Na manowcach homo economicus

Żyjemy w czasach, gdy ekonomię postrzega się zazwyczaj jako domenę racjonalnych decyzji służących jak najpełniejszemu wykorzystaniu posiadanych zasobów oraz maksymalizacji zysków. Formalne zasady ekonomii, a przede wszystkim mikroekonomii, uważane są za powszechne, niepodlegające dyskusji i naturalne – jak zasady termodynamiki, prawo ciążenia czy twierdzenie Pitagorasa. W kulturze zachodniej można też zauważyć tendencję do wywyższania ekonomii ponad inne nauki. Ze wszystkich nauk społecznych to właśnie ona pretenduje do tego, aby nadać swoim teoriom i hipotezom charakter bezwzględnie obowiązujący i absolutny, najmocniej podkreśla swoją przynależność do „prawdziwych” nauk, takich jak fizyka. Ekonomiści odwołują się do skomplikowanych praw matematycznych i poszukują praw natury. Mają ogromną władzę: od ich prognoz zależy oprocentowanie naszych kart kredytowych, a ich wskazówki kształtują codzienność setek milionów ludzi1.

Z chwilą powstania ekonomia zajęła się problemem natury człowieka. Próbowała odpowiedzieć na fundamentalne pytania z zakresu antropologii. Czy człowiek jest z natury egoistyczny, czy może altruistyczny? Czy zawsze dąży do maksymalizacji własnego zysku, nawet kosztem innych, czy też jest wyposażony w zmysł moralny, który kieruje go w stronę współdziałania z innymi i realizacji dobra wspólnego? Upraszczając sprawę, możemy powiedzieć, że dominujący w dzisiejszym świecie paradygmat liberalny charakteryzuje się postrzeganiem człowieka jako istoty samolubnej, kierującej się dążeniem do prywatnej korzyści.

Z biegiem czasu zaczęto oczywiście zwracać uwagę, że interes ten może być rozumiany na różne sposoby. Pojawiały się np. refleksje, że człowiek zabiega o zyski nie tylko materialne, że korzyść stanowić mogą również np. bezpieczeństwo, spokój, miłość, satysfakcja, prestiż itp. Wielu przedstawicieli nurtu liberalnego uznało zarazem, że pogoń za indywidualnym zyskiem przekłada się na interes powszechny, że z sumy egoizmów tworzy się największe możliwe dobro dla całego społeczeństwa, że konkurencja w każdym przypadku przyczynia się do spadku cen i kosztów produkcji oraz przeciwdziała nadużyciom monopoli. Stąd doszli zaś do wniosku, że wszelka interwencja państwowa ma destrukcyjny charakter – utrudniając funkcjonowanie gospodarki rynkowej, opóźnia czy nawet uniemożliwia powstanie społeczeństwa powszechnego dobrobytu. Stanem naturalnym jest wedle tej wizji idealna homeostaza, do której zmierza rynek, pod warunkiem, że nikt i nic nie zakłóca jego działania – równowaga między podażą a popytem, wartością a ceną, nakładem a produkcją. Taka wizja wynika z przekonania o istnieniu naturalnych praw ekonomii, analogicznych do praw fizyki, które nie mają jednak szans funkcjonować w sytuacji nieustannej ingerencji w gospodarkę czynników zewnętrznych.

Te pretensje do naukowości sprawiają, że liberalizm uznaje swoje zasady za uniwersalne, niezależne od lokalnego kontekstu, zwyczajów i kultury, a osiągnięcia za mierzalne precyzyjnymi wskaźnikami. Inne niż promowane przez siebie sposoby życia i organizacji gospodarki uznaje on zaś za prymitywne i irracjonalne. Michał Buchowski pisze wręcz o magicznym charakterze neoliberalizmu czy też myśleniu magicznym jego wyznawców. Wierzą oni bowiem, że czynniki symboliczne mają tę samą moc oddziaływania na rzeczywistość jak czynniki „fizyczne”. Słowa dzięki swej magicznej mocy albo tłumaczą niepowodzenia, albo kreują nieistniejącą rzeczywistość. […] W tym miejscu nasuwa się jednak refleksja, że opisywani przez neoliberałów przegrani transformacji charakteryzowani są w równie niedookreślony empirycznie sposób. Taki hokus-pokus status mają pojęcia w rodzaju homo sovieticus, wyuczona bezradność, bezinteresowna zazdrość, kolektywizm czy antyintelektualizm i za ich pomocą próbuje się zakląć rzeczywistość. […] Gdyby więc spróbować odpowiedzieć na […] pytanie, czy neoliberalizm jest magią, religią czy nauką, odpowiedziałbym na nie następująco: „neoliberalizm jest nauką, lecz tylko dla swych gorliwych wyznawców, którzy często myślą magicznie”2. Donald (Deirdre) McCloskey twierdzi w swojej pracy „If You’re So Smart: The Narrative of Economic Expertise” (1990), że tak pojmowana ekonomia stanowi relikt pozytywizmu, opierającego się na przestarzałym przekonaniu, iż nauka jest po prostu odkrywaniem faktów i praw natury. W istocie, jego zdaniem, ekonomiści opowiadają magiczne historie. Nie ma w tym niczego niewłaściwego, dopóki nie pretendują oni do roli odkrywców i krzewicieli praw naturalnych, które nie podlegają żadnej dyskusji.

Oczywiście model liberalny nie jest jedynym istniejącym. W innych, niejako konkurencyjnych koncepcjach ekonomicznych zwraca się uwagę na naturalną dążność człowieka do przynależności do grupy i związaną z tym gotowość do rezygnacji z części swojej autonomii oraz traktowania interesów grupowych jako własnych. Alternatywne wobec liberalizmu modele podkreślają też znaczenie takich czynników, jak uwarunkowania kulturowe czy przyswojone systemy wartości, które mogą mieć decydujący wpływ na postępowanie i motywację człowieka. Zwolennicy tych koncepcji kwestionują ideę uniwersalnej natury ludzkiej czy nawet skłonności wspólnych wszystkim ludziom. Jednak to właśnie model liberalny w największej mierze pretenduje do „naukowości”, do miana niepodważalnego i totalnego paradygmatu, a stojące u jego podstaw zasady, reguły i założenia zostały uznane przez wielu za oczywistości, których nie ma sensu nawet udowadniać, ponieważ ich bezsporność jest jasna dla każdego myślącego człowieka.

***

Węgierski myśliciel i badacz Karl Polanyi wyodrębniał dwa znaczenia terminu ekonomiczny: substancjalny i formalny. Pierwsze z nich odnosił do wszelkich materialnych działań służących utrzymaniu się przy życiu, drugi zaś do nauki o racjonalnym podejmowaniu decyzji. Wskazywał przy tym, że jedynie w rozwoju historycznym nowoczesnego Zachodu pojęcia te zostały ze sobą utożsamione – system ekonomiczny połączył się w jedno z racjonalną logiką ekonomiczną, służącą maksymalizacji indywidualnych korzyści. W kulturach przedkapitalistycznych, zauważał Polanyi, istnieją wszystkie typy działań ekonomicznych, ale nie są one podporządkowane wartościom wyznaczonym przez „racjonalną logikę ekonomiczną”. W nowoczesnym kapitalizmie gospodarka zakorzeniona jest w instytucji rynku, lecz w innych kulturach może działać wedle innych wartości, związanych choćby z relacjami pokrewieństwa czy wierzeniami religijnymi.

W naukach społecznych dominuje postrzeganie społeczeństwa jako globalnego systemu, z dającymi się wyodrębnić podsystemami: ekonomicznym, politycznym i kulturowym. Podejście to odpowiada jednak wyłącznie strukturze kapitalistycznych społeczeństw przemysłowych, w których gospodarka jawi się jako autonomiczny podsystem, posiadający własne prawa funkcjonowania. Utrudnia natomiast rozpoznanie logiki społeczeństw niekapitalistycznych, gdzie zajmuje ona zupełnie inne miejsce. W świetle badań antropologów, takich jak Bronisław Malinowski czy Alfred Radcliffe-Brown, do których odwoływał się Polanyi, w społeczeństwach pierwotnych gospodarka nie istniała jako osobna sfera. Była osadzona i podporządkowana instytucjom rodzinnym, politycznym czy religijnym, które nie mają wyłącznie ekonomicznego charakteru. W gospodarce rynkowej, zdaniem Polanyi’ego, społeczeństwo funkcjonuje właściwie jako dodatek do rynku. W przypadku innych modeli gospodarczych zależność jest odwrotna – nie istnieje tam żaden odrębny system gospodarczy, który można by analizować niezależnie od społeczeństwa. Często nie ma w nich nawet osobnego słowa na „gospodarkę” jako samoistną sferę odseparowaną od życia społecznego.

Tendencja do prowadzenia handlu wymiennego, na której tak śmiało opierał się Adam Smith, konstruując swój obraz człowieka pierwotnego, nie jest podstawową tendencją, która kieruje działalnością gospodarczą człowieka – wręcz przeciwnie, występuje ona niezwykle rzadko3. Polanyi wyróżniał trzy zasadnicze wymiary integracji gospodarki ze społeczeństwem, podkreślając, że nowoczesna ekonomia zajmuje się tylko jednym z nich, nie potrafiąc zrozumieć pozostałych, rządzących się zupełnie odmienną logiką. Określał je za pomocą terminów odwzajemniania, redystrybucji i wymiany. Pierwszy oznacza pomoc i dzielenie się oparte na poczuciu tożsamości oraz zobowiązania wynikającego z łączących ludzi więzów kulturowych, społecznych, rodzinnych, klanowych etc. Redystrybucja polega na tym, że główny autorytet (kapłan, wódz, świątynia) gromadzi różne rzeczy od wszystkich członków danej społeczności, aby później je na nowo rozdzielić. Jedni dostarczają płody rolne, otrzymując w zamian ubranie, inni zaś przynoszą wyroby rękodzieła, a dostają żywność. Wymiana jest zaś skalkulowanym handlem, opiera się na zasadzie coś za coś. Może jednak mieć ona różne wymiary i warianty, nie można jej rozumieć wąsko, jako wyłącznie transakcji pieniężnych. Polanyi podkreślał wręcz, że nowoczesna wymiana rynkowa, posługująca się pieniędzmi i cenami ustalanymi poprzez negocjacje, jest przypadkiem szczególnym i stosunkowo świeżej daty.

Kombinacje tych trzech typów logiki gospodarczej występują we wszystkich społeczeństwach, jednak zawsze jeden z nich jest dominujący4. W społeczeństwach poprzedzających kapitalizm ludzie nie zawsze kierowali się przy podejmowaniu decyzji swoim partykularnym interesem. Motywy działań członków tych społeczności determinował w większym stopniu kontekst historyczny i kulturowy. W związku z tym formalna ekonomia współczesna nie znajduje tu zastosowania. Cechą gospodarek przedkapitalistycznych miałoby być, zdaniem Polanyi’ego, również to, że są one zorientowane raczej na wytwarzanie środków utrzymania, niż na mnożenie zysku. Zazwyczaj w gospodarkach plemiennych sprzedaż oraz kupno ziemi i pracy są nie do pomyślenia. Prawa do użytkowania ziemi są bowiem związane z grupą krewniaczą i dziedziczeniem. Sprzedaż pracy uniemożliwia z kolei jej niemierzalność. Podobnie było zresztą w porządku feudalnym, gdzie kwestie związane z ziemią były wyłączone spod zasad organizacji kupna i sprzedaży, a określane przez inny zbiór regulacji instytucjonalnych. Praca w systemie cechowym była natomiast częścią ogólnej organizacji społeczeństwa. Warunki pracy, płace czy relacje mistrza i czeladnika, regulowane były przez obyczaj, przepisy cechu i miasta. W gospodarce kapitalistycznej istnieją zaś rynki zbytu na wszystkie czynniki produkcji, nie tylko na towary, ale także na ziemię, pracę i pieniądz. Ich ceny to, kolejno, czynsz, płaca i odsetki. Tymczasem, jak podkreśla Polanyi, ziemia, praca i pieniądz nie mieszczą się w empirycznej definicji towarów – nie zostały bowiem wyprodukowane na sprzedaż. Praca określa jedynie ludzką aktywność, która nie jest inicjowana z myślą o sprzedaży – procesem tym powodują zupełnie inne przyczyny – ponadto nie można jej oddzielić od pozostałych elementów ludzkiego życia, nie można jej też przechować czy zgromadzić. Ziemia to z kolei inna nazwa przyrody, niebędącej przecież wytworem człowieka. Pieniądz zaś – stanowi znak siły nabywczej, która z zasady wcale nie jest produkowana, lecz powstaje za pośrednictwem mechanizmu bankowości czy finansów publicznych. Żaden z tych czynników nie powstaje z myślą o sprzedaży, dlatego używanie kategorii towaru w odniesieniu do pracy, ziemi i pieniądza to czysta fikcja. Niemniej dzięki tej fikcji zostały zorganizowane rynki pracy, ziemi i pieniądza5.

Przykładem zupełnie odmiennego paradygmatu może zresztą być także gospodarka wiejska, chłopska, która zdaniem wielu badaczy rządziła się całkowicie innymi prawami. Wybitny rosyjski ekonomista Aleksander Czajanow wskazywał, że gospodarstwa chłopskie kierują się własną logiką, opierająca się na zrównoważeniu nakładu pracy z uzyskiwanym dochodem. James Scott podkreślał natomiast, że rolnictwo kapitalistyczne, narzucone przez władze kolonialne w Azji Południowo-Wschodniej, było zamachem na wcześniejszą tradycję wiejskiej gospodarki naturalnej. Kapitalistyczny system rolniczy, polegający na eksporcie takich towarów, jak ryż czy guma, oraz utowarowieniu ziemi i pracy, zaszkodził chłopskiej gospodarce. Chłopski sposób produkcji polegał na wzajemności wśród mieszkańców wsi, na wspólnym zarządzaniu ważnymi zasobami i dzieleniu się nimi oraz na wspólnej pracy. Było to treścią norm moralnych, zawierających zobowiązanie do wzajemności, prawo do egzystencji i zasadę sprawiedliwej ceny. System chłopski rządził się zatem porządkiem moralnym i logiką ekonomiczną działającą na poziomie wspólnoty, a nie jednostki6.

***

Konsekwencją przyjmowania abstrakcyjnych zasad oraz traktowania ich jako nienaruszalnych, powszechnych prawideł rządzących ludzkim zachowaniem niezależnie od czasu i miejsca, jest też przekonanie, że istnieje jedna, obowiązująca wszystkich droga od kondycji pierwotnej do nowoczesności. Czyli uniwersalna strategia modernizacyjna, która sprawdzi się w każdych warunkach. Kraje zapóźnione gospodarczo muszą jedynie kopiować doświadczenia świata zachodniego.

Wyrazem tego przekonania była, powstała pod koniec lat 70., strategia Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która miała wprowadzić kraje Trzeciego Świata w system globalnej gospodarki. Interwencje państwa w gospodarkę uznano za główną przyczynę niepowodzeń na drodze rozwoju i wzywano do ich zaniechania. Warunkami otrzymania środków z programów dostosowania strukturalnego były masowa prywatyzacja państwowych przedsiębiorstw, zmniejszenie zatrudnienia w administracji, likwidacja części programów pomocy socjalnej, otwarcie rynków finansowych, które umożliwiało ponadnarodowym korporacjom kupowanie lokalnych zakładów, zmniejszenie ceł importowych, deficytu budżetowego i długu publicznego. Uczynienie efektywności gospodarczej głównym kryterium uzyskania pomocy zagroziło z kolei systemowi klientelizmu i dziedziczenia, będącemu podporą władzy większości krajów afrykańskich. W rezultacie doszło tam do gwałtownego spadku standardu życia, wzrostu stopy ubóstwa, zwiększenia śmiertelności, przemocy i niepokojów społecznych. Polanyi już w swojej „Wielkiej transformacji”, która ukazała się w 1944 r., opisał mechanizm przymusowego nawracania na zasady rynkowe. Stwierdzał, że główny wkład białego człowieka w świat czarnych to zaznajomienie ich z koszmarem głodu: Kolonizatorzy wycinali drzewa chlebowe, w sztuczny sposób pozbawiając krajowców pożywienia, albo nakładali podatek na posiadaczy szałasów, żeby zmusić ich do sprzedaży swojej pracy na korzystnych dla przybyszów warunkach. Występuje tu uderzająca zbieżność z procesem grodzenia pól w czasach Tudorów, kiedy powstawały hordy bezdomnych włóczęgów. W jednym z raportów Ligi Narodów znalazło się pełne niepokoju doniesienie o pojawieniu się w afrykańskim buszu „człowieka pozbawionego pana”, dobrze znanego z historii szesnastowiecznej Europy. W późnym średniowieczu pojawiał się on jedynie w „szczelinach” społeczeństwa. Jak się później okazało, była to forma, która dała początek nomadycznemu robotnikowi z XIX wieku. To, do czego posuwa się dziś biały człowiek w niektórych odległych rejonach – a więc rozbija struktury społeczne, żeby pozyskać czynnik pracy – w XVIII wieku realizował w Europie, a przedmiotem jego działań byli inni biali7.

Przekonanie o tym, że każdy kraj może podążać drogą Zachodu legło więc w gruzach. Okazało się, że zamiast modernizacji polityka ta przyniosła rosnące ubóstwo oraz gospodarczą i polityczną zależność. Zwrócili na to uwagę twórcy teorii zależności (dependyzmu), krytykujący kapitalizm jako system wyzysku peryferii, a cywilizację zachodnią jako opresyjną dla społeczeństw i gospodarek innych rejonów świata. Przykłady tego rodzaju pokazują, iż program gospodarczego rozwoju, który nie bierze pod uwagę realnej treści tradycyjnych reprezentacji, jakie tworzy sobie jakieś społeczeństwo na temat swojego środowiska i zasobów, jest narażony na bolesne rozczarowania8. Zwróćmy uwagę, że obserwacja ta ma zastosowanie zarówno do liberalnej wersji gospodarki kapitalistycznej, którą zajmowali się marksizujący dependyści, jak i do sowieckiego systemu nakazowo-rozdzielczego – również przecież implementowanego w krajach Trzeciego Świata – która pozostawała już poza zasięgiem ich zainteresowania.

***

Podstawową figurą myślenia liberalnego jest „człowiek ekonomiczny”, sportretowany przez Johna Stuarta Milla: jednostka wolna i egoistyczna, która jednakowoż – właśnie dzięki koncentracji na własnym interesie – przyczynia się do dobra ogólnego. Paradygmat ten, z biegiem czasu rewidowany i poszerzany, wciąż cieszy się dużym wzięciem pomimo skrajnie redukcjonistycznego charakteru i stanowi podstawę wielu analiz, zwłaszcza o charakterze publicystycznym. Antropologia od dawna sprzeciwia się tej wizji człowieka, podkreślając, że może ona być traktowana co najwyżej jako uproszczony model człowieka Zachodu, który dodatkowo pojawił się na określonym etapie jego historycznego rozwoju.

Bronisław Malinowski wykazywał w swoich pracach m.in., że człowiek nie jest samolubny z natury, że tkwią w nim duże pokłady altruizmu. Gwałtownie przeciwstawiał się w związku z tym „zmyślonej” i „niedorzecznej kukle” człowieka ekonomicznego, podkreślając, że hipotetyczny twór prymitywnego czy dzikiego człowieka, który we wszystkich działaniach kieruje się racjonalistyczną koncepcją własnego interesu, nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Prymitywny Trobriandczyk dostarcza nam właśnie przykładu, który zaprzecza tej fałszywej teorii. Pracując, kieruje się nader złożonymi motywami, mającymi charakter społeczny i tradycyjny, i zmierza do celów, które nie są z pewnością obliczone wyłącznie na zaspokojenie doraźnych potrzeb, czy też na bezpośrednie osiągnięcie utylitarnych korzyści. Przede wszystkim […] pracy nie wykonuje się na zasadzie najmniejszego wysiłku. Przeciwnie, wiele czasu i energii poświęca się na całkowicie zbędny z utylitarnego punktu widzenia wysiłek. Dalej, praca i wysiłek nie tylko nie są środkami do celu, lecz w pewnym sensie są celem samym w sobie. […] Ale najistotniejszy jest tutaj fakt, że wszystkie lub prawie wszystkie owoce pracy krajowca, a z pewnością wszelkie nadwyżki, które może uzyskać dzięki dodatkowemu wysiłkowi, nie stają się jego udziałem, lecz przechodzą na rodzinę żony. […] I chociaż praktycznie rzecz biorąc, nie czerpie on z zebranych przez siebie plonów osobistych korzyści w utylitarnym tego słowa znaczeniu, jako ogrodnik otrzymuje wiele pochwał i zyskuje sławę w zależności od ich rozmiarów i jakości, i to zarówno bezpośrednio, jak i publicznie […]. Trobriandczyk pracuje może nie tak bezpośrednio dla zysku, ale w dużym stopniu dla samej pracy i wkłada bardzo wiele wysiłku w uporządkowanie i ogólny estetyczny wygląd swego ogrodu. Motywem przewodnim jest w tym wypadku nie pragnienie zaspokojenia swoich potrzeb, lecz działanie bardzo złożonego splotu tradycyjnych sił, nakazów i powinności, wierzeń w siłę magii, ambicji społecznych i próżnostek9.

Warto zwrócić również uwagę na obecność w życiu wszystkich społeczeństw tzw. jednokierunkowych transferów gospodarczych (one-way economic transfers) wymykających się rynkowej logice handlu i wymiany. Są to np. dobroczynność, prezenty, darowizny, dary, gościnność itp., których znaczenie jest ogromne – również z ekonomicznego punktu widzenia. Podarki przyczyniają się ponadto zwykle do integracji społecznej, za ich sprawą tworzą się więzi między jednostkami. Stanowi to ważne odstępstwo od ogólnych zasad wymiany dóbr w kapitalizmie. Dobrym przykładem jest także opisany i zinterpretowany przez Malinowskiego rytuał wymiany Kula, stanowiący formę wymiany, pomiędzy plemionami zamieszkującymi wschodni fragment Nowej Gwinei i archipelag wysp wokół niej, dwóch przedmiotów: naszyjników z czerwonych muszli (soulava) oraz bransolet lub naramienników z białych muszli (mwali). Wymiana ta nie ma charakteru stricte handlowego, stanowi zaś przede wszystkim narzędzie socjalizacji i podtrzymywania więzi międzyplemiennych. Jej odkrycie i opisanie zachwiało racjonalistycznymi koncepcjami człowieka pierwotnego i skłoniło do pogłębionej analizy faktów ekonomicznych. W istocie Kula wskazuje na konieczność zrewidowania w świetle faktów całej koncepcji wartości w świecie pierwotnym, konieczność zrewidowania całkowicie błędnego zwyczaju nazywania wszystkich przedmiotów przedstawiających wartość „pieniędzmi” czy „monetą”, rozpowszechnionych poglądów na handel oraz własność w społeczeństwie pierwotnym10.

Zdaniem Malinowskiego idea racjonalności motywowanej egoistycznymi i materialistycznymi interesami nie tylko ma charakter bardzo etnocentryczny, ale też po prostu się nie sprawdza – nawet w odniesieniu do nowoczesnego zachodniego kapitalizmu. Pierwotne motywy działań ekonomicznych zawsze mają charakter głęboko społeczny i symboliczny, zawsze związane są z konkretną tradycją, kulturą i obyczajem. Każda kultura jest zaś zdeterminowana przez pewne postawy i emocje, rządzi się określoną logiką, wytwarza swój system wartości. Często popełnianym błędem jest mechaniczne przenoszenie kategorii wytworzonych w świecie zachodnim na obcy grunt kulturowy i szukanie tam ich odpowiedników. Max Gluckman zwracał uwagę na skłonność europejskich kolonizatorów do traktowania wodzów plemiennych jak właścicieli w europejskim rozumieniu, a ziemi nieuprawianej jako nieużytków, które można było natychmiast przywłaszczyć. Tymczasem bez uwzględnienia lokalnego kontekstu nie sposób zrozumieć wielu specyficznych dla danej kultury praktyk czy zachowań.

Przykład stanowić może słynna ceremonia potlaczu, praktykowana przez plemiona indiańskie z północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Jak pisze Ruth Benedict: Złożoność problemu wartości społecznych przedstawia się wyjątkowo wyraźnie w kulturze Kwakiutlów. Główny motyw, na którym wspierają się ich obyczaje i który w dużej mierze dzielą ze społeczeństwem nowoczesnym, to motyw rywalizacji. Rywalizacja jest walką, która koncentruje się nie na realnych celach działalności, lecz na usiłowaniu przewyższenia współzawodnika. Uwagę zaprząta już nie to, żeby dać wystarczające utrzymanie rodzinie czy zdobyć dobra, z których można korzystać czy cieszyć się nimi, lecz by prześcignąć pod tym względem sąsiadów i posiadać więcej niż oni. Wobec jednego wielkiego celu, jakim jest zwycięstwo, traci się z oczu wszystkie inne. Rywalizacja, w przeciwieństwie do współzawodnictwa, nie koncentruje się na pierwotnej działalności; z wyrobu koszów czy sprzedawania butów wytwarza sytuację sztuczną: zabawę polegającą na tym, żeby pokazać, iż można pokonać rywali. […] Wyścig nigdy się nie kończy. Im więcej dóbr gromadzi społeczeństwo, tym większymi żetonami posługują się ludzie, ale do końca gry jest równie daleko jak wtedy, gdy stawki były małe. W zwyczajach Kwakiutlów taka rywalizacja osiąga szczyty absurdu, zrównując inwestycje z masowym niszczeniem dóbr. O pierwszeństwo walczą oni głównie w gromadzeniu dóbr materialnych, ale często także – nie zdając sobie przy tym sprawy z przeciwieństwa – w rozbijaniu na kawałki najwyższych jednostek wartości, miedziaków, oraz w puszczaniu z dymem drewnianych domów, derek i łodzi. Społeczne marnotrawstwo jest tu oczywiste11.

Widzimy więc wyraźnie, że wedle antropologów mamy tutaj do czynienia z pewną racjonalnością, która jednak zdecydowanie różni się od tego, co zwykliśmy uważać za postępowanie racjonalne oraz co jest jako takie traktowane w ekonomii klasycznej. Wiele zachowań, które dla człowieka Zachodu wydają się zupełnie nieracjonalne, ma swoją logikę i racjonalność w ramach określonej kultury. Amerykański badacz Melford Spiro, zastanawiając się, dlaczego wielu ubogich Birmańczyków wydaje skromne dochody na cele, które z punktu widzenia człowieka Zachodu wydają się zbędne i bezużyteczne, np. uczty dla mnichów, rytuały religijne czy pagody, stwierdza, że tego typu działania stanowiły wyraz ich światopoglądu i przyjmowanej kosmologii oraz faktu, że i tak nie mogli zbytnio podnieść standardu życia poprzez oszczędzanie. Kierując się tymi przesłankami, ludzie dochodzili do racjonalnego wniosku, że wydawanie pieniędzy na mnichów, rytuały i pagody jest rozsądnym sposobem zdobywania prestiżu i szacunku, zapewnia korzyści w kolejnym wcieleniu, a zarazem dostarcza przyjemności. Nie musieli znać świadomie buddyjskiej filozofii, aby mogła ona wpływać na ich światopogląd i zachowanie. […] Birmańczycy nie byli więc specjalnie „uduchowieni” czy „metafizyczni”. Dążyli po prostu do racjonalnej maksymalizacji korzyści, kierując się kulturowo zdefiniowanymi potrzebami i wartościami, które były całkiem inne niż wartości statystycznego Amerykanina12.

Uznanie racjonalności za relatywną, zależną od kultury, może prowadzić do dwóch zasadniczych postaw. Z jednej strony można przyjąć, że istnieje jakaś gradacja „racjonalności”, w ramach której jedne są lepsze od innych (miernikiem mogą być wówczas np. – różnie definiowane – cywilizacyjny sukces i rozwój), jak to czynił Max Weber. Z drugiej strony mamy stanowisko radykalnej relatywizacji. Taką optykę reprezentuje choćby Marshall Sahlins, wedle którego kulturowe kategorie znaczenia są pierwotne wobec ludzkich dążeń. Pogląd, że ludzie we własnym interesie dążą do celów ekonomicznych, jest zasłoną dymną, „mitem założycielskim społeczeństwa kapitalistycznego” […]. Sahlins uważa, że wartości są arbitralne, nie mają uniwersalnych podstaw w pracy czy własności. […] sposób w jaki ekonomiści widzą świat, jest całkowicie symboliczny, choć im się wydaje, że mają do czynienia z namacalnymi przedmiotami13. Idą tym tropem Mary Douglas i Baron Isherwood w książce „The World of Goods”, szukając w nowoczesnych społeczeństwach źródeł konsumpcjonizmu, który nie ma charakteru naturalnego, bo pożądanie przedmiotów nie jest obserwowane choćby w społecznościach zbieracko-łowieckich. Próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie wolą jedzenie A niż B, pomimo iż wykazano, że obydwa są tak samo pożywne, a jedzenie B jest dodatkowo tańsze. Tego rodzaju odpowiedzi nie może ich zdaniem dać teoria „racjonalnego wyboru”, maksymalizacji wartości, a jedynie analiza kategorii kulturowych14.

Sahlins znany jest też z koncepcji pierwotnego społeczeństwa dobrobytu. Wbrew dominującym stereotypom wskazuje on, że współczesny system rynkowo-przemysłowy instytucjonalizuje i sankcjonuje niedostatek. Konsumpcja, jak pisze, stanowi podwójną tragedię, zaczyna się bowiem od poczucia niedoboru, a kończy poczuciem deprywacji. Rynek prezentuje człowiekowi oszałamiające bogactwo produktów teoretycznie dostępnych, ale nigdy nie dających się jednocześnie uchwycić. W związku z tym każdy nowy nabytek stanowi równocześnie rezygnację z czegoś innego. Właśnie z tej perspektywy – konsumenta, który nigdy nie jest zaspokojony w swej żądzy posiadania kolejnych rzeczy – patrzymy, jego zdaniem, na paleolitycznych łowców. Wyposażywszy myśliwego w burżuazyjne popędy i paleolityczne narzędzia, z góry oceniamy jego położenie jako beznadziejne15. Jednoczenie próbujemy ekstrapolować dzisiejsze trudne warunki życia ocalałych grup zbieracko-łowieckich na położenie ich przodków, podczas gdy współczesne problemy są efektem rugowania ich z bogatszych rejonów, kolonialnego przymusu oraz zniszczeń dokonanych przez europejski imperializm. Tymczasem, zdaniem Sahlinsa, myśliwy jest dokładnym przeciwieństwem człowieka ekonomicznego – jego potrzeby są niewielkie, a środki proporcjonalnie olbrzymie, wskutek czego jest on wolny od materialnych nacisków i cechuje go „nierozwinięty zmysł własności”.

Dane z życia Buszmenów, które przytacza, wskazują, że praca jednego człowieka trudniącego się zbieractwem lub łowiectwem zapewniała utrzymanie 4–5 osób. Co więcej, wykorzystywał on do tego jedynie 36 proc. swojego czasu, co równa się dwóm i pół dniom roboczym w tygodniu przy dniówce równej 6 godzin, czyli 15 godzinom pracy tygodniowo. Wartość energetyczna pożywienia wynosiła zaś 2140 kalorii na głowę przy dziennym zapotrzebowaniu szacowanym na 1975 kalorii. W podsumowaniu swoich wywodów Sahlins stwierdza, że to o współczesnym świecie można powiedzieć, iż około jednej trzeciej do połowy populacji co noc kładzie się spać głodna. W epoce kamienia odsetek ten musiał być o wiele niższy. To obecnie mamy epokę bezprecedensowego głodu. Współcześnie, w okresie największego postępu technicznego, głód się zinstytucjonalizował. Możemy więc odwrócić jeszcze jedną szacowną formułę: liczba głodujących wzrasta proporcjonalnie i bezwzględnie wraz z rozwojem kultury. […] Rozwój gospodarczy przyjmuje więc dwa przeciwstawne kierunki: wzbogacający, ale równocześnie zubożający, przywłaszczający w relacji do natury, ale wywłaszczający w stosunku do człowieka16.

Zanim zareagujemy na powyższe wywody uśmiechem pobłażania albo zaczniemy mówić o całkowitej nieadekwatności pojawiających się tu przykładów do współczesnych realiów, warto zauważyć, że w dzisiejszym „świecie dobrobytu” każdego dnia masy ludzi spychane zostają do praktyk znanych z gospodarki zbieracko-łowieckiej. Ale nie tej pierwotnej, lecz zdegenerowanej, znajdującej się w stadium schyłkowym, poddanej presji świata zachodniego, rugowanej z naturalnych siedzib, ograniczanej w swojej tradycyjnej działalności. Ich egzystencja uzależniona jest od urodzaju puszek i innego złomu zbieranego w koszach na śmieci, od powodzenia w polowaniu na wyrzucane masowo resztki ze stołów bogatych albo promocje i przeceny oferujące tańsze o kilkadziesiąt groszy produkty spożywcze. Co więcej, współcześni zbieracze i łowcy stanowią zazwyczaj pewną hybrydę angażującą się, w przeciwieństwie do swoich antenatów z czasów paleolitu, w różne formy „ekonomicznego” myślenia, które staje się jednocześnie przesłanką ich ciągłego poczucia deprywacji, dyskomfortu i niedosytu.

Nie przesądzając w tym miejscu, czy możemy w ogóle mówić o czymś takim jak uniwersalna natura człowieka, bo i nie to było przedmiotem rozważań, trzeba jednoznacznie stwierdzić, że należy odrzucić pretensje liberalizmu do odkrycia takowej. W związku z tym jego sztandarowe zasady nie tyle są na niej ufundowane i oparte, ile usiłuje on od lat ją modelować wedle swoich pryncypiów. To właśnie współczesny liberalizm poprzez promowaną przez siebie omnipotentną i żarłoczną „logikę rynkową” kształtuje więc współczesnego „człowieka ekonomicznego”, nastawionego wyłącznie na poszukiwanie i mnożenie osobistych korzyści, albowiem najbardziej odpowiada to jego interesom.

Przypisy:

  1. R. R. Wilk, L. Cliggett, Ekonomie i kultury. Podstawy antropologii ekonomicznej, Kraków 2011, s. 53.
  2. M. Buchowski, Neoliberalizm w Europie Środkowej – magia, religia czy nauka?, „Poznańskie Studia Slawistyczne” 2013 nr 4, s. 41.
  3. K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, s. 296.
  4. Ibid., ss. 58–62.
  5. Ibid., s. 88.
  6. R. R. Wilk, L. Cligget, op. cit., s. 39.
  7. K. Polanyi, op. cit., s. 196.
  8. M. Godelier, Idee i materia. Myśl, gospodarka, społeczeństwo, Kraków 2012, s. 43.
  9. B. Malinowski, Argonauci zachodniego Pacyfiku. Relacje o poczynaniach i przygodach krajowców z Nowej Gwinei, Dzieła, T. 3, Warszawa 1981, ss. 99–102.
  10. Ibid., s. 649.
  11. R. Benedict, Wzory kultury, Warszawa 2002, s. 305.
  12. R. R. Wilk, L. Cligget, op. cit., s. 156.
  13. Ibid., s. 163.
  14. T. H. Eriksen, Małe miejsca, wielkie sprawy. Wprowadzenie do antropologii społecznej i kulturowej, Warszawa 2009, s. 185.
  15. M. Sahlins, Pierwotne społeczeństwo dobrobytu [w:] Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, wyb. M. Kempy, E. Nowicka, Warszawa 2003, s. 278.
  16. Ibid., ss. 304–306.

Daj, ać ja pobruszę, czyli czego ekonomiści nie wiedzą o współpracy

Dominującym sposobem myślenia o ludzkich zachowaniach jest wyjaśnianie ich przez samolubność. Człowiek to przede wszystkim homo oeconomicus, który podejmuje możliwie najbardziej racjonalne decyzje, dążąc do maksymalizacji swoich korzyści przy jak najmniejszym nakładzie środków własnych. Twórcy koncepcji „człowieka gospodarującego”, Adam Smith i John Stuart Mill, uważali ją jednak tylko za model. Twierdzili, że w oparciu o nią nie jest możliwe przewidywanie faktycznych wyborów ludzi, gdyż kierują się oni również innymi, pozaekonomicznymi wartościami. Jednak wraz z rozwojem mikroekonomii samolubny homo oeconomicus zaczął być postrzegany jako istota z krwi i kości. Współczesna nauka coraz mocniej podważa sens takich przekonań.

Za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych teorii, u których podstaw leży właśnie ten model, ekonomiści starają się wyjaśnić i przewidzieć faktyczne zachowania ludzi. Na warsztat badawczy wzięli nawet zjawiska, które powszechnie uważa się za przeciwieństwo egoizmu, np. spontaniczną współpracę sprowadzili wyłącznie do oczekiwania odpłaty za dobro (teoria altruizmu zwrotnego) lub do budowania, by tak rzec, własnej marki (teoria kosztownego sygnalizowania). Odchylenia od założeń modelu homo oeconomicus uważają za błędy kalkulacji lub wpływ innych czynników, społecznych czy moralnych, którym jednak przypisuje się drugorzędną i marginalną rolę.

„Samolubny” paradygmat trzyma się mocno. Za sprawą książek popularnonaukowych i masowych mediów koncepcje mikroekonomiczne przenikają do powszechnej świadomości. Od ich wpływu nie jest wolna również tradycja lewicowa, np. u podstaw słynnej teorii sprawiedliwości Johna Rawlsa leży przekonanie, że człowiek jest istotą racjonalną w sensie ekonomicznym. My jednak uważamy próbę sprowadzenia zachowań moralnych, społecznych czy politycznych do samolubności za postawienie na głowie problemu przyczyn postępowania ludzi.

Niewydolność paradygmatu człowieka-samoluba chcemy pokazać na przykładzie zagadnienia współpracy. Od początku lat 80. powstało wiele empirycznych badań, które wykazują, że kooperacji nie można wyprowadzić z modelu homo oeconomicus. Jeśli chcemy sensownie mówić o motywach ludzkiej współpracy, to, obok skłonności egoistycznej, musimy uwzględnić również niezależną od niej skłonność grupolubną1. Na przykładach wybranych badań pokażemy, że u większości ludzi chęć współpracy ma charakter spontaniczny i jest prawie tak samo silna, jak dążenie do własnych korzyści. Jednocześnie badania te wykazują, że skłonność do współpracy wśród ekonomistów jest o wiele niższa niż u przeciętnego Kowalskiego, Jonesa czy Müllera. Upowszechnianie mikroekonomicznych dogmatów przez osoby wierzące tylko w bezwzględny egoizm (i praktykujące go w czasie eksperymentów) może zatem podkopywać naszą gotowość do współpracy.

Za darmo umarło, czyli ciężki żywot pasażera na gapę

Przydatność modelu homo oeconomicus w wyjaśnianiu ludzkiej współpracy postanowiła sprawdzić eksperymentalnie już na początku lat 80. para amerykańskich uczonych, Gerald Marwell i Ruth E. Ames. Wyniki ich badań były przełomowe i stały się punktem wyjścia dla wszystkich późniejszych badaczy, którzy powątpiewali, że dominujące teorie mikroekonomiczne dobrze opisują zachowania.

Marwell i Ames zajęli się niezwykle wówczas popularną hipotezą tzw. jazdy na gapę (free-riding). Miała ona wyjaśniać zbiorowe działania ludzi, którzy razem dokładają się do dobra wspólnego. Przeważająca część badaczy, wychodząc od modelu homo oeconomicus, argumentowała, że w takiej sytuacji racjonalna jednostka będzie unikać własnego wkładu i jednocześnie liczyć na zaangażowanie innych w tworzenie dobra wspólnego. Taka taktyka pozwoliłaby bowiem na minimalizację własnych kosztów (brak wydatków) przy równoczesnej maksymalizacji korzyści – z dobra wspólnego mogą korzystać wszyscy członkowie grupy, niezależnie od własnego wkładu. W sytuacji anonimowości i braku zewnętrznego przymusu jazda na gapę powinna być zjawiskiem powszechnym – wkład w dobro wspólne powinien być albo żaden (mocna hipoteza jazdy na gapę), albo o wiele mniejszy od optymalnej kwoty (słaba hipoteza jazdy na gapę).

Badacze postanowili przetestować tę hipotezę na dużych grupach ludzi, przeprowadzając kilkanaście eksperymentów, w których jednorazowo brało udział nawet ponad 100 osób. W jednym z nich każdy uczestnik otrzymywał pewną sumę żetonów, którą mógł wymienić na prawdziwe pieniądze, żetony te musiał jednak najpierw zainwestować. Badany miał do wyboru albo od razu wymienić żeton na gotówkę, co było odpowiednikiem prywatnej inwestycji, takiej jak np. umieszczenie pieniędzy na lokacie, albo zainwestować wspólnie z innymi graczami, przy czym wszystkie decyzje podejmowano anonimowo oraz nie były prowadzone negocjacje między graczami. W tym drugim przypadku zwrot z każdego zainwestowanego żetonu był wyższy, ale uzyskany w ten sposób „fundusz” dzielono po równo między wszystkich członków grupy, także tych, którzy się nie składali. Również oprocentowanie każdego żetonu zależało od wielkości uzyskanej sumy. Istniało więc znaczne ryzyko, że jeśli „zrzutka” będzie zbyt mała, to zwrot z inwestycji we wspólny fundusz będzie mniejszy, niż z prywatnej. W takich warunkach gracze musieli zdecydować się, jaki odsetek żetonów chcą wymienić w prywatnej inwestycji, a jaki – we wspólnej. Model homo oeconomicus przewidywał, że w takich okolicznościach ludzie będą wymieniać całe swoje sumy w prywatnych inwestycjach i ewentualnie liczyć na to, że trochę grosza wpadnie im do kieszeni z inwestycji tych, którzy lekkomyślnie zdecydowali się na grupowe działanie. Mówiąc inaczej, wszyscy mieliby jechać na gapę.

Wyniki, jakie uzyskano we wszystkich kilkunastu eksperymentach, okazały się przeczyć oczekiwaniom eksperymentatorów. Uczestnicy badań inwestowali w dobro wspólne średnio ok. 43 proc. wszystkich zasobów – znacząco więcej niż przewidywane zero lub kilka procent. Badaczom udało się zwiększyć ten odsetek nawet dwukrotnie, gdy lekko zmodyfikowali warunki eksperymentu. Wcześniej gracze inwestowali w podzielne dobro wspólne – uzbieraną w funduszu kwotę rozdzielano między uczestników, a więc korzyści ze współpracy były ostatecznie jednostkowe. O tak rozumiane dobro wspólne zabiegają np. związki zawodowe, gdy walczą o podwyżki. W jednym z eksperymentów gracze mogli się jednak złożyć na niepodzielne dobro wspólne, czyli takie, z którego korzysta się razem – jego przykładem jest choćby park miejski. Grupa nowo przyjętych, nieznających się jeszcze studentów z jednego piętra w akademiku miała możliwość przeznaczenia funduszu na dowolnie wybrane niepodzielne dobro wspólne (np. zestaw hi-fi). W tym przypadku uczestnicy inwestowali wspólnie średnio 84 proc. wszystkich zasobów.

Badania Marwella i Ames pokazały jeszcze jedną niezwykle ciekawą zależność: studenci ekonomii współpracowali znacznie rzadziej, a także częściej niż inni wybierali strategię jazdy na gapę. W tej grupie średnie inwestycje żetonów były na poziomie 20 proc., zbliżały się więc do zachowań prognozowanych przez model homo oeconomicus, choć należy podkreślić, że nawet i ten nieduży odsetek jest znacznie wyższy od przewidywanego. Badania nie rozstrzygnęły jednak, czy zachowanie studentów ekonomii wynika z autoselekcji osób podejmujących te studia, czy jest efektem indoktrynacji.

Klamka zapadła, czyli gra w ultimatum

Nie tylko gra w dobro wspólne, ale również „gra w ultimatum” podważa zasadność stosowania modelu homo oeconomicus. W tej grze para nieznajomych otrzymuje pewną kwotę do podziału między siebie, przykładowo 10 zł. Jednej z osób przypada rola składającej propozycję podziału kwoty, druga natomiast może tę propozycję przyjąć lub odrzucić. Osoba składająca ofertę otrzyma swój udział tylko wtedy, gdy partner ją zaakceptuje. Propozycję można złożyć tylko raz – stąd nazwa ultimatum.

Homo oeconomicus powinien zaakceptować każdą ofertę, nawet jeżeli podział jest skrajnie nierówny i wynosi np. 9 zł do 1 zł. Ta dodatkowa złotówka to przecież czysty zysk. I odwrotnie, osoba składająca propozycję powinna dążyć do tego, by wziąć dla siebie maksymalnie dużo. Przy tym nie musi obawiać się odmowy – dla drugiej strony nawet symboliczny grosz będzie korzyścią. Uczestnicy licznych eksperymentów opartych na „grze w ultimatum”, przeprowadzanych w najróżniejszych częściach globu, nie podporządkowywali jednak swoich decyzji takim kalkulacjom. Zwykle dzielili się kwotami po połowie (najczęstszy podział) lub w stosunku 60 proc. do 40 proc., pokazując tym samym, że w decyzjach finansowych nie chodzi wyłącznie o pieniądze, ale również – a może przede wszystkim – o inne wartości.

Poznawszy wyniki badania Marwella i Ames dotyczące jazdy na gapę, uczeni J. Carter i Michael D. Irons chcieli sprawdzić, czy również w przypadku „gry w ultimatum” można zaobserwować różnice między ekonomistami a resztą społeczności. Ich badania faktycznie wykazały odmienność tej grupy: studenci ekonomii zachowywali dla siebie średnio większe kwoty niż studenci innych kierunków (przy puli 10 dolarów: 6,15 dolara do 5,44 dolara) i częściej byli gotowi przyjąć niższe kwoty minimalne (średnia najniższa zaakceptowana kwota: 1,70 dolara do 2,44 dolara). Decyzje ekonomistów zbliżały się więc do prognozowanych przez model homo oeconomicus, ale nadal bardzo odbiegały od niego.

Urodzony, aby być ekonomistą?

Wyniki gier w „dobro wspólne” i w „ultimatum” z udziałem ekonomistów przykuły uwagę trójki badaczy: Roberta H. Franka, Thomasa Gilovicha i Dennisa T. Regana, którzy postanowili sprawdzić, czy studiowanie ekonomii prowadzi do erozji współpracy. Zagadnienie zafrapowało ich tym mocniej, gdy okazało się, że wyniki eksperymentów prowadzonych w sztucznych warunkach mają odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. Wyniki badań nad dobroczynnością, przeprowadzone na próbie pracowników naukowych, pokazały, że wśród wykładowców-ekonomistów odsetek osób, które nie przekazują darowizn, jest najwyższy, a mediana wartości ich datków – najniższa.

Poprzednie eksperymenty pozostawiały otwartą kwestię wpływu studiowania ekonomii na współpracę. Nie wynikało z nich jasno, czy skłonność ekonomistów, by zachowywać się jak przystało na „porządnego” homo oeconomicus była wynikiem autoselekcji wśród zdających na studia, czy może efektem treningu na kursach ekonomii. Badania zdawały się jednak sprzyjać pierwszej hipotezie. Trzech badaczy postanowiło sprawdzić oba wyjaśnienia, przeprowadzając eksperymenty z użyciem tzw. dylematu więźnia.

„Dylemat więźnia” jest grą, w której nieznajomi muszą zdecydować, czy chcą ze sobą współpracować, czy zdradzić drugą stronę. Zgodnie z zasadami gry zdrada przynosi większy zysk od współpracy. Jeśli jednak obaj gracze zdecydują się zdradzić, to obaj otrzymają niższą sumę, niż gdyby ze sobą współpracowali. Dodatkowo gracze muszą podjąć decyzję bez wiedzy o tym, co postanowiła druga strona2. W tej sytuacji, zgodnie z przewidywaniami modelu homo oeconomicus, gracz powinien wybierać zdradę. Wynikiem racjonalnych decyzji powinien być nieracjonalny (nieoptymalny) wynik – wariant, w którym obie strony zdradzają. Typową matrycę wypłat w tej grze przedstawia tabela nr 1.

Tabela nr 1. Wypłaty w „dylemacie więźnia”.

Gracz X

Współpraca

Zdrada

Gracz Y

Współpraca

2 dla X

2 dla Y

3 dla X

0 dla Y

Zdrada

0 dla X

3 dla Y

1 dla X

1 dla Y

Eksperymentatorzy zaprosili do badań studentów ekonomii i pozostałych kierunków. Wbrew teorii, 267 rozgrywek pokazało, że 60 proc. studentów spoza kierunku ekonomicznego wolało współpracować. Ekonomiści zdradzali znacznie częściej i procent decyzji o współpracy wynosił w ich przypadku tylko 39. Mimo przepaści między studentami ekonomii oraz innych kierunków studiów przyszli ekonomiści także nie zdali egzaminu na racjonalnego homo oeconomicus.

Badanie pokazały jeszcze jedną znaczącą tendencję. Podczas gdy odsetek zdrad wśród ekonomistów utrzymywał się na stałym poziome na różnych latach studiów, to wśród studentów innych kierunków spadał z każdym rokiem – magistranci o 10 proc. częściej decydowali się na współpracę niż ich nowo przyjęci koledzy. Skłoniło to badaczy do wysunięcia hipotezy, że słaba skłonność ekonomistów do współpracy wynika nie tylko z procesu autoselekcji (ta została jednoznacznie potwierdzona), ale że może być również efektem programu nauczania na wydziałach ekonomii.

Frank, Gilovich i Regan nie poprzestali na tym. Przeprowadzili badania ankietowe wśród nowo przyjętych studentów, by sprawdzić, jaki wpływ na kształtowanie postaw moralnych ma program nauczania ekonomii. Uczestnicy zostali podzieleni na trzy grupy: pierwszą stanowili studenci ekonomii, którzy uczęszczali na zajęcia z mikroekonomii koncentrujące się głównie na modelu homo oeconomicus; drugą – ekonomiści, którzy również zapisali się na zajęcia z mikroekonomii, ale poruszające omawianą teorię w zaledwie elementarnym wymiarze; trzecia, kontrolna, składała się ze studentów astronomii. W ankietach zadawano pytania dotyczące uczciwości. Studentom przedstawiano historie, w których jedni ludzie bogacili się na przypadkowych błędach innych, odnajdując na przykład zaadresowaną kopertę z pieniędzmi. Następnie eksperymentatorzy pytali badanych, czy wierzą, że ludzie korygowaliby te pomyłki, i czy sami zdecydowaliby się na uczciwość – np. na odesłanie koperty. Wszystkie trzy grupy studentów odpowiadały na ankietę dwa razy – pierwszego tygodnia swojej edukacji i pod koniec semestru. Dzięki temu badacze mogli ustalić, czy uczestnicy badań stali się mniej uczciwi pod wpływem procesu edukacji. Spadek standardów uczciwości zanotowano u obu grup studentów ekonomii, przy czym najwyraźniejszy był w pierwszej, która szczegółowo zapoznawała się z modelem homo oeconomicus. Teoria ekonomiczna skłaniała do zachowań egoistycznych i uzasadniała je, co można potraktować jako wyjaśnienie, dlaczego ekonomiści rzadziej dążą do współpracy.

Podobne wnioski płyną z niedawnych badań przeprowadzonych przez troje innych badaczy: Long Wanga, Deepaka Malhotrę i J. K. Murnighana. Po ostatnim kryzysie ekonomicznym postanowili przyjrzeć się edukacji ekonomicznej, którą oskarżali o rozpowszechnianie chciwości. Jak argumentowali, prezesi, którzy doprowadzili rynek nieruchomości do załamania, zachowywali się zgodnie ze wskazaniami modelu homo oeconomicus, niepohamowanie dążąc do maksymalizacji dochodów swoich przedsiębiorstw. Badania ankietowe pokazały, że studenci ekonomii znacznie częściej oceniają pozytywnie zachowania motywowane chciwością i mniejszą wagę przywiązują do sprawiedliwości. Deklaracje z ankiet znalazły odzwierciedlenie w warunkach eksperymentalnych. Uczestnicy brali udział w grze „w dyktatora”: badani tworzyli małe grupy, po czym jedna z osób („dyktator”) dowiadywała się, że otrzymała kwotę 10 dolarów, którą może, ale nie musi, podzielić się z pozostałymi członkami grupy. Studenci ekonomii zostawiali dla siebie średnio 7,80 dolara, podczas gdy pozostali studenci – 6,26 dolara3.

Co więcej, uczeni wykazali, że nawet krótka styczność z teoriami mikroekonomicznymi sprawia, iż postrzegamy niemoralne zachowania w pozytywny sposób, i wzmacnia egoistyczną postawę kosztem dążenia do sprawiedliwości. Aby to wykazać, ponownie przeprowadzono badania ankietowe, jednak tym razem wyłącznie wśród studentów pedagogiki, którzy nie spotkali się podczas edukacji z mikroekonomią. Zanim pedagodzy przystąpili do wypełnienia ankiet dotyczących percepcji chciwości, zostali podzieleni na trzy grupy: pierwsza czytała fragmenty klasycznych dzieł ekonomicznych, które wysławiały „cnotę” egoizmu; druga – teksty o jego negatywnych konsekwencjach; trzecia, kontrolna grupa – niezwiązany z eksperymentem tekst o gospodarce Malezji. Zgodnie z przewidywaniami członkowie pierwszej grupy znacznie częściej niż reszta upatrywali w chciwości pozytywnej moralnej wartości. Jeśli więc nawet pobieżne zapoznanie się z mikroekonomią zmienia przekonania moralne, można przypuszczać, że długotrwały trening ekonomiczny ma jeszcze silniejsze skutki.

Nu pagadi!, czyli o karaniu altruistycznym

Model homo oeconomicus nie tylko nie umożliwia zrozumienia specyfiki ludzkiej kooperacji, ale może także stać na przeszkodzie zarówno jej pojęciu, jak i praktykowaniu. Autorzy, którzy kontynuowali badania nad zjawiskiem jazdy na gapę z lat 80., odkryli pewien szczególny wzorzec zachowania, wymykający się prostej kalkulacji korzyści i strat – zjawisko altruistycznego karania.

W eksperymentach z 2002 r., prowadzonych przez Ernsta Fehra i Simona Gätchera, studenci ponownie zagrali w „grę w jazdę na gapę” w warunkach zbliżonych do oryginalnego eksperymentu. Tym razem jednak byli podzieleni na małe czteroosobowe grupy, a decyzje o inwestycjach rozkładały się na kilka rund, co pozwalało uczestnikom na modyfikacje strategii w zależności od rozwoju wydarzeń. Oprócz tego badacze wprowadzili przełomową innowację: uczestnicy mogli nie tylko inwestować pieniądze indywidualnie lub grupowo, lecz również poświęcić wybraną część swoich żetonów na karanie gapowiczów. Kara wiązała się z nakładami własnymi: każda decyzja o ukaraniu kosztowała gracza 3 żetony i odbierała pasażerowi na gapę 1 żeton. W najgorszym wypadku, gdy wszyscy trzej gracze jednocześnie karali gapowicza, ten tracił 3 żetony, jednak i tę decyzję podejmowano anonimowo – bez negocjacji.

Według teorii mikroekonomicznych żaden z graczy nie powinien decydować się na tak kosztowne posunięcie jak karanie, zwłaszcza że jego efektywność mogła być niewielka. Tymczasem kary wymierzano bardzo często! Zdecydowało się na nie przynajmniej raz 85 proc. studentów, a wielu z nich dyscyplinowało gapowiczów wielokrotnie. Kary w zdecydowanej większości przypadków były wymierzane równocześnie, co dawało dobrą nauczkę samolubom, których średnia wysokość inwestycji utrzymywała się wcześniej na poziomie niższym niż średnie inwestycje reszty graczy.

Możliwość karania sprawiała, że suma żetonów inwestowanych w dobro wspólne systematycznie rosła, by osiągnąć pułap ok. 75 proc. środków. Prawie 40 proc. graczy przynajmniej raz zainwestowało wszystkie zasoby w grupową wymianę. Kiedy eksperymentatorzy wracali do pierwotnej wersji eksperymentu, bez egzekwowania kar, inwestycje we wspólny fundusz spadały do 25 proc. Możliwość wymierzania kar diametralnie zwiększała nakłady na wspólne inwestycje, a w ten sposób zwiększała również zwrot z inwestycji całej grupy, w tym zyski gapowiczów poddanych presji – dlatego badacze postanowili nazwać odkryty wzorzec zachowania karaniem altruistycznym.

Późniejsze badania nad karaniem altruistycznym pokazały, że w różnych społecznościach rozkład osób skłonnych do współpracy i jazdy na gapę jest mniej więcej taki sam. Około 25 proc. wszystkich ludzi to osoby, które obierają strategię jazdy na gapę odpowiadającą przewidywaniom modelu homo oeconomicus. Kolejne 25 proc. to „święci”, bezwarunkowo dążący do współpracy. Natomiast połowa z nas to moraliści, którzy łączą własny interes z troską o sprawiedliwość – to na tej grupie wspiera się kooperacja.

Te trzy orientacje mają najprawdopodobniej podstawę biologiczną, jak pokazują badania neuroekonomiczne. Egzekwujący kary moraliści mają pobudzoną część układu centralnego nazywanego prążkowiem, odpowiedzialną za przyjemne uczucia, których doświadczamy, gdy bierzemy na kimś odwet. Prążkowie leży niedaleko tych części mózgu, których stymulacji nie mogły sobie odmówić szczury ze słynnego eksperymentu, podczas którego pozwolono im do woli pobudzać wybrany obszar mózgu i odczuwać przy tym wielką przyjemność. Skupione na swoich doznaniach zwierzęta padły wreszcie z głodu, mimo że woda i pokarm były dostępne. Ewolucja uczyniła nas istotami, które czerpią głęboką satysfakcję nie tylko z realizacji własnego interesu, ale również z zaprowadzania sprawiedliwości.

Byli liczni jak piasek nad brzegiem morza, czyli o ultraspołeczności

Pojęcie karania altruistycznego pozwala zrozumieć specyfikę ludzkiej współpracy. Ludzie należą do nielicznych gatunków, które tworzą tzw. ultraspołeczności, wymagające współpracy w bardzo dużych grupach, często z poświęceniem interesu własnego. Zwykle w przyrodzie taka spoistość grup osiągana jest przez przeniesienie funkcji rozrodczych na nielicznych członków, pozostali pozostają bezpłodni. Takie gatunki nazywa się euspołecznymi (eusociality) i należą do nich m.in. pszczoły, osy, mrówki czy termity. To bliskie pokrewieństwo genetyczne tych owadów nakazuje im poświęcać się na rzecz kolonii. Tymczasem nawet w pierwotnych społecznościach zbieracko-łowieckich tylko 10 proc. członków było ze sobą blisko spokrewnionych. Jesteśmy jedynym grupolubnym gatunkiem, który do ofiarnej współpracy popychają nie tylko więzy krwi, ale również symboliczna identyfikacja. Naszymi „genami” są flagi, herby, hymny, godła, wyznania wiary, języki, sztuka, historia itd. Bez nich nie utworzylibyśmy wspólnot większych niż grupy krewniacze.

Ultrasocjalność daje oczywistą przewagę ewolucyjną – gatunki zdolne do współpracy na dużą skalę wypierają te bardziej samotnicze. Ultraspołeczne gatunki owadów stanowią ponad połowę masy wszystkich owadów, mimo że na jeden ich gatunek przypada 50 innych. Podobnie w całym królestwie zwierząt dominacja ludzi nie ulega wątpliwości. Już Karol Darwin, rzekomy piewca drapieżnego indywidualizmu, przypuszczał, że selekcja naturalna przebiega nie tylko na poziomie osobniczym, ale również grupowym. W odniesieniu do ludzi znaczyło to, że społeczności, które są bardziej spójne i skuteczniej hamują egoizm jednostek, będą wychodzić zwycięsko ze współzawodnictwa z grupami przeżartymi egoizmem. Jeżeli pomiędzy dwoma plemionami dojdzie do współzawodnictwa – pisał Darwin – wówczas plemię, które posiada więcej odważnych, kochających się i wiernych sobie członków, niewątpliwie odniesie sukcesy i zwycięży drugie. O przewadze decyduje głównie zaufanie. Egoiści i kłótnicy nie będą współdziałać ze sobą, a bez współdziałania nic nie można dokonać. Plemię posiadające powyższe przymioty rozwinięte w wysokim stopniu będzie rozprzestrzeniać się i zwyciężać inne plemiona4.

Ta koncepcja doboru grupowego odeszła na długi czas w zapomnienie. Jej przeciwnicy wykazywali, że gotowe do poświęceń jednostki byłyby eliminowane w wyniku selekcji wewnątrzgrupowej, gdyż egoiści i gapowicze bezwzględnie wykorzystywaliby altruistycznych naiwniaków. Tym samym model homo oeconomicus, wywodzący się z tradycji filozoficzno-ekonomicznej, zyskał mocnego sojusznika w postaci biologii, która koncentrowała się na dobrostanie indywidualnego organizmu i potomstwa.

Przełom przyniosły dopiero w latach 90. publikacje Edwarda Osborne’a Wilsona i jego współpracowników. Dzięki ich pracom coraz częściej przyjmuje się, że selekcja naturalna przebiega równocześnie na wielu poziomach, w tym na poziomie grupowym. W tej koncepcji kultura jest jednym z czynników doboru, gdyż spaja niespokrewnione jednostki (co wyjaśnia teoria selekcji grup kulturowych). Pogodzenie jednostkowego i grupowego poziomu selekcji jest możliwe dzięki zjawisku karania altruistycznego. Umożliwia ono kooperację, ponieważ zabezpiecza moralistów i „świętych” przed mechanizmem jazdy na gapę. Badania nad karaniem altruistycznym odebrały ekonomicznej argumentacji podstawy biologiczne – przyroda stoi bowiem po stronie społeczników.

…i od ekonomii wybaw nas Panie!

Dwie omówione tu gry – „gra w dobro wspólne” i „dylemat więźnia” – prowadzą do paradoksalnych konsekwencji. Racjonalne ekonomicznie zachowania prowadzą do nieracjonalnych ekonomicznie efektów: jeśli zgodnie z modelem homo oeconomicus wszyscy chcieliby jechać na gapę, to „pojazd” nigdy nie ruszyłby z miejsca; tak samo zdradzający się wzajemnie „więźniowie” zarabiają mniej, niż gdyby nawzajem się kryli. I odwrotnie, ekonomicznie racjonalne efekty w postaci wspólnych dóbr wymagają zachowań nieracjonalnych ekonomicznie. Tę zależność widać najklarowniej w badaniach nad karaniem altruistycznym. Z punktu widzenia modelu homo oeconomicus wymierzanie kary było nieracjonalne, bo bardzo kosztowne. Jednak bez karania egoistów wkład uczestników we wspólny „fundusz”, przynoszący duże zyski, byłby kilkakrotnie niższy.

Teoria doboru grup kulturowych pozwala zrozumieć, dlaczego cechy odpowiadające za współpracę rozprzestrzeniały się wśród populacji. Zgrupowanie złożone z wcielonych homo oeconomicus nigdy nie osiągnie takich sukcesów, jak zgrana paczka niesamolubów. Dlatego nie powinniśmy patrzeć na skłonność grupolubną jak na podrzędną motywację – czynnik zakłócający zasadniczo egoistyczne pobudki. Nawet wysokie stawki nie są w stanie odsunąć na bok pozaekonomicznych motywów naszych działań – w jednym eksperymencie uczestnicy mogli wygrać w ciągu dwóch godzin nawet trzykrotność swoich miesięcznych pensji, jednak nie zmieniło to w znaczący sposób ich zachowania.

Tę moc zmieniania ludzkich postaw ma jednak edukacja ekonomiczna, na co wskazują wyniki dwóch badań. Nie trzeba potępiać w czambuł modelu homo oeconomicus. Grzechem kardynalnym wielu szlachetnych przedsięwzięć jest ignorowanie tej części natury ludzkiej, która zmierza ku racjonalnemu dysponowaniu swoimi siłami i środkami. Dla przykładu, oprogramowanie typu open source, które będzie nieefektywne, nie zyska rzeszy zwolenników. Z drugiej strony, mikroekonomiści potrafią pokazać, jak nawet drobne ułatwienia zmieniają świat na lepsze. Problem z modelem homo oeconomicus pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynamy go traktować jako wyjaśnienie zachowań ludzi z krwi i kości. Specyfiką ludzkiego świata jest występowanie tzw. refleksyjności: teorie, które mamy na własny temat, nie tylko opisują świat społeczny, ale także nas zmieniają. Społeczności, które wierzą, że za zasadniczo wszystkimi zachowaniami ludzi kryje się racjonalność ekonomiczna, będą bardziej skłonne dostosowywać zachowanie do ekonomicznej normy. Tymczasem jeśli model homo oeconomicus faktycznie wyraża czyjąś racjonalność, to jest to racjonalność „egoistów mimo wszystko” oraz samych ekonomistów. Powinniśmy o tym pamiętać, zanim zaczniemy się stosować do ich pomysłów – aby nie skończyć jako samotnicy bez grosza przy duszy.

Bibliografia:

Y. Bauman, E. Rose, Selection or indoctrination. Why do economics students donate less than the rest?, „Journal of Economic Behavior & Organization” 2011, t. 79, s. 318–327.

J. R. Carter, M. D. Irons, Are economists different, and if so, why?, „Journal of Economic Perspectives” 1991, t. 5, nr 2, s. 171–177.

E. Fehr, U. Fischbacher, E. Tougareva, Do High Stakes and Competition Undermine Fairness? „Journal of Economic Behavior & Organization” 2014, t. 108, s. 354–363.

E. Fehr, S. Gächter, Altruistic punishment in humans, „Nature” 2002, nr 415, s. 137–140.

R. H. Frank, T. D. Gilovich, D. T. Regan, Does studying economics inhibit cooperation?, „Journal of Economic Perspectives” 1993, t. 7, nr 2, s. 159–171.

R. H. Frank, T. D. Gilovich, D. T. Regan, Do Economists Make Bad Citizens?, „Journal of Economic Perspectives” 1999, t. 10, nr 1, s. 187–192.

J. Haidt, Prawy umysł, Sopot 2014.

G. Marwell, R. E. Ames, Economists free ride, does anyone else?, „Journal of Public Economics” 1981, t. 15, s. 295–310.

D. J. de Quervain, V. Treyer i in., The neural basis of altruistic punishment, „Science” 2004, t. 305, s. 1254–1258.

A. E. Roth, Bargaining and market behavior in Jerusalem, Ljubljana, Pittsburgh, and Tokyo, „American Economic Review” 1991, t. 81, nr 5, s. 1068–1095.

R. Selten, O. Ockenfels, An experimental solidarity game, „Journal of Economic Behavior & Organization” 1998, t. 34, s. 517–539.

P. Turchin, The myth of self-interest, w: War and peace and war, New York 2007, s. 109–137.

L. Wang, D. Malhotra, J. K. Murnighan, Economics education and greed, „Academy of Management Learning & Education” 2011, t. 10, nr 4, s. 643–660.

Przypisy:

  1. „Skłonność grupolubna” jest skrótem myślowym. Chodzi nam o działania, o których należy powiedzieć, że są niesamolubne, czyli nieracjonalne w sensie ekonomicznym, ale prowadzą do korzyści dla całej grupy. Ściślej, należałoby je wiązać z wieloma, bardzo zróżnicowanymi motywami działania – m.in. z empatią, sprawiedliwością, wzajemnością pozytywną i negatywną, solidarnością itd. Nie jest to jednak możliwe w artykule tego rozmiaru.
  2. W oryginalnym scenariuszu graczami są więźniowie, którzy razem popełnili przestępstwo. Organy ścigania przedstawiają więźniom propozycję: jeśli zdradzą swojego wspólnika, mogą zostać uniewinnieni. Jeśli jednak obie strony wzajemnie się zdradzą, to otrzymają kary wyższe, niż gdyby się nawzajem kryły. Stąd gra nazywa się dylematem więźnia.
  3. Gra „w dyktatora” jest zbliżona do gry „w solidarność”. W tej drugiej grze uczestnicy rywalizowali między sobą w małych grupach. Zwycięzcy mogli zatrzymać całą wygraną lub podzielić się z przegranymi, którzy nie otrzymali nic. Ekonomiści mniej chętnie zdobywali się na gest wobec konkurentów.
  4. K. Darwin, O pochodzeniu człowieka, Warszawa 1959, s. 125. Fragment cytatu skrócony.

Samoograniczająca się zmiana? Kooperatywy spożywcze w Polsce

W styczniu 2010 r. grupa znajomych założyła Warszawską Kooperatywę Spożywczą. To nieformalna organizacja stanowiąca próbę nawiązania do dawnej demokratycznej i oddolnej spółdzielczości spożywców, organizującej się w celu pominięcia kapitalistycznych pośredników. Wkrótce podobne kooperatywy zaczęły powstawać w innych miastach – w Łodzi, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Białymstoku, Katowicach.

Inicjatywy te miały – w duchu dawnych ideałów spółdzielczych – sprzedawać po niższych cenach żywność kupowaną bezpośrednio od producentów. Ale także tworzyć demokratyczną wspólnotę pomocy wzajemnej, głównie poprzez tzw. fundusz gromadzki, zbierany w postaci 10% kwoty od każdych zakupów na cele wspólne spółdzielni oraz wsparcie członków w potrzebie. WKS jest nieformalną spółdzielnią spożywczą. Inicjatywą świadomych konsumentów, którzy chcą budować sprawiedliwą, demokratyczną i ekologiczną gospodarkę, odwołując się przy tym do celów i wartości promowanych przez idee spółdzielcze. Tworzymy społeczność, która chce pozyskiwać zdrową żywność w sprawiedliwych cenach. Budujemy sieć współpracy producentów i konsumentów, w której celem jest zaspokajanie potrzeb stron, a nie zysk – deklarują warszawscy spółdzielcy na stronie internetowej. Podobnie piszą kooperatyści łódzcy, którzy zaczęli działalność w 2011 r. Kooperatywa zrzesza osoby, którym zależy na wcielaniu w życie idei spółdzielczości. Dzięki wspólnemu wysiłkowi co tydzień realizujemy hurtowe zakupy. Pozwala nam to nabywać produkty znacznie taniej, zazwyczaj bezpośrednio od producentów. W przeciwieństwie do jedzenia z marketu, mamy kontrolę nad jakością i świeżością produktów, które kupujemy, unikając przy tym marż pośredników. Obecnie w samej Warszawie funkcjonuje przynajmniej 6 grup, które określają się mianem kooperatyw. Od 2012 r. odbyły się trzy ogólnopolskie zjazdy kooperatyw spożywczych – w Warszawie, Łodzi i Krakowie. Tematem zainteresowały się także media1.

Nowe spółdzielnie są niewielkie w porównaniu z tymi z początku XX wieku czy z międzywojnia – liczą od kilkunastu do kilkuset członków. Jednak ich rosnąca popularność oraz powstawanie coraz to nowych grup pozwalają stwierdzić, że po latach istnienia czarnej legendy spółdzielczości jako reliktu PRL-u, mamy do czynienia z pewnym odrodzeniem idei żywej i oddolnej. Wiele też wskazuje, że nowemu ruchowi spółdzielni spożywczych trudno będzie rozwinąć się nawet na ułamek takiej skali, jaką cieszył się w dobie największego rozkwitu, zanim został wprzęgnięty w PRL-owską machinę centralnie planowanej gospodarki – pod koniec lat 30. XX wieku największy związek spółdzielczy w Polsce, „Społem”, liczył ok. 600 tys. członków. Wydaje się również, że nowo powstałe kooperatywy spełniają inną funkcję niż dawniej – w mniejszym stopniu służą celom socjalnym i emancypacyjnym, a w większym są sposobem na dystrybucję zdrowej, często ekologicznej żywności i realizację określonego stylu życia2. Należą do nich przede wszystkim lewicowo zorientowani aktywiści i inteligencja, ludzie młodzi i wykształceni. Powstają także kooperatywy innego typu (wspólnie z Dominiką Potkańską nazwałyśmy je kooperatywami zorientowanymi na konsumpcję3) – przypominają internetowe grupy zakupowe, a sprzedawana w nich żywność jest wyrafinowana i charakteryzuje się wyższymi cenami.

5 lat rozwoju

W ostatnich pięciu latach powstało ok. 30 kooperatyw spożywczych. Trudno określić dokładną liczbę zrzeszeń i ich członków. Są to w większości grupy nieformalne, które ulegają szybkim przemianom: jedne zawieszają swoją aktywność, inne powstają, nowi członkowie przychodzą i odchodzą, a niektóre kooperatywy przekształcają się w formalne organizacje. Można oszacować, że średnio jedna kooperatywa liczy ok. 50 osób, choć do niektórych okresowo należało ponad 500. Pierwsze kooperatywy spożywcze powstawały w środowiskach lewicowych aktywistów związanych z Młodymi Socjalistami, częściowo także z grupami anarchistycznymi. Są to w większości organizacje zarządzane w sposób niehierarchiczny, a funkcje takie jak przywiezienie towaru, ważenie, bycie „na kasie” czy sprzątanie, sprawowane są rotacyjnie. Niektóre, starając się usprawnić działania, wprowadziły funkcje koordynatorów, których kadencja trwa kilka miesięcy.

Kooperatyści początkowo jeździli po zakupy na giełdy warzywne, ale z czasem w mniejszym lub większym stopniu nawiązali bezpośrednią współpracę z rolnikami. Są to zazwyczaj gospodarstwa niewielkie, wiele z nich produkuje żywność ekologiczną, choć nie wszystkie posiadają oficjalny certyfikat. Poznańska Kooperatywa Spożywcza współpracuje z podmiotem ekonomii społecznej działającym w rolnictwie – Fundacją Marszewo. To gospodarstwo zostało powołane przez Fundację Pomocy Wzajemnej „Barka”, zatrudnia m.in. osoby wykluczone i bezrobotne. W Krakowie z kolei funkcjonują dwie spółdzielnie: Wawelska Kooperatywa Spożywcza (obecnie współpracuje z ok. 10 gospodarstwami, głównie ekologicznymi) oraz Krakowska Kooperatywa Spożywcza, współpracująca z aż kilkudziesięcioma gospodarstwami z okolic Krakowa i z Podkarpacia. Kooperatywy spożywcze powstały także w Katowicach („Kopera”), Białymstoku (Kooperatywa Spożywcza „Współpracownia” oraz Podlaska Zielona Kooperatywa), Opolu, Bydgoszczy i Toruniu. Niedawno utworzono kooperatywę w Gliwicach. Niektóre, jak Lubelska Kooperatywa Spożywcza, szybko zakończyły działalność. Wciąż powstają jednak nowe. W Warszawie w sierpniu 2014 r. ruszył pierwszy sklep spółdzielczy, założony przez kooperatywę spożywczą „Dobrze”. Aby móc uzyskać lokal od miasta, jej działacze zdecydowali się przyjąć formę stowarzyszenia. Sklep sprzedaje również osobom z zewnątrz, lecz członkowie stowarzyszenia otrzymują towar po niższych cenach.

W Warszawie funkcjonuje także kilka kooperatyw należących do typu „zorientowanych na konsumpcję” – jak Południowa, Grochowska czy Kooperatywa Północna-Smakoterapia. Startowały jako grupy na Facebooku, zarządzane zazwyczaj przez kilka administratorek, i w tym sensie można powiedzieć, że używanie przez nie określeń „kooperatywa” jest nieco na wyrost. Jednak część z nich przechodzi na bardziej demokratyczne formy zarządzania, większość posiada także formę wspólnego funduszu, np. w postaci składek członkowskich. Niektóre z nich dążą do formalizacji swoich działań, np. Kooperatywa Grochowska funkcjonuje od niedawna pod auspicjami fundacji oraz jest w trakcie tworzenia spółdzielni socjalnej, która będzie prowadziła sklep spółdzielczy. Niewątpliwie imponującym wyróżnikiem tego rodzaju kooperatyw jest skala ich działalności. Zapewniają setkom swoich członków tak szeroki asortyment żywności, że prawie nie muszą oni odwiedzać sklepów. Każda z nich współpracuje z kilkudziesięcioma rolnikami i producentami, którzy przywożą lub wysyłają warzywa i owoce, mięso, ryby, nabiał, przetwory czy produkty zbożowe. Oprócz tego sprzedają także inne produkty, jak np. kosmetyki czy ekologiczne środki czystości. Część producentów zaopatruje kilka kooperatyw. Jak wynika z niepublikowanych jeszcze badań Ruty Śpiewak z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, dla niektórych z nich kooperatywy stanowią aż ok. ¼ całego zbytu, stanowią więc one dość poważną siłą nabywczą.

Aktywność większości kooperatyw nie sprowadza się tylko do wspólnej pracy, niezbędnej do zakupów żywności. Kooperatywy organizują spotkania, warsztaty, wspólne posiłki, otwarte pikniki w miejskich parkach, dyskusje czy pokazy filmów. Wawelska Kooperatywa Spożywcza zainicjowała niedawno cykl „obiadów czwartkowych”, otwartych posiłków, w czasie których można uiścić dowolnej wysokości opłatę na jej rzecz. Jej członkowie organizują również wymianę ubrań czy warsztaty. Wielu uczestników podkreśla wagę wspólnotowego i towarzyskiego charakteru nowych spółdzielni, stanowiącego istotną motywację do wstępowania do nich. Kiedy ludzie są sobie równi, mają wpływ na to, żeby kształtować jakoś swoje otoczenie, swoją grupę, jest swobodny przepływ tych pomysłów i możliwości, szukamy jakichś dróg, które powinny, moim zdaniem, prowadzić do tego, żebyśmy byli społeczeństwem nie wyalienowanym, lecz rosnącym w siłę – mówiła o relacjach w spółdzielni była członkini WKS, obecnie w kooperatywie „Dobrze”. Oczywiście jedzenie jest istotne, ale jest w tym coś więcej, nie chodzi tylko o jedzenie, bo mogę pójść na targ i sobie to jedzenie kupić, i może nawet byłoby to szybciej, natomiast ważne jest to, że tworzy się grupa. I to, że jest to pewna społeczność – dodawała. Inny rozmówca określał kooperatywę w ten sposób: takie małe społeczeństwo, bo to właściwie jest społeczność. I to polega na zaspokajaniu najbardziej podstawowych potrzeb. Wydaje mi się, że tak to mogło wyglądać na początku. Taka podstawa społeczeństwa, które teraz właściwie funkcjonuje tylko z nazwy. Bo tak naprawdę nie widać żadnych tego typu działań społecznych, każdy żyje w oddzielnym świecie.

Jedzenie łączy – i dzieli

Choć kooperatywy to także społeczności, to jednak najważniejsza w nich jest żywność. Wokół niej koncentruje się działalność stanowiąca główną motywację uczestnictwa. Większość członków jest przekonana, że oferta kooperatywy różni się zasadniczo od tej ze zwykłego sklepu. Różne są oczekiwania wobec niej – jednym zależy na certyfikacie ekologicznym, innym na wytwarzaniu w tradycyjny sposób, jeszcze inni kładą nacisk na lokalne pochodzenie produktów. Kooperatyści przywiązują dużą wagę do wiedzy, skąd pochodzi żywność i jak jest uprawiana czy produkowana. Uzasadniają to na różne sposoby – część z nich odwołuje się do zdrowia i ochrony środowiska, wielu wspomina jednak o poczuciu kontroli nad swoim życiem, które dzięki tej wiedzy uzyskują. Czują się bardziej podmiotowi, samodzielni w swoich wyborach, mniej zależni od supermarketów i systemu reklam.

Często kieruję się impulsem przy kupowaniu jedzenia. Przy zakupach spółdzielczych już mniej, bo to wypada zaplanować – mówił jeden z członków WKS. To bardzo ważne w kooperatywie, że to nie jest zaspokajanie zachcianek, lecz świadome planowanie swojego pożywienia, co się będzie jadło i kiedy – stwierdzał inny. Dla członkini Gdańskiej Kooperatywy Spożywczej członkowie kooperatywy to ludzie, którzy zajmują się czymś, wydawałoby się, przyziemnym, czyli jedzeniem. Traktuje się to zwykle jako coś, co ktoś powinien załatwić za nas, a my to konsumujemy i myślimy, że wszystko jest w porządku z tym, co się nam dostarcza. A tutaj jest taka nieufność do dostawców i całego tego rynku produktów spożywczych. Może też w innych dziedzinach [kooperatyści] nie ufają różnym rynkom i przedsięwzięciom, dlatego na innych polach starają się samodzielnie w czymś uczestniczyć, decydować. I może właśnie dlatego zapisują się do kooperatywy, żeby zacząć odzyskiwać kontrolę.

Wiele osób mówi o tym, że żywność, którą kupują w kooperatywie, jest po prostu lepsza, bardziej „prawdziwa”. Ich stosunek do jedzenia przypomina ten, który można obserwować od lat 80. na Zachodzie, a którego początek można łączyć z powstaniem ruchu slow food, a obecnie z różnego typu alternatywnymi ruchami czy sieciami żywnościowymi. Odwrót od masowo produkowanej i dystrybuowanej („bezmiejscowej”, jak to ujęli badacze Murdoch i Miele) żywności wiąże się tam z potrzebą „łączności” z pożywieniem i ziemią, która je wyprodukowała, a także z powiązaną z jego produkcją społecznością lokalną. Członkowie tych ruchów niekoniecznie odwołują się także do jakości żywności jako zestawu zestandaryzowanych, mierzalnych cech – zamiast tego jeden z badaczy proponuje pojęcie „dobrej żywności”, które zawiera w sobie nie tylko takie cechy, jak smak i wygląd, ale także relacje pomiędzy producentami a konsumentami oparte na szacunku i zaufaniu4. W tym sensie „dobra żywność” pozwala wrócić do tego, co bliskie naturze, związane z terytorium, spersonalizowane, a zatracone w miejskiej cywilizacji poprzemysłowej. To właśnie, według wielu osób, z którymi rozmawiałam, zapewnia lub powinna zapewniać kooperatywa.

Badacze analizujący Alternative Food Networks (AFN) coraz częściej zwracają jednak uwagę na ekskluzywność nowych sieci żywnościowych, które z ekologii i żywności „prosto od rolnika” uczyniły sposób na podkreślanie swego statusu przez członków klasy średniej i stały się zamkniętymi przestrzeniami. Bardziej niż kolektywnemu dążeniu ku zmianie społecznej służą one realizacji indywidualnych strategii konsumentów, chcących uzyskać dostęp do zdrowszej czy bardziej „etycznej” żywności. I tak produkty ekologiczne, zrównoważone czy „sprawiedliwe” stają się po prostu jedną z wielu opcji do wyboru na rynku. Strategie zamożnych konsumentów opierają się m.in. na wyborze produktów o wysokiej jakości i wyrafinowanym smaku. Badacze wskazują, że często wyklucza to z gry najbiedniejszych producentów, którzy nie są w stanie dostarczyć produktu takiej jakości, jakiej oczekiwałby zachodni członek AFN5.

Polskie kooperatywy zdają się pełnić podobną funkcję. Wiele z nich zaopatruje się w żywność ekologiczną czy na inne sposoby nietypową (np. warzywa rzadko spotykane na rynku), która, co prawda, jest tutaj tańsza niż w komercyjnej dystrybucji, ale mimo wszystko nieco droższa niż zwykła żywność kupowana w przeciętnym sklepie, nie mówiąc już o dyskontach. Chociaż tańszy dostęp do dobrej żywności jest niewątpliwie pozytywną cechą kooperatyw, to dla osoby biedniejszej, która po prostu chciałaby taniej zrobić zwykłe, codzienne zakupy, nie stanowią one zazwyczaj atrakcyjnej alternatywy.

Wiele kooperatyw, zwłaszcza najstarszych, utworzonych przez lewicowych czy kontrkulturowych aktywistów społecznych, zajmuje się dystrybucją żywności dość specyficznej z punktu widzenia popularnych gustów. Część z nich ma profil wegetariański, należy do nich także wielu wegan, więc w asortymencie dominują warzywa i owoce, dużo jest produktów takich jak tofu, nasiona chia, tempeh itp., które nie są szerzej znane. Wegetariański profil kooperatyw sprawia, że do kooperatyw trafiają ludzie ze środowisk, gdzie taki sposób odżywiania jest elementem szerszego stylu życia, a więc często także już przekonanych do wartości stanowiących podstawę etosu spółdzielni.

Inne kooperatywy, jak np. warszawskie Południowa czy Grochowska, nie stronią od produktów mięsnych czy ryb, jednak nie oznacza to, że są pozbawione żywnościowych „barier”. Wiele ich towarów jest wyszukanych – jak jagnięcina z Nowej Zelandii, ekologiczne cytrusy z Sycylii czy cypryjskie sery, które charakteryzują się odpowiednio wyższą ceną.

Żywność jest nie tylko produktem koniecznym do życia – pozwala na integrację kooperatystów, budowanie wspólnoty. Ludzie, z którymi jesz, stają ci się automatycznie bliżsi. Ludzie, którzy robią ci jedzenie, są bardzo ważni – powiedział jeden z członków WKS. Chociaż to, co najbardziej mnie cieszy w kooperatywie, to robienie czegoś wspólnie – mówiła inna członkini. Żywność jest tematem scalającym ludzi – mówił członek kooperatywy poznańskiej.

Na „socjocentryczną” funkcję żywności wskazywało wielu socjologów i antropologów. Niektórzy zauważali jednak, że jest ona także wyznacznikiem grupowej tożsamości i w tym sensie strażniczką granic. Każdy posiłek jest ustrukturyzowanym wydarzeniem społecznym – pisała brytyjska antropolożka6. Wspólne jedzenie skłania do bycia razem, ale także wyklucza tych, którzy mają inne przyzwyczajenia i możliwości.

Niektórzy założyciele kooperatyw aktywistycznych mówili w wywiadach, że zależało im przede wszystkim na realizacji idei spółdzielczej i stworzeniu dostępu do taniej żywności. Zdecydowali się natomiast przyciągnąć osoby bardziej zainteresowane specyficzną żywnością, np. ekologiczną, żeby kooperatywy mogły się rozwijać: to była konsekwencja rozrastania się kooperatywy, bo w gruncie rzeczy mam wrażanie, że starym członkom aż tak nie zależało. Mieliśmy świadomość, że to jest coś, co przyciągnie ludzi do kooperatywy. W gruncie rzeczy była to inicjatywa nowych osób – powiedział jeden z założycieli Gdańskiej Kooperatywy Spożywczej. Taka polityka ma jednak obosieczny efekt, bo choć przyciąga nowych członków, którzy wcześniej nie byliby zainteresowani ideą spółdzielczą, to jednocześnie sprawia, że kooperatywy przesuwają swoje priorytety coraz bardziej w kierunku zaspokajania wyrafinowanych potrzeb żywnościowych. To natomiast zaczyna mocniej określać spółdzielnie w wymiarze klasowym i powoduje, że zdrowa żywność staje się ważniejsza niż zasady i wartości spółdzielcze. W postrzeganiu nowych kooperatyw przede wszystkim przez żywność i smak pomagają także media. Reportaż w tygodniku „Newsweek”, poświęcony kilku warszawskim kooperatywom, nosił tytuł „Wyznawcy smaku”, a „przewodnik”, jaki ukazał się w październiku 2014 r. w bezpłatnym dzienniku „Metro”, został zatytułowany „Kooperatywa: połączenie targu śniadaniowego, fair trade i tradycji” (to odwołanie do modnych w Warszawie i kilku miastach „targów śniadaniowych”, gdzie za naprawdę wysoką cenę można nabyć produkty regionalne, ekologiczne itp.).

Tymczasem pierwotnie spółdzielnie spożywcze powstały, by zaspokajać najbardziej podstawowe potrzeby biedniejszych warstw ludności. Tkacze z angielskiego Rochdale, założyciele Roczdelskiego Towarzystwa Sprawiedliwych Pionierów, uznawanego za pierwszą kooperatywę spożywczą (1844), sprzedawali najbardziej potrzebne produkty, takie jak kasza, mąka czy świece. Później asortyment spółdzielczych sklepów się rozrastał, jednak celem nie było zaspokajanie wyrafinowanych potrzeb, gdyż inna była baza społeczna ruchu. Dziś oczywiście sytuacja jest inna, a różnego rodzaju żywność łatwiej dostępna, choć dyskonty, które oferują ją taniej, sprzedają również produkty gorszej jakości. W obecnym kształcie kooperatywy jednak nie są w stanie zaoferować alternatywy dla osób, które z konieczności robią zakupy w najtańszych sklepach. Co prawda w dobie uprzemysłowionego rolnictwa rolę spółdzielni jako organizacji wspierającej drobnych, lokalnych rolników należy ocenić pozytywnie. Jest to reakcja na nowe warunki, które sprawiły, że rarytasem stała się żywność produkowana w sposób niemasowy. Warto jednak zdawać sobie sprawę z konsekwencji tego przesunięcia i próbować zastanowić się, w jaki sposób, utrzymując współpracę nowych spółdzielni z drobnymi, niszowymi producentami, sprawić, żeby ich produkty mogły być mimo to dostępne dla szerszej grupy członków. W niektórych kooperatywach, przynajmniej teoretycznie, jest to możliwe: w WKS czy w kooperatywie łódzkiej, które współpracują z lokalnymi rolnikami, ceny większości artykułów spożywczych są dość przystępne. Jednak istnieją także inne bariery, które utrudniają poszerzenie bazy społecznej spółdzielni.

„Ludzie z klimatów”

W zachodniej literaturze dotyczącej alternatywnych sieci żywnościowych i kooperatyw określa się zaangażowane w nie grupy szerokim terminem „klasa średnia”, czasem – „wyższa klasa średnia”. W Polsce, ze względu na odmienną strukturę społeczną, sprawa jest bardziej skomplikowana. Kooperatywy aktywistyczne powstają w środowiskach, które najbliższe są tradycyjnej charakterystyce inteligencji jako osób wykształconych, utrzymujących się z pracy niefizycznej, a jednocześnie nieposiadających dużych zasobów materialnych. To inteligencja specyficzna: ludzie młodzi, o poglądach raczej lewicowych, zaangażowani w różne inicjatywy społeczne. Z kolei kooperatywy zorientowane na konsumpcję bliższe są terminowi „nowa klasa średnia”, która dopiero tworzy się w największych miastach. Jak określiła to jedna z osób badanych, są to ludzie „zamożni”, „pracujący w mediach, w finansach”, „smakosze”. Ten drugi typ wciąż jeszcze stanowi mniejszość wśród kooperatyw, ale przyciągają one większą liczbę członków.

Dla pewnej części polskiej inteligencji zawsze istotne były idee egalitarne, społeczne zaangażowanie oraz nastawienie antymieszczańskie. Z drugiej strony, tę warstwę czy klasę charakteryzowało pewne zamknięcie, które w skrajny sposób charakteryzuje Józef Chałasiński, pisząc o „inteligenckim getcie”7. Szlacheckie pochodzenie inteligencji i jej degradacja ekonomiczna doprowadziły, zdaniem Chałasińskiego, do tego, że stała się ona zamkniętą grupą społeczną, pilnie strzegącą swoich granic. W zamkniętym środowisku inteligenckim ogromną rolę pełniło życie towarzyskie. Uczestnictwo w sieciach towarzyskich stało się niezwykle istotnym sposobem budowania pozycji społecznej, rangi intelektualnej czy wręcz utrzymania się. Z kolei socjolog Tomasz Zarycki dowodzi szczególnej pozycji inteligencji w Polsce, która opiera się na posiadanym przez tę grupę kapitale kulturowym8. W jego ujęciu etos inteligencki ma również ambiwalentny charakter – pojawiają się w nim uniwersalność, wartości demokratyczne i antyestablishmentowe, ale też ekskluzywność, oparta na nieformalnych relacjach. W świetle tej interpretacji szansę na integrację w kooperatywie zwiększa posiadanie specyficznego typu kapitału kulturowego. Do części składowych tego kapitału należą takie cechy czy sposoby zachowania, jak np. wegetarianizm lub weganizm, „chodzenie na prelekcje”, jak to określiła jedna z osób badanych (spotkania, wykłady, panele dyskusyjne, pokazy filmowe) czy demonstracje, czytanie pewnego zestawu książek, działalność w organizacjach pozarządowych czy innych nieformalnych grupach społecznych. Badania nad kooperatywami pokazały, że większość osób wstępuje do kooperatywy poprzez koneksje towarzyskie. Nie jest więc zaskakujące, że znajdują się tam ludzie o podobnych zainteresowaniach, wartościach, upodobaniach. Kooperatyści określają się czasami jako „indywidualiści”, sami siebie przeciwstawiając tzw. normalsom, czyli osobom spoza świata aktywistów społecznych. Oto kilka wypowiedzi członków kooperatyw, w których starają się opisać własną grupę:

To ludzie w wieku 25–35, single albo w związkach partnerskich, osoby wykształcone, jest też trochę osób młodszych, studentów, myślę też, że łączy ich to, że chcą być poza konwencją, szukają czegoś nowego.

Na pewno są to ludzie aktywni społecznie, którzy dużą ilość czasu poświęcają na działalność społeczną, są to też osoby bezrobotne albo osoby, które nie pracują z wyboru.

To są dość specyficzni ludzie. Powiedziałbym, że to są raczej jednak idealiści, ludzie, którzy są gotowi się poświęcić dla idei. Wszystkich ich łączy potrzeba zmiany społecznej.

To, co mówią kooperatyści, potwierdza, że są oni świadomi szczególnego charakteru społecznego kooperatyw. Wielu z nich postrzega także środowiskowy, inteligencki rys kooperatywy jako swoisty problem i wyzwanie. Tak mówił o tym jeden z działaczy Kooperatywy Spożywczej w Łodzi: Jeśli chodzi o przekrój członków, którzy się angażują, to myślę, że to są ludzie w większości między 25. a 40. rokiem życia. Wielu przedstawicieli wolnych zawodów. W większości są to ludzie, którzy już gdzieś działają. To nie są osoby, które przypadkowo się znajdują i pierwszy raz działają na rzecz pobudzania aktywności społecznej, tylko jest to świadome. To osoby, które wiedzą mniej więcej, czego chcą i mają jasno określony światopogląd. Sądzę, że to największe wyzwanie, które stoi przed kooperatywami, jeśli one chcą rzeczywiście zaistnieć i mieć jakiekolwiek znaczenie.

W wypowiedziach członków niejednej kooperatywy „aktywistycznej” pojawiły się zdania o konieczności zmiany tego stanu i przyciągnięcia normalsów. Jak mówi jeden z członków kooperatywy gdańskiej: Co do tego, żeby włączać normalsów wszyscy są zgodni, co często wywołuje różne zabawne sytuacje, kiedy na zebrania kooperatywy albo zakupy przychodzą ludzie słabo znający sens kooperatywy, a jeszcze częściej nie znający założeń ideowych większości z nas w wielu sprawach.

Stosunek spółdzielczych aktywistów do normalsów jest więc ambiwalentny. Z jednej strony artykułują oni potrzebę przyciągnięcia ich do kooperatywy i dzięki temu propagowania jej w szerszych kręgach. Z drugiej, widać wyraźny dystans wobec nich, co ma odbicie w samym pojęciu normalsa. Pozytywnie wartościowani są „wariaci”, aktywiści, którzy robią coś, czego nie muszą, coś, co wymaga dodatkowego wysiłku, dla idei. Normals jest osobą pożądaną w kooperatywie, ale również kłopotliwą – często jest nieaktywny, nie rozumie zasad funkcjonowania kooperatywy lub krytykuje lewicową symbolikę, do której przywiązani są najbardziej zaangażowani kooperatyści.

Członkowie kooperatyw podchodzą do problemu ekskluzywności spółdzielni na różne sposoby. Na drugim zjeździe kooperatyw spożywczych w Łodzi odbyła się dyskusja o „partycypacji” w kooperatywie, w trakcie której poruszono problem ekskluzywności. Jedna z uczestniczek dyskusji wówczas mówiła: I tutaj przechodzimy do innej bariery, a mianowicie te kooperatywy się integrują wewnętrznie i zostają różni ludzie, którzy się lubią. Którzy stworzyli pewną grupę towarzyską i to jest bariera wejścia, bo ktoś przychodzi i widzi, że te warzywa to tam są, ale chodzi o to, żeby się spotykać. Zatem, paradoksalnie, bardzo duży nacisk na towarzyskość, na więzi społeczne, tworzy pewną barierę wejścia.

Po pierwsze, mechanizm „selekcji” działa zatem „na wejściu”: w działalność kooperatywną angażują się najczęściej osoby o określonych zainteresowaniach i stylu życia. To do nich trafia idea kooperatywy jako pewnej alternatywy, oddolnego, niecodziennego działania, to im wydaje się ona atrakcyjna, godna bliższego zainteresowania. Po drugie, działa mechanizm eliminacji już po wejściu do kooperatywy – osoby, które w jakiś sposób nie pasują do dominującego profilu, same rezygnują z uczestnictwa w niej, zniechęcają lub z różnych powodów okazuje się, że nie są w stanie aktywnie funkcjonować w rytmie spółdzielni. Dla osób, dla których pierwszorzędną sprawą jest dostęp do niedrogich czy ekologicznych warzyw, prymat funkcji towarzyskiej nad pragmatyczną może być utrudnieniem, źródłem irytacji czy rozczarowania, argumentem za tym, że kooperatywa jest nieefektywna, w jakimś sensie „niewarta zachodu”. Jedna z osób, które odeszły z Warszawskiej Kooperatywy Spożywczej, opowiadała mi, że w związku ze swoim trybem pracy i życia czuła się w spółdzielni zmarginalizowana. Godziny, w których należało pełnić funkcje w kooperatywie, nie były dostosowane do jej czasu pracy; czuła się także outsiderką w kwestii niedopasowania wiekowego i ideologicznego. Po prostu czuję się mocno mniej alternatywna, nie jestem anarchistką. Może to przeszkadza bardziej mi niż komuś innemu, ale czuję, że jakby wyrastam, to jest środowisko ludzi, którzy są młodsi, więc mam wrażenie, że nie do końca pasuję.

Kruchość wspólnoty

Całkowicie nieformalny charakter większości kooperatyw spożywczych ma dobre i złe strony. Ponieważ kooperatywy są organizacjami zazwyczaj pozbawionymi oficjalnej hierarchii i funkcji, ich działanie opiera się na nieformalnej wiedzy, a wiele zadań jest powierzanych konkretnym osobom, które są najlepiej zorientowane w danej dziedzinie. Brak jasnego ich zdefiniowania prowadzi jednak często do rozmycia odpowiedzialności, co skutkuje chaosem, nieregularnością działań.

W niemal wszystkich kooperatywach mniejszym lub większym problemem jest niedostateczne zaangażowanie członków. Większość pracy często spoczywa na barkach kilku najbardziej zaangażowanych aktywistów. Część z nich wypala się i opuszcza kooperatywy. Sprawie niedostatecznego zaangażowania poświęconych jest wiele dyskusji i zebrań, także na zjazdach kooperatyw. W ten sposób opowiadają o tej bolączce: Jeżeli ciągle to są te same osoby, szczególnie do wyjazdów na giełdę, to jest po prostu trudne. Bo tak naprawdę mamy w tej chwili ze trzy samochody, trzy osoby, które mogą pojechać; ja już nie chcę jeździć. Jeździłem często, często było tak, że nikt się nie zgłosił, wiec mówiłem – dobrze, to pojadę, żeby zakupy się odbyły mimo wszystko. Już mam trochę tego dość. Więc ostatnio się po prostu nie odbyły. Stosunkowo często biorę na siebie tę rolę, gdy widzę, że grozi nam kryzys, że nie będzie miał kto jechać, więc się zgadzam. Nie byłem przy kasie, nie opłacało mi się akurat tego dnia robić zakupów, ale wiedziałem, że dla dobra kooperatywy ktoś musi… (Gdańska Kooperatywa Spożywcza).

To był duży problem związany z partycypacją i tym, że wziąłem na siebie za dużo obowiązków i nie było wystarczająco dużo rąk do pracy. I w pewnym momencie „przegrzałem” się, nie byłem w stanie wszystkiego ciągnąć i to skończyło się miesięcznym zawieszeniem działalności (Kooperatywa Spożywcza w Łodzi).

Część spółdzielni podejmuje wysiłki, by zachęcić nieaktywną większość do działania. Spółdzielnie WKS i Wawelska Kooperatywa Spożywcza powołały koordynatorów, którzy czuwają nad bieżącymi pracami; w obu funkcjonuje od niedawna obowiązek pracy dla kooperatywy w każdym miesiącu (w WKS należy wpisać się do grafiku przynajmniej na jedno zadanie miesięcznie). Ta ostatnia kooperatywa od niedawna również planuje przekształcenie się w sklep kooperatywny i stworzenie przy nim niewielkiego centrum spółdzielczego. Większa dyscyplina panuje w kooperatywach, które zdecydowały się na formalizację działania, np. w „Dobrze”. Tam każdy pracuje 3 godziny w miesiącu na rzecz sklepu. Również kooperatywy takie jak Grochowska czy Południowa wprowadziły obowiązek pracy członków na rzecz grupy.

Nieefektywność i chaotyczność kooperatyw są problemem szczególnie dla tych, którzy wstępują do nich głównie ze względu na dostęp do dobrej jakości i/lub tańszej żywności, czyli dla normalsów. Osoby, dla których kooperatywa jest swego rodzaju „naturalnym środowiskiem”, przechodzą nad tymi problemami, z większą lub mniejszą łatwością, do porządku dziennego. Organizacja, która pełni rolę grupy towarzyskiej, realizującej jej wartości samym istnieniem, nie musi działać do końca efektywnie – istotne jest samo jej funkcjonowanie jako miejsca spotkań towarzyskich i realizacji ważnych idei. Takie podejście sprawia jednak, że jeszcze trudniej przekonać do tej idei osoby, dla których jest ona czymś nowym. Prowadzi to nierzadko do rozczarowania praktyką funkcjonowania spółdzielni. W rezultacie wiele osób początkowo zapalonych do działania opuszcza kooperatywy. Jeden z członków kooperatywy gdańskiej łączy pojawiające się w niej problemy z zaangażowaniem z szerszymi trudnościami z działaniem społecznym w Polsce: W Polsce jest taka, a nie inna skala zaangażowania w bardzo różne rzeczy, łącznie ze związkami zawodowymi, które i tak funkcjonują lepiej niż inne formy aktywności. Wiem, jak w Polsce wyglądają stowarzyszenia, jak wyglądają ruchy lokatorskie, jak w Polsce wyglądają aktywności społeczne. Jest atrofia życia wspólnotowego, życia społecznego, dezintegracja społeczeństwa, atomizacja.

Tak już było?

Choć dziś kooperatywy spożywcze działają w innych warunkach i na nieco odmiennych zasadach, nie wydaje się całkiem bezzasadne porównanie z pewnymi aspektami dawnego rozwoju spółdzielczości na ziemiach polskich. Uderzające są podobieństwa początków spółdzielni spożywczych w zaborze rosyjskim, opisane przez Ludwika Krzywickiego, do teraźniejszej sytuacji kiełkujących spółdzielni. Nawiązuje on do pierwotnej propagandy spółdzielczej oraz przybliża początki pierwszych (od 1864 r.) spółdzielni spożywczych („Merkurego” w Warszawie, „Zgody” w Płocku i „Oszczędności” w Radomiu), ubolewając nad ich nieefektywnością i mizernymi wynikami. O początkach kooperacji pisze, że zaszczepiono ją na glebie nieodpowiedniej – warstw względnie zamożnych, których wymagania są zanadto urozmaicone […], a nadto warstwy te nie potrzebują się zbytnio liczyć z każdym groszem wydanym, co poskutkowało obojętnieniem członków i zatrzymaniem rozwoju zrzeszeń9.

Krzywicki niezwykle sugestywnie opisuje proces dezintegracji spółdzielni spowodowanej rosnącą obojętnością i indolencją jej członków: A przede wszystkim nie byli przeniknięci poczuciem pożytku i potrzeby zrzeszania się. Wielu zapisało się do stowarzyszeń, ponieważ pisma rozwodziły się nad kooperacją, idea zaś była modną; inni dali składki, uważając to za obowiązek obywatelski, od którego nie wolno się uchylać, jeszcze inni liczyli, że koszta ich utrzymania spadną o 25%. Ale zyski nie dopisały, drobne oszczędności ginęły w budżecie domowym, o idei zapomniano; kierownictwo stowarzyszeń wymagało nie tylko dobrych chęci, ale znajomości i pracy – i zrzeszenie nasze prowadziło wątły żywot, podtrzymywane nie z potrzeby, ale dla honoru10.

„Rozwodzenie się pism nad kooperacją” i „modna idea” to opis, który równie dobrze mógłby pasować do współczesnych kooperatyw spożywczych. Również podtrzymywanie zrzeszenia „dla honoru” wydaje się być analogiczne do stanu, który jeden z badanych nazwał „zabawą aktywistów”. Nowo powstające spółdzielnie pełnią niewątpliwie inną rolę niż wzrost emancypacji czy samopomocy ekonomicznej – konsolidują środowisko i wzmacniają więzi społeczne w ramach nowego „inteligenckiego proletariatu”. Wielu członków kooperatyw wskazuje wszak na dużą rolę społeczną i towarzyską kooperatywy, na to, że jest ona miejscem nawiązywania kontaktów z podobnymi sobie ludźmi, wzajemnej pomocy nie tylko na polu zaopatrywania się w warzywa. W tym sensie kooperatywy stają się formą samoorganizacji społecznej, która, choć ekskluzywna, może pełnić funkcję zalążka brakujących więzi społecznych i samoorganizacji. Jest niewątpliwie także tym, na co wskazywał inny teoretyk spółdzielczości, Edward Abramowski – szkołą demokracji i współdziałania. Istnienie kooperatyw dowodzi również, że dystrybucja żywności poza komercyjnym rynkiem, z pominięciem pośredników, wciąż jest możliwa.

Otwarte pozostaje pytanie, na ile kooperatywy spożywcze, pomimo środowiskowego charakteru, mogą oddziaływać na szersze otoczenie. I tu znów odwołam się do tego, co w „Stowarzyszeniach spożywczych” pisał Krzywicki – wskazując na słabość pierwszych kooperatyw, jednocześnie doceniał ich pionierski, inspiratorski charakter. To one pokazały, że założenie spółdzielni jest możliwe. Dlatego też należy docenić wysiłek twórców nowych kooperatyw spożywczych, które „odgrzebały” stare zasady funkcjonowania stowarzyszeń konsumentów i na niewielką skalę wcielają je w życie. Gdyby ktoś mi zadał pytanie, czy warto, żeby kooperatywy spożywcze istniały, nawet w swoim niedoskonałym kształcie, odpowiedziałabym bez wahania, że tak. Ważne jednak, żeby znały swoje ograniczenia, by móc wprowadzać takie reformy, które uczynią je bardziej otwartymi i sprawniej działającymi.

Przypisy:

  1. Niniejszy tekst piszę z perspektywy (już pięcioletniego) członkostwa w jednej z nich, Warszawskiej Kooperatywie Spożywczej. Poza tym jako socjolożka, w ramach badań do pracy doktorskiej przygotowywanej w Instytucie Socjologii UW, przeprowadziłam ponad 40 wywiadów z członkami 14 kooperatyw w całej Polsce. W artykule posługuję się cytatami z niektórych rozmów.
  2. O tendencji przekształcania się kooperatyw w ruch skupiony przede wszystkim na konsumpcji pisał także T. Sikora, Jedzenie to tylko narzędzie. Refleksje po III zjeździe kooperatyw spożywczych, http://www.ekonomiaspoleczna.pl/wiadomosc/990748.html
  3. A. Bilewicz, D. Potkańska, Jak kiełkuje społeczeństwo obywatelskie? Kooperatywy spożywcze jako przykład nieformalnego ruchu społecznego, „Trzeci Sektor” 2013, nr 31.
  4. C. Sage, Social embeddedness and relations of regard: alternative „good food” networks in south-west Ireland, „Journal of Rural Studies”, 2003, nr 19.
  5. R. Bryant, M. K. Goodman, Peopling the practices of sustainable consumption: eco-chic and the limit of the spaces of intention, „Environment, Politics and Development Working Paper Series” Department of Geography, King’s College London, Paper # 55, Year 2013.
  6. M. Douglas, Odszyfrowywanie posiłku [w:] Tejże, Ukryte znaczenia, Warszawa 2007, s. 347.
  7. J. Chałasiński, Przeszłość i przyszłość inteligencji polskiej, Warszawa 1958.
  8. Por. np. T. Zarycki, Kapitał kulturowy. Inteligencja w Polsce i w Rosji, Warszawa 2008.
  9. L. Krzywicki, Stowarzyszenia spożywcze. Ustęp z dziejów kooperacji, Warszawa 1903.
  10. Tamże, s. 274.
Polska na peryferiach – rozmowa z dr Anną Sosnowską

Polska na peryferiach – rozmowa z dr Anną Sosnowską

– Od kiedy tak naprawdę jesteśmy peryferiami, czyimi i jakie to ma znaczenie dla dzisiejszej rzeczywistości Polski i naszego regionu?

Dr Anna Sosnowska: Polska historiografia i socjologia historyczna, którą analizowałam w swojej książce „Zrozumieć zacofanie. Spory historyków o Europę Wschodnią (1947–1994)”, a w ślad za nią lub równolegle naukowcy z innych krajów, odpowiadają dwojako na pytanie o początek naszej peryferyjności. Marian Małowist i jego uczniowie, do których należy np. znany amerykański myśliciel Immanuel Wallerstein, dopatrują się źródeł gospodarczej zależności Europy Wschodniej w XVI w. i początkach nowożytności. Według autorów tej koncepcji był to bowiem okres ekspansji terytorialnej Zachodu i zarazem czas narodzin kapitalizmu. Twierdzili oni, że kształtująca się wtedy struktura handlu europejskiego zdecydowała o tym, że Europa Wschodnia stała się dostawcą surowców i peryferiami, a północny zachód Europy – wytwórcą dóbr przetworzonych i centrum nowego systemu światowego. Europę Wschodnią rozumiał zaś Małowist szeroko – od Europy Bałtyckiej (w tym ziem polskich), przez Karpacką, aż po Bałkany, choć typ gospodarki w każdej z tych stref był inny: my handlowaliśmy zbożem, Europa Środkowa bydłem i innymi zwierzętami, a Bałkany kruszcami. Małowist stawiał jednak tezę, że pod względem strukturalnym mechanizm był we wszystkich trzech przypadkach podobny: lokalne elity arystokratyczne weszły w relacje handlowe z dynamicznymi kupcami z Zachodu, którzy organizowali handel między wschodem a zachodem Europy. Europa Wschodnia stała się w rezultacie źródłem tanich surowców: zboża, zwierząt, metali. W tym samym czasie, gdy rodzące się gospodarki kapitalistyczne rozwijały się, gospodarki wschodnioeuropejskie popadały w stagnację i uzależnienie od eksportu surowcowego, utrwalając feudalne status quo u siebie. Wedle tej wizji Europa Wschodnia byłaby więc pierwszą kolonią gospodarczą i peryferiami świata zachodniego. Warto tu dodać, że Małowist, o ile mi wiadomo, nie znał teorii zależności, choć jej zręby istniały już w czasie, gdy formułował swoje hipotezy, wyrażone np. w tezach argentyńskiego ekonomisty Raula Prebischa. Podobne próby wyjaśnienia zacofania powstały więc niezależnie od siebie w dwudziestowiecznej Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej.

– A druga odpowiedź na pytanie o źródła zależności naszego regionu?

– Koncepcje Małowista miały w polskiej historiografii bardzo poważnych krytyków. Argumentowali oni, że jego tezy stanowią projekcje realiów nowoczesnego globalnego kapitalizmu w przeszłość. Najważniejsi polemiści Małowista – Jerzy Topolski i Andrzej Wyczański – twierdzili, że dopiero od XIX w. można zacząć mówić o kapitalistycznym systemie światowym i o kolonialnych zależnościach między Zachodem a innymi regionami. To prawda – powiadają – że rozwój społeczno-gospodarczy Europy Wschodniej między XVI a XVIII w. przebiegał inaczej niż na Zachodzie, ale nie wynikało to z zależności międzynarodowych. Przeprowadzone przez nich szczegółowe badania wskazywały, że bilans w handlu międzynarodowym był dla XVI-wiecznej Rzeczpospolitej dodatni. Ilość zboża eksportowanego z polskich folwarków na Zachód była przy tym na tyle mała w stosunku do ogółu produkcji, a liczba folwarków nastawionych na produkcję towarową i eksport tak niewielka, że to nie eksport zbożowy decydował o charakterze krajowej gospodarki.

Jednak, inaczej niż Małowist, jego polemiści nie stworzyli „eleganckiego” kontr-modelu rozwoju Europy Wschodniej, nie podali atrakcyjnej i wpływającej na zbiorową wyobraźnię odpowiedzi na pytanie o przyczyny upadku Rzeczypospolitej czy regionalnego zacofania. Andrzej Wyczański argumentował, że Rzeczpospolita XVI w. była średnim, nieco opóźnionym w stosunku do północnych Włoch, Francji, a także Niemiec, krajem europejskim. Była słabiej zaludniona, z mniej rozwiniętą – zwłaszcza w litewskiej części kraju – siecią instytucji tworzących ówczesną cywilizację: kościołów, miast, uniwersytetów, szkół. Według niego XVI w. był jednak naprawdę Złotym Wiekiem historii Polski, w którym z powodzeniem imitowała i doganiała ona europejską awangardę cywilizacyjną. Dopiero wiek XVII i XVIII przyniósł osłabienie pozycji kraju. Rzeczpospolita ze swoją demokracją szlachecką i dominacją szlachty nad chłopem pozostała wyjątkiem w Europie. Jerzy Topolski kojarzył natomiast ukształtowanie się osobnych dróg wschodu i zachodu Europy z XV–XVI w., ale kryzys tutejszego modelu lokował dopiero w XVII i XVIII w. Na poziomie wyliczeń i argumentów faktograficznych Topolski i Wyczański byli w stanie przekonująco wykazać, że uzależnienie od międzynarodowego handlu zbożowego w przedrozbiorowej Polsce po prostu nie miało miejsca, a źródła wtórnej pańszczyzny okresu nowożytnego tkwiły przede wszystkim w niższej gęstości zaludnienia.

– Czyli ten spór został rozstrzygnięty, a teza Małowista została w sposób ostateczny obalona?

– Nie, nie można tak powiedzieć. W debatach dotyczących odległej historii weryfikacja tez przebiega inaczej niż w fizyce. Interpretacja, a nie teoria, jest formą wyjaśnienia w historiografii. Do wielu danych nie mamy już dostępu i w tym sensie trudno o jednoznaczny wyrok. Możliwe są tylko interpretacje ograniczonego materiału badawczego, żadnej teorii nie jesteśmy w stanie zweryfikować empirycznie, np. przez przeprowadzenie eksperymentu.

Z historycznego punktu widzenia wyliczenia Topolskiego i Wyczańskiego dotyczące handlu zbożowego wydają się jednak przekonujące. Z drugiej strony warto dodać, że w modelu Małowista – inaczej niż choćby u inspirującego się jego myślą Wallersteina – ważne są nie tylko czynniki ekonomiczne, związane z wyzyskiem czy strukturą handlu, ale także kwestie społeczno-kulturowe. O tym mianowicie, czy jakiś kraj popadł w zależność od eksportu surowcowego, decydować miały według niego do pewnego stopnia lokalne elity. Małowist zwraca uwagę chociażby na przypadek XIX-wiecznej Japonii, która miała przed sobą podobne dylematy i zagrożenia, a jednak nie weszła na ścieżkę rozwoju zależnego. Miało to w jego ocenie związek ze stosunkiem lokalnych elit do Zachodu. Dla magnatów wschodnioeuropejskich Zachód i styl życia jego elit stanowiły obiekty fascynacji i aspiracji. W tym kontekście można byłoby brać pod uwagę hipotezę, że grupa posiadaczy ziemskich, która eksportowała swoje towary na Zachód, mogła być stosunkowo niewielka, ale mieć szczególne wpływy, szczególnie w sensie kulturowym. Wydaje się, że quasi­-kolonialnego modelu Małowista można bronić jako interpretacji, która wykracza poza potwierdzone fakty historyczne.

– Czy powinniśmy zatem odrzucić jako naukowo nieudowodnioną tezę o peryferyjności Europy Wschodniej czy o jej kolonialnej zależności wobec Zachodu?

– Nie do utrzymania jest ten z wariantów wspomnianej interpretacji, który ostatecznie lokuje źródła zależności już w XVI w. To wciąż kwestia sporna. Koncepcja zacofania czy peryferyjności, przyjmowana przez Małowista, Witolda Kulę czy wspomnianego już Wallersteina, kojarzy je z wejściem w orbitę kontaktów politycznych i gospodarczych, a przede wszystkim handlowych, z silniejszym partnerem na zachodzie Europy. Natomiast nie do zbicia jest teza, że Europa Wschodnia jeśli nie w XVI, to w kolejnych wiekach, znalazła się w tej orbicie.

Dość powszechnie przyjęta jest w naukach społecznych – od historii po ekonomię – ocena, że od XIX w. możemy już z całą pewnością mówić o świecie w pełni zglobalizowanym, silnie współzależnym, w którym istnieją centra rozwoju oraz regiony i państwa peryferyjne. Od tego momentu nie możemy już mówić w Europie Wschodniej o rozwoju autonomicznym i nie da się badać jej gospodarki w oderwaniu od tego, co dzieje się na świecie, a szczególnie na Zachodzie.

– Wróćmy jeszcze do XVI-wiecznej refeudalizacji Rzeczpospolitej, która – można argumentować – przyczyniła się do wejścia na tory rozwoju zależnego w późniejszym okresie. Jak ją wytłumaczyć bez odwołania się do wymiaru struktur międzynarodowego handlu?

– Utrzymanie pańszczyzny w XVI w. można tłumaczyć, za Wyczańskim, niską gęstością zaludnienia. W warunkach niskiego zaludnienia prawo ekonomii klasycznej nie działa – niska podaż siły roboczej nie skutkuje jej wysoką ceną, lecz zniewoleniem. Tak stało się w Europie Wschodniej i w skolonizowanych Amerykach. Mnie przekonuje jednak wyjaśnienie Jerzego Topolskiego. Według niego zawinił dość złożony, nieszczęśliwy dla naszego regionu splot okoliczności, którego negatywne skutki były widoczne dopiero w XVII w. Dopiero wtedy pańszczyźniana praca okazała się niewydajna, a oparta na niej gospodarka – niezdolna do konkurencji z gospodarką Zachodu, bazującą na wolnej sile roboczej i dążącym do pomnażania zysków mieszczaństwie. Do tego doszły wojny i polityczna słabość Rzeczypospolitej wobec absolutystycznych, ekspansywnych krajów europejskich. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, że np. na Bałkanach nie było pańszczyzny, a mimo to podążyły one drogą podobną do Rzeczpospolitej i znalazły się pod wpływem zachodnich mocarstw, zanim zostały włączone do Imperium Osmańskiego. W Rosji z kolei istniała pańszczyzna, a jej sytuacja gospodarcza była podobna do naszej, lecz kraj ten wyrósł w kluczowym momencie na potęgę polityczną i militarną. Hiszpania, która była mocarstwem kolonialnym i nie miała pańszczyzny, popadła w XVII w. w ogromne tarapaty gospodarcze.

– A jakie konsekwencje miał peryferyjny status dla dalszej historii Polski i regionu? Jak wpłynął on np. na rozwój i strukturę jej społeczeństw?

– W moim najgłębszym przekonaniu, co najmniej od XIX w. podział klasowy zarysowuje się nie tylko w ramach konkretnego społeczeństwa, ale również na poziomie systemu globalnego. Globalna elita jest usytuowana w centrum systemu, peryferie zamieszkiwane są zaś przez elity niższych rzędów oraz przez – mocno nadreprezentowane – klasy niższe. Cechą charakterystyczną społeczeństw peryferyjnych był np. stosunkowo duży udział ludności rolniczej, chłopskiej, często pracującej (do XIX w.) w warunkach niewolniczych lub półniewolniczych.

– Te różnice wynikają z faktu, że nowe globalne zależności nałożyły się na wcześniejsze odmienności (o mniej lub bardziej przypadkowych przyczynach) i je zakonserwowały? Czy może wejście w obieg handlu międzynarodowego spowodowało jakiegoś rodzaju regres społeczny?

– Różnice między wschodem a zachodem Europy czy między Ameryką Łacińską a Zachodem są oczywiście głębsze i mają przyczyny w przeszłości odleglejszej niż powstanie kapitalizmu. W przypadku zachodu i wschodu Europy, oprócz wspomnianej już niższej gęstości zaludnienia na tym drugim obszarze, wymienia się m.in. fakt, że Europa Wschodnia nie znalazła się pod bezpośrednim wpływem Cesarstwa Rzymskiego lub stosunkowo późniejsze pojawienie się w niej chrześcijaństwa. Szczególnie podkreślałabym wagę tego pierwszego czynnika. Historycy gospodarki są zgodni, że duża gęstość zaludnienia sprzyja rozwojowi, handlowi, pojawieniu się miast, innowacjom, podziałowi pracy, a więc procesom cywilizacjotwórczym. Ale wypada docenić także znaczenie dziedzictwa greko-rzymskiego, bo to z niego wypływają takie elementy cywilizacyjnego dorobku Zachodu, jak koncepcja autonomii jednostki oraz jej praw i wolności, a także szczególna rola polityki. W Europie Wschodniej te idee weszły do obiegu później i miały słabszą siłę oddziaływania niż w Europie Zachodniej. Innym ważnym czynnikiem rozwojowym na Zachodzie był specyficzny rozkład sił między ważnymi grupami społecznymi, między panem, chłopem i mieszczaninem, i przebieg gry między nimi. W konsekwencji zbiegnięcia się tych wszystkich czynników na peryferiach później pojawiają się mieszczaństwo i koncepcja praw politycznych, których źródłem nie jest urodzenie, lecz zamożność, później powstaje przemysł i wreszcie później tworzą się nowe klasy, które – szukając zysku – jeszcze bardziej napędzają rozwój ekonomiczny.

Charakterystycznym zjawiskiem związanym z peryferyjnością jest też wspomniane zakonserwowanie cech anachronicznych, związanych z minionymi już epokami w życiu społeczno-gospodarczym. Do tej kategorii zaliczyłabym długie trwanie pańszczyzny (np. w Polsce) czy niewolnictwa (np. w Brazylii), a później – różnego rodzaju ich relikty w relacjach społecznych, takie jak silna pozycja ziemiaństwa w II Rzeczpospolitej. Paradoksalnie, tego typu syndromy zacofania są często związane nie, jak się potocznie uważa, z izolacją prowincji od nowoczesnego świata, lecz właśnie z wejściem w relacje i zależności z nim. Nieprzypadkowo najlepiej radziły sobie z wyzwaniami rozwojowymi te kraje, które mogły odpowiadać na nie w sposób samodzielny i autonomiczny. Spotkanie społeczeństw feudalnych czy półfeudalnych z silniejszymi partnerami zakłóca rozwój tych pierwszych, wymuszając np. wchodzenie przez kraje peryferyjne w role optymalnych rynków zbytu dla produktów z centrum oraz źródeł taniej pracy i surowców, potrzebnych konsumentom społeczeństw rozwiniętych. Te nowe funkcje są często wypełniane przez regiony nowo włączone do systemu przy użyciu starych instytucji społecznych: niewolnictwa czy pańszczyzny. Pod wpływem spotkania z wyższą – tak, nie bójmy się tego określenia – cywilizacją zmieniają się również style życia, poziom konsumpcji i aspiracje lokalnych klas wyższych, które tym chętniej maksymalizują poziom wyzysku klas niższych. Jeden z najlepszych przykładów tego typu mechanizmów pochodzi z badań Witolda Kuli nad XVIII-wiecznymi manufakturami magnackimi. Magnaci do wytwarzania tkanin używali importowanych z Anglii i Francji maszyn tekstylnych. Używali jednak nie – jak działo się to na Zachodzie – nisko opłacanego robotnika, który pracował pod ekonomicznym przymusem, ale był przy tym wolnym człowiekiem, lecz eksploatowali przywiązanych do ziemi (i do pana feudalnego) chłopów pańszczyźnianych, których praca była darmowa. Rozwój oznacza tu więc zmianę w wybranych sferach, która odbywa się kosztem utrwalenia status quo w innych sferach. Podział ten ma istotny wymiar klasowy. Elity mogą podróżować, podwyższać swój standard materialny, edukować się, żyć jak na Zachodzie, ale właśnie dlatego i dzięki temu, że klasy niższe żyją inaczej niż ich odpowiednicy na Zachodzie. Taka zmiana oznacza więc wzrost nierówności i społecznej polaryzacji względem wcześniejszych epok.

– Czy pojawienie się w naszej części Europy kapitalizmu i związanych z nim relacji podległości z Zachodem miało, oprócz konserwowania stanu zastanego, jakieś pozytywne efekty? Czy wykształciły się nowe, swoiste dla tej sytuacji społeczno-ekonomicznej klasy lub strategie rozwojowe?

– Sądzę, że miało. Jestem zwolenniczką modelu hybrydalnego, autorstwa Witolda Kuli. Podkreśla on, że rozwój kapitalizmu na peryferiach ma trzy „warstwy”. Po pierwsze: elementy uniwersalne, takie jak uprzemysłowienie i migracje ze wsi do miast. Są one uniwersalne w tym sensie, że pojawiały się w każdym kraju, który wchodził na drogę intensywnego, nowoczesnego rozwoju. Najwcześniej wystąpiły w krajach centrum i jako takie zostały opisane przez klasyczne teorie socjologiczne. Druga warstwa to cechy wspólne dla wszelkich regionów zacofanych. Są to międzynarodowe migracje zarobkowe z regionów mniej rozwiniętych do bardziej rozwiniętych, które na peryferiach stały się w epoce nowoczesnej typową strategią radzenia sobie z zacofaniem. Typowe dla wszystkich peryferii jest również to, że jedną z głównych linii podziałów ideologicznych jest spór o kulturowy, gospodarczy i polityczny stosunek do centrum; o to, czy imitować, zabiegać i się jednoczyć, czy też szukać osobnych dróg rozwoju, buntować się i oddzielać. Żadne z tych zjawisk nie występowało w najstarszych krajach dzisiejszego centrum, ale w Japonii, pierwszym niezachodnim kraju, który zanim dołączył do centrum przeszedł przez fazę półperyferyjną – tak. Po trzecie wreszcie, o ścieżce rozwoju peryferii decyduje to, co specyficzne dla konkretnej zbiorowości – tu mieszczą się wszystkie kulturowe odrębności, także te związane z położeniem geograficznym. Jedno z tych zjawisk lokalno-kulturowych, szczególnych dla Europy Wschodniej, jest starsze niż kapitalizm, ale zostało wzmocnione przez nowoczesny kapitalizm. Chodzi o rodzaj podległości kulturowej, o fascynację i aspirowanie do Zachodu, które to tendencje mają swoje początki w epoce Renesansu. Inaczej niż na innych peryferiach, ze względu na wspólnotę religii, tradycji instytucjonalnych i bliskości geograficznej, w Europie Środkowo-Wschodniej częściej niż w innych peryferiach mamy przekonanie, że jesteśmy częścią Zachodu. Dylematy charakterystyczne dla krajów postkolonialnych rozgrywane są w związku z tym jako czysto kulturowe, często bez świadomości ich zakorzenienia w strukturach gospodarczych. A w kapitalizmie XIX–XX-wiecznym tendencje te jeszcze się zaostrzyły. Należało żyć tak, jak żyły klasy wyższe na Zachodzie. Wypadało tak samo się ubierać, tak samo mieszkać, to samo czytać – nawet jeśli po poobiedniej lekturze wymierzało się baty swojemu chłopu pańszczyźnianemu, co w bardziej rozwiniętej części Europy było już nie do pomyślenia.

– W polskiej narodowej historiografii często ścierają się ze sobą dwie wizje. Z jednej strony narracja martyrologiczno-niepodległościowa, która gloryfikuje utraconą Rzeczpospolitą przedrozbiorową. Niewiele uwagi poświęca się w niej pańszczyźnie czy polskiej kolonizacji tzw. Kresów Wschodnich, a dużo więcej – „złotej wolności szlacheckiej”, parlamentaryzmowi, społeczno-kulturowej różnorodności, domniemanej tolerancji itd. Większość historycznych problemów i nieszczęść, jakie spotkały nasz kraj, sprowadza się wedle niej do czynników zewnętrznych, przede wszystkim imperialnej polityki sąsiadujących mocarstw. Z drugiej strony mamy do czynienia z wizją liberalno-demaskatorską (do tego nurtu zaliczałaby się też, paradoksalnie, część tradycji endeckiej), która – wręcz przeciwnie – źródła naszych perturbacji dopatruje się w czynnikach wewnętrznych: polskim charakterze narodowym, niezdolności do zbudowania państwa silnego i zaspokajającego potrzeby swoich mieszkańców. Co bardziej radykalni zwolennicy tej narracji bywają wręcz skłonni twierdzić, że to zawsze siły zewnętrzne były w Polsce nośnikami postępu, modernizacji, a wewnętrzne – kołtuństwa i reakcji. Ostatnio ważne, szeroko dyskutowane książki mieszczące się w tym nurcie myślenia o polskiej historii opublikowali Jan Sowa i Andrzej Leder. Jak widzi Pani w tym kontekście znaczenie wpływów wewnętrznych i zewnętrznych na naszą peryferyjność?

– Oba wymienione podejścia są mi raczej obce. Prawicowi gloryfikatorzy szlacheckiego republikanizmu pomijają zwykle fakt, że był on ufundowany na wyzysku i zniewoleniu chłopów, czyli grupy ogromnej, stanowiącej większość społeczeństwa – zniewoleniu, które trwało aż do drugiej połowy XIX w., a także na nędzy małomiasteczkowych Żydów, żyjących z drobnego handlu i usług (wbrew mitowi o Polsce jako „żydowskim raju”, tylko garstka z nich stała się pod koniec XIX i w ciągu XX w. częścią lokalnej burżuazji i inteligencji) etc. Można oczywiście zrozumieć, z czego wynika ta idealizacja Rzeczpospolitej szlacheckiej. W dużej mierze jest to owoc tego, że – obarczone oczywiście wielkimi kosztami społecznymi – procesy modernizacyjne, związane z uprzemysłowieniem i wielkimi migracjami ludności do miast, odbywały się w Polsce pod zaborami, a więc i poza odpowiedzialnością lokalnych elit państwowych. Wolność kraju skojarzona została w tym dyskursie z obrazem przednowoczesnej, przedprzemysłowej, wiejskiej idylli. Tomasz Zarycki, mój kolega z zespołu badań nad peryferyjnością, szczegółowo zbadał przetrwanie i zachowanie kulturotwórczej roli polskiej arystokracji w PRL-u. Mimo utraty majątku, prześladowań, utrudnionego dostępu do edukacji i zatrudnienia przez dwa pokolenia, arystokracja zachowała silną pozycję w kulturze, tak, że ciągle wydaje się wzorotwórcza, jest cool. Ja tego osobiście, jako osoba o konkretnej biografii, wnuczka małorolnych chłopów z Mazowsza, zupełnie nie rozumiem. Jako socjolog przyjmuję wyjaśnienie Zaryckiego – w peryferiach słabych politycznie, rola kapitału kulturowego jest większa niż w centrum – przynosi on większe zyski, łatwiej się go reprodukuje, jest być może najpewniejszym rodzajem kapitału na szarpanych zmianami peryferiach. W Polsce szlachecki i magnacki styl życia stał się w XVI w. hegemoniczny. Jak mówił Małowist, kult spokojnej gospodarskiej satysfakcji pod lipą Jana Kochanowskiego rozwijał się w tym samym czasie, gdy nowymi bohaterami społeczeństw północno-zachodniej Europy stawali się odważni żeglarze, zamorscy kupcy i podróżnicy. Badania niedawno zmarłego Jacka Kochanowicza nad kulturą gospodarczą naszego peryferyjnego kapitalizmu (opisane w artykule pt. „Duch kapitalizmu na peryferiach”) wskazują, że ten wzór dobrego szlacheckiego życia okazał się bezkonkurencyjny przez następnych parę wieków, był atrakcyjny dla awansujących Żydów i chłopów, a nawet dla osiadłych tu Niemców-przemysłowców. Nie ma tak silnego i atrakcyjnego wzorca bycia Polakiem-przedsiębiorcą, fabrykantem, urzędnikiem czy robotnikiem.

To, że tak się nie musiało stać, pokazuje przypadek Rosji, kraju słabego gospodarczo, ale potężnego politycznie, gdzie szlachta utraciła znaczenie.

Zupełnie obce jest mi jednak również podejście, które kwestionuje sens istnienia suwerennej polskiej państwowości, a ociepla za to wizerunek obcych imperializmów. Wydaje mi się ono w gruncie rzeczy naiwne politycznie i szkodliwe. Z badań historyków, politologów i socjologów wynika, że struktury państwowe odegrały ogromną rolę w XIX-wiecznych przemianach modernizacyjnych i tworzeniu podstaw rozwoju gospodarczego na całym Zachodzie. W dotychczasowej historii nie można wskazać żadnego społeczeństwa, które z sukcesem przeszłoby modernizację poza strukturami własnego państwa narodowego. Przywoływany czasem w tym kontekście przykład Czech, najbardziej uprzemysłowionego regionu Imperium Habsburskiego w XIX w., jest o tyle niefortunny, że lokalna ludność czeska odgrywała tam rolę ludu skolonizowanego. To jest wielka debata także o roli kolonializmu dla rozwoju gospodarczego Ameryk, Azji, Afryki. Rozstrzygnięcia są tu polityczne, a nie czysto naukowe. Jestem przekonana, że kolonializm jest zły dla całościowo rozumianego zrównoważonego rozwoju, a państwo narodowe – dobre (jeśli nie wywołuje wojen).

– Leder i Sowa mogliby odpowiedzieć, że nie negują postępowej roli struktur państwa ani na Zachodzie, ani w Polsce. Zauważają jedynie, że w polskim przypadku były to przede wszystkim struktury obcych państw, kolonizatorów. W domyśle: nieprzypadkowo, bo Polacy są niezdolni do samodzielnej modernizacji.

– Przesłanie tych prac nie jest chyba aż tak esencjalizujące, przesądzające o naturze Polaków. To byłoby krzywdzące wobec Sowy i Ledera. Jednak w przesłaniu obu książek jest ta, zupełnie mi obca, niechęć do polskich tradycji politycznych. Państwo jest narzędziem obosiecznym – można wykorzystywać jego struktury na rzecz modernizacji, ale można też blokować przy jego pomocy różne potrzebne zmiany. Warto wziąć jednak pod uwagę to, jaka była polityka europejskich państw narodowych ukształtowanych w epoce nowożytnej, równolegle do przemysłowego kapitalizmu. Wiek XIX to okres kulminacji nacjonalizmu, tj. umacniania państw narodowych. Nacjonalizm rozumiem tu – za Ernestem Gellnerem – jako ideał polityczny, zgodnie z którym granice państwowe pokrywają się z granicami etnicznymi. Jak pokazują badania jego czy Michaela Manna, ukształtowanie się państw narodowych związane było z demokratyzacją: upowszechnieniem praw i wolności obywatelskich, parlamentaryzmu. W dziedzinie gospodarki wiązało się natomiast z protekcjonizmem, patriotyzmem konsumenckim i polityką nastawioną na wspieranie rozwoju rodzimego przemysłu i lokalnej burżuazji. Hasła tak rozumianego nacjonalizmu oraz m.in. postulaty reformy rolnej podnosiły również polskie stronnictwa niepodległościowe.

Widzę, jak nośne i atrakcyjne okazały się tezy Sowy i Ledera, gdy obserwuję moich kolegów humanistów – literaturoznawców i kulturoznawców. Jednak problem z interpretacjami w stylu Sowy i Ledera jest taki, że są kompletnie niefalsyfikowalne, tzn. nie da się ich poprzeć twardymi dowodami ani zweryfikować eksperymentalnie. Są one nie do przyjęcia z perspektywy nauk społecznych i historycznych skoncentrowanych na procesach gospodarczych. Nie można wskazać żadnego kraju na świecie, który rozkwitłby gospodarczo na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci w warunkach innych niż państwo narodowe. Ich wywody historyczne dobrze się czyta, ale mają one cechy samopotwierdzających się interpretacji – trochę jak w psychoanalizie, do której obaj się odwołują. Nawet podważające ich tezy zjawiska i fakty historyczne stają się dla nich ostatecznie potwierdzeniami problematyczności polskiej kultury i państwowości.

– Według narracji popularnych w debacie publicznej ostatnich 25 lat źródeł naszego zapóźnienia należy doszukiwać się przede wszystkim w okresie PRL i w narzuconym Polsce, niewydolnym ekonomicznie ustroju, jakim był realny socjalizm. W swoich pracach przypomina Pani, że strukturalne przyczyny zacofania polskiej gospodarki leżą głębiej. Jak zdefiniowałaby Pani w tym kontekście rzeczywistą rolę PRL-u? Czy był on po prostu – jak dowodzi w innej szeroko dyskutowanej książce ostatnich lat Adam Leszczyński – kolejną, dostosowaną po prostu do określonych realiów geopolitycznych próbą dokonania w naszym kraju modernizacji i przezwyciężenia peryferyjności? Jak widzi Pani bilans tego projektu? Czy przez 45 lat jego trwania zapóźnienie Polski względem centrów systemu światowego pogłębiło się czy zredukowało?

– Stan i poziom debaty nad tą częścią historii, zarówno w publicystyce, jak i w naukach społecznych, od lat 90., kiedy rzeczywiście prymitywne i ahistoryczne ujęcia problematyki zacofania były na porządku dziennym, bardzo się poprawiły. Dziś chyba już nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że PRL-u nie można ocenić jako okresu społeczno-gospodarczego upadku. Oprócz wspomnianej monografii Adama Leszczyńskiego „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” do grona prac, które przyczyniły się do tej zmiany można zaliczyć choćby „Odwieczny naród” Michała Łuczewskiego czy publikacje Tomasza Zaryckiego.

Z mojego punktu widzenia PRL była kolejną, nie pierwszą i nie ostatnią w polskiej historii, próbą przezwyciężenia zacofania. Podobnie jak poprzednie okazał się próbą niezbyt udaną. Wydaje mi się, że niespecjalnie owocne jest dziś zastanawianie się, czy PRL była radziecką kolonią, czy też nie. Badania historyczne okresu powojennego – o ile można zaufać ich konkluzjom, mimo że nie są poparte żadnymi sondażami – wskazują, że wprowadzenie zmian kojarzonych z realsocjalizmem miało poparcie większości obywateli. Mam na myśli takie podstawowe rozstrzygnięcia ustrojowe jak reforma rolna (jedna z najważniejszych niezałatwionych spraw II Rzeczpospolitej), upowszechnienie dostępu do edukacji czy zniesienie tytułów i konfiskata majątków arystokratycznych. Były one zarówno wyczekiwane, jak i potrzebnych z punktu widzenia rozwoju kraju.

– Z drugiej strony mówi się o rysach wspólnych reform powojennych po obu stronach żelaznej kurtyny. Zarówno kapitalistyczny Zachód, jak i komunistyczny Wschód wprowadzały w tamtym okresie powszechne usługi publiczne i nie bały się interwencjonizmu państwowego – zarówno tego prorozwojowego, np. w postaci inwestycji w nowoczesny przemysł, jak i prospołecznego, związanego z ograniczaniem nierówności. Zgodnie z tym „ponadblokowym” podejściem należałoby stwierdzić, że z dwóch modeli opartych na istotnej roli państwa, to ten zachodni okazał się skuteczniejszy i bardziej rozwojowy.

– Intuicja historyczno-socjologiczna podpowiada mi, że europejskie welfare state najprawdopodobniej nie rozwinęłoby się w takim stopniu, gdyby nie istniał konkurencyjny model ustrojowy wspierany przez potężny po wojnie ZSRR. Bez tej presji ideologiczno-propagandowej ze strony bloku wschodniego przesunięcie konsensusu politycznego na lewo i wzmocnienie strony pracowniczej w stosunkach pracy na Zachodzie wydaje mi się mało prawdopodobne. Trzeba pamiętać, że model radziecki jawił się w pierwszych powojennych dekadach jako atrakcyjny, a kompromitacje na tle gospodarczym i politycznym były dopiero przed nim. Ale to oczywiście są tylko spekulacje.

– Równie nieumotywowany i ahistoryczny charakter mają jednak sugestie „polonosceptyków”, zwolenników przeprowadzenia ogólnonarodowej psychoanalizy itd., że bez radzieckiej „czapy” nie przeprowadzilibyśmy w Polsce żadnej modernizacji ani prospołecznych reform. Twierdzą tak, mimo że wszystkie ugrupowania Państwa Podziemnego przesunęły się w okresie wojny i okupacji na lewo pod względem programowym, co odzwierciedlają oficjalne dokumenty wydawane przez Radę Jedności Narodowej i poszczególne stronnictwa.

– To prawda, to także są tylko spekulacje. Świadczy to o fakcie, że stosunek do tej kwestii determinują przede wszystkim tożsamości i światopoglądy polityczno-ideowe. To, co jest jasne, to tyle, że PRL miał swoje ciemne strony zarówno na poziomie politycznym (represje, brak podstawowych wolności obywatelskich), jak i społeczno-gospodarczym. Przemiany w ideologii, propagandzie i praktyce politycznej ówczesnych władz, ich stopniowe odchodzenie od marksizmu w stronę różnie pojmowanego pragmatyzmu, stanowią zresztą świadectwo, że same zdawały sobie do pewnego stopnia sprawę z bankructwa pierwotnych założeń.

– A czy wydaje się Pani, że dla sytuacji rozwojowej regionu istotne znaczenie miała geopolityka, tzn. to, w czyjej strefie wpływów poszczególne kraje lądowały lub na jakie ośrodki się orientowały? W polskim przypadku kwestia wydaje się szczególnie istotna w związku z okresem zaborów.

– Pozycja biednego regionu w ramach bardziej rozwiniętego organizmu politycznego niekoniecznie musi być lepsza niż pozycja silnego gospodarczo regionu w ramach mniej rozwiniętego mocarstwa. Na przykład Wielkopolska miała zdecydowanie bardziej rolniczy charakter niż Kongresówka. Chociaż jednocześnie było to rolnictwo nowocześniejsze, bardziej wydajne, chłopi pracowali w lepszych warunkach i obowiązkowo uczęszczali do niemieckich szkół. Znaczna część najważniejszych zakładów przemysłowych, które powstały na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX w., znajdowała się na terenach zaboru rosyjskiego. Gęstość sieci kolejowej była największa w zaborze pruskim, ale już ich wykorzystanie przez przemysł było większe w rosyjskim.

– Jakie znaczenie w tym kontekście może mieć w przyszłości fakt, że część naszego regionu przyłączyła się w ostatnim 25-leciu do Unii Europejskiej? Czy integracja ze strukturami europejskimi trwale podzieli region pod względem rozwojowym na „Europę Wschodnią dwóch prędkości”?

– Na wejście krajów regionu do Unii Europejskiej trzeba patrzeć jak na kolejną strategię przezwyciężenia zacofania. Jest to oczywiście projekt zupełnie inny niż realny socjalizm. Upodabnia je do siebie jedynie fakt, że oba są oparte na imitacji pewnego gotowego modelu, a nie wytworzone lokalnie w sposób autonomiczny. Tyle że tym razem przywieziono nam rozwiązania w teczkach bez wsparcia bagnetów i policji politycznej. Oczywiście jest to różnica zasadnicza, ale problem z modelami z importu polega na tym, że niekoniecznie zakorzenione są one w realnych potrzebach tutejszych społeczeństw. Jest za wcześnie, żeby orzec, na ile projekt unijny jest udany z perspektywy jego wschodnioeuropejskich uczestników. Jeśli jednak porównamy dzisiejszą sytuację członków Unii w naszym regionie z krajami, które do Unii nie weszły, to odnosi się wrażenie, że akcesja w każdym niemal przypadku była korzystna.

– A czy dostrzega Pani jakieś negatywne dla krajów naszego regionu skutki uboczne wejścia do Unii lub spodziewa się, że z czasem mogą się one ujawnić?

– Przez ostatnią dekadę zajmowałam się przede wszystkim problematyką międzynarodowych migracji, bo wydaje mi się, że ogniskuje ona w sobie wiele problemów i wiele aspektów globalnych zależności. Od 200 lat migracje stanowią jeden z najbardziej podstawowych i zarazem najpewniejszych wskaźników peryferyjności w ramach świata kapitalistycznego. Ludzie migrują w poszukiwaniu pracy i zarobku z krajów biedniejszych do bogatszych, z peryferyjnych do centralnych. Zdarzają się przypadki odmienne, jak migrujący pracownicy korporacji, którzy są delegowani z centrum do obejmowania stanowisk w krajach peryferyjnych, ale główny strumień migracji to migracje zarobkowe.

Myślę, że migracje są też jedną ze sfer, z którymi wiązać się może sporo napięć i niebezpieczeństwo pojawienia się skutków ubocznych. Migracje, które miały spełniać w europejskim systemie funkcję swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, w praktyce okazują się dla obywateli najmłodszych i zarazem najbiedniejszych państw członkowskich osobną strategią radzenia sobie z peryferyjnością w ramach elitarnego klubu Unii Europejskiej. I jako strategia łatwo okazać się mogą półśrodkiem – swego rodzaju „zapchajdziurą” budżetów domowych i krajowych, prowadzącą jednocześnie do rozpowszechnienia zjawiska pracy poniżej kwalifikacji, problemów demograficznych czy choćby do załamania się systemów emerytalnych, nie przyczyniając się przy tym do długotrwałego rozwoju.

– Jak i na ile Pani zdaniem zmieniła się sytuacja, jeśli chodzi o uznanie i rozpoznanie w głównym nurcie debaty publicznej i naukowej problematyki globalnych zależności czy też podziałów centroperyferyjnych? Wspominała Pani, że monografia „Zrozumieć zacofanie” powstała do pewnego stopnia w kontrze do ducha czasów i atmosfery, jaka panowała wówczas w polskich naukach społecznych.

– Gdy pisałam pierwszy artykuł dotyczący kwestii pozycji Europy Wschodniej wobec Zachodu w połowie lat 90. („Tu, Tam – pomieszanie”; ukazał się w „Studiach Socjologicznych” w 1997 r.), miałam wrażenie, że poruszam się po terenach nierozpoznanych, niemal pustych. W tym czasie ukazały się prace o zbliżonej tematyce, w tym autorstwa wybitnych i znanych socjologów – Jacka Kochanowicza, Jadwigi Staniszkis czy Witolda Morawskiego. Moja koleżanka z tej samej grupy badaczy peryferyjności, Agnieszka Kolasa-Nowak, która bada dyskurs transformacyjny, twierdzi, że autentyczny przełom nastąpił w okolicach połowy pierwszej dekady XXI w. Być może wynikało to z zachodzącej stopniowo zmiany pokoleniowej. Inne wyjaśnienie Kolasy to zmiany świadomości po wejściu do Unii Europejskiej, co oznaczało – także dla socjologów – konfrontację z jej realnością. Europa przestała być wtedy mitycznym tworem i odległym celem. Moja książka wyszła akurat w momencie wejścia do Unii Europejskiej, wiosną 2004 r. Jednak poza środowiskiem naukowym wzbudziła zainteresowanie bodaj wyłącznie w środowiskach radykalnej lewicy, które doceniły poważne (nawet jeśli krytyczne) potraktowanie tezy kolonialnej przez kogoś spoza własnego grona. Wydaje mi się, że prawdziwy przełom w dyskursie publicznym następuje dopiero teraz, w drugiej dekadzie XXI w., wraz z ukazywaniem się wspomnianych książek Sowy, Ledera, Leszczyńskiego czy Łuczewskiego. Cieszy przy tym fakt, że debata o peryferyjności Polski i jej regionu oraz o strategiach jej przezwyciężania wyszła poza nisze tego czy innego obozu politycznego.

– A jak jest z wychodzeniem tej tematyki z niszy akademickiej i przebijaniem się do szerszej publiczności?

– Mam wrażenie, że ten proces również ma miejsce. Patrząc na to odrobinę cynicznie, można by podejrzewać, że ma on związek z faktem, iż problemy społeczne związane z aktualnym etapem rozwoju globalnego kapitalizmu oraz naszej pozycji w tym systemie zaczęły dotykać także wpływowych, opiniotwórczych grup pochodzących z klasy średniej – włącznie z pracownikami mediów, naukowcami, publicystami. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak bezrobocie wśród osób z wyższym wykształceniem, problem umów śmieciowych, a ostatnio problemy kredytobiorców. Gdy pisałam „Zrozumieć zacofanie”, te zjawiska były niemal nieobecne. Klasa średnia w powszechnym – a także własnym – mniemaniu była wielką beneficjentką reform rynkowych i czuła, że duch historii jest po jej stronie. A problemy społeczne, określane wdzięcznie mianem „patologii”, miały być niemal wyłączną domeną środowisk robotniczych, chłopskich, PGR-ów i małych miasteczek. Bardzo dobrze pamiętam – i z goryczą wspominam w kontekście obecnej debaty nad pomocą państwa dla zadłużonych we frankach – protesty zadłużonych rolników zorganizowanych przez Leppera. Media im wtedy nie współczuły, mimo że ich sytuacja była bezpośrednią konsekwencją polityki pieniężnej prowadzonej przez państwo. Zgodnie z liberalnymi dogmatami twierdzono, że setki obywateli same są sobie winne, bo gdy się bierze kredyt, to trzeba się liczyć z ryzykiem. Oczywiście ten nieproporcjonalny wpływ klasy średniej na debatę publiczną i politykę to nie jest tylko polska przypadłość. Od kilku lat zajmuję się badaniami nad społeczeństwem amerykańskim i mogę powiedzieć, że tego typu mechanizmy funkcjonują również tam. Jeśli jakiś problem dotyka klasy średniej, wykształconej, mającej dostęp do mediów, będącej w stanie sformułować i wyartykułować w atrakcyjny sposób swoje postulaty, nagłośnić je i wzbudzić współczucie opinii publicznej, wtedy wchodzi on do mainstreamu.

– Krytykuje Pani podejście, które definiuje polskie wyzwania modernizacyjne w kategoriach „doganiania Zachodu”, ale sama używa Pani w swoich pracach pojęcia „zacofanie”, które wydaje się pochodzić z tego samego rejestru, stosowanego niejednokrotnie do uzasadniania z jednej strony imitacji, a z drugiej quasi-kolonialnej interwencji. Dlaczego?

– Rozumiem, że chodzi o to, iż termin „zacofanie” czy „zapóźnienie” kojarzy się z ewolucjonistycznym, liniowym sposobem myślenia o rozwoju: że są jakieś etapy wspólne dla wszystkich społeczeństw, jest przód i tył. Tak rzeczywiście jest, ma prawo tak się ewolucjonistycznie kojarzyć, ale nie mamy lepszego słownika. Wybrałam słowo „zacofanie” na oznaczenie słabości gospodarczej kraju lub regionu i używam go opisowo, bez tej ewolucjonistycznej interpretacji. Zależność, peryferyjność, opóźnienie – to już konkretne interpretacje przyczyn zacofania. Słabość gospodarcza to z kolei pojęcie zbyt szerokie, nie skłaniające do pytań o kontekst systemowy. Choć z grubsza o to po prostu chodzi: zacofanie to względna – wobec centrum – słabość. Pamiętam, że gdy przedstawiałam swoją książkę kolegom z New York University – to byli w większości socjologowie kultury i socjologowie edukacji – w dyskusji pojawiło się skojarzenie, które mnie dotknęło: Aha, zacofanie, rozumiemy, to coś jak „kultura biedy”. „Kultura biedy” jest zaś określeniem, którego używa się w amerykańskim dyskursie publicznym do wyjaśniania nędzy Portorykańczyków czy Afro-Amerykanów w sposób, który zakłada winę, a przynajmniej pewną wrodzoną niezdolność tych nędzarzy do bycia kimś innym. Uświadomiłam sobie wtedy, że mówienie na Zachodzie o wschodnioeuropejskim zacofaniu może mieć inne implikacje niż u nas.

Co możemy powiedzieć, nie brnąc w żargon, jakich słów użyć, żeby diagnoza sytuacji była dla nas jednocześnie mobilizująca do rozwoju, żeby nie wpędzała nas w kompleksy, a Zachodu nie utwierdzała w jego stereotypach na nasz temat? Możemy z tych dylematów wybrnąć tylko nazywając rzecz po imieniu. Lubię używać w tym kontekście anegdoty ze świata sztuki: polski reżyser teatralny, Cezary Tomaszewski, wystawił w 2009 r. w Wiedniu sztukę opartą na operetce „Wesoła wdówka” Franza Lehara. W rolach głównych obsadził cztery polskie sprzątaczki, naturszczyczki, choć niektóre miały za sobą studia wyższe. W finale sztuki ubrał je w futra z norek – wbrew rekomendacji ambasady RP, sponsorującej przedstawienie. W Wiedniu panował bowiem stereotyp na temat polskich sprzątaczek, jakoby przeznaczały swoje pierwsze zaoszczędzone pieniądze na futra. Wydaje mi się, że jako socjologowie z kraju peryferyjnego też musimy te metaforyczne norki założyć, mówić o naszych krajach poprzez doświadczenia sprzątaczek, a nie ukrywać się za poezją Miłosza i muzyką Pendereckiego. To muszą robić politycy i dyplomaci.

– A jak zmieniał się w ostatnich dekadach obraz Europy Wschodniej na Zachodzie? Na ile kwestia jej peryferyjności była tam zauważana?

– W światowych naukach społecznych teza o kolonialnym charakterze relacji naszego regionu z Zachodem ma się bardzo dobrze, jeśli nie jest wręcz dominująca. Podejście kolonialne było tam poważnie traktowane nawet w latach 90., gdy tak trudno było przekonać do niego polskich kolegów i koleżanki, przebić się z nim na uczelniach i w mediach. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie reakcje zachodnich odbiorców na moje referaty, gdy okazywało się, że rzeczy niezwykle kontrowersyjne w polskim kontekście, są np. w USA trochę wyważaniem otwartych drzwi. Dla tamtejszych nauk historycznych jednym z podstawowych punktów odniesienia w myśleniu o naszym regionie był i pozostaje do dziś Witold Kula. Na konferencjach i stypendiach na Zachodzie zorientowałam się, że to, co dla europejskich badaczy jest w Europie Wschodniej najbardziej interesujące, to skutki liberalnych reform dla struktury tutejszych społeczeństw – powstanie miejskiej podklasy, problem strukturalnego bezrobocia czy sytuacja w byłych PGR-ach. Czyli dokładnie te sprawy, od których polska socjologia uciekała.

– Dziękuję za rozmowę.

Bez alternatywy socjaldemokratycznej

Znaczenie terminu „Ameryka Łacińska” jest dla wszystkich oczywiste: chodzi o kraje położone na południe od USA, które (poza małymi wyjątkami) łączą język i kultura dwóch dawnych mocarstw kolonialnych Półwyspu Iberyjskiego – Hiszpanii i Portugalii. Tak silna więź nie przeszkadza jednak istnieniu potężnych różnic kulturowych między poszczególnymi narodami i państwami; różnic, które przekładają się także na współczesny ustrój i porządek społeczny. Ograniczywszy się do terenu Ameryki Południowej, stajemy w obliczu dwóch wyrazistych podziałów, z których jeden ma oblicze polityczne, drugi społeczne.

Pierwszy z nich polaryzuje się wokół stosunku do Stanów Zjednoczonych, drugi zaś – do Europy. Podział polityczny dotyczy dziedzin tak kluczowych z punktu widzenia każdego państwa, jak system ekonomiczny i poglądy na suwerenność narodową. W Ameryce Południowej wciąż są państwa, które przyszłość widzą w zacieśnianiu stosunków gospodarczych z Ameryką Północną na zasadach wolnego handlu i przepływu kapitałów w stosunkach zewnętrznych oraz dyscypliny fiskalnej – w wewnętrznych. Do tej grupy zaliczamy Kolumbię Peru, Chile, zaś poza kontynentem południowoamerykańskim także Meksyk. Wkrótce dołączy do niej prawdopodobnie Paragwaj. Drugą stroną tego sporu są kraje dopatrujące się przyczyn złej (czasami wręcz katastrofalnej) sytuacji społecznej właśnie w tej polityce, której głównymi promotorami były Stany Zjednoczone, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Jako alternatywę proponują niezależność od strefy dolarowej, silną (mniej lub bardziej inkluzywną) tożsamość narodową i dążącą do autarkii politykę gospodarczą, opartą o silny przemysł, mniej rozwarstwione społeczeństwo i bogactwa naturalne. Najgłośniejszymi i najbardziej skrajnymi reprezentantami tej grupy są oczywiście Wenezuela, Boliwia i Ekwador (wraz z Kubą tworzące Sojusz Boliwariański dla Ludów naszej Ameryki – ALBA), lecz należą do niej także Argentyna, Brazylia i Urugwaj (współpracujące ze sobą w ramach grupy MERCOSUR).

Podział społeczny dotyczy natomiast stopnia identyfikacji ludności tych krajów z kulturą byłej metropolii – nie chodzi tutaj tylko o Hiszpanię i Portugalię, lecz także o wszystkie inne kierunki, z których napływała tam imigracja: Włochy, Niemcy, Polska… Przebiega ona częściowo zgodnie z granicami państwowymi: bardzo zeuropeizowane Chile i Argentyna obok niezwykle silnie identyfikującej się z kulturą autochtoniczną Boliwii; częściowo zaś z klasowymi: zasadniczo większe ciążenie klasy średniej i wyższej ku kulturze europejskiej versus przywiązanie do kultur indiańskich wśród klas uboższych.

Chciałbym, aby niniejszy artykuł był próbą rozrachunku z moimi własnymi poglądami, które przedstawiłem m.in. w tekście „Notatki iberoamerykańskie”, opublikowanym ponad rok temu na portalu „Nowe Peryferie”. Wyrażałem w nim wówczas entuzjazm w stosunku do nowej fali łagodnego, jak wówczas sądziłem, eksperymentu populistycznego w niektórych, bardziej zeuropeizowanych krajach kontynentu południowoamerykańskiego, zwłaszcza w Argentynie. Wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy wystawiły mój optymizm na poważną próbę, a w końcu doprowadziły do załamania wiary w sensowność działań podejmowanych przez rządzącą ekipę peronistyczną. Zarysowywanie się natomiast w skali światowej swoistej osi kleptokratycznej, złożonej z państw odrzucających reguły wolnego rynku tam, gdzie ich transparentność utrudnia działania korupcyjne na wielką skalę, zaś nie wyrzekających się dziewiętnastowiecznego wyzysku tam, gdzie chodzi o maksymalizację zysków (Chiny, Rosja, Wenezuela, Argentyna, Iran), sprawiło, że znacznie wzrosła moja nieufność do formułowanych alternatyw wobec kapitalizmu, w tym wobec jego europejskiej wersji socjaldemokratycznej.

Bankructwo argentyńskie pierwszej dekady XXI wieku uznane zostało przez wielu ekonomistów (np. przez Josepha Stiglitza) za najbardziej efektowny przykład porażki neoliberalnej koncepcji ekonomicznej, wdrażanej w wielu krajach tego regionu od początku lat 80. W samej Argentynie widać to było w pełnej krasie dopiero po upadku dyktatury wojskowej, zwłaszcza podczas przypadającej na całą dekadę lat 90. prezydentury Carlosa Saúla Menema. Dokonano wtedy prywatyzacji (i praktycznej likwidacji) większości liczących się gałęzi przemysłu oraz rozczłonkowania infrastruktury energetycznej, kolejowej, drogowej, gazowej itd. Procesy te przebiegały z intensywnością zupełnie nieporównywalną do krytykowanych często – skądinąd słusznie – zjawisk polskich reform po 1989 roku. Powszechnej wyprzedaży majątku narodowego i gwałtownej redukcji obciążeń fiskalnych, mających na celu pobudzenie inicjatywy prywatnej, nie towarzyszyła jednak redukcja dość obfitych – ze względu na silnie zakorzenione w Argentynie tradycje syndykalistyczne – przywilejów socjalnych, głównie w postaci dotacji. Inflację, która była zmorą poprzednich dekad, udało się opanować poprzez wymianę waluty i ścisłe powiązanie nowego peso z dolarem (w parytecie 1:1). Obrona tego kursu wymagała, zwłaszcza w chwili, gdy kryzys dał już o sobie znać, poważnych interwencji na rynku walut, finansowanych przez dług zagraniczny. Ekipa Menema zastała państwo argentyńskie w stanie dość poważnego zadłużenia, którego siłą sprawczą byli przede wszystkim wojskowi oraz pierwsza administracja demokratyczna. W ciągu dziesięciu lat swoich rządów doprowadzili oni jednak dług do sumy 130 miliardów dolarów, zaś jego obsługa przestała być w pewnym momencie możliwa.

Lewicowi krytycy ideologii neoliberalnej mają rację, gdy wskazują na bardzo duże koszty społeczne tego typu systemu. Nie jest jednak tak, że zawsze musi się on skończyć zapaścią w stylu argentyńskim. Jest wręcz przeciwnie. Ośmielę się stwierdzić, że jego popularność w międzynarodowych organizacjach finansowych nie wynika tylko z tego, że umożliwia łatwiejsze instalowanie się kapitału krajów wysoko rozwiniętych w państwach biednych i średnio zamożnych. Wynika ona raczej z jego prostoty i właśnie stabilności, jaką zapewnia. Przykładem może być chociażby graniczące z Argentyną Chile, a także postkomunistyczne kraje Europy Środkowej. Wyjątkowość przypadku argentyńskiego polegała natomiast na tym, że doszło w tym kraju do zetknięcia się dwóch silnych prądów polityczno-ideologicznych, z których jeden, dominujący, był w stanie zabezpieczyć interesy swojej klienteli bez brania jednocześnie pod uwagę globalnej sytuacji ekonomicznej kraju.

Od ponad pół wieku rozwija się w Argentynie silna tradycja populistyczna, której duchowym patronem jest kontrowersyjne małżeństwo Peronów. Choć pierwotnie usadowiona wśród proletariatu i wielkomiejskiej biedoty, skupiająca się na przekształcaniu płynących z Europy idei (głównie socjalistycznych, ale też faszystowsko-korporacjonistycznych), z czasem okrzepła wśród struktur państwa, wytworzyła własną elitę polityczno-oligarchiczną i cieszy się wsparciem części klasy średniej, przede wszystkim z niewielkich miast i odleglejszych prowincji. Przyznawanie się do peronizmu nie wiąże się obecnie z żadnym konkretnym światopoglądem, lecz jest raczej akcesem do korporacji czasami wzajemnie wspierającej się, a czasem zwalczającej się na różnych poziomach. Peronistą był ultraliberał Carlos Menem, jest nim również skrajna interwencjonistka Cristina Fernández de Kirchner, kończąca w tym roku drugą kadencję prezydencką. Tym, co łączy wszystkich peronistów bez wyjątku, jest raczej styl uprawiania polityki, charakteryzujący się konfliktowaniem kolejnych grup społecznych i podporządkowywaniem aparatu urzędniczego potrzebom elity i elektoratu. Jako że pogodzenie tak różnorodnych i często sprzecznych wymagań jest bardzo trudne, prowadzi to do instytucjonalnego i merytorycznego chaosu.

Radykałowie tworzą drugą wielką tradycję polityczną Argentyny. Ma ona nieco starszy rodowód i wywodzi się ze zwycięskich bojów ideologicznych, jakie pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku toczyła świecka i liberalna inteligencja z rządzącymi elitami konserwatywnymi, cieszącymi się głównie poparciem posiadaczy ziemskich. Radykałowie, nawiązując do programu podobnych środowisk we Francji i we Włoszech, zdołali dojść do władzy w latach 20. i 30. XX wieku, przeprowadzając wiele śmiałych i postępowych reform, które uczyniły Argentynę wielkim graczem międzynarodowego handlu żywnością. Zreformowali – choć dopiero pod wpływem dramatycznych protestów studenckich – ustrój uniwersytetów, rozpowszechnili edukację i wspierali uprzemysłowienie, bez jednoczesnego sięgania zbyt często po narzędzia interwencji państwowej. Z czasem politycy radykalni stali się ostoją establishmentu i reprezentantami wielkomiejskiej, zeuropeizowanej klasy średniej, ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej obciążeniami, które nam mogą się kojarzyć z wizerunkiem nieboszczki Unii Wolności. Nie mieli oni również zbyt wielkiego szczęścia po upadku dyktatury: pierwszym demokratycznym prezydentem został radykał Raúl Alfonsin, powszechnie szanowany w kraju za odbudowę instytucji państwa prawa, lecz jednocześnie lekceważony za miękkość i nieumiejętność radzenia sobie z narastającym kryzysem gospodarczym w latach 80. Postępująca inflacja i narastający dług przekonały Argentyńczyków, że niezbędne są rozwiązania radykalne, które zaoferowali „prawicowi” peroniści Menema. Drugi, o wiele krótszy epizod rządów radykalnych, nastąpił po jego odejściu w 1999 r., gdy urząd prezydenta objął Fernando de la Rúa. Mimo mandatu społecznego de la Rúa nie był w stanie uporać się z „dziedzictwem” poprzednika, postulowane przez niego reformy oszczędnościowe były atakowane przez opozycję, a on sam nie wykazał się – jako kolejny polityk radykalny – wystarczająco silnym charakterem i odszedł ze stanowiska przed końcem kadencji w nie najlepszym stylu. W efekcie, w sposób w dużej mierze niezawiniony, radykałowie utrwalili w głowach Argentyńczyków swój wizerunek jako ci, którzy „nie umieją rządzić”, co trafnie podsumował jeden z publicystów najpoważniejszego argentyńskiego dziennika „La Nación”: żeby zrozumieć współczesną sytuację polityczną w Argentynie, trzeba przyjąć do wiadomości, że ekipie rządzącej od dwudziestu lat udało się wmówić, iż wszystkie nieszczęścia kraju wydarzyły się w ciągu dwóch lat, podczas których nie rządziła.

Stabilność polityczną udało się krajowi odzyskać dopiero w 2003 r., gdy wybory prezydenckie wygrał dość niespodziewanie lewicowy peronista i milioner z Patagonii, Nestor Kirchner. Energicznie przystąpił do renegocjacji długu zagranicznego Argentyny, na którym to polu odniósł poważny sukces: ok. 90% najpoważniejszych wierzycieli (w tym wszystkie państwa, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi) zgodziło się na redukcję zadłużenia do zaledwie 25% jego pierwotnej sumy. Do nieprzejednanych należała grupa wierzycieli prywatnych, głównie banków i funduszy inwestycyjnych, które wcześniej wykupiły obligacje od prywatnych właścicieli za bezcen, a następnie domagały się od państwa argentyńskiego całej sumy. W tym właśnie wydarzeniu tkwi zarzewie obecnego kryzysu. Trzeba od razu dodać, że ówczesny emitent obligacji oddał jurysdykcję w ich sprawie sądowi stanu Nowy Jork, wychodząc ze słusznego założenia, że sądownictwo zasadniczo sprzyjające wierzycielowi spowoduje niższe oprocentowanie długu.

Fundusze spekulacyjne wygrały w zeszłym roku proces przed sądem amerykańskim, co wywołało falę zrozumiałego oburzenia w Argentynie. Rząd postanowił jednak wykorzystać okazję do rozpętania kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym w ogóle, zaś ekipie Baracka Obamy w szczególności – tej samej ekipie, która wcześniej umorzyła 75% długu państwowego Argentyny, a następnie opowiedziała się przed sądem – występując jako amicus curiae – przeciwko funduszom spekulacyjnym. Jeden z opozycyjnych publicystów napisał, że Cristina Kirchner nie rozumie lub raczej nie chce zrozumieć, iż sądy w USA nie działają tak samo jak w Argentynie czy Wenezueli i nie są „na telefon”. Przeoczył jednak fakt, że w bardzo podobnej sprawie dotyczącej sprzymierzonego z USA Konga, prezydent George W. Bush uniemożliwił wykonanie wyroku, argumentując, że sąd wkracza w obszar kompetencji władzy wykonawczej, wyrokując w sprawie długów państw.

Kirchner zadowolił się porozumieniem z większością wierzycieli, mając nadzieję, że uda mu się na drodze sądowej unieważnić roszczenia mniejszości lub zmusić ją do przystąpienia do ugody zawartej z większością. Przedsięwziął jednocześnie realizowanie redystrybucyjnych obietnic wyborczych, finansując je w dużej mierze z dochodów eksportowych. Przez długie lata pierwszej dekady XXI w. szczęście dopisywało jego administracji – na rynkach międzynarodowych obowiązywały wysokie ceny eksportowanych przez Argentynę surowców, przede wszystkim soi. Pozbawiony możliwości zadłużania się przez emisję obligacji, kraj związał nadzieje na rozwój z handlem materiałami nieprzetworzonymi, co upodabnia go trochę do Rosji, Wenezueli czy państw Zatoki Perskiej. Patrząc z perspektywy roku 2015, można stwierdzić, że tego rodzaju gospodarki skłonne są do przyjmowania podobnego modelu politycznego. Argentyna, w porównaniu z reżimami Putina, ajatollahów czy Cháveza-Maduro, oczywiście jest wciąż krajem bardzo demokratycznym, lecz metody walki z opozycyjną prasą, traktowanie opozycji przez ekipę rządzącą czy maksymalizowanie zysków z eksportu surowców kosztem praw ludności indiańskiej, zbliżają ją niebezpiecznie do tego modelu. Podobnie jak to możemy zaobserwować w Rosji czy Wenezueli, zakres swobód ograniczany jest wraz z pogarszaniem się sytuacji na rynkach i pozbywaniem się przez elektorat złudzeń co do obranego modelu rozwoju.

Latem 2014 r. w dzienniku „Die Welt” ukazał się obszerny artykuł o kosztach społecznych ciągłego poszerzania obszarów upraw soi w północnej Argentynie w prowincji Formosa. Współpraca właścicieli plantacji – często wielkich koncernów, takich jak Monsanto czy Bayer, których doskonałe stosunki z rządem są kolejnym dowodem na ideową niekonsekwencję tego ostatniego – z lokalną policją prowadzi do brutalnych przesiedleń, a nawet morderstw wśród lokalnej ludności1. Spadek cen soi i ekstensywny charakter rolnictwa w Argentynie wymusza powiększanie obszarów uprawnych w coraz większym tempie, gdyż budżet kraju jest w sporej części uzależniony od zysków z eksportu tej rośliny2. O sytuacji nie informuje także opozycyjna zazwyczaj prasa ogólnokrajowa, co może świadczyć o istnieniu jakiejś ponadfrakcyjnej zmowy milczenia.

Trzeba podkreślić, że propaganda ekipy rządzącej Argentyną, zupełnie jak w Rosji i Wenezueli, wciąż mówi o industrializacji, nowoczesności i postępie, podczas gdy coraz bardziej uzależnia się ona od trzecioświatowych metod pozyskiwania kapitału i towarów. Mam na myśli m.in. wspomniany już eksport surowców oraz długoterminowe umowy importowe z Chinami, przypominające te, które mocarstwo azjatyckie zawiera z krajami afrykańskimi.

Należy jednak przyznać, że reformy socjalne przyniosły również pozytywne efekty. Podróżując przez północno-zachodnie pogranicze kraju dowiedziałem się na przykład, że udało się dokonać elektryfikacji najbardziej oddalonych nawet miejscowości górskich, instalując w nich kolektory słoneczne. Po raz pierwszy w historii obowiązek oświatowy zaczął być konsekwentnie egzekwowany, gdyż państwo zaczęło zapewniać transport dzieci i młodzieży do placówek edukacyjnych. Wśród licznych nacjonalizacji, które przedstawiano jako naprawienie błędów poprzedników, były także te niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego lub wynikające z ewidentnej złej woli nowych właścicieli, dążących do zniszczenia przejętych przez siebie przedsiębiorstw. Można tu wymienić przykład argentyńskich linii lotniczych (działających obecnie wyłącznie dzięki ogromnym dotacjom państwowym, lecz jednocześnie uratowanych od likwidacji), koncernu naftowego YPF lub sporej części infrastruktury energetycznej. Nacjonalizacje za czasów rządów Cristiny Kirchner były często dokonywane bez odszkodowania, co naraziło Argentynę na kosztowne i przegrane procesy przed międzynarodowymi organami sądowniczymi i arbitrażowymi. Odszkodowanie dla hiszpańskiego Repsolu, byłego właściciela YPF, ma wynosić 9 miliardów dolarów. Czy zarząd państwowy, składający się często z co ambitniejszych działaczy młodzieżówek peronistycznych, będzie w stanie wyprowadzić przejęte przedsiębiorstwa na prostą i sprawić, by przynosiły zyski? Przykłady Aerolineas Argentinas czy nieskuteczność argentyńskich wysiłków w kierunku eksploatacji złóż gazu i ropy w Patagonii, nie nastrajają optymistycznie.

Poprawa sytuacji nastąpiła jednak głównie w prowincjach słabo zaludnionych i związana była z rozbudową infrastruktury. Sytuacja warstw uboższych w wielkich aglomeracjach jest gorsza niż 15 lat temu, gdyż na skalę dotychczas w Argentynie nienotowaną rozwija się przestępczość i – wspierany przez wysoko postawionych polityków – handel narkotykami. Wciąż niewyjaśniona została afera udzielenia przez państwo zgody na import efedryny będącej składnikiem narkotyków metaamfetaminowych3. Środek ów służył również do produkcji innych leków, lecz w jednym roku sprowadzono go do Argentyny w ilości kilkunastokrotnie przewyższającej zapotrzebowanie. Utrudniane przez władze wykonawczą postępowanie prokuratorskie wykazało, że ślady afery prowadzą do pałacu prezydenckiego. Z raportu agendy ONZ wynika, że Argentyna jest obecnie trzecim światowym eksporterem kokainy4. Ta sama organizacja alarmuje o najwyższej w Ameryce Łacińskiej liczbie napadów rabunkowych – 973,3 napady na 100 tys. mieszkańców w 2013 r.

Szok społeczny, jakim była niewypłacalność 2001 roku, dotknął nie tylko wyborców, ale także polityków. Ekipa Kirchnera była w zasadzie jedyną zdeterminowaną wówczas do objęcia rządów w kraju. Ten stan rzeczy utrzymuje się do dziś. Głównym opozycjonistą wobec Cristiny Kirchner nie jest żadna partia parlamentarna, lecz stołeczna prasa. Zachęca to do naginania zasad demokracji i zacierania podziałów między sferami prywatną, partyjną i państwową.

Warto zadać pytanie, czy ów projekt ideologiczny, który ta ekipa realizuje, ma charakter socjaldemokratyczny lub przynajmniej jest do nich zbliżony. Tak właśnie mogło się wydawać przez pierwszych kilka lat jego funkcjonowania. Wzrost gospodarczy był wysoki lub bardzo wysoki. Bezrobocie spadło z 22 do ok. 7%. Dochody ludności – po zapaści z początku XXI wieku – na powrót zaczęły rosnąć, zagrożenie inflacyjne utrzymywano pod kontrolą do mniej więcej 2011 r. Jednak głębsze spojrzenie na argentyński model społeczny prowadzi do wniosku, że z zachodnioeuropejskim państwem dobrobytu miał on (i ma) niewiele wspólnego. Większa część transferów socjalnych odbywa się poprzez dotacje przypominające system dopłat w realnym socjalizmie (a obecnie w Rosji, do niedawna także w Ukrainie), a nie poprzez świadczenia skierowane do konkretnych grup społecznych. Państwo „na ślepo” dopłaca ogromne sumy do cen energii, ciepła, środków komunikacji publicznej, żywności, wody, mieszkań itd., co sprawia, że zatraca się poczucie realnej wartości produkowanych dóbr i świadczonych usług.

System taki mógł być utrzymywany, gdy Argentyna zarabiała na handlu zagranicznym. Jednak spadek cen surowców zmusił władze do finansowania świadczeń emisją pieniądza, a więc dzieje się to za cenę inflacji. W tej chwili sięga ona ok. 30–35% w skali roku (rząd przez kilka ostatnich lat fałszował dane na tym polu), zaś wzrost płac dawno przestał nadążać za wzrostem cen. Według danych Ministerstwa Pracy pensje między czerwcem 2013 a czerwcem 2014 roku wzrosły o 29,7 procent, podczas gdy minimalny koszt utrzymania (żywność, mieszkanie, edukacja, podstawowa rozrywka) aż o 44,5%5.

Rząd argentyński coraz bardziej ogranicza swobodę działalności gospodarczej na bardzo podstawowym poziomie. Pojawiają się pomysły dyktowania przedsiębiorcom cen, po jakich mają sprzedawać swoje towary, co, pod pretekstem walki z wyzyskiem, jest oczywiście narzędziem mogącym łatwo doprowadzić ich do bankructwa. Coraz bardziej ogranicza się możliwości legalnego handlu dewizami – doprowadziło to do rozkwitu czarnego rynku walutowego, z którego zyski czerpie również świat przestępczy. Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że mechanizmy takie mają na celu walkę z kapitalizmem jako takim. Chodzi raczej o pognębienie biznesu spoza peronistycznej rodziny; to praktyka znana nam lepiej z realiów putinowskiej Rosji. O ile zatem kirchneryzm jest odległy od socjaldemokracji, która – mówiąc w największym skrócie – polega na redystrybucji części zysków wysokowydajnej gospodarki kapitalistycznej na cele społeczne, o tyle nie jest on również – tu w kontraście z modelem wenezuelskim – zakwestionowaniem kapitalizmu. Chodzi raczej o stworzenie korzystniejszych warunków rozwoju dla jednych podmiotów kosztem innych. Model ów nie jest całkowicie oryginalny także w kontekście Argentyny, gdyż nawiązuje do systemu stworzonego w tym kraju przez rodzinę Peróna w latach 40. i 50. XX wieku.

Największa iluzja wielu Argentyńczyków zadowolonych z rządów Kirchnerów polegała na przekonaniu, że stwarzają one podstawy trwałego rozwoju kraju. Spadek cen surowców oraz niekorzystny dla Argentyny wyrok amerykańskiego sądu w sprawie niezrestrukturyzowanej części zadłużenia były – jak to określił „The Economist” – momentem, w którym nastąpił odpływ i okazało się, że pływający nie ma kąpielówek. Oczywiście moje spojrzenie na „konieczne reformy” różni się zapewne nieco od spojrzenia redaktorów brytyjskiego tygodnika, jednak faktem jest, że trudno mówić o budowie potęgi przemysłowej w sytuacji, gdy w kraju otwierane są głównie filie wielkich koncernów zagranicznych, zaś podstawowy dochód eksportowy czerpie się ze sprzedaży soi.

Zmiana koniunktury na rynkach światowych skłoniła argentyńską prezydent, podobnie jak jej kolegów z Wenezueli, Rosji, Iranu, Południowej Afryki czy nawet Brazylii, do pomstowania na spisek międzynarodowego kapitalizmu przeciwko ich nowemu modelowi rozwojowemu. Nie zwracają oni przy tym uwagi na to, że przez szereg poprzednich „lat tłustych” bogacili się dzięki temu kapitalizmowi w sposób nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do stopnia bezpieczeństwa inwestycyjnego, jaki oferują ich gospodarki6. Ani przez chwilę Argentyna nie miała szansy stać się tygrysem gospodarczym, gdyż jej społeczeństwo było i jest zbyt zamożne, żeby zaakceptować wiążące się z tym ograniczenia charakterystyczne dla społeczeństw azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Ta sama uwaga zresztą dotyczy Chile (neoliberalni piewcy chilijskiego cudu zaklinają rzeczywistość równie umiejętnie), a także – przy wszystkich różnicach wynikających z położenia i faktu przynależności do UE – naszego kraju.

Obecną sytuację należy po prostu traktować jako oczekiwanie posiadaczy kapitałów z krajów rozwiniętych na lepsze dostosowanie gospodarek krajów rozwijających się do ich wymagań. Wymagania te należy oczywiście podzielić na toksyczne i korzystne dla społeczeństw. Niebezpieczeństwa zbytniego konformizmu w stosunku do zewnętrznego otoczenia ekonomicznego nie powinny jednak przysłaniać faktu, że zbyt mało zrobiono dla zmniejszenia poziomu korupcji, uproszczenia regulacji prawnych czy urealnienia cen poprzez zastąpienie dotacji nowoczesnym systemem wsparcia socjalnego. W przypadku Argentyny dochodzi jeszcze notoryczne łamanie prawa międzynarodowego i umów dwustronnych w zakresie regulacji celnych poprzez arbitralne wydawanie zakazów i ograniczeń eksportowych i importowych (działania znane nam również z praktyki rosyjskiej). Z tej perspektywy błędem wydaje się nadmierna łagodność krajów wysoko rozwiniętych, które w ostatnich latach, kierując się chciwością w zdobywaniu nowych rynków, były skłonne przyjmować do swego grona kraje zupełnie lekceważące zasady wolnego handlu, czego symbolem było wstąpienie Chin i Rosji do WTO w ostatnich latach. Założony w latach 90. XX, na wzór europejski, wspólny rynek kilku krajów kontynentu południowoamerykańskiego MERCOSUR (skupiający Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Wenezuelę) stał się instytucją praktycznie martwą ze względu na ostre konflikty interesów poszczególnych członków (zwłaszcza Argentyny i Brazylii oraz Argentyny i Urugwaju), którym oczywista dla tego typu organizacji idea wolnego handlu nie jest w smak.

Moje zbyt optymistyczne spojrzenie na populizm argentyński było skorelowane z nadmiernie surową oceną polityki chilijskiej lewicy. Pod wieloma względami życie w tym zamożniejszym i zdrowszym gospodarczo kraju jest trudniejsze od życia w Argentynie. Każdy krok w lewą stronę (np. wprowadzenie darmowych studiów dziennych) okupiony jest latami drobiazgowych negocjacji, co kończy się zazwyczaj znacznym okrojeniem planowanej reformy. Zaletą tego stanu rzeczy jest fakt, że najważniejsze decyzje podejmowane są w warunkach konsensusu narodowego, co sprawia, że polityka wewnętrzna Chile jest znacznie bardziej stabilna, zaś scena polityczna nie jest areną ciągłej wojny stronnictw. Wbrew moim przewidywaniom druga kadencja socjalistki Michelle Bachelet nie przyniosła bardziej socjalnego kursu w stosunku do lat 2006–2010. O ile jednak poprzednio byłbym w stanie uważać to za wadę tej ostrożnej i doświadczonej polityk, o tyle obecnie – patrząc na degrengoladę społeczno-gospodarczą Argentyny i Wenezueli – zaczynam doceniać zalety tej taktyki. Gospodarka Chile znacznie bardziej niż argentyńska przypomina kraje wysokorozwinięte. Oczywiście, istotną rolę odgrywa w niej wydobycie kopalin (zwłaszcza miedzi; niedawno KGHM otworzył w północnym Chile jedną z największych kopalni tego metalu na świecie), lecz ważne w skali całego kontynentu są również takie branże jak lotnicza (linie LAN są największe w całej Ameryce Łacińskiej) czy telekomunikacyjna.

Otwartość, a nawet pewna ekspansywność kapitału chilijskiego sprawia, że państwo to prowadzi zupełnie odmienną od wschodniej sąsiadki politykę zagraniczną i woli tworzyć podwaliny jedności kontynentalnej wspólnie z Peru i Kolumbią (w ramach tzw. Sojuszu Pacyfiku), niż z tymi krajami, które obrały bardziej protekcjonistyczną drogę rozwoju. Paradoksalnie głównym celem Sojuszu Pacyfiku jest rozwój kontaktów gospodarczych z Chinami, co jest również wielkim marzeniem Argentyny, Brazylii, Boliwii, Kuby i Wenezueli. O ile jednak wymienione przed chwilą kraje są w pewnym sensie klientami ChRL, gdyż, poza Brazylią, posiadają ograniczony dostęp do dewiz, niewielkie możliwości zadłużania się na wolnym rynku, a tym samym nieskrępowanego handlu zagranicznego, o tyle Chiny są dla Chile tylko jednym z wielu partnerów, zaś nadrzędnym celem pozostaje utrzymanie dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, co w obecnych realiach politycznych jest na tym kontynencie rzadką postawą.

Stosunek do Wielkiego Brata z Północy jest bardzo delikatnym, choć silnie zmitologizowanym zagadnieniem. USA popełniły w stosunku do Ameryki Łacińskiej wiele zbrodni i błędów głównie w okresie największego napięcia zimnowojennego, w ramach kissingerowskiej Realpolitik oraz podczas rządów Ronalda Reagana (na ten ostatni okres przypada również największa intensywność promieniowania doktryny neoliberalnej). Problem polega jednak na tym, że głębokie przeżycia społeczeństw latynoamerykańskich z tamtych czasów znajdują odzwierciedlenie w dzisiejszym stosunku do Stanów Zjednoczonych, które są już zupełnie inne. Ich zainteresowanie Ameryką Łacińską jest minimalne, co w przyszłości może mieć dla tego mocarstwa niedobre skutki (ekspansja Chin i zainteresowanie Rosji, rozwój karteli narkotykowych). Odejściu od roli nowego kolonizatora nie towarzyszy żadna inna spójna i pozytywna polityka, co trochę przypomina stosunek dawnych europejskich mocarstw kolonialnych wobec Afryki. Ponieważ nie można już oskarżać Białego Domu o popieranie dyktatur na kontynencie (wszystkie pozostałe mają charakter lewicowy), retoryka antyamerykańska miesza się z ogólnym potępieniem dla kapitalizmu i odwróceniem od atlantyckiego kręgu cywilizacyjnego, będącego przecież naturalnym środowiskiem również dla Ameryki Łacińskiej.

Konkluzja niniejszego artykułu musi być raczej pesymistyczna. Krótka analiza sytuacji społeczno-gospodarczej Argentyny i Chile wykazuje, że obydwa te kraje, mimo dużych kontrastów, łączą dwie cechy: w jednym i drugim rządzi ekipa lewicowa, lecz jednocześnie żaden z nich nie stał się terenem reform w duchu socjaldemokratycznym. Władze Argentyny przyjęły krótkowzroczną politykę ekstensywnego rozwoju w duchu wenezuelsko-rosyjskim, bez jednoczesnej możliwości uruchomienia zasobów drzemiących w tym bogatym kraju. Chile – mimo nastawania po sobie konkurencyjnych ekip partyjnych – nie odeszło od swojej roli wzorca z Sèvres modelu neoliberalnego, zaś poważne turbulencje innych państw regionu, które się na to odejście zdecydowały, sprawią, że Michelle Bachelet z pewnością będzie jeszcze ostrożniejsza. Trudno zresztą mieć do niej o to pretensje. Kraj o dość burzliwej historii najnowszej, wciąż zmagający się ze świeżymi ranami po dyktaturze, zdołał wypracować bardzo wysoki poziom kultury politycznej i konsensualnego rozwiązywania problemów. To prawda, że junta Pinocheta ustawiła punkt wyjścia tego konsensusu bardzo mocno po prawej stronie. Zanosi się jednak na to, że w najbliższych latach Argentyna będzie lizała rany po kolejnym okresie niewypłacalności i w końcu zostanie zmuszona do radykalnego poskromienia inflacji, podczas gdy Chile w sposób nieprzerwany, choć powolny będzie się pięło w górę i zwiększało gospodarczą wiarygodność.

Przypisy:

  1. Por.: http://www.welt.de/wirtschaft/article130331317/Das-ist-ein-programmierter-Genozid.html
  2. Obowiązuje specjalny kurs dolara do peso dla eksportu soi (ok. 6 pesos za dolara, czyli dwukrotnie niższy od rynkowego), co stanowi rodzaj podatku.
  3. Por.: http://www.perfil.com/contenidos/2014/12/12/noticia_0064.html
  4. Por.: http://www.nuevatribuna.es/articulo/america-latina/argentina-renuncio-a-controlar-el-trafico-de-drogas-segun-el-informe-de-la-auditoria-general-de-la-nacion/20130711095927094633.html
  5. http://www.lanacion.com.ar/1712233-la-canasta-basica-se-encarecio-22-en-el-primer-semestre-en-la-capital-federal
  6. Por.: http://www.latribune.fr/opinions/tribunes/20140820trib000845108/ou-vont-les-pays-emergents.html

Rewolta zapatystów w Meksyku – wojowniczy Indianie czy świadomi obywatele?

1 stycznia 1994 r. meksykański stan Chiapas zwrócił na siebie uwagę świata. Wraz z wejściem w życie traktatu ustanawiającego Północnoamerykańską Strefę Wolnego Handlu (NAFTA), którą utworzyły Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk, Indianie z jednego z najbiedniejszych regionów państw-założycieli podnieśli bunt i pod szyldem Zapatystowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego (Ejército Zapatista de Liberación Nacional, EZLN) podjęli walkę z państwem meksykańskim.

EZLN to ruch polityczno-wojskowy walczący o interesy grup ludzi zmarginalizowanych, głównie chłopów i ludności rdzennej. Nazwa ruchu odwołuje się do Emiliano Zapaty Salazara (1879–1919), przywódcy partyzantki chłopskiej w czasie rewolucji meksykańskiej, opowiadającego się po stronie najbiedniejszej części społeczeństwa. Aktywność EZLN jest określana jako guerrilla nowego typu, ponieważ w odróżnieniu od wcześniejszych „podobnych” przedsięwzięć (rewolucjonistów kubańskich, Świetlistego Szlaku w Peru, przedsięwzięć Ernesto Che Guevary w Boliwii itd.) nie dąży do zbrojnego przejęcia władzy w państwie. Kładzie nacisk na polityczną mobilizację społeczeństwa obywatelskiego. Zamiast obalać rząd, zapatyści wzywają do oddolnych reform i budowy alternatywnego systemu polityczno-gospodarczego, a ich taktyka opiera się na zdecentralizowanych działaniach zbrojnych, podejmowanych na niewielką skalę.

Zapatyści są produktem lat 90., które wytworzyły w Meksyku nową sytuację. Rok 1992, rocznica „Spotkania dwóch światów” – jak określa się dotarcie Krzysztofa Kolumba do Ameryki – był ważnym momentem dla ruchu indiańskiego. Nastąpił wzrost kontaktów między różnymi grupami etnicznymi, a ludy rdzenne zaczęły silniej akcentować swoją tożsamość. Wcześniej główną ideą odnoszącą się do ich praw był indygenizm, który przyjmował charakter paternalistyczny i miał na celu włączenie autochtonów do społeczeństwa za pomocą naśladowania przez nich głównego nurtu kultury. Lata 90. to natomiast rozkwit indianizmu, zakładającego dążenie do społeczeństwa, w którym Indianie kultywują tożsamość i sami o sobie decydują. Ruch zapatystów, w skład którego wchodzą głównie różne grupy Majów (Tzotzil, Tzeltal, Tojolab’al, Ch’ol, Mam), walczy o ich prawa, solidaryzując się jednak ze wszystkimi zmarginalizowanymi w Meksyku i na świecie.

Geneza i historia

Początków EZLN można upatrywać w guerrilli utworzonej około 1968 r. Zbrojne grupy chciały wywołać narodowe powstanie i sformować socjalistyczny rząd. Ostre represje w latach 70. i 80. doprowadziły do ostrego kryzysu w łonie opozycji. Ci, którzy przeżyli, przyłączyli się do walczących Indian. Ludność rdzenna w Meksyku tworzyła grupy samoobrony dla indiańskich chłopów i bezrolnych pracowników, którzy organizowali się w związki zawodowe i stowarzyszenia dla przeciwdziałania represjom. W 1974 r. w Chiapas miał miejsce kongres Indian – pierwsze oficjalne spotkanie ludności rdzennej nie podlegające silnej presji ze strony rządu. Przyniosło ono rozbudzenie świadomości i powstanie kanałów komunikacji między społecznościami Indian. Wielcy właściciele ziemscy, od wieków żyjący z półniewolniczej pracy ludności, nie zamierzali z niej rezygnować, a państwo nie chciało popierać „dzikich”. 17 listopada 1983 r. założono organizację polityczno-militarną pod nazwą Ejército Zapatista de Liberación Nacional, która była zbrojnym ramieniem ruchu społecznego. Była to grupa samoobrony, która miała przeciwstawić się uzbrojonym bandytom, zatrudnianym przez właścicieli wielkich majątków ziemskich.

EZLN było początkowo tradycyjną organizacją guerrilli, opierającą się na partyzantce wiejskiej, skrytym poparciu miejscowej ludności i potyczkach z małymi oddziałami. Początkowo organizacja miała charakter marksistowski, jednak przeszła transformację. Decyzja o rozpoczęciu wojny w latach 90. spotkała się z uznaniem reprezentantów wspólnot lokalnych, ale była sprzeczna z wolą większości wykształconych kadr miejskich. Wielu marksistowskich intelektualistów opuściło EZLN, które zostało tym samym zdominowane przez ludność miejscową. Był to pierwszy przypadek, w którym szeregowi członkowie guerrilli zadecydowali o kierunku, w jakim ma ewoluować ugrupowanie. Zazwyczaj decyzja ta należała do przywódców partyzantki (comandantes). Tym samym EZLN pozostało pod kontrolą Indian.

Ugrupowanie zyskiwało coraz większe poparcie kosztem innych organizacji chłopskich. Zapatyści dawali nadzieję na zmianę trudnego położenia regionu. Stan Chiapas, mimo bogactw (surowców mineralnych i rozwiniętego rolnictwa), niemal od zawsze znajdował się w trudnej sytuacji ekonomicznej. Był na uboczu wielkich wydarzeń i procesów w Meksyku. Nadmierne podatki, oszustwa, manipulacje prawne i wyzysk gospodarczy były powodem licznych buntów przeciwko właścicielom wielkich majątków. Na początku lat 90. prawie 60 proc. mieszkańców żyło za mniej niż 5 dolarów dziennie, 60 proc. dzieci nie chodziło do szkoły, a analfabeci stanowili 30 proc. obywateli stanu. Polityka władz uderzała w ludność rdzenną i chłopów, co postrzegane było jako kontynuacja wcześniejszych działań kolonizatorów, osadników i latyfundystów. Sytuację pogorszyło zniesienie limitów w imporcie kukurydzy i ochrony cen kawy, co sprawiało, że podstawowe produkty miejscowej gospodarki musiały konkurować z tańszymi z importu. Chiapas, jako jeden z najbiedniejszych stanów Meksyku, miał ponieść szczególnie wysokie koszty porozumienia NAFTA z powodu wycofania subsydiów rządowych, komercjalizacji własności indiańskiej oraz liberalizacji cen artykułów rolnych.

W walce

1 stycznia 1994 r. zapatyści rozpoczęli powstanie zbrojne, które przyniosło im międzynarodową sławę. Od 2 do 5 tys. słabo uzbrojonych rebeliantów – mężczyzn i kobiet, Indian z różnych grup etnicznych, a także Metysów i „miejskich intelektualistów” – zajęło główne miejscowości Chiapas: San Cristóbal de las Casas, Altamirano, Ocosingo, Las Margaritas. Choć kontrola zapatystów nad miastami trwała tylko kilka godzin, udało się im poinformować o swojej walce cały świat.

Przywódca buntowników, subcomandante („wicekomendant”) Marcos, z balkonu ratusza w San Cristóbal de las Casas zadeklarował początek rewolucji. Marcos to jeden z głównych przywódców powstania i rzecznik ruchu. Charakterystycznie ubrany (nieodłączne kominiarka, kapelusz i fajka), poruszający się czarnym motocyklem, przyciąga uwagę mediów. Jest on, co warto podkreślić, rzecznikiem i strategiem ruchu, a nie jego przywódcą. Pewien czas temu zrzekł się tytułu „wicekomendanta”, a w maju 2014 r. ogłosił, że jego osoba była „przebraniem”, hologramem ruchu. W wygłoszonym wówczas przemówieniu zadeklarował, że jego postać schodzi ze sceny, co w żaden sposób nie wpłynęło na działalność zapatystów.

Wypowiedziano wojnę armii i rządowi oraz wezwano obywateli do wspierania walki. Głównymi postulatami były: przeprowadzenie uczciwych wyborów, rezygnacja z nowego modelu ekonomicznego, parcelacja państwowych latyfundiów, zakaz sprzedaży ziemi wspólnotowej. Meksykańska armia przystąpiła do kontrofensywy i powstańcy wycofali się na tereny leśne. W walkach zginęło wtedy po kilkadziesiąt osób z grona powstańców, cywilów, żołnierzy i policjantów, a wojsko prawdopodobnie rozstrzelało kilkudziesięciu pojmanych guerrilleros. Powstanie zwalczały nie tylko siły rządowe (17 tys. żołnierzy), ale także właściciele ziemscy i ich oddziały paramilitarne oraz wywiad i wsparcie taktyczne z USA i Gwatemali. 12 stycznia specjalny wysłannik prezydenta Meksyku doprowadził do rozpoczęcia rozmów pokojowych, a 27 stycznia podpisano porozumienie o zawieszeniu broni, uwolnieniu więźniów i rozpoczęciu negocjacji. W marcu nastąpiła stabilizacja granicy między armią a zapatystami. Rozmowy pokojowe znalazły się w impasie, a rebelianci odrzucili propozycje rządowe.

W lutym 1995 r. miała miejsce nieudana akcja wojsk meksykańskich – porwanie dowódców EZLN. Na ulice wyszło 100 tys. obywateli wyrażających poparcie dla zapatystów. W odpowiedzi siły rządowe rozpoczęły okupację wiosek oraz budowę baz wojskowych na terenie stanu. W marcu parlament Meksyku wprowadził nowe prawo, ułatwiające wznowienie dialogu i załagodzenie konfliktu, oraz utworzył specjalną komisję, mającą wesprzeć negocjacje. Pierwsze spotkanie odbyło się w San Miguel; w kolejnych miesiącach rozmowy były wielokrotnie przerywane i wznawiane. W trakcie negocjacji zapatyści zorganizowali konsultacje ludowe, w których wzięły udział (w całym Meksyku) prawie 2 mln obywateli, w większości popierających plan przekształcenia EZLN w siłę polityczną. Zapatyści zachowali jednak broń.

Głównym punktem dyskusji między władzą a powstańcami w latach 1995–1996 stały się zwyczajowe prawa indiańskie: własne trybunały, kolektywna własność ziemi, język, medycyna tradycyjna, szacunek do natury itd. EZLN zaprosiło do rozmów kilkuset lokalnych, krajowych i międzynarodowych doradców, z których wielu było ekspertami w zakresie praw tubylczych. Osiągnięto konsensus w kwestii praw kulturowych (związanych z odrębnością Indian, sposobem ubierania się, leczeniem, kultem przodków, solidarnością, sakralizacją ziemi itp.) i w lutym 1996 r. podpisano Porozumienia z San Andrés, gwarantujące autonomię ludności rdzennej. Rząd nie dotrzymał jednak obietnic. Problem dotyczył przede wszystkim zachowania własności ziemi w kontekście podejrzeń o istnieniu w Chiapas złóż ropy naftowej. Przez stan przeszła fala przemocy, wbrew przyjętym zobowiązaniom nastąpiły ataki wojska. 23 grudnia 1997 r. doszło do ataku wspieranych przez rząd grup paramilitarnych na wieś Acteal w regionie Altos, zakończonego masakrą 43 cywilów.

Od połowy 1998 r. postępowała demobilizacja ruchu, spowodowana ustaleniem granicy między wojskiem i zapatystami oraz względnym spokojem po ostrych represjach. Nasilenie aktywności nastąpiło dopiero pod koniec 2002 r. W międzyczasie, w grudniu 2000 r., doszło do zmiany władzy. Opozycyjna Partia Akcji Narodowej zwyciężyła w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Zapatyści wyrazili wówczas nadzieję na poprawę współpracy oraz sformułowali prośbę o spełnienie trzech warunków niezbędnych dla kontynuacji dialogu: wypełnienie Porozumień z San Andrés, uwolnienie przetrzymywanych zapatystów i likwidację siedmiu baz wojskowych w regionach zapatystowskich. W lutym 2001 r. zapatyści przemawiali w Kongresie, apelując o gwarancje autonomii dla ludności tubylczej. W kwietniu tego samego roku wprowadzono ustawę dotyczącą uznania praw autochtonów, jednak nie była ona zgodna z najważniejszymi postulatami ruchu indiańskiego. Stany o największym udziale ludności rdzennej odrzuciły reformę, odbierając ją jako kolejną zdradę.

Zapatyści postanowili, że Porozumienia z San Andrés zostaną wprowadzone na terytoriach powstańczych metodą faktów dokonanych. Zawieszono kontakty z rządem federalnym i partiami. Zapowiedziano bojkot rządowych programów i odrzucenie władzy państwa. Utworzono strefy autonomiczne, których rząd nie uznał de iure, ale de facto zmuszony był to uczynić. W ten sposób rozpoczęła się nowa faza działalności zapatistas. Pierwszą odpowiedzią prezydenta Carlosa Salinasa de Gortari było oskarżenie rebeliantów o to, że nie są Indianami; w rządowej propagandzie twierdzono, że zapatyści to agitatorzy z zagranicy, gwatemalscy komuniści itp. W rzeczywistości większość bojowników i sympatyków EZLN to Majowie. Również większość przywódców ruchu (poza Marcosem) należała do ludności rdzennej. Strategia rządu polegała też na izolacji rebeliantów i zwiększeniu militaryzacji stanu Chiapas (wysłano tam 70 tys. żołnierzy). Do stanu, gdzie żyło niespełna 4 proc. populacji kraju, skierowano ⅓ armii. Uwięziono niektórych przywódców EZLN oraz mobilizowano i wspierano grupy paramilitarne. Rząd usiłował podzielić wspólnoty Indian i osłabić poparcie dla zapatystów w regionie. Wszystkie te działania nie przyniosły jednak pożądanych skutków.

Przywódcy EZLN pozostają celem ataków oddziałów paramilitarnych, wspieranych przez lokalną administrację. Przykładem może być wydarzenie z maja 2014 r., kiedy w zasadzce zabito nieuzbrojonego compañero Galeano – działacza oświatowego, mówcę, niezależnego doradcę, zapatystę. Brutalny atak miał na celu sprowokowanie zbrojnego odwetu, co z kolei uzasadniłoby dalsze represje i ataki wojsk rządowych. Celem przemocy są nie tylko partyzanci, ale także działacze społeczni związani z zapatystami.

Największym zagrożeniem z punktu widzenia władz jest sukces autonomii, pokazujący, że inny świat jest możliwy. Po wybuchu rewolucji zwiększono pomoc rządową dla Chiapas, m.in. na opiekę zdrowotną, edukację, rozwój wspólnot, kupno ziemi i subwencje rolnicze. Wszystkie działania prowadzone były odgórnie, bez konsultacji społecznych. Równolegle dążono do zniszczenia EZLN, odizolowania go od ludności cywilnej oraz zdobycia jej poparcia. Rząd chciał przede wszystkim zakończyć „stan wojny” i powrócić do „normalności”, co oznaczało dla niego stan sprzed rewolucji, a więc taki, który był przyczyną jej wybuchu.

Ideologia, postulaty i metody walki

Korzeni zapatyzmu można doszukiwać się w socjalizmie, municypalizmie (decentralizacji, samorządności, konfederacji miast), ruchu Indian i teologii wyzwolenia. Zwłaszcza ta ostatnia odegrała dużą rolę w krystalizacji oblicza ruchu. Księża katoliccy nie tylko wspierali i legitymizowali działania opozycyjne, ale także pomagali kształcić aktywistów chłopskich, choć przeciwstawiali się walce zbrojnej.

Zapatismo stanowi kombinację dwóch elementów. Pierwszy to tradycyjny światopogląd Majów, postrzegających świat jako twór zróżnicowany kulturowo, ale zarazem oparty na fundamencie uniwersalnych wartości oraz dialogu. Prowadzi to do odnalezienia wspólnego języka i konsensusu, który pozwala zbudować lepszy świat. Drugi nurt to natomiast alterglobalizm i krytyka neoliberalizmu. Ruch zapatystów to nowy, postmodernistyczny nurt guerilli (guerilla posmoderna). Zaprzestali używania siły inaczej niż w samoobronie, przy atakach wojska, policji czy oddziałów paramilitarnych na ich pozycje. Rozwiązania militarne miały także pozostać możliwym do wykorzystania sposobem na zwrócenie uwagi elit rządzących.

Nie uważają się za rewolucjonistów, lecz za buntowników (rebeldes), których motywacją jest dążenie do demokracji i sprawiedliwości. Nie chcą władzy, ich hasłem jest: „Dla wszystkich wszystko, dla nas nic” (Para todos todo, para nosotros nada). Ruch zapatystów uznał społeczeństwo za „katalizator demokratycznego przełomu w Meksyku”. Chciał zmobilizować obywateli przeciwko elitom oraz budować autentyczny samorząd lokalny. Jak stwierdził subcomandante Marcos: to społeczeństwo obywatelskie musi przekształcić Meksyk – my jesteśmy tylko małą częścią tego społeczeństwa, uzbrojoną częścią – naszą rolą jest bycie gwarantami przestrzeni politycznej, której to społeczeństwo potrzebuje.

Ideologia zapatystów koncentruje się wokół sprzeciwu wobec neoliberalizmu oraz rozwijania autentycznej, oddolnej demokracji. Są przeciwni globalizacji, wolnemu rynkowi, elitom finansowym. W swoich deklaracjach stwierdzają, że: Kapitalizm wraz z neoliberalną globalizacją niszczy państwa, które zdobywa, ale także dostosowuje i zmienia wszystko na swój sposób, który przynosi mu korzyści i pozbywa się sprzeciwu. […] niszczy to, co stanowi o tych państwach, niszczy ich kulturę, ich język, ich system gospodarczy, ich system polityczny, a także zależności między mieszkańcami tych państw. Uważają, że globalny neoliberalizm przekształca świat w jeden „kraj”, w którym podstawową wartość stanowi kapitał. Tradycyjne przekonania ludności rdzennej dotyczące podboju, wyzysku, eksploatacji, ucisku i wykluczenia zostały więc powiązane z poglądami na porządek globalny. Zapatyści chcą walczyć ze skutkami reform gospodarczych oraz z istniejącym porządkiem geopolitycznym. Ich ideologię cechuje wyraźny dualizm: decydującą rolę odgrywają podziały między globalną finansjerą i biznesem a lokalnymi grupami etnicznymi, między bogatym centrum a biednymi peryferiami, między rządem a obywatelami. Wierzą, że istnieje alternatywa: system oparty na realnej równości szans obywateli i narodów.

Sprzeciwiają się polityce w takim kształcie, jaki zakłada demokracja przedstawicielska. Czy mówimy, że polityka nie służy żadnemu celowi? Nie, chcemy powiedzieć, że TAKA polityka nie służy żadnemu celowi. Nie służy, ponieważ nie bierze pod uwagę ludzi, nie słucha ich, ignoruje, a zbliża się do nich tylko na czas wyborów. Zapatyści chcą działać inaczej: zamierzamy słuchać i rozmawiać bezpośrednio, bez mediatorów, ze zwykłymi i skromnymi Meksykanami i, zgodnie z tym, co usłyszymy i czego się dowiemy, […] zaczniemy budować, razem z tymi ludźmi […] narodowy program walki […] o sprawiedliwość, demokrację i wolność dla ludu meksykańskiego […] spróbujemy innej drogi uprawiania polityki.

Inny z celów to dbałość o interesy różnych grup etnicznych, społecznych, religijnych i ideologicznych, żeby w ten sposób budować solidarną wspólnotę. Domagają się więc tolerancji i gwarancji praw ludności indiańskiej do zachowania różnic kulturowych, etnicznych i ideologicznych. Zabiegają także o prawa i lepszy los robotników rolnych i przemysłowych, ludzi zmarginalizowanych, studentów, kobiet, młodych ludzi, mniejszości seksualnych, księży, zakonnic i ludzi świeckich, którzy wspierają lud w jego walce, działaczy ekologicznych oraz aktywistów społecznych, poświęcających życie walce o lepszy los ludzi wyzyskiwanych. Odwołują się do tradycji indiańskiej demokracji wspólnotowej i walczą z wykluczeniem i autorytarnym podejmowaniem decyzji. Dążą do zapewnienia wszystkim obywatelom pracy, ziemi, mieszkań, żywności, opieki zdrowotnej, bezpłatnej edukacji.

Ważnym elementem koncepcji zapatystowskich jest także szacunek dla natury. Na terenach kontrolowanych przez EZLN nie używa się pestycydów, nie buduje zapór wodnych, nie wycina lasów. Indianie promują ekoturystykę i zrównoważony rozwój. Terytoria przez nich zarządzane to lasy o jednym z największych na świecie wskaźników różnorodności biologicznej. Majowie od wieków prowadzili zrównoważoną gospodarkę wiejską w taki sposób, aby jednocześnie chronić różnorodność biologiczną oraz produkować żywność potrzebną do przetrwania lokalnych społeczności. Według miejscowej kosmowizji Indianie stanowią jedność z naturą i mają obowiązek chronić jej równowagę, gdyż śmierć ekosystemu oznaczać będzie także śmierć dla nich.

Komunikacja i symbole

Bardzo ważne miejsce w działaniach EZLN zajmuje podejście do komunikacji ze światem. Ruch zapatystów nazywany jest pierwszym ruchem informacyjnym lub postmodernistycznym. Od początku zapewniono mediom stosunkowo wolny dostęp do informacji o działalności zapatystów, nawet w strefach objętych działaniami zbrojnymi, a także do kwater głównych ruchu. Dzięki temu wytworzyła się sytuacja, w której istniało wielu nadawców informacji i nikt nie był w stanie kontrolować ich przepływu. Media alternatywne demaskowały rządową propagandę, wywierając nacisk na oficjalne ośrodki informacyjne. Raporty dziennikarzy, działaczy humanitarnych, obserwatorów religijnych i indiańskich potwierdzały wersje zapatystowskie i obciążały meksykański rząd.

Główną bronią zapatystów stało się słowo, rozpowszechniane dzięki relacjom z prasą międzynarodową i użytkownikami internetu. Wykorzystywano różne środki przekazu. Zapatyści publikowali także communiqués dla prasy, deklaracje (tzw. Deklaracje z Selwy Lakandońskiej – główne manifesty ideologiczne ruchu), książki, eseje, wywiady, artykuły, opowiadania. Zwoływali konferencje prasowe, organizowali marsze (m.in. do stolicy) i masowe zebrania. Uwagę przyciągały także przypadki uwalniania więźniów, konsultacje społeczne, publiczne głosowania i proces podejmowania decyzji we wspólnotach zapatystowskich. Społeczeństwo obywatelskie zostało uznane przez zapatystów za największego sprzymierzeńca i wiele wysiłków poświęcono nie tylko propagowaniu inicjatyw EZLN, ale także wymianie poglądów i doświadczeń. W dużej mierze dzięki temu udało się zapobiec represjom wojska i oddziałów paramilitarnych wobec ludności cywilnej Chiapas.

Indianie zyskali światowy rozgłos i miliony zwolenników. Nacisk międzynarodowej opinii publicznej sprawił, że rząd meksykański został zmuszony do ustępstw: negocjacji, ograniczenia represji, zwrócenia uwagi na prawa ludności. Zagraniczne wsparcie przyjmowało różne formy: od czysto moralnego, przez polityczne, po pomoc materialną (leki, ubrania, opatrunki, komputery itd.).

Bardzo ważnym elementem symboliki zapatystów jest czarna kominiarka. Ma ona pokazać, że do ich grona może przystąpić każdy, bez względu na kolor, płeć czy przynależność etniczną – wszystko to znajduje się pod spodem i jest nieważne, liczy się tylko chęć wspólnej walki. Kominiarka podkreśla też jedność ruchu oraz ma chronić przed represjami ze strony rządu, gdyż zapewnia anonimowość. Sprawia również, że wizerunek polityka/lidera jest nieistotny – liczy się tylko jego skuteczność i to, jak spełnia obowiązki powierzone mu przez obywateli.

Świat kupił chwytliwy wizerunek zrewoltowanych autochtonów. Fotogeniczni Indianie, często pozujący do zdjęć, noszący kolorowe ubrania, kominiarki, balaclavas (chusty na twarzy i szyi) itp., przyciągają uwagę mediów. Zapatystowskie wspólnoty pełne są murali z Che Guevarą, Zapatą, Matką Boską z Guadalupe z balaclava na szyi oraz rewolucyjnymi hasłami.

Autonomia i ustrój

Gdy mowa o ustroju wprowadzonym przez zapatystów, musimy mieć na uwadze dwie kwestie: strukturę organizacyjną samego EZLN oraz autonomie municypalne tworzone na obszarach zapatystowskich.

Struktura zbrojnego ramienia zapatystów składa się z trzech poziomów: 1) baz wsparcia (bases de apoyo), złożonych z organizacji, które zapewniają EZLN zaplecze logistyczne i ekonomiczne, 2) członków milicji, którzy mają okresowe szkolenia wojskowe i mogą być powołani do służby w zależności od potrzeb, 3) powstańców, którzy są na stałej służbie, zorganizowani według rang i uzbrojeni. Najwyższy szczebel to Dowództwo Generalne (Comandancia General), na której czele stał subcomandante Marcos, a obecnie jest to subcomandante insurgente Moisés. Struktura polityczna jest połączona z militarną na najwyższym szczeblu, ale opiera się na zorganizowanych oddolnie organizacjach delegatów i na zgromadzeniach lokalnych, a kończy na Tajnym Rewolucyjnym Komitecie Indiańskim (Comité Clandestino Revolucionario Indígena, CCRI). Jest on sformowany spośród cywilnych przywódców obojga płci z każdej z 11 autochtonicznych grup oraz z Metysów. Komitet reprezentuje najwyższą władzę polityczną w ruchu i sprawuje zwierzchnictwo także nad Dowództwem Generalnym EZLN. Zadaniem komitetu jest dowodzenie operacjami wojskowymi, a do 2003 r. odpowiadał on również za sprawy cywilne. W lipcu tegoż 2003 r. doszło do reformy: CCRI zachowało wojskowe i polityczne funkcje, ale kwestiami gospodarczymi i cywilnymi oraz usługami dla ludności zajęły się organy cywilne. Wojskowe skrzydło zapatystów znalazło się więc pod kontrolą obywateli i w zasadzie utraciło decyzyjność, zachowując jedynie funkcję doradczą.

Niektórzy twierdzą, że zapatyści demokrację mają we krwi, ponieważ są Indianami. Ma to związek z funkcjonującą od wieków romantyczną wizją Indianina – dumnego, wolnego, posiadającego szczególne relacje z naturą. Należy jednak pamiętać, że w praktyce demokracja zapatystowska pozostaje kwestią problematyczną. Wiele wspólnot żyjących w Chiapas cechuje system autokratyczny. Co więcej, zapatyści mieli początkowo charakter nie tubylczy, lecz chłopski i meksykański. W zasadzie nie wiadomo do końca, na ile EZLN funkcjonuje w zgodzie z głoszonymi przez siebie demokratycznymi regułami, ponieważ ma ono charakter półjawny, a groźba represji państwa powoduje, że wiele informacji musi być trzymanych w tajemnicy. Inaczej jest z systemem wspólnot zapatystowskich, których funkcjonowanie zostało zbadane.

Gdy kolejne rundy negocjacji z rządem nie przyniosły rozwiązania konfliktu i konkretnych zmian legislacyjnych, zapatyści skoncentrowali się na tworzeniu autonomicznych rządów we wspólnotach lokalnych w tych strefach, nad którymi utrzymali kontrolę. W rezultacie powstały 32 autonomie zapatystowskie (Municipios Autónomos y Rebeldes Zapatistas; MAREZ), do których należy ponad 2200 wspólnot, zamieszkanych przez ok. 100 tys. ludzi. Poprzez system komunalnych zebrań i narzędzia demokracji uczestniczącej organizują one ochronę zdrowia i edukację oraz nadzorują system sprawiedliwości i redystrybucji. Ich strategia polega na samoorganizacji przeciwko niesprawiedliwemu i skorumpowanemu systemowi politycznemu, bez użycia przemocy. W systemie tym każdy może brać bezpośredni udział w rządach. Warunkiem jest posłuszeństwo wobec wspólnoty, która go wybrała – innymi słowy, funkcjonuje tu mandat imperatywny. Rozwiązanie to polega na tym, że nikt z zewnątrz nie przychodzi tu, by rządzić, ale to sami ludzie decydują miedzy sobą, kto i jak będzie rządził, a jeśli nie jest posłuszny – musi odejść. Jest to tzw. zarządzanie przez posłuszeństwo (mandar obedeciendo), wyrażające całkowitą zależność władzy wykonawczej od decyzji ustalonych przez obywateli.

Model zapatystowski to wizja oddolnej demokratyzacji rozwijana na poziomie wiosek. System jest tak skonstruowany, żeby mieszkańcy mieli jak największy wpływ na proces podejmowania decyzji. Podczas zgromadzeń w wioskach każdy ma prawo głosu, niezależnie od płci, wieku czy przynależności etnicznej. Decyzja podejmowana jest 66-procentową większością głosów, co wymaga większej jednomyślności niż 50 proc. znane z demokracji przedstawicielskiej. Zawsze jednak dąży się do konsensusu i próbuje wypracować rozwiązanie, które odpowiada wszystkim.

Istotne problemy są omawiane z innymi wspólnotami zapatystowskimi poprzez system konsultacji i ponadlokalnych zgromadzeń. Organizuje się też zgromadzenia regionalne. Żadna ważna decyzja strategiczna czy polityczna nie może być podjęta bez przedyskutowania i przyjęcia przez wszystkie zgromadzenia. Podjęcie ważnych decyzji zabiera zwykle ok. 6 miesięcy. Lokalne zgromadzenia rozstrzygają natomiast wszelkie kwestie dotyczące życia danej wspólnoty oraz organizują wybory do rządu zapatystowskiego. Obecność na zebraniach wspólnotowych jest obowiązkowa dla wszystkich ludzi starszych niż 12 lub 15 lat – usprawiedliwienie nieobecności stanowić mogą tylko praca lub choroba. Zebrania gromadzą zwykle od 50 do 200 ludzi, zależnie od wielkości wspólnoty. Ich przebieg jest zawsze podobny: tzw. koordynator wyjaśnia problem, toczy się dyskusja (która może mieć różny przebieg), zazwyczaj wyłania się kilka pomysłów czy propozycji i koordynator je podsumowuje. Potem uzgadnia się wspólne stanowisko. Na zgromadzeniach każdy może się wypowiedzieć, a podjęcie decyzji poprzedzają niekiedy długie debaty. Panują przy tym zasady pełnej otwartości i wolnego przepływu informacji.

Zgromadzenia mieszkańców wybierają dwie lub cztery osoby reprezentujące ich w samorządach obejmujących po kilkanaście wsi. Reprezentanci wybierani są w jawnym i otwartym głosowaniu na 1–3 lata. Zmieniają się co 7–10 dni tak, aby mieć możliwość prowadzenia swoich gospodarstw lub innej działalności. Dodatkowo każda wspólnota wspiera przedstawicieli za pomocą projektów wspólnotowych (głównie związanych z hodowlą), a także opiekując się ich gospodarstwami, dostarczając żywność lub opłacając transport, kiedy pełnią oni funkcje publiczne. Te ostatnie są bowiem zajęciami nieodpłatnymi. Wprowadzono też mechanizm rotacji, by zabezpieczyć zgromadzenia przed przerostem władzy personalnej.

W zapatystowskiej strefie wpływów utworzono 5 regionalnych centrów (caracoles), które koordynują działania rządu cywilnego, zarządzają stosunkami z zagranicą, funduszami i projektami poprawy usług dla ludności oraz organizują plany produkcyjne dla zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności. Mieszkańcy przy pomocy zapatystów sami tworzą i zajmują się sprawami edukacji, zdrowia i pracy. Nie ma tam narzucania decyzji ani rozwiązywania problemów za kogoś. Niektóre usługi, jak edukacja, ochrona zdrowia czy żywność, dostępne są także dla nie-zapatystów – ludzi, którzy nie biorą udziału w systemie i nie deklarują związku z ruchem.

W 2003 r. powołano Zgromadzenia Dobrych Rządów (Juntas de Buen Gobierno) – po jednym w każdym centrum zapatystowskim. Przejęły one od EZLN funkcje administracyjne we wspólnotach. Podział administracyjny autonomii zapatystowskich jest inny niż rządowy, ma na celu równą dystrybucję usług, dóbr oraz pomocy z zewnątrz. Caracoles stały się w efekcie centrami administracyjnymi i przejęły formalne kontakty ze światem zewnętrznym. Zadania Zgromadzeń to natomiast koordynacja działalności gmin, ułatwienie wymiany informacji, mediacje. Miały one pokazać m.in., że do sprawowania władzy nie trzeba „profesjonalnych polityków” i każdy nadaje się do uczestnictwa w rządzie – tym, czego chcemy uniknąć, jest sytuacja, w której polityka jest uprawiana przez profesjonalistów i przekształca się w zawód czy sposób życia. Ustrój jest elastyczny: zasady, które się nie sprawdzają, są zmieniane przez wspólnoty. Decyzja obywateli ma tu zawsze charakter nadrzędny wobec istniejących reguł.

Zapatyści nie akceptują przejawów obecności państwa meksykańskiego na swoim terenie. Obywatele sami stanowią prawo i domagają się uznania przez państwo tradycyjnych indiańskich procedur, związanych ze sposobem życia, organizowaniem się, kolektywnym podejściem do pracy i podejmowania decyzji. Zapatystowskie struktury władzy są równoległe i konkurencyjne wobec rządowych. Organy autonomii pozostają w konflikcie z oficjalną władzą, zwłaszcza w kwestii kontroli nad surowcami naturalnymi oraz wymiaru sprawiedliwości i edukacji. Zapatyści i ich sympatycy stosują wobec oficjalnych instytucji bierny opór oraz wielowymiarowy bojkot, w tym podatkowy. Nie biorą także udziału w wyborach. Do roku 1997 zapatyści byli radykalnie przeciwni rządzącej partii i nakłaniali do głosowania na opozycję, jednak później zaprzestali udziału w wyborach i konsekwentnie wzywali do ich bojkotu. Odmówili zgody na umieszczenie na swoim terenie urn i zbrojnie odpierają próby narzucenia im obowiązku wyborczego (w Meksyku, jak w wielu państwach Ameryki Łacińskiej, funkcjonuje przymus wyborczy).

Odrzucają też wsparcie finansowe od agend rządowych. Jak sami twierdzą: Oczywiście, że brak akceptacji dla rządowej „pomocy” jest czasami trudny – bardzo trudny. Ale to, co oznacza dla nas „pomoc”, to mówienie nam, jakie są nasze problemy, narzucenie nam ich modelu rozwoju, mówienie nam, jak powinniśmy żyć […], często oznacza to przeniesienie na bardziej zurbanizowane tereny albo w miejsca, gdzie możemy po prostu zostać zapomniani. Obywatele Chiapas nie chcą jałmużny, lecz szansy na stworzenie innej rzeczywistości dla siebie samych. Odrzucenie programów socjalnych państwa nie oznacza, że zapatyści dążą do secesji czy autarkii, ale ma być sprzeciwem wobec braku uznania państwa dla ich praw obywatelskich i postulatów. Wspólnoty otrzymują natomiast wsparcie od organizacji pozarządowych. Samowystarczalność wiosek i lokalnie wybranej administracji uzupełnia więc globalna sieć organizacji humanitarnych.

W 2005 r. rozpoczęto tzw. Inną Kampanię (Otra Campaña), czyli projekt, w ramach którego meksykańskie społeczeństwo obywatelskie poznaje i uczy się, z pomocą zapatystów i ich sympatyków, alternatywnych metod uprawiania polityki i zarządzania wspólnotą. Inicjatywa miała na celu m.in. zerwanie z marginalizowaniem Indian i innych poszkodowanych grup. Skierowana była zaś do tych, którzy są „na dole i po lewej” w strukturze społecznej. Zapatyści chcieli w ten sposób wyjść ze swoimi ideami poza caracoles i pokazać całemu Meksykowi, że ich system może skutecznie zwalczać korupcję, nepotyzm, klientelizm i wyzysk.

Podsumowanie

W regionie Chiapas trwa nieprzerwana walka zapatystów z armią meksykańską. Wojna jest określana jako „konflikt o małym nasileniu”. Od 1994 r. ginie tam około 100 osób rocznie. Jednocześnie postępuje pauperyzacja ludności Chiapas, co powoduje z kolei radykalizację jej dążeń. Zapatystów jest prawdopodobnie mniej niż kilkanaście lat temu, ale też jest to ruch o trwałym charakterze, do którego przystępują wciąż nowi członkowie.

Według niektórych danych sytuacja społeczna w Chiapas pogarsza się – zwiększa się ilość analfabetów, biednych (78 proc. obecnie w porównaniu z 75 proc. w roku 1994), niedożywionych (48 proc. obecnie w porównaniu z 46 proc. w roku 1990). Trudno powiedzieć, na ile są to skutki polityki rządu i neoliberalizacji, a na ile porażka projektów zapatystów. Należy pamiętać, że obszar kontrolowany przez rebeliantów to tylko część Chiapas, a pogarszająca się sytuacja w regionie może świadczyć w równym stopniu o błędach zapatystów, co o fiasku rządowej polityki socjalnej.

Z drugiej strony, dzięki współpracy między wspólnotami udało się rozwiązać wiele problemów. Skutkiem działalności EZLN jest uznanie wielokulturowego charakteru Meksyku, nadanie nowych praw Indianom i wzrost szacunku dla tej grupy etnicznej. Sami Majowie twierdzą: Nie jesteśmy tymi, którzy oczekują łaski i jałmużny od tych, którzy udają, że pomagają, podczas gdy w rzeczywistości – kupują, i którzy nie ułaskawiają, ale poniżają tych, którzy przez samo istnienie wyrażają bunt i stanowią dla nich wyzwanie. We wspólnotach indiańskich zreformowano działanie służby zdrowia i oświaty. Wydano podręczniki szkolne w językach tubylczych. Trwa walka z biedą, brakiem ziemi, niedożywieniem, niewystarczającą opieką medyczną i analfabetyzmem. Są to problemy, które mają źródło w podboju Meksyku przez Hiszpanów, w polityce Europejczyków wobec regionu, we wpływach Stanów Zjednoczonych oraz w polityce kolejnych rządów meksykańskich – i nie da się rozwiązać ich z dnia na dzień. Za sukcesy na terenach autonomicznych uznaje się stopniowy spadek absencji szkolnej, niedożywienia i śmiertelności niemowląt, a także zmniejszenie zasięgu alkoholizmu i przemocy domowej. Są także pozytywne wskaźniki dotyczące warunków życia, związane ze zmniejszeniem przeludnienia, poprawą warunków mieszkaniowych czy dostępem do wody. Tutaj również trudno powiedzieć, czy dzieje się tak dzięki sytuacji w caracoles, czy też jest to szerszy proces, obejmujący cały region.

Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość zapatismo. Wydaje się, że ruch ten jest na tyle trwałym zjawiskiem, iż dalej będzie się rozwijał, choć prawdopodobnie bez spektakularnych akcji czy radykalnego zwiększenia poparcia. Przykładem na to, że zapatyści nadal działają, może być cichy marsz około 20 tys. zapatystów w październiku 2014 r. w proteście przeciwko „zniknięciu” i najprawdopodobniej zamordowaniu 43 studentów, o co oskarża się lokalne władze i policję współpracującą z lokalnym gangiem narkotykowym.

Warto pamiętać o postawie tysięcy zwykłych ludzi, którzy chwycili za broń: karabin (często będący jedynie drewnianą atrapą), słowo i działanie, aby walczyć o swoje przekonania i zrzucić jarzmo niewoli. Jak twierdzą zapatyści w jednym z manifestów: ludzie, którzy nie kontrolują swoich przywódców, są skazani na bycie niewolnikami, a my walczymy o to, aby być wolnymi, a nie o zmianę pana co 6 lat.