Trzy pokolenia kobiecej biedy – rozmowa z dr Małgorzatą Potoczną

Trzy pokolenia kobiecej biedy – rozmowa z dr Małgorzatą Potoczną

– Badania prowadzone przez zespół, do którego Pani należy, mają wyjątkowy charakter. Analiza życia trzech generacji kobiet mieszkających w mieście poprzemysłowym w okresie transformacji przypomina zejście do podziemia, o którym mówiono niechętnie, a jeśli pojawiały się jakieś opinie na jego temat, to dominowały z góry ustalone tezy. Co można powiedzieć o sytuacji kobiet po 1989 roku na podstawie biografii tych kobiet?

– Wieloletnie badania, które zaczęliśmy prowadzić na początku lat 90., pozwoliły nam odtworzyć proces tworzenia i trwania izolowanych przestrzennie i społecznie obszarów określanych mianem „enklaw biedy”. Tym samym dostarczyły nam przekonujących dowodów na to, że procesy społeczno-ekonomiczne związane z transformacją miały dla „włókienniczej” Łodzi olbrzymie znaczenie. Nasze badania pokazały także, iż rok 1989 był przełomowy dla wielu łódzkich kobiet reprezentujących różne generacje. Przez ponad 200 lat rozwój miasta, losy życiowe i sytuacja zawodowa mieszkańców, szczególnie kobiet, związane były z funkcjonowaniem przemysłu włókienniczego, oferującego zatrudnienie przede wszystkim kobietom. Niestety już w pierwszym roku przemian systemowych trudności ekonomiczne wielu zakładów przemysłowych powodowały znaczące ograniczenie zatrudnienia lub ich zamknięcie. W efekcie strukturalne bezrobocie w Łodzi dotknęło przede wszystkim włókniarki. Bezrobocie plus proces komercjalizacji usług społecznych spowodowały, że znaczna część rodzin łódzkich stała się finansowo niewydolna. Miało to oczywiście bardzo duży wpływ na przebieg życia i sposób, w jaki wiele kobiet na różnych etapach swojego życia ześlizgnęło się w sytuację biedy.

– Co można powiedzieć o najstarszym pokoleniu kobiet i o tym, jak wyglądało ich życie na początku lat 90.?

– Kobiety należące do pokolenia babek uczestniczyły na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat w polityczno-ekonomicznych przemianach kluczowych dla polskiego społeczeństwa. Na ich biografie składają się doświadczenia II wojny światowej, początki socjalizmu, intensywna industrializacja, a także likwidacja socjalizmu i budowa kapitalizmu. Wobec tego ich codzienną życiową trajektorię wyznaczały przedwojenna bieda, doświadczenia zdobyte w czasie okupacji oraz podjęcie pracy w socjalistycznych fabrykach. Zdecydowana większość z nich urodziła i wychowała się w małorolnych rodzinach chłopskich, najczęściej wielodzietnych, a w Łodzi znalazły się w poszukiwaniu lepszego życia uciekając przed biedą doświadczaną w okresie dzieciństwa na wsi.

– Przenosiny z małej wsi do dużego przemysłowego miasta oznaczają duże zmiany w ich życiu. Jak przebiegał proces oswajania nowej rzeczywistości i jego reguł?

– Towarzyszyła temu nadzieja na znalezienie pracy i odmianę losu. Wprowadzenie systemu socjalistycznego i industrializacji oznaczało dla wielu z nich przezwyciężenie biedy, której doświadczały od najmłodszych lat. Z powodu trudnej sytuacji finansowej uzyskanie wykształcenia nie było w ich zasięgu, ale to nie oznaczało, że nie uczyły się nowych umiejętności. Praca w fabryce wiązała się z nabywaniem nowych umiejętności praktycznych, a także, co nie mniej ważne, z odczuwalną poprawą sytuacji materialnej, okupioną jednakże wieloletnią ciężką pracą. Po zakończeniu wojny w Łodzi ocalało 70% potencjału przemysłowego. Uruchomiono produkcję w systemie dwu- i trzyzmianowym, w którym na co dzień te nastoletnie wówczas dziewczyny rozpoczęły swoją pracę zawodową i kontynuowały ją aż do emerytury. Znaczna część z nich przez całe zawodowe życie była związana z jednym zakładem pracy. Pamiętam historie respondentek, które przepracowały w jednym zakładzie prawie 40 lat. Jeśli nieliczne z nich zmieniały miejsce pracy, to tylko po to, aby było łatwiej im godzić wychowanie dzieci z pracą na trzy zmiany. W przemyśle włókienniczym stanowiły trzon klasy robotniczej.

– Nadchodzi początek lat 90. Zamyka się pewien etap w ich życiu, związany z pracą zawodową. Większość z nich nabywa prawa do emerytury i można chyba uznać, że mogą wreszcie odpocząć po ciężkiej ponad 40-letniej pracy.

– Oczywiście zaraz po zakończeniu pracy w fabryce na przełomie lat 80. i 90. zaczynają pobierać emeryturę, ale ich sytuacja wcale nie jest taka świetna. Po pierwsze wysokość emerytur nie pozwalała czuć się beneficjentkami ciężkiej 40-letniej pracy. Po drugie te niewysokie emerytury stały się parasolem ochronnym dla pozbawionych możliwości zatrudnienia dorosłych – niesamodzielnych dzieci czy wnuków. W konsekwencji towarzyszy im świadomość tego, że doświadczają biedy w okresie starości, na którą nie zasłużyły, ponieważ okres PRL-u i swoją stabilizację materialną okupiły ciężką wieloletnią pracą.

– Lata 90. to okres, w którym obserwujemy radykalną zmianę na kilku poziomach. Zmienia się gospodarka, system polityczny, ale zmienia się także język, za pomocą którego opisujemy i opowiadamy o starej i nowej rzeczywistości. Babki nie tylko należą do starego świata, ale z racji wykonywanej pracy uosabiają człowieka „minionego”, dla którego zaczyna brakować miejsca w nowej neoliberalnej rzeczywistości.

– Oczywiście w tym czasie najważniejsze z punktu widzenia generowania procesów wykluczania są zmiany na rynku pracy. Obserwujemy przejście od rynku pracownika do rynku pracodawcy, które nie dotyczy bezpośrednio kobiet ze starszego pokolenia, ale te ruchy tektoniczne oddziałują na ich życie za pośrednictwem dzieci i wnuków, którzy w latach 90. znajdują się bez pracy, a często bez środków do życia. W takich okolicznościach babki starają się wspierać materialnie swoich najbliższych, biorąc na siebie również część obowiązków wychowawczych wobec wnuków. W tym kontekście widać doskonale, jak poważne konsekwencje dla przebiegu życia kobiet z pokolenia średniego, czyli ich córek, miał proces zwijania się państwa. Początek lat 90. to przecież także głęboka zmiana w filozofii myślenia o jednostce, która bierze na siebie odpowiedzialność za własne życie i zostaje kowalem swojego losu. Malejąca rola państwa powoduje, że ostatnią deską ratunku dla kobiet średniego pokolenia są właśnie babki, które mają mieszkania, renty, emerytury, i które stanowią podstawową formę zabezpieczenia.

– Czyli babki jako ostatnia deska ratunku?

– Tak, w sytuacji, kiedy kobiety przede wszystkim średniego, ale i młodszego pokolenia nie mają pracy, to właśnie babki biorą na swoje barki zapewnienie im dachu nad głową. Ich niewielkie świadczenia emerytalne stanowią często jedyny strumień gotówki zasilający w sposób stały domowe budżety. Podstawową strategią radzenia sobie w tak niesprzyjających transformacyjnych okolicznościach jest funkcjonowanie gospodarstwa domowego oparte na łączeniu wszystkich dochodów, co najczęściej wygląda tak, że wspólny dochód tworzą przede wszystkim emerytura, jedna pensja, którą zarabia zięć (jeśli jest) oraz świadczenia z pomocy społecznej i/lub zasiłki dla dzieci.

– Wystarczy, żeby zapewnić godne życie?

– Dochody wystarczają na zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale pod warunkiem, że pieniądze są oszczędnie i racjonalnie wydawane. To taki model codziennego funkcjonowania, w którym człowiek, nie mając żadnych oszczędności, nie może odłożyć żadnych pieniędzy, ale nie musi też pożyczać.

– Wspomniała Pani o średnim pokoleniu kobiet, czyli o córkach babek. Co można powiedzieć na ich temat?

– Transformacja ustrojowa radykalnie zmieniła sytuację zawodową średniej generacji kobiet. Wskutek restrukturyzacji przemysłu włókienniczego Łódź okazała się miastem szczególnie narażonym na strukturalne bezrobocie i pauperyzację mieszkańców. Już na początku transformacji, w latach 1990-1993, odnotowano znacznie większy niż przeciętnie w innych miastach przemysłowych spadek produkcji i zatrudnienia. Zwolnienia grupowe i upadek kolejnych zakładów powodowały wzrost bezrobocia wśród kobiet. Podstawową cechą biografii zawodowych kobiet średniego pokolenia jest doświadczenie utraty stałej pracy zarobkowej i wejście w sytuację bezrobocia bez żadnych szans na powrót w kolejnych latach do stałego legalnego zatrudnienia. Nasze respondentki średniej generacji, wkraczające na rynek pracy na przełomie lat 70. i 80., nie miały żadnego problemu ze znalezieniem pracy w Łodzi. Dramat rozpoczął się właśnie w 1989 r.

– Ten dawny świat rozpadł się jak domek z kart. W nowej rzeczywistości trzeba sobie radzić samemu, a nie użalać się nad sobą i nie szukać wsparcia w instytucjach publicznych. Taka była dominująca narracja.

– To prawda, obowiązujące zasady przestały funkcjonować w bardzo szybkim tempie. Sytuację kobiet dodatkowo komplikuje niski poziom ich wykształcenia. Bardzo często jest to wykształcenie zawodowe, duża część z nich kończyła np. przyzakładowe szkoły zawodowe. Ich szanse na to, żeby wejść sensownie na rynek pracy, po 1989 roku były dosłownie zerowe. Biografie zawodowe robotnic wykwalifikowanych zatrudnionych w fabrykach jako prządki, tkaczki czy snowaczki pokazują, że pracowały one przez kilka lat, potem po urodzeniu dziecka decydowały się na urlop wychowawczy i niestety po urlopie wychowawczym, często wydłużonym przez urodzenie drugiego dziecka, nie miały możliwości powrotu do pracy. Zakłady, w których pracowały, upadały lub były dzielone na mniejsze. Jeśli powrót po urlopie wychowawczym następował po podziale zakładu, zazwyczaj jedna z tych firm miała obowiązek przyjąć do pracy kobiety po urlopach wychowawczych. Ale nie było dla nich pracy, więc pod jakimkolwiek pretekstem zwalniano je. Doświadczeniu utraty stałej, legalnej pracy zarobkowej, a z biegiem lat braku możliwości podejmowania pracy dorywczej, towarzyszy degradacja materialnych warunków życia oraz ograniczenie możliwości i szans życiowych kobiet średniej generacji. Znalazły się w sytuacji poważnych problemów w regulowaniu bieżących świadczeń, rachunków za prąd, gaz itp. Duża część z nich wpadła w spiralę zadłużenia.

– Nie mogą wrócić do dużych włókienniczych zakładów, ale lata 90. to okres, kiedy powstają pierwsze prywatne firmy. Jak na wolnym rynku odnajdują się kobiety z tego średniego pokolenia?

– Większość tych kobiet nie ma wyjścia i po utracie stałej pracy, aby przeżyć, podejmuje zatrudnienie na czarno i godzi się na warunki, jakie oferują im właściciele firm. Często oznacza to pracę w bardzo trudnych warunkach. Niekiedy kobiety szyją w domu, ale pamiętam historie kobiet pracujących w piwnicach, gdzie na małej prowizorycznej przestrzeni działały nowo powstałe firmy. Wszystkie pracują na tzw. akord. Dochody, jakie uzyskują, są różne i zależą przede wszystkim od tego, czy jest praca. Niekiedy, gdy pracy jest dużo, są zmuszone szyć bez przerwy dzień i noc, innym razem, gdy jest martwy sezon, nie są w stanie zarobić nawet na to, by opłacić podstawowe świadczenia. Można powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że była to eksploatacja pracownika za niskie stawki, więc pieniądze, które te kobiety mogły ostatecznie wygospodarować na potrzeby swoich rodzin, były niewielkie i niewspółmierne do potrzeb. Ponadto historie naszych respondentek pokazują, jak bardzo uciążliwa i wyczerpująca była praca w zakładach położonych poza Łodzią, do których kobiety musiały dojeżdżać po kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Wspominały, że pracują po 10-12 godzin i jeszcze dodatkowo 2 godziny przeznaczają na dojazd.

– Mogło być to bardzo trudne dla kobiet, które posiadały pod opieką małe dzieci.

– Gdy starały się o ponowne wejście na rynek pracy, kobiety średniej generacji doświadczały wielu przejawów dyskryminacji. W nowych warunkach gospodarczych okazały się mało atrakcyjne na rynku pracy ze względu na wiek, stan zdrowia, a także posiadanie dzieci. Z perspektywy kobiety, która musi dać jeść dziecku, jedynym wyjściem jest podjęcie każdej pracy. Pamiętam historie kobiet, które opowiadały, jak wiele wysiłku wkładały w poszukiwanie pracy i za każdym razem kończyło się na niczym, ponieważ pracodawcę interesował przede wszystkim jej wiek. W wieku 40 lat nie nadawały się już do pracy, zdaniem potencjalnego pracodawcy. Kobiety opowiadały też o mobbingu, niewypłacanych pensjach i uzależnianiu wyższej stawki od takiego czy innego zachowania. W takiej sytuacji często decydowały się na porzucenie pracy…

– Można odnieść wrażenie, że w dyskusji o losie takich kobiet brakuje bardzo ważnego elementu, bez którego trudno wyobrazić sobie szeroką i krytyczną wyobraźnię społeczną. Mam na myśli wątek długofalowych konsekwencji.

– Jest to niezwykle ważny wątek, który niestety był prawie nieobecny w debacie w ostatnich latach. Jedną z takich konsekwencji była rezygnacja z mieszkań, na które latami odkładali na książeczki mieszkaniowe rodzice kobiet z pokolenia średniego. Lata 90. to był okres, kiedy część kobiet musiała zrezygnować z takiego mieszkania. To były nierzadko piękne i duże mieszkania, które trzeba było oddać za długi lub żeby lada moment nie popaść w długi. Nie było innego wyjścia, człowiek traci pracę i bardzo szybko nie stać go na opłacenie czynszu i inne opłaty. Potem przechodzą do mieszkań komunalnych, przedłużający się okres bez pracy powoduje, że za chwilę lądują w czarnej dziurze w większej enklawie biedy, w mieszkaniach bez żadnych standardów. W Łodzi dwa takie mechanizmy przesiedleń były bardzo widoczne. Jeden to administracyjna decyzja eksmisyjna, drugi to samodzielna decyzja o zmianie mieszkania na mniejsze i w gorszej lokalizacji.

– Brzmi jak przyczynek do badań na temat geografii biedy. Usuwamy z pola widzenia niezamożne kobiety, które trafiają do specjalnie wydzielonych stref miejskich. Jak wyglądało i wygląda życie takich kobiet skazanych na życie w biedzie?

– W przypadku kobiet jest to ciągła walka o byt. Nasze badania bardzo wyraźnie potwierdzają jedną z najistotniejszych z cech feminizacji biedy, mianowicie to, że w sytuacji ograniczonych środków finansowych, kobiety w większym stopniu niż mężczyźni czują się odpowiedzialne za zdobycie środków materialnych potrzebnych na utrzymanie. I to kobiety podejmują różne działania na rzecz zdobycia środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb, przede wszystkim dzieci. Kobieta jest matką i chowa godność do kieszeni, zaciska zęby, zakasuje rękawy, najmuje się do sprzątania, prac sezonowych, jest zaradna, bo wie, że musi dać jeść dzieciom. Te kobiety szukają pomocy wśród członków najbliższej rodziny i w instytucjach pomocy społecznej, starają się o zasiłki, zapomogi, zgłaszają się po pomoc do organizacji charytatywnych, chodzą po dary do Kościoła czy PCK. Żywność kupuje się najtańszą, chroniąc w miarę możliwości tylko potrzeby żywnościowe najmłodszych dzieci. Odzież kupuje się przecenioną lub nie kupuje wcale. Nie utrzymuje się kontaktów towarzyskich, a nieliczne spotkania towarzyskie ograniczone są do członków najbliższej rodziny. Podejmują pracę dorywczą. Kobiety starszego pokolenia bardzo często podejmowały pracę w godzinach nadliczbowych, wykorzystywały nisko oprocentowane pożyczki oferowane przez zakład pracy. Ponieważ nie miały możliwości korzystania z usług oferowanych przez rynek, więc samodzielnie wykonują większość prac domowych niezbędnych do funkcjonowania rodziny. Najważniejszą strategią jest międzypokoleniowa współpraca kobiet. Współdziałanie międzypokoleniowe ratuje rodzinę przed upadkiem.

– Wspomniała Pani o pracy na czarno w prywatnych firmach w wykonaniu kobiet średniego pokolenia. Czy to znaczy, że w przeciwieństwie do pokolenia babek nie mają one prawa do emerytury?

– Sytuacja tych kobiet wygląda bardzo źle. Choć większość naszych badanych pracowała ciężko po 12 godzin na dobę, to nie mając umowy o pracę – przez wszystkie lata swojego zatrudnienia nie opłacały składek emerytalnych. Ostatecznie zostały więc bez prawa do emerytury. Kobiety z pokolenia średniego stanowiły największą część osób korzystających z pomocy społecznej.

Pomoc społeczna w latach 90. nie miała dobrej prasy. Korzystanie z usług państwowych instytucji wsparcia było traktowane jako przejaw nawyków odziedziczonych po okresie PRL-u.

Korzystanie z zasiłku po 1989 roku to była jedna z podstawowych strategii poradzenia sobie z trudną sytuacją, w której znalazły się kobiety z pokolenia średniego. Pierwszy okres transformacyjny to czas, w którym starano się zaopiekować osobami, które zostały na bruku. Dla tych kobiet to nie było łatwe doświadczenie. Znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Traktuję ich zachowanie jako strategie radzenia sobie i wiem z rozmów, że części z nich bardzo trudno było i jest znieść opinię osoby korzystającej z pomocy społecznej. Zdecydowana większość z nich chciała uczciwie pracować, szukała pracy, ale nikt nie był zainteresowany ich zatrudnieniem. Pomoc społeczna to dla nich jak być albo nie być. Miały dzieci na utrzymaniu. I bardzo często były po rozwodzie.

– Jaka rola w radzeniu sobie w tak trudnej sytuacji przypadła mężczyznom? Spodziewam się wątków związanych z alkoholem i bezrobociem, ale czy można powiedzieć coś na temat tego, dlaczego część z nich znalazła się w trudnej sytuacji? Czy miało na to wpływ to, że część dużych zakładów, w których byli zatrudnieni, też zostało zlikwidowanych?

– W Polsce biedą zarządza kobieta, to ona nie może się przyznać, że jest bezradna. Nawet jeśli jej codzienne życie polega na rozpaczliwych próbach utrzymania siebie i swoich bliskich, to zawsze powinna świecić przykładem zaradnej i opiekuńczej matki. Mężczyznom takie sytuacje po prostu się nie zdarzają. Kobiety natomiast muszą sobie poradzić w każdych warunkach. Ostatnie 30 lat pokazuje, że korzystanie z pomocy społecznej w trzech generacjach kobiet stało się wymuszone przez warunki zewnętrzne. Oczywiście daje się zaobserwować niepokojący proces osadzania się w sposób trwały młodszych generacji w instytucjach pomocy społecznej. Widać to wyraźnie w strategiach działania, bo gdy średnie pokolenie kobiet było zainteresowane podjęciem każdej możliwej pracy, aby szybko z tej pomocy zrezygnować, tak dzisiaj dla młodszych generacji pomoc społeczna stanowi podstawowe źródło dochodu. To oczywiście ma swoją cenę – utrwala postawę bezradności, poczucia braku godności i wartości.

– Doszliśmy do kwestii młodszego pokolenia tych kobiet, czyli wnuczek. Co wiemy o tym pokoleniu?

– Kobiety zaliczone do generacji „córek” rodziły się w drugiej połowie lat 70. i w pierwszej połowie lat 80. Ich wczesne dzieciństwo przebiegało w okresie stopniowo narastającego kryzysu gospodarczego i politycznego. Zakończenie edukacji obowiązkowej i wkraczanie w okres dorosłego życia przypadało u nich na lata 90. W osobistym doświadczeniu transformacja to dla nich czas związany z utratą pracy przez rodziców. Świat, w którym zaczęły świadomie uczestniczyć, opiera się już na kapitalistycznym porządku społecznym, gdzie pozostawanie bez pracy nie stanowi wyjątku, lecz – w pewnych środowiskach – regułę. Z jednej strony to naturalny okres, kiedy te kobiety miały wejść na rynek pracy, ale ponieważ w tym pokoleniu bardzo często występowało wczesne macierzyństwo, to właściwie nie zdążyły nabyć niezbędnego doświadczenia na rynku pracy. Niezależnie od tego podejmowały jednak próby zatrudnienia, ale fakt posiadania dziecka utrudniał podjęcie pracy ze względu na obciążenie albo dojazdy. W rozwijającej się gospodarce rynkowej pojawiło się zapotrzebowanie na ludzi wykształconych, nowych specjalistów, ludzi o wysokich kwalifikacjach zawodowych, ale kobiety młodego pokolenia nie miały najmniejszych szans, żeby spełnić choć część wymagań.

– Nieplanowane wczesne macierzyństwo w takich okolicznościach brzmi jak wyrok.

– Wczesne macierzyństwo sprawiało, że decydując się na wychowanie dzieci młode kobiety automatycznie rezygnowały z kontynuowania edukacji. Często było tak, że po urodzeniu dziecka decydowały się na samotne rodzicielstwo. Działo się tak, ponieważ ich partnerami nierzadko byli mężczyźni o niskim, podstawowym i zasadniczym zawodowym wykształceniu, którzy pochodzili z rozbitych rodzin, mieszkali najczęściej z matką, byli na jej utrzymaniu, pracowali dorywczo lub byli bezrobotni. Wobec tego młode matki nie chciały formalizować związków. Młode matki odkładały poszukiwanie zatrudnienia do momentu, aż dzieci osiągną wiek przedszkolny lub szkolny. Wszystkie chciały podjąć pracę po wychowaniu dziecka. Ale nie mając dotychczas żadnych doświadczeń na rynku pracy, nie miały też pomysłów, jaką pracę chciałyby podjąć.

– Ciekawym wątkiem, który przewija się w naszej rozmowie, jest pewien typ solidaryzmu kobiet, dzięki któremu kobiety utrzymywały się na powierzchni przez te wszystkie lata. Można nawet chyba postawić tezę, że to dzięki wzajemnej solidarności część kobiet nie znalazła się na samym dnie. Wiemy, że pokolenie babek było bardzo oddane i zaangażowane we wspieranie swoich córek i wnucząt, ale co można powiedzieć o pozostałych kobietach?

– Babki są najlepszym przykładem takiego solidaryzmu, ponieważ one wychowawczo i ekonomicznie przejęły odpowiedzialność za młodsze pokolenie. W pokoleniu średnim kobiety też się tak zachowują – nawet jeśli korzystają z zasiłków, to wspólnymi siłami dzielą się kosztami i są w stanie wspólnie funkcjonować. Solidaryzm kobiet to taka podstawowa ścieżka radzenia sobie z biedą. Niewiele mieliśmy sytuacji, które pokazywałyby takie zaangażowanie mężczyzn. To się trochę zmienia w młodszych pokoleniach.

– Po 10 latach przeprowadzono kolejne badania na grupie tych samych kobiet.

– Badania, do których odwołuję się odpowiadając na pytania, ukazują bardzo istotną cechę biedy doświadczanej przez kobiety. Mianowicie to, że bieda w doświadczeniu kobiet ma niestety trwały, międzygeneracyjny charakter. Choć oczywiście u podstaw trudnej sytuacji i międzypokoleniowej transmisji biedy leży szereg zróżnicowanych, zindywidualizowanych okoliczności losowych czy systemowych. Starsze pokolenie respondentek doświadczało biedy przede wszystkim w okresie dzieciństwa i narażone jest na niedostatek w schyłkowej fazie życia z powodu braku zabezpieczenia materialnego dzieci i wnuków, którym muszą pomagać. Średnie pokolenie nie zaznało biedy w dzieciństwie, choć ich ówczesne warunki życia nie były dostatnie. Bieda w doświadczaniu tej generacji kobiet pojawiła się nieoczekiwanie, przede wszystkim jako rezultat zmian systemowych. Jej doświadczanie prowadzi do poczucia niezasłużonej klęski życiowej i utraty dotychczasowego standardu życia. Badania zrealizowane 10 lat później (tj. w latach 2008-2010) pokazały, że z uwagi na znaczne pogorszenie stanu zdrowia kobiety średniej generacji zostały całkowicie wykluczone z rynku pracy. Wiele z nich wpadło w pułapkę kredytową parabanków lub komercyjnych firm kredytowych, których prowizje i odsetki pochłaniają większość skromnych dochodów. Niewielka jest zatem szansa na poprawę losu tych kobiet w przyszłości. Zmiana może być tylko na gorsze, ponieważ nie będą otrzymywać emerytur na starość, nie mają odpowiedniego stażu pracy i zgromadzonych składek. Nie będą także mogły liczyć na pomoc swoich córek, ponieważ ich szanse na pracę i zarobki są jeszcze bardziej ograniczone. W przypadku młodszej generacji oferowane przez sprywatyzowany łódzki przemysł lekki miejsca pracy ograniczają się do prac pomocniczych w szwalniach, pracowniach krawieckich, małych firmach odzieżowych, niekiedy pracy sprzątaczki, dozorczyni, nadal najczęściej są to prace dorywcze, „na czarno”, przynoszące bardzo niskie zarobki, które pozwalają zaspokoić zaledwie najpilniejsze potrzeby, a nie wypracować jakąkolwiek stabilizację finansową. Brak stałego zatrudnienia kobiet młodszej generacji skutkuje brakiem samodzielności ekonomicznej i mieszkaniowej. W ich doświadczenie wpisuje się już w trwały sposób uzależnienie od świadczeń instytucji pomocy społecznej. Brak możliwości uzyskania pracy dającej poczucie stabilizacji staje się trwałym elementem doświadczenia biograficznego najmłodszej generacji kobiet, tych urodzonych już po 1989. Jest to pokolenie najbardziej zdezorientowane i zagubione – absolutnie nieprzygotowane do życia we współczesnych realiach ekonomicznych i zupełnie pozbawione korzeni.

– Jakie są najbardziej wyraziste cechy doświadczenia biograficznego trzech generacji kobiet?

– Zwrócę uwagę na najważniejsze cechy biografii kobiet w sytuacji biedy. Z pewnością do takich należy doświadczenie skrócenia do minimum fazy dzieciństwa i młodości w wymiarach edukacyjnym i rodzinnym. W wymiarze edukacyjnym badane generacje kobiet charakteryzuje bardzo krótki pobyt w szkole, wykształcenie od niepełnego podstawowego w pokoleniu najstarszych kobiet do zawodowego w pokoleniu średniej generacji, podstawowego w młodszej i najmłodszej. Możliwości edukacyjne są więc bardzo mocno ograniczone, w przypadku starszej generacji skrajnie ograniczone z przyczyn materialnych, konieczności podejmowania wczesnej pracy zarobkowej, opieki nad młodszym rodzeństwem, brakiem wsparcia i pootrzymywania aspiracji edukacyjnych w rodzinie, generalnie odczuwaną potrzebą jak najszybszego usamodzielniania się. W wymiarze życia rodzinnego najbardziej wyrazistą cechą doświadczenia biograficznego kobiet jest duży ładunek doświadczeń traumatycznych dotyczących życia rodzinnego oraz wejście we wczesne małżeństwo i wczesne rodzicielstwo. Dzieciństwo jawi się bowiem jako okres wielowymiarowej deprywacji ekonomicznej, emocjonalnej i społecznej. Konsekwencją jest wczesny start w dorosłość, jednak utrudniony przez brak szeroko rozumianego kapitału ekonomicznego (brak posagu), edukacyjnego (brak wykształcenia), emocjonalnego (brak oparcia w rodzinie) i kulturowego. Dorosłość starszego pokolenia to życie nacechowane ciężką pracą zawodową, często borykanie się z alkoholizmem męża i dzieci, a w konsekwencji przejęcie odpowiedzialności za utrzymanie rodziny. W przypadku kolejnych pokoleń brak pracy, nieudane z różnych powodów związki małżeńskie czy samotne, wczesne i nieplanowane rodzicielstwo.

– Dziękuję za rozmowę.

fot. w nagłówku rozmowy: Tomasz Chmielewski

Głos mają kobiety

Pracownice żłobków, zrzeszone w związku zawodowym pracownice kultury, lokatorki, działaczki różnych organizacji, w różnym wieku i różnych zawodów, ale o podobnych interesach, zainicjowały w tym roku Socjalny Kongres Kobiet. Zamiast typowych paneli – prowadzono na nim otwarte dyskusje. Kongres zakończył się sformułowaniem 20 postulatów dotyczących podstawowych problemów i praw kobiet: do mieszkania, godnej płacy, wypoczynku, wsparcia w pracy opiekuńczej, zdrowia i sprawiedliwości. Drugi SKK już 20 października w Poznaniu.

Wydarzeniu nie towarzyszyły media, nie zostało ukoronowane wywiadami w czasopismach z jego liderkami. Gdyby redakcja któregoś z nich zgłosiła się do organizatorek, nie mogłyby wskazać osoby firmującej imprezę swoim nazwiskiem. Potrzeba nam właśnie takiego feminizmu – niehierarchicznego, włączającego, wrażliwego nie tylko na płeć, ale i na klasę społeczną i jej konsekwencje. O tym jest ten numer „Nowego Obywatela”.

Problem „medialnego feminizmu”, produkującego celebrytki, a tym samym – nierówności wewnątrz ruchu, omawiają Maja Staśko i Natalia Broniarczyk. Autorki na tytułowe pytanie „kto posiada polski feminizm?”, odpowiadają – nikt, bo to nie własność. Nie ma takich osób czy ruchów, które mogą postawić na jakimś działaniu pieczątkę feminizmu. Można więc zadać kolejne pytanie: czym on w takim razie jest? Jak szeroki to ruch (lub ruchy) i wokół jakich spraw się zawiązuje? Proponujemy kilka odpowiedzi, a tekst Staśko i Broniarczyk warto czytać nie jako odosobniony manifest, lecz w powiązaniu z pozostałymi artykułami.

Dwa reportaże dotyczą feminizmu w praktyce – choć bohaterki i bohaterowie nie zawsze określają się tym mianem. Jednak ich aktywizm dotyczy spraw feministycznych: opieki, reprodukcji, troski. W numerze znalazł się też szereg wywiadów z badaczkami, które przybliżają kolejne obszary kobiecej działalności. Przejmująca rozmowa o rujnującym wręcz wpływie transformacji ustrojowej na życia trzech generacji łódzkich kobiet ukazuje rolę międzypokoleniowego solidaryzmu. Zgodnie z przewodnią myślą całego numeru, wywiad o płatnej pracy domowej pokazuje, jak ważne jest, by perspektywa klasowa zawsze towarzyszyła genderowej. W numerze przeczytamy także, czym różni się sołtyska od sołtysa oraz jakie są słabości 500+ i całej polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości z perspektywy feminizmu socjalnego.

Nie udało nam się poruszyć wszystkich problemów istotnych z perspektywy feminizmu socjalnego czy sytuacji kobiet, nie zdołaliśmy też wymienić każdej grupy zasłużonej dla praw kobiet. Mimo to jako współredaktorka numeru – wraz z Kacprem Leśniewiczem – mam nadzieję, że przyda się on ruchowi feministycznemu i kobietom w Polsce.

Od redakcji: Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie finansowe – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Przywracanie głosu

Osiemnaście lat temu, wiosną 2000 roku, kilku niszowych publicystów i aktywistów organizacji społecznych spotkało się i postanowiło wydawać pismo „Obywatel”. Przyświecała nam jedna główna zasada – chcieliśmy mówić/pisać o tym, co jest przez większość mediów przemilczane lub przedstawiane w krzywym zwierciadle. Przede wszystkim o tym, że system polityczno-ekonomiczny oraz jego kulturowa „nadbudowa” są niekorzystne dla zwykłych ludzi. Bazują na ich wyzysku, pogardzie wobec nich, lekceważeniu potrzeb i problemów „tych z dołu” przez „tych z góry”. O tym, że „ci z dołu” nie mają głosu. Albo nie istnieją dla establishmentu politycznego i medialnego, albo są przez niego przedstawiani w kiepskim świetle, karykaturalnie. Jako głupcy, ślepcy, zacofańcy, roszczeniowcy. Samo ówczesne spotkanie założycielskie „Obywatela” odbyło się w miejscu symbolicznym. Były to okolice Wałbrzycha, miasta i regionu sponiewieranych przez „transformację” i „reformy” jak mało które miejsca w Polsce.

Po 18 latach konsekwentnego stania po stronie słabszych, już jako „Nowy Obywatel”, niejako wróciliśmy do Wałbrzycha. Niniejszy numer otwierają dwie rozmowy – z byłym pracownikiem fabryki Toyoty w wałbrzyskiej specjalnej strefie ekonomicznej, oraz z reżyserem, który chciał wystawić sztukę napisaną przez tego pierwszego. To opowieść o wyzysku, cenzurze, harówce, niszczeniu ludzi, potędze wielkiego kapitału, nakładaniu kagańca na wolne słowo. Ale też o niezgodzie na to wszystko. O walce. O godności. O przełamywaniu zmowy milczenia. O oddawaniu głosu zwykłym ludziom, których nie chciano słuchać.

Taki jest przewodni motyw tego numeru. Kolejne dwie rozmowy dotyczą wsi i prowincji. A raczej tego, jak mało o nich wiedziały elity polityczne, medialne i kulturowe. I jak łatwo z tej niewiedzy, podlanej sosem uprzedzeń, przechodziły do brutalnych ataków, szkodliwych decyzji, języka nienawiści i wykluczenia. Wśród innych tematów mamy jeszcze m.in. szkodliwość specjalnych stref ekonomicznych (ich zalety są iluzoryczne), krzywdzące warunki zatrudnienia pracowników wskutek outsourcingu, a także tekst przypominający, że mamy w Polsce nie po prostu demokrację, lecz demokrację kapitalistyczną, z wszystkimi tego społecznymi konsekwencjami. Mamy także ciekawą analizę omawiającą, jaki mógłby być program konsekwentnej socjalnej lewicy na wybory samorządowe, czyli jakie są palące problemy społeczne Polski B i co z nimi można zrobić. Również te artykuły wpisują się w prezentowanie tego, o czym w Polsce mówi się rzadko.

To oczywiście nie wszystkie materiały w tym numerze. Niewdzięczną rolą redaktora jest czasami wskazanie czegoś szczególnie dobrego w gronie tekstów, które uważa za warte uwagi. Polecam zatem artykuł o „ekonomii politycznej globalnego ocieplenia” – znakomitą, wywrotową intelektualnie rozprawę ukazującą nam głośny i ważny problem w świetle, w którym rzadko jest on stawiany.

Zapraszam do lektury!

Idea, która niszczy Europę

W 2004 roku magazyn „Foreign Policy” sporządził mini-ankietę na temat idei najniebezpieczniejszych dla świata. O odpowiedź poproszono ośmioro sławnych intelektualistów i intelektualistek. Wśród propozycji znalazły się między innymi „brak tolerancji religijnej” oraz „próba siłowego wprowadzania zachodnioeuropejskich zasad demokracji w innych rejonach świata”. Bez trudu można by dodać kolejne kandydatury, np. „negowanie wpływu człowieka na globalne ocieplenie” lub „wiarę w samoregulujące się rynki”. Mark Blyth w swojej książce „Austerity. The History of a Dangerous Idea” podsuwa jeszcze jedną propozycję, istotną szczególnie z perspektywy europejskiej: przekonanie, że najlepszym sposobem na kryzys gospodarczy jest austerity – polityka oszczędności, która polega na obcinaniu wydatków publicznych.

Zaraz po wybuchu kryzysu finansowego w latach 2007-2008 wydawało się, pisze Blyth, że nastąpił wielki powrót do keynesizmu: do idei, że państwo musi aktywnie wspomagać gospodarkę, szczególnie w czasach kryzysu, kiedy to rząd jest jedynym aktorem zdolnym napędzać popyt, a tym samym zapobiegać pogłębianiu się recesji. Gdy jednak lobby finansowe i wyznawcy wolnego rynku otrząsnęli się z pierwszego szoku, szybko przystąpili do kontrataku. To prawda, nie udało im się w pełni przywrócić świata sprzed kryzysu. Klimat intelektualny przesunął się na lewo, o czym świadczy choćby to, że największymi gwiazdami ekonomii są obecnie Stiglitz, Chang, Piketty i Krugman, czyli myśliciele, których trudno nazwać wolnorynkowymi ortodoksami. Ponadto niektóre z rozwiązań zastosowanych przez rząd USA w celu uporania się z kryzysem można potraktować jako praktyczne wykorzystanie zaleceń keynesizmu. Jednak wspomniany kontratak był na tyle skuteczny, że powstrzymał jakiekolwiek głębsze reformy systemu ufundowanego na wolnorynkowych dogmatach i rządach finansjery.

Jak słusznie zauważa Blyth, krótki renesans idei Keynesa został z największą brutalnością stłamszony w Europie. Gdy kryzys finansowy, zapoczątkowany w USA, uderzył w państwa członkowskie Unii Europejskiej, odpowiedź instytucji unijnych oraz zawiadujących wszystkim Niemiec przyszła pod postacią austerity. Oficjalną przyczyną zastosowania polityki oszczędności były wysokie długi publiczne m.in. Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i kilku innych krajów. Według Blytha trudno takie uzasadnienie potraktować poważnie. Ze wszystkich tych państwa tylko Grecja miała poważny kłopot ze zbilansowaniem wydatków i przychodów publicznych. W pozostałych krajach problemem były długi prywatne oraz fatalna sytuacja banków, a nie „rozrzutne państwo” – zresztą w przypadku Greków historia też jest o wiele bardziej skomplikowana i obejmuje zarówno nieodpowiedzialnych kredytorów, jak i greckich polityków nie kwapiących się do walki z unikaniem podatków. Na przykład w 2007 roku dług Irlandii wynosił tylko 12% PKB, a Hiszpanii 26%. Dla porównania, w stawianych za wzór Niemczech było to 50%. Przyczyną tarapatów tych krajów stał się zderegulowany i niezwykle podatny na kryzysy sektor finansowy. Irlandia zaczęła mieć problem z długiem publicznym dopiero wtedy, gdy wydała 70 miliardów euro na ratowanie własnego systemu bankowego. Historia Hiszpanii różni się w szczegółach, ale puenta zdaniem Blytha jest taka sama: kłopoty mające swe źródło w sektorze prywatnym zostają przeniesione na sektor publiczny. Podobnie było w innych przypadkach, w których państwo ponosiło ciężar walki z kryzysem. „W Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Europie Wschodniej kryzys został wywołany przez sektor prywatny, ale płaci za niego sektor publiczny, to znaczy ty i ja” – podsumowuje amerykański ekonomista.

Jest nawet gorzej, niż wynikałoby to z powyższego cytatu. Kiedy mówimy, że za problemy płaci sektor publiczny, można odnieść wrażenie, że wszyscy ponosimy solidarny ciężar naprawiania błędów powstałych po stronie instytucji prywatnych. Blyth podkreśla jednak przytomnie, że trudno w tej sytuacji mówić o równym rozłożeniu poziomu wyrzeczeń wśród obywateli i obywatelek państw zachodnich. Polityka oszczędności nie uderza bowiem w taki sam sposób w bogatych i biednych. „Najmniej zarabiający członkowie społeczeństwa tracą więcej niż najzamożniejsi, z tego prostego powodu, że ci drudzy w mniejszym stopniu polegają na usługach zapewnianych przez państwo oraz mają więcej bogactw, więc strata nie jest odczuwa przez nich tak bardzo”.

Prawdę mówiąc, jest jeszcze gorzej. Ciągle bowiem nie dotknęliśmy największego problemu związanego z polityką oszczędności: ona najzwyczajniej w świecie nie działa. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji. Gdy okazało się, że greckie państwo jest poważnie zadłużone, jego mieszkańcy bez wątpienia znaleźli się w sytuacji, z której nie dało się wydostać w bezbolesny sposób. Jednak po latach „kuracji” prowadzonej za pomocą polityki zaciskania pasa – jest jeszcze gorzej. Ogromne bezrobocie (szczególnie wśród młodych), zapaść gospodarcza, bieda, nadal niespłacalny dług – to efekty działalności Unii Europejskiej. Janis Warufakis, były minister finansów Grecji, w swojej najnowszej książce „Adults in the Room” pisze, że nawet wielu przedstawicieli instytucji unijnych przyznawało w prywatnych rozmowach, iż austerity to droga donikąd. Zgadzał się z tym także Larry Summers, przez wielu uznawany za uosobienie grzechów neoliberalizmu. To trochę tak, jakby Leszek Balcerowicz przyznał, że niskie podatki się nie sprawdzają…

Blyth uważa, że nieskuteczność austerity widać również na przykładzie państw REBLL (Rumunia, Estonia, Bułgaria, Łotwa, Litwa), czyli krajów, w których, zdaniem przedstawicieli Unii Europejskiej, zaciskanie pasa sprawdziło się. Prawdą jest, że gdy państwa REBLL zastosowały austerity w latach 2008-2009, wróciły na ścieżkę wysokiego wzrostu PKB. Sytuacja przedstawia się jednak znacznie gorzej, gdy spojrzymy na inne dane. Na przykład 4% obywateli Łotwy opuściło kraj w latach 2008-2011. W 2011 roku 91% ankietowanych Łotyszy postrzegało sytuację gospodarczą kraju jako złą. Ponad trzykrotnie wzrosło bezrobocie. Polityka oszczędności nie pomogła też krajom REBLL w zmniejszeniu długu, choć osiągniecie tego celu było podawane jako jeden z głównych powodów zastosowania austerity.

Skoro ten schemat nie działa, to dlaczego jest forsowany przez ludzi mających władzę? Blyth twierdzi, że jednym z powodów jest ich obsesja na punkcie inflacji. Gwałtowna obniżka wartości pieniądza jest oczywiście zjawiskiem negatywnym, mogącym prowadzić do poważnych tarapatów, gdy wymknie się spod kontroli. Jednak zdaniem Blytha jesteśmy za bardzo przewrażliwieni na jej punkcie, co prowadzi do faworyzowania rozwiązań takich jak austerity, zwalczających inflację i prowadzących do deflacji. Skąd jednak bierze się to przewrażliwienie? Częściowo z powód historycznych: Niemcy, po negatywnych doświadczeniach z hiperinflacją na początku lat dwudziestych XX wieku, wciąż traktują politykę antyinflacyjną jako priorytet. Częściowo zaś przyczyną jest to, że inflacja sprzyja raczej biednym (czytaj: ludziom bez wielkiego wpływu na władzę), a szkodzi bogatym (czytaj: ludziom ze sporym wpływem na władzę). Gdy obniża się siła nabywcza pieniądza, tracą na tym pożyczkodawcy, a zyskują dłużnicy. Euro pożyczone przed inflacją jest więcej warte niż euro oddane po inflacji. Jak zaś słusznie zauważa Blyth, „pożyczkodawca to z definicji osoba mająca pieniądze, które może pożyczyć” – innymi słowy, osoba raczej zamożna.

Jednak najważniejszą przyczyną forsowania polityki oszczędności jest wadliwa konstrukcja Unii Europejskiej, a przede wszystkim strefy euro. Blyth, podobnie jak wielu innych ekonomistów (np. Piketty i Stiglitz), zauważa, że kryzys gospodarczy obnażył wszystkie wady wspólnej waluty i zbudowanych wokół niej instytucji. Poważne zmierzenie się z kryzysem wymagałoby więc, po pierwsze, przyznania, że Unia pod tym względem nie działa, po drugie – przeprowadzenia kilku zasadniczych reform. Nikt jednak nie kwapi się, aby ponieść polityczny ciężar takiej decyzji.

Co jest nie tak z Unią Europejską? Przede wszystkim stworzono w jej ramach unię walutową składającą się z jednego kraju ze stabilnymi nadwyżkami w obrotach bieżących (Niemcy) i całej reszty, która nie dotrzymywała mu tempa. Jak zauważa Blyth, po powstaniu strefy euro te różnice nie tylko nie zmalały, ale wręcz się pogłębiły. Nikt bowiem nie podjął się wypracowania sensownego mechanizmu równomiernego rozprowadzania nadwyżek w ramach państw strefy. To problem, który zauważono ostatnio nawet w „The Economist”, czasopiśmie raczej niesłynącym z lewicowych poglądów. „Duża gospodarka, niemająca problemów z bezrobociem, utrzymując nadwyżki w obrotach bieżących powyżej 8% PKB, niepotrzebnie obciąża globalny system handlowy” – czytamy w „Economist” na temat Niemiec. – „Aby zrównoważyć sytuację i utrzymać łączny popyt na poziomie zapewniającym ludziom pracę, reszta świata musi pożyczać i wydawać na tym samym poziomie. W niektórych krajach, szczególnie Włoszech, Grecji i Hiszpanii, stałe deficyty doprowadziły w końcu do kryzysu”.

Sytuację pogorszyło jeszcze to, że po wejściu do strefy euro spadło oprocentowanie obligacji państw takich jak Grecja czy Włochy. Mówiąc inaczej, uznano, że pożyczanie pieniędzy krajom Południa jest niemal tak samo bezpieczne, jak pożyczanie Niemcom. Skoro oprocentowanie ich długu jest na podobnym poziomie co Niemiec, a wszyscy należą do jednej unii walutowej, to przecież nie ma żadnego ryzyka, że Grecy czy Włosi nie spłacą pożyczek, prawda? Oczywiście mało kto wierzył w to, że kraje Południa są rzeczywiście tak mocne gospodarczo jak Niemcy, ale francuskie i niemieckie banki robiły świetny interes na udzielanych im kredytach, więc mało kto zadawał niewygodne pytania. Aż przyszedł kryzys. I okazało się, że banki najbogatszych krajów strefy euro mają mnóstwo niespłacalnych długów krajów najbiedniejszych. To zaś stanowiło ogromny problem nie tylko dla Niemców i Francuzów, których banki były w opałach, ale dla całej Unii, bo zapaść gospodarcza w tych państwach oznaczała zapaść w całej Europie.

Trzeba więc było rozpocząć „akcję ratunkową” wobec Greków i im podobnych „rozrzutników”, czytaj: trzeba było ratować francuskie i niemieckie banki. Zazwyczaj w takich sytuacjach najlepiej sprawdza się bank centralny, ale jego odpowiednik dla strefy euro nadaje się tak naprawdę do jednej rzeczy – walki z inflacją. Rozwiązania, które zalecało wielu ekonomistów, jak uwspólnotowienie długów w ramach wszystkich krajów mających walutę euro, umorzenie części z nich lub pobudzanie popytu przez Europejski Bank Centralny – nie wchodziły w grę. Nagle okazało się, że w ramach strefy euro istnieją banki mogące działać na skalę ogólnoświatową, nie ma natomiast instytucji gospodarczych zdolnych rozwiązywać ogólnoeuropejskie problemy. Jedynym rozwiązaniem było austerity.

Opowieść, którą proponuje Blyth, zawiera z konieczności wiele uproszczeń – nie da się w kilku akapitach uwzględnić wszystkich przyczyn kryzysu finansowego Unii Europejskiej. Ma ona jednak podstawową zaletę. Pokazuje, że problem jest systemowy i nie można go sprowadzić do haseł o tym, iż „państwa nie powinny się nadmiernie zadłużać”, a „długi należy spłacać”. Polityka oszczędności jest próbą taniego ominięcia tego problemu. „Taniego” rzecz jasna dla decydentów, bo z pewnością nie dla młodych Greków czy Hiszpanów zmagających się z bezrobociem i gospodarką bez perspektyw. Blyth przestrzega jednak, że istnieje ograniczona liczba rund, w których można zastosować trik z austerity. Ludzie w końcu powiedzą: „dość!”. Sprzeciw może przybrać dwie formy. W wersji optymistycznej doprowadzi do umocnienia ruchów postępowo-lewicowych, które zreformują Unię Europejską. W wersji pesymistycznej – przyczyni się do nasilenia nastrojów nacjonalistycznych, których konsekwencją będzie rozbicie wspólnoty europejskiej. Ideologia austerity w wielu krajach już wyrządziła poważne szkody. Jest zatem wielce prawdopodobne, że jedyne, co pozostało ludziom mającym wpływ na przyszłość Europy, to zdecydować, którą z tych możliwości wolą. Nawet jeśli oni sami łudzą się, że wszystko może pozostać po staremu.

Mark Blyth, Austerity. The History of a Dangerous Idea, Oxford University Press, 2015.

Na dwa fronty. Paramilitarne struktury PPS 1919–1928

Po rozwiązaniu Milicji Ludowej i innych socjalistycznych formacji paramilitarnych PPS musiała odbudowywać swą milicję od podstaw1. O ile zbrojna działalność socjalistów w okresie odzyskiwania niepodległości i walki o granice jest zrozumiała, o tyle funkcjonowanie bojówki partyjnej w demokratycznej Rzeczypospolitej budzi dziś wątpliwości. Warto zatem przywołać socjopolityczny kontekst tego zjawiska. Do stosowania przemocy szczególnie skłonni byli ludzie zdesperowani, walczący o materialne warunki egzystencji, dlatego konflikty społeczne (strajki, demonstracje) miały nieraz gwałtowny przebieg. Typowym przykładem mogą być wydarzenia podczas pochodu robotniczego z Rakowa do Częstochowy w listopadzie 1923 r., gdy doszło do „starcia z policją, która operowała bagnetami, a […] robotnicy użyli do walki cegieł […], żelaznych szuflad i drągów”. Starcia policji z bezrobotnymi 9 lutego 1926 r. w Kaliszu trwały dziesięć godzin.

Nic dziwnego, że przemoc przenosiła się na stosunki polityczne. Wszystkie partie miały swoje bojówki, brutalnie zwalczające przeciwników. Socjalista Stefan Brzozowski, jadąc w teren agitować przed wyborami 1922 r., musiał zaopatrzyć się w rewolwer bębenkowy typu nagan, gdyż endecy pobili mówców PSL „Wyzwolenie” na wiecu przedwyborczym w pobliskim Jeżowie. Eugeniusz Ajnenkiel, opisując rozłam w łódzkich związkach zawodowych, wspomina o „związku brukarzy, […] posiadającym zdecydowanych do bitki i noża adherentów”. Bójki wybuchały na zebraniach, np. na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS 12 września 1928 r. „podczas repliki Jaworowskiego wywiązała się między nim a Żuławskim bójka, w rezultacie której poprzewracano stół i krzesła”. Gwałtowny przebieg miały kampanie wyborcze – Ludwik Hass opisuje na przykładzie Warszawy, że „często dochodziło do awantur i bójek pomiędzy […] agitatorami”. Przemocą posługiwali się nie tylko szeregowi aktywiści. W Radzie Miejskiej Łodzi zdarzały się „bójki na pięści i krzesła”. Przemoc wdzierała się nawet do najwyższych instancji państwa. Wincenty Witos opisywał sceny w Sejmie, jak po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza „socjaliści […] uzbrojeni w sękate laski, z posłem Wojtkiem Malinowskim na czele, wpadli do klubu Związku Ludowo-Narodowego celem dokonania doraźnego wymiaru kary. […] Po dłuższym czasie i trudzie zdołano walczących zapaśników rozdzielić”.

W takich warunkach posiadanie bojówki było wręcz koniecznością. Tomasz Arciszewski, zeznając podczas procesu brzeskiego, oznajmił: „Już […] w 1919 r. rozpoczęły się ataki na PPS ze strony komunistów i wobec tego należało stworzyć straż porządkową dla ochrony partii”. PPS działała niejako dwutorowo. Jak wspomina Aleksy Bień, z jednej strony tworzono milicję przy komitetach dzielnicowych partii, z drugiej szkolono kadry „pod firmą” Związku Strzeleckiego. Istotnym zapleczem kadrowym były też robotnicze organizacje sportowe. Tadeusz Jabłoński wspominał: „Pużak był […] inspiratorem organizowania siły fizycznej w partii dla jej obrony na bazie robotniczego ruchu sportowego i ruchu młodzieżowego. […] robotnicze kluby sportowe mają być traktowane jako przysposobienie wojskowe, na wzór Schutzbundu wiedeńskiego”. Pierwszy z nich – RKS „Skra” – powstał już w grudniu 1921 r.; w jego ramach funkcjonowały m.in. sekcje strzelecka, zapaśnicza i bokserska.

Osmoza między PPS a Związkiem Strzeleckim była na tyle głęboka, że socjalistyczna „Gazeta Robotnicza” mogła głosić: „Strzelec powstał i wyrósł dzięki PPS”. Potwierdzali to przeciwnicy – endecka „Gazeta Polska” pisała, że „Strzelec” rekrutuje członków z „mętów społecznych”, jest „przesiąknięty żywiołami socjalistycznymi”, służy „sprawie rewolucji społecznej”. Działaczem ZS od 1912 r. był Józef Łokietek, komendant warszawskiej milicji PPS, pełniący funkcję „komendanta placu” w „Strzelcu”. Dzięki temu bojówka socjalistów szkoliła się w lokalach i na poligonach Związku Strzeleckiego, wykorzystując jego mundury i sprzęt. „Powiązania obydwu grup na tym […] terenie były takie, że sam diabeł nie zgadłby, gdzie kończy się milicja PPS, a zaczyna »Strzelec«” – napisał Jerzy Rawicz. Również w Zagłębiu Dąbrowskim Zarząd Okręgowy „Strzelca” tworzyli socjaliści: przewodniczącym był Aleksy Bień, a komendantem kpt. rez. inż. Cezary Uthke.

Do rozbratu doszło po przewrocie majowym. Wobec tworzenia na bazie „Strzelca” Związku Naprawy Rzeczypospolitej – konkurencyjnej partii politycznej – Sekretariat Generalny CKW PPS wydał 12 czerwca 1926 r. okólnik zalecający, by „sparaliżować w zarodku ZNR i uchronić Strzelca przed partyjnictwem”. W oddziałach zdominowanych przez socjalistów należało nie dopuszczać do podporządkowania ZNR, z pozostałych protestacyjnie występować. Członkostwo w ZS było dopuszczane tylko równolegle z przynależnością do milicji partyjnej („Będąc w Strzelcu pobierają niezbędną wiedzę wojskową, by zastosować ją do milicji PPS”) przy pierwszeństwie rozkazów milicji; zarazem nakazywano przyśpieszyć formowanie milicji PPS. Mimo to stosunki ze Związkiem Strzeleckim pozostawały początkowo poprawne, policja donosiła, że „pomiędzy ludźmi obydwu tych organizacji nie było poważniejszych zajść”. W styczniu 1928 r. z inicjatywy Medarda Downarowicza doszło do zawarcia paktu o nieagresji między milicją a „Strzelcem” na czas wyborów, czy nawet porozumienia skierowanego przeciw komunistom i prawicy. Jeszcze jesienią 1928 r. terenowe organizacje PPS (np. w Gostyninie) angażowały się w tworzenie struktur ZS.

Równolegle (czy też przenikając się ze „Strzelcem”) istniała właściwa milicja partyjna. Początkowo miała ona charakter doraźnych straży porządkowych o płynnym członkostwie i zdecentralizowanej strukturze. Milicję formowano przed ważnymi wydarzeniami z pewnych, odważnych i silnych fizycznie towarzyszy. Na przykład przed demonstracją pierwszomajową 1922 r. warszawska konferencja międzydzielnicowa PPS uchwaliła, że każdy komitet dzielnicowy ma przysłać do dyspozycji Okręgowego Komitetu Robotniczego 10 milicjantów pod dowództwem komendanta; następnego dnia na podwórzu OKR odbyła się próbna musztra milicji. Niezależnie od bojówki partyjnej dowodzonej przez J. Łokietka, swoje służby porządkowe (Milicję Robotniczą) tworzyły też poszczególne związki zawodowe, np. związek metalowców (komendant Rączka). Warszawscy milicjanci wyróżniali się czerwonymi opaskami z napisem „PPS” i numerem legitymacji partyjnej, które potem miały być zastąpione „żetonami”. Milicja uzbrojona była w rewolwery (ok. 350 – częściowo prywatne, częściowo wypożyczane milicjantom przez partię), dysponowała samochodami ciężarowymi (prawdopodobnie wypożyczanymi przez Wydział Zaopatrywania m. Warszawy).

Instytucjonalizacja milicji stopniowo postępowała. Źródła policyjne donosiły, że decyzja o powołaniu „defensywy” zapadła na zebraniu warszawskiej PPS 29 kwietnia 1922 r. Jerzy Czeszejko-Sochacki uważa, że decydującym impulsem powołania „milicji porządkowej” pod komendą Łokietka były rozruchy towarzyszące wyborowi Narutowicza. Według Kazimierza Pużaka, milicja PPS jako „stała instytucja partyjna” działała od 1925 r. Prawdopodobnie wtedy podjęto uchwałę – nieegzekwowaną wszakże – że do milicji należeć powinien każdy członek partii w wieku 21-30 lat. Wsparcie socjalistycznych magistratów Sosnowca i Dąbrowy Górniczej pozwoliło na rozbudowę milicji PPS w Zagłębiu Dąbrowskim. Dowodzona przez Tadeusza Dobrowolskiego, Stanisława Bergera i Edwarda Zycha, została zorganizowana w plutony i kompanie, jednolicie umundurowana i przeszkolona. W Warszawie liczbę milicjantów oceniano w 1926 r. na ok. 100, ale w zbiórce warszawskiej milicji 21 października 1928 r. brało jednak udział aż 600 milicjantów. Porównanie z liczbą członków partii świadczy, że bojówka nie miała charakteru masowego, lecz raczej zamknięty: w Śródmieściu na 280 członków PPS do milicji należało zaledwie 10-15. Wynikało to nie tyle z planowej kadrowości milicji, co z postępującej już jej gangsteryzacji.

Problemów nastręczało utrzymanie dyscypliny w milicji. Bojówka praktycznie usamodzielniła się, nie tylko działając samowolnie, ale realizując też nieraz odmienną od oficjalnej linię polityczną. Kierownictwo PPS skarżyło się, że „bojówka występuje zawsze zbyt agresywnie”, że „bojowcy, rozzuchwaleni bezkarnością, wywołują bójki przy lada sposobności”. Wynikało to również z przyczyn pozapolitycznych, takich jak nadużywania alkoholu przez milicjantów. „Do nieodłącznych utensyliów »pracy« bojówki obok browninga, kastetu i laski należała butelka »monopolki«” – pisze Rawicz. Potwierdzały to źródła policyjne, donoszące np. o nielegalnym wyszynku napojów alkoholowych i nocnych libacjach w Warszawskim OKR. Narastanie powiązań bojówki ze światem przestępczym prowadziło do krwawych porachunków między milicjantami. 11 października 1926 r. Matys Lubelski, przewodniczący żydowskiej sekcji Związku Zawodowego Tragarzy i zarazem sutener zamieszany w handel żywym towarem, został zastrzelony przez Stanisława Makowieckiego; obaj byli członkami dzielnicy powązkowskiej PPS i partyjnej milicji. Dwa lata później w odwecie za zabójstwo Lubelskiego grupa Franciszka Sieczki zabiła Lucjana Groszyńskiego. Kontekstem kryminalnym tłumaczyć należy też strzelaninę między jednym z dowódców bojówki radnym Marcelim Piłackim a wywiadowcami policyjnymi Szeinmannem i Frankfurckim 9 października 1926 r. w restauracji przy ul. Leszno 40.

Milicja pełniła różnorakie funkcje. Jej zasadniczym (a w każdym razie oficjalnym) zadaniem była ochrona organizowanych przez partię zebrań, wieców, demonstracji i innych imprez. „Każdym pochodem PPS […] kierowała pod względem technicznym zawsze milicja” – pisał „Robotnik” podkreślając też „rolę milicji przy utrzymaniu porządku na sali” zebrań. Socjalista Przybyszewski uzasadniał to, mówiąc: „Proletariat polski, urządzając demonstracje majowe za czasów carskich, doszedł do wniosku, iż tylko siła zbrojna jest w stanie uchronić pochód od rozbicia – dlatego też robotnicy powinni zorganizować silną milicję dla własnej ochrony”. Dziennik „Robotnik” tak opisywał ochronę pierwszomajowej demonstracji w 1927 r.: „Otwierają pochód dwa samochody ciężarowe, wypełnione milicją robotniczą […] za autami dąży oddział milicji […] na tyle naszego pochodu znajdują się silne oddziały milicji pepesowskiej, za nim cztery auta w poprzek ulicy, potem dwa szeregi milicji”; szpaler milicjantów chronił też boki pochodu. Przemoc uważana była za skuteczną metodę działania. „Dano im [napastnikom] taki »wycisk« (w kinie »Oświatowe«), że potem nie odważyli się na dalsze […] zaczepki” – chwalił się Eugeniusz Ajnenkiel.

Rola milicji nie ograniczała się do obrony imprez przed ewentualnymi atakami – milicjanci używani byli także do kierowania i kontroli manifestacji, np. inicjując okrzyki i pieśni czy tłumiąc niepożądane wystąpienia (Aleksy Bień wspominał o pobiciu prowokatora, który wzniósł okrzyk „Precz z kościołem i religią!”). Bojówka używana była nie tylko w trakcie imprez stricte politycznych, ale również podczas pogrzebów działaczy partyjnych (jak np. Feliksa Perla w kwietniu 1927 r., gdy rozpędziła chasydów na żydowskim cmentarzu) czy imprez rozrywkowych („Musieliśmy mieć dobrą straż porządkową” na zabawach tanecznych, przyznawał Lucjan Motyka). Milicjanci wykorzystywani byli też – zwłaszcza w okresach napięć politycznych – jako ochrona lokali partyjnych czy ochrona osobista przywódców partii. Józef Mieszkowski wspominał: „W [lokalu PPS na] Alejach [Jerozolimskich 6] mieliśmy porządki, przypominające raczej komendę jednostki wojskowej lub komisariat policji państwowej, niźli lokal partyjny. […] Na ławkach siedziały przeważnie groźne typy straży porządkowej z dzielnic Wola, Ochota lub Powiśle z potężnymi lagami w rękach”.

Oprócz zadań defensywnych milicja prowadziła też działania ofensywne. Polegały one, najogólniej rzecz ujmując, na uniemożliwieniu działalności przeciwnikowi. W praktyce oznaczało to przede wszystkim rozbijanie imprez wrogich organizacji. Członek PPS Jan Packan opisywał rozbicie zamkniętego zebrania endeków w sali Powiatowej Kasy Chorych na krakowskich Plantach: „nasza szturmówka pośrodku ze mną dotarła do trybuny. […] poseł endecki Stanisław Rymar […] wygrażał się, że wyrzuci nas przez policję […]. Nasi towarzysze kolejarze w dosadny sposób Rymara, już bez okularów na nosie, wynieśli z sali, którą endecy […] pospiesznie zaczęli opuszczać”. W okresie przedwyborczym zarządzano ostre pogotowie bojówki w lokalach dzielnicowych: „Zadaniem milicji będzie patrolowanie przez całą noc ulic Warszawy, zdzieranie plakatów list przeciwnych oraz ochrona plakatów własnych”. Bojówkarze atakowali też pojedynczych aktywistów i sympatyków innych ugrupowań. Sprawozdanie polityczne warszawskiej organizacji KPP uskarżało się latem 1928 r.: „Dla dzielnic takich jak Wola i Ochota bojówki pepesowskie są plagą. Ciągłe napady na towarzyszy sprawiają, że żyją oni pod stałą groźbą mordu pepesowskiego”. Przeciwnicy byli atakowani na ulicach, w oberżach, nawet w prywatnych mieszkaniach. Niekiedy przyjmowało to postać masowych nalotów i regularnych pacyfikacji całych osiedli (np. na Ochocie czy Pelcowiźnie). Oto opis jednego z takich wydarzeń: „pod tunelem kolejowym na Budach znalazły się 4 auta ciężarowe, z których wysiadło kilkunastu bojówkarzy. Spotkanych robotników wyłapali, bili, strzelali do nich. […] Ofiarą tej masakry padło 16 robotników”.

Niektóre akcje milicji nie mieszczą się w żadnej z powyższych grup. Bojówka pełniła również rolę prestiżowo-reprezentacyjną, urządzając przemarsze zwartych oddziałów ulicami miasta czy oddając salwy z rewolwerów na pogrzebach towarzyszy (np. „ugodzonego zdradziecką kulą” Wysockiego vel Pyzaka na cmentarzu wolskim 17 czerwca 1922 r.). W proletariackich dzielnicach Warszawy milicja była siłą pozwalającą egzekwować wyroki tzw. sądów robotniczych, tworzonych samorzutnie od 1918 r. Według Konstancji Jaworowskiej: „do Łukasza [Siemiątkowskiego] często różni ludzie – robotnicy, członkowie dzielnicy i sympatycy – przychodzili, żeby ich godził, na skargę, i też obcy, którzy uważali się za pokrzywdzonych. […] Możliwe, że ktoś za to go wynagrodził, nie wiem”. Na Powązkach tę „ideową dintojrę” sprawował Łukasz Siemiątkowski (ps. „Tata Tasiemka”), na Pradze – działacze PPS Łagowski, Wierzbicki, Lewacz, w Jerozolimie – Kowalski, Żychowski, Masarowicz.

Bojówka mogła zapewniać też partii zaopatrzenie, np. dokonując przed zamachem majowym w 1926 r. kradzieży broni i amunicji z magazynów 21. i 30. pułku piechoty w warszawskiej Cytadeli. Komunista Czeszejko-Sochacki twierdzi nawet, że grupy bojowe PPS przeprowadzały ekspropriacje na cele partyjne już w Polsce niepodległej, dokonując napadów na banki i sklepy. Czynić miały to na początku lat 20. trzy bojówki pozostające w kontakcie z M. Malinowskim: lubelska (Leon Prybe i Czesław Gruszka), radomska (Jan Żurawski) i warszawska (Jan Trzciński ps. „Długi”). Ich dziełem miały być napady rabunkowe m.in. w Brześciu, Włodzimierzu Wołyńskim, Łucku, Zamościu i Dęblinie. W marcu 1923 r. grupa lubelska została rozbita przez policję, jej przywódców skazano na karę śmierci. Niedługo po tym Żurawski zginął w starciu z policją, zaś aresztowany Trzciński umarł w więzieniu.

Milicja prowadziła walkę niejako na dwóch frontach: z jednej strony przeciwko prawicy i kontrolowanemu przez nią aparatowi państwa, z drugiej – przeciw skrajnie lewicowej konkurencji. Z kolei do spektakularnej konfrontacji z prawicą doszło w 1922 roku. 11 grudnia prawicowi demonstranci zablokowali w bramie apteki Klawego przy pl. Trzech Krzyży posłów PPS Ignacego Daszyńskiego, Rajmunda Jaworowskiego i Bolesława Limanowskiego, chcąc uniemożliwić przysięgę prezydencką G. Narutowicza. Działaczka partii Apolonia Rybakowa zmobilizowała w lokalu na Al. Jerozolimskich 300-400 robotników, w tym 15 uzbrojonych milicjantów. „Wkroczyliśmy na pl. Trzech Krzyży i klinem wbiliśmy się w tłum” – wspominał uczestnik zajść. Doszło do starcia z endecką młodzieżą, a następnie do wymiany strzałów, w wyniku czego śmiertelnie ranny został niosący sztandar PPS robotnik Jan Kałuszewski. Kolejne starcie miało miejsce na Nowym Świecie. Gdy pięć dni później prawicowy zamachowiec zabił prezydenta, grupa piłsudczyków z Adamem Kocem przygotowała projekt „akcji karnej”, którą przeprowadzić miała milicja PPS. Jak napisał Andrzej Garlicki: „Pod tym enigmatycznym określeniem krył się projekt fizycznej likwidacji wybranych działaczy obozu narodowego”. Mimo gotowości J. Łokietka do udziału w tej akcji, została ona powstrzymana przez Ignacego Daszyńskiego.

Starcia z prawicą trwały i wcześniej, i później, także poza Warszawą, choć na ogół miały charakter niezorganizowany. Do starć między milicją PPS a bojówkami prawicy doszło w Bogucicach podczas marszu robotników Zagłębia Krakowskiego do Katowic z okazji przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Latem 1922 r. socjaliści pobili posłów Związku Ludowo-Narodowego (m.in. Stanisława Rymara), dwa tygodnie później rozbili wiec endecji w kinie „Uciecha”. Według „Gazety Polskiej” odpowiedzialna była 100-osobowa bojówka o nazwie „Piłsudski” z Bednarczykiem i Packanem na czele. Organizator napadu twierdził, że dokonała tego skrzyknięta naprędce grupa kolejarzy. Zimą 1923 r. w Łomży młodzi socjaliści starli się na rogu ul. Dwornej i Giełczyńskiej z endekami rozlepiającymi klepsydry Eligiusza Niewiadomskiego.

Konflikty milicji robotniczej z policją miały charakter chroniczny, dochodziło do nich w czasie wielu manifestacji i strajków. Największy zasięg miały podczas strajku kolejarzy w Krakowie 6 listopada 1923 r. Strajkujący robotnicy przerwali wówczas kordon policji na ul. Dunajewskiego, na co policja odpowiedziała ogniem. Wśród okrzyków „Niech żyje Piłsudski!” rozbrojone zostały dwie kompanie 16. pułku piechoty. Szarża 8. pułku ułanów załamała się ostrzelana przez robotników, konie ślizgały się na bruku polanym wodą. Buntownicy zdobyli samochód pancerny. Jak wspominał Packan: „Walka przeniosła się na całe miasto, robotnicy likwidowali policję, aż w końcu patrole robotnicze przejęły całą władzę w mieście”. Wskutek walk zginęło 3 oficerów, 11 szeregowców, 18 cywili; rannych zostało 31 policjantów, 101 wojskowych, kilkudziesięciu cywilów. Trudno ocenić, na ile wydarzenia te miały charakter żywiołowy, na ile zaś grupy uzbrojonych robotników działały w sposób zorganizowany i zdyscyplinowany; z relacji wynika, że straż porządkowa PPS nie panowała nad tłumem, a potem podstępem odebrała broń robotnikom. Dostrzec jednak można w wydarzeniach krakowskich trop piłsudczykowskiej konspiracji. Według Wincentego Witosa, działacz PPS Mieczysław Mastek „Twierdził […], że na dzień 6 listopada 1923 r. nasłano do Krakowa, bez ich woli i wiedzy, bardzo wielu ludzi zupełnie nieznanych, uzbrojonych i poinstruowanych. Pomiędzy nimi znajdował się także […] Kostek Biernacki. […] Mastek twierdził z całą stanowczością, że zamiarem Kostka Biernackiego było objęcie rządów w Krakowie i urządzenie stamtąd marszu na Warszawę”.

Kulminacją konfrontacji z rządzącą prawicą był przewrót majowy, w którym czynny udział wzięła PPS, a zwłaszcza jej „radykalne”, tj. piłsudczykowskie skrzydło. Już jesienią 1925 r. M. Malinowski poinformował Adama Pragiera o „pracy, jaką grupa towarzyszy z PPS oraz dawnych peowiaków podjęła dla przeciwstawienia się zamachowi przygotowywanemu przez prawicę”. O udziale piłsudczykowskich działaczy PPS w sprzysiężeniu świadczy zebranie w przeddzień marszu na Warszawę, na którym Bronisław Pieracki udzielił im instrukcji, a potem spotkanie Jędrzeja Moraczewskiego i Adama Kuryłowicza z Piłsudskim 12 maja ok. godz. 23.00. Wspierający przewrót kolejarze rozpoczęli strajk, aby uniemożliwić transport wojsk rządowych. 12 maja popołudniu Jaworowski ogłosił mobilizację członków warszawskiej organizacji PPS, a następnego dnia CKW partii oznajmił swe bezwarunkowe poparcie dla zamachu.

Poparcie ze strony socjalistów nie miało wymiaru wyłącznie politycznego, ale też militarny. Opinie historyków co do udziału batalionów robotniczych w zamachu są rozbieżne. Garlicki stwierdza, że „batalion robotniczy dzielnicy Wola” formowany w Domu Związków Zawodowych na ul. Leszno liczył zaledwie 150 nieuzbrojonych ludzi i nie uczestniczył w walkach, ograniczając się do usuwania komunistów ze swego rejonu. Z kolei Rawicz przytacza relacje świadczące o rozdawaniu przez Siemiątkowskiego i Piłackiego milicjantom broni ukrytej w mieszkaniach posłanki Zofii Praussowej i adwokata Polaka, jak również o likwidowaniu gniazd dywersji przez patrole milicji i o jej walkach na Polu Mokotowskim. Te relacje nie muszą być sprzeczne: być może „stała” bojówka walczyła, a ochotnicy stali w odwodzie. Herman Lieberman, socjalista skądinąd krytyczny wobec Piłsudskiego, przyznawał, że „istotnie proletariat warszawski z entuzjazmem przyłączył się do walk żołnierzy Piłsudskiego. Coraz to inne oddziały widywałem na ulicach uzbrojone w karabiny: sami proletariusze”.

Poparcie socjalistów dla przewrotu nie ograniczało się do stolicy. Łódzka organizacja PPS otrzymała od Pużaka polecenie: „Dogadać się z wojskiem […] Wejść w kontakt z kolejarzami. […] W razie potrzeby ogłosić strajk”. Eugeniusz Ajnenkiel wraz z bojowcami Antonim Purtalem, Franciszkiem Helińskim, Wiktorem Krawczykiem i Józefem Endrychem przystąpił do organizowania milicji składającej się z oddziału lotnego w sile 25 ludzi (stale dyżurującego w siedzibie OKR), siatki łączności (łącznicy z dzielnic) oraz ochrony lokali dzielnicowych tworzonej przez komendantów „milicji majowej” (grupy po 30 milicjantów). Milicja PPS wraz z członkami Związku Strzeleckiego pomaszerowała pod koszary 28. Pułku Strzelców Kaniowskich, który w rezultacie przeszedł na stronę Piłsudskiego. Na prośbę gen. Stanisława Małachowskiego, który poparł przewrót, PPS ogłosiła mobilizację swych członków formując dwie kompanie liczące po 150 ludzi, które zostały umundurowane i przećwiczone w koszarach. W ramach działań bojowych milicjanci wysadzili tory kolejowe na linii Strzałków – Kutno – Łowicz, unieruchamiając w ten sposób pociąg pancerny z Poznania. Jednak – podobnie jak Warszawie – już 17 maja gen. Małachowski nakazał rozwiązanie kompanii ochotniczych.

Podobnie wyglądała sytuacja w innych ośrodkach. Na przykład w Łomży OKR PPS wezwał członków do zgłoszenia się do koszar 33. pułku piechoty, gdzie zostali umundurowani i przeszkoleni. W Krakowie socjaliści powołali doraźną milicję robotniczą pod komendą Ryszarda Kunickiego, to samo nastąpiło w Bielsku.

Konflikt PPS z komunistami miał przyczyny zarówno ideologiczne (stosunek najpierw do niepodległości państwa polskiego, potem do jego granic i ustroju), jak i taktyczne (rywalizacja o tę samą bazę społeczną). Kwestie taktyczne zaostrzyły się po proklamowaniu przez Komintern „jednolitego frontu robotniczego od dołu”, który sprowadzał się do próby przechwytywania zwolenników socjaldemokracji przez partie komunistyczne. Gdy Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wystąpiła w kwietniu 1922 r. z propozycją wspólnych demonstracji pierwszomajowych, reakcja PPS była negatywna: milicja miała nie dopuścić do włączanie się komunistów w pochód, a nawet niszczyć ich sztandary. KPRP oceniła, że „bojówka odegrać miała rolę pomocniczego ramienia zbrojnego burżuazji”.

W miarę upływu czasu konflikt się zaostrzał. W styczniu 1924 r. bojówka PPS pobiła komunistę Piotra Szelenbauma z fabryki Lilpopa, w lipcu tego roku ponownie zaatakowano członków KPRP w tym zakładzie, 3 sierpnia milicja zaatakowała wiec komunistyczny w Teatrze Powszechnym, w wyniku czego zastrzelony został przez Andrzeja (Jędrzeja) Kowalskiego działacz kompartii Wiktor Biały. 6 września 1925 r. bojówka PPS dzielnicy Wola zamordowała komunistów Jana Łukasika i Henryka Przechorowskiego. 8 listopada tego roku doszło do starć podczas Kongresu Robotniczo-Chłopskiego zorganizowanego przez PPS w cyrku przy ul. Ordynackiej; straż porządkowa pobiła grupę działaczy komunizującej Niezależnej Partii Chłopskiej (B. de Nisau, Stanisława Ballina, Alfreda Fiderkiewicza, Feliksa Hołowacza, Adolfa Bona). 21 listopada Ballin został pobity w powiecie krasnostawskim.

Jeszcze bardziej krwawy był następny rok. Do prawdziwej masakry doszło 1 maja 1926 r. Według relacji komunisty: „Gdy razem z grupą towarzyszy znalazłem się na przeciwko Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, zobaczyłem, że auto ciężarowe z bojówkarzami, jadące na tyłach pochodu pepesowskiego, raptem się zatrzymało. Po chwili rozległa się salwa rewolwerowa, za nią druga, trzecia. To bojowcy PPS prażyli wprost w tłum, na oślep. […] nadjechały z boku auta z bojowcami PPS. Na wprost ministerstwa kolei rozległa się druga salwa. Pada śmiertelnie ranny robotnik komunista, Jan Gawlik. […] Trzecią i ostatnią salwę dali bojowcy PPS na placu Trzech Krzyży. Kule pepesowskie kładą tutaj trupem robotnika Gustawa Wudla, wielu innych ranią”. Maciej Rataj opisywał wydarzenia następująco: „Pochód PPS odbywał się według wszelkich reguł strategii. Oddziały bojowe uzbrojone, częściowo umieszczone na autach ciężarowych. Doszło dwukrotnie do starcia – na Krakowskim Przedmieściu i koło kościoła Aleksandra. Strzały – w wyniku 5 osób zabitych, 11 ciężej i lżej rannych. Policja pilnowała reguł boju, nie zachowując zresztą obiektywizmu: w momentach niebezpieczeństwa wkraczała, oddzielając PPS od napierających komunistów”. Natomiast Warszawski OKR wydał oświadczenie, w którym stwierdzał: „Wzięliśmy na siebie utrzymanie porządku i zażądaliśmy wycofania policji. Milicja PPS z zimną krwią porządek utrzymała”.

13 maja 1926 r. bojówka PPS (radny Kowalewski, Macanek, Jeger) zaatakowała wiec KPP na rogu Wolskiej i Okopowej. 27 czerwca doszło do krwawych starć między socjalistami i komunistami w czasie demonstracji PPS na ul. Piotrkowskiej w Łodzi (kilkunastu rannych). 5 września 1926 r. milicjanci (m.in. Jan Łaniewski, Jendryszek i Siemiątkowski) pomogli policji rozbić demonstrację Związku Młodzieży Komunistycznej, w wyniku czego zmarł Grünbaum. 26 września 1926 r. bojówkarze (Piłacki, Łokietek, Siemiątkowski, Preis, Dewódzki i inni) napadli na odczyt komunizującej PPS-Lewicy w teatrze Kamińskiego przy ul. Oboźnej. Podobnie wyglądała sytuacja w innych miastach, np. w Krakowie milicja PPS pobiła 14 maja grupę komunistów.

Apogeum konfliktu między dwiema marksistowskimi partiami miało miejsce w 1928 r. Już w lutym warszawska bojówka rozbiła wiec PPS-Lewicy w Poznaniu, pobity został lewicowiec Szwarc. W marcu podczas pogrzebu ofiar katastrofy budowlanej pobici zostali komunistyczni posłowie Jakub Gawron i Henryk Bitner. 1 maja Warszawą ponownie wstrząsnęły krwawe zajścia. Na pl. Teatralnym odbywały się równocześnie dwa wiece: komunistyczny i socjalistyczny. Według sprawozdania Komisariatu Rządu, w czasie przemowy komunistycznego posła Adolfa Warskiego „jeden z członków milicji uderzył laską Warskiego, który w odpowiedzi na to sięgnął po rewolwer i strzelił do bijącego go. Strzał ten był hasłem do ogólnej bójki. Posypały się strzały z obydwu stron i zawrzała walka na pięści, laski i noże”. „Gazeta Warszawska” z 2 maja 1928 r. tak opisywała dalszy przebieg wydarzeń: „od strony ul. Wierzbowej nadciągnął nowy duży pochód komunistów, prąc na środek placu ku grupom PPS. […] Z kontratakiem wystąpiła bojówka PPS, ulokowana na samochodzie ciężarowym, ochraniającym grupę PPS, na lewo od frontu Teatru Wielkiego od strony ul. Trębackiej. Stojący na samochodzie »milicjanci« wydobyli rewolwery i zaczęli strzelać salwami, większość w górę, wielu jednak strzelało w tłum”. „Naje Fołkscajtung” dodawała: „Padają salwy podług komendy. Całe grupy milicjantów pepesowskich, w gotowości bojowej, przyklękają i raz po raz strzelają”. Ofiarą miało paść 8 zabitych i 600 rannych. Bojówki PPS starły się też tego dnia z komunistami w Zagłębiu Dąbrowskim, Lwowie i Borysławiu.

Po tych wydarzeniach konferencja międzydzielnicowa warszawskiej organizacji PPS postanowiła „rozpocząć likwidację komunizmu w Warszawie”. Łokietek otrzymał owację, wręczono mu kwiaty. Jaworowski miał się wypowiedzieć, że „za jedyną skuteczną broń w walce ze wzrastającym komunizmem uważa siłę fizyczną”. Za słowami poszły czyny. Już 2 maja siedmioosobowa bojówka PPS z Woli z A. Kowalskim na czele napadła na delegata fabryki Lilpopa Rucińskiego. 2 czerwca miał miejsce najazd na Budy (35 milicjantów, m.in. A. Kowalski, jego brat Tomasz, Aleksander Krajewski, Jeger, Rogowiecki, Bednarek). Przygotowywany miał być też zamach na komunistycznego posła Konstantego Sypułę, co ujawnił sekcyjny milicji Piotr Jagodziński.

Zaostrzenie konfrontacji z komunistami mogło być spowodowane narastającym konfliktem wewnątrz PPS, w której prorządowe stanowisko WOKR rodziło coraz większy opór. W tej sytuacji piłsudczykowska frakcja Jaworowskiego mogła chcieć uwikłać partię w ofensywę antykomunistyczną. Skutek był jednak odwrotny. Agresywność bojówki spotkała się z niechęcią większości członków PPS. W rezultacie milicjanci zaczęli zwracać się przeciw własnym towarzyszom. Komisariat Rządu donosił, że WOKR usiłuje „nawet uciekając się do konieczności użycia siły fizycznej nie […] dopuścić do odbycia się walnych zebrań poza plecami OKR-u”, a bojówka terroryzuje na zebraniach opozycyjnych członków PPS. 4 lipca omal nie doszło do bójki w lokalu Związku Zawodowego Kolejarzy podczas przemówienia Zygmunta Żuławskiego, który krytykował Jaworowskiego. 20 sierpnia 1928 r. milicja nie wpuściła opozycjonistów na zebranie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. 2 września milicjanci z Woli, Powązek i Powiśla zerwali odczyt Żuławskiego. Przygotowywany miał być też przez bojówkę zamach na socjalistycznych działaczy związkowych Stefana Haupe i Edwarda Zawadzkiego. Sytuacja dojrzała do rozłamu.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Piotr Grudka

Przypis:

  1. Rozwiązanie Milicji Ludowej i innych podobnych formacji opisano w artykule J. Tomasiewicza pt. „O wolność. Polskie socjalistyczne formacje zbrojne 1917–1920” w poprzednim numerze „Nowego Obywatela”.

Sprawiedliwość społeczna i katolicyzm. Ksiądz Antoni Szymański – pionier polityki społecznej w Polsce

Polityka społeczna jako dyscyplina naukowa ma w Polsce tradycje sięgające 1920 r., kiedy powstał Instytut Gospodarstwa Społecznego, i 1924 r., gdy powołano do życia Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej (PTPS). Od samego początku możemy mówić o kilku zasadniczych nurtach w jej obrębie: liberalnym (reprezentowanym przez Stanisława Głąbińskiego, Ferdynanda Zweiga czy Władysława Zawadzkiego); socjologiczno-strukturalnym (jego przedstawicielami byli Ludwik Krzywicki czy Stanisław Rychliński) oraz katolickim, tzn. traktującym politykę społeczną jako działalność praktyczną, dla której odniesieniem była nauka społeczna Kościoła. W tym ostatnim przypadku za najważniejszą postać reprezentującą ten kierunek należy bez wątpienia uznać ks. Antoniego Szymańskiego. Wśród licznych katolickich myślicieli i działaczy społecznych okresu międzywojennego zajmuje on ponadto pozycję wyjątkową. Śmiało można nazwać go liderem obozu katolicko-społecznego w II Rzeczypospolitej.

***

Antoni Szymański urodził się w miejscowości Praszka w powiecie wieluńskim 27 października 1881 r.1 Po ukończeniu szkoły elementarnej w rodzinnym mieście, podjął naukę w gimnazjum w Częstochowie, zaś po zdaniu matury wstąpił w 1900 r. do seminarium duchownego we Włocławku. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1904 r. Wkrótce po tym, pomimo sprzeciwu rosyjskich władz, udało mu się wyjechać na studia z zakresu filozofii i nauk społecznych na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium. Zetknął się tam z wybitnymi przedstawicielami katolickiej nauki społecznej: Marcelem Defournym i kard. Désiré-Josephem Mercierem. W październiku 1907 r. uzyskał stopień doktora filozofii na podstawie pracy napisanej pod kierunkiem Defourny’ego, a zatytułowanej „La démocratie chrétienne en France”, która trzy lata później wydana została w języku polskim2.

Po powrocie ze studiów został wikariuszem parafii kolegiackiej w Kaliszu, a następnie profesorem filozofii i nauk społecznych w seminarium duchowym we Włocławku. Z Włocławkiem związany był przez następne 10 lat, do roku 1918. W miejscowym seminarium prowadził w tym okresie zajęcia z logiki, socjologii, zasad wiary, pedagogiki i dydaktyki oraz prawa cywilnego. W 1909 r. z inicjatywy ks. Idziego Radziszewskiego zostało powołane we Włocławku pismo „Ateneum Kapłańskie”, którego redaktorem został ks. Szymański. Funkcję tę pełnił do 1918 r. Za sprawą osobistych zainteresowań redaktora poczesne miejsce na łamach pisma od początku zajmowała problematyka społeczna. Z jego też inicjatywy powołano do życia w 1917 r. serię wydawniczą pod nazwą Biblioteka „Ateneum Kapłańskiego”. W latach tych opublikował na łamach pisma ok. 60 artykułów oraz dużą liczbę recenzji, not i sprawozdań. Z dorobku pisarskiego ks. Szymańskiego tamtego okresu wymienić trzeba koniecznie trzy książki: „Katolicyzm socjalny we Francji”, „Studia i szkice społeczne” oraz pierwszą edycję „Zagadnień społecznych”3.

W 1918 r. przyjął propozycję rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (KUL) i przeniósł się na tę powołaną właśnie do życia placówkę naukową. Prowadził tam wykłady z zakresu polityki społecznej i ekonomicznej, socjologii, etyki oraz historii katolicyzmu społecznego na Wydziale Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych, Wydziale Prawa Kanonicznego oraz Wydziale Nauk Humanistycznych. W 1919 r. uzyskał habilitację z nauk społecznych na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W roku akademickim 1920-1921 pełnił obowiązki dziekana Wydziału Prawa Kanonicznego i Nauk Moralnych, w latach 1931-1933 był natomiast dziekanem Wydziału Nauk Społeczno-Ekonomicznych, od 1922 do 1926 sprawował również funkcję wicerektora KUL. Od 1930 r. pełnił obowiązki opiekuna Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”.

Z jego inicjatywy odbywały się od 1922 r. rokrocznie tzw. Tygodnie Społeczne na wzór francuskich Semaines sociales, uruchomionych w 1904 r. przez Mariusa Gonina i Adéodata Boissarda. Do 1933 r. tradycyjnie były one organizowane w Lublinie, w 1934 r. w związku z nowymi przepisami państwowymi ograniczającymi wolność akademicką nie odbyły się, a kolejną ich edycję przeniesiono do Krakowa w 1935 r. Eksperyment ten okazał się na tyle udany, że kolejne Tygodnie Społeczne zorganizowano we Lwowie i w Wilnie, ostatnie dwa wróciły jednak ponownie do Lublina4. Kierował też Związkiem Seniorów „Odrodzenie”, powołanym do życia w 1926 r. w Warszawie, który następnie został przemianowany w Związek Polskiej Inteligencji Katolickiej „Odrodzenie”, a w 1931 r. na Związek Polskiej Inteligencji Katolickiej, którego został prezesem.

Organem prasowym Związku w 1929 r. był miesięcznik „Prąd”, redagowany wówczas przez ks. Szymańskiego. W 1928 r. założył on w Lublinie Towarzystwo Wiedzy Chrześcijańskiej, prowadzące działalność wydawniczą (m.in. przeznaczony dla robotników miesięcznik „Front Pracy”) oraz udzielające stypendiów naukowych i zapomóg. W 1933 r. został członkiem tzw. Unii Mechlińskiej (Union Internationale d’Etudes Sociales de Malines), powołanej w 1920 r. z inicjatywy wspominanych już Defourny’ego i kard. Merciera5.

W tym samym roku został wybrany rektorem KUL, ponownie zaś w 1936 r. Dzięki jego staraniom uczelnia ta na mocy Ustawy Sejmu RP z 9 kwietnia 1938 r. otrzymała prawo przysługujące uczelniom państwowym do nadawania wszystkich stopni naukowych na wszystkich wydziałach. W 1934 r. z inicjatywy Prymasa Polski ks. Augusta kard. Hlonda oraz na życzenie papieża Piusa XI powołana została do życia Rada Społeczna przy Prymasie Polski, której głównym celem miało być popularyzowanie programu zawartego w encyklice społecznej Quadragesimo anno. Prezesem Rady został ks. Antoni Szymański, a w skład jej wchodzili luminarze katolickiej myśli i działalności społecznej w Polsce, m.in. Leopold Caro, Ludwik Górski, bp. Teodor Kubina, ks. Aleksander Wóycicki, ks. Jan Piwowarczyk, Czesław Strzeszewski, ks. Stefan Wyszyński6.

Po wkroczeniu 18 września 1939 r. do Lublina armii niemieckiej, ks. Szymański wraz z innymi profesorami KUL został aresztowany i osadzony na lubelskim Zamku. Następnie przebywał w areszcie domowym. Usiłował organizować tajne nauczanie dla studentów KUL oraz pomoc dla pracowników i ich rodzin. Od grudnia 1940 r. mieszkał w Bełżycach, gdzie pełnił obowiązki wikariusza. Tam zmarł 9 października 1942 r. i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Po wojnie jego ciało ekshumowano i przeniesiono do grobowca Radziszewskich w Lublinie.

***

Ksiądz Szymański jawi się jako jeden z pionierów polityki społecznej w Polsce. Jego książka pt. „Polityka społeczna” była de facto pierwszym podręcznikiem dotyczącym tej problematyki napisanym w języku polskim. Ujmował w niej politykę społeczną jako troskę o warstwy pracujące, ze szczególnym uwzględnieniem pracowników fizycznych. Czytamy tam, iż „przedmiotem polityki społecznej jest dobro warstwy najemnej w ogóle, a w szczególności pracy fizycznej, lub inaczej określenie należytego stosunku między pracodawcami i pracobiorcami. Chodzi głównie o pracowników fizycznych, czyli robotników miejskich i wiejskich. W okresie wojny w nie mniej ciężkim, a może cięższym położeniu znaleźli się pracownicy biurowi i umysłowi. Stąd powstało zagadnienie rozszerzenia polityki społecznej na te warstwy”7.

Tego typu rozumienie polityki społecznej jest dalekie od współcześnie obowiązującego, jednak bliskie ujęciom dominującym w tamtym czasie. Polityka społeczna, jak podkreślał Szymański, tym różni się od pomocy społecznej, że o ile w przypadku tej drugiej mamy do czynienia z jednostkami oraz stawianiem spraw społecznych na gruncie miłosierdzia i litości, o tyle jeśli chodzi o pierwszą dotyczy ona mas, opiera się o cnotę sprawiedliwości, a nie miłosierdzia, więc w związku z tym w o wiele większym stopniu może posługiwać się przymusem, działaniami odgórnymi8.

Dokonując charakterystycznego dla katolickiej nauki społecznej rozróżnienia na sprawiedliwość zamienną, rozdzielczą (według nomenklatury Szymańskiego: szafującą) oraz społeczną, kładł on szczególny nacisk, podobnie jak to uczynił kilka lat później Pius XI w encyklice Quadragesimo anno, na potrzebę konsekwentnej realizacji tej ostatniej. W tym upatrywał niejako warunku sine qua non naprawy istniejących stosunków społecznych. Jak podkreślał, przedmiotem tej sprawiedliwości jest wszystko to, co konieczne dla dobra powszechnego, nie zaś tylko pożądane czy właściwe. W jej obręb wchodzi również dobro klasowe, społeczeństwo bowiem nie jest złożone jedynie z samych jednostek. „Jest ono czymś więcej niż sumą indywidualnych dóbr ludzi wchodzących w skład tej klasy; jest jakby gatunkiem dobra powszechnego […]. Wśród tych klas zawsze są klasy uboższe, usunięte od dobrodziejstw cywilizacji, niekiedy wyzyskiwane. Otóż sprawiedliwość społeczna wymaga, aby takiej klasie przyjść z pomocą celem podniesienia jej dobrobytu. Będzie to owa providentia singularis, skierowana ku ubogim i uciśnionym, obok providentia generalis, której przedmiotem jest dobro powszechne”9.

W życiu społecznym obowiązki sprawiedliwości zbyt często utożsamia się z obowiązkami miłości, co zdaniem ks. Szymańskiego nie jest wystarczające. O wiele łatwiej określić obowiązki sprawiedliwości w relacjach indywidualnych (reguluje je sprawiedliwość wymienna), ale i w relacjach społecznych i stosunkach pomiędzy poszczególnymi klasami nie można się od tego uchylać. „Trzeba tu ocenić nie tylko wzajemne prawa i obowiązki w danym ustroju, ale i sam ustrój, który zależy od różnorakich przyczyn”10. Tak na przykład, wysuwając postulat dodatków rodzinnych, ks. Szymański zdecydowanie stawiał go na gruncie cnoty sprawiedliwości, wskazując, że pracodawcy mają obowiązek przychodzić z pomocą swoim pracownikom znajdującym się w trudnym położeniu, że wychodzi to z pożytkiem dla nich samych, albowiem liczna rodzina umożliwia rozwój produkcji bez uciekania się do emigracji, że rodziny wielodzietne działają też na korzyść całego państwa, wychowując dla niego obywateli, pracowników czy żołnierzy. W związku z tym winny one otrzymywać określony ekwiwalent za ponoszenie kosztów i wysiłków służących dobru narodowemu11.

Sprawiedliwość winna jednak być uzupełniona również miłością: „Otóż warstwy bogatsze, uczeńsze, szczęśliwsze mają obowiązek ułatwić biedniejszym i najniższym, zwłaszcza od siebie zależnym, udział w dobrach cywilizacyjnych. Nie chodzi o zastąpienie obowiązków sprawiedliwości obowiązkami miłości, lecz o spełnianie obowiązków miłości obok takichże sprawiedliwości. […] Niekiedy niezawodnie pod wpływem liberalizmu spotyka się uszczuplenie obowiązków sprawiedliwości na rzecz obowiązków miłości. Zdarza się to np. wtedy, gdy uzyskanie środków na wypełnienie jakichś obowiązków uzależnia się nie od sprawiedliwości, ale od miłości”12. Położenie akcentu na obowiązki miłości jest czymś, co zdaniem ks. Szymańskiego odróżnia katolicyzm społeczny od socjalizmu. Obydwa kierunki są zgodne co do roli i znaczenia sprawiedliwości jako podstawy ustroju społecznego, natomiast różnice pomiędzy nimi zachodzą w kwestii podejścia do problemu obecności miłości w życiu społecznym. Socjalizm, jak pisał, lekceważy miłość „którą utożsamia z miłosierdziem, a dla miłości chrześcijańskiej nie ma żadnego zrozumienia, nie może jej pojąć. Katolicyzm socjalny mówi głównie o obowiązkach, a w drugim rzędzie o prawach, socjalizm prawie wyłącznie o prawach. Katolicyzm socjalny stara się złagodzić namiętności, socjalizm podnieca je i świadomie budzi »ludu gniew« przeciw warstwom wyższym, »burżuazyjnym«”13.

***

W swoich poglądach społeczno-gospodarczych czy też, szerzej, filozofii przez siebie głoszonej, ks. Szymański stał na stanowisku personalistycznym, przeciwstawiając się zarówno indywidualizmowi, jak i kolektywizmowi. Ten pierwszy jego zdaniem swoje źródło ma już w średniowiecznym nominalizmie, jednak do ekstremum rozwinięty został w epoce Oświecenia, zdobywając wkrótce wręcz monopolistyczną pozycję. Również i katolicyzm społeczny zainfekowany został tego rodzaju myśleniem, czego wyrazem były przede wszystkim różne nurty tzw. liberalizmu katolickiego, szczególnie dobrze rozwijające się we Francji. Cechą charakterystyczną ujęcia indywidualistycznego jest postrzeganie jednostki jako jedynej właściwej rzeczywistości oraz miary wszelkich zjawisk społeczno-gospodarczych, uznanie społeczeństwa czy grup społecznych za zjawiska wyłącznie ilościowe, powstające na mocy umowy społecznej (państwo) lub prywatnej (rodzina). Skoro zaś społeczeństwo nie stanowi całości organicznej, nie może być mowy o istnieniu jakiegoś dobra ponadjednostkowego (powszechnego, zawodowego). Jeśli nawet pojęcie dobra wspólnego jest używane, stanowi ono jedynie pewien zabieg leksykalny czy metaforę na oznaczenie po prostu dobra jak największej liczby ludzi.

Druga konsekwencja liberalizmu to przekonanie o samorodności instytucji gospodarczych, samorodnej harmonii interesów powstającej na skutek uzgodnienia jednostkowych egoizmów oraz podobnej harmonii w stosunkach pracy. Tymczasem, jak pisał ks. Szymański, co prawda istnieją określone prawa ekonomiczne „jednak nie posiadają bezwzględności praw przyrodniczych. Można wpływać na ich przebieg, można korygować ich działanie. Tak np. prawo podaży i popytu wpływa na cenę towarów i pracy, ale można przez świadomą interwencje władz publicznych, organizacji lub opinii utrzymać płacę i cenę na pewnym poziomie, który nie przynosi strat, nie sprzeciwia się prawu korzyści gospodarczej, ale uniemożliwia pokrzywdzenie jednej lub drugiej strony. […] Społeczeństwo i gospodarstwo nie są tworem przyrody, na którą rozum i wola nie mają wpływu; nie są mechanizmem, który działa automatycznie. Są uporządkowanym zespołem działalności ludzkiej na podłożu warunków przyrodzonych”14.

Wedle liberalizmu stojącego na gruncie indywidualistycznym, bieda robotnika w ustroju kapitalistycznym w każdym przypadku wynika z jego niedostatecznych starań, lenistwa, rozrzutności itp., nigdy zaś z uwarunkowań systemowych i z wadliwej budowy ustroju gospodarczego. To ostatnie przekonanie bowiem zaprzeczałoby centralnemu mitowi liberalizmu na temat samorodnej harmonii stosunków gospodarczych. Ma ono wskazywać na niepodważalność tzw. praw ekonomicznych i ich całkowitą niezależność od innych sfer życia, które rządzą rzeczywistością gospodarczą. Tym samym zaś na absolutną autonomię ekonomii jako nauki. Ksiądz Szymański, nie zaprzeczając odrębności i samoistności ekonomii, sprzeciwiał się zdecydowanie jej separacji od etyki, wskazując, że co prawda stanowią one odrębne dziedziny nauki, jednak zachodzą pomiędzy nimi związki choćby z tego powodu, że obydwie mają wspólny przedmiot materialny, tj. działalność ludzką15. Tymczasem jednak przedstawiciele szkoły liberalnej, odrzucając tego rodzaju roszczenia, wskazywali, że jest to po prostu niemożliwe z tego powodu, iż ekonomia rządzi się swoimi prawami, analogicznymi do praw fizycznych czy matematycznych, a porządek gospodarczy czy instytucje o tym charakterze powstają samorzutnie, nie wskutek jakichś ludzkich planów czy przedsięwzięć. Z tego wypływał więc wniosek, że należy po prostu pozostawić wszystko własnemu biegowi, jak najmniej się wtrącać w tę sferę, jak najmniej regulować owe procesy, a ta naturalna homeostaza samorzutnie zostanie stworzona czy przywrócona.

W tej perspektywie wszelkie więc niedomagania życia gospodarczego wynikałyby jedynie z niedoskonałości „czynnika ludzkiego”. Dla ks. Szymańskiego stanowisko tego rodzaju wynikało z nierozróżniania dwóch determinizmów: przyrodniczego i społecznego. O ile w przypadku tego pierwszego mamy do czynienia ze ścisłymi prawidłowościami i powtarzalnością, o tyle w przypadku drugiego już taka precyzja nie zachodzi, „w nim termin »ściśle« zastępuje się terminem »około«, »mniej więcej«, »ut in pluribus«, jak mówił św. Tomasz. A to dlatego, że czynności ludzkie nie są zdeterminowane, lecz wolne, jak to uzasadnia psychologia racjonalna”16. Powtarzalność, z którą mamy do czynienia w ludzkich działaniach i zachowaniach w rzeczywistości społecznej, wynika z różnych względów. To pewne ludzkie przyzwyczajenia, skłonność człowieka do naśladownictwa, kierowanie się podobnymi pobudkami, pewnie też określona, zbliżona struktura psychofizyczna każdej istoty ludzkiej. Na tej podstawie można ustalić pewne prawidła społeczne, nie mają one jednak tej deterministycznej mocy obowiązywania, jaka istnieje w świecie przyrody, gdzie po prostu inny przebieg zjawisk jest wykluczony. Nauka empiryczna, jaką jest ekonomia, bada tę rzeczywistość taką, jaka ona jest i może się zdarzyć, że stwierdzi istnienie jakiegoś prawa niemoralnego. Ksiądz Szymański jako przykład podaje prawo wyzysku robotnika i konsumenta przez ceny monopolistyczne. Jednakże jest to prawo empiryczne, mówiące jak jest, a nie jak być powinno. Kiedy „ekonomista stwierdzi istnienie takiego prawa, jego natężenie, jego źródła i następstwa, moralista i polityk gospodarczy wyda o nim sąd. Ekonomista przekroczyłby granice swej nauki, gdyby prawo empiryczne uznał za normatywne. […] Takie ekonomiczne prawa, które stwierdzą jakąś ewolucję niemoralną, nie są w gruncie rzeczy prawami ekonomicznymi, są wyrazem upadku i zboczenia, a nie zdrowego stanu gospodarstwa społecznego”17.

Oczywiście ekonomia ma wymiar również teoretyczny, nie tylko empiryczny. W wydaniu liberalnym, zdaniem ks. Szymańskiego, nie jest ona jednak czysto teoretycznym ujęciem życia gospodarczego, stanowi bowiem również politykę gospodarczą i społeczną. Prawa, które formułuje, traktuje zaś jako normatywne, mające wręcz status praw przyrodzonych: „Co więcej, wiele swoich teorii i praw oparła na błędnych założeniach filozoficzno-społecznych, jak indywidualizm, hedonizm. To było przyczyną, dlaczego, mimo wielu zasług naukowych, wyrządziła tyle złego w życiu gospodarczym, np. poprzez wyeliminowanie etyki z polityki ekonomicznej i społecznej, […] przez uprawnienie nieograniczonego panowania prawa podaży i popytu, wolności gospodarczej itp. Inaczej można to przedstawić w ten sposób, że ekonomia liberalna składa się z dwóch części: poszczególnych teorii ekonomicznych jako wyrazu rzeczywistości gospodarczej, i z teorii światopoglądowych, zgodnie z którymi pragnie urobić życie gospodarcze”18.

Taką teorią światopoglądową jest uznanie wolności gospodarowania za nienaruszalną, naturalną, absolutną zasadę kierowniczą całego porządku gospodarczego. Czym innym bowiem, jak słusznie zauważa ks. Szymański, jest badanie wolności gospodarczej i tego, jak wpływa ona na podział dochodu społecznego, tworzenie monopoli, kształtowanie się płac, wzrost bogactwa narodowego, a czym innym wskazywanie na nią jako nienaruszalny fundament. Czym innym też jest badanie roli zysku w pobudzaniu człowieka do zwiększenia swej aktywności, poprawy statusu materialnego, a czym innym arbitralne stwierdzenie, że zasada jednostkowego interesu rządzi wszystkimi ludzkimi zachowaniami. Teoria spiżowego prawa płacy Davida Ricardo nie dlatego więc była błędna, iż wskazywała na pewne prawidłowości, z którymi mieliśmy do czynienia w czasach rozwijającego się kapitalizmu, ale ponieważ została uznana przez niego za coś nienaruszalnego, zasadę, której nie sposób zmienić, trzeba więc biernie się jej podporządkować. Ekonomia teoretyczna jest więc zdaniem ks. Szymańskiego niezależna od etyki, ale nie w sposób bezwzględny. Stwierdzał on, że co prawda etyka nie wpływa w sposób pozytywny na ekonomię, tzn. nie zakreśla jej obszaru zainteresowania, nie daje jej pojęć czy założeń metodologicznych, jednak wpływa w sposób negatywny: „Dlatego, że ekonomika teoretyczna nie przestaje być nauką o działalności ludzkiej, która zawsze, we wszystkich dziedzinach podlega etyce, oraz dlatego że ekonomika teoretyczna jest częścią ekonomiki, która w swej istocie jest nauką praktyczną”19. Tym bardziej więc polityka ekonomiczna, a w jeszcze większym stopniu polityka społeczna, muszą mieć wzgląd na wymagania etyczne i powinny podlegać w pewnym stopniu, rzecz jasna nie całkowicie, wymogom moralnym. Nie wystarczy sama zasada moralna, aby prowadzić politykę gospodarczą, konieczna jest znajomość mechanizmów życia gospodarczego, ponieważ najszlachetniejsze pobudki mogą prowadzić do katastrofalnych skutków; również jednak ignorowanie wskazówek moralnych jest całkowicie nie do przyjęcia.

Ufundowany na indywidualizmie ustrój gospodarczy, zdaniem ks. Szymańskiego, jest dla katolików nie do zaakceptowania, stąd „z radością witają oni każdą prawdziwą lub mniemaną oznakę rozkładu tego ustroju, do walki z nim nawołują wszystkich”20. Nie znaczy to jednak, aby stanowił on rodzaj zła absolutnego. Posiada pewne zalety: wyzwala pracowitość, przedsiębiorczość, kreatywność, stymuluje rozwój życia gospodarczego, a tym samym i bogactwa, dzięki któremu można finansować choćby program polityki społecznej. Pisząc o wadach gospodarki kapitalistycznej, wskazywał on na „trafiające się od czasu do czasu kryzysy, nieraz ciężkie; wadliwy rozdział dochodu społecznego, wielkie bogactwo obok wielkiej biedy; uzależnienie produkcji od zysku, zwłaszcza od interesu finansjery; przewagę kapitału nad pracą; gospodarczą bezdomność i sproletaryzowanie pracobiorców; dobre warunki dla walki klasowej”21.

Ostatni z wymienionych punktów naprowadza nas na kolejne zagadnienie, a mianowicie stosunek do kolektywizmu. Bezpardonowa krytyka indywidualizmu i ufundowanego na nim ustroju gospodarczego nie oznaczała bowiem akceptowania przez ks. Szymańskiego rozwiązań przeciwstawnych, lansowanych przez kierunki kolektywistyczne, na czele z marksizmem. Kolektywizm w każdej postaci, jego zdaniem, depersonalizuje osobę ludzką, która przestaje żyć w tego rodzaju ustroju własnym życiem, stając się jedynie częścią kolektywu. Stawia się tutaj na pierwszym miejscu zbiorowość mającą „własne życie, własne prawa istnienia i działania”22, jednostka zaś żyje jedynie przez zbiorowość i dla zbiorowości. Konsekwencjami są totalizm i dyktatura. Z owym pochłanianiem jednostki przez zbiorowość nie mamy do czynienia jedynie w przypadku komunizmu, którego krytyce ks. Szymański poświęcił szereg prac, ale i faszyzmu oraz narodowego socjalizmu. Obydwa te kierunki powstały jako reakcja na liberalizm oraz socjalizm i obydwa, jak pisał Szymański, „uległy wpływom socjalizmu, oba też wiele zawdzięczają poglądom katolickich pisarzy”23. Akcentowanie wpływów katolickich pisarzy na kształtowanie się faszyzmu i narodowego socjalizmu jawi się jako dość zaskakujące, zwłaszcza u duchownego katolickiego i jednocześnie zdecydowanego krytyka obydwu wspomnianych doktryn i ustrojów. Szymańskiemu, jak się wydaje (nie pisał bowiem tego wprost), chodzi o takie elementy faszyzmu i narodowego socjalizmu, jak odrzucenie walki klas, solidaryzm, akcentowanie społecznego charakteru własności i pracy czy korporacjonizm24. W każdej jednak z tych kwestii koncepcje te idą krok dalej niż katolicyzm, nadmiernie akcentując moment społeczny, a jednocześnie osłabiając ten prywatny, jednostkowy. W związku z tym są nie do przyjęcia z personalistycznego punktu widzenia, przy którym ks. Szymański twardo obstawał.

Właśnie personalizm stanowić ma jego zdaniem koncepcję, która przezwycięża antynomię indywidualizmu i kolektywizmu. Harmonizuje on i uzgadnia elementy, które w tych stanowiskach są wartościowe, odrzucając przy tym zdecydowanie pewne charakterystyczne dla nich przerosty, tzn. skrajne czy jednostronne interpretacje określonych idei i wartości konstytutywnych dla podejścia indywidualistycznego bądź kolektywistycznego. W świetle stanowiska personalistycznego człowiek jest całkowitą rzeczywistością i miarą wartości, w związku z tym nie może być środkiem służącym do realizacji innych, nawet najbardziej szczytnych celów. Jednak nie jest też samowystarczalny, nie może żyć ani rozwijać się w odosobnieniu. Bez grupy społecznej nie jest on w stanie ani normalnie funkcjonować, ani się doskonalić. Społeczeństwo zaś nie ma charakteru wyłącznie ilościowego, jak chce tego liberalizm, lecz jakościowy, jest „zorganizowaną całością, która przenika pewien porządek moralny, prawny, ekonomiczny. Ale nie jest substancją, nie ma własnego indywidualnego rozumu i woli, istnieje i działa jako funkcja ludzi”25. Nie składa się też wyłącznie z jednostek, ale i z mniejszych grup jak rodzina, stan zawodowy, dobrowolne zrzeszenia, stanowiąc, wedle formuły ukutej przez Akwinatę, jedność powstałą z dobrego złożenia wielości26. Ponieważ istnieje społeczeństwo, to również istnieje dobro powszechne, różne od sumy dóbr indywidualnych, choć będące warunkiem ich istnienia i pomyślności. Winno być ono przedmiotem troski władzy, zwłaszcza tej państwowej. Skoro człowiek jest istotą społeczną i poza grupą nie może w pełni stać się człowiekiem, ma zatem obowiązek dbać w swoim działaniu o dobro powszechne, a nawet poświęcać w niektórych sytuacjach dla niego własne dobro.

***

Idea chrześcijańskiego ustroju gospodarczego, którą propagował ks. Szymański, miała być oparta właśnie na zasadach personalistycznych. Ustrój chrześcijański rozumiał on bardzo szeroko. Nie chodziło tutaj bowiem o określone rozwiązania techniczne, które miały być dla niego charakterystyczne, ale po prostu o zgodność z katolickim nauczaniem. W związku z tym, za chrześcijański można uznać jego zdaniem każdy ustrój, o ile nie sprzeciwia się on katolickiej nauce i realizuje zasady jej moralności27. Stopień chrześcijańskości ustroju może być różny, może on też doskonalić się pod tym względem: „tak np. w ustroju poddaństwa można zachować zasadnicze prawa człowieka, ale doskonalszym jest system najemnictwa, a od tego system współpracy”28.

Naczelną dyrektywą, którą wysuwał ks. Szymański, jeżeli chodzi o urządzenie stosunków społeczno-gospodarczych w duchu chrześcijańskim, jest umiar. Szkodliwy wedle niego jest zarówno nadmierny konserwatyzm, chcący za wszelką cenę zachować stan istniejący i wzdragający się przed jakimikolwiek zmianami, jak i radykalizm, usiłujący zmieniać rzeczywistość w sposób gwałtowny, nie licząc się z kosztami, jakie tego rodzaju przewroty mogą za sobą pociągnąć. Aby uniknąć pułapek konserwatyzmu i radykalizmu należy jego zdaniem „a) wyrabiać w sobie wrażliwość na sprawiedliwość i miłość. Dobrobyt i spokój nie powinien zasłaniać biedy i nieszczęść ani doprowadzać do przekonania, że biedny i nieszczęśliwy to winowajca, człowiek prawie bez czci i sumienia […]; b) poznać zasady, principiis obsta, i znać się gruntownie na tych instytucjach i przejawach, które się chce reformować; c) zachować rozumny krytycyzm wobec istniejących urządzeń, a przede wszystkim względem wszelkich nowinek i gwałtownych prądów. Ani zasadnicza negacja, ani lecenie na oślep, ale zbadanie i rozsądek. Roztropność jest wielką cnotą; d) pamiętać, że reforma zawsze zaczyna się od odnowienia psychiki ludzkiej, że sama zmiana warunków zewnętrznych niewiele znaczy, że raju na ziemi nigdy nie będzie, że bogactwo nie stanowi o szczęściu; e) przejąć się tą zasadą, że wiedza, władza ma być służbą prawdzie i bliźnim, a nie sobie”29.

Tego rodzaju ustrojem odpowiadającym zasadom chrześcijańskim, miał być propagowany przez ks. Szymańskiego korporacjonizm. Ta idea została spopularyzowana w środowiskach katolickich przede wszystkim za sprawą encykliki Quadragesimo annoPiusa XI. Podkreślał on wyraźnie, że korporacjonizm jest przede wszystkim ustrojem społecznym, stanowi on wyraz personalistycznego poglądu na budowę społeczeństwa, a w związku z tym jest nie do pogodzenia z ustrojem gospodarczym opartym na filozofii indywidualistycznej czy kolektywistycznej. Zatem zdecydowanie odrzucał faszystowską wersję korporacjonizmu urzeczywistnianą we Włoszech Mussoliniego30.

***

Koncepcje rozwijane przez ks. Antoniego Szymańskiego z pewnością nie należą do wyjątkowo oryginalnych na gruncie katolickiej nauki społecznej. Jednak nie mamy u niego do czynienia wyłącznie z pasją syntetyzowania czy też omawiania, przybliżania szerokim masom nauczania społecznego Kościoła. Podejmował cały szereg najbardziej aktualnych problemów swoich czasów, usiłując je naświetlać z punktu widzenia doktryny katolickiej. Stąd zajmowały go również kwestie dotyczące choćby komunizmu oraz charakteru przemian społeczno-gospodarczych w ZSRR, zagadnienia przebudowy korporacyjnej we Włoszech i kierunku, jaki ona przyjęła, problematyka kryzysu gospodarczego i prób jego przezwyciężenia. Jawił się tutaj jako przenikliwy badacz i komentator, potrafiący uchwycić istotę dokonujących się przemian i zdiagnozować różnorakie problemy w całej ich złożoności.

Przypisy:

  1. Informacje biograficzne na podstawie: C. Strzeszewski, Śp. ks. Antoni Szymański, „Roczniki Nauk Społecznych” 1949; K. Rulka, Pierwsze dziesięciolecie „Ateneum Kapłańskiego” [w:] Ateneum Kapłańskie 1909-2009, pod. red. K. Rulki, Włocławek 2009; Ks. Z. Pawlak, Ks. Antoni Szymański – profesor Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku i redaktor „Ateneum Kapłańskiego” [w:] Ksiądz Antoni Szymański (1881-1942)Rektor – uczony – działacz społeczny, pod red. ks. S. Fela, M. Wódki OFMConv, Lublin 2013; ks. E. Walewander, Ksiądz Antoni Szymański i jego zasługi dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego [w:] Ibid.; G. Matuszkiewicz, Szymański Antoni [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 50, Warszawa-Kraków 2014-2015.
  2. A. Szymański, Poglądy demokracyi chrześcijańskiej we Francyi 1892-1907, Poznań 1910.
  3. A. Szymański, Katolicyzm socyalny we Francji, Włocławek 1911; tegoż, Studya i szkice społeczne, Warszawa 1913; tegoż, Zagadnienia społeczne, Włocławek 1916.
  4. K. Turowski, „Odrodzenie”Historia Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej, Warszawa 1987, ss. 249-255.
  5. J. Majka, Katolicka nauka społeczna. Studium historyczno-doktrynalne, Rzym 1986, s. 283.
  6. C. Strzeszewski, Ośrodki katolickiej myśli społecznej [w:] Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, pod red. C. Strzeszewskiego, R. Bendera, K. Turowskiego, Warszawa 1981, s. 402.
  7. x. Dr. A. Szymański, Polityka społeczna, Lublin 1925, s. 1.
  8. Ibid., s. 2.
  9. Ibid., s. 20.
  10. Ibid., s. 25.
  11. Ibid., s. 407 i n.
  12. Ibid., s. 29.
  13. Loc. cit.
  14. A. Szymański, Zagadnienia społeczne, wydanie III przerobione, Lublin 1939, ss. 16-17.
  15. A. Szymański, Ekonomika i etyka, Lublin 1936, s. 9.
  16. Ibid., ss. 50-51.
  17. Ibid., ss. 53-54.
  18. Ibid., ss. 56-57.
  19. Ibid., s. 72.
  20. A. Szymański, Katolicyzm socyalny…, op. cit., s. 18.
  21. A. Szymański, Zagadnienia…, op. cit., s. 157.
  22. Ibid., s. 20.
  23. Ibid., s. 35.
  24. Ibid., ss. 37-38.
  25. Ibid., s. 8.
  26. A. Szymański, Korporacjonizm, „Prąd” 1938, t. 36, ss. 202-203.
  27. A. Szymański, Zagadnienia… op. cit., s. 148.
  28. Ibid., s. 149.
  29. Ibid., s. 151.
  30. A. Szymański, Mussolini i korporacyjna przebudowa Włoch, Lublin 1927.