Dlaczego jesteśmy zapracowani?

Podczas niedawnej konferencji w Paragwaju Carlos Slim Helú – rywalizujący z Billem Gatesem o tytuł najbogatszego człowieka na Ziemi – rzucił postulat skrócenia tygodnia pracy do trzech dni. Niezależnie od tego, co pracownicy mieliby dać w zamian, jego głośna propozycja skłania do refleksji na temat tego, dlaczego przy nieustającym wzroście wydajności pracy cały czas pracujemy tak długo.

Propozycja Slima brzmi świetnie – każdy wyobraża już siebie odtrąbiającego weekend w środowe popołudnie. Ale zaraz przychodzi refleksja: nie ma darmowych obiadów. Życiowe doświadczenie podpowiada nam, że jeśli za zmianę trzeba zapłacić, to ponoszącymi koszty będziemy ostatecznie my sami. Gdybyśmy chcieli pracować na pół etatu, to byśmy takiej pracy szukali – tyle że zdecydowana większość z nas nie zdołałaby się utrzymać za połowę aktualnej pensji.

Jednak wizja multimiliardera nie musi być postrzegana jak science fiction – zakłada on, że dzień pracy wydłużyłby się do 11 godzin. Jeśli pracujemy aktualnie 8 godzin przez pięć dni, to łatwo wyliczyć, że tydzień pracy skróciłby się z 40 do 33 godzin, czyli o 7 godzin (17,5%). Jeśli nie oczekujemy manny z nieba, powinniśmy spodziewać się zmniejszenia poziomu wynagrodzeń o zbliżoną wielkość, czyli o prawie 1⁄5 – co dla wielu mieszkańców Zachodu (oraz krajów aspirujących do standardu i dochodów Zachodu) byłoby zapewne do przyjęcia. Co ciekawe, skrócenie tygodnia pracy do wymiaru 4⁄5 etatu jest właśnie tematem dyskusji Brytyjczyków, których zainspirowały teksty opublikowane m.in. na łamach „The Observer”. Namawiały one tych, których na to stać, do poświęcenia 1⁄5 dochodów poprawie jakości życia: zdrowia, relacji z rodziną, życia towarzyskiego i społecznego.

Drugi element koncepcji meksykańskiego potentata o libańskich korzeniach może być nieco trudniejszy do przełknięcia: zakłada on, że pracować będziemy do siedemdziesiątki (kobiety i mężczyźni). To, że moglibyśmy odpoczywać po pracy aż cztery dni, ma nas przekonać, że bylibyśmy w stanie fizycznie unieść trud pracy o kilka lat dłużej niż do tej pory. Jego ideę można więc zinterpretować przede wszystkim jako interesujący sposób na ocalenie systemów emerytalnych w ich obecnym schemacie oraz – i tu robi się ciekawiej – na redystrybucję pracy. Żyjemy bowiem w świecie, w którym w sytuacji stałego wzrostu wydajności pracy (napędzanego robotyzacją, automatyzacją, oprogramowaniem, lepszą organizacją) zasoby tejże pracy zdają się kurczyć. Z drugiej strony coraz częściej dostrzegamy problem zaburzenia równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym/prywatnym – wiele osób skarży się, że na to drugie brakuje im czasu i sił. Skoro jednak wielu z nas stać na to, by pracować mniej, to dlaczego pracujemy tak dużo, poświęcając inne ważne dla nas sprawy?

Plusy i minusy krótszego tygodnia pracy

Dotychczas kwestia skracania czasu pracy pojawiała się za sprawą samoorganizacji pracowników (i szerzej: obywateli) domagających się limitowania zapędów pracodawców i regulowania czasu pracy oraz wynagrodzeń za nadgodziny. Równolegle do takich ruchów skłaniała rosnąca zamożność społeczeństw oraz przekonanie, że przy wyższym poziomie dochodów warto pokusić się o więcej wolnego czasu – bo sprzyja on większej konsumpcji (wzrost gospodarczy) oraz ma wpływ na stan zdrowia społeczeństwa.

Nie brakuje ekonomistów, którzy twierdzą, że nieznaczne skrócenie tygodnia pracy może być racjonalne także dla pracodawców. Mniej zmęczony pracownik jest bowiem bardziej kreatywny i wydajny, krótsze przebywanie w pracy sprzyja dyscyplinie (nie ma potrzeby załatwiania prywatnych spraw w godzinach pracy), mniej zestresowani pracownicy rzadziej chorują… W praktyce efekty bywają różne: doświadczenia Szwedów z miasta Kiruna1 oraz Francuzów, którzy przez kilka lat cieszyli się krótszym tygodniem pracy (35-godzinnym) pokazały, że pracownicy nadrabiają brakujące roboczogodziny dodatkowym wysiłkiem, co potrafi skutecznie eliminować korzyści w zakresie zdrowia i poziomu stresu. Tomasz Kasprowicz, publicysta portalu Obserwator Finansowy, zestawił szereg badań dotyczących problemu, które pokazują rozmaite efekty takiej operacji:

  • Crépon i Kramarz (2002 r.) na przykładzie Francji (obniżenie czasu pracy z 40 do 39 godzin) wykazują utratę pracy przez 2–4 proc. pracowników, szczególnie tych o wyższych pensjach;
  • Gonzaga i inni (2003 r.) na przykładzie Brazylii (obniżenie czasu pracy z 48 do 44 godzin) – brak wpływu na bezrobocie;
  • Hunt (1999 r.) na przykładzie Niemiec pokazuje spadek zatrudnienia w branżach dotkniętych wynegocjowanymi redukcjami czasu pracy;
  • Skans (2004 r.) na przykładzie Szwecji (5-procentowe zmniejszenie tygodniowego wymiaru czasu pracy w przemyśle wydobywczym i firmach produkcyjnych) wykazuje spadek liczby przepracowanych godzin;
  • Skuterud (2007 r.) na przykładzie Kanady (obniżenie tygodniowego czasu pracy z 44 do 40 godzin w prowincji Quebec) bez wpływu na bezrobocie, choć liczba przepracowanych godzin spadła;
  • Varejão (2006 r.) na przykładzie Portugalii (obniżenie tygodniowego czasu pracy z 44 do 40 godzin) wykazuje marginalny spadek bezrobocia;
  • Estevão i Sá (2008 r.) na przykładzie Francji (obniżenie czasu pracy z 39 do 35 godzin) wykazuje zmniejszenie liczby przepracowanych godzin i zwiększenie ryzyka utraty pracy.

W połowie powyższych analiz skracanie tygodnia pracy skutkowało niewielkim, ale zauważalnym zwiększeniem bezrobocia. Choć trzeba podkreślić, że odbywało się to bez ułatwienia pracodawcom obniżenia wynagrodzeń proporcjonalnie do zmiany liczby roboczogodzin w tygodniu. Problem wydaje się bardzo złożony, a efekty reformy zależą od wielu czynników osadzonych na poziomie prawnym, kulturowym i ekonomicznym.

Niechętne dzielenie się pracą

W każdym kraju rozwiniętym istnieje możliwość legalnego zatrudnienia na ułamek etatu. W 2013 r. w krajach OECD – w których mieszka prawie 1,3 mld ludzi i na które przypada ok. 45% PKB globu – na pół, ćwierć lub inny ułamek pełnoetatowego kontraktu zatrudnionych było 16,8% pracujących. W Unii Europejskiej (0,5 mld ludności i 17% globalnego PKB) takich osób było zaś 32,7%. Z jednej strony można powiedzieć, że to całkiem sporo – szczególnie zwracając uwagę na wskaźniki wybranych krajów, takich jak np. Holandia (38,7% wg metodyki OECD), Szwajcaria (26,4%), Australia (24,8%) czy Wielka Brytania (24,5%). Z drugiej strony nie brakuje krajów, gdzie przy zbliżonym poziomie wynagrodzeń i PKB per capita zjawisko „part time job” jest znacznie mniej rozpowszechnione. W Korei Południowej jest to 11,1%, w Stanach Zjednoczonych – 12,3%, w Fin­landii – 13,0%, a we Francji – 14,0%. Dla porządku warto zaznaczyć, że Polska z udziałem niepełnoetatowego zatrudnienia na poziomie 7,7% jest na piątym miejscu wśród krajów OECD, w których występuje ono najrzadziej (ustępujemy Rosji, Węgrom, Czechom i Łotwie).

Dlaczego to rozwiązanie nie stało się furtką dla masowego zmniejszenia obciążenia pracą i w konsekwencji zyskania wolnego czasu, jaki można przeznaczyć na odpoczynek, działania społeczne lub zacieśnienie więzi z bliskimi?

Przyczyn może być kilka. Po pierwsze i najważniejsze – poziom dochodów. Łatwo zauważyć korelację między pułapem wynagrodzeń a popularnością pracy niepełnoetatowej. Jeśli np. z ⅔ etatu nie można się utrzymać, to pracownicy starają się znaleźć pracę na cały etat. Nie może dziwić, że wśród rekordzistów OECD jeśli chodzi o wysoki udział ułamkowych etatów dominują państwa, w których zarabia się najwięcej na świecie.

Po drugie – względy kulturowe. Definiują one podział ról między płciami, ale także to, w jaki sposób postępujemy z dostępnym nam czasem. W Korei Południowej i Japonii duża część kobiet zajmuje się domem. W dużej części krajów zachodnich, np. w Wielkiej Brytanii, Holandii i Szwecji, coraz popularniejsze jest natomiast bardziej symetryczne dzielenie się obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi. Prowadzi to w pierwszym rzędzie do większego wskaźnika zatrudnienia kobiet (w tym zatrudnienia na część etaty), a w drugiej fazie może prowadzić także do rezygnacji z części etatu również przez ojców – akcja nawołująca panów do przejścia na 4⁄5 etatu przetoczyła się niedawno przez Zjednoczone Królestwo.

Po trzecie w końcu – polityka państwa. Nie ulega wątpliwości, że zatrudnienie dwóch osób na pół etatu jest dla pracodawcy bardziej kosztowne niż jednej na cały etat. Gdzie istnieją różne formy promowania i wspierania niepełnoetatowego zatrudnienia (np. Holandia, Niemcy), tam jest ono popularniejsze. Promocja ta, połączona z polityką ułatwień dla matek małych dzieci, prowadzi czasem do wyraźnej popularyzacji zatrudnienia na część etatu. W Holandii na niepełny etat zatrudnionych jest 77% pracujących kobiet, w Szwajcarii – 61%, a w Niemczech – 46% (dane Eurostatu).

Dzielenie etatów jest także jednym z pomysłów na spadającą liczbę miejsc pracy w nowoczesnych gospodarkach. Koncepcja ta miała być także odpowiedzią na kryzys. Trzeba jednak zauważyć, że można ją z sukcesem realizować tam, gdzie rozwiązane zostaną problemy na trzech wspomnianych poziomach:

  • praca na część etatu musi dawać wystarczający poziom dochodów, by pozwalać na poziom konsumpcji, jaki narzuca nam presja społeczna,
  • powinna pasować do ogólnie przyjętego modelu funkcjonowania jednostki w społeczeństwie,
  • nie może być odrzucana przez pracodawców, którzy wymagają różnych form zachęty dla częstszego stosowania part time job.

Ci ostatni mogą wprawdzie przyjąć takie rozwiązanie jako standard pod wpływem sił rynkowych, ale tylko w okolicznościach wyjątkowo sprzyjających pracownikom – a na takie w nadchodzących latach raczej nie mamy co liczyć.

Prognoza Keynesa na 2028 rok

Na długość tygodnia pracy warto jednak popatrzeć z innej strony i zadać pytanie: dlaczego ciągle pracujemy tak długo? Nasi przodkowie w XIX wieku, schylający karki na polach i w fabrykach, pracowali dłużej niż my, ale za sprawą tysięcy wynalazków, specjalizacji i lepszej organizacji praca jest dziś o wiele wydajniejsza. W 1928 r. John Maynard Keynes, jeden z największych ekonomistów w historii, napisał esej pt. „Economic Possibilities for Our Grandchildren”, w którym prognozował, że za sprawą stale poprawiającej się wydajności dzień pracy będzie się stopniowo skracał aż do trzech godzin w roku 2028. Zdaniem Keynesa 15 godzin pracy w tygodniu wystarczy dla zaspokojenia (z dużą nadwyżką) popytu na wszelkie dobra i usługi, a ludzkość stanie przed zupełnie nowym wyzwaniem: co zrobić z nadwyżką wolnego czasu? Przykłady z Ameryki lat 20. XX wieku nie nastrajały optymistycznie: kobiety z bogacącej się klasy średniej zatrudniały niańki i służące, które wykonywały za nie większość prac domowych, co skazywało panie domu na nudę i depresję.

Keynes przewidywał, że rozmiary globalnej gospodarki powiększą się w ciągu stulecia siedmiokrotnie w przeliczeniu na mieszkańca planety. Faktyczny wzrost był zbliżony: z 3,3 bln dolarów w roku 1920 do 71,8 bln dolarów w roku 2012 (obie wartości w przeliczeniu na przeciętną wartość dolara w roku 2012): niemal 22-krotny wzrost globalnego PKB przy 3,5-krotnym wzroście ludności oznacza 6,5-krotnie wyższy PKB per capita. Realny PKB per capita w Stanach Zjednoczonych wzrósł w tym czasie 6-krotnie. Błyskotliwy ekonomista przewidział więc wzrost wydajności ze zdumiewającą precyzją, jednak zupełnie błędnie ocenił zmianę ludzkiego zachowania. Dlaczego więc nadal pracujemy tyle, by czuć się przytłoczonymi nadmiarem obowiązków zawodowych?

Chociaż w kinie, to ciągle w pracy

Ann Burnett z University of North Dakota analizowała listy z wakacji pod względem ich zawartości. Okazuje się, że od 50 lat coraz rzadziej pojawiały się w nich informacje o przyjemnościach, odpoczynku i pogodzie, a coraz więcej – o zmęczeniu pracą i obowiązkami domowymi, nagromadzonym przez cały ubiegły rok. Badaczka wysunęła więc tezę, że żyjemy w czasach, w których zmęczenie i nadmiar obowiązków jest elementem statusu. Nie wypada być wypoczętym, wyspanym i zrelaksowanym, ani mieć wiele wolnego czasu. Imponują nam ludzie, którzy śpią cztery godziny i robią bardzo wiele dla rodziny i dla swoich firm, szczególnie gdy firmy te są ich własnością. Takie osoby wzbudzają szacunek i stawiane są za wzór. Przepracowanie miałoby być efektem nie tyle próby zaspokajania realnych materialnych potrzeb, ile presji społecznej.

Zmęczenie i poczucie przytłoczenia bierze się także stąd, że coraz bardziej zacierają się granice między pracą i relaksem a obowiązkami domowymi i zawodowymi. Brigid Schulte, dziennikarka „Washington Post”, w tekście na temat zapracowania Amerykanów zwróciła uwagę, że wizytę w lokalnym sklepiku, a nawet wyprawę do kina z dziećmi wpisujemy do planu zadań na dany dzień obok obowiązków dalece bardziej stresujących i obciążających. Wywołuje to w nas samych wrażenie wypełnienia każdej minuty dnia. A ponieważ mamy zwyczaj stałego sprawdzania służbowej skrzynki e-mailowej – także w kinie z dziećmi czy na zakupach – mentalnie nie wychodzimy „z trybu pracy”. Brak psychicznej higieny pracy sprawia, że budujemy poczucie pracy w trybie ciągłym, co dla wielu z nas jest bardzo wyczerpujące.

Schulte zwróciła jednak uwagę na to, że powód do przemęczenia i narzekania mają szczególnie kobiety. Nawet w relatywnie zamożnej Ameryce ⅔ matek dzieci w wieku szkolnym pracuje zawodowo (a wśród nich ⅓ zarabia więcej niż mężowie!), ale praca na cały etat nie zmieniła podziału obowiązków domowych. Na kobiety, jeśli uwzględnić pochłaniany czas, przypada 70–80% zadań domowych

Pracujemy długo, bo pracujemy długo?

Celność w prognozowaniu wzrostu gospodarczego przez Keynesa i jego zupełna nieudolność w kwestii przewidywania długości dnia pracy zafrapowały włoskich badaczy Lorenzo Pecchiego i Gustavo Pigę, którzy o wyjaśnienie zagadki poprosili ekonomistów z całego świata. Szereg naukowców zwróciło uwagę na fundamentalny błąd w myśleniu klasyka: zakładał on, że istnieją ściśle zdefiniowane potrzeby, na których spełnienie pracujemy. Tymczasem lista potrzeb wydłuża się i dziś kupujemy rzeczy i usługi, o których nie śniło się ludziom sto lat temu, od sprzętów domowych po coraz bardziej wyrafinowane rozrywki. Wraz ze wzrostem dochodów rosły nasze apetyty, co sprawiło, że nie mogliśmy pozwolić sobie na skrócenie dnia pracy – stwierdzają np. Gary Becker z University of Chicago i Luis Rayo z London School of Economics.

Tymczasem Joseph Stiglitz z Columbia University ma na ten temat nieco inny pogląd. Jego zdaniem sposób funkcjonowania jednostek wynika z konwencji kulturowych utrwalanych w społeczeństwach, czyli ludzie konsumują, pracują i odpoczywają w taki sposób jak ich otoczenie, co sprawia, że zwyczaje te są trwałe i łatwo stają się powszechne. Stiglitz wskazuje tu różnice między Amerykanami i np. Włochami czy Francuzami. Podczas gdy ci pierwsi nie mają zagwarantowanych prawnie dni urlopowych, ci drudzy i trzeci cieszą się regularnymi wakacjami. Zakosztowawszy uroków czasu wolnego, Europejczycy stale dyskutują o dalszym cięciu liczby godzin pracy, podczas gdy Amerykanie pracują wciąż dużo więcej i zamiast myśleć o wakacjach, po prostu… więcej kupują. Wiele badań pokazuje na przykład, że w ciągu dwudziestolecia – za sprawą rosnącego poziomu konsumpcji, ale i spadku cen wywołanego globalizacją – Amerykanki zwiększyły liczbę kupowanych sztuk odzieży od 3 do 10 razy. A trudno chyba bronić tezy, że w latach 90. nie miały się w co odziać…

Trzecia grupa wyjaśnień zbudowana została na jeszcze innej płaszczyźnie. Edward Phelps z Columbia University zwraca uwagę, że w ramach nowoczesnych społeczeństw to właśnie praca zapewnia większość, jeśli nie wszystkie osiągalne drogi samorealizacji. Richard Freeman, akademik z Harvardu, wtóruje mu, dodając, iż jest tak wiele do nauczenia i do osiągnięcia, że powinniśmy się raczej dziwić, czemu ludzie nie pracują więcej niż dziś.

Skamlący yuppies

Oczywiście wzrost wynagrodzeń za godzinę pracy, jaki historycznie towarzyszy wzrostowi wydajności i który powinien przynosić sposobność do skrócenia tygodnia pracy, jest – mówiąc ironicznie – zjawiskiem statystycznym, czyli dotyczy wartości przeciętnych. W praktyce zupełnie inaczej wygląda sytuacja osób o niskich dochodach, a inaczej – osób ze szczytu ekonomicznej drabiny. Dla przykładu, w ciągu ostatniego dwudziestolecia w Stanach Zjednoczonych społeczeństwo – pomijając 10% najlepiej zarabiających – nie cieszyło się wzrostem wynagrodzeń, jeśli policzymy jego realną wartość. Owoce wzrostu wydajności pracy konsumowali wyłącznie ci z najwyższego decyla.

Mimo to, choć podobnie długie godziny w pracy spędzają ludzie o różnym poziomie dochodów, najczęściej i najgłośniej uskarżają się na to menedżerowie wysokiego szczebla oraz inni świetnie opłacani specjaliści. Nad tą asymetrią w świecie różnicujących się dochodów postanowili pochylić się Daniel Hamermesh z University of Texas i Jungmin Lee z Sogang University w Seulu, którzy stereotypowe marudzenie na długą i ciężką pracę świetnie zarabiających fachowców nazwali „skamleniem japiszonów”. Badacze doszli do wniosku, że osoby o niskim poziomie dochodów pracują długo, bo inaczej nie mogą zaspokoić swoich potrzeb konsumpcyjnych, które zresztą zdają się stale narastać, więc coraz trudniej im sprostać. Tymczasem zapracowanie yuppies podlega innym mechanizmom. Są oni zatrudnieni w wysoce konkurencyjnych środowiskach, gdzie o premie i pozycję rywalizuje się m.in. poprzez swoistą eskalację godzin pracy, np. wygrywa ten, kto wychodzi z pracy ostatni. Wiele analiz potwierdza, że w tej grupie dochodowej każda kolejna godzina pracy jest opłacana lepiej niż poprzednia – a np. premia za pracę ponad 40 godzin tygodniowo zwiększyła się w USA dwukrotnie w ciągu ostatnich 30 lat, gdy wziąć pod uwagę zarobek za godzinę.

Konsumpcyjny multitasking

Jaki jednak sens ma praca np. 70 godzin w tygodniu, skoro nie sposób skonsumować jej owoców z braku czasu? Cóż, z tym ostatnim zamożni radzą sobie znakomicie, co z resztą przewidział w latach 70. XX wieku szwedzki ekonomista Staffan Burenstam Linder. Obserwując dotychczasowe trendy, doszedł on do wniosku, że bogacąca się upper-middle class (zamożniejsza klasa średnia) staje się stopniowo zabieganą klasą próżniaczą (harried leisure class), która zarabiając coraz więcej, musi zmieścić w ograniczonym czasie coraz więcej „jednostek konsumpcji”. Zdaniem Lindera prowadzi to najpierw do sięgania po produkty klasy premium i towarów luksusowych, a w następnym kroku – do równoległego, jednoczesnego konsumowania wielu rzeczy na raz. Jako przykład podawał człowieka sukcesu, który po długim dniu w biurze siada w fotelu kupionym w sklepie z antykami, zapala cygaro, popija francuski koniak i czyta sprowadzonego zza oceanu „New York Timesa”. Dziś bez trudu dostrzeżemy ten konsumpcyjny multitasking w mainstreamie popkultury.

W naszych dociekaniach na temat pomyłki Keynesa nie możemy zapominać o jednym: Brytyjczyk, prócz doraźnego pragmatyzmu, był marzycielem i sądził, że mechanizmy ekonomii oraz polityka ekonomiczna pozwolą rozwiązać nam wiele palących problemów. Uważał przy tym, że część z nich zakorzeniona jest w istocie kapitalizmu, ale wierzył, że obfitość owoców tego systemu potrafi go zmienić na lepsze, a szczególnie wyeliminować te praktyki biznesowe i zwyczaje ugruntowane w społeczeństwie, które choć sprzyjają akumulacji kapitału, to są po prostu nieetyczne i szerzą niesprawiedliwość – jak pisał.

Niestety, zróżnicowanie płac narasta, ubóstwo nie przestaje być problemem nawet w krajach rozwiniętych, a pracownicy harują zaniedbując często życie prywatne i rodzinne – szczególnie w Polsce, która jest pośród krajów OECD w czołówce tych, gdzie pracuje się najwięcej. Aby to ostatnie uległo zmianie, potrzeba być może trzęsienia na miarę rewolucji przemysłowej – a skoro już dziś zaczynamy się bać o pracę, którą w przyszłości może nam podbierać sztuczna inteligencja, to przełom taki może być za progiem. Jednak bez głębokich przemian społecznych sytuacja większości mieszkańców naszej planety po takiej rewolucji może się tylko pogorszyć.

W tekście wykorzystałem fragmenty artykułu Elizabeth Kolbert opublikowanego 26 maja 2014 r. na łamach „The New Yorker”.

Powyższy artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu, który pierwotnie ukazał się na portalu http://rynekpracy.org/.

Przypis:

  1. Szwedzi od ponad 20 lat testują krótszy tydzień pracy w wielu regionach kraju i miastach. Aktualnie trwa eksperyment w Göteborgu. Podobnie jak w szeregu poprzednich prób, część urzędników zatrudniona została na krótszy (w tym przypadku 6-godzinny) dzień pracy. Po 12 miesiącach przeanalizowane zostaną różne aspekty kosztu pracy, m.in. kwestie zwolnień lekarskich czy efektów pracy poprzez porównanie wybranej grupy i pozostałych urzędników.

Bałtycka alternatywa

Jednym z zasadniczych zadań sił dążących do zapewnienia podmiotowości Polski jest prawidłowe określenie kierunków poszukiwań sojuszów zagranicznych. Można mieć liczne i uzasadnione wątpliwości co do solidarności partnerów z Unii Europejskiej, NATO czy USA z wieloma strategicznymi celami polityki polskiej. Są rzecz jasna i obszary, gdzie wspólnota interesów ma miejsce, ale potrzebujemy także węższego grona partnerów, z którymi łączy nas najwięcej.

Narzucają się tu oczywiście więzi regionalne, a szczególnie popularna koncepcja Międzymorza. Jej zwolennicy odwołują się do długiej tradycji, obejmującej z jednej strony jagiellońską politykę dynastyczną, a z drugiej rozważania nad pozycją geopolityczną Polski i najlepszymi odpowiedziami na położenie średniej wielkości kraju pomiędzy dwoma potężnymi państwami o mocarstwowych aspiracjach – Niemcami i Rosją. Wydawałoby się, że wspólnota losów w latach 1945–1989, a także później, w geopolitycznym czyśćcu lat transformacyjnych, zakończona dopiero przyjęciem krajów Środkowo-Wschodniej Europy do NATO, a następnie Unii Europejskiej, powinna stanowić zaczyn żywotnych i mocnych związków. Tymczasem rezultaty ponad dwóch dekad współpracy w Grupie Wyszehradzkiej są raczej rozczarowujące, a ostatnie poczynania Budapesztu i Bratysławy czy – w mniejszym stopniu – Pragi, coraz mocniej wskazują, że zasadniczo rozbieżne są faktyczne interesy nasze i „braci Słowian” czy też „bratanków”. W dzisiejszych warunkach węgierska droga do podmiotowości może wieść przez Moskwę, a polska – w żadnym wypadku. Stąd odmienne reakcje Madziarów np. na rosyjskie projekty w zakresie polityki energetycznej czy na kryzys ukraiński.

Kuleje także współpraca krajów Grupy Wyszehradzkiej w dziedzinie militarnej. Zasadniczym uzbrojeniem krajów, które opuściły Układ Warszawski, były identyczne wzory sowieckiego pochodzenia. Ich starzenie się czy konieczność dostosowania do wymogów NATO nakazywały podejmowanie analogicznych wysiłków w celu modernizacji czy pozyskania nowego sprzętu. Wydawałoby się, że powinno to skłaniać do podejmowania wspólnych programów wykonawczych czy zakupowych oraz do łączenia sił przemysłów poszczególnych krajów pozostających na zbliżonym poziomie technologicznym. Mówiąc krótko, do daleko posuniętej koordynacji polityk obronnych. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej była znikoma. O wiele bardziej spektakularne były niepowodzenia takie jak krach programu wspólnej modernizacji śmigłowców Mi-24 na początku poprzedniej dekady. Problemy napotyka również aktualny program budowy wspólnego radaru trójwspółrzędnego dla obrony powietrznej, w którym siłą rzeczy wiodącą rolę odgrywałby polski przemysł.

Nie jest również koordynowana polityka zakupowa tam, gdzie konieczne jest pozyskanie sprzętu spoza Grupy. Chociaż Polska, Czechy i Węgry równolegle poszukiwały nowych, zachodnich wielozadaniowych samolotów bojowych, każde z państw prowadziło procedury oddzielnie. W efekcie Polska kupiła F-16C/D, a Czesi i Węgrzy wypożyczyli szwedzkie JAS-39 Gripen. Perspektywy rozwoju współpracy wojskowej między krajami Grupy Wyszehradzkiej w dalszej przyszłości też nie wyglądają zachęcająco. Nie wydaje się np., aby partnerzy wyszehradzcy byli zainteresowani dołączeniem do polskich poszukiwań samolotu V generacji, który miałby zostać zakupiony w latach 20. Nie istnieje najmniejsza nawet koordynacja z nimi naszego programu modernizacji obrony przeciwlotniczej. Jedynym oficjalnie anonsowanym obszarem współdziałania są prace nad pozyskaniem bojowego wozu piechoty nowej generacji, jednak nawet w odniesieniu do tego projektu trudno być optymistą. Jeżeli zaś współpraca militarna w obrębie Grupy Wyszehradzkiej jest bardzo słaba, to nie istnieje ona niemal w ogóle w relacjach z innym filarem koncepcji Międzymorza – Rumunią oraz z traktowaną nieco bardziej marginalnie Bułgarią.

Dlaczego to nie działa? Czy może zadziałać?

Rozbieżność interesów krajów Międzymorza wynika przede wszystkim z położenia w różnych podobszarach geopolitycznych. Polska w leży w Europie Bałtyckiej, kraje zatatrzańskie – w Dunajskiej. Rozdzielające je potężne pasmo Karpat różnicowało losy, izolując w pewnym sensie od siebie nawzajem narody leżące po przeciwległych stronach. Nierzadko chroniło mieszkających po jednej stronie łańcucha przed zagrożeniami, które były fundamentalnymi po drugiej, oraz kierowało ku współpracy z różnymi ośrodkami politycznymi.

Nieprzypadkowo wspólne formacje państwowe – za czasów Piastów, Andegawenów czy Jagiellonów – były efemeryczne. Krwawe wojny toczone przez Czechów pod koniec Średniowiecza i u progu nowożytności, decydujące o ich losach i tożsamości, były dla Polaków dalekimi burzami bez szczególnego znaczenia, i vice versa. Dla Węgrów naturalniejszym oparciem okazał się bliższy, leżący w tej samej co oni przestrzeni, habsburski ośrodek polityczny. Rosja była dla Polaków ciemiężcą, a dla wielu kręgów czeskich – nadzieją. Dwie wojny światowe Polskę spustoszyły, zaś Czechom i Słowakom (a nawet, w mniejszym stopniu, Rumunom) nie przyniosły istotnych strat. Różnice geopolitycznych perspektyw nie były bez znaczenia dla niemożności zaistnienia współpracy polsko-czechosłowackiej w okresie międzywojennym. Oparty teoretycznie na mocnych fundamentach alians polsko-rumuński, w chwili próby rozpadł się jak domek z kart. Węgry natomiast znajdowały się w obozie rewizjonistycznym wobec regionalnego ładu, ustalonego w traktatach kończących Wielką Wojnę.

Mimo pozornej atrakcyjności koncepcji Międzymorza istniejące bariery geopolityczne są silniejsze niż siły przyciągające do siebie kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Czesi i Słowacy mogą mieć zasadne nadzieję, że wydarzenia mające bardzo negatywne skutki dla Polski pozostawią ich bez szwanku, zaś Węgrzy mogą wręcz liczyć na odniesienie z nich pewnych korzyści. Osłabia to więzy solidarności oraz zmniejsza skłonność do ponoszenia ryzyka na rzecz partnera, który leży po prostu w polu innych sił i toczy inną grę. W związku z tym trwały alians międzymorski jest co najmniej problematyczny.

Należy również zastanowić się, czy korzyści, które mógłby przynieść, są tak wielkie, jak głoszą ich rzecznicy. Blok Międzymorza miałby wedle nich stanowić przeciwwagę dla Niemiec oraz Rosji. Niemcy mają ponad 81 mln mieszkańców, osiągają PKB w wysokości 3,4 bln dolarów, a na zbrojenia wydają ok. 48 mld. Te statystyki, zdające sprawę z orientacyjnej siły państwa, dla Rosji wynoszą odpowiednio 144 mln, 2 bln i ok. 90 mld. Dla Polski – 38,5 mln mieszkańców, PKB wysokości 488 mld dolarów, a wydatki zbrojeniowe – ponad 9,2 mld dolarów. Czesi mają 10,5 mln ludzi, PKB wynoszący 196 mld dolarów i wydatki na obronność niewiele przekraczające 2 mld dolarów. Słowacy – 5,4 mln, 92 mld i niecały miliard. Węgrzy – poniżej 10 mln, 127 mld i 1,2 mld. Ograniczając się do kierunku południowego i należących do NATO oraz UE państw dawnego Układu Warszawskiego, które z racji wspólnoty historii w ciągu ostatnich 70 lat oraz najsilniejszych więzi formalnych powinny być w największym stopniu predestynowane do współpracy w ramach bloku politycznego, należałoby uwzględnić jeszcze Rumunów – odpowiednio niecałe 20 mln, 169 mld i 2,5 mld, a także Bułgarów – 7,2 mln, 51 mld i 838 mln. Zatem potencjał państw międzymorskich daje dość imponującą liczbę ludności, ale już połączone potencjały gospodarcze stanowią zaledwie nieco ponad połowę rosyjskiego i ⅓ niemieckiego. Zupełnie kiepsko jest zaś pod względem militarnym: wszyscy partnerzy razem wzięci wydają niewiele ponad ¾ tego, co sama Polska. Wydatki na zbrojenia całego, bardzo rozległego geograficznie bloku, wynoszą raptem ⅓ niemieckich i mniej niż 1⁄5 rosyjskich.

Sedno problemu nie tkwi jednak w liczbach. Alians musi bowiem być spajany siecią wzajemnych powiązań gospodarczych, inwestycji, wspólnych przedsięwzięć. Do roli głównego ośrodka i inicjatora predestynowana jest Polska. Tymczasem pozostaje ona, w stopniu nie mniejszym niż inne kraje, a pod pewnymi względami nawet w większym, krajem gospodarczo niezbyt wydolnym, o neokolonialnej strukturze, którego „renacjonalizacja” (w sensie zespołu działań na rzecz autonomicznego rozwoju krajowej gospodarki, niekoniecznie państwowych form własności), np. odbudowa przemysłu i sektora kapitałowego, nie jest nawet na początku drogi – taki cel dopiero czeka na polityczną artykulację. Walka o odzyskanie podmiotowości gospodarczej samej Polski byłaby zapewne tak długa i trudna, że trudno określić horyzont czasowy, w jakim mogłaby ona przedstawić sąsiadom atrakcyjne oferty i uzyskać zdolność walki o wpływy z gigantycznymi globalnymi koncernami. Nie inaczej rzecz ma się w branży zbrojeniowej. Wszystkie kraje potencjalnego sojuszu są przede wszystkim konsumentami technologii. O sukcesie można tu mówić, gdy znaczący zakup, np. wielozadaniowych samolotów bojowych czy systemów obrony przeciwlotniczej, zostanie efektywnie skonsumowany przez krajowy przemysł, dzięki czemu choć część wydanych środków nie wypływa za granicę. Skonstruowanie własnymi siłami „międzymorskiego” samolotu, czołgu czy systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu pozostaje poza zakresem naszych możliwości.

Istotne znaczenie ma tu również nieduży potencjał militarny bliższych i dalszych południowych sąsiadów Polski, wynikający z niewielkich wydatków. Pozyskanie po jednej eskadrze nowych myśliwców to wszystko, na co stać Czechów i Węgrów. Dla Rumunów zakup eskadry zmodernizowanych wiekowych F-16A/B był dużym wysiłkiem. Bułgarzy, mimo planów formułowanych od niemal dekady, nie byli jak dotąd w stanie zdobyć się nawet na to. Żaden z tych krajów nie przeprowadził kompleksowej modernizacji sprzętu pancernego, jaka stała się udziałem Wojska Polskiego, żaden nie planuje też podobnych do polskich inwestycji w nowoczesną obronę przeciwlotniczą. Nawet abstrahując od kluczowego przecież problemu „państw teoretycznych” czy braku zgody elit co do istotności racji stanu jako takiej, projekt Międzymorza przypomina żartobliwe tłumaczenie na czeski wezwania z „Manifestu komunistycznego”: Gołodupki hop do kupki.

Alternatywą dla koncepcji Międzymorza jest obszar Europy Bałtyckiej, obejmujący obok państw leżących na wybrzeżu rzeczonego morza również Białoruś i Ukrainę.

Nieco historii

Rola wojen szwedzkich w skierowaniu Polski na tory wiodące ku jej upadkowi jest nie do przecenienia. Nieco uważniejsze spojrzenie na ten okres pokazuje jednak, że, jak wskazywał Paweł Jasienica, wynikały one raczej z nieszczęśliwych splotów okoliczności niż z naturalnej, geopolitycznie uzasadnionej wrogości. Polska rywalizowała ze Szwecją o ziemie, które de facto były dla niej mało istotne. Oba państwa były zarazem zagrożone przez wzmacniającą się Moskwę. Oba miały w istocie zbieżne interesy w krajach niemieckich, wreszcie dla obu fatalną okolicznością okazał się wzrost potęgi Prus. Nieprzypadkowo karta w rywalizacji regionalnej zaczęła odwracać się na niekorzyść Szwecji w XVIII w., gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów stała się państwem fantomowym. Wkrótce zaś po tym, kiedy państwo polskie definitywnie upadło, na początku wieku XIX Szwedzi utracili status mocarstwa. Nie byli w stanie oprzeć się ekspansji Rosji i Prus samodzielnie – z przyczyn ekonomicznych i demograficznych – a po rozbiorach Polski nie było już w regionie wystarczająco mocnych kandydatów na sojuszników.

Od tego czasu datuje się era formalnej neutralności Szwecji i trzymania się przez nią na uboczu wielkich konfliktów. Neutralność ta w żadnym razie nie oznaczała jednak bezbronności. Szwecja, która nigdy nie przekroczyła progu 10 mln obywateli, nie mogła myśleć o powrocie do minionej chwały i zbudowaniu sił zbrojnych porównywalnych z potęgami grającymi w skali globalnej, ale zawsze miały one potencjał, którego nie można było lekceważyć. Dochodziły do tego niebagatelne zaplecze przemysłowe, oparte o posiadane złoża surowców, a także wysoki po rewolucji przemysłowej poziom ogólnego rozwoju i zamożności. Istotne było także dogodne położenie, dzięki przestrzeni morskiej oddalającej od tras, po których toczyły się walce historii, a po I wojnie światowej także istnienie niezależnej Finlandii, spełniającej rolę bufora od wschodu. Zabezpieczało to Szwedów przed przykrościami ze strony sąsiadów, wyjątkowo agresywnych w XX w. Pozwalało zarazem na prowadzenie względnie aktywnej polityki zagranicznej w dziedzinie bezpieczeństwa, której przejawem było np. istotne wsparcie dla Finów wojujących w latach 1939–1944 z ZSRR. Warto wspomnieć także o istotnej roli Szwecji jako dostawcy uzbrojenia oraz technologii wojskowych dla II Rzeczypospolitej.

Zimna Wojna przyniosła kontynuację tradycyjnego szwedzkiego podejścia do spraw międzynarodowych. Neutralny i pozostający poza wielkimi sojuszami wojskowymi (chociaż NATO gwarantowało bezpieczeństwo Szwecji) Sztokholm utrzymywał w związku z sowieckim zagrożeniem (narastającym ze względu na znaczny wpływ uzyskany przez Moskwę na Finlandię) liczące się w regionie siły zbrojne. Prowadził jednocześnie politykę bardzo dużej samodzielności w zakresie produkcji uzbrojenia. Najbardziej znanym jej symbolem jest seria odrzutowych myśliwców firmy Saab, reprezentowana przez tak słynne maszyny, jak J 29 Tunnan, J 35 Draken, J 37 Viggen, a ostatnio JAS 39 Gripen. Ale Szwedzi budowali i budują również okręty, w tym zaawansowane i wysoko oceniane przez specjalistów jednostki podwodne, większość asortymentu uzbrojenia wojsk lądowych czy rakiety przeciwokrętowe. Przez ćwierć wieku prowadzili poważny program nuklearny, który jednak z uwagi na opozycję wewnętrzną i naciski USA nie doprowadził do uzyskania własnej broni jądrowej.

Po roku 1989 świadomość zagrożenia utrzymywały powtarzające się incydenty z rosyjskimi okrętami podwodnymi, penetrującymi szwedzkie wody terytorialne. Jednak smuta u jedynego niebezpiecznego sąsiada, wyjście spod jego wpływów Finlandii, a wreszcie przystąpienie do Unii Europejskiej odbiły się na szwedzkich wydatkach obronnych. Stopniowo spadały one z 2,6 proc. PKB w roku 1990 do 1,2 proc. w 2008. Mimo drastycznych redukcji liczebności ogólnej – z 850 tys. żołnierzy przewidywanych na czas „W” w 1988 r. do 54 tys. wedle planów z roku ubiegłego – prowadzona była jednak ciągła modernizacja armii. Kontynuowano najważniejsze programy, takie jak myśliwiec Gripen czy korweta „Visby” (co prawda w okrojonej formie), a ponadto zakupiono od Niemców 280 nowych i używanych czołgów Leopard 2. Aż do 2010 r. utrzymywano też powszechny pobór.

Dzień dzisiejszy

Szwecja roku 2015 jest nadal krajem pozostającym poza wielkimi blokami wojskowymi. Całość jej armii to 15,7 tys. żołnierzy, podoficerów i oficerów służby czynnej, 11,7 tys. utrzymywanych w bieżącej rezerwie, 5,7 tys. pracowników cywilnych wojska oraz 22 tys. żołnierzy obrony terytorialnej. Wojska lądowe utrzymują dwie brygady, jedną ciężką i jedną zmotoryzowaną, wyposażonych łącznie w 45 czołgów pozostających na stopie czynnej, po 160 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych oraz 24 haubice samobieżne; obronę przeciwlotniczą zapewniają 2 bataliony wyposażone w rakiety bliskiego zasięgu. Siły te wspiera wspomniana obrona terytorialna, podzielona na 40 batalionów. Chociaż takie ilości sprzętu wydają się znikome, należy pamiętać o jego znacznych zasobach utrzymywanych w rezerwie – znajduje się w niej np. większość szwedzkich Leopardów 2A5, nieco nowocześniejszych od pojazdów pozyskiwanych obecnie przez Wojsko Polskie.

Głównym komponentem sił powietrznych są 4 dywizjony wyposażone łącznie w 80 wielozadaniowych samolotów bojowych JAS 39C/D Gripen, wspierane przez 2 samoloty wczesnego ostrzegania S200D i 2 maszyny rozpoznania radioelektronicznego S102B. W rezerwach znajduje się ok. 50 samolotów Gripen w wersji A/B, starszej, ale i tak znacznie przewyższającej maszyny MiG-29 i Su-22, na utrzymywanie których w aktywnej służbie jeszcze przez ponad dekadę będzie skazane, jeżeli nic się nie zmieni, lotnictwo polskie. Zasadniczą siłę Królewskiej Marynarki Wojennej stanowią okręty podwodne. Obecnie w służbie pozostają 4, wszystkie względnie nowe i nowoczesne. Na powierzchni towarzyszy im 7 korwet, w tym 5 należących do odznaczającego się obniżoną wykrywalnością, w dużej mierze awangardowego typu „Visby”, oraz pewna liczba mniejszych jednostek.

Generalnie siły te należy ocenić jako znaczące w skali europejskiej. Każda strona planująca działania w obszarze Bałtyku będzie musiała brać je pod uwagę. Siły zbrojne Szwecji są pod względem ogólnego potencjału porównywalne z polskimi – choć wojska lądowe Skandynawów są znacznie mniej liczne, to już ich lotnictwu wypada przyznać pewną przewagę, m.in. dzięki posiadaniu maszyn wczesnego ostrzegania. Podobnie jest z marynarką wojenną. Możliwości bojowe Szwecji zwiększa dopracowywana teoretycznie i praktycznie od dłuższego czasu sieciocentryczność, utrudniająca porażenie całej struktury obronnej i ułatwiająca odtwarzanie jej gotowości. Za piętę achillesową uznać należy natomiast zasadniczą słabość obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu oraz zupełny brak przeciwrakietowej.

Szwecja posiada też znaczącą samowystarczalność w produkcji uzbrojenia. Procesy konsolidacyjne sprawiły, że zasadniczym producentem stał się koncern Saab Group. Sztandarowym jego produktem jest myśliwiec Gripen. Poza tym koncern wytwarza m.in. wysokiej klasy radary naziemne, morskie i montowane na samolotach, pociski rakietowe różnego rodzaju – przeciwokrętowe, przeciwlotnicze oraz współprodukowane z EADS lotnicze manewrujące – a także bardzo zaawansowane kompleksowe systemy dowodzenia, kontroli i łączności, symulatory etc. Nieco mniej znaczący dla całokształtu obronności kraju sektor produkcji uzbrojenia wojsk lądowych został sprzedany podmiotom zagranicznym. Z kolei nabycie przez niemiecki koncern HDW (który następnie stał się częścią jeszcze potężniejszego ThyssenKrupp) stoczni Kockums, będącej „nadwornym” dostawcą szwedzkiej marynarki wojennej, w ostatnich miesiącach doprowadziło do rozwoju wypadków w pouczającym kierunku. Przejęcie nastąpiło w 1999 r., z uwagi na kłopoty finansowe wywołane cięciami w wydatkach obronnych Szwecji i innych państw skandynawskich, które doprowadziły do zamrożenia realizacji planów budowy okrętu podwodnego „Viking” (miał zasilić również floty Danii i Norwegii) oraz spadku wartości programu korwety „Visby”. Niemieckiego właściciela zaczęto w Szwecji oskarżać, że przejęcie miało wrogi charakter i jego celem jest doprowadzenie do zniknięcia konkurencji dla zakładów w Niemczech. Koncern Saab złożył w związku z tym ofertę odkupienia ThyssenKrupp Marine Systems AB (tak obecnie nazywa się Kockums) i podjął działania w tym kierunku, w czym wspierany był przez władze, wywierające presję na niemieckich właścicieli. Zabiegi zakończyły się pełnym sukcesem Szwedów: ThyssenKrupp za symboliczną kwotę 340 mln koron szwedzkich sprzedał stocznię Saabowi.

Czego boją się Szwedzi

Zgodnie z obowiązującym planem obrony szwedzkie siły zbrojne mają za zadanie bronić terytorium całego kraju i zapewniać jego integralność. Jako potencjalne zagrożenia szwedzcy analitycy wymieniają ataki mające na celu neutralizację kluczowych obszarów strategicznych: Sztokholmu, infrastruktury rozpoznania dalekiego, systemu portów na południowym wybrzeżu, obszaru południowo-centralnego, w którym mogłaby potencjalnie być rozwijana pomoc sojusznicza lub, w przypadku kryzysu w obszarze Arktyki, północy Szwecji. Pod uwagę brane są scenariusze o różnym stopniu eskalacji.

Jednoznacznie określonym przeciwnikiem jest Rosja, którą szwedzkie czynniki polityczne za zagrożenie uznawały zawsze, a za dzwonek alarmowy, przerywający postzimnowojenną drzemkę, uznano wojnę w Gruzji w roku 2008, wieszczącą powrót użycia siły na dużą skalę w stosunkach europejskich. Wydarzenia, takie jak rajd w okolice granic kraju pod koniec marca 2013 r. rosyjskich bombowców, ćwiczących atak na cele w rejonie Sztokholmu, czy obserwacja przez odpowiednie służby intensyfikacji rosyjskiej działalności agenturalnej utwierdzały Szwedów w poczuciu zagrożenia.

Jednocześnie krytycznie ocenia się tam obecnie własne możliwości obronne. Prowadzone w ostatnich latach analizy zdolności operacyjnych armii w kontekście przewidywanych działań wroga wskazywały jednoznacznie, że zmniejszenie finansowania i związane z nim drastyczne redukcje liczebne wojsk operacyjnych i obrony terytorialnej, wynikające z całkowitego uzawodowienia tych pierwszych rozmontowanie systemu uzupełnień, oraz braki sprzętowe każą sceptycznie spoglądać na zdolności do obrony. Pokłosiem tych rozważań był m.in. wywiad, jakiego jeszcze w lutym 2013 r. udzielił wicepremier Jan Arne Björklund. Postulował m.in. zwiększenie wydatków na obronność, podniesienie liczebności wojsk operacyjnych do 30 tys. żołnierzy w czasie pokoju, rozbudowę systemu rezerw i zakup systemów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych Patriot w celu rozmieszczenia ich na Gotlandii.

Jeżeli Gruzja była sygnałem alarmowym, sprawę Krymu potraktowano w Sztokholmie jako dzwon na trwogę. Ciąg deklaracji i konkretnych działań układa się tu w spójną całość. Na początku marca 2014 r. ówczesna minister obrony Karin Enström zdecydowała o opóźnieniu o dwa miesiące publikacji raportu o bezpieczeństwie kraju w celu uwzględnienia w nim zmiany sytuacji strategicznej. Niedługo później Riksrevisionen, parlamentarny organ audytu nadzorujący pracę rządu, zalecił przeznaczenie w ciągu najbliższych 10 lat dodatkowych funduszy, stanowiących równowartość 5–8 mld dolarów, na zakupy nowego sprzętu dla wojska oraz poddał krytyce przebieg profesjonalizacji sił zbrojnych. Ministerstwo obrony zadeklarowało natomiast zwiększenie z 60 do 70 sztuk zamówienia na myśliwce Gripen E nowej generacji, o istotnie zwiększonych możliwościach bojowych. Rozważa się również wyposażenie ich w pociski manewrujące dalekiego zasięgu, szacowanego na ponad 500 km. Podkreśla się także konieczność przyspieszenia zakupu nowej generacji zestawów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych średniego zasięgu.

Wszystkie te działania zyskały aprobatę komisji ds. obrony szwedzkiego parlamentu. Zaleciła ona ponadto m.in. istotne wzmocnienie obrony terytorialnej, rozbudowę sił stacjonujących na Gotlandii, zwiększenie liczby operacyjnych okrętów podwodnych do pięciu, pozyskanie nowego typu rakiet przeciwokrętowych oraz skierowanie uwagi na zagadnienie bezpieczeństwa cybernetycznego. W aspekcie finansowym zalecono zwiększenie rocznych wydatków na obronność o ok. 13 proc. – już w bieżącym roku resort obrony otrzyma dodatkowo równowartość niemal 100 mln dolarów. Co ważne, wszystkie te działania podejmowane są w atmosferze ponadpartyjnej zgody. Socjaldemokraci, do września 2014 r. pozostający w opozycji, postulowali wręcz większą hojność na rzecz obronności niż ówczesna koalicja rządząca, a przejąwszy stery, bynajmniej nie zmienili zdania.

Strategiczne poszukiwania

Szwedzka polityka obronna nie jest oczywiście realizowana w próżni. Kraj ten nie jest w stanie odgrywać roli mocarstwa, przede wszystkim z uwagi na ograniczoną populację. Szwedzi są tego w pełni świadomi i starają się oprzeć bezpieczeństwo o szerszy układ międzynarodowy. Roli takiej nie może, poza określonymi aspektami, spełniać Unia Europejska. Bardzo ważne znaczenie strategiczne mają natomiast relacje z NATO – obecne scenariusze obrony opracowywane w Sztokholmie zakładają współdziałanie z Sojuszem Północnoatlantyckim.

Pojawiają się tu jednak po obu stronach zasadnicze problemy. Szwecja członkiem paktu nie jest, a zmiana tego stanu rzeczy i odstąpienie od dwuwiekowej tradycji neutralności wymagałyby swoistej rewolucji mentalnej. Dopóki tak się nie stanie, ograniczone są zarówno możliwości NATO, jak i jego chęci. Ograniczenia w pierwszej sferze wynikają z niekompatybilności infrastruktury Szwecji z sojuszem – od braku baz po odmienne standardy w zakresie łączności, wymiany danych czy identyfikacji „swój-obcy”. Sfera druga jest prostą pochodną stanu formalno-prawnego: skoro Szwecja nie partycypuje w sojuszniczej solidarności, to pozostając poza strukturami paktu nie może liczyć na jej stosowanie wobec siebie mimo współpracy militarnej, polegającej np. na włączeniu pod koniec 2013 r. eskadry myśliwców Gripen i niszczyciela min do NATO Response Force. Oficjalne komunikaty w tym zakresie, płynące z najwyższych szczebli NATO czy ze Stanów Zjednoczonych, są jednoznaczne. Można je zapewne interpretować jako element nacisku na Sztokholm i przewidywać, że w razie faktycznej wojny Szwecja uzyskałaby pomoc, jednak trudno je zupełnie zignorować.

Kwestia przystąpienia do NATO jest obecnie przedmiotem debaty publicznej. Klasa polityczna do ubiegłorocznych wyborów wydawała skłaniać się ku takiemu rozwiązaniu, np. przez ostatnią deklarację solidarności i gotowości przyjścia z pomocą, w tym wojskową, w przypadku zaatakowania któregoś z krajów UE lub Norwegii. Jednak większość opinii publicznej zachowuje wciąż rezerwę, a nowy rząd złożony z socjaldemokratów i Zielonych zawiesił działania mające prowadzić do akcesji do NATO.

Drugą istotną sferę poszukiwań wyznaczają tradycyjne dla polityki szwedzkiej kierunki skandynawski oraz bałtycki. Nawiązują one tak do historii dawniejszej, obejmującej tworzenie wspólnych organizmów państwowych i historyczne strefy wpływów, jak i nowszej, np. planowanej po II wojnie światowej skandynawskiej unii obronnej czy też użytkowania do lat 90. przez Danię oraz Finlandię myśliwców Draken. Szwedzi są bardzo aktywni w zakresie formułowania regionalnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa. Doprowadzili do powołania w 2009 r. organizacji NORDEFCO (Nordic Defence Cooperation), grupującej obok nich Danię, Norwegię, Finlandię i Islandię. Stawia sobie ona za cel współpracę w zakresach rozwoju strategicznego, możliwości obronnych, zasobów ludzkich i edukacji, szkoleń oraz prowadzenia operacji. Udało jej się osiągnąć pewne efekty w zakresie organizacji wspólnych ćwiczeń czy zakupów sprzętu wojskowego w ramach organizacji. Natomiast z dość chłodnym przyjęciem partnerów spotkały się sformułowane przez Sztokholm na początku 2013 r. wezwania do głębszej integracji, polegającej na stworzeniu ram prawnych dla wspólnej polityki zakupowej, systemu serwisowania, wzajemnego udostępniania zapasów oraz powołania wspólnych jednostek szybkiego reagowania wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Dla Danii i Norwegii mogłoby to oznaczać komplikacje wynikające z nakładania się zobowiązań wobec NORDEFCO i NATO. Finowie, chociaż wyrazili zainteresowanie, obecnie, już w obliczu kryzysu krymskiego, ogłosili ustami szefa parlamentarnej komisji obrony, że efekty kooperacji pozostają dość ograniczone, a docelową drogą powinno być jednak członkostwo w NATO, mającym znacznie większy potencjał niż inicjatywy skandynawskie. Ostatnie miesiące przyniosły jednak wzmożenie szwedzko-fińskiej współpracy m.in. w zakresie obrony powietrznej.

Poza obszarem ściśle skandynawskim Szwedzi pozostają aktywni na południowym wybrzeżu Bałtyku. Tamtejsi analitycy wskazują na konieczność objęcia siecią porozumień państw bałtyckich. Z Estonią porozumienie analogiczne do konstytuującego NORDEFCO podpisano już na początku roku 2011. W październiku 2014 r. podjęta została decyzja o otwarciu projektów NORDEFCO dla Litwy, Łotwy i Estonii. Pojawiały się również doniesienia o intensywnym sondowaniu stanowiska Warszawy w odniesieniu do współpracy obronnej.

Warto się przyjrzeć potencjałom militarnym pozostałych krajów NORDEFCO (poza pozbawioną armii Islandią) i państw bałtyckich. Dania, Finlandia i Norwegia dysponują siłami zbrojnymi porównywalnymi w każdym z przypadków ze Szwecją. Wszystkie trzy kraje utrzymują przynajmniej formalnie powszechny pobór, prowadzą też modernizację sił zbrojnych. Specjalnością Duńczyków jest flota nawodna przy dość silnym lotnictwie, Norwegów – lotnictwo (kraj ten nabędzie w najbliższych latach znaczącą liczbę samolotów F-35, bo aż 52 sztuki) przy dość silnej flocie. W obu tych krajach relatywnie słabsze pozostają wojska lądowe. Finowie z kolei dysponują silnymi komponentem lądowym oraz lotnictwem z marynarką wojenną o charakterze pomocniczym. Podjęli też kroki w celu wyposażenia sił zbrojnych w środki rażenia o zasięgu operacyjnym. Litwa, Łotwa i Estonia są z kolei znacznie słabsze, posiadając wojska zdolne w istocie jedynie do symbolicznego oporu i wojny partyzanckiej. Ograniczone zasoby ekonomiczne uniemożliwiają (nawet po realizacji zapowiadanych znaczących podwyżek wydatków na obronność) każdemu z tych krajów w pojedynkę zakup np. wielozadaniowych samolotów bojowych w ilościach mających sens z uwagi na koszty infrastruktury i obsługi oraz znaczenie operacyjne. Zasadniczą zmianę mogłyby przynieść zakupy wspólne, dokonywane albo przez te trzy państwa razem, albo wespół z Polską, Szwecją czy Finlandią.

Wnioski dla Polski

W zakresie polityki obronnej na konkretne przejawy współpracy można wskazać już teraz: Marynarka Wojenna używa szwedzkich rakiet oraz radarów na okrętach, oferta A26 wraz z pakietem przemysłowym została zgłoszona do konkursu na nowy okręt podwodny, wojska lądowe z sukcesem wykorzystują fińskiego pochodzenia kołowy transporter opancerzony Rosomak, a podstawowym czołgiem wszystkich krajów skandynawskich oraz Polski w perspektywie kolejnych dekad pozostaje Leopard 2. Być może, gdyby nie braki postkomunistycznej kadry w zakresie przyszłościowego myślenia oraz wielka smuta w polskiej obronności w latach 90., te związki byłyby jeszcze bliższe i bardziej dla nas korzystne – Szwedzi już wtedy formułowali bowiem propozycje współpracy przemysłowej, które rozbijały się o mur niemożności.

Oczywiście kierunek bałtycki nie może (i niewiele wskazuje, żeby coś mogło zmienić w tym zakresie w przewidywalnej przyszłości) stanowić alternatywy dla gwarancji strategicznych najwyższego rzędu, choćby przez wzgląd na brak środków odstraszania nuklearnego. Może jednak stanowić ich bardzo cenne uzupełnienie, szczególnie na płaszczyźnie polityki bieżącej, regionalnej, nieocierającej się o globalną konfrontację. Szwecja liczy 9,8 mln obywateli, jej PKB wynosi 526 mld dolarów, wydaje na obronność 6,5 mld dolarów. Dla Finlandii te wartości wynoszą odpowiednio 5,5 mln, 267 mld i 3,3 mld, dla Norwegii – 5,2 mln, 501 mld i 7,2 mld, natomiast dla Danii – 5,7 mln, 314 mld i 4,5 mld. Połączone potencjały gospodarcze Polski i krajów skandynawskich są więc wyższe od rosyjskiego, natomiast siła demograficzna naszego kraju kompensuje jeden z zasadniczych braków narodów nordyckich.

W świetle powyższych obserwacji wydaje się, że nurty polityczne, którym leży na sercu podmiotowość i suwerenność Polski, powinny wyjść poza popularną optykę, która konserwatystom każe widzieć w Szwecji (czy szerzej – Skandynawii) wyłącznie nową Sodomę i Gomorę, natomiast lewicy postrzegać ją przede wszystkim jako socjalne państwo dobrobytu. Oczywiście, bardzo wiele aspektów szwedzkiej polityki wewnętrznej może budzić daleko idący sceptycyzm tych pierwszych. Jednak państwo to uparcie nie chce zawalić się pod własnym ciężarem, system gospodarczy natomiast wydaje się wykazywać znaczną elastyczność, umożliwiającą dzięki kolejnym seriom reform zachowanie wysokiej wydolności. Lewicowcy powinni z kolei widzieć, że szwedzcy socjaldemokraci są w dzisiejszym świecie dość osobliwą formacją – antypacyfistyczną, bardzo poważnie traktującą zagadnienia obronności. Trzeba odwołać się w tym miejscu do Carla Schmitta i jego rozróżnienia na wroga i sojusznika, stanowiącego istotę polityki. Tak jak wróg nie musi być etycznie wstrętny, tak nie ma konieczności, aby sojusznik był pod tym względem dla wszystkich pociągający. Tym, co dzieli i łączy, są twarde interesy i polityka jako język ich artykulacji. Dlatego właśnie należałoby aktywnie poszukiwać możliwości współpracy strategicznej z krajami skandynawskimi, która w razie sukcesu mogłaby, przy zupełnie naturalnym włączeniu Litwy, Łotwy i Estonii, w jakiejś perspektywie i przy pomyślnej koniunkturze zostać rozszerzona również o Białoruś i Ukrainę w celu integracji wszystkich krajów Europy Bałtyckiej dążących do niezależności od ościennych potęg.

Tureckie postscriptum

Spośród istniejących do dziś krajów tym, który najwięcej obok Polski i Szwecji stracił na wielowiekowej ekspansji Rosji, jest niewątpliwie Turcja. Utraciwszy przeciwników na północy, Moskwa mogła skierować swe siły na Bałkany, co doprowadziło zaś poprzez kolejne wojny do wyjścia Imperium Osmańskiego z Europy. Rachunki krzywd i świadomość zagrożenia ze wschodu są zatem wspólne. Dzisiejsza Turcja jest krajem potężnym ludnościowo (ponad 78 mln obywateli), coraz silniejszym ekonomicznie (przy dynamicznym wzroście PKB dobija do wartości 800 mld dolarów) i dysponującym – dzięki znacznym wydatkom, wynoszącym około 20 mld dolarów rocznie – bardzo silną armią, liczącą ponad 620 tys. żołnierzy. Dysponuje ok. 500 nowoczesnymi czołgami (wśród których są znów Leopardy 2), uzupełnianymi przez ponad 3 tys. starszych. Główną siłę lotnictwa stanowi zaś 236 F-16C/D. Adekwatny jest również komponent morski – kraj prowadzi obecnie analogiczny do polskiego program modernizacji obrony przeciwlotniczej, dążąc do zakupu jak najnowocześniejszych systemów średniego zasięgu.

Co bardzo ważne, kraj ten od dawna rozwija, umiejętnie korzystając ze współpracy międzynarodowej, potencjał w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego. Przykładowo wszystkie tureckie F-16 zostały zmontowane w lokalnych zakładach (które ponadto eksportowały gotowe maszyny), zaś w bieżącym roku do produkcji powinien wejść opracowany wespół z partnerem południowokoreańskim czołg Altay, odpowiadający standardem nowoczesnym konstrukcjom zachodnim. Firmy znad Bosforu przedstawiają natomiast tak zaawansowane wzory uzbrojenia, jak pociski manewrujące modelu SOM, który ma osiągnąć docelowo zasięg aż 2,5 tys. km. A plany są jeszcze ambitniejsze: w 2014 r. Turcja wybrała jako partnera, z którym firma TAI będzie rozwijała nowy myśliwiec, szwedzki koncern Saab.

W polityce regionalnej Turcja jest protektorką Azerbejdżanu, skonfliktowanego z Armenią wspieraną przez Rosję. Do 2008 r. silnie wspierała Gruzję Micheila Saakaszwilego, choć w trakcie samej wojny zachowała daleko idącą wstrzemięźliwość. W trakcie kryzysu krymskiego tureckie czynniki oficjalne akcentowały potrzebę zachowania integralności terytorialnej Ukrainy. Otwarcie agresywne poczynania Rosji są tam postrzegane jako ewidentne zagrożenie. Z drugiej strony jednak Turcja ma własne, neoosmańskie interesy na Bliskim Wschodzie, otwierające pole różnego rodzaju targów z Rosją, np. w kwestii syryjskiej. Również stanowisko Ankary w odniesieniu do kwestii tranzytu surowców nie zawsze jest zbieżne z interesem np. Ukrainy czy Polski. Wydaje się jednak, że Turcja powinna być otwarta na wszelkie scenariusze ewentualnościowe, odnoszące się do zabezpieczenia przed rozwojem niebezpieczeństwa z kierunku wschodniego, ponadto w oczywisty sposób jest wartościowym partnerem w dziedzinie współpracy militarnej i przemysłowej. Pożądane byłoby zatem uzupełnienie postulowanej intensywnej bałtyckiej współpracy regionalnej o jak najściślejsze kontakty z potężnym partnerem z południa – utworzenie „półksiężyca” Sztokholm – Warszawa – Ankara.

Czyj właściwie jest Księżyc?

Podaruję ci Księżyc – mówi George Bailey do swojej ukochanej w filmie „To wspaniałe życie”. Romantyzm tej obietnicy wynika z absolutnej niemożności jej spełnienia – możemy wpatrywać się w Księżyc, pisać o nim dziecięce rymowanki, wyznawać zabobony dotyczące jego faz, ale nie możemy go posiąść, bez względu na to, czy chcielibyśmy go zatrzymać dla siebie, czy komuś podarować. Wydaje się jednak, że ustanowienie prawa własności na Księżycu – i ogólnie w przestrzeni kosmicznej – jest już coraz bliżej.

Pod koniec zeszłego roku Bigelow Aerospace, firma zajmująca się technologiami kosmicznymi, na którą jej założyciel i deweloper nieruchomości Robert Bigelow przeznaczył już 250 milionów dolarów, złożyła wniosek do Federalnego Urzędu Komercyjnego Transportu Kosmicznego z prośbą o zapewnienie „strefy nieingerencji” wokół jej przyszłych działań na Księżycu. Bigelow wytwarza nadmuchiwane siedliska do użytku w przestrzeni kosmicznej (miękkie konstrukcje, zaprojektowane tak, aby zajmować bardzo mało cennego miejsca w rakiecie kosmicznej, powiększające później objętość) i planuje założenie bazy na Księżycu. Ten krok może być pierwszym ku ustanowieniu tam praw własności.

Technologia komercyjnych przedsięwzięć w przestrzeni kosmicznej wyprzedza tempem rozwoju ramy prawne – ale prawo w końcu nadrobi ten dystans. Zarządzanie terenami wspólnymi jest wystarczająco brzemienne w problemy tu na Ziemi – np. gdy chodzi o terytorialne dysputy dotyczące prawa do połowów w Morzu Południowochińskim lub o spory na temat finansowania nowojorskich parków. Decyzje te są o wiele bardziej skomplikowane, jeśli ma się do czynienia z wielkim dobrem wspólnym na niebie.

Podstawą międzynarodowego prawa regulującego kwestie przestrzeni kosmicznej jest Traktat o Przestrzeni Kosmicznej (Outer Space Treaty) z 1967, powstały na fali zimnowojennych obaw, że Stany Zjednoczone lub Związek Radziecki uruchomią z kosmosu broń nuklearną. Traktat ten zakazuje zarówno używania broni nuklearnej w przestrzeni kosmicznej (ale już nie konwencjonalnego uzbrojenia), jak i przywłaszczania sobie przez państwa Księżyca i innych ciał niebieskich. Został podpisany przez ponad setkę państw, łącznie z „Wielką Trójką” (Chinami, USA i Rosją) i jest uważany za wiążące prawo międzynarodowe. Nie wspomina on jednak o prywatnych przedsiębiorstwach, a jego wytyczne stają się w najlepszym razie rozmyte wraz z rozwojem komercyjnego biznesu w kosmosie. Trudno winić autorów Traktatu za przeoczenie. Wydobycie zasobów na asteroidach czy turystyka kosmiczna nawet obecnie brzmią szokująco – 50 lat temu musiały być więc trudniejsze do pojęcia.

Układ Księżycowy z 1979 r. poszedł dalej, zakazując posiadania własności na Księżycu – jego powierzchni, terenów podpowierzchniowych i wszelkich znalezionych tam zasobów – przez jakąkolwiek osobę, organizację lub rząd. Układ deklarował również, że jego sygnatariusze mają intencję ustanowić międzynarodowy reżim nadzoru w celu zawiadywania eksploatacją naturalnych zasobów na Księżycu. Podobny reżim zabezpiecza już zasoby wód międzynarodowych, a ustanowiony został poprzez Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza. Jednak żaden reżim dotyczący Księżyca nie został ostatecznie ustanowiony. Tylko 11 krajów podpisało Układ Księżycowy i nie ma pośród nich żadnego z państw aktywnych na polu podróży kosmicznych i transportu kosmicznego.

Bigelow nie prosi o prawo własności na Księżycu. Firma, założona w 1998 r., stawia sobie za cel ustanowienie tam bazy i użyczanie przestrzeni kosmicznej w leasing klientom. Chociaż powstanie bazy lunarnej wydaje się odległe o całe lata, Bigelow ma już na orbicie dwa prototypy siedlisk, a także, na mocy wartego 17 milionów dolarów kontraktu z NASA, zamierza dostarczyć Międzynarodowej Stacji Kosmicznej rozszerzalny moduł (obecna cena na stronie Bigelow to 25 milionów dolarów za dwumiesięczne użytkowanie Bigelow Alpha Station na prawach wyłączności). Jak twierdzi adwokat Bigelow, Mike Gold: Prosimy Federalny Urząd Komercyjnego Transportu Kosmicznego o aprobatę dla wystrzelenia i lądowania siedliska na powierzchni Księżyca oraz o zapewnienie, że jeśli to zrobimy, będziemy działać w strefie nieingerencji. Jest to zgodne z wymogami Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej – państwa nadzorują handel. Bardziej niż prawa własności Bigelow pragnie zapewnień, że ich działania nie zostaną zakłócone. Tak czy inaczej odpowiedź FUKTK na prośbę Bigelow pozwoli rozproszyć istniejące obecnie niejasności prawne. Nasza prośba jest katalizatorem zmiany – mówi Gold.

Z perspektywy firmy Bigelow – a perspektywę tę podziela wiele osób w rozwijającym się przemyśle komercjalizacji przestrzeni kosmicznej – ustanowienie prawa własności na Księżycu nie jest nowością, lecz koniecznością. Prawa własności są kluczem do pozyskania inwestycji niezbędnych dla dalszego rozwoju – mówi Gold. Ignorujemy Księżyc na własne ryzyko – należy postawić pytanie nie o to, czy lunarne zasoby będą wykorzystywane, ale o to, kiedy i przez kogo. Chociaż trudno wyobrazić sobie powierzchnię Księżyca tak zatłoczoną poszukiwaczami zasobów, że mógłby pojawić się konflikt o terytorium, Gold wskazuje, iż miejsca, które mogłoby sprzyjać ludzkiemu bytowaniu i działaniu nie jest tam aż tak wiele. Wreszcie, jak dowodzi: Jeśli Stany Zjednoczone nie podejmą kroków, by przynajmniej ustalić pewne zasady gry w związku z działaniami na Księżycu, to jest to recepta na konflikt i katastrofę.

Gold jest zwolennikiem porównywania obecnych działań człowieka w przestrzeni kosmicznej z zasiedlaniem Zachodu Ameryki: najpierw następuje rekonesans rządu (NASA, Lewis i Clarke), ale najważniejsza praca wykonywana jest przez kolejną falę przybywających, cywili i przedsiębiorców poszukujących majątku. To zresztą interesujące, że Gold traktuje tę grupę jako ważną, dorastał bowiem w rezerwacie Indian w Montanie. Kiedy zapytałam go o tę część analogii, odparł po prostu: Cóż, na Księżycu nie ma Indian. Jest faktycznie niezamieszkany. I kontynuuje o swojej wizji: Rząd odegrał bardzo istotną rolę w przecieraniu szlaku, jednak najważniejszą odegrali rolnicy, osadnicy, przedsiębiorcy, którzy tak naprawdę zasiedlili region – a w przestrzeni kosmicznej to się po prostu nie wydarzyło. Dla Golda dzisiejszymi odpowiednikami tamtych osadników w kosmosie są firmy, włączając w to Bigelow, których celem jest założenie tam biznesu.

Osadnicy, którzy pakowali swoje wozy i zmierzali ku Wielkim Równinom, są pod wieloma względami różni od przedsiębiorców marzących o kosmosie. Po pierwsze, mieli oni Ustawę o Gospodarstwach Rolnych (Homestead Act), umożliwiającą ubieganie się o przyznanie im każdej parceli ziemi, na której pracowali i rezydowali. Czy tego rodzaju drogę postępowania Bigelow przewiduje dla kosmosu? W sensie idealnym, oczywiście. Ustawa o Gospodarstwach Rolnych, której skutkiem było zasiedlenie i rozwój Zachodu, to wspaniały model – mówi Gold. – Problemem byłoby jego wdrożenie – Traktat o Przestrzeni Kosmicznej zabrania gromadzenia terenów przez państwa, i tu właśnie można by popaść w kłopoty, gdyby zachować się jak w przypadku Ustawy o Gospodarstwach Rolnych. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mają praw własności do ciał niebieskich, nie mogą zapewnić ich innym podmiotom.

Adwokat Michael Listner, założyciel firmy konsultingowej o nazwie Space Law and Policy Solutions, ma już dość słuchania analogii z Dzikim Zachodem, używanych, żeby opisać przyszłość przestrzeni kosmicznej. Pod koniec 2013, odpowiadając na publiczne obwieszczenie Bigelow, że firma wystosowała prośbę do FUKTK, napisał: Kosmos jest wszystkim, tylko nie Dzikim Zachodem. Zwolennicy prawa własności w przestrzeni kosmicznej, którzy używają tej analogii, ignorują obecne uwarunkowania polityczne i prawne. Środowisko geopolityczne jest inne, niż było w XIX wieku. Listner uznał też moment opublikowania prośby przez Bigelow za „kłopotliwy”. Obecne środowisko rozwiązań prawnych i politycznych nie jest przygotowane na ustrój, który jednostronnie zagwarantuje prywatne prawa własności w przestrzeni kosmicznej – napisał w artykule w „Space News”, ostrzegając, że jeśli USA spróbują wprowadzić to rozwiązanie w sposób tak jednostronny, może to sprowokować „silną reakcję geopolityczną”.

W Ustawie o Gospodarstwach Rolnych chodziło o skonsolidowanie amerykańskiej władzy w terytoriach, ale była ona również świadomie demokratyczna, oparta wprost na ideale „rolnika”. Jedynymi wymogami, aby otrzymać ziemię na Dzikim Zachodzie były: wiek przynajmniej 21 lat, brak antyrządowych wystąpień w przeszłości oraz gospodarowanie na ziemi od pięciu lat. Aby dotrzeć na Księżyc, przeciwnie  potrzebujemy sporo pieniędzy oraz statku kosmicznego.

W dzisiejszych czasach jest wiele firm, które mają obie te rzeczy. Prośba Bigelow jest częścią szerszej tendencji: w ostatnich latach powstało mnóstwo komercyjnych korporacji zainteresowanych kosmosem. Planetary Resources (Planetarne Zasoby) i Deep Space Industries (Przemysł w Przestrzeni Kosmicznej) chciałyby wydobywać rzadkie minerały z asteroid. Virgin Galactic Space Adventures (Kosmiczne Przygody w Dziewiczej Galaktyce) oferuje natomiast turystykę kosmiczną. Wszystkie te firmy zostały założone pomiędzy 2004 a 2013. Nowy prywatny sektor kosmiczny przyciągnął zainteresowanie – i kapitał – wielu chcących inwestować sław, m.in. Richarda Bransona, Erica Schmidta, Rossa Perota juniora czy Jamesa Camerona.

Jak do tej pory rozwój technologiczny – i oparty na technologiach biznes – postępuje z dużo większą szybkością, niż rozwijają się związane z nim ramy prawne. Ale, tak jak w odpowiedzi na powstanie internetu wyewoluowało nowe prawo dotyczące prywatności i własności intelektualnej, tak samo zostanie stworzone nowe prawo dotyczące przestrzeni kosmicznej. W lipcu 2014 r. dwóch deputowanych z Izby Reprezentantów, Bill Posey (republikanin z Florydy) i Derek Kilmer (demokrata z Waszyngtonu), przedstawiło projekt ustawy o nazwie American Space Technology for Exploring Resource Opportunities In Deep Space (ASTEROIDS) Act – Ustawa o Amerykańskiej Technologii Kosmicznej dla Poznania Możliwości Pozyskiwania Zasobów w Przestrzeni Kosmicznej. Ustawa sprawiłaby, że zasoby wydobyte na asteroidzie stawałyby się własnością firmy, która je wydobyła. Legislacja zagwarantowałaby „prawa mineralne” – prawo do wydobywania i eksploatacji jakichkolwiek złóż znalezionych na asteroidzie – a nie prawo do posiadania na własność samej asteroidy.

Listner nazywa ustawę ASTEROIDS dobrym pierwszym krokiem, ale twierdzi, że moment nie jest odpowiedni. Nie sądzę, żeby międzynarodowe środowisko prawne i polityczne było naprawdę gotowe dojść do porozumienia na temat takiego „prawa własności”. Z tego powodu wątpi, by owa legislacja miała wyjść poza tworzącą ją komisję. Dodatkowo, jak twierdzi, ustawa nie jest napisana w tak jasny sposób, jak powinno być napisane prawo dotyczące własności w przestrzeni kosmicznej. Mówię „prawo własności” w cudzysłowie, ponieważ nikt nie wie, jaki przybierze ono kształt. Zauważa też, że choć ustawa instruuje Kongres, by znalazł sposób na stworzenie owych praw własności, nie informuje, jak to zrobić.

Tradycja prawa rzymskiego ustaliła dwie obszerne koncepcje dotyczące zasobów niemających właściciela: res nullius („rzecz niczyja”) oraz res communis („własność wspólna”). Ta pierwsza dotyczyła rzeczy, takich jak dzikie zwierzęta leśne albo złoto Dzikiego Zachodu – ktokolwiek je znalazł i miał do nich dostęp, ten nabywał prawa do ich posiadania. Asteroidy wydają się należeć do tej kategorii; niektóre z nich zawierają platynę czy wartościowe minerały, ale jako że znamy ich w naszym Układzie Słonecznym już ponad 500 000, są w gruncie rzeczy kosmicznym „gruzem”. Jeśli chcecie zaklepać sobie prawo do kawałka lodowej skały pędzącej w przestrzeni kosmicznej, do dzieła!

Jeśli jednak chodzi o Księżyc, bardziej poprawne wydaje się być określenie go jako res communis albo „wspólny dla całego gatunku ludzkiego”. Tak jak napełnia nas goryczą pomysł, by ktoś posiadał na własność ocean, tak i idea posiadania Księżyca budzi podobne uczucia. Mogę pragnąć, by naukowcy studiowali Księżyc i starali się go objąć ludzkim rozumieniem, lub by od czasu do czasu wysyłano emisariuszy w celu prowadzenia tam eksperymentów czy przywiezienia okazów skał księżycowych, ale kiedy spojrzę ponad sylwetki billboardów i obwieszonych reklamami drapaczy chmur, rysujące się na tle nieba, chcę zobaczyć coś, co pozostaje poza sferą ludzkiej własności – nie symbol władzy człowieka, lecz jego maleńkości, coś, co da mi odpowiednią perspektywę w kwestii mojego miejsca w świecie. Innymi słowy, zasoby, które chcę pozyskać z Księżyca, to poczucie transcendencji i pokory.

Taka sentymentalna postawa, charakterystyczna dla luddystów, rzadko jednak ostatecznie zwycięża. Zatem, pomijając pomysł ustanowienia pozaziemskiej wersji Systemu Parków Narodowych, być może najatrakcyjniejszą wizję zarządzania dobrem wspólnym w przestrzeni kosmicznej sformułował Michael Simpson, dyrektor wykonawczy w Secure World Foundation, organizacji zajmującej się odpowiedzialnym wykorzystaniem zasobów kosmicznych. Tak jak Gold i inni zwolennicy prawa do posiadania własności w kosmosie, Simpson również przywołuje przykład z przeszłości Ameryki. Ale nie Dziki Zachód – chodzi mu o park Boston Common. Ten model jest dość intrygujący – mówi o najstarszym parku w Stanach Zjednoczonych, który na początku XVII wieku był terenem pod wypas bydła, dzielonym przez wielu lokalnych rolników. Tryb jego użytkowania zmieniał się wraz z miastem: był on używany jako baza wojskowa, miejsce wieszania skazanych lub teren pod publiczne wiece czy protesty. Dla XVII-wiecznych bostończyków – mówi Simpson – to była przestrzeń, której nie posiadał na własność żaden z użytkujących, ale zarządzano nią w sposób zrównoważony, tak aby była dostępna pod wypas bydła w kolejnym roku tak samo, jak była w bieżącym. Oczekiwano od ludzi, że będą znaczyli swoje zwierzęta, aby uniknąć konfliktów. Pomimo nieposiadania prywatnej własności w parku Common, mieszkańcy mogli go używać i pozyskiwać z tego dochód.

Simpson wierzy, że to dobry wzorzec w stosunku do Księżyca – udzielenie przyzwolenia na wspólne, zrównoważone użytkowanie zasobów, a nawet prawa do tych zasobów mineralnych, które mogą być wydobywane (jednak nadal nie ma mowy o prawie własności). Na Księżycu mamy całe mnóstwo zasobów o nadzwyczajnej wartości, zarówno rynkowej, jak i społecznej – mówi. Możliwe do pozyskania tam zasoby są warte o wiele więcej, niż wskazuje na to ich wartość handlowa. Na jego powierzchni znajduje się hel-3, izotop, który, jak wierzy wielu, może stać się rewolucyjnym paliwem napędowym. Odleglejsza strona powierzchni Księżyca, zwrócona tyłem do Ziemi, to najmniej zakłócany przez fale radiowe punkt w wewnętrznym układzie słonecznym, co czyni go kopalnią złota dla astronomów.

Będzie to taka sama dyskusja, jak w przypadku parków narodowych. Niektórzy uważają, że te miejsca posiadają wielką wartość społeczną i estetyczną, ale są i ci, którzy powiedzą: nie, musimy na tym zarobić. Simpson docenia fakt, że ustawa ASTEROIDS daje tylko prawo do wydobycia, uznając, że Kongres nie ma władzy nadawania tytułów własności do asteroid. Uważa nawet, że mimo braku międzynarodowego traktatu amerykańskie firmy mogłyby bez prowokowania geopolitycznych incydentów korzystać z minerałów wydobywanych na asteroidach pod warunkiem wejścia projektu ustawy w życie. Można by to osiągnąć albo sprzedając wydobyte minerały tylko w obrębie Stanów Zjednoczonych, albo poprzez podpisanie z innymi krajami osobnych umów, umożliwiających sprzedaż pozaziemskich zasobów. Ale jeśli chodzi o sprawę Bigelow, Simpson widzi większe źródło problemów w Traktacie o Przestrzeni Kosmicznej, który dyktuje krajowi ustanawiającemu bazę na Księżycu przymus udostępniania jej innym krajom.

Wreszcie, jak twierdzi Simpson, ustalenie, jak w pokojowy sposób dzielić się przestrzenią kosmiczną w obliczu braku władzy suwerennej, będzie trudnym przedsięwzięciem. Możemy przywoływać Dziki Zachód czy Boston Common ile tylko chcemy, ale, jak wskazuje Simpson, faktem jest, iż: W udokumentowanej historii nie ma śladu po tym, byśmy kiedykolwiek rozwinęli system rządzenia formalny lub nieformalny, przy braku suwerenności. A tym bardziej przy braku grawitacji.

tłum. Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się w „Dissent Magazine” w numerze z jesieni 2014 r. Więcej o piśmie: www.dissentmagazine.org

Dobre, bo publiczne

W debatach medialnych regularnie pojawia się odmieniany przez wszystkie przypadki termin „prywatyzacja”. Najczęściej dzieje się to, gdy któraś z państwowych spółek przechodzi ciężkie chwile lub gdy na tapetę trafia temat niewydolności służby zdrowia. Prywatyzacja urasta w takich sytuacjach do najbardziej rozsądnego rozwiązania proponowanego przez szanowanych ekspertów, przeciw któremu występują głównie roszczeniowe i bojące się rozwoju grupy społeczne. W tym spontanicznym sprzeciwie objawia się intuicyjna mądrość ludu, a za popieraniem prywatyzacji przez różnej maści ekspertów stoi często ich uwikłanie w interesy środowisk, z których się wywodzą. W związku z takim podziałem ról do opinii publicznej nie docierają uporządkowane i jasno artykułowane argumenty przeciw prywatyzacji i za utrzymaniem szerokiego sektora publicznego. Sprawia to wrażenie, że owe postulaty są przejawem warcholstwa i obrony własnych interesów. Jest zgoła przeciwnie – mają one głębokie uzasadnienie społeczne, instytucjonalne i ekonomiczne.

Jeszcze publiczne czy już prywatne?

Termin „prywatyzacja usług publicznych” jest bardzo szeroki i w powszechnym odbiorze często oznacza również zjawiska takie jak „komercjalizacja”, „urynkowienie” czy „outsourcing”. Prywatyzacja w ścisłym znaczeniu tego terminu to sprzedaż zorganizowanego majątku publicznego lub jego części, tymczasem „komercjalizacja usług publicznych” lub ich „urynkowienie” niekoniecznie muszą wiązać się ze sprzedażą mienia publicznego. Komercjalizacja to zmiana celów, jakimi kierują się jednostki wykonujące zadania publiczne – z jak najlepszego świadczenia usług na rentowność i zysk. Odbywa się to np. poprzez zmianę zasad zarządzania lub wprowadzenie państwowego przedsiębiorstwa na giełdę, gdzie musi się ono dostosować do panujących reguł, jednak przy zachowaniu większościowej własności państwa. Urynkowienie natomiast to wprowadzenie do usług publicznych konkurencji, a więc stworzenie dla nich specyficznego rynku. Można to osiągnąć poprzez wprowadzenie kilku dostawców danej usługi lub dopuszczenie do świadczenia usług także prywatnych świadczeniodawców, np. ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy muszą konkurować o pacjenta. Outsourcing zaś to po prostu zlecenie świadczenia danej usługi prywatnemu podmiotowi na zasadach ustalonych przez instytucje publiczne, z nadzieją, że wykona je on lepiej. Wszystkie wymienione rozwiązania nie muszą się wiązać z prywatyzacją, jednak często zbiorczo określa się je tym terminem – to właściwie zasadne, gdyż wszystkie one wiążą się z podobnymi zagrożeniami.

Głównym argumentem za prywatyzacją usług publicznych jest przeświadczenie, że podmioty działające na zasadach rynkowych są bardziej efektywne. A zatem, jeśli wprowadzimy te zasady również do sektora publicznego, poziom usług wzrośnie. Problem w tym, że nie ma dowodów, iż dzieje się tak zawsze. Nie tylko dlatego, że sam rynek jest zawodnym mechanizmem, ale także z tego powodu, że sektor publiczny kieruje się innymi zasadami i celami niż prywatny. I nawet jeśli wśród tych rozmaitych celów pojawia się również zysk, to nie jest on jedyną ani główną racją – administracja publiczna nie może przecież zrezygnować ze świadczenia danej usługi tylko dlatego, że jest nieopłacalna. Na przykład przy decyzji o podciągnięciu wodociągów do niewielkich osad w górskich rejonach nie można kierować się rentownością projektu, gdyż prawdopodobnie koszty nie zwrócą się nigdy. Ale obywatele tam mieszkający mają takie same prawo posiadania dostępu do bieżącej wody. Sektor publiczny musi też brać pod uwagę o wiele więcej względów niż prywatny. Administracja publiczna ma dbać o interesy przeróżnych grup, często ze sobą sprzeczne, gdy tymczasem sektor prywatny dba głównie o własny interes i nawet jeśli także w nim pojawia się konflikt celów (np. między pracownikami a akcjonariuszami spółki), to jest on nieporównywalnie mniej złożony. Relacja obywatel–administracja publiczna jest zupełnie inna niż klient–sprzedawca. Zakłada ona wzajemną odpowiedzialność, nakłada na obywatela nie tylko uprawnienia, ale i obowiązki, i nie kończy się w momencie uzyskania usługi. „Obywatel” jest pojęciem dużo szerszym i bardziej złożonym niż „klient”.

W związku z tymi różnicami niedoskonałości mechanizmów i podejścia rynkowego muszą się ujawniać w sektorze publicznym jeszcze bardziej niż w prywatnym. Można się bardzo pomylić, gdy kierujemy się obniżeniem kosztów dostępu do usług publicznych podczas zlecania ich prywatnym podmiotom. Gdy np. jeden z podmiotów zdominuje pozostałe i po przejściowym obniżeniu ceny oraz zduszeniu konkurencji nagle zacznie owe koszty dostępu podnosić, wówczas powstanie monopol prywatny, nieskończenie bardziej niebezpieczny od publicznego, gdyż nie poddany demokratycznej kontroli społecznej. Nawet jeśli bezpośrednie koszty trwale spadną, to w ich miejsce pojawią się nowe koszty transakcyjne, związane głównie z egzekwowaniem wymogów poziomu świadczonych usług i kontrolowaniem przestrzegania umów. W przypadku przerwy w świadczeniu usług oraz konieczności błyskawicznego znalezienia nowego usługodawcy (gdy pozycja negocjacyjna administracji drastycznie się obniży) straty mogą być ogromne. Jednak nawet jeżeli prywatyzacji nie będą towarzyszyć żadne dramatyczne wydarzenia, wzrost kosztów transakcyjnych i tak może spowodować, że bilans okaże się negatywny, tym bardziej jeśli nie ma się kadry odpowiednio przeszkolonej do monitorowania poziomu prywatyzowanych usług. W sytuacji gdy sektor prywatny stać często na najlepszych prawników, egzekwowanie umów przez państwo czy samorządy może okazać się fikcją.

Bardzo częstym elementem urynkowienia i komercjalizacji usług publicznych jest tzw. selekcja negatywna. Poszczególni usługodawcy mogą nie dbać o „klientów” szczególnie problematycznych lub wręcz zniechęcać ich do wybrania właśnie ich usług. Ma to szczególnie duże znaczenie przy komercjalizacji służby zdrowia. Prywatne podmioty stawiają na wykonywanie najbardziej zyskownych procedur, a ubezpieczyciele z otwartymi ramionami przyjmują głównie pacjentów o końskim zdrowiu. Wtedy mniej zyskowne, aczkolwiek równie istotne obszary (jak np. geriatria) leżą odłogiem, a schorowani pacjenci mają problem z ubezpieczeniem się. Najbardziej prawdopodobna jest reaktywacja podmiotów publicznych właśnie w tych mało zyskownych obszarach (podczas gdy zyskowne zostają już w rękach prywatnych), co jest kolejnym przykładem zjawiska „prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat”.

Bardzo istotne zagrożenie to zmniejszanie się wpływu władzy publicznej na rzeczywistość. Gdy oddajemy rynkowi kolejne obszary życia, wspólnotą w coraz większym stopniu zaczyna rządzić pieniądz, a w coraz mniejszym demokracja. Może to ostatecznie doprowadzić do zaistnienia fasadowej demokracji, w której obywatele głosują, lecz nie ma to większego znaczenia, bo władza i wpływy zostały już wcześniej wykupione przez najzamożniejszych. Nawet jeśli nie spełni się najgorszy scenariusz, to i tak reagowanie władzy publicznej na zagrożenia stanie się utrudnione, gdyż odpowiedzialność usługodawców będzie miała jedynie charakter kontraktowy, sprowadzający ją do zapisów w umowie. Bardzo ogranicza to paletę działań władzy oraz wydłuża czas potrzebny do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności i do naprawienia złej sytuacji. Rozszerzanie się zasad rynkowych na kolejne obszary życia niewątpliwie odbije się także negatywnie na transparentności życia społecznego – w sektorze prywatnym nie obowiązuje taki poziom jawności informacji jak w publicznym.

Konkretne zagrożenia mogą w różny sposób ujawniać się w poszczególnych formach prywatyzacji usług. W przypadku partnerstwa publiczno-prywatnego rośnie ryzyko drożyzny, ponieważ partner prywatny, mając ograniczoną ilość czasu na czerpanie zysków z inwestycji, może windować ceny, by maksymalnie zrekompensować sobie poniesiony wkład. Drastycznie rosną też koszty transakcyjne, bo pojawia się częsta konieczność renegocjowania umów – partnerstwo trwa czasem kilkanaście lub więcej lat, więc zmieniają się okoliczności. Nawet jeśli poszczególne niewydolności rynku uwydatniają się w usługach publicznych z różną intensywnością, można znaleźć wiele przykładów, które każą się przynajmniej zastanowić, czy prywatyzacja jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Prywatni leserzy, publiczni prymusi

Z powyższych zjawisk, które mogą towarzyszyć prywatyzacji, najczęstszym i najłatwiejszym do wykazania jest wzrost cen usług publicznych, często drastyczny. Drożyzna to chleb powszedni dla obywateli, którym usługi publiczne zapewniają prywatne podmioty. Przekonali się o tym Francuzi po prywatyzacji sieci wodociągowych – w gminach, które zdecydowały się na ten krok, ceny wody były o ok. 20 proc. droższe od cen w miejscach, gdzie tego nie uczyniono. Dodatkowo wykazano, że prywatni operatorzy osiągali nieproporcjonalnie wysokie zyski w stosunku do kosztów. W Boliwii sprzedaż systemu wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel w 1999 r. momentalnie przyniosła trzykrotny wzrost opłat za wodę, co skończyło się zamieszkami i renacjonalizacją systemu.

Najbardziej szokujący przykład olbrzymich kosztów, które wiązały się z prywatyzacją publicznego systemu, to reforma emerytur z czasów generała Pinocheta w Chile. Wprowadzona w roku 1981, oddawała los emerytur Chilijczyków w ręce prywatnych funduszy emerytalnych. Rachunek za ten krok był wyjątkowo słony. W latach 1981–2008 suma składek wpłaconych do AFP (tamtejszego OFE) wyniosła 59 mld dol., natomiast suma pobranych z tego tytułu prowizji to aż 19,9 mld. Co trzeci dolar ze składek emerytalnych Chilijczyków trafiał więc do kieszeni funduszy emerytalnych. Byłoby to do zniesienia, gdyby w zamian wypracowały one mieszkańcom Chile godne emerytury, jednak nawet to się nie zdarzyło. Okazało się, że emerytury wypracowane w prywatnym systemie były o 50 proc. mniejsze, niż byłyby, gdyby wciąż obowiązywał stary system. Aż ⅔ członków AFP nie zebrało środków wystarczających do uzyskania świadczeń umożliwiających przeżycie. W związku z tym trafili na garnuszek państwa, które musi wypłacać im pomoc socjalną. Jest to jednym z przykładów wyżej opisywanych kosztów transakcyjnych – za nieudolność (lub też zwyczajną pazerność) prywatnych funduszy muszą płacić wszyscy podatnicy.

Przykład prywatyzacji chilijskich emerytur obrazuje jeszcze jedno z zagrożeń – powierzanie zabezpieczenia społecznego rozwiązaniom rynkowym wiąże się z ogromnym ryzykiem i brakiem stabilności. Na skutek obecnego kryzysu AFP straciły aż 60 proc. zysków wypracowanych do roku 2007, czyli ponad połowę tego, co wypracowywały przez ćwierćwiecze. Tę naukę należy bez wątpienia rozciągnąć na inne usługi publiczne (bo ubezpieczenie społeczne jest jedną z nich) – nie warto powierzać rynkowi usług, od których zależy egzystencja społeczeństw, gdyż koniunktura rynkowa bywa zmienna, a dostępność do takich świadczeń musi być stabilna. Przynajmniej częściową stabilność mogą zapewnić przede wszystkim instytucje publiczne ukierunkowane na wypełnianie potrzeb społecznych, a nie na zysk. Dobrze wiedział o tym zresztą sam generał Pinochet – służby mundurowe, z których się wywodził, pozostawił w starym publicznym systemie emerytalnym.

Chile jest najbardziej szokującym przykładem nieudanej prywatyzacji emerytur. Na dobrą sprawę krok ten jeszcze nigdzie się nie udał, a kolejne kraje wycofują się z niego rakiem, tak jak Polska czy Węgry. Tymczasem na drugim biegunie są tzw. emerytury bezskładkowe, czyli po prostu finansowane z budżetu i wypłacane przez publiczne podmioty – w zasadzie sprawdzają się wszędzie, gdzie je wprowadzono, np. w Australii czy Nowej Zelandii. W Nowej Zelandii przysługują wszystkim osobom, które ukończyły 65 lat i mieszkają na wyspie przynajmniej od dekady. Emerytura wynosi 72,5 proc. średniej płacy netto (dla osób samotnych jest trochę wyższa) i jest wliczana do dochodu podlegającego opodatkowaniu. Dzięki temu, że jest ona całkiem wysoka i właściwie równej wysokości dla wszystkich (z rozróżnieniem jedynie na stan cywilny), znakomicie przeciwdziała ubóstwu i rozwarstwieniu. Chwalą ją dosłownie wszyscy – w roku 1997 odbyło się referendum w sprawie wprowadzenia w zamian modelu emerytur kapitałowych, wzorowanych na chilijskich, jednak propozycja została masowo odrzucona przez obywateli (przeciw było 93 proc. głosujących przy frekwencji 80 proc). W Australii system działa na podobnych zasadach, z tym że obowiązuje kryterium majątkowe – emerytury nie są wypłacane osobom najbardziej zamożnym.

Ktoś mógłby stwierdzić, że to kraje dość bogate, więc mogą sobie pozwolić na tak szczodry system. Jednak system publicznych emerytur bezskładkowych sprawdza się również w krajach o średnim dochodzie (np. RPA) oraz bardzo biednych (Boliwia, Botswana, Nepal). W RPA emerytura wynosi 50 proc. przeciętnego dochodu gospodarstwa domowego. Przysługuje wszystkim obywatelom – mężczyznom, którzy ukończyli 65 lat, a kobietom od 60. roku życia. Systemem administruje publiczna agencja South African Social Agency, która stworzyła złożoną strukturę wypłacania świadczeń nawet w miejscach głęboko zapóźnionych cywilizacyjnie, wykorzystując m.in. pojazdy wyposażone w bankomaty oraz pomoc administracji lokalnej, często asystującej starszym osobom w dzień wypłaty. System działa bardzo sprawnie i przynosi znakomite efekty w zwalczaniu ubóstwa. Głównymi problemami, z którym muszą borykać się administratorzy systemu, są wysokie opłaty za dostarczanie emerytur, jakich żądają prywatni dostarczyciele przesyłek wypłacający świadczenia w niektórych miejscach, a także niechęć do otwierania filii przez banki w rejonach wiejskich. Świetnie działający publiczny system emerytalny w RPA napotyka kłopoty głównie tam, gdzie musi współpracować z sektorem prywatnym…

Najsłynniejszym przykładem drożyzny prywatnego systemu jest amerykańska opieka zdrowotna. Niemal w całości prywatny (zarówno świadczeniodawcy, jak i ubezpieczyciele są prywatni), lecz generuje ogromne koszty, niespotykane w żadnym innym miejscu na świecie. W USA na opiekę zdrowotną wydaje się 17,6% PKB i jest to rekord w skali globu. Amerykanie wydają przeciętnie na osobę 8500 dol., a tymczasem druga pod tym względem Norwegia „zaledwie” 5670 dol. Ta sytuacja przekłada się często na ludzkie dramaty aż 46% upadłości konsumenckich w Stanach jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów niezwykle drogiej opieki medycznej. Około 15% Amerykanów (46milionów) nie stać na opłacenie prywatnego ubezpieczenia i nie zmieniła tego stanu nawet reforma „Obamacare”, wprowadzająca system tanich ubezpieczeń. Co ciekawe, te olbrzymie nakłady niespecjalnie przekładają się na efekty w kategorii „stan zdrowia” obywateli Stany Zjednoczone plasują się na ok. 30 miejscu na świecie.

Tymczasem odrobinę na północ funkcjonuje służba zdrowia stanowiąca antytezę systemu amerykańskiego. System kanadyjski opiera się na środkach publicznych, które stanowią aż 70 proc. wszystkich kosztów opieki medycznej w tym kraju. Nakłady wynoszą 10,6 proc. PKB, a więc są o wiele mniejsze niż w USA, a mimo to nie ma żadnych problemów z nieubezpieczonymi – system gwarantuje opiekę wszystkim obywatelom, niezależnie od zatrudnienia czy innych czynników. Uderzające są przede wszystkim wyniki porównania wyceny poszczególnych zabiegów medycznych. Różnice są ogromne – zwykła wizyta u specjalisty jest wyceniana w Kanadzie na 30 dol., a w USA trzy razy drożej; wycięcie wyrostka robaczkowego w Kanadzie to koszt 400 dol., gdy w USA ponad tysiąc; badanie naczyń krwionośnych w USA kosztuje 900 dol., a za północną granicą już jedynie 35 dol. Kanadyjska opieka medyczna jest nie tylko tania, ale także dość efektywna – pod tym względem plasuje się ona na 21. miejscu na świecie, tymczasem amerykańska dopiero na 44.

Skuteczności publicznych służb zdrowia dowodzi też niedawny raport naukowców z Cambridge i Uniwersytetu w Kalifornii pt. „Porównanie działania prywatnych i publicznych systemów opieki zdrowotnej w krajach o niskim i średnim poziomie płac”. Zbadali oni efektywność systemów w krajach o PKB per capita maksymalnie niewiele ponad 12 tys. dol. Ich wnioski są dość jednoznaczne – sektor państwowy wykazuje się lepszymi, nawet aż o 85 proc., wynikami w leczeniu (np. w Pakistanie). Sektor prywatny często nadużywa niektórych procedur medycznych – w RPA 62 proc. porodów przyjmowanych przez prywatnych usługodawców kończy się cesarskim cięciem, a przez publicznych jedynie 18 proc. Pracownicy sektora publicznego posiadali także lepsze kompetencje i rzadziej łamali przepisy. Wykazano również, że prywatyzacja systemu oznacza wzrost kosztów opieki oraz cen przepisywanych lekarstw. Interesujące, że wzrost kosztów wiązał się głównie z wyraźnym skokiem kosztów administracyjnych – np. w Kolumbii po prywatyzacji wynoszą one, w co aż trudno uwierzyć, 53 proc. Dla porównania – w Polsce koszty administracyjne NFZ to zaledwie 1 proc. Z raportu wynika, że mocną stroną prywatnej służby zdrowia są głównie mniejsze kolejki i bardziej uprzejmy personel, jednak te zalety nie są w stanie zmienić bilansu, który jest jednoznacznie pozytywny dla sektora publicznego.

Nie tylko służba zdrowia lub system emerytalny przynoszą dowody na to, że prywatyzacja nie zawsze musi być dobrym rozwiązaniem. Wielka Brytania wycofała się z prywatyzacji infrastruktury kolejowej z 1993 r., gdyż prywatny operator, tnąc koszty, nie kwapił się do remontów, a w efekcie była ona w fatalnym stanie i dochodziło do wielu poważnych wypadków. Okresowe przerwy w dostępie energii elektrycznej przeżyli mieszkańcy Kalifornii – słynny blackout z 2001 r. spowodował tam ogromne straty, a miał miejsce z powodu kłopotów, w jakie popadli prywatni dostawcy energii. Wisienką na torcie niech będą polskie doświadczenia z partnerstwem publiczno-prywatnym, których efektem są autostrady jedne z najdroższych dla użytkowników w skali europejskiej.

To może się opłacać

Innym problemem jest kwestia prywatyzacji przedsiębiorstw publicznych, które świadczą działalność produkcyjną. W takiej sytuacji dużo większe znaczenie mają cele i uwarunkowania ekonomiczne, takie jak zysk czy rentowność. Fakt, że prywatne przedsiębiorstwo kieruje się głównie zyskiem, nie oznacza od razu, że przedsiębiorstwo publiczne musi być ślepe na inne względy. Nie ulega jednak wątpliwości, że czerpanie zysków z państwowych firm pod postacią dywidendy jest bardzo ważnym argumentem za utrzymaniem takiego charakteru własności. Coraz powszechniejsza staje się tzw. optymalizacja podatkowa, więc wpływy budżetowe są coraz bardziej zagrożone. W takiej sytuacji pozostawienie w ramach majątku publicznego zyskownych firm może być zgodne z interesem publicznym, tym bardziej, że państwowe spółki są zazwyczaj najlepszymi płatnikami składek, dodatkowo wspierającymi budżet. Może się to zmienić po ewentualnej prywatyzacji – spółki prywatne często tną koszty, oszczędzając właśnie na składkach pracowników i wprowadzając niestabilne formy zatrudnienia.

Oprócz względów fiskalnych pojawia się również inny argument – sektor publicznych przedsiębiorstw może być ostoją wysokich standardów zatrudnienia, dając dobry przykład reszcie rynku pracy. Dobrze więc, gdy jest on odpowiednio szeroki. Istotne jest także utrzymanie pod kontrolą państwa tzw. sektorów strategicznych. Globalna konkurencja gospodarcza jest często bezwzględna, a wiele sektorów, takich jak energetyka czy finanse, służy do wywierania nacisku przez jedne państwa na inne. Utrzymanie pod kontrolą choćby sektora energetycznego może być więc podyktowane chęcią zwiększenia bezpieczeństwa kraju oraz zabezpieczenia suwerenności gospodarczej.

Publiczne przedsiębiorstwo jest najlepszym wyjściem także w sytuacji istnienia „naturalnego monopolu”, czyli warunków, w których głównym kosztem jest stworzenie sieci dystrybucyjnej (np. wodociągi). Gdy taka sieć już istnieje, najrozsądniejsze z punktu widzenia ekonomicznego jest rozszerzanie bazy klientów jednego dostawcy, gdyż przy każdym kolejnym kliencie spada koszt jednostkowy (główna część kosztów została już poniesiona w trakcie budowy sieci). W związku z faktem, że monopol państwowy jest zdecydowanie bezpieczniejszy dla społeczeństwa niż prywatny, najlepiej aby tym jedynym dostawcą było przedsiębiorstwo publiczne. Innym idealnym miejscem dla zaistnienia firmy państwowej jest raczkujący dopiero sektor, który wymaga sporych nakładów na badania i rozwój, bez żadnej gwarancji zwrotu tej inwestycji. Sektor prywatny jest dużo mniej skłonny do ryzyka, szczególnie długoterminowego, celując raczej w inwestycje dające krótko- lub średnioterminowy pewny zysk. Państwo może tworzyć przedsiębiorstwa wzorcowe, które staną się podstawą rozwoju nowego segmentu gospodarki w danym kraju.

Wielu przeciwników wspólnej własności w gospodarce opiera argumentację na tezie, którą można sprowadzić do stwierdzenia „wspólne, czyli niczyje” – ludzie nieszczególnie dbają o mienie, które nie jest ich prywatną własnością. Tyle że przytłaczająca większość interesariuszy średnich i dużych firm, mających olbrzymi wpływ na ich działalność (np. pracownicy, kontrahenci, członkowie zarządu itd.), nie jest ich właścicielami, a mimo to nie przeszkadza im to w wykonywaniu swojej pracy porządnie i/lub dbaniu o odnoszenie przez nie korzyści. Oczywiste, że pracownikom zależy na utrzymaniu miejsc pracy, a kontrahentom na stabilnej współpracy, jednak te motywacje nie tracą wcale mocy w przedsiębiorstwach państwowych, więc kwestia własności jest drugorzędna. Spółki państwowe to kuszący owoc dla elit rządzących, bo można w ich zarządach „upychać” niekoniecznie kompetentnych „swoich”, co negatywnie odbija się na poziomie kierowania firmą. Można sobie z tym jednak poradzić, tworząc jasne i skuteczne przepisy regulujące zatrudnianie menedżerów. Tak jest np. w Norwegii, której gospodarka w ogromnym stopniu oparta jest na sektorze publicznym (wg OECD udział tylko jej największych państwowych przedsiębiorstw w dochodzie narodowym brutto wynosi 25 proc.), a norweskie spółki państwowe (np. Statoil) są wzorem dobrego zarządzania.

Z samego procesu prywatyzacji płyną inne rodzaje zagrożeń. Porządne jego przeprowadzenie może być dużo bardziej wymagającym zadaniem, niż dobre zarządzanie spółkami państwowymi. Dobrze prywatyzować potrafią tylko sprawne administracje, więc, wbrew pozorom, dysponując mało skutecznymi instytucjami publicznymi bezpieczniej jest utrzymać państwową formę własności i zahamować sprzedaż publicznego mienia do momentu, gdy będzie można ją przeprowadzić bez strat dla społeczeństwa. Rządy jednak decydują się na sprzedaż państwowej firmy najczęściej wtedy, gdy przedsiębiorstwo przechodzi kłopoty i staje się obciążeniem dla władzy publicznej (zarówno budżetowym, jak i wizerunkowym). Jest to, wbrew pozorom, najgorszy moment na sprzedaż, gdyż rynkowa wartość firmy będzie wtedy prawdopodobnie mocno niedoszacowana, więc trudno będzie uzyskać satysfakcjonująca cenę. Sekwencja działań jest wtedy często następująca: najpierw restrukturyzacja, a następnie sprzedaż. Ale skoro możliwa jest restrukturyzacja firmy w warunkach publicznego zarządzania, to może ona z powodzeniem nadal funkcjonować pod państwowym zarządem. Po co ją w ogóle sprzedawać, skoro włożono tyle wysiłku w jej uzdrowienie i najgorsze już minęło?

Kolejnym wyzwaniem jest znalezienie dobrego inwestora, który zagwarantuje rozwój, utrzymanie produkcji i poziomu zatrudnienia. Na to pozwoli tylko solidne rozpoznanie oferentów, do czego również potrzeba dobrze przygotowanej administracji. Przy wyborze inwestora bardzo łatwo popełnić błąd, za który cała wspólnota będzie potem płacić. Trzeba też wspomnieć o zagrożeniu korupcyjnym, które podczas procesu prywatyzacyjnego jest bardzo wysokie. Z drugiej strony, zupełnie nietrafione są argumenty zwolenników prywatyzacji, którzy twierdzą, że należy ograniczać sektor publiczny, gdyż jest on w jakiś szczególny sposób narażony właśnie na korupcję. Korupcja w sektorze prywatnym jest nawet częstsza niż w publicznym, a dodatkowo dużo trudniejsza do wykrycia z powodu mniejszej jawności działań.

Szkodliwe efekty małych słabostek

Pojawiające się co jakiś czas przypadki złego zarządzania w państwowych spółkach stają się natychmiast powszechnie przywoływanymi argumentami przeciw publicznej własności w gospodarce. Za to liczne przykłady katastrofalnego zarządzania w firmach prywatnych już nie są wykorzystywane w taki sposób. A przecież Polacy mogą akurat powiedzieć bardzo wiele o słabościach sektora prywatnego, które w polskiej gospodarce widać jak na dłoni. Wielu z nas męczy się na co dzień w źle zarządzanych spółkach prywatnych, w których często jedynym pomysłem na biznes jest cięcie kosztów pracy. Mimo to wciąż dogmat o wyższości własności prywatnej w naszym kraju trzyma się mocno; niespecjalnie nawet nadszarpnął go obecny kryzys, choć przecież przyniósł wiele nowych przykładów słabości i błędów w zarządzaniu firmami prywatnymi. Symbolem obecnego kryzysu gospodarczego stał się upadek banku Lehman Brothers w 2008 r., a więc zaledwie kilka lat po słynnej upadłości Enronu, która wstrząsnęła USA. Raport zespołu śledczego Valukasa, pokazujący główne przyczyny upadku banku, jest również świetnym przeglądem zagrożeń, które pojawiają się w warunkach własności prywatnej. Zespół Valukasa postawił kierownictwu Lehman Brothers trzy główne zarzuty: kreatywną księgowość, ukrywanie prawdziwej sytuacji finansowej, ignorowanie sytuacji finansowej firm, które pożyczały środki Lehmanowi. Ogromna skala lekkomyślności wynikała oczywiście z pazerności menedżerów nakierowanych na krótkoterminowy zysk, co jest jedną z częstych cech sektora prywatnego.

W podobnym duchu jest napisany niedawny raport KPMG o nadużyciach gospodarczych. Okazało się, że kryzys spowodował drastyczny wzrost nadużyć finansowych wśród członków zarządów spółek – odsetek ten skoczył z 22 proc. w 2007 do 44 proc. w roku 2010. Jest to spowodowane wielką presją akcjonariuszy na utrzymanie wyników, co kończyło się m.in. masowymi manipulacjami przy wynikach sprzedaży. Z raportu wynika, że 80 proc. nadużyć finansowych ma miejsce w przedsiębiorstwach prywatnych, a same firmy wykrywają zaledwie 24 proc. z nich, co oznacza, że spółki nie radzą sobie z kontrolą wewnętrzną. Ciekawe również, że jednym z najczęściej występujących nadużyć jest preferowanie konkretnego dostawcy podczas zakupów. Odbywa się to m.in. poprzez skracanie terminu na złożenie ofert, aby zdążył tylko wcześniej poinformowany kontrahent, oraz formułowanie specyfikacji zamówienia pod konkretnego producenta. Jak widać, praktyki, które są słusznie wytykane sektorowi publicznemu, również w prywatnym są na porządku dziennym.

Publiczni czempioni w globalnej grze

Firmy publiczne potrafią sobie znakomicie radzić na globalnym rynku w przeróżnych branżach. Niejeden Polak byłby zaskoczony, gdyby się dowiedział, że nasi państwowi operatorzy telekomunikacyjni (Telekomunikacja Polska i Polska Telefonia Cyfrowa) zostali „sprywatyzowani” w taki sposób, że sprzedano ich… państwowym operatorom innych krajów – czyli odpowiednio France Telecom (obecnie Orange) i Deutsche Telekom, które są czołowymi spółkami telekomunikacyjnymi świata. Własność publiczna ma również swój duży udział w jednej z najlepszych firm motoryzacyjnych świata, Volkswagenie – od początku jej istnienia władze Dolnej Saksonii posiadają 20 proc. udziałów i przez dziesięciolecia blokowały próby przejęcia przez inne koncerny; dopiero w 2008 r. kontrolę nad spółką przejął koncern Porsche. Podobny przykład stanowi brazylijski Embraer, czołowy producent samolotów odrzutowych krótkiego zasięgu, który najszybciej rozwijał się, gdy był własnością państwa. Obecnie państwo brazylijskie pozostawiło sobie tzw. złotą akcję (1 proc. udziałów), dzięki której może zablokować szczególnie istotne decyzje.

Znakomitym przykładem świetnie działającego przedsiębiorstwa publicznego jest Brazylijski Narodowy Bank Rozwoju (BNDES). Zajmuje się on finansowaniem i kreowaniem narodowych czempionów. BNDES jest najlepszym bankiem rozwoju na świecie – na jednego zatrudnionego pracownika przypadają 2 mln dolarów zysku. Powstał w roku 1952, by zapewnić Brazylii finansowanie dużych inwestycji infrastrukturalnych (kolej, elektrownie, później przemysł stalowy) i miał olbrzymi wkład w złoty okres brazylijskiej gospodarki, która od lat 70. przez kolejne ćwierć wieku osiągała średnioroczne tempo wzrostu PKB na poziomie 7 proc. Strategia banku polega na zapewnianiu finansowania wybranym firmom oraz przejmowaniu części udziałów. W ten sposób stał się m.in. właścicielem firmy JBD, która dzięki wsparciu BNDES jest największą korporacją na świecie zajmującą się przetwórstwem wołowiny. BNDES, a więc de facto państwo brazylijskie, ma w niej 30 proc. udziałów. Firmom, które wspiera oraz częściowo wykupuje BNDES, publiczna forma własności nie przeszkadza w osiąganiu dobrych wyników. Spółki, których udziałowcem stał się BNDeS, osiągały o 7 pkt. proc. wyższą stopę zwrotu z aktywów niż pozostałe spółki notowane na brazylijskiej giełdzie w latach 1995–2009. Co więcej, każdy wzrost udziałów banku o 10 pkt. proc. pociągał za sobą wzrost stopy zwrotu o 7,25 pkt. proc. – są to w tej branży wyniki tak dobre, że aż zdumiewające.

Singapur charakteryzuje się jednym z największych wśród państw rozwiniętych udziałów państwa w gospodarce, wynoszącym ok. 20 proc. PKB. Państwowe spółki lub Rady Statutowe (np. Rada Mieszkalnictwa i Rozwoju) zajmują się tam różnymi dziedzinami – od budownictwa mieszkaniowego, przez produkcję przemysłową, aż do doradztwa biznesowego. Państwowy koncern Temasek Holdings posiada większościowe lub kontrolne udziały w firmach produkcyjnych (np. półprzewodniki, zbrojeniówka), frachtowych, stoczniowych, energetycznych czy kolejowych. Temasek, którego wyłącznym udziałowcem jest Ministerstwo Finansów Singapuru, posiada też 57 proc. udziałów w Singapore Airlines – jednych z najlepszych linii lotniczych świata. Państwowy charakter własności w żaden sposób nie przeszkadza im w osiąganiu znakomitych wyników. W ciągu 35 lat istnienia firma ani razu nie zanotowała straty, co wśród linii lotniczych jest osiągnięciem niespotykanym.

W 2013 r. ekonomiści z OECD opublikowali na portalu voxeu.org analizę, według której sektor państwowy, dotychczas nastawiony głównie na rynki krajowe, bardzo szybko zaczyna się rozwijać na rynku globalnym. Według badaczy państwowe spółki należą obecnie do najszybciej rozwijających się firm na świecie. Wśród 2000 największych firm świata państwowych jest 204, a ich łączne obroty wyniosły w 2011 roku 3,6 bln dol., dużo więcej niż PKB Francji czy Wielkiej Brytanii. A trzeba pamiętać, że te szacunki są mocno zaniżone, bo badacze wzięli pod uwagę tylko te firmy, w których państwo posiada ponad 50 proc. własności, tymczasem aby kontrolować spółkę, wcale nie musi mieć ich aż tyle, co udowadnia chociażby wyżej opisany przykład Embraera, w którym zaledwie 1 proc. udziałów pozwala państwu na zachowanie sporego wpływu na firmę. W gronie rozwiniętych państw najwyższy odsetek państwowych firm wśród największych krajowych przedsiębiorstw ma Norwegia (48 proc.), za nią jest Singapur (23 proc.), Francja (17 proc.) i Niemcy (11 proc.). Na samym szczycie jednak znajdują się głównie państwa szybko rozwijające się, takie jak Chiny (96 proc.), Indonezja (69 proc.), Malezja (68 proc.), Indie (59 proc.) czy Brazylia (50 proc.). I właśnie na ten fakt ekonomiści zwracają uwagę w swoich końcowych wnioskach – skoro państwa charakteryzujące się dużym odsetkiem państwowych firm mają obecnie bardzo szybkie tempo wzrostu, to wielce prawdopodobne jest, że przedsiębiorstwa państwowe w przyszłości będą się nadal dynamicznie rozwijały na międzynarodowych rynkach, zwiększając na nich swoją obecność. Warto te wnioski zapamiętać, gdyż wiele wnoszą do rozumienia współczesnej gospodarki.

Walczmy o sektor

Nie warto zbyt łatwo pozbywać się silnego sektora publicznego, ponieważ może on się stać podstawą dynamicznego rozwoju. Jak widać, nie jest on żadnym przejawem archaicznego porządku – w rozwiniętych krajach wciąż odgrywa znaczącą rolę, a w krajach rozwijających się jest wręcz fundamentem, na którym buduje się przyszłość. Słabości sektora publicznego nie są argumentami przeciw sektorowi jako takiemu, ale przeciw złym rozwiązaniom, które trzeba zmieniać oraz patologiom, które należy zwalczać. Gdy raz pozbawimy się sektora publicznego, odbudować go będzie niezmiernie trudno. A zacierać ręce z tego powodu będą przede wszystkim nasi przeciwnicy w globalnej konkurencji gospodarczej, w której każdy używa swego sektora publicznego jako jednej z decydujących kart. Ograniczenie sektora leży głównie w interesie silnych podmiotów zagranicznych (często zresztą również publicznych), zajmujących miejsce po nim błyskawicznie, oraz najbardziej zamożnej części rodzimego sektora prywatnego, która może wtedy uzyskać kosztem obywateli zyski nieproporcjonalne do poniesionych nakładów. W naszym interesie jest naprawienie go, by stał się również naszą najmocniejszą kartą.

Pierwszym krokiem niech będzie podejmowanie rękawicy przeciwko każdemu, kto będzie starał się upowszechniać frazesy o bezwzględnej wyższości własności prywatnej i skuteczności prywatyzacji. Walczmy o silny i możliwie szeroki sektor publiczny piórem, mową i uczynkiem – bo to nasze wspólne dobro, a nie obciążenie.

Doktryna silniejszego

Władze Rio de Janeiro posłużyły się wielkimi imprezami sportowymi – Mistrzostwami Świata w piłce nożnej oraz Igrzyskami Olimpijskimi – jako pretekstami dla wprowadzenia „stanu wyjątkowego”. W jego trakcie mogły przeforsować prywatne projekty deweloperskie i neoliberalne reformy.

Idąc ulicami Rio w dzień otwarcia mundialu, byłam zaskoczona ilością haseł protestacyjnych: Nie będzie Mistrzostw! Przeciw autorytarnemu państwu policyjnemu! Chcę tylko szczęśliwie żyć w faweli, gdzie się urodziłem. Masy ludzi szły tego dnia ulicami z jednego powodu: oskarżały brazylijski rząd o nadmierne wydatki oraz korupcję i protestowały przeciw FIFA i MKOl.

Karioka (potoczna nazwa mieszkańców Rio) są znani z miłości do futbolu. Ale ogromne społeczne brzemię megaimprezy nie umknęło uwadze obywateli i obywatelek Rio. Miasto w lecie 2014 r. gościło osiem meczów mundialu, jest również jedynym gospodarzem letnich Igrzysk Olimpijskich w 2016 r. Tylko w związku z organizacją Igrzysk trwa właśnie realizacja 21. Strategicznych Projektów Rozwoju, od nowych linii autobusowych po budowę osiedli, których łączny koszt wynosi 10 miliardów dolarów. Wiele z tych wydatków jest jedynie luźno powiązanych z wydarzeniami sportowymi. Wśród przeciwników organizacji wielkich imprez powszechne jest pomstowanie na międzynarodowe komitety zarządzające sportem, jak FIFA i MKOl. Nienawiść do komercyjnych struktur, które, przebierając się w piórka organizacji non profit, naciągają państwa na miliardy dolarów, jest całkowicie uzasadniona.

FIFA i MKOl mają bardzo wiele do powiedzenia na temat tego, jak wyglądają megaimprezy w goszczących je krajach. Po zwycięstwie w konkursie na organizatora kraj musi podpisać umowę Host City Agreement (z FIFA) lub Matrix of Responsibilities (z MKOl), zawierającą złagodzone wymogi wizowe dla pracowników i współpracowników organizacji, zwolnienia podatkowe, pełnomocnictwo do upiększania okolic infrastruktury sportowej oraz wyłączne prawa dla sponsorów i oficjalnych partnerów do sprzedaży produktów na stadionach i w strefach kibica.

Obarczanie winą za marnotrawstwo środków publicznych jedynie FIFA i MKOl byłoby jednak pomyłką. FIFA wymaga od państw-organizatorów jedynie ośmiu stadionów na Mundial, tymczasem poprzedni rząd Brazylii, pod przewodnictwem prezydenta Luiza Inácio Luli da Silvy, postanowił wybudować ich dwanaście. Sporą część przygotowań do Igrzysk stanowiła przyspieszona „restrukturyzacja” regionu Porto Maravilha, mimo że w zwycięskiej ofercie miasta jego wykorzystanie nie było kluczowe.

Dlaczego zatem Brazylia i Rio de Janeiro wprowadzają w życie projekty przekraczające wymagania FIFA i MKOl? Otóż megaimprezy jawią się jako szansa dla miast na globalną promocję i na walkę z innymi miastami o inwestycje finansowe.

Miasta są transformowane w duchu neoliberalnej globalizacji: prywatyzują swój majątek i poddają decyzje dotyczące polityki publicznej logice globalnego rynku. Powstają nowe partnerstwa publiczno-prywatne, a gminy zmuszone są do współzawodnictwa na poziomie państwowym i międzynarodowym. Rio i inne miasta postępują jak przedsiębiorstwa, poszukując zagranicznych inwestorów poprzez tworzenie wizerunku opartego głównie na turystyce i handlu.

Siła polityczno-ekonomiczna ulega przekształceniu – międzynarodowe organizacje i korporacje uzyskują wpływy i notują zyski, podczas gdy samorządy obarczane są ryzykiem niepohamowanego rozwoju. Technokratyczni eksperci mogą już prowadzić interesy na całym świecie, oferując usługi samorządom oraz pomagając im w konkurowaniu z innymi. Tam, gdzie jeszcze istnieją, usługi publiczne skupione są na kontrolowaniu ludzi pozbawionych praw obywatelskich, przegranych w neoliberalnej rozgrywce. A organizacja megaimprez stała się w tej grze kluczowa.

Nie zawsze tak było. Do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles z 1984 r. megaimprezy były okazją do osiągania zysków poprzez korporacyjny sponsoring oraz sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych. Igrzyska w Barcelonie (1992) przeniosły potencjał komercjalizacji o stopień wyżej, gdy Barcelona włączyła olimpijską modernizację do miejskich planów strategicznych, głównie w celu przyciągnięcia zagranicznych inwestorów.

Rio de Janeiro poszło tą drogą. Z pomocą katalońskich konsultantów Jordiego Borji i Manoela de Forn Rio stało się pierwszym miastem Ameryki Południowej, które stworzyło plan rozwoju oparty na promocji miasta jako kierunku turystycznego i na włączeniu go w obieg megaimprez. Ale Rio poszło za daleko, doprowadzając proces do takich ekstremów, że krytycy od Brazylii do Barcelony sygnalizują faul: za dużo prywatyzacji, za dużo przesiedleń, za dużo pieniędzy zainwestowanych w infrastrukturę olimpijską.

Fetysz rozwoju spotyka neoliberalizm

Brazylijskie miasta przeszły w ostatnich pięćdziesięciu latach ogromne przekształcenia. Pod rządami wojskowej junty w latach 1964–1985 wzrost miast odbywał się w warunkach centralnego planowania, a rząd nadzorował większość rozwoju ekonomicznego i urbanistycznego. W tym kształcie program rozwoju przedkładał ambicje krajowe nad miejskie. Wraz z transformacją ustrojową oraz presją wywieraną przez ruchy miejskie, domagające się reformy przestrzennej, nowy rząd włączył do konstytucji z 1998 r. rozdział o polityce miejskiej. Miasta uzyskały jeszcze szerszą autonomię w 2001 r. wraz z wprowadzeniem Statutu Miast Brazylijskich (Brazil’s City Statute), który uczynił władze miejskie odpowiedzialnymi za tworzenie „planów ramowych” poprzez szeroką partycypację społeczną.

Raquel Rolnik, brazylijska urbanistka, aktualnie Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. Mieszkalnictwa, mówi, że te nowe zasady doskonale wpasowały się w tworzoną właśnie globalną agendę neoliberalną. W procesie, który nazywa „perwersyjnym sprzężeniem” między prawami miejskimi a neoliberalną prywatyzacją, wspomniany Statut przekazał w ręce samorządów sporą władzę, podczas gdy miasta stawały się przedsiębiorstwami rywalizującymi o państwowe i międzynarodowe fundusze. Nacisk położony na szeroką partycypację i konsultacje umożliwił prywatnym firmom uzyskanie rosnącego wpływu w kręgach tworzących prawo i oddziaływanie na przepływ funduszy od rządu centralnego.

A fundusze te płyną szerokim strumieniem. Chociaż brazylijski rząd sprywatyzował dużą część narodowego majątku i przetransferował ogromne źródła przychodów do sektora prywatnego, w kilku kluczowych kwestiach pozostał wciąż pod wpływem fetyszu rozwoju: koncentracji na wzroście ekonomicznym i tworzeniu miejsc pracy poprzez inwestycje w infrastrukturę. Nacisk ten wzmógł się po wybuchu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. Gdy wiele państw wprowadzało kryzysową politykę cięć i oszczędności w wydatkach budżetowych, rządząca Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores, PT) rozpoczęła program wielkich projektów infrastrukturalnych w ramach antykryzysowego pakietu stymulacyjnego. Znaczenie ma jednak sposób, w jaki fundusze zostają rozdysponowane oraz wydane. Samorządy, jak korporacje, są albo zmuszone do konkurowania z innymi o część funduszy, albo uzyskują je bezpośrednio, z racji bliskich stosunków politycznych z decydentami.

Czasami obie te sytuacje występują równocześnie, a „zwycięzcami” są ci, którzy mają odpowiednie dojścia. Nie jest przypadkiem, że np. Odebrecht SA – największa cywilna firma budowlana w Brazylii oraz poważny sponsor partii rządzącej – od swojego powstania za czasów wojskowej dyktatury zdobywa ogromną część rządowych kontraktów zawartych w projekcie rozwojowym państwa. Tutaj właśnie fetysz rozwoju spotyka się z neoliberalizmem, jako że państwowe inwestycje infrastrukturalne w projekty rozwoju skutkują transferem funduszy z publicznej kiesy w ręce prywatne.

Rio de Janeiro przystępuje do realizacji projektów z entuzjazmem. Mundial 2014 i Igrzyska Olimpijskie 2016 dały miastu możliwość reorganizacji strategicznych planów rozwoju, czyli, mówiąc słowami brazylijskiego urbanisty Ermínia Maricato, stania się cidade corporativa, miastem-korporacją. Transformację Rio w korpomiasto łatwiej zrozumieć, jeśli skupimy się na trzech projektach powiązanych z megaiprezami: prywatyzacji Maracany, „rewitalizacji” Porto Maravilha i pacyfikacji faweli.

Maracanã 2.0

Każdy, kto interesuje się futbolem, słyszał o Maracanie. To prawdopodobnie najsłynniejszy stadion świata, znany z sektora stojącego, który może się dwukrotnie powiększyć na meczach reprezentacji narodowej. To stadion, który wielu z najlepszych piłkarzy w historii, jak Pele i Garrincha, nazywało domem. To tam miało miejsce niesławne „Maracanazo”, kiedy w meczu finałowym Mundialu z 1950 r. Urugwaj zwyciężył Brazylię, doprowadzając do jednego z największych rozczarowań w historii futbolu. Wciąż, mimo wielu lat wojskowej dyktatury i powszechnego ubóstwa, ta porażka jest dla wielu Brazylijczyków najciemniejszym punktem w historii państwa. Innymi słowy, Maracanã pozostaje dla brazylijskich kibiców czymś więcej niż tylko budynkiem. Zmieniło się to jednak dramatycznie wraz z Mundialem i Igrzyskami. Stadion został przebudowany do takiego stopnia, że trudno go teraz rozpoznać. Wygląda obecnie jak każdy inny sterylny obiekt przeznaczony do rozgrywania międzynarodowych spotkań. Obiekt, w którym korporacyjne boksy zastąpiły stojący tłum, jest dokładnie takim rodzajem sterylnego środowiska, jakie samorządy budują, aby piąć się w górę w światowej hierarchii miast, mogących przyciągnąć jeszcze więcej imprez, turystów i kapitału. Ogromne kwoty publicznych pieniędzy zostały zainwestowane w przebudowę stadionu w zgodzie z wytycznymi FIFA. Władze krajowe, regionalne i samorządowe wydały na ten cel około 598 milionów dolarów – dwukrotnie więcej, niż początkowo zakładano.

Jak pisze geograf Chris Gaffney, problem nie polega wyłącznie na wielkości inwestowanych kwot. Stadion mógł stać się „misiem na miarę brazylijskich możliwości”, wykorzystywanym tylko podczas megaimprez. Bardziej frapujący jest jednak fakt, że miejsce niegdyś publiczne zostało przekształcone w przestrzeń prywatną, gdzie wszystkie wydarzenia są podporządkowane generowaniu zysku dla spółki publiczno-prywatnej, która aktualnie zarządza stadionem. Maracanã jest również doskonałym przykładem nowo powstających specjalnych stref prawnych, które charakteryzują neoliberalną globalizację. Stadion i jego okolice są aktualnie „strefą wyłączności”, rynkiem wydzielonym dla FIFA i jej korporacyjnych sponsorów. Budweiser, Coca-Cola i McDonald’s sprzedają bez ograniczeń swoje produkty, za to nie uświadczy się tam podstawowych artykułów brazylijskich – churrasco, guaraná, czy açaí – jak również sprzedawców, którzy handlem nimi zarabiali na życie całymi latami.

Wielu brazylijskich komentatorów opisuje tę sytuację jako stan wyjątkowy: demokratyczne zasady zostają zawieszone na rzecz autorytarnych i nieprzejrzystych form zarządzania, kształtowanych przez niewybieralne, niezwiązane z rządem organizacje jak FIFA, MKOl i nowo utworzone w Rio ciało – Public Olympic Authority. Co ważne, brazylijski rząd nie znika w tym równaniu: jest konieczny do pisania prawa, które pozwala na tworzenie stref wyłączności i nowych instytucji. Stan wyjątkowy dotyczy również obywateli i obywatelek mieszkających w okolicy stadionu, ich miejsc pracy, domów i ciał, które uczyniono spisanym na straty odstępstwem od normy. W neoliberalnym mieście to właśnie biedni są pierwszymi do usunięcia w imię zysku.

Porto Maravilha

Megaimprezy nie ograniczają się do stadionów. Porto Maravilha (Cudowny Port) jest przedstawiany jako największy okołoolimpijski projekt w Rio. Całkowity koszt przebudowy pięciu kilometrów kwadratowych to bajońska kwota 4 miliardów dolarów.

A przecież ten projekt nie jest kluczowy dla organizacji Igrzysk, ma się tam odbyć jedynie kilka pomniejszych wydarzeń. Jego celem jest dalsza konsolidacja władzy w rękach największego partnerstwa publiczno-prywatnego, jakie widziała Brazylia. Okolice portu w Rio de Janeiro mają bogatą historię. To tam umiejscowione było centrum atlantyckiego handlu niewolnikami. Dzielnica wciąż pozostaje centrum kultury afrobrazylijskiej. Była domem dla portugalskiej monarchii, gdy jej przedstawiciele zbiegli z Półwyspu Iberyjskiego, a jeszcze niedawno mieściła się tam siedziba rządu. Ale wraz z przeprowadzką stolicy do Brasilii w latach 60., deindustrializacją w kolejnej dekadzie i odpływem firm do zachodniej części miasta w latach 80. okolica popadła w ekonomiczną zapaść. Dziś mieszczą się tu opuszczone budynki fabryczne, a mieszkańcy okolicy żyją w ubóstwie.

Firmy budowlane, inżynierskie i architektoniczne – wszystkie one mają chrapkę na „rozwój” portu. Projekty jego rewitalizacji zostały umieszczone na widocznym miejscu w strategii korpomiasta, obliczonej na przyciągnięcie zagranicznego kapitału, firm i turystów. W miastach na całym świecie dzielnice portowe – Puerto Vell w Barcelonie, Atlantic Gateway w Manchesterze, Inner Harbor w Baltimore, a teraz Porto Maravilha w Rio – są traktowane jako potencjalne centra turystyki, kultury, handlu nieruchomościami i biznesu.

Megaimprezy w Rio, tak jak podobne spektakle na całym świecie, sprzyjają powstawaniu istnych „stanów wyjątkowych”. Jak zauważają badaczki Fernanda Sánchez i Anne-Marie Broudehoux, zmianie uległy regulacje dotyczące podziału miasta, udzielono ulg podatkowych i zreformowano mechanizmy prawne w celu stworzenia największego konsorcjum prywatnych spółek, jakie kiedykolwiek było odpowiedzialne za realizację projektu w Brazylii. Rzeczone konsorcjum, nazwane Porto Novo, składa się z trzech firm – Odebrecht, Carioca i OAS, biorących udział w wielu projektach przebudowy Rio.

Poważni gracze od dłuższego czasu dążyli do stworzenia strategii przebudowy portu i nie jest przypadkiem, że oni właśnie realizują projekt. Mieli go na oku od wielu lat. Według Gusmão de Oliveiry nowa regulacja samorządowa, dająca im prawo do projektu, była w zasadzie kopią propozycji sektora prywatnego w sprawie przebudowy portu z roku 2009, stworzonej przez te właśnie firmy. Pośpiech związany z olimpiadą umożliwił szybkie przeprowadzenie zmian bez odpowiedniego publicznego nadzoru.

Ale liczy się nie tylko to, kto zyskuje na tych mechanizmach. Równie istotne jest to, kto i jak zostaje wypchnięty. Osiedla i dzielnice mogą zostać „zrewaloryzowane”, jeśli wcześniej uległy „dewaluacji”. Za zaniżających ich wartość uważani są biedniejsi lokatorzy. Ludzie, którzy przez pokolenia byli uciskani i zostawiani sami sobie, teraz zostaną wypchnięci ze swoich domów. Tego dokonuje się poprzez język i koncepcje rewitalizacyjne. Meu Porto Maravilha, interaktywna wystawa mająca na celu prezentację planów przebudowy, określa dzielnicę portową jako „pustą” i „porzuconą”. Ale szybki rzut oka na okolicę ukazuje pełne życia społeczności skupione wokół swoich domów, ludzi pracujących na ulicach i lokalne biznesy serwujące tłumom jedzenie w porze lunchu. Opisywanie dzielnicy jako martwej i opuszczonej wymazuje z obrazu tysiące ludzi. Retorycznie usuwana w celu legitymizacji procesu, uboga populacja Rio zostanie stąd wysiedlona, a wartość ziemi i nieruchomości poszybuje w górę w spekulacyjnym amoku.

Uciszyć fawele

Trudno o proces, w który rasa, klasa i retoryka opuszczenia wpisują się lepiej niż w pacyfikację faweli Rio. Te ubogie społeczności rosły bardzo szybko w ostatnich czterdziestu latach jako rezultat ogromnej fali urbanizacji, rozwijając się na wzgórzach i innych zielonych terenach otaczających miasto – jedynych obszarach dostępnych dla przybyszów zarobkowych z całego kraju.

Historyczna marginalizacja i pozostawienie faweli samym sobie przez rząd centralny i samorządy, sprawiły, że ich mieszkańcy nie mają normalnego dostępu do miejskiej infrastruktury i usług publicznych. Na przełomie lat 80. i 90., po kolejnych falach deindustrializacji przetaczających się przez kraj, Rio otrzymało szczególnie dotkliwe ciosy. Handel narkotykami okopał się w fawelach miasta jak w twierdzy. Było to szczególnie frapujące dla mediów i władz miasta, ponieważ fawele zlokalizowane są w sąsiedztwie niektórych bogatszych dzielnic Zona Sul. W związku z tym oczywistym zagrożeniem dla bogatych władze regionalne i krajowe postanowiły zdławić przemoc. Megaimprezy dostarczyły pretekstu do wdrożenia tego planu. Zajęcie faweli przez żandarmerię jest centralnym punktem strategii Rio dla wielkich wydarzeń sportowych. Pierwsza operacja militarna na wielką skalę odbyła się na krótko przed Igrzyskami Panamerykańskimi w 2007 r. Setki żandarmów wkroczyły do Complexo do Alemão, położonego w ubogiej Zona Norte, pod hasłem „odebrania” dzielnicy handlarzom narkotyków. Dziewiętnaście osób, głównie młodych czarnoskórych mężczyzn, zostało zabitych w trakcie operacji. W 2008 r., krótko po wygraniu przez Brazylię konkursu na organizatora Mundialu 2014, gdy Rio składało ofertę w konkursie na gospodarza Igrzysk Olimpijskich, władze miasta wdrożyły program Oddziału Policyjnej Pacyfikacji (Police Pacification Unit, UPP). Stworzony rzekomo w celu kontroli terytorium, na którym odbywała się spora część handlu narkotykami, doprowadził do stałej obecności sił policyjnych w wielu fawelach. Complexo do Alemão i inne ubogie społeczności zostały dotknięte najazdem sił UPP. Media przedstawiały obecność sił policyjnych jako sposób na uratowanie „niewinnych” mieszkańców faweli oraz ochronę zagranicznych turystów i gości w Rio.

Program pacyfikacji opracowano w części po to, aby zabezpieczyć megaimprezy i „chronić” mieszkańców faweli, mimo że to właśnie oni giną z rąk żandarmerii. Ale wpisuje się on również w szerszą neoliberalną strategię Rio. Mieszkańcy zubożałych dzielnic mówią, że pierwszymi, którzy wkraczali do faweli po żandarmerii, byli pracownicy firmy Light, sprywatyzowanej (dawniej państwowej) spółki zajmującej się infrastrukturą elektryczną. Po nich były oddziały banków oraz służby oczyszczania miasta. Program UPP jest częścią strategii integracji faweli z resztą Rio i zapewnienia wsparcia rządu tam, gdzie dotychczas go brakowało. Ale umożliwił również wprowadzenie permanentnego nadzoru policyjnego i otworzył fawele na sankcjonowany przez państwo rozwój ekonomiczny.

Pacyfikacyjna retoryka sławiła drobnych przedsiębiorców i próbowała przyciągnąć firmy do społeczności postrzeganych wcześniej jako „niebezpieczne” i „niewykorzystane”. Aktualnie organizuje się wydarzenia obliczone na wykorzystanie biznesowych możliwości oferowanych przez fawele. Impreza nazwana „Bairro Chic” (Szykowna Dzielnica), która odbyła się w maju 2014 r. w jednym z okazałych teatrów zgromadziła akcjonariuszy z sektora prywatnego na rozmowie o potencjalnych zyskach możliwych do uzyskania w spacyfikowanych fawelach. Takie wydarzenia, celujące w wypromowanie faweli, sprawienie, że będą modne, są w Rio na porządku dziennym.

Podczas gdy spacyfikowane fawele są sprzedawane w imię komercyjnego rozwoju, wartość ziemi rośnie. Zwłaszcza w Zona Sul, która oferuje piękny widok na ocean, spekulacja osiąga zatrważające rozmiary od czasu pacyfikacji. Do tego stopnia, że Vidigal, fawela położona po zachodniej stronie Zona Sul, wkrótce stanie się domem piłkarskiej megagwiazdy, Davida Beckhama.

Znów na ulicach

Tego dnia, w inaugurację mundialu, stałam z protestującymi. Grupy mieszkańców faweli skandowały hasła przeciw policyjnej przemocy towarzyszącej pacyfikacji. Aktywiści trzymali transparenty mówiące o prawdziwym obliczu „rewitalizacji” w dzielnicy portowej. Byli też wyrzuceni z okolic Maracany sprzedawcy oferujący im jedzenie.

Tego dnia, kiedy protestujący stali ramię w ramię na chodniku, związki stawały się oczywiste: renowacja, rewitalizacja i pacyfikacja. Wszystkie wiążą się z prywatyzacją mienia publicznego, wywłaszczają ubogich członków i członkinie społeczeństwa. Wszystkie są nieodłączną częścią skutków megaimprez organizowanych w Rio.

Jest prawdą, że niektórzy Brazylijczycy i Brazylijki zarobią pieniądze na Mundialu i Igrzyskach. To, co jest szczególnie zdradliwe w neoliberalnym mieście Brazylii owładniętej fetyszem rozwoju, to fakt, że ogromne sumy publicznych pieniędzy są inwestowane w rozwój infrastruktury, aby przynieść zysk tym, którzy już są bogaci i blisko powiązani finansowo i politycznie z głównymi partiami.

Ale ludzie są wściekli. Obywatele i obywatelki domagają się zmiany, demonstrując na ulicach Rio de Janeiro i innych brazylijskich miast. Retoryka i medialna dyskusja o protestach muszą wykroczyć poza krytykę megaimprez. Ruchy społeczne i demonstrujący, niezadowoleni z rewitalizacji Rio, muszą kontynuować dyskusję na ulicach i w salach konferencyjnych, biorąc na cel struktury władzy i ideologie, które sprawiły, że współzawodnictwo o fundusze i poszukiwanie zysku stały się jedynym możliwym i oczywistym kierunkiem rozwoju miasta.

Ze wszystkich miast, które zostały dotknięte prywatyzacją przez megaimprezy, może właśnie Rio jest w stanie rozegrać sprawę inaczej. Brazylijskie ruchy miejskie pokazały w przeszłości, że są w stanie doprowadzić do znaczących zmian. To dzięki nim prawa miejskie są zapisane w brazylijskiej konstytucji. Teraz nowe pokolenie aktywistów walczy, by nadać im w Rio prawdziwe znaczenie.

tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Jacobin Magazine” nr 15–16, jesień 2014 r. Więcej o piśmie: www.jacobinmag.com

Rozwój dla wszystkich – rozmowa z prof. Ladislauem Dowborem

– Ma Pan dość niezwykły życiorys: syn uciekinierów z Polski czasów wojennych i ważna postać brazylijskiego życia publicznego, znawca myśli Oskara Langego i Michała Kaleckiego i lewicowy partyzant o pseudonimie Jamil, dowódca i główny ideolog Ludowej Awangardy Rewolucyjnej w czasach rządów wojskowej junty, powszechnie szanowany profesor ekonomii, jeden z doradców prezydenta Luli da Silvy… Jak stał się Pan rewolucjonistą? Czy to była kwestia idei czy charakteru i usposobienia? I dlaczego z czasem przestał Pan nim być, przesuwając się na pozycje reformistyczne?

Prof. Ladislau Dowbor: Działalność wywrotowa, rewolucyjna, to nie był wybór podyktowany ideologią. Zadecydowało połączenie wielu czynników: wartości przekazywanych mi przez rodzinę, wstrząsającej biedy i nierówności, z jakimi zetknąłem się w Recife, gdzie zamieszkałem po przybyciu do Brazylii… Przystąpienie do partyzantki było w tamtym czasie w Brazylii jedynym sposobem wyrażenia sprzeciwu wobec władzy junty, jako że wszelka pokojowa działalność opozycyjna – czy to polityczna, czy związkowa – była brutalnie tępiona, a morderstwa działaczy i tortury były na porządku dziennym. Jako że charakter naszej dyktatury był charakterystyczny dla Ameryki Łacińskiej i par excellence prawicowy – generałów wspierali bowiem lokalni oligarchowie, wielki międzynarodowy kapitał i Stany Zjednoczone – to odruch opozycyjny w naturalny sposób przybierał raczej lewicową formę. Podjęliśmy więc walkę zbrojną, która poniosła miażdżącą klęskę w obliczu przeważających sił wojska i policji politycznej. Sam byłem dwukrotnie więziony i torturowany, za drugim razem wyszedłem z trudem, wymieniony na porwanego przez współtowarzyszy ambasadora Niemiec. Wtedy czułem już, że nasza walka nie ma perspektyw, a jej koszty są zbyt duże. Z więzienia przewieziono mnie do samolotu i wysłano do Algierii. Jakiś czas zabiegałem o kontakt z organizacją, czułem jednak, że sprawa jest coraz bardziej beznadziejna. W końcu zdecydowałem się na wyjazd do Europy na studia. Byłem w Szwajcarii na studiach dla bankierów, później na warszawskim SGPiS-ie, zrobiłem doktorat. Kiedy trafiłem do kraju w połowie lat 80., po tym jak junta oddała władzę, w naturalny sposób wróciłem do pracy na uniwersytecie.

– Czyli w momencie, gdy dyktatura przestała istnieć, rewolucyjne metody przestały mieć dla Pana rację bytu?

– Zgadza się. Byłem rewolucjonistą w czasach dyktatury, ale nie widziałem powodów, żeby nim pozostawać w systemie demokratycznym. Pojawiło się bowiem bardzo wiele innych możliwości działania politycznego. Można było zakładać partie polityczne, związki zawodowe, uprawiać pracę organiczną, uczyć na uniwersytecie w sposób nieskrępowany. Jacyś rewolucjoniści jeszcze się w Brazylii ostali, ale zdecydowana większość dawnych partyzantów wolała w nowych warunkach działać metodami pokojowymi. Oprócz czynnika, jakim była dyktatura, trzeba pamiętać też o tym, że nasza walka przypadła na szczególny okres, lata 60. i 70. – czas wojny w Wietnamie, maja ’68 i rozkwitu rewolucyjnych ruchów narodowowyzwoleńczych i lewicowych na całym świecie, zwłaszcza w Ameryce Południowej i Afryce. To był taki czas. Ludzie, którzy nie chcieli albo nie potrafili podporządkować się uciskowi i represjom, którzy próbowali coś we własnych krajach, na miarę swoich możliwości, zmienić, w naturalny sposób odwoływali się do symboliki i metod rewolucyjnych. Jeśli przyjrzymy się obecnej scenie politycznej czy organizacjom pozarządowym, to zobaczymy, że niemało aktywnych dziś ludzi i środowisk zaczynało działalność w strukturach opozycyjnych czasów dyktatury. Dotyczy to także samego Luli, który działał w ruchu związkowym, oraz jego następczyni, Dilmy Rousseff, która podobnie jak ja walczyła w partyzantce. A cele pozostają wciąż te same: demokratyzacja rządów i gospodarki, zmniejszenie nierówności społecznych oraz ochrona środowiska naturalnego.

– Czy wierzy Pan w demokratyczny socjalizm? A może uznaje się Pan dziś za pragmatyka niezwiązanego z żadną ideologią?

– Na pewno czuję się związany z demokratycznym socjalizmem, uważam, że to zasadniczo jest dobre podejście. Chociaż wolę dziś używać nieco konkretniejszego pojęcia demokracji ekonomicznej. Wiąże się to z przekonaniem, że w dzisiejszych realiach do osiągnięcia pełnej demokracji nie wystarczy głosowanie raz na cztery lata. Cały system międzynarodowy, który ma gigantyczny wpływ na nasze życie, pozostaje wówczas nieuregulowany. Wielkie koncerny czy banki dysponują środkami, dzięki którym mogą wpływać na przebieg i wyniki wyborów, zniekształcając wolę narodów. Mamy więc przed sobą wielkie wyzwania. Potrzebujemy nowego ładu i nowych instytucji, które będą chronić i poszerzać sferę demokracji. Potrzebujemy mediów, które będą rzetelnie informować, oraz nowych form podejmowania i konsultowania decyzji dotyczących wspólnie wypracowywanych zasobów, które będą gwarantować zaspokajanie najbardziej palących potrzeb społecznych.

– Jest Pan najbardziej znany z doradzania Luli, prezydentowi, który w ogromnej mierze przesądził o kształcie współczesnej Brazylii, ale doradzał Pan wielu rządom państw rozwijających się, politykom europejskim, był Pan ekspertem przy ONZ. Jak to się stało, że w latach 80. i 90., a więc czasie największych triumfów ideologii rynku, udało się Panu przebić do mainstreamu z ideami tak „heretyckimi” jak np. regulacje działań międzynarodowego kapitału?

– Pracowałem w tym czasie przede wszystkim w krajach afrykańskich, jak Angola, Gwinea-Bissau, Republika Zielonego Przylądka czy RPA po przejęciu władzy przez Mandelę. Były to kraje specyficzne, o nieortodoksyjnym i postępowym spojrzeniu na różne kwestie. Zaprosili mnie do siebie, za pośrednictwem ONZ-u, także np. sandiniści z Nikaragui. Moimi atutami była znajomość języków, zainteresowania związane z ekonomią rozwoju, ale także pragmatyzm – przekonanie, że to lokalne uwarunkowania i potrzeby, a nie przyjęty z góry abstrakcyjny model, muszą mieć decydujący wpływ na wybór rozwiązań. Podobne otwarte podejście przyjąłem już w Brazylii.

– A czy interesował się Pan w tym okresie przemianami, do jakich dochodziło w Europie Wschodniej? A jeśli tak, to czy myśli Pan, że była tu możliwa inna droga, inny model transformacji?

– Na początku lat 70. wyszedłem z więzienia i wkrótce potem przyjechałem do Polski studiować. Razem ze mną przyjechała moja żona, Fatima. W Warszawie, w szpitalu przy ul. Madalińskiego, urodził się mój pierwszy syn. Obserwowaliśmy, jak bardzo Polacy są niechętni systemowi, jak bardzo narzekają, ale przyznam, że nie bardzo wtedy rozumieliśmy dlaczego. Nie rozumieliśmy gloryfikowania Zachodu, wyobrażenia, że po tamtej stronie żelaznej kurtyny jest jakiś raj na ziemi. Z kolei Polacy często nie rozumieli nas i doświadczeń ludzi, którzy zaznali życia w biedniejszej, mniej demokratycznej części tego „raju”. Dla nas kapitalizm to był system, który ojca Fatimy skazał na więzienie za to, że uczył biednych czytać i pisać, a socjalizm to było to, o co walczyliśmy. Ale Polakom socjalizm kojarzył się z niesprawiedliwością i opresją. Spędziliśmy w Polsce trzy lata, podczas których bardzo uważnie śledziłem tutejszą politykę i rozmaite rozwiązania systemowe. I np. do dziś uważam, że opieka zdrowotna była w PRL-u naprawdę przyzwoicie zorganizowana, że był niemal powszechny dostęp do kultury (w tym kultury wysokiej), że szkolnictwo wyższe i nauka były na bardzo dobrym poziomie. O wielu rozwiązaniach z tych obszarów dyskutowaliśmy potem w Brazylii, a nierzadko się nimi inspirowaliśmy – choćby programami profilaktyki medycznej.

– Czy po wyjeździe z Polski obserwował Pan jeszcze Europę Wschodnią? Jak reagował Pan na rozwój wypadków: powstanie opozycji demokratycznej, a potem „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego i wreszcie, na przełomie lat 80. i 90. neoliberalną terapię szokową?

– Uważałem, że Polska potrzebuje z całą pewnością reform, zarówno gospodarczych, jak i politycznych: uwolnienia przedsiębiorczości, ograniczenia biurokracji, poszerzenia praw obywatelskich. Ale nie sądziłem, że cały system, cały dorobek PRL nadaje się tylko do wyrzucenia na śmietnik. I chyba dalszy rozwój wydarzeń przyznał mi rację. Przed kilkoma dniami ukazał się świetny artykuł Amartyi Sena, w którym pokazuje on, jak zbawienne skutki społeczne i ekonomiczne ma powszechny i bezpłatny dostęp do służby zdrowia. Istnieją oczywiście sfery, którym służy konkurencja rynkowa. W zdrowej gospodarce jest miejsce zarówno dla sektora publicznego czy spółdzielczego, jak i prywatnego. Rzecz w tym, żeby nie traktować wszystkich obszarów życia społecznego i gospodarczego jedną ideologiczną sztancą, do czego tendencję miał zarówno fundamentalizm typu sowieckiego, jak i „eksperci” rodem ze szkoły chicagowskiej. Istnieją sfery, takie jak edukacja, zdrowie, bezpieczeństwo czy komunikacja, które powinny pozostać pod kontrolą publiczną. Nie ma natomiast najmniejszej potrzeby, żeby to samo dotyczyło produkcji ubrań, otwarcia baru, piekarni czy zakładu fryzjerskiego.

– Pytanie jednak, czy w tamtym konkretnym momencie historycznym w reformującej się Europie Wschodniej możliwe było do przyjęcia takie zdroworozsądkowe podejście. W polskiej debacie na ten temat, także wśród części komentatorów o lewicujących poglądach, powszechne jest przekonanie, że slogan Margaret Thatcher „There is no alternative”, nawet jeśli niesłuszny, był prawdziwy w odniesieniu do warunków, w jakich znalazł się nasz region, że presja lobby konsensusu waszyngtońskiego była zbyt silna, by się jej przeciwstawić, a nastroje społeczne sprzyjały terapii szokowej.

– Jestem przekonany, że alternatywa istniała i istnieje niezależnie od tych okoliczności. Uczyłem się ekonomii w Polsce i w Szwajcarii, a potem projektowałem i obserwowałem z bliska realizację różnego typu reform – w krajach socjalistycznych i kapitalistycznych, bogatszych i biedniejszych. Dzięki temu zrozumiałem, że można przeprowadzać mądre zmiany niezależnie od okoliczności. Jeśli oparcie się wyjątkowo silnej presji międzynarodowego kapitału i instytucji finansowych było możliwe w wielu krajach Afryki czy Ameryki Łacińskiej, to nie widzę powodu, żeby nie dało się pomyśleć w Europie Wschodniej.

– Czy zgadza się Pan z poglądem, że konsensus międzynarodowy przesuwa się obecnie na lewo? Czy o czymś świadczy np. fakt, że tacy ludzie, jak Jeffrey Sachs czy George Soros, którzy eksportowali neoliberalne rozwiązania do świata postkomunistycznego, albo instytucje takie jak Bank Światowy deklarują dziś zaniepokojenie problemem światowych nierówności i rewidują część dawniejszych dogmatów? Czy też mamy do czynienia jedynie z pewną zmianą retoryki, która w praktyce łączyć się będzie z zabiegami, by zmieniło się jak najmniej?

– Jako uczestnik różnego rodzaju międzynarodowych debat i konferencji ostatnich dekad, poczynając od Szczytu Ziemi, który odbył się w 1992 r. w Rio de Janeiro, mam wrażenie, że rzeczywiście tworzy się nowy konsensus. Mamy do czynienia z dwoma ogromnymi problemami o globalnym charakterze, których nie sposób ignorować. Po pierwsze: nierówności społeczne. Niedawno ukazał się raport Oxfamu na ten temat, który w sposób wiarygodny wykazuje, że 80 najbogatszych dysponuje dziś większym majątkiem niż cała biedniejsza połowa świata, 3,5 mld ludzi. A trend jest wciąż negatywny. I wszyscy, niezależnie od ideologii, zdają sobie sprawę, że system, który prowadzi do tak głębokich nierówności, jest nie do utrzymania, że on zmierza do samozagłady. 800 mln ludzi głoduje, z czego 200 mln to dzieci. 1,3 mld ludzi nie ma dostępu do elektryczności. Potrzebujemy odwołać się do doświadczenia 30-lecia powojennego, kiedy szybki rozwój łączył się z niwelowaniem nierówności i włączaniem mas ludzi do systemu. Dziś konieczne jest zrealizowanie tego typu przedsięwzięcia w skali globalnej.

– A drugi problem?

– Degradacja środowiska. Wymierają kolejne gatunki, szczególnie dramatyczna jest sytuacja oceanów. Warto zwrócić uwagę na wstrząsające dane zgromadzone w ostatnim raporcie WWF: od roku 1970 do 2010 poziom bioróżnorodności na naszej planecie spadł o ponad 50 proc.! Co roku tracimy ponadto ok. 70 tys. kilometrów kwadratowych żyznej ziemi. Wycinamy lasy równikowe w Indonezji, w Afryce, u nas w Brazylii. Problemy społeczne i ekologiczne nakładają się na siebie. Nie możemy zapewnić trwałego i zrównoważonego rozwoju, jeśli połowa ludzkości nie będzie miała zasobów umożliwiających dostęp do podstawowych dóbr i usług. Nie mamy jeszcze na te zjawiska łatwych odpowiedzi, ale wiemy, że nie możemy się im dłużej przyglądać bezczynnie.

Niedawno ukazał się raport UNEP-u (Program Środowiskowy ONZ), według którego łączna wartość światowych rynków finansowych wynosi ponad 300 bln dolarów, podczas gdy wartość wypracowywana przez całą ludzkość w ciągu roku to nieco ponad 70 bln. Takiej skali sumami obraca to globalne kasyno w czasie, w którym potrzebujemy tych zasobów – bardziej niż kiedykolwiek – żeby zasypać gigantyczne dysproporcje w rozwoju i stanie posiadania między ludźmi i narodami oraz inwestować w nowe technologie, które pozwolą powstrzymać degradację środowiska. Jednocześnie, za sprawą rozwoju mediów, coraz większa jest świadomość nierówności w tej biedniejszej części świata. Ludzie żyjący w nędzy odczuwają swoje położenie bardziej dotkliwie niż kiedykolwiek oraz czują, że mają prawo żądać zmian, walczyć o lepszą jakość życia, której im się odmawia. Z drugiej strony świadomość rośnie także po stronie beneficjentów obecnego ładu. Świadectwem może być tu fakt, że wspomniany już raport Oxfamu o nierównościach ma zostać oficjalnie zaprezentowany na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Jeszcze kilka lat temu podobne diagnozy można było usłyszeć co najwyżej w Porto Alegre… System pęka na całym świecie – tzw. arabska wiosna i inne masowe wystąpienia ostatnich lat, a z drugiej strony np. światowy terroryzm, to tylko jedne z bardzo wielu symptomów tego procesu. Amerykanie określają go mianem slow-motion catastrophe, katastrofą w zwolnionym tempie. Jasne jest, że próby izolowania świata zachodniego od tej katastrofy, symbolizowane przez mury graniczne między USA a Meksykiem czy Izraelem a Palestyną albo przez działania europejskiego Fronteksu w basenie Morza Śródziemnego, na dłuższą metę nie stanowią żadnej odpowiedzi i skazane są na porażkę. Musimy podjąć wspólny wysiłek na rzecz zmiany dotychczasowego modelu rozwoju.

– A czy ten nowy model przyjdzie według Pana właśnie od góry – ze strony organizacji międzynarodowych, w wyniku zmiany konsensusu w świecie naukowym i politycznym – czy może od dołu, od nowych ruchów społecznych?

– W jednym z artykułów, który napisałem wspólnie z francuskim ekonomistą polskiego pochodzenia Ignacym Sachsem i Carlosem Lopesem, dyrektorem Instytutu ONZ ds. Badań i Szkoleń, zwracamy uwagę na fakt, że dalsze pogłębianie się kryzysu jest dziś niebezpieczne dla wszystkich, od świata finansów poczynając, na obywatelach krajów Globalnego Południa kończąc. Świat międzynarodowej polityki jest podzielony i chaotyczny, brakuje mu narzędzi do rozwiązywania problemów o charakterze globalnym. Jak mówią politolodzy, mamy tu do czynienia z luką w systemie zarządzania (governance gap). Za rozwiązywanie problemów globalnych próbują się brać różnorakie gremia reprezentujące najbogatszych i najbardziej wpływowych, w rodzaju G8 czy G20. Ale z problemami naprawdę globalnymi, o których tu mówię, nie uporamy się, dopóki nie dojdzie do ustaleń w gronie G193 i dopóki nie stworzymy narzędzi do skutecznego wdrażania tych ustaleń. Jednocześnie ludzie, których dotykają te problemy albo ich konsekwencje, coraz silniej reagują na nie oddolnie, ponieważ widzą, że nie mają wpływu ani na swoją własną sytuację, ani na podejmowane „na górze” ustalenia dotyczące przyszłości świata. „Na górze” pojawiają się jednak nowe tendencje, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom wyrażanym przez nowe ruchy społeczne. Bardzo wyraźne jest to chociażby w świecie nauk ekonomicznych – zaczęło się od jednostek, takich jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman czy Thomas Piketty. Dziś na całym świecie mnożą się wpływowe środowiska i instytucje: we Francji Alternatives Économiques, w Wielkiej Brytanii New Economics Foundation, w Stanach Real World Economics, w Indiach prężne środowisko tworzy wokół siebie Deepak Nayyar. I między tymi przemianami świadomości „na górze” i „na dole” wytwarza się z czasem synergia.

– Wielu przeciwników nieskrępowanego kapitalizmu wypatrujących „innej polityki”, która mogłaby zainspirować zmiany na całym świecie, z nadzieją spogląda na Brazylię. Ten największy kraj Ameryki Łacińskiej za pomocą mądrze zaprojektowanych programów społecznych w ostatniej dekadzie włączył do życia gospodarczego i politycznego miliony wykluczonych obywateli, pokazując, że zrównoważony rozwój nie jest tylko sloganem. Czym tłumaczy Pan wyjątkowy na tle wielu innych prób prowadzenia alternatywnej polityki gospodarczej sukces Brazylii pod rządami Luli?

– Źródłem skuteczności Luli była jego ostrożność. Od początku wiedział, że jeśli chce dokonać prawdziwej zmiany, a nie tylko zostać kolejną kultową figurą romantycznego rewolucjonisty, nie może rzucać się do realizacji wszystkich swoich celów na raz. Prawica i stojące za nią grupy interesu były i pozostają bowiem silne – mają znaczące wpływy w parlamencie, decydujące w regionach i w sądownictwie. Pod kontrolą oligarchii pozostają najważniejsze media. Brazylijska lewica pamięta też o doświadczeniach 1964 r., kiedy to prezydent João Goulart usiłował przeprowadzić reformę rolną oraz podwyższenie płacy minimalnej – i przypłacił to wojskowym zamachem stanu. Dlatego zarówno Lula, jak i jego następczyni Dilma, przyjęli strategię „pozycyjną”. Utrzymują tyle przywilejów brazylijskiej elity finansowej, ile muszą, aby przeprowadzać najgłębsze zmiany, na jakie w danym momencie mogą sobie pozwolić. Dobrą ilustracją tego sposobu działania jest brazylijskie powiedzenie: żeby przeprowadzić bydło przez rzekę, trzeba zabić kilka krów i dać piraniom na pożarcie. Wtedy wszystkie piranie rzucają się na zabite krowy i reszta stada może bezpiecznie przejść na drugą stronę. Naszej oligarchii trzeba było dać dość dużo, żeby pozwoliła na reformy. Bilans pierwszej kadencji rządów Luli to było 5 proc. wzrostu dochodów najbogatszych i 10 proc. – najbiedniejszych. Gdy wziąć pod uwagę wyjściową stopę życiową tych ostatnich, nie był to może jeszcze do końca ten zrównoważony rozwój, o jakim Lula marzył, ale najważniejsze, że dysproporcja malała, postęp był rzeczywisty, a jednocześnie oligarchia wciąż zarabiała, więc nie mogła zanadto narzekać.

Drugą rzeczą, która pomogła nam w osiągnięciu sukcesu, było uświadomienie sobie prostego faktu, że zmiana sytuacji najbiedniejszych to nie jest wcale kwestia niebotycznych pieniędzy. Bo o ile komuś, kto zarabia 20 tys. dolarów, dodatkowe 3 tys. nie zrobią wielkiej różnicy, o tyle dla kogoś, kto miesięcznie ma 200 dolarów, kolejne 200 oznacza ogromną poprawę jakości życia. Dzieci w tej rodzinie będą się lepiej odżywiać i lepiej uczyć, a w odleglejszej przyszłości ta biedniejsza część nowej generacji będzie bardziej produktywna. Nie mówimy tu o jakichś szaleństwach ideologicznych – to są naprawdę kwestie elementarnego rozsądku.

– W związku z tym, co powiedział Pan o chwiejnej w gruncie rzeczy pozycji lewicowej władzy w systemie, rodzi się pytanie: na ile trwałe są zdobycze rządów Luli i Dilmy, a na ile mogą być w kolejnych kadencjach łatwo cofnięte?

– Sytuację polityczną w Brazylii należałoby określić mianem chwiejnej równowagi między prawicą a lewicą. To, co dla nas szczególnie niepokojące, to coraz bliższe kontakty prawicowej inteligencji młodego pokolenia z czterema oligarchicznymi „familiami”, które kontrolują w Brazylii najważniejsze kanały telewizyjne (organizacyjną bazą ich zbliżenia jest m.in. potężny think tank Instituto Millenium). Stąpamy po cienkim lodzie. Do tej pory koncentrowaliśmy się na reformach, które dla prawicy i wielkiego biznesu były neutralne albo wręcz pozytywne, a to oznacza, że największe wyzwania są jeszcze przed nami. Na przykład doprowadzenie elektryczności do 2 mln gospodarstw domowych, które były od niej odcięte, to wielki sukces z perspektywy równościowej, ale jednocześnie dla wielkiego biznesu oznacza to zysk, bo na rynku pojawiają się nowi konsumenci, którzy kupują różnego rodzaju sprzęt. W tym samym czasie niezmieniony pozostaje np. de facto degresywny system podatkowy. Pilnej racjonalizacji wymaga też skartelizowany system finansowy. Zaciągnięcie debetu wiąże się dziś np. z odsetkami wysokości 180 proc. Jeśli nawet minimalnie przekroczę swój limit kupując coś przy pomocy karty kredytowej, bank może nałożyć na mój dług oprocentowanie na poziomie kilkuset proc. Trzecią reformą, którą trzeba przeprowadzić, a wobec której prawica stawiać będzie gigantyczny opór, jest reforma prawa wyborczego. W roku 1997 poprzednik Luli, prezydent Cardoso, wprowadził zapisy umożliwiające bezpośrednie finansowanie kampanii wyborczych przez prywatne przedsiębiorstwa. I w efekcie nasz parlamentaryzm jest doszczętnie skorumpowany – nie ma dziś w zasadzie deputowanego, który nie byłby wynajęty przez którąś z wielkich grup finansowych, koncernów rolnych lub firm deweloperskich. Nie ma autentycznej reprezentacji obywateli, a bez tego nie może się utrzymać żaden system demokratyczny. Tego samego doświadczają Amerykanie, u których kilka lat temu wprowadzono podobne prawo. Moi amerykańscy przyjaciele śmieją się, że ten system daje nam the best government money can buy, najlepszy rząd, jaki można kupić. Napięcie polityczne w Brazylii będzie w najbliższym czasie rosło, bo po stronie lewicy rośnie determinacja, żeby przejść do etapu przeprowadzania zmian strukturalnych. A reakcja prawicy na próby naruszenia któregoś z elementów status quo będzie z całą pewnością bardzo stanowcza. Myślę, że dojdzie do próby impeachmentu Dilmy.

– Sądzi Pan, że obóz prezydencki jest wciąż za słaby, by dokonać trwałych, strukturalnych zmian?

– Siły są skromne. Ale mam nadzieję, że się uda. Jednym z kluczy do sukcesu byłyby demokratyzacja i decentralizacja systemu komunikacji i mediów. Obecny układ, w którym kluczowe media są pod kontrolą czterech rodzin, jest według mnie nie do utrzymania na dłuższą metę. Każdy stan Brazylii powinien dysponować własnymi mediami regionalnymi, co jest wskazane nie tylko ze względu na pragmatykę polityczną, ale też na fakt, że Brazylia jest krajem nie tylko bardzo dużym, ale także znacznie zróżnicowanym społecznie i kulturowo. Ale są też pozytywne czynniki, przede wszystkim poczucie, że nie jesteśmy sami, bo do zmian dochodzi w całym regionie – od Wenezueli, przez Boliwię, po Chile, Argentynę i Urugwaj – w każdym kraju na miarę jego możliwości i potrzeb. Odczuwamy, że w jakimś sensie historia jest po naszej stronie – bo jak inaczej wytłumaczyć drugą wygraną Dilmy pomimo negatywnej kampanii, rozpętanej w mediach na naprawdę ogromną skalę? Myślę, że prawica, pozwalając nam na wprowadzenie wielkich programów walki z biedą, takich jak Fome Zero (Zero głodu), nie wzięła pod uwagę ich konsekwencji politycznych. Ludzie dzięki nim wrócili do normalnego życia społecznego i gospodarczego, stali się również aktywnymi obywatelami i wyborcami, którzy są odporni na propagandę, bo po prostu czują, że dzięki nam żyje im się lepiej. Ci ludzie okazali się poważną siłą polityczną i razem z ruchem związkowym (przede wszystkim największą centralą Central Única dos Trabalhadores, reprezentującą 7,5 mln pracowników), pozostają wierni Partii Pracujących, mimo że nie są z nią dobrze skomunikowani ani w żaden sposób zorganizowani. Niektóre zmiany są więc trwałe. Od roku 1991 do 2010 średnia długość życia Brazylijczyków wzrosła o 10 lat, a pod względem wskaźnika rozwoju społecznego (HDI) wyciągnęliśmy przeszło 80 proc. naszych gmin z głębokiej biedy.

– Brazylia w odpowiednim momencie udowodniła światu, że rządy społecznej lewicy i niwelowanie nierówności mogą iść w parze z szybkim rozwojem gospodarczym, poprawą w dziedzinie finansów państwa (za rządów Luli Brazylia z dłużnika stała się pożyczkodawcą) oraz wzrostem pozycji międzynarodowej.

– Najważniejsze zasady, na jakich się oparliśmy, zawarto później w rekomendacjach CEPAL – Komisji Gospodarczej ONZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów – w dokumencie zatytułowanym „Czas równości”. Ten 200-stronicowy dokument zawiera kilka prostych, acz istotnych konstatacji, takich jak ta, że wydatki na ochronę zdrowia są wydatkami inwestycyjnymi. Podobnie jest z wydatkami socjalnymi, które wyprowadzają ludzi z nędzy. Szczególnie kiedy mamy do czynienia ze światowym kryzysem, który uderza w zyski z produkcji na eksport, wzmocnienie popytu wewnętrznego stanowi jeden z ważnych sposobów na ustabilizowanie gospodarki. Z drugiej strony państwo, dzięki silnemu systemowi bankowemu, zagwarantowało eksporterom kredyty w rodzimej walucie, dzięki czemu mogli oni utrzymać działalność. Przyjęliśmy pragmatyczną zasadę, że pomagamy tym, którzy naprawdę na kryzysie cierpią.

– Rządy Partii Pracujących bywają jednak w ostatnich latach coraz częściej krytykowane także z lewej strony. W 2013 r. odbyły się w brazylijskich miastach wielkie protesty, podczas których domagano się powstrzymania podwyżek biletów komunikacji i szeroko pojętej komercjalizacji przestrzeni publicznej, sprzeciwiano się korupcji władzy i brutalności policji. Niektórzy określali je mianem „brazylijskiej wiosny”. Konflikty wybuchały także na linii rząd – ruch ekologiczny, m.in. w związku z budową wielkiej tamy na Amazonce. Czy coraz bardziej napięte stosunki partii władzy z jej naturalnym zapleczem nie świadczą o jej wypaleniu?

– To za czasów Luli minister środowiska zyskał w rządzie silną pozycję i nie był postacią przypadkową ani reprezentantem lobby rolniczego, jak to bywało wcześniej. Jako rząd podeszliśmy do tych problemów bardzo poważnie. Przez negocjacje i nacisk na największych nabywców drewna z Brazylii, takich jak Ikea, udało się doprowadzić do radykalnego ograniczenia wyrębu puszczy – z 28 tys. kilometrów kwadratowych wycinanych w 2002 r. do ok. 4 tys. w roku minionym. Na JDF, jednym z największych koncernów mięsnych na świecie, udało się wymóc politykę niekupowania mięsa pozyskiwanego od bydła hodowanego na pastwiskach powstałych wskutek wyrębu. Jeśli chodzi o konflikt dotyczący zapory na Amazonce, należy wyjaśnić, że mówimy tu o zatopieniu 450 kilometrów kwadratowych puszczy. Na tym terenie mieszkają Indianie, którzy będą zmuszeni do przenosin i to będzie dla nich wielka tragedia. Ale kiedy ekolodzy twierdzą, że „tama zniszczy bezpowrotnie bagniska Amazonki”, to jest to absurdalne, bo mówimy o zalaniu przestrzeni 20 na 20 kilometrów nad rzeką, która liczy sobie tysiące kilometrów długości. O wiele większym problemem są te 4 tys. kilometrów kwadratowych puszczy, które są wciąż wyrąbywane każdego roku, na których to terytoriach też mieszkają zresztą Indianie. Ponieważ jednak są to grunty prywatne, to się o tym nie mówi. Co innego marginalne zniszczenia, które są wynikiem inicjatywy rządowej, mającej na celu pozyskanie czystej, odnawialnej energii elektrycznej.

Przyznam jednak, że problem „zużycia się władzy” istnieje. Partie polityczne w ogóle przestały nadążać za dynamiką głębokich zmian społecznych, jakie się obecnie dokonują. Dlatego zaskakują je ich symptomy, takie jak wspomniane protesty roku 2013, kiedy na ulice brazylijskich miast wyszły miliony ludzi, za którymi nie stała żadna wielka organizacja. Dynamikę naszej sytuacji dobrze podsumowują następujące słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta: Nie wiemy, co się dzieje. I właśnie to się dzieje. Musimy z pokorą podchodzić do tych nowych zjawisk społecznych i spontanicznych przemian.

– Jaką rolę w projekcie polityczno-rozwojowym, który stworzyli Lula i Dilma, odgrywa dyplomacja? Trudno chyba nie zauważyć, że dla wzrostu znaczenia Brazylii w światowej polityce istotne było pojawienie się nieformalnego porozumienia „mocarstw wschodzących” BRICS, działających na rzecz „ładu wielobiegunowego”.

– Gdy Partia Pracujących dochodziła do władzy, handel z USA stanowił ok. 50 proc. naszej wymiany zagranicznej. Dziś to już tylko 25 proc. Kolejne 25 proc. to handel z Europą, a reszta jest rozproszona między Chiny, Indie, kraje afrykańskie i – w rosnącej mierze – partnerów z Ameryki Łacińskiej. Słowem, doszło do daleko idącej dywersyfikacji. Ponadto relacje z państwami BRICS pozwoliły na znaczne wzmocnienie pozycji Brazylii jako eksportera, dzięki czemu pozbyliśmy się deficytu handlowego. Jesteśmy dziś pożyczkodawcą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a nie na odwrót – i jest to chyba najbliższa niezależności sytuacja, jaką można sobie wyobrazić w zglobalizowanym, współzależnym świecie. Ważnym projektem BRICS, który pokaże, czy grupa ta może stanowić coś więcej niż forum współpracy, będzie powstający właśnie Nowy Bank Rozwoju, pomyślany jako alternatywa dla zdominowanych przez USA Banku Światowego i MFW. Ale podkreślam, że jest jeszcze drugi ważny wymiar naszej dyplomacji – integracja i współpraca państw Ameryki Południowej. Potrzebujemy wspólnego silnego głosu na arenie międzynarodowej. W kręgach brazylijskiej elity finansowej wciąż pokutuje przekonanie, że powinniśmy się jednoczyć tylko z USA, bo USA to raj. My tymczasem uważamy, że naszym celem jest suwerenność, a bronią solidarność – południowoamerykańska i transkontynentalna.

– Czy wobec tego za polityką międzynarodową Brazylii stoi jakiś pozytywny projekt przyszłego porządku światowego?

– Brazylia bardzo się wzmocniła w ostatnich latach, ale mam wrażenie, że pozycja USA jest wciąż nie do ruszenia. A czy zmieni się to w dłuższej perspektywie? Myślę, że tak. Coraz bardziej widać, że Amerykanie przechodzą do defensywy. Miałem na ten temat dość ciekawą rozmowę z amerykańskim teoretykiem zarządzania Peterem Senge, który mówił mi, że w Stanach panuje dziś coraz głębsze poczucie niepewności – widać bowiem, że dzisiejsze dzieci nie doświadczą materialnego awansu w stosunku do rodziców, tak jak działo się to od pokoleń, a być może wręcz nie osiągną ich standardu. Takie poczucie niepewności w kraju, którego scena polityczna jest zabetonowana, a który posiada potężne wojsko i specsłużby, jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Rozstrzygnięciem ważnym dla przyszłości USA będzie kwestia tzw. Transatlantyckiego Partnerstwa (TTIP) z Europą, które jeśli zostanie zawarte, może przedłużyć życie USA jako globalnego supermocarstwa. Wydaje mi się, że BRICS i tworzone przez nie nowe instytucje finansowe czy informacyjne rzeczywiście mogą się stać zalążkami jakiegoś nowego, wielobiegunowego ładu. Z drugiej strony uważam, że jest i będzie dla świata bardzo ważne, żeby USA były demokratyczne.

– Wspominał Pan o tym, że porównuje się czasem wolnościowe ruchy związkowe czasów dyktatury w Polsce i Brazylii, Lulę z Wałęsą itd. Biorąc pod uwagę mniej i bardziej uzasadnione analogie między naszymi krajami, jakie wnioski i inspiracje z doświadczeń brazylijskich ostatnich dekad Polska powinna Pana zdaniem wysnuć?

– Kiedyś przygotowałem taką analizę na prośbę polskich polityków. Podstawową sprawą, jaką akcentowałem, było ograniczenie nierówności. Z jednej bowiem strony wyższe dochody najuboższych łączą się nie tylko z poprawą sytuacji społecznej, ale także z rosnącym popytem oraz zaktywizowaniem obywatelskim całej rzeszy ludzi. Z drugiej strony akumulacja bogactwa przez niewielką, elitarną grupę także ma negatywne konsekwencje – tworzy się bowiem wyjątkowo silna grupa wpływu, która zakłóca właściwe działanie mechanizmów demokratycznych. Druga moja uwaga była taka: najważniejszym sektorem gospodarczym nie jest już tradycyjny przemysł, lecz usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy komunikacja zbiorowa, oraz kultura. Spójrzmy chociażby na USA – jaki sektor jest dziś najważniejszy dla tamtejszej gospodarki? Sektor medyczny. Dlatego kluczową sprawą dla rozwoju w kolejnych dekadach będą jakość i powszechny dostęp do szeroko pojętej infrastruktury społecznej.

– Dziękuję za rozmowę.