przez Marcin Malinowski | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Jakie elementy naszego pejzażu politycznego przyczyniają się do niskiego zaufania społecznego wobec polskiej polityki i do niewydolności krajowych instytucji? Jak można jej zaradzić?
Wielcy inwestorzy zagraniczni są uprzywilejowani. Przykładami są choćby lukratywna prywatyzacja wartościowych aktywów przez ostatnie 25 lat, brak zdroworozsądkowych barier w niezrównoważonym przejmowaniu krajowych rynków i wypychaniu z nich polskiej małej i średniej konkurencji, brak utrudnień w wyprowadzaniu nieopodatkowanych zysków, likwidacja prawnej ochrony „taniej siły roboczej”, zwolnienia podatkowe w Specjalnych Strefach Ekonomicznych.
Polskie elity finansowe mają sporo praw, ale mało obowiązków względem społeczeństwa, dzięki któremu mogły się wzbogacić. Nie ma dla nich żadnych przeszkód w wyprowadzeniu kapitału z Polski, mają też uprzywilejowany dostęp do polityków.
Polskie elity polityczne marginalizują dialog społeczny ze związkami zawodowymi lub organizacjami obywatelskimi. Nie wykazują się ponadto specjalną odpowiedzialnością za resztę społeczeństwa (poza wspomnianymi uprzywilejowanymi grupami) i za przyszłe pokolenia, zadłużając kraj. Wykazują silną tendencję do głoszenia propagandy sukcesu i zaklinania rzeczywistości.
Dotychczas elity polityczne potrafiły przeprowadzać tylko bardzo strategiczne projekty, takie jak wejście do NATO czy UE. Kilkanaście innych krajów osiągnęło ten sam rezultat, więc trudno mówić o wyjątkowym sukcesie. Widać brak rezultatów w całościowym prowadzeniu polityk, ich długoterminowym planowaniu, wdrażaniu z dbałością o szczegóły techniczne, kuleje także ich krytyczna analiza i korekta. Deficyt ten można zauważyć zwłaszcza w kluczowych obszarach szeroko pojętego bezpieczeństwa społeczno-ekonomicznego, takich jak redystrybucja dochodów, zadłużenie, przyzwolenie na drenowanie nieopodatkowanych zysków kapitałowych z Polski, prawo pracy, energia, transport, obronność, technologie, ochrona zdrowia.
Polskie społeczeństwo obywatelskie dopiero uczy się swojej roli, w czym państwo mu nie pomaga lub wręcz przeszkadza.
Polska klasa średnia, niepowiązana z elitami politycznymi, de facto utrzymuje państwo. Sumując podatek dochodowy PIT, a w przypadku małych i średnich przedsiębiorców CIT, podatek od towarów i usług VAT z prywatnej konsumpcji, różnego rodzaju akcyzy i innego rodzaju podatki, otrzymamy realne i uśrednione opodatkowanie zapewne przekraczające 50% dochodu. To dużo więcej, niż w przypadku osób zamożnych czy zagranicznego kapitału, stąd skumulowane podatki są w Polsce de facto regresywne i bardzo łagodne dla elit finansowych. W zamian klasa średnia pozwala na dokręcanie sobie śruby fiskalnej oraz na dziką konkurencję z silniejszym kapitałem zagranicznym.
Rosnące masy prekariatu pozostawiono samym sobie i właściwie skazano na postępującą wegetację lub emigrację. Niehumanitarne jest opodatkowanie minimalnych pensji, ledwo pozwalających na egzystencję.
Instytucje państwowe są w zasadzie niewydolne, poddane rytmowi politycznemu, a reguły dostępu do pracy w nich nie są przejrzyste. Chlubnym wyjątkiem są niektóre instytucje specjalistyczne.
Decyzje polityczne zawsze mają dwie praprzyczyny: władzę polityczną i pieniądze. Trzecim, pochodnym powodem jest inercja w polityce, warunkowana rytmem politycznym. Politycy pracują głównie dwa lata po wyborach, zaś przez kolejne dwa lata zajmują się kolejną kampanią.
Kto jest winny obecnej sytuacji? Warto przyjrzeć się ramom instytucjonalnym, które decydują o naszym życiu jako pochodna władzy politycznej i pieniędzy.
Zacznijmy od pieniędzy (patrz tabela poniżej).
Tabela 1. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011–2013)
|
Czynnik
|
Polska
|
Niemcy
|
Dania
|
Finlandia
|
Czechy
|
Chile
|
|
Udział wydatków socjalnych w PKB
|
18,1%
|
29,5%
|
34,6%
|
31,2%
|
20,8%
|
—
|
|
Udział zagranicznego kapitału w produkcji krajowej wartości dodanej (>50% udziałów w wartości firmy)
|
35%
|
18,1%
|
24,6%
|
20,8%
|
42,9%
|
—
|
|
Udział pensji w PKB
|
35,6%
|
51%
|
59%
|
—
|
—
|
—
|
|
Saldo rachunków bieżących, jako
% PKB
|
-4,7%
|
6%
|
5,5%
|
-0,5%
|
-2,6%
|
-1,1%
|
|
Suma publicznych (bez prywatnych) wydatków na zdrowie, jako % PKB
|
4,7%
|
8,6%
|
9,5%
|
6,8%
|
6,5%
|
3,5%
|
|
Udział prywatnych wydatków na zdrowie w całych wydatkach (prywatne i publiczne)
|
29,9%
(trend rosnący)
|
23,7%
|
14,5%
|
24,6%
|
15,2%
|
51,4%
|
|
Udział zatrudnionych w populacji (>15 lat)
|
51%
|
57%
|
58%
|
55%
|
55%
|
58%
|
|
Stopa bezrobocia
|
10,4%
|
5,3%
|
7%
|
8,2%
|
6,9%
|
6%
|
|
Eksport zaawansowanych technologii, (jako % całego eksportu produktów)
|
7%
|
16%
|
14%
|
9%
|
16%
|
5%
|
|
Udział kapitału zagranicznego w 10 największych bankach (szacunkowe dane z internetu 2012 r.)
|
60%
|
5%
|
10%
|
50%
|
90%
|
nn
|
Zestawienie pokazuje, że Polska wydaje o przynajmniej 10% PKB za mało na cele społeczne w porównaniu z krajami mającymi dobry standard takich zabezpieczeń. Podkreślam, piszę o procentach, a nie o konkretnych kwotach, jest to więc kwestia uregulowania redystrybucji dochodu, a nie fanaberia bogatszych krajów.
Udział pensji pracowników w PKB powinien być wyższy o przynajmniej 15% PKB, aby zbliżyć się do poziomu Danii czy Niemiec. Obecnie w Polsce systematycznie się on zmniejsza i do roku 2013 spadł aż o 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat.
Rynek pracy powinien zostać tak udrożniony, aby wchłonąć co najmniej dodatkowe 5% populacji. Te brakujące kilka procent to głównie emigracja i osoby powyżej 58. roku życia
Polska eksportuje mało zaawansowanych technologii (7%) przy sporym udziale kapitału zagranicznego. Można się tu pokusić o hipotezę, że nie da się płacić dużo, konkurując mało zaawansowanymi technologicznie półproduktami o niskiej wartości dodanej.
Pomimo dopływu milardów z funduszy unijnych z Polski i tak wypływa rocznie około 5% PKB, jak pokazuje saldo rachunków bieżących. To zapewne zaniżona suma „optymalizacji podatkowej” wielkiego kapitału i drenowanie go z Polski przez elity finansowe do rajów podatkowych, takich jak Luksemburg, Cypr czy Monako. Aby pokazać, że takie wrażliwe statystyki mogą się jeszcze pogorszyć, warto spojrzeć choćby na przykład Chile.
Poniższa tabela prezentuje, jak PKB rozkłada się na różne grupy społeczne.
Tabela 2. Udział różnych grup społecznych w PKB w 2012 r. (Bank Światowy)
|
Czynnik
|
Polska
|
Niemcy
|
Dania
|
Finlandia
|
Czechy
|
Chile
|
|
Najbogatszych 10%
|
25%
|
24,4%
|
22,1%
|
22,6%
|
22,2%
|
41%
|
|
Najbogatszych 20%
|
40,9%
|
39,1%
|
36,2%
|
37,1%
|
36,2%
|
57%
|
|
Drugie 20%
|
12,3%
|
13%
|
14,5%
|
13,8%
|
14,6%
|
8,2%
|
|
Trzecie 20%
|
16,6%
|
17,1%
|
17,9%
|
17,4%
|
17,9%
|
11,9%
|
|
Najuboższe 20%
|
7,9%
|
8,3%
|
9,1%
|
9,2%
|
9,3%
|
4,5%
|
|
Najuboższe 10%
|
3,3%
|
3,3%
|
3,3%
|
3,7%
|
3,7%
|
1,7%
|
Pokazuje ona dwie rzeczy: gdy patrzymy na Chile, wzorzec polskich neoliberałów, widać, że do dna jeszcze daleko i że najzamożniejsze 20% Polaków jest tylko odrobinę mniej solidarnych w porównaniu np. z Niemcami czy Czechami oraz daleko bardziej solidarnych niż w Chile. Pieniądze „gubią się” więc gdzie indziej. Zapewne większość tych 10% PKB, których brakuje na cele socjalne, to właśnie nieopodatkowane zyski wielkiego kapitału.
Efekt wpływu tego środowiska na polski system ekonomiczny to duszenie rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości, która korzysta z możliwości kombinacji podatkowych na mniejszą skalę, a także ma gorszy dostęp do finansów z powodu przewagi zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. To znów „dusi” dochody polskich pracowników, generując przesunięcie przynajmniej kolejnych 10% PKB z ich wypłat do właścicieli kapitału, którzy często dodatkowo unikają zapłacenia podatku kapitałowego. Jednak kapitał robi swoje, czyli zarabia, gdy mu się pozwala, więc trudno dywagować w tym zakresie o etyce. Dlaczego jednak państwo sprzyja mu fiskalnie, czym skazuje uboższą część obywateli na wegetację, nędzę i emigrację?
Władza polityczna
Władza polityczna to tworzenie ustaw, także tych decydujących o obowiązującym systemie podatkowym oraz… regulowanie dostępu do władzy innym. Władza więc to partie rządzące – na każdym szczeblu. Faktyczna władza znajduje się jednak w rękach tych, którzy decydują o listach wyborczych, przysługuje zatem wąskiemu gronu zasiadających w zarządach krajowych głównych partii. To tam ocenia się ryzyko kluczowych decyzji, biorąc pod uwagę szanse na utrzymanie lub przejęcie władzy, i tam, za pomocą decydowania o listach wyborczych, kontroluje się aparat partyjny oraz dostęp do kluczowych funkcji w instytucjach. To tam podejmowane są strategiczne decyzje o niedrażnieniu zagranicznego i krajowego wielkiego kapitału, o duszeniu rozwoju firm mniejszych, o rozmontowywaniu państwa socjalnego lub prawa pracy oraz, gdy jest się w opozycji, o atakowaniu rządu, nawet gdy ten chce zrobić coś sensownego. W tym względnie wąskim gronie jest skoncentrowana odpowiedzialność za sukcesy, porażki i zaniechania ostatnich 26 lat.
Dlaczego władza dopuszcza do rosnącego ubóstwa biedniejszych Polaków oraz nie chroni polskiego biznesu przed silniejszym kapitałem zagranicznym? Zwyczajnie boi się go, ponieważ jeśli wejdzie z nim w konflikt, np. skutecznie opodatkowując i utrudniając przejęcie rynków, może on rękami lobbystów, mediów zależnych od ich reklam czy presji krajów, z których pochodzi, zwłaszcza tych z grupy G7, po prostu zagrozić owej władzy. Poza tym wielu byłych polityków pracuje jako lobbyści u elit finansowych.
„Władza” nie boi się też niezorganizowanych grup społecznych, takich jak pracownicy, właściciele małego i średniego biznesu oraz społeczeństwo obywatelskie. Na razie wystarczą wszechobecny PR i „sztuczne konflikty na tematy marginalne”, aby odwrócić uwagę od spraw istotnych i niewygodnych. To układ sił, nad którego zmianą warto pracować, władza bowiem zazdrośnie strzeże swej pozycji i nie dopuszcza do niej konkurencji.
Partie polityczne są napędzane krótkoterminową logiką wyborczą i brutalną konkurencją. Obecny system nie generuje zachęt do myślenia strategicznego, którego wdrożenie spowoduje widoczne korzyści dopiero po następnych wyborach. Na przykład rozsądne inwestycje w nowoczesną infrastrukturę energetyczną to przynajmniej kilkanaście lat systematycznej pracy polityczno-instytucyjnej. Efekt jest więc taki, że od 25 lat nikt poważnie takich inwestycji nie tknął, sieci przesyłowe są w złym stanie, nowe inwestycje istnieją tylko na papierze.
Instytucje państwowe, znajdujące się pod wpływem kalendarza wyborczego, siłą rzeczy nie mogą działać strategicznie i długoterminowo. Z powodu zdominowania ich przez politykę wytworzyła się swoista kultura bierności i przeczekiwania. Aktywnością łatwo się narazić politykom kontrolującym instytucje i drżącym o każdą reakcję mediów. Dlatego warto zachować powściągliwość w oskarżaniu urzędników o całe zło, bo urzędnik to tylko trybik, zresztą konieczny, zależny obecnie na każdym szczeblu od polityki. Warto też dostrzegać różnicę między politykiem a urzędnikiem.
Władza polityczna to także kontrola instytucji państwowych, komunalnych czy spółek skarbu państwa za pomocą własnych ludzi i obsadzanie nimi ważnych stanowisk. To przynajmniej kilka tysięcy kierowniczych, świetnie płatnych miejsc pracy. Trzeba podkreślić, że procedury naboru na zwykłych pracowników np. ZUS, agencji rządowych, w tym rolnych, urzędów powiatowych, gminnych, miejskich, wojewódzkich, itd., delikatnie mówiąc, nie są przejrzyste. Mamy więc dziesiątki tysięcy personelu instytucji państwowych, wyselekcjonowanego niekoniecznie według przydatności do funkcji, nie wspominając o nepotyzmie. Jak zatem instytucje te mogą funkcjonować strategicznie, przewidująco i inteligentnie, jeśli nie są rynkiem pracy dla najzdolniejszych zorientowanych propaństwowo Polaków?
Polityka wymusza na instytucjach raportownie według przedziwnych wskaźników, a od ich wypracowania zależą nagrody finansowe. To oczywisty absurd, gdyż wydajności pracy instytucji nie da się zmierzyć za pomocą prostych wskaźników, mimo to polityka domaga się mierzalnego postępu. W zasadzie ocena może być tylko opisowa, a nie numeryczna. Na przykład, w policji liczy się wykrywalność. Za przyłapanie dwójki nastolatków z miękkimi narkotykami dostaje się więcej punktów niż za skomplikowane śledztwo przeciwko przestępcom, dlatego tak wygodniej alokować czas pracy. Strach pomyśleć, od czego zależą premie pracowników Urzędów Skarbowych.
Z powodów wymienionych powyżej zaufanie społeczeństwa do polityki i jej legitymizacja społeczna są znikome.
Jak to zmienić?
Rozwiązania zdają się kryć przede wszystkim w zmianach instytucjonalnych. Brak ich wdrażania jest obecnie ważną przeszkodą dla zrównoważonego rozwoju Polski oraz przyczyną niskiej legitymizacji władzy (około 80% społeczeństwa nie głosuje na rządzące koalicje). Upolitycznienie jest zaś ważnym powodem nieufności społeczeństwa.
Skoncentrujmy się na czterech głównych barierach: wpływie wielkiego kapitału na polskie instytucje; utrudnionym „dostępie do polityki” dla nowych ugrupowań; znikomym znaczeniu społeczeństwa obywatelskiego; upolitycznieniu instytucji państwowych. Poniższe sugestie nie rozwiązują problemu, ale mogą być przydatną wskazówką dla organizacji społeczeństwa obywatelskiego – jak myśleć o usprawnieniu instytucji, a także dla polityków – jak pracować nad zaufaniem społecznym.
I. Ograniczenie wpływu wielkiego kapitału na polskie instytucje
Temat jest tak rozległy, że można pokusić się tylko o kilka ogólnych uwag.
Warto pomyśleć nad uregulowaniem relacji reklamodawców z mediami, gdyż to właśnie zyski z drogich reklam powodują uzależnienie mediów od dużego, często zagranicznego kapitału. Warto też przeanalizować, jak duży wpływ, powodujący widoczną niechęć do poruszania tematów niewygodnych dla zagranicznych inwestorów oraz dla polskich elit politycznych i finansowych, mają na politykę głównych prywatnych mediów reklamy spółek skarbu państwa. Dobrze też, na wzór węgierski, zastanowić się nad postulatem solidnego, progresywnego opodatkowania zleceń reklamowych i przejrzystości reklam, w tym reklam spółek skarbu państwa, zależnych od „władzy”.
Lobbing powinien zostać uregulowany tak, aby wymusić absolutną przejrzystość finansowania organizacji lobbingowych i związków zatrudnianych tam pracowników z lobbowanymi instytucjami. Lobbyści to czasami osoby mające z nimi osobiste lub rodzinne powiązania. Powinniśmy się również zastanowić nad dużym, silnie progresywnym podatkiem obrotowym od firm lobbingowych, często finansowanych przez bogate korporacje. Prowadziłoby to do zmniejszenia finansowej asymetrii w dostępie do „władzy” oraz stanowiło nowe źródło podatków, inne niż dochody Polaków, zazwyczaj zarabiających niewiele. Organizacje lobbingowe niepłacące takiego podatku nie powinny się znaleźć w rejestrze mających dostęp do instytucji. Taki publicznie dostępny rejestr mógłby zawierać listę certyfikowanych lobbystów wraz z informacją o ich dochodach, prywatnym majątku, budżecie, darczyńcach oraz informacją o podatku obrotowym. Raportowana powinna być każda relacja ze szczeblem kierowniczym w państwowych instytucjach, posłem działającym w istotnej komisji sejmowej czy ważnym członkiem zarządu krajowego partii pobierającej subwencje państwowe.
Politykom potrzeba jasnych wytycznych o charakterze etycznym, w formie kodeksu postępowania, aby po skończeniu kariery, gdy np. pracują jako de facto lobbyści dla obcych państw czy korporacji, które płacą im bardzo wysokie pensje za korzystanie ze swojego kapitału relacji zdolnego wywierać realny wpływ, potrafili uniknąć konfliktu interesów. Podobne sytuacje mają miejsce w przypadku byłych znanych polityków, w tym dwóch byłych premierów dużych europejskich państw. Byli pracownicy instytucji państwowych, od wiceministra w górę, powinni mieć zakaz wykonywania pracy w lobbingu przez 5 lat od zakończenia misji publicznej. Miejsce i typ zatrudnienia takich osób, w tym dochody, powinny być publicznie dostępne w zbiorczym rejestrze przez np. 10 lat, aby uniknąć konfliktu interesów i zapewnić przejrzystość.
Apolityczność mediów publicznych względem partii politycznych powinna zostać wzmocniona. Obecna sytuacja, gdy media publiczne są łupem rządzących partii, jest zaprzeczeniem idei tych mediów, co ma fatalny wpływ na jakość demokracji. Ścisłe kierownictwo mediów publicznych powinno móc wykonywać tylko raz swoją 5–6-letnią misję, a Sejm – nie mieć możliwości ich odwołania.
Rynek mediów prywatnych warto uregulować tak, by nie mógł znaleźć się w konflikcie z polskim interesem narodowym, publicznym i społecznym. Uniemożliwienie nadmiernej koncentracji własności i finansowe wsparcie dla mediów społecznych są dobrymi kierunkami działania.
Państwo powinno też umożliwić lepszą kontrolę społeczną nad powyższymi sytuacjami, na przykład przez przyznawanie rozsądnych grantów na tzw. społeczne „watchdogi”.
Z pewnością warto analizować, z punktu widzenia współczesnego jurgieltnictwa, zjawiska zatrudniania polityków jako lobbystów oraz wpływu, jaki dzięki publikowaniu drogich reklam, można uzyskać na media.
II. Zwiększenie „dostępu do polityki” nowym organizacjom politycznym, niezwiązanym z elitami politycznymi.
Obecny system polityczny promuje istniejące partie poprzez regulowanie dostępu do subwencji państwowych, na mocy ustawy o partiach politycznych z 27 czerwca 1997 r. Trudno mi ocenić słuszność art. 27, dotyczącego prywatnego finansowania partii, podkreślam jednak, że to ważne, aby polskie i zagraniczne elity finansowe nie mogły przejąć nad nimi kontroli.
Społeczeństwo obywatelskie mogłoby się skoncentrować na art. 28 i 29 tej ustawy. Art. 28 ustala minimalny odsetek głosów uzyskanych w wyborach do sejmu uprawniający do otrzymania subwencji – na 3% dla samodzielnych komitetów wyborczych i na 6% dla koalicji. Warto żądać zmiany tego zapisu na np. 0,5% i 1%, aby wyrównać finansowe szanse nowym inicjatywom politycznym.
Art. 29 reguluje wielkość subwencji zależnie od wyniku wyborczego. Warto byłoby postulować większą regresywność, czyli zwiększenie kwot za pierwsze 5% i 10%, a drastyczne zmniejszenie kwoty powyżej 20%. Zmniejszyłoby to nieuzasadnioną finansową przewagę wielkich partii politycznych.
Dobrym posunięciem byłoby również wprowadzenie limitu rocznej kwoty do wydania na reklamę oraz ustalenie wytycznych dotyczących minimalnych demokratycznych standardów dla statutów partii otrzymujących subwencję, np. wprowadzić zasadę, by polityk mógł zasiadać w zarządzie krajowym partii najwyżej przez dwie kolejne kadencje.
Należy się zastanowić, jak ograniczyć możliwość decydowania o składzie list wyborczych wąskiemu gronu z centralnych zarządów partii. Być może powinny o tym decydować poziomy regionalny i lokalny, a krajowe zarządy powinny móc tylko odrzucić lub przyjąć taką listę. Zmiana propozycji mogłaby skutkować ustawową utratą prawa do subwencji. Obecna sytuacja zupełnie wypacza sens demokracji i nosi znamiona faktycznej dyktatury kilku osób z zarządów partii. Na poziomie regionalnym i lokalnym warto pomyśleć o zależnym od wyniku w wyborach lokalnych postulacie subwencji dla komitetów, co mogłoby znacznie wzmocnić ruchy oddolne.
Byłbym bardzo ostrożny z kwestionowaniem ordynacji proporcjonalnej oraz 5-procentowego progu wyborczego, gdyż mają one sens z punktu widzenia decyzyjności i reprezentatywności Sejmu, co widać na przykładzie reprezentacyjności senatu wybieranego właśnie większościowo czy wyniku majowych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Być może odpowiedzią na zastrzeżenia niektórych ruchów może być ordynacja mieszana na wzór niemiecki. Jednak nawet w tym przypadku liczba mandatów większościowych nie powinna przekraczać 10%. Ponadto w sejmie powinny zostać zagwarantowane 1–2 miejsca dla komitetów wyborczych mających pomiędzy 1% a 5% głosów. Warto też dyskutować, czy kraj o tak historycznie niestabilnym położeniu geopolitycznym jak Polska nie powinien mieć silniejszej władzy wykonawczej.
III. Zwiększenie znaczenia społeczeństwa obywatelskiego
Nacisk ze strony organizacji społecznych na bardziej przejrzysty system przydzielania im grantów dałby również szansę grupom niezwiązanym z elitami politycznymi. Warto rozmawiać o tym, jak finansować społeczny nadzór nad monitoringiem władzy i wpływem elit finansowych na stanowienie prawa.
Organizacje powinny także kłaść nacisk na lepsze prawne umocowanie Komisji Trójstronnej, bez czego nie da się prowadzić poważnej dyskusji o niwelowaniu nierówności społecznych. Pomocne tu są artykuły 20. i 24. Konstytucji RP, obligujące państwo do nadzoru nad warunkami wykonywania pracy oraz stanowiące, że solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych są podstawą ustroju gospodarczego RP. Należy również nalegać na lepszą edukację obywatelską, poczynając od przedszkoli, a kończąc na uniwersytetach. Organizacje pozarządowe mogłyby także rozmawiać z liderami głównych partii o koniecznych systemowych zmianach, aby ustalić wspólne cele i terminy wdrożenia konkretnych regulacji. Otwartość partii na konkrety miałaby spore znaczenia dla odzyskiwania zaufania obywateli do polityki, wzajemnego uznania oraz legitymizacji władzy. Równolegle organizacje społeczne powinny organizować się, aby forsować takie zmiany w sposób zintegrowany, słusznie spodziewając się braku zainteresowania dominujących partii, niechętnych dobrowolnemu ograniczaniu swoich wpływów.
Tym samym organizacje, w celu zwiększenia skuteczności realizowania takich systemowych zmian mających na celu restrukturyzację polityki, powinny stworzyć jedną platformę do ich wypracowania i promowania. Rozproszone działania nie będą skuteczne i zostaną zignorowane przez elity polityczne.
Gdy analizowałem konfrontację mieszkańców Krakowa z władzą w sprawie planowanej zimowej olimpiady, zajrzałem do ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym. Kluczowy jest tu art. 5a, który stanowi, że: 1. W wypadkach przewidzianych ustawą oraz w innych sprawach ważnych dla gminy mogą być przeprowadzane na jej terytorium konsultacje z mieszkańcami gminy. 2. Zasady i tryb przeprowadzania konsultacji z mieszkańcami gminy określa uchwała rady gminy.
Art. 5.a.1. powinien być zmieniony na „mają być przeprowadzane”, tak jak i winna być zmieniona wymowa art. 5.a.2. Istotne jest także ujednolicenie w całym kraju zasad i trybu postępowania jako wytycznych rządowych, włączając w to obowiązek publicznego raportowania wyniku konsultacji, uzasadnienia niewzięcia pod uwagę wyniku konsultacji oraz obowiązek analizy skutków społeczno-ekonomicznych. Obecna sytuacja daje lokalnym partiom politycznym rządzącym w gminach pełną swobodę działania i przeczy duchowi demokracji.
Kompetencje powiatowe i wojewódzkie powinny znaleźć się pod lupą, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że po 2020 r. zmniejszą się fundusze unijne, którymi zajmują się obecnie tysiące pracowników. Poza tym, w celu oszczędzenia finansów publicznych, warto rozważyć audyt i likwidację powiatów oraz redukcję liczby kosztownych miejsc w radach gminnych, miejskich, powiatowych czy sejmikach.
Organizacje polskiego społeczeństwa obywatelskiego powinny myśleć o podnoszeniu swoich umiejętności politycznych, gdyż bez nich nie da się być skutecznym i łatwo się ośmieszyć przed opinią publiczną. Mogłyby np. rozmawiać z rządem o możliwości przeznaczenia niewielkiej kwoty z Europejskiego Funduszu Społecznego na takie szkolenia.
Ważne byłoby też wsparcie dla rozwoju związków zawodowych i rad pracowniczych, które są istotnym instrumentem wyrównania rosnących asymetrii między pracodawcami a pracobiorcami. Na przykład w Niemczech przedstawiciele pracowników zasiadają z mocy prawa w radach nadzorczych korporacji.
Niektóre kraje trzecie są zainteresowane wykorzystywaniem organizacji społeczeństwa obywatelskiego do nacisków politycznych, np. przez różnego rodzaju granty wydawane przez współzależne organizacje. To istotne ryzyko, które warto mieć na względzie i poddać monitoringowi.
Średnioterminowa zdolność do poprawy dostępu do usług społecznych jest ściśle związana z własnością kluczowych zasobów naturalnych i infrastruktury, takich jak zasoby mineralne (węgiel, gaz, metale, minerały), lasy, rezerwy wody pitnej, ziemia rolna, infrastruktura energetyczna, transportowa, komunalna (wodociągi, kanalizacja) itd. Jeśli przejmą je aktywnie za tym lobbujące polskie i zagraniczne grupy kapitałowe, poprawa sytuacji będzie prawie niemożliwa, gdyż zyski zostaną sprywatyzowane, zamiast zasilać budżet państwa i tym samym finansować usługi publiczne. W przypadku innych strategicznych aktywów, takich jak bankowość i telekomunikacja, polski interes publiczny i społeczny nie został dopilnowany. Organizacje społeczne powinny pod tym względem monitorować władzę i żądać konstytucyjnego wzmocnienia zasady państwowej kontroli nad takimi strategicznymi aktywami i zasobami. W przypadku ziemi rolnej pomocny jest Art. 23. Konstytucji RP stanowiący, że Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.
Rzecz w tym, że podczas pierwszych problemów z obsługą polskiego zagranicznego długu publicznego państwu polskiemu zostaną nieformalnie postawione takie warunki wsparcia finansowego, które wymuszą niekorzystną prywatyzację wyżej wymienionych aktywów na rzecz konkretnych zagranicznych grup kapitałowych. To bardzo popularna praktyka w przypadku problemów fiskalnych państw zasobnych w wartościowe aktywa. Formalnie takie warunki stawia MFW, w których silne państwa mają większość. Warto sobie z tego ryzyka zdawać sprawę i przed nim zabezpieczyć. Odpowiednio skrojone zapisy konstytucyjne utrudniłyby rządzącym partiom, przestraszonym perspektywą utraty władzy w przypadku niewypłacalności państwa, taką niekorzystną prywatyzację. Warto o to przepytywać partie starające się o elekcję w tegorocznych wyborach do sejmu.
IV. Zwiększenie apolityczności instytucji państwowych
Obecne ramy instytucjonalne państwa są nieefektywne. To wynik ich upolitycznienia, uzależniania od rozedrganego rytmu politycznego, niechęci do konfrontacji z mediami oraz z polskimi i zagranicznymi elitami finansowymi. Również nabór kadry kierowniczej na podstawie zaufania kierownictwa rządzących partii politycznych, a nie profesjonalizmu, propaństwowości i rzetelności, powoduje upolitycznienie. W związku z tym instytucje nie są w stanie działać strategicznie, systematycznie i długoterminowo.
Należy wdrożyć zasadę absolutnej apolityczności służby cywilnej na szczeblach rządowym, regionalnym i lokalnym. Inaczej mówiąc, partie polityczne i instytucje nie powinny mieć możliwości uznaniowego zatrudniania pracowników instytucji państwowych – od gminy, powiatu, województwa, po administrację rządową, agencje rządowe, policję, ZUS, NFZ czy Urzędy Skarbowe. Aby to osiągnąć, należy rozważyć powołanie centralnego urzędu egzaminacyjnego, odpowiedzialnego za uczciwy nabór chętnych do pracy w służbie cywilnej. Obowiązywałaby zasada, że urzędnikiem państwowym mógłby zostać tylko ktoś, kto zdał taki egzamin. Żelazną regułą takiego egzaminu powinno być to, że pierwszy etap odsiewa przynajmniej 80% chętnych i jest absolutnie anonimowy dzięki testowi komputerowemu, co pozwoliłoby znacznie ukrócić nepotyzm. Lista osób, które taki egzamin zdały, powinna być docelowo jedynym źródłem kadr dla polskiej służby cywilnej.
Zatrudnianie pracowników tymczasowych, niemogących z zasady pełnić żadnych funkcji kierowniczych, powinno być regulowane odrębnie, na mocy decyzji apolitycznego członka służby cywilnej po zdanym egzaminie państwowym. Taki pracownik nie mógłby zostać urzędnikiem państwowym, chyba że zda wspomniany egzamin.
Obecni pracownicy służby cywilnej, mający już za sobą egzaminy państwowe, powinni mieć zapewnioną kontynuację zatrudnienia. Wielu z nich to osoby o naturze państwowców, oddane swojej pracy, i byłoby błędem poddawać ich ostracyzmowi, jak proponują niektóre małe partie polityczne.
Powinna powstać jasna i przejrzysta siatka płac, zasad awansów, uzupełniona pakietem ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych. Obecnie wielu najzdolniejszych pracowników polskiej służby cywilnej myśli o pracy w instytucjach międzynarodowych, co jest skutkiem marnych zarobków, zwłaszcza gdy porówna się je z rynkiem pracy dla wielojęzycznych prawników, ekonomistów czy inżynierów. Sens przyzwoitych płac w służbie cywilnej polega na tym, że urzędnik, zajmujący się np. regulacją decydującą o miliardowych inwestycjach w infrastrukturę energetyczną czy polską polityką względem międzynarodowych instytucji, jest w mniejszym stopniu podatny na korupcję czy pokusę koncentrowania się na szukaniu pracy w takich świetnie płacących instytucjach. Sens „niezwalnialności” (poza poważnymi wykroczeniami) polega na tym, aby urzędnik mógł powiedzieć „nie” ważnemu politykowi, który potrzebuje szybkiego sukcesu medialnego kosztem jakości wykonania publicznego projektu. Dlatego warto rozważyć, czy apolityczna służba cywilna nie powinna być chroniona konstytucyjnie, aby uniemożliwić robienie z niej wygodnego kozła ofiarnego w przypadku błędów polityków, jak to ma obecnie miejsce.
Powstać mogłaby lista politycznych miejsc pracy, które podlegają fluktuacji po wyborach, takich jak minister, premier, ich gabinety, gabinety posłów itd. Te kilka tysięcy etatów należy oddać do dyspozycji partiom tworzącym koalicję rządową oraz wchodzącym do ciał ustawodawczych. Tacy pracownicy nie powinni mieć żadnych możliwości zostania członkami służby cywilnej bez zdania egzaminu państwowego, wliczając w to anonimowy pierwszy etap. Natomiast, jako osoby blisko władzy, powinni być oni dobrze opłacani, bo to praca ciężka, odpowiedzialna i pełna stresu.
Kluczowa jest absolutna przejrzystość nominacji na kierownicze stanowiska w zarządzaniu własnością państwową, taką jak spółki skarbu państwa czy spółki komunalne. Ma to na celu promocję najlepszego kierownictwa, a nie osób najlepiej ustosunkowanych w świecie polityki. To samo dotyczy np. szkół czy szpitali, gdyż jest tajemnicą poliszynela, że nie jest możliwa nominacja na dyrektora szpitala powiatowego bez poparcia lokalnej władzy, co jest absurdem.
Obecnie nowy minister czy wiceminister wydają po wyborach polecenia ministerstwu, jakie projekty kontynuować, a jakich nie. Jest zwyczajem, że inicjatywy poprzedników wyrzuca się do kosza, bo minister jest politykiem i chce szybko firmować swoje, a nie cudze sukcesy. Efekt jest taki, że projekty wymagające długoterminowej troski nie są realizowane albo są realizowane źle, jak widać na przykładzie stanu armii, bałaganu w służbie zdrowia, edukacji, w sektorze energii, transportu, na rynku pracy, pełzającej prywatyzacji usług komunalnych i społecznych itd. Krótkoterminowe myślenie polityka popada w konflikt interesów z długoterminowym interesem publicznym i społecznym. Podobnie jest na poziomach regionalnym i lokalnym. System powinien być uregulowany tak, aby polityk musiał się bardziej liczyć z długofalowymi sugestiami instytucji zatrudniających apolityczną i fachową służbę cywilną. Te relacje winny być uregulowane na każdym szczeblu.
Obecnie kultura pracy w administracji publicznej ma bardzo pasywny charakter. Praktyka 26 lat III RP i 45 lat PRL nie promowała aktywności instytucji, czekających biernie na polecenia kierownictwa PZPR lub, jak teraz, ministrów czy wiceministrów. Warunkiem wstępnym do dyskusji nad zachętami do bardziej aktywnej postawy jest zwiększenie apolityczności instytucji. Politycy żądają od administracji raportów o efektywności, która jest mierzona według wskaźników. Powinno się odejść od idei mierzenia niemierzalnego na rzecz tworzenia zachęt dla pracowników administracji promujących aktywność, strategiczne i krytyczne myślenie w interesie narodowym, publicznym i społecznym.
Pożądane byłoby powołanie specjalnej komórki w administracji rządowej, odpowiedzialnej za całościowe zarządzanie politykami, np. współzależnymi planami zakupu technologii wojskowych, energii czy polityką przemysłową. Obecnie brak takiej koordynacji. Dziś rząd nie ma możliwości wycofania projektu, jeśli sejm wypaczy jego cele. Dobrze opłacani eksperci powinni pracować w rządzie jako służba cywilna i móc postulować wycofanie projektu przez ministra, jeśli w sejmie nastąpiło jego zupełne rozminięcie się z rzeczywistością i wcześniejszymi założeniami. Powinno się również znacząco dofinansować i rozwijać specjalistyczne polskie instytuty analityczne, tworzące profesjonalne raporty w kwestiach kluczowych dla przyszłości kraju. Zagraniczne korporacje doradcze popadają tu w konflikt interesów, a obecna polityka państwa jest niezrozumiała i szkodliwa. Obecnie Polska jest de facto „ślepa”.
Warto wzmocnić monitoring jakości dysponowania budżetem. Obecnie mówi się tylko o przychodach, a nikt nie analizuje, czy wydatkowanie jest gospodarne. W Szwecji co roku pojawia się w internecie szczegółowy raport na temat wydatków państwa. Społeczeństwo obywatelskie powinno żądać przejrzystości.
Instytucje państwowe mogłyby też zacząć promować spółdzielczość wśród swoich usługodawców. Nie ma powodu, aby siedziby instytucji były np. sprzątane przez prywatne firmy; podobnie jest z systemem żywienia pracowników instytucji. Przetargi na takie usługi powinny promować spółdzielnie pracownicze, a nie prywatne firmy, zatrudniające pracowników, często kobiety, na umowach śmieciowych. Warto z tego punktu widzenia przeanalizować np. ustawę o prawie zamówień publicznych z dnia 29 stycznia 2004 r.
Powinno się również naciskać na władze wszystkich szczebli, aby publiczne instytucje miały konta w bankach z dominacją polskiego kapitału, jak PKO BP czy w regionalnych bankach spółdzielczych. Nic nie uzasadnia tego, by drogie prowizje finansowały zyski zagranicznych grup bankowych.
Takie postulaty można mnożyć w nieskończoność, ale te wydają się najlepsze dla stworzenia sprawnych i strategicznie myślących instytucji oraz dla przywrócenia instytucjom państwowym zaufania społecznego.
Wnioski
Wzrost zaufania społeczeństwa do państwa oraz stworzenie „inteligentnych” jego instytucji, działających w interesie narodowym, społecznym i publicznym, wymaga zmniejszenia asymetrii między deklaracjami politycznymi a rzeczywistością. Można obecnie zaobserwować postępujące niedofinansowanie sfery socjalnej, fiskalne uprzywilejowanie elit finansowych, drenaż nieopodatkowanych zysków kapitałowych z Polski, nepotyzm w sferze instytucji państwowych, niezdolnych do strategicznego i długoterminowego działania, lekceważenie społeczeństwa obywatelskiego, ogólny wzrost ubóstwa, niepewności jutra u zapewne ponad 50% społeczeństwa i pełzający neokolonializm. Malejące zaufanie społeczne do państwa nie bierze się znikąd.
Odwrócenie tego trendu wymaga zmian instytucjonalnych, w tym demokratyzacji obecnej „partiokracji”. Aby jednak nie skończyło się na słowach, warto zdawać sobie sprawę, gdzie są śrubki prawne do wprowadzania takich zmian systemowych. Mam nadzieję, że wiele z nich udało mi się wskazać.
Rzecz w tym, że konstruktywne zmiany wymagają redystrybucji „dostępu do władzy”, a na to beneficjenci obecnego status quo się nie zgodzą bez bardzo silnej presji społecznej. Jej brak zaś powoduje staczanie się polskiej rzeczywistości do roli politycznego i ekonomicznego przedmiotu polityki międzynarodowej oraz prowadzi do dalszego łamania Art. 2 Konstytucji RP, stanowiącego, że: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Zmiany instytucjonalne są warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, do realizacji zapisów tego artykułu.
Ponieważ około roku 2021 r. nawarstwią się problemy demograficzne, a także radykalnie zmniejszą się fundusze unijne dostępne dla Polski, mamy tylko kilka lat na rozpoczęcie zmian. Później będzie coraz trudniej, a statystyki z tabel 1 i 2 będą nas z czasem coraz bardziej zbliżać do chilijskiego wolnorynkowego „raju”.
Zmian tych nie da się jednak przeprowadzić szybko. Ten powolny proces ewolucji, rozciągnięty być może na 10–20 lat, zacząć się powinien od politycznej edukacji organizacji społecznych, formułowania rozsądnych postulatów, umiejętnego dialogu z państwem. Kluczowe jest tu wywieranie skutecznej presji na kierownictwa partii politycznych. Wymaga to determinacji, politycznego profesjonalizmu i masowości ruchów społecznych, przede wszystkim jednak platformy współdziałania zainteresowanych organizacji społeczeństwa obywatelskiego, solidnej strategii, formułowania konkretnych i dobrze przemyślanych postulatów zmian instytucjonalnych, finansów, „mocy przerobowych”, planu akcji i systematycznego promowania zmian. Inaczej para pójdzie w gwizdek, a rozproszone działania nie przyniosą efektu.
Jeśli takie zmiany w interesie publicznym i społecznym będą następować, a społeczeństwo obywatelskie będzie widziało w nich sens, słupki zaufania do polskiej polityki ponownie zaczną rosnąć, a instytucje państwowe oraz służba cywilna cieszyć się będą szacunkiem społecznym.
przez Marceli Sommer | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015, Wywiad - kwartalnik
– Skąd wziął się prekariat – „nowa niebezpieczna klasa”, jak określa go Pan w podtytule książki z 2011 r.? Jak powstał i czym właściwie jest? Czy to pozbawiony stabilności i pewności zatrudnienia proletariat? Dzieci klasy średniej pozbawione szans utrzymania statusu materialnego i stylu życia swoich rodziców? Pokrzywdzeni przez kryzys, którzy wychodzili na ulice w Grecji, Hiszpanii, Nowym Jorku czy podczas protestów związanych z obchodami europejskiego święta pracy (Euro May Day)? Cisi outsiderzy, „odpady” systemu, skłonni do wyżywania się na innych, jeszcze niżej od nich stojących jego ofiarach, elektorat prawicowych populistów? Pracownicy tymczasowi albo wypchnięci na „elastyczne” umowy w ramach jakiegoś „planu oszczędnościowego”?
– Guy Standing: Wydaje mi się, że większość grup, które wymieniono, mieści się w kategorii prekariatu. Żeby osiągnąć optymalną definicję tej klasy, musimy jednak wznieść się ponad popularne ujęcia, uproszczenia i stereotypy. Wiąże się z nimi bowiem niebezpieczeństwo banalizacji i niezrozumienia sedna zjawiska, z którym mamy do czynienia. To, co wydaje mi się najistotniejsze, to fakt, iż prekariat jest produktem ubocznym bolesnej globalnej transformacji, przez którą przechodzimy, porównywalnej z „wielką transformacją”, do jakiej doszło u narodzin kapitalizmu, znakomicie opisaną przez słynnego socjologa Karla Polanyi’ego. Żyjemy w okresie strukturalnej przemiany, w ramach której cały globalny system rynkowy poddaje się dominacji kapitału finansowego. Neoliberalne przemiany i towarzyszące im otwarcie rynków wiązały się z utowarowieniem niemal wszystkiego, co mogło stać się towarem. Być może najbardziej znaczącym aspektem tej naszej transformacji jest czterokrotny wzrost światowej podaży pracy, co przekłada się na silny nacisk na obniżanie płac i standardów pracowniczych w Europie i w całym szeroko pojętym świecie zachodnim. Obniżaniu się lub w najlepszym przypadku stagnacji realnych zarobków towarzyszą rosnące zyski maleńkiej klasy plutokratycznej, w związku z czym rozkład dochodów staje się coraz bardziej nierówny. Do innych elementów transformacji należą: „uelastycznienie” rynków pracy; restrukturyzacja narodowych systemów zabezpieczenia społecznego, oznaczająca nierzadko ich daleko idący demontaż; osłabienie ducha solidarności. W rezultacie nastąpiła segmentacja tradycyjnego systemu klasowego. Nie sposób zrozumieć czy w należyty sposób wyjaśnić zjawiska prekariatu bez wzięcia pod uwagę przemian, jakie zaszły w toku tego procesu.
Często podkreślam, że musimy zwracać uwagę na narastające rozbieżności nie tylko między klasami, ale i wewnątrz poszczególnych klas i grup społecznych. To one odpowiadają bowiem za wiele spośród naszych najbardziej palących problemów, z którymi nie mogą sobie poradzić nasze elity polityczne.
Aby ująć rzecz skrótowo, powiedziałbym, że widzę tę nową, krzepnącą globalną strukturę klasową następująco: na szczycie mamy plutokrację, nielicznych oligarchów i „obywateli świata”. Jeśli nie zdołamy znaleźć sposobów na ograniczenie ich bogactwa i wpływów, nasze społeczeństwa będą miały poważne kłopoty. Dużo, dużo niżej mamy salariat, czyli tych, którzy zachowali długoterminowe bezpieczeństwo zatrudnienia i gwarantowane świadczenia, takie jak emerytury. To, co do niedawna stanowiło standard obejmujący wszystkich obywateli europejskich państw dobrobytu, obecnie dotyczy wciąż kurczącej się mniejszości. Dzisiejszy salariat skupiony jest przede wszystkim w wielkich korporacjach oraz w sektorze publicznym. Coraz większa część jego dochodów pochodzi z odsetek od kapitału, a nie z pensji, co stanowi jedną z przyczyn, dla których nie ma już sensu myślenie w kategoriach jednolitej klasy pracowniczej o zbliżonych interesach i miejscu w stosunkach produkcji.
Salariat skłonny był udzielać poparcia politycznego programowi neoliberalnemu, oczekując, że stanie się jego beneficjentem. Salariusze w coraz większym stopniu dostrzegają dziś jednak, że zagraża im – a przede wszystkim ich dzieciom – perspektywa społecznej degradacji i dołączenia do szeregów prekariatu. Równocześnie zwyczajnie obawiają się konsekwencji wzbierającego gniewu prekariuszy. Ich nastawienie wobec neoliberalizmu staje się w związku z tym bardziej krytyczne.
W zbliżonym do salariatu miejscu w strukturze dochodów znajduje się mniejsza grupa, którą określam mianem proficians – fachowców, ekspertów w swoich dziedzinach, zorientowanych na pracę w trybie projektowym, aktywnych. Korzystają oni na uelastycznionych reżimach pracy i osiągają znaczące dochody. Pod względem liczebnym proficians rosną obecnie w siłę. Następny w hierarchii pod względem zarobków jest tradycyjnie rozumiany proletariat – główna siła społeczna stojąca za dawnymi państwami dobrobytu, obecnie słabnąca zarówno pod względem liczebnym, jak i politycznym. Pod nimi lokuje się szybko powiększający się prekariat. Na samym dole systemu mamy podklasę, ludzi, dla których nie ma miejsca w tym nowym systemie, ludzi wykluczonych.
Muszę więc wnieść jedną poprawkę do propozycji, wedle której do prekariatu zaliczają się „odpady systemu”. To określenie wydaje mi się nietrafne. Prekariat powinien być raczej rozumiany jako funkcjonalny rdzeń nowego systemu, jego podstawowa siła napędowa. Należałoby prekariat definiować nie tylko poprzez niestabilne warunki pracy i niepewność jutra – choć są to niewątpliwie ważne elementy jego egzystencji. Ale o wiele donioślejsze społeczne konsekwencje ma fakt, iż prekariusze są zwykle dobrze wykształceni, że muszą pracować poniżej kwalifikacji oraz że brakuje im ustabilizowanej tożsamości związanej z wykonywaną pracą. Nie mają poczucia, że rozwijają swój potencjał i zdolności, że mają kontrolę nad własnym życiem. Muszą wykonywać niebotyczne ilości pracy, która nie jest za pracę uznawana, i nie wiąże się z nią ani wynagrodzenie, ani inne, niematerialne formy gratyfikacji. Prekariusze wykorzystywani są więc nie tylko w swoich miejscach pracy, ale i poza nimi. System stawia ich ciągle w pozycji petentów. Niczego im nie gwarantuje – wręcz przeciwnie, wraz z jego konsolidacją prekariusze tracą kolejne uprawnienia. Zmuszeni są prosić, niemalże błagać, o najbardziej podstawowe prawa, o dobre traktowanie, o możliwości rozwoju. Myślę, że ten status petenta jest jednym z istotniejszych, a być może najistotniejszym wyróżnikiem prekariatu.
– Gdy tematyka prekaryzacji pojawia się w mediach głównego nurtu, często towarzyszy temu mniej lub bardziej wprost wyartykułowana sugestia, że bycie prekariuszem to w pewnej mierze kwestia świadomie wybieranych wartości (takich jak niechęć do tradycyjnych struktur czy hierarchii, wolność, elastyczność), aspiracji i stylu życia. Ich sytuację przedstawia się nie w kategoriach odbieranych praw i strukturalnego przymusu, ale braku zainteresowania stabilnością i bezpieczeństwem jako wartościami. Jest w tym jakieś ziarnko prawdy?
– Myślę, że słuszna jest intuicja, iż prekariat nie składa się wyłącznie z ofiar. Istnieje realna różnica pod względem aspiracji. Prekariusze chcą innego życia zawodowego, chcą więcej wolności w jego ramach. Ale twierdzenie, że nie chcą lub nie cenią bezpieczeństwa, jest już nieuczciwe. Każdy potrzebuje podstawowego poczucia bezpieczeństwa, żeby móc funkcjonować, podejmować racjonalne decyzje i się rozwijać. Musimy po prostu dostrzec, że prekariat dąży do uzyskania innego typu bezpieczeństwa niż ta, o którą walczył tradycyjny proletariat – że nie chodzi im już o to, by całe życie spędzić na etacie, pracując w jednej branży. I myślę, że nie chcieć monotonnego życia jest nawet rzeczą zdrową i zrozumiałą. Uznanie tej zmiany w sferze aspiracji jest istotne, bo to jedna z podstawowych przyczyn, dla których prekariat nie odnajduje się w narracji i programie politycznym proponowanym mu przez partie socjaldemokratyczne oraz ruch związkowy. Związkowcy i socjaldemokraci skłonni są twierdzić, że rozwiązaniem problemów prekariatu jest stworzenie stabilnych, pełnowymiarowych miejsc pracy oraz przywrócenie dawnych zabezpieczeń społecznych. To błąd, za który tradycyjna lewica płaciła i wciąż płaci – nawet w obliczu kryzysu, jaki dotknął europejskie gospodarki. Ruchy stworzone jako reprezentacja proletariatu nie rozumieją w pełni potencjału społecznej zmiany, jaki tkwi w prekariacie.
– Na czym polega ten potencjał?
– Tematowi temu poświęciłem swoją ostatnią książkę, która w najbliższym czasie ma się ukazać po polsku, zatytułowaną „Karta Prekariatu” (The Precariat’s Charter). Analizuję w niej dotychczasowe ruchy polityczne uformowane wokół prekariatu i proponuję kartę 29 postulatów, które stanowić mają odpowiadające wyzwaniom „wieku prekariatu” nowe wcielenie republikańskiego ducha wolności, równości i braterstwa. Fundamentalnym założeniem moich propozycji jest przywrócenie podstawowego poczucia bezpieczeństwa, które umożliwi ludziom podejmowanie bardziej racjonalnych wyborów. To bezpieczeństwo mogłoby zostać zdefiniowane jako nowa forma wolności relacyjnej, rozumianej w duchu republikańskim jako pełniejsza kontrola nad własnym życiem oraz emancypacja spod władzy sił i interesów znajdujących się poza naszą kontrolą. Po drugie, zwracam w książce uwagę na konieczność stworzenia politycznej reprezentacji prekariatu. I wreszcie – przedstawiam strategię redystrybucji, która ograniczyłaby nierówności najbardziej dotkliwe dla prekariatu.
– Stawia Pan tezę, że tradycyjna klasa robotnicza przechodzi dziś, czy wręcz już przeszła, do historii. Czy nie jest to jednak stanowisko silnie europocentryczne, broniące się w odniesieniu do centrów świata kapitalistycznego, ale już nie jego rozległych peryferii? Czy nie wydaje się Panu, że proletariat wciąż może odegrać istotną rolę choćby w krajach globalnego Południa?
– Uważam, że myślenie w kategoriach jednolitej klasy robotniczej nie ma już sensu ani z analitycznego, ani z politycznego punktu widzenia. Nowa struktura klasowa ma w moim przekonaniu charakter globalny, ale zawsze nakłada się ona w jakiś sposób na lokalną specyfikę. Na przykład w Indiach wciąż funkcjonują elementy tamtejszego systemu feudalno-kastowego, ale nabudowana na nich jest ta sama struktura, jaką widzimy na Zachodzie. I tak w wielkich indyjskich miastach znajdziemy tamtejsze odpowiedniki prekariatu, salariatu i proficians, lokalną plutokrację etc. Pojęcie proletariatu nie pomaga w zrozumieniu współczesnych systemów klasowych choćby dlatego, że poszczególne segmenty dawnej klasy robotniczej mają różne, nierzadko sprzeczne interesy, aspiracje oraz świadomość klasową. Wtłaczanie tak zróżnicowanych grup do tej jednej kategorii jest po prostu bez sensu.
Jestem także przeciwny rozumieniu „prekarności” jako stanu charakterystycznego dla współczesnych społeczeństw, który dotyka wszystkich klas na równi. To teza stawiana często przez moich marksistowskich polemistów. We wszystkich społeczeństwach istnieją tymczasem wpływowe mniejszości, które czują się bardzo bezpieczne – bardziej niż jakiekolwiek klasy wyższe w przeszłości. Kluczowe dla mojej wizji współczesności jest rozumienie prekariatu jako grupy, która stopniowo zyskuje świadomość wspólnoty doświadczeń i dochodzi do wspólnych wniosków na temat tego, jak społeczeństwo powinno być zorganizowane. W przyspieszonym tempie proces ten obserwować możemy w krajach południowej Europy. Jego owocem jest powstanie nowych organizacji takich jak hiszpańskie Podemos, które są ruchem nowego typu, opartym na prekariacie i odrzucającym stary robotniczy program, poszukującym nowej, całościowej koncepcji regulacji gospodarki, zabezpieczenia społecznego i redystrybucji. Podobne ruchy pojawiają się również w Portugalii, Włoszech i Grecji.
– Jednym z dość oczywistych wyzwań dla prekariuszy jest problem wolnego czasu, który stanowił jeden z istotnych warunków politycznej organizacji klas w przeszłości. Jakie konsekwencje dla ruchów prekariackich może nieść, charakterystyczne dla kondycji tej klasy, zatarcie granic między pracą a wypoczynkiem?
– Moja teza jest taka, że musimy przejść przez różne fazy. Na początek ludzie muszą uświadomić sobie przynależność do prekariatu – i myślę, że od fali protestów z 2011 r. poczynając, świadomość bycia częścią tej nowej wyjątkowej grupy społecznej wzrosła już bardzo wyraźnie. Wraz z osiągnięciem tego etapu rozpoczyna się proces formowania swoich mediów społecznościowych, ruchów społecznych i partii, których główną funkcję stanowi aktywizacja polityczna prekariuszy. Widzieliśmy już całkiem skuteczne poczynania tego rodzaju, choć oczywiście wyzwania, o których mowa, bardzo je utrudniają. Rozpoznanie swojej przynależności klasowej wiąże się jednak z podmiotowością, z poczuciem, że możemy się zebrać, podjąć wspólne działania i zażądać zmian. To poczucie sprawczości jest udziałem zwłaszcza młodych wykształconych aktywistów, ale dostrzegam także, co szczególnie mnie cieszy, że upolitycznienie zaczyna dotykać również ludzi starszych, którzy widzą, jak ich dzieci i wnuki stają się prekariuszami, i biorą na siebie odpowiedzialność za budowę lepszego społeczeństwa dla kolejnych generacji. Rosnąca świadomość obywatelska i klasowa prekariatu będzie się z czasem przekładać na coraz to doskonalsze formy organizacji politycznej. Oznaczać to będzie ostateczne odejście od dwudziestowiecznego modelu politycznego, wraz z formacjami, na których się on opierał – socjaldemokracją, liberałami, chadecją i konserwatystami.
– Wspomniał Pan o doświadczeniach pokoleniowych – takich jak choćby funkcjonowanie w świecie mediów społecznościowych – jako o istotnym czynniku w procesie kształtowania się prekariatu. Istnieje zarazem tendencja, by redukować prekariat do rangi generacyjnego fenomenu. Jak oceniłby Pan w tym kontekście rolę aspektów klasowych i pokoleniowych w formowaniu się prekariatu?
– Potraktowanie prekariatu jako zjawiska czysto pokoleniowego byłoby niewątpliwie błędem. Wraz z wypychaniem kolejnych grup pracowników na elastyczne umowy, prekariat zasila coraz więcej osób niebędących częścią generacji Y. Zdecydowanie nie mamy do czynienia ze zwyczajnym dążeniem młodych ludzi do stabilizacji i ich trudnościami z dostosowaniem się do rzeczywistości ułożonej im przez dorosłych. Młodzi stanowią wciąż oczywiście znaczną część prekariatu, ponieważ prekariat jest młodym fenomenem, a wchodzący w dorosłość stanowią grupę szczególnie narażoną na prekaryzację. Gdyby rzecz sprowadzała się tylko do problemów pokoleniowych, wystarczyłoby wprowadzić programy wsparcia rozwoju kompetencji zawodowych oraz poprawiające konkurencyjność młodych absolwentów na rynku pracy. Nie sądzę jednak, żeby było to rzeczywiście obiecujące rozwiązanie. Musimy przyjąć do wiadomości istnienie pozademograficznych przyczyn zjawisk, z którymi mamy do czynienia. Prekariat jest owocem bardziej złożonych procesów – cechują go specyficzne miejsce w reżimie produkcji i dystrybucji dóbr oraz specyficzne relacje z państwem i jego instytucjami.
– W swojej pierwszej książce poświęconej prekariatowi zwracał Pan uwagę na brak ustabilizowanej tożsamości jako jedną z charakterystycznych cech nowej klasy. Czy dostrzega Pan w tej sferze jakieś przemiany? Czy da się tożsamość prekariatu zbudować inaczej niż w sposób negatywny – w oparciu o wspólne doświadczenia ekonomicznej niepewności i resentyment?
– Ponieważ prekariusze nie mogą swobodnie dysponować swoim czasem, a jednocześnie nie mają przed sobą przewidywalnej ścieżki kariery, nie są w stanie realizować własnego potencjału w ramach pracy zawodowej. W tej chwili wielu ludzi zmuszonych jest imać się zajęć nierozwojowych i nisko płatnych. W tym także tych najgorszych, oferowanych w ramach publicznych programów typu workfare, które potępiam w obu swoich książkach, gdzie przyjęcie zlecenia „z puli” stanowi warunek prawa bezrobotnego do korzystania z zasiłków i szeroko pojętej opieki społecznej. W ten sposób pozbawiani są poczucia kontroli nad własnym życiem. Brakuje programów i instytucji, które by im tę kontrolę przywracały, pozwalając łączyć różne formy aktywności w sposób zgodny z ich potrzebami, możliwościami i aspiracjami. Podstawowym postulatem jest tu równe traktowanie wszystkich rodzajów pracy nie tylko w sensie szacunku, ale także praw i zabezpieczeń – inaczej niż ma to miejsce w zaprojektowanych w XX w. systemach uznających wyłącznie pracę najemną. Musimy przedefiniować nasze rozumienie tego, czym jest praca. Dziś wiele spośród najbardziej satysfakcjonujących i pożytecznych społecznie form aktywności nie cieszy się należytym uznaniem ze strony instytucji państwa.
– Jakie formy aktywności ma Pan na myśli?
– Większość pracy opiekuńczej, jaką wykonujemy dla naszych bliskich, naszych wspólnot i instytucji, ale także działalność społeczna czy wolontariat, nie są uznawane za pracę w oficjalnych statystykach, w podręcznikach ekonomii ani w debacie publicznej. Tymczasem to wszystko jest praca! Więcej: to praca niezbędna dla egzystencji naszych społeczeństw i dla całej ludzkości. I musimy zapewnić jej należne w związku z tym traktowanie, odchodząc od wąskiego rozumienia pracy, które stanowi podwaliny wszystkich wielkich ideologii XX w., od marksizmu-leninizmu, przez socjaldemokrację, po neoliberalizm.
– W swojej pierwszej książce traktuje Pan prekariat nie tylko jako postępową siłę, która może wzbogacić demokratyczną politykę i na nowo nadać jej sens, ale i jako potencjalne zagrożenie dla europejskiego modelu i jego wartości. Wynika to m.in. z faktu, że jako klasa znalazł się całkowicie poza systemem – nie tylko w sensie reprezentacji, ale i najbardziej podstawowych praw obywatelskich. Wiąże się z tym potencjał radykalnej kontestacji systemu, która może przybrać reakcyjne formy. Zauważa Pan, że wspomniany wcześniej brak ustabilizowanej tożsamości oznacza, iż prekariat pozbawiony jest naturalnego podłoża, z którego rodzą się solidarność i wrażliwość społeczna. W efekcie może okazać się podatny na manipulacje politycznych demagogów, którzy będą próbowali skanalizować gniew przeciw dowolnie wybranemu kozłowi ofiarnemu. Czy prekariat, jako grupa niejednolita, połączona słabymi więzami wspólnej niepewności i wspólnych lęków, nadaje się na podmiot wielkiej przemiany, na jaką Pan liczy?
– To ważne pytanie. Wydaje mi się jednak, że od czasu moich pierwszych badań nad prekariatem byliśmy świadkami bardzo wyraźnych postępów. To, co jeszcze niedawno było tylko klasą w procesie tworzenia, poczyniło daleko idące kroki w kierunku stania się – posłużmy się językiem marksowskim – „klasą dla siebie”, połączoną wspólną świadomością i wspólną wizją politycznych przemian. Wraz z tymi postępami wyostrzyły się jednak także podziały wewnętrzne w łonie prekariatu. Składa się on dziś z trzech warstw. Łączą je podobne doświadczenia, ale dzielą warunki wyjściowe, co przekłada się m.in. na odmienne inklinacje polityczne.
Pierwsza warstwa to ludzie, którzy wywodzą się ze społeczności robotniczych, ale różnią się od swoich rodziców pod względem posiadanych możliwości. Zwykle brakuje im wykształcenia. Nazywam ich „atawistami”, ponieważ ich aspiracje i wyobrażenia związane są z dawnym porządkiem, z czego wynika frustracja i przekonanie, że nie mają szans nawet na utrzymanie statusu, jaki udało się osiągnąć ich przodkom. Stanowią oni główny obszar zainteresowania i główną bazę ugrupowań populistycznych, neofaszystowskich i szeroko pojętej nowej prawicy, która żywi się ludzkim strachem przed innością i przekonuje elektorat, by za swoje nieszczęścia winił imigrantów, mniejszości czy wykluczonych społecznie. Jest to część szerszego zjawiska, które określam mianem polityki piekła, która była i pozostaje częścią politycznego spektrum. Trzeba przy tym pamiętać, że niemała liczba reprezentantów piętnowanych przez populistów grup sama należy do prekariatu, stanowiąc część drugiej jego warstwy, którą nazwałem nostalgikami – to ci, którzy nie mają swojego miejsca, zakorzenienia ani tożsamości narzucanej im przez „chwilę obecną”. Żyją z dnia na dzień i przez większość czasu skupieni są na fizycznym przetrwaniu. Rosnąca wrogość ze strony instytucji państwa sprawia jednak, że stają się oni w ostatnich latach coraz bardziej upolitycznieni i stopniowo dołączają do masowych ruchów protestu.
Trzecią warstwę prekariatu określam mianem progresywnych. Grupa ta zyskuje dziś na sile i znaczeniu. To przeważnie młodzi absolwenci, którzy po ukończeniu studiów orientują się, że nie mają dokąd iść. Wiem, że w Polsce znaczna część tej grupy wpadła w sidła prawicowych populistów. W skali globalnej jednak większość tej grupy prekariuszy skłania się ku postępowym nurtom politycznym. Dzięki wykształceniu są oni zdolni do artykułowania aspiracji, wartości, interesów i politycznych postulatów prekariatu jako klasy. Spodziewam się, że sformułowany przez nich program okaże się atrakcyjny dla większości „nostalgików”. Mam nadzieję, że z czasem także część reprezentantów atawistów zrozumie, iż wyżywanie się na mniejszościach nie da im bezpieczeństwa i nie przywróci kontroli nad życiem. Już dziś możemy obserwować, jak polityczne oblicze jednoczącego się prekariatu nabiera kształtów zgodnie z naszkicowanym tu wzorcem. Potrzebujemy jednak przyspieszenia tego procesu.
– Zastanawiam się nad sformułowanymi przez Pana oczekiwaniami wobec „postępowej polityki prekariatu” w kontekście, w którym znaczna część aktualnych konfliktów związana jest wciąż z niszczeniem dawnych instytucji państwa dobrobytu – i z opozycją wobec tego procederu. Czy nie jest tak, że w związku ze swoją specyficzną pozycją klasową i związanym z nią resentymentem, prekariat stanowi łatwy cel manipulacji? Że nietrudno przekonać go do udzielenia poparcia dla neoliberalnych reform i zmobilizować przeciwko zagrożonym nimi grupom społecznym?
– Jestem optymistą. Kryzys, który zaczął się w 2008 r., pokazał, że neoliberalny program gospodarczy po prostu nie działa. Niesie za sobą groźbę przewlekłej deflacji, bezrobocia i, co najgorsze, rosnących nierówności. Nierówności w skali globalnej i we wszystkich naszych krajach z osobna osiągnęły już poziom, który jest niemożliwy do utrzymania bez wprowadzenia autorytaryzmu. Istniejące ruchy i partie polityczne nie znalazły na tę sytuację odpowiedzi. Na dłuższą metę system neoliberalny nie będzie jednak dla prekariuszy atrakcyjny, bo wiąże się dla nich z brakiem egzystencjalnego bezpieczeństwa i z modelem państwa, które nie zapewnia im praw.
– W swoich książkach przedstawia Pan etatowych pracowników jako jedną z grup o najwyższym statusie w kształtującej się strukturze społecznej XXI w. Zawdzięczają go rzadkiej w aktualnych warunkach stabilności zatrudnienia i płynącemu z niej poczuciu bezpieczeństwa. Z drugiej wszak strony ich kodeksowe „przywileje” i gwarantowane usługi publiczne znajdują się na celowniku neoliberalnych reformatorów. Czy wielka społeczna transformacja, jakiej zapowiedź stanowi pojawienie się prekariatu, wymaga zniesienia wszystkich społecznych osiągnięć XX w. i sprowadzenia wszystkich pracowników do najniższego wspólnego mianownika?
– Musimy pogodzić się z faktem, że nasze państwo dobrobytu i tak uległo już daleko idącemu demontażowi. Owocem tego demontażu jest system workfare oraz pełzający kryzys solidarności i uniwersalizmu. Niektórzy politycy wykorzystują aktualny stan państwa jako argument do dalszych cięć wydatków publicznych. Nie zmienia to faktu, że musimy przemyśleć dziś na nowo system zabezpieczeń społecznych i znaleźć sposób, by przywrócić życie uniwersalnym humanistycznym wartościom.
– W debacie publicznej diagnozy postawione przez Pana w „Prekariacie” łączy się zazwyczaj z postulatem wprowadzenia podstawowego dochodu gwarantowanego, czyli równej, określonej „pensji” wypłacanej przez państwo każdemu obywatelowi w celu zabezpieczenia podstaw jego bytu – niezależnie od tego, czy pracuje. Czy stanowi on coś w rodzaju kamienia filozoficznego, który rozwiąże wszystkie problemy prekariatu? A może jest to tylko symbol ogólniejszego kierunku, jaki jest pożądany, pierwszego kroku na długiej drodze ku systemowi sprawiedliwszemu społecznie?
– Wierzę, że system oparty na podstawowym dochodzie gwarantowanym jest dziejową koniecznością i musimy zmierzać w jego kierunku. PDG to najlepsze remedium na nierówności i niepewność, jakie cechują współczesne społeczeństwa. Promuję to rozwiązanie od wielu lat, wskazując na liczne argumenty – filozoficzne, etyczne, społeczne i ekonomiczne – za jego docelowym przyjęciem.
Podkreślam jednocześnie, że nikt w ruchu na rzecz PDG (zorganizowanym w strukturach Światowej Sieci na rzecz Dochodu Podstawowego BIEN) nie uważa, że PDG to panaceum na wszystkie problemy. To po prostu jeden z elementów postępowej strategii rozwojowej, niezbędny, aby prekariat się wyzwolił i stał się podmiotem zmiany.
Na 29 rozwiązań, które proponuję w „Karcie Prekariatu”, PDG rozmyślnie umieściłem pod numerem 25. Jego wprowadzenie to odległa perspektywa. Na początek musimy powalczyć o poważne traktowanie tej koncepcji w debacie publicznej. M.in. dlatego bardzo się cieszę, że mieliśmy możliwość realizowania programów pilotażowych w Indiach i Afryce, gdzie zapewnialiśmy dochód podstawowy lub gromadziliśmy na ten cel środki, a następnie badaliśmy, jak wpływa na życie jego beneficjentów, porównując je z sytuacją tych, którzy z PDG nie skorzystali. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że otrzymujący PDG pracują więcej, a nie mniej, są bardziej produktywni, bardziej tolerancyjni i czują się bardziej wolni. PDG jest dla mnie niezbywalną częścią postępowej strategii politycznej i może stać się jednym z wyróżników powstającego ruchu alternatywnego wobec tradycyjnej lewicy socjaldemokratycznej, która w dzisiejszym kontekście jest de facto formacją konserwatywną.
– Muszę zauważyć, że w Polsce i wielu innych krajach peryferyjnych ruch związkowy pozostaje jednym z nielicznych konsekwentnie prospołecznych podmiotów. To także związki poruszają u nas często problemy ważne dla prekariatu i artykułują jego interesy – np. żądając dla zatrudnianych na śmieciowych umowach godzinowych płac minimalnych, ubezpieczeń społecznych oraz prawa do zrzeszania się. Czy biorąc pod uwagę tego typu przypadki dostrzega Pan szanse na współpracę czy wręcz zbliżenie stanowisk między instytucjami związanymi ze „starym” ruchem pracowniczym a nowymi ruchami społecznymi?
– Sam należę do związku zawodowego i zawsze ruch związkowy popierałem. Nie zmienia to faktu, że w którymś momencie drugiej połowy XX w. główny nurt tego ruchu przestał być siłą progresywną. Zbyt długo był częścią frontu obrony systemu opartego na uprzywilejowanym statusie pracy najemnej. Teraz to związkowcy muszą dowieść, że chcą i mogą stać się sojusznikami prekariatu i wspierać jego postulaty. Potrzebujemy organizacji pracowniczych, które reprezentować będą nasze interesy. Ale związki muszą się zmienić, ewoluować wraz z naszym rozumieniem tego, czym jest praca. Szczegółowe postulaty w tej materii zawarłem w artykułach 5–10 „Karty”. Na szczęście pewne zmiany w łonie ruchu związkowego już są widoczne – w dużej mierze dzięki najmłodszym członkom. Generalnie jednak działaczom związkowym z trudem przychodzi uwewnętrznienie ducha Oświecenia, którego ożywienie jest według mnie kluczem do rozwiązania problemów prekariatu. Organizacje pracownicze wciąż uznają niestabilne miejsca pracy i brak pewności zatrudnienia za główne problemy prekariatu. Naturalną odpowiedzią wydaje im się więc zatrudnienie bardziej stabilne i bezpieczniejsze. Inaczej mówiąc, zakładają, że rozwiązanie, które było dobre dla proletariatu, sprawdzi się także w stosunku do prekariatu. Choć na tle projektu neoliberalnego (jeszcze mniej stabilności i bezpieczeństwa) podejście to może się wydawać postępowe, nie jest ono zadowalające, bo nie rozwiązuje problemu systemowego i nie jest zakorzenione w doświadczeniach i potrzebach prekariatu.
Na przykład akceptacja elastycznych form zatrudnienia jest z perspektywy prekariuszy jak najbardziej do pomyślenia, jeśli tylko wyposażymy je w odpowiednie zabezpieczenia i damy pracownikowi poczucie kontroli. Związki zawsze były wrogo nastawione do idei PDG. Nigdy nie walczyły też o poszerzenie naszego rozumienia pracy o dotychczas nieuznawane jej formy. Można argumentować, że to nie ich zadanie, ale jeśli dyskutujemy o tym, kto może odegrać czołową rolę w nadchodzących przemianach społecznych, a kto niekoniecznie, to trzeba sobie wprost powiedzieć, że generalnie związki zawodowe zawiodły w kwestiach ważnych dla prekariatu. Trudno zachować dystans i równowagę pozwalające łączyć poparcie dla ruchu związkowego z krytycyzmem wobec pewnych jego aspektów oraz z nadzieją, że w ostatecznym rozrachunku będą zdolne do zmiany na lepsze i odegrania pozytywnej roli politycznej w wielkiej transformacji.
– W pewnym momencie lektury „Prekariatu” do głowy przyszedł mi znany fragment „Manifestu komunistycznego”, który często przytacza się, by pokazać fascynację Marksa przemianami związanymi z wczesnym kapitalizmem: „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu i ludzie muszą w końcu spojrzeć trzeźwym okiem na swoją pozycję życiową, na swoje wzajemne stosunki”. Zastanawiam się, czy byłby Pan gotów dokonać porównywalnej apologii w odniesieniu do świata ponowoczesnego kapitalizmu, który powołał do życia prekariat. Czy dostrzega Pan w zmianach, jakie zaszły w ostatnich dekadach, podobny do opisywanego przez Marksa rodzaj modernizującego, emancypacyjnego potencjału?
– Żyjemy w fascynującym okresie rozwoju globalnego kapitalizmu, w którym tendencja do traktowania wszystkiego – od dóbr i usług, przez całą domenę publiczną, idee, powietrze i przestrzeń, po politykę – jako towaru jest silna jak nigdy i jednocześnie staje się niebywale wprost toksyczna, sprawiając, że powrót wartości oświeceniowych i romantycznych wydaje się czymś zgoła niezbędnym.
Koszmar, jakim grozi dalszy niekontrolowany rozwój obecnej formy globalnego kapitalizmu, skłania coraz to liczniejszych do wypatrywania nowego Oświecenia. W reakcji na widmo totalnej kontroli i zniewolenia w państwowym socjalizmie światowa ekonomia polityczna doszła do drugiego ekstremum – nihilizmu i totalnej wolności dla kapitału oraz rozporządzającej nim plutokracji. Efektem jest najbardziej niesprawiedliwy rozkład bogactwa w dziejach świata.
Proszę mnie nie uznawać za deterministę – chcę powiedzieć tyle: jestem zdania, że lepszy świat jest w naszym zasięgu i musimy o niego walczyć. Technologiczne i materialne warunki, jakimi dysponujemy, są dziś wystarczające, żeby zbudować sprawiedliwy porządek społeczny. Stać nas na przyznanie każdemu obywatelowi podstawowego dochodu. O tym, czy uda nam się te potencjały zrealizować, rozstrzygnie walka polityczna.
Nie powinniśmy dramatyzować – nie trzeba nam rewolucyjnych pokrzykiwań. Powinniśmy przeciwstawiać się globalnemu kapitalizmowi, pokazując, że możemy mieć więcej wolności, równości i braterstwa, i wiemy, jak do tego doprowadzić. Wierzę, że prekariat poprowadzi nas w tej walce do zwycięstwa.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Prace nad niniejszym numerem kończyliśmy w momencie, gdy decydowały się losy Grecji. Kraju, którego niedawne perypetie są wręcz modelowe dla wyjaśnienia, jak działa współczesny system polityczno-finansowy. Kraju, który przodował w „przedsiębiorczości”, czyli ilości zakładanych małych firm, a także w „optymalizacji podatkowej”, czyli w niepłaceniu należności państwu. Kraju, który w ramach reakcji na kryzys został rozliczony nie z tych zjawisk i ich skutków, lecz z rzekomego „życia ponad stan”, „socjalu” i „lenistwa”, a przepisane mu kuracje w duchu liberalnym okazały się mieć skutki odwrotne niż zapowiadano. Zwiększyły bezrobocie, zdusiły popyt wewnętrzny, spotęgowały zadłużenie. I kraju, który zamiast realnej pomocy otrzymał w ramach Unii Europejskiej kilka kopniaków i zestaw szantażów, a zamiast rozliczenia rzeczywiście winnych postanowiono ukarać zwykłych obywateli i pogorszyć ich poziom życia, już i tak nadszarpnięty w efekcie kryzysu.
Wisiało to w powietrzu od dawna, ale teraz maski spadły. „Wspólnota europejska” nie jest wspólnotą, lecz poletkiem realizacji interesów kilku silnych państw oraz powiązanego z nimi wielkiego kapitału. O tym, że tak się to prawdopodobnie skończy, opowiada nam Tomasz Grzegorz Grosse w wywiadzie poświęconym przyszłości Unii Europejskiej. Rozmowa przeprowadzona przed apogeum wydarzeń związanych z postawą Unii wobec Grecji mówi o tym, jaka mogłaby być Europa i jaka – zupełnie inna – niestety prawdopodobnie będzie. I że trudno na nią liczyć nie tylko w Grecji, ale także w Polsce. Koniec nadziei i złudzeń nadszedł szybko.
Bo chyba w ogóle coś się kończy. Mamy satysfakcję, że dominujący model społeczno-gospodarczy krytykowaliśmy od samego początku wydawania pisma. Wiele osób i środowisk było od nas bardziej cierpliwymi, strachliwymi, wyrozumiałymi, miało nadzieje na zmianę kursu czy lepsze efekty tego wszystkiego, a bywało też sporo intelektualnego lenistwa i interesowności spod znaku przytakiwania silnym i możnym. Dziś poza najbardziej twardogłowymi doktrynerami oraz beneficjentami istniejących rozwiązań coraz trudniej o takie postawy. Ba, można wręcz mówić o pewnej modzie na krytycyzm wobec realiów. Ale o tym nie warto pisać. Warto natomiast być co najmniej o krok przed spóźnionymi i niemrawymi diagnostami, czyli zaproponować sposoby wyjścia z matni.
O tym piszemy w bieżącym numerze sporo. Guy Standing, autor głośnej teorii nowej klasy społecznej – prekariatu, opowiada o perspektywach buntu dzisiejszych przegranych. Warto wobec niektórych jego tez – np. krytyki związków zawodowych czy zarzutów wobec osób zatrudnionych wciąż na etatach – zachować dystans, ale na pewno nie można odmówić Standingowi pewnej racji, gdy staje się swoistym sejsmometrem przemian społecznych.
Jednym z ważniejszych tekstów w numerze jest program naprawy państwa polskiego, aby realizowało ono interesy obywateli, a także odzyskało ich zaufanie. Państwo to jednak nie tylko odległa struktura, lecz również codzienność. O tym, że wygląda ona źle w „Polsce B”, mówi dr Łukasz Zaborowski, który proponuje także zmiany dotychczasowych rozwiązań. Naprawie rzeczywistości na szczeblu lokalnym poświęcił artykuł również Bartłomiej Grubich, który krytycznie analizuje tzw. budżety obywatelskie, o których mówi się zwykle w superlatywach. Z kolei trzech urbanistów przygotowało dla nas garść uwag dotyczących tego, jak planować, kształtować i tworzyć nasze miasta, aby były bardziej dla mieszkańców, a mniej dla wpływowych i zamożnych grup interesu.
Jak zwykle, także i teraz mamy dla Was porcję ekonomii. Pierwszy tekst mówi o tym, jak powinna wyglądać w Polsce „druga transformacja”, korygująca błędy tej pierwszej sprzed ćwierci wieku. Inny artykuł pokazuje błędy polskiej polityki gospodarczej w kontekście teorii odległej od „klasycznej” ekonomii liberalnej i wskazuje, że kraje takie jak nasz powinny robić coś zgoła innego niż zalecają mainstreamowi eksperci. Z kolei rozważania o przyczynach kryzysu w USA podkreślają, czego robić absolutnie nie należy – zastępować polityki społecznej i rozwojowej spiralą kredytów i liczeniem, że każdy poradzi sam sobie.
To oczywiście tylko część tego, co przygotowaliśmy w niniejszym numerze. Z pozostałych tekstów warto zwrócić szczególną uwagę – także po to, żeby przypomnieć sobie, iż świat nie składa się wyłącznie z polityki i ekonomii – na ten autorstwa jednego z lepszych reportażystów młodego pokolenia, Andrzeja Muszyńskiego, który zabiera nas na iście baśniową wędrówkę w Tatry.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Niemal od zawsze ludzi zaprzątają pytania o źródła dobrobytu oraz o efektywne, a przy tym korzystne dla społeczeństw sposoby sprawowania władzy. Wraz z narodzinami kapitalizmu i nauk społecznych zagadnienie to jeszcze bardziej zyskało na wadze. Z reguły nasze realia opisywane są zgodnie z „obiektywną logiką rynkową”, poza obszar której wypada choćby zainteresowanie wzajemnymi relacjami między instytucjami publicznymi a procesami gospodarczymi i ich różnorakimi podmiotami. Zupełnie inny punkt widzenia prezentuje książka „Dlaczego narody przegrywają. Źródła władzy, pomyślności i ubóstwa” Darona Acemoglu i Jamesa A. Robinsona.
Pierwszy z autorów jest profesorem ekonomii, wykładowcą w Massachusetts Institute of Technology i laureatem Medalu Clarka, przyznawanego przez Amerykańskie Stowarzyszenie Ekonomiczne. Drugi to politolog i ekonomista, profesor Uniwersytetu Harvarda, zajmuje się problematyką sprawowania władzy. Przedmiotem ich zainteresowania są wielkie różnice dochodów i poziomu życia, które bogate kraje świata – takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Niemcy – przeciwstawiają krajom biednym: w Afryce Subsaharyjskiej, Ameryce Środkowej, Azji Południowej. Te dociekania prowadzą ich przez dzieje i kontynenty – badacze ukazują, w jaki sposób dominacja niektórych narodów/państw wpływała i wpływa – na ogół negatywnie – na realia podporządkowanych im peryferii, terytoriów kolonizowanych.
Podczas lektury niejednokrotnie miałem wrażenie, że to opowieść nie-wprost o przyczynach stopniowego pogrążania się Polski w pułapce „rozwoju dla bogatych i uprzywilejowanych”. Nie jest to jednak lektura o tym, dlaczego socjalizm jest dobry, a kapitalizm zły, nie jest to też „krótki kurs etatyzmu”. To praca ukazująca, w jaki sposób, w konkretnych warunkach historycznych, społeczeństwa oraz ich elity okazują się zdolne lub niezdolne do stworzenia podstaw dobrostanu i dalszego harmonijnego rozwoju. Uniwersalną odpowiedzią nie są ani wolny rynek, ani skrajny centralizm. Kluczem jest sprawne polis, wcielone w dopełniające się instytucje polityczne i ekonomiczne. Wbrew znanemu złudzeniu, nie ma ekonomii bez polityki – i nie ma polityki bez ekonomii. Problemem nie jest to, jak je raz na zawsze „rozłączyć” lub jak skutecznie doprowadzić do dominacji jednej z tych dziedzin nad drugą. Wyzwaniem jest utrzymanie instytucji państwa i rynku w zasięgu rzeczywistego oddziaływania obywateli, tak aby jak najszersze warstwy mogły partycypować w wypracowanych dobrach.
Na papierze recepta wydaje się prosta, ale autorzy nie mają złudzeń, że rzadko bywa ona realizowana. Stąd taki, a nie inny tytuł książki, w którym pobrzmiewa nuta pesymizmu: odmienności dzisiejszych instytucji [w krajach rozwiniętych i kolonizowanych – K. W.] są głęboko zakorzenione w przeszłości, bo gdy społeczeństwo zorganizuje się w określony sposób, zwykle taki stan rzeczy się utrzymuje. Także głęboka nierówność jest wynikiem interakcji instytucji politycznych i gospodarczych. Pozbawiona kontroli społecznej „dyktatura bogatych i uprzywilejowanych” bacznie pilnuje swoich wpływów, nawet jeśli oznacza to stopniowe rozszerzanie stref ubóstwa wskutek transferu dóbr ku nielicznym grupom.
Rozważając kondycję państw, w których wydarzyła się „arabska wiosna”, oraz przyczyny buntu tamtejszych społeczeństw, autorzy zauważają: Egipt cierpi biedę właśnie z tego powodu, że włada nim wąska elita, która organizowała społeczeństwo dla własnej korzyści, ze szkodą dla wielkich mas obywateli. Władza polityczna skoncentrowała się w rękach nielicznych, a ci wykorzystali ją do budowania wielkich fortun. […] Egipt tkwił w biedzie, gdyż nie zmieniała się jego podstawowa struktura społeczna. I przeciwnie, bogate społeczeństwa Zachodu nie stały się takimi za sprawą „niewidzialnej ręki rynku”: Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone stały się bogate, gdyż ich obywatele obalili elity sprawujące władzę i stworzyli społeczeństwa, w których prawa polityczne były o wiele powszechniejsze, których rządy były odpowiedzialne przed obywatelami i reagowały na ich potrzeby, a z możliwości gospodarczych mogły korzystać wielkie masy ludzi.
Możliwość handlu i wolność gospodarcza, ale także instytucje służące redystrybucji dóbr i prawa chroniące pracowników/konsumentów przed dominacją właścicieli kapitału, są wynikiem politycznej działalności społeczeństw świadomych własnych interesów. Dobre instytucje, przekonują Acemoglu i Robinson, to te, które stanowią formę samoobrony przed nadmierną władzą polityków, finansistów i właścicieli koncernów, oraz zachowują charakter służebny wobec społeczeństw, zawsze podlegając ich kontroli.
Na początku jest polityka jako aktywność społeczeństw – reszta to jej pochodne. Tam, gdzie kapitalizm okazał się opłacalny nie tylko dla nielicznych, ludzie walczyli o prawa polityczne, a gdy je zyskali, skorzystali z nich, aby poszerzyć swe możliwości gospodarcze. Efektem była całkowicie odmienna [niż u pozostałych społeczeństw – K.W.] trajektoria polityczna i gospodarcza.
Jako wymowny przykład służy historia polityczna i gospodarcza miasta Nogales, przedzielonego granicą USA – Meksyk. Nogales amerykańskie jest o wiele bogatsze, jego instytucje – przewidywalne, umożliwiające walkę z korupcją, a życie w nim bardziej stabilne. Nogales meksykańskie jest biedniejsze, dotknięte znaczną przestępczością, ma wysoki wskaźnik śmiertelności noworodków. Jest również, co istotne, miastem o mocno skorumpowanej i nieprzewidywalnej sferze instytucjonalnej. Jak zaznaczają autorzy: ludzie po obu stronach granicy mają podobną genealogię. Zdecydowanie dzielą ich natomiast różnice instytucjonalne, sięgające głęboko w kolonialną przeszłość Meksyku i w dzieje amerykańskiej – nieidealnej, ale zawierającej korzystne rozwiązania – demokracji.
Specyfika kolonialnych podbojów pozostawiła niezatarte piętno na Meksyku: na wszystkich terenach skolonizowanych przez Hiszpanów pojawiły się podobne instytucje i struktury społeczne. Po początkowej fazie łupienia oraz żądzy złota i srebra Hiszpanie wypracowali sieć instytucji, których celem był wyzysk tubylców. [Przyjęty system] miał na celu obniżanie do jak najniższego poziomu standardów życia mieszkańców, aby mogli oni zaspokoić tylko podstawowe potrzeby, gdyż pozwalało to Hiszpanom zabierać wszelkie nadwyżki. W tym celu Hiszpanie wywłaszczali Indian, zmuszali ich do pracy za podłe wynagrodzenie, nakładali wysokie podatki i ustalali wysokie ceny na towary. Korona hiszpańska zarobiła na tym krocie, konkwistadorzy i ich potomkowie dorobili się wielkich majątków, ale zarazem zrobili z Ameryki Łacińskiej kontynent, gdzie nierówność jest największa na świecie, a do tego zniszczyli wielką część jej potencjału gospodarczego.
Kariera jednego z najbogatszych ludzi na świecie, Carlosa Slima, przypomina po części historię Jana Kulczyka: Slim zdobył pieniądze nie dzięki innowacjom. Początkowo doskonale sobie radził na giełdzie, kupując i reorganizując nierentowne firmy. W 1990 r. przejął Telmeks, meksykańskiego monopolistę z branży telekomunikacyjnej. Dzięki koneksjom politycznym wcale nie zaproponował najwyższej stawki, nie zapłacił też za przejęte udziały natychmiast – wykorzystał do tego dywidendy przejętej firmy. Korzystał przy tym z takich narzędzi jak recurso de amparo – to petycja, jaką można wnieść do sądu, aby wykazać, że konkretna ustawa nie odnosi się do danego podmiotu. Stanowi ona pozostałość po konstytucji Meksyku z 1857 r., która w zamierzeniu jej twórców miała zapewniać obywatelom prawa i swobody. Slim, gdy próbowano ograniczyć jego pozycję monopolisty telekomunikacyjnego, odwołał się do amparo. Acemoglu i Robinson zauważają: w rękach Telmeksu i innych monopolistów meksykańskich [petycja – K.W.] stała się potężnym narzędziem wykorzystywanym do umacniania posiadanego monopolu. Ostatecznie więc „amparo” nie broni praw obywateli, lecz pozwala ominąć zasadę równości wobec prawa. Z czasem Slim rozszerzył wpływy także na pozostałe państwa Ameryki Łacińskiej.
Zdaniem autorów „Dlaczego narody przegrywają” meksykański potentat zyskał swą pozycję głównie dzięki koneksjom politycznym i temu, że instytucje polityczne i prawne świata latynoamerykańskiego umożliwiły mu stałe rozszerzanie monopoli i ekspansji rynkowej. Slim nie mógł jednak poczynać sobie podobnie w realiach północnoamerykańskich. W 1999 r. należąca do niego Grupo Corso wykupiła sieć sklepów komputerowych CompUSA, powiązaną z siecią COC Services, która na terenie Meksyku miała prowadzić sprzedaż na zasadach franczyzy. Slim złamał umowę i „zrezygnował” z usług COC, gdyż zamierzał wprowadzić na jej miejsce własną sieć sklepów i wyeliminować konkurenta. COC Services pozwała przejęty przez Slima CompUSA przed sąd w Dallas. Slim nie mógł odwołać się do amparo przed północnoamerykańską instytucją. Przegrał i zmuszony był zapłacić 454 miliony dolarów grzywny. Zdaniem Acemoglu i Robinsona: Wystarczyło, by znalazł się w zasięgu instytucji amerykańskich, aby jego zwykła metoda zarabiania pieniędzy przestała działać. Dobrze widać na tym przykładzie, że to nie rynek ma zawsze rację, a najistotniejsza jest specyfika ustrojowa poszczególnych państw. Wymowny jest także los amparo: trwale skorumpowana rzeczywistość południowoamerykańskiego kraju sprawiła, że prawo, które w zamierzeniu miało chronić zwykłych ludzi przed nadmiernymi roszczeniami ze strony silniejszych od nich, z czasem stało się narzędziem w ręku najpotężniejszych.
Narzucony model instytucjonalno-gospodarczy zdeterminował historię Ameryki Południowej. Jej stałymi tendencjami są stagnacja gospodarcza, wojny domowe i zamachy stanu: pojawiło się wprawdzie powolne rozszerzanie praw politycznych, ale dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku w większości krajów latynoamerykańskich wprowadzono ustrój demokratyczny, co i tak nie zapobiegło ich politycznej niestabilności. Ma to bardzo konkretne konsekwencje dla gospodarek tych państw, takie jak niska innowacyjność i znaczne rozwarstwienie oparte na licznych przywilejach polityczno-ekonomicznej oligarchii.
A jak jest w Stanach Zjednoczonych? Autorzy pracy nie idealizują przeszłych ani współczesnych realiów tego państwa, zwracają jednak uwagę na elementarną odmienność jego instytucjonalnej formacji. Już na wczesnym etapie (XVII w.) zapewniała ona osadnikom nie tyle „wolny rynek”, co prawa polityczne do samostanowienia i samoorganizacji – także wbrew brytyjskim instytucjom politycznym i handlowym. Wskazują ponadto, że „amerykańskie marzenie”, które pozwala zostać milionerem nawet pucybutowi, ma głębokie zakorzenienie w przyjętych rozwiązaniach: na wszystkich poziomach życia społecznego ważne są indywidualne talenty, ale nawet one potrzebują ram instytucjonalnych, które pozwolą zrobić z nich pozytywną siłę. To stabilność instytucji publicznych i rozwiązań prawnych oraz przewidywalność relacji społeczno-gospodarczych umożliwia realizację zamierzonych celów choćby takim ludziom jak Bill Gates.
Nie oznacza to, że Microsoft nie dąży do supremacji w skali globalnej. Jednak – pod pewnymi warunkami i w określonych realiach ustrojowych – musi liczyć się ze społeczeństwami, na których próbuje zarobić. Tymczasem lokalni oligarchowie działający w obrębie swojego dominium nie mają tego problemu. Rynek wolny choćby od korupcji zapewnia właśnie efektywna kontrola polityczna, na którą realny nacisk mogą wywierać podmiotowe społeczeństwa. Każda instytucja rynkowa okazuje się instytucją polityczną także dlatego, że jest żywo zainteresowana kontrolowaniem społeczeństw, w obrębie których działa. Nie bez przyczyny istotną częścią działań rynkowych jest silny lobbing wywierany na prawodawców poszczególnych państw przez potężne instytucje gospodarcze. Im mniejsza kontrola społeczna, tym skuteczniejszy jest z reguły lobbing. Niedowład lub podmiotowość polityki determinuje relację między państwem, rynkiem i ludzkimi wspólnotami.
W kontekście tych rozważań ważne jest rozróżnienie, jakie wprowadzają Acemoglu i Robinson dla opisania narastających dysproporcji między światami bogactwa i ubóstwa. Instytucje gospodarcze i polityczne pojawiające się w różnych częściach światach dzielą oni na włączające i wyzyskujące. Instytucje włączające to te, które bronią praw własności szerokich mas oraz tworzą zasady „gry o dobrobyt”, obowiązujące wszystkich jej uczestników. Co ważne, włączające instytucje gospodarcze wspierają włączające instytucje polityczne i są przez nie wspierane, gdyż przy tych drugich dokonuje się pluralistyczne rozłożenie władzy, zapobiegające powstawaniu monopoli i oligarchizacji życia społeczno-gospodarczego. Natomiast instytucje wyzyskujące zawsze zmierzają do ustanowienia autorytaryzmu polityczno-ekonomicznego: wyzyskujące instytucje gospodarcze są synergicznie sprzężone z wyzyskującymi instytucjami politycznymi, koncentrującymi władzę w rękach nielicznych, którzy mają wtedy mocne powody, aby zachowywać i rozwijać instytucje wyzyskujące, dzięki nim bowiem gromadzą zasoby pozwalające im umacniać władzę polityczną.
Powyższa koncepcja autorów „Dlaczego państwa przegrywają” pozwala wiele zrozumieć z polskich realiów. Jeśli uznamy, że jako wspólnota cierpimy na „wyuczoną bezradność polityczną”, czyli nie potrafimy o własnych siłach zbudować instytucji włączających, to łatwiej będzie nam odczytać nie tylko rzeczywiste przyczyny nieumiejętnego prowadzenia polityki społecznej, zdrowotnej, edukacyjnej czy mieszkaniowej. Zrozumiemy również, dlaczego nie dochodzi do znaczącego rozpowszechnienia własności prywatnej, i to pomimo kilku dekad jej specyficznego kultu i usilnych przekonywań, że dzięki zdaniu się na „obiektywne mechanizmy rynkowe” z pewnością osiągniemy sukces gospodarczy i zbudujemy dostatnie społeczeństwo.
Czy oznacza to, że w warunkach prymatu instytucji wyzyskujących nie jest możliwy rozwój gospodarczy? Czy instytucje wyzyskujące i wzrost PKB wykluczają się wzajemnie? Acemoglu i Robinson udzielają odpowiedzi, która pozwala lepiej rozumieć reguły gry panujące w naszym kraju. Jak twierdzą, każda elita zainteresowana jest jak największym sukcesem gospodarczym, gdyż dzięki mechanizmom i instytucjom wyzysku może więcej zagarnąć dla siebie. Do pewnego momentu – dzięki czynnikom zewnętrznym albo możliwości eksploatacji zasobów pozostających pod jej kontrolą – gospodarki i społeczeństwa opanowane przez elity wyzyskujące mogą generować zyski. Jednak „trwały wzrost wymaga innowacji”. A wyzyskujące instytucje polityczne i gospodarcze nie tyle nie są nim zainteresowane, co nie są zdolne do tworzenia takiej jakości, gdyż zakłada ona chociażby przełamywanie status quo i wprowadzenie na scenę nowych aktorów życia społeczno-gospodarczego, niekontrolowanych przez elitę. W sytuacjach skrajnych zaś (realia państw Afryki czy Ameryki Południowej) brak powszechnego dostępu do dóbr kontrolowanych przez nielicznych wzmacnia niepokoje społeczne i sprzyja rewolucjom. Na ogół nie prowadzą one jednak do upowszechnienia dobrobytu, lecz tylko do „korekt” w obrębie elit wyzyskujących. W demokracji peryferyjnej taka sytuacja skutkuje zmianą jednego szyldu politycznego na drugi i nieco innym transferem środków w obrębie grup, jakie wraz ze zmianą uzyskują (lub tracą) dostęp do „polityki wyzysku”. Na przykład w pewnym stopniu mogą zmieniać się wysokości kwot i adresaci środków płynących z instytucji politycznych i gospodarczych choćby w kierunku mediów, prywatnych firm wykonujących państwowe zamówienia, instytucji kulturalnych itd. W takich realiach imitacyjne próby reform czy modernizacji (Pendolino!) zawsze okazują się więcej niż dwuznaczne pod względem korzyści ogólnospołecznych.
Zdaniem Acemoglu i Robinsona problem z kolonializmem nie polegał tylko na ekonomicznym wyzysku i grabieży dóbr oraz zasobów ludzkich. Dokonywana ekspansja miała przede wszystkim charakter polityczny, gdyż to polityka decyduje o sposobach samoorganizacji ludzkich wspólnot. W ten sposób dewastacja sięgała korzeni. Kolonializm przede wszystkim zniszczył autonomię społeczną i polityczną obszernych połaci świata, „wybił je” z ich własnej historii. Kolonizatorzy przynieśli podbijanym ludom takie instytucje i obyczaje, które przede wszystkim były nastawione na ich eksploatację, albo znacznie potęgowały zastane realia wyzysku. Społeczna i polityczna niesuwerenność, wypracowane dla ich podtrzymania i wzmocnienia instrumentarium, przyczyniły się do pogrążenia „terytoriów zależnych” w długotrwałej stagnacji. Jest to o tyle ważne, że godzi w dużą część postkolonialnych stereotypów, z którymi spotykamy się i dziś w mniej lub bardziej wyrafinowanych formach. Część z nich głosi, np. że Murzyni są głupi i leniwi albo że tylko „biały człowiek” zdolny jest do stworzenia globalnej cywilizacji. Przyjrzyjmy się kilku przykładom.
Handel transatlantycki był wstępem do „europeizacji” świata. Jednak większy i bardziej powszechny dobrobyt okazał się przede wszystkim doświadczeniem Ameryki Północnej. Dlaczego? Wskutek wydarzeń wieku XV i XVI Korona angielska – w przeciwieństwie do francuskiej i hiszpańskiej – nie była w stanie kontrolować całego handlu zamorskiego. W rezultacie we Francji i w Hiszpanii to monarchia i związane z nią elity najbardziej korzystały z wielkich zysków przynoszonych przez handel transatlantycki i ekspansję kolonialną. Na terytorium USA „odrębne społeczeństwo” stworzyło własne instytucje polityczne, które umożliwiły szeroką partycypację w wypracowywanych i eksploatowanych zasobach. Nigdy nie było to społeczeństwo idealne, o czym świadczy los północnoamerykańskich Indian, jednak potrafiło w trosce o własne interesy zbudować taki świat, który nie powstał choćby w Ameryce Południowej. Złożyło się na to wiele czynników: instytucjonalna trajektoria Ameryki Północnej zawdzięcza swoistość temu, że ludność przed kolonizacją żyła w rozproszeniu, co sprawiło, że europejscy osadnicy mogli wystąpić przeciw elitom, które usiłowały ustanowić Virginia Company i Korona angielska. Natomiast hiszpańscy konkwistadorzy zastali na terenie dzisiejszego Peru scentralizowane i oparte na wyzysku państwo, które mogli przejąć, a także dużą populację tubylców, których mogli zmusić do pracy w kopalniach i na plantacjach.
Rewolucje polityczne i przemysłowe w Europie doprowadziły do radykalnych zmian w strukturach politycznych i gospodarczych, które umożliwiły nie tylko demokratyzację życia publicznego, ale również „demokratyzację zasobów”. Ale nie musiało się tak stać – gdyby wiele wieków wcześniej Europę przetrzebioną przez czarną śmierć opanowali najeźdźcy ze Wschodu, mogliby wykorzystać zastane struktury polityczno-gospodarcze do zainstalowania tutaj swojego modelu kolonizacji i zaszczepienia własnych instytucji wyzyskujących.
Trzeba przy tym pamiętać, że społeczeństwa, które potrafią tworzyć własne instytucje włączające, nie muszą zabiegać o cudze dobro, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak o swoje. W trosce o zyski, transferowane z peryferii ku centrom kapitałowym, mogą skutecznie prowadzić gospodarkę rabunkową na terytoriach, na których dokonują ekspansji. Autorzy „Dlaczego narody przegrywają” określają ten proces mianem blokowania rozwoju. Jako przykład służy choćby XVIII-wieczna historia Czarnego Lądu. To przerażająca karta z dziejów „wzajemnych relacji” między cywilizowanymi najeźdźcami a ludami tubylczymi: nagłe pojawienie się na wybrzeżach Afryki Zachodniej i Środkowej Europejczyków gotowych kupować niewolników musiało wywrzeć istotny wpływ na społeczeństwa afrykańskie. Większość niewolników wywożonych do Ameryk stanowili jeńcy wojenni, których następnie przewożono na wybrzeże. Podczas owych wojen szeroko wykorzystywano broń i amunicję, którą Europejczycy wymieniali na ludzi.
Kolonizatorzy podsycali wzajemne animozje i nastroje wojenne wśród ludów Afryki – tak rodziło się jeszcze jedno źródło fortuny bogatego świata. Według statystyk podawanych przez autorów Brytyjczycy w latach 1750 a początkiem XIX w. sprzedali od 283 do 394 tysięcy sztuk broni rocznie. Afrykanie kupowali broń i śmierć, kolonizatorzy – niewolników, którzy pracowali na rozwój elit i społeczeństw świata europejskiego. Istotny jest także fakt, że te wojny przyniosły Afryce trwałą destabilizację polityczną i wzrost tendencji do „militarnego”, skrajnie despotycznego sposobu sprawowania władzy: przez wyzyskujące instytucje gospodarcze i polityczne oparte na handlu niewolnikami industrializacja nie objęła regionów afrykańskich na południe od Sahary, które pogrążyły się w stagnacji, a nawet uległy regresowi gospodarczemu, podczas gdy inne części świata przekształcały swe gospodarki.
Równocześnie z kolonializmem pojawił się na Czarnym Lądzie nowy typ państw, których jedynym powodem istnienia było chwytanie niewolników. Odbiło się to także na instytucjach religijnych. Na przykład wyrocznia Arochukwa we wschodniej Nigerii pełniła pierwotnie rolę rozjemcy między największymi lokalnymi grupami etnicznymi. Gdy jednak rozpowszechniła się sprzedaż niewolników, powszechnym „obyczajem” stało się, że osoby, które weszły do jaskini, gdzie „urzędowało” bóstwo, były prowadzone do ujścia Rzeki Krzyżowej, a tam na „dostawę” czekały już europejskie okręty. Działo się tak dlatego, że kapłani, którzy przekazywali decyzję wyroczni, związani byli z ludźmi z plemienia Aro, zajmującymi się łapaniem i sprzedażą niewolników. Tak – w najgłębszym tego słowa znaczeniu – korumpowano ludy Czarnego Lądu. Stereotypowy obraz Afryki pogrążonej w wojennym chaosie, tak chętnie do dziś podtrzymywany przez ludzi usprawiedliwiających dawną i obecną kolonizację, nie wziął się znikąd – to Europa zabrała Afryce szanse na pokój i dobrobyt.
Nieco inną strategię względem terytoriów objętych swoimi wpływami przyjęły w XVII w. Niderlandy. W 1602 r. powstała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, stanowiąca odpowiednik brytyjskiej spółki akcyjnej powołanej dla celów kolonizacji: powstanie obu tych spółek to prawdziwy kamień milowy w rozwoju nowoczesnych korporacji, które odgrywają kluczową rolę we wzroście gospodarczym Europy. […] Miały własne armie i były dostateczne potężne, aby prowadzić wojny i kolonizować obce kraje. Holendrzy objęli kontrolą wyspę Banda (Azja Południowo-Wschodnia) z zamiarem zmonopolizowania handlu gałką muszkatołową. Zastana tam struktura polityczna była zbyt rozproszona, aby skutecznie scentralizować handel, nie istniał też system danin. Lokalny system instytucjonalny kompletnie nie sprzyjał „globalnemu rynkowi”. Jak się w takich warunkach robi zarówno zyskowną politykę, jak i handel? Ponieważ Holendrzy nie chcieli się z nikim dzielić zyskami, w 1618 r. stworzyli na Jawie twierdzę Batawia, która de facto została stolicą Kompanii. Trzy lata później podbili wyspę i w celach podporządkowania sobie ludności wymordowali około 15 tys. autochtonów. Skoncentrowali się na lokalnej elicie: wszystkich przywódców zgładzono […] zostawiając przy życiu nielicznych, aby nie utracić wiedzy o tym, jak z muszkatołowca uzyskać gałkę i osnówkę.
Zastosowana „terapia szokowa” stanowiła nauczkę dla wielu społeczności-państw regionu. Zaprzestawały one eksportu gałki muszkatołowej i zarzucały działalność komercyjną. Był to świadomy wybór polityczny, dyktowany nadzieją na przetrwanie. Na wyspie Banten ścięto wszystkie drzewa pieprzowe, żeby uchronić się przed ekspansją Holendrów. Podobne praktyki stosowano gdzie indziej, co prowadziło do wyludniania miast, upadku tradycyjnych szlaków handlowych, niemożności prowadzenia suwerennej polityki, w tym gospodarczej. Autorzy stwierdzają: mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej przestali zajmować się handlem, odwrócili się od zagranicy i popadali w większy absolutyzm. Przez następne dwa stulecia nie byli w stanie wykorzystać innowacji, które przyniesie ze sobą rewolucja przemysłowa. A rezygnacja z handlu wcale nie uchroniła ich przed Europejczykami; pod koniec wieku XVIII niemal wszystkie te tereny stały się częściami europejskich imperiów kolonialnych.
Nie miejmy złudzeń: państwa bogate wciąż wiążą swoje zyski z budowaniem i wzmacnianiem politycznych i gospodarczych instytucji wyzyskujących na obszarach podlegających ich wpływom. A nawet jeśli starają się dziś zabiegać o rozszerzanie współczesnych standardów cywilizacyjnych – takich jak prawa obywatelskie – na regiony zapóźnione, to i tak prowadzą bardzo dwuznaczną grę. Mogą na przykład finansować organizacje zajmujące się promowaniem swobód obywatelskich i gospodarczych. W praktyce może to oznaczać osłabienie lokalnych form instytucjonalnej kontroli nad rynkiem i łatwiejszy transfer zysków poza miejscowe struktury polityczno-gospodarcze. W takim kontekście pewne strategie, organizacje czy idee, służące „demokratyzacji” czy „liberalizacji”, nie będą współtworzyć strategii włączających, lecz wyzysk.
Według koncepcji Acemoglu i Robinsona kryterium rozpoznania realnej roli poszczególnych organizacji „pierwszego świata” działających w „światach podporządkowanych” będzie zawsze to, czy przyczyniają się do wzrostu lub zmniejszenia rozwarstwienia, zaniku lub budowania autentycznej polityczności, skostnienia i skorumpowania lokalnych elit. Spojrzenie na Polskę w świetle koncepcji tych badaczy pozwala domyślać się, że nasze instytucje polityczne i gospodarcze mają charakter dualny, schizofreniczny: często reprezentują zarówno logikę włączającą, jak i wyzyskującą. Być może jest to cecha społeczeństw i państw „pogranicznych”, zbyt słabych, by uzyskać instytucjonalną podmiotowość i zbyt silnych, aby dało się je skolonizować według najbardziej brutalnych reguł. Dla takich krajów istnieje szansa: przede wszystkim ich społeczeństwa muszą sobie uświadomić własną kondycję i miejsce na mapie światowego (niedo)rozwoju.
Daron Acemoglu, James A. Robinson, Dlaczego narody przegrywają. Źródła władzy, pomyślności i ubóstwa, tłum. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Kościół katolicki stanowił w Polsce Odrodzonej siłę zdecydowanie konserwatywną, dystansującą się początkowo nawet od endecji i chadecji. W konsekwencji nie powstał liczący się ruch lewicy chrześcijańskiej, taki jak Le Sillon i Ligue de la Jeune République we Francji czy Partito Popolare Italiano we Włoszech. Odnaleźć można jednak na mapie ideowej II RP – słabe wprawdzie i rozproszone – społecznie radykalne środowiska chrześcijańskie, łączące demokratyzm z antykapitalizmem.
Jedno z nich objawiło się już u zarania niepodległości. 6 listopada 1918 r. w Tarnobrzegu proklamowano przejęcie władzy przez Tarnobrzeski Komitet Rewolucyjny pod przywództwem por. Tomasza Dąbala i ks. Eugeniusza Okonia. Pod pomnikiem Bartosza Głowackiego ksiądz Okoń wołał do trzydziestotysięcznego tłumu: Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności, za tyle wyzysku ciebie, chłopie polski, który, jakkolwiek jesteś krwią, siłą i mózgiem tej ziemi, poniewierany byłeś i poniżany. Już nie będziesz się wysługiwał i krwawo mozolił dla obcej sprawy. […] Bóg tak sprawił, że poniżani będą wywyższeni. […] Precz z tymi pasożytami, co nie orzą, nie sieją, a z chłopskiej jedynie skóry buty szyją dla siebie. […] Właśnie dzwonią [w kościele], ale już nie na „anioł pański”, ale na twój „anioł chłopski”, więc oddajmy się w opiekę Matki Boskiej Dzikowskiej i zanućmy „Serdeczna Matko”.
Ksiądz Eugeniusz nie był nową postacią w galicyjskiej polityce. W 1911 r. kandydował do parlamentu Austro-Węgier z ramienia Narodowej Demokracji, ale rok później zerwał z endekami. Zbliżył się do ruchu chrześcijańsko-ludowego ks. Stanisława Stojałowskiego i w 1913 r. uzyskał mandat poselski do Sejmu Krajowego we Lwowie. Już wtedy dał się poznać jako radykał – w czasie kampanii wyborczej został aresztowany za burzycielskie wystąpienia. W czasie I wojny światowej zgłosił się na ochotnika do pełnienia funkcji kapelana w austriackich obozach jenieckich, gdzie przetrzymywano wielu Polaków z armii rosyjskiej. Już 2 listopada 1918 r. w rodzinnym Radomyślu obalał słupy graniczne, które rozdzielały Kongresówkę od Galicji. Wreszcie stanął na czele tzw. Republiki Tarnobrzeskiej.
„Republika” ta obejmowała powiaty Tarnobrzeg, Mielec, Kolbuszowa i Nisko w widłach Wisły i Sanu. Choć nawiązała kontakt z powstałym 7 listopada Tymczasowym Rządem Ludowym w Lublinie, faktycznie pozostawała samodzielna. Chłopi zaprzestawali płacenia czynszu dzierżawnego obszarnikom, zabierali zboże i ziemniaki z magazynów dworskich, a niekiedy zajmowali pałace na potrzeby gminy. Gdy władza odrodzonej Rzeczpospolitej okrzepła, postanowiono zlikwidować to „ognisko anarchii”. Na początku 1919 r. wojsko przeprowadziło pacyfikację zbuntowanego obszaru, rozstrzeliwując kilkanaście osób, a 350 aresztując. 6 stycznia ks. Okoń został zatrzymany podczas wiecu przedwyborczego i równocześnie zawieszony w czynnościach kapłańskich przez kurię biskupią.
Niespełna trzy tygodnie później niepokorny kapłan został jednak wybrany posłem na Sejm z ramienia PSL-Lewica i w konsekwencji opuścił więzienie. Początkowo przynależał do klubu poselskiego PSL „Wyzwolenie”, ale pod koniec roku stworzył wraz z Dąbalem własną partię – Chłopskie Stronnictwo Radykalne, z organem prasowym „Jedność Chłopska”. Niebawem Dąbal wstąpił do partii komunistycznej, ks. Okoń natomiast od komunizmu się odcinał. I ubolewał: Chcemy dać chleb biednemu chłopu i za to jesteśmy [nazywani – J.T.] bolszewikami! Trwał na pozycjach chłopskiego radykalizmu o religijnym zabarwieniu. Sztandarowym postulatem Stronnictwa było wywłaszczenie (za odszkodowaniem) i parcelacja majątków ziemiańskich powyżej 100 mórg oraz kościelnych „dóbr martwej ręki”. „Dać ziemię chłopom polskim” – to hasło wielkie, najrozumniejsze i najbardziej patriotyczne – wołał ks. Okoń w Sejmie. Żądanie reformy rolnej uzasadniał względami patriotycznymi, uważając, że gdy oddamy ziemię chłopom polskim, oprzemy Polskę na granicie niezniszczalnym. Nie oznaczało to jednak międzyklasowego solidaryzmu narodowego. ChSR głosiło ideę „narodu chłopskiego”, twierdziło, że lud w Polsce – to naród, a naród – to lud, a więc prawdziwa Polska, którą Bóg dał – to Polska ludowa. Ks. Okoń podkreślał nawet, że Polskę stworzyła „dynastia chłopska Piastów”.
Radykalne przekształcenie ustroju rolnego w interesie mas chłopskich miało być pierwszym krokiem w kierunku ustanowienia owej Polski Ludowej. Program ChSR nie ograniczał się do postulatów socjalnych, jego celem strategicznym były rządy ludu wiejskiego. Ks. Okoń zapowiadał: wywalczymy chłopu polskiemu […] rządy w państwie, ażeby chłop, prawdziwy piastun i włodarz tej ziemi, tą Rzeczpospolitą zmartwychwstałą władał i kierował dla mocy i potęgi państwa oraz dla szczęścia ludu. Koncepcje ustrojowe Stronnictwa zakładały likwidację Senatu i ukonstytuowanie republiki prezydenckiej, w której głowa państwa byłaby wybierana bezpośrednio przez ogół obywateli. Postulowano też konstytucyjne gwarancje powszechnego i bezpłatnego nauczania oraz zniesienie kary śmierci i kar cielesnych.
Plebejski patriotyzm ks. Okonia skłaniał go do szerokiego zakreślania granic Rzeczypospolitej – domagał się przyłączenia do państwa polskiego Śląska Górnego i Cieszyńskiego, Spisza i Orawy, Pomorza z Gdańskiem, Mazur, Galicji Wschodniej i Litwy („kresy polskie” sfederowane miały być z Polską na zasadach unii lubelskiej). Krytykował polskie władze za opieszałość w organizowaniu odsieczy dla walczących z Ukraińcami obrońców Lwowa i za niekorzystny, jego zdaniem, traktat wersalski (w maju 1920 r. ChSR zażądało rewizji traktatu). Zarazem jednak za błąd strategiczny uważał niepotrzebny i szkodliwy pochód na Kijów i opowiadał się za niezwłocznym rozpoczęciem rokowań pokojowych z Rosją Radziecką.
Istotną rolę w ideologii Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego odgrywał wątek religijny. W programie ChSR, uchwalonym na II kongresie w Lublinie we wrześniu 1924 r., czytamy m.in, że Stronnictwo stać będzie mocno przy wierze ojców i religię jako rzecz nadziemską szanować, lecz nie pozwoli, by miejsca święte przeznaczone dla modlitwy i chwały Bożej miały być przez niegodne jednostki nadużywane dla niskich celów propagandy polityczno-partyjnej. Ks. Okoń dodawał: My wiary nie obalamy, my religię umacniamy, ale chcemy z tej religii wyrzucić te śmiecie, […] które służą jaśnie wielmożnym, kapitałowi i bogaczom. Przywódca Stronnictwa, deklarując wierność katolicyzmowi, powoływał się na duchownych reformatorów, a nawet buntowników: Stojałowskiego („największego męczennika o wolność ludu”), Staszica, Savonarolę. Oczywiście nie mogło zabraknąć też odwołań bezpośrednio do Jezusa Chrystusa: Mistrz Boski najostrzej gromił […] bogaczy, faryzeuszów, nazywając ich „rodzajem jaszczurczym”, a litował się tylko nad ubogimi, zgłodniałymi rzeszami ludu. Kościołowi instytucjonalnemu zarzucał, że zagubił swe wyzwolicielskie przesłanie.
Pierwszą linią konfliktu z klerem były kwestie majątkowe. Ks. Okoń domagał się nie tylko parcelacji dóbr kościelnych, ale również znacznego obniżenia opłat za posługi religijne. Podkreślał, że kościół i religia, a rzeczy doczesne, materialne, to są rzeczy zupełnie odrębne, że majątek doczesny […] to nie świętość, […] lecz to mamona – to marność. Przypominał, że nasz kościół katolicki powstał z ubóstwa i w ubóstwie. Nasz Chrystus Pan był najuboższy. Wyciągał z tego wniosek, że majątki […] ziemskie, tym bardziej duże, są wprost szkodliwe kościołowi. Ale zarazem ks. Okoń zauważał, że są wśród duchowieństwa biedni i pokrzywdzeni ciężko, a tymi są wikarzy, zdani na łaskę i niełaskę proboszczów i strasznie nędznie wynagradzani, oraz księża emeryci. W ich interesie leżeć miała demokratyzacja Kościoła.
Głoszone przez ks. Okonia koncepcje reformy kościelnej wychodziły od bieżących interesów chłopskich, ale miały charakter prawdziwie rewolucyjny. Domagał się, by przysługujące fundatorom parafii, na ogół obszarnikom, prawo patronatu (oznaczające w praktyce wpływ na obsadę stanowisk proboszczów), zostało przeniesione na wiejskie gromady. Przypominał, że historia kościelna […] mówi, że lud chrześcijański miał, będzie miał i musi mieć prawo głosu przy wybieraniu proboszczów, a nawet biskupów. Zgłosił więc projekt ustawy, by w miejsce obecnych patronów wprowadzono […] parafialne komitety kościelne, wybrane przez ogół wiernych z powszechnych wyborów, które by w porozumieniu z władzą kościelną wykonywały obsadzanie probostw. Co więcej, zapowiadał, iż my będziemy nawet żądali prawa mianowania biskupów. W ten sposób, obiecywał, lud nasz wyzwoli się nie tylko z pęt obszarniczych, […] ale wyzwoli się z tej niewoli duchowej, którą narzucili mu nasi biskupi autokraci i nasi niedobrzy proboszczowie. Ks. Okoń wierny pozostawał maksymie „Głos ludu to głos Boga”.
Chłopskie Stronnictwo Radykalne nie odniosło jednak sukcesu. Pozostało ugrupowaniem lokalnym, którego wpływy ograniczały się do Sandomierskiego i południowej Lubelszczyzny. W wyborach parlamentarnych w 1922 r. uzyskało cztery mandaty. Wkrótce w ChSR pojawiły się niesnaski. W lutym 1926 r. dwóch posłów zerwało z ks. Okoniem i przystąpiło do Stronnictwo Chłopskiego. Po rozwiązaniu Sejmu w 1927 r. ks. Okoń został ponownie aresztowany i kilka miesięcy spędził w lubelskim więzieniu. Osamotniony, zaprzestał działalności politycznej. Obwieścił: Niniejszym oświadczam, że w miłości Pana Boga oraz przywiązaniu, wierności, posłuszeństwie dla świętego katolickiego Kościoła, potępiam wszystkie moje czyny, którymi przez cały szereg lat dawałem zgorszenie.
Zupełnie inny rodowód miał Chrześcijański Związek Akademicki. Ta międzywyznaniowa, ekumeniczna organizacja powstała na początku 1921 r. z inspiracji protestanckiego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodych Mężczyzn (YMCA). Od początku podkreślała wszakże swój narodowopolski charakter: Dążymy do zachowania najściślejszej łączności duchowej z całą dotychczasową polską tradycją odrodzeńczą, a potwierdzenia i pogłębienia narodowego charakteru ideologii naszej w studium polskiej myśli moralnej, zawartej w życiu i dziełach naszych wieszczów i myślicieli. Początkowo w działalność ChZA zaangażowana była też grupa narodowców z Tadeuszem Bieleckim (późniejszym prezesem Stronnictwa Narodowego) na czele, jednak w 1923 r. odeszła ona do Młodzieży Wszechpolskiej. Związek odrzucał bowiem nacjonalizm – jego deklaracja stwierdzała: Występujemy stanowczo przeciw doktrynie egoizmu narodowego jako normy etycznej dla jednostek i społeczeństw, potępiając taką doktrynę jako zasadniczo niemoralną. Istotą ideologii ChZA była koncepcja przeprowadzenia zmian społecznych poprzez odrodzenie moralne – głoszono, że gdy uciśnieni wytworzą siłę nie tylko fizyczną, ale i moralną, możliwe jest zwycięstwo prawdy i prawdziwa przebudowa społeczna. Chrześcijański Związek Akademicki kultywował ideały demokratyczne, co skłaniało jego członków do sympatyzowania z piłsudczykami. Autorytarna ewolucja sanacji (zwłaszcza po procesie brzeskim 1930 r.) doprowadziła do kryzysu Związku, który na początku lat 30. uległ rozkładowi.
Na orbicie ChZA znalazło się również początkowo „Kółko” ks. Władysława Korniłowicza, choć po 1922 r. poszło już własną drogą. Ta nieformalna grupa młodej inteligencji uformowała się w 1917 r. Trzon grupy stanowili: Zofia Landy (później siostra Teresa), Zofia Sokołowska (siostra Katarzyna) i jej siostry – Henryka i Barbara, Franciszek Tencer, Rafał M. Blüth, Tadeusz Baykowski i Stanisław Krzywoszewski; związani z nią byli także m.in. Zofia Nałkowska, Czesław Miłosz, Karol Irzykowski, Jerzy Liebert i inni. Cechą charakterystyczną środowiska był fakt, że większość jego uczestników rekrutowała się z osób religijnie indyferentnych lub konwertytów (zresztą także sam Korniłowicz wywodził się z rodziny o poglądach pozytywistycznych i racjonalistycznych). To sprawiało, że „kółkowiczom” nie wystarczał tradycyjny katolicyzm – powierzchowny i obrzędowy – lecz chcieli chrześcijaństwa świadomego, umocnionego rozumowo. Jak pisała jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa: Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady „fides quaerens intellectum”. Zarazem jednak „kółkowicze” nie ograniczali się do modlitw i dyskusji w Bibliotece Wiedzy Religijnej, ale również dawali praktyczny dowód miłości bliźniego, angażując się w działalność Zakładu dla Ociemniałych w Laskach – dwie z założycielek „Kółka” wstąpiły nawet do zakonu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, prowadzącego ów Zakład. Współpraca między „Kółkiem” a środowiskiem Lasek, trwająca od 1918 r., uległa zacieśnieniu, gdy w 1930 r. ks. Korniłowicz został kapelanem Sióstr.
Na początku lat 30. w środowisku „Kółka” i Lasek, coraz dojrzalszym intelektualnie i coraz mocniej odczuwającym swą ideową odmienność, pojawiła się myśl wydawania własnego periodyku. W 1934 r. ukazał się pierwszy numer kwartalnika „Verbum”, którego redaktorem naczelnym został Konrad Górski, a później ks. Korniłowicz.
Celem „Verbum” było nie tylko wzmocnienie intelektualnych zrębów polskiego katolicyzmu, ale też wypracowanie jego nowej formuły. Miał to być katolicyzm czynny, twórczy, otwarty, nowoczesny, dynamiczny, optymistyczny. Domagano się uznania pozytywnej wartości świata, odrzucając „manichejskie” podejście do doczesności. Historia nie jest […] źródłem pesymizmu – pisał Régis Jolivet. Postulowano więc włączanie się w procesy społeczne, s. Teresa głosiła wręcz konieczność scalenia mistycyzmu z „poczuciem społecznym”: sprawdzianem mistyki jest […] zwykłe codzienne życie wierzącego. „Tradycjonalizm” i „ciasny rygoryzm” konserwatywnych katolików krytykowano jako postawę tchórzliwą, […] wsteczną. Podkreślano natomiast zbieżność katolicyzmu i humanizmu rozumianego jako dążenie do […] wszechstronnego kultywowania różnych umiejętności, co pociągało za sobą imperatyw twórczości. Z tego powodu Jan Salamucha wytykał katolickiej inteligencji pasywność, uważając, że przyzwyczajona jest do roli „widowni”. „Verbum” interesowało się zdobyczami nauki (uznanej za „środek służenia Bogu”), starając się wpleść je w naukę Kościoła. Przy całej swej elastyczności, grupa zaznaczała jej granice: katolik nie może zminimalizować swojego programu metafizycznego czy dogmatycznego.
Otwartość na nowe idee prowadziła w warunkach kryzysu gospodarczego do antykapitalistycznego nastawienia „Verbum”. Postawę środowiska wyrażały ironiczne słowa Leopolda Caro: My […], nie dotknięci łaską wiary w kapitalizm. Katoliccy intelektualiści kwestionowali dogmaty liberalizmu ekonomicznego, zarzucając mu fatalistyczną uległość wobec zła społecznego, krytykując koncepcję homo oeconomicus, twierdząc, że w życiu gospodarczym wola ludzka ma większe znaczenie od rzekomo obiektywnych praw (w dziedzinie gospodarczej nie ma praw niezmiennych). Potępiali panujące w kapitalizmie nieludzkie […] stosunki społeczne, proponując jako alternatywę respektowanie zasad chrześcijańskich w życiu codziennym.
Chrystianizacja życia gospodarczego polegać miała na przezwyciężeniu alienacji pracy poprzez jej uduchowienie: współdziałać w dziele odkupienia przez […] każde uderzenie młotem i każdy obrót obrabiarek. Egalitaryzm wynikający z bezwzględnej wartości każdej duszy ludzkiej członkowie grupy przenosili na stosunki społeczne, by głosić wyrównanie poziomów życia przez likwidację zarówno nędzy, jak zbytku. Ich zdaniem twórczość gospodarcza jest służbą społeczną, której celem jest zaspokojenie potrzeb bliźnich i stwarzanie egzystencji możliwie najlepszej dla największej ilości ludzi. Wynikał stąd skierowany przeciw bezmyślnemu konsumpcjonizmowi postulat „produkcji celowej”. Konkretny program gospodarczy pozostawał jednak ostrożny. „Verbum” oponowało zarówno wobec indywidualizmu, jak i kolektywizmu, uważając, że obie koncepcje wyrastają z naturalnego egoizmu i walki o byt. Trzecia droga miała się opierać na zasadach upowszechnienia własności (nie ma […] ani wolności, ani równości bez minimum bodaj własności prywatnej) i samorządowej organizacji produkcji (korporacjonizm demokratyczny). Wprowadzić Chrystusa do fabryk mogą tylko robotnicy – dodawał Jerzy Siwecki.
Krytyka kapitalizmu z pozycji tercerystycznych częsta była wówczas na skrajnej prawicy, od tejże odróżniał jednak „Verbum” pozytywny stosunek do demokracji. Jak wykładał Andrzej Niesiołowski w artykule „Personalizm i jego perspektywy”, Ideą centralną jest […] koncepcja uspołecznienia człowieka przy jednoczesnym zachowaniu jego indywidualności i wolności. Personalistyczna perspektywa pisma nakazywała zachować równowagę między tymi wartościami. Jak przyznawano w 1937 r.: Człowiek wierzący, który w epoce liberalizmu poczuwał się do obrony zasady […] autorytetu, teraz zwraca się ku drugiemu zagrożonemu dobru – wolności. Idea wolności rozumiana była odmiennie niż w liberalizmie. Krytykowano koncepcję wolności jako pojęcia negatywnego, wolności jako braku wszelkiej granicy. Konstatując, że wolność jest faktem wewnętrznego doświadczenia i odczuwamy ją jako dobro, rozróżniano dwie wolności: wolność natury zmysłowej i wolność natury duchowej. Między nimi miał panować konflikt: Jedną wolność okupuje się drugą wolnością. Ponieważ wolność natury zmysłowej sprowadzać miała niewolę swych rozpętanych instynktów lub wyhodowanej […] pychy, uznawano, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie się zjawia się pierwiastek duchowy z charakteryzującą go świadomością – a więc wola potrafiąca okiełznać popędy. Aby jednak znieść bolesny rozziew między wolnością zmysłową a duchową, niezbędny jest stan łaski – czynnik nadprzyrodzony, który daje swobodę miłości.
Pomimo odmiennych założeń teoretycznych „Verbum” we wskazaniach praktycznych bliskie było liberalizmowi. Uznając, że każdy, nawet błędny, kierunek myślowy […] ma w sobie cząstkę prawdy krytykowało nietolerancję wobec inaczej myślących. Za cel stawiało sobie obronę osoby ludzkiej z jej prawem do posiadania przekonań […] przed […] antyosobową wszechobecnością państwa. Z tych pozycji zwalczało totalitaryzm, któremu wytykało kult grupy jako wartości absolutnej, […] lekceważenie lub zupełne odrzucenie praw jednostki, etykę kolektywistyczną, centralistyczną planowość, […] militaryzację społeczeństwa i ustrój totalny, oparty na rządach monopartii, […] niewolę sumień. I puentowało: Walka z religią, broniącą zawsze praw sumienia ludzkiego, jest konsekwencją nieuniknioną takiego systemu. Nazizmowi dodatkowo zarzucano antysemityzm i rasizm, zaprzeczające chrześcijańskiemu uniwersalizmowi.
Krytyka totalitaryzmów miała charakter symetryczny – R. M. Blüth sytuował „Verbum” w światowym obronnym ruchu antybolszewickim, który […] jednocześnie wymierzony jest przeciw antychrześcijańskim tendencjom hitlerowskim. Ale, powtórzmy, postulowana rewolucja moralna zwrócona była nie tylko przeciwko komunizmowi i nacjonalizmowi, ale również przeciw umysłowości „małomieszczańskiej” (która wyróżnia się […] brakiem bezinteresowności, drobnomieszczanin w praktyce jest ateuszem) i kapitalistycznej (tak surowo potępionej w encyklice „Quadragesimo Anno”). Franciszek M. Braun wszystkim tym ideologiom zarzucał wspólne pochodzenie naturalistyczne, zastępowanie kultu Boga ersatzami i sprzeczność radykalną z Ewangelią, kontrastując troski doczesne mentalności burżuazyjnej i prymat nieśmiertelnej duszy; nieograniczone pożądanie bogactw […] i duch ubóstwa; poszanowanie osobowości ludzkiej […] i pochłonięcie jej bez reszty przez pewną grupę socjalną; partykularyzm narodowy […] i miłość powszechną.
Już u zarania niepodległości uformowało się też Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Początkowo nic nie wskazywało na późniejszą ewolucję organizacji w kierunku postępowego katolicyzmu. „Odrodzenie” powstało na orbicie obozu konserwatywnego, akceptowało katolicki nacjonalizm, zawarło antylewicowy sojusz z Młodzieżą Wszechpolską. W 1923 r. rozpoczął się jednak konflikt z endekami, spowodowany tyleż ich monopolistycznymi dążeniami, co koncepcją ponadwyznaniowej jedności narodu. Katolicyzacja polskiego nacjonalizmu, jaka dokonała się na początku lat 30., powinna zniwelować różnice między endekami a odrodzeniowcami, jednak SKMA uważało ożywienie religijne młodzieży za powierzchowne. Opór budziła też radykalizacja antysemityzmu endeków: choć „Odrodzenie” początkowo popierało numerus clausus, to jednak w latach 30. potępiało ekscesy antyżydowskie. Z kolei zaangażowanie w problematykę społeczną pchało członków SKMA ku zainteresowaniu się koncepcjami lewicowymi – w spotkaniach dyskusyjnych „Odrodzenia” nieraz brali udział marksiści. Również w bratniej „Iuventus Christiana” pojawili się sympatycy socjalizmu: ks. Piotrowicz, B. Tekliński.
Deklaracja „Odrodzenia” zrywała z rozpowszechnionym w środowiskach katolickich kwietyzmem, głosiła aktywizm, społeczne zaangażowanie, reformę moralną i strukturalną. Czytamy w niej: Zrywamy z fałszywą pokorą i ckliwie pojętą miłością chrześcijańską, wypleniamy lęk i bezradność wobec idących olbrzymich, a nieraz bolesnych przewrotów współczesnych. Katolik-Polak musi iść na przedzie i władać życiem, bo z ducha Chrystusowego płynie wiara w życie oraz siły i zapał do jego budowy. […] Zrywamy stanowczo z zasadą odradzania społeczeństwa bez odradzania siebie. […] odrzucamy typ pracy, który polega na rzeźbieniu własnej duszy w oderwaniu od świata […]. Chcemy wychować pokolenie ludzi czynu i tworzyć życie polskie we wszystkich jego dziedzinach. SKMA postulowało umocnienie rodziny, ukształtowanie nowej elity w oparciu o inteligencję, organizację życia opartą na kulturze pracy, przezwyciężenie kapitalistycznego wyzysku w duchu demokratycznego korporacjonizmu.
Poglądy radykałów z SKMA wyrażał Eugeniusz Myczka – przewodniczący sekcji zagadnień społecznych warszawskiego „Odrodzenia”. W broszurze „O polską ideę czynu” domagał się uznania prymatu katolicyzmu w życiu społecznym Polski, gdyż dzieje narodu polskiego są […] najściślej związane z dziejami katolicyzmu w Polsce. Podkreślał jednak zarazem, że formy realizacji niezmiennych zasad ulegają […] zmianom w różnych okresach historycznych, dlatego należy budować nowy [podkr. J.T.] typ społeczeństwa na odwiecznych, starych zasadach. Uważał, że katolicyzm jest ideą na wskroś żywą, bojową i zdobywczą, więc z tego punktu widzenia krytykował statyczność katolików nie rozumiejących dynamizmu przemian społecznych, a nawet domagał się rozgraniczenia między katolicyzmem „społecznie-twórczym” a konserwatywnym.
Odrodzony katolicyzm miał być inspiracją reform społecznych. Choć Myczka zaznaczał, że Kościół nie może wiązać się z żadnym ustrojem, to twierdził, że katolicki ustrój społeczny musi być oparty na zasadach sprawiedliwości i miłości społecznej. Uznając, iż wyzysk hamuje […] rozwój życia gospodarczego, postulował sprawiedliwy podział dochodu społecznego i zwiększanie sił produkcyjnych narodu. Celem miał być bezklasowy naród, wypracowany wszakże środkami ewolucyjnymi, na drodze solidaryzmu społecznego – poprzez oparcie stosunków społecznych na zasadzie współpracy i zjednoczenia wszystkich warstw społecznych. Pisał: Zmiana ustroju społecznego przez odrodzenie w nas samych idei człowieczeństwa drugich ludzi, jako jedynej miary ich wartości to jednocześnie najpewniejsza droga do urzeczywistnienia sprawiedliwości społecznej, co jest koniecznym warunkiem wewnętrznego […] zjednoczenia narodu.
W sferze politycznej Myczka, krytykując systemy oparte na przemocy społeczeństwa nad jednostką, szukał trzeciej drogi między demoliberalizmem a totalizmem – ustroju, który pogodzi ideę dobra narodu z ideą wolności człowieka. Na pozór koncepcje Myczki bliskie były programowi „młodych” narodowców. On jednak uważał, że nacjonalizm na równi z komunizmem dąży do wykluczenia Kościoła od udziału we wpływie na przyszłą rzeczywistość. Nacjonalizm krytykował za odsuwanie Boga w sferę metafizyki (hasło „przez naród do Boga!”), twierdząc, że konieczny jest też chrześcijański stosunek do ludzi i innych narodów. Choć dostrzegał odchodzenie „młodych” od nacjonalizmu „pogańskiego”, twierdził, że objawy te są […] odosobnione i uważał, że nie ma dotychczas nacjonalizmu jako organicznego wypływu nauki Kościoła.
Zbliżony charakter miały rozważania nauczyciela z Kościana, doktora filozofii Adama Mikiewicza, który nazwał je „katolickim socjalizmem”. Mikiewicz przyłączał się do krytyki kapitalizmu, uważając, że rodzi on niemoralną zależność pracy od kapitału i nędzę gospodarczą rzesz pracujących. Co więcej, dostrzegał destrukcyjne skutki liberalizmu dla moralności, gdyż osłabił lub rozbił życie rodzinne i społeczne. Przyczyna tego leżeć miała w brutalności wolnej konkurencji, która (tu cytował „Quadragesimo Anno”) daje zwycięstwo tylko najsilniejszym, tj. tym, którzy walczą najbezwzględniej i którzy nie znają skrupułów sumienia. Mikiewicz powtarzał więc za Hlondem: Ustrój społeczny wymaga bezwzględnej naprawy […] [gdyż] na arenie społecznej figuruje już jako stałe zjawisko proletariat żyjący w niezasłużonej beznadziejnej nędzy, i […] w podziale własności zachodzą różnice rażące i nieuzasadnione.
Z drugiej strony kwestionował socjalistyczną antytezę kapitalizmu, która również rozrywa organiczną jedność społeczeństw, a w dodatku ma charakter utopijny, ponieważ nie uwzględnia naturalnej interesowności człowieka. Przede wszystkim jednak opozycja katolicyzmu i socjalizmu wynikała z różnic światopoglądowych („podbudowy transcendentnej”). To prowadziło Mikiewicza do wniosku, że nie może być mowy o kompromisie z [materialistycznym – J.T.] socjalizmem, ponieważ podstawy jego są niechrześcijańskie. Widział jednak możliwość przezwyciężenia tego antagonizmu w duchu „dynamicznego tomizmu” kardynała Johna Newmana. Mikiewicz stwierdzał, że katolicyzm i socjalizm operują na różnych płaszczyznach: katolicyzm kładzie nacisk na etykę, socjalizm – na „technikę” (tj. organizację społeczną). Zwracał więc uwagę na zbieżności obu systemów ideowych: energizm i kooperatywizm oraz ewolucyjność. Pisał, że chrześcijaństwo nadaje każdej jednostce, niezależnie od jej stanowiska społecznego – godność i dostojeństwo, podnosi pracę człowieka do najwyższej godności, głosi ideał dobrobytu społecznego Królestwo Boże – warunkiem do niego jest […] praca uspołeczniona, tj. czynna miłość bliźniego.
Wiązał się z tym program konkretnych reform społecznych. Ustrój społeczny, pisał Mikiewicz, powinien być na usługach ogółu społeczeństwa, które pracuje i zapewniać sprawiedliwy podział dóbr, z tym warunkiem, aby nie ucierpiała produkcja. Osiągnąć ten cel można było przez „socjację”, czyli gospodarcze zrzeszenie pracy: korporacje, współwłasność pracowniczą, spółdzielczość, banki wymiany pracy (odpowiednik dzisiejszych LETS – Local Exchange Trading System). Stałym czynnikiem, który będzie regulował rozumnie (sprawiedliwie) mechanizm popytu i podaży będzie zrzeszona i świadoma praca – pisał Mikiewicz. Samoorganizację społeczeństwa wspierać winno państwo, ale przy zastrzeżeniu zasady subsydiarności. Drugim filarem nowego ustroju miało być upowszechnienie własności (uwłaszczenie proletariatu), gdyż pełną odpowiedzialność i inicjatywę okazują indywidualne warsztaty pracy. Obywatelskie izby gospodarcze kontrolować miały obieg ekonomiczny. Całości dopełniałyby progresywny system podatkowy oraz rozbudowana opieka socjalna.
Jednym z najsilniejszych i najbardziej zróżnicowanych ideowo ośrodków chrześcijańskiego radykalizmu było Wilno. Bogactwo kultury intelektualnej tego miasta w zderzeniu z nędzą zacofanych peryferii skłaniało do niekonwencjonalnych poszukiwań ideologicznych. Jak wspominał Stanisław Stomma, nosiliśmy w sobie bolesny kompleks wewnętrzny […] – kompleks upokorzenia z powodu stanu kwestii społecznej. Istotną rolę odgrywała też mozaika narodowościowa regionu, uwrażliwiająca na kulturową różnorodność. Hasło „polskość to katolicyzm” jest niebezpieczne, stwarza sugestię, że niekatolik nie jest pełnym Polakiem, co jest absurdem i obraża wielu współrodaków – napisał w 1937 r. wileński „Pax”.
W 1928 r. na wileńskim Uniwersytecie Stefana Batorego ukształtowała się nieformalna Grupa Dobrej Woli, której członków (Antoni Gołubiew, Stanisław Stomma, Józef Święcicki, Czesław Bobolewski, Wojciech Dąbrowski, Stanisław Perzanowski, Czesław Zgorzelski, Henryk Dembiński) łączyła fascynacja personalizmem Maritaina i dystrybucjonizmem Chestertona. Grupa włączyła się w działania SKMA i Akcji Katolickiej, nawiązała współpracę z popularnymi duszpasterzami akademickimi: ks. Walerianem Meysztowiczem (kapelanem „Odrodzenia”), o. Kazimierzem Dąbrowskim SJ (moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademików) i ks. Henrykiem Hlebowiczem (moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademiczek, doradcą „Iuventus Christiana”, kuratorem Akademickiego Czynu Społecznego). Pod względem politycznym grupę charakteryzowały sympatie piłsudczykowskie, współbrzmiące z prosanacyjnym stanowiskiem wileńskich konserwatystów („żubrów”). Pozwoliło to na stworzenie antyendeckiego bloku „Odrodzenia” z lewicą i piłsudczykowskim Związkiem Polskiej Młodzieży Demokratycznej, który w 1929 i 1931 r. wygrał wybory do studenckiego Bratniaka. Protekcja „żubrów” pozwoliła też na wydawanie własnego organu – „Żagarów” – jako dodatku do konserwatywnego dziennika „Słowo”. Jesienią 1931 r. „Odrodzenie” wraz z pokrewnymi grupami utworzyło Porozumienie Akademickich Katolickich Stowarzyszeń, mające stanowić płaszczyznę działania ruchu katolicko-społecznego.
Niebawem jednak w środowisku doszło do kryzysu. Na początku 1932 r. charyzmatyczny lider odrodzeniowców, Dembiński, opublikował artykuł „Podnosimy kurtynę”, w którym przewidywał możliwość wywłaszczenia i oparcie gospodarki na centralnym planowaniu. Próbował postulaty te pogodzić z katolicką nauką społeczną, pisząc, że katolickie prawo własności jest przede wszystkim obowiązkiem socjalnym, jest tytułem do kierownictwa produkcją i tytułem do odpowiedzialności za gospodarzenie, zgodnie z interesami całego społeczeństwa. Odżegnywał się też od komunizmu: Bardzo nam zależy, by nowy ustrój, który zakwitnie na mogile kapitalizmu, nie zmienił się w system niewolnictwa państwowego ze swoją burżuazyjną biurokracją i kliką partyjną, by nie związał się w jedno z systemem materializmu filozoficznego, z zaborem metafizyki i wiary człowieka w wartości nadziemskie. Mimo to wystąpienie Dembińskiego wywołało skandal, doprowadziło do zerwanie ze środowiskiem „Słowa” i skonfliktowało „Odrodzenie” z wileńską kurią arcybiskupią. Do ostatecznego rozłamu doszło podczas organizowanego przez SKMA XI Tygodnia Społecznego w Lublinie w sierpniu 1932 r. „Henrycjanie” (m.in. Henryk Chmielewski, Maria Żeromska, Władysław Borysowicz z Wilna, Krzysztof Zamojski i M. Bogucka ze Lwowa, Jan Frankowski z Poznania) postulowali wówczas „chrzest bolszewizmu”: komunizm należy ochrzcić, gdyż przyszłość zapowiada wiele zmian idących w kierunku komunizmu, a katolicyzm te zmiany uszlachetniłby. Gdy niekwestionowany autorytet młodzieży odrodzeniowej, ks. Antoni Szymański, wystąpił przeciw koncepcji syntezy chrześcijańsko-marksistowskiej – większość zwolenników Dembińskiego odeszła z SKMA. Określani ironicznie mianem „Koła Matki Boskiej Kazetempowskiej” (od nazwy Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej) połączyli się z dysydentami z sanacyjnego Legionu Młodych w Związek Lewicy Akademickiej „Front”, działający nielegalnie na orbicie Komunistycznej Partii Polski.
Osłabiony PAKS skoncentrował się na stworzeniu własnego organu prasowego. W styczniu 1933 r. ukazał się pierwszy numer pisma (w założeniu miesięcznika) „Pax”. Redakcję tworzyli m.in. A. Gołubiew, S. Stomma i Jerzy Turowicz. We „Wstępie do Manifestu” redakcja postulowała jako punkt wyjścia zdanie sobie sprawy z nicości kultur dzisiejszych. Nie komunistycznej tylko, nie burżuazyjnej tylko – lecz obu. Wnioski z tego płynące prowadziły jednak nie do nihilizmu, lecz do aktywizmu: By się zrodziła tęsknota do czegoś nowego, trzeba stworzyć poczucie pustki. Trzeba tę pustkę dnia dzisiejszego wykazać, by powstało pragnienie, chęć, wola tworzenia Nowego Jutra. Trzeba szukać! Iść na poszczególne placówki – religijne, naukowe, artystyczne, społeczne, zawodowe – i tam szukać nowych form, nowego wyrazu. Sprawdzać nasze osiągnięcia kryterium Ewangelii i życia. Nie wlec się z tyłu! Przodować! W „Manifeście” środowisko PAKS stwierdzało: Żyjemy na schyłku kultury kapitalistycznej, pod grozą przyjścia komunizmu. Obie formacje uważano za obce i wrogie katolikowi. Walczymy z komunizmem, gdyż komunizm to wróg Boga i człowieka. Ale z nie mniejszą zajadłością winniśmy walczyć z kulturą, którą wiek XIX narzucił chrześcijaństwu. […] Walkę widzimy na dwa fronty. Szukano więc trzeciej drogi. Dialektyka marksistowska nie przewiduje […] trzeciego czynnika, gdy dwa są w walce, my zaś wierzymy, że ten trzeci czynnik jest możliwy, my chcemy go tworzyć. Tym trzecim czynnikiem, trzecią drogą, miał być katolicyzm. Jesteśmy w chwili, w której świat czeka nowego wyrazu życia. Kościół mu niesie Ewangelię. Oparci o Niego chcemy tworzyć nowe bezkompromisowe oblicze świata. Niech wyraz „katolicki” przestanie być synonimem wyrazu „zacofany”. Cechą charakterystyczną PAKS była zarazem otwartość ideowa. Wszystko co na świecie jest dobre, jest tym samym boskie, nasze, katolickie. Nie można więc z góry odrzucać żadnego środowiska, żadnego ruchu ideowego czy kulturalnego. Nie wolno od wyznawców obcej idei odgradzać się murem jak od trędowatych, zawsze i wszędzie, bo w ten sposób odbieramy Bogu coś, co jednak do niego należy – pisano na łamach „Pax” w 1937 r.
Na środowisko postępowo-katolickie spadły jednak nowe ciosy. W 1935 r. ks. Hlebowicz został wysłany na parafię w odległych Trokach, a ks. Meysztowicz do pracy w Watykanie. Rok akademicki 1934/1935 był ostatnim rokiem działalności PAKS. Kontynuowało wszakże jego myśl Towarzystwo „Pax”, założone w 1935 r.
Inicjatywy chrześcijańsko-radykalne, choć słabe i rozproszone, stopniowo jednak krzepły. Na ich rozwój dramatyczny wpływ wywarły wojna i okupacja – z jednej strony zerwały ciągłość prac ideowych i organizacyjnych, z drugiej przyśpieszyły krystalizację postaw politycznych. Ks. Hlebowicz wraz z działaczem socjalistycznym Jerzym Wrońskim utworzył konspiracyjną organizację Akcja Ludowa, głoszącą program zbliżony do socjalistycznego, z uwzględnieniem jednak światopoglądu katolickiego. Duża grupa działaczy „Odrodzenia” (m.in. Michał Sobański, prof. Ludwik Górski, prof. Czesław Strzeszewski) współtworzyła latem 1940 r. „Unię”. W „Unii” znalazł się też Karol Koniński, który w napisanym w 1942 r. szkicu „Humanizacja własności” określił się jako zwolennik socjalizmu chrześcijańskiego czy też chrystianizmu socjalnego. Społeczno-ekonomiczną doktryną „unionizmu” opracował Kazimierz Studentowicz, który, jak pisał Jan Hoppe, z wielką pasją próbował żenić św. Tomasza z Karolem Marksem. Przywódca „Unii”, Jerzy Braun, po latach podkreślał zbieżność „unionizmu” z marksizmem w wersji Rogera Garaudy’ego, nazywając tę ideologię „socjalizmem chrześcijańskim”.
Po zakończeniu wojny echa chrześcijańskiego radykalizmu słyszymy jeszcze w działalności radykalnego ludowca ks. Mariana Borowca i w publicystyce ks. Henryka Weryńskiego, w „Tygodniku Warszawskim”, a nawet w deklaracji kardynała Augusta Hlonda z 1945 r.: Nie lękamy się ani nowoczesności, ani przemian społecznych, ani ludowej formy rządów, o ile uszanowane zostaną zasady niezmiennej moralności chrześcijańskiej. Chcemy, by Polska była krajem najbardziej postępowym […]. Chcemy pracować z poczucia katolickiego nad wprowadzeniem takiego ustroju społecznego, w którym by nie było przywilejów ani krzywd, ani proletariatu ani bezrobotnych, ani głodujących ani bezdomnych […] Państwo ludowe […] było odwieczną tęsknotą narodu […] Polska znajdzie w swym gorącym chrześcijańskim patriotyzmie pogodzenie zdrowej, rewolucyjnej treści z wiarą ludu. W PRL „postępowy katolicyzm” przetrwał jednak tylko w karykaturalnej postaci „ruchu księży patriotów” i Stowarzyszenia PAX.
przez Paul Kingsnorth | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Społeczeństwo, które traktuje postęp jak religię, nieprzychylnie spogląda na wszelkie objawy rezygnacji i zwątpienia.
Jeżeli oczekuje się od ciebie wiary w to, że wszystko zawsze będzie zmierzało ku lepszemu, przyznanie się do odmiennego zdania może stanowić poważną trudność. Stwierdzenie to jest jeszcze prawdziwsze w odniesieniu do działaczy i polityków. I jest to poniekąd zrozumiałe. Jeżeli poświęciłeś życie walce o jakąś sprawę, to będziesz się raczej czuł zobowiązany do wspierania jej w przyszłości – przynajmniej w wystąpieniach publicznych – nawet jeśli zaczyna wyglądać beznadziejnie.
Nadzieja stała się w obecnych czasach bardzo deficytowym towarem w kręgach ekologów i organizacji działających na rzecz środowiska naturalnego. Czarę goryczy przelało fiasko kolejnego szczytu klimatycznego zwołanego dla ratowania planety – konferencji „Rio +20” Earth Summit. Jest faktem bezspornym, że dzięki działalności różnej maści ekologów na przestrzeni ostatniego półwiecza udało się wiele osiągnąć. Jednak najważniejszy cel – powstrzymanie globalnej machiny przemysłowej, niszczącej środowisko naturalne i wypełniającej je wytworami człowieka – pozostaje wciąż poza naszym zasięgiem. I nie widać żadnych oznak, by ten stan rzeczy miał się w najbliższym czasie zmienić. Coraz więcej liczących się osób w ruchu ekologicznym, po latach zaprzeczania faktom, powoli zaczyna przyznawać publicznie, że tak właśnie wygląda rzeczywistość.
Dlatego nadszedł czas, aby postawić pytanie: co dalej? Jedna z zyskujących popularność odpowiedzi narodziła się w konsolidującym się ostatnio środowisku neo-ekologów. Nieprzypadkowe jest podobieństwo nazwy tego środowiska do neoliberałów. Podobnie bowiem jak kiedyś neoliberałowie, tak dziś neo-ekolodzy odrzucają zużytą i wyświechtaną starą wizję świata. Podobnie jak neoliberałowie, używają oni języka pieniędzy i władzy. Podobnie jak neoliberałowie, grupują się wokół kilku najważniejszych think-tanków. Kiedyś były to Institute of Economic Affairs, Cato Institute, Adam Smith Institute; dzisiaj ich odpowiednikami stają się Breakthrough Institute, Long Now Foundation i Copenhagen Consensus. Wreszcie, podobnie jak neoliberałowie, neo-ekolodzy są przekonani, że dysponują skutecznymi rozwiązaniami najbardziej palących problemów.
Neo-ekologizm jest postępowym, przyjaznym dla biznesu, postmodernistycznym podejściem do problemów i zagadnień związanych z niszczeniem środowiska. Odrzuca on jako naiwne tradycyjne „zielone” myślenie, kładące nacisk na ograniczenia i przekształcanie świadomości oraz wartości społecznych. Nowe technologie, globalny kapitalizm i rozwój na modłę zachodnią nie są już dla neo-ekologów problemem, lecz… rozwiązaniem problemu. Najlepszą strategią na przyszłość jest, według nich, entuzjastyczne wsparcie biotechnologii, biologii syntetycznej, energii atomowej, nanotechnologii, geo-inżynierii – słowem, wszystkiego, co nowe i „zaawansowane”.
Zgodnie z wizją neo-zielonych, dla wzrostu gospodarczego i rozwoju ludzkości nie ma ograniczeń. Według ich duchowego przywódcy, Stewarta Branda, jesteśmy równi bogom i jako tacy musimy zaakceptować odpowiedzialność związaną z racjonalnym zagospodarowaniem planety przy użyciu potężnych technologii, opartych na badaniach naukowych. Absolutna dzikość nie istnieje, „natura” jest jedynie ludzkim konstruktem, a wszystko, co ma naprawdę znaczenie, może zostać zmierzone przez naukowców i wycenione przez wolny rynek. Tylko niedobitki „romantyków” mogą myśleć inaczej.
Doktryna neo-ekologów zatacza coraz szersze kręgi, wpływając na kolejne środowiska i grupy interesów. Stuart Brand głosi swoje poglądy na wykładach we wszystkich zakątkach globu, przekonując w ich trakcie, że tworzenie gigantycznych miast i produkcja żywności modyfikowanej genetycznie są jak najbardziej wskazane. Brytyjski publicysta Mark Lynas promuje w mediach energię atomową, a swoich dawnych kolegów gromi jako zacofańców. Z kolei amerykańska publicystka Emma Marris próbuje dowodzić w swojej książce „Rambunctious Garden”, że nie ma już na ziemi prawdziwej dzikiej przyrody, której ochrona byłaby uzasadniona. Wreszcie – naukowiec Peter Kareiva, związany z największą na świecie organizacją ekologiczną Nature Conservancy, przekonuje, że ochrona dzikiej przyrody nie powinna być celem samym w sobie, lecz powinna być prowadzona na tyle – i ze względu na to – na ile przynosi ona korzyści ludziom. Ziemia, według neo-zielonych, należy dzisiaj do człowieka. A wartość środowiska naturalnego mierzona jest jedynie tym, jak dużo możemy z niego wycisnąć jako ludzkość.
Niektóre z tych tez i poglądów mogą szokować starych ekologów – i po części o to właśnie chodzi. Ale przekaz neo-ekologów nie jest wcale nowy. Jest to po prostu najnowszy wariant wellsowskiego zachwytu nad technologią, który już od ponad wieku obiecuje nam stworzenie raju na ziemi. Szeregi neo-ekologów rosną dziś nie dzięki nowatorskim ideom, lecz dlatego, że proponują oni takie podejście do ochrony przyrody, które jest wygodne dla biznesu i które – w przeciwieństwie do ciągłego zrzędzenia „zielonych” – skonstruowane jest tak, by poprawiać samopoczucie ludzi podróżujących samolotem czy kupujących kolejnego i-Pada. Świat nauki i świat biznesu poklepią ich z aprobatą po ramieniu. Natura będzie się musiała przystosować. Możemy znowu tryskać optymizmem. A w zasadzie nawet powinniśmy.
Ale może jest tak, że środowisko ekologów jest po części samo sobie winne. Od dłuższego już czasu mainstreamowi ekolodzy wykazywali obsesyjną wręcz fiksację na punkcie zmian klimatycznych i poszukiwania rozwiązań opartych o nowe technologie. Inne drogi pozostawały poza ich zainteresowaniem. W konsekwencji zarówno język, jak i przekaz stały się bardzo technokratyczne i ociekające żargonem naukowym. Przypuszczam, że większość ludzi ma w sobie miłość do przyrody w tej czy innej formie, ale jedynie nieliczni uwielbiają niekończące się spory o wyższość energii atomowej nad gazem ziemnym. Każda kampania mająca na celu ochronę dzikiego środowiska naturalnego, która nie odwołuje się do naszych intuicyjnych, emocjonalnych relacji z naturą, wystawia się na pozbawiony uczuć ideologiczny atak, który dzisiaj jest dziełem neo-ekologów.
Prowadzenie zakrojonych na szeroką skalę globalnych kampanii w obronie abstrakcyjnego „środowiska” nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Działa natomiast angażowanie się na rzecz natury na ludzką skalę. Być może najlepszym sposobem na tych, którzy traktują świat jako wielką księgę przychodów i rozchodów, jest skupienie się na splątanej, spotykanej na co dzień złożoności natury. Potrzebujemy ekologii lokalnej, odwołującej się nie do ratowania Ziemi przez wielkie „Z”, ale lokalnych, dobrze znanych i zdefiniowanych „ziem” – środowisk naturalnych, tych, które nas otaczają i w których żyjemy. Być może nadszedł czas, aby wrócić do źródeł i zacząć pracę u podstaw.
Trzeba zacząć od roślin rosnących dziko w naszym klimacie i rozważań nad tym, czy możemy je zjadać. Od odkopania zapomnianych umiejętności praktycznego gospodarowania zasobami, zaczynając od uprawy roślin po zarządzanie ziemią. Od wysiewania w środku nocy kwiatów w pustych gazonach w sąsiedztwie. Można się też zaangażować w lokalne projekty inżynierskie i konstrukcyjne, obejmujące oczyszczanie wody czy wykorzystanie energii słonecznej. Próbować chronić życie pszczół czy motyli, nie dopuszczać do osuszania bagien i moczarów, karczowania terenów leśnych, słowem: tych miejsc, które znamy i z którymi łączy nas emocjonalna więź. Możemy spacerować po okolicznych pagórkach, ścieżką wzdłuż brzegu kanału, albo po prostu powłóczyć się po zwykłych nieużytkach. Poznajmy miejsca, w których żyjemy, nauczmy się widzieć i rozumieć, jak one funkcjonują.
Już słyszę głosy kontestatorów: „żadna z tych akcji nie uratuje świata!”. To oczywiście prawda. Ale za nami są już cztery dekady „ratowania świata” i dokładnie widać fiasko tych działań. Może właśnie teraz jest czas, by zrobić krok wstecz, ubrudzić trochę dłonie, zmoczyć stopy, wziąć się do konkretnej pracy, poczuć nadchodzący deszcz. Zacząć interesować się naszym kawałkiem świata i tym, co możemy dla niego zrobić pożytecznego tu i teraz.
Wszystkie wielkie cywilizacje – jak napisał irlandzki poeta Patrick Kavanagh – są zbudowane na lokalizmie. Jeżeli alternatywą jest zabawa w bogów, to ja będę trzymał z poetami.
Tłum. Sebastian Maćkowski
Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora. Poczyniono drobne skróty.