przez Krzysztof Nawratek | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Powinienem ten tekst rozpocząć albo od jakiegoś smacznego porównania Malezji z Polską, albo od generalizującego zestawienia islamu z polskim katolicyzmem – wszak wiadomo, że wielu Polaków niespecjalnie interesuje się tym, co dzieje się poza granicami ich kraju, no chyba że „wśród ofiar byli Polacy”. Nie jestem oczywiście w stanie wyrugować tego typu porównań ze sposobu, w jaki widzę Malezję (wszak urodziłem się i wychowałem w Polsce), postaram się jednak unikać prostackich i upraszczających nawiązań. Malezja i Polska są oczywiście w jakimś stopniu podobne (np. jeśli chodzi o poziom PKB oraz – z grubsza – liczbę mieszkańców), ale również – bardzo różne. Myślę więc, że celem tego tekstu jest raczej przybliżenie Malezji jako specyficznego przykładu kraju peryferyjnego, który odniósł umiarkowany sukces; kraju, gdzie różnorodność (multi-kulti) jest esencją tożsamości, zagrożoną dziś przez redukcyjny religijny fundamentalizm. Z pełnym zaangażowaniem i w każdym przypadku podpisuję się pod hasłem keep it complex.
Moje zainteresowanie Malezją, a przede wszystkim jej stolicą – Kuala Lumpur, jest częściowo zawodowe (jako nauczyciel akademicki miałem i mam kilkanaścioro studentów i studentek z tego kraju; jako urbanistę interesuje mnie rozwój tego miasta), częściowo towarzyskie (przyjaźnię się z kilkorgiem Malezyjczyków), samo miasto odwiedzałem zarówno z powodów zawodowych, jak i towarzyskich. Nie jestem jednak ekspertem zajmującym się polityką i kwestiami społecznymi tego kraju – tekst ten jest więc przede wszystkim osobistą refleksją, nie rości sobie pretensji do bycia obiektywnym raportem.
Kuala Lumpur (KL) jest – moim zdaniem – miastem, w którym można obserwować najważniejsze siły kształtujące dziś współczesny świat. Widać tu i czuć ślady (czasem całkiem świeże i wyraźne) brytyjskiej kolonizacji. To miasto w większości zamieszkałe przez muzułmanów, globalny kapitalizm można tu dostrzec na każdym kroku, rzuca się tu w oczy również wzrost potęgi Chin.
W tym momencie przyda się kilka słów wyjaśnienia. Chińczycy są w Malezji największą mniejszością etniczną. W momencie odzyskania niepodległości stanowili niemal 50% ludności, dziś jest ich poniżej 30% – Malajowie mają po prostu znacznie liczniejsze rodziny, rząd też mocno wspiera malajską większość. Chińczycy jednak są mniejszością bogatą, a większość (mówi się o około 70%) gospodarki Malezji jest w ich rękach. To oczywiście rodzi napięcie między nimi a Malajami, którzy dominują demograficznie i politycznie. Według konstytucji premierem tego kraju może być tylko Malaj i muzułmanin. Potęga ekonomiczna i polityczna Chin niekoniecznie jest dla malajskich Chińczyków korzystna; przypomina mi to trochę sytuację rosyjskojęzycznych mieszkańców Łotwy. Chińczycy w Malezji nie pojawili się bowiem wczoraj, żyją w tym kraju od co najmniej kilku pokoleń. Nie czują się więc „imigrantami”, ich związki z Ludowymi Chinami (czy Tajwanem) są słabe, a czasem bardzo trudne – przodkowie niektórych malezyjskich Chińczyków po prostu uciekli z Ludowych Chin. Malezja jest dziś ich ojczyzną. Znaczenia Chin jednak nikt w Malezji nie ignoruje. I mimo że zdarzają się (bardzo nieliczne) zamieszki na tle rasowym, a politycy rządzącej partii od czasu do czasu pozwalają sobie na uwagi na krawędzi rasizmu, to jednak w sporze pomiędzy Filipinami a Chinami o wyspy na Morzu Południowochińskim (który Chiny przegrały) Malezja – choć sama ma tam interesy – nie stanęła po stronie Filipin, lecz wezwała do dialogu i rozmów, co jednoznacznie zostało odebrane jako poparcie Chin.
Na ulicach widać co prawda segregację – Malajowie często trzymają się z Malajami, Chińczycy z Chińczykami – jednak zarówno szkoły, jak i praca działają integrująco, więc młodzież i klasa średnia śmiało przekraczają bariery etniczności. Nigdy jednak do końca: małżeństwa pomiędzy Chińczykami a Malajami są – z przyczyn religijnych – bardzo utrudnione.
W KL widać też oczywiście islam oraz napięcie pomiędzy turystami z Arabii Saudyjskiej (kobiety w burkach) a znacznie bardziej umiarkowanym islamem malezyjskim. Wspomniani wcześniej Chińczycy ledwo kryją swą niechęć do Saudyjczyków. Islam malezyjski, mimo wciąż rosnących wpływów saudyjskich związanych z finansowaniem przez Saudyjczyków szkół koranicznych, jest zbudowany wokół idei „umiarkowania”. Pomimo gorliwej religijności Malezyjczycy z niechęcią odnoszą się do jakichkolwiek przejawów fanatyzmu, a rząd z dużą determinacją tropi i zwalcza islamistów. Problemem jest oczywiście wytyczenie granicy pomiędzy „dopuszczalnym” islamizmem (reprezentowanym na przykład przez partię PAS) a tym, który jest ścigany przez władzę. Rząd bowiem otwarcie flirtuje z politycznym islamem – sam więc ma problem, by precyzyjnie określić, co jest „dobrą”, a co „złą” wersją upolitycznienia religii.
Malezja pod względem rozwoju gospodarczego jest na poziomie zbliżonym do Polski, choć nierówności społeczne są tu większe. Jest też wielu imigrantów z krajów ościennych, których Europejczykowi nieznającemu lokalnych języków trudno na pierwszy rzut oka zauważyć. Kapitalizm jest w Malezji mieszanką neoliberalizmu (tu też w latach 80. ubiegłego wieku miała miejsce rabunkowa prywatyzacja inspirowana polityką Margaret Thatcher), postkolonialnej korupcji, klanowych i rodzinnych interesów, interwencji politycznych oraz indywidualnych prób przetrwania i adaptacji. Kuala Lumpur rozwija się w napięciu pomiędzy rządowymi projektami infrastrukturalnymi a spekulacyjnym rynkiem nieruchomości. Planowanie przestrzenne, w europejskim rozumieniu tego słowa, jest w powijakach.
Te wszystkie ścierające się siły tworzą niepowtarzalny, multikulturowy (tak, tak, jak multikulti, to tylko w Kuala Lumpur) charakter tego miasta – zdarzyło mi się dostrzec w podziemnym parkingu w centrum handlowym ślady buddyjskich rytuałów. Przebywając tu, łatwo poczuć, że centrum świata przesunęło się do Azji, że Europa jest tylko jednym z graczy na światowej szachownicy, graczem coraz słabszym, coraz bardziej marginalnym, że Malezyjczycy myślą i planują globalnie. Znaczące są komentarze, które na temat referendum w kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej słyszałem od taksówkarzy, studentów, urzędników i profesorów – uważających, że to „głupia decyzja podyktowana niezrozumieniem współczesnego świata oraz ksenofobią”. Myślę, że uczynienie Borisa Johnsona ministrem spraw zagranicznych tylko utwierdziło Malezyjczyków w tym przekonaniu. Decyzja o wyjściu z Unii Europejskiej jest przyjmowana z politowaniem również dlatego, że Unia wciąż jest punktem odniesienia (niekoniecznie wzorem – ale ważnym „studium przypadku”) dla krajów ASEANu. Malezyjczycy dobrze wiedzą, że w dzisiejszym świecie nikt nie gra sam, wszyscy starają się tworzyć polityczno-gospodarcze bloki. Polityka suwerenności (opowiadają o niej też polscy politycy) to model, który umarł w początkach XX wieku na polach bitew I wojny światowej, a w Malezji chyba nikt nie traktuje go poważnie. Nie znaczy to jednak, że Malezja nie ma własnych państwowych ambicji, wręcz przeciwnie. Chce być krajem znaczącym w regionie – chce być (i do pewnego stopnia już jest) liderem Azji Południowo-Wschodniej.
Bez zbytniej przesady można chyba powiedzieć, że kształt współczesnej Malezji – pod względem gospodarczym, społecznym i politycznym – jest efektem modernizacyjnego projektu premiera Mahathira bin Mohamad, który rządził przez ponad dwadzieścia lat, od początku lat 80. do początku XXI wieku. Mahathir uważany jest za ojca wzrostu gospodarczego, którego Malezja doświadczała w tamtych latach, jest on również odpowiedzialny za wzrost znaczenia islamu w kraju. To on przeprowadził wzorowaną na Reaganie i Thatcher prywatyzację w latach 80. – choć w czasie kryzysu finansowego w latach 90. był bliski rozwiązaniom keynesowskim. Wydaje się, że Mahathir był i jest przede wszystkim nacjonalistą (jest również otwartym antysemitą), a jego „flirt” z politycznym islamem był podyktowany tym, że niemal wszyscy Malajowie są muzułmanami w przeciwieństwie do pozostałych żyjących w Malezji grup etnicznych. Jego polityka była więc prawdopodobnie przede wszystkim reakcją na islamizację kraju, która rozpoczęła się w latach 80. za sprawą wpływu saudyjskich wahabitów. Gdy ogląda się zdjęcia rodzinne Malajów z lat 60. i 70., uderza brak chust (tudung) okrywających włosy kobiet. Od lat 80. – właśnie za sprawą wpływów z Bliskiego Wschodu – stały się one powszechne, choć ich noszenie nie jest wymagane przez prawo. Według bliskiego sojusznika Mahathira i radykalnego krytyka wahabizmu, Zaida Ibrahima, premier starał się wykorzystać islam jako mechanizm wzmacniający etyczny wymiar życia publicznego oraz element odróżniający Malezję odjej dawnych kolonizatorów. Islam miał być jednym z elementów projektu modernizacji Malezji. Mahathir odwoływał się jednak raczej do „wartości azjatyckich” niż do „wartości islamskich”. Jego polityka jest różnie oceniana, wydaje się jednak, że udało mu się „obudzić” w Malajach patriotyzm i poczucie dumy z bycia Malezyjczykiem. Nie przestał być jednak nacjonalistą – gdy jego następca, premier Najib Tun Razak, zainicjował program 1Malaysia (Jedna Malezja), podkreślający harmonię i spójność Malezji bez względu na podziały etniczne i religijne, Mahathir publicznie krytykował tę propozycję, mówiąc, że jej po prostu nie rozumie.
Warto również wspomnieć córkę Mahathira, Marinę Mahathir. Formułuje ona jeden z najmocniejszych głosów w obronie praw kobiet – porównała ich pozycję w Malezji do sytuacji czarnych niewolników na plantacjach amerykańskiego Południa. Wspiera także prawa osób LGBT. Stosunki homoseksualne wciąż podlegają w Malezji karze więzienia – co szczególnie bulwersujące, bardziej restrykcyjny jest świecki kodeks karny, wywodzący się z ustawodawstwa brytyjskiego, niż prawo szariackie, które do oskarżenia o homoseksualizm wymaga trzech świadków. Co ciekawe (i znaczące), książki i publikacje Mariny w języku angielskim są powszechnie dostępne w Malezji, podczas gdy jej teksty po malajsku miewają problemy z cenzurą. Język angielski jest językiem elit, językiem wykładowym na większości uniwersytetów, jest też „oficjalnym językiem roboczym” w dwu malezyjskich stanach.
Zaid Ibrahim, który nie jest dziś już aktywny politycznie, ale jako były minister i uznany prawnik zajmuje znaczące, choć kontrowersyjne miejsce w debacie publicznej, wciąż stara się (chyba nawet mocniej niż próbował kiedykolwiek Mahathir) sformułować program „malezyjskiego” uniwersalistycznego i głęboko humanistycznego islamu. Wydaje mi się jednak, że popełnia on błąd, zbytnio odwołując się do zachodniego liberalizmu, zamiast budować swą koncepcję, obficie czerpiąc z islamskiej tradycji. W swojej książce „Assalamu Alaikum. Observations on the Islamisation of Malaysia” bardzo mocno podkreśla różnicę pomiędzy islamem – „doskonałą”, uniwersalistyczną religią, nieposiadającą ani hierarchicznej struktury „kościelnej”, ani dogmatycznej teologii, oraz islamizmem – fundamentalistycznym sposobem interpretowania tej religii przez aparat urzędników religijno-państwowych. Zaid Ibrahim przedstawia wizję islamu jako religii uniwersalistycznej, zdecentralizowanej, celebrującej niepewność ludzkich sądów. Przywołuje klasyczny okres kształtowania się prawa islamskiego jako ten, w którym uważano, że spory interpretacyjne pomiędzy prawnikami interpretującymi Koran oraz Szarię są bożym błogosławieństwem. W islamie, takim jak go opisuje, istnieje bowiem radykalne cięcie pomiędzy religią objawioną przez boga („islam jest doskonałą religią”) a ułomnościami człowieka, popełniającego błędy w interpretacji i zrozumieniu tej religii. To napięcie, które spowodowało w okresie klasycznym rozwój szkół interpretujących Koran w różny sposób, dziś jest „przezwyciężane” przez islamskich fundamentalistów opierających się na wahabickiej (obowiązującej w Arabii Saudyjskiej) wersji islamu. To właśnie Arabia Saudyjska w narracji Zaida jawi się jako największe zagrożenie dla „prawdziwego islamu”, ponieważ finansując szkoły koraniczne na całym świecie, upowszechnia ona fanatyczną i obskurancką, a dla wielu po prostu fałszywą, wersję tej religii. W tym kontekście flirt USA i UK oraz wielu innych krajów Zachodu z Saudami musi być widziany jako samobójczy. Gdyby nie pieniądze Saudów, wydawane za cichą zgodą Zachodu na nauczanie wahabickiej wersji islamu, nie byłoby ani Al Kaidy, ani ISIS. Fundamentalistyczny islam oraz islamski terroryzm są – pośrednim, ale jednak – efektami koniunkturalnej polityki Zachodu. Zaid krytykuje fundamentalistyczną interpretację prawa szariackiego, wskazując na jego niefundamentalistyczne zastosowania, jak chociażby to wprowadzone na początku lat 70. w Egipcie czy też obowiązujące w Indonezji, którą zresztą, obok Tunezji, Maroka, Egiptu oraz Turcji, wskazuje jako przykłady postępowego i demokratycznego (a przynajmniej zmierzającego w takim kierunku) islamu.
Do wielu tez Zaida można mieć zastrzeżenia. Przyjmowana przez niego bez specjalnych zastrzeżeń narracja „wojny cywilizacji” połączona z liberalno-demokratycznymi aspiracjami mnie osobiście odrzuca. Wydaje mi się, że po początkowym przedstawieniu uniwersalistycznego i głęboko humanistycznego rdzenia islamu, Zaid ulega pokusie jeszcze chyba XIX-wiecznej modernizacji.
Moje doświadczenia ze studentami i wykładowcami International Islamic University Malaysia (Zaid zresztą wspomina o nim w swojej książce jako o próbie, raczej nieudanej, budowy intelektualnego zaplecza dla „umiarkowanego islamu”), a szczególnie te wyniesione z seminarium, które prowadziłem tam na temat idei wspólnoty, sprawiają, że „kapitulacja” Zaida Ibrahima rozczarowuje. Moi rozmówcy, mówiąc o wspólnocie, odwoływali się przede wszystkim do języka liberalnej demokracji – mimo wrzucania kilku cytatów z Koranu, to raczej anglosaski komunitarianizm, a nie islam był dla nich główną ramą interpretacyjną. Liberalna demokracja na Zachodzie przeżywa dramatyczny kryzys, próba budowy jej „islamskiej” wersji wydaje mi się skazana na porażkę. Paradoksalnie, znacznie bardziej optymistycznie patrzyłbym na rozwój uniwersalistycznej myśli politycznej inspirowanej islamem (a wręcz z niego wyrastającej), która – jak się wydaje się – może mieć nawet większy potencjał inkluzywności niż chrześcijaństwo. Książka Zaida pokazuje również uderzające podobieństwa pomiędzy narracją „islamizującą” w Malezji a narracjami chrześcijańskich fundamentalistów w USA czy katolickich radykałów w Polsce – potwierdzając, że dzisiejsze religijne fundamentalizmy są postmodernistycznymi konstruktami, redukującymi złożoność tradycyjnie wyznawanych i praktykowanych religii do produktu religiopodobnego, który wykazuje więcej podobieństw z fanatyzmem zwolenników drużyn piłkarskich czy politycznych sekt niż z głęboko przeżywanymi i praktykowanymi religiami naszych prapradziadków. Ciekawym przykładem napięcia pomiędzy islamizmem a „tradycyjnym” islamem w Malezji są kłopoty ludowych znachorów i uzdrawiaczy (Malajów i muzułmanów). Funkcjonowali oni w kraju jako istotna część religijno-społecznego ekosystemu bez przeszkód do czasu, gdy „nowi” – wykształceni przez wahabitów – imamowie nie zaczęli oskarżać ich o sprzeniewierzenie się wierze.
Tutaj chciałbym na chwilę porzucić Malezję (a raczej pozostawić ją jako punkt odniesienia i potencjalne „laboratorium przyszłości”) i napisać, że moim zdaniem otwarcie na niewahabicką wersję islamu jest we współczesnej Europie absolutnie niezbędne. Miliony wyznawców islamu (w 2010 roku było ich ponad 43 miliony; przewiduje się, że do 2050 roku liczba ta wzrośnie do około 70 milionów) mieszkających we współczesnej Europie nie znikną, ich konwersja na chrześcijaństwo czy porzucenie wszelkich religii nie nastąpią, a w każdym razie nie na masową skalę. Oczywiście bajki o islamizacji Europy są bzdurami opowiadanymi przez prowincjonalnych nacjonalistów (70 milionów to wciąż ledwo ponad 10%), nie należy więc bać się wzrostu znaczenia islamu, a raczej potraktować go jako szansę na budowę sieci wpływu w krajach, w których stanowi większościowe (albo bardzo ważne) wyznanie.
Tu zadeklaruję się – by uprzedzić wszelkie niedopowiedzenia – jako zwolennik rozszerzenia EU na kraje Afryki Północnej i budowy Unii Morza Śródziemnego. Oczami wyobraźni widzę, jak w tym momencie część czytelników zamyka „Nowego Obywatela” lub przechodzi płynnie do następnego artykułu.
Jeśli jednak postanowiliście dokończyć ten tekst, spróbujmy razem zmierzyć się z mitem o nieprzezwyciężalnej różnicy pomiędzy islamem a liberalną demokracją. Sam do liberalnej demokracji mam spore zastrzeżenia – uważam ją za nie dość emancypacyjną i inkluzywną, ale dyskusję na ten temat zostawmy na inną okazję. Jest oczywiste, że w kwestii pozycji kobiet konserwatywni muzułmanie bez problemów dogadają się nie tylko z europejskimi konserwatystami, lecz – jak pokazał spór o burkini – także z pozornie liberalnymi, a nawet lewicującymi Europejczykami. Nie mówiąc już o Polakach, wśród których ze świecą szukać tych dostrzegających we francuskim ataku na burkini przejaw oświeceniowej autorytarnej tradycji, jaką każdy konserwatysta z niesmakiem odrzuca. W wielu kwestiach – na przykład in vitro – „konserwatywny” Iran jest bardziej „liberalny” niż Polska. Piszę to, by pokazać, że podział na „wartości europejskie” i „wartości islamu” jest podziałem fałszywym. Bardziej prawdziwy byłby podział na tych, którzy kierują się szacunkiem wobec drugiego człowieka, i tych, którzy drugim człowiekiem (kobietą, homoseksualistą, imigrantem, biednym) pogardzają. Mimo negatywnego stosunku islamu do homoseksualizmu, przykład Sadiqa Khana, burmistrza Londynu, który głosował za małżeństwami jednopłciowymi w brytyjskim parlamencie, pokazuje, że w wymiarze politycznym większym problemem w Europie może być konserwatywny (większościowy) odłam polskiego kościoła katolickiego niż islam. Polska prawica uwielbia straszyć wahabickim islamem z Arabii Saudyjskiej, podczas gdy islamska Tunezja wydaje się bardziej kulturowo tolerancyjna niż Polska pod rządami PiS. Nie ma więc żadnego fundamentalnego sporu pomiędzy „wartościami europejskimi” a islamem. Zarówno w Europie, jak i w północnej Afryce istnieją siły obskuranckie i emancypacyjne.
Jako intelektualny i polityczny projekt islam wydaje się co najmniej tak samo interesujący jak chrześcijaństwo. Zawiera elementy, które (post)chrześcijańską myśl są w stanie uzupełnić. Po pierwsze, jego doktryna powstaje oddolnie – w zasadzie każdy muzułmanin może zakwestionować poglądy dowolnego imama, co otwiera ścieżki ku radykalnej demokracji. Islam nie jest jednak postmodernizmem: Koran jest świętą księgą, islam jako taki jest przez swoich wyznawców uważany za „doskonałą religię”. Problem (i szansa) polega na tym, że (stąd też bierze się zakaz przedstawiania oblicza boga) istnieje radykalne i nieprzekraczalne cięcie pomiędzy ludzkimi interpretacjami a owym ideałem. Jak pisałem powyżej, istnieje w islamie tradycja wychwalająca niezgodności interpretacyjne jako dowód i potwierdzenie wielkości boga: bóg wie, my się domyślamy.
Zarówno w chrześcijaństwie, jak i w islamie obserwujemy bardzo wyraźny rdzeń egalitarny, nakazujący troskę o biednych i słabszych – to jest prawdziwy fundament Europy, to jest punkt, na którym opierają się „europejskie wartości”. Problemem fundamentalistycznie rekonstruowanych religii jest ich zamknięcie na innych i na świat. Takie religie z jednej strony nie chcą widzieć świata w jego skomplikowaniu, z drugiej zaś zgłaszają roszczenie do pseudouniwersalizmu. Jest to bowiem uniwersalizm redukujący złożoność i zamknięty na to, co jest fundamentem każdej religii, czyli na doświadczenie obcowania z „absolutnie Innym”.
Również w tym kontekście Malezja, a szczególnie KL, jest niezwykle inspirującym miejscem. Przede wszystkim ze względu na współistnienie tu różnych sposobów myślenia o ekonomii, społeczeństwie, religii, a nawet prawie (jak wcześniej wspomniałem, obowiązują w nim dwa systemy prawne, jeden dla muzułmanów, a drugi dla wszystkich pozostałych). Oczywiście tak jest w każdym mieście, jednak KL jest w owej „dywersyfikacji” przykładem dość ekstremalnym. Próby, podejmowane przez architektów i urbanistów wykształconych w UK, USA czy Australii, przemyślenia KL w duchu „miast Zachodu”, uporządkowania tej przestrzeni, wydają mi się nie tylko błędne, lecz także niebezpieczne. I nie chodzi o to, by popadać w romantyczną manierę fascynacji biedą – biedy w KL jest mniej więcej tyle samo, ile w Warszawie – lecz by mieć świadomość, że „zachodniopodobna” rewitalizacja będzie oznaczała gentryfikację (która i tak już zachodzi – bez pomocy urbanistów) i swego rodzaju sterylizację ekosystemu miasta. KL jest miastem wysp i sieci, miastem pełnym dziur i nieudanych inwestycji. Zrozumienie panującej tu logiki i dokonanie emancypacyjnej zmiany powinno polegać na „prywatyzacji ryzyka i upublicznieniu zysków”. Paradoksalnie lata rozwoju opartego na spekulacji gruntami (w większości należącymi do chińskiej mniejszości), rozwoju dróg dla prywatnego transportu (korki w centrum KL to prawdziwy koszmar), ulepszania transportu publicznego, również szynowego, by połączyć z centrum dzielnice zamieszkiwane przez Malajów, stworzyły miasto o – moim zdaniem – nieprawdopodobnym wręcz potencjale rozwojowym. „Dzielnice” to zresztą nie do końca właściwe określenie – pisząc „KL”, mam bowiem na myśli zlepek wielu miast o autonomicznych statusach, ale funkcjonujących jako jedna metropolia. Jest to zresztą przyczyna jednego z głównych problemów KL, czyli braku skoordynowanej polityki przestrzennej na poziomie całego obszaru funkcjonalnego. Ale znów – niekoniecznie centralizacja byłaby najlepszym rozwiązaniem.
KL jest miastem, w którym napięcie pomiędzy religiami, grupami etnicznymi, lokalnymi oraz globalnymi mechanizmami wyzysku widać bardzo wyraźnie. Pojawiają się w tym mieście – trochę podobnie jak w Polsce, ale na mniejszą skalę – projekty oddolnych miejskich inicjatyw. Jedną z najciekawszych jest „projekt” ścieżek rowerowych, polegający przede wszystkim na zmapowaniu dróg, których rowerzyści w KL używają. Ponieważ projekt był całkowicie oddolną inicjatywą, bez szans na budowę czegokolwiek (to się prawdopodobnie zmieni), rowerzyści „hakowali” istniejącą przestrzeń miasta. Na przykład poprzez wykorzystywanie pustych przestrzeni pod wiaduktami – drogi szybkiego ruchu prowadzone są ponad ziemią, bardzo często dołem jest wytyczony kanał, w którym płynie woda. To właśnie wzdłuż tych kanałów, pod „dachem” z drogi szybkiego ruchu, jeżdżą rowerzyści. Nałożenie się na siebie wielu porządków i sposobów działania pozwala wciąż mieć nadzieję, że Malezja będzie się rozwijała w kierunku przyjaznego i inkluzywnego społeczeństwa. Islam, podobnie jak inne religie, nie jest zagrożeniem czy problemem dla tego rozwoju – tym, co jest groźne, jest redukcja złożoności, której dokonuje planistyczny, rynkowy czy religijny fundamentalizm. Różnorodność (również multikulti) otwiera drzwi do nowych światów, pozwala na testowanie różnych rozwiązań i pomysłów. W latach 80. w Polsce (jednak musiałem do Polski w końcu nawiązać) jednym z najpopularniejszych słów był „pluralizm”. Szkoda, że dziś to słowo i jego znaczenie straciły na popularności. Malezja wciąż jest pluralistyczna, warto się jej walce w obronie swojej różnorodności przyglądać. Keep it complex.
dr Krzysztof Nawratek
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Wywiad - kwartalnik
– Zacznijmy od tego, że przyrzeczenie harcerskie i prawo harcerskie nieco się różnią w przypadku Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej i Związku Harcerstwa Polskiego: w ZHP mniej jest odwołań do Boga czy szerzej – do światopoglądu katolickiego.
– Victoria Kamasa: ZHR zawsze otwarcie deklarował, że jest bardziej ukierunkowany religijnie. Z kolei w ZHP w wielu środowiskach jest najprawdopodobniej miejsce dla osób niewierzących czy ateistów. Myślę również o instruktorach harcerskich na różne sposoby skręcających w lewo. Ale dodam, że za tzw. moich czasów składaliśmy przyrzeczenie harcerskie odwołujące się do Boga, jednak był on pojmowany jako najwyższa wartość, a już z pewnością nie tylko tak, jak widzi go Kościół rzymskokatolicki. Przyznam, że to zagadnienie nigdy mnie aż tak nie absorbowało. Priorytetami harcerstwa nie są przecież dyskusje wokół religii.
– To co nimi jest?
– Formowanie sensownych osób. Tak to widzę z perspektywy czasu, gdy z dystansu patrzę na moje życie i na osoby, które poznałam w harcerstwie i do dziś mam z nimi kontakt.
Harcerstwo wychowuje ludzi, którzy bardzo dobrze potrafią się odnaleźć w naprawdę różnych miejscach. I niezależnie od tego, co robią w życiu, wnoszą wiele dobrego w środowiska, w których funkcjonują. Takie myślenie o harcerstwie jest mi osobiście najbliższe.
Oczywiście istnieje także szersza wizja harcerstwa, która w Prawie Harcerskim wyraża się choćby przez deklarację służby dla Polski. Harcerze są uczeni nie tylko pracy nad sobą, lecz także pracy dla innych. Dla mnie właśnie to jest najważniejsze: że są to ludzie nauczeni myślenia również o potrzebach innych. To nie oznacza, że np. osoby uformowane przez harcerstwo zawsze są wolontariuszami, ale znaczna część z nich w swoim dalszym życiu potrafi się angażować w różne formy wzajemnej pomocy. Drobny przykład: ludzie z moich roczników mają już małe dzieci. I my wszyscy dzielimy się tym, co mamy. Wrosło w nas przekonanie, że jeżeli coś dostałam, to przekazuję to dalej. I tak robione są całe wyprawki dla dzieci.
Widzę także, obserwując środowisko uniwersyteckie, w którym pracuję zawodowo, że byłe harcerki i byli harcerze to ludzie lepiej sobie radzący z planowaniem, z rozwiązywaniem problemów, z liderowaniem. A równocześnie są bardziej „ludzcy” w relacjach z innymi osobami.
– Pytanie, czy nie jest tak, że harcerstwo przyciąga młodzież z odpowiednimi predyspozycjami.
– Wiele zależy od wieku. W przypadku licealistów z pewnością jest tak, że prawdopodobnie skupieni na sobie chłopcy, którzy chcą „zaliczać” kolejne laski, nie trafią do harcerstwa. A jeśli spojrzymy na szkołę podstawową, na dzieci w wieku 6–10 lat, to rzecz wygląda inaczej.
– Dlaczego?
– Dzieci do harcerstwa przyciąga się zabawą. Wtedy właściwie dokonuje się proces wychowawczy – właśnie w przypadku dzieci o bardzo różnych osobowościach. Dla mnie prowadzenie gromady zuchowej było czymś niezwykłym: wtedy można im dać naprawdę potężną dawkę pozytywnej energii, pomóc budować dobre życiowe postawy, nabywać różnorakie umiejętności społeczne.
To jest ten czas, gdy można nauczyć dzieci samodzielności, do której nie zawsze wdrażają je rodzice. Kolonie to niesamowity czas. Na początku dzieciaki z każdą sprawą przychodzą do ciebie, bo nie potrafią zawiązać butów, nie umieją się zapiąć. Po trzech dniach przychodzą do starszych kolegów i koleżanek, którzy są nauczeni, jak im pomagać.
– A później radzą już sobie same?
– Między sześcio- a dziesięciolatkami jest spora różnica w rozwoju i te młodsze dzieci po prostu wymagają stałej pomocy. Ale gdy sześciolatki stają się siedmiolatkami, pomagają już tym młodszym. Pięknie to widać i zawsze lubiłam to obserwować.
W Polsce jest moim zdaniem bardzo wyraźna kultura chuchania na dzieci, wyręczania pociech i niańczenia ponad ich możliwości wiekowe. W dobrze prowadzonych gromadach zuchowych istnieje duża wiara w możliwości dziecka. Gdy prowadziłam kolonie, to nawet dla naszych instruktorów, którzy zajmowali się starszymi dzieci, było nie do pomyślenia, że nasze zuchy same przygotowują posiłki. A jednak moje dzieciaki, te młodsze, to robiły. Oczywiście, nie obiady, ale spokojnie dawały radę robić kanapki. To nie były kanapki à la wypasiony catering [śmiech], ale je robiły. Takie drobne rzeczy budowały w tych dzieciach poczucie sprawstwa już na całe życie.
– A ty sama kiedy zaangażowałaś się w harcerstwo?
– To był 1996 rok, w podstawówce, miałam trzynaście lat, siostra koleżanki była zastępową i ona mnie wciągnęła. Trafiłam do rewelacyjnie działającego środowiska, poznałam tam świetnych ludzi, którzy bardzo pomogli mi w rozwoju, byli dobrą grupą odniesienia, ponieważ byli starsi ode mnie o tych kilka lat – pomogli mi w bardziej dojrzały sposób spojrzeć na rzeczywistość. Nie bez znaczenia był fakt, że w moim rodzinnym domu słuchało się Starego Dobrego Małżeństwa, więc znałam i lubiłam klimat obozowego ogniska [śmiech].
– Skoro rozmowa schodzi na wspomnienia: czy interesowałaś się przemianami w obrębie harcerstwa przez dekady polskiej transformacji?
– Warto sobie uświadomić, że harcerstwo nie jest monolitem. Z całą pewnością nie jest nim w przypadku ZHP: wiele zależy od uwarunkowań lokalnych. Wychowałam się w hufcu, który powstał na fali buntu najbardziej prężnych i najbardziej tradycyjnych (w dobrym tego słowa znaczeniu) środowisk.
– Buntu wobec kogo i czego?
– W Poznaniu hufce ustawione są rejonami, które wyrosły z tradycji PRL, z całym dobrodziejstwem inwentarza, łącznie z tzw. betonem instruktorskim. To byli ludzie, którzy pracowali w poprzednim ustroju i wynieśli stamtąd wiele złych nawyków. Oni, owszem, nosili mundury harcerskie, ale podczas pracy nie indywidualizowali celów, „średnio” też posługiwali się metodą harcerską. A zatem pierwszym celem jest wychowanie, a forma, w której się to robi, jest dostosowana do dzieci w drużynie, do ich wieku. A w „starym” harcerstwie było tak, że ludzie mieli gotowe konspekty, realizowane niezależnie od tego, co dzieciom było naprawdę potrzebne.
Ale w tych hufcach byli też ludzie, którzy w kwestiach sposobu i metodyki działania byli bliżsi przedwojennemu harcerstwu. Ci zwracali uwagę na to, że pracuje się metodą, że drużynowy nie jest znacznie starszy od dzieci w drużynie, że wychowuje się kolejne roczniki instruktorów. Ten bunt wynikał także z kwestii ideologicznych i z podejścia do Prawa Harcerskiego, w tym szczególnie do dziesiątego punktu, czyli do niepicia alkoholu. W moim hufcu ten punkt był mocno podkreślany i traktowany z dużą powagą – wyrosłam w środowisku harcerskim, w którym naprawdę się nie piło.
– Sugerujesz, że część tej starej kadry podchodziła do tego lekceważąco czy cynicznie? Jeździli na obozy, mówili dzieciom, że prawo harcerskie zakazuje picia, a wieczorami urządzali zakrapiane imprezy?
– Takie rzeczy też się zdarzały. Myślę, że można wyróżnić dwa rodzaje postaw w kwestii alkoholu. Pierwsza jest taka, o jakiej wspominasz. Jedziesz na obóz, dzieci nie piją, a ty robisz wieczorem imprezy alkoholowe. To absolutnie nie powinno się zdarzać. Może nawet mniej ze względu na Prawo Harcerskie, ale dlatego, że jesteś nieodpowiedzialny, jeśli pijesz, mając dzieci pod opieką. Druga postawa jest taka, że gdy jedziemy na obóz to nie pijemy, bo mamy niepełnoletnich podopiecznych. Ale jesteśmy dorosłymi, ukształtowanymi ludźmi, mamy ponad 30, 40 lat i przysłowiowa lampka wina u cioci na imieninach nie jest niczym złym. Takich postaw było i jest pewnie do dziś bardzo dużo. I dla mnie jest to w porządku. Moim zdaniem dziesiąty punkt prawa harcerskiego szkodzi.
– Jesteś przeciw całkowitej abstynencji alkoholowej w harcerstwie?
– Dla mnie to była przyczyna rozstania z organizacją, ponieważ nie potrafiłam wewnętrznie pogodzić się z tym, że nie przestrzegam tego punktu Prawa Harcerskiego, a czułam, że mam ponad trzydzieści lat i czasem chcę wypić lampkę wina.
– Można na to odpowiedzieć, że alkoholizm jest dużym problemem społecznym w Polsce i stąd rola wychowawcza czy profilaktyczna harcerstwa, oparta na statutowej abstynencji, jest nie do przecenienia.
– Toczyłam na ten temat miliard dyskusji w harcerskich czasach. Dorosłych ludzi, podkreślam, dorosłych ludzi należałoby raczej uczyć korzystać z alkoholu w sposób odpowiedzialny niż zakazywać go zupełnie. Znam też niestety historie osób, które odchodziły z harcerstwa i odchylało ich zupełnie w drugą stronę, bo wreszcie mogli sięgnąć po zakazany owoc.
– Wróćmy do przeobrażeń w samym harcerstwie w początkach III RP.
– Wiele rzeczy znam z opowieści starszych ode mnie, bo – jak wspominałam – mój kontakt z harcerstwem zaczął się w 1996 roku. Otóż instruktorzy, przede wszystkim z dwóch poznańskich hufców, postanowili opuścić dotychczasowe struktury ZHP i stworzyć własny ZHP-owski hufiec, który wtedy był – i do dziś nadal trochę jest – hufcem awangardowym, odmiennym od poznańskiego środowiska. Wyróżniał się choćby tym, że miał dużo niższą średnią wieku instruktorów, np. komendanci wielu poznańskich hufców to byli panowie i panie po czterdziestce, nierzadko po pięćdziesiątce, a u nas to byli studenci i studentki albo ludzie świeżo po studiach, wychowujący trochę młodszych od siebie.
To bardzo ważne, ponieważ harcerstwo opiera się na tym, że młodzi ludzie wychowują młodszych od siebie. Gdy trafiłam do drużyny, to moje drużynowe i nasza szczepowa, czyli komendantka szczepu, były wciąż młodymi osobami.
– Z czasów podstawówki w PRL pamiętam, że harcerstwo było jednak bliżej szkoły, istniały choćby klasy harcerskie, a letnie kolonie harcerskie były zwyczajową ofertą dla uczniów. Jedna z moich nauczycielek, wówczas już osoba przed emeryturą, była zaangażowana w harcerstwo, pamiętam jak bardzo zachęcała dzieci do wyjazdów na te obozy. Pamiętam też, że była osobą z charyzmą i dużymi zdolnościami pedagogicznymi. Czasem się zastanawiam, czy i dziś harcerstwo nie powinno być bliżej szkoły: raz ze względów wychowawczych, dwa dlatego, że zapewnia gry i zabawy na świeżym powietrzu. A dobrze wiemy, jak bardzo otyłość staje się plagą wśród dzieci.
– Byłabym ostrożna z mariażem szkoły i harcerstwa. Byłoby dobrze, gdyby szkoły udostępniały harcerzom możliwość prowadzenia naborów, czyli zapraszania dzieci do harcerstwa. Albo gdyby szkoły udostępniały miejsca na harcówki, czyli miejsca, gdzie odbywają się zbiórki. Za tzw. moich czasów były to piwnice, które miały swój klimat [śmiech]. Moja pierwsza harcówka była zresztą w dawnym bunkrze, bo szkoła nim dysponowała.
Myślę jednak, że nie byłoby dobre dla harcerstwa, gdyby było łączone ze szkołą – jak kółko zainteresowań. Tym bardziej, że jedno z naszych haseł brzmiało: „harcerstwo – tylko jeśli wiesz, że chcesz”. I coś jest na rzeczy. Harcerstwo jest na tyle specyficzne, wszechstronne i angażujące, jeśli chodzi o rozwój młodych ludzi, że nie powinno być łączone z systemem edukacji – zwłaszcza z tym, co szkoła niesie za sobą obecnie.
Pracuję na uczelni i widzę „produkt” polskiej szkoły, czyli studenta pierwszego roku, kogoś, kto jest zupełnie oduczony samodzielnego myślenia. To chcę powiedzieć: oduczony, a nie niezdolny do… Problemów szkoły jest wiele, więc nie chciałabym, żebyśmy myśleli o harcerstwie jako o jednej z form edukacji, ponieważ zdeformowałoby to samo harcerstwo.
– A może wpływałoby to pozytywnie na szkoły, klasy, dzieci szkolne?
– Nie mam w to wiary. Harcerstwo nie może być organizacją masową. Mówimy o tym, że pracujemy poprzez grupę, ale nakierowani jesteśmy na pojedyncze osoby. Jeżeli masz czterdzieścioro dzieci w drużynie, to nie jesteś w stanie ich ogarnąć: nie dasz rady przyjrzeć się każdemu dziecku na tyle, by określić jego potrzeby i na nie odpowiadać, nawet w minimalnym stopniu. Gdy miałam dwadzieścioro dzieci w drużynie, to już było ciężko – a wtedy byłam dojrzałą instruktorką i zęby na tym zjadłam.
Czym innym byłoby jednak wprowadzenie elementów metody czy metodyki harcerskiej do pracy w szkole. Pomysły instruktorów na to, jak uczyć różnych rzeczy, są przecież rewelacyjne.
– A co z obozami letnimi dla dzieci, które nie należą do harcerstwa?
– Ta forma również jest w porządku, także jako forma działalności zarobkowej, charytatywnej czy społecznej. Zwykle to instruktorzy i wędrownicy, czyli najstarsi, organizują tego typu kolonie na przykład dla dzieci z ubogich domów. Co do organizowania kolonii dla dzieciaków z bogatszych rodzin – no cóż, po prostu jesteśmy dobrzy w tym, co robimy jako harcerze, więc sądzę, że taka ewentualna forma dorabiania sobie przez hufce nie przynosi im ujmy.
Poza tym ważna jest jeszcze jedna rzecz, nazwałabym ją pracą u podstaw. Nie jest tak, że każda osoba, która przejdzie przez harcerstwo, jest w dorosłym życie skazana na bycie przywódcą [śmiech]. Ale jeżeli masz dziesięcioosobową drużynę, którą kształtujesz na dobrych i uczciwych ludzi, to niesie się to dalej w świat. Jeżeli ktoś z nich później zostanie pracodawcą, który płaci uczciwe stawki, nie oszukuje na sprawach socjalnych, daje pracownikom szansę na rozwój, traktuje ich poważnie – to już dużo. Jeżeli wypuszczasz spod swoich skrzydeł w ciągu harcerskiego życia trzydzieści takich osób, to uważam, że jest to jednak wielki potencjał. A zaczyna się od spraw naprawdę drobnych, choćby od tego, że zuchy robią na zimę karmniki dla ptaków. Ale z czasem wdrażają się w inne prace – choćby w pomoc w hospicjach. I to jest kapitał społeczny, który harcerstwo wnosi w polskie życie.
– Przedstawiasz bardzo pozytywny obraz harcerstwa. Ale znam historie, z których wynika, że harcerze, tworząc sieci społeczne na prowincji, niejako „brali w zarząd” całe samorządy lub harcerstwo było dla nich trampoliną do wysokich karier w administracji i w polityce. A wtedy nierzadko ich znaczne sprawności, których nie neguję, niekoniecznie służą jakimkolwiek ideałom i wartościom społecznym. No, w przypadku ZHR może poza bogoojczyźnianymi.
– Tym, co kojarzę ze swojego doświadczenia, jest na pewno wzajemne wsparcie exharcerzy. To widać np. przy rekrutacji do pracy. Uważam zresztą, że gdybym sama była pracodawczynią, to chętnie zatrudniałabym harcerki i harcerzy – nie dlatego, że to sekta, ale ze względu na ich podejście.
Nie chcę natomiast bronić niemerytorycznych mechanizmów kooptacji, występujących także w świecie harcerskim, właśnie w ZHP, ponieważ o nim mogę mówić. Jak każda organizacja, harcerstwo jest podatne również na negatywne zjawiska społeczne.
Przyznam szczerze, że w strukturach ZHP, w których działałam, nie widziałam przepływów do świata wielkiej polityki. Oglądałam za to z bliska także cienie polityki wewnętrznej w mojej organizacji. Po latach uważam, że to również była pożyteczna lekcja.
– W jakim sensie?
– Łatwiej mi sobie radzić z polityką wewnętrzną na uczelni, łatwiej niż moim kolegom i koleżankom, ponieważ wiem, jak ludzie się nawzajem rozgrywają, jak się prowadzi grę o władze, jakie to są mechanizmy. Już się tego naoglądałam. Gdy widzę to obecnie, już mnie to nie przeraża, nie frustruje, nie zadziwia – przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. Chroni to również od poczucia rozczarowania i zgorzknienia, które obserwowałam wśród młodych pracowników naukowych w środowisku akademickim.
– Zastanawiam się, dla kogo jest współczesne harcerstwo? Czy aby nie przede wszystkim dla wielkomiejskich dzieci i młodzieży z klasy średniej, których rodziców/opiekunów stać na sprzęt, mundur, wyjazdy?
– ZHP z pewnością nie jest organizacją tylko dla bogatych dzieci. Prowadziłam drużynę na poznańskich Jeżycach i miałam tam dzieci biedne i bardzo biedne, także z tzw. trudnych domów.
Natomiast jeżeli chodzi o drużyny wędrownicze, złożone ze starszych stopniem harcerzy, to w znakomitej większości są to drużyny młodzieży z najlepszych poznańskich liceów. Nie jest zatem tak, że wszystko, o czym opowiadam, jest takie świetne, choćby od strony egalitaryzmu. Choć dodam, że nie wszyscy instruktorzy, których znam, pochodzą z klasy średniej i nie wszyscy nawet mają wyższe wykształcenie.
ZHP na pewno dobrze sobie radzi w mniejszych ośrodkach. Myślę choćby o Ostrowie Wielkopolskim, Wągrowcu, Koninie, Jarocinie. Natomiast na wsiach jest źle, jest bardzo trudno. To wynika z deficytu instruktorów. Problemy miast, miasteczek i wsi biorą się stąd, że to po prostu nie są ośrodki akademickie. Odpływ instruktorek i instruktorów z takich miejsc zaczyna się, gdy wyjeżdżają na studia i nigdy już nie wracają. To realny problem w działalności ZHP poza ośrodkami akademickimi, który nie wynika z żadnych klasistowskich założeń, lecz z deficytu ludzi, z ich braku na prowincji.
– Czyli kolejna odsłona wysysania elit przez metropolie?
– Właśnie tak. Nawet jeżeli niewielka część tych ludzi wraca z powrotem po latach w swoje okolice, bo na przykład stawia tam własny dom, to oni już wówczas niezbyt nadają się do pracy w harcerstwie. To jest dla mnie bolączka, że nie pracujemy na wsiach, gdzie byłoby to najbardziej potrzebne. Ale dotąd nie udało się wypracować modelu, w którym można byłoby to robić.
– Znam historię harcerki, która działa w jednym z małych miasteczek na Opolszczyźnie. Miała drużynę harcerską u siebie, a do tego prowadziła zastęp w pobliskiej wsi. Początkowo jeździła na tę wieś podmiejskim autobusem, który później zlikwidowano. Zaczęła zatem dojeżdżać tam rowerem – zwiększając nakład poświęcanego czasu i sił. Ale wtedy była zaangażowaną harcerką, więc mogła. Ewidentnie jednak widać typową strukturalną barierę, charakterystyczną dla polskich realiów.
– Niestety, raczej jest tak, że wysiłek jest skierowany na to, żeby utrzymać struktury istniejące w miastach i małych miasteczkach. Z prozaicznych przyczyn: nie mamy do dyspozycji kilkudziesięciu wolnych instruktorów, których możemy wysłać do pracy organizacyjnej na wieś. Taka jest smutna rzeczywistość.
Z całą pewnością w czasach, gdy byłam aktywnie zaangażowana w harcerstwo, prowadzono kursy na drużynowych dla nauczycieli wiejskich. Chodziło o to, żeby ludzi, którzy pracują w środowiskach wiejskich, przygotować do dobrej pracy metodą harcerską.
– A z czego się utrzymywaliście?
– Pracowałam w hufcu, który w znacznej części finansował się sam. Czasem mieliśmy dotacje z miasta, ale finansowaliśmy się głównie ze składek, różnorakiej własnej działalności: od zarobkowej po aukcje. Poza tym – moim zdaniem – to nie jest tak, że pieniądze są jedyną barierą. Deficyt częściej dotyczy kadr i czasu. Bo jeśli nie masz większej liczby instruktorów, to ludzie, którymi dysponujesz, nie będą mieli czasu, choćby na to, żeby jeździć na wieś.
– Mam wrażenie, że harcerstwo jest mniej widoczne w przestrzeni publicznej niż kiedyś: mówiliśmy już o szkole, ale harcerstwo przestało być też częścią kultury masowej (inaczej niż w czasach PRL), dziś kojarzy się na ogół z obsługą świąt narodowych, pielgrzymek papieskich, a niektórym z wydarzeniami związanymi z krzyżem smoleńskim.
– Harcerki i harcerze w czasie dużych wydarzeń nierzadko zajmują się logistyką i pomocą medyczną. Oczywiście, istnieje takie zjawisko jak harcerstwo pomnikowe. To jest zjawisko dobrze znane także z przeszłości. Często było tak, że harcerze byli zapisywani do kilkugodzinnego stania na warcie pod pomnikiem czy przy Grobie Pańskim – ale ten model budził kontrowersje. Część instruktorów pytała: jeśli z tego robi się clou harcerskiej służby, to jaki z tego właściwie pożytek wychowawczy?
Poza tym, jeżeli to, co robimy, jest pracą u podstaw, to w „harcerstwie dekoracyjnym” brakuje po prostu czasu na wychowywanie liderek i liderów, pokazywanie młodym ludziom ich własnych możliwości, przywracania im wiary w siebie. Harcerstwo nie może być spektakularne, musi być wychowawczo skuteczne.
Dodam jeszcze jedną rzecz, o której w Polsce w dyskusjach często się zapomina. Otóż bardzo ważną rzeczą w życiu jest umiejętność pracy w zespole. Harcerstwo tego uczy. Pracując jako instruktor, dodatkowo uczyłam się kierowania zespołem. I dziś to procentuje. Więcej: gdy dziś piszę wnioski grantowe, to nie mam z tym problemów, ponieważ umiem myśleć przez wskaźniki. Nauczyłam się, że jeśli wykonuje się jakieś działania, to w ich efekcie uczestnicy powinni nabyć pewnych umiejętności. Uczyłam się myślenia nakierowanego na cel, organizacji spotkań, konstruktywnej pracy, w której analizuje się to, co się zrobiło i zmierza się dalej. Przyznam nieskromnie: dziś, gdy pracuję na uczelni, ja to wszystko po prostu od dawna wiem i jest mi łatwiej. Gdy studenci w odpowiednich ankietach stwierdzają, że lubią moje zajęcia, to cóż: od szesnastego do dwudziestego piątego roku życia stawałam przed grupą, więc gdy zaczęłam prowadzić ćwiczenia, to nie było to dla mnie stresogenne wyzwanie.
Dlatego, raz jeszcze: widzę harcerstwo nie jako patriotyczną, narodową czy religijną dekorację, lecz jako pracę nad kształtowaniem ludzi. Możemy w ten sposób realnie wpływać – na dzieci, na instruktorów, na społeczeństwo.
– Jaki model patriotyzmu obowiązywał w ZHP w czasach Twojej działalności? ZHR często kojarzy się z bogoojczyźnianym modelem harcerstwa, a dziś powoli kult Powstania Warszawskiego bywa tam wypierany przez kult żołnierzy wyklętych.
– Pamiętam ścieranie się dwóch modeli. Wśród starszych pokoleń przeważał patriotyzm w stylu: postójmy przy pomniku, posprzątajmy grób, skupmy się na patriotyzmie jako celebrowaniu historii. W moim środowisku przeważał jednak tzw. nowoczesny patriotyzm: uczmy ludzi uczciwości w relacjach społecznych, w relacjach z państwem – wychowujmy ich np. do rzetelnego płacenia podatków. Zachęcajmy dzieciaki, żeby nie wytwarzały za dużo śmieci, wdrażajmy je do segregowania odpadków. Szukaliśmy przede wszystkim tego, co prowadzi do kształtowania postaw obywatelskich. Nie szliśmy w politykę, ale kładliśmy duży nacisk na to, żeby ludzie głosowali. Robiliśmy także debaty polityczne dla instruktorów, aby byli świadomi tego, co dzieje się w kraju i żeby się angażowali. Nie mówiliśmy im, na kogo mają głosować, ale nie było rzeczą dobrze widzianą, żeby licealistki i licealiści z ZHP nie wiedzieli, kto rządzi w kraju.
Jasne, było też trochę szeroko pojętego „pomnikowania”; w odpowiednich proporcjach jest na to miejsce. Trudno mi wyobrazić sobie harcerkę i harcerza, którzy nie czytali „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Dla mnie osobiście Powstanie Warszawskie jest bardzo ważne, chociaż na poziomie intelektualnym oceniam je bardzo niejednoznacznie. Owszem, było trochę ścierania się o to, dlaczego tak mało „pomnikowania”, czemu tak mało o Powstaniu itp. Nasza odpowiedź brzmiała: ponieważ nie to jest dziś nam tak potrzebne, nie jest to potrzebne współczesnej Polsce.
– Ale chyba przegraliście: patriotyzm obywatelski jest dziś mało sexy, jest nudny. Młodych ludzi kręci patriotyzm przelewanej krwi, już nie tylko własnej, ale chyba i cudzej, patriotyzm ze skandowaniem o ojczyźnie i machaniem flagami.
– Staraliśmy się nie wprowadzać takiego modelu patriotyzmu. Choć pewnie w życiu wielu harcerek i harcerzy jest taki etos, bo pewien patos, także patriotyczny, jest im bliski. Po części odpowiadają za to również struktury, bo nieraz całe drużyny harcerskie noszą nazwy związane choćby z Szarymi Szeregami, harcerkami i harcerzami, którzy oddali życie w Powstaniu Warszawskim.
Pamiętam, że mieliśmy przynajmniej jeden obóz tematycznie związany z pamięcią o Szarych Szeregach, ale skupialiśmy się na nim choćby na uczeniu dzieciaków pierwszej pomocy, a nie tego, jak słodko jest umierać za ojczyznę.
– Gdy jako dziecko pojechałem na obóz prowadzony przez harcerzy, najbardziej podobało mi się strzelanie z wiatrówki. Harcerstwo ma jakiś rys paramilitarny?
– Nie określiłabym tego w ten sposób. „Paramilitarna” w harcerstwie jest z pewnością musztra, ale to ma swoje uzasadnienie – jeśli musisz ogarnąć kilkadziesiąt młodych osób, to komendy „w dwuszeregu zbiórka” świetnie się do tego nadają.
– Chciałbym, żebyśmy porozmawiali jeszcze o relacjach ZHP z Kościołem. W przypadku ZHR sprawa jest dobrze znana: powstali w kontrze wobec „po-PRL-owskiego” ZHP, są powszechnie kojarzeni z tzw. prawicowym kanonem wartości. Ze znanych mi opowieści ze środowiska czasem to przenikanie środowiska harcerskiego i kościelnego było dość silne i stanowiło mocny element tożsamościowy, określający strukturę. A jak wyglądało to właśnie w ZHP za Twoich czasów?
– Pamiętam, że chodziło się do kościoła na wszelkiego rodzaju obozach i wyjazdach, ale nie było to obligatoryjne. W przypadku instruktorów również nie pamiętam parcia na uczestnictwo w obrzędach kościelnych. Były msze harcerskie, są do dzisiaj, ale z pewnością nie trzeba było na nie chodzić.
Mieliśmy harcówkę przy kościele Pallotynów, ale duchowni nie wywierali na nas nacisku w kwestiach wewnątrzharcerskich. Owszem, był taki moment, gdy przygotowaliśmy dla dzieciaków imprezę w stylu Harry’ego Pottera i ksiądz proboszcz próbował się zaangażować na zasadzie: zaraz, zaraz, Potter to magia i zło, ale doszło do rozmowy z komendantką naszego szczepu i duchowny się wycofał.
Myślę, że w przypadku ZHP można mówić o faktycznym rozdziale harcerstwa i Kościoła [śmiech]. Podam przykład: ważnym elementem życia harcerskiego jest wspólne ognisko. Ognisko zawsze kończy się braterskim kręgiem, czyli obrzędową formą pożegnania dnia, a później jest jeszcze modlitwa – ale dla chętnych. Myślę, że rozwój duchowy nie był rozumiany w moim środowisku harcerskim jako rozwój ściśle religijny czy konfesyjny: choć jeśli ktoś tak go chciał pojmować, to też mógł.
– Chciałabyś, żeby harcerstwo było bardziej społecznie dostrzegalne?
– Chciałabym, żeby więcej dzieciaków miało okazję przeżyć przygodę harcerską, bo to jest świetna sprawa. Chciałbym, żeby szczególnie dzieci ze wsi miały na to szanse. Jeździliśmy na wakacje harcerskie na Podlasie, widziałam, jaka tam jest olbrzymia przestrzeń do działania dla naszej organizacji. Ale naprawdę brak nam ludzi, instruktorów.
– Mam bardzo roboczą hipotezę, że rosnąca popularność organizacji nacjonalistycznych w Polsce po pierwsze wynika z tego, że nie ma już powszechnej służby wojskowej, po drugie z tego, że właśnie harcerstwo jest dość rachitycznej na prowincji. Stąd młodzież szuka dla siebie tożsamości i przygody w tego typu subkulturach.
– Mam wrażenie, że to jest jednak oferta dla zupełnie innych ludzi. Możliwe, że na poziomie osób w wieku licealnym byłaby to jakaś alternatywa. Ale przecież w miastach, w których harcerstwo jest nieco silniejsze, środowiska narodowe także działają.
– To chyba też kwestia naboru?
– Swego czasu robiłam nabory na poziomie gimnazjum (starsi harcerze) i liceum (wędrownicy). Zwykle są to ludzie, którzy przechodzą z młodszych drużyn w ramach ciągu wychowawczego. Zaczynasz od rekrutacji zuchów, to dzieciaki, które zapraszasz na zbiórkę, one przechodzą przez wszystkie poziomy, stając się wędrownikami, a później – instruktorami.
Ale część młodzieży to ludzie z naborów. Przeprowadza się różnorakie akcje promujące w miejscu, w którym działa drużyna. Jeśli to szkoła, jest trochę łatwiej: daje ona większą przestrzeń, masz klasę szkolną, łatwiej możesz wynegocjować z dyrekcją odpowiedni czas. Jeśli to parafia czy dom kultury, to jest trochę trudniej.
Nabór młodszych dzieci jest łatwiejszy: o ile dla potencjalnego zucha łatwiej zrobić piętnastominutową akcję, od której zaświecą mu się oczy, to w przypadku licealisty jest to znacznie trudniejsze. Siedmiolatek chce się bawić, więc gdy zaproponujesz mu wciągającą zabawę – on się wkręci. Licealiści i licealistki są już bardziej zblazowani, mają więcej nawyków, udają przed sobą w grupie rówieśniczej bardziej dorosłych, niż są. A gdy nie masz miejsca i czasu, to w piętnaście minut nie opowiesz im o fascynującej wyprawie na Elbrus.
– Porozmawiajmy jeszcze o pieniądzach, o których wyżej tylko napomknęliśmy. Nie każdego stać na harcerską wyprawę na Elbrus…
– Byłabym ostrożna z tym: „nie każdego stać”. W tych środowiskach, w których działałam, zawsze dawało się to załatwić. Było wiadomo, kto nie ma forsy i zawsze pojawiały się pomysły oraz sposoby ich realizacji, by temu brakowi zapobiec.
– Zastanawia mnie, jakimi metodami był osiągany – chyba potrzebny – egalitaryzm ekonomiczny w obrębie takiej organizacji jak harcerstwo. Żyjemy w coraz mocniej rozwarstwionym społeczeństwie i trudno mi sobie wyobrazić, że nie miało to wpływu także na waszą organizację. Znam różne historie z harcerskiego świata i niekiedy pojawia się wątek: nie wszystkich na wszystko stać – zaczynając od umundurowania.
– Nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś z nami nie pojechał, bo nie miał pieniędzy. Za moich czasów każdy członek ZHP płacił składkę członkowską, która w jakimś procencie wracała do hufca. Ale zwykle te pieniądze były przeznaczone na bieżącą działalność hufca, czyli opłaty za harcówkę, prąd itp. Z kolei drużyny się samofinansowały: dzieci płaciły za obozy i z tego zostawało trochę pieniędzy, rodzice płacili 1 procent i to był zwykle potężny zastrzyk, organizowaliśmy akcje zarobkowe. Budżety na wyjazdy były planowane tak, żeby wystarczało. Instruktorzy i instruktorki mieli opłacane wyjazdy, choć nic na nich nie zarabiali, ewentualnie płacili mniejsze stawki. Jeżeli z tych wyjazdów zostawały jakieś pieniądze, to były przeznaczane na bieżące potrzeby programowe: choćby na papier, przybory do rysowania. Owszem, mieliśmy czasem dotacje od miasta, ale nie pamiętam, żeby np. Główna Kwatera ZHP przysyłała nam pieniądze.
– No a co z tym Elbrusem? I ze sprawnościami harcerskimi wymagającymi większych nakładów finansowych?
– W tych starszych drużynach, czyli wędrowniczych, jeżeli ktoś nie miał środków, to korzystając z gigantycznej sieci znajomości harcerskich, byłych i obecnych instruktorów, załatwiało mu się pracę, choćby możliwość sprzątania u kogoś w ogrodzie itp. Szukaliśmy także sponsorów, co z czasem szło coraz bardziej opornie. Między 1995 a 2005 rokiem pojawiło się po prostu coraz więcej różnorakich podmiotów, które też na siebie zbierały, szukały sponsorów, konkurencja rosła. Poza tym drużyny podejmowały działalność zarobkową, żeby zebrać na wyjazd.
– Zbieraliście do puszek w supermarketach?
– Puszki w supermarketach były moją najmniej ulubioną formą zarobkowania, ale robiliśmy to. Zresztą one się świetnie sprawdzały, to był ogromny zastrzyk finansowy.
– A czemu tego nie lubiłaś?
– Bo to jest średnio wychowawcze. Nie bójmy się tego słowa: takie żebranie. Klasyczne metody zarobkowania to było sprzedawanie ciasta przy okazji różnych festynów. Pamiętam, że robiliśmy kartki na święta i je sprzedawaliśmy. Gdy pracowałam już w chorągwi, to drużynowi mieli coraz ambitniejsze pomysły dotyczące regularnej pracy zarobkowej. Ostatnio widziałam nawet ogłoszenie „wynajmij harcerza”: zdjęcie chłopaków, którzy oferowali m.in. prace ogrodowe. Zresztą, gdy szukamy z mężem kogoś do pomocy, to najpierw dzwonimy po harcerzach, pytamy znajomych: „potrzebujemy ludzi do posprzątania piwnicy za kasę, macie kogoś?”.
– A co choćby z pieniędzmi na mundur? Nowy ekwipunek także kosztuje.
– Jeśli chodzi o zakup mundurów, to było to zróżnicowane. Po pierwsze, staraliśmy się nie cisnąć, szczególnie jeśli wiedzieliśmy, że ktoś ma problemy z pieniędzmi, zwłaszcza u zuchów. Niektórzy długo nie mieli mundurów. Istniał także wtórny rynek mundurów, przekazywało się je młodszym – to było naturalne. Za moich czasów zazwyczaj miało się mundur po kimś. Rzadko kogo było stać na całą wyprawkę. Gdy prowadziłam zastęp, to pamiętam, że miałam całą kolekcję karimat [śmiech]. Podobnie dzieciaki wypożyczały śpiwory. Przynajmniej pod koniec lat 90. XX wieku modny był wręcz antylans.
– Przy okazji: w ZHP niektóre funkcje są płatne i „uzawodowione”.
– Tak – i uważam, że to dobrze. Na poziomie dużego hufca albo chorągwi nie da się sensownie pracować bez płatnego etatu. Mówię o dwóch, trzech etatach, nie pięćdziesięciu. Nie da się robić księgowości chorągwi bez etatu: mówimy o wynagrodzeniu dla osób, które robią to sensownie i wypełnia im to znaczną ilość czasu, mówimy o zarządzaniu finansami grup, które idą w tysiące osób. Sądzę, że dobru organizacji służy, jeżeli jest to praca etatowa. Natomiast funkcje wychowawcze zasadniczo nie powinny być płatne.
– Rozmawialiśmy nieco o czasach PRL. Czy generalnie źle oceniasz tę kadrę z tamtych czasów?
– Nie. Myślę, że jest ona bardzo zróżnicowana. Sądzę, że jest i było tam wielu fenomenalnych drużynowych, ludzi z olbrzymim doświadczeniem. Znam kilka takich osób, są niesamowici i podziwiam ich. Myślę, że na tym etapie ta po-PRL-owska kadra, która była słaba, już się wykruszyła. Zostali dobrzy instruktorzy, ludzie, którzy dziś mają po 50, 60 lat, niektórzy z nich do dziś prowadzą drużyny. Myślę, że w pewnym sensie doświadczenie tych ludzi nie zostało docenione – szczególnie w momencie, gdy postawiono na odmłodzenie wielu elementów struktury harcerskiej. Starsza kadra na fali buntu wobec „betonu instruktorskiego” została wrzucona cała do jednego worka i potraktowana przez młodszych z dystansem i może nawet pobłażaniem czy wrogością. A ich potencjał jest ogromny: byli drużynowymi przez dekady i robią to dobrze. Mają olbrzymią wiedzę i doświadczenie. Po części zrezygnowano z ich mądrości życiowej: osiemnastolatek, choćby nie wiem jak zapalony, pod pewnymi względami nigdy nie będzie w stanie dorównać czterdziestolatkowi, bo nie ma jego dojrzałości, nie ma jego obycia.
To są kwestie, które należałoby równoważyć i nie wiem, czy zawsze się to udaje. Oczywiście, gdy stara kadra mówi: „my wszystko wiemy, wszystkie rozumy pozjadaliśmy”, to wówczas trudno się z nią pracuje i młodzi się buntują. Ale gdy starsza kadra jest otwarta, szuka porozumienia, to pracuje się z nią świetnie. Miałam takie doświadczenia i były nader pomocne – szczególnie w trudnych momentach, na ciężkich kursach harcerskich, wymagających znacznej pracy nad sobą, wiele autorefleksji. To jest prawdziwy skarb wychowawczy, ponieważ samemu uczysz się, jak postępować z innymi.
– Ale sama zwróciłaś uwagę, że w harcerstwie bardzo ważny jest model wychowania młodszych przez nieco starszych. Tutaj to nam się trochę rozchodzi wiekowo.
– Dla środowisk wiejskich i małomiasteczkowych moim zdaniem to jest jedyne realne rozwiązanie. Tam nie będzie młodej kadry harcerskiej – bo ona wyjeżdża do dużych miast studiować. Środowiska małomiasteczkowe czy wiejskie stoją właśnie starszą kadrą: to nauczyciele, pracownicy świetlic czy domów kultury.
– Wciąż myślę o obecności harcerstwa w przestrzeni społecznej, w wyobrażeniach społecznych. Może dlatego, że należę do pokolenia, które za młodu z wypiekami na twarzy czytało i oglądało „Czarne stopy”. Może jednak harcerstwo powinno być dziś bardziej obecne medialnie?
– Powinno. Myślę, że to w jakimś sensie jest słabość organizacji. Wynika to jednak z tego, że gdy masz trzech instruktorów do prowadzenia drużyny i jeden z nich miałby się zająć promocją, to ostatecznie wybór padnie na drużynę.
Ale jasne, chciałabym, żeby harcerstwo było widoczne choćby w polskich serialach, tylko że nie za cenę sojuszu z państwem, szczególnie rozumianym jako emanacja interesów partyjnych. Harcerstwo musi być odrębne od państwa, inaczej spadnie efektywność pracy metodą harcerską, która dokonuje się na poziomie instruktora i jego drużyny. Jeżeli tutaj pojawiają się jakiekolwiek wątki, które to zakłócają, to jakość pracy automatycznie spada. Podam konkretny przykład: gdy wybieraliśmy sprawności dla zuchów (czyli cykle tematyczne, nad którymi się pracuje), to kierowaliśmy się zainteresowaniami i potrzebami tej dwudziestki dzieci, które mieliśmy. Gdyby teraz się okazało, że np. mamy rocznicę chrztu Polski i muszę z tymi dziećmi robić sprawność w jakiś sposób z tym związaną, to w sposób naturalny ograniczałoby mnie to jako instruktora. Oczywiście, świetny instruktor sobie poradzi. Choć pojawia się tradycyjne pytanie: ale po co?
– Interesuje cię sytuacja i kierunki rozwoju międzynarodowego skautingu?
– Skauting się zmienia, bo zmienia się świat. Gdy byłam na zlocie skautów w Holandii, to poziom nowoczesności był tam zaskakujący, choćby poziom pracy wykorzystującej najnowsze media. Znane mi środowiska ZHP też szły w tym kierunku. Ale trzeba pamiętać o różnicach społecznych: oni jako społeczeństwa nie mają doświadczenia zaborów, rzezi okupacyjnej, kilku dekad „komuny”. To stare demokracje o bardzo wykształconej już strukturze społecznej. U nas wciąż dość mocno formuje się choćby struktura klasowa, to, co wynika z rozwarstwienia, które nie było tak mocne w czasach PRL.
– Co dla Ciebie było trudne w harcerstwie?
– Jak to w bajkach bywa: najtrudniejsza jest praca z ludźmi. Siłą rzeczy czasem jest ciężko – trudne są relacje międzyludzkie. Byłam młoda, wtedy poziom zaangażowana emocjonalnego w rzeczywistość jest znacznie wyższy – wiele rzeczy stawało się życiową tragedią [śmiech]. Z perspektywy czasu nawet te obiektywnie bardzo trudne rzeczy postrzegam jako pozytywne, kształtujące postawę. Przez dziesięć lat pracy dydaktycznej może ze dwa razy student wyprowadził mnie z równowagi. Jako trudny wątek wspominam też porażki wychowawcze – ktoś skręcił nie w tę stronę, w którą trzeba.
– Dziękuję za rozmowę.
Kraków – Poznań, 9 grudnia 2016 roku
przez Tomasz Frymorgen | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Dzikie strajki w sektorach pracy dorywczej są wyzwaniem dla panujących w związkach zawodowych wizji tego, gdzie i kogo organizować.
11 sierpnia jeden ze związkowców, otoczony przez stu pięćdziesięciu prowadzących dziki strajk kierowców firmy Deliveroo (zajmującej się dostawą jedzenia), przeczytał listę osiągnięć brytyjskich kurierów, którzy zorganizowali się w związku zawodowym Independent Workers of Great Britain (Niezależni Pracownicy i Pracownice Wielkiej Brytanii). Kurierzy wywalczyli 28-procentowe podwyżki; pracownicy CitySprint uzyskali 17-procentowy wzrost wynagrodzeń – dla nich była to pierwsza podwyżka od 10 lat. Rowerzyści w Mach1 zdobyli wyższe płace, uniformy zapewniane na koszt firmy oraz zniesienie opłat za wynajęcie sprzętu.
Zaledwie tydzień wcześniej sprzątacze i sprzątaczki wygrali najdłuższy, trwający 61 dni, strajk w historii londyńskiego City, zapewniając sobie płacę na poziomie londyńskiego minimum socjalnego. Obecnie jest to 9,40 funtów na godzinę. Grupa zorganizowała się w związku United Voices of the World (Zjednoczone Głosy Świata). W lutym tego roku UVW, przez mocno nagłośnioną kampanię w Sotheby’s, zwyciężył w kwestii uznania odpłatności za czas zwolnień lekarskich dla ochroniarzy i sprzątaczy pracujących dorywczo [Sotheby’s to międzynarodowy dom aukcyjny, ochroniarze i sprzątaczki są w nim zatrudniani przez firmy zewnętrzne. Jest to pierwsza w Wielkiej Brytanii grupa outsourcowanych pracowników i pracownic, która uzyskała płatne zwolnienia chorobowe – przyp. tłum.].
Zainspirowani zwycięskimi strajkami w Deliveroo, kierowcy z UberEats ogłosili, że utrzymają dziki strajk dopóty, dopóki firma nie zgodzi się zapłacić im londyńskiego minimum socjalnego.
Gdy to czytacie, możecie myśleć, że ruch pracowniczy w Wielkiej Brytanii w końcu się budzi. Od utworzenia Komisji Sprzątaczy i Sprzątaczek (Cleaners Branch) w Industrial Workers of the World (Pracownicy i Pracownice Przemysłowe Świata, IWW) w 2011 roku, historie podobne do tych zdarzają się coraz częściej i coraz częściej są zakończone sukcesem. Odważne kampanie pracownicze prowadzono już przeciwko sieciom sklepów, centrom kulturalnym, instytucjom edukacyjnym i firmom dostawczym, organizując tysiące prekaryjnych pracowników i pracownic. A jednak w 2015 roku tylko 81 tysięcy osób uczestniczyło w strajkach, które łącznie trwały jedynie 170 tysięcy dni. Oznacza to najmniej strajkujących i drugie od końca straty w produkcji od 1893 roku, kiedy rozpoczęto rejestry. W 2015 roku odnotowano też najniższy poziom uzwiązkowienia od 1995 roku – zaledwie 24,7%.
Walki sprzątaczek i kurierów to tylko rzadkie przypadki pracowniczej bojowości, a nie szerokie odrodzenie ruchu. Jednak już to czyni je interesującymi. A ponieważ akcje te pojawiły się w sektorze pracy prekaryjnej1, który tradycyjnie jest uważany za niemożliwy do zorganizowania, a w konsekwencji – zaniedbany przez związki zawodowe głównego nurtu, lewica powinna przyglądać się tym strajkom uważnie i uczyć się od biorących w nich udział.
Czy naprawdę nie da się ich zorganizować?
Opisane kampanie podważają utrzymywane od dawna przekonania na temat pracy prekaryjnej. Częstotliwość i zasięg protestów – które wciąż rosną – a także duża frekwencja w referendach strajkowych, wskazują na wysokie zaangażowanie pracowników i pracownic.
Mimo to związki głównego nurtu wciąż zdają się na nieskuteczne kryteria, które sprawiają, że osoby pracujące w oparciu o niestabilne formy zatrudnienia – stają się niewidzialne. Związki zawodowe z Trade Union Congress [TUC, największa centrala związkowa w Wielkiej Brytanii – przyp. tłum.] wycofują się ze współpracy z takimi pracownikami z różnych powodów. Niektórym brakuje umiejętności, doświadczenia i środków, aby organizować ten sektor. Inne przeanalizowały zyski i koszty, co wykazało, że kampanie skierowane do tej grupy nie są warte ich czasu. W niektórych związkach sądzi się nawet, że prekariusze i prekariuszki nie liczą się jako „prawdziwi pracownicy”, więc nie są grupą wartą uwagi.
U źródeł bezczynności głównych związków zawodowych leży ściśle legalistyczne definiowanie pracownika, praw pracowniczych i relacji pracodawca – pracownik, z organizacją uczestniczącą w negocjacjach zbiorowych jako centralnym punktem odniesienia. Osoby pracujące dorywczo czy „elastycznie”, zazwyczaj wypadają z tych ram, po czym są odrzucane jako niemożliwe do zorganizowania. W rezultacie sektor pracy prekaryjnej jest w większości nieuzwiązkowiony i panują w nim najgorsze warunki zatrudnienia.
Sposób, w jaki związki zjednoczone w TUC rozwinęły to legalistyczne podporządkowanie, to dłuższą historia. Tym, co się tutaj liczy, jest fakt, że biznes gra na takich samych zasadach jak związki, a bitwy między szefami a pracownikami odbywają się w oparciu o nie. W ostatnich latach kapitał nasilił ataki wobec zatrudnionych. W sektorze pracy stałej firmy podjęły wysiłki, żeby zmienić koszty pozwów pracowniczych w sądzie pracy i ograniczyć możliwość podjęcia prawomocnego strajku. Ponadto zupełnie pomijały zwykłe ramy prawne, tworząc więcej niestabilnych miejsc pracy. Rozwiązania takie jak wykorzystanie zewnętrznych agencji zatrudnienia, klasyfikacja niektórych pracowników i pracownic jako niezależnych kontrahentów lub umowy typu „zero godzin” [umowy o pracę „na żądanie”, niezobowiązujące pracodawcy do faktycznego oferowania pracy, a pracownika do przyjęcia zlecenia – przyp. tłum.], pozbawiają wielu osłon, z których korzystają osoby zatrudnione w tradycyjny sposób, równocześnie jednak utrzymują zasadnicze warunki relacji pracodawca – pracownik.
Praktyki zatrudniania w Delilveroo znakomicie ukazują ten mechanizm. Firma nazywa swoich kurierów „niezależnymi podwykonawcami”, więc nie jest formalnie zobowiązana do wypłat za czas zwolnienia lekarskiego, udzielania urlopów, opłacania składek emerytalnych oraz zapewnienia kierowcom płacy minimalnej (7,20 funtów na godzinę). Jednak ci tak zwani podwykonawcy mają takie same obowiązki jak pracownicy. Co najgorsze, nie mogą pracować dla żadnej innej firmy kurierskiej, mimo że Deliveroo odmawia im płacy minimalnej.
Model pracy prekaryjnej omija ramę prawną regulującą relacje między pracodawcami a pracownikami. Tych ostatnich dotyczy coraz więcej obostrzeń, a równocześnie to na nich przenoszone są ryzyko i koszty. Pozwoliło to firmom powiększać zyski, zmniejszając inwestycje.
Nieprzypadkowo Deliveroo podjęło próbę zastąpienia płacy godzinowej systemem wynagrodzeń od dostarczonej przesyłki zaledwie kilka tygodni po tym, jak firma otrzymała 212 milionów funtów na inwestycje i szykowała się do zmierzenia z nową konkurencją, UberEats. Firma musiała zintensyfikować swój model zwiększania zysków w odpowiedzi na presję zarówno ze strony udziałowców, jak i rynku.
Przeniesienie przez Deliveroo ryzyka i kosztów na pracowników jest przykładem nie tylko nowych schematów wytwarzania zysku, lecz także zdolności kapitału do wykorzystania słabości prawnych ram pracy.
Strajki na żądanie
Kreatywność w wykorzystywaniu prawa pozwala biznesowi pozbywać się kosztownych zobowiązań wobec pracowników i pracownic, jednak potencjalnie ma ona bardzo obciążające finansowo skutki uboczne. Konflikty klasowe toczą się teraz poza systemem arbitrażowym państwa, który długo zabezpieczał pokój w relacjach ze światem pracy.
– Struktury prawne działają przeciwko pracownikom i pracownicom – twierdzi Chris, organizator IWW. – Wspierają kierownictwa firm, wspierają też kompromis. Jeśli odrzucisz te ramy, możesz działać w sposób naprawdę efektywny. Skoro drogi prawne są formalnie przed nimi zamknięte lub finansowo nieosiągalne, prekariusze i prekariuszki muszą poszukiwać alternatywnych metod, aby polepszyć warunki pracy. Wszystko, co potrzebne, to momenty przełomowe, a te – szczególnie w Wielkiej Brytanii w dobie polityki cięć – pojawiają się często.
Wraz z kolejnymi strategiami podnoszenia zysków przez firmy, otwierają się nowe fronty konfliktu klasowego. Kapitał porzuca uprzednie ograniczenia, zmniejszając ponoszone przez siebie koszty i ryzyko na mniej czy bardziej legalne sposoby. Adekwatna odpowiedź na tę erozję praw byłaby nielegalna w świetle obowiązującego kodeksu pracy i państwowego systemu dialogu społecznego, co ogranicza działalność TUC. Ale poza tymi granicami można zrobić wiele.
Dzikie strajki Deliveroo i UberEats szybko wstrzymały pracę firm. To druzgocący ruch dla przedsiębiorstw, które działają przede wszystkim w trybie „na żądanie”. Natomiast zorganizowanie legalnego strajku trwa całe tygodnie i daje szefom mnóstwo czasu na planowanie awaryjne. Organizacja pierwszej blokady zajęła kierowcom Deliveroo zaledwie kilka godzin. Równie szybko zebrali się oni na pikietach wokół biura rekrutacyjnego Deliveroo, gdy dowiedzieli się, że firma próbowała zatrudnić łamistrajków. W TUC zanim zaakceptowano by inicjatywę, musiałaby ona przebrnąć przez kolejne poziomy związkowej biurokracji wrażliwej na kwestie prawne.
Obecna fala strajków pokazuje, że współczesny kapitał, charakteryzujący się elastycznością i szybkim reagowaniem, wymaga równie sprawnie reagującego i wszechstronnego ruchu pracowniczego. Kapitał, który ogranicza ochronę pracy, daje przestrzeń do takiego właśnie działania.
Reszta klasy
Choć ostatnie kampanie były bardzo odświeżające dla ruchu, zaangażowało się w nie jedynie kilka tysięcy pracowników i pracownic sektora pracy prekaryjnej, w którym pracują miliony osób, a całościowa liczebność brytyjskiej siły roboczej jest dziesięć razy większa.
Niedawno Kim Moody ostrzegał przed niebezpieczeństwami fetyszyzowania gig economy [gospodarki opartej na pracy tymczasowej – przyp. tłum.] i podważył rozpowszechnione przekonanie, że coraz więcej pracowników i pracownic przesuwanych jest do prac prekaryjnych. Argumentuje on, że skupienie się wyłącznie na prekariacie przesłania fundamentalny problem dotyczący całej klasy pracującej: mianowicie problem „kiepskich zajęć” (crappy jobs), których rozpowszechnienie wynika z intensyfikacji pracy. Z kolei Ursula Huws przekonuje, że prekaryzacja nie musi dzielić klasy pracującej. Pisze ona, że prekaryzacja jest normalnym stanem całej siły roboczej w kapitalizmie – powstrzymywanym tylko przez silne organizacje pracownicze i tylko w sprzyjających okolicznościach.
Z analiz Huws i Moody’ego wynika, że prekaryzacja jest przydatnym pojęciem ujawniającym wspólne wzory łączące sektory pracy stałej i pracy prekaryjnej. Huws argumentuje, że firmy ustanawiają nowy model zarządzania pracą w obu sektorach. Rutynowe zajęcia, takie jak rezerwacja podróży, wypełnianie raportów wydatków itd., są obecnie rozproszone pomiędzy różnymi pracownikami i pracownicami firmy, a nie skoncentrowane w działach. Oznacza to stopniowe przerzucanie niewielkich zadań na pracownice i pracowników, czego wynikiem jest obciążenie cyber-biurokratyczną nieopłaconą „pracą konsumpcyjną” konieczną dla codziennego przetrwania.
Przedsiębiorstwa coraz częściej kontrolują i śledzą wyniki pracowników. Są one oceniane w odniesieniu do coraz bardziej wymagających norm. Dalsze zatrudnienie w ramach tej samej firmy staje się zależne od ostatniego raportu o wydajności. W konsekwencji życie w korporacji zaczyna coraz bardziej przypominać życie na zewnątrz niej, natomiast koszty i ryzyko przenoszone są na osoby pracujące w sektorze pracy stałej.
Dotyczy to także stanowisk niebieskich kołnierzyków. Dla przykładu, osoby pracujące na część etatu (mniej niż dziesięć godzin tygodniowo) mogą nie być liczone jako pracujące dorywczo, ponieważ formalnie mają prawo do płatnego czasu wolnego i innych świadczeń. A jednak doświadczają tych samych problemów. Wiele z nich woli pracować na cały etat2. Brak gwarantowanej większej liczby godzin przypomina kontrakt typu „zero godzin”, kiedy pracownice i pracownicy zwiększają produktywność lub pracują dłużej za darmo, aby „zarobić” dodatkowe zmiany.
Kiedy w ten sposób myślimy o prekaryjności, staje się jasne, że sektor pracy stałej adaptuje schematy wytwarzania zysku pochodzące z sektora pracy tymczasowej. Wraz z tym procesem powstają nowe fronty konfliktu klasowego, podające w wątpliwość metody TUC.
Moody, podobnie jak Joe Allen, wzywa do reorientacji działań socjalistów i socjalistek ku rozległym centrom logistycznym w sercu globalnej gospodarki. Oto są współczesne słabe punkty kapitalizmu, zależne od armii nisko opłacanych pracowników i pracownic. To tutaj można znaleźć ogromny potencjał dla organizacji pracowniczej i odwrócenia spadku uzwiązkowienia – w miejscu, które Moody nazywa nowym terenem konfliktu klasowego.
Jednak nowy ruch pracowniczy zwycięży na nowym terenie tylko pod warunkiem, że będzie na nim walczył nowymi metodami.
Nowy ruch pracowniczy
Aby skutecznie odpowiedzieć na wzrost prekaryzacji, świat pracy musi podążać za kapitałem poza prawne granice relacji klasowych. Aktualne kampanie pracowników i pracownic prekaryjnych służą za poligon dla antagonizmu klasowego toczącego się poza arbitrażem państwa. Tam, gdzie jest coraz mniej prawnej ochrony, znajdujemy coraz większy potencjał dla innowacyjnych metod konfliktu klasowego. Biorąc pod uwagę ostatnie sukcesy pozasądowych akcji oraz stagnację tradycyjnych związków, pracownice i pracownicy mogą coraz częściej postrzegać nowe terytoria jako bardziej obiecujące niż te, które już znają.
Nowe centra logistyczne są w dużej mierze zależne od osób pracujących tymczasowo, dostarczanych przez agencje pracy. Stare sposoby związków zawodowych nie wystarczają do mierzenia się z tymi zakładami. Zamiast tego, związki powinny wyciągnąć wnioski z niedawnych walk pracowników dorywczych.
Podejmowane są już pewne starania, aby krytycznie zmierzyć się z tym wyzwaniem, jednak muszą one być powtórzone na znacznie większą skalę, zanim zobaczymy jakiekolwiek rezultaty. Upowszechnienie dzikich strajków brytyjskich pracowników i pracownic pokazuje, że jest to możliwe.
Kampanie kurierów i sprzątaczek przedefiniowują koncepcję organizowania się świata pracy w Wielkiej Brytanii. Rezultaty chaotycznych, gorących ulicznych konfliktów raz po raz pokazują, że są one korzystniejsze niż niewidoczne ugody sądowe. Na ironię zakrawa, że dzięki niezależnym formom organizowania się prekariusze cieszą się coraz większym bezpieczeństwem pracy, podczas gdy wielu uzwiązkowionych pracowników i pracownic obserwuje, jak warunki ich pracy pogarszają się, a bezpieczeństwo znika.
Byłoby dobrze, gdyby ruch pracowniczy odszyfrował ten paradoks, wyniósł z niego lekcję i wcielił ją w życie.
Tomasz Frymorgen
Tłumaczyła Alicja Palęcka
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu „Jacobin Magazine” we wrześniu 2016 roku.
Przypisy tłumaczki:
- W oryginalnym tekście autor używa pojęcia informal na oznaczenie sektora pracy niestabilnej (tymczasowej, dorywczej lub w inny sposób sprekaryzowanej) przeciwstawionego sektorowi pracy stałej (formal sector). W tłumaczeniu użyto pojęcia „sektor pracy prekarnej” jako najszerszego, obejmującego wszystkie wymienione zjawiska.
- Zob. dane Eurostatu na temat przyczyn niepełnego zatrudnienia: http://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/submitViewTableAction.do (23.01.2017).
przez Krzysztof Molenda | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W 2001 roku gospodarka Argentyny implodowała. Rezerwy walutowe spadły prawie do zera, a ci, którzy jeszcze kupowali obligacje rządowe, oczekiwali odsetek w okolicach 40% rocznie. Każdego dnia zamykano kolejne zakłady pracy. Tam, gdzie firmy jeszcze istniały, raczej niespotykane było regularne wypłacanie wynagrodzeń w całości. Przyczyny tego stanu rzeczy są dla przeciętnego Polaka zadziwiająco znajome: argentyńskie peso przywiązano „na sztywno” do amerykańskiego dolara. Przy oczywistej różnicy stabilności gospodarek, argentyńskie banki i skarb państwa oferowały znacznie wyższe odsetki od kapitału. Wobec tego kapitał międzynarodowy mógł praktycznie bez ryzyka inwestować w argentyńskie instrumenty finansowe, a następnie wyprowadzić dowolną ilość środków z systemu bankowego.
Sztywny kurs walutowy rozwiązał prawie natychmiast sprawę ciągnącej się hiperinflacji poprzedniej waluty, ale dla większość obserwatorów było jasne, że tego rodzaju system nie może trwać wiecznie. W związku z tym małe i średnie przedsiębiorstwa oraz klasa średnia, która raczej nie uczestniczyła w spekulacji na wielką skalę, w miarę możliwości trzymali pieniądze na dolarowych kontach w Urugwaju.
Gdy w 1997 roku załamał się kurs tajlandzkiego bahta, fala dewaluacji, kryzysów bankowych i walutowych przelała się przez wiele krajów rozwijających się. W Polsce najbardziej widoczna była dewaluacja rubla i zanik popytu na rynku rosyjskim, ale w tym samym czasie nastąpił też kryzys walutowy w Brazylii. Gospodarki Argentyny i Brazylii, pomimo geograficznej bliskości, nie są zbyt mocno powiązane, jednak spekulanci walutowi uznali, że argentyński system walutowy też musi się zawalić. Argentyński rząd miał inne zdanie i próbował utrzymać sztywny kurs 1:1 peso do dolara. Aby było to możliwe, zarówno rząd, jak i banki potrzebowali dolarów. Kurs był pod rosnącą presją z powodu wyprowadzania przez wszystkich coraz większych sum z systemu bankowego. Kapitał skoncentrowany na bezpieczniejszych inwestycjach wyniósł się już wówczas z Argentyny. Pozostali spekulanci, będący w stanie akceptować wysokie ryzyko, oczekiwali odpowiednio wysokich zysków i natychmiast wyprowadzali je do bezpieczniejszych miejsc. Oprocentowanie lokat w bankach cały czas rosło, ale wszystkie środki z rynku trafiały do skarbu państwa – poprzez emisję także coraz wyżej oprocentowanych obligacji. W takich warunkach praktycznie zanikła akcja kredytowa. Niemożliwe do uzyskania stały się nie tylko kredyty konsumpcyjne, lecz także inwestycyjne i obrotowe dla przedsiębiorstw. Banki stale zwiększały nacisk na spłatę zobowiązań. W ten sposób pieniądz znikł z rynku. Gdy to się stało, realia świata spekulacji walutowych dotarły do klasy robotniczej. Ostatnią ostoją stabilności pozostała praca w skupach złomu oraz w ochronie co zamożniejszych członków społeczeństwa przed przestępczością. I w samej przestępczości, rzecz jasna.
Tu wypada przypomnieć analogię z Polską. Realizowany w Argentynie plan Menema był w zasadzie identyczny jak plan Balcerowicza. Zapewne dlatego, że miały wspólnego współautora – Jeffreya Sachsa. Różnica polegała jedynie na tym, że Polskę ominęła tak ciężka faza kryzysu, ponieważ nasze władze miały wystarczająco dużo mądrości, aby bardzo szybko odejść od reżimu sztywnego kursu walutowego. Dzięki temu plan Balcerowicza w pełnej postaci obowiązywał zaledwie dwa lata, a nie – jak w Argentynie – dwanaście.
Empresas recuperadas
Realny spadek poziomu życia był w Argentynie olbrzymi. Przy takiej długotrwałości i głębokości kryzysu problem dotykał każdego sektora gospodarki i każdego człowieka. Pomimo życia w jednych z najbardziej zasobnych w urodzajną ziemię krajów na świecie, ludzie nie mieli co jeść. Ani co robić. Całkiem liczni robotnicy po prostu przychodzili do swoich zakładów pracy. Czasem było tam coś do zrobienia, częściej nie. W tym miejscu rozpoczyna się historia empresas recuperadas, czyli dosłownie „odzyskanych przedsiębiorstw”. To wieloznaczność typowa dla języka hiszpańskiego, bo sformułowanie może oznaczać zarówno przedsiębiorstwo „odzyskane z rąk kapitału”, jak i „odzyskane dla gospodarki, przywrócone do życia”.
Kiedy pracownicy pojawiali się w przedsiębiorstwie, pomimo że nie było ani materiałów do produkcji, ani zbytu, ani pieniędzy na wypłaty, kluczowa stawała się reakcja pracodawców. Jeśli właściciele mieli jeszcze w ogóle jakiekolwiek pieniądze, najczęściej wypłacali odprawy, spłacali długi i zamykali firmę, czekając na lepsze czasy. Ale to były niezbyt częste przypadki. Znacznie częściej pracodawcy, zwłaszcza mali i średni, byli w sytuacji takiej samej jak ich pracownicy, czyli zastanawiali się, za co ich rodziny przeżyją następny miesiąc. W zależności od relacji międzyludzkich, wypracowywano (lub nie) metody wspólnego życia i pracy w takich warunkach. Przeważnie zatrudnieni godzili się na obniżki pensji czy skrócenie czasu pracy.
Znacznie ciekawsze były jednak pozostałe przypadki. Zgodnie z prawem firma powinna zwyczajnie ogłosić upadłość. Czasem jednak tego nie robiono, a właściciel po prostu znikał. Niekiedy sprzedawał, co mógł, i wyjeżdżał za granicę, czasem po prostu porzucał firmę, zdarzały się także przypadki samobójstw. Sytuacje, gdy kontakt z właścicielem lub zarządem nagle się urywał, a pracownicy przychodzili do pracy, w naturalny sposób prowadziły do przejęcia opuszczonej firmy. Robotnicy już bez właściciela starali się jakoś podtrzymać jej działanie. Oczywiście okazywało się, że wiedza, jaką posiada właściciel/zarząd, ma duże znaczenie, poza tym kontaktów handlowych nie można nawiązać na nowo w jeden dzień. Ale taka sytuacja szybko ukazała olbrzymią zaletę przedsiębiorstw zarządzanych przez pracowników: związek z lokalną społecznością. To z niej przecież wywodzą się pracownicy.
Olbrzymia część upadających firm zajmowała się wytwarzaniem dóbr trwałych, w związku z czym boleśnie odczuły załamanie rynku. Z rzeczy trwałych najłatwiej bowiem zrezygnować, a i wahania walutowe czynią konkurowanie z towarami importowanymi bardzo trudnym. Paradoksalnie jednak to, co było piętą achillesową w czasach kryzysu, mogło stać się zaletą przedsiębiorstw mocno związanych z lokalną społecznością. Sprzęt i maszyny z fachową obsługą oraz ludzie zdesperowani, aby przy ich użyciu wytworzyć cokolwiek, co nadawałoby się do sprzedaży, wystarczyły. Kontakty w lokalnym środowisku pomagały sprzedać produkty, na które był popyt w ciężkich czasach i na których wytwarzanie można było w krótkim czasie przestawić linie produkcyjne.
Dla zobrazowania sytuacji przytoczę anegdotyczny przykład – firmy zajmujące się wytwarzaniem wyrobów z metali mogły przestawić się na wytwarzanie krat do okien oraz drzwi pancernych. W czasach kryzysu były to przedmioty i usługi cieszące się popytem. Co ważne, klienci byli zawsze bardziej skłonni powierzyć lokalnej firmie wykonanie produktów i usług istotnych dla swojego bezpieczeństwa. Pierwsze zlecenia tego typu pozwalały na zgromadzenie jakiegoś kapitału obrotowego. Trzeba pamiętać, że firmy przejęte przez pracowników najczęściej nie miały już żadnych materiałów do produkcji, a oni sami też zazwyczaj nie mieli już nic, bo od miesięcy niewypłacane w całości pensje musiały zwyczajnie zostać wydane na przeżycie. Stąd elementem, który powtarza się w prawie każdej historii przetrwania zakładu zarządzanego przez pracowników, jest przychylność dostawców materiałów czy usług niezbędnych do produkcji. Wbrew pozorom, w takich warunkach ekonomicznych to firmom prowadzonym przez pracowników było łatwiej uzyskać surowce na kredyt, nawet jeśli dopiero rozpoczynały działalność. Dostawcy zupełnie rozsądnie oceniali pracowników prowadzących firmę jako znacznie bardziej zdeterminowanych, aby przetrwała ona nawet najgorsze czasy. Sam zetknąłem się z podobnymi firmami i podobnymi historiami, pracując w branży metalowej na południowych przedmieściach Buenos Aires.
Fabryka bez właścicieli
Spośród wielu (około 300) historii przedsiębiorstw przejętych przez pracowników w Argentynie w trakcie kryzysu 2001/2002 dość znana jest ta FaSinPat, czyli Fabrica sin Patrones, co można przetłumaczyć jako „fabryka bez właścicieli” lub „fabryka bez dyrektorów”.
Była to wytwórnia wyrobów ceramicznych w Neuquen. Miasto to jest stolicą prowincji Rio Negro, geograficznie stanowiącej część Patagonii, a precyzyjnie mówiąc, znajduje się w środku niczego. Stworzono je w latach 70. Inwestor wykorzystał czas, kiedy dyktatura wojskowa promowała „rozwój południa kraju”, i fabryka mogła zostać w całości zbudowana za dotacje i państwowe kredyty, a następnie funkcjonować w ten sposób, prowadząc kolejne inwestycje, przez następne 20 lat. Gdy w budżecie Argentyny oraz prowincji Rio Negro pojawił się dziura, dotacje zmniejszono, a fabryka straciła jakikolwiek sens ekonomiczny. Właściciel zniknął, pracownicy po prostu rozpoczęli produkcję i sprzedaż kafli i ceramiki sanitarnej. Zbudowano sieć dystrybucji, również na odległych i lukratywnych rynkach, jak Buenos Aires. Po dewaluacji i wprowadzeniu dotacji do kosztów energii (bardzo istotnych w produkcji ceramiki) fabryka po prostu stała się zyskowna. Wtedy wrócił właściciel i z pomocą policji usiłował ją odzyskać. Jednak opór pracowników, ich rodzin i sąsiadów uniemożliwił to, a policja w końcu odpuściła i skierowała „właściciela” na drogę sądową. Po wielu latach procesu w 2012 roku zapadł ostateczny wyrok stwierdzający, że pracownicy zajęli po prostu mienie opuszczone. Z takim wyrokiem można oczywiście dyskutować, ale dla krajowej ekonomii efekt był dość łatwo mierzalny. Zamiast nieudolnie zarządzanej firmy działa fabryka, która potrafi sama się finansować, wyrobić markę swoim produktom, a także ma perspektywy rozwoju.
Kwestie prawne
Zupełnie odrębnym problemem była legalizacja takiego stanu faktycznego. Pracownicy rozpoczynali pracę, korzystając z maszyn, znajdując zlecenie, kupując surowce i sprzedając wyroby – ale co dalej? Przecież pracowali w formalnie cudzym budynku, na cudzych maszynach, do których najczęściej nie mieli żadnych praw. Jeśli z właścicielem nie było żadnego kontaktu, to problem nie był aż tak duży. Znacznie poważniej sytuacja wyglądała, jeśli pracownicy zajmowali zakład, domagając się wypłaty zaległych wynagrodzeń, a pracodawca po prostu to ignorował, po czym, gdy zakład został uruchomiony, wzywał policję.
Od strony prawnej standardowym rozwiązaniem takich sytuacji było założenie przez pracowników spółdzielni pracy (cooperativa de trabajo). Jej forma prawna i regulacje są bardzo zbliżone do istniejących w Polsce. Następnie występowano o ogłoszenie upadłości, a kiedy syndyk przejmował zakład, przystępowano do jego dzierżawy i następnie licytacji majątku. W dość dysfunkcjonalnym i skorumpowanym systemie argentyńskim nie zawsze było to tak proste. Najczęściej konieczny był (i stosowano go) nacisk lokalnej społeczności, z blokadą zakładu włącznie.
Później, już w nowych realiach politycznych i ekonomicznych rządów Kirchnerów, do prawa upadłościowego wprowadzono regulację wprost nakazującą, aby na początku procedury upadłościowej sędzia wezwał pracowników do założenia spółdzielni pracy, która może otrzymać zakład w użytkowanie na czas procedury upadłościowej oraz oczywiście przystąpić do przetargu o nabycie majątku. Podstawowe ułatwienia dla przejmowania przez pracowników przedsiębiorstw w upadłości wprowadzono zaraz po załamaniu się systemu neoliberalnego, już w 2002 roku. Duża nowelizacja prawa upadłościowego z 2011 roku nie tylko usankcjonowała takie przekształcenia, ale zasadniczo nadal je promuje. Co istotne, w tych zmianach nie wprowadzono żadnych całkowicie nowych koncepcji prawnych. Wszystkie rozwiązania zostały sprawnie wpasowane w przepisy wywodzące się z wielkich kodyfikacji epoki napoleońskiej, na których, w dużym przybliżeniu, bazuje także polskie prawo.
Po pierwsze, pracowników uznano w postępowaniu za zainteresowanych i mających prawo znać sytuację finansową i majątkową upadłego przedsiębiorstwa. Nie jest to daleko idąca zmiana, bo i tak zazwyczaj pracownicy są wierzycielami upadłego zakładu. Sędzia na początku postępowania upadłościowego ma obowiązek poinformować o możliwości założenia spółdzielni pracy. To nadal w zupełności mieści się w regułach zachodnioeuropejskiej procedury sądowej.
Następnie syndyk, działający oczywiście pod nadzorem sądowym, ma obowiązek przygotować plan likwidacji i zaspokojenia wierzycieli. Dokładnie tak samo lub bardzo podobnie wygląda procedura upadłościowa w każdym cywilizowanym kraju. Dzisiejsze rozwiązania argentyńskie dodały tu ważny element, zresztą bardzo prosty: z szacunkowego planu zaspokojenia wierzycieli wynika, w jakim procencie zostaną zaspokojeni poszczególni z nich. Syndyk powinien tylko obliczyć i podać sędziemu kwotę, jaką musi zapłacić powołana spółdzielnia pracy, aby wierzyciele otrzymali tyle samo, ile w przypadku likwidacji firmy. Jeśli spółdzielnia założona przez pracowników wykaże zainteresowanie, a sędzia uzna ją za wiarygodną, to firma jest im po prostu przekazywana. Jako rozliczenie potrąca się wierzytelności pracownicze, a spółdzielnia ma obowiązek zapłaty kwoty, która wystarczy na zaspokojenie wierzycieli w takim stopniu, w jakim byliby zaspokojeni w wyniku likwidacji.
Zauważmy, że taka procedura nie narusza podstawowej zasady postępowania upadłościowego, czyli zaspokojenia wierzycieli jak najszybciej i w największym możliwym stopniu. Owszem, utrudnia życie niektórym podmiotom. Na pewno syndykowi, bo kiedy przedsiębiorstwo jest przekazywane w całości nowemu podmiotowi, to jego praca trwa znacznie krócej, a wynagrodzenie za to bardzo lukratywne zlecenie jest niższe. Przede wszystkim znika też sporo możliwości zawierania umów z zaprzyjaźnionymi podmiotami, czyli pospolitej, bezkarnej korupcji.
Pogłębienie kryzysu i droga wyjścia
W grudniu 2001 roku w Argentynie nastąpiło przesilenie kryzysu. 3 grudnia wprowadzono drastyczne limity wypłat z systemu bankowego w celu ratowania banków zdekapitalizowanych i pozbawionych walut wcześniej wydanych na utrzymanie sztywnego kursu peso. 19 grudnia wprowadzono stan wyjątkowy, a następnego dnia odbyły się w całym kraju demonstracje, podczas których policja zastrzeliła 9 osób na Plaza de Mayo przed siedzibą rządu i innych instytucji centralnych oraz 36 osób w innych miejscach kraju. Liczba rannych na samym Plaza de Mayo przekroczyła 200 osób. Tego samego dnia prezydent de la Rúa ustąpił ze stanowiska.
W ciągu miesiąca od tych wydarzeń nastąpiło zawieszenie spłaty zadłużenia oraz rezygnacja z kursu 1:1 dolara do peso. Później całkowicie porzucono sztywny kurs walutowy, co przywróciło równowagę pomiędzy cenami produkcji krajowej i importowanej. Po objęciu władzy przez nowo wybranego prezydenta Nestora Kirchnera wprowadzono model gospodarczy promujący wzrost przemysłowy. Z jednej strony uprawy soi bardzo mocno wypierały tradycyjną hodowlę i napędzały popyt na maszyny rolnicze, z drugiej – szybko spadające bezrobocie i transfery pieniężne dla klasy niższej (zasiłki na dzieci) napędzały konsumpcję. Wprowadzono masowe dopłaty do kosztów energii. Tania elektryczność i gaz podnosiły konkurencyjność krajowej produkcji, ale też poprawiały bilans gospodarstw domowych i stwarzały motywację do zakupu energochłonnych urządzeń (jak np. klimatyzatory).
Była to relatywnie nietypowa sytuacja rynkowa. Gwałtownie rosnąca konsumpcja ułatwiała start i akumulację kapitału każdej firmie, ale jednocześnie żadne inwestycje w wydajność energetyczną i modernizację nie obciążały budżetów przedsiębiorstw, bo modernizacja nie miała sensu ekonomicznego. Energia była dotowana i tania, a płace nadal relatywnie niskie, zresztą dopływ słabo wykwalifikowanych imigrantów z Paragwaju, Boliwii i Peru utrzymywał wynagrodzenia na niewysokim poziomie, przynajmniej w branżach nieuzwiązkowionych.
Te czynniki razem wzięte spowodowały falę popytu przemysłowego, potężny wzrost produkcji i konsumpcji. Oznaczało to, że opłacalne było uruchomienie wszystkich mocy wytwórczych. A jak pamiętamy, znaczna część empresas recuperadas to były niewielkie przedsiębiorstwa przemysłowe zajmujące się obróbką metali, produkcją ceramiki itp. Właśnie takie zyskały najbardziej na nowym ustroju gospodarczym wprowadzonym przez rząd Nestora Kirchnera, niezależnie od formy własności. Firmy przejęte przez pracowników zwykle były nie najlepiej zarządzane lub przestarzałe. Brakowało im kapitału, a modernizacja nie wchodziła w grę, zwłaszcza że często wzrost wydajności był niemożliwy, jeśli miał odbyć się kosztem redukcji miejsc pracy. Ale w Argentynie za rządów Kirchnerów te rzeczy nie miały większego znaczenia. Sytuacja rynkowa pozwalała na uruchomienie wszystkich dostępnych środków produkcji, a w sytuacji bardzo niskiego zadłużenia przedsiębiorstw (bo kredytowanie w trakcie kryzysu właściwie nie istniało) oraz braku kapitalisty zainteresowanego drenażem zysków – spółdzielnie pracy właściwie musiały dobrze działać. I działały.
W 2009 roku Argentyna wpadła na chwilę w recesję, ale nie to było problemem. Rząd, wówczas już Cristiny Kirchner, zdecydował się utrzymać model taniej energii i stymulowania produkcji przemysłowej. To prowadziło do wzrostu importu paliw, co przy spadku cen eksportowanych surowców pogorszyło bilans handlowy. Reakcją były kolejne utrudnienia importu oraz wymiany walut, aż do momentu, gdy powstał podziemny rynek wymiany i transferów walutowych. To bardzo utrudniło import, ale podtrzymywało wzrost i konsumpcję przemysłową. Model trwał, jednak z powodu braku modernizacji i ograniczonej konkurencji coraz bardziej oddalał się od standardów światowych. Teoretycznie istniały programy wspierania nauki i modernizacji przemysłu, ale w swej istocie modernizacja przemysłowa opiera się na spadku zużycia energii i zatrudnienia. Do żadnej z tych rzeczy nie było w Argentynie bodźców ekonomicznych, a dodatkowo ograniczanie zatrudnienia w spółdzielniach pracy było problematyczne.
Wtedy nadeszły wybory prezydenckie 2015 roku. Wygrał je Mauricio Macri, burmistrz Buenos Aires, dość ortodoksyjny neoliberał. Restrykcje walutowe i importowe zostały od razu zniesione w całości, ponadto urynkowiono ceny nośników energii, co oznaczało drastyczną podwyżkę. Wywołało to spowolnienie, czyli m.in. gwałtowny spadek produkcji przemysłowej, w tym stali i wyrobów stalowych, o ponad 20%. Taka polityka trwa dopiero rok. Jest jeszcze nieco za wcześnie, aby pokazać przekrojowy efekt nowego systemu gospodarczego, ale można się dość łatwo domyślić, że był to rok bardzo ciężki. Najprawdopodobniej z rynku wypadną firmy najmniej wydajne, a więc m.in. zarządzane przez pracowników. Znów padnie pytanie o poziom determinacji, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że pod tym względem spółdzielnie będą ostatnimi podmiotami, które zaprzestaną działalności.
Jak to robią w Urugwaju?
W tym czasie gospodarka urugwajska teoretycznie nie miała takich problemów. Jak się okazało, znacznie większy kłopot stanowiło to, że olbrzymia część systemu bankowego Urugwaju była zależna od depozytów firm i obywateli Argentyny. Po prostu Urugwaj był traktowany jako stabilne miejsce przechowywania pieniędzy. Depozyty te oczywiście nie były składane w peso urugwajskim, lecz w walutach obcych, zazwyczaj w dolarach. Banki ani nie zadawały pytań o pochodzenie środków, ani w żadnym przypadku nie ujawniały danych o rachunkach, co było największym magnesem. Nie tak małe znaczenie miała też bliskość terytorialna: Urugwaj jest jedynym państwem, do którego można się dostać z Buenos Aires w rozsądnym czasie bez podróży lotniczej.
Podczas kryzysu argentyńskiego rozpoczął się odpływ tych środków, coraz szybszy w miarę pogłębiania się problemów. Są to kraje o podobnym poziomie zamożności, ale Argentyna ma dziś dwunastokrotnie większą populację, a proporcje ogólnej wielkości gospodarek są podobne. Jeśli zaledwie kilka procent argentyńskich depozytów było przechowywanych w urugwajskich bankach, to ze względu na skalę tych gospodarek wystarczyło to do wywołania ciężkiego kryzysu. I on nastąpił. Nawet po argentyńskim przesileniu środki z banków urugwajskich były wycofywane w celu inwestycji w Argentynie, ponieważ niezwykle atrakcyjne nieruchomości kosztowały symboliczne kwoty. Gdy kolejne kredyty banku centralnego nie prowadziły do przywrócenia wypłacalności (bo odpływ kapitału cały czas trwał), w końcu ogłoszono wakacje bankowe. Ale wówczas nie funkcjonował w Urugwaju żaden system gwarantowania depozytów bankowych, rząd także go nie stworzył, nawet w obliczu kryzysu. Strach o własne depozyty spowodował, że również Urugwajczycy masowo ruszyli wybierać pieniądze z banków. Wszystkie, co do jednego, lokalne banki prywatne upadły. Oczywiście w całej gospodarce zabrakło pieniędzy w obrocie oraz kredytu. Rząd miał niezwykle ograniczone możliwości pozyskania finansowania, kurs dolara wystrzelił w górę, bo każdy obawiał się o dalszy los waluty i gospodarki.
W takiej sytuacji rozpoczęły się demonstracje i rozruchy. Jedynie mądrości ówczesnego burmistrza Montevideo z ramienia opozycyjnej Partii Socjalistycznej Tabare Vasqueza można przypisać to, że kryzys ekonomiczny nie przekształcił się w polityczny. W Urugwaju nie odrzucono spłaty zadłużenia zagranicznego, nie istniał tak duży jak w Argentynie sektor przemysłowy i nie utrzymywał się tak długotrwały kryzys. Jednak wyjście z tej sytuacji okazało się relatywnie powolne. Nie zastosowano żadnych poważniejszych metod stymulowania gospodarki, rząd nowego prezydenta, wybranego w 2005 roku Tabare Vasqueza, skupił się na prowadzeniu odpowiedzialnej polityki i reformowaniu kraju. Dlatego sytuacja empresas recuperadas była przez większość tego okresu znacznie cięższa niż w Argentynie. Tania energia, kluczowa dla działania energochłonnych branż z przestarzałym parkiem maszynowym, nie była już dostępna.
Jednak w 2012 roku rząd Urugwaju powołał fundusz o nazwie FONDES, który bliski jest typowym funduszom venture capital. Realizuje on politykę rządową, dostarczając kapitału przedsięwzięciom zbyt ryzykownym czy po prostu niekredytowanym przez banki. Jego kapitał pochodzi z zysku państwowego Banco de la Republica Oriental de Uruguay. Obecnie ten fundusz celuje w dwa rodzaje firm, które dokapitalizowuje: to małe firmy z sektora wysokich technologii, które rozpoczynają ekspansję zagraniczną, oraz właśnie empresas recuperadas.
Fundusz nie jest przypadkowym efektem polityki sprzed lat. Został powołany przez rząd José Mujicy właśnie w celu wsparcia istniejących spółdzielni pracy. A wsparcie to nie było oderwanym i przypadkowym elementem polityki, lecz realizacją wizji gospodarki, w której firmy państwowe są odpowiedzialne za podstawowe działy ekonomii, takie, w których znacząca obecność spekulacyjnego kapitału może rozchwiać gospodarkę. Dalszą częścią tej wizji jest preferowanie spółdzielczości. Stąd też firmy istniejące jako spółdzielnie, zwłaszcza spółdzielnie pracy działające w oparciu o majątek odzyskany z upadłych firm prywatnych, mają tę dodatkową możliwość pozyskania kapitału. Co więcej, ma on charakter po części spekulacyjny, tj. nie oczekuje gwarancji zysku i zachowania środków.
Ciekawym przykładem działalności kooperatyw pracowniczych jest jedno z największych przedsiębiorstw kiedykolwiek przejętych przez pracowników. FUNSA to Fabrica Uruguaya de Neumaticos SA, czyli Urugwajska Fabryka Opon. Została ona założona na fali industrializacji w latach 30. jako fabryka wyrobów gumowych, przede wszystkim opon. Był to typowy wielki zakład pracy, ale powstał w kraju, w którym wielkich fabryk prawie nie było (i nadal nie ma). Historia fabryki obfitowała w „zwyczajne” wydarzenia, takie jak utrzymanie się jako najdłużej strajkujący zakład po zamachu stanu, aresztowania i długoletnie więzienia dla działaczy związkowych, aż po prywatyzację w latach 90. Inwestor, Titan International z USA, zobowiązał się do rozwoju produkcji, ale sam popadł w problemy finansowe. Następnie sieć dystrybucji została sprzedana przedstawicielom wielkich międzynarodowych firm oponiarskich, a sama fabryka, pozbawiona kapitału obrotowego i możliwości zbytu, upadła w 2002 roku.
W warunkach urugwajskich zajęcie fabryki i kontynuacja pracy nie wchodziły w grę. Zakład ogłosił upadłość, majątek przejął syndyk pod nadzorem sądowym. Rozpoczął on proces likwidacji, zaczynając od próby sprzedaży fabryki w całości. Pracownicy założyli spółdzielnię, która z rządowym wsparciem uzyskała kredyt w wysokości 1 mln dolarów. Udzielił go bank państwowy, ale nie zrobiłby tego bez wiarygodnego biznesplanu. Tę kwotę zaoferowano jako zapłatę za fabrykę. Była to jedyna oferta, w związku z czym została przyjęta, a spółdzielnia mogła wydzierżawić maszyny od syndyka. Szybko udało się uruchomić linię produkcji gumowych rękawiczek. W porównaniu z oponami była to niezbyt wielka produkcja, ale przywróciła fabrykę do życia. Po kilku miesiącach uruchomiono produkcję opon do pojazdów rolniczych, następnie do ciężarówek, w końcu zaczęto produkować najpopularniejsze rozmiary dla samochodów osobowych. Tak pozostało do dziś. Firma istnieje i cały czas działa w formie spółdzielni pracy. Zatrudnienie wynosi około 150 osób, w porównaniu z 3000 u szczytu produkcji i około 300 przed upadłością. Według ostatnich informacji większość zatrudnionych pracowała przy linii produkcji gumowych rękawiczek, które były eksportowane głównie do Wenezueli. Z racji obecnej sytuacji w tym kraju, eksport ów prawdopodobnie nie ma już miejsca.
Przy powstaniu FUNSY po prostu wykorzystano istniejące przepisy prawne, aby uratować przedsiębiorstwo, które było i jest ważne dla krajowej gospodarki. Warto wspomnieć, że polskie przepisy nie różniły się i nie różnią w zasadniczy sposób od urugwajskich. Każda z fabryk upadających wskutek sztywnego kursu walutowego wprowadzonego planem Balcerowicza mogła zamiast likwidacji zostać sprzedana przez syndyka spółdzielni założonej przez pracowników. Nie zawsze musiało się to kończyć sukcesem, ale brak wskazania takiej możliwości jest jedną z większych przewin ekipy dokonującej w Polsce transformacji.
Kolejna historia nie jest aż tak jednoznaczna, moim zdaniem zakład ten raczej upadnie niż przetrwa. To tkalnia specjalizująca się w tkaninach wełnianych. Położona w małej miejscowości, korzystała głównie z lokalnej wełny. Tekstylia wełniane są i zawsze były produktami raczej luksusowymi, a od wielu lat są wypierane przez tworzywa sztuczne. Na światowym rynku radzą sobie jedynie producenci dóbr luksusowych z utrwaloną marką – zazwyczaj firmy włoskie, hiszpańskie lub francuskie. Dla małej tkalni z Urugwaju to ciągła walka o przetrwanie. Podobne firmy w innych miejscach świata już w zasadzie zniknęły.
Cooperativa Textil Puerto Sauce otrzymała od FONDES 8,9 mln dolarów. Problem polega na tym, że środki te zostały zużyte raczej na utrzymanie działalności niż na inwestycje w nowocześniejsze maszyny czy w promowanie marki. Ale wsparcie rządowe na tym się nie kończy. Osobiście byłem na targach Expocannabis w Montevideo. Tak, jak najbardziej – na targach, na których wystawiały się firmy związane z uprawą konopi. Znalazło się też stoisko promujące tę tkalnię. O tyle interesujące, że nie było tam przedstawiciela spółdzielni, a stoisko było obsadzone przez pracownika Ministerstwa Przemysłu. Wsparcie targowe jest kolejnym sposobem ułatwiania działalności firmom popieranym przez politykę rządową. Tkalnia prezentowała łączoną tkaninę wełniano-konopną, na którą poszukuje klientów i rynku.
Rząd zapowiedział, że FONDES zainwestuje fundusze tylko jeśli istnieje realna perspektywa uzyskania przez firmę stałej rentowności. Razem z kapitałem zawsze oferuje się wsparcie techniczne, handlowe i zarządcze, ale jeśli firma nie będzie w stanie przedstawić realnej koncepcji dochodowej działalności w przyszłości, to nie uzyska finansowania. Oznacza to po prostu większy nacisk na samofinansowanie i zwiększanie kapitału FONDES, co oczywiście przyniesie korzyść całej gospodarce. Ta spółdzielnia jak na razie nie potrafi przedstawić takiego planu. Jej jedynym nowym projektem są tkaniny wełniano-konopne. Liczy na efekt promocji kraju jako marki, a Urugwaj jest kojarzony jako światowy lider regulacji i cywilizowania rynku uprawy i spożycia konopi.
Przykłady walki o swoje
Spółdzielnia Pracy Herramientas Union z Rosario w argentyńskiej prowincji Santa Fe powstała w czerwcu 2000 roku, gdy firma Domingo Lentini SA, istniejąca od 1950 roku, zakończyła działalność i pozostawiła pracowników bez zajęcia. W bankrutującym przedsiębiorstwie nie było już środków nawet na odprawy dla zwalnianych pracowników. Właściciel rozliczył się z nimi z zaległych pensji i odpraw, przekazując im maszyny z zamykanego zakładu. Zakład ten zajmował się produkcją narzędzi tnących, czyli frezów, tarcz i taśm do pił, noży do skrawania i innych podobnych narzędzi. Dokładnie taką samą działalnością zajęła się spółdzielnia. Początek wyglądał tak, że maszyny, które pracownicy uzyskali zamiast pensji i odpraw trzeba było gdzieś przewieźć, ustawić i rozpocząć produkcję. W ówczesnych ciężkich czasach nie brakowało wolnych przestrzeni fabrycznych, bez trudu udało się znaleźć odpowiednie miejsce i rozpocząć produkcję. Po dewaluacji i zakończeniu reżimu sztywnego kursu walutowego Rosario, gdzie mieściła się fabryka, stało się krajowym centrum przemysłu sojowego. Fabryki maszyn rolniczych rozpoczęły pracę pełną parą, ponieważ wszyscy potrzebowali narzędzi. Zakład był relatywnie niewielki, zatrudniał 12 osób, z których wszyscy odnaleźli się w nowej formule prawnej.
Z kolei Roby SA było przedsiębiorstwem zajmującym się produkcją kosmetyków, środków higieny osobistej oraz innych rodzajów produktów w aerozolach (farb, domowych środków owadobójczych etc.). Siedzibę miało w powiecie La Matanza w aglomeracji Buenos Aires. W 1998 roku rozpoczęły się poważne problemy, przez większość 1999 roku nie wypłacano pensji. W grudniu 1999 pracownicy zaczęli podejrzewać, że właściciel przygotowuje się do wywozu maszyn i narzędzi oraz tego, co pozostało z surowców i półfabrykatów. Za radą i z pomocą centrali związkowej pracownicy 7 stycznia 2000 roku zajęli firmę. Po prostu przebywali w niej, głównie pilnując sprzętu przed zniszczeniem lub wywiezieniem. Właściciel zniknął. Nie było w tym czasie żadnego kontaktu ani z nim, ani z żadnym członkiem zarządu spółki. Okupacja firmy przedłużała się na miesiące, w tym czasie oczywiście nikt nie otrzymywał żadnych pensji. Przetrwanie pracownikom i ich rodzinom zapewniła Cooperativa de Trabajo Frigorifico Yaguane (Spółdzielnia Pracy Chłodnia Yaguane) nieodpłatnie dostarczając mięso dla wszystkich.
W lutym 2000 roku formalnie założono spółdzielnię pracy, która po prostu rozpoczęła działalność w zajmowanym zakładzie. Do tego etapu dotrwało zaledwie 30 osób ze 120-osobowej załogi firmy i taka grupa rozpoczęła na nowo produkcję. Kapitał obrotowy w wysokości 25 tys. peso zapewnił powiat La Matanza. Następnie zatrudnienie wzrosło do 60 osób i pozostało na tym poziomie.
Midober SA było znaczącą firmą w gospodarce Urugwaju. Ówcześnie właściwie jedynym towarem eksportowym były produkty pastwiskowej hodowli zwierząt, a firma ta zajmowała się produkcją wyrobów skórzanych. Przy zatrudnieniu o wielkości 700 osób była jednym z najważniejszych przedsiębiorstw eksportowych w kraju. W 1997 roku zakład został zamknięty, co spowodowało konflikt z pracownikami. 1 lipca tego roku rozpoczął się strajk okupacyjny. Problemy i metody ich rozwiązania do tego miejsca wyglądały dokładnie jak w Polsce w czasie planu Balcerowicza. Jednak 10 września 1997 roku zmieniono formułę protestu na strajk produkcyjny (strajk czynny). Oznaczało to pracę, używanie fabryki i sprzętu w celu ochrony miejsc pracy i dochodów. W dalszej kolejności firma i tak ogłosiła upadłość, ale pracownikom nie udało się zakupić przedsiębiorstwa w toku postępowania upadłościowego. Maszyny i zorganizowaną część przedsiębiorstwa zakupiła grupa kapitalistów. Sprzęt wynajmuje pracownikom, którzy początkowo założyli spółkę akcyjną i rozpoczęli działalność pod nazwą Vicental SA, jednak po kilku latach zmienili zdanie i utworzyli spółdzielnię pracy o nazwie Urven.
W pierwszym okresie działalności, od 2002 do 2008 roku, firma nie miała technicznych ani rynkowych możliwości obróbki skór. Na zlecenie argentyńskiej firmy obrabiała odpady mięsa i skór, przygotowując półfabrykat do wyrobu żelatyny. Większość maszyn była zbyt przestarzała i zużyta, aby garbować skóry do jakości oczekiwanej przez rynek. Zatrudnienie w tym czasie wynosiło 60 osób. W 2008 roku rząd Urugwaju wynegocjował porozumienie z władzami Wenezueli, na mocy którego wyłożono w formie zaliczki na przyszłe dostawy towarów kilka milionów dolarów dla trzech urugwajskich spółdzielni pracy, które miały potem dostarczać towary na rynek Wenezueli. Jedną z nich była właśnie Urven, która otrzymała 800 tys. dolarów, FONDES dołożył następne 1,2 mln, za co zakupiono budynek i brakujące nowe maszyny. Obecnie firma wraca na rynek produkcji luksusowych skór, wenezuelska pożyczka została spłacona i w zakładzie panuje optymizm co do rozwoju sytuacji.
Ikona spółdzielczości
W trakcie dyktatury wojskowej w Argentynie istniał dość szeroki system dotowania i kredytowania inwestycji z funduszy publicznych. W warunkach rządów terroru i braku jakiejkolwiek kontroli fundusze te były dostępne jedynie dla osób o wystarczających koneksjach w strukturze władzy. Umożliwiały one dotowanie w nieskończoność takich firm, a także umarzanie kredytów i zobowiązań podatkowych. Na tej zasadzie Marcelo Iurkovich zbudował Hotel Bauen. Powstał on na piłkarskie mistrzostwa świata w 1978 roku niemal w całości z pożyczek państwowych, których nigdy nie spłacono. Od pierwotnego właściciela hotel w 1997 roku zakupiła firma Solari SA, która w toku dalszej działalności nie miała w zwyczaju płacić podatków, w związku z czym w lutym 2002 roku ogłoszono jej upadłość.
Co istotne, Solari SA nie zapłaciła pełnej kwoty zakupu, lecz zaledwie 4 z 12 milionów peso (równowartych dolarom USA). Następnie w toku postępowania upadłościowego poprzedni (?) właściciel zaproponował, że zwróci otrzymaną zaliczkę i odzyska nieruchomość. Sąd wydał na to zgodę, lecz kwota nie została nigdy przelana. W dalszym toku postępowania upadłościowego Iurkovich podnosił, że przedsiębiorstwo z hotelem zostało przeniesione na inną jego spółkę, wobec czego Solari SA nie mógł nabyć hotelu, a nieruchomość nie weszła do masy upadłościowej. W największym skrócie – do dziś nie wiadomo, kto jest właścicielem i jak uregulować tę sytuację. Kolejne procesy sądowe nadal trwają. Jedna z prób uregulowania sytuacji polegała na ustawowym wywłaszczeniu w celu prowadzenia działalności kulturalnej, a przy okazji hotelowej. Ustawa została uchwalona przez Kongres, ale w styczniu 2017 roku zawetował ją prezydent Mauricio Macri.
Przed upadłością spółki pracownicy prowadzili strajk okupacyjny. Po ogłoszeniu upadłości zdecydowali się założyć spółdzielnię – początkowo składała się z 35 osób – aby dalej prowadzić hotel. Nosi ona nazwę Cooperativa de Trabajo B.A.U.E.N. Ltda. Miejsce to stało się ikoną ruchu spółdzielczości pracowniczej, ponieważ sam hotel położony jest w centralnym punkcie Buenos Aires. Oprócz hotelu z 220 pokojami posiada też osiem sal konferencyjnych od 50 do 800 miejsc oraz salę teatralną na 350 miejsc ze stosownym sprzętem nagłośnieniowym i oświetleniowym. W warunkach ciężkiego kryzysu budynek był wyceniony na 12 mln dolarów, obecnie jego cena wynosiłaby co najmniej kilkaset milionów.
Zaraz po rozpoczęciu działalności przez spółdzielnię miały miejsce kolejne próby eksmisji, również z pomocą policji. Próby te były blokowane przez mobilizację mieszkańców, najczęściej przy wsparciu związków zawodowych. Podobne sytuacje miały miejsce w przypadku innych firm mających nieruchomości w Buenos Aires. W tym mieście to nieruchomość stanowiła wartość – pracownicy, maszyny czy baza klientów były nieistotnym dodatkiem. Stąd też w czasie problemów ekonomicznych presja na pozbycie się pracowników była znacznie większa niż np. w branży obróbki metali, w której wartość stanowiły maszyny i umiejętność ich obsługi, a nie nieruchomości – niewiele warte hale fabryczne na przedmieściach.
Spółdzielnia składa się obecnie ze 130 członków i jest dochodowa. Pomimo tego samodzielne uzyskanie własności budynku wykracza poza możliwości pracowników. Ta historia jeszcze się nie zakończyła.
Podsumowanie
Falę ruchu spółdzielczego w Argentynie i w Urugwaju wzbudziły neoliberalne eksperymenty walutowe, bardzo podobne do tych znanych z Polski. Przez kolejne lata lewicowe rządy wspierały powstawanie i funkcjonowanie spółdzielni pracy organizowanych na gruzach upadłych firm.
Pomimo tego, że ruch spółdzielczości pracowniczej stanowił istotną część zmian w gospodarce Argentyny w procesie odchodzenia od neoliberalnych dogmatów, to do dziś brakuje opracowań naukowych pokazujących mechanizmy i dokładną skalę tego zjawiska. Najniższe szacunki mówią o około 300 firmach tego typu, a najwyższe o około 3–4 tysiącach. Ale dokładne liczby są nieznane. W rejestrze handlowym Argentyny jest nieco ponad 16 tys. spółdzielni pracy. Nie wiadomo jednak, ile z nich jest aktywnych gospodarczo. Tym bardziej nie da się ustalić, ile z nich powstało na gruzach majątku prywatnych przedsiębiorstw, a ile zaczynało działalność w inny sposób. Zwłaszcza że przecież mogło być wiele sytuacji pośrednich, jak już jakiś czas działająca spółdzielnia, która zwiększyła swój majątek przez nabycie określonych aktywów lub całego przedsiębiorstwa w postępowaniu upadłościowym. Jest wiele sytuacji pośrednich, które wymykają się wszelkiej statystyce.
Każda z powyższych historii jest inna, ale we wszystkich powtórzyły się podobne elementy. W każdej historii przejęcia przedsiębiorstw przez pracowników kluczową rolę odgrywają wierzytelności pracowników wobec firmy. Od strony finansowej i prawnej mechanizm bardzo często był identyczny: pracownicy zakładali spółdzielnię, do której wkładem założycielskim były ich wierzytelności wobec pracodawcy. Spółdzielnia w ten sposób stawała się dużym, często dominującym wierzycielem upadającej firmy. To dawało duży wachlarz możliwości w negocjacjach z faktycznie niewypłacalnym właścicielem lub, już po ogłoszeniu upadłości, upadłości, pozwalało na skuteczne domaganie się praw w postępowaniu upadłościowym lub negocjowanie z syndykiem.
Aby jednak negocjować, musiała istnieć także druga strona. Mogła to być dotychczasowa firma, ale gdy już doszło do upadłości, decydujący głos w sprawie miał sąd upadłościowy lub syndyk. W warunkach argentyńskich o wyniku postępowania decydowało nastawienie sądu, a syndyk postrzegał spółdzielnie raczej jako zagrożenie. Sytuacje, kiedy w Argentynie negocjacje z syndykiem kończyły się sukcesem, były niezwykle rzadkie. W Urugwaju natomiast syndycy byli zwykle otwarci na propozycje zarówno dzierżawy przedsiębiorstwa, jak i jego zbycia.
Bez solidarności i zaufania wśród załogi zakładu prawdopodobnie żadna z powyższych historii nie zakończyłaby się pozytywnie. Nieco pomijanym, nie zawsze pamiętanym i bardzo skomplikowanym aspektem było wsparcie zewnętrzne – zaczynając od rodzin, które godziły się na ciężkie czasy i ryzyko prowadzenia firmy przez robotników, najczęściej nie tylko bez wystarczającego, ale i bez żadnego kapitału obrotowego. Ważne były też organizacje związkowe, w każdym przypadku służące pomocą prawną oraz mobilizacjami społecznymi w celu wywarcia presji na władze (co było potrzebne szczególnie w Argentynie, a w Urugwaju raczej nie miało miejsca).
Kolejna kwestia, niezwykle istotna, to wsparcie ze strony władz. Większość firm została przejęta na fali i wskutek kryzysu, który dotknął również budżety państwowe i lokalne. Nawet jeśli pojawiła się wola wsparcia, to kasy świeciły pustkami. Nie wszędzie jednak wyglądało to identycznie, bo w Argentynie władze lokalne często były w stanie choć minimalnie dokapitalizować firmę, na zasadzie porozumień ad hoc, bez ram instytucjonalnych. W Urugwaju w okresie kryzysu i aż do zakończenia kadencji neoliberalnych władz (2005) nie istniały żadne wsparcie ani pomoc dla firm zarządzanych przez pracowników. Po objęciu rządów przez lewicę pojawiło się instytucjonalne wsparcie, będące częścią polityki. Do tego służy FONDES, do tego służyły porozumienia z rządem Wenezueli. Spory udział w tym ma też ogólna kultura prawna, organizacyjna i polityczna, stojąca w Urugwaju na wyraźnie wyższym poziomie niż w Argentynie.
Na samym szczycie tych wymogów jest po prostu zaufanie w społeczeństwie. Bez umiejętności zorganizowania się, wiary w dobre intencje organizujących i umiejętności wzajemnego zaufania na dość szeroką skalę, nic by się nie dało zrobić. To zapewne jest część odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce początku lat 90., w bardzo podobnych realiach ekonomicznych, tak szeroki ruch spółdzielczy nie powstał.
Regulacje prawa upadłościowego w Argentynie uważam za warte uwagi jako wzór do naśladowania dla lewicowych ruchów politycznych, zwłaszcza że można je wprowadzić bez żadnych zmian ustrojowych i inwestycji. Urugwajski system ekonomiczny opiera się na firmach państwowych kontrolujących główne dziedziny gospodarki. Zawsze mogą one dostarczyć kapitału lub popytu firmom i branżom, których rozwój jest uznawany za ważny dla interesu społecznego. Działanie takiego projektu jest niezwykle mocno zależne od umiejętności sprawnego zdefiniowania przez elity polityczne długoterminowego interesu przemysłowego. To niekoniecznie możliwe w dzisiejszych polskich realiach.
Krzysztof Molenda
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Wywiad - kwartalnik
– Jest Pan autorem książki „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”. Skąd taka, a nie inna tematyka pracy?
– Piotr Binder: Tematyka była reakcją na sposób, w jaki polska socjologia zajmuje się wsią – a robi to nieproporcjonalnie rzadko. Sama tematyka pegeerowska jest i była niszowa, w pewien sposób także to mnie do niej przyciągało. Wydawała mi się ważna z wielu powodów, przede wszystkim ze względu na los ludzi ze społeczności popegeerowskich. Punktem wyjścia była socjologia biedy, problematyka ubóstwa – to, jak ludzie sobie z tym radzą. Wydawało mi się, że jest to bijący po oczach przykład egzemplifikacji tego zagadnienia. Były też inne motywacje. Choćby to, w jaki sposób opisywano tych ludzi w literaturze przedmiotu. Ciekawostką jest, że PGR-y zostały przez socjologów „odkryte” dopiero po przełomie ustrojowym.
Jako młodego adepta socjologii drażniło mnie, że te społeczności pegeerowskie i popegeerowskie są tak schematycznie opisywane. Już na etapie pracy magisterskiej zajmowałem się tematyką wiejską i miałem wrażenie, że wielu dostępnym badaniom i analizom brakuje zakorzenienia w empirii albo że jest ono niewystarczające. Uważałem, że różnego rodzaju odważne tezy wymagają ponownej konfrontacji z rzeczywistością badawczą. Miałem przy tym świadomość, że ze względu na znaczne rozproszenie tych społeczności narzędzia ilościowe będą miały tutaj ograniczone zastosowanie, co zbliżało mnie do socjologii jakościowej. Ta orientacja metodologiczna oferuje możliwość uwzględnienia różnorodnych danych (od statystyk i danych urzędowych po wywiady i obserwacje). Dzięki temu wiemy znacznie więcej o badanych miejscach, ale też możliwość uogólnień jest mniejsza.
– Analizuje Pan choćby sposoby używania terminu „wyuczona bezradność”, do których zresztą bardzo krytycznie się Pan odnosi.
– To naprawdę ciekawa historia…
Na ostatnim Zjeździe Socjologicznym PTS w Gdańsku była nawet cała grupa poświęcona „wędrującym pojęciom”. „Wyuczona bezradność” to dobry przykład takiego terminu, który zupełnie niezasadnie został zaczerpnięty z innej dyscypliny, nie zoperacjonalizowano go należycie, a pomimo to po przełomie ustrojowym zrobił sporą karierę, funkcjonując raczej jako etykieta niż pojęcie naukowe. Inaczej niż w psychologii nie było żadnej socjologicznej teorii wyuczonej bezradności. Niestety, szczególnie w latach 90. chętnie odwoływano się do tego pojęcia, zwłaszcza w odniesieniu do społeczności zamieszkujących tereny, na których wcześniej funkcjonowały Państwowe Gospodarstwa Rolne. Miało to nierzadko luźny związek z empirią i niewiele wnosiło do dyskusji.
Podczas prac nad doktoratem spędziłem dużo czasu w Bibliotece Narodowej, starając się czytać wszystko, co ukazało się na ten temat. Zaobserwowałem następujący schemat: naukowcy, którzy rzeczywiście prowadzili badania terenowe, na etapie opisywania zgromadzonych danych wskazywali, że choć ludziom żyło się trudno, to często sobie radzili i byli kreatywni. Ale gdy przychodziło do wniosków końcowych, zaczynali powielać klisze utrwalone w literaturze i niejako ignorowali własne doświadczenia. Nie zamierzałem robić czegoś podobnego.
– Jeżeli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów?
– Jest niestety tak, że badacze i badaczki często nie lubią wniosków, które ich zaskakują. Trudno czasami iść pod prąd. Gdy przygotowywałem rozprawę i jej wydanie, była to tematyka niemal zapomniana. Badacze właściwie nie zajmują się takimi kwestiami jak młodzi z popegeerowskich wsi, to nie funkcjonuje ani jako temat w socjologii, ani jako grupa, którą się bada.
Owszem, od czasu do czasu ukazuje się jakaś książka i zaczynamy odkrywać coś, co po wielokroć było już opisywane, ale nie jest głośne. Florian Znaniecki zwracał na to uwagę – jeżeli komuś się wydaje, że dokonał wiekopomnych odkryć w socjologii, to znaczy, że słabo szukał w bibliotece. Rzecz w tym, że Znaniecki stwierdził to ponad sto lat temu, a jego maksyma wciąż zachowuje aktualność. Reportażystka Marta Szarejko napisała udaną książkę „Zaduch. Reportaże o obcości”, poświęconą młodym ludziom, którzy z szeroko rozumianej prowincji przeprowadzili się do Warszawy. Opisywała tam m.in. takie zjawiska jak awans społeczny czy wykorzenienie. To są kanoniczne tematy w polskiej socjologii, właściwie stanowią jej esencję. Po publikacji tej książki przez moment był to żywo dyskutowany temat, mówiono, że to zupełnie nowe spojrzenie na sprawę, bo wcześniej mówiliśmy o tych ludziach jedynie jako o „słoikach”. Nic z tych rzeczy!
Wspominam o „Zaduchu”, ponieważ ludzie, z którymi rozmawiałem na potrzeby mojej rozprawy, stanowią to samo pokolenie. Dorastali już na gruzach państwowej gospodarki rolnej i nie zostaną tam na stałe – nie ma tam dla nich i nie będzie przyszłości. Jeśli jeszcze nie wyjechali, to wkrótce wyjadą, a pozostaną naprawdę nieliczni. To przez krótkowzroczność widzimy jedynie „słoiki” – a zapominamy o zbiorowej biografii kolejnego pokolenia, opartej na szukaniu awansu społeczno-ekonomicznego.
– Na potrzeby swojej pracy prowadził Pan badania empiryczne. Proszę nakreślić: kiedy i gdzie?
– Moje badania miały charakter porównawczy. Interesował mnie bowiem jeszcze jeden problem: zderzenie rzeczywistości sprywatyzowanego i zlikwidowanego dawnego państwowego gospodarstwa rolnego w Polsce i w Rosji. Większość badań terenowych prowadziłem za naszą wschodnią granicą, w trzech regionach Rosji. Nie miałem zespołu badaczy, grant był skromny, więc musiałem odpowiednio skalibrować tę „badawczą przestrzeń empiryczną”. Po wielu konsultacjach z rosyjskimi kolegami zdecydowałem, że będą to trzy miejsca w europejskiej części Rosji. Po pierwsze, wieś Siewiernaja, na północ od Kostromy, położona na terenach nazywanych przez Rosjan nie-Czarnoziemem, po drugie wieś Centralnaja w obwiedzie lipieckim. I po trzecie: wieś Jużnaja, czyli żyzne rosyjskie południe na Kubaniu. U nas z kolei były to Grabowo i Borki położone na ziemiach północnych. W książce nie podawałem rzeczywistych nazw tych miejscowości, co wpisuje się w tradycje tego typu badań. W każdym razie był to jeden z powiatów przygranicznych na Warmii.
– A czas?
– Badania prowadziłem kilka lat temu, wracałem do tych miejscowości w różnych porach roku. Zmieniała się także sytuacja osób badanych, z którymi miałem kontakt. Przyznam zresztą, że na początku, w swojej naiwności, byłem przekonany, że uda mi się skoncentrować na losie tego dorastającego pokolenia, młodych dorosłych i tylko poprzez kontakt z nimi będę mógł zrozumieć i opisać ich sytuację. To była z mojej strony naiwność badawcza, szybko zweryfikowana podczas pierwszych rozmów.
– Na czym polegała ta naiwność?
– Przekonałem się, że nie jest możliwy rzetelny opis tego, jak oni funkcjonują, jak radzą sobie z sytuacją, bez uwzględnienia perspektywy ich rodziców i dziadków – ludzi, którzy żyli w tych rodzinach i społecznościach, dźwigali ubóstwo wtedy, gdy było ono najbardziej dotkliwe. Często to właśnie tym starszym już dziś ludziom, którzy w latach 90. najczęściej byli opisywani jako bezradni i roszczeniowi (nie wspominając najbardziej dosadnych określeń), udało się sprostać sytuacji. Uratowali dzieciństwo swojego potomstwa, bo byli zaradni, bo sobie radzili. Nie odbywało się bez poświęceń, szczególnie w przypadku matek małych dzieci, które decydowały się na wyjazdy zagraniczne – koszty psychologiczne były ogromne. Te kobiety musiały przeboleć rozstanie z dziećmi, zorganizować tutaj opiekę nad nimi, całe logistyczne zaplecze, przygotować swój wyjazd, i to bez wcześniejszego doświadczeń długotrwałych wyjazdów czy kontaktów z innymi kulturami.
To wszystko pozwala uświadomić sobie, jak olbrzymia musiała być determinacja tych ludzi, żeby zapewnić ekonomiczne przetrwanie swoich rodzin, zapewnić im byt, opłacić podstawowe rachunki. Ci ludzie tego dokonywali w czasie, gdy wsparcie ze strony instytucji publicznych było mizerne. Pomoc instytucji centralnych była niewielka, samorządy właściwie dopiero się kształtowały. Raczkował też trzeci sektor, szczególnie na tych terenach Polski, które były zasiedlane po II wojnie światowej, na zachodzie i północy, to były bardzo słabo zakorzenione społeczności, pustynia instytucjonalna. A nawet jeśli tworzyły się inicjatywy pomocowe, ich możliwości były więcej niż ograniczone.
Poza tym Agencja Nieruchomości Rolnych (wówczas Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa) w jej pierwszym wydaniu była instytucją, która zajmowała się głównie sobą. Tak skonstruowano ustawę: instytucja miała sobie zapewnić finansowanie i skutecznie to robiła, lecz przez pierwsze dziesięć lat jej pomoc dla mieszkańców dawnych PGR-ów była bardzo ograniczona lub żadna. Z czasem dopiero pojawiły się stypendia, bilety miesięczne itp. Ale – powtarzam to często – w czasach, gdy pomoc była najpotrzebniejsza, zabrakło jej. Ludzie zostali pozostawieni sami sobie.
– Pamiętam z początku lat 90. charakterystyczny obrazek z moich popegeerowskich rodzinnych stron: młodzież i dorosłych podróżujących na rowerach za pracą w promieniu kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów. Działo się to w tym samym czasie, gdy bardzo mocno zmieniał się rynek pracy i gdy poważnie ograniczano transport publiczny. Myślę, że ten fenomen początków transformacji właściwie nie istnieje jako obraz zbiorowy w polskiej pamięci. Myślę, że takich przeoczonych rytuałów tamtych czasów jest więcej. To zbyt wstydliwe, a przy tym przeczy stereotypom o biernych, leniwych popegeerowskich masach.
– Często na seminariach wchodziłem w polemiki z moimi bardziej doświadczonymi koleżankami i kolegami, którzy prezentowali tezę, że Polki i Polacy są mało mobilni, a ci z Polski wiejskiej to już w ogóle, popegeerowska wieś to zaś zupełna stagnacja. To były po prostu stereotypy: roszczeniowość, bezczynne oczekiwanie na pomoc ze strony państwa, uzależnienie od socjalu itd. Niestety jest tak, że pewne przekazy głęboko się wryły w polską świadomość. Był ten nieszczęśliwy paradokument…
– „Arizona” Ewy Borzęckiej.
– Był to bardzo sugestywny obraz, który w społecznej wyobraźni mocno się zakorzenił i stał się fatalnym punktem odniesienia. W pewnym momencie chyba nawet zaczął funkcjonować jako pewien synonim tego typu społeczności.
– Zachowania autorki filmu budziły zastrzeżenia także w środowisku filmowym. Kupowała alkohol bohaterom swojego filmu: to nie tylko zachowanie nieetyczne, ale także noszące znamiona manipulacji rzeczywistością dla osiągnięcia konkretnego celu.
– Trzeba podkreślić, że te społeczności nie są wolne od wszelkich problemów. Pamiętam, że jeszcze przed publikacją swojej książki konsultowałem się z prof. Arkadiuszem Karwackim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. On też pisał swoją rozprawę doktorską o tych społecznościach i zwrócił moją uwagę m.in. na to, że mało wspominam o problemie uzależnienia od alkoholu. Starałem się wyjaśnić, że skupiłem się na problemie radzenia sobie z ubóstwem. Rzeczywiście było tak, że jeżeli w rodzinach był wyraźny problem alkoholowy, to traktowałem go jako odrębne zagadnienie. Jednak społeczności, z którymi miałem kontakt, były albo bardzo nietypowe, albo daleko odbiegały od obrazu ukazanego w paradokumencie „Arizona”.
Stosunkowo dużo czasu spędziłem na wsi rosyjskiej. Gdy spotykałem się w trakcie seminariów ze swoimi kolegami i koleżankami, choćby po to, żeby omówić i przedyskutować wstępne wyniki prowadzonych przeze mnie badań, to zwykle towarzyszyły temu nieco ironiczne pytania o moje samopoczucie i zdrowie z sugestią że pewnie wymagało to ode mnie sporo wytrwałości, „bo w Rosji się pije”. Tymczasem nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wpisywał się w ten schemat nachalnego i namolnego namawiania do wspólnego biesiadowania. Raz czy drugi ktoś – starając się mnie ugościć – sugerował, że można by się napić. Ale też z zupełnym zrozumienie przyjmowali odmowę. Raz jeszcze podkreślam, nie oznacza to, że problem alkoholowy nie istniał na popegeerowskiej czy pokołchozowej wsi, bądź co bądź są to problemy społeczne – ale rzecz w proporcjach.
– To słowo chyba jeszcze nie padło: „stygmatyzacja”. Mam wrażenie, że dobrze ono oddaje to, co uczyniono uboższym Polakom ze wsi popegeerowskiej w początkach lat 90. XX wieku.
– Nie chciałem zbyt łatwo odpowiadać jedną zbitką słowną na drugą, ale uważam, że termin „wymuszona zaradność” jest dobrą kontrą wobec „wyuczonej bezradności”. To pierwsze określenie jest zaczerpnięte z języka moich rozmówców: „Musieliśmy sobie radzić, ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia, nie mieliśmy tego komfortu, żeby siedzieć i czekać na pomoc”.
Mówił pan o rowerowych podróżach – znaczna część ludzi z tych społeczności szukała dorywczej pracy choćby w okolicznych lasach. Las o różnych porach roku wiele oferuje. Ludzie chwytali się wszystkiego: od zbieractwa po drobne prace dorywcze. Zresztą niedaleko od miejsca moich badań – w Giżycku i jego okolicach – własne badania prowadził socjolog prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego. To teren przygraniczny. Ludzie żyli też z drobnego przemytu – przywozili, co się dało, z Obwodu Kaliningradzkiego. Na miejscu nie było pracy.
Najwięcej PGR-ów było na ziemiach północnych i zachodnich, ponieważ w tych miejscach najłatwiej było je utworzyć. Były to tereny przyłączone do Polski po wojnie, pod wieloma względami była to swoista pustynia. Tam, gdzie przeprowadzałem badania, wcześniej istniały pruskie, junkierskie majątki. Po przejściu frontu nie zostawało tam zupełnie nic, wszystko było zniszczone. Na tych terenach osiedlała się ludność napływowa, instytucjonalnie i strukturalnie panowały tu bardzo trudne warunki. Pierwsze pokolenie, urodzone tuż po wojnie, wspomina dotkliwą biedę. Choć mieli dach nad głową, to w domach brakowało podstawowych sprzętów, a przetrwanie zapewniał sprawny piec i przydomowa hodowla z uprawą. W dodatku, w odróżnieniu od popularnego wizerunku PGR-ów, było tam mnóstwo ciężkiej pracy fizycznej.
Jest taki schemat, podobny jak w przypadku stereotypów dotyczących braku mobilności, czyli niezrozumienie elementarnej specyfiki miejsca. A były one położone na głębokich peryferiach, bo taka była specyfika gospodarstw rolnych. To nie przypadek, przeciwnie – zamysł gospodarczy władz PRL. Nie budowano ich również w atrakcyjnych częściach np. Mazur, tam powstawały ośrodki wypoczynkowe choćby dla górników. Natomiast pegeerowskie zaplecze – chlewnie, obory – to były tereny położone głęboko na uboczu. Dopóki były one w jakikolwiek sposób skomunikowane, to dało się „być mobilnym”. Wraz z upadkiem PGR-ów połączenia zaczęto likwidować. Stąd np. dobre rady, że „ludzie powinni sobie znaleźć pracę gdzieś dalej” niezbyt korespondowały z rzeczywistością. Załóżmy, że w pobliżu jest powiatowe miasto, od obszaru popegeerowskiego położone w odległości dwudziestu kilku kilometrów. Łatwo sobie wyobrazić dzień człowieka z byłego pegeeru, który najpierw szuka pracy w tym powiatowym mieście, a później ją znajduje i próbuje codziennie dojeżdżać. Wariantów jest kilka: jeśli mamy komunikację publiczną, to problem niemal rozwiązany. Jeśli nie mamy, to czym dojedziemy? Jest początek lat 90. Czy mamy samochód? Jeśli mamy, to ile wydamy na paliwo? Jakie będą miesięczne koszty podróży? Jeśli nie mamy, co dalej? Czy stać nas na jego kupno? Czy ktoś nas będzie codziennie podwoził? Jak będziemy podróżować? Może częściowo piechotą albo rowerem? Ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. W dodatku, to były i są rejony wysokiego bezrobocia, płace są niskie – czy zatem ewentualne zarobki będą się nam kalkulować z wydatkami na dojazdy? Pomijam już warunki pracy, na jakich ci ludzie mieli szanse być zatrudnieni – np. umowy o pracę były mrzonką pośród tych, którzy i które próbowali ratować swoje budżety w każdy możliwy sposób.
Z taką rzeczywistością mierzyli się ludzie z popegeerowskich wsi, które badałem. Oni naprawdę nie mogli się zniechęcić, usiąść w domu i oglądać telewizję – to była często ciężka walka o przetrwanie.
– Pytanie, na ile skuteczna.
– Wspomniałem już o drobnym przemycie. Ale dodajmy do tego emigrację zarobkową. Przecież ludzie z terenów popegeerowskich, choćby ze ściany wschodniej, byli w krajach unijnych znacznie wcześniej niż nasi pozostali rodacy – wyjeżdżali tam do pracy jeszcze przed 2004 rokiem.
– Gdy słucham Pana opowieści, przypomina mi się termin „menedżerki ubóstwa”, używany przez świętej pamięci prof. Elżbietę Tarkowską. Termin opisywał niesamowicie zaradne ubogie kobiety, które muszą wykarmić rodziny, zapewnić im byt, bazując na bardzo skromnych środkach. Gdy czytałem Pana książkę, miałem wrażenie, że jej bohaterowie również byli „menedżerami ubóstwa” – musieli podejmować szereg różnorakich decyzji, które pomogłyby im przetrwać. I chyba większości się udało, choć niektórzy i niektóre przypłacali to załamaniami psychicznymi, samobójstwami…
– Przez lata byłem seminarzystą zmarłej w ubiegłym roku Pani Profesor, miałem przyjemność i zaszczyt z nią współpracować. Pojęcie „menedżerki ubóstwa” jest celne i bardzo dobrze, że zostało ukute, ponieważ w wielu aspektach polskiej rzeczywistości społecznej rola kobiet była i wciąż bywa skutecznie pomijana albo sprowadzana jest do roli „usługowej”, co jest zupełną aberracją.
Co do „menedżerów ubóstwa” z popegeerowskich wsi, to mam przed oczyma rodziny, które poznałem w trakcie swoich badań. Tak, to byli ludzie skuteczni w zarządzaniu biedą – brak formalnych kompetencji nadrabiali determinacją i uporem. Szybko uczyli się nowych rzeczy, świat popegeerowski przeobrażał się błyskawicznie. Droga od pełnego zatrudnienia do wszechobecnego bezrobocia nie była wcale taka długa, dlatego też adaptacja musiała być szybka. Czasem zdarzało się, że przemiany własnościowe poszczególnych państwowych gospodarstwach rolnych były rozciągnięte w czasie i – trzeba tu dodać – na szczęście. Wówczas w obrębie rodzin i całych społeczności zatrudnienie tracono stopniowo. Zwalniani mogli szukać nowych możliwości, ale zwykle ktoś w rodzinie zachowywał zatrudnienie albo przynajmniej miał prawo do stałych świadczeń. Zwykle na początku rezygnowano z produkcji zwierzęcej, bo była energochłonna. Praca w cielętnikach, świniarniach, oborach itp. to było zajęcie kobiet. One pierwsze traciły pracę. Ale nie mogły siedzieć w domu z założonymi rękoma. Zarządzały tymi zasobami, które były w domu, i pozyskiwały nowe środki do życia. Zdarzało się jednak, że zmiany następowały szybko – zakład był przejmowany przez nową prywatną spółkę i np. skupiano się tylko na produkcji roślinnej, wykorzystując nowe maszyny. Wtedy ze starej załogi mogło w zakładzie zostać 10% ludzi albo i mniej: doświadczeni kombajniści, kilka osób z ochrony i z nadzoru. Okazało się, że rolnictwo można robić z garstką osób, że społeczności, które wyrosły „przy byłym PGR-ze”, są zupełnie zbędne. W takiej sytuacji ludzie budowali swoje życie na nowo: inspirowali się wzajemnie, informowali o możliwościach, ktoś pierwszy przecierał szlaki, dawał znać rodzinie, sąsiadom.
– Na przykład?
– Sławny jest przykład Starych Juch – to okolice Giżycka, ta ładna część Mazur. Znaczna część tamtejszej populacji pracuje obecnie w Islandii. Polacy są zresztą największą mniejszością na tej wyspie. W islandzkich dyskontach przy kasie można często wszystko załatwić w naszym języku, bo pracuje tam wiele Polek.
– Wróćmy do mieszkańców popegeerowskich wsi na ścianie wschodniej.
– Są to z jednej strony okolice głęboko zapomniane, kompletna prowincja, a z drugiej strony ludzie stamtąd masowo wyjeżdżali do pracy do Włoch, do Norwegii, do Islandii właśnie. Niemcy i Holandia to też częste kierunki emigracji zarobkowej. Powiem więcej: niezależnie od popegeerowskiego kontekstu warto sobie uzmysłowić, jak mobilne było pokolenie osób wówczas będących w wieku średnim. To naprawdę ma tak niewiele wspólnego ze sposobem, w jaki ci ludzie byli opisywani pod koniec lat 90., że aż trudno uwierzyć, iż doświadczeni badacze byli w stanie dojść do takich wniosków – tym bardziej, że już wówczas odbywały się wyjazdy zarobkowe, o których mówimy. To było i jest istotne również dlatego, że pokazywano warstwę ludności, która de facto pochodziła z obszarów wiejskich, ale całkowicie już oderwała się od rolnictwa.
– Swego czasu przeprowadzałem dla „Nowego Obywatela” wywiad z Sylwią Urbańską, autorką książki „Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010”. Wiele mówi o współczesnej Polsce to, że dość powszechne doświadczenie społeczne było niemal nieobecne w debacie publicznej. Mam wrażenie, że młodszemu pokoleniu badaczek i badaczy udało się z większą empatią spojrzeć na szeroko rozumianą klasę ludową, że dystans ułatwia im nieuprzedzone spojrzenie choćby na społeczności popegeerowskie z pierwszych lat transformacji.
– Znamy się z Sylwią, w podobnym czasie przygotowywaliśmy swoje rozprawy, rozmawialiśmy o sprawach, które dziś poruszamy w rozmowie. Myślę, że faktycznie kluczowa jest kwestia pokoleniowa. Może jestem więźniem tej optyki, ale wydaje mi się dość oczywiste, że spojrzenie młodszego pokolenia badaczy na pierwsze lata transformacji jest fundamentalnie różne od oglądu naszych nauczycieli akademickich. Różniliśmy się zarówno w podejściu do tematu, jak i w jego ocenach. Różniło nas również to, z jakimi pytaniami badawczymi chcieliśmy się mierzyć. Mamy całe pokolenie socjologów, których szczyt kariery przypadał na lata 90. XX wieku. To był cały nurt badań skoncentrowany na transformacji ustrojowej i jej konsekwencjach. Bilanse tego okresu na gruncie naszej dyscypliny są jednak trudne. W wielu obszarach udało się zainicjować systematyczne gromadzenie danych, rozwinęły się techniki badawcze, ale niestety nie stworzono żadnej teorii polskiej transformacji. Nie neguję wysiłku badaczy, którzy funkcjonowali w zupełnie innej rzeczywistości badawczej niż obecna (zmieniła się literatura, upowszechnił się internet), zaczynali w czasach, gdy studentów na pierwszym roku studiów uczono z „Elementarnych pojęć socjologii” Jana Szczepańskiego napisanych jeszcze w latach 60. XX wieku. Raz jeszcze podkreślam: nie winię badaczy, wskazuję tylko na różnicę pokoleniową, która rzutuje również na to, jak oceniamy przemiany po 1989 roku.
Trzeba pamiętać, że polskie środowisko socjologiczne jest duże: są w nim więc ludzie, których interesują poruszane tu przez nas tematy, są i bliżsi mainstreamowi.
– Co Pan w tym kontekście rozumie przez to pojęcie?
– Myślę o badaczkach i badaczach zainteresowanych powielaniem tematów podejmowanych najczęściej w literaturze zachodniej, niezależnie od tego, na ile wyraźnie zakorzenione są one w polskim kontekście. Nie mówię tego wartościująco: sam zdecydowałem się na tematykę niszową, ale nie oczekuję, że inni badacze będą postępowali podobnie. Gdy podejmowałem się swoich badań, miałem poczucie pewnego osamotnienia. Później odkryłem jednak, że są badacze i badaczki, którzy obserwują rzeczywistość w podobny sposób, podobnie o niej myślą. Notabene, także wspomniana prof. Tarkowska zajmowała się problematyką wiejską w kontekście ubóstwa, co więcej, osobiście uczestniczyła w badaniach terenowych, a to w przypadku badaczy z dużym dorobkiem naukowym nie jest już tak oczywiste.
– Mam pewną hipotezę roboczą: kolejne pokolenia żyjące na wsi wciąż doznawały różnych form strukturalnej opresji. Zostawiając zamierzchłą pańszczyźnianą przeszłość, widzimy wyraźnie, jak bardzo wciąż eksperymentowano na wsi, również tej pegeerowskiej. A później przyszła transformacja, która także była formą trudnego eksperymentu społecznego. Czy którakolwiek z upływających dekad była bezpieczna, spokojna dla tych społeczności?
– Skupiając się tylko na wsi pegeerowskiej można wnioskować, że okresem stabilizacji był przełom lat 70. i 80., gdy wciąż płynęły tam spore dotacje, inwestowano nie tylko w sprzęt, lecz także w infrastrukturę. To są czasy, które na popegeerowskiej wsi wspomina się jako okres, gdy była praca, były sklepy, można było pójść do lekarza, był klub, działała drużyna piłkarska. No i oczywiście szkoła. Do tego były stałe pensje i dodatki.
Co ciekawe – przynajmniej taka jest moja obserwacja – na gruncie socjologii często stawiany jest znak równości między tym najlepszy okresem funkcjonowania PGR-ów a pozostałymi latami – tak jakby zawsze tak tam było. Często również stosowało się łatwe przeciwstawienie: rolnik to ten, który ciężko haruje od zmierzchu do świtu przez cały rok, jest przywiązany do wartości, a w PGR-ach jest sielanka i pełne zatrudnienie, chodzi się do pracy od–do, jest urlop itd. Ale to wszystko wynika z niedoinformowania. Gdy ktoś zejdzie na ziemię z tych obłoków, to uświadomi sobie, że np. kobiety pracowały w cielętnikach, i to nie tylko od poniedziałku do piątku, lecz także w weekendy, w święta, we wszystkie pory roku. Co więcej, pracownicy PGR-ów mieli jeszcze swoje działki czy ogródki, zajmowali się też drobną hodowlą. A to także było czasochłonne – zatem z wyobrażonej rzekomej sielanki nieróbstwa naprawdę niewiele zostaje.
– Jakie są główne elementy transformacyjnej zmiany, która dokonywała się w badanych przez Pana okolicach? Zapewne i w tym przypadku znaczną rolę odgrywały sposoby urynkowienia przetwarzającej się rzeczywistości?
– Socjologowie będą tu udzielali różnych odpowiedzi. Najprościej można powiedzieć, że zmieniło się wszystko. Po pierwsze, zmieniło się otoczenie instytucjonalne ze wszystkimi tego konsekwencjami, ze zmianą reguł gry. Po drugie, była to ogromna zmiana kulturowa, która przyszła niejako z zewnątrz, ludzie nie mieli wyboru, musieli się dostosować. Przeobrażeniu uległ świat, w którym funkcjonowali, ale także świat wartości. Tego typu zmiana z kolei zawsze wymaga czasu. Wątek, który uważam za ważny, dotyczył tego, jak bardzo perspektywa młodych dorosłych ze wsi, którymi interesowałem się najbardziej, jest zbliżona do tego, co znamy z badań na temat młodzieży z miast. To nie jest tak, że ich świat jest zupełnie inny – on jest po prostu położony dalej. Arkadiusz Karwacki powiedział kiedyś, że ludzie z byłych PGR-ów urodzili się w złych miejscach na mapie. Geograficznie pod wieloma względami były one znaczniej mniej korzystne i wymagały od tych ludzi ogromnej determinacji, żeby w życiu wypracować to, co osiągnęli ich rówieśnicy i rówieśnice z miast. W miastach możliwości było zawsze więcej, mają one więcej do zaoferowania. Z tego rodzą się luki w kapitale kulturowym, które utrudniają awans społeczny. To są trudności, z którymi ci ludzie muszą się mierzyć.
– Może zatem lepiej mówić nie o „wyuczonej bezradności”, lecz o strukturalnej niemożności?
W różnych miejscach struktury społecznej ludzie dysponują różnymi możliwościami. Tym, co wydaje się w wielu przypadkach przemawiać za tym, że ludzie z terenów popegeerowskich są mimo wszystko skuteczni, jest fakt, że pomimo różnorakich deficytów możliwości są w stanie osiągać to, co osiągają ich rówieśnicy i rówieśnicy z innych miejsc.
– Pytanie, za jaką cenę osobistą…
– Prędzej czy później pojawi się też pytanie, czy to jest sprawiedliwe, czy nie. Wówczas musielibyśmy sobie również poradzić z pojęciem sprawiedliwości. Mnie osobiście jako socjologa intryguje, że to jedno z tych zagadnień, które są dobrze znane, a które od czasu do czasu odkrywamy (jak u Znanieckiego, o którym wspomniałem wcześniej). Na początku XXI wieku, może nawet wcześniej, prof. Barbara Fatyga prowadziła w Warszawie badania nad młodzieżą licealną i studiującą. Okazało się, że młodzież wielkomiejska odczuwa dyskomfort w kontaktach instytucjonalnych z rówieśnikami, którzy nie pochodzą z dużych ośrodków, ale przyjeżdżają, nazwijmy to umownie, z prowincji.
– Skąd ten dyskomfort?
– To hipoteza robocza: być może o wielu takich karierach myślimy jako o karierach po prostu, bez świadomości tego, że osoby, o których mowa, są z prowincji – bo one zachowują to dla siebie. Nie zapominajmy też o tym, że każdy awans społeczny łączy się z wykorzenieniem..
– Wiejskie czy prowincjonalne pochodzenie wciąż jest powodem wstydu?
– Młodzi, z którymi miałem kontakt jako badacz, podkreślali na przykład, że choć mieszkają na wsi, to nie mają nic wspólnego z rolnictwem. A gdy pytałem wprost, odpowiadali, że nie widzą powodu, by wstydzić się wiejskiego pochodzenia. Smutne było natomiast to, że mieli pełną świadomość tego, jak są postrzegani na zewnątrz. To w pełni wpisywało się w socjologiczne pojęcie jaźni odzwierciedlonej: wiedzieli dobrze, jak się ich widzi. Mówili: „wiem, że o nas się myśli, że my jesteśmy taka Arizona”.
– Co właściwie charakteryzuje życie młodych dorosłych na popegeerowskich terenach?
– Jeżeli pokusić się o opisanie sedna ich tamtejszej egzystencji, to postawiłbym na tymczasowość. Powiedziałbym wręcz, że oni tam jeszcze są. Miałem kontakt z ludźmi z miejscowości, w których prowadziłem badania, również po ich zakończeniu. Część tych miejscowości odwiedziłem także później. I wtedy okazywało się, że ci, którzy zapowiadali, że wyjadą, to właśnie robili. To bardzo smutne, ale powiem brutalnie: to są miejsca bez przyszłości. Czy one znikną? Administracyjnie nie muszą: w jakiejś drobnej formie niewielkich miejsc o ograniczonej liczbie pracowników pewnie przetrwają – w końcu produkcja żywności jest opłacalna, nauczyliśmy się funkcjonować w ramach wspólnej polityki rolnej. Okres ich rozkwitu to już tylko wspomnienie, bezpowrotnie miniony obraz przeszłości.
– Czym w takim razie jest ich „radzenie sobie” w tym świecie, który właściwie nie ma przyszłości?
– Ja skupiałem się na tym, jak młodzi radzą sobie z doświadczeniem ubóstwa, w jaki sposób starają się zostać na powierzchni. Przyglądałem się, jak wyglądają ich relacje z lokalnym instytucjami, jakiego rodzaju działalność zarobkową podejmują.
Wszystko zależało od tego, w jakim momencie cyklu ubóstwa znajdowali się moi rozmówcy. Jeżeli było to ubóstwo dotkliwe, skrajne, to łączyło się to z wieloma trudnymi kwestiami: byli to ludzie bardzo zdesperowani, skłonni do tego, żeby łamać prawo, czy też szerzej – normy społeczne. Jeżeli ktoś okrada sąsiada i zakłóca jego spokój, to narusza prawo oraz pewne zasady współżycia społecznego. Ale jeśli jest to po prostu matka, która w dramatyczny okolicznościach musi zdecydować, czy wyjechać za granicę, żeby zarobić na rodzinę, to narusza ważne społeczne normy, bo przecież „to matka powinna być z dzieckiem”. Problemem tych ludzi często było to, że doświadczali biedy powracającej – tak to przynajmniej z prof. Tarkowską nazywaliśmy. Oni potrafili skutecznie poprawić swój los, zacząć w miarę dobrze funkcjonować, osiągnąć stan, gdy już się nie trzeba martwić się, czy wystarczy na jedzenie i bieżące rachunki. Ale nierzadko wystarczyła choćby choroba, utrata źródła dochodu, wypadek losowy itp., a okazywało się, że nie ma żadnego zaplecza, które umożliwia bezpieczne przetrwanie trudnego okresu. I znów przychodziło znaczne pogorszenie sytuacji. Póki zdrowie dopisywało, mężczyźni i kobiety mogli pracować choćby za granicą, np. co trzy miesiące wyjeżdżając na zarobek. Ale gdy pojawiały się choroby, ci ludzie byli unieruchomieni.
W przypadku byłych pracowników PGR-ów istotnym punktem był moment, w którym uzyskiwali prawo do stałych świadczeń, nabywali stały zasiłek przedemerytalny, renty, emerytury – jakikolwiek stały dochód. To bardzo dużo zmieniało w ich sytuacji.
– Ale młodsi nie mogli na to liczyć.
– W ich przypadku brak stabilności, brak możliwości uzyskania stałej pracy, stanowił ogromną barierę na drodze do dorosłości i samodzielności, do tego, żeby wyprowadzić się z domu od rodziców i zacząć samodzielnie funkcjonować. Nie mówiąc już o pozostałych sprawach życiowych i rodzinnych. Dlatego bardzo cenili sobie wszelką stałą pracę. Synonimem dobrej pracy było stałe zatrudnienie z umową o pracę. Na terenach przygranicznych wymarzony pracodawca to Straż Graniczna. Praca tam była postrzegana jako bardzo atrakcyjna: niedaleko od domu, dobre warunki oraz płaca. Bardzo korzystnie prezentowała się też perspektywa stosunkowo szybkiego uzyskania uprawnień emerytalnych. Część badanych podkreślała swoje oczekiwanie na kolejny nabór do Straży Granicznej. To, jak często podkreślano potrzebę stabilności zatrudnienia, uświadamia bardzo dobitnie, jak poważnym problemem jest niestabilność ich sytuacji życiowej.
– To, co Pan mówi, jest uderzające, szczególnie w porównaniu z całą masą bardzo przecież w Polsce popularnych sloganów zwolenników liberalizmu gospodarczego. Wskazuje Pan i na znaczną wagę stałej pracy, i na fakt, że czasem jedynym cywilizowanym pracodawcą okazuje się instytucja publiczna.
– To temat na dłuższą dyskusję o wizji państwa i tego, co może skutecznie rozwiązać rynek. Niezależnie od czyichkolwiek sympatii politycznych i ideowych, myślę, że poza zatwardziałymi liberałami stosunkowo niewielu uczestników debaty publicznej będzie doszukiwało się w wolnym rynku regulatora, który sam z siebie zdoła rozwiązać całą masę problemów społecznych. Nawet w krajach o stosunkowo liberalnych regułach gospodarczych za szereg zadań odpowiadają instytucje, w tym powołane do tego instytucje państwowe. Nie ma w tym nic dziwnego i nie oznacza to, że tam panuje socjalizm.
– Pierwsze lata transformacji wspominam jako z jednej strony stopniowe odcinanie moich rodzinnych okolic od różnorakiej infrastruktury publicznej, z drugiej – bardzo agresywny medialny atak na popegeerowską wieś. Czy Pana zdaniem przeanalizowano już antywiejską propagandę medialną z pierwszej połowy lat 90.? Troszkę się boję, że to pytanie retoryczne, że najkrótsza Pana odpowiedź będzie brzmiała: nie…
– Właściwie mnie pan wyręczył. Jako zjawisko – taka była moja obserwacja – te popegeerowskie społeczności zaczęły funkcjonować jako swego rodzaju kozioł ofiarny, łącznie z tym, że potrafiłem w publikacjach szanowanych socjologów przeczytać, iż te społeczności w pewnym sensie ponoszą zasłużoną karę za „tłuste lata” dobrobytu w PRL-u, kiedy była bieda, a komunistyczny reżim dopieszczał PGR-y, dokarmiał je i utrzymywał w luksusowych warunkach. Dziś brzmi to dość dziwacznie, zwłaszcza gdy zderzyć ten sąd z tym, co wiemy na temat pegeerowskich realiów.
Ale w latach 90. XX wieku te społeczności były opisywane również i takim językiem, jakim dziś nie wypadałoby opisywać żadnej grupy społecznej…
– Dlaczego?
– Skoro dziś nie możemy opisywać w tak deprecjonujący sposób żadnej grupy społecznej, którą dotykają różnorakie deficyty, to podobnie nie dałoby się tak mówić o tych społecznościach popegeerowskich – ponieważ na etapie recenzji czy wniosku grantowego zostałoby to zauważone i skrytykowane. To widoczna zmiana na lepsze – wówczas jednak taka stygmatyzacja była możliwa. I to w tekstach o charakterze naukowym.
– To, co Pan mówi, trochę psuje mój wizerunek polskiej socjologii.
– Jest taka cecha nie tyle dyscypliny, ile co części środowiska, o której czasami się zapomina. Socjologowie, zwłaszcza ci, którzy nadawali ton powojennej socjologii polskiej, rekrutowali się ze środowisk inteligenckich. Inteligencję charakteryzował określony etos, ale miała ona też swoje ograniczenia. Jednym z nich była tradycyjna niechęć do wsi jako takiej, nie mówiąc już o wsi pegeerowskiej postrzeganej jako produkt opresyjnego reżimu politycznego. To jednak tylko część problemu. Istotniejsze wydaje mi się to, że zdarzali się autorzy, którzy w jakiś sposób potrafili postawić znak równości między ludźmi tworzącymi te społeczności a ustrojem, który animował projekt rolnictwa państwowego. Zatem gdy reżim upadł, uznali, że mieszkańcy PGR-ów ponoszą zasłużoną karę. To było zupełnie nieuprawnione uproszczenie, ponieważ ci ludzie, szczególnie ze starszego pokolenia, zostali dwukrotnie, jeżeli nie oszukani, to poddani ogromnej życiowej próbie charakteru.
– Dwukrotnie? Mówi Pan o powstaniu i upadku PGR-ów?
– Tak, przecież system państwowych gospodarstw rolnych nie powstał z woli tych ludzi: oni nie zakładali tych przedsiębiorstw – to był potężny wysiłek ówczesnego państwa, żeby ten ideologiczny projekt zrealizować. Te społeczności zostały utworzone sztucznie, ci ludzie zostali w nie wtłoczeni – przecież bardzo różne były losy osób, które tam trafiały. Wiele z nich znalazło się tam z braku alternatywy, pochodzili z biednych, wielodzietnych chłopskich rodzin i chcieli po prostu usamodzielnić się, a w PGR-ze można było znaleźć pracę i lepsze lub gorsze mieszkanie. Dalej, często to byli przesiedleńcy, ludzie, którzy dosłownie padli ofiarą wielkiej historii i geopolityki. Kilka dekad później, znów bez woli tych społeczności, bez jakichkolwiek pytań, nad ich głowami zostały podjęte decyzje, że państwo się z tego projektu wycofuje. A ich pozostawiono samym sobie.
Jest też niestety tak – to stała cecha ubóstwa – że gdy go doświadczamy, zaczynamy być osamotnieni. Rodziny doświadczające ubóstwa zamykały się w sobie, bo bieda była wstydliwa, głęboko intymna, narażała na szwank poczucie godności tych rodzin – a przecież historycznie był to już moment, gdy choćby za sprawą mediów te rodziny mogły zobaczyć, jak świetnie powodzi się innym, to już nie był ten świat, w którym da się żyć zupełnie na uboczu i nie wiedzieć, czy innym jest dobrze, czy źle. Oni wiedzieli, że innym jest lepiej i to pogłębiało przeróżne negatywne emocje.
– Mówiliśmy o tym, że na poziomie naukowym pewien negatywny sposób opisu społeczności popegeerowskich dziś nie mógłby mieć miejsca. Czy Pana zdaniem – o ile śledzi Pan te kwestie w bardziej publicystycznym wydaniu – zmieniło się również medialne widzenie tego tematu?
– Moim zdaniem ten temat właściwie nie istnieje w mediach. Nie był ważny w socjologii, a tym bardziej nie funkcjonuje w debacie publicznej. Oczywiście ktoś sobie czasami, dość rzadko, przypomni o tych terenach, o ludziach stamtąd, ale trwa to krótką chwilę i kwestia gaśnie. Powiem więcej: na terenach pozamiejskich żyje ponad 40% populacji Polski. I te 40% ludności potrafi nam umykać w debacie publicznej! A co dopiero mówić o niegdysiejszych PGR-ach, rozsianych po prowincjonalnej Polsce. W dodatku mieszkańcy tych społeczności nigdy nie mieli żadnej reprezentacji, nie byli w stanie powalczyć o swój los w zorganizowany sposób, tak jak robiły to np. branżowe związki zawodowe. To byli typowi ludzie bez głosu.
– To, że popegeerowska wieś głosowała lub podobno głosowała na postkomunistów, było jeszcze jednym elementem wzbudzającym wobec niej niechęć szeroko rozumianej prawicy: to są ci, którzy chcą powrotu do PRL, a my przecież budujemy kapitalizm i wiemy, że najwspanialszy jest wolny rynek. Chyba nikt wtedy nie opowiadał tej historii tak, jak Pan to robi dzisiaj w naszej rozmowie.
– Nawet jeśli popegeerowska wieś faktycznie głosowałaby na SLD, to byłoby to zrozumiałe. Ludzie, którzy doświadczyli bardzo niekorzystnej dla siebie zmiany, będą bardziej skłonni głosować na tych, którzy – nawet tylko w warstwie retorycznej – upominają się o nich, zgłaszają chęć poprawy ich losu. Trudno oczekiwać, żeby przedstawiciele popegeerowskich społeczności głosowali na autorów niekorzystnych dla siebie przemian: Unię Demokratyczną czy Kongres Liberalno-Demokratyczny.
– Zapytam o podmiot z przeciwległego krańca spektrum ideowopolitycznego. Jak Pan postrzega rolę Kościoła w tych społecznościach popegeerowskich?
– Kościół po pierwsze funkcjonował jako instytucja, w czasie gdy wiele innych znikało lub się przeobrażało. Po drugie, stanowił źródło wsparcia. I to w najbardziej dosłowny sposób. W szczególnie trudnych okresach jednym z podstawowych źródeł wsparcia były paczki żywnościowe dystrybuowane przez parafie. Była to pomoc z Caritasu, która okazała się wyjątkowo skuteczna w momentach, gdy niedostatek był najbardziej dojmujący.
Trudno byłoby jednak powiedzieć, że Kościół odgrywał kluczową rolę. I to nie dlatego, że robił za mało, ale dlatego, że jedną z podstawowych cech skutecznego radzenia sobie z ubóstwem jest, mówiąc niezręcznym językiem technokratów, dywersyfikacja. Jest to wniosek nie tylko z moich badań. Była ona konieczna, bo bardzo rzadko jedno źródło pomocy skutecznie chroni przed biedą. Stąd konieczność łączenia różnych form wsparcia z chwytaniem się każdego dostępnego zajęcia zarobkowego. Skuteczni w wychodzeniu z ubóstwa byli ci, którzy faktycznie potrafili połączyć te różne formy działania. Szczególnie w pierwszej dekadzie polskich przemian te społeczności same siebie musiały uratować. Moim zdaniem zrobiły to skutecznie.
– Nikt im nie bije brawa…
– …to jest niestety tak, że przemyślanych strategii pomocowych wówczas nie było. Owszem, mieszkańcy społeczności popegeerowskich po utracie pracy otrzymywali jakieś odprawy, mieli przez jakiś czas zasiłki, ale z wielu względów, które już poruszyliśmy (charakterystyka regionów, położenie gospodarstw, brak zaplecza finansowego tych rodzin), trudno im było błyskawicznie przestawić się na inną branżę czy zmienić miejsce zamieszkania.
– Choć trzeba też dodać, że za odprawy mieszkańcy PGR-owskich wsi kupowali anteny satelitarne i odtwarzacze video.
– Nikt nie odmówi ludziom prawa do tego, aby podejmować – z jakiejś perspektywy – nieracjonalne decyzje. Czy tego rodzaju konsumpcja była zachowaniem racjonalnym? Z pewnością odpowiadała na jakieś potrzeby tych ludzi, na jakieś deficyty. Trzeba też pamiętać, że była to zupełnie nowa rzeczywistość, której oni wszyscy się uczyli. Mieli prawo do błędów, za które sami przecież płacili. Podkreślam: udźwignęli swój los, przecząc większości stereotypów, jakie panowały na ich temat. Co więcej: przecząc socjologicznym diagnozom na temat ich świata. Proszę pamiętać, że dość powszechnie pisano, że młode pokolenia będą powielały losy starszych, że to będą kolejne pokolenia żyjące na zasiłku. Mało kto chce pamiętać, jak nietrafne były te generalizacje.
– Tym bardziej, że część tych ludzi z młodszych pokoleń jest dziś na emigracji zarobkowej i nierzadko jeszcze przesyła pieniądze do Polski.
– Pan mówi o młodszych, a ja lubię powoływać się na taki oto przykład: pierwsze pokolenie, które wyrosło w PGR-ach, które później straciło tam pracę i przestawiło się na tory regularnych wyjazdów za granicę, zarabiało nie tylko na bieżącą konsumpcję. Ci ludzie z pegeerów wyremontowali swoje domy, później płacili za edukację swoich dzieci na niepublicznych uczelniach w wielkim mieście, a jeszcze później zaczęli spłacać kredyt swoich dzieci na mieszkanie w tymże dużym mieście. To byli ludzie, którzy pracowali niegdyś w PGR-ze: bez wielkiego kapitału kulturowego, bez wielkomiejskiego doświadczenia zawodowego. I to właśnie im w III RP doprawiono gębę.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 24 lutego 2017 roku
przez Jakub Bartak | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W ciągu ostatnich kilkunastu lat fenomen nierówności dochodowych wdarł się na salony badań ekonomicznych. Kwestie podziału dochodu badane są już nie tylko w katedrach ekonomii keynesowskiej i marksistowskiej, lecz także w ramach jej tzw. głównego nurtu. Świadectw rosnącej popularności tego tematu jest wiele: od publikowanego przez ONZ wskaźnika IHDI (Inequality Adjusted Human Development Index), który sygnalizuje spowodowane przez nierówności straty w rozwoju społecznym, przez szereg raportów Banku Światowego, aż po sukces wydawniczy książki Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”.
Co wynika z tych intensywnych badań? Co już wiemy na temat nierówności, a co wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji?
Nierówności coraz mniejsze czy coraz większe?
Zacznijmy od spraw podstawowych: czy potrafimy zmierzyć, porównać i ocenić poziom nierówności między krajami i na przestrzeni poszczególnych lat? Popularność zagadnienia nierówności dochodowych przyczyniła się do znacznej poprawy sytuacji – mamy coraz więcej danych, w coraz większym stopniu porównywalnych i coraz łatwiej dostępnych. Dostępne informacje są także pozyskiwane dla większej liczby wskaźników, zbierane konkurencyjnymi metodami, dotyczą innych – nie tylko dochodowych – wymiarów nierówności.
Nie oznacza to niestety, że uniknęliśmy wszystkich problemów związanych z pomiarem nierówności – do tego jeszcze daleka droga. Po pierwsze, większość danych jest oparta na badaniach ankietowych, w których nie uczestniczą zarówno najbogatsi, jak i najbiedniejsi. W przypadku tych ostatnich przyczyna jest prozaiczna – osoby najbiedniejsze są często bezdomne, nie mają adresu i dlatego nie są typowane do udziału w ankietach. Najbogatsi natomiast częściej niż inni odmawiają udziału w badaniu. Przyczyn niechęci do dzielenia się informacjami na temat swoich dochodów jest wiele, tu jednak ważne jest jedynie to, że zdaniem praktyków badań ankietowych gospodarstwo z najbogatszego 1% rzadko uczestniczy w badaniach1. Jeżeli zaś w takich badaniach nie biorą udziału gospodarstwa najbiedniejsze i najbogatsze, to oczywiście wskaźnik nierówności dochodowych jest niedoszacowany. A co ważniejsze – nie ukazuje przeobrażeń w podziale dochodu wynikających właśnie z przeobrażeń sytuacji najbiedniejszych i najbogatszych. To duży problem, bo zmiany w dystrybucji dochodu w praktyce dotyczą przede wszystkim tych skrajnych grup dochodowych.
Po drugie – wciąż nie mamy, i zapewne mieć nigdy nie będziemy, doskonałej miary nierówności. Jak pisał Anthony B. Atkinson2, jeden z największych autorytetów naukowych w dziedzinie podziału dochodów, nierówności nie mogą być zmierzone bez wprowadzenia społecznych osądów. Miary nierówności nie są czysto „statystyczne” i zawierają w sobie ukryte sądy o wadze przypisywanej nierównościom w różnych punktach skali dochodowej.
Mimo tych trudności można zarysować problem poziomu nierówności dochodowych i trendu ich obecności w poszczególnych państwach. Jak to zwykle bywa, w polskiej debacie publicznej pełno jest anegdotycznych przykładów nierówności zarówno malejących, jak i rosnących – w zależności od potrzeby rozważającego tezę. Oczywiste jest, że zmiany w podziale dochodu występowały w różnych krajach z różnym natężeniem i w różnym kierunku. Pełny obraz nierówności wskazuje jednak, że wewnątrzpaństwowe nierówności dochodowe przeciętnie rosną (być może stąd też popularność tego tematu wśród ekonomistów?). Wzrost ten jest na tyle znaczący, że zdaniem Jamesa K. Galbraitha3 można go pojmować jako globalne wydarzenie makroekonomiczne. Ogarniająca cały świat presja wzrostu nierówności wiąże się jego zdaniem z globalizacją liberalizacji, kryzysami zadłużeniowymi i upadkiem komunizmu na początku lat 90. Dość popularnym wyjaśnieniem światowych tendencji antyegalitarnych jest także szybki postęp technologiczny, wypychający z rynku pracy tych, którzy za nim nie nadążają, a zarazem ponadproporcjonalnie nagradzający tych, którzy załapali się na jego falę4.
Wykres nr 1 pokazuje opisany wyżej proces. Przedstawione są na nim przeciętne nierówności dochodowe wyrażone współczynnikiem Giniego dla okresu 1970–1990 oraz 1990–2010. Im wyższy współczynnik Giniego, tym wyższe nierówności dochodowe. Może on przyjmować wartości od 0 (oznaczające doskonałą równość) do 1 (sytuacja, w której jedna osoba otrzymuje cały dochód narodowy). Państwa, które znajdują się powyżej linii nachylonej pod kątem 45 stopni, doświadczyły w analizowanym okresie wzrostu nierówności dochodowych. Państwa, które znajdują się pod nią, w latach 1990–2010 charakteryzowały się niższymi nierównościami niż w latach 1970–1990. Na wykresie zaobserwować można następujące fakty:
- więcej obserwacji znajduje się ponad linią, a zatem w większości państw nierówności dochodowe wzrosły;
- wzrost nierówności w niektórych przypadkach był drastyczny – szczególnie w Rosji (RUS), Chinach (CHN) i Paragwaju (PRY). Pomimo tego poziom ten jest kategorią relatywnie stałą w czasie – wszystkie obserwacje układają się w rosnącą funkcję liniową. Innymi słowy – pozycja kraju w światowym rankingu egalitaryzmu jest silnie uzależniona od poziomu nierówności w poprzednim okresie;
- wzrost nierówności obserwowany był głównie tam, gdzie w latach 1970–1990 były one niewielkie. Ich spadek przede wszystkim występował w skrajnie nieegalitarnych gospodarkach (po prawej stronie wykresu);
- wśród państw, w których nierówności dochodowe się zwiększyły, jest także Polska. Mimo to na tle państw świata jawi się ona jako gospodarka egalitarna. Lepszym punktem odniesienia są kraje o zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego, np. państwa należące do OECD. Wśród tych 34 gospodarek Polska znajduje się w okolicach połowy stawki – na 19. miejscu (w 2010 roku).
Wykres 1. Przeciętne nierówności dochodowe w latach 1970–1990 oraz w latach 1990–2010 w krajach świata

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).
Bliższa analiza dostępnych danych wskazuje, że nierówności dochodowe od 1970 do 2010 roku spadały znacząco w krajach Afryki Subsaharyjskiej (przeciętny Gini dla tego regionu zmniejszył się z 0,5 do około 0,44) oraz na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (zmiana z 0,43 na 0,34). Ich wzrost w największym stopniu obserwowaliśmy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i w Azji Centralnej, a także wśród państw wysoko rozwiniętych. W okresie 1990–2010 obserwowaliśmy dalsze wzrosty nierówności w 50% państw świata (w 39% – spadek, a w 11% brak wyraźnego trendu). Co istotniejsze, wzrost nierówności po 1990 roku zauważany był w państwach o dużej liczbie mieszkańców, których suma stanowi 70% badanej populacji. W krajach, w których podział dochodu był coraz bardziej egalitarny, zamieszkuje jedynie 25% światowej populacji5.
Co nie zaskakuje, w posocjalistycznych gospodarkach zwiększenie nierówności zbiega się w czasie z transformacją systemową. Dysproporcje dochodowe najszybciej rosły tam w okresie 1990–1995. Taki obraz dynamiki zmian nierówności pokrywa się ze zmianami, które obserwowaliśmy w Polsce, a więc z drastycznym wzrostem nierówności w latach 1990–1995 (wykres 2). Oprócz transformacji systemowej w Polsce poziom nierówności wynikał także w dużej mierze z cyklu koniunkturalnego i ze związanego z nim poziomu bezrobocia6. Od 2005 roku podział dochodu w naszym kraju zmienia się w niewielkim stopniu (możemy obserwować niewielki spadek, którego nie potwierdzają inne źródła danych).
Wykres 2. Nierówności dochodowe w Polsce w latach 1960–2013 w porównaniu do wybranych państw

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).
Na podstawie danych zaprezentowanych na wykresie nr 1 można odnotować ogromne różnice w poziomie nierówności dochodowych między poszczególnymi państwami. Skąd się one biorą? Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta i stanowi jedno z ciekawszych odkryć ekonomicznych w zakresie nierówności dochodowych. Otóż w swojej nowatorskiej pracy Palma udowodnił7, że różnice w nierównościach dochodowych między państwami biorą się z różnego udziału najbogatszych 10% i najbiedniejszych 40% w dochodzie narodowym. We wszystkich państwach, dowodzi Palma, osoby zaliczające się do V–IX grupy decylowej (a więc równo 50% społeczeństwa) zawsze są w stanie zagwarantować sobie 50% dochodu narodowego. Niezależnie od tego, czy badamy państwa afrykańskie, czy wysoko rozwinięte państwa europejskie, kraje mniej czy bardziej wolnorynkowe, ze słabym bądź silnym państwem, z historią komunistyczną lub kapitalistyczną, z dużą czy małą polityką redystrybucyjną – zawsze około 50% dochodu przypada tej grupie społecznej. Istotne różnice w dystrybucji dochodu pomiędzy państwami występują natomiast w udziale w dochodzie najbiedniejszych i najbogatszych. To te grupy i ich relatywna pozycja w społeczeństwie determinują poziom nierówności dochodowych.
W praktyce zatem dystrybucja dochodu narodowego rozgrywa się pomiędzy najbogatszymi 10% a najbiedniejszymi 40%. To, w jakim stopniu osobom tym udaje się zapewnić sobie udział w dochodzie narodowym, decyduje o zmianach w nierównościach dochodowych. Jak pokazuje wykres 1, w większości państw to najbogatszy decyl w minionym dwudziestoleciu zapewniał sobie coraz to większy kawałek tortu.
Czy i jak bardzo powinniśmy się tym przejmować? Jakie konsekwencje niosą za sobą rosnące nierówności dochodowe? Jakie są mechanizmy wpływu dysproporcji dochodowych na rozwój społeczno-ekonomiczny? To kolejne pytania, na które intensywnie poszukuje się odpowiedzi i na które przynajmniej częściowo udało się ją ekonomistom znaleźć. Choć kontrowersje i spory w tym zakresie wciąż się utrzymują, w ostatnich latach, co może zaskakiwać, wśród ekonomistów wychodzących z odmiennych pozycji światopoglądowych nastąpiło zbliżenie stanowisk na temat konsekwencji nierówności dochodowych. Zbliżenie to polega na powszechnym uznaniu wysokich nierówności dochodowych za barierę długookresowego rozwoju społeczno-gospodarczego oraz potencjalnego czynnika kryzysogennego zaburzającego równowagę między podażą a popytem. Dominację takich poglądów obserwujemy od późnych lat 90., kiedy to powstały obowiązujące do dziś koncepcje teoretyczne. Trend ten został wzmocniony późniejszym o dekadę kryzysem finansowym, którego głębokie przyczyny sięgają nierówności dochodowych.
Nierówności a kapitał w XXI wieku
W jaki sposób nierówności dochodowe hamują rozwój społeczno-gospodarczy? Kanałów oddziaływania jest kilka. Pierwszy z nich, wzbudzający najmniejsze kontrowersje, to kanał kapitału ludzkiego. Otóż w warunkach wysokich nierówności dochodowych inwestycje w kapitał ludzki (a zatem we wszystkie przymioty ludzkie, które ułatwiają produktywną pracę: wiedzę, umiejętności, zdrowie itd.) są dostępne tylko dla niewielkiej, zamożnej części społeczeństwa. Teoretycznie niewielkie zasoby ubogich rodzin mogą być wspierane przez pożyczki, dzięki którym również te grupy społeczne mogłyby inwestować w kapitał ludzki. Zauważmy jednak, że w praktyce niesprawność rynku pożyczkowego wyklucza z niego ubogich – wysokie koszty monitorowania oraz trudności zabezpieczenia kredytu na inwestycje w kapitał ludzki (cóż mogłoby być zabezpieczeniem takiej pożyczki?) sprawiają, że ta ścieżka inwestycyjna pozostaje dla większości niedostępna.
W warunkach wysokich nierówności dochodowych mamy zatem do czynienia z następującą sytuacją: nieliczni bogaci są w stanie inwestować ogromne sumy w swój kapitał ludzki, a liczni ubodzy pozostają słabo wykwalifikowanymi pracownikami. Efekt końcowy jest dla gospodarki niekorzystny: wysokie inwestycje bogatych nie są w stanie rekompensować braku tych inwestycji wśród ubogich. Wynika to ze specyfiki kapitału ludzkiego i jest dość oczywiste – zastanówmy się, jak wiele wiedzy i umiejętności jest w stanie zdobyć przeciętnie utalentowana osoba? Ze względu na ludzkie ograniczenia poznawcze większość z nas nie jest w stanie być jednocześnie sprawnym programistą, lekarzem i przy okazji księgowym, niezależnie od tego, jak wielkie środki finansowe włożylibyśmy w edukację. Zatem, pomimo wysokich możliwości finansowych bogatych osób, zasób kapitału ludzkiego w gospodarce będzie mniejszy niż w przypadku gospodarki o zbliżonym poziomie rozwoju, ale bardziej egalitarnej i tym samym umożliwiającej większej liczbie osób inwestycje w kapitał ludzki.
Problem niewystarczających inwestycji w kapitał ludzki jest niewątpliwie niwelowany w przypadku publicznie dotowanej edukacji na wszystkich szczeblach kształcenia. Nie oznacza to jednak, że w państwach, które ją zapewniają, nie występują problemy opisane powyżej. Przykład Polski pokazuje, że pomimo dużej dostępności publicznej oferty edukacyjnej, wciąż istnieją istotne ograniczenia zasobowe dla inwestycji w kapitał ludzki wśród uboższej części społeczeństwa. Świadczą o tym m.in. edukacyjne nierówności horyzontalne, polegające na niskim udziale uczniów pochodzących z ubogich rodzin w prestiżowych ścieżkach edukacyjnych na uczelniach o wysokiej jakości kształcenia. Badania w Polsce pokazują, że jednym z czynników determinujących dostęp do dobrego wykształcenia jest sytuacja materialna gospodarstwa domowego, która uniemożliwia części uczniów osiągających wysokie wyniki na maturze podjęcie nauki w prestiżowych ośrodkach8.
Zauważmy, że powyższy problem jest mniej dotkliwy w przypadku inwestycji w kapitał fizyczny. W tym przypadku wysokie inwestycje bogatej części społeczeństwa mogą rekompensować brak tych inwestycji wśród ubogich. Otwarte pozostaje pytanie, czy rzeczywiście jest tak w praktyce. Warto ponownie sięgnąć do przytoczonej wcześniej teorii G. Palmy. Wskazuje on, że aby sensownie odpowiedzieć na pytanie o koszty nierówności dochodowych, trzeba spojrzeć nie tylko na udział najbogatszych w dochodzie narodowym, lecz także na to, co ci bogaci z tym dochodem robią. Przypomnijmy koncepcję sprawiedliwości dystrybutywnej J. Rawlsa, zgodnie z którą nierówności dochodowe są usprawiedliwione, o ile służą poprawie losu najbiedniejszych. W niektórych krajach ta legitymizacja nierówności ma znacznie mniejsze podstawy niż w innych. Otóż okazuje się, że najbogatsze 10% społeczeństwa w skrajnie różny sposób dysponuje swoimi dochodami. W krajach Ameryki Południowej, jak przekonuje Palma, najbogatsi preferują posiadanie i następnie zjadanie jak największej części narodowego tortu: jest całkiem oczywiste, że południowoamerykańskie kapitalistyczne elity i ich krewni posiadają unikalne preferencje dla wystawnej, pompatycznej konsumpcji i dla akumulacji ruchomego kapitału niż dla akumulacji kapitału fizycznego9. Świadczy o tym relacja prywatnych inwestycji do udziału X decyla w dochodzie narodowym. W krajach Ameryki Południowej inwestycje wynoszą około 35% dochodu narodowego, podczas gdy w krajach azjatyckich ok. 70%10.
Kolejnym mechanizmem wpływu nierówności dochodowych na rozwój społeczno-gospodarczy jest kanał kapitału społecznego. Zauważa się tutaj, że relacje między ludźmi – to, w jaki sposób się do siebie odnoszą, jak często wchodzą w interakcje, jak bardzo sobie nawzajem ufają – wpływają na produktywność. Tym samym relacje te można traktować jako specyficzną formę kapitału. Kolejne prace pokazują, że wysokie nierówności dochodowe nie są sprzyjającym środowiskiem dla rozwoju kapitału społecznego. Uslaner i Brown sugerują11, że ludzie ufają sobie częściej, gdy łączą ich więzy „wspólnego losu” – gdy podzielają zbliżone przeżycia, problemy i fascynacje. W warunkach wysokich nierówności biedni i bogaci przeżywają zupełnie odmienne życia, często oddzielając się od siebie barierami fizycznymi, zamieszkując odmienne, nieprzenikające się strefy. Do tego dochodzić może wzajemna nieufność spowodowana percepcją nierówności. Jeżeli jednostki relatywnie ubogie postrzegają podział dochodu jako niesprawiedliwy i wynikający z nieuczciwego zachowania bogatych, to w naturalny sposób z dużą dozą ostrożności podchodzą do wszelakich interakcji z zamożniejszą częścią społeczeństwa i do elit społecznych. Jeżeli natomiast nierówności są postrzegane jako niesprawiedliwe i wynikające z nieuczciwych działań polityków czy niesprawnych instytucji państwowych, to możemy się spodziewać ogólnego spadku zaufania do klasy politycznej i instytucji państwa. Brakowi zaufania towarzyszy często wycofanie się z aktywnego życia obywatelskiego i politycznego.
Nierówności jako przyczyna kryzysu finansowego
Do łask głównego nurtu badań ekonomicznych w ostatnich latach powróciła także kwestia równowagi między popytem a podażą, która jest determinowana nierównościami dochodowymi. Warto odnotować, że badania w tym obszarze są w istocie powrotem do prac ekonomicznych z połowy XX wieku, m.in. do koncepcji wybitnego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego.
Jak nierówności dochodowe mają się do równowagi między popytem a podażą? Badania ekonomiczne podpowiadają, że osoby biedne mają wyższą skłonność do konsumpcji niż osoby bogate – a zatem, że większość swojego bieżącego dochodu wydają na bieżącą konsumpcję. Jednostki bogate natomiast znacznie większą część dochodu oszczędzają. Moglibyśmy postrzegać ten fenomen jako coś pozytywnego, bo przecież oszczędności są niezbędne do podjęcia inwestycji. Jednak, zgodnie z argumentacją wysuniętą po raz pierwszy przez ekonomię keynesowską, zauważa się, że inwestycje, choć potencjalnie możliwe (ze względu na występujące oszczędności), nie będą podejmowane, jeżeli przedsiębiorcy nie znajdą chętnych na zakup towarów i usług wytworzonych wskutek samych tych inwestycji. W takich warunkach nie istnieją zatem zachęty do inwestowania w realną gospodarkę.
Z dużym prawdopodobieństwem natomiast będziemy obserwować odpływ oszczędności w kierunku rynków finansowych, które kuszą wysokimi stopami zwrotu. Rynki finansowe kuszą tym bardziej, że w warunkach rosnących nierówności dochodowych coraz więcej osób zgłasza zapotrzebowanie na usługi finansowe. Relatywnie ubożejąca klasa średnia oraz niższa, aby utrzymać swój poziom konsumpcji, zaciągają coraz więcej kredytów konsumpcyjnych i tym samym zachęcają bogatą część społeczeństwa do lokowania nadwyżek na rynkach finansowych. Zauważmy, że mechanizm ten pozwala na powrót do równowagi między popytem a podażą, ale jednocześnie zwiększa wrażliwość systemu finansowego i naraża go na kryzysy, takie jak ten z 2008 roku. Zatem to właśnie nierówności dochodowe traktowane są jako strukturalna przyczyna kryzysu finansowego, a następnie gospodarczego. Wszystkie pozostałe wyjaśnienia, łącznie z błędami państwa, z niewłaściwymi regulacjami rynku finansowego, z mechanizmami (nie)działania instrumentów pochodnych czy z chciwością i nieodpowiedzialnością banków, są wyjaśnieniami ważnymi, ale o charakterze technicznym, wskazującymi raczej na iskrę zapalną, na bezpośrednią przyczynę wybuchu kryzysu, a nie na fundamentalne mechanizmy powstawania napięć i nierównowagi w systemie gospodarczym. Taka percepcja kryzysu z 2008 roku jest wyraźnie artykułowana przez coraz większą liczbę ekonomistów12.
Nierówności a motywacja
Często pojawiającym się wątkiem w dyskusji o nierównościach jest ich potencjalnie pozytywna rola informacyjna i motywacyjna. Przy założeniu, że udaje się znacznie obniżyć nierówności dochodowe i tym samym zniwelować ich negatywne konsekwencje, warto rozważyć, czy nie będzie się to wiązało z kosztami innego rodzaju. Przyznać przecież należy, że różnice w dochodach obserwowane w różnych zawodach, na różnych stanowiskach, związane z odmiennym doświadczeniem, wiedzą, wysiłkiem, zdolnościami czy priorytetami życiowymi, stanowią istotną część obserwowanych nierówności (wciąż jednak tylko część!). Różnice te to bodźce do podnoszenia własnych kompetencji, do ponoszenia ryzyka inwestycyjnego, do wysiłku związanego z przebranżowieniem czy z kształceniem swoich dzieci. W tym sensie nierówności są motorem postępu, szczególnie gdy doświadczamy istotnych zmian technologicznych, które wymagają porzucania dotychczasowych zajęć i poszukiwania umiejętności i wiedzy w sektorach wykorzystujących nowoczesną technologię. Kwestia ta często wykorzystywana jest w rozlicznych publicznych przepychankach na temat nierówności i przedstawiana jako antyegalitarny argument kończący dyskusję.
W dyskusjach tych niestety pomija się często kilka bardziej złożonych problemów. Po pierwsze, aby bodźce do działania były skuteczne, ludzie muszą być wyposażeni w narzędzia do realizacji tych działań. Możemy zatem wyobrazić sobie sytuację, gdy wysokie nierówności rzeczywiście zachęcają do aktywności, ale ze względu na ograniczenia materialne, czasowe i inne działanie to jest niemożliwe. Końcowym efektem będzie prawdopodobnie wzrost frustracji, a nie aktywności. Po drugie, warto się bliżej przyjrzeć zależności między nierównościami a bodźcami do wszelakiej aktywności. W najprostszym ujęciu – im nierówności będą mniejsze, tym i bodźce będą słabsze. Można jednak przypuszczać, że zależność między nierównościami a bodźcami aktywizującymi wcale nie jest liniowa. Choć obszar ten wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji, możemy zauważyć, że mało prawdopodobnym jest, aby szybko rosnące płace korporacyjnych prezesów rzeczywiście stanowiły bodźce do aktywności dla całej reszty społeczeństwa. Istnieją liczne przykłady mikroekonomiczne, z których wynika, że najlepszy motywacyjny system bonusów pracowniczych w przedsiębiorstwach wcale nie polega na zapewnieniu wysokiej wygranej najlepszemu pracownikowi, wtedy bowiem tylko najlepsi z najlepszych wysoko oceniają swoje szanse otrzymania nagrody i tylko oni podnoszą poziom zaangażowania. Znacznie lepsze efekty przynosi natomiast „podział na ligi”, świetnie znany ze świata sportu, w którym wszyscy uczestnicy widzą szansę zdobycia dodatkowej nagrody. Analogicznie, choć z pewną dozą ostrożności, wnioskować można o makroekonomicznych nierównościach – prawdopodobnie po przekroczeniu pewnego poziomu dalsze ich wzrosty wcale nie przysparzają dodatkowych bodźców do działania ze względu na niską percepcję szans osiągnięcia sukcesu. Jednocześnie wzrost ten wzmagać będzie opisane wcześniej negatywne konsekwencje nierówności dochodowych.
Dodatkowo należy wspomnieć, że w praktyce mechanizm motywujący nierówności działa z jeszcze innego powodu w mniejszym zakresie, niż byśmy chcieli. Badania empiryczne wskazują, że decyzje o przekwalifikowaniu podejmują przede wszystkim osoby młode, podczas gdy starsze pokolenia cechują się niską mobilnością nawet wtedy, gdy przebranżowienie jest jedyną ucieczką od bezrobocia13. Tym samym pozytywne znaczenie nierówności dochodowych dla rozwoju jest minimalizowane przez przyzwyczajenia, ograniczenia poznawcze, niechęć do zmian, a często także przez brak czasu i zasobów, które są zresztą uwarunkowane również tymi nierównościami. Podręcznikowy mechanizm działa zatem w mniejszym stopniu niż wynikałoby to z modelowej analizy człowieka racjonalnego.
Jakub Bartak
Przypisy:
- N. Shaxson, J. Christensen, N. Mathiason, Inequality: You don’t know the half of it, Tax Justice Network, 2012.
- A.B. Atkinson, The economics of inequality, Clarendon Press, Oxford 1983, s. 47.
- J.K. Galbraith, Global inequality and global macroeconomic, „Journal of Policy Modeling” 2007, t. 29, nr 4.
- M.E. Dabla-Norris i in., Causes and consequences of income inequality: a global perspective, International Monetary Fund, 2015.
- United Nations, Inequality matters, 2013, s. 30.
- M. Brzeziński, Nierówności w Polsce na tle krajów Unii Europejskiej, http://coin.wne.uw.edu.pl/mbrzezinski/research/MB_KEP_2013.pdf (1.04.2016).
- J.G. Palma, Homogeneous Middles vs. Heterogeneous Tails, and the End of the ‘Inverted-U’: It’s All About the Share of the Rich, „Development and Change” 2011, t. 42, nr 1.
- K. Czarnecki, Uwarunkowania nierówności horyzontalnych w dostępie do szkolnictwa wyższego w Polsce, „Nauka i Szkolnictwo Wyższe” 2015, nr 1 (45), s. 183.
- J.G. Palma, op. cit., s. 34.
- Ibidem, s. 33.
- E.M. Uslaner, M. Brown, Inequality, trust, and civic engagement, „American Politics Research” 2005, t. 33, nr 6.
- J.P. Fitoussi, F. Saraceno, Europe: how deep is a crisis? Policy responses and structural factors behind diverging performances, „Journal of Globalization and Development” 2010, t. 1, nr 1; R. Ranciere, M. Kumhof, Inequality, leverage and crises, International Monetary Fund, 2010; E. Stockhammer, Rising inequality as a cause of the present crisis, „Cambridge Journal of Economics” 2015, t. 39, nr 3.
- A.C. Gielen, J.C. van Ours, Age-Specific Cyclical Effects in Job Reallocation and Labor Mobility, Institute for the Study of Labor (IZA), 2005.