przez Michał Rauszer | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Koniec I wojny światowej nie bez przyczyny zbiegł się z rewolucją rosyjską. Nadgryzione rewolucją francuską, resztki feudalnych złogów ostatecznie dogorywały w absolutystycznych imperiach XIX wieku. Rozsadzały je od środka wyczerpane możliwości, ale i pieczołowicie drążyły je także dwa krety i przez cały XIX wiek porządnie je podgryzły. Te dwa krety to radykalne nurty polityczne i emancypacja robotnicza oraz narody dążące do samostanowienia. W Polsce, jak w soczewce, oba te nurty zlewały się w jedno wraz z nadziejami, jakie budziło możliwe odzyskanie niepodległości. Możemy się jednak bardzo pomylić, jeżeli nasze spojrzenie na kwestię niepodległości zaciemniać będzie takie myślenie o niepodległości, z którego wymazuje się głębokie podziały, jakich to społeczeństwo doświadczało. Podziały te wpływały na jego wyobrażenia o sobie, ale także na kształt i wizję przyszłości młodego państwa. Część tych marzeń łączyła się z odnowieniem „zaklętych” w zaborach stosunków folwarcznych, a część z pulsującymi przez cały XIX wiek pragnieniami wolności, równości i sprawiedliwości.
Doskonale to wszystko ilustruje powstanie w 1918 r. republik chłopskich w Pińczowie i Tarnobrzegu. Dla chłopów kwestia polskości nie była przebudzeniem się z letargu systemu pańszczyźnianego, ale kwestią powszechnej wolności i równości. Powstanie i istnienie tych republik pokazało ponadto, w jaki sposób dwie radykalnie różne koncepcje narodu polskiego ostatecznie zlały się w jedno i zatarły swoje historyczne znaczenie.
Dwa narody
W połowie XVI wieku ukształtował się w Polsce (Rzeczpospolitej Obojga Narodów) system polityczno-ekonomiczny, który łączył elementy radykalnie postępowe z radykalnie wstecznymi. Władza królewska od 1574 r. nie była przekazywana dynastycznie, lecz polegała na wolnej elekcji, czyli wyborze króla spośród arystokracji w trakcie obrad wszystkich uprawnionych do głosowania. W porównaniu z konsolidującymi się monarchiami absolutystycznymi krajów Europy Zachodniej był to niebywały postęp. Bez dużej przesady można powiedzieć, że był to pierwszy zalążek demokracji, gdzie taka władza przestaje być dynastyczną własnością, a polega na wyborze. W dojrzałych demokracjach zakłada się uniwersalne pojęcie obywateli, a więc wszystkich, którzy (po spełnieniu warunku pełnoletniości) mogą wybierać swoich reprezentantów, bez względu na wykształcenie czy status majątkowy. Koncepcja tzw. demokracji szlacheckiej zawierała podobnie uniwersalne pojęcie: narodu. Każdy, kto był częścią narodu, miał prawo wybierać króla, niezależnie od swojego statusu majątkowego czy wykształcenia. Problem polega jednak na tym, i tutaj dochodzimy do wspomnianych wstecznych elementów, że „narodem” mogło się być tylko wtedy, gdy należało się do szlachty. Chłopi, a więc 90% mieszkańców kraju, nie mogli być częścią narodu. W przeciwnym razie także oni posiadaliby prawo wyboru króla. A przypomnijmy, że szlachta utrzymywała się z pracy niewolniczej chłopów, bo połowa XVI wieku to okres także konsolidacji tego przedziwnego, postfeudalnego tworu, jakim była gospodarka folwarczno-pańszczyźniana.
Pojęcie narodu polskiego wśród szlachty ukształtowało się z konieczności. Wobec różnic językowych, wyznaniowych i majątkowych pomiędzy poszczególnymi szlachcicami, była to jedyna płaszczyzna odniesienia, która mogła łączyć ich wszystkich we wspólnotę polityczną. Chłopi nie mieli więc ani prawa, ani możliwości „czuć się Polakami”. W 1788 r. poseł Krasiński z województwa podolskiego tak opisywał sens narodu: „Najwyższa moc i wola, czyli najwyższa udzielność, istnieje w Narodzie. Taka moc i wola jest ustawą samego stwórcy. Przeto tylko ta władza pochodzi od Boga, która wyraźnie sam Naród udziela”1.
Chłop nie mógł być częścią tego narodu pod żadnym pozorem. Jak można sobie łatwo wyobrazić, szlachta nigdy by się nie zgodziła, aby jej własność, a więc chłopi, mieli prawo na jakiejkolwiek płaszczyźnie (np. narodowej) zrównać się z nimi.
Zwykle przy analizie upadku Rzeczypospolitej doszukuje się różnych, czasem nawet egzotycznych przyczyn. Jeżeli jednak spojrzymy na rozbiory z perspektywy walk klasowych, to okazuje się, że przyczyny te były raczej prozaiczne. Dość postępowa Konstytucja 3 Maja zawierała poważny ustęp dotyczący uwłaszczenia chłopów i zniesienia pańszczyzny. Szlachta wolała jednak „symboliczne miejsce króla” zapełnić utratą niepodległości i oddaniem się we władzę obcych mocarstw, niż zgodę na choćby drobne ustępstwo w kwestii ustroju pańszczyźnianego. Aby potwierdzić prawdziwość moich słów, wystarczy spojrzeć, co nie zmieniło się po utracie niepodległości. Pańszczyzna jako jedna z niewielu rzeczy przetrwała rozbiory w stopniu niezmienionym.
Pierwsze pęknięcia w szlacheckim narodzie zaczęły się pojawiać na dobre w XIX wieku. Były one w dużej mierze echem rewolucji francuskiej, podczas której w zasadzie po raz pierwszy na taką skalę pojawiła się uniwersalna koncepcja obywatela. W XIX wieku zaczęły też kształtować się nowoczesne narody. Terytorium Polski nie było pod tym względem wyjątkiem, z tym że w polskim kontekście doszło raczej do znaczącego pęknięcia. Nowożytna (szlachecka) koncepcja narodu była czymś w rodzaju identyfikacji protonarodowej w XIX-wiecznym sensie. Demokracja szlachecka, jakkolwiek byśmy jej nie oceniali, zawierała w sobie zalążki tej nowoczesnej koncepcji narodu, która w Europie Zachodniej powstała w opozycji do politycznych monarchii absolutystycznych. W XIX wieku w tej koncepcji narodu zaszło pęknięcie. Oto pojawiła się ona jako idea, która miała przecinać identyfikacje regionalne i, co najważniejsze, klasowe. Naród zaczął być konstruowany jako tożsamość każdej Polki i Polaka, a nie tylko szlachty. Idea ta na dobre w historii Polski pojawiła się w powstaniu krakowskim z 1846 r. Utworzony w Krakowie Rząd Narodowy Rzeczpospolitej Polskiej proklamował uwłaszczenie i podział ziemi. W słynnej procesji, podczas której zginął Edward Dembowski, niesiono sztandary narodowe i symbole religijne. Miało to przeciągnąć chłopów na stronę powstania. Dla nich jeszcze wtedy w większości były to jednak puste hasła i „zabawa panów”. Nieufność ta wyrażała się w latami wtłaczanym chłopom przekonaniu, że nie są „narodem”, że nie mają prawa tak się postrzegać, że prawo do tego ma tylko szlachta.
Proces tworzenia się uniwersalnej koncepcji narodu, lub, mówiąc kolokwialnie, odzyskiwania narodu, na dobre rozkwitł w drugiej połowie XIX wieku. Miała w tym swój udział nie tylko pozytywistyczna praca u podstaw, ale także działalność różnych wywrotowców, którzy polskość zaczęli utożsamiać z radykalną wolnością i równością. Samemu Marksowi zdarzało się pisać o Polsce. Dla niego była ona symbolem antyimperialnych walk, o Polakach pisał jako o narodzie 20 milionów bohaterów. To, że kwestia narodu i walk antyimperialnych nie była bez znaczenia, pokazuje historia uwłaszczenia. Na terytorium zaboru pruskiego uwłaszczenie dokonało się między 1811 a 1871 rokiem po seriach długich walk politycznych, strajków i pracy oświatowej. W Królestwie Polskim dokonano uwłaszczenia w 1864 r. na mocy ukazu Aleksandra II. Choć teza, że uwłaszczenie było spowodowane zagrożeniem ze strony aktywistów w Królestwie Polskim, mogłaby być stwierdzeniem nad wyrost, to na pewno miało ono swój udział w ogólnej decyzji. Dość powiedzieć, że car kazał na Jasnej Górze postawić swój pomnik, na którym znajdowało się podziękowanie za zniesienie pańszczyzny. A pomnik ustawiony był w takim miejscu, że każdy pielgrzymujący musiał go widzieć.
Samo uwłaszczenie nie załatwiło sprawy. Chłopi nadal byli w koszmarnej sytuacji. Dawne ziemie folwarczne pozostały w rękach ziemian, którzy najmowali robotników rolnych do jej uprawy. Dla reszty nie pozostało zbyt dużo gruntów uprawnych. Chłopi nadal cierpieli w skrajnym ubóstwie. Z zaboru austriackiego potężna fala imigrantów ruszyła do Ameryki szukać lepszego życia. Hasła odzyskania niepodległości w 1918 r. oznaczały dla wielu chłopów wywalczenie jej po raz pierwszy po 500 latach niewolniczej pracy dla szlachty i odmawianiu im prawa bycia częścią narodu.
Chłopi i rewolucja
W XX wieku jedyne rewolucje, jakie odniosły sukces (niezależnie od tego, co się działo z nimi później), były rewolucjami chłopskimi. Potocznie na rewolucję rosyjską patrzymy z perspektywy zorganizowanego proletariatu pod przewodnictwem partii komunistycznej, która przejęła w październiku (listopadzie naszego kalendarza) władzę w carskiej Rosji. Problem polega jednak na tym, że to przejęcie władzy nigdy by się nie udało, gdyby nie dokonująca się równolegle rewolucja chłopska. Chłopi masowo dezerterowali z armii, by wziąć udział w podziale ziemi w swoich rodzinnych miejscowościach. Chaos wojenny, głód i choroby frontowe wystarczająco nadwyrężyły ich poczucie obowiązku. Kiedy więc pojawiła się nadzieja na podział ziemi, mniej lub bardziej sprawiedliwy, bez wahania porzucili okopy. Powiedzieć, że chłopi wspierali rząd bolszewicki, to powiedzieć za dużo. Z pewnością jednak przez wzgląd na zbieżność interesów, a także politykę Lenina sprzyjającą chłopskim żądaniom, włączyli się oni w szeroki nurt złożonych procesów politycznych, które doprowadziły do zniesienia carskiego samodzierżawia. Chłopi stanowili zdecydowaną większość rosyjskiego społeczeństwa – partia bolszewicka oraz inne rewolucyjne i radykalne partie, nawet razem wzięte, nie stanowiły ułamka tej liczby. Co prawda Rosja była państwem silnie scentralizowanym, jednak w gorączkowych zabiegach Lenina o zrównanie walki chłopów i robotników widać wyraźnie, jak palącą kwestią było poparcie wsi. W 1918 r. po zdobyciu władzy jednym z pierwszych znaczących posunięć bolszewików był dekret o ziemi, który znosił wszelką własność ziemi, bogactw naturalnych, lasów oraz żywych sił przyrody. Nie wolno było handlować ziemią, a prawa do niej przekazano tym, którzy na niej pracowali. Dekret pozostawiał parcelację gruntów i inwentarza radom ludowym. Ziemia formalnie była socjalistyczna, ale poszczególni chłopi uprawiali ją dla siebie. Miało to stanowić początek procesu przechodzenia do wspólnego gospodarowania.
W okresie NEP-u ta przymusowa miłość napotkała jednak pewien problem o kształcie nożyc. Otóż gwałtownie zaczynała wzrastać różnica między cenami płodów rolnych i innych towarów (przemysłowych), do tego stopnia, że wykres obrazujący tę relację miał kształt otwartych nożyczek. Przez tę różnicę chłopi czasem niszczyli część plonów, co znowu powodowało skoki cen produktów w mieście i spadek konsumpcji. Dodatkowo kraj robotników i chłopów utrzymywał się w większości z dość niewielkich podatków i innych obciążeń pracy chłopów. Cała nadwyżka produkcyjna pozostawała w rękach samych chłopów, co, mówiąc w największym uproszczeniu, nie pozostawiało miejsca na akumulację kapitału przez państwo. Powiedzieć, że produkcja przemysłowa była w tym czasie w Rosji niewystarczająca, to nic nie powiedzieć. Chłopi ponadto nie do końca wpisywali się w projekt komunistyczny, z tej prostej przyczyny, że gospodarka chłopska dąży do akumulacji własności ziemi, a nijak nie da się tego wpisać w projekt wspólnej własności środków produkcji. To wszystko powodowało, że Stalin powziął pomysł przymusowej kolektywizacji, wbrew radom swoich towarzyszy. Jeden z ideologów kolektywizacji – Jewgienij Prieobrażenski – określił ją mianem „socjalistycznej akumulacji”, a od kapitalistycznej miała się ona odróżniać tym, że gromadziła środki dla państwa socjalistycznego.
Dla chłopów przymusowa kolektywizacja była jednak czymś zupełnie innym – powrotem pańszczyzny. Kolektywizacja zakładała, że każdy z chłopów będzie pracował w państwowym gospodarstwie za darmo, jak rozumowano, zysk zaś miał być uspołeczniony, a więc rozdysponowany przez państwo. Tutaj zaczyna robić się ciekawie. Oparcie konstrukcji kolektywizacji na schemacie zaczerpniętym z pańszczyzny (właściwie powielenie tego schematu) spowodowało, że Stalin wprowadził szereg praktyk symbolicznych, które miały na rzeczy dwa cele: wymazać znaczenie ruchów chłopskich w rewolucji oraz zmienić interpretację pańszczyzny. Drugi cel oznaczał, że w literaturze historycznej od tego czasu o pańszczyźnie pisano jako o „podatkach na rzecz państwa”, w żadnym wypadku nie miała ona się kojarzyć z tym, czym w rzeczywistości była, czyli z niewolnictwem. O niewolnictwie pisano, że skończyło się wraz ze średniowieczem. Dogmat ten nie bez przyczyny tak dobrze przyjął się wśród polskiego ziemiaństwa i pogrobowców panów folwarcznych.
Kontekst stosunku do chłopów w trakcie rewolucji rosyjskiej jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, w zasadzie obrazuje ogólny stosunek do chłopów w Polsce międzywojnia. Po drugie, proces stalinowskiego wymazywania chłopów i pamięci o ich tragedii jest zaskakująco zbieżny z tym, co z pamięcią o chłopskiej historii stało się w Polsce. Nawet preambuła do konstytucji z 1952 r. mówi jako przewodniej sile o klasie robotniczej, a nie o ludzie, lud tylko za tą klasą podążał: „Polski lud pracujący pod przewodem bohaterskiej klasy robotniczej, opierając się na sojuszu robotniczo-chłopskim […]2”.
Republiki – preludium
Na polskiej wsi w okolicach zakończenia I wojny światowej zbiegły się dwie tendencje. Z jednej strony było to upowszechnienie się koncepcji powszechnego i uniwersalnego narodu polskiego, w opozycji do „narodów wybranych” (szlachty i ziemiaństwa). Z drugiej, dało się na niej słyszeć echa rewolucyjnego wrzenia z całej Europy, które w polskim kontekście wyrażało się w woli radykalnego, ale i sprawiedliwego podziału byłych ziem folwarcznych. Co ciekawe, dokładnie w tym samym czasie na drugiej półkuli wybuchła bardzo podobna rewolucja – meksykańska. Nie było to zdarzenie przypadkowe, gdyż zarówno polskie folwarki, jak i meksykańskie haciendas miały dokładnie te same korzenie, taką samą strukturę opartą na pracy niewolnej i powstały w tym samym okresie (między XVI a XVII wiekiem). Chłopi meksykańscy, podobnie jak polscy, domagali się ziemi i wolności – tierra y libertad.
Rewolucja rosyjska nie stała się ideałem, do którego dążyli polscy chłopi. Jednak z pewnością wielu z nich inspirowało przesłanie, jakie ze sobą niosła. W początkowym okresie po zakończeniu wojny hasła radykałów zdawały się możliwe do zrealizowania, ponadto po rozpadzie imperiów tworzyły się nowe państwa narodowe. Chłopi polscy po raz pierwszy mieli możliwość stać się panami własnego losu.
Republika Tarnobrzeska
W 1918 r., po rozpadzie imperium austrowęgierskiego, Tomasz Dąbal został oddelegowany przez Polską Komisję Likwidacyjną do objęcia komendy nad oddziałami żandarmerii w powiatach tarnobrzeskim, mieleckim, kolbuszowskim i niżańskim. Dąbal pod wpływem rewolucyjnego wrzenia postanowił stworzyć z nich milicje ludowe. Jego pomysł padł na podatny grunt, bo we wspomnianych powiatach chłopi coraz śmielej domagali się samostanowienia i parcelacji ziemi. Wiązało się to z działalnością księdza Eugeniusza Okonia, wyrosłego w tradycji prawicy narodowej, który pod wpływem doświadczenia biedy i niesprawiedliwości chłopskiego życia zmienił radykalnie poglądy i stał się rzecznikiem tego, co wiele lat później określone zostanie jako teologia wyzwolenia. Dąbal razem z ks. Okoniem w listopadzie 1918 r. zwołali chłopski wiec, na którym proklamowano niezależną chłopską republikę tarnobrzeską. W wiecu uczestniczyło 30 000 osób, które wypowiedziały posłuszeństwo przedstawicielom Polskiej Komisji Likwidacyjnej i domagały się stworzenia samorządu. Hasło „cała władza w ręce rad” padło w Tarnobrzegu na podatny grunt.
Choć ziemia tarnobrzeska leżała w obszarze imperium austrowęgierskiego, to faktyczną władzę nadal sprawowała na niej ziemiańska szlachta. Bardzo podobnie sprawa ta wyglądała zresztą także w innych zaborach. Sam rozbiór Rzeczypospolitej nie pozbawił przecież tej grupy majątku ani źródła dochodu, a wręcz przeciwnie. W zamian za gwarancję względnego spokoju i nienaruszenia źródeł dochodu szlachty, jej własność pozostała w zasadzie nietknięta. Po uwłaszczeniu sytuacja wcale nie uległa zmianie na lepsze. Nadal zdecydowana większość ziemi pozostawała w rękach szlachty, chłopi mieli niewielkie grunty, na których zarabiali na utrzymanie. Ziemie folwarczne uprawiano z pomocą najemnej siły roboczej. Ziemiaństwo utrzymywało władzę nad Galicją z wykorzystaniem ekonomicznego przymusu (przy dużym rozdrobnieniu gruntów) oraz politycznej korupcji. Na przykład jeden z największych właścicieli ziemskich w okolicach Tarnobrzega, hr. Zdzisław Tarnowski (posiadał 8270 hektarów), korumpował chłopów przez utrzymywanie u sklepikarzy i szynkarzy ewidencji wyborczej. W ten sposób opłacał towarami głosy i jako przedstawiciel Stronnictwa Prawicy Narodowej był kimś w rodzaj półformalnej władzy. Tarnowski czuł władzę i w pełni z niej korzystał: zakazał chłopom polowań, a według własnego życzenia ustawiał godziny odjazdów pociągów. Po odzyskaniu niepodległości został formalnym przedstawicielem Państwowej Komisji Likwidacyjnej. Sobiepaństwo Tarnowskiego wywoływało coraz gwałtowniejszy opór ze strony chłopów. 6 listopada 1918 r. Okoń i Dąbal stanęli na czele wspomnianego wiecu, który pod pomnikiem Bartosza Głowackiego wypowiedział posłuszeństwo Tarnowskiemu jako przedstawicielowi jeszcze nieformalnego rządu oraz proklamował powstanie Republiki Tarnobrzeskiej.
Na czele republiki stanął komitet rewolucyjny z Okoniem na czele, a Dąbal dowodził oddziałami chłopskiej milicji. Republika objęła swym zasięgiem okoliczne powiaty, a w pewnym momencie rozważano także zajęcie samego Tarnobrzegu, obsadzonego już wtedy oddziałami żandarmerii. Republika bardzo szybko zdobywała sobie poparcie. Rozpoczęto parcelację ziemi, rozdano jedzenie najbardziej potrzebującym, a Komitet Rewolucyjny postulował: reformę rolną bez odszkodowania, konfiskatę dóbr kościelnych, nacjonalizację lasów i przemysłu, rozbrojenie austriackiej żandarmerii i służby granicznej, likwidację carskich starostw i innych jednostek władzy zaborczej, powołanie komisarzy gminnych i milicji ludowych3. Obaj przywódcy republiki zostali w 1919 r. wybrani posłami na sejm. Tymczasem wojsko i Powiatowy Komitet Samoobrony, założony przez hrabiego Tarnowskiego (który musiał uciekać z terenu republiki), coraz bardziej nękały mieszkańców. Samostanowienie chłopów było solą w oku rodzącej się państwowości polskiej, dlatego też w styczniu 1919 r. podjęto decyzję o pacyfikacji republiki. Do tarnobrzeskich powiatów wysłano 5 kompanii wojska. Doszło do starć z chłopskimi milicjami, które jednak z wyszkolonymi oddziałami miały marne szanse. Wojsko po kolei pacyfikowało poszczególne wsie, byli zabici, konfiskowano chłopską ziemię, wielu chłopów bito i więziono.
Dwie republiki
W 1918 r. na sześć tygodni chłopi odbili z rąk władzy zaborczej i opanowali okolice Pińczowa. Na czele oddziałów milicji ludowych, złożonych z chłopów, strażaków i innych mieszkańców, stanął członek SDKPiL Jan Lisowski. Prowadził on w okolicach Pińczowa działalność agitacyjną i polityczną, podobnie jak anarchista „Kazuń”, były oficer armii austriackiej, który stanął na czele zbrojnego oddziału partyzanckiego. Oddziały Lisowskiego opanowały teren wokół Pińczowa i proklamowały powstanie republiki. Ekspedycja karna, która została wysłana na miejsce, uwięziła chłopów w zabudowaniach folwarcznych, jednak udało się ich uwolnić przez oddziały „Kazunia”. Krótki żywot republiki zakończył się po kilku tygodniach, a jego symbolicznym końcem było rozbicie oddziału „Kazunia” i jego śmierć.
Podobnie jak w przypadku republiki tarnobrzeskiej, także w Pińczowie proklamowano parcelację ziemi, wypędzono szlachtę ziemiańską oraz powołano samorządne organizacje chłopskie oparte o gromady. Pacyfikacja republiki i włączenie w struktury państwa polskiego najwyraźniej nie wymazały tych chłopskich postulatów, bo po rozbiciu na tych terenach wojsk niemieckich w trakcie II wojny światowej przez połączone oddziały Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej, powołano ją do życia ponownie. Spory udział w działalności wywrotowej od początku II wojny mieli członkowie organizacji „Racławice”, utworzonej na bazie funkcjonującego przed wojną „Siewu”. Działacze ci w większości zahartowani byli podczas strajków chłopskich czy przepychanek z władzą sanacyjną. W 1941 r. z Racławic utworzono siatkę konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, liczącą ok. 55 000 żołnierzy i aktywistów. Pod koniec wojny wcielono ją w struktury Państwa Podziemnego. Organizacja prowadziła akcje dywersyjne, odbijanie jeńców, niszczenie spędów kontyngentowych, a także działalność szpiegowską. Kiedy w 1944 r. front oparł się o linię Wisły, dowództwo AK zarządziło mobilizację i rozpoczęcie akcji Burza. W rezultacie akcji wybuchło spontaniczne powstanie, w ramach którego udało się na pewien czas opanować Pińczów, Kazimierzę Wielką i okoliczne wsie i powiaty. W nawiązaniu do republiki z 1918 r. obwieszczono powstanie wolnej Republiki Pińczowsko-Kazimierskiej. Republika, podobnie jak w pierwszym przypadku, nie przetrwała długo, bo zaledwie kilka tygodniu. Po 5 sierpnia i bitwie o Skalbmierz, Niemcy przystąpili do kontrofensywy, na teren powiatu wkroczyły wojska pancerne i opanowały wyzwolony teren, a oddziały AK musiały wycofać się lub zakonspirować.
Chłopskie samodzierżawie
Okres po I wojnie światowej słusznie jest uznawany za rzeczywisty początek XX wieku. Spontaniczne wybuchy buntów robotniczych, proklamowane wolne republiki i wrzenie rewolucyjne powodowały, że chłopi polscy po raz pierwszy uzyskali możliwość pozbycia się resztek znienawidzonej pańszczyzny. W dążeniu do samostanowienia narodowego widzieli możliwość wzięcia spraw w swoje ręce. Chłopskie postulaty nie były wymysłem oderwanych elit intelektualnych, lecz potrzebą życia i śmierci. Ich sytuacja była tragiczna, powszechne były głód, bieda, brak edukacji, brak opieki medycznej, zatem kwestia prawa do ziemi była kwestią prawa do życia. II Rzeczpospolita, wbrew wcześniejszym obietnicom, nie spełniła jednak tych oczekiwań. Choć chłopi płacili kontrybucje państwowe i wsparli rodzącą się państwowość w wojnie z bolszewikami, to nie mogli się doczekać podziału ziemi folwarcznych, a więc podziału tych ziem, na których pracowali latami nie otrzymując wynagrodzenia.
Historia chłopów polskich to dwa zlewające się ze sobą dogmaty: stalinowska polityka wymazania pamięci o niewolniczym charakterze pańszczyzny oraz historia Polski pisana z perspektywy narodu szlacheckiego i ziemiaństwa. W obu tych opowieściach chłop funkcjonuje jako naga, bezmyślna tłuszcza, opanowana przez prymitywne popędy. Przejawy chłopskiego samostanowienia, jak republiki tarnobrzeska czy pińczowska, są przykładami tego, że chłopi potrafili działać solidarnie na rzecz wspólnego dobra.
Przypisy:
- Anna Grześkowiak-Krawicz, Polskie poglądy na monarchie europejskie (w:) Rozkwit i upadek rzeczypospolitej, red. Richard Butterwick, Warszawa 2010, str. 21.
- http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19520330232
- http://www.podkarpackahistoria.pl/2015/12/zbuntowane-panstewko-republika-tarnobrzeska/
przez Jacek Żebrowski | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
W roku 1951 prawdziwym objawieniem dla Europejczyków stało się kino japońskie, a to za sprawą rewelacyjnego „Rashomona” (Rashō-mon, 1950) Akiry Kurosawy, który na festiwalu w Wenecji dostał za ten film główną nagrodę. Mało kto jednak poza historykami kina pamięta, że pięć lat wcześniej na festiwalu w Cannes podobną sensację wzbudziły dwa filmy z dalekich kontynentów: indyjski „Na dnie miasta” (Nīcā nagar, 1946), który otrzymał Grand Prix, oraz meksykański „Maria Candelaria” (Xochimilco, 1944) w reżyserii Emilio Fernándeza i Gabriela Figueroi. Europa dopiero budziła się wtedy z koszmarów obozów koncentracyjnych i choć filmy Fernándeza – notabene syna wojskowego z oddziałów rewolucji Zapaty – i Figueroi gościły często na ekranach kin również polskich, tak Indie poszły na jakiś czas w zapomnienie.
Trzeba było kolejnych dziesięciu lat, kiedy to w Cannes pojawił się mistrzowski debiut Satyajita Raya „Droga do miasta” (Pather Panchali, 1955). Tak naprawdę dopiero od tego momentu można mówić o „odkryciu” dla Europy kina Indii, bo chociaż już w latach pięćdziesiątych były one kinematograficzną potęgą, to nijak nie przekładało się to na jakość. Niestety, choć w Europie przyjęło się kino Japonii, Meksyku i Indii, to ostatnie nie miało w Polsce szans na zaistnienie. Trudno wskazać przyczynę. Przepiękna „Droga do miasta” przepadła natychmiast, pozostałych filmów Raya i innych reżyserów długo nie pokazywano ani na przeglądach, ani w DKF-ach, ani w telewizji. Z okazji 70. rocznicy uzyskania niepodległości przez Indie warto na nowo spojrzeć na kinematografię dalekiego subkontynentu.
„Na dnie miasta” mogło się wydawać objawieniem, ale film ten wciąż opierał się na stereotypowych kalkach tamtejszego kina. Typowa ówczesna indyjska produkcja zbudowana była na kilku schematach. Jerzy Toeplitz nazwał to „specyficznym indyjskim kosmopolityzmem filmowym posługującym się utartymi formułkami i powszechnie przyjętymi szablonami”1, którymi są np. zacieranie różnic językowych, kulturowych i narodowościowych, jak również uniwersalizacja miejsca i czasu akcji. Ta specyficzna mieszanka lokalnych tradycji, czyli teatru sanskryckiego łączącego słowo, muzykę i taniec, ze łzawymi melodramatami made in Hollywood, a także kręcenie wyłącznie w studiu filmowym, wytworzyło nieznośnie sztuczną i niezrozumiałą dla człowieka Zachodu papkę filmową atrakcyjną tylko dla mieszkańców tamtego regionu. Chociaż „Na dnie miasta” zostało sfilmowane w plenerach oraz pokazywało po raz pierwszy na dużym ekranie prawdziwe Indie, czyli biedniejszą część społeczeństwa, wciąż jednak trzymało się formuły musicalowo-melodramatycznej.
W kraju, gdzie w 1965 r. mieszkało 500 milionów ludzi mówiących czternastoma oficjalnymi językami i siedmiuset nieoficjalnymi narzeczami, a produkcja przekraczała 320 filmów rocznie, kino było potęgą. Dziś te liczby uległy wielokrotnemu wzrostowi: oficjalnie żyje tam miliard trzysta dwadzieścia pięć milionów ludzi, jest 6000 kin, a dochody z box office’u wynosiły w 2016 r. dwa i pół miliarda dolarów amerykańskich. Indie produkują dziś rocznie ponad 1600 filmów w 35 językach (stan na rok 2012), z czego większość szybko znika z ekranów lub nawet nigdy nie ma swoich premier kinowych. Produkcje Bollywoodu, który kręci filmy w oficjalnym języku hindi, zostały zdetronizowane przez kinematografię tamilską z 262 filmami rocznie, na drugim miejscu plasuje się kinematografia w języku telugu z 256 produkcjami2. Przemysł filmowy jest tam gigantyczny, nawet mimo istnienia konkurencji w postaci telewizji i internetu, bo sporo gotowych filmów jest prezentowanych poza kinami. Te liczby robią wrażenie, nie dziwne więc, że w drugim po Chinach najbardziej zaludnionym kraju świata rozrywka spełnia rolę maszyny do mielenia pieniędzy.
Ambitniejsze podejście do kina zaznaczyło się jednak już w 1942 r., kiedy to grupa twórców związanych z Komunistyczną Partią Indii założyła Indian People’s Theatre Association (Stowarzyszenie Indyjskiego Teatru Ludowego) z zamiarem pokazania prawdziwych Indii. Impulsem stała się tragiczna klęska głodu w Bengalu, gdzie zmarły ponad dwa miliony ludzi. Stworzenie grupy wiązało się także z reakcją na atak nazistowskich Niemiec na Związek Radziecki oraz na tragiczne represje kolonistów brytyjskich wobec ruchu Quit India. Ze stowarzyszeniem związani byli m.in. reżyserzy Ritwik Ghatak i Khwaja Ahmad Abbas, scenarzysta i dramaturg Bijon Bharracharya czy muzyk Ravi Shankar, a nawet dosyć luźno Rabindranath Tagore. Grupa była kulturalnym ramieniem partii, jednak po 1947 r. Indyjski Kongres Narodowy, największa partia Indii, zdelegalizował jej działalność, co zakończyło się policyjną przemocą i prześladowaniami.
Te wszystkie działania na polu kultury stworzyły glebę pod przyszłe autorskie kino Indii. Satyajit Ray, mimo iż jest uznawany za największego mistrza kina bengalskiego, kręcił w czasie, gdy pojawili się tacy autorzy, jak wspomniany już Ritwik Ghatak, a także Bimal Roy, Raj Kapoor, Adoor Gopalakrishnan, Guru Dutt czy Mehboob Khan, będący częścią kierunku zwanego „kino paralelne” (parallel cinema). Wraz z następną falą, zwaną Nowym Kinem Indyjskim (Mrinal Sen, Shyam Benegal, Mani Kaul, Kumar Shahani, Girish Karnad), stworzyli pierwsze i drugie pokolenie filmowców, którzy przyjęli zasadę kręcenia filmów niekomercyjnych. Miastem, gdzie rozwijało się „kino paralelne”, był Bengal, natomiast kino komercyjne ulokowane było wówczas w Kalkucie, Bombaju i Madrasie. Za pierwszy prawdziwy film tego kierunku uznaje się „Dwa hektary ziemi” (Do bigha zamin, 1953) Bimala Roya, również z sukcesem pokazywany na polskich ekranach.
Film opowiada historię rolnika Shambu żyjącego z żoną i synem w małej wiosce, która ucierpiała z powodu klęski głodu. Shambu posiada dwie bigha ziemi3, które są jedynym źródłem utrzymania rodziny. Problem pojawia się, gdy właściciel ziemski planuje budowę młyna na terenie wsi, lecz okazuje się, że w miejscu inwestycji leży ziemia Shambu. Ponieważ rolnik często pożyczał od właściciela pieniądze, ten proponuje mu układ: anuluje długi, gdy ten odsprzeda mu ziemię. Rolnik nie zgadza się, a wściekły właściciel każe mu do następnego dnia uregulować długi. Sprawa trafia do sądu, gdzie rolnik przegrywa, nie rozumiejąc zasad działających handlem długami. Dostaje wyrok: ma w ciągu trzech miesięcy oddać pożyczkę właścicielowi lub jego ziemia zostanie zlicytowana na potrzeby długu.
Shambu wraz z synem wyjeżdżają do Kalkuty, aby zarobić pieniądze. Rolnik pracuje na budowie, a jego syn staje się kieszonkowcem. Targana niepewnością i tęsknotą, gdy jej mąż nie wysyła listów, żona Shambu jedzie do miasta, gdzie ulega wypadkowi. W szpitalu Shambu dowiaduje się, że musi zapłacić za operację i transfuzję krwi. Wszystkie oszczędności, zamiast na dług, idą na ratowanie życia żony. Wracająca do wsi rodzina zastaje swoją ziemię sprzedaną, a właściciel rozpoczyna budowę młyna. Shambu nie pozwala się nawet zabrać ze sobą garści piasku z dawnej ziemi, ochroniarze wyrzucają go z placu budowy.
Ten charakterystyczny dla lat 40. i 50. temat został oczywiście zainspirowany modnym wówczas włoskim neorealizmem, szczególnie „Złodziejami rowerów” (Ladri di biciclette, 1948), a także „Opowieścią z Luizjany” (The Louisiana Story, 1948) Roberta Flaherty’ego i „Dzieciństwem Gorkiego” (Detstvo Gorkogo, 1938) Marka Donskoja, które były inspiracją również dla Satyajita Raya czy Ritwika Ghataka.
„Droga do miasta” Satyajita Raya przedstawia życie ubogiej rodziny inteligenckiej w wiejskich okolicach Bengalu: ojca – pisarza i kapłana Harihara, jego żony Sarbojayi oraz dwójki dzieci, córki Durgi i syna Apu, a także mieszkającej z nimi starej schorowanej ciotki Indir. Ojciec podejmuje się prac w mieście, gdyż jako kantor u właściciela ziemskiego nie może utrzymać rodziny, domem zaś zajmuje się jego żona. Świat obserwujemy oczami małego Apu, który będzie bohaterem dwóch kolejnych filmów Raya, „Nieugięty” (Aparajito, 1956) i „Świat Apu” (Apur Sansar, 1959) w kolejnych etapach swojego życia. Film to właściwie prosta historia, zawarta w obserwacji zwykłych rutynowych czynności życiowych, ale to nie scenariusz, a właśnie reżyseria i sposób przekazania narracji decydują o mistrzostwie Raya już przy debiucie. Najważniejsze przekazane jest tu za pomocą obrazu, w obserwacji natury współgrającej, czy raczej jakby podkreślającej zmiany w życiu rodziny, np. nadchodzący monsun zapowiada śmierć Durgi, albo dzieci bawią się wśród traw, obserwując nadjeżdżający pociąg, który wyraża tęsknotę za ucieczką do innych miejsc i jest zapowiedzią „drogi do miasta” z polskiego tytułu, czyli opuszczenia rodzinnego gniazda. To wszystko wydaje się oczywiste i nazbyt banalne, ale nie w filmie Raya, który dzięki przemieszaniu kontemplacji i minimalistycznej narracji przekazuje prawdy głęboko ludzkie tak, jak niewielu filmowców potrafiło przed nim (Chaplin, Clair) czy po nim (Kieślowski, Olmi). W interpretacji większości aktorów niezawodowych ta szczerość wypada tym bardziej prawdziwie.
Sukces Raya w Cannes w 1956 r. popchnął pakistańskiego reżysera Aaejaya Kardara do nakręcenia filmu „Słońce świeci nad Bengalem” (Jao Hua Savera, 1958), który również opowiadał o losach biednej rodziny mieszkającej nad brzegiem rzeki Meghna na wsi niedaleko miasta Dhaka we Wschodnim Pakistanie (obecnie Bangladesz). Kręcony był w stylu dokumentu etnograficznego inspirowanego Flahertym. Większość ekipy aktorskiej stanowili amatorzy, co widać po ich sposobie gry, ale nie jest to zarzut, bo w warunkach, w jakich ten film powstawał, można uznać to za sukces. To równie prosta i nieskomplikowana historia rodziny biednego rybaka, próbującego zebrać pieniądze na upragnioną łódź, która pozwoli mu zrezygnować z niewolniczej pracy dla głównego w okolicy zarządcy połowami. Historia powstania tego filmu jest również niezwykła. Był to – i jest do tej pory – jedyny przykład ponadnarodowej współpracy między krajami, które pozostawały w konflikcie. Ekipa filmowa składała się z Pakistańczyków reżysera Aaejaya Kardara, poety i rewolucjonisty Faiza Ahmeda Faiza, producenta Nomana Taseera oraz bengalskiego scenarzysty Manika Bandopadhyaya, asystenta reżysera Zahira Raihana (autora późniejszego dokumentu „Stop Genocide” na temat wojny o niepodległość Bangladeszu, w którym podejmuje on temat okrucieństw popełnianych przez armię Pakistanu), hinduskiej aktorki Tripty Mitry i hinduskiego kompozytora Timira Barana. Zdjęciami zajął się Walter Lassally, brytyjski operator urodzony w Berlinie. Jako że Tripta Mitra i jej mąż Sombhu Mitra byli komunistami i należeli do wspomnianej Indian People’s Theatre Association, podobnie jak Ahmed Faiz, szybko oskarżono twórców o „sprzyjanie komunizmowi”, tym bardziej że film zdobył złoty medal na pierwszym festiwalu filmowym w Moskwie i był nominowany do Oscara4. Faiza uwięziono za dyktatury proamerykańskiego generała Muhammada Ayuba Khana. Również Kardar miał problem z kręceniem filmów. Przedstawiciele rządu naciskali na Taseera, aby wycofał fundusze dla filmu, zabroniono też premiery na terenie Indii i Pakistanu, w efekcie czego obraz po raz pierwszy pokazano w Londynie.
Mimo międzynarodowych sukcesów film poszedł w zapomnienie. Bardzo rzadko wydobywano kopię z archiwów na specjalne pokazy (jedną z kopii z polskimi napisami posiada Filmoteka Narodowa), aż w końcu „perłę z lamusa” odnaleźli bracia Alain i Philippe Jalladeau, którzy, chcąc przygotować retrospektywę filmów pakistańskich, zostali poinformowani, że bez „Słońce wschodzi nad Bengalem” taki pokaz byłby niekompletny. Dzięki synowi Taseera rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania kopii nadających się do projekcji. Ostatecznie film złożono z kilku niekompletnych kopii znajdujących się w archiwach Paryża, Londynu i Karaczi. Anjum Taseer, syn producenta filmu, po wielu staraniach pokazał odrestaurowany obraz na kilku festiwalach. Podobnie jak jego ojciec, chciałby wyprodukować film dokumentalny o rybakach żyjących w Bangladeszu, bo, jak twierdzi „warunki ich życia nie zmieniły się przez te sześćdziesiąt lat”.
Kino południowoazjatyckie jest nadal wielkim nieodkrytym rezerwuarem świetnych dzieł i twórców mających do powiedzenia wiele na tematy społeczne. Mają oni w Indiach status kultowy, jak Mrinal Sen czy Ritwik Ghatak, podobnie Kardar w Pakistanie czy Lester James Peries w Sri Lance. Nie sposób opisać tu wszystkich filmowców czy nawet ich najważniejszych filmów, bo właściwie tylko filmy Raya są dostępne na DVD. Ważna lekcja kina, którą zafundowali światu filmowcy Południowej Azji czeka nadal na swoje – ponowne – odkrycie dla Europy.
Przypisy:
- Jerzy Toeplitz, Mozaika indyjskiej kinematografii, „Kino” 8/1966, s. 45-57.
- http://timesofindia.indiatimes.com/city/hyderabad/Tamil-leads-as-India-tops-film-production/articleshow/21967065.cms
- Bigha nie jest akrem czy hektarem jak w europejskich tłumaczeniach filmu, np. Two Acres of Land.
- http://www.bbc.co.uk/news/world-asia-india-36417007
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2017
– Jesteś dziennikarzem, twórcą i redaktorem naczelnym „Gazety Magnetofonowej”, magazynu o polskiej muzyce. A niegdyś byłeś wokalistą blackmetalowej Lux Occulty. Zwykle zaczynam wywiady od ankiety personalnej: dlaczego metal, a nie punk?
– Jarek Szubrycht: Punk też był obecny. Zawsze słuchałem punk rocka, ale dużo mocniej zaangażowałem się w metal, również ze względów środowiskowych. W Dukli, malutkim podkarpackim miasteczku, punków było raptem dwóch. Miałem za to więcej starszych kolegów, którzy interesowali się metalem, jeździli już na koncerty, mieli nagrania. W 1986 r., jak pół świata, zostałem fanem zespołu Europe, za sprawą ich przeboju „The Final Countdown”. Pewnego razu w „Świecie Młodych” wyczytałem, że Europe i taka muzyka to metal.
– Bezkompromisowi hałaśnicy z Europe otworzyli ci uszy na brutalne granie?
– [śmiech] Owszem, jakkolwiek zabawnie by to dziś nie brzmiało. Kolega z bloku, dzięki ojcu, który mieszkał w Stanach, miał nagrania zespołów metalowych. Okazało się, że to, czym dysponował, nie przypominało Europe – było zdecydowanie lepsze. Dałem się pochłonąć tej muzyce. Trafiłem w czas schyłkowego PRL, kiedy w państwowych mediach zaczęto puszczać metal, który wówczas zyskiwał na popularności.
Przypomnę, że w 1986 r. odbyła się w Katowicach pierwsza Metalmania. Raz w tygodniu w Programie Trzecim Polskiego Radia i raz w tygodniu w Programie Drugim można było w całości wysłuchać metalowych płyt (i nagrać je sobie). Również „Na Przełaj”, czyli organ prasowy Związku Harcerstwa Polskiego, prowadzony wówczas przez ludzi, z których przynajmniej część była naprawdę młoda i otwarta na świat, puszczał sporo materiałów na tematy rzeczywiście fascynujące młodzież. Oni mieli świadomość, że jeśli będą się kurczowo trzymać oficjalnego sznytu harcerza wiernego ideałom ludowej ojczyzny, nikt po to nie sięgnie.
– Podobnie było z Rozgłośnią Harcerską.
– Tak, to też było jedno z muzycznych okien na świat. Dodam, że w „Na Przełaj” pojawiały się nie tylko notki o płytach, ale choćby reportaże z Jarocina, z Metalmanii, z Metal Battle. Jeszcze jedna, cenna rzecz: o ile w przypadku radia, telewizji czy magazynów typu „Non Stop”, gdzie takie treści się pojawiały, to był jednostronny komunikat typu nadawca-odbiorca, o tyle redakcja „Na Przełaj”, bodaj w 1988 r., otworzyła się na czytelników. Opublikowali wówczas na swoich łamach cykl artykułów Marcina Wawrzyńczaka, twórcy słynnego metalowego fanzina „Eternal Torment”, w których opisał m.in. kilka naprawdę undergroundowych deathmetalowych kapel. Ich nagrań nie puszczali w Polskim Radiu. To nam otworzyło oczy. Mówię „nam”, ponieważ później się okazało, że te teksty były punktem zwrotnym dla wielu moich kumpli. Poznaliśmy metalowy underground: okazało się, że istnieje nieoficjalne wymienianie się nagraniami, czyli tape trading; okazało się, że istnieją polskie fanziny, które można czytać. Miałem szczęście, bo na początku trafiłem na te edytorsko nieco słabsze…
– Dlaczego: szczęście?
– Stwierdziłem, że zrobienie fanzina nie przekracza moich zdolności. Co prawda ten, który zrobiłem jako pierwszy, było dużo gorszy od tych słabych, które dostałem [śmiech], ale nauczyłem się dzięki niemu, jak współtworzyć metalowy underground. Zaczęła się wymiana listów, wyjazdy na koncerty, poznawanie sceny.
– Gdy dziś zajrzeć do „Jaskini hałasu” Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego, widać dobrze, jak bardzo estetyka metalowego podziemia nie pasowała do świata pierwszych sekretarzy i księży proboszczów.
– To jest rzecz częściowo znana choćby ze sporów o Jarocin z tamtych lat, teoria wentyla bezpieczeństwa: lepiej, żeby młodzi słuchali dziwnej muzyki, niż wychodzili na ulice i protestowali przeciw ludowej ojczyźnie. Ale prawda jest też taka, że w miasteczkach takich jak Dukla wielka polityka była nieobecna. Nawet gdybym chciał rzucać kamieniami w ZOMO-wców, to musiałbym jechać jakieś 150 kilometrów, żeby się na to załapać.
Ale nie jest też tak, że milicja ułatwiała życie metalowcom. Zdarzali się nadgorliwi milicjanci, którzy łapali pierwszych długowłosych, również na ulicach małych miasteczek i wycinali ze skór znaczki z pentagramami, nazwami kapel. Albo obcinali lub podpalali włosy w radiowozie. I choćby po tym było widać, że wciąż żyjemy w państwie policyjnym, w którym milicja bezkarnie nadużywa środków przymusu. Ale absolutnie ten rodzący się metalowy underground nie był sam w sobie żadnym celem dla służb.
Opowiem historię dość charakterystyczną dla schyłkowej komuny. Gdy wykleiłem swój pierwszy fanzin, uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, gdzie go odbić na ksero. To nie była Warszawa, to nie był nawet Rzeszów, to była Dukla. Najbliższe ksero było zdaje się w Krośnie. W dodatku to była jesień 1989 r., obowiązywały jeszcze przepisy, według których nie można było odbić większej ilości materiałów na ksero bez zatwierdzenia cenzorskiego.
– Zakładam, że nie poszedłeś do cenzury.
– Mój ojciec był wojskowym, ale też człowiekiem tolerancyjnym. Rodzice wspierali mnie w moich zainteresowaniach. Z wyjazdów do większych jednostek na ćwiczenia, ze szkoleń dla WOP-istów, ojciec przywoził mi płyty, kasety, plakaty. Mam też w głowie taki obrazek: podoficer Ludowego Wojska Polskiego wybiera się na służbę, ale przecież wieczorem koncert, więc póki co siedzi w mundurze przy stole i naszywa mi na katanę „telewizor” Kreatora z płyty „Pleasure to Kill”.
– To się układa w logiczną całość.
– [śmiech] W każdym razie, jak już zrobiłem ten fanzin, ojciec zaoferował pomoc. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Krośnie. Ojciec miał tam znajomych. Powiedział, że syn robi gazetę o muzyce, poszło bez problemu. Na komendzie odbiłem więc dwadzieścia czy trzydzieści sztuk pierwszego numeru swojego fanzina. A drugi numer ukazał się nieco później w zupełnie innej rzeczywistości, gdy istniały już komercyjne punkty ksero.
– Pozwól, że jeszcze wrócę do punka. Nie pociągał cię od strony ideowej, np. jako muzyka o mocniejszym przekazie politycznym?
– Interesowałem się punkiem, ale metal odpowiadał mi bardziej również pod względem estetycznym. Czytałem punkowe fanziny, m.in. „Qqryq”, z uwagą śledziłem tamte dyskusje ideowe. Z satysfakcją obserwowałem natomiast to, że muzyka hardcore/punk w jakiejś części ewoluowała brzmieniowo w stronę metalu. Nie oszukujmy się: wielu ludzi od punka odrzucał brak dbałości o formę – dla części zespołów i fanów treść była tak bardzo nadrzędna, że cokolwiek grało i jakkolwiek brzmiało, było okej. Dla mnie liczyła się też forma i dlatego byłem choćby fanem Dezertera, który choć surowo, dobrze brzmiał, dużą wagę przywiązywał do muzyki.
Jeszcze jedno: wtedy było sporo zespołów i fanzinów, w których mocno podkreślano, że „dzieciaki powinny się zjednoczyć” – niezależnie od tego, czego słuchają. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale to miało swoje szersze uzasadnienie. Metalowcy byli mniej politycznie zaangażowani od punkowców, ale pewne rzeczy były wtedy powszechne, choćby podskórna antysystemowość wśród młodzieży, na którą składało się i odrzucenie dogorywającej komuny, i mocno podkreślany antyklerykalizm. Nazwę to nutą wolnościową, choć bez jakichś jasnych politycznych afiliacji. Walący się ustrój nie był nasz, ale to, co się pchało w jego miejsce, czyli prawica w typie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, albo Lech Wałęsa i bracia Kaczyńscy, też nie było nasze. Przynajmniej tak to wyglądało w moim środowisku.
– W kilku książkach, które podsuwa mi pamięć, pojawia się PRL-owski dom kultury jako miejsce ważne dla kształtowania się muzyki tworzonej przez kolejne roczniki dojrzewające w tamtej epoce. Myślę o poświęconym Republice „Nieustannym tangu” Leszka Gnoińskiego, „KSU. Rejestracja buntu” Krzysztofa Potaczały, „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności” (wywiad-rzeka) i Twojej książce: „Vader. Wojna totalna”. Istotne jest też to, że tego typu instytucje stanowiły lokalny koloryt zarówno w przypadku większych, jak i mniejszych ośrodków. Zniknięcie znacznej części z nich to chyba jeden z mniej oczywistych symboli transformacji?
– Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie doceniał znaczenia domów kultury. Wojewódzki Dom Kultury w Krośnie był dla mnie oknem na świat. Widziałem tam pierwsze prawdziwe koncerty, w tym takich sław jak Voo Voo, dzięki corocznym Krośnieńskim Spotkaniom Teatralnym zobaczyłem po raz pierwszy adaptacje sztuk Sławomira Mrożka czy Eugene Ionesco – mocne doświadczenia, tym bardziej, że w ramach wycieczek szkolnych do teatru w wielkim mieście, czyli Krakowie, karmiono nas kanonem lektur szkolnych. Na deskach krośnieńskiego domu kultury, wraz ze swoimi pierwszymi zespołami, w których zacząłem krzyczeć, brałem udział w przeglądach takich i owakich – tak stawiałem pierwsze kroki na prawdziwej scenie przed prawdziwą publicznością.
A równocześnie ćwiczyliśmy jako zespół metalowy w naszym domu kultury w Dukli. To było szersze doświadczenie, znane wielu późniejszym zawodowym muzykom: trudne związki tych instytucji z przeróżnymi metalowymi czy punkowymi młodzieżowymi składami. Z jednej strony ludzie, którzy tam pracowali, chcieli pomagać małolatom w nauce gry na instrumentach, z drugiej zupełnie nie ogarniali tego, co się dzieje. Nie rozumieli, co gramy, co próbujemy robić. W naszym przypadku nie skończyło się to jednak źle – po różnych próbach przydzielania nam instruktorów, wymyślania, na jakiej uroczystości moglibyśmy wystąpić z naszym repertuarem, dali nam w końcu spokój i swobodnie korzystaliśmy z sali prób w domu kultury w Dukli, na spółkę z zespołem weselnym Renoma.
Minęło parę lat, w 1994 roku powstała Lux Occulta. Byłem już na tyle świadomy i bezczelny, że już nikogo o nic nie prosiłem, ale założyliśmy swoje najbardziej szokujące koszulki, przywdzialiśmy pełen metalowy rynsztunek, i zażądaliśmy audiencji u burmistrza Dukli. Powiedzieliśmy panu burmistrzowi, że zakładamy zespół, mamy kilka utworów i chcemy sali na próby, bo to lepiej, niż gdybyśmy mieli pić wódkę na schodach kina. Lekko skonfundowany burmistrz zaczął opowiadać, że jak był młody, to też był hippisem [śmiech]. Ale ugiął się przed siłą naszych argumentów. Najpierw mieliśmy próby w kinie, później dostaliśmy sporych rozmiarów salę w zabytkowym ratuszu na środku rynku, który dziś nie należy już do miasta, bo odnaleźli się spadkobiercy. To był niezły układ: myśmy mieli jedyne klucze do sali, a oni płacili czynsz i prąd [śmiech]. Żeby było jasne: to była Dukla w połowie lat 90. XX w., w większych miastach Polski coś takiego nie było już wtedy możliwe.
– Mieliście wręcz cieplarniane warunki…
– Po latach, już jako dziennikarz, który analizował różnorakie zjawiska muzyczne, zacząłem się zastanawiać: jak to jest, że polskie zespoły zakładane przez siedemnasto- czy osiemnastolatków, po kilku latach są na ogół na poziomie „x”, a zespoły zakładane w tym samym czasie przez ich rówieśników z Finlandii czy Norwegii po kilku latach są na poziomie „x do kwadratu, x do sześcianu”. Dowiedziałem się, że w Skandynawii instytucjonalne wsparcie dla nastoletnich muzyków jest stosowane systemowo. Młodzież zakłada kapele, ale nie musi „na bezczela” wykopywać drzwi u burmistrza, licząc na to, że trafią na człowieka liberalnego i życzliwego. W krajach Skandynawii obowiązkiem samorządów jest wspieranie muzycznych talentów dzieciaków: młodzi dostają miejsce na próby, odpowiednie dofinansowanie, żeby kupić sprzęt albo coś nagrać, mają do dyspozycji instruktorów. Mało tego – muzycy, którzy sami coś osiągnęli, mogą zatrudnić się jako instruktorzy w takich ośrodkach. Ihsahn, gitarzysta zespołu Emperor, kapeli o międzynarodowej renomie, przez lata pracował w ten sposób. To ma sens: dzieciaki przychodzą z różnymi umiejętnościami i zainteresowaniami, zatem trudno, żeby jeden i ten sam instruktor przerabiał ze wszystkimi w nieskończoność kanon w rodzaju „Trzech kurek”. Im lepsza i bardziej różnorodna oferta dostępna dla każdego, tym lepiej rozwijają się talenty wśród młodzieży. To wyjaśnia też różnicę poziomów między zespołami w międzynarodowej skali: u nas bardzo wiele dzieciaków na własny użytek musiało odkrywać koło od nowa. W tym czasie ich rówieśnicy ze Skandynawii ostro ruszyli już do przodu…
– Malowniczo to zjawisko opisał Daniel Ekeroth w książce „Szwedzki death metal”: „Z racji tego, że Szwecja jest krajem bogatym (przynajmniej kiedyś była), każdy kto chce grać w zespole, ma stworzone ku temu warunki. Władze miejskie w dużym zakresie zapewniają instrumenty i miejsca do ćwiczeń, a za granie prób i tworzenie nagrań niektóre organizacje wypłacają nawet pieniądze. W wielu szwedzkich miastach nadal stoją ogromne budynki z salami na próby, które można wynająć praktycznie za nic. Z uwagi na fakt, że struktura administracyjna Szwecji opiera się głównie na bardzo małych i nudnych mieścinach […], młodzieży nie pozostaje nic innego, jak tylko zająć się sportem lub założyć kapelę”.
– Ma to bardzo ciekawe skutki ekonomiczne. W tej chwili muzyka w krajach skandynawskich to gigantyczne źródło dochodu, również dla państwa. Muzyka jest towarem eksportowym. Również black metal promowany jest jako dobro kulturowe, które znakomicie się sprzedaje. Zatem to nie jest tak, że oni jedynie „dają pograć gówniarzom”, żeby się nie zapili lub nie zaćpali, gdy są w najgłupszym wieku. To jest też inwestycja. W Norwegii dzięki eksplozji black metalu znacznie wzrosła turystyka: cudzoziemcy odkryli ten kraj za sprawą metalu. Norwescy dyplomaci, którzy jadą na placówkę do innych krajów, muszą wiedzieć, czym jest rodzimy black metal – do ich kompetencji i obowiązków należy znajomość i promowanie tej muzyki.
– Gdy rozmawiamy, toczy się spór polityczny o festiwal w Opolu. Jak z perspektywy undergroundowca oceniałeś dawniej tego typu imprezy muzyczne?
– Zacznijmy od tego, dlaczego powstał festiwal polskiej piosenki w Opolu. To był element zakorzeniania w wyobraźni zbiorowej powojennego statusu Ziem Odzyskanych, ich kulturowej przynależności do macierzy. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Oceniamy wartość piosenek dawnych artystów i artystek, którzy przewinęli się w czasach PRL przez Opole, z perspektywy ludzi podpiętych do internetu, którzy w każdej chwili mogą sięgnąć choćby po dowolne dzieła muzycznej popkultury. A to nie jest sprawiedliwa ocena.
– Dlaczego?
– Sprawdź premiery w Opolu z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Nawet jeżeli nie były to zawsze rzeczy wybitne, to na pewno było to wszystko, na co wówczas było stać polską scenę muzyczną. W Opolu z nowym repertuarem pojawiali się Anawa lub Czesław Niemen. A na nich trudno narzekać. Innych kanałów dystrybucji informacji, poza państwowymi, wtedy nie było – jeśli ktoś chciał dotrzeć z szeroko rozumianą muzyką popularną do publiczności, to musiał wystąpić w Opolu. Poziom tamtej piosenki w stosunku do tego, co dziś dzieje się w głównym nurcie, był bardzo wysoki. Z dzisiejszej perspektywy niektóre z tych piosenek trącą myszką, są banalne, ale wiele z nich to dobre numery, świetnie zaaranżowane, bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane, ze znakomitymi tekstami. Sprawdź, co było prezentowane w Opolu w 1972 r., jeśli chodzi o teksty, i porównaj to z Opolem ostatnich lat… To jest dramatyczna przepaść.
– No to skąd ta przepaść?
– Dziś Opole to festiwal, na który nie ma pomysłu. Ta sytuacja ciągnie się od dziesięciu-piętnastu lat. W znacznej mierze bierze się to stąd, że artyści nauczyli się docierać do publiczności innymi kanałami, choćby za pośrednictwem internetu. Ten festiwal przestał decydować o trendach i popularności. Oczywiście, wciąż są twarze, które bez Opola żyć nie mogą, albo byłoby im bez niego trudniej, ale to cień dawnej chwały…
– A to nie jest kwestia stopniowego kurczenia się publiczności Opola? Starsi darzą tę imprezę sentymentem, bo kochają wspomnienia z młodych lat, ale dzisiejsi dwudziesto-, trzydziestolatkowie mają zupełne inne festiwale: Open’er, OFF Festival, Męskie Granie?
– Nie do końca, bo to też inna muzyka. Tego, co się gra na OFF-ie, nigdy nie było w Opolu. Podejmowano tam próby montowania alternatywnej sceny, ale kończyło się na mniej lub bardziej udanych eksperymentach. I owszem, jestem za tym, żeby eksperymentować w Opolu.
– Chcesz szokować starszych państwa?
– Niekoniecznie. Pamiętam piętnastoletniego siebie z Dukli, który jeśli nie zobaczył czegoś w telewizji i nie usłyszał w radiu, to nie wiedział, że to istnieje. Oczywiście, ktoś powie, że dziś to niepotrzebne, bo mamy internet. Tylko żeby znaleźć coś w sieci, trzeba wiedzieć, czego szukać. A przecież portale społecznościowe coraz bardziej trzymają nas w bańce naszych upodobań i pułapce przyzwyczajeń. To ma swój komercyjny wymiar: reklamodawcy pokażą nam rzeczy, które skłonią nas, byśmy sięgnęli do portfela. Coraz trudniej wyrwać się temu modelowi funkcjonowania w sieci, który Google z Facebookiem narzucają całemu światu.
I jeszcze jedno – nie można oceniać Opola jako festiwalu, nie prowadząc dyskusji o kondycji mediów publicznych. Opole jest do niczego, bo telewizja publiczna jest do niczego – niezależnie od ekipy, która tam rządzi. Abstrahując już od tego, że każda władza zawłaszcza telewizję, żeby dotrzeć do ludzi i w mniej lub bardziej zawoalowany sposób na nich oddziaływać, to nikt z tych ludzi nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie lub podjąć decyzji politycznych o konsekwencjach istotnych także dla finansów tej firmy, czym ona właściwie ma być.
Mówi się o misji telewizji publicznej, a równocześnie każe się jej zarabiać pieniądze na najbardziej oglądalnych formatach. Promowane są właściwie coraz głupsze pomysły. „Gwiazdy tańczą na lodzie” to przecież była oferta TVP.
– Wróćmy do Opola.
– Ono jest nijakie i coraz mniej znaczy, bo kulturotwórcza misja telewizji publicznej to w znacznej mierze pic na wodę. Gdyby ktoś się tym przejął i konsekwentnie to realizował, a były takie próby, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. To nie jest tak, że w Polsce nie ma ludzi, którzy mogliby to dobrze zrobić, stworzyć świetny scenariusz kilkudniowego festiwalu, pokazać stare gwiazdy w nowym, interesującym świetle. Mogliby też pokazać, że istnieje nowe życie w polskiej muzyce popularnej.
Przy okazji: były ekipy, które traktowały misję telewizji publicznej serio. Pierwsza to tzw. pampersi z początku lat 90. To były czasy, gdy ludzie jeszcze przejmowali się niemodnym dziś słowem „pluralizm”. Pampersi byli zdecydowanie z prawego skrzydła, ale równocześnie bardzo pilnowali, żeby pokazywać dzieła kultury popularnej, z którymi pewnie nie do końca się zgadzali.
– Przypomnijmy parę nazwisk: Wiesław Walendziak, Grzegorz Górny, Andrzej Horubała.
– Dbali o to, żeby zarówno kultura, jak i publicystyka, która dziś jest formą źle zamaskowanej propagandy, przedstawiały naprawdę szerokie spektrum wizji świata. Pokazywali się tam i ludzie z Totartu czy bruLionu, i katolicy ze środowiska „Frondy”.
Drugi taki moment to były pomysły ekipy Jerzego Kapuścińskiego i nawet później Macieja Chmiela, mówię tu o TVP 2. Było widać, że ciężko pracują nad ofertą kulturalną, tylko w innym już czasie – gdy znacznie zmniejszono budżety na własne produkcje. Dodajmy do tego TVP Kulturę, ale jej przykład pokazuje, że misyjność zepchnięto do pewnej niszy.
– Pamiętam, że jako nastolatek w telewizji „pampersów” zobaczyłem „Hair” Miloša Formana, „Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyd Webbera i „The Wall” Alana Parkera.
– Miałem tak samo… Tamta telewizja publiczna kupiła nam „Miasteczko Twin Peaks”, choć w przypadku drugiego sezonu było już przecież jasne, że na całym świecie widownia odpływała. A oni nie bali się zaglądać w te wyższe rejony popkultury, które z różnych przyczyn mogły drażnić szerszą widownię.
– W tamtych czasach telewizja publiczna pokazała też wielki show na Wembley po śmierci Freddy’ego Mercury’ego i Woodstock z 1994 roku – późno w nocy i nad ranem w swoim pokoju oglądałem na Rubinie C714 Porno for Pyros, Nine Inch Nails, Metallicę.
– Moi rodzice byli wtedy na tyle uprzejmi, że obiecali nocować w domku na działce, ściągnąłem więc znajomych i dwie bite noce siedzieliśmy przy tym Woodstocku. To nam zmieniało życie – oglądaliśmy Red Hot Chilli Peppers w tym samym czasie, co Amerykanie. Ta telewizja pokazywała nam to, co faktycznie w czasie rzeczywistym działo się w kulturze popularnej.
– Ktoś może powiedzieć: jesteście stare pierniki, przecież to samo można sobie teraz zobaczyć na żywo na YouTube…
– Po pierwsze nie wiem, czy telewizję publiczną w modelu, który byśmy sobie życzyli, da się w Polsce jeszcze w ogóle uratować. Po drugie, jak już wspominałem, są ludzie, którzy także w dziedzinie popkultury mają nieco lub znacznie lepszy kapitał kulturowy. Nie trzeba nawracać nawróconych – chodzi o to, żeby z lepszą ogólnodostępną ofertą dotrzeć do tych, którzy z różnych przyczyn mają do niej utrudniony dostęp. Szczerze wątpię, że jakakolwiek ekipa odczuwa potrzebę, by edukować szerokie masy.
– W polskiej muzyce popularnej wciąż widoczne jest coś, co roboczo nazwę inteligenckim tonem. W pewnej mierze widać to było w Opolu, w czasie recitalu Maryli, w wyblakłych już mocno wspominkach o Agnieszce Osieckiej. Widać to dobrze po serii muzycznej „Zaśpiewani”. I widać również, gdy Maciej Maleńczuk śpiewa Włodzimierza Wysockiego albo „kłania się w pas” Wojciechowi Młynarskiemu. Można się z tego śmiać, ale ten inteligencki sznyt chyba zapewnia polskiej muzyce kontakt z literaturą, poezją, malarstwem?
– To nie jest typowo polska cecha. Muzyka popularna ma różne oblicza, a inspiracje literaturą czy malarstwem to są rzeczy, które rezonują silnie w kontrkulturze amerykańskiej późnych lat 60., a następnie w latach 70. Przypomnijmy sobie choćby Patti Smith, Lou Reeda, Davida Bowie. Często to były więzi osobiste, przeróżne dziedziny życia przenikały się ze sobą – dobrze to pokazuje przykład Andy’ego Warhola i zespołu Velvet Underground. Za paradoks można jednak uznać to, że ten nurt na Zachodzie nie był mainstreamowy, natomiast w Polsce, w czasach PRL, rzeczywiście był głównym nurtem. To o tyle interesujące, że przecież znaczną część włodarzy Polski Ludowej, pomijając Józefa Cyrankiewicza, trudno posądzać o jakieś wyższe potrzeby kulturalne. A jednak wszyscy ci ludzie, mieli – może wynikający z pewnego kompleksu wobec inteligencji jako warstwy kulturotwórczej – spory szacunek do świata kultury.
Choć dodam, że po pierwsze tamten system zmarnotrawił wiele talentów, również artystycznych, ponieważ o bardzo wielu rzeczach, zwykle w sposób niejawny, decydowali ludzie kierujący się nieraz podłymi motywacjami. Po drugie, rynek muzyczny był zupełnie nieracjonalny, a sami muzycy często nie wiedzieli, ile płyt faktycznie sprzedają i ile na nich realnie zarabiają. To wszystko kontrolowały upolitycznione instytucje. Po trzecie, mieliśmy jednak ograniczony dostęp do wielu dzieł kultury światowej i polskiej, chyba że trafiły do drugiego obiegu.
– A może to inteligenckie nastawienie wynikało z pewnych paradygmatów tamtego ustroju – trzeba było nieść kaganek oświaty w lud, kultura masowa świetnie się do tego nadawała.
– W tamtych latach inna była też kultura popularna. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił rzeczy tak głupich jak te, które przyswajamy dzisiaj. Może też jest tak, że gdyby ta rozrywka, która dziś robi za kulturę popularną, była tak rozpowszechniona jak obecnie, to pewnie korzystaliby z tych narzędzi. I może przeróżni czynownicy tańczyliby i wówczas na lodzie. Ale zamiast tego mieliśmy Teatr Telewizji. Pamiętam, że w latach 80., gdy już rejestrowałem pewne rzeczy świadomie, moi rodzice, matka – wiejska nauczycielka, ojciec – wopista, siadali ze mną przed telewizorem i oglądaliśmy spektakle Teatru Telewizji. To było naturalne. I powszechnie oglądane. Już na początku III RP, ale wciąż według wzoru wypracowanego w PRL, pokazano w telewizji teatralną adaptację bodaj „Transatlantyku” Gombrowicza. Ja sam jeszcze niewiele z tego rozumiałem, ale pamiętam, że rodzice byli mocno na „nie”. Dziś myślę, że super było to, że oni w ogóle sami chcieli się z tym skonfrontować, nie wyłączyli telewizora. Obejrzeli, bo uważali, że to ważne. Przy wszystkich swoich niezliczonych grzechach, PRL nie dezawuował kultury jako takiej. Chciał ją kształtować wedle swoich potrzeb, chciał ją zawłaszczyć, ale nie wpadł na to, żeby powiedzieć ludziom: „słuchajcie, kultura nie jest wam do niczego potrzebna”…
– W jesiennym numerze „Gazety Magnetofonowej” opublikowaliście tekst Leszka Gnoińskiego „Szkółka dla niegrzecznych dziewcząt”, który opowiada o Lucciola Ladies Rock Camp, założonym w Beskidzie Niskim przez Ewę Langer, basistkę zespołów PRL i Translola. To tekst z mocnymi wątkami feministycznymi, z opowieściami o tym, że wiele kobiet dzięki tamtejszym warsztatom muzycznym uczy radzić sobie choćby z doznaną przemocą. Wolisz tę muzykę, artystki i artystów, którzy są na przeróżne sposoby zaangażowani społecznie, politycznie i ideowo, czy bliższa jest ci raczej filozofia: „pan nie śpiewaj o ideach, pan śpiewaj dobrze”?
– [śmiech] Jeżeli chodzi o moje muzyczne potrzeby, to są one różnorodne. Czasem potrzebuję muzyki zachwycającej formalnie, która nie niesie żadnego przekazu lub jest to przekaz ideologicznie neutralny.
Kultura jest dziś w znacznej mierze społecznie utożsamiana z rozrywką. Sam się łapię na takim odbiorze. To powoduje, że traktujemy kulturę jako coś, co ma nam się podobać, poprawiać nastrój, łatwo się przyswajać. Ale kultura nie jest identyczna z rozrywką. Ta pierwsza ma nam stawiać pytania, poruszać, gniewać, konfrontować z cudzymi wizjami i poglądami. Dlatego takich treści też szukam i staram się prezentować. Natomiast uważam, że nie wolno wymagać od artystów zajmowania stanowiska w jakiejkolwiek sprawie. Artystyczna wolność jest też wolnością od oczekiwań czy wymagań społecznych i od wymogów stawianych przez fanów. Jeżeli artysta/artystka z własnej nieprzymuszonej woli chce zabrać głos, czy to w formie dzieła, czy w wywiadzie, czy w jakikolwiek inny sposób – droga wolna. Jeżeli ktoś chce mieć poglądy również na scenie – nie mamy prawa mu tego zabraniać, muzyk nie musi być tylko od śpiewania i grania: ma prawo mówić o feminizmie, patriotyzmie, zmianach klimatycznych. Ale z drugiej strony nie mamy prawa wymuszać na artystach publicznego wyrażania poglądów. Nie powinny tego robić również instytucje.
– Inna rzecz, że chyba jeszcze moje roczniki wychowały się w atmosferze popkulturowej, w której spora część artystów i artystek z zasady nie było obojętnych. Składanki na kasetach magnetofonowych w rodzaju „Muzyka przeciwko rasizmowi” to było coś najbardziej naturalnego nawet dla tych, którzy jakoś głębiej nie uczestniczyli w muzycznych rytuałach. Na początku lat 90. część kaset magnetofonowych z o wiele bardziej wtedy popularną muzyką rockową była zaopatrzona we wkładkę wzywającą do ogólnospołecznego referendum w sprawie aborcji i przeciwstawienia się stanowisku Kościoła w tej sprawie. Róże Europy, Kult, Big Cyc, Kobranocka – to nie była alternatywa, ale rzeczy dość mainstreamowe, a jednak mocno zaangażowane. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i Przystanek Woodstock to w ogóle osobny rozdział. Dziś chyba tego zaangażowania, także kojarzonego ze światopoglądowym liberalizmem, jest w muzyce popularnej mniej.
– Jak to zwykle bywa, nie ma jednej przyczyny dla tego skomplikowanego zjawiska. Wydaje mi się, że faktycznie w przestrzeni publicznej mniej jest dziś tego typu muzyki. Piosenki, które u progu lat 90. były grane w radiu, faktycznie mniej lub bardziej dotykały rzeczywistości społeczno-politycznej i ją komentowały.
Konstatuję to z pewną przykrością, jako przedstawiciel pokolenia, które się na czymś takim wychowało, ale wydaje mi się, że współczesny eskapizm też jest jakąś deklaracją polityczną. Być może muzycy z pokolenia, które dziś jest poniżej trzydziestki, a także odbiorcy ich muzyki z takich roczników, uznali, że pieśni tamtego pokolenia to nie są songi w ich sprawach. Być może to, co nazywamy zaangażowaniem, oni uznają za dyskusję na obce im tematy, za spory, o których nie chcą nic słyszeć.
Na początku lat 90., gdy po raz pierwszy jako młodzi ludzie mogliśmy brać udział w wolnych wyborach, bardzo mało wśród moich znajomych, rówieśników i rówieśniczek, było osób, które świadomie nie korzystały z tej możliwości. Dla nas wielką wartością było to, że możemy wybrać. Kłóciliśmy się o to, dokonywaliśmy różnych wyborów, ale umywanie rąk było rzadkim, dziwacznym gestem. Dziś nie ma muzyki tamtych czasów, ale warto by też zbadać, jak wielu młodych w ogóle nie ma przy urnach wyborczych. Myślę, że to się ze sobą wiąże. I to nie jest problem jedynie młodych, to jest dość powszechne dziś społecznie przekonanie, że nas to nie dotyczy.
– Jest rap, hip hop, jeszcze o tym pogadamy. A Pablopavo śpiewa piosenki o Jolancie Brzeskiej i Stefanie Okrzei.
– Ale Pablopavo nie jest dwudziestoparolatkiem… Dziś ludzie utalentowani potrafią pięknie i wyjątkowo realistycznie pokazać okolice czubka swojego nosa. Taco Hemingway, szczególnie na dwóch pierwszych EP-kach, ładnie zobrazował warszawskie życie dzisiejszych dwudziestoparo-, trzydziestolatków. Ale to jest obserwacja społeczna bez żadnych deklaracji.
– Starasz się, żeby każdy numer „Gazety Magnetofonowej” miał swój temat przewodni. Najnowsze wydanie poświęciliście outsiderom i buntowniczkom, a rok temu motywem przewodnim była rodzina. To zdaje się wtedy zrobiliście wywiad z raperem Kękę, który opowiadał o tym, jak zmieniło go rodzicielstwo. Przepraszam, ale konieczny będzie długi cytat: „Dla niejednego słuchacza lektura zestawienia OLiS (lista najchętniej kupowanych płyt przygotowywana przez ZPAV – Związek Producentów Audio-Video) może być zaskakująca. Zarówno raporty cotygodniowe, jak i te ukazujące nasz rynek w ujęciu rocznym, pełne są nazwisk, które przeciętnemu odbiorcy są nieznane. Oczywiście, pojawiają się również artyści popularni i lubiani. W podsumowaniu 2016 r. znalazły się m.in. Agnieszka Chylińska, Ania Dąbrowska, a także grupa Kult. Część osób rozpozna może jeszcze zwycięzcę zestawienia – łódzki raper O.S.T.R. sprzedał do tej pory 100 tys. płyt, nagrywa od 16 lat i można go czasami usłyszeć w radiowej Trójce. Ale między nimi znajdują się nazwiska i pseudonimy, które dla przeciętnego odbiorcy są tajemnicą. Na przykład KęKę, który dla komercyjnych stacji radiowych jest muzykiem wyklętym. Radomski raper zajął szóste miejsce w zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku i jest jednym z hiphopowców, których znają młodzi, a media pomijają. Jednak to właśnie on oraz Paluch, Kali, Małpa, Pro8l3m, Białas, Dudek P56 i Sitek sprzedają więcej albumów niż artyści wypełniający czas antenowy komercyjnych rozgłośni radiowych. Raperzy okupują szczyty OLiS przez niemal połowę roku. Często debiutują od razu na pierwszym miejscu – tak jak w tym roku zrobili to Guzior z płytą „Evil Town”, Bedoes z „Aby śmierć miała znaczenie”, Hades ze „Światłem”, Dwa Sławy z „Dandys Flow”. Żadnego z nich nie promują ogólnopolskie rozgłośnie radiowe” (Dziennik.pl). Z czego Twoim zdaniem wynika ten fenomen naprawdę popularnej muzyki, której nie grają wielkie rozgłośnie?
– Nie sądzę, żeby to też była jakaś szczególnie polska przypadłość. Choć u nas to chyba zaznacza się silniej. Z jednej strony wiąże się z tym, że istnieją u nas zjawiska muzyczne (i stojące za nimi fenomeny społeczne), które pozostają właściwie poza radarem większości dużych mediów z siedzibą w Warszawie. Jeśli KęKę nie przyjdzie do nich do redakcji i nie kopnie ich w cztery litery, to oni go nie zauważą. Sami nie poszukają i nie sprawdzą. Później się dziwią, że Michał Szpak sprzedaje mniej płyt niż KęKę. I mówią: „No jak to, przecież Szpak jest co tydzień w telewizji śniadaniowej”. Czym innym jest rzeczywistość medialna z tych kilku stołecznych ulic, a czym innym Polska. Kękę jest chłopakiem z Radomia, który jako nieodrodny przedstawiciel swojego pokolenia nie czuł się bohaterem felietonów w mainstreamowych mediach, raczej czuł się reprezentantem świata zupełnie pomijanego, a może nawet – pewnie niesłusznie – pogardzanego. Sądzę, że gdyby KęKę chciał zrobić krok w stronę świateł wielkiej sceny, jak paru innych raperów, to by go wpuszczono. Ale on sam uznał, że tam nie pasuje. Inna sprawa, że treści, które znalazły się na jego pierwszych płytach, bywały mocno konfrontacyjne.
KęKę był dosadny zarówno jeśli chodzi o kwestie obyczajowe, opisując życie w trasie, jak i o kwestie, które dziś określa się mianem polityki historycznej, i które bardzo źle były widziane w medialnym mainstreamie. W „Jednym kraju” rymował chociażby: „Jeszcze razem się przejdziemy Łyczakowską, stanie otworem Ostra Brama / Bez agresji, ale dajcie to co polskie”. Takich treści mainstream nie próbował zrozumieć. Krakowski poeta pisał kiedyś: „Niczego o nas nie ma w konstytucji”. KęKę stał się głosem tych, o których niczego nie było w mediach głównego nurtu.
– Czas przeszły jest tu istotny?
– Bo dziś inne media są w głównym nurcie. Głosy kiedyś spychane na margines, stają się dominujące. W popkulturze to też jest widoczne. Choć nie wydaje mi się, że akurat KęKę chciałby być heroldem jakiejś sprawy i partii.
– Ty zdaje się pojechałeś do niego, do Radomia, zrobić ten wywiad?
– Tak. Wydał mi się fascynujący. Nie tylko przez to, co mówi, ale i przez to, jak ważne dla wielu ludzi jest to, co mówi. Na podstawie znajomości jego pierwszych dwóch płyt wydawało mi się jednak, że jest to człowiek, który nie będzie chciał ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak sobie wygoogla, że piszę np. do „Polityki”, to nie siądzie ze mną do stołu. Mnie z kolei przekaz niektórych jego tekstów, delikatnie rzecz ujmując, niepokoił.
Wydarzyła się jednak rzecz interesująca. KęKę wydał trzecią płytę. Nie widać na nim zmiany poglądów, ale zmienił się język, którym opowiada o sobie i świecie, na mniej konfrontacyjny, a bardziej gorzko-refleksyjny, skłaniający do dialogu. Pojechałem do Radomia, siedliśmy w jego ulubionym barze, zjedliśmy sznycle. Opowiedział mi o zmianach w jego życiu. Po pierwsze, wytrzeźwiał. I zaczął głośno mówić o swojej walce o trzeźwość. Stanął na nogi, założył rodzinę. Stało się coś jeszcze: dziś po prostu sprawdza swój światopogląd, uważnie przygląda się samemu sobie. I nawet jeśli nie zmienił poglądów, nie ma w nim już agresji. Opowiadam tak szczegółowo o jednym artyście, bo uważam go za interesującą postać: to jeden z najważniejszych polskich raperów, którego w zasadzie nie widać w mediach.
– To jak to biznesowo działa w praktyce?
– Płyty wydaje sobie sam, a żona organizuje mu koncerty, na które przychodzi mnóstwo ludzi. Wiele osób wspiera go też w walce o trzeźwość.
Skoncentrowałem się na KęKę, ale zasygnalizowałeś ważny problem. W Polsce istnieją trzy sceny muzyczne, które funkcjonują jak odrębne światy. Jedna to świat, który widzisz w Empiku, na liście OLiS. Drugi to świat, który od podstaw został zbudowany przez raperów. Wspomniany wyżej O.S.T.R. jest gościem, który funkcjonuje na granicy tych dwóch światów. Z jednej strony pojawia się w zasięgowych mediach, jego płyty są w Empiku, ale ogromna część jego publiczności dociera do niego przez youtuby itd., itd. Tam jest całe mnóstwo raperów, którzy budują sobie publiczność, dyskutują ze sobą, kłócą się, dissują, współpracują i część z nich w ogóle nie wchodzi na OLiS, bo ich płyty są nienotowane w obiegu – albo w ogóle nie wydają „legali”, albo wydają je poza oficjalnym obiegiem. Tak naprawdę nie wiemy, jak duże to zjawisko.
I mamy trzecie, pewnie największe uniwersum – to disco polo. Nikt nie wie, jaka to jest skala. Od blisko trzech dekad znaczna część społeczeństwa uczestnicząca w życiu muzycznym bawi się i wzrusza przy disco polo. I wydaje na to swoje pieniądze. Ale nikt tego solidnie nie bada. Disco polo widziane z Warszawy to są albo rzucane z wyższością uwagi w stylu „niech to g… już przepadnie”, albo „achy i ochy”, rzucane na kanapie w telewizji śniadaniowej w obecności Zenka Martyniuka i zachwyty nad niezweryfikowaną nigdy „chińską karierą” innej grupy. Do tego ckliwe obrazki z serialu dokumentalnego TVP czy baśni TVN i Agory o disco polo, które niewiele wyjaśniają, mają się tylko dobrze sprzedawać.
– Trochę się boję, że zaraz wpadniemy w muzyczną chłopomanię. A dodajmy, że dziś już istnieją całe kanały telewizyjne poświęcone temu nurtowi.
– Uważam, że disco polo to gwałt na estetyce. Ale rozwój tego gatunku świetnie pokazuje niedoceniany w Polsce przez lata fenomen: jeśli czegoś nie pokazujesz w inteligenckiej i wielkomiejskiej prasie, to wcale to nie znika. Jeżeli nie umiemy o czymś rozmawiać, a tylko wyszydzamy, to nie powoduje, że to przestaje istnieć. W przypadku disco polo szyderstwa nie brakowało, zabrakło za to porządnej i powszechnej edukacji muzycznej od poziomu przedszkola czy szkoły podstawowej.
– Parę lat temu tu i ówdzie na prawicy pojawiały się koncepcje, że disco polo z lat 90. to nowa muzyka ludowa.
– Przeciwnie, moim zdaniem disco polo zabiło muzykę ludową. Ona zresztą też stanowi wyzwanie jako przedmiot opisu. Bo z jednej strony mamy inteligentów z dużych miast, którzy jeżdżą na wieś, przesłuchują ostatnich grajków ludowych lub próbują rekonstruować to, co było niegdyś i przepadło. Natomiast muzyka ludowa w swoim tradycyjnym ujęciu ściśle wiązała się z wiejską obrzędowością, choćby religijną. W tej materii istnieje radykalny pogląd, reprezentowany na przykład przez Adama Struga, że Sobór Watykański II bardzo jej zaszkodził dopuszczając do uroczystości religijnych nową muzykę. Ponadto wiejska obrzędowość dotyczyła całego rytmu życia zgodnego z naturą i najważniejszych wydarzeń życia: narodzin, ślubów i wesel, pogrzebów. Ale kultura masowa, przeniesiona z miasta za pośrednictwem radia i telewizji, odciskała się na wsi coraz mocniej. I w którymś momencie italo disco okazało się najprostsze do odwzorowania, tym bardziej, że dało się przywieźć z miasta kupiony za psie pieniądze azjatycki klawisz, gdy już nikt nie chciał uczyć się grać na gęślach. Jaka to muzyka wsi, skoro instrumenty, które stanowiły faktyczny element ludowej kultury, zastąpiono fabrycznym syntezatorem?
– Pierwszy numer „Gazety Magnetofonowej” ukazał się dzięki powodzeniu akcji crowdfundigowej. Pierwsze wsparcie ze środków publicznych dostaliście bodaj w tym roku. Jak postrzegasz kwestię mecenatu instytucji publicznych w popkulturowej przestrzeni?
– Jestem przeciwnikiem myślenia, które dominowało szczególnie w latach 90. w Polsce, że jeżeli coś na siebie nie zarobi, to nie ma racji bytu. I zaczęto w kulturze promować skutecznych menedżerów, przeciwstawiając im nieskutecznych dyrektorów z niedochodową, więc anachroniczną wizją artystyczną. Nie odpowiada mi wizja, która głosi, że pieniądze publiczne powinny być tylko na coraz lepsze drogi, po których będziemy jeździć coraz lepszymi samochodami. To kultura definiuje nas jako wspólnotę. Jaka ta kultura powinna być, jakie treści przekazywać, kogo wspierać, a kogo nie wspierać, to oczywiście kwestia do dyskusji. Taka dyskusja wciąż trwa i się nie kończy. I nigdy nie powinna się kończyć, bo to oczywiste, że w państwie i społeczeństwie ścierają się różne postawy, poglądy i wartości.
Dodam ważną rzecz: im mniejsza centralizacja w tym względzie, tym lepiej, bo wiele inicjatyw kulturalnych powstaje na lokalnym poziomie i nawet najlepsi warszawscy eksperci od spraw merytorycznych nie potrafią dobrze ocenić lokalnego kontekstu: kto na taki festiwal czy spektakl przychodzi, jaka jest oferta kulturalna w tym rejonie zarówno w tym czasie, jak i w ciągu roku…
– Z jednej strony mamy ambitne projekty wsparte publicznym groszem, myślę choćby o albumie „Gajcy”, na którym grają m.in. Aggresiva 69, Kazik, Pustki, Karolina Cicha, Dezerter, Lech Janerka, albo o filmie dokumentalnym „Jarocin. Po co wolność?” w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Marka Gajczaka, z drugiej strony jestem sobie w stanie wyobrazić solidnie podsypaną złotówkami chałturkę na doraźne partyjne zamówienie. To jest niebezpieczeństwo związane z wydawaniem publicznych środków na kulturę. A dobrzy muzycy będą nagrywać wartościowe płyty i bez publicznego wsparcia…
– Jest takie niebezpieczeństwo, o którym mówisz. W każdej branży, nie tylko muzycznej, są artyści, którzy aktywnie szukają każdej możliwości wyciągnięcia publicznych środków na projekty wątpliwej jakości. To są ludzie, którzy nauczyli się, jak kreować pomysły podobające się urzędnikom. Są ludzie żyjący z tego jak pączki w maśle, albo przynajmniej raz na jakiś czas trafiający na żyłę złota. To jest patologiczny margines.
– Naprawdę margines?
– Ten proceder mocno kłuje w oczy, bo często wiąże się z wyraźną przynależnością polityczną osób, które decydują o tej kasie i tych, którzy po nią sięgają. Oczywiście jeśli utrwali się praktyka, że każda nowa ekipa polityczna życzy sobie mieć kulturę pasującą do jej światopoglądu, to problem będzie narastał. Ale tego typu działania są zwykle przeciwskuteczne. Także dlatego, że oprócz pieśniarzy, którzy wyśpiewają wszystko, kulturą zajmują się najczęściej ludzie z natury przekorni.
Przekonałem się też na własnej skórze, że problemy z wydawaniem pieniędzy na kulturę wiążą się ze złożonością procedur. To zresztą polska przypadłość na wielu polach. Skomplikowanie tych procedur odbiera szanse wielu artystom, którzy nie wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu środków, a naprawdę mają coś wartościowego do zaproponowania. Umówmy się, dla artystów proza życia bywa trudna, a co dopiero liczące kilkadziesiąt stron wnioski o 10 tysięcy złotych.
Dodam jeszcze jedną rzecz: wydaję „Gazetę Magnetofonową” jako prywatna firma, ale mogę starać się o publiczne środki finansowe, jeśli spełnię szereg ściśle określonych warunków. To partnerstwo publiczno-prywatne w kulturze jest u nas w głębokich powijakach, jeśli porównać to z sytuacją w innych krajach, choćby w Anglii. Myślę o BRIT School for Performing Arts and Technology, państwowej i bezpłatnej szkole średniej, która specjalizuje się w kształceniu piosenkarzy i piosenkarek, producentów muzycznych, dźwiękowców, scenografów, operatorów.
– Dodam, że BRIT to z kolei skrót od British Record Industry Trust. Warto o tym opowiedzieć czytelniczkom i czytelnikom „Nowego Obywatela”.
– BRIT School to instytucja, która pokazuje, że można myśleć na dekady do przodu. Na przełomie lat 80. i 90., pod koniec za rządów Margaret Thatcher, która nie słynęła ze skłonności etatystycznych, ktoś wpadł na pomysł, że warto zainwestować w brytyjskich muzyków. Reprezentanci dużych wytwórni muzycznych, tzw. mejdżersów, siedli do stołu negocjacyjnego z urzędnikami i ustalono, jak to w praktyce będzie finansowane. Część środków finansowych na BRIT School pochodzi z podatków (u nas spora część krytyki dotycząca dotacji polega właśnie na sarkaniu, że to „wyrzucanie w błoto pieniędzy podatników!”), a część dają prywatne wytwórnie muzyczne. Państwo założyło, że ta kasa zwróci się w podatkach, a prywatne firmy – że zwróci im się to w przyszłych zyskach.
– Jak to działa w praktyce?
– Szkoła powstała na południu Londynu, wśród jej absolwentów są Adele, Morcheeba, Amy Winehouse, ale także mnóstwo nieznanych szerszej publiczności osób, które pracują w wytwórniach płytowych, studiach nagraniowych, mediach muzycznych. To naprawdę rewelacyjna kuźnia kadr. Kołem zamachowym BRIT School był pakt, o którym mówiłem, ale teraz finansują się choćby ze słynnych Brit Awards. Cały dochód z tej imprezy idzie właśnie na BRIT School. Małolaty, które skaczą pod sceną podczas rozdania nagród, to są właśnie uczniowie i uczennice tej szkoły.
Byłem tam, oprowadzał mnie po szkole jeden z jej pracowników, pokazywał, jak to dokładnie funkcjonuje. Na etapie gimnazjum szkoła przyjmuje młodzież uzdolnioną muzycznie. Trzeba zdać egzamin, ale jak wspomniałem, nauka jest bezpłatna. To otwiera ją na uboższą młodzież, którą nie stać na dobre prywatne szkoły z wysokim czesnym. Z jednej strony dzieciaki mają normalny program szkolny, z drugiej mają mnóstwo zajęć odpowiednich do profilu instytucji. BRIT School jest też zapleczem dla West Endu, czyli dzielnicy londyńskich teatrów muzycznych, dochodzą zatem zajęcia z tańca, choreografii itd.
Na kolejnym etapie edukacji w tej szkole uczniów i uczennice czeka rozmowa dotycząca ewentualnej korekty ich życiowych planów. Czasem jest tak, że dzieciak przychodzi jako najlepszy gitarzysta w okolicy, ale w murach BRIT School zrozumiał, że jest trochę ludzi jeszcze lepszych od niego i nigdy ich nie prześcignie. Ale okazuje się, że jest świetny w studiu nagraniowym, doskonale słyszy i czuje produkcję. Dostaje więc propozycję, by na ostatnie trzy lata szkoły zapisać się do odpowiedniej klasy. I jeszcze jedno – oni się tam uczą czytania kontraktów, razem z prawnikami, z ludźmi z wytwórni. Ktoś im pokazuje: to jest punkt w umowie, który obliguje cię do tego i tamtego, a daje ci to i tamto. Szkoła wypuszcza dziewiętnastolatków, którzy potrafią ze zrozumieniem przeczytać umowę i dzięki temu mają znacznie większe szanse, żeby nie wpakować się w kłopoty na długie lata ewentualnej kariery.
Na zakończenie edukacji w BRIT School organizowane są oficjalne przesłuchania, w których mogą wziąć udział tylko zarejestrowani przedstawiciele firm fonograficznych, teatrów muzycznych itp. Po przesłuchaniach muszą rozmawiać z dzieciakami za pośrednictwem szkoły – nie jest tak, że wcisną nastolatkowi co zechcą, bo przy stole spotykają się prawni opiekunowie uczniów, reprezentanci szkoły i zainteresowani „łowcy głów”.
Opisuję to wszystko w dużym skrócie, ale jak widać – można. Ale trzeba myśleć długofalowo, bo pierwsze konfitury z BRIT School to późne lata 90. Potrzeba wizji politycznej, która nie polega na tym, że myślimy o tym, jak mile połechtać szefa partii albo naszych wyborców, lecz perspektywicznie myślimy o tym, co będzie korzystne dla dobra całej wspólnoty.
– Spróbujmy podać pozytywne przykłady z własnego podwórka. W polskiej kinematografii dużo rzeczy udało się dzięki PISF, choć pamiętam lamenty szerokiej rzeszy wolnorynkowców, gdy ta instytucja dopiero powstała. A jak z muzyką rozrywkową?
– Dla mnie pozytywnym przykładem jest działalność Instytutu Adama Mickiewicza – najlepiej znam ich praktyki związane z szeroko pojmowaną muzyką rozrywkową. W swoim czasie dominowało myślenie, że trzeba chwalić się na świecie artystami, którzy u nas już osiągnęli wymierny sukces, bo skoro udało się tu, to pewnie uda i tam. Na szczęście IAM – konkretnie myślę o komórce funkcjonującej pod nazwą Don’t Panic! We’re From Poland – od wielu lat działa inaczej. Dziennikarzom i organizatorom festiwali ze świata umożliwia poznanie wielu różnych polskich muzyków, niekoniecznie najsławniejszych. I to właśnie ludzie stamtąd decydują, co może spodobać się u nich, bo znają swój rynek, lokalny kontekst. Zapraszają artystów, a ci mogą liczyć na wsparcie IAM, choćby przy współfinansowaniu pierwszych wyjazdów. Dzięki takiej filozofii nie wywozi się w świat artystów, których nikt tam nie chce słuchać, ale dociera z muzyką, która faktycznie tam działa.
Na nasz wewnętrzny użytek świetne rzeczy robi Narodowy Instytut Audiowizualny (NinA), z jednej strony udostępniając archiwa ze skarbami polskiej kultury, które były niedostępne przez lata, z drugiej strony nagrywając współczesnych artystów. Archiwizują w ten sposób cenne rzeczy, których nikomu by się komercyjnie nie opłacało nagrywać na tak profesjonalnym poziomie.
– To, co mówisz, dobrze pokazuje, jak to jest z prywatnym wsparciem dla kultury: wygrywa argument „nie opłaca się”.
– W Polsce w ogóle istnieje problem prywatnego mecenatu dla ambitniejszej muzyki popularnej. Tych pieniędzy jest mało. Z jednej strony wiąże się to ze słabością mediów, nie tylko muzycznych: bardzo mało się u nas mówi o tym, jak świetne rzeczy w Polsce dzieją się nie tylko w samej muzyce, ale i wokół niej – myślę choćby o światowych trasach polskich artystów czy recenzjach, które tam zbierają. To powoduje, że marketingowcy mniejszego i większego biznesu nie widzą powodu, żeby wydawać na muzykę większe pieniądze.
Z drugiej strony pisarze, muzycy, malarze co prawda potrzebują pieniędzy, także prywatnych, ale materia, w której się poruszają, jest znacznie bardziej wrażliwa niż inne dziedziny ludzkiej aktywności, w których sponsor może pokazać się jako dobroczyńca. Sportowca możesz od stóp do głów ubrać w barwy swojej firmy, ale muzykowi tego nie zrobisz, bo on natychmiast przestanie być wiarygodny. W teatrze możliwości ekspozycji reklamy są dość marne, choć publiczność z życzliwością podchodzi do sponsorów, bo rozumie, jak dużo dzięki nim może się wydarzyć. Ale jak wsadzić product placement w adaptację sztuki Dostojewskiego czy Wyspiańskiego? Po co zatem użerać się z artystami, jeśli w dowolnym z o wiele bardziej popularnych sportów można sobie kupić prawie wszystko i prawie wszędzie?
– A patrząc szerzej: muzyka popularna nie stała się jedynie wypadkową biznesu?
– Nie, nie sądzę, żeby poza muzyką czysto użytkową, na przykład graniem na fortepianie w hotelowym lobby, ktoś to robił sądząc, że to dobry interes. Dotyczy to nawet ludzi, których puszczają w radiu, jak Mrozu. To jest mały rynek – nawet jeśli na moment zyskasz popularność i zarabiasz jakieś pieniądze, to po pierwsze nie trwa wiecznie, po drugie wcześniej dokładałeś do tego przez długie lata.
– Mamy też w popkulturze muzyków dobrze żyjących z grania. Zarówno takich, którzy zrobili światową karierę, jak Behemoth, jak i tych, którzy odłożyli na bok pytanie, kiedy ze sceny zejść, bo grają na dniach miast jak Polska długa i szeroka.
– Oczywiście. To jest ich zawód, oni chodzą do pracy, gdy grają te wszystkie koncerty. Nie mylmy jednak skutku z przyczyną – oni przez lata zapracowali na swoją sławę, robili kiedyś rzeczy naprawdę pod prąd, albo nagrywali dobre kawałki i umieli je pokazać publiczności. Nie sądzę, żeby na przykład muzycy Kultu u progu kariery myśleli, że to dobra droga na przyszłość i szansa na niezły plan emerytalny w postaci solidnych wpływów z ZAiKS-u.
Nieliczni z tych, co grają, mają szanse na sukces finansowy. Branża muzyczna w Polsce nie jest bogata – absolutnie przytłaczająca większość muzyków to ludzie, którzy jeżdżą na koncerty wykorzystując urlopy, albo są wykopywani z jednej pracy i idą do kolejnej, niekiedy gorzej płatnej, żeby robić to, co chcą robić. Wspomniałeś Behemotha – jesteśmy kilkudziesięciomilionowym społeczeństwem i mamy trzy, może cztery kapele metalowe, które mogą grać w sposób w pełni profesjonalny, czyli członkowie zespołu nie muszą mieć dziennej pracy, żeby się z czegoś utrzymać. Przyznasz, że szału nie ma, jeśli spojrzymy na ogrom polskiej sceny metalowej.
Ale to szersze zjawisko – sądzę, że z muzyki rozrywkowej, tworzonej autorsko, może w Polsce wyżyć, i to nie na poziomie sytej klasy średniej, raptem kilkaset osób. A przecież zajmuje się tym kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy osób. Jeśli widzisz kogoś w telewizji i on ładnie wygląda, to myślisz, że zbił fortunę na paru przebojach. Ale to bardzo niepewny chleb – jeśli ktoś umie sobie napisać piosenki i jest regularnie grany przez radiu, to ma jakąś tam stabilizację, bo płyną tantiemy…
– …z tego, co pamiętam, Edyta Bartosiewicz opowiadała po swoim powrocie muzycznym, że ekonomicznie poradziła sobie w czasie ciężkiej depresji, bo miała środki z ZAiKS-u…
– …dlatego jeśli jesteś na tyle alternatywny, że nie grają cię dwie największe w Polsce rozgłośnie (a grają w gruncie rzeczy nie za wiele), to z ZAiKS-u masz co najwyżej kroplówkę. Owszem, zawsze możesz grać koncerty. Ale jeśli zachorujesz, to tracisz zarobek. Poza tym, ludzie się bulwersują, gdy usłyszą o stawce za koncert w wysokości kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ale trzeba przewieźć ekipę i sprzęt, opłacić dźwiękowca i oświetleniowca, kierowcę i menedżera, trzeba zapłacić kolegom z zespołu itd., itd. Nawet artystom z dorobkiem i nazwiskiem może po odliczeniu kosztów zostawać w kieszeni naprawdę niewiele. Wielu rzeczy można zazdrościć ludziom na scenie – adrenaliny, podróży, poznawania mnóstwa ciekawych osób – ale dochodów bym nie zazdrościł.
– Dziękuję za rozmowę.
Kraków-Warszawa, wrzesień 2017 r.
przez Jan Przybylski | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
W 2014 roku Rosja w związku z kryzysem politycznym na Ukrainie podjęła kroki, które dotychczas mieściły się poza zakresem wyobraźni politycznej odnoszącej się do Europy sensu stricto. W lutym zaanektowała zbrojnie Krym i zainicjowała oraz wsparła na różne sposoby ruchy „separatystyczne” na wschodzie Ukrainy, co doprowadziło do powołania tzw. Republik Ludowych, Donieckiej i Ługańskiej, nie licząc tworów efemerycznych. Stan kryzysu politycznego i pełzającej wojny hybrydowej trwa do dziś, zaostrzany przez wydarzenia takie jak zestrzelenie w lipcu 2014 r. przez prorosyjskich separatystów samolotu malezyjskich linii lotniczych, przewożącego głównie obywateli Holandii. W aspekcie militarnym władze w Kijowie zostały pozostawione samym sobie, otrzymując tylko relatywnie niewielkie wsparcie. Tak zwana wspólnota międzynarodowa podjęła jednak skierowane przeciwko Rosji działania polityczne oraz gospodarcze, przyjmujące postać sankcji.
Gospodarka rosyjska przed rokiem 2014
Jak wszystkie kraje powstałe na gruzach Związku Sowieckiego, Rosja doświadczyła w latach 90. XX wieku gigantycznej zapaści gospodarczej. Kumulowały się w niej skutki załamania wcześniejszego modelu ekonomicznego i negatywne zjawiska, sięgające co najmniej początków konsolidacji porewolucyjnej władzy. Należy wśród nich wymienić efekty kolektywizacji. Co prawda forsowna industrializacja zapoczątkowana za czasów Stalina, dopełniona transferem zdobyczy wojennych i technologii z Niemiec (oraz w mniejszym stopniu z opanowanej przez ZSRR części Europy), spowodowała skokowe w porównaniu z okresem przedrewolucyjnym uprzemysłowienie kraju, jednak impet nadany przez samo przejście od ekstensywnej, prymitywnej produkcji rolnej do przemysłu zaczął się wyczerpywać już u progu lat 60. XX wieku. Cała gospodarka była skrępowana przez założenia ideologiczne i obciążona w ogromnym stopniu przez kompleks pracujący na rzecz potężnej armii, którego świetność w bardzo małym stopniu przekładała się na innowacyjność sektorów komercyjnych. Te ostatnie pozostawały coraz bardziej zacofane wobec Zachodu i prozachodniej części Azji, co szczególnie uwidoczniło się w związku z elektroniczno-informatyczną rewolucją zapoczątkowaną w latach 70. Raz jeszcze okazało się, że wyłączające instytucje polityczne oraz gospodarcze nie są w stanie doprowadzić do długofalowego sukcesu gospodarczego.
Rosja, która przejęła większość postsowieckiej masy upadłościowej, była zatem strukturalnie obciążona od zarania samodzielnego już bytu państwowego. Między rokiem 1992 a 1998 PKB kraju per capita spadło według szacunków MFW o ponad 20% (inne szacunki mówią o nawet niemal 30%). Potem sytuacja ekonomiczna zaczęła się poprawiać, na co wpływ miało kilka czynników. Po pierwsze, wystąpiły naturalne długookresowe procesy adaptacyjne i siłą rzeczy ustał systemowy rabunek, przekładający się na powstawanie znikąd wielomiliardowych fortun oligarchów. Po drugie – epoka Putina przyniosła, dzięki konsolidacji władzy, pewne unormowanie sytuacji wewnętrznej, ograniczające rozbuchaną przestępczość i stwarzające korzystniejsze warunki prowadzenia działalności (wskaźnik morderstw spadł między 2002 a 2011 r. o ponad 60%). Po trzecie i najważniejsze, z końcem lat 90. rozpoczęła się bezprecedensowa hossa na rynku ropy naftowej. Cena nominalna tego surowca wzrosła w ciągu dekady ponad dwunastokrotnie, aby po załamaniu związanym z kryzysem lat 2008-09 ustabilizować się jeszcze na kilka lat na poziomie dziewięciokrotnie wyższym niż w 1998 r. Skutkiem tych wszystkich czynników był ponad dwukrotny wzrost rosyjskiego PKB per capita w latach 2000-2010, a lata do 2014 r. przyniosły kontynuację tego pozytywnego trendu.
Mimo to Rosja roku 2014 pozostawała krajem o wskaźnikach makroekonomicznych na poziomie sytuującym się pomiędzy krajami przyjętymi do UE w 2004 r. a tymi, które dołączyły do wspólnoty w 2007 r. Jej PKB per capita w jednostkach przeliczeniowych ledwie przekraczało 50% tej wartości dla głównych krajów „starej” Unii. Słabością strukturalną pozostawało uzależnienie gospodarki od surowców naturalnych. Sam sektor ropy naftowej i gazu odpowiadał za 16% PKB i 70% wartości eksportu, a także za ponad połowę federalnych rezerw budżetowych. Najbardziej znaczącym rosyjskim sektorem wytwórczym w skali świata pozostaje przemysł zbrojeniowy, na bazie sukcesów którego rozpoczęto starania mające na celu powrót do gry w roli dostawcy samolotów pasażerskich.
Warto zwrócić uwagę na strukturę rosyjskiego handlu zagranicznego. W okresie bezpośrednio poprzedzającym kryzys ukraiński głównym partnerem handlowym Rosji pozostawała Unia Europejska (41,9% importu i 52,9% eksportu). Drugie pod względem ważności Chiny odpowiadały już tylko za 16,3% importu i 6,8% eksportu. Stany Zjednoczone są dla Rosjan partnerem raczej drugorzędnym, na którego przypada około 5% wymiany handlowej.
Reakcje na kryzys ukraiński
Zasadniczym instrumentem retorsji wobec Rosji w związku z agresją na Ukrainę były ograniczenia polityczne i gospodarcze. Były one różne w zależności od strony. W 2014 r. Unia Europejska wprowadziła w odniesieniu do Krymu i Sewastopola zakaz importu towarów, ograniczenia handlowo-inwestycyjne w przypadku niektórych sektorów gospodarki oraz projektów infrastrukturalnych, zakaz świadczenia usług turystycznych w zagarniętym rejonie oraz częściowy zakaz eksportu towarów i technologii. W odniesieniu do samej Rosji sankcje objęły ograniczenie dostępu do pierwotnych i wtórnych rynków kapitałowych UE dla banków i firm powiązanych ze strukturami państwowymi, zakaz eksportu i importu broni, eksportu produktów mogących mieć zastosowanie cywilne i wojskowe, a także ograniczenie dostępu do strategicznych technologii i usług związanych z wydobyciem i produkcją ropy naftowej. Ponadto władze UE zwróciły się do Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju o zawieszenie finansowania nowych operacji w Rosji. Sankcje były przedłużane na kolejne okresy, zgodnie z obecnymi ustaleniami mają obowiązywać do 31 stycznia roku 2018 r.
Sankcje nałożone przez administrację amerykańską w 2014 r. są podobne co do zakresu. Zakładają ograniczenie dostępu do kapitału dla sześciu rosyjskich banków państwowych, związanych z nimi podmiotów oraz korporacji obronnej Rostech, a także zamrożenie aktywów rosyjskich firm z sektora obronnego wraz z zakazem współpracy z nimi. Istotne znacznie ma zakres wymierzony w rosyjski sektor naftowy. Obejmuje on ponownie ograniczenia dostępu do kapitału i zakaz dostarczania technologii, usług oraz towarów wspomagających realizację projektów eksploatacji złóż szelfowych w Arktyce, głębinowych, łupkowych i morskich. Co ważne, sankcje amerykańskie zostały latem 2017 r. rozszerzone, aczkolwiek z możliwością poniechania rozszerzenia z uwagi na interes Stanów Zjednoczonych, jeżeli zostanie on uzasadniony przez Biały Dom. Istniejące ograniczenia rozciągnięto na sektory metalowy i wydobywczy, skrócono okresy kredytowania rosyjskich podmiotów finansowych i firm. Prezydent Stanów Zjednoczonych uzyskał też prawo wprowadzenia sankcji skierowanych przeciwko budowie przez Rosję rurociągów eksportowych – może uderzyć nimi we wszystkie podmioty inwestujące w tego rodzaju projekty o równowartości 1 miliona dolarów jednorazowo lub 5 milionów dolarów w ciągu roku. Kolejną ewentualnością może być wprowadzenie zakazu nabywania rosyjskich obligacji skarbowych. Własne sankcje wprowadziły również m.in. Kanada i Japonia, a także, co oczywiste, Ukraina.
Sytuacja gospodarki rosyjskiej po 2014 r.
Z kryzysem krymskim i wprowadzaniem sankcji zbiegł się bardzo niekorzystny dla rosyjskiej gospodarki i budżetu gwałtowny spadek cen ropy naftowej. Wzrost produkcji tego surowca z łupków w Stanach Zjednoczonych, zwiększenie wydobycia przez – mającą diametralnie różne od rosyjskich cele polityczne w konflikcie syryjskim – Arabię Saudyjską, ale także przez Irak, Libię i Iran, a i pewien spadek popytu – wszystko to spowodowało zniżkę cen surowca na rynkach światowych. Spadły one z poziomu rzędu 100 dolarów za baryłkę w połowie 2014 r. do ok. 50 dolarów obecnie (z minimum wynoszącym niecałe 30 dolarów na początku 2016 r.). Zjawisko to nie jest efektem oficjalnych sankcji wobec Rosji, jednak z uwagi na rolę, jaką odegrały w nim Stany Zjednoczone i saudyjska monarchia, trudno nie dopatrywać się tu elementu wojny handlowej z Moskwą i podkopywania jej pozycji. Należy przy tym zauważyć, że koszt produkcji ropy w Rosji jest wyższy niż w np. krajach Zatoki Perskiej. Według szacunków z 2014 r. w przypadku złóż lądowych wynosił on 18 dolarów za baryłkę, a w przypadku arktycznych – aż 120 dolarów, podczas gdy wyprodukowanie najtańszej pod tym względem ropy saudyjskiej kosztowało zaledwie 3 dolary. Ze spadkiem cen ropy skorelowany był znaczący spadek notowań rubla wobec głównych walut. W połowie 2014 r. za euro trzeba było zapłacić około 45 rubli, obecnie – niemal 70 (ponad 88 na początku 2016 r.), natomiast dolar zdrożał z ok. 35 do 55 rubli (maksymalny kurs również na początku 2016 r. – 78). W związku z tym efekt oficjalnych sankcji jest trudny do jednoznacznego oszacowania.
Wymiernym skutkiem koniunkcji wszystkich zjawisk jest przynajmniej czasowe pogorszenie się wskaźnika wzrostu gospodarczego w Rosji. Według danych Banku Światowego w 2014 r. wyniósł on 0,7% PKB, 2015 r. i 2016 r. przyniosły spadki, odpowiednio o 3,7 i 0,6% (jednak już w 2017 r. PKB Rosji ma wzrosnąć o 1,5%). Ocenia się, że zasadniczymi problemami dla rosyjskiej gospodarki są spadek cen ropy naftowej i niewydolność obowiązującego modelu zarządzania oraz zaległości strukturalne. Sankcje wyraźnie utrudniają ich rozwiązanie. Ograniczenia o charakterze finansowym utrudniają rosyjskim podmiotom pozyskiwanie kapitału zagranicznego, np. refinansowanie pożyczek, pogarszając kondycję finansową i możliwość realizacji programów inwestycyjnych. Nastąpił znaczący odpływ kapitału – 151 miliardów dolarów w 2014 r., 56,9 miliarda w 2015 r.; wpływ samych sankcji od połowy 2014 r. do połowy 2015 r. oceniany jest na 72 miliardy. Kolejnym efektem jest spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2015 r. wyniósł aż 92% w stosunku rocznym, aczkolwiek występuje tu kumulacja różnych zjawisk, takich jak wcześniejsze spowolnienie gospodarcze w Rosji i sceptycyzm inwestorów wobec wschodzących rynków.
Rosyjski budżet został obciążony kosztami strategicznego wsparcia firm, którym trudno pozyskiwać środki na rynkach kapitałowych. Państwo wraz z Bankiem Centralnym podejmuje kroki w celu utrzymania płynności finansowej banków i pomaga należącym do siebie przedsiębiorstwom, działającym w trudniejszych warunkach, a wartość pomocy publicznej w 2015 r. wyniosła 2,4% PKB. Pomoc dla firm była konieczna z uwagi na załamanie kursu rubla, które, chociaż pozornie kompensowało na płaszczyźnie wewnętrznej spadek cen ropy, jednak radykalnie zwiększało koszty obsługi zadłużenia, denominowanego w walutach zagranicznych. Natomiast niski udział towarów wysoko przetworzonych w eksporcie uniemożliwił skorzystanie w większym zakresie z potencjalnego wzrostu konkurencyjności na rynkach zagranicznych. Z uwagi na znaczenie sektora naftowo-gazowego dla gospodarki kraju, należy podkreślić wpływ ograniczeń na możliwość pozyskania przez niego kapitału zagranicznego, oddziałujący tak na bieżące wyniki, jak i na realizację projektów infrastrukturalnych. Koncerny takie, jak Rosnieft, Novatek czy ŁUKoil, musiały w 2015 r. i w kolejnych latach ograniczyć budżety przeznaczone na inwestycje o nawet 10-30% w stosunku do lat poprzednich. Przy realizacji strategicznego projektu produkcji skroplonego gazu ziemnego, Jamał-LNG, wystąpiły problemy z zapewnieniem finansowania i wynikające z nich opóźnienia.
W całej gospodarce pojawił się negatywny klimat inwestycyjny i wzrosła niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji. Ekspercka Grupa Ekonomiczna, doradzająca Ministerstwu Finansów Rosji, ocenia skumulowane koszty spadku ceny ropy i sankcji w latach 2014-2017 na 600 miliardów dolarów, przy czym same sankcje mają odpowiadać za 170 miliardów – przy nominalnej wartości PKB Rosji wynoszącej w 2016 r. 1,28 biliona dolarów. Spadek tempa rozwoju gospodarczego, znów wynikający z kumulacji czynników, jest oceniany na 2,1% PKB rocznie. Trudno ocenić obecnie efekty długofalowe sankcji. Mogą one z uwagi na pewien zakres izolacji gospodarczej Rosji utrudnić jej wyjście ze stagnacji ekonomicznej oraz utrudnić na dłuższą metę rozwój technologiczny sektora naftowego, a z uwagi na rozszerzenie palety sankcji amerykańskich – nie tylko jego.
Słaba bariera i nieszczelne sito
Sankcje ekonomiczne, jak wskazano powyżej, przynajmniej do pewnego stopnia pogorszyły kondycję rosyjskiej gospodarki. Jednak ich znaczenie krótkoterminowe, a przez to wpływ na zahamowanie agresywnych poczynań, pozostaje ograniczone. Handel ropą jako taki oraz sektor rafineryjny nie doznały bezpośrednich szkód, kontynuowane były inwestycje w modernizację zakładów przetwórczych. Szybka reakcja państwa (kosztem deficytu budżetowego) pomogła firmom dotkniętym problemami powrócić do równowagi, dzięki czemu nie wystąpiły istotne koszty społeczne, poza spadkiem siły nabywczej w odniesieniu do produktów importowanych. Pewne znaczenie może mieć wywołana niskim kursem rubla migracja za granicę wykwalifikowanych specjalistów – rosyjska prasa donosi np. o wywołującym problemy kadrowe wyjeździe setek doświadczonych pilotów cywilnych do krajów azjatyckich, w szczególności do Chin, Indii i Wietnamu, gdzie pracodawcy mogą obecnie zaoferować znacznie bardziej atrakcyjne stawki.
W pewnym zakresie amortyzację efektów zachodnich sankcji dla gospodarki rosyjskiej jako całości ułatwiły inwestycje chińskie czy indyjskie. Jednocześnie kapitał zachodnioeuropejski nie zaprzestał finansowania istotnych projektów infrastrukturalnych, np. bałtyckiego gazociągu Nord Stream 2 czy wspomnianego projektu Jamał-LNG, który znalazł inwestorów z Niemiec i Szwecji. Tu znaczenie może mieć dopiero ewentualne wprowadzanie w życie zaostrzonych sankcji amerykańskich. W odniesieniu do nich należy jednak odnotować niechęć czynników z Unii Europejskiej, vide krytykujące inicjującą cały proces decyzję Senatu Stanów Zjednoczonych oświadczenie kanclerza Austrii i wicekanclerza oraz ministra spraw zagranicznych Niemiec, wsparte następnie co do zasady przez Angelę Merkel. Rosjanie ponadto są w stanie obchodzić poszczególne sankcje sektorowe. Dowodem jest choćby skandal dotyczący wysłania na Krym, z przeznaczeniem dla strategicznie ważnej elektrociepłowni, turbin gazowych firmy Siemens. Formalnie były one przeznaczone dla zakładu na Półwyspie Tamańskim, jednak analitycy ukraińscy długo przed faktyczną dostawą ostrzegali, że faktycznym miejscem docelowym będzie właśnie Krym. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy niewiedza niemieckiego kontrahenta w tym zakresie była prawdziwa czy markowana.
Sankcje nie sprawiły też w najmniejszym stopniu problemów rosyjskiemu handlowi bronią, gdyż kraje je stosujące nie są nią po prostu zainteresowane. Z kolei procesy trwające od 2011 r. na Bliskim Wschodzie spowodowały otwarcie dla Rosjan rynków, na których z przyczyn politycznych dotychczas prosperowali słabo, przede wszystkim egipskiego, ale w perspektywie być może również tureckiego i jordańskiego. Modernizacja rosyjskich sił zbrojnych w dużej mierze dokonała się dzięki wykorzystaniu hossy na rynku naftowym, i nawet ewentualne opóźnienie czy ograniczenie z przyczyn budżetowych wdrożenia najbardziej perspektywicznych programów, takich jak nowy myśliwiec wielozadaniowy Su-57 czy czołg T-14 Armata, nie będzie miało istotnego wpływu na zdolność bojową rosyjskiej armii w ciągu najbliższych kilku lat. Anulowany w następstwie wydarzeń krymskich kontrakt na zakup we Francji okrętów desantowych typu „Mistral” miał w istocie znaczenie o wiele mniejsze, niż powszechnie przypisywane. Paradoksalnie większy wpływ miały tu sankcje ukraińskie, które prawdopodobnie uniemożliwią np. ukończenie dla WMF co najmniej dwu fregat i opóźnią ukończenie kilku kolejnych, co jest spowodowane embargiem na dostawę turbin. Z kolei newralgiczne dla modernizacji rosyjskiej broni pancernej dostawy francuskiej konstrukcji kamer termowizyjnych, skokowo zwiększających możliwości bojowe czołgów, nie zostały przerwane wskutek sankcji, aczkolwiek nie jest do końca jasne, czy producent skorzystał z wyłączenia z ich zakresu umów wcześniej zawartych, czy też technologia wytwarzania urządzeń została efektywnie przekazana Rosjanom. Jeżeli ostatecznie potwierdzą się informacje o redukcji rosyjskich wydatków obronnych, które mają według założeń budżetowych na kolejne lata wyraźnie spaść (z 1,021 biliona rubli w 2017 do 943,6 miliarda w 2018, 860,6 miliarda w 2019 i 869,1 miliarda w 2020), będzie to można interpretować jako dość spektakularny efekt uderzenia przez oponentów Moskwy w ceny ropy naftowej.
Ogólnie rzecz biorąc, i odwołując się do sławnej frazy, sankcje są dla Rosji póki co raczej katarem niż gruźlicą, która skłoniłaby ją do rachunku sumienia. Skuteczniejsze retorsje musiałyby utrudniać przede wszystkim bezpośrednio rosyjski handel surowcami, co mogłoby owocować pogłębieniem problemów budżetowych Moskwy. Takie działania są jednak trudne z wielu powodów. Po pierwsze – gospodarki krajów Unii Europejskiej nawet w przypadku wystąpienia woli politycznej musiałyby mieć czas na przestawienie się na alternatywne kierunki dostaw (na marginesie można też zadać pytanie, czy kierowanie dodatkowych mas pieniędzy do Arabii Saudyjskiej lub Kataru, z kręgami polityczno-ideologicznymi mającymi bardzo niesympatyczne ambicje, nie byłoby przypadkiem wpadaniem z deszczu pod rynnę). Po drugie – wielkim odbiorcą rosyjskich surowców są Chiny, które na pewno nie przyłączą się do żadnych sankcji, a zwiększenie uzależnienia od siebie Moskwy powitają bardzo przychylnie, wszak powtórzenie wolty z początku lat 2000, tj. proamerykańskiego zwrotu Rosji, stanowi czarny sen chińskich elit. Po trzecie wreszcie – trzeba pamiętać, że z perspektywy Waszyngtonu i stolic zachodnioeuropejskich Ukraina jest tylko jednym z elementów globalnej układanki, co pozostawia Rosji znaczną możliwość manewru. Dla Stanów Zjednoczonych ważne jest rosyjskie stanowisko w sprawach Korei Północnej, Bliskiego Wschodu oraz ponownie, po zarzuceniu przez administrację prezydenta Trumpa obamowskiego odprężenia na tym kierunku, Iranu. Europa ma problem przede wszystkim z Bliskim Wschodem. Na tym tle szeroko zakrojoną i bardzo skuteczną interwencję Rosji w Syrii należy traktować jako nakierowaną, obok celów bezpośrednich, na wyprowadzenie Moskwy z pewnej izolacji, w jaką wpadła wskutek agresywnych działań przeciwko Ukrainie. I wydaje się, że odniosła ona zamierzony skutek. Rosjanie odzyskali pozycję protagonistów bliskowschodniego teatru politycznego, z którymi muszą liczyć się i układać zachodni partnerzy.
Prawdopodobnie najbardziej dotkliwa dla Rosji byłaby stymulacja przez Zachód, dzięki obustronnie korzystnej polityce, w tym gospodarczej, budowy silnego, zwartego i zamożnego państwa ukraińskiego, które mogłoby skutecznie przeciwstawiać się zakusom potężnego sąsiada i mieć orientację prozachodnią opartą na korzyściach, nie nadziejach. To jednak wydaje się mało realne, tak z uwagi na jakość elit ukraińskich, jak i kadr, które trafiają tam z zagranicy, w tym i z Polski. A przede wszystkim z uwagi na nasze własne, często gorzkie, doświadczenia z okresu po 1989.
przez Karol Trammer | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Przysucha – liczące 6,2 tys. mieszkańców miasto powiatowe położone na południowo-zachodnich krańcach województwa mazowieckiego, tuż przy jego granicy z województwami łódzkim i świętokrzyskim. Rejon Przysuchy to przykład peryferii wewnętrznych, czyli obszaru, który, choć leży w centrum Polski, boryka się z ograniczoną dostępnością komunikacyjną czy problemami społeczno-gospodarczymi w stopniu porównywalnym z obszarami położonymi na kresach kraju. Stopa bezrobocia w centralnie położonym powiecie przysuskim i sąsiednim szydłowieckim od lat utrzymuje się na poziomie porównywalnym ze stopą bezrobocia powiatów braniewskiego i bartoszyckiego, leżących przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim, czy powiatu leskiego w Bieszczadach.
30 czerwca 2017 r. w Przysusze odbył się kongres Prawa i Sprawiedliwości. Na spotkanie zorganizowane pod hasłem „Polska jest jedna” przyjechało 1,1 tys. delegatów. Radio Wnet komentowało, że „na jeden dzień Przysucha staje się polityczną stolicą Polski”, a „Rzeczpospolita” relacjonowała, iż „Przysucha ma być symbolem dbałości obozu władzy o Polskę poza dużymi miastami”. Problem w tym, że w Przysusze nie padło ani jedno słowo na temat jednego z najbardziej bezpośrednich narzędzi wzmacniania ośrodków poza metropoliami – czyli deglomeracji, polegającej na lokalizowaniu instytucji rządowych poza stolicą państwa, zaś instytucji regionalnych poza stolicą regionu.
Miasto stołeczne, miasto trybunalskie
Kongres w Przysusze stał się więc jednodniowym festiwalem deglomeracji miękkiej (jednorazowe wydarzenia ważnej rangi poza stolicą), na którym w ogóle nie pojawił się temat deglomeracji twardej. Wydaje się, że początkowo głośna w kręgach rządowych kwestia deglomeracji, ucichła zanim przystąpiono do jej wdrażania.
Przypomnijmy, że w 2015 r. kadencję rządów Prawa i Sprawiedliwości zapoczątkowała zapowiedź przeniesienia Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego, w ślad za którą w projekcie ustawy o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym zapisano wykreślenie art. 2 ustawy, mówiącego, że „siedzibą Trybunału jest miasto stołeczne Warszawa”. W uzasadnieniu argumentowano, że propozycja ta „nawiązuje do koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski. Projekt dotyczy przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Antoni Macierewicz, poseł PiS wybrany w okręgu piotrkowsko-skierniewickim i wiceprezes partii rządzącej, mówił: „Jestem za przeniesieniem Trybunału Konstytucyjnego do Piotrkowa Trybunalskiego. To kwestia przywrócenia tradycji I Rzeczpospolitej, kwestia dowartościowania lokalnych społeczności, które w tradycji Rzeczpospolitej odgrywały istotną rolę w naszej historii”. W samym projekcie ustawy ponadto argumentowano, że „przeniesienie siedziby Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do innego miasta ma także ten dodatkowy walor, że zapewni większą izolację sędziów od ośrodków władzy politycznej, a przez to wzmocni ich apolityczność i bezstronność”.
Właśnie chęć geograficznego wyrażenia niezależności wybranych organów państwowych bywa ważną przesłanką przy doborze miejsc siedzib instytucji wymiaru sprawiedliwości. Przykładowo sądy konstytucyjne w wielu krajach zostały zlokalizowane poza miastami stołecznymi, będącymi siedzibami władzy wykonawczej: Sąd Konstytucyjny Republiki Czeskiej mieści się w Brnie, Sąd Konstytucyjny Republiki Słowackiej – w Koszycach, Sąd Konstytucyjny Gruzji – w Batumi, Sąd Konstytucyjny Federacji Rosyjskiej – w Sankt Petersburgu, Sąd Konstytucyjny Republiki Południowej Afryki – w Johannesburgu, Trybunał Konstytucyjny Peru – w Arequipie, natomiast Federalny Trybunał Konstytucyjny Republiki Federalnej Niemiec znajduje się w Karlsruhe.
Liczące około 300 tys. mieszkańców Karlsruhe to 21. pod względem liczby mieszkańców miasto Niemiec, w dodatku nie będące stolicą landu. Jego pozycję można porównywać z Częstochową, Radomiem czy Bielskiem-Białą. W Karlsruhe, obok Trybunału Konstytucyjnego, mieszczą się Sąd Najwyższy i Prokuratura Federalna. Co ciekawe, w mieście tym nie ma możliwości studiowania i wykładania prawa, dzięki czemu nie wytwarza się tu mikrokosmos środowisk prawniczych (najbliższy wydział prawa znajduje się w oddalonym o 70 km mieście Mannheim). Karlsruhe zostało siedzibą najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości na początku lat 50. XX wieku. Zbiegło się to ze zjednoczeniem w 1952 r. trzech landów – Badenii, Wirtembergii i Wirtembergii-Hohenzollern – w jeden land: Badenię-Wirtembergię ze stolicą w Stuttgarcie. Likwidacja Badenii oznaczała utratę przez Karlsruhe statusu stolicy landu. Decyzja o lokalizacji siedzib najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości była więc także decyzją przeciwdziałającą pozbawieniu Karlsruhe funkcji administracyjnych wyższego rzędu.
Deglomeracja od wieków
Rządzące Prawo i Sprawiedliwość bardzo szybko wycofało się z projektu wyprowadzenia Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę, udowadniając niestety, że wnioskowana „większa izolacja sędziów od ośrodków władzy politycznej” była forsowana jedynie do momentu powołania przez PiS nowego kierownictwa sądu konstytucyjnego. Jednocześnie pokazano, że w rzeczywistości nie istnieje szersza, perspektywiczna „koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Przeniesienie siedziby trybunału miało bowiem rzekomo być jej pierwszym elementem.
Nawiasem mówiąc, Piotrków Trybunalski idealnie nadawał się na ośrodek, od którego zainicjowane zostałoby wdrażanie programu deglomeracji. Po pierwsze, jest to miasto nawet swoją nazwą świadczące o deglomeracyjnych tradycjach Polski. W I Rzeczypospolitej Polskiej Trybunały Główne Koronne – sądy najwyższej instancji – zlokalizowane były w Łucku, Lublinie i właśnie w Piotrkowie. Natomiast Trybunał Skarbowy Koronny – najwyższa izba obrachunkowa – miał siedzibę w Radomiu. Wspomnijmy też o Parczewie, w którym od 1413 r. do 1564 r., ze względu na położenie mniej więcej w połowie drogi między Krakowem a Wilnem, odbywały się polsko-litewskie sejmy i zapadały decyzje najważniejsze dla obu krajów.
W kontekście siedziby trybunału za Piotrkowem Trybunalskim przemawiało również to, że jest dobrze skomunikowany z Warszawą. Przynajmniej na początkowym etapie wdrażania deglomeracji należałoby to uwzględniać ze względu na konieczność przeniesienia przynajmniej części urzędników oraz, nie ukrywajmy, początkowo trudne do przerwania powiązania z instytucjami współpracującymi, środowiskami eksperckimi itp. Tymczasem Warszawę i Piotrków Trybunalski łączy droga ekspresowa, zaś najszybszy pociąg 144-kilometrową relację z Warszawy Centralnej do Piotrkowa pokonuje w 1 godz. 26 min., co nie odbiega znacząco od czasów przemieszczania się w ramach aglomeracji warszawskiej w godzinach szczytu. Piotrków Trybunalski jest też dość dobrze skomunikowany z innymi częściami kraju. Z piotrkowskiego dworca kolejowego można dojechać bezpośrednio do dziewięciu spośród dziesięciu największych polskich miast: Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania, Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy i Katowic. Dzięki temu powiązania Trybunału Konstytucyjnego, dotychczas skupione w Warszawie, wraz z jego przeniesieniem do Piotrkowa Trybunalskiego mogłyby stopniowo ustępować wzmacniającym się powiązaniom sądu konstytucyjnego z innymi ośrodkami, np. środowiskami naukowymi, prawnikami zajmującymi się obsługą skarg konstytucyjnych.
Wreszcie Piotrków Trybunalski jest jednym z 31 miast, które na przełomie 1998 i 1999 r. straciły status województwa. Wywołało to problem odpływu średnich i wyższych posad w administracji publicznej, obniżając rangę miejscowych rynków pracy i powodując migrację części mieszkańców. W miastach tego typu wciąż oczekuje się, że któryś z kolejnych rządów zaproponuje koncepcję renesansu byłych ośrodków wojewódzkich. Coraz poważniej mści się bowiem to, że wraz z reformą administracji z przełomu 1998 i 1999 r. – która 49 województw zastąpiła 16 większymi województwami – nie podjęto decyzji zapobiegającej pogorszeniu się sytuacji społeczno-gospodarczej w ośrodkach tracących status miasta wojewódzkiego. Prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk w ekspertyzie przygotowanej na potrzeby „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” tzw. Planu Morawieckiego zwraca uwagę, że „reforma administracyjna 1999 r. spowodowała zmiany w lokalizacji różnego rodzaju działalności miastotwórczych i w przypadku wielu ośrodków nasiliła problemy wynikające z różnic w położeniu w hierarchii administracyjno-osadniczej, w tym wypłukiwania funkcji. […] Pomimo korzystnego historycznego wykształcenia się pełnej sieci miast o różnej wielkości i dość równomiernym rozmieszczeniu geograficznym, polski system osadniczy po 1990 r. pozostaje w stanie coraz większej nierównowagi. Następuje to wskutek tendencji polaryzacyjnych, polegających zwłaszcza na koncentracji zasobów i potencjałów w największych ośrodkach, w tym w Warszawie” (Przemysław Śleszyński, „Delimitacja miast średnich tracących funkcje społeczno-gospodarcze”, Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, Warszawa 2016).
Z analizy przeprowadzonej przez prof. Śleszyńskiego wynika, że spośród 255 miast liczących więcej niż 15 tys. mieszkańców, a nie będących stolicami województw, aż 122 pogrąża problem odpływu mieszkańców, niekorzystnych prognoz demograficznych, wzrostu bezrobocia, zmniejszania się liczby podmiotów gospodarczych, odpływu dużych przedsiębiorstw, spadku dochodów oraz spadku liczby odwiedzających. Najgorsza sytuacja jest w 23 miastach, wśród których są nie tylko położone peryferyjnie kilkunastotysięczne ośrodki jak Braniewo czy Hrubieszów, ale także byłe siedziby województw (Chełm, Przemyśl, Zamość) oraz porównywalne z nimi pod względem wielkości miasta, które statusu wojewódzkiego nie posiadały, jak Starachowice, Ostrowiec Świętokrzyski czy liczący prawie 100 tys. mieszkańców Grudziądz.
Cały naród buduje swoją stolicę
Dla przestrzennego zrównoważenia rozwoju i zapobiegania regionalnej dominacji stolic wojewódzkich niezbędne jest, aby beneficjentami deglomeracji były ośrodki, które nie posiadają statusu miasta wojewódzkiego. Jednak wsparcia rozwojowego potrzebują nie tylko byłe ośrodki wojewódzkie, ale także porównywalne z nimi miasta, które do końca lat 90. XX wieku również nie były stolicami województw. Tymczasem płynące ostatnio oficjalne wnioski do władz centralnych ograniczały się do umiejscowienia siedzib instytucji rządowych w miastach wojewódzkich.
Po tym, jak rząd Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział stworzenie Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, przewidując jego umiejscowienie w Warszawie, łódzki Instytut Spraw Obywatelskich INSPRO zwrócił się z wnioskiem o zlokalizowanie tej instytucji w Łodzi: „Po 27 latach od transformacji, czas najwyższy na odważne decyzje rządu i zerwanie z warszawocentryzmem” – przekonywał prezes INSPRO Rafał Górski w liście otwartym do premier Beaty Szydło.
W sprawie Narodowego Instytutu Wolności wniosek złożył również Klub Jagielloński – oparty był on na założeniu „zgodnie z którym sama lokalizacja i »bliskość« do instytucji powinna wspierać rozwój społeczeństwa obywatelskiego w jednym z województw o słabych wskaźnikach rozwoju instytucji społeczeństwa obywatelskiego”. Klub Jagielloński wystąpił z sensowną rekomendacją, aby nowa instytucja została zlokalizowana w jednym z województw cechujących się najmniejszym wskaźnikiem liczby fundacji i stowarzyszeń na 10 tys. mieszkańców, czyli śląskim, kujawsko-pomorskim, podlaskim, łódzkim lub świętokrzyskim. Niestety następnie, chyba nieco bezrefleksyjnie, propozycja Klubu sprowadziła się do stolicy któregoś z tych województw, nie zaś do któregoś z leżących w granicach tych regionów byłych miast wojewódzkich lub porównywalnych ośrodków, znacznie bardziej potrzebujących wzmocnienia swojej funkcji administracyjnej, a więc przykładowo Częstochowy, Grudziądza, Łomży, Sieradza czy Ostrowca Świętokrzyskiego.
Kolejnym przykładem rozdźwięku między deklaracjami Prawa i Sprawiedliwości o „przełamaniu podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju” a praktyką, była zapowiedź stworzenia Narodowego Instytutu Technologicznego. Podmiot ten ma wchłonąć 35 instytutów badawczych funkcjonujących w różnych częściach Polski, nie tylko w Warszawie oraz największych metropoliach jak Górnośląski Okręg Przemysłowy, Kraków, Łódź czy Poznań, ale także w Kędzierzynie-Koźlu (Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej) czy w Puławach (Instytut Nowych Syntez Chemicznych). Przekształcenie 35 samodzielnych instytutów badawczych w jednostki wewnętrzne Narodowego Instytutu Technologicznego oznaczać będzie przesunięcie funkcji kontrolno-decyzyjnej z różnych miast do jednego, którym w dodatku została w projekcie ustawy wskazana Warszawa.
W tej sytuacji do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, gdzie powstała ustawa tworząca Narodowy Instytut Technologiczny, wpłynęły wnioski Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych oraz Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia, aby siedzibą instytutu zostało inne miasto niż Warszawa – w obydwu wnioskach na siedzibę instytutu technologicznego zaproponowany został Wrocław. „Umiejscowienie Narodowego Instytutu Technologicznego w innym mieście [niż Warszawa] byłoby nieuzasadnione” – brzmiała odpowiedź warszawskich urzędników Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na powyższe propozycje…
Katowice, czyli Warszawa
Dotychczas wszystkie wnioski proponujące lokalizacje instytucji centralnych poza Warszawą rozbijały się o ścianę ignorancji tworzoną przez urzędników bytujących w mikrokosmosie warszawskich gmachów rządowych. Tak stało się również w przypadku propozycji umiejscowienia poza Warszawą siedziby Narodowego Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. „Pomysł wyznaczenia jego siedziby w Łodzi wydaje się być trudny do realizacji z uwagi na strukturalną, instytucjonalno-prawną więź bliskiej współpracy między Centrum a Kancelarią Prezesa Rady Ministrów i Departamentem Społeczeństwa Obywatelskiego KPRM” – napisał Adam Lipiński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w odpowiedzi na wniosek INSPRO.
Do annałów urzędniczej ekwilibrystyki może przejść pismo z warszawskiej Prokuratury Generalnej z końca 2015 r. Krytycznie opiniowano w nim ówcześnie proponowany zapis o przeniesieniu Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę: „Wskazane w uzasadnieniu projektu przypadki usytuowania sądów konstytucyjnych poza stolicą państwa są o tyle mało przekonujące, że dotyczą albo siedzib tradycyjnych, albo są związane z federacyjnym charakterem tych państw (Niemcy, Federacja Rosyjska) lub przeszłością historyczną, gdy państwo mimo unitarnego charakteru zachowało podział na kraje (Republika Czeska), względnie stosunkowo krótkim okresem odrębności państwowej (Republika Słowacka). W szeregu państw europejskich sądy konstytucyjne mają swą siedzibę w stolicy (np. Hiszpania, Portugalia). Nie bez znaczenia jest – co nie wymaga pogłębionej argumentacji – dogodne, centralne położenie Warszawy”.
W efekcie można dojść do przekonania, że nawet jeśli z ust polityków padają deklaracje o potrzebie lokalizacji urzędów centralnych poza stolicą i poparciu dla tej idei, to niezbędne dalsze ruchy zawsze grzęzną w gmachach warszawskich ministerstw. Dobitnie pokazała to sprawa dążeń na rzecz przejęcia siedzib dwóch agencji Unii Europejskiej – Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego i Europejskiej Agencji Leków – które w związku z Brexitem w 2019 r. opuszczą Londyn. Zainteresowanie przejęciem jednej z agencji wyraziły Katowice – władze miasta poinformowały o tym premier Beatę Szydło, jednocześnie poparcie dla tych działań wystosowała grupa parlamentarzystów pod przewodem posła Jerzego Polaczka z PiS. Rządy państw członkowskich zainteresowane przyjęciem którejś z unijnych agencji musiały poinformować o tym władze Unii Europejskiej do końca lipca 2017 r., wskazując konkretne miasta i prezentując szczegóły swojej oferty. Polska wyraziła zainteresowanie umiejscowieniem na swoim terenie obydwu agencji wkrótce opuszczających Londyn, proponując, aby nową siedzibą zarówno Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, jak i Europejskiej Agencji Leków została… Warszawa. Dodajmy, że stolica Polski jest już siedzibą jednej unijnej instytucji – Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex.
Kandydatury z innych krajów wcale nie ograniczały się wyłącznie do stolic państw. Na przykład Niemcy zaproponowały zlokalizowanie Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego we Frankfurcie nad Menem, a Europejskiej Agencji Leków w Bonn. Odnośnie do drugiej z instytucji, pozastołeczne lokalizacje zaproponowały Portugalia (Porto), Włochy (Mediolan), Francja (Lille) oraz Hiszpania (Barcelona). W Hiszpanii zlokalizowanych jest już pięć instytucji Unii Europejskiej – i żadna z nich nie mieści się w stołecznym Madrycie. Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego ma siedzibę w Alicante, Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy – w Bilbao, Centrum Satelitarne Unii Europejskiej – w Torrejón de Ardoz, Europejska Agencja Kontroli Rybołówstwa – w Vigo, a Europejskie Wspólne Przedsięwzięcie na rzecz Realizacji Projektu ITER i Rozwoju Energii Termojądrowej – w Barcelonie.
Strategia (nie)odpowiedzialnego rozwoju
Charakterystyczną cechą polityków jest chęć podejmowania działań miękkich o niepewnej i odsuniętej w czasie skuteczności, przy jednoczesnym braku równoległego podejmowania bezpośrednich działań, które mogą przynieść efekty w znacznie bliższej perspektywie. Widać to chociażby w sztandarowym dokumencie planistycznym polskiego rządu, jakim jest stworzona przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Formułuje ona konieczność „pełniejszego wykorzystania potencjałów terytorialnych obszarów wiejskich i miast dla kreowania wzrostu i lepszych miejsc pracy dla wszystkich mieszkańców Polski”, proponująca, owszem, jak najbardziej potrzebne stwarzanie zachęt dla lokalizacji firm w różnych częściach naszego kraju. Problem w tym, że w Planie Morawieckiego w ogóle nie ma mowy o polityce lokalizacyjnej sfery publicznej. Tymczasem państwo, obok swoich typowych funkcji, gra również rolę istotnego pracodawcy zapewniającego miejsca pracy średniego i wyższego rzędu. Między innymi właśnie niedobór takich miejsc pracy w średnich miastach powoduje odpływ mieszkańców do kilku największych aglomeracji. W tej sytuacji państwo zajmujące się również tworzeniem i utrzymaniem miejsc pracy, ma możliwość bezpośredniego wpływania na przestrzenne równoważenie rynku pracy. Niech zatem realizowaną przez siebie polityką lokalizacji urzędów centralnych tworzy miejsca pracy tam, gdzie mają miejsce problemy z wysokim bezrobociem i odpływem ludności, a nie w Warszawie, gdzie problemy te nie występują.
Nagromadzenie instytucji publicznych w Warszawie wywołuje ponadto zjawisko przenoszenia się do stolicy siedzib przedsiębiorstw prywatnych z innych części kraju. Zarządy kolejnych migrujących do Warszawy firm tłumaczą, że chcą być bliżej polityków, najwyższych urzędników, giełdy papierów wartościowych czy siedzib innych przedsiębiorstw. Do Warszawy na przestrzeni minionych lat przeniosły się między innymi Emperia z Lublina (właściciel sieci supermarketów Stokrotka), Van Pur z Rakszawy (producent piwa), Mieszko z Raciborza (producent słodyczy) czy AMS z Poznania (operator reklamy zewnętrznej) W warszawskich biurowcach swoje siedziby mają nawet zarządy takich firm jak Kędzierzyn-Koźle Terminal czy Zakłady Magnezytowe Ropczyce.
Nie bez znaczenia dla odpowiedzialnego rozwoju jest również to, że deglomeracja może zapewnić obniżenie kosztów funkcjonowania instytucji publicznych. Nagromadzenie w Warszawie urzędów centralnych, dla których zabrakło miejsca w państwowych budynkach, wymusza komercyjny wynajem powierzchni w prywatnych biurowcach – problem ten dotyczy między innymi Urzędu Transportu Kolejowego, Centrum Unijnych Projektów Transportowych, Urzędu Regulacji Energetyki oraz zlokalizowanych w słynnym warszawskim „Mordorze” Instytutu Pamięci Narodowej, Centralnego Ośrodka Informatyki, Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czy centrali Poczty Polskiej. Pożądanym rozwiązaniem byłoby organizowanie konkursów dla miast gotowych pozyskać instytucje centralne w zamian za udostępnienie na atrakcyjnych warunkach nieruchomości należących do samorządów lokalnych, a spełniających potrzeby konkretnych instytucji.
W innych krajach polityka lokalizacji instytucji publicznych jest elementem polityki rozwoju regionalnego. Przykładowo w Szwecji polityka wsparcia rozwoju peryferyjnej północnej części kraju opiera się między innymi na przenoszeniu tam siedzib instytucji publicznych szczebla ogólnokrajowego: Urząd Transportu znajduje się w Borlänge, Urząd Rejestracji Działalności Gospodarczej oraz Urząd Wsparcia Uczniów i Studentów – w Sundsvall, Urząd Geodezji – w Gävle, Urząd Pomocy Ofiarom Przestępstw – w Umeå.
Z kolei po zjednoczeniu Niemiec przyjęto zasadę, że część instytucji dotychczas mających siedzibę w zachodnich landach i w Berlinie Zachodnim musi zostać przeniesiona do miast byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, żeby w biedniejszej części kraju funkcjonowały instytucje zapewniające nie tylko miejsca pracy wyższego rzędu i rozwój towarzyszących działalności gospodarczych (poligrafia, informatyka, doradztwo itp.), ale, nie ukrywajmy, również prestiż. W efekcie więc przeprowadziły się między innymi Federalny Sąd Administracyjny z Berlina do Lipska, Federalny Sąd Pracy z Kassel do Erfurtu czy Federalny Urząd Ochrony Środowiska z Berlina do Dessau.
Od Roberta Biedronia do Ruchu Narodowego
W Polsce jak na razie jedynym chlubnym wyjątkiem z ostatnich lat było przeniesienie z dniem 1 czerwca 2017 r. Państwowej Komisji Badania Wypadków Morskich z Warszawy do Szczecina. To jednak zaskakująco mało, biorąc pod uwagę coraz szersze poparcie dla idei deglomeracji.
Jeszcze w poprzedniej kadencji parlamentu, w 2014 r., w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej odbyła się poświęcona deglomeracji konferencja „Lokalizacja instytucji publicznych jako element polityki miejskiej i regionalnej”. Inicjatorami i organizatorami konferencji było dwóch senatorów Platformy Obywatelskiej: Kazimierz Kleina i Janusz Sepioł. Jeden z wniosków z konferencji to propozycja odejścia od bezrefleksyjnego wpisywania do ustaw powołujących nowe instytucje publiczne artykułu głoszącego, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”, aby dać sygnał, że największe miasto w Polsce nie musi być domyślnie siedzibą każdego urzędu centralnego, a także by zmiana lokalizacji instytucji państwowej nie wymagała zmiany ustawy. Niestety, to proste rozwiązanie zaproponowane na szczeblu politycznym nie przełożyło się na konkretne działanie na szczeblu urzędniczym – projekty ustaw wychodzące z różnych resortów nadal zawsze zawierają artykuł głoszący, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Platforma Obywatelska – po ośmiu latach sprawowania władzy – w swoim programie zapisała następujący punkt: „W kolejnych latach rozpoczniemy proces lokalizacji wybranych urzędów i agencji rządowych w innych polskich miastach”. Podobne obietnice wyborcze znalazły się również w programie partii Razem: „Przeniesiemy część urzędów centralnych poza stolicę. Równomierne rozmieszczenie urzędów wspomoże rozwój biedniejszych regionów, a rządzącym będzie łatwiej dostrzec, że Polska nie kończy się na Warszawie”. Ruch Kukiz’15 deklarował: „Dla przełamania monopolu Warszawy lokalizacja instytucji publicznych w różnych rejonach Polski”. Zjednoczona Lewica z kolei obiecywała „Wyprowadzenie dużej części urzędów centralnych poza Warszawę. Jednym ze sposobów na zrównoważony rozwój regionalny jest dekoncentracja urzędów centralnych”.
Politycy różnych stron sceny politycznej przedstawiają deglomerację jako narzędzie czyniące zadość miastom, które pod koniec lat 90. utraciły status stolicy województwa. „Nie chodzi o to, aby powrócić do 49 województw. Ale nie widzę przeszkód, żeby Główny Urząd Statystyczny znajdował się na przykład w Nowym Sączu” – mówiła na antenie Telewizji Republika posłanka ruchu Kukiz’15, Elżbieta Zielińska. W podobnym tonie wypowiedział się na spotkaniu w pozbawionej wojewódzkich insygniów Częstochowie Adrian Zandberg z partii Razem: „Razem popiera deglomerację. To rozwiązanie znane m.in. z Czech czy Słowacji, które sprowadza się do tego, że nie wszystkie instytucje centralne umiejscowione są w stolicy, a nie wszystkie instytucje wojewódzkie w stolicy województwa. Niestety mamy w Polsce niepotrzebny centralizm: jakieś miasto zdobywa województwo i zagarnia wszystko, a inne miasta myślą: żeby mieć cokolwiek, też musimy mieć województwo. To jest postawienie sprawy na głowie”.
Wielkim orędownikiem deglomeracji jest Robert Biedroń, prezydent Słupska: „Na Zachodzie tego typu miejscowości odzyskują swój prestiż przez deglomerację. Przenosi się ze stolic ważne instytucje ogólnokrajowe czy regionalne. To sprawia, że ci mieszkańcy czują dumę” – przekonywał w rozmowie z portalem InnPoland. Niemal równocześnie konkretne działania zaproponowali członkowie Ruchu Narodowego, sugerując rozpoczęcie deglomeracji od przeniesienia Komendy Głównej Straży Granicznej z Warszawy do Przemyśla.
Z najdalej idącą propozycją wystąpili członkowie stowarzyszenia Skuteczni, skupieni wokół posła Piotra Marca „Liroya” oraz działacze ruchu samorządowego Bezpartyjni, do którego należą między innymi prezydenci Bolesławca, Kalisza, Lubina, Ostrowa Wielkopolskiego Szczecina, Zielonej Góry oraz burmistrzowie Margonina, Międzychodu, Ścinawy, Ślesina, Środy Wielkopolskiej i Wronek. Dwie organizacje we wspólnym liście otwartym do prezydenta Andrzeja Dudy alarmowały, że „koncentracja urzędów, instytucji i organów władzy publicznej w stolicy wywołuje odpływ aktywności gospodarczej, społecznej i obywatelskiej z pozostałych części kraju” i zaapelowały o zapisanie w konstytucji zasady, zgodnie z którą „w stolicy Rzeczypospolitej mogłyby znajdować się siedziby nie więcej niż jednej trzeciej centralnych organów administracji rządowej, zatrudniających nie więcej niż jedną trzecią pracowników tych organów administracji. Siedziby Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego musiałyby się znajdować poza stolicą. To samo odnosiłoby się do siedzib Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Obywatelskich, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Narodowego Banku Polskiego oraz Rady Polityki Pieniężnej”.
W polskiej debacie publicznej trudno wskazać drugi temat cieszący się tak szerokim – ponadpartyjnym oraz ponadlokalnym – poparciem jak deglomeracja. Trudno jednocześnie znaleźć inny temat, który – mimo tak szerokiego poparcia – właściwie nie byłby wdrażany.
Karol Trammer
Fot. w nagłówku tekstu Remigiusz Okraska
przez Krzysztof Molenda | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Kwestia publicznej własności przedsiębiorstw jest ważna dla ustroju państwa. Nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także z punktu widzenia rzeczywistego działania instytucji i społeczeństwa. Jest to jeden z elementów, który decyduje o możliwości i kierunku zmian.
W polskiej debacie publicznej ta kwestia jest właściwie pomijana. A przecież w latach 90. miała ona olbrzymie znaczenie, z oczywistego powodu udziału własności państwowej w gospodarce. Jednak nawet wtedy nie odbyła się publiczna dyskusja na temat tego, jaka właściwie ma być rola przedsiębiorstw państwowych w nowym ustroju. Dyskusja została zdominowana przez obóz neoliberalny, który postrzegał własność publiczną w niezwykle zawężony sposób, wyłącznie jako źródło dochodów budżetowych. Takie spojrzenie stanowiło właściwie jedyną alternatywę dla wcześniejszej pełnej nacjonalizacji gospodarki.
Do publicznej świadomości w Polsce zupełnie nie przebiły się nowoczesne lewicowe idee dotyczące roli i znaczenia przedsiębiorstw państwowych w gospodarce. Niewątpliwie miało to wpływ, dziś trudno ocenić jak znaczący, na dominację przez kolejne dekady dogmatu o konieczności prywatyzacji i reprywatyzacji. Dogmat ten obowiązuje w dużej części do dziś. W mojej opinii obrońcy własności państwowej w III RP także nie potrafili go zakwestionować. Wielu z nich akcentowało nadużycia (czy zwyczajne złodziejstwo) w trakcie procesów prywatyzacyjnych, podkreślając krzywdę konkretnych pracowników tych zakładów i utratę zysków państwa po sprzedaży czy likwidacji przedsiębiorstw. Padały też argumenty o tym, że nacjonalizacja przemysłu wydawała się wszystkim słuszna i konieczna zaraz po II wojnie światowej. Uzasadniano to wolą społeczeństwa czy zdrowym rozsądkiem. Ale było to uzasadnianie decyzji sprzed kilkudziesięciu lat i zupełnie innych realiów.
Do debaty publicznej nie przedostał się argument o tym, że przedsiębiorstwa państwowe mogą pełnić inne funkcje. Nie muszą stanowić po prostu miejsc pracy i źródła dochodów budżetowych. Dla rozwiązania problemów niesprawiedliwości w stosunkach pracy, kapitalistycznych monopoli i innych problemów, które planowano rozwiązać przez nacjonalizację, państwa mają dziś inne narzędzia, nierzadko znacznie skuteczniejsze.
Nie pojawiły się w Polsce argumenty, że przedsiębiorstwa państwowe mogą i powinny stanowić ośrodki modernizacji gospodarki, przełamywać zmowy monopolistyczne, pełnić rolę inwestorów ułatwiających start nowych gałęzi przemysłu czy wreszcie stanowić przedłużenie aparatu rządowego i narzędzia realizacji jego polityki budżetowej, infrastrukturalnej i rozwojowej.
Sama taka debata publiczna nie wystarczy. Nawet jeśli będzie panować konsensus, że przedsiębiorstwa państwowe są pożyteczne i konieczne dla realizacji wizji modernizacji państwa, pierwszym problemem może być brak spójnej i realnej wizji wśród elit czy partii rządzącej. Widzę własność państwową jako narzędzie, ważne i znakomite, jeśli dobrze wykorzystane, ale w żadnym wypadku panaceum, które może wyleczyć inne problemy państwa i społeczeństwa. Opisany tu Urugwaj ma o tyle szczęście, że elity rządzące od kilkunastu lat potrafią zdefiniować oczekiwaną wizję państwa i realizować jej wcielanie w życie – m.in. korzystając z firm państwowych jako narzędzi w zmienianiu kraju.
Znaczenie majątku należącego do skarbu państwa w gospodarce Urugwaju nie jest wielkie, zwłaszcza jeśli jako kryterium oceny przyjmiemy udział własności państwowej w całym majątku narodowym. W przemyśle wytwarzającym towary konsumpcyjne, rolnictwie i handlu w zasadzie nie występują żadne przedsiębiorstwa państwowe. Historycznie nie miały one jak powstać, gdyż w Urugwaju nigdy nie przeprowadzono nacjonalizacji majątku. Przedsiębiorstwa państwowe powstały dopiero jako odpowiedź państwa na istniejące bariery rozwoju. Bariery te objawiały się w postaci braku określonej infrastruktury lub zależności od importu, obcych monopoli czy manipulacji cenowych. Nie powstawały zatem przedsiębiorstwa rolnicze, górnicze czy o nastawieniu eksportowym. Prawie wszystkie z nich były organizowane od zera, jako nowe byty mające zaspokajać określone potrzeby gospodarki. Wyjątkiem wartym opisania nie tylko jako ciekawostka, ale też skupiającym w sobie problemy, jakie może napotkać infrastruktura w rękach państwowych, jest historia kolei urugwajskich.
Administración de Ferrocariles de Estado, czyli koleje państwowe, powstały w drodze wywłaszczenia, dość jednak specyficznego. Otóż Wielka Brytania nie była w stanie spłacić zadłużenia wobec Urugwaju, więc uczyniła to akcjami spółek kolejowych, będących właścicielami infrastruktury w Urugwaju. Ich brytyjscy prywatni właściciele otrzymali obligacje rządu brytyjskiego, a rząd Urugwaju infrastrukturę i tabor kolejowy. Podobnie zresztą rząd brytyjski rozliczył się z Argentyną.
Transakcja ta miała miejsce zaraz po II wojnie światowej, z której brytyjski rząd wyszedł z niemożliwymi do spłaty zobowiązaniami i oferował takie rozwiązania w celu uniknięcia upokarzającego bankructwa. Zadłużenie to powstało głównie z tytułu dostaw żywności w czasie wojny. Jednocześnie cała sieć kolejowa była bardzo mocno eksploatowana i wymagała wielkich nakładów kapitału w celu samego utrzymania ruchu, po zaniedbaniach w czasie Wielkiego Kryzysu i nadmiernej eksploatacji w czasie wojny. Motywacja rządu Urugwaju była oczywista – zarządzanie krytyczną i monopolistyczną infrastrukturą przez obcy kapitał powoduje zazwyczaj także uprzywilejowanie tego kapitału w dziedzinach zależnych od transportu. W przypadku Urugwaju były to rzeźnie, chłodnie i fabryki konserw, do których dostarczano bydło, a odbierano z nich towary eksportowe. Odrobina złej lub dobrej woli ze strony monopolisty transportowego mogła zmienić każde z takich przedsięwzięć w kolejny nabytek brytyjskich kapitalistów. I to wszystko pomimo faktu, iż koleje były budowane w standardzie „kolonialnym”, czyli w najtańszy możliwy sposób. Ich koszty działania i standard obsługi nie miały żadnego znaczenia, bo i tak właściciele dysponowali naturalnym monopolem.
Nacjonalizacja miała miejsce w 1949 r., kiedy ten monopol zaczynał zanikać dzięki pojawieniu się ciężarówek o mocy i ładowności mogącej konkurować z pociągami. W takiej sytuacji powstała w 1952 r. (po kilkuletniej integracji różnych linii) Administración de Ferrocariles de Estado, czyli Administracja Kolei Państwowych.
Koniunktura na produkty rolne eksportowane przez Urugwaj spadła drastycznie po wojnie. Tak samo spadły możliwości inwestycyjne państwa. Państwowa kolej zapewniła równe możliwości wszystkim podmiotom, ale i, co jeszcze ważniejsze, umożliwiła działanie pozostałym przedsiębiorstwom państwowym, które uprzednio były narażone na nierówne traktowanie ze strony właścicieli kolei.
Kolejne dekady to jednak stałe zmniejszanie się znaczenia kolei w transporcie (jak właściwie wszędzie na świecie) oraz nadmierna eksploatacja przy braku poważniejszych inwestycji. Efektem była coraz większa degradacja linii i taboru, a następnie stopniowe ich zamykanie. Po fali liberalizacji rynków w latach 90. ruch pasażerski został niemal całkowicie zlikwidowany, a towarowy pozostał na nielicznych odcinkach linii, głównie obsługując cementownie innej państwowej firmy, ANCAP. W użytku jest mniej niż 500 km linii z pierwotnych ponad 3000 kilometrów, a przewoźnik posiada zaledwie kilka sprawnych lokomotyw. Tory są w stanie nie pozwalającym na ruch pasażerski. Kolejne restrukturyzacje, które prowadziły wyłącznie do ograniczania funkcjonowania firmy i zmniejszania zatrudnienia, wywołały stan permanentnego braku zaufania pomiędzy związkami zawodowymi a rządem. Stąd każda zmiana, nawet zwyczajna próba zastąpienia powolnych składów z lokomotywą przez szynobusy na jedynym kawałku linii z ruchem pasażerskim, spotyka się z oporem ze strony związków.
Przez dziesięciolecia największym i najważniejszym przedsiębiorstwem w kraju był ANCAP, Administración Nacional de Combustibles, Alcohol y Portland, czyli Krajowy Zarząd Paliw, Alkoholu i Cementu. Spółka została utworzona w odpowiedzi na Wielki Kryzys i trudności w zaopatrzeniu kraju położonego na końcu świata w podstawowe wyroby przemysłowe. Przy okazji firma miała się zająć przeciwdziałaniem masowemu podrabianiu alkoholu, za pomocą dostarczania na rynek przyzwoitej jakości destylowanych trunków.
ANCAP otrzymał monopol na import i rafinację paliw w Urugwaju oraz produkcję i import cementu, czym zajmował się przez ostatnie dziesięciolecia i zajmuje nadal. Niedawno zniesiono monopol cementowy (bo przestał istnieć problem potencjalnego lokalnego kryzysu) i firma konkuruje na rynku z importerami.
Znaczenie dla obecnej polityki mają jeszcze dwie firmy. Pierwszą z nich jest UTE – Administración Nacionad de Usinas y Trasmisiones Eléctricas (Krajowa Administracja Zapór i Linii Energetycznych). Nazwa może być nieco myląca – to po prostu krajowy monopol energetyczny. Powstał w 1912 r., a aż do 1974 r. ta sama struktura zarządzała również monopolem telefonicznym, kiedy to powołano kolejne przedsiębiorstwo o nazwie ANTEL i wydzielono tę część działalności.
Zakres działalności tych firm nie jest szczególnie nietypowy, gdyż w wielu krajach na fali tendencji modernizacyjnych powstawały podobne instytucje. Stanowi on jednak esencję sukcesu politycznego i gospodarczego Urugwaju (sukcesu względnego, bo na tle Ameryki Łacińskiej) oraz widocznego rozwoju ku realiom coraz bliższym standardom krajów wysokorozwiniętych.
Nie są to zwykłe spółki prawa handlowego, a raczej niezależne części administracji państwowej. W pewnym przybliżeniu można je porównać do polskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jego misja i cele działania nie polegają przecież na maksymalizacji zysków, lecz na realizacji polityki państwowej w zakresie zabezpieczenia społecznego. Na bardzo zbliżonej zasadzie działają wspomniane urugwajskie przedsiębiorstwa państwowe. Zresztą tak samo jest zorganizowane szkolnictwo publiczne, wyższe, państwowa część służby zdrowia, administracja portów itd. Instytucje te nie są nawet nazywane firmami, a noszą oficjalną nazwę „państwowych struktur autonomicznych” lub „usługodawców zdecentralizowanych”. Z punktu widzenia organizacji państwa jest to zatem część aparatu państwowego, która została wydzielona w oddzielne podmioty w celu lepszego zarządzania, ale obowiązują ją te same zasady, co resztę aparatu państwowego. Organizacja powszechnego szkolnictwa według modelu identycznego jak w firmie telekomunikacyjnej może się wydawać zupełnie niezrozumiała. Jeśli jednak spojrzymy na to jako na wydzielone, skomplikowane dziedziny zarządzania państwem, które wewnętrznie powinny być zarządzane przez kompetentnych fachowców, a jednocześnie realizować politykę rządu w skoordynowany sposób, to sprawa staje się jaśniejsza.
Celem istnienia tych firm nie jest osiąganie zysku (choć niektóre z nich mimochodem robią to skutecznie), lecz realizowanie polityki państwowej. ANCAP powstał w celu zabezpieczenia stabilnych dostaw paliw płynnych i cementu dla gospodarki oraz wyparcia z rynku alkoholi niespełniających minimalnych standardów. Dla realizacji tego pierwszego celu ma zagwarantowany państwowy monopol i korzysta z niego, narzucając dość wysokie marże, a drugi cel został zrealizowany przez dumping cenowy, który wyparł z rynku bimbrowników i przemytników. Dziś rafineria w Montevideo jest zbyt mała, aby mogła konkurować na światowym rynku. Taniej i rozsądniej jest importować gotowe paliwa. Ale zgodnie z polityką państwową ta rafineria musi być sprawna i gotowa do produkcji.
Kolejne przedsiębiorstwa kluczowe dla zrozumienia gospodarki to państwowa firma ubezpieczeniowa oraz dwa państwowe banki, Banco de la República (BROU) i Banco Hipotecario (BHU). Pełnią rolę tę samą, co pozostałe firmy – zapewniają podstawową infrastrukturę, w tym przypadku finansową i stabilizującą. Banki państwowe działają na konkurencyjnym rynku, nie mają żadnego ustawowego monopolu, ale dominują, bo oferują tanie i dobre usługi. Zresztą od kiedy przepisy przeciwko praniu brudnych pieniędzy zostały zaostrzone, międzynarodowe banki uważają, że osiągają na tym rynku zbyt niskie zyski i ograniczają swoją działalność lub wynoszą się całkowicie.
Kolejną niezwykle ważną kwestią ustroju państwa jest kształt zarządów tych firm i sposób ich powoływania. Większość zarządów jest pięcioosobowa i tradycyjnie (nie jest to wymuszone przepisami) powołuje się do nich przedstawicieli wszystkich głównych partii. Dzięki temu również opozycja ma w każdej chwili pełną wiedzę o detalach polityki państwowej, możliwość weryfikacji dokumentów w przypadku wątpliwości czy podejrzeń o korupcję, a także ma do dyspozycji osoby, które mogą od razu przejąć zarządzanie firmą.
Polskiemu czytelnikowi, przyzwyczajonemu do obrazu „państwa resortów”, takie działanie może się wydawać niezrozumiałe lub wręcz magiczne, ale jest to opis działającego państwa i systemu. Po objęciu rządów przez lewicową koalicję Frente Amplio w 2005 r., rozpoczęto faktyczną realizację nowej polityki państwa, które miało swoich obywateli traktować poważniej niż dotychczas, również pod względem obowiązków. Miało też zredukować gospodarcze znaczenie modelu raju podatkowego i odbudować realną gospodarkę, zniszczoną praktycznie do cna przez rządy liberałów w latach 90. i przez późniejszą implozję sektorów finansów i bankowości. Szczęśliwie się złożyło, że jednocześnie rozpoczęła się znakomita koniunktura na płody rolne, co dostarczyło nieco środków niezbędnych do modernizacji państwa.
Projekt Frente Amplio rozpoczął się wraz z dojściem do władzy, ale faktycznie ta koalicja posiadała spory udział w określaniu polityki państwowej już od 2002 r. Wtedy to miało miejsce apogeum załamania gospodarczego – masowe bankructwa, kryzys bankowości, a bezrobocie sięgnęło oficjalnie 19,4%, faktycznie zaś było o wiele wyższe. Opozycja pod postacią Frente Amplio powstrzymała się przed natychmiastowym przejęciem władzy, lecz poważniejsze decyzje musiały być z nią konsultowane, a dotychczasowe partie straciły jakąkolwiek legitymację.
Początek rządów lewicy to wyzwania związane z bezrobociem, brakiem opieki medycznej, niedożywieniem i tego rodzaju bolączkami społeczeństwa po głębokim kryzysie. Za jeden z zasadniczych problemów uznano zależność gospodarki od eksportu surowców rolnych i zmienności ich opłacalności. Rolą przedsiębiorstw państwowych było przede wszystkim zbudowanie ram dla długofalowego i stabilnego rozwoju gospodarki.
Jednym z elementów tego planu miał być rozwój przemysłu informatycznego oraz informatyzacja społeczeństwa. Zadanie to jest realizowane wspólnie przez ogół agend państwowych. Dzieci wraz z rozpoczęciem nauki dostają tablet, który służy jako pomoc szkolna, ale nie ma żadnego problemu z używaniem go także przez innych członków rodziny, a biedniejsi są do tego wręcz zachęcani. Drugą część tej polityki prowadzi Universidad de la República, który kształci stosowne ilości inżynierów na kierunkach informatycznych. Kolejnym elementem tego ekosystemu są firmy, które cieszą się pewnymi przywilejami podatkowymi, ale to nie te przywileje są istotne dla rozwoju. Ważniejszy jest lokalny rynek, tworzony przez te same przedsiębiorstwa i instytucje państwowe, które charakterem swoich zamówień wspierają małe firmy. Nie chodzi tylko o bezpośrednie zamówienia, ale także o wsparcie innego rodzaju, choćby takie jak hurtowe zakupy miejsc wystawowych na targach. Wystawienie się na prestiżowych targach jest poza jakąkolwiek skalą marzeń dla kilkuosobowej firmy z trzeciego świata. Kiedy rząd kupuje kilkaset metrów kwadratowych powierzchni wystawienniczej, a potem rozdaje krajowym małym firmom po kilka metrów wraz z dwoma biletami lotniczymi, to ten prosty sposób otwiera przed wieloma podmiotami, a nawet całymi branżami gospodarki zupełnie nowe możliwości.
Jedni w tych warunkach radzą sobie lepiej, inni gorzej, ale cały plan nie miałby żadnego sensu bez infrastruktury. Odpowiedzialny jest za nią ANTEL. Firma ta posiada monopol na telefonię kablową i kablowy dostępu do internetu oraz jest jednym z trzech konkurujących dostawców telefonii komórkowej. Oczywiście gdyby brać pod uwagę jedynie mechanizmy rynkowe i siłę nabywczą, to w kraju takim jak Urugwaj opłacałoby się podłączyć abonentów jedynie w lepszych dzielnicach Montevideo i sztucznie zaniżać liczbę telefonów w mniejszych środkach, a sieć światłowodową instalować w niewielkim zakresie i żądać wysokich cen. Ale celem ANTEL-u nie jest zysk, lecz realizacja polityki państwowej, choć firma osiąga zyski, i to niemałe. Obecnie są one w całości przeznaczane na rozbudowę infrastruktury. Cele tej rozbudowy są niezwykle ambitne, ale mają być zrealizowane, ponieważ stanowią część polityki państwowej. Mianowicie jeszcze przed końcem obecnego dziesięciolecia prawie wszyscy mieszkańcy kraju mają mieć doprowadzony światłowód do miejsca pracy i zamieszkania. Zostało to już w znacznej części zrealizowane, tj. w około 60-70%, również w rzadko zaludnionych regionach kraju.
Takie inicjatywy miały służyć nie tylko stworzeniu działającej infrastruktury, ale także dostarczeniu najwyższej jakości usługi, bo ma ona wspierać krajowy przemysł. Dlatego też kolejną inwestycją był bezpośredni światłowód do Miami, łączący się z dość dużym centrum danych pod Montevideo. Te ostatnie inwestycje były prowadzone wspólnie z Google, a miejsce w centrum danych ma wykorzystywać zarówna ta firma, jak też kilku innych światowych gigantów informatycznych. Z punktu widzenia tychże gigantów miejsce, którego używają do składowania danych, musi spełniać określone warunki. Oprócz podstawowych standardów technicznych (czyli po prostu odpowiedniej mocy sprzętu, który można zwyczajnie kupić), jest jeszcze kwestia połączenia ze światową siecią (czyli zasadniczo z USA). To właśnie zrobił ANTEL, oferując najlepszej jakości połączenie w całej Ameryce Południowej. Oczywiście jest to także, czy przede wszystkim, infrastruktura dla lokalnych firm.
Centra danych to instalacje niezwykle energochłonne. Dlatego koszt energii stanowi o ich efektywności i opłacalności. Poza tym Google, podobnie jak większość pozostałych gigantów z USA, pod naciskiem społecznym zadeklarowało, że będzie korzystać wyłącznie z energii odnawialnej. Nie wszędzie ten cel został osiągnięty, ale żadne nowe energochłonne inwestycje nie są lokowane w miejscach, gdzie nie można spełnić tego warunku. Skoro tak wiele zależy od dostaw elektryczności, to działania (i sukcesy) ANTEL-u nie byłyby możliwe na taką skalę bez rozsądnie zaprojektowanego monopolu energetycznego, czyli UTE.
Sytuacja z wytwarzaniem i dostarczaniem elektryczności kilkanaście lat temu wyglądała tak, że zapory rzeczne budowane przed i podczas II wojny światowej dostarczały około 1/3 potrzebnej elektryczności, pozostała część zaś była wytwarzana w elektrowniach opalanych ropą lub importowana. Dostęp do sieci był dość powszechny i sięgał ponad 90%, jednak blackouty były codziennością, a elektryczność zawsze była dla wszystkich odbiorców kosztowna. W suchych latach spadały zarówno produkcja prądu, jak też produkcja rolna, więc kryzysowe efekty kumulowały się w całej gospodarce.
Po przejęciu władzy przez Frente Amplio rozpoczęto plan ulepszenia energetyki i zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Stara elektrownia, opalana ropą, położona niemal w centrum Montevideo, miała zostać zastąpiona nową, rozsądniej ulokowaną i zasilaną gazem. Jako część tej inwestycji był planowany gazoport. Poza tym, zadaniem UTE i zadaniem polityki rządowej było wdrożenie w życie produkcji tak dużej ilości energii odnawialnej, jak to tylko możliwe technicznie i finansowo.
W celu realizacji tego planu rząd, radykalnie lewicowy w swej istocie, zliberalizował możliwość produkcji energii elektrycznej. Przesył i dystrybucja są nadal ustawowym monopolem UTE, ale produkcją może zająć się każdy. Przy produkcji ze źródeł odnawialnych UTE oferuje wieloletnie kontrakty ze stawkami gwarantowanymi. Stawki te są atrakcyjne, ale tylko jeśli weźmie się pod uwagę, że Urugwaj jest stabilnym krajem bez historii wywłaszczeń i naruszania praw nabytych. Liczona w dolarach amerykańskich rentowność takich inwestycji wynosi ok. 8-9% i jest akceptowalna w stabilnym kraju. W sąsiedniej Argentynie nikt nie zaryzykowałby pieniędzy przy perspektywie takiego zysku. Również w Polsce byłoby trudniej o chętnych – i słusznie, co udowodniły ostatnie działania rządu w sprawie odnawialnych źródeł energii.
Stabilność, bezpieczeństwo inwestycji, spójna polityka rządu i UTE oraz szybko udoskonalana technologia i spadające koszty energetyki wiatrowej i słonecznej, spowodowały efekt nieprzewidziany w pierwotnym planie. Energetyka odnawialna została rozbudowana do poziomu, w którym paliwa kopalne nie są już prawie w ogóle potrzebne. Obecnie szczytowa moc elektrowni wiatrowych jest zbliżona do całościowego zapotrzebowania na energię z tego źródła, a zapowiedziane i rozpoczęte inwestycje sprawią, że w przyszłym roku je przekroczy. Rozbudowa energetyki wiatrowej zostanie zasadniczo zakończona, co sprawi, że Urugwaj będzie prawdopodobnie pierwszym krajem na świecie, który zrobi to na tę skalę. Nie dotyczy to energetyki słonecznej, która dopiero się rozpędza i też ma dobre warunki finansowania i rozwoju.
Obecnie elektrownie wodne produkują nieco więcej niż poprzednio (większe opady wskutek zmian klimatu), elektrownie opalane ropą zostały zastąpione przez wiatrowe, a Urugwaj z importera prądu stał się jego eksporterem. Oczywiście w nowym systemie elektrownie wodne zostały przebudowane z dostarczających stałą, stabilną ilość prądu, na takie, które uzupełniają to, czego akurat nie mogą dostarczyć wiatrowe i słoneczne. Elektrownie cieplne jeszcze istnieją i w razie potrzeby są uruchamiane, ale paliwa nieodnawialne (czyli ropa) dostarczają łącznie około 3-5% elektryczności.
Koszty wytworzenia i nabycia prądu przez UTE drastycznie spadły, ale obniżki dla konsumentów są bardzo powolne, co również jest częścią wymuszającej oszczędności polityki rządowej. W istocie gospodarstwa domowe mogą uzyskać zniżki jedynie, jeśli włączą się w jakiś sposób do programu przebudowy energetyki: czy to jako prosumenci, czy użytkownicy kolektorów słonecznych obok elektryczności do grzania wody, czy też instalując większe bojlery i pozwalając na ich sterowanie przez UTE dla bilansowania energetyki wiatrowej i słonecznej. Polityka cen węglowodorów, kontrolowana przez ANCAP w stosunku do cen elektryczności, zachęca do stopniowej rezygnacji z ogrzewania gazem i olejem opałowym na rzecz elektryczności (choć i tak podstawowym opałem jest drewno). W ramach dygresji – drewno też jest krajowe, choć naturalnie drzewa w Urugwaju prawie nie rosną, zresztą wycinka naturalnych obszarów leśnych jest w większości przypadków zabroniona. Od lat 80. prowadzony jest natomiast publiczny program zalesiania, w ramach którego np. dla drobnych rolników oferowane są dotacje na założenie i utrzymanie lasów zaspokajających ich prywatne potrzeby energetyczne. To pierwszy etap niezależności energetycznej.
Nie jest powszechną wiedza, że ubocznym skutkiem dużego udziału energetyki odnawialnej jest bardzo wysoka stabilność sieci i niezawodność dostaw elektryczności. Przy okazji nieco wyjaśnia to przyczynę, dla której giganci informatyczni naciskają na kupowanie prądu ze źródeł odnawialnych. Również urugwajska sieć obecnie stała się bardzo niezawodna i stabilna, choć pod koniec poprzedniego wieku blackouty były codziennością.
Zarówno w zakresie paliw, jak też energetyki, dość istotny jest fakt, że Urugwaj to kraj w zasadzie pozbawiony jakichkolwiek zasobów energetycznych. Nie występują tu żadne paliwa kopalne, a naturalne lasy rosną na zaledwie 3-5% powierzchni kraju. Takie warunki wywołują strach o zaspokojenie podstawowych potrzeb energetycznych i mentalność „skąpstwa energetycznego”. Większość populacji nie ma żadnego problemu z tym, że elektryczność jest dość kosztowna, paliwa do pojazdów są drogie, a paliwa grzewcze wręcz bardzo drogie.
Nie inaczej wygląda polityka UTE. Energia dla gospodarstw domowych jest droga, ale skoro wytwarzanie energii stało się tanie, to można to spożytkować na rozwój kraju. Energochłonny przemysł może liczyć na tanią energię. Na tej zasadzie powstają nie tylko wspomniane centra danych, ale np. w zeszłym roku lokalni przedsiębiorcy zbudowali gigantyczną jak na taki kraj fabrykę sody kaustycznej (elektryczność jest tu głównym kosztem produkcji).
W miejscu o takim położeniu geopolitycznym oczekuje się od władz, że paliwa będą zawsze dostępne, co bynajmniej nie jest oczywiste w peryferyjnych krajach. Ich zapewnienie to właśnie rola ANCAP. Po przejęciu władzy przez Frente Amplio ANCAP rozpoczął realizację polityki ograniczania zużycia paliw kopalnych. Trudno tu mówić o sukcesie, bo przy rosnącej zamożności społeczeństwa cały czas rósł poziom zmotoryzowania. Jednocześnie o transporcie publicznym w Montevideo trudno powiedzieć cokolwiek pozytywnego; oprócz tego, że w ogóle jest. Więc każdy, kogo było na to stać, nabywał auto. Pomimo tego ANCAP zwiększał udział paliw odnawialnych w takim stopniu, w jakim to było możliwe. Etanol stanowi 10% składu sprzedawanej benzyny, jak jest na całym świecie. Jednocześnie w Urugwaju znajduje się niewielki region, gdzie można uprawiać trzcinę cukrową, i który w miarę sprawnie prosperował, aż do momentu światowego załamania rynku cukru na początku lat 90. Region oddalony od centrum i pozbawiony tradycji uprawy czegokolwiek innego popadł w nędzę, z której wyciągnęła go polityka ANCAP. Trzcina cukrowa znów jest uprawiana, ale tym razem większość przerabia się na alkohol dodawany do benzyny. Jest to rozwiązanie droższe niż uzyskiwanie etanolu z ropy naftowej, ale z punktu widzenia państwa – lepsze niż faktyczne porzucenie cukrowniczego regionu Bella Union i ludzi tam mieszkających.
ANCAP wytwarza także biodiesla. Surowcem są w tym przypadku tłuszczowe odpadki rzeźnicze, zużyte oleje z restauracji, a także oleje zbierane z gospodarstw domowych w ramach recyklingu (choć to ostanie ma wymiar raczej edukacyjny niż gospodarczy). Nawet przy darmowych surowcach nie jest to produkcja rentowna. Jeśli używa się tłuszczy posiadających wartość ekonomiczną, to wytwarzanie biodiesla jest z punktu widzenia przedsiębiorstwa pozbawione sensu ekonomicznego. Ale z punktu widzenia państwa obawiającego się kryzysu paliwowego, jest to działanie całkowicie racjonalne. Utrzymywanie możliwości produkcyjnych tego paliwa, doświadczenia firmy i pracowników – są po prostu polisą ubezpieczeniową oraz realizacją ludzkiej solidarności w zakresie ochrony klimatu.
Kolejnym przykładem wzajemnej współpracy przedsiębiorstw państwowych niekoniecznie w celu własnego zysku, a w celu realizacji polityki państwa, jest kwestia sieci ładowania pojazdów elektrycznych. Ogłoszono, że w całym kraju powstanie sieć ładowarek wzdłuż wszystkich dróg krajowych w odległościach około 60 km od siebie, co pozwoli przemieszczać się po całym kraju bez obaw samochodami elektrycznymi, nawet tymi o małym zasięgu. Nie będą to ładowarki najwyższej klasy, ale powstanie wystarczająco gęsta ich sieć. Zapewne większość znajdzie się na stacjach benzynowych ANCAP, bo i po co szukać innych miejsc?
Innym przykładem działania poza logiką rynkową jest kwestia obecnej sytuacji przemysłu mleczarskiego. Wytwarzanie mleka, serów i masła jest bardzo poważną gałęzią gospodarki, ale eksport na protekcjonistyczne rynki, jak UE czy USA, jest w zasadzie niemożliwy. Ważnymi miejscami zbytu były zawsze Rosja i Wenezuela. W tym pierwszym kraju popyt drastycznie spadł wskutek ubożenia społeczeństwa, a w tym drugim sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Głównym odbiorcą była tamtejsza państwowa sieć sklepów, która przestała płacić. W tej sytuacji ANCAP zaoferował, że potrąci swoje należności za ropę kupioną od Wenezueli i zapłaci bezpośrednio urugwajskiej spółdzielni mleczarskiej. Wenezuelczycy się zgodzili, ale zaoferowali następne dostawy ropy, zażądali części płatności w gotówce i jeszcze mleka w proszku. Wszystko było w porządku, przedłużenie umów wydawało się korzystne dla wszystkich, dopóki nie okazało się, że wysłane kilkadziesiąt milionów dolarów ktoś w Wenezueli zupełnie zwyczajnie ukradł po drodze. To był koniec interesów. ANCAP ropę kupuje gdzie indziej, ale spółdzielnie mleczarskie zostały bez pieniędzy i z mniejszą liczbą klientów, co oznaczało widmo bankructwa dla wszystkich podmiotów zaangażowanych w przemysł mleczarski. Dla ratowania sytuacji UTE zaproponowało przemysłowi mleczarskiemu specjalne taryfy za energię elektryczną, które oznaczają bonifikatę od 15% dla wszystkich do 80% dla najmniejszych rolników.
Powyższy opis jest bardzo daleki od wyczerpania tematu. Właściwie może służyć jedynie jako zasygnalizowanie problemu istniejącego w Polsce i pokazanie, że gdzie indziej działa to inaczej. I że warto się porządnie zastanowić, czego oczekujemy od przedsiębiorstw państwowych.