – w Niemczech wynosi on ponad 30 proc. (dokładna stawka jest zróżnicowana regionalnie), w Szwajcarii oraz Austrii 25 proc., a w Danii i Szwecji 22 proc. Koncepcję rozruszania gospodarki poprzez obniżanie podatku korporacyjnego wziął na warsztat australijski ekonomista Andrew Leigh. Postanowił sprawdzić, czy niższy podatek dochodowy od korporacji rzeczywiście przekłada się na większą skłonność do zatrudniania. Podzielił badane firmy na te, które płacą CIT wyższy niż 25 proc., i płacące stawkę niższą niż 25 proc. I o dziwo, większą skłonnością do zwiększania zatrudnienia charakteryzowały się spółki z tej pierwszej grupy. Jednak gdyby się dobrze zastanowić, te wyniki wcale nie muszą być takie zadziwiające. Niższy podatek CIT to wyższy zysk netto przy takich samych przychodach. Zatem właściciele i akcjonariusze firm mają mniejszą motywację do ekspansji i zwiększania sprzedaży oraz skali działania.

Olbrzymia część inwestycji, które powstały w SSE, i tak by miały miejsce. Firmy inwestowały tu na potęgę, skuszone rzeszami dobrze wykształconych pracowników, którzy są niezwykle tani w porównaniu do swoich odpowiedników na zachodzie kontynentu. Ale skoro na terenie strefy mogły jeszcze uzyskać ulgi w CIT, to decydowały o lokowaniu inwestycji dokładnie w nich. Nie mówiąc już o wielu sytuacjach, w których spółki po prostu przenosiły działalność do SSE, więc zysk dla jednej gminy oznaczał stratę dla drugiej i bilans się zerował.

Optymalizacja zamiast modernizacji

Według rządu rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma zmniejszyć zróżnicowanie terytorialne Polski. Obecnie licząc PKB per capita najzamożniejsze województwa są nawet dwa razy bardziej rozwinięte niż najbiedniejsze. Ma temu pomóc konstrukcja ulg – ich poziom będzie zależeć od poziomu rozwoju regionu. A dokładnie będzie odpowiadać limitom pomocy publicznej, których można udzielać w poszczególnych regionach zgodnie z zasadami UE. O ile więc w województwie lubelskim czy podkarpackim będzie można uzyskać ulgę na poziomie 50 proc. poniesionych nakładów, to w dolnośląskim oraz śląskim jedynie 25 proc. Problem w tym, że dokładnie te same zasady funkcjonowały w ramach SSE i jakoś nie zapobiegło to tak dużym różnicom w rozwoju. A inwestycje w SSE i tak ogniskowały się nie tam, gdzie były największe ulgi, lecz tam, gdzie znajdowały się najlepiej rozwinięta infrastruktura i kompetentna kadra. Zdecydowanie największe zatrudnienie daje Katowicka SSE – pracuje w niej 58 tys. ludzi. A obejmuje ona również bardzo zamożne miasta, takie jak Tychy. Druga w kolejności jest leżąca na Dolnym Śląsku Wałbrzyska SSE – daje zatrudnienie 45 tys. osobom. W Krakowskiej SSE pracują 22 tys. osób, tymczasem w SSE na ścianie wschodniej te liczby są bez porównania mniejsze. Przykładowo w Warmińsko-Mazurskiej SSE pracuje 12 tys. osób, a w Starachowickiej SSE zaledwie 7 tys. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego teraz miałoby być inaczej – wciąż inwestycje będą się ogniskować w najlepiej rozwiniętych regionach kraju, tym bardziej, że również one będą oferować ulgi.

Trzeba też pamiętać, że konstrukcja ulg zapewnia większe preferencje największym koncernom – według zasady im większa inwestycja, tym większa ulga w liczbach bezwzględnych. Właśnie dlatego polski kapitał odpowiadał zaledwie za 20 proc. nakładów inwestycyjnych w SSE. I to się przecież nie zmieni – polski kapitał był w mniejszości w SSE nie dlatego, że miał zablokowane wejście do stref, bo to zupełna nieprawda, lecz dlatego, że koncerny zagraniczne mają więcej środków na inwestycje. Nie wiadomo więc dlaczego według rządzących rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma polepszyć sytuację polskich firm. Płonne są również nadzieje rządzących, że ten ruch przyciągnie nad Wisłę inwestycje w wysokie technologie. Owszem, za najwięcej inwestycji w SSE odpowiadała branża samochodowa (25 proc.). Ale następne w kolejności były już wyroby gumowe, wyroby metalowe i wyroby papierowe. A inwestycje w elektronikę czy komputery były porównywalne z inwestycjami branży spożywczej.

***

Niestety wychodzi na to, że polskie władze nie mają innego pomysłu na wzrost inwestycji i modernizację struktury polskiej gospodarki, niż ulgi podatkowe. Przecież wcześniej wprowadzono obniżony CIT 15 proc. dla małych spółek, który ma być znów obniżony do 9 procent. Jak widać przeświadczenie o wielkiej roli w ulgach podatkowych dla korporacji nadal trzyma się mocno. Problem w tym, że dowodów na ich skuteczność nie ma. Ulgi są traktowane przez korporacje jako kolejna forma optymalizacji podatkowej, ale modernizacyjnego impulsu zwykle nie przynoszą. O czym sami mogliśmy się przekonać po latach funkcjonowania polskich Specjalnych Stref Ekonomicznych.

Piotr Wójcik

Mikrobrowary i makrowyzysk

„Wysoka kultura” rzemieślniczych browarów nie dotyczy ich pracowników.

Scott Timms robi sobie właśnie przerwę od warzenia piwa. W wieku 35 lat zajmuje się tym już od trzynastu. Jego ostatnie miejsce pracy to Falling Sky Brewing, popularny pub z browarem miejskim w mieście Eugene w stanie Oregon, pojawiający się regularnie na liście najlepszych takich miejsc w całym stanie.

Komercyjne warzenie piwa potrafi okazać się ciężką, niewdzięczną pracą. Timms mówi: „To zawód, który niszczy kręgosłup, bo dźwiga się setki pięćdziesięciofuntowych worków ze składnikami [50 funtów wagi = prawie 23 kg – przyp. tłum.] i wnosi je po schodach, by dodać do zacieru”. Może się to okazać niebezpieczne: „Ma się do czynienia z wrzącymi cieczami i bardzo zjadliwymi chemikaliami, które mogą spowodować urazy… To w żadnym wypadku nie jest lekki kawałek chleba”. W małych warzelniach wizyty OSHA [Occupational Safety and Health Administration, czyli odpowiednik polskiej Inspekcji Pracy z naciskiem na BHP – przyp. tłum] są rzadkie, a procedury postępowania nie są zestandaryzowane. Obowiązująca w firmie „wizja zasad bezpieczeństwa” może okazać się polityką wolnej ręki, na granicy z absolutnym „olewactwem” i brakiem uważności w tej kwestii.

Za pracę na stanowisku menedżera produkcji w Falling Sky, polegającą na nadzorowaniu drużyny piwowarów i trwającą do 65 godzin w tygodniu, Timms dostawał niewiele ponad 40 tys. dolarów rocznie. Sfrustrowany, rzucił pracę na początku 2018 roku, ponieważ był przekonany, że browary rzemieślnicze są w całym kraju oszukiwane przez przemysł piwny. „Są ludzie, którzy robią na tym pieniądze – mówi – ale to nie my nimi jesteśmy”.

W 2017 r. Lauren Michel Jackson napisała w magazynie „Eater” artykuł o fali wznoszącej w „kulturze kraftowej”, czyli o rynku jedzenia i napojów, który „fetyszyzuje to, co autentyczne, w tradycyjny sposób produkowane, szczególne, a nienawidzi odgórnie zaprojektowanego, masowo produkowanego i pozbawionego konkretnego pochodzenia”. Piwo rzemieślnicze – produkowane przez piwowarów takich jak Timms w ponad 6 tysiącach małych niezależnych browarów w całej Ameryce – jest od ponad dwudziestu lat w awangardzie tego ruchu, stopniowo zakażanego „antykonsumpcyjnym” podejściem. Jego oszałamiający sukces sprzedażowy wywołał wręcz eksplozję rynkową nowych produktów spożywczych i napojów, także w innych kategoriach. Ich rynkowym celem byli klienci podobni do tych kupujących piwa rzemieślnicze. Przejdźcie się tylko pomiędzy regałami w waszym lokalnym sklepie Whole Foods i kultura „rzemieślnicza” otoczy was z każdej strony.

Jednak chociaż sprzedaż produktów kraftowych stale rośnie, to warunki pracy osób, które je produkują i sprzedają, potrafią bardzo się między sobą różnić. To często praca bardzo wymagająca pod względem fizycznym. Wyspecjalizowani pracownicy są proszeni o „noszenie odróżniających się nakryć głowy”, żeby zatuszować fakt, że obsada w browarze restauracyjnym jest zbyt mała, a także muszą z radością przyjmować wezwania do pracy w nadgodzinach, ponieważ  autentycznie zależy im na produkcie, który tworzą. Właściciele minibrowarów, nie chcąc lub nie mogąc zatrudnić wykwalifikowanych zarządców, przejmują menedżerskie obowiązki, do których nie są przygotowani. Zasób siły roboczej jest w takich placówkach często bardzo skąpy, co powoduje wytworzenie się stosunków niemal rodzinnych i, w konsekwencji, przynosi – także typowe dla rodzin – dysfunkcje związane z faworyzowaniem niektórych pracowników oraz manipulacją. Płace i dodatki pozapłacowe są w tym przemyśle bardzo różne – a nawet mogą bardzo różnić się w obrębie poszczególnych firm.

Ale kultura kraftowa rozwija się i przynosi wielkie zyski.  Nie powstał jeszcze raport ani studium, które koncentrowałyby się na badaniu wyłącznie zasięgu produkcji i zbytu wykonanych metodami rzemieślniczymi napojów i żywności, ale wiadomo już, że według badań Specialty Food Association, w 2016 r. amerykański rynek jedzenia z kategorii „specjalne” był wart 127 miliardów dolarów, co oznacza piętnastoprocentowy skok w porównaniu z sytuacją o dwa lata wcześniejszą. W 2017 r. piwa kraftowe odnotowały znaczący wzrost sprzedaży w porównaniu do liczb z poprzedniego roku, i to pomimo faktu, że całościowo gospodarska amerykańska kurczyła się. W mniej rozwiniętych kategoriach żywności produkowanej rzemieślniczo wzrost ten był nawet jeszcze bardziej spektakularny. Według firmy Mintel, która bada rynki, sprzedaż w niesieciowych kawiarniach na terenie Stanów Zjednoczonych podskoczyła od 2011 r. o 40 proc. i w 2017 r. zanotowała 23,4 miliarda dolarów. Sprzedaż serów z kategorii „specjalne” wzrosła o ponad 10 proc., do około 4,42 miliarda dolarów, i to na przestrzeni jedynie dwóch lat.

W cieniu tych gałęzi przemysłu zaczął rozwijać się ruch pracowniczy. Pod koniec 2017 r. producenci sera z Nowego Jorku, pracujący tam dla firmy Beecher Handmade Cheese z Seattle, przegłosowali przyłączenie się do związku zawodowego International Brotherhood of Teamsters. W lutym 2018 bariści z sieci Gimmie Coffee ratyfikowali swój pierwszy układ związkowy z pracodawcami – było to wynikiem samoorganizacji rozpoczętej rok wcześniej. The Unionistas, czyli część związku zawodowego Workers United, to prawdopodobnie pierwszy na terenie kraju związek zawodowy baristów, którego istnienie uznaje pracodawca.

Pracownicy browarów rzemieślniczych mogliby stać się kamieniem węgielnym dla ruchu związkowego w branżach „specjalnej” żywności i napojów, ponieważ są wysoko wykwalifikowani, posiadają wyjątkowe umiejętności, przemysł, który ich zatrudnia, nie jest wykwitem przelotnej mody, lecz ma stałą pozycję na rynku, produkt przez nich wytwarzany jest popularny, a jednocześnie mają oni związki z klientelą o postępowych poglądach.

Dlaczego zatem, w przeciwieństwie do wielu swoich odpowiedników z rynku masowego, są prawie pozbawieni reprezentacji?

Na pewno nie dlatego, że są przesadnie dobrze opłacani. W 2017 r. pracownicy 6300 browarów rzemieślniczych w USA przyczynili się do ustalenia rekordu sprzedaży na poziomie 26 miliardów dolarów za sprzedaż roczną – to dane Beer Institute i Brewers Association. Jednak jednocześnie pomiędzy 2006 a 2016 rokiem tygodniowe wypłaty piwowarów… zmalały o jedną czwartą (według Bureau of Labor Statistics).

Bart Watson, główny ekonomista Brewers Accociation (Stowarzyszenia Piwowarów), które reprezentuje browary rzemieślnicze, mówi, że rozkwit browarów kraftowych spowodował, iż „typowa praca w amerykańskim piwowarstwie nie jest już pracą w wielkim browarze, lecz w małym zakładzie”. Piwowarzy pracujący w przedsiębiorstwie należącym do firmy Anheuser-Busch InBev, czyli do największego browaru w kraju, „zarabiają lepiej niż ludzie, którzy warzą piwo w twoim lokalnym browarze restauracyjnym” – powiedział mi.

Większość pracowników dużych browarów jest uzwiązkowiona: International Brotherhood of Teamsters reprezentuje około 5000 piwowarów w różnych fabrykach na terenie całych Stanów Zjednoczonych, łącznie z prawie wszystkimi, które posiada Anheuser-Busch InBev. Ci robotnicy nie doświadczyli spadku wynagrodzeń, o którym wspomina raport BLS – twierdzi rzecznik prasowy związku Teamsters. Biorąc pod uwagę, że BLS nie prowadzi statystyk pod względem podziału zarobków na małe i duże przedsiębiorstwa, a jedynie statystyki ogólne wynagrodzeń, porównanie przeciętnych pensji może być wyzwaniem. Ale wiemy, że Timms zarobił 40 tysięcy dolarów rocznie, a przeciętne wynagrodzenie menedżera produkcji w Anheuser-Busch wynosi 65 tysięcy rocznie, zaś w Glassdoor zarabia się 105 tysięcy.

W przemyśle piwowarskim jest zatem wiele posad, które nie są uzwiązkowione, a także nie są dobrze płatne. Albo ujmijmy to inaczej: „Pensje w browarach rzemieślniczych są do dupy, chyba że jesteś dyrektorem” – mówi Charlie Johnson, rzemieślnik, który przez piętnaście lat pracował dla Pacific Northwest, zanim rok temu w Kalifornii założył Spontaneous Fermentation Project. Jako że praca w browarze jest dla wielu spełnieniem marzeń, „ludzie po prostu godzą się z tym, że będą pracowali za byle grosze”.

Kolejny krok na drodze ku odczarowaniu pracy w browarach – dodatki finansowe i pozapłacowe. Jasne, podczas zmiany dostaje się darmowe piwo. Ale już takie drobiazgi, jak opłacanie pełnego czasu pracy, 401(k) [pracownicze konto emerytalne – przyp. tłum.] czy programy równościowe dla pracowników są rozdzielane na chybił trafił, mówią piwowarzy, z którymi rozmawiałem. Nie wspominając o opiece zdrowotnej. „Prawie nikt w przemyśle piwowarskim nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, które zapewniałby pracodawca” – mówi Johnson. To bardzo rozpowszechniony zarzut wśród pracowników browarów rzemieślniczych, choć niekoniecznie do końca prawdziwy. Tak jak większość amerykańskich pracodawców, browary zatrudniające więcej niż 50 osób w pełnym wymiarze czasu pracy muszą oferować im opiekę medyczną – wymaga tego prawo. Istnieje też wiele mniejszych browarów, które nie muszą zgodnie z prawem zapewniać takiej opieki, ale i tak to robią. Według wyników międzynarodowego raportu, którymi podzielił się ze mną Watson, spośród amerykańskich browarów wytwarzających rocznie tysiąc beczek lub mniej – czyli w przypadku trzech czwartych firm – jakąkolwiek opiekę medyczną oferuje nie więcej niż 25 procent.

Jednak informacje te bazują na niewielkiej próbie, jak ostrzega Watson. I oczywiście, oferowanie pokrywania tej opieki przez pracodawcę kwalifikuje się jako zapewnianie jej; to, czy owe „benefity” mają w ogóle jakąkolwiek jakość, to pytanie, na które dane nam nie odpowiedzą. Porównując sytuację osób pracujących w małych browarach do sytuacji pracowników największych browarów, Timms ujmuje to bardziej treściwie: „Oni mają pełne ubezpieczenie, a moje świadczenia to gówno”.

(W mailu do mnie właściciel Falling Sky, Rob Cohen, zauważa, że Timms został zakwalifikowany do opieki zdrowotnej, dentystycznej i okulistycznej zapewnianej przez firmę, ale odmówił jej. Cohen twierdzi także, że Falling Sky zapewnia pracowniczy plan emerytalny, dwa tygodnie płatnego urlopu oraz „dłuższy urlop bezpłatny niż to wymagane”).

Jednak, poza tymi indywidualnymi pytaniami, pojawia się też kwestia egzystencjalna: aby usprawiedliwić wyższe od przeciętnych ceny piwa, browary rzemieślnicze w całym kraju aktywnie podkreślają swoją wyższość moralną dotyczącą kierujących nimi zasad. To podkreślanie ma dwa etapy: po pierwsze, twierdzą, że piwo kraftowe smakuje lepiej niż jego inne odpowiedniki, ponieważ jest produkowane ze składników o wyższej jakości i wytwarzane z większą dbałością, a po drugie – że browary rzemieślnicze są w ogóle ze swej natury „lepsze”, zdrowsze, bardziej etyczne, bardziej społecznie odpowiedzialne od browarów korporacyjnych.

Takie opinie są puszczane w ruch w środowisku kultury kraftowej, i wydają się działać. Klienci lubią czuć, że wybory konsumenckie, których dokonują (także na rynku żywności i napojów), czynią dobro. „Kraftowe”, „rzemieślnicze”, „lokalne” – to terminy, które znajdują pozytywny oddźwięk u klientów właśnie pod względem ich dobrego samopoczucia” – mówi Margaret Grey, profesor nauk politycznych na Adelphi University, autorka „Labor and the locavore” („Praca i jedzący tylko produkty lokalne”; locavore to nowo powstały termin określający osobę, która je tylko produkty wytworzone w domu lub w niewielkiej odległości od niego – przyp. tłum], książki z 2014 r., opisującej warunki pracy w lokalnym biznesie żywnościowym w Hudson Valley w stanie Nowy Jork. „Istnieje wiele przyczyn, dla których powinniśmy cieszyć się, że kraftowe piwa są produkowane” – mówi, wymieniając wśród nich jakość i obietnicę zbudowania wspólnoty wokół nich. – „Ale celebrowanie tego wszystkiego i jednoczesne zaniedbywanie tematyki warunków pracy jest wysoce problematyczne”.

O wiele łatwiej jest stwierdzić, czy piwo smakuje dobrze, niż czy browar, który je produkuje, traktuje swoich pracowników w odpowiedni sposób. Zatem niektórzy producenci piwa korzystają z charakterystycznej dla tej kategorii rynku aury postępowości, ale bez zapewniania pracownikom postępowych warunków zatrudnienia.

Często objawia się to w pasywny sposób – poprzez niskie płace, zbyt małą w stosunku do potrzeb liczbę zatrudnionych osób, niebezpieczne warunki pracy, niedostosowany sprzęt. Czasami jednak ta hipokryzja przybiera formę aktywną. Jak pisze gazeta „Northwest Labor Press”, w 2011 r. Rouge Ales, producent piwa kraftowego o zasięgu ogólnokrajowym z Newport w stanie Oregon, miał prowadzić antyzwiązkową kampanię przeciw piwowarom i pracownikom zatrudnionym przy butelkowaniu piwa, ponieważ postanowili się organizować. Co ciekawe, firma wykorzystywała w swoim brandingu oczywiste nawiązania do sowieckich propracowniczych plakatów propagandowych, łącznie z uniesionymi w górę pięściami i czerwonymi gwiazdami. (Brett Joyce, obecny dyrektor Rouge, twierdzi, że „Northwest Labor” prowadziło „oczywistą kampanię przeciw firmie” i dyskutuje z rzetelnością raportu gazety, przyznając jednak, iż „to, co wydarzyło się w 2011 r., było sygnałem do pobudki”).

Ale to była tylko jedna firma, i było to przed prawie dekadą. Co powstrzymuje dzisiejszych właścicieli mikrobrowarów przed podążaniem za przykładem wyznaczonym przez wielkie firmy lub przez ich bratnie dusze w tworzącym się właśnie ruchu pracowniczym w sektorze kraftowym? Rolę może odgrywać tu osobowość. „Przemysł piwowarski przyciąga dziwnych ludzi” – mówi Johnson. – „Niektórzy z nich są większymi indywidualistami od innych”.

Dana Garves, dyrektor naczelna i chemiczka z Oregon Brew Lab, firmy przyznającej piwu certyfikaty jakości, zgadza się, że ważnym czynnikiem jest tu mentalność „samotnego wilka”, wskazuje jednak także na inny, mniej oczywisty czynnik. „Piwowarzy naprawdę z ręką na sercu uważają, że mają najlepszą pracę, jaką można mieć. To pewna mentalność, która każe mówić: kocham robić piwo i jestem przy tym zatrudniony, zatem po co podcinać gałąź, na której się siedzi?” – mówi. Dla wielu piwowarów, tak jak dla mnóstwa pracowników w przemysłach kreatywnych, to nie jest po prostu praca przy linii produkcyjnej – to sposób na życie. A w nacechowanym wyzyskiem środowisku wymarzona praca może stać się ciężarem. Stawia to pracowników przed fałszywym wyborem: rób to, co kochasz i radź sobie z całym syfem, którym się z tym wiąże – albo zostaniesz zmuszony do pożegnania się z tym, co lubisz, by uciec przed tym, co w takiej pracy złe.

Druga strona medalu jest taka, że pozornie zasób osób, które chciałyby spróbować swoich sił w tym przemyśle, jest nieskończony. „Zawsze znajdzie się przeciętny lub przyzwoity piwowar-samouk, który chciałby pracować dokładnie na tym samym stanowisku za mniejsze pieniądze i trochę piwa” – mówi Garves. Nie jest wcale rzadkością, że fani konkretnego kraftowego browaru zgłaszają się, by pracować w nim za darmo. To wszystko może sprawić, że stali pracownicy przemysłu czują się mniej pewnie, a także może osłabić kiełkujący ruch związkowy. „Po co gadać o uzwiązkowieniu, jeśli mogą cię zastąpić kimś innym, kto za pracę weźmie znacznie mniej?”– pyta Garves.

Mamy tu także uniwersalny dla wszystkich gałęzi przemysłu czynnik odstraszający: obawę przed odwetem. „Strach przed zemstą jest silny” – opowiada Garves. Po opublikowaniu w 2015 r. wpisu blogowego, w którym wzywała piwowarów do samoorganizacji, zauważyła, że takie rozmowy chcą oni prowadzić prywatnie, ale rzadko otwarcie. W pracownikach zasiano silną obawę, że jeśli piwowar zażąda lepszych warunków pracy lub spróbuje przekonać współpracowników do solidarności pracowniczej, to administracja browaru urządzi mu po prostu piekło. Nawet jeśli ten strach nie jest uzasadniony, w mniejszych browarach gra może toczyć się o wyższą stawkę. „Właściwie to mamy powiedzieć szefowi, który jest naszym przyjacielem, ale i dyrektorem naczelnym, że nie sądzimy, abyśmy wystarczająco dużo zarabiali. Może się wydać, że jesteśmy chciwi lub niewdzięczni” – mówi.

Jeszcze inną przeszkodą dla samoorganizacji pracowniczej jest nieubłagane przeskakiwanie z firmy do firmy w obrębie branży. „Kocham swoją pracę, współpracowników i to, że służę społeczności” – opowiada Samantha Mason, która zapisała się w tym roku do związku zawodowego w Gimmie. –  „Ale mnóstwo ludzi po prostu skacze z jednego zakładu do kolejnego, w nadziei, że w następnym znajdą lepsze warunki i lepszego szefa”.

Takie przeskakiwanie pomiędzy miejscami pracy nie jest wcale rzadkie w świecie przemysłu żywności i napojów rzemieślniczych. To jedna z najpowszechniejszych uwag na pracowników z pokolenia millenialsów, i jest w tym ziarno prawdy. Ale Mason wierzy, że takie kwestie, jak niskie płace i niechętnie rozdzielane dodatki do nich są problemem strukturalnym tego przemysłu, a nie ograniczają się tylko do poszczególnych przedsiębiorstw. „Kiedy zdamy sobie sprawę, że nie uda nam się tak naprawdę uniknąć tych bolączek, może nas to przytłoczyć” – mówi Mason. Jak wyjaśnił gazecie „New York Daily News” jeden z serowarów pracujących dla firmy Beecher: „Kochamy swoją pracę, ale zależy nam również na tym, żeby była to dobra praca”.

Czy te miejsca pracy mogą stać się „dobrymi”? Oczywiście – bo nawet wysoce obecnie uzwiązkowione gałęzie przemysłu niegdyś mało płaciły i wyzyskiwały pracowników. Czy to właśnie uzwiązkowienie uczyni z nich dobre posady? Zobaczymy. Jeśli chodzi o postępowość etosu, zasób młodej siły roboczej oraz czyniący je intratnymi popyt na produkowane przez nie produkty, to właśnie miejsca pracy w przemyśle kraftowym wydają się naturalnymi punktami wyjścia dla uzwiązkowienia świata pracy. Ale jeśli browary kraftowe mają być papierkiem lakmusowym dla takiej sytuacji, to gwarancja związkowej przyszłości oddala się.

Teraz Timms wyrusza do Montany, gdzie jego znajomy z kursów piwowarskich otwiera nową wytwórnię i zaproponował mu „posadę” głównego piwowara. „Na pewno znajdę pracę – mówi – ale pewnie za barem lub jakąś inną, której tak naprawdę nie chcę wykonywać”. Innymi słowy – znów będzie zmagał się z syfem, po to, by dostać następną szansę w walce o realizację swoich piwowarskich marzeń.

Dave Infane

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu splinternews.com w maju 2018 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Odejście Kaczyńskiego niczego nie zmieni

Odejście Kaczyńskiego niczego nie zmieni

Majątek przeciętnej czarnoskórej rodziny w USA zmniejszył się o 31 procent między 2007 a 2010 rokiem. Dla porównania w przypadku białych rodzin mieliśmy do czynienia ze spadkiem o 11 procent. Takie informacje możemy znaleźć w najnowszej książce Naomi Klein „Nie to za mało”. Kanadyjska dziennikarka zwraca na to uwagę, ponieważ proces pogłębiania nierówności między białymi a czarnymi rodzinami pokrył się w duże mierze z początkiem kadencji Baracka Obamy.

Nie chodzi oczywiście o to, że pierwszy czarny prezydent Stanów Zjednoczonych ponosi osobistą odpowiedzialność za wspomniane zjawisko. Klein zauważa, że przyczyną procesu zwiększania nierówności był najprawdopodobniej kryzys finansowy. Banki oferowały tanie kredyty mieszkaniowe głównie rodzinom afroamerykańskim, więc gdy przyszło załamanie, to właśnie te rodziny ucierpiały najbardziej. Idzie więc o dokonanie, w gruncie rzeczy banalnego, spostrzeżenia: wybór czarnoskórego prezydenta USA nie oznacza automatycznie poprawy losu Afroamerykanów ani nawet utrzymania ich dotychczasowego poziomu życia. Za tym oczywistym wnioskiem kryje się jednak powszechne i niebezpieczne zjawisko, które pozwolę sobie nazwać „polityką symptomów”.

Nie ma wątpliwości, że brak czarnoskórego prezydenta był efektem wielowiekowego rasizmu panującego w Stanach Zjednoczonych. Stanowił jego symptom. Zaczęło się od niewolnictwa, potem była segregacja rasowa, współcześnie zaś mamy do czynienia z sytuacją, gdy Afroamerykanom trudniej znaleźć dobrze płatną pracę niż białej części społeczności USA, łatwiej za to trafić do więzienia. Gdy dana wspólnota tak konsekwentnie dyskryminuje jakąś grupę, to przedstawicielom tej uciskanej mniejszości trudniej wdrapać się na najwyższe pozycje w państwie. Obamie się to udało. I z pewnością jego sukces stanowił powód do dumy i inspirację dla wielu osób.

Nie rozwiązał jednak systemowych problemów, z jakimi zmagają się czarne rodziny. Tak samo jak nie zrobił tego Michael Jordan, który swego czasu był najpopularniejszych sportowcem na świecie, uwielbianym przez miliony kibiców. Zwalczenie symptomu choroby nie wystarcza do jej uleczenia. Niby oczywiste, ale współczesna polityka jest wręcz obsesyjnie nastawiona na analizowanie i ewentualne radzenie sobie z symptomami właśnie – przy jednoczesnym lekceważeniu ich przyczyn. Bardzo dobrze widać to na przykładzie Trumpa. Jego zwycięstwo powinno prowadzić do głębokiej zadumy nad działaniem mediów w USA, nad obecnymi tam podziałami społecznymi, nad zadziwiającą i niepokojącą popularnością biznesmenów, od Elona Muska, przez Marka Zuckerberga, po Trumpa właśnie. Takie analizy powstają, ale na marginesie głównego nurtu debaty publicznej, w której dominuje skupianie się na charakterze obecnego prezydenta USA oraz na gwiezdnych wojnach: Trump vs Robert de Niro, Trump vs Oprah Winfrey, Trump vs Meryl Streep…

Ten problem dotyczy także naszego kraju. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się interesujący wywiad z Rafałem Matyją. Autor „Wyjścia awaryjnego” starał się spojrzeć na polskie perypetie polityczne z szerszej perspektywy. Próbował wyjść poza tragiczne pytanie: „Jesteś z tych, co nienawidzą Kaczora, czy z tych, którzy uważają Tuska za zdrajcę?”. Wskazywał przy tym na wiele bolączek państwa polskiego. Pod tekstem pojawiły się równie interesujące, choć z innego względu, komentarze czytelników. Najpopularniejszy z nich zawierał następującą tezę: „Ten katastrofalny, głęboki podział w społeczeństwie jest dziełem jednego człowieka. Jarosława Kaczyńskiego. To cechy jego charakteru odciskają się fatalnym piętnem na całym życiu kraju”.

Weźmy na chwilę w nawias kwestię oceny PiS-u i jego lidera. W przytoczonym komentarzu mamy do czynienia z idealnym przykładem „polityki symptomów”. Zamiast myślenia w kategoriach systemowych przyczyn, mamy myślenie w kategoriach indywidualnych objawów. W wielu miejscach świata można dostrzec, że politycy centrowi, utożsamiani z establishmentem – przegrywają. Tak było nie tylko w Polsce czy na Węgrzech, ale też w USA, a nawet we Francji. W tym sensie, że dotychczasowe francuskie partie centrolewicowe i centroprawicowe dostały łomot w wyborach. We wszystkich tych krajach partie i politycy utożsamiani z prawicą odnieśli niespodziewanie duży sukces, choć nie wszędzie skończył się on wygraną w wyborach (przykładem Francja). Oskarżenia pod adresem establishmentu o porzucenie zwykłych ludzi, o nieudaczność, o brak wizji i odwagi, połączone z ksenofobią, szowinizmem i autorytarnymi zapędami – to cechy wspólne Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana czy Le Pen.

We wszystkich tych krajach istnieją próby wskrzeszenia lewicy. Lewica również ma wiele złego do powiedzenia na temat partii centrowych lub establishmentu, ale łączy tę krytykę z otwartością, polityką równościową i próbą demokratyzacji naszych społeczeństw. Dzieje się to w kontekście problemów o globalnych zasięgu: świata po kryzysie finansowym, postępującej katastrofy klimatycznej, wzrastających nierówności społecznych i kłopotów migracyjnych.

Oczywiście, każdy z tych krajów ma swoją specyfikę. PiS wprowadził 500 plus, a Trump chce rozmontować namiastki publicznej służby zdrowia. To istotne różnice. Ale podobieństwa nie są przypadkowe. I już one powinny skłaniać do namysłu, że to, co dzieje się w Polsce, to nie jest kwestia charakteru jednego człowieka. Z Kaczyńskim czy bez, kraj, w którym postępują nierówności społeczne i kwitną umowy śmieciowe, kraj ze słabo rozwiniętymi instytucjami demokratycznymi, kraj z takimi, a nie innymi hierarchami kościelnymi, kraj będący częścią przeżywającej kryzys Unii Europejskiej – musi być podzielony. Zresztą w samym podziale, w sporze, nie ma niczego złego. Problemem może być jedynie to, na jakich zasadach się toczy i kto odgrywa w nim główne role.

Niestety myślenie systemowe i globalne słabo przebija się do opinii publicznej. Część winy spoczywa na mediach: na publicystach i tak zwanych ekspertach. Niekończące się analizy psychiki Kaczyńskiego zbyt często wygrywają z próbami spojrzenia na polską politykę z perspektywy ogólnoświatowych procesów. Właśnie stąd bierze się przekonanie, że gdyby tylko prezes PiS-u odszedł z polityki, wszystko wróciłoby do normy. To złudzenie, opierające się zresztą na micie genialnego Kaczyńskiego, a pomijające systemowe powody, które prędzej czy później musiały doprowadzić do zwycięstwa prawicy. Tak, oczywiście, bez przywódcy PiS-u polityka prawicowa wyglądałaby trochę inaczej. Zresztą niekoniecznie lepiej. Kto ma wątpliwości, niech przyjrzy się poglądom Krzysztofa Bosaka, ulubieńca TVN-u, „sympatycznego” nacjonalisty, który uważa, że PiS prowadzi zbyt życzliwą politykę wobec obcych. Nie zmieniłoby to jednak tego, że jakaś radykalna prawica, testująca wytrzymałość praw demokratycznych i folgująca standardowemu zestawowi prawicowych obsesji, zajmowałaby mocną pozycję na polskiej scenie politycznej.

Niestety wszystkie te subtelności umykają gdzieś między kolejną diagnozą stanu Kaczyńskiego, poszukiwaniem nowego lidera opozycji i gorączkowym dodawaniem procentów poparcia partii opozycyjnych. Jakie społeczeństwo budujemy poddając się tej obsesji na punkcie Kaczyńskiego – na punkcie złych czarnoksiężników i rycerzy na białych koniach? Patrząc na komentarze w „Gazecie Wyborczej”, śmiem twierdzić, że nie najlepsze.

dr Tomasz S. Markiewka

Neoliberalny samorząd

Neoliberalny samorząd

Samorząd ma w Polsce zaskakująco dobrą prasę. Często w debacie publicznej podkreśla się wręcz, że akurat samorząd terytorialny należy do tych nielicznych obszarów, które udało nam się dobrze zorganizować. Jeśli poddajemy krytyce sytuację w Polsce, to zwykle obrywa się państwu i parlamentowi. Również krytyka z perspektywy prospołecznej czy lewicowej dotyczy głównie polityków centralnych i to ich najczęściej obarcza winą za wszelkie ekscesy nadwiślańskiej odmiany kapitalizmu. Niestety ten powszechny obraz polskiego samorządu jest nieprawdziwy, a niezła renoma, jaką cieszą się wspólnoty lokalne w naszym kraju – niezasłużona. Samorząd w Polsce to jeden z głównych podmiotów wprowadzających nad Wisłą liberalny model kapitalizmu, a poziom wypełniania przez niego ustawowych zadań jest wyjątkowo niski. Mówiąc w skrócie, polski samorząd jest neoliberalny i nieskuteczny.

Spokojnie, to tylko komercjalizacja

Komercjalizacja jest jednym z podstawowych narzędzi tzw. nowego zarządzania publicznego (NPM) – popularnego od lat 90. modelu liberalizacji sektora publicznego. NPM polega z grubsza na implementowaniu zasad i mechanizmów rynkowych do tradycyjnych obszarów działania instytucji publicznych. Komercjalizacja polega na przekształcaniu podmiotów publicznych w spółki prawa handlowego – zaczynają one zatem działać na zasadach czysto rynkowych, kierując się zyskiem. Komercjalizowane podmioty są następnie niejednokrotnie sprzedawane prywatnym właścicielom – komercjalizacja jest wręcz często wykorzystywana tylko jako pierwszy etap prywatyzacji, jako swoisty listek figowy. Najpierw zamienia się podmiot publiczny w spółkę, uspokajając mieszkańców danej wspólnoty, że to nie prywatyzacja, bo spółka pozostanie w rękach gminy czy państwa. Następnie po jakimś okresie, czasem niezwykle krótkim, sprzedaje się tę spółkę podmiotowi prywatnemu. Uspokaja się mieszkańców wspólnoty, że przecież i tak firma działała już na zasadach rynkowych, więc co to za różnica, kto ją posiada.

Szczególnie ochoczo są w Polsce poddawane komercjalizacji szpitale publiczne pozostające w gestii samorządów. Zwykle mechanizm wyglądał tak, jak wyżej zarysowano – uzupełniano go opowieścią, że szpital jest nierentowny, a przekształcenie go w spółkę pozwoli mu wychodzić na swoje. Według raportu NIK w latach 1999-2010 (do września) skomercjalizowano 105 szpitali publicznych, zamieniając je w NZOZ-y, czyli w Niepubliczne Zakłady Opieki Zdrowotnej. Od października 2010 do 2013 r. samorządy skomercjalizowały kolejne 64 szpitale publiczne. Między innymi dzięki temu procesowi w 2015 r. szpitali publicznych było mniej niż szpitali niepublicznych (540 tych pierwszych, wobec 560 tych drugich) – do niepublicznych zaliczane są podmioty zarówno stricte prywatne, jak i skomercjalizowane, z których wiele też już jest obecnie w pełni prywatnych.

Dopiero w 2016 r. nowa koalicja rządząca wprowadziła ustawę blokująca możliwość komercjalizacji szpitali. Jednak lata obowiązywania tej możliwości sprawiły, że tysiące pracowników służby zdrowia trafiły do firm prywatnych, których nowi właściciele często nie mieli pojęcia o służbie zdrowia. Ich jedyną zasługą było to, że mieli dostęp do kapitału i informacji, które pozwoliły uczestniczyć w prywatyzacji części systemu. Na przykład w Tychach pielęgniarki szkolne trafiły do prywatnej firmy NZOZ Medycyna Szkolna, która działa jako… spółka cywilna (sic!). A samorząd? Pozbył się odpowiedzialności za prowadzenie kłopotliwej działalności.

NIK przyjrzał się komercjalizacji szpitali publicznych za lata 1999-2010. Główną tezą raportu było to, że komercjalizacja nie przyniosła żadnych spodziewanych efektów. Sytuacja finansowa skomercjalizowanych szpitali wcale się nie poprawiła, a kolejki nie uległy skróceniu. Co więcej, samorządy popełniły mnóstwo błędów. Na przykład przenosiły na spółki własność nieruchomości (zamiast je dzierżawić), co w razie upadłości spółki nie zabezpieczało im infrastruktury do prowadzenia opieki medycznej na swoim terenie. Inna część samorządów co prawda wydzierżawiała nieruchomości, ale nie dbały o odpowiednią wycenę, więc pobierały absurdalnie niskie stawki. A podczas przenoszenia dóbr trwałych na poczet nowych spółek nawet nie zadbały o ich inwentaryzację.

Mieszkanie komunalne tanio sprzedam

Kolejnym obszarem ustawowych działań samorządów, z którego zupełnie się nie wywiązują, jest mieszkalnictwo. Co więcej, podobnie jak w przypadku szpitali, samorządy, a w tym wypadku konkretnie gminy, z lubością umywają ręce od problemu, pozbywając się mieszkań komunalnych w zastraszającym tempie. Pomimo że liczba mieszkań w latach 2002-2013 wzrosła o 18 proc., to liczba mieszkań w zasobach gmin spadła o… 31 proc. Głównie w wyniku sprzedaży ich osobom prywatnym, czyli zwyczajnej prywatyzacji. O ile jeszcze w 2002 r. gminy posiadały 12 proc. wszystkich mieszkań w Polsce, to w 2016 r. było to już tylko 6 proc. Gminy są także wyjątkowo mało aktywne w zakresie budowy nowych mieszkań komunalnych – w latach 1989–2014 odpowiadały one zaledwie za 2,6 proc. wybudowanych w tym czasie mieszkań. Co gorsza, trend jest spadkowy – o ile jeszcze w latach 90. budowały ok. 5 proc. mieszkań, to w pierwszej dekadzie XXI wieku 2-3 proc., a w obecnej dekadzie ok. 1,5 proc. A w ubiegłym roku polskie gminy pobiły swój niechlubny rekord – mniej niż jeden procent oddanych w 2017 r. mieszkań było komunalnymi.

Mieszkaniom komunalnym także przyjrzał się NIK. Wnioski płynące z raportu są przygnębiające. W skontrolowanych gminach mieszkanie komunalne co rok otrzymywało zaledwie 16 proc. oczekujących. Komunalny zasób mieszkaniowy spadł w nich o 5,5 proc. w zaledwie trzy lata (2009–2011). W 34 kontrolowanych gminach na mieszkanie komunalne oczekiwało 48 tys. rodzin. Najdłużej w Kielcach – 27 lat. W Kutnie 19 gospodarstw domowych czekało na mieszkanie od kilkunastu lat.

W 2016 roku ukazał się raport Portalu Samorządowego na ten sam temat. Wnioski są podobne – gminy mają bardzo niewielki zasób mieszkaniowy (np. Poznań posiada 13 tys. mieszkań), a i ten mały zasób bardzo chętnie wyprzedają. Na przykład Łódź sprywatyzowała w trzy lata 10 tys. mieszkań z 57 tys., które miała do dyspozycji. Niektóre z… 95-procentową bonifikatą. Dzięki temu uzyskała z tytułu gospodarki mieszkaniowej 125 mln zł na czysto, zamiast kilkumilionowego minusa, jak wcześniej. Samorządy nie palą się też do budowy mieszkań komunalnych – w 2006-2014 na jedną gminę w Polsce przypadał średnio… jeden oddany nowy lokal komunalny. W badanym okresie niektóre całkiem spore miasta w ogóle nie oddały żadnego mieszkania gminnego – np. Gorzów i Opole w latach 2014-2015. W momencie pisania raportu Gorzów, Rzeszów i Gdynia nie budowały ani jednego mieszkania komunalnego.

Problemy z komunikacją

Niewiele lepiej wygląda zaspokajanie przez samorządy potrzeb mieszkańców w zakresie komunikacji zbiorowej. Stan polskiej komunikacji publicznej, szczególnie w mniejszych ośrodkach, jest już wręcz legendarny, doskonale znany nie tylko z rzetelnych opracowań, ale też z setek anegdot czy zdjęć.

W tym roku pojawił się raport Krajowego Instytutu Polityki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, który przyjrzał się aglomeracjom wojewódzkim, a dokładnie ich zewnętrznym strefom miejskiego obszaru funkcjonalnego (MOF). Mówiąc po ludzku, chodzi o stan komunikacji miejskiej w gminach otaczających miasto wojewódzkie, które tworzą razem z nim jeden miejski obszar funkcjonalny. W przypadku Śląska mowa o gminach otaczających Górnośląski Związek Metropolitalny. Okazuje się, że w zasięgu pieszego dostępu do przystanku żyje zaledwie 52 proc. Polaków żyjących w strefach zewnętrznych MOF-ów wszystkich miast wojewódzkich. Inaczej mówiąc, co drugi Polak żyjący w jednej z 16 głównych polskich aglomeracji, ale poza jej rdzeniem, nie mam jak dojechać do jej rdzenia komunikacją publiczną. Pozostaje więc samochód, co oczywiście zwiększa korki w samym mieście, a więc także obniża dobrostan mieszkańców rdzenia. Najgorzej jest w gminach wokół Zielonej Góry – tam zaledwie 20 proc. mieszkańców żyje w zasięgu pieszej dostępności przystanku.

Zresztą problemem jest także gęstość siatki połączeń, która w zewnętrznych strefach MOF miast wojewódzkich jest mizerna. Średnia dobowa liczba połączeń wynosi w nich 7,4 połączenia na tysiąc mieszkańców – w wielu gminach jest niższa, wynosi 2-3 połączenia, a niektóre gminy w ogóle nie mają połączeń. Nawet mieszkając w zasięgu pieszej dostępności przystanku komunikacja zbiorowa może nie być żadną alternatywą.

NIK przyjrzał się temu, jak funkcjonuje regionalny publiczny transport zbiorowy, którym powinny zajmować się powiaty oraz województwa. Wnioski są dosyć zatrważające – otóż skontrolowane samorządy… nie wykazywały zainteresowania organizowaniem lokalnych systemów transportu zbiorowego. Ograniczały się jedynie do wydawania pozwoleń na wykonywanie tego typu usług chętnym podmiotom. Co więcej, połowa skontrolowanych jednostek samorządu terytorialnego (JST) nawet nie badała lokalnych potrzeb komunikacyjnych, choć jest to ich obowiązkiem. Zresztą te JST, które przeprowadziły badania, z których wyszło, że komunikacyjne potrzeby lokalne nie są spełniane, i tak nie podjęły żadnych kroków, tj. na przykład nie podpisały żadnych umów na świadczenie usług z przewoźnikami.

Chaos zamiast metody 

Nie tylko stan komunikacji zbiorowej w Polsce jest legendarny – równie znany jest chaos przestrzenny, który dominuje w naszych miastach, miasteczkach czy wsiach. Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się gospodarowaniu przestrzenią w polskich gminach. Wnioski, jakie wyciągnął NIK po kontroli, pokrywają się dokładnie z tym, co podnoszą wszelkiej maści działacze miejscy. Przede wszystkim gminy nie uchwalają planów zagospodarowania przestrzennego. Zaledwie 30 proc. naszego kraju pokryte jest planami zagospodarowania. Planami pokryte jest zaledwie 12 proc. terenów zagrożonych powodzią oraz 25 proc. pasa nadbrzeżnego. W efekcie nadużywane jest wydawanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ), przez co miejsce ma przestrzenny chaos, niekontrolowana urbanizacja oraz brak należytej ochrony przyrody. A wszystko to razem negatywnie wpływa na dobrostan mieszkańców. Niestety nie widać też specjalnie woli po stronie gmin, by zmieniać ten stan rzeczy na lepsze, a tempo uchwalania planów zagospodarowania jest wysoce niesatysfakcjonujące.

Listę neoliberalnych grzechów polskiego samorządu można ciągnąć w nieskończoność. Fatalna sieć żłobków gminnych – niektóre gminy nie mają żadnego miejsca żłobkowego, tymczasem w skali kraju miejsc we wszystkich żłobkach jest mniej niż 10 proc. dzieci do lat trzech. Część gmin tylnymi drzwiami prywatyzuje… szkoły. Dzięki furtce, jaką stanowi możliwość zlecania prowadzenia szkół z liczbą uczniów poniżej 70 osobom fizycznym lub prawnym. W małopolskich Iwanowicach sprywatyzowano w ten sposób wszystkie szkoły, co spowodowało głównie kłótnie o subwencję oświatową oraz eksplozję wynagrodzeń dyrektorów – nawet do 300 tys. zł rocznie.

Samorządy chętnie też outsourcują usługi publiczne. W Warszawie część usług komunikacji miejskiej świadczą spółki prywatne – np. Arriva Bus Transport Polska czy Europe Express City. Przez lata robił to też koncern Veolia, znany z tego, że swego czasu wytoczył sprawę przed arbitrażem Egiptowi za to, iż ten ośmielił się podnieść płacę minimalną. W tamtym czasie Veolia wywoziła śmieci w Aleksandrii, co podwyższyło jej koszty. Jeszcze dalej poszedł Gdańsk, który sprywatyzował dostarczanie wody oraz odprowadzanie ścieków, co świadczy tam prywatna spółka Saur Neptun Gdańsk. Teraz cena za odprowadzania ścieków jest jedną z wyższych w dużych polskich miastach.

Samorząd ma bardzo ważne zadanie w prospołecznym modelu gospodarczym – wiele usług publicznych najlepiej organizować na szczeblu lokalnym lub regionalnym. Jednak samorząd i elity lokalne są w równym stopniu narażeni na działanie doktryny neoliberalnej i jej przeróżnych lobbystów, co państwo i jego decydenci. Zwodnicze i zwyczajnie nieprawdziwe są teorie, według których to wspólnoty lokalne wyrwą nas z neoliberalnego modelu kapitalizmu, ponieważ nie da się już wrócić do czasów „dużego państwa”. Nie ma żadnego dowodu na to, że samorząd będzie mniej zaczadzony neoliberalizmem, niż państwo. Obserwując sytuację w Polsce można dojść do wniosku, że jest wręcz przeciwnie.

Piotr Wójcik

Ideologia na lodzie

Frostpunk, nowa gra 11 bit studios, to więcej niż zabawa w (od)budowę społeczeństwa. To cyfrowy test, który pozwala graczowi sprawdzić, czy jego działania będą zgodne z wyznawaną przez niego ideologią.

Według badacza Jaspera Juula gry wymagają od odbiorcy więcej niż inne formy sztuki. Czas i zrozumienie konwencji są niezbędne, aby nie tylko czerpać przyjemność z rozgrywki, ale także osiągać różnorakie cele. Poprzez granie, a zatem „wymuszanie” na graczu nie tyle zaakceptowania określonych mechanizmów i reguł, lecz przede wszystkim aktywnego udziału w odtwarzaniu wizji świata gry – takiego, jak wymyślili go sobie twórcy – rozgrywka wpływa na gracza w określony sposób. Tam, gdzie jedni zobaczą zwykłe łączenie kropek, inni dostrzegą autentyczny akt interpretacji. Akt nie różniący się niczym od interpretacji innego dzieła sztuki, jak obrazu czy utworu muzycznego. Tu jednak podobieństwa się kończą, gry mają bowiem tę zaletę, że poza formowaniem ideologii, pozwalają również sprawdzić ją w działaniu.

O ile takie Call of Duty może zmusić gracza do zastanowienia nad sensem wojny, o tyle nie pozwoli mu w żadnym momencie w odpowiedni sposób zamanifestować swojej niechęci do konfliktów zbrojnych. Tak, zabijam tych terrorystów, ale robię to niechętnie, więc mechanizm gry nie ma na mnie żadnego wpływu pod względem politycznym i ideologicznym. W tym kontekście warto przypomnieć scenę na cmentarzu w Call of Duty: Advanced Warfare, gdzie wciskając jeden przycisk możemy złożyć hołd zabitemu podczas walki przyjacielowi.

Chodzi mi raczej o gry, w których gracz może wystawić swoje przekonania na próbę. Dobrym przykładem tego typu gier są strategie, zwykle dające graczowi pewną autonomię w osiąganiu wyznaczonych celów. A nic nie sprawdza ideologii jednostki bardziej niż ekstremalne sytuacje. Wyobraźmy sobie XIX-wieczny, cyberpunkowy świat, skuty lodem po nadejściu zimy wulkanicznej. W 1883 roku erupcja wulkanu Krakatoa przyczyniła się do globalnego ochłodzenia – średnia temperatura na półkuli północnej spadła o 1,2 stopnia Celsjusza. W grze Krakatoa wybucha w roku 1886, wraz z innym wulkanem, Tamborą. Jakby tego było mało, możliwe, że w Ziemię uderzają również meteoryty. Nawarstwienie tych wypadków prowadzi do globalnej zimy, a ta zmusza ludzkość do przeprowadzki na północ. Tam nieliczni ocalali próbują od nowa zorganizować społeczeństwa wokół specjalnie wybudowanych generatorów, będących bezcennym (i jedynym) źródłem ciepła. To właśnie świat przedstawiony w najnowszej grze rodzimego 11bit studios – Frostpunk.

Gracz ma w swoich rękach życie tych mieszkańców Londynu, którzy wyruszają na północ. Jak każde społeczeństwo, to również wymaga pewnej organizacji. Od tego jest Karta Praw, pozwalająca graczowi zaprząc dzieci do pracy lub ulokować je w świetlicach, eksploatować robotników i inżynierów do granic możliwości, ale także organizować życie społeczne mieszkańców wokół kościołów lub pubów. XVIII-wieczny holendersko-brytyjski poeta Bernard de Mandeville w filozoficznym poemacie/satyrze „Bajka o pszczołach” pisał, że dopóki instytucje funkcjonują dobrze, ludzie mogą być plugawi i postępować nieetycznie. Jakkolwiek wygodne byłoby rozdzielenie prywatnego rozpasania od publicznej skrupulatności, tu jednak statystyki nie zdadzą się na wiele – ludzi nie ma tyle, by traktować ich jako jedną zbiorowość. Oczywiście bezpośredni kontakt z robotnikami jest niemożliwy, ale funkcjonowanie naszego ula szybko ustanie bez indywidualnych pszczół oddanych sprawie.

Niestety, dość szybko okazuje się, że łamanie praw pracowniczych będzie niezbędne, jeśli miasto ma przetrwać. Wydłużone, dobowe zmiany są nieuniknione, bo w przeciwnym razie nie tylko miasto nie będzie odpowiednio nagrzane, ale również nie dokona się postęp, który w dłuższej perspektywie ułatwi życie mieszkańcom. Nie wszyscy będą mieli wystarczająco cierpliwości, aby go doczekać. A jeśli Niezadowolenie – jeden z dwóch, obok Nadziei, wskaźników informujących gracza o ogólnych nastrojach panujących w społeczeństwie – osiągnie poziom maksymalny i utrzyma się, rozgrywka się skończy, a postać kontrolowana przez gracza zostanie wygnana na mróz. Ponieważ celem głównej kampanii gry jest przetrwanie aż sześćdziesięciu dni, taki scenariusz wydaje się integralnym elementem pierwszej rozgrywki, zwłaszcza bez wcześniejszego przygotowania. Przy kolejnych gracz jest już bardziej świadomy następstw swoich wyborów, ale nie znaczy to wcale, że są one łatwiejsze.

Przetrwanie w grze Frostpunk to operacja na żywym organizmie. Każdy człowiek wysyłany do pracy na dodatkową zmianę, lądujący w szpitalu czy osierocający dzieci, ma imię i nazwisko, twarz oraz własne zdanie, którym czasem dzieli się z nami na pasku na dole. W pewnym momencie dziecko zamarznie na grobie matki, a robotnik odmrozi sobie nogi podczas pracy w nieludzkich warunkach. Napotkane przez zwiadowców grupki ocalałych będą chciały trafić do naszej wioski. Z jednej strony to ludzie, trzeba im pomóc. To również więcej rąk do pracy, a tych nigdy za wiele, zwłaszcza w okolicach dwudziestego dnia, kiedy wszystko zaczyna nam się walić na głowę. Z drugiej, to jednak więcej posiłków do wydania, baraków do wybudowania i pomieszczeń do ogrzania. Jasne, to tylko gra, ale właśnie takie dylematy wystawiają na próbę moralność gracza. Wartości, obojętnie, socjalistyczne czy liberalne, schodzą na drugi plan, gdy mieszkańcy przymierają głodem. W zasadzie każdy dzień to również walka o ogień i chociaż bohaterowie gry są uzbrojeni w wymyślną technologię, bardzo szybko mogą mentalnie powrócić do Paleolitu.

Dlatego, chociaż wszyscy mieszkańcy rozumieją, że celem nadrzędnym jest przetrwanie, ważne jest też to, aby organizować im czas wolny. Już Marks w „Zarysie krytyki ekonomii politycznej” zauważył, że czas wolny to czas „dla pełnego rozwoju indywiduum”. W myśl idei racjonalnej rekreacji, w wiktoriańskiej Brytanii pracodawca dbał o to, żeby robotnicy nie oddawali się pijaństwu i bijatykom. Tu o rozwoju nie ma mowy, zapewniamy im właśnie pijaństwo i bijatyki. A dokładniej mówiąc, stawiamy im Pub i Arenę Walk – miejsca, w których mogą rozładować napięcie, a w konsekwencji mieć jakąś namiastkę normalności. To ciekawe również dlatego, że w społeczeństwie opresyjnym – kierunku, który gracz może obrać nawet przy najlepszych intencjach – nie ma miejsca na samoistne skupiska ludności, o czym przekonali się całkiem niedawno mieszkańcy Iranu. Tamtejszy rząd w obawie przed rewolucją pozamykał kawiarnie. Tu jednak puby są czymś dobrym i nieszkodliwym, a zatem są pewnym uproszczeniem, nieodzownym przy tworzeniu gry strategicznej. Wart odnotowania jest też fakt, że Nadzieję obywateli podnosi wybudowanie… cmentarza.

Jak na grę przesączoną ideologią, perfekcyjnie odzwierciedlającą przytoczoną na początku obserwację Juula, sam Frostpunk pozostaje zaskakująco bezideowy. Zarówno wyzysk robotników, jak i troska o tych najsłabszych, to rozwiązania, które warto rozważyć. Kościoły i centra propagandy skutkują tym samym – uspokajają nastroje społeczne. Tu możemy się z kolei odwołać do mistrza społecznej kontroli, Lenina, który uważał, że stronniczość jest nieunikniona przy prezentacji prawdy, gdyż ta zawsze wpisuje się w jakieś stanowisko polityczne i ideologiczne. Dyscyplina organizacyjna była najmocniejszą stroną bolszewików, ale odtworzenie tej biurokratycznej maszyny, funkcjonującej niczym mandeville’owski ul, jest w Frostpunku niemożliwe. Robotnicy są tu definiowani jedynie przez swoją pracę, a odpowiedzią na problemy mieszkańców z kontrolą jest… jeszcze większa kontrola. Frostpunk jednak nie jest w żadnej mierze apoteozą wczesnego komunizmu. W innych rękach może równie dobrze stać się pochwałą kapitalizmu. Takie nieoczywistości i możliwości wyboru są największą siłą tej gry.

Łukasz Muniowski

Łukasz Muniowski – doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów naukowych o literaturze, koszykówce i grach. Szef działu recenzji książkowych na portalu Szuflada.net. Ma trzy psy.

Socjal albo barbarzyństwo

Socjal albo barbarzyństwo

Prezydent Republiki Włoch Sergio Mattarella zaakceptował propozycję składu nowego rządu. Wobec tego powołanie gabinetu ze stabilną, wyłonioną w wiosennych wyborach większością, stało się faktem.

Dwa ugrupowania, które utworzyły nowy włoski rząd – Liga oraz Ruch Pięciu Gwiazd (M5S), nie mieszczą się w tradycyjnym głównym nurcie włoskiej polityki partyjnej, zdominowanej od II wojny światowej przez bloki ugrupowań centroprawicy i centrolewicy. Liga (dawniej: Liga Północna) to ugrupowanie o skrajnie szowinistycznych, czasem wręcz neofaszystowskich inspiracjach, dotychczas nawet nie marzące o tak wielkim wpływie na kształt państwa włoskiego. Ruch Pięciu Gwiazd to formacja eklektycznego populizmu, aideologicznego, lecz nieodcinającego się od nastrojów ksenofobicznych i nacjonalistycznych.

Czas będzie grać na korzyść populistów, szczególnie Ligi, która dzięki zręcznemu przywództwu ucieknie od odpowiedzialności za stan gospodarki, koncentrując się na widowiskowych akcjach antyimigranckich. Umocniony demokratyczną elekcją nowy włoski rząd Ligi i M5S, a zatem i włoskie państwo, byłyby pierwszym tak wpływowym podmiotem realizującym w polityce zagranicznej przesłanie „Europy egoizmów”, popularne również w naszym kraju.

Rządy nacjonalistyczne i reżimy hybrydowe mogą w ciągu kilku cykli wyborczych stać się popularnym modelem politycznym w Europie. Transformacji ulec mogą stosunki wewnątrz społeczeństw, jak również stosunki między państwami, w tym w ramach Unii Europejskiej. Obecnie dezintegrujące się liberalne establishmenty nie szukały recept na rosnący społeczny niepokój, wywołany m.in. trwałym bezrobociem, pogorszeniem standardów życia, likwidacją usług publicznych. Pozwoliły, aby wielu ludzi wycofało swoją legitymizację dla systemu. Reżimy ksenofobicznego populizmu nie popełnią tego błędu, wskazując społeczeństwom „kozły ofiarne” – wewnątrz i na zewnątrz krajów – i budując stabilność swojej władzy na gruncie złych myśli, słów i czynów.

Rosnące nierówności społeczno-ekonomiczne wśród społeczeństw zachodnich podważają coraz mocniej legitymizację istniejącego systemu politycznego. Najmocniejszą reakcją liberalnego establishmentu jest marketingowy face lifting starych idei, przeprowadzany za pomocą charyzmatycznych liderów obiecujących zmianę: Baracka Obamy w USA, Emmanuela Macrona we Francji, Justina Trudeau w Kanadzie. To wszystko oczywiście tylko odsuwa w czasie logiczną konsekwencję konstrukcji systemu. Te procesy nie są zaskoczeniem dla wołających o silne reformy zwiększające spójność społeczną obywateli.

Nazistowski zbrodniarz Heinrich Brüning

W czasie Wielkiego Kryzysu gospodarczego na początku 1930 r. rządy w przedwojennych Niemczech (Republice Weimarskiej) objął liberalny technokrata Heinrich Brüning. W obliczu szybko słabnącej aktywności gospodarczej i kłopotów budżetowych uczynił priorytetem stabilizację budżetową – kosztem gospodarki. Liczba bezrobotnych zwiększyła się do sześciu milionów, w ich szeregach wiarę w system straciło wielu przyszłych wyborców Narodowosocjalistycznej Partii Niemiec (NSDAP). Olbrzymią niechęć zwykłych Niemców do Brüninga rekompensowało mu poparcie ekonomicznych i intelektualnych elit – zarówno w Niemczech, jak i za granicą. Jego sława jako „żelaznego kanclerza”, niepoddającego się popularnym dążeniom i prośbom, zapewniła mu m.in. obecność na okładce magazynu „Time”.

Gdy składał urząd kanclerza po ponad dwuletnich rządach, marsz nazistów do władzy był już nie do powstrzymania (udało się zaledwie odsuwać go przez kolejny rok). Można by wówczas zapytać kanclerza Brüninga, czy całe poświęcenie obywateli było warte osiągniętych rezultatów. Dzięki relacjom samego kanclerza znamy jego ówczesną odpowiedź: było warto.

Co jednak o wiele bardziej interesujące, kilkadziesiąt milionów ofiar wojny później, w latach pięćdziesiątych, Heinrich Brüning nadal nie zmienił zdania. W powojennej Europie jego gwiazda jako europejskiego reformatora może już nieco przygasła, z pewnością jednak nie był przytłoczony pretensjami o przyczyny, które spowodowały tamte skutki.

Wygląda to śmiertelnie poważnie, gdy echa kariery żelaznego kanclerza tak doskonale słychać chociażby w krótkiej (2011-2013), acz pełnej zdarzeń misji rządowej włoskiego premiera Mario Montiego. Premier technokrata, wcześniej, w latach 2005-2011, członek rady doradczej firmy inwestycyjnej Goldman Sachs (fakt ten pominięto w anglojęzycznej wersji Wikipedii), przeprowadził cały szereg cięć budżetowych.  Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu zachował pogodę ducha, gdy jego koleżanka z rządu, Elsa Fornero, wybuchła płaczem podczas ogłaszania cięć drakońskich dla włoskich rodzin, co stało się wówczas medialną sensacją.

Przed szkodą, po szkodzie i po następnej szkodzie

Wiele razy opisano, co należy zrobić, by odwrócić bieg wydarzeń, na którego końcu jest faszyzm. W krótkich syntetycznych prezentacjach, w pięknych długich esejach, w mądrych głębokich książkach. Dwa lata temu w Davos, kilkanaście lat temu w (Nowym) „Obywatelu”, w latach trzydziestych w prospołecznych wydawnictwach. Na podstawowym poziomie w tej dyskusji nie ma już nic do dodania. Ruch od dawna jest po stronie liberalnego establishmentu. Przynajmniej teoretycznie może nastąpić gwałtowna zmiana sposobu myślenia. Mało kto jednak wstrzymuje w napięciu oddech.

Wypada z zaciekawieniem spojrzeć na wysiłki środowisk takich, jak polska „Kultura Liberalna”, przekonujących establishment liberalnego centrum do zmian. Takie pedagogiczne podejście zakłada, iż zasadniczą przeszkodą w zaakceptowaniu konieczności dokonania prospołecznych zmian jest wywołana samozadowoleniem i długotrwałą jednomyślnością niemoc poznawcza tegoż establishmentu. Idąc tym tokiem myślenia, wystarczyłoby (odpowiednio wiele razy) wykazać związki przyczynowo-skutkowe zachodzących procesów społecznych, aby przekonać liberalny establishment do konieczności reakcji poprzez głębokie reformy społeczne, nie zaś za pomocą marketingowych sztuczek. To lekko obraźliwe (wobec establishmentu) podejście może być oparte na chybionych kalkulacjach.

Niewypowiedzianym zagrożeniem pozostaje to, że, szczególnie dla biznesowej części establishmentu, stopniowe i niechętne przyłączenie się do szowinistyczno-populistycznej fali może okazać się ostatecznym rozwiązaniem problemu tracenia legitymizacji przez obecny porządek społeczno-gospodarczy. Zasadnicza część sposobu funkcjonowania stosunków społecznych w hybrydowych nieliberalnych demokracjach nie ulegnie zmianie. Część specjalistów i menedżerów z obszarów polegających na mechanizmach merytokratycznych odczuje negatywne konsekwencje, lecz dla wielkiego biznesu możliwości działania pod ideologiczną ochroną pozostaną szerokie. Nie zmieni się konstrukcja porządku społecznego: skrzywiony rozkład równości szans, reglamentowana dystrybucja szacunku, rosnąca koncentracja majątku. Zmieni się „tylko” otoczenie: więcej akceptacji dla nienawiści, więcej konformizmu, zuchwałości i podłości. W zamian stabilność społeczno-polityczna i utrzymanie hegemonii w sferze własności i gospodarki.

Przykłady antyfaszystowskich polityk społecznych przedwojennych Stanów Zjednoczonych i Francji pokazują, że z zaklętego kręgu można wyjść, ale nie bez gwałtownego zerwania z dotychczasowymi założeniami co do tego, co jest dopuszczalne i możliwe. Społeczeństwo coraz bardziej klasowo podzielone w reżimie ksenofobicznego populizmu albo społeczeństwo dóbr publicznych i szeroko rozpowszechnionego dobrobytu. Jedno – albo drugie. Po tym wyborze poznajemy priorytety deklaratywnych humanistów.

XXI wiek

Może zarysowany powyżej obraz nie jest pełen i nie warto polegać na powtarzaniu raz wymyślonej recepty „mniej cięć i nierówności, więcej usług i redystrybucji” jako remedium na każdy objaw chorobowy? Analogie z najciemniejszymi latami trzydziestymi mogą budzić wątpliwości. Konkretne sytuacje poszczególnych krajów europejskich znacząco się między sobą różnią. Wielu ekspertów zajmujących się tematyką populizmu wskazuje na nie-bezpośrednio-ekonomiczne źródła wzrostu populizmu i stopnia delegitymizacji status quo. Na dodatek nasz czas jest coraz bardziej czasem groźby  wojen handlowych bądź manewrów, cyber- i hybrydowych operacji zaczepnych, wojen propagandowych, przyspieszającej technologii wraz z potencjalnie niebezpieczną sztuczną inteligencją. Słowem – jest to czas, gdy najbardziej potrzebni są właśnie technokraci i eksperci, będący rdzeniem, podporą, mieczem i tarczą liberalnego establishmentu.

O ile można się zgodzić, że wyzwania są wielowymiarowe, o tyle trudno obronić tezę, iż w jakimkolwiek z wymiarów liberalny establishment da sobie z nimi radę. W tym zakresie, w którym za wzrost populizmu nie odpowiadają czynniki ekonomiczne, lecz związane ze sferą kultury i wartości, globalistycznie zorientowane liberalne elity mają niewielkie szanse na nawiązanie empatycznego dialogu z marginalizowanymi „lokalnymi”. W kwestiach bezpieczeństwa i relacji międzynarodowych liberalna elita „cnotę straciła i rubelka nie zarobiła”, zdobywając w dobie internetowej widzialności miano pełnej hipokryzji. W dodatku poprzez strategiczną nieskuteczność systematycznie obniżała geopolityczne znaczenie Zachodu. W zakresie rewolucji technologicznej, która właśnie się zaczyna, a w ciągu najbliższych dekad dramatycznie zmieni wygląd rynków pracy, nie zabezpieczyła społeczeństw przed nadciągającym społecznym tsunami bezrobocia technologicznego oraz gospodarczymi skutkami technologicznych oligopoli. Możliwe również, że autokanibalizacja potencjału rozwojowego sprawiła, iż państwa Zachodu przegrają bitwy o przewagę w sferze kluczowej technologii przyszłości – sztucznej inteligencji – z Chinami.

Sytuacja nie pozwala na samozadowolenie. Potencjał polityczny ruchów prospołecznych w większości krajów europejskich jest ograniczony – w walce o schedę po obecnym status quo populistyczni szowiniści są na uprzywilejowanej pozycji. Niewiele, nawet gdyby chciały, są w stanie zdziałać kraje mniejsze, których los w Europie Ojczyzn, czyli de facto Europie Egoizmów, będzie niewesoły, ale które już teraz nie mają dużego wpływu na agendę, pamiętne losu Grecji.

Kto mógłby zatem faktycznie rozpocząć zmiany ratujące Europę przed osunięciem się w reżimy populistów? Niemiecki rząd i niemiecki podatnik.

Krzysztof Mroczkowski

Nieodparta erotyka kości

Nieodparta erotyka kości

Radykalna uczona, profesor nauk zarządzania Maria Daskalaki, od wielu lat prowadzi badania greckich organizacji alternatywnych, czyli funkcjonujący poza głównym nurtem menedżeryzmu. Organizacje te umożliwiają zatrudnienie i sensowną pracę, pomagają uczestnikom osiągnąć godziwy byt, a nawet i bezpieczeństwo ekonomiczne, oferują klientom etyczne i zdrowe produkty. Organizacje, które bada Maria Daskalaki, mają, prócz tych wszystkich ważnych i racjonalnych funkcji, jeszcze jedną, pozaracjonalną rolę, kto wie, czy nie jeszcze ważniejszą.

Otóż w czasach kryzysu, ekonomicznej i instytucjonalnej mizerii, w Grecji powszechny jest nastrój beznadziei i poczucia uwięzienia w świecie, na który ma się wpływ nawet nie znikomy, bo żaden. Bywa jednak tak, że przygnębione, bezsilne, a nawet całkiem załamane jednostki zbierają się razem z intencją zorganizowania się i wtedy czasami dzieje się coś niezwykłego, co w publikacjach Marii Daskalaki określane jest jako drasis. To greckie słowo, oznaczające „działanie”, w języku organizatorów mówi o wspólnym i aktywnym stawianiu czoła, o kolektywnym radzeniu sobie. Badaczka proponuje je na określenie podstawowej zasady organizowania alternatywnego. Gdy zbierają się razem alternatywni organizatorzy, czasami pojawia się drasis (nie jest to do końca działanie przewidywalne, które dałoby się zaplanować) i wtedy wszystko się zmienia. Ludzie nie są już bezsilni i zdołowani. Zstępuje na nich duch sprawczości, dając poczucie sensu, siły i nadziei na to, że inna rzeczywistość jest możliwa.

W tych momentach następuje intensywne uczenie się i powstają wstępne społeczno-materialne warunki dla generowania nowych form organizacji („prefiguratywne organizowanie”), solidarności i oporu. Jest to możliwe tylko w osobistych spotkaniach i zgromadzeniach, bo, jak podkreśla Maria Daskalaki, drasis jest ucieleśnione, zajmuje miejsce w przestrzeni i czyni z tego miejsca bardzo ważny użytek. W internecie drasis nie istnieje.

Mural Banksy’ego

 

Niedawno chodziłam po Warszawie z Davidem Ostem, czyli socjologiem „od Solidarności”, i opowiadaliśmy sobie o tym, jak kiedyś, dawno, dawno temu wskoczyliśmy w miasto solidarnościowe – on, jako badacz i uczestnik, ja, jako przyjezdna, straszliwie młoda studentka z Lund w Szwecji. Oboje wspominaliśmy atmosferę tamtych czasów – życzliwość, nadzieję, łatwość rzeczy – niezwykłą i jednocześnie jakby oczywistą. Wszystko działo się jak najprościej, i wszystko było nie z tego świata. To był czas chodzenia po wodzie. Ludzie podawali sobie ręce, mówili patrząc sobie w twarz, dziennikarze pisali to, w co wierzyli. Taksówkarz, który wiózł mnie na Szpitalną z dworca (tak mi się spieszyło, że wskoczyłam do taksówki, na którą mnie nie było stać, z walizkami, od razu po przyjeździe), śmiejąc się, powiedział, że pod ten adres to nic nie płacę za kurs, jestem jego gościem. Czas cudów i czas ludzi. Kiedy raz się w takim czasie było, to on zostaje w kościach, i nosi się go już zawsze ze sobą. Nic się na to nie poradzi. Człowiek staje się sejsmografem, czułym narzędziem pomiaru, które na każdy podryg, każde najlżejsze mrugnięcie reaguje nagłym dreszczem rozpoznania i nadziei.

Podobnie było trochę później, choć nie tak mocno i nie w tych samych tonacjach. Niedawno rozmawiałyśmy z koleżanką, profesor nauk zarządzania Grażyną Prawelską-Skrzypek, o pewnym niezwykłym okresie w nauce, który połączył nas wspólnym poczuciem sensu, choć wtedy jeszcze nie spotkałyśmy się twarzą w twarz. Końcówka mrocznych lat 80. była w nauce polskiej pełna światła i energii. Nie miałam zostać naukowcem – ani nikt z mojej rodziny sobie tego nie życzył, ani ja nie miałam takich planów. Ale tak się stało, że wskoczyłam w naukę i nie miało to nic wspólnego z wyborem. Gdzieś koło wiosny 1987 nagle zaczęliśmy, my studenci, masowo czytać i dyskutować. Wykładowcy zapraszali nas do swoich domów, a my wpadaliśmy do nich na pogaduszki o książkach, zapowiedziani lub nie, o różnych porach dnia i nie tylko. Moi koledzy prosto z imprezy w niedzielę rano, unosząc ze sobą nieświeży zapach i wymięte książki w kieszeni kożucha, jechali do jednego z naszych wykładowców, który otwierał im, zaspany, wciągał na piżamę sweter, sadzał w kuchni i kazał mówić cicho, bo dzieci i żona jeszcze śpią. Nastawiał czajnik i rozmawiali przy herbacie dotąd, aż rodzina nie upomniała się o przestrzeń. Gadało się o wszystkim: o polskich szefach, o przyszłości, o tym, jak zarządzać sprawiedliwie, co to jest dobro, czy można je zapewnić w organizacjach. Wykładowcy dawali nam swoje prywatne numery telefonów, a my wydzwanialiśmy na okrągło, zadając pytania o egzaminy, oczywiście, ale też o rolę naukowca we współczesnym świecie – robiliśmy to sami z siebie, z takiej głębokiej potrzeby, która pochodziła bardziej z trzewi, niż z rozumu. Dopadaliśmy ich pod uczelnią i pytaliśmy ni stąd ni zowąd o to, czym naprawdę jest  rzeczywistość społeczna i można ją zmienić na życzenie. Nasi wykładowcy nie żałowali nam czasu. Przychodzili do nas na imprezy. Włączali się do rozmów i sami je prowokowali. Dyskutowaliśmy o tym, czym jest uniwersytet i po co (domem dla bezdomnych myśli i pragnień), kim i po co jest student (mocą wyobraźni), czy na uniwersytecie można mieć różne zdania (mieliśmy). Przechodzili z nami na ty, oczywiście nie wszyscy, ale spora ich część. Pozwalali palić na zajęciach, sami palili – jedni papierosy, inni fajkę. Wywoływali nas do odpowiedzi bez skrępowania, a my bez skrępowania się z nimi nie zgadzaliśmy. Na przerwach nie dawaliśmy im żyć, zresztą oni nie wyglądali na takich, którzy mieliby szczególną ochotę istnieć z daleka od nas i od tych wszystkich dyskusji.

Tak było. Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki – pełnych wewnętrznego światła. Jeszcze do 1990 roku trwał ten festiwal, potem zaczął się osłabiać i rozmywać. Akademicy nie byli w stanie utrzymać się ze swoich pensji, więc jeździliśmy po całej Polsce z chałturami. Potem nagle okazało się, że można zarabiać prawdziwe pieniądze nie ruszając się z Warszawy, pod warunkiem, że przestanie się zadawać tyle pytań. Nadal czytano, choć coraz mniej, nadal, długo jeszcze, nie wypadało się przyznać, że się nie czyta. Ale było coraz mniej czasu, coraz mniej przestrzeni na rozmowy, sprzeciw i wspólne budowanie wiedzy. Potem duch zgasł, ale pozostało po nim to mrowienie w kościach. Dlatego nie wierzę, bo nie umiem, że tak musi być, że każdy kowalem swojego, że rankingi, parametryzacja, każdy sobie rzepkę.

Pracuję nad dwiema książkami o nadziei i organizacjach – jedną autorską, a drugą redagowaną wspólnie z kolegą, szwedzkim uczonym zajmującym się naukami organizacji i zarządzania, Danielem Ericssonem. W tej pierwszej szukam drzwi, które można by otworzyć na nowe organizacyjne przestrzenie, poza korporacje i świat, gdzie wszystko ma cenę, ale nic nie ma wartości. Robię to maniakalnie, na chybił trafił, stukam, dzwonię, pohukuję pod domem filozofii, poezji, sztuki, religii…  W drugiej zapraszamy z współredaktorem innych, którzy czują, że wiedzą, gdzie są takie drzwi i prosimy, by je spróbowali odemknąć, a jeśli trzeba – wyważyć. Zbieramy idee, teksty, obrazy, działania, które niosą nadzieję, która, jak wiadomo, nie ma z naiwnym optymizmem absolutnie nic wspólnego.

Nadzieja to przekonanie, że niezależnie od tego, co się wokół dzieje, od tego, jak bardzo zdaje się to być nieuniknione, wcale tak być nie musi i kiedyś nadejdą inne czasy. Nadzieja to niezgoda na to, co nieludzkie, odmowa akceptacji i normalizacji dominującego porządku, a w szczególności jego roszczeń do prawomocnego definiowania przyszłości. Czeski dramatopisarz i legenda obywatelskiego oporu, Vaclav Havel w rozmowie z Karelem Huizdala, opublikowanej w 1990 roku w książce „Disturbing the peace”, mówi, że nadzieja nie powinna być mylona z radością, iż sprawy układają się po naszej myśli lub inwestowaniem w inicjatywy „skazane na sukces”. Nadzieja to determinacja i praca nad czymś, co uważa się za dobre.  Im bardziej sytuacja wygląda na przegraną i niemożliwą, tym bardziej nadzieja równa się mocy widzenia, że coś ma sens, niezależnie od tego, czy przyniesie sukces czy porażkę, pochwały czy kary czy obojętność. Podobnie uważał Zygmunt Bauman, dodając, że dla osoby zajmującej się naukami społecznymi nadzieja to impuls i dążenie do tego, aby uczynić naszą planetę miejscem bardziej gościnnym dla życia. Nadzieja jest aktem radykalnym, bo jest nieśmiertelna i nie potrzebuje dowodów, które mają swoje korzenie w przeszłości. Czyni życie wartym życia.

Papież Franciszek często podkreśla tę radykalną, wręcz rewolucyjną rolę nadziei. Nadzieja nie polega na ignorowaniu powagi naszej sytuacji ani na nieświadomości tragedii naszych czasów. Jest to natomiast cnota serca, mówi papież, polegająca na niezamykaniu się w tej tragedii i jej mroku, ale też nieakceptowaniu jej jako normalności i konieczności, lecz zawsze na dążeniu do zobaczenia lepszej przyszłości. O ile nadzieja jest uczuciem jednostkowym, to gdy zbierze się razem kilka osób posiadających nadzieję, wówczas tworzy się „my”, które rozpoczyna rewolucję czułości.

Możliwe, że „nowe”, w które wierzę, przyjdzie za 10, 50, za 100 lat nawet. Tego nie wiem. Możliwe, że będę dalej zmuszona patrzeć, jak instytucje i wartości, które cenię i kocham, kruszą się i rozsypują w pył. Jednak mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, nie jest całą prawdą, ba, że to w ogóle nie jest prawda. Nawet jeśli wokół szaleją żywioły napełniające obawą i odrazą, to przecież to nie jest wszystko. Ta niezgoda, by przyjąć perspektywę mroku, to ziarnko życia – to nadzieja, którą tak bardzo warto przechować na lepsze czasy. Inny świat jest nie tylko możliwy, ale i sensowny. Takie przekonanie noszę w moich kościach, z gruntu rewolucyjne.

Papież mówi o rewolucji czułości. W badaniach Marii Daskalaki ludzie zdołowani spotykają się i czują nadzieję, i tak rodzi się działanie. Także my, pamiętający pierwszą Solidarność, doświadczyliśmy wszyscy ucieleśnionego, namacalnego znaczenia nadziei. Jest ono bliskie poczuciu, że coś jest prawdziwe – ta definicja prawdy wymyka się manipulacji i nie ma problemów z odróżnieniem jej od kłamstwa. W świecie ucieleśnionym „post-prawda” nie istnieje, jest zwykłą bzdurą. To poczucie troskliwości i tę czułość znaleźć można w spotkaniu, w przestrzeni, to ono zadomawia się w naszych kościach i daje nam siłę, by robić razem rzeczy zarazem oczywiste, jak niemożliwe. Tego nie osiągnie się przez internetowe dyskursy, memy i lajki. One mogą pomóc utrzymać kontakt, ale to nasze kości zajmują miejsce w przestrzeni i to łączy nas ze sobą więzią silniejszą, niż wszechmocny rozsądek beznadziei. Poeta Rainer Maria Rilke pisał, że przychodzimy na świat nieodwołanie, gdy raz się na nim pojawimy, nie ma odwrotu. Jeśli nic innego, to zostają po nas kości, całe lub w postaci popiołu, prochu.

prof. Monika Kostera

Nowa reprezentacja dla nowego świata pracy

Nowa reprezentacja dla nowego świata pracy

Oblicza pracy zmieniają się na naszych oczach. Istotną rolę odgrywają tutaj globalizacja, nowe technologie, przemiany demograficzne czy kulturowe. W jaki sposób zmienia się nasze rozumienie pracy, funkcjonowania jej rynku oraz interesów pracowniczych? Jak wygląda działalność związków zawodowych w XXI wieku? Jakiego typu wsparcia na rynku pracy w przyszłości potrzebować będą osoby pracujące? Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Europa? Dyskutowaliśmy na ten temat z szefem Niemieckiej Federacji Związków Zawodowych (DGB) – jednej z największych central związkowych na świecie – Reinerem Hoffmannem. Rozmawiał Roderick Kefferpütz.

***

Żyjemy w okresie gwałtownych zmian technologicznych. Cyfryzacja przewraca świat pracy do góry nogami. W jaki sposób powinno się zarządzać tą transformacją?

Reiner Hoffmann: Cyfryzacja jest istotną zmianą strukturalną, która przyczynić się może do istotnej redukcji ilości miejsc pracy. Jednocześnie trudno nam powiedzieć, ile miejsc pracy – a także w jakich sektorach – powstanie w jej wyniku. Dostosowanie się do zmiany technologicznej będzie procesem uczenia się na bazie nabywanych na bieżąco doświadczeń, tak jak to było z pierwszą, drugą i trzecią rewolucją przemysłową.

Wyzwaniem będzie zatem sprawienie, aby to ludzie – a nie jedynie możliwości techniczne czy technologiczne – byli punktem odniesienia dla tej transformacji. Nie będzie dla nas niczym korzystnym, jeśli kierować się przy niej będziemy wyłącznie kwestiami technologicznymi. Podejście do tematu, stawiające w centrum człowieka, pomoże nam uznać kluczową rolę systemu edukacyjnego i szkoleniowego.

Które mają pomóc nam odnaleźć się na zmieniającym się rynku pracy?

R. H.: Niegdyś szkolono nas do wykonywania jednego zawodu przez całe życie – scenariusz ten jest jednak od dawna nieaktualny. Już w latach 70. XX wieku w obrębie Międzynarodowej Organizacji Pracy dyskutowano o kwestii kształcenia przez całe życie – nadal jednak niewiele z ówczesnych propozycji zostało zrealizowanych w praktyce.

Jesteśmy dziś świadkami gwałtownego przyspieszenia. Popatrzmy na cykl innowacji technologicznych. Postęp, który niegdyś wymagał 15-20 lat, dziś osiągany jest w 6-9 miesięcy. Przyspieszenie to sprawia, że skróceniu ulega również okres ważności naszych podstawowych kwalifikacji.

Z powodu tych gwałtownych zmian pracownicy zmuszeni są do ciągłego sprawdzania swoich umiejętności oraz – w razie potrzeby – ich podnoszenia i aktualizacji, a tym samym do ciągłego uczenia się. Wymaga to z kolei zupełnie innych form kształcenia przez całe życie niż te, do których przywykliśmy. Edukacja jest jednym z naszych podstawowych praw i nie kończy się na zdobyciu pierwszej pracy i umiejętności zawodowych. Biorąc pod uwagę tempo dziejących się na naszych oczach innowacji, prawo to musi obejmować również kształcenie ustawiczne. Właśnie dlatego walczymy o jego realizację oraz zapewnienie jej stosownego finansowania.

Kto za to prawo do kształcenia ustawicznego powinien jednak płacić?

R. H.: Mamy tu do czynienia z nowym konfliktem wokół dystrybucji dóbr i usług. Widzimy ogromną potrzebę inwestycji w edukację. To zadanie zarówno dla społeczeństwa, jak i dla biznesu. Niemcy stać na takie inwestycje, jeśli finansowane one będą na przykład za pomocą bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego. Potrzebujemy również układów zbiorowych, takich jak ten zawarty niedawno przez IG Metall i jego pracowników, który dał im prawo (i odpowiednie możliwości) do łączenia elastycznej pracy z dalszym kształceniem.

Nie każdy jednak ma ochotę na naukę przez całe życie. Nie brak osób, które po 20-30 latach pracy nie za bardzo chcą zajmować się wymyślaniem siebie na nowo.

R. H.: Edukacja powinna być czymś przyjemnym – trudno zmuszać ludzi do czegokolwiek. Nasze systemy edukacyjne nie są jednak niestety stworzone w ten sposób. Nie pobudzają ciekawości, a korzystanie z nich nie sprawia przyjemności. Mnóstwo ludzi nie postrzega kształcenia jako szansy, lecz jako kolejną formę wywierania na nich presji. Boją się, że nie będą w stanie nadążyć za zmianami i pozostaną w tyle. Tego typu motywacja nie może jednak na dłuższą metę napędzać systemu edukacyjnego. Z tego też powodu istnieje pilna potrzeba jego zmiany. Musi on motywować ludzi do powrotu do kształcenia – motywować, a nie zmuszać. Ktoś, kto uczy się, bo musi, a nie dlatego, że chce, nie nauczy się niczego.

Jakie szanse i wyzwania niesie dla pracowników zmiana technologiczna?

R. H.: Przede wszystkim musimy aktywnie kształtować tę zmianę, by móc korzystać z okazji, jakie się z nią wiążą oraz minimalizować towarzyszące jej ryzyka.

Cyfryzacja bez wątpienia oferuje nam szereg możliwości. Nowe technologie przyczynić się mogą do zmniejszenia tradycyjnych niedogodności miejsca pracy, takich jak kurz, hałas czy konieczność przenoszenia ciężarów. Jednocześnie jednak pojawiają się nowe obciążenia, takie jak ciągła dostępność i związane z nią zatarcie granic czasowych i przestrzennych między pracą a czasem wolnym. Praca zdalna może nieco pomagać, ale otrzymywanie e-maili w środku nocy potrafi być stresujące. Opracowany przez nasz związek Indeks Dobrej Pracy wskazuje, że nie brak ludzi cierpiących z powodu rozmycia się podziału na czas pracy i odpoczynku, jak również wzrostu intensywności oraz kontroli w miejscach pracy. Są to zupełnie nowe wyzwania dla pracowników – również z perspektywy bezpieczeństwa i higieny ich pracy.

Potrzebna jest nam zatem aktualizacja przepisów dotyczących BHP. Od dłuższego czasu domagaliśmy się regulacji dotyczących walki ze stresem, który wyznaczał katalog czynników stresogennych. Potrzebujemy jasnych reguł dotyczących pracy w świecie cyfrowym – począwszy od „prawa do bycia odłączonym” aż po rzetelne rejestrowanie czasu pracy. Osoby pracujące muszą mieć prawo decydować, kiedy chcą wyłączyć swoje służbowe komórki i komputery, a jeśli nadal mają sprawdzać e-maile wieczorami, muszą otrzymywać za to wynagrodzenie.

Transformacji technologicznej towarzyszą zmiany kulturowe. Zmianie ulega sposób, w jaki myślimy o pracy. Dla niektórych jest ona sposobem zarabiania na życie, dla niektórych stanowi fundament ich tożsamości i sensu życia. Czy mamy do czynienia z rosnącą przepaścią wewnątrz świata pracy na tych, którzy pracują, by żyć a tymi, którzy żyją, aby pracować?

R. H.: Zmieniające się podejście, o którym wspominasz, jest szczególnie zauważalne wśród młodych, mających wobec pracy zupełnie inne oczekiwania. Zmiana nastawienia ma również coś wspólnego z dobrobytem. Ludzie mogą korzystać z zalet elastycznych warunków pracy – o ile ich potrzeby materialne pozostają zaspokojone na przyzwoitym poziomie. To pierwsza zmiana. Inną jest fakt, że ludzie śmielej przyznają się do tego, że chcą się skupić na swoich rodzinach, więcej podróżować czy inwestować w samorozwój, nie czekając na przejście na emeryturę.

Mimo wszystkich tych przemian jeden fakt pozostaje niezmienny – to praca jest podstawą reprodukcji i spójności społecznej, a także naszych dochodów. Jest czymś więcej niż tylko pozyskiwaniem środków na życie. Ma ona również rys integracyjny – zapewnia bowiem uczestnictwo osoby pracującej w życiu społecznym, co potrzebuje rzecz jasna dodatkowych gwarancji. Społeczna rola pracy jest powodem, dla którego sprzeciwiam się bezwarunkowemu dochodowi podstawowemu, który marginalizuje, stygmatyzuje i wyklucza ludzi.

Tyle że świat pracy jest coraz bardziej pokawałkowany. Zmieniają się systemy wartości funkcjonujących w nim osób, pojawiają się nowe formy zatrudnienia, a interesy poszczególnych graczy coraz bardziej się od siebie różnią. Czy praca pozostaje zatem odpowiednią przestrzenią mobilizacji politycznej? Czy związki zawodowe są w stanie pogodzić te różnice?

R. H.: Jako organizacja reprezentująca interesy grupowe nie mamy wyjścia. Jesteśmy instytucją, która jest w stanie działać tylko wtedy, kiedy jej członkowie solidarnie ze sobą współdziałają.

Jednym ze stojących przed nami wyzwań jest rosnąca indywidualizacja oraz różnorodność stylów życia. Nie ma już jak niegdyś poczucia wspólnego interesu, który podzielany jest przez wszystkich pracowników. Wyższe płace były przed laty kluczowe dla każdej i każdego. Nikt nie miał ochoty umrzeć z głodu czy zapracować się na śmierć. Istnienie kolektywnego interesu umożliwiało kolektywne działanie.

Interesy pracowników są dziś znacznie bardziej zróżnicowane. Musimy radzić sobie z tą różnorodnością w konstruktywny i produktywny sposób. Ludzie oczekują dziś prawa do indywidualnych wyborów oraz dostosowanych do nich możliwości. Nie chcą jednakowych rozwiązań, ale pomysłów dostosowanych do zróżnicowanych sytuacji życiowych. Staramy się realizować tę potrzebę w ramach układów zbiorowych.

Może Pan podać przykład?

R. H.: Po ostatniej rundzie negocjacyjnej w Związku Pracowników Sektora Kolejowego i Transportu (EVG) zdecydowano się dać wybór samym pracownikom. Na drugim etapie podwyżki płac każdy z pracowników mógł wybrać między podwyżką pensji o 2,4%, dodatkowymi sześcioma dniami urlopu oraz krótszym tygodniem pracy. 56% postawiło na większą ilość dni urlopowych, a 42% na wyższe płace.

Tego typu rozwiązania nie wyczerpują jednak tematu. Potrzebujemy nowych definicji tego, kim są pracownik i pracodawca. W przypadku gospodarki cyfrowej firmy tworzące platformy, takie jak Helping, Uber czy Lieferando nie uważają się za pracodawców, lecz jedynie pośredników łączących ze sobą osoby samozatrudnione z ich klientami. Nie mają one ochoty brać na siebie obowiązków pracodawców.

Jest jednak jasne, że korzystający z Ubera kierowca nie jest samozatrudniony. Nie może on wpływać na wysokość taryfy. Gdyby rzeczywiście był on własną firmą, powinien móc decydować o tym, ile zażyczy sobie za kurs z punktu A do punktu B. Nie ma jednak takiej opcji – pełną kontrolę ma tu bowiem Uber. Potrąca on z jego konta 20% kwoty uzyskanej dzięki przewiezieniu klienta. To przecież typowa relacja pracownik-pracodawca. Dostawcy platform nie mają ochoty przyznać, że nie płacą za nich podatków, nie odprowadzają składek i nie gwarantują odpowiedniego wynagrodzenia.

Jak możemy sobie poradzić z tym wyzwaniem?

R. H.: Dyskutujemy z Komisją Europejską o nowych definicjach pracodawcy i pracownika, które uściślą ich prawa oraz obowiązki. Jako że opierające się na platformach cyfrowych usługi świadczone są już na całym świecie, nie będą tu już wystarczyły regulacje na szczeblu krajowym. Poziom europejski jest tu bardziej adekwatny, choć tak naprawdę na dłuższą metę potrzebne będą globalne reguły.

Mówiąc o poziomie europejskim muszę spytać, czy inne europejskiej centrale związkowe podzielają wasze podejście do przyszłego kształtu świata pracy? Czy widoczna jest jakaś wspólna wizja, czy może pomysły są tu zupełnie inne?

R. H.: Europejskie związki zawodowe dzielą ze sobą szereg idei, tyle że konteksty, w których działają, bardzo się od siebie różnią. Na południu kontynentu, zmagającym się z bardzo wysokim poziomem bezrobocia, podejście do tego typu kwestii może być diametralnie różne. Widać jednak pewne punkty styczne.

Gwałtowne przemiany, jakie zachodzą w ramach świata pracy z powodu cyfryzacji i globalizacji, zaczynają rozmontowywać najróżniejsze bariery. Ludzie – niezależnie od współrzędnych geograficznych, specyfiki oraz warunków panujących w poszczególnych państwach – odczuwają rosnącą niepewność. Zadają sobie pytania o to, czy naprawdę muszą rozpoczynać kolejny kurs edukacyjny w wieku 60 lat, czy może uda im się jeszcze dotrwać do wieku emerytalnego w dotychczasowej pracy. Spora część z nich nie myśli tylko o sobie, ale też o swoich dzieciach i wnukach, zastanawiając się nad dostępnymi dla nich w przyszłości opcjami zawodowymi. Pojawia się zwątpienie w dotychczasową obietnicę dobrobytu i w to, że pewnego dnia nasze dzieci będą sobie radzić lepiej niż my sami.

Ta postępująca utrata kontroli prowadzi do kryzysu wiary w istniejące instytucje polityczne. Ludzie nie wierzą, że będą one w stanie odpowiedzieć na te zmiany. Oznacza to również ich zwrot w kierunku prawicowych populistów oraz oferowanych przez nich prostych rozwiązań. Protekcjonizm, rasizm i wykluczanie ze społeczności nie są jednak żadnym rozwiązaniem – są za to kolejnym niebezpieczeństwem. Związki zawodowe, dla których kosmopolityzm oraz antyrasizm stanowią istotne wartości, muszą odpowiedzieć i na to wyzwanie. Pracownicy domagają się nowych źródeł poczucia bezpieczeństwa oraz sieci zabezpieczeń, na których mogą polegać w miejscach pracy oraz w życiu prywatnym.

Jaką rolę w tworzeniu tego typu sieci może odegrać Unia Europejska?

R. H.: Kluczową rolę może tu odegrać Europejski Filar Praw Socjalnych [Europejski Filar Praw Socjalnych jest zestawem składającym się z 20 zasad, co do realizacji których w roku 2017 porozumiała się Komisja Europejska oraz państwa członkowskie – przyp. redakcji]. Aby tak się stało, musimy pójść dalej niż tylko utrzymywać status quo w zakresie standardów społecznych, które obowiązywało przez ostatnie sześć dekad. Potrzebujemy więcej i lepszych rozwiązań na rynku pracy oraz w polityce socjalnej. Równanie w dół z płacami, osiągnięciami społecznymi czy długością czasu pracy nie jest adekwatną odpowiedzią na globalizację i cyfryzację – ani pod względem ekonomicznym, ani społecznym. Filar Praw Socjalnych tworzy tu wielką szansę, możliwą między innymi dzięki działaniom Komisji Europejskiej. Istotną kwestią jest to, w jaki sposób będą go wcielać w życie państwa członkowskie. W odpowiedzi na to wyzwanie KE musi w najbliższych latach skupić się na ustalaniu zestawu prawdziwie europejskich standardów.

Postępowe siły społeczne – tak partie polityczne, jak i związki zawodowe – muszą wspólnymi siłami kierować walką na rzecz solidarnej Europy. Musimy dawać odpowiedzi na wyzwania, które sięgają daleko poza utrzymanie status quo. Celem musi być możliwość kształtowania modernizacji – od infrastruktury umożliwiającej europejską transformację energetyczną aż po godną pracę.

Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.

Za każdym napisanym komentarzem

Za każdym napisanym komentarzem

Wraz z nadejściem letniej pogody obrodziło na lewicy tekstami o tym, czym i jak lewica powinna się zajmować. W centrum zainteresowania znalazła się Partia Razem,  a co za tym idzie w ruch poszły znane i lubiane argumenty, które dobrze leżą pod piórem. W kierunku tzw. nowej lewicy formułuje się więc zazwyczaj ten sam pakiet zarzutów: że hipsterska, że za mało ludowa, że za bardzo radykalna, że osobno, że długi marsz.

Nie jest tajemnicą, że Partia Razem, a także szerzej „młoda/nowa  lewica”, w swojej politycznej działalności natrafia na bardzo silne bariery hamujące jej rozwój. Barierę dostępu do mediów, a co za tym idzie niskiej rozpoznawalności, opisał Hubert Walczyński w tekście „Dlaczego Partia Razem ma 3 procent poparcia”, więc nie ma sensu tego opisu ponownie przytaczać. Nie jest to jednak jedyna przeszkoda, bo możemy zauważyć również bariery pokoleniową, klasową i organizacyjną.

W tekście będę posługiwał się zamiennie określeniami „młoda lewica” i „nowa lewica”, choć bez odrębnego, wielostronicowego tekstu nie mogę zaproponować innego niż intuicyjne rozumienie terminu. Używam tych pojemnych określeń także dlatego, że opisywane cechy dotyczą ogromnej większości środowiska, wykraczając poza ramy jednej organizacji.

Bariera pokoleniowa

Pierwszym problemem, z jakim mierzy się obecnie „nowa lewica”, jest to, że jest młoda zarówno pod względem organizacyjnym, jak i wiekowym, a dyskurs polityczny kreowany jest przez pokolenie dziadków, którzy nierzadko mieszkają w Sejmie od ćwierćwiecza. Część politycznej śmietanki chce rozegrać dogrywkę do okrągłego stołu, część przekonuje do konieczności dokończenia reform Balcerowicza, a jeszcze inni postanowili odkurzyć wyprowadzony sztandar PZPR. Ta perspektywa czasowa ciąży polskiej scenie politycznej jak ogromna kotwica, która utrzymuje zramolałych kapitanów przy sterach statku stojącego w miejscu, a każdy, kto spróbuje podgonić trochę dyskusję o podatkach, państwie, społeczeństwie, energetyce czy sytuacji geopolitycznej bliżej teraźniejszości, natrafi na żelazny opór.

Dodatkowo należy wziąć pod uwagę, że dominujące na „nowej lewicy” pokolenie 20- i 30-latków wychowało się w warunkach zupełnie odmiennych od tych, które panowały w poprzednim i jeszcze wcześniejszym okresie. Choć wszyscy odczuwamy skutki PRL czy transformacji ustrojowej, to jednak początek naszego świadomego udziału w życiu politycznym i społecznym przypada na czas powszechnego dostępu do telefonii komórkowej i Internetu, a śmieszkizm czy memetyka nie jest hipsterską fanaberią, lecz językiem powszechnie używanym i rozumianym wśród rówieśnic i rówieśników (choć oczywiście często śmieszkujemy i memujemy różnie w ramach tego samego pokolenia).

Odmienne cechy pokolenia dominującego na „młodej lewicy” wobec tego panującego w mainstreamowej polityce, mediach i publicystyce, mają niebagatelny wpływ na sposób uprawiania polityki. Od politycznego mainstreamu różnimy się nie tylko progresywnym i społecznym programem, ale także na niemal każdej płaszczyźnie – od budowania struktur i procedur w naszych organizacjach, przez myślenie skierowane ku przyszłości (sprawiedliwy światowy podział dóbr, robotyzacja, nowe źródła energii, demokratyzacja polityki i gospodarki), na ubiorze i języku przekazu kończąc. W ten sposób na konflikt polityczny nakłada się konflikt pokoleniowy, pogłębiając ogólne wrażenie wyobcowania „młodej lewicy” na scenie politycznej.

Bariera klasowa

Analiza społeczeństwa pod kątem klas i relacji pomiędzy nimi zachodzących była intelektualnym paliwem, które najsilniej napędzało społeczną i polityczną siłę lewicy. Dzisiaj jednak jej deficyt hamuje nasz rozwój. Spora część lewicowego aktywu czy lewicowego zaplecza intelektualnego zdaje się czerpać swoją wizję klas z tekstów powstałych na przełomie XIX i XX wieku lub nowszych pozycji, ale powstałych zagranicą. Nierzadko powoduje to, że lewicowe narracje rozjeżdżają się z teraźniejszą rzeczywistością i są albo poważnie przestarzałe, albo zbyt płytko związane z lokalnymi warunkami. Wypadałoby nieco przewietrzyć swoją wiedzę o klasach w polskim społeczeństwie i wyprowadzać polityczne wnioski z ich analizy.

Problem klasowy „nowej lewicy” pojawia się na dwóch płaszczyznach: w kwestii własnej klasowości oraz w kwestii relacji z klasą ludową. W pierwszym przypadku można odnieść wrażenie, że aktyw „młodej lewicy” nie może pogodzić się z faktem, że, podobnie jak swój elektorat, jest częścią klasy średniej/mieszczaństwa/inteligencji. Dominujący w lewicowej świadomości historyczny obraz klasowego społeczeństwa powoduje strach przed zaliczeniem do burżuazji, stąd część osób wybiera ucieczkę w ludomanię, a część jako cel nadrzędny stawia możliwie jak najpełniejsze odcięcie się od swojej klasy w każdym możliwym aspekcie (szczególnie charakterystyczne dla Razem i okolic). Takie podejście jest pożywką dla krytyków „nowej lewicy” jako ostateczny dowód na hipsterskość, a także wzmacnia niekorzystny sojusz klasy średniej z klasą wyższą (o którym szerzej pisze Maciej Gdula w „Nowym autorytaryzmie”), przez ataki „młodej lewicy” na klasę średnią (zwłaszcza rosnące jej niższe warstwy). „Nowa lewica” lubi prezentować się jako grupa działająca w interesie klasy ludowej przeciw własnej klasie. Problem w tym, że bariera dostępu do mediów, a co za tym idzie jej niewielka rozpoznawalność, powoduje, iż przekaz skierowany do klasy ludowej trafia do niej w stopniu minimalnym (jeśli w ogóle), a przekaz, który trafia do klasy średniej – zraża tę klasę.

Odcina to „młodej lewicy” drogę do dialogu z klasą średnią rozczarowaną liberalnymi obietnicami, z którą ma większą wspólnotę języka i środowiska. Utrudnia też rozciągnięcie swoich pobudek i dróg dojścia do lewicowych wartości na całą swoją klasę, opierając się właśnie na wspólnych doświadczeniach. Lewicowy projekt opiekuńczego państwa o społecznym profilu gospodarki jest przecież najlepszym środowiskiem dla realizacji aspiracji i interesów klasy średniej, a „młoda lewica” jest nie tyle podgrupą działającą przeciwko swojej klasie, ale właśnie tą częścią klasy, która rozumie swoje interesy i to, że są one zbieżne z interesami klasy ludowej. Docenienie warstw klasy średniej, szczególnie niższych, nie jest żadną zdradą lewicowych wartości, a wręcz stwarza szansę na oparcie ich w szerszej grupie ludzi. Dobrym przykładem jest tutaj protest lekarzy-rezydentów z jego postulatem podniesienia nakładów budżetowych na ochronę zdrowia do 6,8%. Postulat ten jest korzystny dla klasy średniej (więcej dobrze płatnych i stabilnych miejsc pracy dla kadry lekarskiej i pielęgniarskiej), ale także dla klasy ludowej (większa dostępność do publicznej opieki zdrowotnej o wysokim standardzie). Działa natomiast przeciwko klasie wyższej, która blokuje dofinansowanie ochrony zdrowia przez lobbowanie za niskimi podatkami lub budowanie swoich wielomilionowych interesów w procesie postępującej prywatyzacji służby zdrowia. Układ ten jest nie tylko bardziej korzystny dla lewicy, ale także bardziej odpowiadający rzeczywistości klasowej.

Pogodzenie się z własną sytuacją klasową pozwala także uczciwiej podejść do relacji z klasą ludową, która, podobnie jak klasa średnia, przez ostatnie sto lat przeszła ogromne zmiany. Zrozumienie klasowości może być pierwszym krokiem do wyzbycia się paternalistycznego podejścia wobec klasy ludowej, którą część lewicy wiecznie chce edukować, uświadamiać czy organizować, jednocześnie posługując się własnymi wyobrażeniami na jej temat. Stąd rodzą się takie wizje ludu jako ostoi konserwatywnego modelu społeczeństwa, gdzie rządzą ojciec, mąż i pleban, ludzi nie interesuje nic co poza granicami własnego sołectwa, a radioodbiorniki odbierają wyłącznie Radio Maryja i piosenki Zenka Martyniuka. U niektórych komentatorów rodzi to przekonanie, że lewica musi koniecznie odpuścić część postulatów (zwłaszcza obyczajowych), bo jeśli pleban nie wyrazi zgody lub jakiś prawicowy elitarny salonik nie przybije symbolicznej pieczątki akceptacji programu, to wśród ludu żadnej lewicy nie będzie.

Szczególnie kuriozalne są te głosy, który nawołują do odpuszczenia praw kobiet, bo nie dość, że padając z ust mężczyzn są zaciskaniem pasa na nie swoich spodniach (co zawsze jest tańsze), ale jeszcze ignorują fakt, że to właśnie kwestie dotyczące praw kobiet zmobilizowały jedne z największych protestów antyrządowych, na których wybrzmiały wyraźnie lewicowe postulaty, systematycznie powiększa się dla nich poparcie społeczne, a badania opinii wskazują, że kobiety są bliższe lewicy (i ogólnie są en masse lepszymi ludźmi niż mężczyźni). Nierzadko też „lud” występuje w ogóle poza jakąkolwiek analizą klasową, jako autorska projekcja wyobrażeń publicysty, a służy jako pałka w różnego rodzaju dyskusjach na lewicy. Różne komentatorki lepią więc w swoich tekstach własne koncepcje „ludu”, oparte na mocno historycznych opisach lub zwykłych klasistowskich kliszach, tylko po to, by tym „ludem” przyłożyć innemu środowisku lewicowemu, co kończy się żenującą bójką inteligentów w sukmanach okładających się gazetami.

Prawdziwej organizacji „klasy ludowej” nie będzie tak długo, jak „klasa ludowa” takich organizacji samodzielnych nie stworzy. Nigdy przedstawiciel klasy średniej nie będzie w pełni reprezentował kobiety z klasy ludowej i z tym trzeba się pogodzić. „Młoda lewica” powinna formułować do klasy ludowej przekaz pozbawiony klasowych barier, przekonywać, że lewicowy projekt jest najlepszym gwarantem realizacji ludowych interesów i aspiracji, a także otwierać swoje organizacje dla ludowych działaczek, usuwając niepotrzebne „progi wejścia”, a przy tym wystrzegać się tonu pouczającego, uświadamiającego czy opiekuńczego. Wszelkie inne niż partnerskie relacje z organizacjami ludowymi nie sprzyjają budowaniu wzajemnego zaufania i osłabiają pożądany sojusz klasy średniej i ludowej.

Bariera organizacyjna

Bariera organizacyjna to niezdolność „nowej lewicy” do stworzenia stałych i profesjonalnych struktur organizacyjnych o charakterze politycznym, to splot problemów, które przeszkadzają w przejściu na wyższy poziom zorganizowania. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że „młoda lewica” nie jest spadkobierczynią żadnej poprzedniej struktury czy środowiska (inaczej niż partie post-pzprowskie czy post-solidarnościowe) i poza symbolicznymi nawiązaniami do PPS czy „Solidarności” lat 80. w dużej mierze buduje wszystko od zera, poczynając od programów, przez organizacje, na mediach kończąc. Takie warunki startowe miały i nadal mają ogromny wpływ na powstające wokół niej środowisko, w którym można rozpoznać niepokojące cechy hamujące rozwój.

Przerost wiary w sprawczą moc programów i deklaracji ideowych jest nawet nie tyle świadomą decyzją naiwnych lekkoduchów, co wynikiem wielu lat bytowania poza jakimkolwiek wpływem na sytuację polityczną, braku działających struktur politycznych i zerowego udziału w sprawowaniu władzy. Programy, odezwy i deklaracje stają się w takim zmarginalizowanym środowisku niemalże jedyną aktywnością. Zarówno do treści, jak i języka deklaracji przywiązuje się coraz większą wagę, karmiąc swoje głębokie przekonanie o słuszności własnych poglądów, które nie muszą mierzyć się z otaczającą rzeczywistością i polityczną praktyką. Wszelkie problemy „nowej lewicy” postrzega się przez pryzmat nieodpowiednich programów i niewłaściwego języka, pomijając wszystko inne, stąd większość publicystek wyraża przekonanie, że np. zmiana przez Razem postulatu 75% progu podatkowego na np. 50% lub złagodzenie języka postulatów feministycznych przyniesie niemalże rozprucie worka z dobrymi wynikami sondaży. Z drugiej strony podobny przerost wiary w programy powoduje, że część lewicy ma przekonanie, iż każdy, nawet najdrobniejszy, problem polityczny musi znaleźć miejsce w programowym dokumencie, który powinien w pełni pokrywać wszelkie aspekty życia. Ustawienie programu i ideowej deklaracji w pozycji domyślnego źródła problemów sprawia, że inne tracimy z oczu. Jest to także jedna z przyczyn rozdrobnienia na lewicy. Jeśli bowiem tak ważna dla działalności w określonej organizacji jest całkowita akceptacja wszelkich jej założeń, od fundamentalnych po szczegółowe, to nie dziwi, że trudno o formacje masowe.

Znamiennie jest także to, że szersze projekty polityczne są realizowane za pośrednictwem ludzi łączących organizacje, a nie organizacji łączących ludzi. Częściej na lewicy można spotkać jedną osobę, która należy do wielu organizacji lewicowych o różnych profilach, niż organizację, która swoim szerokim programem łączy różnych ludzi. Prowadzi to do kuriozalnych przypadków, że w trakcie rozmów i dyskusji reprezentowanych jest więcej organizacji niż osób fizycznie siedzących przy stole.

Szczególny fetysz języka i pogłębianie rozważań ideologiczno-programowych może być fascynującym i owocnym działaniem publicystyki i lewicowej nauki, ale w działaniu organizacji politycznej może tworzyć wysoki próg wejścia dla nowych osób, których pozyskiwanie powinno być teraz najważniejszym zadaniem „młodej lewicy”. Osoby funkcjonujące w lewicowym środowisku od niedawna lub na jego obrzeżach, są często skutecznie odstraszane lub wręcz wykluczane z pełnego w nim udziału, właśnie przez to, że bardziej doświadczone działaczki mają za sobą taki zestaw lektur i operują takim językiem, który jest po prostu niezrozumiały lub przeintelektualizowany, a dyskusje sprowadzają się często do przerzucania się cytatami z lektur.

Bezkrytyczne i fundamentalistyczne przywiązanie do swoich poglądów i postulatów z nich wynikających nie ułatwia też tworzenia szerszych formuł organizacyjnych. Jeśli program organizacji jest rozumiany jak idealna całość, w której odstępstwo choćby o pół kroku rujnuje całą ideę, to trudno współpracować czy negocjować jakiekolwiek porozumienia. Wszelkie różnice poglądowe traktowane są wręcz jako personalne ataki na tożsamość, pozornie nieistotne detale stają się przyczyną rozpadów organizacji, a różnice, które można spokojnie usunąć w drodze negocjacji, są przeszkodami nie do pokonania. W tym stanie rzeczy polityka „osobno”, którą często wytyka się partii Razem, nie jest jej autorskim pomysłem lub wkładem w „nową lewicę”, ale raczej objawem cech zaczerpniętych wprost ze środowiska, których nie udało się przezwyciężyć. Która osoba zna wyśrubowane warunki startowe, jakie prezentują lewicowe organizacje przy negocjacjach, ta wie, jak czasem ciężko znaleźć tę wąską szczelinę dopuszczalnych ustępstw. Do pełnego obrazu dodajmy jeszcze wielość mikroorganizacji o bardzo wąskiej specjalizacji tematycznej (np. smog, polityka mieszkaniowa, zieleń miejska, rowery itp.) oraz stowarzyszenia i ruchy, które co prawda prowadzą działalność polityczną, ale poprzez zasadę „no logo” i pełnej apolityczności podnoszą „lewicowy osobnizm” do rangi dogmatu.

Nie oznacza to jednak, że „młoda lewica” musi dążyć do sojuszu z innymi nurtami ideowymi. Wręcz przeciwnie, powinna wyraźnie określić własne rubieże. Jeśli społeczna i demokratyczna lewica ma kiedykolwiek w Polsce powalczyć o władzę i stały wpływ na rzeczywistość, to musi zbudować własną infrastrukturę organizacji, mediów i grup poparcia, zamiast wiecznie oglądać się na pozornie korzystne pożyczki od obozu liberalnego czy konserwatywnego. Idea „długiego marszu”, którą głosi Razem, jest często interpretowana jako wyraz politycznej niedojrzałości i oderwanie od realiów. Ta krytyka byłaby słuszna, jeśli istniałby jakiś „krótki marsz”, dzięki któremu „nowa lewica” mogłaby po kilku strategicznych posunięciach w szybkim okresie czasu uzyskać solidną i niezależną pozycję w polityce.

W obliczu braku własnej infrastruktury wymusza to jednak współpracę z obozem liberalnym lub konserwatywnym i korzystanie z ich zasobów, co oznacza zaciągnięcie sporego zobowiązania, a rachunek z pewnością zostanie szybko wystawiony. Alternatywę dla długiego marszu można więc sprowadzić do przyjęcia roli przystawki jednego lub drugiego obozu. W tym stanie rzeczy koncepcja pracy u podstaw i wolnego, choć niezależnego, budowania struktur i wpływów, nie jest umiłowaną drogą niepoprawnych ideowców, lecz długą i pełną niebezpieczeństw wspinaczką, którą z braku innego rozwiązania godzimy się przejść, by osiągnąć cel. W gruncie rzeczy najistotniejszym warunkiem przetrwania „młodej lewicy” jako projektu politycznego będzie nie tyle wykucie idealnego programu, co utrzymanie ciągłości organizacyjnej. Wzmacnianie/zakładanie struktur partyjnych w województwach, powiatach i gminach będzie miało dużo większe znaczenie niż wydanie kolejnej uchwały programowej i to nie tylko w przypadku Razem, ale także innych organizacji. O przetrwaniu przesądzi nie to, czy uda się wypracować kompleksowe rozwiązanie polityki energetycznej, ale to, czy po trzech kolejnych wyborach uda się partiom „nowej lewicy” ustać na nogach i dalej maszerować, zamiast za każdym cyklem wyborczym demokracji zaczynać od nowa.

Podsumowanie

Przed „nową lewicą” stoją wielkie wyzwania i wielkie przeszkody do pokonania. Budowanie struktur, sieciowanie środowisk i gromadzenie poparcia wymaga ciężkiej pracy u podstaw i uzbrojenia się w cierpliwość.

Długi marsz może się udać tylko wtedy, kiedy będziemy gdzieś iść. Łatwiej będzie tego dokonać razem (czy wspólnie, jak kto woli). „Nowa lewica” musi wreszcie przejść na wyższy poziom zorganizowania i utrzymywać stałą, profesjonalną strukturę, która będzie realizowała cele polityczne. Taka struktura musi stale wzbogacać się o nowe aktywistki i grupy społeczne, a także musi być trwała i systematyczna. Czas zakopać topory wojenne, puścić w niepamięć konflikty oparte na tym, kto komu wyjadł dżem z pączka na jakiejś kanapie pięć lat temu, oprzeć współpracę nie o osobiste relacje, a o uporządkowane formuły współpracy różnych osób w ramach jednej organizacji politycznej. Wspólny projekt polityczny, w którym znajdzie się miejsce dla Razem i Zielonych, Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Dziewuch, lewicowych ruchów miejskich, stowarzyszeń i kooperatyw, jest zapewne jeszcze zbyt nierealny, ale jakiś kompromis i organizacyjna współpraca są bardziej niż pożądane. Warto powalczyć o wzmocnienie i podjęcie stałej współpracy pomiędzy tymi partnerkami na lewicy, które są już teraz. Przecież i tak współpracujemy przez większość czasu, czemu więc nie uczynić z tego reguły? Przypominamy sobie o potrzebie środowiskowej reprezentacji politycznej przy okazji kolejnych wyborów i zazwyczaj tuż po nich boleśnie się rozliczamy, pogłębiając podziały, przez co kolejne wybory rozpoczynamy od tego samego punktu wyjścia.

Szybko zmieniający się świat nie będzie na nas czekał. Mamy takie środowisko, jakie mamy i nikt z zewnątrz nas nie uratuje, żadna kawaleria sprawiedliwości społecznej nie przygalopuje z pomocą. Nie unikniemy ciężkiej pracy u podstaw, naszego własnego wysiłku intelektualnego i organizacyjnego. W Polsce będziemy mieć tylko taką lewicę, jaką sobie zbudujemy i każda musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w stanie do tego projektu dorzucić od siebie.

Musimy być gotowe, bo w każdej chwili wiatr historii może zacząć dmuchać w nasze żagle. Musimy być pewni, że uda nam się przyczynić do politycznej zmiany nastrojów i będziemy gotowi na jej przyjście, silne strukturami, uzbrojeni w programy, bogate doświadczonymi ludźmi i sprawdzonymi metodami współpracy.

Bo nawet jeśli dzisiaj jeszcze wyprzedzamy swój czas, to on nas kiedyś dogoni.

Bartosz Migas

Dlaczego listonosze strajkują?

Dlaczego listonosze strajkują?

Listonosze wszystkich krajów strajkują. Im szybciej cyrkuluje kapitał, tym więcej nadawanych jest ładunków, paczek i przesyłek. Zastępowanie handlu tradycyjnego handlem internetowym dokłada pracy listonoszom, kurierom i pracownikom logistyki. Skoro w epoce automatyzacji jest jeszcze jakaś praca, to skąd protesty? Aby zrozumieć ich tło, wystarczy chociażby zmapować wystąpienia pracownicze z ostatnich dwóch lat w Europie Środkowej.

Niemieccy listonosze rozpoczęli strajk w czerwcu 2015 roku. Bezpośredni udział wzięło w nim ponad 18 000 pracowników i pracownic. Powodem było obchodzenie układów zbiorowych dotyczących wynagrodzeń przez zatrudnianie pracowników w spółkach córkach. Sprywatyzowana w 1995 roku Deutsche Post coraz częściej stosowała praktykę tworzenia spółek działających w branży spedycji i logistyki, w których obowiązują mniej korzystne układy zbiorowe dotyczące wysokości wynagrodzeń. O ile bowiem minimalna płaca godzinowa listonoszy wynosiła w Niemczech 11,50 euro za godzinę, to w sektorze logistyki potrafi wynosić dużo mniej – nawet o 20%. Mimo wysokich zysków Deutsche Post, związkom zawodowym nie udało się doprowadzić do zrównania zarobków listonoszy z różnych spółek ani do skrócenia czasu pracy [1].

W grudniu 2016 zastrajkowała Poczta Chorwacka. Proces restrukturyzacji poczty w ostatnim dziesięcioleciu spowodował zwolnienie ponad 3000 pracowników i obcięcie licznych dodatków związanych ze stażem pracy. Tymczasem obciążenie pracą wzrosło. Przyczyną strajku były plany przedsiębiorstwa, aby między innymi wprowadzić możliwość pracy listonoszy i listonoszek na dwóch zmianach pod rząd [2].

W listopadzie 2017 doszło do strajku na Poczcie Serbii. Pracownicy rozpoczęli okupację głównego centrum przeładunkowego w Belgradzie-Zemunie. Posypały się pogróżki ze strony zarządu przedsiębiorstwa oraz najwyższych władz państwowych – w tym liberalnej twarzy Serbii, premierki Any Brnabić. Kilkudziesięciu pracowników zostało zawieszonych. Oprócz podniesienia pensji, pracownicy domagali się zapewnienia odpowiedniej liczby osób do obsługi stanowisk technicznych i umów o pracę dla zatrudnionych na śmieciówkach [3].

22 grudnia 2017, tuż przed świętami, kurierzy polskiego oddziału firmy DHL – nota bene, w posiadaniu sprywatyzowanej Deutsche Post – odmówili pracy. Przyczyną strajku była nieuzgodniona i niespodziewana obniżka pensji: obcięcie prowizji za doręczenie [4].

Sytuacja w Poczcie Polskiej napięta jest od dawna. Ostatnio w marcu 2017 roku serię pikiet zorganizowali działający w załogach listonoszy syndykaliści. Warto podkreślić, że zmobilizowali oni wielu pocztowców pozostających poza związkami zawodowymi. Oficjalne związki zawodowe, a jest ich na Poczcie Polskiej kilkadziesiąt („Gazeta Prawna” podaje – 71) [5], w tym NSZZ „Solidarność”, stały bowiem po stronie zarządu z prawicowego nadania. Rejony są przeciążone, a pracownicy nie są wynagradzani za nadgodziny z uwagi na „zadaniowy system pracy”. 5 lat temu na rynek weszła prywatna konkurencja, InPost, a administracja publiczna skwapliwie obdarzyła ją formą subwencji – przeprowadzając przetarg na doręczanie listów z urzędów i sądów. W odpowiedzi Poczta Polska powiększyła rejony listonoszom. I tak duże obciążenie pracą nie zmalało. Po plajcie kapitalisty odpowiedzialność za doręczenia „sądówek” wróciła w ręce Poczty Polskiej, ale rejonów nie pomniejszono, choć zwolniono część pracowników [6].

Po części więc obecna sytuacja listonoszy jest konsekwencją gry, jaka odbywa się przy ważnych przetargach. Gdyby państwo zastosowało te same metody, które obecne są w wielu krajach zachodnich i skandynawskich, gdyby podpisywało wieloletnie kontrakty na doręczanie państwowej korespondencji z państwowymi firmami, a nie szukało tańszej obsługi – wówczas opisywanego problemu można byłoby uniknąć. Nie można jednak twierdzić, że to dopiero wtedy zaczęły się problemy Poczty Polskiej.

Niemniej jednak lekcją, którą powinniśmy wyciągnąć z plajty InPostu, powinno być odrzucenie tez o wyższości prywatnej logistyki nad tą poddaną kontroli społecznej. InPost, firma, o której w kontekście warunków pracy można by napisać osobny artykuł, nie dała sobie rady z doręczaniem przesyłek administracji publicznej. O tym, dlaczego powinniśmy bardziej trzymać kciuki za pocztę solidarną (państwową) a nie liberalną (prywatną), pisano m.in. w „Nowym Obywatelu” [7]. Korzyści z poczty pod kontrolą społeczną odnoszą zarówno pracownicy, jak i klienci. Ci pierwsi zatrudniani są na normalnych umowach o pracę. Ci drudzy – z uwagi na to, że Poczta Polska jest bezkonkurencyjna, jeśli chodzi o zaplecze infrastrukturalne – mogą skorzystać z usług poczty nie obawiając się, że będą musieli pokonać kilkanaście kilometrów. Przypomnijmy, działo się tak, gdy InPost rozpoczął doręczanie korespondencji sądowych.

W 2014 roku mogliśmy jeszcze usłyszeć, że w Poczcie Polskiej istnieją silne związki zawodowe oraz że 3 na 4 pracowników firmy jest związanych z nią przynajmniej od 5 lat. Ta ostatnia wiadomość pochodzi z cytowanej w tekście Sobczyka wypowiedzi Zbigniewa Baranowskiego – ówczesnego rzecznika Poczty Polskiej. Obie informacje dzisiaj, po czterech latach, należałoby przedyskutować raz jeszcze. Oczywiście – w porównaniu z prywatnymi firmami istnienie związków zawodowych na Poczcie Polskie samo w sobie jest sukcesem. Abstrahując od porównania z firmami prywatnymi, sytuacja nie wygląda jednak już tak dobrze. W Poczcie Polskiej – jak już pisaliśmy – działa bardzo wiele związków zawodowych, które jednak niechętnie  upominają się o poprawę sytuacji pracowników.

Związki zawodowe zignorowały strajk listonoszy, w najlepszym wypadku milcząc. Za to bardzo chętnie chwaliły się sukcesami: podwyżką w wysokości około 100 złotych, czyli niczym w porównaniu z postulatami i realnymi potrzebami pracujących. Nie idzie wszak tylko o pieniądze, ale i o warunki pracy. Ten skromny sukces został triumfalnie odtrąbiony na stronie Poczty Polskiej [8]. Rzecznicy instytucji milczą jednak o brutalnej reakcji przedsiębiorstwa na protest. Lidera strajku listonoszy zwolniono dyscyplinarnie z pracy: miał on rzekomo godzić w dobre imię Poczty Polskiej [9].

Przyczyny protestu w Poczcie Polskiej mają wiele wspólnego z sytuacjami w Niemczech i krajach byłej Jugosławii. Są to przykłady najwulgarniejszej tendencji do obniżania płacy roboczej. Na pocztach najczęstszym sposobem jest zwiększanie intensywności pracy i przedłużanie jej czasu – ponad czyjekolwiek siły. Takie praktyki zapewne będą stosowane, dopóki pracownicy poczt nie wywrą zorganizowanego nacisku na przedsiębiorców i państwo, by poprawić organizację ich pracy i wykorzystać automatyzację, przy zachowaniu istniejącego zatrudnienia.

Usługi pocztowe i logistyka są bowiem kluczowe dla współczesnej ekonomii kapitalistycznej. E-commerce – handel internetowy – to tylko część historii. Lata 80. i 90., a w Polsce także kolejne dekady były czasem wprowadzania nowych metod zarządzania, które zbiorczo można etykietować jako lean production – odchudzona produkcja. W największym skrócie, opierają się one na unikaniu magazynowania półproduktów i polegają na hiperpunktualnych dostawach. Rewolucja logistyczna i lean production są ze sobą związane i wzajemnie się napędzają. Nie dziwi więc w ostatnich dekadach wzrost liczby centrów logistycznych, a co za tym idzie – pracowników logistyki. Jednak przestrzenna koncentracja pracowników niewykwalifikowanych daje nowe możliwości dzielenia się doświadczeniami, wzajemnego wsparcia i walki o lepsze warunki życia [10].

W znamiennym roku 1989 marksistowski geograf David Harvey zauważył kluczową rolę czasu i przestrzeni we współczesnym płynnym kapitalizmie. Czytając na nowo „Kapitał” Marksa, spostrzegł, że dzięki usługom doręczycielskim można uniknąć niekorzystnego stosunku kapitału stałego (tj. np. wzrostu nakładów na maszyny czy materiały) do kapitału zmiennego – czyli pracy. To zaś może zapobiec spadkowi zysków. Dlaczego? Odpowiedź można było oczywiście przewidzieć: konieczne staje się wyłożenie mniejszego kapitału czy to na materiały, czy to na stan magazynowy sklepu [11].

Z perspektywy kapitału listonosze i kurierzy są tylko wkładką mięsną. Jednocześnie znajdują się w samym centrum systemu – ekonomia, jaką jest teraz, nie umie się bez nich obejść. Na chwilę obecną system nie potrafi całkowicie zastąpić pracowników, próbuje więc zastosować technologię, by upodobnić pracę człowieka do pracy maszyny mechanicznej. Doskonałym przykładem może być tutaj elektroniczne naliczanie stopnia wypełnienia normy w polskich magazynach Amazonu [12] lub techniki śledzenia w amerykańskich firmach kurierskich [13].

Tymczasem doświadczeni pracownicy i ci ich reprezentanci ze związków zawodowych, którzy jeszcze nie utkwili w kieszeni prezesa, bez większych trudności potrafiliby sobie wyobrazić technologię, która mogłaby podnieść realną efektywność pracy, a nie jej intensywność. Byłby to faktyczny przełom. Aby to było możliwe, musimy jednak, myśląc o rozwoju sił wytwórczych, uwzględniać inne perspektywy niż tylko widoki prywatnych przedsiębiorców na zyski.

Dążenia pocztowców mają kontekst szerszy niż tylko walka o bezpieczeństwo i higienę pracy. Ważne jest również to, w ramach jakiej polityki się toczą i jaką przyszłość polityka ta może zapewnić zwykłym ludziom. Przyszłością nie jest z pewnością fetyszyzacja kapitalistycznej kompresji czasoprzestrzeni. Właśnie sektor logistyczny pokazuje, w jak wielkim stopniu jest to ludzka praca w nieludzkich warunkach. Nie możemy też jednak uprawiać neoluddyzmu i sprowadzić techniki do nieprzyjaznych technologii śledzących, które dehumanizują pracę człowieka.

Także na poczcie nowe maszyny mogą być realnie przyjazne – zarówno dla pracujących, jak i użytkowników dóbr wspólnych. I powinny się one tam pojawić nazajutrz po podniesieniu pensji listonoszy: od Polski, przez USA po Serbię.

***

Przez lata płace doręczycieli stały w miejscu, a więc efektywnie spadały. Na domiar złego, zamiast chronić swoich pracowników przed zwolnieniami, szefostwo Poczty Polskiej… do nich zachęca. Przypadek z Krakowa. Po niewypełnieniu postulatów strajkowych z marca 2017, pocztowcy złożyli wypowiedzenia. W odpowiedzi pracowników pozostających w okresie wypowiedzenia pozbawiono podwyżek i premii świątecznych, choć w świetle prawa pracy byli wciąż takimi samymi pracownikami jak reszta.

Do tego dochodzą przypadki zwolnień listonoszy z Katowic i Wrocławia – represji po strajkach. Sytuacja to o tyle dziwna, że jednym z postulatów strajkujących było uzupełnienie kadr. Po proteście w Zielonej Górze – dla lokalnej telewizji wypowiadał się jeden ze strajkujących Ireneusz Kasa, który mówił o palących problemach Poczty Polskiej, m.in. o niedoborze pracowników, zbyt dużym obciążeniu pracą, niskich wynagrodzeniach [14]. To właśnie te główne postulaty na sztandarach mieli w marcu strajkujący w wielu miastach pocztowcy: podwyżki pensji, zmniejszenie rejonów i uzupełnienie kadry, aby skończyć z tzw. rozbiórkami. Właśnie w ramach tych ostatnich listonosze posiadający własne rejony dodatkowo obsługują obszary bez stałego listonosza. Jak na żądania pracowników zareagował zarząd Poczty Polskiej?

Trzeba tu oddać mu nieco sprawiedliwości – reagował nie tylko zwolnieniami. Dziś, mimo że pocztowcy dostali podwyżki, są one niemal dziesięciokrotnie mniejsze niż te, których oczekiwali protestujący. Na stronie Poczty Polskiej widnieje informacja o podwyżkach o 100 lub 120 złotych [15] – przypomnijmy, protestujący domagali się podwyżki o 1000 złotych. To nie wystarczy.

Wciąż istnieją wakaty na stanowiskach doręczycieli, problemem jest też – wynikająca z warunków pracy – rotacja załogi. Nie zachęcają one nowych pracowników do dłuższego związania się z firmą. Bardzo często więc praca listonosza jest zajęciem przejściowym, tymczasowym, przystankiem w drodze ku lepszej pracy. To, rzecz jasna, wpływa na społeczny wizerunek pocztowca. Dlatego kolejny postulat strajkujących – przywrócenie godności pracy listonosza, nie jest, jak mogłoby się wydawać, oderwanym od rzeczywistości, górnolotnym, naiwnym marzeniem. Przeciwnie – ma on silny związek z realiami pracy pocztowca, którego zajęcie ma charakter społeczny i wręcz afektywny – polega głównie na kontakcie z ludźmi.

Tym, co w tej pracy szczególnie wartościowe, jest bycie na co dzień częścią małej społeczności lokalnej, części osiedla, wsi, a także poczucie bycia potrzebnym tej społeczności. Miejscem pracy listonosza – o czym nie można zapominać – jest nie tylko placówka pocztowa, ale przede wszystkim rejon. Jednak pozytywnych relacji z ludźmi „na rejonie” nie da się budować, gdy listonosze zajmują się kilkoma obszarami na raz.  Zapewne każdy z nas słyszał lub sam narzekał na Pocztę Polską i listonoszy, zwłaszcza wtedy, gdy, będąc obecnym w domu, dostał awizo. Wszystkim nam, a i prezesom firmy, należałoby uświadomić, że poprawa wizerunku poczty i jej pracowników w dużej mierze zależeć będzie od realizacji postulatów strajkujących pocztowców, które na koniec warto jeszcze raz wypunktować. Postulowane przywrócenie godności pracy pocztowca nie zaistnieje bez: 1) realnych podwyżek, 2) uzupełnienia kadry, 3) zmniejszenia rejonów.

Listonosze wszystkich krajów strajkują: w ostatnich latach miały miejsce protesty w licznych państwach Europy Środkowej. Im szybciej kapitał obiega świat, tym więcej nadawanych jest ładunków, paczek i przesyłek. Obecny kapitalizm nie jest w stanie obyć się bez ogromnej rzeszy pracowników zajmujących się doręczeniami i logistyką. A jednak listonosze i listonoszki oraz pracownice i pracownicy logistyki traktowani są przez kapitał jak wkładka mięsna. Tendencja do kompresji czasoprzestrzeni łączy się z tendencją do obniżania ich płacy roboczej przez wymuszanie coraz bardziej intensywnej pracy, ponad czyjekolwiek siły – czego przykładem może być ekstremalny wyzysk pracowników Amazona. Jakie jest więc znaczenie protestów na pocztach i w centrach logistycznych? Być może najtrafniej uznać, że w swojej istocie wyrażają one żądania zmniejszenia obciążenia pracą przez automatyzację na warunkach zatrudnionych oraz zapewnienia udziału w zyskach przez podniesienie płac. Dlatego, w imię przyszłości, wszyscy powinniśmy kibicować swoim listonoszom.

Piotr Mirocha, Grzegorz Banasik

_______________

Przypisy:

1. Zob. Verdi verschärft den Druck, „taz” 13.06.2015, http://www.taz.de/!5203864/; P. Beucker, „Täglich wächst der Druck“, „taz” 23.06.2015; P. Beucker, Fast schon eine Kapitulation, „taz” 6.07.2015, http://www.taz.de/!5209956/.

2. Zob. Poštari najavljuju štrajk, „N1 Hrvatska”, 28.12.2016, http://hr.n1info.com/a170690/Vijesti/Hrvatska-posta-strajk.html; Prekinuti kolektivni pregovori u Hrvatskoj pošti. Sindikati pripremaju štrajk!, „Večernji list”, 28.12.2016, https://www.vecernji.hr/vijesti/prekinuti-kolektivni-pregovori-u-hrvatskoj-posti-sindikati-pripremaju-strajk-1138594

3. Zob. Štrajk u jp pošta srbije: Radnici nastavljaju blokadu, direktorka žestoko optužuje, „Kurir”, 7.11.2017, http://www.kurir.rs/vesti/drustvo/2936679/strajk-u-jp-posta-srbije-radnici-nastavljaju-blokadu-direktorka-zestoko-optuzuje; Štrajk poštara, „Večernje novosti” 21.11.2017, http://www.novosti.rs/vesti/naslovna/ekonomija/aktuelno.239.html:696991-Strajk-postara; Počeo štrajk radnika Pošte Srbije, „N1 Hrvatska” 21.11.2017, http://rs.n1info.com/a343599/Vesti/Vesti/Poceo-strajk-radnika-Poste-Srbije.html

4. Zob. M. List, Strajk w DHL. Nie wiadomo, gdzie jest część paczek, „Wirtualna Polska – Finanse”, 22.12.2017, https://finanse.wp.pl/strajk-w-dhl-nie-wiadomo-gdzie-jest-czesc-paczek-6201111407535745a

5. Zob. M. Miłosz, W Poczcie Polskiej jest 71 związków zawodowych. Kosztują 7 mln złotych rocznie, ale pożytku z ich działania nie ma, „Gazeta Prawna”, 20.08.2013, http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/726255,w-poczcie-polskiej-jest-71-zwiazkow-zawodowych-kosztuja-7-mln-zlotych-rocznie-ale-pozytku-z-ich-dzialania-nie-ma.html

6. Zob. A. Rozwadowska, Protest listonoszy. Po podwyżce zarabiają 200 zł mniej, „Gazeta Wyborcza”, 16.03.2017, http://wyborcza.pl/7,155287,21502633,protest-listonoszy-po-podwyzce-zarabiaja-200-zl-mniej.html

7. M. Sobczyk, Poczta solidarna kontra liberalna, „Nowy Obywatel” Zima 2014,  https://obywatel3.macmas.pl/2015/02/02/poczta-solidarna-kontra-liberalna/

8. Zob. komunikat Centra Prasowego Poczty Polskiej z 4.12.2017 pt. Kolejna podwyżka wynagrodzeń w Poczcie Polskiej, https://media.poczta-polska.pl/pr/377973/kolejna-podwyzka-wynagrodzen-w-poczcie-polskiej

9. Zob. J. Madeja, Lider protestu pocztowców dyscyplinarnie zwolniony z pracy. Za wpisy na Facebooku, „Gazeta Wyborcza – Katowice”, 17.03.2017, http://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,21512090,lider-protestu-pocztowcow-dyscyplinarnie-zwolniony-z-pracy.html?disableRedirects=true

10. K. Moody, Modern capitalism has opened a major new front for strike action – logistics, „The Conversation”, 3.01.2018, https://theconversation.com/modern-capitalism-has-opened-a-major-new-front-for-strike-action-logistics-89616; zob. też: J. Allen, Organizing the Choke Points, „Jacobin” https://www.jacobinmag.com/2015/11/amazon-fedex-ups-post-office-teamsters i inne artykuły dotyczące usług pocztowych oraz logistyki w magazynie Jacobin.

11. Zob. D. Harvey, Time-space compression and the postmodern condition, [w:] tegoż, The Condition of Postmodernity, Cambridge MA 1992, s. 284-307; D. Harvey, A Companion to Marx’ Capital, vol. 2, rozdział 8.

12. A. Rozwadowska, Znamy opinię biegłego o pracy w Amazonie: „Może powodować urazy psychologiczne i fizyczne”, „Gazeta Wyborcza” 30.01.2018, http://wyborcza.pl/7,155287,22939723,krzeslo-laski-mamy-pierwszy-raport-bieglego-o-pracy-w-amazonie.html

13. Zob. J. Allen, Organizing the Choke Points, „Jacobin” https://www.jacobinmag.com/2015/11/amazon-fedex-ups-post-office-teamsters

14. Protest pocztowców, „Telewizja Zielona Góra”, 16.03.2017, https://www.youtube.com/watch?v=O-E4rnGr3gk [materiał video]

15. Zob. komunikat Centra Prasowego Poczty Polskiej z 4.12.2017 pt. Kolejna podwyżka wynagrodzeń w Poczcie Polskiej, https://media.poczta-polska.pl/pr/377973/kolejna-podwyzka-wynagrodzen-w-poczcie-polskiej

________________

Piotr Mirocha (ur. 1992) – badacz dyskursu politycznego Europy Środkowej i Bałkanów, okazjonalny publicysta i prozaik. Absolwent filologii serbskiej (2014) i chorwackiej (2016) w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szczególnie zainteresowany sprawą miejską w Krakowie, Belgradzie i Wiedniu.

Grzegorz Banasik (ur. 1992) – absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie student Szkoły Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości pracował jako listonosz, w (ma nadzieje) niedalekiej przyszłości nauczyciel języka polskiego.

Goszyzm, gaullizm, partycypacja, „Solidarność” – w pięćdziesiątą rocznicę Maja ‘68

Goszyzm, gaullizm, partycypacja, „Solidarność” – w pięćdziesiątą rocznicę Maja ‘68

Lata 60. ubiegłego wieku były bardzo burzliwe. Począwszy od inwazji w Zatoce Świń oraz rakietowego kryzysu kubańskiego z 1962 r., poprzez zmiany w kulturze, sztuce, modzie i muzyce, aż po słynny rok 1968. Stare, skostniałe i konserwatywne struktury powoli kruszyły się pod naporem nowych megatendencji. Koniec dekady i kres niespełnionych snów marzycieli wyznaczał festiwal Woodstock z 1969 r. W tym samym roku CIA przetestowała protoplastę internetu, tzw. ARPNET. Z roku 1968 wypływają nowe wartości, podsycane przez postindustrializm, a nie, jak wcześniej, przez materializm i konsumpcjonizm. Wyłaniają się ruchy emancypacyjne: kobiet, Afroamerykanów, Latynosów, środowisk LGBT. Z symbolicznego 1968 czerpią później ruch New Age, ruch alterglobalistyczny, ruch ekologiczny, obrońcy praw zwierząt itp.

Chciałbym wrócić do wydarzeń z czasów francuskiego Maja 1968 roku i wskazać wspólne elementy u tych, którzy wznosili barykady na ulicach Paryża, czyli radykalnej nowej lewicy (goszystów), oraz ich przeciwników z obozu władzy, czyli gaullistów (szczególnie ich lewego skrzydła), którzy podjęli walkę w obronie swojego „dziecka”: V Republiki Francuskiej. Tę wspólną wartość stanowiła idea partycypacji.

Historycy powiedzieliby, że miała ona swoje źródło w starożytnym greckim polis, kiedy obywatele aktywnie wpływali na politykę, a także w dawnych proto-republikach: Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego oraz kupieckich na Półwyspie Apenińskim. Politolodzy powiedzieliby raczej, że narodziła się w czasach II wojny światowej wraz z Wolną Francją, kiedy to snuto plany budowy nowego państwa francuskiego. Inni sięgnęliby do poglądów intelektualistów Szkoły Frankfurckiej, szczególnie pierwszego jej pokolenia z dwudziestolecia międzywojennego. Religioznawcy i teolodzy znaleźliby też jej wizje w encyklikach niektórych papieży oraz w katolickiej nauce społecznej. Można też po prostu uznać, że partycypacja to pojęcie bardzo zbliżone do demokracji bezpośredniej.

Jej koncepcje zarysowano wyraźniej dopiero w 1962 r. w Stanach Zjednoczonych w Deklaracji z Port Hurton. Jednym z autorów był Tom Hayden, czołowy działacz SDS (Studenci na Rzecz Demokratycznego Społeczeństwa). To właśnie on stworzył zarys ideologii rodzącej się Nowej Lewicy. Co głosił ten dokument nowej fali lewicy amerykańskiej? 1) Krytykę wojny i rasizmu – nawiązanie do Ruchu na Rzecz Praw Obywatelskich, 2) Postulat stworzenia prawdziwej demokracji społecznej – swoistej inkluzji obywatelskiej, zamiast ciągłej rywalizacji dwóch partii, 3) Konieczność stworzenia grup nacisku w ramach społecznego nadzoru i wpływu na władze, 4) Zwiększenie roli robotników i pracowników, włączenie ich w proces zarządzania firmą, fabryką, instytucją etc. 5) Żądanie walki z ubóstwem, 6) Wezwanie do rozwoju służby zdrowia, szkolnictwa (w tym wyższego) oraz poprawy warunków mieszkaniowych.

Można wyróżnić trzy główne formy wprowadzenia tych wizji w życie: a) porozumienie/konsensus, b) decentralizację, c) kontrolę robotniczą.

Zasada konsensusu oznaczała, zamiast głosowania, debaty, w której każdy mógłby się wypowiedzieć, w celu wyrobieniu wspólnego stanowiska. Bez liderów, bez relacji „władza odgórna” – „ci na dole”. Pomysły, plany, idee i wartości powinny płynąć zarówno z góry w dół, jak i z dołu do góry. Notowano wszystkie pomysły: inteligentne, przenikliwe, prostackie, naiwne. Prowadzić miał to ku jednolitemu stanowisku, które poprą wszyscy uczestnicy debaty.

Decentralizacja władzy miała stworzyć elementy kontroli społecznej. Przykładowo, takiej kontroli byłaby poddana policja, bowiem relacje władza-obywatele i obywatele-władza równoważą się i stwarzają sytuację taką, iż policja uwrażliwiłaby się na potrzeby ludności, a miejscowa społeczność miałaby tym samym szacunek dla służb mundurowych.

Kontrola robotnicza miała cele głównie ekonomiczne. Zakład pracy powinien być zarządzany zespołowo. Taka recepta miała być lekarstwem na alienację. Wobec  protestu pracowniczego, zarząd powinien ustąpić. Relacje zarządzający – robotnicy miałyby być relacją dialogu oraz braniem odpowiedzialności przez jednych i drugich za kierunek, jaki obierze przedsiębiorstwo. Takie rozumienie miało prowadzić do zrównoważenia dwu wartości: wolności i równości.

Nowy ruch krytykował system kapitalistyczny, sowiecki komunizm oraz faszyzm i nazizm. Podjęta przez Nową Lewicę krytyka systemu kapitalistycznego tworzyła nowe ramy, gdzie spotykała się nonkonformistyczna i nieco anarchistyczna koncepcja wolności z socjalistycznymi marzeniami o społeczeństwie niemal całkowicie równym. Taka propozycja nowej demokracji, systemu opartego na w-kluczeniu grup społecznych i zwykłych obywateli do zarządzania państwem – na wszystkich jego szczeblach – niosła ze sobą także idee nowej ekonomii. Tworzyła wyłom w bipolarnym świecie – alternatywną „Trzecią Drogę” pomiędzy dzikim zachodnim kapitalizmem a nieludzkim wschodnim komunizmem. Ta demokracja uczestnicząca (partycypacyjna, bezpośrednia czy, jak określał to Alvin Toffler,, „na wpół bezpośrednia”) miała zastąpić demokrację przedstawicielską.

Zalążki Nowej Lewicy we Francji było już widać w latach 50. XX wieku. Jednak przyszły bunt osłabiła wojna algiersko-francuska, zakończona w 1962 r. W kwietniu tego roku opracowano program działań Narodowego Związku Studentów Francuskich. Jego główne założenia to: 1) Zwiększenie autonomii uczelni od państwa w zakresie programu studiów, 2) Demokratyzacja na uczelniach wyższych w relacjach naukowiec-student, 3) Uproszczenie systemu stypendialnego. Trzeba pamiętać, że francuski system szkolnictwa wyższego nie przechodził gruntownej reformy od czasów napoleońskich. Wobec tego spór studentów z władzą był nieuchronny i musiał kiedyś wybuchnąć. Również konserwatyzm młodej V Republiki Francuskiej po części przyczynił się do zaognienia sytuacji.

Zanim wybuchła rewolta majowa ‘68, w kraju, po reformach gospodarczych, które przyczyniły się do znacznego spadku bezrobocia oraz po walce ze USA na arenie międzynarodowej w sprawie zakończenia hegemonii dolara (wystąpienia prezydenta Charlesa de Gaulle’a oraz ministra finansów Valery Giscarda d’Estainga) część kadr gaullistowskich stwierdziła, że nie ma właściwie się czym zajmować. „Francja się nudzi” – brzmiały nagłówki gazet. De Gaulle i współpracownicy nie zauważyli nadciągającej burzy. Prezydent był w Rumunii, gdy rozpoczęły się bunty. Premier Georges Pompidou – związany z prawym i liberalnym skrzydłem gaullistów – początkowo w ogóle nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Władza myślała, że bunty dotyczą tylko jednego uniwersytetu, w Nanterre. Rewolta studencka rozlała się jednak na większość kluczowych francuskich uczelni. Potem wypłynęła na ulice miast. Zaniepokojony Pompidou zlecił sprawdzenie sytuacji służbom specjalnym. Ich raport mówił, że motorem napędowym zajść były „bojówki” studenckie o zabarwieniu castrowskim, maoistowskim i trockistowskim. Radykalny nurt Nowej Lewicy francuskiej faktycznie taki był. Do tego walczył z konsumpcjonizmem. W głowach premiera i ministrów nie mieściło się to zupełnie – przecież mamy wzrost gospodarczy i niskie bezrobocie, czyli prosperity, więc o jakichkolwiek rozruchach mowy być nie mogło.

Gdy w trybie pilnym prezydent de Gaulle wrócił do kraju, w większych francuskich miastach studenci wznosili już barykady i dochodziło do licznych starć z policją. Do tego obudziły się związki zawodowe. We Francji ogłoszono strajk generalny. Związkowcy, robotnicy, partia socjalistyczna i część obywateli popierali przynajmniej wybrane postulaty studentów. Przemówienie de Gaulle’a do narodu nie uspokoiło protestów. Kraj był sparaliżowany. W strajku generalnym brali udział m.in. kolejarze i obsługa lotnisk, a nawet pracownicy stacji benzynowych. De Gaulle zdecydował się na ryzykowny krok – szantażu emocjonalnego. Helikopterem udał się do francuskiej bazy w RFN. Kilka dni przed wylotem generał mówił swoim najbliższym doradcom: „reformy tak – anarchia nie”. Czyli zgadzał się na jakiś dialog ze zbuntowaną częścią studentów i pracowników. Tymczasem nikt z polityków gaullistowskich nie wiedział, co się dzieje z prezydentem Francji przez prawie cały dzień. Gdy dowiedzieli się, że wyleciał poza Francję i wiadomość o tym została przekazana opinii publicznej, pojawiła się konsternacja wśród elity władzy i w społeczeństwie. Czy de Gaulle zamierzał użyć wojska zza granicy, by stłumić protesty? Generał jednak wrócił i wygłosił kolejne orędzie, tym razem radiowe, a nie telewizyjne. Wzywał w nim do spokoju – donośnym głosem, a w radiu już nie było widać zmęczenia, podeszłego wieku i okularów. Był to przełom maja i czerwca 1968. Na drugi dzień na ulice wyszły rzesze Francuzów – sympatyków partii gaullistowskiej oraz tych, którzy dotychczas pozostawali bierni. Było ich coraz więcej W Paryżu mieli przewagę nad protestującymi studentami. Bunt powoli zaczął wygasać. Systemowi V Republiki Francuskiej udało się wyjść z twarzą z poważnego kryzysu.

Charles de Gaulle po uspokojeniu sytuacji zdecydował się rozpisać wybory do parlamentu (30 czerwca 1968 r.). Partia gaullistowska wygrała je, lecz przeważała opcja związana z Pompidou. Ten był skonfliktowany z generałem de Gaullem. Wymieniono niemal wszystkich ministrów, oprócz jednego – Ministerstwa Sprawiedliwości. Szefował mu René Capitant – lewicowy gaullista, uważany za jednego z ojców francuskiej koncepcji partycypacji. Inny polityk i zarazem zwolennik tej koncepcji, Bernard Ducamin, był jednym z najbliższych doradców prezydenta w Pałacu Elizejskim.

Źródeł idei partycypacji w ruchu gaullistowskim należy szukać w społecznej nauce Kościoła (encykliki papieża Leona XIII), chrześcijańsko-panteistycznej filozofii Henriego Bergsona czy w samej Ewangelii. Wzmianki o partycypacji pojawiły się w dokumentach tego środowiska już u kresu II wojny światowej i miała ona stanowić podstawy społeczno-gospodarcze nowej Francji, o czym wspomina zresztą Stephane Hessel („ojciec” współczesnego ruchu „Oburzonych”) w swoim eseju „Czas Oburzenia”. Jednak dopiero rok 1968 przyniósł jej konkretne zarysy.

Idee sprawiedliwości społecznej czy demokracji ekonomicznej towarzyszyły generałowi de Gaulle’owi niemal przez całe dorosłe życie. Koncepcja bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, lepszej polityki gospodarczej oraz demokratyzacji kraju (np. wprowadzenie wyborów powszechnych na urząd prezydenta) była może nie w samym centrum myśli gaullistowskiej, lecz na pewno popularna wśród lewicy gaullistowskiej. Konserwatywne prawe skrzydło partii oraz jej liberalne centrum, nie rozumiało partycypacji. Była to dla nich kolejna utopia.

Kwestia demokracji w gospodarce dojrzewała wraz samym de Gaullem. Im był starszy, tym ta koncepcja, stanowiła coraz bardziej jasny obraz. Generał nie znał się dobrze na gospodarce, ale miał nosa do dobierania dobrych doradców w tej kwestii. I tak w pierwszym rządzie po wojnie kluczowe ministerstwa dotyczące tej kwestii przyznał komunistom, żeby znacjonalizowali kluczowe sektory francuskiej gospodarki. Po objęciu urzędu prezydenta w 1958 r., w czasie wojny w Algierii i zarazem „pełzającej wojny domowej” i zaraz po niej, jego ministrowie podnieśli na nogi francuską gospodarkę. Czy to w kwestii wzmocnienia waluty, czy w kwestii walki z bezrobociem – na tych polach gaulliści odnieśli niewątpliwe sukcesy.

Warto przypomnieć dwie wypowiedzi de Gaulle’a na tematy społeczno-gospodarcze: „Kapitalizm jest nieakceptowalny z powodu swoich społecznych skutków. Miażdży najsłabszych. Sprawia, że człowiek dla człowieka staje się wilkiem. W równej mierze niemożliwy do zaakceptowania jest kolektywizm; pozbawia ludzi smaku walki, przemienia ich w barany. Trzeba znaleźć trzecią drogę: między baranami a wilkami”. „Należy przekazać robotnikom w gospodarce narodowej odpowiedzialność i uprawnienia wynoszące ich w znacznej mierze ponad rolę narzędzia, do jakiej dotąd byli zredukowani. Pragnę doprowadzić do tego, aby byli zainteresowanymi współuczestnikami funkcjonowania przedsiębiorstw, aby ich praca dawała im te same prawa, z jakich korzysta kapitał, aby ich wynagrodzenie łączyło się, tak jak zyski akcjonariuszy, z osiąganymi wynikami”.

Wielkim przeciwnikiem partycypacji był z kolei przyszły prezydent Pompidou. Uważał poglądy de Gaulle’a za utopię, niemal za komunizm. Pozostawał też w sporze z lewym skrzydłem partii.

De Gaulle czuł, że to ostatnia rozgrywka w jego życiu politycznym. Wobec tego, gdy już nowy gabinet rządowy został wyłoniony, przystąpił do ofensywy. Zaczął snuć plany reformy systemu podatkowego, opowiedział się też za reformą uniwersytetów. Jednak w kraju znowu odnotowano strajki, a frank notował drastyczne spadki wartości. Po dramatycznej walce w obozie władzy i panice przedsiębiorców, de Gaulle w lutym 1969 r. zdecydował się na referendum. Miało ono dotyczyć reformy senatu i regionów – był to wstęp do wprowadzenia we Francji systemu partycypacji. W wywiadzie telewizyjnym prezydent zapowiedział, że poda się do dymisji, jeśli większość obywateli nie zaakceptuje jego propozycji. Stwierdził, że straci wtedy legitymizację i mandat społeczny do sprawowania urzędu. Większość jego doradców była przeciwna tak zuchwałym krokom i odradzała ten ruch. Wiedzieli, że była to walka z wielkim kapitałem. W dodatku pojawiły się pogłoski, że były premier Pompidou chce kandydować w następnych wyborach prezydenckich.

19 marca 1969 r. Rada Ministrów przyjęła projekt mający być przedmiotem referendum. Zakładał on nową dużą wspólnotę terytorialną zwaną regionem, z jej radą regionalną, w 3/5 wyłanianą w pośrednim głosowaniu, a 2/5 składu miało być obsadzanych przez reprezentantów organizacji społeczno-zawodowych. Senat miał pełnić funkcję bardziej opiniodawczą i konsultacyjną. Jego przedstawiciele mieli być wybierani z metropolitalnych wspólnot terytorialnych, z terytoriów zamorskich oraz spośród przedstawicieli środowisk gospodarczych, związków zawodowych, organizacji społecznych i kulturalnych. Lewicowi demokraci z różnych środowisk i ugrupowań postulowali od lat to samo, lecz jako odrębną izbę władzy.

De Gaulle zdawał sobie sprawę z tego, że świat zarówno zachodniego kapitalizmu, jak i wschodniego komunizmu, zmierza do katastrofy. Chciał spróbować ostatni raz wyłamać się z tych bloków. Referendum odbyło się 27 kwietnia 1969 r. Wyniki oznaczały przegraną stosunkiem 53% do 47% głosów. Wobec tego Charles de Gaulle ustąpił z urzędu prezydenta V Republiki Francuskiej. Giełdy, wielki kapitał i przedsiębiorcy odnieśli zwycięstwo. W następnym roku generał zmarł. Idea partycypacji została pogrzebana we Francji w latach 1968-1969.

Z kontrkultury, której efektem był Maj ’68, wyrósł jednak choćby nowy ruch na arenie politycznej, tzw. Zieloni. Te nowe partie na scenie kapitalistycznego Zachodu cechowały podobne koncepcje w kwestii partycypacji. Z kolei za żelazną kurtyną w 1980 r. powstał ruch społeczny „Solidarność”. Jego inspiracje były szerokie i wielonurtowe, z jednej strony był to Komitet Obrony Robotników, częściowo inspirowany dziedzictwem Nowej Lewicy, z drugiej społeczna nauka Kościoła i przesłanie Jana Pawła II.  To jeden z licznych paradoksów historii i polityki, kiedy dwie odległe tradycje głoszą podobne koncepcje, choć oczywiście rozumieją je w trochę inny sposób. W „Solidarności” silna była idea partycypacji. W materiałach z I i II Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” znajdują się postulaty przesiąknięte duchem tej idei, np. „Wprowadzenie demokracji na wszystkich poziomach zarządzania” czy „Kontrola społeczna nad władzą, kryzysem ekonomicznym oraz sądami”. Jan Sowa miał rację, że rewolucja „Solidarności” w roku 1980 była chyba najbardziej demokratycznym ruchem na świecie. Po latach Andrzej Gwiazda określał „Solidarność” z 1980 r. jako ruch antyglobalistyczny.

W marcu 2016 r. młodzi Francuzi wyrazili swój sprzeciw wobec zmian w kodeksie pracy i okupowali kluczowe tereny wielkich miast, powołując do życia neogoszystowski ruch Nuit Debout. Uzyskał on poparcie części kombatantów z „Wolnej Francji” de Gaulle’a z czasów wojny. W 2015 r. w Polsce powstały Kukiz’15 oraz Partia Razem. Pierwsza otrzymała poparcie prof. Witolda Kieżuna, kombatanta Armii Krajowej. Druga została wsparta przez część środowisk byłego lewego skrzydła dawnej „Solidarności”. Część środowiska Zjednoczonej Prawicy nawiązuje do myśli gaullistowskiej.

Czy tym razem takie środowiska podejmą ze sobą dialog w sprawie partycypacji? Czy może wzorem 1968 r. znowu staną po przeciwnych stronach barykady? Tego jeszcze nie wiemy. Jak pokazała historia lat 1968-1969, żeby nie pogrzebać pięknej idei – trzeba o niej rozmawiać w duchu wzajemnego szacunku. W przeciwnym razie neoliberalna zglobalizowana gospodarka doprowadzi do opłakanych konsekwencji. Duch roku 1968 oraz ideały z roku 1980 powinny wrócić do debaty publicznej jako ważna inspiracja.

Piotr Wildanger

Co jest w Polsce możliwe?

Co jest w Polsce możliwe?

Chcecie wiedzieć, przez jaką ideologię zostało opanowane wasze społeczeństwo? Zobaczcie, co jest uważane przez ludzi – szczególnie tak zwane autorytety – za możliwe i normalne, a co za niemożliwe i nienormalne. Na przykład w Polsce wiele osób uważa za niemożliwe wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy. To się nie uda, ucierpi gospodarka, nie jesteśmy gotowi – mówią. Od razu pada setka powodów, dlaczego więcej czasu dla rodziny, na rozrywkę czy samokształcenie jest ponoć szalonym postulatem. Jednocześnie za jak najbardziej możliwe i normalne uważamy, że ośmiu najbogatszych ludzi ma tyle samo majątku, co biedniejsza połowa ludzkości. Zawsze było tak, że jedni mieli więcej niż inni – brzmi uzasadnienie.

Jako niemożliwe, śmieszne, idiotyczne traktowane są próby walki z nierównościami społecznymi. Za to wielkiemu gronu „znawców” za jak najbardziej możliwe wydaje się to, że wbrew tysiącom badań i ostrzeżeń naukowców możemy utrzymać dotychczasowy model kapitalizmu bez doprowadzania do katastrofy środowiskowej. Niemożliwa jest polityka sprzyjająca większości ludzi. Możliwa jest za to podobno taka, w której garstka najbogatszych urządza świat po swojemu.

Ekonomia, głupcze! Tak zawołał Borys Budka, poseł Platformy Obywatelskiej, na propozycję Razem, aby walczyć o 35-godzinny tydzień pracy. Ten postulat najwyraźniej tak bardzo zaprzecza wszelkich prawom ekonomii i przyrody, że Budka nie kwapił się nawet, aby uzasadnić swoją opinię. Wybrał śmieszkowanie. „Proponuję 7 godzin pracy w tygodniu. Albo nie – w miesiącu!”. Hahaha, pośmiejmy się, przecież mówimy tylko o prawach milionów Polek i Polaków. Zastanawialiście się kiedyś, jak to się ciekawie składa, że twarde prawa ekonomii i niewzruszona logika dziejów zawsze sprzyjają najbogatszym? Cóż za niesamowity zbieg okoliczności! Tak to już jakoś jest, że obrona pracowników jest zdaniem naszych nadwiślańskich ekspertów zawsze niezgodna z obiektywnymi faktami i procesami gospodarczymi. Platforma, za której kadencji kwitły umowy śmieciowe, coś o tym wie. Za to decyzje sprawiające, że bogaci stają się jeszcze bogaci, jak najbardziej tym faktom i procesom odpowiadają. Są wręcz tak faktyczne, tak rzeczywiste, tak prawdziwe, że musi przed nimi ustępować nawet katastrofa klimatyczna. Gdyby Borys Budka potrafił rozmawiać z klimatem, kazałby mu uczyć się niewzruszonych praw ekonomii z podręczników Miltona Friedmana.

Niektórzy lubują się we wszelkiego rodzaju teoriach spiskowych. Wierzą w ukryte grupy interesu rządzące światem. Najśmieszniejsze jest to, że tutaj nie trzeba żadnej teorii spiskowej. Wystarczy czytać najświeższe doniesienia dziennikarzy, ekonomistów, socjologów czy klimatologów. Wszystko jest podane na tacy. Najbogatsi ludzie mają nieporównywalnie większy wpływ na politykę niż przeciętna obywatelka. To fakt. Panująca przez ostanie kilkadziesiąt lat ideologia ekonomiczna sprawiła, że obrzydliwie bogaci stali się jeszcze bogatsi, podczas gdy w krajach rozwiniętych klasa średnia i niższa stoją w miejscu albo wręcz biednieją. To kolejny fakt. Niszczymy klimat, gleby, całe środowisko i jest to bezpośrednią konsekwencją kapitalistycznego nakazu nieustannego wzrostu, a także braku regulacji dotyczących działania wielkich korporacji. To też fakt. Uparte trwanie przy tym modelu kapitalizmu sprzyja prawicowym fanatykom, którzy wszędzie na świecie wzrastają w siłę i są zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka, np. praw kobiet. Jeszcze jeden fakt.

Mimo to jakakolwiek próba uratowania tego świata przed katastrofą jest niemożliwa, głupia, dziecinna. Możliwe, odpowiedzialne i mądre jest za to liczenie na to, że jeśli jedna centroprawicowa partia połączy się z inną, wesprze ich kilka neoliberalnych autorytetów i może jakaś centrolewica na dokładkę, najlepiej taka, która od lat przedkłada pragmatykę ponad idee, to PiS przegra wybory. I wtedy, hej ho, wszystkie nasze problemy nagle magicznie znikną.

Kiedyś jakaś przyszła, mądrzejsza cywilizacja zajmie się badaniem historii XXI wieku, żeby sprawdzić, w jaki sposób zgładziliśmy samych siebie. Nasze podejście do tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, będzie stanowiło dla nich niemałą zagadkę.

dr Tomasz Markiewka