Pociąg do pasażera

W Polsce do 100 miast liczących powyżej 10 tys. mieszkańców nie dociera ani jeden pociąg pasażerski. Istnieje także wiele miast spoza tej listy, które, chociaż mogą pochwalić się połączeniem kolejowym, w rzeczywistości dysponują ofertą przewozową jedynie w teorii. Na przykład przez całą dobę z 69-tysięcznych Suwałk odjeżdżają wyłącznie cztery składy – o godzinach 5:05, 6:36, 9:32 i 17:49. Sytuację, w której wprawdzie funkcjonują połączenia kolejowe, ale w praktyce nie zaspokajają nawet podstawowych potrzeb mieszkańców, w niemieckich badaniach nad mobilnością określa się mianem „kolei-alibi”. Kolej-alibi to taka, która niby istnieje, ale w rzeczywistości nie zwiększa realnej mobilności, nie zapewnia nawet możliwości codziennych dojazdów do i z pracy, nie jest narzędziem poprawy dostępności komunikacyjnej i nie przyczynia się do rozwoju regionalnego.

W innych krajach europejskich w ostatnich dekadach wykonano wiele pracy na rzecz odejścia od kolei-alibi. Nie zawsze praca ta sprowadzała się do wielkich inwestycji, takich jak budowa kolei dużych prędkości czy ogromnych modernizacji linii kolejowych, ciągnących się latami i pochłaniających miliardy. Podstawą działań na rzecz odnowy systemu kolejowego czy szerzej – całego transportu publicznego, było nowe myślenie o tworzeniu rozkładów jazdy, o skomunikowaniach pociągów czy o przyciąganiu podróżnych w porach, które, jak jeszcze niedawno się wydawało, nie mają żadnego potencjału.

Pociąg jadący na randkę

W Europie standardem stało się tworzenie rozkładu jazdy pociągów w oparciu o system cykliczny, zapewniający kursowanie pociągów w regularnych odstępach – w ruchu regionalnym podstawowo co 60 minut, ewentualnie co 30 minut w przypadku linii z największym potencjałem lub w godzinach szczytu, albo co 120 minut w godzinach wieczornych lub całodniowo na liniach biegnących przez tereny o najmniejszej gęstości zaludnienia. Jak wygląda cykliczny rozkład jazdy, można przekonać się tuż za polską granicą. Na przykład z Czeskiego Cieszyna pociągi do stacji Frýdek–Místek odjeżdżają według idealnie regularnego układu zawsze 41 minut po każdej pełnej godzinie, poczynając od 4:41, a kończąc na 22:41. Inny przykład: z leżącego na niemieckim brzegu Nysy Łużyckiej miasta Forst pociągi w kierunku Cottbus wyruszają o godz. 5:07, a później dokładnie co godzinę do 21:07 oraz o 23:07 – w tym przypadku widoczne jest wieczorne odstępstwo od 60-minutowej częstotliwości.

Taki rozkład jazdy gwarantuje po prostu regularne kursowanie pociągów. Gdy bowiem twórcy kolejowej oferty przewozowej opierają się na zasadzie cykliczności, wówczas nie pojawia się problem długich, nawet kilkugodzinnych luk między kolejnymi połączeniami. W Polsce luki takie często wypadają w porze międzyszczytowej, która – mimo zmian na rynku pracy oraz znacznego wzrostu mobilności związanej z kursami czy studiami – wciąż jest na kolei niedoceniana. Ponadto przy cykliczności rozkładu jazdy pasażerowie szybko opanowują ofertę kolei, do pełnej znajomości rozkładu wystarczy bowiem zapamiętanie, ile minut po pełnej godzinie odjeżdżają pociągi z ich stacji. Wówczas pasażer, który na co dzień jeździ do pracy pociągiem o godz. 6:41, automatycznie dysponuje wiedzą, że znajomi, którzy wieczorem wpadli z wizytą, mają pociąg powrotny o godz. 21:41, a pociąg w sam raz na sobotni wypad z rodziną odjeżdża o godz. 9:41. Cykliczny rozkład jazdy zwykle oznacza również zwiększenie efektywności funkcjonowania kolei. Intensywne i regularne kursowanie pociągów gwarantuje lepsze wykorzystanie taboru, który, zamiast dużą część doby spędzać bezczynnie na stacjach końcowych, od świtu do późnego wieczora wozi pasażerów, generując przychody ze sprzedaży biletów. Podobnie rzecz ma się z obsługą pociągów, która w czasie swojej zmiany roboczej wciąż jest w ruchu.

Cykliczny rozkład jazdy docelowo powinien funkcjonować w wersji zintegrowanej, opartej na wyznaczeniu stacji węzłowych, gdzie co godzinę lub dwie zjeżdżają się pociągi z różnych kierunków, by za chwilę rozjechać się z powrotem. Takie spotkania pociągów – określane w Niemczech mianem „rendez-vous” [franc. umówione spotkanie] – umożliwiają dogodne przesiadki w różnych kierunkach. Zgranie różnych połączeń na stacjach węzłowych skraca całkowity czas podróży, pozwalając kolei lepiej konkurować z innymi środkami transportu. Niewiele bowiem daje skrócenie czasu jazdy, jeśli przesiadka oznacza konieczność długiego oczekiwania na kontynuację podróży.

Jak dobre skomunikowania wyglądają w praktyce, prześledźmy na przykładzie stacji Krnov, leżącej tuż za polską granicą – około 10 kilometrów od Głubczyc. Na stację Krnov o godz. 14:57 wjeżdża pociąg z Ołomuńca, o godz. 15:00 przyjeżdża pociąg ze stacji Jeseník, a o godz. 15:03 pojawia się pociąg z Ostrawy przez Opawę. Po kilku minutach, w czasie których pasażerowie mają możliwość przesiadki, pociągi rozjeżdżają się z powrotem – o godz. 15:07 wyrusza skład do Ostrawy przez Opawę, o godz. 15:07 odjeżdża pociąg do stacji Jeseník, a o godz. 15:09 do Ołomuńca. Do takich zaplanowanych spotkań pociągów, dogranych również pod względem bliskości peronów, dochodzi na stacji Krnov przez cały dzień. Tymczasem 10 kilometrów dalej, w polskich Głubczycach – liczących tyle co Krnov, czyli 24 tys. mieszkańców – stacja kolejowa zarasta trawą, odkąd w 2000 r. zlikwidowany został ruch pociągów do tego miasta…

Ideał zintegrowanego i cyklicznego rozkładu jazdy osiągnięty został w Szwajcarii, gdzie funkcjonuje jeden ogólnokrajowy układ kursowania transportu publicznego – nie tylko pociągów dalekobieżnych i regionalnych, ale również autobusów, promów czy kolei linowych. Zatem rozpoczynając podróż w jednym punkcie Szwajcarii, pasażer ma pewność, że jego autobus dojedzie do stacji kolejowej kilka minut przed odjazdem pociągu regionalnego, a następnie pociąg regionalny dowiezie go do większego węzła, gdzie za chwilę złapie pociąg dalekobieżny.

Więcej mniejszych pociągów

Wprowadzanie rozkładu cyklicznego zachodziło często równocześnie ze zmianą obsługi taborowej linii regionalnych. W Niemczech w latach 90. na wielu liniach regionalnych ciężkie składy, złożone z potężnej i energochłonnej lokomotywy ciągnącej kilka wagonów, zastępowano lekkimi autobusami szynowymi. Oszczędności wynikłe ze zmiany stosowanego taboru wykorzystano dla często wprost rewolucyjnego uatrakcyjnienia oferty przewozowej – skoro bowiem do eksploatacji wprowadzany jest tabor tańszy w obsłudze, dzięki któremu wyraźnie obniża się jednorazowy koszt uruchomienia poszczególnych połączeń, to należy to wykorzystać, zwiększając dobową liczbę kursów.

46-kilometrowa linia Schwerin – Parchim, biegnąca przez wschodnioniemiecki land Meklemburgia–Pomorze Przednie, była jedną z wielu linii na terenie Niemiec, na których w połowie lat 90. wyraźnie zwiększono liczbę kursujących pociągów. Ze Schwerina w rozkładzie jazdy z roku 1992/1993 pociągi wyruszały w, jak powiedzielibyśmy dziś, typowo polskim układzie obsługi linii lokalnych: z ponad siedmiogodzinną luką ciągnącą się od świtu aż do wczesnego popołudnia – o godz. 5:49, 13:05, 15:47, 17:38 i 20:38. Wraz z wejściem w życie rozkładu jazdy z 1996/1997, gdy ciężkie pociągi zastąpiono szynobusami, wprowadzono 17 pociągów kursujących regularnie od rana do wieczora.

Zwykle znaczące dogęszczenie rozkładu jazdy przynosiło efekt w postaci często nieoczekiwanego wzrostu liczby podróżujących daną linią. Można znaleźć przykłady takich linii, jak liczący 45 km ciąg Neumünster – Bad Segeberg – Bad Oldesloe w landzie Szlezwik-Holsztyn, na którym po wprowadzeniu rozkładu cyklicznego, opartego na kursowaniu pociągów co godzinę od godz. 5:00 aż do godz. 1:00, dzienna liczba pasażerów wzrosła od 2000 do 2012 roku z 900 do 3300. Tak wynika z danych promującego kolej stowarzyszenia „Allianz pro Schiene” („Sojusz dla szyn”), zrzeszającego przewoźników kolejowych, producentów urządzeń kolejowych, organizacje pasażerów, uczelnie techniczne kształcące kadry dla kolei, kolejarskie związki zawodowe i organizacje ekologiczne.

Stowarzyszenie „Allianz pro Schiene” podaje również przykład 15-kilometrowej linii Düren – Jülich, z której w 1989 r., gdy ruch składał się z kilku na dobę połączeń obsługiwanych tradycyjnym ciężkim taborem, korzystały 392 osoby dziennie. W 2001 r., po wprowadzeniu do eksploatacji autobusów szynowych kursujących co 30 minut w szczycie i co 60 minut poza szczytem, dzienna liczba podróżnych wzrosła do 2168.

Zwiększanie liczby połączeń wraz z zastępowaniem ciężkich składów lżejszym taborem to niezbędne dostosowanie się kolei do nowych czasów. Gdy coraz więcej ludzi pracuje w wolnych zawodach czy o niestandardowych porach, a nie wszyscy jak jeden mąż jadą do pracy na godz. 6:00, gdy rośnie popularność studiów, gdy zwiększa się aktywność społeczeństwa w wolnym czasie, oferowanie kilku połączeń na dobę jest skrajnym nierozpoznaniem potrzeb pasażerów. Zmuszanie ich do kilkugodzinnego oczekiwania na najbliższy pociąg – a więc brak odpowiedzi na zmieniającą się mobilność społeczeństwa – powoduje, że podróżni, zamiast czekać, odpływają do innych środków transportu.

Krótsze składy, ale znacznie częściej kursujące – ta zasada zrobiła zawrotną karierę na lokalnych i regionalnych liniach kolejowych w Europie. Tymczasem w obsłudze połączeń regionalnych w Polsce zastępowanie ciężkich składów autobusami szynowymi rzadko wiązało się ze zwiększeniem liczby połączeń. Wprowadzano oszczędny i bardziej komfortowy tabor, nie wykorzystując jednak uzyskanych oszczędności do uatrakcyjnienia oferty przewozowej. W przypadku niejednej linii liczba połączeń po wprowadzeniu szynobusów jest mniejsza niż w czasach, gdy kursowały nią ciężkie składy.

Co więcej, zastąpienie energochłonnego taboru oszczędnymi autobusami szynowymi bez jednoczesnego rozwinięcia oferty nie spowodowało chociażby zmniejszenia poziomu dotacji samorządów wojewódzkich do kolejowych przewozów regionalnych. Na przykład w woj. podlaskim od 2004 r. do 2012 r. – a więc w czasie, gdy na tamtejszych liniach niezelektryfikowanych ciężkie składy złożone z lokomotyw i wagonów całkowicie zastąpiono szynobusami – dotacja samorządu wzrosła ponad dwukrotnie: z 11 mln zł do 26 mln zł.

Ekspresem do pracy

Za Odrą i Nysą Łużycką kolejnym filarem przemian na kolei, obok zwiększania liczby połączeń, było postawienie na kompleksową ofertę szybkich połączeń ponadlokalnych. W 1994 r. koleje niemieckie Deutsche Bahn wprowadziły nową kategorię pociągów: Regional-Express (RE). Wprowadzenie do sieci kolejowej szybkich połączeń regionalnych pod wyraźną i dziś już bardzo mocno rozpoznawalną marką Regional-Express miało na celu skrócenie długości przejazdu na trasach regionalnych w newralgicznym czasie, gdy w zachodniej części Niemiec istniała już imponująca sieć autostrad, indywidualny transport samochodowy był w rozkwicie, zaś na terenie byłego NRD po zjednoczeniu kraju rozbudowa sieci drogowej wkraczała w decydującą fazę i samochód stawał się powszechnym dobrem.

Połączenia przyspieszone, rozpoczynając funkcjonowanie pod marką Regional-Express, zmieniły w połowie lat 90. filozofię obsługi niemieckich linii regionalnych, która wcześniej, jak do dzisiaj ma to miejsce w Polsce, opierała się na pociągach zatrzymujących się na wszystkich napotkanych stacjach i przystankach, co uniemożliwiało kolei zaoferowanie długości podróży konkurencyjnej wobec samochodów mknących po sieci bezpłatnych autostrad, coraz głębiej penetrującej republikę federalną. Założeniem połączeń Regional-Express było zapewnienie pasażerom bezpośredniego dojazdu z miast na peryferiach danego regionu do samego centrum metropolii – z liczbą postojów ograniczoną tylko do większych miejscowości. Nie mniej ważne było założenie, że pociągi Regional-Express mają stanowić rozwinięcie istniejącej oferty przewozowej, a więc nie mogą wyprzeć dotychczas kursujących, często zatrzymujących się pociągów lokalnych, skutkowałoby to bowiem ograniczeniem dostępu do kolei dla pasażerów z mniejszych przystanków. Pociągi Regional-Express miały ponadto zaspokajać zróżnicowane potrzeby mobilności, a więc zgodnie z rozkładem cyklicznym kursować regularnie od rana do wieczora – co 1–2 godziny. Ważną zasadą funkcjonowania Regional-Express jest obowiązywanie w nich taryfy typowej dla połączeń regionalnych – bez żadnych dopłat.

Z czasem zmodyfikowano podejście do trasowania połączeń Regional-Express i zaczęto coraz częściej sięgać po rozwiązanie hybrydowe. Na wybranym odcinku pociąg RE zatrzymuje się na wszystkich napotkanych stacjach i przystankach (obejmując na tym odcinku także funkcję pociągu lokalnego), by następnie kolejną część swojej trasy pokonać z minimalną liczbą postojów. Dzięki temu mieszkańcy wielu wsi oraz małych miasteczek, rozsianych również po peryferiach niemieckich landów, uzyskali szybkie i bezpośrednie połączenia z centrami największych metropolii.

Jako pierwsze z dziesiątek połączeń Regional-Express, kursujących dziś na terenie całych Niemiec, uruchomiona została przed 20 laty linia RE na 253-kilometrowej trasie Magdeburg – Brandenburg nad Hawelą – Poczdam – Berlin – Frankfurt nad Odrą – Eisenhüttenstadt. Połączenie zapewniło mieszkańcom brandenburskich miast i miasteczek możliwość bezpośredniego dojazdu do dworców Zoologischer Garten, Friedrichstrasse czy Alexanderplatz, położonych w samym centrum Berlina. Według danych podawanych przez „Allianz pro Schiene” w 1994 r. z pociągów linii RE1 korzystało dziennie 8,7 tys. pasażerów. Do 2013 r. dobowa liczba podróżujących pociągami RE kursującymi między Magdeburgiem a Eisenhüttenstadt wzrosła do 49 tys.

Wynoszący prawie 500% wzrost przewozów w przypadku linii RE1 pokazuje, że pasażerowie chętnie przesiadają się do pociągów. Pod warunkiem, że kolej zapewni atrakcyjną, ale także stabilną ofertę, pozbawioną ciągłych komunikatów o „skróceniu relacji”, „zawieszeniu pociągu” czy „ograniczeniu terminów kursowania”. Ewentualny brak stabilności, który w przypadku linii RE1 miał jednak miejsce, może wyrażać się co najwyżej w uruchomieniu dodatkowych pociągów dogęszczających częstotliwość w godzinach szczytu (z 60 do 30 minut) czy w wydłużeniu kursowania na godziny późnowieczorne, a nawet nocne.

Kolej, która nie zasypia

Późnowieczorne i nocne połączenia na kolejach regionalnych mają istotne znaczenie między innymi z uwagi na tworzenie poczucia mobilności. Takie połączenia dają bowiem pasażerom sygnał, że kolej to środek transportu zapewniający dużą elastyczność – odpowiadający nie tylko na podstawową potrzebę codziennych dojazdów do pracy i szkoły, ale także dający możliwość podróżowania w celach kulturalno-społecznych: na spotkania ze znajomymi, koncerty czy seanse kinowe. Z jednej strony ma to znaczenie w walce kolei z konkurencją samochodu, z którego można skorzystać o dowolnej porze. Z drugiej buduje system transportowy zapewniający mieszkańcom obszarów wiejskich dostęp do spotkań, wydarzeń kulturalnych, wykładów i innych aktywności odbywających się w mniej lub bardziej oddalonych miastach.

Warto dodać, że pociągi kursujące późnym wieczorem to sygnał dla pasażerów, że mogą liczyć na kolej również w przypadku najróżniejszych zdarzeń wpływających na zmianę typowego planu dnia – nagłej konieczności pozostania dłużej w pracy czy okazji romantycznego spaceru z sympatią po lekcjach w liceum. W Polsce na wielu liniach regionalnych mamy do czynienia z sytuacją, gdy ostatnie połączenia kolejowe w najlepszym razie realizowane są już przed godz. 18:00. Tymczasem w innych krajach standardem stało się to, że pociągi regionalne wyruszają w trasy nawet jeszcze po północy.

Przykładowo codziennie z Pragi około godz. 0:20 gwieździście rozjeżdżają się pociągi regionalne w ośmiu kierunkach – do stacji docelowych Kralupy nad Vltavou, Všetaty, Poděbrady, Kolín, Benešov u Prahy, Dobřiš, Beroun, Kladno-Ostrovec. Podkreślmy, że zadaniem tych pociągów nie jest obsługa ruchu jedynie w ramach aglomeracji praskiej, bo te późne połączenia docierają do miast położonych nawet około 60 km od stolicy.

Dodajmy, że pociągi gwieździście rozjeżdżają się również z Brna – w tym przypadku następuje to jednak tylko w weekendowe noce. Około godz. 0:30 wyruszają pociągi regionalne do następujących stacji docelowych: Boskovice, Hustopeče u Brna, Rapotice, Tišnov, Nesovice. To stacje położone w promieniu mniej więcej 35 km od Brna. Jednak połączenia regionalne realizowane są po północy również na innych liniach kolejowych, m.in. takich jak Pardubice – Hradec Králové, Pardubice – Chrudim, Pardubice – Ústí nad Orlicí – Česká Třebová, Liberec – Jablonec nad Nisou – Tanvald, Nymburk – Kolín czy Ústí nad Labem – Teplice v Čechách – Most – Chomutov.

Na znaczącej większości pozostałych ciągów czeskiej sieci kolejowej standardem jest regularne kursowanie pociągów regionalnych do godz. 22:00–23:00. Na przykład z Czeskiego Cieszyna, liczącego 26 tys. mieszkańców, ostatnie pociągi regionalne we wszystkich czterech kierunkach odjeżdżają grubo po godz. 22:00 – o godz. 22:37 do stacji Bohumin, o godz. 22:41 do stacji Frýdek-Místek, o godz. 22:45 do stacji Ostrava-Svinov oraz o godz. 23:21 do stacji Návsí. Dla porównania: z dworca w liczącym 36 tys. mieszkańców Cieszynie po polskiej stronie Olzy ostatni pociąg odjeżdża o godz. 19:17.

W Niemczech nocne połączenia kolejowe coraz częściej oferowane są pasażerom również poza największymi aglomeracjami. Na przykład z liczącego 177 tys. mieszkańców Saarbrücken w noce z piątku na sobotę oraz z soboty na niedzielę pociągi regionalne rozjeżdżają się w trasy znacznie po północy – o godz. 00:45 wyrusza pociąg do Pirmasens, o godz. 00:48 do Neunkirchen, o godz. 1:20 do Merzig, o godz. 1:20 do Homburga i o godz. 1:22 do Sankt Wendel. To miejscowości leżące w promieniu 25–60 km od Saarbrücken.

Porównajmy to z 175-tysięcznym Olsztynem. Ostatni z tego miasta pociąg w kierunku Kętrzyna odjeżdża o godz. 20:25, w kierunku Szczytna o godz. 20:40, w kierunku Działdowa o godz. 20:37, w kierunku Iławy o godz. 20:39, w kierunku Elbląga o godz. 20:42, a w kierunku Braniewa o godz. 20:29. Oznacza to, że polska kolej odcina się nie tylko od osób chcących w stolicy województwa warmińsko-mazurskiego spędzić wolny wieczór, ale nawet od rzeszy pracowników supermarketów czynnych choćby do godz. 21:00 (tylko sklepów sieci Biedronka czynnych do tej godziny jest na terenie Olsztyna 17). Nie sposób nie wspomnieć o bardziej drastycznych przykładach, takich jak Białystok, z którego ostatni na dobę pociąg w kierunku Ełku odjeżdża o godz. 17:12, a w kierunku Bielska Podlaskiego o… godz. 15:52.

Odcinanie pasażerów

W innych krajach europejskich jednym z filarów walki o podróżnych było wydłużenie godzin kursowania kolei regionalnej. Choć w późnowieczornych pociągach – poza zupełnie wyjątkowymi okazjami jak koncerty czy festiwale – nie będzie dużego tłoku, to stanowią one dla pasażerów sygnał, że na kolei mogą polegać o różnych porach i w różnych sytuacjach. Jedna z obowiązujących za granicą zasad tworzenia oferty przewozowej mówi, że nie należy likwidować ostatniego połączenia, nawet jeśli jego wyniki przewozowe i ekonomiczne nie są zadowalające. Gdy bowiem z rozkładu jazdy zostanie wycięte ostatnie w dobie połączenie, to spadnie liczba pasażerów we wcześniejszym pociągu, dotychczas kursującym daną linią jako przedostatni.

Brak uwzględnienia tej zasady boleśnie widoczny jest właśnie w przypadku linii biegnącej z Białegostoku do Bielska Podlaskiego i dalej do Czeremchy. W 1990 r. ostatni pociąg w tym kierunku wyruszał z Białegostoku o godz. 22:56, w 1996 r. o godz. 20:15, w 2001 r. o godz. 19:50, w 2007 r. o godz. 19:17, a w 2010 r. o godzinie 16:13. Obecnie ostatni pociąg odjeżdża, jak wspomnieliśmy, o godz. 15:52 – dodajmy, że jest to jeden z zaledwie dwóch na dobę pociągów wyruszających z Białegostoku w tamtym kierunku.

Po likwidacji wieczornego pociągu odczuwalnie zmniejsza się liczba pasażerów korzystających nawet z pociągów szczytowych – pasażer, po utracie przydatnego mu wieczornego połączenia, szybko rozejrzy się za inną możliwością transportu, rezygnując z kolei w ogóle. Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku likwidacji połączenia na bocznej linii, co zwykle wpływa na pogorszenie wyników na linii głównej.

Mimo to nierzadko można się spotkać z opiniami, że zmniejszająca się liczba połączeń kolejowych w Polsce to jedynie odpowiedź na ogólny, rzekomo nawet światowy, trend spadku znaczenia kolei. Gdy jednak spojrzymy na statystyki przewozowe, to przekonamy się, że tego typu opinie stanowią co najwyżej próbę wyjaśnienia nieudolności osób odpowiadających za transport kolejowy w Polsce.

Jeszcze w 2000 roku kolej w Polsce przewiozła 361 milionów pasażerów – dla porównania rok 2014 zamknięto liczbą podróżujących pociągami wynoszącą tylko 269 milionów (dane Urzędu Transportu Kolejowego). A w tym samym czasie w Niemczech nastąpił wzrost z 1 miliarda 713 milionów do 2 miliardów 23 milionów (dane międzynarodowego związku kolei UIC). Dodajmy, że dziś, gdy polska kolej w wyniku kolejnych ograniczeń w ofercie boryka się z dramatycznie niskimi wynikami przewozowymi, koncern Deutsche Bahn właśnie poinformował, że rok 2014 był w historii tego przedsiębiorstwa rekordowy pod względem liczby przewiezionych pasażerów. Dodajmy, że czeskie Ministerstwo Komunikacji poinformowało, że rok 2014 był już piątym z rzędu rokiem konsekwentnie zwiększającej się liczby podróżujących koleją w tym kraju.

Poprawa wyników przewozowych, a co za tym idzie polepszenie wyników ekonomicznych, jest możliwa jedynie w efekcie zwiększania regularności kursowania pociągów, uruchamiania dodatkowych połączeń, rozszerzania – czy w dzisiejszych realiach bardziej przywracania – zasięgu o dodatkowe trasy i miejscowości. Kolej jest bowiem organizmem, w którym kluczowe znaczenie ma efekt skali – tylko wielość połączeń, intensywny ruch i takie też wykorzystanie zakupionego taboru mogą wyprowadzić polską kolej z dołka. Ograniczanie oferty tylko pogłębia problemy i znów stawia pasażerów w obliczu następnych ograniczeń. Pamiętajmy o tym, gdy prędzej czy później usłyszymy kolejnego już „reformatora”, który jako panaceum wskaże „optymalizację sieci kolejowej” czy „racjonalizację sieci połączeń”, pod czym zawsze kryje się likwidowanie następnych linii.

W obronie ZUS, czyli o potrzebie ubezpieczeń społecznych

W polskiej debacie publicznej dominuje niechęć do niemal wszystkiego, co społeczne lub państwowe. Wielu zakłada, że jest to złe, ponieważ wspólne, a to znaczy, że niczyje. Często też uważa się, że państwowe agendy źle gospodarują pieniędzmi, w przeciwieństwie do prężnych i nowoczesnych firm prywatnych. Jedną z instytucji publicznych, które spotykają się z największą falą nienawiści, jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych. W opiniach o ZUS-ie zazwyczaj dominują stereotypy i nieprawdziwe informacje. Warto zmierzyć się z postulatami likwidacji ZUS-u, odróżnieniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych od Funduszu Ubezpieczeń Społecznych czy z możliwościami uciekania ze składkami do innych państw.

Niechęć do ZUS

Zakład Ubezpieczeń Społecznych od dawna nie cieszy się dobrą sławą. CBOS regularnie przeprowadza badania na temat oceny przez Polaków różnych instytucji publicznych. Z raportów wynika, że ZUS ma nieustająco złą opinię. W marcu 2015 r. aż 59% Polaków źle oceniało tę instytucję. Gorzej w badaniach wypada tylko NFZ, którego działalność negatywnie oceniło aż 75% respondentów1.

Panująca atmosfera polityczna i popularność neoliberalnych polityków nie przyczyniają się do zmiany wizerunku państwa i jego instytucji. Niektórzy z kandydatów na urząd Prezydenta RP w 2015 r. postulowali nawet likwidację ZUS-u. Do negatywnych ocen przyczyniają się także procedury wyboru prezesa tej instytucji, a szczególnie wypowiedzi niektórych kandydatów. Kto z nas nie widział stron internetowych w rodzaju „Owoc żywota Twojego je ZUS”? Swego czasu dużą popularnością cieszyła się grafika porównująca ZUS do Amber Gold.

Bez wątpienia ZUS zmaga się z olbrzymimi problemami finansowymi, wynikającymi przede wszystkim z procesów demograficznych i zmian na rynku pracy. Jednak polscy seniorzy wciąż mogą pozostawać znacznie bardziej pewni tego, że dostaną świadczenia emerytalne niż wielu pracowników, którzy nie wiedzą, jak długo będą jeszcze zarabiać w swoim miejscu pracy i czy nie spotka ich bezrobocie. Za wypłatą świadczeń z ZUS stoją bowiem gwarancje państwowe. Ustawa o Systemie Ubezpieczeń Społecznych z 13 października 1998 r. mówi, że wypłacalność świadczeń z ubezpieczeń społecznych gwarantowana jest przez państwo.

Niechęć do ZUS-u jest często wynikiem mylenia tej instytucji z FUS-em, czyli Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. Warto więc już na wstępie napisać, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych zajmuje się gromadzeniem składek, rozliczaniem i wypłatą świadczeń. Składki te trafiają jednak do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, czyli FUS, który jest swoistym budżetem. I to FUS, a nie ZUS może otrzymać dotacje od państwa. Jednak dotacje te mogą być przeznaczone wyłącznie na uzupełnienie środków na wypłaty świadczeń gwarantowanych przez państwo. O różnicy między tymi dwiema instytucjami, tak często mylonymi, jeszcze niżej napiszemy.

Krótka historia ubezpieczenia społecznego w Polsce

Sama idea ubezpieczenia społecznego ma długą tradycję, choć jako instytucja państwowa, obejmująca zakresem większość obywateli, powstała dopiero w XX wieku. Wcześniej, w razie zaistnienia sytuacji niepewnej, o negatywnych konsekwencjach dla jednostki (czyli tzw. ryzyka socjalnego) najczęściej rekompensatę i zabezpieczenie gwarantowała rodzina, związki wyznaniowe lub sieci ubezpieczeń wzajemnych. Oznaczało to jednak, że bardzo wiele osób żyło i umierało w nędzy, ponieważ nie miało prawa do żadnego ubezpieczenia i zdanych było na łaskę innych. Pierwsze ubezpieczenia na masową skalę utworzono w Niemczech w latach 80. XIX wieku. Celem kanclerza Otto von Bismarcka było stłumienie nastrojów rewolucyjnych wśród robotników, dlatego przejął postulaty socjalistyczne i objął pracowników systemem ubezpieczenia inwalidzkiego, chorobowego i wypadkowego. Wówczas tylko niewielki odsetek robotników dożywał wieku emerytalnego.

Pierwsze powszechne, państwowe systemy zabezpieczenia społecznego zaczęły powstawać na początku XX wieku. W Polsce Zakład Ubezpieczeń Społecznych jako instytucja państwowa i powszechna został powołany w 1934 r. na mocy rozporządzenia prezydenta Ignacego Mościckiego, które połączyło kilka odrębnych, istniejących wcześniej instytucji ubezpieczeniowych. Przyczyniło się to do zmniejszenia kosztów administracyjnych ubezpieczenia. Warto podkreślić, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego system emerytalny był silnie zróżnicowany wewnętrznie. Oprócz oddzielnych systemów dla pracowników umysłowych i robotników istniały także systemy dla górników, funkcjonariuszy państwowych, zawodowych żołnierzy, pracowników PKP i poczty, pracowników Lasów Państwowych, samorządów terytorialnych, PKO i Banku Polskiego2.

Świadczenia dla poszczególnych grup społecznych, np. pracowników umysłowych i robotników, różniły się. Składka pracownika umysłowego wynosiła 16,6% wynagrodzenia, z czego 9,3% płacił pracodawca, a 7,3% pracownik. Składka robotnika była niższa, obejmując 14,3% dochodu, z czego 8% płacił pracodawca, a 6,3% pracownik3. Robotnicy otrzymywali świadczenia przeciętnie pięć razy niższe od świadczenia pracownika umysłowego, często niepokrywające nawet najbardziej podstawowych potrzeb. Nie mieli prawa do wszystkich rodzajów rent, a wdowy i wdowcy musieli spełnić o wiele więcej warunków, żeby uzyskać renty rodzinne. Renty sieroce przyznawane były dzieciom niezależnie od płci do 18. roku życia, jeśli zmarły ubezpieczony był pracownikiem umysłowym, natomiast jeśli był robotnikiem, renta na syna przyznawana była do 17., a na córkę do 18. roku życia4. Nie rozwiązano kwestii braku powiązań między poszczególnymi regionami Polski i mogło się zdarzyć, że robotnik migrujący wewnątrz kraju tracił dotychczas wypracowane uprawnienia emerytalne5.

Stosunek władz do kwestii ubezpieczeń był zawsze odbiciem aktualnej sytuacji politycznej. Pracownicy umysłowi cieszyli się korzystniejszymi rozwiązaniami prawnymi, ponieważ była to grupa ściśle związana z istniejącym systemem rządów. Z kolei rozwiązania dla pracowników fizycznych wprowadzano najczęściej pod presją napięć społecznych. Niekorzystne dla systemu było pozostawienie poza nim rolników, którzy w kraju opartym na gospodarce chłopskiej stanowili znaczną grupę. Z publicznego systemu wyłączona była również administracja państwowa, która cechowała się stałymi posadami o wysokim wynagrodzeniu i mogła stanowić mocny trzon ubezpieczenia społecznego płacąc stałe, wysokie składki.

Do znacznych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego doszło po II wojnie światowej. Polska wyszła z wojny nie tylko z populacją zmniejszoną o 6 milionów, ale także z rzeszą sierot i inwalidów. Do tego bardzo duży wpływ na strukturę ludności miały ogromne migracje na zachód oraz ze wsi do miast. Działalność ubezpieczeniową należało rozpocząć natychmiast, więc wznowiono ją na podstawie przepisów międzywojennych. Rozszerzono zakres podmiotowy i przedmiotowy, włączono do systemu pracowników o wyższych zarobkach, a w 1953 r. robotników rolnych. Rozpoczęto ujednolicanie uprawnień poszczególnych grup ubezpieczonych. Między 1950 a 1954 r. zniesiono odrębne systemy dla pracowników samorządów terytorialnych, banków państwowych i instytucji publicznoprawnych6. Pierwszy powojenny okres był więc dla systemu ubezpieczeń czasem odbudowy organizacyjnej i przyznawania dość niskich, lecz powszechnych rent gwarantujących minimum utrzymania. Zniesiono również odrębny system świadczeń dla pracowników umysłowych i robotników, uregulowano świadczenia na jednakowych zasadach dla wszystkich pracowników, a korzystniejsze świadczenia zapewniono tylko górnikom, pracownikom kolei i służbom mundurowym.

Źródła problemów

Lata 70. i 80. były dla polskiego systemu zabezpieczenia społecznego okresem częstych podwyżek świadczeń, które jednak nie nadążały za podwyżkami płac oraz za przyznawaniem świadczeń emerytalnych kolejnym grupom zawodowym. W tym czasie zakończono także proces rozszerzania ubezpieczenia emerytalnego, objęto nim bowiem twórców (1973 r.), rolników indywidualnych (1980) i duchownych (1989). System emerytalny objął prawie całą ludność czynną zawodowo. Jednocześnie na początku lat 90. próbowano zwalczać rosnące po transformacji bezrobocie poprzez przyznawanie rent i wcześniejszych emerytur.

W bardzo dużym stopniu Fundusz Ubezpieczeń Społecznych obciążyła reforma z 1999 r., wprowadzająca Otwarte Fundusze Emerytalne. System emerytalny w ramach pierwszego, bazowego filara (a więc tego, za którego obsługę odpowiada ZUS), ma charakter repartycyjny. Oznacza to, że ze składek płaconych obecnie są finansowane dzisiejsze świadczenia, a na emerytury obecnych pracowników łożyć będą kolejne pokolenia. Wraz z wprowadzeniem nowego systemu zostały znacznie okrojone składki do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych kilkunastu milionów osób – nie wynosiły już 19,52%, lecz tylko 12,22%. Pozostałe 7,3% trafiało do OFE. Oznacza to, że przychody Funduszu Ubezpieczeń Społecznych stały się mniejsze o 37,4%. Jednak w tym samym czasie nie ubyło o ponad 1/3 emerytów, którzy już pobierali świadczenia. W efekcie w FUS powstał ubytek, który trzeba było refundować z budżetu państwa. W 1999 r. było to 2,3 mld zł, ale w 2010 r. ZUS przekazał do OFE już 22,3 mld zł7.

Mimo częściowego cofnięcia reformy OFE w 2013 r. olbrzymie problemy Funduszu Emerytur Społecznych nadal istnieją, a sytuacja nie poprawia się z dwóch powodów. Z jednej strony Polska zmaga się z problemami demograficznymi, których skutki odczujemy za kilkanaście do kilkudziesięciu lat. Z drugiej strony bardzo niekorzystna jest sytuacja na rynku pracy. Umowy „śmieciowe” oznaczają znacznie mniejsze wpływy ze składek, co obciąża Fundusz Ubezpieczeń Społecznych dziś i będzie wiązało się z o wiele niższymi świadczeniami w przyszłości. W XXI w. weszliśmy więc z wielkimi wyzwaniami stojącymi przed systemem ubezpieczeń społecznych.

Czy rezygnacja z ZUS jest rozwiązaniem problemu?

Postulat likwidacji ZUS pojawia się bardzo często w debacie publicznej. Spójrzmy na ten problem hipotetycznie. Zakład Ubezpieczeń Społecznych odpowiada za gromadzenie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne obywateli oraz dystrybucję świadczeń, m.in. emerytur, rent, zasiłków chorobowych lub macierzyńskich. Jednak dla uproszczenia, na potrzeby tego tekstu, załóżmy, że ZUS odpowiada tylko za wypłaty emerytur. Obecni ubezpieczeni często skarżą się, że płacą wysokie składki, a nic z nich nie będą mieli. Woleliby oszczędzać je we własnym zakresie. Czy jeśli zlikwidujemy instytucję ubezpieczeniową, to ta sytuacja się zmieni?

Pierwszym problemem byłoby ogromne obciążenie budżetu państwa i samych pracowników. Ktoś bowiem musiałby finansować świadczenia dla obecnych emerytów. W marcu 2014 r. emerytury pobierało prawie 5 milionów Polaków8. Po całkowitym zlikwidowaniu składek ich emerytury musiałoby finansować państwo. Przy optymistycznych założeniach byłoby to około 200 miliardów zł rocznie. Oznaczałoby to, że te pieniądze nie byłyby przekazywane na inne ważne społecznie cele, takie jak edukacja, ochrona zdrowia, infrastruktura itd. Drugim rozwiązaniem problemu mogłoby być przeniesienie odpowiedzialności za dzisiejszych emerytów z państwa na pracujących członków ich rodzin (na utrzymaniu państwa pozostaliby tylko ci, którzy nie mają nikogo bliskiego w wieku produkcyjnym). Wówczas okazałoby się jednak, że składka do tej pory przekazywana na ZUS bardzo często byłaby niewystarczająca. Ponadto finansować należałoby emerytury nie tylko dzisiejszych emerytów, ale wszystkich osób, które są w wieku przedemerytalnym (co najmniej 10 lat przed uzyskaniem wymaganego wieku), ponieważ w krótszym czasie nie byliby w stanie odłożyć wystarczającej kwoty.

Załóżmy jednak, że tego problemu nie ma. Czy rzeczywiście każdy byłby w stanie odłożyć sobie na przyszłą emeryturę więcej, niż odkłada w tej chwili? Badania tego nie potwierdzają. Większa część pieniędzy byłaby wydawana na bieżącą konsumpcję. Z badań CBOS przeprowadzonych w 2014 r. wynika, że aż 60% polskich gospodarstw domowych nie ma żadnych oszczędności9. Istnieje także silna zależność między posiadaniem oszczędności a oceną warunków materialnych gospodarstwa domowego. Wśród osób najzamożniejszych oszczędności ma 74% ankietowanych, a wśród osób oceniających swoje warunki jako skromne – tylko 10%. A to właśnie ci, których warunki finansowe są najskromniejsze, powinni odkładać najwięcej na przyszłą emeryturę. Mamy tu bowiem do czynienia z tzw. efektem św. Mateusza. Pochodzący z Biblii cytat – który mówi, że Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma – to zasada wykorzystywana w socjologii, opisująca ubożenie osób biednych i bogacenie się bogatych. Efekt ten w przypadku zapewniania sobie dochodu na starość polega na tym, że głównymi beneficjentami, którzy byliby w stanie zaoszczędzić, są zawsze osoby o średnich i wysokich zarobkach. Tymczasem najbiedniejsi, zarabiający najmniej, nie są w stanie odłożyć pieniędzy i nie mieliby żadnego uposażenia na starość.

Nawet jednak jeśli założymy, że większość Polaków nie wyda swojej składki (nieskierowanej już do ZUS) na konsumpcję od razu, lecz przeznaczy ją na prywatne oszczędności, nie ma pewności, że będą oni w stanie uzyskać takie świadczenie, jakie gwarantowałoby im państwo. Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest fakt, że najprawdopodobniej pieniądze byłyby inwestowane na rynkach finansowych. Tymczasem zdecydowana większość badanych deklaruje, że w ogóle się nie orientuje (44%) lub ma słabą orientację (34%) na temat możliwości korzystnego oszczędzania lub inwestowania. Zaledwie 3% określa swoją wiedzę na ten temat jako dobrą10. Zwolennik likwidacji ZUS powie: w takiej sytuacji przeprowadźmy kursy z funkcjonowania rynków finansowych. Ale tu znów pojawiłyby się dwa problemy. Po pierwsze, reforma musiałaby być opóźniona o pokolenie – bo kursy przecież odbywałyby się na etapie edukacji szkolnej. A po drugie, czy rzeczywiście wiedza o rynkach finansowych gwarantuje wysokie stopy zwrotu z oszczędności? W przypadku OFE prof. Leokadia Oręziak określała uzależnienie emerytury od rynków finansowych mianem „ruletki”. W czasie kryzysów ekonomicznych indeksy giełdowe potrafią być niższe nawet o kilkadziesiąt procent od okresów wzrostu gospodarczego.

Nawet jeśli pominiemy i ten problem, a założymy, że przeciętny Polak odłożyłby sobie wysokie świadczenie, ponieważ nie płaciłby składek do ZUS, to i tak mógłby na starość zmagać się z biedą. Powodem tej sytuacji byłby bowiem brak waloryzacji świadczeń, która teraz dokonywana jest raz w roku. W ciągu kilkudziesięciu lat życia siła nabywcza zaoszczędzonych pieniędzy mogłaby znacznie zmaleć.

Gdy ujmiemy problem z aksjologicznego punktu widzenia, należy podkreślić, że likwidacja ZUS oznaczałaby przede wszystkim odejście od podstawowej zasady solidarności, na której oparta jest umowa społeczna funkcjonująca we współczesnych państwach. Chodzi tu zarówno o solidarność międzypokoleniową, jak i o solidarność z osobami najsłabszymi na rynku pracy, czyli późniejszymi najuboższymi emerytami.

Wiele osób czytających poprzednie akapity zdało sobie zapewne sprawę, że to rodzaj hiperboli, bo likwidacja ZUS jest właściwie niemożliwa z powodów instytucjonalnych, prawnych i politycznych. Ale przecież Zakład Ubezpieczeń Społecznych niegospodarnie wydaje nasze pieniądze. Trudno myśleć w inny sposób o finansach ZUS, jeśli w jednej z najbardziej poczytnych polskich gazet ukazują się artykuły takie jak ten zatytułowany „ZUS wydał 1 278 249 000 złotych na nagrody! NIEWIARYGODNE”11. Lecz gdy odkryjemy, że te ponadmiliardowe nagrody wypłacane były z funduszu płac (czyli nie z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych) i trafiały w ciągu 6 lat do wszystkich pracowników instytucji – która, przypomnijmy, zatrudnia prawie 50 000 osób, to dowiemy się, że chodziło o niecałe 400 zł na osobę.

Naród emigrantów

Ostatnio przykładem poruszającym opinię publiczną było wysłanie pracowników ZUS na szkolenia do Palermo. Nie tylko gazety, ale też politycy twierdzili, że gdy emeryci ledwo wiążą koniec z końcem, pracownicy ZUS za nasze pieniądze jadą na Sycylię. Krytycy takich działań nie dostrzegają jednak tego, że Polska jest narodem emigrantów i ponad 2 miliony naszych obywateli wyjechały już do pracy, najczęściej do innych państw Unii Europejskiej. Natomiast ZUS, zgodnie z Ustawą o Ubezpieczeniach Społecznych z 13 października 1998 r. ma ściśle określone zadania, w tym wynikający z artykułu 68 punkt 8 tej ustawy, który nakłada obowiązek popularyzacji wiedzy o ubezpieczeniach społecznych. Art. 71 tej ustawy mówi z kolei o wykonywaniu zadań wynikających z innych ustaw. Jednym z obowiązujących go aktów prawnych jest dyrektywa 883/2004 w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego oraz rozporządzenie wykonawcze 987/2009. Oprócz podstawowych zagadnień związanych z koordynacją świadczeń regulują one kwestie związane ze współpracą międzynarodową i implikują konieczność współpracy międzyinstytucjonalnej. Właśnie z tego powodu organizowane są tzw. Dni Poradnictwa w różnych krajach UE, w tym we Włoszech.

Czy Dni Poradnictwa są niepotrzebne? Skąd pracownik, który został oddelegowany do pracy w Hiszpanii na krócej niż 3 miesiące i uległ wypadkowi przy pracy, ma wiedzieć, do jakiej zwrócić się instytucji? Jakiemu systemowi emerytalnemu podlegają polscy pracownicy, którzy w Niemczech pracują jako opiekunowie niepełnosprawnych? Czy okres pracy w Niemczech będzie im się liczył do stażu pracy i kto będzie finansował ich przyszłe świadczenie? A co ma zrobić obywatel posiadający paszporty dwóch krajów, np. Polski i Niemiec, który pracował przy budowie dróg w Hiszpanii, realizowanej przez szwedzką firmę, jeśli uległ wypadkowi? Koordynacja systemów zabezpieczenia społecznego w Unii Europejskiej jest niezwykle skomplikowana i nie da się jej zawsze wyjaśnić przez Internet. Dlatego Dni Poradnictwa cieszą się dość dużą popularnością.

Natomiast tym, którzy uważają, że ZUS takie szkolenia czy konferencje organizuje za nasze składki, warto zwrócić uwagę na fakt, że ZUS, zgodnie z art. 51 ustawy o Systemie Ubezpieczeń Społecznych, jest dysponentem Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego m.in. wypłacane są świadczenia emerytalne i rentowe. ZUS i FUS nie są tożsame. Wyjazdy pracowników ZUS są finansowane z zupełnie innych źródeł. Są to tzw. bieżące koszty działalności Zakładu, które zresztą stanowią część planu finansowego budżetu państwa.

Lepiej w innym państwie?

Bardzo popularne jest twierdzenie, że w krajach zachodnich za o wiele niższe składki można otrzymać w przyszłości znacznie wyższą emeryturę. Jest faktem, że obecnie średnia emerytura w krajach zachodnioeuropejskich jest wyższa niż średnia emerytura w Polsce. Wynika to jednak najczęściej ze znacznie wyższych składek opłacanych przez członków tamtych systemów oraz wyższych kosztów życia.

Najpopularniejsze jest porównywanie do Wielkiej Brytanii. Jakiś czas temu prominentny polski polityk zasugerował, że składka osoby samozatrudnionej w Wielkiej Brytanii wynosi 50 zł, a świadczenia są znacznie wyższe od polskich12. Sytuacja jednak nie do końca tak wygląda, a żeby zrozumieć, jak jest naprawdę, warto przyjrzeć się systemowi emerytalnemu osób samozatrudnionych w Wielkiej Brytanii.

Po pierwsze – jeśli ktoś chce być objęty brytyjskim systemem zabezpieczenia społecznego, musi wykonywać działalność na terenie Wielkiej Brytanii. Jest to uregulowane przepisami koordynacyjnymi, o których wspomniano wyżej (Dyrektywa 883/2004). Zgodnie z zasadą lex loci laboris (miejsca wykonywania pracy), zawartą w art. 11 ust. 3 dyrektywy o ubezpieczeniu, właściwe jest ustawodawstwo państwa, w którym praca najemna lub praca na własny rachunek jest wykonywana. Jeśli ktoś wykonuje pracę w dwóch państwach członkowskich, to podlega ustawodawstwu tego państwa, w którym mieszka i pracuje. Oznacza to, że nie można uciec od polskiego systemu zabezpieczenia społecznego inaczej, niż zakładając działalność gospodarczą wyłącznie w innym państwie (w tym przypadku w Wielkiej Brytanii) lub po prostu zamieszkując tam, jeśli działalność prowadzi się i w Polsce, i w Wielkiej Brytanii. Składki na tzw. emeryturę państwową rzeczywiście nie są wysokie i osoba samozatrudniona płaci od kwietnia 2015 r. 2,8 funta tygodniowo. Należy jednak dodać, że na koniec roku, po przekroczeniu określonej kwoty dochodu, osoba samozatrudniona musi opłacić dodatkową składkę w wysokości 9% od tego dochodu. Obecnie jest to od 8060 do 42385 funtów w skali roku. Powyżej tej kwoty opłaca się składkę w wysokości 2%. A zatem w przypadku wyższego dochodu składka nie wynosi już 11,2 funtów miesięcznie.

Ponadto składka ta gwarantuje wyłącznie tzw. bazową emeryturę państwową, która wynosi obecnie maksymalnie 115,95 funtów tygodniowo. Dla porównania: minimalna pensja w Wielkiej Brytanii (liczona godzinowo) wynosi 6,5 funta za godzinę, co średnio daje osobie pracującej na cały etat ponad 1000 funtów miesięcznie13. Obecnie, po osiągnięciu wieku emerytalnego, prawo do emerytury w pełnej wysokości ma osoba, która bez przerwy pracowała i opłacała składki przez 30 lat14. Warunkiem zaliczenia okresu samozatrudnienia do okresu składkowego jest wykazanie dochodu w odpowiedniej wysokości. Reforma emerytalna wprowadzana w 2015 r. wydłuży okres składkowy wymagany do uzyskania pełnego świadczenia do 35 lat15. W przypadku krótszego okresu składkowego (nie może on być jednak niższy niż 10 lat) świadczenie jest proporcjonalnie obniżane.

Większość Brytyjczyków ma dodatkowe ubezpieczenie (najczęściej są to pracownicze programy emerytalne), ponieważ bazowa emerytura państwowa jest świadczeniem niewysokim jak na warunki brytyjskie. Jeśli jednak emeryt postanowi na stare lata wrócić do Polski, to świadczenie transferowane z Anglii może mu zapewnić w miarę godną starość. Powstaje jednak pytanie, czy za kilkadziesiąt lat różnice w wartości nabywczej naszych pieniędzy będą wciąż tak duże i czy uda się pracować przez 35 lat bez przerwy, aby uzyskać maksymalny wymiar świadczenia.

Skoro tak dobrze, to dlaczego tak źle?

Mimo próby sprostowania nie do końca sprawiedliwych opinii dotyczących funkcjonowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych należy zauważyć, że jego sytuacja nie jest dobra. Ze składek ubezpieczonych nie da się sfinansować obecnych świadczeń i państwo co roku zmuszone jest dopłacać z budżetu do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Przyczyn takiej sytuacji jest kilka. Po pierwsze – przemiany demograficzne. System oparty na zasadzie repartycji (zwanej też pay-as-you-go) będzie się sam finansował tylko w sytuacji, gdy każde kolejne pokolenie będzie liczniejsze od poprzedniego. Przypomnijmy, że aby tak było, współczynnik dzietności (a więc średnia liczba dzieci przypadających na kobietę w wieku 15–49 lat) powinien wynosić 2,14. Tymczasem w Polsce w 2013 r. wynosił on jedynie 1,2916. Nie jest to zresztą wyłącznie problem Polski, bo dla całej Unii Europejskiej współczynnik ten wynosi 1,55, a żaden kraj nie osiągnął tzw. prostej zastępowalności pokoleń. Najbliżej do tego poziomu mają Irlandia (1,96), Francja (1,99) i Szwecja (1,89). Sytuację demograficzną obecnie utrudnia także emigracja osób w wieku produkcyjnym. Oznacza ona dla naszego kraju, że ponad 2 miliony osób pracują i opłacają składki w zagranicznych systemach zabezpieczenia emerytalnego oraz że najprawdopodobniej, jeśli zdecydują się na dziecko, to już za granicą (co potwierdza m.in. dość wysoki współczynnik dzietności wśród polskich kobiet na Wyspach Brytyjskich, który wynosi aż 2,13)17.

Drugim czynnikiem znacznie uszczuplającym dochody Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jest polski rynek pracy. Zarobki w Polsce są statystycznie dość niskie. Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej oraz Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce około 12% osób zatrudnionych na umowy o pracę (brak jest danych dotyczących wymiaru zatrudnienia) zarabia pensję minimalną lub niższą (w przypadku niepełnego etatu). Innym problemem jest fakt, że rośnie odsetek osób wykonujących pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Obecnie jest to 1,4 mln osób, czyli 13% wszystkich pracujących. Bezrobocie, częste przerwy w pracy (wynikające z sytuacji na rynku pracy lub potrzeby opieki np. nad członkiem rodziny) czy szara strefa dodatkowo uszczuplają wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Ponadto zmniejszają przyszłe świadczenia, ponieważ od czasów reformy z 1999 r. system emerytalny funkcjonuje na zasadzie zdefiniowanej składki. Oznacza to, że wysokość emerytury uzależniona jest od kwoty składek wpłaconych przez ubezpieczonego. To stawia w trudniejszej sytuacji tych, którzy zarabiają mniej i mają częste przerwy w pracy. Jednak i w tym wypadku nie można mieć pretensji do ZUS. Zakład nie prowadzi bowiem własnej polityki finansowej i nie może samodzielnie ustalać wysokości składek lub świadczeń, sposobu ich pobierania, progów dochodowych itp. Politykę w tym zakresie kształtuje ustawodawca, a więc koncepcje zmian należy przedstawiać członkom parlamentu, a nie obwiniać tę instytucję.

Potrzeba ubezpieczeń społecznych

Ubezpieczenie społeczne, które zawiera element przymusu (obowiązek przynależności do systemu i opłacania składek) służy nam wszystkim. Nie ma osoby, która byłaby wiecznie zdrowa czy wiecznie młoda i zdolna do pracy. Gdybyśmy mieli przenieść odpowiedzialność za różne ryzyka na prywatne osoby, to przeważająca większość mogłaby nie być w stanie zapewnić sobie bytu w przypadku trudnej życiowej sytuacji. Ubezpieczenia społeczne są wciąż dość młodą dziedziną, w powszechnej skali krajowej istnieją od około stu lat. Rezygnacja z ubezpieczenia społecznego byłaby cywilizacyjnym krokiem wstecz. Warto zauważyć, że na świecie wciąż wiele osób nie ma żadnego zabezpieczenia i musi się indywidualnie zmagać z wieloma problemami. W 2014 r., dwa lata po przyjęciu zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 202 dotyczącego podstaw ochrony socjalnej, wydano raport na temat ochrony socjalnej na świecie pt. „World Social Protection Report 2014/15. Building economic recovery, inclusive development and social justice”.18 W raporcie podkreśla się, że choć prawo do ochrony socjalnej jest uznawane za fundamentalne prawo człowieka, to wciąż nie jest ono realizowane w pełni. Obecnie tylko 27% populacji świata ma dostęp do kompleksowego systemu zabezpieczenia społecznego, podczas gdy w przypadku pozostałych 73% zabezpieczone są tylko niektóre ryzyka socjalne lub nie ma żadnej ochrony19. Zdaniem autorów raportu brak dostępu do pełnej ochrony socjalnej powoduje największą przeszkodę w budowaniu wzrostu gospodarczego i społecznego.

Brak ochrony socjalnej lub jej niewystarczający poziom łączą się z wysokim i trwałym ubóstwem oraz niepewnością gospodarczą, rosnącymi nierównościami, brakiem inwestycji w kapitał ludzki, a w konsekwencji ze słabym popytem w okresie spowolnionego wzrostu. O tym wszystkim należy pamiętać w dyskusjach na temat Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Modyfikacje i reformy są potrzebne większości instytucji, które muszą dostosowywać się do zmieniających się warunków. Warto jednak, aby dyskusja na ten temat była merytoryczna, zwłaszcza że jest to jedna z niewielu instytucji, która ma wpływ na nas wszystkich.

Przypisy:

  1. CBOS, Komunikat nr 42/2015, Oceny Instytucji Publicznych, http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2015/K_042_15.PDF, dostęp: 3 czerwca 2015.
  2. M. Piątkowski, Ubezpieczenia emerytalne [w:] Cz. Jackowiak (red.), Rozwój ubezpieczeń społecznych w Polsce, Wrocław 1991, s. 145.
  3. W. Muszalski, Ubezpieczenia społeczne. Podręcznik akademicki, Warszawa 2004, s. 57.
  4. M. Piątkowski, op. cit., s. 149.
  5. Z. Landau, Podstawowe kierunki rozwoju ubezpieczeń społecznych [w:] Cz. Jackowiak (red.), op. cit., s. 39.
  6. H. Pławucka, Świadczenia emerytalne i rentowe [w:] Cz. Jackowiak (red.), op. cit., ss. 367–373.
  7. Więcej o problemach, które zrodziły się wraz z wprowadzeniem OFE, pisze L. Oręziak, OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce, Warszawa 2014.
  8. Dokładnie 4 944,2 tys., dane za: Struktura wysokości emerytur i rent wypłaconych przez ZUS po waloryzacji w marcu 2014 r., ZUS, Departament Ubezpieczeń Społecznych, Warszawa 2014.
  9. Polacy o swoich długach i oszczędnościach, CBOS, kwiecień 2014.
  10. Polak na rynku finansowym, CBOS, listopad 2012.
  11. http://www.se.pl/wiadomosci/polska/zus-wydal-1–278–249–000-zl-na-nagrody_361136.html, dostęp: 23 czerwca 2015.
  12. Czy składka do ZUS może wynosić 50 zł? http://gowin.salon24.pl/556038,czy-skladka-do-zus-moze-wynosic-50-zl, dostęp: 23 czerwca 2015.
  13. National Minimum Wage rates, https://www.gov.uk/national-minimum-wage-rates, data pobrania: 7 lipca 2015.
  14. The basic State Pension, https://www.gov.uk/state-pension/eligibility, dostęp: 25 czerwca 2015.
  15. What the new state pension means for you, http://www.ageuk.org.uk/money-matters/pensions/what-the-new-state-pension-reforms-mean-for-you/new-state-pensions-changes-explained/, dostęp: 25 czerwca 2015.
  16. Eurostat, Total fertility rate, http://ec.europa.eu/eurostat/tgm/table.do?tab=table&init=1&language=en&pcode=tsdde220&plugin=1, dostęp: 25 czerwca 2015.
  17. Is the Fertility of Polish Women Higher in the UK than in Poland?, http://www.openpop.org/?p=761, dostęp: 25 czerwca 2015. Należy jednak zwrócić uwagę, że wysoki współczynnik dzietności wynika z wielu powodów – nie tylko z wyższych świadczeń, ale często także z przesuwania decyzji o dziecku w okresie przedemigracyjnym.
  18. World Social Protection Report 2014/15. Building economic recovery, inclusive development and social justice, ILO, Geneva 2014.
  19. Ibidem.

IV RP – reaktywacja? – rozmowa z dr. hab. Rafałem Matyją

– Idea IV Rzeczpospolitej Pana współautorstwa niemal całkiem zniknęła z naszej debaty publicznej – i to pomimo faktu, że obóz, który przyjęło się z IV RP utożsamiać, jest na politycznej fali wznoszącej. Jak Pan to interpretuje?

Rafał Matyja: Skoro mowa o interpretacjach, to na wstępie muszę zaznaczyć, że pod hasłem IV Rzeczpospolitej każdy rozumie trochę co innego. Warto powiedzieć parę słów o różnych wariantach tej koncepcji. O IV RP pisałem od 1997 roku – zatem wcześniej niż powstało Prawo i Sprawiedliwość, choć myśląc o tym, kto mógłby się tą ideą zainteresować, brałem oczywiście pod uwagę krąg ludzi, którzy później stworzyli PiS.

Na moje ujęcie tej koncepcji składały się dwa podstawowe elementy – doktryna państwowa i przywództwo. Przez doktrynę państwową rozumiałem wspólny pogląd na państwo i strategiczne cele jego funkcjonowania, podzielany przez decydującą grupę elit – intelektualnych, społecznych, politycznych i administracyjnych, co sprawiałoby, że pewne rzeczy rozumie się bez słów. Na pewno Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone posiadają tego typu doktrynę państwową. Poszczególne stronnictwa różnią się tam i sprzeczają, ale istnieje sfera ogólnonarodowych, państwowych interesów, które są respektowane przez niemal całą elitę. Bardzo chciałem, żeby III Rzeczpospolita miała coś takiego. Tymczasem, mniej więcej w momencie, gdy doszło do uchwalenia konstytucji w 1997 r., stało się jasne, że jeśli III RP doktrynę państwową w ogóle posiada, to jest to doktryna państwa z istoty słabego, oglądającego się nieustannie na opinie zagranicznych ośrodków opinii i wewnętrznych grup interesu. Uznałem wówczas, że istnieje potrzeba pracy nad nową doktryną państwową, bo z III RP – w tym właśnie sensie – nic nie będzie.

Do tego dochodził postulat budowy silnego centrum władzy. Wraz z kolegami z Koalicji Konserwatywnej krytykowaliśmy dwugłową egzekutywę i związane z nią permanentne spory na osi prezydent–premier, konstytucyjnie usankcjonowaną rywalizację tych dwóch ośrodków. Uważaliśmy, że przy projektowaniu ustroju III RP zabrakło decyzji, żeby przy jednym z tych urzędów powstało silne przywództwo państwowe. Jako wzory dobrego ustroju traktowaliśmy z jednej strony prezydencki model francuski, a z drugiej modele niemiecki czy brytyjski, gdzie „centrum dowodzenia państwem” ulokowano w kancelarii szefa rządu.

Przywództwo, o jakie nam chodziło, wymagało ponadto spełnienia kilku warunków. Prezydent lub premier, który jest obsadzony w kluczowej roli, powinien mieć do swojej dyspozycji liczne grono urzędników i doradców pracujących na jego know-how, na jego rozumienie sytuacji kraju. Gromadzenie tej wiedzy nie może być tylko domeną poszczególnych resortów, ponieważ trudno wówczas o całościowy obraz sytuacji. Poszczególne ministerstwa – zwłaszcza w kraju o niezbyt silnym etosie urzędniczym (a w latach 90. był to jeszcze większy problem niż obecnie) – mają naturalne tendencje do produkowania wiedzy tendencyjnej, wypaczonej przez interesy sektorowe. Nakładały się na to złe nawyki biurokracji odziedziczone po PRL, takie jak gra na przeczekanie czy „spychotechnika”, czyli zasada gorącego kartofla, przerzucanego między komórkami administracyjnymi a polityczną nadbudową. Postulowaliśmy więc, aby centrum władzy wykonawczej dysponowało silnym zapleczem merytorycznym, żeby istniała instytucja pracująca na to, aby jej gospodarz był bardzo dobrze poinformowany. Próbowano zresztą tworzyć w ramach tzw. reformy centrum, prowadzonej jeszcze przez SLD, coś w tym rodzaju – mam na myśli Rządowe Centrum Studiów Strategicznych. W praktyce niestety także rządy AWS stanowiły zaprzeczenie tych pomysłów. Buzek ewidentnie nie panował nad uruchomionymi przez siebie reformami. Nie tylko oddał ich projektowanie tzw. ekspertom, lecz także nie był w stanie poskładać wyników ich pracy w jakiś spójny plan przemian. Szczyt jego myśli politycznej zawierał się w zdaniu: „wzięliśmy władzę po to, aby oddać ją ludziom”. Pomijam, że jego reformy bynajmniej tak opisanego celu nie realizowały, ale przytoczony cytat dobrze ilustruje, jak ograniczony był horyzont myślowy ówczesnych elit. Uważałem także, iż powinno się tworzyć „luksusowe” instytucje, swego rodzaju państwowe think-tanki, w których może powstawać pewna myśl strategiczna, myśl państwowa. Chodziło o to, żeby państwo, na użytek podejmowanych później decyzji, przeznaczało pieniądze na badania różnych kwestii istotnych z perspektywy interesu publicznego. Istnienie tego typu instytucji uważam za ważny element składowy siły państwa w stosunkach międzynarodowych oraz za warunek podmiotowości państwowego rdzenia w wewnętrznych relacjach instytucjonalnych. W Polsce znakomitym przykładem tego typu instytucji jest dziś Ośrodek Studiów Wschodnich. Bardzo ważne było to, żeby oba zasadnicze postulaty składające się na koncepcję IV RP – stworzenie doktryny państwowej i dokonanie przełomu ustrojowego, czyli wskazania, kto ma rządzić – zrealizować przed wstąpieniem do Unii Europejskiej, żeby w momencie akcesji było już jasne, w jakich sprawach się między sobą nie kłócimy, żeby rząd, marszałkowie województw czy szefowie podmiotów niepodlegających władzy politycznej, np. rektorzy uczelni, przedstawiciele prywatnych firm i związki zawodowe, mieli pewien sprecyzowany wspólny punkt odniesienia w postaci strategicznych celów państwa jako całości.

IV Rzeczpospolita, jaka pojawiła się w publicznym obiegu idei po aferze Rywina, była już czymś nieco innym. Jej podstawowymi elementami były „walka z układem” i zapowiedź przełomu systemowego, przy czym z pierwszym z nich, muszę przyznać, nigdy się specjalnie nie identyfikowałem. Oczywiście, trzeba w sposób zdecydowany zwalczać wszelkie struktury o charakterze przestępczym, natomiast wydawało mi się, że najpoważniejsze problemy Polski mają charakter bardziej systemowy niż personalny. Chociaż pozornie mogłoby się wydawać, że walka z układem nie musi być sprzeczna z przełomem systemowym, to w praktyce okazywało się często, że istnieje realna rozbieżność. Z jednej strony byli bowiem ludzie, którzy skłaniali się do myślenia, że jeżeli pozbędziemy się pewnej grupy osób ze struktur państwa, to już wszystko pójdzie dobrze, a z drugiej ci, którzy podkreślali raczej to, iż ta grupa – czy też szereg grup – na tyle zepsuła nam reguły gry składające się na system, że trzeba się wziąć za jego naprawę. I realizować tę naprawę jako ambitny, podmiotowy rząd niepozwalający, żeby ogon merdał psem. A w III RP ogon merdał psem. Skład władz ważnych spółek skarbu państwa układano w porozumieniu z oligarchami, politykę wobec kopalń pozostawiano układom rządzącym górnictwem od czasów PRL. Nieformalne negocjacje towarzyszyły szczegółom ważnych projektów legislacyjnych. To wszystko, co ujawniały prace komisji śledczych, stanowiło gotowy program prac dla koalicji PO-PiS. Gdy do niej nie doszło, było jasne, że zakres zmian będzie mniejszy.

Koalicja z Samoobroną i LPR nie była łatwa. Jednak rząd PiS mimo trudnych warunków miał narzędzia, żeby dokonać zmiany systemowej – i jej nie dokonał. Dlatego jego dorobek okazał się tak nietrwały. Co znamienne, jedną z pierwszych decyzji rządu Marcinkiewicza było rozwiązanie wspomnianego wcześniej Rządowego Centrum Studiów Strategicznych. Zamiast naprawić tę instytucję (po rządach SLD została ona niewątpliwie upartyjniona i znajdowała się w marnej kondycji), zachowując jej państwowotwórczy potencjał, zlikwidowano ją i nic na jej miejsce nie utworzono. To pokazywało, jaki był horyzont polityczny i intelektualny premiera Marcinkiewicza i jego otoczenia. Ale tej decyzji nie zablokowali też ani szef partii, ani ówczesny prezydent. Kluczowe dla PiS były całkiem inne sprawy niż stworzenie sprawnego centrum państwa. Niestety, ten akurat dorobek rządów PiS okazał się trwały, bo centralnej instytucji planowania strategicznego nie mamy do dzisiaj. Nie tknięto też – choć to akurat da się zapewne wytłumaczyć kontekstem parlamentarnym – problemów konstytucyjnych. Dokonano za to dość barbarzyńskiej zmiany składu i formuły Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, co odbijało się czkawką jeszcze przez kilka kolejnych lat.

Pod rządami PiS nie powstała również doktryna państwowa, która mogłaby obowiązywać nie tylko polityków, ale także szeroko rozumiane elity. PiS wszedł z tymi elitami w bardzo ostry konflikt i było jasne, że IV RP w tym wydaniu nie stanie się projektem, który zyska poparcie większości społeczeństwa. W kręgach elit doszło do odrzucenia także tego, co w tym projekcie było do przyjęcia. Pojęcie IV RP zostało trwale utożsamione z radykalnym konfliktem społecznym, politycznym, a w największym bodaj stopniu – z konfliktem symbolicznym.

– Przy czym do dziś pozostaje przedmiotem kontrowersji, kto z kim się pierwszy skonfliktował.

– To prawda, sporo racji w tym sporze jest po stronie PiS, ale niezależnie od siły ówczesnej kampanii antypisowskiej tamten rząd wywoływał awantury w bardzo wielu sprawach, w których naprawdę nie musiało do nich dochodzić. Weźmy np. przypadek środowisk akademickich – rzucenie koncepcji stworzenia uniwersytetu, na którym będą pracować sami uczciwi ludzie, było przepisem na zantagonizowanie nie tylko zagorzałych przeciwników PiS-u, lecz także zupełnie neutralnych przedstawicieli tego środowiska. Podobnie było z projektem powszechnej lustracji na uczelniach. Co do zasady, nie mam nic przeciwko lustracji osób sprawujących realną władzę, osłania ona państwo przed niepożądanym wpływem dawnych służb i struktur zagranicznych posiadających wiedzę o agenturze PRL. Jednak w przypadku uczelni było to otwarcie, zupełnie niepotrzebnego w ówczesnej sytuacji politycznej, kolejnego frontu walki z elitami, którego owocem była antypisowska histeria. A dodajmy, że cały ten konflikt był pochodną wycofania się z radykalnej wersji ustawy lustracyjnej, która zakładała po prostu upublicznienie zasobów archiwalnych IPN. Powstał projekt, który wycofywał się z ujawnienia akt, w zamian zmuszając olbrzymią rzeszę ludzi do składania oświadczeń lustracyjnych. Zatem ma pan rację, że miała miejsce bezprzykładna nagonka części mediów na PiS, natomiast fakt, że ten konflikt uległ tak radykalnemu rozszerzeniu, był także zasługą polityków tej partii. Tak ostry konflikt sprawił, że w czasie dwuletnich rządów nie podjęto nawet próby stworzenia doktryny państwowej, która mogłaby funkcjonować ponad podziałami. Nigdy nie rozmawiałem na ten temat z ważnymi politykami PiS, ale sądzę, że powiedzieliby, że to idea zupełnie nierealna. A ja uważam, że jeszcze w początkach 2005 r. była możliwa polityczno-publiczna koalicja opierająca się na zgodzie, że pewne reformy ustrojowe i uznanie nadrzędności interesu państwa są – wobec kompromitacji modelu III RP – niezbędne.

– Na ile zrekonstruowana przez Pana pierwotna idea IV RP sama się zużyła, zdezaktualizowała? W jakiej mierze jej polityczna treść domaga się rewizji, na ile pozostaje aktualna? Czy problemy związane ze słabością instytucji czy brakiem akceptowanego ponad podziałami politycznymi propaństwowego minimum nadal wydają się Panu centralnymi barierami dla naszego rozwoju?

– Nie powiedziałbym oczywiście, że to, co mówiłem 20 lat temu, jest dziś aktualne. To było aktualne, gdy po uchwaleniu konstytucji w 1997 r. doszły do władzy AWS i Unia Wolności. W tej chwili wartość tamtych tez polega wyłącznie na tym, że problemy, o których pisałem, istnieją nadal. Dziś na pewno – z tysiąca powodów, w tym tych czysto pragmatycznych – nie upierałbym się przy sztandarze IV RP. Czasami trzeba symbole schować, jeśli przy ich pomocy nie da się wytłumaczyć ważnych rzeczy. Idea tak daleko idących przemian nie spełni swojej funkcji, jeśli nie będzie inkluzywna. Nadal uważam, że Polska potrzebuje doktryny państwowej i wzmocnienia przywództwa, tym bardziej, że dziś jeszcze większym problemem pozostaje rozproszenie władzy, a pozycja różnego rodzaju „panów na zagrodzie” – np. marszałków województw czy prezydentów miast – jest silniejsza, niż była wtedy. Premier może zaś wyegzekwować mniej niż kiedykolwiek – nawet gdy działa „na siłę”. Prawdziwą zmorą dla naszego rozwoju pozostaje też brak ośrodka władzy, który byłby ośrodkiem strategicznym i operował perspektywą inną niż bieżąco-taktyczna.

– Na ile te pierwotne diagnozy powinny zostać – wobec zmian, jakie zaszły w ostatnich dekadach czy pojawienia się nowych istotnych obserwacji – uzupełnione? Jak dziś mógłby wyglądać i wokół czego skrystalizować się ambitny program na rzecz zmiany społecznej i ustrojowej?

– Namawiając mnie do prezentacji planu pozytywnego, mówi pan de facto: proszę się choć odrobinę zbłaźnić [śmiech]. Bo mówienie o takim planie, gdy nie można wskazać przesłanek politycznych jego realizacji, jest do pewnego stopnia błazeństwem. Ostatnią rzeczą, której bym chciał, jest opowiadanie o receptach, w których realizację nie wierzę.

Uważam, że polityczna realizacja tego typu projektu jest dziś prawie niemożliwa. Ukształtował się model polityki i rywalizacji między obozami politycznymi, w którym zdecydowana większość uczestników korzysta na konflikcie, a ludzi, którzy by korzystali z jego osłabienia, właściwie nie ma, a raczej są, ale nie odgrywają znaczącej roli. Z konfliktu żyją nie tylko partyjni politycy – co jest jeszcze względnie naturalne – ale także najbardziej wpływowe media.

Kolejną przeszkodą w realizacji programu przemiany społeczno-ustrojowej jest fakt, że budowanie sprawnych instytucji po prostu nie jest mocną stroną współczesnego polskiego społeczeństwa. To nie jest historyczna klątwa, bo przed wojną było lepiej, nawet niektóre polskie instytucje w czasach zaborów były porządniejsze. I mowa nie tylko o polityce, bo gdyby było tak, że nie umiemy w polityce, ale mamy za to świetne uniwersytety, rewelacyjne szkolnictwo i niezłą służbę zdrowia, to byłbym skłonny powiedzieć, że winna jest klasa polityczna. Jednak tam, gdzie politycy nie mają dostępu – np. w sądownictwie czy na uniwersytetach – wcale nie jest lepiej.

Bliskie mi poglądy instytucjonalistyczne są dziś w głębokiej defensywie i trzeba sobie uświadomić konsekwencję tego stanu rzeczy: systemową i intelektualną barierę naprawy państwa. To stanowisko największą koniunkturę przeżywało w 2004 r., gdy ludzie entuzjazmowali się pytaniami Rokity czy Ziobry w komisji rywinowskiej, kiedy wiadomo było, że wykrywane przez nich i wywlekane na światło dzienne patologie dotyczyły niemal każdej instytucji w Polsce. Tak, jak rumienił się ze wstydu ówczesny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Juliusz Braun czy inni zeznający, którzy pokazywali, że podlegające im instytucje są w stanie głębokiego rozkładu i działają poza regułami prawnymi albo wbrew nim – tak dotyczyło to w zasadzie wszystkich instytucji publicznych. To był moment, gdy można było przeforsować szerszy program naprawy instytucjonalnej. Jeśli jednak spojrzymy, co się stało zaraz potem i co dzieje się nadal choćby z telewizją publiczną, to można nabawić się poważnych wątpliwości, czy taka zmian w ogóle jest możliwa wobec braku zarówno ugrupowań politycznych realnie zainteresowanych naprawą instytucji, jak i znaczącej siły społecznej mogącej poprzeć taki program. Ci, którzy chcą silnych, dobrze zorganizowanych instytucji, to mniejszość…

– Czy w naszej obecnej sytuacji widzi Pan w ogóle projekty ideowo-polityczne, które – tak jak koncepcja IV RP w latach 90. i później – dzięki dobrej koniunkturze i zgodności stawianych diagnoz z pewnymi bolączkami odczuwanymi przez duże grupy społeczne mają w sobie podobny potencjał mobilizacyjny i potencjał rozumnego przekształcenia rzeczywistości? Może takie projekty są, lecz w innych niż wtedy rejonach ideowych albo dotyczą innych sfer życia społeczno-politycznego?

– Nie widzę takich wizji i pomysłów. Problem jest zresztą głębszy i polega na tym, że nasze państwo nie wydaje się zdolne nie tylko do realizowania szerzej zakrojonych reform, lecz także do reagowania na bodźce czy różnego rodzaju potrzeby chwili.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Obecność w Unii Europejskiej obliguje nasz rząd do wypracowywania polskiego stanowiska w różnych sprawach. Ze względów proceduralnych to stanowisko musi być w Europie brane pod uwagę niezależnie od tego, czy Polska boksować będzie poniżej, powyżej czy zgodnie ze swoją kategorią wagową. Aż się prosi, żeby istniał ośrodek koordynujący tę politykę, uzgadniający strategię itd. Tymczasem gdzie było centrum strategiczne, które pisało te wszystkie szumnie ogłaszane na konferencjach rządowych „strategie dla Polski” przez wszystkie lata rządów Donalda Tuska? Przy ówczesnej minister rozwoju regionalnego (później infrastruktury i rozwoju) Elżbiecie Bieńkowskiej, poniżej poziomu politycznego. Zresztą w rządzie koalicji PiS-Samoobrona-LPR nie było inaczej. To nie jest wina Bieńkowskiej, lecz pozostałych polityków, którzy wypchnęli tę robotę poza obszar poważnych zainteresowań. A minister Bieńkowska i grono wokół niej zgromadzone to nie były żadne wybitne strategiczne umysły (choć w innych resortach bywa pod tym względem jeszcze gorzej). To byli ludzie, którzy znali się przede wszystkim na tym, czego oczekuje od nas Unia i jak od niej wyciągnąć możliwie największe pieniądze. Mimo potrzeby instytucjonalnej oraz okoliczności sprzyjających wypracowywaniu własnej strategii nie powstało centrum strategicznej koordynacji z prawdziwego zdarzenia. Państwo nie odpowiedziało na bodźce.

Albo spójrzmy na działanie polskiego państwa wobec zagrożenia ze wschodu, jakie uwidoczniło się w związku z kryzysem ukraińskim. Po pierwszym momencie mobilizacji opinii publicznej i polityków, który nastąpił tuż przed obaleniem Janukowycza, z rosnącym niedowierzaniem przysłuchiwałem się opiniom, że Polska jest bardzo ważnym ośrodkiem kształtującym europejską politykę wschodnią. Jednocześnie obserwowałem bowiem, że nasze działania w tej dziedzinie sprowadzają się do groteskowych gestów, czego najbardziej przykrym przejawem było wzywanie po naradzie u premiera do zapalenia świeczek w oknach. Nie usłyszałem natomiast od polityków podstawowej informacji (a bardzo jej szukałem): ile my właściwie możemy wydać w związku z kryzysem ukraińskim? Jaki pakiet pomocowy, interwencyjny czy inwestycyjny możemy Kijowowi zaoferować? Nie było instytucji, która sformułowałaby plan współpracy z nowymi władzami Ukrainy. Po raz kolejny strategiczna potrzeba nie wywołała po stronie instytucji naszego państwa żadnej reakcji.

Trzeci przykład dotyczy powracającej w różnych analizach i doniesieniach medialnych kwestii unikania opodatkowania oraz transferu zysków międzynarodowych koncernów poza Polskę. Świadczy to o jednym: Polska jako państwo, mimo stale podkreślanej przez polityków potrzeby zasypywania deficytu budżetowego, nie jest w stanie położyć ręki na ogromnych środkach, które jej się należą.

Te trzy przypadki ilustrują wielkie potrzeby: strategii rozwojowej w Europie, strategii bezpieczeństwa i relacji z najważniejszymi partnerami poza Unią oraz wewnętrznej podmiotowości państwa.

W każdym z wspomnianych przypadków brakuje reakcji państwa w sprawach zupełnie oczywistych. Nie wierzę, że ktoś poza absolutnym marginesem zaneguje, że powinniśmy mieć jakieś pieniądze na aktywną politykę zagraniczną, że powinniśmy mieć swoją agendę w sprawach, w których w Unii zapadają strategiczne decyzje, albo że powinniśmy uszczelnić nasz system podatkowy. Te sprawy mogłyby stać się przedmiotem politycznego konsensusu, ale jak widać nie ma tego typu woli. A tymczasem jedyne konsultacje międzypartyjne zarządzone przez premier Ewę Kopacz w czasie jej urzędowania dotyczyły budżetów partycypacyjnych w samorządzie, czyli czegoś, co nie należy do kompetencji rządu centralnego, a w dodatku nawet w rządzeniu gminą nie odgrywa wielkiej roli – krótko mówiąc sprawy marginalnej. To dowodzi, że system jest poważnie ogłupiały – rządzony wyłącznie PR-em, i to najniższych lotów. To odpowiedź, dlaczego uważam, że się nie uda. System przestał reagować nawet na poważne bodźce.

Trudno mi sobie wyobrazić ruch społeczny, który zająłby się tymi problemami choćby sektorowo, ponieważ wielkie akcje mobilizacyjne dokonują się w Polsce w sferze symbolicznej. Nie widziałem żadnej akcji mobilizacyjnej wokół spraw instytucjonalnych. Ludzie wolą machać flagami, przejmować się wielkimi wartościami albo sprawami symbolicznymi – przy czym nie twierdzę, że to są sprawy nieważne. Gdy obserwuję różnego typu instytucje i środowiska, zapewne podzielające w sporej części moje poglądy, widzę, że ich zainteresowanie i gotowość do zaangażowania się w instytucjonalną przemianę są minimalne. Poziom kulturowej abnegacji w sprawach instytucjonalnych jest nieprawdopodobny. Obecna sytuacja przypomina mi pod tym względem rozkładający się PRL, kiedy to wynoszenie z pracy produkowanych tam dóbr lub inne formy kradzieży były nagminne. Teraz ten proceder jest oczywiście bardziej wyrafinowany, ale mam wrażenie, że panuje powszechne przekonanie, że instytucje są po to, abyśmy się przed nimi bronili i je oszukiwali, że „same się wyżywią” i poradzą bez dbania o nie, że los człowieka jest zupełnie niezależny od porządku instytucjonalnego. To, co Janine Wedel określiła przed laty jako „Polskę prywatną”, jest znów dużo silniejsze od „Polski publicznej”.

– Jeśli nie możemy oddać się wizjom realizacji planów reform, to spróbujmy pogłębić trochę bardziej naszą diagnozę, poszerzyć paletę wyzwań, które zarysowują się przed nami w perspektywie najbliższych lat i dekad.

– Uważam, że niemożliwe są wielkie, całościowe reformy, ale możliwe są sensowne zmiany. Natomiast w wymiarze bardzo ogólnym, metapolitycznym, niezwykle ważne dla Polski jest uznanie, że w obecnym układzie sił, w 2015 r., jesteśmy państwem półperyferyjnym. I nie chodzi tu o pogląd władz, ale szeroko rozumianej elity – od mediów, przez uniwersytety, po urzędników lokalnych i państwowych, o ludzi, którzy dobrowolnie angażują się w życie społeczne, także tych, którzy robią to jako wolontariusze, interesują się polityką, martwią się o Polskę etc., żeby oni wszyscy uznali prosty i nie przynoszący nam ujmy fakt, że status Polski nie jest na tyle dobry, że wymaga jedynie zachowania czy umocnienia go. Uważam, że pewien potencjał tkwi w takim rozpoznaniu: nie jesteśmy państwem takim samym jak Niemcy, tyle że z nieco niższym PKB, lecz mamy pewne zasadnicze strukturalne problemy, związane z naszym miejscem w międzynarodowym systemie politycznym i gospodarczym oraz z naturą państwa, jakie nam się w Polsce ukształtowało.

Takie rozpoznanie pozwala na kilka rzeczy: po pierwsze, na silniejsze mobilizowanie zasobów, które ograniczają negatywne skutki statusu peryferyjnego. Po drugie, na redukcję konfliktu politycznego w sytuacji, gdy jego eskalacja jeszcze bardziej ogranicza podmiotową rolę państwa w relacjach z otoczeniem. Większość państw peryferyjnych stara się – na różne sposoby, czasami takie, które mi się nie podobają, np. autorytarne – eliminować konflikt. Po trzecie, uznanie tej diagnozy musiałoby się wiązać z budową strategii „wybicia się” z peryferyjności, a na ten cel potrzebujemy po prostu… etatów. Powiedzmy – tysiąca. Sto pierwszych może iść do gabinetu premiera, kolejne sto do państwowego instytutu, który będzie badał strategie innych krajów zmagających się z tym problemem, kolejne – do poszczególnych dziedzin, które uznamy za szczególnie kluczowe w przełamywaniu peryferyjnego statusu. I każemy tym ludziom dzień w dzień myśleć o tym, jak skutecznie redukować odziedziczony peryferyjny status państwa. Ilu urzędników i doradców zajmuje się dziś tak fundamentalnym pytaniem?

Zdaję sobie sprawę, że to, o czym mówię, jest niemal niemożliwe. Problem polega na tym, że polska debata na temat peryferyjności toczy się dziś pomiędzy urażoną godnością prawicowych patriotów a frustracjami środowiska „Gazety Wyborczej”. Ci pierwsi czują się dotknięci każdym słowem obniżającym prestiż Polski, a ci drudzy nakręcają pierwszych, bijąc w ich dumę narodową, zwalając winę za wszystko na ich „zaściankową mentalność” i narodowo-katolicką tradycję. Tego sporu nie da się już wytrzymać. To, co mogłoby być fascynującą dyskusją o peryferyjności, o tym, jak radzić sobie w sytuacji ograniczonych zasobów, przeradza się w symboliczny konflikt, od którego chciałbym uciec jak najdalej.

– Skupianie się konfliktu politycznego wokół kwestii tożsamościowych i jego wysokie natężenie to też chyba cechy dosyć charakterystyczne dla peryferii.

– Przynajmniej dla części z nich. Faktem pozostaje jednak, że ta symboliczna wojna wewnętrzna, stająca się substytutem polityczności, pogrąża nas jeszcze bardziej.

Drugim wyzwaniem, o którym chciałbym powiedzieć, stanowiącym element polskiego zmagania się z peryferyjnością, jest to, ile – umownie mówiąc – miast z prawdziwego zdarzenia będziemy mieli w Polsce. Innymi słowy, czy nasz rozwój będzie policentryczny w większym czy w mniejszym stopniu.

Przez miasto rozumiem ośrodek administracyjny postrzegany jako ważny przez rząd, który rozwój takiego miasta uznaje za cel strategiczny i wspiera. Najgorszy, typowo (neo)kolonialny wariant to sytuacja, w której jest tylko jedna metropolia, a reszta to nijaki „interior”, ewentualnie kilka pół-centrów administracyjnych, gdzie jeszcze może przyjechać ktoś z zagranicy, gdzie – ironicznie mówiąc – jest jeden dobry hotel i jeden bar sushi. Tymczasem to, do czego moim zdaniem powinniśmy dążyć, to myślenie w kategoriach 50–60 ośrodków, dużych i średnich miast, które się rozwijają. W Czechach np. życie intelektualne toczy się w dwóch ośrodkach: Pradze i Brnie. Ale już na Węgrzech poza Budapesztem prawie nie istnieje. To jest m.in. kwestia lokalnych mediów, instytucji kultury, wydawnictw, życia umysłowego.

W Polsce wielu ludzi chcących się rozwijać musi uciec przynajmniej do miasta wojewódzkiego, najlepiej do dużego miasta wojewódzkiego, czyli np. Poznania, Krakowa czy Łodzi, ale jak już ktoś naprawdę chce zrobić karierę, to musi przyjechać do Warszawy. To powoduje coś, co miałem okazję obserwować, mieszkając w Nowym Sączu, czyli dramatyczny drenaż elit poniżej 50. roku życia. 50 lat to jest tyle, ile mają najmłodsi ludzie, którzy załapali się na ważne funkcje w samorządzie po stworzeniu gmin i pierwszej reformie administracyjnej w 1990 r. Zostali prezydentami i wiceprezydentami miast, prezydentami, szefami rady – słowem, kimś ważnym w mieście, była przed nimi ciekawa kariera. Następni po nich mieli już dużo więcej kłopotów z „zaczepieniem się w Ratuszu”. Z Nowego Sącza młodzi zdolni po prostu wyjeżdżali. Nie mieszkała w mieście większość absolwentów dobrych liceów urodzonych po 1975 r. Ludzie, którzy pracowali w naszej uczelni i mieli 5–6 lat mniej niż ja, mówili, że ich koledzy z klasy uciekli do Krakowa, Warszawy, za granicę. Wyjechali, bo zapotrzebowanie na nich było co najwyżej w małych firmach, salonach samochodowych, biznesie na niskim poziomie wymagań intelektualnych. Część znalazła zatrudnienie w prywatnej szkole biznesu, ale potem także większość z nich musiała szukać sobie nowego miejsca.

To nie tylko przypadek Sącza. W wielu miejscach w Polsce po prostu nie ma młodej lokalnej elity. Elita krajowa jest w związku z tym bardzo wąska, złożona głównie z ludzi, którzy siedzą w Warszawie. Drugą stroną tego problemu jest silny umysłowy centralizm tych, którzy wybrali Warszawę i myślą tak, jak gdyby poza nią nie było życia. A przecież Polska to nie Węgry czy Francja, gdzie w stołecznej aglomeracji mieszka ok. 1/5 mieszkańców.

Szansą na przełamanie peryferyjności jest 60, a może 80 ośrodków z rozbudowaną elitą lokalną. Zdecentralizowana wizja rozwoju oprócz redystrybucji materialnej zakłada inną organizację i zakorzenienie elit. To wydaje mi się ogromnie ważne, bo wspomniany centralizm umysłowy, który zaczyna być w Polsce dominujący, jest rzeczą bardzo złą dla rozwoju. 40-milionowy naród nie powinien się opierać na wiedzy 40 ekspertów zaprzyjaźnionych z rządem.

– Ten problem chyba jest mniej lub bardziej obecny na polskiej scenie politycznej. Wyraźnie widać, że jedna z partii odwołuje się do elektoratu metropolitalnego i tzw. rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego, druga zaś – do mieszkańców mniejszych ośrodków i zrównoważonego rozwoju.

– To prawda, choć niepełna. O ile PO rzeczywiście praktykuje politykę uprzywilejowującą interes metropolii, a PiS jest ugrupowaniem umiarkowanie antymetropolitalnym, to nie jest niestety partią zainteresowaną programem rozwoju miast. Wynika to ze struktury elektoratów obu partii oraz ich pozycji w politycznej grze. Pragmatyka wyborcza każe PiS zabiegać przede wszystkim o mieszkańców wsi i powiatów, a nie średnich i dużych miast.

Przy tego typu perspektywie trudno o namysł, jakiego wymagałoby podjęcie niezwykle trudnego zadania w postaci stworzenia miast z prawdziwego zdarzenia z tych 60 ośrodków. Ośrodków, które są obecnie w poważnych tarapatach: rządzonych przez bardzo silnych, niekiedy autokratycznych prezydentów i lokalne układy, z bezsilnymi radami miejskimi, pozbawionych silnych mediów lokalnych, z kulejącym rynkiem pracy, popadających w społeczną degradację. To ogromny kapitał, który się marnuje. Wielu ludzi po studiach, gdyby tylko miało oferty sensownej pracy i perspektywy na osiągnięcie stabilnej pozycji społecznej, byłoby skłonnych tam wrócić. Niestety, w tej chwili poza paroma etatami na krzyż w Urzędzie Miasta i delegaturach instytucji centralnych – gdzie zatrudnia się „swoich”, ludzi, którzy mają oparcie w danej sieci klientelistycznej – nic tam na nich nie czeka.

– Jak ocenia Pan w tym kontekście przeprowadzkę do słupskiego ratusza niedawnego warszawskiego posła i celebryty Roberta Biedronia? To przykład oddolnej realizacji pożądanego przez Pana projektu podniesienia statusu byłych miast wojewódzkich czy pusty PR?

– Może to brzmieć dziwnie, ale bardzo ucieszyłem się z jego sukcesu wyborczego. Przede wszystkim naruszył on wielkomiejski stereotyp, według którego niemetropolitalna Polska jest ostoją zapyziałego „ciemnogrodu”, a zadeklarowany postępowiec może wygrać wybory co najwyżej w Warszawie. Tymczasem w stolicy kolejną już kadencję rządzi postać wywodząca się z ruchów Odnowy w Duchu Świętym i była prezeska banku – uosabiająca stereotyp konserwatywnego mieszczaństwa ze wszystkimi jego wadami – a w Słupsku wygrywa zdeklarowany homoseksualista i lewicowiec kulturowy.

Niebagatelne znaczenie ma także pozycja Biedronia pod względem dostępu do mediów ogólnopolskich. Dobrze, że będzie przynajmniej jeden samorządowiec reprezentujący punkt widzenia prowincji, do którego dziennikarze z Warszawy mają telefon i uważają, że warto go o coś zapytać. Zwycięstwo Biedronia ma szansę zwrócić uwagę szerszej publiczności na problemy miast takich jak Słupsk, bez wątpienia należący do wspomnianej przeze mnie sześćdziesiątki. On sam zaś – można mieć nadzieję – dzięki swoim doświadczeniom i zapleczu będzie zdolny do uogólniania pewnych identyfikowanych przez siebie lokalnych problemów. Często bowiem samorządowcy znakomicie rozumiejący problemy własnego miasta nie potrafią ich uogólnić i zainteresować nimi centralnych lub regionalnych mediów.

– Czy taki nowy propaństwowy pakiet, jaki tu nakreśliliśmy – opierający się na rozpoznaniu peryferyjności Polski, tworzeniu strategii jej przełamywania oraz (od)budowywaniu pozycji miast z pierwszej sześćdziesiątki – mógłby Pana zdaniem stanowić podstawę dla pewnego ponadpolitycznego porozumienia, a przynajmniej wykształcenia lewej nogi obozu przemiany instytucjonalnej? Warto zauważyć, że kategoria peryferyjności i zainteresowanie tym, co na obrzeżach, są silnie zakorzenione w tradycji lewicowej…

– Lewicowe inspiracje jak najbardziej mogą i powinny być częścią takiego projektu. Niestety nie pamiętam w Polsce ostatnich dekad polityka głównego nurtu lewicy, który mówiłby o tym, że jesteśmy krajem peryferyjnym – i wydaje mi się to nieprzypadkowe. Wiąże się to z faktem, że po 1989 r. zainteresowanie losem gorzej uposażonych, tzw. zwykłych ludzi czy dawnej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej było raczej domeną politycznej prawicy niż lewicy spod znaku SLD czy Palikota. Były oczywiście próby stworzenia w Polsce prospołecznej lewicy, takie jak Unia Pracy, ale nie bez powodu się nie powiodły. Elektorat socjalny w Polsce był raczej konserwatywny kulturowo, a w każdym razie nie interesowała go rewolucja obyczajowa. Uważam, że z perspektywy peryferii lewica i prawica znaczą coś innego niż w państwach należących do ekonomicznego centrum. Na peryferiach uznanie pewnych lewicowych idei czy rozwiązań może być kwestią zdrowego rozsądku. Może być racjonalnym elementem programu partii czy rządów niedeklarujących lewicowości. Podobnie zresztą na szczeblu lokalnym – lewicowy punkt widzenia może być elementem dobrych polityk miejskich bez względu na etykietę polityczną, którą posługują się prezydenci czy burmistrzowie.

Sądzę zatem, że powinniśmy rozróżnić między elementami programu lewicy a programem formacji takiej jak SLD. Te pierwsze mogą inspirować rozwiązania w zakresie np. transportu publicznego czy dostępności służby zdrowia. Te drugie – mogą poprzestać na sporadycznych powrotach do idei 49 województw jako jedynego pomysłu na wyrównanie szans średnich miast. Pomysłu – delikatnie mówiąc – mało innowacyjnego.

– A jakich zmian spodziewa się Pan na polskiej scenie politycznej? Jeśli PiS, który do niedawna jeszcze funkcjonował jako opozycja – w pewnych przynajmniej wymiarach – antysystemowa, okrzepnie w pozycji politycznego mainstreamu najbliższych kilku lat, to jakie oblicze przybrać może kolejna odsłona antysystemowego buntu? Wynik Kukiza w wyborach prezydenckich, niezależnie od tego, że prawdopodobnie mieliśmy do czynienia z polityczną gwiazdą jednego sezonu, pokazał wyraźną tendencję pokoleniowej radykalizacji politycznej i potrzebę alternatywy spoza obecnego układu partyjnego. Czy według Pana to będzie trwała tendencja, a jeśli tak, to jakie mogą być kolejne formy tej polityki protestu?

– Nie jestem pewien, czy „antysystemowość” jest dobrym kluczem. Posłużyłbym się innym, mniej chwytliwym terminem: środowisk nie uwikłanych w obecne mechanizmy klientelistyczne. Środowisk, które – zachowując niezależność – mogą formułować cele polityk publicznych swobodniej, niż czynią to partie. Ale też muszą być świadome, że każdy akces do partyjnego układu klientelistycznego zniszczy prawdopodobnie ich autentyczność. Gdyby środowisko wydające pismo „Nowy Obywatel” postanowiło wystartować w wyborach, to straciłoby znaczną część prestiżu, rangi intelektualnej i zdolności oddziaływania na życie publiczne. Jak już wspominałem, jestem pesymistą jeśli chodzi o oczekiwania wobec polityków działających w instytucjach władzy. Natomiast jestem umiarkowanym optymistą co do tego, że – m.in. dzięki zmianom w sferze medialno-komunikacyjnej – możemy się liczyć z tym, że wywieranie nacisku na system, decyzje władz czy instytucji publicznych stanie się łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, że staną się one bardziej wrażliwe na postulaty formułowane oddolnie. Nie jestem przy tym pewien, czy wygrają na tym antyrozwojowe partykularyzmy, czy raczej obywatele kierujący się dobrem wspólnym. Wyobrażam sobie, że te nowe narzędzia – np. partycypacyjne – które dziś uznawane są dość powszechnie za pozytywne, mogą zostać wykorzystane do działalności szkodliwej z punktu widzenia interesu publicznego.

Natomiast partie protestu, ugrupowania antysystemowe to projekty obarczone bardzo dużym ryzykiem. To nie jest tylko jednostkowy przypadek ruchu Kukiza. Przyglądałem się np. losom partii obywatelskich w Czechach czy na Słowacji i zwykle kończyły się one kompromitacjami – okazywało się, że stoi za nimi szemrany biznes albo po prostu ich liderom brakuje talentu i kwalifikacji niezbędnych do przetrwania w polityce. Dlatego uważam, że dobrze nadzorowana polityka uprawiana przez obecne partie byłaby lepsza niż próba poprawienia systemu przez kolejną partię, która i tak będzie musiała wejść w koleiny partii systemowych. Wyzwania związane z tworzeniem struktur nowej partii zostały kiedyś bardzo szczerze opisane przez Marka Migalskiego. Mówił on o niesamowitej liczbie kompromisów, których ten proces wymaga – związanych np. z dogadywaniem się z różnymi wariatami czy cynicznymi eks-politykami, którzy dysponują strukturami, pieniędzmi albo innymi zasobami niezbędnymi do budowy nowej formacji. Jest tego tyle, że każda taka inicjatywa musi się albo wykoleić, albo pójść drogą Tuska i Kaczyńskiego, albo skończyć jak Palikot – z ludźmi niesprawdzonymi, którzy nie nadają się do pracy partyjnej czy parlamentarnej.

Pozytywny scenariusz to raczej ewolucja, w której istniejące partie podlegają presji ze strony mediów, elit, a gdy to nie starcza – ze strony takich projektów jak ruch Kukiza. Gdyby w Polsce zaistniały elity lepiej zorganizowane i mające większy wpływ na życie publiczne i potrafiły z tego wpływu korzystać, mogłyby wymuszać na władzy odwoływanie niekompetentnych urzędników czy wycofywanie się z niemądrych decyzji. Gdyby takie elity były jeszcze rozproszone terytorialnie, mieszkały w tych 60 miastach, to wpływ taki byłby wywierany już na niższych piętrach politycznej selekcji i być może prowadził do częściowego oczyszczenia polityki z klientelizmu. Taki mechanizm kontroli wydaje mi się ważniejszy niż ciągła wymiana na scenie politycznej, pojawianie się partii, z którymi wiążemy wielkie nadzieje, a koniec końców okazuje się, że jest to kolejna kompromitacja, tylko nieco bardziej żywiołowa. W tym sensie w Polsce problem polega raczej na tym, że system umożliwia władzy bezkarne popełnianie błędów, a nie na nadmiernym zabetonowaniu sceny politycznej.

– Dziękuję za rozmowę.

Wrzesień 2015 r.

Ludu kolonii powstań z kolan

Okładka tego numeru wprost nawiązuje do tekstu, którego autor stawia tezę, że jesteśmy (neo)kolonią. Czyli terytorium, grupą ludzi i zbiorem różnych aktywów eksploatowanych przez podmioty zewnętrzne wbrew naszemu interesowi. Teza nie jest nowa, na naszych łamach gościła już wielokrotnie, ale tym razem zdecydowaliśmy się na próbę całościowego, choć syntetycznego opisu zjawiska. Gdy założymy, że jest ona prawdziwa, musimy patrzeć na Polskę i jej problemy zupełnie inaczej, niż gdyby chodziło o państwo niedoskonałe, lecz suwerenne, samodzielne i wewnątrzsterowne. Tak właśnie próbujemy spojrzeć na nasz kraj w niniejszej edycji „Nowego Obywatela”.

Teza o (neo)kolonialnym charakterze Polski nie musi być traktowana dosłownie – że oto jesteśmy krajem, w którym jacyś inni rozgrywają swoje interesy naszym kosztem. Może też zazębiać się z przekonaniem, że zamiast instytucji służących obywatelom mamy tu pustkę, atrapę czy strukturę skierowaną tam, gdzie akurat popchnie ją ktoś odpowiednio silny. Taki obraz wyłania się z dwóch wywiadów zamieszczonych w tym numerze. Rafał Matyja opowiada o słabości polskiego państwa, bezwładnym dryfie jego struktur oraz o klasie politycznej pozbawionej „instynktów” propaństwowych i myślenia w kategoriach długofalowego interesu Polski. Z kolei Dawid Sześciło mówi o stopniowej dewastacji tego, co nazywane bywa dobrem wspólnym, a co jest niszczone przez wolny rynek, biznes i grupy interesu.

W tę tematykę wpisują się trzy inne teksty. Jeden poświęcony jest obronie ZUS-u, który mimo swoich niedoskonałości stanowi swego rodzaju instytucjonalny szkielet państwa i wspólnoty w perspektywie dekad i pokoleń, a nie kolejnych newsów, skandali czy politycznych pyskówek i kampanii wyborczych. Jego funkcje i mechanizmy łączą kilka generacji Polaków, zabezpieczają im byt w okresie starości oraz realnie, nie na poziomie gołosłownych deklaracji, realizują ideał wspólnotowości.

Natomiast rozważania o niedawnym głośnym przetargu na śmigłowiec dla polskiej armii wskazują, jak daleka od faktycznego służenia naszemu krajowi jest obecna polityka wojskowo-gospodarcza i jak niewiele wspólnego z rzeczywistością mają przepychanki kilku rzekomo krajowych producentów uzbrojenia. Jeszcze inny artykuł, choć dotyczy głównie zagranicy, ukazuje na przykładzie pociągów pasażerskich, na czym polega nie tylko dbałość o wysoki poziom konkretnych usług, ale także jaka powinna być społeczna rola systemu kolejowego oraz postawa narodowych przewoźników wobec społeczeństwa.

Zagranica jest dla nas także punktem odniesienia w innym tekście. Omawia on bardzo ciekawy ruch społeczny z kraju, który przez dekady borykał się z problemami typowy właśnie dla uzależnienia (neo)kolonialnego. Mowa o brazylijskich chłopach pozbawionych ziemi, organizujących się w celu zasiedlania i uprawy nieużytków rolnych. To nie tylko historia odważnego buntu ludzi pozbawionych praw – to także opowieść o Dawidzie zwyciężającym Goliata, choć mało kto postawiłby choć grosz na to zwycięstwo. Jednym z powracających motywów w naszym piśmie jest ukazanie, że jeszcze biedniejsi, bardziej sponiewierani i mający mniej perspektyw niż my potrafią odnieść sukces w zmaganiach z niesprawiedliwym porządkiem. Należy wierzyć, mieć nadzieję i walczyć – bez tego na zawsze zostaniemy w kiepskiej sytuacji.

W tym duchu – stawiania sobie pozytywnych celów i pracy na ich rzecz – utrzymany jest jeszcze inny artykuł. Mówi on o konieczności zmagań o skrócenie czasu pracy. Postulat ten wydaje się utopijny w świecie, w którym raczej zmusza się nas do wysiłku wciąż dłuższego, odchodząc od dawno wywalczonego 8-godzinnego dnia pracy. Autorzy tekstu przekonują jednak, że krótsza dniówka jest konieczna, jeśli chcemy myśleć o rozwiązaniu wielu problemów społecznych, w tym bezrobocia.

To oczywiście nie wszystko, co przygotowaliśmy dla Was w tym numerze. Zapraszam do lektury.

PS. Niniejszy numer „Nowego Obywatela” ukazuje się w 15. rocznicę wydania debiutanckiej edycji naszego czasopisma (tamten ukazał się pod nazwą „Obywatel”, która towarzyszyła nam przez pierwszą dekadę). Niestety trudna sytuacja materialna pisma sprawia, że nie mamy możliwości świętowania tego 15-lecia. Pozostaje nam więc jedynie wierzyć, że przetrwamy kolejne lata oraz podziękować wszystkim Czytelnikom za wspieranie czasopisma przez cały miniony okres lub jego część.

Prawy umysł na lewicy

Czy nie zawdzięczamy lewicy wielu owoców postępu społecznego i politycznego: jednostkowych wolności, praw politycznych, instytucji państwa opiekuńczego, działań na rzecz światowego pokoju, praw pracowniczych? I czy prawica nie pełniła zazwyczaj roli hamulcowego, który forsował egoistyczne interesy elit i folgował rozmaitym fobiom? Słowem, racja moralna w sporze między lewicą a prawicą leży bezspornie po stronie tej pierwszej – przynajmniej ona sama tak to widzi. Tylko słupki wyborcze z jakiegoś powodu spadają.

Jednego z wyjaśnień rozziewu między moralnym samozadowoleniem lewicy a niskim poparciem społecznym dla jej partii politycznych stara się dostarczyć psychologia moralności. Według niej umysły prawicowych wyborców muszą mieścić w sobie wielkie pokłady nierozumu, skoro głosują oni na siły ciemności. Założenie to jednak otwarcie kwestionuje Jonathan Haidt, autor „Prawego umysłu”. Twierdzi on, że elektorat głosujący na prawicę nie postradał zmysłów, jest tylko… bardziej moralny.

Aby zrozumieć zajadłą krytykę, a z drugiej strony – gorący entuzjazm, z którymi spotkał się w Stanach Zjednoczonych „Prawy umysł”, trzeba zaznaczyć, że Haidt nie jest konserwatywnym moralistą, lecz zdeklarowanym demokratą. To wolnościowiec z dziada pradziada, popierający Baracka Obamę, a jego esej „Dlaczego ludzie głosują na republikanów?” miał w zamyśle pomóc tamtemu w wygraniu wyborów prezydenckich. Uważa on jednak, że lewica nie będzie w stanie zmobilizować wyborców, jeśli nie dokona samokrytyki, i to takiej, która podważy podstawy jej poczucia wyższości. Nieudolność lewicy, zdaniem Haidta, wynika bowiem z tego, że pojmuje ona moralność w sposób karykaturalnie uproszczony – tym samym zamyka sobie drogę do dużej części „prawych” wyborców.

Słoń i jeździec

W „Prawym umyśle” Haidt przedstawia historię swoich badań naukowych, które skończyły się rozbratem z lewicowymi (bo inni w zasadzie nie istnieją) psychologami moralności. Interesowało go, jak ludzie reagują na sytuację łamania tabu, w której nie ma ofiary. Aby poznać reakcje badanych, przedstawiał im zaskakujące opowiastki.

Wyobraźmy sobie, że pewna kobieta znajduje w domu flagę państwową. Flaga nie jest jej potrzebna, więc kobieta tnie ją na kawałki i wykorzystuje szmatki do mycia łazienki. Nikt nie wie, że została pocięta i nikt nie widzi kobiety podczas sprzątania. Czy jest coś złego w takim wykorzystaniu flagi narodowej?

Oprócz kobiety myjącej łazienkę flagą, badani oceniali rodzinę zjadającą psiego ulubieńca, który zginął w wypadku, mężczyznę spółkującego z kurą kupioną na obiad, deklarowali, czy zjedliby sterylnie czystego karalucha itp. Osoby przepytywane przez psychologa nie miały kłopotu z oceną sytuacji, zwykle krytyczną, jednak nie potrafiły uzasadnić swoich opinii. Badani próbowali wskazać, że ktoś ucierpiał w wyniku danego działania – sytuacje jednak były tak skonstruowane, że nikomu nie działa się żadna krzywda. Zanim kapitulowali pod gradem kontrargumentów psychologa, wymyślali nieprawdopodobne scenariusze. W przypadku kobiety tnącej flagę na kawałki jeden z badanych powiedział, że strzępki flagi mogły zatkać toaletę i doprowadzić do zalania domu – wtedy ofiarą swoich działań byłaby sama kobieta. Tego rodzaju tłumaczenia badacz cierpliwie odrzucał. Poczucie, że ktoś postąpił źle, było bardzo silne, a jednak ludzie z trudem znajdowali dla niego uzasadnienie – i to uzasadnienie dziwaczne.

Badania doprowadziły Haidta do twierdzenia, że nasze oceny moralne mają charakter intuicyjny i emocjonalny – oceniamy w mgnieniu oka, a racjonalne uzasadnienia powstają po fakcie. Aby uzmysłowić, jak zachowuje się człowiek postawiony przed dylematem moralnym, autor porównuje go do maleńkiego jeźdźca na wielkim słoniu. Słoń sam decyduje o tym, w którą stronę iść. Jeździec ma poczucie panowania nad zwierzęciem, ale faktycznie ma nikły wpływ na trakt, którym zwierzę podąża, więc zajmuje się przede wszystkim uzasadnianiem wyborów słonia – uważa je za własne niezależne decyzje. Jest biegły w szukaniu uzasadnień, ale tylko takich, które przedstawiają go w dobrym świetle. Jeźdźcem jest nasza racjonalność, poglądy, które umiemy wyartykułować, słoniem – nasze emocje. To słonie decydowały, że flagą państwową nie myje się wanny w łazience. I to one, jak podkreśla Haidt, dyktują nam również wybory polityczne.

Smaki moralne

Kiedy wiemy już, że podejmowanie decyzji moralnych jest związane przede wszystkim z emocjami, Haidt wyjawia, skąd biorą się nasze intuicje moralne, a w konsekwencji preferencje polityczne. Psychologowie ewolucyjni twierdzą, że umysł składa się z licznych modułów, czyli zdolności adaptacji do środowiska, które wywołują w pewnych okolicznościach reakcje emocjonalne, np. widok węża lub krętego przedmiotu w trawie wywołuje lęk. Emocje moralne mają być wywoływane przez takie właśnie moduły: gdy widzimy, że ktoś krzywdzi innego lub jest nielojalny wobec naszej grupy, aktywują się. Haidt woli się jednak posługiwać terminem fundamentów moralnych. Owe fundamenty można porównać do smaków: moralizujący umysł jest niczym język wyposażony w sześć receptorów smaku. W tym porównaniu przypomina kuchnię – jest ona konstruktem kulturowym, ulegającym wpływowi czynników środowiskowych i historycznych, nie jest jednak tak elastyczna, aby wszystko w niej było dozwolone. Nie może powstać kuchnia oparta na korze drzew ani kuchnia oparta przede wszystkim na gorzkich smakach. Kuchnie istotnie się różnią, wszystkie jednak muszą zadowolić języki wyposażone w taki sam zestaw pięciu receptorów smaku.

Troska/krzywda, sprawiedliwość/oszustwo, lojalność/zdrada, autorytet/bunt, świętość/upodlenie, wolność/ucisk – oto wyodrębnione przez Haidta fundamenty moralne. Każdy z nich pierwotnie pomagał ludziom w adaptacji do wyzwań, które pojawiały się w toku ewolucji naszego gatunku. I tak fundament troska/krzywda, który skłaniał ludzi do opiekowania się małymi dziećmi, dzisiaj sprawia, że potępiamy zadawanie cierpienia niewinnym i chcemy ich chronić. Fundament sprawiedliwość/oszustwo miał nauczyć nas współpracować w taki sposób, by zmniejszać ryzyko, że padniemy ofiarą oszusta. Potępianie zdrajców wynika z istnienia fundamentu lojalność/zdrada, a niezgoda na nadużycie swojej pozycji – z fundamentu autorytet/bunt. Fundament świętość/upodlenie wykształcił się w czasach, gdy zanieczyszczone czy trujące pożywienie mogło doprowadzić do śmierci jednostki, a przywleczona przez obcych choroba okazać się zabójcza dla całej grupy. Z czasem to warunkowanie biologiczne, polegające na unikaniu zanieczyszczeń, przeniosło się na poziom moralny. Chociaż dzisiaj biologiczne podstawy dążenia do czystości właściwie zniknęły, fundament przetrwał na poziomie moralności. Jest bardzo silny, na przykład samo tylko przebywanie w pobliżu dozowników z mydłem wpływało na oceny moralne wydawane przez badanych – stawali się na chwilę bardziej konserwatywni.

Wolność/ucisk to fundament, który zachęcał członków grup do przeciwstawiania się próbom zdominowania społeczności przez jednostkę o tyrańskich zapędach. Brak oporu skutkowałby coraz mniejszym dostępem członków grupy do różnych zasobów. Podobną funkcję moduł wolność/ucisk pełni także dzisiaj. Haidt i jego zespół, za pośrednictwem strony yourmorals.org, nadal pracują nad badaniem fundamentów moralnych, dlatego niewykluczone, że za jakiś czas te kategorie będą wyglądały trochę inaczej.

Ludzie różnią się między sobą czułością modułów. Statystyczne badania, które Haidt prowadzi za pomocą wspomnianej strony internetowej, pozwoliły mu pokazać bardzo ważną korelację między czułością smaków moralnych a wyborami politycznymi w Stanach Zjednoczonych. Osoby, które określały swoje poglądy jako „zdecydowanie lewicowe”, były bardzo wrażliwe na problemy krzywdy i sprawiedliwości, za to nie przejawiały prawie żadnego zainteresowania pozostałymi wartościami – autorytetem, świętością, lojalnością. Z kolei wyborcy z drugiego krańca spektrum politycznego mieli dobrze rozwinięte wszystkie sześć smaków (choć sprawiedliwość i troska zaprzątały ich w nieco mniejszym stopniu). Paradoksalnie więc to lewicowcy okazują się mniej moralni.

Redukcja moralności do kwestii związanych ze sprawiedliwością i krzywdą jest charakterystyczna tylko dla świata zachodniego, i to tylko niektórych jego enklaw. Najbardziej postępowa, wykształcona i zamożna część świata, czyli tak zwane WEIRDzi („weird” – ang. „dziwaczny”, od angielskich słów western, educated, industrialised, rich, democratic – zachodni, wykształcony, uprzemysłowiony, bogaty, demokratyczny) zatraciła większość smaków moralnych. Ludzie ci mają wspólne cechy: widzą świat jako zbiór obiektów i myślą analitycznie. Odwołują się wyłącznie do etyki autonomii, w której nadrzędną zasadą jest poszanowanie jednostki, niezgoda na zadawanie jej cierpienia i ograniczania jej wolności. „Dziwność” jest stopniowalna. Amerykańscy WEIRDzi wyprzedzają europejskich, a studenci amerykańskich uczelni to chyba najwięksi „dziwacy” ze wszystkich. Na nieszczęście dla lewicy – mówi Haidt – to z WEIRD-ów rekrutują się lewicowi politycy i intelektualiści.

Nieczułość liderów lewicy na różne smaki moralne jest przeszkodą w mobilizowaniu szerokiego elektoratu, dla którego polityka to znacznie więcej niż sprawiedliwość i troska. Nie mogą pojąć, że kwestia poszanowania flagi – by powrócić do naszego przykładu – może być problem moralnym i politycznym. Są gotowi potępić prawicowców w czambuł, ponieważ uważają, że ci w ogóle nie wiedzą, czym jest moralność. Zdaniem lewicowców ich przeciwnicy ideologiczni posługują się niewłaściwymi przesłankami, biorąc pod uwagę nieistotne dane, gdy dokonują oceny moralnej. W konsekwencji lewica w swoich kampaniach i programach politycznych nie odwołuje się do fundamentów moralnych, które poruszyłyby czułe struny prawego umysłu. Tymczasem liderzy prawicy oddziałują na wszystkie smaki moralne potencjalnych wyborców.

Pszczela polityka

Ostatnia część „Prawego umysłu” rozprawia się z głęboko zakorzenionym u lewicy przekonaniem, że moralność ma charakter indywidualistyczny, i że w konsekwencji polityka ma służyć wyłącznie obronie praw jednostki i jej szczęściu. W celu podważenia tego przekonania Haidt łączy swoją teorię fundamentów moralnych z ewolucyjną teorią doboru grupowego. Według niej selekcja naturalna zachodzi równocześnie na kilku poziomach, w tym na poziomie indywidualnym i grupowym. Grupy, które są bardziej spójne i potrafią współpracować, uzyskują przewagę adaptacyjną nad zbiorowiskiem egoistów.

Autor stwierdza, że jesteśmy w 10% jak pszczoły, a w 90% jak szympansy. Podobieństwo do szympansów nie stawia nas w najlepszym położeniu, ponieważ to zwierzęta niezdolne do współpracy. Z „pszczołowatości” jednak możemy być dumni, bo pozwoliła nam stworzyć duże i dobrze zorganizowane społeczności. Haidt twierdzi, że zarówno pszczoły, jak i ludzie są istotami terytorialnymi, lubią zakładać gniazda możliwe do obrony oraz posiadają bezbronne potomstwo wymagające opieki. I pszczoły, i ludzie tworzą różne grupy, które stanowią zagrożenie dla siebie nawzajem. Umiejętność współdziałania i specjalizacja osobników w konkretnych dziedzinach sprawiły, że ludzkie „gniazda” stały się niezwykle efektywne i osiągały coraz większe rozmiary. Gdyby nie grupolubność ludziom nigdy nie udałoby się współpracować na tak wielką skalę.

Dzisiaj ta dyspozycja do współdziałania (bardzo niewielka w porównaniu z silną skłonnością do egoizmu) wyjaśnia zadziwiające przykłady altruizmu, do którego żaden stuprocentowy szympans nie byłby zdolny. Z kolei ludzka przewaga nad pszczołami polega na tym, że w naszych wspólnotach jesteśmy spokrewnieni zaledwie z kilkoma lub kilkudziesięcioma osobami. Pszczoły budują gigantyczne rodziny bardzo blisko spokrewnionych owadów. Nasza umiejętność tworzenia dużych grup bazuje nie na wspólnych genach, ale na podzielanej kulturze i moralności.

Pszczeli pierwiastek sprawia, jak przypuszcza Haidt, że jesteśmy zdolni zachowywać się jak istotny rojne, to znaczy pod wpływem określonych czynników odrzucić egoistyczny interes i zatracić się w czymś, co nas wielokrotnie przewyższa swoją wielkością i znaczeniem. To ekstatyczne poczucie zjednoczenia się z grupą ludzi można osiągnąć na różne sposoby: w rytualnym tańcu, podczas zażywania narkotyków albo uczestnicząc w dużym grupowym wydarzeniu jak np. mecz sportowy. Jednostka zapomina wtedy o sobie i czuje się elementem wielkiego organizmu. Prawdopodobnie takie odczucie towarzyszy ludziom na wojnie, gotowym poświęcić własne życie, by ratować towarzyszy broni.

Haidt uważa, że moralność to wszystko, co skłania nas do przedłożenia interesu swojej grupy nad interes jednostkowy. Również tak pozornie indywidualistyczne wartości, jak sprawiedliwość i troska mają znaczenie adaptacyjne: pozwalają nam karać „jeźdźców na gapę” i troszczyć się o potomstwo. Fundamenty moralne, zakorzenione w adaptowaniu się do wyzwań ewolucji oraz gotowość do przejścia w tryb roju, to mechanizmy skłaniające nas do przedłożenia dobra grupy nad własne. Wydaje się, że taka definicja moralności jest dziś szczególnie potrzebna, zwłaszcza lewicy, która nie chce myśleć w kategoriach grup, a tylko krzywdzonych jednostek.

Jeśli Haidt ma rację i konserwatyści, jako osoby o bardziej rozwiniętych smakach moralnych i przekonaniach wspólnotowych, są bardziej skłonni pracować dla grupy, to jego przewidywania powinny mieć empiryczne potwierdzenie. I faktycznie mają.

Aby pokazać, że prawicowcy wygrywają z przedstawicielami lewicy, jeśli chodzi o zdolność do współpracy, Haidt przygląda się religii, która jest bardzo dobrym spoiwem grup. Analiza dwustu wspólnot, które powstały w USA w XIX wieku, pokazała, że po 20 latach od założenia funkcjonowało zaledwie 6% komun świeckich – i 30% religijnych. Dzisiaj religia także „robi różnicę”: Amerykanie należący do najmniej religijnych 20% populacji przekazywali na cele dobroczynne zaledwie 1,5% dochodów, z kolei 20% najbardziej religijnych osób – a badano nie deklaracje, lecz uczestnictwo w nabożeństwach – aż 7% swoich dochodów oddaje na cele charytatywne. Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Ludzie religijni poświęcali wiele czasu na pracę na rzecz swoich kościołów i synagog, a na rzecz organizacji obywatelskich i lokalnych stowarzyszeń – więcej czasu niż osoby niereligijne. Wyjątkowość ludzi wierzących nie leży jednak w ich wierze w karę bożą: Jedynym czynnikiem, który okazał się ściśle związany z pożytkami moralnymi płynącymi z religii, był stopień zaangażowania w relacje ze współwyznawcami. To przyjaźnie i działania grupowe prowadzone w obrębie danego matriksu moralnego uwydatniają ludzką bezinteresowność i wielkoduszność. To one wyzwalają w ludziach to, co najlepsze.

Moralność wiąże i zaślepia

Nasza grupolubność, która daje tak wspaniałe efekty, jest dla nas jednocześnie źródłem nieustannych problemów – wprowadza w obrębie społeczeństwa podziały, które ciężko przekroczyć. Różnice w zdolności do odczuwania fundamentów moralnych wytwarzają coś, co Haidt nazywa matriksami moralnymi. Autor nawiązuje rzecz jasna do filmu, w którym główny bohater przekonuje się, że widziana przez niego rzeczywistość jest tylko ułudą. Podobnego oświecenia doznał Haidt: Zacząłem dostrzegać, że w każdym kraju współistnieje wiele matriksów moralnych. Każdy z nich zapewnia kompletny, jednolity i wiarygodny emocjonalnie światopogląd, który można łatwo uzasadnić za pomocą obserwowalnych danych, i który jest niemal całkowicie odporny na kontrargumenty wysuwane przez osoby z zewnątrz.

Aby spojrzeć na własny matriks moralny z dystansem, najlepiej jest zanurzyć się na chwilę w obcej moralności. Dla Haidta takim doświadczeniem był kilkumiesięczny pobyt w Indiach, gdzie mieszkał u tradycyjnej rodziny. Przekonał się, że kwestie zupełnie nieistotne dla człowieka Zachodu – jak dieta wdowy – są dla Hindusów ważnymi zagadnieniami moralnymi. Autor wielokrotnie podkreśla, że „moralność wiąże i zaślepia” – jesteśmy tak przywiązani do naszej wersji moralności, że zawsze stawiamy ją ponad inne matriksy moralne. Lojalność wobec własnej grupy nakazuje nam przedkładanie jej dobra i jej zasad moralnych ponad wszystko inne, dlatego konflikty moralne – mimo istnienia tych samych fundamentów moralnych w każdym społeczeństwie – są nieuniknione.

Wróćmy do działalności charytatywnej osób religijnych – przekazują one na dobroczynność znacznie więcej pieniędzy niż niereligijne, ale tym organizacjom pozarządowym, które są prowadzone przez ich własne Kościoły. Członkowie wspólnot przede wszystkim wspierają swój zespół, choć, nawiasem mówiąc, „resztki”, które ludzie religijni przekazują organizacjom świeckim, przewyższają cały budżet osób niereligijnych na działalność charytatywną. Jako przeciwwagę dla pojęć interesu jednostkowego i klasowego Haidt ukuł termin „interes moralny”: osoby podzielające wspólny matriks moralny są skłonne do żarliwej obrony jego wartości, tak jakby miały osobisty interes w jego zwycięstwie. Interes moralny – jak przekonuje Haidt – jest lepszym predykatorem poglądów i zachowań niż pozostałe kategorie. Badacze, który starali się ustalić stosunek ludzi do służby wojskowej czy państwowej służby zdrowia, zauważyli, że nie ma on nic wspólnego z wiekiem poborowym badanych czy zasobnością ich portfela, za to wiele z ich światopoglądem.

Tarcia między lewicą a prawicą w Stanach Zjednoczonych były niegdyś łagodzone przez instytucje, które łączyły obie grupy. Zanim został zniesiony powszechny pobór, wspólna służba wojskowa pozwalała członkom obu grup zrozumieć się i nabrać do siebie zaufania. Jeszcze nie tak dawno rodziny amerykańskich polityków przeprowadzały się do Waszyngtonu (teraz coraz częściej zostają u siebie), dzięki czemu nawiązywały między sobą relacje przyjacielskie. Te niepozorne szczegóły sprawiały, że w sytuacji konfliktów politycznych obie strony były bardziej gotowe wobec siebie na ustępstwa. Dzisiaj tkwią w zaślepieniu i arogancji.

Haidt zdaje sobie sprawę, że powrót do Ameryki z jej złotego okresu, w którym życie wspólnotowe rozkwitało na dosłownie każdym rogu, jest bardzo trudny lub w zasadzie niemożliwy. Jednocześnie jest bardzo daleki od tego, żeby obwiniać za ten upadek życia wspólnotowego tylko jedną stronę konfliktu, jak mają to w zwyczaju niektórzy autorzy na lewicy. To prawda, że część winy spada na prawicę. Jej często bezkrytyczny stosunek do kapitalizmu otworzył drogę do ogromnych nierówności ekonomicznych, które następnie przełożyły się na niemal ścisłą segregację biednych i bogatych; rynkowa mentalność doprowadziła do degeneracji form współżycia, które opierają się na akceptacji zobowiązań itd. Haidt woli jednak wrzucić kilka kamyczków do ogródka swoich sojuszników: czy lewica nie podmywa fundamentów życia rodziny, która jest jedną z ostatnich staroświeckich instytucji? Czy lewica nie miała udziału w zniesieniu powszechnego poboru? Czy nie wyśmiewa Kościołów i z nimi nie walczy?

W pewnym sensie „Prawy umysł” jest surogatem instytucji wspólnotowych. Skoro dawne instytucje już nie pomagają nam polubić i zrozumieć naszych przeciwników na poziomie intuicyjnym, to pozostaje droga intelektualna. Ostatecznym celem Haidta nie jest bowiem dostarczenie narzędzi, z pomocą których Partia Demokratyczna mogłaby cynicznie nabijać sobie procenty poparcia, lecz odpowiedź na pytanie, które w 1992 r. zadał Rodney King, czarnoskóry mężczyzna niemal skatowany na śmierć przez policjantów w Los Angeles. Po procesie sądowym, który okazał się farsą i uniewinnił oprawców, w Stanach Zjednoczonych doszło do wielodniowych zamieszek. King, by zatrzymać falę przemocy, pytał wówczas: „Czy możemy żyć wszyscy w zgodzie?”. To troska o „wspólny dom” odróżnia pracę Haidta od bardzo podobnej w charakterze publikacji George’a Lakoffa „Nie myśl o słoniu”, która ukazała się kilka lat temu. Obaj autorzy łączą niepowodzenia lewicy z niezrozumieniem emocjonalnej strony ludzkiego życia, obaj chcą zaprząc naukę w służbę obywatelską, Haidt – psychologię moralności, Lakoff – kognitywistykę; ale tylko ten pierwszy traktuje oponentów jak ludzi. Lakoff przypisuje prawicowcom autorytarną osobowość i dlatego uważa, że w dyskusji z Partią Republikańską dozwolone są wszystkie chwyty.

Niestety, lewica wydaje się ograniczona własnym matriksem moralnym dużo bardziej niż prawica, o czym przekonał się sam autor po opublikowaniu eseju wzywającego demokratów, by spróbowali zrozumieć konserwatystów i odwoływali się do ich fundamentów moralnych. Reakcja wielu lewicowych czytelników wskazywała, że argumentacja Haidta do nich nie trafiła. Warto przy tym dodać, że podobnie niechętnie odnieśli się do niego zwolennicy Tea Party, skrajnie libertariańskiej formacji politycznej. Inaczej odpowiedzieli natomiast czytelnicy konserwatywni. Haidt otrzymywał od nich bardzo osobiste i pełne emocji listy, w których pisali, że autor zrozumiał ich troski. Taki odbiór eseju pozwala przypuszczać, że być może główna linia podziału współczesnej polityki wcale nie przebiega między lewicą a prawicą (czy też liberalizmem a konserwatyzmem), ale między grupami, które w amerykańskim dyskursie określa się komunitarystami (polityka nakierowana na wspólnotę) a libertarianami (polityka nakierowana na jednostkę). Sam Haidt przyznał, że wnioski, do których doszedł po wielu latach swoich badań, do złudzenia przypominają klasyczny konserwatyzm à la Edmund Burke.

Słoń a sprawa polska

„Prawy umysł” jest zanurzony w kontekście amerykańskiej polityki, ale podczas jego lektury nie można uciec od wrażenia, że jest to książka bardziej o Polsce niż o Stanach Zjednoczonych. Po 1989 roku nasz kraj znajduje się pod wpływem tych samych procesów ekonomicznych i kulturowych, które niszczą życie wspólnotowe. Konflikty polityczne są u nas równie ostre. Usilnie dążymy do tego, żeby dogonić Amerykanów pod względem nierówności społecznych. Ale „my już są Amerykany”, a może i posunęliśmy się o krok dalej. Obrany przez nas model transformacyjny bazuje na jednowymiarowym obrazie anglosaskiego świata. Wpatrujemy się w Amerykę indywidualistyczną, ale nie dostrzegamy Ameryki, która wspólnie chodziła grać w kręgle. Instytucje, które miałyby potencjał trzymania Polaków razem nigdy nie były tak silne, jak te w Stanach. Dzisiaj są w zaniku. „Prawy umysł” należałoby potraktować jako wezwanie, by ratować to, co z nich zostało, zanim „słonie” rozejdą się – każdy w swoją stronę.

Jonathan Haidt, Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?, przeł. Agnieszka Nowak-Młynikowska, Smak Słowa, Sopot 2014.

Dług – narzędzie dominacji

Prace Graebera na temat teorii antropologicznych są wybitne. Uważam, że w swoim pokoleniu jest dziś najlepszym teoretykiem antropologii na świecie – napisał znany i ceniony antropolog Maurice Bloch w liście wyrażającym sprzeciw wobec nieprzedłużenia Davidowi Graeberowi kontraktu na Yale z powodu – jak twierdzą niektórzy – jego poglądów politycznych.

Graeber to antropolog ekonomii, wykładowca London School of Economics oraz jeden z najbardziej oryginalnych i prowokujących współczesnych intelektualistów. Jest autorem wielu znaczących publikacji naukowych, w których zajmował się m.in. tradycją anarchizmu, antropologiczną teorią wartości czy związkami magii z pozostałościami niewolniczego systemu na Madagaskarze. Ale błyskotliwa kariera akademicka to zaledwie jeden z obszarów jego działalności. Przede wszystkim znany jest jako aktywista społeczny, zagorzały krytyk międzynarodowych instytucji finansowych. Jest także jedną z najważniejszych postaci ruchu Occupy Wall Street. To właśnie Graeber jako pierwszy sformułował (na łamach „Rolling Stone”) tezę, że ruch Oburzonych reprezentuje 99 procent społeczeństwa, które ponosi koszty decyzji nielicznych – przedstawicieli elit polityczno-ekonomicznych. „99 procent to my” (we are the 99%) to hasło używane dziś przez ruchy oburzonych i alterglobalistów na całym świecie.

Po polsku nie ukazała się jeszcze ani jedna książka Graebera. Taki los spotkał nawet światowy bestseller, jakim jest „Debt, The first 5000 years” („Dług – pierwsze 5000 lat historii”). I to pomimo aktualności jego tematyki, związanej z trwającym także u nas kryzysem ekonomicznym, którego źródła tkwią m.in. w spirali zadłużenia. Pojęcie długu pojawia się w najróżniejszych kontekstach naszej debaty publicznej, jest istotnym punktem odniesienia nie tylko dla polityki i ekonomii, ale i dla socjologów badających kondycję zadłużonego społeczeństwa czy psychologów mówiących o spustoszeniu, jakie sieje w ludzkim umyśle perspektywa spędzenia prawie całego życia na spłacaniu kredytu. W Polsce kwestia długów była szeroko omawiana choćby przy okazji tzw. afery frankowej. Przeglądając informacje z ostatnich miesięcy, dowiemy się także, że Grecja domaga się od Niemiec spłaty innego długu – odszkodowania za straty z okresu II wojny światowej, a w tym samym czasie uregulowania rachunków od Aten domaga się wiele innych państw. Nasze rozmowy i decyzje często krążą wokół problematyki długu, jednak niemal nikt nie pyta, co to pojęcie właściwie oznacza.

Zdążyliśmy je bowiem zneutralizować, uznać za oczywiste i nienaruszalne – powiedziałby Graeber, znany m.in. z działań na rzecz anulowania długów krajom Trzeciego Świata. Zdumiony tym, że nikt jeszcze nie spisał historii koncepcji tak istotnej dla współczesnej cywilizacji, a zarazem zjawiska, wokół którego organizują się ludzkie społeczności niemal od zarania dziejów, postanowił sam podjąć się tego zadania.

Jeśli ktoś pożyczył, to (nie) musi oddać

Impreza charytatywna w Katedrze Westminsterskiej. Graeber spotyka pewną prawniczkę, a zarazem działaczkę na rzecz ubogich. Opowiada jej o kryzysie naftowym z lat 70., który sprawił, iż państwa zrzeszone w OPEC ulokowały tak dużo pieniędzy w zachodnich bankach, że te nie wiedziały, w co inwestować. Ich przedstawiciele wysłali więc agentów, by namawiali dyktatorów krajów Trzeciego Świata do zaciągania długów. Początkowo bardzo nisko oprocentowanych, jednak z czasem stopa procentowa wzrosła nawet do 20 proc. Następnie opowiada swojej rozmówczyni o tym, jak w latach 80. i 90. działania te doprowadziły do kryzysu zadłużeniowego państw Trzeciego Świata. I jakie warunki postawił wtedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy: w zamian za pomoc i restrukturyzację długu kraje te miały „zacisnąć pasa”, zlikwidować dopłaty do podstawowych produktów żywnościowych, darmową służbę zdrowia i edukację.

– A jakie było twoje stanowisko w tej sprawie? – zapytała prawniczka.

– Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Chcieliśmy go zlikwidować.

– Nie. Na temat długu krajów Trzeciego Świata.

– Jego również chcieliśmy zlikwidować. […] Wydawało nam się, że 30 lat przepływu pieniędzy z krajów najbiedniejszych do najbogatszych to już wystarczająco długo.

– Ale – wypowiedziała to słowo tak, jakby to, co powie zaraz po nim, miało być zrozumiałe samo przez się – oni pożyczyli pieniądze! A jeśli ktoś pożyczył, to musi przecież oddać. Zbiło to Graebera z tropu. Mówiłem o biedzie, grabieży zasobów publicznych, upadku społeczeństw, szerzącej się przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanych życiorysach. Ale „jeśli ktoś pożyczył, to musi oddać” – nie dowierzał odpowiedzi prawniczki-aktywistki.

Mogłem tłumaczyć jej, że te pożyczki zaciągnięte były przez dyktatorów, których nie wybrało społeczeństwo, i że większość z pieniędzy wylądowała na ich szwajcarskich kontach; poprosić ją o zastanowienie się, czy to sprawiedliwe, że długi mają być spłacane nie przez dyktatorów […], ale poprzez odbieranie jedzenia głodnym dzieciom. Albo że niektóre państwa spłaciły trzy albo cztery razy więcej niż pożyczyły, lecz dług, za sprawą magicznego mechanizmu „procentu składanego”, wciąż się odnawia. Mogłem też zwrócić uwagę, że istnieje istotna różnica między spłacaniem długu a wymuszaniem stosowania ortodoksyjnie wolnorynkowych rozwiązań wymyślonych w Waszyngtonie i Zurychu, na które obywatele danego kraju nigdy się nie zgodzili i nigdy by się nie zgodzili; że żądanie przyjęcia przez te kraje demokratycznych konstytucji, a zaraz potem odbieranie każdemu wyłonionemu w wyborach rządowi kontroli nad polityką ekonomiczną państwa, było dość obłudne. Albo że polityka gospodarcza narzucona przez MFW nigdy nie działała dobrze – pisze Graeber. Ale mieliśmy bardziej podstawowy problem: samo założenie, że dług musi zostać spłacony.

Nie spłacić to grzech?

Opinia prawniczki-aktywistki stale pobrzmiewa w głowie autora „Pierwszych 5000 lat historii długu”. Dochodzi on do wniosku, że wyrażane przez nią przekonanie jest sądem moralnym, a nie ekonomicznym, bo według wszelkich standardowych teorii ekonomicznych pożyczkodawca musi zaakceptować pewne ryzyko. W przeciwnym razie co powstrzymywałoby go od udzielania pochopnych pożyczek? Opiera się ono na swoistym rozumieniu odpowiedzialności i konieczności dotrzymania zobowiązań.

Wszyscy jesteśmy dłużnikami – stwierdza Graeber po zapoznaniu się z najstarszymi źródłami, w których wspomina się o długach. Mamy więc dług wobec Boga Ojca, naszego stwórcy, i Jego Syna, o czym mówią nam biblijne przekazy o grzechu pierworodnym. Mamy dług wobec rodziców, bo wydali nas na świat. Mamy dług wobec społeczeństwa. W hebrajskim, aramejskim i wielu innych najstarszych językach „dług”, „wina” i „grzech” to właściwie to samo słowo. Stąd tak silny związek zadłużenia z moralnością. Jedno z pierwszych zarejestrowanych w ludzkiej mowie ujęć słowa „wolność” to sumeryjskie ama-gi, oznaczające „powrót do matki”, „powrót do poprzedniego stanu rzeczy”, ale również „brak długu”.

Graeber pokazuje, że za sprawą owego moralnego zobowiązania wpisanego w pojęcie długu, bywa on wygodnym wytrychem służącym realizacji czyichś interesów, a przede wszystkim narzędziem władzy i podporządkowywania sobie dłużników. Antropolog podaje liczne przykłady ilustrujące niesprawiedliwość myślenia w jednakowy sposób o różnych rodzajach długów. Dziś międzynarodowa opinia publiczna jest zgodna – agresor musi zapłacić reparacje. Tak jak Niemcy po I wojnie światowej czy jak Irak, który do dziś płaci Kuwejtowi za inwazję Saddama Husajna z 1990 r. Jednak już z Madagaskarem, Boliwią czy Filipinami jest dokładnie na odwrót: są to państwa zaatakowane i podbite przez kraje europejskie, często te same, którym są dziś winne spore kwoty. W tych przypadkach opinia publiczna oburza się co najwyżej wtedy, gdy dłużnicy zwlekają ze spłatą.

Graeber przybył na Madagaskar wkrótce po epidemii malarii. Program zwalczania owadów po katastrofie polegał m.in. na regularnych testach weryfikujących, czy znów się nie rozmnażają. Nie były to koszty, których budżet nie mógłby udźwignąć. Jednak rząd, związany polityką „zaciskania pasa” narzuconą przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, musiał redukować budżet programu monitorującego. W efekcie zmarło 10 tys. osób. Rozdzielając moralne uzasadnienie, które stanowi sedno koncepcji długu, staram się pokazać, że nie powinien on być traktowany inaczej niż jakikolwiek inny rodzaj obietnicy. Niezrealizowanie przedwyborczych obietnic nigdy nie powstrzymywało polityków przed ubieganiem się o drugą kadencję. W przypadku pożyczki zawsze istnieje element ryzyka, który dominująca narracja dotycząca konieczności spłaty długu stara się zręcznie zignorować. Spłata długu państwa nie może odbywać się kosztem zdrowia czy bezpieczeństwa żywnościowego własnych obywateli. Jedynie nieusprawiedliwiony status moralny długu prowadzi do takich ekscesów, jakie widziałem na Madagaskarze, czy do postaw prawników-aktywistów niewidzących w tym nic złego. To właśnie ten nieusprawiedliwiony status moralny długu skłonił mnie do napisania książki. To, co chcę podkreślić, to fakt, że jest on bezprawny, a w jego imię popełniane są czyny zupełnie niemoralne – mówił Graeber w wywiadzie dla „Green European Journal”.

Obecne oburzenie, negatywny wizerunek dłużników oraz przeświadczenie, że niszczą oni ład społeczny, wynikają m.in. z długiej tradycji myślenia o zasadzie wzajemności jako podstawie funkcjonowania człowieka i tego, co go otacza. Przede wszystkim zakładamy, że koncepcja wzajemności i wymiany rządzi wszelkimi relacjami i procesami w świecie społecznym. Gdy dług nie jest spłacany, ta odwieczna zasada zostaje złamana i powstaje rażący dla nas nieład. Graeber chciałby zburzyć to myślenie. Zasada wzajemności i wymiany jest, według niego, tylko jedną z trzech, które leżą u podłoża zależności i praktyk społecznych. Dwie pozostałe to „komunizm” (działacie razem; jeśli naprawiasz coś i prosisz kogoś o podanie klucza francuskiego, to nie czujesz się dłużnikiem, a partner nie uważa, że jesteś mu coś winien) oraz hierarchia (wykonujesz usługi w zamian za inne – np. w relacji feudalnej pracujesz na roli w zamian za ochronę).

Nienaruszalność przeświadczenia, że „jeśli ktoś pożyczył, to musi spłacić”, gdyż w przeciwnym razie postąpi nagannie moralnie, oraz myślenie, że niespłacony dług narusza równowagę społeczną, prowadzą do moralnej katastrofy. Madagaskar to tylko jeden z wielu przykładów. Inne znajdziemy choćby w Nikaragui i Hondurasie. Huragan Mitch pochłonął w tej części Ameryki 9 tys. istnień, a kolejnych 9 tys. osób nigdy nie odnaleziono. Pomimo działań Kampanii Jubileusz 2000 na rzecz odroczenia lub anulowania części długów państwa te wciąż wydają tyle samo na spłatę odsetek od zadłużenia, co na odbudowę kraju i wsparcie dla obywateli. Bank Światowy, Rezerwa Federalna i Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmówiły odroczenia spłat. Wielka Brytania przeznaczyła 33 mln dolarów na wsparcie dla Nikaragui i Hondurasu. Połowa tej kwoty, mającej ratować życie i pomóc podnieść się tym, którzy przetrwali kataklizm, powędrowała jednak do bogatych międzynarodowych instytucji i bankierów.

Mit założycielski ekonomii

Jednym z ciekawszych wątków obszernej książki Graebera jest krytyka ekonomistów. Najpierw był barter. Ale, z oczywistych względów, był nieefektywny. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, że gdy masz kurczaka, a chcesz się wymienić na różę, to prawdopodobieństwo, że posiadacz róży będzie potrzebował akurat teraz twojego kurczaka, jest niewielkie. W dodatku wartość tego, co masz na wymianę, i tego, co ma ktoś inny, rzadko będzie podobna – tak w skrócie brzmi według Graebera mit czy bajka opowiadana nam od czasów Adama Smitha i jego „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. W książce ojca-założyciela ekonomii zmyślona historyjka o tym, jak Indianie wymieniali mięso sarny na skóry bobrów i łosi, funkcjonuje jako ilustracja rzekomo oczywistej diagnozy przyczyn przejścia od barteru do systemu monetarnego. Do dziś ekonomiści wierzą, że historia wyglądała tak, jak przedstawił to Smith: najpierw barter, potem pieniądz, obecnie zaś kredyt.

Autor pyta: gdzie i kiedy istniał ten barter? U jaskiniowców? Na wyspach Pacyfiku? W starożytnej Grecji? Nie istnieją żadne wiarygodne relacje, które potwierdzałyby, że barter był gdziekolwiek podstawowym systemem wymiany dóbr. W rzeczywistości – odpowiada Graeber – był on stosowany dopiero w czasach, gdy pieniądz znano już od dawna, lecz z jakiejś przyczyny nastąpiło załamanie systemu opartego na nim. Tak jak w Argentynie w czasie kryzysu walutowego lat 90. albo w Rosji w roku 1998.

Na początku był dług – twierdzą antropologowie. Pierwsze społeczności były niewielkie. Barter, który jest wygodniejszym sposobem wymiany z nieznajomym, niż z osobą ze wspólnoty, był im więc niepotrzebny. Bo jeśli chcesz krowę swojego sąsiada, wówczas mówisz „O, fajna krowa”, a on odpowiada: „Podoba ci się? Weź ją” – pisze Graeber. I w ten oto sposób jesteś już sąsiadowi coś winien. Nie musisz oddawać w tym samym momencie – to, jak mu się odwdzięczysz, zależy zarówno od ciebie, jak i od niego. Pytaniem, które należałoby zadawać, nie jest więc to, w jaki sposób jednostka wymiany wyłoniła się z barteru, ale w jaki sposób to, że jesteśmy komuś coś winni, zamieniło się w precyzyjny system miary, to znaczy w pieniądz jako jednostkę rozliczeniową.

Proste historyjki oferowane przez klasyczną ekonomię są oderwane od tego, co mówią źródła czy badania terenowe. Ekonomia przez wielu – w tym przez znaczną część środowisk akademickich – postrzegana jest jako niezależna od czynników moralnych, kulturowych i religijnych, traktuje się ją prawie jak matematykę. Z tym podejściem walczą antropologowie ekonomii. Posługując się imponującym materiałem etnograficznym, Graeber obala schemat historii wymiany, a tym samym fundamenty, na których ukonstytuowana została ekonomia jako dziedzina naukowa. I pyta: czy jeśli fundamenty są fałszywe, nie należałoby na nowo przemyśleć wszystkiego, co na nich nabudowano?

Wynalazek pieniądza

Jeśli wiemy, że barter nie poprzedzał systemu monetarnego, pojawia się pytanie: jak i po co naprawdę powstał pieniądz? Jak zasada „jestem ci coś winien” przerodziła się w coś, co może być precyzyjnie wycenione? Jedna z hipotez Graebera mówi o tym, że pieniądze mogły narodzić się z powodu zagrożenia przemocą. Jeśli dajesz komuś świnię, a on w zamian daje ci pięć kurczaków, to pomyślisz zapewne, że jest skąpcem. Możesz z niego drwić, ale nie wyskoczysz z matematyczną formułą, żeby dowodzić, jak bardzo tanie są kurczaki. Ale gdy ktoś podbije ci oko podczas bójki albo zabije twojego brata, to mówisz tak: „Tradycyjna rekompensata to dokładnie 27 młodych krów najlepszej jakości, i jeśli nie będą najlepszej jakości, oznacza to wojnę!”. Pieniądz jako precyzyjna jednostka miary – w świetle tej teorii – miał zapobiegać przemocy i zapewniać ład.

Pojawienie się pieniądza wiązać się mogło również z wojną, grabieżą i niewolnictwem. Na przykład we wczesnośredniowiecznej Irlandii dziewczynki będące niewolnicami stanowiły najwyższą jednostkę waluty. W stosunku do ich wartości (używano ich np. jako formy zapłaty odszkodowania czy dużego długu) można było wycenić wszystko inne. Przede wszystkim jednak początki wymiany pieniężnej związane są z kosztami prowadzenia wojen. Wyżywienie potężnej armii było trudne logistycznie. Wydawano jej zatem pieniądze, które lud miał obowiązek przyjąć w zamian za żywność dla żołnierzy. Wynikałoby stąd, że to nie ekonomiczne zapotrzebowanie i racjonalna chęć zapewnienia bardziej efektywnej wymiany towarów leżą u podstaw wynalazku, jakim jest pieniądz – leży u nich przemoc czyniona przez instytucje państwa. Pieniądz jest więc częścią historii wojen, podbojów i wynika z konkretnych wydarzeń historycznych, a nie częścią ekonomii rozumianej jako nauka odkrywająca prawa niezależne od kontekstów społecznych.

W jednym z wywiadów przeprowadzonych wokół książki o długu Graeber mówi tak: Jeśli zrozumiesz, że podatki i pieniądze w dużej mierze zawdzięczają swój początek wojnie, łatwiej zauważysz, co naprawdę jest na rzeczy. Ostatecznie rozumie to każdy mafioso. Jeśli chcesz brutalne wyłudzenie, czystą siłę, przekształcić w coś moralnego, a przede wszystkim sprawić, żeby ofiary czuły się winne, przekształcasz wymuszenie w relację długu. Mówisz: „Jesteś mi coś winien, ale na razie ci odpuszczę”. Większość dłużników prawdopodobnie usłyszała podobne zdanie od swoich „wierzycieli”. Kluczową sprawą jest to, jak powinniśmy na to zareagować, bo odpowiedź powinna być mniej więcej taka: „Zaraz, zaraz, kto tu komu co jest winien?”.

Wolny rynek – nowe narzędzie państwa

Kolejnym mitem, który obala historyk długu, jest myślenie o wolnym rynku i państwie jako o rozwiązaniach przeciwstawnych sobie. Materiał etnograficzny zgromadzony przez Graebera ilustruje, że w istocie początki rynku mogą mieć miejsce tylko w sytuacji, gdy władza państwowa jest dostatecznie silna i scentralizowana. Rynek stanowi bowiem narzędzie zarządzania społeczeństwem, a państwo tworzy infrastrukturę niezbędną dla jego funkcjonowania. Graeber opisuje ten mechanizm na przykładzie dobrze znanego mu Madagaskaru. Na początku XX w. ówczesny francuski generał-gubernator Madagaskaru, Joseph Gallieni, wydrukował pieniądze i zapłacił nimi swoim żołnierzom. Ci z kolei zaczęli płacić nimi za usługi i towary ludności malgaskiej, a ta zmuszona była do oddania części wynagrodzenia kolonizatorowi w postaci podatków. W punkcie wyjścia część społeczeństwa miała więc pieniądze, podczas gdy druga nabywała je (a musiała, żeby zapłacić narzucony podatek) przez sprzedaż tego, co miała. Rynek się rozprzestrzeniał. Następnie Malgasze przeznaczali uzyskaną nadwyżkę pieniężną na towary importowane z Francji. W ten sposób powstanie rynku w określonych warunkach oznaczało jednocześnie usankcjonowanie relacji kolonialnej i ekspansję gospodarczą metropolii.

Zarówno rynek, jak i pieniądz wydają się zatem konsekwencją tego, że władca postanowił obarczyć lud ciężarami związanymi z utrzymaniem armii. Wprowadzenie systemu pieniężnego powiązane jest z poborem podatków: mieszkańcy muszą wydać żołnierzom zwierzęta, racje żywnościowe i wszystko to, co będzie im potrzebne, w zamian za pieniądze, bo bez nich nie będą mogli opłacić danin nałożonych przez państwo. Pieniądz zasadniczo rodzi się zatem z długu obywateli wobec państwa, a rynek to nie „abstrakcyjne i neutralne miejsce wymiany”, jak zwykliśmy sobie wyobrażać.

Zmierzch historii długu

„Dług – pierwsze 5000 lat historii” to książka kontrowersyjna, a przez antropologów często traktowana z przymrużeniem oka. Pomimo naukowego dorobku Graebera czytają tę rozprawę jako dzieło aktywisty, a nie badacza. I trudno odmówić im pewnej słuszności. Niejednokrotnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Graeber uprawia coś w rodzaju kolekcjonerstwa – zbiera z różnych zakątków świata historie, które pasują do jego tez. Często kolokwialny język i dosadność, z jaką pisze, wyraźnie demonstrują, że nie jest on neutralnym obserwatorem.

Nie zmienia to jednak faktu, że sprawnie podważa domniemaną neutralność klasycznej ekonomii. Skutecznie i przekonująco rozplątuje supeł, jaki powstał na styku pojęcia długu z moralnością. Spojrzenie z historycznej perspektywy, poparte współczesnymi przykładami z różnych stron świata, oraz zwrócenie uwagi na zapomniane grzechy wierzycieli, pomaga wyrobić w czytelniku bardziej zniuansowane i uważniejsze podejście do dłużników, odkłamując ich „czarny” wizerunek.

Wiele źródeł analizowanych przez Graebera mówi o tym, że od starożytności przewija się w naszej cywilizacji obawa przed tym, że większość społeczeństwa popadnie w zadłużenie. Był to zawsze scenariusz apokaliptyczny, najgorszy z możliwych do wyobrażenia. Z przestrachem wyobrażano sobie perspektywę, w której zadłużenie przybrałoby masowy charakter, zmuszając do sprzedawania w niewolę siebie czy swoich krewnych. A co właśnie dzieje się wokół nas? – mówi Graeber w wywiadzie dla „Naked Capitalism”. – Zamiast tworzyć międzynarodowe instytucje chroniące dłużników, tworzymy Międzynarodowe Fundusze Walutowe czy Standard&Poor’s, żeby ochraniać kredytodawców. Czyli twory, które oficjalnie deklarują (i robią to wbrew tradycyjnej ekonomicznej logice), że żaden dłużnik nie ma prawa ogłosić upadłości. Nie trzeba dodawać, że prowadzi to do katastrofy. Doświadczamy obecnie czegoś, co przynajmniej dla mnie jest dokładnie tym, czego najbardziej obawiali się starożytni: społeczeństwa dłużników balansujących na krawędzi katastrofy.

Graeber zwiastuje jednak koniec niesprawiedliwego podejścia do dłużników. Pierwsze 5000 lat to według niego już historia, a my jesteśmy u progu zmian. „Zdrowy rozsądek” (common sense), czyli jeden z głównych przedmiotów badań antropologii, ulegnie nareszcie przeobrażeniu w duchu moralności i sprawiedliwości, stwarzając szanse rozwoju krajom Trzeciego Świata. To życzeniowe myślenie może wywołać uśmiech, ale zdaniem Graebera wykazanie historycznego partykularyzmu i tymczasowości naszych przekonań ma pokazać, jak łatwo je zmienić.

David Graeber, Debt, The first 5000 years, Melville House Printing 2011.