Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Ulubioną zabawą organizacji pracodawców, a jeszcze częściej mediów, jest zajmowanie się zagadnieniami finansowania związków zawodowych, zarówno organizacji zakładowych, jak i central związkowych, nie pomijając przy tym oczywiście zarobków przewodniczących organizacji. Natomiast żadne media nie napisały jak do tej pory o dochodach i wydatkach organizacji pracodawców.

Pod pręgierzem mediów znajdują się wynagrodzenia etatowych działaczy związkowych, wydatki na lokale i prowadzenie statutowej działalności przez zakładowe i międzyzakładowe organizacje związkowe (komisje) wchodzące w skład Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” i Forum Związków Zawodowych. Podobnej dociekliwości brakuje natomiast, gdy chodzi o reprezentatywne organizacje pracodawców: Pracodawców RP (dawnej Konfederacji Pracodawców Polskich), Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, Związek Rzemiosła Polskiego i Business Centre Club – Związek Pracodawców (BCC-ZP). Przyjrzyjmy się zatem, jakimi środkami finansowymi mogą dysponować trzy największe organizacje pracodawców, tj. Pracodawcy RP, PKPP „Lewiatan” i BCC-ZP.

Przedstawione wyliczenia są czysto teoretyczne. Nie mogą być pełne i rzetelne, gdyż jak dotąd żadna firma nie pochwaliła się, jakie są średnie zarobki jej pracowników lub jaki jest jej fundusz płac w danym roku. Nie twierdzę także, że tak jest, ale tak może być! Zatem do dzieła.

Zaczynamy od członkostwa w poszczególnych organizacjach. Kto zatem może być członkiem organizacji pracodawców?

W tym przypadku jest tak samo jak w związkach zawodowych: członkami, czyli tymi, którzy zobowiązani są opłacać składkę członkowską, mogą w przypadku Pracodawców RP, zgodnie ze statutem, być pracodawcy oraz ich związki i federacje. W przypadku PKPP „Lewiatan”: związki pracodawców, federacje związków pracodawców i inne zrzeszenia organizacji działające na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej oraz pracodawcy posiadający szczególną pozycję gospodarczą i znaczenie w stosunkach pracy.

Zupełnie inaczej jest w przypadku członkostwa w trzeciej organizacji. Jej członkiem może zostać każdy członek BCC sp. z o.o., który na mocy oddzielnej decyzji właściwego organu załączonej do deklaracji przystąpienia, może również zostać członkiem BCC Związku Pracodawców.

Teraz liczba członków. Zgodnie z danymi organizacji z ich stron internetowych zrzeszają one i zatrudniają odpowiednio:

  • Pracodawcy RP w 7500 firmach – 4 miliony pracowników,
  • PKPP „Lewiatan” w ponad 3750 firmach – 700 tysięcy pracowników,
  • BCC-ZP 2500 członków (osób i firm) – 500 tysięcy pracowników.

I rzecz najważniejsza w każdej organizacji – zarówno związkowej, jak i pracodawców – czyli składka członkowska. Zasady finansowania powyższych organizacji pracodawców regulują ich statuty oraz uchwały (lub inne decyzje) w sprawie wysokości składki członkowskiej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że organizacje pracodawców, w przeciwieństwie do związków zawodowych, pośrednio finansuje państwo! Dzieje się tak w efekcie stosownego zapisu w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych.

Otóż zgodnie z tą ustawą pracodawcy i przedsiębiorcy należący do wymienionych organizacji mogą w majestacie prawa, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 37, wliczać w koszty uzyskania przychodów swoich firm składki na rzecz tych organizacji do wysokości łącznie nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty odpowiadającej 0,15% kwoty wynagrodzeń wypłaconych [wszystkim pracownikom – przypis J. J. G.] w poprzednim roku podatkowym, stanowiących podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne.

Biorąc powyższe pod uwagę, na podstawie dostępnych w internecie danych można wyliczyć – w wielkim przybliżeniu – maksymalną kwotę, jaką te organizacje mogą otrzymać łącznie od swoich członków oraz jakie kwoty mogą otrzymywać od poszczególnych członków w skali roku.

Przykładowe wyliczenia w tym zakresie:

Organizacje zatrudniają łącznie 5 200 000 pracowników (2012 r.). Przeciętne miesięczne wynagrodzenie pracownika w gospodarce narodowej w 2011 r. wynosiło 3399,52 zł. Zatem organizacje te mogłyby otrzymać kwotę:

5 200 000 × 3399,52 zł = 17 677 504 zł miesięcznie

17 677 504 zł × 12 miesięcy / 0,15% = 318 195 072 zł.

Czyli średnio ponad 100 milionów złotych rocznie na jedną organizację. Kwota wręcz astronomiczna!

Ale jak się okazuje, mediom (i wspieranym przez nie organizacjom pracodawców) bardziej doskwierają kwoty, jakimi dysponują związki zawodowe ze swoich składek członkowskich. Dodajmy – składek płaconych przez osoby fizyczne ze swoich dochodów z pracy już po opodatkowaniu.

Przyjrzyjmy się innym wyliczeniom, mianowicie ile mogą płacić na rzecz organizacji pracodawców największe polskie firmy:

  • Polski Koncern Naftowy ORLEN SA w Płocku zatrudniał w 2008 r. 4692 osób, średnie wynagrodzenie (bez zarobków zarządu) w roku 2007 wynosiło 6200 zł (dane za „Tygodnikiem Płockim” z 26 maja 2008 r.). Oznacza to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    4692 × 6200 zł = 29 090 400 zł?/?miesiąc
    29 090 400 zł/m-c × 12 miesięcy?/?0,15% = 523 627,20 zł
    Natomiast przy założeniu, że składkę zapłaci za pracowników całej grupy kapitałowej, zatrudniającej w 2008 r. 23 321 osób, otrzymamy takie kwoty:
    23 321 × 6200 zł = 144 590 200 zł/miesiąc
    144 590 200 zł/m-c × 12 miesięcy/0,15% = 2 602 623,60 zł
  • KGHM Polska Miedź S.A. zatrudniał w 2008 r. 18 486 osób, średnie wynagrodzenie w 2007 r. (w 2009 r. zdaniem rzecznika prasowego KGHM była to kwota 7900 zł) przyjmijmy, że wynosiło tyle samo co w Płocku, tj. 6200 zł. Oznacza, to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców w wysokości:
    18 486 × 6200 zł = 114 613 200 zł/miesiąc
    114 613 200 zł/miesiąc × 12 miesięcy/0,15% = 2 063 037,60 zł
  • Kompania Węglowa S.A. zatrudniała w 2008 r. 64 935 osób, średnie wynagrodzenie w 2007 r. wynosiło 5228,50 zł (Porozumienie pomiędzy związkami a Zarządem Kompanii). Oznacza to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    64 935 × 5228,50 zł = 339 512 647,50 zł/miesiąc
    339 512 647,50 zł/m-c × 12 miesięcy/0,15% = 6 111 227,65 zł
  • Grupa PGNiG SA zatrudniała w 2008 r. 31 145 osób1, średnie wynagrodzenie w 2007 r. wynosiło 3800 zł2. Oznacza, to, że Zarząd Grupy mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    31 145 × 3800 zł = 118 351 000 zł/miesiąc
    118 351 000 zł/miesiąc × 12 miesięcy/0,15% = 2 130 318,00 zł
  • Tauron Polska Energia S.A. zatrudnia w 2012 r. 28 800 pracowników3, średnia płaca w energetyce w 2011 r. to 4730,60 zł4. Oznacza to, że Zarząd Spółki może przekazać w 2012 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    28 800 × 4730,60 zł = 136 241 280 zł/miesiąc
    136 241 280 zł × 12 miesięcy/0,15% = 2 452 243,04 zł

Jak wspomniałem wcześniej, wyliczenia są hipotetyczne, dokonane na podstawie dostępnych informacji. Ale jakże porażające.

Nie dziwi mnie w tym przypadku możliwość zatrudniania np. przez PKPP „Lewiatan” w siedzibie w Warszawie i w biurze w Brukseli ponad 50 osób (dane ze strony internetowej).

Ponadto innymi „skromnymi” źródłami finansowania działalności tych organizacji są świadczenia członków w zakresie wspierania organizowanych seminariów, szkoleń, konferencji, kongresów, zjazdów itp., itd., w tym międzynarodowych. Nie jestem temu przeciwny. Wskazuję jedynie, że każdy członek organizacji dysponuje funduszami na reklamę.

Na zakończenie: nie twierdzę, że kwoty, o których napisałem, organizacje pracodawców otrzymują w rzeczywistości. Obalam jednak w ten sposób mit, jakoby związki zawodowe w Polsce były w posiadaniu olbrzymich ilości pieniędzy – gdyż znacznie większymi środkami finansowymi dysponują organizacje pracodawców.

Janusz Jerzy Gołąb

Powyższy tekst jest nieco zmienioną wersją artykułu, który ukazał się w czasopiśmie „Przegląd. O czym piszą związkowcy”, wydawanym przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, nr 23(37)/2012, 15 września 2012 r. Dziękujemy Grzegorzowi Ilce za pomoc.

Przypisy:

  1. Zob. http://www.pgnig.pl/reports/raportroczny2010/files/assets/seo/page56.html
  2. Zob. http://www.ekonomia24.pl/artykul/112317.html
  3. Zob. http://inwestor.msp.gov.pl/portal/si/form/r73/Tauron_Polska_Energia_SA_z_siedziba_w_Katowicach.html
  4. Zob. http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/598451,w_gornictwie_place_wzrosly_o_39_7_procent_ile_mozna_zarobic.html

INTERPELACJA NR 9509

w sprawie składki członkowskiej wynikającej z przynależności firm do organizacji pracodawców

Pani Ewa Kopacz,

Marszałek Sejmu RP

Szanowna Pani Marszałek,

Na podstawie art. 192 Regulaminu Sejmu RP składam interpelację w sprawie składki członkowskiej wynikającej z przynależności firm do organizacji pracodawców – do Prezesa Rady Ministrów.

Szanowny Panie Premierze,

W dobie spowolnienia gospodarczego, a tym samym malejącego tempa wzrostu przychodów do budżetu państwa należałoby ograniczyć wydatki przedsiębiorców, które zaliczane są w ciężar kosztów działalności. Ma to bezpośredni wpływ na obniżenie podatku dochodowego CIT.

Niewątpliwie takim niezasadnym, moim zdaniem, kosztem jest składka członkowska wynikająca z przynależności firm do organizacji pracodawców.

Zasady funkcjonowania organizacji pracodawców regulują ich statuty oraz uchwały (lub inne decyzje) w sprawie składki członkowskiej.

Faktem jednak jest, że organizacje pracodawców oprócz samych firm finansuje pośrednio państwo w postaci odpowiedniego zapisu o podatku dochodowym od osób prawnych.

Otóż zgodnie z tą ustawą pracodawcy i przedsiębiorcy należący do organizacji pracodawców (Pracodawcy RP, PKPP „Lewiatan”, BCC) mogą w majestacie prawa, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 37 wliczać składki na rzecz tych organizacji w koszty uzyskania przychodów swoich firm. Wysokość tych składek nie może przekraczać 0,15 proc. kwoty wynagrodzeń wypłacanych wszystkim pracownikom w danym roku podatkowym, stanowiącym podstawę wyliczenia składek na ubezpieczenie społeczne.

Biorąc powyższe pod uwagę, na podstawie publicznie dostępnych danych statystycznych można wyliczyć łączną kwotę, jaką mogą otrzymać w formie składki organizacje pracodawców od swoich członków.

Oto przykładowe wyliczenie bazujące na danych z pierwszej połowy 2012 roku.

Pracodawcy będący członkami organizacji pracodawców zatrudniają łącznie 5 200 000 pracowników. Średnie wynagrodzenie pracownika to 3600 zł miesięcznie

[5 200 000 × (3600 zł × 12 miesięcy)] × 0,0015 = 336 960 000 zł.

Wynika więc, że na jedną organizację pracodawców przypada średnio powyżej 100 mln złotych rocznie.

Kwota astronomiczna!

Z tytułu tej składki do budżetu państwa nie wpłynie 19 proc. podatku CIT. To stanowi kwotę 336 960 000 zł × 0,19 proc = 64 mln złotych.

Czy stać budżet państwa na takie prezenty dla pracodawców?

Dzieje się to w sytuacji, w której państwo oszczędza 40 mln zł na wypłatach „becikowego” (projekt rządowej ustawy rozpatrywany we wrześniu przez Sejm).

Czy stać nas to, by np. PKPP „Lewiatan” mógł promować za te pieniądze swojego kandydata na prezydenta RP? By zatrudniał w swoich biurach w Warszawie i Brukseli ponad 50 wysokopłatnych pracowników?

Czy rząd RP projektując budżet państwa na 2013 rok przewiduje w tym zakresie wprowadzenie jakichkolwiek zmian?

Z poważaniem
Poseł na Sejm RP
Ryszard Zbrzyzny

Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Stąd się biorą dzieci. O efektywnej polityce prorodzinnej

Nie ma chyba gazety czy czasopisma społeczno-politycznego, w których nie pojawiłaby się w ostatnich latach choć krótka wzmianka o kryzysie demograficznym i o zagrożeniach, jakie może spowodować zmniejszanie się liczby ludności w Polsce i Europie. To jedno z największych wyzwań naszych czasów. Żyjemy coraz dłużej, a jednocześnie rodzi się coraz mniej dzieci. W efekcie jest coraz więcej osób starszych, którymi nie będzie miał się kto opiekować i na których emerytury nie będzie komu pracować. Jak inne kraje próbują zapobiec czarnemu scenariuszowi?

Starzenie się społeczeństwa

Europejski Instytut Statystyczny (Eurostat) wskazuje, że choć liczba mieszkańców Unii Europejskiej będzie rosła do 2040 r. (głównie dzięki migracjom), to jednak później zacznie spadać. Z 501 milionów ludzi 1 stycznia 2010 r. wzrośnie do 526 mln w 2040, ale w 2060 r. będzie nas już tylko 517 mln1. Warto zwrócić uwagę, że gdy Europa boryka się z procesami depopulacji, reszta świata walczy z czymś wręcz odwrotnym. A zatem gdy większa część świata będzie zmagać się z przeludnieniem i jego skutkami – problemem braku zasobów, głodem i biedą – Europa stanie przed zupełnie innymi wyzwaniami.

Starzenie się społeczeństwa to także zagrożenie dla repartycyjnych systemów emerytalnych, a więc takich, w których pokolenie osób pracujących finansuje obecne emerytury. W 2060 r. na każdą osobę w wieku powyżej 65 lat będą przypadały już nie cztery, jak obecnie, lecz tylko dwie osoby w wieku produkcyjnym (15–64 lata). Do 2060 r. nastąpi także wzrost liczby osób powyżej 80. roku życia w społeczeństwie: z 5 do 12% populacji.

Proces nieodwracalny?

Starzenie się społeczeństwa europejskiego wydaje się procesem nieuchronnym. W demografii istnieje nawet pojęcie „drugie przejście demograficzne”, wprowadzone przez holenderskiego profesora Dirka van de Kaa w roku 1986. Pierwsze przejście demograficzne w połowie XX w. charakteryzowało się wzrostem liczby ludności, spowodowanym znacznym postępem medycyny oraz o wiele większym niż wcześniej skupieniem się na dziecku i jego dobrobycie. Z kolei drugie przejście demograficzne, z którym mamy do czynienia obecnie, nastąpiło z powodu przewartościowania rodziny z modelu mieszczańskiego na zindywidualizowany.

Cały czas korzystamy ze zdobyczy medycyny, żyjemy dłużej i w lepszym zdrowiu, lecz obecnie mniej osób i później decyduje się na zawarcie związku małżeńskiego. Istnieje wiele różnych rodzajów związków partnerskich, ludzie później decydują się na potomstwo (jeśli w ogóle), a także zmniejsza się liczba dzieci w rodzinie. Spadkowi umieralności i wydłużaniu się ludzkiego życia towarzyszy bowiem dążenie do maksymalnego korzystania z wykształcenia, dochodów, podnoszenie poziomu życia i zadowolenia z niego. Nie są to wartości idące w parze z posiadaniem dzieci.

Ze zmianami światopoglądowymi i kulturowymi trudno walczyć, warto jednak tak kształtować politykę rodzinną i społeczną, aby młodzi ludzie dostrzegli wartość w posiadaniu dzieci i nie bali się drastycznego spadku poziomu życia w momencie, gdy pojawi się potomstwo.

Jednocześnie należy zwrócić uwagę na fakt, że zmiany demograficzne w Europie zachodzą nierównomiernie. Z jednej strony mamy do czynienia ze spadkiem liczby ludności w całej wspólnocie, z drugiej są państwa, w których współczynnik dzietności, a więc liczba dzieci przypadająca na kobietę w wieku 15–49 lat, jest bliski lub gwarantuje prostą zastępowalność pokoleń. Aby pokolenie następne było co najmniej tak liczne jak pokolenie rodziców, współczynnik dzietności powinien wynosić 2,1. W Irlandii jest to obecnie 2,07, we Francji 2,03, a w Szwecji i Wielkiej Brytanii 1,98. Polska natomiast znajduje się wśród krajów osiągających pod tym względem najniższe wyniki: 1,4. Niższy współczynnik dzietności osiągnęły tylko Hiszpania i Austria (po 1,39), Niemcy (1,36) oraz Węgry i Portugalia (po 1,32).

Dwa polskie problemy

Dlaczego w Polsce mamy do czynienia z tak niskim współczynnikiem dzietności i co robią kraje, które osiągają w tym względzie znacznie lepsze wyniki?

W kontekście przemian społeczno-demograficznych Polska zmaga się z dwoma poważnymi problemami. Jednym jest wspomniany wcześniej niski wskaźnik urodzin, drugim natomiast znaczące ubóstwo dzieci.

Chęć posiadania dzieci jest niemal powszechnie deklarowaną potrzebą wśród młodych Polaków. Z badań wynika jednak, że główną przyczyną odkładania lub rezygnacji z posiadania dzieci są obawy przed nieudanym związkiem, a także strach związany z trudnościami w realizacji kariery zawodowej, brakiem odpowiednich warunków mieszkaniowych oraz pogorszeniem się poziomu życia2. W tym kontekście poziom ubóstwa dzieci w Polsce dodatkowo może osłabiać zachowania prokreacyjne Polaków. Zagrożenie ubóstwem wśród dzieci i młodzieży w naszym kraju jest znacznie silniejsze niż zagrożenie tym zjawiskiem wśród osób dorosłych. Ze statystyk GUS wynika, że w 2011 r. około 10,5% dzieci do lat 18 wchodziło w skład gospodarstw domowych, w których poziom wydatków był niższy od ustawowej granicy ubóstwa. Dzieci i młodzież do lat 18 stanowiły ok. 31% populacji zagrożonej skrajnym ubóstwem. Dla porównania, osoby powyżej 65. roku życia stanowiły 7,5% populacji zagrożonej ubóstwem3. Bardzo niepokojące dane w tym względzie potwierdza także raport UNICEF na temat ubóstwa dzieci w państwach rozwiniętych4. Zawiera on wielowymiarowe porównanie sytuacji dzieci w różnych krajach. Wszystkie diagnozy odnoszą się do twardych wskaźników, takich jak zaspokojenie różnych potrzeb materialnych czy dostęp do określonych dóbr. Polska pod względem deprywacji dzieci znalazła się na szóstym miejscu od końca. A zatem ubóstwo w szczególny sposób dotyka rodzin z dziećmi.

Jak wiele zależy od polityki demograficznej i rodzinnej pokazuje fakt, że obywatelki naszego kraju rodzą zdecydowanie częściej na emigracji, zwłaszcza w kraju, do którego w ostatnich latach wyjechało najwięcej rodaków – w Wielkiej Brytanii. Wskaźnik dzietności w Polsce wynosi – jak wspomniano – 1,4, natomiast ten sam wskaźnik wśród Polek w Zjednoczonym Królestwie to aż 2,55. Od roku 2010 Polki rodzą tam najwięcej dzieci wśród wszystkich imigrantek6. Gdyby Polki w naszym kraju rodziły tak chętnie jak te przebywające na Wyspach Brytyjskich, wówczas w Polsce przychodziłoby na świat co roku ok. 700 000 dzieci (obecnie jest to ok. 400 000), a problem starzenia się społeczeństwa w ogóle by nas nie dotyczył. Te różnice dowodzą, że Polki chciałyby mieć więcej dzieci, lecz zniechęcają je do tego rodzime realia. W Wielkiej Brytanii państwo prowadzi politykę sprzyjającą rodzinom, istnieje duża sieć żłobków i przedszkoli, rodzice mają korzystne zasady opodatkowania i otrzymują pomoc finansową.

Francuski fenomen

Francja przykuwa uwagę demografów już od dawna, jako państwo o niezmiennie od lat wysokiej liczbie urodzeń. Według danych Państwowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (Institut National de la Statistique et des Études Économiques, INSEE) na początku stycznia 2011 r. liczba mieszkańców Francji po raz pierwszy przekroczyła 65 milionów. Rok później, 1 stycznia 2012 r. we Francji mieszkało 65,35 mln osób. W 2011 r. urodziło się 827 000 dzieci, rok wcześniej zarejestrowano 832 800 urodzin. Jest to największa liczba urodzin notowana od czasów baby-boomu z lat siedemdziesiątych. Należy też podkreślić, że wbrew opiniom wielu to nie imigranci przyczyniają się do takiego wyniku. Większość dzieci – 80,2% – rodzi się w związkach dwojga Francuzów. 13,3% dzieci urodzonych na terenie Francji przyszło na świat w związkach, w których jedno z rodziców pochodzi z zagranicy, a 6,5% ma oboje rodziców imigrantów7.

Francja jest też państwem, w którym, w przeciwieństwie do szacunków dotyczących całej Unii Europejskiej, zarówno dzięki wysokim wskaźnikom dzietności, jak i dodatniemu saldu migracji, po 2040 r. nie nastąpi spadek ludności. Według Eurostatu liczba obywateli tego kraju w 2040 r. będzie wynosić już 71,345 mln osób, a w 2060 aż 73,724 mln, czyli w stosunku do 2010 r. nastąpi wzrost o 13,9%. Obecne tendencje wskazują także na to, że do 2060 r. Francja oraz Wielka Brytania wyprzedzą Niemcy, które obecnie są na pierwszym miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby ludności8.

Obecna sytuacja demograficzna we Francji jest efektem prowadzonej w tym kraju polityki rodzinnej. Znajduje się ona w centrum polityki społecznej i jest kierowana głównie do rodzin z klasy średniej. Dzięki niej nie tylko rodzi się więcej dzieci, ale też zwiększa się pozytywna korelacja między dzietnością a zamożnością w miejsce dawnej pozytywnej korelacji między dzietnością a ubóstwem.

Polityka rodzinna we Francji jest ukierunkowana w większym stopniu na zapewnienie integracji społecznej, a nie tylko na pomoc najuboższym. Dominują świadczenia o charakterze uniwersalnym, niezależnym od dochodów, które mają na celu zmniejszanie różnic między dziećmi z rodzin o podobnym składzie, lecz zróżnicowanych dochodach. Należy jednak podkreślić, że im więcej dzieci w rodzinie, tym większa pomoc państwa. Wydaje się, że są to działania słuszne, ponieważ w największym stopniu na ubóstwo narażone są rodziny wielodzietne, z osobą niepełnosprawną lub z samotnym rodzicem.

Warto mieć dużo

Najpowszechniejsze rozwiązanie we francuskiej polityce rodzinnej to świadczenia rodzinne (les allocations familiales). Przyznawane są wszystkim rodzinom, które posiadają co najmniej dwoje dzieci nie starszych niż 20 lat, mieszkających na terenie Francji. Świadczenie przyznawane jest niezależnie od dochodów, natomiast jego wysokość zależy od liczby dzieci w rodzinie. W przypadku dwójki potomstwa jest to 127,05 euro, trójki – 289,82 €, czwórki – 452,59 €, a na każde dziecko od pięciorga dodatkowe 162,78 € miesięcznie. Dodatkowo kwota zasiłku wzrasta wraz z wiekiem dziecka. Na każde między 11. a 16. rokiem życia przysługuje dodatkowe 35,74 € miesięcznie. Od miesiąca, gdy dziecko ukończy 16 lat, zasiłek powiększany jest o 63,53 euro. Obecnie świadczenia te pobiera około 5 mln rodzin9.

Ponieważ najbardziej wspiera się wielodzietność, prawo do dodatkowych świadczeń przysługuje rodzinom, które mają co najmniej troje dzieci. Jeśli nie osiągają (wysokiego) kryterium dochodowego, mają prawo do dodatkowych 165,35 € miesięcznie. Obecnie taki dodatek pobiera 865 tys. rodzin.

We Francji dba się także o pomoc rodzinom w trudnym dla nich okresie zwiększonych wydatków. Dlatego tak bardzo znaczący w Polsce problem kosztów posłania dziecka do szkoły we Francji jest zdecydowanie mniejszy. Stworzono specjalny, jednorazowy zasiłek w związku z rozpoczęciem roku szkolnego (l’allocation de rentrée scolaire). Wypłacany jest rodzinom, które mają dzieci w wieku od 6 do 18 lat rozpoczynające rok szkolny. Otrzymują go rodziny, których dochód nie przekracza 23 200 € rocznie w przypadku jednego dziecka, 28 554 € przy dwójce i 33 908 € przy trójce. Przy czwartym i kolejnych dzieciach próg dochodowy uprawniający do otrzymania świadczenia wzrasta o 5354 €. Warto zwrócić uwagę na wysokość tego kryterium dochodowego. Pensja minimalna we Francji wynosi aktualnie 1425,67 € brutto, czyli 17 108,04 € rocznie. Dzięki temu we wrześniu 2011 r. z zasiłku skorzystało ponad 3 mln rodzin z dziećmi w wieku szkolnym. Wysokość świadczenia zależna jest od wieku dziecka. Jest to 356,20 € na każde dziecko w wieku 6–10 lat, 375,85 € na dzieci w wieku 11–14 lat i 388,87 € na dzieci w wieku 15–18 lat.

Polityka rodzinna we Francji nie ogranicza się do uniwersalnych świadczeń. Osoby najuboższe mogą uzyskać pomoc w postaci zasiłku aktywnej solidarności (revenu de solidarité active, RSA), którego rolą jest zapewnienie dochodu minimalnego. Oprócz tego istnieje także zasiłek wsparcia rodzinnego (l’allocation de soutien familial), którego celem jest wyrównywanie szans dzieci wychowywanych przez samotną matkę lub ojca, oraz takich, które straciły oboje rodziców. Jego wysokość waha sie między 84,34 € a 119,11 € miesięcznie.

Aby pokazać hojność rozwiązań francuskich, posłużmy się przykładem. Rodzina, która ma troje dzieci w wieku 6, 9 i 15 lat i jednego żywiciela zarabiającego prawie dwukrotność pensji minimalnej, może otrzymać we wrześniu, gdy rozpoczyna się rok szkolny, nawet 1794,26 €, natomiast w pozostałych miesiącach otrzymuje 653,69 €.

Warto mieć małe

Mówiąc kolokwialnie, rodzenie dzieci we Francji po prostu się opłaca. Rodziny, które decydują się na powiększenie, nie muszą obawiać się nagłego pogorszenia swojej pozycji materialnej, a czasami pozwala ono wręcz na poprawę poziomu życia. Istnieje kilka rodzajów świadczeń, z których skorzystać mogą rodzice małych dzieci.

Rodzice nowo urodzonych (lub adoptowanych) dzieci mają prawo do specjalnego zasiłku, przypominającego nasze becikowe. Aby otrzymać to świadczenie, matka musi zgłosić ciążę w ciągu pierwszych 14 tygodni jej trwania oraz poddać się badaniu prenatalnemu. Świadczenie jest jednak zależne od kryterium dochodowego. Kryterium to waha się w zależności od liczby dzieci w rodzinie i liczby żywicieli rodziny. Jego najniższy poziom to 34 103 € rocznie dla rodziny z jednym dzieckiem i jednym żywicielem rodziny, a w przypadku rodziny, w której dwie osoby pracują i jest troje dzieci, wynosi ono już 60 074 €. Wysokość świadczenia wynosi obecnie 912,12 € przy jednym dziecku, a kwota ta jest pomnażana przez liczbę dzieci w przypadku porodów wielorakich. Wysokość zasiłku dla osób decydujących się na adopcję wynosi 1824,25 €.

Rodziny nie przekraczające progu dochodowego mają też prawo do zasiłku podstawowego w wysokości 182,43 € miesięcznie, który wypłacany jest przez pierwsze trzy lata życia dziecka (lub 36 miesięcy od dnia przysposobienia).

Z kolei osoby, które zdecydują się na zaprzestanie lub ograniczenie pracy zawodowej z powodu pojawienia się dziecka w rodzinie, mają prawo do tzw. świadczenia dodatkowego wyboru typu aktywności (complément de libre choix d’activité, CLCA). W jego przypadku nie ma progu dochodowego. Świadczenie wynosi 383,59 € lub 566,01 € miesięcznie, jeśli rodzina nie otrzymuje zasiłku podstawowego. Gdy natomiast zdecydują się na wynajęcie opiekunki czy posłanie dziecka do przedszkola lub żłobka (sieć opieki instytucjonalnej nad małymi dziećmi jest bardzo rozwinięta), wówczas mogą otrzymać świadczenie dodatkowe wolnego wyboru opieki nad dzieckiem (complément de libre choix du mode de garde, CMG). Wysokość zależna jest od dochodu rodziny i kształtuje się między 85,63 € a 452,75 € miesięcznie.

Pozycja na rynku pracy i ubezpieczeń

Jednym z kluczowych zadań polityki prorodzinnej jest zapewnienie równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym. Do najważniejszych rozwiązań w tym zakresie należą korzystne urlopy rodzicielskie, bardziej elastyczne formy pracy dla rodziców i rozbudowana sieć opieki instytucjonalnej.

We Francji istnieją dwa rodzaje opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem. Asystenci wychowawczy mogą zajmować się dzieckiem w swoim domu. Osoby takie mogą prowadzić działalność tylko na podstawie zezwolenia wydawanego po sprawdzeniu warunków, w jakich wykonują opiekę nad dzieckiem. Prace zarejestrowanych asystentów i opiekunów są częściowo finansowane przez samorządy lokalne. Osoby korzystające z opieki domowej mogą odpisać sobie jej koszty od podatku do wysokości 12 000 € rocznie (+ 1500 € na każde kolejne dziecko). Na opiekę zbiorową składają się natomiast żłobki zespołowe, żłobki rodzinne, żłobki rodzicielskie (organizowane przez grupy rodziców sprawujących dyżury nad dziećmi), ogródki dziecięce czy przedszkola pobytowe, gdzie są bardzo elastyczne godziny opieki nad dziećmi. Opieka zbiorowa jest finansowana częściowo ze środków publicznych, częściowo z zasiłków (m.in. wspomniane wcześniej świadczenie dodatkowe wolnego wyboru opieki nad dzieckiem), a częściowo z opłat rodziców.

Za rodzica, który zdecyduje się pozostać w domu z małym dzieckiem, Fundusz Świadczeń Rodzinnych (Caisse d’allocations familiales) może opłacać składkę emerytalną. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie wykonywania pracy lub nieosiąganie określonego dochodu (kryterium dochodowe zależy od liczby osób w rodzinie, a najniższe wynosi 23 300 € rocznie). Obecnie ubezpieczeniem tym objętych jest około 1,5 mln osób, dzięki czemu ich emerytura będzie w przyszłości wyższa średnio o 9% od tej, jaką otrzymywaliby, gdyby składki nie były płacone.

W efekcie w 2010 r. pracowało aż 79% kobiet, które mają dwoje dzieci. Również stopa zatrudnienia matek dwojga dzieci, z których jedno ma poniżej 6 lat, pozostaje wysoka i kształtuje się na poziomie 71%, w tym 41% w niepełnym wymiarze czasu pracy10.

Nie tylko ulgi

Ulgi podatkowe są kwestią problematyczną. Pokazuje to przykład Polski, gdzie istniejące rozwiązania nie służą najbiedniejszym, których przede wszystkim powinno się wspierać w wychowywaniu dzieci. Aby w pełni odpisać ulgę na czwórkę dzieci, trzeba bowiem zarobić przynajmniej 87 tys. zł rocznie, a w przypadku trójki dzieci – 62 tysiące. Tymczasem według statystyk co czwarta rodzina z czwórką dzieci żyje na granicy ubóstwa zagrażającego życiu i zdrowiu, a w co trzeciej dochód na jedną osobę nie przekracza 350 zł miesięcznie. Ulgi podatkowe nie mają żadnego wpływu na byt takich rodzin.

We Francji obok ulg wprowadzono rozwiązanie zwane „ilorazem rodzinnym” (quotient familial). Polega ono na tym, że podlegający opodatkowaniu dochód rodziny dzielony jest przez odpowiednią liczbę części fiskalnych, w zależności od liczby dzieci i sytuacji matrymonialnej rodziców. Dzięki temu np. rodzina składająca się z dwojga rodziców z trojgiem dzieci dzieli swój dochód przez 4. Od tak podzielonej kwoty oblicza się podatek według skali i następnie mnoży przez cztery. Dzięki temu zmniejsza się efekt progresji i rodzina unika wyższych progów podatkowych. Większa liczebność rodziny pozwala na płacenie znacznie niższego podatku. Oszczędności wynikające z tego rozwiązania nie mogą jednak przekraczać 2336 € przy jednym dziecku (lub 4040 € w przypadku samotnego rodzica), 4672 € przy dwojgu dzieci (lub 6376 €) i 9344 € przy trojgu dzieci (lub 11 048 €)11.

Godne mieszkanie

Jednym z elementów francuskiej polityki prorodzinnej są działania dotyczące kwestii mieszkaniowej. Podstawowym ich celem jest zapewnienie godnych warunków mieszkaniowych parom z dziećmi, osobami wymagającymi opieki oraz rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji. W zależności od sytuacji danej rodziny, jej dochodów, stosunku własności mieszkania, metrażu czy ilości mieszkających w nim osób istnieje szereg zasiłków i świadczeń mieszkaniowych, które mają pomóc w kupnie, przeprowadzce lub dostosowaniu mieszkania do potrzeb.

Istnieje zatem możliwość uzyskania pomocy zindywidualizowanej (w przypadku zmiany warunków umowy najmu lub kredytu) i zasiłku na mieszkanie o charakterze socjalnym. Ponadto możliwe jest uzyskanie premii na przeprowadzkę dla rodzin wielodzietnych w momencie powiększenia rodziny. Aby ją otrzymać, należy mieć co najmniej troje dzieci, przeprowadzka musi mieć miejsce między trzecim miesiącem ciąży a drugimi urodzinami najmłodszego dziecka. Wysokość premii ma być równa kosztom przeprowadzki, jednak nie większa niż 957,6 € na troje dzieci (+79,80 € w przypadku każdego kolejnego dziecka). Z kolei rodziny mieszkające w niedostosowanym do ich potrzeb miejscu mogą uzyskać również pożyczkę na poprawę standardu miejsca zamieszkania. Pożyczka ta nie może przekraczać 80% planowanych wydatków, a jej górny limit to 1067,14 €. Oprocentowanie wynosi 1% i można spłacać ją przez 3 lata.

Nie tylko Francja

We Francji już dawno dostrzeżono, że wydatki na politykę rodzinną są inwestycją. Pomoc publiczna dla rodzin w tym kraju, nie licząc podatków i organizacji przedszkoli, stanowiła w 2009 r. 2,7 % PKB (średnia w UE wynosiła 2,3%). Według OECD po doliczeniu pomocy podatkowej i organizacji usług opieki instytucjonalnej koszt polityki rodzinnej sięga 3,7% PKB tego kraju12. Dla porównania wydatki na politykę rodzinną w Wielkiej Brytanii wynoszą około 3,4%, w Szwecji i na Węgrzech 3,2%, w Danii 3,1%, w Holandii, Finlandii i Irlandii 2,8%, a w Polsce tylko 1,6% (mniej wydaje się w Hiszpanii, Portugalii, Bułgarii i Grecji)13. Ważną cechą świadczeń rodzinnych jest ich uniwersalność. Prawie dwie trzecie pomocy rodzinom jest przyznawane bez konieczności spełnienia warunku dochodu. Świadczenia uniwersalne są też rozpowszechnione w krajach nordyckich, które również charakteryzują się bardzo wysoką dzietnością. Współczynnik dzietności w Islandii wynosi aż 2,2, w Szwecji 1,98, w Norwegii 1,95, a w Finlandii i Danii 1,8714.

Typowe dla państw nordyckich są rozwiązania uniwersalne. Jednocześnie tym, co szczególnie wyróżnia Szwecję (i kraje nordyckie w ogóle) spośród innych państw europejskich, jest promowanie partnerskiego modelu rodziny i dążenie do ułatwiania łączenia ról zawodowych z rodzinnymi zarówno matkom, jak i ojcom.

Jak to robią w Szwecji?

Jednym z rozwiązań w dziedzinie polityki rodzinnej, które wpływa na kształtowanie modelu partnerskiego oraz może przyczyniać się do zwiększania dzietności, są urlopy rodzicielskie. Urlop rodzicielski w Szwecji wynosi 480 dni i jest płatny (80% wynagrodzenia, płacone przez państwo za pośrednictwem szwedzkiej kasy ubezpieczenia społecznego – Försäkringskassan). Jeżeli rodzic był bezrobotny, wówczas za pierwsze 390 dni dostaje po 20 € dziennie, a za pozostałe 90 dni – 7 €. 60 dni z urlopu rodzicielskiego należy tylko do matki, drugie 60 tylko do ojca, natomiast pozostałymi 360 dniami rodzice mogą dzielić się wedle uznania. Poza tym w ciągu pierwszego roku życia dziecka rodzice mogą wykorzystywać swój urlop jednocześnie (oboje pozostają w domu). Urlop nie musi być wykorzystany w całości od razu, można go wykorzystać aż do skończenia przez dziecko ósmego roku życia. Oprócz tego ojcowie mają prawo do 10 dni urlopu ojcowskiego, płatnego w wysokości 80% wynagrodzenia, tuż po urodzeniu dziecka15. Obecnie 85% ojców w Szwecji wykorzystuje 2 miesiące urlopu, a w dyskursie publicznym pojawiają się głosy, aby obowiązkową część urlopu wydłużyć nawet do 3 miesięcy. Badania potwierdzają także fakt, że rzadziej rozpadają się rodziny, w których ojciec skorzystał z urlopu rodzicielskiego.

Ponadto Szwecja to kraj, gdzie – tak jak we Francji – funkcjonują zasiłki rodzinne przyznawane na zasadzie uniwersalnej. Każda rodzina ma zatem prawo do otrzymywania 95 € miesięcznie na dziecko do 16. roku życia lub do ukończenia przez nie 20 lat, jeśli się uczy. Dodatkowo wspiera się rodziny, w których jest więcej dzieci. Na drugie dziecko przysługuje dodatkowe 10 €, na trzecie 35 €, na czwarte 85 €, a na piąte i kolejne – dodatkowe 100 € miesięcznie. Istnieją też szerokie formy wsparcia dla rodzin uboższych lub znajdujących się w szczególnych sytuacjach: samotnych rodziców, opiekunów osób niepełnosprawnych lub starszych itp.

Opieka instytucjonalna nad małymi dziećmi w Szwecji jest bardzo rozbudowana i zróżnicowana. Według danych Eurostatu objętych jest nią 95,1% dzieci w wieku 2–6 lat. Warto podkreślić, że wysokość opłat za tę opiekę uwarunkowana jest dochodem rodziny oraz ilością dzieci w rodzinie. Dodatkowo rodziny, w których jest więcej niż jedno dziecko, mają prawo do bezpłatnego pobytu dzieci w placówce przez 3 godziny dziennie. Z kolei opieka nad dziećmi w wieku 6–7 lat jest całkowicie bezpłatna.

Zielona Wyspa dla rodzin

Irlandia to państwo, które obecnie osiąga najwyższy współczynnik dzietności w Unii Europejskiej (2,07). W kraju tym istnieje szczególne wsparcie dla rodzin najbiedniejszych i najliczniejszych, a więc tych, które w największym stopniu narażone są na ubóstwo. Dlatego najważniejsze świadczenie związane z wychowaniem dzieci to zasiłek przysługujący na każde dziecko poniżej 16 lat (lub 19, jeśli nadal się uczy). Rodzina otrzymuje 140 € za dwoje pierwszych dzieci, na trzecie 148 €, a na czwarte i następne po 160 €. Jeżeli urodziły się bliźniaki lub więcej dzieci na raz, świadczenie to jest podwyższane o połowę.

W przypadku ciąży mnogiej rodzice mają także prawo do zasiłku jednorazowego zaraz po porodzie, a także w momencie ukończenia przez dzieci 4. i 12. roku życia. Zasiłek ten wynosi 635 €.

Rodziny, które nie osiągają określonego progu dochodu, mają prawo do otrzymywania zasiłku dodatkowego (Family Income Suplement, FIS). Próg dochodowy wynosi 506 € tygodniowo na rodzinę z jednym dzieckiem i rośnie wraz z ilością dzieci w rodzinie (602 € w przypadku dwójki dzieci, 703 € w przypadku trójki i 824 €, gdy dzieci jest czworo). Świadczenie to przysługuje rodzinom z dziećmi do 18. roku życia lub 22., jeśli kontynuują naukę.

Istnieją także specjalne zasiłki dla różnych rodzajów rodzin, uwzględniające ich specyficzną sytuację, np. dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, rodziców dzieci niepełnosprawnych etc. Sytuację rodziny wspomagają także rozbudowany system ulg podatkowych oraz wsparcie finansowe w opiece instytucjonalnej dla rodzin nie osiągających określonego progu dochodu – wsparcie takie może wynosić do 66% kosztów posyłania dziecka do żłobka lub przedszkola.

Bardzo dużą rolę w kształtowaniu polityki rodzinnej przyznaje się pracodawcy. Prawo wprowadzone w ostatnich latach uczyniło pracodawcę współodpowiedzialnym za kształtowanie warunków życia rodzin. W Irlandii, gdzie wysokość zasiłku macierzyńskiego wynosi 80% pensji, w umowie o pracę pracodawca może zobowiązać się do opłacania pracownicy różnicy pomiędzy wysokością zasiłku macierzyńskiego a pensją, tak by wysokość świadczenia wynosiła 100% pensji. Dzięki temu nie spada poziom dochodu rodziny tuż po urodzeniu dziecka16. Od 2007 r. istnieje też możliwość korzystania z dodatkowych, bezpłatnych 16 tygodni urlopu macierzyńskiego. Pracodawca może zobowiązać się do wypłaty dodatkowego świadczenia kobiecie także przez ten okres. Często stosowaną praktyką jest przyznawanie przez pracodawców, na podstawie umów cywilnych, dodatkowych urlopów ojcom.

Lekcja dla Polski

Doświadczenia innych państw europejskich pokazują, że kształtując politykę rodzinną można osiągnąć pozytywne rezultaty w postaci wysokiego współczynnika dzietności. Dostrzeżono już, że wydatki na tę gałąź polityki społecznej są inwestycją, efekty przyczynią się bowiem w przyszłości do amortyzacji skutków kryzysu demograficznego.

Duży wpływ na podjęcie decyzji o dziecku może mieć wprowadzanie rozwiązań uniwersalnych oraz rozwój sieci opieki instytucjonalnej nad dziećmi. Przykład francuski jest dobrą egzemplifikacją tego, że opieka może przybierać bardzo różnorodne formy. Sprzyja to tworzeniu podobnych, równych warunków dzieciom, które pochodzą z rodzin o różnych dochodach. Ponadto z badań przeprowadzanych w Polsce wynika, że chętniej na dziecko zdecydują się osoby, które wiedzą, że ich sytuacja materialna nie ulegnie drastycznemu obniżeniu po jego urodzeniu lub adopcji, oraz takie, które nie będą musiały obawiać się straty pracy.

Największe wsparcie powinno się oferować rodzinom wielodzietnym i takim, w którym jest samotny rodzic lub niepełnosprawna osoba wymagająca opieki, ponieważ to te rodziny są najbardziej narażone na ubóstwo i wykluczenie społeczne. Aby stworzyć warunki sprzyjające rodzinie, należy również docenić pracę domową kobiet (lub mężczyzn). Dobrym przykładem jest rozwiązanie francuskie, polegające na opłacaniu składki emerytalnej rodzicowi, który decyduje się na korzystanie z 3-letniego urlopu wychowawczego. Dzięki temu osoba ta na starość nie będzie miała niższego świadczenia emerytalnego niż ci pracownicy, którzy nie mieli takiej przerwy w karierze zawodowej. Poza tym powinno się w większym stopniu promować partnerski model rodziny. Temu rozwiązaniu sprzyjać może m.in. wprowadzenie urlopów rodzicielskich zarówno dla ojców, jak i matek, oraz prowadzenie kampanii społecznych promujących aktywne ojcostwo.

Każdy kraj ma różne możliwości finansowe i infrastrukturalne. Aby kształtować politykę rodzinną zgodnie z możliwościami danego państwa oraz wymogami współczesnych rodzin, należy pamiętać o roli dialogu społecznego. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby stworzenie rady, w której zasiadałyby wszystkie zainteresowane strony, a więc przedstawiciele rządu, samorządu, pracodawców, pracowników i organizacji społecznych, skupiających swe działania na kondycji współczesnych rodzin.

Janina Petelczyc

Przypisy:

  1. Eurostat, Population projections 2010–2060, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_PUBLIC/3–08062011-BP/EN/3–08062011-BP-EN.PDF, pobrano 25.09.2012 r.
  2. Rządowa Rada Ludnościowa, Założenia Polityki Ludnościowej Polski, Warszawa 2012, s. 20.
  3. Główny Urząd Statystyczny, Ubóstwo w Polsce w 2011 r., Warszawa 2012, s. 10.
  4. UNICEF, Ubóstwo Dzieci. Najnowsze dane dotyczące ubóstwa dzieci w krajach rozwiniętych, Florencja 2012.
  5. K. Iglicka, Migracje długookresowe i osiedleńcze z Polski po 2004 roku – przykład Wielkiej Brytanii. Wyzwania dla statystyki i demografii państwa. Raporty i analizy, Warszawa 5/2011, s. 2.
  6. http://www.ons.gov.uk/ons/rel/vsob1/parents–country-of-birth–england-and-wales/2011/sb-parents–country-of-birth–2011.html; pobrano 15 października 2012 r.
  7. Natalité – Fécondité, Institut National de la Statistique et des Études Économiques, http://www.insee.fr/fr/themes/document.asp?reg_id=0&ref_id=T12F035, pobrano 29.09.2012 r.
  8. Eurostat, Population projections…, op. cit.
  9. La Confédération générale du travail. La politique familiale en France, Montreuil 2012, s. 7.
  10. P. Batard, Comparaison France-Allemagne des systemes de protection sociale, Documents de travail de la DG tresor, numéro 2012/02 – Aout 2012, s. 64.
  11. Impôt sur le revenu: plafonnement du quotient familial, http://vosdroits.service-public.fr/F2702.xhtml, pobrano 20 września 2012 r.
  12. P. Batard, Comparaison…, op. cit., s. 53
  13. OECD Family database, Public spending on family benefits in cash, services and tax measures, Paris 2011, s. 2.
  14. Eurostat, Fertility Indicators, op. cit.
  15. Parental benefits. Föräldrapenning, http://www.forsakringskassan.se, pobrano 23 września 2012 r., s. 4.
  16. M. Daly, S. Clavero, Contemporary family policy in Ireland and Europe, School of Sociology and Social Policy, Queen’s University, Belfast 2001, s. 80.
Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Sądy pod lupą obywateli

Polska jest krajem systemowego deficytu odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych. Nie chodzi przy tym tylko o sankcje formalne, administracyjne czy urzędowe, lecz także o reakcje opinii publicznej. I tak, po katastrofie smoleńskiej – której okoliczności ujawniły szereg fundamentalnych uchybień błędów i słabości aparatu państwa – Polacy zdecydowali się na przedłużenie rządzącym mandatu zaufania. W samym aparacie państwa nie tylko nie doszło do jakichkolwiek dymisji, ale część osób współodpowiedzialnych za uchybienia, otrzymała awanse (m.in. w BOR-ze). Nierozliczone pozostają też m.in. głośne afera hazardowa, afera taśm PSL (z wyjątkiem dymisji ministra rolnictwa) czy sprawa Amber Gold.

Jedną z barier dla oczyszczenia życia politycznego w Polsce jest właśnie specyficzne pojmowanie odpowiedzialności. W kontekście zamieszania własnego syna w aferę Amber Gold premier Tusk mówił: Nie mam wątpliwości, że spoczywa na mnie i na całej administracji, także na prokuraturze, wielka odpowiedzialność, żeby wyjaśnić absolutnie wszystkie szczegóły tej sprawy. Jednocześnie storpedowano pomysł powołania parlamentarnej komisji śledczej. W podobnym duchu w sierpniu 2012 r. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin wypowiedział się na temat odpowiedzialności sędziów w związku z tą samą aferą: Sędziowie mieli prawo wydawać wyroki w zawieszeniu. A czy były one właściwe, to już będą rozliczani przez instancję wyższą, nie ludzką. Słowo „odpowiedzialność” w ustach polityków i funkcjonariuszy publicznych w Polsce odnosi się na ogół do odpowiedzialności moralnej. Z drugiej strony tendencja do kierowania dyskursu na tory odpowiedzialności moralnej (przed Bogiem i historią) wiąże się z prezentowaniem systemowych patologii jako przypadków jednostkowych, wyjątków, które, niestety, zawsze się zdarzają. W zależności od kontekstu odpowiedzialni są wszyscy (bo zawinił system) – czyli nikt osobiście – albo pojedyncze jednostki – a więc nie system, za którego sprawne funkcjonowanie odpowiadają rządzący. Na dodatek głośne przykłady unikania odpowiedzialności, a nawet nagradzania za uchybienia prowadzą do instytucjonalizacji nieodpowiedzialności.

Efektem jest – po części odziedziczona jeszcze z PRL, a po części wzmocniona powszechną pobłażliwością wobec niekompetencji już w III RP – nikła podmiotowość obywateli w stosunku do państwa. Polacy w dużej mierze czują się klientami, a nie mocodawcami władz publicznych. Taka sytuacja jest zresztą korzystna dla przedstawicieli klasy politycznej – brakowi zaufania towarzyszą niskie oczekiwania pod adresem klasy politycznej, a więc i niewielka skłonność do wyciągania konsekwencji wobec tych, którzy zawodzą. Sytuację pogarsza deficyt środków kontroli społecznej – słabość mediów lokalnych, pozorny pluralizm mediów ogólnopolskich, brak elit intelektualnych, w tym akademickich, zdolnych i gotowych do krytyki poczynań (każdej) władzy.

„Rozliczalność” a demokracja

Problem deficytu „rozliczalności” dotyczy wielu – może większości – obszarów życia publicznego w Polsce. Jednak szczególnie dotkliwy jest on w odniesieniu do rozmaitych instytucji, które z uwagi na pełnioną funkcję kontrolną cieszą się daleko idącą niezależnością. Są to np. służby specjalne, prokuratura czy sądy. Te instytucje łączy fakt, że z wielu ważnych powodów ustawodawca przydziela im znaczny zakres autonomii, nawet w krajach demokratycznych. Kontrola zewnętrzna jest ograniczona na rzecz kontroli sprawowanej przez organy wewnętrzne danej instytucji. Zasiadają w nich członkowie tego samego środowiska, którego przedstawiciele są przez nich kontrolowani. Do uzasadnienia kontroli wewnętrznej stosuje się najczęściej trzy grupy argumentów: 1. ocena działań profesjonalistów wymaga wyjątkowych kompetencji, posiadanych tylko przez przedstawicieli tej samej profesji; 2. informacje dotyczące pracy tych osób mają wrażliwy charakter – często są to dane posiadające klauzulę tajności; 3. należy zabezpieczyć przedstawicieli profesji przed wpływem zewnętrznym (ze strony np. władzy wykonawczej), ze względu na możliwość nieprawomocnego wykorzystania instytucji nadzoru.

Celowość kontroli środowiskowej to jedno, ale jej skuteczność to zupełnie odrębny temat. Nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, by zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie niesie ze sobą „bycie sędzią we własnej sprawie”. Dlatego nawet formalne istnienie systemu kontroli wewnętrznej nie może wykluczać sprawowania przez społeczeństwo demokratycznej kontroli zewnętrznej. Zasada niezależności nie oznacza bowiem nigdy niezależności od suwerena, którym w państwie demokratycznym jest naród, rozumiany jako wspólnota obywateli danego państwa.

Kłopot w tym, że od uzyskania formalnego statusu obywatela państwa demokratycznego w 1989 r. do uzyskania rzeczywistego wpływu na działanie instytucji publicznych – czyli ich rozliczania – droga jest daleka. Pierwszym jej etapem jest uzyskanie odpowiednich instrumentów prawnych. W tym zakresie jest zresztą w Polsce wiele do zrobienia, ale – ogólnie ujmując – dzisiejszy ustrój naszego kraju w zakresie praw przysługujących obywatelom nie odbiega od demokratycznych standardów. Mamy więc instytucje sprawdzone w krajach, gdzie władza publiczna jest realnie rozliczana za swoje działania w stopniu znacznie większym niż w Polsce.

Drugim etapem jest wiedza o działaniach funkcjonariuszy publicznych. Spośród różnych kanałów uzyskiwania informacji szczególnie ważne są media – z uwagi na możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Istotne są także doświadczenie osobiste – ze względu na siłę oddziaływania nieporównywalną z innymi kanałami pozyskiwania informacji, a także z racji najmniejszej podatności tego sposobu zdobywania wiedzy na manipulację. Manipulowanie doświadczeniem indywidualnych osób jest po prostu bardzo kosztowne.

Trzecim krokiem do „rozliczalności” władz publicznych jest zmiana postaw samych obywateli, w tym ich większa gotowość do angażowania się w działania na rzecz owej „rozliczalności”. Ostatnim elementem jest upodmiotowienie obywateli w relacjach z instytucjami władzy publicznej, czyli upowszechnienie tożsamości mocodawców systemu, a nie jego petentów. Stroną aktywną tego procesu musi być przede wszystkim społeczeństwo. Natomiast liczenie na to, że zajmą się tym instytucje władzy publicznej, jest zaprzeczeniem procesu demokratyzacji. Jego sednem jest właśnie wzięcie przez obywateli odpowiedzialności za kształt swojego państwa oraz kondycję instytucji publicznych. W połączeniu z instrumentami prawnymi oraz wiedzą o funkcjonowaniu instytucji społeczeństwo świadome swojej nadrzędnej roli w państwie jest zdeterminowane, aby rozliczać ze skuteczności funkcjonariuszy publicznych, gdyż ma świadomość, że ci są tylko jego pracownikami, a nie właścicielami.

Poza kontrolą

Dobitnym przykładem na to, jak formalne uprawnienia społeczeństwa do kontroli władz publicznych pozostają martwe w praktyce, jest – zapisana w art. 45 Konstytucji RP oraz art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zasada jawnego postępowania przed sądem.

Sądownictwo zajmuje szczególne miejsce w naszym ustroju. Ma zagwarantowaną daleko idącą niezależność od pozostałych władz, choć samo kontroluje ich poczynania: sądy administracyjne kontrolują władzę wykonawczą, Trybunał Konstytucyjny – władzę ustawodawczą – a Sąd Najwyższy ocenia nawet legalność wyborów do parlamentu. Jednocześnie decyzje zapadające w sądach mają dużo większe znaczenie dla losów konkretnych obywateli. Wpływają nie na warunki brzegowe – jak wysokość podatków – ale na samą trajektorię ich dalszych losów. Odpowiedzialność trzeciej władzy domaga się skutecznego systemu kontroli społecznej.

Formalnie sądownictwo posiada wewnętrzny system kontroli dyscyplinarnej. Jest on sprawowany przez rzecznika dyscyplinarnego oraz jego zastępców. Funkcje te pełnią sędziowie. Tylko rzecznik może skierować sprawę do sądu dyscyplinarnego (składającego się z sędziów sądu wyższej instancji). Takich postępowań wszczyna się w Polsce ok. 50 rocznie, co przy liczbie ponad 10 tysięcy aktywnych sędziów oraz ponad 2 tysiącach sędziów w stanie spoczynku, którzy także podlegają odpowiedzialności dyscyplinarnej, wydaje się liczbą zaskakująco niską. Może to świadczyć o wyjątkowej kondycji moralnej sędziów. Może jednak świadczyć także o fasadowości instytucji powołanej do rozliczania sędziów z nieprawidłowego działania. Biorąc pod uwagę ilość skarg na same zachowanie sędziów, które co roku trafiają do prezesów sądów (według naszych szacunków jest to liczba ok. 4 tysięcy skarg rocznie dla samych tylko sądów rejonowych i okręgowych), liczba 50 wszczętych postępowań świadczy o tym, że sędziowie są rozliczani jedynie w zupełnie skrajnych lub oczywistych przypadkach naruszenia norm formalnych.

Istnieją również przykłady na to, że również w bulwersujących opinię społeczną przypadkach naruszenia etyki zawodowej, a nawet podejrzeń naruszenia prawa przez sędziów, istniejący system nie gwarantuje rozliczenia danego sędziego. Przykładem jest toruński sędzia Zbigniew Wielkanowski, którego najpierw, według „Rzeczpospolitej”, widywano w towarzystwie lokalnych gangsterów, a który potem został oskarżony o pomówienie przed policją byłej kochanki. Wielkanowski przez prawie 10 lat odwoływał się od wyroków, nie stawiał na rozprawy i przedstawiał zwolnienia lekarskie, dzięki czemu uniknął prawomocnego rozstrzygnięcia – sprawa uległa przedawnieniu. Sędziemu „zwrócono” wtedy 190 tys. złotych wynagrodzenia, obniżonego w czasie trwania postępowań. Mimo kilkuletniej choroby i stwierdzenia niezdolności do pracy przez orzecznika ZUS, Wielkanowski zaraz po przedawnieniu zarzutów odzyskał zdrowie i skutecznie zaskarżył decyzję Krajowej Rady Sądownictwa przenoszącą go w stan spoczynku. W 2010 r. wrócił do orzekania w toruńskim sądzie rejonowym. Mieszkańcy Torunia są więc sądzeni w sprawach rodzinnych przez osobę, która m.in. podała policji nieprawdziwe informacje nt. awantury, jaką wszczął w mieszkaniu – będącej wówczas studentką – kochanki, i co do której kontaktów ze światem przestępczym cały czas pozostają uzasadnione wątpliwości.

Z kolei sędzia Ryszard Milewski – którego kompromitującą rozmowę z domniemanym pracownikiem kancelarii premiera ujawniła „Gazeta Polska Codziennie” – przedstawił już drugie zwolnienie lekarskie Rzecznikowi Dyscyplinarnemu. Ten ostatni ma obowiązek wysłuchać wyjaśnień sędziego, zanim będzie mógł wszcząć właściwe postępowanie dyscyplinarne. Za 3 lata przekonamy się, czy także on wyzdrowieje po przedawnieniu przewinienia.

Jest sposób

W odróżnieniu od kontroli nad władzą wykonawczą i ustawodawczą podjęcie wysiłku zewnętrznej kontroli władzy sądowniczej wymaga ogromnych środków. Wynika to z rozproszenia odpowiedzialności: każdy sędzia z osobna występuje i orzeka „w imieniu Rzeczypospolitej”. Mamy zatem do czynienia ze strukturą hierarchiczną tylko w sferze administracji, ale nie w zakresie władzy. Aby kontrola była skuteczna, musi dotyczyć każdego orzekającego sędziego.

Paradoksalnie takie rozproszenie odpowiedzialności może pomóc w sprawowaniu kontroli społecznej. Przykładem na to jest metoda court watch, czyli obywatelski monitoring sądów. Wywodzi się ona ze Stanów Zjednoczonych, gdzie mniej lub bardziej sformalizowane grupy obywateli starają się obserwować jak najwięcej postępowań przed lokalnymi sądami, występując w roli publiczności. W Polsce misji promocji i rozwoju tej metody podjęła się Fundacja Court Watch Polska.

Fundacja należy do organizacji pozarządowych zwanych strażniczymi (ang. watchdog), które zajmują się kontrolą działań podmiotów uprzywilejowanych w stosunkach z pojedynczymi obywatelami. Zwykle działania strażnicze przyjmują postać obywatelskich śledztw, systematycznych obserwacji lub analizy dokumentów. Są prowadzone w stosunku do konkretnych podmiotów w wąsko zakrojonym obszarze problemowym i przez grupę (przynajmniej docelowo) „profesjonalistów z misją”, tzw. strażników.

Metoda działania, którą przyjęła Fundacja Court Watch Polska, wyróżnia się wykorzystaniem na dużą skalę krótkoterminowego i niezobowiązującego quasi-wolontariatu. Ponieważ nie sposób samodzielnie prowadzić monitoringu rozpraw we wszystkich sądach w Polsce jednocześnie, Fundacja namawia osoby postronne, aby korzystały z prawa do uczestnictwa w rozprawach w charakterze publiczności i odwiedzały lokalne sądy – choćby z ciekawości. Od obserwatorów oczekujemy wypełnienia w trakcie rozprawy krótkiej ankiety dotyczącej jej przebiegu i przesłania jej później przez Internet. Pytania kwestionariusza są tak skonstruowane, że jest w stanie odpowiedzieć na nie osoba po dwugodzinnym szkoleniu z podstawowej wiedzy o sądownictwie. Dzięki temu w monitorowanie sądów angażują się osoby, które nigdy nie myślały o braniu udziału w działaniach kontrolnych, strażniczych czy jakiejkolwiek innej aktywności obywatelskiej w stosunku do władz publicznych. Dzięki maksymalnemu uproszczeniu zadań obserwatora oraz „przyjaznej” formie współpracy z Fundacją, już ponad 500 osób z całej Polski zaangażowało się i wniosło bardzo duży wkład w działania strażnicze. Najczęściej nie po to, by „patrzeć władzy na ręce”, ale ze zwykłej ciekawości, jak pracują sądy, a w przypadku studentów – przy okazji zdobywania wiedzy potrzebnej na studiach. Udział w takim programie może być dla nich działaniem obywatelskim, a także ukształtować wspomnianą „tożsamość akcjonariusza”. Wyniki programu Obywatelskiego Monitoringu Sądów są też ważnym argumentem na rzecz rozwoju kolejnych programów kontroli społecznej bazujących na crowdsourcingu, jak nazywa się opieranie działań społecznych o synergię niewielkich odcinków pracy wykonanej przez wielu ludzi w jednym celu. Możemy wyobrazić sobie takie działania np. w obszarze usług edukacyjnych czy medycznych, gdzie sami usługobiorcy przy pomocy prostego kanału informacji, np. SMS-ów, zgłaszają przypadki nieprawidłowości i oceniają działania usługodawców, nie ponosząc przy tym praktycznie żadnych kosztów, a korzystając na zmianie społecznej.

Co widać, słychać i czuć?

Sala sądowa jest szczególnie ciekawym polem obserwacji stosunku władzy publicznej – w tym przypadku sądowej – do obywatela, i vice versa. Tam, gdzie działają siły rynku, dawno już skończyliśmy z traktowaniem klientów jak naprzykrzających się petentów. Niestety przemiana mentalności nie dotyczy części sędziów. Powszechne jest lekceważenie czasu osób wzywanych na rozprawy i rozpoczynanie ich z opóźnieniem. Tylko 46% posiedzeń, które wybrali obserwatorzy, rozpoczęło się punktualnie. W większości przypadków z perspektywy uczestnika powodem było spóźnienie sędziego. Dla Fundacji jest oczywiste, że bywają okoliczności, które mogą zatrzymać sędziego, lub że może się zdarzyć, iż poprzednia rozprawa się przedłuży. Sąd powinien jednak dbać o to, aby sytuacje takie zdarzały się wyjątkowo, a nie zwyczajowo. O lekceważeniu czekających, nierzadko i po kilkadziesiąt minut, świadczy także fakt, iż tylko w przypadku 16% opóźnionych rozpraw sędzia lub pracownik sądu wyjaśnili bądź przeprosili za opóźnienie.

O niewłaściwym stosunku niektórych sędziów do stających przed nimi uczestników postępowań świadczą także przykłady niekulturalnych i agresywnych zachowań ze strony przedstawicieli trzeciej władzy. Należy pamiętać, że są to relacje z rozpraw, które odbyły się przy udziale publiczności:

Sędzia większość czasu była niekulturalna i agresywna. Podnosiła głos, przesłuchując świadka. Nawet powiedziałabym, że krzyczała. Ponadto ostentacyjnie żuła gumę. Najpierw pytała o „przemoc seksualną”, następnie krzyczała na świadka, że jakoby nie użyła tego stwierdzenia i że niesłusznie świadek to sobie wymyślił. Ciągle komentowała coś pod nosem.

Dwóch świadków było niedosłyszących, co sędzia skomentował z szykaną „co wy tak wszyscy słabo słyszycie”, uśmiechając się złośliwie. Podobnie powiedział do świadka „niech pan słucha, będę mówił w miarę głośno” z wyraźnym szyderstwem w głosie.

Na salę chciała wjechać wózkiem inwalidzkim starsza kobieta. Nie mogła jednak zmieścić wózka na sali po wjechaniu przez drzwi, w związku z czym jej syn chwycił krzesło w celu przesunięcia go i zrobienia matce miejsca. Widząc to, sędzia oburzyła się – „co Pan robi z tym krzesłem?! Proszę je natychmiast odstawić tam, gdzie było!”, co spowodowało zamieszanie i 5-minutowe próby ustawienia wózka w wygodnej pozycji bez przesuwania krzesła.

Jeszcze częściej zdarzało się, że sędzia miał zastrzeżenia do samej obecności publiczności. Relacje wolontariuszy świadczą o tym, że prawo do publicznego procesu nie zawsze jest w polskich sądach w pełni przestrzegane. Oto kilka z nich:

Pani Sędzia wnikliwie dopytywała o siedzibę organizacji, cel ich [obserwacji] prowadzenia itp. Robiła to w dość… władczy sposób (raczej w charakterze przesłuchania).

Zadawał pytania w stylu „a panie to kto?”, „dlaczego tak w charakterze publiczności?”, „już dzisiaj mi jakieś tu łaziły” – być może było to półżartem.

Sędzia miał zastrzeżenia co do obecności obserwatora na sali rozpraw. Pomimo udzielonej informacji, że obserwator jest w formie publiczności nie związanej ze stronami, sędzia przewodniczący pytał z jakiej instytucji jest obserwator, zażądał legitymacji pracowniczej, pytał, czy obserwator ma zgodę prezesa Sądu na prowadzenie notatek. Na końcu sprawdził dane osobowe obserwatora z legitymacji studenckiej i zapisał je na kartce, ale pozwolił zostać na sali rozpraw.

Po ok. 15 minutach od rozpoczęcia rozprawy zostałam w dosyć stanowczy sposób zapytana „Co Pani tutaj właściwie robi”. Odpowiedziałam, że jestem studentką UJ i obserwatorką Fundacji CWP. Moje tłumaczenie (sprawa jest jawna itp.) zostało zlekceważone i dostałam polecenie „natychmiastowego zgłoszenia się do p. przewodniczącej wydziału i ewentualny powrót na salę z potwierdzeniem jej zgody”.

Sędzia poprosił, abym opuściła salę (przed odczytaniem przez panią prokurator aktu oskarżenia). Sędzia nie uzasadnił swojej decyzji.

Tego typu traktowanie publiczności jest relatywnie rzadkie. Większość sędziów rozumie i szanuje prawo publiczności do udziału w rozprawie jawnej. Niemniej, jeśli – jak wynika z naszych badań – sędziowie mają zastrzeżenia do obecności publiczności w przypadku 5% rozpraw, oznacza to, że co roku dziesiątki tysięcy Polaków stają przed sędzią, który lekceważy ich konstytucyjne prawa. Czasami problem sprowadza się do sposobu poinformowania publiczności, że dana rozprawa jest niejawna. Zdarza się, że wygląda to tak:

Po wejściu na salę sędzia […] zapytała się kim jestem. Jak usłyszała odpowiedź, w bardzo niekulturalny sposób wskazała palcem na drzwi i powiedziała „Za drzwi!”. Jak się potem zorientowałam, była to sprawa, na której nie może przebywać publiczność, a sposób, w jaki zostałam wyproszona z sali, był, delikatnie mówiąc, niekulturalny.

Co z oczu, to z serca?

Dobrym przykładem efektu pracy naszych wolontariuszy jest zwrócenie przez nich uwagi na szeroko rozpowszechnioną i akceptowaną praktykę pozostawania pełnomocników i (najczęściej) prokuratorów na salach rozpraw poza czasem trwania rozprawy. Sędziowie, z którymi rozmawialiśmy, wskazywali na praktyczne uzasadnienie takiej praktyki: prokuratorzy, którzy mają niejednokrotnie kilka rozpraw w danej sali jednego dnia, nie mają osobnego pokoju, gdzie mogliby się do nich przygotować. W tej sytuacji sędziowie grzecznościowo zezwalają im na pozostawanie w sali rozpraw w przerwach między rozprawami. Inni tłumaczyli, że wcześniejsze wejście na salę lub pozostanie w niej po zakończeniu rozprawy służy ustalaniu z sędzią szczegółów technicznych, a czasem – nawet korzystnemu dla oskarżonego negocjowaniu wymiaru kary, np. gdy dobrowolnie podda się karze. Uzasadnienia te wydają się racjonalne, nie bierze się jednak pod uwagę zgubnego wpływu takiej praktyki na postrzeganie instytucji sądu przez strony.

Osoby czekające na korytarzu nie wiedzą, o czym rozmawia prokurator sam na sam z sędzią, nie mają możliwości odniesienia się do tych ustaleń. W większości przypadków zresztą (jak twierdzą sami zainteresowani) do żadnej rozmowy nie dochodzi. Strony jednak tego nie wiedzą; widzą tylko zamknięte drzwi i nabierają poczucia, że część rozprawy jest de facto niejawna. Zwłaszcza gdy później, w czasie rozprawy, usłyszą, jak sędzia zwraca się do prokuratora: To zrobimy, Panie prokuratorze, jak wcześniej ustaliliśmy.

Z badań Fundacji wynika, że problem ten występował w przypadku od 11 do 14% (odpowiednio – w pierwszym i drugim cyklu monitoringu)obserwowanych rozpraw. Najczęściej miało to miejsce w wydziałach karnych. Co ciekawe, mimo iż w rozmowach z nami większość sędziów oraz pełnomocników przyznaje, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, problem jest rozpowszechniony – stwierdziliśmy jego występowanie w znakomitej większości obserwowanych sądów. Dopiero pojawienie się w sądach outsiderów – obserwatorów Fundacji niezwiązanych ze sprawą – umożliwiło dostrzeżenie negatywnych konsekwencji społecznych tej rutynowo akceptowanej praktyki. Obecnie Fundacja podejmuje działania mające doprowadzić do uregulowania obecności pełnomocników na sali rozpraw w regulaminach samych sądów. Innym proponowanym wyjściem jest zasada otwartych drzwi do sali sądowej, w której przebywa ktokolwiek inny niż sędzia i protokolant/-ka.

Kontrola i zaufanie

Konsekwencją tych i innych przejawów niepodmiotowego traktowania obywateli w sądach jest m.in. relatywnie niski poziom zaufania Polaków do sądownictwa. Choć większość sędziów to osoby uczciwe i dobrze przygotowane do pracy, opinię środowiska – a także autorytet całego sądownictwa – obniża tolerowanie nielicznych uchybień. Jak sugerowała nam część sędziów, monitoring obywatelski może pomóc przełamać źle rozumianą solidarność w takich przypadkach, gdyż – jako głos niezależnego, bezinteresownego obserwatora – ułatwia, a czasem nawet wymusza uruchomienie istniejących mechanizmów dyscyplinujących. Przykładowo: prezesowi sądu może być niezręcznie zwrócić uwagę koledze na notoryczne spóźnianie się, lecz gdy otrzyma raport dokumentujący takie zachowanie, będzie bardziej skłonny to zrobić.

Niewątpliwie poczucie odpowiedzialności – za siebie, swoje otoczenie, bliskich i dalszych ludzi – ma kluczowe znaczenie dla jakości życia jednostkowego i społecznego. Inaczej jest jednak w odniesieniu do sfery służby publicznej. Tu kluczowym zadaniem jest projektowanie i wdrażanie mechanizmów umożliwiających skuteczne rozliczanie funkcjonariuszy publicznych z tego, jak wywiązują się z powierzonych im obowiązków. Krokiem podstawowym w tym kierunku jest odróżnianie odpowiedzialności moralnej od „rozliczalności”, upodmiotowienie obywateli, aby więcej wymagali od funkcjonariuszy publicznych i byli skłonni ich rozliczać. Zmiana mentalności musi wiązać się z odrzuceniem mitu „donoszenia” oraz eliminacją klienckiej postawy wobec władzy. Krokiem drugim jest projektowanie rozwiązań zapewniających przejrzystość i wspomnianą „rozliczalność”, i to nie tylko rozwiązań administracyjno-prawnych, ale także – a może przede wszystkim – mechanizmów nieformalnej kontroli społecznej.

Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Na pomoc!

Pomoc psychiatryczna powinna być blisko pacjenta – dostępna i przyjazna, z pobytem w szpitalu jako ostatecznością. Między tym ideałem a realiami polskiej służby zdrowia widnieje, jak na razie, przepaść.

Jednym z kluczowych celów Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, przyjętego w 2010 r., jest rozwój form opieki i pomocy umożliwiających chorującym funkcjonowanie w środowiskach rodzinnym i społecznym. Oznacza to odejście od dotychczasowego modelu lecznictwa psychiatrycznego, zdominowanego przez opiekę stacjonarną („szpitalocentrycznego”). Jak wyjaśnia dr hab. Katarzyna Prot-Klinger, przewodnicząca Sekcji Psychiatrii Środowiskowej i Rehabilitacji Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, koncepcja psychiatrii środowiskowej nie dotyczy konkretnej instytucji czy formy leczenia, lecz jest raczej pewnym sposobem myślenia. – Wychodzi ona z założenia, że człowiek, który choruje psychicznie, powinien być leczony tak, jak każda inna osoba. Kiedy jego stan tego wymaga, powinien trafiać na specjalistyczny oddział w szpitalu ogólnym, a poza okresami zaostrzeń – tak samo jak osoby cierpiące na inne schorzenia korzystać z szeregu możliwości leczenia pozaszpitalnego. Doc. Prot-Klinger dodaje, że oferta dla chorujących psychicznie powinna być nawet bogatsza, gdyż wielu z nich czasowo lub trwale nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, kontynuować pracy zawodowej itp. – Powinien istnieć cały system wsparcia środowiskowego, pozwalający takim osobom mieszkać i pracować w dotychczasowym otoczeniu. W szpitalu – jeśli to w ogóle konieczne – pacjent powinien przebywać jak najkrócej, pobyt ten można skracać terapią w oddziale dziennym. Po jego opuszczeniu powinien mieć łatwy dostęp (krótkie terminy oczekiwania na wizytę) do blisko zlokalizowanej poradni, a w razie potrzeby także możliwość wizyt domowych lekarza czy pielęgniarki.

Pytana o najważniejsze zalety takiego modelu, Katarzyna Prot-Klinger w pierwszej kolejności wskazuje na kwestie etyczne. Nie można grupy ludzi odizolować od reszty społeczeństwa tylko dlatego, że są chorzy. Tym bardziej, że pobyt w „wariatkowie”, jak powszechnie nazywane są szpitale dla nerwowo i psychicznie chorych, nadal stanowi społeczny stygmat. Po drugie dość dawno zorientowano się, że część rzekomych objawów chorobowych to w rzeczywistości negatywne skutki długotrwałego przebywania w instytucji zamkniętej. Dalej, jeśli podliczyć wszystkie koszty związane z hospitalizacją oraz m.in. z brakiem możliwości pracy osób pozostających w szpitalach, system oparty o leczenie instytucjonalne okazuje się dużym obciążeniem dla społeczeństwa. – Z argumentem ekonomicznym oczywiście trzeba uważać. Nie chodzi o to, żeby chorych wypisać ze szpitali, a następnie zostawić samym sobie. Istotne koszty, związane z opieką środowiskową, państwo i tak będzie musiało ponosić. Przykład lokalnych prób odchodzenia od szpitali w Stanach Zjednoczonych, gdzie pacjenci – wypisywani często trochę na siłę – powszechnie zasilali rzeszę bezdomnych, pokazuje, jak łatwo wylać dziecko z kąpielą.

Szczególnie mocny jest argument czwarty: w modelu środowiskowym pacjenci mają bez porównania większe możliwości realizacji potrzeb społecznych i rodzinnych. Posiada to wartość samą w sobie, ale także istotne walory terapeutyczne, a dodatkowo daje otoczeniu szansę na oswojenie się z chorobą. I na odwrót: długi pobyt w szpitalu, nieraz oddalonym od miejsca zamieszkania o wiele kilometrów, bardzo często powoduje osłabienie więzi międzyludzkich.

Ponowne odkrywanie Ameryki

Prof. dr hab. Aleksander Stanisław Araszkiewicz, kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i b. prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, kładzie nacisk na jeszcze jeden aspekt: powyższy model umożliwia zachowanie ciągłości opieki. – Zaburzenia psychiczne to nie grypa, która trwa tydzień. To często wiele lat pod opieką specjalistów, przyjmowania leków – podkreśla.

Choć daleki jest od idealizowania peerelowskiej służby zdrowia, profesor podkreśla, że gdy był młodym lekarzem, istniał dość zwarty, kompleksowy system opieki środowiskowej, choć samo to określenie nie było wówczas stosowane. Przykładowo w szpitalu w Kochanówce każdy z oddziałów był przypisany do określonego rejonu Łodzi. – Pracujący w tym systemie doskonale wiedzieli, co dzieje się z pacjentami. Gdy chory został wypisany z „dziesiątki”, obejmującej opieką Bałuty, informacja o nim szła do rejonowej poradni zdrowia psychicznego na ul. Lnianej, gdzie zresztą – już wtedy! – mieścił się również oddział dzienny. Jeśli nie zgłaszał się w ciągu miesiąca, lekarz z tamtej poradni jechał do niego do domu. Dopiero ustawa o powszechnym ubezpieczeniu w Narodowym Funduszu Zdrowia z 2003 r., znosząca rejonizację, zburzyła ten model. Idea sieci centrów zdrowia psychicznego, które w myśl zapisów Narodowego Programu mają docelowo stanowić podstawowe jednostki opieki psychiatrycznej, stanowi de facto powrót do sprawdzonych wzorców.

Centrum łączy różne formy opieki, dzięki czemu w każdym momencie może zapewnić pacjentowi pomoc adekwatną do jego stanu – wyjaśnia Wanda Langiewicz z Zakładu Zdrowia Publicznego warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Na placówkę tego typu składa się co najmniej kilka zespołów. Ambulatoryjny udziela porad lekarskich i psychologicznych, świadczy indywidualną i grupową pomoc psychoterapeutyczną, wykonuje czynności pielęgniarskie i interwencje socjalne. Zespół środowiskowy to wizyty domowe, terapia indywidualna i grupowa, praca z rodziną, treningi umiejętności, budowanie sieci oparcia społecznego, zajęcia i turnusy rehabilitacyjne. Zespół dzienny to częściowa hospitalizacja. Natomiast szpitalny ma funkcjonować w formie oddziału psychiatrycznego lokalnego szpitala ogólnego, uzupełnianego profilowanymi świadczeniami innych szpitali.

Wśród zadań przypisanych centrom znajduje się także promocja wiedzy dotyczącej higieny i zaburzeń zdrowia psychicznego oraz realizacja programów profilaktycznych. W instytucjach tych upatruje się również szansy na silniejsze powiązanie opieki zdrowotnej z systemem pomocy społecznej oraz z mechanizmami wspomagającymi udział chorych psychicznie w rynku pracy.

Program zakłada, że centra będą funkcjonować w każdym powiecie, dużej gminie lub dzielnicy dużego miasta, stosownie do lokalnych potrzeb.

Daleko od centrum

Silną stroną polskiej psychiatrii jest od wielu lat dość rozbudowana sieć poradni zdrowia psychicznego – podkreśla doc. Prot-Klinger. Co więcej, ich dostępność w ostatnim czasie bardzo się poprawiła. – Jakieś 15 lat temu poradni było 500–600, a w tej chwili jest ich 1000 – informuje Wanda Langiewicz. Zastrzega, że czas oczekiwania na wizytę czy bogactwo oferty są w nich zróżnicowane, ale jednocześnie podkreśla, że prawie we wszystkich powiatach pacjenci „mają gdzie pójść”. Zwraca przy tym uwagę, że psychiatria jest obszarem ogromnie rozbudowanym jeśli chodzi o subspecjalności, wśród których niektóre są ewidentnie za mało rozwinięte w stosunku do potrzeb. – W niedostatkach przoduje psychiatria dziecięca: jest mało specjalistów w tej dziedzinie (zajmujemy pod tym względem przedostatnie miejsce w Europie) i stosunkowo niewiele oddziałów. Niewiele jest również specjalistycznych poradni, zwłaszcza na prowincji. Z powodu braków kadrowych zlikwidowano oddział dziecięcy w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy pod Białymstokiem. Drugą „problemową” specjalnością jest psychiatria wieku podeszłego.

Psychiatra dr Marek Balicki, dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie oraz prezes Warszawskiego Towarzystwa Pomocy Lekarskiej i Opieki nad Psychicznie i Nerwowo Chorymi, przypomina, że początek odchodzenia od wielkich szpitali psychiatrycznych datuje się na lata 70. – W poszczególnych miejscach Polski jest różnie, ale generalnie jest więcej do zrobienia, niż zostało zrobione – ocenia. Wśród przyczyn wskazuje fakt, że duże szpitale psychiatryczne bronią się przed restrukturyzacją. Innym powodem jest dramatyczne niedofinansowanie oddziałów psychiatrycznych przy szpitalach ogólnych. – W moim szpitalu przynosi on milion złotych straty rocznie. Nic dziwnego, że przestała rosnąć liczba takich oddziałów, skoro istnieją bodźce, by je raczej zamykać, niż tworzyć. Zagrożenie to potęguje presja na komercjalizację lecznictwa. Przykładem może być Szpital Bródnowski – po przekształceniu placówki przez samorząd województwa mazowieckiego w spółkę kapitałową jej zarząd chciał zlikwidować oddział psychiatryczny, z czego wycofał się dopiero po fali protestów społecznych.

Również dostęp do opieki ambulatoryjnej, oddziałów dziennych i zespołów leczenia środowiskowego, opartych o wizyty domowe, jest poważnie ograniczony. W wielu miejscach Polski te formy nie istnieją lub są do nich kolejki, a w psychiatrii pacjent nie powinien czekać – mówi dr Balicki. – Wprawdzie mamy ambulatoria, ale one często działają na pół gwizdka, tzn. nie oferują wszystkich świadczeń, które zaspokajałyby potrzeby populacji i pozwalały myśleć o oszczędzaniu szpitali.Zespołów leczenia środowiskowego mamy w Polsce kilkadziesiąt, a powinno ich być 400, może nawet więcej. Taka jest skala zaniedbań – komentuje prof. dr hab. Jacek Wciórka z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, współautor Narodowego Programu. – Oddziały dzienne powstają, ale ciągle jest ich zdecydowanie za mało. Dla przykładu w Kujawsko-Pomorskiem, gdzie jestem konsultantem wojewódzkim, system leczenia środowiskowego powinien móc obsłużyć co najmniej 300 osób więcej – szacuje Aleksander Araszkiewicz. Zdaniem Katarzyny Prot-Klinger to, że sieć wspomnianych usług nie jest wystarczająco rozwinięta, wynika głównie ze zbyt niskiej wyceny świadczeń psychiatrycznych przez NFZ.

Prof. Araszkiewicz, współautor raportu pt. „Psychiatryczna opieka środowiskowa w Polsce” (2008), zaznacza jednak, że niskie stawki zapisane w kontraktach stanowią jedynie część problemu. – NFZ płaci za usługę, którą najpierw trzeba „wykreować”, czyli muszą być budowane oddziały, poradnie. To nie jest sprawa Funduszu, lecz samorządów, którym w ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego przypisano określone zadania, nie zabezpieczając na nie środków. To głównie dlatego jego realizacja się opóźnia. Kiedy np. rada powiatu ma do wyboru budowę nowego przedszkola, drogi czy wodociągu albo budowę nowego oddziału dziennego, ośrodka interwencji kryzysowej czy poradni zdrowia psychicznego, zwykle wybór jest dla niej oczywisty.

Z powodu opisanych problemów sieć centrów zdrowia psychicznego pozostaje pieśnią przyszłości. – W praktyce istnieją one, w formie zalążkowej, tylko w kilku miejscach, m.in. w Instytucie Psychiatrii i Neurologii.Podobne centrum próbowano utworzyć w Toruniu, pewne tradycje zintegrowanego oddziaływania środowiskowego posiada Bielsko-Biała – wylicza Langiewicz. – Nie da się modernizować szpitalnictwa psychiatrycznego, jeśli nie ma go czym zastąpić – kwituje prof. Wciórka.

Często mam wrażenie, że opieka środowiskowa jest realizowana głównie przez instytucje opieki społecznej oraz organizacje pozarządowe – komentuje doc. Prot-Klinger, aktywnie zaangażowana w tworzenie i prowadzenie placówek psychiatrii środowiskowej. – W tych dwóch sferach naprawdę dużo się dzieje: powstają środowiskowe domy samopomocy, organizowane są warsztaty terapii zajęciowej, świadczone usługi opiekuńcze. Lecznictwo zostało bardzo daleko w tyle.

Szpitale grozy

Wręcz fatalnie wygląda kwestia opieki stacjonarnej. Prof. Araszkiewicz ocenia, że tylko w jego regionie brakuje co najmniej 300 łóżek dla chorych wymagających natychmiastowej hospitalizacji. – Zdarza się, że muszę wysłać pacjenta do szpitala oddalonego o 140 km, bo w okolicach Bydgoszczy nie ma placówki, która by go przyjęła. Pomijając inne aspekty tego problemu, kluczowe jest pytanie: jaka jest możliwość, że będzie potem objęty nieprzerwaną opieką, prowadzoną przez ten sam zespół, orientujący się w jego sytuacji?

Kolejny problem stanowi dramatyczne niedoinwestowanie istniejących szpitali psychiatrycznych. – Szpitalnictwo psychiatryczne działa w skandalicznie trudnych warunkach, na które składają się m.in. braki kadrowe i zapaść podstawowej infrastruktury – ubolewa prof. Wciórka. – W kraju o dość wysokim poziomie rozwoju, będącym członkiem Unii Europejskiej, warunki pobytu w wielu placówkach medycznych są ciągle jeszcze nie do zaakceptowania, urągają prawom człowieka wtóruje mu Marek Balicki, minister zdrowia w gabinetach Leszka Millera i Marka Belki. Raport Najwyższej Izby Kontroli, która sprawdziła funkcjonowanie 17 szpitali psychiatrycznych, w pełni potwierdza ich słowa. Przykładowo aż 70 proc. skontrolowanych sal nie było przystosowanych do wymogów leczenia psychiatrycznego. Połowa oddziałów była zaniedbana, ściany brudne, okna – nieszczelne… Warunki bytowe oferowane w szpitalach [psychiatrycznych] nie sprzyjają prawidłowej realizacji praw pacjentów oraz celów leczenia i terapii, a nawet mogą zaszkodzić stanowi zdrowia pacjenta, jeśli będą utrzymywać się długotrwale – ogłosiła Justyna Lewandowska z biura Rzecznika Praw Obywatelskich po tym, jak przeprowadziło ono dwie wizytacje w szpitalach, do których trafiają pacjenci skierowani przez sąd.

Raport NIK ujawnił ponadto, że szpitale często nie przestrzegają procedur związanych z przyjmowaniem chorych bez ich zgody oraz stosowaniem środków przymusu bezpośredniego. Dr Balicki potwierdza, że nagłaśniane przez media patologie w lecznictwie psychiatrycznym są czymś więcej niż odosobnionymi przypadkami. Dlatego w czasie, gdy szefował resortowi zdrowia, wprowadził instytucję rzecznika pacjenta szpitala psychiatrycznego. Głośne przypadki placówek w radomskich Krychnowicach i Kocborowie (dzielnica Starogardu Gdańskiego), gdzie etatowi rzecznicy nie zapobiegli powtarzającym się nadużyciom, dają jednak podstawy do podejrzeń, że nie zawsze funkcjonuje ona, jak powinna. – W sprawozdaniu rzecznika praw pacjenta z 2010 r. jest mowa o zbiorowym naruszeniu praw pacjenta w szpitalu w Radomiu oraz że szpital jest w trakcie działań naprawczych, które powinny być kontrolowane przez tamtejszego rzecznika. Mamy 2012 r. i dochodzi tam do gwałtów i samobójstw – mówi Adam Sandauer, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”. – Wyraźnie widać, że w całym systemie jednak coś nie działa – konstatuje dr Balicki.

Sytuację utrudnia fakt, że osobom chorującym psychicznie jest szczególnie trudno walczyć o swoje prawa. – Instytucje państwowe często traktują doniesienia pacjentów szpitali psychiatrycznych jako mało wiarygodneubolewa Adam Sandauer.

Objawy towarzyszące

Niestety to nie koniec poważnych bolączek opieki psychiatrycznej. Brakuje telefonów zaufania i ośrodków interwencji kryzysowej, mimo że w wyniku samobójstw ginie co roku w Polsce tyle samo osób, co w wypadkach komunikacyjnych. W zasadzie nie istnieją tzw. mieszkania treningowe, w których grupy osób po kryzysie psychicznym mogłyby pod opieką trenerów przygotowywać się do samodzielnego życia. Nierozwiązanym problemem pozostaje kwestia dostępu do pełnego zakresu nowoczesnych farmaceutyków w przystępnych cenach. – W niektórych obszarach sytuacja się pogorszyła. Nie tylko dlatego, że nie wszystkie pożądane leki zostały wpisane na listy refundacyjne. Również z tego powodu, że państwo, czyli Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia, zaczęło bardzo ściśle kontrolować przepisywanie środków stosowanych w zaburzeniach psychicznych. Lekarze, słysząc kolejne informacje o tym, że ich koledzy zostali obłożeni wysokimi karami, podchodzą do wypisywania recept z nadmierną ostrożnością – mówi dr Balicki.

Podobnie jak w wielu innych krajach, poważnym problemem jest szczególny stosunek lekarzy innych specjalności do osób chorujących psychicznie. Stanowi on istotną część odpowiedzi na pytanie, dlaczego żyją one co najmniej 10 lat krócej niż średnia dla danej populacji. – Gdy taki pacjent zgłasza się do lekarza, jego dolegliwości są często z góry składane na karb zaburzeń psychicznych, czyli: „trochę przesadza albo wymyśla sobie chorobę”. Odsyła się go do psychiatry, choć może przecież równolegle cierpieć na choroby somatyczne, jak każdy inny człowiek – tłumaczy prof. Araszkiewicz. Chorujący psychicznie zapadają na nie wręcz częściej niż inni, jako osoby o „rozregulowanym” organizmie, na dodatek nierzadko niezdolne do prawidłowego dbania o zdrowie (np. w przypadku depresji). Dlatego jednym z ważnych zadań centrów zdrowia psychicznego ma być edukowanie lekarzy ogólnych w zakresie właściwego rozpoznawania zaburzeń psychicznych oraz współpracy z psychiatrami. – Jeśli lekarz opieki podstawowej ma wystarczającą wiedzę oraz informacje o pacjencie chorym psychicznie, może go nawet prowadzić, jedynie odwołując się do konsultacji psychiatrycznych. Częste wizyty u psychiatry mogą bowiem zwiększać poczucie stygmatyzacji chorobą psychiczną – przekonuje prof. Araszkiewicz.

W niedalekiej przyszłości prawdopodobny jest ponadto ostry kryzys kadrowy w lecznictwie psychiatrycznym. Zapotrzebowanie na usługi z tej sfery będzie rosło wraz z wiedzą na temat zdrowia psychicznego oraz nasilaniem się chorób cywilizacyjnych, takich jak depresja. Tymczasem już teraz 1/3 psychiatrów stanowią ludzie w wieku emerytalnym, a młodych do wyboru tego zawodu zniechęca m.in. wysokość płac, niższa niż w innych dziedzinach medycyny. – Podobne problemy dotyczą psychologów klinicznych, pielęgniarek psychiatrycznych, pracowników socjalnych czy psychologów zatrudnionych na różnych stanowiskach w ochronie zdrowia psychicznego. Tymczasem liczba pracowników każdej z tych specjalności mogłaby ulec podwojeniu i nadal mieliby co robić – zapewnia prof. Wciórka.

Gorzki kawałek tortu

Mimo wszystkich zarysowanych problemów oraz faktu, że choroby psychiczne stanowią jedną z głównych przyczyn niepełnosprawności i przedwczesnych zgonów, spada udział psychiatrii w wydatkach NFZ.W 2009 r. z całego „tortu” skierowanego na opiekę medyczną przeznaczono na leczenie psychiatryczne oraz leczenie uzależnień zaledwie 3,9%. W kolejnych latach jeszcze mniej – ok. 3% – mimo że Sejm w nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia psychicznego założył, że w najbliższym czasie wskaźnik ten osiągnie poziom co najmniej 5% – zwraca uwagę prof. Araszkiewicz. Podkreśla on, że w innych krajach, nawet gorzej sytuowanych niż Polska, wynosi on od 5 do 12%. – Wynika to z większej siły przebicia innych specjalności, kojarzonych z ratowaniem życia, jak onkologia czy kardiologia. Można to zaobserwować również w dyskusji o refundacji leków: grupy nacisku związane z tymi specjalnościami są w naturalny sposób silniejsze – komentuje Wanda Langiewicz.

Niedostateczne finansowanie to nie jedyny hamulec zmian na lepsze. – Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego został uchwalony przez Sejm pod koniec 2010 r., a jego realizacja miała się rozpocząć w styczniu 2011 r. Tymczasem przepisy wykonawcze ujrzały światło dzienne po 2 latach od przyjęcia dokumentu. To pokazuje poziom zainteresowania decydentów taką problematyką – irytuje się prof. Araszkiewicz. Zdaniem doc. Prot-Klinger również w środowisku medycznym bardzo niewiele osób autentycznie dąży do reformy. – Wszystkim jest tak naprawdę wygodniej, że jej nie ma. Wytworzył się pewien układ, słyszy się pytanie „dlaczego zmieniać?”. No i jest, jak jest. Podobne odczucia ma Wanda Langiewicz. – Bardzo trudno jest przekształcić zastane formy, zwłaszcza że duże szpitale są jednocześnie dużymi pracodawcami.

Z kolei zdaniem prof. Wciórki wśród przeszkód, na które napotyka realizacja Narodowego Programu, najpoważniejsze dotyczą aksjologii i świadomości społecznej. – Kwestia zdrowia psychicznego od lat jest traktowana bez zrozumienia, z lekceważeniem. Nikt o tych sprawach nie mówi, nie edukuje, w związku z czym kwitną fałszywe wyobrażenia i negatywnie zabarwione stereotypy.Jeśli się słyszy o psychiatrii, to o tym, że jakiś polityk rzekomo „nadaje się do leczenia psychiatrycznego”, albo wówczas, kiedy coś złego wydarzy się na oddziale dziecięcym. Wtedy następuje przypływ społecznego zainteresowania i krokodylich łez, po czym nadal zajmujemy się głównie potrzebami, które są lepiej rozumiane i chętniej słyszane.

Profesora boli, że niemal nie wspomina się o tym, iż rzeczywistość chorujących psychicznie jest nasycona olbrzymim cierpieniem, związanym nie tylko z chorobą, ale też tym, że się ich porzuca, marginalizuje, wyklucza. Mało kto myśli o nich z troską i poczuciem, że trzeba im zaoferować pomoc. – Dopóki nie pokona się tej bariery, co będzie trudne, ciężko oczekiwać prawdziwego przypływu entuzjazmu realizacyjnego w zakresie działań politycznych, organizacyjnych i finansowych.

Którędy do sanacji?

Zdaniem specjalistów nie ma potrzeby wymyślać nowego modelu opieki psychiatrycznej, gdyż Narodowy Program jest dobrym dokumentem. Dr Balicki jednak dodaje, że należałoby pilnie przygotować rządowy raport o stanie psychiatrii – pozwoliłby on na ewaluację opóźnień w realizowanych reformach oraz dokonanie korekt w zakresie konkretnych narzędzi czy harmonogramów.

Bez wątpienia potrzebne są efektywne mechanizmy planowania i koordynacji, a także te wymuszające egzekucję zapisów Narodowego Programu. – Powstały Wojewódzkie Rady Zdrowia Psychicznego, jednak bez uprawnień władczych. Nie ma mechanizmu, który by zagwarantował, że zespoły leczenia środowiskowego powstaną w każdym powiecie, że będą tworzone oddziały psychiatryczne przy szpitalach ogólnych.Brak również instytucji mogącej zdecydować, w którym roku ile takich oddziałów powstanie – uzasadnia Balicki. „Rozproszenie organizacyjne” jest jedną z zasadniczych barier dla powstawania centrów zdrowia psychicznego. – Centrum ma składać się z „cegiełek”, które stanowią różne formy opieki. Ich integracji nie sprzyja oddzielne finansowanie każdej z nich – wskazuje Wanda Langiewicz.

Może się ponadto okazać, że odczuwalne zmiany w lecznictwie psychiatrycznym nie będą możliwe bez zdecydowanego nacisku na decydentów. Na razie jednak szeroka opinia publiczna nie uważa zmian w tej sferze za priorytet, a samoorganizacja pacjentów jest utrudniona. Osoby, które w programie współprowadzonym przez doc. Prot-Klinger w Radiu TOK FM opowiadają o doświadczeniu choroby psychicznej, nie chcą nawet ujawniać nazwisk. – Chorujących psychicznie wciąż jeszcze dotyka bardzo silna stygmatyzacja społeczna, dlatego tym ludziom nie jest łatwo mówić publicznie o swoich sprawach – komentuje prowadząca audycję. – Tymczasem w wielu krajach reforma lecznictwa psychiatrycznego odbyła się dlatego, że powstały silne organizacje pacjentów. W Polsce ich głos jest jeszcze bardzo słabo słyszalny, więc nie mają przełożenia na żadne decyzje.

Z kolei Wanda Langiewicz podkreśla znaczenie wzrostu świadomości samorządów. – Powinny popatrzeć na to, kim są i gdzie się leczą „ich” pacjenci, a następnie zrozumieć, jak dużo można dla nich zrobić na miejscu, poprzez wsparcie w środowisku rodzinnym i społecznym. Samorządy muszą dostrzec, że to jest ich sprawa.

***

Nie chcę wpadać w biadający ton, ale sytuacja jest dramatyczna.Problemów, które drzemią pod powierzchnią i w każdej chwili mogą zaowocować takimi wydarzeniami jak w Kocborowie czy Radomiu, jest mnóstwo – podsumowuje prof. Wciórka. – One są na razie zepchnięte w niebyt publiczny, ale prędzej czy później się ujawnią.

Michał Sobczyk

współpraca Magda Wrzesień

Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Kościół (z) ulicy

Na ubogich nie czekają w kościołach ani zborach. Są radykalni i wiedzą, że ci, „którzy się źle mają”, nieczęsto sami przychodzą szukać pomocy. Wychodzą więc do nich tam, gdzie jest ich wielu. Na ulicę. W centrum wielkiego miasta, w radosnych nabożeństwach głoszą Ewangelię, która ma postać zarówno słowa, jak i posiłku. Nawracają i karmią. I nieważne już, że ich świątynie pozostają wtedy puste.

Plac przy stacji metra Centrum w Warszawie – popularny „dołek” lub „patelnia”. Grupa młodych ludzi rozstawia sprzęt nagłośnieniowy. Jest perkusja, klawisze oraz mały zespół wokalny. Ustawiony na stoliku, prosty, drewniany krzyż przyciąga uwagę. Na środku stoi małe, jakby przedszkolne, białe krzesełko. To centralny punkt Kościoła Ulicznego. Stojąc ledwie 30 centymetrów nad ziemią, kolejni ludzie opowiadają o swoim życiu lub głoszą Ewangelię. Wejście na tę mównicę musi wymagać nielichej odwagi.

——

Ta opowieść jest opowieścią o Bogu. Wszyscy zaangażowani w Kościół Uliczny mówią bowiem głównie o Nim.

Koniecpolska 33. Kilka niedużych budynków. Po posesji biega suczka, imieniem Nika. Należy do jednego z wychowawców ośrodka dla bezdomnych „Nowy Początek”. Przyszedłem spotkać się z Pawłem Bukałą, jego dyrektorem, a także niekwestionowanym liderem Kościoła Ulicznego w Warszawie. Wielu mieszkańców trafiło do ośrodka przez nabożeństwa przy metrze Centrum. Ci, z którymi rozmawiam, cytują te same fragmenty Pisma, które często przywołuje Paweł. Widać, że cieszy się ich szacunkiem.

Wchodzę do dużej sali z długim, stojącym na środku stołem. Nad wejściem do pokoju wychowawców wisi tabliczka z napisem „Żyjcie Ewangelią”. Po drugiej stronie sali – krzyż. Nieduży telewizor, w rogu złożony stół pingpongowy. Na tablicy regulamin, daty urodzin uczestników i zasady wspólnego życia w ośrodku.

Gabinet Pawła. Dwa skórzane fotele, biurko z komputerem i półka z książkami. Wchodzi Krzysiek – jeden z mieszkańców. Na całych rękach tatuaże, uwagę zwraca zwłaszcza jeden: „Kocham Cię, Mamo”. Rozmawia chwilę z Pawłem o kolejnej książce do przeczytania. – Chciałbym, żebyś pociągnął temat Dziejów Apostolskich – mówi Bukała. Zapraszają mnie na obiad: ziemniaki z gulaszem i buraczki. W trakcie posiłku rozmawiają o nabożeństwie z poprzedniego dnia.

——

Mężczyzna w średnim wieku bierze mikrofon i zaczyna mówić. O uzdrowieniach i wiecznym prawie Biblii, którego nikt nie powinien kwestionować. Jak prawa grawitacji. – Oddaję Chrystusowi chwałę w tym mieście! Ogłaszam, że śmierć jest pokonana! Że Szatan jest pokonany! Że zło jest pokonane! – wykrzykuje, niekiedy przesadzając z natężeniem głosu. W tłum ruszają ludzie. Rozdają materiały. W ciągu półtorej godziny dostałem: Nowy Testament, broszurki Kościoła Zielonoświątkowego: „Droga do Boga” i „Pomoc z góry”, ulotkę Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej oraz Ewangelię według św. Jana wraz z listem do Rzymian. Część ludzi traktuje je jak ulotki. W okolicznych koszach można potem trafić na egzemplarze Pisma Świętego.

——

Paweł Bukała, 32 lata, pochodzi z Rzeszowa. Jego historia to materiał na osobny tekst. – Ktoś mi kiedyś powiedział, żebym napisał książkę – mówi. W trakcie rozmowy często wpada w dygresje, ewangelizacja bowiem to jego żywioł. Opowiada o istocie człowieka, demonach, chrzcie, Piśmie. Podczas spotkania kilka razy wyraża obawę, że jego opowieść kogoś zgorszy albo że zostanie uznany za sekciarza. Albo że nikt mu nie uwierzy.

Gdy miał 14 lat, usłyszał kazanie, które zmieniło jego myślenie. Czy gdyby Jezus ci się objawił i powiedział: zostaw to wszystko, czy byłbyś w stanie pójść za Nim? – pytał ksiądz proboszcz. Paweł chciał. Ale oddanie życia Bogu nie przyszło łatwo. Zaczął się alkohol, marihuana i grzyby halucynogenne. Fascynował się Jimem Morrisonem, Arthurem Rimbaud czy Witkacym. Zainteresował się buddyzmem. Szukał prawdy. – Osoba Jezusa cały czas była dla mnie ważna, nie mogłem tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie rozumiałem, dlaczego nie jestem w stanie uwolnić się od myśli o Nim.

Przemianę przeżył na festiwalu muzycznym Slot Art Festival. Występował zespół No Longer Music z charyzmatycznym liderem – Davidem Piercem – który głosił Ewangelię podczas i poza koncertami. To wtedy Paweł postanowił znów spróbować. Wyszedł do modlitwy. Długo siedział samotnie pod drzewem. Skończył z narkotykami.

Wrócił do Kościoła katolickiego, jednak czuł w nim pustkę. – Słowa tylko odbijały się od ścian. W końcu wrócił do nałogów. Postanowił jeszcze raz pojechać na Slot, szukając dla siebie innego miejsca. Związał się z bezwyznaniową wspólnotą, w końcu trafił do Kościoła Bożego W Chrystusie. Rodzina kompletnie tego nie rozumiała, wyzywała od sekciarzy.

Po pracy przychodził na rzeszowską Górę Rocha. Tam ponownie spotkał się z Bogiem: Usłyszałem głos głęboko w moim duchu: „usiądź, ja będę do ciebie mówił. Pojedziesz do wielkiego miasta i będziesz podnosił bezdomnych”. Pojechał do Warszawy i przyłączył się do grupy streetworkerów, chodzących po ulicy i rozdających kanapki. Ewangelizował. Wkrótce przejął liderowanie grupą. – Wychodząc na ulicę, modliłem się: „Boże, daj więcej, poszerzaj moje granice”. Chciałem czegoś większego.

W końcu uznał, że formą odpowiednią dla niego będzie działalność podobna do tego, co w Calgary robi Artur Pawłowski. Szukał kogoś, kto by go poprowadził, pomógł mu. W tym czasie do Polski przyjechał sam Pawłowski. Razem zorganizowali pierwsze spotkanie Kościoła Ulicznego w Warszawie.

To był 1 września 2010. Lało. Cały dzień dzwoniły telefony, trwały narady, czy nie odwołać spotkania. – Jeżeli mówimy, że będziemy, to musimy być, niezależnie od temperatury, deszczu czy śniegu. Bezdomni nie mają takiego wyboru jak my.Powiedziałem wtedy stanowczo, że nie rezygnujemy ze spotkania – wspomina Pawłowski.

——

Na krzesełko wchodzi Bukała. – Poproszę dziś człowieka, który jeszcze niedawno przyszedł tu o kulach, a dziś chodzi, bo Bóg go uzdrowił. Bóg rozdaje tym, którzy Go pragną. Do przemawiającego podchodzi młody, krępy mężczyzna. Chwilę rozmawiają. Bukała kontynuuje: Kolega zapytał, co dzieje się z małymi dziećmi, które umierają. Idą do nieba. Bóg kocha niewinne istoty. Zaczyna recytować fragment z listu świętego Pawła. Młoda kobieta w zielonej kurtce z zamkniętymi oczami powtarza razem z nim.

——

Właśnie. Artur Pawłowski, bohater głośnego radiowego reportażu „Adwokat Ulicy”. Rozmawiamy przez telefon, dzwoni do mnie z Calgary w Kanadzie. Z Polski wyjechał ponad 20 lat temu. Robi czasem błędy, bezwiednie wplata do wypowiedzi angielskie słowa.

Po krótkim pobycie w klasztorze wyjechał do Grecji. Tam poznał żonę, też Polkę. Rozkręcił biznes budowlany i szybko dorobił się fortuny. Po wyjeździe do Kanady, oszukany przez kontrahentów, stracił wszystko, by ponownie się odbić. Gdy urodził mu się syn, lekarze proponowali odłączyć go od aparatury, gdyż nie miał szans na przeżycie. – Wszedłem w totalną rebelię przeciwko Bogu. Doznał wizji. Widział Jezusa w Ogrodzie Getsemani. Zawierzył i złożył deklarację: „będę Ci służył do końca życia”. Jego syn żyje do dziś i normalnie funkcjonuje.

Byłem przez parę lat starszym zboru. Zapraszaliśmy bezdomnych na nasze obiady, ale cały czas myślałem, że coś z naszym Kościołem jest nie tak – wspomina. – Byliśmy nastawieni na to, co dzieje się wewnątrz, między nami, a nie na zewnątrz, gdzie działał Jezus. Kontrast między tym, co robił mój Kościół, a tym, o czym czytałem w Biblii, był tak drastyczny, że nie wytrzymałem i musiałem wyjść na ulicę, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście Bóg będzie przyznawał się do pracy poza czterema ścianami. Pojawiły się uzdrowienia, zaczęliśmy przywozić jedzenie, ludzie zaczęli się otwierać. Począwszy od kilku osób na pierwszym spotkaniu, dziś przychodzi ich nawet kilkaset.

——

Zespół zaczyna śpiewać i grać „Alleluja”. Dyskretny ochroniarz krąży wokół sprzętu i wykonawców. Formują się już dwie kolejki bezdomnych – jedna do ciepłego posiłku, druga do kawy i herbaty. Ale muszą jeszcze poczekać. Stoją w rzędach, by nie stracić swojego miejsca. Niektórzy rozmawiają, inni słuchają. Często słychać pytanie: „Gdzie rozdają numerki?”. Pojawia mi się wątpliwość, czy nie są stygmatyzowani, stojąc tak przez godzinę przed początkiem rozdawania jedzenia.

——

Spotkania Kościoła Ulicznego w Szczecinie odbywają się na Placu Grunwaldzkim, a jego liderem jest Zdzisław Michejów.

Na pomysł zorganizowania u nas Kościoła Ulicznego wpadliśmy przez kontakty z Pawłem Bukałą – wspomina. – Wcześniej przez dwa lata karmiliśmy ludzi bezdomnych i potrzebujących w siedzibie Kościoła Chrystus Dla Wszystkich. Wiosną odwiedzili nas Artur Pawłowski i Paweł z grupą wolontariuszy. I tak zaczęliśmy.

Komentarz pod tekstem o Kościele Ulicznym w portalu natemat.pl: Gdyby tylko podawano im kubek ciepłej zupy, bez „ewangelizacji”, podobałoby mi się to jeszcze bardziej. Nie wiem, czemu w Polsce tak trudno się przyjmuje, że sam gest miłości jest już ewangelizacją, jest zbawienny.

Gdy człowiek jest poraniony i go przytulisz, to zwykle się usztywnia, bo nie wie, co to jest miłość. W pierwszej chwili musisz zaspokoić jego najprostsze potrzeby: głód, miejsce do spania – mówi Bukała. – Ale nie jesteśmy akcją charytatywną. Dajemy ludziom posiłek, ale głosimy przy tym Ewangelię. Bezdomni czekają w kolejkach, gdyż, jak wynika z doświadczenia Pawła, dla wielu z nich uzależnienie jest silniejsze: chcieliby szybko zjeść, a potem polecieć za róg wypić flaszkę. – Czekając na jedzenie, niech posłuchają Słowa, które może ich zmienić. Danie miski zupy to za mało.

Jedno z drugim nie kłóci się Pawłowskiemu. – Chcemy przekazywać potrzebującym namacalną Ewangelię. Jesteś głodny? Mój Bóg cię kocha: nakarmię cię. Potrzebujesz ubrania? Postaramy się coś zorganizować. Kiedyś przyszedł do mnie bezdomny i powiedział: „Takich jak ty było wielu. Przyjeżdżali, robili zdjęcia, kręcili filmy i znikali. Będziemy cię obserwować”. Przyszła zima, temperatury minus trzydzieści stopni, a oni nadal nas obserwowali. Na wiosnę ten sam człowiek przyszedł do mnie, płacząc. Kościół Uliczny to nie jest chrześcijańskie show dla fajnego programu dokumentalnego czy zdjęć w biuletynie.

——

Zaczynają się kolejne radosne śpiewy, trochę w stylu gospel. Prowadzący przekonuje: Każdy z was ma za co dziękować Bogu! Zaczyna śpiewać: „Zasługujesz chwałę wziąć”. Zespół wokalny buja się na boki, skacze. Bukała woła: Chrystus jest wielki, potężny, może wyciągnąć człowieka ze śmietniska i posadzić pośród książąt. Może jesteś bezdomny i brakuje ci wszystkiego. Może opływasz w pieniądze, ale w środku czujesz pustkę.

——

Bukała widuje na spotkaniach Kościoła Ulicznego biznesmenów, dziennikarzy, reżyserów. – Myślę, że to jest wielkie błogosławieństwo dla ludzi w mieście, że mogą przyjść, posłuchać tego, co mówimy.

Kacper, przechodzień w średnim wieku, komentuje: Myślę, że chcą zbyt wiele srok złapać za ogon. Trudno jednocześnie mówić do bezdomnych i bogatych, jednocześnie głosić, śpiewać i karmić. To wszystko sprawia wrażenie wielkiego chaosu i braku planu.

Ale Pawłowski przekonuje: Kościół Uliczny jest tylko stacją, przystankiem, na którym ludzie się zatrzymują w biegu. Bez względu na to, czy mają pieniądze, czy są na ulicy. A my jesteśmy drogowskazem. Albo wsiądziesz do tego pociągu, albo do innego. Zachęcamy, by wsiedli do pociągu z Bogiem, z nadzieją, by zaczęli swoje życie od początku.

——

Wśród ludzi zaczynają się dyskusje. Młoda dziewczyna opowiada koledze, chyba z innego miasta, o co chodzi w tym wydarzeniu, namawia go, by chwilę postali i posłuchali, ale ten ją odciąga. Część przechodniów zatrzymuje się na chwilę i odchodzi. Inni zostają dłużej. Niektórzy nawet nie zwrócą uwagi na Kościół Uliczny. Jeden chłopak większość spotkania nagrywa komórką. Bezdomny siada blisko zespołu na kocu i często krzyczy „Alleluja”.

——

Gerard pochodzi z Krakowa. Lat 40. Mając 12, zaczął pić, w uzależnienie wpadł jeszcze przed osiemnastką. Jak na kogoś, kto nie skończył żadnej szkoły, wykazuje się niezwykłą kulturą słowa. W ośrodku Bukały od ośmiu miesięcy.

Mówiąc o mojej drodze, będę mówił o Bogu. Spotkałem się z Nim, zanim przyszedłem tutaj. Zawsze była we mnie tęsknota za Bogiem, ale myślałem, że nie jest mną zainteresowany. Pewnego razu trafiłem do domu dla osób bezdomnych prowadzonego przez osoby z Kościoła zielonoświątkowego. Zacząłem czytać Słowo i któregoś dnia spotkałem się z Jezusem Chrystusem. Zacząłem myśleć, kim On jest dla mnie? Sam Bóg, jak kupiec, który dla jednej perły zostawił cały majątek, zaryzykował wszystko dla mnie, bo to właśnie mnie uznał za tę bezcenną perłę.

Wciąż nie mogłem poradzić sobie z alkoholem, zdarzały mi się upadki. Przyjechałem tutaj, żeby popracować jeszcze nad sobą, żeby dotrzeć do swojego wnętrza i dowiedzieć się, dlaczego to jeszcze nie ten dzień. Kilka razy byłem na Kościele Ulicznym, pomagałem rozkładać sprzęt, pakować, rozlewałem kawę i herbatę. Kiedyś bardzo nerwowo reagowałem, gdy byłem trzeźwy, a rozmawiałem z kimś pod wpływem alkoholu. Teraz wewnątrz mnie jest spokój.

Bóg doprowadził do tego, że pokochałem się z moją mamą, choć od dzieciństwa wzajemnie się nienawidziliśmy. Gdy już poznałem Boga, była śmiertelnie chora. Mogłaby żyć dalej, ale musiałaby zrezygnować z alkoholu, papierosów i psychotropów, a nie umiała tego zrobić. Mówiłem jej dużo o Panu Jezusie. Spędziłem z nią osiem ostatnich miesięcy jej życia. To było coś niesamowitego. Bóg zamienił nienawiść w miłość.

Moi obaj bracia siedzą w więzieniu. Marzę o tym, by również oni spotkali się z Jezusem. Po terapii chciałbym skończyć szkołę średnią i studiować teologię lub poradnictwo chrześcijańskie.

——

Na krzesełko wchodzi Ryszard, starszy mężczyzna. Opowiada, jak przyszedł kilka tygodni wcześniej na Kościół Uliczny, jeszcze o kulach. Słuchał. Dotknęło go. Podszedł do Marty, żony Bukały, bo miała takie przekonujące wystąpienie i pomyślałem, że coś w tym jest. Poprosił o modlitwę. Po jakimś czasie zaczął chodzić o własnych siłach. Dziś mieszka z siostrą, nie jest bezdomny. Ktoś z tłumu krzyczy: Przestał pić, to wstał! W ciągu całego spotkania słychać wiele szyderczych uwag, przedrzeźniania i pogardliwych docinków.

——

Ludzie reagują na nas głównie obojętnością. Nie ma w nich pogardy ani agresji. Jedynie pojedyncze osoby zatrzymują się, by posłuchać i porozmawiać – mówi Michejów.

Jednak na spotkaniach Kościoła Ulicznego w Warszawie dochodzi niekiedy do niemiłych incydentów. Głównie są to wulgaryzmy, ale jeden pastor dostał też cios głową w twarz. Bukale próbowano wyrywać mikrofon, zdarzały się przepychanki.

Widzę wiele zranionych serc, które gwałtownie reagują na Słowo Boże – mówi Gerard. – Dwa razy przychodził człowiek, któremu umarło dziecko. Wołał w gniewie: „Gdzie był Bóg?!”. Trzeba z ludźmi rozmawiać. Większość z nich się zatrzymuje, słuchają, niektórzy płaczą. Przystają choćby na chwilę.

Maja, studentka przechodząca obok, komentuje: To zbytnie narzucanie się, może nawet brak tolerancji. Chcą na siłę wszystkim wcisnąć swoją prawdę. Za dużo w tym działaniu euforii, jakby chcieli wszystkich porwać hasłem i nie zastanowili się, że bez czegoś więcej hasło budzi tylko podejrzliwość i sceptycyzm. Na pewno takie głoszenie wymaga odwagi, ale zakrawającej na ekshibicjonizm.

——

Ryszard przekonuje, że to, co go w życiu spotkało, było karą za grzechy. Bardzo szybko do akcji wkracza Bukała i prostuje: Bóg nie karze chorobami i nieszczęściami. To diabeł! Nie należy myśleć, że to kara za nasze słabości. Na krzesełko znów wchodzi jego żona, Marta, i zaczyna opowiadać. O swoim dzieciństwie, pełnym przemocy, strachu i uzależnień. – To nie my uzdrawiamy, to Bóg uzdrawia. A Duch Święty podpowiada mi, co mam dziś mówić.

——

Czekając na jednego z moich rozmówców, który wracał z innego spotkania, przyglądam się regulaminowi. Mieszkańcy ośrodka szykują się do pracy. Jeden z nich, który dziś zajmuje się ulotkami Kościoła Ulicznego, pyta wychowawcę, czy może puścić chrześcijańskie piosenki.

Regulamin jest, jak przyznają sami mieszkańcy ośrodka, surowy. Niektóre jego punkty dotyczą codziennego funkcjonowania, jak gaszenia światła czy oszczędzania wody. Ale podstawową zasadą życia w ośrodku jest „pełna jawność i szczerość”. Personel może w dowolnym momencie poddać mieszkańca testom na obecność substancji psychoaktywnych, kontrolować jego korespondencję, być obecnym przy rozmowach telefonicznych oraz przeprowadzać kontrole w pokojach. Za nieprzestrzeganie regulaminu można wylecieć z ośrodka, zostać ukaranym godziną pracy dodatkowej lub, w przypadku wulgaryzmów, przed posiłkiem recytować z pamięci fragment z listu św. Jakuba o wstrzemięźliwości języka.

Terapia podzielona jest na trzy etapy, różniące się od siebie celami, a także przywilejami. Część z nich dotyczy długości przepustek, częstotliwości rozmów telefonicznych, wpływu na życie ośrodka, a także możliwości picia kawy i herbaty. – Kościół Uliczny to początek. Konkretniejsza praca z człowiekiem zaczyna się w ośrodku – mówi Bukała. – Musimy dbać o balans między terapią i Słowem. Chcemy zajmować się człowiekiem w sposób kompletny. Pawłowski dodaje: Słowo Boże ma największą siłę. Bóg jest tak mocny, że każdego może uwolnić od uzależnień. Mój brat był uzależniony przez dziesięć lat, a w ciągu jednej sekundy został wyleczony.

Terapia w ośrodku trwa dwanaście miesięcy i dwa tygodnie. Po tym czasie mieszkaniec może skorzystać z hostelu, który mieści się w drugim budynku na posesji. Zaczyna szukać pracy. Hostel jest tani, ale nie darmowy. Jego mieszkaniec sam musi opłacić czynsz i media. Ideałem jest, gdy po sześciu miesiącach może przenieść się „na swoje”. Dziś w hostelu mieszka jedna osoba.

——

Na krzesełku znów staje Bukała. – Robimy z siebie oszołomów, robimy z siebie pośmiewisko, żeby głosić Chrystusa! Gdzie dziś byłby Chrystus? Czy byłby w super-ładnym kościółku, czy na ulicy? Znów rozlega się pieśń: „Jezus, Jezus królem jest”. Po przeszło godzinie od rozpoczęcia spotkania rozpoczyna się rozdawanie posiłku – kalafiorowej – oraz ciepłych napojów. Niektórzy stojący w kolejce próbują się przemknąć, nie oddając numerka, ale rozdający zupę twardo tego pilnują.

——

Marcin Krupa, lat 27. Pochodzi z Polkowic, wychowywał się bez ojca – zamordowano go, gdy Marcin miał 13 lat. Był ministrantem i lektorem. Zaczął ćpać, potem zajął się dilerką, rok później trafił do poprawczaka, niedługo potem, za pobicie policjanta i napad, do więzienia. Często odwołuje się do Biblii. Szybko zaczynamy mówić sobie po imieniu. Od siedmiu miesięcy w ośrodku.

Szybko zacząłem grypsować. Więzienie przestało być dla mnie strasznym miejscem. Obrosłem w piórka. Po dwóch latach wyszedłem i wpadłem w amfetaminę, która zabrała mi wszystkie plany. Znów zacząłem handlować narkotykami. Pijąc w towarzystwie recydywistów, dowiedziałem się, że jeden z kolegów psuje moją reputację na mieście. Walcząc o swój honor, pijany wtargnąłem do jego mieszkania. O mało nie zadźgałem faceta, cud, że nie trafiłem w aortę. Znów mnie zamknęli. Przestało być miło. Więzienny marazm mnie przygnębiał. Ktoś mi powiedział, że jeśli chcę spotkać się z kolegą z innego pawilonu, to mogę zapisać się na spotkanie do zielonoświątkowców. Poszedłem. Skoro już tam siedziałem, to i słuchałem.

Po czterech i pół roku wyszedłem i pojechałem do Berlina, do siostry. Zaczęły się pieniądze, dziewczyny, domy publiczne, alkohol. Łatwe, hulaszcze życie, wymuszanie haraczy, odbiór długów. Siostra wyrzuciła mnie z domu i tak trafiłem na ulicę. W końcu trafiłem do Warszawy, do Pawła. Pierwsze miesiące były ciężkie, bo alkohol wychodził ze mnie, nie mogłem się odnaleźć.

Poszedłem na nabożeństwo. Pokuta zaczęła napływać do mojego życia, płakałem, wyznawałem grzechy, przepraszałem Boga. Poszedłem do pokoju z wychowawcą i modliliśmy się, żeby Duch na mnie zstąpił. Krzyczałem, modliłem się. Od kiedy jestem z Bogiem, każdy dzień jest dla mnie ważny. Bóg uwolnił mnie też od myśli erotycznych. Zostałem uwolniony od alkoholu, narkotyków, agresji.

Nie jestem tutaj po to, żeby przezimować: mam mieszkanie w Polkowicach, gdzie mieszka moja mama, i mógłbym się tam wprowadzić. Ale wiem, że gdybym wrócił do Polkowic, to nic by mi to nie dało. Nigdy nie skończyłem czegoś, co raz zacząłem.

Chciałbym pracować wśród dzieci. Dziś gotuję czasem dla Kościoła Ulicznego.

——

Bukała woła: Podziękujcie za ten posiłek. To najlepsza restauracja w mieście! Jadłem dziś tę zupę, jest znakomita. Zaczyna się kolejna pieśń, tym razem „Hosanna”. Solistka fałszuje, ale melodia porywa do tańca jednego z bezdomnych (tego, który krzyczał dotąd „Alleluja”). Podchodzi do zespołu, zaczyna się bujać. Jeden z uczestników Kościoła Ulicznego prosi go, by odszedł nieco dalej i nie przeszkadzał śpiewającym.

——

Komentarz pod artykułem w natemat.pl: Kubek ciepłej zupy podaje się bezdomnemu na co dzień w wielu innych Kościołach i nie robi się wokół tego takiego show. Nie, nie robią nic złego – ba, wręcz coś dobrego. Ale wielu innych robi to samo po cichu.

Jesteśmy dumni z poselstwa, które głosimy – zapewnia jednak Michejów. – Wierzymy, że ma ono moc zmieniać ludzkie życie.

Michał. Urodził się w małym miasteczku pod Lublinem, w domu pełnym alkoholu i przemocy. W wieku 14 lat zaczął pić, szybko wpadł po uszy. Pobyt w wojsku skończył z wyrokiem za pobicie cywila. Ma syna, którego nigdy nie widział. W ośrodku od 8 miesięcy.

Nie byłbym w tym miejscu, gdybym nie poznał Boga. W wieku 17 lat nie potrafiłem się bawić na trzeźwego, wchodziłem do bufetu i musieli mnie z niego wynosić. Zacząłem uciekać z domu, żeby być zauważanym, ale szukano mnie tylko raz. W końcu nie wróciłem.

Poszedłem do wojska, gdzie było picie na maksa. Uciekałem, nie wracałem z przepustek. Miałem pracę, byłem kierowcą, ale potrafiłem pić do pierwszej w nocy i o czwartej siadać za kierownicą. Poznałem w wojsku dziewczynę, ale zostawiłem ją dla picia, dla Szatana. Nie zależało mi na niczym. W więzieniu poszedłem na terapię, ale po wyjściu wróciłem do alkoholu. Pojechałem do Warszawy z myślą, że jeszcze im wszystkim pokażę. Piłem nawet denaturat. Któregoś dnia przechodziłem przy metrze Centrum i trafiłem na nabożeństwo Kościoła Ulicznego. Pierwsze pytanie, które im zadałem, brzmiało: kim wy jesteście? Odpowiedzieli, że chrześcijanami. Pomyślałem, że to chyba coś dla mnie. Byłem zdesperowany, zrobiłem kilka świeckich terapii, byłem nawet w szpitalu psychiatrycznym. Wiedziałem, że jeżeli Bóg mi nie pomoże, to nic mi nie pomoże.

Po dwóch miesiącach spróbowałem nawiązać kontakt z rodziną. Zadzwonił telefon: tata jest w szpitalu po wylewie. Pojechałem do niego, a po dwóch tygodniach zmarł. Nie mogłem sobie z tym poradzić i opuściłem ośrodek. Wychodząc za furtkę, już wiedziałem, że źle zrobiłem. Wylądowałem znowu na ulicy. Pojechałem do Berlina. Trafiłem na noclegownię, gdzie pracowało dużo Polaków. Po rozmowie z opiekunką postanowiłem wrócić do Warszawy. Jechałem z przekonaniem, że Paweł mnie nie przyjmie, wyśle mnie do innego ośrodka. Ale było inaczej. Po powrocie miałem pracę do napisania: „Dlaczego opuściłem ośrodek?”.

Zacząłem od nowa nawiązywać relację z mamą. Wybaczyła mi te wszystkie rzeczy, które zrobiłem. Chciałbym też odzyskać kontakt z synem. Wiem, jak bardzo skrzywdziłem tę dziewczynę i tego chłopca. Nigdzie nie zaznałem tyle miłości co tutaj. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Ale zmienianie charakteru musi boleć.

——

Na krzesełku staje Sebastian, potężnie zbudowany, wysoki mężczyzna. Zaczyna opowiadać o swoim życiu. Ciągle brakowało mu wrażeń. Wpadł w alkohol, narkotyki, był skinem. Jak mówi, pił, bił i ćpał. Jego szwagierka, mieszkająca w Stanach i związana z tamtejszą wspólnotą protestancką, poprosiła go, by kupił jej kasety z kazaniami pewnego pastora. Sprzedaż odbywała się podczas nabożeństw. Po kilku wizytach zaczął się zmieniać, choć bardzo powoli, trwało to parę lat. – Tam było inaczej niż w kościele katolickim. Z całego jego wystąpienia wybrzmiewa nuta wyraźnie opozycyjna wobec katolicyzmu, prawie wroga.

——

Zapraszamy do współpracy również katolików. Od początku zależało nam, żeby nikt nie utożsamiał naszej działalności z żadnym Kościołem. Gdy ktoś mnie pyta, kim jestem, odpowiadam: chrześcijaninem – przekonuje Bukała. Jednak nie wszędzie tak to wygląda. Michejów mówi wprost: Jesteśmy otwarci na współpracę, ale tylko w gronie wspólnot Kościołów w nurcie ewangelicznym. Nie będziemy wychodzili poza to środowisko.

Artur Pawłowski opowiada zaś, że każdemu, kto przychodzi i chce służyć w Kościele Ulicznym w Calgary, zadaje tylko dwa pytania: „czy kocha Jezusa Chrystusa?” i „czy kocha tych ludzi?”. – Nic więcej mnie nie interesuje.

——

Bukała namawia do podchodzenia do osób z żółtymi smyczami na szyi i proszenia o modlitwę. Niektórzy podchodzą. Członkowie Kościoła Ulicznego kładą na nich ręce i głośno się modlą, niekiedy w dwie osoby. Zabrakło mi przekonania, by podejść. To nie dla mnie. Nie chciałem tego robić wyłącznie z dziennikarskiego obowiązku.

——

Liczby:

  • 20 000 – posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Warszawie.
  • 200 000 posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Calgary.
  • 12 wspólnot chrześcijan ewangelicznie wierzących zaangażowanych jest w Kościół Uliczny w Warszawie.
  • 500 złotych kosztuje miesięczny pobyt jednego mieszkańca w ośrodku „Nowy Początek”.
  • 4 razy w tygodniu odbywają się nabożeństwa Kościoła Ulicznego w Calgary.

——

Kolejne śpiewy. Słowa: „Twoja miłość jak ciepły deszcz” niosą się po dołku w centrum. Spotkanie powoli się kończy. Myślę o tym wszystkim, co widziałem i usłyszałem. Nie wiem, czy taka formuła społecznego zaangażowania, manifestowania swojej wiary w świecie i ewangelizacji jest najlepsza. Ale na pewno może być inspiracją dla przedstawicieli innych wspólnot, by wyjść na ulicę. Już nie tylko po to, by manifestować, ale po to, by spotkać tam człowieka. Idę w stronę tramwaju. Na przystanku nie słychać już nawet echa.

Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Do zdrowia wstęp wzbroniony. Leczenie ludzi chorych w sytuacji bezdomności

Wykonanie prześwietlenia rentgenowskiego, diagnostyki laboratoryjnej czy skierowanie do specjalisty osoby „zameldowanej na stałe” w warszawskim kanale, na działce lub nawet w schronisku dla bezdomnych zawsze wymagało długotrwałych i nieoczywistych zabiegów. Było to przedmiotem debat m.in. Komisji Dialogu Społecznego ds. Bezdomności m.st. Warszawa oraz Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Powołano zespół roboczy, który zaczął zbierać podobne sygnały od praktyków obserwujących analogiczną sytuację w kraju. Powstał raport1, którego główne wnioski omawiamy w niniejszym artykule.

W czym problem?

Według Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej (art. 68) każdy ma prawo do ochrony zdrowia, a obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne powinny zapewnić równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Szczegóły określają stosowne ustawy, na mocy których część pieniędzy wpłacanych do budżetu w formie podatków jest przeznaczanych na utrzymanie systemu opieki zdrowotnej i udzielanie stosownych świadczeń obywatelom. Jak wszystkie rozwiązania systemowe, i te w niektórych przypadkach zawodzą, powodując wykluczenie pewnych grup. Taką grupę stanowią ludzie znajdujący się w sytuacji bezdomności w jej najtrudniejszym z możliwych wymiarów: bytujący dosłownie na ulicach, w parkach, na klatkach schodowych, w altankach działkowych, w miejskich zaroślach lub w noclegowniach, schroniskach i różnorodnych instytucjach zapewniających czasowe wsparcie. Wielu bezdomnych nie tylko nie posiada domu w sensie fizycznym. Brakuje im także poczucia sensu życia, korzeni, relacji społecznych i tożsamości. Znajdują się nie tylko poza systemem opieki zdrowotnej, ale ogólnie poza jakimikolwiek systemami regulującymi życie we współczesnym państwie, m.in. nie posiadają dowodów tożsamości ani dokumentów określonych w ustawach i przepisach uprawniających do korzystania z pomocy. Często nie posiadają kompetencji niezbędnych do funkcjonowania w ramach organizmu społecznego. Istotą ich stanu jest nieumiejętność czy też niemożliwość funkcjonowania w ramach systemu.

Bazując na dostępnych danych i przybliżeniach, można stwierdzić, że ludzie znajdujący się w sytuacji bezdomności stanowią około półtora procenta populacji (0,8% do 1,6%)2. Współczesne badania naukowe i obserwacje praktyków każą sądzić, że nie ma wielkiego sensu tworzenie definicji „osoby bezdomnej”, bowiem to nie cechy personalne decydują o tym stanie. Na ulicy lądują ludzie o bardzo różnych historiach życiowych. Są wśród nich np. ojcowie rodzin, którzy po rozwodzie cały dobytek zostawili byłej żonie, aby zabezpieczyć dzieci, ale także „alimenciarze” pracujący na czarno, żeby uniknąć płacenia alimentów. Są osoby o niskim poziomie intelektualnym, które skuszone współczesną ofertą zaciągnęły pożyczki na różne dobra i nie były w stanie ich spłacić. Są też wychowankowie domów dziecka, „przygotowywani do samodzielności” przez opiekunów poświęcających im pół godziny na kwartał, którzy nie załapali się na jedno z kilkunastu mieszkań chronionych łaskawie przeznaczanych na ich potrzeby przez samorządy. Są ofiary przemocy w rodzinie, uciekające z dziećmi przed agresorem. Nie łączą ich cechy charakteru, lecz bardziej lub mniej skomplikowana sytuacja mieszkaniowa, w jakiej się znaleźli.

Dlatego mówimy raczej o „kontinuum sytuacji mieszkaniowych”, w których znalezienie się oznacza bezdomność: od przebywania w przestrzeni publicznej (np. na ławce, w pustostanie, na klatce, na dworcu), mieszkania w placówce „dla bezdomnych”, przebywania w ośrodku dla uchodźców, przez mieszkanie „kątem” u przyjaciół lub znajomych, w podnajmowanym pokoju czy przeludnionym lub substandardowym lokalu (według typologii badaczy europejskich takich sytuacji jest trzynaście3). Trwanie w takich sytuacjach nie jest wieczne – ludzie doświadczają ich zwykle od kilku dni do kilku(nastu) lat. Polskie badania nad bezdomnością wypaczają ten fakt, ponieważ koncentrują się na tworzeniu obrazu bezdomności w jednym konkretnym punkcie w czasie, np. jednej nocy4. Przy takim podejściu uzyskiwany obraz jest bardzo statyczny, tymczasem w istocie wewnętrzna dynamika tej populacji jest ogromna.

Wbrew powszechnemu stereotypowi bezdomność nie jest także wyborem. Takie przekonanie stanowi wyraz głębokiego niezrozumienia sytuacji, w jakiej bytują ludzie na ulicach. Krzywdzącym uproszczeniem jest przyjęcie, iż bezdomność wybiera osoba, która nie chce skorzystać z instrumentów pomocy społecznej przewidzianych dla ludzi w takiej sytuacji życiowej, np. podczas mrozu śpi na parkowej ławce, mimo iż w miejskiej noclegowni są wolne miejsca, czy nie podpisuje indywidualnego programu wychodzenia z bezdomności w miejscowym ośrodku pomocy społecznej, choć dałoby jej to prawo do korzystania ze świadczeń zdrowotnych, finansowanych z budżetu państwa. Pomoc może być odrzucona, ponieważ jest źle zaplanowana i nie rozwiązuje rzeczywistego problemu osoby, a nie dlatego, że osoba ta wybiera bezdomność. Rzetelnie analizując relacje ludzi, którzy znajdowali się lub wciąż znajdują w sytuacji bezdomności, łatwo można dostrzec, iż zawsze wiąże się to z ogromnym cierpieniem. Jedynie przypadkowym obserwatorom może wydawać się inaczej.

Wszystkie wspomniane czynniki znacząco utrudniają, a w wielu przypadkach wręcz uniemożliwiają leczenie w ramach usług NFZ chorych bezdomnych. Prawdopodobnie dlatego większość pomocy jest świadczona przez organizacje pozarządowe. Ludzie wrażliwi na cudzy los nie potrafią przejść obok cierpienia innych, zasłaniając się brakiem przepisów, procedur lub funduszy. Po prostu zatykają nos, czyszczą zaniedbaną ranę z robaków, zakładają opatrunek i podają leki mieszkańcowi śmietnikowej altanki – bez względu na to, czy ma dowód osobisty, czy nie. Namawiają swoich znajomych, np. lekarzy, aby poświęcili pomocy innym kilka godzin społecznej pracy w tygodniu. Organizują się dalej i tworzą np. specjalistyczną poradnię zdrowia czy schronisko, gdzie w przyzwoitych warunkach mogą przebywać pacjenci wypisani ze szpitala, którzy zwyczajnie nie mają się dokąd udać. Poszukują też tańszych lub niepotrzebnych już innym leków. Wszystkiego jednak zrobić nie mogą.

Ponieważ ludzie trafiający do placówek „dla bezdomnych” mają za sobą bardzo różne przeżycia, posiadają też różne potrzeby. Wiele osób ma problemy zdrowotne, bez których rozwiązania nie jest możliwe podjęcie trudnego tzw. wychodzenia z bezdomności. Człowiek z zapaleniem płuc myśli przede wszystkim, jak uśmierzyć ból. Podejmowanie trudnych decyzji dotyczących własnego życia, np. podjęcie terapii uzależnień czy nawiązanie kontaktu z opuszczonym po długotrwałym konflikcie partnerem lub zgłoszenie się do ośrodka pomocy społecznej, będzie absolutnie wtórne. Leczenie jest warunkiem wstępnym.

Bezdomni chorują nie tylko na zapalenie płuc. Warto chyba przytoczyć kilka relacji pracowników próbujących ich wspierać. Pierwsza pochodzi od osoby zarządzającej kilkoma placówkami jednej organizacji w dużym mieście (m.in. miejska noclegownia oraz program streetworkingu):

Do noclegowni przychodzą z wizytą do lekarza i pielęgniarki uliczni bezdomni w celu dezynfekcji, zaopatrzenia ran, wymiany opatrunków itp. Często ich stan zdrowia okazuje się poważny. Jeżeli nie udzielimy im pomocy w tym momencie, mogą nie pojawić się więcej. Nasi pracownicy wyjeżdżają na dworce i w inne miejsca gromadzenia się „ulicznych bezdomnych”, aby proponować im pobyt w placówce. Stan higieniczno-sanitarno-zdrowotny niektórych z nich wymaga natychmiastowej diagnostyki pod kątem m.in. gruźlicy. Niestety nie jest to możliwe, bowiem o ile gruźlicę, jako chorobę społeczną, można leczyć bezpłatnie, to już zdjęcia RTG klatki piersiowej nikt nie zrobi nieubezpieczonemu. Tymczasem skutki przyjęcia do schroniska, w którym przebywa 150 osób, osoby prątkującej są dużo bardziej kosztowne społecznie. Bywa, że wykonanie prześwietlenia jest możliwe dopiero po trzech tygodniach, tyle bowiem trwa procedura uzyskania prawa do ubezpieczenia.

Kolejna ilustracja pochodzi ze specjalistycznego schroniska dla chorych w okolicach dużego miasta. Do schroniska przywożone są osoby z ulicy, pacjenci wypisywani ze szpitali, ogólnie osoby bezdomne, które ze względu na stan zdrowia nie mogą przebywać w tradycyjnym schronisku (nie ma w nich lekarzy ani pielęgniarek). Jest to lista najczęściej spotykanych problemów zdrowotnych mieszkańców, opracowana przez miejscową pielęgniarkę:

  • Niedożywienie, wyniszczenie, anemia: najczęściej dotyczą osób z ulicy, z działek lub dworca, wiele z nich ma padaczkę poalkoholową. Pielęgniarka niezbędna jest do: pobrania podstawowych badań, jeżeli lekarz zaleci przetoczenia płynów dożylnych, systematycznego podawania leków zarówno na padaczkę, jak i leków wzmacniających, aby osoba taka jak najszybciej ,,doszła do siebie”, pilnowania przyjmowania posiłków (z reguły na początku osoby takie nie mają apetytu), odpowiedniego postępowania z chorym podczas ataku padaczki.
  • Owrzodzenia podudzi: zdarzają się bardzo często – również u osób, które przyjechały ze szpitala, ponieważ tam zaproponowano im amputację, na co nie wyrazili zgody i trafili do nas. Owrzodzenia obejmują jedną lub dwie kończyny dolne, trzeba codziennie wykonywać opatrunki, rany są śmierdzące i brudne, ponieważ chodzili na zmianę opatrunku raz w tygodniu albo rzadziej. Czasami zdejmując opatrunek, znajduje się robaki w ranie. Konieczne jest odpowiednie dozowanie i podawanie środków przeciwbólowych (oczywiście po konsultacji z lekarzem).
  • Wszawica/świerzb, zaniedbana łuszczyca: chorzy muszą być na jakiś czas odizolowani. Systematycznie trzeba nie tylko smarować ich środkami przeciwświerzbowymi i przeciw wszawicy, ale wykonywać również zabiegi higieniczne, kąpiele, zmianę bielizny, ubrania. Wszawica zdarza się bardzo często, nawet u osób przyjętych ze szpitala. Jeśli chodzi o łuszczycę, konieczna jest konsultacja z lekarzem i smarowanie odpowiednimi środkami.
  • Chorzy po amputacjach: wymagają przeważnie zmiany opatrunków. Mamy obecnie pacjenta, który jest po amputacji obydwu kończyn i niestety na jednej kończynie rana przez długi czas nie chciała się zagoić, wyciekały z niej ogromne ilości ropy. Wykonano posiew z rany. Pacjent otrzymał odpowiedni antybiotyk, który niestety nie pomógł. W tamtym tygodniu rana otworzyła się głębiej i okazało się, że został w niej gruby szew – około 5 cm długości.
  • Schorzenia psychiczne: zdarzają się często. Tutaj potrzebna jest umiejętność odpowiedniego postępowania z pacjentem i oczywiście regularne podawanie leków oraz pilnowanie, aby pacjent przyjął je przy pielęgniarce.

Instytucje pomocowe starają się dostosować swoją ofertę do pojawiających się potrzeb poprzez specjalizację i podział pracy. Konkretne kształty rozwiązań lokalnych są pochodną nisz, w jakich powstały. Wydaje się, że można mówić o czterech rodzajach pomocy:

Pomoc lekarska udzielana w placówkach przyjmujących ludzi bezdomnych interwencyjnie, w odpowiedzi na natychmiastową potrzebę, np. w noclegowniach, czasem schroniskach. Obejmuje pomoc pielęgniarską i podstawową lekarską oraz zapewnienie leków i środków opatrunkowych.

Placówki stacjonarne z definicji „dla chorych”, czasem nazywane specjalistycznymi (Warszawa), do których są przyjmowane osoby bezdomne w stanie zdrowia uniemożliwiającym im pobyt w tradycyjnej placówce dla bezdomnych. Pomoc pielęgniarki, lekarza internisty, czasem lekarza psychiatry, zapewnienie leków i środków opatrunkowych.

Domy dla osób bezdomnych starszych, chorych i niepełnosprawnych. Pomoc pielęgniarki i lekarzy specjalistów, leki i środki opatrunkowe.

Punkty pomocy medycznej, poradnie zdrowia, czyli instytucje o charakterze niestacjonarnym, zapewniające podstawową i czasem specjalistyczną pomoc lekarską, a także leki i środki opatrunkowe.

Zdarza się, że formy te współwystępują w ramach jednej placówki w zależności od struktury lokalnego sytemu polityki społecznej. Warto zauważyć, że praktycznie w każdym większym polskim mieście, w którym występuje problem bezdomności, wykształciły się placówki adresujące ofertę specyficznie do osób chorych bezdomnych (Warszawa, Kraków, Wrocław, Pomorze).

Warto przytoczyć listę usług świadczonych przez specjalistyczną poradnię zdrowia dla bezdomnych w dużym mieście. W 2011 r. lekarze wolontariusze (internista, kardiolog, chirurg, dermatolog, laryngolog, psychiatra, pulmonolog, stomatolog) przyjęli 8444 wizyt. Pielęgniarki wykonały niemal 15 tysięcy opatrunków. Każdego roku z pomocy poradni korzysta średnio 1100 osób – część z nich kilkakrotnie.

Jeśli stan zdrowia człowieka jest wyraźnie i w oczywisty sposób zły, trafia on do publicznego szpitala. Teoretycznie pomoc ratująca życie jest udzielana bez względu na posiadanie prawa do ubezpieczenia, jednak w wielu przypadkach niezbędne jest dalsze leczenie. Jak mówi pielęgniarka zatrudniona w szpitalu publicznym:

Do naszego szpitala bardzo często przyjmowane są osoby bezdomne nieubezpieczone, przywożone ze schroniska i z ulicy. Najczęściej są hospitalizowani na oddziale wewnętrznym i chirurgicznym ogólnym. Trafiają bardzo zaniedbani higienicznie, w ciężkim lub bardzo ciężkim stanie zdrowia: z zapaleniem płuc, odleżynami, odmrożeniami, ranami. Najczęściej wymagają izolacji z przyczyn epidemiologicznych, a także drogiej terapii lekowej oraz wielokierunkowej diagnostyki. […] Po wypisaniu ze szpitala ze względu na brak środków finansowych nie realizują recept, nie leczą się w POZ i nie korzystają z poradni specjalistycznych, gdyż nikt ich nie przyjmie bez ubezpieczenia. Nie lecząc się, wracają do naszego szpitala.

Poziom skomplikowania, długotrwałość oraz niepełna skuteczność procedury, w ramach której szpitale uzyskują zwrot kosztów poniesionych z tytułu udzielenia pomocy ratującej życie osobie nieubezpieczonej, powodują niechęć do przyjmowania osób o takiej charakterystyce. Nie mówiąc już o tym, co pielęgniarka w relacji wyżej określiła oględnie „zaniedbaniem higienicznym”, czyli smrodzie, wielu warstwach brudu i ubrań, które trzeba rozcinać, oraz o skórze, której doczyszczenie wymaga wielokrotnych kąpieli z użyciem szczotki. Nie jest to praca, którą personel szpitalny – przynajmniej znakomita większość – wykonuje szczególnie chętnie. Wszak nie ma ona wiele wspólnego z leczeniem.

Gdzie jest państwo – sektor publiczny?

Fakt dominacji form pomocy świadczonych przez organizacje pozarządowe w tej sferze nie oznacza, że twórcy polskiego prawa oraz sektor publiczny ignorują problem. Po pierwsze, jak wspomniano, szpitale udzielają pomocy w nagłych przypadkach bez względu na fakt posiadania ubezpieczenia zdrowotnego i mają prawo ubiegać się o zwrot środków poniesionych z tego tytułu. Po drugie, każda osoba po spełnieniu pewnych warunków, m.in. posiadania dowodu osobistego oraz przejścia rodzinnego wywiadu środowiskowego prowadzonego przez pracownika socjalnego, dysponuje możliwością uzyskania czasowego prawa do świadczeń zdrowotnych finansowanych z budżetu państwa poprzez decyzję administracyjną wójta, burmistrza lub prezydenta gminy (art. 64 Ustawy z 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych). Zazwyczaj prawo to jest przyznawane na 90 dni. Ze względu na organ, który je zatwierdza, nazywane jest potocznie „ubezpieczeniem prezydenckim”.

Z procedury tej korzystają wszystkie instytucje udzielające wsparcia z tytułu bezdomności lub mające chorych bezdomnych wśród swoich klientów. Praktycznie każda placówka (schronisko, dom czy szpital) zatrudnia pracownika socjalnego lub posiada ugruntowaną bieżącą współpracę z pracownikiem socjalnym z lokalnego ośrodka pomocy społecznej. Przeprowadzanie procedury „ubezpieczenia prezydenckiego” to ich podstawowe zajęcie. Przykładowo pracownik socjalny ze specjalistycznej poradni zdrowia w 2011 r. udzielił 1030 konsultacji w tej sprawie. Pracownicy dwóch warszawskich szpitali miejskich, słynących z nieodmawiania pomocy osobom bezdomnym, prowadzą miesięcznie średnio 30 takich spraw.

Przeprowadzenie procedury nie jest łatwe, ponieważ status formalno-prawny ludzi w sytuacji bezdomności najczęściej jest bardzo skomplikowany. Ilustruje to relacja pracownika schroniska specjalistycznego dla chorych, który przechodzi do jej realizacji niezwłocznie po udzieleniu niezbędnej pomocy mieszkańcowi:

Zazwyczaj przy przyjęciu mieszkańcy nie posiadają kompletu dokumentów: dowodów osobistych, ubezpieczeń zdrowotnych, dokumentacji medycznej. Stopień skomplikowania ich spraw wpływa na długość ich rozwiązywania. Standardowo mieszkaniec rozpoczyna procedurę załatwiania ubezpieczenia zdrowotnego, dowodu osobistego, orzeczenia o stopniu niepełnosprawności, świadczeń socjalnych, a w dalszej kolejności Domu Pomocy Społecznej, Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego (w przypadku postępującej choroby nowotworowej mieszkańca w stanie paliatywnym – hospicjum). Procedury trwają zazwyczaj wiele miesięcy, podczas których osoba wymaga opieki medycznej. […] Gdy mieszkaniec przy przyjęciu jest nieubezpieczony, pracownik przystępuje do przeprowadzenia wywiadu środowiskowego. Dokument potwierdzający ubezpieczenie przychodzi po około miesiącu. W tym czasie mieszkaniec musi korzystać z pomocy lekarskiej i pielęgniarskiej w schronisku i w przychodni dla bezdomnych. Konieczne natychmiastowo wizyty lub badania u specjalistów opłacamy prywatnie, a gdy nastąpi nagłe pogorszenie stanu zdrowia, wzywamy karetkę pogotowia. Niejednokrotnie sprawy mieszkańców przedłużają się nawet o ponad rok z powodu spraw sądowych poszczególnych gmin, które spierają się o to, do której z gmin osoba bezdomna przynależy. Zdarza się, że gmina nie chce ubezpieczyć osoby ze względu na wcześniejszy „brak współpracy” (poza sytuacjami pilnymi, gdy prosi szpital). Niektóre gminy nie chcą realizować świadczeń wobec osób, które od lat nie przebywają na ich terenie, choć są tam zameldowane, twierdząc, że to już nie jest ich mieszkaniec. Próbują przerzucić odpowiedzialność na gminę przebywania.

Podobne problemy dostrzegają pracownicy socjalni zatrudnieni w szpitalach. Przytaczamy relację pracownika dużego szpitala miejskiego, który słynie z tego, że mimo utrudnień regularnie udziela wsparcia ludziom w sytuacji bezdomności:

Pacjenci [bezdomni] w większości przypadków nie mają ubezpieczenia, czasami posiadają decyzję na 90 dni, ponieważ wcześniej byli leczeni w innych szpitalach. Często nie posiadają dowodów osobistych. Jako pracownik socjalny po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego wysyłam wniosek do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w celu potwierdzenia prawa do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, ale czas oczekiwania na otrzymanie decyzji jest bardzo długi, trwa ponad miesiąc, pacjenta już dawno nie ma w szpitalu.

Mimo dobrej znajomości procedury i szerokiego jej stosowania przez pracowników instytucji mających wśród klientów osoby w sytuacji bezdomności, zaproponowana przez ustawodawcę opcja interwencyjnego ubezpieczenia dla osób spoza systemu powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego wciąż pozostawia pewną grupę bez pomocy. Najczęściej spotykane sytuacje, w których obecne rozwiązania zawodzą, to: (1) brak możliwości ustalenia tożsamości osoby, np. brak dokumentów lub brak przytomności?/?świadomości osoby; (2) brak możliwości ustalenia gminy ostatniego zameldowania na pobyt stały; (3) zgon lub samowolne opuszczenie szpitala przez pacjenta przed zakończeniem, a czasem nawet rozpoczęciem procedury. Jakiekolwiek odstępstwo od „normalności”, np. bycie osobą ubezwłasnowolnioną, obcokrajowcem bez karty pobytu lub spoza UE, potęguje trudności w zakończeniu procedury, wydatnie wpływając na jej wydłużenie.

W obecnym porządku prawnym występują sytuacje, w których ludzie wymagają pomocy medycznej, a jednocześnie nie mają szansy na posiadanie prawa do ubezpieczenia w momencie, w którym jest ona niezbędna. Jej nieudzielenie praktycznie likwiduje lub znacząco odkłada w czasie perspektywę jakiejkolwiek pozytywnej zmiany w życiu osoby bezdomnej. Właśnie ludzie w tej szczególnej sytuacji stanowią zasadniczą grupę podopiecznych organizacji pozarządowych.

Organizacjeświadczące pomoc medyczną osobom w sytuacjach opisanych wyżej uzyskują niekiedy dofinansowanie od samorządów lokalnych. Jednak bardzo rzadko zabezpieczenie potrzeb zdrowotnych ludzi trafiających do placówek finansowane jest wprost. Prawie nigdy organizacja nie uzyskuje całkowitego finansowania z jednego źródła. Konkretny sposób finansowania zależy od rozwiązań przyjętych przez poszczególne samorządy w odniesieniu do problemu bezdomności w ogóle. Jest to konsekwencją różnic w lokalnym charakterze zjawiska bezdomności. Na przykład w Warszawie według szacunków od 40% do 60% osób korzystających ze schronisk pochodzi spoza stolicy, podczas gdy w mniejszych miastach odsetek bezdomnych napływowych jest znacznie mniejszy. Wpływa to bezpośrednio na możliwości udzielania pomocy, której istotnym kryterium jest ustalenie „przynależności administracyjnej”, np. gminy ostatniego zameldowania na pobyt stały.

Zdaniem niektórych samorządów lokalnych (m.in. m.st. Warszawa, Wrocław) nie jest możliwe powierzanie lub zlecanie zadań o charakterze medycznym organizacjom pozarządowym wspierającym ludzi w sytuacji bezdomności. Aby nie doprowadzać do upadłości placówek, stosuje się rozwiązania zastępcze, np. pielęgniarki zatrudniane są jako koordynatorki, a poradnia zdrowia otrzymuje nazwę punktu informacyjnego dla bezdomnych.

W wydziałowo-resortowej strukturze polskiej administracji bezdomność jest przypisana do „pomocy społecznej”, a ta, jak wiadomo, nie dotyczy sfery leczenia. Z kolei „zdrowie” nie zajmuje się bezdomnością, ponieważ jest to domena pomocy społecznej. Oczekuje się, iż organizacje zajmujące się bezdomnością będą startować w konkursach jedynie na zadania z zakresu pomocy społecznej.

Krajowe i wojewódzkie programy/konkursy dla organizacji pozarządowych jeśli umożliwiają finansowanie takiej działalności, to nie wprost. Jedynie w ramach funduszu pomocy postpenitencjarnej możliwe jest otwarte aplikowanie o dofinansowanie kosztów leczenia. Fundusz ten jednak nie może być wykorzystywany przez wszystkie organizacje z innych względów. W warunkach pozostałych konkursów figuruje zastrzeżenie o niemożliwości przeznaczenia dotacji na koszty leczenia. Warto zauważyć, iż mimo powszechnie występujących problemów zdrowotnych wśród ludzi bezdomnych, w tym chorób niosących zagrożenie dla zdrowia publicznego (m.in. gruźlica), żaden konkurs prowadzony przez Ministerstwo Zdrowia nie zawiera priorytetu pozwalającego na dofinansowanie działań organizacji tego sektora.

W praktyce ten rodzaj działania organizacje finansują z nielicznych środków własnych, czyli darowizn i dotacji od instytucji prywatnych, i/lub uzupełniają braki wolontariatem albo pracą po godzinach. Zdarza się, że muszą ograniczyć zakres świadczonej pomocy, ponieważ po prostu nie są w stanie pracować więcej.

Podsumowanie

Doświadczenia wskazują, że zawsze występują sytuacje, w których ludzie – zwłaszcza znajdujący się w sytuacji bezdomności – będą potrzebowali pomocy lekarskiej, jednocześnie nie posiadając prawa do niej w świetle aktualnych procedur. Inne doświadczenia każą przypuszczać, że zawsze będą istnieli ludzie, którzy widząc taką sytuację, zechcą udzielić pomocy nie tylko indywidualnej osobie, ale również większej grupie. To ludzie z misją, którzy są dumni ze swojej działalności i nie oczekują, iż państwo w całości ich zastąpi. Mają jednak nadzieję na uzyskanie wsparcia wypracowanego w drodze społecznego dialogu i w myśl zasady pomocniczości, wpisanej do Preambuły Konstytucji RP.

Obecnie na hasło „leczenie bezdomnych” pojawia się w wyszukiwarce internetowej lista artykułów, których autorzy obliczają, ile szpitale „tracą” na leczeniu ludzi nieubezpieczonych. Taka retoryka powinna być uzupełniona relacjami osób, którym uratowano życie dzięki interwencji bez oglądania się na procedury. Niestety dziennikarzom, dyrektorom szpitali i urzędnikom ciężko oceniać efektywność działań miarą inną niż finansowa – uratowane ludzkie życie nie może się przebić jako wskaźnik jakości naszych działań. Trzeba to zmienić.

Przypisy:

  1. Porowska A., Wygnańska J., Leczenie ludzi chorych w sytuacji bezdomności. Raport Zespołu ds. Zdrowia Warszawskiej Rady Opiekuńczej, Warszawa 2012, www.bezdomnosc.edu.pl
  2. Współczesne szacunki dotyczące skali bezdomności w Polsce mieszczą się w przedziale 30–60 tys. osób. Dotyczą one osób, które znalazły się w sytuacji bezpośredniej bezdomności, czyli bez dachu nad głową lub w instytucjach „dla bezdomnych”.
  3. Europejska Typologia Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego ETHOS: http://www.bezdomnosc.edu.pl/content/blogcategory/16/71/
  4. Więcej o miarach bezdomności w opracowaniu: Julia Wygnańska, Metodologia badania bezdomności i miary podstawowe a system pomocy ludziom w sytuacji bezdomności i wykluczenia mieszkaniowego: http://www.bezdomnosc.edu.pl/images/PLIKI/Wiadomosci/opracowanie_metodologia-badania-bezdomnosci-miary-podstawowe.pdf