Czas na solidarnych demokratów!

Czas na solidarnych demokratów!

Dzień wyborów nadchodzi, jeszcze niedawno odległy o długie miesiące i tygodnie, a wkrótce już tylko o dni. Nasze pojedyncze głosy ułożą się w jednoznaczny werdykt lub zniuansowaną ocenę, ale w przeciwieństwie do sondażowych wprawek będą mieć nieodwołalne skutki.

Krytycy rządów prawicy z ostatnich czterech lat z pewnością mają sporo racji. Bezsprzecznie w wielu instytucjach publicznych obniżają się standardy, a społeczne obyczaje psują. Coś złego dzieje się z regułami postępowania. Akceptowalne staje się to, co wcześniej nie uchodziło, a pod osłoną pseudopatriotycznego frazesu rozkwita doprawiony małością oportunizm.

Niektóre media, jako część systemu będąca na widoku, są najlepszą ilustracją tej rzeczywistości. „Dziennikarze” tworzą treści bez żadnego szacunku do standardów dziennikarskich, uwłaczając godności odbiorców i twórców. Nie zbywajmy tego dystansem. Nie zasłużyliśmy na kierowanie w naszą stronę tak płaskiego przekazu, ale też nikt nie zasłużył na możliwość realizowania się jako twórca tak podłych treści. Zły system tworzy złe postawy i zmienia ludzi w gorszych niż by chcieli. Ta choroba, na której ofiary powinniśmy patrzyć bardziej z troską niż z pogardą, nie jest przypadłością tylko jednego obozu politycznego. Jawna manipulacja w złej wierze, czytelna, zaczyna uchodzić za normę.

Standardy publiczne przed 2015 rokiem nie były jednak tak wysokie, jak twierdzą tęskniący za ancien regimem. Weźmy przykład koncentrujący wyobrażenia „obrońców demokracji”: polski wymiar sprawiedliwości i korporacje prawnicze. Robert Krasowski pisał już kilka lat temu, że „polskie elity padały przed togą”. Dzisiejsze heroizowanie elit prawniczych przez tożsamościową opozycję wywołuje zdumienie niejednego pozbawionego ideałów członka prawniczej elity. W każdym razie fasada budowana przez obrońców demokracji („wspaniali sędziowie, profesorzy i adwokaci”) ma braki widoczne gołym okiem. Przypominają się słowa protagonisty – rozgrywającej się w Polsce początku lat dziewięćdziesiątych – powieści Eustachego Rylskiego „Człowiek w cieniu”, opisującego fikcyjnego mecenasa Lancę, uznanego za wielką postać adwokatury: – Rozmawiałem z Lancą – skłamał. – Nie ma żadnej koncepcji obrony. To przereklamowana gwiazda. Zadufany w sobie, efekciarz. Lansują go wpływowe koterie, bo czasy potrzebują wielkości, ale to jest lepienie cokołów z g…a.

Już poza obszarem fikcji literackiej, część polskich elit prawniczych, drastycznie łamiąc etykę zawodową i elementarną przyzwoitość, uczestniczyła w procesach „dzikiej” reprywatyzacji, do dziś mszcząc się za ujawnianie tego procederu. Nie spotkał ich wewnątrzkorporacyjny ostracyzm, a mechanizmy samooczyszczające środowisko prawnicze nie zadziałały skutecznie. Jan Śpiewak, stołeczny aktywista ujawniający reprywatyzacyjne nieprawidłowości, stał się obiektem vendetty ze strony części tego środowiska. A jednak w obliczu walki z obozem władzy wiele sympatyzujących z opozycją wpływowych kręgów i mediów uznało elity prawnicze za nieomal dar opatrznościowy dla naszego kraju.

Stawianie cokołów jest więc przedsięwzięciem ryzykującym ośmieszenie dobrych wzorów obywatelskich zamiast ich wzmocnienia. Jednak wspólnota powinna doceniać rzeczy dobre i udane. Kilka spraw udało się zrobić dobrze w naszym kraju, także w okresie transformacji. Trudno zaprzeczyć, że jest wiele aspektów, z których jako społeczność możemy być dumni. Warto doceniać obywatelskie postawy, które tworzyły i tworzą lepszą wspólnotę. Szczególnie że, choć tyle mówiło się w czasie transformacji o zasługach zwykłych Polaków, budujących codziennym wysiłkiem dobrobyt, to faktyczne docenienie nie miało miejsca. Zamiast autentycznego hołdu słyszeliśmy co najwyżej nieszczerą przedwyborczą kokieterię.

Tworzenie lepszej wspólnoty to przełamywanie impulsu egoizmu na rzecz dobra wspólnego. Impuls egoistyczny to skupienie się na wąskim – indywidualnym, familiarnym, klanowym lub klasowym – interesie. Jego konsekwencją jest tworzenie się systemów oligarchicznych, które ekonomista Daren Acemoglu i politolog James A. Robinson, autorzy pracy „Dlaczego narody przegrywają”, nazywają systemami ekstrakcyjnymi. Oligarchiczne mechanizmy wypaczają funkcjonowanie sfery publicznej, nie tworząc zachęt dla dobrego postępowania, a jedynie nakłaniają do „wyszarpywania” swojej części kosztem innych. Przełamanie tego impulsu poprzez solidarność z innymi członkami wspólnoty i przekroczenie wąskiego interesu jest jednak dopiero początkiem budowania dobrego społeczeństwa. Indywidualny prometeizm, bez uformowania trwałego śladu, byłby tylko ozdobą.

Solidaryzm musi się przerodzić z jednostkowego zjawiska w nowe zasady. Aby je wykształcić, społeczeństwo potrzebuje armatniego mięsa etycznych nonkonformistów, postępujących tak, jak należy, a nie tak, jak się opłaca. Im bardziej egoistyczne, zoligarchizowane, ekstrakcyjne społeczeństwo, tym większe koszty ponoszone przez rzesze tych cichych bohaterów, których istnieniu wiele zawdzięczamy, a których nigdy nie ujrzymy na pomnikach. Upowszechnienie nowych dobrych wzorców zachowań i lepszych reguł życia w społeczeństwie, tworzy i umacnia instytucje przyjazne obywatelowi i wspólnocie. Cieszmy się z tego, co udało się zrobić, również w ciągu transformacji (jak np. przyjaźniejsze urzędy, nieskorumpowana drogówka), ale poza lansowanymi herosami uczcijmy przyzwoite zachowania i codzienny trud zwykłych bohaterów i kierujmy do nich dobre myśli. Lepsza organizacja świata potrzebna nam jest dla dobrego życia niemal na równi z ekonomiczną bazą zapewniającą materialne bezpieczeństwo.

Potrzebujemy zarówno dobrego impulsu solidarnościowego, który buduje fundamenty, jak i rozwiniętych form instytucjonalnych tworzących codzienną podmiotowość społeczeństwa, demokrację. Bez demokratycznych instytucji rządzący, nawet mający solidarnościowy gest, mogą ten gest wycofać, a oprócz tego uczynić życie nieznośnie zależnym od widzimisię wpływowych klik i patronów. W samym społeczeństwie zapewne większość obywateli widzi potrzebę zarówno solidarności, jak i demokracji. Byłoby dobrze, aby solidarni demokraci znaleźli swoją reprezentację również w procesie politycznym.

Za ogólnymi rozważaniami musi pójść konkretny wybór. Rządzący obóz zjednoczonej prawicy oferuje znaną mieszankę pozytywnych i negatywnych osiągnięć. Dużo lepszej niż przed 2015 rokiem polityce społecznej towarzyszy w miarę rozsądna bieżąca polityka gospodarcza, ignorująca jednak potężne wyzwania energetyczne. W sferze instytucji i spraw publicznych mamy do czynienia ze znaczącym pogorszeniem, a w sferze polityki zagranicznej z krytyczną groźbą zawężania pola manewru.

Jak mogłyby wyglądać kolejne cztery lata w wykonaniu obozu dotychczas rządzącego?

W sferze solidaryzmu społecznego należy się spodziewać, przy obecnym przywództwie prawicy, kontynuacji rozpoczętych programów, bez znaczącego ich poszerzania, ale również bez ograniczania. Presja budżetowa spowodowana przez brak wystarczających podatkowych instrumentów redystrybucji ograniczałaby apetyty na wydatki. To zaś oznaczałoby kolejne cztery lata bardzo solidnych, choć niezwiększanych, przepływów pieniężnych pomimo rosnącej znowu presji budżetowej. Ich efekt to spadek nierówności społecznych i wzrost zamożności szerszych warstw, a co za tym idzie mniejsze podłoże społecznych niepokojów. W sferze gospodarczej do ryzyka pogorszenia światowej koniunktury dodałby się negatywny skutek odkładanej na święty nigdy modernizacji energetyki. Należałoby też spodziewać się dojścia kosztów narastającej i w większości samozawinionej izolacji Polski wobec głównych europejskich stolic i całej wspólnoty europejskiej. To może przełożyć się na zmniejszony budżet unijny dla Polski i inne pośrednie koszty pozostawania przez nas obok głównego procesu decyzyjnego UE.

W obszarze instytucji i spraw publicznych można się spodziewać znaczącego pogorszenia i tak już niedobrego trendu. Choć część instytucji ma się pomimo lub dzięki obecnej kadencji rządów prawicy dobrze, to degradacja szeregu innych powinna zwrócić naszą uwagę. Jeszcze bardziej niepokojące dla perspektyw instytucji jest coraz bardziej rozpowszechnione nastawienie przedstawicieli i klientów obozu prawicy, wykazujące znamiona bezkarności, znieczulicy, nieświadomości bądź obojętności wobec skutków własnych działań i nieodpowiedzialności w obliczu czynionych szkód. Inną jest sytuacja, gdy łamiący reguły świadomie i z cieniem rozterki te reguły łamie, a inną jest sytuacja obecna. Wielu nowych władców nie uznaje istnienia reguł lub świadomie postanawia je znieść, jako niepotrzebne ograniczenie swojego sprawstwa. Ta intencja zwiastuje potężny problem dla społeczeństwa w ładzie wewnętrznym (m.in. medialnym), gdyż naginanie rzeczywistości do politycznej woli kończy się upadkiem instytucji. W sferze polityki zagranicznej oznacza to kłopoty dla całego państwa, gdyż za nieuznawanie ograniczeń rzeczywistości płaci się wielką cenę.

Alternatywa w postaci obozu liberałów u władzy byłaby próbą powrotu do polityki cięć kosztem świadczeń społecznych pod pretekstem balansowania nierównowagi budżetowej. Poza wszystkim innym, takie podejście skutkuje efektami odwrotnymi od oczekiwanych. Liberalna polityka zaostrza i radykalizuje obóz niezadowolonych, zwiększając szeregi zwolenników niebezpiecznego ksenofobicznego populizmu. W efekcie, po kilku latach, instytucje są zagrożone bardziej niż uprzednio.

Nie znaczy to jednak, że jesteśmy bez wyboru. Przynajmniej raz na cztery lata ten wybór mamy. Gdy jedni chcą nam poskąpić solidarności, a drudzy demokracji, obywatele muszą szukać wyjścia poza tymi obozami klinczu. Solidarni demokraci, jakimi są w wielkiej mierze Polacy, są w stanie włożyć między dwa potężne obozy (deficytu solidarności i deficytu demokracji) siłę blokującą większość. Jeżeli tak się stanie, to można będzie nam postawić w przyszłości prawdziwy pomnik.

Krzysztof Mroczkowski

Stanisław Thugutt: Ku lepszemu życiu. Rzecz o spółdzielczości [1935]

Stanisław Thugutt: Ku lepszemu życiu. Rzecz o spółdzielczości [1935]

W słowach możliwie krótkich i zwięzłych chciałbym przede wszystkim wyjaśnić wszystkim, którzy się tym interesują, co to jest spółdzielnia i co to jest spółdzielczość.

Wprawdzie niewielu jest chyba ludzi na świecie, którzy by nie znali przynajmniej z wyglądu spółdzielni, którzy by nie wiedzieli, że jest to sklep, biuro lub warsztat, maślarnia, rzeźnia lub kasa oszczędności, że się w nich sprzedaje lub kupuje towary, składa i pożycza pieniądze, wspólnie wyrabia jakieś produkty, na wspólny rachunek buduje domy itd.

Każdy też prawie wie, że nie są to sklepy, warsztaty i biura właścicieli prywatnych – kupców i przemysłowców – ani nie są państwowe, miejskie czy sejmikowe, ale należą do stowarzyszeń, których wszyscy możemy zostać członkami, bylebyśmy podpisali deklarację, wpłacili wpisowe i udział oraz zostali przyjęci przez zarząd. Ale też u wielu ludzi na tym się kończy ich wiedza o spółdzielni. A warto byłoby wiedzieć przynajmniej, jak są te stowarzyszenia zorganizowane, jak działają i po co powstają.

Jasnym jest, że takie stowarzyszenie jest spółką i przedsiębiorstwem. Spółką dlatego, że należy do wielu właścicieli, a przedsiębiorstwem – ponieważ prowadzi interesy, kupuje i sprzedaje i nawet sprzedaje drożej niż kupuje. Kiedy się jednak z tym stowarzyszeniem bliżej zaznajomimy, widzimy, że to jest osobliwa spółka i całkiem inne przedsiębiorstwo, niż wszystkie te, któreśmy dotychczas widzieli. Już przystępując na członka, dowiadujemy się, że wprawdzie musimy wpłacić udział, ale nie możemy tych udziałów wpłacić tyle, ile nam się podoba, albo na ile nam starczy pieniędzy, tylko tyle, ile pozwala statut, czyli wewnętrzne prawo, którym się rządzą stowarzyszeni i które sami sobie nadali. Wskutek tego różnice ilości posiadanych przez członków udziałów są dosyć nieznaczne, nie tak, jak np. w zakładanych przez kupców i przemysłowców spółkach akcyjnych, gdzie 99 członków może mieć po 1 udziale (jednej akcji), a setny – wszystkie pozostałe, choćby ich było kilka czy kilkanaście tysięcy.

Ale dopiero na walnym zgromadzeniu członków swojego stowarzyszenia-spółdzielni przekona się nowy członek naocznie, że nabycie większej ilości udziałów może być wyrazem jego dobrej woli, poza tym jest pożyteczne dla spółdzielni, która w ten sposób gromadzi własne fundusze i nie potrzebuje znikąd pożyczać obcych kapitałów, ale jemu samemu nie przynosi wielkiego pożytku. Czym bowiem jest walne zgromadzenie członków? Ustala ono, jak trzeba prowadzić przedsiębiorstwo i skoro wszyscy przecież nim rządzić nie mogą, wybiera szczupłe grono osób, które, jako zarząd, będą je prowadziły, załatwiając sprawy codzienne. Zarówno ustalenie sposobów prowadzenia przedsiębiorstwa, jak i wyboru zarządu dokonuje się przez głosowanie większością głosów. W spółce handlowej czy przemysłowej, krócej mówiąc – w spółce kapitalistycznej, głosują, co prawda, nie tyle ludzie-członkowie, ile udziały-akcje.

Kto ma więcej akcji, ten ma więcej głosów. Na nic tam się nie zda mądrość, doświadczenie, nawet życzliwość dla przedsiębiorstwa, przeważy zawsze wola tego, który ma więcej głosów. W spółdzielni wszyscy mają równy głos, a tym samym równą możność oddziaływania na bieg spraw w przedsiębiorstwie.

W ten sposób usuwa się możność przewodzenia bogatszych członków, którzy mają więcej udziałów, nad biedniejszymi, których stać tylko na jeden. Dlatego też kto by chciał rządzić innymi mocą swojego bogactwa, ten nie ma po co chodzić do spółdzielni i dlatego też mówimy, że spółdzielnia rządzi się demokratycznie.

Ale na tym walnym zgromadzeniu członków spółdzielni dzieją się inne jeszcze rzeczy, nie mniej osobliwe. Spółka kapitalistyczna, jeśli jest dobrze prowadzona i trafiła na pomyślne warunki, osiąga w ciągu roku zysk i ten zysk dzieli między członków stosownie do posiadanych akcji: kto ma 10 razy więcej akcji, na tego przypada 10 razy większa część zysku. My – spółdzielcy nie lubimy i nie używamy słowa „zysk”, ale w końcu roku mamy też nadwyżkę dochodów nad wydatkami. Podziału nadwyżki dokonuje także walne zgromadzenie, ale dokonuje go w sposób całkiem odmienny niż w spółce kapitalistycznej, nadwyżkę bowiem dzieli się między członków nie według posiadanych udziałów, ale według dokonanych przez nich ze spółdzielnią obrotów. To jest w spółdzielni czynność, która ją najbardziej odróżnia od kapitalistycznej spółki i kto jej nie rozumie, ten nie rozumie, po co spółdzielnia istnieje. Dlatego musimy tę sprawę zbadać do gruntu.

Przedsiębiorstwo kapitalistyczne zakłada się po to, żeby przynosiło zysk, jak najwięcej zysku. Jeżeli takie przedsiębiorstwo nie przynosi zysku i nie ma widoków, żeby go przynosiło w przyszłości, trzeba je zamknąć. Jego właściciel może być sknerą albo rozrzutnikiem, zdziercą albo człowiekiem miłosiernym, oszustem albo uczciwym, ale kapitał włożony przez niego w przedsiębiorstwo musi przynosić zysk tak jak krowa musi dawać mleko, jeśli nie ma być posłana na rzeź. Jedyną rzeczą, która łączy członka ze spółką akcyjną, jest tylko ten właśnie zysk. Taka spółka nie interesuje się członkiem, który – odwrotnie – często nie wie nawet, gdzie się znajduje i co produkuje przedsiębiorstwo, którego jest członkiem, i dlatego wspólnicy mają prawo wymagać, żeby włożony przez nich do przedsiębiorstwa kapitał przynosił jak największy zysk.

W spółdzielni i przez spółdzielnię nikt się nie stanie bogaczem, bo spółdzielnię zakłada się nie po to, żeby swoich niezamożnych członków przekształcała na milionerów, ale po to, żeby zaspokajała gospodarcze potrzeby ludzi. Potrzeby ludzkie są różne i dlatego różne są też rodzaje zaspokajających je spółdzielni. Jedni ludzie, potrzebując liczyć się z groszem, wydawanym na zakup potrzebnych do życia produktów, zakładają spółdzielnię spożywców, która im tych produktów dostarcza w dobrym gatunku i po możliwie najtańszej cenie. Inni – rolnicy – potrzebują zbyć korzystniej płody swego gospodarstwa – mleko, masło, jaja, zboże, drób albo bydło – i chcąc się bronić przed wyzyskiem kupującego od nich te rzeczy handlarza, sprzedają je wspólnie założonej w tym celu spółdzielni, a przed sprzedażą czasami je uszlachetniają, czyli przerabiają, np. mleko na masło, mięso na wędliny itp.; poza tym przez tę samą czy też przez inną spółdzielnię nabywają wszystko, czego im potrzeba do gospodarstwa: narzędzia, żelazo, skóry, powrozy, nawozy. Jeszcze inni, walcząc z lichwą mieszkaniową, budują wspólnie domy nie dlatego, żeby odnajmować je innym, ciągnąć stąd zyski, ale żeby w nich samym zamieszkać. Spółdzielnia kredytowa zaspokaja potrzeby tych, którzy chcą pożyczyć pewną sumę na udoskonalenie lub rozszerzenie swego przedsiębiorstwa albo chcą złożyć gdzieś swoje oszczędności. I tak dalej, a to dalej jest prawie nieograniczone, bo coraz to nowe rodzaje spółdzielni powstają dla zaspokojenia coraz to nowych potrzeb.

Zaspokajając potrzeby członków, spółdzielnia kupuje i sprzedaje. Jakkolwiek nie czyni tego dla zysku, nie może sprzedawać po cenach, po których kupuje, ani kupować po cenach, po których będzie sprzedawała, musi bowiem pewne sumy zatrzymywać z obrotu na wynajęcie lokalu, opłacenie pracowników, podatki, zepsucie i rozkruszenie się towarów oraz kradzieże i nadużycia, które mogą się zdarzyć. Sum tych z góry określić nie można, a w każdym razie byłoby tu łatwo popełnić niebezpieczną pomyłkę, za którą nie wiadomo, kto by w końcu zapłacił. Dlatego spółdzielnia sprzedaje i kupuje po cenach, jakie płacą i po jakich sprzedają przedsiębiorcy prywatni, inaczej mówiąc, po słusznych cenach rynkowych, z tą tylko różnicą, iż stara się, aby jej korzyść była jak najmniejsza i że nie uprawia żadnych spekulacji.

Z tych różnic pomiędzy cenami kupna i sprzedaży zbiera się w każdej spółdzielni pewna suma. Jest ona, oczywiście, własnością członków, ponieważ spółdzielnia istnieje nie sama dla siebie, ale dla pokrywania ich potrzeb. Trzeba przeto zwrócić tę sumę członkom, ale gdybyśmy tak, jak w spółce akcyjnej, podzielili ją między członków w stosunku do wniesionych udziałów, uznalibyśmy, że najważniejszą rzeczą w spółdzielni jest kapitał, który nią rządzi, a nie ludzie, którzy zaspokajają w niej swoje potrzeby. Zresztą członkowie spółdzielni są zwykle ludźmi nie posiadającymi większych kapitałów, nie mogącymi liczyć na znaczne od nich dochody. Ich siłą nie jest kapitał, tylko chęć współdziałania dla wspólnego dobra. Członek, który wpłacił udział, zadeklarował przez to tylko gotowość współdziałania z innymi członkami dla poprawienia swojego oraz ich bytu. Jeżeli jednak nie dokonywał ze spółdzielnią żadnych obrotów, nic w niej nie kupował i nic w niej nie sprzedawał, żadnego współdziałania nie było, a członek taki pozostał „martwym” członkiem, któremu nic się od spółdzielni nie należy, oprócz skromnego oprocentowania wniesionego kapitału. Nie ma wobec tego żadnego powodu, żeby brał udział w podziale nadwyżki dochodów nad wydatkami, bo nie on się do powstania tej nadwyżki przyczynił, tylko ci członkowie, którzy nadpłacili, kupując w spółdzielni, albo którym spółdzielnia, kupując od nich, nie dopłacała. Toteż spółdzielnia, która dzieliłaby nadwyżkę dochodów w stosunku do udziałów, nie byłaby wcale spółdzielnią. Dodajmy też, że spółdzielnia, która ścierpi w swoich szeregach takich „martwych” członków, albo dokonuje obrotów z obcymi, nie wciągając ich na członków, jest źle urządzoną spółdzielnią, nie spełniającą swoich obowiązków.

Zanim walne zgromadzenie dokona podziału nadwyżki dochodów, odłożyć musi pewną jej część na fundusz zasobowy, czyli rezerwę, przeznaczoną na pokrycie możliwych strat w przyszłych latach. Rezerwę ze zwykłej ostrożności musi odkładać także i spółka kapitalistyczna, ale i tu zachodzi zasadnicza różnica, bo gdy w spółce akcyjnej rezerwa zostaje własnością członków i w razie rozwiązania spółki bywa między nich dzielona, w spółdzielni staje się ona własnością społeczną i gdyby spółdzielnia przestała istnieć, przechodzi na jakieś cele społeczne, członkowie zaś otrzymują tylko zwrot sum wpłaconych na udziały, o ile oczywiście starczy na to pieniędzy. Z tych też względów nazywają spółdzielcy tę odkładaną rezerwę funduszem społecznym.

A oto jeszcze dwie cechy spółdzielni, które je różnią od wszystkich innych przedsiębiorstw. Przede wszystkim drzwi jej są otwarte dla wszystkich, to znaczy przyjmuje ona na członka każdego uczciwego człowieka, który się zgadza z jej zasadami, a chociażby zobowiązuje się poddać jej statutowi, przepisom i zwyczajom. Przyjmując, nie pyta go ani o majątek, ani o przekonania polityczne czy społeczne, chce bowiem zaspokajać w zakresie swej działalności potrzeby wszystkich, a zwłaszcza te, które są najpilniejsze. Dodajmy jednak, że w praktyce jest spółdzielczość przede wszystkim ruchem klas pracujących, walczących o poprawę swojego bytu.

Poza tym, skoro, jak powiedzieliśmy wyżej, jest spółdzielnia stowarzyszeniem ludzi świadczących sobie wzajemnie pomoc, a nie spółką kapitałów szukających zysku, buduje ona swoją przyszłość, swój rozwój i moc raczej na wartości zrzeszonych przez siebie ludzi, niż na nagromadzonych środkach pieniężnych, środki te bowiem znajdzie z łatwością, jeżeli nie zawiedzie jej wierność członków dla wspólnie podjętej sprawy. Wobec tego, nie przestając ulepszać swojego przedsiębiorstwa, stara się spółdzielnia wychowywać moralnie i umysłowo swoich członków, tworząc z nich związaną mocnymi więzami gromadę idącą do wspólnego celu. Tym celem jest życie lepsze, czystsze, wolne zarówno od udręczeń nędzy, jak i od brudnych pokus chciwości.

Oto są cechy, które różnią spółdzielnię od wszystkich innych przedsiębiorstw i które są jej istotą zarazem. Wymieńmy je raz jeszcze w krótkości: demokratyczna organizacja, niskie oprocentowanie udziałów i w ogóle małe znaczenie kapitału, podział nadwyżki dochodów nad wydatkami stosownie do dokonanych ze spółdzielnią obrotów, otwarte dla wszystkich członkostwo oraz niewtrącanie się do sporów politycznych, czyli neutralność, a lepiej powiedziawszy – niezależność od partii politycznych, i kształcenie członków. W spółdzielniach spożywców, częściowo i w spółdzielniach rolniczych, dochodzi jeszcze sprzedaż za gotówkę, bez czego spółdzielnie byłyby w zależności od wierzycieli-dostawców, a członkowie łatwo by zapominali o rozsądku przy zaspokajaniu swych potrzeb. Spółdzielnia spożywców, która by udzielała kredytu, źle by wychowywała swoich członków.

***

Mówiłem dotąd, że spółdzielnia służy do zaspokajania potrzeb, że za jej pomocą ludzie pracy o twardych rękach i nie mniej twardym życiu walczą o poprawę swojego bytu.

Cóż ta walka dać może? Jakież w niej są widoki zwycięstwa, jeżeli z jednej strony stają olbrzymie kapitały, świetne urządzenia techniczne i wielkie zastępy specjalistów starannie szkolonych – a z drugiej tłum, który do obrony swoich praw do życia idzie z gołymi rękami.

Otóż ta walka wygląda bynajmniej nie tak beznadziejnie, jakby się komu mogło wydawać, ani odniesione w niej zwycięstwa nie są znowu tak małe.

Przede wszystkim wielkość zastępów, które walczą. W Polsce – w kraju biednym i dość zacofanym zarówno społecznie, jak gospodarczo – postępy spółdzielczości są mniejsze niż w wielu innych krajach. Ale i tu przecież spółdzielczość już coś znaczy. Ogólna ilość spółdzielni wynosi 11726 z 2 770 000 członków, nie licząc spółdzielni tzw. dzikich, które nie należą do żadnego związku rewizyjnego i których ilość nie jest dokładnie wiadoma. Związków rewizyjnych, które rewidują (badają) działalność spółdzielni związkowych, udzielają im porad technicznych i prawnych i reprezentują je wobec władz, jest u nas: 4 polskie, (Związek Spółdzielni Spożywców RP, zwany inaczej „Społem”, Związek Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych, Związek Spółdzielni i Zrzeszeń Pracowniczych RP i Związek Spółdzielni Wojskowych), 2 ukraińskie, 2 niemieckie i 2 żydowskie. Związek „Społem” jest zarazem hurtownią, zaopatrującą zrzeszone spółdzielnie w towary; obroty tej hurtowni w 1934 r. wyniosły 71 500 000 zł, produkcja zaś własnych fabryk w Kielcach, Włocławku i Sokołowie złotych 3 534 000. Jest to największe przedsiębiorstwo handlowe w Polsce.

Centrale spółdzielni rolniczych są z natury rzeczy mniejsze, choć ilość tych spółdzielni jest większa, niż jakichkolwiek innych. Jednak i tu obroty i kapitały sięgają wysokości rzadko spotykanych w przedsiębiorstwach prywatnych. Centrale spółdzielni mleczarskich i jajczarskich sprzedały w 1933 r. masła 6000 ton za przeszło 19 milionów zł (z czego zagranicę sprzedano prawie 1000 ton; masło spółdzielcze stanowi przeszło 90% ogólnego wywozu masła z Polski). Centralna Kasa Spółek Rolniczych kapitałów własnych ma 6,5 miliona zł, a pożyczek udzieliła w 1934 r. z górą 50 milionów zł.

Są to ogromne sumy w naszych skromnych, biednych stosunkach polskich. Zagranicą, zwłaszcza w bogatszych i bardziej rozwiniętych gospodarczo krajach Europy Zachodniej, spółdzielczość poszła już dużo dalej naprzód. Tak np. w Danii, małym kraiku, 9 razy mniejszym pod względem obszaru i liczby ludności od Polski, hurtownia tamtejsza dosięgła w swoich obrotach w 1933 r. sumy 178 milionów złotych, w tym przeszło 50 milionów złotych własnej produkcji; czysty dochód tej hurtowni wyniósł blisko 12 milionów zł.; liczba osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach – 3356. Oprócz doskonale rozwijającej się spółdzielczości spożywców posiada Dania olbrzymią sieć spółdzielni rolniczych, przez które przechodzi prawie cała produkcja drobnych gospodarstw rolnych; nie tylko znakomicie pomnożyły one bogactwo kraju, ale podniosły ciemne dawniej i biedne chłopstwo duńskie na wysoki poziom kultury i zamożności. W Szwecji również świetnie rozwijający się ruch spółdzielczy rozbił już kilka karteli (zmów) przemysłowych, uciskających ludność wysokimi cenami, obniżając te ceny o kilkanaście, niekiedy o kilkadziesiąt procent. Dzisiaj spółdzielcze młyny, margaryniarnie i fabryki wyrobów gumowych są w Szwecji największymi tego rodzaju zakładami w kraju.

Przodującym odłamem spółdzielczości jest ruch angielski, najstarszy wśród wszystkich. Ilość spółdzielni spożywców jest tam wprawdzie stosunkowo niewielka (1150) i zmniejsza się od kilkunastu lat stale przez łączenie się spółdzielni ze sobą, ale liczba członków dochodzi już 7 milionów, co z rodzinami wynosi zapewne około połowy ludności (48 milionów). Spółdzielnie te miały w 1933 r. przeszło 5 miliardów zł obrotu, 3 hurtownie zaś (angielska, szkocka i angielsko- szkocka) miały ich blisko 2,75% miliarda. Hurtownie te posiadają dziś 194 fabryki i wytwórnie, niektóre bardzo znacznych rozmiarów, kopalnie węgla, własną flotę rybacką, wielkie gospodarstwo rolne i olbrzymie plantacje herbaty, której są największym sprzedawcą. Ilość osób zatrudnionych w tych zakładach wynosi 56 tysięcy, nie licząc robotników w plantacjach indyjskich.

Rozwój spółdzielczości ogarnął już dziś cały świat, nie wyłączając krajów na pół dzikich. Ogólna ilość spółdzielni wynosiła w 1931 roku 731 256 ze 166 milionami członków (licząc z rodzinami, około ¼ ludności świata). Co ważniejsze, w całym szeregu krajów – Anglii, Francji, Szwajcarii, Szwecji, Danii, Holandii – ruch spółdzielczy idzie niepowstrzymanym pędem naprzód, przezwyciężając kryzys i przeszkody, stawiane mu przez wrogów, powiększając ciągle ilość członków, obroty i zakłady. W Londyńskiej Spółdzielni Spożywców, największej spółdzielni świata, w styczniu roku bieżącego dzienny przyrost członków wynosił przeszło 1000 osób. Tylko w Niemczech, gdzie spółdzielczość spożywców została niejako upaństwowiona, ruch ten cofnął się znacznie.

***

Pozostaje do wyjaśnienia, skąd się ten cały potężny ruch wziął, gdzie i kiedy się narodził, kto wynalazł ten cudowny sposób, przy którego pomocy ludzie pozbawieni środków, stosunków i kapitałów, ludzie, którzy się przedtem ciężko potykali z nędzą, potrafili stworzyć tak olbrzymią organizację i tak znacznie przez nią polepszyć swój byt.

Powiedzieć, że spółdzielczość powstała z niczego, byłoby nieścisłym, stworzyli ją bowiem ludzie, wiemy nawet, kto i kiedy ją stworzył. Nie byli to ani wielcy mężowie stanu, ani nawet sławni uczeni, ale szarzy ludzie z tłumu, jakich miliony po wszystkie czasy pracują i cierpią. Stworzyli ją w obronie swojego prawa do słusznej zapłaty za pracę, do życia, które by było czymś lepszym niż życie źle utrzymanych zwierząt pociągowych. Uczynili to w walce z przemocą i wyzyskiem. Od najdawniejszych początków życia ludzi na świecie byli słabi i silni, krzywdzeni i krzywdzący, ci, którzy cichą, mrówczą pracą dźwigali ludzkość na coraz to wyższy stopień cywilizacji, i tacy, którzy, wierząc tylko w siłę, odbierali innym owoc ich pracy, kształtowali prawa dla swojego wyłącznie zysku i swojej wygody. W tej walce słabi zginęliby dawno, gdyby nie spostrzegli się, iż największej nawet sile drapieżców można przeciwstawić skutecznie zbiorową siłę, powstałą z połączenia sił małych. Napaści i gwałtowi opierała się wzajemna pomoc i wzajemna obrona i nie zawsze zwycięstwo było po i stronie tych, którzy wierzyli w przemoc. To dążenie do wzajemnej pomocy było źródłem, skąd wypłynęła spółdzielczość, która jest niczym innym, jak walką z przemocą kapitału i z jego przywilejami.

Nie znaczy to, co prawda, żeby spółdzielnie istniały tak dawno, jak cierpienie i praca – od samego początku dziejów ludzkości, zaczęły się one bowiem w obecnej postaci rozwijać dopiero w ciągu ubiegłego stulecia. Dawniej nie było ich, bo nie było warunków, w których mogłyby powstać. Na wsi za czasów poddaństwa zbyt mało było wolnych ludzi, którzy mogliby dysponować swoją osobą i swoim majątkiem; wieś zresztą żyła niemal wyłącznie produktami swej pracy, nie stykając się z innymi osadami. W miastach żyli ludzie porozbijani na oddzielne stany (duchownych, rycerzy, kupców, rzemieślników itd.), niewspółdziałające ze sobą; handlem zresztą mógł się zajmować tylko kupiec, a wytwarzaniem potrzebnych innym przedmiotów – tylko rzemieślnik.

Dopiero sto kilkadziesiąt lat temu warunki zasadniczo się zmieniły. Na wsi, coraz bardziej wolnej na zachodzie Europy, rolnicy nie żyli już niemal wyłącznie jak dawniej, z płodów swoich gospodarstw, ale zaczęli je sprzedawać na rynek i kupować tam to, co im było potrzebne. W mieście rozwijający się potężny przemysł gromadził wielkie masy robotników źle płatnych i nędznie żyjących, dla których ceny codziennie potrzebnych do życia produktów były sprawą najwyższej wagi. Wieś, sprzedając czy kupując na targu, potrzebowała coraz więcej pieniędzy, w mieście klasy pracujące potrzebowały wyższych zarobków albo niższych cen tego, co kupowały. Tu i tam nędza była olbrzymia.

Zjawili się ludzie, którzy zaczęli tłumaczyć, że przyczyną tej nędzy jest wyzysk stosowany przez kapitalistów. Posiadając w ręku kapitał w postaci narzędzi pracy, płacili oni robotnikom mniej niż warta była ich praca, towary zaś sprzedawali po cenach nadmiernie wysokich. Położenie ludzi biednych – niekapitalistów – pogarszali pośrednicy, którzy przeprowadzali towary od fabrykanta aż do rąk tego, który je dla swoich potrzeb czy dla swego spożycia nabywał, albo skupowali u rolników ich płody na sprzedanie ich miejskim spożywcom i kupcom. W obu wypadkach pośrednicy ci – hurtownicy, drobni kupcy, ajenci – kazali sobie drogo płacić za swoje usługi, a płacił najwięcej ten, kto, nie mając sam kapitału, nie mógł się obejść bez ich usług.

W tych warunkach nasuwał się prosty wniosek: najlepiej być samemu swoim własnym kupcem i fabrykantem. Nie mogło być jednak mowy o zakładaniu na własną rękę sklepów lub fabryk, bo tylko nieliczni ludzie mogli coś odłożyć z głodowych zarobków, zaczęto więc zakładać spółki i zaczęto od sklepu, jako od przedsiębiorstwa najłatwiejszego do założenia. Takie sklepy powstawały w Anglii, najbardziej podówczas uprzemysłowionym kraju świata, o wielkiej ilości ludności robotniczej już pod koniec osiemnastego wieku; z powodu wadliwej organizacji prawie wszystkie przestawały one istnieć już po paru latach. Dopiero w 1844 r. w małym mieście angielskim Rochdale założyło 28 robotników tkackich z groszowych przez rok zbieranych składek „Spółdzielnię Sprawiedliwych Pionierów”. Istnieje ona do dziś dnia, rozwinąwszy się z nędznego kramiku, otwieranego parę razy tygodniowo i sprzedającego zaledwie 4 towary – do olbrzymiego przedsiębiorstwa o 90 sklepach i kilku własnych wytwórniach; statut wszakże, jaki sobie nadała z początku, pozostał do dziś dnia bez mała bez zmian i posługuje się nim dziś na całym świecie jako wzorem olbrzymi ruch spółdzielczy spożywców.

Na wsi nieco odmienne pod względem organizacji, ale podobne co do celów spółdzielnie zaczął tworzyć w kilkanaście lat później Raiffeisen, burmistrz w małym miasteczku niemieckim. Ponieważ najpilniejszą potrzebą wsi było wyrwanie się z sideł lichwy i zdobycie środków na polepszenie swojej gospodarki, na zakup bydła, nasion i narzędzi, były to spółdzielnie kredytowe, zbierające drobne oszczędności członków i udzielające im niewielkich pożyczek na określone cele. Ponieważ spółdzielnie były małe i biedne, rękojmią zwrotu składanych w nich funduszów była nieograniczona odpowiedzialność (całym swoim majątkiem) członków za długi stowarzyszenia, podczas gdy w spółdzielniach spożywców członkowie odpowiadają najczęściej tylko do wysokości udziałów. Ta nieograniczona odpowiedzialność była konieczna tym więcej, że początkowo spółdzielnie Raiffeisena – u nas zwane kasami Stefczyka – nie miały wcale udziałów członkowskich, a i dziś mają je bardzo niewielkie. Obecnie oprócz pierwotnej kasy oszczędności i pożyczek istnieją inne formy organizacji spółdzielczej na wsi, a mianowicie spółdzielnie wspólnych zakupów potrzebnych rolnikowi przedmiotów i zbytu jego płodów, tzw. stowarzyszenia rolniczo-handlowe (w zachodniej Polsce zwane „Rolnikami”), spółdzielnie wspólnego przerobu mleka, owoców, mięsa itd., stowarzyszenia budowlane i inne, których ilość rośnie bez przerwy.

Wielkie udziały miały od początku spółdzielnie trzeciego rodzaju – rzemieślnicze i kupieckie. Członkowie ich, mieszkańcy większych miast, w odróżnieniu od mieszkańców wsi i proletariatu fabrycznego rozporządzali większą ilością gotówki i potrzebowali też znaczniejszej pomocy. Nie znając się zwykle między sobą, nie mogli pożyczać sobie tak, jak rolnicy, jedynie „na uczciwość”. Ich spółdzielnia, która nazywa się bankiem ludowym, wymaga od nich przy pożyczce weksla, poręczenia innych członków, a przede wszystkim dużego wkładu. Ten rodzaj spółdzielni, utworzony w połowie zeszłego stulecia w Niemczech przez Schulzego z Delitzsch, był bardzo trzeźwy, nie bawił się w idealizmy, nie dążył w swych celach do zmiany ustroju, a tylko członków swoich chciał po prostu przekształcać na mniejszych i większych kapitalistów, podczas kiedy tamte typy spółdzielni – spożywców i rolnicze – dążyły przede wszystkim do wyciągnięcia ich z nędzy, a potem do usunięcia wyzysku, który był przyczyną tej nędzy. Spółdzielnie rzemieślniczo-kupieckie, tzw. spółdzielnie klas średnich, przybierają też oprócz kredytowych różnorodne formy: stowarzyszeń dla zakupu surowców, zbytu wyrobów, czysto handlowe – zakupu towarów dla zrzeszonych kupców. Niekiedy prócz nazwy i statutu spółdzielnie te nic wspólnego nie mają z właściwą spółdzielczością, z jej duchem i dążeniami.

Spółdzielniami, które budziły niegdyś wielkie nadzieje, są spółdzielnie wytwórcze, w których zrzeszeni robotnicy lub rzemieślnicy wyrabiają na wspólny rachunek jakieś towary. Nadzieje te przeważnie jednak zawiodły, bo spółdzielniom takim brak było zwykle kapitału i fachowego kierownictwa, co przyczyniało się do ich upadku. Większym powodzeniem cieszą się w niektórych przynajmniej krajach spółdzielnie pracy, których członkowie podejmują się wykonywania wspólnie jakichś robót, dróg, kanałów, budowy domów itp. z cudzego materiału i na cudzy rachunek.

W Polsce ruch spółdzielczy zaczął się rozwijać w drugiej połowie zeszłego stulecia, naprzód jako spółdzielnie kredytowe w zaborze pruskim, później w Małopolsce i od 1905 r. w znaczniejszych rozmiarach w byłej Kongresówce. Twórcami i pierwszymi kierownikami spółdzielczości kredytowej w Wielkopolsce byli: ks. Szamarzewski i później ks. Wawrzyniak. W Małopolsce spółdzielnie rolnicze stworzył trudem całego życia Franciszek Stefczyk, spółdzielczość spożywców w Kongresówce zakładali Romuald Mielczarski i późniejszy Prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. Szerzył idee spółdzielcze w swoich gorąco odczutych i pięknie pisanych książkach i broszurach – Edward Abramowski; jego „Idee społeczne kooperatyzmu” i „Kooperatyzm jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego” polecam gorąco i dziś jeszcze do czytania, chociaż były pisane przed 30 laty.

Wszyscy ci działacze traktowali spółdzielczość, nie tylko jako sposób na nędzę, ale przede wszystkim jako budowanie w najcięższych czasach niewoli podstaw przyszłej, wolnej już Polski.

Każdy z tych rodzajów spółdzielni ma za bezpośredni cel przez zaspokojenie potrzeb gospodarczych swoich członków polepszyć ich byt albo polepszyć warunki ich pracy. Cel ten jest dziś równie ważny, jak nim był 90 lat temu, w chwili powstawania pierwszych spółdzielni. W ciągu tego okresu panujący w życiu gospodarczym świata kapitalizm osiągnął wprawdzie olbrzymie zdobycze. Powstały nowe całkiem gałęzie produkcji, dające pracę milionom ludzi, zakwitły pustynie, dźwignęły się olbrzymie miasta, pełne wspaniałych gmachów, skróciły się odległości, zniknął bez mała czas w okresie samolotów i radia. Ale dola człowieka pracującego pozostała prawie bez zmian. Robotnik pracuje wprawdzie o połowę krócej, ale jada i mieszka w czasach kryzysu nie lepiej niż dawniej. Rolnik nie tylko nie osiąga procentu od kapitaliku, który włożył w swą gospodarkę, ale nie wyrabia nawet zapłaty za swoją pracę. Nędza cofnie się dopiero wówczas, kiedy po zelżeniu kryzysu zmniejszy się milionowa armia bezrobotnych i choć trochę wzrosną zarobki.

Ale właśnie wraz z rozwojem kapitalizmu rosną i coraz częstsze stają się kryzysy. Dwa są główne powody tak złego stanu rzeczy. Pierwszym jest zły podział dochodu społecznego. Dzięki pracy robotników, rolników, majstrów, inżynierów, czasem także i właścicieli przedsiębiorstw, jeżeli w nich czynnie pracują, całe społeczeństwo osiąga w danym roku taką a taką sumę dochodów. Ale kiedy na robotników i rolników wypada tego dochodu społecznego część poniżej wartości ich pracy, na przedsiębiorców wypada więcej niż mogą zużyć na swoje potrzeby. Tę niespożytą na swoje potrzeby część dochodu zużywają oni na zakładanie nowych przedsiębiorstw, na wyrabianie nowych towarów, które im dają nowe dochody i tak dalej, w zasadzie bez końca. Koniec wyłania się dopiero wówczas, kiedy pewnego dnia towarów okazuje się za dużo a nabywców, obranych ze wszystkich pieniędzy – zbyt mało; wtedy fabryki stają, wszyscy bankrutują i rozpoczyna się kryzys, który jest skutkiem bezplanowej gospodarki, drugiej przyczyny katastrof gospodarczych.

Żadnej z tych dwóch przyczyn nie da się usunąć w panującym obecnie ustroju kapitalistycznym, w ustroju, w którym każde działanie obliczone jest na zysk, rychło przeradzający się w wyzysk. Ustroju, w którym jak gdyby pod wpływem szału majątek zdobywa się już nawet nie dla użycia, ale dla samego powiększania go.

Ustrój ten po tylu odniesionych zwycięstwach załamuje się dzisiaj pod przekleństwem swojego grzechu pierworodnego – chciwości.

Spółdzielczość od samego początku swego istnienia jest zaprzeczeniem tego ustroju. Gromadziła skrzętnie bogactwo społeczne, ale nie tworzyła bogaczy. Tamowała w miarę sił swoich zdzierstwo i wyzysk, na swój własny przynajmniej teren nie dopuszczając chciwości. Nie zdobywa dla siebie miejsca na świecie przemocą, ale, nie czekając na zasadnicze zmiany, buduje już dzisiaj swój nowy, całkiem odmienny świat. To jest źródłem jej dotychczasowego rozkwitu, to jest zadaniem jej postępów w przyszłości.

W tę przyszłość spółdzielczość może patrzeć spokojnie. Jakikolwiek byłby koniec obecnego kryzysu, jedno jest pewne, że ustrój kapitalistyczny doszedł swego przekwitu i że będzie musiał szybko czy powoli ustępować miejsca innym sposobom gospodarki społecznej. Jak dotychczas, znamy tylko trzy odmienne od dzisiejszego ustroju kapitalistycznego sposoby gospodarowania: gospodarkę państwową, samorządową oraz spółdzielczą. Prawdopodobnie wszystkie trzy przyjdą one do głosu, dzieląc pomiędzy siebie gospodarkę narodu. Podział musiałby nastąpić dlatego, iż spółdzielczość prawdopodobnie nie będzie mogła podjąć się prowadzenia wszystkich rodzajów wielkiego przemysłu, nie będzie mogła np. budować linii kolejowych ani wyrabiać wielkich maszyn. Odwrotnie jednak, państwo, które by chciało zaspokajać wszystkie gospodarcze potrzeby ludzkie, podjęłoby się zadania ponad swoje siły. Gospodarka państwowa sprowadza się z konieczności do rządów biurokracji, która może być mądra czy głupia, uczciwa czy sprzedajna, ale rządzi kosztownie i bardzo często wcale nie widzi człowieka, którym rządzi, jego potrzeb i cierpień. Oprócz tego nie znajdując przeszkód w swoim działaniu, staje się wkrótce zarozumiałą, gdyż sądzi, że umie wszystko i tylko ona coś umie.

Wydobywać z człowieka utajone w nim siły twórcze, kształcić go do przezwyciężania największych nawet trudności, przyuczać go do zgodnego współżycia w gromadzie, bez poniewierania interesami i godnością innych ludzi – umie tylko spółdzielczość. I dlatego w każdym ustroju, w każdych okolicznościach będzie ona miała swoje słowo do powiedzenia.

Nie to jest najbardziej ważne, czy i kiedy spółdzielczość będzie sprawowała rządy nad gospodarką społeczną, czy będzie musiała dzielić się władzą z innymi organizacjami – państwem, samorządem, związkami zawodowymi. Najważniejsze jest to, żeby ideały spółdzielcze przeniknęły na wskroś całe życie społeczne, żeby usunąć z życia to, co jest dla niego trucizną – wyzysk i krzywdę.

Stanisław Thugutt

Powyższy tekst to cała broszura, wydana staraniem Towarzystwa Kooperatystów, Nakładem Związku Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1935. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł. O Stanisławie Thugutcie więcej można przeczytać tutaj.

Prof. Monika Kostera: Ironiści mimo woli

Prof. Monika Kostera: Ironiści mimo woli

Dobrosława ma niepełnosprawne dziecko, które wychowuje samotnie. Jest bardzo dobrą pracowniczką – sumienną, rzetelną – ale potrzebuje pewnej swobody organizowania sobie czasu pracy. Są takie dni, gdy musi zawieźć córeczkę na rehabilitację i potem ją stamtąd odebrać. Spóźnienie chętnie odpracowałaby innego dnia. Opowiedziała o tym swojej szefowej, Dobromile, ale, oprócz zapewnienia, że na pewno się problemowi przyjrzy, nie osiągnęła żadnego widocznego efektu. Mijały miesiące, świat nie stawał się miejscem dogodniejszym do życia dla osób z niepełnosprawnymi dziećmi. Dobrosława zdecydowała, że pora zaprosić szefową na obiad, przedstawić jej małą Dobrochnę, może to wywoła w niej ludzki odruch. Tak zrobiła. Spędziły we trzy sympatycznie czas. Dobromiła była głęboko poruszona sytuacją Dobrosławy i Dobrochny. Od tej pory zawsze starała się uzgadniać z nią czas pracy indywidualnie i dbała o to, by nie „wrzucano” jej zadań, wydłużających czas pracy, za to przydzielała takie, które można było wykonać w domu.

Po kilku latach Dobrosława znów zaprosiła swoją szefową na obiad. Dobromiła opowiedziała jej wtedy pewną historię: wiele lat temu, gdy jeszcze była początkującą menedżerką, firma, w której pracowała, miała wakat na atrakcyjnym stanowisku i zgłosiło się wiele kandydatek i kandydatów. W czasie rozmów kwalifikacyjnych na prowadzenie wyszła pewna młoda kandydatka, Ludmiła. Jednak pojawił się kontrkandydat, czarny koń – Zbysław, który błyskawicznie wszystkich oczarował. Nie miał wprawdzie tak wysokich kwalifikacji, jak Ludmiła, ale za to obiecywał wszystkim cuda-niewidy. Gdy go zatrudnią, będzie się uczył języków obcych na własny koszt w prywatnym czasie, będzie pomagał kolegom i koleżankom w trudnych projektach jako wolontariusz, ba, będzie pomagał im nosić ciężkie kserokopie raportów. Uśmiechał się przy tym szeroko i miał okrągłe różowe policzki. Podbił serca całego szefostwa, a najbardziej oczarował właśnie ją, Dobromiłę, bo zapewniał, że posiada szczególne powołanie do organizowania dokumentacji projektów i robi to zawsze z czystą żywą przyjemnością. Po krótkiej dyskusji zatrudniono Zbysława, a Ludmile podziękowano. „To były dobre, tłuste czasy”, ciągnęła Dobromiła, „człowiek od razu załapał się na prawdziwy etat”.

Jednak Zbysław od pierwszego dnia pracy miał w nosie muchy, a obyczaje wielkopańskie. Nie tylko nie pomagał kolegom i koleżankom nosić ciężarów, ale zaśmiał się im w twarz, gdy poprosili o pomoc w ogarnianiu dokumentów. Właściwie, można powiedzieć, niemal natychmiast zraził do siebie wszystkich współpracowników. Dobromiła przeglądała ze smutkiem podanie i CV Ludmiły, wracała myślami do tej rozmowy i zastanawiała się, co mogła zrobić lepiej i mądrzej, by nie wdepnąć w to, hmm, jak by to elegancko ująć – ekskrementalne grzęzawisko. Tymczasem zaprosiła Zbysława na dywanik. Wyjawiła mu, co myśli o jego stylu pracy i współpracy. Użyła twardej szefowskiej mowy. Zapytała, co miał na myśli, obiecując gwiazdkę z nieba każdemu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Usłyszała w odpowiedzi: „no co, przecież to była rozmowa kwalifikacyjna, wiadomo”.

„I tak”, zakończyła swą opowieść Dobromiła, „buc wkręcił się do pracy, a porządna osoba została na lodzie. W końcu złapaliśmy go na oszustwie w rozliczaniu wydatków i facet poleciał. Ale Ludmiły już nam się nie udało pozyskać. Więc, wie pani, na takich doświadczeniach uczyłam się, że ludzie kłamią i w dodatku uważają, że to normalne. To nie jest tak, że ja pani problemy ignorowałam. Ja po prostu taka ironistka jestem”.

Dobromiła jest dobra i miła. Chętnie pomaga i wspiera, ale jest ostrożna i nie ufa pracownikom, bo życie nauczyło ją, że zarządzanie korporacją to nie staroświecki mecz w duchu fair play. Wręcz przeciwnie, to raczej wolna amerykanka, tyle że nawet bez zasady o braku zasad – wszyscy czekają na naiwnego uczestnika, który przyjmie grę w dobrej wierze i którego będzie można, w związku z tym, porządnie oszkapić, okpić i okantować. Ale nie o to chodzi w tym felietonie. Chodzi o coś innego – Dobromiła, podobnie jak bardzo wiele osób, jest ironistką z konieczności i dla mody. Co to właściwie znaczy?

Wcale nie chodzi mi o to, by się wspólnie popastwić nad postacią ironisty autorstwa amerykańskiego filozofa Richarda Rortyego. To postać godna szacunku i wcale interesująca propozycja, zwłaszcza jeśli jest się etosowym liberałem (choć nie jestem takowym, ani, jak podejrzewam, nie jesteś, mój drogi Czytelniku, moja droga Czytelniczko). Postawa ironiczna polega na zachowywaniu dystansu do zjawisk politycznych, intelektualnej gracji zamiast emocjonalnego chwytania haseł, idei i wartości. Taka postawa, zdaniem filozofa, podcina u korzeni totalitaryzmy i autokratyczne systemy opierające się na zniewalającym dogmatyzmie i przekonaniu o absolutnej słuszności jakiegoś jednego punktu widzenia. Ironista ma ciągłą wątpliwość do przekonań oraz, używając języka filozofa, do słowników, których używa. Zdaje sobie sprawę z niekompletności wszelkich słowników – nikt nie jest w stanie z absolutną pewnością udowodnić wyłączności swoich racji. Co więcej, bycie ironistą oznacza trzeźwość umysłu wobec słowników innych – istnieje różnica między słownikami, przekonaniami, a rzeczywistością jako taką. Taka postawa, według Rorty’ego, właściwa jest liberałom, czyli osobom dystansującym się od okrucieństwa. Liberalna ironistka to ktoś rozumiejący, że nie posiada dostępu do „prawdy prawdziwej” i że można budować solidarność między ludźmi wyłącznie na powstrzymywaniu się od przemocy i zniewolenia.

Nie z tą postawą zamierzam dyskutować, bo, jak powiedziałam, sama liberałką nie będąc, mam jednak szacunek dla liberałów etosowych. Drażni mnie natomiast moda na „postawę ironiczną”, panująca wcale nie tylko w naszym kraju od wielu dziesięcioleci, moda mająca swoje źródła w neoliberalnym kapitalizmie i jego perwersjach. Modna postawa to nie tyle niezgoda na okrucieństwo, co zdystansowanie i sarkazm, heheszkowanie, zbywanie wszelkich kwestii dowcipaśnym komentarzem, wreszcie, pogarda dla wszelkich objawów cudzego zaangażowania, przekonania, oddania. Nawet w środowiskach twórczych i naukowych widywałam takie zachowania, zawsze akcentowane lotną, intelektualną wyższością. Inny zawsze jest śmieszny, kwestia „śmieszne takie” wypowiadana bywa z rozważną, pełną rozkoszy powagą. Najzabawniejsi są oczywiście ci, którzy nie rozumieją „żartów”, nie widzą, że śmiejemy się z nich. Takim prześmichujkom zazwyczaj towarzyszą zimne, trzeźwe oczy. Przecież nawet ironia musi być wykonywana ironicznie, nie można, broń Boże, śmiać się całą gębą.

W czasach dyskretnego uroku postmodernizmu obowiązywało powszechne przekonanie, że ironia wybawi nas przed zniewoleniem, także tym spowodowanym neoliberalną ofensywą. Postawa ironiczna miała zabezpieczyć przed opętaniem obłędem, roznoszonym przez wszelkiej maści zarządzaczy i ewangelizatorów zyskowności, przed ubiznesowieniem służby zdrowia, korporatyzacją uniwersytetów. Jak w powieści Kundery, nasz żart miał mieć moc wywrotową, tyle że, stosowany na skalę masową i z błogosławieństwem wiodących nas ku świetlanym czasom klas średnich, miał rzeczywiście wstrząsnąć w posadach światem. Tak, ten styl, którego tu używam, to ironia. Może nawet sarkazm. Czegoś się nauczyłam w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Nie tylko tego, że ironia absolutnie nic nie wnosi, nie wyzwala, nie zabezpiecza przed zniewoleniem. W neoliberalnym świecie określa kilka charakterystycznych postaw: chęć oszukania innych; lub obawę przed zostaniem oszukanym; lub poczucie wyższości wynikające z cynizmu i braku zaangażowania, sprawiających, że osoba nie ma nic wielkiego do stracenia w świecie. Współczesna ironia to maska. Za jej pomocą staramy się oddzielić od świata, któremu nie wierzymy i którego nie chcemy dopuścić zbyt blisko siebie. I coś w tym jest – ironia nadaje się do roli maski i muru, ale przecież nie tylko.

Ironia pochodzi od starogreckiego słowa eirōneía, oznaczającego mniej więcej udawanie, że jest coś, czego nie ma lub że nie ma czegoś, co jest. Jest figurą retoryczną przeciwstawiającą to, co na powierzchni zdaje się być czymś innym i to, co w istocie i głębi rzeczywiście jest. Pojawia się jako styl narracji, szczególnie w komediach, ale także w dowcipach i w sarkastycznej reakcji. Ironia może zarówno ukrywać, jak i ujawniać, szczególnie, gdy humor polega na śmianiu się „do góry” z tych, którzy są uprzywilejowani i mają władzę nad innymi. Wreszcie, ironię stosował Sokrates, udając, że czegoś nie wie i nie rozumie, i doprowadzając w ten sposób do ujawnienia jakiejś ukrytej głębokiej prawdy. Ironia wcale nie musi oznaczać zgody na zakłamanie świata, wręcz przeciwnie. Może być wyrazem radykalnej niezgody na fałsz, kłamstwo, bufonadę i chytre rozgrywanie partyjek pokera w ciemno przez zachwyconych sobą królów w negliżu.

Angażuje mnie to do głębi mojego bardzo serio serca, bo jestem przekonana, że istnieje coś takiego, jak prawda. Nie jest ani obiektywna, ani relatywna. Profesor prawa i aktywista społeczny Peter Gabel w swojej książce „Desire for mutual recognition” pisze, że prawda jest tym, co łączy wnętrze z zewnętrzem, więzią społeczną. Powszechna w naszych czasach społeczna alienacja polega na odcięciu społecznego wymiaru człowieka od jego samego, wykreowanie liberalnego podmiotu jako „wolnego i niezależnego”. Tym samym odrywa się osobę od jej prawdy, gdyż prawda jest więzią i rzeczywiście traci się wówczas kompas. Każda oderwana autonomiczna monada unosi się swobodnie w próżni; liberalna społeczność to zestaw odrębnych, samostanowiących jednostek przypominających szybujące balony, z których każda musi kierować się czymś innym, niż moralny kompas (który w tej rzeczywistości nie istnieje): prawem, regulaminem, procedurą, monitoringiem. Nie znaczy to, że zasady są alienujące – Gabel podkreśla, że problem polega na zastąpieniu relacji przepisami w późnym kapitalizmie, na uczynieniu z przepisów czegoś w rodzaju relacji, tyle że z abstrakcyjnymi nakazami, nie ludźmi – a więc relacji zastępczych. Społeczną wzajemność obecności zastępuje sieć wyalienowanych ról, powiązanych zestawem racjonalnych uwarunkowań.

Wolny rynek oferuje nie tylko mechanizm dystrybucji i wymiany, ale też legitymizacji, uprawomocnienia porządku społecznego, który pozbawiony został autentycznej wzajemności. Już Karol Marks zwrócił uwagę na to, że sprzedawca i kupujący to maski przytwierdzone do aktorów społecznych, przykrywające ich społeczną alienację w kapitalizmie. I tak, jak balony, unosimy się wobec i względem siebie, zamiast istnieć w pełni w obecności Drugiego. Instytucje społeczne w późnym kapitalizmie, w tym także rodzina, stały się inkubatorami alienacji, zauważa Gabel. Tymczasem od narodzin człowiek ma potrzebę być widzianym przez Drugiego w sposób, który w pełni rozpoznaje i uznaje nasze człowieczeństwo i jednocześnie potrzebuje zaoferować Drugiemu takie właśnie uznanie jego czy jej człowieczeństwa.

Gabel jest głęboko krytyczny wobec kapitalizmu i stanu alienacji, w jaki wprawił on ludzkość, ale nie jest pesymistą. Uważa, że impuls społeczny powoli rozsadza skorupę kapitalistycznego pseudo-społeczeństwa. Widać to choćby w ruchach społecznych, które animowane są tym impulsem niczym żywiołem. Aktywizm rozmraża kapitalistyczny porządek i pali konstrukty mające zastępować więzi. Prawda objawia się w obliczu Drugiego, skomentowałby to, być może, francuski filozof Emmanuel Lévinas. Orientuje nas na niepodważalny nakaz i niezbywalną odpowiedzialność wobec drugiej osoby, przywraca więź, która jest prawdą, wskazuje na to, co jest na zewnątrz, a tym samym pozwala nam odnaleźć to, co w środku – nasze ludzkie serce.

Tak jak Dobromiła odnalazła je bez żadnego wysiłku, siedząc za stołem u Dobrosławy.

prof. Monika Kostera

Ofiara – nie sumienia, lecz wolnego rynku

Ofiara – nie sumienia, lecz wolnego rynku

Gdyby pracownik zwolniony z IKEI za zwalczanie LGBT cytatami z Biblii poprosił mnie jako związkowca o ochronę, udzieliłbym mu jej z najczystszym sumieniem, mimo zupełnie odmiennych poglądów. Biedak nie padł ofiarą żadnej poprawności politycznej ani z powodu tego, że dyskryminuje LGBT i sprzeciwia się tolerancji. Zwolniono go, bo nie wykonywał strategii marketingowej swojej firmy.

W debacie publicznej nie wspomniano słowem, że ta strategia, jak każdy inny marketing, jest cyniczna i wcale nie ma na celu promowania akceptacji osób LGBT, lecz wykorzystanie haseł budzących emocje. Byłbym ostatnim naiwniakiem, gdybym uwierzył, że korporację walczą o wolność i tolerancję, chyba że to coś na kształt wyboru pryczy w gułagu, który chcą nam stworzyć. Czy ktoś pamięta niedawną ohydną reklamę pewnej sieci sklepów AGD i jej hasło „Na protesty i strajki najlepsze są bajki”? Tak podczas strajku nauczycieli sieć zachęcała rodziców do zakupu bajek na CD dla dzieci, których nie było czym zająć podczas strajku. Nie słyszałem głosów wielkiego oburzenia, przeciwnie, dało się usłyszeć rechot i szczucie na strajkujących. Tym bardziej dziś nie uwierzę nikomu, kto będzie organizował szturm moralny za lub przeciw zwolnieniu pracownika w IKEI rzekomo za poglądy. Zwolniono go, bo „tak działa wolny rynek”.

Prztyczek w nos należy się tu wielce konserwatywnej prawicy, która z wielkim zapałem walczy o tzw. wartości, cokolwiek rozumie pod tym pojęciem. Ale równie zapalczywie, o ile nie bardziej, broni wolnego rynku i świętego prawa własności. Kochana prawico, właśnie dostajecie między oczy niewidzialną pięścią wolnego rynku, gdyż pewna korporacja uznała, że na hasłach LGBT da się zarobić i tylko jeden szary człowieczek, wierząc w puste hasła swoich przywódców, stanął na drodze korporacji, która go rozdeptała. Nie skrzywdziły go ciemne siły lewactwa, lecz korporacja, prywatna firma. Kiedy „ciemne siły lewactwa” od lat krzyczały, że trzeba wziąć korporacje za twarz, nie pozwolić, by wszystko stało się towarem, to wy staliście po jednej stronie z Balcerowiczem, broniąc jak niepodległości prawa korporacji do robienia wszystkiego, co im się podoba.

Lewica z kolei musi wziąć pod uwagę kilka rzeczy, zanim zacznie klaskać rączkami i nóżkami, że zwolniono homofoba. Przede wszystkim był on pracownikiem fizycznym i nie obchodziłoby nikogo, co ma do powiedzenia o LGBT, gdyby nie obowiązująca strategia marketingowa firmy. Tak samo jak nikogo nie obchodzi to, co my, pracownicy, myślimy o wyzysku, przywilejach bogaczy, nierówności i niesprawiedliwości. Ten pracownik nie pracował w dziale opiniotwórczym, nie był osobą publiczną jak urzędnik, nauczyciel czy dziennikarz, od których organ prowadzący wymaga określonej postawy ideologicznej. Ten pracownik był od roboty na zyski korporacji. Pies z kulawą nogą nie zwracał pewnie uwagi na to, co mówił wcześniej, aż tu nagle, zupełnym przypadkiem, wywołał moralne oburzenie. Właśnie w tygodniu LGBT.

Bez wahania zdecydowałbym się na reprezentowanie tego pracownika, nie tylko dla jego dobra, ale także dlatego, że jest to okazja, żeby obnażać obłudę, cynizm i podwójną moralność dzikiego kapitalizmu, który wszystko sprzeda – czyli oficjalną ideologię wbijaną nam do głów od 30 lat. Ten przykład świetnie ilustruje także naiwność tych, którzy podcinają gałąź, na której siedzą, bo jest to bardzo dobra lekcja rozpoznawania konfliktu interesów oraz świetna okazja do nauki rozpoznawania, czym jest interes pracowniczy i jak należy go określać.

Jarosław Niemiec

Kapitalizm i zdrowie psychiczne

Kapitalizm i zdrowie psychiczne

Na pierwszy rzut oka, choroba psychiczna wydaje się pewnym magicznym środkiem przeciwko gorzkim regułom kapitalistycznej produktywności. Trudno bowiem budować afektywne relacje ze swoim miejscem pracy, kiedy nie umie się zbudować takiej relacji nawet z samą sobą. Idąc dosyć prostym tokiem rozumowania, środowiska opieki psychiatrycznej, chcąc zadbać o inkluzywność, powinny być, przynajmniej do pewnego stopnia, antykapitalistyczne.

Nie potrafię być produktywna

Temat pogarszającego się zdrowia psychicznego Polaków powoli przebija się do mainstreamu – poza publikowanymi rokrocznie na medycznych portalach popularnonaukowych statystykami, psychiatrzy (w większości dziecięcy) zapraszani są do radia, telewizji czy na łamy poczytnych czasopism. Tłumaczą tam rodzicom – nierzadko sfrustrowanym i totalnie zdezorientowanym – że choroba ich dziecka to nie wyjątek, informując „przy okazji”, że na kompleksową opiekę nie mają co liczyć ani oni, ani osoba chora. Portale zajmujące się regularnym ocenianiem sytuacji zdrowia psychicznego w kraju bardzo często wskazują typowe problemy neoliberalizmu jako jednoznaczne przyczyny wzrostu zachorowań na depresję i stany depresyjne. Czytamy więc, że „Pogarszająca się kondycja zdrowia psychicznego nie jest tylko właściwością Polski, we wszystkich bowiem krajach europejskich obserwowany jest ten proces, choć my, niewątpliwie płacimy również koszty transformacji ustrojowej. Migracja mieszkańców wsi do miast i związane z tym bardzo trudne procesy adaptacyjne czy umowy śmieciowe przy jednoczesnym zaciąganiu kredytów to czynniki życia w permanentnym stresie. Brak poczucia bezpieczeństwa, zawodowa i pracownicza niepewność, brak ekonomicznej stabilności – wszystko to często rodzi przekonanie o bezradności i beznadziejności, wywołuje poczucie nieprzydatności zdobytego wykształcenia, posiadanych umiejętności, bezwartościowości i frustrację związaną z nietrafnością dokonywanych życiowych wyborów, obniża naszą samoocenę. Rodzi się w nas przekonanie, że na nic nie mamy wpływu, i że wszystko dzieje się niezależnie od naszych wysiłków, prowokuje apatię, tendencje do rezygnacji i izolacji”.

Nie trzeba być wybitnym lewicowym teoretykiem, żeby stwierdzić, iż promocja rygorystycznej produktywności nie jest rozwiązaniem. Byłaby nim jednak próba zdefiniowania przyczyn nowej „choroby cywilizacyjnej” jako leżących raczej na gruncie systemowego projektowania całego systemu socjoekonomicznego. Walka z depresją (będąca niewątpliwym priorytetem chorujących na nią 1,5 mln Polaków i Polek) mogłaby mieć wysoki potencjał bycia jednocześnie walką z ideologiczną warstwą neoliberalizmu w ogóle. Zakładanie jednak, że dość silnie skoncentrowana kapitalistyczna machina jest w stanie ulec rosnącej presji statystyk mówiących o 16 samobójstwach dziennie lub, o zgrozo, twierdzenie, że kapitalizm ma w głowie najlepszy interes chorych, jest ewidentnie naiwne.

Mindfullness i warsztaty przedsiębiorczości

Można zatem w dzisiejszej psychiatrii dopatrywać się nowej przestrzeni „nie-skapitalizowanej” – szkoda byłoby zarazem jednak uznać ten stan rzeczy za niezmienny, szczególnie w kontekście ideologii spod znaku „Waloryzuj wszystko”. Nie znaczy to oczywiście (wbrew teoriom spiskowym niektórych kinderanarchistów), że leki mają podprogowe zadanie stłumić trzeźwość umysłu i uczynić z niego narzędzie podatne baronom ekonomicznym. Połączenie między kapitalizmem i opieką psychiatryczną leży głównie (lub między innymi) w możliwości implementacji konkretnych rozwiązań systemowych.

Nowoczesny neoliberalizm, czyli (luźno szacując) ten po 2010 roku, zdaje się bardzo cenić swój hipsterski pazur i otoczkę positive mindset, dokonując tym samym bardzo opłacalnej manipulacji. Narzuca bowiem absurdalne standardy Pracownika Idealnego również tym, którzy z takich czy innych przyczyn pozostają wykluczeni z grona pracujących. Wszystkie nowoczesne podejścia do psychiatrii mogą jednocześnie stać w kontrze do systemu, jak i stać się apoteozą promowanych przez niego metod. Cała pozytywna otoczka towarzysząca dzisiejszym „przyjaznym” korporacjom sygnowanym znakami typu „fair trade” jest tego najbardziej oczywistym przykładem. Rosnąca popularność coachingu, warsztaty techniki mindfullness, presja na odczuwanie psychicznego komfortu w miejscu pracy, kolorowa i zachęcająca stylizacja przestrzeni, w której ta praca się odbywa, czy wreszcie ziejące z każdego instagramowego profilu z cytatami motywacyjnymi pozytywne spojrzenie na świat (i na pracę) są przykładem nowoczesnych technologii, które pozwalają na łączenie szczytnych intencji troski o komfort i zdrowie pracownika, z próbami wrzucenia go na powrót w trybiki ideologiczne, z których wypadł przez zaburzenia czy „ogólne poczucie beznadziei”.

W takiej optyce odpowiedzialność za wyłączenie się z życia społecznego i zawodowego leży zatem po stronie chorego – kapitalizm stwarza ci, przyszła pracownico, najlepsze możliwe warunki do pracy, a ty świadomie decydujesz się alienować gdzieś we własnym wynajmowanym mieszkaniu. Następuje zatem pewne przesunięcie kategorialne – ze względu na prowadzone w miejscach pracy warsztaty na przykład „akceptacji siebie i swoich słabości” rozmywa się cenne systemowe spojrzenie na pogarszającą się ogólnospołeczną kondycję zdrowia psychicznego.

Rozwiązanie

Śledząc mnożące się statystyki na temat zdrowia psychicznego Polaków bardzo łatwo natknąć się na przykładowe próby rozwiązania sytuacji, przynajmniej na poziomie czynników społecznych, gdzie „zaniedbania są tak duże, że wymagają radykalnych działań i współodpowiedzialności sektorów i podmiotów, z różnych obszarów. Konieczna jest wielodyscyplinarna organizacja ochrony zdrowia psychicznego, wykraczająca daleko poza ramy czysto medyczne i działania Ministerstwa Zdrowia. Wszystkie polityki państwa, strategie gospodarcze, ekonomiczne, społeczne, edukacyjne i kulturalne powinny uwzględniać perspektywę zdrowia psychicznego”.

Powraca tutaj częściowo nadzieja na psychiatrię, której priorytetem nie będzie poszukiwanie coraz bardziej fancy metod wzmacniania dyscypliny w miejscu pracy.

W świecie kapitalistycznym nadal warto walczyć o niezależną psychiatrię. Czy jest ona możliwa – nie wiem. Do pewnego stopnia na pewno można pogrywać sobie z mechanizmami rynkowymi oczekując zmian w społecznym postrzeganiu niezdolności do funkcjonowania w uberproduktywnym systemie. Jako osoba chora i lewicowa mam szczerą nadzieję, że istnieje moment w neoliberalnej rzeczywistości, w którym osoby niepasujące do trybików postfordystycznych modeli pracy będą w stanie zrozumieć, że nie całość problemu leży w ich neurotransmiterach, a warunki codziennej niepewności na pewno nie pomagają we wracaniu na zdrową i komfortową drogę życia codziennego. Pomoc wzajemna zamiast samodoskonalenia – brzmi słodko, może utopijnie, może nie. Oby nie.

Weronika Pazdan

Piotr Wójcik: Dwie Polski

Piotr Wójcik: Dwie Polski

Przyjęło się uważać, że Polska jest jedna. Tak się ją analizuje w debatach, tak się o niej mówi w serwisach informacyjnych, tak o niej myślą zagorzali patrioci, dla których Polska to jest, a przynajmniej powinna być, jedna wielka wspólnota. To jedno z większych przekłamań, które swobodnie funkcjonują w debacie publicznej. Niezwykle jednolita etnicznie Polska jest, nawet po fali imigracji zarobkowej do kraju nad Wisłą w ostatnich latach, poprzecina głębokimi rowami klasowymi i terytorialnymi. Efektem tego są bardzo duże różnice w standardzie i stylu życia mieszkańców różnych części kraju, różnych części miast, a także miast i wsi. Są one zazwyczaj przemilczane w wiodących mediach – z jednej strony jako niewygodne, z drugiej jako niezauważane. Celebryci medialni zamknięci w swoich bańkach towarzyskich zerkają co najwyżej na wskaźniki ekonomiczno-społeczne dla całego kraju, wywodząc z tego różne teorie, często błędne. Żeby zerknąć nieco głębiej, musieliby „wyjść ze swojej strefy komfortu”, a to przecież sprawdza się tylko w spotkaniach kołczingowych, ewentualnie w indywidualnych karierach zawodowych i gierkach towarzyskich. Kształtować swój światopogląd lepiej w sposób bezpieczny, nie wychodząc poza utarte ścieżki, żeby przypadkiem nie doznać jakiegoś nieprzyjemnego dysonansu poznawczego.

Bułgaria i Dania w jednym kraju

Nawet najbardziej prymitywny wskaźniki dobrobytu, jakim jest PKB na głowę, ale w skali regionalnej, pokazuje, że podmiot o nazwie „Polska” to co najmniej dwa odrębne byty. Istniejące formalnie w jednych granicach, występujące obok siebie, ale mające przynajmniej tyle samo różnic, co podobieństw. Polska jako całość osiągnęła poziom rozwoju około 70 procent średniej unijnej. Problem w tym, że aż pięć polskich województw nie osiągnęło nawet połowy średniej unijnej, a kolejne cztery przekroczyły ją o kilka punktów procentowych. Przykładowo województwo lubelskie osiągnęło poziom rozwoju równy 47 procentom średniej UE, a więc jest mniej rozwinięte niż Bułgaria, najbiedniejszy kraj UE. Mniej więcej na poziomie Bułgarii znajdują się województwa podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie oraz warmińsko-mazurskie. Za to województwa dolnośląskie oraz wielkopolskie są już mniej więcej na poziomie Portugalii, a Mazowsze jako całość jest o 5 pkt. proc. zamożniejsze od Francji. Oczywiście dla województwa mazowieckiego wskaźnik ten zawyża Warszawa, która samodzielnie osiągnęła poziom rozwoju ok. 140 proc. średniej UE (dwukrotnie wyższy niż całego kraju). Gdyby Warszawa była odrębnym krajem, a są przecież w UE państwa o podobnej liczebności, byłaby zamożniejsza od Holandii, Niemiec czy Danii.

Oczywiście w Niemczech, Danii czy Holandii również są obszary biedniejsze, zaniżające wskaźnik PKB dla całego kraju. Gdybyśmy porównali Warszawę z samą Kopenhagą, Amsterdamem czy Monachium (bo już nie z Berlinem, od którego „nasza” stolica jest zamożniejsza, przynajmniej według parytetu siły nabywczej), to miasta te okazałyby się zdecydowanie bogatsze. Nie zmienia to faktu, że tak wielkiego rozziewu między poziomem rozwoju stolicy a resztą kraju nie ma nigdzie indziej w UE, poza Słowacją i Rumunią.

Od dobrobytu po biedę

GUS opublikował niedawno raport „Regionalne zróżnicowanie jakości życia w 2018 r.”. W niektórych obszarach różnice regionalne są jeszcze bardziej drastyczne – na przykład w zakresie sytuacji dochodowej gospodarstw domowych. W województwie mazowieckim 27 proc. gospodarstw domowych zakwalifikowanych jest do grupy wysokich dochodów, a 9 proc. do grupy relatywnego ubóstwa. W dolnośląskim 20 proc. gospodarstw domowych ma wysokie dochody, a 10 proc. jest dotkniętych ubóstwem relatywnym. W pomorskim to odpowiednio 18 proc. i 11 proc. Tymczasem na tak zwanej ścianie wschodniej sytuacja jest idealnie odwrotna. W województwie lubelskim sytuacja dochodowa 26 proc. gospodarstw domowych kwalifikuje je do grupy ubóstwa relatywnego, a zaledwie 7 proc. do grupy o wysokich dochodach. W podkarpackim 19 proc. rodzin dotyka ubóstwo relatywne, a wysokimi dochodami może się pochwalić jedynie 8 proc. rodzin. W podlaskim to odpowiednio 18 proc. i 9 proc.

Różnice w sytuacji materialnej potwierdzają także dane subiektywne z wspomnianego opracowania, czyli poziom zadowolenia z zarobków. W województwie łódzkim ze swoich dochodów zadowolonych było jedynie 33 proc. mieszkańców, a w podkarpackim, lubelskim i podlaskim 36 proc. Tymczasem w dolnośląskim 48 proc., pomorskim 47 proc., a w śląskim 46 proc.

Bardzo duże różnice w poszczególnych regionach występują także na rynku pracy. W III kwartale 2018 roku stopa bezrobocia liczona według metody BAEL wyniosła w Polsce 3,8 proc. Jednak już na poziomie województw różnice były nawet kilkukrotne. W województwie wielkopolskim wyniosło ono zaledwie 1,5 proc., a więc jak w czasach tak zwanego złotego wieku kapitalizmu po II wojnie światowej. Również w małopolskim (2,5 proc.) oraz opolskim (2,6 proc.) było ono na poziomie bezrobocia naturalnego. Jednak już w województwie podkarpackim (6,5 proc.) oraz lubelskim (6,4 proc.) było ono na poziomie odczuwalnego problemu. W tych województwach stopa bezrobocia była ponad czterokrotnie wyższa niż w Wielkopolsce.

Duże różnice w stopie bezrobocia widać także między miastem a wsią. W prawie każdej grupie wiekowej stopa bezrobocia na wsi jest przynajmniej o kilka punktów procentowych wyższa. W najmłodszej grupie wiekowej w miastach bezrobotni stanowią nieco ponad 20 procent, za to na wsi niemal 35 procent. W województwach podkarpackim, świętokrzyskim oraz lubelskim ponad 25 procent świeżo upieczonych absolwentów ma problemy ze znalezieniem pracy, tymczasem w wielkopolskim i śląskim mniej niż 15 procent.

Trzy lata robią różnicę

Oczywiście ta przepaść między poszczególnymi regionami Polski w poziomie rozwoju i w sytuacji gospodarczej przekłada się na standard życia i wskaźniki społeczne. Widać to chociażby po przeciętnej długości życia, która zależnie od regionu Polski różni się nawet o kilka lat. Przykładowo mężczyźni w województwie łódzkim żyją przeciętnie 71,9 lata, a w warmińsko-mazurskim 73 lata. Tymczasem w małopolskim 75,4 lat, a więc 3,5 roku dłużej niż w łódzkim. W województwie pomorskim mężczyźni żyją przeciętnie trzy lata dłużej niż w łódzkim i dwa lata dłużej niż w warmińsko-mazurskim. Trzy lata to może się wydawać niedużo, ale to różnica taka, jak między Polską a Wielką Brytanią albo Danią.

Także poziom patologii społecznych w poszczególnych województwach bywa diametralnie różny. Zwolennicy ekonomii liberalnej zwykle twierdzą, że patologie społeczne są powodem złej sytuacji materialnej, prawda jest jednak zupełnie inna. To zła sytuacja materialna wpływa na ekspansję patologii społecznych. Ludzie bez większych perspektyw życiowych próbują ratować samopoczucie używkami, najczęściej alkoholem, co oczywiście często jeszcze bardziej ich pogrąża, ale to zła sytuacja materialna jest pierwsza, a nie szczególna skłonność do nałogów wśród ubogich. Nic więc dziwnego, że w zakresie osób zarejestrowanych w poradniach dla osób z zaburzeniami na tle alkoholowym przodują województwa mniej rozwinięte. W województwie małopolskim w poradniach zarejestrowanych są 352 osoby z problemami alkoholowymi na 100 tys. mieszkańców, a w pomorskim zaledwie 228 osób. Tymczasem w podlaskim aż 548 osób, w warmińsko-mazurskim 507 osoby, a w łódzkim 502.

Na Mazurach nie postudiujesz

Olbrzymie różnice widać także w poziomie wykształcenia, szczególnie pod względem wykształcenia wyższego, co pokazuje wskaźnik skolaryzacji dla szkolnictwa wyższego. W Małopolsce studiuje aż 53 procent osób w wieku studenckim, na Mazowszu 48 proc., a w Wielkopolsce 42 procent. Tymczasem na Warmii i Mazurach zaledwie 19,5 proc., na Podkarpaciu 23 procent, a w województwie świętokrzyskim 21 procent. Te czasem ponad dwukrotne różnice to prawdziwa przepaść. W Polsce różnice w wykształceniu wynikają nie tylko z miejsca zamieszkania, ale przede wszystkim z wykształcenia rodziców. A te także są bardzo duże między poszczególnymi województwami. Na Pomorzu aż 9 procent rodziców respondentów miało wyższe wykształcenie w momencie, gdy pytany miał 14 lat, a w Zachodniopomorskim 8 procent. Tymczasem na Warmii i Mazurach rodziców z wyższym wykształceniem miało zaledwie nieco ponad 3 procent pytanych, a w świętokrzyskim niecałe 5 procent.

Polska jest krajem o niezwykle dużych różnicach regionalnych. Rozpatrywanie sytuacji ekonomiczno-społecznej w Polsce jako całości prowadzi do wielu mylnych wniosków, które jednak bywają bardzo wygodne dla tych, którzy je wysuwają. Polsce potrzeba jak najszybciej polityki regionalnej z prawdziwego zdarzenia, która zasypie olbrzymie różnice w rozwoju między naszym rodzimym centrum a peryferiami. Polityka ta musi uwzględniać zarówno deglomerację, jak i ekspansję usług publicznych na prowincji, szczególnie komunikacyjnych, ale nie tylko (także w sferze służby zdrowia czy edukacji). Deklaratywnie wydaje się tym zainteresowany Robert Biedroń, tylko że deglomeracji w swoim programie na stronie Wiosny poświęcił jeden akapit, a komunikacji publicznej dwa. Tymczasem świeckiemu państwu pięć akapitów, a nowoczesnej przedsiębiorczości aż osiem. Widać więc, jakim problemom rzeczywiście nadaje wiodącą rangę. Najprawdopodobniej mieszkańcy polskiej prowincji będą jeszcze czekać lata, aż ktoś się nią zajmie naprawdę poważnie.

Piotr Wójcik

Kto chce zniszczyć dialog społeczny?

Kto chce zniszczyć dialog społeczny?

W mediach pojawiła się informacja, dość bezkrytycznie przyjmowana, o pomyśle okrągłego stołu w sprawie oświaty. Jest to pomysł szkodliwy, perfidny i podważający sens Komisji Trójstronnej i całego dialogu społecznego. Strajk nauczycieli, jakkolwiek go oceniać, jest sporem zbiorowym o płace, a więc typową procedurą opisaną w prawie o sporach zbiorowych. Tymczasem proponuje się, żeby w ów spór zaangażować jakieś inne strony. Jakie to inne strony poza pracownikiem, zatrudniającym i stroną rządową występują w sporze zbiorowym? Żadne, ale strona rządowa, ta sama, która obiecała odbudowanie dialogu społecznego, proponuje udział rodziców, co już zakrawa na działanie destrukcyjne i manipulacyjne.

Z pozoru niewinny pomysł nosi w sobie znamiona działań antydemokratycznych i antyzwiązkowych. Jeśli związki zawodowe nie podniosą larum, łącznie z „Solidarnością”, to po raz kolejny zostaną zmarginalizowane i osłabione.

Dlaczego należy takie pomysły tępić siarką i żelazem? Po pierwsze należy sobie odpowiedzieć, kim są przedstawiciele rodziców, kto ich wybrał i upoważnił do reprezentowania milionów rodziców w Polsce. Czy pani Elbanowska ma taki mandat, czy ktokolwiek, kto przyjedzie na obrady „okrągłego stołu” jako „przedstawiciel rodziców”, wygrał jakieś wybory? Parę milionów rodziców nie zmieści się nawet na Stadionie Narodowym. Jak więc traktować to „przedstawicielstwo”? Wychodzi na to, że jako dywersję na tyłach.

Rząd został wybrany w wyborach powszechnych, reprezentacja związkowa również jest wybierana spośród związkowców, „przedstawicielstwo rodziców” nie. Jeśli ktoś chce poważnie zrobić taki „okrągły stół”, powinien zorganizować wybory wśród członków szkolnych rad rodzicielskich od szczebla gminy aż po województwa i wtedy można rozmawiać, ale nie o nauczycielskich płacach, lecz o systemie oświaty. Rozmowy o płacach to rozmowy między stronami stosunku pracy z udziałem odpowiednich organów państwa do tego upoważnionych i nikim innym. Tymczasem niejaki Janusz Mikke, któremu przewodniczący Piotr Duda zapowiedział obicie twarzy (i słusznie) za nawoływanie do strzelania do związkowców, zasiada do rozmów o płacach nauczycieli. Jest to ośmieszenie idei dialogu społecznego.

Drugą, obok destrukcji zasad dialogu społecznego, wadą pomysłu „okrągłego stołu” jest jego dywersyjny charakter. Wystarczy sobie wyobrazić, że w negocjacjach płacowych między kolejarzami a rządem wezmą udział pasażerowie, często niezadowoleni z usług kolei i zaczną mówić, że podwyżki się nie należą, bo kolej źle działa. W sporze zbiorowym pielęgniarek dopuścimy do głosu pacjentów, w sprawach płacowych pracowników handlu – klientów sklepów itd. I z góry wiadomo, że będą to ludzie niezadowoleni, którzy wezmą odwet za swoje niezadowolenie za pomocą zwalczania żądań płacowych pracowników branży niespełniającej ich wymagań.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: stroną do negocjacji i kierowania roszczeń uczniów i ich rodziców są organy prowadzące placówki edukacyjne – od gmin aż po władze centralne – a nie związki zawodowe pracowników oświaty, bo te nie są od organizacji systemu edukacji, lecz od ochrony praw pracowników. I tak samo w innych branżach. Wpychanie konsumentów w negocjacje płacowe wygląda mniej więcej tak: instytucja lub organ jest stroną stosunku pracy wobec swoich pracowników oraz stroną w stosunku do konsumentów czy usługobiorców, są to dwa zupełnie osobne stosunki prawne. Taka instytucja musi negocjować i z jedną, i z drugą stroną, a jeśli ktoś wpada na pomysł, żeby dwie strony, wobec których ma jakieś osobne zobowiązania, posadzić przy stole i kazać im się dogadywać między sobą, to mówi „wy się teraz bijcie między sobą a ja umywam ręce”. „Divide et impera” – brzmi znajomo.

Dialog społeczny, komisja trójstronna, związki zawodowe – wszystkie te instrumenty i procedury, które trzeba wypracowywać w mozole, żeby pracownicy mogli wyrażać swoje interesy i dążenia, mogą zostać bardzo szybko zdemolowane takimi „okrągłymi stołami” zanim jeszcze zaczną na dobre funkcjonować.

Jarosław Niemiec

Prof. Monika Kostera: Postprawda = kłamstwo + władza

Prof. Monika Kostera: Postprawda = kłamstwo + władza

W pewnej firmie podczas zebrania dyskutowano sprawę nagród dla zasłużonych pracowników. Na liście znalazł się między innymi ceniony i szanowany nie tylko przez współpracowników, ale w całej branży, starszy wiekiem i stażem dyrektor Siemisław, na tym zebraniu nieobecny. W pewnym momencie zabrał głos młody, zdolny, robiący piorunującą karierę Mściwój i oświadczył, że bardzo popiera wniosek, bo należy dowartościowywać starszych pracowników, jednak dodał, że z tego Siemisława to zawadiaka, mimo poważnego wieku. Mściwój puścił oko do sali i zaśmiał się: „całkiem niezły z niego dziwkarz”. Koniec końców, sprawa nagród została przesunięta na następne zebranie, i jakoś zapomniano o Siemisławie. Za to fama poszła w Polskę i tak się złożyło, że Siemisław odtąd był rzadziej zapraszany przez różne ważne gremia. Jak się wyraziła przerażona tym wszystkim administratorka Unisława, jego akcje spadły. Znała dobrze Mściwoja, przypominała ludziom, jaki on jest, zadawała pytania, ale nikt jej nie słuchał. Za to Mściwój kontynuował swój nieodparty ciąg w górę i, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, nadal to czyni, obecnie już na poziomie europejskiego zarządu grupy. Konkurencja została pokonana, kariera wygrana. Wstrętne to, ale bywa.

Powstaje jednak pytanie: czemu ludzie uwierzyli Mściwojowi. Czemu wierzy się Mściwojom, a nie Unisławom – słucha się możnych, potężnych, silnych, lecz nie tych pozbawionych władzy? Siemisław kompletnie nie pasował do przypiętej mu gęby – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i jemu także można sporo zarzucić, ale raczej bardziej z przeciwnego bieguna: pewną kostyczność, bezkompromisowość, nie zaś lubieżność i rozpustę. A jednak wieść o tym, że jest dziwkarzem, rozniosła się błyskawicznie po całej Polsce. Co więcej, ścisłe grono władzy, wspierające Mścisława, jego potężny „network”, to osoby śpiące ze sobą wzdłuż i w poprzek, w przeróżnych konfiguracjach, żonaci czy mężate, dzieciaci lub nie, nie odmawiają sobie żadnej łóżkowej radości, jaką tylko umieją schwytać. To wszystko nie jest jakąś wyjątkową historią, takich opowieści wszyscy znamy mnóstwo i możemy sypać nimi jak z rękawa na imprezach i towarzyskich spotkaniach (zbieram, notuję, przerabiam i używam). Co jest nie tak? Co to za postprawda nas opanowała i czemu zdaje się ostatnimi czasy osiągać tak epickie proporcje?

Zanim sięgniemy po wielkie polaryzujące narracje takich wydarzeń, które od czasu do czasu wstrząsają naszym światem, narracje takie jak wyjaśnienia narodowe i kulturowe („nie będzie w Polsce cywilizacji, bo Polacy są ciemni”), ideologiczne („przemocy w Kościele winna jest religia”) czy oświeceniowe („mit uniwersytetu umożliwia mobbing”), zerknijmy najpierw na pierwsze zdanie tego felietonu. Rzecz nie dzieje się w jednym z tych kontekstów obcych postępowcom, lecz w naszym codziennym życiu, w naszych korporacjach, urzędach, zwykłych miejscach pracy, a także w instytucjach kościelnych, państwowych i uniwersyteckich. Sytuacje tego rodzaju miały miejsce zapewne zawsze, ale nie były aż tak znormalizowane, aż tak prosto w twarz na bezczela, jak ostatnio. A więc co się właściwie z nami dzieje?

Jak pisałam w moich poprzednich felietonach, uważam, że to nie z obniżenia jakości naszego człowieczeństwa wywodzić należy problemy współczesności. Jedną z przyczyn tych problemów jest brak struktur odpowiednich do ogarnięcia ogromnej złożoności, jaka te czasy charakteryzuje. Jak piszą dwaj uczeni zajmujący się zarządzaniem, Brytyjczyk Peter Bloom i Australijczyk Carl Rhodes w swojej opublikowanej w tym roku książce „CEO Society” (niedługo ukaże się polskie tłumaczenie), idolami współczesności zostali wielcy megaszefowie, arcybogaci członkowie elity, tego jednego procenta ludności naszej planety, który przejmuje stopniowo własność coraz większej części jej dóbr (w momencie pisania tego tekstu jest to około 45% globalnych zasobów).

Czyż to nie zastanawiające? Pokolenie moich dziadków czciło gwiazdy srebrnego ekranu – młoda dziewczyna z niewielkiego miasteczka Lipno, Apolonia Chałupiec, mogła stać się sławną na całym świecie Polą Negri, biedna Freda McDonald, pochodzącej z czarnej rodziny z St. Louis, została supergwiazdą i bohaterką Josephiną Baker. Pokolenie moich rodziców też oglądało filmy, ale fascynowali ich wielcy reżyserowie, też nie zawsze wywodzący się z bogatych środowisk. Ingmar Bergman był synem luterańskiego księdza, a Federico Fellini urodził się w niewielkim włoskim mieście. Moje szeroko pojęte pokolenie wielbiło muzyków rocka, wśród których były dzieci klasy robotniczej, takie jak John Lennon. Przede wszystkim ceniliśmy ich wszystkich za coś: za blask, za charyzmę, za to, że przechadzali się ramię w ramię z Muzami. Naśladowaliśmy ich, a nawet jeśli nie wszyscy stawaliśmy się drugim Rudolfem Valentino, to ich przykład wyzwalał blask, uruchamiał wyobraźnię, elektryzował marzenia. Dzisiaj, piszą Bloom i Rhodes, mamy zamiast tego wielkich prezesów, słynnych z tego, że są bogaci i mają władzę – i z tego powodu zasługujących na nasze uwielbienie i świecących wzorem (oraz, dodam za Wiesławem Godzicem, celebrytów znanych z tego, że są znani, czyli postaci oferujące sen o loterii – „może nie mam ani pieniędzy, ani talentu, ale machina sławy może mnie wylosować”). Tyle że ten wzór nie tylko nie prowadzi na Helikon, ale z wielkim trudem nadaje się do naśladowania.

Aby piąć się w górę społecznej hierarchii w tych warunkach, potrzebna jest, oprócz gigantycznej fortuny na wejściu, także bezwzględność i brak impulsów wstrzymujących pęd w górę, takich jak współczucie, wahanie, namysł. Nic dziwnego, że ci, którym udaje się trudna sztuka kariery w tych czasach, to szczególnie często socjopaci lub osoby, które w jakimś momencie, np. pod wpływem kursów lub naśladując ludzi sukcesu, zaczęły działać jak socjopaci. Te postaci są „artykułami zastępczymi” budowniczych mostów między rolami społecznymi. Zapewniają łączność między nimi nie przez misterne budownictwo, ale przez redukcję, odcinanie tego, co dzieli – czyli niemal wszystkiego. Zostają naga władza i przemoc. Na ogół robią to z wielkim uśmiechem – ale proszę kiedyś popatrzeć na oczy uśmiechających się w ten sposób. Ten uśmiech jest środkiem znieczulającym.

Do tego dochodzi coraz większa możliwość działania poza odpowiedzialnością, im bardziej jest się na górze. W swojej najnowszej książce pod tytułem „Monitored”, Peter Bloom diagnozuje współczesne społeczeństwo cyfrowej kontroli. Wszyscy jesteśmy stale obiektami monitoringu ze strony pracodawcy, bo kamery działają w coraz większej ilości miejsc pracy, a do tego dochodzi coraz bardziej misterny system elektronicznej kontroli, wszechobecne pomiary wydajności, parametry decydujące o awansie i zwykłym przetrwaniu na stanowisku pracy. Przyzwyczailiśmy się już do ciągłego nadzoru w naszych miastach, w budynkach mieszkaniowych, na dworcach. Coraz bardziej rozpowszechnione są praktyki samo-monitoringu, pomiary pulsu, kroków, ilości snu, składu krwi i niebiosa wiedzą czego jeszcze. Wszyscy jesteśmy stale pod ścisłą kontrolą. Wszyscy – z wyjątkiem pozycji władzy.

Im wyżej w społecznej hierarchii, tym bardziej osoba zajmująca pozycję staje się niewidoczna i tym bardziej niekontrolowalne są jej działania, decyzje, w tym także (zwłaszcza?) te mające konsekwencje dla innych ludzi. W najlepszym razie te działania są indywidualizowane i opowiadane z poziomu jednostkowego czy organizacyjnego. Szef znęca się nad pracownikiem? To konflikt między nimi. Inwestor rozbija konkurencyjną firmę, którą przejął? To dbałość o równowagę między własnymi markami. Molestowanie? Cóż, szef jest zmęczony, ma tyle na głowie, a ona jest młoda i chciała awansować. Ale nikt nie rozlicza władzy z tego, co obiecuje, jakie społeczne konsekwencje mają jej działania, dokąd płyną pieniądze. Zdarzają się większe przecieki lub epizodyczne skandale, ale one trwają chwilę i zaraz ich nie ma. A szczegółowy pomiar czasu pracy i oznak życia pracownika Amazona jest stały i pewny jak grawitacja.

Co robić? Peter Bloom podpowiada: skierujmy kamery w górę, skierujmy całą moc technologii na szefów, na prezesów, na wszelkie role związane z władzą, zróbmy im „powerveillance”, władzonitoring. Technologia, jak przypomina Bloom, nie determinuje swojego wykorzystania. Cele i sposoby użycia technologii wyznaczają struktury władzy i, ewentualnie, oporu. „Postprawda” i „fejk niusy” nie zakończą się wtedy, gdy zaczniemy wszystko dokładnie sprawdzać. To zajmuje zbyt wiele czasu i nie ma zasięgu tak wielkiego, jak mają same te zjawiska, a więc nie umniejsza to zbytnio mocy ich oddziaływania. Nie, one przestaną być tak bardzo groźne i zmaleją z powrotem do rozmiarów zwykłych kłamstw i dziennikarskich kaczek, gdy pozbawi się je mocy władzy i jednocześnie przeciwstawi społecznym wizjom lepszego świata i łączącego nas sensu.

Wystarczy skierować kamery do góry – reflektor na władzę! Niech skończą się rozdania pod stołem. Niech opadną zasłony, za którymi panuje pełna swoboda robienia czegokolwiek. To zagna socjopatów z powrotem do domów, albo, jeszcze lepiej – na kursy empatii, sztuki, kultury, bo jestem przekonana, że większość z nich w dobrych warunkach dałoby się zarazić pasją, choćby elementarnym współczuciem i radością życia. Wypalenie przestanie być najczęstszą jednostką chorobową szefa, ceną za przywilej pozostawania pod ochroną. Wówczas budowniczowie mostów między różnymi rolami społecznymi odbiorą swoją robotę socjopatom. Świat rodem z kursów o liderszipach nie jest ani konieczny ani możliwy na dłuższą metę, jego porządek trzeba utrzymywać środkami, które są jak roundup – skuteczne, ale śmiertelne.

Kiedyś dogadamy się ze sobą. Nie musimy wszyscy mieć takich samych poglądów. Nie na „takosamości” buduje się złożone systemy społeczne. Zaczniemy je budować na skomplikowanych, niełatwych, niebanalnych, troszkę pokracznych, nadmiarowych i barokowych połączeniach między tym, co nas różni, między tym, czego się nauczyliśmy w czasie, gdy sypały się struktury i każda, każdy z nas wyrośliśmy troszkę dziko, jak nieprzycinane drzewa. Na tych więziach zbudujemy nowe struktury, barok absolutny, same esy floresy. Naszym pierwszym podręcznikiem do zarządzania będzie tekst napisany przez kogoś, kto będzie pisał go płacząc, śmiejąc się, marząc, jedząc na przemian kebab i pierogi i pijąc piwo z malinami. Szkoda, że nie lubię kebabów ani piwa z malinami, chciałabym taki tekst napisać.

prof. Monika Kostera

Karol Trammer: Kolej minus, autobus minus

Karol Trammer: Kolej minus, autobus minus

Jak minister infrastruktury Andrzej Adamczyk udaje, że uzdrawia transport publiczny.

Ogłoszony w październiku 2018 r. przez premiera Mateusza Morawieckiego i ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka program Kolej Plus tak naprawdę wciąż nie istnieje. Jedynym miejscem, gdzie program został opublikowany – a raczej jego krótki opis – jest strona internetowa Ministerstwa Infrastruktury. Tymczasem programy wieloletnie ustanawia się w drodze uchwały rady ministrów lub ustawy przyjmowanej przez sejm.

Program, którego wciąż nie ma

Na warszawskim Kongresie Rozwoju Kolei zorganizowanym przez Grupę PKP w styczniu 2019 r. – gdy od rzekomego ogłoszenia programu Kolej Plus minęły już trzy miesiące – minister Andrzej Adamczyk zapewnił, że trwają prace nad stosownymi przepisami: „Przygotowywany jest projekt ustawy o programie Kolej Plus, który niebawem trafi do konsultacji społecznych”.

W kwietniu 2019 r. dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” zapytał w Ministerstwie Infrastruktury, kiedy zapowiadany projekt ustawy ujrzy światło dzienne. – „Obecnie trwają prace nad programem Kolej Plus. Przyjęcie i wdrożenie tego programu musi być poprzedzone uzgodnieniem z zainteresowanymi resortami i podmiotami” – odpowiedział rzecznik resortu Szymon Huptyś. – „Wprowadzenie programu związane jest z koniecznością przeprowadzenia niezbędnych zmian w prawie”.

Program Kolej Plus miał być instrumentem zapewniającym rządowe dofinansowanie dla samorządów zainteresowanych reaktywacją zamkniętych linii kolejowych.

Absolutna zmiana

Nim rząd uporał się z programem przywracania połączeń kolejowych, wziął się za kolejny temat. Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas konwencji odbywającej się 23 lutego 2019 r. zapowiedział bowiem odbudowę komunikacji autobusowej: „W ciągu ostatnich kilkunastu lat połączenia autobusowe, to jest głównie PKS, zostały zredukowane o połowę: z prawie miliarda przejechanych kilometrów do niespełna pół miliarda. Przywrócimy ten miliard”.

Już w pierwszych dniach marca 2019 r. minister Andrzej Adamczyk przedstawił plan działań, zakładający ekspresowe tempo prac nad nowymi przepisami: w marcu ogłoszenie projektu ustawy i przeprowadzenie konsultacji, w kwietniu zatwierdzenie projektu przez radę ministrów, przekazanie go do sejmu i przyjęcie przez posłów, a w maju podpis prezydenta i wejście przepisów w życie. – „Przygotowujemy projekt absolutnej zmiany. Jestem przekonany, że damy radę” – mówił 5 marca 2019 r. Adamczyk podczas konferencji prasowej w kancelarii premiera. Tego samego dnia szef rządu Mateusz Morawiecki zapewnił na antenie radiowej Jedynki, że także on traktuje sprawę priorytetowo: „Ten problem chcemy zaadresować bardzo szybko”.

Ekspres ugrzązł

Rzeczywiście, już 11 marca 2019 r. zaprezentowany został projekt ustawy o funduszu rozwoju przewozów autobusowych o charakterze użyteczności publicznej, zakładający przekazywanie samorządom dofinansowania z budżetu państwa na realizację przewozów autobusowych.

Kilka dni przed upublicznieniem projektu ustawy niespodziewanie do dymisji podał się wiceminister Marek Chodkiewicz, który w resorcie infrastruktury odpowiadał za opracowanie tego aktu prawnego. Wywołane przez to zamieszanie oraz ekspresowe tempo tworzenia projektu odbiło się na jego jakości: na przykład w pierwszych zapisach określających kryteria podziału pieniędzy między samorządy pomylono pracę eksploatacyjną (suma kilometrów przejeżdżanych przez autobusy) z pracą przewozową (suma kilometrów pokonywanych przez pasażerów).

3 kwietnia 2019 r. minister Andrzej Adamczyk przekazał projekt ustawy do stałego komitetu rady ministrów. Już następnego dnia projekt był omawiany na posiedzeniu komitetu – wówczas pojawiły się jednak uwagi przedstawicieli Ministerstwa Finansów, Rządowego Centrum Legislacji i Centrum Analiz Strategicznych. W związku z tym Ministerstwo Infrastruktury musiało przygotować kolejną wersję – zmodyfikowany projekt trafił do komitetu stałego rady ministrów 8 kwietnia 2019 r. I na tygodnie ugrzązł w kancelarii premiera.

Fake news z kancelarii sejmu

3 kwietnia 2019 r. marszałek sejmu Marek Kuchciński rozsyłając posłom zawiadomienie o zwołaniu obrad sejmu, informował, że w ramach kwietniowego posiedzenia przewidywane są prace nad ustawą o funduszu rozwoju przewozów autobusowych.

Rada ministrów nie zdołała jednak przekazać projektu ustawy do sejmu na posiedzenie rozpoczynające się 11 kwietnia 2019 r. W tym momencie punkt dotyczący prac nad ustawą o funduszu rozwoju przewozów autobusowych zniknął więc z porządku obrad. Mimo to strona internetowa sejmu, jak gdyby nigdy nic, najpierw 11 kwietnia 2019 r. informowała, że „w planach też między innymi prace nad przywróceniem połączeń autobusowych dla mieszkańców Polski lokalnej”, a następnie 24 kwietnia 2019 r. donosiła, iż „posłowie będą kontynuować prace nad przywróceniem połączeń autobusowych dla mieszkańców Polski lokalnej”.

Obydwie informacje stanowiły fake news kancelarii sejmu: albowiem aż do 26 kwietnia 2019 r. – czyli do ostatniego dnia kwietniowego posiedzenia sejmu – projekt ustawy nie tylko nie dotarł do parlamentu, ale nawet nie został przyjęty przez radę ministrów. Udało się to zrobić dopiero 7 maja 2019 r.

1,5 miliarda, czyli 300 milionów

Wraz z wydłużającymi się pracami rządu nad ustawą o funduszu rozwoju przewozów autobusowych zmniejszała się kwota planowanego wsparcia dla samorządów.

W projekcie ustawy w wersji z 3 kwietnia 2019 r. zapisano, że począwszy od 2019 r. rządowe dofinansowanie do połączeń autobusowych wyniesie 800 mln zł rocznie. W kolejnej wersji z 8 kwietnia 2019 r. pojawił się nowy zapis mówiący, że w bieżącym roku między do podziału między samorządy będzie 400 mln zł. W wersji przesłanej do sejmu 7 maja 2019 r. znalazła się kwota wynosząca już tylko 300 mln zł (kwota w wysokości 800 mln zł ma być rozdzielana między samorządy dopiero w kolejnych latach).

Według pierwszych zapowiedzi, samorządy miały otrzymywać z budżetu państwa 1,5 mld zł. W ciągu nieco ponad miesiąca planowana na ten rok rządowa dotacja na połączenia autobusowe zmniejszyła się więc pięciokrotnie. Wytłumaczenie przedstawicieli rządu jest rozbrajająco logiczne: skoro prace nad ustawą przedłużają się, to szanse na wydanie 800 mln zł do końca 2019 r. malały z każdym dniem przedłużających się prac nad ustawą.

Ustawa o funduszu rozwoju przewozów autobusowych – jeśli wejdzie w życie w kształcie zaproponowanym przez rząd – raczej nie przyniesie renesansu połączeń autobusowych na terenach wiejskich i w mniejszych miastach.

Z funduszu mają być dotowane tylko te linie, które obecnie nie funkcjonują. Oznacza to, że nie będzie możliwości dofinansowania celem rozszerzenia istniejącej oferty przewoźników autobusowych o dodatkowe kursy (np. późnym popołudniem, wieczorem lub w weekendy). To oznacza też, że nie będzie możliwości dofinansowania nierentownych linii, które działają, ale zagrożone są likwidacją. Umowy na dofinansowanie mają być przyznawane na zaledwie roczne okresy – grozi to brakiem stabilności oferty. Na wnikliwą analizę rządowego projektu ustawy w sejmie i poprawienie powyższych zapisów przez posłów raczej nie ma co liczyć. Priorytetem jest bowiem szybkie uchwalenie ustawy, tak żeby można było tym pochwalić się jeszcze przed odbywającymi się 26 maja 2019 r. wyborami do europarlamentu.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/101 maj-czerwiec 2019)
www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Remigiusz Okraska.

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Zgodnie z projektem Rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego Park ma utracić około 5 ha swojej powierzchni [1]. Następnie teren ten ma być na nieznanych jeszcze warunkach przekazany zakonowi Oblatów. Te 5 ha to ziemia w sercu ŚPN, na której znajduje się słynny klasztor na Świętym Krzyżu. Zakonnicy od lat czynią o to starania, ale dopiero teraz pojawiła się dogodna polityczna konfiguracja.

Między Uralem a Karpatami, między Skandynawią a Krymem

Świętokrzyski Park Narodowy został powołany w 1950 roku [2], ale pierwszy rezerwat na Łyścu (Świętym Krzyżu) powołano już w 1924 roku [3]. Park powstał dla ochrony cennych, zbliżonych do naturalnych drzewostanów jodłowych, tworzących endemiczny dla Polski wyżynny bór jodłowy, zwany świętokrzyskim [4]. Drugim wyjątkowym walorem przyrodniczym są słynne gołoborza. Stwierdzono tu także inne cenne zbiorowiska roślinne, chronione i zagrożone gatunki grzybów, roślin i zwierząt.

Unikatowy charakter parku to mroczne i chłodne bory jodłowe w szczytowych partiach Gór Świętokrzyskich z gołoborzami, śródleśne mokradła i naturalne cieki leśne, łąki w otoczeniu charakterystycznych pasiaków pól, ale też drzewostany bukowe i modrzewiowe oraz grądy i dąbrowy. Opisano stąd wiele endemicznych gatunków fauny kopalnej (w tym dinozaurów), ale także m.in. gatunki ślimaków i pająków. Granice ŚPN pokrywają się częściowo z granicami siedliskowego obszaru Natura 2000 Łysogóry. Przedmiotami ochrony obszaru jest kilka rodzajów siedlisk oraz ponad trzydzieści gatunków roślin i zwierząt wymienionych w tzw. Dyrektywie Siedliskowej i Ptasiej. Ponad 90% powierzchni obszaru to lasy, w tym głównie świętokrzyski bór jodłowy. Stwierdzono tu co najmniej 4000 gatunków bezkręgowców, z czego wiele to unikatowe reliktowe gatunki puszczańskie związane z naturalnymi i pierwotnymi lasami.

Całość położona jest w najwyższych partiach Gór Świętokrzyskich, które są jednymi z najstarszych formacji górskich w Europie. Mimo że są bardzo niskie, to pomiędzy Uralem a Karpatami i między Skandynawią a Krymem nie ma nic wyższego.

Świętokrzyska Ślęża i Częstochowa w jednym

Dzięki niezwykłej przyrodzie Gór Świętokrzyskich oraz ich izolacji od wpływów tworzył się tu od wieków specyficzny klimat kulturowy, a życie duchowe w związku z dziką i mroczną przyrodą mogło rozwijać specyficzne formy. Ciągle żywe są tu lokalne legendy, rytuały i stroje oraz potrawy i architektura, a także gwara.

W okresie neolitycznym i w epoce żelaza Góry Świętokrzyskie były gospodarczym sercem współczesnej Europy. Wydobywano tu ceniony wszędzie krzemień pasiasty, a w dymarkach wytapiano rudy żelaza.

Tak wyjątkowe warunki pozwalały na rozkwit życia duchowego. W XV wieku Jan Długosz pisał o świątyni pogańskiej na Łyścu, gdzie czczono słowiańskich bogów Lelum i Polelum, czy też, jak twierdzą inni – Pogody i Śwista oraz Pośwista [5]. Pozostałości słowiańskiej świątyni na Łyścu znajdują się do dziś i mają formę wału z głazów kwarcytowych. Wału prawdopodobnie nie ukończono. Po okresie powrotu pogaństwa za Mieszka II, Kazimierz Odnowiciel, na czele wojsk niemieckich już w 1039 r. rozpoczął brutalne dławienie powstania i kultów słowiańskich.

Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102–1138 przez Bolesława Krzywoustego. Nazwa „Święty Krzyż” pojawiła się po tym, jak Władysław Łokietek ofiarował kościołowi relikwie drzewa świętego krzyża w 1306 roku. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim.

W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano, aby sfinansować inne przedsięwzięcia kościelne [6]. Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane Polskim Sachalinem.

W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu Oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Aż do dziś.

„A my współżyjemy ze sobą”

Od lat 90. Oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o odzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków [7]. Obietnice przywrócenia Kościołowi klasztoru składali minister środowiska Jan Szyszko i poseł Przemysław Gosiewski. W 2006 roku Szyszko odwołał ze stanowiska dyrektora parku Bogdana Hajduka, który sprzeciwiał się oddaniu zabudowań Oblatom. Dyrektor na łamach wiadomości.gazeta.pl tak tłumaczył swoje nieprzejednane stanowisko: „W budynku byłego więzienia znajduje się muzeum, a edukacja należy do statutowych zadań parku. Nie mam możliwości przeniesienia muzeum w inne miejsce. Poza tym, jak się wytłumaczę z utraty budynku wartego około 12 mln zł?”.

20 kwietnia 2006 roku minister Jan Szyszko wręczył dyrektorowi Hajdukowi odwołanie bez podania przyczyn [8].

W 2013 roku ówczesny dyrektor ŚPN ginie śmiercią samobójczą.

W 2016 roku odwołany zostaje kolejny dyrektor Piotr Szafraniec. Również bez podania przyczyny.

Żaden z tych ludzi nie chciał się zgodzić na oddanie klasztoru Oblatom.

Teraz zakonnicy są bliżej realizacji swoich zamierzeń niż kiedykolwiek wcześniej. Ministerstwo Środowiska kilka dni temu ogłosiło projekt rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W projekcie mówi się o korekcie granic ŚPN. Na jej skutek Park ma utracić około 5 ha ziem wraz z zabudową klasztorną. W uzasadnieniu napisano m.in., że „[…] niektóre z zabudowanych nieruchomości […] w granicach Parku bezpowrotnie utraciły wartości przyrodnicze […]” [9].

Obecny dyrektor Parku, Jan Reklewski, nie ma tych wątpliwości, które miało kilku jego poprzedników od początku lat 90. „Gazecie Wyborczej Kielce” odpowiedział tak: „ Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej przyrodniczej wartości, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku. Cenne gatunki tam nie występują”. Zapewnia też, że „przyroda na tym nie ucierpi”. Dodaje: „Projekt jest dobry, bo ogranicza pole konfliktów pomiędzy funkcjami sakralnymi a reżimami parku. A my współżyjemy ze sobą. Święty Krzyż jako atrakcja turystyczna będzie zapewniać turystów, którzy będą też odwiedzać park” [10].

Trzeba zauważyć, że od setek lat urbanizacja niemal nie zmieniła krajobrazu tego miejsca, między innymi właśnie dlatego, że jest ono chronione. Przyroda Parku ucierpi, o czym piszę poniżej. A jeśli chodzi o ruch turystyczny, to dyrektor zdaje się zapominać, że jego głównym zadaniem jest ochrona unikatowych wartości przyrodniczych, a nie troska o rozwój turystyczny regionu. ŚPN planuje też wybudowanie nowego ośrodka edukacji przyrodniczej o wartości około 40 mln złotych. No i dotąd nikomu nie przeszkadzało pokojowe współistnienie Parku i zakonu.

Wygląda na to, że wreszcie odpowiedni człowiek znalazł się na odpowiednim miejscu i misja wreszcie się powiedzie.

Kultura versus Natura

Park Narodowy to świątynia dzikiej przyrody. To najwyższa forma ochrony przyrody w Polsce. Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody „Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej i walorów krajobrazowych” oraz „Park narodowy obejmuje obszar wyróżniający się szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, społecznymi, kulturowymi i edukacyjnymi, o powierzchni nie mniejszej niż 1000 ha, na którym ochronie podlega cała przyroda oraz walory krajobrazowe” [11]. Natomiast celem powołania obszaru Natura 2000 jest ochrona bardzo konkretnych siedlisk i gatunków wymienionych w tzw. Dyrektywach Ptasiej i Siedliskowej. Są to siedliska i gatunki zagrożone zanikiem i wymarciem w skali całej Unii Europejskiej i w celu ich ochrony powołuje się obszary chroniące je na terenie całej Wspólnoty z zachowaniem połączeń między obszarami, czyli korytarzy ekologicznych, tak aby gatunki mogły się swobodnie, bez barier przemieszczać w całym zasięgu swojego występowania [12].

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w granicach Parku Narodowego znajdowały się obiekty zabytkowe. W wielu parkach w Polsce substancja przyrodnicza i kulturowa przenikają się i współistnieją. Niewiele jest miejsc, gdzie to współistnienie ma tak głębokie i dalekie związki, jak właśnie w przypadku ŚPN. Dotąd nigdy nie dochodziło do kolizji pomiędzy aspektem religijnym a przyrodniczym w ŚPN. Co się w takim razie zmieniło?

Zgodnie z tym, co twierdzi obecny dyrektor ŚPN, na 5 ha powierzchni Parku, tam gdzie jest klasztor, przyroda jest zniszczona i nie ma sensu jej chronić, a Park nic na tym nie straci.

Okazuje się, że nie dość, że takie stanowisko jest sprzeczne ze stanowiskiem WSZYSTKICH wcześniejszych dyrektorów, to jeszcze jest niezgodne z tym, co dyrekcja ŚPN ogłasza na swojej stronie WWW i w projekcie Planu Ochrony ŚPN.

Przede wszystkim obecny dyrektor ŚPN w swojej wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej”, mówiącej, że na Świętym Krzyżu nie ma przedmiotów ochrony i nic złego się stać przyrodzie nie może, mówi tylko część prawdy. Bo takie twierdzenie może być prawdziwe jedynie w odniesieniu do obszaru Natura 2000. Jednak w odniesieniu do Parku Narodowego jest całkowicie nieprawdziwe. Ponieważ w Parku Narodowym chroni się wszystkie walory przyrodnicze i krajobrazowe, a nie tylko wybrane przedmioty ochrony. Zresztą, zgodnie z interpretacją Dyrektywy Siedliskowej, jakiej dokonała Komisja Europejska, tzw. przedmioty ochrony, czyli gatunki i siedliska wymienione w Dyrektywie, powinny być chronione także poza granicami obszaru Natura 2000. Ponadto nie ma podstaw aby twierdzić, że przyroda w tym miejscu jest zdegradowana. Dyrektor zapomina też o możliwych negatywnych oddziaływaniach i skutkach niekontrolowanej aktywności Oblatów wobec przyrody otaczającej klasztor.

W prezentacji dotyczącej projektu Planu Ochrony ŚPN, która jest opublikowana na stronie internetowej ŚPN [13] czytamy między innymi, że:

1) klasztor na Świętym Krzyżu leży w strefie ochrony ścisłej, to jest takiej, gdzie nie dopuszcza się w zasadzie żadnej ingerencji człowieka;

2) w miejscu tym dopuszcza się jedynie ręczne usuwanie niecierpka drobnokwiatowego, który jest gatunkiem obcym, inwazyjnym i silnie zagraża rodzimym gatunkom roślin (rozprzestrzenianie się gatunków inwazyjnych jest obecnie uznane za jedno z głównych zagrożeń dla istnienia dzikich, naturalnych ekosystemów z ich bioróżnorodnością);

3) konieczne jest przeciwdziałanie skutkom ruchu turystycznego na drogach prowadzących do klasztoru na Świętym Krzyżu, szczególnie w strefie przyszczytowej. Występuje tu szereg rzadkich i chronionych gatunków m.in. mięczaków;

4) konieczna jest ochrona przymurzy i budowli, w tym klasztoru i murowanych kapliczek, siedliska występowania bezoczki podziemnej Cecilioides acicula;

5) konieczny jest montaż sztucznych miejsc gniazdowych na Świętym Krzyżu dla jerzyków Apus apus;

6) niezbędna jest identyfikacja miejsc zimowania i rozrodu nietoperzy, w tym na terenie klasztoru;

7) konieczne są zabiegi czynnej ochrony nietoperzy poprzez rozwieszenie schronów w miejscach przekształconych antropogenicznie;

8) postuluje się poszerzenie zasięgu ochrony ścisłej – zwiększenie i połączenie w jeden dwóch obszarów ochrony ścisłej – Łysica i Święty Krzyż;

9) zamierza się udostępnić odsłonięcia geologiczne przy klasztorze na Świętym Krzyżu;

10) niezbędne jest ograniczenie nadmiernego spływu powierzchniowego wody, który przyśpiesza zjawiska erozji w pobliżu Świętego Krzyża;

11) podjęta będzie ochrona zabytku, jakim jest klasztor na Świętym Krzyżu, w tym inwentaryzacja podziemnych reliktów w zabudowie klasztoru;

12) wykonany będzie remont, odbudowa i budowa kapliczek przy drodze na Święty Krzyż.

Przede wszystkim z dokumentu tego wynika, że przyroda okolicy klasztoru nie jest bezwartościowa i nie jest to teren nieistotny z punktu widzenia zadań ochronnych realizowanych przez Park Narodowy. Po drugie, dokument wskazuje, że nie wszystkie walory przyrodnicze tego miejsca zostały wystarczająco dobrze rozpoznane. Warto tu powiedzieć, że autor niniejszego tekstu od kilku lat wykonuje zimowe inwentaryzacje nietoperzy w Górach Świętokrzyskich. Od 2015 roku kilkakrotnie zwracał się do Oblatów z wnioskiem o udostępnienie podziemi klasztornych w celu wykonania inwentaryzacji nietoperzy. Źródła niepublikowane donoszą, że w podziemiach tych znajduje się ważne zimowisko nietoperzy z zagrożonymi gatunkami. Oblaci nigdy nie odnieśli się do wniosków.

Po trzecie, z dokumentu wynika, że w sąsiedztwie klasztoru występuje inwazyjny niecierpek drobnokwiatowy. Roślina ta bardzo szybko i agresywnie zajmuje stanowiska rodzimych gatunków, wypiera je i negatywnie wpływa na bioróżnorodność. Jest bardzo trudna w zwalczaniu. Trudno sobie wyobrazić, aby zakonnicy ręcznie wyrywali niecierpka w trosce o walory przyrodnicze Parku Narodowego.

Po czwarte, dokument zawiera zapisy jednoznacznie mówiące o tym, że Park Narodowy bierze na siebie obowiązek i odpowiedzialność za zachowanie zabytków i obiektów kultu religijnego w dobrym stanie.

Po piąte, nikt nie analizuje tego, że nawet jeśli klasztor zostanie wyłączony z terenu ŚPN, to tysiące turystów będą musiały przejść przez Park, aby dotrzeć do Świętego Krzyża i wziąć udział w wydarzeniu religijnym. Nie będą to raczej miłośnicy dzikiej przyrody, a presja wywierana przez nich na przyrodę Parku może być znaczna.

Dokumentem, który w szczegółach reguluje sposób ochrony przyrody w Parku, jest Plan Ochrony Parku Narodowego. Dla ŚPN od kilku lat trwają konsultacje i uzgodnienia dokumentu. Plan Ochrony zawiera bardzo precyzyjne zapisy, a na jego ostateczny kształt mają wpływ także obywatele w ramach konsultacji społecznych. Wydaje się, że kilkuletnie konsultacje Planu zakończą się dopiero wtedy, kiedy klasztor zostanie przekazany Oblatom, a liczne punkty sporne pomiędzy ŚPN a zakonem znikną w odmętach prawnych manipulacji.

Lektura projektu Planu Ochrony ŚPN wraz z uwagami nadesłanymi w ramach konsultacji może pomóc zrozumieć, skąd właściwie tak wielki konflikt między kolejnymi dyrektorami Parku a Oblatami.

Uwagi zgłaszane przez Oblatów do projektu Planu Ochrony ŚPN dotyczą przede wszystkim prób zadbania przez ŚPN o zachowanie i przywrócenie stref ciszy w Parku Narodowym. Oblatów oburzyły plany ŚPN dotyczące wykonania ekspertyz związanych z oddziaływaniem hałasu generowanego w czasie imprez religijnych na terenie Świętego Krzyża, a także plany wprowadzenia wytycznych dotyczących postępowania na rzecz przywrócenia i ochrony „waloru ciszy”. Ostry sprzeciw wzbudziły też plany ŚPN zmierzające do limitowania liczby uczestników religijnych celebracji. Uwagi w zasadzie tej samej treści nadesłano też z Kurii Diecezjalnej Sandomierskiej, Dekanatu Świętokrzyskiego Diecezji Kieleckiej oraz od radnego powiatu kieleckiego Andrzeja Michalskiego [14].

Ogólnie biorąc chodzi o to, że Oblaci organizują pielgrzymki i inne imprezy religijne z odpustem na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. ŚPN do tej pory nie robił z tego problemu, a jedynie przy pomocy Planu Ochrony chciał zapanować nad tą praktyką i uregulować ją tak, aby ceremonie mogły się odbywać, ale z poszanowaniem prawa ochrony przyrody. Bo pamiętajmy: klasztor nadal leży w granicach Parku Narodowego. Nie odwrotnie.

Próby zrobienia ze Świętego Krzyża miejsca pielgrzymek i masowych imprez przyniosą z pewnością przyrodzie ŚPN straty i zagrożenia. Przede wszystkim wyłączenie terenu z granic ŚPN spowoduje, że niektóre zjawiska mogące mieć negatywny wpływ na przyrodę Parku wymkną się spod kontroli i będą swobodnie oddziaływać na przyrodę ŚPN. Dotyczy to m.in. niecierpka drobnokwiatowego. Trzeba pamiętać, że klasztor leży w środku lasu, w sercu Parku Narodowego. Huczne i tłumne imprezy religijne będą prowadziły do szeregu negatywnych zjawisk, np. płoszenia dzikich zwierząt, zaśmiecania, niszczenia roślin, wpływania na przyśpieszanie erozji. Z uwagi na brak rozpoznania znaczenia podziemi dla nietoperzy może się okazać, że zniknie ważne ich zimowisko. Plany rozświetlania klasztoru doprowadzą do pojawienia się negatywnego, szkodliwego zjawiska zanieczyszczenia światłem. Ma ono negatywny wpływ na rytmy dobowe zwierząt i roślin. W konsekwencji może wpłynąć także na funkcjonowanie populacji rzadkich i zagrożonych gatunków. Podobnie jak hałas i tradycyjne śmiecenie. Wszystkie te zjawiska razem wzięte stanowią o dopuszczeniu do pojawienia się silnej negatywnej presji na środowisko przyrodnicze chronione dotąd w ramach parku narodowego.

W świetle prawa

Do niedawna dobre współistnienie Świętokrzyskiego Parku Narodowego z klasztorem było możliwe. Wszyscy zdają sobie sprawę ze znaczenia tego miejsca zarówno dla przyrody, jak i dla kultury. Kolejni dyrektorzy ŚPN dawali możliwość funkcjonowania klasztoru w zgodzie z prawem ochrony przyrody, do respektowania którego ich powołano.

Dopiero ambitne plany Oblatów uczynienia z klasztoru drugiej Jasnej Góry doprowadziły do napięć i rozgrywki politycznej. Dotąd obowiązujące prawo chroniące wyjątkowe walory przyrody zaczęło być niewygodne. Wraz z projektem rozporządzenia w sprawie przejęcia ziemi ŚPN przestało mieć znaczenie prawo ochrony przyrody. Polska zamierza zabrać samej sobie ziemię o szczególnej wartości przyrodniczej i kulturowej, a następnie chce ją odsprzedać na preferencyjnych warunkach Oblatom. Tak aby mogli tam realizować swoje cele bez respektu dla przyrody, która ma w tym miejscu swoją świątynię. I warto pamiętać, że już kiedyś Kościół sprzedał tę ziemię, a teraz domaga jej się za bezcen. Bez względu na okoliczności.

W tym tygodniu radni powiatu kieleckiego będą opiniować projekt fatalnego rozporządzenia.

Łukasz Misiuna

__________________

Fotografia w nagłówku tekstu: Bazylika na Świętym Krzyżu, fot. © Marek i Ewa Wojciechowscy / Trips over Poland, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=573926

 

Przypisy (dostęp do wszystkich linków miał miejsce 27 maja 2019 r.):

1. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/r3373137946,Projekt-rozporzadzenia-Rady-Ministrow-w-sprawie-Swietokrzyskiego-Parku-Narodoweg.html?fbclid=IwAR0a2M0Ogilf-812yymlfxk-AtWoC2vzlDxn9V-3eWAIAJVkGjZqI8G7b5k

2. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU19500140133

3. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/o_parku/witamy-w-swietokrzyskim-parku-narodowym/

4. https://www.swietokrzyskipn.org.pl/turystyka/atrakcje_turystyczne/puszcza_jodlowa/

5. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81ysa_G%C3%B3ra_(G%C3%B3ry_%C5%9Awi%C4%99tokrzyskie)

5. https://pl.wikipedia.org/wiki/Kasata_klasztor%C3%B3w_w_zaborze_rosyjskim

7. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,3312286.html

8. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,3312286.html

9. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/r3373137946,Projekt-rozporzadzenia-Rady-Ministrow-w-sprawie-Swietokrzyskiego-Parku-Narodoweg.html?fbclid=IwAR0a2M0Ogilf-812yymlfxk-AtWoC2vzlDxn9V-3eWAIAJVkGjZqI8G7b5k

10. http://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html?fbclid=IwAR0SqaoB0TiDXLBfbpSb70z6uJ6tT5v4riLHPgRjzXuva8DDOONBDjGnNHE

11. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20040920880

12. https://natura2000.gdos.gov.pl/files/artykuly/42646/Dyrektywa_Siedliskowa.pdf

13. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/wp/wp-content/uploads/2013/12/Prezentacja-udostepnianie-i-edukacja.pdf

14. http://bip.swietokrzyskipn.org.pl/wp-content/uploads/2016/12/Uwagi-i-wnioski-do-Planu-Ochrony_SPN.pdf

Lewica na wojnie plemion

Lewica na wojnie plemion

Lewico, oczywiście, że odnieśliśmy sukces i zaczynamy wiosenne porządki. Oczywiście, że pójście w wielkiej Koalicji Europejskiej miało sens. Oczywiście, że lewica nie wymięka. Oczywiście, że każdy ma swoją narrację i oczywiste jest, z czego ona wynika. Kiedy jednak wracamy do swoich obozów i patrzymy na mapę, to jesteśmy w tragicznej sytuacji. Odpływy elektoratu, efekty znacznie poniżej oczekiwań, widmo powrotu na kanapę lub w polityczny niebyt. Zieloni praktycznie przestali istnieć jako samodzielny byt, Razem jest w przedsionku powrotu na kanapę, Wiosna ma do wyboru same ryzykowne posunięcia, zagrażające spadkiem pod próg w jesiennych wyborach. Tym, co nas łączy, jest fakt, że nie mamy za bardzo gdzie rosnąć. Ostatnie wybory pokazały, że zwiększenie frekwencji działa na naszą niekorzyść, bo my przez to nie rośniemy, za to rośnie duopol PiS i PO, a my jeszcze bardziej się w nim rozpływamy.

Ile byśmy nie patrzyli na tę mapę i jakich skomplikowanych konstrukcji nie tworzyli, to wszyscy widzimy tę samą opcję, która wydaje się rozsądna – jedna wspólna lista lewicy i centrolewicy.

Gdzie jesteśmy i dokąd idziemy

Wybory do parlamentu są najważniejsze. Nikt nie wie, co się do tego czasu wydarzy, ale pewnie okoliczności można z dużym prawdopodobieństwem założyć już teraz. Wszystko wskazuje na to, że scena polityczna to arena walki plemiennej. Mamy z jednej strony plemię dobrej zmiany, które grupuje ludzi o naprawdę ogromnym rozstrzale poglądów, od fanów wyklętozy, przez konserwatywną inteligencję, po elektorat ludowy i głos sprzeciwu wobec powrotu PO do władzy. Z drugiej strony jest plemię antypisu, w którym znajdziemy fajnopolaków, liberałów, konserwatystów z innego salonu, warszawskie elity, lewicujące środowiska i głos sprzeciwu wobec dalszych rządów PiS. Ostatnie wybory, które według wszystkich uważane są, obok swojego pierwotnego celu, za sondaż i wielkie liczenie szabel przed wyborami do polskiego parlamentu, pokazały, że duopol PiS i PO (z koalicjantami) zbiera 85%, trzecia siła polityczna notuje wynik 6%, a reszta ląduje pod progiem. Na naszych oczach domyka się właśnie duopol, który miażdży wszystko, co staje mu na drodze i jeśli układ list nie zmieni się do jesieni, to możemy spodziewać się nawet wzrostu głosów na duopol do 90%, co w połączeniu z metodą liczenia głosów da nam 100% mandatów dla dwóch tych bloków.

Palec pod budkę, bo za minutkę

Wszyscy zmierzamy do jesiennego starcia i wszystko wskazuje na to, że będzie to także walka tych dwóch plemion. Nawet jeśli chcielibyśmy inaczej ramować dyskurs czy wytyczyć nowe linie sporu, to jest na to za późno i jesteśmy na to jako lewica za słabi. Niewiele też możemy uczynić samą konstrukcją programu, nawet jeśli zostanie on przebudowany i inaczej opowiedziany. Program polityczny nie odgrywa większej roli w takich starciach, nawet w obozie PiS, a różnica jakości w obu obozach widoczna jest tylko dlatego, że KE nie miała żadnego programu i się z tym specjalnie nie kryła. W tak wyglądających warunkach powalczyć można tylko tworząc własne plemię i nie w oparciu o konkretnie wypunktowany program, lecz o wspólnotę wartości, tak samo jak na karczemną bijatykę nie zabiera się szachownicy i kalkulatora, lecz zgraną ekipę, która nie zadaje za dużo pytań.

Nie rozwiążemy w ten sposób własnych problemów, nie udowodnimy, kto jest bardziej lewilny, nie rozstrzygniemy sporów o wiele kwestii, nie uleczymy naszego środowiska. To tylko wybory parlamentarne, a nie deklaracja wiary czy ostateczne rozstrzygnięcie kształtu i przywództwa lewicowego ruchu w Polsce. Na szali tych wyborów nie leży życie lub śmierć lewicy, lecz istnienie lub nieistnienie w kolejnej kadencji lewicowej formacji politycznej w sejmie. Jeśli te wybory znów przegramy jako lewicowe środowisko, to duopol się domknie, a my w ciągu następnych lat będziemy oglądać politykę parlamentarną przez szybkę i pisać sążniste posty w mediach społecznościowych.

Spójrz w lustro i nakrzycz na lewicę

Stworzenie takiej listy to ogromny i niełatwy wysiłek, z pewnością na granicy realności. Jeśli chcemy tego dokonać, to musimy porzucić dotychczasowe myślenie i złamać parę własnych gnatów, żeby je ustawić na nowo. Przede wszystkim ustalmy wreszcie, że nasze organizacje polityczne nie są wiele warte, co raz za razem przypominają nam wybory. W partii politycznej nie chodzi o to, żeby sobie zbudować bunkier do wygodnego oglądania globalnej katastrofy. Powinna ona być natomiast narzędziem realizacji polityki w systemie parlamentarnym. Organizacje polityczne nie muszą pokrywać się z ideowymi środowiskami, nie muszą być jednolite poglądowo i towarzysko, nie muszą wyczerpywać lewicowego środowiska ani się na nim zamykać. Partie muszą być przede wszystkim skuteczne w działaniu, do którego zostały powołane. Jeśli nie są, to należy je zmienić lub przeorganizować, a nie robić z nich kapliczki zadumy nad smutnym losem polskiej lewicy.

Obecnie nasze (lewicowe) organizacje polityczne są podzielone bardziej towarzysko niż ideowo (choć oczywiście nie do końca), a ich układ na scenie politycznej jest podyktowany bardziej strategią niż celem działania. W rzeczywistości w krótkiej perspektywie czasowej, np. jednej czy dwóch kadencji parlamentarnych, mielibyśmy w ogromnej większości zbieżne postulaty i poglądy, lecz z różnych mniej istotnych przyczyn (często zupełnie niezrozumiałych dla nowych osób na politycznej lewicy) nie umiemy dowartościować tego wspólnego mianownika. Nie bez znaczenia jest fakt, że zazwyczaj między nami zachodzą mniejsze różnice w poglądach niż między różnymi grupami wchodzącymi w skład jednego czy drugiego wielkiego plemienia duopolu. Paradoks polega na tym, że nie-lewica gra dzisiaj dużo bardziej zespołowo i inkluzywnie niż lewica, która lubuje się w mnożeniu ekskluzywnych klubików rozpychających się łokciami na małej przestrzeni.

Liderki i liderzy – to wasz sprawdzian

Jeśli już nawet uznamy, że taka koalicja/porozumienie/sojusz/układ ma jakiś sens, to niestety schody dopiero się zaczną. Przede wszystkim jest mało czasu i jeśli coś ma się wydarzyć do jesieni, to trzeba zacząć już teraz, zaraz. Po drugie, szalenie istotne będzie ustalenie, kogo zapraszamy do listy całej lewicy, bo to jest temat, w którym lewica ma wieloletnie doświadczenie autodestrukcji. Moim zdaniem jedynym możliwym rozwiązaniem jest po prostu zaproszenie wszystkich osób i środowisk, które się za lewicowe czy lewicujące uważają – bez wykluczeń i bez warunków wstępnych. Od tego, kto się pojawi i z jakim nastawieniem, będzie zależeć to, czy będziemy mieli sobie coś do powiedzenia, czy nie. Tutaj już jednak będą działać liderki i liderzy organizacji i ruchów na lewicy. Tak samo będą musiały się potężnie napracować przy tworzeniu list, decyzji z jakiej partii startujemy (koalicja jest zbyt dużym ryzykiem powtórzenia klęski Zjednoczonej Lewicy) i jak rozwiążemy kwestie finansowania i ewentualnej subwencji – to nie jest nic wstydliwego ani nic nieczystego. W polityce ogromną rolę odgrywają pieniądze i nie ma co tego ukrywać, lecz po prostu to załatwić.

Mówię tutaj o wielkiej roli liderek i liderów, bo nie mamy czasu na kongresy i wielkie dyskusje, żeby wyrobić się przed wyborami – oczywiście takie powinny nastąpić, ale raczej w celu zatwierdzenia ustaleń niż otwierania coraz to nowych paneli dyskusyjnych. Nie ma też sensu w tym całym procesie rozgrzebywać przeszłości i zastanawiać się, kto komu i kiedy wyjadł dżem z pączka. Rozmowy prowadźmy w takich ramach, jakie one są teraz, a jeśli nasze liderki i nasi liderzy nie będą w stanie wypracować takiego projektu, to być może czas najwyższy przewietrzyć kadry.

Na kanapę zawsze zdążymy

Oczywiście, że mamy co do siebie zastrzeżenia. Mamy całe lata wspólnych doświadczeń, dawnych kłótni i ran, świeżych dosrywek i podszczypajek. Jeśli każdy miałby wymienić, co ma do wszystkich innych na lewicy, to z pewnością zapełnilibyśmy przestronną bibliotekę. Jeśli mamy zamiar sobie to wszystko wypominać, to szkoda czasu i nerwów. Zresztą znamy to na pamięć, obrzucamy się tym codziennie. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie wyjść ponad własne ograniczenia. Oczywiście musimy być gotowe i gotowi na pewne ustępstwa i niekomfortowe towarzystwo, ale nie wybieramy się na dyskotekę i biesiadę, lecz do sejmu. Nie jest to też droga dla wszystkich i bez wątpienia w wielu organizacjach posypią się legitymacje. To już każda jednak musi sobie odpowiedzieć, czy bardziej martwi się odpływem aktywu czy odpływem elektoratu. Z pewnością lista nie będzie idealna i dla wielu osób będzie za bardzo „zbyt” – zbyt radykalna, zbyt lewicowa, zbyt obyczajowa, zbyt liberalna, zbyt szeroka, zbyt wąska. Polityka to gra zespołowa, a w pojedynkę można zawojować parkiet na potupajce, a nie scenę polityczną – gdybym chciał być w partii, z którą mam 100% zgodności w poglądach, taktyce i narracji, to musiałbym założyć Ruch Bartosza Migasa, na co się nie zanosi.

Sukces wyborczy możemy odnieść tylko wtedy, jeśli przestaniemy grymasić i wyrobimy w sobie pewne poczucie solidarności z lewicową społecznością – że gdy już jest ta lewica, może nieidealna, może nie taka, jaką sobie wymarzyliśmy, ale jest ona samodzielna, to zamiast rozdzierać szaty głosujmy tak, jak głosują liberałowie czy konserwatyści – na swoich. Nie sądzę żeby przeciętny wyborca PiS czy przeciętny wyborca KE zastanawiali się długo nad oddaniem głosu. Bierzesz listę „swoich”, wybierasz osobę, która ci najbardziej odpowiada, zaznaczasz i wrzucasz do urny – tak musimy to zrobić, bo inaczej wszyscy możemy się znaleźć pod progiem.

Nie jest to szczególnie chwalebne i bohaterskie, nie jest to rozwiązanie idealne ani najbardziej komfortowe. Jest to jednak rozwiązanie, które przynosi szansę na wyrąbanie sobie przestrzeni w duopolu i niedopuszczenie do sytuacji, w której jedyną alternatywą dla dwóch największych bloków jest gabinet faszyzujących osobliwości. Zdecydowanie nie jest to szczyt marzeń politycznej lewicy. Nie ma też co rozdymać balona, że to kres czasów i ostatnie akordy w historii polskiej lewicy, w której poluzowanie ideologicznego gorsetu przekreśli nasze istnienie na zawsze. Alternatywą dla niektórych środowisk jest bohaterska szarża, by zbudować legendę tych, co nigdy nie ugięli kolan. Może są osoby, którym wystarczy poczucie dobrze spełnionego obowiązku, ale ja mam 31 lat i zdecydowanie za wcześnie na bój mój ostatni.

Bartosz Migas

Od redakcji „Nowego Obywatela”: Powyższy tekst wyraża stanowisko autora i nie należy go postrzegać jako stanowiska naszej redakcji.

Uspołecznienie kapitału jest niezbędne – rozmowa z prof. Frankiem Deppe

Uspołecznienie kapitału jest niezbędne – rozmowa z prof. Frankiem Deppe

Niedawno Kevin Kühnert, 29-letni szef młodzieżówki (Juso) niemieckiej Socjaldemokracji (SPD), w jednym z wywiadów wspomniał o „kolektywizacji” koncernów takich jak BMW, wywłaszczaniu ogromnych koncernów mieszkaniowych – i przezwyciężeniu kapitalizmu. Trafił tym samym nie tylko w czuły punkt współrządzącej w Berlinie, a przy tym tonącej w mitycznym „środku” SPD. Na tle rosnących rozwarstwień społecznych wywołał w kraju debatę – a główne jej treści coraz wyraźniej widać w formie protestów i nowych inicjatywach społecznych. Dla niemieckiego politologa Franka Deppe „niezbędne są ingerencje w relacje własnościowe i majątkowe” jako odpowiedź na niesprawiedliwości stworzone przez kapitalizm. Nie pokłada przy tym nadziei w SPD lub w potencjalnych lewicowych koalicjach parlamentarnych – ale w szerokim bloku lewicowym, który powinien stworzyć „klarowną socjalistyczną opcję”.

***

Wstępne pytanie do Pana jako marksisty: czy wyobraża Pan sobie postawienie wyborczego krzyżyka przy Socjaldemokracji? Przyjmując oczywiście, że kwestie kolektywizacji prywatnych przedsiębiorstw oraz przezwyciężenie kapitalizmu, o które upomina się szef młodzieżówki SPD Kevin Kühnert, stałyby się znów częścią programu SPD?

Frank Deppe: Gdyby nie istniała żadna inna lewicowa alternatywa, to taką SPD bym znów wybrał. Już długo tego nie robiłem. Co do zagadnień poruszonych przez Kühnerta: debata jest co prawda interesująca z perspektywy aktualnych politycznych konstelacji w Niemczech, jednak ten młody człowiek nie prezentuje żadnego socjalistycznego programu transformacji. Bo oczywiste jest dla mnie, że każda socjalistyczna siła polityczna musi w swym programie zawrzeć także kwestie uspołecznienia i wywłaszczenia. Pytanie tylko, jak taki program mógłby w dzisiejszych czasach regulować fundamentalne parametry – mianowicie relacje między własnością publiczną a prywatną oraz między państwowym sterowaniem a rynkiem. O tym zaś Kühnert nic nie powiedział, a Jusos nie dysponują odnośnie tego żadnym programem.

Czy jednak mimo tych zastrzeżeń Kühnert nie otworzył dla swojej partii, ale i dla szerszej rzeszy Niemców, pewnych nowych drzwi – zarysowując horyzont przezwyciężenia kapitalizmu w jego dzisiejszej formie?

Tak, to otwiera coś nowego – niezbędne byłoby jednak, żeby Kühnert jako przewodniczący Jusos wstawił się za opracowaniem przez młodych socjalistów takiego właśnie programu. Jak na razie jednak mało wskazuje na to, że tak się stanie. Dziś większość młodych w SPD należy bowiem do prawego skrzydła. Kiedyś było inaczej. Jusos jeszcze w latach 70. – choćby pod przewodnictwem Gerharda Schrödera, późniejszego kanclerza – formułowali w ówczesnej SPD bardzo radykalne programy socjalizmu. Większość partii w czasach kanclerza Willy’ego Brandta co prawda nigdy nie przejęła tych postulatów. Niemniej jednak wówczas większość Jusos chciała widzieć w partii siłę, która reprezentuje perspektywę transformacyjną, wychodzącą poza kapitalizm.

Dzisiaj jednak i partie, i czasy, i kapitalizm wydają się inne. Co się konkretnie zmieniło?

Debata wywołana przez Kühnerta nawiązuje do kwestii, które były poruszane przez intelektualistów i ekonomistów po wielkim kryzysie lat 2008/2009 – mianowicie do kwestii potencjalnego końca kapitalizmu. Prominentni autorzy, jak choćby Wolfgang Streeck w Niemczech czy Paul Mason w Wielkiej Brytanii, podkreślają przy tym, że na koniec kapitalizmu wskazują nie tylko procesy ekonomiczne – rozwarstwienie i polaryzacja społeczna, nadmierna akumulacja, kryzys na rynkach finansowych. Również rewolucja technologiczno-cyfrowa i związane z tym zmiany w procesach produkcji i na rynkach pracy wskazują na obszar wychodzący ponad kapitalizm. Przez cyfrową rewolucję otwierają się co prawda nowe potencjały „dobrej pracy” i „dobrego życia”, jednocześnie jednak nasila się rozłam między dołami a wyżynami społecznymi, między biedą a bogactwem, między chciwością i rozrzutnością bogatych z jednej a nędzą ludzi marginalizowanych z drugiej. To bardzo szerokie ramy, jednak polityczne siły i ugrupowania tylko częściowo przyjmują tę rzeczywistość do świadomości.

fot. wikipedia.de

Jak się wydaje, także socjaldemokraci różnych krajów zbyt mało widzą?

Stan socjaldemokracji w zachodniej, a w gruncie rzeczy w całej Europie, w większości krajów wskazuje na jej upadek – w niektórych krajach stała się wręcz nieznacząca. W innych jednak utrzymała swą pozycję lub też zyskuje na sile. Labour w Wielkiej Brytanii z Jeremym Corbynem i Johnem McDonnelem to co prawda wyjątek, ale oni faktycznie reprezentują socjalistyczny program, z wieloma ciekawymi kwestiami dotyczącymi zmian w gospodarce. W wyborach zyskują, zdobywają także nowych członków. W Partii Demokratycznej w USA – mimo różnic w strukturach partyjnych – zjawisko jest podobne. Bernie Sanders, młode kobiety jak Alexandria Ocasio-Cortez, ale i inni lewicowi kandydaci partii swoją radykalną krytyką kapitalizmu zyskują na poparciu. Tak bardzo, że prezydent Donald Trump ogłosił, iż swoją kampanię będzie prowadził „przeciwko socjalizmowi”.

SPD dotychczas unika ostrego skrętu w lewo, a Kühnert trafił w czuły punkt, mówiąc o uspołecznieniu i kolektywizacji przemysłu. Czy widzi Pan w SPD potencjał do dokonania podobnego skrętu jak choćby Labour?

Nie, nie widzę tego w ogóle. W SPD zawsze istniały dwa nurty, z grubsza biorąc jeden raczej prawicowy i ten lewicowy, krytyczny wobec kapitalizmu. Ci drudzy opisywali się jako socjaliści, a wielu z nich działało w związkach zawodowych. Ten lewicowy nurt w SPD, w pewnym sensie „zainfekowany” przez wydarzenia roku 1968, w ostatnich 20-25 latach wyraźnie osłabł, podobnie zresztą jak w związkach zawodowych. Dlatego nie widzę potencjału, żeby z samego środka SPD możliwy był zwrot w lewo. Większość w SPD ma raczej nadzieję, że Corbyn poniesie porażkę. Problem potencjalnej odnowy SPD leży bowiem także w tym, że jej działacze przez długie dziesięciolecia mocno wniknęli i zakorzenili się w całym aparacie państwowym – na poziomie komunalnym, federalnym i narodowym. Tym samym partia stała się partią państwową, zresztą mocno uprzywilejowaną przez obowiązujące ustawy partyjne. Dlatego tak trudne było wejście na scenę polityczną nowych skrajnych partii, czy to z prawa, czy z lewa – choć to się akurat zmienia. Dla samej SPD zmiany mogą nastąpić tylko przez wielki szok.

Spadek poparcia SPD z 34 proc. w 2005 r. do 15 proc. dziś – to nie jest wystarczająca degradacja?

Też się zastanawiam, jak głęboki musi być upadek, aby doszło do szoku. Wracając do debaty wokół Kühnerta, to dziś w tej kwestii dużo się w Niemczech dzieje. Sama ta dyskusja o pojedynczych słowach i pojęciach jest symptomatyczna dla całej politycznej kultury w kraju. Jeśli chodzi o kapitalizm: wiodący menedżerowie dużych koncernów siedzą na ławach sądowych lub wprost w więzieniach. Deutsche Bank, jako najważniejszy bank niemiecki, uchodzi za zepsuty i pół-przestępczy, który robi biznes na praniu pieniędzy, patrz Panama Papers. Do tego dochodzi koncern chemiczny Bayer po przejęciu Monsanto, Volkswagen z aferą diesla, i liczne inne. Widzimy w tym wszystkim samo-zdemaskowanie kapitalizmu, które wielu ludziom otwiera pole do dyskusji nad alternatywami. Co więcej, widzimy dziś w Niemczech wiele dużych demonstracji, zalążki ruchów społecznych. To nie tylko ci młodzi ludzie, którzy protestują przeciwko polityce antyklimatycznej w ramach Fridays for Future. Setki tysięcy osób wyszło w ostatnim czasie na ulice w poparciu dla uchodźców, a teraz mamy nowy formujący się ruch – i tutaj pojawia się Kühnert – sprzeciwiający się gwałtownym wzrostom czynszów i spekulacjom z nieruchomościami w dużych miastach. W Berlinie powstała inicjatywa stawiająca sobie za cel wywłaszczenie potężnych koncernów mieszkaniowych – to właśnie tutaj pojęcie „wywłaszczenia” weszło w szerszy dyskurs. Zaś ostatnio w przededniu wyborów do parlamentu UE w bardzo wielu miastach odbyły się wielkie demonstracje proeuropejskie – przeciwko skrajnej prawicy, antydemokratycznym nacjonalistom i rasistom. Tutaj już powstają lewicowe perspektywy, oczywiście jeszcze nie w sensie konkretnej zmiany władzy. Powstaje jednak coś, co zmienia treść debaty publicznej – i to wydaje mi się interesujące. To właśnie w tym kontekście usytuowałbym Kühnerta i jego wypowiedzi.

Czy widzi Pan konkretne sfery, także gospodarcze, które w najbliższej przyszłości mogą stać się zwiastunem zmian – czyli uspołecznienie pewnych gałęzi gospodarki lub choćby poszczególnych koncernów? Rynek nieruchomości wydaje się tutaj chyba najbliższym – ze względu na specyfikę mieszkania jako podstawy bytu. Czy odwrócenie logiki kapitalistycznej jest tutaj realistyczne?

Tak, jak najbardziej. Już wcześniej, podczas całej pokryzysowej dekady po 2008 r., krytyka neoliberalnej polityki nabrała impetu – szczególnie jako krytyka wielkich fali prywatyzacji własności publicznej. Neoliberalna polityka oznacza, jak wiemy, deregulację, jak najmniej ustaw hamujących kapitał, niskie podatki, uelastycznienie rynku pracy. No i prywatyzację przedsiębiorstw publicznych – w sferze komunikacji publicznej, telekomunikacji, energetyki czy zaopatrzenia w wodę. Dziś widzimy choćby w Wielkiej Brytanii, że wzrost poparcia dla Labour szczególnie w regionach najbardziej dotkniętych przez kryzys polega między innymi na tym, że partia obiecuje ludziom cofnięcie tych prywatyzacji.

To dyskusja, która będzie istotna dla przyszłości – jeżeli wokół tych kwestii uformują się lewicowe koalicje. Wyobraźmy sobie, że dojdzie do kolejnego wielkiego kryzysu finansowego – a wiele wskazuje na to, że jest to nie tylko niewykluczone, ale wręcz prawdopodobne. Wówczas kwestia kontroli sektora finansów, czyli odwrócenie deregulacji, wymagać będzie lewicowej odpowiedzi. Tutaj powstają perspektywy socjalizmu. Ale jak wiemy, socjalizm nie oznacza tylko upaństwowienia, lecz musi zostać połączony z demokratyzacją. To jest zadanie dla przyszłego socjalizmu XXI wieku.

Dziękuję za rozmowę.

 

Frank Deppe był do 2006 r. profesorem politologii na Uniwersytecie Philippa w Marburgu. Autor licznych publikacji, m.in. o związkach zawodowych, Unii Europejskiej i imperializmie. Autor czterotomowego dzieła „Myśl polityczna w XX wieku”. Jest współwydawcą czasopisma „Sozialismus” (Hamburg).

Alter-pieniądze – ABC walut lokalnych

Alter-pieniądze – ABC walut lokalnych

Podczas trwania wielkiego kryzysu finansowego w dwudziestoleciu międzywojennym, w małym miasteczku Wőrgl w Austrii miał ciekawy i skuteczny eksperyment gospodarczy. Za sprawą burmistrza Michaela Unterguggenbergera, wprowadzono walutę lokalną (komplementarną/uzupełniającą), nie rezygnując przy tym z pieniądza narodowego. Decyzja ta spowodowała rozwój miejscowości zamiast jej dalszej stagnacji. Dziś walut lokalnych używa się w wielu miejscach na świecie.

Cud gospodarczy w Wőrgl

Kryzys finansowy z roku 1929 dotknął cały świat. Kiedy mówiło się o „tańcu na wulkanie” współczesnych elit, tak bardzo bezradnych i lekkomyślnych w stosunku do nadchodzącego zagrożenia, jeszcze większego niż kryzys gospodarczy, w małym miasteczku w ówczesnej Austrii miał miejsce pewien eksperyment.

W Wőrgl, w reakcji na rosnącą biedę i wysokie bezrobocie, z dniem 5 lipca 1932 r. wprowadzono walutę lokalną. Miała ona inne zastosowanie niż pieniądz narodowy, którego był deficyt. Różnica polegała na tym, że oficjalna waluta była zadłużeniowa. Do dziś tak jest. Natomiast waluta lokalna, nazywana też komplementarną, była oprocentowana ujemnie (-1%). Ekonomiści nazwali to demurażem, od francuskiego demurrage – opłaty pobieranej od uczestników kolejki samochodów lub statków czekających na wjazd lub wejście do portu; trzeba było dokonać stosownej opłaty, by w niej stać. Taka funkcja powodowała, że nowa waluta traciła na wartości w miarę upływu czasu. W przeciwieństwie do pieniądza zadłużeniowego, czyli oficjalnej waluty emitowanej przez bank centralny i banki prywatne, nie opłacało się jej gromadzić.

Walutę lokalną wyemitowano w trzech nominałach: 1, 5 i 10 szylingów. Pierwsza emisja wynosiła tylko 5000 szylingów, co jednak wystarczyło, by rozpocząć eksperyment „freigeld” („wolne pieniądze”). Decyzja ta spowodowała, że w mieście można było czymś zapłacić i regulować zobowiązania zadłużeniowe wobec innych. Zyskali głównie mali i średni przedsiębiorcy oraz przedstawiciele klasy robotniczej. Jak pisze Bernard Lietaer w książce „The Future of money. A new way to create wealth, work, and a wiser world”, waluta ta, mimo iż wyemitowano ją w zaledwie kilku tysiącach, cyrkulowała 416 razy przez okres trwania projektu. Powstał lokalny wolny obieg waluty, niezależny od banku centralnego. W ten sposób konsumpcja dóbr wzrosła, gdyż w końcu było można sobie czymś zapłacić. Inwestycje w produkcję w mieście wzrosły o 219% wobec poprzedniego roku.

Waluta ta miała również inną cechę. Nie tylko nie było w niej lichwy, ale też była niewymienialna. Nie można było jej wywieźć poza miasto i zapłacić nią gdzie indziej, dlatego nie ubywało jej w lokalnej społeczności. Kolejną właściwością był brak kursowości, czyli wartość 1:1 do waluty narodowej. Powodowało to, że komplementarna waluta nie była podatna na spekulacje.

Społeczność miasta szybko wyszła z biedy. Wcześniej, w epoce kryzysu, liczyło się tylko zaspokojenie podstawowych potrzeb. Po wprowadzeniu waluty lokalnej sięgnięto także po realizację wyższych potrzeb społecznych i indywidualnych. Powstały też nowe domy mieszkalne. Zainwestowano w remont dróg. Udało się uporać z niepokojami społecznymi i zminimalizować drobną przestępczość. Poza tym wzrosła konsumpcja. W dodatku nie wystąpiły inflacja ani deflacja.

Mieszkańcy mieli wybór, czy dokonywać płatności w walucie lokalnej czy w narodowej. Lokalną można było wydać, nie opłacało się jej gromadzić, gdyż istniał przeciw temu bezpiecznik w postaci wspomnianego demurażu. Natomiast w pieniądzu narodowym można było oszczędzać. Wobec tego w Wőrgl mieliśmy do czynienia z sytuacją systemu dwuwalutowego. Pamiętajmy jednak, iż pieniądza narodowego było mało w obiegu, więc przeważał ten lokalny.

Ten cud gospodarczy wzbudził zainteresowanie nie tylko w Austrii, ale też w Niemczech i we Francji. Premier tego ostatniego kraju, Edouard Dalladier, złożył nawet wizytę w Wőrgl. W ponad 150 miastach, głównie Austrii i Niemiec, rozpoczęto przygotowania do emisji własnej waluty uzupełniającej.

Jednak finansowy monopolista na emisję waluty w Austrii, czyli jej Bank Centralny, dość szybko ukrócił to przedsięwzięcie. Z dniem 21 listopada 1933 roku waluta lokalna w Wőrgl została zakazana. W ciągu kilku miesięcy sytuacja w mieście wróciła do stanu poprzedniego. Burmistrz tego miasta, Micheal Unterguggenberger został postawiony przed Trybunałem Konstytucyjnym. Pierwszym zarzutem, jaki mu postawiono, była ingerencja w emisję pieniądza, za którą konstytucyjnie odpowiada Bank Centralny. Drugim – przyjmowanie podatków w lokalnej walucie.

Historia jednak inaczej osądziła M. Unterguggenbergera. Dziś w Wőrgl, przed Instytutem Wolnych Pieniędzy, stoi jego pomnik. Burmistrz w swoim eksperymencie kierował się zaleceniami ekonomisty Slivio Gesella.

Silvio Gesell i „Naturalny Porządek Ekonomiczny”

Silvio Gesell urodził się w 1862 r. na terenie dzisiejszej Belgii. Pochodził z rodziny walońsko-niemieckiej. W wieku 24 lat wyemigrował do Argentyny, by prowadzić tam biznes. Około roku 1890 kraj ten dotknął kryzys gospodarczy, a wszelkie próby jego złagodzenia nie przyniosły rezultatów. Obserwując to, Gesell zaczął zastanawiać się nad istotą współczesnego pieniądza.

Zauważył, że istniejący system monetarny prowadzi do utowarowienia pieniądza, gdyż ten nie traci w czasie na wartości. Innymi słowy: nie psuje się. A zatem jego właściciel stoi w pozycji lepszej niż dostawcy dóbr i usług. Posiadając walutę zadłużeniową, jej właściciel może odwlekać kupno jakiegoś produktu w czasie. Co za tym idzie, zakupi ten produkt wtedy, kiedy będzie on wystarczająco tani. Oznacza to, że dostawcy są uprzedmiotowieni i nie ma zasady równości między kimś, kto kupuje a tym, który sprzedaje dany produkt. Sytuacja taka zmusza zazwyczaj handlarzy do zaciągnięcia kredytu. Skoro pieniądz jest odsetkowy, czyli oprocentowany, to druga strona, tj. kupujący (posiadacz gotówki), jest w lepszej sytuacji. Dochody uzyskane z dodatniego oprocentowania waluty nie wpływają zatem do budżetów samorządów czy państw. Tworzy się mechanizm odsetek od odsetek, gdyż te dalej są pożyczane. Wobec tego na rynku jest coraz mniej pieniędzy, co widać dokładnie podczas kryzysów gospodarczych. Zamiast tego pieniądze płyną tam, gdzie jest już ich nadmiar. To dlatego bogaci bogacą się, a biedni biednieją.

W swojej książce „Naturalny Porządek Ekonomiczny” Gessel postulował ujemne oprocentowanie pieniądza. Wtedy to mechanizm pieniądza zadłużeniowego oraz życie ponad stan, konsumpcja na kredyt, nie mają racji bytu. Majątek tworzy się w realnym procesie, a zapotrzebowanie na dobra jest optymalne, bez kreacji sztucznych potrzeb. Oszczędzający wnosiliby opłatę dewaluacyjną, która miałaby za zadanie stymulowanie cyrkulacji pieniądza. Wobec tego ten, kto posiada pieniądze, zacząłby raczej je wydawać, niż oszczędzać. Nie przechowywałby tych pieniędzy zbyt długo, a jedynie nie dłużej niż to konieczne. W ten sposób zdrowego wolnego pieniądza byłoby zawsze na wolnym rynku pod dostatkiem, w przeciwieństwie do pieniądza zadłużeniowego.

Szwajcaria i WIR

W 1934 roku w Szwajcarii, wzorując się na eksperymencie z Wőrgl, 16 mieszkańców Zurychu stworzyło kolejną walutę uzupełniającą – WIR (niem. „my” lub „nasze”). Znaczącą rolę w projekcie odegrali Werner Zimmerman i Paul Enz. Obaj znali pracę Gesella. Grupa ta, mądrzejsza o doświadczenia burmistrza Unterguggenbergera, zdecydowała się nie przyjmować podatków w walucie lokalnej.

Przedsięwzięcie z lokalną walutą ponownie okazało się sukcesem, mimo ataków ze strony ekonomistów i dziennikarzy. Zanim biznes zaczął rozkwitać, zebrano na ten cel 140 tys. ówczesnych franków szwajcarskich, by uruchomić projekt, co było dużym osiągnięciem podczas trwania kryzysu gospodarczego. Uczestnicy systemu zaczęli świadczyć sobie usługi płacąc WIR Frankiem.

Rezultaty były podobne jak eksperyment z lokalną walutą
z poprzedniego roku w Austrii. Jak podaje Lietaer, liczba uczestników systemu niezależnego od banku centralnego wyniosła ok. 3000 osób w 1935 r. Po wojnie okresowo zmalała, lecz w 1960 r. wzrosła do 12,5 tys. uczestników. WIR Frank działa do dzisiaj. Liczba uczestników wynosi ok. 80 tys., a łączną wysokość obrotów szacuje się na 2,5 miliarda franków szwajcarskich. Posiadają też własny bank.

Praktyka

W praktyce wygląda to tak. Załóżmy, że żyjemy w jakimś mieście. Zbiera się grupa osób, najlepiej stowarzyszona w jakiejś organizacji. Płaci ona swoim członkom za dane usługi w walucie lokalnej, oprocentowanej ujemnie lub na zero. Stosunek do waluty narodowej wynosi 1:1. W obrębie stowarzyszenia ktoś wykonuje komuś daną usługę, np. ktoś jest hydraulikiem i akurat koledze ze stowarzyszenia zepsuł się zlew. Hydraulik wykonuje naprawę i dostaje za tę usługę walutę lokalną, a nie państwową.

Hydraulik nie może wymienić lokalnej waluty na pieniądze państwowe. Ale kolega ze stowarzyszenia jest z zawodu malarzem pokojowym. Hydraulik chce, by kolega mu wymalował pokój, ten tak czyni. W zamian dostaje lokalną walutę. W ten sposób waluta lokalna krąży w społeczności – czy będzie to organizacja społeczna, czy całe miasto lub gmina. Nie rezygnuje się przy tym z waluty narodowej (oficjalnej). W tym obiegu mogą też funkcjonować prywatne firmy, jeśli za swoje usługi przyjmą zapłatę w lokalnej walucie. Na przykład ktoś ma w danej chwili mało gotówki narodowej (oficjalnej), ale za swoje usługi posiada dużo waluty lokalnej, i chce ostrzyc włosy. Sprawdza w internecie, które zakłady fryzjerskie w mieście przyjmują lokalną walutę. Okazuje się, że jakiś przedsiębiorca działa w dwuwalutowym systemie. Wobec tego ktoś idzie do niego się ostrzyc i płaci mu za usługę w lokalnej walucie.

Alternatywa?

Współczesny kapitalizm prowadzi do reifikacji, tzn. do urzeczowienia człowieka i stosunków międzyludzkich. Można by napisać, że współczesny system monetarny robi to samo z pieniądzem. Pieniądz, zamiast być tym, czym być powinien – informacją, staje się towarem samym w sobie. Prowadzi to do maksymalizacji zysków tych, którzy są na samej górze tego piramidalnego systemu. Wmówiono nam, że nie ma żadnych alternatyw. A jednak żyjemy w świecie wielu możliwości.

Na całym świecie podczas kryzysów finansowych, systemy walut lokalnych lub tzw. banków czasu (tu walutą rozliczeniową jest po prostu jednostka czasu poświęcanego na wykonanie wymienianych usług) wyrastają jak grzyby po deszczu. Obecnie system ekonomiczny przechodzi okres lepszej koniunktury, która jednak nie będzie trwać w nieskończoność. Wcześniej czy później przyjdzie większe załamanie. Waluty lokalne mogą być odtrutką na zatruty organizm. Obecnie lokalne systemy walut praktykowane są w niektórych samorządach, NGO’sach i przez podmioty prywatne.

Większa demokratyzacja obecnego systemu politycznego i systemu ekonomicznego powinna polegać m.in. na docenieniu możliwości, jakie niosą ze sobą systemy walut komplementarnych.

Piotr Wildanger

Na kogo głos?

Na kogo głos?

Dziś wszyscy gadają o Unii, o jej przyszłości, dorzucając swoje naiwne banialuki, bo takie są prawa tego czasu. Czasu baśni z mchu i paproci. Większość z tego, o czym słyszymy, to mrzonki, bo Unia to zwykły drętwy biurokratyczny moloch, której reforma wymaga czegoś więcej niż tylko czczych deklaracji kandydatów do diet. Potrzebuje rewolucyjnych porywów i zdolnych do ryzyka buntowników z wyboru. Na wzór żółtych kamizelek. Nie pań i panów w uniformach, znamionujących sznyt rodem z high class, albo kandydatów gotowych się dać konformistycznie przerobić na wszystko. Chyba że pod taką etykietą schowany jest początek nowej rewolucji, koń trojański rebelianta, wiedza o tym, co trzeba, by móc ruszyć bryłę z posad świata. I karne trzymanie się busoli swoich słusznych celów i zasad.

Unia dziś jest bardziej niż kiedykolwiek oddalona od tego, co ją u zarania ukonstytuowało. A były to idea wspólnotowości i solidaryzmu społecznego. Wszyscy mieliśmy, według tych samych reguł, korzystać z owoców jej cywilizacyjnego postępu, w tworzeniu którego przecież mamy udział, każdy na miarę własnych kompetencji. Sam kapitał bez pracy jest jałowy, jest niczym i nie tworzy żadnej wartości. Ale to kapitał, poprzez swoich politycznych zarządców, wysyła siły porządkowe na ulice do tłumienia gniewu ludzi pracy. Unia to koterie nienaruszalnych wpływów politycznego establishmentu i biznesu, niezwykle mocno osadzonych na strukturalnym i formalnym jej kośćcu. To żadna nowość w liberalnych satrapiach, ale nie w demokracji. Ta jawi się tutaj okazjonalnie i tylko jako użyteczna wydmuszka i pusty slogan wyborczy. Deputowani udają, że poważnie traktują swoje codzienne zajęcia, podczas gdy w gruncie rzeczy poświęcają czas na tworzenie kwestii ustalonych gdzie indziej. Ich rola sprowadza się do legitymizowania kuluarowych prowizoriów w legislacyjnym kształcie i nadawania mu trybu implementacji.

Coraz bardziej drażni arogancja decydentów unijnych, którzy myślą, że obywatele nie zdają sobie sprawy, że założenia polityk wychodzą nie z forum parlamentu, a najważniejsze konsensusy nie są ucierane na salach plenarnych, lecz w dyskretnych i kameralnych lożach miłośników najdroższych cygar. Paryż i Berlin okazały się w tym stuleciu warte mszy, za cenę demokracji. Piotr Ikonowicz przypomina, że co dwa lata podczas spotkań w ramach Transatlantic Business Dialogue kapitanowie największych korporacji po obu stronach Atlantyku ustalają shopping list celów handlowych na kontynencie. 80% omawianych tam transakcji zostaje przeformułowanych na dyrektywy unijne. To są prawdziwe kuluary globalnej polityki.

Solidarność to ładne słowo w marketingu politycznym unijnych kampanii. Realna rzeczywistość to Nord Stream 2, pobłażanie Amazonowi, Google’owi czy Uberowi, które pomimo osiągania gigantycznych zysków na europejskim rynku nie płacą eurocenta podatku. Pytanie, dlaczego unijni dyplomaci nie dość skutecznie komunikują prawdę o tym, komu Unia służy, tylko bezczelnie ładują się w kolejnych zaciągach do Europarlamentu? Nie wystarczy ograniczać się do grzecznego utyskiwania slangiem kulturalnego inteligenta na wady i obłudną podwójną grę Unii. Ale wystarczy to w kontekście chłodnej matematycznej kalkulacji zysku. Dziwię się, niejako przy okazji, zbędnej ogładzie i certoleniu się, gdy nazywa się Macrona prezydentem. Demokratyczny, moralny mandat stracił już dawno. Dziś jest bardziej prezydentem establishmentu i nowego korporacyjnego światowego ładu niż Francuzów. Państwowy urząd kompromituje kolejnymi zbrojnymi akcjami rozprawiania się z żółtymi kamizelkami i gdy makiawelicznie deprecjonuje ich głupim pomawianiem o grabież mienia, jak w ostatnich tygodniach.

Przykłady działania Unii zdają się wystarczająco tłumaczyć głosy sceptycyzmu i zrozumiałego dystansu wobec obecnego projektu pogłębiania jej integracji. Ten sceptycyzm to także zasługa polskich delegacji zabiegających o utrącenie naszego kraju w unijnym budżecie. Motywy tych peregrynacji są absolutnie egoistyczne, społecznie nieuzasadnione, a nawet rozbieżne z powszechnym odczuciem, w kontekście dotykającego polskich obywateli wykluczenia prawnego. Jest mi osobiście bardzo nieprzyjemnie, gdy mój kraj jest kreowany na czarną owcę Europy, wobec którego trzeba użyć całego zestawu technik specjalnych i korekcyjnych działań, tylko po to, by pokazać, kto tu rządzi. Jak z żółtymi kamizelkami. Na obecnym etapie robi to wrażenie pomiędzy tolerowaniem innego na granicy obrzydzenia a groźbą wysłania go do poprawczaka.

Dziś krytyka wspólnoty jest szansą dla niej jak nigdy, szczególnie gdy widzimy, że Unia przechyla się ostro na kurs liberalny, sprzyjający kapitalistycznym monopolom i korporacjom. Przyszłość i dalsze jej trwanie będą zależały od jej zdolności do reform. To jest od jakości nowego desantu deputowanych obecnej kadencji, chcących czegoś więcej, niż tylko poklepywania się po plecach. Jeśli nie przyjmie reform, okaże się tworem kompletnie fasadowym, niezdolnym do samonaprawy, za to zdolnym co najwyżej dryfować przez jakiś czas, by wbrew faktom uzasadniać swoje istnienie. Dla obywateli będzie to tylko monstrum na glinianych nogach, trwające do ostatniego exitu. Teraz wystarczy pudrowanie polityką odwracania uwagi od centralnego kryzysu i didaskalia. Całe to gadanie kandydatów i narodowych rządów o ekologii i innych kwestiach wydaje się być z takiej perspektywy wyłącznie dziecinną paplaniną.

Zwykły obywatel nie ma w Unii nic do załatwienia i to jest jedno z jej paskudnych oszustw opakowanych w etykietę demokracji.

Obywatel co najwyżej może liczyć na dobrą radę za pośrednictwem jednego z banków, w stylu: jak cię nie stać na kawę na mieście, to zaparz ją sobie w domu. To zwyczajowo aroganckie stereotypizowanie ludzi i przerzucanie na nich odpowiedzialności za swój los, który jest rzekomo niczym więcej, niż prostą konsekwencją ich charakterów. To także socjotechniczny zabieg trzymania ich w ryzach winy i wstydu, jako zapory roszczeniowości i, nie daj Boże, uspołecznionego gniewu.

Mamy wybory. Uważajmy na kogo głosujemy. Sprawdźmy ludzi, a nie ich deklaracje. Gadanie nie kosztuje. Wybierając niewłaściwych zapłacimy cenę złej Unii. Egoistycznej, partykularyzmów, nierówności społecznych, biedy, wykluczonych i zmarginalizowanych, więcej niż jednej kategorii. Nie wierzę żadnemu politykowi, który obiecuje ludziom Unię proobywatelską i prospołeczną, a który nie ma na swoim koncie próby rozwiązania zawikłanych spraw tych, którzy żyją w państwie z kartonu. I angażując się na rzecz innych nie nabił sobie sińców, odbijając się od ściany do ściany urzędniczej obojętności na krzywdę polskiego biedaka. Nie wierzę żadnemu z tych jałowych gości, którzy trawią swój czas i nasze pieniądze na dyżurach w biurach poselskich. W oczekiwaniu na petentów wdzięcznych za gest kiwania głową, w gratisie dorzucając rozkładanie rąk. I niech za długo nie siedzą, i nie mają oczekiwań – bo takie mamy, proszę państwa, prawo, a prawo trzeba szanować.

Nasze wyborcze zaufanie wobec nich wymaga dowodu prawdy, a ten pochodzi wyłącznie z działania, ze stawania po stronie słabszych tutaj, w naszym państwie z kartonu. Urządzonego dla biednych, bo władza i zamożni mają swoje, pierwszej klasy, z własną infrastrukturą oświatową, zdrowotną i własną sprawiedliwością. W Polsce biedni swoich praw nie mają, bo z powodu wykluczenia prawnego nie mogą ich dochodzić. A to jest integralny warunek tej sławionej we frazesach wszelkiej podmiotowości. Dlatego można im nadal zabierać, dławić wszelkim przymusem, pogardzać i nawet używać pro bono do poprawy swego samopoczucia w sezonach na dobroczynność.

Na takich kandydatów do europejskich diet nie będę w wyborach głosować, bo wiem, że podobnie jak tutaj, tak później w Unii nic nie załatwią i nie zrobią rewolucji proobywatelskiej i prospołecznej. I żadnych obietnic wyborczych nie dotrzymają. Do tego trzeba świetnie zmobilizowanych i zorganizowanych, gotowych wozić się tam i z powrotem dla obrony więcej niż prywatnego ustroju. Takich obrońców obywatelskich interesów dziś potrzebujemy. Jak ci co niektórzy, dla jednych Ikonowicz, dla innych Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej, do wyborów, niestety, nie idąca.

Ela Wisz

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Debata o polskich nierównościach nie jest specjalnie wiekową damą. Dosyć późno zaczęliśmy rozmawiać w III RP o różnicach ekonomicznych, choć od momentu jej utworzenia błyskawicznie one rosły. W latach 90. i w pierwszych latach XXI wieku debatę publiczną bardziej zajmowała kwestia biedy jako takiej, a mniej sposób podziału rosnącego tortu. Choć przecież różnice w zarobkach były równie widoczne na ulicy, co ubóstwo. Doprowadziło to do tego, że polityka ekonomiczna kolejnych rządów była ślepa przynajmniej na jedno oko – decydenci nie widzieli nierówności jako przyczyny biedy, lecz jedynie jako jej skutek. Co gorsza, samo pojęcie biedy było pojmowane wyjątkowo prymitywnie, jako efekt negatywnych cech osobowości, a nie jako rezultat nieprzyjaznego i niesprawiedliwego porządku społecznego. Przynajmniej w głównym nurcie społecznego dyskursu. Na szczęście trochę się od tego czasu zmieniło i wiele Polek oraz Polaków zaczęło kwestionować wyroki rynku, a zjawisko nierówności dochodowych i majątkowych na stałe zagościło w debacie ekonomicznej. Dziś już ludziom zorientowanym w kwestiach społecznych nie trzeba zwykle tłumaczyć, czym jest wskaźnik Giniego i które kraje są najbardziej egalitarne, a które wręcz przeciwnie.

Oczywiście nie znaczy to, że w temacie nierówności nastąpił konsensus. Wciąż wielu komentatorów kwestionuje znaczenie nierówności i ich negatywne skutki. Innym obszarem debaty w tym temacie była wielkość polskich różnic ekonomicznych. Jedni uparcie przekonują, że są one umiarkowane, inni zwracają uwagę, że w wielu krajach UE są wyraźnie niższe, a jeszcze inni, że są dużo większe, niż się powszechnie wydaje. Dr Michał Brzeziński z UW w rozmowie z telewizją internetową dziennika „Rzeczpospolita” stwierdził wręcz, że o polskich nierównościach wiemy bardzo mało, więc trudno cokolwiek wyrokować. Niedawno pojawił się raport kilku francuskich ekonomistów, według którego nierówności w Polsce są jednymi z najwyższych w Europie. Przeczy to oficjalnym danym, więc zamiast rozjaśniać sprawę, jeszcze ją komplikuje. Mimo to doskonale się stało, że raport ujrzał światło dzienne, gdyż rzuca nieco inne światło na tę sprawę. A jego publikacja jest doskonałą okazją, by przyjrzeć się polskim nierównościom dochodowym z wielu perspektyw. Tylko dochodowym, gdyż wiemy o nich bez porównania więcej, niż o majątkowych, które w Polsce wciąż są obszarem niezwykle słabo zbadanym, a niektóre raporty są wręcz ze sobą sprzeczne.

Równoległe rzeczywistości

Według Eurostatu, który posiłkuje się informacjami płynącymi z krajowych urzędów statystycznych, w tym z polskiego GUS-u, nierówności dochodowe nad Wisłą są umiarkowane. Co więcej, w ostatnich latach wyraźnie spadają i zbliżamy się do krajów, w których tradycyjnie są one niskie. Wskaźniki Giniego w 2017 r. wyniósł 29,2, a więc jest niższy od średniej UE (30,7). Jeszcze w 2015 r. wynosił on 30,6, a więc w dwa lata dokonaliśmy znacznego ich ograniczenia. To efekt zarówno rekordowo niskiego bezrobocia, jak i ekspansji socjalnej w czasach rządów PiS, z programem „Rodzina 500+” na czele. Szczyt polskich nierówności przypadł na 2005 r., gdy Gini wyniósł 35,6 i byliśmy pod tym względem czwartym krajem w UE. W kolejnych kilku latach jednak one spadły, by ustabilizować się na poziomie ok. 31. Począwszy od 2016 r. jesteśmy w trendzie spadkowym i mieścimy się dokładnie między Francją i Niemcami, nieco poniżej środka stawki. Co więcej, niewiele już nam brakuje do krajów niegdyś egalitarnych, w których jednak zanotowano w ostatnich latach szybki wzrost nierówności. Mowa np. o Szwecji (Gini 28) oraz Węgrzech (28,1).

Także inny popularny wskaźnik nierówności, czyli zróżnicowanie dochodowe między kwintylami dochodów (kolejne 20 proc. drabiny zarobków), pokazuje, że polskie nierówności są przeciętne i spadają. Według tego wskaźnika górne 20 proc. polskiego społeczeństwa ma średnio 4,6 razy wyższe dochody niż statystyczny przedstawiciel dolnych 20 proc. Mniej więcej podobnie jest w Niemczech (4,5), a średnia unijna wynosi 5,1. W Szwecji i na Węgrzech wynosi on 4,3, a więc nie tak wiele mniej. Choć już w Finlandii i Słowacji tylko 3,5, a w Czechach i Słowenii zaledwie 3,4 – te kraje to globalni liderzy ekonomicznego egalitaryzmu.

A jednak dane z raportu ekonomistów tworzących „World Inequality Lab” (m. in. Thomas Piketty i Gabriel Zucman) pokazują zupełnie inną rzeczywistość. Polska okazuje się być wręcz najbardziej nierównym krajem UE. Zastosowali oni jeszcze inne wskaźniki – części krajowych dochodów, które przypadają na poszczególne odsetki społeczeństwa. Tak więc górne 1 proc. Polaków zgarnia aż 12,9 proc. wypracowywanych w Polsce dochodów. W żadnym kraju UE ten wskaźnik nie jest tak duży. Jednak, co ciekawe, na drugim miejscu jest… Dania, ze wskaźnikiem minimalnie niższym – tam górny 1 proc. zgarnia 12,8 proc. dochodów. Krajem wypadającym wyraźnie gorzej w badaniach Francuzów, niż w oficjalnych danych, są też Czechy – tam górny 1 proc. zgarnia 9,5 proc. dochodów i Czesi zdecydowanie odstają pod tym względem od najbardziej egalitarnych krajów, choć według zróżnicowania kwintylowego są wręcz najbardziej egalitarni w UE. Z drugiej strony Rumunia, która według oficjalnych danych jest jednym z najmniej egalitarnych państw w UE (Gini 33,1), w zestawieniu Francuzów notuje bardzo niskie nierówności (na górny 1 proc. przypada 6,8 proc. dochodów) – niższe nawet niż Szwecja czy Finlandia.

W przypadku dochodów przypadających na górne 10 proc. społeczeństwa także jesteśmy bezkonkurencyjni w UE. Górne 10 proc. Polek i Polaków zgarnia aż 38,4 proc. krajowych dochodów – w drugich Niemczech i Irlandii to już „tylko” 35 proc. Niemcy więc także są według tych danych krajem o zdecydowanie wyższych nierównościach, niż te przedstawiane przez Eurostat. Także w tym wskaźniku dużo gorzej wypadają Czesi (29 proc.), a dużo lepiej Rumunia (28,1 proc.) – oba kraje są mniej więcej w środku stawki. Według tego wskaźnika, trzy najbardziej egalitarne kraje UE, to w kolejności Słowacja, Węgry i Szwecja, choć w tych dwóch ostatnich krajach oficjalnie notuje się wysoki wzrost nierówności.

Dwa rynki pracy w jednym kraju

Co więc o tych danych myśleć? Czy rzeczywiście Polska jest najmniej egalitarnym krajem w UE? Trzeba przecież zwrócić uwagę, że również przynajmniej kilka innych krajów wypada w raporcie Francuzów zupełnie inaczej, niż w danych Eurostatu. Odpowiedzią jest zastosowana metodologia, która w obu bazach danych jest inna. Po pierwsze, Francuzi wykazują nie wszystkie dochody, a jedynie zarobki z pracy zawodowej oraz z emerytur. Co więcej, przedstawiają oni różnice w dochodach brutto, czyli przed opodatkowaniem. Tak więc ich dane zupełnie pomijają polityki społeczne oraz systemy podatkowe poszczególnych krajów – wykazują one jedynie pierwotne nierówności powstające na rynku pracy (nierówności w emeryturach są pochodną nierówności w zarobkach). O ile system podatkowy w Polsce zupełnie nie niweluje nierówności, to już polityka społeczna bez wątpienia tak. Szczególnie po wprowadzeniu „500+”, które teraz będzie jeszcze rozszerzone. Zatem całościowe dochody poszczególnych grup społecznych są w Polsce wyraźnie bardziej egalitarne, niż pokazują Francuzi.

Fakt, że nierówności zarobkowe (nie mylić z dochodowymi), czyli te wynikające wyłącznie z różnic płacowych powstających na rynku pracy, są w Polsce bardzo wysokie, nie jest wcale tajemnicą. Już w 2016 r. Eurostat opublikował raport „How are earnings distributed in the EU”, obejmujący wyłącznie płace brutto. W tym zestawieniu Polska była na pierwszym miejscu w UE – przedstawiciele górnych 10 procent zarabiali co najmniej 4,7 razy więcej niż reprezentanci dolnych 10 procent. Druga była Rumunia (4,6), a ostatnia Szwecja (zaledwie 2,1). Polski rynek pracy jest niezwykle zróżnicowany, mówi się wręcz o jego dualizmie. Podczas gdy pewne grupy zawodowe mogą osiągać niezwykle wysokie dochody, wręcz na europejskim poziomie, inne ledwo wiążą koniec z końcem. Do tej pierwszej grupy należą zawody, które mogą oferować swoje umiejętności na rynku globalnym – informatycy, wyżsi menedżerowie – często nie ruszając się z domu (czego przykładem graficy komputerowi otrzymujący zlecenia z całego świata). Przedsiębiorstwa i zleceniodawcy muszą więc im płacić stawki porównywalne z konkurentami z krajów najwyżej rozwiniętych. Tymczasem pozostali pracownicy konkurują na rynku krajowym, w którym stawki są kształtowane bardziej lokalnie. Tego typu dualizm jest typowy dla krajów, które mają wciąż niedobory kapitału produkcyjnego wysokiej jakości, ale mają wysoki kapitał społeczny – takim właśnie krajem jest Polska.

Zeznanie pełnej prawdy nie powie

Po drugie, Francuzi nie opierali się jedynie na badaniach ankietowych, jak to robi GUS (a co za tym idzie Eurostat), ale także na rachunkach narodowych dot. PKB oraz na informacjach powstałych na bazie zeznań podatkowych. Pytanie tylko, czy taka metodologia jest na pewno lepsza w przypadku Polski. Nad Wisłą wciąż jest bardzo duża szara strefa (ok. 18 proc. PKB), a całość lub część dochodów osiągają w niej głównie mniej zarabiający. Dane z zeznań podatkowych oraz rachunku narodowego zaniżają więc dochody tej grupy. Z drugiej strony, w bogatych krajach UE zdecydowanie częściej najbogatsi korzystają z rajów podatkowych – w Polsce to wciąż nie jest częste. Zamożni Polacy wolą korzystać z krajowych możliwości optymalizacyjnych. Zarobki górnych 10 proc. w krajach zachodniej UE mogą być zatem wyższe, niż wynika to z danych podatkowych i PKB.

Żeby ocenić prawdziwy rozmiar nierówności w Polsce, warto więc posłużyć się też wskaźnikami pośrednimi, które obrazują nierówności nie wprost. Najlepszym są wskaźniki ubóstwa relatywnego, na przykład wskaźnik zagrożenia ubóstwem, który pokazuje, jak duży odsetek gospodarstw domowych otrzymuje mniej niż 60 proc. krajowej mediany dochodów rozporządzalnych. W Polsce zagrożonych ubóstwem jest 17,3 proc. gospodarstw domowych, czyli dokładnie tyle, ile wynosi średnia UE. Na górze są Rumunia (25,3 proc.) oraz Bułgaria (22,9 proc.), a na dole Czechy (9,7 proc.), Finlandia, Dania i Szwecja.

Wydaje się więc, że realne nierówności dochodowe, obejmujące wszystkie rodzaje dochodów, są w Polsce bliskie średniej unijnej. Bez wątpienia jednak mamy niezwykle wysokie nierówności płacowe, wynikające z dualizmu rynku pracy. W takiej sytuacji należy im przeciwdziałać systemem podatkowym. Niestety ten w Polsce należy do najbardziej płaskich w świecie rozwiniętym. Transfery pieniężne są w Polsce całkiem szczodre, szczególnie po ostatnich reformach, więc w tym obszarze niewiele już można zrobić w celu zmniejszenia nierówności. Za to nasz system podatkowy wciąż jest niezwykle łaskawy dla bogatych.

Jeśli chcemy zrobić kolejny krok ku ekonomicznemu egalitaryzmowi, musimy wprowadzić podatkową progresję, która w większym stopniu obciąży tych, którzy zarabiają nad Wisłą stawki europejskie. A tych, jak widać po badaniach francuskich ekonomistów, jest w Polsce niemało. Problem w tym, że to niezwykle roszczeniowa, krzykliwa i aktywna w debacie publicznej grupa osób. Czego przestraszyła się już niejedna ekipa rządząca, z rzekomo krnąbrnym PiS na czele.

Piotr Wójcik

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

Prawie wszystkie moje dotychczasowe felietony dotyczyły rzeczy poważnych, smutnych, wstrząsających – mimo mojej zapowiedzi w pierwszym z nich, że będzie o tańcu i rewolucji. Więc niech choć ten będzie lekki, bardziej do tańca niż do płaczu. Chciałabym w nim opowiedzieć o tym, dlaczego spotkanie twarzą w twarz ze sztuką jest ważne i że wnosi coś, czego nie są w stanie wnieść ani kebab, ani ośmiorniczki.

Oczywiście, będzie też o tym, że kapitalizm jest systemem ucisku i udręki – jestem jedną z tych osób, które nie są w stanie powstrzymać się od wymyślania kapitalizmowi nawet na najweselszej imprezie (cud boski, że istnieją nadal ludzie, którzy mnie na imprezy zapraszają… serio, chciałabym skorzystać tu z okazji i powiedzieć, że jestem Wam bezgranicznie wdzięczna – z Wami da się przeżyć nawet kapitalizm! A jak by się fajnie budowało razem socjalizm…).

„Czarny księżyc” – Karolina Matyjaszkowicz

Zmarły niedawno wielki szwedzki socjolog Johan Asplund pisał o osobistym spotkaniu ze sztuką, że jest ono intensywnym przeżyciem obecności, tak samo jak spotkanie drugiego człowieka, doświadczeniem niedającym się sprowadzić tylko do doznań przyjemności czy zaciekawienia. Dlatego, mówi Asplund, robi to tak wielką różnicę, czy mamy do czynienia z fałszerstwem, nawet technicznie bardzo sprawnym, czy z oryginałem. Nie chodzi bowiem nawet o doskonałość przedstawienia czy o talent wykonania. Liczy się co innego – moment otwarcia nowych drzwi w rozpoznanej codzienności, stanięcie w obliczu tego czegoś, co twórca spotkał i co kierowało jego czy jej ręką, mięśniami, okiem, myślą, ciałem, w procesie tworzenia, który jest jednocześnie bardzo fizyczny i całkiem niepojęty. Asplund podaje przykład mistrzowskiego fałszerstwa obrazu Vermeera dokonanego przez Hana van Meegerena, który przyznał się do oszustwa wbrew opiniom ekspertów, nadal utrzymujących przez jakiś czas, że praca musi być oryginałem. Jednak obraz stracił swoją moc, i wcale nie chodzi tylko o cenę, a już na pewno nie o techniczne czy nawet estetyczne walory. Eksperci upierali się przy wysokiej ocenie materialnej strony dzieła. Dzieło nie przestało być wybitne. Jednak przestało być punktem przejścia obecności, drzwiami między czymś większym od nas a naszymi zmysłami.

Brytyjski dziennikarz i aktywista głębokiej ekologii Dougald Hine pisze o tym doświadczeniu jako o tajemnicy, stopniowo spłaszczanej i trywializowanej przez oświeceniowy racjonalizm, aż do obecnego momentu, gdy właściwie dokonało się całkowite unieważnienie kategorii tajemnicy i misterium, wręcz stabuizowanie jej w społecznych rozmowach o widzeniu, rozumieniu i doświadczaniu rzeczywistości, także sztuki. Właściwie tylko dzieci zdolne są do takiego widzenia, co nie znaczy, że trzeba mieć cztery lata, by rozumieć sztukę. Nie, zadziwione dziecko jest w każdym z nas, choć zbyt często siedzi zahukane w kąciku świadomości, osaczone ględzeniem o konieczności, o dorosłości, o niedaniu się inaczej, o słuszności. Ta codzienna nasza przemoc powszechna blokuje i zagradza drogę do tego, co jest nierozłączną częścią naszego bycia ludźmi. Część to bardzo ważna, bo, choć jest małym ziarnkiem, to pozwala zaczynać od nowa, nie niszcząc nikogo, dawać – nie odbierając. Wewnętrzne dziecko jest zaprzeczeniem kapitalizmu.

„Kwiaty i gwiazdy” – Karolina Matyjaszkowicz

Dlatego kapitalizm robi wszystko, by je zniewolić i zastąpić wyrobem zastępczym. Co takiego daje zamiast? Branding i marki, o których pisałam w poprzednim felietonie. Prawa autorskie i wyceny. Oscar Wilde powiedział przeszło sto lat temu, że „Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego” i ten sposób doświadczania rzeczywistości rozwinęliśmy w neoliberalnym kapitalizmie do perfekcji. Wartość jest utożsamiana z ceną. Wszystko jest produktem, albo nie istnieje wcale. A jednak nie opisuje to kondycji ludzkiej, także w odniesieniu do sztuki, i wiemy o tym nawet jeśli nie umiemy o tym mówić. Istnieją artyści i dzieła, które poruszają nas na wiele sposobów wymykających się obowiązującej płaskiej interpretacji świata.

Sztuka, która nie jest tylko estetyką lub kodem wywodzącym się z kapitału społecznego czy kulturowego, nieskierowana wyłącznie do klasy średniej, a więc klasy posiadaczy tego kapitału. Sztuka niepolegająca na protekcjonalnym karmieniu klasy pracującej produktami opartymi na tych samych zasadach co disco polo czy lepkie hamburgery masowo produkowane przez megakorporacje. Sztuka żywa, która dotyka i porusza zwykłych ludzi, ludzi wykształconych, nieposiadających i aspirujących do posiadania, nie tylko swoją estetyką, nie tylko prowokując czy konfrontując z lękami lub uprzedzeniami, ale wywołując niedającą się łatwo opisać obecność.

„Wieszczki” – Karolina Matyjaszkowicz

Nie będę tu proponować przeglądu takiej sztuki ani próbować udawać, że jestem w stanie przedstawić nawet wybitnie uproszczony przegląd. Będę typową uczoną od zarządzania (jak to się mówi jednym słowem? na wzór takich nazw jak socjolożka, psycholożka, geograf? może – zarządzaczka; tak mówią studenci, tak jest przekonująco) i zastosuję studium przypadku. Opowiem o jednej artystce, która posłuży jako przyciągający uwagę przykład, będący czymś więcej niż przykładem – kluczem do zjawiska.

Polska malarka Karolina Matyjaszkowicz, zamieszkała w Łowiczu i wywodząca się z ziemi łowickiej, tworzy dzieła, o których wiem na pewno, że przemawiają do bardzo różnych odbiorców, z klas wyższych i z klasy pracującej. Jej obrazy tryskają barwami i symboliką wysnutą z łowickiej sztuki ludowej i ludowej wyobraźni. Część mojej rodziny pochodzi z tego regionu Polski i odnajduję znakomicie te ścieżki snów i marzeń, którymi rozkwitały łowickie wesela, odpusty, te melodie, które śpiewała moja babcia Weronika, robiąc wąziutki makaron, te bajki, które opowiadała ciocia Marysia lekko przerażonej i mocno zachwyconej dziatwie, te barokowe wnętrza lokalnych kościołów, a szczególnie niesamowitej bazyliki katedralnej, która inspirowała i zadziwiała pokolenia łowiczan. Każdy obraz Matyjaszkowicz jest wszystkim tym: melodią, opowieścią, dekoracją weselną i czymś jeszcze, co chwyta uwagę i podróżuje potem z nami do środka naszego świata, bo zawsze tam było, jest prawdziwe tak samo, jak prawdziwe jest płótno, na którym malarka zostawia ślady swoich spotkań z tym czymś, z tajemnicą. Patrząc na oryginały – reprodukcje są piękne, ale nie mają tego efektu – chce mi się opowiadać dziwne historie, one właściwie same przepływają przez moją głowę, są nie do powstrzymania.

„Światy odmienne” – Karolina Matyjaszkowicz

Pracujemy teraz razem z Karoliną nad zbiorkiem bajek powstałych właśnie w ten sposób. Ona otwiera swoimi obrazami źródełko, z którego czerpiemy obie ogromny dostatek treści, obrazów i słów, czujemy się tak jak wtedy, gdy jako małe dziewczynki stałyśmy (nie razem, ale jakby razem) oniemiałe w łowickiej bazylice i gapiłyśmy się w symbole, które zdawały się nie mieć końca, przekształcać się, wypełzać zewsząd, jak byśmy były w samym środku wielkiego, nieprawdopodobnego rogu obfitości. To jest miejsce mocy, które nie ma ceny. Można przyjść i stanąć w samym środku, a przepłynie przez nas coś większego, niż my sami, do czego słowo „własność” ma się nijak, tak jak pierdnięcie do Komety Halleya. Matyjaszkowicz często tam staje i tworzy: z baroku, ale bez nostalgii, z folkloru, ale bez Cepelii (jednak nie odżegnując się od jednego ani od drugiego, nie spoglądając na nie z góry) i jest to sztuka nie tylko o pięknie, choć ono jest tam widoczne dla każdego, ale o marzeniach, o kościach, o śmierci, o pożądaniu, o tym, kim jesteśmy, gdy nikt nie patrzy.

Nie, to nie artystów, nie sztuki nam brakuje, to wszystko jest. Brakuje nam języka, przestrzeni do rozmawiania o tym. Ach, jak bardzo przydałby się polski John Berger! Ten wywodzący się z brytyjskiej klasy pracowniczej – i do końca życia jej wierny – krytyk sztuki, autor, artysta i wizjoner, miał odwagę, by mówić o nienazwanym i niepojętym bez protekcjonalności, bez upraszczania, racjonalizowania, ale także bez mieszczańskiego zadęcia i zadufania w elitarności znaczeń i symboli. Syn klasy pracowniczej pisał o sztuce językiem daru, inspiracji, tłumaczył, że ona jest świadkiem, że życie jest większe, niż przewidują kanony i tradycje, że miary i wyceny mają się nijak zarówno do treści, jak i formy. Rozumiał aż zbyt dobrze, że na ogół dyskursy o sztuce – burżuazyjne – budowane są z tego, co jest lub może być zawłaszczone na różne sposoby, czy to jako własność materialna, czy jako symboliczna przemoc polegająca na wykluczaniu, odcinaniu, marginalizowaniu tych, którzy należą do innych klas i innych symbolicznych kosmosów.

„Przeczucie” – Karolina Matyjaszkowicz

Berger podkreślał, że dzieło przeciętne, poprawne, tworzone jest cynicznie, w zgodzie z tym, co twórca ocenia jako posiadające właściwe wartości i język, mogące trafić do istotnych odbiorców. Dzieło wybitne wymaga oddania, pojawia się wtedy, gdy artysta bardziej ceni sens i znaczenie tego, co tworzy, niż względy wynikające z takiej wyceny. Prace komercyjne, nieoryginalne, są produktem rynku. Być artystą to nie znaczy być kimś lepszym, doskonalszym niż otoczenie. To znaczy patrzeć w innym kierunku niż ono, zauważa Dougald Hine w swoim eseju o Bergerze, którego miał szczęście znać osobiście i siedzieć z nim razem przy stole. Te rozmowy, jak mi wyjaśnił Dougald podczas naszego spotkania w Sztokholmie (też przy wspólnym stole), były dla niego bardzo cenne i miał wrażenie takiej niezwykle ważnej ich prawdziwości.

Amerykańska pisarka Ursula LeGuin porównuje w „Czterech drogach ku przebaczeniu” rozum do sieci zarzucanej na ocean. Prawda, którą przynosi, jest tylko fragmentem, cząstką, błyśnięciem tego, co jest całą prawdą – nieskończoną, nieogarniętą. Ludzka wiedza jest wycinkowa, lokalna, w gruncie rzeczy arbitralna – co nie znaczy, że nieistotna, nieważna. Wręcz przeciwnie, każde ziarnko prawdy jest odzwierciedleniem tego czegoś wielkiego i niepojętego, o ile zaczerpnięte jest z głębi oceanu i o ile ma sens, a nie tylko cenę. Spotkanie ze sztuką daje możliwość doświadczenia jakiejś lokalnej prawdy w chwili, gdy się rodziła w człowieku, który ją tworzył, ale także otwiera drzwi na bezgraniczne, nieskończone źródło całości, nie odbierając przy tym widzowi rozumu i jej czy jego sobą nie miażdżąc. Dougald Hine kończy swoje wspomnienie o Johnie Bergerze takimi słowami: „Grupa nieznajomych osób siedzi przy stole i wspólnie je posiłek. Przybysz opowiada historię przy ognisku. Przychodzi ci na myśl cytat, który słyszałeś w dzieciństwie, o tym, że wystarczy, by dwoje czy troje zgromadziło się razem”.

„Południca” – Karolina Matyjaszkowicz

Nic dziwnego, że biznes sztuki nie rozumie, że rządy się jej boją. Spotkanie twarzą w twarz to moc bez granic, przy której wszelka władza ludzka jest śmieszna – takie spotkanie to nieskończone bogactwo, całkiem za darmo.

prof. Monika Kostera

W tekście za wiedzą i zgodą Autorki zamieszczono prace Karoliny Matyjaszkowicz. W nagłówku tekstu znajduje się praca pt. „Łowczyni komet”.

 

Bez kołaczy nie ma (dobrej) pracy

Bez kołaczy nie ma (dobrej) pracy

 

Przyszłych rzetelnych historyków czeka sporo trudu przy odpowiedzi na pewne pytanie. Brzmi ono: jak w kraju „Solidarności” – która na swoich sztandarach, o czym dzisiaj coraz rzadziej się mówi, wypisała nie tylko postulaty wolnościowe, ale także dobitnie sformułowane żądania dbałości o robotników – tak łatwo, szybko i bezrefleksyjnie zatriumfowały liberalizm gospodarczy oraz nierzadko jawnie i wprost formułowane opinie antypracownicze. Jak to się stało, że wezwanie „jedni drugich brzemiona noście” zamieniło się znienacka w „każdy jest kowalem własnego losu”.

Trzecia Rzeczpospolita okazała się pod wieloma względami tworem antypracowniczym. Krajem wieloletniego wysokiego bezrobocia. Mizernego wsparcia socjalnego. Niskich płac. Niestabilnego zatrudnienia. Rozpowszechnionych umów śmieciowych. Portretowania każdego postulatu poprawiającego sytuację pracowników jako populistycznego. Przedstawiania każdego robotniczego protestu jako warcholstwa i nieuzasadnionej roszczeniowości. Wychwalania każdej opinii świata biznesu jako najgłębszej prawdy, w dodatku z założenia korzystnej dla całego społeczeństwa. Niskiego uzwiązkowienia. Łamania prawa pracy na znaczną skalę. I wielu podobnych zjawisk.

Refleksja przyszła późno i w znacznej mierze została wymuszona realiami. Przede wszystkim taką ewolucją rynku pracy, która po masowej migracji Polaków na Zachód i odchodzeniu roczników wyżu demograficznego na emerytury zaowocowała czymś w III RP niespotykanym: niedoborami rąk do pracy w ogóle lub rąk chcących pracować za dotychczasowe stawki i na zastanych zasadach. Zaczęto wreszcie nieco inaczej mówić o pracownikach i pracownicach, ich sytuacji i traktowaniu. Dostrzeżono, że długofalowo gospodarka, przemysł, rentowność, rozwój gospodarczy i szereg innych kwestii zależą m.in. od kondycji pracowników. Konkurowanie tanią siłą roboczą i wyciskaniem siódmych potów okazało się mieć krótkie nogi. Pojawiają się refleksje, że najpierw trzeba zaoferować porządne kołacze, aby mieć w zamian czyjąś solidną pracę. Często mniej w tym rozpoznaniu ducha dawnej „Solidarności”, a więcej wyrachowania, mody lub neofityzmu – ale na początek dobre i to.

My w duchu innym niż antypracowniczy piszemy od dawna, już 19 lat. Kiedyś robiliśmy to jako jedni z nielicznych w Polsce. Dziś takich głosów jest więcej, także w mediach i środowiskach niegdyś topornie liberalnych gospodarczo. Ale wciąż jest ich za mało i nierzadko są pobieżne. Temat natomiast wciąż pozostaje aktualny, bo za parawanem modnych wywodów o „rynku pracownika” skrywa się znacznie mniej kolorowa i bardziej skomplikowana rzeczywistość. Dlatego w tym numerze „Nowego Obywatela” niemal wszystkie materiały poświęciliśmy kondycji i sytuacji świata pracy w Polsce. Uważamy, że to jeden z najważniejszych tematów dotyczących naszego kraju i jego społeczeństwa.

Naszym partnerem w tym dziele jest w bieżącym numerze Komitet Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej, a pomysłodawcą części przygotowanych materiałów – jego lider, Konrad Ciesiołkiewicz. Co odnotowuję z satysfakcją, gdyż tego rodzaju współpraca na takim gruncie tematycznym była jeszcze dekadę temu zupełnie nierealna.

Zapraszam do lektury!

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie finansowe – zajrzyjcie proszę tutaj.

Oparte na faktach

Oparte na faktach

Nieczęsto zdarza się, aby rządowy materiał analityczny, bez jakiegokolwiek przełożenia na prawodawstwo, miał szansę zmienić postrzeganie sytuacji w kraju przez jego elity. Niedawno opublikowana została analiza, która powinna „zmienić wszystko”. Jeden z liberalnych komentatorów ekonomicznych z przerażeniem skonstatował, iż ostatni raport Ministerstwa Finansów pokazuje, że Polska notuje poziomy nierówności dochodowych znane z „afrykańskich satrapii”. O jakim raporcie mowa? Zacznijmy od zarysowania tła.

Optymiści i krytycy

Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Odkrywając fakty

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

Krytycy kursu neoliberalnego mieli niełatwe zadanie. Trudno było oczekiwać przezwyciężenia wpływów instytucjonalnych zwolenników istniejącego porządku społeczno-gospodarczego np. na legislację czy ośrodki eksperckie. Sprzyjające neoliberalizmowi były, i w większości nadal są, główne media. Dodatkowym utrudnieniem był brak danych jednoznacznie wskazujących na dużą skalę problemu, mimo iż realia poza Polską metropolitalną dawały istotne przesłanki do bicia na alarm. Nierówności rosły podczas polskiej transformacji, gdy w wielu miejscach upadały duże zakłady pracy, zwijana infrastruktura utrudniała awans osobom z prowincji, niepewne i śmieciowe warunki zatrudnienia nie zabezpieczały przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Odzwierciedlenie w statystykach można było zauważyć, ale na poziomie zagregowania tak dużym, że ocierającym się o abstrakcję – podział dochodu między pracę a kapitał uprzywilejowywał ten drugi znacznie bardziej, niż w krajach, do których realiów aspirowaliśmy. Również podatki dochodowe nie miały korekcyjnej roli redystrybucyjnej, jak na upragnionym Zachodzie. W kraju ekonomicznie wyedukowanym na modłę neoliberalną, wyższa progresja podatkowa do dziś jest pomysłem niepopularnym.

Krytycy od dawna podejrzewali, iż nierówności są faktycznie o wiele wyższe niż wskazywały na to oficjalnie podawane dane ankietowe GUS. Już kilka lat temu jednemu z ekonomistów udało się dotrzeć do danych PIT z województwa dolnośląskiego, wskazujących, iż poziom nierówności dochodowych jest znacznie wyższy, niż podawanych w statystykach GUS. Do podobnych wniosków doszli niedawno badacze powiązani z Thomasem Pikettym: P. Bukowski i F. Novokmet. Brakowało jednak danych pozwalających na jednoznaczne wnioski.

Dopiero wydany w tym miesiącu raport Ministerstwa Finansów „Wybrane aspekty systemu podatkowoskładkowego na podstawie danych PIT i ZUS 2016” pozwala na skok jakościowy, jeśli chodzi o poziom wiedzy na temat rozkładu dochodów Polaków. Analiza została opracowana w oparciu o połączone bazy danych podatkowych i ubezpieczeniowych.

Raport Ministerstwa Finansów, jest „dymiącym pistoletem”, dowodem, przyłapaniem neoliberalizmu na gorącym uczynku. W komentarzach medialnych do raportu skupiono się na różnych poziomach nierówności między województwami oraz na wysokim poziomie nierówności w województwie mazowieckim. Takie ujęcie wskazuje na poboczną ciekawostkę, podczas gdy główne, druzgocące wnioski wyłaniają się na poziomie kraju. Wskaźnik Giniego na poziomie 0,51 stawia Polskę w jednym rzędzie z krajami Afryki subsaharyjskiej. Sceptycy mogą debatować na temat teoretycznej porównywalności różnych metod pomiaru między krajami, jednak inne fakty z raportu nie powinny podlegać debacie. Z raportu dowiadujemy się, iż 1 (słownie: jeden) procent Polaków o najwyższych dochodach uzyskuje 14 procent dochodów wszystkich podatników. Statystyczny „Polak z jednego procenta” uzyskuje więc 14-krotnie większy dochód niż po prostu statystyczny Polak.

Jak to możliwe? Najbogatsi podatnicy najczęściej czerpali dochody z działalności gospodarczej (opodatkowanej często w liniowy sposób). Podczas gdy mechanizmy rynkowe kreują nierówności, system podatkowo-składkowy ich nie niweluje, lecz wręcz powiększa. Podatnicy uzyskujący dochód powyżej miliona złotych brutto są efektywnie opodatkowani (łącznie ze składkami) średnio na poziomie 20%, podczas, gdy dla najbiedniejszych, o dochodzie do 10 tysięcy złotych brutto, obciążenie podatkowo-składkowe wynosi blisko 60%. Jednocześnie zamożni posiadają dodatkowe źródła dochodu, jak np. papiery wartościowe, ale też nieruchomości (za wynajem których, jak można się domyślać, płacą mniej zamożni).

Powyższe grafiki pochodzą z raportu omawianego w tekście

 

Metodologicznie raport daje obraz bliski pełnego, ale nie pełen. Z jednej strony nie uwzględnia (nie rozliczających się PIT) rolników i bezrobotnych, co zapewne mocno powiększyłoby wskaźnik nierówności, ale z drugiej strony nie uwzględnia również wpływu 500+. Nie wskazuje też (z braku danych) roli czynnika majątkowego, który wpływa na dochód do dyspozycji: niski dochód dla osoby z własnym mieszkaniem jest dużo mniej uciążliwy niż dla wynajmującego lub kredytobiorcy. Można się jednak domyślać, że dzięki wysokim dochodom osoby lepiej zarabiające są w stanie zgromadzić majątek pozwalający na niezmniejszanie dochodu do dyspozycji.

Od krytyki do praktyki

Autorom raportu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania, należą się słowa wdzięczności. Ich praca wskazuje, jak duży potencjał analityczny istnieje w instytucjach państwa. Słusznie autorzy i ministerstwo zbierają dziś gratulacje od środowiska ekonomicznego za swoją pracę. Pod względem naukowym ich materiał przysłuży się wielu wartościowym opracowaniom. Główna wartość leży jednak w roli, jaką powinien odegrać poza wąskim środowiskiem zawodowych ekonomistów.

Obecny system społeczno-ekonomiczny wymaga mocnych korekt. Jest to sprawa ważna nie tylko z punktu widzenia obowiązku etycznego, ale też pragmatyki. W widoczny sposób nierówności ekonomiczne i różnice doświadczeń między ścieżką merytokratyczną a ścieżką ograniczonych szans przekładają się na poparcie ksenofobicznych populistów rozpoczynających swój marsz po władzę w krajach Europy. Ignorowanie problemu byłoby groźne dla wszystkich, gdy łańcuch przyczynowo-skutkowy między neoliberalizmem a społecznym rozpadem jest już jasny. Raport Ministerstwa Finansów wytrąca z ręki argumenty tym, którzy chcą usprawiedliwić bezczynność. Szukanie wymówek musi się skończyć w obliczu niezaprzeczalnych faktów, podobnie jak skończyło się negowanie problemu smogu.

Jak pisałem na początku, ten raport powinien „zmienić wszystko”, gdyż w przeciwieństwie do dowodów anegdotycznych nie zawiera narracji, lecz fakty. W polskiej debacie na temat nierówności społecznych nie będzie można go zignorować. Powinien – ale nie wstrzymujmy oddechu w oczekiwaniu. Czy w naszej rzeczywistości wiedza wystarcza do podjęcia działań? Przykład smogu jest dobrą ilustracją – od zrozumienia i potakiwania do znaczących działań droga jest daleka. Podobnie jest w przypadku nierówności. W świecie Zachodu wytworzył się wręcz rynek na powtarzanie ex cathedra „byliśmy głupi” i stawianiu jeżeli nie przenikliwych, to na pewno trafnych diagnoz, za którymi jednak nie idzie praktyka.

To podejście pozwala na długie kursowanie po panelach dyskusyjnych lub promocjach własnych książek. Ta w teorii krytyczna postawa kończy się nagle przy jakiejkolwiek możliwości wsparcia faktycznej zmiany. O tym, jak nierówności niszczą społeczeństwa i karczują drogę do zwycięstw ksenofobicznemu populizmowi, pisali w ostatnich latach m.in. Robert Peston, Ed Luce, Iwan Krastew, i wielu innych dziennikarzy, komentatorów i publicznych intelektualistów mainstreamu (lista byłaby bardzo długa, można by ją uzupełnić również o polskich autorów). Brytyjczyk Peston nie posiada się ze złości na obecny stan rzeczy, nie powstrzymując się przed bluzgami na status quo nawet w tytule swojej książki. Kiedy jednak w swoim kraju ma przemyślany projekt polityczny (Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna), proponujący wiarygodne rozwiązania problemów, Peston nie znajduje dla niego nawet jednego dobrego słowa.

Ten schemat powtarza się w kolejnych krajach przy kolejnych okazjach. Kiedy ze statystyk o nierównościach lub podziałach społecznych można ukuć zręczny cytat pełen moralnego wzmożenia – kolejka chętnych jest długa. Kiedy przychodzi do poparcia inicjatyw faktycznie walczących z problemami (choćby w ograniczony sposób) – robi się pusto. Dla Edwarda Luce’a zwieńczeniem dobrej analizy problemu staje się groteskowe lokowanie nadziei w osobie… Emmanuela Macrona (oczywiście do czasu, gdy niespodziewanie „okaże się”, że ten nie sprosta wyzwaniu). W czym więc rzecz i po co ta farsa? Kto nie rozumie tego, co się dzieje, a kto nie chce uczynić pożytku z dostępnej wiedzy? Czy nominalny krytyk nie zachowuje się jak optymista, który nic nie chce zmieniać?

Pozostaje nie zwracać uwagi na tych, którzy krytykują obecny stan rzeczy tylko w teorii. Upowszechnienie się krytycznej interpretacji obecnego porządku, coraz bardziej prawdopodobne, powinno być dla prospołecznych środowisk dopiero początkiem. Zdezorientowanemu społeczeństwu sprzedawani są w krytycznej otoczce zarówno cyniczni populiści, jak i bezideowi technicy kampanii wyborczych. Od nich ruchy prospołeczne muszą się odróżnić wyrazistą wizją, popularnym konkretem i widoczną praktyką.

Krzysztof Mroczkowski

Tomasz Markiewka: Uber i inne iluzje postępu

W każdej dyskusji na temat Ubera prędzej czy później pojawia się opozycja między postępem a rozpaczliwym trzymaniem się starych rozwiązań. Najczęściej zostaje ona wprowadzona za pomocą metafory o dorożkach. Los taksówek jest podobno przesądzony tak, jak kiedyś był los dorożek. A ludzie, którzy tego nie rozumieją, wstrzymują postęp. Dobrym przykładem takiego podejścia jest felieton Jolanty Ojczyk dla „Rzeczpospolitej” zatytułowany „Spór o Ubera jest konfliktem starego świata z nowoczesnością”.

Na czym właściwie polega ta nowoczesność i postępowość Ubera? Ojczyk opisuje ją tak: „Mam w smartfonie aplikację Uber i jednym kliknięciem zamawiam przejazd. Mogę wybrać auto i kierowcę. Uber ściąga pieniądze z mojej karty płatniczej podpiętej do aplikacji. Nie muszę dzwonić po taksówkę, tłumaczyć, gdzie dokładnie ma podjechać, nie muszę mieć przy sobie gotówki, a przede wszystkim płacę mniej. Podstawą opłaty nie jest wskazanie taksometru, lecz długość trasy i czas przejazdu ustalane za pomocą GPS”.

Z perspektywy klienta postępowość Ubera polega zatem na wygodzie i poczuciu, że korzystamy z rozwiązań postrzeganych jako nowoczesne – jak GPS czy aplikacja na komórkę. Ale drobne udogodnienia dla konsumentów nie wyczerpują przecież tematu, istnieje jeszcze perspektywa pracownicza i społeczna.

Jak więc wygląda Uber, gdy spojrzymy na niego okiem pracowników i obywateli zatroskanych o dobro wspólne, a nie okiem klientów cieszących się z apki na telefon? Już nie tak różowo. Istnieją nawet solidne podstawy do stwierdzenia, że Uber pod względem pracowniczo-społecznym jest nie tyle postępem, co cofnięciem się w rozwoju.

Trafnie ujmuje to Filip Konopczyński w swoim tekście dla „Przekroju” pod tytułem „Osobliwa przyszłość pracy”: „Póki co innowacyjność Ubera sprowadza się do kreatywnej księgowości, optymalizacji podatkowej i udawania, że nie jest firmą transportową. Dzięki temu odpowiedzialność prawna i finansowa spada na kierowców oraz podróżnych, a firma nie jest kontrolowana równie starannie jak tradycyjne taksówki”.

W podobnym duchu pisze Jan J. Zygmuntowski w książce „Technologie 4.0”. Uber konsekwentnie upiera się, że jest platformą świadczącą usługi informatyczne, a nie firmą przewozową, przez co „mimo jawnego zarządzania ceną, trasą i płatnością przejazdów, jest w świetle prawa zwolniona z zasad chroniących rynek przez zepsuciem, ustalających np. ceny minimalne, maksymalną podaż kierowców, obowiązkowe ubezpieczenie czy wymagania stawiane kierowcom”. Z tej perspektywy Uber stanowi krok w stronę świata, w którym pracownicy mają niewiele do powiedzenia, a korporacje mogą unikać zobowiązań społecznych.

Drobne udogodnienia dla klientów, dużo bajeru promocyjnego, popularność, lekceważenie praw pracowniczych i omijanie zobowiązań podatkowych oraz regulacji państwowych – czy to naprawdę wystarcza, aby potraktować Ubera jako symbol nowoczesności i postępu? Niestety tak, bo jak piszą Carl Rhodes i Peter Bloom w książce „CEO Society”, nasze myślenie o postępie jest silnie uzależnione od korporacyjnych interesów. Kiedy spytamy jakiegoś polityka, jaki ma długofalowy pomysł na rozwój gospodarczy, to najpewniej odpowie, że jest nim wzrost PKB. A gdy zaczniemy dopytywać, jak ten wzrost ma zostać osiągnięty, to okaże się, że pomysły większości polityków sprawdzają się do pomagania korporacjom w osiągnięciu sukcesu. Czyli na przykład do podpisywania umów międzynarodowych, których najbardziej namacalnym skutkiem jest znoszenie kolejnych regulacji dla korporacji i przyznawanie im coraz większej władzy.

Wziąwszy to pod uwagę, nie powinno nas aż tak bardzo dziwić, że Uber – ze swoimi sprytnymi pomysłami na omijanie zobowiązań wobec pracowników i społeczeństwa – uchodzi za symbol nowoczesności. W społeczeństwie, które patrzy na świat oczami wielkich korporacji, to całkiem oczywiste podejście.

Warto zdać sobie jednak sprawę z tego, do czego prowadzi taka postawa. Arlie Russell Hochschild w książce „Obcy we własnym kraju” opisuje Boba Hardeya, burmistrza Westlake, miasteczka w stanie Luizjana. Okazuje się, że właściwie jedynym pomysłem Hardeya na rozwój miasta jest namawianie wielkiej korporacji petrochemicznej, aby otworzyła tam swoją siedzibę i zapewniła miejsca pracy. Jak przyciąga się potężną korporację? Trzeba zapewnić korporacyjnych bossów, że ich firma będzie płaciła tak niskie podatki i będzie podlegała tak ograniczonym regulacjom jak to tylko możliwe.

W przypadku Luizjany szczególnie zgubne jest ograniczanie regulacji, bo rozmawiamy o jednym z najbardziej zanieczyszczonych stanów w USA, naznaczonym wieloma katastrofami ekologicznymi, których przyczyną były często właśnie niedostateczne regulacje i zbyt mały nadzór nad działaniami korporacji paliwowych. Ale ludzie tacy jak burmistrz Wastelake nie bardzo wiedzą jak inaczej rozwijać miasto. Tym bardziej, że Luizjana nie słynie ani z inwestycji w edukację, ani z finansowania publicznych projektów.

Sytuacja, którą opisuje w swojej książce Hochschild, przypomina błędne koło. Władze Luizjany pod wpływem doktryny wolnorynkowej systematycznie obniżały budżet publiczny i cięły wydatki na instytucje publiczne. Im bardziej to robiły, tym bardziej jedyną perspektywą na rozwój tamtejszym miast było przyciąganie wielkich korporacji. Ale ponieważ korporacje wiedzą, że ludzie tacy jak burmistrz Hardey nie bardzo mają inne wyjście, to dyktują twarde warunki, co często prowadzi do dalszego kurczenia się sektora publicznego kosztem sektora prywatnego, bo firmy paliwowe nie lubią, gdy rząd zbyt bacznie przygląda się ich poczynaniom albo gdy muszą płacić zbyt wysokie podatki.

Tak wygląda nowy wspaniały świat, w którym korporacyjny punkt widzenia dominuje nad wszystkimi innymi perspektywami. W którym miarą innowacyjności i postępu jest to, jak bardzo z danych rozwiązań są zadowolone poszczególne korporacje. Konopczyński we wspomnianym już tekście opisuje, jak daleko były skłonne posunąć się władze Chicago, aby zachęcić Amazona do otwarcia w ich mieście swojej siedziby. Oprócz zwolnień podatkowych zaoferowano Amazonowi możliwość pobierania od pracowników danin, które ci przekazywali wcześniej do kasy publicznej. Konopczyński słusznie zauważa, że to rozwiązanie znane ze średniowiecza, gdzie lokalne władze lub Kościół mogły upoważnić lennika do pobierania podatków lub egzekwowania innych obowiązków.

To jest właśnie ten postęp, którym tak się zachwycamy. Cieszymy się z apki, która automatycznie wykona za nas opłatę, a nie zauważamy, że na naszych oczach powstają molochy zdolne dyktować coraz bardziej absurdalne warunki i podlegające coraz mniejszej kontroli demokratycznej. Rozwój dostępnych możliwości konsumowania towarów i usług oznacza często regres demokracji i naszych praw. Ceną za niewielką poprawę wygody konsumenckiej jest ograniczenie naszych możliwości wpływania na kształt społeczeństw, które zamieszkujemy.

dr Tomasz Markiewka

Maski opadły

Maski opadły

Rząd nie pozostawił już żadnych złudzeń co do tego, że nauczyciele są potrzebni polskiej oświacie. Bez niej państwo też może się obejść. W państwie z kartonu wystarczy jej podobizna, papierowa makieta. Podobnie fikcyjna jak publiczna służba zdrowia czy równość wobec prawa.

Inny standard jest dla uprzywilejowanych zamożnych. Ale to są segmenty coraz mniej zależne od państwa, a bardziej od kapitału. W przypadku wielu polskich fortun został on ukradziony po 1989 roku przez kolejne rządy. Do niedawna w Polsce nie było magnatów finansowych. Dziś już 10% obywateli gromadzi 40% dochodu narodowego. Bez innowacyjności i inwestycji. Większość naszych możnych to politycy, ich rodziny i szemrani wspólnicy. Za pieniądze można kupić wszystko, a przy wsparciu rządowej propagandy demoralizacja i napuszczanie wygłodzonej watahy na innych nie wymagają wysiłku. Wystarczą srebrniki. Biednymi steruje się łatwiej niż sytymi. Społeczeństwo nie poprze strajku nauczycieli, bo składa się głównie z osób, które nie otrzymują za swoją pracę więcej niż 2 tys. złotych za 40 i więcej godzin tygodniowo. Tacy ludzie stanowią 75% zatrudnionych.

Semantycznie poprawniej jest powiedzieć o nich pracujący. Różnica między zatrudnionym a pracującym jest jakościowa i zasadnicza – jak między podmiotem a przedmiotem. Podmiot kształtuje stosunki z pracodawcą, ma prawa i wpływa na swój status pracownika. Przedmiot nie ma nic do gadania. Nie może się buntować. Jak mu się nie podoba, niech weźmie kredyt, zmieni pracę, niech się zwolni, wyjedzie za granicę, bo na jego miejsce czeka dziesięciu rodaków, Ukraińców, Hindusów, maszyn i robotów. Nawet za połowę stawki. Przedmiot jest tylko wymiennym i tymczasowym elementem procesu wytwarzania dóbr i usług. I pracuje tak długo, jak pozwoli właściciel. W Polsce ma harować jak wół. Ciężko, długo i za niewiele. Ale o tym nikt mu nie mówi. Za to zawsze usłyszy coś innego. Że jest sam sobie winien, gdy straci pracę, jaka by ona nie była. Dla kogoś, kto nie ma na życie, każda jest przecież dobra. Nawet za marne pieniądze. Praca nie hańbi, ale wykonujący ją człowiek zasługuje na pogardę. To pozycja dominującego i narzucającego posiadacza.

Państwo jest dla nauczycieli pracodawcą, notabene za naszą i z naszą kasą. Z tego punktu widzenia sposób obejścia się z nimi nie wychodzi poza neoliberalną klasykę. Inaczej jest z perspektywy demokratycznego, cywilizowanego ustroju, pochodzącego z wyborczego mandatu. Chodzi o ten mandat. Obliguje on do relacji opartych na szacunku, a nie na feudalnych wzorcach.

Strajk nauczycieli pokazał dobitnie, że społeczny wizerunek PiS jest pozorny, mylący i obliczony wyłącznie na potrzeby wyborcze. Z punktu widzenia tej zbalansowanej nierównowagi ekonomicznej w gospodarce neoliberalnej, skalkulowanej na korzyść silniejszej strony, czującej się twórcą i sponsorem obecnego porządku, edukacja winna służyć jej utrzymaniu. Ale nie jakościowa oświata! Tutaj znów można zrobić rozróżnienie – tym razem między oświeceniem człowieka a formowaniem go na potrzeby rynku. Pracodawca potrzebuje sformatowanego, karnego najemnika, a nie filozofa czy wolnomyśliciela. Wystarczy powierzchowne obycie i minimalistyczne wychowanie konformistyczne, bez cienia autonomicznego umysłu, bo w wolnym myśleniu zawsze jest ukryty pierwiastek rewizjonistyczny, zapędy reformatorskie, a nawet cała rewolucja, nie daj boże lewicowa.

Dzieci zamożnych rodziców i polityków chodzą do szkół prywatnych. Ubogim rodzicom wystarczą tanie niańki w szkole na czas, gdy dorośli wstawieni do kieratu będą napychać kieszenie swoich panów zyskami, łudząc się przy tym, że zaharowują się dla awansu swoich pociech. Bo chociaż wiedzą, że sami nigdy nie przekroczą granicy swojej klasy, to nie chcą wiedzieć, że w tym systemie, poza jednostkami, ich dzieci też tej granicy nie przekroczą. Aha, i jeszcze panie powinny w świetlicy lekcje z dziećmi odrobić i pobawić się z nimi. Bo w domu po robocie nie ma sił i czasu.

Ela Wisz