przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Przypomnijmy Pani sprawę: w 2004 roku kamienica, w której Pani mieszkała, trafiła w ręce dawnego właściciela Jerzego Sułowskiego. Została Pani eksmitowana. Teraz mieszka Pani w domku w lesie kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Ale na tym nie koniec – wytoczono Pani proces o odszkodowanie za zajmowanie lokalu w kamienicy bez stosownej umowy. Rzekomo jest Pani winna właścicielom tej kamienicy 100 tys. złotych. Wśród tych osób jest gwiazdeczka z TVN Małgorzata Ohme.
– Ewa Andruszkiewicz: Własność odzyskiwał Jerzy Sułowski w imieniu własnym oraz brata, który mieszka w Kanadzie. W tej chwili prowadzone jest dochodzenie w sprawie zwrotu. Na moją prośbę sprawdzała to już policja, ale nie chciano mi nic powiedzieć, poza tym, że były tam nieprawidłowości, ale uległy przedawnieniu. Nie wiem, jak to obecne władze potraktują – czy były przedawnienia w rozdawnictwie nieruchomości, czy też nie.
Nie wiem, czy bratu pana Sułowskiego przysługiwało odszkodowanie w ramach umowy indemnizacyjnej (odszkodowawczej). Polska podpisała tę umowę z Kanadą w 1972 roku, to ostatnia umowa tego typu z wówczas podpisanych. Nie wiem, czy ten pan wyjechał z Polski do Kanady przed czy po 1972 roku – jeżeli po, to nic mu się już nie należało. W każdym razie ten człowiek udzielił pełnomocnictwa w sprawach nieruchomości swojemu bratu Jerzemu, mieszkającemu w Warszawie. Ten z kolei dał pełnomocnictwo „mecenasowi” Krzysztofowi Ćwiekowi. To człowiek dobrze znany w Warszawie z przejmowania nieruchomości, nie jest żadnym mecenasem, prowadzi agencję nieruchomości i handluje mieszkaniami. Ale w tej sprawie występował jako „mecenas”. Zresztą Ćwiek pojawił się również w sprawie odzyskiwania kamienicy na Nowym Świecie 24, ale wówczas w charakterze adwokata na sali sądowej.
– A kto występował przeciw Pani w sądzie?
– Był to człowiek dobrze znany w świecie warszawskiej reprywatyzacji. Przedstawiający się jako książę, mecenas Hubert Massalski – to on reprezentował powoda w sprawie.
W październiku 2015 roku doprowadziłam do tego, że policja przesłuchała wreszcie mojego przeciwnika procesowego, Jerzego Sułowskiego. Okazało się, że on w ogóle nie wie, że mi wytaczał procesy, nie ma wobec mnie żadnych roszczeń, nic nie wie o mojej sytuacji. A w Garwolinie toczy się postępowanie egzekucyjne i jest wyznaczony termin licytacji mojego domku w lesie, do którego się przeprowadziłam, gdy wyrzucono mnie z mieszkania w Warszawie z wyrokiem o treści: eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Z przesłuchania wynikało, że Sułowski właściwie nie zna swoich pełnomocników, być może znał Massalskiego. Policjanci źle go przesłuchiwali.
Sułowski unikał spotkania ze mną. Znalazłam go wreszcie w szpitalu: miał przyjść na przesłuchanie, ale nie przyszedł. Policjant zadzwonił do jego żony, a ta mówi, że mąż leży po zawale na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu na Banacha. Nie wytrzymałam, pojechałam tam. I teraz najciekawsze: w 2005 roku byłam na kawie z człowiekiem, który przedstawił mi się jako Jerzy Sułowski. To człowiek, który sprzedał wszystkie odzyskane lokale w kamienicy, gdzie mieszkałam. Ale w szpitalu nie leżał ten sam człowiek.
– To nie był on?
– Nie, to była podstawiona osoba. Przedstawiłam policji rysopis. A pan Sułowski, ten prawdziwy, nie leżał wcale na OIOM-ie, lecz w Klinice Chorób Wewnętrznych Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii. Wyglądał kwitnąco. Policja go później przesłuchała beze mnie, bo odpuściłam, przekazałam jedynie swoje pytania, które źle zadawali. Ale i tak wyszło, że on nie zna swoich pełnomocników, że nigdy nie był w notariacie, a powstało ponad dwadzieścia aktów notarialnych, w których pani notariusz pisze, że stawił się osobiście. Kto się stawił? Nie mam pojęcia – to wszystko jest nadal zagadką. Ale egzekucja komornicza mojego majątku trwa…
– Lokum, w którym mieszkała Pani w Warszawie, było w dyspozycji miasta.
– Tak. A przed wojną zostało sprzedane przez pierwotnego właściciela, zadłużonego w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pod tym adresem odzyskano trzy mieszkania.
– Od razu podniesiono Pani czynsz?
– Tak, zresztą niezgodnie z prawem. Byłam jedyną osobą, która płaciła ten podniesiony czynsz. To nie było duże mieszkanie, niecałe 50 metrów kwadratowych. Nie należałam nigdy do ubogich. Całe życie byłam dziennikarką, pochodzę z dziennikarskiej rodziny. Mój mąż również był dziennikarzem, miał dobre zarobki jako kierownik działu w najpopularniejszym wówczas tytule prasowym. Kupienie tego mieszkania nie byłoby dla nas problemem. Ale nie dopięliśmy tej sprawy, brakowało a to czasu, a to jakichś dokumentów.
Walka z handlarzami roszczeń i czyścicielami kamienic często dotyczyła ludzi ubogich, ledwo wiążących koniec z końcem, ale też z reguły uczciwych, którzy całe życie ciężko przepracowali. To były równocześnie osoby stare – byłam jedną z ostatnich, które podpisały umowę najmu w lokalach sprzed 1945 roku. Zdążyłam się zestarzeć do nowych wspaniałych czasów, a ci, którzy mieszkali w takich lokalach po 50–60 lat, byli jeszcze starsi ode mnie i zastało ich to w momencie, gdy nie mieli już żadnego wyjścia, żadnych perspektyw. Jeżeli sądy orzekały „eksmisję bez prawa do lokalu socjalnego” – tak jak było w przypadku Joli Brzeskiej, która miała niewielką emeryturę i bodajże o 40 złotych przekroczyła limit ustalony dla wrażliwego lokatora – to gdzie się taki człowiek mógł podziać? To po prostu był dramat dla wielu ludzi i sporo osób tego nie przeżyło.
Miałam wewnętrzną pewność, że dzieje mi się straszna krzywda, na którą nie zasłużyłam, ale było mnie stać, żeby płacić podwyższony czynsz. Oni mi go jeszcze dwukrotnie podnosili – płaciłam. W związku z tym mieli problem – żeby wyrzucić, trzeba udowodnić, że dana osoba jest zadłużona.
– A chcieli Panią wyrzucić?
Im nie zależało na moim czynszu. Chcieli mnie wygnać, zależało im na mieszkaniu. To kolejny skandal, za który odpowiadają nasi ustawodawcy. Otóż osoby odzyskujące budynki są zwolnione z wszystkich opłat. Gdy zwykły człowiek uzyskuje w wyniku spadkobrania jakąkolwiek nieruchomość, to jeśli ją sprzeda w ciągu pięciu lat kalendarzowych, płaci 19 proc. podatku. Oni byli z tego zwolnieni, ponieważ – zgodnie z logiką ustawodawcy – zachowana została ciągłość własności. Widzi pan, co się dzieje? Nie płacą podatku od spadku, nie płacili podatku od sprzedaży – wystarczy „odzyskać” wiele lokali, sprzedać je dalej – co za zysk!
Zależało im, żeby jak najszybciej sprzedać te mieszkania. U mnie to były bardzo okazyjne transakcje: moje lokum zostało sprzedane za 250 tys. zł, choć było warte 400–450 tys. złotych. Inne mieszkanie, 110 metrów kwadratowych, sprzedali za 450 tys. zł. Tak niskich cen na rynku nie było – chodziło o to, żeby te lokale upłynnić. W ten sposób „uwiarygodniano” takie mieszkania – bo nawet jeżeli z daleka widać, że zostało ono kupione w złej wierze, to ten problem jakoś się rozmywa.
– A co z lokatorami z dwóch pozostałych mieszkań?
– Lokatorzy z mieszkania na górze to byli dziwni ludzie, którzy za punkt honoru stawiali sobie za nic nie płacić. Dobrze na tym wyszli, bo dostali od nowych właścicieli 60 tys. złotych, żeby tylko się wynieśli. Co do mieszkania na dole, to z nim się wiąże wręcz odwrotna, dramatyczna historia. Ojciec kobiety, która tam mieszkała, kupił je przed wojną od ówczesnego właściciela, Stefana Sułowskiego, ojczyma Jerzego Sułowskiego i jego kanadyjskiego brata. Ze względu na to, że na kamienicy ciążył dług, operacja została przeprowadzona „na lewo”, nie mogła zostać wpisana do hipoteki, gdyż rękę na pieniądzach od razu położyłby bank. Prawdopodobnie powstał jakiś akt notarialny, ponieważ nikt na gębę nie kupuje stu metrów mieszkania. Ta pani całe życie tam mieszkała przeświadczona, że jest u siebie. Nie wykupiła tego mieszkania po raz drugi. Mecenas Ćwiek od razu zabrał się za nią i jej męża: małżeństwo otrzymało ofertę, że jeśli się szybko wyprowadzi, to nowy właściciel nie podniesie czynszu i wypłaci im 75 tys. zł. Przystali na to. Ale ta kobieta tego nie przeżyła, umarła na serce, nie mogła uwierzyć, że to wszystko jest możliwe. Pamiętała, jak szła z matką, odprowadzały ojca, który jechał na dworzec z walizką pieniędzy.
– Czy szukała Pani wówczas wsparcia w instytucjach publicznych? Albo wśród ludzi, którzy mieli podobne problemy?
– Nie znałam wówczas takich osób. Z ruchem lokatorskim zetknęłam się dopiero w styczniu 2008 roku. Najpierw pisałam do prokuratur. Pierwsze zawiadomienie było o kradzieży księgi wieczystej z sądu w alei Solidarności – ale sprawa została umorzona. Gdy zapytałam, dlaczego, odpowiedziano mi, że nie jestem stroną w sprawie i nie przysługuje mi żadna odpowiedź. Nie znałam wtedy jeszcze swoich praw.
Na dobre zaczęłam się tym wszystkim interesować właśnie w styczniu 2008 roku, gdy zjawił się w moim życiu książę mecenas Hubert Massalski, który zatelefonował pewnego ranka i przedstawił się jako pełnomocnik mojego ówczesnego sąsiada Piotra Porębskiego, fotografa celebrytów. Stwierdził, że podjął się mediacji między nami.
– A skąd ta gorąca potrzeba mediacji ze strony księcia mecenasa?
– Sprawdziłam już wcześniej w hipotece, jakie ruchy są wykonywane w obrębie tej nieruchomości. Odkryłam, że jest wpis w dziale trzecim – ktoś podpisał przedwstępny akt kupna-sprzedaży mojego mieszkania. Znajomy adwokat ustalił, że to mój sąsiad podpisał ten akt notarialny. Gdy zadzwonił Massalski, powiedziałam, że nie wyświetlił mi się jego numer, poprosiłam o podyktowanie go, powtórzenie imienia i nazwiska. Dużą część pracy zawodowej poświęciłam na pisanie reportaży interwencyjnych – od razu siadłam do komputera i zaczęłam wyszukiwać informacje na temat mecenasa.
Wtedy znalazłam opis próby włamania do mieszkania Joli Brzeskiej. Gdy zobaczyłam adres, Nabielaka 9, to wpadłam w panikę i bez śniadania tam pobiegłam, żeby powiedzieć, że mam do czynienia z tymi samymi ludźmi. Joli, której wtedy jeszcze nie znałam, nie było. Ale drzwi faktycznie zostały opalone. W końcu znalazłam numer telefonu stacjonarnego do niej, przechodziła wtedy ciężki czas, to było zaraz po śmierci jej męża, Kazimierza. I to Jola zaprosiła mnie na spotkanie ruchu lokatorskiego.
Wówczas ja także byłam już sama, mój mąż zmarł wcześniej na raka mózgu. Sądzę, że cała ta sytuacja też się do tego przyczyniła, to był szok dla mężczyzny w wieku przedemerytalnym, całe życie ciężko pracującego, że nie zagwarantował swojej rodzinie dachu nad głową.
– Zakładam, że nowi właściciele nie ustawali w wysiłkach, aby również Pani pozbyć się z mieszkania.
– Dowiedziałam się, że nie odprowadzili ani złotówki z opłat, które wnosiłam na poczet ogrzewania, wody itd. To mieszkanie było w ten sposób zadłużone na 6,5 tys. zł. Poszłam do administracji wyjaśnić tę sprawę i dowiedziałam się, że mecenas Massalski twierdzi, że nie płacę. Powiedziałam, że owszem, co miesiąc płacę tysiąc złotych. Byli w szoku, bo to była dwukrotność tego, co płaciła moja sąsiadka z dołu, która miała takie samo metrażowo mieszkanie i zdążyła je już wykupić.
Dowiedziałam się przy okazji, że co roku mam ponad dwa tysiące złotych nadpłat za media. Także dlatego, że od czasu, gdy przyszedł do mnie mecenas Ćwiek i zamiast „dzień dobry” stwierdził: „Pani mieszka w cudzym mieszkaniu”, wolałam żyć w domku poza Warszawą. Poza tym coraz bardziej się bałam.
W każdym razie napisałam do właściciela dwa listy z prośbą o rozliczenie mediów, począwszy od 2004 roku. Napisałam trzeci list z informacją, że jeżeli znów mnie zlekceważy, to uznam to za zgodę na samodzielne rozliczenie tych spraw. Przestałam płacić, w sumie trwało to cztery miesiące. Wtedy dostałam rozwiązanie umowy najmu od… mojego sąsiada, Piotra Porębskiego, który poczuł się w prawie, rozwiązał cudzą umowę najmu i wytoczył mi proces o eksmisję. Gdy się wyprowadzałam w 2010 roku, on nadal nie był właścicielem, a mimo to przyszedł z komornikiem odebrać mieszkanie, chociaż jasno zadeklarowałam, że klucze oddam dobrowolnie – właścicielowi, do rąk własnych, nikomu innemu. Ale komornik przyszedł z Porębskim, a ten – ze ślusarzem. Stałam z kluczami, a ślusarz zmieniał zamek.
– Wówczas miała już Pani kontakt z ruchem lokatorskim.
– Tak, w 2008 roku byłam na pierwszym spotkaniu wypędzonych lokatorów. Dowiedziałam się, że jest więcej osób, w których życiu zjawił się Hubert Massalski. To było Krakowskie Przedmieście 35, Dahlberga 5, Jola z Nabielaka 9. Później pojawili się jeszcze państwo Święciccy, którzy mieszkali na Francuskiej 30. Wcześniej Jola od Marka Mossakowskiego, który był bardzo blisko zaprzyjaźniony z Massalskim, dostała ofertę, że ten da jej mieszkanie na Otwockiej.
Zaczęliśmy zbierać dane, zgromadziliśmy kilkanaście adresów. Próbowaliśmy zainteresować różne organy władzy. W kwietniu 2008 roku napisaliśmy do Prokuratury Okręgowej w Warszawie doniesienie o zorganizowanej grupie przestępczej, która w dziwny sposób wchodzi w posiadanie nieruchomości w stolicy i prześladuje mieszkańców. Prokuratura Okręgowa skierowała sprawę na Mokotów, policja przesłuchiwała mnie i Jolę. Gdy mieli wezwać kolejne osoby, dowiedzieli się, że Dahlberga to nie jest jednak Mokotów, ale Wola – i z przyjemnością to tam wysłali. Na Woli najpierw wysłano wezwania do wszystkich osób, które wskazaliśmy, ale nikt nie przyszedł, więc prokurator sprawę umorzył – wezwani nie potwierdzili, że są zorganizowaną grupą przestępczą…
– To zaskakujące.
– Wówczas złożyliśmy zażalenie na postanowienie prokuratury. Odbyła się sprawa, młodziutka pani sędzia po przesłuchaniu Joli Brzeskiej stwierdziła, że przestępstwo może dotyczyć mienia o tak dużej wartości, że sąd rejonowy nie jest władny, aby rozstrzygać o takiej skali przestępstwa i skierowała to do sądu okręgowego w Warszawie, też do wydziału karnego.
Czekaliśmy rok, zanim sprawa się odbyła. W międzyczasie, w 2009 roku, udało się przesłuchać Jerzego Sułowskiego, Marka Mossakowskiego i Przemysława Jaszke. Sąd orzekł, że prokuratura miała rację, umarzając sprawę. Uzasadnienie było bardzo długie, sędzina dostała je przed wejściem na salę, popijała wodę i aż się krztusiła, gdy to czytała. Na koniec powiedziała nam: „proszę państwa, ci ludzie są fachowcami i mają na swoje usługi fachowców, wy też musicie zatrudnić fachowców, którzy wam pomogą”.
Uważam, że gdyby prokuratura okręgowa w 2008 roku na serio zajęła się naszym doniesieniem, to Jola Brzeska by żyła. To jest moje oskarżenie – uważam, że są współwinni temu, co się stało.
– Cóż, z jednej strony inercja instytucji (to w wersji optymistycznej), z drugiej – przedsiębiorczy ludzie, którzy „mają odwagę się bogacić”.
– W pewnym momencie zaczęłam liczyć: jest pan Sułowski i ktoś, kto prawdopodobnie się pod niego podszywał, jest pan Ćwiek, jest pan Massalski, jest wynajęta do zarządzania moim mieszkaniem pani Grażyna Wójcik, która koło Joli Brzeskiej wynajmuje biuro, jakby pilnowała zdobyczy Mossakowskiego, jest pani notariusz, która firmuje dziwne umowy notarialne. Pan wybaczy: pierniczą się ze mną przez pięć lat, z upierdliwą staruszką-emerytką, i zarabiają 250 tysięcy na sprzedaży mieszkania? Po 50 tys. złotych na głowę? 10 tysięcy złotych rocznie na łebka? To co to jest za biznes? I wtedy przyszła mi myśl: oni mają jakiś inny interes w pozbywaniu się ludzi z przejętych domów. Niby odzyskali 1/3 nieruchomości, ale co z resztą? Co z mieszkaniami, które gmina sprzedała lokatorom? Przecież w myśl świętego prawa własności też powinny im się należeć. Zaczęłam pytać, czy przypadkiem nie dostają odszkodowań za te utracone na zawsze lokale, a jeśli tak, to w jakiej wysokości. Ludzie pukali się w głowy, że bzdury opowiadam.
– Dziś to już tajemnica poliszynela.
– Długo po tym, jak zamordowano Jolę Brzeską, zadzwoniła do mnie Małgorzata Zubik z lokalnej „Gazety Wyborczej”. Chciała opisać moją sprawę. Akurat trwał proces, który mi wytoczono o odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu (gdy sąsiad rozwiązał ze mną umowę, to przez jakiś czas zajmowałam to lokum bezumownie). Powiedziałam do niej: „Nie chcę, żeby pani o tym pisała, niech pani napisze o czymś innym. Przecież my jesteśmy świetną zasłoną dymną dla prawdziwego draństwa”. Ona zapytała: „O czym pani mówi?”. No i tłumaczyłam jej, że wypędzonym lokatorom zabierany jest dobytek – przecież w substancję mieszkaniową inwestowaliśmy latami. W tym mieszkaniu, w którym żyłam, wszystko było moje: instalacje, kable, kaloryfery, rury w ścianach, które montowałam, armatura łazienkowa. I nikt z nami tego nie rozlicza, bo mamy oddać mieszkanie w takim stanie, w jakim ono było, gdy zapadła decyzja zwrotowa. Mówiłam Zubik, że prawdziwy interes polega na odszkodowaniach. Nie uwierzyła niestety.
Minęły dwa tygodnie. W „Stołecznej” ukazał się jej wywiad z mecenasem Janem Stachurą, który opowiadał, że był dekret Bieruta, że się należą odszkodowania, że są zwroty w naturze. Zubik go spytała, czy kiedyś odzyskał jakieś pieniądze za takie sprzedane mieszkania. A on mówi, że wyjął z takiej kamienicy kilkanaście milionów złotych.
Podobnie skrywana była wiedza o umowach indemnizacyjnych (odszkodowawczych). Myśmy z Jolą Brzeską wiedziały o tym w 2009 roku dzięki młodym ludziom. Ich rodzice mieszkali w zwróconej kamienicy, więc wiedzieli, że przed wojną należała ona do osób, które wyjechały do Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie pojawili się osobnicy przedstawiający się jako następcy prawni – odkupili roszczenia. Nasi rozmówcy, zresztą pracownicy korporacji, zaczęli drążyć temat i na amerykańskich stronach rządowych znaleźli informacje o tym, że Polska podpisała ze Stanami Zjednoczonymi umowę indemnizacyjną.
Pamiętam, że mieliśmy na ulicy Przemysłowej spotkania, które nazywały się Strona Społeczna. Przyszli ci młodzi ludzie i opowiedzieli nam o tym, mówili o ogromnych pieniądzach, które Polska wypłaciła w ramach odszkodowań indemnizacyjnych. Nie wiedziałyśmy, że z innymi krajami również podpisano takie umowy. Drążyłyśmy z Jolką temat, pisałyśmy pisma do władz. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało, że nie ma żadnej wiedzy na ten temat. I tyle.
– To była cała wiedza, którą państwo polskie podzieliło się z wami na ten newralgiczny temat?
– W 2005 roku ustawą powołano do życia Prokuratorię Generalną, wzorowaną na tej przedwojennej, utworzonej przez Piłsudskiego. Jej zadaniem jest troska o interesy Skarbu Państwa. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałam w „Rzeczpospolitej” wywiad z człowiekiem, który tworzył tę instytucję na nowo. Zaczęliśmy na ten temat rozmawiać w stowarzyszeniu, że może to właściwy adres, że może tam powinniśmy się udać. Mieliśmy przecież adresy kilkunastu nieruchomości odzyskanych przez tych samych ludzi. A skoro te nieruchomości są własnością Skarbu Państwa, to może Prokuratoria się tym zainteresuje. Któraś z nas była tam – nikt nie chciał rozmawiać.
– Dlaczego?
– Tłumaczono, że to podlega bezpośrednio Ministrowi Skarbu, którym był wtedy Aleksander Grad. Napisałyśmy z Jolką pismo do niego, z prośbą o skierowanie sprawy do Prokuratorii Generalnej jako instytucji, której urzędnicy mają status prokuratorów i badają wszelkie sprawy związane z interesami Skarbu Państwa. Minister Grad nie odpowiedział nam przez dwa miesiące, więc Piotr Ciszewski wysłał ponaglenie. I znów – cisza przez dwa miesiące. Piotr usiadł i napisał pismo do Grzegorza Schetyny, wówczas Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Dostaliśmy w dwa tygodnie odpowiedź, że minister Grad ustawowo ma 30 dni na udzielenie nam odpowiedzi. Dołączyliśmy to pismo od Schetyny i znów wysłaliśmy list do Grada. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi.
Mam podejrzenie, że nad tym wszystkim był rozłożony rządowy parasol ochronny, parasol politycznego establishmentu. A pod nim, co dziś już widać choćby z warszawskiej mapy reprywatyzacyjnej, było całe mnóstwo powiązanych ze sobą ludzi.
– Porozmawiajmy jeszcze o pierwszych latach stołecznego ruchu lokatorskiego. Jak je Pani wspomina?
– Rozmawiałam o tym niedawno z Janem Śpiewakiem. Mówiłam mu: wy wszyscy, którzy dziś zajmujecie się aferą reprywatyzacyjną, jesteście dziećmi Joli Brzeskiej.
Na pewno ważnym momentem była próba włamania do mieszkania Brzeskich, podjęta przez Mossakowskiego i Massalskiego i ich bandę w lipcu 2007 roku. Kazimierz Brzeski, mąż Joli, bardzo to przeżył i postanowił coś z tym zrobić. Zaczął studiować przepisy dotyczące organizacji pozarządowych, żeby stworzyć stowarzyszenie, do którego mogliby przychodzić wypędzani lokatorzy. Poznał grupę anarchosyndykalistów i socjalistów, był w tym gronie Piotr Ciszewski, do dziś prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, był tam Andrzej Smosarski.
Kazimierz spostrzegł, że lokatorzy, którzy sami borykają się z bandytami wchodzącymi z buciorami do naszych domów i mówiącymi, że mieszkamy w cudzych mieszkaniach, nie mogą reprezentować swoich interesów. Także dlatego, że są niewiarygodni, gdy mówią o własnych problemach. Potrzebny był ktoś, kto sam nie ma podobnych kłopotów, ale widzi, że ludziom dzieje się straszna krzywda i jest gotów ich reprezentować. Tak powstało WSL, które zarejestrowało się w 2007 roku.
Później zaczęły się tworzyć inne ruchy. Piotr Ikonowicz, który jest świetnym mówcą i ma za sobą przeszłość parlamentarną, otworzył Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej. Później powstał Komitet Obrony Lokatorów, a po zabójstwie Joli włączył się Kolektyw Syrena, oni to strasznie przeżyli. Syrena w większym stopniu kładzie nacisk na problemy systemu polskiego mieszkalnictwa. Powiedzmy też sobie szczerze, choć bez żalu do nikogo: dużo ludzi przez te wszystkie lata przychodziło do ruchu lokatorskiego po doraźną pomoc – ale znikali, gdy ją otrzymali. Tym bardziej znikali, gdy jej nie otrzymywali.
– Pisaliście w tamtych latach do Rzecznika Praw Obywatela w sprawie wypędzonych lokatorów?
– O! Wymieniłam obszerną korespondencję jeszcze z Januszem Kochanowskim, tym RPO, który zginął w Smoleńsku. W końcu „wypowiedziałam mu pracę”, żeby broń boże nigdy nie występował w moim imieniu. A zaczęło się niewinnie. Napisałam do niego, podpierając się tym, że dzierżawcy mają prawo pierwokupu – chodzi o ochronę ich interesów. Uznałam, że sprawiedliwiej byłoby, gdybyśmy jako długoletni najemcy, wywiązujący się ze swoich zobowiązań, mieli to prawo. Rzecznik Kochanowski odpowiedział, powołując się na Konstytucję, że jest święte prawo własności i że to ograniczałoby prawa właścicieli do swobodnego dysponowania nieruchomością.
Później była prof. Ewa Lipowicz, która rozpoczęła urzędowanie od złożenia deklaracji podczas zaprzysiężenia w Sejmie, że będzie chciała pomagać przede wszystkim ludziom starszym, którzy są źle traktowani przez polskie prawo i nie ma żadnego programu ich aktywizacji. Ja w to wszystko, jak idiotka, uwierzyłam. Śmialiśmy się później, że gdy przychodzi taki Mossakowski do naszych domów i mówi „wynocha z mojego mieszkania!”, to nie ma lepszego programu aktywizacji. Staruszki dostają takiego napędu… [śmiech]. Pisałam do prof. Lipowicz, gdy już mój wyrok o eksmisji był prawomocny. Dostawałam odpowiedzi, że absolutnie nic mi się nie należy, wszystko jest zgodnie z prawem.
Pisałam o pomoc w kasacji mojego wyroku zarówno do RPO, jak i do ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który odpowiedział mi, że nie są władni. Nieprawda, dwie osoby w Polsce mają takie uprawnienia: RPO i prokurator generalny. Odnoszę wrażenie, że Adam Bodnar jest pierwszym RPO, który w ogóle zainteresował się tą sprawą, ale ja już nie mam siły się do niego zwracać.
– To brak nadziei?
– Wie pan, jakie to są potężne emocje? A przecież nie dotyczą tylko mnie. Byłam eksmitowana jako samotna osoba. Mój syn mieszka w Anglii, przyjechał trochę wcześniej, pomógł mi likwidować to mieszkanie. Rozmontowywał coś w swoim pokoju, poszłam pakować rzeczy z kuchni, nagle poczułam, że u niego panuje wielka cisza. Poszłam tam – płakał przy biurku, drżały mu plecy. Powiedziałam mu: nie rozklejaj się, bierz młotek i łom, do roboty! A on, że całe jego życie jest w tym pokoju. To było strasznie smutne [milczenie]. Zadzwoniłam wtedy do Piotra Ikonowicza z pytaniem, czy pomoże: nigdy nie byłam eksmitowana, nie wiedziałam, jak to wygląda, nie wiedziałam, jak się zachowa komornik – sprawiał miłe wrażenie, ale nigdy nie wiadomo. Chciałam, żeby ktoś obok mnie był. Piotr zapytał, czy chcę blokady eksmisji. Powiedziałam, że absolutnie nie! Skoro mam eksmisję wyznaczoną na 15 września i zrobimy blokadę, to komornik przyjdzie za dwa tygodnie z ekipą antyterrorystyczną. Tylko koszty będę miała większe, bo jeszcze za tę brygadę będę musiała zapłacić. Piotr jednak nie znalazł czasu, ale był ze mną Janusz Baranek z WSL, któremu zawsze będę za to wdzięczna. Wiedziałam, że musi być ze mną jakiś facet i faktycznie, bronił mnie jak lew. Byłam przekonana o swojej niewinności, o tym, że jestem ofiarą oszustwa. Nie mogłam się załamać – musiałam dalej walczyć. Ale byliśmy całkowicie bezradni i nikt z reprezentantów państwa polskiego nam nie pomógł.
– Mam silne wrażenie, prowadząc tę rozmowę, że tym, co Panią odróżnia od wielu wyrzuconych lokatorów, jest zdolność opisania tej sprawy. I że to jest bardzo ważne, bo umożliwia Pani zabranie głosu, wyartykułowania swoich racji, nagłośnienie ich – dobitne, ale też bardzo racjonalne.
– …umiejętność pisania, to też bardzo ważne. Wczoraj ponownie rozmawiałam z kobietą, która dwa miesiące temu została zmuszona do opuszczenia kamienicy należącej przed wojną do państwa Pahlów. Witold Pahl to nowy wiceprezydent Warszawy. Hanna Gronkiewicz-Waltz, ogłaszając tę nominację, stwierdziła, że to człowiek, który nie ma nic wspólnego z reprywatyzacją, bo pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Dziesięć minut po tym, jak pani prezydent wystąpiła w telewizji, miałam telefon od kobiety, która mi mówi: „właśnie wyleciałam z kamienicy, która należała do rodziny Pahlów, oni pochodzili z Włocławka, to jest ta rodzina. Sama oddałam klucze do mieszkania, bo bałam się komornika”. Pytam ją, kto to odzyskał: Pahl? Spadkobiercy? Następcy prawni? Ona mówi, że nie wie. Poradziłam jej, żeby napisała do prokuratury, zgłosiła sprawę. Zmartwiła się, że nie umie tego napisać, zrezygnowała, choć obiecałam jej, że to zredaguję. Minęły dwa miesiące – nie napisała. Takich osób było i jest wiele.
Wielu ludzi nie tylko nie umiało napisać listu do urzędników. Wstydzili się też komorników. Przecież dla zwykłego człowieka, który uczciwie się prowadzi całe życie, nie robi machlojek, nie żyje z przekrętów, wizyta komornika to wielki lęk.
Ja się nie pierniczyłam. Pisałam do wszystkich: trzech prezydentów Polski – Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, Komorowskiego, trzech albo czterech ministrów sprawiedliwości. Napisałam do premiera Donalda Tuska, który mnie odesłał do Ministerstwa Pracy, żebym tam szukała pomocy społecznej. A ja już byłam na emeryturze i nie interesowało mnie ministerstwo pracy, a pomocy społecznej nigdy nie potrzebowałam i mam nadzieję, że nigdy nie będę potrzebowała.
– Ale i Panią ekipa od odzyskiwania kamienic wydrenowała z majątku…
– Mówiłam o komornikach i wstydzie. Wie pan, w jaki sposób odbierano nam godność? Między innymi przez generowanie strasznych długów – w różny sposób. Najczęściej prowadziło do nich rozwiązanie umowy najmu komunalnego: z kilkuset złotych czynsze rosły do trzech tysięcy. Mossakowski już w 2008 roku na Krakowskim Przedmieściu liczył sto złotych za metr kwadratowy w ramach czynszu.
Poza tym to było tak obliczone, żeby nasze długi przechodziły na nasze dzieci i chyba nawet wnuki. Mój syn, który nigdy nie mieszkał u żadnych panów Sułowskich, był na wszystkich ogłoszeniach wyroków, bo odpowiada ze mną solidarnie za długi. Straszną o to prowadziłam wojnę: udowodniłam w sądzie, że to roszczenie, które mają wobec mnie – tj. odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu przez półtora roku, bo sąsiad, który nie był stroną mojej umowy, według sądu rozwiązał ją skutecznie – nie może obejmować mojego syna, który w 2006 roku na stałe wyjechał do Anglii: miałam na to dokumenty z jego uczelni, wyciągi bankowe, ponieważ dostał kredyt na studia, przyznawany osobom, które jakiś czas już tam przebywają. Lecz sąd stwierdził, że on, owszem, mieszkał w Anglii, ale na Dąbrowskiego 18 w Warszawie było centrum jego aktywności życiowej… To samo było przecież z córką Joli Brzeskiej. Mossakowski ciągał ją po sądach ze trzy lata po tym, jak zamordowano jej matkę; udowadniał, że ona jest mu winna bodajże 80 tys. złotych.
– Chodziła Pani na te jej procesy?
– Zasada była taka, że uczestniczymy nie tylko w swoich procesach, ale też w rozprawach innych osób. Po pierwsze po to, żeby dodawać sobie nawzajem otuchy, po drugie, żeby uczyć się obyczajów panujących na sali sądowej. Przecież myśmy nigdy w życiu nie chodzili po sądach. Nagle okazało się, że chodzimy tam jak do pracy. I trzecia rzecz: chodziliśmy tam, żeby patrzeć sądowi na ręce.
Kiedyś sędzina spytała Jolę Brzeską: „Państwo się przyjaźnicie ze sobą, chyba się długo znacie?”. A Jolka jej na to, że nie, że poznaliśmy się, bo mamy wspólnych przeciwników. Coś jest na rzeczy – wiele przyjaźni powstało dzięki tym łajdakom.
– A jak się skończyła sprawa z długami i synem?
– Wspomniałam już, że pisałam sporo listów. No to napisałam do Anny Komorowskiej – rozpaczliwy list zdesperowanej matki. Trochę w stylu naiwnej idiotki: że od lat walczę z mafią, a to jest tak silna mafia, że nawet jej mąż nie dałby rady. Napisałam, że szukam zrozumienia u kobiety, która jest dla mnie ideałem Matki Polki. Że dopóki walczyłam sama, to walczyłam na własny rachunek. Ale teraz zabierają się za moje dziecko. A ja jestem matka-kocica i oczy wydrapię. I oświadczam, że jeżeli zbliżą się na odległość strzału – to było bardzo wyważone przeze mnie ze względu na upodobania myśliwskie męża adresatki [śmiech] – to zabiję. Dostałam odpowiedź z Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, że skierowali sprawę bodajże do prokuratora generalnego i do prezesa sądu okręgowego w Warszawie. Nie wiedziałam, czy chodzi o to, żeby ukarać mnie za groźby karalne, czy o coś innego.
Podczas apelacji, gdy byłam sama, bo wszyscy moi adwokaci byli przez tamtych zastraszani, pani sędzia stwierdziła, że skoro mój syn tam nie mieszkał, to nie może płacić moich długów. Trzy lata trwał ten proces.
– Pani się czasem śmieje, gdy to opowiada. Ale wyobrażam sobie, że wtedy nie było Pani do śmiechu.
– To był bardzo ciężki klimat. Czuliśmy się osaczeni. A później zostałam sama. Odkryłam, że kradną mi korespondencję ze skrzynki pocztowej. Miałam podejrzenia, że włamują mi się do komputera. Próbowali wedrzeć się do mieszkania [głos się załamuje]. Wiedziałam od Joli, że trzeba się twardo postawić w takiej sytuacji. Wzywałam policję, bez przerwy trzeba było coś zgłaszać. Wszelka pomoc była doraźna – policja przyjeżdżała, pukała, czy może wejść… Gdy teraz to opowiadam (piszę też książkę na ten temat), to mimowolnie się śmieję, żeby to wszystko jakoś odreagować.
Nawet mój adwokat przeszedł na ich stronę – dziś występuje jako pełnomocnik tych, którzy odzyskują kamienice. Zresztą przyszedł do mnie i uczciwie powiedział: „Pani Ewo, ja już nie mogę pani bronić”.
– Z tego, co Pani wspominała, na emeryturze chciała Pani pisać pogodne teksty o zwierzętach.
– Ale dziś mieszkam w domku w lesie, który też chcą mi odebrać spadkobiercy pana Sułowskiego i nie jestem w stanie pisać o niczym innym niż reprywatyzacja. Napisałam na ten temat parę tekstów pokazujących rzecz z różnej strony, ale przez lata nikt tego nie chciał.
Pamiętam, jak opisałam moją eksmisję w sposób bardzo zabawny, chociaż nie było z czego się śmiać. Zaczęłam to leadem: „Wygonili na ulicę razem ze starym, kalekim psem. A przecież ustawa o ochronie praw zwierząt zabrania takiego traktowania psów” [śmiech]. Wysłałam to do „Polityki”, wysłałam do „Rzeczpospolitej”, w której kiedyś pracowałam, w parę innych miejsc. Wydrukowała w końcu „Angora”, nawet bardzo dobrze zapłacili.
Później, po morderstwie Joli, „Angora” sama się do mnie zwróciła z pytaniem o tekst na ten temat. „Przegląd” też brał artykuły – ale tylko o Joli, innych reprywatyzacyjnych nie chcieli. Próbowałam do polskiego „Le Monde Diplomatique” napisać tekst o ofiarach śmiertelnych dzikiej reprywatyzacji. Było przecież wiele takich przypadków: ludzie się wieszali, mieli wylewy, ataki serca. Nie wydrukowali. Chyba mi nie uwierzyli.
– Zwykle to są opowieści bez imion i nazwisk.
– Chce pan nazwisko? Andrzej Karwowski, trener jeździectwa, sam był jeźdźcem wiele lat, bardzo schorowany, miał rentę inwalidzką, z trudnością się poruszał. Miał mieszkanie komunalne w kamienicy podarowanej „Solidarności”, niedaleko Uniwersytetu Warszawskiego. Oni tę kamienicę sprzedali, nowy właściciel wygonił go do kotłowni.
– K…
– W kotłowni na ogół urzędują dzikie koty, więc on jak ten dziki kot. Stamtąd też go mieli wyrzucić, ale nie zdążyli, bo umarł. No, ale nie chcieli mi tego wydrukować w „Le Monde Diplomatique”. Mój tekst o złotych sztabkach, czyli o tym, że nad wieloma kamienicami przed wojną ciążyły hipoteki bankowe, wreszcie został wydrukowany kilka miesięcy temu. Ale wcześniej przeleżał u mnie dwa lata, wędrował po wielu redakcjach. W „Rzeczpospolitej” stał na kolumnie, ale radca prawny powiedział, że redakcji nie stać na procesy. Tam nie było żadnego powodu do procesu! Opisywałam mechanizm tego, jak zostały umorzone przedwojenne długi na przykładzie własnej kamienicy, bo jej historię najlepiej znałam. Było tam o tym, jak Stefan Sułowski kupił za własne pieniądze działkę, żeby wybudować kamienicę czynszową, na którą zaciągnął dług w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pisałam, że ta hipoteka przeszła po wojnie do Skarbu Państwa, że później dewaluacja sprawiła, iż z 36 tys. złotych przedwojennego długu zrobiło się 10 groszy.
– Chyba można zaryzykować tezę, że środowisko dziennikarskie zawiodło w tej sprawie?
– Media nie chciały o tym wiedzieć. Większości nic to nie obchodziło.
– Przepraszam, nie chcę zabrzmieć bezczelnie, ale czy Pani zainteresowałaby się tymi sprawami, gdyby nie własne doświadczenia?
– Chyba nie… Często posługujemy się stereotypami. Trudno uwierzyć w to, co nas spotkało. Tak wyrzucić ludzi na ulicę? Bezpodstawnie? Niemożliwe! Na pewno byli winni! Gdybym nie poznała problemu od podszewki, też bym pewnie nie wierzyła w opowieści o arystokratycznych mecenasach i mafiach na Mazowszu. W 2008 roku mieliśmy happening na Nowym Świecie – zrobiliśmy Centrum Wypędzanych. Janusz Baranek zbudował stoisko z naszymi ulotkami, staliśmy z transparentami: „Lokatorzy to nie towar” itp. Mój pies miał własny plakat: „Mam prawo do budy, żądam budy dla mojej pani”. Zrobiliśmy wesołą imprezę. Ale co pewien czas napadali na nas młodzi ludzie, którzy mówili, że mają kredyty na mieszkania i ubliżali nam, mówiąc, że za friko chcemy żyć w cudzych lokalach.
Nawet gdy opowiadałam moim dobrym znajomym o wszystkich tych mechanizmach, które dziś już dobrze znamy, to przez całe lata nikt mi nie chciał wierzyć. Znajomi dziennikarze mówili, że nic nie mogą, że to nie do uwierzenia.
– Ja nie wierzę, że oni nie wierzyli. Chcieli mieć święty spokój.
– Możliwe… Gdy tylko wyprowadziłam się do lasu, nabrałam dystansu do Warszawy. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że stolica znajduje się pod okupacją oszustów, którzy uwłaszczają się na cudzym. Dzwoniła do mnie koleżanka mojego syna, mówiła, że mieszka na Tamce, ma własnościowe mieszkanie, z którego chyba zaraz wyleci, ponieważ firma Feniks przejęła tę kamienicę, wywaliła wszystkich „komunalnych”, podkupiła jakąś rodzinę, żeby mieć ponad 50 proc. udziałów. A jeśli mają większościowe udziały w nieruchomości, to rządzą: zmieniają zarządcę nieruchomości, a ten nie podpisuje umów z wodociągami, energetyką, ciepłownikami. Najpierw odłączają prąd, później wodę, wreszcie ogrzewanie – odbywa się takie samo czyszczenie jak w kamienicach, które były w całości komunalne. A do tego podnoszą fundusz remontowy, który robi się naprawdę słony.
Pamiętam, jak Jolka w sierpniu 2010 roku, pół roku przed morderstwem, taka radosna przybiegła na zebranie stowarzyszenia i wymachiwała kartką, że ma orzeczenie o niepełnosprawności. Wierzyła, że będzie ją to chroniło, wtedy faktycznie jeszcze niepełnosprawnych nie wyrzucali na bruk. Później nawet ludzie na wózkach inwalidzkich trafiali na ulicę…
– Koszty budowy kapitalizmu wciąż rosną.
– Na Wilczej albo Nowogrodzkiej była taka historia, że dzieci poszły do szkoły, żona pojechała do pracy, mąż został w domu. Właśnie wymieniono im okna na plastikowe, już po przejęciu kamienicy. Gdy żona wróciła do domu, to mąż wisiał na tych nowych oknach, na pasku się powiesił. Zostawił list, że się nie sprawdził jako mężczyzna. Po dramacie, który się tam rozegrał, lokatorzy kamienicy dostali mieszkania komunalne. Ale tylko tam, w innych kamienicach było jak wcześniej.
W naszym stowarzyszeniu była kobieta, Wanda, której mąż chorował na raka kości, miał przerwany rdzeń kręgowy, bo to była jedyna metoda, żeby tak strasznie nie cierpiał. Leżał sparaliżowany w łóżku. Sąd wydał wyrok: eksmisja – choremu na raka mężowi przysługuje lokal socjalny, a Wandzie nie przysługuje. Sąd ich rozwiódł!
– Rozumiem, że sąd go skazał na wszelkie upodlenie.
– To trwało, a w końcu łaskawie przyznano im jako małżeństwu lokal socjalny. Lokal socjalny różni się od komunalnego. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz niedawno opowiadała, jak to pomagała lokatorom wrażliwym, to nie potrafiła nawet odróżnić mieszkania socjalnego od komunalnego. Telepało mnie, jak jej słuchałam. Lokator wrażliwy, jeśli miał do czegoś prawo, to do lokalu socjalnego, który ma zupełnie inny status – podpisuje się umowę na czas określony. Mało tego – to jest mieszkanie kontrolowane przez różne służby socjalne, nie można nim dowolnie dysponować.
Kolejny przykład: Wanda Pradzioch. Mieszkała w lokum komunalnym, które wróciło do faktycznych właścicieli. Długo czekała na inny lokal komunalny. W momencie, gdy zapadł wyrok „eksmisja do lokalu socjalnego”, wykreślili ją z kolejki komunalnej… Ona do dziś walczy o to lokum, sąd administracyjny przyznał jej rację. Ale co z tego?
– To będzie naiwne pytanie: wie Pani, jak to wyglądało z drugiej strony? Jak postrzegała was tamta strona?
– Tamci ludzie mieli nas za nic, za śmieci. Myślę, że sądy też. I inne instytucje. Przez te wszystkie lata, w czasie tych wszystkich procesów, ani razu nikt nigdy mnie nie zapytał, czy mam się gdzie podziać. Nie interesowało to ani sędziów, ani pani radcy prawnej urzędu dzielnicy Warszawa-Mokotów, która ani razu nie przyszła jako interwenient uboczny na proces. Za to przysłała pismo, że po zapoznaniu się z aktami sprawy stwierdza, iż eksmisja jest zasadna i urząd prosi o nieprzyznawanie prawa do lokalu socjalnego. Nikt nie przyszedł spojrzeć mi w oczy, zapytać, czy się boję, gdzie się podzieję. To wszystko w sytuacji, gdy mój były sąsiad, który już czuł się właścicielem mojego mieszkania, krzyczał do mnie: „wypierdalaj, ty kurwo, bo ci przypierdolę”.
– Od zawsze słyszę od ludzi, którzy uważają, że się mylę w sprawach lokatorów i reprywatyzacji, że wygnani z „odzyskanych” mieszkań to żule. Dziś siedzę przed Panią, dziennikarką…
– …z czterdziestoletnim stażem. Myślę czasem, choć może to dziwne, że było potrzebne, żebym znalazła się w tym wszystkim, ponieważ potrafię o tym opowiadać. Mam nadzieję, że skończę wkrótce moją książkę. To bardzo osobista rzecz o tym, co mi się zdarzyło. Dużo tam jest o Joli Brzeskiej, o tym, jak dochodziłyśmy do całej tej wiedzy, jak szukałyśmy w prasie wielu informacji, jak chciałyśmy zrozumieć, co się dzieje.
Do dziś nie rozumiem, czemu pan Sułowski, jego córki i wdowa po nim dalej mnie prześladują, wciąż żądają licytacji mojego domku w lesie. Moim zdaniem ta rodzina nic z tego nie miała. Może poprosili o pomoc specjalistów od odzyskiwania mieszkań, w tym mecenasa Ćwieka, i nie wiedzieli, z czym to się wiąże. Bodaj wczoraj Jan Śpiewak dołączył do swojej mapy reprywatyzacyjnej notariusza Piotra Sicińskiego. Pomyślałam: skąd ja znam tego człowieka? Sięgnęłam do aktu notarialnego – żaden notariusz nie chciał tego podpisać, a on podpisał.
– To może sprawdźmy od razu na mapie, kto to pan Siciński: „Notariusz, były sędzia, szef wydziału ksiąg wieczystych Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa X Wydział Ksiąg Wieczystych. Począwszy od czerwca 2005 roku, prowadzi Kancelarię Notarialną w Warszawie, specjalizując się w obrocie nieruchomościami. Przez jego kancelarię przewinęły się jedne z największych transakcji nieruchomościowych w stolicy. Oskarżany przez Zarząd Wspólnoty przy Wspólnej 54 o działania niezgodne z prawem i na szkodę wspólnoty”.
– Człowiek powiązany z Marzeną K., urzędniczką Ministerstwa Sprawiedliwości.
– Spójrzmy: „Urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości w Departamencie Współpracy Zagranicznej i Praw Człowieka. Siostra mec. Nowaczyka, z którym prowadziła wspólne interesy na rynku nieruchomości. W ciągu ostatnich 5 lat w ramach odszkodowań reprywatyzacyjnych otrzymała od M. St. Warszawy kwotę 38 mln zł. Jest też współwłaścicielką zreprywatyzowanej kamienicy przy ul. Odolańskiej 7. Była właścicielką Mokotowskiej 63”.
– Ta sama pani K. odpowiadała za… program pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem. Ilu ludzi ona pokrzywdziła! Miasto Jest Nasze wykonało pracę, za którą nikt nie chciał się wziąć. Gdy obecnie piszę teksty o reprywatyzacji, to urzędnikom Ministerstwa Sprawiedliwości trzeba tłumaczyć sprawy na poziomie wiedzy studentów pierwszego roku prawa.
Jak pan wie, pani prezydent zapowiedziała, że dalszych zwrotów nie będzie, a sprawy się toczą (wiceprezydent Pahl wczoraj stwierdził, że ależ skąd, zwroty będą następować). Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że wstrzymuje te zwroty, to w sądzie okręgowym w Warszawie toczyła się sprawa czteroosobowej rodziny z ulicy Schroegera 72. Co ważne, decyzją ministra Ziobry, kwestia zwrotu tej kamienicy trafiła do wrocławskiej prokuratury. Tam kierowano sprawy, w których istnieje podejrzenie przestępstwa w wyniku porozumienia handlarzy roszczeń z urzędnikami.
– I co z tą czteroosobową rodziną?
– Jak wy to mówicie w „Nowym Obywatelu”? Klasyk, panie Krzysztofie – czteroosobowa rodzina, w tym jedenastoletnie dziecko, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Mijają trzy dni – w sądzie rejonowym Warszawa-Śródmieście zapada kolejny wyrok: na starszego, schorowanego pana, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Na czyją korzyść? Spółki-córki Feniksa. Nic się nie zmienia. To wszystko trwa…
12 maja 2015 roku zapadł w Trybunale Konstytucyjnym wyrok, który mówi, że artykuł 156 paragraf 2 jest niezgodny z Konstytucją. Wszystkie zwroty, jakie się odbyły w Warszawie w ciągu ostatnich lat, przeprowadzono na podstawie tego właśnie artykułu i paragrafu… Czarno to widzę, tego będzie tak dużo, że nie sposób ogarnąć całości.
– Władze Warszawy same już zgłosiły około 5 tysięcy przypadków nieprawidłowości. Jedna z interpretacji mówi, że chodzi o zapchanie „kanałów drożnych” odpowiednich instytucji.
– Patrzę dziś z perspektywy tych sześćdziesięciu kilometrów od Warszawy i mówię: nikt nie może się czuć w tym mieście bezpieczny, ani lokator komunalny, ani socjalny, ani właściciel hipoteczny – są instrumenty prawne i nie tylko takie, żeby każdego wysiudać. Ludzie, którzy się na tym dorabiają, nawet gdy ktoś pogrozi im paluszkiem, to z głodu nie umrą.
Myśmy przez lata nie znali podstawowych aktów prawnych, które odpowiadały za mechanizm narastającej grabieży. Dziś pojawiają się już głosy, że to, co się stało w ostatnich latach, wygenerowało większe krzywdy niż dekret Bieruta. W przypadku tego dokumentu właściciele mieli wpisane w księgach wieczystych prawo dożywocia. Było takie zabezpieczenie, którego nie mają dzisiejsi lokatorzy, a przecież wnieśli wiele pieniędzy i pracy w utrzymanie tych lokali. Lokatorzy zostali wystawieni na ulicę.
Książę mecenas Massalski starał się o Krakowskie Przedmieście 65. Bardzo ładna okolica: z okien widać Kolumnę Zygmunta, kościół świętej Anny. W trakcie tych procedur zwrotowych okazało się, że w 1945 roku, gdy bardzo pospiesznie odbudowywano Trakt Królewski, tę kamienicę posadzono na dwóch posesjach. Jedna połowa należała do jakichś Massalskich (to nie jego rodzina), a druga – do kogo innego. Przy tej okazji kogoś olśniło, że ta kamienica została odbudowana po wojnie! Co za odkrycie, przecież cały Nowy Świat został odbudowany!
Miasto zażądało od Massalskiego dwóch milionów złotych odszkodowania za ten dom. To śmieszne pieniądze. To, co widzimy z ulicy, to fasada wąskiej kamieniczki. Ale w środku jest coś przepięknego – oficyny, które idą aż do ulicy Koziej, mają przepiękne łuki. Ale Massalski nawet tych dwóch milionów nie zapłacił, bo uważał, że jemu się należy.
A czemu nikt nie bada, ile kosztowały roboczogodziny mojej matki, która społecznie odgruzowywała rynek Starego Miasta? Ilu ludzi pracowało, żeby to miasto powstało z ruin? A dziś przychodzą jakieś typy i biorą jak swoje! I to nie spadkobiercy, tylko następcy prawni.
– Zabójstwo Jolanty Brzeskiej wywołało strach czy wściekłość w środowisku lokatorskim?
– Pamiętam wściekłość. Ale też pół roku bez snu. To była moja pierwsza zima w lesie. Jolkę wywieźli do lasu i tam spalili. Mnie nawet nie musieliby nigdzie wywozić, wystarczyłoby podpalić drewniany domek. Wyobraźnia pracowała non stop, całą dobę. A w nocy, co przymknęłam oczy, to blask bijący od kominka stawiał mnie na równe nogi. Widziałam przerażoną twarz Joli wyłaniającą się z płomieni. I nie pomagało to, że policja na moją prośbę każdej nocy przejeżdżała koło mnie. Ani monitoring, który zamówiłam, nim się przeniosłam po eksmisji na to odludzie. Nieco uspokoiłam się dopiero we wrześniu, kiedy udało nam się zainteresować sprawą Joli prokuratora Andrzeja Seremeta i zabrano dochodzenie z Mokotowa. A to przecież i tak nic nie dało.
Byliśmy i nadal jesteśmy wściekli. I zdumieni. Jolka z nas wszystkich była najinteligentniejsza. Jak ona się dała osaczyć, że wyszła z nimi? Komu ona zaufała na tyle, żeby wpuścić do mieszkania? Nikt z nas nie zazna spokoju, póki nie zostanie wyjaśnione, co i dlaczego wydarzyło się 1 marca 2011 roku.
– Próbowaliście zainteresować swoimi sprawami konkretnych polityków?
– Chodziliśmy do Andrzeja Czumy, najczęściej rozmawiał z nami jego syn. Z kolei dzięki Julii Piterze otrzymałam kilka ważnych dokumentów, łącznie z tymi o przedwojennym długu.
Nie chcę oskarżać nikogo – nikt nam nie mógł pomóc. Napisałam kiedyś do Komendanta Głównego Policji, aby zbadano, czy w sprawach reprywatyzacji istnieje zorganizowana grupa przestępcza. On wyznaczył dwóch ludzi do kontaktów ze mną. I nic się nie wydarzyło. Uważam, że nad Massalskim, Mossakowskim i Ćwiekiem był potężny parasol ochronny. Z tego, co wiem, Mossakowskiego zaczęli prześwietlać na rok przed morderstwem Jolanty Brzeskiej. Od 2010 roku nie znaleźli niczego nagannego w działalności tego pana?
– Czy zwróciła się do was przez te lata jakakolwiek instytucja publiczna, na zasadzie: widzimy, że dzieje się coś złego, więc ciekawi nas, co o tym sądzicie?
– Bodaj w 2009 roku, wedle mojej wiedzy jedyny raz, przyszło do nas trzech posłów i rozmawiali z nami. Nie pamiętam, jaką opcję reprezentowali.
Próbowaliśmy – bezskutecznie – zainteresować sprawą Helsińską Fundację Praw Człowieka. Nawet byłyśmy tam z Jolą razem, składałyśmy pisma, nigdy nie otrzymałyśmy odpowiedzi. Kiedyś wyszłam od nich, płacząc, miesiąc po morderstwie Joli. Wtedy prokuratura upierała się, że to było samobójstwo. Poszłam do Fundacji zapytać, czy jest jakaś możliwość, żeby wystąpić do Interpolu, do kogokolwiek, żeby to dochodzenie było prowadzone prawidłowo. Rozmawiałam z kimś – nie był to Adam Bodnar – kto mi powiedział, że skoro policja twierdzi, że to było samobójstwo, to nie ma możliwości prawnych, aby podważać wiarygodność naszych stróżów prawa. W tym pomieszczeniu siedziała też jakaś dziewczyna, która znała sprawę i wzięła moją stronę… Wyszłam stamtąd, strasznie rycząc, bo przecież wierzyłam, że musi być na świecie jakaś sprawiedliwość.
– Mało rozmawialiśmy o Pani sprawie.
– W skrócie? Oni chcą mi zabrać wszystko, co się da, a ja złośliwie i uporczywie nie chcę im oddać. A dlaczego na mnie trafiło? Nie wiem. Mogło trafić na Pana mamę albo babcię.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 17 września 2016 roku
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 stycznia 2017 | edytorial, Kwartalnik, Zima 2016
Obojętnie jakie mamy poglądy dotyczące państwa, to jednak, pomijając marginalny dziś nurt anarchistyczny, zgodzimy się między sobą – lewicowiec z prawicowcem, centrysta z populistą, etatysta z liberałem, socjalista z chadekiem – że państwo powinno bronić elementarnych praw i bezpieczeństwa obywateli. Bo w zasadzie po co innego jest państwo? Najpierw właśnie po to, a dla zwolenników jego ograniczonej roli i zasięgu – tylko po to. Jeśli państwo nie gwarantuje nawet tego, równie dobrze mogłoby nie istnieć wcale.
I tak właśnie dzieje się w Polsce. Swego czasu pewien minister postawił diagnozę, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Optymista, marzyciel, zwolennik propagandy sukcesu? Co ja wypisuję – zapytacie. I dlaczego tak robię. Ano dlatego, że obawiam się, iż polskie państwo nie istnieje nawet teoretycznie. Tak sądzę z powodu, przepraszam za wyrażenie, szamba, które wybiło przy okazji tzw. reprywatyzacji.
Pisaliśmy o tym procederze już w roku 2008. O tym, jak szemranymi metodami są „odzyskiwane” kamienice i grunty w Warszawie. Jakie podejrzane typy się przy tym kręcą. Mało kto wtedy o tym wiedział, chciał wiedzieć, mówił, pisał, zwracał uwagę – tylko kilka takich niszowych środowisk jak nasze, nikt więcej. Nie interesowały się sprawą te wszystkie media, które teraz poświęcają jej wiele uwagi – czy to te „salonowe”, czy te „niepokorne”. Dziś już wiadomo sporo. Wiele też od tamtej pory wydarzyło się ludzkich krzywd. Bardzo wiele. Państwo polskie nie było nimi zainteresowane. Państwo polskie zdradziło swoich obywateli, swoje obywatelki.
W niniejszym numerze „Nowego Obywatela” dużo piszemy właśnie o reprywatyzacji. Opowiadają nam o tym ludzie świetnie znający temat. Ewa Andruszkiewicz to ofiara procederu – pozbawiona mieszkania, w którym spędziła całe dekady, lokatorka walcząca o swoje prawa, towarzyszka Jolanty Brzeskiej – zmarłej, a właściwie prawie na pewno zamordowanej w tajemniczych okolicznościach przez mafię „odzyskiwaczy” mieszkań. Jan Śpiewak jest z kolei liderem środowiska, któremu skutecznie udało się przebić z opisem przekrętów reprywatyzacyjnych do głównego obiegu medialnego, ale także ukazać, że – wbrew medialnym wywodom i obiegowym stereotypom – problem nie dotyczy „cwaniaków, którzy nie płacą czynszu” czy „niezaradnych oferm”. On dotyczy i może dotyczyć niemal każdego – nawet jeśli ktoś nie „odzyska” naszego mieszkania, to „odzyska” szkołę, park, zabytek, cokolwiek. I zrobi z tym, co zechce. Z kolei Tomasz Luterek to autor jednej z niewielu naukowych i całościowych analiz procederu i uwarunkowań reprywatyzacji. On z kolei, deklarując się jako liberał i zwolennik własności prywatnej, pokazuje, że „odzyskiwanie mienia” ma z tym wszystkim niewiele wspólnego, za to całkiem sporo z systemem zorganizowanej kradzieży i wywłaszczania.
Wszystkie te rozmowy, momentami naprawdę wstrząsające nawet dla osób znających temat, a wprost przerażające dla tych, którzy go tylko dotychczas liznęli, pokazują, że polskie państwo w zasadzie nie istnieje. Nie stanowi prawa i nie egzekwuje go w stopniu choćby minimalnie chroniącym obywateli i ład publiczny. Historie opowiedziane przez naszych rozmówców dokumentują pasmo bezprawia oraz obojętności instytucji publicznych na to, co dzieje się z Polakami/Polkami w Polsce. A przecież nie chodzi tylko o Warszawę, choć ona skupia problem jak soczewka.
To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy. To nawet nie większość z nich. Ale wszystkie pozostałe, choć ważne oraz dotyczące istotnych problemów i zagrożeń, będą chyba lekturą, mimo wszystko, lżejszą od bloku wywiadów o reprywatyzacji. Zapraszam do czytania!
Remigiusz Okraska
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
„Dobrobyt bez wzrostu. Ekonomia dla planety o ograniczonych możliwościach” Tima Jacksona to książka, która przywraca właściwy porządek myśleniu o relacji między człowiekiem/wspólnotami ludzkimi a teorią i praktyką globalnego kapitalizmu. Ta erudycyjna praca, mocno zakorzeniona w konkretnych i różnorodnych danych społeczno-gospodarczych, jest również etycznym świadectwem odpowiedzialności autora za los społeczeństw i tak chciwie eksploatowanego przez nas globu. Jej wymowa to zdecydowany głos sprzeciwu wobec paradygmatów nieodpowiedzialności, na jakich bazują potężne instytucje polityczne i gospodarcze, zainteresowane szybkim, olbrzymim zarobkiem kosztem wielkich społeczeństw i małych społeczności, kosztem fauny i flory, całej Ziemi. Zdaniem Jacksona, mylimy zawrotną prędkość wzrostu (który doprowadzi nas do konfliktu z Ziemią jako dobrem skończonym) z możliwością spokojnego korzystania z dobrobytu już wypracowanego przez ludzkość. Im dłużej potęgi polityczno-gospodarcze grają na zwłokę, tym więcej przyjdzie zapłacić większości społeczeństw, gdyż odłożona w czasie katastrofa skumuluje się w jeszcze straszliwsze skutki ekologiczne. Nie żyjemy w filmie science fiction – ze zniszczonej planety nie da się uciec.
Tim Jackson jest profesorem ekonomii i badań nad zrównoważonym rozwojem na Uniwersytecie w Surrey. Jako komisarz na rzecz zrównoważonego rozwoju w Komisji Europejskiej opracował raport „Redefining Prosperity” (2003), który kilka lat później został wydany właśnie w formie książki „Dobrobyt bez wzrostu”. Ten naukowiec o wybitnie prospołecznym zacięciu jest twórcą think tanku RESOLVE (Research Group on Lifestyles Values and Environment – Grupa badająca style życia i środowisko) oraz doradcą ekonomicznym i ekspertem organizacji badających zagadnienia dotyczące zrównoważonego rozwoju. Jackson współpracował także z BBC nad projektem telewizyjnym „Ethical Man”, poświęconym „zielonej ekonomii” oraz odpowiedzialności, jaką ludzie ponoszą za struktury i procesy wytwórcze/konsumpcyjne wpływające na kondycję środowiska naturalnego.
Wspominam o tym ostatnim fakcie z jego biografii, bo dobrze ukazuje dysproporcję między standardami brytyjskiej i rodzimej telewizji publicznej. O tyle wymowna to rzecz, że nasza centroprawica w jej różnych nurtach i odcieniach, na ogół zawiadująca publicznymi środkami przekazu, uważa się za depozytariuszkę wszelkich wartości. Niestety, dla nas wszystkich szkoda, że ma pod tym względem zdecydowanie zbyt dobre mniemanie o sobie. Ale to szerszy problem – polskie społeczeństwo rzadko kojarzy etykę z ekologią, co ma coraz bardziej fatalne skutki dla nas wszystkich.
Jackson nie ma złudzeń: wbrew pewnym mrzonkom, wzrost nie równa się kumulacji powszechnego dobrobytu: nasze technologie, gospodarka i aspiracje społeczne nie mają związku z jakimkolwiek konkretnym przejawem dobrobytu. Kierująca nami wizja postępu społecznego – oparta na nieustannym zwiększaniu potrzeb materialnych – jest z gruntu niemożliwa do obrony. […] W dążeniu do dobrego życia dzisiaj, systematycznie podkopujemy podstawę naszego jutrzejszego dobrostanu.
Ale ekonomista nie obsadza siebie w roli Kasandry – jak zaznacza, jego praca to poszukiwanie realnych odpowiedzi na fundamentalne pytanie: jak może wyglądać dobrobyt w świecie o ograniczonych zasobach i z oczekiwaną populacją przekraczającą 9 miliardów ludzi w najbliższych dekadach? Czy mamy przyzwoitą wizję dobrobytu dla takiego świata? Czy wizja ta jest wiarygodna w obliczu dostępnych dowodów na istnienie ograniczeń ekologicznych?
Żyje się lepiej, żyje się weselej – cynizm znanych słów Józefa Stalina w niezwykle przewrotny, ale trafny sposób oddaje coraz bardziej „dystopijną” rzeczywistość współczesnego kapitalizmu, odmalowywaną przez Jacksona. Świat oparty na prymacie kapitału, interpretowany w zgodzie z historiozofią rynku bez limitów, napędzany przez wciąż rosnącą konsumpcję i postrzeganą jedynie w kategoriach szybkiego zysku eksploatację zasobów naszej planety, miał stawać się coraz lepszym miejscem. Jeżeli przyjrzymy się czołówkom wielu programów ekonomicznych i gospodarczych, z reguły zauważymy wpisaną w nie, idącą – mimo pewnych zachwiań – ostro w górę linię symbolizującą triumfy gospodarczego czy giełdowego wzrostu: kapitalizm to postęp, postęp to kapitalizm. To bardzo silne wyobrażenie marzenia archetypicznego w naszej strefie cywilizacyjnej i, nawet jeżeli Zachód przestaje być naiwny, w Polsce ta wiara wciąż jest bardzo silna. Stała linia wzrostu to neoliberalna, czy szerzej: kapitalistyczna wariacja na temat zlaicyzowanego okołochrześcijańskiego mitu o nieustannym postępie.
Trzeba dodać, że mitologia ciągłego wzrostu nie jest pozbawiona pewnych racjonalnych przesłanek: Karol Marks wprost wychwalał moce wytwórcze kapitalizmu, które zmieniły oblicze świata. Celową grą paradoksem było, że punkt wyjścia dla marksowskiej krytyki kapitalizmu stanowiła jego pochwała. Stąd nie może dziwić potężna siła perswazyjna mitów kapitalizmu w stosunku do społeczeństw, szczególnie w dekadach kryzysu lewicy.
Rozumny, czyli krytyczny ogląd rzeczywistości podpowiada jednak, że świat to ograniczony zasób do wykorzystania. Ciągły wzrost jest niemożliwy, w historię kapitalizmu wpisane są bardzo głębokie cykliczne kryzysy, rynek bez limitów nie oznacza powszechnego dobrobytu, a nieliczni żyją kosztem niezliczonych społeczności ludzkich. Wreszcie przyjdzie nam zapłacić słone koszty konsumeryzmu, nawet jeżeli strefy biedy, społeczno-kulturowej dewastacji i trudno usuwalnych zanieczyszczeń wciąż leżą daleko od naszych domów. To właśnie my, mieszkańcy lepszego świata, musimy liczyć się z tym, że dostęp do dobrostanu będzie kosztował nas coraz więcej – i stopniowo zmieniał się w nowe formy głębokich zależności od dysponentów kapitału, żyjących w symbiozie z prawodawcami i demiurgami rzekomo wciąż publicznych instytucji.
Jackson wskazuje, że jednym z praktycznych sposobów na to, by oślepić społeczeństwa na pułapki ciągłego wzrostu jest ideologizacja i propaganda produktu krajowego bruttu (PKB). Nie jest to tematyka nieznana, ale warto pokrótce przypomnieć, w czym rzecz: PKB jest miarą przybliżonej aktywności ekonomicznej w państwie lub regionie, oblicza się za jego pomocą ekonomiczną wartość wymienianych na rynku dóbr i usług. Gdy bogaci konsumują coraz więcej, przyjazne PKB słupki idą w górę. Zdaniem angielskiego ekonomisty, realny dobrobyt nie musi oznaczać wysokich dochodów czy bogactw. A to dlatego, że w ramach wzrostu PKB wciąż możliwe są potężne dysproporcje natury globalnej i lokalnej: jedna piąta ludności na świecie zarabia tylko 2 proc. globalnych dochodów, a najbogatszych 20 proc. ludzi otrzymuje 74 proc. dochodów. Przy okazji Jackson przypomina również, że PKB nie zwraca uwagi na koszty zdrowotne i środowiskowe, wynikające z zanieczyszczeń lub uszczupleń zasobów naturalnych.
Nie miejmy złudzeń, stwierdza autor „Dobrobytu bez wzrostu”: nawet w najbardziej rozwiniętych gospodarkach nierówność jest większa niż 20 lat temu. Podczas gdy bogaci stali się jeszcze bogatsi, dochody klasy średniej państw zachodnich w ujęciu realnym znalazły się w zastoju na długo przed obecną recesją. Wzrost, nie podnosząc wcale standardów życia tych, którzy tego najbardziej potrzebowali, zawiódł dużą część światowej ludności w przeciągu ostatnich 50 lat. Bogactwo przesączało się z dołu do góry do nielicznych szczęśliwców. Parafrazując znane powiedzonko: statystycznie z Krezusami i Lukullusami tego świata żyje się nam nieźle.
Nie bez znaczenia jest fakt, że obecny model postępu opiera się na rabunkowej eksploatacji planety. Jackson przypomina, że wyczerpywanie zasobów ropy nie jest jedynym problemem. Nie bez powodu przywołuje wypowiedź ekologa Billa McKibbena: zanim wyczerpiemy ropę, wyczerpiemy planetę. Antropogeniczne, czyli wywołane działalnością społeczności ludzkich, zmiany klimatyczne nie tylko przyczynią się do znacznego ograniczenia potencjału gospodarczego i położą kres światu, jaki znamy: pozostały nam „zapas” klimatyczny zużywamy zbyt szybko. Transformacja naszych systemów energetycznych może zabrać dziesiątki lat. Wraz z rozwojem nauki staje się coraz jaśniejsze, że ocieplający się świat może stanowić najstraszniejsze zagrożenie dla naszego przetrwania, przed jakim stoimy. Mimo że klimat stał się dla nas problemem niedawno, może okazać się matką wszelkich barier.
Kolejnym ze słabych elementów obecnego globalnego systemu gospodarczego jest nierównowaga finansowa i ekologiczna, ściśle związana z kryzysami minionej dekady. W 2008 r. państwa całego świata przeznaczyły łącznie 7 bilionów dolarów z pieniędzy publicznych na dokapitalizowanie banków, zabezpieczenie ryzykownych aktywów i ubezpieczenie zagrożonych oszczędności. Zdaniem Jacksona, choć było to jedynie doraźne działanie, wiązało się z od dawna wyznaczonymi celami: kryzys ekonomiczny nie jest skutkiem wyodrębnionego nadużycia w wybranych częściach sektora bankowego. Jeżeli doszło do nieodpowiedzialności, to była ona o wiele bardziej systematyczna i aprobowana z góry, a przyświecał jej jeden wyraźny cel: przedłużenie i ochrona wzrostu gospodarczego.
Na czym był oparty ten wzrost? Na długu – najpierw publicznym, a później prywatnym. Stymulowanie popytu poprzez coraz dalej idącą deregulację rynków czy też promowanie sekurytyzacji długów z pomocą pochodnych instrumentów finansowych było/jest w tym kontekście polityczno-gospodarczą „ucieczką do przodu”. Ekonomiczna precyzja Jacksona uwalnia myślenie czytelniczek i czytelników od łatwych moralizatorskich formułek: rynek nie został zrujnowany przez odosobnione praktyki podejmowane przez nieuczciwe osoby. Ani nawet przez przymykanie oka nie dość bacznych nadzorców. To same strategie wprowadzane, aby stymulować wzrost gospodarczy, doprowadziły w końcu do jej upadku. Rynek został zgubiony przez sam wzrost.
Jeżeli nie wyjdziemy poza taką logikę ekonomiczną, postęp będzie kosztował coraz więcej, coraz wyższe będą też, z pozoru tylko niewidoczne, koszty rosnących słupków wzrostu. Popyt na zasoby potrzebne do nieprzerwanej stymulacji gospodarczego molocha równa się coraz silniejszym ingerencjom w przyrodę i oznacza wzrastającą emisję dwutlenku węgla, niebezpiecznie spadającą bioróżnorodność, znaczne wylesienie, zmniejszające się zasoby wody i ryb oraz degradowanie gleby. Dodajmy jedną ważną rzecz. Otóż długi ekologiczne są równie niestabilne jak finansowe – nasza rzeczywistość to gra hazardowa. Czy można wyjść poza jej logikę? I to bez wcześniejszej katastrofy, która postawi pod znakiem zapytania przetrwanie ludzkości?
Angielski ekonomista nie jest katastrofistą. Myśli trzeźwo i proponuje redefinicję pojęcia dobrobytu. Jak wskazuje, ograniczone możliwości/zasoby ludzkości i planety są faktem. Ale szczęście czy dobrostan ludzki nie sprowadzają się do konsumpcji. Autor „Dobrobytu bez wzrostu” wskazuje na kilka czynników istotnych dla dobrego życia jednostek i wspólnot: zdrowie fizyczne i psychiczne, uprawnienia edukacyjne i demokratyczne, zaufanie, bezpieczeństwo, poczucie wspólnoty. Co poza tym? Sensowne zatrudnienie i zdolność do aktywności obywatelskiej. Jackson stwierdza: wyzwaniem dla społeczeństw jest stworzenie warunków, w których realizacja tych podstawowych uprawnień jest możliwa. Prawdopodobnie wymaga to poświęcenia społecznym, psychologicznym i materialnym warunkom życia – na przykład dobrostanowi psychologicznemu i prężności wspólnot – większej uwagi niż w społeczeństwach wolnorynkowych. […] Musimy także odnaleźć sposób na ominięcie ograniczeń instytucjonalnych i społecznych, które zamykają nas w wadliwym systemie. W szczególności musimy określić szanse na społeczną zmianę – zmianę wartości, stylów życia, struktury społecznej – która uwolni nas od niszczycielskiej logiki konsumpcjonizmu.
Nie chodzi tylko o mechaniczne ograniczenie konsumpcji, ale o stopniową przemianę aspiracji osobistych i społecznych niewyobrażalnej rzeszy ludzi. Być może w tym delikatnym, a przecież bardzo trudnym do realizacji punkcie, kryje się dyskretnie utopijny element tego rodzaju myślenia. I to pomimo wszystkich praktycznych instrumentów zmiany, jakie można zaproponować. To oczywiście temat na osobną dyskusję o zdecydowanie bardziej filozoficznym charakterze, ale skoro autor „Dobrobytu…” odwołuje się także do Arystotelesa, to znaczy, że rzecz dotyczy czegoś tak kontrowersyjnego, jak natura ludzka.
Przyjrzyjmy się bliżej perspektywom globalnej „dobrej zmiany”. Jackson odwołuje się do koncepcji Nowego Zielonego Ładu, o której zaczęto szerzej dyskutować w 2008 r. Kluczowe było pytanie: skoro publiczne środki zasilają wielki biznes, by uratować gospodarkę, to czy tym bardziej nie powinniśmy wydawać „pieniędzy podatników” na inwestycje w nowe technologie, które zamortyzują przynajmniej w części koszty surowcowe/środowiskowe wzrostu gospodarczego? Raport Instytutu Badań nad Ekonomią Polityczną Uniwersytetu w Massachusetts wskazywał siedem istotnych segmentów inwestycyjnych: modernizację budynków, transport zbiorowy i kolej towarową, inteligentne sieci przesyłowe, energię wiatrową, energię słoneczną i biopaliwa następnej generacji. W konkluzjach zapisano, że 100 miliardów dolarów zainwestowanych w te obszary w ciągu dwóch lat dałoby milion nowych miejsc pracy. Dla porównania, identyczne sumy zainwestowane w przemysł naftowy miałyby przynieść tylko 600 tys. nowych etatów.
Problemem jest jednak to, że zielone inwestycje i miejsca pracy, choć wiele o nich w ostatnich latach mówiono, z reguły okazywały się jedynie niewielkim wydatkiem w skali środków przeznaczanych na inwestycje przemysłowe i infrastrukturalne. Jackson przytacza chociażby dane dotyczące „zielonych” komponentów pakietów stymulacyjnych w skali globu. Wynika z nich, że na początku 2009 r. to państwa Azji i Pacyfiku miały najwyższy procent „zielonego” komponentu w odniesieniu do wszystkich wydanych środków (21,1 proc.). W przypadku Europy było to 16,7 proc., a Ameryki Północnej i Południowej – tylko 15,6 proc. Wzrost gospodarki, pomijając takie wyjątki jak Korea Południowa, wciąż odbywa się przede wszystkim w oparciu o standardowe rozwiązania, jak budowa nowych dróg, czyli o infrastrukturę wysokoemisyjną. Amerykański pakiet stymulacyjny przeznaczał 27 miliardów dolarów na budowę nowych dróg, dużo więcej niż na niskoemisyjne pojazdy elektryczne i wodorowe.
W tej sytuacji potrzebne jest zerwanie z logiką, która czyni Nowy Zielony Ład wonnym, acz drobnym kwiatkiem do kapitalistycznego kożucha. Trzeba za to nowego modelu społeczno-gospodarczego i polityczno-kulturowego. To makroekonomia ekologiczna, optymalna dla przyszłości bezpiecznej dla człowieka i planety. Makroekonomia to analiza gospodarki jako całości. Jej fundamentem – zamiast wiecznie rosnącego tempa wzrostu konsumpcji – miałaby być aktywność gospodarcza mieszcząca się w ramach skali ekologicznej, która swoją logiką daleko wykracza poza wzmiankowaną wyżej strategię rozwoju mierzalną za pomocą PKB.
Jak opisuje ją Jackson? Sądzę, że w tym momencie wiele czytelniczek i czytelników zacznie się zachwycać… lub poważnie irytować: Z całą pewnością chodzi raczej o „usługi energetyczne”, a nie dostawy energii. Raczej sprzedaż mobilności niż samochodów. Recykling, wielokrotny użytek, leasing. Może lekcje jogi, fryzjerstwo, ogrodnictwo: o ile zajęcia te nie byłyby przeprowadzane w budynkach, nie wiązałyby się z wykorzystaniem najnowszych trendów mody, a ludzie nie używaliby samochodów, by w nich uczestniczyć. Przykładowo, okropną dmuchawę do liści powinniśmy zamienić na skromną miotłę. A ponieważ opis ten przedstawia ekonomista, natychmiast dodaje: fundamentalne pytanie brzmi: czy na takich działaniach można zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, by utrzymać gospodarkę we wzroście?
Zdaniem Jacksona, niezależnie od konkretnego kształtu makroekonomii ekologicznej, jej podstawą muszą być niskoemisyjne działania, które będą angażować ludzi w taki sposób, aby przyczyniło się to do ich rozwoju. Tego typu nowy ład ma już swoje zalążki w formie lokalnych i wspólnotowych przedsięwzięć: projektów energetycznych społeczności, lokalnych rynków obrotu produktami rolnymi, spółdzielni produkujących żywność slow food, amatorskich klubów sportowych, bibliotek, społecznych centrów zdrowia i fitnessu, lokalnych służb remontujących i dbających o infrastrukturę, warsztatów rzemieślniczych itp. Jak dotąd jednak – przyznaje ekonomista – działania tego typu są niedostrzegalnym Kopciuszkiem na obrzeżach społeczeństwa konsumpcyjnego.
W latach 1995–2005 sektor „usługi osobiste i społeczne”, obejmujący wspomniane prace, zanotował trzyprocentowy spadek wydajności, a produkcja rosła w nim tylko dlatego, że zatrudniono więcej ludzi. Ale dla Jacksona właśnie to jest argumentem na jego korzyść – właśnie na przekór gospodarce obsesyjnie obstającej za wzrostem, zasobochłonnej i konsumpcyjnej. Jackson wskazuje właściwie, że możliwość pracy jest czymś ważniejszym dla społeczności ludzkich niż wydajność pracy: gospodarka Kopciuszka może być znakomitym punktem wyjścia do budowy społeczeństwa zasobowo małochłonnego.
Powyższe zagadnienia wiążą się z czasem pracy w nowoczesnych społeczeństwach. Jego skrócenie jest na ogół najprostszym sposobem na sprostanie wyzwaniom pełnego zatrudnienia bez rosnącej produkcji. Bardziej wyrafinowane szkoły ograniczenia czasu pracy wiążą się wprost z koncepcjami sprawiedliwości społecznej i obywatelskiej partycypacji: obejmują one radykalne zmiany w strukturze płac, takie jak wprowadzenie dochodu podstawowego (lub obywatelskiego). Jackson stwierdza, powołując się na badania socjologa Gerharda Boscha, że odpowiedzialna polityka zmiany czasu pracy, wprowadzona w Niemczech i Danii (krajach regulowanej gospodarki rynkowej), wymaga stabilnej i stosunkowo równomiernej dystrybucji dochodów. Z czego płynie wniosek, że społeczeństwa zrównoważonego rozwoju, świat „ekologicznie bezpieczny”, musiałby być również miejscem o wiele bardziej egalitarnym od znanego nam z autopsji.
Wreszcie, potrzeba będzie zupełnie nowych ekologicznych przedsięwzięć, których logika będzie odmienna od obecnej: część z inwestycji w energię odnawialną przyniesie zysk tylko w znacznie szerszych ramach czasowych, niż oczekują tego tradycyjne rynki finansowe. Znamienne jest zdanie: inwestycje w poprawę stanu ekosystemów i adaptację do zmiany klimatu mogą w ogóle nie przynieść tradycyjnych zysków finansowych, mimo że chronią ważne usługi ekosystemowe na przyszłość, a mogą także przyczynić się do wzrostu zatrudnienia.
Autor „Dobrobytu…” wskazuje trzy główne obszary inwestycji ekologicznych. Pierwszy to inwestycje, które zwiększą wydajność wykorzystania zasobów i będą prowadziły do oszczędności na kosztach zasobowych. Wśród nich wymienia wydajność energetyczną, zmniejszenie ilości odpadów, recykling. Drugi to inwestycje, które zastąpią konwencjonalne technologie rozwiązaniami czystymi i niskoemisyjnymi. Do nich należą choćby odnawialne źródła energii. Trzeci obszar to inwestycje poprawiające stan ekosystemów i wiążące się z nieodzownym przystosowaniem do zmian klimatu, zalesieniem, odnową terenów podmokłych.
Trzeba jednak pamiętać, że dobrobyt społeczny, jakim widzi go angielski ekonomista, dotyczy nie tylko gospodarki i przyrody, ale również jakości życia osobistego i kontaktów międzyludzkich. Wszak dzisiejszy kryzys nie ma jedynie charakteru ściśle finansowego, lecz także głęboko ludzki. Niektóre fragmenty „Dobrobytu…” brzmią złowróżbnie. Wedle diagnoz, na które powołuje się Jackson, zachodnie społeczeństwa znajdują się w kleszczach „recesji społecznej”: w tej kwestii panuje zaskakująca zgoda, przebiegająca w poprzek spektrum politycznego. Na przykład Jonathan Rutherford, komentator polityczny lewicy, wskazuje na rosnący poziom lęku i depresji klinicznej, wzrastający alkoholizm i pijaństwo oraz spadek morale pracy. Jesse Norman z prawicy zwraca uwagę na rozpad wspólnoty, utratę zaufania społecznego i rosnącą apatię polityczną.
Próby znalezienia remedium na tego typu wyzwania współczesności skłoniły Jacksona do sięgnięcia po głośną pracę Richarda Wilkinsona i Kate Pickett „Duch równości” (recenzowałem ją na łamach „Nowego Obywatela”). Naukowiec powołuje się na ich badania, by wskazać, że współczesne kapitalistyczne społeczeństwa, szczególnie te o dominancie wolnorynkowej, antyegalitarnej i wadliwej redystrybucyjnie, nagradzają działania o podłożu rywalizacyjnym i materialistycznym, nawet jeżeli są one szkodliwe społecznie. Zbiorowości bardziej egalitarne, w których procesy redystrybucyjne mają szerokie prospołeczne zastosowanie, mają lepsze wskaźniki dotyczące przewidywanej długości życia, dobrostanu dzieci, umiejętności czytania i pisania, mobilności społecznej, zaufania społecznego. Z kolei zjawiska takie, jak śmiertelność niemowląt, otyłość, częstotliwość zachodzenia w ciążę przez nastolatki, poziom zabójstw i występowanie chorób psychicznych, osiągają wyższe wskaźniki w krajach nieegalitarnych.
Stąd wnioski Jacksona dotyczące swoistej „ekologii społecznej” (którą nieuprzedzeni reprezentanci prawicy i lewicy znajdą też w nauczaniu papieża Franciszka): najbardziej wiarygodną alternatywą jest pomysł na gospodarkę, której zadaniem byłoby zapewnienie możliwości rozwoju w obrębie barier ekologicznych. Nie stanie się to samoistnie: potrzebne są działania publiczne/polityczne, wspierające odpowiednie zachowania społeczne i zmniejszające strukturalne zachęty do bezproduktywnej rywalizacji o status: mniej materialistyczne społeczeństwo będzie szczęśliwsze. Bardziej egalitarne społeczeństwo nie będzie tak pełne lęku. Większa uwaga poświęcona wspólnocie i uczestnictwu w życiu społecznym zmniejszy samotność i anomię, która nadszarpnęła poczucie dobrobytu we współczesnej gospodarce. Rozszerzone inwestycje w dobra publiczne zapewnią trwałe zyski, wspierające dobrobyt kraju.
Gdy przeczytałem „Dobrobyt bez wzrostu”, stanąłem przed pytaniem: jak polskich górników przemienić w producentów mioteł, którymi w długie jesienne wieczory będziemy zamiatać liście na wielkomiejskich blokowiskach i wokół podmiejskich willi? Wbrew pozorom nie jest to pytanie retoryczno-sarkastyczne. Przecież mówimy o perspektywie naprawdę głębokich, ale właśnie dlatego potrzebnych przeobrażeń, które nie tyle ocalą znane nam uniwersum przed rozpadem, ile pozwolą ludzkości przejść na inny etap dziejowy i uchronią planetę przed wyniszczeniem. Jackson przedstawia jeden przekonujący argument za swoją wizją nowej rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Nazwijmy go wprost – to wola społeczna i polityczna, konieczna, by wprowadzić potężne zmiany w strukturze redystrybucji i wydatków publicznych i prywatnych. Zmiana logiki przepływu olbrzymich środków kapitałowych mogłaby sprawić, że społeczeństwa ludzkie i przyroda wygrałyby z wysokoemisyjną i hazardową globalną gospodarką kapitalistyczną. Ale to oznacza, że bogaci musieliby oddać biednym to, co uznają za swoją własność. Angielski ekonomista twierdzi, że znaczna część współczesnych rządów zdaje sobie sprawę z takich wyzwań jak niedobory zasobów, realizacja celów zapobiegających zmianie klimatu, zagadnienia dotyczące opodatkowania ekologicznego czy dobrostanu społecznego. A jednak, jak przyznaje, zaangażowanie w obronę wzrostu gospodarczego przeciąga się w nieskończoność. Niezbędna okazuje się zatem zmiana woli politycznej.
Wczytajmy się w ostatnie powyżej zacytowane zdanie. Oto szkopuł: czy globalne elity polityczno-gospodarczo-kulturowe staną się mądrzejsze przed katastrofą, czy zmądrzeją społeczeństwa hiperkonsumpcji, czy postęp to raczej cywilizacyjny stan istnienia ze skutkiem śmiertelnym? Nie dość, że sytuacja geopolityczna nie napawa optymizmem, to tego typu pytania i odpowiedzi, jakie stawia i podsuwa Jackson, we współczesnej Polsce brzmią zdecydowanie ekscentrycznie. Dobra zmiana w skali globalnej stoi pod dużym znakiem zapytania. Ale lepiej być po jej stronie.
Tim Jackson, Dobrobyt bez wzrostu. Ekonomia dla planety o ograniczonych możliwościach, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2015, tłumaczenie Marcin Polakowski.
przez Damian Temimi | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Jest wszędzie. Zawłaszcza i oszpeca przestrzeń publiczną, atakuje przy każdym kroku stawianym przez nas w internecie, dyktuje warunki telewizji, prasie i radiu, wreszcie – uzurpuje sobie prawo do kształtowania gustów już nie tylko dorosłych, ale nawet dzieci. Przemysł reklamowy – bo o nim mowa – dynamicznie rozwija się z roku na rok, a rysujące się przed nim perspektywy wydają się nieograniczone.
Krytyczne rozważania na temat zjawiska reklamy warto zacząć od słów Kazimierza Krzysztofka, który nie bez pewnej dozy goryczy pisze o niej w ten sposób: Nie mam wątpliwości co do tego, że reklama współczesna […] ma już niewiele wspólnego z komunikacją społeczną, jaką pierwotnie miała być i gdyby w dzisiejszej postaci miała dopiero powstać, to prawdopodobnie […] zostałaby uznana za nielegalną […]. Jeśli słyszę na antenie pewnej rozgłośni warszawskiej, której targetem są ludzie wykształceni, kilkanaście razy w ciągu dnia, kilkadziesiąt komunikatów tygodniowo reklamujących żel intymny dla kobiet, to wiem, że jako słuchacz jestem traktowany jak gęś, której wpycha się w gardziel pokarm po to, żeby po paru tygodniach jej wątroba osiągnęła wystarczający poziom marskości, dzięki czemu smakosze będą mogli raczyć się foie gras.
Kompresja czasowo-przestrzenna
David Harvey, brytyjski teoretyk społeczny, profesor geografii i antropologii, wniósł do krytycznej teorii społecznej koncepcję tzw. kompresji czasowo-przestrzennej adekwatną do współczesnej rzeczywistości. Teoretyczne rozważania Harveya celnie opisują istotę symbolicznego i materialnego uniwersum późnego kapitalizmu. Przemysł reklamowy to w jego ujęciu jeden z warunków być albo nie być gospodarki postindustrialnej, opartej na konsumpcji, oraz współczesnego jej społeczeństwa.
Punktem wyjścia dla obserwacji Davida Harveya była analiza współczesnego systemu gospodarki kapitalistycznej w jej neoliberalnej, zglobalizowanej postaci. Procesy, którym wspomniany fenomen kompresji czasowo-przestrzennej zawdzięcza swoje powstanie, zainicjowała ewolucja, jakiej zaczął podlegać kapitalizm m.in. po kryzysie naftowym z 1973 r. Wówczas, twierdzi Harvey, takie cechy jak chwiejność, niepewność, nietrwałość czy efemeryczność stały się nieodłącznym elementem zarówno gospodarki, jak i świata kultury. Bartosz Kuźniarz w książce „Goodbye Mr. Postmodernism. Teorie społeczne myślicieli późnej lewicy” sugeruje nawet, że temu mariażowi bazy z nadbudową zawdzięczają swoją popularność (przede wszystkim w naukach społecznych i humanistyce) terminy „społeczeństwo konsumpcyjne”, „społeczeństwo spektaklu” czy „kultura obrazu”.
Zostawmy na moment świat przemysłu reklamowego, do którego zaraz wrócimy, i zobaczmy, jak – zdaniem Davida Harveya – doszło do ukształtowania się współczesnej rzeczywistości, trafnie określonej przez Zygmunta Baumana jako „płynna nowoczesność”.
Najogólniej mówiąc, od połowy lat 70. kapitalizm zaczął przyspieszać. I to mocno. System produkcji („reżim akumulacji”) złotej ery kapitalizmu 1945–1973 odszedł do lamusa, a na globalną scenę gospodarczą triumfalnym krokiem wkroczył reżim elastycznej akumulacji – doktryna neoliberalizmu, wraz ze swoimi apostołami z Wydziału Ekonomii Uniwersytetu w Chicago. Powojenne prosperity opierało się na keynesizmie, fordowskim systemie produkcji oraz organizacji pracy według koncepcji Fredericka Taylora, natomiast odwrót od tych rozwiązań miał być remedium na recesję gospodarczą. Nowy reżim elastycznej akumulacji kapitału – postfordyzm – miał sprawić, że zachodnie gospodarki ponownie będą cieszyć się wzrostem.
Na jakich filarach zbudowano ten nowy porządek? Postawiono na elastyczne podejście do kwestii zatrudnienia, krótszy cykl życia towarów, rezygnację z wielu regulacji fiskalnych i propracowniczych, personalizację i zróżnicowanie produkcji (gwałtownie zmieniając tym samym nawyki konsumentów), presję na osiąganie krótkoterminowych zysków (co znacznie utrudnia planowanie w dłuższej perspektywie czasowej) i stopniową finansjeryzację gospodarki („kasyno-kapitalizm”), ekspansję sektora usług kosztem przemysłu oraz outsourcing, czyli przenoszenie produkcji za granicę. Procesom tym towarzyszył przełom w technologii komunikacyjnej i narodziny globalnego społeczeństwa sieci. Stabilność, ciągłość i pewność przeminęły bezpowrotnie, a ich miejsce zajęła rzeczywistość postfordyzmu. Jak zauważył Bartosz Kuźniarz, zdaniem Harveya kreuje ona warunki społeczne dla płynności i rozchwiania tożsamości, które cechuje to, co można nazwać ponowoczesnością.
Rewolucja medialna oraz przyspieszenie konsumpcji, obiegu informacji i obrotu kapitałem (dzięki takim dobrodziejstwom, jak pieniądz elektroniczny) nie pozostały bez wpływu na sferę kultury. Frederick Jameson w swojej kanonicznej książce „Postmodernizm, czyli logika kulturowa późnego kapitalizmu” zgadza się z tezą, że unifikacja ekonomicznej bazy i ideologiczno-kulturowej nadbudowy to konstytutywna cecha reżimu elastycznej akumulacji. Podobnie jak Harvey, Jameson tłumaczy to m.in. przekształceniami mechanizmów rządzących kapitalizmem po kryzysie lat 70., gdy nowe reguły akumulacji, oparte na elastyczności i w dużej mierze na kapitale finansowym, zyskały silnego sprzymierzeńca w postaci masowej kultury i nowoczesnych środków przekazu, wraz z ich systemem obrazów zmieniających się jak w kalejdoskopie. Oddajmy mu głos: W czasach, gdy rynek jako fizyczna przestrzeń stopniowo zanika, a towar jest tendencyjnie utożsamiany ze swoim obrazem (marką lub logotypem), między rynkiem a mediami zachodzi dyskretna symbioza: w typowy ponowoczesny sposób zacierają się wyraźne niegdyś granice między rzeczą i pojęciem (czyli ekonomią i kulturą; bazą i nadbudową). Sprzedawane na rynku produkty stają się treścią obrazów medialnych. […] Produkty są jakby rozproszone w czasoprzestrzeni całego segmentu rozrywki […] jako część jego zawartości […] sama rozrywka i procesy narracyjne komercyjnej telewizji podlegają reifikacji i przekształcają się w towary.
Skupmy się ponownie na koncepcji Harveya. Kontynuując: w wyniku kompresji czasowo-przestrzennej wszystko, co stałe i materialne, stoi na przeszkodzie nieustannemu procesowi elastycznej akumulacji, dlatego kapitalizm, mówiąc słowami Bartosza Kuźniarza, dzięki przekształceniu towaru w obraz nie tyle przekracza swoje materialne ograniczenia, co nabywa zewnętrzną postać, która jest najbliższa jego wewnętrznej istocie. Gdy akumulacja przyspiesza, a kapitał staje się obrazem, cała materialna rzeczywistość zyskuje coś na kształt widmowej aury.
Całe to przyspieszenie, połączone z krótkim cyklem życia towarów, jak tlenu potrzebuje czegoś, co w wyniku kreowania coraz to nowych pragnień umożliwi ciągłe zastępowanie wartości użytkowej wartością symboliczną. Skoro następstwem czasowo-przestrzennej kompresji jest swoista likwidacja granic geograficznych, połączona z gwałtownym przyspieszeniem akumulacji kapitału, a do dyspozycji systemu pozostaje cały arsenał środków masowej komunikacji, reklama i media odgrywają obecnie o wiele bardziej integrującą rolę w praktyce kulturowej i dynamice współczesnego kapitalizmu. Ta pierwsza przestała być metodą informowania czy promocji w klasycznym znaczeniu, ponieważ dzisiaj jest nastawiona na manipulowanie potrzebami, trendami oraz gustami za pomocą systemu obrazów i znaków, które z kolei mogą (a czasem nawet nie muszą) nie mieć nic wspólnego ze sprzedawanym produktem – pisze Harvey. Uogólniając, przestaliśmy kupować potrzebne nam towary, a zaczęliśmy nabywać tożsamość, reprezentowaną przez obrazy i znaki. Bartosz Kuźniarz jako komentarz do tego zjawiska podaje przykład konsumenta, w którego garderobie brakuje miejsca na kolejne pary butów, gdyż ich liczba dobija już do setki. Jeśli taki amator obuwia miałby spojrzeć na swoją imponującą kolekcję przez pryzmat wartości użytkowej, niechybnie doszedłby do wniosku, że tak częste zakupy były pozbawione jakiegokolwiek sensu. Główni beneficjenci późnego kapitalizmu mogą jednak spać spokojnie, ponieważ społeczeństwo konsumpcyjne myśli zupełnie innymi kategoriami.
Warto przywołać także tezy Jeana Baudrillarda. Skonstruowane przez niego koncepcje symulakrów i hiperrzeczywistości świetnie odzwierciedlą warunki, w których reżim elastycznej akumulacji – traktujący jako przeszkodę wszystko to, co stałe i materialne – ma się dobrze.
Francuski myśliciel nie pozostawia złudzeń: realia ponowoczesności to świat dyktatu przedmiotów, uwodzących i rozgrywających człowieka według reguł wiecznie nienasyconej konsumpcji, napędzanej produkcją znaczeń. Podmiot jest tutaj skazany na bierność i zobojętnienie. Dzieje się tak dlatego, że wspomniane uwodzenie człowieka przez przedmioty neguje istnienie przeciwieństw: nie ma opozycji piękno – brzydota, jest za to wybór między pięknem a modą; zamiast dialektyki fałszu i prawdy mamy przeciwieństwo fałsz – iluzja itd. Wszelki wybór jest zatem fikcyjny, możliwe jest jedynie ciągłe poszukiwanie nowych doznań i błądzenie w gąszczu atakującej nas zewsząd wizji zaspokojenia „pragnień”.
Baudrillard nazywa rzeczywistość społeczeństwa postindustrialnego „hiperrzeczywistością”. Co to znaczy? Rozwój nowych form komunikacji oraz technologii medialnych przyczynił się do powstania uniwersum znaków mających być reprezentacją rzeczywistości, przy czym owe imitacje wyparły to, co realne, i stały się bardziej wiarygodne od tego, co miały imitować. W rezultacie w warunkach ponowoczesności zostały zerwane związki łączące znaki czy reprezentacje z oryginałami, przez co zaczęliśmy obracać się w hiperrzeczywistości, czyli świecie symulakrów – znaków już nie reprezentujących, lecz symulujących rzeczywistość. Fenomen hiperrzeczywistości idealnie odzwierciedla współczesny świat reklamy. Nowe technologie dają praktycznie nieograniczone możliwości kreowania i rozpowszechniania symulakrów, które stały się esencją marketingu medialnego. Reklama coraz bardziej oddala się od dotyczącego jej produktu, a zamiast dostarczać po prostu informacji, jest nośnikiem znaków, które kształtują u konsumentów wyobrażenia na temat ich rzekomych potrzeb i pragnień. Baudrillard nawiązuje do analiz Marksa i pisze, parafrazując go, o „rezerwowej armii potrzeb” późnego kapitalizmu: sam system przemysłowy, którego funkcjonowanie zakłada wzrost potrzeb, zakłada także „trwałą nadwyżkę” potrzeb w stosunku do podaży dóbr (tak samo spekuluje on rezerwą bezrobocia, by zmaksymalizować zysk, który czerpie z siły roboczej). […] Nie istnieje granica „potrzeb” człowieka jako istoty społecznej (innymi słowy, jako istoty produkującej sens i odnoszącej się do innych poprzez wartości). […] Strategiczna wartość, a zarazem chytrość reklamy polega właśnie na tym, że zwraca się ona do każdego w kontekście jego relacji z innymi, do jego pragnień uzyskania urzeczowionego prestiżu społecznego.
Żeby spełnić oczekiwania obecnej formy kapitalizmu, to znaczy sprawić, aby przeszkadzające mu materialne towary uległy swoistemu rozmyciu, przemysł reklamowy pracuje na pełnych obrotach, dzięki czemu produkt przestaje być tym, czym był niegdyś. David Harvey pisze: Obraz sam w sobie stał się towarem. Ta obserwacja skłoniła Baudrillarda do wyciągnięcia wniosku, że sporządzona przez Marksa analiza produkcji towarowej straciła na aktualności, gdyż kapitalizm jest teraz skoncentrowany na produkcji znaczeń, obrazów i systemów znaków, a nie na towarach jako takich. Zmiana, mówi Baudrillard, jest bardzo istotna, ponieważ łatwo da się rozszerzyć marksowskie kategorie i analizy o ten współczesny fenomen.
Wszystko to umożliwia właśnie reklama, ale rozumiana jako zjawisko totalne – jako jeden z fundamentów Harveyowskiej elastycznej akumulacji.
Estetyka realizmu kapitalistycznego
Obecny model reklamy to już nie klasyczna promocja produktów, którą niegdyś traktowano głównie jako narzędzie informowania potencjalnego klienta o właściwościach towaru, cenie oraz miejscu, którym można dokonać zakupu. Dzisiaj te informacje to rzecz drugoplanowa, tak jakby zupełną oczywistością miała być pozytywna reakcja klienta. Tak samo nie przewiduje się natychmiastowej odpowiedzi na ogłoszenie reklamowe. Jakie wobec tego jest założenie? Michael Schudson, amerykański medioznawca, pisze, że reklama pełni teraz rolę czegoś w rodzaju permanentnego stymulatora pożądanych zachowań konsumpcyjnych. Ważne, aby konsument pozostawał w ciągłej gotowości i ani na moment nie zapomniał o swoich zadaniach w ramach systemu.
Znamienne jest także wspomniane oderwanie przekazów reklamowych od czasu i przestrzeni (kłania się koncepcja kompresji czasowo-przestrzennej Harveya). Wszelkie sceny i obrazy pojawiające się w oglądanych przez odbiorcę komunikatach to rzeczywistość abstrakcyjna, wyidealizowana, niemająca wiele wspólnego z codziennym ludzkim doświadczeniem. Reżyserzy kapitalistycznego spektaklu wzdrygają się na samą myśl o ukazaniu świata takim, jaki jest naprawdę. Zamiast tego wszelkimi sposobami starają się wyrugować z tworzonych treści wszystko, co odbiorcom może kojarzyć się negatywnie, więc w rezultacie konsumenta otaczają reklamy, które do znudzenia wmawiają, że szczęśliwe momenty, emocje i doświadczenia to nasz chleb powszedni.
Fachowcy od kreowania tej alternatywnej rzeczywistości często odwołują się do sytuacji, które rzekomo są „zwykłą codziennością”. Przede wszystkim do tych związanych z relacjami międzyludzkimi – mogą dotyczyć związków damsko-męskich (zwłaszcza bardzo bliskich), rodzinnych, przyjacielskich itd. Doskonale bawiąca się paczka kumpli oglądająca mecz i popijająca piwo z uśmiechem na ustach w eleganckim pubie, szczęśliwy ojciec przybijający synowi „piątkę” w trakcie jednej z codziennych sesji gry na konsoli albo zatroskana matka prowadząca z córką żywiołową rozmowę o niesamowitych właściwościach tabletek, które przynoszą ukojenie w „te dni” – oto codzienna rzeczywistość przeciętnego konsumenta według wyobrażeń ekspertów od marketingu.
Schudson zauważa także pewien pozorny paradoks: przekaz wielu reklam jest oparty na wartościach kolektywnych (takie jak więzi rodzinne czy przyjacielskie) – czyli sprzecznych z aksjologią kapitalizmu, a tym bardziej w jego współczesnej postaci, która pod niebiosa wynosi indywidualizm („Brawo JA”) i kult własności prywatnej. Po wrzuceniu w rozpędzone tryby marketingowej machiny służą wyłącznie sprzedaży, w czym pomaga kodowanie w podświadomości odbiorcy obietnicy spełnienia jego egoistycznych pragnień.
Ten sam uczony nazywa nasycone abstrakcją uniwersum współczesnej reklamy „realizmem kapitalistycznym”, celowo nawiązując do radzieckiego socrealizmu: Treść dzisiejszych reklam […] ani nie przedstawia rzeczywistości, ani nie tworzy rzeczywistości całkowicie fikcyjnej. Istnieje za to na własnym poziomie rzeczywistości, który nazywam realizmem kapitalistycznym. Rozumiem przez to nie tylko pewien zbiór konwencji estetycznych, ale również ich związek z konkretnym systemem gospodarczym, którego idee i wartości popularyzują.
Amerykański socjolog, chcąc lepiej przedstawić swoje koncepcje, przypomina wytyczne twórców realizmu socjalistycznego, którzy – aby wiernie „edukować masy w duchu socjalistycznych ideałów” – musieli trzymać się określonych zasad estetycznych i aksjologicznych. Zgodnie z nimi sztuka powinna: 1) przedstawiać rzeczywistość tak, żeby komunikat był dla mas jasny i zrozumiały; 2) prezentować sposób życia, który należy naśladować; 3) nieść ducha optymizmu, a w swojej treści wskazywać na socjalistyczną drogę ku lepszej przyszłości; 4) koncentrować się na codzienności, ukazując pozytywne sceny z życia społeczeństwa socjalistycznego, a ostatecznie pomóc masom przyswoić nowe wartości. Nie trzeba chyba odznaczać się szczególną bystrością, aby podczas czytania powyższych zaleceń zauważyć analogię z realizmem kapitalistycznym – wystarczy zamienić „masy” na „konsumenci” i „socjalistyczny” na „rynkowy” lub „konsumpcyjny”…
Kwestie związane z estetycznym wymiarem marketingu medialnego podniósł również Wolfgang Fritz Haug, kontynuator intelektualnej tradycji Szkoły Frankfurckiej. Niemiecki socjolog wziął pod lupę przemysł reklamowy i środki masowego przekazu, traktując je jako elementy niezbędne do funkcjonowania postfordowskiego kapitalizmu. Zawarte w tytule książki Hauga pojęcie „estetyki towarowej” (commodity aesthetics) wiąże się z wbudowanym w strukturę reżimu elastycznej akumulacji nieustannym uwodzeniem konsumentów, co z kolei jest możliwe dzięki identyfikowaniu reklamowanych produktów z konkretnymi „stylami życia”, wartościami czy, mówiąc ogólnie, światopoglądem. Estetyzacja konsumpcji dóbr rynkowych jest elementem szerszego procesu, wraz z produkcją, dystrybucją i promocją towarów, pomagając tym samym zatrzeć różnice między wartością użytkową a wymienną. Oddaje więc nieocenioną przysługę ponowoczesnemu systemowi akumulacji kapitału, który do perfekcji opanował sprzedaż marzeń i fantazji. Sam autor tak tłumaczy koncepcję estetyki towarowej: to piękno rozumiane po pierwsze jako pewna cecha działająca na ludzkie zmysły; z drugiej strony jest to piękno produkowane jako wartość wymienna, dzięki czemu towary mają budzić u odbiorcy pożądanie dające impuls do kupna.
W klasycznym dziele Maxa Horkheimera i Theodora Adorno czytaliśmy o „przemyśle kulturalnym” i masowym oszustwie, jakie produkuje: Dziś w produkcji materialnej mechanizm podaży i popytu rozpada się, ale w sferze nadbudowy działa jako kontrola na rzecz panujących. Konsumentami są robotnicy i urzędnicy, farmerzy i drobnomieszczanie. Tkwią ciałem i duszą w gorsecie kapitalistycznej produkcji, i bez oporu podporządkowują się wszystkiemu, co się im oferuje. A że poddani traktowali moralność, która przychodziła do nich od panujących, zawsze bardziej serio niż ci ostatni, to dziś oszukiwane masy ulegają mitowi sukcesu znacznie bardziej niż ci, którzy sukces odnieśli. Masy mają pragnienia.
Wolfgang Haug używa natomiast określenia „przemysł iluzji”. Obietnica spełnienia i osiągnięcia, mgliście definiowanego, szczęścia dzięki konsumpcji estetycznie opakowanych obrazów jest domeną specjalistów od reklamy, czyli pracowników owego przemysłu produkującego iluzje odnoszące się do ludzkich potrzeb i zmysłów. Dla niemieckiego filozofa to nic innego jak instrument dominacji umożliwiającej reprodukcję porządku społecznego. Dzieje się to przez wykorzystywanie potrzeb konsumentów tak, aby w wyniku tej manipulacji traktowali kapitalizm jako naturalny i zarazem najlepszy system gospodarczy, a jego afirmację jako wyraz zdrowego rozsądku. Tym, co zasługuje na szczególną uwagę w analizach Hauga, jest akcent postawiony na miejsce reklamy w procesie akumulacji. To nie jest tak – twierdzi twórca pojęcia „estetyki towarowej” – że mamy do czynienia z jakąś intrygą nieuczciwych specjalistów od promocji, którzy za pomocą rozmaitych sztuczek w wysublimowany sposób manipulują konsumentami, kompromitując tym samym przemysł reklamowy. W wielu dyskusjach nad fenomenem reklamy krytyka dotyczy tylko pojedynczych, negatywnych przykładów, traktowanych jako godne potępienia wyjątki na tle wzorcowego marketingu. Zdaniem Wolfganga Hauga to błąd, ponieważ zupełnie lekceważy się strukturalną rolę przemysłu reklamowego w postfordowskim, kapitalistycznym systemie produkcji.
Istota systemowego wytwarzania i sprzedawania iluzji znanej pod postacią estetyki towarowej nie polega na powszechnej zmowie czy intrygach knutych podczas burz mózgów w agencjach reklamowych, lecz wynika z warunków, w których działa współczesny kapitalizm. Wobec nieustannej presji na maksymalizację zysku – a w tym systemie nie ma przecież innej alternatywy przetrwania – i w rzeczywistości zdominowanej przez nowoczesne technologie i środki komunikacji, inżynierowie konsumenckich dusz muszą zmagać się ze skutkami inflacji treści dostarczanych przez media ich potencjalnym klientom. Nie bez przyczyny naczelną zasadą większości poradników reklamy i marketingu jest hasło „Wyróżnij się albo giń” (którego autorem jest Jack Trout, amerykański guru marketingu). I najwidoczniej to się sprawdza, chociażby w przypadku internetu, w którym pomimo zjawiska ślepoty bannerowej i lawinowo rosnącej popularności AdBlocka wydatki na reklamę niebawem prześcigną telewizję.
Użyteczność towarów dostępnych na rynku już nie wystarczy, żeby przekonać ludzi do ich zakupu. To zdecydowanie za mało jak na wymagania członków społeczeństwa konsumpcyjnego. Należy ich zatem w jakiś sposób podejść, czyli – jak uważa Wolfgang Haug – tak manipulować ich aspiracjami, potrzebami, a nawet marzeniami, aby nabywając dany produkt, kierowali się wizją spełnienia obietnicy złożonej przez sprzedającego. Na swoisty handel fantazjami w późnym kapitalizmie zwrócił uwagę Anthony Giddens, pisząc o jego wpływie na ludzką tożsamość: Rynek od zarania promuje indywidualizm w postaci praw i obowiązków jednostek […] z czasem indywidualizm ten zaczyna rozciągać się na sferę konsumpcji, a tworzenie indywidualnych potrzeb staje się podstawowym warunkiem trwania całego systemu. […] Proces ten streszcza się choćby w skażeniu pojęcia „styl życia” przez refleksyjne wciągnięcie go w obszar reklamy. Reklamodawcy kierują się socjologicznymi klasyfikacjami kategorii konsumentów, a jednocześnie podsuwają im gotowe pakiety konsumpcyjne. […] projekt tożsamości zaczyna przekładać się na projekt posiadania pożądanych dóbr i dążenie do osiągnięcia sztucznie skonstruowanego stylu życia. Konsumpcja […] zaczyna w jakimś stopniu zastępować właściwy rozwój tożsamości.
Dla Hauga nie ulega wątpliwości, że jednym z głównych zadań współczesnej reklamy jest kreowanie estetycznej iluzji, dzięki której „powstają” wciąż nowe potrzeby do zaspokojenia. Jednak podobnie jak akumulacja kapitału musi odbywać się bez końca, tak ludzkie potrzeby wykreowane na jego usługi nigdy nie mogą zostać w pełni zaspokojone – nieograniczona żądza zysku chodzi pod rękę z nienasyconym pragnieniem zmysłowym.
Uwaga, ważny komunikat
Większość osób jest święcie przekonanych, że reklamy i kultura konsumpcji nie wpływają na nich w większym stopniu, a oni sami mają świadomość dokonywanych wyborów, ponieważ są na tyle inteligentni, że żadna manipulacja – a tym bardziej nachalna perswazja – nie jest w stanie zamydlić im oczu. Przecież dobrze wiadomo, że marketingowcy próbują nam wcisnąć, co się da, stosując różne sztuczki psychologiczne czy socjotechniczne. Na pewno na niektórych to działa, ale ja się nie daję na to nabrać i nie kupuję zbędnych rzeczy – prawdopodobnie gdyby zapytać dowolną osobę o to, jak postrzega zjawisko reklamy, udzieliłaby odpowiedzi w podobnym tonie. To w takim razie dlaczego wydatki na nią rosną z roku na rok, a agencje kreatywne i domy mediowe mają się dobrze?
Najpierw rozprawmy się z mitem, zgodnie z którym treści reklamowe manipulują wszystkimi poza osobą zainteresowaną. To bez wątpienia miłe uczucie myśleć, że odznaczamy się większą mądrością i inteligencją niż mityczni inni, którzy gorzej od nas rozumieją świat wokół. Takie fantazje może nieźle podnoszą samoocenę, ale z rzeczywistością nie mają zbyt wiele wspólnego. Nazywa się to „efektem trzeciej osoby” i polega na tym, że w ramach autowaloryzacji przypisujemy innym ludziom podatność na przekazy medialne, samych siebie wykreślając z grupy odbiorców nieodpornych na manipulację. Co ciekawe, w przypadku komunikatów o charakterze pozytywnym – na przykład kampanii społecznych – efekt trzeciej osoby występuje à rebours: uważamy, że to my jesteśmy nadzwyczajnie wrażliwi na przekazy medialne, dzięki czemu najlepiej przyswajamy wartościowe treści.
Kolejne zjawisko cenne z punktu widzenia przemysłu reklamowego dotyczy naszej podświadomości – i nie ma nic wspólnego ze spiskowymi teoriami na temat przekazu podprogowego. Wiemy już, że reklamy są nieodłącznym elementem współczesnej rzeczywistości na tyle, że przestajemy nawet zwracać na nie większą uwagę, a jeśli już zdarzy nam się skupić na danym komunikacie reklamowym, to jesteśmy co do niego sceptyczni i instynktownie – w kontrze do skierowanej do nas perswazji – podważamy go, krytykujemy i wysuwamy kontrargumenty. Jak się jednak okazuje, artyści realizmu kapitalistycznego na to właśnie liczą. Dariusz Doliński w książce „Psychologia reklamy” opisuje badania, z których wynika, że brak koncentracji na komunikacie sprzyja pojawieniu się u odbiorcy emocji pożądanych przez nadawcę, podczas gdy skupienie wpływa negatywnie na wystąpienie takiego ustosunkowania, jakiego oczekuje autor komunikatu. Takie, a nie inne działanie mechanizmu przetwarzania treści perswazyjnych tłumaczy dość oczywisty fakt, że ludzie skupiają się na źródle, treści i celu informacji kierowanych do nich. Trudno nie zauważyć pewnych charakterystycznych cech właściwych komunikatom reklamowym: napędzanie zysku jako ich cel, perswazja jako środek do jego osiągnięcia, a wreszcie specyficzna forma, przeważnie groteskowa i u niejednej osoby budząca uśmiech politowania. Zatem – z pozoru paradoksalnie – konsument całkowicie skupiony na reklamie będzie mniej skłonny zachować się zgodnie z intencją jej autorów.
Na to, że racjonalność nie ma zbyt wiele wspólnego ze skutecznością reklamowej perswazji, zwrócił uwagę Robert Heath, autor znanych książek „Ukryta moc reklamy. Co tak naprawdę wpływa na wybór marki?” oraz „Uwieść podświadomość. Psychologia reklamy”. Jego przełomowe tezy, dotyczące związku podświadomości z percepcją reklamy, wywołały burzliwą dyskusję w branży. Wcześniej dominowało w niej bowiem przekonanie, że warunkiem sukcesu jest przyciągnięcie uwagi i skupienie zainteresowania konsumenta na przekazie. Klasycznym marketingowym przykładem tego podejścia jest model AIDA (Attention, Interest, Desire, Action – Uwaga, Zainteresowanie, Pożądanie, Działanie). Heath zwrócił uwagę na to, że ludzie są raczej negatywnie nastawieni do komunikatów reklamowych, więc ich zainteresowanie oraz skupienie uwagi na informacjach w nich zawartych są bardzo nikłe. Chcąc wytłumaczyć, na czym w takim razie polega skuteczność kampanii reklamowych pomimo braku koncentracji u „targetu”, stworzył alternatywę dla modelu AIDA w postaci koncepcji płytkiego przetwarzania informacji.
Koncepcja Heatha opiera się na obserwacji procesu ludzkiego uczenia się i zapamiętywania. Otóż twierdzi on, że człowiek dużą część informacji przyswaja nieświadomie, niejako przypadkowo – dzieje się to na niskim poziomie uwagi. Takie automatyczne, ukryte uczenie się, wraz z pamięcią ukrytą, pomaga nam w odbiorze niesamowitej liczby informacji i bodźców, których dostarcza nam otaczająca rzeczywistość. Te, które zostaną w danej chwili uznane za nieistotne, poddajemy filtracji, a zainteresowanie kierujemy gdzie indziej, lecz wybrane fragmenty odrzuconego przekazu (zwłaszcza te działające na emocje) zapisują się w pamięci ukrytej. I właśnie na tym korzysta przemysł reklamowy, ponieważ w kluczowych dla niego momentach, czyli podczas zakupów, uaktywniają się pozytywne emocje i skojarzenia związane z marką czy produktem – pozostające dotychczas w uśpieniu.
***
Podzielający krytyczną opinię na temat reklamy mogą z tych obserwacji wysnuć dość ponure wnioski, bo wydaje się, że nie ma ucieczki przed niewidzialną ręką twórców realizmu kapitalistycznego. Trudno o jednoznaczną odpowiedź, a tym bardziej o pozytywną propozycję działania. Powyższe rozważania niech zamkną słowa Tadeusza Klementewicza, którego ocena działalności przemysłu reklamowego brzmi następująco: pracownik reklamy ma się przyczynić do zwiększenia konsumpcji, jednak ostateczne skutki jego pracy to m.in. wzrost zadłużenia, otyłość, zanieczyszczenie środowiska, zużywanie energii nieodnawialnej. W rezultacie na każdy funt wartości pozytywnej jego pracy przypada wygenerowanie 11,5 funta wartości negatywnej. Innymi słowy, wyżsi pracownicy sektora reklamowego niszczą wartość ok. 11,5 funta szterlinga. Na salową w szpitalu natomiast przypada co najmniej 10 funtów szterlingów wartości społecznej. W ten sam sposób można porównywać społeczną wartość pracy doradcy podatkowego i pracownicy żłobka.
Bibliografia:
- Adorno Th.W., Horkheimer M., Dialektyka oświecenia. Fragmenty filozoficzne, Warszawa 2010.
- Baudrillard J., Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, Warszawa 2006.
- Doliński D., Psychologia reklamy, Wrocław 2001.
- Encyclopedia of Postmodernism, red. V.E. Taylor, Ch. Winquist, London 2001.
- Giddens A., Nowoczesność i tożsamość. „Ja” i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, Warszawa 2001.
- Harms J., Kellner D., Toward A Critical Theory of Advertising, https://pages.gseis.ucla.edu/faculty/kellner/essays/towardacriticaltheoryofadvertising.pdf.
- Harvey D., Condition of Postmodernity. An Enquiry into the Origins of Cultural Change, Massachusets 1990.
- Heath R., Uwieść podświadomość. Psychologia reklamy, Sopot 2014.
- Jameson F., Postmodernizm, czyli logika kulturowa późnego kapitalizmu, Kraków 2011.
- Klementewicz T., Stawka większa niż rynek. U źródeł stagnacji kapitalizmu bez granic, Warszawa 2015.
- Krzysztofek K., Nowe media totalne – intruz w naszych domach, w Nowe media a praktyki komunikacyjne, red. J. Bierówka, S. Jędrzejewski, K. Pokorna-Ignatowicz, Kraków 2013.
- Kuźniarz B., Goodbye Mr Postmodernism. Teorie społeczne myślicieli późnej lewicy, Toruń 2011.
- Odih P., Advertising and Cultural Politics in Global Times, Oxford 2016.
- Pitrus A., Znaki na sprzedaż. W stronę integracyjnej teorii reklamy, Kraków 2005.
- Schudson M., Advertising, The Uneasy Persuasion: It’s Dubious Impact on American Society, New York 1984.
- Wharton Ch., Advertising: Critical Approaches, Oxford 2015.
- Wilkoszewska K., Wariacje na postmodernizm, Kraków 2008.
przez Piotr Kuligowski | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Jak myśleć o państwie po polsku? To pytanie, które powinno stanowić rdzeń rodzimej refleksji politycznej. Odpowiedź na nie rzutuje bowiem na nasze współczesne wybory, a zgłębienie genealogii państwa w miejscowym kontekście może nam umożliwić nowe spojrzenie na wiele dzisiejszych problemów i dylematów.
Słowo „genealogia” nie jest tu przypadkowe. W życiu publicznym nie istnieją bowiem terminy o ustalonym znaczeniu i określonej funkcjonalność, a więc – łatwo definiowalne. Refleksji nad państwem nie należy zatem rozpoczynać od precyzyjnej definicji. Cenniejsze poznawczo wydaje się tropienie historycznych ambiwalencji bez określonych warunków wstępnych dotyczących tego, co skłonni jesteśmy rozumieć jako państwo.
Moje wyjściowe założenie jest zapewne równie kontrowersyjne, jak wyartykułowana już propozycja analizy. Otóż sądzę, że w polskich realiach przez długi okres państwo było realnością zewnętrzną, niedającą się ugruntować w ramach lokalnych wyobrażeń politycznych. Wynika z tego wiele doniosłych konsekwencji, które do dzisiaj rzutują na kształt polskiego życia politycznego. W ramach uwag wstępnych chcę wyróżnić przede wszystkim dwa rezultaty słabego ugruntowania państwa jako dużego podmiotu politycznego. Po pierwsze więc to właśnie ta sytuacja jest przyczyną szczególnej popularności takich fenomenów, jak np. romantyzm, który w centrum zainteresowania postawił nie ład instytucjonalny, lecz lud jako zbiorowość jednolitą i obdarzoną sprawczością. Innymi słowy, grupy społeczne i ich aktywność zajęły puste miejsce państwa. Po drugie, ze słabej konceptualizacji państwa w polskiej tradycji bierze się także kult rozmaitych stanów wyjątkowych, przede wszystkim wojny i związanych z nią wzorców zachowań.
Proponowana tu perspektywa może wydawać się dość jednostronna, jednak przytaczane przykłady, ilustrujące poszczególne tezy, mają zazwyczaj tę cechę, że bez większego problemu dałoby się je zastąpić odpowiednikami z danego okresu historycznego. Proponowane w tekście spojrzenie pozwala między innymi wyjaśnić relatywnie duże poparcie dla libertariańskich sloganów, a także spojrzeć w szerszej perspektywie na zadanie stojące przed prospołecznymi siłami politycznymi. Co być może kontrowersyjne, w tym ostatnim zbiorze umieścić chcę nie tylko etatystów czy socjaldemokratów. Przyjęty punkt widzenia pozwala po tej samej stronie ulokować nawet lewicowo zorientowane odłamy anarchizmu. Wychodzę zatem od odrzucenia tradycyjnej diady lewica–prawica na rzecz podziału sceny politycznej opartego na zupełnie innych zasadach.
W realiach Europy Środkowo-Wschodniej dwoistość państwa i społeczeństwa jawi się jako stan historycznie ugruntowany i łatwo dostrzegalny. Od III wojny północnej (1700–1721) do I wojny światowej pas ziemi rozciągający się między Bałtykiem a Morzem Czarnym był przestrzenią zmagań silniejszych sąsiadów: Austrii, Prus, Rosji i Turcji. Zbyt łatwe byłoby jednak wskazywanie na kolonialny status tej części Europy. Imperia kolonialne wchłaniały bowiem tereny, które pozbawione były własnej państwowości i tożsamości w ich eurocentrycznym (a więc jedynym możliwym w tamtych czasach) rozumieniu. Całkowicie odmiennie w tym zakresie przedstawiała się sytuacja na terytoriach Europy Środkowo-Wschodniej. Zanim jej rozległe obszary zaczęły być zajmowane przez sąsiednie imperia, istniały tam niezależne państwa i lokalne elity, posiadające już własne tradycje.
Obumarłe ciało króla
Dla pełniejszej genealogii państwa trzeba się cofnąć do XVI w. To wówczas rozstrzygnęły się bowiem sprawy, których rezultaty rzutowały na wiele zjawisk utożsamianych z polityczną nowoczesnością. Już od XVI w. linia Łaby zaczęła wyznaczać dwie odmienne tendencje rozwoju gospodarek europejskich. Na wschód od niej trwały procesy refeudalizacji, przejawiające się m.in. ponownym przywiązaniem chłopa do ziemi i erozją miast. Na zachód od Łaby zachodziły procesy o całkowicie przeciwnym wektorze. Chłopi stopniowo zyskiwali wolność, gospodarka ulegała monetaryzacji, a centra miejskie stawały się ważnymi ośrodkami życia politycznego i gospodarczego.
W ramach moich rozważań istotniejsze jest jednak pytanie o to, w jaki sposób w XVI w. doszło do rekonfiguracji państw europejskich w sensie instytucjonalnym. Niemiecki historyk Reinhart Koselleck słusznie wskazywał, że wiek XVI to moment przejścia od myślenia średniowiecznego (teocentrycznego) do nowożytności. Podstawową własnością tego przełomowego momentu była swoista pluralizacja myślenia o przyszłości. W średniowieczu to Kościół miał monopol na proroctwa i utopijne wizje. Czasowa zbieżność wydania przez Tomasza Morusa „Utopii” (1516 r.) i ogłoszenia „95 tez” Lutra (1517 r.) to symboliczny moment, w którym ten monopol został – jak się okazało – przełamany na stałe1.
Naruszenie jednego z fundamentów stabilności dawnego świata nie mogło oczywiście nie wywołać silnych reakcji. Całe połacie Europy spłynęły krwią wojen religijnych. Wyłonienie się państwa absolutystycznego w tych okolicznościach wiązało się z nadzieją ustanowienia trwałego pokoju. Thomas Hobbes obudował ten proces wyrafinowaną filozofią polityki, w myśl której wszelkie partykularyzmy – moralne, filozoficzne, religijne – zostaną rozwiązane przez rozum, czyli naczelną zasadę nienaruszalnej suwerenności władzy, uosobionej przez króla.
Poza Czechami, podobny proces nie miał miejsca w Europie Środkowo-Wschodniej. Sejm konwokacyjny, który obradował w Warszawie w 1573 r., zagwarantował bezwarunkowy i wieczny pokój religijny na terenie Rzeczypospolitej. Ustanowione w tym samym roku artykuły henrykowskie oraz pacta conventa regulowały system władzy w sposób niemający – poza Węgrami – precedensu w ówczesnej Europie. O ile zatem na Zachodzie partykularyzmy były wygaszane, o tyle w przypadku Rzeczypospolitej niektórzy historycy są skłonni ukazywać jej systemową osobliwość za pomocą kategorii federacji. Oto bowiem poszczególne sejmiki ziemskie wiązały instrukcjami swoich posłów udających się na Sejm walny.
Procesy zachodzące po dwóch stronach Łaby zdawały się zatem mieć przeciwny wektor. Rodzenie się nowoczesności na Zachodzie odbywało się w warunkach konfliktu społeczeństwa z państwem absolutystycznym. Marcin Moskalewicz i Jakub Duraj dla zobrazowania tych procesów zaproponowali metafory medyczne, zaczerpnięte z hipokratejskiego modelu choroby, który w oficjalnej medycynie obowiązywał do przełomu XVIII i XIX w. Według Hipokratesa stan chorobowy wynikał z naruszenia równowagi między płynami znajdującymi się w organizmie: krwią, żółcią, czarną żółcią i śluzem. Nadmiar któregoś z nich miałby prowadzić do pierwszego etapu choroby, niestrawności (apepsia), czyli upadku średniowiecznej moralności i wojen religijnych. Kolejny etap, pepasmos, to jakościowa zmiana płynu chorobotwórczego, infekcja organizmu i gorączka. W świecie polityki ten stan przejawiał się powstawaniem prywatnego sumienia, czyli społeczeństwa, pod skorupą absolutyzmu. Następnie dochodzi do apostasis, czyli fazy oddzielenia, w której płyn odkłada się w jednym miejscu organizmu. Na gruncie historii tworzenia nowoczesnego państwa byłby to etap, w którym społeczeństwo ostatecznie oddzieliło się od absolutnego państwa, tworząc własne, niezależne, pozornie apolityczne instytucje pod jego powłoką. Ostatnią fazą jest krisis, przełom w chorobie, który kończy się wyleczeniem albo zgonem. Tą fazą była rewolucja francuska i wystąpienia towarzyszące jej w innych częściach Europy2.
W Rzeczypospolitej te kategorie zupełnie nie znajdowały przełożenia na historyczne realia. Do ogólnego opisu kondycji tego bytu politycznego bardziej nadaje się chyba metafora ukuta przez Jana Sowę. Jego zdaniem, rewolucjoniści we Francji (w fazie, którą określiłem powyżej jako krisis) zabili króla jako człowieka, ale pozostawili przy życiu jego ciało polityczne, czyli tradycję scentralizowanego państwa, którego aparat próbowali wykorzystać do własnych celów. Natomiast szlachta w XV i XVI w. doprowadziła do obumarcia ciała politycznego, zachowując przy życiu króla jako człowieka3.
Dwa kierunki oświecenia
Już w okresie nowożytności struktura polityczna, jaką było państwo, została w Europie Zachodniej skonceptualizowana za pomocą pojęć bliskich ich dzisiejszym odpowiednikom. Pojęcie stato, rozumiane jako organizacja władzy politycznej, zostało ukute na terenie współczesnych Włoch na przełomie XV i XVI w. W XVI w. zbliżone brzmieniowo i znaczeniowo pojęcie état przeniknęło do francuszczyzny. Początkowo jednak w kręgach nadsekwańskich elit politycznych odnosiło się ono do regionu czy dystryktu i dopiero po kilkudziesięciu latach ustabilizowało znaczenie jako kategoria odnosząca się do całości systemu politycznego. Niemiecki odpowiednik, pojęcie staat, wyłonił się dopiero w XVII w., jednak i tu stabilizacja znaczeniowa zajęła kilkadziesiąt lat, stąd też dopiero w XVIII w. można dostrzec zaczątki używania go jako kategorii odnoszącej się do struktury władzy politycznej na danym terenie. Zbliżone w brzmieniu określenia na oznaczenie instytucji państwa zostały ukute także w językach angielskim (state), czeskim (stát) czy hiszpańskim (estado).
W Rzeczypospolitej refleksja nad tak rozumianym państwem została zdominowana przede wszystkim przez Andrzeja Frycza Modrzewskiego, który wysunął pojęcie „rzeczypospolitej”, rozumiane nie jako konkretna forma ustroju, ale jako państwo. Sądzę jednak, że taka różnica w brzmieniu nie jest przypadkowa, a między stato jako zbiorem obiektywnych instytucji a „rzecząpospolitą” jako dobrem wspólnym ogółu obywateli (szlachty) istnieje jakościowa różnica. Na przykład taka, że rzeczpospolita już w samej etymologii zawiera jakoby postulat aktywnego udziału obywateli w życiu politycznym, co z kolei zagrażałoby bytowi i spoistości państwa absolutystycznego. Nie ma zatem, jak sądzę, przypadku w tym, że w Europie Środkowo-Wschodniej (poza Czechami), w której procesy polityczne miały zupełnie inny przebieg czy dynamikę, nie powstało żadne pojęcie państwa zbliżone brzmieniowo do stato czy state. Rosjanie mają zatem gosudarstwo, w Serbii funkcjonuje słowo država itd.
Oświecenie zdawało się otwierać możliwości zmiany tego stanu rzeczy i modernizacji społeczeństw peryferyjnych. Jeden z głównych myślicieli tego nurtu, Jan Jakub Rousseau, pojęcie suwerenności przeniósł z jednostki władcy na dobrowolnie zawieraną umowę społeczną, odchodząc od wcześniejszej hobbesowskiej wizji państwa. Daleki jestem od pojawiających się nieraz w opracowaniach historii rewolucji francuskiej czy w podręcznikach do historii filozofii twierdzeń, w myśl których refleksja Rousseau miała wieść ku protototalitarnej wizji permanentnej dyktatury, a jej pierwszą ofiarą był król Ludwik XVI. Moim zdaniem Rousseau, oprócz bycia filozofem wydeptującym własne ścieżki, pozostawał w jednakowym stopniu produktem swoich czasów, czyli czasów przedrewolucyjnych. Te zaś, jak wskazywał bystry obserwator i analityk Alexis de Tocqueville, wytworzyły swoistą modę na utopizm. Moda ta brała się stąd, że najzdolniejsze umysły często były pozbawione możliwości pracy w administracji (trwale obsadzonej przez arystokrację), a zatem wywierania namacalnego wpływu na życie publiczne. Gremia te okopywały się więc w kawiarniach czy na salonach, tworząc kluby dyskusyjne. W ten sposób literaci oraz filozofowie stawali się politykami i zaczynali, czasem całkowicie świadomie, tworzyć zręby nowoczesnej opinii publicznej. Sytuacja ta wywołała sprzężenie zwrotne – urzędnicy, oddaleni od ludu i jego codziennych problemów, w coraz mniejszym stopniu byli w stanie rozumieć jego reakcje i potrzeby4. Oświecenie zatem, jako ruch zainspirowany przez ludzi wykształconych, ale odepchniętych od głównego biegu spraw państwa, przez Bronisława Baczkę nazwanych „formacją filozofów”5, było ruchem antysystemowym, oddolnym, antypaństwowym.
Zupełnie inny charakter miało ono w realiach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej części Starego Kontynentu zwolennicy zmian musieli przede wszystkim stworzyć aparat, który byłby w stanie dokonać modernizacji. O ile zatem w Europie Zachodniej, krusząc absolutyzmy, rewolucjoniści mogli przejmować pewne ich instytucje, o tyle w Europie Środkowo-Wschodniej jedyną szansą na reformy było działanie na rzecz wzmocnienia władzy centralnej. Dążono do tego celu różnymi metodami. Ojciec polskiego klasycyzmu, Adam Naruszewicz, w swych dziełach historycznych starał się wskazywać, że jedyną szansą na poprawę bytu chłopów jest opieka ze strony instytucji centralnej. Innymi słowy, wskazywał, że zjawisko władzy szlachty nad chłopstwem występowało w mniejszym zakresie w tych momentach historii, w których silna była władza królewska. Z kolei, by wyjść poza polskie przykłady, József Hajnóczy, filozof i lider węgierskiego ruchu jakobińskiego, zdawał sobie sprawę, że reformy są możliwe jedynie dzięki poparciu władzy. Ta zaś, by móc działać, w pierwszej kolejności musiała przełamać panowanie węgierskiej szlachty. Hajnóczy, aby skutecznie osłabiać wpływy tej warstwy, próbował nieco przewrotnie opowiedzieć reformy językiem wolności stanowej. W Rzeczypospolitej w podobny sposób starał się postępować Hugo Kołłątaj. Jednak tego typu idee z trudem wyrabiały sobie własną pozycję wśród politycznych tradycji Europy Środkowo-Wschodniej.
Między pańskością a godzeniem partykularności
W procesie badania procesów historycznych trudno oczywiście znaleźć miarodajny barometr, który mógłby wskazać, jakie działania i idee znajdowały się w centrum wyobrażeń określonej epoki (czyli dającej się opisać historycznie wspólnoty komunikacyjnej), a które balansowały jedynie na peryferiach debat. Sądzę jednak, że do takiego celu można w miarę bezpiecznie użyć słowników z danego okresu. W „Nowym dykcjonarzu”, wydanym w 1764 r.
przez Michała Abrahama Troca, istota państwa została oddana m.in. w takich kategoriach, jak herrschaft (panowanie), droit de propriété (prawo własności), gouvernement (rząd). Autor przytoczył także kilka przykładów użycia tego słowa w polszczyźnie, a wśród nich: „ma państwo nad tymi włościami”, „pod szczęśliwym państwem (panowaniem) jego”. Widać więc wyraźnie, że u Troca rozumienie państwa łączy w sobie różne elementy ze sfery prywatnej i publicznej. Znamienne, że analizując niemieckie czy francuskie znaczenia i porównując je z polskimi, autor nie posłużył się takimi pojęciami, jak stat czy état6. Podobna wieloznaczność pojęcia „państwo” jest wyraźnie widoczna w słowniku Samuela Bogumiła Lindego z 1811 r. Państwo próbował on zdefiniować za pomocą takich kategorii, jak „arystokracja”, „pański stan”, „panoszenie”, „panowanie”, „rządzenie”, „kraj”, „kraina”, „włość”, „majętność”7.
Widać więc, że jeszcze w okresie wojen napoleońskich „państwo” budziło skojarzenia raczej ze sferą prywatną, skolonizowaną przez szlachtę, niż z życiem publicznym czy dobrem wspólnym. Zatem oswojenie wyobrażenia o państwie jako czymś, co godzi partykularyzmy i jest w stanie działać autonomicznie, było wciąż ważnym zadaniem dla politycznych modernizatorów. Owo słabe zakorzenienie myślenia o państwie na przełomie XVIII i XIX w. znajdowało także odzwierciedlenie w innym aspekcie idei politycznych – w utopizmie. Autorzy najnowszego opracowania w całości poświęconego historii myśli politycznej w tej części Europy od oświecenia do końca I wojny światowej, wskazują, że myśl utopijna sensu stricto, w swym czysto oświeceniowym wydaniu, nie była nigdy popularnym gatunkiem refleksji politycznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Wiele z tekstów, które miały podobny wymiar, powstawało dopiero u progu romantyzmu. Zwolennicy oświecenia w Polsce w sposób utopijny malowali swe wizje modernizujących się państw, takich jak Anglia i Francja. Te właśnie wizje w istocie obsługiwały zapotrzebowanie, na które na zachodzie Europy odpowiadały utopie w ich typowej formule: to znaczy ukazujące czytelnikowi nieistniejące państwa i wyspy8.
Oświecenie w Europie Środkowo-Wschodniej próbowało więc ugruntować lokalną myśl polityczną, wykorzystując takie kategorie, jak społeczeństwo, naród i państwo. Tym samym protoplaści tego prądu intelektualnego szukali możliwości flirtu z władzą i jednocześnie wzmocnienia jej pozycji przez poskromienie decentralizacyjnych aktywności szlachty (zwłaszcza w krajach takich, jak Rzeczpospolita czy Węgry). Wektor oświecenia w tej części Europy był zatem odwrotny niż w przypadku zbliżonego nurtu polityczno-filozoficznego we Francji. Co więcej, oświecenie, zwłaszcza w kontekście polskim, było epoką krótką, co wynikało z tego, że ideę wzmocnienia władzy państwowej (należącej do króla) szybko zdezaktualizowały rozbiory. W ich następstwie pojęcie „państwa” zastąpiono na długo pojęciem „ojczyzny”, które w oświeceniu zostało przesunięte do nowego układu znaczeń (ze sfery prywatnej – „ojcowizna”, do sfery publicznej) i zawierało w sobie immanentny postulat odrodzenia bytu politycznego, ukryty jednak za zasłoną określonej retoryki. Nie ma zatem przypadku w tym, że – przez odwrócenie – nurty romantyczne (liczba mnoga jest tu zasadna) w tej części Europy cechowały szczególna trwałość i szczególne znaczenie. Wszak ostatni żyjący romantycy pochodzenia polskiego swe manifesty wydawali jeszcze w latach 70. XIX w., a zatem w okresie, gdy różne idee „naukowe” śmiało wkroczyły już do życia politycznego, a rozmaite święte hufce i legiony, wdrukowane w krajobraz romantycznej Europy lat 30. i 40., były już coraz odleglejszym wspomnieniem.
Romantyzm, ze swym kultem czynu, sprzyjał utrzymaniu statusu państwa jako niezakorzenionego w wyobraźni politycznej Europy Środkowo-Wschodniej. Romantyczne sposoby myślenia jako takie stały bowiem w jawnej sprzeczności z postulatami godzenia tego, co partykularne w ramach jakiejś obiektywności – choć wydaje się to warunkiem sine qua non myślenia o nowoczesnym państwie. Tymczasem romantyzm przede wszystkim uwznioślił lokalne różnorodności, stawiając na snucie opowieści o folklorze i o odrębnych drogach poszczególnych ludów-narodów9.
Należy tu jednak unikać wylewania dziecka z kąpielą. Romantyzm, jak każda epoka, zawierał także wiele elementów odziedziczonych po poprzedniczce – i to mimo (deklarowanego) całościowego odrzucenia światopoglądu oświeceniowego. Romantyczny bohater to przecież dziedzic oświeceniowego żołnierza, gotowego ponieść śmierć w imię obrony republiki.
Romantyzm ze swym kultem dzikości, naturalności i folkloru szukał wyjścia poza to, co klasyczne, umocowane w prawie pozytywnym czy w instytucjach. Państwo było w romantyzmie traktowane przede wszystkim jako epifenomen aktywności klas ludowych, jako narzędzie działające w ich imieniu. Zatem to lud, utożsamiany przede wszystkim z chłopstwem, znajdował się w centrum zainteresowania działaczy i myślicieli epoki. Nie bez powodu właśnie wtedy ukuty został termin „ludowiec”, który wkrótce stał się etykietą dla uczestników jednego z najważniejszych nowoczesnych nurtów politycznych w Polsce.
Istniała jednak przestrzeń, w której dążenia do wyemancypowania ludu zbiegały się z nieśmiałą, ale w środkowo- i wschodnioeuropejskim kontekście znaczącą refleksją na temat państwa. Tego miejsca wspólnego nie tworzyła utopia, ponieważ mimo istnienia romantycznych projektów o charakterze utopijnym ich autorzy kładli nacisk przede wszystkim na kwestie wyzwolenia moralnego oraz uwznioślali sam czyn i dokonujące go klasy (albo stany), mniej uwagi poświęcając projektowaniu przyszłego ustroju. Mam tu zatem na myśli kwestię organizacji przyszłego powstania, która otwierała możliwość refleksji na temat państwa.
Rzecz jasna, rdzeniem powstania miały być klasy ludowe. Niemniej, sporo miejsca w publicystyce i różnego typu rozważaniach zajmowała kwestia instytucji powstańczych. Część teoretyków powstania, jak np. Henryk Kamieński czy Karol Stolzman, kładła nacisk przede wszystkim na zdecentralizowany charakter przyszłej wojny o niepodległość Polski. Władza w okresie wojennej zawieruchy miała ich zdaniem należeć do lokalnych oddziałów powstańczych i do tworzonych ad hoc instytucji, takich jak rozmaite kluby wojenne czy rewolucyjne. W omawianym tu okresie najistotniejszy wkład w polską refleksję na temat państwa wniosło bez wątpienia Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Była to jedna z najznaczniejszych polskich organizacji politycznych w XIX w. (działająca od 1832 do 1862 r.). Optowała ona za dyktatorską organizacją władzy powstańczej i dużo miejsca poświęciła refleksji nad pożądanym kształtem przyszłego rządu i organizacją władzy. W publicystyce TDP widać jednak wyraźnie ową dwoistość rozumienia pojęcia „państwo”, na którą wskazałem przytaczając fragmenty haseł słownikowych z 1764 i 1811 r.
Tak więc „państwo” w publicystyce TDP w latach 40. XIX w. pojawiało się nieraz jako synonim szlachty. Znaleźć jednak można również wskazania, że „demokracja” – rozumiana jako pewna kategoria politycznej identyfikacji, określony nurt polityczny, a nie jako forma ustroju – nie chce burzyć, aby burzyć, ale aby budować, aby postawić państwo, które by przerwaną swoją cywilizacyjną misję rozpoczęło na powrót. Nieco dalej wskazano nawet na funkcję państwa, o której wspominałem kilka akapitów wcześniej – godzenie partykularyzmów: W państwie istniejącym, mającym byt niepodległy, o to postarać się przede wszystkim należy, ażeby interesy dawne ustępowały miejsca bez zamieszania interesom nowym10. Obecność tego rodzaju przekonań w publicystyce demokratycznej, lewicującej organizacji, aktywnej głównie we Francji i w Wielkiej Brytanii, nie oznacza oczywiście, że utrzymane w takim tonie refleksje już w połowie XIX w. zajęły centralne miejsce w polskiej myśli politycznej. Niemniej ich istnienie wskazywało na pewną potencjalność i otwierało pola dalszym rozważaniom przedmiotu.
Bywaliśmy nowocześni
Problem z państwem mieli także myśliciele par excellence nowocześni. Symptomatycznym przykładem jest tu polski nacjonalizm. Nurt ten, rodząc się w warunkach braku niepodległego państwa, przechował odziedziczoną po wcześniejszych czasach dwoistość, naród i państwo traktując wyraźnie jako byty odrębne. Jego pozycja jest zatem zupełnie inna niż nacjonalizmu zachodnioeuropejskiego. Ten ostatni, zrodzony wraz z demokracją (albo wraz z walką o demokratyzację), ma całkowicie inny charakter niż środkowo- czy wschodnioeuropejski, i tylko w niektórych sytuacjach historycznych przeradza się w prąd jawnie antydemokratyczny. Nacjonalizm w Europie Środkowej i Wschodniej natomiast, z powodu braku istnienia niepodległych państw w okresie kształtowania świadomości narodowych, musiał oprzeć się na dużych grupach społecznych i zarazem występować przeciwko lokalnym instytucjom (np. walka Słowaków z madziaryzacją czy Polaków z germanizacją). Działając w realiach mozaiki narodowościowej i religijnej, nacjonaliści (zwłaszcza polscy) opierali się przede wszystkim na mieszczaństwie, któremu obiecali emancypację, drogi do niej upatrując przede wszystkim w „odbiciu” handlu z rąk niemieckich i żydowskich. Po raz kolejny zatem wektor przemian, inaczej niż w Europie Zachodniej, nie wiódł od buntu przeciwko państwu do społeczeństwa obywatelskiego, ale raczej od powstania społeczeństwa obywatelskiego do państwa.
W ramach refleksji w takiej dziedzinie, jak genealogia państwa w polskiej (ale także środkowo- i wschodnioeuropejskiej) myśli politycznej, nie można pominąć postaci, która jak w soczewce skupiła w sobie wszystkie dobrodziejstwa i ambiwalencje peryferyjnego stanu rzeczy. Mam tu na myśli Edwarda Abramowskiego. Wiąże się z nim kilka paradoksów. Przede wszystkim, jak mniemam, jego kooperatystyczne idee mają znacznie dłuższą genealogię, niż zwykło się sądzić. W tym sensie, moim zdaniem, opracowania na temat historii idei polskiego kooperatyzmu warto byłoby zaczynać od oświecenia i romantyzmu, w których elementy tej idei były obecne pod różnymi postaciami11. Abramowski więc bazował na przekonaniach obecnych już w pewnym kształcie w debacie publicznej i w zbiorowych wyobrażeniach, aczkolwiek na nowo je skonfigurował, nadał im nowe sensy, wreszcie – umieścił w nowym kontekście, zabierając głos w debatach u progu XX w.
Co najistotniejsze dla prowadzonych tu rozważań, Abramowski myślał o państwie w sposób pełen zawirowań i paradoksów. Z jednej strony ukuł wizję Respubliki Kooperatywnej, która – ponownie – miała powstać jako rezultat działania społeczeństwa obywatelskiego. Z drugiej jednak strony afirmował sprawczość ludu, nie mając zaufania do oficjalnych instytucji państwa. Fakt, że – jak wskazał Stefan Żeromski w „Przedwiośniu” – idee myśliciela etykietowanego nieraz jako anarchista, mogły być realizowane w ramach niepodległego państwa, to kolejny z paradoksów opowiadanej tu historii.
Krótki okres oświecenia, pewne wątki romantycznej myśli politycznej i elementy ideologii nowoczesnych stronnictw politycznych w niniejszych rozważaniach można postawić na jednej szali z okresem PRL. Niewątpliwie w okresie 1945–1989 wszelkie blaski i cienie projektowania nowoczesnego państwa na peryferiach uległy znacznemu, niespotykanemu wcześniej wyostrzeniu. PRL był projektem, który w każdym niemal aspekcie zapowiadał modernizację i awans społeczny setek tysięcy ludzi. Jednak w ostatecznym rozrachunku Polska Ludowa w wydaniu powojennym odeszła daleko od wizji ludowych Polsk, snutych na obszarze polskich refleksji politycznych przynajmniej od lat 30. XIX w. Wizje te częstokroć były oparte na schemacie, zgodnie z którym Polska Ludowa to nie tyle państwowość, ile opozycyjna do „Polski szlacheckiej” mglista wizja organizacji życia społecznego prowadzonego w oparciu o duże grupy społeczne (chłopstwo, robotników, inteligencję pracującą). Polska Ludowa po 1945 r. rzeczywiście odcięła dawnej szlachetczyźnie możliwość wpływania na główny nurt polskiego życia publicznego. Odebrała jednak taką możliwość również wielu innym grupom społecznym.
Nie podzielam, co prawda, jednostronnej wizji Andrzeja Ledera, w myśl której to nowi zaborcy – III Rzesza i ZSRR – okazali się głównymi siłami modernizacyjnymi przybliżającymi nadejście polskiej nowoczesności12. Leder, co wielokrotnie mu zarzucano, całkowicie bowiem pomija tradycje polskich działaczy i organizacji prospołecznych, a także pomija sprawczość klas ludowych w procesie dziejowym. Niemniej, rzecz jasna, zjawiska takie, jak przerost instytucji państwa i absurdalnych regulacji czy głęboki deficyt demokracji w PRL są na tyle dobrze rozpoznane, że chyba nie trzeba na ich rzecz dodatkowo argumentować. W ten sposób PRL, mimo potencjału i nadziei, ponownie zepchnął polską myśl państwową na peryferia, otwierając z jednej strony drogę neoliberalizmowi, z drugiej zaś – nacjonalizmowi w wydaniu ONR-owskim (stara endecja była wszak w niektórych momentach wyczulona na problemy instytucji państwa czy demokracji). Byliśmy nowocześni zbyt krótko, by zaspokoić zbiorowe aspiracje, i zbyt długo, by – po spektakularnej klęsce – na nowo spleść zbiorowe marzenia z aktywnym państwem, które może pomóc je zrealizować.
Etatyzm potrzebny od zaraz
Te właśnie marzenia, pozostałe na zgliszczach projektu nowoczesnego państwa polskiego, wiążą się obecnie z projektami politycznymi, które oznaczają w istocie powrót do stanu rzeczy z czasów, gdy państwo było zewnętrzną, nieoswojoną realnością. Nie chodzi tu nawet o okresowe przywiązanie wyborców do tej czy innej partii ani o medialną widzialność tego czy owego środowiska. Zmiana dokonuje się przede wszystkim pod powierzchnią punktowych wydarzeń i poza zasięgiem medialnych mikrofonów czy kamer. Jest to w zasadzie sytuacja schizofreniczno-przedrewolucyjna: mobilizacja środowisk antypaństwowych, które obudowują się instytucjami i wybijają sobie miejsce w przestrzeni publicznej, odbywa się w warunkach, w jakich nowoczesne państwo nigdy na dłużej nie zaistniało, nie zaprezentowało swoich wszystkich możliwości emancypacyjnych i modernizacyjnych.
Ilustracją tego stanu rzeczy jest choćby znaczne nasycenie życia politycznego nachalnym zarządzaniem zbiorową pamięcią („polityka historyczna” to dziwny termin, którego świadomie unikam). Sytuację tę można oczywiście próbować opisać w ramach banalnych twierdzeń o wrodzonej potrzebie rytualizacji czy przywiązaniu „natury ludzkiej” do symboli. W swojej analizie chcę jednak uniknąć osunięcia się w banał i proponuję zupełnie inne wyjaśnienie fenomenu popularności rozmaitych grup rekonstrukcyjnych czy obsesyjnego kultywowania historii bitew i wojen. Sądzę, że zjawiska te dają się opisać w ramach prowadzonej tu genealogii państwa w perspektywie długiego trwania. Wynikają bowiem z faktu, że wyobraźnia polityczna w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej kształtowała się przez wiele lat przede wszystkim w ramach rozważania możliwości przełamania danej sytuacji zbiorowym czynem. Środowiska demokratyczne (w XIX w.) i socjalistyczne (w XX w.) próbowały łączyć utopię czynu z rozwijaniem wizji państwa w okresie pokoju. Niemniej to właśnie utopia czynu okazała się zdolna do kreowania zbiorowych emocji i kategorii tożsamościowych. Stąd kult rozmaitych stanów wyjątkowych, opisywanych za pomocą prostych kategorii narodowościowych, jest czymś, co ostatecznie blokuje myśl państwową, a zarazem tworzy przestrzeń dla nacjonalizmu (w jego środkowo- i wschodnioeuropejskiej, a zatem plemienno-etnicznej, odsłonie) i różnego typu „wolnościowych” narracji, łączących zazwyczaj autorytaryzm z libertarianizmem.
Z przeprowadzonej tu genealogii państwa można wywieść także zupełnie inną konfigurację tej strony sceny politycznej, której marzy się państwo jako sprawna i obiektywna instytucja, aktywnie organizująca życie społeczno-gospodarcze. Jak sądzę, po tej stronie ulokować można zarówno etatystów (obecnych i w obozie rządzącym, i po stronie opozycji), jak i socjaldemokratów, ale także, co pewnie zabrzmi paradoksalnie, anarchistów.
Zgadzam się więc z Jarosławem Tomasiewiczem, który w jednym ze swych tekstów przedstawił tezę, jakoby nawet współcześni polscy anarchiści, podnosząc postulaty lokatorskie czy pracownicze, w istocie tkwili na pozycjach socjaldemokratycznych. Oznacza to, że anarchiści de facto domagają się aktywniejszej roli państwa, choć zarazem proponują w miejsce jego niedomagań instytucje samopomocowe. Jednocześnie jednak, wraz z owym „etatyzowaniem” anarchizmu, można zaobserwować postępujący proces „państwowej apostazji” środowisk prawicowych, które coraz chętniej przejmują dyskurs „wolnościowy”, otwarcie deklarując niechęć do państwa jako instytucji organizującej życie społeczne i działającej w interesie dobra wspólnego13. W ten sposób struktury długiego trwania, zakorzenione w ramach wyobraźni politycznej polskiego społeczeństwa, ale także w pojęciowości (do dziś mówimy: „państwo Kowalscy”, mając na myśli panią i pana Kowalskich), gdy zostaną precyzyjnie zlokalizowane i zanalizowane, prowadzą do całkowitej rekonfiguracji pola politycznego i rozpisania stawek na nowo. Stawek, w których nic nie jest jeszcze przesądzone.
Kończąc, chciałbym podkreślić, że jak najdalszy jestem od naiwnego zapatrzenia w Europę Zachodnią jako wzorzec rozwojowy. Nie było więc moją intencją przypisywanie interpretowanym zjawiskom historycznym cech pozytywnych czy negatywnych. Chodziło mi raczej o zmierzenie się z rezultatami odrębnej drogi rozwojowej Europy Środkowo-Wschodniej i jej wpływem na polskie myślenie o państwie. Państwie, któremu zdecydowanie potrzeba ostatecznego zerwania więzów ze szlachecką pańskością i co najmniej kilkunastu lat etatystycznej reanimacji.
Przypisy:
- R. Koselleck, Miniona przyszłość wczesnej nowożytności, w idem, Semantyka historyczna, Poznań 2001, s. 56–57.
- J. Duraj, M. Moskalewicz, Krytyka i kryzys: diagnoza choroby w stadium terminalnym, w R. Koselleck, Krytyka i kryzys: studium patogenezy świata mieszczańskiego, Warszawa 2015, s. 22–23.
- J. Sowa, Fantomowe ciało króla: peryferyjne zmagania z nowoczesną formą, Kraków 2011, s. 236–240.
- A. de Tocqueville, Dawny ustrój i rewolucja, Warszawa 1970, s. 207–215.
- B. Baczko, Człowiek i światopoglądy, Warszawa 1965, s. 14–19.
- M.A. Troc, Nowy dykcyonarz to iest Mownik polsko-niemiecko-francuski: z przydatkiem przysłów potocznych, przestrog gramatycznych, lekarskich, matematycznych, fortyfikacyynych, żeglaskich [!], łowczych i inszym naukom przyzwoitych wyrazow, t. 3, Lipsk 1764, s. 1323.
- S.B. Linde, Słownik języka polskiego, t. II, cz. II, Warszawa 1811, s. 627–628.
- B. Trencsenyi, M. Janowski, M. Baár, M. Kopecek, M. Falina, A History of Modern Political Thought in East Central Europe. Volume I: Negotiating Modernity in the „Long Nineteenth Century”, Oxford 2016, s. 54–55.
- M. Janowski, „Multiple Sonderwegs”: The Specificity of Historical Development of East Central Europe in the Nineteenth and Twentieth Century (Introductory Remarks), „Acta Poloniae Historica” 2015, vol. 111, no. 5, s. 8.
- „Demokrata Polski”, 2.08.1845, s. 13–14.
- Pisałem o tym: P. Kuligowski, Eutopia na zgliszczach. Kierunki rozwoju idei polskiego kooperatyzmu w XIX wieku, „Historia i Polityka” 2016, nr 15 (22), s. 81–99.
- A. Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Warszawa 2014.
- J. Tomasiewicz, Studia z dziejów, współczesności i przyszłości polskiego anarchizmu, „Inny świat. Kwartalnik anarchistyczny” 2012, nr 2 (37), s. 63–64.
przez Olga Drenda | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Muzyka tradycyjna znów się podoba, znów ciekawi. Piszę te słowa w szczycie sezonu wakacyjnego, dwa lata po Roku Kolberga: zaraz hipsterska publiczność pod sceną katowickiego Off Festivalu będzie tańczyć przy mazurkach tria Janusza Prusinowskiego, w całym kraju co chwilę odbywają się tabory taneczne, potańcówki, warsztaty, a młodsi pilnie podsłuchują wiekowych mistrzów śpiewu i tańca. Telewizja publiczna nadaje cykl programów „Dzika Muzyka”, w których reporterzy wędrują po kraju i odwiedzają lokalnych artystów. W leżącym na moim biurku ostatnim numerze „Gazety Magnetofonowej”, magazynie poświęconym wyłącznie polskiej muzyce, znajdziemy artykuły o harmonistce z Radomszczyzny Wiesławie Gromadzkiej, nowej muzyce polskich Romów i… królu pocztówek dźwiękowych, polonijnym gwiazdorze Małym Władziu. Wydawałoby się, że nigdy zainteresowanie tego typu muzyką nie było aż tak duże – i to właśnie w jej najbardziej autentycznej wersji, nie tej kuratorowanej przez ekspertów z miasta. Tak jakby pojawiła się szansa na porzucenie wieloletniego bagażu i docenienie muzyki samej w sobie. Ale kto gra dziś oberki i mazurki i kto do nich tańczy? Fascynaci-etnomuzykolodzy, wiejscy neofici tęskniący za sielskim życiem czy sami lokalsi, odkrywający na nowo kulturę swoich okolic?
Kłopot zaczyna się już na poziomie nazewnictwa, którego używamy. Problemy z „kulturą korzeni” to rzecz znana każdemu etnografowi, nawet hobbyście – przede wszystkim ze względu na wiele wyobrażeń i klisz, jakie nawarstwiły się na tym zjawisku. Jest tak bowiem z kulturą ludową, że wielu chciałoby ją sobie wyczarować według własnych scenariuszy. Polska nie różni się tu wiele od Stanów Zjednoczonych, gdzie podobne mitologie zbudowali wokół bluesa biali kolekcjonerzy nagrań (o czym świetnie pisze Marybeth Hamilton w „In Search of the Blues”). Rozmaici ideologowie lubią się wysługiwać wsią, widząc w niej a to rezerwat szlachetnych dzikich, a to zdrój krzepy narodowej. W każdym przypadku jest to pielęgnowanie własnych wyobrażeń i odbieranie głosu samym mieszkańcom, zabawa w rzecznika prasowego bez pytania zainteresowanych o zdanie. Chłopoman chciałby, żeby wieś była na zawsze błoga i naiwna, siedziała w piwnicy jak Kaspar Hauser bez pojęcia o świecie. Jest chyba jakiś nieusuwalny kłopot z polskim pisaniem o wsi. Trudno podjąć ten temat, by nie wpaść w którąś z żłobionych od dziesięcioleci kolein. Pułapek jest wiele: a to mitologizacja, a to epatowanie naturalizmem, a to protekcjonalne poklepywanie, czy wreszcie romantyczno-młodopolskie uwielbienie prostego ludu – pisał Dobrosław Kot na łamach „Znaku”, przyznając się uczciwie do bezradności badacza, pisarza, działacza, któremu mimo najlepszych intencji może powinąć się noga.
Na kulturze wiejskiej, w tym muzyce, przez dziesięciolecia – już od XIX w. – przeprowadzano etnograficzne eksperymenty, modelując ją zgodnie z obowiązującą aktualnie wykładnią. W czasach PRL promowano folklor – stylizowany, uładzony ku ozdobie oficjalnych uroczystości, przypominający sielankową pocztówkę. Zespoły pieśni i tańca wykonywały repertuar brzmiący ludowo, ale pisany od nowa przez kompozytorów. Jednocześnie trwała autentyczna muzyka wsi, ale zmieniała się samorzutnie, przede wszystkim od kiedy do domów zawitały radia; obok oberków w repertuarze muzykantów pojawiały się fokstroty i tanga o miejskim rodowodzie. W czasach, gdy melodie stylizowane na ludowe zaczęli grać No To Co i Czesław Niemen przyodziani w haftowane koszule, na weselach pojawiły się przeboje z radia i z obiegu pocztówkowego (jak słynny „Biały Miś”, pierwotnie bigbitowy, który na dancingi i do remiz trafił z pewnego studia nagraniowego w Trójmieście), a do dawnej muzyki tańczyć już nie chciano. Skrzypce i basy odłożono w kąt.
Długie odnajdywanie
W roku 1979 wsie Mazowsza i Lubelszczyzny zaczął przemierzać z magnetofonem etnograf i malarz Andrzej Bieńkowski. Podobnie jak fotografka Zofia Rydet, która mniej więcej równocześnie rozpoczęła pracę nad swoim „Zapisem Socjologicznym”, również i on zorientował się, że pewien świat znika i z jego rejestracją trzeba się pospieszyć. Na pewno nie była to, jak mówi Bieńkowski, wyobrażona „wiejska Atlantyda”, odcięta od szerszych kontekstów. Dobrze widać to na niektórych zdjęciach Rydet, która uchwyciła, jak stara scenografia wypełnia się nowszą treścią, jak w chacie obok skrzyni i pieca chlebowego stoi regał na wysoki połysk, a ściany zdobią nie tylko religijne oleodruki, ale i plakaty modnego w latach 70. szansonisty Adriano Celentano czy portret prezydenta Kennedy’ego, zapewne prezent od krewnego-emigranta. A muzykantów, którzy grali na weselach w tradycyjnym składzie, żyło już coraz mniej.
Lata 50. i 60. wyznaczają cezurę dla spójnego repertuaru tradycyjnego. To za sprawą upowszechnienia się radia – mówi Antoni Beksiak, znawca muzyki tradycyjnej, współzałożyciel Stowarzyszenia Dom Tańca. – Wcześniej, jeszcze w latach 30., „nutowcy” wprowadzali do obiegu melodie miejskie zasłyszane na jarmarkach, które potem nieczytający nut muzykanci powtarzali ze słuchu. Zaraz po wojnie popularne były zespoły akordeonowe, które grały repertuar opracowany – tanga milonga, oberki wilanowskie – tłumaczy.
Olbrzymia liczba nagrań z początku XX w. zaginęła w czasie wojny. Po 1945 r. Instytut Sztuki PAN, świadom szybko postępujących zmian, prowadził nagrania terenowe na wsi. Cenne zasoby można znaleźć również w archiwach radiowych, jednak stanowią one przykład starszego myślenia o muzyce wiejskiej. Nacisk kładziono w nim na repertuar, charakterystyczne cechy regionalne, regularności i podobieństwa, a nie na wykonawstwo i styl danego muzyka. Takie podejście sprawiało, że nagrania archiwalne są często krótkie, trwają po kilkanaście sekund. Z kolei wydawnictwa płytowe z okresu PRL mają zazwyczaj kompilacyjny, przekrojowy charakter, a pocztówki dźwiękowe zawierają folklor stylizowany. Wydawałoby się, że oddolność mody pocztówkowej – bo mikrostudia nagraniowe często mieściły się w garażu czy szopie – sprzyjała amatorskim rejestracjom muzyki lokalnej, ale w praktyce okazuje się, że zwykle pocztówki zawierają kopie importowanych z Ameryki polek lub standard typu „Murka” w wykonaniu, dajmy na to, Zespołu Ludowego z Pysznicy. – Istnieje taki zbiór nagrań z Biskupizny, właśnie na pocztówkach, ale muzyka autentyczna rzadko trafiała na płyty. Nawet przed wojną, w czasach Syrena Rekord, woleli folklor stylizowany – wyjaśnia Antoni Beksiak.
Etnomuzykolodzy od połowy lat 70. zaczęli interesować się indywidualną praktyką wykonawczą muzyki wiejskiej (np. Piotr Dahlig, który wydał „Ludową praktykę muzyczną” w 1983 r.), jednak najmocniej dotychczasową perspektywę zmienił Andrzej Bieńkowski ze swoją „Muzyką Odnalezioną”. Jego metodą było nawiązywanie przyjaźni z wiejskimi muzykantami, co często wymagało długotrwałego przełamywania muru nieufności wobec gościa, który z jakiejś przyczyny wypytywał o melodie, jakich wówczas nikt na wsi nie chciał słuchać. Wiekowi artyści zazwyczaj już wtedy nie grywali i prowadzili zwyczajne życie gospodarza. Ich miejsce na tanecznych deskach zajmowali młodzi, którym muzyka dziadków nie podobała się wcale. Gdy jednak udawało się namówić muzyka, aby sięgnął po dawno schowane gdzieś w kąt skrzypce czy harmonię, obie strony reagowały z entuzjazmem. Muzykanci zatracali się w transowych melodiach, a Bieńkowski rejestrował wielogodzinne nagrania. Tak rozpoczęła się ogólnopolska sława Kazimierza Meto czy Jana Gacy. Ten nurt, w którym zamiast anonimowej „muzyki ludowej” słuchano stylu konkretnego wykonawcy, i to w niezmienionej formie (in crudo), kontynuował też działający od lat 90. Dom Tańca. Zainspirowani podobnymi działaniami na Węgrzech, zaczęli organizować tabory – imprezy, podczas których tańczono, słuchano i uczono się śpiewu i gry.
Domy Tańca zaistniały w niemal pustej przestrzeni. Lata 90. nie były dobrym okresem dla tego typu zainteresowań. – Przymiotnik „polski” stał się wtedy pejoratywny, nie mówiąc już o wiejskości. To kojarzyło się w powszechnym odbiorze źle. Byliśmy bandą odszczepieńców. Muzyka tradycyjna nie interesowała nikogo. Andrzej Bieńkowski wspominał, jak jeszcze w latach 80. zaprosił kapelę Metów na wernisaż z mnóstwem przedstawicieli ówczesnej „Solidarności”. Trafił na mur niezrozumienia i wrogości – wspomina Antoni Beksiak. – Liczyła się co najwyżej muzyka góralska.
Faktycznie, podhalańskie melodie traktowano wówczas jako rodzimy ornament w stylu folk music, który przyklejano do rozmaitych stylów popularnych. Zespół Trebunie-Tutki nagrywał z Jamajczykami z Twinkle Brothers, góralszczyzna pojawiała się w dyskotece i w doszlifowanym produkcyjnie popie dla yuppies. – Górale pełnili rolę szlachetnego dzikusa. Wylansowany w międzywojniu model wypełnił lukę w powszechnej świadomości. A przecież to tradycja relatywnie mało podobna do kultury pozostałych rejonów Polski, ze względu jej na zderzenie z kulturą wołoską – muzycznie bliżej z Tatr na Węgry niż na Mazowsze. Ale tak działa tzw. folk, czyli, według definicji prof. Czekanowskiej, bezpieczna równowaga między bliskością a egzotyką. Wieś była zawstydzająca, folk w zderzeniu z muzyką świata czy popem oswojony – wyjaśnia Antoni Beksiak.
Sacrum i profanum
Na wsi królowała za to wówczas dyskoteka, zwłaszcza disco polo – konglomerat włoskiego italo disco, sentymentalnych melodii rodem z „Koncertu Życzeń”, śpiewnika harcersko-rajdowego i niegrzecznych przyśpiewek biesiadnych – muzyka na pewno popularna i ludyczna, ale nie ludowa w sensie formy.
Stare tradycje trwały przede wszystkim w muzyce religijnej. – W latach 90. muzyka wiejska była nadal żywo pamiętana, ale już nieżywa w sensie społecznym w dawnych formach, które stanowiły jej rację bytu. Oczywiście wyjątkiem są tu częściowo polskie Karpaty. W swoim naturalnym kontekście były praktykowane wtedy (i tak gdzieniegdzie jest do dzisiaj) jedynie pieśni pogrzebowe i zaduszne oraz inne tradycyjne religijne pieśni i śpiewy pozaliturgiczne czy pozakościelne, które dokumentowałem wtedy i wydałem później na płytach – wspomina Remigiusz Mazur-Hanaj, etnograf, muzyk (m.in. Księżyc), również współtwórca Domu Tańca. Dziś to te pieśni z kolei zanikły niemal całkowicie; stało się tak na skutek szybkich zmian w obyczajach pogrzebowych, bo obecnie już rzadko ostatnie pożegnanie jest obrzędem angażującym całą społeczność sąsiedzką. Współcześnie tradycję tę podtrzymuje i popularyzuje poeta i śpiewak (również pogrzebowy) Adam Strug. Zbiór pieśni praktykowanych jeszcze wśród starszego pokolenia mieszkańców okolic Węgrowa i Sokołowa Podlaskiego wydała również etnolożka Anna Jurkiewicz.
Co ciekawe, tematyka wiejskiej pieśni religijnej interesuje dzisiaj często osoby świeckie i nawet niekoniecznie gorliwie wierzące. – Dla większości duszpasterzy są to sprawy obojętne i dotyczą raczej elit wśród duchowieństwa, bardziej zakonników (np. dominikanów) niż kleru diecezjalnego, który wespół z organistami jest raczej odpowiedzialny za rugowanie przez dziesiątki lat dawnego repertuaru, stylu i praktyk wykonawczych niż za ich ochronę. Na pewno poszerzyła się znacznie wrażliwość na ten wymiar muzycznych tradycji wśród ludzi niezwiązanych z Kościołem czy nawet od niego dalekich – mówi Mazur-Hanaj.
Zapiski Bieńkowskiego, zebrane przez niego w kilku książkach, ujawniają trudności w budowaniu porozumień między wsią a miastem. Warunki życia (w latach 80. i 90. często dojmująco złe, tym bardziej, gdy mówimy o ludziach starszych, już za słabych, żeby trzymać w ryzach całe gospodarstwo) to z jednej strony codzienność, do której człowiek się przyzwyczaja, a z drugiej – coś, co jednak peszy i powoduje dyskomfort. Do najbardziej poruszających fragmentów należą te, w których muzykant prosi, żeby nie pisać o tym, że pasie krowy czy że jego dom jest biedny, bo sąsiedzi będą się z niego śmiać – albo te, w których muzycy konfrontują się pierwszy raz ze swoim obrazem w telewizji i czują się zawstydzeni swoim wyglądem, bo byli przekonani, że magia ekranu zmienia każdego w eleganckiego spikera. Coś, co dla widza i słuchacza z miasta jest bezcennym dokumentem i fascynującą wyprawą, uczestnika przedsięwzięcia może uwierać i boleć.
Sprzeczne oczekiwania, jakimi kierowano się wobec muzykantów wiejskich, były dla nich z kolei dezorientujące. – Ruch profesjonalizacji muzyki wiejskiej, zespoły grające pod nadzorem instruktorów z Warszawy, miał wielkie znaczenie dla ewolucji muzyki na wsi. Podobnie muzyka stylizowana, obecna w mediach. Reprezentanci starej tradycji często mieli poczucie zdezorientowania, nie wiedzieli, czego badacz od nich w ogóle oczekuje. Byli zaskoczeni, że ktoś chce słuchać starej muzyki, tej, w której czuli się najlepiej. Z drugiej strony – na pewno mieli poczucie, że ich świat muzyczny jest niezrozumiały dla ludzi z miasta. Pomimo wciąż silnie obecnej hierarchii, poczucia, że „ci z miasta” są ważniejsi, jest element własnej racji: „co ja mu będę grał, jak on tego nie zrozumie”! Jakby mieli tłumaczyć kosmicie – wyjaśnia Antoni Beksiak. – Dystans kulturowy jest ogromny. Muzyka mazurkowa nie ma nic wspólnego z dzisiejszą muzyką popularną, nie ma tu ciągłości i żadna polka music w Stanach tego nie załatwia. Badacz stawał wobec czegoś równie egzotycznego dźwiękowo jak muzyka afrykańska, choć substrat tej ostatniej jest bardziej obecny w popkulturze niż muzyki mazurkowej.
Ze wsi do miasta i z powrotem
Lata działalności ruchu in crudo zaowocowały przybliżeniem muzyki Mazowsza, Radomskiego, Kieleckiego, Lubelskiego, Sieradzkiego, Łęczyckiego czy Wielkopolski szerszej publiczności, zgromadzeniem nagrań wydanych na wielu płytach i regularnymi wydarzeniami, które zaczęły stopniowo przyciągać miejscową publiczność, nie tylko przybyszów. W pewnym momencie ruch zaczął ewoluować. Jak w latach 1995–2008 koryfeusze ruchu in crudo czy ruchu domów tańca kładli nacisk na kontakt osobisty ze spadkobiercami i praktykami dawnej kultury wiejskiej, na poznanie i przyswojenie sobie tej muzyki w formach bliskich oryginałowi i niestylizowanych, tak w ostatnich latach coraz silniejsze jest zjawisko pośredniego poznawania (np. przez nagrania czy warsztaty u pośredników miejskich) oraz autorskiego jej traktowania i aplikowania w szersze całości estetyczne – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj.
Takim zjawiskiem jest zapewne „powrót [na scenie] do źródeł” z pogranicza muzyki alternatywnej, eksperymentalnej i popularnej. Jeszcze w latach 90., w okresie ekspansji world music, tej przyjemnej ścieżki dźwiękowej do globalnej wioski, której symbolem na krajowym gruncie stały się nagrania Kayah z Goranem Bregoviciem i góralskie reggae, grupa artystów zwróciła się ku niemodnej „muzyce korzeni”, poszukując jej śladów w Polsce, czasem jadąc dalej na Wschód. Stąd reaktywacja archaicznego instrumentarium (liry korbowe, suki biłgorajskie) czy śpiewu białego. Tak czynili Atman/Karpaty Magiczne, Księżyc i inni muzycy spod znaku tajemniczej wytwórni Obuh. Czasami, na wzór brytyjskich i irlandzkich grup z lat 70. i 80., jak The Pogues, Levellers czy New Model Army, dziedzictwo chłopskie staje się częścią repozytorium punkowego, nośnikiem treści emancypacji i buntu. W Polsce najwyraźniej widać to na przykładzie R.U.T.Y
(tu punkowy czad towarzyszy antypańszczyźnianym tekstom z antologii „Jabłoneczka” Juliana Przybosia), Pochwalonych czy Samych Suk, ale też u Hańby!
Ta ostatnia grupa gra punka na instrumentach typowych dla kapel podwórkowych z lat 30. To również jeden z przykładów zainteresowania tzw. folklorem miejskim, który przed laty dokumentowali Janusz Dunin czy Bronisław Wieczorkiewicz. W ostatnim czasie pojawiły się bowiem grupy, które reaktywują tego rodzaju stylistykę w wierny sposób (Warszawskie Combo Taneczne i inni) – i tak oto, meandrując i krążąc, muzyczne fenomeny wędrują ze wsi do miasta i na odwrót. Wydaje się, że w 2016 r. jesteśmy na etapie odkrywania na nowo muzyki okresu przejściowego, kiedy brzmienia miejskie i wiejskie przenikały się nawzajem. – Dzisiaj większym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć szlagiery przedwojenne oraz składy dęte, na które „przekładano” starą muzykę oraz importowane przeboje począwszy od lat 50. (przykładem zespół Tęgie Chłopy) – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj. Jednocześnie od czasu do czasu pojawiają się wciąż zjawiska spod znaku folk, w których – co charakterystyczne – w powierzchownie polski kostium przebiera się brzmienia typowe dla innych rejonów Europy. Popularna na początku XX w. grupa Brathanki pożyczała melodie z Węgier, Kayah i Bregovic grali po bałkańsku, kapela Enej wykonuje coś w rodzaju ska z ukraińską nutą i polskim tekstem. Modny przed kilku laty eurowizyjny hit „My Słowianie” powielał muzycznie i wizualnie schematy typowe dla bałkańskiego turbofolku. Przy tym często jest to przypadkowy kulturowy melanż odziany w łowickie paski – typowe world music, w którym „etniczność” oznacza tak naprawdę wszędzie i nigdzie.
Pozostaje pytanie: kto jest dzisiaj odbiorcą muzyki tradycyjnej? Wieś czy „miastowi”? Żyjemy w końcu w realiach, w których migrują i „słoiki”, i „mieszczuchy”, rozlewają się przedmieścia, a dyskoteka disco polo działa niemal przy krakowskim Rynku; granice ulegają coraz mocniejszemu zatarciu. Sama widzę to na plakatach, reklamujących w Katowicach imprezy taneczne z radomskim oberkiem. – Wzrost popularności wiejskich tradycji muzycznych w dużych miastach niewątpliwie ma związek głównie z powojennymi migracjami. Wnuki dawnych migrantów poszukują korzeni zerwanych przez ich dziadków i rodziców w toku tzw. awansu społecznego. Wieś jest już całkiem nieźle skomunikowana ze światem, osiedlają się na wsiach migranci z miast – coraz częściej więc zjawiska kulturowe przybierają tam charakter glokalny – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj. Dodaje też, że w regionach, w których tożsamość lokalna zaczyna się mocniej emancypować – na Kaszubach, Kurpiach, Podhalu, w Beskidzie Zachodnim i Wielkopolsce – miejscowe tradycje muzyczne przyswaja sobie na nowo chętnie słuchacz wiejski. Antoni Beksiak zwraca z kolei uwagę na polityczny wymiar zainteresowania muzyką wsi, którą ze względów emancypacyjnych czy tożsamościowych próbują „przytulić” różne stronnictwa. – Jest grupa słuchaczy prawicowych, którzy traktują tę muzykę jako wyraz tradycji polskiej, ale jest też podobna grupa mocno lewicowa, prochłopska – wyjaśnia.
Dosyć uniwersalnym zjawiskiem jest natomiast fakt, że wielu słuchaczy dociera do muzycznych zasobów wsi okrężną drogą. Zaczyna się od zainteresowania muzyką Rumunii czy Ukrainy, czasami nawet niby-średniowiecznym rockiem i metalem, po czym słuchacz uważniej nastawia uszu na to, jak brzmi Polska. Antoni Beksiak opowiada mi o Krzysztofie Polowczyku, jednym z najmłodszych dudziarzy w Polsce: Słuchał folk-metalu ze Skandynawii z dudami, szukał gdzieś daleko, po czym uświadomił sobie, że w jego wsi dudziarz mieszka trzy domy dalej i nawet słyszał go jako dziecko. Tak został pierwszym dudziarzem w swojej okolicy od wielu lat.
Krótki przewodnik po polskiej muzyce tradycyjnej dla laików i lajkoników – tłumaczy Remigiusz Mazur-Hanaj:
Mówi się, że muzyka wiejska jest „prosta”, ale jest to prostota nieco z innego świata, więc trudna. Niełatwo współczesnemu uchu usłyszeć tę muzykę z jej niuansami, trudno jest nauczyć się jej. Jej specyfikę łatwiej zrozumieć w otwartej „cage’owskiej” perspektywie. Dość powiedzieć, że niewielu chopinistów jest w stanie zagrać mazurki blisko tego, co słyszał, komponując je, Chopin.
Przede wszystkim trudno ją zapisać, należy do królestwa chwili, jest bardzo wariabilna. Praktycznie każdy gra ją inaczej, poza tym została ukształtowana przez wyobraźnię przeddur-mollową, obowiązywały w niej różne systemy tonalne, różne temperacje itp.
Muzykę polską (z wyłączeniem gór oraz tzw. Ziem Odzyskanych, Kaszub oraz wschodniego i południowo-wschodniego pogranicza) wyróżniają rytmy trójmiarowe, mazurkowe, które zresztą w XVII–XVIII wieku były modne w prawie całej Europie i najprawdopodobniej wtedy zakorzeniły się w wielu krajach, zwłaszcza skandynawskich.
Polską muzykę w jej dawniejszym wydaniu wyróżniała śpiewność, mnóstwo mazurków powstało ze śpiewu. Instrumentalna muzyka tradycyjna wraz ze śpiewem – styl grania i śpiewania, cechy tonalne, brzmienie, instrumenty, teksty – wszystko to razem z kontekstem kulturowym stanowiło coś w rodzaju kodu tożsamościowego, który w każdej wsi właściwie był nieco inny.
Poszczególne regiony wyróżnia popularność odmiennych instrumentów:
- Wielkopolska, Beskid Śląski i Żywiecki, kiedyś Podhale – dudy w różnych odmianach, zresztą kiedyś popularne na terenie całej Polski;
- we wszystkich regionach popularne były skrzypce, często z basami i/lub bębenkiem, dawniej instrumenty skrzypcopodobne, jak suka biłgorajska czy fidel płocka;
- na Podhalu, Spiszu, wśród Łemków, Bojków, Ukraińców, Żydów, Polaków na pograniczu południowo-wschodnim – dwoje lub troje skrzypiec;
- wśród Żydów, Polaków na Wileńszczyźnie i w Rzeszowskiem oraz wśród Ukraińców lubiane były cymbały;
- w XIX w. z orkiestr wojskowych, mieszczańskich, dworskich zaczęły przenikać na wieś w większej skali niektóre instrumenty dęte, najpierw klarnet, później puzon i trąbka. Od początku XX w. powstają orkiestry dęte;
- wtedy też rozpowszechnia się harmonia trzyrzędowa, a od II wojny – akordeon.