Poznaj swój kraj

Poznaj swój kraj

A kogo to obchodzi? Taka odpowiedź padnie zapewne na propozycję, żeby podjąć gromadzenie, analizę, publikację i propagowanie – jako swoistego zwierciadła epoki – wspomnień „zwykłych ludzi”. Media nie sięgną po nie nawet w ramach epatowania odbiorców ciekawostkami – konkurencję w kategorii „szok i przerażenie” zawsze wygrają Katarzyna W. z Sosnowca, pijane matki, dzieci pogryzione przez groźne psy, dzieci w beczkach, pijani ojcowie, matki pogryzione przez groźne psy itd., itp. Nie zainteresują się również pokłosiem takich inicjatyw decydenci i ich doradcy, elity polityczne i kulturalne czy opiniotwórcze media. Polska demokracja (a coraz bardziej także demokracja w ogóle) nie polega przecież na wsłuchiwaniu się w głos ludu. A w dodatku ze wspomnień i refleksji „szarego człowieka” mógłby się wyłonić obraz zupełnie odmienny od urzędowego optymizmu i propagandy sukcesu, prezentowanych przez celebrytów pełniących obowiązki premierów, liderów, komentatorów i jurorów.

Nie chodzi tylko o brak zainteresowania opiniami, owszem, subiektywnymi, lecz poszerzającymi przecież nasz ogląd świata i wiedzę o nim. Chodzi również o brak wiary w to, że „zwykli ludzie” mogą mieć coś wartościowego do powiedzenia, że ich spostrzeżenia mogłyby rzucić światło na ważne, lecz skrywane aspekty kondycji współczesnej Polski. Deficyty polskiej demokracji wynikają w mniejszym stopniu z tego, że lud jest niedoskonały czy bierny, bardziej natomiast z przyjmowanego a priori założenia, że on właśnie taki jest. Jeśli „zwykły człowiek” zagości w mediach w charakterze innym niż sensacyjny, to jedynie jako ktoś, kto w trybie konkursowym zaśpiewa, zatańczy, rozwiąże zagadkę, ugotuje lub po­chwali się wiedzą encyklopedyczną. Żyjemy w czasach, w których przez wszystkie przypadki odmieniane są „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”, a jednocześnie za nic ma się obywateli, ich opinie, odczucia, przemyślenia. Ba, żyjemy w czasach, gdy publicyści uważający się za lewicowych uznają każdy przejaw ludowego gniewu czy buntu za prymitywny resentyment. I w czasach, gdy intelektualiści uważający się za lewicowych są przekonani, że im bardziej jakaś teoria jest hermetyczna w treści i formie, tym jest słuszniejsza, mądrzejsza i bardziej lewicowa.

Bywało inaczej. W czasach znacznie trudniejszych niż obecne pod względem tak prozaicznym, jak umiejętność pisania i czytania czy dostępność środków komunikacji mieliśmy w Polsce bardzo dynamiczny nurt badawczy, poświęcony wspomnieniom i relacjom zwykłych mieszkańców naszego kraju. Mieliśmy wówczas także szerokie zainteresowanie mediów, opinii publicznej i elit społecznych efektami tychże badań. W niniejszym numerze przypominamy trzy teksty stanowiące świadectwo takich postaw.

Pierwszy z nich jest autorstwa wybitnego naukowca, prekursora socjologii w Polsce, działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859–1941). To fragmenty przedmowy do książkowej edycji „Pamiętników bezrobotnych” (1933), zawierającej 57 pamiętników spośród 774 nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1931 przez Instytut Gospodarstwa Społecznego (IGS). Instytut był placówką naukowo-badawczą o wyraźnie prospołecznym, lewicującym profilu, mającą w okresie II RP ogromny dorobek w dziedzinie analizy i dokumentacji rozmaitych problemów socjalnych i kondycji warstw społecznych i grup zawodowych. Konkurs na pamiętniki bezrobotnych, skierowany do pozbawionych zatrudnienia pracowników fizycznych, został ogłoszony w momencie kulminacyjnym wielkiego kryzysu gospodarczego. Odzew na tę inicjatywę – zarówno w postaci ilości i jakości nadesłanych prac konkursowych, jak i reakcji mediów i opinii publicznej (kilkaset recenzji książki w prasie, wielokrotne przywoływanie wyników konkursu przez rozmaite gremia polityczne czy naukowe) – przeszedł oczekiwania organizatorów.

W roku 1933 ogłoszono zatem kolejny konkurs, tym razem na pamiętniki chłopów. Jego inicjatorką była Irena Kosmowska – znana działaczka społeczna, jedna z liderek lewicowego ruchu ludowego. W ramach projektu zebrano 498 pamiętników, z których najlepsze doczekały się edycji książkowej. Z kolei w roku 1936 ogłoszono konkurs na pamiętniki emigrantów – Polaków, którzy wyjechali za chlebem na stałe lub na dłuższy okres do jednego z siedmiu państw, gdzie tego rodzaju emigracja była najbardziej nasilona (Francja, USA, Kanada, Urugwaj, Brazylia, Argentyna i Paragwaj). Tym razem nadesłano 212 pamiętników, a efektem były kolejne publikacje. Również one wywołały duże zainteresowanie opinii publicznej i poskutkowały wieloma omówieniami i analizami.

Tego rodzaju wysiłki poznawcze nie kończą się na IGS. Drugi z prezentowanych tekstów wyszedł spod pióra Floriana Znanieckiego (1882–1958) – najwybitniejszego polskiego socjologa, uczonego światowej sławy oraz jednego z prekursorów badania rzeczywistości społecznej przy wykorzystaniu autobiografii, pamiętników, listów itp. dokumentów. Tekst Znanieckiego to przedmowa do „Młodego pokolenia chłopów” Józefa Chałasińskiego – monumentalnego, czterotomowego dzieła stanowiącego analizę i dokumentację efektów konkursu na pamiętniki młodzieży wiejskiej, z naciskiem na osoby zaangażowane w działalność organizacji młodzieżowych. Konkurs został ogłoszony przez Państwowy Instytut Kultury Wsi przy współpracy z czasopismem „Przysposobienie Rolnicze” na przełomie lat 1936 i 1937, a nadesłano na niego 1544 prace.

Książka Chałasińskiego, wydana w roku 1938, do dzisiaj jest uznawana za jedno z czołowych dokonań rodzimej socjologii. Również i ona odbiła się szerokim echem w ówczesnej Polsce, wywołując wiele debat i refleksji na temat kondycji wsi i warstwy chłopskiej. Zamiarem autora była jednak nie tylko analiza status quo, ale także ogląd kształtowania się „nowego chłopa”. W młodym pokoleniu mieszkańców wsi zachodziły wówczas niezwykle ciekawe procesy emancypacji, samodzielnego, wbrew wielu przeszkodom, „uobywatelnienia”.

Trzeci z prezentowanych tekstów to przedmowa do tomu „Robotnicy piszą” (1938). Książka zawierała 25 najwyżej ocenionych spośród kilkuset pamiętników nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1935. Autorzy publikowanego tutaj tekstu to Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), profesor UJ, pedagog, teoretyk wychowania, oraz Feliks Gross (1906–2006), socjolog, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, kierownik Szkoły Nauk Społecznych przy krakowskim Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego, autor pionierskiej na gruncie polskim książki „Proletariat i kultura” (1938). Choć obaj nie ukrywali lewicowych przekonań, ich wysiłek poznawczy może być wzorem naukowego obiektywizmu, a także – co ważniejsze – autentycznej ciekawości świata, chęci poznania środowiska robotniczego bez przykrawania go do wygodnych i oczekiwanych założeń. Samą istotę oraz historię badań opisuje ich tekst, więc tutaj warto podkreślić tylko, że była to inicjatywa szczególna, bowiem jej pomysł zrodził się podczas seminarium samokształceniowego z udziałem krakowskich robotników, oni też byli współtwórcami części aparatu badawczego i uczestnikami prac związanych z analizą zebranego materiału.

W ciągu zaledwie 20 lat trwania II RP oprócz już wspomnianych badań polegających na gromadzeniu pamiętników plebejuszy zorganizowano jeszcze konkursy m.in. na wspomnienia prowincjonalnych lekarzy, na życiorys pracownika fizycznego (Polski Instytut Socjologiczny) czy zapiski wiejskiego działacza społecznego (Instytut Socjologii Wsi). Wszystkie one znajdowały żywy oddźwięk w mediach oraz wśród elit społeczno-politycznych, zyskiwały także wsparcie wybitnych przedstawicieli kultury i nauki (w jury wspomnianych konkursów zasiadali m.in. Maria Dąbrowska, Tadeusz Boy-Żeleński, Andrzej Strug). Można wręcz mówić o swoistej modzie na konkursy pamiętnikarskie, choć takie stwierdzenie sugerowałoby działanie pochopne i bezrefleksyjne. Tymczasem było zgoła inaczej – tego rodzaju badania postrzegano jako inicjatywę znaczącą zarówno ze względów naukowych i poznawczych, jak i społeczno-politycznych. Ówcześni politycy i działacze państwowi traktowali ich wyniki jako wgląd w realną sytuację grup społecznych i obszarów kraju, dla naukowców były one natomiast okazją do zmierzenia się z subiektywnym, lecz szczegółowym materiałem badawczym, pozwalającym zweryfikować wiele teorii i przypuszczeń. Wszyscy reformatorzy społeczni, obojętnie skąd się wywodzący, czerpali z nich wiedzę o problemach, ich skali i możliwych receptach na przezwyciężenie.

Badania pamiętników i konkursy na relacje różnych grup społecznych są przeprowadzane również współcześnie. W roku 2001, w siedemdziesiątą rocznicę rozpoczęcia konkursu Instytutu Gospodarstwa Społecznego na pamiętniki bezrobotnych, zorganizowano podobną inicjatywę. W apogeum bezrobocia w III RP, gdy jego poziom wynosił ok. 20%, w konkursie wzięło udział 1635 prac, ukazało się kilka tomów zawierających pamiętniki osób pozbawionych pracy. Organizowano także konkursy pamiętnikarskie m.in. dla rolników i młodzieży, a w momencie, gdy piszę te słowa, trwają one m.in. na pamiętnik samotnego rodzica oraz na wspomnienia działaczy spółdzielczości z okresu początków transformacji ustrojowej. Nie są to już jednak wydarzenia, które ogniskowałyby tak wiele energii i wysiłku świata nauki. Ale przede wszystkim nie spotykają się one z porównywalnym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej, a tym bardziej decydentów i elit społecznych. Jeśli nawet jakaś instytucja podejmuje podobny trud, jego efekty zazwyczaj interesują głównie organizatorów i uczestników.

Polska międzywojenna była krajem wielu problemów społecznych, których skala jest dla nas wręcz niewyobrażalna. Była też przez sporą część istnienia państwem, w którym występowały deficyty demokracji. Była wreszcie krajem, w którym działało znacznie mniej ośrodków naukowych i kanałów informacji niż obecnie. Ale interesowano się tym, co lud myśli, jak żyje, co odczuwa, jakie trapią go bolączki – dyskutowano o tym, traktowano to jako istotny problem społeczny i wyzwanie polityczne, temat ten był obecny w wystąpieniach postaci z „górnej półki” politycznej czy kulturalnej.

Te – i inne oczywiście również – różnice wiele mówią o dzisiejszej Polsce. Nie mówią o niej niestety niczego dobrego.

Poznaj swój kraj

Jak walczyć z czymś, czego nie rozumiemy?

Powiedzmy to raz jeszcze: lewica jest w kryzysie. Na prawicy zresztą nie jest lepiej. Żadna ze stron nie ma odpowiedzi na coś, co potocznie zwie się „kryzysem kapitalizmu”. My – ludzie lewicy (nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwrot ten może być tylko ironiczny) – zajęci jesteśmy ciągłym powtarzaniem tych samych gestów, które absolutnie do niczego nie prowadzą. „Źli kapitaliści okradają biednych ludzi, należy się zorganizować i obalić ten obrzydliwy kapitalizm!” – krzyczymy na demonstracjach, podniesionym głosem przekonujemy znajomych, piszemy na blogach, w gazetach czy periodykach naukowych. Na prawicy jest jeszcze gorzej, bo jeśli rzeczywiście lekiem na współczesne problemy miałaby być jeszcze większa deregulacja, to może od razu zlikwidujmy struktury polityczne i ze zwieszoną głową módlmy się o łaskę do świętych derywatów i błogosławionych funduszy hedgingowych. Kryzys lewicy i prawicy to tak naprawdę kryzys polityczności w ogóle. Jeśli żadna ze stron nie jest w stanie wypracować rozwiązań, które mogłyby zmierzyć się z obecnym stanem rynków (czyli czymś, co najbardziej determinuje dobrostan społeczeństw), to znaczy, że polityka przestała po prostu odpowiadać na problemy świata, w którym żyjemy.

Mogłoby się zatem wydawać, że mamy do czynienia z dwoma powiązanymi kryzysami: polityczności i kapitalizmu. Mniemanie takie jest błędne, gdyż kapitalizm nie znajduje się w kryzysie. Należałoby raczej powiedzieć, że żyje on pełnią życia, rozwija się bez większych przeszkód, biorąc we władanie coraz większe obszary. Upadek Grecji, bankructwa banków, niespłacalne kredyty, stagnacja gospodarcza – są problemami dla społeczeństw, ale w żaden sposób nie nadwątlają samego systemu kapitalistycznego. Kapitał staje się tak wszechobecny, że gdyby starożytni Grecy mieli dziś formułować listę żywiołów, to do powietrza, ognia, wody i ziemi dodaliby pieniądz.

Jeśli z kapitalizmem wszystko jest w porządku, oznacza to, że jedynie polityczność znajduje się w kryzysie. Kryzys ten spowodowany jest właśnie rosnącą siłą kapitału. Kapitał stał się niejako potężniejszy i większy od społeczeństw, które utraciły możliwości kontroli. Paul Krugman stwierdził, że nawet gdyby ludzie na początku obecnego wieku wiedzieli, że w 2008 r. dojdzie do krachu na rynkach finansowych, nie zachowaliby się inaczej, gdyż i tak nie byliby w stanie wyzwolić się z kapitalistycznego sposobu myślenia. Jak bowiem można myśleć inaczej, skoro kapitał jest podobny do powietrza: naturalny i wszechobecny. Różnica jest tylko taka, że wiemy, czym jest powietrze, natomiast o kapitalizmie nie można tego powiedzieć.

Przestaliśmy rozumieć kapitalizm. Oczywiście pomijam tzw. korwinowców, bo trudno zaufać gimnazjalistom. Mówię zatem w pierwszym rzędzie o zwykłych ludziach, o nas. Jasne, przyzwyczailiśmy się do tego, że fabryki muszą być przenoszone tam, gdzie praca jest tańsza, że makler z Wall Street zarabia 1000 razy więcej od kucharki, że gospodarka kraju może upaść, ponieważ bankierzy podejmowali ryzykowne decyzje. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale czy rozumiemy przyczyny takich faktów? Czy wiemy, dlaczego w USA od 1978 r. dochody najbogatszej grupy społeczeństwa wzrosły o 277%, a tylko o 18% zwiększyły się zarobki najbiedniejszych 20% obywateli1? Albo: jak to się stało, że w 1987 r. obrót instrumentami pochodnymi wynosił 10% globalnego PKB, a już w 2005 r. stanowił 570%2?

Nie powinniśmy się jednak specjalnie martwić, jeśli nie znamy odpowiedzi na takie pytania. Bez cienia wątpliwości można przecież stwierdzić, że nawet politycy, tj. osoby, które powinny się jakoś w tym wszystkim orientować, również raczej nie potrafiliby udzielić spójnej odpowiedzi. Choć to może już trochę martwić. Jeszcze bardziej niepokojący jest jednak fakt, że nawet ludzie, którzy zawodowo zajmują się finansami, niezbyt dobrze rozumieją, na czym polega obecnie kapitalizm. Prof. Geoffrey Ingham, socjolog z Cambridge, w książce „Kapitalizm” stwierdza bez ogródek: Ekspansji sektora finansowego towarzyszyła zdumiewająca złożoność zjawisk. Nawet ich uczestnicy mają problemy ze zrozumieniem zaskakującego rozprzestrzeniania się wyspecjalizowanych rynków, które przemieniają pieniądz – w ramach czegoś, co jest znane pod nazwą „inżynierii finansowej” – w rozbudowany szereg ciągle zmieniających się zbywalnych papierów i instrumentów finansowych.

Odnośnie do stanu świadomości osób znajdujących się w samym centrum sterowania światowym kapitalizmem, pouczająca była anonimowa wypowiedź3 programisty pracującego w firmie tradingowej w Londynie. Zanim ją przytoczę – kilka słów o tym, czym zajmuje się ów człowiek. Otóż odpowiada on za program komputerowy, który handluje aktywami w ramach HFT (High-frequency trading). Czym jest HFT? Chodzi o to, że skomplikowane algorytmy (dostające na wejściu informacje o tym, jak wcześniej zachowywał się dany obiekt finansowy) i bardzo szybkie komputery dokonują dziennie dziesiątek tysięcy transakcji, pozycje inwestycyjne zajmowane są na bardzo krótki okres (od sekundy do kilku godzin), a zyski osiągane nawet dzięki minimalnym wahaniom w kursie. Na początku tego wieku czas wykonania transakcji HFT wynosił kilka sekund, później liczony był już w milisekundach, a obecnie w skali mikro. Choć brzmi to absurdalnie, im szybszy masz komputer, im lepszy program i im bliżej jesteś serwerów giełdy (czas przesyłu danych!), tym więcej zarabiasz. Wróćmy jednak do naszego programisty. Został on zapytany przez dziennikarza o tzw. Flash Crash z 6 maja 2010 r., gdy Dow Jones w 5 minut stracił 1000 pkt., czyli prawie 10% (był to najbardziej gwałtowny spadek w historii indeksu), po czym po kilkunastu minutach odrobił straty. Anonimowy programista na pytanie, czy to nie HFT było przyczyną krachu, odpowiada: Ciągle nie rozumiemy, co było przyczyną. Mogło to być HFT, ale możliwe też, że to właśnie HFT złagodziło efekty. Nie istnieją tu żadne przekonujące dowody. Dziennikarz rozsądnie dopytuje: Można by powiedzieć, że to dobry powód, by zakazać HFT. Nie używaj czegoś, czego nie rozumiesz. Człowiek z City rezolutnie odpowiada: Zwykłe zakazywanie czegoś, czego nie do końca rozumiesz, jest głupotą. Cóż tu rzec?

Nie, nie chodzi mi o to, że HFT jest niebezpieczne, więc powinno zostać zakazane. Całkiem prawdopodobne, że handel na wysokich częstotliwościach transakcji nie wpływa znacząco na rynek finansowy. Chcę tylko pokazać, jak bardzo jest to abstrakcyjne; jak bardzo kapitalizm oderwał się od świata ludzi – żyje on własnym życiem, karmiąc się czystymi liczbami. 70% transakcji w USA odbywa się za pomocą wielce skomplikowanych algorytmów komputerowych. Pytam więc: w jaki sposób to, co dzieje się w świecie finansów, może zostać pojęte przez człowieka? Nie może – a przecież to wszystko decyduje o losie całych społeczeństw. A jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, to z pewnością nie możemy umieścić kapitalizmu w centrum politycznych sporów. Jak debatować nad czymś, czego nie rozumiemy?

Co więc robić? Oczywiście kuszącą strategią jest zwracanie uwagi na problem. Krzyczmy więc: „kapitalizm jest zły, nieludzki i niepotrzebny, odrzućmy go i wtedy będzie dobrze”. Krzyczmy tak, a później z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pójdźmy do bankomatu, wypłaćmy 50 zł, kupmy kilka piw i papierosy, po czym w domu włączmy jakiś hollywoodzki film od czasu do czasu przerywany ładnymi reklamami. Jak widać, kapitalizmu nie da się zanegować. Działa tu dokładnie ten sam mechanizm, jak w przypadku semantyki. Zdanie „nieparzyste krzesła mają nadzieję na symfoniczny obiad” jest nonsensowne. Jednak negacja zdania pozbawionego sensu jest tak samo bezsensowna jak to zdanie. I nic się z tym nie da zrobić. Trzeba przemilczeć, nie negować.

Współczesnym sposobem negowania kapitalizmu są ruchy typu Occupy Wall Street. W świetle tego, co dotychczas tutaj stwierdzono, wydaje się jasne, dlaczego Occupy Wall Street i jemu podobne ruchy wstrzymywały się z artykułowaniem programu, pozytywnych tez, które miałyby wskazywać kierunek dalszych działań. Większość publicystów przychylnych tym ruchom argumentowała, że brak programu był pewną strategią: „nie mówimy, co trzeba zrobić, gdyż najpierw chcemy stworzyć przestrzeń dla wolnej dyskusji, chcemy przywrócić polityczność, to jest naszym celem”. Jednak nie da się stworzyć żadnej przestrzeni dla dyskusji, gdyż jej przedmiot w ogóle nie może być dyskutowany. Nie było więc żadnej strategii. To, że Occupy Wall Street pozostało nieme, spowodowane było faktem, iż nie istniał sposób, na który potrafili się oni odnieść do kapitalizmu. Poza – oczywiście – emocjami, ale z takiej mąki chleba nie będzie.

W październiku 2011 r. McKenzie Wark opublikował tekst „Jak okupować abstrakcję”4. Tytułową abstrakcją jest oczywiście kapitalizm, symbolizowany przez Wall Street. Wark stawia pytanie o strategię walki z kapitalizmem. Odpowiedź – wyrażona nie do końca wprost – była następująca: „Jak? Dokładnie tak, jak zrobiło to Occupy Wall Street!”.Sama okupacja Zuccotti Park była abstrakcją, gdyż na abstrakcję, jaką jest kapitalizm, należało zareagować za pomocą innej abstrakcji. Wydaje się, że – przynajmniej w teorii – równanie się zgadza. Jednak gdy przyjrzymy się rezultatom OWS, trudno stwierdzić, że ich strategia okazała się skuteczna. Jak się zdaje, Wark dostrzegł te problemy, gdyż w wywiadzie5 udzielonym na początku sierpnia 2012 r. ponownie spróbował odpowiedzieć na pytanie postawione we wcześniejszym tekście: Problem jest taki: jak możesz okupować abstrakcję? Władza stała się wektorowa. Może przemieszczać pieniądze i zasoby z niespotykaną szybkością w dowolne miejsce na Ziemi. Możesz zablokować konkretne miejsce, ale wektory władzy po prostu ominą blokadę.

Tezę Warka doprowadza do końca Levi Bryant, amerykański filozof, jeden z twórców nowego i coraz bardziej wpływowego nurtu filozoficznego o nazwie object-oriented ontology. Bryant swój wywód6 rozpoczyna od stwierdzenia, że kapitalizm nie tyle jest abstrakcją, co raczej hiperobiektem (termin Tima Mortona). Przykładem tego, czym są hiperobiekty, jest klimat. Hiperobiekty nie znajdują się w żadnym konkretnym miejscu: są wszędzie i nigdzie. Zawsze mają wpływ na ludzi, nie jest możliwe trzymanie się od nich na dystans. Z drugiej jednak strony nigdy nie stykamy się z nimi w ich totalności. Możemy doświadczyć jedynie poszczególnych manifestacji, lokalnych wydarzeń i konkretnych rezultatów działań hiperobiektów. Jeśli kapitalizm jest takim hiperobiektem, to Bryant musi powtórzyć pytanie Warka: jak walczyć z przedmiotem, którego nawet nie możemy doświadczyć?

Odpowiedź jest złożona i warto się jej przyjrzeć. Bryant stwierdza, że współcześni teoretycy polityki zbyt wielką wagę przykładają do semiosfery, tj. do ideologii, narracji, praw czy tekstów, za pomocą których władzautwierdza swoje panowanie. Jako materialista stwierdza, że kapitalizm przede wszystkim potrzebuje infrastruktury, dzięki której może działać. Drogi, lotniska, sieci komputerowe, programy, satelity, fabryki, porty itd. – gdyby to wszystko zniknęło, znikłby również kapitalizm, gdybyśmy jednak pozbyli się tylko ideologii, to kapitał ciągle pozostałby nienaruszony. Czym były protesty w ramach ruchów Occupy? Wyłącznie aktami mowy. Bryant pyta zatem: Czy kapitalizm oparty jest na indywidualnych decyzjach bankierów i prezesów, czy raczej system ten ma swoje własne formy świadomości, własny sposób działania, w którym ludzie zostali uwięzieni? […] Wartość [OWS] polega na tym, że tworzone są kolektywy chcące walczyć z tymi nieludzkimi bytami, które funkcjonują pośród nas (rynki, korporacje, etc.), ale protesty nie wpływają na owe byty, gdyż te nawet nie rozpoznają faktu istnienia protestujących. Protestowanie przeciw kapitalistom czy politykom jest więc nieskuteczne, gdyż ci są jedynie prostymi robotnikami (choć z bardzo wysokimi zarobkami) w wielkiej fabryce kapitalizmu.

Akty mowy protestujących z Wall Street są z perspektywy, którą przyjmują Bryant czy Wark, strategią nieadekwatną wobec przedmiotu ich protestów. Nie szkodzą one kapitalizmowi, albowiem ten nie jest ufundowany na sferze dyskursu. Recepta Bryanta jest następująca: Nie stój na Wall Street, narzekając na bankierów i brokerów – okupuj autostradę. Zhakuj satelitę i zamknij komunikację. Zablokuj port. Usuń dane trzymane przez banki itd. Blokuj arterie, dzięki którym hiperobiekt utrzymuje się przy życiu. Tylko w ten sposób wstrząśniesz władzą i zyskasz siłę, z którą będą musiały się liczyć rządowe organy kapitalizmu i korporacji.

Levi Bryant ma rację, twierdząc, że dyskursywne strategie walki z rynkami są skazane na porażkę. System kapitalistyczny pochyli się nad nimi – jasne – ale tylko po to, by sprawdzić, czy przez przypadek nie da się tutaj czegoś zarobić (słynna sprawa z maskami Guya Fawkesa, na których zarabia gigant medialny Time Warner). Wróćmy do HFT i faktu, że 70% transakcji na rynku finansowym zawieranych jest za pomocą algorytmów komputerowych. Algorytmy te dostają liczbowe dane o różnych aktywach i na tej podstawie kupują i sprzedają. Oznacza to, że w ich ontologii nie istnieją takie rzeczy jak wyzysk, prawo pracy, strajk, bieda itd. W przemysłowym kapitalizmie właściciel fabryki traktował robotnika jako środek produkcji, jako rzecz, musiał jednak mieć do niego jakiś stosunek, robotnik znajdował się w jego polu widzenia. Dla współczesnych kapitalistów z Wall Street czy londyńskiego City robotnik nie jest nawet rzeczą – wiedza o istnieniu klasy nieposiadającej środków produkcji nie jest im do niczego potrzebna. Przypomnijmy sobie słynne zdjęcia, na których finansjera Wall St. z kieliszkami szampana w dłoniach i uśmiechami na ustach przyglądała się protestom. Co znaczy ten obrazek? Stwierdzenie, że jest to jedynie dowód demoralizacji elity współczesnego kapitalizmu, pomija istotę sprawy. Zdjęcia te w rzeczywistości pokazują, że owa elita, żyjąc w świecie do samego końca przesiąkniętym kapitałem, nie ma możliwości zrozumienia, skąd biorą się protesty. Nie chodzi zatem o degenerację finansistów, ale o ich niezdolność do operowania tymi samymi pojęciami, których używa OWS. Oznacza to, że nie ma żadnego punktu styku – miejsca, od którego można by zacząć rozmowę.

Niemiecki socjolog Wolfgang Streeck w bardzo ciekawym tekście opisującym napięcia kryjące się w zachodnim modelu demokracji kapitalistycznej7, formułuje następującą myśl: W ciągu trzech lat od 2008 r. konflikt dystrybucji w ramach demokratycznego kapitalizmu zmienił się w skomplikowane przeciąganie liny między globalnymi inwestorami a państwami narodowymi. Podczas gdy w przeszłości pracownicy zmagali się z pracodawcami, obywatele z ministrami finansów, a prywatni dłużnicy z prywatnymi bankami, obecnie instytucje finansowe siłują się z państwami. Oznacza to, że rynki finansowe nie są w sporze z okupującymi Wall Street. Zresztą dlaczego miałyby być? W jaki sposób protestujący mogliby zagrozić światu finansów? Nie jest to przecież sytuacja, w której strajkujący robotnicy zatrzymują produkcję w fabryce, przez co właściciel ponosi straty. Główna linia sporu nie przebiega już między tymi, którzy dysponują środkami produkcji, a tymi, którzy ich nie posiadają. Obecnie protesty osób, które nie mają (prawie) nic, nie są żadnym zagrożeniem dla kapitału.

Przywołałem tekst Bryanta, ponieważ uważam, że jest to zasadniczo logiczna odpowiedź na pytanie, jak walczyć z kapitalizmem. Wiemy jednak przecież, że jest to zarazem odpowiedź błędna i nierealistyczna. Błąd nie leży w odpowiedzi, lecz w samym pytaniu. Nie powinno się zaczynać rozważań politycznych od tego zagadnienia, gdyż obecnie z kapitalizmem nie da się zwyciężyć. Nie da się wprowadzić kapitalizmu jako kwestii, od której można rozpocząć polityczność. Oddaję jeszcze raz głos Streeckowi: Krajowe rynki pracy w latach 70. wyposażone w różnorakie możliwości politycznej mobilizacji i międzyklasowych sojuszy czy też polityka publicznych wydatków lat 80. nie były z konieczności czymś, czego nie zrozumiałby „człowiek z ulicy”. Od tego czasu bitwy, w ramach których rozgrywają się sprzeczności demokratycznego kapitalizmu, stały się czymś dużo bardziej złożonym, co sprawiało, że dla kogoś spoza elity finansowej lub politycznej rozpoznawanie ukrytych interesów i identyfikowanie własnych stało się niezmiernie trudne.

Wszechpotęga kapitalizmu – ograny manewr lewicowych intelektualistów. Jego popularność bierze się głównie stąd, że łatwiej tworzyć spektakularne teorie, gdy za punkt wyjścia weźmie się jakiś potężny byt, który odpowiada za całe zło. Niech to będą władza, patriarchat, dyskurs kolonialny czy właśnie kapitalizm – coś, co w założeniu przenika wszystkie sfery ludzkiej działalności, co determinuje każdą aktywność człowieka – dysponując takim przedmiotem teoretycznym, można napisać co najmniej kilka bardzo ciekawych książek, które dogłębnie wskażą, na czym polega potęga tego wroga ludzkości. Problem w tym, że wniosek z podobnych rozważań jest zawsze jeden: nic nie da się zrobić. Pasuje tu bon mot Rorty’ego, zgodnie z którym po przeczytaniu „Kapitalizmu lub kulturowej logiki późnego kapitalizmu” Jamesona wiemy wszystko – z wyjątkiem tego, co trzeba robić. Wydaje się, że w niniejszym tekście również próbowałem w taki sposób przedstawić kapitalizm, aby jego moc przede wszystkim zniechęcała do działania. Nie do końca. Twierdzę jedynie, że siła systemu kapitalistycznego powoduje, iż rozważania nad strategią nie mogą zaczynać się od zawołania: „obalmy kapitalizm!”. Jeśli jesteśmy wystarczająco bystrzy, to zaczynając w taki sposób, dość szybko dojdziemy do wniosku, że jednak nie potrafimy osiągnąć takiego celu, więc rewolucyjny zapał osłabnie. Skoro zatem nie da się działać globalnie, działajmy lokalnie. To znaczy: może nie przezwyciężymy systemu kapitalistycznego, ale próbujmy walczyć o podwyższenie płacy minimalnej. Najpewniej nie uda się nam na dobre zlikwidować wyzysku, ale można sprawić, że ludzie będą pracować odrobinę krócej. Oto pierwszy wniosek z poczynionych tu uwag: wróćmy do projektu socjaldemokratycznego.

Chciałbym zaproponować jeszcze jeden wniosek, który być może na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z pierwszym. Sądzę jednak, że jest raczej jego uzupełnieniem. Socjaldemokracja narodziła się jako reakcja na rewolucyjny marksizm. Marksizm był marzeniem, bez którego pragmatyczni socjaldemokraci najpewniej nie byliby w stanie odnieść sukcesu. Oznacza to, że teraz również potrzebujemy nowego marzenia, nowej idei, które będą w stanie poruszyć masy. Pozwólmy sobie na formułowanie postulatów, które będą daleko przekraczały obecną sytuację. Na najbardziej podstawowym poziomie siłą kapitalizmu jest jego nieubłagana logika: lepiej posiadać dziesięć milionów niż dwa tysiące. Mamy tu najzwyklejszy matematyczny znak nierówności, bezproblemowo przyswajalny w prawie każdej kulturze. Należy zatem próbować formułować teorie, które będą w stanie przekonać ludzi, że owa kapitalistyczna logika jest szkodliwa. Potrzebujemy zatem koncepcji operujących na przynajmniej odrobinę bardziej skomplikowanych wartościach niż matematyczna nierówność.

Takie teorie i wartości nie mogą być jednak zwykłą negacją kapitalizmu. Negacja wymaga operowania w tej samej logice, co negowana teza, a z kapitalizmem nie da się wygrać na jego podwórku. Ogólnie mówiąc: spór polityczny nie polega na dwóch tezach – A i nie-A – które rywalizują ze sobą na podstawie pewnej określonej logiki. Gdyby tak było, to każdy spór byłby łatwo rozstrzygalny. Polityczność rodzi się dopiero, gdy przeciwstawiane są sobie dwa porządki wartości, których nie da się po prostu rozsądzić. Dlatego też współczesny kapitalizm nie wymaga zwykłej negacji (a więc wpisania się w jego logikę), ale raczej stworzenia nowej myśli, która go przezwycięży. Próbujmy więc odbudować polityczność za pomocą nowych idei, które dźwigną społeczeństwa z letargu, i zarazem starajmy się sukcesywnie rozwiązywać kłopoty ekonomiczne na sposób socjaldemokratyczny. Obie strategie powinny się uzupełniać.

Filip Białek

Przypisy:

  1. Dane za: http://www.trystero.pl/archives/11743
  2. Zob. P. Dembinski, Finansjalizacja – klęska urodzaju w gospodarce, 24.01.2012, http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/debata/finansjalizacja-kleska-urodzaju-w-gospodarce/
  3. Zob.: http://www.guardian.co.uk/commentisfree/joris-luyendijk-banking-blog/2011/sep/26/capitalism-banking-blog-computer-programmer
  4. Zob. McKenzie Wark, How to Occupy an Abstraction, 3.10.2011, http://www.versobooks.com/blogs/728
  5. Zob.: http://theoccupiedtimes.co.uk/?p=6451
  6. Zob.: http://larvalsubjects.wordpress.com/2012/08/04/mckenzie-wark-how-do-you-occupy-an-abstraction/
  7. W. Streeck, The Crises of Democratic Capitalism, „New Left Review”, September-October 2011, dostępne na stronie internetowej: http://newleftreview.org/II/71/wolfgang-streeck-the-crises-of-democratic-capitalism#_edn21
Poznaj swój kraj

Lewica, czyli co?

Każdy wielki nurt polityczno-ideowy jest zmienny i niejednoznaczny. W każdym pojawiają się patologie, nieraz go dominując. To – rzecz jasna – dotyczy też (może nawet szczególnie) lewicy. Gdy nurt ten ponad sto lat temu zyskiwał swoją tożsamość, jego identyfikacja była łatwiejsza niż obecnie. Odniesieniem był kapitalizm, postrzegany jako system niesprawiedliwy, nieefektywny i niedemokratyczny. Odpowiedzią – postulat jego zniesienia. Dominująca wówczas lewicowa ideologia czerpała z doktryny marksowskiej. Jednak marksizm opisywał i oceniał kapitalizm, ale bardzo ogólnikowo prezentował alternatywę.

Lewica opowiadała się za równością ludzi (szczególnie w kwestii położenia materialnego) oraz za ludowładztwem rozumianym jako system, w którym zbiorowość swobodnie kształtuje reguły życia społecznego. Zakładano, że ludzie – jeżeli uzyskają taką możliwość – opowiedzą się przeciw kapitalizmowi.

Lewica w realnym świecie stanęła wobec konkretnych dylematów. Kapitalizm – w miarę upływu czasu – wcale nie ewoluował w kierunku systemu coraz bardziej niesprawiedliwego i coraz mniej efektywnego. Już u schyłku XIX wieku rozpoczął się proces ustrojowej przebudowy kapitalizmu. Pozostawało to w związku z rodzącą się demokracją polityczną. Rosła rola parlamentów, a prawa wyborcze zyskali „zwykli ludzie”, choć najpierw tylko mężczyźni. Dało to możliwość skutecznego modyfikowania systemu w interesie tych grup (przede wszystkim robotników), które lewica uznawała za główne ofiary kapitalizmu. Kluczowe stało się pytanie, czy na tej drodze można się posunąć tak daleko, by – nie odrzucając konstytutywnych cech ładu kapitalistycznego (rynku i prywatnej własności) – uzyskać trwałą i wystarczającą poprawę położenia grup upośledzonych. Odpowiedź na to pytanie podzieliła – uprzednio względnie jednolity – nurt lewicowy na dwa odłamy: komunistyczny i socjaldemokratyczny.

Komuniści podtrzymywali tezę, że rynek i prywatna własność są nie do pogodzenia z celami lewicy, a rozszerzanie demokracji interpretowali jako wybieg ochronny kapitalizmu. Taka opinia zresztą dobrze harmonizowała ze słabością nurtu komunistycznego, który (nawet gdyby nie dotykały go represje) nie był zdolny do uzyskania szerokiego poparcia wyborczego. Stąd był tylko krok do afirmacji „dyktatury proletariatu”, a więc dyktatury mniejszości, która „wie lepiej”, co jest w interesie większości.

Socjaldemokraci postawili na daleko idącą reformę kapitalizmu. Uznali, że skoro większość w ramach systemu kapitalistycznego doświadcza dyskomfortu, to – jeżeli tylko wykorzystane zostaną możliwości, jakie daje demokracja – poprze ona jego zasadniczą reformę. Zaangażowali się w walkę o modyfikację zasad ekonomicznych systemu kapitalistycznego, jak choćby ubezpieczenia społeczne i podatki progresywne. Z postulatem „zniesienia” kapitalizmu socjaldemokraci rozstawali się stopniowo, a „socjalizm” (bardzo różnie pojmowany) był bardzo długo oficjalnym celem prawie wszystkich partii socjaldemokratycznych. Jednak w praktycznej polityce socjaldemokraci koncentrowali się nie na przygotowaniu rewolucji, lecz na pragmatycznej modyfikacji zasad kapitalizmu.

Postulaty socjaldemokratyczne stopniowo wprowadzano w życie. Sukcesy na pewno były ograniczone i nie przychodziły łatwo, ale też były niewątpliwe. Położenie klasy robotniczej, jej dobrobyt, zabezpieczenie społeczne i wykształcenie poprawiły się jeszcze przed I wojną światową. Jednak ogromny awans „zwykli ludzie” w krajach rozwiniętych (przede wszystkim w Europie Zachodniej, ale też w Stanach Zjednoczonych) przeżywali w okresie trzech dekad po II wojnie światowej, zwanym złotym wiekiem kapitalizmu. Szybko rósł dobrobyt, bezrobocie było niskie, rozbudowano zabezpieczenia społeczne, państwo gwarantowało dostęp do bezpłatnej edukacji i prawie bezpłatnej ochrony zdrowia. Pracownicy w niektórych krajach uzyskali realny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami. Ludzie powszechnie cieszyli się wolnością osobistą i partycypowali w systemie demokratycznym. Systematyczna poprawa położenia materialnego uznana została za normę. Nie ustanowiono raju na ziemi, ale powojenny kapitalizm w rozwiniętych krajach był z pewnością najbardziej przyjaznym „zwykłym ludziom” systemem, jaki kiedykolwiek funkcjonował.

Socjalno-demokratyczno-etatystyczna reforma zagwarantowała kapitalizmowi stabilność i prestiż. To był wielki historyczny sukces socjaldemokratycznego odłamu lewicy, ale do utworzenia tego ładu przyczyniły się również środowiska i ugrupowania nielewicowe. Podobnie w wymiarze intelektualnym powojenny kapitalizm był „dziełem zbiorowym”. Decydujący wpływ miała doktryna ekonomiczna J. M. Keynesa, a dużo wcześniejsze pisma J. S. Milla zawierały idee, które dla socjaldemokratycznej reformy kapitalizmu również miały bardzo istotne znaczenie. Ideowi przeciwnicy formuły powojennego kapitalizmu istnieli, ale znaleźli się na marginesie (najważniejszą postacią był z pewnością F. von Hayek).

Nurt komunistyczny także uzyskał szansę na praktyczne sprawdzenie swojego programu. W Rosji po 1917 r., zgodnie z sugestią Marksa, zlikwidowano rynek i prywatną własność. Polityczną dyktaturę ustanowiono już nie tyle z powodów doktrynalnych, co z praktycznego powodu niemożności uzyskania demokratycznego mandatu. Od początku była to nie „dyktatura proletariatu”, lecz brutalna dyktatura aparatu partii komunistycznej. Ten system uległ błyskawicznej petryfikacji, a jego późniejsza (po II wojnie światowej) ekspansja dokonywała się przede wszystkim na drodze agresji Rosji Sowieckiej albo dzięki zmasowanej pomocy tego państwa dla środowisk komunistycznych w innych krajach.

W pierwszym okresie gospodarka krajów komunistycznych rozwijała się szybko, lecz skrajnie nieefektywnie, za cenę niebywale drastycznych ograniczeń dobrobytu. Aby utrzymać tempo wzrostu w warunkach potężnej tendencji do marnotrawnego zużywania zasobów, należało przeznaczać na rozwój coraz większą część wytwarzanej produkcji. Trzeba było też zatrudniać coraz więcej pracowników. „Pełne zatrudnienie” w krajach komunistycznych to po prostu rezultat nieefektywności ich gospodarek. Nieefektywność przesądzała też – wbrew temu, co niektórzy twierdzą – że marne były zabezpieczenie socjalne, standardy wykształcenia i ochrony środowiska, nie wspominając o warunkach mieszkaniowych. Bardzo wątpliwe są też twierdzenia, że komunizm przyniósł sprawiedliwość. Wprawdzie różnice w dochodach pieniężnych były z pewnością ograniczone, ale dystrybucja wielu dóbr (szczególnie mieszkania i samochody) i usług (wypoczynek, ochrona zdrowia) została podporządkowana politycznej hierarchii i przesądzała o silnych nierównościach. Zreformowany kapitalizm, z perspektywy celów lewicy, wykazał swoją bezwzględną przewagę nad projektem komunistycznym.

Oczywiście pod presją społecznego niezadowolenia podejmowano próby zmodyfikowania systemu komunistycznego. Polegały one na ogół na wprowadzeniu do jego porządku nieco elementów kapitalistycznych – trochę rynku i prywatnej własności oraz odrobinę wolności. Zmiany (przesilenia) wzbudzały wielkie i autentyczne nadzieje – na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Polsce – bo system komunistyczny miał jednak urok wielkiej idei. Wydawało się więc wielu, że zła jest nie sama idea, lecz jej pokraczna realizacja. Znaczna większość społeczeństw krajów komunistycznych długo godziła się z wytyczną: socjalizm tak, wypaczenia nie. Modyfikacja systemu przebiegała jednak z ogromnymi oporami, bo elity polityczne systemu komunistycznego zajęły wcześniej uprzywilejowaną pozycję i nie były zdolne do rezygnacji z niej.

Jednak nie ten czynnik miał rozstrzygające znaczenie – fundamentalna niesprawność wynikała z istoty tego systemu. Dla ludzi miało znaczenie, jaki konkretny kształt miał system komunistyczny, ale dopóki obowiązywały zasadnicze jego cechy, tak długo trwały też ich główne następstwa. System komunistyczny nie mógł być skutecznie zreformowany, bo reforma godziła w jego fundamenty ustrojowe.

Historia rodzimej wersji systemu komunistycznego mieści się w zarysowanym schemacie, choć Polska – z racji swojej tradycji i tożsamości – doświadczała komunizmu w formach mniej ortodoksyjnych, m.in. nigdy nie skolektywizowano rolnictwa i nie została złamana siła Kościoła. Zaraz po II wojnie środowiska lewicy niekomunistycznej (przede wszystkim PPS-owskie) komuniści uznali za wrogie. Bogata tradycja intelektualna i polityczna lewicy socjaldemokratycznej została odrzucona, a osoby związane z tą tradycją prześladowano. W latach 1949–1955 sowieckie wzorce zdominowały zarówno politykę, jak i gospodarkę. Po „Październiku” system został wprawdzie złagodzony, ale ani zakres zmian, ani rezultat nie były (i być nie mogły) satysfakcjonujące. Wydaje się jednak, że jeszcze protesty w grudniu 1970 r. nie wyrażały utraty nadziei na „reformę socjalizmu”, lecz komunistycznym animatorom systemu postawiony został wówczas de facto warunek: możecie rządzić, jeżeli zapewnicie stały wzrost dobrobytu. Spełnienie tego warunku było jednak niemożliwe bez odrzucenia konstytutywnych cech systemu – jego samolikwidacji. To wówczas nie nastąpiło i (szczególnie za sprawą „Solidarności”) system komunistyczny w Polsce stracił wszelką legitymację. Mógł trwać tylko dzięki przemocy. Wszedł w fazę rozkładu, a w roku 1989 został wyeliminowany. Bilans ponad czterech dekad komunizmu w Polsce jest pod każdym chyba względem negatywny.

Jak należy traktować komunizm? Jako jeden z dwóch nurtów lewicy czy jako jego patologię? Odpowiedź na to pytanie nie może być tylko kwestią konwencji. Jałowe wydają się zabiegi polegające na przyjęciu, że nie ma związku między praktyką krajów socjalistycznych a marksowskim „przesłaniem”, choć – istotnie – dostrzec można też kolizję między marksowską doktryną a polityką krajów „realnego socjalizmu”. Byli działacze (choćby Róża Luksemburg), którzy komunistyczny system kontestowali z pozycji doktryny marksowskiej. Jednak gospodarka bez rynku i prywatnej własności to esencja marksizmu. Tu nie ma rozbieżności między doktryną i praktyką.

Natomiast jeżeli przyjmiemy, że do tożsamości lewicy należy postulat równości i ludowładztwa, to komunizm jawi się jako… najgłębsza patologia lewicy. To wskutek działania systemu komunistycznego życie straciły miliony osób (szacunki sięgają nawet 100 mln). To w tym systemie najdrastyczniej ograniczona została wolność ludzi i wyeliminowano wszelkie mechanizmy demokratyczne. Jakkolwiek komunizm nie był jedynym systemem niosącym ucisk i nędzę, to tylko ten system w praktyce był tak totalnym zaprzeczeniem własnych zapowiedzi.

Upadek systemów komunistycznych w latach 90. nie wzmocnił lewicy socjaldemokratycznej. Choć uzyskała ona po lewej stronie pozycję całkowicie dominującą, to – inaczej niż kilka dekad wcześniej – jej tożsamość nie była wyrazista. Socjaldemokratyczna polityka w rozwiniętych krajach (gdzie wcześniej triumfowała) znalazła się w impasie – i to znacznie wcześniej niż upadły systemy komunistyczne. Ich upadek został jednak – bezzasadnie, ale skutecznie – zinterpretowany jako dowód nieprzydatności również nurtu socjaldemokratycznego.

W gospodarce rozwiniętych krajów kapitalistycznych, mniej więcej w drugiej połowie lat 70., pojawiły się zjawiska kryzysowe, takie jak stagnacja wzrostu, przyrost bezrobocia czy inflacja. Działo się tak właściwie we wszystkich krajach rozwiniętych, w których system został ukształtowany generalnie w zgodzie z projektem socjaldemokratycznym. Obejmował on aktywną, keynesowską regulację makroekonomiczną, progresywne podatki, rozbudowane państwo opiekuńcze, spory sektor przedsiębiorstw publicznych itp. Choć trudno jednoznacznie przesądzić o związku zjawisk kryzysowych z zasadami „socjaldemokratycznego modelu” kapitalizmu, to objaśnienie spiętrzenia problemów mankamentami systemu socjaldemokratycznego nasuwało się wielu obserwatorom. W każdym razie neoliberałowie skutecznie przekonali dużą część opinii publicznej, że ten związek jest bliski i uniwersalny.

Nie ograniczali się oni zresztą do krytyki, lecz zaprezentowali program reformy (czy raczej: kontrreformy) kapitalizmu. Makroekonomiczna polityka antycykliczna została uznana za przeciwskuteczną. Opiekuńcze zadania państwa zalecano zredukować. Osłabieniu miała ulec – przez zmniejszenie opodatkowania i ustanowienie podatków płaskich lub liniowych – redystrybucja dochodów, a sektor przedsiębiorstw publicznych miał zostać wyeliminowany. Rynek miał działać całkowicie swobodnie, a usługi społeczne (ochrona zdrowia, ubezpieczenia emerytalne czy edukacja) miały być co najmniej poddane rygorom komercjalizacji. Na konkurencję, dzięki „deregulacji”, miały być otwarte branże dotychczas zmonopolizowane i będące na ogół domeną przedsiębiorstw państwowych, z takich dziedzin jak: wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej i gazu, transport kolejowy i lotniczy, telekomunikacja, poczta itd. Ważne znaczenie miał postulat „otwarcia” gospodarek przez eliminację ograniczeń w handlu i wobec przepływów kapitałowych.

Przekonywano, że jeżeli tylko polityka pieniężna zagwarantuje niską inflację, a motywacja jednostek zostanie „wyzwolona” dzięki niskim i płaskim podatkom (a budżet będzie zrównoważony), to gospodarka rozwijać się będzie szybko – z pożytkiem dla zwykłych ludzi. Neoliberalna doktryna trafnie uderzyła w słabe punkty „socjaldemokratycznego kapitalizmu”. Bo też model ten nie był wolny od patologii. Makroekonomiczna regulacja z polityki antycyklicznej przekształciła się w oportunistyczną politykę powiększania długu publicznego, a państwo opiekuńcze stawało się coraz bardziej marnotrawne.

Partie socjaldemokratyczne na krytykę neoliberalną zareagowały w najwyższym stopniu defensywnie. Najpierw próbowały ją ignorować, a następnie stopniowo, ale i chaotycznie, wycofywały się ze swojej generalnej linii programowej. Programy tych partii w latach 90. można chyba najlepiej określić jako „kunktatorski neoliberalizm”. Z reguły nie akceptowały one najdalej idących zaleceń neoliberalnych, ale bardziej wynikało to ze strachu przed wyborcami niż z pryncypialnych przekonań przywódców. Do tej polityki partie socjaldemokratyczne starały się dopasować swoje doktryny. Popularne stały się więc pomysły Trzeciej Drogi czy Nowego Centrum. Poszukując nowej pozycji, partie socjaldemokratyczne skierowały uwagę na „mniejszości”. Socjalne zaangażowania zostały wyparte właśnie przez postulaty praw dla różnych mniejszości, szczególnie seksualnych. W znacznej mierze postulat równości materialnej był zastępowany przez postulat równości płci.

Pod presją neoliberalnej krytyki nie doszło do skrystalizowania nowej tożsamości socjaldemokratycznej. Ale też partie działające pod socjaldemokratycznymi szyldami nie zostały wyeliminowane ze sceny politycznej. W wojnie między ofensywnymi środowiskami neoliberalnymi a defensywnie zorientowaną socjaldemokracją zarysował się impas. Neoliberalizm uzyskał znaczną przewagę przede wszystkim w kwestiach ideologicznych (i w postawach grup zamożnych), a znacznie mniejszą na płaszczyźnie realnych zmian. Mimo ostrej krytyki państwa opiekuńczego i progresywnych podatków nawet partie liberalne i konserwatywne ostrożnie wprowadzały zmiany. Kapitalizm ukształtowany po wojnie nie zmienił się radykalnie. Daleko posunął się proces eliminacji publicznego sektora przedsiębiorstw, dokonano deregulacji wielu rynków, gospodarki w znacznej mierze zostały otwarte na konkurencję zagraniczną, ale „państwo opiekuńcze” zostało okrojone stosunkowo nieznacznie, podobnie jak prawa pracownicze. Nie dokonała się jednak w Europie Zachodniej postulowana przez neoliberałów radykalna rewolucja podatkowa. Wprawdzie stępione zostało ostrze progresji, ale w Europie w sektorze publicznym nadal gromadzono i wydatkowano bardzo dużą część dochodu narodowego. Przed ostatnim kryzysem było to z reguły 40 do 50% PKB – obecnie jeszcze więcej. Wszystko to oznacza, że „socjaldemokratyczny kapitalizm” w znacznej mierze ocalał. Jednak doktryna neoliberalna utrzymała dominującą pozycję i „skrzypi” dopiero w następstwie obecnego kryzysu.

O ile ład ustrojowy w krajach europejskich ukształtował się w dekadach powojennych, a potem został tylko po części zmodyfikowany, o tyle w Polsce i innych krajach postkomunistycznych system był budowany niejako od podstaw i dokonywało się to w okresie pełnej dominacji (w wymiarze intelektualnym i emocjonalnym) neoliberalizmu. Żywe było też negatywne doświadczenie komunizmu, utożsamione z opiekuńczością i etatyzmem. Nie ukształtowała się silna partia polityczna o tradycyjnie socjaldemokratycznej tożsamości. Owszem, komuniści wywiesili socjaldemokratyczny sztandar, ale była to barwa ochronna. Zdemoralizowane środowisko SLD posługiwało się socjalnymi i etatystycznymi hasłami dla pozyskania wyborców, ale rządząc realizowało postulaty doktryny neoliberalnej (konstytucja, komercjalizacja w służbie zdrowia i ubezpieczeniach, eksmisja „na bruk”, postulaty podatku liniowego).

W Polsce ukształtował się system kapitalistyczny odległy od powojennego wzorca europejskiego, bardziej rynkowy i indywidualistyczny. Zrodził on wielkie nierówności dochodowe i majątkowe. Nie jest respektowana zasada „równego startu”. Prawa pracownicze są radykalnie ograniczone, a związki zawodowe słabe. Pracownicy mają status siły roboczej. Korzyści z prywatyzacji majątku, stworzonego wielkim wysiłkiem społecznym przez kilka dekad, przechwyciły wąskie grupy – przede wszystkim zagraniczne, gdyż duże przedsiębiorstwa w znacznej większości należą do zagranicznych właścicieli. Ale fakt, że transformacja przyniosła sporo negatywnych następstw, nie uzasadnia negatywnej oceny globalnej. Na odesłaniu komunizmu do lamusa historii nie można było stracić.

Obecny kryzys w światowej gospodarce stawia na porządku dziennym pytania o program modyfikacji ładu kapitalistycznego. Nie wyłoniły się frapujące odpowiedzi. Środowiska neoliberalne interpretują kryzys w kategoriach „wypadku przy pracy” i zalecają… bardziej konsekwentne respektowanie zasad rynkowych. Środowiska „socjaldemokratyczne” zgłaszają postulaty wycinkowych modyfikacji, które nie składają się na spójny program i są skutecznie kontrowane przez niechętne tym postulatom grupy interesów (tak dzieje się choćby z postulatem ograniczenia gigantycznych apanaży menedżerów bankowych). Nie widać intelektualnego odrodzenia socjaldemokracji. Brak spójnej i odważnej alternatywy przekreśla szanse socjaldemokratów na objęcie roli lidera zmian. To nie przypadek, że kontestacyjne ruchy „wykluczonych” są spontaniczne i – niestety – pozbawione programu.

W Polsce sytuacja jest odmienna. Wprawdzie z powodu splotu kilku szczególnych okoliczności przeszliśmy przez pierwszą fazę kryzysu dość łagodnie, ale nasz model kapitalizmu nie ma wielu cech ukształtowanych po wojnie w Europie Zachodniej. Zdecydowanie dotkliwiej jawi się kwestia jego potencjalnej korekty. Szczególnie, że w najbliższych latach ostrzejsze staną się konsekwencje trwania tego systemu. Trzeba liczyć się ze znacznie wolniejszym wzrostem gospodarki i blokadą mobilności społecznej.

Nie wydaje się, by istniała globalna alternatywa dla kapitalizmu, ale – szczególnie w Polsce – ważne jest, aby demokratyczny mechanizm gwarantował możliwość modyfikacji systemu. Nie zawsze jednak „realna demokracja” stwarza takie możliwości. W Polsce scena polityczna nie jest „konkurencyjna”. Coraz bardziej dominuje więc „postpolityka”. Ważne są skandale, wielkie pieniądze i „snucie opowieści”. Mało istotne są programy i wiarygodność. Wielu opisuje ten stan jako normalną ewolucję „realnej demokracji”. Gdyby przyjąć, że mają rację, to trzeba by też uznać, iż demokracja to przede wszystkim teatr pozorów.

Polska scena polityczna jest z pewnością niekompletna. Stosunkowo jednoznacznie wykrystalizowała się tylko opcja liberalna. Choć PO jest partią bardzo pragmatyczną, to jej polityka jest określona przez neoliberalną tożsamość i interesy „rdzeniowego” elektoratu. Widać to dobrze choćby na przykładzie podniesienia wieku emerytalnego. „Prawica” dysponuje silną reprezentacją parlamentarną, ale jej tożsamość jest coraz bardziej niejednoznaczna, zachowania cechuje populizm, a poważna odpowiedź na pytanie o model kapitalizmu nie pada. W parlamencie mają też reprezentację ugrupowania określające się jako lewicowe. Jednym z tych ugrupowań kieruje komunistyczny aparatczyk z PZPR-u, który rządził później pod sztandarem socjaldemokracji, ale całkowicie zrezygnował z elementarnych postulatów lewicy. Drugim jest osobnik, który neoliberalną samoidentyfikację przemalowuje na „lewicową”, ale koncentruje się na prawach gejów, zwalczaniu Kościoła i legalizacji „miękkich” narkotyków. Trudno oczekiwać, że któraś z tych grup przedstawi wizję reformy polskiego kapitalizmu. Byłaby ona zresztą całkowicie niewiarygodna.

Mamy kłopot.

Poznaj swój kraj

Społeczeństwo obywatelskie jako wentyl bezpieczeństwa? – rozmowa z dr. Pawłem Załęskim

Zacznijmy od genezy pojęcia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dlaczego cenzura okresu bierutowskiego w 1949 r. wprowadziła to pojęcie?

Paweł Załęski: To prawdopodobnie jedna z licznych wówczas manipulacji na języku. Pewne terminy stały się zakazane i takim było m.in. społeczeństwo cywilne – tzn. to, co w terminologii okresu nowoczesności określano sferą prywatnych przedsięwzięć, czyli po prostu wolnym rynkiem. W tamtych czasach określało się go pojęciem społeczeństwa cywilnego i zrozumiałe, że w warunkach scentralizowanej gospodarki socjalistycznej termin ten musiał zostać w jakiś sposób usunięty z tłumaczeń Marksa i Engelsa. Wówczas to wprowadzono określenie „społeczeństwo obywatelskie”, które jest na tyle niesprecyzowane i wieloznaczne, że idealnie pasowało jako narzędzie dezorientowania.

Czy już wtedy to społeczeństwo obywatelskie było przeciwstawione społeczeństwu politycznemu?

Wydaje mi się, że pojęcie społeczeństwa obywatelskiego zostało wprowadzone po to, aby zagmatwać różnicę między społeczeństwem cywilnym a społeczeństwem politycznym, nie żeby ją podkreślać. Później – we współczesnym dyskursie – przerodziło się to w usytuowanie społeczeństwa obywatelskiego między rynkiem a państwem.

Przenieśmy się teraz do połowy lat 70. W swojej książce „Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie” piszesz o środowisku polskich dysydentów we Francji, w Paryżu. Twoim zdaniem Aleksander Smolar interpretował wtedy pojęcie społeczeństwa obywatelskiego jako niezależnego społeczeństwa politycznego w opozycji do komunistycznego aparatu państwowego.

Udało mi się natrafić na wątek wskazujący, że to Aleksander Smolar jest niejako pierwszą „ofiarą” pomieszania pojęć – wprowadzenia terminu „społeczeństwo obywatelskie” zamiast „społeczeństwo cywilne”. To on zaczyna odnosić je do polskiej opozycji politycznej, i to jeszcze przed czasami „Solidarności”. Jest to istotne, ponieważ z reguły narodziny dyskursu o społeczeństwie obywatelskim wiąże się z „Solidarnością”. Widać jednak wyraźnie, że po pierwsze narodził się on wcześniej, a po drugie, że „Solidarność” – i to jest kolejne odkrycie – w ogóle go nie znała. To jest tylko mit. Zbadałem ówczesną prasę, dokumenty, prześledziłem wszystkie najważniejsze wątki i okazało się, że solidarnościowy dyskurs opierał się na zupełnie innych kategoriach, na innych pojęciach. To wszystko doprowadziło mnie do kolejnego odkrycia, że „społeczeństwo obywatelskie” jest dziełem komunistycznej propagandy. Można powiedzieć, że stanowi szczytowe osiągnięcie nowomowy polskich komunistów.

A jak wyglądał proces przeszczepiania tego pojęcia na nasz grunt?

Koncepcja zaproponowana przez Smolara rozwijała się niezależnie wśród zachodnich intelektualistów, dysydentów czy emigrantów z krajów Europy Wschodniej. Najważniejszymi osobami w tym kontekście, poza samym Smolarem, byli Jacques Rupnik (pochodzący z Czech) oraz Andrew Arato (pochodzący z Węgier). Bardzo wyraźnie widać, że jeśli w tym czasie ktoś z Polski zaczynał pisać o aktywności obywatelskiej i później wyjechał na Zachód, to po powrocie stosował już pojęcie społeczeństwa obywatelskiego.

W takim razie czy można mówić o „Solidarności” jako społeczeństwie obywatelskim?

Członkowie „Solidarności” definiowali się jako samorządna rzeczpospolita. To określenie jest pierwszą ofiarą dyskursu o społeczeństwie obywatelskim.

Samorządna rzeczpospolita ma bardzo wyraźny charakter wspólnotowy i odwołuje się do klasycznych republikańskich idei związanych z poczuciem solidarności. Była to wspólnota obywateli, a głównie wspólnota robotników, bo pierwsza „Solidarność” była przede wszystkim ruchem robotniczym. Później zaczyna się coraz większa ingerencja intelektualistów, a robotnicy zostają w tle rozmów i działań „Solidarności”. Wtedy dochodzi do głosu neoliberalny dyskurs o społeczeństwie obywatelskim, który podkreśla pluralizm, różnorodność – a nie wspólnotowość. To zupełne przeciwieństwo tego, czym była pierwsza „Solidarność”, dlatego wydaje mi się nadużyciem stosowanie terminu „społeczeństwo obywatelskie” w odniesieniu do pierwszej „Solidarności” – to były dwie zupełnie inne jakości pojęciowe i ideowe.

Jakie były dalsze losy pojęcia „społeczeństwo obywatelskie”? Z lektury Twojej książki wynika, że rok 1989 niekoniecznie był przełomem – wprowadzenie tego terminu w gruncie rzeczy miało na celu manipulację, odsunięcie na bok koncepcji społeczeństwa politycznego.

W książce wysnułem tezę o alienacji polityczności, czyli o odsunięciu tejże z życia potocznego. Twierdzi się dzisiaj, że polityka to coś, co dzieje się daleko od nas, a my tak właściwie zajmujemy się czymś zupełnie innym i to nas nie dotyczy. Jest to jednak zaprzeczenie klasycznych podejść do polityki czy do życia politycznego we wspólnocie państwowej, gdzie każdy gest mógł być gestem politycznym. Tak było chociażby w czasach zaborów. Związek sportowy był wówczas organizacją polityczną, ponieważ krzewił polską krzepę – działał właściwie przeciwko zaborcy. Dotyczyło to wielu różnych organizacji w tym czasie. Natomiast działalność propagandy komunistycznej, to, że społeczeństwo obywatelskie pojawiło się w języku generała Jaruzelskiego, związane było właśnie z tym – o czym napisał wówczas Bronisław Geremek – że oto dzisiaj, w 1989 r., mamy możliwość stowarzyszania się, zakładania rozmaitych organizacji, ale myśli o całkowitej demokratyzacji, o pełnym pluralizmie politycznym musimy odsunąć na później. Proszę zwrócić uwagę, że Polska była jedynym krajem, który w okresie transformacji nie dokonał od razu pełni reform politycznych. Zrealizowano głównie reformy gospodarcze, czyli plan Balcerowicza, który nie został wprowadzony na zasadach demokratycznych, gdyż Polska stała się demokratyczną dopiero w 1991 r.

Czy byłoby inaczej, gdyby te reformy polityczne zostały wprowadzone? Czy są może jeszcze inne przyczyny tego, że taki właśnie projekt społeczeństwa obywatelskiego ma się dobrze?

W latach 90. właśnie dzięki temu, że w 1989 r. termin „społeczeństwo obywatelskie” zaczął się pojawiać na łamach „Trybuny Ludu” i pokrewnych czasopism, trafił on do publicznej świadomości. I to na masową skalę. Widać, jak zaczyna on opisywać zjawiska, które wcześniej definiowano wyłącznie jako organizacje społeczne. Stał się ideologiczną przykrywką dla trzeciego sektora, takim pojęciem-kluczem, legitymizującym powstanie i idealizującym działanie tego sektora jako jednego z elementów współczesnych demokracji. Podczas gdy żadne badania nie pokazują, że te organizacje są jakoś szczególnie zaangażowane w procesy polityczne! To, czym się zajmują, to głównie pełnienie funkcji usługodawczych w stosunku do instytucji publicznych. One się zajmują tymi samymi kwestiami, którymi zajmuje się dobrze funkcjonujące państwo opiekuńcze, przede wszystkim takimi jak edukacja, zdrowie czy opieka społeczna.

Opisujesz te organizacje jako neoliberalne hybrydy wolnego rynku i państwa opiekuńczego. W związku z tym nie są one w stanie podjąć działań antysystemowych. Czy możliwe jest odwrócenie tego porządku, tak aby obywatele mogli się rzeczywiście oddolnie i spontanicznie organizować?

Musiałaby nastąpić skonsolidowana ingerencja polityczna ze strony osób zainteresowanych taką zmianą. Takie osoby są zwodzone obecnością organizacji trzeciego sektora po to, żeby nie protestować przeciwko przemianom. Trzeci sektor stanowi bufor bezpieczeństwa pomiędzy obywatelami a państwem, które wycofuje się ze swoich funkcji. Obecnie te organizacje niby coś robią, ale tak właściwie, w porównaniu z tym jak funkcjonowało państwo opiekuńcze, są to działania pozorowane. Mają niesamowity PR, dużo się mówi o ich działaniach, ale faktycznie to wygląda inaczej. Nie korzystają z dorobku państwa opiekuńczego, bo są one przecież w opozycji do państwa – przynajmniej ideowo. Natomiast korzystają z państwowych pieniędzy. W Polsce to najczęściej środki z funduszy europejskich, natomiast w bogatszych państwach zachodu takie organizacje są finansowane bezpośrednio przez instytucje rządowe. Ta sytuacja, moim zdaniem, jest antydemokratycznym atakiem neoliberalnych elit politycznych na państwo opiekuńcze. Pojawienie się trzeciego sektora w jego współczesnej postaci jest związane z postępami neoliberalnych ideologii i neoliberalnych rozwiązań oraz z przemianami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, zmierzającymi do demontażu instytucji państwa opiekuńczego.

Schemat wygląda tak, że organizacje pozarządowe pojawiają się często jako organizacje polityczne. Najbardziej wyraźnie słychać to w dyskursie feministycznym. Organizacje, które mają działać na rzecz praw kobiet, stają się powoli organizacjami usługodawczymi, realizującymi projekty zlecane przez instytucje państwowe, co nazwane zostało przez jedną z niemieckich feministek, Sabine Lang, procesem NGO-izacji. Istnieje realne zagrożenie, że jeżeli nie będzie działań politycznych sprzeciwiających się temu procesowi, to dojdzie do sytuacji, że organizacje te będą musiały się skomercjalizować albo po prostu zniknąć. Te usługi, które obecnie wykonują dzięki pieniądzom z instytucji państwowych, będą wykonywały nadal, lecz na zasadach komercyjnych, czyli trzeba będzie płacić, żeby z nich skorzystać. Ale organizacje trzeciego sektora nie są zainteresowane podważaniem podstaw własnego funkcjonowania. Protest przeciwko zachodzącym zmianom, czyli osłabianiu państwa opiekuńczego, nie może wyjść od nich. Głównym oszustwem dyskursu o społeczeństwie obywatelskim jest zatem sugestia, że organizacje trzeciego sektora reprezentują obywateli. Jest to raczej grupa interesu, która rywalizuje z tradycyjnymi instytucjami państwa opiekuńczego.

W tym kontekście piszesz też w swojej książce o młodych ludziach, których działanie i zaangażowanie jest kanalizowane przez organizacje. Czy jest szansa na wyjście z tego zaklętego koła instytucjonalizacji działań, tak aby pozostały naszymi oddolnymi inicjatywami?

Myślę, że to bardzo trudne. Przeszkodą są ideologiczne klisze, którymi posługują się działacze trzeciego sektora na własny użytek. Takie działanie, o jakim wspomnieliście, jest obce trzeciemu sektorowi. Oni funkcjonują dzięki temu, że realizują odgórnie wyznaczone projekty, które ktoś tam gdzieś podpisuje i akceptuje. Same te organizacje mają niewielką siłę na poziomie oddolnym czy lokalnym. Mam wrażenie, że bardziej dynamiczne i oddolne są inicjatywy na polu ekonomicznym, co objawia się na poziomie rozmaitych rozwiązań o charakterze gospodarczym, które ludzie próbują razem realizować – w formie wymiany barterowej, czyli wzajemnej wymiany usług. Organizacje pozarządowe dostają pieniądze na aktywizację ludzi na poziomie lokalnym, a niestety tłumią tę aktywność. Wchodzą w role reprezentantów biernych osób, stając się aktorami, którzy wyręczają obywateli z możliwości zaangażowania politycznego. Bywa również, że same dość skutecznie tłumią głosy lokalnej społeczności. W związku z tym, ostatnim rozwiązaniem takich projektów jest np. propozycja, aby mieszkańcy i przedstawiciele organizacji pozarządowych spotykali się osobno. Wszystko dlatego, że przedstawiciele organizacji, ze względu na swój większy kapitał kulturowy i dyskursywny, nadają ton całej dyskusji, marginalizując mieszkańców.

Wyobraźmy sobie, że zakładamy stowarzyszenie lub fundację i chcemy działać dla dobra wspólnoty lokalnej. Aby przystąpić do konkursu i zdobyć jakieś finansowanie naszych działań, musimy spełnić odgórne warunki – czyli od początku jesteśmy skazani na wpisanie w format. Tracimy w ten sposób impet oddolnego autentycznego działania.

To jest właśnie wspomniana NGO-izacja. Mamy kilku ludzi, którzy coś robią razem i raptem wpadają na pomysł, żeby zamienić tę nieformalną grupę w stowarzyszenie, sądząc przy okazji, że może zdobędą dzięki temu jakąś dotację. To jest taka spirala wciągająca w system grantowy, która podporządkowuje sobie organizację i czyni ją podwykonawcą usług, którymi kiedyś zajmowało się państwo. Oczywiście są również pozytywne tego aspekty. Podkreślam tylko, że cały ten proces odbywa się pewnym kosztem – kosztem tradycyjnych rozwiązań i instytucji państwa opiekuńczego. W związku z określonymi przemianami, które nazwałem restrukturyzacją systemów opiekuńczych, tracimy coś, co zostało kiedyś wywalczone przez ojców naszych ojców. Te przemiany są związane z kolei z neoliberalnymi politykami, czyli pewnym odgórnym projektem. To, co wygląda jak oddolna aktywność, okazuje się elitarystycznym projektem polityczno-ekonomicznym.

Czyli takie neoliberalne chomąto?

Chomąto jest dla aktywistów i działaczy tych organizacji, natomiast dla osób, które teoretycznie mają być beneficjentami ich działań, tak właściwie jest to redukcja funkcji opiekuńczych. Państwo się wycofuje, zamiast tego wchodzą organizacje trzeciego sektora, które niekoniecznie robią lepiej to, co kiedyś robiło państwo.

W wyniku takiego systemowego działania, państwo w świadomości obywateli jako podmiot mający pełnić określone funkcje nie tyle traci na znaczeniu, co zanika.

Tak, świetnie to ujęliście. Wspomniane organizacje są czymś w rodzaju bufora, który odseparowuje obywatela od źródła politycznych decyzji, czyli od tego, w jaki sposób będą wypełniane obowiązki w zakresie opiekuńczości. Kiedyś szło się do urzędnika, rozmawiało z nim, można było trafić wyżej, a w tej chwili jest ta bariera. Są organizacje, które zajmują się określonym fragmentem rzeczywistości i one umywają ręce od odpowiedzialności za działania, które realizują na rzecz zleceniodawców. Jest to związane z rozmyciem odpowiedzialności politycznej za decyzje, wynikającym z przemian funkcji opiekuńczych państwa. Z horyzontu przeciętnego obywatela giną decydenci odpowiedzialni za konkretne decyzje, w tym rozmontowanie państwa opiekuńczego.

Konsekwencją takiego charakteru trzeciego sektora jest odseparowanie obywateli od polityczności. Nietrudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki. Przestaniemy zwracać uwagę na to, kto, jakie i dlaczego w naszym imieniu podejmuje decyzje, wpływające przecież bezpośrednio na rzeczywistość, w której żyjemy. Jak możemy i czy w ogóle możemy się upolitycznić?

Proces depolityzacji był charakterystyczny zarówno dla nowoczesnego projektu liberalnego, a w tej chwili projekt ponowoczesny neoliberalny stanowi wzmocnienie i przyspieszenie tego zjawiska. Rządy tzw. technokratów są przykładem tego, że to specjaliści decydują za nas o czymś, co powinno być w naszych rękach. Wydaje mi się, że dobrym kierunkiem jest to, że na poziomie lokalnych społeczności władze decydują się na konsultacje społeczne. Wprowadzenie zasady pytania o zdanie obywatela jest ważne dla jakości demokracji. Państwo opiekuńcze w naszym kraju zostało dość mocno zredukowane. Jak wspominałem, zaczęły je zastępować organizacje trzeciego sektora. I tutaj rodzi się pytanie, czy nie powinniśmy wrócić do tego, żeby państwo zracjonalizowało czy ulepszyło proces redystrybucji. Ona się odbywa, ale uprzywilejowane są te grupy, które mają najlepszy dostęp do twardej polityki. Wiadomo, że osoby biedne czy wykluczone tego dostępu nie mają.

Czy to by oznaczało wycofanie się z zasady pomocniczości?

Może rozsądniejsze i bardziej świadome z niej korzystanie. Moja książka została napisana, aby ujawnić pewne mechanizmy i pokazać, że jest tu wiele rzeczy do zrobienia. Organizacje mogą funkcjonować, ale tak, abyśmy wiedzieli, co one robią i za jakie pieniądze, żeby ich działania były bardziej transparentne finansowo. Chodzi też o to, żebyśmy mogli decydować, mieć wpływ na ich aktywność. Ale przejrzystość ich działań jest podstawową barierą.

Ideałem byłoby pewnie wspólne ustalanie, konsultowanie celów polityk publicznych, a później ewentualnie wykorzystanie organizacji pozarządowych do ich realizacji, przy klarowności i jasności sytuacji oraz możliwości kontroli ich działań. Wracając jednak do idei pomocniczości – według Zygmunta Baumana staje się ona nieco karykaturalna, ponieważ polega na cedowaniu, zrzekaniu się odpowiedzialności przez państwo. Być może czeka nas jakiś renesans roli państwa, zwiększenia zakresu jego działalności?

Wydaje mi się, że już najwyższy czas na to. Jesteśmy w takim momencie, w którym coraz donośniejsze stają się głosy krytykujące neoliberalne oczywistości lat 90. Sądzę też, że mamy szansę zacząć dyskusję na temat roli państwa: czym to państwo dla nas jest, jakie role powinno spełniać, czy to, co robi w tej chwili, robi właściwie. Z punktu widzenia systemów opiekuńczych najważniejszą funkcją państwa jest redystrybucja zasobów od bogatych do biednych. Natomiast w tej chwili, dzięki neoliberalnej ofensywie, pieniądze trafiają na pomoc bankom, dużym, upadającym instytucjom, a budżet opieki społecznej czy szkolnictwa podstawowego jest ograniczany. To zasługa potężnego lobby gospodarczego, elit ekonomicznych, które dążą do korzystnej dla siebie redystrybucji zasobów. Szersza dyskusja na ten temat mogłaby usprawnić i zdemokratyzować decyzje polityczne. Ale jesteśmy w dość trudnym momencie, gdy język neoliberalnych oczywistości zdominował nasze myślenie i wszelkie socjaldemokratyczne rozwiązania stygmatyzuje się jako komunizm.

Dziękujemy za rozmowę.

Poznaj swój kraj

Kiedy będzie „lepsze jutro”?

Zapnijcie pasy i złapcie za czapki – mówią nam eksperci – do Polski nadchodzi szalejący europejski kryzys. Z tym należy się zgodzić: kolejne kwartały będą pokazywały coraz gorsze wskaźniki makroekonomiczne. Wkrótce i u nas aktualny stanie się bon mot, iż „lepsze jutro było wczoraj”. Ten ahistoryczny pogląd będzie trzeba wypalać żywym ogniem w roku 2013, kiedy to podstawowe usługi publiczne, szczególnie na prowincji, padną ofiarą zmasowanej presji narracji spod znaku „koniecznych wyrzeczeń”. Jeżeli jednak nie mamy przestać wierzyć w lepsze jutro, powinniśmy już dziś mieć w głowie jego wyobrażenie – postęp nie jest bowiem replikacją przeszłości.

Jak powinniśmy mierzyć rozwój? Czy bezduszny ekonomizm nie odbiera znaczenia takim dobrom jak czas wolny lub rozwój kulturalny jednostki? Kiedy możemy naprawdę powiedzieć, że podążamy drogą rozwoju?

Nie od dziś wiadomo, iż współczynnik PKB może być bardzo niedoskonałym wyznacznikiem rozwoju i jakości życia. Warto pamiętać, że podczas ostatniego „boomu” gospodarczego (ok. 2006–2007), przy bardzo wysokim wzroście gospodarczym, wyemigrowało z Polski około miliona osób. Papierowe Eldorado miało dla polskich emigrantów mniejszy urok niż niepewne perspektywy życia za granicą. Nic dziwnego, bowiem wiele z tej przyrosłej „wartości” nierzadko było wartością jedynie papierową, np. drożejących mieszkań. Poza światem instytucji finansowych i przywódców państw nie jest wielkim odkryciem stwierdzenie, że postęp, który dokonuje się w czasie (np. dekady albo tysiąclecia), nie powinien być mierzony monetarnie, lecz materialnie. To nie liczba złotówek czyni nasz kraj bogatszym w porównaniu do czasów Bolesława Chrobrego. Sprawia to ilość i jakość fizycznych dóbr, które potrafiliśmy stworzyć i obrócić na nasz użytek.

Skojarzenie rozwoju z poziomem produkcji jest więc już dobrym wstępem do dyskusji, choć niezupełnie wystarczającym. Całkowicie materialne ujęcie owego postępu nie czyni zadość niezwykle ważnej kategorii „opanowania ognia”, czyli powiększania dostępu oraz tworzenia nowych źródeł energii, kluczowych dla masowej produkcji dóbr fizycznych. Wskazanie na ten niematerialny postęp i jego źródła, leżące w innowacyjnej działalności człowieka, pozwala wyodrębnić to, co jeszcze bardziej niż wysokie wieżowce i odbiorniki telewizyjne tworzy przepaść między nami a naszymi praszczurami sprzed milenium. Tym czymś jest wiedza. Bez jej kreowania i kumulacji nie byłoby mowy o rozwoju, bowiem postęp cywilizacyjny, zarówno gospodarczy, jak i społeczny, jest funkcją umiejętności tworzenia i wykorzystania kapitału intelektualnego. W procesie kreowania bogactwa to właśnie zastosowanie nowych rozwiązań, wynalazków i usprawnień zwiększa ilościowo i jakościowo pole dostępnych dóbr i usług.

Antyrozwojowy model stosunków przemysłowych (kapitału i pracy), będący pokłosiem niezrozumienia źródeł postępu, prowadzi do wynaturzeń i wyzysku. To z kolei służy do pochopnego podważenia tezy, zgodnie z którą źródłem polepszenia jakości życia populacji jest poprawa produktywności pracy. Oczywiście, możliwe jest czasowe „rozjechanie się” poprawy produktywności pracy, osiąganej dzięki ludzkiej innowacyjności, z poprawą jakości życia. Możliwy jest również czasowy wzrost jakości życia większości populacji dzięki odebraniu i konsumowaniu „nadwyżki”, będącej wcześniej w posiadaniu niewielkiej warstwy superbogaczy. Niemniej w dłuższym okresie niemożliwy jest stały wzrost jakości życia w warunkach kurczącej się lub nierozwojowej gospodarki. Chodzi tu zarówno o szybszy przyrost fizycznych dóbr na głowę, jak i o towarzyszące temu przyrost i ujarzmianie energii.

W gruncie rzeczy jednak najważniejszy jest inny argument. Otóż jeżeli przyjmiemy, że źródłem postępu są twórcze zdolności człowieka, skutkujące rozwojem naukowo-technicznym, wówczas polepszanie warunków życia ludzi jest skutkiem oraz przyczyną tegoż postępu. W coraz to bardziej ludzkich, oderwanych od materialnych trosk warunkach życia powstaje miejsce dla kształtowania się twórczych możliwości człowieka. Zatem pytanie o sens wysokopłatnego parytetu płac, zmniejszania wymiaru czasu uciążliwej pracy czy dotowania działalności kulturalnej i oświatowej wydaje się być zbędne. Poprawa wydajności pracy i lepsze warunki życia idą w parze, powiązane w przyczynowo-skutkowym splocie z ludzkim impulsem twórczym.

Natrafiamy w tym miejscu na kolejne zagadnienie, którego nie można przemilczeć. Skoro ludzkość zdolna jest – dzięki rozwijaniu indywidualnych potencjałów i rozprzestrzenianiu wiedzy na coraz większą liczbę osób – do powiększania „systemu”, w którym żyje, logiczna wydaje się możliwość zużywania zasobów w zbyt szybkim tempie. Na problem ten zwrócili uwagę 40 lat temu D. i D. Meadowsowie w swoim raporcie dla Klubu Rzymskiego, zatytułowanym „Granice wzrostu”. Raport wywołał alarm swoimi przewidywaniami, że połączone trendy zużywania zasobów, wzrostu populacji i zanieczyszczeń doprowadzą do radykalnego pogorszenia warunków życia. Prognozy nie sprawdziły się jednak. Do roku 2012 świat miał wyczerpać 12 z 19 substancji, które badali Meadowsowie, w tym m.in. aluminium, ropę, gaz ziemny, srebro, cynk, molibden, miedź i ołów. Jak wskazał autor artykułu w magazynie „Foreign Affairs”, ilość zasobów, które będzie można wytworzyć dzięki ludzkiej pomysłowości [inegnuity], daleko przewyższa wymagania ludzkiej konsumpcji1.

Mimo iż powyższy przykład dowodzi, że czasowe granice wzrostu są przekraczalne, zignorowanie możliwości pojawienia się wielkich zagrożeń byłoby nierozsądne. Skala globalnej aktywności gospodarczej wymaga stałego monitoringu zachodzących procesów oraz ingerowania w nie. Rozwój bowiem, jeżeli daje się go jakkolwiek zdefiniować, powinien być mierzony jako zapewnienie długookresowej zdolności poprawy warunków życia, towarzyszącej zwiększaniu potencjału wiedzy i materialnych instrumentów potrzebnych do przeżycia. Pytanie więc brzmi: czy nauka jest dziś przygotowana do podołania wyzwaniom rysującym się na horyzoncie? Przy całym optymizmie należy przyznać, że jest wiele do zrobienia w tej kwestii.

Niektóre pożądane kierunki zmian są oczywiste i nie wymagają wielkiego podniesienia poziomu obecnej wiedzy. U progu XXI wieku przychodzi nam się zmagać z kryzysem dezindustrializacji i rosnącego rozwarstwienia społecznego. Inteligentne zarządzanie może poradzić sobie ze skutkami tego stanu rzeczy poprzez regulację systemu finansowego i politykę gospodarczą zainteresowaną gospodarką sfery realnej. Jednak realizacja ambitniejszych, moralnie i ekonomicznie koniecznych, globalnych wyzwań, takich jak dynamiczny rozwój krajów zapóźnionych, jest niezwykle odległa. Podjęcie takich projektów, służących całej światowej społeczności, opartych na rozpowszechnieniu wiedzy i techniki w krajach o niskim poziomie rozwoju oraz rozbudowie globalnego potencjału twórczego, wymaga wizji, instrumentów i narzędzi, których współczesnej nauce brakuje.

Współczesna ekonomia znalazła się w ślepej uliczce, ograniczona narzuconymi sobie dogmatami. Brak w niej interdyscyplinarności i odwołań do rzeczywistego świata, z jego uwarunkowaniami społecznymi i politycznymi. Oparta jest na sztucznych matematycznych modelach, do których na siłę dopasowywane są realia empiryczne, zaś jej celem jest nie rozwojowa zmiana, lecz znalezienie się w upragnionym statycznym punkcie optimum.

Bez uporania się z przyczynami błędnego myślenia ekonomicznego, skuteczna walka z efektami kryzysu nie może mieć miejsca. Twórczy aspekt rozwoju został w dzisiejszych czasach całkowicie utracony w nierozumnym formalizmie modeli. Jest to efekt politycznego triumfu neoliberalizmu. Pod maską nauki społecznej narzuca on swój regresywny ogląd świata, w którego centrum jest egoistyczna jednostka. Wytyczone ściśle i sztucznie ramy działania ekonomistów nie zostawiają miejsca na rozwój. Jak stwierdziła grupa krytycznych ekonomistów, przyczynę ostatniej katastrofy tej dyscypliny, którą było nieprzewidzenie kryzysu, stanowiło skupienie się na modelach zaprojektowanych tak, aby ignorować kluczowe elementy wpływające na rzeczywisty rynek2.

Dzisiejsze nauki ekonomiczne zmniejszają liczbę palących problemów, „rozwiązując” je poprzez nieuznanie ich istnienia. Według ortodoksyjnej teorii bank centralny powinien być w pełni niezależny (od społeczeństwa), aby nie być użytym do pobudzania wzrostu, lecz jedynie zajmować się obroną świętej stabilności cen, co faworyzuje rentierów i kredytodawców.

Dla bezrobotnych zaś wielkim pokrzepieniem musi być fakt, iż w dominującym obecnie w pracach ekonomistów (i uznanym za wielkie osiągnięcie) modelu DSGE bezrobocie jest zawsze dobrowolnym wyborem bezrobotnego. Ten sam model w swojej standardowej wersji nie zakłada w ogóle istnienia sektora finansowego i banków. Krytykujący dominujące „mądrości” ekonomista Philip Arestis zwraca uwagę: musimy uwzględniać banki, musimy uwzględniać fakt istnienia pieniądza3.Dlaczego?

Dobitnie pokazuje to głośna dysputa Paula Krugmana z kwestionującym obecny paradygmat Stevem Keenem. Krugman, mimo swej krytyki polityki cięć oszczędnościowych, bronił standardowego modelu neoklasycznego, w ostateczności posuwając się do kompromitującego stwierdzenia, iż brak uwzględnienia przez modele faktu istnienia banków i sektora finansowego nie ma żadnego znaczenia. Otóż ma ogromne znaczenie i pozwala wyjaśnić rzekome „paradoksy”, z którymi nie potrafi sobie poradzić neoklasyczna ekonomia, tłumacząc niedociągnięcia „szokami zewnętrznymi”, czynnikami behawioralnymi, brakiem zaufania rynków itd. Według owej neoklasycznej, mainstreamowej teorii ekonomicznej, obniżka stóp procentowych i luzowanie ilościowe (QE), czyli zwiększenie tworzenia pieniądza przez bank centralny, powinny skutkować ożywieniem gospodarczym i inflacją. Tymczasem mamy do czynienia z gospodarczą stagnacją i co najwyżej inflacją na spekulacyjnych rynkach giełd towarowych. Wyjaśnienie jest proste: to rezultat polityki banków komercyjnych, pośredniczących i – mówiąc w wielkim uproszczeniu – współemitujących pieniądz, a także instytucji finansowych, posiadających wielkie ilości prywatnych zobowiązań (długu, derywat).

Dopiero takie postawienie sprawy pozwala pójść krok dalej w analizie ekonomicznej i prześledzić przepływy nowo powstającego pieniądza, kredytu i długu. Wtedy zrozumiałe stanie się, dlaczego usilnie promowana jest fałszywa narracja zbyt wielkiego długu publicznego. Okaże się, iż tak naprawdę to długi prywatne, spekulacyjne piramidy finansowe poza wszelką kontrolą państwa, wysysają kreację pieniądza na potrzeby finansowania obsługi tego gigantycznego, wirtualnego kasyna.

Ten obraz jest jednak starannie ukryty i niewidoczny w mainstreamowej ekonomii. Dzieje się tak, ponieważ konstruowane modele są w istocie ekstrapolacją zachowań gospodarczych w mikroskali na skalę makro. Bazą do rozważań o gospodarce jest wobec tego jeden wymyślony neoklasyczny homo economicus i jego zachowania. Do jak wielkich pomyłek prowadzi to założenie, pokazały nam ostatnie lata eksperymentów z cięciami budżetowymi.

Niczym innym niż fatalnym błędem jest porównanie budżetu gospodarstwa domowego i państwa. Całość (państwo) nie ma tych samych właściwości co jego części, jest też czymś innym niż ich sumą (gdyż suma racjonalnych decyzji jednostek niekoniecznie przekłada się na optymalny stan gospodarki4). Dlatego gdy dla gospodarstwa domowego oszczędzanie jest często dobrą strategią, państwo może wydawać więcej, dla maksymalizacji potencjału rozwojowego, stymulacji gospodarki i utrzymania zatrudnienia.

Niestety neoliberalne recepty cięć budżetowych znalazły wygodną „podkładkę”, jaką były przeczące wielu innym badania pary Alesina & Ardagna z 2009 roku, sugerujące dobroczynne skutki cięć oszczędnościowych. Po pewnym czasie tendencyjny dobór danych stał się oczywisty5, nawet dla narzucającego pakiety „reform” Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jednak przysłowiowe mleko już się rozlało, zaś pseudonaukowy mit, mimo swej niewiarygodności, został wykorzystany ku większej chwale spekulantów, przejmujących za bezcen wyprzedawany grecki majątek.

Dobór danych pod tezę jest, według zajmującego się szczegółową analizą badań prof. Toma D. Stanleya, plagą aż 70% publikacji. Co smutne, acz mało zaskakujące, to fakt, iż bardziej prestiżowe czasopisma są jednocześnie bardziej tendencyjne. Konsensus, jak zauważył zespół Stanleya, znacząco zmniejsza wartość merytoryczną i dokładność badań. Poddał on analizie m.in. dostępne badania na temat wpływu płacy minimalnej na liczbę zatrudnionych. Po ponownym ich przetworzeniu okazało się, iż wzrost płacy minimalnej ma zerowy lub statystycznie nieistotny wpływ na liczbę zatrudnionych.

Istnienia modeli ekonomicznych w takiej formie jak dzisiaj nie da się wytłumaczyć pozytywnymi rekomendacjami dla praktyków polityki gospodarczej, gdyż ich użyteczność jest po prostu niska. Tym trudniej bronić pozytywnego dydaktycznego wpływu modelowania na myślenie młodych ekonomistów. Jak zauważył prof. Jan Toporowski, na pytanie o trudności, jakie ma dziś przed sobą ekonomia, studenci pierwszego roku opowiadają o walce z biedą, kwestii wzrostu, czasami wymieniają deficyt. Studenci trzeciego roku wcale nie wspominają o tych kwestiach. Nauczanie i rozumienie ekonomii kuleje, w czego następstwie gospodarka zmierza ku recesji.

Jak wskazują krytycy, stary model, powielany m.in. w uznanych przez młodych ekonomistów za święte podręcznikach Paula Samuelsona6, zakłada, iż wartość sumy czynników włożonych w produkcję jest tożsama z wartością gotowego produktu. Tym samym w procesie gospodarczym wartość nie jest tworzona (co najwyżej odkrywana), gdyż to, co powstanie, równe jest temu, co już jest. Ten pozornie logiczny nonsens pozwala lansować niemające wiele wspólnego z rzeczywistością ricardiańskie założenie, iż wyższe płace robotnika muszą oznaczać niższy zysk. Ekonomia w tym modelu jest statyczna, nic więc dziwnego, że oparta na niej polityka gospodarcza przynosi stagnację. Jak stwierdził ekonomista Frank Hahn, Często zastanawiam się, czy inne dyscypliny też tak mocno cierpią przez autorów podręczników7. Konieczna jest alternatywa wobec neoliberalnej ortodoksji, szkodzącej nie tylko swej dyscyplinie, ale i całemu społeczeństwu.

Tak jak odpowiedzią na wywody Samuelsona jest znacznie lepszy podręcznik Davida Colandera8, tak też odpowiedzią na fakt, iż ani klasycy, ani neoklasycy, ani keynesiści nie poradzili sobie z dochodem i zyskiem9, jest zintegrowane podejście do kredytu, pieniądza, dochodu, produkcji i bogactwa z prac Godleya i Lavoie’a10. Skonstruowany przez nich i ich naśladowców model typu stock-flow znacznie lepiej odzwierciadla rzeczywistość i wskazuje m.in., że w przeciwieństwie do każdego modelu klasycznego zyski nie zawsze wracają do gospodarstw domowych, zaś oszczędności nie są równe inwestycjom. Wprowadzenie tych urealniających zmian całkowicie zmienia obraz sytuacji. Jak wskazuje w swej książce „Nikt tego nie przewidział?”11 jeden z czołowych ekonomistów nowego nurtu, Dirk Bezemer, przed kryzysem ostrzegała grupa ekonomistów pokazujących rzeczywiste przepływy (flow of funds) w gospodarce i finansach. Jednym z nich był Michael Hudson, który jeszcze przed kryzysemwskazywał, że pomimo pęczniejących bilansów „realna gospodarka” ugnie się pod ciężarem bańki prywatnych długów, odciągającej kredyt od inwestycji w kapitał wytwórczy. Mimo to zamykający oczy i zatykający uszy wpływowi ekonomiści głównego nurtu i finansiści twierdzą, iż „nikt tego nie przewidział”.

Jednocześnie mamy do czynienia z reinterpretacją kryzysu na neoliberalną modłę i brak jakiejkolwiek refleksji nad przyczynami porażki ekonomii głównego nurtu, gdzie wciąż w modzie jest zamaskowane skomplikowaną matematyką wyszukiwanie korelacji w ramach nierealistycznych modeli. Narzędzia pracy ekonomisty zamiast ułatwiać, uniemożliwiają mu jej wykonywanie. Warto zauważyć, że podobnie nierealistyczne, statyczne podejście byłoby nie do przyjęcia w łatwiej namacalnych co do swych efektów naukach o zarządzaniu. Trudno wyobrazić sobie firmę, która przez kolejne dekady byłaby zarządzana przy założeniach rynku jako „gry o sumie zerowej”, bez możliwości wzrostu, zmiany, innowacji. Nieprzypadkowo uważana za wzór dobrej szkoły menedżerów Harvard Business School została założona przez protegowanego Gustava Schmollera, ekonomisty z niemieckiego nurtu szkoły historycznej. Do dziś działa ona w oparciu o koncepcje tej szkoły, znacznie lepiej rozumiejącej gospodarczą rzeczywistość i procesy wzrostu. Inna prestiżowa szkoła biznesu – Wharton Business School – została założona przez Josepha Whartona, ucznia Henry’ego Careya, wybitnego ekonomisty promującego interwencjonizm państwowy12.

Aby ekonomia głównego nurtu również zdawała test nauki o skutecznym działaniu, musi, po ucieczce z ciasnego więzienia swych założeń, zacząć mierzyć się z realnymi problemami. To oznacza wymyślanie na nowo rozwoju, podobnie jak robili to myśliciele w poprzednich epokach, umiejętnie korzystając z nowo dostępnych narzędzi (matematycznych, cybernetycznych) podporządkowanych osiągnięciu wytyczonej przez myśl ścieżki rozwoju.

Po pierwsze globalizacja procesów gospodarczych, społecznych, światowy wymiar regionalnych zmian demograficznych, klimatycznych, kulturowych etc. wskazują na potrzebę zdecydowanie bardziej interdyscyplinarnego podejścia naukowego. Tym samym ekonomista nie może ignorować tych aspektów kultury, nauk społecznych i przyrodniczych, które wpływają nawet bardzo pośrednio na jakość życia społeczeństwa. Nie może abstrahować od kwestii struktury społecznej i z niej wypływającej siły politycznej i ekonomicznej. Musi również umieć używać narzędzi programowania wizyjnego, pozwalającego przewidywać możliwość wystąpienia w dalekiej przyszłości „ubocznych” i nieoczywistych efektów i sprzężeń zwrotnych procesów dziejących się dziś i w przeszłości. Przykładowo musi umieć ocenić efekty (pozytywne, negatywne, neutralne) wprowadzenia danej technologii na np. zdrowie. Rodząca się obecnie complexity economics jest zalążkiem takiej koniecznej naukowej „infrastruktury” planowania strategicznego.

Po drugie niezwykle ważny jest powrót do ekonomii metafor biologicznych, podkreślających zmienność, ewolucyjność i złożoność procesów gospodarczych. Aby uczynić zadość chęci wymyślania nowej drogi rozwoju, przedmiotem rozważań w miejscu myślenia statycznego musi być zatem dynamika. W klasycznej teorii ekonomii wartość powstaje dzięki akumulacji kapitału. Jak zauważył w latach 50. profesor Uniwersytetu Stanforda, Moses Abramowitz, czynnik ten można w wyliczeniach określić na jedynie ok. 10–15% wpływu na powstanie nowej wartości, zaś resztę (85–90%) jako miarę niewiedzy ekonomistów13. Istnieje jednak grupa ekonomistów (m.in. Carlota Perez, W. Drechsler, R. Nelson i wielu innych), którzy znacząco zmniejszają tę miarę, studiując ewolucję gospodarki i jej wchodzenie w nowe fazy rozwoju. Dzięki ich pracy nasze pojęcie o tym „nieznanym” czynniku, czyli ludzkiej kreatywności, nie jest zlepkiem ogólnie słusznych stwierdzeń, lecz rygorystyczną, naukową podstawą do świadomego wchodzenia na nowy poziom rozwoju, swoistym przewodnikiem po naturze zmian paradygmatów technologiczno-gospodarczych.

Studia te rozwijają się w nowy kierunek14, zwany technology governance, świadomie integrujący historię myśli ekonomicznej, makroekonomię, zarządzanie na poziomie wdrożeń innowacji do biznesu, ekonomię ewolucyjną i narodowe systemy innowacji. Właśnie ten aspekt, czyli zarządzanie wiedzą i techniką, aby dokonać jakościowych, systemowych przeobrażeń gospodarki jako całości, wydaje się być, oprócz kompleksowego gospodarczego programowania wizyjnego, przyszłością nauki o rozwoju, a zatem (z jego natury) o wymyślaniu rozwoju na nowo.

Oczywiście dziś, gdy wciąż dyskutowana jest kwestia wdrożenia lub wycofania polityki rażąco głupich cięć oszczędnościowych, kurczących gospodarkę, wspomniane wyżej kierunki zdają się być pieśnią odległej przyszłości. Mimo wszystko są powody do umiarkowanego optymizmu. W ostatnich latach internet zaczął obfitować w strony i blogi poświęcone alternatywom dla dzisiejszej ekonomii. Są niejednokrotnie prowadzone przez ekonomistów (często uznanych), których niezwykła aktywność i rozpierająca energia nie mogą być wytłumaczone tylko ambicjami środowiskowymi i chęcią udowodnienia swojej racji. Można je wytłumaczyć jedynie głębokim, mającym mocne naukowe podstawy, przekonaniem o możliwości zmiany ekonomii, a za jej pomocą świata i warunków życia oraz przyszłości miliardów ludzi. Choć stara ekonomia jeszcze się trzyma, to nowa już bardzo mocno napiera wzbierającym entuzjazmem jej zwolenników. Zupełnie świadoma, z jak słabym i fałszywym przeciwnikiem ma do czynienia – nie odpuści.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

  1. Bjorn Lomborg, Environmental Alarmism, Then And Now. The Club of Rome’s Problem – and Ours, „Foreign Affairs” July-August 2012, ss. 24–40.
  2. David Colander et al. The Financial Crisis and the Systemic Failure of Academic Economics, „Kiel Working Paper” 1489, February 2009, s. 1.
  3. Interventions. 17 Interviews with Unconventional Economists (2004–2012), Metropolis Verlag 2012, s. 16.
  4. Jest to tzw. błąd kompozycji (fallacy of composition): Charles P. Kindleberger, Manias, Panics, and Crashes: A History of Financial Crises (2nd Ed.), London 1989, s. 243.
  5. Sebastian Dullien, Is new always better than old? On the treatment of fiscal policy in Keynesian models, „Review of Keynesian Economics”, Autumn 2012, London s. 16.
  6. „PKB może być mierzone w dwojaki sposób: (1) jako produkty końcowe albo (2) jako suma kosztów ich produkcji. Obie metody wyniosą dokładnie ten sam łączny PKB” (Samuelson and Nordhaus 1998, p. 392) cytowany w: Egmont Kakarot-Handtke, The Common Error of Common Sense: An Essential Rectification of the Accounting Approach, „Levy Economics Institute Working Paper” No. 731, 2012, s. 11.
  7. E. Kakarot-Handtke, op. cit.
  8. Podręczniki Davida Colandera:Economics, a także Microeconomics oraz Macroeconomics, wydawane przez dom wydawniczy McGraw-Hill, tworzą przeciwwagę dla trwającej dziesiątki lat dominacji podręczników Samuelsona. Ich autor w 2010 r. stanął przed Kongresem i w szeroko komentowanym wystąpieniu wypunktował błędy ekonomii głównego nurtu i ich wpływ na kryzys.
  9. E. Kakarot-Handtke, op. cit.
  10. Wynne Godley and Marc Lavoie, Fiscal Policy in a Stock-Flow Consistent (SFC) Model, 2007.
  11. Dirk J. Bezemer, „No One Saw This Coming”: Understanding Financial Crisis Through Accounting Models, 2009.
  12. Daniel A. Wren and David D. Van Fleet, History in Schools of Business [w:] Jeremy Attack (ed.) Business and Economic History, Second Series, Volume Twelve, 1983, ss. 29–36.
  13. Moses Abramovitz, Resource and Output Trends in the United States Since 1870, „The American Economic Review” Vol. 46, No. 2, Papers and Proceedings of the Sixty-eighth Annual Meeting of the American Economic Association (May, 1956), ss. 5–23.
  14. Zarówno jako nurt poszukiwań naukowych, jak i program nauczania, czego przykładem są nowoczesne studia magisterskie Technology Governance na Tallińskim Uniwersytecie Technicznym, prowadzone przez wielu naukowców czołowych w swych dziedzinach.
Poznaj swój kraj

Chiny – robotnicy wstają z kolan

Chiny to dla większości ludzi ponury, komunistyczny moloch z twarzą Mao Zedonga i masami robotniczo-chłopskimi na placu Tiananmen, z „Czerwoną książeczką” w dłoniach. Ze świętoszkowatym współczuciem wypowiadamy się o 10-letnich dzieciach zmuszanych do pracy w fabrykach zabawek, drobnej elektroniki czy plastikowych gadżetów. Z pogardą i poczuciem wyższości debatujemy o Chinach jako komunistycznej fabryce świata, kraju robotników potulnie pracujących za „miskę ryżu”. Ten stereotypowy obraz niekoniecznie odpowiada rzeczywistości. Olbrzymia populacja robotników, ponad 160 mln osób, w tym migrujących z biedniejszych, centralnych i zachodnich prowincji, jest od wielu lat siłą napędową chińskiej gospodarki. Po latach pracy za nędzne stawki zaczynają oni jednak walczyć o swoje prawa i dostrzegać własną zbiorową siłę.

Niekończący się strumień chińskiej taniej siły roboczej to mit nieaktualny od jakiegoś czasu. Ten strumień powoli wysycha, co jest szczególnie dotkliwe dla fabryk z miast południowo-wschodniego wybrzeża, zwłaszcza z olbrzymich ośrodków przemysłowych w delcie Rzeki Perłowej. Siła i bogactwo tego regionu opierają się na pracownikach napływowych, którzy jednak coraz rzadziej decydują się migrować kilkanaście tysięcy kilometrów w poszukiwaniu pracy w tamtejszych fabrykach.

W ostatniej dekadzie uległ też zmianom model zatrudnienia w Chinach. Szacuje się, że po pierwszej fali kryzysu w latach 2008–2009 pracę straciło ponad 20 mln (tj. ok. 15%) robotników, głównie przyjezdnych z prowincji centralnych. Z kolei rok później w rejonie delty Rzeki Perłowej notowano niedobór siły roboczej – wszystko przez to, że wielu robotników znalazło pracę bliżej swojego miejsca zameldowania i nie musiało przemieszczać się na południe. Jak podaje Chińskie Biuro Statystyczne, w 2010 r. łączna liczba migrantów zarobkowych z terenów wiejskich wynosiła 242 mln osób, z czego 153 mln pracowały w miejscu innym niż wskazane w dokumentach meldunkowych, a ponad 1/3 (89 mln) w pobliżu miejsca zameldowania. Według najnowszych danych Chińskiego Biura Statystycznego coraz mniej osób decyduje się na opuszczenie rodzinnego miasta czy wsi w poszukiwaniu pracy. Miasta przemysłowe bogatego Południa Chin, takie jak Kanton, Shenzhen czy Foshan, coraz częściej mają problemy ze znalezieniem odpowiedniej liczby rąk do pracy.

Nowe pokolenie

Od pewnego czasu wydaje się, że powoli, lecz stale na chińskim rynku pracy na znaczeniu zyskują wola i siła pracowników najemnych. Protesty robotników, które odbywają się coraz częściej, począwszy od 2000 r., były i są organizowane przez dwie główne grupy. Pierwsza to pracownicy mający duży staż w państwowych zakładach produkcyjnych, zwolnieni po ich prywatyzacji. Do drugiej należą napływowi robotnicy zasilający coraz liczniej powstające prywatne przedsiębiorstwa.

Pod koniec pierwszej dekady XXI w. zaszły znaczące zmiany w strukturze drugiej ze wspomnianych grup. Pojawiła się tzw. nowa generacja migrantów ze wsi. To ludzie urodzeni w późnych latach 80. i w latach 90., których mentalność i przekonania są całkowicie różne od poprzedniej generacji tej grupy społeczno-zawodowej. Z „Raportu dotyczącego migrantów zarobkowych z terenów wiejskich w 2009 roku” wynika, że stanowią oni ponad 60% pracujących migrantów. Z kolei raport opublikowany rok później przez Chińską Akademię Nauk informuje, że są to ludzie dobrze wykształceni (najczęściej legitymujący się dyplomem gimnazjum czy liceum), z biegłą znajomością obsługi Internetu i urządzeń mobilnych, mający wysokie aspiracje i dużo większą niż poprzednie pokolenie pewność siebie.

Sprawne posługiwanie się nowymi technologiami pozwala im także organizować protesty, jak to miało miejsce np. podczas strajku w zakładach Nankai Honda. Niedługo po tym, jak w tej fabryce w maju 2010 r. wybuchł bunt, robotnicy założyli specjalną grupę w serwisie QQ (bardzo popularny w Chinach komunikator internetowy). Na bieżąco informowali o przebiegu strajku, kontaktowali się z prawnikami i organizacjami społecznymi, udzielającymi im wsparcia.

Młode pokolenie nie godzi się na niesprawiedliwe traktowanie, wykorzystywanie lub próby oszustw ze strony pracodawcy – inaczej niż wcześniejsze pokolenie, otwarcie broni swoich praw. Młodzi robotnicy nie są już potulni i gotowi pracować za jakiekolwiek pieniądze w byle jakich warunkach. Domagają się czasu wolnego, perspektyw rozwoju, nie zgadzają się na pracę w godzinach nadliczbowych. W większości są świadomi ryzyka i niebezpieczeństwa wiążącego się z pracą w fabryce, w kwestii bhp są dużo bardziej wymagający niż pokolenie ich rodziców. Chcą rozwijać swoje umiejętności, kształcić się i zakładać rodziny w mieście – ok. 90% z nich nie planuje powrotu na wieś, gdzie mogą pracować jedynie na roli. Unikają zakładów, gdzie płace i warunki pracy są dla nich nieodpowiednie, gdzie nie oferuje im się podstawowych świadczeń (darmowe zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie od wypadków przy pracy).

Według danych zgromadzonych przez badaczy z Chińskiej Akademii Nauk swoista zmiana pokoleniowa w chińskich zakładach produkcyjnych ma też przemożny wpływ na rozwój i obecny kształt ruchów robotniczych w Chinach (patrz tabela 1).

Tabela 1. Charakterystyka tzw. nowego pokolenia migrantów zarobkowych

Dane dot. nowego pokolenia migrantów Wpływ na podejście do pracy
29% migrantów ukończyło szkołę średnią Większa świadomość praw pracowniczych i obowiązków pracodawcy
47% regularnie korzysta z Internetu Łatwiejsza i bardziej efektywna komunikacja
45% pracuje w sektorze wytwórczym Sektor wytwórczy jest gałęzią przemysłu najbardziej narażoną na strajki i protesty
45% jest niezadowolonych ze swoich dochodów Żądania wyższych płac
Wyższe zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne Żądania wyższych płac
45% nie planuje powrotu na wieś Decyzja o pozostaniu w mieście
90% niezaangażowanych w produkcję rolną planuje pracować wyłącznie w mieście Większość migrantów nie ma żadnej wiedzy dot. pracy w rolnictwie

Opracowanie: za China Labour Bulletin, marzec 2012.

Młode pokolenie robotników najemnych, migrantów z zachodnich i centralnych prowincji, ożywiło, wcześniej praktycznie nieaktywny, ruch robotniczy w Chinach. Dzięki przedstawicielom „nowej generacji migrantów” robotnicy stali się bardziej pewni siebie i swoich racji. Co prawda protesty w poszczególnych zakładach raczej nie przeradzają się w większe wydarzenia, nie dokonały też póki co konsolidacji robotników w organizacjach większych niż zakładowe, można jednak mówić o całkowitej zmianie sposobu myślenia i działania tej grupy społecznej.

Na korzyść pracowników działają też procesy demograficzne, będące efektem chińskiej polityki jednego dziecka. Coraz mniej młodych ludzi decyduje się na wyjazd za pracą do prowincji oddalonych o tysiące kilometrów. Poza tym jedynacy wychowani jako „mali cesarzowie”, przekonani o własnej wysokiej wartości, często mierzą wyżej niż dożywotnia praca przy taśmie montażowej. Jeśli tylko wykształcenie pozwala im na zatrudnienie w usługach lub handlu, korzystają z okazji, nierzadko rzucając posadę w fabryce z dnia na dzień. Gdy zaś decydują się na pracę w fabryce, to często liczą na ofertę konkretnej „ścieżki kariery”.

Cai Fang, ekonomista i demograf, dyrektor Instytutu Badań nad Ekonomiką Pracy przy Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, uważa, że Chiny zbliżają się nieubłaganie do lewisowskiego punktu zwrotnego – pozornie niewyczerpalne zasoby taniej siły roboczej z terenów wiejskich zaczynają się gwałtownie kurczyć. Co za tym idzie, robotnicy będą domagać się dużo wyższych wynagrodzeń, a kraj będzie zmierzał ku bardziej rozwiniętej formie gospodarki niż tylko opartej na przemyśle wytwórczym. W raporcie przygotowanym w 2009 r. dla Organizacji Narodów Zjednoczonych zespół badaczy pod jego kierownictwem wskazał na istotne zmiany społeczne i ekonomiczne, które będą miały wpływ na kierunek i rozwój chińskiej gospodarki najbliższych lat: W przyszłości Chiny stracą swój największy atut, jakim są nieograniczone zasoby taniej siły roboczej. Chiny, zbliżając się do punktu zwrotnego, już teraz przywiązują coraz większą wagę do respektowania praw pracowników. Robotnicy, którzy w każdej chwili mogą zagłosować nogami, mają coraz silniejszą kartę przetargową w negocjacjach z pracodawcami. Ci z kolei zdają sobie sprawę, że muszą zwracać coraz większą uwagę na warunki pracy oraz pensje, jakie oferują pracownikom. Co więcej, władze na szczeblu lokalnym i władze centralne w Pekinie zaczęły aktywnie promować formułę trójstronnych negocjacji, wspierając pracodawców i pracowników w rozwiązywaniu problemów w zakładach pracy. Zmiany, jakie obserwujemy na rynku pracy w Chinach, już teraz zmuszają pracodawców do uelastycznienia modelu zarządzania i działania zgodnie z zasadami przedsiębiorstw społecznie odpowiedzialnych (Cai Fang, Du Yang, Wang Meiyan, Migration and Labor Mobility in China, Human Development Research Paper 2009/09, UNDP, kwiecień 2009, s. 29).

Chińscy robotnicy, prawdopodobnie całkowicie nieświadomie, pokazali swoją siłę, masowo nie wracając do fabryk na południu Chin po Święcie Wiosny (chiński Nowy Rok) w 2004 r. Olbrzymi deficyt siły roboczej spowodował wielotygodniowe przestoje w produkcji, odczuwalne w wielu branżach na całym świecie. Po Nowym Roku chińska „fabryka świata” stanęła, a dyrekcje zakładów produkcyjnych zaczęły w panice szukać kogokolwiek do pracy, oferując o niebo lepsze warunki niż jeszcze miesiąc wcześniej. W latach 2008–2009, w pierwszej fazie globalnego kryzysu finansowego, problemy z siłą roboczą zmalały. Taki stan rzeczy wiązał się przede wszystkim z faktem, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw zbankrutowało, ponad 20 mln migrantów straciło pracę i zostało zmuszonych do powrotu w rodzinne strony. W 2010 r. problemy jednak pojawiły się znowu – w samej tylko delcie Rzeki Perłowej brakowało ponad 2 mln pracowników.

(Nie)bezpieczne związki

Organem powołanym do reprezentowania i obrony interesów robotników jest utworzona w maju 1925 r. w Kantonie Ogólnochińska Federacja Związków Zawodowych. OFZZ była zawsze silnie związana z Komunistyczną Partią Chin. Po dojściu komunistów do władzy, w latach 50., służyła głównie do egzekwowania posłuszeństwa wśród robotników i narzucania im oficjalnej linii partii. W latach Rewolucji Kulturalnej (1966–76) swego rodzaju „czystki” nie ominęły i tej instytucji, która praktycznie zawiesiła działalność. Po otwarciu Chin na świat i rozpoczęciu reform gospodarczych w późnych latach 70. rola OFZZ była sukcesywnie marginalizowana. Obecnie należy do niej prawie 1,4 mln organizacji związkowych, które łącznie zrzeszają ponad 160 mln członków. Międzynarodowa Federacja Związków Zawodowych nie uznaje OFZZ za przedstawiciela chińskich związków zawodowych i pracowników, zarzucając jej uzależnienie od władz państwowych. Mimo że OFZZ zrzesza ogromną liczbę ludzi, nieznacznie przyczynia się do walki o poprawę warunków pracy chińskich robotników.

Słabość OFZZ była jednym z głównych czynników przyciągających do Chin inwestycje zagraniczne. Po wprowadzeniu reform przez Deng Xiaopinga zaczęły w Chinach powstawać prywatne firmy, fabryki, joint ventures. Większość zakładów państwowych została zlikwidowana lub sprywatyzowana. W rezultacie miliony ludzi straciło pracę i musiało sobie radzić na nowym, nieznanym rynku pracy, w którym zazwyczaj przegrywali z migrantami, godzącymi się pracować za minimalne stawki, bez ubezpieczenia i innych świadczeń przysługujących robotnikom zatrudnionym legalnie. Według chińskiego prawa głównymi obowiązkami komórki OFZZ w fabryce są kontrola warunków pracy, badanie ewentualnych naruszeń praw pracowniczych, służenie robotnikom pomocą prawną, a także reprezentowanie ich interesów we wszystkich sporach z pracodawcą. Przedstawiciele OFZZ, w założeniu wybierani przez robotników, tak naprawdę często byli ludźmi z nadania partii – nierzadko dyrektorami konkretnych fabryk. Nie dziwi więc fakt, że w wielu przypadkach OFZZ nie zależało na negocjowaniu płac czy warunków pracy – wzrost kosztów zatrudnienia wiązałby się ze spadkiem konkurencyjności firmy.

W niewielkim stopniu związek pomaga pracownikom – zazwyczaj to przedstawiciele OFZZ pełnią rolę mediatorów w przypadku konfliktów między pracownikami a dyrekcją. Jednak w razie zorganizowanych form protestu, tj. demonstracji czy pikiet, OFZZ odmawia wsparcia, głównie z powodu powiązań z władzami. Postawa OFZZ sprawiła, że chińscy robotnicy zaczęli zrzeszać się w mniejsze, niezależne organizacje i stowarzyszenia, najczęściej walczące o prawa pracowników konkretnych zakładów produkcyjnych. Niestety w większości te niewielkie inicjatywy rozpadają się bardzo szybko, najczęściej po kilku nieudanych strajkach czy próbach negocjacji z pracodawcą. Po nagłośnieniu w mediach krajowych i zagranicznych wielu przypadków łamania praw pracowniczych, wykorzystywania robotników czy zatrudniania dzieci Chinami zaczęły interesować się międzynarodowe organizacje pozarządowe, szczególnie z Hongkongu czy Tajwanu. Pomagają one lokalnym stowarzyszeniom popularyzować wśród robotników wiedzę z zakresu prawa pracy, organizować szkolenia dokształcające czy rozwijające zainteresowania.

Jedną z organizacji, które przyczyniły się do ujawnienia naruszeń praw pracowniczych i praw człowieka w fabrykach, jest China Labor Watch. To organizacja non profit założona w 2000 r. przez młodego aktywistę ruchu robotniczego, Li Qianga. Jako młody robotnik napływowy Li Qiang, migrant z prowincji Syczuan, po wypadku w fabryce zaczął na własną rękę walczyć o prawo do odszkodowania. Po jakimś czasie stał się jednym z głównych aktywistów ruchu robotniczego w Chinach. Obecnie prowadzi wykłady na Uniwersytecie Columbia, publikuje w chińskiej prasie, jest też szeroko cytowany w prasie zachodniej. Organizacja działa obecnie w Nowym Jorku i Chinach kontynentalnych, aktywnie wspierana przez dziesiątki aktywistów w fabrykach. Główne cele CLW to informowanie i edukowanie robotników oraz ochrona praw ludzi pracujących w zakładach będących podwykonawcami międzynarodowych korporacji. Działacze CLW przygotowują obszerne raporty dotyczące warunków pracy, płacy i warunków bytowych pracowników wybranych fabryk, szczególnie tych, co do których istnieje podejrzenie łamania podstawowych praw pracowniczych. W swych raportach CLW wskazuje nieprawidłowości związane z zaniżonymi zarobkami, brakiem egzekwowania podstawowych praw pracowniczych (dni wolne od pracy, przerwy w pracy, dostęp do toalet czy wody pitnej). Dzięki raportom CLW światło dzienne ujrzały przypadki wykorzystywania pracowników w zakładach produkujących dla takich firm jak Apple, Carrefour, Adidas, Puma czy Wal-Mart. Bardzo istotne w działaniach CLW jest ujawnianie hipokryzji i kłamstw firm takich jak wspomniane Apple czy Wal-Mart, publicznie deklarujących chęć prowadzenia biznesu odpowiedzialnego społecznie, jednak w rzeczywistości przyczyniających się do łamania praw pracowników w zakładach podwykonawców w Chinach i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej – głównie poprzez żądanie niskich cen towarów, niesprawiedliwe skonstruowane kontrakty, wysokie kary nakładane w przypadku opóźnień w dostawie itp.

Aktywiści CLW wykazali znaczące zaniedbania, szczególnie jeśli chodzi o ponadnormatywny czas pracy, brak płatności za nadgodziny, zaniżone pensje, niewypłacanie wynagrodzenia w terminie, ograniczanie swobody zrzeszania się robotników i inne naruszenia chińskiego kodeksu pracy i praw człowieka.

CLW prowadzi też szkolenia i warsztaty dla robotników, szczególnie w fabrykach w regionie delty Rzeki Perłowej. Współpracuje również z innymi chińskimi organizacjami i związkami zawodowymi – głównym celem kooperacji jest stopniowe wprowadzanie standardów odpowiedzialnego biznesu oraz międzynarodowych standardów bezpieczeństwa pracy. Według danych CLW w 2007 r. w szkoleniach z zakresu bezpieczeństwa pracy i praw pracowniczych wzięło udział ponad 500 robotników z fabryk położonych w delcie Rzeki Perłowej. CLW uruchomiło też infolinię, oferującą pomoc z zakresu podpisywania umowy o pracę, wynagrodzenia, ubezpieczenia zdrowotnego, godzin pracy i przysługujących dni wolnych.

Organizacja działa dwutorowo – po pierwsze zapewnia tak potrzebne robotnikom wsparcie merytoryczne; po drugie dzięki częstym inspekcjom i zamieszczaniu raportów w Internecie ma realny wpływ na poprawę warunków pracy w chińskich fabrykach. Raporty, w językach chińskim i angielskim, są dostępne na stronie internetowej fundacji. Warto im się przyjrzeć, choćby pobieżnie – wtedy stanie się jasne, kto tak naprawdę płaci najwyższą cenę za markowe buty Pumy czy bluzę Quiksilver. W opublikowanym w 2007 r. raporcie „Textile Sweatshops: Adidas, Bali Intimates, Hanesbrands Inc., Piege Co. (Felina Lingerie), Quiksilver” czytamy o sweatshopach, w których ludzie pracują po kilkanaście godzin, w skandalicznych warunkach, zarabiając grosze i wytwarzając towary, które po drugiej stronie globu zostaną sprzedane po cenach kilkunastokrotnie wyższych, często jako produkty luksusowe. W wielu zakładach, np. u podwykonawców firmy Puma, CLW kilkukrotnie przeprowadzała kontrole, niestety często okazywało się, że warunki pracy nie ulegały żadnej zmianie. Istnieje więc milczące przyzwolenie ze strony odbiorców na eksploatowanie pracowników. Brak praw i godnej płacy gwarantują bowiem niskie ceny zakupu, a tylko to interesuje kupców z międzynarodowych firm sprzedających markową odzież, zabawki czy elektronikę.

Czas na zmiany

Brak przestrzegania praw pracowniczych i niskie koszty pracy sprawiały, że w początkowym okresie otwarcia chińskiej gospodarki kraj był bardzo atrakcyjny dla zachodnich inwestorów i kupców. Doskonała organizacja zaplecza produkcyjnego i logistycznego w wielkich ośrodkach przemysłowych na południu Chin, liczne porty, dobra infrastruktura drogowa i kolejowa – wszystko to wciąż daje Chinom przewagę nad innymi „tanimi krajami” Azji Południowo-Wschodniej. W ostatnich latach jednak, głównie ze względu na częste protesty i rozruchy w fabrykach i związane z tym opóźnienia w produkcji, wiele korporacji zaczyna stopniowo wycofywać się z Chin i przenosić fabryki do Bangladeszu, Birmy czy Wietnamu. W tych krajach, może poza Wietnamem, związki zawodowe niemal nie istnieją, a siła robocza jest dużo tańsza niż w Chinach.

Chińskie władze, centralne w Pekinie oraz poszczególnych miast i prowincji, w odpowiedzi na coraz liczniejsze protesty robotników oraz strach przed zachwianiem harmonii w państwie, przywiązują rosnącą wagę do kwestii przestrzegania praw pracowniczych, godnych zarobków i zasad bezpieczeństwa w fabrykach. W 2011 r. średnia pensja wzrosła o 21,2% – i to pomimo spowolnienia wywołanego globalnym kryzysem gospodarczym.

Pierwsze bunty przekształciły się w bardziej, choć jeszcze nie do końca, zorganizowane ruchy, które coraz częściej wymuszają daleko idące zmiany w chińskim prawodawstwie. Rząd, w odpowiedzi na coraz większą presję społeczną i świadomy rosnącej siły „mas robotniczych”, rozpoczął prace nad zmianami w kodeksie pracy. W 2002 r., niedługo po dojściu do władzy Hu Jintao i Wen Jiabao, ogłoszono nową koncepcję harmonijnego społeczeństwa. Miał to być model rozwoju, w którym wyjątkowy nacisk położony jest na sprawiedliwość społeczną, stabilizację gospodarki, niwelowanie różnic społecznych, podnoszenie poziomu życia obywateli oraz owocną współpracę gospodarczą z zagranicą. Zarówno prezydent Hu Jintao, jak i premier Wen Jiabao zgodnie mówili o konieczności stawiania obywateli na pierwszym miejscu, służeniu im i szukaniu takich rozwiązań, które są dobre dla wszystkich mieszkańców Chin. Założenia te znalazły odzwierciedlenie w ogłoszonym w 2010 r. Dwunastym Planie Pięcioletnim, gdzie przywiązuje się szczególną wagę do rosnącej konsumpcji krajowej, wzrostu poziomu zabezpieczeń socjalnych, harmonijnego i szybkiego rozwoju gospodarczego.

System dokumentów meldunkowych, wprowadzony w późnych latach 50., od początku pomagał władzom regulować przepływ i strukturę społeczną poszczególnych regionów Chin. Wielu badaczy wskazuje, że wciąż jest on głównym motorem chińskiej gospodarki. Jak pisze Wang Fei Ling w swojej pracy „Organizing Through Division and Exclusion: China’s Hukou System”, przybywający do fabryk migranci ze wsi są bardzo mobilni i natychmiast reagują na zmiany zapotrzebowania na siłę roboczą. Pojawiają się tam, gdzie potrzeba rąk do pracy i znikają natychmiast, gdy tylko rynek pracy się nasyci. Tylko przez krótki czas, średnio przez około rok, przebywają w mieście. Nie mają prawa do zasiłku, awansu, a jako nielegalni pracownicy – możliwości walki o swoje prawa w przypadku ich naruszenia.

Od końca lat 90. Chiny stale zmieniają zasady meldunku. To jednak system na tyle złożony, że jego całkowite zniesienie jest według wielu specjalistów niemożliwe. Zlikwidowanie swego rodzaju instytucjonalnego systemu wykluczenia wymaga olbrzymich wydatków i nie jest mile widziane przez nikogo – nawet przez samych robotników nielegalnie przebywających w miastach. Wiejskie dokumenty meldunkowe dają im prawo do użytkowania ziemi, a w przypadku utraty pracy w mieście mają dokąd wrócić i zawsze mogą zająć się pracą na roli. W 2006 r. Rada Państwa opublikowała dokument „Komentarze dotyczące sposobów rozwiązania problemów migrantów z terenów wiejskich”, w którym wzywano do równego traktowania wszystkich obywateli niezależnie od miejsca zameldowania oraz apelowano do władz lokalnych (szczególnie władz poszczególnych miast) o zmiany w systemie przyznawania miejskiego meldunku. W odpowiedzi na to władze lokalne dokonały wprawdzie kosmetycznych poprawek w systemie, nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na poziom życia pracujących w miastach robotników ze wsi. Tak jak wcześniej, szansę na meldunek miejski i związane z tym świadczenia mają tylko wysoko wykwalifikowani robotnicy od wielu lat pracujący w danym mieście.

Kolejnym krokiem w kierunku podwyższenia płac i wzrostu krajowej konsumpcji był rządowy plan wprowadzenia w życie systemu grupowych negocjacji warunków pracy w firmach, w których istniały związki zawodowe (np. komórka OFZZ). Na mocy rządowych ustaleń do 2010 r. ponad 60% przedsiębiorstw miało włączyć się do tego systemu, rok później miało to być już ponad 80%. Przedsiębiorstwa, w których nie istniało zrzeszenie robotników, miały zobowiązywać się do podwyżki płac na mocy porozumienia zawieranego razem z innymi małymi firmami na szczeblu prowincji (układ zbiorowy). Jakkolwiek w wielu przypadkach projekt powiódł się, to jednak wykluczał udział samych pracowników w negocjowaniu warunków umów o pracę – ich przedstawicielami bowiem mieli być związkowcy OFZZ, co nie dawało gwarancji zaspokojenia oczekiwań załogi.

W 2007 r. opublikowano wiele ważnych rozporządzeń związanych z prawem pracy, które znacząco wpłynęły na poprawę warunków zatrudnienia i poziom płac robotników. Szczególnie ważne wydaje się wprowadzone w życie 1 stycznia 2008 r. „Prawo kontraktowe”, dzięki któremu robotnicy w końcu uzyskali podmiotowość prawną (nie ma o niej mowy w Konstytucji ChRL). Dokument ten stanowi też podstawę sporów sądowych, których dwukrotnie przybyło od momentu jego publikacji.

Kolejny plan pięcioletni

Zmiany w najwyższych władzach państwowych to także nowy model rozwoju gospodarki: przeniesienie punktu ciężkości z eksportu na rozwijanie popytu wewnętrznego. Po pierwszej fali globalnego kryzysu w 2008 r. Chiny dość szybko zaczęły notować wzrost gospodarczy, głównie dzięki pomocy finansowej ze strony Rady Państwa, która przeznaczyła znaczne kwoty na wsparcie zwalniającej gospodarki oraz konsumpcji krajowej. Jednym z głównych punktów nowej polityki rządu, zawartej w Dwunastym Planie Pięcioletnim na lata 2011–2015, jest wzrost płac robotników oraz zmniejszenie dysproporcji w wynagrodzeniach między poszczególnymi regionami i prowincjami, tak aby warunki życia najmniej zarabiających (tj. migrantów zarobkowych) poprawiły się i by oni także mogli więcej konsumować. Mniej więcej w tym samym czasie, w drugiej połowie 2010 r., w wielu prowincjach podniesiono płace minimalne, do tej pory zamrożone od 2008 r. na polecenie władz centralnych. Do końca 2010 r. płaca minimalna wzrosła średnio o 23%, niektóre z prowincji podniosły ją jeszcze w 2011 r. Obecnie płaca minimalna w Chinach wynosi około 1300 yuanów (ok. 650 PLN). Kolejnym punktem wprowadzanego w życie planu pięcioletniego jest, wspomniane już, ustanowienie systemu grupowych negocjacji płac.

Jakkolwiek władze kładą szczególny nacisk na poprawę warunków życia i płac, to jednak jednym z głównych problemów trapiących chińskich rządzących są niepokoje społeczne, coraz częściej prowadzące do rozruchów. Rząd wydaje olbrzymie sumy na zapewnienie porządku politycznego i społecznego – w 2010 r. wydatki rządowe na ten cel wzrosły o ponad 47% w porównaniu do ubiegłych lat. Jak wskazują socjologowie, jest to swego rodzaju „żelazna stabilność”, charakteryzująca się sztywną dyscypliną i drobiazgowymi kontrolami stosowanymi wobec wszystkich niesubordynowanych jednostek lub grup. Jednak mimo wyjątkowo czujnego aparatu państwowego coraz częściej dochodzi w Chinach do tzw. masowych incydentów. Brak jest oficjalnych i całościowych danych na ten temat, jednak w 2009 r. zanotowano ponad 90 tys. tego rodzaju zdarzeń, z czego jedna trzecia dotyczyła naruszenia praw pracowniczych. Badacze z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Qinghua wskazują w swoim raporcie, że mimo olbrzymich nakładów na zapewnienie bezpieczeństwa i harmonii w państwie konflikty i rozruchy społeczne nadal występują, a wręcz następuje ich eskalacja: Na przestrzeni ostatnich pięciu lat wpadliśmy w „błędne koło utrzymania harmonii w kraju”. Władze lokalne we wszystkich częściach Chin poświęcają olbrzymie środki pieniężne, materialne oraz dużą ilość zasobów ludzkich na utrzymanie bezpieczeństwa, ale konfliktów i rozruchów nie tylko nie ubywa, lecz przeciwnie – ich liczba sukcesywnie wzrasta. W efekcie powstało błędne koło, w którym im większy nacisk kładzie się na zapewnienie harmonijnego społeczeństwa, tym bardziej chaotyczne ono się staje (http://www.infzm.com/content/43853).

Koszt chińskiej ceny

Ostatnie, pełne hipokryzji oświadczenie firmy H&M, apelującej do władz Chin o lepsze traktowanie robotników w zakładach szyjących dla tej marki, jest próbą odepchnięcia od siebie odpowiedzialności za niskie pensje i złe warunki pracy w fabrykach podwykonawców tej i wielu innych zachodnich korporacji.

Chiny od ponad trzydziestu lat realizują plan tzw. kapitalizmu o chińskiej specyfice i – wbrew potocznym opiniom – władze kraju mają umiarkowany wpływ na politykę prywatnych przedsiębiorstw, których setki tysięcy powstały w ostatnich 30 latach w Chinach, szczególnie w delcie Rzeki Perłowej, w okolicach Kantonu czy Szanghaju. Warunki pracy i płace są zależne m.in. od ceny, jaką nabywcy płacą dostawcy za wykonane zlecenie. Olbrzymia konkurencja sprawia, że dostawcy godzą się na warunki klientów, głównie olbrzymich korporacji.

Strategie działania międzynarodowych firm produkujących w Chinach opierają się zazwyczaj na cięciu kosztów na każdym etapie produkcji. Żądanie czy wręcz wymuszanie cen zbliżonych do minimalnych w żadnym stopniu nie wpływa korzystnie na jakość czy cenę wyrobu oferowaną ostatecznemu odbiorcy. Marże, np. w branży odzieżowej, to zazwyczaj kilkunastokrotność ceny zakupu. W przypadku tzw. produktów markowych czy luksusowych zyski sprzedawcy są dużo wyższe. Miliony konsumentów płacą zawyżone ceny za dobra produkowane za grosze w azjatyckich fabrykach.

Czy jednak odmawianie komukolwiek prawa do kupowania towarów produkowanych w Azji poprawi sytuację pracowników na liniach produkcyjnych w Chinach lub Wietnamie? Czy kolejne, szeroko opisywane w prasie przypadki samobójstw lub protestów w fabrykach produkujących dla Apple jeszcze kogokolwiek interesują? Czy nie jest tak, że ci sami ludzie załamują ręce nad warunkami pracy w Azji, stojąc potem w kolejce po najnowszą wersję iPhone’a? Jak celnie wskazuje Alexandra Harney, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uwikłani w ten proceder: Za to wszystko nie jest jednak odpowiedzialny wyłącznie Pekin. Wiele zależy tutaj od światowych konsumentów. Musimy pamiętać, że to nasz apetyt na odtwarzacze DVD za 30 dolarów czy koszulki za 3 dolary sprawia, iż chińskie fabryki wyrobów jubilerskich pokrywa warstwa kurzu, tamtejsze nielegalne kopalnie ciągle są otwarte, a szesnastoletnie dzieci muszą w nich harować czasem do północy. Wszyscy płacimy chińską cenę (A. Harney, Chińska cena. Prawdziwy koszt chińskiej przewagi konkurencyjnej, Katowice 2009, s. 277).

Co jest i co będzie

Można dostrzec kilka wyraźnych tendencji, które są charakterystyczne dla ciągle jeszcze kształtującego się chińskiego ruchu robotniczego. Nowe pokolenie robotników, ludzi urodzonych w późnych latach 80. i latach 90., zaczęło głośno domagać się swoich praw, zrzeszać się i organizować spontaniczne strajki. Również starsze pokolenie, szczególnie ludzi masowo zwalnianych z pracy w efekcie prywatyzacji i restrukturyzacji rozpoczętej w latach 90., rozpoczęło walkę o przywrócenie do pracy. Dołączają do nich wciąż zatrudniani w państwowych zakładach robotnicy, których pensja od lat pozostaje na tym samym poziomie, mimo inflacji i wzrostu kosztów życia. Kolejną charakterystyczną cechą ostatnich kilku lat jest fakt, że robotnicy zaczęli skupiać się w większe grupy, potrafią szukać pomocy prawników, organizacji pozarządowych czy dziennikarzy. Niemal zawsze korzystają też z nowoczesnych narzędzi komunikacji, informując o przebiegu strajku w Internecie.

Jeszcze niedawno pracownicy w Chinach zaczynali protestować dopiero wtedy, gdy ich prawa były w jawny i stały sposób łamane. Obecnie są dużo bardziej aktywni i dynamiczni – nie tylko nie czekają biernie, aż władze lub OFZZ rozwiążą sprawę za nich, lecz zanim lokalne instytucje rozpoczną oficjalne działania, sami zaczynają rozmawiać lub naciskać na pracodawcę i żądać wyższej płacy, ubezpieczenia, lepszych warunków pracy i – co niemniej ważne – szacunku. Coraz częściej odnoszą sukcesy. Liczne protesty sprawiły, że dyrektorzy fabryk zaczęli liczyć się z pracownikami, a bojąc się braków kadrowych i przestojów w produkcji – także o nich zabiegać. Oczywiście nie wszystkie strajki zakończyły się powodzeniem, wielu z liderów protestów w poszczególnych zakładach zostało zwolnionych, wielu dostało wilczy bilet lub zakaz legalnej pracy w konkretnym mieście. Mimo to, wydaje się, że można mówić o zmianach na lepsze. Determinacja, poczucie własnej wartości i realnej siły dały robotnikom możliwość decydowania o kształcie przedsiębiorstw, w których pracują. Negocjowanie z pracodawcą, do niedawna nie do pomyślenia, sprawia, że powoli rozpada się wyraźny podział na wysoko postawionych menedżerów i bezimienną masę, pracującą potulnie przy taśmie montażowej.

Pracodawcy powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że dawny model produkcji, oparty na niemal niewolniczym wyzysku milionów ludzi, to już przeszłość, więc aby przetrwać na rynku, muszą uelastycznić i unowocześnić model zarządzania pracownikami. Zmieniło się także podejście władz lokalnych i rządu w Pekinie do kwestii praw pracowniczych. Xunzi, jeden z najwybitniejszych chińskich filozofów starożytnych, mówił o wzajemnej zależności między rządzącymi a poddanymi: Władca jest łodzią, lud jest wodą. To woda łódź unosi, to woda łódź przewraca. W końcu to właśnie robotnicy są falą, która utrzymuje na powierzchni okręt zwany chińską gospodarką.