przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Podatki nie cieszą się w Polsce zbytnim poważaniem. W każdej kampanii wyborczej do Sejmu pojawia się jakaś partia zapewniająca, że je obniży. Z kolei propozycja ich podwyżki, nawet jeśli dotyczy tylko najbogatszej części społeczeństwa, jest traktowana jako zło konieczne i symptom nieciekawej sytuacji ekonomicznej państwa. Od razu spotyka się też z gwałtownym sprzeciwem. Atakujecie najbardziej zaradnych członków społeczeństwa! Szykujecie powrót do czasów komunizmu! Państwo rabuje obywateli! Tego typu oskarżenia słychać za każdym razem, gdy w sferze publicznej pada propozycja podwyżki opodatkowania.
W wyścigu na obniżanie progów podatkowych (czy raczej na obietnice, że taki ruch zostanie wykonany) przodują partie stylizujące się na nowoczesne i „zachodnie”. Kiedyś niską stawkę podatku liniowego proponowała PO (słynne 3×15), dziś w jej ślady idzie Nowoczesna (3×16). Jest to o tyle ciekawe, że podatek liniowy obowiązuje raczej na wschód od Polski (np. w Rosji, Estonii i na Białorusi), na Zachodzie standardem są zaś podatki progresywne – i to zazwyczaj wyższe niż obowiązujące dziś w naszym kraju. Za progresywnymi oraz wysokimi stawkami podatkowymi przemawia jednak coś więcej niż prosty argument „tak jest na Zachodzie”, choć warto go przypomnieć, gdy rzekomo prozachodnie partie proponują „wschodnie” rozwiązania. Wielu ekonomistów i badaczy społecznych wyjaśnia, że istnieją liczne przesłanki o charakterze etycznym, ekonomicznym i socjologicznym, pokazujące, dlaczego zamożne osoby powinny płacić zdecydowanie wyższe podatki.
Kto rano wstaje…
Bogaci ludzie lubią mówić, że wszystko, co osiągnęli, zawdzięczają sobie – pracowitości, talentowi czy odwadze. Jan Kulczyk, krytykując pomysł nałożenia na najzamożniejszą część społeczeństwa wysokich podatków, utyskiwał, że byłby to atak na tych, którzy wcześniej wstają, więcej się uczą, więcej ryzykują. Gerard Depardieu po wprowadzeniu we Francji 75-procentowej stawki podatkowej dla bogaczy oskarżył tamtejszy rząd o nakładanie kary za sukces, talent i kreatywność. Za tymi narzekaniami kryje się w gruncie rzeczy filozoficzne przekonanie, że wszystkie najważniejsze składniki decydujące o naszym powodzeniu lub porażce znajdują się w nas, w poszczególnych jednostkach. Dlatego ktoś, kto odniósł sukces, nie ma żadnego obowiązku dzielić się nim z innymi za pośrednictwem podatków. A przynajmniej nie w znaczącym stopniu. Z kolei ludzie, którym się nie powiodło, nie mają podstaw, aby oczekiwać wsparcia ze strony państwa. Muszą bowiem ponieść konsekwencje swoich błędnych decyzji.
Ten skrajnie indywidualistyczny światopogląd nie ogranicza się tylko do najbogatszych przedstawicieli społeczeństwa. Przedostał się do niemal każdego zakamarka naszego języka. Jednym z wielu świadectw jego sukcesu jest zawrotna popularność słowa „przedsiębiorczość”. Nie ma wolności bez przedsiębiorczości, nie ma wolności bez ludzi przedsiębiorczych, nie ma wolności bez zaradności i bez pracowitości – mówił na Gali Pracodawców RP ówczesny prezydent Bronisław Komorowski. Przedsiębiorczość jest traktowana jako jedna z największych cnót współczesnego obywatela i niemal zawsze rozumie się ją jako coś, co człowiek nosi w sobie. Przedsiębiorczość mamy we krwi – głosi mem Nowoczesnej. Do wspierania przedsiębiorczości oraz do nauki zarządzania swoim życiem nawołuje też ksiądz Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki oraz z krytyki „katomarksizmu”.
Entuzjaści przedsiębiorczości mogą nie być pewni, czy się ją po prostu ma (we krwi), czy też trzeba się wyuczyć (np. kupując poradniki księdza Stryczka), wiedzą za to, że znajduje się ona w poszczególnych jednostkach. I ci, którzy mają jej najwięcej, powinni być stawiani za wzór jako współczesne odpowiedniki przodowników pracy. Największym wrogiem ludzi przedsiębiorczych jest w takiej wizji zawsze państwo. Prezydent Komorowski we wspomnianym przemówieniu dowodził, że po 1989 roku Polacy musieli nauczyć się, że nie można liczyć na państwo, a każdy obywatel powinien zostać kowalem swojego losu. Ludzie przedsiębiorczy, czytaj: ludzie, którzy odnieśli sukces, tak właśnie zdaniem byłego prezydenta zrobili. Ci, którym się nie powiodło, muszą zaś porzucić roszczeniową postawę, wziąć przykład z wielkich tego świata i zacząć pracować na własny sukces. Komorowski przekonywał, że ludzie mają obowiązek myślenia o własnym bezpieczeństwie, o własnym wysiłku, o własnej pracy, o własnej odwadze brania własnego losu we własne ręce. To obsesyjne powtarzanie słowa „własny” nie jest przypadkowe. Jest ono naturalną konsekwencją poglądu, że państwo to zbiór zatomizowanych jednostek, a każda z nich ma obowiązek dbać przede wszystkim o siebie.
Wiele osób zajmujących się na co dzień ekonomią i naukami społecznymi ma jednak poważne wątpliwości, czy taka indywidualistyczna wizja człowieka jest słuszna. Ha-Joon Chang, znany koreański ekonomista, twierdzi na przykład, że przedsiębiorczość nie jest cechą poszczególnych ludzi, lecz społeczeństw. Nawet tak wyjątkowe jednostki, jak Edison i Gates zdobyły swoją pozycję tylko dlatego, że wspierał ich cały szereg instytucji zbiorowych – pisze w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Do tych instytucji zalicza m.in.: infrastrukturę naukową, przepisy prawa handlowego, system edukacji (dzięki któremu ludzie tacy jak Gates i Edison mogą korzystać z wiedzy i umiejętności swoich pracowników) oraz prawa patentowe. Przedsiębiorczość staje się w krajach bogatych, nawet na poziomie firm, przedsięwzięciem wysoce zbiorowym – podsumowuje swoje wywody na ten temat Chang. Innymi słowy, nie ma przedsiębiorczości bez zbiorowości, nie ma ludzi przedsiębiorczych bez państwa tworzącego instytucje pozwalające jej kwitnąć i bez społeczeństwa nauczonego ze sobą współpracować, a nie tylko rywalizować.
Wystarczy chwila zastanowienia, aby uznać, że koreański ekonomista mówi o rzeczach oczywistych. Być może są one aż nazbyt oczywiste, dlatego tak łatwo umykają, gdy rozmawiamy o zasługach ludzi bogatych. A nie powinny. Choćby dlatego, że nie każdy ma równy dostęp do wymienionych udogodnień. Dorobienie się miliardów dolarów na firmie komputerowej dla kogoś, kto urodził się i żyje na Łotwie, a nie w Stanach Zjednoczonych, jest o wiele trudniejsze, niezależnie od umiejętności i wysiłków tej osoby. Zbyt szybko zapominamy, że drogi, którymi ludzie przedsiębiorczy wożą swoje produkty, nie spadły z nieba, lecz zostały ufundowane z podatków; że pracownicy, bez których ludzie przedsiębiorczy nie mogliby się obejść, w większości zdobyli wykształcenie w publicznych placówkach; że łatwiej sprzedawać produkowane dobra w społeczeństwie, które może sobie pozwolić na ich zakup, niż w społeczeństwie ludzi żyjących z miesiąca na miesiąc, od jednej umowy śmieciowej do następnej. Nie trzeba zresztą dokonywać porównań między państwami na różnym poziomie rozwoju, aby dostrzec, jak duża część przedsiębiorczości i zamożności bierze się nie z wybitnych jednostek, lecz z okoliczności, w których się poruszamy. Zazwyczaj wystarczy rozejrzeć się wokół.
Wybierz sobie rodziców
Nierówności w dostępie do zasobów społecznych istnieją nie tylko między poszczególnymi krajami czy regionami świata, lecz także wewnątrz rozwiniętych społeczeństw zachodnich. Joseph Stiglitz, zdobywca ekonomicznego odpowiednika Nobla, lubi powtarzać z ironią, że dzieci w USA mają przed sobą tylko jeden istotny wybór: jakich rodziców chcą mieć. Autor „Globalizacji” zauważa, że jakość wykształcenia młodych obywateli zależy w dużej mierze od zasobności portfelów ich matek i ojców. W jednej ze swoich książek przytacza statystyki, według których tylko 9% studentów elitarnych amerykańskich uczelni pochodzi z najuboższej połowy populacji – natomiast aż 74% stanowią przedstawiciele najbogatszej ćwierci społeczeństwa. Wskazuje także na dane świadczące o tym, że młodzi ludzie z biedniejszych rodzin mają statystycznie mniejsze szanse na ukończenie studiów wyższych, nawet gdy na wstępnych etapach nauki osiągają lepsze wyniki niż ich bogaci rówieśnicy.
Ale czy wykształcenie jest takie ważne? – spyta ktoś. Czy mało mamy przykładów bezrobotnych po studiach? Mimo że takie przykłady rzeczywiście istnieją i są bardzo efektowne, to znowu, statystycznie rzecz biorąc, a więc skupiając się na całości społeczeństwa, a nie na wybranych osobach – nie oddają relacji między wykształceniem a sytuacją zawodową. Richard Wilkinson i Kate Pickett, autorzy głośnego „Ducha równości” (w Polsce niestety słabo znanego), podają następujące dane dla USA: osoby chodzące do szkoły średniej, lecz kończące ją bez dyplomu, zarabiały tygodniowo przeciętnie 419 dolarów, z dyplomem – 595, po uzyskaniu licencjatu w college’u – 1039, z co najmniej tytułem magistra – ponad 1200.
Puenta jest prosta. Im jesteś bogatszy (albo raczej: im bogatsi są twoi rodzice), tym większe masz szanse na uzyskanie lepszego wykształcenia. Im lepsze masz wykształcenie, tym większe prawdopodobieństwo, że będziesz dobrze zarabiał. Warto dodać, że analizy statystyczne przeprowadzone w Polsce przez Instytut Badań Edukacyjnych także wskazują na istnienie zależności między pochodzeniem rodzinnym danej osoby a tym, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała jej ścieżka edukacyjna. W Polsce osiągane wykształcenie zależy w znacznym stopniu od wykształcenia rodziców – piszą autorzy raportu. – Gdy przynajmniej jedno z rodziców skończyło wyższą uczelnię, to szanse uzyskania wykształcenia wyższego wynoszą 73%. Szanse te maleją, gdy rodzice nie mają wykształcenia wyższego. Dane zebrane przez IBE pokazują też, że osoby lepiej wykształcone mają mniejszy problem ze znalezieniem pracy. Wniosek jest podobny jak w przypadku badań z USA: na osiągnięcia dzieci i młodzieży w szkole, a następnie w pracy, duży wpływ ma to, z jakich rodzin pochodzą. Wygląda na to, że Stiglitz ma rację. Wybór rodziców jest istotny – oczywiście mamy tu do czynienia z czymś na wzór błędnego koła, ponieważ ci rodzice sami mieli utrudnione albo ułatwione możliwości odniesienia sukcesu.
Chang, Stiglitz, Wilkinson i Pickett dowodzą jednego: nikt nie ma prawa powiedzieć o sobie, że osiągnął sukces oraz bogactwo wyłącznie własną pracą. Tak, duża część ludzi, którym się udało, musiała na to zapracować. Ale to tylko połowa historii. Druga jest taka, że powiodło im się, gdyż na ich rzecz działały określone warunki społeczne. I – w wielu przypadkach – szczęście. Wpływem tego ostatniego na sukces zajął się ostatnio Robert H. Frank, profesor ekonomii z Cornell University, w książce „Success and Luck: Good Fortune and the Myth of Meritocracy”. Zauważa on, że żyjemy obecnie w czasach, gdy mała różnica w jakości wykonanej pracy może przełożyć się na ogromne różnice w wynagrodzeniu. Stało się tak głównie dlatego, że osoby uznawane za największych fachowców w danej dziedzinie mogą obsługiwać szersze rynki niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Ich wpływy oraz pensje uległy zatem zwiększeniu ze szkodą dla ludzi ocenianych jako odrobinę gorsi.
Co decyduje o byciu postrzeganym jako „ten najlepszy” lub „ten gorszy”? Wiele rzeczy oczywiście, ale jedną z nich są zwykłe zbiegi okoliczności. Zdaniem Franka w sytuacji, gdy społeczeństwo jest dobrze wykształcone, różnice między osobami rywalizującymi o najwyższe nagrody są tak małe, że szczęście staje się nieodłącznym elementem ich sukcesów. Ktoś spotkał odpowiednią osobę, która pomogła mu popchnąć karierę do przodu (Frank pisze, że tak właśnie zdarzyło się w jego przypadku). Ktoś inny miał wyjątkowo dobry dzień w czasie rozmowy o pracę i wyprzedził kontrkandydatkę mającą minimalnie gorszy dzień. Jeszcze inny trafił na dobry humor swojego szefa. Te „małe” zdarzenia przekładają się następnie na ogromne różnice w wynagrodzeniach między tymi, którzy mieli szczęście, a tymi, którym go zabrakło.
Frank opisuje symulację rywalizacji rynkowej ze 100 tysiącami uczestników, w której zwycięstwo w 98% zależy od talentu i włożonego wysiłku, a w 2% od szczęścia. W każdej z tych kategorii przyznawano jednostkom biorącym udział w zmaganiach losowy wynik na skali od 0 do 100. Następnie zaś sprawdzano, kto zwycięży. Okazało się, że wśród wygranych średni wynik szczęścia wynosił aż 90,23. Dodatkowo 78,1% zwycięzców nie posiadało najwyższego wyniku w kategorii talent i wysiłki. Innymi słowy, szczęście odgrywało ważną rolę w determinowaniu ostatecznych rezultatów – pomimo tego, że odpowiadało za nie tylko w 2%. Dlaczego? Dwa czynniki wpływają na taki stan rzeczy – tłumaczy Frank. Po pierwsze, ze względu na to, że szczęście z samej istoty jest czymś przypadkowym, najbardziej uzdolnione osoby mają taką samą szansę na posiadanie go jak pozostali. Po drugie, przy dużej liczbie uczestników rywalizacji wielu z nich będzie znajdowało się blisko najwyższego poziomu umiejętności, a dodatkowo kilku uzyska wysoki wynik w kategorii „szczęście”. W takiej sytuacji prawie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest niemal tak samo uzdolniony jak najlepsza z rywalizujących osób, ale ma znacznie więcej szczęścia. Tak więc nawet kiedy szczęście odpowiada tylko w minimalnym stopniu za sukces, zwycięzca rywalizacji, w której bierze udział duża liczba uczestników, rzadko będzie najzdolniejszy, za to często znajdzie się w grupie największych szczęściarzy.
Okazuje się zatem, że nawet jeśli pominiemy takie kwestie jak nierówny dostęp do edukacji czy innych zasobów społecznych, to najwięksi wygrani rynkowych zmagań i tak powinni z ostrożnością wysuwać twierdzenia, że wszystko zawdzięczają sobie i swojej ciężkiej pracy. Gdy zaś uwzględnimy wszystkie wspomniane czynniki zewnętrze wpływające na nasz sukces, staje się jasne, że ci, którym powiodło się najbardziej, powinni czuć się w moralnym obowiązku, aby dzielić się swoim majątkiem z resztą społeczeństwa. A już na pewno taki obowiązek powinien być prawną częścią struktury nowoczesnego państwa.
Podatki dobre dla gospodarki i dla społeczeństwa
Względy etyczne i zwykłe poczucie sprawiedliwości to niejedyne argumenty na rzecz wyższych stawek podatkowych dla najbogatszych. Istnieją także powody społeczno-ekonomiczne. Mówiąc najprościej, większe podatki mogą oznaczać zarówno wydajniejszą gospodarkę, jak i szczęśliwsze, lepiej funkcjonujące społeczeństwo.
Wspomniany Frank napisał wraz z Philipem Cookiem w połowie lat 90. książkę pt. „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko”. Jej teza była prosta: obserwujemy znaczące rozpowszechnienie się rynków dla zwycięzców, to znaczy rynków, na których rywalizuje bardzo wiele osób, choć tylko niewielka ich część może się uważać za prawdziwych wygranych. Ta garstka zarabia zazwyczaj bajońskie sumy. Obrazowym przykładem tego zjawiska jest zawód aktorski w USA. Mała grupa największych gwiazd zarabia krocie, ale cała masa osób próbujących szczęścia w tej profesji nie jest w stanie się nawet z niej utrzymać. Dlatego próbują dorabiać na utrzymanie w branżach takich jak gastronomia i taksówkarstwo.
Zdaniem Franka i Cooka mechanizm „zwycięzca bierze wszystko” przeniósł się na inne, „zwyczajniejsze” prace: od handlu, przez stomatologię, po prawo. I stanowi nie lada problem dla gospodarki. Z dwóch powodów. Po pierwsze, ogromne zarobki, jakimi cieszą się wygrani, przyciągają na rynki dla zwycięzców rzesze uzdolnionych i dobrze wykształconych ludzi. A to źle, ponieważ potencjał większość z nich się zmarnuje. Niezależnie od tego, jak wielu wybitnych specjalistów będzie brało udział w zmaganiach, wygra tylko kilku, czasem dzięki zwykłemu łutowi szczęścia. Po drugie, rywalizacja na tych rynkach prowadzi do marnotrawnego „wyścigu zbrojeń”. Ludzie robią wszystko, aby zwyciężyć, bo stawka jest wysoka, ale z perspektywy gospodarki i społeczeństwa jako całości ich inwestycje bywają średnio korzystne. Kłopot polega na tym, że podczas gdy ze społecznego punktu widzenia chcemy, aby inwestycje były prowadzone na podstawie ich wpływu na wartość ostatecznego produktu, z perspektywy pojedynczego uczestnika liczy się przede wszystkim to, jak zwiększają jego szanse na zwycięstwo – piszą autorzy książki.
Gdzie leży rozwiązanie tych problemów? Raczej nie w mechanizmach wolnorynkowych. Nie możemy oczekiwać, że niewidzialna ręka zaradzi ekonomicznym i społecznym dolegliwościom wywoływanym przez rynki dla zwycięzców – piszą Frank i Cook. – Przeciwnie, jako że siły prowadzące do powstania tych rynków są coraz większe, najprawdopodobniejszym scenariuszem jest to, że nasze problemy staną się jeszcze gorsze, jeśli je zaniedbamy. Zresztą, jak wynika z innych fragmentów „Społeczeństwa, w którym zwycięzca bierze wszystko”, to właśnie wolny rynek, w połączeniu z rozwojem technicznym i postępującą globalizacją, wytworzył rynki dla zwycięzców z ich wszystkimi negatywnymi konsekwencjami.
Gdzie należy zatem szukać ratunku? Autorzy omawianej książki wskazują dwa rozwiązania. Pomocne są odgórne regulacje rządowe w niektórych sferach życia gospodarczego. Na przykład wprowadzenie ustawowych dni wolnych od pracy sprawia, że nie zarzynamy się od rana do wieczora siedem dni w tygodniu w celu prześcignięcia innych uczestników rywalizacji. A nadmierna liczba godzin spędzanych w pracy jest problemem zarówno w USA, jak i w Polsce. Dane z 2015 roku wskazują, że spośród krajów Unii Europejskiej należących do OECD wyprzedzają nas pod tym względem tylko… Grecy. Jednak podstawowym sposobem na rozwiązanie problemów generowanych przez rynki dla zwycięzców są zdaniem Franka i Cooka wysokie, progresywne podatki. Jak twierdzą, najlepiej byłoby w ten sposób opodatkować konsumpcję, ale przyznają, że także wprowadzenie dużej progresji w podatkach dochodowych byłoby korzystne. Tak czy inaczej pozytywny efekt tych zmian miałby polegać na tym, że po prostu zmniejszyłyby one atrakcyjność najwyższych wynagrodzeń, a tym samym zredukowały zarówno problem przepełnienia rynków dla zwycięzców, jak i wyścigu zbrojeń. W konsekwencji gospodarka funkcjonowałaby lepiej. To jest właśnie główne przesłanie książki Franka i Cooka. Podwyższając podatki, nie tylko podejmujemy decyzję słuszną z etycznego punktu widzenia, ale także poprawiamy ekonomiczny stan naszych społeczeństw. Autorzy twierdzą, że znany argument „albo mamy wydajną gospodarkę, albo dbamy o zmniejszanie nierówności – nie da się mieć jednego i drugiego”, jest wydumany w świetle obowiązującej wiedzy na temat funkcjonowania mechanizmów wolnorynkowych w krajach rozwiniętych.
Podobnie myśli Stiglitz. W swoich ostatnich publikacjach często podkreśla, że problemy amerykańskiej, a w konsekwencji światowej gospodarki polegają na tym, że zbyt duża ilość pieniędzy idzie do kieszeni najbogatszych. Klasa średnia i niższa mają to do siebie, że większość dochodów wydają na podstawowe, namacalne dobra, jak jedzenie, mieszkania, meble i tym podobne, napędzając tym samym popyt. Z kolei bogacze dużą część pieniędzy trzymają na kontach. Dlatego gdy w wyniku obniżenia podatków większa część korzyści z wzrostu PKB jest kierowana w ich stronę, zostają zakłócone prawa popytu i podaży, do których tak lubią odwoływać się wolnorynkowi ekonomiści. Transferowanie pieniędzy od najuboższych do najbogatszych osłabia konsumpcję – pisze Stiglitz – ponieważ jednostki o wyższych dochodach przeznaczają na nią mniejszą część swoich dochodów niż jednostki o niższym dochodzie (bogaci oszczędzają od 15 do 25 procent swojego dochodu, podczas gdy ubodzy wydają cały).
Oczywiście powstaje pytanie, czy pomysł napędzania gospodarki poprzez zwiększanie konsumpcji jest dobrym rozwiązaniem w dobie globalnego ocieplenia oraz różnorakich problemów ekologicznych. Z pewnością potrzebna jest nam także refleksja nad tym, jak ta konsumpcja ma wyglądać. Zresztą Stiglitz ma tego pełną świadomość. Rzecz po prostu w tym, że amerykański ekonomista pokazuje, iż niskie podatki dla najbogatszych nie muszą automatycznie przekładać się na poprawę sytuacji ekonomicznej danego kraju, a wręcz przeciwnie. Tym samym podważa słynną teorię skapywania, która sprowadza się do zasady „stwórzcie bogatym cieplarniane warunki, a oni dzięki temu, że będą mieli szansę wzbogacić się jeszcze bardziej, rozruszają całą gospodarkę i pomogą reszcie społeczeństwa”. Jak mówi Stiglitz, z tej teorii sprawdziła się tylko jedna rzecz: bogaci rzeczywiście stali się jeszcze bogatsi w wyniku neoliberalnych reform, które polegały m.in. na obniżaniu podatków dla najzamożniejszych obywateli. Cała reszta opowieści o powszechnym bogaceniu się nie znajduje zaś potwierdzania w dostępnych danych.
O ogólnych korzyściach płynących dla społeczeństwa z polityki na rzecz równości piszą także Wilkinson i Pickett. Po przeanalizowaniu setek danych z publikacji ONZ zauważyli, że choć do pewnego poziomu dobrostan społeczeństwa (zdrowie, poczucie szczęścia, zaufanie) zależy od rozwoju gospodarczego, to w przypadku krajów zamożnych liczy się już nie to, który z nich ma większe PKB, lecz panujący w danym państwie stopień nierówności. Im mniejszy, tym lepiej. Dla wszystkich, nie tylko dla najuboższych. Z badań niewątpliwie wynika – zauważają Pickett i Wilkinson w „Duchu równości” – że każda dodatkowa doza równości przynosi istotne korzyści nawet ludziom z najwyższych kategorii zawodowych oraz najzamożniejszej czy najlepiej wykształconej jednej trzeciej populacji. Dzieje się tak m.in. dlatego, że życie w społeczeństwie o niewielkich nierównościach wiąże się z mniejszym stresem – nawet jeśli komuś powinie się noga, nie musi się obawiać trwałego bezrobocia czy biedy. Istnieją także mniejsze napięcia klasowe, a więcej ludzi ma możliwość świadomego i aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym. Wszystko to składa się na co prawda wciąż niedoskonałe, ale z pewnością lepsze społeczeństwo w porównaniu z tymi, w których istnieje ogromna przepaść majątkowa między ludźmi. Dlatego państwa z rozbudowaną pomocą socjalną i wysokimi, progresywnymi podatkami, jak np. Dania i Szwecja, przewodzą na liście krajów, w których żyje się najlepiej.
Argument Wilkinsona i Pickett, że nie sam wzrost PKB jest ważny, ale to, jak w danym społeczeństwie są dzielone płynące z niego zyski, powinien dawać do myślenia szczególnie dziś. Wspominanie wcześniej problemy z globalnym ociepleniem sprawiają, że szukanie „dobrobytu bez wzrostu” – by odwołać się do tytułu książki Tima Jacksona recenzowanej w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela” – wydaje się pilnym zadaniem. Szczególnie jeśli ten wzrost sprzyja głównie bogatym (patrz: Stiglitz), a sposób, w jaki jest obecnie osiągany, wiąże się z marnotrawstwem środków oraz energii (patrz: Frank i Cook).
Poza neoliberalne mantry
Dyskusja o podatkach zbyt często sprowadza się do powtarzania wyuczonych formułek. Obniżmy podatki i uwolnijmy energię ludzi. Nie karzmy za sukces. Dajmy bogatym spokój. Ewentualnie: jeśli będziemy ich denerwować, to uciekną z kraju. Tak naprawdę jednak nie ma ani etycznych, ani społecznych, ani nawet ekonomicznych dowodów na to, że dobre podatki to niskie podatki. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcemy porządnego państwa, porządnego społeczeństwa, porządnej polityki, to nie możemy pozwolić sobie na to, aby grupa i tak mających się już całkiem nieźle osób znajdowała się pod specjalną ochroną neoliberalnych przesądów oraz ogólnego poczucia ich wyjątkowości, a także bezkarności.
Spoglądanie na liczbę zmiennych, które trzeba wziąć pod uwagę przy projektowaniu sensownego systemu podatkowego, może onieśmielać. Nie powinniśmy jednak zapominać, że choć opracowanie szczegółów stanowi zadanie dla specjalistów, to sam wybór ogólnego kształtu tego systemu jest sprawą polityczną. Nie tylko w takim sensie, że odpowiadają za niego partie polityczne. Chodzi o bardziej podstawowe rozumienie polityki – rozumienie, o które upominał się m.in. Tony Judt, brytyjski historyk, w swojej głośnej książce „Źle ma się kraj” i o którym często zapominamy. Polityka w państwie demokratycznym to przestrzeń pozwalająca obywatelkom i obywatelom zdecydować, w jakiego rodzaju społeczeństwie chcą żyć – jakie idee mają stać u jego podstaw. Na końcu łańcuszka bardziej lub mniej skomplikowanych danych, liczb i wykresów dotyczących podatków nie stoją niewzruszone prawa natury, lecz ludzkie decyzje o tym, czy lepsze jest społeczeństwo, w którym garstka zwycięzców bierze niemal wszystko, czy może takie, które nikogo nie zostawia na lodzie i nie skazuje na porażkę już na starcie. Obecnie duża część z nas przegrywa. Nie chodzi tylko o klasę niższą. Nawet przedstawiciele klasy średniej, którym jako tako się powodzi, osiągają względny dobrobyt za wysoką cenę nieustannego przepracowania, stresu i poczucia braku stabilności. Czy to jest społeczeństwo naszych marzeń?
Nie istnieje uniwersalna i optymalna stawka podatkowa dla najbogatszych. Także rodzaj podatków – dochodowe, konsumpcyjne, majątkowe, od luksusu – jest kwestią do namysłu i do negocjacji. Trudno o rozwiązania sprawdzające się zawsze i wszędzie. W tej kwestii warto wsłuchiwać się w głosy ekonomistów, szczególnie tych, dla których punktem dojścia nie jest zwiększenie tego czy innego wskaźnika gospodarczego, lecz poprawa sytuacji ludzi (co nam po wzroście PKB, jeśli dla większości osób jego najbardziej namacalnym efektem jest niszczenie środowiska?). Pierwszy krok musi być jednak krokiem politycznym. Aby go wykonać, trzeba przebić się przez jeden z największych mitów neoliberalnego społeczeństwa – że próba wysokiego opodatkowania najzamożniejszych osób nie ma sensu. Ma. Dla dobra nas wszystkich.
Tomasz Markiewka
Bibliografia:
- Chang H.-J., 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, tłum. B. Szelewa, Warszawa 2013.
- Frank R., Cook P., The Winner-Take-All Society: Why the Few at the Top Get So Much More Than the Rest of us, New York 1995.
- Frank R., Success and Luck. Good Fortune and the Myth of Meritocracy, Princeton 2016.
- Jackson T., Dobrobyt bez wzrostu, tłum. M. Polakowski, Toruń 2015.
- Judt T., Źle ma się kraj. Rozmowa o naszych współczesnych bolączkach, tłum. P. Lipszyc, Wołowiec 2011.
- Raport o stanie Edukacji 2010, red. M. Federowicz, M. Sitek, Warszawa 2011.
- Stiglitz J., Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały zagrażają naszej przyszłości?, tłum. R. Mitoraj, Warszawa 2015.
- Stiglitz J., The Great Divide. Unequal Societies and What We Can Do About Them, New York 2015.
- Wilkinson R., Pickett K., Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, tłum. P. Listwan, Warszawa 2011.
przez Nancy Fraser | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA to jeden z elementów serii dramatycznych wydarzeń politycznych, które potraktowane zbiorczo świadczą o załamaniu się neoliberalnej hegemonii.
W grupie tych aktów nieposłuszeństwa znajdują się: Wielka Brytania głosująca za Brexitem, odrzucenie reformy Renziego przez Włochów1, kampania Berniego Sandersa, który walczył o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich, czy wzrost poparcia dla Frontu Narodowego we Francji. Chociaż różnią się one pod względem ideologii i optyki, te wyborcze akty buntu mają wspólny cel: wszystkie oznaczają odrzucenie korporacyjnej globalizacji, neoliberalizmu i establishmentu politycznego, który je promował. W każdej z tych sytuacji wyborcy mówią „nie!” śmiercionośnej kombinacji kryzysu gospodarczego, wolnego handlu, grabieżczych kredytów i niestabilnej, kiepsko płatnej pracy – a to właśnie takie połączenie charakteryzuje dzisiejszy kapitalizm oparty na finansjeryzacji. Ich głosy są odpowiedzią na strukturalny kryzys takiej formy kapitalizmu, co po raz pierwszy ukazało się w pełnej krasie w 2008 roku, gdy światowy porządek finansowy był bliski załamania.
Do niedawna główną odpowiedzią na kryzys były protesty społeczne – niewątpliwie żywe i dramatyczne, ale w dużej mierze krótkotrwałe i efemeryczne. Z drugiej strony, systemy polityczne wydawały się na to dość odporne, ponieważ nadal były kontrolowane przez działaczy partyjnych i elity, przynajmniej w dzierżących władzę państwach kapitalistycznych, takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Niemcy. Obecnie jednak wyborcze fale uderzeniowe rozchodzą się po całym świecie i są odczuwalne także w cytadelach globalnej finansjery. Ci, którzy głosowali na Trumpa, tak samo jak głosujący za Brexitem oraz przeciwko włoskim reformom, powstali przeciwko swoim politycznym elitom. Zagrali na nosie establishmentowi partyjnemu, odtrącili system, który podkopywał ich warunki życia przez ostatnie trzydzieści lat. To, że tak postąpili, nie jest niespodzianką – zaskakuje raczej fakt, że zajęło im to tak wiele czasu.
Tak czy inaczej, zwycięstwo Trumpa nie jest jedynie rewoltą przeciwko globalnemu kapitalizmowi. Jego wyborcy odrzucili nie po prostu neoliberalizm, lecz neoliberalizm postępowy, progresywny. Dla niektórych może to brzmieć jak oksymoron, ale to prawdziwy, choć perwersyjny, sojusz, którego uchwycenie jest kluczem do zrozumienia wyniku wyborów w USA, a być może także zmian zachodzących w innych częściach świata.
W swojej amerykańskiej formie postępowy neoliberalizm jest połączeniem głównych prądów obowiązujących w nowych ruchach społecznych (feminizmu, antyrasizmu, wielokulturowości, praw osób LGBTQ) z „odwiecznymi”, opartymi na usługach sektorami biznesu z najwyższej półki (Wall Street, Silicon Valley, Hollywood). W tym związku siły postępu zostały skutecznie połączone z siłami kognitywnego kapitalizmu2, szczególnie na polu finansjeryzacji. Chociaż wydarzyło się to bezwiednie, pierwsza z tych formuł użyczyła drugiej swojej charyzmy. Wizje upozowane na idealne i nowoczesne „lubią” różnorodność i popierają wzmocnienie pozycji pewnych grup. W zasadzie mogłoby to służyć różnym celom, jednak obecnie ozdabiają one ohydną twarz polityki, która zniszczyła przemysł i konstrukt dawniej określany mianem „życia klasy średniej”.
Postępowy neoliberalizm rozwijał się w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci, a usankcjonował go wybór Billa Clintona na prezydenta w 1992 roku. Clinton był głównym twórcą i inżynierem ideologii „Nowych Demokratów”, a Tony Blair stanowił jego odpowiednik w „nowej” Partii Pracy. W miejsce społeczeństwa powstałego na fali Nowego Ładu, w którym miejska klasa średnia i społeczność afroamerykańska przenikały się ze zbiorowością uzwiązkowionych robotników przemysłowych, wykuł on nowy sojusz – przedsiębiorców, mieszkańców bogatych przedmieść, nowych ruchów społecznych i osób młodych. Wszystkie z tych grup głosiły postępowe, nowoczesne poglądy i uwzględniały w nich różnorodność, wielokulturowość i prawa kobiet.
Chociaż prezentowano i popierano tak postępowe idee, to jednocześnie administracja Clintona zalecała się do Wall Street. Po przekazaniu gospodarki w ręce Goldman Sachs zderegulowała system bankowości i wynegocjowała szereg umów o wolnym handlu, które przyspieszyły deindustrializację. Po drodze porzucono stary przemysłowy region zwany Pasem Rdzy (Rust Belt), gdyż nie wytrzymał tempa – kiedyś stanowił twierdzę Nowego Ładu, dziś dostarcza wyborców Donaldowi Trumpowi. Okolica ta, wraz z nowszymi centrami przemysłu na Południu, otrzymała mocny cios, podczas gdy w ciągu ostatnich dwudziestu lat galopująca finansjeryzacja odsłaniała swoje oblicze. Polityka Clintona, kontynuowana przez jego następców, łącznie z Barackiem Obamą, pogorszyła warunki życia całej klasy robotniczej, ale szczególnie tej jej części, która była zatrudniona w produkcji przemysłowej. W skrócie – clintonizm jest w dużej mierze odpowiedzialny za osłabienie związków zawodowych, spadek płacy realnej, rosnącą prekaryzację pracy oraz zastąpienie odchodzącej w przeszłość family wage3 przez nowy model rodziny, w którym na jej utrzymanie muszą zarabiać dwie osoby.
Jak sugeruje ostatni punkt, atak na bezpieczeństwo socjalne został tu pokryty cienką warstewką forniru emancypacyjnej charyzmy pożyczonej od nowych ruchów społecznych. Mijały lata i przemysł coraz bardziej kulał, a kraj wrzał od wszechobecnych sformułowań w rodzaju „różnorodność”, „pozytywne wzmocnienie” i „brak dyskryminacji”. Terminy te, identyfikujące postęp raczej z merytokracją niż z równością, sprowadziły „emancypację” do rozwoju wąskiej elity „uzdolnionych” kobiet, mniejszości i gejów – pnących się po drabinie hierarchii korporacyjnej i uczestniczących w grze, w której zwycięzca bierze wszystko, zamiast obalać przyczyny własnej opresji. To liberalno-indywidualistyczne rozumienie „postępu” stopniowo zastąpiło bardziej kosztowne, niehierarchiczne, równościowe, wrażliwe na tożsamość klasową, antykapitalistyczne rozumienie emancypacji, jakie rozkwitło w latach 60. i 70. Gdy zanikła Nowa Lewica, jej strukturalna krytyka społeczeństwa kapitalistycznego zbladła, a charakterystyczny dla USA liberalno-indywidualistyczny zestaw przekonań utwierdził się w swej sile i niepostrzeżenie doprowadził do kurczenia się aspiracji „postępowców” i samozwańczych lewicowców. Zbieg okoliczności, jakim był fakt, że podczas tej ewolucji sposobu myślenia nastąpił rozkwit neoliberalizmu, przypieczętował tę umowę. Partie nastawione na liberalizację gospodarki kapitalistycznej znalazły świetnego partnera w merytokratycznym, korporacyjnym feminizmie, skoncentrowanym na leaning in4 oraz „przebijaniu szklanego sufitu”.
Skutkiem tego aliansu był „postępowy neoliberalizm”, który połączył popłuczyny po ideach emancypacyjnych ze śmiercionośną finansjeryzacją gospodarki. To właśnie tę mieszankę wyborcy Trumpa odrzucili w całości. W grupie tych, którzy zostali pozostawieni własnemu losowi, wyróżniali się oczywiście robotnicy przemysłowi, ale także menedżerowie i biznesmeni niskiego szczebla oraz wszyscy, którzy żyli z przemysłu w Pasie Rdzy i na Południu, łącznie z wiejskimi populacjami zniszczonymi przez narkotyki i bezrobocie. Tym społecznościom zadano dwie rany, łącząc krzywdę deindustrializacji ze zniewagą nowoczesnego moralizmu, który rutynowo obsadził ich w roli zacofanych obyczajowo. Odrzucając globalizację, wyborcy Trumpa odtrącili jednocześnie utożsamiany z nią liberalny kosmopolityzm. Dla niektórych z nich – choć oczywiście nie dla wszystkich – był to pierwszy krok na drodze obwiniania za swoje pogarszające się warunki życia poprawności politycznej, ludzi o kolorze skóry innym niż biały, imigrantów i muzułmanów. W ich oczach feministki i Wall Street to jedna szajka, a doskonale uosabia ją Hillary Clinton.
Brak jakiejkolwiek prawdziwej lewicy sprawił, że taka zbitka stała się w ogóle możliwa. Oprócz czasowych, krótkotrwałych wybuchów nieposłuszeństwa, takich jak np. Occupy Wall Street, w Stanach Zjednoczonych od kilku dziesięcioleci nie ma śladu po lewicy. Nie ma tam również żadnej całościowej lewicowej narracji, która byłaby w stanie powiązać uzasadniony gniew wyborców Trumpa z krytyką finansjeryzacji z jednej strony oraz z antyrasistowską, nieseksistowską, niehierarchiczną wizją emancypacji z drugiej. Co równie dramatyczne i smutne, potencjalne więzi świata pracy z nowymi ruchami społecznymi zostały pozostawione na pastwę losu i obumarły. Rozdzielone, te niezastąpione bieguny lewicy zdolnej do realnej zmiany społecznej usytuowały się daleko od siebie w oczekiwaniu, że zostaną ze sobą skonfrontowane jako przeciwstawne.
Przynajmniej do momentu, gdy Bernie Sanders przeprowadził niezapomnianą kampanię podczas prawyborów i walczył, nakłaniany przez ruch społeczny Black Lives Matter, by te bieguny zjednoczyć. Rewolucja Sandersa miała na celu wysadzenie w powietrze miłościwie panujących zdroworozsądkowych założeń neoliberalizmu – i była demokratycznym odpowiednikiem rewolucji Trumpa, która rozegrała się na drugim końcu osi. Nawet jeśli Trump przewrócił do góry nogami grupę Republikanów, to właśnie Bernie był o włos od pokonania namaszczonej przez Obamę spadkobierczyni, której aparatczycy kontrolowali relacje władzy na każdym poziomie w Partii Demokratycznej. Sanders i Trump zmobilizowali do głosowania na siebie ogromną większość amerykańskich wyborców. Ale to właśnie reakcyjny populizm Trumpa okazał się zwycięski. Kandydat ten z łatwością wyprzedził rywali z Partii Republikańskiej, nawet tych, którzy mieli „plecy” w postaci wielkich darczyńców czy przywódców partyjnych. Rewolucja Sandersa była za to skutecznie kontrolowana przez dalece mniej demokratycznych, wbrew nazwie, Demokratów. Do czasu głównych wyborów lewicowa alternatywa została zduszona. Pozostawał wybór Hobsona5, czyli reakcyjny populizm lub progresywny neoliberalizm. Gdy tak zwana lewica zwarła szeregi i wystawiła Hillary Clinton, kości zostały rzucone.
Od tego momentu lewica powinna takich wyborów unikać i odrzucać je. Zamiast akceptować warunki przedstawione nam przez klasę polityczną, a przeciwstawiające emancypację bezpieczeństwu socjalnemu, powinniśmy pracować nad ich przedefiniowaniem, korzystając z ogromnego społecznego gniewu i obrzydzenia wobec obecnego porządku. Zamiast okopywać się na pozycjach wzmacniających związek finansjeryzacji z emancypacją, należy budować nowy alians emancypacji i bezpieczeństwa socjalnego przeciw finansjeryzacji. W tego rodzaju inicjatywie, jaką chciał stworzyć Sanders, emancypacja nie oznacza dywersyfikacji hierarchii, lecz raczej jej obalenie. A dobrobyt to nie podnoszenie zysków czy wzrost wartości udziałów i akcji, lecz materialny wstęp do dobrego życia dla całej społeczności. Takie połączenie pozostaje w obecnym stanie rzeczy jedyną moralną, zwycięską odpowiedzią.
Nie uronię ani jednej łzy nad klęską postępowego neoliberalizmu. Z pewnością jest się czego bać w sytuacji rządów rasistowskiej, antyimigranckiej i antyekologicznej administracji Trumpa. Ale nie powinniśmy opłakiwać ani implozji neoliberalnej hegemonii, ani solidnego lania, jakie wyborcy sprawili żelaznej pięści clintonizmu, który trzymał w garści Partię Demokratyczną. Triumf Trumpa był oznaką porażki sojuszu emancypacji ze światem finansjeryzacji. Jednak jego prezydentura nie oferuje rozwiązania obecnej trudnej sytuacji, nie obiecuje nowego porządku ani bezpiecznej hegemonii. Doświadczymy raczej bezkrólewia, otwartej, niestabilnej sytuacji, w której serca i umysły są wystawione na grabież. Taki stan rzeczy oznacza nie tylko niebezpieczeństwo, ale i szansę – na budowę nowej lewicy.
Czy tak się wydarzy? Zależeć to będzie w pewnej mierze od rachunku sumienia, którego powinni dokonać „postępowcy” niedawno gromadzący się wokół idei clintonizmu. Musieliby oni porzucić uspokajający, lecz fałszywy mit, że przegrali ze „stekiem żałosnych bzdur” i ich wyznawcami (rasistami, mizoginami, islamofobami i homofobami), którym pomagało FBI oraz Władimir Putin. Powinni się przyznać, że spoczywa na nich wina za poddanie sprawy bezpieczeństwa socjalnego, bytu materialnego i godności klasy robotniczej w zamian za fałszywe poczucie emancypacji i różnorodności opartej na merytokracji.
Będą musieli głęboko się zastanowić, w jaki sposób możemy zmienić gospodarkę polityczną sfinansjeryzowanego kapitalizmu, przypomnieć sobie ulubiony zwrot Sandersa – „demokratyczny socjalizm” – i odkryć jego znaczenie w XXI wieku. Przede wszystkim zaś będą musieli odwołać się do mas wyborców Trumpa, ludzi, którzy nie są ani rasistami, ani oddanymi zwolennikami prawicy, lecz ofiarami fałszywego systemu. Powinno się ich pozyskać dla antyliberalnej wizji odnowionej lewicy.
To wszystko nie oznacza wyciszenia naglących wątpliwości dotyczących rasizmu i dyskryminacji kobiet – oznacza za to konieczność pokazania, jak te bardzo zakorzenione w naszym społeczeństwie typy opresji znajdują na obecnym etapie rozwoju kapitalizmu nowe środki ekspresji i nowy grunt. Obalając fałszywe, zerojedynkowe myślenie, które zdominowało kampanię wyborczą, powinniśmy umieć przeprowadzić analogię pomiędzy krzywdami, jakie wycierpieli ludzie o kolorze skóry innymi niż biały oraz kobiety, a krzywdami wielu z wyborców Trumpa. Tym sposobem odnowiona lewica mogłaby położyć fundamenty pod nową, silną koalicję oddaną walce o dobro nas wszystkich.
Nancy Fraser
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu czasopisma „Dissent Magazine” 2 stycznia 2017 r.
Przypisy tłumaczki:
- Miała ona znosić tzw. doskonałą dwuizbowość, czyli jednakowe uprawnienia dla senatu i izby deputowanych. Zgodnie z tą reformą senat miałby stracić część uprawnień, na przykład prawo do głosowania ws. wotum zaufania dla rządu. Szybko jednak atmosfera wokół referendum na temat reformy przerodziła się w głosowanie za rządem Renziego lub przeciwko niemu.
- Reprezentowanego przez takie sektory, jak usługi dla biznesu, rozwinięte technologie, usługi finansowe, media, przemysł kulturalny.
- Pensji w wysokości wystarczającej na utrzymanie całej rodziny.
- Nawiązanie do tytułu feministycznego manifestu, książki Sheryl Sandberg „Lean in” z 2010 roku; autorka była jedną z dyrektorek operacyjnych firmy Facebook.
- Ang. Hobson’s choice – sytuacja fałszywego wyboru, w której oferowana jest tylko jedna możliwość lub rezygnacja z tej możliwości.
przez Maurycy Gocławski | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Wywiad - kwartalnik
– W swojej książce „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki” pochyla się Pan nad zjawiskiem tzw. backlashu – konserwatywnej fali zalewającej Stany Zjednoczone na przełomie poprzedniego i obecnego wieku. Czym ten ówczesny backlashowy konserwatyzm wyróżniał się na tle innych nurtów konserwatywnej polityki?
– Thomas Frank: Kluczowa różnica polega na tym, że zamiast występować z pozycji „prawowitych właścicieli społeczeństwa”, konserwatyzm backlashu kreuje się na wyraziciela i obrońcę interesów wściekłych, uciskanych zwykłych ludzi, zniesmaczonych ekscesami wszechobecnego rozbuchanego liberalizmu.
Oczywiście tak rozumiany backlash nie narodził się w latach 90. Ten model uprawiania polityki – poprzez odwołanie się do „zwykłego człowieka” i przeciwstawienie go zdemoralizowanym elitom – ma w amerykańskiej polityce ostatniego stulecia długą tradycję. Zresztą nie tylko w amerykańskiej i nie tylko w dwudziestowiecznej. Ale w tym sensie, w którym używam tego pojęcia, backlash pojawia się w Stanach po raz pierwszy w późnych latach 60. – w dekadzie, która pod bardzo wieloma względami stanowi początek naszej ery politycznej.
W tamtym okresie backlash był przede wszystkim reakcją na antyrasistowski ruch praw obywatelskich i jego zdobycze w postaci reform znoszących segregację rasową. W ruchu tym prym wiedli politycy pokroju George’a Wallace’a – Demokraty i prominentnego zwolennika segregacji, wieloletniego gubernatora Alabamy w latach 60., 70. i 80., kilkukrotnego kandydata na prezydenta USA. Przedstawiciele tej formacji stanowili wówczas poważną siłę w amerykańskiej polityce, zdobyli też liczne przyczółki we władzach lokalnych i rozmaitych urzędach w całym kraju.
Nawiasem mówiąc: Donald Trump jest świadomym imitatorem wielu polityków tamtej epoki, zwłaszcza Richarda Nixona, który również był jednym z liderów backlashu. W retoryce Trumpa nie brakuje także nawiązań do Ronalda Reagana, który również wchodził do polityki na fali ruchu sprzeciwu wobec liberalizmu lat 60.
– Głównym punktem odniesienia dla tego pierwszego backlashu były więc reformy rasowe. A co było źródłem i wyróżnikiem konserwatywnej reakcji w latach 90.?
– Motywem przewodnim backlashu lat 90. była wielka fala wojen kulturowych. To wtedy centralną częścią życia politycznego stały się konflikty o modlitwy w szkołach, nauczanie teorii ewolucji czy prawo aborcyjne. Dla wielu ludzi kwestie te pozostają kluczowe do dzisiaj, choć moim zdaniem w późniejszych latach prawica poniosła na tym kulturowym froncie spore straty.
Równolegle w latach 90. coraz wyraźniej widoczne stają się dramatyczne konsekwencje reform gospodarczych Reagana dla amerykańskiego świata pracy. Życie amerykańskich robotników, ich środowisko, wszystkie najbardziej uprzemysłowione części kraju zamieniają się w pobojowisko.
– W „Co z tym Kansas?” stawia Pan tezę, że konserwatywna radykalizacja kulturowa lat 90., jeśli przyjrzeć się jej bliżej, jest ściśle związana z tym właśnie doświadczeniem i ma w gruncie rzeczy klasowy charakter.
– Zgadza się. Przy czym ta klasowa natura wojen kulturowych stanowiła pewne tabu, nie odnoszono się do niej wprost. Mówiono za to o „zwykłych ludziach” i ich „prostych, tradycyjnych wartościach”, a po drugiej stronie barykady – o liberalnych elitach. W amerykańskiej tradycji populistycznej to zawsze był podstawowy schemat – centralnym motywem jest konflikt pomiędzy ludem a elitą. I ta elita jest zwykle definiowana w sposób dosyć mglisty.
Przedstawiciele konserwatywnego backlashu lat 90. mówią więc o elicie liberalnej, ale jest niejasne, co mają tak naprawdę na myśli, a formułowane przez nich definicje są dalece niespójne. W ostatnim rozdziale „Co z tym Kansas?” staram się znaleźć możliwie najlepsze przybliżenie tego, co mają na myśli, i dochodzę do wniosku, że najważniejszym punktem odniesienia jest dla nich klasa specjalistów – nauczyciele, pracownicy uczelni, pracownicy socjalni, menedżerowie itd. Ta konkluzja jest zarazem fundamentem mojej kolejnej książki – „Listen, Liberal”. Ale ideolodzy i politycy backlashu nigdy wprost tego nie przyznają, nie przedstawiają definicji wroga.
– W polskim życiu politycznym ostatnich dekad też pojawiały się formacje spokrewnione z amerykańskim backlashem czy wręcz go imitujące. Aby pozyskać robotników musiały one jednak zawsze – przynajmniej do pewnego stopnia – prezentować się jako progresywne w sferze społeczno-gospodarczej. To pod tym względem chyba najtrudniej z polskiej perspektywy zrozumieć zjawisko, które opisuje Pan na przykładzie Kansas, gdzie ruch konserwatywny opierający się na „niebieskich kołnierzykach” przyjmuje za swój deregulacyjno-rynkowy program Republikanów. Jak to się dzieje? Jak biały robotnik w amerykańskim Midweście staje się wyborcą Reagana, George’a W. Busha czy Donalda Trumpa?
– To proste – przede wszystkim politycy w rodzaju wyżej wymienionych mówią do tego wyborcy i komunikują się z nim zupełnie innym językiem niż robią to Michael Dukakis, Al Gore czy Hillary Clinton. Kandydaci Partii Demokratycznej w czasach, o których mówimy, byli bez wyjątku pozbawionymi charyzmy technokratami, przedstawicielami „lepszego świata” ludzi wysoko wykształconych. Jawienie się jako osoby ekstremalnie kompetentne, kandydaci, za którymi stoi bezkonkurencyjne doświadczenie, było dla nich niemal punktem honoru.
Z drugiej strony, dawna potęga liberalizmu1 w Ameryce wynikała z faktu, że był on autentycznym ruchem ludowym. Zorganizowani pracownicy i farmerzy mieli swoje miejsce w życiu każdej amerykańskiej społeczności. Tutejszy liberalizm był częścią życia zwykłych ludzi, był wpleciony w demokratyczną podszewkę kraju. W latach 90. XX wieku liberalizm był już jednak czymś zupełnie innym – jawił się jako obca filozofia, narzucana z góry przez garstkę ludzi uważających się za moralnie lepszych. Już nie był czymś, co jest zakorzenione w konkretnej społeczności, w małym miasteczku czy na przedmieściu, nie było go już nawet w części dużych miast. Jako szersza oddolna formacja po prostu zniknął, a jednocześnie, w tym samym czasie, tego rodzaju rolę zaczął odgrywać konserwatyzm. Stał się wszechobecny: słychać go w każdej stacji radiowej, w izbach handlowych… Biznes ma swoje organizacje w każdym mieście i miasteczku w Ameryce, a robotnicy – już nie. Rozbijanie ruchu związkowego zaczyna się w latach 70. i 80., a jest tak skuteczne, że na początku lat 90. liberalizm jako zjawisko oddolne już w tych miejscach nie istnieje.
W miastach wysoko uprzemysłowionych, takich jak Wichita w stanie Kansas, liberalizm był dawniej ideą, która znakomicie odpowiadała na codzienne potrzeby człowieka jako uczestnika życia gospodarczego. Dziś to już tylko słowo, które możemy usłyszeć z ust polityka występującego w telewizji. To samo dotyczy innych miejsc – np. wschodniego sąsiada Kansas, Missouri. Demokraci byli tam dominującym ugrupowaniem aż do lat 90. Wynikało to po części z południowego dziedzictwa Konfederacji2, ale także z żywych tam tradycji postępowego populizmu. Wiejskie hrabstwa Missouri często wybierały Demokratów jeszcze do okolic roku 2000, ale od 2012 roku są konsekwentnie republikańskie. W ostatnich wyborach Trump wygrał w Missouri przewagą ponad pół miliona głosów, a Republikanie objęli sześć z ośmiu miejsc w Izbie Reprezentantów.
– Na ile Trump wpisuje się w historię backlashu? Czy to kolejny odcinek tej samej historii, którą opisał Pan w „Co z tym Kansas”?
– Trump jest zupełnie inny niż republikańscy politycy lat 90. Jego kampania wyborcza zajmowała się kwestiami gospodarczymi w sposób bardzo otwarty, nie bał się mówić o interesach klasy pracującej.
– Dlaczego tak się stało? Czy wojny kulturowe okazały się na dłuższą metę niewystarczającym narzędziem mobilizowania poparcia społecznego?
– Było to związane z konsekwencjami wielkiej recesji, która dotknęła USA po 2008 roku. Kiedy gospodarka amerykańska załamała się za sprawą machlojek na rynku mieszkaniowym i w finansach, reguły gry uległy zmianie i wiele „zdobyczy” backlashu zostało unieważnionych. Ludzi przestały obchodzić wojny kulturowe, sprawy ekonomiczne znów stały się najważniejsze. Tylko że konflikty dotyczące tej sfery nie były już tym samym, co kiedyś – zaczęły być ujmowane w tych samych kategoriach, co wojny kulturowe: zwykli ludzie kontra szemrane elity.
– Wydaje się jednak, że jakaś ciągłość pomiędzy backlashem a Trumpem jest, choćby w tym sensie, że Trump wpisał się w szerszy proces „przejmowania” robotniczych społeczności na rzecz Republikanów. W ostatnich wyborach wygrał w kolejnych „tradycyjnie prodemokratycznych” stanach, w tym w tzw. Pasie Rdzy (Rust Belt).
– Proces utraty przez Demokratów dominującej pozycji w dawnych regionach przemysłowych trwa już od dawna, ale dopiero teraz uruchomiły się wszystkie dzwonki alarmowe. Jeśli ktoś traktował sprawę poważnie już wcześniej, mógł obserwować, jak proces ten obejmuje coraz to kolejne obszary Wielkich Równin: Nebraskę, obie Dakoty… Gdy ku Republikanom zwróciła się Północna Dakota, byłem w szoku – to zawsze był bardzo liberalny stan, w latach 30. miał nawet własną lokalną partię socjalistyczną, a teraz on też wkroczył na konserwatywną ścieżkę.
Innym przykładem tego samego zjawiska jest Zachodnia Wirginia – tradycyjnie mocno robotniczy stan z wysokim poziomem uzwiązkowienia. Jeszcze w 1988 roku Zachodnia Wirginia wybrała Michaela Dukakisa – demokratycznego oponenta George’a Busha seniora. Ale od tego czasu stała się głęboko konserwatywna. Dwa albo trzy lata temu „Washington Post” opublikował kilka artykułów o tym, jak zmienia się ten stan, ale wtedy było już po wszystkim – Wirginia była już tak naprawdę po drugiej stronie politycznej barykady. Liberalni publicyści nie mogli w to uwierzyć.
Wreszcie, Trump zwyciężył w stanach Ohio i Iowa oraz w większości obwodów „Pasa Rdzy”. To były nieznaczne zwycięstwa dla Republikanów w sensie liczby głosów, ale stanowiły ukoronowanie długoletniego procesu stopniowego „konserwatywnienia” dawnych rejonów przemysłowych USA.
Fascynujące jest dla mnie to, że ani Demokraci, ani też obóz liberalno-postępowego nie podejmują prób, żeby coś z tym zrobić. Co wybory liberałowie zdają się mówić sobie po prostu, że i tak nie mogą zrobić nic innego niż czekać aż zmieni się struktura demograficzna społeczeństwa. Ewentualnie – wymyślają przeróżne argumenty, aby udawać, że mogą sobie pozwolić na zignorowanie całego zjawiska albo że tak naprawdę nic się nie dzieje.
– A dzieje się? Czy nie mają racji ci, którzy twierdzą, że teza o tym, iż Trumpa wybrali biali robotnicy, jest co najmniej przesadzona? Może – jak przekonują – decydujące dla wyniku wyborów były inne czynniki – np. kwestie rasowe, głosy mieszkańców białych zamożnych przedmieść albo wysoka absencja wyborcza wśród różnych grup stanowiących tradycyjne zaplecze Partii Demokratycznej. Słowem – raczej słabość kandydatury Clinton niż siła Trumpa.
– Te wszystkie czynniki są wzajemnie powiązane. Jedna grupa nie idzie zagłosować równie licznie jak zazwyczaj, inna idzie do urn masowo. Zwycięstwo Trumpa było nieznaczne, nie wygrał jeśli chodzi o liczbę głosów zdobytych w całym kraju i tak dalej. Więc można rozłożyć ręce i powiedzieć: nic nie dało się zrobić. Albo można też przyznać, że coś jednak się stało, że ta zmiana trwa od dłuższego czasu.
Trump wygrał w wielu stanach, w których „nie powinien” wygrać, które były uznawane za tradycyjnie prodemokratyczne. Co więcej, podejmowane przez Trumpa starania o głosy białej klasy robotniczej, były naprawdę znaną sprawą, to ta część elektoratu była głównym adresatem jego kampanii. Ale – oczywiście – o jego zwycięstwie nie zadecydowali tylko biali robotnicy. Fakt, że wielu Czarnych czy Latynosów z warstw robotniczych nie poszło do urn, też miał olbrzymie znaczenie. Nie przemawiała do nich kandydatura Hillary Clinton – w sposób, w jaki wcześniej przemawiała choćby kandydatura Baracka Obamy. Wielu było wciąż wkurzonych na to, co robił jej mąż jako prezydent.
W tych wyborach zdecydowanie kluczowe były kwestie klasowe, ale wśród znacznej części Demokratów, zwłaszcza tych będących częścią establishmentu, istnieje silna potrzeba, żeby zamieść ten fakt pod dywan. Jeśli partia lewicy straciła lub traci głosy robotnicze, oznacza to, że musi tym ludziom coś zaoferować, w jakiś sposób się zmienić. Tymczasem, prawdę mówiąc, Partia Demokratyczna nie wydaje się zainteresowana taką odmianą. Mogłoby to być dla niej kosztowne, oznaczać utratę poparcia zamożnych elit, które obecnie zapewniają jej finansowanie.
Nawiasem mówiąc, kampania Hillary przebiła kampanię Trumpa pod względem zebranych pieniędzy i wydatków mniej więcej dwukrotnie. Nie uwzględniam tu darmowej obecności Trumpa w mediach – a pokazywali go w telewizji cały czas – ale pod względem zebranych środków i wydatków na kampanię Clinton wyprzedziła go o parę długości, co nigdy wcześniej nie zdarzyło się w takim stopniu. Demokratom zdarzało się bardzo rzadko wyprzedzić Republikanów w tej konkurencji – ta sztuka udała się Obamie w 2008 roku i Clintonowi w 1996 – ale zawsze tylko niewielką przewagą. Tymczasem w przypadku Hillary i Trumpa to był dosłownie nokaut – uzbierała bez porównania więcej pieniędzy.
Tydzień przed wyborami byłem na Florydzie. Mówimy o stanie, który od lat jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych pod względem wyników, kluczowym „stanem niezdecydowanym” (swing state), jednym z najważniejszych dla wygranej w całym kraju. W telewizji cały czas wyświetlane były klipy wyborcze Hillary i różnych lokalnych kandydatów (do Senatu, do Izby Reprezentantów), ale nie wydaje mi się, żebym widział przez cały czas, kiedy tam byłem, jakikolwiek klip Trumpa – choćby jeden. Jeśli chodzi o płatną reklamę, był w tej kampanii w zasadzie nieobecny. Nadrabiał oczywiście ciągłą obecnością we wszelkiej maści programach informacyjnych i publicystycznych, ale tu z kolei zwykle pokazywano go w jak najgorszym świetle, w aurze oskarżeń o faszyzm czy rasizm.
– Jak tłumaczy Pan tę relatywną finansową słabość kampanii Trumpa w kontekście faktu, że zwyciężył wśród najzamożniejszych wyborców?
– Owszem, wygrał wśród najwięcej zarabiających – kandydaci Republikanów mają w tej grupie przewagę od dekad. Ale finansowanie polityki to w USA domena specyficznej, wąskiej grupy ludzi. Jeśli spojrzy się na grono republikańskich miliarderów, którzy zwykle biorą w tej grze udział, nietrudno zauważyć, że zdecydowana większość z nich nie przepadała za Donaldem Trumpem. Podejrzewam, że przekonają się do niego do czasu kolejnych wyborów, ale faktem jest, że w 2016 roku nie okazali mu publicznie poparcia.
– Jednocześnie jednak rzeczą, którą dość konsekwentnie pokazywały sondaże, była przewaga Hillary w grupach najmniej zarabiających. I nie brakowało na lewicy głosów traktujących ten fakt jako wymówkę, mówiących: spójrzcie, biedni wciąż głosują na Demokratów, więc wszystko jest w porządku. To był też kolejny argument na rzecz tezy, że przekonanie o tym, iż lewica porzuciła klasę pracującą, jest co najmniej przesadzone, a przyczyn porażki Clinton należy szukać gdzie indziej.
– To prawda, że ludzie najbiedniejsi relatywnie częściej głosowali na Clinton. Ale przede wszystkim trzeba tu zaznaczyć, że klasa pracująca to nie jest to samo, co ludzie ubodzy. Za główny wyznacznik przynależności klasowej uznaje się zwykle zawód. Znaczna część ludzi o najniższych dochodach to studenci, emeryci, niepełnosprawni i bezrobotni. W tych grupach Demokraci prawie zawsze dominowali. W kategoriach socjologicznych klasa pracująca jest dziś raczej częścią klasy średniej, nie jest tą samą grupą, co biedni.
– Podczas listopadowego wieczoru wyborczego rzeczą szczególnie uderzający był dla mnie absolutny szok, jaki wywołały wśród komentatorów wyniki wyborów. Przecież nie chodzi tylko o to, że zawiodły badania opinii społecznej – mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której eksperci przegapili ogromną, trwającą wiele dekad zmianę socjopolityczną.
– I jestem pewien, że za cztery czy osiem lat będzie znowu wielki szok – tak samo było przecież w roku 2000 i 2004, kiedy wygrywał George W. Bush. Demokratyczny establishment niczego się nie nauczył. Pamiętam, że w 2004 roku reakcje były niemal identyczne – medialni celebryci zapowiadający, że jeśli Bush zostanie wybrany na kolejną kadencję, wyprowadzą się do Polski albo coś w tym rodzaju. Oczywiście nikt tych zapowiedzi nie spełnił, ale zawsze jest wielkie zaskoczenie, szok, nie mogą uwierzyć w to, co się stało.
Myślę, że wynika to w dużej mierze z tego, że wiele z tych osób – gwiazd medialnych, komentatorów itp. – nie zna osobiście nikogo, kto głosowałby na Republikanów. Weźmy dla przykładu moje okolice: niewielkie miasto Bethesda w stanie Maryland, bardzo zamożne i bardzo z siebie zadowolone. Mieszka tu wielu bogatych liberałów, w tym postaci znane z mediów, dziennikarze „New York Timesa”, CNN itd. Kiedy ludzie tacy jak oni wyobrażają sobie wyborcę Trumpa czy wyborcę konserwatywnego w ogóle, to myślą o nim z niewypowiedzianą moralną pogardą.
– Czyli ostatecznie okazuje się, że w przekonaniu zwolenników backlashu jakoby liberalne elity były grupą obcą i wrogo wobec nich nastawioną, jest jakieś ziarno prawdy.
– Tak, ta pogarda elity wobec „nieokrzesanych mas” bywa bardzo realna. Trzeba jednak postawić sobie pytanie, o jaką elitę nam tak naprawdę chodzi, bo w USA liberalizm stał się pojęciowym workiem bez dna. Jak już wspomniałem, wydaje mi się, że chodzi przede wszystkim o specjalistów. Nie wiem, ile to już razy podczas rozmowy z ludźmi o pozycji społecznej podobnej do mojej – nieźle sytuowanymi Demokratami – spotykałem się z tym charakterystycznym snobizmem wobec wyborców Trumpa jako czegoś ze swojej istoty „niższego” w hierarchii bytów niż oni sami.
Oczywiście tymi, którzy pociągają za sznurki w Partii Republikańskiej i kształtują jej program, są ludzie pokroju braci Koch3, przedstawiciele „jednego procenta”, ludzie najściślejszej elity. Ale jednocześnie, w mentalności liberalnego specjalisty wciąż mamy wyobrażenie, że Republikanie to jacyś „mniejsi ludzie”, prowincjonalni, niewykształceni, rasistowscy kretyni.
– Wydaje się, że elita kulturowa jest w USA zarazem bardziej znienawidzona przez niższe warstwy społeczne i sama bardziej ich nienawidzi niż ma to miejsce w przypadku zdecydowanie bardziej wpływowych elit ekonomicznych. Dlaczego tak jest?
– Myślę, że wynika to w dużej mierze z widoczności. Specjaliści to grupa, z którą masz do czynienia na co dzień – to pański lekarz, to osoba, która siedzi za biurkiem, gdy chce pan uzyskać jakąś usługę publiczną, to bibliotekarz – nie mówiąc już o tym, że pełno ich we wszystkich mediach. Widzi ich pan codziennie na ekranie telewizora. To „korpus oficerski życia codziennego”, jak nazwałem ich w „Listen, Liberal”. Oni są majorami, kapitanami i pułkownikami, a pan – szeregowcem albo kapralem. Spotykamy ich każdego dnia, a oni mówią nam, co mamy ze sobą robić.
Tymczasem ludzi „jednego procenta” nie widzimy w zasadzie nigdy. Mieszkają w jakichś wielkich grodzonych posiadłościach, do których nie mamy wstępu, nie znamy ich, nie wiemy, jak wyglądają, kim na dobrą sprawę są.
– Rozumiem, że do pewnego stopnia obwinianie bardziej widocznych specjalistów za degradację społeczno-ekonomiczną klasy pracującej jest klasycznym mechanizmem „fałszywej świadomości” i pomija rzeczywistych sprawców i beneficjentów tej zmiany. Ale może ten sentyment dotyka też pewnego realnego problemu? Pewien polski polityk konserwatywny mówił w podobnym kontekście o „dystrybucji szacunku społecznego”.
– Dobre określenie, bardzo mi się podoba. Na pewno mamy tu realny problem na poziomie jednostek, czego świadectwem jest wspomniana już pogarda. W każdym porządku społecznym, który jest zhierarchizowany, jeśli ludzie wyższych warstw gardzą tymi, którzy są niżej od nich, oznacza to, że mamy problem. A kiedy ci, którzy są wyżej, są w dodatku skupieni w jednej partii politycznej i nominują na swoją kandydatkę kogoś takiego jak Hillary Clinton… Żeby była jasność, sam głosowałem na nią i uważam, że miała rację w wielu kwestiach. Byłaby przyzwoitym prezydentem. Ale jednocześnie jest polityczką, która – w swoim sposobie bycia, mówienia i w tym, co mówi – wyraża postawy charakterystyczne dla swojej klasy w sposób całkowicie jednoznaczny. Na przykład gdy w czasie kampanii wyborczej określiła wyborców swojego oponenta mianem ludzi godnych pożałowania (deplorables) i oskarżyła ich, gremialnie, o najniższe motywy: rasizm, fanatyzm itp. To wszystko razem jest jak przepis na wywołanie resentymentu i bardzo ułatwia przeciwnikom grę na tym resentymencie, a jednocześnie bardzo utrudnia przekraczanie tych społecznych uwarunkowań.
W tych wyborach chodziło o klasy – czy się to komuś podoba, czy nie. Klasowe krzywdy i żale oraz gniew wymierzony w elity były w kampanii wszechobecne. Oczywiście trzeba do tego dodać liczne aspekty ironiczne całej sytuacji, np. fakt, że Trump jest miliarderem. Nie da się też powiedzieć, żeby cechował go jakiś szczególnie plebejski styl bycia.
Innym przykładem ironii tych wyborów jest fakt, że pod względem linii politycznej Hillary byłaby w oczywisty sposób lepszym prezydentem dla klasy pracującej, tyle tylko, że nikt jej nie wierzył. Kluczowymi tematami kampanii były wolny handel i imigracja, przy czym co do handlu Hillary ciągle powtarzała, że zgadza się z Trumpem. Ale nikt jej nie uwierzył.
– Tylko ze względu na język, jakim mówiła?
– Również dlatego, że jest z rodziny Clintonów. Obie partie nominowały najbardziej niepopularnych kandydatów na prezydenta w historii, więc wśród ich elektoratów niewiele było idealizmu. Chociaż nie, muszę się z tego wycofać: było mnóstwo idealizmu po stronie Hillary, płynącego każdego dnia kampanii z łamów „New York Timesa” i „Washington Post”. Kochali ją tam tak, jak jeszcze nigdy media nie kochały żadnego kandydata za mojej pamięci. W obozie konserwatystów nie widziało się żadnego idealizmu, jeśli chodzi o ocenę Trumpa. Pojawiały się tam co najwyżej argumenty typu: facet jest w końcu naszym kandydatem, musimy na niego zagłosować, żeby powstrzymać Clinton.
– Ale jednocześnie to Trump skuteczniej zmobilizował elektorat republikański niż Clinton demokratyczny.
– To prawda. Hillary jest naprawdę niepopularna, miała na koncie skandale, nie jest też kimś inspirującym w sposób, w jaki inspirujący był choćby Obama. Można krytykować Obamę, ile się chce – sam jestem w stosunku do niego głęboko krytyczny – ale z pewnością jest on sympatyczną postacią i potrafi być inspirujący nawet dla tych, którzy się z nim nie zgadzają. Tymczasem Clinton niesie na plecach cały negatywny bagaż prezydentury Obamy, ale nie ma jego uroku. Kolejnym obciążeniem jest dla niej jej mąż – oczywiście skojarzenie z nim niosło też dla Hillary pewne korzyści, bo lata, gdy był w Białym Domu, były dostatnie, ale jednocześnie wszyscy pamiętają mu NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu) i inne umowy handlowe, które przyczyniły się do pogorszenia sytuacji pracowników przemysłu, deregulację bankowości czy choćby realizowaną przez niego politykę masowego zamykania w zakładach karnych, w praktyce sprowadzającą się do obław na przeważnie czarnych obywateli i wtrącania ich do więzień za minimalne naruszenia prawa. Sam przysięgałem po tym, jak de facto zlikwidował system opieki społecznej w 1996 roku – kolejne wielkie „zwycięstwo” rodu Clintonów – że nigdy już nie zagłosuję na kogoś, kto nosi to nazwisko. Ostatecznie zrobiłem to, poszedłem zagłosować na Hillary, ale z pewnością nie odczuwałem w związku z tym satysfakcji.
Głównym powodem, dla którego uzyskała nominację partyjną, było to, że „przyszła jej kolej”. Establishment Demokratów nie powiedział tego wprost, ale było to dość oczywiste. Sposób, w jaki spacyfikowali wysiłki jej konkurenta w wyścigu o nominację, Berniego Sandersa, pokazał w jasny sposób ich oczekiwanie, że będą mogli po prostu wybrać kolejnego prezydenta, i w związku z tym nie podejrzewali, że ich kandydatka będzie musiała być dla kogoś przekonująca. Sanders byłby, nawiasem mówiąc. Ale nie, oni wybrali Clinton.
– Tymczasem wyborcy chcieli zmiany – może Demokraci nie spodziewali się tego, że czynnik ten okaże się dla wyników wyborów tak kluczowy – w znacznie większym stopniu niż w poprzednich?
– Ale to nie jest do końca prawda. Dla wielu to wybory 2008 roku były wyborami wielkiej zmiany. Zwycięstwo Baracka Obamy rozbudziło wielkie oczekiwania wobec jego prezydentury. Jako kandydat był niezwykle porywający, miał świetne przemówienia, wydawało się, że rozumie dokładnie, co doprowadziło do załamania finansowego. Sam myślałem, że będzie Franklinem Rooseveltem mojego pokolenia. Ale później zawiódł pokładane w nim nadzieje.
Proszę sobie wyobrazić: wydaje nam się, że jesteśmy w przełomowym dla całego świata momencie, już czujemy, jak przesuwają się płyty tektoniczne, spodziewamy się, że lada chwila czeka nas głęboka reforma systemu ekonomicznego, po czym przychodzi Obama, obejmuje urząd i niczego specjalnie nie zmienia. Wprowadza natomiast do Białego Domu ludzi, których pamiętamy z administracji Billa Clintona.
Jedyną rzeczywiście znaczącą rzeczą, jakiej dokonał, było Obamacare, ale umówmy się, nie był to oszałamiający sukces. W tamtym momencie ludzie naprawdę chcieli dobrego publicznego programu opieki zdrowotnej w Ameryce, ale on im go nie dał. Zamiast tego wprowadził to połowiczne rozwiązanie, dobre pod pewnymi względami, ale strasznie skomplikowane i naprawdę źle skonstruowane pod innymi. Obamacare przysparza bólu głowy nawet tym, którym pomogło – znam wielu ludzi, którzy uzyskali dzięki niemu ubezpieczenie zdrowotne, a jednocześnie nie są z niego zadowoleni. Nie jest to popularny program. Mamy więc wybory wielkiej zmiany w 2008 roku, ale zmiana nigdy nie nadchodzi. I właśnie to rozczarowanie umożliwiło pojawienie się kogoś takiego jak Trump. Pod pewnymi względami za jego zwycięstwem stoją te same emocje i potrzeby, za sprawą których wygrał Obama, tyle że skwaśniałe, bo przez osiem lat trzymane były w soli i occie. I tak oto zamiast nadziei doszła do głosu desperacja.
– Tylko czy Obama mógł zrobić coś więcej? Przecież jego propozycje przez znaczną część tych lat były naprawdę mocno ograniczane przez republikańską większość w Kongresie.
– Oczywiście do pewnego stopnia to prawda – od momentu przejęcia Kongresu przez Republikanów w 2011 roku byli oni w stanie powstrzymać uchwalenie właściwie jakiejkolwiek poważnej reformy. Ale miał ponad trzy lata, kiedy mógł zrobić, co chciał, gdyby tylko dobrze to rozegrał. Gdyby był naprawdę sprawny, to mógł powstrzymać przejęcie Kongresu przez Republikanów. A ponadto jest też mnóstwo rzeczy, które mógł zrobić bez aprobaty Kongresu. Prezydentura jest w USA bardzo potężnym urzędem. Trump z pewnością nam to udowodni.
Pytanie brzmi raczej: czy przyczyną porażki Obamy był brak doświadczenia, czy woli – sam skłaniam się do tej drugiej odpowiedzi. Nawet jeśli sam nie wiedział, jak załatwia się sprawy w Waszyngtonie, miał w swojej ekipie ludzi, którzy wiedzieli. W pewnym momencie zacząłem pisać artykuły o wszystkich rzeczach, które Obama mógłby przeprowadzić samodzielnie, nawet bez poparcia Kongresu. I były to sprawy naprawdę dużego kalibru. Mógł chociażby – tak jak zapowiadał to w kampanii wyborczej w 2008 roku – renegocjować NAFTA i inne porozumienia na rzecz wolnego handlu. Ale kiedy został wybrany, zmienił zdanie. Mógł ukarać ludzi z Wall Street odpowiedzialnych za kryzys 2008 roku. Mógł zacząć egzekwować przepisy antymonopolowe, mógł dobrać się do skóry Google’owi – tak jak, do pewnego stopnia, zrobiono to w Unii Europejskiej – Amazonowi, Wal-Martowi. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy i to był jego wybór.
– Mimo wszystko w 2008 roku motywacje do głosowania na Obamę mogły być różne – jego charyzma i urok osobisty, pomysły na rozwiązanie kryzysu finansowego, sprzeciw wobec polityki Busha, kwestie rasowe. Tymczasem w przypadku Trumpa sondaże pokazują wyraźnie, że był on uważany przez większość za gorszego kandydata niż Clinton w zasadzie we wszystkich kategoriach z wyjątkiem jednej: „kandydat zmiany”.
– I myślę, że do niej doprowadzi! Niekoniecznie będzie to dobra zmiana, ale jakaś na pewno. W czasie, kiedy prowadzimy tę rozmowę, nie ma go jeszcze nawet w Białym Domu, a już doprowadził do tego, że pewna firma – nazywa się Carrier – która planowała likwidację swojej fabryki w Indianie i przeniesienie tamtejszych miejsc pracy do Meksyku, cofnęła swoją decyzję. Ta sprawa stała się jednym z centralnych tematów kampanii Trumpa, odnosił się do niej na każdym swoim wiecu, groził Carrierowi, zapowiadał, że uderzy w nich specjalnie zaprojektowanymi cłami i – niech mnie licho – w końcu się ugięli, stwierdzili: no dobra, nie przenosimy fabryki. Wymagało to ostatecznie obietnic ulg podatkowych, ale udało się – mimo że nie jest jeszcze prezydentem. Trudno nie pomyśleć po czymś takim: gdzie był Obama przez wszystkie te lata? Gdyby dokonał czegoś takiego, być może Hillary zostałaby wybrana.
– Wielu lewicowych komentatorów przekonuje, że Trump nie będzie realizował tych pozytywnych zmian, jakie zapowiadał w kampanii. Nazwiska przedstawionych dotąd członków jego przyszłego gabinetu i ich powiązania z największymi amerykańskimi korporacjami wydają się potwierdzać te diagnozy. Mam tu na myśli choćby nominowanego na szefa Krajowej Rady Gospodarczej (National Economic Council) byłego prezesa zarządu Goldman Sachs Gary’ego Cohna, przyszłego sekretarza stanu Rexa Tillersona – do niedawna prezesa Exxon Mobil, sekretarza skarbu Stevena Mnuchina (kolejny byłego członek zarządu Goldman Sachs) czy w końcu synowca Trumpa, magnata rynku nieruchomości Jareda Kushnera, który ma zostać doradcą nowego prezydenta do spraw handlu. „Obrotowe drzwi” między polityką a wielkim biznesem zdają się w administracji Trumpa funkcjonować w najlepsze.
– Owszem, ci ludzie będą fatalnymi urzędnikami i nie mają nic wspólnego z tym, co Trump obiecywał. Wielu z nich to typowi przedstawiciele republikańskiego establishmentu, ludzie, których znamy z administracji Busha. Elaine Chao – kandydatka Trumpa na sekretarz transportu – to kolejny przykład tej samej tendencji. Kierowała Departamentem Pracy w najgorszym okresie prezydentury Busha juniora, a teraz wróciła. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Wielu spośród nominowanych w sposób otwarty i aktywny sprzeciwia się misji urzędów, którymi mają kierować, a jeden z nich nawoływał wręcz do jego likwidacji.
– Dość uderzający – zwłaszcza jeśli ma się w pamięci rolę wojen kulturowych w amerykańskiej polityce – wydaje się też fakt, że Trump nie wydaje się szczególnie konserwatywną figurą w sensie kulturowym.
– Zdecydowanie nią nie jest.
– Czy to oznacza, że zwycięstwo Trumpa – jak sugerował Pan wcześniej – wpisuje się w trwający od 2008 roku trend wygaszania roli konfliktów kulturowych w polityce? Czy raczej stanowi początek konfliktu kulturowego w nowym kształcie, w którym elementy tradycyjnego konserwatyzmu mieszają się z estetyką i językiem internetowej kontrkultury?
– A może – dodałbym – jest to po prostu hipokryzja i wszystkie te wartości rodzinne nigdy się tak naprawdę nie liczyły? Zawsze miałem wrażenie, że konserwatyzm kulturowy w amerykańskiej polityce jest trochę takim oszustwem i pojawienie się Trumpa zdaje się to potwierdzać. Zabawne jest też to, że Hillary Clinton w żaden sposób nie pomogła jej osobista postawa w kwestiach obyczajowych, np. fakt, że jest wierzącą metodystką, czy to, że pozostała wierna swojemu mężowi pomimo okropnego sposobu, w jaki ją potraktował. To aż dziwne, że nie wynikły z tego dla niej żadne korzyści czy choćby współczucie ze strony elektoratu „tradycyjnych wartości”. Zamiast tego wyborcy ci zagłosowali gremialnie na Donalda Trumpa, który był żonaty trzykrotnie i otacza się króliczkami Playboya, nie mówiąc już o tym okropnym nagraniu, na którym mówi, że obmacywanie kobiet jest prawem osoby sławnej. Coś potwornego. Sztab Clinton robił, co mógł, żeby zrobić z tego aferę, a jednak wyborcy konserwatywni zdołali w jakiś sposób przymknąć na to oko.
To prowadzi nas z kolei do pytania: co tak naprawdę jest dla wyborców Trumpa ważne? Moim zdaniem są to wciąż kwestie klasowe, a do tego zawiedzione nadzieje na zmianę i desperacja.
– Wspomniał Pan, że większość mediów nie znosiła Trumpa i pokazywała go w najgorszym możliwym świetle. Czy mogło mu to, paradoksalnie, pomóc, zwiększając jego wiarygodność jako kandydata antyestablishmentowego, kogoś obcego elitom medialno-showbiznesowym?
– Zdecydowanie tak.
– Powiedział Pan też, że rywal Clinton w prawyborach Partii Demokratycznej, Bernie Sanders, mógł być bardziej atrakcyjnym kandydatem dla wielu wyborców z klasy robotniczej, którzy ostatecznie zagłosowali na Trumpa albo wcale nie poszli na wybory. Na to, że miał większe niż Hillary szanse na zwycięstwo w wyborach powszechnych, wskazywało też wiele sondaży. Biorąc pod uwagę wszelkie jego potencjalne słabości jako kandydata – wiek, pochodzenie społeczne, etniczne i regionalne, przynależność do „kosmopolitycznej elity ze wschodniego wybrzeża”, przyjętą przez niego etykietkę socjalisty itp. – myśli Pan, że to faktycznie było możliwe? Czy należy to raczej traktować jako sympatyczną iluzję lewicowych komentatorów?
– Myślę, że to naprawdę mogło się udać. Przede wszystkim dlatego, że jego kandydatura mogła być atrakcyjna dla tej grupy, która umożliwiła Trumpowi zwycięstwo – białej klasy robotniczej – a jednocześnie był on w stanie wykorzystać przeciw rywalowi wszystkie jego słabości, jak rasizm czy afery. W przeciwieństwie do Clinton, Bernie nie miał na koncie żadnych afer, ma wśród opinii publicznej wizerunek kogoś w rodzaju ukochanego dziadka, nie ma wokół siebie toksycznej aury, jaką roztacza Trump. Czym innym jest głosowanie na Trumpa w przekonaniu, że nie masz innego wyboru, a czym innym wybranie go jako „większego dobra”.
Jedynym rzeczywistym problemem Sandersa były ograniczone możliwości finansowania kampanii – banki z Wall Street i inni sponsorzy Hillary Clinton nie byliby zwolennikami jego kandydatury.
Wspomniał pan o tym, że Bernie lubi określać się mianem socjalisty. To prawda, że ta etykietka jest w Stanach uznawana za kłopotliwą, ale to chyba nie jest już tak istotne jak kiedyś. A najśmieszniejsze, że on wcale nie jest socjalistą – to Demokrata ze „starej szkoły” Franklina Roosevelta i Harry’ego Trumana. W czasach, kiedy dorastał, ktoś taki jak on znajdowałby się w partyjnym centrum.
Pod wszystkimi innymi względami był lepszym kandydatem niż Hillary i gdyby go wystawiono, mógłby wygrać. Trzeba tu jednak zastrzec, że poważne szanse na zwycięstwo z Trumpem miałby niemal każdy inny kandydat. Choćby wiceprezydent w administracji Obamy, Joe Biden – naprawdę dobry populistyczny mówca, potrafiący mówić do robotniczego elektoratu jego językiem. Ale Demokraci nie chcieli iść w tym kierunku, chcieli Hillary, kochali ją. Partyjny establishment uważał, że była idealna w każdym calu. Byli pewni, że wygra dla nich i prezydenturę, i Senat – a nie zrealizowała żadnego z tych celów.
Wielu republikańskich kandydatów na senatorów podjęło wysiłki, żeby zdystansować się od Trumpa ze względu na otaczające go kontrowersje. Kandydaci Demokratów nie podejmowali podobnych prób, większość z nich udzieliła Hillary pełnego poparcia, uważali, że wszystko jest z jej kandydaturą w porządku. I zapłacili za to.
– A może wybrali Clinton świadomi jej słabości, bo woleli przegrać niż zmienić się jako partia?
– Kandydatura Hillary była w oczywisty sposób ryzykowna ze względu na wszystkie afery, z którymi była kojarzona. Skandal wokół e-maili wyszedł na jaw jeszcze zanim zaczęły się prawybory, bardzo wcześnie pojawiły się też pierwsze wątpliwości dotyczące działalności i finansowania Fundacji Clintonów. Ale Demokraci zignorowali te sprawy, wydawało im się to nieistotne.
Myślę, że założyli po prostu od początku, że ostatecznie wygra z Trumpem cokolwiek by się stało. Jestem w stanie zrozumieć to założenie, bo też tak mi się wydawało – dopiero pod sam koniec kampanii zacząłem mieć wątpliwości. A wydawało mi się tak, ponieważ uwierzyłem w tezę powtarzaną przez Demokratów przez lata: że będą wygrywać w zasadzie każde wybory ze względu na kierunek zmian demograficznych w kraju. Na poparcie tej tezy mieli liczby i byli bardzo pewni swego. I myślę, że to był prawdziwy powód, dla którego uznali, że mogą nominować, kogo tylko chcą, a ta osoba zostanie prezydentem.
– Szanse Sandersa na wygraną, jeśli rzeczywiste, to chyba kolejne świadectwo zmian, jakie zaszły w Stanach od czasu, kiedy napisał Pan „Co z tym Kansas?”. W perspektywie politycznej ery backlashu jego zwycięstwo – jako jednoznacznego zwolennika pro-choice, poszerzania praw LGBT, legalizacji marihuany itp. – wydaje się czymś niemal nie do pomyślenia.
– Do pewnego stopnia się zgadzam – w kategoriach backlashu Sanders, jako Demokrata ze stereotypowo liberalnego stanu Vermont, który zalegalizował małżeństwa homoseksualne, inwestuje w zieloną energię itp., a przy okazji ktoś, kto wywodzi się z ruchu obrony praw obywatelskich lat 60., zostałby automatycznie zaszufladkowany jako część liberalnej elity. Ale jednocześnie Sanders ma też aurę człowieka bardzo staromodnego. Na przykład nigdy nie zobaczysz go bez garnituru i krawatu. Nie przypomina Donalda Trumpa z jego upodobaniem do świata showbiznesu, króliczków Playboya itp. Pod wieloma względami mógłby być atrakcyjnym wyborem dla konserwatywnych wyborców.
– Ostatnia porażka wyborcza zwiększa szanse na zmiany w Partii Demokratycznej?
– Powątpiewam w to. Będą pewnie nominować innych, bardziej inspirujących polityków w typie Obamy, ale nie sądzę, żeby zmienili się głębiej, w sferze realnych działań. W tej chwili pomiędzy Demokratami toczy się wojna domowa o dalszy kierunek rozwoju partii. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co się stało, z faktu, że muszą coś zrobić, żeby powstrzymać odpływ głosów robotniczych, ale sponsorzy, ugrupowania i ludzie, którzy stoją na czele partii, nie chcą iść w tym kierunku. Nie wiem, co tak naprawdę się stanie. Byłoby nadzwyczajnie, gdyby ludzie tacy jak Sanders czy Elizabeth Warren wyszli z tego konfliktu górą. Pewnie jest to hipotetycznie możliwe, wszystko może się zdarzyć – to jedna z rzeczy, które pokazał nam Trump.
– A może zmiana przyjdzie od dołu? Dostrzega Pan jakieś perspektywy ożywienia w najbliższych latach np. ruchu związkowego? Może szansą na poprawienie siły przetargowej świata pracy może okazać się zapowiadany przez Trumpa powrót produkcji przemysłowej do USA?
– Nie jest to coś, czemu się bliżej przyglądałem, ale generalnie nie widzę takich sygnałów. Sytuacja związków zawodowych jest dramatyczna: politycznie są „uwiązane” do Partii Demokratycznej, a Republikanie niczego im nie oferują. Trump mógłby teoretycznie zaproponować im jakiegoś rodzaju „otwarcie”, ale żaden z liderów związkowych nie zaryzykowałby, nie poszedłby z nim rozmawiać, nie podjąłby próby negocjacji. Wszyscy obawiają się w dodatku, że ograniczenia praw związkowych pracowników sektora publicznego może dokonać Sąd Najwyższy.
– Zwycięstwo Trumpa wpisuje się w cały ciąg wydarzeń politycznych o globalnym zasięgu – mam na myśli Brexit, a także proces wzmacniania się i krystalizowania czegoś na kształt międzynarodowego frontu prawicowych populizmów w Europie i nie tylko.
– To prawda, ale ta ponadnarodowa zbieżność nie dotyczy tylko antyglobalistycznej prawicy. Warto popatrzeć w podobnej perspektywie na to, co wydarzyło się z partiami i ruchami społecznymi lewicy na całym świecie. „Listen, Liberal” to książka poświęcona przypadkowi Partii Demokratycznej w USA i temu, jak utraciła ona swoją rację bytu, poczucie celu i tożsamość. Ale wydaje mi się, że podobny proces dotknął całego świata zachodniego. Lewicowe partie w Europie też pogubiły się i nie wiedzą, po co istnieją. Mamy problem, który dotyka całego świata, ale jego rozwiązanie wymaga też pochylenia się nad sytuacją w każdym z jego małych zakątków.
– Dziękuję za rozmowę.
Styczeń – luty 2017 roku
Przypisy:
- W USA pojęcie liberalizmu – w przeciwieństwie np. do Polski – ma konotacje (centro)lewicowe; to doktryna odwołująca się nie tylko do ideału wolności czy też emancypacji jednostki, lecz także do równości wszystkich obywateli, zarówno wobec prawa, jak i jako podmiotów ekonomicznych. Liberalizm w rozumieniu amerykańskim to także szeroka formacja społeczna, która – historycznie rzecz biorąc – ukształtowała się jako zaplecze Rooseveltowskiego Nowego Ładu i obejmowała zarówno progresywnych intelektualistów czy polityków, jak i np. ruch związkowy czy spółdzielczy; w tym sensie liberałowie stanowią odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.
- Partia Republikańska powstała w 1854 roku jako ugrupowanie sprzeciwiające się niewolnictwu, dominujące w szczególności w północnej części USA; republikański prezydent Abraham Lincoln stał na czele stanów północnych w czasie wojny secesyjnej. Partia Demokratyczna była z kolei silnie związana z wielkimi właścicielami ziemskimi na Południu i po secesji w większości opowiedziała się za pokojową strategią wobec Konfederacji. Po wojnie Demokraci, którzy reprezentowali w kwestiach rasowych agendę konserwatywną, byli w związku z tym naturalnymi beneficjentami niechęci mieszkańców południowych stanów do Partii Republikańskiej i zdominowali tamtejsze życie polityczne. Nawet w okresie późniejszym, kiedy za sprawą m.in. demokratycznych prezydentów Franklina D. Roosevelta, Harry’ego Trumana, Johna F. Kennedy’ego i wreszcie Lyndona B. Johnsona, który podpisał w 1964 roku znoszący segregację rasową Civil Rights Act, Demokraci stopniowo włączali prawa obywatelskie Czarnych do swojej krajowej agendy, w południowych stanach partia wciąż zdominowana była przez konserwatystów i białych suprematystów. Missouri było jednym ze stanów niewolniczych, ale w czasie wojny secesyjnej funkcjonowały w nim równolegle rząd prounijny i prokonfederacki.
- Właściciele wielonarodowej korporacji Koch Industries, której siedziba mieści się w Wichicie w stanie Kansas, a zarazem sponsorzy organizacji konserwatywnych, backlashowych i libertariańskich, a także polityków „antyestablishmentowego” skrzydła Republikanów.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 16 maja 2017 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna 2017
Dawno, dawno temu osią polityki oraz podziałów partyjnych i ideologicznych był stosunek do gospodarki, własności, dochodu narodowego i jego podziału. Czyli do tego, co niemodna dziś ideologia marksowska określała hasłowo mianem „bazy”, w kontrze do „nadbudowy”. Oczywiście inne kwestie również wpływały na identyfikacje polityczne. Jednak o tym, kto jest lewicą, kto prawicą, kto centrum, kto opcją umiarkowaną, a kto skrajną, decydował głównie zestaw postulatów i wartości odnoszących się do gospodarki i podziału jej owoców. Z czasem to wszystko się zagmatwało, skomplikowało, nierzadko zostało postawione na głowie.
Wydawałoby się, że nie ma nic ważniejszego. Że kluczowe powinno być to, czy mamy co jeść, w co się ubrać, gdzie i w jakich warunkach mieszkać, za co się leczyć, kształcić. Czy mamy pracę, dochody, czy możemy coś odłożyć na czarną godzinę lub czy w przypadku nastania czarnej godziny możemy się gdzieś zwrócić o pewną i bezwarunkową pomoc. Czy stać nas na wypoczynek, rozrywki intelektualne i kulturalne. I tak dalej. Jednak sprawy takie są dziś w debacie politycznej albo słabo obecne, albo dyskutowane jednostronnie.
W ostatnich dekadach mieliśmy dominację ideologii neoliberalnej. Prawie cała narracja o gospodarce polegała na powtarzaniu kilku zaklęć: własność prywatna to jedyne słuszne rozwiązanie, wolny rynek wszystko sprawiedliwie wyreguluje, podatki powinny być niskie, a państwo – ograniczone i tanie.
Pół biedy, gdy w ogóle dyskutowano takie kwestie. Ogromna część sporu i propozycji pozytywnych dotyczy zupełnie innych spraw. Głównie „tożsamości” – systemu wartości, postaw, wyborów moralnych, a w polskim przypadku także stosunku wobec przeszłości. Nietrudno zgadnąć, że taki obrót sprawy jest na rękę jednostkom i grupom uprzywilejowanym ekonomicznie. Znane powiedzonko mówi, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nie rozmawiają, bo nie muszą – gdyż pieniędzy mają pod dostatkiem. Łatwo być idealistą lub idealistę udawać, jeśli posiadamy pełny portfel. Natomiast brak pieniędzy na żywność lub czynsz musi owocować materializmem. Materializm mógłby być jednak niebezpieczny dla tych, którzy pieniądze mają. Bo ci, którym ich brakuje, mogliby się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje i czy to sprawiedliwe, że jeden ma prywatny odrzutowiec, choć niekoniecznie pracował, a inny ma zdezelowane dwudziestoletnie auto, choć ciężko pracował. Żeby zatem jedni nie zajmowali się zbytnio myśleniem o pieniądzach, inni podsuwają im odmienne tematy. Nie mają chleba? Niech się kłócą o aborcję, związki partnerskie, wyklętych itd.
To oczywiście nie jest żaden spisek ani całościowo zaplanowana operacja odwracania uwagi. Nie jest również tak, że sprawy „tożsamości” nie mają żadnego związku ze sprawami „chleba”. Ale niezależnie od tego, czy jesteśmy hetero- czy homoseksualni, czy jesteśmy za czy przeciw aborcji, czy wolimy wyklętych od komunistów lub odwrotnie – mamy podobne żołądki i resztę podstawowych potrzeb materialnych. Dlatego „baza” powinna być jednym z kluczowych tematów naszych zainteresowań i refleksji.
W bieżącym numerze kładziemy na to szczególny nacisk, choć „od zawsze” był dla nas kluczowy. Zaczynamy od wywiadu z Thomasem Frankiem, który pokazuje, jak kwestie ekonomiczne zepchnęły na margines pozostałe wątki w kampanii wyborczej w USA. Nancy Fraser obwieszcza koniec „postępowości” realizowanej w sojuszu z bogaczami. Postulujemy wysokie podatki dla zamożnych. Przyglądamy się nierównościom społecznym. Rozmawiamy o losach mieszkańców dawnych PGR-ów. Przedstawiamy robotników, którzy przejęli fabryki od właścicieli. Zastanawiamy się, jak zorganizować w związki zawodowe pracowników „niestabilnych” sektorów. Właściwie w niemal każdym tekście tego numeru, nie wyłączając tych o postaciach z przeszłości czy o sztuce, zastanawiamy się nad „bazą”. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach? My rozmawiamy, bo – podobnie jak nasi czytelnicy i czytelniczki – musimy. Zapraszam do lektury!
Remigiusz Okraska
przez Piotr Wójcik | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Można powiedzieć, że „Źli Samarytanie” ukazują się w Polsce w idealnym momencie. Ta być może najcelniejsza kompleksowa analiza globalnej polityki wolnego rynku pojawia się nad Wisłą w czasie finalizowania dwóch wielkich umów handlowych: TTIP i CETA. „Źli Samarytanie” Ha-Joon Changa to przede wszystkim pełen polotu traktat krytykujący wolny handel i politykę pełnego otwarcia gospodarki, czyli dwie rzeczy żarliwie zalecane przez wszystkich tytułowych Samarytan z MFW, Banku Światowego oraz globalistycznych elit krajów rozwiniętych. A przy okazji są to dwa zalecenia, które Polska przyjęła niemal w pełni i od ręki po przełomie 1989 roku. Aby nie powtórzyć błędów sprzed 25 lat, dzieło Changa powinno stać się w tym ważnym momencie lekturą obowiązkową dla polskich decydentów. To kopalnia argumentów, faktów i twardych danych, które nawet najbardziej zatwardziały umysł muszą skłonić do zastanowienia się dwa razy, czy na pewno TTIP i CETA są tym, czego obecnie najbardziej potrzebują zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska.
Wadliwa teoria
Teoretyczne podstawy otwarcia się na wolny handel zapewnia obecnie koncepcja Heckschera-Ohlina-Samuelsona, zwana w skrócie teorią HOS. Jest ona rozwinięciem tez Davida Ricardo, który w miejsce bezwzględnych przewag komparatywnych wprowadził przewagi względne. Inaczej mówiąc, nawet jeśli jeden z dwóch krajów ma przewagę w wydajności produkcji dwóch towarów, to integracja handlowa między nimi wciąż się opłaca, gdyż pierwszy powinien się skupić na produkcji tych towarów, które dają mu największą przewagę produktywności, a drugi na polu, na którym odnosi najmniejszą stratę. XX-wieczni twórcy teorii HOS zmodyfikowali tę koncepcję, wprowadzając do niej kluczowe dla produkcji składowe – kapitał i pracę, twierdząc, że kraje zasobne we względnie tani kapitał powinny się skoncentrować na produkcji kapitałochłonnej, państwa z dużą ilością taniej siły roboczej natomiast – na produkcji pracochłonnej. W ten sposób wszyscy pokażą swoje najmocniejsze strony, dzięki czemu w krótkim czasie nastąpi pełne wykorzystanie dostępnych mocy produkcyjnych, a uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przeznaczyć na konsumpcję. Wydaje się to na pierwszy rzut oka logiczne – jak wszystkie „zdroworozsądkowe” teorie złych Samarytan. W końcu każdy powinien się skupić na rozwinięciu swoich mocnych stron, bo ma to potencjał przynoszenia największego zwrotu. W książce Changa co i rusz przekonujemy się jednak, że logiczne na pierwszy rzut oka teorie nie tylko okazują się wadliwe, lecz także są zwykłą pułapką zastawioną przez życzliwych możnych.
Zacznijmy od wad – teoria HOS zakłada doskonałą mobilność czynników produkcji. Inaczej mówiąc, po upadku huty piece hutnicze w magiczny sposób zamienią się w komputery i zaczną służyć do produkcji oprogramowania w firmie IT, a wyrzuceni z pracy górnicy błyskawicznie przekwalifikują się na wielojęzycznych prawników korporacji. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe. Nie ma żadnych gwarancji, że po upadku zakładów danego sektora, w wyniku otwarcia się gospodarki i dostosowywania do „optymalnej” dla niej produkcji powstaną na ich miejsce nowe zakłady. Albo że istniejące rozbudują się do tego stopnia, iż wchłoną powstały wolny zasób danego czynnika produkcji. Najprawdopodobniej będzie tak, że w kraju rozwijającym się może i rzeczywiście obszary pracochłonne gospodarki się rozwiną, jednak obszary kapitałochłonne, w tych krajach siłą rzeczy zacofane, upadną pod ciężarem konkurencji i już się nie podniosą. Pracujący tam ludzie trafią na bruk, a kapitał na śmietnik. Nastąpią nie tylko straty materialne, ale i powiększą się rzesze przegranych takiej transformacji. Nawet jeśli uda się kiedyś wchłonąć powstałe wolne zasoby, a straty odrobić, nastąpi to po długim czasie. Całe grupy społeczne i pokolenia przegrają w takim procesie na zawsze. Żeby zminimalizować negatywne skutki, w kraju musiałyby istnieć mechanizmy kompensacji – redystrybucja, zabezpieczenie społeczne i sprawne usługi publiczne. Tymczasem w krajach rozwijających się niemal nigdy ich nie ma lub są w powijakach – i w obliczu wyzwania nie zadziałają na odpowiednią skalę. Zatem żaden lider polityczny, czujący odpowiedzialność za całą wspólnotę, nie powinien podjąć działań zalecanych przez teorię HOS.
Jednak te wady teoretyczne są niczym przy niebezpieczeństwach pułapki, jaką za pomocą teorii HOS szykują źli Samarytanie z krajów rozwiniętych. Nie trzeba być geniuszem, aby się zorientować, że rzetelne wdrożenie tej koncepcji będzie oznaczać dla kraju specjalizację w zacofanych dziedzinach, skaże zatem dane państwo na wieczny dystans wobec najlepiej rozwiniętych. Otwarcie gospodarki rzeczywiście jest najlepszym sposobem na wzrost wydajności w krótkim terminie – jednak w długim okaże się pułapką. Umożliwi bowiem rozwój zakładów w obszarach pracochłonnych, jednak branże kapitałochłonne pozostaną dla kraju zamknięte. Lokalni zacofani producenci tych branż błyskawicznie przegrają konkurencję z rozwiniętymi producentami z krajów zamożnych, bo będą pozbawieni ochrony, a nawet jeśli zdążą się przekwalifikować na produkcję pracochłonną, to gwarantująca największy zwrot i skok produktywności produkcja kapitałochłonna będzie dla nich niedostępna – tak, jak i dla społeczeństwa niedostępny stanie się standard życia społeczeństw rozwiniętych. Producenci z krajów bogatych już na starcie wyeliminują swoją raczkującą konkurencję. Nic więc dziwnego, że promują wolny handel, gdzie tylko mogą.
Protekcjonizm kluczem do sukcesu
Nie jest więc chyba już teraz niespodzianką, że kraje wysoko rozwinięte, gdy same były na niższym poziomie rozwoju, prowadziły politykę zupełnie różną od tej, którą teraz postulują. Pierwsza potęga gospodarcza Zachodu, Wielka Brytania, dziś uważana za ojczyznę wolnego handlu i gospodarczego liberalizmu, w istocie jest ojczyzną protekcjonizmu i regulowania gospodarki na niemal wszystkie możliwe sposoby. Pionierem tych rozwiązań był już Henryk VII, który głęboko ingerował w handel wełną i produktami wełnianymi – raz zwiększając, raz zmniejszając cła, to zabraniając zupełnie eksportu surowca, to lekko uchylając dla niego drzwi. Wszystko po to, by wesprzeć krajowych wytwórców i wykończyć zagraniczną konkurencję, głównie holenderską, która sytuowała się na wyższym poziomie technologicznym, ale w dużej mierze była uzależniona od taniej wełny z Wysp.
Protekcjonizm do rangi sztuki podniósł słynny brytyjski premier Robert Walpole. Przed nim brytyjska polityka oczywiście nie była wolnorynkowa – jednak skupiała się na dominacji w handlu, np. dzięki prawu o żegludze, które wymagało, by wszelki handel z Wielką Brytanią odbywał się za pośrednictwem brytyjskich okrętów. Po 1721 roku Walpole postawił na ochronę i wspieranie wytwórstwa. Jego ideą przewodnią był eksport produktów przetworzonych i import surowców. Zatem znacznie podniósł cła na import skończonych towarów, za to obniżył lub zniósł stawki importowe na materiały do produkcji. Zaczął stosować szereg zachęt dla eksporterów – od dopłat do produkcji na eksport, po zwroty ceł, które krajowi producenci musieli zapłacić w państwach, w których sprzedawali swoje towary. Ustanowił też regulacje jakości obligatoryjne dla wszystkich producentów z Wysp, by któryś z nich nie psuł reputacji produktom „made in UK”. Forsował również bezwzględne przepisy wobec brytyjskich kolonii, zabraniające im prowadzenia bardziej rozwiniętej produkcji, m.in. zakazał Amerykanom budowy nowych odlewni i walcowni, skazując ich na produkcję surówki niskiej jakości.
Wielka Brytania kontynuowała tę politykę aż do połowy XIX wieku, będąc najbardziej protekcjonistyczną gospodarką świata. Jej cła na towary przetworzone wynosiły w 1820 roku 45–55%, tymczasem w Niderlandach było to 6–8%, w Prusach 8–12%, a we Francji, postrzeganej dziś stereotypowo jako etatystyczna – 20%. Zjednoczone Królestwo zaczęło forsować i stosować wolny handel dopiero w drugiej połowie XIX wieku, gdy już tamtejsi wytwórcy mieli taką przewagę nad konkurencją ze świata, że na liberalizacji mogli tylko zyskać.
Protekcjonizm na szeroką skalę stosowało też kolejne mocarstwo tradycyjnie kojarzone z wolnym rynkiem. W USA ta polityka nosiła nazwę „ochrony przemysłów raczkujących”, a jej zręby stworzył pierwszy sekretarz skarbu Alexander Hamilton, do dziś uznawany za ojca założyciela amerykańskiego kapitalizmu. W 1791 roku opublikował „Raport o stanie manufaktur”, w którym wprost zalecał ochronę dopiero rozwijających się krajowych wytwórców przed konkurencją z zagranicy. Rekomendował więc wysokie cła na towary przetworzone, ale i liberalizację importu półproduktów potrzebnych krajowym wytwórcom. Postulował zakaz eksportu kluczowych surowców oraz ufundowanie nagród za przełomowe wynalazki i patenty. Forsował rozbudowę infrastruktury materialnej niezbędnej do rozwoju przemysłu, a także stworzenie regulacji jakości. Niestety nie doczekał wprowadzenia swoich pomysłów w życie. Za jego czasu Kongres, pod wpływem silnych plantatorów i właścicieli niewolników z Południa, wprowadzał rozwiązania różne od proponowanych przez Hamiltona. Plantatorzy eksportujący surowce lub nisko przetworzone produkty, wytwarzane dzięki de facto darmowej sile roboczej, chcieli mieć dostęp do tanich produktów przetworzonych lub ekskluzywnych z zagranicy. Nie po raz pierwszy okazało się, że wolny handel był na rękę głównie wyzyskiwaczom – w tym przypadku właścicielom niewolników. W wyniku ich lobbingu Kongres, jeśli podnosił cła, to tylko w tak nieznaczny sposób, że nie mogło to przynieść spodziewanych rezultatów w postaci wzrostu krajowej aktywności przemysłowej.
Cła znacząco podniesiono dopiero w wyniku wojny brytyjsko-amerykańskiej. Do 1820 roku zostały podniesione aż do poziomu 40% z 12,5% w 1812 roku. Pełne urzeczywistnienie koncepcji Hamiltona przyniosła dopiero prezydentura Abrahama Lincolna. Bazował on na opracowanej przez Henry’ego Claya koncepcji „Systemu amerykańskiego”, który łączył protekcjonizm z wielkimi inwestycjami publicznymi w infrastrukturę. Po wyborze Lincolna na prezydenta USA podniosły cła na import towarów przetworzonych do najwyższej na świecie wysokości 50% i utrzymały je aż do I wojny światowej. Po krótkotrwałej liberalizacji handlu ustawa Smoota–Hawleya w reakcji na Wielki Kryzys znów wywindowała cła na wysokie poziomy. Dopiero po II wojnie światowej, gdy USA były już potęgą gospodarczą, Amerykanie zaczęli forsować wolny handel. Jednak nawet wtedy wspierali swoich wytwórców i eksporterów, głównie finansując wydatki na badania i rozwój. W latach 1950–1995 udział publicznych środków w amerykańskich wydatkach B+R wynosił między 50 a 70%, tymczasem w tradycyjnie interwencjonistycznych Japonii i Korei Południowej – zaledwie 20%.
Przykładem klęski wolnego handlu jest natomiast Meksyk. Lata przed liberalizacją handlu stosował industrializację metodą substytucji importu, czyli zastępowania tradycyjnie importowanych produktów wyrobami lokalnych wytwórców, chronionych cłami i innymi barierami (np. kwoty importowe), nawet jeśli produkty te były gorszej jakości niż zagraniczne. W latach 1955–1982 dochód per capita rósł w tym kraju rocznie o 3,1%, co w tak długim okresie jest wynikiem znakomitym. Niestety po tym czasie Meksyk nawrócił się na ideologię wolnorynkową. Pierwszym etapem transformacji meksykańskiej polityki handlowej były lata 1985–1995, gdy znacznie zliberalizowano handel, znosząc wiele istniejących barier. W tym okresie wzrost spadł do raptem… 0,1% rocznie. Była to przymiarka do podpisania umowy NAFTA, która ustanowiła strefę wolnego handlu między USA, Kanadą i Meksykiem. NAFTA weszła w życie w 1995 roku i odcisnęła piętno na krajowym przemyśle wytwórczym, budowanym pieczołowicie w latach substytucji importu. Doprowadziła do załamania się całych sektorów gospodarki meksykańskiej, wzrostu bezrobocia i spadku płac. Meksyk stracił aż 1,6 mln miejsc pracy w rolnictwie i 600 tys. dobrze opłacanych w przemyśle. Drobni meksykańscy rolnicy nie wytrzymali konkurencji z wielkimi amerykańskimi farmami, które zalały tamtejszy rynek tanimi i mocno subsydiowanymi produktami rolnymi. Na subsydiowanie własnych na taką skalę oczywiście nie było stać znacznie biedniejszego Meksyku. Nawet niewielkie odbicie wzrostu, jakie przyniosło wejście w życie układu NAFTA, nie powetowało strat wynikających z liberalizacji handlu. Dochód per capita w latach 1995–2002 rósł w tempie 1,8%, a więc niemal dwukrotnie niższym niż w czasach protekcjonizmu. Dodatkowo odbywał się on dzięki inwestorom zagranicznym, a nie krajowym, oraz na fali powstawania gorzej płatnych miejsc pracy. To wszystko jest tym „dziwniejsze”, że według narracji Samarytan, Meksyk wydawał się wręcz idealnym kandydatem na prymusa wolnego handlu. Graniczył z największym rynkiem świata, a więc była to doskonała okazja, by jego wytwórcy skorzystali z efektu skali. Dodatkowo miał bardzo dużą diasporę w USA, co powinno zapewnić niezbędne w biznesie powiązania nieformalne. Oprócz tego dysponował fundamentem wzrostu, a według mainstreamowych ekonomistów – dobrze wykształconą i kompetentną siłą roboczą i kadrą menedżerów. Nic to jednak nie dało – krajowi wytwórcy zbyt szybko zostali zmuszeni do konkurencji z wysoko rozwiniętymi producentami z USA, co skończyło się zupełną klęską rodzimej, meksykańskiej gospodarki. Chang wymienia jeszcze kilka przykładów niepowodzeń otwarcia gospodarki. W Wybrzeżu Kości Słoniowej po obniżce ceł o 40% w 1986 roku załamały się całe sektory gospodarki – włókienniczy, obuwniczy, a także istniejący tam samochodowy. W Zimbabwe liberalizacja handlu w 1990 roku przyniosła błyskawiczny wzrost bezrobocia z 10 do 20%.
Pułapka zagranicznych inwestycji
Nawet liberalni ekonomiści przyznają, że inwestycje zagraniczne nierówne inwestycjom zagranicznym. Inwestycje portfelowe, czyli inwestowanie na krajowym rynku akcji, nieruchomości lub innych aktywów, mogą przynieść więcej szkód niż pożytku. Często mają charakter stricte spekulacyjny, a więc są nastawione na dochód w krótkim terminie. Siłą rzeczy są więc bardzo niestabilne, a podczas realizacji zysków mogą spowodować znaczne perturbacje na rynku. Dodatkowo mają tendencje procykliczne, więc napływają wtedy, gdy w gospodarce panuje hossa, a odpływają w czasie recesji. Zatem w okresie ożywienia mogą spowodować przegrzanie gospodarki i pęcznienie baniek – czyli niekontrolowany i nieuzasadniony wzrost cen aktywów (mieszkań, udziałów, obligacji rządowych). Tymczasem w okresie załamania lub pęknięcia wytworzonych baniek, ich odpływ spowoduje pogłębienie recesji. Właśnie dlatego kraje rozwijające się doświadczyły ogromnego wzrostu kryzysów finansowych od momentu, gdy otworzyły swoje rynki kapitałowe. W latach 1945–1971, gdy światowe przepływy finansowe nie były jeszcze zliberalizowane, kraje te przeszły 16 kryzysów walutowych, jeden walutowo-bankowy i żadnego stricte bankowego. Tymczasem w latach 1973–1997, czyli w okresie znacznej liberalizacji przepływów, ucierpiały w wyniku 17 kryzysów bankowych, 57 kryzysów walutowych i 21 walutowo-bankowych.
Jednak nie tylko zagraniczne inwestycje portfelowe przynoszą szereg niebezpieczeństw. Także bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ – inwestowanie w realną gospodarkę) mogą się odbić czkawką państwu przyjmującemu. Oczywiście w powszechnej optyce są źródłem niemal samych korzyści – transfer technologii, nowe miejsca pracy, wzrost produktywności. Zagrożenia są dużo mniej oczywiste, ale jednak istnieją – i z reguły się ujawniają, choć nie są tak nagłaśniane, jak otwarcie nowego zakładu. Dają wchodzącemu koncernowi okazję do obniżania opodatkowania dzięki korzystaniu z cen transferowych. Pompując koszty w kraju, który przyjął inwestycję, przenosi się dochód do państw z niskimi stawkami podatku dochodowego, ze specjalnymi preferencjami dla poszczególnych rodzajów działalności (np. dochody z licencji) lub wręcz dla konkretnych firm (jak czynił to Luksemburg). Chang przytacza kilka przypadków absurdalnych transakcji między filiami różnych koncernów, które miały na celu machinacje podatkowe – eksport anten telewizyjnych z Chin po 40 centów za sztukę czy wyrzutni rakiet z Boliwii po 40 dolarów. Z drugiej strony, zagraniczne filie koncernów importowały niemieckie ostrza pił do metalu za 5,5 tys. dolarów za sztukę, japońskie pęsety za 5 tys. dolarów czy klucze francuskie za ponad tysiąc dolarów za sztukę. Trzeba pamiętać, że taka optymalizacja jest groźna nie tylko z powodu strat wpływów podatkowych. Jest też niekorzystna dla bilansu handlowego kraju, gdyż lokalne spółki-córki koncernów, by wykazać straty i nie płacić podatków, importują za wyższą kwotę, niż eksportują.
Co więcej, inwestycje bezpośrednie nie zawsze przybierają formę inwestycji typu greenfield, czyli budowy od podstaw nowego zakładu. Często to inwestycje typu brownfield – przejęcia całego istniejącego przedsiębiorstwa. Pół biedy, gdy jest ono przejmowane z myślą o rozwoju. Niestety bywa, że to wrogie przejęcia, mające na celu albo wyeliminowanie konkurencji, albo przejęcie majątku tańszym kosztem. Hiszpańskie linie lotnicze Iberia wykupiły kilka południowoamerykańskich kompanii z nowymi samolotami, następnie odświeżono nimi starą flotę nabywcy, a wykupione linie doprowadzono do bankructwa. BIZ niekoniecznie muszą się też wiązać z transferem technologii. Jeśli nie zadba się o odpowiednie przepisy dotyczące współpracy inwestora z lokalnymi dostawcami, firmy zagraniczne mogą tworzyć enklawy, działając tylko w obrębie własnych sieci korporacyjnych, a więc o jakimkolwiek upowszechnianiu modernizacji będzie można zapomnieć. Jednak według Changa najważniejszym zagrożeniem wiążącym się z BIZ jest konkurencja, jaką będą stanowić zagraniczni inwestorzy dla krajowych producentów. Koncerny z zagranicy z reguły są bardziej wydajne od krajowych wytwórców i prawdopodobnie wygryzą ich z rynków. Udostępnią często tańsze i lepsze jakościowo produkty, z którymi nie będą w stanie konkurować niedojrzali jeszcze do rywalizacji na takim poziomie rodzimi przedsiębiorcy. Zamiast więc dostać nieco czasu na dorośnięcie, po prostu upadną.
Oczywiście nie będzie niespodzianką, że w walce z kapitałem zagranicznym przodowali ci, którzy obecnie najsilniej postulują ułatwienia dla inwestycji zagranicznych i przepływów kapitałowych. W 1832 roku prezydent USA Andrew Jackson doprowadził do upadku Drugiego Banku USA, nie odnawiając mu licencji, gdyż udział kapitału zagranicznego był w nim zbyt wysoki – choć wynosił ledwie 30%. Ustawa z 1887 roku zabroniła posiadania ziemi w USA osobom z zagranicy, a także spółkom, których kapitał zagraniczny przekracza 20%. Także poszczególne stany nie próżnowały w tym zakresie – w tym samym roku Indiana wprowadziła prawo w zasadzie odbierające firmom zagranicznym ochronę prawną. Stan Nowy Jork natomiast po prostu zabronił otwierania na swoim terenie filii banków zagranicznych.
Bardzo obrazowy jest przykład Toyoty. Przerzuciła się na produkcję samochodów w 1933 roku, a sześć lat później rząd Japonii usunął z kraju zagranicznych producentów aut, z General Motors i Fordem na czele. Pomimo państwowej ochrony budowa nowoczesnych pojazdów szła Toyocie jak po grudzie. Gdy w 1958 roku firma postanowiła podbić amerykański rynek modelem Toyoped, próba skończyła się spektakularną klęską. Amerykanie za nic w świecie nie chcieli się przesiadać do zagranicznych pojazdów z kraju, który kojarzył im się z produkcją tandety. Sprawy nie ułatwiał sam pojazd, który – oględnie mówiąc – nie był specjalnie udany. Po tej kompromitacji w Japonii rozgorzała dyskusja – postulowano wpuszczenie do kraju zagranicznych producentów aut, by Japończycy też mogli korzystać z najlepszych rozwiązań w tym zakresie. Twierdzono, że skoro po tak długim okresie protekcji w Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż nie doczekano się porządnych modeli samochodów, to Japonii nie jest dane produkować pojazdy. Ostatecznie jednak nie zdecydowano się na ten krok – postanowiono, że lepiej przez jakiś czas mordować się w zacofanych rodzimych pojazdach, by koncern miał jeszcze trochę czasu na dorośnięcie. Dziś japońskie samochody są równie oczywiste, co norweski łosoś albo szkocka whisky – kojarzą się z niezawodnością i nowoczesnością, a marka Lexus także z prestiżem. Gdyby w latach 60. wpuszczono do Japonii zagraniczne firmy motoryzacyjne, być może ani Lexusa, ani sukcesu Toyoty w ogóle by nie było.
Najnowszym przykładem skutecznej walki z zagranicznym kapitałem jest Finlandia. Od momentu uzyskania niepodległości w 1918 roku robiła wszystko, by zniechęcić zagranicznych inwestorów do aktywności na swoim terytorium. W latach 30. wprowadzono m.in. przepisy, które oficjalnie uznawały podmioty z ponad 20-procentowym udziałem kapitału zagranicznego za „niebezpieczne”. Oczywiście obudowano to szeregiem protekcjonistycznych ustaw. Prawo złagodzono dopiero w 1987 roku, gdy podniesiono dopuszczalny pułap udziału kapitału zagranicznego w firmach do 40%, jednak Ministerstwo Handlu i Przemysłu wciąż musiało wydawać zgodę na każdą inwestycję zagraniczną. Rzeczywista liberalizacja handlu i przepływu kapitału nastąpiła w tym kraju dopiero w 1993 roku z powodu planowanej za dwa lata akcesji do UE. W tych cieplarnianych warunkach spokojnie dojrzewały fińskie firmy, które ostatecznie wyrwały Finlandię z zacofania – gdy uzyskiwała niepodległość, była jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nokia musiała czekać na wypracowanie pierwszego zysku ze swego pionu elektronicznego aż 17 lat, a w pewnym momencie była przecież zupełnie bezkonkurencyjna w produkcji telefonów komórkowych. Tymczasem gdyby Finowie wpuścili do siebie kapitał zagraniczny, któryś z ówczesnych gigantów zapewne wykupiłby Nokię i zakończył działalność nierentownego pionu elektronicznego albo zlecił mu drugorzędną produkcję.
Złote czasy protekcjonizmu
Głównym argumentem złych Samarytan jest rzekomo dobroczynny wpływ wolnego handlu na wzrost gospodarczy. Nawet jeśli niesie on ze sobą szereg zagrożeń, które coraz częściej trudno jest ignorować, to społeczeństwo ostatecznie i tak odniesie korzyść z liberalizacji dzięki szybszemu rozwojowi gospodarczemu. Nawet ten argument jest jednak wyjątkowo wątpliwy.
Okazuje się, że kraje stosujące wolny handel, z własnej woli lub nie, często notują dużo gorsze wyniki wzrostu niż kraje protekcjonistyczne. Czasy powszechnych barier dla kapitału były też okresami większego boomu niż te wolnorynkowe. W XIX wieku zmuszone do otwarcia swoich gospodarek kraje kolonizowane notowały znacznie gorsze wyniki niż państwa chroniące swe rynki. W latach 1870–1913 kraje Azji (bez Japonii) rosły ledwie o 0,4% rocznie, a Afryki – o 0,6%. Tymczasem w Europie wzrost wynosił 1,3%, a w USA, które były w tym okresie najbardziej protekcjonistycznym krajem świata, nawet 1,8%. Podobnie sprawa wygląda w okresie powojennym. W latach 60. i 70., gdy panowały powszechne praktyki protekcjonistyczne, kraje Zachodu rozwijały się w tempie 3,2% rocznie, tymczasem w latach 80. i 90., gdy zaczęto wdrażać daleko posunięta liberalizację, tempo spadło do 2,1%. Jeszcze wyższy spadek odnotowały kraje rozwijające się. W latach 60. i 70. wzrastały średnio o 3% rocznie, tymczasem od lat 80. nastąpił spadek do 1,7%. A trzeba pamiętać, że za wzrost w ostatnich dekadach zaczęły odpowiadać przede wszystkim gigantyczne Chiny, a więc realny spadek wzrostu w większości krajów rozwijających się był w wyniku liberalizacji światowego handlu znacznie większy. Podobnie wygląda to w poszczególnych regionach. Ameryka Łacińska rosła w latach 60. i 70. w tempie ponad 3 proc. rocznie, a Brazylia wzrostem przypominała azjatyckie tygrysy. Tymczasem po ich nawróceniu się na wolnorynkowe zasady konsensusu waszyngtońskiego tempo spadło do jednej trzeciej wcześniejszych wyników, a w latach 2000–2005 spowolniło jeszcze bardziej, do ledwie 0,6% rocznie. W Afryce od lat 80. dochód per capita zaczął wręcz spadać, choć we wcześniejszych dwóch dekadach osiągał ok. 2% wzrostu.
Analogie do polskiej historii po 1989 roku, jakie można wysnuć ze „Złych Samarytan”, są aż nazbyt oczywiste. Także nad Wisłą nagłe otwarcie gospodarki doprowadziło do upadku wielu krajowych producentów, szczególnie z branż zaawansowanych technologicznie. Upadek Kasprzaka czy Unitry tłumaczono logiczną konsekwencją ich zacofania w stosunku do zachodnich konkurentów. Nie ulega wątpliwości, że polskie zakłady rzeczywiście były zacofane, jednak właśnie dlatego należało dać im czas na okrzepnięcie w warunkach gospodarki rynkowej. Także nad Wisłą dochodziło do wrogich przejęć, chociażby wrocławskiego Elwro, kupionego przez Siemensa, a następnie dosłownie zrównanego z ziemią. To właśnie w wyniku liberalnej polityki po 1989 roku wciąż nie doczekaliśmy się koncernów światowego formatu. Perła w koronie polskiego przemysłu, czyli Pesa, tak naprawdę stanowi dziesiątą część potencjału francuskiego Bombardiera. A wszelkie jej wpadki (np. z Dartami) są bezlitośnie wypominane i wykorzystywane jako uzasadnienie zakupu zagranicznych składów Pendolino. Nie zwraca się uwagi na fakt, że Pesa jest wciąż niedojrzałym młodzieńcem, który musi sobie radzić, rywalizując z okrzepłymi dorosłymi konkurentami. Niestety, gdy polski przemysł raczkował, nie był otoczony taką ochroną jak fiński czy japoński. I między innymi dlatego, pomimo 25 lat stabilnego wzrostu, zamożny Zachód wciąż nawet nie majaczy na horyzoncie. Szkoda, że „Źli Samarytanie” nie zostali napisani przed 1989 rokiem. Być może któryś z polskich decydentów po lekturze poszedłby po rozum do głowy. Niestety, obecnie ta bardzo ważna książka Changa jest dla Polaków trochę musztardą po obiedzie. Choć oczywiście na naukę nigdy nie jest za późno.
Piotr Wójcik
Ha Joon-Chang, Źli Samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu, tłum. B. Szelewa,
M. Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Jednym z gości Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2014 roku był Matthieu Ricard, buddyjski mnich, niegdysiejszy biolog. Codziennie rano prowadził zajęcia relaksacyjne dla chętnych. Co ważne, Ricard nie jest zwykłym buddystą, lecz człowiekiem dzierżącym tytuł najszczęśliwszej osoby na świecie. Podstawą do jego przyznania był eksperyment przeprowadzony na uniwersytecie w Wisconsin: na głowie francuskiego mnicha umieszczono 256 czujników, które zapisywały reakcje w jego mózgu. Wyniki, zdaniem badaczy, były zdumiewająco pozytywne. Jest to oczywiście „dowód” bardziej anegdotyczno-medialny niż w pełni naukowy, choćby dlatego że grupa porównawcza, na tle której oceniano wyniki Ricarda, była niezbyt duża jak na standardy nauki. Jednak sama etykietka „najszczęśliwszego człowieka na świecie” przemawia do wyobraźni wielu ludzi.
Książka Williama Daviesa „Happiness Industry” („Przemysł szczęścia”) zaczyna się właśnie od opisu pobytu Ricarda w Davos i wspomnianego eksperymentu. Nie jest to, jak łatwo się domyślić, wybór przypadkowy. Cała otoczka związana z „najszczęśliwszym człowiekiem na świecie” odwiedzającym Forum Ekonomiczne symbolizuje bowiem problem, który jest głównym tematem rozważań Daviesa, czyli ścisły związek między nauką, szczęściem oraz biznesem. Autor „Happiness Industry” uważa, że jest to niebezpieczna mieszanka. Nie żeby miał on coś przeciwko szczęściu czy nauce (ani tym bardziej samemu Ricardowi!). Również biznesu nie traktuje jako czegoś z natury złego. Kłopot polega na tym, że gdy te trzy rzeczy łączą się, nauka nazbyt często nabiera charakteru technokratycznego albo po prostu zmienia się w pseudonaukę i gadżeciarstwo, szczęście zostaje zredukowane do roli biologicznych wskaźników pozwalających oszacować nasze zdolności produkcyjne, a biznes oraz mechanizmy wolnorynkowe zaczynają wkraczać na tereny, na których ich skuteczność i autorytet są, delikatnie mówiąc, wątpliwe.
Sytuację pogarsza jeszcze to, że rozwój przemysłu szczęścia wiąże się zazwyczaj z lekceważeniem podstawowych pytań filozoficznych: czym w ogóle jest szczęście? Jakie są jego rodzaje? Czy każdy rodzaj szczęścia jest dobry? Jaki dokładnie istnieje związek między reakcjami chemicznymi w naszych mózgach a pojęciem wywodzącym się z czasów, gdy nikt nie słyszał o neuronach? Jak kształtowały się wyobrażenia na temat szczęścia? Wbrew pozorom nie są to abstrakcyjne pytania przeznaczone jedynie dla ludzi zajmujących się zawodowo filozofią albo mających zbyt wiele wolnego czasu. Jak słusznie sugeruje Davies, ich lekceważenie skutkuje tym, że przemysł szczęścia staje się narzędziem do bezrefleksyjnego promowania postaw i rozwiązań korzystnych dla konkretnej grupy osób, a nie dla ogółu społeczeństwa.
Angielski socjolog twierdzi między innymi, że za różnymi (choć oczywiście nie wszystkimi) pomysłami uszczęśliwiania ludzi stoi próba odpowiedzi na stare kapitalistyczne pytanie: jak wycisnąć z pracowników jeszcze więcej? Liczne badania wskazują, że osoba nieszczęśliwa, pasywna i mająca skłonności do depresji jest mniej wydajna w pracy (co zresztą nie jest specjalnie odkrywczym stwierdzeniem). Dlatego wielu ludzi biznesu, ale także ekonomistów i polityków, jest zainteresowanych wszelakimi projektami, które pomagają zrozumieć, na czym polega szczęście – czy też ogólniej: dobre samopoczucie – i jak można je kontrolować. Trochę szkoda, zważywszy na istotność problemu, że Davies nie dostarcza większej liczby przykładów tego zjawiska. Wspomina głównie o działaniach brytyjskiego rządu, który zleca prywatnym firmom zadanie „stawiania na nogi” bezrobotnych ze słabym samopoczuciem, oraz o modnych aplikacjach zdrowotnych, które wpisują się w trend Health 2.0, a przez samego autora są nazywane złośliwie przyrządami do „zwiększania produktywności”.
Davies zaznacza również – znowu trafnie – że ta niezbyt szlachetna motywacja do rozwijania przemysłu szczęścia wpływa na sposób, w jaki zaczynamy myśleć o samym stanie „bycia szczęśliwym”. Jak pisze, gdy zajmujemy się bólem, czyli czymś, co zazwyczaj jest uważane za główną przeszkodę na drodze do szczęścia, możemy przyjąć dwie postawy. Pierwszą jest takie przearanżowanie otoczenia, aby zniknęła przyczyna nieszczęścia. Drugie wyjście to zmiana sposobu, w jaki odbieramy naszą sytuację. Innymi słowy, jest to różnica między strategią skupiająca się na kontekście oraz strategią skupiającą się na jednostce. Niestety – zdaniem Daviesa – najczęściej wybieramy tę drugą. Dlaczego tak się dzieje? Ano właśnie dlatego, że z punktu widzenia kogoś, kto jest zainteresowany zwiększeniem produktywności pracowników, ważne jest tylko to, żeby nie byli oni nieszczęśliwi. Czytaj: żeby nie spadała ich produktywność. Wysłanie osoby niezadowolonej z życia na zajęcia z pozytywnego myślenia albo na terapię (strategia indywidualistyczna) jest zaś w większości przypadków o wiele łatwiejsze i tańsze niż zmienianie otoczenia, w którym ona funkcjonuje (strategia kontekstualna). Tym bardziej, że być może tym wywołującym niezadowolenie otoczeniem są nie tylko warunki pracy w tej czy innej firmie, ale cały system kapitalistyczny.
Czemu Davies uważa, że wybór strategii indywidualistycznej jest wyborem niewłaściwym? Gdy spotykamy się z osobą nieszczęśliwą, to warto zadać sobie pytanie, z czego wynika jej brak zadowolenia – na jaki problem ono wskazuje. Jak pisze Davies: Gdy jakaś osoba jest nieszczęśliwa z powodu tego, że nierówności dochodowe sięgnęły w Brytanii i USA poziomu, którego nie widzieliśmy od lat 20. XX wieku, rada – dawana przez niektórych ekonomistów szczęścia – że ta osoba miałaby się lepiej, gdyby nie znała zarobków innych ludzi, wydaje się beznadziejna. A jednak właśnie takie rozwiązanie podsuwa strategia indywidualistyczna: nie martwmy się systemowymi problemami, zadbajmy tylko o poprawę samopoczucia poszczególnych osób, bez wnikania w przyczyny ich niezadowolenia. Jeszcze raz oddajmy głos Daviesowi, tym razem komentującemu ironicznie niektóre nurty współczesnej psychologii: Pod wieloma względami nauka zajmująca się szczęściem jest krytyką skierowaną do wewnątrz, pomimo wszystkich nawoływań psychologii pozytywnej, aby dostrzec świat wokół nas. Nieustanna fascynacja ilościowym podejściem do subiektywnych odczuć może jedynie odwrócić naszą krytyczną uwagę od szerszych problemów politycznych i ekonomicznych. Zamiast szukać sposobów na zmianę naszych uczuć, powinniśmy wreszcie wziąć to, co skierowaliśmy do wewnątrz, z powrotem na zewnątrz.
Przesłanie, aby przyjąć perspektywę kontekstową i wycelowaną „na zewnątrz”– aby poznawać człowieka przez pryzmat jego interakcji społecznych i politycznych – powraca w książce Daviesa wielokrotnie. To nie tak, że psychologia czy nauki kognitywne nie mają nic ciekawego do powiedzenia o nas, ludziach, i o tym, co nam sprawia radość, a co nie – przekonuje autor „Happiness Industry”. Rzecz w tym, że tego rodzaju badania powinny być drzwiami, przez które przechodzimy do dialogu politycznego. Innymi słowy, chodzi o to, aby nie traci z oczu interakcyjnego wymiaru ludzkiego życia – tego, że jesteśmy istotami społecznymi. Davies podkreśla szczególnie rolę języka, powołując się nawet (choć dosyć pobieżnie) na poglądy niemieckiego filozofa Ludwiga Wittgensteina. Zdaniem Wittgensteina, aby zrozumieć znaczenie słowa, musimy wiedzieć, w jaki sposób jest ono używane – pisze – co oznacza, że problem rozumienia innych ludzi jest przede wszystkim problemem społecznym. Podobnie, aby pojąć, co dana osoba robi, powinniśmy zrozumieć, co znaczą jej działania, zarówno dla niej samej, jak i dla ludzi, których one dotyczą.
Autor przekonuje, że nazbyt indywidualistyczna, technokratyczna i rynkowa wizja szczęścia ma swoje źródła już w podejściu angielskiego filozofa Jeremy’ego Benthama oraz jego bardziej bądź mniej bezpośrednich dziewiętnastowiecznych następców. Zresztą większa część książki Daviesa jest w rzeczywistości poświęcona nie tyle współczesnym badaniom nad szczęściem, ile historycznej rekonstrukcji rozwoju nauk o nim. Dla części czytelników będzie to z pewnością rozczarowanie. Davies wychodzi jednak ze słusznego założenia, że aby zrozumieć dane zjawisko, należy poznać jego historię. I trzeba przyznać, że przekonująco pokazuje, jak historia dociekań nad szczęściem w różnych jego odmianach zaważyła na dzisiejszym podejściu do tego tematu.
Wracając zaś do Benthama, był on żywo zainteresowany badaniem ludzkiego szczęścia. I chciał to robić w sposób naukowy, co oznaczało dla niego odrzucenie filozoficznych spekulacji, którym nie ufał, oraz skupienie się na fizycznych podstawach doznań takich jak przyjemność i ból. Jednym z pomysłów angielskiego myśliciela na badanie poziomu szczęścia było mierzenie pulsu. Inną prekursorską ideą było użycie pieniędzy jako miernika. Bentham rozumował tak: jeśli ludzie są w stanie za pewne rzeczy zapłacić więcej niż za inne, znaczy to, że te pierwsze muszą wywoływać w nich większą ilość szczęścia niż te drugie. Śledząc zachowania ekonomiczne danej osoby, możemy zatem odkryć, co przysparza jej więcej radości, co mniej, a co wcale. Przenosząc to na poziom społeczny, jesteśmy w stanie opracować ogólną mapę szczęścia.
Obydwa wspomniane pomysły nigdy nie zostały przez Benthama rozwinięte, wobec pierwszego on sam wyrażał sceptycyzm. Jednak, jak zauważa Davies, twórca utylitaryzmu wytyczył ścieżkę, którą podążyła większość późniejszych badaczy szczęścia: odrzućmy spekulacje filozoficzne, skupmy się na właściwościach biologicznych człowieka oraz na jego działalności ekonomicznej, ponieważ to fizjologia oraz pieniądze dają nam najlepszy, najbardziej obiektywny dostęp do ludzkich uczuć. Takie podejście wiązało się także z próbą ominięcia języka i bezpośredniego dotarcia do świata naszych wewnętrznych doznań. Bentham, jak wielu badaczy szczęścia po nim, nie ufał słowom, nie ufał temu, co ludzie mają do powiedzenia. Stąd pomysły, aby pominąć wymiar językowy i od razu przejść do obiektywnych, twardych danych dostarczanych przez organizm lub zachowania ekonomiczne.
Problem z biologizowaniem szczęścia oraz z porzuceniem filozoficznych dociekań polega na tym, że za każdym razem, gdy ktoś przechodzi od pytania o szczęście wprost do pytania o reakcje naszego organizmu – niezależnie od tego, czy chce badać puls, czy neurony – pomija istotne problemy społeczne, jak te, o których była mowa powyżej. Gdy zaś do tego wszystkiego dochodzi ekonomizacja nauk o szczęściu, zaczynamy się niebezpiecznie zbliżać do ponurej wizji przyszłości, w której cały dyskurs szczęścia stanie się tylko przykrywką dla nowych sposobów zarabiania pieniędzy. Raz, przez handlowanie aplikacjami, tabletkami i usługami polepszającymi nasze samopoczucie. Dwa, przez wspomniane już podkręcanie wydajności pracowników. Gdy tylko skierujemy krytyczne oko na instytucje – zauważa Davies – zamiast na emocje i nastroje jednostek, które w ich ramach funkcjonują, wszystko się zmienia. Rzecz w tym, że osoby zainteresowane rozwijaniem przemysłu szczęścia nie mają ochoty na taką zmianą perspektywy. Częściowo dlatego, że im się to nie opłaca, częściowo zaś dlatego, że nawet nie dostrzegają możliwości zmiany punktu widzenia, gdyż nie mają świadomości historycznych uwarunkowań stojących za ich obecnym podejściem do problemu.
Davies pisze również, że sojusz przemysłu szczęścia z ekonomią stał się jeszcze niebezpieczniejszy, gdy ta druga – wraz ze swoim językiem oraz założeniami – zdominowała w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nasz sposób myślenia o świecie. A mówiąc dokładniej: zdominowała go konkretna doktryna ekonomiczno-filozoficzna, czyli neoliberalizm. Posługując się słynnym terminem Jeana Lyotarda – sam autor po niego nie sięga, lecz termin ten idealnie pasuje do kontekstu – możemy stwierdzić, że neoliberalizm stał się wielką narracją (notabene zaczął uzyskiwać ten status mniej więcej wtedy, gdy Lyotard ogłaszał kres wielkich narracji). Kształtuje nie tylko dyskurs ekonomiczny, ale także społeczno-polityczny. Głównie dlatego, że coraz częściej rozmawiamy o naszych społeczeństwach i o sobie nawzajem w kategoriach wolnorynkowych. Ekonomiści tacy jak Leszek Balcerowicz starają się nas przekonać, że im mniej polityki, a więcej wolnego rynku i relacji biznesowych w naszym życiu, tym lepiej. Wielu ludzi, w tym samych polityków, ulega tej narracji. Efekty? Wystarczy posłuchać, jak często politycy tłumaczą się, że nie zrobią tego, co należy zrobić, ponieważ są zniewoleni przez dwa współczesne bóstwa: Rynek i Inwestora. Gdy język ekonomiczny posiada tak wielką siłę przebicia, wspierane przez niego indywidualistyczne podejście do szczęścia ma jeszcze większe szanse na zawładnięcie naszą wyobraźnią.
Niestety wątek neoliberalny pozostawia największy niedosyt w trakcie lektury książki Daviesa, ponieważ autor nie poświęca mu dostatecznej uwagi. I to mimo tego, że samo pojęcie neoliberalizmu nieustannie powraca w jego rozważaniach, a jeden z rozdziałów jest niemal w całości poświęcony doktrynie spopularyzowanej przez Miltona Friedmana i „chłopców z Chicago”. Przeczytamy w nim ciekawą anegdotę tłumaczącą, jak pochwała wolnego rynku doprowadziła chicagowskich neoliberałów do poparcia interesów wielkich korporacji, ale nie dowiemy się zbyt wiele o powiązaniach między tą doktryną a przemysłem szczęścia. Dotykamy tu zresztą największej wady „Happiness Industry”. Zbyt często pewne wątki są w książce jedynie sygnalizowane, co skutkuje tym, że momentami związki między szczęściem, ekonomią i nauką stają się w rozważaniach Daviesa bardzo luźne. Najmocniej jest to widoczne właśnie w rozdziale o neoliberalizmie. Czytelnik zbyt wiele rzeczy musi dopowiadać sobie sam, tak że momentami nie bardzo wiemy, czy wciąż podążamy za subtelnymi rozważaniami autora, czy też może wypełniamy luki argumentacyjne za niego. Jeśli już o wadach i braku precyzji mówimy, byłoby dobrze, gdyby Davies we fragmentach, w których zżyma się na zbytnią medykalizację naszych odczuć, dodał gwoli sprawiedliwości, że niektóre lekarstwa poprawiające stan psychiczny bywają dla części osób w miarę skutecznym i pożądanym rozwiązaniem ich problemów.
W ostateczności jednak książka Daviesa jest pozycją dobrą i potrzebną. Pochwały, które znajdują się na jej tylnej okładce – m.in. autorstwa Ha-Joon Changa, znanego koreańskiego ekonomisty (a jednocześnie prześmiewcy procesu ekonomizacji języka) – nie są na wyrost. W czasach, gdy zewsząd uśmiechnięci ludzie z telewizji i Internetu obiecują, że staniemy się szczęśliwsi, jeśli tylko kupimy dany produkt lub usługę, Davies postanowił zadać podstawowe pytanie: szczęście, czyli co? A próbując na nie odpowiedzieć, zapuścił się w mało znane zakamarki historii, w której rozwój kapitalizmu nieustannie splata się z rozwojem dociekań na temat szczęścia, pozostawiając na nich niezatarty ślad. „Happiness Industry” przypomina, że jakkolwiek dominujący nie byłby obecny sposób mówienia o szczęściu, to nie jest on jedynym możliwym podejściem do tego zagadnienia, tak jak neoliberalna doktryna nie jest jedynym możliwym sposobem urządzenia naszych społeczeństw.
dr Tomasz Markiewka
William Davies, The Happiness Industry. How the Government and Big Business Sold Us Well-Being, London – New York 2015.