przez Hifumi Okunuki | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
„Strajk”. Jak się czujecie, gdy słyszycie to słowo, jakie wrażenia mu towarzyszą? Widzicie na horyzoncie krew, pot i łzy? A może wściekłą, złośliwą masę, która niszczy społeczeństwo obywatelskie? Założę się, że większość Japończyków poniżej czterdziestki nie ma ani pozytywnej, ani negatywnej opinii na temat strajkowania. Nie mają też żadnych wspomnień ani wrażeń z nim związanych – jak też żadnego pomysłu na to, czym właściwie jest strajk. A wszystko dlatego, że strajkowanie staje się w japońskim społeczeństwie coraz rzadszym widokiem. Jednak nie zawsze tak było.
W 1974 roku przez kraj przetoczyła się fala strajkowa. Wówczas 9581 zakładów stanęło na pół dnia roboczego. W protestach wzięło udział ponad trzy i pół miliona pracowników. Ten powojenny szczyt aktywności protestacyjnej w Japonii miał miejsce, gdy miałam trzy lata. Z dzieciństwa pamiętam, że dość często widywało się strajkowe przestoje w pracy. Angażowali się w nie głównie konduktorzy pociągów i kierowcy autobusów. Ostatnie dane pochodzą z 2013 roku – odbyło się wtedy ogółem zaledwie 71 strajków.
Wykładam na uniwersytecie prawo pracy, uczę nastolatków i dwudziestoparolatków. Największe wyzwanie dla obu stron stanowi właśnie temat strajków. Wśród pytań, jakie padają podczas tych zajęć, można usłyszeć: „Co to jest strajk?”, „Czemu ktokolwiek miałby robić coś podobnego?” i „Jaki to ma w ogóle cel?”.
Młodzi studenci, którzy uczęszczają na moje zajęcia, nigdy nie widzieli strajku ani też o nim nie słyszeli. W tym sensie nie mają zatem żadnych uprzedzeń ani z góry powziętych założeń – ich umysły są jak tabula rasa. Mówię im: „Artykuł 28 Konstytucji Japonii gwarantuje pracownikom prawo do solidarności, a to oznacza również prawo do strajku”. Wtedy na twarzach wielu z nich dostrzegam zdumienie i zakłopotanie. Jeśli nigdy wcześniej nie słyszało się o strajku ani go nie widziało, bardzo trudno pojąć, co to właściwie jest.
W zeszłym roku, kiedy uczyłam na kursie posemestralnym, wydarzyło się coś, co posłużyło mi za świetny podręcznikowy przykład w rozmowie na temat znaczenia strajków. 20 marca 2014 roku do strajku przystąpił związek zawodowy w Sotetsu Holding Inc. – firmie, która ma monopol na połączenia kolejowe i autobusowe w prefekturze Kanagawa. Studentki z mojego college’u, czyli z Uniwersytetu dla Kobiet w Sagami, często korzystały z połączeń zapewnianych przez tę spółkę. Kilka z nich wydawało się zadowolonych, gdy donosiły grupie, że odbywa się strajk.
Niektóre studentki pokazywały mi „vouchery strajkowe”, rozdawane na stacjach jako potwierdzenie dla szkół i miejsc pracy pasażerów, że spóźnili się oni w umówione miejsce z powodu strajku. Zdjęcia voucherów rozeszły się w internecie i były udostępniane w mediach społecznościowych – a komentarze pod nimi wskazywały, że są traktowane wręcz jak skarby kolekcjonerskie.
Firma Sotetsu Holdings twierdziła, że z powodu „zniszczenia” rozkładu jazdy otrzymała wiele skarg i zażaleń, z drugiej jednak strony u wielu studentów i internetowych komentatorów wyczuwało się pewne podekscytowanie – doświadczali bowiem czegoś niezwykłego, czegoś choć trochę różnego od szarej codzienności. Czy to było wydarzenie, które przypomniało im o czasach katastrof naturalnych albo o innych tragediach? Nawiasem mówiąc: pociągi zatrzymały się tylko na dwie godziny, licząc od pierwszego składu o siódmej rano, zatem rozkład jazdy nie został poważnie zmieniony. Choć jestem szczęśliwa z powodu pozytywnej reakcji studentów na strajk, sytuacja ta jednocześnie udowadnia, jak rzadkie stały się w naszym kraju tego rodzaju wydarzenia.
Dlaczego liczba strajków w Japonii zmalała? Oto kilka powodów.
Nasza praca straciła ciągłość i jednorodność, uległa rozpadowi na drobne części. Pracownicy są zatrudniani tylko na część etatu lub wysyłani w różne miejsca, w zależności od dnia. Zbudowanie solidarności w miejscu pracy staje się zatem coraz trudniejsze. Jednocześnie dużym związkom zawodowym nie udało się zrekrutować w swoje szeregi osób pracujących na niepełny etat, a więc szansa, by związki mogły angażować się w spory w ich miejscach pracy, uległa znacznemu zmniejszeniu. Pracownicy żyją w coraz większej izolacji od innych i – w rezultacie – zamiast do związków, zwracają się z prośbą o pomoc do prawników lub sądów. Zaczęli także postrzegać związki jako instytucje zewnętrzne, które pomogą im, gdy mają kłopoty w miejscu pracy, jednak nie mają z samymi pracownikami nic wspólnego.
W Japonii „klient jest bogiem” od czasu, gdy upowszechniło się poniższe stwierdzenie piosenkarza Haruo Minami: Cokolwiek robi klient, nie mamy prawa sprawić mu jakiegokolwiek kłopotu. Nie możemy sprawić, by klient, który nam płaci, był niezadowolony. Prawda jest jednak taka, że Minami został źle zrozumiany i żalił się później, że zdanie zaczerpnięte z jego utworu zostało potraktowane jako zachęta do takiego zachowania. Powiedział: Chodziło mi tylko o to, że kiedy śpiewam, muszę myśleć o mojej publiczności jako bóstwach, bo inaczej nie dałbym z siebie wszystkiego. Jednak ten fragment upowszechnił się jako mantra japońskiego świata biznesu – i jest nią od pół wieku.
Gdy podsumujemy wszystkie te przykłady, nietrudno będzie zrozumieć, czemu japońskie społeczeństwo uważa, że strajkujący pracownicy powodują dyskomfort klientów: robią to tylko dlatego, że chcą zaspokoić swoje samolubne chęci poprawienia warunków pracy. A zatem, zdaniem większości, nie powinni „wciągać” klientów w swoją walkę ani czynić ich jej świadkami.
Emi Kawaguchi-Mahn, mieszkająca w Niemczech japońska pisarka, podziela tę opinię na temat strajków. W zeszłym roku [2015] napisała książkę pod tytułem „Lived in Europe and the Results are: Japan 9, Europe 1” („Mieszkałam w Europie i Japonia wygrywa z nią 9:1”). Jej poprzednia książka nosiła tytuł „Mieszkałam w Niemczech i Japonia wygrywa z nimi 8:2”. Te żałośnie śmieszne tytuły powstały na fali ostatniej mody na pozycje oddające Japonii cześć jako lepszej nie tylko od poszczególnych krajów w Europie, ale też od całego kontynentu.
W nowym kraju autorki strajki zdarzają się „o wiele za często”. Moim zdaniem strajk pracowników Lufthansy to po prostu szantaż – pisze. Dobrze, gdy pracownicy naciskają na zarząd. Ale angażowanie w to bogu ducha winnych ludzi, którzy nie mają z całą sprawą nic wspólnego, to ogromnie tchórzliwy sposób postawienia na swoim. Przypomina to działania terrorystów, którzy chcąc przeforsować swoje żądania, biorą ludzi jako zakładników. Ja i moi japońscy znajomi żyjący w Niemczech dostajemy szału, gdy tylko widzimy kolejne wiadomości na temat nowych strajków. Nie mogę uwierzyć, że ci ludzie mogą robić takie rzeczy z taką nonszalancją! I dalej: W Japonii, kraju, który czci klienta, strajki wzbudzają największy gniew społeczny ze wszystkich działań podejmowanych przez związki zawodowe. Moim zdaniem, choć może prawa pracownicze są tam nieco słabsze niż tutaj, Japonia jest o wiele przyjemniejszym miejscem do życia, bo brak tam szarpiących nerwy protestów i irytujących dysput.
Jestem pod wrażeniem, że ktoś z takimi poglądami zdołał znieść przebywanie w Niemczech przez tyle lat wypełnionych stresem.
Przede wszystkim powinniśmy zacząć od zdefiniowania, czym jest strajk. Ujmijmy to w prosty sposób – to po prostu odmowa pracy przez zorganizowaną grupę pracowników. Celem takiego grupowego działania jest wywieranie nacisku na pracodawcę, by ustąpił związkom zawodowym. Gdyby pracownicy po prostu nie przyszli do pracy lub odłożyli narzędzia w czasie poza strajkiem, byłoby to zaniedbanie obowiązków służbowych, które w świetle prawa mogłoby się skończyć postępowaniem dyscyplinarnym. Jednak jeśli określone prawem warunki zostaną spełnione, pracownicy mają prawo do strajku, a więc – do niepodjęcia pracy. Prawo im to gwarantuje. Zatem pracodawcy nie mogą dyscyplinować, pozywać do sądu za wyrządzone szkody lub w inny sposób zniechęcać pracowników do udziału w legalnym strajku (art. 7 i 9 Ustawy o związkach zawodowych). Nie mogą także obciążyć ich odpowiedzialnością karną za straty biznesowe, nawet jeśli praca firmy uległa zahamowaniu z powodu strajku (art. 1.2).
Jakie zatem warunki muszą zostać spełnione, aby strajk był uprawniony i tym samym chroniony prawem? Po pierwsze, w pewnych zawodach w Japonii obowiązuje zakaz strajkowania. Protestów nie mogą prowadzić urzędnicy państwowi, a także policjanci, strażacy i żołnierze sił obrony kraju – choć niektórzy z nich twierdzą, że zakaz ten gwałci ich konstytucyjne prawa.
Strajki muszą być także bezpośrednio powiązane z warunkami pracy lub określonymi przez związki żądaniami, dotyczącymi np. wymogu poprzedzenia wszelkich planowanych zmian w warunkach pracy konsultacją z pracownikami. Pracownicy mogą strajkować w celu uzyskania wyższych pensji lub obniżenia liczby godzin pracy – ale już nie dla celów politycznych, związanych z ruchami społecznymi czy religijnymi. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że naukowcy tacy jak nieżyjący już Inejiro Numata czy aktywny obecnie Satoshi Nishitani byli zdania, że strajkujący powinni mieć dozwoloną prawnie możliwość angażowania się w protesty dotyczące kwestii, które mają ogromny wpływ na ich sytuację ekonomiczną – jak ceny w sklepach, podatki czy bezpieczeństwo socjalne.
„Tematyka” strajku musi być w zgodzie z normami społecznymi. Oznacza to, że związki nie mogą znienacka wzniecić protestu z żądaniami, które nie były jeszcze negocjowane. Pracownicy nie mogą też wystąpić z wygórowanymi oczekiwaniami, których pracodawca nie da rady spełnić, ani postawić sobie za jedyny cel zniszczenia przedsiębiorstwa czy poważnego zakłócenia jego działania. Protest musi się wiązać z warunkami pracy lub relacjami związkowców z przedsiębiorstwem.
8 września 2004 roku tokijski sąd uznał strajk związku zawodowego graczy w baseball za legalny, chociaż dotyczył on sprzedaży Pacific League nowemu właścicielowi. Sąd orzekł, że sprzedaż ta wpłynęłaby na warunki pracy graczy.
Wierzę, że strajki są fundamentalnym prawem wszystkich pracowników, bez względu na rasę, narodowość, płeć, wiek, rodzaj pracy czy typ umowy. Kawaguchi-Mahn porównuje strajk do ataku terrorystycznego i czerpie wielką przyjemność z poniżania związkowców. Używa fantomu „klienta”, by pozbawić pracowników ich podstawowych praw i zmusić do uległości. Pamiętajmy, że klienci zawierają umowę na wykonanie usług z samym przedsiębiorstwem – nie z pracownikami – toteż dostarczenie produktu czy usługi jest obowiązkiem przedsiębiorstwa. Jeśli kłopoty na linii pracodawca – pracownik sprawiają, że obsługa klienta jest niemożliwa, odpowiedzialność leży po stronie przedsiębiorstwa, nie pracowników czy związków zawodowych.
Kawaguchi pisze o tym w taki sposób, jakby pracownicy w konflikcie sił z pracodawcą zajmowali równorzędną pozycję. Spoglądając na historię powstawania ruchów pracowniczych i rodzenia się prawa pracy, widzimy, że wyewoluowały one, by położyć kres rażącej dysproporcji sił i władzy. Robotnicy walczyli o swoje prawa i o istnienie związków zawodowych, o zmniejszenie nierównowagi sił – a strajk był i jest najważniejszym środkiem pośród metod używanych, by wzmocnić pozycję negocjacyjną. Bez strajków pracownicy nie mieliby żadnych szans postawić się korporacyjnemu Goliatowi. Za każdym razem, kiedy rozpoczynają strajk, ryzykują swoimi pensjami i mogą stracić środki na utrzymanie. Strajkując, pokazują pracodawcy, że firma działa tylko dzięki ich pracy. Niemiecki federalny sąd pracy wydał orzeczenie o treści: Jeśli pracownicy podpiszą z zarządem układ zbiorowy bez prawa do strajku, to nie jest to żaden układ, a po prostu zbiorowe błaganie.
Wpływ strajków na rzeczywistość społeczną sięga daleko poza mury miejsca pracy. Historia uczy nas o wielu przykładach udanych strajków, które poprawiły warunki pracy w różnych gałęziach przemysłu. Dziś wiosenna ofensywa shunto [coroczna japońska praktyka negocjowania płac we wszystkich sektorach bez względu na to, czy są uzwiązkowione, czy nie: małe firmy wzorują się na listach płac ogłaszanych przez większe przedsiębiorstwa z tej samej branży; odbywa się zawsze wiosną – przyp. tłum.] stała się tylko formalnością, ale nie możemy zapomnieć, że kiedyś wymagała walki i ogromnej solidarność, łączącej różne gałęzie przemysłu i różne miejsca pracy.
Profesor Kazuhisa Nakayama zainspirował mnie do rozpoczęcia badań nad prawem pracy. Strajki towarzyszą nam od czasów pierwszych buntów ludzi i trwają nadal – pisał w 1977 roku w swojej książce „Sutoraiki-ken”. Strajk to rzecz przyrodzona człowiekowi. Ponieważ to absolutnie podstawowe zachowanie ludzkie, nie zaprzestano ich, pomimo że protestujących spotkały surowe sankcje. Słowa te są tak samo prawdziwe dziś, jak były wtedy.
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na portalu japantimes.co.jp w czerwcu 2015 roku.
Hifumi Okunuki
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Polska należy do krajów z najniższym odsetkiem osób po 50. roku życia pracujących zawodowo. Przez lata wiele z nich przechodziło na wcześniejsze emerytury i renty, o których otrzymanie dziś znacznie trudniej. Obecnie coraz więcej osób starszych zasila szeregi bezrobotnych, a w dodatku bardzo trudno powrócić im w tym wieku na rynek pracy. Choć poziom zatrudnienia osób na przedpolu starości wzrósł w ostatnich latach, Polska nadal jest w tyle za unijnymi standardami. Zatrudnienie w grupie wiekowej 55–64 lat wyniosło w 2015 roku 45,8%, co jest najniższym wskaźnikiem w całej Unii Europejskiej (średnia to 50,8%).
Różne twarze bezrobocia
Pozostające bez zatrudnienia osoby po 50. roku życia dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy pracy nie mają, ale jej poszukują. Druga to tacy, którzy przechodzą w stan bierności zawodowej, a więc nie poszukują zatrudnienia, przynajmniej oficjalnie. Wśród „biernych” zawodowo są osoby przechodzące na któreś ze świadczeń emerytalno-rentowych, przyznawanych z uwagi na współwystępowanie określonego wieku, uwarunkowanej zdrowotnie niezdolności do dalszej pracy oraz jej stażu. Mamy także osoby niepobierające żadnego ze świadczeń emerytalno-rentowych, a utrzymujące się z dochodu pozostałych członków rodziny lub pobierające świadczenia zaopatrzeniowo-pomocowe, choćby w związku ze sprawowaniem długoterminowej opieki nad osobą zależną (np. specjalny zasiłek opiekuńczy, świadczenie pielęgnacyjne lub zasiłek dla opiekuna).
Grupa osób nieaktywnych zawodowych jest szeroka i zróżnicowana. Różni je status w systemie zabezpieczenia społecznego oraz powód, dla którego pozostają poza rynkiem pracy, motywacje do ewentualnego powrotu na rynek pracy i tzw. zatrudnialność, czyli potencjał bycia zatrudnionym. Z punktu widzenia gospodarki oraz stabilności systemu zabezpieczenia społecznego (chodzi nie tylko o system emerytalny, ale także o służbę zdrowia) ważna jest ogólna liczba pozostających poza zatrudnieniem bez względu na powody. Natomiast z socjalnego punktu widzenia szczególnie newralgiczna jest liczba bezrobotnych seniorów i jej procentowy udział w grupie pozostających bez zatrudnienia. Wówczas mamy bowiem po pierwsze do czynienia z ludźmi, których potencjał, aspiracje i potrzeby związane z uczestnictwem w rynku pracy nie mogą być zaspokojone, a po drugie – z osobami szczególnie zagrożonymi wykluczeniem i niedostatkiem. Jako bezrobotni nie są uprawnieni do zabezpieczenia w formie emerytury lub renty. W obliczu braku środków i trudności ze znalezieniem pracy pozostaje im (a i to nie zawsze) zasiłek dla bezrobotnych lub jeszcze niższy – i obwarowany rygorystycznymi kryteriami – zasiłek okresowy z pomocy społecznej. Zanim pochylimy się nad tą szczególnie „wrażliwą” grupą, wyjaśnijmy pokrótce, dlaczego bezrobocie, ale również szerzej – pozostawanie poza rynkiem pracy dużej części osób w wieku 50+, jest nie tylko doraźnym problemem indywidualnym tych ludzi i ich najbliższego otoczenia, lecz także ekonomicznym wyzwaniem, zwłaszcza w dłuższej perspektywie.
W wyniku starzenia się społeczeństwa zmianie ulegają proporcje wieku: m.in. pomiędzy liczbą osób w wieku produkcyjnym a liczbą osób w wieku poprodukcyjnym na rzecz tych ostatnich. Zaburzenie tych proporcji skutkuje tym, że z mniejszej puli środków (pozyskiwanych w formie podatków i składek) będzie trzeba zaspokoić większą pulę potrzeb.
Oczywiście liczy się nie tylko stosunek ilościowy między generacjami, ale także to, ilu ich przedstawicieli pracuje, jak ich praca jest oskładkowana i jakie otrzymują uposażenie – od niego zależy wysokość składek, przynajmniej w ramach zatrudnienia kodeksowego. Wydaje się, że zwłaszcza w grupie 50+ i 65+ potencjał zatrudnieniowy jest dalece niewykorzystany. Znalezienie zatrudnienia choćby tym, którym zdrowie daje możliwość pracy, może okazać się racją stanu państwa, którego społeczeństwo dynamicznie się starzeje.
Atuty i słabe strony 50+
Po stronie samych osób po pięćdziesiątce można wymienić kilka ograniczeń z punktu widzenia pozycji na rynku pracy. Są to: statystycznie mniejsze zaznajomienie z nowymi technologiami, potrzeba większej ilości czasu na wykonanie zadań, mniejsza mobilność, a także niższa sprawność fizyczna, co w niektórych branżach może skutkować niższą wydajnością. Niektórzy bywają po latach pracy dotknięci wypaleniem zawodowym1. Pewien problem może stanowić fakt, że ich kompetencje i kwalifikacje mogą się niekiedy zdezaktualizować i nie są wystarczająco przydatne na współczesnym, szybko zmieniającym się rynku pracy. Radzeniu sobie z tym problemem nie sprzyja słabo zakorzeniona w polskiej kulturze i życiu społecznym praktyka uczenia się przez całe życie (lifelong learning) oraz kształcenia ustawicznego. Dzięki niemu wiele osób na kolejnych etapach drogi zawodowej mogłoby przekierować swoje kwalifikacje na takie, które dają większe szanse odnalezienia się na rynku pracy. Ma to znaczenie nie tylko w kontekście dezaktualizacji dawniej nabytych umiejętności, ale także starzenia się człowieka. Część zawodów wymagających sprawności i wytrzymałości fizycznej łatwiej wykonuje się w młodości i w sile wieku, ale już w późniejszej fazie życia łatwiejsze może być wykonywanie innych zadań. W krajach, w których aktywność zawodowa kończy się późno, jak choćby w Skandynawii, uczenie się przez całe życie oraz zmienianie i podnoszenie kwalifikacji na różnych etapach kariery zawodowej, są ważnym elementem podtrzymywania potencjału zawodowego. Dodajmy jednak, że aby to było możliwe, nie wystarczy tylko wola samych osób pracujących lub bezrobotnych. Konieczne jest kreowanie odpowiednich możliwości i zachęt – a to leży po stronie instytucji państwa i sektora przedsiębiorstw.
Wbrew stereotypom, w porównaniu z młodszymi generacjami osoby starsze mają także pewne atuty, choć nie zawsze się je dostrzega i wykorzystuje. Wśród ich mocnych stron znajduje się np. rzetelne wykonywanie powierzonych im zadań. W mniejszym stopniu niż młodsze generacje są podatni na rozchwianie emocjonalne, a częściej cechują się odpowiedzialnością, odpornością na stres i umiejętnością podejmowania decyzji. Potrafią pracować w zespole, a także kierować ludźmi i przekazywać doświadczenia i umiejętności młodszym pracownikom. Starsi ludzie mają też większe doświadczenie, zarówno zawodowe, jak i życiowe. Ich sytuacja bywa często bardziej ustabilizowana niż w przypadku osób młodszych. Cechuje ich większa dyspozycyjność – choć nie zawsze, ponieważ czasami pojawiają się obowiązki wobec wnucząt i sędziwych rodziców2.
Pracodawcy nie zarządzają wiekiem
Na słabe i mocne strony można oddziaływać przez politykę państwa, organizując lub stymulując działania na rzecz podnoszenia kwalifikacji czy wzrostu kompetencji cyfrowych. Można też prowadzić odpowiednią politykę zarządzania wiekiem przez przedsiębiorstwa. Niestety, pracodawcy w Polsce statystycznie czynią to w niewielkim stopniu. Jak czytamy w jednym z dokumentów: Badania polskich pracodawców wskazują, że w firmach nadal stosunkowo rzadko spotykane jest zarządzanie wiekiem i długofalowe planowanie kariery zawodowej uwzględniające spersonalizowane plany szkoleniowe i systematyczną ocenę kompetencji, ale też wiedza na temat zarządzania wiekiem jest niewielka3. Stosunkowo niewiele polskich firm stosuje rozwiązania, które ułatwiają pracę osobom w wieku 50+ i zwiększają ich efektywność. Tym samym rzadko są aplikowane różnego rodzaju metody zarządzania, które uwzględniają wiek siły roboczej. W małych firmach następuje głównie przesuwanie starszych pracowników na inne stanowiska, a w dużych prowadzi się czasem specjalne programy, lecz opierają się one zwykle na mentoringu4. Pracodawcy myślą często o starszych pracownikach w kategoriach kosztów, jako o rzekomo mniej produktywnych i droższych, m.in. ze względu na większe ryzyko zachorowań. Nadużywanie zwolnień lekarskich w tej grupie wiekowej nie jest jednak zasadniczo praktykowane. Nierzadko postawy pracodawców są zakorzenione w bardziej ogólnych stereotypach wobec osób starszych, które dotyczą nie tylko stosunków pracy i w związku z tym nie tylko w ich ramach powinny być obalane.
Ograniczenia związane z opieką
Istnieją jednak systemowe uwarunkowania obniżenia aktywności zawodowej, które dotyczą nie tyle samego charakteru rynku pracy, ile jego instytucjonalnego i społecznego otoczenia.
Dla części osób w wieku 50+ tym, co ogranicza szanse pozostania na rynku pracy, są obowiązki pozazawodowe, głównie związane z długoterminową opieką nad osobami zależnymi. Dotyka to zwłaszcza kobiet. W dzisiejszych analizach barier aktywności zawodowej osób starszych podnosi się właśnie ten wymiar. Obciążenie opiekuńcze bywa zresztą dwustronne – ze strony najmłodszych i najstarszych, stąd sformułowanie sandwich generation na określenie osób 50+, na które spada opieka nad wnukami w pierwszym okresie życia, a także nad sędziwymi rodzicami. Zjawisko to niewątpliwie pogłębiają braki w infrastrukturze opiekuńczej dla osób zależnych w całym cyklu ich życia. Na przykład z instytucjonalnej opieki żłobkowej korzysta raptem kilka procent dzieci do lat 4, a w około 80% gmin nie działa jakakolwiek instytucja opieki zewnętrznej przewidziana w Ustawie z 2011 roku o opiece nad dzieckiem do lat trzech. Wprawdzie w ostatnich latach wydłużono wydatnie urlopy rodzicielskie, ale i tak między 1. a 3. rokiem życia dziecka młodzi rodzice są często zdani jedynie na siebie lub dziadków.
Nie lepiej wygląda opieka nad rosnącą liczbą osób w podeszłym wieku, których część wymaga codziennej pomocy. System opiera się głównie na instytucji rodziny, a najczęściej opiekę sprawują kobiety po 45. roku życia. Istniejąca polityka publiczna tworzy jeszcze silniejsze bariery dla zatrudnienia opiekunów osób starszych, niż ma to miejsce w przypadku opieki nad maluchami. Aby uzyskać jakiekolwiek wsparcie z racji pełnienia roli opiekuńczej wobec najbliższych, trzeba całkowicie zrezygnować z zatrudnienia, z wszelkimi umowami cywilnoprawnymi włącznie. Sprawia to, że lata opieki całkowicie eliminują osoby ją sprawujące z rynku pracy, a później, nawet gdy opieka ustanie, trudniej ponownie przywrócić je do życia zawodowego. Hipotetyczna sytuacja, gdy sprawowanie opieki i otrzymywanie z tego tytułu wsparcia mogłoby być godzone w jakimś zakresie z pracą zarobkową, nie ma niestety miejsca.
Problem nie leży jednak tylko w „dezaktywizującym” charakterze ustawy o świadczeniach rodzinnych, na podstawie której wypłacane są świadczenia dla niepracujących zawodowo opiekunów, lecz także w całościowym braku polityki wsparcia tej grupy. Niedostatek instytucji wsparcia dziennego i opieki domowej, a także regulacje pracy nieuwzględniające tego, jaka jest specyfika sytuacji osoby pracującej, która ma niesamodzielną osobę na utrzymaniu, sprawiają, że kontynuowanie lub podjęcie pracy zawodowej bywa dla opiekunów niemożliwe. Tym bardziej, że w przypadku osób 50+, a zwłaszcza 60+, sprawność i stan zdrowia ich samych pozostawiają nieraz wiele do życzenia, więc podwójne obciążenie (pracą i opieką) bywa nie do udźwignięcia. U pracujących opiekunów, bo czasem jednak się oni zdarzają (choć nie bez indywidualnych i zdrowotnych kosztów), pojawia się ponadto ograniczenie czasu i energii na podnoszenie kwalifikacji, co również może przyczynić się do przedwczesnego opuszczenia rynku pracy. W kontekście barier aktywności zawodowej osób 50+ warto pochylić się nad zagadnieniem słabości polityki publicznej w zakresie wyzwania, jakim jest rosnące zapotrzebowanie na opiekę. Pokazuje to, że skuteczna polityka na rzecz zatrudnienia wymaga także szerszego publicznego otoczenia w postaci dobrze działającego państwa opiekuńczego, wspierającego obywateli w pełnieniu różnych ról społecznych, w tym rodzinno-opiekuńczych. Bez rozwoju publicznej opieki i kompleksowego wsparcia tych, którzy ją sprawują, na dłuższą metę prawdopodobnie nie damy rady stworzyć osobom 50+ warunków do kontynuacji ścieżki zawodowej. A w kolejnych latach i dekadach ten problem się pogłębi.
Brak zdrowia
Innym czynnikiem ograniczającym podjęcie lub utrzymanie aktywności zawodowej starzejących się pracowników może być pogarszający się stan ich zdrowia. Jak pokazał raport „Pol Senior”5, problemy zdrowotne i ograniczenie sprawności były istotną przyczyną przedwczesnego wycofania się z rynku pracy wielu osób po 55. roku życia. Jak wynika z porównawczego badania SHARE, na tle innych krajów kondycja zdrowotna Polaków zbliżających się do wieku senioralnego nie wygląda dobrze. Na przykład na tle Szwecji, gdzie 43% mężczyzn i 36% kobiet w wieku 50+ oceniło swój stan zdrowia jako dobry, podczas gdy zaledwie 10% Polaków i 6% Polek w tym wieku ma taką opinię6. Należy pamiętać jednak, że dysponujemy głównie deklaracjami, które nie zawsze precyzyjnie muszą określać rzeczywisty stan zdrowia. Okazało się również, że wśród pracujących po 50. roku życia zwolnienia lekarskie nie były wykorzystywane zbyt często ani nadużywane. Warto to podkreślić, gdyż często wobec starszych pokoleń stosuje się tezę o przesiąknięciu duchem homo sovieticus, który ma sprawiać, że pracownik nie garnie się do produktywnej pracy i kombinuje, ile się da, choćby starając się o „lewe” zwolnienia. Okazuje się, że są to w znacznej mierze stereotypy, które trzeba burzyć, ponieważ to właśnie stereotypowe myślenie bywa jedną z głównych barier w zatrudnieniu osób 50+.
Ciekawe jest również, w jaki sposób autorzy jednego z badań7 tłumaczą tak niewielką wśród starszych pracowników absencję z powodu choroby. Otóż mogą stać za tym dwie niewykluczające się hipotezy. Pierwsza odnosi się do faktu, że w starszym pokoleniu pracę do późnych lat zachowują głównie osoby najsprawniejsze w wymiarze fizycznym, wobec czego ci, którzy pozostają na rynku pracy, faktycznie mogą cechować się dobrym zdrowiem i sprawnością zawodową. Być może także zawody, które wykonują, w mniejszym stopniu stanowią obciążenie dla zdrowia. Jest jednak i drugie wytłumaczenie, nad którym również warto się pochylić. Część osób starszych, zdając sobie sprawę z własnej defaworyzowanej pozycji w sferze zatrudnienia, w obawie, że gdy raz pracę stracą, mogą już nie pozyskać kolejnej, stara się minimalizować sytuacje, które mogłyby w oczach pracodawcy ukazać ich w złym świetle8. Pamiętajmy, że jedną z obaw pracodawców jest właśnie pogorszenie zdrowia i niesprawność pracownika. Pojawia się ryzyko, że ludzie chorzy będą i tak przychodzili do pracy, a nie odpoczywali na zwolnieniu, co może mieć negatywne przełożenie na zdrowie ich samych oraz reszty załogi.
Bez pracy i bez renty
Na relacje między zdrowiem, zdolnością do pracy i zatrudnieniem niebagatelny wpływ ma także ewolucja systemu emerytalno-rentowego. Przez lata po okresie transformacji zasady przyznawania rent i wcześniejszych emerytur były dość liberalne, czym próbowano złagodzić ogromne koszty społeczne restrukturyzacji gospodarczej i rosnącego bezrobocia. Przyznawanie dużej części pracowników uprawnień rentowych chroniło tych ludzi przed pozostawaniem bez środków do życia. Realizowany wówczas model polityki społecznej stworzył swoistą normę wczesnego opuszczania rynku pracy przez starzejących się pracowników. Tym zjawiskiem do pewnego stopnia możemy tłumaczyć, dlaczego poziom aktywizacji osób 50+ był przez lata tak niski.
Warto jednak podkreślić, że ten model jest już nieaktualny. Dziś szanse na uzyskanie renty są znacznie mniejsze, co przekłada się na liczbę osób ją pobierających. Na przykład w 2014 roku na rencie z tytułu niezdolności do pracy było 1 mln 48 tys. osób, podczas gdy w 1998 roku – aż 2,7 mln9. W 2011 roku orzeczenie wydano 29% osób po raz pierwszy badanych w celu uzyskania świadczeń rentowych10. Selekcja jest więc bardzo ostra i stoi za nią z jednej strony chęć obniżenia kosztów na wypłaty świadczeń, a z drugiej filozofia aktywizacji, zgodnie z którą należy ograniczyć przechodzenie na świadczenia rentowe i stymulować do pozostawania aktywnym zawodowo. Tematem na osobny artykuł i dłuższą dyskusję jest rozważanie, czy ewolucja polityki zabezpieczenia społecznego w tym kierunku jest dobra i czy nie poszła za daleko. Zdarzają się wszak sytuacje, że osoby o ewidentnie ograniczonej sprawności, i to w sposób trwały, nie otrzymują uprawnień rentowych lub otrzymują je jedynie na czas określony. Ograniczenia w dostępie do świadczeń rentowych zmuszają większą liczbę osób w wieku 50+ (to bowiem w tej grupie o takie świadczenia się dotąd ubiegano) do podtrzymywania aktywności zawodowej. Nie wszystkim się to udaje. Tym, którzy w późnym wieku stracili pracę, a nie mają uprawnień do renty, grozi widmo bezrobocia. Ponadto może ono trwać dłużej (u niektórych aż do śmierci), ponieważ równolegle – i zdaje się, że w oparciu o podobne przesłanki – ograniczono w minionej dekadzie krąg uprawnionych do wcześniejszych emerytur, a także podniesiono powszechny wiek emerytalny. W dyskusji nad zasadnością i skutkami tej ostatniej reformy często padały słowa krytyczne, np. – że wymusi ona pracę do śmierci, co w przypadku części osób i profesji faktycznie może mieć miejsce. Nie mniej uwagi powinniśmy jednak poświęcić tym, którzy pracować nie będą, gdyż stracą zatrudnienie u schyłku kariery zawodowej i trudno będzie im w okresie przedemerytalnym znaleźć nowe. Pomiędzy systemem świadczeń emerytalno-rentowych a zatrudnieniem rozpościera się rozległa sfera ludzkich dramatów, z których trudno wyjść, a państwo – jak pokażę na przykładzie raportu Najwyższej Izby Kontroli – nie dość skutecznie w tym pomaga.
Problemy z aktywizacją
Z powodu licznych barier w zatrudnieniu starszych pracowników szczególnie potrzebna jest aktywna polityka państwa. Niestety, choć jest ona w Polsce prowadzona, nie przynosi spodziewanych rezultatów. Pokazuje to dobitnie raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący aktywizacji zawodowej osób 50+. Warto zastrzec, że działania urzędów pracy poddano kontroli w okresie 2010–2012, a więc w czasie poprzedzającym nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy (weszła w życie w maju 2014 roku), wprowadzającej pewne zmiany, jeśli chodzi o działania aktywizacyjne, także w odniesieniu do osób w wieku 50+ i długotrwale bezrobotnych. Jednak choć raport dotyczył jeszcze innych ram instytucjonalnych, pewne zaobserwowane mechanizmy i problemy prawdopodobnie się nie zdezaktualizowały. Warto więc sięgnąć po ustalenia, wnioski i rekomendacje płynące z kontroli.
Jak czytamy w końcowym raporcie: Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że podejmowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz urzędy pracy działania aktywizujące zawodowo osoby bezrobotne z grupy 50+, które powinny zwiększyć szansę uzyskania przez te osoby stałego zatrudnienia, nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Ustalenia kontroli w powiatowych urzędach pracy wskazują, że rezultaty działań aktywizujących były przeważnie krótkotrwałe, nie zapewniały bezrobotnym stałej pracy w dłuższym okresie, jedynie nielicznym udało się uzyskać trwałe zatrudnienie. Pozostali, o ile znaleźli pracę, byli zazwyczaj zatrudniani na postawie krótkoterminowych umów cywilnoprawnych. Po ich rozwiązaniu, w zdecydowanej większości, ponownie rejestrowali się jako bezrobotni i byli obejmowani kolejnymi działaniami aktywizującymi11.
Jeśli chodzi o skuteczność mierzoną uzyskaniem stałego zatrudnienia, szczególnie słabo wypadły staże, po których zatrudnienia nie uzyskała ponad połowa uczestników. Reszta zaś została zatrudniona na umowach cywilnoprawnych, a po ich wygaśnięciu rejestrowała się ponownie w urzędzie pracy. Warto podkreślić, że zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych, kojarzone z realiami zawodowymi młodego pokolenia, okazuje się także obecne w doświadczeniach osób w końcowej fazie ścieżki zatrudnienia. Nie tylko staże, ale także szkolenia okazały się mało skuteczne: na 691 przypadków tylko 40 osób znalazło zatrudnienie po ich zakończeniu (nie licząc tych, którzy podjęli działalność gospodarczą). Jeśli chodzi o tę ostatnią formę, z tytułu której można było uzyskać dofinansowanie, większość korzystających widziała w niej raczej substytut świadczeń społecznych. Większość tego typu firm nie przetrwała, a te, którym się udało, nie wykazywały zysków. Ich działalność sprowadzała się wyłącznie do odprowadzania minimalnych składek, co skłania do tezy, że część osób traktowała ten sposób zatrudnienia jako substytut świadczeń społecznych, a nie krok na drodze do trwalszej obecności na rynku pracy.
Wydaje się, że najbardziej skuteczne było refundowanie pracodawcy kosztów wyposażenia stanowiska pracy, choć i tu sukces okazał się mało trwały. Osoby zatrudnione tą drogą wprawdzie przepracowały wymagane dwa lata, jednak zaledwie 40% z nich po upływie tego czasu kontynuowało pracę. Większość ponownie rejestrowała się jako bezrobotni, a ich dotychczasowi pracodawcy składali nowy wniosek. Raport de facto ujawnił, że pracodawcom wręcz opłaca się duża rotacja pracowników, ponieważ dzięki temu „otrzymują” kolejne osoby właściwie bez ponoszenia kosztów własnych. Ponadto w toku kontroli przedstawiciele NIK nabrali podejrzeń, że niektórzy pracodawcy traktują urzędy pracy jako miejsce wyszukiwania informacji o potencjalnych pracownikach, których następnie będą mogli zatrudnić „na czarno”, o czym mogą świadczyć obecne we wszystkich skontrolowanych urzędach praktyki wycofywania przez przedsiębiorców oferty pracy po tym, jak PUP zgłosił do danej firmy określone osoby12.
Choć raport NIK koncentruje się przede wszystkim na działaniu instytucji zatrudnienia w istniejących ramach prawnych, daje wgląd także w sytuację i postawy samych starszych bezrobotnych, a także pracodawców, którzy za pośrednictwem PUP-ów pozyskują tanią siłę roboczą. Można powiedzieć, że głównymi beneficjentami systemu aktywizacji osób po 50. roku życia są właśnie przedsiębiorcy i to niekoniecznie ci, którzy na to zasługują.
Przejdźmy do charakterystyki grupy bezrobotnych 50+. Około 70 proc. ma wykształcenie zasadnicze zawodowe, podstawowe lub niższe. Prawie co piąty pracował wcześniej mniej niż 5 lat lub nigdy. Brak doświadczenia zawodowego i stosunkowo niskie wykształcenie ograniczają szanse na zatrudnienie. Jak podaje NIK, wielu pracodawców nie jest zainteresowanych rekrutacją pracowników o takich kwalifikacjach. Wydaje się, że takie cechy nakazywałyby szukać głównie prac prostych, w zawodach niewymagających kwalifikacji, ale akurat w nich liczą się sprawność i szybkość wykonywania poszczególnych czynności, co z kolei osobom bezrobotnym 50+ trudno może być uzyskać. Tym bardziej, że niski poziom wykształcenia i niski status społeczno-ekonomiczny są skorelowane ze słabym stanem zdrowia, więc po przekroczeniu 50. roku życia można cierpieć na większe lub mniejsze dolegliwości zdrowotne. Takich osób częściej niż przeciętnie dotyka bezrobocie długotrwałe, z którego wychodzi się znacznie trudniej, a skuteczne działania na rzecz powrotu na rynek pracy bywają droższe.
Pewne ograniczenie stanowią braki w znajomości języków i obsługi komputera, co zdarza się nie tylko wśród bezrobotnych w wieku 50+, ale ogólnie wśród osób w tym wieku, choć nierównomiernie. Niski status społeczno-ekonomiczny i poziom wykształcenia wyraźnie współgrają z niskimi kompetencjami cyfrowymi i językowymi. Części pracodawców może to przeszkadzać. Według wypowiedzi PUP w Lubaniu: W badaniu dotyczącym przyczyn utrudniających podejmowanie zatrudnienia przez bezrobotnych z grupy 50+, którymi objęto 410 bezrobotnych (38% ogółu), do odbycia stażu najczęściej wskazywano prace porządkowe, następnie budownictwo, handel i gastronomię. Aż 75% osób podało, że nie posiada umiejętności obsługi komputera, choćby w stopniu podstawowym. Znajomość tę w stopniu zaawansowanym zadeklarowało jedynie 2% osób. Około 71% nie znało żadnego języka obcego, choćby w stopniu podstawowym (osoby, które deklarowały znajomość języka obcego najczęściej wskazywały na język niemiecki na poziomie podstawowym – 16%)13.
Również motywacja dużej części bezrobotnych w tym wieku, w świetle wypowiedzi przedstawicieli skontrolowanych przez NIK urzędów pracy, nie rokuje najlepiej, jeśli chodzi o przywrócenie tym osobom legalnego i trwałego zatrudnienia. Motywacje skłaniające do zarejestrowania się w urzędzie pracy nierzadko mają bowiem charakter pozazatrudnieniowy. Może to być potrzeba uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego lub droga do uzyskania innych form pomocy. Jak przekonuje dyrektur PUP w Radomiu, Bezrobotni w wieku 50+ rejestrują się nie tylko w celu poszukiwania pracy. Część osób rejestruje się w celu nabycia uprawnień do świadczenia przedemerytalnego, potrzebują zaświadczeń o zarejestrowaniu do uzyskania świadczeń z pomocy społecznej, dodatku mieszkaniowego, stypendium dla dzieci, zasiłków, potrzebują ubezpieczenia zdrowotnego. Według naszej oceny, około 40% bezrobotnych rejestruje się w celu innym niż poszukiwanie pracy. Podobnie widzą to dyrektorzy PUP w innych powiatach. W Ostrowi Mazowieckiej próbowano nawet obliczyć strukturę motywacji zarejestrowanych bezrobotnych 50+ przez ankiety. Wynikło z nich, że 51% kierowało się chęcią znalezienia pracy, a 12% – uzyskania świadczeń z pomocy społecznej14.
Szukanie pracy czy bezpieczeństwa?
Warto jednak powstrzymać się od zbyt pochopnych i uproszonych ocen, jakie w neoliberalnym dyskursie zwykło się wystawiać. To nie jest kwestia lenistwa, roszczeniowości itp. U ludzi dotkniętych lub zagrożonych głęboką marginalizacją takie motywacje wydają się całkowicie uzasadnione. Można też zastanowić się, czy wszystko jest w porządku z państwem, w którym obywatele bez pracy, by móc skorzystać z konstytucyjnego prawa do podstawowej opieki zdrowotnej, muszą kombinować, rejestrując się jako bezrobotni. W tym kontekście należy spojrzeć z nadzieją na zapowiedzi obecnego rządu, który wprowadził obywatelskie prawo do podstawowej opieki zdrowotnej ze środków publicznych. Może to nie tylko doprowadzić do wzmocnienia obywateli, zwłaszcza tych najsłabszych, w ich podmiotowych prawach do zabezpieczenia zdrowotnego, ale także nieco urealnić liczbę osób, które poszukują pracy za pośrednictwem służb zatrudnienia. Nie znaczy to jednak, że wszystkie takie osoby pozostają bierne; część pracuje w szarej strefie. Gdyby ludzie wykluczeni nie musieli rejestrować się w urzędzie pracy tylko w celu uzyskania ubezpieczenia, prawdopodobnie pozwoliłoby to służbom zatrudnienia (które i tak cierpią na braki finansowe, kadrowe i czasowe) bardziej skoncentrować się na bezrobotnych rzeczywiście poszukujących pracy, co może zwiększyłoby skuteczność działań i szanse adresatów pomocy na znalezienie zatrudnienia.
Choć uzyskanie pracy nie zawsze bywa główną przyczyną rejestracji w urzędzie, odmowy przyjęcia zatrudnienia nie są aż tak częste, jak mogłoby się wydawać. A wiąże się to właśnie z obawami przed utratą pomocy i elementarnego zabezpieczenia społecznego. Stosunkowo niewielka jest liczba osób, które zostały wyrejestrowane na skutek odmowy podjęcia pracy bez wyraźnego powodu. Nawet gdy ktoś odmawia, zwykle szuka usprawiedliwienia (brak dojazdu, choroba, opieka nad osobą zależną). Oddajmy głos Dyrektorowi PUP w Jeleniej Górze: Wśród 477 osób skierowanych do wykonywania prac społecznie użytecznych w latach 2010–2012, 76 osób porzuciło tę pracę […]. W stosunku do tych osób podejrzewać należy, że nie były nimi w ogóle zainteresowane, a przyjęły propozycję wyłącznie z obawy przed utratą świadczeń z pomocy społecznej15.
Niedoinwestowana i nieskuteczna
Bywa jednak tak, że urzędy pracy w ogóle nie zdołały przedstawić oferty. Takie przypadki zidentyfikowano w 15 na 24 skontrolowane urzędy. Uzasadniano to brakiem środków i ofert. Te, które spływały, były zaś często bardzo mało atrakcyjne, zarówno jeśli chodzi o warunki pracy, jak i płacy, co potwierdzali także przedstawiciele samych PUP-ów. Jeśli mówimy o braku środków, nie można zapominać, że chodzi o okres, w którym na skutek bilansowania budżetu zamrożono w ogromnej części wydatki z Funduszu Pracy, więc urzędy dysponowały niewielkimi zasobami. Ponadto w Polsce trwało wówczas pokryzysowe spowolnienie gospodarcze implikujące mniejszą liczbę ofert pracy. Niewielkie nakłady na przeciwdziałanie bezrobociu (nie tylko w analizowanym okresie) mogą działać niekorzystnie na skuteczność realizacji tego celu przez państwo, może to bowiem rzutować choćby na stan zatrudnienia w urzędach pracy. Na tle porównawczym wygląda on niekorzystnie. Jak czytamy: W porównaniu z innymi krajami europejskimi, w polskich urzędach pracy dostępność do pracowników kluczowych jest niższa. W 2011 r. jeden pośrednik pracy obsługiwał 547, a jeden doradca zawodowy – 1238 osób bezrobotnych. W tym samym okresie w Czechach odpowiednio 259 i 929, w Szwajcarii – 108 i 410, a w Wielkiej Brytanii 262 i 116 osób bezrobotnych16.
Wnioski i rekomendacje
Wsparcie osób 50+ w wyjściu z bezrobocia powinno być traktowane priorytetowo, zarówno ze względów socjalnych, jak i z uwagi na społeczno-ekonomiczny interes polskiego państwa i społeczeństwa w dobie starzenia się populacji. Działania aktywizujące osoby próbujące powrócić na rynek pracy powinny stać się częścią szerszej polityki na rzecz podnoszenia zatrudnienia osób 50+, a także 60+. Pierwszym ogniwem winna być zreformowana i dofinansowana aktywna polityka rynku pracy (która wymaga w świetle raportu NIK pewnych modyfikacji), ale konieczne są także działania na innych odcinkach polityki publicznej: zdrowia, opieki nad osobami zależnymi czy kształcenia, w tym ustawicznego.
Gdy mowa o polityce publicznej, należy widzieć w jej obrębie nie tylko instytucje państwowe, ale także np. sektor przedsiębiorstw, którego dotychczasowy wkład w osiąganie wspomnianego celu jest nader skromny. Niewielkie zaangażowanie w kształcenie ustawiczne, niedostateczna znajomość i wykorzystanie zarządzania wiekiem, często instrumentalne korzystanie z oferty PUP-ów, bez zaangażowania się w stworzenie dla pracowników rekrutowanych tą drogą trwałych podstaw do stabilnego zatrudnienia – to elementy funkcjonowania przedsiębiorstw, które wymagają rewizji. Z pewnością ważne są poszczególne regulacje w obszarze zabezpieczenia (choćby dostęp do ubezpieczenia zdrowotnego czy świadczeń z tytułu opieki), przeciwdziałania bezrobociu, jak i w samym kodeksie pracy. Obok twardych regulacji, ważne jest także oddziaływanie miękkie na pewien społeczny klimat przesycony stereotypami na temat starszych pracowników (co pokazują choćby dane na temat nadużywania zwolnień lekarskich) i starszych pokoleń ogółem. Walka z tymi stereotypami to zadanie także dla aktorów życia społecznego spoza wąsko rozumianych stosunków pracy. Ważne, aby uzmysłowić sobie, że starsze osoby mają na rynku pracy, obok pewnych ograniczeń (da się je – jak w przypadku kompetencji cyfrowych – zredukować), również bardzo ważne walory dla przedsiębiorstw i gospodarki, a także dla młodszych pracowników, którym nieraz brakuje doświadczenia, jakiego mogliby zaczerpnąć od starszych współpracowników. Myślenie o osobach starszych nie tylko pod kątem ograniczeń i problemów, ale także (często nie dość wykorzystanego) potencjału, to ważny komponent nowoczesnej polityki senioralnej.
Rafał Bakalarczyk
przez Bartłomiej Grubich | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszymy o patriotyzmie gospodarczym (lub ekonomicznym). Czym on jest? Przede wszystkim dotyczy konsumpcji. W ciągu ostatnich kilku lat powstały liczne inicjatywy mające zachęcać do korzystania z usług i nabywania produktów polskich firm. Można już chyba mówić o swoistej modzie na kupowanie „naszego”. Ale czy „nasze” jest z definicji lepsze dla nas – społeczeństwa, pracowników, podatników, obywateli?
Moda polska
Oczywiście najbardziej zauważalna jest odzież patriotyczna. Koszulki ozdobione narodowymi symbolami spotyka się powszechnie na polskich ulicach, a ich noszenie nie jest już tylko domeną kibiców. Producenci takiej odzieży akcentują zazwyczaj, że produkowana jest ona w Polsce, co w przypadku tekstyliów nie jest dziś regułą.
Powstają również liczne strony internetowe (takie jak np. „Patriotyzm Gospodarczy – Lubię to”, facebookowy fanpage posiadający tysiące fanów), które za swoją misję uznają promowanie krajowych przedsiębiorstw. Informacje tam zamieszczane dotyczą przede wszystkim sukcesów polskich firm na rynkach krajowym i zagranicznych. Przeważają, jak można się domyślić, pozytywne wiadomości. Same tytuły artykułów wskazują na hurraoptymizm: „Z podlaskimi ziołami i olejami do Chin. Tam zamawiają na tony”, „Polski start-up spełnia marzenie ciężarnych kobiet”, „Polska myśl techniczna znów podbija świat. Sprzedaż w górę aż o 48,5 proc. Na przekór branży” itd.
W ostatnim czasie głośno zrobiło się także o aplikacji Pola. Po zainstalowaniu w telefonie i zeskanowaniu kodu kreskowego produktu umożliwia ona weryfikację firmy-producenta pod względem patriotyzmu ekonomicznego. Jak czytamy na stronie projektu: Każdemu producentowi Pola przypisuje od 0 do 100 punktów. Pierwsze 35 punktów przyznaje proporcjonalnie do udziału polskiego kapitału w konkretnym przedsiębiorstwie. Dalsze 10 punktów otrzymuje ta firma, która jest zarejestrowana w Polsce, a kolejne 30, o ile produkuje w naszym kraju. Dalsze 15 punktów zależy od tego, czy zatrudnia w naszym kraju w obszarze badań i rozwoju. Wreszcie ostatnie 10 punktów otrzymują firmy, które nie są częścią zagranicznych koncernów. Aplikacja została ściągnięta i zainstalowana kilkaset tysięcy razy. Nazwa Pola wielokrotnie przewijała się w polskich mediach i stała się symbolem tego, jak można pożenić nowoczesność z patriotyzmem.
Również firmy chętniej zaczynają odnosić się do tożsamości narodowej i akcentują przywiązanie do Polski. Z chęcią mówią o produkcji w Polsce, o korzystaniu z krajowych dostawców, o płaceniu podatków „na miejscu”, a także o tak symbolicznych kwestiach, jak kibicowanie polskim reprezentacjom sportowym. Niezależnie od tego, czy są to rodzinne firmy „od pokoleń”, czy też wielkie zagraniczne koncerny, zagospodarowują one konsumencki patriotyzm.
Nowe stare?
Oprócz konsumpcji drugim obszarem, w którym mówi się o patriotyzmie, jest wspieranie krajowych firm. Istnieje nawet Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego. W tym przypadku patriotyzm utożsamiany jest głównie z uproszczeniem prawa dotyczącego przedsiębiorców i z obniżeniem podatków. Analizując działania tego zespołu, trudno uciec od skojarzeń, że na poziomie deklaracji to nadal ten sam kierunek polityki gospodarczej, co w latach poprzednich. Tyle że pod sztandarem patriotyzmu silnie akcentujący pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, ponieważ głównie z tego sektora pochodzą firmy z kapitałem całkowicie polskim. – Te działania mają raczej charakter uśmiechania się do przedsiębiorców jako grupy potencjalnych wyborców. Mają charakter głównie polityczny – zauważa, odnosząc się do ogólnego kierunku polskiej polityki ekonomicznej w ostatnich latach, Dariusz Szklarczyk, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W podobnym tonie wypowiada się Jarosław Urbański, socjolog, działacz związany z radykalnym Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza: Część grupy wytwórców, producentów, widzi w takich hasłach jak patriotyzm możliwość umocnienia swojej pozycji w grze rynkowej. Jest to wykorzystywane i przechwytywane przez rządzących, którzy na tym chcą zbić kapitał polityczny. To trochę samonapędzający się mechanizm.
Retoryka prezentowana podczas corocznych konferencji „Pulsu Biznesu”, odbywających się pod hasłem „Czas na patriotyzm gospodarczy”, jest podobna i dotyczy głównie ułatwień dla przedsiębiorców. Nie powinno to zaskakiwać, gdyż spotykają się tam przede wszystkim prezesi wielkich firm (w ostatniej edycji brali udział m.in. szefowie PKO, PZU, PKN Orlen, Kulczyk Investments, Citi Handlowy, Grupy Maspex Wadowice) oraz politycy. Te konferencje są charakterystyczne dla polskiej debaty na temat patriotyzmu gospodarczego. Mianowicie marginalnie traktowane są tam kwestie pracownicze. Mówi się o nich jedynie jako o efekcie końcowym działań polityków i przedsiębiorców – w myśl tego, że polskie firmy będą bogate i innowacyjne, co poskutkuje niskim bezrobociem oraz wysokimi płacami – a nie jak o ważnej kwestii wpływającej na kształt i społeczny wymiar krajowej gospodarki. – Na pewno wpływ ma na to trajektoria rozwoju naszego kraju w ostatnich latach i dominującego myślenia neoliberalnego. Prawa pracownicze nie były mocno widoczne w debacie publicznej – zauważa Dariusz Szklarczyk.
Związana z neoliberalnym myśleniem była afera dotycząca firmy LPP, właściciela popularnych marek odzieżowych takich jak Cropp czy Reserved. Polska firma, mająca swoje korzenie na Pomorzu, w 2011 roku przeniosła prawa własności części swoich znaków towarowych do cypryjskiej spółki. Analogiczny proceder w odniesieniu do pozostałych marek LPP dokonało w 2013 roku, korzystając tym razem ze spółki zarejestrowanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W ten sposób firma stała się bogatsza o kwoty liczone w setkach milionów złotych (wartość przeniesionych znaków towarowych wycenia się na ponad miliard złotych).
Doniesienia medialne na ten temat zmobilizowały kilka osób do zorganizowania bojkotu konsumenckiego marek LPP. – Taka sytuacja nie powinna być akceptowalna. Wszyscy tutaj pracujemy, składamy się wspólnie na infrastrukturę publiczną i powinniśmy to robić uczciwie – o powodach bojkotu mówi Mateusz Mirys, jego organizator. – Problem wyprowadzania podatków do rajów podatkowych faktycznie jest globalny i bez rozwiązań na poziomie ponadnarodowym nie da się tego procederu na dłuższą metę zatrzymać. Ponadto ciągłe obniżanie podatków, co miało przynieść według liberałów większą ich ściągalność i w efekcie wzrost wpływów, nie przynosi pozytywnego skutku – wpływy do budżetów państw spadają. Dodajmy, że LPP nie miało noża na gardle, radziła i radzi sobie bardzo dobrze. To także firma, która od początku działała i działa nadal głównie w Polsce, korzystając z tutejszej infrastruktury, siły nabywczej polskich pracowników, a ponadto reklamowała się jako polskie przedsiębiorstwo.
Można założyć, że ewentualny spadek sprzedaży w trakcie bojkotu nie był odczuwalny dla takiego giganta jak LPP, lecz medialna burza wokół tego tematu spowodowała, iż w połowie 2015 roku mogliśmy przeczytać, że właściciel marek Reserved i Cropp zdecydował się przenieść prawa majątkowe do znaków towarowych do polskiej spółki-matki.
Polskie, czyli które?
Niewątpliwie kształt współczesnego rynku i własności utrudnia stosowanie pojęcia patriotyzmu. Wpływ globalizacji i funkcjonowanie na rynku światowym uniemożliwiają jednoznaczne określenie tożsamości narodowej firmy. – Sami pracownicy często mówią, że nie wiedzą, czy dana firma jest jeszcze polska, czy już nie. Ile kapitału jest wciąż krajowego? Nawet jeżeli znamy daną firmę jako tradycyjną, naszą – z nazwy, pochodzenia, lokalizacji – to bywa ona zarządzana przez kadrę zza granicy i/lub zasilana kapitałem zagranicznym. Pracownikom trudno zdefiniować, który pracodawca jest „nasz”, a który „obcy” – stwierdza profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu Beata Skowron-Mielnik. – Kapitał żyje w oderwaniu od państwa, jakiejkolwiek struktury. Ma charakter globalny i nie podlega żadnej większej kontroli ze strony państw, narodów, społeczeństw, wspólnot – zauważa doktor Rafał Towalski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Proszę zwrócić uwagę na retorykę, jaką stosuje inwestor w danym kraju, mówiąc, że jeśli się tej społeczności nie podoba, on może się w każdym momencie przenieść gdzie indziej. Inwestor nie jest w żaden sposób zainteresowany patriotyzmem rozumianym jako działanie na rzecz wspólnoty. Co znaczy polska firma? Czy to jest firma, która płaci tutaj podatki? Która zatrudnia tylko Polaków? Która produkuje tylko z polskich półproduktów? Na ile mamy się cieszyć ze wsparcia dla polskiej firmy, która w pewnym momencie uciekła z płaceniem podatków na Cypr? Co tak naprawdę wynika z narodowego charakteru kapitału? Do końca nie wiadomo. Jeżeli firma płaci podatki w Polsce, to dobrze, ale to powinna być rzecz normalna. Kapitał będzie jednak działał tam, gdzie mu wygodniej.
Sprawę „tożsamości” narodowej czy lokalnej przedsiębiorstwa komplikuje kilka powszechnych zjawisk. Przede wszystkim outsourcing, a więc wyodrębnianie ze struktury firmy często istotnych zespołów i funkcji oraz przenoszenie ich do innych podmiotów. Standardowymi przykładami są oczywiście sprzątanie i ochrona. Na porządku dziennym jest sytuacja, gdy sprzątaczka lub ochroniarz pracujący w konkretnym budynku, w konkretnej firmie zatrudnieni są przez zupełnie innego pracodawcę. Outsourcing dotyczy wielu różnych dziedzin, np. obsługi klienta, usług informatycznych, marketingowych. To, co się liczy, to dążenie przedsiębiorcy do obniżania kosztów. I chociaż nie jest to regułą, to ta praktyka najczęściej wpływa negatywnie na pracowników i warunki ich zatrudnienia.
Podobnie funkcjonują na rynku agencje pracy tymczasowej, które doraźnie, w zależności od potrzeb, „zaopatrują” firmy w pracowników, a ci najczęściej mają znacznie gorsze warunki zatrudnienia, a przede wszystkim brak im poczucia stabilności co do tego, u jakiego zleceniodawcy będą pracowali, jak i stabilności samego zatrudnienia. Z pomocy agencji pracy tymczasowej korzystają zarówno firmy polskie, jak i zagraniczne. Uniemożliwia to jasne oceny jakości zatrudnienia. – Bywało, że 30% pracowników zatrudnianych przez polskie zakłady Volkswagena to byli pracownicy agencji pracy tymczasowej. Byli więc tą gorszą siłą roboczą, nie obejmowały ich dobrodziejstwa lepszych stosunków pracy, które oferował Volkswagen. Firma korzystała z usług agencji pracy tymczasowej, wiedząc, że prawa i uposażenia pracowników przez nią zatrudnianych wyglądają znacznie gorzej niż te, którymi chwali się koncern – mówi Jarosław Urbański.
Jaskrawym przykładem tego typu kombinacji jest polski InPost. – Jak wiemy dopiero teraz, firma InPost to funkcjonujące przez wiele lat kilka lub kilkanaście firm i firemek powiązanych nie do końca jasną siecią zależności. I okazuje się, że pracownicy InPostu, mający identyfikatory, uniformy InPostu, podpisywali umowy z zupełnie innymi firmami – zauważa Mateusz Mirys.
Różne kultury, różne prace
Niezależnie od tych wątpliwości i komplikacji przyjęło się postrzegać firmę w kontekście kraju, z którego się ona wywodzi. Przynajmniej do pewnego stopnia. – Jeżeli chodzi o identyfikację narodową pracodawcy, wydaje się, że nie jest to bardzo istotne dla osób wchodzących na rynek pracy. To raczej stereotypy i oczekiwania, że jeśli zaczniemy pracę w firmie amerykańskiej, to będą to inne, lepsze standardy. Nie zawsze jest jednak dobrze, o czym świadczy przykład Amazona. Co z tego, że to firma nowoczesna, globalna, skoro warunki pracy w jej magazynach pod Wrocławiem i Poznaniem wołały o pomstę do nieba? – mówi Szklarczyk. – Jednocześnie, jeżeli ktoś świadomie szuka pracy, z łatwością znajdzie potwierdzenie z diagnoz, badań, że przeciętna płaca w firmach z kapitałem zagranicznym jest wyższa. Natomiast co do kultury i warunków pracy, to nadal głównie stereotypy. Wszystko zależy od konkretnej osoby i można mieć bardzo złego szefa obcokrajowca, a bardzo dobrego – Polaka. Kultura pracy zależy od tego, jaką kulturę reprezentują liderzy, menedżerowie, kierownicy poszczególnych szczebli. Reguł nie ma.
Potwierdzają to badania firmy Millward Brown przeprowadzone w 2010 roku. Wynikają z nich spore różnice w postrzeganiu pracodawców w zależności od pochodzenia kapitału. Wśród zagranicznych firm pożądanymi pracodawcami były przedsiębiorstwa angielskie, niemieckie i amerykańskie, a na końcu tej skali znalazły się włoskie, rosyjskie i hiszpańskie.
Rozróżnienie to wydaje się być zrozumiałe. Prawa zatrudnionych w zamożnych krajach europejskich są z punktu widzenia zatrudnionego lepsze niż u nas, a kultura pracy stoi zasadniczo na wyższym poziomie. Rafał Towalski przestrzega jednak, by nie wysuwać zbyt jednoznacznych hipotez: Dlaczego na przykład firmy zagraniczne, które w swoim kraju przestrzegają praw pracowniczych w sposób bardzo skrupulatny i bardzo dużo uwagi zwracają na współpracę z organami przedstawicielskimi zatrudnionych, kiedy pojawiają się w Polsce, zaczynają zachowywać się jak przysłowiowi wikingowie? Jeżeli rozmawiamy o kulturze organizacyjnej, wpadamy w taką pułapkę. Są firmy, które „u siebie” robią to, co powinny robić, lecz gdy pojawiają się w innym środowisku, zachowują się zupełnie inaczej, w sposób jednoznacznie zły dla pracowników. Natomiast jeżeli chodzi o firmy polskie, rzeczywiście w latach 90. był moment, kiedy uważano, że polski kapitalista jest dwa razy gorszy niż ten z Niemiec czy Francji i miało to pewne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Od jakiegoś czasu to się jednak zmienia.
Prof. Beata Skowron-Mielnik zwraca uwagę na to, w czym przede wszystkim zarysowuje się przewaga firm zagranicznych: Przede wszystkim jakościowa różnica polega na podmiotowym podejściu do pracownika. Polskie firmy częściej kojarzone są z podejściem, że „jak płacę, to przychodzisz i pracujesz – ciesz się, że masz pracę”. W przypadku firm zagranicznych też tak bywa, ale jednocześnie częściej praca jest w nich dobrze zorganizowana, a pracownicy, nawet jeżeli wymaga się od nich dużo, to jest jasno powiedziane, w jakich godzinach, w jakim trybie, z jakim wynagrodzeniem za dodatkową pracę. Dobra organizacja pracy i dobre warunki pracy są tą przewagą, na którą zwracają uwagę pracownicy. Badaczka dodaje jednak, że zagraniczne firmy prowadzące działalność w Polsce to firmy duże, korporacyjne, stabilne, a więc teoretycznie mające większe możliwości bycia konkurencyjnymi w kwestii oferowania lepszych warunków. Firmy te częściej dbają o pozytywny wizerunek pracodawcy zarówno na wewnętrznym, jak i zewnętrznym rynku pracy, inwestując znaczne środki w kształtowanie warunków pracy i komunikując je wyraźnie. Oczywiście zazwyczaj nie jest to – i słusznie – argument dla osoby zatrudnionej. Nikt nie może od niej oczekiwać pogodzenia się ze słabymi warunkami pracy i niskim wynagrodzeniem tylko dlatego, że dana firma jest polska i nadal na dorobku w walce z zagraniczną konkurencją.
Solaris – sukces na barkach ludzi
Polskie firmy często osiągają spore sukcesy za granicą, stają się rozpoznawalnymi markami i dają Polakom powód dumy. Ale niekoniecznie przekłada się to na profity dla tych, którzy są za te sukcesy w znacznej mierze odpowiedzialni – pracowników. Dobrym tego przykładem jest marka Solaris. Autobusy i tramwaje tej podpoznańskiej firmy jeżdżą w wielu miastach, nie tylko europejskich. Eksport pojazdów Solaris w 2015 roku wyniósł 946 sztuk, a rok wcześniej przekroczył 1000. Trudno więc mówić, że jest to firma na dorobku. I być może właśnie dlatego w 2015 roku powstały w niej zakładowe struktury NSZZ „Solidarność”.
– Byliśmy niedoceniani przez firmę. Nikt z nami nie rozmawiał, mieliśmy tylko nakazy z góry – mówi o powodach założenia związku jego przewodniczący Albert Wojtczak. – Wszystko było na zasadzie dekretów. Pracownicy, którzy próbowali się przeciwstawiać takiemu sposobowi zarządzania firmą, nie mieli żadnej siły przebicia – dodaje Wojciech Jasiński, jego zastępca. – Były problemy z otrzymaniem urlopu, nadużywano prawa do nadgodzin, zdarzyły się sytuacje, które mogły być zakwalifikowane jako mobbing. Tego typu spraw narosło mnóstwo, nikt nie był w stanie ich rozwiązać i atmosfera w pracy stała się nie do zniesienia.
– Na produkcji ludzie mówili wprost, że nie mają nic do stracenia. Pracę na takich warunkach mogą obecnie znaleźć w okolicy Poznania w ciągu kilkunastu dni – dodają moi rozmówcy, jednocześnie podkreślając, że ze strony pracodawcy nie było problemów z założeniem związku. Pojawiły się jedynie sugestie, że w Solarisie jest on niepotrzebny. Nie przekonało to jednak pracowników.
– Zaczęła się robić normalność – krótko o dotychczasowych sukcesach związku mówią panowie Wojtczak i Jasiński. Przede wszystkim kadra menedżerska rozpoczęła szkolenia mające na celu polepszenie relacji z pracownikami i zdaniem tych ostatnich przyniosło to pozytywny skutek. Wynegocjowano również bardziej elastyczne możliwości korzystania z krótkich (jedno-, dwudniowych) urlopów. Udało się także rozwiązać kilka pomniejszych konfliktów. Wciąż trwają rozmowy z pracodawcą w sprawie tematu nadgodzin, tak aby znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obydwie strony.
– Wszyscy powinniśmy, w miarę możliwości, kupować polskie produkty, ponieważ w ten sposób dajemy pracę innym. Konieczny jest wewnętrzny rynek zbytu – zwraca uwagę Wojciech Jasiński. – Jeżeli jednak w Polsce wciąż będą niskie płace, to nas nie będzie stać na te produkty. Już Henry Ford zauważył, że samochody nie będą kupowały samochodów. Robią to ludzie, ale do tego muszą mieć zarobki na odpowiednim poziomie. Nasi przedsiębiorcy oraz włodarze kraju nie mogą tego zrozumieć. Nie będzie zbytu na produkty, jeżeli nie będzie miał kto ich kupić…
Solidaryzm (anty)narodowy
Różnice w jakości oferowanej pracy nie wynikają jedynie z pochodzenia kapitału. Chociaż nie jest łatwo znaleźć kompleksowe badania, które całościowo zajęłyby się tym problemem, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że narodowa tożsamość pracodawcy jest, w porównaniu z innymi, czynnikiem o ograniczonym znaczeniu. – Niełatwo powiedzieć, że polski kapitalista lepiej lub gorzej traktuje polskiego pracownika, bo to byłoby duże uproszczenie. Tak naprawdę dużo większe znaczenie ma to, czy firma jest duża, czy mała. Czy funkcjonuje w obszarze wysokiego bezrobocia, czy też nie, czy to jest branża usługowa, czy handlowa. To ma większy wpływ na sytuację, niż narodowość właścicieli lub to, skąd pochodzi kapitał firmy – podkreśla Jarosław Urbański.
Podobnie sprawa wygląda w przypadku poziomu uzwiązkowienia. Badania profesora Juliusza Gardawskiego wykazały, że był on znacznie wyższy w firmach zagranicznych. Trudno jednak na podstawie tego wysuwać głębsze wnioski, poziom ten bowiem jest różny już na etapie różnic między województwami.
Pokazuje to z jednej strony złożoność sytuacji polskich pracowników i siłę twardych faktów – trudno kierować się niejasnym, rozmytym interesem narodowym w sytuacji, gdy nie można sobie i najbliższym zapewnić godnego poziomu życia. Z drugiej strony, powszechna emigracja „za chlebem” umożliwia szersze spojrzenie na kwestię patriotyzmu, który nie jest jedynie domeną Polaków: Jeżeli na rynku pracy dla kapitalistów wartościowe będzie istnienie dużej grupy pracowników-migrantów, nie zgodzą się oni na daleko posunięte koncepcje nacjonalistyczne lub patriotyczne, które utrudniałyby dostęp do taniej siły roboczej. Tę walkę i dyskusję na ten temat współcześnie obserwujemy – zauważa Jarosław Urbański. – Z drugiej strony, oczywiście sami pracownicy próbują wykorzystać hasła nacjonalistyczne czy patriotyczne do umocnienia swojej pozycji na rynku pracy. Na przykład pracodawcom mówią „powinniśmy się porozumieć, koncepcja solidaryzmu społecznego, bo należymy do jednego narodu, więc Polak powinien zatrudniać Polaka”, i w ten sposób umacniają się w konkurencji o lepsze zarobki czy o samo zatrudnienie z Ukraińcami przybywającymi do Polski. Jest to wykorzystywane do tworzenia podziałów między robotnikami i hasła patriotyzmu ekonomicznego często temu służą. Ale są one bronią obosieczną, bo jeżeli tymi samymi hasłami posłuży się brytyjski rząd, brytyjskie partie i brytyjscy kapitaliści, to za chwilę wróci tu fala polskich migrantów zarobkowych i będziemy w wielkim kłopocie. Okaże się wtedy, że patriotyzmy gospodarcze, realizowane w każdym kraju osobno, wcale nie służą polskim pracownikom najemnym. Duża część z nich – w ostatnich dekadach co najmniej dwa miliony – żyje przecież z „niepolskich” miejsc pracy – dodaje.
Innymi słowy w modelowej sytuacji, gdy każdy naród w imię patriotyzmu kupowałby jedynie swoje produkty i wspierał własnych przedsiębiorców, zawsze ostatecznie przegra kraj ze słabszą gospodarką, co pogłębi istniejące już różnice. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne polskich firm z każdym rokiem rosną. W 2010 roku wynosiły 186 miliardów, w 2014 było to 231 miliardów, a w 2015 już 239 miliardów (według szacunków Narodowego Banku Polskiego). Zawsze jednak będą niższe niż w krajach bogatszych. Powszechne narzekania, gdy polskie przedsiębiorstwa przejmowane są przez firmy zagraniczne, idą w parze z entuzjazmem wobec polskich przejęć na rynkach zagranicznych. Polski Maspex, firma mająca już za sobą kilkanaście przejęć zagranicznych przedsiębiorstw, której sprzedaż zagraniczna stanowi już 35% obrotów, działająca prężnie na rynkach czeskim, słowackim, węgierskim czy rumuńskim, z perspektywy obywateli tych krajów jest firmą obcą, z zewnątrz. Wspieranie patriotyzmu gospodarczego przez inne państwa odbije się również na wynikach polskich firm. Stało się tak np. w Szwecji w głośnej sprawie z 2010 roku, gdy część związków zawodowych poskarżyła się na autobusy firmy Solaris. Oficjalne zastrzeżenia związkowców dotyczyły wad pojazdów, w praktyce jednak zarzuty można było wiązać z istnieniem w Szwecji dwóch silnych przedsiębiorstw produkujących autobusy – Scania i Volvo.
W poszukiwaniu patriotyzmów
Rozważania na temat patriotyzmu ekonomicznego i jego wpływu na rynek pracy należy uznać za interesujące, jednak rzadko są oparte one na twardych danych, gdyż jest to zjawisko trudne do badania. Co ciekawe, częściej analizowano niejako drugą jego stronę, mianowicie wpływ inwestycji zagranicznych na rynek pracy. Nie ma zgody co do odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy bezpośrednie inwestycje zagraniczne wpływają na tworzenie miejsc pracy, czy też redukują zatrudnienie? Badania empiryczne wykazują, że sytuacja wygląda różnie w zależności od kraju czy regionu. W krajach Azji Południowo-Wschodniej wpływ ten był zasadniczo pozytywny, natomiast w państwach Ameryki Łacińskiej – negatywny.
Niewątpliwie Polska należy do krajów atrakcyjnych z racji dobrze wykwalifikowanej i taniej siły roboczej. Udział płac w PKB należy do najniższych w Unii Europejskiej i, w przeciwieństwie do stabilnego poziomu w Unii, odnotowuje systematyczny spadek. Można więc wysunąć wniosek, że coraz lepiej żyje się w Polsce tym, którzy czerpią zyski z kapitału, a gorzej tym, którzy zyski czerpią z pracy. Jak wskazuje jeden z raportów Fundacji Kaleckiego, według raportu PAIiIZ, w 2001 r. koszty pracy zajmowały pierwsze miejsce na liście 22 czynników decydujących o podjęciu działalności gospodarczej w Polsce. Aż 58% badanych inwestorów zagranicznych umieściło je w rubryce „bardzo ważne”. Na drugim miejscu znalazła się wielkość polskiego rynku z 47% wskazań. Cztery lata później wielkość polskiego rynku wysunęła się na prowadzenie (57% wskazań), a koszty pracy (53% wskazań) były na drugim miejscu, co może oznaczać, że sprzedaż na polskim rynku staje się coraz ważniejszą motywacją dla kapitału zagranicznego. W 2011 r., gdy PAIiIZ znów poprosił zagranicznych inwestorów o ocenienie ważności poszczególnych kryteriów inwestycyjnych, dostępność wykwalifikowanej siły roboczej została oceniona najwyżej (ocena 4,5/5). Niemal tak samo wysoką ocenę uzyskały koszty pracy (4,4/5). Koszty pracy w Polsce nie tylko są oceniane pozytywnie przez inwestorów zagranicznych, ale też ta ocena systematycznie rośnie. Autorzy raportu przypisują to „konkurencyjnemu poziomowi płacowych kosztów pracy”, który bierze się z zaniżonych płac w stosunku do wydajności pracy. Niestety należy też zwrócić uwagę, że nawet branże zaawansowane technologiczne, które istnieją w Polsce (motoryzacyjna, IT), swoje centra badawcze mają w innych miejscach, a więc wysoka wartość dodana jest nadawana produktom poza krajem.
Nie można jednak tych spostrzeżeń jednoznacznie przełożyć na oceny patriotyzmu ekonomicznego i jego wpływu na rynek pracy. Postawy patriotyczne w gospodarce są powodem do zadowolenia, ale przyjmowane bezkrytycznie zamazują relację pracownika i pracodawcy, a te mogą być różne, niezależnie od kwestii własnościowych czy kraju pochodzenia firmy. W państwie takim jak Polska ważniejsza wydaje się solidarność między pracownikami i wspieranie tworzenia miejsc pracy zapewniających przyzwoite warunki zatrudnionym. Odwrócenie trendu, do którego przyczyniają się działania firm zarówno polskich, jak i zagranicznych, czyli zwyżkowanie PKB głównie ze względu na wzrost wartości kapitału, wydaje się ważniejsze niż samo hasło o wzroście wartości PKB z odroczoną w czasie (często „na zawsze”) obietnicą, że przyniesie to poprawę życia nam wszystkim.
Warto monitorować pod tym względem także polityków, z lubością podchwytujących modne hasła, do których aktualnie należy również patriotyzm gospodarczy. Wypada zapytać, czy wiarygodną twarzą takich zmian może być wieloletni prezes zagranicznego banku. Należy zwrócić uwagę na to, by główną rolę przypisywać zmianie jakościowej, a nie ilościowej, gdyż na fali samego bogactwa polskich firm niekoniecznie bogaci się przeciętny Polak. Na pewno nie jest to regułą.
– Patriotyzm? Ale jaki? Nie widzę większego sensu we wspieraniu polskich firm tylko dlatego, że są polskie, jeśli jednocześnie wyzyskują pracowników czy oszukują państwo na podatkach. Takich firm nie zamierzam wspierać, bo to nie jest w moim interesie jako obywatela, pracownika, konsumenta – stwierdza Mateusz Mirys. – W moim interesie jest korzystanie z produktów czy usług takich firm, co do których wiem, że dochowują standardów zatrudnienia, środowiskowych, etycznych. To, że jakaś firma jest polska, budzi moją sympatię, lecz z automatu niczego nie rozstrzyga. Z samego budowania polskiego kapitału bez oglądania się na pracowników niewiele nam przyjdzie na dłuższą metę.
Bartłomiej Grubich
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
…Pozwolę sobie zacząć od osobistej dygresji1. W pierwszej połowie lat 90. uczestniczyłem w hucznej domówce w Krakowie, w gronie tamtejszych radykalnych aktywistów politycznych. Wdałem się w gorącą, obficie podlewaną alkoholem dysputę z Markiem Kurzyńcem. Będąc wówczas gorliwym orędownikiem ludowego „rewolucyjnego nacjonalizmu”, zarzucałem mojemu anarchistycznemu adwersarzowi oderwanie od rzeczywistości, od problemów i poglądów zwykłych ludzi. Kurzyniec zareplikował: „Ty się tylko stylizujesz na proletariusza!”. Niestety, musiałem przyznać mu rację: choć nauczycielska pensja była żałośnie niska, to wyższe wykształcenie i praca umysłowa w czasach przed taśmową produkcją dyplomów i postindustrialną transformacją alienowały mnie od mas robotników fabrycznych. Mogłem jednak oddać cios, stwierdzając, że proletariacki image anarchistów też nie jest niczym innym, jak stylizacją, że myli im się cyganeria z klasą pracującą2.
I ten problem po dziś dzień pozostaje, w mojej opinii, główną słabością polskiej lewicy. Jest oderwana od mas ludowych, które rzekomo ma reprezentować. Część polskiej lewicy (?) otwarcie zerwała z tradycją artykułowania plebejskich interesów3. Większość z tych, którzy tkwią na starych, klasowych pozycjach, identyfikuje się de facto nie tyle z ludem, ile ze swoim – wyidealizowanym i zideologizowanym – wyobrażeniem o tymże ludzie. W ich wizji proletariusz jest obowiązkowo antyklerykałem, internacjonalistą i feministą (a w miarę możności także wegetarianinem) – a jeśli nie jest, to znaczy, że żaden z niego proletariusz4.
Dlatego artykuł niniejszy poświęcę ruchowi autentycznie ludowemu, zrodzonemu z oddolnych walk społecznych, a nie z ideologicznej inspiracji5, ruchowi, który nie musiał się „stylizować” i, niczym mitologiczny Anteusz z matki-ziemi, z ludu wprost czerpał swą moc.
I
W 1990 roku spadły na Polskę dobrodziejstwa planu dostosowawczego Międzynarodowego Funduszu Walutowego opracowanego przez Jeffreya Sachsa, a firmowanego przez Leszka Balcerowicza. Inflacja w pierwszym roku obowiązywania Planu Balcerowicza wyniosła 585,8 proc. (dla porównania: w 1989 roku – 251,1 proc., a w 1988 – 60,2 proc.). Działo się to w warunkach faktycznego zamrożenia płac większości pracowników za sprawą osławionego „popiwku”, czyli podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń. „Przeciętne wynagrodzenie realne pracowników sektora państwowego i spółdzielczego było w 1990 roku niższe o 28 proc. niż w roku poprzednim” – donosił sucho Główny Urząd Statystyczny. Wskaźnik przeciętnych miesięcznych wynagrodzeń realnych malał systematycznie aż do roku 1993 włącznie. A nie wszyscy mieli szczęście otrzymywać jakieś wynagrodzenie: w ciągu 1990 roku bezrobocie wzrosło z 0,3 proc. w styczniu do 6,5 proc. w grudniu; trzy lata później wynosiło już 16,4 proc.6
W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się wszakże rolnicy. Znów zacytujmy informację GUS: „Ceny artykułów zbywanych przez rolników wzrosły ok. dwukrotnie wolniej od cen nabywanych przez nich środków produkcji”. Nieubłaganie rozwierały się, jak w czasie przedwojennego Wielkiego Kryzysu, „nożyce cen”. Spadek stopy życiowej na wsi – i tak zacofanej w porównaniu z resztą kraju – był jeszcze większy niż w mieście. Paradoksalnie, polityka Balcerowicza uderzyła najdotkliwiej w gospodarstwa duże, wysokotowarowe, produkujące na rynek. Ich właściciele w poprzedniej dekadzie brali na korzystnych warunkach kredyty, pozwalające zmodernizować i zintensyfikować produkcję. Teraz skokowy wzrost bankowych odsetek wepchnął ich w pętlę zadłużenia. Nie mogąc spłacić kredytów – bankrutowali, a ich gospodarstwa były licytowane. Nic dziwnego, że w tej grupie nastroje desperacji były najsilniejsze7. Już w 1990 roku doszło do masowych protestów rolniczych – tylko w lipcu zorganizowano 927 blokad dróg. Przeciw protestującym w Mławie rolnikom premier Tadeusz Mazowiecki wysłał transportery opancerzone (pod naciskiem Aleksandra Halla i… Jacka Kuronia).
Wśród niezadowolonych był Andrzej Lepper, urodzony w 1954 roku absolwent technikum rolniczego. Przez pewien czas pracował w Państwowych Gospodarstwach Rolnych w województwie słupskim, w 1978 roku został najmłodszym w Polsce kierownikiem PGR-u. Wstąpił wtedy do PZPR8, jednak zakończył przynależność już dwa lata później, gdy w 1980 roku zdecydował się na prowadzenie indywidualnego 63-hektarowego gospodarstwa. We wrześniu 1991 roku stanął na czele protestu zadłużonych rolników w Darłowie, a w październiku tego roku został liderem ogólnokrajowego Komitetu Obrony Rolników, który walczył o wstrzymanie grożących rolnikom egzekucji komorniczych.
Pokłosiem tych protestów było utworzenie Związku Zawodowego Rolnictwa „Samoobrona”, zarejestrowanego 10 stycznia 1992 roku. Samoobrona stanowić miała nieprzejednaną opozycję, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych organizacji rolniczych – Krajowego Związku Rolników i „Solidarności” Rolników Indywidualnych, którym zarzucała ugodowość wynikającą z powiązań, odpowiednio, ze starym i nowym aparatem władzy. Łączył się z tym radykalizm metod. W marcu I Krajowy Zjazd ZZR powołał tzw. brygady antyegzekucyjne, które miały zajmować się udaremnianiem zajęć komorniczych w zadłużonych gospodarstwach. W kwietniu stuosobowa grupa związkowców zajęła gmach resortu rolnictwa. W czerwcu w dziesięciu województwach (m.in. we Włocławku) odbyły się blokady dróg publicznych. Apogeum protestów miało miejsce w lipcu, gdy Samoobrona próbowała przeprowadzić „marsz gwiaździsty”. 72 kolumny rolników ruszyły na Warszawę, czemu towarzyszyły starcia z policją. Związkowcy grozili wysadzeniem w powietrze cystern z paliwem, 91 protestujących aresztowano, wielu zostało poturbowanych, a kilku trafiło do szpitala. Późniejsze akcje Związku w tym okresie (jak blokada przejść granicznych w Świecku i Kołbaskowie) miały już wyraźnie mniejszą skalę, jednak wciąż cechował je radykalizm. Należały do nich m.in. starcia z policją w Warszawie w kwietniu 1993 roku, wywiezienie na taczce burmistrza Praszki w sierpniu 1993 roku, pobicie zarządcy zlicytowanego gospodarstwa w Kobylnicy w lipcu 1994 roku.
Równolegle Samoobrona rozbudowywała zaplecze społeczne i polityczne. Nawiązała współpracę z pracowniczymi związkami zawodowymi (m.in. z NSZZ „Solidarność ’80”, z Wolnym Związkiem Zawodowym „Sierpień ’80”, z Federacją Związków Zawodowych Górników), współtworząc Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Negocjacyjno-Strajkowy. W czerwcu 1992 roku utworzona została partia polityczna Przymierze Samoobrona, w skład której obok związkowców weszli grupa członków Polskiej Partii Zielonych z Januszem Bryczkowskim na czele oraz szereg osób kojarzonych z narodowo-komunistycznym skrzydłem PZPR (Bohdan Poręba, Bożena Krzywobłocka, Józef Balcerek). Pod koniec roku powstał Komitet Samoobrony Narodu, który miał stanowić szeroki ruch społeczny z udziałem – oprócz wymienionych – także Komitetu Obrony Bezrobotnych, środowisk kombatanckich (Stowarzyszenie Ofiar Wojny, gen. Stanisław Skalski, płk Antoni Heda) i drobnych grup nacjonalistycznych, takich jak Stronnictwo Narodowe „Ojczyzna”. Samoobrona próbowała w ten sposób wyrwać się z wiejskich opłotków.
Pomimo to start w wyborach parlamentarnych we wrześniu 1993 roku okazał się porażką: partia uzyskała zaledwie 2,78 proc., co wynikało m.in. z braku porozumienia z Partią X Stanisława Tymińskiego, głoszącą nieomal identyczny radykalno-populistyczny program społeczny. Ruch wszedł w kryzys. W grudniu 1993 roku z partii został usunięty Bryczkowski, który założył jawnie faszystowski Front Narodowy Samoobrona (potem Polski Front Narodowy). W sierpniu 1994 roku Lepper został aresztowany, co Bryczkowski bezskutecznie usiłował wykorzystać do próby przejęcia kontroli nad ZZR. Wewnętrzne rozbicie w połączeniu z opadaniem fali niezadowolenia społecznego drastycznie ograniczyło możliwości mobilizacyjne Samoobrony. Przez kilka najbliższych lat ograniczała się do punktowych wystąpień wykorzystujących lokalne konflikty społeczne. W regionie świętokrzyskim powstała Samoobrona Mieszkańców, której celem była obrona praw lokatorskich. W czasie budowy gazociągu jamalskiego Samoobrona nawiązała współpracę z Polskim Stowarzyszeniem Budowniczych Rurociągów Witolda Michałowskiego, domagając się wyższych odszkodowań dla rolników. U schyłku tysiąclecia związkowcy połączyli wysiłki z Federacją Zielonych i obrońcami zwierząt w proteście przeciw ekspansji firmy Smithfield Foods (Kongres Rolniczo-Ekologiczny w maju 2000 roku).
Efekty były jednak niewielkie. W wyborach prezydenckich 1995 roku na Leppera głosowało zaledwie 1,32 proc. wyborców. Dwa lata później w czasie wyborów parlamentarnych okazało się, że Samoobrona potrafi wystawić kandydatów tylko w 16 okręgów (na 52), uzyskując w sumie 0,08 proc. głosów.
Wiatr ponownie zaczął dąć w żagle Samoobrony pod koniec lat 90., w miarę jak znów pogarszała się sytuacja życiowa Polaków (tzw. drugi plan Balcerowicza: w 2001 roku stopa bezrobocia sięgnęła 17,5 proc.). W 1998 roku nasiliły się rolnicze protesty, na których czele stanęła Samoobrona wespół z innymi związkami rolniczymi; głośnym echem odbiło się zniszczenie importowanego zboża na przejściu granicznym w Muszynie. W styczniu 1999 roku miała miejsce blokada polsko-niemieckiego przejścia granicznego w Świecku, w której uczestniczyły ponad 3 tysiące związkowców. 27 maja w całym kraju odbyły się blokady dróg, których liczba miała sięgnąć dwustu. W sierpniu 1999 roku protest Samoobrony w Bartoszycach przeistoczył się w gwałtowne rozruchy, w wyniku których 11 policjantów znalazło się w szpitalu. Udział mieszkańców miast w tych wydarzeniach pokazywał, że Samoobronie udało się pozyskać zwolenników spoza wsi.
Ugrupowanie Leppera zmodyfikowało strategię, co podkreślała nowa nazwa: Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej. Doszło do wymiany części kadr – dawnych działaczy pokroju Leszka Zwierza zastąpili ludzie tacy jak Janusz Maksymiuk czy Krzysztof Filipek. Współpraca z profesjonalistą od PR Piotrem Tymochowiczem zaowocowała nowym, „dystyngowanym” image Leppera. Mówić można o Samoobronie 2.0. Coraz wyraźniejsze stało się otwarcie Samoobrony na opozycję lewicową: w 1999 roku lepperowcy wzięli udział wraz z Sojuszem Lewicy Demokratycznej w pochodzie pierwszomajowym i w wielkiej manifestacji 24 września. Strategią ruchu pozostała jednak budowa „frontu narodowo-ludowego”. W styczniu 2000 roku ogłoszono utworzenie Bloku Ludowo-Narodowego obejmującego SRP, WZZ „Sierpień ‘80” i nacjonalistyczny Front Polski gen. Tadeusza Wileckiego. Blok okazał się martwym płodem, gdyż nie był w stanie wyłonić wspólnego kandydata w nadchodzących wyborach prezydenckich9. W rezultacie Lepper zdobył 3,05 proc., co wciąż lokowało Samoobronę w kategorii politycznego planktonu. Lepperowcy byli jednak przekonani, że przyszłość należy do nich. W ich opinii potwierdzało to podpalenie w maju 2000 roku domu Stanisława Łyżwińskiego w Hucie Skaryszewskiej, w którym zatrzymał się Lepper; interpretowali to jako próbę zabójstwa ludowego przywódcy.
Okazało się, że mieli rację, wierząc w powodzenie swej sprawy. W wyborach parlamentarnych 2001 roku SRP osiągnęła bezprecedensowy sukces – 10,2 proc. głosów i 53 mandaty – stając się trzecią siłą polityczną w Polsce. Dotychczasowi pariasi nagle zostali partnerami najważniejszych aktorów sceny politycznej. Zauważalna już wcześniej ewolucja ku lewicy zaowocowała warunkową współpracą z koalicją SLD-PSL. Samoobrona była jedynym klubem spoza koalicji, który poparł rząd Leszka Millera, a Lepper został wicemarszałkiem Sejmu. Istniał nawet projekt włączenia SRP do koalicji rządowej, lansowany przez grupę wojskowych z gen. Sławomirem Petelickim na czele, nie doszło jednak do tego wskutek sprzeciwu Aleksandra Kwaśniewskiego.
Sielanka nie trwała długo. Już w listopadzie 2001 roku Lepper zaszokował posłów, sugerując korupcję i kryminalne powiązania czołowych polityków SLD i PO, co spowodowało jego odwołanie z funkcji wicemarszałka. W grudniu Samoobrona wraz z Ligą Polskich Rodzin i Prawem i Sprawiedliwością forsowała wniosek o wotum nieufności wobec ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza. Nie oznaczało to jednak jeszcze opozycji totalnej. Szereg inicjatyw rządu Millera popieranych było w Sejmie przez lepperowców. Po sukcesie SRP w wyborach samorządowych w 2002 roku (16 proc. poparcia na poziomie województw), w ośmiu sejmikach wojewódzkich utworzyła ona koalicje z SLD. Lepper jednak stopniowo radykalizował stanowisko i w kwietniu 2003 roku zażądał od działaczy partii zerwania sojuszów z lewicą w terenie (co doprowadziło do kilku rozłamów, np. w Lublinie odeszła grupa Konrada Rękasa). Jeszcze ostrzej atakowany był rząd Marka Belki, uważanego za człowieka Kwaśniewskiego. Samoobrona współpracowała coraz ściślej z prawicową opozycją, popierając np. tzw. raport Ziobry dotyczący „afery Rywina” czy wniosek o popełnieniu przestępstwa przez szefa Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marka Dukaczewskiego. Lepper żądał też ustąpienia prezydenta Kwaśniewskiego, ogłaszając go przedstawicielem „układu polityczno-biznesowo-mafijnego”.
Ten wspólny front z prawicą nie oznaczał jednak zwrotu SRP w prawo. Przeciwnie – plan Leppera zakładał przejęcie przez Samoobronę hegemonii na lewicy. IV zjazd ZZR w styczniu 2004 roku odmawiał SLD lewicowości, a pod koniec roku Lepper deklarował: „Stawiam sobie za cel tak przekonać elektorat lewicy, by zrozumiał, że jedyną lewicową, prospołeczną i patriotyczną partią jest obecnie Samoobrona”. W tym celu nawiązano współpracę z Demokratyczną Partią Lewicy, Ruchem Ludzi Pracy i Krajową Partią Emerytów i Rencistów. W szeregach SRP znaleźli się działacze Sojuszu (np. Grzegorz Tuderek, Bolesław Borysiuk) i Unii Pracy (Andrzej Aumiller). W dużej mierze plan Leppera się powiódł. Wprawdzie odnotowano odpływ części starego elektoratu Samoobrony w kierunku Ligi Polskich Rodzin, ale zostało to zrekompensowane przez przejęcie wielu dotychczasowych wyborców lewicy – głównie emerytów i rencistów, robotników upadłych zakładów pracy, byłych funkcjonariuszy służb mundurowych. Już w wyborach do europarlamentu w 2004 roku lepperowcy wyprzedzili SLD10.
Równolegle do aktywności parlamentarnej SRP starała się działać na niwie społecznej. Partia podjęła współpracę z organizacjami osób niepełnosprawnych (wyznaczając nawet specjalnego pełnomocnika ds. kontaktów z nimi) i środowiskiem matek samotnie wychowujących dzieci. Próbowano nadal prowadzić akcje bezpośrednie, takie jak obrona targowiska we Włocławku w 2001 roku, zablokowanie Chińskiego Centrum Handlowego w Woli Kosowskiej i wysypanie na tory importowanego zboża w Warszawie w 2002 roku, pikiety przeciw wojnie w Iraku w 2004 roku, poparcie protestów służby zdrowia i rybaków bałtyckich w 2005 roku. Wyraźnym jednak było, że inicjowane przez Samoobronę protesty stawały się coraz słabsze liczebnie, mniej żywiołowe, wręcz zrytualizowane.
…Przerwijmy w tym momencie beznamiętną narrację historyka odautorskim komentarzem. Wybiegając w przyszłość: Samoobrona odniosła sukces, ale go zmarnowała. „Miałeś, chamie, złoty róg”, ciśnie się na usta. Lepper nie wykorzystał tych sześciu lat tłustych, kiedy miał popularność, pieniądze, dostęp do mediów, na stworzenie sieci organizacji społecznych, która zapewniałaby trwałe oparcie w społeczeństwie, niezależne od zmiennej koniunktury wyborczej. Wprawdzie w maju 2002 roku powstała Ogólnopolska Młodzieżowa Organizacja Samoobrony, jednak partyjna młodzieżówka skupiała raczej karierowiczów niż ideowców11. Komórki takie jak Centrum Informacji Aferalnej czy Centrum Analiz Wyborczych miały charakter fasadowy – wystarczy powiedzieć, że obsługę szeroko rozreklamowanego jako instytucja antykorupcyjna CIA przydzielono… jednemu pracownikowi. Zamiast żmudnej pracy u podstaw preferowano pozyskiwanie podmiotów zewnętrznych zainteresowanych współpracą dopóki przynosiła ona wymierne korzyści. Zupełnie zaniedbana została praca ideotwórcza i formacyjna: zaprzestano wypracowywania ideologii12, która stanowiłaby niekoniunkturalną motywację i spoiwo członków partii, nie zrealizowano pomysłu wydawania teoretycznego periodyku „Trzecia Droga”. Zlekceważono nawet budowę własnego aparatu propagandowego, uniezależniającego ruch od nieprzychylnych mu mediów. Pojawił się wprawdzie dwutygodnik „Samoobrona”, jednak jego wydawcą (faktycznie niezależnym od partii) został znany antysemita Leszek Bubel, który niebawem zerwał z Lepperem. Pod względem kadrowym, zamiast oprzeć się na lokalnych społecznikach, Lepper preferował biznesmenów (jak Piotr Misztal, skazany za łamanie prawa pracy) i zawodowych polityków, jak były prezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego Ryszard Czarnecki.
Z czego te zaniechania wynikały? Niewątpliwie olbrzymią rolę odegrała typowo polska krótkowzroczność, stawiająca improwizację, prowizorkę i drogę na skróty ponad systematyczną pracę organiczną. Przywódca ruchu był też niewątpliwie pod rosnącym ciśnieniem posłów, radnych, szeregowych działaczy, którzy chcieli jak najszybciej skonsumować sukces wyborczy, sięgając po stanowiska, wpływy i pieniądze. Zapewne dotknęło to i samego Leppera, którego w tym czasie dotknęły kłopoty zdrowotne – syndrom „zmęczonego rewolucjonisty”, przekonanego, że należy mu się nagroda za dawne trudy, ilustrują choćby dzieje przedwojennych piłsudczyków. Można też przypuszczać, że Lepper celowo zaniedbał instytucjonalizację i ideologizację ruchu, gdyż silne struktury ograniczałyby jego wodzowską pozycję, a skonkretyzowana ideologia – swobodę politycznego manewru.
Podwójne wybory 2005 roku potwierdziły sukces SRP: w wyborach parlamentarnych uzyskała 11,41 proc. głosów (nieznacznie więcej niż SLD), w prezydenckich Lepper zajął trzecie miejsce z 15,11 proc. Wyniki były jednak gorsze od oczekiwanych. Zwycięstwo PiS sprawiło, że scena polityczna nie uległa polaryzacji, jak oczekiwał Lepper, na obóz prawicowo-liberalny, kierowany przez Platformę Obywatelską, i lewicowo-populistyczny, którego główną siłą byłaby Samoobrona. Zamiast tego wytworzył się podział na „Polskę liberalną” (PO, w pewnej mierze SLD) i „Polskę solidarną” pod przewodem PiS. Pojawiła się możliwość zaistnienia szerokiego frontu antyliberalnego (postulowanego wszak przez Leppera w latach 90.), ale SRP była jego podrzędnym elementem.
Logika tego podziału – jak również wspomniane parcie lepperowców do władzy – pchały Samoobronę w objęcia prawicy. Już w drugiej turze wyborów prezydenckich Lepper udzielił poparcia Lechowi Kaczyńskiemu. W lutym 2006 roku Lepper wraz z Jarosławem Kaczyńskim i Romanem Giertychem podpisali „pakt stabilizacyjny”, w maju SRP weszła w skład koalicji rządowej. Lepper został wicepremierem i ministrem rolnictwa, Samoobrona uzyskała też stanowiska ministrów pracy i budownictwa, osiemnastu wiceministrów, kierownictwo Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz KRUS. Koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann oficjalnie oznajmił, że nie ma żadnych dowodów na inspirowanie ruchu Leppera przez byłych funkcjonariuszy SB.
Lepper usilnie starał się zrzucić odium awanturnictwa i radykalizmu, zaprezentować się jako odpowiedzialny polityk. Bezskutecznie. Przeciwko sobie miał otwartą wrogość mediów i słabo skrywaną niechęć koalicjanta. W jego własnej partii silne były tendencje odśrodkowe, część posłów z Janem Bestrym ciążyła ku PiS. Nieustanne tarcia w koalicji już we wrześniu 2005 roku doprowadziły do kryzysu gabinetowego i dymisji Leppera, który zagroził wejściem w sojusz z… PO. W październiku kryzys został zażegnany, jednak SRP wyszła z niego osłabiona. Jasne się stało, że Lepper nie panuje nad własnym ugrupowaniem: zerwanie koalicji doprowadziłoby do dezintegracji partii, bo wielu posłów nie chciało wracać do opozycji. Wiarygodność ruchu i jego przywódcy drastycznie się zmniejszyła z powodu nieustannych wolt; nie można było nie zauważyć, że Samoobrona przypomina sobie o postulatach programowych na ogół przy okazji konfliktów personalnych. Symbolem degrengolady stało się udaremnienie egzekucji komorniczej przez posła SRP, który powołując się na poparcie ministra sprawiedliwości, chronił… własny majątek.
Rozczarowany elektorat Samoobrony przechodził do obozu PiS, czego dowiodły wybory samorządowe w 2006 roku – na szczeblu wojewódzkim ugrupowanie Leppera uzyskało tylko 5,54 proc. głosów. Obserwatorzy byli zgodni, że sprawowanie władzy okazało się zabójcze dla partii protestu. „Może dziś już tak bardzo ucywilizowany Lepper nie podoba się radykałom na wsi?” – pytał socjolog Radosław Markowski. Dziennikarka Janina Paradowska potwierdzała: „Lepper w kręgu rządowego establishmentu nie może już być wyrazicielem społecznego protestu i jego pozycja musi słabnąć”.
Kolejny cios uderzył w SRP w grudniu 2006 roku, gdy „Gazeta Wyborcza” oskarżyła wiceprzewodniczącego partii, Łyżwińskiego, a także samego Leppera, o wykorzystywanie seksualne kobiet związanych z Samoobroną13. W lipcu 2007 roku Centralne Biuro Antykorupcyjne aresztowało pod zarzutem korupcji dwóch pracowników ministerstwa rolnictwa związanych z Lepperem, którego też oskarżono o udział w procederze. Choć zarzutów wobec Leppera nie udowodniono, został odwołany ze stanowiska, co doprowadziło do rozpadu koalicji i przedterminowych wyborów.
SRP zaczęła wykonywać desperackie ruchy. Najpierw zdecydowano o połączeniu z LPR w nową formację Liga i Samoobrona, niedługo później porozumienie zerwano, wykonując ostry zwrot w lewo, czego symbolem było przyjęcie na listy Samoobrony Leszka Millera i Piotra Ikonowicza. Trudno uznać, by takie chaotyczne działania poprawiały wiarygodność partii. W dodatku przeceniono popularność Millera, któremu lewicowy elektorat pamiętał poparcie dla podatku liniowego i dla wojny w Iraku. Skutkiem była wyborcza katastrofa: 1,53 proc.
Późniejsze dzieje Samoobrony to już wegetacja, przypominająca sentencję Marksa o historii powtarzającej się jako operetka. Lepper zapomniał starej prawdy, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Po akcesji do Unii polskie społeczeństwo przeszło przyśpieszoną transformację. Wieś się rozwarstwiła: część rolników wyraźnie się wzbogaciła, innych uzależniły unijne dotacje14. Masa bezrobotnych wyjechała na przysłowiowy zmywak. Lud się zmienił, zmieszczaniał; proletariat przeistoczył bądź to w salariat, bądź to w prekariat. Samoobrona stała się anachroniczna. Tytułowy Anteusz postanowił stać się Ikarem; gdy pojął grozę sytuacji, zapragnął schronić się na ziemi – ale ta zniknęła. Znalazł się w stanie nieważkości.
Morał tej opowieści jest prosty: lewica nie może odrywać się od swej plebejskiej bazy. Ma artykułować jej interesy i poglądy. „Wèi rénmín fúwù” (służyć ludowi!), jak mawiali maoiści. Jeśli w Polsce nastąpi odrodzenie lewicy, to w formie pragmatycznego neopopulizmu, być może odwołującego się właśnie do tradycji Samoobrony.
II
Oblicze ideowo-polityczne Samoobrony pozostawało nieodgadnione. Zwolennicy odwoływali się do enigmatycznego (neofaszyzm? postsocjaldemokracja?) pojęcia „trzeciej drogi” pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem. Przeciwnicy zadowalali się klasyfikowaniem lepperowców jako „populistów” (a populista w oczach nie tylko establishmentu, ale i współczesnych lewicowców to, wiadomo, nieświadomy faszysta albo zamaskowany faszysta – Kukiz, Farage, Trump). Wielkomiejska lewica, która zastąpiła ideę sojuszu robotniczo-chłopskiego modnymi teoriami o „nowej klasie robotniczej” złożonej z „białych kołnierzyków”, traktowała wiejski ruch nieufnie. Gdy jednak poddamy program Samoobrony chłodnej politologicznej analizie, okazuje się, że ma on charakter klasycznie socjaldemokratyczny (tj. sprzed blairowsko-schröderowskiej transformacji).
Zacznijmy, po marksistowsku, od „bazy”, czyli problematyki społeczno-gospodarczej, która w programie Samoobrony zajmowała miejsce pierwszoplanowe. Ruch deklarował, zwłaszcza w latach 90., antykapitalistyczną orientację, uważając, że „kapitalizm to prymat kapitału i zysku nad pracą i człowiekiem”, i deklarując (1994): „Kapitalizm nie jest systemem wiecznym. Ustąpić on musi nowym koncepcjom stosunków międzyludzkich, nowej ekologicznej moralności. Nowa epoka postkapitalistyczna już się rodzi”.
Alternatywą miał być ustrój zapewniający sprawiedliwą redystrybucję dóbr w imię nadrzędnego interesu społecznego. Samoobrona wyobrażała sobie ów postkapitalistyczny system jako gospodarkę wielosektorową, opartą na współistnieniu własności państwowej (przemysł surowcowy i wydobywczy, energetyczny, zbrojeniowy, infrastruktura komunikacyjna oraz bankowość i ubezpieczenia), pracowniczej (przekształcanie przedsiębiorstw państwowych w spółki pracownicze), spółdzielczej (m.in. nowe formy kooperatyw na wsi) i prywatnej (głównie małe i średnie rodzime przedsiębiorstwa, które postulowano chronić przed ekspansją wielkiego kapitału zagranicznego). W gospodarce takiej kierowniczą rolę odgrywałoby państwo, które w stosunkach zewnętrznych miało prowadzić politykę protekcjonistyczną chroniącą rynek wewnętrzny, a w wewnętrznych – stosować na szeroką skalę interwencjonizm, poprzez m.in. tworzenie prawnych i instytucjonalnych ram rynku, rozbudowę infrastruktury w kluczowych dziedzinach, pomnażanie kapitału ludzkiego poprzez rozwój nauki i edukacji, dbałość o opiekę społeczną i ochronę środowiska. Szczególną rolę przyznawano polityce monetarnej i fiskalnej. Proponowano zwiększenie obciążeń podatkowych dla osób najwięcej zarabiających, przy jednoczesnym zwolnieniu z podatków najuboższych, obniżenie podatków pośrednich oraz wprowadzenie podatku obrotowego. Narodowy Bank Polski miałby ponosić odpowiedzialność za rozwój gospodarczy oraz poziom zatrudnienia i z tych zadań być rozliczany przez parlament.
Z tych pozycji Samoobrona krytykowała neoliberalny kierunek transformacji ustrojowej lat 90. Podzielając powszechną wówczas opinię o rabunkowym charakterze przekształceń własnościowych, głoszono: „Większość prywatyzacji przeprowadzonych w Polsce wykonano źle, z naruszeniem interesów gospodarczych Polski i z istotnym naruszeniem interesów Skarbu Państwa”. Logiczną konsekwencją tego stanowiska był postulat przeprowadzenia lustracji majątkowej i gospodarczej, rozliczenia skorumpowanych elit. Zarazem Lepper zwracał uwagę – na ileż wcześniej przed „postkolonialnymi” modami lewicy! – na kompradorski charakter wprowadzanego w Polsce modelu kapitalizmu. Beneficjentem transformacji był jego zdaniem w pierwszym rzędzie wielki ponadnarodowy kapitał. Zwłaszcza prywatyzacja sektora bankowego prowadzić miała do utraty kontroli państwa nad zachodzącymi w Polsce procesami gospodarczymi oraz do osłabiania polskiej przedsiębiorczości poprzez dyskryminacyjną politykę kredytową.
Dużo mniej uwagi poświęcano sprawom polityczno-ustrojowym. Samoobrona bez zastrzeżeń uznawała demokratyczne fundamenty państwowości, co nie znaczy, że zadowalał ją konstytucyjny kształt III Rzeczypospolitej. Przede wszystkim domagała się uzupełnienia instytucji przedstawicielskich elementami demokracji bezpośredniej, np. wprowadzenia możliwości rozpisywania – na wniosek 500 tysięcy obywateli – referendum w sprawie skrócenia kadencji parlamentu lub usunięcia z urzędu głowy państwa. Zgodnie z tradycjami tak ruchu ludowego, jak PPS chciała też zastąpienia Senatu przez izbę społeczno-zawodową, złożoną z przedstawicieli związków zawodowych, organizacji pracodawców, samorządów terytorialnych oraz organizacji pozarządowych. Proponowała odejście od zasady wolnego mandatu na rzecz związania mandatu poselskiego z partią, zniesienie immunitetu parlamentarnego i ograniczenie sprawowania mandatu do trzech kadencji. Relatywnie sceptyczny pozostawał stosunek Samoobrony do samorządu terytorialnego – partia przestrzegała przed zbytnią decentralizacją sfery publicznej, obawiając się zarówno rozkwitu mikrooligarchicznej patologii na szczeblu lokalnym, jak i utraty sterowności państwa przez rząd. I jeszcze jedna osobliwość: idąc pod prąd opinii, Samoobrona opowiadała się przeciw uzawodowieniu armii, a za utrzymaniem jej obywatelskiego charakteru opartego na powszechnym poborze.
Charakterystycznym rysem koncepcji ustrojowych Samoobrony, również zgodnym z tradycyjnymi koncepcjami socjaldemokratycznymi, było umieszczanie instytucji i mechanizmów demokratycznych w ramach państwa narodowego. Wewnętrzna suwerenność ludu przekładała się na zewnętrzną suwerenność narodową – niezależność państwa wobec ponadnarodowych organizacji, instytucji, korporacji.
Idea, że Rzeczpospolita Polska winna być samodzielnym podmiotem na arenie międzynarodowej, warunkowała koncepcje ruchu w zakresie polityki zagranicznej. Pryncypium dbałości o interes narodowy prowadziło w pierwszej kolejności do skrajnie pragmatycznego postulatu „ekonomizacji” polityki zagranicznej, która miała być oparta wyłącznie na kryterium korzyści płynących z wymiany handlowej z określonymi krajami. To z kolei sprawiało, że Samoobrona bliska była – choć wprost tego nie wyartykułowała – koncepcjom polityki wielowektorowej i, co za tym idzie, świata wielobiegunowego, taką politykę umożliwiającego. Ruch pozostawał sceptyczny wobec idei unifikacji globu, zauważając, że nie istnieje jedna idealna forma ustrojowa, w jednakowym stopniu odpowiadająca wszystkim społeczeństwom. Lepper podkreślał, że „każde państwo ma swoje tradycje, kulturę, i należy to uszanować”.
Takie podejście stawiało Samoobronę w opozycji do jednoznacznie prozachodniej polityki zagranicznej III Rzeczypospolitej. Ruch oponował przeciw członkostwu Polski w NATO, uważając, że oznacza to podporządkowanie polskich sił zbrojnych obcemu dowództwu i ich użycie w egzotycznych konfliktach15. Z tych pozycji Samoobrona protestowała w 1999 roku przeciwko nalotom na Jugosławię („NATO odrzuciło maskę paktu obronnego, a stało się żandarmem, pilnującym interesów międzynarodowej finansjery”), a w 2003 roku (wraz z LPR) przeciw udziałowi Polaków w interwencji w Iraku. Lepper krytykował „wasalizację” Polski przez USA, niektórzy działacze porównywali wręcz relacje łączące Warszawę z Waszyngtonem do satelickiego statusu PRL. Najwięcej jednak uwagi Samoobrona poświęcała (zwłaszcza w pierwszym okresie działalności) groźbie uzależnienia ze strony Niemiec. Dla rolników z Ziem Odzyskanych „niemieckie zagrożenie” miało realny wymiar roszczeń majątkowych byłych niemieckich właścicieli czy też wykupu przez Niemców ziemi (w Polsce znacznie tańszej16). Dlatego już w 1994 roku Samoobrona przestrzegała przed „tłumieniem czujności wobec nacjonalizmu i rewizjonizmu niemieckiego”. Ekspansja ekonomiczna Niemiec wiązać miała się z rozwarstwieniem majątkowym pomiędzy wspomaganą przez Berlin mniejszością niemiecką a miejscową ludnością polską.
Antyniemieckie nastawienie rzutowało też na nieufność wobec integracji europejskiej, postrzeganej początkowo jako instrument niemieckiego imperializmu. W latach 90. Samoobrona była orędowniczką radykalnego eurosceptycyzmu, uzasadnianego wszakże – w odróżnieniu od narodowo-katolickiej prawicy – nie argumentami tożsamościowymi, lecz ekonomicznymi. Według Leppera struktury europejskie zdominowane były przez największe państwa i funkcjonowały, opierając się na kapitalistycznych dogmatach, a akcesja do Unii będzie miała negatywne skutki, gdyż Polska stanie się jedynie rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej dla zachodnich firm. Szczególnie dotkliwie integrację odczuć miała polska wieś, która nie wytrzymałaby konkurencji dotowanego rolnictwa zachodnioeuropejskiego. Nic dziwnego, że jeszcze w 2001 roku Samoobrona wzięła udział – wraz z takimi ugrupowaniami jak Unia Polityki Realnej – w I Polskiej Konferencji Eurosceptyków.
Później wszakże ów eurosceptycyzm słabł, Samoobrona przesuwała się w kierunku tzw. eurorealizmu, uzależniając swe poparcie dla projektu integracyjnego od konkretnych warunków wynegocjowanych z instytucjami unijnymi. Wynikało to w dużej mierze z faktu, że wielu rolników stało się po akcesji beneficjentami Wspólnej Polityki Rolnej UE. Dostrzegając pozytywne aspekty integracji, próbowano sformułować własną wizję Unii Europejskiej, opartą z jednej strony na poszanowaniu suwerenności państw, z drugiej – na implementacji standardów socjalnych chroniących interesy świata pracy. Projekt ten, łączący koncepcje lewicowe z suwerenizmem, można by nazwać „socjalną Europą Ojczyzn”, choć sami lepperowcy mówili o „wielkiej ludowo-humanistycznej integracji Narodów Europy”. Oznaczało to selektywne podejście do inicjatyw integracyjnych. Samoobrona np. krytykowała kształt europejskiego Traktatu Konstytucyjnego (2005) i kwestionowała przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty, ale zarazem popierała dalsze poszerzanie Unii Europejskiej (również o Turcję). Uznając zróżnicowanie interesów, aspiracji i poziomu rozwoju poszczególnych krajów członkowskich, akceptowała istnienie różnych stopni integracji („Europa wielu prędkości”).
Poparcie Samoobrony dla rozszerzenia Unii wiązało się ze wschodnim wektorem polityki zagranicznej, od początku postulowanym przez Leppera. W enuncjacjach partii pojawiały się nawet echa koncepcji panslawistycznych, wyrażające się w akcentowaniu wspólnoty kulturowej narodów słowiańskich, jednak podłoże „orientacji wschodniej” było zasadniczo pragmatyczne. Lepper uważał, że Polska powinna szukać sojuszników „w najbliższym otoczeniu, a nie za morzami, na innych kontynentach”, a obszar poradziecki był ważnym rynkiem zbytu dla polskiego rolnictwa, dlatego Samoobrona przykładała wielką wagę do dobrych stosunków ze wschodnimi sąsiadami. Lepper znany był przede wszystkim jako admirator modelu białoruskiego, ale opowiadał się też za ścisłą współpracą z Ukrainą, sugerując nawet możliwość wspólnego przystąpienia obu krajów do UE. Pierwszorzędne znaczenie miały mieć oczywiście obopólnie korzystne relacje z Federacją Rosyjską, nie oznaczało to jednak identyfikowania się z racjami rosyjskimi. Partia np. domagała się od Rosjan przekazania wszystkich archiwaliów dotyczących zbrodni katyńskiej oraz uznania jej za ludobójstwo, a na forum Parlamentu Europejskiego posłowie SRP protestowali przeciw budowie Nord Stream. W późniejszym okresie kierunek wschodni został przedłużony aż do Chin, uznanych za priorytetowego partnera w przyszłości. W kręgu Samoobrony pojawiały się koncepcje integracji całej przestrzeni eurazjatyckiej od Atlantyku po Pacyfik.
Partia nie wypracowała natomiast jednolitego programu w sprawach światopoglądowych i kulturowo-obyczajowych, zadowalając się doraźnym prezentowaniem zdroworozsądkowego stanowiska w duchu umiarkowanego konserwatyzmu. Lepper podkreślał, że jako katolik przeciwny jest przywróceniu kary śmierci, choć w szeregach partii pojawiały się też odmienne wypowiedzi. Akceptując urządzanie „parad równości” (trwała wówczas dyskusja dotycząca ich zakazu) czy legalizację związków partnerskich, zdecydowanie występował przeciwko homoseksualnym małżeństwom, a zwłaszcza adopcji przez nie dzieci. Uznawał konieczność poszanowania praw kobiet, ale równocześnie akcentował ich rolę rodzinną. W kwestii przerywania ciąży stał na stanowisku „kompromisu aborcyjnego” z 1993 roku, zwracając zarazem uwagę na społeczne przyczyny zabiegów aborcyjnych. W 2005 roku poparł zakaz stosowania kar fizycznych wobec nieletnich. Pod koniec życia skłaniał się ku depenalizacji „lekkich” narkotyków. Na pewno Samoobrona nie była obyczajową awangardą, ale zauważyć można, że poglądy Leppera ewoluowały wraz ze zmianami opinii publicznej.
Program Samoobrony miał więc, jak widać, charakter wyraźnie lewicowy, jednak w Polsce dużo większą rolę odgrywa sfera symboliczna, ta zaś nie była już tak jednoznaczna. Ideologia ruchu miała charakter eklektyczny. Korzenie Samoobrony tkwią przede wszystkim w tradycji radykalnego ruchu ludowego, w myśli agrarystycznej – bogatej, choć całkowicie zapomnianej przez wielkomiejską polską lewicę. Idealizowana wieś miała być fundamentem i zarazem ostatnią redutą polskiego społeczeństwa. „Każda zagroda, każde gospodarstwo rolne staje się bastionem oporu przeciwko obłędnej, antynarodowej polityce rodzimych i zagranicznych liberałów” – głosiła Samoobrona.
Bardzo wyraźna (i jeszcze bardziej irytująca polskich lewicowców, uparcie ignorujących istnienie lewicowych nacjonalizmów) była retoryka patriotyczna – Lepper mówił o sobie, że jest „narodowcem i ludowcem”. Samoobrona stawiała sobie za cel obronę nie tylko interesów rolników i warstw pracujących, ale całego narodu, upośledzonego w międzynarodowym podziale pracy. Naród rozumiany jako organiczna wspólnota połączona kulturą i historią uznawany był za podmiot polityki. Z akcentowania więzi kulturalnej wynikał postulat ochrony rodzimej kultury przed ekspansją obcej kultury masowej. W stosunku do mniejszości głoszono potrzebę „poszanowania […] odrębności kulturowych wszystkich mniejszości narodowych i religijnych zamieszkujących Polskę”, jednak w retoryce ruchu pojawiały się akcenty antysemickie. Sam Lepper w 1993 roku oznajmił, że „to wstyd, że rządzi nami mniejszość; to Polacy powinni rządzić, a o mniejszość trzeba dbać, tylko że ona musi być na swoim miejscu”. Cztery lata później partia nawoływała do zaostrzenia polityki wizowej i imigracyjnej. Zarazem w 2006 roku przewodniczący Samoobrony protestował przeciw publikacji karykatur Mahometa jako obraźliwych dla wyznawców islamu17.
Odległym od kanonów lewicowej ortodoksji źródłem inspiracji była też katolicka nauka społeczna. Dziś Sławomir Sierakowski wciąga na sztandary lewicy papieża Franciszka – Lepper dawno temu wyszukiwał antykapitalistyczne akcenty w nauczaniu Jana Pawła II. W programie partii z 2003 roku można przeczytać: „Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej kieruje się nauką społeczną Kościoła i w pełni podziela zawarte w encyklikach wskazania największego autorytetu moralnego naszych czasów, za jaki uznajemy Papieża Jana Pawła II”. W działaniach Samoobrony często występowała symbolika religijna (krzyże, obrazy, pieśni kościelne), co wiązało się z religijnością wiejskiego elektoratu; nie bez znaczenia była też osobista religijność Leppera, praktykującego katolika. Nie oznaczało to jednak klerykalizmu. Zwłaszcza w latach 90. w Samoobronie żywa była krytyka hierarchii kościelnej za brak wrażliwości społecznej i materializm. Lepper mawiał, że biskupi „bardziej cenią pieniądz niż Boga”. Dopiero w 2005 roku doszło do zbliżenia partii z narodowo-tradycjonalistycznym nurtem Kościoła skupionym wokół Radia Maryja. „Radio Maryja nie utrzymując się z reklam, jest niezależne od wielkich międzynarodowych koncernów i kapitału zagranicznego” – podkreślał wtedy Lepper.
Narodowo-chrześcijańskie elementy Samoobrona potrafiła łączyć z sentymentem do PRL, a ściślej – do panującego wtedy bezpieczeństwa socjalnego i względnego egalitaryzmu. Politolog Mirosław Karwat w 2005 roku uznał Samoobronę za „chyba jedyną partię polityczną dobrze mówiącą o Polsce Ludowej”. „Nie zgadzam się z tym, […] że te 45 lat było dla Polski stracone, że dzisiaj wszystko zaczynamy od zera” – twierdził Lepper, zwracając uwagę na osiągnięcia tej epoki. Nie negował faktu podporządkowania ZSRR (brak suwerenności), ale zaprzeczał twierdzeniu o „sowieckiej okupacji” (brak niepodległości). Sprzeciwiał się stosowaniu zbiorowej odpowiedzialności wobec wszystkich członków PZPR, wprowadzając w zamian rozgraniczenie między skorumpowanymi elitami PRL a szeregowymi członkami partii. Te pierwsze wespół z kierownictwem „Solidarności” miały pójść na służbę międzynarodowego kapitału, zawierając układ okrągłostołowy. „Po 4 czerwca w 1989 roku nikt w Polsce nikomu władzy nie oddał, tylko podzielono się wpływami. Sekretarze partii, ludzie z dawnego układu, zajęli się biznesem, przeszli do banków, potworzyli różne spółki, a Solidarność zajęła się prywatyzacją i obsadzaniem stanowisk państwowych. To wszystko była polska Jałta” – mówił Lepper. To sprawiało, że Samoobrona poparła lustrację rozumianą jako pełne ujawnienie archiwów IPN. Tradycja Polski Ludowej (zwłaszcza okresu Gierka) była ścieżką, którą postępowała ideowa ewolucja tego populistycznego ruchu w kierunku lewicowym. W 2005 roku Lepper oznajmił, że Samoobrona jest formacją „lewicy patriotycznej, lewicy postępowej, nowoczesnej, tolerancyjnej, bez żadnych skrajności i dewiacji”.
Lepper sięgał też czasem do dorobku zachodniej myśli politycznej. O ile w latach 90. była to tzw. ekonomika hamiltoniańska18, propagowana przez Lyndona LaRouche’a jako pierwowzór keynesizmu, o tyle w XXI w. znajdziemy liczne odwołania do antyglobalizmu. Antyglobalistyczne diagnozy pułapek rozwoju zależnego okazywały się zbieżne z intuicjami i refleksjami działaczy Samoobrony. „Jestem przeciwko takiej globalizacji, do jakiej chcą doprowadzić międzynarodowe instytucje finansowe – Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jest to globalizacja biedy i budowanie miliardowych fortun nielicznych rodzin światowego biznesu. To jest globalizacja, która prowadzi do największego wyzysku w dziejach świata. Globalizacja w obecnym jej kształcie jest początkiem końca demokracji, władzę polityczną nie tylko nad całymi państwami, ale nawet nad społecznościami lokalnymi zaczynają przejmować wielkie koncerny” – pisał Lepper, powołując się m.in. na Josepha Stiglitza. W ideologii ruchu odnajdziemy też wątki ekologiczne. Samoobrona żądała – w interesie małorolnego chłopstwa – zakazu upraw roślin genetycznie modyfikowanych i przemysłowych metod hodowli zwierząt, domagała się uwzględniania kosztów ekologicznych. Lepper szukał dla tych postulatów uzasadnienia ideologicznego (tzw. humanizm ekologiczny), mówiąc np., że „niestety człowiek działa wbrew naturze, wbrew otoczeniu: dewastuje przyrodę. I dlatego mamy rozmaite kataklizmy. Ingerencja człowieka w naturę zawsze kończy się tragedią”.
Z tych jakże odmiennych komponentów Lepper starał się stworzyć spójną ideologię, łączącą w jedną całość lewicowy i prawicowy antyliberalizm. „Ojca Rydzyka, okres Gierka oraz działania Samoobrony łączy dążenie do rozwoju kraju, gospodarki, aby ludzie mogli żyć godnie w Polsce” – mówił przed wyborami w 2005 roku. Pozycjonował Samoobronę jako przeciwnika ponadpartyjnego obozu liberalnego, rozciągającego się od SLD przez PO do PiS, wspólnie odpowiedzialnego za negatywne skutki transformacji. „Liberałowie spod znaku wymienionych partii dbają o interesy swoich mocodawców reprezentujących kraje ościenne i międzynarodowy kapitał spekulacyjny” – głosił.
Cała ta rodząca się w bólach przez kilkanaście lat koncepcja rozsypała się jednak w listopadzie 2005 roku, gdy Lepper w wywiadzie da „Pulsu Biznesu” zaprezentował nowe oblicze Samoobrony: „socjalliberalizm”. Aby złagodzić wizerunek, wycofał się nawet ze swego sztandarowego hasła „Balcerowicz musi odejść”. Populistyczny ruch protestu bez oporu zaakceptował reguły gry. Partia miała stać się przyjazną biznesowi (niektórzy działacze mówili wprost o konieczności „wymiany elektoratu”). Koalicja z radykalną prawicą uniemożliwiła zakończenie ewolucji w kierunku socjaldemokratycznym, przeistoczenie się w „polski SMER”; zamiast tego pojawiła się partia władzy pokrywająca bezideowość bezładną, wielokierunkową demagogią. W felietonie „Aksamitny kapelusz Leppera” („Nowy Robotnik”, nr 11 z 2005 roku) napisałem wtedy: „Tym razem zwrot dokonany przez przewodniczącego jest nazbyt gwałtowny, na tym wirażu Samoobrona wypadnie z toru”. I to nastąpiło.
Chaotyczny finał nie zmienia jednak faktu, że Samoobrona była czy też, mówiąc precyzyjnie, stawała się lewicą – lewicą plebejską, organicznie wyrastającą z codziennych problemów zwykłych ludzi. Mamy tu do czynienia z lewicowością aposterioryczną, która bierze się z uogólnienia życiowych doświadczeń swojego środowiska, swojej klasy, a nie z przejęcia się abstrakcyjnymi teorematami. Kwestionują ten typ lewicowości wyznawcy „lewicowego aprioryzmu”, samozwańczy strażnicy czystości doktryny. Na ogół jednak ich uniwersalistyczne uroszczenia są tylko maską skrywającą pogardę dla plebsu19.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
Przypisy:
- Na ogół rygorystycznie oddzielam swoje publikacje obiektywno-naukowe od subiektywno-publicystycznych, tu jednak postanowiłem połączyć oba ujęcia. Dlatego wyróżniłem czcionką dwa rodzaje tekstu: naukowy (normalna czcionka) i publicystyczny (kursywa).
- Poza wiecznie żywa – według trafnego opisu Cezarego Michalskiego: „papieros, przekrzywiony kaszkiet, fryzura z Peaky Blinders i patetyczna minka proletariusza na studiach doktoranckich”.
- Przykładem mogą być publikowane w „Krytyce Politycznej” teksty Macieja Gduli, takie jak „Kłusem o klasach i polityce” czy „To walka o rząd dusz w klasie średniej”. Takie stanowisko wynika faktycznie z trafnego, niezmistyfikowanego rozpoznania własnej pozycji społecznej. Niektórzy próbują jednak dorobić do tego ideologię. T. R.Wiśniewski już w 2002 roku pisał: „Filozoficzna ważkość klasy robotniczej w wieku XIX brała się wszak nie ze współczucia dla ich fatalnego położenia ekonomicznego, lecz z faktu, że jej partykularne interes wyrażały wówczas uniwersalne interesy ludzkości jako całości. […] Dzisiejsza sytuacja społeczna późnego kapitalizmu stawia problem stratyfikacji ludzkości w zupełnie innym świetle. Nowe formy zniewolenia […] ujawniają się w segmentach społeczeństwa, których rozpoznanie jest dla klasy robotniczej czymś istotowo niemożliwym. […] Walka proletariatu utraciła już swoją poznawczą wyższość nad innymi formami emancypacji społecznej”. To Platońska wizja dziejów, w której liczy się Idea, a nie ludzie – ci są tylko narzędziem, raz użytecznym, innym razem wyrzucanym na śmietnik Historii. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyznawcy tej wizji kultem abstrakcyjnego Człowieka przesłaniają swój egocentryzm: to realni ludzie mają dostosować się do oczekiwań „świadomej elity”, jej wyobrażeń o świecie. Narcyzm upozowany na uniwersalizm.
- Stąd fenomen rzekomej „lewicy socjalnej”, dla której najważniejszym (a w każdym razie najbardziej emocjonującym) problemem jest los uchodźców oglądanych w telewizji – im bardziej egzotycznych, tym bardziej zasługujących na zaangażowanie.
- Nad teorią spiskową o roli tajnych służb w tworzeniu Samoobrony pozwolę sobie przejść do porządku dziennego. Służby mogą wykorzystywać, ale nie kreować niezadowolenie społeczne. Przypuszczenie, że bez wrażych knowań ciemnych sił ludzie nie odczuwaliby gniewu z pauperyzacji, jest absurdalne. Niejasne jest też, jaki interes owe „służby” miałyby w podtrzymywaniu rządu PiS w 2006 roku (a do tego sprowadzał się udział Samoobrony w koalicji rządowej).
- Może jeszcze jeden wskaźnik, już nie ekonomiczny: w 1990 roku w Polsce było 4970 samobójstw, w 1991 roku – 5316, w 1992 roku – 5713…
- Stąd przyczepiana nieraz Samoobronie etykietka „partii obszarników”. Pomijając już krzywdzącą przesadę tego określenia, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że siłą napędową praktycznie każdej rewolucji – od francuskiej 1789 roku po „Solidarność” 1980–1981 – są z reguły „wyższe warstwy ludu” (drobna burżuazja we Francji, wykwalifikowani robotnicy w Polsce) o podniesionym poziomie świadomości i aspiracji, a nie nędzarze z samego dna hierarchii społecznej.
- Liczebność PZPR przekraczała wtedy 3 mln osób. Biorąc pod uwagę, że liczba zatrudnionych w Polsce wynosiła ok. 12 mln szacować można, że 1/4 osób czynnych zawodowo w tzw. sektorze uspołecznionym przynależała do partii.
- Na gruzach Bloku powstała jednak rok później Alternatywa Ruch Społeczny, z której z kolei wyrosła Polska Partia Pracy.
- Postępująca „socjaldemokratyzacja” Samoobrony i związane z tym łagodzenie stanowiska wobec integracji europejskiej powodowały secesje elementów prawicowo-nacjonalistycznych: w 2003 roku powstały Polski Blok Ludowy Wojciecha Mojzesowicza i Polska Racja Stanu Zbigniewa Witaszka, w 2005 roku – Samoobrona Narodu Polskiego Tadeusza Mazanka.
- Przewodnicząca OMOS Maja Jankowska już trzy lata później odeszła, stwierdzając, że „jej poglądy przestały być zbieżne z programem Samoobrony”.
- Jeszcze w 1996 roku Samoobrona zorganizowała sympozjum dotyczące koncepcji „trzeciej drogi”, z udziałem m.in. prof. Aleksandra Legatowicza.
- Z Wikipedii: „9 grudnia 2006 podano wyniki badań DNA, z których wynika, że Stanisław Łyżwiński nie jest ojcem trzyipółletniej córki Anety Krawczyk. Adwokat Krawczyk zażądała wtedy badań DNA Andrzeja Leppera, twierdząc, że skoro Krawczyk współżyła w tamtym czasie tylko z nimi dwoma, to Lepper musi być ojcem dziecka Krawczyk. […] 8 lutego 2007 badanie DNA Andrzeja Leppera wykazało, iż nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk”. Sprawa nie została wyjaśniona. Ze względu na śmierć Leppera jego proces został umorzony. W przypadku Łyżwińskiego Sąd Najwyższy w 2012 roku uchylił cztery z pięciu punktów wyroku – w tym gwałtu i przyjmowania oraz żądania korzyści osobistych o charakterze seksualnym – uznając, że doszło do naruszenia wymogów rzetelnego procesu. Rok później postępowania karne wobec Łyżwińskiego zostały zawieszone z uwagi na zły stan jego zdrowia.
- Widać to było już w 2007 roku, gdy zadowoleni wyborcy Samoobrony poparli PiS (25,5 proc.), a niezadowoleni – PSL (18 proc.).
- Później to stanowisko uległo złagodzeniu – w 2005 roku gen. Z. Poznański, ekspert partii odpowiadający za sprawy obronności, deklarował, że „bardzo dobrze, że nasz kraj jest członkiem potężnego sojuszu euroatlantyckiego – NATO”.
- W 2004 roku w Polsce 1 hektar gruntów rolnych kosztował 1261 (Agencja Nieruchomości Rolnych) lub 1788 (rynek prywatny) euro, w Niemczech – 9233.
- Warto też wspomnieć, że pierwszy ciemnoskóry polski parlamentarzysta – Bengalczyk Hubert Costa – został wybrany do Sejmu właśnie z listy Samoobrony.
- Aleksander Hamilton (1755–1804) jako sekretarz skarbu w gabinecie Jerzego Waszyngtona był zwolennikiem aktywnej polityki finansowej państwa i ochrony rodzimego przemysłu; do jego pomysłów nawiązali progresywiści Woodrowa Wilsona na początku XX w.
- Pogardę ową doskonale oddaje portret Leppera – parweniusza, chama w zabłoconych butach, polskiego Artura Ui – nakreślony przez Stefana Chwina („Droga na Belweder”) w „Krytyce Politycznej” nr 4 z 2003 roku.
Bibliografia:
- M. Drozd-Piasecka, Andrzej Lepper – chłopski przywódca charyzmatyczny?, „Etnografia Polska” 2001, t. XLV, z. 1–2.
- A. Lepper, Każdy kij ma dwa końce. Nowa droga dla Polski, Warszawa 2001.
- A. Lepper, Przemówienia Przewodniczącego Partii Samoobrona RP Posła na Sejm RP Andrzeja Leppera w czasie IV kadencji Sejmu RP, Warszawa 2003.
- M. Piskorski, Samoobrona RP w polskim systemie partyjnym (mps dysertacji doktorskiej, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, 2010).
- J. Tomasiewicz, Niepogoda dla populistów. Kampanie prezydenckie Andrzeja Leppera i Bogusława Ziętka w 2010 r. w: Wybory prezydenckie 2010, Katowice 2011.
- J. Ul, A. Lepper, Samoobrona: Dlaczego? Przed czym?, Warszawa 1993.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Jest Pan autorem książki „Reprywatyzacja. Źródła problemu”. O co właściwie w niej chodzi?
– Dr Tomasz Luterek: W książce przytaczam kilka definicji reprywatyzacji – co wskazuje na istotną dla naszej rozmowy wieloaspektowość i interdyscyplinarność tego zagadnienia. Najprościej można powiedzieć, że reprywatyzacja to proces przywrócenia dóbr majątkowych byłym właścicielom, którzy zostali ich pozbawieni w wyniku komunistycznej nacjonalizacji. Termin ten jest jednak nieścisły, a to dlatego, że proces przewłaszczenia dóbr z domeny państwowej czy publicznej do prywatnej nazywamy przecież prywatyzacją. Reprywatyzacja jest zatem wąskim wycinkiem znacznie szerszego zjawiska, ściśle związanym z prawami majątkowymi do nieruchomości – gruntów czy budynków. Na marginesie: rzadko się dziś pamięta, że komunistyczna nacjonalizacja dotyczyła także ruchomości – rzeźb, obrazów, mebli, maszyn fabrycznych. Reprywatyzacja ma miejsce w krajach, w których po II wojnie światowej budowano porządek ustrojowy zakładający nacjonalizację różnorakiego majątku, oparty o doktrynę komunistyczną i dominację sowiecką. Dodam ważną rzecz: po 1945 roku nacjonalizacja dokonywała się również w krajach Europy Zachodniej. Zwłaszcza w górnictwie, hutnictwie i przemyśle zbrojeniowym był to olbrzymi proces. Nie wzięło się to znikąd: musimy pamiętać, że po II wojnie Europa była zdewastowanym kontynentem, wiele gałęzi przemysłu zbankrutowało i ciężar ich podniesienia wzięło na siebie państwo. Również na Zachodzie panowała doktryna, że odbudowa gospodarcza musi być oparta na państwie, że to jedyne remedium na zniszczenia i plan na nowy ład społeczny. Oczywiście w tamtych krajach nie był to proces stricte doktrynalny – własność prywatna pozostała w rękach znakomitej większości podmiotów gospodarczych i obywateli.
W Polsce lata 40. XX wieku to czas największych nacjonalizacji, a z kolei lata 90. XX wieku to właściwie restauracja, czyli przywracanie dawnego porządku społeczno-gospodarczego, państwa burżuazyjnego, którego fundamentem jest własność prywatna. Jeżeli spojrzymy na składowe tego procesu, to z jednej strony powinno to być rozliczenie ludzi, którzy montowali i zabezpieczali poprzedni system, ludzi nierzadko z krwią na rękach, którzy dziś otrzymują wysokie emerytury. Z drugiej – powinniśmy przywracać niesłusznie odebrane prawa własności. To drugie dokonało się w Czechach, w NRD, w Estonii, na Łotwie, na Litwie.
– A co z Polską?
– Po 1989 roku dokonała się częściowa reprywatyzacja. Kościół rzymskokatolicki i związki wyznaniowe otrzymały ją na fantastycznych warunkach. Byliśmy pierwszym krajem, który przyjął regulacje reprywatyzacyjne. Jednak dotyczyły one dość wąskich grup. Szkoda, że podobne przepisy nie zostały opracowane dla innych dawnych właścicieli: dla osób prywatnych i ich spadkobierców.
– Jakie akty prawne regulują procesy reprywatyzacyjne?
– Regulacje dotyczące Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych to przede wszystkim Ustawa z 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej i podobne regulacje z innymi związkami wyznaniowymi, również umowy indemnizacyjne. Mamy też ustawę zabużańską z 2005 roku, czyli kompleksowe uregulowanie kwestii rozliczenia za majątki przejęte na Kresach Wschodnich. Natomiast nie mamy żadnej kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej, która dotyczyłaby terytorium Polski Centralnej.
Kościół jest największą grupą interesu, która ma prawo być zadowolona z reprywatyzacji. Powołano specjalną komisję, składająca się po połowie z reprezentantów strony rządowej i kościelnej. Kwalifikowano nieruchomości, które podpadały pod zakres działania tej komisji. To ciało wydawało decyzje, od których nie można było się odwołać. Wartość określano na podstawie operatów szacunkowych opracowanych przez rzeczoznawców. Obowiązywał model restytucyjny, czyli starano się jak najwięcej dóbr zwrócić w naturze. W tym kontekście należy przypomnieć, że Fundusz Kościelny powstał w wyniku Ustawy z 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Dobra martwej ręki to majątki ziemskie kościołów i instytucji kościelnych, pozyskiwane głównie w wyniku darowizn wiernych, które często miały miejsce na łożu śmierci. A skoro nastąpiła reprywatyzacja, to Fundusz Kościelny powinien zostać zlikwidowany.
– Ale Fundusz Kościelny istnieje i ma się dobrze.
– Uważam, że rola Kościoła katolickiego w utrzymaniu polskiej podmiotowości w czasach PRL była arcypozytywna. Zresztą, gdy podejmowano polityczną decyzję w tej sprawie, tym między innymi ją tłumaczono. Ale, owszem, są to superbeneficjenci reprywatyzacji. Gdyby wszyscy inni dawni właściciele zostali podobnie serio potraktowani, nie rozmawialibyśmy dziś o reprywatyzacji.
– Działa też od niedawna tzw. mała ustawa reprywatyzacyjna…
– Nazywanie tego ustawą to nadużycie. To ustawka… To są w gruncie rzeczy nowelizacje Ustawy o gospodarce nieruchomościami i Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. I tyle.
Tak naprawdę większość spraw opiera się na orzecznictwie. Na przykład w przypadku Warszawy linia orzecznictwa sądów bazowała na modelu restytucyjnym. W Polsce wciąż obowiązują dekret Bieruta i dekret o reformie rolnej, to one są w pewnym sensie podstawą działań reprywatyzacyjnych. Przykładowo, jeżeli w dekrecie Bieruta było zapisane, że przysługuje takie a nie inne roszczenie w związku z komunalizacją, to do tego się odwołujemy. Oczywiście w niejednokrotnie nowelizowanej ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami znajdują się przepisy, na które można się powoływać. Dodajmy do tego Kodeks Postępowania Administracyjnego.
W przypadku reprywatyzacji wielokrotnie mamy do czynienia z szukaniem luk w starym systemie. Na przykład już po 1990 roku byli właściciele kwestionowali podstawę tego, czy dany majątek podpadał pod reformę rolną. W Wielkopolsce podlegały jej majątki powyżej stu hektarów, w Polsce centralnej – powyżej pięćdziesięciu hektarów. Czasami okazywało się, że brakuje hektara czy dwóch, w związku z czym stwierdzano nieważność decyzji i domagano się zwrotu. Reprywatyzacja opierała się na szukaniu błędów w sztuce nacjonalizacji dokonywanej przez komunistów. Część gmin wyprzedawała ten majątek i wtedy właściciele mieli prawo pierwokupu.
Można wręcz stwierdzić, że cała dzisiejsza tzw. reprywatyzacja sądowa opiera się na szukaniu błędów proceduralnych w procesach przewłaszczania dokonywanych przez komunistów.
– A może to był przemyślany koncept? Puścić reprywatyzację na żywioł?
– Nie sądzę, żeby ktoś akurat o tym myślał. Trzeba brać pod uwagę, że nastało nowe państwo, III Rzeczpospolita, dawni właściciele byli sfrustrowani – klasa polityczna co rusz mówiła o tym, że stawia na własność prywatną, a oni nie mogli się doczekać systemowych rozwiązań prawnych. To rodziło złość. I zaczęto szukać na własną rękę rozwiązań na gruncie istniejącego prawa. Według mnie to było naturalne. I nie dziwię się prawnikom, że się w to angażowali. Z czasem kancelarie prawne coraz lepiej poznały meandry tej gry. Wypracowane mechanizmy zaczęły służyć pewnej grupie do patologizacji procesu reprywatyzacji. Okazało się również, że znajomości w instytucjach samorządowych mogą dodatkowo ułatwić przejmowanie nieruchomości od Skarbu Państwa czy samorządu. Praprzyczyną tego stanu rzeczy jest zaniechanie ze strony państwa przyjęcia kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej.
Dodajmy jeszcze jedną rzecz: w latach 90. XX wieku podejmowano próby tworzenia ustaw reprywatyzacyjnych. Ale dobrze pamiętamy, ile trwały wówczas rządy, jak labilna była większość parlamentarna. Wiemy jedno: najbardziej zaawansowana ustawa reprywatyzacyjna wyszła z gabinetu Jerzego Buzka i została zawetowana przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Marek Belka i Ryszard Kalisz wprost przyznawali, że go do tego namówili. Pytanie zatem, kiedy pojawiały się pomysły na patologizację procesu reprywatyzacji.
Dla kogoś, kto interesuje się polityką, reprywatyzacja jest bardzo ciekawym polem doświadczalnym dla dostrzeżenia realnych grup interesów, które działają w państwie. A wtedy można zobaczyć, ile ma to wspólnego z podziałami, które dostrzegamy choćby w momencie wyborów i jak to się rozkłada w rzeczywistości.
– Chciałbym, żebyśmy jeszcze – dla kontrastu – spojrzeli w kierunku innych państw, które mierzyły się z problemami reprywatyzacji. Jakie modele rozwiązań przyjęto?
– Nie jest tak, że w innych państwach zwracano wszystkim i wszystko. W Niemczech jeszcze przed reprywatyzacją tym problemem zajmowało się koncepcyjnie grono naukowców. Również tam nie było pełnej restytucji – po pięćdziesięciu latach nie da się wszystkiego zwrócić, pół wieku to czas kolosalnych zmian. Przecież na miejscu dawnych ziem mogą stać kopalnie, huty, sklepy wielkopowierzchniowe – to wszystko nie stanowiło mienia w jego formie z daty nacjonalizacji.
Panuje opinia, że w Czechach przeprowadzono modelową reprywatyzację: była najszersza, najbardziej zaawansowana. Ale trzeba pamiętać, że do Czech wrócili po wojnie Edvard Beneš i Jan Masaryk, tam początkowo funkcjonował legalny rząd, dekrety Beneša powstały przed zamachem stanu z 1948 roku, a to na ich mocy wywłaszczono i wysiedlono Niemców sudeckich oraz znacjonalizowano przemysł. Dlatego czeska reprywatyzacja po 1990 roku przebiegała trochę inaczej i dotyczyła przede wszystkim tych nieprawidłowości, które miały miejsce po 25 lutego 1948 roku. Częstokroć były to mniejsze dobra: działki, grunty, czasem kamienice, choć był też pałac należący do księcia Karela Schwarzenberga, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Czech. Rodzinne studio filmowe Barrandov odzyskali również Václav Havel i jego brat.
W Czechach przyjęto model restytucyjny: jeżeli możemy zwrócić dobro w naturze, to zwracamy, a jeżeli nie – płacimy odszkodowanie. Natomiast niemiecki model nie był nastawiony na restytucję. Dawni właściciele częściej otrzymywali zredukowane odszkodowania – a nie grunta czy domy, które np. były po wojnie odbudowywane z publicznych środków. Z kolei Węgrzy poszli w stronę długoletniego wypłacania świadczeń byłym właścicielom i zredukowanych kwotowo świadczeń rekompensacyjnych. Zatem, moim zdaniem, tak chwalony u nas model czeski niekoniecznie jest najlepszy. Dodam, że przez wiele lat byłem absolutnym zwolennikiem zdecydowanej restytucji majątku – ale z upływem lat sytuacja się zmieniła, od symbolicznego upadku komunizmu w Polsce upłynęło już 27 lat i udało nam się zbudować sprawnie funkcjonującą gospodarkę rynkową, ukształtowała się nowa struktura własnościowa. Musimy wyważyć wszystkie racje.
– Dlaczego tak się stało?
– Restytucja w wielu przypadkach jest naruszeniem praw, które nabyło przez lata wielu ludzi. Jest naruszeniem pewnego ładu, który się ukształtował.
Żyjemy w świecie, w którym konsekwencje „rzeczywistości upaństwowionej”, kształtowanej w systemie nakazowo-rozdzielczym, zderzyły się z żywiołowymi mechanizmami prywatyzacji i urynkowienia. W tym momencie prawa byłych, w znakomitej większości już nieżyjących właścicieli, muszą w moim odczuciu zostać skonfrontowane z prawami żyjących obecnych właścicieli i ich interesy powinny być dobrem chronionym.
– Okołoradziecki ustrój miał być trwały. Okazało się jednak, że kilkadziesiąt lat to nie tak znów wiele…
– Klasa rządząca PRL-em wprowadzała rozwiązania w rodzaju Dekretu o reformie rolnej, w którym wprost stwierdzano, że zabierają wszystko bez odszkodowania. Zrobiono to na podstawie dekretu PKWN, który powoływał się z kolei na Konstytucję Marcową. Zrobił to organ nielegalny w świetle tej właśnie konstytucji… To była zupełna „partyzantka”. Natomiast gdyby komuniści byli sprytni, to mogliby postąpić inaczej, „załatwić” właścicieli w białych rękawiczkach: odpowiednio wysoki podatek od nieruchomości plus ograniczenia w wysokości czynszów. I dzięki administracyjno-prawnym sztuczkom pozbyto by się prywatnych właścicieli w kilka lat. A z kolei odpowiednie zakazy rynkowe wobec ziemian czy fabrykantów w rzeczywistości nakazowo-rozdzielczej gospodarki mogłyby doprowadzić do powolnego odbierania im własności. W ten sposób zniszczono przecież drobny handel i przedsiębiorców w czasie tzw. bitwy o handel: regulacyjne metody spowodowały, że nastąpiło wygaszenie handlu prywatnego. Ale nikt wówczas nie przypuszczał, że ten proces się odwróci, dlatego postępowano tak, a nie inaczej.
Przy okazji: nieco inaczej postępowano z własnością spółdzielczą. Formalnie nie odebrano jej spółdzielniom, ale przez dekady tak manipulowano ludźmi, strukturami, władzami, żeby mieć nad nimi pełną kontrolę.
– W Polsce sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że na mapę reprywatyzacyjną składają się bardzo różne obszary geograficzno-historyczno-polityczne: Kresy, Polska Centralna, Ziemie Odzyskane.
– Reprywatyzacja to świetny przyczynek do dyskusji o fundamentach współczesnej Polski. Gdy patrzymy na mapę III Rzeczpospolitej, która dziedziczy granice po PRL-u, to musimy mieć świadomość, że to zupełnie nowy kształt. Tymczasem ziemie polskie, Korona, to terytoria z czasów Kazimierza Wielkiego: Wielkopolska, Małopolska, Podole. Później doszło Pomorze Gdańskie z województwem malborskim i Warmią, w wyniku pokoju toruńskiego z 1466 roku, następnie Mazowsze. Dodajmy do tego unię z Litwą.
Pokolenia Polaków były przyzwyczajone, że nasze państwo jest bardziej zwrócone na wschód; w 1945 roku mapa obecnej Polski była szokiem dla znacznej części społeczeństwa. Polski Szczecin? Umówmy się, relatywnie równie polska była Lubeka, która ma słowiańskie korzenie, ale mówimy o historii sprzed wielu, wielu wieków, sprzed bardzo ważnych procesów cywilizacyjnych i geopolitycznych. Okazało się także, że nie będziemy mieli Lwowa, głównego ośrodka polskiej kultury i nauki, zwłaszcza w drugiej połowie XIX wieku i początkach XX wieku. To tak jakby ktoś dziś zadekretował, że nie będziemy mieli Krakowa. To było odbierane jako dewastacja kraju odzyskanego na dwie dekady. Dodajmy do tego hekatombę elit… Straciliśmy Wilno, Warszawa leżała w gruzach. Potrzebna była zupełnie nowa narracja, choćby opowieść o Polsce od morza do Tatr.
– I ona się z czasem przyjęła.
– Tak, ponieważ wiele roczników Polaków chodziło do szkół, w których „od zawsze” wisiała mapa kraju, jaką dobrze już znamy.
Musieliśmy się w tym wszystkim odnaleźć, stworzyć swoją opowieść. Reprywatyzacja jest ciekawa również dlatego, że na wielu płaszczyznach burzy tę powojenną konstrukcję – ponieważ przypomina o świecie, który istniał przed 1945 rokiem. W tamtym świecie był Lwów, było ziemiaństwo, znaczna własność prywatna.
– To jasne. Ale dlaczego dziś karać starych ludzi i ich dzieci za to, że odbudowywali stolicę, albo za to, że po przymusowym przesiedleniu musieli zamieszkać w poniemieckich stronach i domach? A często przez lata żyli i tęskniąc, i obawiając się, że zaraz wrócą dawni właściciele.
– Wychowałem się na pruskim Powiślu. Doskonale znam te historie, a także dramat mieszkańców pogranicza, którzy ciągle od nowa musieli opowiadać się po stronie tych czy innych wygranych. Niejednokrotnie te wybory były związane z interesem ekonomicznym, np. wybór polskości lub niemczyzny w określonym momencie historycznym. Dochodziło do dramatycznych sytuacji. Po 1945 roku na rejony pograniczne zaczęli napływać Polacy z Mazowsza i zabierali własność autochtonicznym społecznościom związanym ze słowiańszczyzną i polskością.
– Po wojnie nowe państwo przejęło także kontrolę nad własnością dawnych prywatnych banków, czyli również nad należącymi do nich hipotekami, które obciążały nie tak małą część nieruchomości przejmowanych dziś przez osoby prywatne.
– Po wojnie wobec znacznej części banków przeprowadzono postępowanie likwidacyjne. Wykazano, że nie spełniają warunków, aby prowadzić działalność finansową. A wówczas dawne aktywa banków, które zostały zabezpieczone również w formie hipotek, przeszły na rzecz Skarbu Państwa. Zatem to nie jest tak, że jakiś obywatel, który wziął kredyt na kamienicę, miał szczęście, że bank został zlikwidowany – nic z tych rzeczy, niezależnie od wszystkiego hipoteka wciąż istniała. A to jest bardzo ważne.
– Dlaczego?
– Dlatego, że dziś w Warszawie oddajemy kamienice, które były zadłużone po same dachy, po cichu uznając, że były one pozbawione obciążeń hipotecznych. To bardzo wyrywkowe traktowanie reprywatyzacji.
– Jak dotąd nikt o tych hipotekach głośno nie mówił, a przecież zdaje się to oczywiste. Przy okazji – jakie właściwie było zainteresowanie tym zagadnieniem nie tylko wśród prawników, ale choćby w świecie naukowym? Pytanie także, czy ktoś takie kwestie sygnalizował reprezentantom klasy politycznej.
– Nie wiem, czy w niektórych środowiskach nikt tego nie widział, czy nie chciał widzieć. Nie spotkałem artykułów naukowych na ten temat; jeśli zaś chodzi o monografie reprywatyzacyjne, to oprócz mojej pracy mogę mówić jeszcze o zaledwie dwóch. Ten temat nie był jakoś specjalnie eksploatowany.
Rozmawiamy o historii, gdyż rzetelne zbadanie kwestii reprywatyzacji to pewien cywilizacyjny wymóg, który potrzebuje interdyscyplinarnego, wielopłaszczyznowego podejścia.
Warto się zastanowić, ile obecnych nieruchomości jest obciążonych hipotekami. Podejrzewam, że jakieś 80–90 proc. I podobnie – przed wojną wcale nie wyglądało to tak, że wszyscy mieli pieniądze. Ziemie, które weszły w granice II Rzeczpospolitej, były potwornie zrujnowane, wielu ludzi budowało się na kredyt, zaciągało pożyczki bankowe. Nie może być tak, że ktoś wybudował kamienicę w 1938 roku, wziął na to mnóstwo kredytów, a obecnie jego spadkobiercy odzyskują w całości majątek dziadziusia.
– Zwraca Pan w swojej książce uwagę, że kwestie reprywatyzacji zapętlają w sobie rozliczne czynniki, nader niejednoznaczne, jeśli chodzi o ich ocenę. Niektóre z nich to bardzo wstydliwe kwestie. Na przykład część przedwojennych majątków, którymi dysponowali Polacy, została w ciągu dekad nadana ich rodzinom za wysługiwanie się zaborcom.
– Temat reprywatyzacji wbrew pozorom nie jest nowy. W czasach zaborów byli Polacy, którzy nie tylko dali najwyższą daninę krwi, ale płacili choćby majątkami za udział w powstaniach. Z drugiej strony byli i tacy, którzy mieli korzyści z wiernej służby zaborcom. Było jasne, że gdy Polska odzyskała niepodległość, ci pierwsi winni odzyskać swoje dobra. Proszę zwrócić uwagę: w 1918 roku powstanie styczniowe to była zupełnie inna perspektywa czasowa niż dziś, to było kilkadziesiąt lat – podobnie jak ma się to obecnie w przypadku reprywatyzacji dóbr znacjonalizowanych po 1945 roku.
Wówczas, po odzyskaniu niepodległości, również wydawało się, że najuczciwiej jest oddać odebrane przez zaborców majątki polskim właścicielom. Ale co się okazało? Zaborcy niejednokrotnie odsprzedawali zarekwirowane majątki innym Polakom, nierzadko były one dobrze zarządzane, przynosiły zyski; co istotne: ta substancja pozostawała w polskich rękach. Czy zatem zabierać majątki ludziom, którzy często sami już je odziedziczyli?
W efekcie przyjęta została ówczesna regulacja reprywatyzacyjna, która musiała się zmagać również z takimi zagadnieniami. W 1932 roku przyjęto ustawę uzupełnioną rozporządzeniem z 1937 roku, na mocy których państwo rekompensowało właścicielom i ich spadkobiercom krzywdy doznane od państw zaborczych. To była forma zadośćuczynienia, pewien gest państwa polskiego wobec własnych obywateli i ich pokrzywdzonych przodków. Moim zdaniem wówczas państwo polskie, ludzie kochający własny kraj, stanęli na wysokości zadania. Co ważne, trudno odmówić II Rzeczpospolitej braku szacunku dla polskiej historii, dla ludzi, którzy zabiegali o naszą niepodległość – a jednak nie zdecydowano się wówczas na pełną restytucję.
– W gruncie rzeczy wskazuje Pan, że źródłowo temat dotyczy wizji państwa, wspólnoty polskiej.
– Mówimy o filozofii budowy państwa, tego, czym jest społeczeństwo, jak się zmienia w wyniku licznych przeobrażeń historycznych.
W przypadku źródeł współczesnej reprywatyzacji chodzi oczywiście o dekret o reformie rolnej z 1944 roku i dekret Bieruta z 1945 roku. Kwestie związane z nacjonalizacją przemysłu to styczeń 1946 roku. Zasadniczo poruszamy się w cezurze czasowej obejmującej lata 1944–1962. Ale musimy przecież pamiętać jeszcze o nacjonalizacji dokonanej przez Sowietów w 1939 roku i przez Niemców w czasie okupacji. Komuniści w 1944/1945 roku mieli już wyczyszczoną sytuację, ponieważ przedwojenny polski przemysł w dużej mierze został albo zniszczony, albo znacjonalizowany, albo w jakikolwiek inny sposób poddany kontroli okupantów. W obszarze przewłaszczeń, zaboru mienia, stosunków własnościowych mamy do czynienia z naprawdę skomplikowaną materią. Dodajmy do tego również strategiczne przenoszenie niemieckiego majątku przemysłowego na polskie ziemie, w celu zabezpieczenia produkcji przed nalotami sprzymierzonych.
Zwrócę uwagę na interesującą rzecz: Czesi po wojnie dlatego tak dobrze wyglądali z przemysłem, bo Niemcy przenieśli na ich terytoria znaczną część zbrojeniówki. Największe naloty aliantów na zakłady Škoda przeprowadzono 24 kwietnia 1945 roku. Panowało przypuszczenie, że było to celowe zniszczenie potężnego konkurenta, niebezpiecznego ekonomicznie dla zachodniego kapitału w powojennej rzeczywistości. Zostało to bardzo mocno nagłośnione; niewykluczone, że ze względu na ten skandal komuniści uzyskali tak znakomite wyniki w powojennych wyborach w Czechosłowacji.
– W Pana pracy bardzo mnie zaintrygowały pewne wątki związane z reprywatyzacją, które właściwie wiążą się z operacjami na alternatywnej rzeczywistości. Myślę o metodach wyceny wartości mienia zabużańskiego: otóż kamienice lwowskie wyceniane są na 20 proc. dzisiejszej wartości kamienic krakowskich, a wileńskie – na 20 proc. wartości współczesnych kamienic lubelskich. Oparte jest to na założeniu, że gdyby historia potoczyła się inaczej, to tamte kamienice miałyby podobną wartość. Przecież to jest zupełnie nieweryfikowalne.
– Widzi pan, gdzie my jesteśmy? Tak, to jest w ustawie. Niewątpliwie jest to swoiście romantyczna, miła dla kresowych serc alternatywna wizja historii, tylko jaki ma ona związek z rzeczywistością? Niestety II wojna światowa miała miejsce i jej tragiczne skutki są faktem. Zabór polskich ziem wschodnich i wypędzenie Polaków niestety wydarzyły się i wpłynęły na sytuację majątkową milionów polskich obywateli. Ale jak racjonalnie wytłumaczyć przyjęcie takiej koncepcji określania wartości mienia kresowego i to jeszcze redukowanej następnie o 80 proc.?! Dlaczego przyjęto wypłaty na poziomie 20 proc., a nie 25 proc. czy 17 proc.? Wydaje się, że sposób naliczania odszkodowań w ustawie zabużańskiej to nie najlepsze rozwiązanie nie tylko od strony merytorycznej, lecz także taktycznej, gdyż jakkolwiek państwo wypłaca tylko 20 proc., to jednak przyznaje, że wysokość całkowitych odszkodowań powinna być wyższa. Gdyby zatem w przyszłości okazało się, że jednak zapisy tej ustawy w świetle zmiennych orzeczeń organów sądowych krajowych lub międzynarodowych są bezprawne, powstałoby uzasadnione roszczenie o dopłatę 80 proc. wartości. Tylko jakiej wartości? Hipotetycznej! Ta konstrukcja nie jest, delikatnie mówiąc, najszczęśliwsza. A co, gdyby okazało się, że jednak rząd niemiecki powróci do swojej pierwotnej, trwającej całe dziesięciolecia wykładni dotyczącej zasadności roszczeń obywateli niemieckich do majątku w Polsce (sprawa ta, w odróżnieniu od kwestii granicznych, nie jest uregulowana traktatowo)? Przyjmując koncepcje z ustawy zabużańskiej, wycena majątków w Gdańsku czy Szczecinie powinna być dokonywana na bazie dzisiejszego rynku nieruchomości w Lubece, a wrocławskich – na bazie cen monachijskich…
– A jednak ustawodawcy to zaakceptowali.
– Ponieważ nikt na serio nie dyskutował w Polsce przez lata o reprywatyzacji, nikt tego nie badał naukowo, ekspertów było niewielu. To była naprawdę niszowa dziedzina. Poza tym nie ma w Polsce think tanków, które by to analizowały, przygotowywały merytoryczne rozwiązania. To jest dramat.
– Ale wie Pan znacznie lepiej ode mnie, że tego typu rozwiązania z przyjmowaniem optymalnej wartości i wypłacaniem dość niewielkiego od niej procenta wiążą się z faktem, że państwo polskie nie udźwignęłoby finansowo pełnego zwrotu kosztów. Tym bardziej, że współczesna praktyczna reprywatyzacyjna logika sugeruje odtworzenie stanów własności sięgających do czasów ziemian i kamieniczników. I jeszcze jedno: przecież współczesne państwo polskie nie jest winne temu, co się stało z majątkami dawnych właścicieli. De facto nie ponosi odpowiedzialności za przewłaszczenia z czasów PRL czy okupacji.
– Ta ostatnia sprawa jest najważniejsza. I ona stanowi clou problemów z reprywatyzacją. Otóż my dziś, jako społeczeństwo polskie, nie jesteśmy winni temu, że nasz kraj został napadnięty przez Niemców i Sowietów. Polska zapłaciła za to straszliwą dewastacją – w każdym możliwym obszarze rzeczywistości. Dodajmy jeszcze, że polskie społeczeństwo na różne sposoby buntowało się wobec form ograniczania wolności, rugowania własności, lekceważenia praw obywatelskich itp., jakie miały miejsce w okresie powojennym. I dobrze o tym wiemy. Wreszcie, dzięki korzystnej koniunkturze geopolitycznej, udało nam się wyjść z poprzedniego ustroju. Powtórzę: jako społeczeństwo nie jesteśmy winni geopolitycznym ustaleniom, które zdecydowały o kształcie PRL.
– Ale nie możemy powiedzieć swoim obywatelom: idźcie się skarżyć choćby do Moskwy…
– …albo do stolic zachodnich aliantów. To musi być jasno powiedziane: nie jesteśmy winni jako polskie społeczeństwo temu, jak urządzono nasz kraj – od granic po ustrój.
– Ale zahaczamy nieledwie o historiozofię. To nie musi obchodzić ani dawnych właścicieli, ani ludzi sprzedawanych z reprywatyzowanymi mieszkaniami.
– To się wiąże z bardzo konkretnymi sprawami. Skoro jako obywatele nie jesteśmy odpowiedzialni za kształt PRL, to dlaczego mamy płacić za reprywatyzację z naszych podatków? Oczywiście, przywracamy ustrój oparty na prywatnej własności. Ale z drugiej strony taki, a nie inny bieg wydarzeń historycznych kształtuje nowe realia, w których wszyscy mamy prawo żyć bezpiecznie i godnie. Sądzę, że w takiej sytuacji optymalnym rozwiązaniem jest nie pełna restytucja, ale pewnego rodzaju świadczenie czy zadośćuczynienie wobec dawnych właścicieli.
– Pytanie, ile można lub powinno się zapłacić dawnym właścicielom.
– Możliwie dużo, ale w taki sposób, żeby nie doprowadziło to do katastrofy finansów publicznych. Mamy rozwiązania dotyczące Kresów Wschodnich: przyjęliśmy dzisiejszą wartość nieruchomości, zredukowaną do 20 proc. W wyniku realizacji ustawy z 2005 roku wypłaciliśmy kwoty na poziomie 10 miliardów złotych. Dodajmy, że te tereny stanowiły około 40 proc. ówczesnej Rzeczpospolitej, nie były może zbyt bogate, ale Zagłębie Borysławskie czy Lwów miały znaczną wartość. Być może w przypadku Polski Centralnej byłoby to – wedle tej metodologii – około 40 miliardów złotych.
Jeśli zaś chodzi o założenia metodologiczne, co do których uważam, że byłyby uczciwe, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, podobnie jak w przypadku ustawy zabużańskiej, potrzebne byłoby przyjęcie stanu prawnego, technicznego, planistycznego z daty nacjonalizacji. Do tego należałoby przyjąć ówczesne kryteria rynkowe, które pomogłyby nam określić ówczesne wartości. I tak moglibyśmy wycenić wartość dobra, które zostało znacjonalizowane. Są też metody waloryzacji tego majątku do stanu obecnego. Można użyć wskaźnika GUS-owskiego, można posłużyć się parytetem złota albo dolarem. Co ważne, stosując taką metodę, można odliczyć obciążenia hipoteczne.
Co bardzo ważne, a o czym nie chcą mówić amatorzy polskiej wersji reprywatyzacji, wartość nieruchomości po wojnie na ziemiach polskich była bardzo niska. Przecież to wszystko w znacznej mierze leżało w gruzach. Przypomnijmy również, jaka była wartość nieruchomości w Polsce w latach 90. XX wieku. Gdy przeliczymy ją na dolary, wychodziło kilka, kilkanaście tysięcy dolarów za mieszkania w centrach dużych miast.
– Z taką wartością rynkową starowaliśmy do (od)budowy kapitalizmu.
– Owszem, często się zapomina, że wartość rynkowa odzwierciedla wiele czynników: politycznych, geopolitycznych, gospodarczych, społecznych, infrastrukturalnych; zależy także od działalności inwestora. To, że dziś ta wartość jest znacznie wyższa, to wysiłek wszystkich, którzy budowali w Polsce kapitalizm przez ostatnie dekady. Mówię o absolutnie wszystkich, którzy na to pracowali – niezależnie od ich miejsca w strukturze społecznej. Uważam, że odnieśliśmy sukces, skoro wartość rynkowa nieruchomości wzrosła. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty.
– Znając problemy państwa polskiego z instytucjonalną logistyką, może to, co Pan wyżej proponuje, jest zbyt trudne do przeprowadzenia.
– Nie, nie jest trudne. To są normalne czynności rzeczoznawców. Badamy akta notarialne, które wskazują na wartość poszczególnych nieruchomości. W rozporządzeniu dodatkowo dałoby się ustalić tabele uśrednionych cen, które obowiązywały wówczas w danym regionie. Mówimy i tak o miliardach złotych, zatem wydatek na zespół naukowców to byłby promil promila.
– Czyli brakuje woli politycznej, żeby stworzyć ustawę i obsługujące ją instytucje publiczne?
– Z tego, co pokazują różnorakie tropy wskazane choćby przez Jana Śpiewaka i Miasto Jest Nasze, wynika, że tak miało być. Można odnieść wrażenie, że powstał pewien pomysł biznesowo-mafijny na to, żeby tak to wyglądało. Przyznam, że to dla mnie przerażające. Zajmowałem się reprywatyzacją od wielu lat, widziałem pewne rzeczy, ale nie sądziłem, że może to być wręcz „przewał konceptualny”, sięgający fundamentów III Rzeczpospolitej. To tylko pokazuje skalę rozpadu państwa…
– Absurdem w tej sytuacji jest, że klasa polityczna bardzo dużo mówiła o tym, że w Polsce stawiamy na własność prywatną, budowanie kapitalizmu, uwłaszczenie obywateli. A ustawy reprywatyzacyjnej jak nie było, tak nie ma.
– Modele prywatyzacji i reprywatyzacji, które mamy, służą elitom powstałym w wyniku transformacji czasów PRL. Żeby było jasne – w aferę reprywatyzacyjną są też zamieszani ludzie, którzy wywodzą się z przedwojennych elit.
– W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” mówił Pan: skala nieprawidłowości, jaka miała miejsce przy zwracaniu nieruchomości nie tylko w Warszawie, ale we wszystkich dużych miastach, gdzie grunty sięgają najwyższej ceny, powinno nas prowokować do stawiania pytań o znaczeniu fundamentalnym. Może w końcu spróbujemy określić, w jakim państwie chcemy żyć, zastanowimy się, kiedy święte prawo własności powinno ustąpić miejsca interesowi społecznemu, określimy, które wartości są dla nas jako społeczeństwa priorytetem, a które należy wyplenić, wyrwać z korzeniami. Wiem, że nie jest Pan przeciwnikiem własności, ale dość ironicznie Pan podchodzi do tego, jak to prawo bywa rozumiane w polskich realiach.
– Oczywiście, że była to ironia. Ktokolwiek prześledził ewolucję skodyfikowania prawa własności w różnych systemach i formacjach społeczno-gospodarczych, wie, że jest to prawo, które fundamentalnie porządkuje ludzkie światy na przestrzeni dziejów. I zawsze ma swój kontekst społeczny i polityczny. Gdy ktoś mówi o bezwzględnym „świętym prawie własności”, oderwanym od istnienia państwa, to nie wie, o czym mówi. A to dlatego, że właśnie państwo jest gwarantem istnienia własności.
– Posłużę się pewną, źle niekiedy widzianą etykietą: ideologia neoliberalna stawia na to, że państwo jest jak najsłabsze, przeważa myślenie, że gdy ktoś się staje właścicielem, to może dowolnie dysponować własnością, ale także losem ludzi, którzy w jakiś sposób są z jego własnością związani.
– Uważam się za liberała i zapewniam, że niewiele z tą doktryną mają wspólnego lumpenliberałowie, którzy nierzadko są przestępcami i podszywają się pod hasła liberalne, żeby bronić swoich interesów. Liberalizm pierwotnie wskazywał na rolę silnego państwa – tylko takie państwo może bronić własności. Dodajmy, że prawo własności nie jest bezwzględne – nawet zgodnie z naszym kodeksem jest ograniczone przez prawa innych właścicieli. Z własnością niejednokrotnie związane są różnorakie obowiązki.
Oczywiście, dzisiejsza definicja prawa własności jest refleksją naszych czasów i tego, co uważamy za słuszne i co powinno być chronione.
– W swojej pracy porusza Pan też wątek „prawdziwej wartości” danej nieruchomości, na którą często powołują się – bardzo arbitralnie – właściciele lub potencjalni właściciele.
– To ważna kwestia związana również z odzyskiwaniem kamienic i praktykami reprywatyzacyjnymi. Jeżeli ktoś kupił w 2008 mieszkanie za 500 tysięcy (to okres, gdy były najwyższe ceny), to np. w 2010 roku to samo mieszkanie mogło być warte już tylko 400 tys. złotych. Czy mamy komuś płacić wyrównanie w sytuacji, gdy zechce sprzedać mieszkanie, którego wartość spadła? I teraz pojawia się pytanie, jaka była wartość dziś odzyskiwanych nieruchomości w momencie ich nacjonalizacji, np. w 1945 roku? Czy była to wartość z hossy w 2008 roku? A może wartość z czasów bessy w 2010 roku? A może adekwatna wartość to ta z 1990 roku?
– Czy Pana zdaniem powstanie ustawa reprywatyzacyjna?
– Chciałbym… [milczenie]
– Chciałby Pan. Ale pewności Pan nie ma?
– Nie, nie mam.
– Wydaje się, że rośnie nacisk społeczny, rośnie wiedza społeczna o niuansach polskiej reprywatyzacji…
– To jest pytanie, czy afera reprywatyzacyjna zostanie wykorzystana do bieżących rozgrywek politycznych, takich jak zmiana na stanowisku prezydenta Warszawy, czy rzeczywiście ten czas pewnej refleksji społecznej, z jaką mamy dziś do czynienia, zaowocuje pozytywnymi zmianami. Sądzę, że temu też służy nasza rozmowa: wreszcie w przestrzeni publicznej można postawić szereg pytań i udzielić na nie odpowiedzi. Jako ekspert rozmawiam i z ludźmi obecnie rządzącymi, i z ludźmi opozycji – taka jest moja rola, żeby docierać z tą wiedzą również do klasy politycznej. Ludzie Prawa i Sprawiedliwości są zainteresowani tą tematyką, tylko że ktoś w tym środowisku rozpuszcza informacje, że ustawa reprywatyzacyjna będzie kosztować budżet państwa 800 miliardów. Nie wiem, skąd się to bierze…
– Mówi Pan o kwocie czy o źródłach, które ją podają?
– Po pierwsze nie wiem, skąd ta kwota – to są niewiarygodne szacunki, powstałe nie wiadomo, na podstawie jakich danych. Moim zdaniem byłoby to raczej 30–40 miliardów złotych. Po drugie, jeżeli ktoś rozpuszcza informacje o tak zawyżonych sumach, to niewykluczone, że chce, by dalej trwało bagno reprywatyzacyjne. Być może jest to informacja wysyłana – ewidentnie w złej wierze – ze środowisk mafii reprywatyzacyjnej. Mam wrażenie, że politycy PiS są wręcz straszeni tą kwotą, ponieważ wraca ona do mnie w dyskusjach dość często. Oczywiście, każdy minister finansów, który usłyszy taką sumę, zrobi wszystko, żeby zablokować ewentualną ustawę. To trzeba wyraźnie powiedzieć: kto to wymyśla? Żadne 800 miliardów! A jeżeli mówimy o kwocie 30–40 miliardów rozbitej na 20–30 lat, to zmienia postać rzeczy i nastawienie polityczne.
– Przy okazji, mamy nie tylko polskich, ale również mniej lub bardziej rzekomych zagranicznych spadkobierców, którzy zgłaszają się po nieruchomości. Pojawia się znacznie szerszy problem: mówimy o tym, że PRL zrywał ciągłość państwa polskiego, w związku z czym nie jesteśmy odpowiedzialni jako społeczeństwo III RP choćby za decyzje majątkowe władz tego państwa. Ale z drugiej strony dobrze wiemy, że to problem legislacji międzynarodowej, od której dziś zależy choćby formalna nienaruszalność i legalność naszych zachodnich granic.
– Oczywiście, zostały podpisane traktaty graniczne, zapadło wiele rozstrzygnięć międzynarodowych, ponosimy konsekwencje tych regulacji. I faktycznie wypłacamy dawnym właścicielom pewne świadczenia, a równocześnie przyznajemy, że umowy indemnizacyjne (odszkodowawcze) pozwalają zachować pewien ład prawny i elementarny szacunek dla własności.
Trzeba też przyznać, że pewne elementy rozciągniętego na dekady status quo wiążą się również z silnymi zależnościami wewnętrznymi. Przecież jedną z warstw, które najbardziej skorzystały na parcelacji majątków ziemiaństwa, byli chłopi. Nie da się wywrócić obecnego świata do góry nogami – uznajmy obecny stan rzeczy, inaczej groziłaby nam rewolucja społeczna. Podobnie stały się faktem umowy indemnizacyjne z państwami zachodnimi i nie jest w naszym interesie jako państwa, aby to negować.
– Ale w przypadku reprywatyzacji w Warszawie mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy władze miasta były bardziej przychylne cudzoziemcowi „odzyskującemu” majątek, za który w czasach PRL wypłacono już odszkodowania.
– To jest nienormalne. Przynajmniej dla urzędników interes państwa polskiego powinien być najistotniejszy. Jeżeli ktoś się sprzeniewierza temu interesowi, to – jeżeli doniesienia medialne się potwierdzą – mieliśmy do czynienia z korupcją. Osoby za to odpowiedzialne powinny być pociągnięte do odpowiedzialności i skazane.
– W książce wyraźnie Pan wskazuje, że o ile ludzie rządzący PRL-em z sowieckiego nadania mieli wolę polityczną, by metodą faktów dokonanych wprowadzać daleko idące zmiany, o tyle obecnie właściwie tej woli politycznej brak, by ucywilizować reprywatyzację. Państwo jest – także w tej kwestii – mocno dysfunkcyjne instytucjonalnie. Czy tak było od początku III RP, czy przyszło jakieś załamanie?
– To bardzo interesująca kwestia, która wiąże się z tym, czym właściwie jest III Rzeczpospolita. Przypomnę, że reprywatyzacja jest częścią szerszego zjawiska, czyli prywatyzacji. Na temat tej ostatniej napisano mnóstwo. I wielu badaczy zgodnie twierdzi, że model prywatyzacji, jaki u nas zrealizowano, był niesprawiedliwy. Przypomnijmy choćby prywatyzację kuponową, która była wielkim majstersztykiem, polegającym na tym, że gigantyczny majątek został skupiony za grosze. Oczywiście, kraje takie jak Rosja czy Ukraina pokazują, że można to było zrobić jeszcze gorzej – tamtejsza skala grabieży jest porażająca.
Problem w tym, że nie osiągnęliśmy konsensusu, jak miałby wyglądać optymalny model prywatyzacji. Czy najważniejsza powinna być efektywność? Czy może akcje powinny być podzielone równo między wszystkich obywateli, co raczej jest nieefektywne. Ale przecież jeżeli sprzedamy majątek wcześniej znacjonalizowany, to może się okazać, że nowy zagraniczny właściciel celowo zadusi produkcję. Tych dylematów transformacyjnych było całe mnóstwo. I możemy pytać, czy źle zrobiona prywatyzacja jest dowodem na nieudolność państwa, czy może restauracja kapitalizmu jest tak skomplikowanym procesem, że przerasta wszystkich. Moim zdaniem czymś pionierskim – i to w wymiarze historii powszechnej – jest transformacja od ustroju, w którym znaczna część własności była znacjonalizowana, do ustroju kapitalistycznego.
My byliśmy skazani na samych siebie. Wschodni Niemcy mieli zaplecze w postaci RFN, a przecież do dziś część wschodnich landów to nie są obszary najlepiej rozwijające się. Dlatego nie zgadzam się z jednoznacznie krytyczną oceną, że cała polska prywatyzacja była nieudana i złodziejska.
– Może nieco naiwnie: a gdyby kamienicę albo fabrykę odzyskała staruszka, która była pełnoprawną właścicielką w 1945 roku, to czy załatwiałoby nam to wszystkie problemy? Jakoś łatwo mogę sobie wyobrazić, że od takich staruszek różnymi metodami skupują nieruchomości panowie o nazwiskach na literę M.
– Jedna pani odzyskałaby kamieniczkę… A ta, na której gruncie stoi teraz Pałac Kultury i Nauki co miałaby odzyskać?
– Mogłaby dostać udziały w sprzedaży biletów w „Kinotece”.
– Można powiedzieć: jedna miała szczęście, druga – pecha. Dlatego, po pierwsze, są inne niż restytucja metody przywracania pewnej elementarnej sprawiedliwości. Po drugie, elity III RP uchylają się jednak od roli dziejowego demiurga – nie oceniają, co jest słuszne, a co nie.
Znów wracamy do pytania: co jest sprawiedliwe? Często podaję przykład kopalni, która w 1945 roku przynosiła świetny dochód, a dziś są tam hałdy. Oddajemy hałdy? To jest sprawiedliwe? Były właściciel musiałby jeszcze płacić za rekultywację. Naprawdę, restytucja to nie jest najlepszy pomysł.
– A może nie dzieje się w gruncie rzeczy nic złego – ot, akumulacja kapitału w nowej odsłonie dziejowej. Wiemy zresztą (znakomity jest przykład Dantona), że prawnicy solidnie uczestniczą w awangardzie przekształceń własnościowych.
– [śmiech] Dochodzimy do pewnej prawdy: gwałtowne zmiany polityczne, rewolucyjne czy kontrrewolucyjne, zawsze wiążą się ze stworzeniem warstwy nowych bogatych, z wieloma niejasnościami. One dotyczą także przywracania własności. Ale zapewniam Pana, że nikt z nas nie chciałby wrócić do realiów z 1945 roku, do zdewastowanej ziemi, milionów kalek.
– Odnoszę wrażenie, że beneficjenci reprywatyzacji zachowują się tak, jakbyśmy przywracali stan sprzed bombardowania Wielunia przez Niemców.
– Dokładnie tak. Tymczasem na ogół znacjonalizowane zostały gruzy, a nie kamienice z lata 1939 roku.
– Opinia publiczna nie widzi ruin – widzi domy.
– Ponieważ ludzie, którzy na tym zarabiają, chcą widzieć majątek. A przecież czymś innym są odszkodowania za straty wojenne, a czym innym – reprywatyzacja. Rzadko kto ujmuje to wszystko – proszę zwrócić uwagę, na jak różne aspekty sprawy zwracamy uwagę i jak rzadko dochodzimy do jednoznacznych konkluzji, co jest właściwe, a co – nie.
Często mówię o tym, że chodzi o to, jak w ogóle rozumiemy filozofię reprywatyzacji. Wiem, że gdy widzimy przed oczyma ludzi wyganianych z mieszkań, przepędzanych lokatorów, a ktoś zaczyna opowiadać o filozofii reprywatyzacji, to brzmi to abstrakcyjnie. Ale w rzeczywistości to nie są odległe sprawy. Musimy rozumieć, jakiego państwa chcemy, jakie wartości mają być dla nas cenne. Potrzebujemy think tanków, pracy umysłowej, żeby zrozumieć to wszystko.
– A może jest tak, że powstaje nowa, w tym momencie dość agresywna warstwa posiadająca, która z czasem się nasyci, a jej dzieci nikogo nie będą musiały mordować i palić, i nauczą się jeść nożem i widelcem.
– Akurat przodkowie tych od palenia najprawdopodobniej umieli jeść nożem i widelcem. I to jest najbardziej przerażające. Ludzie nikczemni i chciwi przynależą do różnych grup i środowisk, nawet tych wywodzących się z dawnych elit. Problemem jest, że państwo nie umie nas bronić przed takimi ludźmi. Dobre i to, że możemy dziś rozmawiać o tym, w jakim państwie chcemy żyć, co ma być jego fundamentem.
Dodam kolejną kwestię: roszczenia reprywatyzacyjne to roszczenia w znakomitej większości spadkobierców, a nie samych byłych właścicieli. W jakim stopniu dzisiejsi spadkobiercy przyczynili się do wypracowania tego majątku? Spuścizna przodków jest oczywiście ważna, szanuję ją, ale my tworzymy współczesną Polskę swoją pracą.
– Wiemy jednak, że kapitał, którym się dysponuje – niezależnie od tego, jak się go uzyska – jest potężną trampoliną do lepszego życia. A w takich realiach jak nasze jest to często istotniejsze niż etyczne rozważania nad powinnościami związanymi z własną pracą i dziedziczoną własnością.
– Rzecz jasna. Ale powtórzę: polska własność rozciągała się na tereny dzisiejszej Ukrainy, Litwy, całej dzisiejszej Białorusi, na południe Łotwy. Co w takim razie z polskimi majątkami pod Kijowem i w Kijowie? Co z majątkami na Białorusi? Mówię o tych ziemiach, które straciliśmy po traktacie ryskim. Tam Polacy mieszkali od setek lat, tracili całą spuściznę. Przecież nie dostali w II Rzeczpospolitej ani grosza.
– I o to były wówczas pretensje ze strony ziemiaństwa. Ale z dzisiejszej perspektywy to prehistoria.
– Przecież to początek II Rzeczpospolitej, nie tak znów wiele czasu od dekretu Bieruta. Widzimy, jak wybiórczo traktowana jest ta historia, w zależności od tego, jakie interesy ma się do zrobienia.
– Z jednej strony mamy do czynienia z poszkodowanymi właścicielami. Z drugiej – z ludźmi wyrzucanymi z mieszkań, nierzadko ludźmi starszymi, zupełnie bezradnymi, o zerowej wiedzy prawnej, których pozostawiono samym sobie, a w dodatku szachowano ich tym, że o co chodzi, odzyskiwana jest święta własność, wy możecie zdychać pod płotem.
– Posługuję się często takim porównaniem: majątek ziemski został rozparcelowany pomiędzy chłopów; kamienice – w jakimś sensie – między lokatorów, dzieci chłopów, które zamieszkały w miastach. Dlaczego nie zabieramy ziemi chłopom, przecież to by było o wiele łatwiejsze, nikogo nie wyrzucalibyśmy z domu…
– Mielibyśmy wtedy nie jednego, a dziesięciu Lepperów.
– Ano właśnie. Okazuje się, że lokatorzy byli słabsi, słabsi fizycznie. Jak jest różnica między ziemią a kamienicą w centrum Warszawy? Dlaczego jednego nie oddajemy w naturze, a drugie – owszem? To chyba jedyna różnica, dla której to wszystko się dzieje – to drugie jest o wiele więcej dziś warte.
– Cała nasza rozmowa wskazuje, że jedynym argumentem w historii reprywatyzacji jest argument siły, siły pieniądza…
– …układów, realizacji interesów pewnych grup. Tak to dzisiaj wygląda.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 17 września 2016 roku
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Zanim przejdziemy do kwestii systemowych, zapytam, kiedy i dlaczego zainteresowałeś się sprawą warszawskiej reprywatyzacji?
– Jan Śpiewak: Gdy założyliśmy stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, początkowo zajmowaliśmy się kwestiami związanymi z miejscami użyteczności publicznej, z parkami i z konserwacją budynków. Jedna ze współzałożycielek naszego stowarzyszenia mieszkała w pobliżu Ogrodu Jordanowskiego, który w dziwny sposób przestał być Ogrodem Jordanowskim i został przekazany w prywatne ręce. Nowym właścicielem okazał się handlarz roszczeń Marcin Marcinkowski. Jego nazwisko wypłynęło później przy okazji budowy biurowca vis à vis Placu Zamkowego. Okazało się, że miasto razem z działką przy Zamku Królewskim oddało mu fragment tunelu trasy W-Z. To był moment, gdy ręce nam opadły, bo jak to możliwe, że można odzyskać fragment tunelu drogi publicznej. Weszliśmy w temat reprywatyzacji warszawskiej nie od strony związanej z lokatorami i „czyścicielami” kamienic, ale dlatego, że spostrzegliśmy dziwne rzeczy dziejące się w przestrzeni publicznej z newralgicznymi miejscami stolicy: jakiś biznesmen znikąd może meblować najważniejsze miejsca w kraju.
– Z tego, co pamiętam, urzędnicy miejscy twierdzili, że W-Z to w ogóle samowola budowlana.
– Tak: że nie ma żadnych papierów na ten tunel [śmiech]. To pokazuje poziom chaosu i pogardy wobec prawa. A później się okazało, że matka architekta wydawała pozwolenie na ten biurowiec.
Zaczęliśmy coraz bardziej interesować się Marcinem Marcinkowskim, powstała mapa warszawskiej reprywatyzacji, z pomocą której pokazaliśmy m.in. wielkość jego interesów, pokazaliśmy, jak człowiek znikąd robi, co chce. Była jeszcze jedna skandaliczna sprawa – oddanie gimnazjum na ulicy Twardej, chociaż nie było żadnych dokumentów, które by to uzasadniały; bardzo dziwne było zachowanie Ratusza. Uznaliśmy, że ta sprawa zasługuje na pokazanie i nagłośnienie. Zrobiliśmy mapę reprywatyzacji i zaczęła się batalia sądowa, bo Marcinkowski nas pozwał.
W 2014 roku zdecydowaliśmy się startować w wyborach samorządowych i zaczęliśmy badać zagadnienie od strony mieszkańców Warszawy. Jednym z tematów kampanii była liczba roszczeń, w tym wobec szkół i innych instytucji publicznych, liczba osób poszkodowanych. Od momentu, kiedy zostałem radnym Śródmieścia, w pełni zrozumiałem, czym dzika reprywatyzacja jest dla lokatorów. Wcześniej miałem tego pewną świadomość, ale dopiero wówczas zobaczyłem cały rozmiar i konsekwencje zjawiska. Dwa lata zajęło nam zrozumienie istoty i mechanizmów reprywatyzacji. To była ziemia niezbadana – trzeba było gromadzić stopniowo wiedzę prawną, administracyjną. Jako radny zderzyłem się z przeróżnymi ludźmi, zacząłem poznawać kulisy decyzji, które zapadały w przypadku zwrotów majątku.
– Jak wiele osób padło ofiarą warszawskiej reprywatyzacji?
– To sprawa trudna do oszacowania. Miasto oczywiście nie dysponuje żadnymi oficjalnymi statystykami. My szacujemy, że mogło to być nawet 40 tys. osób wygnanych z domów. Fundacja ePaństwo wystąpiła z wnioskiem o udostępnienie wszystkich decyzji dotyczących zwrotów nieruchomości. Gdy otrzymamy kompletną listę, będziemy mogli powiedzieć więcej. To jest też kwestia transparentności – to wszystko odbywało się przy pogwałceniu podstawowych zasad jawności. Wiemy też, że kolejne tysiące kamienic są zagrożone roszczeniami.
– Czy potrafisz wskazać i uargumentować najważniejsze problemy związane z reprywatyzacją? Myślę przede wszystkim o zjawiskach, które wiążą się z dobrostanem mieszkańców Warszawy oraz z funkcjonowaniem aparatu władzy.
– To jest naprawdę wiele spraw i trudno jednoznacznie stworzyć hierarchię wielu bolączek powiązanych ze sobą. Z pewnością jedna z najważniejszych kwestii dotyczy tego, że obecna sądowa reprywatyzacja jest niewiarygodnym gwałtem na Konstytucji i na podstawowych prawach człowieka. Nie można cofać decyzji administracyjnych nadających prawa konkretnym osobom – mówimy o budynkach mieszkalnych w Warszawie, co do których ludzie podpisywali umowy najmu regulowane przez państwo i kupowali mieszkania na podstawie tych decyzji.
Sądy, uchylając te decyzje, stwierdzając, że nie było nieodwracalnych konsekwencji prawnych, uderzyły w absolutne podstawy ustrojowe i elementarne prawa człowieka. Była to fikcja prawnicza stworzona przez lobby reprywatyzacyjne, która wdarła się do orzecznictwa sądów administracyjnych. Tak naprawdę mamy do czynienia z procederem, który łamie Konstytucję, prawo do mieszkania, samą zasadę państwa prawa i zaufania obywatela do państwa. To głównie sądy administracyjne doprowadziły do tego procederu. Mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym atakiem sądów na prawo i obywateli. To rzecz, którą zrozumieliśmy dość niedawno. Próbujemy się z tą interpretacją przebić, ale jest ciężko, ponieważ wśród prawników panuje zmowa milczenia. Oni świetnie wiedzą, że większość zwrotów nieruchomości to lipa. Ale żyła z tego duża część warszawskiego establishmentu prawniczego. Sądy przestały być narzędziem sprawiedliwości – stały się narzędziem opresji.
Są też inne sprawy, związane z kwestiami szerszymi, dotyczącymi etyki, relacji społecznych, wizji relacji między przeszłością a teraźniejszością i przyszłością. Dlaczego mamy cofać historię, przywracać stosunki własnościowe nieledwie dziewiętnastowieczne? Odnoszę wrażenie, że i w praktyce, i w niewypowiedzianej wprost teorii powstały dwa rodzaje obywatelstwa. Jest obywatelstwo oparte na własności, nierzadko niesamowicie naciągane, jak to widzimy w przypadku restytucji majątków. To obywatelstwo jest najważniejsze, jest hołubione.
Po drugiej stronie są „drugorzędni obywatele”, choćby lokatorzy wyrzucani z mieszkań. Wskazuje to na bardzo brutalny rys naszego państwa, które jest niewiarygodnie okrutne wobec słabszych – tych, którzy nie mogli sobie wykupić mieszkania, którzy nie mieli przodków arystokratów albo nie są handlarzami roszczeń. W ten sposób sądy, czy szerzej – aparat państwa, stały się zinstytucjonalizowanym narzędziem pogardy klasowej, instrumentem refeudalizacji, zarówno w sensie moralnym, jak i materialnym. Dodajmy, że reprywatyzacja dotyczy nie tylko przedwojennych majątków, ale także bogatego Kościoła…
– O tym jeszcze porozmawiamy.
– W każdym razie trzeba pamiętać, że znaczna część tej wydumanej własności była przed wojną obciążona hipotekami o wysokości większej niż wartość nieruchomości. Cofamy stan prawny sprzed kilkudziesięciu lat, ale długi wyzerowujemy. W dodatku oddajemy także lekką rączką budynki, które powstały już po wojnie.
– Komuś się to opłaca.
– Opłaca się to wąskiej elicie – zblatowanym środowiskom prawniczym, politycznym, urzędniczym, biznesowym, które to wszystko robią. Można to porównać z uwłaszczeniem nomenklatury i dawnej opozycji z lat 90. XX wieku. Dziś nie ma już państwowych fabryk, ale w domenie publicznej pozostały jeszcze kamienice, place, działki, na których stoją szkoły. To wszystko jest objęte uwłaszczeniem nowej elity, która po pierwsze ma korzenie peerelowskie, po drugie – opozycyjne, a po trzecie – przedwojenne, arystokratyczne.
– Całość tworzy zupełnie nową jakość.
– [śmiech] Tylko powtórzę, że ta stara arystokracja, która uwielbia wspominać swoje kamienice i majątki, często żyła na kredyt. To jest ta część prawdy historycznej, o której nie chce się pamiętać.
– Zostawmy póki co przedwojennych kamieniczników. Interesuje mnie, jaki obraz instytucji centralnych i samorządowych oraz polskiego ładu prawnego wyklarował się w twoich oczach po kilku latach zajmowania się warszawskimi sprawami.
– Moim zdaniem są to często grupy mafijne – mówię o ludziach z administracji publicznej, samorządowej, którzy korzystali na reprywatyzacji. Jeżeli mamy do czynienia z powtarzającymi się sytuacjami, w których urzędnicy wydają decyzje na własną korzyść – nie są to odosobnione przypadki, ale cecha systemowa – to według mnie przypomina to model włoski, w którym mafia przejęła ogromną część funkcjonowania państwa. Oczywiście nie jest to ośmiornica z capo di tutti capi, ale spolonizowana, horyzontalna struktura. To wręcz konfederacje, które działają w zorganizowany, przebiegły, przemyślny sposób, i – w odróżnieniu od państwa – potrafią sobie wyznaczać cele długoterminowe i je realizować.
Reprywatyzacja to ściśle związany z prywatyzacją ciąg przyczynowo-skutkowy, którego początek można wskazać na połowę lat 80. XX wieku. Wtedy zaczęło się skupywanie papierów wartościowych przez Służbę Bezpieczeństwa w składach makulatury. Już wówczas SB wiedziała, że będzie miała miejsce reaktywacja przedsiębiorstw. Oglądałem materiał „Superwizjera” TVN, w którym mężczyzna prowadzący w PRL skup makulatury opowiadał, jak przychodzili do niego ludzie wtajemniczeni i kupowali akcje, które wtedy nie miały żadnej wartości poza numizmatyczną. Ale oni wiedzieli, co się szykuje…
No i znacznie później mamy różne dziwne ustawy, które zaczęły przechodzić przez polski parlament. W 2001 roku mieliśmy weto prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w sprawie ustawy reprywatyzacyjnej. Mówił, że reprywatyzacja ma iść przez sądy i że jest to najbardziej uczciwe. W 2003 roku zostało zlikwidowane planowanie przestrzenne w państwie. W 2004 roku mieliśmy ustawę Blidy umożliwiającą eksmisję na bruk oraz zmianę ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami, która wygenerowała falę gigantycznych odszkodowań w absolutnie sztuczny sposób. Wreszcie zmieniło się orzecznictwo sądów, co było niekonstytucyjne. Mieliśmy do czynienia z coraz bardziej retroaktywnymi interpretacjami dekretu Bieruta, zmieniającymi to, co ustawodawca miał na myśli i równocześnie ograniczającymi sferę nieodwracalnych skutków prawnych. A to sprawiło, że można zwracać wszystko…
Dziś dekret Bieruta – to majstersztyk! – zupełnie wbrew temu, po co został ustanowiony, służy do zwracania wszystkiego, co się da. Zapewne to prawo nie było najlepiej napisane, ale dziś stanowi pole do popisu dla wszelkiej neofeudalnej ekwilibrystyki. Mamy do czynienia z sytuacjami, gdy budynki leżały w gruzach, później na ich miejscu postawiono inne, czasem w nieco innej lokalizacji, zasiedlono je, ludzie wykupili tam mieszkania, a sądy administracyjne twierdzą, że nie było nieodwracalnych konsekwencji prawnych i te budynki można oddawać. To jest potężny cios w państwo prawa. To sądy administracyjne są jedną z najbardziej anarchizujących życie społeczne instytucji publicznych w Polsce.
A później mamy sławetne orzeczenie NSA, które sprowadza rolę państwa właściwie do budowy dróg i autostrad oraz mówi, że właściwie wszystko – łącznie ze szkołami, bo nie są one celem publicznym – można zwracać.
– To wszystko, o czym mówisz, pokazuje, że procesy transformacyjne wcale nie złagodniały w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku – a jedynie przeniosły się w inne obszary. I zdaje się, że to jeszcze nie koniec.
– Zorganizowana przestępczość doskonale wie, że rynek nieruchomości jest najbardziej intratnym rynkiem do spenetrowania. Paliwa, narkotyki, spirytus – to są rzeczy niosące wysokie ryzyko. Obrót nieruchomościami oprócz tego, że przynosi zyski, jest też świetnym narzędziem do prania brudnych pieniędzy.
Uwaga państwa polskiego skupiła się na zderegulowaniu kwestii związanych z obrotem i zwrotami nieruchomości. Teraz mamy chyba do czynienia z ostatnim etapem tego procesu, czyli podważeniem reformy rolnej. Jeżeli to przejdzie, to moim zdaniem będziemy mogli mówić o swego rodzaju zamachu stanu: niezależnie od tego, jak oceniamy peerelowski dekret o reformie rolnej, jego zanegowanie będzie się równało otwarciu na oścież drzwi do masowego odbierania chłopom ziemi i zniszczenia porządku społecznego, jaki znamy.
Mam też pełną świadomość, że w sądach panuje korupcja. Z jednej strony mamy ideologię neoliberalną, która jest usprawiedliwieniem dla tego typu zachowań, z drugiej – ogromną korupcję wśród sędziów. Istnieje coś takiego jak Samorządowe Kolegium Odwoławcze, które jest sądem administracyjnym pierwszej instancji, ale tak naprawdę nie jest sądem, lecz częścią samorządu i jest wyjęte całkowicie spod kontroli społecznej, a decyduje o życiu dziesiątków tysięcy ludzi oraz o mieniu wartym miliardy złotych.
Ale spójrzmy szerzej: jeśli można podważyć reformę rolną, to można wszystko. Niemcy tak naprawdę nie pozbyli się roszczeń – mamy tylko deklarację rządu RFN, że nie będzie ich popierał. Ale jeżeli nasze państwo otworzy możliwość do szerokiej restytucji majątków, to wszystko przed nami. To przerażające, ale dość prawdopodobne…
– Czy jakiekolwiek instytucje publiczne były zainteresowane dbałością o konstytucyjny wymiar procesów, które właśnie zachodzą?
– Żona prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Dorota Safjan, była osobą, która odpowiadała za reprywatyzację w Warszawie za czasów rządów Lecha Kaczyńskiego. Sama mieszka w budynku przy ulicy Kredytowej 6, który – moim zdaniem nielegalnie – chce przejąć mecenas Stachura. To jest niemożliwie, żeby wysocy przedstawiciele państwa polskiego nie widzieli, co się dzieje.
Gdy pochodzimy po prawnikach, posprawdzamy na stronach internetowych kancelarii prawnych w Warszawie, to zobaczymy, że co druga zajmuje się reprywatyzacją. Udział prawników w tym procesie jest odrażający, ponieważ obsługując osoby, które miały roszczenia do nieruchomości, stawali się właścicielami tych majątków, a później stawali się oprawcami ludzi wyrzucanymi z tych mieszkań.
Dziś słyszymy, że związany z Ordo Iuris Krzysztof Wąsowski, rzecznik dyscyplinarny warszawskiej Okręgowej Rady Adwokackiej, ma postawione zarzuty prokuratorskie w sprawie Komisji Majątkowej, czyli mienia należącego do Kościoła – i mowa o naprawdę wielkich pieniądzach. Mamy szefa Okręgowej Rady Adwokackiej Grzegorza Majewskiego, który sam się zajmuje reprywatyzacją, jak to obserwujemy w przypadku Chmielnej 70. Widzimy, że rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz przejęła dawną pożydowską kamienicę, do której w zupełnie nieprawny sposób zgłaszali prawa samozwańczy właściciele. I tak dalej. Wyłania się nam obraz elit, które chcą skolonizować kraj, chcą na nowo zagnać ludzi do czworaków. Ten poziom okrucieństwa, bezwzględności, korupcji, oszustwa, niewiarygodnej buty i chamstwa kojarzy mi się z najgorszymi tradycjami sarmacko-magnackiej Polski.
– Kilka miesięcy temu gościliśmy obaj w programie „Bez Retuszu” w TVP INFO, poświęconym aferze reprywatyzacyjnej i zabójstwu Jolanty Brzeskiej. Dawny prezydent Warszawy Marcin Święcicki uspokajał nas, że właściwie wszystko dzieje się zgodnie z prawem: owszem, były jakieś nadużycia, ale zasadniczo rzecz idzie w dobrym kierunku, a reprywatyzacja po polsku jest procesem słusznym i sprawiedliwym.
– Pan Święcicki pokazuje nędzę intelektualną tych elit. Nawet na poziomie prostego logicznego rozumowania można wysnuć wniosek, że restytucja mienia, czyli reprywatyzacja nieruchomości w naturze, jest niegodziwością po upływie kilku dekad.
Stanowisko Miasto Jest Nasze jest proste: odszkodowanie od 20 proc. wartości nieruchomości na dzień nacjonalizacji. Jeśli miałeś zadłużoną stertę gruzów, to dostajesz 20 proc. wartości zadłużonej sterty gruzów. W morzu krzywd, jakie wydarzyły się w dziejach Polski w XX wieku i wcześniej, ta jedna krzywda związana z nacjonalizacją nie może być traktowana na specjalnych zasadach. A w jakim stanie Warszawa była po wojnie, najlepiej pokazują na serio rozważane wówczas pomysły, żeby stolicę kraju przenieść do Łodzi.
Dodajmy jeszcze, że można poprawnie i skutecznie argumentować, że do żadnej reprywatyzacji nie powinno dojść, ponieważ mamy choćby kwestię zasiedzenia.
– Warszawa była odbudowywana wysiłkiem nie tylko jej mieszkańców. Energię do odbudowy czerpano choćby z chłopskich kontyngentów.
– Ponadto chłopi kontyngenty musieli płacić aż do lat 70. Czy będziemy za to zwracać ich rodzinom?
Jako Miasto Jest Nasze mamy poczucie tak daleko idącego absurdu dzisiejszych praktyk reprywatyzacyjnych uprawianych na drodze sądowej, że rozważamy – w formie intelektualnej prowokacji – złożenie pozwu zbiorowego przeciwko Związkowi Szlachty Polskiej w sprawie pańszczyzny. Wyszły mi 4 biliony złotych – bez odsetek. I wtedy możemy się zastanawiać nad wyrównywaniem historycznych krzywd.
Oczywiście, są różne historie. Moja matka odzyskała przedwojenną rodzinną kamienicę w Krakowie. Ten budynek nie był zburzony, mój dziadek był w księdze hipotecznej itd. Nie uważam jednak, żeby to było sprawiedliwe, że odzyskaliśmy kamienicę w naturze. Powinno być wypłacone odszkodowanie.
– Przy okazji, władze Warszawy mówią o Tobie jako o cynglu Prawa i Sprawiedliwości. Masz twarde dowody na to, że nim nie jesteś?
– [śmiech] Polecam naszą nową mapę reprywatyzacyjną, dostępną w internecie, na której ujawniamy związki ludzi związanych z Prawem i Sprawiedliwością z warszawską reprywatyzacją. Nagłaśniamy sprawy, które uderzają i w jednych, i w drugich. Ale jest oczywiste, że bardziej będziemy krytykować Platformę, bo to Platforma rządziła w stolicy przez ostatnie dziesięć lat. To oni mieli prezydenta, premiera, prezydent Warszawy, to oni nadal rządzą w Warszawie, to ich urzędnicy fizycznie podpisują decyzje i za to wszystko odpowiadają.
Co nie zmienia faktu, że reprywatyzacja nie mogłaby trwać tyle, nie mogłaby krzywdzić tylu ludzi, nie mogłaby być takim źródłem zysku, gdyby nie była ekumenicznym biznesem. Przy tym korytku posilili się i ludzie z PO, i ludzie z PiS, i Kościół, i komuchy…
– Na mapie reprywatyzacyjnej znalazł się również Jacek Kotas, w 2007 roku podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a obecnie prezes zarządu Fundacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych, zajmującej się bezpieczeństwem militarnym Polski.
– Kotas od 2002 do lata 2016 roku był w zarządzie firmy deweloperskiej Radius Projekt oraz wielu spółek powiązanych z Radiusem – wycofał się z nich wszystkich między czerwcem a sierpniem. Z Radiusem jest związana firma ICON, która rewitalizuje odzyskane kamienice i, naszym zdaniem, dostaje bardzo liberalne warunki konserwatorskie.
Kotas jest również związany z Marią Buczyńską, prezeską w spółkach Radiusa i wspólniczką Katarzyny Janowskiej, prawej ręki Piotra Wociala, który m.in. był pełnomocnikiem Feniksa w sprawie zreprywatyzowanej kamienicy na Noakowskiego 16, przejętej przez męża Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zwrócę uwagę na ciekawą rzecz, pokazującą logikę procesów transformacyjnych: otóż firma Radius dawniej zajmowała się prywatyzacją majątku publicznego, prywatyzacją przedsiębiorstw miejskich i państwowych. Widać, jak to się wiąże z granicą pomiędzy państwem a biznesem.
Mapa reprywatyzacyjna dobrze pokazuje szerszy obraz warszawskiego rynku nieruchomości. Dobrze widać, jak ci wszyscy ludzie są ze sobą związani, jak robią ze sobą interesy, jak osoby ze wszystkich opcji biorą w tym udział. Mam nadzieję, że w PiS jednak zwycięży chęć rozliczenia z tym i pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które w tym współuczestniczyły.
– Jak opiszesz relacje z instytucjami publicznymi, samorządowymi i centralnymi, poziom ich zainteresowania i kompetencji w tej tematyce?
– Nie ma tego dialogu, nie ma rozmów. Jesteśmy dla nich intruzami. Poza tym ukrócić dziką reprywatyzację można by za pomocą zrealizowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego z maja 2015 roku, który mówi o stwierdzaniu nieważności decyzji administracyjnych. Na podstawie tego ucięto by wszystkie zwroty budynków w naturze tam, gdzie doszło do nieodwracalnych zmian w prawie. To tylko kwestia realizacji jednego wyroku TK! Komitet Obrony Demokracji jest niezainteresowany, podobnie PiS i PO.
Panuje zmowa milczenia – nikogo to nie obchodzi. Na mapie reprywatyzacyjnej pokazujemy, że ludzie, którzy reprezentowali lub reprezentują państwo, są powiązani z grupami, które mają kontakty ze zwykłymi gangsterami: ludźmi związanymi ze SKOK-ami Wołomin, z mafią pruszkowską i wołomińską. To też tłumaczy, dlaczego zamordowano Jolantę Brzeską – dlatego, że w reprywatyzacji biorą udział gangi, ludzie, którzy nie boją się zabić. Mamy do czynienia z państwem, które realizuje nie interes zwykłych obywateli, ale tych wszystkich uprzywilejowanych grup.
– Wróćmy do prób waszej współpracy z instytucjami publicznymi.
– Pamiętam, jak rozmawiałem z wiceprezydentem Warszawy Jarosławem Jóźwiakiem, mówiłem mu o tym wyroku TK – nic, zero zainteresowania.
Naprawdę uważam, że cechą charakterystyczną współczesnych polskich elit jest pogarda dla szerokich rzesz społeczeństwa. I w związku z tym ci, którzy robią reprywatyzację, uważają, że mogą wszystko. A inni się obojętnie przyglądają. Może ta pogarda została przyjęta w sposób nieświadomy, ale jest faktem: pogarda czy wręcz nienawiść wobec słabych, przyzwolenie na przemoc wobec nich. Nie odczuwałem tego długo, ponieważ nie byłem i nie jestem ofiarą reprywatyzacji, ale zobaczyłem, że możliwe są wszelkie szwindle i strukturalna przemoc wobec ofiar „czyścicieli” kamienic – i się przeraziłem.
A przecież potrzebne są tylko dwie niewielkie zmiany: zmiana przepisu 156 w Kodeksie Postępowania Administracyjnego i jednego przepisu w ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami. Spowodowałoby to zarówno zablokowanie przekazywania nieruchomości w naturze, jak i zmniejszenie wysokości odszkodowań – wartość byłaby wyznaczana nie na dzień wydania decyzji o zwrocie, ale na dzień nacjonalizacji.
– Myślałem także o reagowaniu instytucji na los eksmitowanych ludzi, o merytorycznej zdolności i możliwościach reagowania urzędników choćby na roszczenia rzekomych właścicieli – czyli o tym, czy urzędnicy, także niższych szczebli, potrafią/chcą troszczyć się o dobro wspólne, dobro publiczne.
– Myślę, że wielu urzędników niskiego i średniego szczebla nie ma po prostu nic do powiedzenia. Spotkałem paru naprawdę świetnych urzędników, którzy doskonale wiedzieli, na czym ten szwindel polega i próbowali mu przeciwdziałać. Ale takie osoby są osamotnione. System jest ustawiony od góry. W tym świecie działają ludzie absolutnie zdemoralizowani. Wiesz, ilu urzędników Biura Gospodarki Nieruchomościami ma roszczenia do stołecznych nieruchomości?
– Uświadom mnie.
– Roszczenia ma lub może mieć 1/3 urzędników BGN. To jest, k…, niemożliwe. Jeżeli weźmiemy rozkład statystyczny i powiemy sobie, że 3 proc. dzisiejszych warszawiaków ma jakieś roszczenia, to nie jest możliwe, żeby aż tak liczna część stosunkowo niewielkiej grupy pracowniczej była spadkobiercami dawnych właścicieli.
Są urzędnicy, którzy chcieli dobrze, ale zazwyczaj nie mieli wpływu na to, co się dzieje, choć czasem się udawało. Podam przykład pełnomocnik miasta, mecenas Izabelli Korneluk, która w Śródmieściu wywalczyła anulowanie odszkodowania dla Marka Mossakowskiego – za Hożą 25a. Mossakowski za 550 zł – jedna umowa na 500 zł, druga na 50 zł – odkupił prawa do kamienicy od dwóch starszych kobiet i od państwa domagał się 5 milionów złotych za utracone korzyści. Sąd pierwszej i drugiej instancji przyznał mu to odszkodowanie, ale Korneluk w Sądzie Najwyższym doprowadziła do bezprecedensowego orzeczenia, że umowa przeniesienia praw do własności za 500 złotych, dotycząca nieruchomości wartej wiele milionów, jest po prostu nieważna, bo łamie podstawowe zasady współżycia społecznego. Czy po tak wielkim sukcesie panią Korneluk awansowano na wiceprezydenta odpowiedzialnego za reprywatyzację? Wyrzucono ją z pracy. A to był typ urzędniczki, która w urzędzie pracowała ponad dwadzieścia lat, przykład osoby o absolutnie propaństwowym i prospołecznym nastawieniu. Ale tacy ludzie, którzy robią coś dobrze i uczciwie, są sekowani – dostają w twarz od tych, którzy stoją wyżej i przyszli się nakraść.
Co gorsza, sądzę, że sytuacja w Warszawie w sprawach samorządowych jest relatywnie lepsza niż w innych miastach w Polsce, szczególnie mniejszych i małych. W stolicy ma się większe możliwości znalezienia pracy, nie jest się skazanym np. na posady w administracji. A im mniejsze miasto, tym wpływ samorządowców większy.
– Potrafisz wskazać najbardziej Twoim zdaniem bulwersujące historie reprywatyzacyjne?
– Wspomniana wyżej Hoża 25a jest naprawdę bulwersująca. Kazimierzowska 34 – Jakub Rudnicki w stołecznym Ratuszu wydawał decyzje dotyczące nieruchomości odebranych na mocy dekretu Bieruta i zwracanych przez miasto dawnym właścicielom, a później wystąpił z wnioskiem o zwrot nieruchomości na warszawskim Mokotowie. Przejął ją razem z mieszkańcami, ponad dwukrotnie podniósł czynsz. Zatrudnił tam Jacka Powsińskiego, znanego „czyściciela” kamienic. „Zwrócono” również publiczne gimnazjum na Twardej – lipne testamenty, kuratorzy z Karaibów, ale tę decyzję niedawno cofnięto, ponieważ kilku zainteresowanych występowało jako kuratorzy nieżyjących osób, co jest niezgodne z prawem.
– Gdy patrzysz w przeszłość, jesteś w stanie pokazać, w jaki sposób zmieniała się dynamika sporu o warszawską reprywatyzację, wskazać kamienie milowe, najważniejsze wydarzenia, który wpływały choćby na decyzje Ratusza, doprowadziły do większego zainteresowania mediów?
– To zabrzmi strasznie, ale sprawą, która spowodowała, że warszawska reprywatyzacja znalazła się na radarze opinii publicznej, była śmierć Jolanty Brzeskiej w marcu 2011 roku. Sam wtedy zorientowałem się, że istnieje taki problem. W tamtym czasie działały ruchy lokatorskie, które walczyły z handlarzami roszczeń i „czyścicielami” kamienic. To oni budowali wśród ludzi podstawową świadomość, że w ogóle coś złego się dzieje.
Dodajmy do tego sprawę reaktywowanej jeszcze wcześniej, bo w 2005 roku, spółki Giesche, która chciała „odzyskać” 1/3 Katowic. To był pomysł ludzi z Wybrzeża, którzy nie mieli żadnych związków z przedwojenną firmą. Otóż odkupili od kolekcjonera pakiet przedwojennych akcji spółki Giesche na okaziciela, udali się do sądu i zażądali upoważnienia do zwołania walnego zgromadzenia akcjonariuszy przedwojennej spółki Giesche SA. Sąd dał im takie prawo i spółka została wpisana do rejestru. Sprawa ciągnęła się latami i świetnie pokazywała mechanizm „odzyskiwania własności”.
No i są jeszcze historie Komisji Majątkowej, z której ludzie związani z Kościołem razem z byłymi esbekami wyprowadzili setki milionów złotych.
Później pojawiamy się w Warszawie my, czyli MJN, zaczynamy tłumaczyć reprywatyzację klasie średniej: robimy mapę reprywatyzacji, zaczynamy mówić o przejmowanych szkołach, miejscach publicznych, niszczonych zabytkach, takich jak kamienica Mirona Białoszewskiego.
Wreszcie w 2015 roku mamy zmianę władzy w Polsce, odblokowanie – jednak – prokuratury warszawskiej i pojawienie się woli ścigania ludzi związanych z aferą reprywatyzacyjną, abstrahując od motywacji ścigających. W kwietniu 2016 roku ukazał się w stołecznej „Gazecie Wyborczej” artykuł ujawniający niewiarygodny szwindel na placu Defilad: okazało się, że w 2012 roku miasto bezpodstawnie oddało cenną działkę w samym sercu Warszawy, choć jej dawny właściciel, obywatel Danii, został spłacony jeszcze w latach 50. XX wieku przez ówczesne polskie władze. Nieco później w „Gazecie Wyborczej” zapadła decyzja, żeby materiał ze „Stołecznej” poszedł w wydaniu ogólnopolskim. Działo się to w sezonie ogórkowym, więc temat „zażarł”. To wszystko podbudowane było działalnością MJN, działalnością ruchów miejskich i lokatorskich, zmienioną atmosferą polityczną, większym zainteresowaniem mediów prawicy. I tak wybuchła afera reprywatyzacyjna, która właściwie już wygasa.
– A domyślasz się może lub wiesz, jak to się stało, że „Gazeta Wyborcza”, która już parę lat temu mogła się solidnie wziąć za ten temat, dopiero teraz się na to zdecydowała?
– Równie dobrze można zapytać, co robili przez ostatnie dziesięć lat radni PiS, a jest ich w tym mieście około dwustu…
– Skąd wziął się pomysł na warszawską mapę reprywatyzacyjną? I czym ona jest w waszym zamyśle? Dziś można ją znaleźć w internecie, ale musieliście o nią toczyć boje w sądzie.
– Skierowano przeciw nam dwa pozwy, jest już w tej sprawie kilka wyroków. Gdybyśmy nie mieli wsparcia mediów i kilku przyjaznych adwokatów, to mogłoby się to skończyć różnie. W pierwszej instancji sąd cywilny skazał nas absolutnie skandalicznym wyrokiem, który godził w elementarne zasady wolności słowa.
Gdy dostałem ten pierwszy wyrok, pomyślałem: to znaczy, że trzeba z Polski uciekać. Na szczęście system sądowniczy ostatecznie pokazał, że nie jest aż tak bardzo skorumpowany – sąd apelacyjny i sądy karne uwolniły nas od zarzutów. Okazało się, że poziom tego draństwa, które dzieje się w Warszawie, jest już nie do ukrycia, że ten poziom patologii i niesprawiedliwości po prostu razi. Ale nadal otrzymujemy mnóstwo pism przedprocesowych, jesteśmy straszeni prawnikami. Jeśli ktoś nie ma dość twardego tyłka, pewności siebie, także pewnych kompetencji, to czuje strach przed takimi ludźmi.
– A dlaczego właśnie mapa?
– Reprywatyzacja jest cholernie skomplikowana dla ludzi niewtajemniczonych, którzy z daleka obserwują tylko pewne jednostkowe zjawiska. Potrzebowaliśmy narzędzia, które w graficzny sposób będzie w stanie pokazać, jaka jest skala zjawiska i powiązania między jego bohaterami. Trzeba też było przekuć na język klasy średniej, mediów i multimedialnej opinii publicznej to, o czym stowarzyszenia lokatorskie mówiły od lat. Im brakowało języka, z pomocą którego można się było przebić dalej. Nam też jego stworzenie zabrało trochę czasu.
– Pamiętam dobrze, że gdy kilka lat temu mówiłem swoim dobrze rokującym znajomym o lokatorach wyrzucanych z mieszkań, odpowiedź była powątpiewająca: to pewnie menele, ludzie życiowo roszczeniowi i niezaradni, którzy pasożytują na czyjejś świętej własności.
– Pomysł elit III RP na rządzenie polega m.in. na skłóceniu klasy średniej z klasą ludową. Doprowadzono choćby do tego, że zlikwidowano budownictwo społeczne i komunalne. Młody człowiek, który przyjeżdża do Warszawy robić karierę, kupuje mieszkanie na kredyt. Nagle się okazuje, że jakaś biedota mieszka w świetnych wielkich kamienicach w centrum Warszawy, a ja jestem zmuszony kupić na Białołęce małą kawalerkę i będę ją spłacał trzydzieści lat. I tracę dwie godziny dziennie w korkach.
Nic dziwnego, że przerzucenie winy na lokatorów wyrzucanych z mieszkań działało. Sfrustrowani zapracowani trzydziestolatkowie mówili: dlaczego oni mają mieć lepiej od nas? Elity, które tak to urządziły, miały na kogo szczuć młodych na dorobku. Ale gdy zaczęto odbierać ludziom parki i szkoły, gdy w najmniej oczekiwanych miejscach zaczęły powstawać biurowce zupełnie niepasujące do okolicy, gdy pojawiła się taka grupa jak frankowicze – zobaczyli, w co byli wkręcani. Dużo osób jakoś dojrzało. Ja sam dojrzałem, gdy to wszystko zobaczyłem i zrozumiałem, jakie to podłe.
– Gdy rozmawiałem z panią Ewą Andruszkiewicz, uprzytomniłem sobie, że należy ona do dość nielicznego grona osób, które potrafią zwerbalizować, opisać to, czego doświadczyły jako prześladowani lokatorzy. Wielu ludzi nie potrafiło wypowiedzieć niesprawiedliwości, która ich dotykała.
– Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale w grę wchodzą kompetencje kulturowe. Gdy ktoś jest z klasy średniej albo z inteligencji, to będzie w stanie napisać pismo zamiast prawnika, przedstawić swoje racje przed sądem. Jeżeli większość życia tyrał, miał ograniczony kontakt ze słowem pisanym, boi się instytucji itp., to go to wyklucza, czyni bezbronnym wobec znacznie lepiej zorganizowanego przeciwnika.
Nie wiem, na ile to kontrowersyjna teza, a na ile rzecz oczywista, ale mamy klasę ludową o niższych kompetencjach kulturowych, która otrzymała awans społeczny w czasach Polski Ludowej, a teraz znów doświadcza degradacji. I jest sprowadzana do miejsca, w którym była w czasach II Rzeczpospolitej albo jeszcze wcześniej.
– Przy okazji: mówiliśmy o mapie stołecznej reprywatyzacji. A jak wygląda mapa organizacji społecznych stanowiących drugą stronę konfliktu?
– Oprócz nas działają Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej, Komitet Obrony Lokatorów i Komitet Obrony Praw Lokatorów. Działają również – choć nie wiem, na ile to jest „nasza strona” – stowarzyszenia autentycznych spadkobierców w Warszawie, którzy są bardzo źle traktowani przez miasto. Tak naprawdę to mało.
Zależy nam na szerokich koalicjach ze wszystkimi, którzy są zainteresowani zmianami na lepsze w prawie reprywatyzacyjnym, ponieważ tylko zmiany prawa są realnym remedium na sytuację. Budujemy nacisk. Mam zresztą nadzieję, że Kongres Ruchów Miejskich, który wreszcie zostanie zarejestrowany jako podmiot prawny, będzie platformą lobbingu na rzecz zmian w prawie na poziomie parlamentarnym.
Powiem wprost: ruchy miejskie, stowarzyszenia lokatorskie nie są w stanie być stroną w każdym procesie, nie dadzą rady pomóc wszystkim – tego jest za dużo. Jeżeli państwo nie jest zainteresowane systemowym uzdrowieniem sytuacji, to jesteśmy w ciężkim położeniu.
– Z naszej rozmowy wyłania się obraz państwa, instytucji publicznych, które – z całą pewnością w tej właśnie sprawie – są zupełnie niezainteresowane tym, co nazywamy dobrem wspólnym. Czy w Polsce działają jakieś instytucje nakierowane na organizacje takich jak wasza czy na ludzi skrzywdzonych przez dziką reprywatyzację? Myślę choćby o Rzeczniku Praw Obywatelskich?
– Bardzo lubię Adama Bodnara, ale w sprawach reprywatyzacji ograniczył się do zajęcia jednego stanowiska. To jest ewidentnie niewystarczający stopień zaangażowania. To może wynikać z tego, że sam w tym momencie trochę zastępuje całe państwo – a ma na to osiem milionów budżetu. Oczywiście, zdecydowanie bym sobie życzył, żeby RPO bardziej zaangażował się w tę sprawę, ponieważ jest on naszym sojusznikiem.
Niedawno spotkaliśmy się z Naczelną Radą Adwokacką. Nie wiem, na ile to PR, a na ile szczere chęci, aby uporządkować jednak ten bałagan, który dzieje się w warszawskiej palestrze. Chcemy zrobić spotkanie ze stowarzyszeniami sędziowskimi, z Izbą Notarialną. Prof. Ewa Łętowska daje dziś dobry przykład środowiskom prawniczym, choć sama przed laty była przeciwniczką ustawy reprywatyzacyjnej. Ale – powtórzę – nie jesteśmy bardzo liczni i nie mamy zbyt wielu sojuszników.
Wiesz, często jest tak, że nawet wysoko postawieni ludzie, gdy z nimi rozmawiam, kiwają głowami: tak, tak, dzieje się źle, to wszystko jest takie niesprawiedliwe, no ale… Jak śpiewały Elektryczne Gitary: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”. Mam na przykład dobry kontakt z posłem PiS Pawłem Lisieckim z warszawskiej Pragi, jest bardzo sympatyczny, zgadza się ze mną, faktycznie zajmuje się tą tematyką, ale pojedynczy politycy też nie wszystko mogą w obrębie logiki struktur, w jakich się poruszają.
– Ponad dwa lata temu w wywiadzie dla portalu „Nowego Obywatela” mówiłeś: Dzika reprywatyzacja zaczyna zagrażać wspólnej przestrzeni – parkom, szkołom czy szpitalom – na niespotykaną dotąd skalę. Częściowo jest to też niestety kwestia wizerunku lokatorów – z jednej strony klasa średnia patrzy na nich trochę z góry, z drugiej, ludziom, którzy wynajmują mieszkania na rynku albo kupują ciasne mieszkanie na kredyt gdzieś na obrzeżach miasta, jawią się oni jako grupa uprzywilejowana. Ale to nie jest tylko kwestia uprzedzeń klasowych – po prostu sama logika konfliktów o mieszkania jest bardziej partykularna, bo odbywa się np. na skalę kamienicy. Ludzi łatwiej jest podzielić, pozbywać się ich stopniowo, a protest na większą skalę opiera się raczej na odruchach solidarności niż na poczuciu, że broni się wspólnej własności wszystkich mieszkańców. Tymczasem konflikt np. o szkołę czy skwer dotyka bezpośrednio całej społeczności. Czy ten podział został już zażegnany? Czy obecnie jest to już wspólna walka różnych środowisk?
– Ludzie coraz mocniej uświadamiają sobie, że to wszystko jest oparte na jednym wielkim szwindlu. Nikt nie lubi być okradany. To jest ten moment, gdy obywatele zrozumieli, że to naprawdę nie ma nic wspólnego z naprawianiem krzywd. W takim sensie jesteśmy już wspólnotą – bo ta wiedza się uwspólniła.
Ale wciąż chodzę po warszawskich wspólnotach mieszkaniowych i widzę, jak funkcjonują. Są takie, które świetnie działają, są solidarne, i takie, do których przychodzę i słyszę: „to bardzo fajnie, że będzie reprywatyzacja, bo z tymi komunalnymi mamy same kłopoty, poza tym chcemy wreszcie zrobić remont klatki schodowej”. Oni wierzą, że gdy przyjdzie handlarz roszczeń wraz z „czyścicielami” kamienic, to wyrzuci niewygodnych sąsiadów i zrobi remont. Niestety, takich wspólnot mieszkaniowych jest w Warszawie sporo.
Bardzo istotna sprawa: sądy administracyjne odebrały ludziom wyrzuconym z reprywatyzowanych kamienic prawo do bycia stroną w postępowaniu – nie mają się jak bronić. To jest moim zdaniem łamanie podstawowych praw człowieka: bo jakim cudem nie ma interesu prawnego człowiek, który mieszkał w kamienicy trzydzieści lat i posiada ważną umowę najmu?! Jak sąd może coś takiego stwierdzać?! Tacy ludzie są zostawieni sami sobie. Ich jedynym ratunkiem jest pomoc wspólnoty mieszkaniowej (choć niektóre sądy też to kwestionują): ona ma prawo być stroną w postępowaniu. Ale jeżeli wspólnota odwraca się do nich plecami i mówi im: spieprzajcie! – to są już zupełnie sami. To fenomenalny eksperyment społeczny: wojna między ludźmi napuszczonymi na siebie. Z jednej strony mamy tych, którzy wykupili mieszkania, mieli na to pieniądze i możliwości, a z drugiej tych, którzy nie wykupili mieszkań, bo albo nie mieli pieniędzy, albo nie czuli konieczności. Ci ludzie latami żyli drzwi w drzwi i nagle jeden zaczyna pogardzać tym drugim, ponieważ dostaje silny sygnał z zewnątrz, że ten obok niego, bez wykupionego mieszkania, jest obywatelem drugiej kategorii, z którym można zrobić, co się chce. Takich przypadków jest mnóstwo. Znam konkretne przypadki: fotograf-celebryta, który robi zdjęcia wszystkim polskim sławom, koszmarnie bogaty, traktuje jak śmiecia swoją sąsiadkę, ponieważ ona jest „komunalna” – i w naszym świecie wolno mu tak robić.
Dobrze to pokazuje neofeudalny, okrutny rys polskiego społeczeństwa i państwa, który uświadamia, jak tutaj musiała wyglądać sytuacja kilka wieków temu. Dziś jest to lekko upudrowane, ale w kluczowych sytuacjach ujawnia się z całą siłą. Sądy uderzyły w elementarną solidarność międzyludzką, doprowadziły do poróżnienia ludzi, stworzenia tych dwóch wspomnianych już obywatelstw: obywatelstwa opartego na własności i obywatelstwa minus własność, które jest czymś gorszym.
– Już prawie trzydzieści lat budujemy społeczeństwo obywatelskie, standardy demokratyczne, ale gdy poskrobać pozłotkę, dochodzimy do momentu, w którym naga siła finansowa może decydować o wszystkim.
– Wyobrażam sobie, że gdyby w jednym z wielkich zachodnich miast zaczęło się wyprawiać coś takiego jak w Warszawie, to kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyszłoby na ulicę, stanęło przed ratuszem i temat byłby posprzątany. Niestety, w Polsce mamy niski poziom solidarności społecznej, za to wysoki – wzajemnej nieufności. To pokazuje, że nie udało się zbudować społeczeństwa obywatelskiego w szerszej skali. Widzę przyszłość Polski w naprawdę ciemnych barwach – wydaje mi się, że reprywatyzacja odsłania potężny kryzys państwa i elementarnych wartości w społeczeństwie. W dodatku refeudalizacja społeczna jest procesem, który naprawdę zachodzi. A to najbardziej zagraża naszej suwerenności, bo prowadzi do atrofii państwa, atomizacji społecznej.
Jeżeli „coś dmuchnie”, to nasze państwo rozsypie się jak domek z kart, ponieważ nikt nie będzie go bronił, bo ludzi, którzy są zainteresowani chronieniem jego interesu, obroną interesów nie tylko najbogatszych, jest garstka.
– W Warszawie dochodzi do żywiołowych procesów społecznych, związanych choćby ze znacznym napływem siły roboczej, fizycznej i umysłowej. A z drugiej strony są ci starsi ludzie, dorastający i dojrzali jeszcze w PRL, później niekiedy na nowo układający sobie życie w III RP, którzy dziś nikomu nie są potrzebni. Wspominaliśmy już o tym – oni się latami wzajemnie nie słuchali i nie znali.
– Dodałbym do tej mozaiki problemów jeszcze coś, co nazywam absolutnym brakiem wiary w sprawczość: że obywatel niczego sam nie jest w stanie zmienić. Jako ruchy miejskie powstaliśmy po to, żeby pokazać, że jeśli się dogadamy, jeśli się zrzeszymy, jeśli będziemy odważni, jeśli nie będziemy bać się konfliktów, jeśli będziemy pryncypialni, jeśli będziemy radykalni – to będziemy w stanie zmienić różne rzeczy. Miasto Jest Nasze, oczywiście z pomocą innych organizacji, doprowadziło do odwołania w Warszawie trzech wiceprezydentów, nagłośniło wiele afer, doprowadziło razem z innymi organizacjami do dymisji szefa Okręgowej Rady Adwokackiej. Ludzie muszą zacząć wierzyć, że są w stanie coś zmienić – musimy wspólnie działać na rzecz oddolnej zmiany systemowej, ponieważ elity bez silnych nacisków nie są zainteresowane naruszaniem status quo.
Bez stałej presji niewiele osiągniemy. Widać przecież jak bardzo władze Warszawy lawirują. Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecała, że wstrzyma decyzje reprywatyzacyjne aż do momentu uchwalenia ustawy, co było odważnym ruchem, a teraz Witold Pahl, nowy wiceprezydent, mówi, że nie, że skądże, nic takiego nie mówiliśmy, reprywatyzacja idzie dalej… Oni nas okłamują bez wstydu! Uznali, że interes musi iść dalej: poświęci się kilka figur, ludzie opisani przez „Gazetę Wyborczą” może pójdą na rzeź, znajdą się kozły ofiarne – ale przecież mowa o miliardach złotych.
– Jesteś zadowolony z tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej? Niektórzy nazywają ją „ustawką”.
– Ona w ogóle nie zablokuje handlu roszczeniami. Owszem, umożliwi kontrolowanie kuratorów, ale to było możliwe już wcześniej – tyle że sądy były tak skorumpowane lub gnuśne, że ustalały 120-letnich kuratorów dla prawowitych właścicieli nieruchomości. Ta ustawa daje też – fakultatywnie! – możliwość odmowy wydawania decyzji w przypadku różnych celów społecznych. Ale fakultatywność daje znów możliwość korupcji. Poza tym, jak mnie informowano, jej bolączką jest wygaszenie roszczeń, które były zgłoszone zgodnie z prawem. Prawnicy mówią, że będzie skarżona do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Jest dla mnie dziwne, jak już mówiłem, że nie zmieniono ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami i nie zmieniono zapisów w KPA, a zmieniono przepisy wtórne wobec nich. W najlepszym razie było to działanie PR, które miało ucywilizować reprywatyzację, żeby tak nie kłuła w oczy klasy średniej. W gorszym przypadku jest to kolejny mechanizm do zarabiania pieniędzy na reprywatyzacji. Martwi mnie również to, że tę ustawę pisali Marcin Bajko i senator Aleksander Pociej, osoby zaangażowane w reprywatyzację.
– Próbowałeś sprawami warszawskiej reprywatyzacji zainteresować np. lokalny Kościół…
– [śmiech]
– Poczekaj, pozwól, że dokończę pytanie. Próbowałeś pokazać nieetyczny wymiar sprawy, którą chyba warto byłoby także, ze względu na skalę zjawiska, „objąć duszpasterską troską”? A może znasz takie próby zainteresowania ze strony dostojników Kościoła tą krzyczącą niesprawiedliwością? Czy może pytam naiwnie?
– Nawet do głowy mi to nie przyszło. A może trzeba by wprost ich o to zapytać. Kościół jest bardzo zaangażowany w reprywatyzację, kilka afer jest związanych z tą instytucją. Choćby słynne grunty na Białołęce, które były wycenione przez Komisję Majątkową na 30 milionów złotych, a okazało się, że były warte ćwierć miliarda złotych.
W Warszawie Kardynał Kazimierz Nycz jest bardzo zaangażowany w działalność deweloperską, chce budować Nycz Tower na miejscu dawnej parafii i cmentarza z XIX wieku.
– Wyjaśnijmy czytelniczkom i czytelnikom, co to Nycz Tower.
– Kościół chce wybudować monstrualnej wielkości wieżowiec tuż przy kościele świętej Barbary, to zabytkowe miejsce w Śródmieściu, zachowane przed pożogą wojenną. Kardynał Nycz forsuje plan zagospodarowania przestrzennego, który umożliwia wyburzenie XIX-wiecznej parafii i postawienie na miejscu starego cmentarza i fragmentu XIX-wiecznej Drogi Krzyżowej czegoś, co ma się nazywać Roma Tower. My na to mówimy Nycz Tower, bo to inicjatywa hierarchy, który jest ewidentnie łasy na kasę. Co więcej, po drugiej stronie tej działki był kompleks szkół. Te szkoły już zamknięto i idą do zaorania. I tam też mają stanąć wieżowce. A jest to naprawdę piękny fragment kameralnej zabudowy z przełomu XIX i XX wieku. Podsumowując: władze warszawskiego Kościoła też są ślepe, ponieważ same były zainteresowane robieniem pieniędzy na reprywatyzacji.
– A może właśnie trzeba do nich uderzyć? Zapytać, czy widzą zło, które się dzieje? Zapytać, czy są zdolni do reakcji?
– Nie pomyślałem o tym. Może to dobry pomysł. Nie wpadłem na to też z moją gminą żydowską. Ale wiesz, zarówno Kościół, jak i gmina żydowska były gigantycznymi beneficjentami reprywatyzacji.
– Jesteś jednym z liderów warszawskiego antyreprywatyzacyjnego ruchu oporu. Często słyszysz pogróżki?
– Miałem jeden dziwny telefon, ale to od osoby mi życzliwej, która przekazała pewne informacje krążące po mieście. Sądzę, że to będą raczej próby dezawuowania nas niż jakieś fizyczne zagrożenie.
Walimy w ten mur od trzech lat. Wydaje mi się, że udało się go poważnie nadkruszyć. Jak nie dziś, to za parę lat uda się jeszcze więcej, uda się posprzątać to wszystko. Dlatego wciąż startujemy w wyborach – rozumiemy, że dopóki nas nie ma w tej grze, dopóki nie możemy bezpośrednio naciskać na władzę w ciałach reprezentujących mieszkańców, dopóty nic się nie zmieni.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa – Kraków, 13 listopada 2016 roku