przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016, Wywiad - kwartalnik
– Wiem, że opowiadacie o tym już od dłuższego czasu, sam kiedyś was o to pytałem, ale raz jeszcze: skąd pomysł na film „Solidarność według kobiet”?
– Piotr Śliwowski: Marto, ze zdziwienia?
– Marta Dzido: Tak, ze zdziwienia. Była w nas niezgoda na to, że oficjalna historia „Solidarności” zamieniła się w breloczek z Wałęsą.
– P.Ś.: Było kilka wyzwalaczy, sytuacji, które sprawiały, że chwytaliśmy się za głowy. Marta pracowała przy filmie „Podziemne państwo kobiet”, robiła do niego zdjęcia. Pewnego dnia wróciła do domu i opowiedziała mi historię, którą usłyszała podczas nagrywania Małgorzaty Tarasiewicz, gdańskiej działaczki ruchu Wolność i Pokój. To była opowieść o losach Sekcji Kobiet, która powstała w ramach struktur NSZZ „Solidarność” w początkach III RP. Przedstawicielki tej sekcji zabrały głos w sprawie przepychanej wówczas przez prawicę i Kościół ustawy antyaborcyjnej. Ich zdanie szło pod prąd oficjalnego stanowiska związku. Marian Krzaklewski, ówczesny szef „Solidarności”, doprowadził do tego, że Sekcja Kobiet została rozwiązana.
Impulsem była także chęć wyjaśnienia historii napisu Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę, który podobno był namalowany gdzieś na stoczniowym murze.
– Dziś już wiemy, że takiego napisu najprawdopodobniej nie było.
– M.D.: Obejrzeliśmy tysiące zdjęć, rozmawialiśmy z różnymi osobami, które o tym pisały. Okazało się, że Agnieszka Graff cytowała Sławkę Walczewską powołującą się na kolejne źródła. Aż dotarliśmy do pisma polskiej opozycji ukazującego się w latach 80. XX w. w Republice Federalnej Niemiec w Berlinie Zachodnim. Autorka o pseudonimie Maria Bezdomna opublikowała w nim artykuł, w którym wspominała o tym napisie. Mieliśmy okazję ją poznać, dowiedzieć się, jak nazywa się naprawdę, porozmawiać z nią w Berlinie. Ta historia, opowieść o powstawaniu mitu i jego przetwarzaniu w zbiorowej pamięci, będzie zrelacjonowana szczegółowo w książce, którą piszę. Jest ona pokłosiem naszego filmu dokumentalnego o kobietach „Solidarności”.
– P.Ś.: Kilka lat temu robiliśmy dla Instytutu Pamięci Narodowej cykl filmów dokumentalnych o kulturze niezależnej w PRL. IPN był bardzo zadowolony ze współpracy, film został wyemitowany przez TVP Kultura. Dzięki temu udało nam się porozmawiać z prezesem Januszem Kurtyką o nowym pomyśle, czyli o filmie poświęconym kobietom „Solidarności”. Przyszedł 10 kwietnia 2010 r. i sprawa współpracy przy realizacji filmu została zawieszona. Wówczas wstrząsnęła nami krótka informacja na pasku jednej z telewizji, że w katastrofie zginęła również Anna Walentynowicz. Obok jej nazwiska zapisano: „osoba towarzysząca”. Uderzyło nas to. Mieliśmy wrażenie, że dla wielu ludzi to zupełnie anonimowa osoba. I że z czasem zostanie kompletnie zapomniana, wyrugowana z powszechnej historii.
– Przecież i „Solidarność” jest zapomniana. Szczególnie młodzi Polacy mają zupełnie innych zbiorowych bohaterów.
– M.D.: Gdy wspominaliśmy ludziom, że chcemy zrobić film dokumentalny o kobietach „Solidarności”, nierzadko słyszeliśmy coś takiego: Niczego nowego już nie powiecie. Nie zainteresuje to osób z waszego pokolenia. Nie zainteresuje to też tych, którzy brali w tym udział, tym bardziej, że wielu z nich, gdy myśli o „Solidarności”, odczuwa gorycz i żal. Z pewnością nie zechcą do tego wracać.
Nas to motywowało do powiedzenia: „sprawdzam”. Później okazało się, że po pokazach filmów podchodziły do nas kobiety i mówiły: Przyszłam na ten film, choć bałam się, że znów zobaczę to samo. A jednak zobaczyłam coś, o czym nie wiedziałam, coś innego. Z jednej strony wiele osób odkryło na nowo swoje przeróżne emocje związane z „Solidarnością”, z drugiej dowiedzieli się czegoś, czego wcześniej im nie pokazano.
– Czego nie wiedziały te kobiety?
– M.D.: Zobaczyły mechanizmy odrzucenia kobiet jako tych, które nagle stały się „niepotrzebnymi koleżankami” opozycjonistów, gdy oni w nowej rzeczywistości podzielili się władzą, wpływami, orderami i miejscem w podręcznikach.
– Wasz film jest wyrzutem sumienia dla osób odpowiadających za oficjalną narrację o „Solidarności”?
– M.D.: Mocne słowa. Ale tak jest. Zimą w Podkowie Leśnej była projekcja naszego filmu z udziałem Zbigniewa Bujaka i grupki dawnych opozycjonistek. Po pół godzinie przyszła wichura, zerwała linię energetyczną i nie było prądu. Gdy zapadły ciemności, pomyślałam: ludzie zaraz się rozejdą. Ale widzowie jeszcze przez trzy godziny, przy świetle z jakiegoś akumulatora, dyskutowali. W pewnym momencie Bujak powiedział: tak, mogliśmy zagospodarować potencjał Walentynowicz, ale tego nie zrobiliśmy.
– P.Ś.: Chwilę później dodał: no, ale Walentynowicz nie miała przecież żadnego wykształcenia.
– M.D.: A Ty mu powiedziałeś: a elektryk jakie miał wykształcenie? Wszyscy się zaśmiali – wróciliśmy do punktu wyjścia.
Z kolei we Wrocławiu na projekcji „Solidarności według kobiet” był Władysław Frasyniuk. Mówił: no tak, rzeczywiście, zapomnieliśmy o wielu kobietach… Oczywiście, nie wiem, na ile te i podobne słowa były wypowiadane pod publiczkę, a na ile były szczere.
– Jakie główne narracje pojawiły się w recenzjach waszego filmu, jakie interpretacje zaproponowali dziennikarze i widownia?
– M.D.: Każde środowisko wybiera sobie z tego filmu coś, co jest wygodne dla ich własnej opowieści: wybierają bohaterki, część treści. Środowiska feministyczne traktują ten film jako dobrą okazję do rozmowy o przywództwie kobiet, o tym, czy kobiety mają nad sobą szklany sufit, o ich miejscu w polityce, o marginalizacji przy Okrągłym Stole, zapomnieniu w narracji, wątkach dotyczących herstory itd.
– P.Ś.: I pewnie częściej odwołują się do takich postaci z filmu, jak Helena Łuczywo, Henryka Krzywonos, Barbara Labuda.
– M.D.: Choć czasem pojawiały się też głosy: no tak, Joanna Gwiazda, muszę kupić tę książkę „Poza układem”… Z drugiej strony, gdy pisała o nas „Gazeta Polska”, to komentarze szły w stronę: odnaleziona tajemnicza postać Sierpnia 1980 r. – Ewa Ossowska. Ale wtedy nie ma problemu relacji mężczyźni – kobiety.
Z bliska jednak wiele spraw się komplikuje. Nie było kobiet przy Okrągłym Stole – to prawda. Ale gdy zapytamy, dlaczego ich nie było, to okaże się, że odpowiedź nadkrusza tę oficjalną opowieść o okrągłostołowej „narodowej zgodzie”. Dowiemy się, że to wydarzenie dzieliło opozycję i że część kobiet, bohaterek „Solidarności”, również nie zgadzało się na te rozmowy – szły za to w ówczesnych protestach z transparentami o treści „Nie dajmy rozkraść Polski”.
– Porozmawiajmy o konkretnych bohaterkach waszego filmu. Kim były wówczas, kim są obecnie?
– P.Ś.: Dla mnie najważniejsze były spotkania z Joanną Dudą-Gwiazdą i Jadwigą Chmielowską.
Joanna jeszcze w latach 70. XX w. współtworzyła Wolne Związki Zawodowe, to był fundament, na którym później zbudowano „Solidarność”. To one tłumaczyły robotnikom w PRL ich prawa pracownicze, prawo do protestu. Tak różni z dzisiejszej perspektywy ludzie: Gwiazdowie, Wyszkowski, Walentynowicz, Borusewicz, później dołączył Wałęsa.
Gdy zadzwoniłem do Joanny, w jej głosie usłyszałem: daj spokój, człowieku. Poprosiłem o pomoc – powiedziałem, że wśród bohaterek filmu mamy kobiety, które są zadowolone z przebiegu i rezultatów transformacji, a przecież to nie jest cała prawda o naszej rzeczywistości. I chyba to, że szukamy czegoś więcej niż jednowymiarowe opowieści, ją zaciekawiło.
– M.D.: Joanna w 1989 r. protestowała przeciw kształtowi przemian, przeciw okrągłostołowej ugodzie. Jak sama mówi: myśmy zostali z anarchistami. Już nie stali tam, gdzie solidarnościowe czy już prawicowe tłumy – była ich garstka. Joanna z Andrzejem za ostatnie pieniądze wydawali pismo „Poza Układem”. Wtedy, w 1989 r., pisali o tym, że to międzynarodowe instytucje finansowe i wielkie banki będą dyktowały teraz w Polsce warunki. Mówili coś, o czym ludzie nie chcieli wówczas myśleć, bo coraz powszechniej panowało przekonanie, że wreszcie będzie super, przyjdą kapitalizm i wolny rynek. Oni krytykowali takie myślenie – i ćwierć wieku później ich krytyka staje się dla wielu coraz bardziej oczywista, robi się wręcz popularna, gdy się wsłuchać w te wszystkie głosy o neokolonializmie, patriotyzmie gospodarczym, odbudowywaniu przemysłu.
Dla mnie samej zaskoczeniem było czytanie felietonów z „Poza Układem” w pociągu do Gdańska, gdy jechaliśmy na spotkanie z Joanną. Trudno mi było wierzyć, że to teksty z 1989 r.
– Gwiazdowa miała rację…
– M.D.: Stało się tak, że oni byli te dwadzieścia parę lat do przodu. A inni, w tym Henryka Krzywonos, mówią: oni zostali w 1980 r.! To jest przecież dziwne, ta wieloletnia samotność Joanny i Andrzeja. Nikt nie chciał skorzystać z ich wiedzy – już w III RP byli ekstremistami.
– Choć PiS-owska prawica obecnie chętnie się do nich przyznaje. Historyczne doświadczenie z początku lat 90. XX w., czyli Gwiazdowie plus anarchiści kontra mocno prowałęsowska prawica rozbijająca wiece tych pierwszych – jest dziś przez wielu mocno wypierane.
– M.D.: Wujcowie mówią, że no dobrze, ale jak byłoby: Gwiazdowie, anarchiści, kamienie, butelki z benzyną. Groźba eskalacji nastrojów, walki uliczne, obawa, że znów nic nie wyjdzie z szansy na wolną Polskę – to jest przedstawiane jako realne niebezpieczeństwo w tamtym czasie.
– P.Ś.: Byłem zaskoczony, gdy weszliśmy do małego mieszkania Gwiazdów w Gdańsku i spojrzałem na półki: „Doktryna szoku” Naomi Klein, jakieś numery „Krytyki Politycznej”, „Katolicka Mafia” Matthiasa Mettnera.
– To ostatnie to bardzo krytyczna książka o Opus Dei.
– P.Ś.: …to wszystko w domu ludzi, którzy uchodzą za prawicowych oszołomów. Joanna okazała się osobą o szerokich horyzontach, pytała nas, co myślimy o różnych sprawach, konfrontowała nasze opinie ze swoimi.
– M.D.: Wiele naszych rozmówczyń pamiętało Andrzeja Gwiazdę i niezależnie od dzisiejszych podziałów mówiło o nim ciepło: że pomagał, wstawiał się, radził choćby na okoliczność ewentualnych i realnych zatrzymań. Natomiast Joanna jest pamiętana jako postać bardzo radykalna, nadająca ton. Wydaje mi się – to nie pojawiało się wprost, ale dało się odczuć – że według niektórych moich rozmówczyń gdyby nie Joanna, to Andrzej byłby w III RP po zupełnie innej stronie.
– Ale są też wspomnienia braci Kaczyńskich o Andrzeju Gwieździe, który „ryczał jak lew” na Lecha Wałęsę. Ale to temat na inną rozmowę. Piotrze, wspomniałeś także o Jadwidze Chmielowskiej. Kobieta wyrazista, zaangażowana politycznie i społecznie, outsiderka.
– P.Ś.: Jadwiga Chmielowska tworzyła i koordynowała struktury Solidarności Walczącej na Śląsku.
– M.D.: W pewnym momencie była szefową śląskiej SW. To była struktura, w której kobiety rzeczywiście wchodziły do władz – w przeciwieństwie do „Solidarności”, w której było mało kobiet na jakichkolwiek ważnych stanowiskach. Na przykład Ewa Kubasiewicz, gdy już wyemigrowała do Francji, szefowała emigracyjnym strukturom SW.
Chmielowska jest dla mnie kobietą, która w tamtym czasie poświęciła wszystko w imię opozycyjnego zaangażowania. W czasie, gdy się ukrywała, rozpadło się jej małżeństwo. Nie miała kontaktu z matką i nie mogła pójść na jej pogrzeb – również dlatego, że się ukrywała. Poniosła wielkie osobiste straty. Gdy nie musiała się już ukrywać, bo PRL-owskie władze anulowały list gończy za nią, okazało się, że nie ma dokąd wracać, ponieważ mieszkanie po matce jakimś cudem przejęli inni ludzie. Była bezdomna. Dziewięć lat w ukryciu, gdy angażowała się w działalność podziemną. Początek lat 90. XX w., gdy jeździła po krajach Europy Wschodniej i tam działała na rzecz swobód obywatelskich i demokracji. Później okazało się, że nie ma do czego wracać. To straszne, dla mnie było to bardzo dojmujące, gdy nam o tym mówiła. Choć ona tego nie wyolbrzymiała, nie dramatyzowała, niemal spokojnie referowała swoje życie. Ale gdy zobaczysz je z dystansu…
– W przypadku Jadwigi Chmielowskiej interesujący jest także jej zdecydowany sprzeciw wobec tego, co określa mianem „ideologii feministycznej”, choć równocześnie jest niesamowicie silną i samodzielną kobietą.
– M.D.: O Henryce Krzywonos wszyscy wiedzą, że prowadzi rodzinny dom dziecka, ma dwanaścioro dzieci, piętnaścioro wnucząt i jest zaangażowana w pomoc ubogim dzieciom. Dobrze, że ludzie to wiedzą. Ale rzadko kto wie, że Jadwiga Chmielowska adoptowała dwóch synów. Jest nie do zdarcia, to zapalczywa, a równocześnie bardzo dobra kobieta.
– P.Ś.: To ona do mnie zadzwoniła: panie Piotrze, podobno robicie film genderowy. Nie umawialiśmy się na to [śmiech Marty].
– To dobry moment, by zapytać, jak byliście postrzegani przez kobiety, którym proponowaliście współuczestnictwo w waszym filmie. Zastanawiam się też, czy istniał jakiś system wzajemnych poleceń: jedna pani informowała drugą, że jesteście wiarygodni? Przecież wiemy dobrze, jak mocno skonfliktowani są nierzadko ludzie pierwszej „Solidarności” i jak nieufni wobec różnych „sobie obcych”.
– M.D.: W pewnym momencie tak się zadziało. Byliśmy u Ewy Kubasiewicz, która później zadzwoniła do Gwiazdów i powiedziała, że można z nami pogadać. Ona też poleciła nam Jadwigę Chmielowską.
– Mówimy o bohaterkach „pewnej opcji”. Ale części widzów naprawdę wysoko postawiliście poprzeczkę. Film otwierają sceny z Kongresu Kobiet. O „Solidarności” mówi Barbara Labuda, która po latach opozycyjnej działalności w PRL związała się z post-PZPR-owską formacją polityczną.
– M.D.: Niektórzy mówili nam po filmie, że w czasie tych pierwszych siedmiu minut filmu, gdy wypowiadają się Labuda i Shana Penn, nie wiedzieli, czy oglądać dalej.
Labuda mówi wprost, że związała się z po-PRL-owską lewicą, ponieważ to była jedyna partia, która w tamtym czasie mogła realnie walczyć o te prawa kobiet, o które i ona walczyła. Dla niej kwestia ustawy antyaborcyjnej była wówczas priorytetowa. Labuda, jako osoba bardzo antykościelna, czuła się rozczarowana „Solidarnością”, która mocno skręciła w prawo, weszła w pakt z Kościołem katolickim. Zresztą była na stypendium we Francji już w latach 70. XX w. i przyjechała z powrotem do Polski z silnymi feministycznymi poglądami. Już wówczas nie bała się tego słowa, nie bała się wskazywać na prawa kobiet jako zupełnie autonomiczne od doktryny katolickiej. Ale ostatecznie Sojusz Lewicy Demokratycznej zawiódł jej nadzieje.
– No cóż, SLD kojarzy się wielu przede wszystkim ze związkiem zawodowym wymierającej już byłej PZPR-owskiej nomenklatury. A Kongres Kobiet z reprezentacją bogatych kobiet – części feministek zdecydowanie nie jest z nimi po drodze.
– M.D.: Muszę zaznaczyć, że to właśnie panie z Kongresu Kobiet pomogły nam zorganizować wiele projekcji filmu w całym kraju. Być może wielu osobom to środowisko kojarzy się tylko z reprezentacją bogatszych kobiet, które nie interesują się losem kasjerek z Ełku i robotnic ze specjalnych stref ekonomicznych. Jednak lokalne środowiska związane z Kongresem to związki samopomocowe zwykłych kobiet, które organizują np. warsztaty aktywizacji zawodowej w mniejszych miejscowościach.
– W przypadku waszego filmu interesuje mnie także pewna dwuznaczność, trudna do pełnego naświetlenia w tym zakresie czasowym, jakim dysponowaliście. Z jednej strony opowiadacie o „Solidarności” w kluczu okołofeministycznym. Z drugiej przebija z filmu myślenie – przez lata uchodzące wśród wielkomiejsko-liberalnych elit za typowe dla „oszołomów” – że w trakcie transformacji coś poszło nie do końca dobrze.
– P.Ś.: Joanna Gwiazda powiedziała mi coś, co często przywołuję na spotkaniach z widzami naszego filmu, a co dobrze wyjaśnia gorsze miejsce kobiet w polityce. Otóż w Polsce politykę robi się albo na rybach, albo na polowaniu, albo przy wódce. To dlatego kobiet często nie ma w gremiach decyzyjnych.
– M.D.: Wiele kobiet, niezależnie od tego, czy popierały kształt polskich przemian, czy też nie, mnóstwo straciło. Część z tych, które popierały Okrągły Stół, bo odpowiadał im kształt przeobrażeń, nie miało później swojej reprezentacji w polityce, ponieważ nie należały już do rzeczywiście decyzyjnych gron politycznych wśród byłej opozycji. I mogły się tylko przyglądać, jak prawa kobiet były sprzedawane Kościołowi. Przecież na początku lat 90. XX w., o czym mniej się mówi w czasach, gdy prawica zagospodarowała wyobrażenia społeczne, miały miejsce gigantyczne protesty. Wiele kobiet, którym nie podobał się ten nowy sojusz „Solidarności” z wysokimi hierarchami katolickimi, znalazło się w różnych gazetach i fundacjach, zajęło się pracą na niwie społeczeństwa obywatelskiego, niejednokrotnie z całą wrażliwością reagowało na społeczne bolączki pierwszych lat przemian. Choć owszem, część z nich finansowo niemal od razu bardzo dobrze wyszła na transformacji.
Z drugiej strony była cała rzesza kobiet, które wcześniej pracowały w fabrykach przetwórstwa spożywczego, zakładach odzieżowych, w Państwowych Gospodarstwach Rolnych i nagle zostały na lodzie – bez pracy.
David Ost opisywał swoje spotkania z dyrektorami fabryk w Polsce na początku lat 90. To byli już niejednokrotnie panowie z solidarnościowego nadania, którzy mówili mu, że najpierw oczywiście zwalniają kobiety, no bo co one takiego robią, przekładają z półki na półkę jeden towar, a poza tym mniej przecież zarabiają, więc rodziny się nie zawalą…
– P.Ś.: …a że mężczyźni są głowami rodziny, to naturalne jest, że będą te rodziny utrzymywać…
Przyznam, że gdy zabieraliśmy się za ten film, to myśleliśmy, że ułoży się w bardziej jednoznaczną opowieść. Ale w czasie wstępnych rozmów z Romanem Kurkiewiczem, Sławomirem Cenckiewiczem i Joanną Krakowską zaczęło się okazywać, że wątków jest coraz więcej i więcej. Suma tej wiedzy sprawiła, że musieliśmy na kilka tygodni zawiesić prace nad filmem, bo nie spodziewaliśmy się, że będzie tego wszystkiego tak dużo, że pokaże się tak wiele zła związanego z krzywdą bardzo wielu osób i zawiedzionymi nadziejami z początków przemian.
– Muszę zwrócić uwagę na pewną rzecz. Być może nie wszyscy czytelnicy tego wywiadu znają wasz film. Dlatego trzeba podkreślić, że to nie jest jedynie obraz o kobietach, które przegrały. To również mniej lub bardziej wprost rzecz o tych, które się nie poddały, które zamieniły swoją opozycyjną charyzmę w jakąś inną formę społecznej energii, co jednak wcale nie oznacza, że odniosły w III RP olbrzymi sukces albo że są powszechnie znane.
– M.D.: Moim zdaniem większość tych kobiet jednak na różne sposoby przegrała. Której z nich nie zapytasz, niezależnie, czy to mówią Ludwika Wujec i Helena Łuczywo, czy Jadwiga Chmielowska, każda ma jakieś zastrzeżenia. Ale z drugiej strony to były często też takie osoby, które nie przejdą łatwo w stan spoczynku. Działały w latach 70. i 80. XX w., były aktywne później i są do dziś.
Dla mnie bardzo ważną postacią, którą lepiej poznałam podczas tworzenia filmu, była Anna Dodziuk. Świetna kobieta, która – jak sama mówi – nigdy nie miała ambicji politycznych. Działała w „Tygodniku Mazowsze”, samotnie wychowywała dorosłą dziś córkę z zespołem Downa, pomagali jej tata i niania. Później nie poszła do polityki ani do mediów, choć pewnie łatwo byłoby jej przejść z „TM” do „Gazety Wyborczej”. Od lat jest psychoterapeutką uzależnień, zdaje się, że musiała wyjść z premiery filmu, bo miała warsztaty.
– P.Ś.: Dodziuk jeździ na Syberię i tam szkoli instruktorów terapii alkoholowej. To jest kobieta, która wyciąga całe wsie w Polsce z problemu alkoholowego.
– M.D.: Może dlatego, że jest psychoterapeutką, potrafi z dystansem opowiadać o tamtych czasach. W filmie nie poświęciliśmy jej wiele miejsca, ale w książce, nad którą pracuję, zmieści się niejedna opowiedziana przez nią świetna, nierzadko komiczna historia.
– Uchyl rąbka tajemnicy.
– M.D.: Opowiadała na przykład: nigdy mnie nie zatrzymali. Ale to nie dlatego, że się tak dobrze ukrywałam. Myśleli, że mam nazwisko po byłym mężu, czyli Lityńska, ale ja już byłam Bikont. Ale z kolei Bikont miał już nową żonę, Annę, więc były dwie Anny Bikont, była żona i ta obecna. I zawsze zatrzymywali tamtą Annę.
– Różnymi sposobami zbieraliście środki na „Solidarność według kobiet”. Dostaliście pomoc od instytucji publicznych, przeznaczyliście na film własne pieniądze, zrobiliście akcję crowdfundingową. Jak współpracowało się wam z państwem polskim?
– P.Ś.: Ewidentnie nie chcesz, żebyśmy zrobili kolejny film za publiczne pieniądze [śmiech]. Marta powie to w sposób bardziej dyplomatyczny.
– M.D.: Spodziewaliśmy się większego wsparcia. Nie chodzi tylko o finanse. Wydawało się nam, że ten temat jest na tyle ważny (a dostawaliśmy takie sygnały z instytucji, z którymi rozmawialiśmy), że odpowiednie instytucje publiczne będą zainteresowane współpracą. Ale po wymianie uprzejmości w rodzaju: bardzo ważny temat, chętnie państwa wesprzemy następowało siedem miesięcy ciszy, mimo e-maili wciąż przez nas wysyłanych. A gdy jednak dostawaliśmy fundusze, to ułamki tego, co otrzymywali inni filmowcy, zajmujący się tematami wygodnymi, które nie są ani kontrowersyjne, ani niejednoznaczne.
– P.Ś.: Na przykład filmy o piłkarzach, z milionowymi budżetami. Rozpowszechniane przez kilka tygodni, trafiły do niewielkiej grupy odbiorców. To symboliczne, bo są to filmy robione przez facetów, o facetach i dla facetów.
– Może to problem strukturalny, który dotyczy tego, jak państwo radzi albo nie radzi sobie z faktycznym kreowaniem polityki kulturalnej czy historycznej?
– M.D.: Trzy tygodnie temu znalazłam starą opinię z Narodowego Centrum Kultury na temat naszego projektu: „Film o kobietach Solidarności. Dofinansowanie produkcji”. Złożyliśmy taki wniosek. Rok wcześniej dostałam stypendium w ramach programu „Młoda Polska”, którego operatorem jest NCK. Dzięki temu stypendium zaczęliśmy pracę nad filmem – a kolejny pozytywnie rozpatrzony wniosek miał nam go pomóc dokończyć. Niestety, nie ma pod wnioskiem opinii, są tylko punkty i podpisy trzech osób: szefa NCK, szefowej departamentu finansowego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, szefowej departamentu własności intelektualnej. Punktacja dotyczyła trzech kwestii: zawartość merytoryczna, sukces frekwencyjny, inne wskaźniki. Punktacja była za niska – dofinansowania nie otrzymaliśmy.
Owszem, dostaliśmy od nich pieniądze na rozkręcenie projektu. Później udało nam się zdobyć kilku partnerów, uzyskać środki z crowdfundingu i chcieliśmy, żeby NCK pomógł nam dokończyć film – pomocy już nie było.
– P.Ś.: Poszliśmy na spotkanie z Krzysztofem Dudkiem, ówczesnym szefem NCK, a on się zaśmiał serdecznie…
– M.D.: …i dał nam szmaciany worek z napisem „Solidarność”. I mówi: właśnie wróciliśmy z Nowego Jorku z Ewą Minge, projektantką mody, reklamowaliśmy idee „Solidarności”. Wyszliśmy od niego z torbą z logo „Solidarności”, ale bez pieniędzy na film o „Solidarności”… [milczenie] Nie, nie opowiadajmy już tych zakulisowych rzeczy.
Udało się nam ten film skończyć m.in. dzięki temu, że w opłacenie potrzebnych materiałów archiwalnych zaangażowali się Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, Instytut Adama Mickiewicza i MKiDN – osobiście ówczesny wiceminister kultury Piotr Żuchowski. Po wielu staraniach i spotkaniach udało się odpowiednie pieniądze przetransferować do Filmoteki Narodowej, BBC i pozostałych właścicieli praw.
– P.Ś.: Choć muszę podkreślić, że najdroższe, zupełnie nieznane w Polsce dwuminutowe nagranie z ośrodka internowania kobiet w Gołdapi, pochodzące ze zbiorów telewizji NBC i wycenione na 15 tys. dolarów, pozyskaliśmy dzięki zaangażowaniu Fundacji Kongresu Polonii Amerykańskiej i prywatnym darczyńcom ze Stanów.
Chciałbym o czymś jeszcze wspomnieć, to anegdotyczne, ale wymowne. Byliśmy w Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, tam spotkaliśmy szefową jednego z departamentów, którą znaliśmy z TVP Kultura. Wywiązała się taka rozmowa: A czym się teraz zajmujecie? – Robimy film dokumentalny. – I co, z tego żyjecie? – Próbujemy. – To chyba macie bardzo ciężko…
Później byliśmy u wysokiego urzędnika ministerstwa kultury, który powiada: świetny pomysł na film, ale jak to zrobić, żeby wam pomóc, szkoda mi was.
– Jeżeli wysocy urzędnicy tak mówią do ludzi, którzy próbują zachować pamięć historyczną również w interesie tego państwa, to potwierdzają, że jest coś mocno nie tak z państwem jako mecenasem kultury.
– M.D.: Jesteśmy zdania (i to jest nasza zasada jako dokumentalistów), że jak się robi film, to nie po to, żeby go raz pokazać, zarobić na nim i go schować, tylko po to, żeby ten film żył, jeździł po Polsce i świecie. Tak było z naszym poprzednim filmem o ludziach z zespołem Downa, czyli „Downtown. Miasto Downów”, który zrobił i wciąż robi wiele dobrej roboty.
Mieliśmy nadzieję, że instytucje, które w jakiś sposób były zaangażowane w powstanie „Solidarności według kobiet”, będą nam pomagały organizować pokazy. A przynajmniej będą promowały pokazy. I to na prostej zasadzie: ja im wysyłam e-mail z informacją, gdzie się odbędą seanse, a oni to wrzucą na swoją stronę internetową. Niektóre z tych instytucji w ogóle nie zareagowały.
– P.Ś.: Europejskie Centrum Solidarności po pokazie w Gdańsku odwróciło się od nas plecami i nie zareagowało na dziesiątki e-maili, listów poleconych, zaproszeń.
– Przypomnę, że w gmachu ECS swoje biuro ma legendarny przywódca „Solidarności”. Wasz film niekoniecznie się z tym faktem komponuje.
– P.Ś.: Owszem, po tamtejszej projekcji były komentarze, że skandalem jest pokazywanie takiego filmu w miejscu, w którym swój gabinet ma prezydent Wałęsa.
– M.D.: Od instytucji państwowych, odpowiadających również za poziom debaty publicznej, oczekujesz, że nawet jeśli nie do końca się z czymś zgadzają, np. z czymś, co sponsorowali, to jednak będą to pokazywać albo uczestniczyć w promocji.
– P.Ś.: Facet z gdańskiego IPN powiedział mi przez telefon, że na stronie internetowej instytucji, której lokalnym oddziałem szefuje, nie zamieści informacji o kinowych pokazach naszego filmu w Trójmieście. Bo jego ten temat nie interesuje.
– Mimo wszystko udało wam się zorganizować kilkaset pokazów tego filmu – w Polsce i za granicą.
– M.D.: Stało się tak dzięki naszej determinacji i dzięki temu, że znalazła się cała rzesza (w większości) kobiet z poszczególnych miast, energicznych, aktywnych, które to oddolnie robiły. To były kobiety z bibliotek, domów kultury, różnych organizacji i fundacji. A teraz partia Razem pokazuje nasz film w różnych miejscach. Tymczasem w Polsce często robi się tak, że film dokumentalny pojedzie na kilka festiwali, później trafia do telewizji, i to już właściwie koniec.
– P.Ś.: Pomagali nam też, choć nigdy pod oficjalnym szyldem, ludzie z Klubów Gazety Polskiej. Oni również zorganizowali pokazy w kilku miastach.
Dodam jedną rzecz do kwestii dystrybucji filmów dokumentalnych. Zarabia się właściwie na ich produkcji – dzięki dotacjom, sponsorom robi się je tak, żeby producenci zarobili na tym etapie. Później nikomu nie zależy na tym, żeby zarobić na ich dystrybucji.
– M.D.: To wynika również z przekonania, że filmy dokumentalne na siebie nie zarabiają i z reguły nie wchodzą do dystrybucji kinowej.
– Ale wy pokazujecie swoje filmy z ogromną częstotliwością.
– M.D.: Bo to dobre filmy, które ludzie chcą oglądać [śmiech]. Byliśmy do tego przymuszeni swoją sytuacją finansową. Organizujemy pokazy, jeździmy z filmem, czasem pobieramy za pokazy opłaty licencyjne, otrzymujemy honoraria za udział w spotkaniach z widzami.
– Ludzie lubią nie płacić za cudzą pracę intelektualną. Wielu uważa, że to taka praca na niby…
– P.Ś.: Dla wielu ludzi zaskoczeniem było, że oczekujemy zapłaty, np. honorarium autorskiego.
– M.D.: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było zainteresowane pokazaniem naszego filmu. Dostaliśmy informację, ile mamy im zapłacić za wynajęcie ich sali.
– P.Ś.: 800 złotych. Ale jedno powiem: każda projekcja filmu to potwierdzenie słuszności podjętych przez nas decyzji i wiatr w żagle, potężny zastrzyk pozytywnej energii. Znamy ten film na pamięć, znamy reakcje widowni na poszczególne sceny – czasem podchodzę w odpowiedniej minucie do drzwi, za którymi jest projekcja, albo staję gdzieś z tyłu sali i nasłuchuję, czy jest tak, jak powinno – czy słyszę śmiech, oklaski, czy też absolutną ciszę, ani szelestu, kaszlnięcia. Jesteśmy zadowoleni, gdy ludzie reagują emocjonalnie.
Cieszy nas też, że widownię zaskakuje sposób opowiadania naszego filmu, tak w dużych miastach, jak i na wsiach. Angażująca widza formuła z Martą jako narratorką, jest dla wielu osób zaskoczeniem.
Zdarzają się niesamowite reakcje. Kraków, Kino pod Baranami, po projekcji zeszliśmy do Piwnicy pod Baranami na dyskusję. Trwa rozmowa, nagle wstała dziewczyna i mówi: wróciłam wczoraj z Bielska-Białej, gdzie przygotowuję pielęgniarki do strajku. Ludzie odwracają głowy, patrzą zdziwieni: kto to mówi, dziewczyna w kolorowych dredach? Widać na twarzach niedowierzanie. A na sali pełno starych opozycjonistów…
– …którzy już nikogo nie przygotowują do strajków.
– P.Ś.: I są zdziwieni, kto teraz niesie ten ogień.
– M.D.: To z jednej strony niesamowite, a z drugiej smutne, choć oczywiste. Wiemy, że „Solidarność” walczyła o prawo do strajku. I wiemy, że je wywalczyła. A jeszcze lepiej wiemy, że dziś to prawo często guzik znaczy, nie tylko dlatego, że nie ma już wielkich państwowych przemysłowych zakładów pracy. Można o tym wszystkim szeroko rozmawiać i nierzadko te dyskusje po projekcjach filmu wkraczały w bolesne współczesne rejony.
– Opowiadacie też w filmie historię Ewy Ossowskiej. To jedna z zapomnianych na dobre i na długo bohaterek pierwszej „Solidarności”. Przypomnę, co mówiliście mi o niej w wywiadzie jesienią 2014 r.: „Kiedy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych szukaliśmy materiałów wideo z tamtych czasów, natrafiliśmy na puszki z taśmą filmową, które były opisane »Wrzesień 1980 r., Warszawa, Solidarność, materiały produkcyjne odrzucone«. Poprosiliśmy, żeby to nam przygotowano do projekcji i tam znalazł się zapis wideo pokazujący Lecha Wałęsę i Ewę Ossowską, którzy przyjechali do Warszawy zarejestrować związek zawodowy Solidarność. Ossowska idzie obok Wałęsy, wita ich rozentuzjazmowany tłum, ona coś mówi jemu, dziennikarzom”. Później Ossowska zniknęła z otoczenia Wałęsy. W 1996 r. wyjechała do Włoch jako imigrantka zarobkowa. A niedawno znów zamieszkała w Polsce.
– M.D.: Na jednym ze spotkań powiedziała do nas: to wasza wina! [śmiech].
– P.Ś.: Ona naprawdę, żyjąc tam, wymiotła kawałek własnego życia z pamięci. Do tego stopnia nie wracała do tego, że nie dzieliła się tymi wspomnieniami z najbliższymi. Jej córka, Elżbieta, gdy zobaczyła nagle swoją mamę na zdjęciu w starej gazecie, którą ta wyciągnęła z zakurzonej teczki, zrobiła wielkie oczy. A Marta pokazała jej zdjęcia Ewy z Wałęsą. Wtedy córka zapytała: Mamo, ty byłaś obok prezydenta? Byłaś kimś ważnym? Ewa wyprostowała się w fotelu, widać było emocje, wybudzenie tej Ewy ze stoczni.
– M.D.: Część życia przeżyła z nazwiskiem włoskiego męża, w otoczeniu, w którym nikt nie wiedział o jej solidarnościowych korzeniach.
– Do czego właściwie wróciła?
– M.D.: Do synów, których zostawiła w Polsce. Jeden miał wówczas osiemnaście, drugi piętnaście lat. Ewa wyjechała tylko z czteroletnią córką. Przyjeżdżała do Polski, odwiedzała ich. Teraz w rodzinnym kraju urodziły się jej wnuki. Poczuła, że tutaj ma korzenie.
– P.Ś.: Prawda jest taka, że ona nieledwie musiała stąd uciekać. Pojawiły się brzydkie, szkalujące ją plotki, czasy nie sprzyjały kultywowaniu solidarnościowych wspomnień o pustym brzuchu. Nagle, po latach, przyjeżdżamy kilkuosobową ekipą filmową, jeździmy z nią wszędzie, poświęcamy jej pięć dób. Spojrzała inaczej na kawałek swojego życia, na siebie samą.
Z wielkim niepokojem przyjechała do Polski na pokazy filmów. Ale chciała się spotkać z ludźmi. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł dziennikarki, która dotarła do wielu świadków, w tym do Wałęsy, przekopała się przez masę materiałów i odtworzyła postać Ewy z tamtych czasów. Pokazała ją w dobrym świetle.
– Udzielała wywiadów polskim mediom?
– P.Ś.: Niechętnie. Dzwoniła i pytała: panie Piotrze, kto to jest, czy można się z kimś takim spotkać, zaufać?
– M.D.: Ale była z nami na długiej rozmowie w radiowej Trójce. Uczestniczyła w dyskusjach po projekcjach w różnych polskich miastach. Ważne jest też to, że – zupełnie o tym nie wiedząc – przyjechaliśmy do niej pod Neapol kilka miesięcy po śmierci jej włoskiego męża. Była zagubiona, nie wiedziała, jak ma sobie ułożyć dalej życie. Chyba daliśmy jej impuls. Choć to ona pozwoliła nam się pojawić w jej życiu, bo mogła od razu urwać kontakt.
– Przypomina mi się, gdy myślę o waszym filmie, o tym, co mówicie teraz, znana fraza z songu Kaczmarskiego: „Młodość szybko się zabliźni, / nie ma w tym niczyjej winy”. Czy po projekcjach waszego filmu spotykały się wspólnie kobiety „Solidarności”, których drogi rozeszły się na dobre przez minione dekady? Czy to są zabliźnione, czy wciąż niezabliźnione sprawy?
– P.Ś.: Na premierę filmu zaprosiliśmy wszystkie jego pierwszoplanowe bohaterki. Widziałem, jak witają się Ludwika Wujec i Joanna Duda-Gwiazda. Jest zdjęcie, które pokazuje tę scenę. Moim zdaniem oddaje emocje tych kobiet. I chyba jednak widać wzajemny dystans.
– M.D.: Takie przywitanie to grzecznościowa sprawa.
– Ale siedzieliście później razem gdzieś w kuluarach, w restauracjach czy knajpach?
– M.D.: Z pojedynczymi osobami tak. Ale z tymi, których drogi się rozeszły – nie.
– „Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie / I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie / W dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo / Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo”…
– M.D.: Mieliśmy wstrząsające spotkanie we Wrocławiu, gdy na scenie było bodaj osiem bohaterek filmu, a na sali drugie tyle. Zaproszony był także Władysław Frasyniuk.
Były tam osoby, które dziś naprawdę są po zupełnie różnych stronach. Była tam choćby Krystyna Sobierajska, która od razu uderzyła do Frasyniuka: jak to możliwe, że nie dopuściliście Komisji Krajowej Solidarności do rozmów przy Okrągłym Stole? Dlaczego źle traktowaliście Annę Walentynowicz?. Widać było, że na żywo chyba nigdy nie miała okazji zadać mu takich pytań. Frasyniuka to zdetonowało. Na sali trzy osoby biły Sobierajskiej brawo, a cztery na nią gwizdały – i to były właśnie kobiety, bohaterki naszego filmu. Później część kobiet zebrała się wokół Frasyniuka i widać było, że z nim sympatyzują, a inne odeszły rozgoryczone w swoją stronę. I nigdzie razem nie poszliśmy.
Było też spotkanie w Szczecinie, w którym brali udział Ludwika i Henryk Wujcowie oraz Łucja Plaugo, która za komuny przez lata miała zakaz pracy. To jej strasznie zniszczyło życie, a w latach 90. była długo bezrobotna, nie miała za co żyć. Mówiła tak: wiecie państwo jak to jest, gdy człowiek jest głodny i nie może zasnąć? Trzeba wziąć łyżkę cukru do buzi i bardzo długo trzymać w ustach. Wszyscy zamarli. Henryk Wujec zrobił coś takiego [Marta na siedząco głęboko się pochyla i chowa twarz w dłoniach]. Panowała głucha cisza. Chciało mi się płakać. Niczego nie trzeba było mówić.
Później byliśmy zaproszeni w nieco większym gronie na jakąś kolację, ale Wujcowie siedzieli osobno, pani Plaugo osobno – to są różne światy, różne opowieści, one się nie spotykają. Choć my możemy się spotkać i z tymi, i z tymi. Ale oni między sobą? Czy tam może być po tych wszystkich latach jakieś wzajemne zrozumienie? Nie wiem, tam jest zbyt duża przepaść.
Choć Ludwika Wujec powiedziała wówczas, że powinniśmy o sobie pamiętać. To było dobre, ale to brzmi zdawkowo, jeżeli uświadomimy sobie, jaką moc sprawczą ci ludzie mieli lub mogliby mieć.
– Zrobiliście film, który był oglądany po różnych stronach barykad. Myślę, ile osób poważnie się zastanawiało: po czyjej właściwie oni są stronie?
– M.D.: Staraliśmy się opowiedzieć te wydarzenia tak, jak one rzeczywiście wyglądały. Myślę, że to widać po naszej opowieści, po tym, w jaki sposób wskazaliśmy na tych, którzy zyskali i stracili.
– Twoja opowieść, Marto, jest z jednej strony mocno antyklerykalna, ktoś powie: „lewacka”. Z drugiej – co nie jest typowe dla wielkomiejskiej inteligencji – rozumiecie historie tych, którym się nie powiodło, szczególnie w pierwszym okresie transformacji. Myślę, że niejednemu wysokiemu urzędnikowi, który stał za przyznawaniem środków, trudno było zrozumieć, o co wam właściwie chodzi. Nie stworzyliście typowej historii.
– M.D.: Piotr często powtarza: gdy oglądamy westerny, zawsze jesteśmy po stronie Indian.
– P.Ś.: Trzeba działać uczciwie, iść na całość, a nie biec świńskim truchtem.
– M.D.: Uważam, że Kościół, który wspierał „Solidarność” w podziemiu, który wspierał również postulaty pracownicze, a nie jedynie niepodległościowe, w latach 90. skupił się przede wszystkim na walce o własną pozycję.
– Spotykaliście się nie tylko z polskimi widzami, mieliście mnóstwo zagranicznych pokazów. Mówiliście mi zresztą, że nie raz i nie dwa bardziej mogliście liczyć na zagraniczne niż na polskie instytucje.
– M.D.: Nasz film miał dystrybucję kinową w Polsce, ale najwięcej razy był pokazywany w berlińskim kinie.
– P.Ś.: Projekcje od listopada 2014 do maja 2015 r.! Tłumaczenie naszego dokumentu na język niemiecki, przygotowanie kopii filmu w tej wersji językowej i wsparcie realizacji cyklu projekcji w 10 miastach Niemiec zawdzięczamy Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundacji Heinricha Boella.
Toczyły się ciekawe dyskusje, bo Niemki i Niemcy mówili na debatach po pokazach, że u nich też istnieje szklany sufit dla kobiet na uczelniach, w korporacjach – nie nazwany, ale jest. A to przecież o wiele bardziej cywilizowany kraj niż nasz. W dawnym NRD wiele razy słyszeliśmy, że i u nich opozycjonistki są dziś kompletnie zapomniane. I że to dzięki przykładowi płynącemu z Polski i „Solidarności” mogli obalić mur berliński.
– M.D.: Tam też jest inna kultura oglądania filmów w kinie, znacznie chętniej chodzi się na filmy dokumentalne. Tamtejsze „kino niszowe” jest dość masowe jak na nasze warunki.
– P.Ś.: Spodziewaliśmy się, że nasz film może być interesujący dla Niemców, ponieważ „Solidarność” jest tam znana. Niemcy szczególnie angażowali się w pomoc Polakom w stanie wojennym. Co ciekawe, obok niemieckich feministycznych aktywistek nasz film oglądało wielu tamtejszych akademików. Pokazy naszego filmu u zachodniego sąsiada współorganizowały ośrodki uniwersyteckie, kształcące choćby przyszłych dyplomatów czy politologów. Dla mnie to rewelacyjna sprawa, bo to przecież przyszłe niemieckie elity opiniotwórcze.
Byliśmy w Niemczech akurat w czasie, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory. Stawiało to nas w niezręcznym położeniu, bo po kilku konwencjonalnych zagadnieniach okołofilmowych niekiedy zaczynała się seria pytań o sytuację polityczną w naszym kraju. Nie należę do ludzi dbających o poprawność polityczną, którzy opierniczają się w tańcu. Od razu mówiłem krótko: proszę państwa, mamy do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Tak zwana liberalna władza zupełnie zapomniała o znacznej części społeczeństwa. PiS wygrał, ponieważ oczekiwano zmian, większego zainteresowania sprawami zwykłych Polaków, by człowiek był ważniejszy niż pieniądz. To Niemców zaskakiwało.
– Zdecydowanie mówicie zbyt wiele rzeczy, które tym czy innym słuchaczom/czytelnikom nie są na rękę. Nie obawiacie się, że to utrudni wam pozyskiwanie środków na kolejne filmy?
– M.D.: Jesteśmy w świetnej sytuacji – możemy mówić to, co myślimy, pokazujemy świat swoimi oczyma. A co do środków od instytucji publicznych, to zapewniam cię, że problem z ich pozyskiwaniem nie zaczął się wraz z naszym ostatnim filmem.
Zostawmy politykę. Pokazywaliśmy „Solidarność według kobiet” także w Turcji, Macedonii, w Brazylii. Czasem okazywało się, że kraje, które odwiedziliśmy, mają własną historię cichych „rewolucji kobiet”. Bohaterki tamtejszych masowych zrywów często są zupełnie anonimowe, co najwyżej znana jest jedna, dwie postaci. Tak było choćby w Irlandii. Niedawno obchodzono tam setną rocznicę Powstania Wielkanocnego. Jedną z jego bohaterek była Konstancja Markiewicz, żona Polaka, którą można porównać do naszej Anny Walentynowicz. Na uniwersytecie w Dublinie usłyszeliśmy wykład tamtejszej profesorki, która opowiedziała, jak musiała się dokopywać do nazwisk mnóstwa innych kobiet. I wymieniła je z nazwiska.
Okazuje się, że w Czechach też nie wszystkie kobiety Karty 77 są dobrze znane. Z kolei na Ukrainie, w Kijowie, rozmowy były bardzo gorące, ponieważ tam historia dzieje się „na żywo”. Mówiliśmy o „sierotach emigracyjnych”, Majdanie, o Nadii Szewczenko i pojawiła się refleksja: nie możemy zapomnieć o naszych bohaterkach.
– P.Ś.: Ciekawe były też spotkania w Moskwie, gdzie wizytę zaczęliśmy od debaty o roli kobiet w polityce w Radio Svoboda, a po projekcji filmu od widza usłyszeliśmy: „Kraj taki mały, a film taki wielki!”. Choć najbardziej kontrowersyjna okazała się moja odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu Polaków nie lubi Rosji – oni nie wiedzą o 17 września 1939…
– Jakie waszym zdaniem są standardy wsparcia dla takich inicjatyw jak wasz film w krajach o wyższych cywilizacyjnych normach w instytucjach publicznych? Jak to wygląda w porównaniu z sytuacją u nas?
– M.D.: Mamy teraz takie doświadczenie, bo dostaliśmy propozycję od państwowej niemieckiej instytucji, która zajmuje się robieniem historycznego archiwum online. Mają niesamowity portal, które obejmuje także polskie wątki.
– P.Ś.: Poprosili nas o współpracę w uzupełnianiu treści dotyczących Polski o wszystko, co udało nam się zawrzeć w filmie: postaci, wydarzenia, archiwalia. To portal dla Niemców.
– M.D.: Niczym podobnym nie była właściwie zainteresowana żadna z polskich instytucji: jedynie w umowie z IPN mieliśmy zapisane, że wszystkie nasze wywiady trafią do ich archiwum. Ale nikt nas nie zapytał: a może chcielibyście współtworzyć jakąś wystawę, portal edukacyjny? Może udostępnicie nam swoje materiały, kontakty? Wnioskuję z tego, że nikt nie chce skorzystać z naszych doświadczeń, tylko ci Niemcy.
– Nie załapujecie się na odpowiednie trendy: ani te wcześniejsze o futbolu i postsolidarnościowcach związanych z poprzednią władzą, ani na żołnierzy wyklętych.
– M.D.: Myślę, że to pokazuje słabość instytucji, które są zarządzane według odgórnego politycznego klucza i mają się wpisywać w trendy. Zwracaliśmy się do Narodowego Archiwum Cyfrowego, że mamy materiały, które chcemy przekazać – żeby ktoś dał nam dysk, a my to skopiujemy i im damy. Dysk kosztuje pięćset złotych, więc nie chcemy wydawać na niego swoich pieniędzy: prosimy o dysk i udostępniamy materiał.
– P.Ś.: NAC przesłało masę papierów: kto ma prawa, na jakich zasadach udostępniamy, na jaki okres, prawa spadkowe – to zrozumiałe, ale dane techniczne, kto ma prawa do nośnika, a kto do materiału, kiedy i gdzie zostało zrealizowane nagranie, kto co mówi itd. Ja to rozumiem, ale muszę zarabiać na życie i szkoda mi czasu na spełnianie dość wybujałych oczekiwań formalnych.
– M.D.: Tam jest dział archiwistów, ale my to musimy zrobić. Druga rzecz to właśnie cała masa biurokracji, gdy pieniądze przyznawane są niemal z łaski, jak jałmużna. Czy wiesz, ile trzeba się nachodzić za każdym groszem, ile e-maili trzeba wysłać, jak długo nieraz czekać na odpowiedź?
– P.Ś.: Jeden wniosek o dofinansowanie to tydzień, dwa intensywnej pracy, której efektem jest wytworzenie kilkudziesięciu, czasem kilkuset stron dokumentów, zebranie rekomendacji, opinii, opracowanie niezwykle precyzyjnych tabelek, kosztorysów, ewaluacji projektu. To czasem ponad kilogram papieru. A wystarczy brak jednego podpisu w określonym miejscu, by wniosek odrzucić z przyczyn formalnych.
– Czyli bardzo po polsku: dużo biurokracji, a mało pieniędzy.
– M.D.: Mieliśmy sytuacje, gdy trzeba było stanąć na głowie. Pieniądze były do wydania w ciągu dwóch tygodni, musieliśmy to rozliczyć, naprodukować koniecznych papierów z datami, które się w tym czasie mieściły, a tak naprawdę realizowaliśmy to pół roku wcześniej i pół roku później. Od tych pieniędzy odprowadzaliśmy podatek dochodowy, bo to było księgowo traktowane jako dochód firmy, choć nim faktycznie nie było, bo później musieliśmy rozliczyć się do pięciozłotówki. Dużo tego księgowania było przeciwko nam – zabierało czas i wyczerpywało finansowo nasze oszczędności.
Nie jesteśmy już debiutantami, wiele instytucji zna nas i rozpoznaje, a ciągle musimy się wykazywać i uwiarygadniać jak nowicjusze. Przez lata współpracowaliśmy z TVP Kultura, później nasze drogi z niedawną panią dyrektor się rozeszły.
– P.Ś.: Myśleliśmy, że teraz będzie okazja, aby wrócić do współpracy – wysyłałem tam e-maile z wieloma konkretami, nie ma odpowiedzi.
– M.D.: Mnie to boli, bo w tym samym czasie piszą do nas ludzie z niemieckiego archiwum i proponują współpracę. Albo z niemieckiego radia i proponują współpracę przy projekcie o „Solidarności”…
– P.Ś.: …albo odzywają się ludzie z Nowego Jorku z Polish American Museum w Port Washington i pytają, czy pomożemy im przy organizacji wystawy.
– M.D.: Zastanawiamy się nad tym. Ale bywa i tak, że wszyscy myślą, że odnieśliśmy tak wielki sukces, że nie chce się nam zrobić zwykłego reportażu.
– P.Ś.: Marta reprezentuje polski film dokumentalny na konferencji uniwersyteckiej w Yale, jesteśmy gośćmi Ambasady Francji w Pradze, otrzymujemy list z gratulacjami od Pierwszej Damy Rzeczpospolitej, a gdy znajomy zaprasza mnie na imprezę urodzinową pod Śnieżkę, odpowiadam, że nie stać mnie, że nie bardzo mam pieniądze… A on zdziwiony: przecież po świecie się z filmem rozbijasz!
– Myślę, że nie wszyscy się orientują w realiach tego zawodu: że dostaniesz na bilet w egzotyczne miejsce, ale nie masz na zwykłe życie.
– M.D.: A to jest doświadczenie wielu ludzi kultury w naszym kraju. Myślisz: niesamowite, wciąż jeździ po kraju, wciąż na imprezach kulturalnych. Spotykasz go, a on ci mówi: zastawiłem mieszkanie.
– P.Ś.: Krzysztofie, wciąż spłacam zobowiązania finansowe zaciągnięte na poczet ponad trzyletniej produkcji filmu i regularnie zdarza się, że brak mi środków na opłacenie rachunków…
– Ale wasz film pokaże TVP.
– P.Ś.: Jeszcze przed zmianą władzy zaproponowali nam 1500 złotych opłaty licencyjnej. Zażądałem 80 tys. złotych, bo jak wspomniałem mam długi, z których nie mogę się wydobyć, a także brakuje mi podstawowego narzędzia pracy – zużyliśmy już naszą kamerę. Wciąż negocjujemy tę licencję.
– M.D.: Filmy dokumentalne są w Polsce niedoceniane. Dystrybutorzy sprzedają je w pakietach i wychodzi im wtedy po 2–3 tys. na film. Telewizja w związku z tym jest przyzwyczajona do oferowania takich kwot. A ponieważ jeździliśmy z filmem po Polsce, to nie zależało nam na projekcji w telewizji, bo wtedy nie byłoby tych spotkań rozmów i emocji. I film umarłby śmiercią naturalną.
– Robicie film, zajmujecie się jego promocją w Polsce i na świecie, szarpiecie się niemal o każdą złotówkę z instytucjami publicznymi, prowadzicie crowdfunding, jesteście kustoszami pamięci i ambasadorami polskiej historii za granicą. I jeszcze prowadzicie swoje biuro rozrachunkowe.
– M.D.: Uwielbiam pisma, które każą nam wyjaśnić, dlaczego data umowy z tego i tego listopada danego roku nie zgadza się z datą w harmonogramie.
– P.Ś.: Albo dostajemy dofinansowanie, które równo pokrywa nasze wydatki na archiwa, ale obciążone podatkiem VAT, albo księgowa wylicza od tej kwoty podatek dochodowy do zapłacenia. Płaciłem to z własnej kieszeni.
– M.D.: Owszem, są dotacje, można je uzyskać, ale na przykład stypendium w ramach „Młodej Polski” jest opodatkowane dwa razy. Dzwonię do NCK i mówię im to, a oni do mnie, że nic na to nie poradzą.
Najbardziej bolesne są jednak sytuacje, gdy instytucje w ogóle nas ignorują, nie odpowiadają na e-maile, zbywają. Mam wrażenie, że oni także nie chcą pisać i rozliczać się z niektórych projektów, podejmować decyzji. Urzędnicy są uwikłani we wnioski, granty, ewaluacje, fundusze europejskie – niczego się już nie robi niezależnie od tego wszystkiego.
– P.Ś.: Boli, gdy plecami odwraca się od ciebie Europejska Sieć Pamięć i Solidarność, do której pukaliśmy wielokrotnie i miała nas wspierać przynajmniej w sprawie promocji projekcji. Niestety od miłej pani przez telefon dowiedziałem się już na koniec, po wielu sygnałach z naszej strony, że może to rozważą…
Moim zdaniem instytucje boją się podejmować decyzje. Nasz film jest niezależnym dokumentem – tak sformułowaliśmy wszystkie umowy, że ostatnie słowo zawsze należało do nas.
– Podasz konkretny przykład?
– P.Ś.: Przedstawicielka Europejskiego Centrum Solidarności naciskała, aby mocno ograniczyć wątek Ewy Ossowskiej.
– M.D.: Szczyt wszystkiego! Zrobiliśmy kolaudację filmu, a ona zdziwiona zadaje pytanie, dlaczego w filmie nie ma Hanny Gronkiewicz-Waltz i Hanny Suchockiej. A tam siedzą przedstawiciele IPN, Instytutu Adama Mickiewicza, Fundacji im. Heinricha Bölla i są cokolwiek zdziwieni obrotem sprawy. Piotr nie stracił rezonu i mówi: na szczęście tego nie było w scenariuszu i na szczęście tak mamy podpisaną umowę, że nie musimy już tego dokręcać. Jestem pewna, że gdy w przyszłości ktoś do nich przyjdzie po pieniądze, to w pakiecie wcisną te dwie panie [śmiech].
– P.Ś.: Ale cieszę się, że zrobiliśmy ten film, że poświęciliśmy na niego tych kilka lat. Przyznam, że wypełnił nasz dom po brzegi. Do tego stopnia, że nasza córka mówi czasem cytatami z „Solidarności według kobiet”.
– Marto, wspomniałaś już, że piszesz książkę na kanwie waszego obrazu. Co znajdzie się na jej kartach z rzeczy, których nie zmieściliście w filmie?
– M.D.: W książce są opowieści, które z różnych przyczyn nie były filmowe, czyli zapisy wielu nagranych materiałów…
– P.Ś.: Spędziliśmy dużo czasu w Bielsku-Białej z Grażyną Staniszewską. Jeździła z nami ze trzy dni, nagraliśmy mnóstwo materiału i tylko jedno zdanie zmieściło się w filmie. Chyba ma nam to za złe.
– M.D.: Chcę jej wysłać książkę. Ona opowiadała choćby o tym, jak wykłócała się z Balcerowiczem o indeksację płac. Chodziło o to, żeby płace nadążały za wzrostami cen. To jest długa historia, którą trzeba opisać tak, żeby każdy zrozumiał. Ale jej głos był wtedy bardzo ważny.
Są postaci, których nie ma w filmie. To ludzie, z którymi spotykaliśmy się i podczas realizacji filmu, i w trakcie późniejszych spotkań.
To bardzo ważne dla historii kobiet „Solidarności”: w książce znajdą się również opisy naszych poszukiwań, czyli jak odnaleźć historie, których nie można odnaleźć. Zamierzam opisać wiele zdjęć, które zgromadziliśmy, bo tak naprawdę ludzie często widzą fotografie, ale ich nie rozumieją, bo mało o nich wiedzą. Na niektórych zdjęciach najważniejsza kobieca postać jest zasłonięta paprotką. Albo skadrowana tak, że połowy głowy nie ma, albo podpis pod zdjęciem wyróżnia tylko mężczyznę. Pokażę też historie telewizyjnych materiałów produkcyjnych, czyli zupełnie zapomnianych archiwaliów. Przecież tak trafiliśmy na Ewę Ossowską: to były materiały, których nie oglądano przez kilka dekad, nigdy nie zostały użyte w żadnej kronice, mimo że zostały sfilmowane w 1980 r. Dzięki swojej determinacji wyciągnęliśmy to z puszek i obejrzeliśmy…
– P.Ś.: A to wiązało się z wydatkiem rzędu 1400 złotych… Moim zdaniem książka Marty będzie wstrząsająca.
– M.D.: Nie wiem, czy wstrząsająca. Czasami gorzka, czasami komiczna – ale zawsze skupiona na nieobecności kobiet, zapominaniu o nich. Piszę choćby o pomniku „Solidarności” w Zielonej Górze – trzech odlanych w betonie postaciach mężczyzn, którzy mają opuszczone ręce, jakby w geście bezradności, a każdy ma głowę w inną stronę. Projekt tego pomnika pochodzi z 1981 r. – nie wiem, czy ktoś się domyślał, że tak właśnie będzie w przyszłości wyglądała „Solidarność”.
– Kpisz. Naprawdę nie uważasz, że trzeba ostrożniej się obchodzić z mitami? I tymi, którzy nimi zarządzają?
– M.D.: W 2005 r. napisałam książkę „Małż” – powieść o tym, jak wygląda rynek pracy dla młodych kobiet. Kiedy się ukazała, przez chwilę była głośna. Pamiętam, że już wtedy przychodzili różni ludzie i mówili: Świetna książka! Ale wiesz co, no nie wiadomo, może będziesz miała przez nią jakieś problemy. Później ukazała się moja kolejna książka, czyli „Ślad po mamie”, która mówi o aborcji. Na jej podstawie zrobiono spektakl teatralny. To nie była rzecz jednoznaczna, nie została w pełni zaakceptowana przez feministki. Pracowałam wtedy w TVP Kultura i też słyszałam: narobisz sobie kłopotów.
Albo się boisz mówić, co myślisz. Albo mówisz, co myślisz – i żyjesz.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 10 czerwca 2016 r.
przez Eli Zaretsky | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Niedawna śmierć Shulamith Firestone stanowi kamień milowy w historii drugiej fali feminizmu i zachęca do przyjrzenia się temu pojęciu z perspektywy historycznej. Firestone była jedną z najbardziej natchnionych i oryginalnych politycznych intelektualistek lat 60. oraz założycielką współczesnego ruchu feministycznego. Sam mogę wypowiedzieć się na temat wpływu książki Firestone, „Dialektyka płci” (1970), na moje życie. Kiedy przeczytałem ją po raz pierwszy, tuż po tym, jak się ukazała, zrozumiałem od razu, że sportretowany w niej uniwersalny system męskiej dominacji zakorzeniony w rodzinie jest największym wyzwaniem dla założeń marksizmu (który uformował wcześniej mój światopogląd), a zarazem ważną korektywą jego zawiłości. Moja książka „Kapitalizm, rodzina i życie prywatne”, wydana w 1972 r., powstała między innymi jako recenzja tekstu Firestone i zawiera próbę odpowiedzi na niego, jak też sugestie, czego może nas on nauczyć.
W jednym z nowszych wydań „New Yorkera” Susan Faludi przedstawiła mocną i wzruszającą opowieść o krótkotrwałej, zawrotnej karierze Firestone oraz tragicznych następstwach tego sukcesu. Firestone miała tylko 25 lat, gdy opublikowała „Dialektykę płci”. W chwili swojej śmierci w zeszłym roku [2012 – przyp. tłum.], w wieku 67 lat, była samotna, zubożała, zapomniana i chora na zdiagnozowaną dekady wcześniej schizofrenię. Przypominając jej tragiczną historię, Faludi porusza pokrewny temat: podział w USA między ruchem wyzwolenia kobiet a Nową Lewicą, podział, w którego tworzeniu Firestone uczestniczyła.
Dla tych, którzy są zbyt młodzi, żeby pamiętać, lub tych, którzy nie znają tego okresu historii, krótkie przypomnienie. Nowa Lewica powstała w latach 60. w Wielkiej Brytanii, Francji i Stanach Zjednoczonych w wyniku prób stworzenia platformy dla trwałego radykalizmu; radykalizmu, który byłby lepszą alternatywą dla tradycyjnego liberalizmu i nie uległ dramatycznym błędom komunizmu. Zaczątki ruchu wyzwolenia kobiet sięgają późnych lat 60. i łączą się z początkami Nowej Lewicy. Ruch wyzwolenia kobiet później się jednak odłączył i stał oddzielnym i autonomicznym ruchem kobiecym, który – ogólnie mówiąc – nie identyfikuje sam siebie jako części lewicy. W moim przekonaniu ten rozłam, nawet jeśli nie w pełni zrozumiany, był jednym z najważniejszych aspektów współczesnej historii USA.
Według mnie fakt, że obecnie w USA nie istnieje lewica, jest częściowo wynikiem tego właśnie rozłamu. Widzimy oczywiście różnorodne ruchy protestu, ale nie mamy lewicy w bardziej dobitnym sensie: społecznej i intelektualnej frakcji, zdolnej do zrozumienia amerykańskiego kapitalizmu jako całości i krytykowania go z egalitarnego punktu widzenia. Pewne jest, że pod koniec XX wieku byliśmy świadkami globalnej klęski lewicy, rozłam między radykalnym feminizmem a Nową Lewicą był zaś tylko jednym z jej elementów. Tak czy inaczej, w moim mniemaniu był to istotny element, przynajmniej w USA, i warto przyjrzeć mu się ponownie. Mimo że niektórzy postrzegają działania Nowej Lewicy jako krótki, wybuchowy przewrót, który wypalił się przed 1968 r., jej korzenie sięgają uprzednio istniejącej radykalnej tradycji – trzymająca się jej niewielka, ale znacząca mniejszość dzieliła z Nową Lewicą cel stworzenia w Stanach Zjednoczonych radykalnej platformy lewicowej. Fakt, że wysiłki te zakończyły się w latach 70. porażką, przyczynił się do triumfu neoliberalizmu, drastycznego wzrostu nierówności społecznych, wyjałowienia życia publicznego, jak też innych niezaprzeczalnie problematycznych zjawisk współczesnego świata. Dla wielu młodych ludzi postaci takie, jak Bill i Hillary Clintonowie czy Barack Obama, to jedyni znani im przedstawiciele lewicy. Dla kogoś, kto tak jak ja wciąż pamięta, czym jest autentyczna lewica, jest to ogromna strata.
Ściśle związana z nieobecnością lewicy, w szerokim tego słowa znaczeniu, pozostaje malejąca skala radykalnych tendencji wewnątrz ruchu feministycznego. Wystarczy porównać „Dialektykę płci”, która zrodziła się z Nowej Lewicy i była jej częścią, z obecnie modnym bestsellerem literatury feministycznej, „Lean In” autorstwa Sheryl Sandberg [w polskim wydaniu „Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa” – przyp. tłum.], który opisuje fuzję feminizmu z kulturą biznesu. Wielu twierdziło, że krytykowanie przez Nową Lewicę biurokracji i płynącego z niej amoralnego indywidualizmu wspomogło rozwój nowego ducha wydajnego, „idealnie-na-czas”, postfordowskiego kapitalizmu konsumpcyjnego. Feminizm został z kolei zaadaptowany przez neoliberałów w celu usprawiedliwienia destrukcji tradycyjnych (bez wątpienia patriarchalnych) kultur, włączenia niewykwalifikowanych żeńskich sił roboczych do światowego łańcucha wytwórczego, a nawet wojen prowadzonych przez USA na Bliskim Wschodzie.
Jedną z głównych zasług Faludi w wyjaśnieniu tej historii jest ukazanie, jak bardzo szalone było psychologiczne otoczenie, w którym działała Firestone. Zarówno ona, jak i współczesna jej autorka „Polityki seksualnej” Kate Millett zostały wyparte z ruchu kobiecego przez feministki, które oskarżyły obie te pisarki o identyfikowanie się z mężczyznami i bycie „antysiostrzanymi liderkami”. Zdaniem Faludi hierarchia była czymś ostro potępianym przez radykalne feministki, które uważały przywództwo za zjawisko opresyjne i męskie, a ruch kobiecy postrzegały jako społeczność równych sobie kobiet. Firestone sprzeciwiała się takiemu egalitaryzmowi. Praktyka nazywana „młóceniem” [ang. thrashing], oznaczająca czyszczenie szeregów, odzwierciedlała maoistowskie ciągoty tego okresu. Jak pisze Faludi: Niczym rak, ataki przeniosły się z tych, które miały opinię sprawiających kłopoty, na te, które po prostu były silne; z tych, które działały, na te, które po prostu miały swoje zdanie; z tych, które wyróżniały się jako jednostki, na te, które niewystarczająco szybko poddawały się wahaniom zmieniającej się linii ideologicznej. Mimo że Faludi o tym nie wspomina, „młócenie” oznaczało także ataki na kobiety, które pozostawały w związkach heteroseksualnych, innymi słowy: „sypiały z wrogiem”. Wczesny ruch kobiecy poświęcił się „kobietom zdefiniowanym przez kobiety”, jak wkrótce zaczęto je określać.
Trzeba zaznaczyć, że tego rodzaju ekstremalny egalitaryzm nie był właściwy tylko wczesnemu ruchowi kobiecemu. Można go także dostrzec w działaniach Nowej Lewicy, starej lewicy i współczesnych ruchów Occupy. Amerykańska kultura została w dużym stopniu uformowana przez purytanizm – a amerykańska lewica jest odbiciem tego stanu. Amerykańscy lewicowcy stworzyli wyrażenia takie, jak „biały szowinizm”, „seksizm”, „prywatne jest polityczne”, podczas gdy lewicowcy Europy i Ameryki Łacińskiej skupiali się na zagadnieniach strukturalnych samych w sobie. Mimo że „młócenie” zdarzało się w masowym ruchu feministycznym, w wykonaniu przede wszystkim Betty Friedan i NOW National Organization for Women (Narodowa Organizacja na rzecz Kobiet), to z większą intensywnością dochodziło do niego w „sektach”. Co więcej, niektórzy rzecznicy wyzwolenia kobiet potępiali takie zachowania. Na przykład w swojej przemowie z 1970., „Skłonności do podziału i autodestrukcja w ruchu kobiecym”, Anselma Dell’Olio, założycielka Nowego Teatru Feministycznego, ostrzegała, że kobieca wściekłość, udająca pseudoegalitarny radykalizm pod „prokobiecym sztandarem” przemienia się w przerażająco jadowity antyintelektualny faszyzm lewicy.
Zrozumienie środowiska pomogło Firestone w uformowaniu mentalności, zgodnie z którą rzecznicy i rzeczniczki wyzwolenia kobiet postanowili zerwać z Nową Lewicą i zająć się odrębnym feminizmem. Mimo tego, że wiodącymi siłami w rozłamie były radykalne feministki, to niemal wszystkie feministki z lewej strony, w tym feministki socjalistyczne, łączyło dążenie do stworzenia niezależnego ruchu feministycznego. Nie można zaprzeczyć, że niewielkich rozmiarów „mieszana” lewica kontynuowała działanie do około 1980 r. Na przykład Demokratyczno-Socjalistyczny Komitet Organizacyjny, z Michaelem Harringtonem na czele, pracował w sojuszu ze związkami zawodowymi, udzielał się intensywnie w Partii Demokratycznej i był jawnie feministyczny – Gloria Steinem należała do grona założycieli tej grupy. Tak czy inaczej, większość kobiet radykałek skupiła wysiłki i energię na niezależnych organizacjach kobiecych, co z kolei oznaczało, że coraz mniej energii poświęcano na budowę „mieszanej” lewicy.
Według relacji Faludi, a pozostaje ona w zgodzie z kanonicznymi tekstami tamtego okresu, jak „Świat szeroko pęknięty” („The World Split Open”) Ruth Rosen czy „Odwaga bycia złą” („Daring to be Bad”) Alice Echol, feministki odeszły z lewicy z powodu nieprzejednanego seksizmu mężczyzn Nowej Lewicy. Cytuję teraz słowa Firestone, opublikowane w dzienniku „Guardian” w 1969 r.: Mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia niż nakłanianie was [tj. mężczyzn], żebyście przekonali się do naszych racji. Przekonacie się, kiedy będziecie musieli, bo potrzebujecie nas bardziej, niż my potrzebujemy was… Podsumowuję przekaz: odpierdol się, lewico. Możesz od teraz obserwować swój pępek w samotności. My zakładamy własny ruch.
Na poparcie tego twierdzenia Faludi opisuje wiele nadal – po latach – budzących grozę sytuacji, w których Firestone i inne kobiety były zakrzykiwane na zdominowanych przez mężczyzn spotkaniach Nowej Lewicy.
Moim zdaniem ważne jest zrozumienie pełnej złożoności motywacji kobiet do opuszczania lewicy. Czytając oświadczenia takie jak cytowane powyżej, nietrudno postrzegać tę motywację jako ograniczoną do złości i irracjonalizmu – wielu w tym czasie tak ją rozumiało. Jednak problem stanowi nie tylko oczywiste, empiryczne wrażenie męskiej tępoty – jako naoczny świadek mogę potwierdzić, że seksistowskie poglądy były powszechnie wyznawane przez mężczyzn Nowej Lewicy. Z drugiej strony, już chwila refleksji przekona czytelnika, że takie wyjaśnienie jest nieuprawnione. Minimalizuje ono zdolność kobiet do budowania „mieszanej” lewicy, jakiej pragnęły. Podkreśla wielce negatywne doświadczenia kobiet w pracy z mężczyznami, ale nie wspomina o silnym pragnieniu tych samych kobiet do znalezienia się w ruchu wyłącznie kobiecym. Jakie by nie były wady mężczyzn Nowej Lewicy, a było ich wiele, bardziej rozsądnym wydaje się wyciągnięcie wniosku, że kobiety opuszczały lewicę dlatego, że chciały, a nie dlatego, że wypierał je męski seksizm.
Czemu kobiety chciały opuścić lewicę? Lata 70. były okresem, w którym zjawisko nazwane przez Marksa „stałym rewolucjonizowaniem produkcji” wypierało takie „odwieczne i czcigodne” instytucje jak tradycyjna rodzina, a także sieci społecznościowe i formy solidarności związane z Nowym Ładem [New Deal, program reform ekonomiczno-społecznych wprowadzonych w USA przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta w latach 1933–1939 – przyp. tłum.]. Nie tylko kobiety i homoseksualiści, ale też synowie, ojcowie i mężowie zostali wyzwoleni z uścisku rodziny. Kobiety opuszczały Nową Lewicę, bo chciały być z innymi kobietami, bo chciały związków homoseksualnych obok heteroseksualnych, ale też dlatego, że mogły podpisać się pod stwierdzeniem wieloletniej aktywistki na rzecz pokoju, Barbary Demig, która napisała do swojego przyjaciela, Davida McReynoldsa: Nasze życia, życia kobiet, nie są dla Ciebie (i ogółu mężczyzn) realne – może jedynie do stopnia, w jakim wspierają życia mężczyzn.
Koszty tego podziału były ogromne. W swoim dzienniku Demig nazwała rozłam „tragedią”, co w moim mniemaniu jest częściowo prawdą. Świadomość wielkich ruchów lat 60. opierała się na wstrząśnięciu tożsamością społeczną i jak najdalszym wyjściu innym naprzeciw, w celu umocnienia solidarności z ludźmi całkiem różnymi od siebie. Dlatego właśnie nowi lewicowcy nie wspierali publicznie „siły studenckiej” (student power) lub innych reform odzwierciedlających ich domniemane interesy, ale twierdzili, że nie mogą być wolni, dopóki czarni są narażani na rasizm w Mississippi lub dopóki na rolników w Wietnamie zrzuca się napalm. Dla porównania, polityka tożsamości, która napędzała wyzwolenie kobiet, kontrastowała walkę z uciskiem przeciwko samemu sobie z tym, co postrzegano jako ucisk innych. Każdy czytający literaturę ruchu wyzwolenia kobiet znajdzie w niej twierdzenia takie, jak wypowiedziane przez Cathy Cade, fotografkę dokumentalną i lesbijkę, która mówiła: W ruchu czarnych walczyłam przeciwko uciskaniu kogoś innego, lecz wkrótce zyskałam możliwość walczenia o własną wolność. Członkinie pewnego kobiecego kolektywu twierdziły: najgłębsza i potencjalnie najbardziej radykalna polityka rodzi się z naszej tożsamości, a nie z pracy na rzecz zwalczania ucisku innych. Mimi Feingold napisała: Kobiety nie mogły palić kart poborowych i nie mogły iść do więzienia, więc jedyne, co mogły, to przeżywać wszystko w imieniu swoich mężczyzn, i to wydawało mi się najbardziej poniżającą kwestią.
Odczytując te stwierdzenia z punktu widzenia empatycznego historyka, szczególnie ostatnie z nich, widzimy, że ukazują one, jak kobiety w biegu historii podporządkowywały się innym – nie tylko mężczyznom, ale też dzieciom, starcom, chorym i umierającym. Kobiety poświęcały się, żeby nadać ruchowi socjalistycznemu jego etos, żeby stworzyć ruch praw obywatelskich na Południu, żeby wspierać mężczyzn w wieku poborowym, którzy odmawiali wyjazdu na wojnę w Wietnamie. Przede wszystkim jednak poświęcały się, żeby podtrzymywać rodzinę, instytucję, którą Firestone identyfikowała jako jądro ucisku nie tylko kobiet, lecz także wszystkich istot ludzkich. Co prawda, atak Firestone na „rodzinę biologiczną” (jej własne sformułowanie), w jej teorii stanowiącą źródło „psychologii siły”, był jednostronny. Rodzina może być wszak wybawieniem, nie tylko źródłem ciemności i nierówności. Jednakże sprawiedliwym i dobrym byłoby, gdyby skończyła się zależność rodziny od opiekuńczych i „dających same siebie” kobiet i gdyby ta odpowiedzialność zaczęła być rozdzielana po równo między mężczyzn i kobiety. Wyzwolenie kobiet było jednym ze sposobów oznajmienia, że kobiety nie chcą być już jedynymi dawczyniami i opiekunkami.
Na zakończenie chciałbym rozważyć jeszcze jedną kwestię. Wielu twierdziło, że prawdziwe narodziny polityki tożsamości w latach 60. i 70. nastąpiły za sprawą ruchu Black Power, a nie ruchu wyzwolenia kobiet. Prawdą jest, że Black Power pojawiła się przed wyzwoleniem kobiet i zawierała w sobie elementy polityki tożsamości, w tym zerwanie z uniwersalizmem ruchu praw obywatelskich. Niemniej jednak można zauważyć między nimi podstawową różnicę. Ruch praw obywatelskich nie tylko był ruchem walczącym o prawa, lecz także miał na celu zniszczenie rasowo zorganizowanego państwa w państwie, a konkretnie Południa rządzonego prawami Jima Crowa [ang. Jim Crow Laws, legislacja wprowadzona w USA po wojnie secesyjnej, mająca za zadanie ograniczenie praw dawnych murzyńskich niewolników oraz pogłębienie podziałów między białymi a czarnymi mieszkańcami w konkretnych stanach – przyp. tłum.]. W konsekwencji ruch praw obywatelskich był wyrazem wspólnej walki określonej grupy o prawa tej grupy, a ściślej mówiąc: o godność jej członków jako istot ludzkich. Ten właśnie fakt sprawił, że Black Power miała większe przebicie niż inne ruchy lat 60., takie jak ruch studencki, ruch antywojenny czy wyzwolenia kobiet. Czarni zdecydowali, że chcą być częścią Ameryki, jednak u podstawy był to wybór. Pewne nurty feminizmu – feministki kulturowe – twierdzą natomiast, że kobiety można postrzegać jako oddzielną nację, jednak większość kobiet się z tym nie zgadza. Z tego powodu rozłam z Nową Lewicą powinien być traktowany jako strategiczna zmiana toru, a nie jako ostateczny rozwód.
Tłum. Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się na portalu publicseminar.org w październiku 2013 r.
przez Janina Petelczyc | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016, Wywiad - kwartalnik
– W ciągu ostatnich 15 lat rząd Brazylii wdrożył ponad 140 programów społecznych, które zmieniły życie milionów Brazylijczyków. Jeden z najbardziej znanych to program Bolsa Família (Programa Bolsa Família, PBF), który w Banku Światowym zyskał nawet miano „cichej brazylijskiej rewolucji”. Czy może nam Pan streścić założenia i efekty tego programu?
– Flávio Eiró: PBF to największy pod względem liczby korzystających z pomocy program warunkowych transferów pieniężnych (Conditional Cash Transfer, CCT) na świecie. Obecnie jego beneficjentami jest ponad 14 milionów rodzin, czyli około 50 mln osób – jedna czwarta ludności Brazylii. Jest on skierowany do osób żyjących poniżej poziomu ubóstwa i skrajnego ubóstwa, wyznaczonego przez miesięczny dochód nieprzekraczający 154 reali na gospodarstwo domowe i 77 reali na osobę. Warunki, które należy spełnić, by stać się beneficjentem programu, to szczepienie dzieci i posyłanie ich do szkoły oraz regularne badania medyczne kobiet w ciąży. Świadczenia mające na celu wydobycie rodzin z ubóstwa zawierają się w przedziale od 35 do 336 reali miesięcznie, zależnie od składu gospodarstwa domowego. Od 2012 r. ten maksymalny limit może być przekraczany w ramach pomocy rodzinom żyjącym w warunkach skrajnego ubóstwa. „Świadczenia na rzecz Przezwyciężenia Skrajnego Ubóstwa” to część szerszego planu „Brazylia bez Ubóstwa” (BrasilSemMiséria), którego elementem składowym jest PBF. W listopadzie 2015 r. 13,7 mln gospodarstw domowych skorzystało w ramach PBF ze świadczeń na łączną kwotę 2,2 mld reali, przy czym, jak podaje Portal Brasil, średnia wartość świadczenia wyniosła 163,06 reala.
Warunkowe transfery pieniężne należy omawiać w kontekście instytucji zajmujących się zabezpieczeniem społecznym. Zabezpieczenie społeczne jest często rozumiane jako działania publiczne podejmowane w odpowiedzi na „bezbronność, zagrożenie i ubóstwo, jakie są uważane za społecznie niedopuszczalne w określonym państwie i społeczeństwie”. Może być ono zapewnione za pomocą trzech różnych metod: ubezpieczenia społecznego, pomocy społecznej i regulacji rynku pracy. W krajach rozwijających się pomoc społeczną rozumie się jako trwałe instytucje mające na celu ograniczanie ubóstwa i zapobieganie mu poprzez regularne transfery (w naturze i pieniądzu) finansowane z podatków. Istotne jest odróżnienie CCT od programów nadzwyczajnych, finansowanych z pomocy międzynarodowej. Nową cechą programów typu CCT jest ich zakorzenienie w trwałych instytucjach krajowych, co stanowi nieznany w krajach rozwijających się do lat 90. XX wieku poziom ochrony przed ubóstwem.
PBF jest postrzegany jako udany program i stanowi modelowe rozwiązanie dla całej Ameryki Łacińskiej i innych krajów świata. Jest słusznie uważany za przełom w rozwoju brazylijskiej pomocy społecznej, ponieważ zapewnił rodzinom dotkniętym ubóstwem zagwarantowany prawem dochód. Wielu badaczy zwraca uwagę na różnorodne aspekty PBF, nie tylko jego wpływ na redukcję ubóstwa i zmniejszenie nierówności dochodowych, ale i równouprawnienie płci.
– W swoich badaniach oddaje Pan głos beneficjentom programu i pracownikom socjalnym. PBF jest oczywiście zawsze przedstawiany jako program typu CCT, jednak cechuje go do pewnego stopnia niezależność świadczeniobiorców od pracowników społecznych (transfery dokonywane są za pośrednictwem państwowego banku, co zapobiega tradycyjnym powiązaniom klientelistycznym z lokalnymi politykami). Jednak Pańskie ustalenia wskazują na istnienie pewnych relacji klientelistycznych. Jak to możliwe, że w kontekście tego programu możemy mówić o elementach klientelizmu?
– O klientelizmie należy mówić w tym kontekście z ostrożnością. Przede wszystkim jako uczony cenię precyzyjne definicje, nie powinniśmy więc mylić narzędzia analitycznego ze strategią polityczną – taką jak ujmowanie działań oponentów jako niemoralnych czy bezprawnych w celu ich zdyskredytowania. Taką strategię nierzadko stosowano wobec PBF. Od początku jest on ofiarą oskarżeń o klientelizm – a należy wspomnieć również, że podobne zarzuty sama Partia Pracujących wysuwała wobec poprzednich programów z czasów prezydenta Cardoso.
Z perspektywy mikrosocjologicznej nie możemy mówić o „programie klientelistycznym” czy „administracji klientelistycznej”, chyba że mamy na myśli zinstytucjonalizowane praktyki kupowania głosów. Klientelizm to nierówna osobista relacja między dwoma jednostkami, oparta na wzajemnej wymianie i mająca na celu maksymalizację ich interesów. Ponadto ważne jest ulokowanie rozważań w kontekście polityki brazylijskiej i tutejszych programów społecznych. Do dziś pomoc społeczna jest uważana za formę dobroczynności – widziałem wiele gmin, w których żona burmistrza odpowiadała z urzędu za pomoc społeczną. Oznacza to nie tylko ujmowanie pomocy społecznej jako „przysług” zamiast „praw”, lecz także pomieszanie sfery publicznej i osobistej: burmistrz wykonuje szlachetne zobowiązanie do udzielania pomocy najbardziej pokrzywdzonym osobom znajdującym się pod jego „kuratelą”. Zjawisko to określamy jako paternalizm.
PBF jest zarządzany na szczeblu lokalnym w gminach przez urzędników pomocy społecznej, wobec czego nie widzę argumentów za utrzymaniem tezy, że jest to program klientelistyczny. Są natomiast burmistrzowie – z partii rządzących i opozycyjnych na szczeblu federalnym – którzy użyli programu w praktykach klientelistycznych, korzystając z nieograniczonej władzy mianowania personelu opieki społecznej, w tym koordynatorów PBF.
Po tych wyjaśnieniach zastanówmy się nad odpowiedzią na pytanie „w jaki sposób?”. Pierwotnie postawiłem hipotezę, że praktyki klientelistyczne wynikały z manipulowania informacjami o uprawnieniach i zasadach programu. Uruchomiono wyrafinowany, teatralny system pośrednictwa, aby przekonać beneficjentów, że comiesięczne świadczenie jest przysługą, którą zawdzięczają pośrednikowi. Taką hipotezę można łatwo obalić, a jej utrzymanie wymagałoby powszechnego niezrozumienia programu i całkowitego braku dostępu do informacji – pozwoliłoby to podtrzymywać takie „kłamstwo”. Ponadto kryteria, jakie muszą spełniać beneficjenci BFP, są dobrze zdefiniowane w regulaminie programu, a urzędy lokalne nie mogą odmówić uczestnictwa w programie osobom spełniającym określone wymogi.
Po obaleniu przedstawionej hipotezy skoncentrowaliśmy obserwacje na działaniach pracowników socjalnych i przekonałem się, że arbitralny, uznaniowy aspekt ich pracy ma bezpośredni wpływ na dobór beneficjentów i zarządzanie programem. Pracownicy społeczni zakładają z zasady, że beneficjenci kłamią lub ukrywają informacje, zatem niespójność w informacjach o dochodach czy podejrzane zachowanie wystarczają, aby wnioskować o odebranie zasiłku. Takie wyobrażenia o beneficjentach są wzmacniane przez przypadki uważane za typowe. Najbardziej podstawowe przekonanie, podzielane przez absolutnie wszystkich pracowników społecznych, z którymi rozmawiałem: „wielu beneficjentów w PBF odmawia podjęcia pracy, aby zachować zasiłek”. Nawet po zadaniu wyraźnego pytania, czy działoby się tak również, gdyby dostępna była legalna praca z gwarantowaną płacą minimalną (zasiłek z PBF to zwykle jej jedna czwarta), ankietowani odpowiadają twierdząco – bo „znają takie przypadki”. Hipoteza ta, nazywana często w Brazylii „efektem lenistwa” (efeito-preguiça), była wielokrotnie obalana jako fałszywa. Tak czy inaczej, pracownicy socjalni są przekonani, że muszą być surowi, aby zapobiec wyłudzaniu zasiłków przez podopiecznych. Mając do dyspozycji szereg sposobów sprawdzenia informacji, pracownicy socjalni czują absolutną kontrolę nad beneficjentami programu i bez skrupułów „wymierzają sprawiedliwość”.
A wśród beneficjentów pojawia się powszechna obawa o utratę zasiłku. Pracownicy socjalni często muszą objaśniać beneficjentom podstawowe zasady programu – i objaśniają je tylko do pewnego stopnia, gdyż nie chcą być zmanipulowani w przyszłości. Moje ustalenia wskazują, że reguły obliczania przydziału świadczeń, a nawet podstawowe kryteria, których spełnienie jest niezbędne do korzystania z programu, są słabo znane. Mity otaczające pracowników socjalnych i ich wizyty w domach świadczeniobiorców nabierają jeszcze większej mocy, gdy beneficjenci dowiadują się o arbitralnych decyzjach dotyczących odebrania zasiłku. A siła tych mitów utrwala strukturę klientelistyczną (kara i odwet).
Władza urzędu lokalnego PBF wynika z marginesu uznaniowości występującego w działaniu pracowników socjalnych i jest wykorzystywana przez niektórych do kontrolowania procesu selekcji i weryfikacji rodzin, do których skierowany jest program. Motywują ich do tego przede wszystkim powiązania polityczne, które umożliwiły im zdobycie stanowiska, czasem jest to także stanowisko pracownika społecznego. Dezinformacja i arbitralne działania podejmowane przez pracowników socjalnych wystarczają, aby otoczyć program aurą niepewności – w takiej sytuacji cenny staje się przychylny polityk czy inny gwarant świadczenia, a to usprawiedliwia klientelistyczne stosunki służące maksymalizacji interesów, nawet gdy środków nie brakuje.
– Czy każdą rodzinę korzystającą z zasiłku w Bolsa Familía weryfikują pracownicy socjalni? Czy wszyscy beneficjenci powinni czuć się niepewnie?
– Nie wszystkie rodziny są weryfikowane przez pracowników socjalnych. Sprawdzanie beneficjentów to obowiązek urzędów gminnych, obejmujący aktualizację informacji z powszechnego rejestru gospodarstw domowych co najmniej raz na 2 lata, weryfikację spełniania warunków, wykrywanie nieprawidłowości, takich jak brak aktualizacji akt gospodarstwa domowego w ciągu 2 lat, nieprzestrzeganie warunków, brak informacji czy niepoprawne numery identyfikacyjne w aktach rodziny.
Jednak wśród świadczeniobiorców plotki rozchodzą się szybko. Chociaż PBF nie wymaga od beneficjentów udziału w spotkaniach grupowych, podczas których wymieniają się między sobą i z pracownikiem socjalnym doświadczeniami związanymi z partycypacją w programie (tak jak jest w przypadku pozostałych programów typu CCT w Ameryce Łacińskiej, np. urugwajskiego IngresoCiudadano), z mojego doświadczenia wynika, że beneficjenci znają informacje o świadczeniach pobieranych przez innych, w tym kwoty i napotykane problemy. Gdy beneficjenci stają w obliczu problemu, którego nie rozumieją, zwykle szukają pomocy u sąsiadów i rodziny. Informacje o typowych przypadkach są rozpowszechniane i stają się mitami, zniekształcanymi, a czasem wzmacnianymi przez pracowników socjalnych – którzy także niekoniecznie w pełni rozumieją zasady działania programu albo wolą ignorować informacje od beneficjentów. W takiej sytuacji wizyta pracownika socjalnego czy rozmowa z nim w biurze PBF jest trudnym momentem. Takie zdarzenia są w oczywisty sposób stresujące dla beneficjentów, którzy odpowiadając na pytania, dostosowują swoje odpowiedzi do znanych im mitów i dostępnych im informacji.
Każdy z poznanych przeze mnie beneficjentów potrafił wskazać przypadek sąsiada, który utracił zasiłek bez widocznego powodu. Musiał zatem przyjąć jakieś założenia i sformułować jakieś wyjaśnienia na własny użytek. Świadczeniobiorcy szybko zdają sobie sprawę, że są zdarzenia, których nie rozumieją. Zwykle ulegają wygodnictwu, rzadko próbują rozwiązać problem związany ze świadczeniem, a jeżeli już próbują – przyjmują dowolne wyjaśnienie, gdyż nie mogą skorzystać z innego źródła wiedzy. Dookoła siebie widzą osoby, które utraciły zasiłek bez widocznego powodu; widzą „nie takie biedne” rodziny otrzymujące więcej niż rodziny żyjące w skrajnej nędzy, które czasem nawet wcale nie korzystają z programu. I choć teoretycznie nie powinni, zaczynają czuć się niepewnie, nie wiedzą, co może się stać z ich własnym zasiłkiem i czują się trochę szczęściarzami, że jeszcze go mają.
– W tym kontekście pojawia się pytanie o kwestię obywatelstwa. Czy jest jakieś powiązanie między ubóstwem a obywatelstwem?
– Pojęcie „obywatelstwo” rozumiem w szerokim sensie jako relację między społeczeństwem a państwem. Relacja ta, szczególnie z punktu widzenia jednostki, jest zależna od pozycji społecznej osoby i jej warunków materialnych. W niektórych społeczeństwach ta zależność jest niewielka, a instytucje publiczne mają obowiązek równo traktować jednostki. W innych społeczeństwach, a uważam Brazylię za jedno z nich, instytucje są skonstruowane tak, aby różnicować jednostki z różnych klas, a obiektywne, bezosobowe zasady są wypierane przez nieformalne normy społeczne. W Brazylii zjawisko to występuje w wielu formach, takich jak jeitinhobrasileiro (co oznacza obchodzenie zasad albo znalezienie łatwego sposobu na skorzystanie z nich) czy słynne „Czy pan/i wie, z kim ma do czynienia?”, używane przez członków klasy wyższej, gdy są zmuszeni do przestrzegania zasad obowiązujących wszystkich. Antropolog James Holston nazwał to „zróżnicowanym obywatelstwem”: inkluzywnym jeżeli chodzi o członkostwo (nawet najbiedniejsi w Brazylii są na papierze pełnoprawnymi obywatelami) i bardzo nierównym w dystrybucji praw.
Socjolog Jessé de Souza ukuł nawet bardziej nośny termin, aby opisać to zjawisko: „podobywatelstwo”, efekt braku poczucia zbiorowej godności, podstawy nowoczesnego pojęcia obywatelstwa i braku uznania społecznego: równość staje się abstrakcyjnym pojęciem, ponieważ każdy Brazylijczyk wie, że w rzeczywistości nie wszyscy obywatele są tyle samo warci. Ci, którzy są „mniej obywatelami”, często nie spełniają społecznych wymogów produktywnego wkładu, który zapewnia uznanie społeczne. Wymogi te mają z kolei źródło w nieprzejrzystych instytucjach i neutralnych wartościach merytokratycznej konkurencji: w bezosobowych i niewidocznych sieciach, które dyskwalifikują „niepewne” jednostki i grupy społeczne jako „podproducentów” i „podobywateli”.
Postawmy kropkę nad „i”: tak, jest wyraźna relacja między ubóstwem a obywatelstwem. Skrajne nierówności społeczne są bezpośrednio powiązane z nierówną dystrybucją praw – a tym samym z tworzeniem kategorii „podobywateli” i, w szerszym sensie, z wykluczeniem społecznym. Skoro uważamy wszystkich Brazylijczyków za pełnoprawnych obywateli, czy możemy nie zauważać takich warunków materialnych, które uniemożliwiają pewnym obywatelom korzystanie z ich obywatelstwa? Czy mamy uważać, że ktoś, kto walczy o przeżycie, może korzystać z pełni praw obywatelskich? Konstytucja tak inkluzywna i egalitarna jak nasza z 1988 r. może przełożyć się na rzeczywistość wyłącznie wtedy, gdy raz na zawsze uporamy się z nierównościami społecznymi (a do tego PBF nie wystarczy, jak dowodzą ostatnie lata rosnących nierówności społecznych).
– Wydaje się, że tylko podstawowy dochód obywatelski może zapewnić pełne „obywatelstwo społeczne”. W innym przypadku zawsze jest pewien rodzaj zależności i nierównej relacji między beneficjentem a państwem, administracją czy pracownikiem socjalnym. Czy w Brazylii toczy się debata publiczna na ten temat?
– Tak, dyskusja trwa nawet wśród wysokich urzędników Ministerstwa Rozwoju Społecznego, odpowiedzialnego za PBF. O ile pamiętam, pierwszym zdarzeniem, które w efekcie doprowadziło do wprowadzenia programu Bolsa Família w Brazylii, było powołanie funduszu Alaska Permanent Fund (APF) w 1982 r., finansowanego bezpośrednio z dochodów z wydobycia ropy naftowej i gwarantującego pewien rodzaj minimalnego dochodu wypłacanego przez administrację stanową każdemu obywatelowi mieszkającemu na Alasce. Senator Eduardo Suplicy (z Partii Pracujących z São Paulo) skorzystał z doświadczeń Alaski, przygotowując ustawę o projekcie gwarantowanego dochodu podstawowego (Projeto de Garantia de RendaMínima) w kwietniu 1991 r. W tym samym roku projekt został przyjęty (głosami wszystkich partii) i przesłany do Izby Deputowanych, w której czekał na głosowanie 13 lat.
Tymczasem inicjatywy lokalne oparte na założeniach projektu Suplicy zostały zrealizowane w Dystrykcie Federalnym i w mieście Campinas w 1995 r., jednak z uwzględnieniem elementu „warunkowego”, znanego już wówczas w innych krajach. W następnych latach inne miasta wdrożyły własne wersje programów typu CCT, a w wielu rozpoczęto dyskusje nad tą koncepcją w lokalnych organach przedstawicielskich.
Koncepcja gwarantowanego dochodu minimalnego dotarła na poziom federalny, przy czym utrzymano element uzależnienia wypłat od spełniania pewnych warunków. Korzyści z takich uwarunkowań programu są dość wątpliwe. Zakładają one wymuszanie pewnego typu zachowań, choć nie jest jasne, czy są one rzeczywiście niezbędne. Tymczasem w społeczności akademickiej powszechnie przyjmuje się, że wypłaty uzależniono od spełnienia pewnych warunków głównie z przyczyn politycznych: dzięki temu łatwiej przekonać przeciętnego podatnika do przekazywania pieniędzy ludziom żyjącym w ubóstwie. Moim zdaniem – zdaniem socjologa badającego ubóstwo jako zjawisko społeczne – problemem programów tego typu jest różnicowanie obywateli. Inaczej niż w Europie, w Brazylii z pomocy korzysta znaczna część ludności – pomoc społeczna w Brazylii obejmuje jedną czwartą populacji.
Podam przykład, aby zobrazować swój wywód – wielokrotnie słyszałem, że beneficjenci programu Bolsa Família powinni być pozbawieni prawa głosu. A słyszałem taką opinię od pracowników socjalnych, ludzi o dochodach nieco powyżej poziomu ubóstwa (czyli niekorzystających z PBF), lecz także od polityków. Taki pogląd może się wydawać skrajny, jednak wyraża odczucia stanowiące rdzeń zjawiska, które możemy określić jako „konflikt klasowy” w Brazylii: ludzie żyjący w ubóstwie nie są uważani za pełnoprawnych obywateli.
Gwarantowany dochód minimalny mógłby złagodzić tego rodzaju napięcia. Wyeliminowalibyśmy na przykład problemy związane z postrzeganiem programów socjalnych jako przysług świadczonych przez polityków. Nie byłoby tak łatwo używać zasiłków do różnicowania osób żyjących w ubóstwie. Byłoby także łatwiej zapewnić pojmowanie podstawowego dochodu jako prawa: jednostka ma do niego prawo, ponieważ jest obywatelem, co więcej – potrzebuje go, aby być pełnoprawnym obywatelem. Koszty zarządzania byłyby mniejsze, a gdyby program był dobrze zaprojektowany, całkowite nakłady nie musiałyby nadmiernie obciążać budżetu rządu. Zbadanie tego zagadnienia staje się coraz pilniejsze na całym świecie, a w moim przekonaniu wkrótce stanie się konieczne w krajach, które nie są zbyt bogate. Jak dowiódł PBF, bezpośrednia dystrybucja dochodu przynosi szereg korzyści w skali mikro i makro.
– W swych badaniach skupia się Pan na regionie północno-wschodnim Brazylii. Dlaczego?
– W moim przekonaniu w oczach Brazylijczyka ubóstwo uosabiają dwa obrazy: fawele w Rio de Janeiro i północno-wschodni interior, czyli sertão. Obecnie w centrum uwagi z wielu powodów są fawele, jednak ubóstwo w Brazylii nie ogranicza się do nich. Region północno-wschodni pozostaje najbiedniejszym obszarem kraju, lecz, co ważniejsze, efekty ostatniej fazy rozwoju kraju są tam najsilniejsze. Region skupia także największą liczbę beneficjentów programu Bolsa Família – w niektórych gminach stanowią oni ponad 90% ludności. Ponadto północny wschód to tradycyjny obszar zainteresowania dla każdego badacza klientelizmu w Brazylii. Wszystkie klasyczne studia przedmiotu poświęcały uwagę temu regionowi, a do dziś jest on punktem odniesienia w badaniach klientelizmu na świecie.
Dla mnie połączenie tych dwóch zagadnień jest wyzwaniem, lecz jest także intelektualnie inspirujące. Gdy przedstawiam swoje badania, nieustannie spotykam się z silnymi przekonaniami po obu stronach sceny politycznej: jedni mówią mi, abym uważał z prezentacją wyników, gdyż prawica może je sobie przywłaszczyć i wykorzystać do atakowania programu. Z drugiej strony badanie PBF jest przez niektórych postrzegane jako postawa wyraźnie prorządowa, promocja pożądanych efektów programu. Przyznaję, że trzeba uważać na takich krytyków, ale muszę się starać, aby nie wpływali na moją pracę. W zawodzie socjologa nawet własne ideały nie mogą zakłócać pracy – choć nigdy nie ukrywałem pozytywnej opinii o programie, a moim osobistym życzeniem jest, aby te badania przyczyniły się do udoskonalenia PBF i rozwinęły studia nad polityką społeczną w Brazylii.
Muszę też przyznać, że nie wiedziałem dokładnie, z czym będę musiał się zmierzyć, kiedy zaczynałem pracę nad doktoratem – zdarza się to w większości jakościowo-indukcyjnych projektów badawczych. Moje pierwsze badania terenowe w regionie zachęciły mnie do dokładnego zapoznania się z PBF, ale dopiero podczas drugiego pobytu zdałem sobie sprawę ze znaczenia praktyk klientelistycznych w programie i postanowiłem skupić się na tym zagadnieniu. W moim przekonaniu tego typu praktyki są powszechne na północnym wschodzie – choć odwiedziłem tylko kilka gmin – przy czym moja praca polega na wykazaniu, w jaki sposób wynikają one ze struktury, która jest właściwa nie tylko temu regionowi. Teoretycznie mogą one wystąpić w każdym innym miejscu i właśnie to w moim przekonaniu czyni moją pracę szczególnie istotną.
– Obecnie Brazylia stoi w obliczu chaosu politycznego. W momencie naszej rozmowy (marzec 2016) toczy się procedura postawienia w stan oskarżenia prezydent Dilmy Rousseff, a ponadto ikona zmian i najbardziej popularny prezydent w historii, Luiz Inacío Lula da Silva, jest przesłuchiwany przez policję w ramach dochodzenia w sprawie oszustwa na wielką skalę w państwowym koncernie petrochemicznym Petrobras. Czy Pana zdaniem Brazylia może wiele stracić z osiągnięć ostatnich 13 lat?
– Niestety, moja odpowiedź musi być wewnętrznie sprzeczna, gdyż mówiąc szczerze, nie potrafię przewidzieć przyszłości PBF w długiej perspektywie. Z jednej strony powiedziałbym, że nie powinniśmy się obawiać o zdobycze, w których Partia Pracujących (PT) odegrała ważną rolę. Na tym polega piękno demokracji: gdy rząd robi krok w dobrym kierunku, kolejny rząd nie może się po prostu wycofać, nawet jeśli się na taki krok nie zgadza. Jeżeli społeczeństwo uważa osiągnięcia za istotne, nowy rząd zostanie ukarany, gdy narazi je na szwank. Mówiąc konkretnie: żadna partia opozycyjna w Brazylii nie jest oficjalnie przeciw PBF. Takie stanowisko oznaczałaby polityczne samobójstwo.
Choć żaden z poważnych polityków pretendujących do najwyższych urzędów w państwie nie deklaruje sprzeciwu wobec PBF, od czasu do czasu politycy prawicowi występują publicznie przeciw programowi. Ewentualny prawicowy rząd, który zastąpiłby administrację PT, mógłby faktycznie zagrozić osiągnięciom społecznym, szczególnie w sytuacjach kryzysów gospodarczych, które zwykle usprawiedliwiają cięcia wydatków socjalnych. Jednocześnie opozycja nieustannie żali się, że podczas wyborów rozpowszechniane są fałszywe pogłoski, jakoby ewentualny rząd partii innej niż PT miał zakończyć program Bolsa Família. Aby im zaprzeczyć, najważniejszy prawicowy kandydat na prezydenta w wyborach 2014, senator AécioNeves, próbował przeprowadzić w kongresie ustawę przekształcającą PBF w prawo zagwarantowane konstytucyjnie, choć było jasne, że ustawa zostanie odrzucona przez deputowanych z partii rządzącej. Jego celem było postawienie Partii Pracujących w bardzo delikatnej sytuacji, zmuszając ją do podzielenia się częścią zasług z PBF z opozycją, która tak naprawdę sprzeciwiała się temu programowi od jego początków. Zasadnie czy nie, od wyborów w 2006 r. (ponowny wybór prezydenta Luli) opozycja próbuje umniejszać rolę programu w sporach z kandydatami PT. Pewna personalizacja programu (który jest powszechnie postrzegany przez beneficjentów jako dzieło i zobowiązanie prezydenta Luli) niewątpliwie podważa budowanie postaw obywatelskich, lecz to nigdy nie wydawało się przedmiotem szczególnej troski PT.
W związku z tym pragnę przejść do drugiej części mojej odpowiedzi: powinniśmy się obawiać utraty tego, co zostało osiągnięte, a PT ponosi ogromną odpowiedzialność za ten stan rzeczy. PBF został utworzony dekretem prezydenta, a jego podstawy prawnej nie można mylić z ustanowieniem prawa nabytego: „przyznawanie świadczeń w ramach PBF ma charakter tymczasowy i nie tworzy prawa nabytego. Uprawnienia rodzin do otrzymywania tych świadczeń powinny podlegać obowiązkowej kontroli co dwa lata” (art. 21 rozporządzenia 6.392, tłumaczenie własne). PBF to program rządu federalnego, a nie polityka społeczna umocowana w konstytucji (w Brazylii mówimy, że jest to program rządowy, a nie program państwowy). Jego beneficjenci nie mają prawa do świadczeń, gdyż takie prawo oznaczałoby dla osób kwalifikujących się do programu nieograniczony dostęp do zasiłku. Zasięg programu nie jest aktualnym problemem, więc niewiele się o nim mówi. Nie oznacza to jednak, że rząd może w dowolnej chwili zawiesić program lub zmienić jego reguły w dowolnym momencie zwykłą większością głosów w kongresie.
Po 13 latach sprawowania rządów na szczeblu federalnym PT powinna wykorzystać momenty, w których uzyskuje największe poparcie, aby uchwalić przepisy silniej chroniące PBF. Na rzecz takich zmian pracowało wielu członków partii; najbardziej znany z nich to były senator Eduardo Suplicy, uczestnik prac nad projektem podstawowego dochodu obywatelskiego (który był inspiracją dla programów pilotażowych wprowadzających CCT w Brazylii). Obecnie, w obliczu niepewnej przyszłości i przy najniższym odnotowanym poziomie poparcia, tego rodzaju przedsięwzięcia są nierealne i prawdopodobnie takie pozostaną przez bardzo długi czas. Kiedy impeachment prezydent Dilmy Rousseff staje się realną groźbą, nawet PMDB, partia wiceprezydenta (który prawdopodobnie obejmie urząd w razie odsunięcia obecnej prezydent od władzy), już sygnalizuje zamiar ograniczenia PBF i skoncentrowania programu na pomocy najbiedniejszym.
– Jak dzisiaj, w kontekście naszej rozmowy, interpretuje Pan hasło „Brasil, País do Futuro” („Brazylia, kraj przyszłości”)?
– Gdy słyszę (i czytam) hasło „kraj przyszłości”, pierwszą moją myślą jest konstatacja, że nie mamy żadnego projektu przyszłości. Od przyjęcia konstytucji w 1988 r. nigdy nie zadaliśmy sobie poważnie pytania, jakiego typu krajem chcemy być. Zajmujemy się pojedynczymi problemami, gdy przyciągają one powszechną uwagę (zwykle z powodu wstrząsających wydarzeń). Kilka sił politycznych rozdziera kraj, próbując uzyskać lub zachować władzę i zawsze krótkowzrocznie patrząc na przyszłość. Od bardzo dawna nasz kraj nie jednoczył się wokół jednego problemu, czy lepiej – jednego rozwiązania.
Choć brzmi to surrealistycznie, niektórzy wykorzystują bieżące kryzysy polityczne w Brazylii do propagowania dyktatury wojskowej, którą nazywają „interwencją” mającą na celu odbudowę kraju i oczyszczenia go z korupcji. W obszarze moich badań toczy się w kraju narastająca dyskusja o odpowiedzialności ludzi żyjących w ubóstwie za ich własną sytuację i pojawia się twierdzenie, że udzielana im pomoc jedynie zachęca ich do lenistwa. W Brazylii, kraju o takich nierównościach strukturalnych, powinniśmy oczekiwać lepszego zrozumienia mechanizmów ubóstwa. Dyskurs merytokratyczny po prostu nie pasuje do naszej rzeczywistości, a nieliczne przypadki kariery od najniższej do najwyższej warstwy społecznej jedynie potwierdzają wyjątkowość takiej drogi. W pewien sposób importujemy (czy raczej reanimujemy) konserwatywne dyskursy, które już nie pasują do naszej demokracji ani do naszego stulecia.
Trudno jest zatem obecnie odpowiedzieć na postawione pytanie. Jedyną rzeczą, której nam nie brak, jest potencjał. Mogę wskazać kilka dziedzin, w których Brazylia może w moim przekonaniu odegrać ważną rolę w świecie. Pierwsza to różnorodność kulturowa, szczególnie współistnienie różnych religii. Nadeszła krytyczna chwila, w której dokonujemy wyboru, w jaki sposób uporamy się z nietolerancją, przesądami i rasizmem, i warto w tym kontekście przywołać religie afro-brazylijskie. Druga dziedzina to ruch feministyczny. Tu podobnie – dyskusja o przemocy wobec kobiet i ich dyskryminacji osiągnęła wreszcie zasięg ogólnokrajowy, a ruchy feministyczne rozwijają się w Brazylii dynamicznie. Nasz kraj był niegdyś wzorem w dziedzinie ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju. Niedawna katastrofa tamy w pobliżu miasta Mariana i późniejsze zdarzenia (głównie opieszałość rządu i próby chronienia przedsiębiorstw odpowiedzialnych za katastrofę, które wspierały kandydatów na stanowiska polityczne ze wszystkich głównych partii) dowodzą, że sprawy miały się gorzej, niż się nam zdawało. Podsumowując, wśród krajów rozwijających się Brazylia była pionierem we wdrażaniu szeregu projektów mających na celu zapewnienie dochodu podstawowego i programów typu CCT, jednak nie jestem pewny, czy zostaną one doprowadzone do końca w najbliższej przyszłości. Powtórzę: w moim przekonaniu PT mogła wykorzystać okresy silnego poparcia, aby poczynić trwałe kroki w tym kierunku, lecz aktualna sytuacja jest niesprzyjająca.
Wciąż możemy odzyskać miano „kraju przyszłości”, którym niegdyś nas określano, a omówione przykłady wskazują, na czym powinniśmy skupić uwagę, aby to osiągnąć.
– Dziękuję za rozmowę.
„Brazylia, kraj przyszłości?” to książka pod redakcją Janiny Petelczyc i Marka Cichego, wydana przez Fundację Terra Brasilis i Książkę i Prasę przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio de Janeiro, latem 2016 r. Stanowi ona zbiór tekstów poświęconych Brazylii – jej polityce, historii, problemom społecznym, ekologicznym oraz kulturze. Jej celem jest próba przybliżenia Brazylii polskiemu Czytelnikowi. Część tekstów powstała w formie wywiadów, w tym: z Ladislauem Dowborem (brazylijskim ekonomistą, doradcą prezydenta Luli da Silvy) czy Nilmą Lino Gomes (minister ds. kobiet, równości rasowej i praw człowieka rządu DilmyRousseff). Ponadto w książce znajdują się teksty Adama Traczyka, Agaty Błoch, Aleksandry Pluty, Janiny Petelczyc, Julii Michaels, Zuzanny Jaegermann, Magdaleny Walczuk, Marii Wróblewskiej i Gabriela Borowskiego. Rozmowa z Flávio Eiró pochodzi z tej książki.
przez Arun Gupta | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Za rasizmem wyborców Trumpa kryją się rany klasy robotniczej. Jeśli uważnie wsłuchamy się w słowa jego zwolenników, uda nam się dostrzec w nich tęsknotę za postępową polityką.
66-letni Jon Lovell nie różni się niczym od innych wyborców Donalda Trumpa. Wpadłem na niego w noc republikańskich prawyborów na przedmieściach Portland w stanie Oregon, podczas świętowania zwycięstwa tego kandydata. Lovell pracuje na budowie, jest białym mężczyzną w starszym wieku, republikaninem oraz weteranem wojny w Wietnamie, gdzie walczył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. – Zajmuję się wszystkimi rodzajami budownictwa: robię podłogi, ściany z płyt gipsowo-kartonowych, remonty, wszystko – powiedział. Popiera Donalda Trumpa ze względu na wszystkich tych Latynosów, których spotyka się dziś na budowach. Wykonają tę samą pracę taniej, niż ja bym to zrobił.
Niechęć Lovella do osób pochodzenia latynoskiego sięga poza miejsce pracy. Wspomina jedno ze swoich ostatnich zleceń – pracę przy remoncie domu klientki: Remontowałem dom tej kobiety. Ma on trzy sypialnie, a właścicielka wynajmuje go latynoskim rodzinom za 800 dolarów miesięcznie. Umieszcza w każdym z pokoi jedną rodzinę i dodatkowo jedną w garażu. Latynosi niszczą dom do tego stopnia, że musi wydawać co kilka lat 10 do 15 tysięcy dolarów na jego remont. Zapytałem: „Czemu nie wynajmie go pani białej rodzinie? Nie zrobią takich zniszczeń”. Odparła: „Jeśli tak postąpię, ktoś z tej rodziny straci pracę i przestanę dostawać czynsz. Jeśli jeden z Latynosów straci zatrudnienie, ktoś inny wciąż będzie mi płacił”.
Nie zadałem sobie trudu spierania się o to, że umieszczenie czterech rodzin w domu przeznaczonym dla jednej to prosta droga do zrujnowania go – bez względu na pochodzenie tych ludzi. Zamiast tego, powiedziałem Lovellowi, że wielokrotnie widziałem podobne sytuacje w Nowym Jorku: Ta kobieta prawdopodobnie obciąża każdą z rodzin kosztem bliskim pełnej wartości czynszu, zapewne około 2500 dolarów miesięcznie lub więcej – powiedziałem. – To dlatego może sobie pozwolić na odnawianie domu co dwa lata. Lovell milczał, przetrawiając moje słowa. Dodałem: Oni także są wykorzystywani.
Rozmawiamy o jego rodzinie. Jedna z córek ukończyła uczelnię wyższą i wiedzie udaną karierę zawodową, druga zaś w kółko trafia do więzienia, jest z niego wypuszczana po odbyciu kary, po czym znów wraca za kratki. Jego syn ma problemy psychiczne i opiera swe utrzymanie na SSI [Supplemental Security Income – program rządowy zapewniający stypendia osobom o niskim dochodzie, które są jednocześnie starsze, niewidome lub niepełnosprawne – przyp. tłum]. Mówi z uczuciem o swojej córce sprawiającej kłopoty, która jest lesbijką: Powiedziałem jej – to, że jesteś homoseksualna nie sprawia, że musisz angażować się w całe te narkotyki i przemoc. Piętnaście lat temu jej partnerka zadzwoniła do Lovella i powiedziała, żeby zabrał czwórkę swoich wnuków albo ona złoży wniosek o oddanie ich do rodziny zastępczej.
Lovell, który jest rozwiedziony, wychowywał dzieci samodzielnie. Jego rodzina opierała byt na programach Food Stamps [federalny program pomocowy, ułatwiający ubogim rodzinom zakup produktów spożywczych – przyp. tłum.], Medicaid [pomoc zdrowotna dla obywateli w starszym wieku i/lub o niskich dochodach – przyp. tłum.] i Temporary Assistance for Needy Families [federalna pomoc finansowa dla rodzin niezamożnych – przyp. tłum.]. Najmłodsze z jego dzieci jest obecnie w college’u, pozostałe już zakończyły edukację.
Zapytałem go, jak godzi swoje poparcie dla Republikanów z faktem, że jego rodzina trwa dzięki wsparciu z pomocy społecznej. Zawahał się. Zwilgotniały mu oczy. W końcu powiedział: Ludzie potrzebują tych programów. Nie możemy z nich zrezygnować. Potrzebują ich, by przetrwać.
Lovell jest jednym z ponad czterdziestki wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałam na tłumnym wiecu w Eugene w Oregonie, na Uniwersytecie w Portland czy wreszcie w czasie celebrowania wyniku prawyborów. Uosabia on paradoks uroku Trumpa. Pracownicy przeczołgani przez globalny kapitalizm chcą, by rząd udzielał pomocy „prawdziwym Amerykanom” i karał nielegalnie zatrudnionych imigrantów zarobkowych – zamiast swój gniew skierować wobec tych, którzy ich zatrudniają, wliczając w to samego Trumpa. W tym kontekście „zbudowanie muru” na granicy z Meksykiem jest dosłowną manifestacją ich obaw i niepokojów dotyczących gospodarki, społeczeństwa i rasy.
Wielu komentatorów koncentruje się jednak wyłącznie na pompatyczności i rasizmie Trumpa, określając jego wyborców jako „grupę bigotów” oraz „idiotów”, którzy „nie są ofiarami”. Jest to poziom niedoinformowania podobny do tego, jakim charakteryzuje się wiara, że deportowanie 11 milionów imigrantów pozwoli klasie robotniczej dorobić się fortun.
Po pierwsze na Trumpa w prawyborach głosowało 14 milionów ludzi, a żadna grupa tej wielkości nie stanowi monolitu. Wśród jego wyborców, których poznałem, byli weterani wojenni, emeryci, studenci, absolwenci uczelni wyższych, przedsiębiorcy, biznesmeni, pracownicy fabryk i sektora usług, policjanci, personel zarządzający, członkowie związków zawodowych czy prawnicy. W grupie tej znaleźć można nawet niewielką liczbę Azjatów, osób czarnoskórych i homoseksualistów, rozmawiałem też z wieloma kobietami, chociaż grono wyborców Trumpa jest w sposób nieproporcjonalny zdominowane przez mężczyzn. Spotkałem chrześcijańskich konserwatystów i ateistów, gorących zwolenników wojny i izolacjonistów, żarliwych wyznawców, którzy mówili: Kochamy Trumpa tak mocno, że to aż boli, a także tych, którzy sami nie mogli uwierzyć, że popierają wulgarną gwiazdę telewizji, ale robią to, ponieważ – jak sami przyznawali – w ich oczach stanowi ona mniejsze zło.
Wiele danych wskazuje także, iż popieranie Trumpa jest związane z niepokojami gospodarczymi i społecznymi. Poparcie dla jego kandydatury jest najwyższe pośród białych wyborców, których dotknęły spadek lub stagnacja wynagrodzeń, a którzy jednocześnie nie mają wyższego wykształcenia i nie ukończyli szkoły średniej, zostali wyrzuceni poza nawias grupy pracowników najbardziej poszukiwanych na rynku, a ich szacowana długość życia spadła. Ta ostatnia informacja, potwierdzona przez najnowsze badania, jest zaskakująca, ponieważ spadek szacowanej długości życia w krajach rozwiniętych zdarza się wyjątkowo rzadko – nawet podczas wojen. To dowód, że biali pracownicy w średnim wieku wyraźnie cierpią na wiele sposobów z powodu polityki gospodarczej prowadzonej zarówno przez liberałów, jak i konserwatystów. Odnotowany w latach 90. boom na giełdzie papierów wartościowych nie złagodził uderzenia, od którego ci pracownicy ucierpieli, a związanego z polityką prowadzoną przez Clintona – obejmującą np. NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu), restrykcyjną politykę karną wymierzoną w ubogich, cięcia w systemie pomocy społecznej i deregulację Wall Street.
Donald Trump wie o tych faktach i wykorzystuje je. W Eugene „rozszarpywał” Clintonów, nazywając NAFTA „klęską, która zniszczyła nasz kraj”. Zorientowany rasowo gospodarczy populizm Trumpa rozwija się i kwitnie, choć obie strony sporu są zakładnikami Wall Street.
Wielu białych pracowników, którzy obecnie planują głosować na Trumpa, popierało w przeszłości jednego z kandydatów Demokratów, ale dzisiaj partia ma im niewiele do zaoferowania. Oliwy do ognia dolewa to, że liberałowie wyszydzają ich jako uprzywilejowanych rasistów-ignorantów, zamiast wziąć pod uwagę ich realne obawy ekonomiczne. Choć nie zadałem im pytania o Berniego Sandersa, kilku z nich wspomniało to nazwisko, mówiąc, że był ich drugim wyborem po Trumpie. Ci, którzy darzyli Sandersa sympatią, rozmawiali ze mną na temat swoich osobistych nieszczęść związanych z sytuacją gospodarczą kraju i wyrażali wsparcie dla takich działań politycznych, jak ukrócenie umów o wolnym handlu i stworzenie publicznych programów infrastrukturalnych.
Przy głosowaniu na Trumpa u ciążących w lewo wyborców największe skrupuły wywołują kwestie rasowe. Kandydaci tacy jak Sanders nie rozwiążą tych problemów samotnie. Silniejsze związki zawodowe i ruchy społeczne mogłyby pomóc tym wyborcom w zrozumieniu postępowej polityki klasowej, zamiast zostawiać ich bez szans na obronę, na pożarcie populizmowi Trumpa.
Dwie najpowszechniejsze postawy, jakie wyborcy Trumpa przejawiają wobec kwestii imigracji, odsłaniają punkty, w które postępowe kampanie wyborcze mogłyby uderzyć w przyszłości. Pierwsza z nich to opisywanie imigrantów jako obciążenia podatkowego. Na wiecu Trumpa w Eugene Michael, 34-letni kurier, powiedział: Nie można po prostu przejść sobie przez granicę i wysysać system, korzystając z pomocy w zakupie żywności i otrzymując opiekę medyczną. Mariah, sprzedawczyni po czterdziestce, zgadza się z tą opinią: Imigracja to największy problem. Nie przyjeżdżajcie do tego kraju tylko po to, by ciągnąć od nas pomoc.
Przyrównywanie imigrantów do pasożytów to metafora rasistowska. To także porównanie nietrafne: różnica pomiędzy tym, co rząd amerykański wydaje na pomoc społeczną dla nielegalnych imigrantów, a tym, co kraj zarabia na płaconych przez nich podatkach, jest bardzo mała, jeśli w ogóle istnieje. Jednak nie jest prawdopodobne, by serca tych wyborców mogła podbić postępowa polityka gospodarcza, ponieważ są oni zwolennikami Tea Party i wrogami programów socjalnych. Janice, pracownica młyna, była bardzo negatywnie nastawiona do Sandersa, ponieważ chce nas opodatkować i rozdawać nasze pieniądze.
Ale nie wszyscy głosujący na Trumpa postrzegają nielegalnych imigrantów w ten sposób. Inni członkowie tej grupy łączą problem z wynagrodzeniami, miejscami pracy i wolnym handlem. 29-letni Rick, student inżynierii elektrycznej z Uniwersytetu Oregońskiego, mówi: Nielegalni imigranci powodują obniżenie pensji pracowników niewykwalifikowanych. Paul, 42-letni stolarz, dodaje: W ciągu ostatnich trzech lat dłużej byłem bez pracy, niż pracowałem. Uważam, że Trump pomoże szaremu człowiekowi. Paul, który twierdzi, że Sanders był jego drugim rozważanym wyborem, popiera restrykcje związane z imigracją: Czas odzyskać Amerykę, odebrać im nasze miejsca pracy.
Choć tego typu język niesie powiew rasizmu, jest istotne, by pamiętać, że nie jest on chorobą nieuleczalną. Jak pisze Michelle Alexander w swojej książce „The New Jim Crow”, to wyuczone zachowanie oraz presja systemu społecznego. Zapewnienie alternatyw opartych na identyfikacji klasowej mogłoby oduczyć ludzi rasizmu. To jedna z lekcji, jakie wynieśliśmy z wyborów w 2012 r. Kandydujący wtedy Barack Obama zdobył o ponad połowę głosów więcej niż Mitt Romney wśród białych wyborców – robotników płci męskiej, którzy byli członkami związków zawodowych. To widomy znak, że klasa może być ważniejsza niż kwestie rasowe – i obalenie założenia, że przedstawiciele białej klasy robotniczej są urodzonymi rasistami.
Jednak kampania wyborcza Hillary Clinton skręciła w innym kierunku. Kandydatka zadeklarowała, że single-payer healthcare [system opieki medycznej, w którym z założenia państwo, a nie prywatni ubezpieczyciele, płaci za leczenie podatników – przyp. tłum.] nigdy, przenigdy nie zostanie wprowadzony. Zaatakowała też Sandersa za nawoływanie do wprowadzenia darmowej edukacji wyższej oraz odrzuciła projekty zamknięcia banków inwestycyjnych, gdyż uczynienie takiego kroku nie zakończyłoby ery seksizmu, rasizmu i homofobii. Wytyczyła podobny kurs jeśli chodzi o wolny handel, zapewniając Trumpowi pod tym względem niezłe argumenty przeciw sobie. Jej nagła, dokonana w roku wyborczym, zmiana polityki związanej z Partnerstwem Transpacyficznym, nie wybiła jej z rytmu demonstrowania wieloletniego przywiązania do Wall Street. Dziedzictwo NAFTA, jak i 21,6 miliona dolarów, które zgarnęła od 2013 r. za wygłaszanie przemów w korporacjach, osłabiły jej wiarygodność u białej klasy robotniczej głosującej na Demokratów na przemysłowym Środkowym Zachodzie USA. Jednak zamiast próbować zdobyć ich głosy z powrotem, potrafi ona jedynie, jak złośliwie mawiają niektórzy Demokraci, podebrać Trumpowi dwóch Republikanów umiarkowanych w kwestiach społecznych i wyborców niezdeklarowanych na jednego pracownika fizycznego, którego traci w tym regionie kraju.
Trump także znalazł niezły sposób na Republikanów takich jak Jon Lovell, czyli tych, którzy są zatroskani cięciami w systemie opieki społecznej. Otóż atakuje on Clinton z lewej strony, flirtując z obietnicą podniesienia płacy minimalnej i wzmocnienia programu ubezpieczeń społecznych. Takie podejście odpowiada wyborcom, którzy polegają na systemie ubezpieczeń, emeryturach oraz rentach wojskowych i policyjnych, Medicaid, opiece społecznej i Department of Veteran Affairs [rządowym systemie wsparcia dla byłych żołnierzy – przy. tłum.]. Troje wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałem, przyznało, że z powodu niepełnosprawności pobiera Supplemental Security Income. Również na tym froncie Clintonowie nie są przyjaciółmi pracowników, jako że już w latach 90. przeforsowali drastyczne cięcia w systemie opieki społecznej, a nawet chcieli go sprywatyzować.
Bez wątpienia wielu wyborców Trumpa to osoby o zimnych sercach i rasiści, postrzegający świat według zasady dog-eat-dog (po trupach do celu). Jednak wielu z nich to ludzie cierpiący, a sporej części ekonomicznego cierpienia, którego doświadczają, jest winne to skrzydło Partii Demokratycznej, na którym znajdują się Clintonowie.
Gdy weźmiemy pod uwagę, jak wielu wyborców zdążył do siebie zrazić Trump, jego ścieżka do zwycięstwa wydaje się w najlepszym razie wąska. Ale rozpętana przez niego kampania oparta na zbiórce funduszy, reklamie, pomocy konsultantów, badaniach opinii publicznej i dokładnym pisaniu scenariuszy wystąpień, wytyczyła być może ścieżkę jakiemuś demagogowi przyszłości, który będzie potrafił zaprząc do swoich celów rasistowski populizm, porzucając jednocześnie wulgarność charakterystyczną dla Trumpa.
Hillary Clinton cynicznie używa kwestii rasowych i płciowych, by napuścić pracowników na siebie nawzajem, co ułatwia jej posuwanie się naprzód z „programem Wall Street”. Sprawi to jednak tylko, że coraz liczniejsi przedstawiciele klasy robotniczej odwrócą się od Demokratów. Najlepszą drogą do pokonania „trumpizmu” byłaby synteza postulatów antyrasistowskich, lewicowo-klasowych oraz dotyczących równości płci. A punktem wyjścia jest nauka słuchania głosów wyborców Trumpa i znalezienie takich punktów stycznych, które odwiodłyby ich od dzielącej społeczeństwo bigoterii w kierunku działań na rzecz wspólnego dobra.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Yes Magazine” 30 czerwca 2016 r.
przez Dustin Guastella | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Młodsza generacja jest wykształcona lepiej niż kiedykolwiek. A tymczasem przeważająca większość jej przedstawicieli określa siebie mianem… klasy robotniczej.
Szerokie poparcie, jakim millenialsi [pokolenie urodzone pomiędzy połową lat 80. XX w. a początkiem XXI w. – przyp. tłum.] obdarzyli Berniego Sandersa, było niespodzianką dla wielu analityków sceny politycznej. Niektórzy z nich próbowali je przypisać młodzieńczemu podekscytowaniu, niewiedzy, werteryzmowi charakterystycznemu dla młodego wieku albo „białemu przywilejowi”. Inni stawiali na głęboką niechęć do Hillary Clinton – lub na połączenie wszystkich powyższych elementów.
Niektórzy komentatorzy wskazywali, że „koalicja Sandersa”, złożona z przedstawicieli tego pokolenia oraz wyborców z klasy robotniczej, ma niewiele wspólnego z jakimkolwiek wspólnym interesem, nie mówiąc o interesie klasowym. Sympatycy Sandersa to albo idealistycznie nastawiona młodzież, albo rozczarowani rzeczywistością biali mężczyźni z klasy robotniczej. Ale fakty nie pasują do tych interpretacji. Millenialsi nie „poszli do łóżka” z klasą robotniczą – oni są jej rdzeniem. Co więcej, jako klasa robotnicza określa się większa część przedstawicieli tego pokolenia niż jakiejkolwiek generacji w przeszłości.
Według badań opinii publicznej, które przez ostatnie czterdzieści lat prowadziło General Social Survey (zarządzane przez University of Chicago), millenialsi identyfikują się z klasą robotniczą w stopniu większym niż jakakolwiek inna grupa. W 2014 r. takim mianem określało się 60 proc. z nich.
Te liczby uderzają, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę długo hołubione mity o tym, kto jest w Ameryce klasą średnią. W prasie popularnej termin „klasa robotnicza” jest zazwyczaj rezerwowany dla pracowników z wykształceniem średnim wykonujących prace fizyczne. Patrząc powierzchownie: millenialsi nie wydają się pasować do tej kategorii.
Jako grupa są wykształceni lepiej od swoich starszych odpowiedników. Podczas gdy w 1965 r. tylko około 13 proc. Amerykanów miało tytuł licencjata, dzisiaj cieszy się nim 30 proc., a 40 proc. osób w przedziale wiekowym od 18 do 24 roku życia uczęszcza obecnie do instytucji kształcącej na poziomie wyższym. Idźmy dalej: millenialsi, ogólnie mówiąc, nie pracują zazwyczaj na stanowiskach „tradycyjnie” uznawanych za robotnicze, takich jak np. produkcja lub inne prace fizyczne. Znajdują zatrudnienie głównie w przemyśle usługowym, w sektorach takich jak handel detaliczny, obsługa interesantów czy usługi zdrowotne. Pod tym względem zatem nie wyglądają według statystyków i mędrców jak klasa robotnicza i są stereotypowo uznawani za oczytanych przedstawicieli bohemy mieszkającej w dużych miastach – a nawet za snobów.
Założenia dotyczące pozycji klasowej tego pokolenia nie są jednak, jeśli złożyć je do kupy, zupełnie pozbawione podstaw. Biorą bowiem swój początek w teoriach socjologicznych na temat związków klasy społecznej i wykształcenia. Dominujące hipotezy głoszą, że znacznie wyższy poziom wykształcenia millenialsów powinien dać im wstęp do zawodów wykonywanych przez klasę średnią – oraz do osiągania dochodów na jej poziomie. Historia udowadnia, że od dawna istnieje silny pozytywny związek pomiędzy poziomem wykształcenia a pozycją klasową, co jest szczególnie istotne, jeśli chodzi o opowiadanie bajek mających zaprzeczać istotności pochodzenia społecznego i gloryfikować wspinanie się po drabinie „klasowej”. Według tych zapewnień najważniejsza miała być indywidualna zdolność do zdobycia stopnia naukowego licencjata. W badaniach socjologicznych z 1984 r. stanowiących punkt zwrotny, Michael Hout „udowodnił”, że tytuł licencjata jest biletem na pociąg, który wyjeżdża poza granice klasy robotniczej: Wykształcenie zmniejsza różnice opierające się na statusie związanym z pochodzeniem. Niwelujący je efekt trwa tym dłużej i jest tym intensywniejszy, im więcej lat edukacji jednostka ma za sobą; efekt statusu społecznego traci na znaczeniu wraz z nabywaniem wykształcenia.
Zatem, bez względu na to, czy twój ojciec pracował przy linii produkcyjnej, czy w małej farmie rolniczej, jeśli w powojennych Stanach Zjednoczonych zdobyłeś tytuł naukowy, możesz skutecznie odciąć się od swojego pochodzenia społecznego i wspinać po drabinie ku klasom wyższym.
Inna grupa teorii, mniej łączona z pozycją na rynku pracy oraz ze związaną z wykonywanym zawodem mobilnością na drabinie społecznej, udowadnia, że osiągnięcia edukacyjne umożliwiają posiadaczom dyplomów uzyskanie charakterystycznego dla klasy średniej „smaku” oraz kapitału kulturowego. Zwolennicy modelu „wyróżnienia się” argumentują, że ponieważ wielu millenialsów już zdobyło lub w przyszłości zdobędzie tytuł licencjata, automatycznie nabędą oni kwalifikacji przyrodzonych klasie średniej, szczególnie cech kulturowych utożsamianych z osobami na stanowiskach zarządzających lub z wąskimi specjalistami w pewnych dziedzinach.
Związek pomiędzy klasą społeczną a wykształceniem został już tak dogłębnie zaakceptowany, że w obecnych czasach osiągnięcia na niwie edukacyjnej służą, zarówno w literaturze socjologicznej, jak i popularnej, za „zastępstwo” klasy. Przez większą część czasów powojennych ta nieformalna analiza zdawała egzamin. Właściwie prawdą było to, że jeśli ktoś posiadał stopień licencjata, to zarabiał więcej i prawdopodobnie pracował na stanowisku zarządzającego lub specjalisty, nie wykonywał za to pracy fizycznej lub zajęć niewymagających kwalifikacji.
Z tej perspektywy spór wydaje się nieskomplikowany: millenialsi są w przeważającej mierze uznawani za klasę średnią, ponieważ sądzi się o nich, że ukończyli szkołę wyższą. Jak zatem mogą dzielić jakikolwiek interes z klasą robotniczą, nie mówiąc już o określaniu samych siebie tym mianem?
Paradoks polega na tym, że w obecnych czasach millenialsi są jednocześnie lepiej wykształceni od swoich starszych odpowiedników i zajmują gorszą pozycję na rynku pracy. Do końca bieżącej dekady 50 proc. przedstawicieli tego pokolenia będzie się legitymowało wyższym wykształceniem – w porównaniu z 35 proc. przedstawicieli Generacji X i 29 proc. przedstawicieli pokolenia wyżu demograficznego. Tyle że ogromna większość millenialsów pracuje w sektorze usług, a mediana dochodu tej świetnie wykształconej grupy jest prawie identyczna z medianą dochodu pokolenia ich dziadków, kiedy byli oni w tym samym wieku – choć poziom ich wykształcenia był ogólnie niższy. Millenialsi to mięso armatnie dla przemysłów charakteryzujących się pensjami pozostającymi na tym samym poziomie lub zmniejszającymi się (wyjątkiem jest tu opieka zdrowotna). Co ironiczne, sektor płacący przedstawicielom tego pokolenia najwyższą medianę jest jednocześnie sektorem, w którym najmniej z nich jest zatrudnionych – to tradycyjny bastion klasy robotniczej, czyli produkcja przemysłowa.
Jest także bardziej prawdopodobne, że bezrobotnym stanie się przedstawiciel właśnie tego pokolenia, a nie jego starszy kolega. Nawet bardzo zachowawcze statystyki rządowe wskazują, że ponad 12 proc. millenialsów pozostaje obecnie bez pracy, podczas gdy oficjalna wysokość bezrobocia w kraju utrzymuje się na poziomie 5 proc.
To wszystko stawia przed nami następujące zagadnienie: podczas gdy poziom wykształcenia w społeczeństwie systematycznie wzrasta od lat 60. XX w., w takim samym tempie wzrastają prekaryzacja pracy i proletaryzacja posad urzędniczych i biurowych. Jeśli wykształcenie faktycznie miałoby jakiś tajemniczy wpływ na identyfikację klasową, powinniśmy obserwować, jak wraz ze wzrostem jego poziomu rośnie grupa ludzi identyfikujących się jako klasa średnia. Skoro jednak nawet dobrze wykształceni millenialsi (czyli ci ze stopniem przynajmniej licencjata) określają się jako klasa robotnicza lub klasy niższe w stopniu znaczniejszym, niż robili to ich odpowiednicy w minionych dekadach, może to znaczyć, że długotrwały związek pomiędzy klasą a wykształceniem jest mniej uderzający i mniej niezmienny, niż się oczekuje. I to właśnie obecnie obserwujemy.
Jeśli porównamy dobrze wykształconych millenialsów z ich rówieśnikami z kilku poprzednich dekad, zauważymy stały wzrost poziomu identyfikacji „robotniczej”. W 2014 r. połowa wszystkich millenialsów ze stopniem licencjata określała się mianem klasy robotniczej lub klasy niższej – w 1974 r. było to tylko 26 proc. pokolenia w tym samym przedziale wiekowym.
Oczywiście identyfikacja klasowa jest subiektywna i niekoniecznie stanowi realne odbicie faktycznej lub obiektywnej pozycji na drabinie klasowej, ale nawet z tak subiektywnej miary można wynieść interesującą lekcję.
Po pierwsze, taka sytuacja sugeruje, że pozycja ekonomiczna millenialsów ma niewątpliwy, autentyczny wpływ na ich identyfikację klasową. Innymi słowy, identyfikacja ta nie jest produktem jakiejś wydumanej psychologicznej transformacji, która zachodziłaby na tle zmian kwalifikacji czy gustów. I to właśnie moment, w którym wiele popularnych narracji zaczyna źle interpretować tę zależność. Tak, millenialsi są dobrze wykształceni i wielu z nich może prezentować cechy kulturowe tożsame z tymi, jakie według naszych wyobrażeń przejawia amerykańska klasa średnia, ale są oni jednocześnie w beznadziejnym położeniu ekonomicznym – i to nie z własnej winy. Grali w obowiązującą grę, zostali w szkołach i zdobyli dyplomy – ale system nie wynagrodził ich za to godnymi posadami. I to właśnie ta materialna rzeczywistość wydaje się kreować ich identyfikację klasową. Bez względu na to, czy oni sami (i społeczeństwo w całej swej masie) zakładają, że bycie członkiem klasy robotniczej wiąże się z wykonywaniem blue-collar jobs [praca fizyczna – przyp. tłum] czy pink-collar jobs [najemna praca opiekuńcza, świadczona głównie przez kobiety, np. przedszkolanki, stewardessy, hostessy, kosmetyczki – przyp. tłum.], albo jeszcze innych rodzajów pracy, termin ten oznacza, że zajmuje się na drabinie społecznej pozycję poniżej klasy średniej.
Wybór tego terminu świadczy o tym, że wielu millenialsów dostrzega swoje stojące w miejscu lub wręcz malejące płace – wśród wielu innych oznak prekaryzacji – i uważa je za ostatecznie przesądzające o własnej pozycji klasowej. Zatem stosowane dotąd przez Amerykanów wąskie rozumienie pojęcia „klasa robotnicza” ulega zmianie.
Warto również zauważyć, że Sanders nie „przywrócił klasy”, nakładając staromodne kategorie klasowe (przynależności, do których nikt w Stanach Zjednoczonych się nie poczuwa) na staromodną politykę. Pojęcie klasy zostało przywrócone przez spadek płac, wzrost zatrudnienia prekaryjnego, proletaryzację zawodów urzędniczych, coraz wyższe bezrobocie, uporczywe zatrudnianie zbyt małej liczby osób tam, gdzie potrzebna jest większa załoga, a także – dramatyczne nierówności dochodów i posiadanego bogactwa.
To te czynniki stworzyły warunki, w których relatywnie dobrze wykształceni (a także uprzednio identyfikujący się jako klasa średnia) millenialsi obecnie w przeważającej masie postrzegają siebie jako tożsamych z dolną warstwą klasowego spektrum. Sanders był w stanie stworzyć politykę, która do nich przemawia – politykę klasową – i to skuteczniej, niż zrobił to ktokolwiek inny z kandydatów na prezydenta kraju.
Po drugie, te odkrycia sprawiają, że teoretyczne połączenie między wykształceniem a klasą staje się problematyczne. W teorii relacja ta może zaistnieć jedynie na bazie założenia, że wykształcenie zapewnia nam dostęp do ograniczonej liczby zawodów wymagających wysokich kwalifikacji i wysokiego statusu, a poza tym – że jest ono dostępne z grubsza tylko zbiorowości osób odpowiadającej liczebności grupy potrzebnej, by obsadzić takie wakaty. Jednak wcale tak nie jest. Trwająca od lat 60. ekspansja edukacji wyższej nie pokrywa się z przyrostem liczby dobrze płatnych miejsc pracy, które wymagałyby wysokich kwalifikacji.
W teorii nie istnieje dobry powód, by zakładać, że w kapitalizmie wykształcenie jest nieodłącznie związane z klasą społeczną i ruchliwością społeczną [social mobility – przemieszczanie się jednostek lub grup w strukturze społecznej – przyp. tłum]. To, że zdobycie wykształcenia przecierało w przeszłości szlak w górę, nie oznacza, że tak będzie zawsze. Millenialsi jako masa zaczynają zatem dostrzegać własną niezdolność do osiągnięcia materialnego komfortu charakterystycznego dla amerykańskiej klasy średniej (i stylu życia, jaki prowadzili ich dziadkowie i rodzice), a fakt, że wielu z nich legitymuje się dyplomem licencjata (lub wyższym), nie ma na tę sytuację wpływu.
Oczywiście warto też pamiętać, że ponad połowa przedstawicieli tego pokolenia nie dysponuje takim dyplomem. Stereotyp na ich temat mówi, że są nadmiernie wyedukowanymi mieszkańcami dużych miast – a istnienie takich skojarzeń pomaga zamazywać rzeczywistość, w której większa część tej grupy wiekowej posiada jedynie świadectwo ukończenia szkoły średniej. Szanse tej części na pozyskanie dobrze płatnej pracy maleją z każdą chwilą. Wykształcenie nie jest już biletem ułatwiającym ucieczkę z klasy robotniczej, którym dawniej było, a absolwenci szkół średnich coraz gorzej wypadają w konkurencji o lepiej płatne posady, ponieważ walczą o nie ze swoimi rówieśnikami legitymującymi się dyplomami ukończenia uniwersytetu. To współzawodnictwo sprawia, że wynagrodzenia obu tych grup ulegają obniżeniu.
Jednak nawet millenialsi z wyższym wykształceniem stają twarzą w twarz z problemami, jakich dawniej doświadczała tylko klasa robotnicza: bezrobociem, zatrudnieniem na część etatu, choć potrzebuje się całego (underemployment), wysokim zadłużeniem, nieprzewidywalnymi godzinami pracy i stagnacją wynagrodzeń. Wielu wykształconych millenialsów to wszystko zna – a znajomość takiego życia doprowadziła ich do gromadnego określania się mianem klasy robotniczej pomimo stopni naukowych i tak zwanego kapitału kulturowego. Ten prosty fakt wyjaśnia dezorientację związaną z fenomenem Sandersa. To, że popierali go zarówno górnicy z Zachodniej Wirginii, jak i absolwenci college’u z Nowego Jorku, jest w tym świetle całkowicie zrozumiały.
Polityka klasowa powraca, i to z fanfarami. Nie dlatego, że tak powiedział pewien senator-socjalista, ale dlatego, że bieżąca polityka gospodarcza i warunki polityczne sprawiają, iż klasa staje się dla amerykańskiego elektoratu kwestią kluczową.
Kiedy Nowa Lewica była u szczytu rozkwitu, wielu myślało, że świeżo zradykalizowana młodzież i ruchy studenckie są w stanie zastąpić klasę robotniczą w jej tradycyjnej roli zapalnika rewolucyjnej zmiany społecznej. Dziś obie te grupy stanowią właściwie jedność.
Sanders elektryzuje tę nową zbiorowość młodych wyborców z klasy robotniczej, której świadomość klasowa jest jeszcze świeża, i steruje nią w kierunku polityki emancypacyjnej. Na tym impecie powinni budować socjaliści, pracując nad tą grupą i rozwijając ją, by stała się bazą społeczną oddaną radykalnej polityce.
tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” z lipca 2016 r.
przez Katarzyna Górzyńska-Herbich | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016, Wywiad - kwartalnik
– Ostatnio ukazała się książka „Transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi”, która jest rozszerzeniem raportu z badań prowadzonych przez Pański zespół. Zacznijmy od rzeczy podstawowych – czym są miejskie obszary funkcjonalne?
– Michał Wolański: Miejskie obszary funkcjonalne to największe miasta i tereny do nich ciążące, z których ludzie codziennie dojeżdżają do szkół i pracy. Są one biegunami wzrostu oraz dobrobytu, a także szczególnym obszarem inwestycji publicznych. Tymczasem my chcieliśmy się skupić na terenach „Polski powiatowej” – obszarach, na których jedyna realna perspektywa pracy i edukacji, dostępna w ramach codziennych dojazdów, to miasta powiatowe.
– Publiczny transport zbiorowy, którym zajmowaliście się w tym badaniu, został ograniczony tylko do transportu autobusowego. Dlaczego to właśnie ten środek transportu znalazł się w kręgu zainteresowań Pana zespołu?
– Na kolej możemy narzekać, ale ona jednak jako tako funkcjonuje. Prawdziwe problemy wykluczenia transportowego zaczynają się tam, gdzie kolei nie ma, gdzie pasażerowie są skazani na własny samochód lub autobus. To właśnie te obszary stały się przedmiotem naszego zainteresowania.
– Jaki obraz wyłania się z tego badania?
– Niesamowicie smutny. Komunikacja pozamiejska się zwija – od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej została ograniczona prawie o połowę, omijają ją inwestycje unijne. Dla samorządowców najważniejsza jest budowa dróg, natomiast nie dostrzegają, że nie każdy może mieć lub prowadzić samochód – dotyczy to zwłaszcza osób najmłodszych, najstarszych, najbiedniejszych i niepełnosprawnych. Władze rządowe zupełnie pomijają problem. Nieliczne osoby, które walczą o komunikację publiczną – głównie personel PKS-ów – są już bardzo wypalone i zrezygnowane. Mimo to szacujemy, że w 2012 roku z komunikacji zbiorowej poza miastami korzystało regularnie ok. 2,5% mieszkańców kraju, czyli niemal co dziesiąty mieszkaniec obszarów wiejskich.
– A może inwestowanie w transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi po prostu nie ma sensu i będzie lepiej, jeżeli ludzie będą wiązali swoją przyszłość z dużymi miastami? Dlaczego warto w niego inwestować?
– Nie jest naszą rolą ocenianie, czy można zatrzymać wyludnianie się obszarów wiejskich. Jednak bez wątpienia zostaną tam jacyś ludzie, którzy na pewno będą mieć dzieci i nie zawsze znajdą czas, by zawieźć je do szkół. I to już jest wystarczający powód, aby utrzymywać tam odpowiedni transport. Z pewnością nie muszą to być wielkie autobusy kursujące co chwilę, ale trzeba też pamiętać, że dzieci powinny mieć możliwość udziału w zajęciach pozaszkolnych, spotkania się ze znajomymi, i tak dalej. Trzeba też zapewnić dostęp do podstawowych usług publicznych, takich jak przychodnie czy sądy.
– Nie tylko w potocznym odbiorze dominuje przekonanie, że miarą rozwoju gospodarczego kraju jest po pierwsze gęsta sieć autostrad i możliwość przemieszczania się po nich własnym samochodem. Podziela Pan tę opinię?
– Autostrady z pewnością są widoczne. Są też „łatwą” inwestycją, politycy je lubią, bo jeśli zostaną wybudowane, to przez pierwsze dziesięć lat z reguły nie są drogie w utrzymaniu. Tymczasem transport publiczny wymaga określonych, regularnych nakładów finansowych, których nie można pokryć z pieniędzy unijnych – nie wystarczy kupić autobus czy wybudować linię kolejową, bo trzeba również zapewnić rozkład jazdy.
– Czy mimo to warto w niego inwestować?
– Tak, ponieważ, mimo że wymaga on określonego nakładu środków, w zamian daje naprawdę sporo – jest dostępny dla wszystkich, zużywa mniej energii, emituje mniej zanieczyszczeń. Może również być znacznie wygodniejszy.
– Na potrzeby diagnozy problemów transportowych na obszarach wiejskich, używają Panowie modelu błędnego koła komunikacji pozamiejskiej. Co on opisuje?
– Jest to sprzężenie pomiędzy coraz gorszą ofertą transportu publicznego a coraz mniejszą liczbą pasażerów. Jedno powoduje drugie, a drugie wywołuje pierwsze. W efekcie od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej oferta transportu publicznego na terenach wiejskich została ograniczona o połowę.
– Jak planowanie rozwoju transportu na tych terenach wygląda dziś na poziomie państwa? Czy na podstawie dostępnych dokumentów możemy zrekonstruować jakąś wizję tego sektora?
– Jest to wizja czysto teoretyczna. Teoretycznie ważny jest rozwój obszarów wiejskich, teoretycznie ważne jest zapewnianie dostępu do edukacji oraz walka z wykluczeniem społecznym. W to wszystko rozwój transportu na terenach wiejskich wpisuje się przecież doskonale. W praktyce jednak nie ma żadnego planowania, i to – co ważne – właściwie na żadnym ze szczebli administracji publicznej. Wszystko pozostawione jest przedsiębiorcom. Taka sytuacja byłaby wprost niewyobrażalna na kolei i w komunikacji miejskiej, a w tym przypadku tak się dzieje.
– Czy wśród tych badanych obszarów można wskazać jakieś wewnętrzne zróżnicowanie? Gdzie jest najgorzej?
– Generalnie im dalej od dużych miast, tym gorzej. Zaobserwowaliśmy też taką zależność, że jeśli na danym obszarze upada PKS, to przewozy przejmują „busiarze” i poprawia się oferta na głównych ciągach, natomiast umierają „końcówki”, połączenia do małych wiosek, co ma dość oczywiste wady i zalety. Przede wszystkim jednak wiele zależy od entuzjazmu pojedynczych osób – jeśli on jest, to sporo ratuje. Stąd np. względnie niezła sytuacja w województwie lubuskim czy w Gryficach, gdzie mogą oddziaływać wzorce niemieckie.
– Wśród osób, z którymi prowadzono rozmowy, najliczniejszą grupę stanowią gimnazjaliści. Dlaczego to oni zostali wytypowani do badania? W uzasadnieniu, które pojawia się w raporcie, można znaleźć tezę, że wybór szkoły średniej determinuje dalszą ścieżkę kariery, ale również szerzej – całą drogę życiową. Mogłoby się wydawać, że współcześnie drogi awansu społecznego nie są już ściśle powiązane z wyborem szkoły. Panowie chyba jednak nie podzielają tego przekonania?
– Rzeczywiście – cały czas uważamy, że jeśli ktoś się urodzi na terenach wiejskich, to ma ograniczone możliwości rozwijania swoich pasji. I właśnie na etapie wyboru szkoły ponadgimnazjalnej musi podjąć pierwszy wybór – czy szkoła najbliższa, czy najlepiej odpowiadająca rozwojowi zainteresowań. Jest to szczególnie ważne dla osób rozważających technikum – nie w każdym powiecie młody pasjonat weterynarii czy budownictwa znajdzie odpowiednią szkołę. Być może stawką nie jest awans społeczny, ale wciąż są to wybory determinujące przyszłą pozycję zawodową, a w skali makro – jakość zasobów ludzkich kraju. Jakość, która – śmiemy twierdzić – jest ważniejsza od ilości. Wybraliśmy gimnazjalistów również dlatego, że w pierwszych latach szkoły ponadgimnazjalnej nie można samodzielnie prowadzić samochodu. Przeprowadzka do internatu także bywa trudna, bo w tym wieku bliskość rodziców jest wciąż ważna. Oprócz tego do ukończenia gimnazjum gmina ma obowiązek zapewnić transport ucznia do szkoły – później jest to już tylko problem dziecka i jego rodziców.
– W jaki sposób na mieszkańców obszarów poza miastami oddziałuje dostęp do transportu publicznego lub jego brak? Jakie problemy wiążą się z niedostatecznym rozwojem transportu na prowincji?
– Rozmawialiśmy z różnymi osobami, także z dorosłymi mieszkańcami, samorządami czy pracownikami urzędów pracy. Ci ostatni wprost stwierdzili, że często posiadanie własnego samochodu jest warunkiem zatrudnienia – chociażby w gastronomii albo w pracy zmianowej. Z kolei u gimnazjalistów zaobserwowaliśmy duże pogodzenie się z wyborem najbliższej szkoły, ogromną bierność, z której wyzwalają się tylko nieliczne jednostki. Z drugiej jednak strony utrzymanie samochodu pochłania sporą część wynagrodzenia. Ale rynek nie lubi próżni – pracownicy i uczniowie się organizują, dojeżdżają wspólnie, w niektórych regionach specjalny transport uruchamiają pracodawcy, często nawet korzysta się z autostopu przy podróżach do urzędów. To dobrze, że ludzie szukają rozwiązań, ale z drugiej strony – nie są one niezawodne i dostępne dla wszystkich, a jednocześnie prowadzą do dalszego osłabienia transportu publicznego.
– PKS-y to nieodłączny element krajobrazu PRL. Jak w transporcie na tym terenie wyglądało przejście od gospodarki centralnie planowanej do kapitalistycznej?
– Można wyróżnić kilka faz tych przekształceń. Na początku, jeszcze w latach 90., przedsiębiorstwa te były wykupywane na preferencyjnych warunkach przez ich załogi, chociaż w praktyce oznaczało to uwłaszczenie się dyrekcji na majątku przedsiębiorstw. Wiele powstałych w wyniku tego procesu firm odniosło duże sukcesy. Później postawiono na bardziej oficjalną prywatyzację, w wyniku której PKS-y kupiło między innymi kilka koncernów międzynarodowych, ale też wiele mniejszych firm. Te ostatnie były jednak częściej zainteresowane nieruchomościami dworców i zajezdni niż przewozami. Ostatnio część PKS-ów trafiła do samorządów bardzo różnego szczebla – na Podlasiu wiele firm przejął urząd marszałkowski, w Wielkopolsce zaś miasta, np. Kalisz czy Konin. Żadna metoda nie gwarantowała jednak sukcesu i w zasadzie w każdym przypadku ograniczano siatkę połączeń, ponieważ to nie własność jest kluczowa dla zapewnienia dobrej komunikacji, lecz nakłady bieżące i zrozumienie, że jest to takie samo zadanie samorządu, jak drogi czy szkolnictwo.
Pierwsze lata po zmianach nie były złe. Tak naprawdę trudności zaczęły się na przełomie wieków. Wtedy powstały gimnazja i wymyślono, że dowóz dzieci do nich będzie realizowany specjalnymi autobusami – ich zakup miał charakter polityczny, mający na celu promowanie reformy edukacji. Zamknięte przewozy osłabiły jednak sieć komunikacyjną – są miejscowości, do których dojeżdżają tylko gimbusy. Co ciekawe, zwykli pasażerowie też z nich korzystają, ale nielegalnie, płacąc kierowcom „do czapki”.
– Szansą na poprawę jakości transportu publicznego wydawało się wejście Polski do Unii Europejskiej i możliwość wykorzystania środków unijnych. Czy polskie samorządy z tego skorzystały?
– Zupełnie nie. Tylko kilka PKS-ów sięgnęło po fundusze unijne na transport pozamiejski – Bielsko, Kłodzko, Sokołów. To paradoksalne, że za pieniądze unijne, które mają na celu wyrównywanie różnic społecznych, kupujemy setki nowych autobusów dla wielkich miast. To nie tam zły transport jest przyczyną wykluczenia społecznego. Jednak to tam są struktury, które są w stanie „przerobić” fundusze.
– Co w takim razie wpływa na lepszy rozwój sieci autobusowej?
– Głównie pasja osób zarządzających przedsiębiorstwami komunikacyjnymi – ich chęć zrozumienia klientów (niestety rzadka), ratowania przedsiębiorstw oraz przekonywania samorządowców, że warto się zająć transportem publicznym. Tak się dzieje chociażby w badanych przez nas Gryficach.
– Właśnie, w badaniu wzięło udział dziewięć powiatów. Jak zostały wybrane?
– Nie było nas stać na reprezentatywność, więc postawiliśmy na różnorodność, którą skonsultowaliśmy z prezesem izby zrzeszającej PKS-y. Wybraliśmy zarówno takie obszary, gdzie PKS-y zawiesiły swoją działalność, jak i takie, gdzie możemy trafić na względnych prymusów.
– Ta różnorodność jest znacząca. Czy w związku z tym Pana zdaniem przeniesienie odpowiedzialności za finansowanie i organizowanie komunikacji na szczebel gminny, powiatowy lub wojewódzki – jak ma to miejsce dziś – jest dobrym rozwiązaniem?
– Uchwalona w grudniu 2010 roku Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym przypisała komunikację autobusową do zadań samorządów różnego szczebla. To unikat w skali europejskiej – w Niemczech są to wyłącznie powiaty, we Francji w momencie badania były to departamenty, a teraz są to regiony. Ostatnie 5 lat pokazało, że takie rozproszenie kompetencji powoduje niepodejmowanie działań. Samorządy, które w jakikolwiek sposób wzięły się do roboty, to ułamek całości.
– Kiedy przegląda się dane na temat powiatów, można zauważyć, że w wielu przypadkach komunikacja w poszczególnych wsiach i miasteczkach jest skierowana głównie do dużych, najczęściej wojewódzkich miast. Czy zgadza się Pan z taką obserwacją?
– Naszym zdaniem znaczna część podróży to przejazdy do siedzib powiatów, stąd zdecydowanie należy planować komunikację w skali co najmniej jednego powiatu. Wyraźne jest również ponadpowiatowe oddziaływanie dawnych miast wojewódzkich. Oddziaływanie dużych miast widzieliśmy w dwóch przypadkach – powiatów bydgoskiego i zawierciańskiego. Ten pierwszy został wybrany jako punkt odniesienia – jako jedyny zaliczał się do miejskiego obszaru funkcjonalnego, natomiast drugi pokazał, że oddziaływanie Krakowa jest znacznie silniejsze niż wynika to z oficjalnej delimitacji obszaru funkcjonalnego.
– Jakie są największe problemy komunikacji publicznej poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi? Jakie zarzuty pod adresem przewoźników są najczęściej zgłaszane?
– Przewoźnicy są już bardzo słabi i rzadko stać ich na refleksję nad popytem, badania czy choćby najprostsze działania marketingowe. Nie stać ich również na odnowę taboru czy szkolenie nowych kierowców.
– Jak na ofertę przewoźników wpływa ich silna orientacja komercjalizacyjna?
– Jeśli przewoźnik ma rzeczywiście silną orientację komercjalizacyjną, to jeszcze nie jest źle. Tak jest w Gryficach, gdzie połączenia „ratuje” się poprzez zmniejszenie taboru, dba o markę i relację z samorządami. Znacznie gorzej jest w innych przypadkach – wiele firm zgubiło się gdzieś między gospodarką centralnie planowaną a orientacją komercjalizacyjną, łącząc najgorsze cechy obu systemów i po prostu stopniowo „wycinając” połączenia.
– Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego w Szczecinie niedawno wprowadził na obszarach o mniejszej gęstości zaludnienia, na których liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej nie jest duża, autobusy na żądanie. To rozwiązanie, pochodzące z Niemiec, jest w badaniu rekomendowane na obszarach poza miastami. Dlaczego?
– Pozwala ono zaoferować usługę lepiej dopasowaną do potrzeb, a jeśli zupełnie nie ma pasażerów – ograniczyć koszty, np. poprzez skrócenie kursu. W Szwajcarii jest również traktowane jako swoiste „badanie rynku”, pozwalające ukształtować sieć dostosowaną do potrzeb. W Polsce jest jednak nielegalne – przewozy powinny być wykonywane zgodnie z rozkładami jazdy, listą przystanków oraz koniecznie autobusami (a nie np. mikrobusami). To swoista paranoja, utrudniająca ratowanie najsłabszych połączeń. Dlaczego wysadzając jedną osobę we wsi, w nocy, kierowca nie może wysadzić jej pod domem, tylko musi na przystanku?
– No właśnie, tego typu udogodnienia nie są w Polsce przewidziane, ale może zostały wypracowane jakieś rozwiązania, które mogą inspirować inne jednostki organizujące taki transport? Jakie jeszcze niestandardowe rozwiązania mogą usprawnić jego funkcjonowanie?
– Przede wszystkim postulujemy połączenie komunikacji publicznej ze szkolną. Tak zresztą zrobił np. opisywany przez nas podwarszawski Brwinów, dzięki czemu do wielu miejscowości dotarł pierwszy od wielu lat publiczny autobus. Co ważne, nie kosztowało to więcej, gdyż profesjonalny przewoźnik ma niższe koszty działalności niż gmina organizująca samodzielnie eksploatację autobusu i zatrudniająca kierowców (tak było wcześniej). Jest to jednak trudne pod względem formalnym – można popełnić błędy i wówczas samorząd musi zwracać nienależne pieniądze. Warto sięgać po fundusze unijne – dzięki współpracy powiatu bielskiego i PKS Bielsko-Biała mieszkańcy Podbeskidzia mogą korzystać z niskopodłogowych autobusów i przyjaznej taryfy strefowej, podobnej do tej z komunikacji miejskiej. Konieczne jest jednak zaangażowanie samorządu, który powinien być liderem. I powinny go również wspierać władze państwowe.
– Najważniejszym wyzwaniem dla przyszłości transportu poza miejskimi obszarami komunikacyjnymi wydaje się zmiana przepisów dotyczących ulg ustawowych oraz dopłat do biletów ulgowych w komunikacji publicznej, która wejdzie w życie 1 stycznia 2017 r. Z czego wynika jej znaczenie i jakie może przynieść skutki?
– Dopłaty do ulg ustawowych to ok. 30% przychodów przewoźników – zarówno PKS-ów, jak i busów. Teraz może je dostać każdy podmiot po spełnieniu określonych warunków formalnych. W ten sposób budżet państwa dotuje pozamiejską komunikację autobusową kwotą ponad 700 milionów złotych rocznie, jednak w zamian nie może stawiać żadnych warunków. System ten jest nieefektywny i prowadzi do nadużyć. Jego zmiana miała polegać na ograniczeniu od 1 stycznia 2017 r. dopłat tylko do tych linii, które będą objęte umowami z samorządem, stawiającym określone wymogi jakościowe, ustalającym maksymalną taryfę i minimalny rozkład jazdy. Zawarcie takiej umowy to jednak męka formalno-prawna, zajmująca zapewne około dwa lata. Obecnie odroczono ten termin do 1 stycznia 2018 r., ale to tak naprawdę zupełnie nic nie zmienia, poprzednio okres przejściowy wynosił przecież prawie dekadę.
– Jakie rozwiązanie tego problemu byłoby według Państwa najlepsze?
– Naszym zdaniem ten system powinien być całkowicie przebudowany. Samorządy powiatowe powinny dostać do podziału te 700 milionów w formie „znaczonych” pieniędzy i kompleksowo kontraktować za nie usługi, zgodnie z wzorcami umów przygotowanymi na szczeblu ministerialnym. Powinny także korzystać ze wsparcia unijnego na nowy tabor, udzielanego w specjalnych, prostych i standaryzowanych procedurach. Natomiast gminy powinny być zachęcane do dowozów dzieci do szkół za pomocą komunikacji publicznej, w tym negocjować z powiatami odpowiednie siatki połączeń.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 23 czerwca 2016 r.