Klasa robotnicza na ekranie telewizyjnym

Dzisiejszym miłośnikom kina może się wydawać, że znakiem rozpoznawczym angielskiej kinematografii od zawsze był realizm. Charakterystyczne cechy, takie jak szybkie wymiany zdań, cięte riposty, błyskotliwe dialogi, naturalistyczna sceneria czy użycie języka potocznego i dialektów, często są stawiane za wzór przy tworzeniu wiarygodnych scenariuszy. Wbrew pozorom sukcesy Kena Loacha czy Mike’a Leigh nie miały swych źródeł w kinie, lecz w znienawidzonym dziś i wyśmiewanym przez burżuazyjnych artystów medium, jakim jest telewizja publiczna.

Źródła, inspiracje, konteksty

Telewizja brytyjska i tradycje teatralne odegrały ogromną rolę w rozwijaniu talentów filmowych. To dla niej kręcili i pisali mistrzowie: Stephen Frears, Alan Clarke, Ken Loach, Mike Leigh, Mike Newell czy nieznani w Polsce pisarze, producenci i scenarzyści, tacy jak Tony Garnett, Alan Bleasdale, Nell Dunn, David Leland, Barry Hines, John Osborne. Szczególnie popularne były trzy serie sztuk telewizyjnych: „Armchair Theatre” (1956–1974), „The Wednesday Play” (1964–1970) i „Play for Today” (1970–1984).

Sztuka telewizyjna to osobny gatunek, charakterystyczny dla telewizji brytyjskiej, czerpiący mocno z ówczesnego kina, teatru i literatury – a więc wypadkowa tych trzech mediów. Źródeł teatralnych należy upatrywać w czasach Złotej Ery Telewizji w Stanach Zjednoczonych (1948–1960), kiedy to transmitowano ze studia sztuki dramatyczne prezentowane na żywo, podobnie jak to robił we wczesnym stadium nasz rodzimy Teatr Telewizji. Brytyjskie sztuki były jednak nagrywane na taśmę filmową, poddane regułom kinowego montażu, a także nie ograniczały się do studia telewizyjnego, lecz były kręcone w naturalnych sceneriach. Literackie inspiracje brały się z obieranej tematyki: moralnego, socjologicznego i psychologicznego portretowania brytyjskiej klasy pracującej. Sztuki te zbierały przed telewizorami całe rodziny; mało tego – społeczności lokalne spotykały się w pubach, aby oglądać kolejne odcinki.

Nie miało to nic wspólnego z operami mydlanymi. Gatunkowo sztuki telewizyjne mieściły się w definicji społecznego realizmu, nawiązującego do tzw.kitchen-sink drama (pol. „dramat zlewu kuchennego”), nurtu obecnego w teatrze, filmie i literaturze przełomu lat 50. i 60. Przedstawiały życie przeciętnych Brytyjczyków z klasy robotniczej w codziennym otoczeniu, z wykorzystaniem naturalnych dialogów, bez dramatycznych napięć i zwrotów akcji. Społeczny realizm (termin raczej rzadko używany w polskim piśmiennictwie krytycznym)1 tym różnił się od socrealizmu, że ten drugi był jedynym kierunkiem w sztuce aprobowanym przez władze komunistyczne w krajach „demoludów”. Była to estetyczna gałąź propagandy, mająca za zadanie wyrażać i wspierać dążenia tejże władzy do utrzymania przewagi. Nie miała oczywiście nic wspólnego z jakimkolwiek realizmem. Pierwszy z kolei był oddolnym, choć nieprzypadkowym jak na tamte czasy dążeniem twórców do opisu życia i otaczającego ich świata. Nierzadko byli to twórcy o poglądach lewicowych, humanistycznych czy socjalistycznych, lecz nie stanowiło to reguły: miernikiem była wrażliwość na codzienną rzeczywistość.

Pomimo estetycznych różnic, społeczny realizm był w powojennych czasach wszechobecny w kinie i literaturze – wystarczy wspomnieć włoski neorealizm, polską szkołę filmową, kino japońskie czy bengalskie, literaturę skandynawską, indyjską, radziecką. Wiązało się to oczywiście z pokłosiem II wojny światowej, odradzaniem się ze zgliszcz tak w sensie fizycznym, jak i moralnym, a także z emancypacją klasy robotniczej oraz ze zrzuceniem przez wiele krajów łańcuchów kolonializmu.

W 1947 roku powstał film „W niedzielę zawsze pada deszcz” (It Always Rains on Sunday, reż. Robert Hamer)2, opowiadający historię mieszkańców Bethnal Green na londyńskim East Endzie, w tradycyjnej dzielnicy dokerów i imigrantów, mocno zniszczonej przez wojenne bombardowania, zmagającej się z biedą i przestępczością. Bohaterka filmu, mężatka i matka dwóch córek, kierowana dawnym uczuciem daje schronienie byłemu chłopakowi, który właśnie uciekł z więzienia. Policyjna obława zacieśnia się, zbieg znika, a bohaterka próbuje popełnić samobójstwo, po tym jak wychodzi na jaw, że ukrywała przestępcę. Fabuła była typowa dla ówczesnego filmu noir i tak też film został zakwalifikowany przez krytyków. Publiczność doceniła ekranową intrygę, dzięki czemu obraz był jednym z popularniejszych w 1948 roku, chociaż pozostał w cieniu produkcji gigantów tamtych lat: Davida Leana, Carola Reeda, tandemu Michael Powell – Emeric Pressburger czy kasowych melodramatów zupełnie dziś zapomnianego, nawet w Anglii, Herberta Wilcoxa. Szybko jednak popadł w zapomnienie jako jeden z wielu popularnych „czarnych” filmów tamtej epoki, tym bardziej, że reżyser Robert Hamer już rok później nakręcił kasową komedię „Szlachectwo zobowiązuje” (Kind Hearts and Coronets, 1949). Dzięki niej zapisał się na trwałe w historii kinematografii, zdobyła ona bowiem miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych brytyjskich filmów według British Film Institute3. Niespodziewanie w 2008 roku „W niedzielę zawsze pada deszcz” zwrócił uwagę krytyków podczas pokazów w Nowym Jorku. Cztery lata później miał swoją ponowną premierę w Wielkiej Brytanii, wraz z nowszą wersją na DVD. Nie fabuła, ale realistyczny portret klas niższych, sceny uliczne, autentyczne wnętrza oraz odwzorowanie „kawałka życia” (slice-of-life) dały zasłużone laury produkcji zapomnianej przez lata – zwiastunowi społecznego realizmu późniejszych lat.

Społeczny realizm na stałe znalazł miejsce w kulturze i sztuce brytyjskiej jednak dopiero wraz z premierą sztuki Johna Osborne’a „Miłość i gniew” z 1956 roku, pierwszymi pokazami ruchu dokumentalistów pod szyldem Free Cinema (1956) oraz wejściem na ekrany filmów grupy „Angry Young Men” – Jacka Claytona („Miejsce na górze”), Karela Reisza („Z soboty na niedzielę”), Lindsaya Andersona („Sportowe życie”) i Tony’ego Richardsona („Miłość i gniew”, „Smak miodu”). Krytycy zwracają uwagę, że w angielskim teatrze było to możliwe dzięki odważnemu złamaniu reguł panujących w dramatopisarstwie od XIX wieku. Niższe klasy były do tej pory portretowane w sposób sztuczny, wykształceni pisarze opisywali je, nie znając tematu z autopsji. Zbiegło się to z inspiracją neorealizmem i polską szkołą filmową oraz z „nową falą” najpierw w filmie europejskim, a później także światowym. Powojenne pokolenie brytyjskich autorów pochodziło głównie z klasy robotniczej lub niższej klasy średniej, dzięki czemu ich opowieści miały autentyczny wymiar. Jednak, z dzisiejszej perspektywy, filmy te nadal w pewien sposób tkwiły w „klasycyzmie”, ponieważ były to produkcje wielkich studiów filmowych, a role odgrywali popularni aktorzy. Szansą na „coś więcej” okazała się telewizja.

Szklana pogoda

Najpierw w 1956 roku na ekranach telewizorów pojawił się „Armchair Theatre”, który był emitowany co niedzielę w wieczornym paśmie na kanale ITV, jedynej wówczas stacji komercyjnej. Na grunt brytyjski gatunek sztuki telewizyjnej przeszczepił Kanadyjczyk Sydney Newman. Dzięki wstawiennictwu znanego lewicowego dokumentalisty, Johna Griersona, dostał się do stacji NBC, w której zajmował się dla kanadyjskiej CBC (odpowiednik brytyjskiej BBC) analizą technik telewizyjnych ze szczególnym uwzględnieniem relacji na żywo, dramatu i filmu dokumentalnego. Nabyte umiejętności rozwijał po powrocie do Kanady, skupiając wokół siebie wielu młodych, utalentowanych scenarzystów i filmowców. Wielu z nich umożliwił start w telewizji. W 1958 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii na zaproszenie szefa korporacji ABC Television. Zastał tamtejszą telewizję w fatalnym stanie, a także podzielone klasowo społeczeństwo. Na małym ekranie pokazywano jedynie klasyczne sztuki lub ich miałkie podróbki opowiadające o życiu burżuazji. Słynne jest powiedzenie Newmana: „W cholerę z klasą wyższą. Przecież oni nawet nie mają telewizorów!”.

W ABC działał podobnie jak w Kanadzie: z nowymi twórcami, na oryginalnych tekstach pisanych specjalnie dla „Armchair Theatre”, poruszających tematy społeczne z perspektywy zwykłego widza, np. po raz pierwszy publicznie podjęto temat rozwodów czy rasizmu. Program ten przejął po Howardzie Thomasie, szefie ABC, dzięki któremu pojawił się w Wielkiej Brytanii. Równocześnie powstał serial „Rewolwer i melonik”, który zdobył niebywały rozgłos i sukces również poza granicami kraju. Po kilku latach Newman przeniósł się do BBC, aby również tam „potrząsnąć” zmurszałą formą telewizyjnych sztuk, wprowadzając twórców „Angry Young Men” i walnie przyczyniając się do stworzenia gatunku zwanego, wówczas pejoratywnie, kitchen-sink drama.

Właśnie wtedy pojawił się Ken Loach, zadeklarowany socjalista, który rozpoczął pracę jako jeden z wielu reżyserów sztuk telewizyjnych dla BBC – serii „The Wednesday Play”. Były to niskobudżetowe produkcje publicznej telewizji w czasach, kiedy istniało coś takiego jak świadoma polityka edukacyjna zwana „misją publiczną”, podobne do „Armchair Theatre”, lecz o nowatorskiej formie. Konfrontowały widzów z życiem klasy robotniczej i ważnymi problemami społecznymi, takimi jak aborcja, bezdomność, bezrobocie, apartheid, wojna jądrowa. Celem Newmana, autora projektu, było wyrwanie BBC z apatii „bezpiecznych tematów” i nadanie telewizji wigoru i ostrości, co na pewno się udało. „Gra wojenna” Petera Watkinsa, opisująca domniemane skutki ataku jądrowego na terytorium Brytanii, tak wstrząsnęła cenzorami BBC, że nie chciano się odważyć na emisję. Odcinki trwające od godziny do 90 minut były pisane przez dziennikarzy, dramaturgów lub pisarzy, a następnie przekazywane młodym reżyserom, którzy często zatrudniali aktorów niezawodowych. Jak to jednak bywało z dawną telewizją, ze 170 odcinków wyemitowanych w latach 1964–1970 w archiwach BBC zachowało się jedynie 76, z czego większość nie jest obecnie dostępna ani w internecie, ani na DVD. Jedynie kariera filmowa Kena Loacha pozwoliła na wyciągnięcie z niebytu kilku odcinków tej niezwykle popularnej serii („Three Clear Sundays”, „Up the Junction”, „The End of Arthur’s Marriage”, „Cathy Come Home”, „In Two Minds”, „The Big Flame”).

Schodząca z ekranów seria „The Wednesday Play” zrobiła miejsce kolejnej podobnej serii, „Play for Today”, która została zakończona w 1984 roku decyzją zakazu emisji, wydaną przez konserwatywny rząd Margaret Thatcher. Seria został wówczas określona jako „kontrowersyjny i niebezpieczny program o inklinacjach socjalistycznej propagandy”.

Nostalgia za starą Anglią?

Innym, równie zapomnianym rodzajem programu, są sitcomy opowiadające o życiu zwyczajnych Brytyjczyków. Nie mam tu na myśli oper mydlanych czy innych tasiemców niewiele różniących się od naszych „Plebanii” i „M jak miłość”, lecz seriale komediowe w rodzaju znanych także w Polsce „24 godziny na dobę”, „Tylko głupcy i konie” lub „Co ludzie powiedzą?”. Dawniej telewizja brytyjska produkowała wiele komedii portretujących klasę robotniczą, która była w centrum zainteresowania producentów i scenarzystów telewizyjnych („Porridge”, „Brush Strokes”, „Steptoe and Son”, „Rising Damp”). Jednak w latach 90. porzucono cierpki i niepoprawny politycznie humor, znany na przykład z opowiadającej o imigrantach produkcji w rodzaju „Mind Your Language”, na rzecz płaskiego i bezpiecznego dowcipu dla dobrze sytuowanej klasy średniej. Ostatnimi laty zaś rekordy oglądalności biją seriale kryminalne.

Z brytyjskich seriali w Polsce znamy głównie kultowy „Latający Cyrk Monty Pythona”, który raczył nas humorem intelektualnym i nie jest w żaden sposób, wbrew obiegowej opinii krążącej nad Wisłą, typowym przykładem humoru angielskiego – wręcz przeciwnie. Konserwatywne pod względem humoru seriale „Pan wzywał, milordzie?”, „‘Allo ‘Allo”, „Hotel Zacisze”, „Czarna Żmija” czy „Czerwony karzeł” również nie są najlepszymi przykładami portretowania życia mieszkańców Brytanii. Na szczęście dzisiaj dzięki internetowi możemy nadrabiać straty. Z łatwością uda nam się znaleźć większość odcinków „Birds of a Feather”, „‘Til Death Us Do Part” czy „Bread”. Komedia „robotnicza” opierała się głównie na humorze sytuacyjnym, regionalnych różnicach dialektalnych i bohaterach, którzy nieudolnie próbowali wyrwać się ze swojej klasy społecznej do wyższej („Steptoe and Son”, „Co ludzie powiedzą?”, „Tylko głupcy i konie”, „Whatever Happened to the Likely Lads?”, „Going Straight”).

W 2011 roku ówczesny szef programowy BBC Danny Cohen (żeby było zabawnie – żydowski syn radcy prawnego po Uniwersytecie Oksfordzkim, raczej nie working-class mate) obwieścił, że stacja chce powrócić do odbiorców z klasy robotniczej, prezentując seriale umiejscowione w ich środowisku. I słowa dotrzymał, bo pojawiły się odnoszące sukcesy serie „Trafny wybór”, „Z pamiętnika położnej”, „Cradle to Grave”, „Wciąż 24 godziny na dobę”, „Last Tango in Halifax”, „Happy Valley” czy „Car-Share”. Jednak z podsumowaniem, czy jest to nowy trend, czy tylko chwilowa fanaberia byłego już dyrektora BBC, trzeba się wstrzymać. Niewątpliwie odegrała tu rolę nostalgia za „Ye Olde England”, „starą dobrą Anglią”, bo seriale „Z pamiętnika położnej” czy „Cradle to Grave” są umiejscowione w środowisku robotniczym lat 50. i 70. Z kolei „Wciąż 24 godziny na dobę” jest nieco sentymentalną kontynuacją pokazywanego kiedyś w Polsce „24 godziny na dobę”, serialu z lat 70. o prowincjonalnym sklepiku. Gdyby tak u nas scenarzyści i twórcy seriali byli na tyle odważni, żeby zamiast świecznikowych produkcji o wojennej młodzieży, księżach, lekarzach, detektywach czy menedżerach nawiązać do trochę innych tematów… Na przykład do obrazów takich jak „Dom”, „Siedem stron świata”, „Daleko od szosy”, „Wojna domowa”, „Ślad na ziemi”, „Dziewczyna z Mazur”, „Blisko, coraz bliżej”, neorealistycznych seriali Stanisława Jędryki czy obydwu słynnych produkcji Stanisława Barei. Paradoksalnie jedynym dobrym, a nie powstałym na licencji (jak np. „Miodowe lata” zrealizowane na podstawie amerykańskiego robotniczego serialu z lat 50. – „The Honeymooners”) polskim serialem o takiej tematyce byli… „Londyńczycy”, chociaż formułę tę paralitycznie i nieudolnie próbują zastępować paradokumentalne „Trudne sprawy” (na niemieckiej licencji „Familien im Brennpunkt”) i „Dlaczego ja?” (również niemiecki „Verdachtsfälle”). Chyba szybko nie doczekamy się więc historii z życia przeciętnego mieszkańca kraju umiejscowionego między Cottbus a Brześciem.

Niedawny sukces Kena Loacha, który za swój najnowszy film „Ja, Daniel Blake” otrzymał Złotą Palmę w Cannes, nie wziął się znikąd. Anglicy są przesiąknięci szekspirowską tradycją jak gąbka. Szekspirowskie cięte dialogi mają we krwi. Wystarczy iskra talentu, żeby to przetworzyć i wykorzystać w trakcie pisania serialu – mówił w wywiadzie dla „Dwutygodnika” Maciej Maciejewski, scenarzysta „Gliny”4. Te trzy zdania to chyba zgrabne wytłumaczenie sukcesów wyspiarskich produkcji telewizyjnych.

Jacek Żebrowski

Przypisy:

  1. Określenia „społeczny realizm” i „socrealizm” brzmią podobnie w języku angielskim – social realism i socialist realism – stąd niezbędne jest wyjaśnienie różnic między obydwoma terminami.
  2. Ponieważ nie udało mi się znaleźć w żadnym źródle, czy film miał premierę w Polsce, moje tłumaczenie tytułu zapożyczyłem z zakończenia „Pierwszego kroku w chmurach” Marka Hłaski i książki węgierskiego pisarza Gézy Molnára.
  3. http://news.bbc.co.uk/1/hi/entertainment/455170.stm
  4. http://www.dwutygodnik.com/artykul/6555-glos-wiekszosci.html

Krajobraz ze stocku

Plakat festiwalu Jazz nad Odrą 1989 autorstwa Jacka Wolffa i Wojciecha Zawadzkiego przedstawia Wrocław w wersji wielkomiejskiej – najpewniej zgodnie z wyobrażeniem autorów o „cywilizowanym świecie”. Znakiem cywilizacji jest tu przede wszystkim wszechobecność reklam. Kamienice na czarno-białej fotografii graficy przyozdobili mnóstwem kolorowych szyldów, bannerów, wywieszek – z charakterystyczną dla epoki dezynwolturą traktując ochronę znaku firmowego. Prawdopodobnie wycięto je z katalogu typu „Quelle”, który docierał wówczas do Polski w przesyłkach zagranicznych (i często był postrzegany jako rodzaj przewodnika po życiu w „normalnym kraju”). Wyobrażoną wielkomiejskość autorzy plakatu kupili w pełnym pakiecie – obok reklam samochodów i aparatów fotograficznych pojawia się również „Sex Party”. Zderzenie z tym plakatem po niemal 30 latach przynosi wrażenia z pogranicza śmiechu i przerażenia – autorzy chyba posiedli zdolność przewidywania przyszłości, bo Wrocław i inne polskie miasta tak właśnie wyglądają. Jedyna, ale zmieniająca wszystko różnica polega na tym, że zamiast aury prestiżowej wielkomiejskości otrzymaliśmy beztroski bałagan. Italo Calvino pisał jeszcze w latach 70. w „Niewidzialnych miastach”: Cechą przestrzeni miejskich jest przerost semiozy. Nazwy, symbole, ikony, reklamy przesłaniają domy, place, ludzi. Przerost semiozy, który nastąpił w Polsce, wydaje się szczególnie dotkliwy, przesłania bowiem wszystko, nawet Tatry – Podhale to region najbardziej niesławny pod względem wizualnego chaosu.

Dyskurs popularny na temat przestrzeni publicznej w Polsce ukształtowało zgodne założenie, że jest brzydko. Wyartykułowane zostało przede wszystkim w tekstach Filipa Springera i Piotra Sarzyńskiego (arcymalkontentów z zasady, którzy jednak uczciwie wskazują systemowe przyczyny), a także Ziemowita Szczerka (u niego brzydota ma rys egzotyczny i poczciwy, to brzydota o dobrym serduszku). Z jednej strony – polemizowanie z takim stanowiskiem jest bezcelowe, bo konieczne byłoby zignorowanie oczywistych zjawisk: wszędobylskiej reklamy, bezczelnej i agresywnej polityki deweloperów, bezinteresownego wandalizmu, śmiecenia. Tego nie da się nie zauważać. Z drugiej strony jednak narzekanie, nawet w dydaktycznym, uświadamiającym tonie, to nie wszystko, to zatrzymanie się na samym początku drogi. Konieczne jest bowiem zadecydowanie, co robić dalej i co jest wykonalne. Można oczywiście popaść w tożsamościowo-kompensacyjne tony, tarzać się z upodobaniem we własnym położeniu i reagować odruchem kolanowym na krytykę: jest brzydko, ale to nasza własna brzydota, inni nie będziemy! Jest w tym jednak nuta smutnego masochizmu i pogodzenia się z podłym losem. Można przyjrzeć się temu, co wymknęło się spod kontroli, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się stało, a przede wszystkim – określić, gdzie i jak chcielibyśmy przebywać i mieszkać.

Smutny aktualnie kształt polskiego krajobrazu to kombinacja kilku elementów. Są to brak właściwego prawa, obyczaj zezwalający częściowo na bierność czy nadmiernie szeroki margines laissez-faire i wreszcie: czynnik finansowo-biznesowy. Wielokrotnie zdarzało mi się trafiać na refleksje czy mimowolne obserwacje dotyczące zmian w przestrzeni, gdy pisałam „Duchologię polską”, co pozwalało częściowo prześledzić zachodzące zmiany. Amatorska fotografia lat 70. i 80., fotograficzne „szkicowniki” Jerzego Lewczyńskiego, Davida Hlynsky’ego czy Władysława Hasiora ukazują często nie tylko pierwsze jaskółki wizualnej anarchii, plamy chaosu pojawiające się w odgórnie planowanej przestrzeni, ale także zaniedbania, brud, bałagan, które pracowicie gumkowano z pocztówek z betonowego raju (ich wspaniałą kolekcję opublikował ostatnio Mikołaj Długosz w „Lecie w mieście”). Pomału jednak w krajobraz wkrada się reklama, nie tylko państwowo usankcjonowana poprzez murale, ale także amatorska, jak ręcznie namalowany plakat „Samomyjki”, wypatrzony przez Hlynsky’ego w jednym z krakowskich sklepów. W przestrzeni pojawia się sporo amatorskiej twórczości, niekoniecznie tylko w obrębie ogródka działkowego, gdzie to – jak w głośnym eseju opisał Roch Sulima – kultywowano kreatywność w duchu zrób to sam. Rozmaite szyldy i plansze, fronty sklepów, wystawy, wszystkie stawały się polem twórczości wernakularnej.

Urządzanie miasta po swojemu (z dobrym i złym skutkiem oczywiście) nie jest więc zjawiskiem nowym; jeszcze w latach 70. Marcin Czerwiński starał się przeprowadzić obronę fenomenu, który wówczas określano jako kicz miejski: niejeden szyld, niejedna reklama, witryny, zaaranżowanie kwietników, malunki geometryczne na ławkach i sztachetach, balkony z ich domowej roboty zasłonkami, markizami itp. Jest to po prostu w mieście taki oto żywioł plastyczny, który przeziera co krok. Uzasadniał także miejsce dla „domków polskich”; domek taki, zamieszkiwany przez typ „drobnego ciułacza”, zrodził się na obszarach miejskich i przymiejskich już poza obrębem folkloru, natomiast w obrębie działania rynku, dla którego pracował tartak, cegielnia czy blacharnia, narodził się w sferze społecznej, nieaspirującej do wzorców mieszczańskich czy ziemiańskich. Wydaje się, że właśnie domek polski i kicz miejski to niewinni, budzący dzisiaj sympatyczne skojarzenia protoplaści aktualnego bałaganu przestrzennego.

Podobnie ciepłe uczucia można żywić do zanikającego już powoli zjawiska typopolo, charakterystycznego dla wczesnego kapitalizmu. Powszechna dostępność kolorowych folii samoprzylepnych spopularyzowała szyldy autorstwa samych właścicieli drobnych biznesików, często nieporadne, bez ładu i składu, ale przez to oryginalne i pozwalające dostrzec dobre chęci. „Dziki” kapitalizm w Polsce lat 90. przyniósł w estetyce ofensywę amatorki, w której od czasu do czasu pojawiały się przejawy naprawdę błyskotliwej wyobraźni. Stylistyka aspiracyjna (o której indywidualnym wymiarze, przejawiającym się we „właściwym” stroju, rekreacji i hobby, pisze znakomicie Magda Szcześniak w „Normach widzialności”) kazała zdobić szklanymi frontami banki i urzędy, a nowe gmachy stawiać w stylu postmodernistycznym, najlepiej wściekle kolorowe. Równolegle z nią istniał jednak wszechświat mało-sklepikowo-bazarowy, w którym królowało typopolo nalepione pobieżnie na front PRL-owskiego sklepu. Elementem, który zostanie zauważony zapewne przez niewielu, więc być może tym bardziej warto o nim przypomnieć, jest estetyka wernakularna i oddolna kreatywność mieszkańców: wszystkie wynalazki architektoniczne i dekoratorskie, które powstają z pomysłowości, potrzeby chwili czy chęci ozdobienia otoczenia, a przy tym nie są sformatowane przez łatwo dostępne gotowce. Najprostsze sześciany „kostek polskich” niejednokrotnie zdobiono mozaikami z potłuczonej ceramiki (w mojej okolicy obowiązuje kolor morski), balkony blokowisk przeobrażały się w egzotyczne palmiarnie wyłożone warstwami mat, a balustrady pokrywały się kolorowymi pasami z tworzywa. Obecnie nawet ogródki działkowe, które łatwo wyposażyć sprzętem z marketów budowlanych, nie są już ostoją oryginalnych samoróbek. Jednym z niewielu nowych zjawisk na tym polu, z pewnością godnym odnotowania, jest drugie życie opon, które funkcjonują jako huśtawki, klomby, a nawet fantazyjne łabędzie.

Wszystkie te zjawiska są prekursorskie w stosunku do aktualnego stanu rzeczy i znamionuje je pewna radosna anarchia. Różnica między 1991 a 2016 jest jednak znacząca: przed dwiema dekadami większość wspomnianych wyrobów była „jednorazowa” – niemal nieobecnym zjawiskiem były bary czy sklepy sieciowe. Aktualnie natomiast mamy do czynienia z kombinacjami prefabrykatów, z inwazją klonów. Najłatwiej zauważyć to nie tylko po wszechobecności dyskontów spożywczych, które stopniowo eliminują sklepy indywidualne, ale także po obecności fotografii stockowej w reklamie produkowanej przez trzecioligowe agencje i studyjka poligraficzne. Pojawiają się na nich wciąż te same twarze z banku zdjęć, podobne ornamenty, zbliżona typografia. W parze ze sformatowaniem przestrzeni idzie łopatologiczne myślenie o reklamie, zgodnie z którym wskazówki do sklepu, hurtowni, warsztatu muszą być natrętne, a jeśli kiosk nie zostanie otoczony ze wszystkich stron świata strzałkami wskazującymi „to jest kiosk”, żaden klient nie domyśli się, co to za obiekt.

Ewolucja polskiej przestrzeni publicznej idzie w parze z modami gastronomicznymi, motoryzacyjnymi itp. Z jednej strony mamy estetykę „na sterydach”, a w niej wspólny mianownik znajdują energy drinki oraz szybkie auta, z których w środku nocy słychać głośną, basową muzykę. Z drugiej – w schludnych kawiarniach miękkie akustyczne melodie sączą się przy aromatycznych napojach i dietetycznym cieście; te lokale mają bardziej dyskretne liternictwo, elegancko zaprojektowane logo. Oczywiście ich wygląd jest ściśle związany z zawartością. Krótkowzroczne i niedobre byłoby narzekanie na pstrzące nasz krajobraz budki i kioseczki, bez zwrócenia uwagi na ich paskudne nadzienie w postaci lombardów, sklepów z alkoholem i lokali z automatami do gier, wszystkie oczywiście czynne 24 godziny na dobę i często stawiane jedno obok drugiego, jako sprawnie funkcjonująca – nawet, gdy ma niezależnych właścicieli – maszyneria do wykorzystywania ludzkiej łatwowierności i desperacji. Modne kawiarnie, salony urody, ale także biura przynależą z kolei do „mac-świata” (nie chodzi o McDonald’sa, lecz o Macbooka), rejonów globalnej estetyki, która odznacza się „spreparowaną bezpretensjonalnością”, sztucznie zaaranżowanym powrotem do prostoty i natury. Przestrzenie te i sposoby ich użytkowania mają oczywiście wymiar klasowy, czekający jeszcze na bardziej gruntowne zbadanie, ale wydaje się, że ich światy w pewnym stopniu zazębiają się – kawiarnię czy salon spa w stylu warszawskim można już coraz częściej znaleźć w mieście powiatowym, meble i dekoracje w tzw. stylu skandynawskim dostępne są powszechnie w niedrogich sklepach, co rozwiewa aurę wielkomiejskiej elitarności.

Agata Pankiewicz, redaktorka antologii „Hawaikum”, poświęconej koślawej urodzie polskich przestrzeni, wskazuje na osobliwą kombinację dobrych chęci i zupełnego wyalienowania. Ja o tym myślę jak o próbie budowania swojego raju. A że te raje są zupełnie niepołączone ze sobą i z krajobrazem, to inna sprawa – mówi Pankiewicz w wywiadzie dla pisma „Aktivist”. Pozwalając sobie na osobiste wtrącenie i odrobinę anecdata: moje doświadczenie mieszkania na przedmieściach różnych miejscowości wydaje się potwierdzać te obserwacje. O ile mieszkanie w bloku przyzwyczaja czy niejako wymusza współdziałanie i komunikację z sąsiadami, branie pod uwagę ich preferencji, czasem wspólne podejmowanie decyzji, o tyle budownictwo jednorodzinne sprzyja wytworzeniu efektu „pola siłowego” wokół pojedynczej działki. Przez to pole, w wyobrażeniu właściciela, nie przenikają hałasy, brzydkie zapachy i inne nieprzyjemności, a nieprzekraczalną granicę totalnej swobody (w której często nie mieszczą się praktyki dobrosąsiedzkie) wyznacza linia ogrodzenia właśnie. Można dopatrywać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przekonaniu, że (aspiracyjny) domek na przedmieściu postrzegany jest przez jego lokatora często jako bezpieczna przystań, niejako wyabstrahowana z szerszego otoczenia – służy do spędzania w niej poranków, wieczorów i weekendów, przyjeżdża się doń i wyjeżdża zeń samochodem. Do tego dom stanowi spełnienie pewnej ambicji, co sprzyja pobłażliwości własnej. Często nie stoi za tym zapewne zła wola, a przyzwyczajenie, komfortowy mechanizm psychologiczny, rodzaj projekcji każącej wierzyć, że skoro u mnie wszystko działa, to wszędzie indziej również.

W tym kontekście do myślenia dają badania przeprowadzone przez TNS w 2013 roku. Pokazują one ciekawą rozbieżność, która pomaga wyjaśnić paradoksy polskiego krajobrazu: oto 80% badanych uważa, że ważne jest, aby miejscowość ładnie wyglądała, ale jednocześnie aż 70% nie widzi problemu we własnej okolicy, udzielając twierdzącej odpowiedzi na pytanie „czy przestrzeń w Polsce jest uporządkowana?” dotyczące najbliższego otoczenia. To samo pytanie zadane w odniesieniu do uogólnionych miast, wsi i dróg przyniosło odpowiedzi już mniej optymistyczne. Jednocześnie te same badania pozytywnie zaskakują przy okazji pytania o zjawisko, które pewien wygadany internauta nazwał „zagrodowym liberalizmem”. Większość ankietowanych wyraziła opinię, że „mieszkańcy i lokalne władze powinni mieć wpływ na to, co jest budowane w ich okolicy”. Wreszcie, i to zapewne najbardziej praktyczna wiedza, ankietowani deklarują, co ich zdaniem szpeci wspólną przestrzeń. Przede wszystkim są to śmieci, psie kupy i napisy na murach. Pakiet „springerowski”, czyli architektoniczny bałagan i chaotyczna zabudowa, dzikie parkingi, a przede wszystkim reklamy – niepokoją znacznie mniejszą liczbę pytanych. Warto zastanowić się, skąd wynika taki stan rzeczy. Pomagają w tym dalsze deklaracje: niemal połowa zapytanych Polaków twierdzi, że reklamy, gdy są pomysłowe i zabawne, mogą urozmaicać przestrzeń; większość zdecydowanie uważa, że nie wolno wywieszać bannerów na zabytkach; jednocześnie niemal taka sama liczba osób zgodziłaby się na wywieszenie reklamy na własnym domu, gdyby mogli otrzymać za to zapłatę.

Te obserwacje pozwalają wysnuwać przypuszczenie, że pewne zjawiska mogą być traktowane jak zło konieczne (dzikie parkingi, ponieważ jest zbyt mało parkingów właściwych, podobnie z mieszkaniami – lepsze jakiekolwiek niż żadne), inne z kolei budzą akceptację, jeśli w jakiś sposób zostaną ucywilizowane. Oto reklama outdoorowa jest tolerowana, gdy znajduje się w przeznaczonym dla siebie miejscu (klasyczne billboardy, citylighty na przystankach, murale), natomiast bannery na ogrodzeniach, a zwłaszcza siatki na budynkach, zwane popularnie „szmatami”, budzą jednoznaczną niechęć. Innymi słowy, konieczna jest jakaś droga środka, która pozwoli na „kuratorowanie” (przez samorządy? komisje? samych właścicieli budynków?) przestrzeni reklamowej tak, aby uwzględniała kompromisowe rozwiązania. Dyskutowana ubiegłoroczna ustawa krajobrazowa wydaje się odpowiadać na te problemy tylko po części.

Kolejną przyczyną o systemowym charakterze jest zjawisko, które można nazwać rodzajem wymuszonej rezygnacji. A może ponurym pragmatyzmem, każącym wybierać budującym i urządzającym przestrzeń pomysły wtórne, rodem z masowego supermarketu, kiepskiej jakości, nieładne, tylko dlatego, że okazują się bardziej ekonomiczne czy wygodniejsze w utrzymaniu. To sprawia, że z krajobrazu Polski znika stopniowo lub bezpowrotnie zmienia się ciekawa architektura, której remont się nie opłaca. Smutnym przykładem jest choćby malejąca liczba unikatowych domków z wapienia w okolicach Częstochowy, które łączą rustykalną urodę z regionalnym rysem (przy budowie wykorzystywano lokalny surowiec). Niestety ich konstrukcja powoduje problemy z temperaturą i wilgocią wewnątrz domu, urok przegrywa więc z argumentem praktycznym: wapień chowa się pod styropianem albo stawia nowego gotowca z katalogu. Być może przemyślany system ochrony dziedzictwa architektonicznego, który uwzględniłby odciążenie mieszkańców w wydatkach, pozwoliłby zachować przestrzeń regionu w oryginalnym kształcie?

Możliwe jednak, że stałe zanurzenie w pewnej rzeczywistości nie pozwala dostrzec szerszych struktur czy zaburza obserwację powolnej ewolucji, każąc skupiać się na stanie bieżącym. Na potrzeby „Duchologii polskiej” miałam możliwość przeprowadzenia kilku rozmów z Cyprianem Kościelniakiem, polskim grafikiem i ilustratorem, od lat pracującym w Holandii. W latach 80. na własne potrzeby prowadził szkicownik fotograficzny, dokumentujący oddolną twórczość działkowiczów czy robotników – tak jakby przewidywał, że ich czas już mija, domagają się więc zarejestrowania. […] tak zwana epoka żelaza, czyli bramy, ogrodzenia. To było dla mnie esencją wizualności Polski Ludowej: natychmiast, szybko, tanio. Coś, co miało trwać chwilę, trwało dziesięć lat. Zauważenie ulicy, tego, co brudne, szare, było dla mnie wielkim odkryciem. Przyznałem się sam przed sobą, że to mój świat i że muszę z niego korzystać – mówił. Kolejne powroty do Polski przynosiły obserwacje o zmieniającej się przestrzeni, która stopniowo zaczęła się jego zdaniem „niderlandyzować”, podążając w stronę pewnego sformatowania, odgórnego projektu. W Holandii, ale też coraz bardziej w Polsce, brakuje mi siermiężności, komunikacji płynącej z pierwotnej potrzeby używania znaków. W latach 80. było tego mnóstwo.

Alternatywą dla amatorskiej, nieprofesjonalnej komunikacji okazuje się niestety profesjonalizm w formie instant, przestrzeń renowacji w identycznym stylu, „kamienowanych” rynków, blaszanych klocków, jednakowych dyskontów i marketów, szaro-czerwonych zygzaków kostki Bauma, zatłoczonych nowych osiedli, krótkowzrocznych projektów. Strategia „natychmiast, szybko, tanio”, o której wspomina Kościelniak, zyskała nowe wcielenie – ukryte pod pretekstem modernizacji. Nieprzemyślanej i pospiesznej, często niezbyt funkcjonalnej, do tego najpewniej z krótką datą ważności. Jej powolna erozja, starzenie się, może przynieść dla wspólnej przestrzeni skutki jeszcze bardziej opłakane. Być może warto już dzisiaj wykonać kilka symulacji: zamienić w myślach jedno z nowych centrów handlowych w dużym mieście w opuszczony supermarket ze „Świtu żywych trupów” (galerie handlowe skutecznie zombifikują centra miast – dlaczego ich nie miałoby kiedyś spotkać to samo), wyobrazić sobie odnowiony dworzec czy centrum przesiadkowe za kilkanaście lat, gdy materiały się nieco zestarzeją (czy trzeba będzie co chwilę coś łatać?), całe miejscowości bez zieleni (bo miejsca parkingowe, bo trzeba grabić liście), a szerszy krajobraz bez naturalnych nie-miejsc, łąk, zarośli, małych lasków, zjedzonych przez rozrost miast (urban sprawl). To perspektywy groźniejsze niż plankton reklamowy, który – choć brzydki – stosunkowo łatwo posprzątać.

Olga Drenda

W stronę pełnego zatrudnienia. Życie i myśl Michała Kaleckiego

W stronę pełnego zatrudnienia. Życie i myśl Michała Kaleckiego

Nie ulega wątpliwości, że od czasów Mikołaja Kopernika nie było Polaka, który wniósłby do światowej ekonomii tak doniosły wkład jak Michał Kalecki.

Zainteresowanie jego dorobkiem zdaje się w ostatnich latach rosnąć, jest odkrywany na nowo zarówno w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Można jednocześnie powiedzieć, że ciągle nie jest dostatecznie doceniany, o czym świadczy niezbyt powszechna świadomość, że to właśnie on głosił teorie prekursorskie wobec koncepcji Johna Maynarda Keynesa, jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych ekonomistów naszych czasów. Trzy lata przed wydaniem przez Keynesa jego fundamentalnej pracy „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” (1936), która przyniosła autorowi światową sławę i spowodowała, że keynesizm stał się jedną z najważniejszych szkół ekonomicznych XX wieku, Kalecki opublikował „Próbę teorii koniunktury” (1933) i otrzymał dzięki niej stypendium w Szwecji. W pracy tej przedstawił poglądy w zasadzie tożsame z teorią popytową Keynesa, która trzy lata później przyniesie brytyjskiemu ekonomiście wielkie uznanie na całym świecie. Wskazał, w jaki sposób przez pobudzenie popytu można uzdrowić i ożywić gospodarkę pogrążoną w tamtym czasie w kryzysie. Zarówno Kalecki, jak i później Keynes uznali, że główną przyczyną kryzysu jest zbyt niski popyt, w związku z czym nieodzowna jest interwencja państwa i finansowane z budżetu roboty publiczne. Na te cele państwo powinno bez wahania pożyczać pieniądze, a potem je wydawać – a wszystko po to, by wzbudzić popyt.

Zdaniem wielu badaczy wywody Kaleckiego były o wiele bardziej klarowne, spójne i pogłębione niż teksty brytyjskiego ekonomisty. Jednak fakt, że pochodził z kraju peryferyjnego, a jego praca została wydana w języku polskim, z pewnością nie pomógł w rozpropagowaniu jego teorii w świecie Zachodu. Sam Kalecki zresztą niespecjalnie o to dbał. Kiedy w 1936 roku przeczytał pracę Keynesa, postanowił się z nim spotkać i przyłączyć do obozu keynesistów, zdając sobie sprawę z siły, którą sobą reprezentują, nie wchodził natomiast w spory dotyczące pierwszeństwa autorstwa teorii popytowej. Współpracownica Keynesa i jednocześnie Kaleckiego, brytyjska ekonomistka Joan Robinson, w artykule „Kalecki i Keynes” podkreślała, że teoretyczne pierwszeństwo pewnych podstawowych założeń koncepcji Keynesa leży bez wątpienia po stronie Kaleckiego, jednak był on zbyt uprzejmy, aby kiedykolwiek o tym przypominać. Profesor Tadeusz Kowalik, uczeń i współpracownik Kaleckiego, przytacza z kolei opinię noblisty w dziedzinie ekonomii Lawrence’a R. Kleina. Nie wahał się on stwierdzić, że po ponownym przestudiowaniu artykułu Kaleckiego o cyklu koniunkturalnym doszedł do wniosku, że stworzył on system, który zawiera wszystko, co ważne w systemie keynesowskim […]. Jestem przekonany, że jego teoria zatrudnienia jest równorzędna do Keynesa […]. Niestety, Kaleckiemu zabrakło reputacji Keynesa i zdolności do zwrócenia na siebie uwagi światowej opinii publicznej. Dlatego jego teoria pozostała mało zauważana. W pewnym sensie teoria Kaleckiego przewyższa teorię Keynesa, gdyż jest wyraźnie dynamiczna. Uwzględnia ponadto podział dochodu oraz jego poziom, a także odróżnia decyzje inwestycyjne od ich realizacji1.

***

Michał Kalecki urodził się w 22 czerwca 1899 roku w zasymilowanej rodzinie polsko-żydowskiej2. Jego ojciec był w Łodzi właścicielem przędzalni, którą jednak utracił. W wieku 11 lat Michał wstąpił do I Gimnazjum Filologicznego w Łodzi, następnie zaś w 1917 roku rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, na Wydziale Inżynierii Budowlanej. Później jeszcze kilkakrotnie zmieniał uczelnie, przenosząc się na studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie na Politechnikę Gdańską, której jednak nie ukończył z powodu pogorszenia się sytuacji materialnej. Nie miał więc formalnego wykształcenia ekonomicznego, a nawet w pełni ukończonych studiów, na Politechnice Gdańskiej otrzymał bowiem tylko tzw. półdyplom. Pracując w przedsiębiorstwie wywiadu kredytowego, rozwijał jednak swoje zainteresowania ekonomiczne, co wkrótce przybrało postać systematycznych studiów.

Pod koniec lat 20. XX w. nawiązał regularną współpracę z dwoma polskimi periodykami ekonomicznymi – „Przeglądem Gospodarczym” oraz „Przemysłem i Handelem”, w których publikował artykuły o wielkich koncernach czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych. W 1929 roku otrzymał posadę w Instytucie Badania Koniunktur i Cen. Odtąd mógł poświęcić się pracy jako ekonomista, choć trzeba powiedzieć, że nigdy też nie porzucił całkowicie zainteresowań inżynierią i czystą matematyką, publikując artykuły również na te tematy. W Instytucie opublikował wspominaną już broszurę „Próba teorii koniunktury”. Nawiązał również współpracę z „Przeglądem Socjalistycznym”, w którym zamieścił kilka artykułów pod pseudonimem Henryk Braun. Wraz ze współpracownikiem z Instytutu, Ludwikiem Landauem, dokonali pierwszych oszacowań inwestycji, konsumpcji i dochodu społecznego dla Polski oraz przygotowali opracowanie na temat wahań cen, kosztów i produkcji przemysłowej w naszym kraju. W 1933 roku, krótko po opublikowaniu „Próby teorii koniunktury”, Kalecki wziął udział w konferencji Towarzystwa Ekonometrycznego w Lejdzie i zaprezentował tam swój artykuł będący wykładem głównych myśli z tej pracy. Dotyczył on teorii cyklu, teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji. Części dotyczące teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji, w których, zdaniem większości badaczy, antycypował teorię Keynesa z „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, nie wzbudziły jakiegokolwiek zainteresowania uczestników konferencji. Natomiast model cyklu koniunkturalnego wywołał przychylne komentarze Ragnara Frischa z Norwegii i Iana Tinbergena z Holandii.

Dzięki udziałowi w konferencji w Lejdzie otrzymał Kalecki stypendium Rockefellera na studia zagraniczne i w styczniu 1936 r. wyjechał do Szwecji. Tam właśnie przeczytał „Ogólną teorię…”. Według Joan Robinson, czytając ją miał poczucie, że jest to książka, którą właśnie zamierzał napisać. Powiedział: przyznaję, byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, jeśli będą pochodziły od niego – a potem zajmiemy się ciekawą kwestią ich stosowania. To mnie podniosło na duchu3. W związku z tą lekturą postanowił udać się niezwłocznie do Anglii i przyłączyć do szkoły keynesowskiej. W marcu 1936 roku przybył na Wyspy i podjął starania o nawiązanie kontaktu z najbliższymi współpracownikami Keynesa. W ten sposób poznał Joan Robinson, z którą przez lata pobytu w Anglii będą łączyły go nie tylko kontakty zawodowe, ale i przyjaźń. W 1938 roku otrzymał stypendium Uniwersytetu w Cambridge i uczęszczał na seminarium prowadzone przez Piero Sraffę. Wkrótce zaś, wraz z Austinem Robinsonem, Richardem Kahnem, Piero Sraffą i Keynesem jako przewodniczącym, wziął udział w nadzorowaniu programu badawczego National Institute of Economic and Social Research, dotyczącego kosztów własnych, przychodów i produkcji.

Od 1940 roku pracował jako samodzielny pracownik naukowy w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym, współpracując tam m.in. z Ernstem Friedrichem Schumacherem, Davidem Worswickiem czy Josefem Steindlem. Podczas II wojny światowej powstały też niezwykle ważne, zwłaszcza z punktu widzenia niniejszego artykułu, prace Kaleckiego: „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) oraz „Trzy drogi do pełnego zatrudnienia” (1944). Zamieszczono je w książce napisanej wspólnie z innymi członkami Instytutu, zatytułowanej „The Economics of Full Employment”. W Instytucie Kalecki pozostał do marca 1945 roku, kiedy to wyjechał do Montrealu, gdzie podjął pracę w Międzynarodowym Biurze Pracy. W następnym roku natomiast udał się do Nowego Jorku i objął tam stanowisko zastępcy dyrektora Działu Stabilizacji i Rozwoju w Departamencie Gospodarczo-Społecznym Sekretariatu ONZ. Zajmował się głównie analizą wewnętrznych problemów ekonomicznych różnych krajów, zarówno tych rozwiniętych, jak i rozwijających się. Analizy te następnie były zamieszczane w serii „World Economic Report”. Równocześnie kontynuował badania teoretyczne, czego owocem była praca „Teoria dynamiki gospodarczej” (1958). Wydaje się, że doświadczenia pracy w ONZ (gdzie przygotowywał m.in. raporty o problemach gospodarczych Izraela czy Meksyku) zaowocowały u niego zainteresowaniem ekonomią rozwoju, za której pioniera zresztą jest dziś przez niektórych uważany.

Z powodów politycznych zrezygnował z pracy w ONZ. Ostatnie lata jego działalności tam zbiegły się z kulminacją maccartyzmu w Stanach Zjednoczonych. Kilku kolegów Kaleckiego pod naciskiem USA zostało zdymisjonowanych przez Sekretarza Generalnego ONZ Trygve’go Lie, w wyniku oskarżeń o sprzyjanie komunizmowi. W związku z tym Kalecki również zrezygnował z posady i w 1955 roku wrócił do Polski, gdzie został powołany na stanowisko doradcy Hilarego Minca, ówczesnego wicepremiera. W następnych latach piastował różne stanowiska jako doradca lub konsultant, przeważnie na polu planowania gospodarczego, odgrywając bardzo ważną rolę w opracowaniu projektu planu perspektywicznego na lata 1961–1975. Wkrótce jednak plan ten spotkał się z surową krytyką jako wyznaczający zbyt skromne cele, co zapoczątkowało wycofywanie się Kaleckiego z aktywnego udziału w życiu politycznym. Od tego momentu skupił się przede wszystkim na pracy teoretycznej i zajęciach dydaktycznych. Zgromadził wokół siebie grupę ekonomistów, tworząc w istocie całą szkołę myśli ekonomicznej, określaną mianem szkoły Kaleckiego (Tadeusz Kowalik, Kazimierz Łaski, Ignacy Sachs, Włodzimierz Brus). W końcu 1955 roku podjął pracę w Zakładzie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, a w 1956 r. Centralna Komisja Kwalifikacyjna nadała mu pierwszy akademicki tytuł profesora nauk ekonomicznych. Kontynuując zainteresowania ekonomią rozwoju, wraz z Oskarem Langem i Czesławem Bobrowskim zorganizował w 1958 roku seminarium poświęcone gospodarkom słabo rozwiniętym i prowadził je niemal przez dziesięć lat. W 1961 roku rozpoczął wykłady w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (SGPiS), a następnie objął tam pracę na pełny etat. Rok później minister szkolnictwa powołał go na przewodniczącego rady naukowej utworzonego przy SGPiS Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych.

W 1965 roku przeszedł atak serca, który pozostawił po sobie trwałe ślady i spowodował poważny uszczerbek na zdrowiu. Ponadto na jego samopoczucie niekorzystnie wpływała sytuacja w kraju i nasilająca się nagonka antysyjonistyczna. W 1969 roku zrezygnował ze stanowiska w SGPiS. Zmarł 17 kwietnia 1970 roku.

***

Kalecki w swoich pierwszych pracach ekonomicznych zajął się problemem nadzwyczaj wówczas aktualnym i poruszającym wyobraźnię licznych myślicieli: jak przeciwdziałać kryzysom koniunkturalnym i co robić, aby gospodarkę jak najszybciej z takiego kryzysu wyprowadzić. Uznał, wbrew opinii powszechnej zarówno wówczas, jak i dzisiaj, że ratunkiem nie jest zaciskanie pasa przez wprowadzanie oszczędności w sektorze publicznym, lecz odpowiednie pobudzanie popytu. W swojej teorii efektywnego popytu wskazywał, że wzrost płac i zatrudnienia pobudza konsumpcję wśród robotników, a tym samym zwiększa zatrudnienie w gałęziach produkcji dóbr spożycia. Rozszerzenie produkcji wywołuje dalszy rozwój inwestycji i tworzenie się nowej siły nabywczej. Zjawiska kryzysowe pojawiają się natomiast dopiero wówczas, gdy zwiększona produkcja natrafia na barierę popytu, która pociąga za sobą zmniejszenie się zakresu i rentowności inwestycji, wzrost bezrobocia, spadek cen itp. Przyczyną kryzysów jest więc niedostateczny popyt efektywny, którego przezwyciężenie nie jest możliwe w sposób samoistny, bo mechanizm sam nie jest w stanie się regulować, wymaga natomiast stymulacyjnej roli państwa w gospodarce.

Kluczową rolę w pobudzaniu koniunktury Kalecki widział w inwestycjach. Paradoks inwestycji w majątek trwały polega jednak na tym, że pobudzają one gospodarkę tylko do momentu, gdy są tworzone. Ich zakończenie zaś czyni zatrudnionych przy nich pracowników bezrobotnymi, a one same zaczynają wytwarzać towary czy usługi, które nie napotykają na wzrastający popyt, przyczyniając się tym samym do zahamowania koniunktury. Drugi paradoks dotyczy natomiast oszczędności oraz finansowania inwestycji dzięki nim. Można zapytać, skąd wziąć pieniądze na nowe inwestycje. Rozsądek podpowiadałby, że najlepiej z oszczędności powstałych w wyniku ograniczenia potrzeb konsumpcyjnych. Kalecki jednak zwraca tutaj uwagę, że wzrost oszczędności kapitalistów nie musi przekładać się na inwestycje, a po drugie – inwestycje de facto „finansują się same”, ponieważ raz rozpoczęte, zwiększają strumień dochodów. Wreszcie zaś – samo zwiększenie konsumpcji kapitalistów prowadzi do wzrostu popytu, a więc również do ich zysków, co przeczy powszechnemu przekonaniu, że im więcej się konsumuje, tym mniej się oszczędza.

Wzrost konsumpcji nie oznacza spadku oszczędności. Pogląd taki jest słuszny w odniesieniu do pojedynczego kapitalisty, jeśli bierzemy natomiast pod uwagę całą klasę kapitalistów, to istnieje zależność przeciwna: wzrost wydatków inwestycyjnych i konsumpcyjnych prowadzi do wzrostu zysków. Co inwestują lub konsumują jedni – to zarabiają wnet inni kapitaliści. Kapitaliści jako ogół zyskują wszak to właśnie, co inwestowali i konsumowali4. Paradoks ten został ujęty w sformułowaniu: Robotnicy wydają tyle, ile zarabiają, a kapitaliści – tyle, ile wydają. Dla wysokiej koniunktury decydujące są zachowania kapitalistów – im wyższe są ich dochody, tym bardziej wzrasta niebezpieczeństwo względnego zmniejszenia się ich wydatków na konsumpcję (w stosunku do dochodów). Wydatki pracowników są natomiast dość stabilne. Brak przekształcania oszczędności w inwestycje nakręca spiralę recesyjną, jeżeli w tym samym momencie wiele osób zaczyna postępować w analogiczny sposób. Do podtrzymania długofalowego rozwoju niezbędne są ponadto zdaniem Kaleckiego innowacje mające stanowić najistotniejszy bodziec. Wskazuje też wreszcie na redystrybucję dochodów, która może w skali makroekonomicznej pobudzić gospodarkę i ograniczyć bezrobocie.

Tym samym podważył on pogląd, że obniżka płac, cięcia budżetowe i przysłowiowe „zaciskanie pasa” stanowią najlepsze panaceum na wyjście z kryzysu. Państwo powinno pobudzać gospodarkę niejako od dołu, przy pomocy wydatków trafiających wprost do pracowników, którzy w swej masie, gdy dostaną więcej pieniędzy, będą więcej wydawać na cele konsumpcyjne, a tym samym nakręcać spiralę koniunktury. Redystrybucja dochodów na rzecz uboższych grup społeczeństwa i wzrost wydatków państwowych powinny być więc celem polityki pełnego zatrudnienia.

Problematyką pełnego zatrudnienia Kalecki zajął się w czasie II wojny światowej. W swoim artykule poświęconym tym kwestiom wskazał na trzy drogi prowadzące do osiągnięcia i utrzymania stanu pełnego zatrudnienia:

  1. Przez wydatki rządu na inwestycje publiczne (np. szkoły, szpitale, drogi itp.) lub na subsydiowanie masowej konsumpcji (zasiłki rodzinne, obniżki podatków pośrednich, subsydia w celu obniżania cen podstawowych środków utrzymania) – pod warunkiem, że wydatki te są finansowane z kredytów. Metodę tę będziemy w skrócie nazywać finansowaniem z deficytu.
  2. Przez pobudzanie prywatnych inwestycji (za pomocą obniżki stopy procentowej, zmniejszania podatku dochodowego i innych środków wspierających prywatne inwestycje).
  3. Przez redystrybucję dochodu od wyższych do niższych grup dochodowych5.

Rząd, zdaniem Kaleckiego, powinien finansować te wydatki z kredytów, w ten sposób wywołując ogólny wzrost dochodu. Zwiększone dochody powodują zwyżkę wpływów z podatków dochodowych. W efekcie deficyt budżetowy jest niższy niż wzrost wydatków rządowych. Deficyt w ten sposób niejako sam się finansuje, wzrost deficytu wywołuje bowiem przyrost dochodów i zmiany w strukturze ich podziału. Pojawiają się oszczędności konieczne do jego sfinansowania. Rzecz jasna, na co wskazywał Kalecki, trzeba być ostrożnym przy stosowaniu tego środka – wydatki rządu na cele publiczne nie mogą rosnąć szybciej niż potrzeby w tym zakresie. Rząd powinien dokonywać publicznych inwestycji w takim zakresie, jakiego aktualnie wymaga zaspokojenie potrzeb społeczeństwa, a wydatki rządu powyżej tego poziomu są przeznaczane na subsydiowanie masowej konsumpcji6.

Dziś jednak przy stosowaniu tej metody pojawia się jeszcze jeden problem, na który Kalecki czy Keynes nie zwracali zupełnie uwagi, a który został trafnie zdiagnozowany przez Jerzego Osiatyńskiego – mianowicie liberalizacja rynków kapitałowych. W dzisiejszych czasach znaczna część potrzeb pożyczkowych jest finansowana przez podmioty zagraniczne. Stąd politycy nie mają takiej swobody pobudzania koniunktury przez zwiększanie wydatków publicznych. Sam wzrost zadłużenia nie musi być niczym złym. Niebezpieczeństwo zaczyna być dopiero wtedy, gdy finansują go podmioty zagraniczne, dlatego, że bardzo dużą rolę odgrywają wówczas rynki finansowe. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, która miała większy dług i deficyt w relacji do PKB niż Hiszpania, nie stała się podczas obecnego kryzysu celem ataku rynków finansowych. Miała własną walutę, a na dodatek zapewnienie Banku Anglii, że będzie finansował brytyjski dług. Hiszpania nie miała ani jednego, ani drugiego. Japonia ma 230 proc. długu i się tym nie przejmuje, bo jej papiery dłużne znajdują się w rękach Japończyków. Agencje ratingowe mogą sobie o tym kraju pisać, co chcą – nie ma to żadnego wpływu na koszty jego obsługi7.

Jeżeli zaś chodzi o stymulowanie prywatnych inwestycji – owszem, Kalecki zalecał ten środek, uznając, że należy to czynić choćby poprzez zmniejszanie podatku dochodowego, subsydiowanie przedsiębiorstw podejmujących inwestycje czy obniżanie stopy procentowej. Środki te należy uznać za komplementarne i stosować łącznie. Jednak nie wierzył w możliwość utrzymania pełnego zatrudnienia li tylko przy ich pomocy, tj. drogą pobudzania prywatnych inwestycji. Przewidywał zresztą, że udział państwowych fabryk w ogólnej masie urządzeń przemysłowych będzie stale rosnąć, co stanie się symptomem niezdolności prywatnej przedsiębiorczości do wypełnienia swego zadania w warunkach pełnego zatrudnienia8.

Zdecydowanie najistotniejszym spośród trzech przedstawionych przez niego sposobów jest odpowiednia redystrybucja. Wynika to chociażby z tego, że krańcowa skłonność do konsumpcji klas zamożnych jest mniejsza niż warstw ubogich. W związku z tym konieczne jest dokonanie transferu części dochodu warstw zamożnych do warstw ubogich. Można to zrobić przez podatek progresywny, zmniejszanie podatków na towary pierwszej potrzeby czy wypłacanie odpowiednich zapomóg. Wszystko to, zwiększając skłonność do konsumpcji w danym społeczeństwie, skutkuje wzrostem popytu efektywnego. W przypadku zastosowania tej metody konieczna jest jednak również kontrola cen. Kalecki nie wierzył natomiast, aby mogło się to dokonać siłami samych pracowników, którzy zdołaliby wywalczyć sobie wyższe płace. Jak pisał, walka o płace nie doprowadzi do fundamentalnych zmian w podziale dochodu narodowego. Znacznie skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest opodatkowanie dochodów i majątku, gdyż te rodzaje podatków (w przeciwieństwie do podatku towarowego) nie wpływają na koszty zmienne, a zatem nie działają w kierunku wzrostu cen. Jednakże dla dokonania redystrybucji dochodu za pomocą takich środków rząd musi mieć zarówno siłę, jak i pragnienie, aby to przeprowadzić9.

Co do ostatniej kwestii – powątpiewał on poważnie, czy w państwie kapitalistycznym taka wola się znajdzie. Jednocześnie przytomnie zauważał, iż istnieje też cała masa tak zwanych „przyjaciół robotników”, którzy starają się ich przekonać, że we własnym interesie powinni zaprzestać walki o płace, albowiem wzrost płac miałby być główną przyczyną bezrobocia i szkodziłby klasie robotniczej jako całości. Tymczasem, jak podkreślał, ekonomia keynesowska całkowicie podważa fundamenty takiego rozumowania. Pełne zatrudnienie na stałe może zapewnić, zdaniem Kaleckiego, jedynie kombinacja tych trzech sposobów, które nie są od siebie niezależne, a wręcz przeciwnie – należy uznać je za organiczną całość, za metody, które winny być wdrażane jednocześnie i kumulatywnie. Rząd powinien wydawać na inwestycje publiczne i na subsydiowanie konsumpcji uboższych grup ludności tyle, aby – w połączeniu z inwestycjami prywatnymi, niezbędnymi do zwiększania zdolności wytwórczej urządzeń proporcjonalnie do wzrostu „dochodu narodowego przy pełnym zatrudnieniu” – zapewnić pełne zatrudnienie10. Oczywiście to, w jakim okresie, z których korzystać w większym stopniu, na co kłaść nacisk, to kwestia techniczna, którą trzeba rozważać w odniesieniu do konkretnej sytuacji, w jakiej znajdują się dany kraj i jego gospodarka.

Kalecki był jednak sceptyczny co do tego, czy państwa kapitalistyczne, nawet wiedząc, jak to zrobić, będą chciały utrzymywać pełne zatrudnienie. Można zapytać, z czego ta nieprzychylność wynika. Autor wskazuje, że podstawowe znaczenie ma tu niechęć wielkiego kapitału do utrzymywania pełnego zatrudnienia za pomocą wydatków państwowych. Stanowi to poniekąd paradoks, albowiem wyższa produkcja i zatrudnienie są korzystne nie tylko dla robotników, lecz także dla kapitalistów, których zyski rosną. Jednak tak właśnie się dzieje, co pokazały czasy kryzysu lat 30. Kalecki przyczyny niechęci kapitalistów do pełnego zatrudnienia osiąganego przez wydatki państwowe dzieli na trzy kategorie: 1) niechęć do wtrącania się państwa w zagadnienia zatrudnienia w ogóle, 2) niechęć w stosunku do kierunku wydatków państwowych (inwestycje publiczne i subwencjonowanie konsumpcji), 3) niechęć do społecznych i politycznych przemian, wynikających ze stałego utrzymywania pełnego zatrudnienia11. Stwierdza, że kapitaliści niechętnie patrzą na każde rozszerzenie interwencji państwa, zwłaszcza zaś w sprawach zatrudnienia. Akceptują inwestycje publiczne, ale żądają, by ograniczały się one do obiektów, które nie konkurują z aparatem wytwórczym kapitału prywatnego, jak np. szkoły, drogi, szpitale. Zakres tej akceptacji jest, rzecz jasna, dość wąski, lecz zachodzi obawa, że rząd, działając w myśl polityki pełnego zatrudnienia, zechce go rozszerzyć.

Zdaniem Kaleckiego można by sądzić, że w związku z tym kapitaliści będą się przychylniej odnosić do subsydiowania masowej konsumpcji niż do inwestycji publicznych. Nic bardziej błędnego: różnego rodzaju zasiłki rodzinne czy subsydia spotykają się z jeszcze mocniejszym ich sprzeciwem. Tu bowiem chodzi o zasadę „moralną” najwyższej wagi. Podstawy etyki kapitalistycznej wymagają, „byś zarabiał w pocie czoła na swój chleb” – chyba że żyjesz z dochodów z kapitału12. Poza tym w systemie stałego, pełnego zatrudnienia zwalnianie z pracy przestałoby odgrywać rolę środka dyscyplinującego masy, pozycja społeczna kapitalistów zostałaby tym samym zachwiana, a wzrosłaby pewność siebie robotników. Instynkt klasowy kapitalistów mówi im zatem, że trwałe, pełne zatrudnienie jest dla nich niekorzystne, podważa ich pozycję, a bezrobocie stanowi integralną część systemu kapitalistycznego.

***

Julio López i Michaël Assous w swojej biografii Kaleckiego nazywają go pionierem ekonomii rozwoju. Problematyką tą zainteresował się Kalecki jeszcze w latach 30. XX wieku. Wyrazem tego była obszerna recenzja książki Mihaila Mainolescu „The Theory of Protection and International Trade” (1931). Manoilescu jako gorliwy zwolennik protekcjonizmu spotkał się z surową krytyką ze strony ekonomistów liberalnych. Kalecki jednak bronił jego poglądów, wskazując, że autor ten pokusił się o stworzenie naukowych podstaw protekcjonizmu, zwłaszcza w krajach zacofanych i rolniczych, będąc przekonanym, iż nowe gałęzie przemysłu powinny być otaczane w tego typu krajach opieką, albowiem będą one dogodne z punktu widzenia kraju, ponieważ z powodu bezrobocia dodatkowe inwestycje będą tworzyły swoją własną podaż oszczędności13. Sprzeciwiał się jednak uznaniu protekcjonizmu za jakiś uniwersalny i jedyny sposób rozwiązywania problemów krajów rozwijających się i doprowadzenia do ich uprzemysłowienia.

Na większą skalę zainteresował się tymi zagadnieniami podczas swojej pracy w ONZ. Nie może to dziwić z tego powodu, że pełnił obowiązki doradcy w kilku krajach o takim charakterze. W 1951 roku pracował jako doradca rządowy w Izraelu, sporządzając plan doraźnych naprawczych działań obejmujących krótką perspektywę czasową. W swoim raporcie wskazywał, że problemy gospodarcze kraju związane są głównie z masową migracją ludności żydowskiej do Izraela oraz strukturalnymi cechami tamtejszej gospodarki uzależnionej od jednego źródła rozwoju, czyli importu kapitału. Zalecił jednocześnie środki zaradcze, które podzielił na trzy główne działy: redukcja importu i zwiększenie eksportu, zrównoważenie bilansu płatniczego przy użyciu innych środków, polityka antyinflacyjna.

Z kolei w latach 1959–1960 Kalecki prowadził działalność doradczą w Indiach. Analiza tamtejszej sytuacji doprowadziła go do wniosków, że przyczyną braku stabilności indyjskiej gospodarki jest przede wszystkim nazbyt rozbudowany program inwestycyjny prowadzony zarówno przez sektor państwowy, jak i prywatny. Zapewnienie Indiom równowagi finansowej wymagało wedle niego wzrostu w tym kraju podaży artykułów pierwszej potrzeby. W związku z tym podkreślał konieczność braku ich opodatkowania i utrzymania na nie stałej ceny oraz ograniczenia konsumpcji artykułów dalszej potrzeby w stopniu niezbędnym do sfinansowania rozpoczętych inwestycji. Zalecał również wprowadzenie progresywnego podatku gruntowego dotykającego dużych gospodarstw wiejskich. To miałoby zmusić właścicieli do zwiększenia wydajności z hektara i unowocześnienia środków upraw lub wyzbycia się gruntów, a w takim przypadku prawo pierwokupu miało mieć państwo. Program ten w największym stopniu naruszał interesy przemysłowej burżuazji oraz wiejskiej oligarchii, z czego Kalecki zresztą doskonale zdawał sobie sprawę.

Następnie pomiędzy 1960 a 1961 rokiem przygotował program pięcioletni dla Kuby, odrzucając pomysły jej gwałtownego uprzemysłowienia. W swoim programie zakładał, że w tym czasie stopa produkcji ma zwiększać się na Kubie o 13 proc. rocznie, a konsumpcji o 10 proc. Jednocześnie wskazywał, że aby osiągnąć ten wzrost, gospodarka kubańska musi rozwinąć eksport cukru, rolnictwo oraz program szkoleń zawodowych14.

Oczywiście te praktyczne doświadczenia przekładały się również na bardziej ogólne refleksje teoretyczne dotyczące państw rozwijających się. Kalecki wskazywał, że głównym problemem, przed którym stoją tego rodzaju kraje, jest zwiększenie inwestycji. Napotyka ono jednak na trzy zasadnicze przeszkody. Po pierwsze, jest możliwe, że inwestycje prywatne nie osiągną dostatecznie wysokiego poziomu. Po drugie, gospodarka może nie dysponować fizycznymi zasobami niezbędnymi do zwiększenia produkcji dóbr inwestycyjnych. Po trzecie, jeśli nawet dwie pierwsze przeszkody zostaną przezwyciężone, to wciąż pozostaje do rozwiązania problem dostatecznej podaży artykułów pierwszej potrzeby na zaspokojenie popytu wynikającego ze wzrostu zatrudnienia15. Uznawał jednak, że można te przeszkody przezwyciężyć za pomocą różnego rodzaju środków, takich jak interwencja rządu w dziedzinie inwestycji, zapewniająca ich odpowiednią skalę i strukturę, właściwe opodatkowanie klas uprzywilejowanych czy wprowadzenie głębokich instytucjonalnych zmian w rolnictwie, likwidujących bariery jego rozwoju. W tym ostatnim przypadku chodziło Kaleckiemu przede wszystkim o to, że wielkie przeszkody dla postępu w dziedzinie rolnictwa w krajach rozwijających są zazwyczaj pokłosiem istnienia tam feudalnych i przedfeudalnych stosunków własności, systemów dzierżawy itp. W związku z tym nie ma żadnych szans na poprawę w sferze rolnictwa, dopóki nie dojdzie do odpowiednich zmian instytucjonalnych. Tylko wówczas, gdy wyższe ceny produktów rolnych przyniosą korzyść biedocie, może nastąpić łączny wzrost popytu i produkcji. Jeśli zaś wyższy udział zysku na terenach wiejskich zostanie przechwycony jedynie przez właścicieli ziemskich, kupców czy lichwiarzy, nie przyniesie to wyższej konsumpcji lub inwestycji.

Zwracał on ponadto uwagę na kilka dodatkowych kwestii, których nie podejmowali pionierzy ekonomii rozwoju: 1) obecności i znaczenia rezerw niewykorzystanych zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 2) skutków większej wydajności zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 3) problemu inflacji16. Kalecki był jednym z niewielu, którzy zwrócili uwagę na to, że choć w krajach rozwijających się kapitału jest niewiele, to jednak jego część może pozostawać niewykorzystana. Odrzucał przy tym sugestie jakoby niewykorzystane zasoby i masowe bezrobocie stanowiły coś naturalnego i nie miały wartości ekonomicznej. Ich wyzyskanie może prowadzić do przyspieszenia wzrostu gospodarczego bez kosztów lub po niższych kosztach. Nie wierzył jednak, że sam wzrost wydajności może być panaceum. Jeżeli wzrostowi wydajności pracy towarzyszy jednoczesny, proporcjonalny wzrost płac realnych, to stopień monopolizacji nie zmienia się. Jeżeli konsumpcja kapitalistów i inwestycje nie rosną, to łączny popyt i łączna produkcja pozostaną stałe, a to pociągnie za sobą zmniejszenie zatrudnienia na skutek wzrostu wydajności. Co więcej, jeżeli obniżka jednostkowych kosztów pracy, wynikająca z wyższej wydajności pracy, nie zostaje przeniesiona na konsumentów przez proporcjonalne obniżki cen lub jeśli nie będą im towarzyszyć proporcjonalnie wyższe płace, to stopień monopolizacji wzrośnie. Wreszcie zaś można również uznać za zasługę Kaleckiego zaproponowanie nowej teorii inflacji w gospodarkach rozwijających się, gdzie inflacja powstaje z powodu cenowej nieelastyczności podaży produkcji żywności. Podchwycone to zostało później przez ekonomistów z Ameryki Łacińskiej, którzy sformułowali strukturalną teorię inflacji17.

Osiągnięciem Kaleckiego jest też wyodrębnienie typu państwa będącego „ustrojem pośrednim” pomiędzy rozwiniętymi gospodarkami kapitalistycznymi a socjalistycznymi (Indie, Egipt, Boliwia), w którym klasą rządząca staje się drobna burżuazja wraz z bogatym chłopstwem. Ten typ wyłonił się po II wojnie światowej wskutek emancypacji politycznej oraz walki z kolonializmem i imperializmem. Kalecki był przekonany, że tego rodzaju państwa są w stanie przetrwać pod warunkiem spełnienia kilku warunków, przede wszystkim uzupełnienia emancypacji politycznej o ekonomiczną, tzn. wyzwolenia się spod wpływów kapitału zagranicznego, przeprowadzenia reformy rolnej oraz zapewnienia stałego rozwoju gospodarczego18. Klasami antagonistycznymi wobec klasy rządzącej są w tym ustroju z jednej strony wielka burżuazja i feudałowie, którzy zostają pozbawieni znaczenia politycznego, z drugiej zaś – biedota miejska oraz chłopi małorolni i bezrolni niepartycypujący w dobrodziejstwach rozwoju gospodarczego. Odpowiednikiem tej wewnętrznej pozycji klasy rządzącej jest lawirowanie pomiędzy dwoma blokami, kapitalistycznym i socjalistycznym. Dzieje się tak z prostego powodu: postawienie na jeden nich oznaczałoby jednocześnie wzmocnienie któregoś przeciwnika wewnętrznego. Poza tym umożliwia to tym krajom korzystanie z zagranicznych kredytów przy jednoczesnym zachowaniu planowania gospodarczego i dużego zaangażowania państwa w gospodarkę.

***

O znaczeniu Kaleckiego na gruncie nauk ekonomicznych świadczy fakt, że jest to jedyny polski uczony, którego „Dzieła” wszystkie, obejmujące siedem tomów, zostały wydane w języku angielskim przez jedną z najbardziej renomowanych oficyn wydawniczych – Oxford University Press. Aktualność jego myśli natomiast dobrze ilustrują wydarzenia ostatniego kryzysu gospodarczego.

W krajach, w których podjęto walkę z kryzysem opartą na oszczędnościach budżetowych i cięciach finansowych, a takie zalecenia, jak pamiętamy, otrzymały rządy Grecji czy Portugalii od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie. Wręcz przeciwnie, doprowadziło to do załamania gospodarek tych krajów i, jak się szacuje, każde 1 euro oszczędności przyniosło kurczenie się gospodarki o 1,5–1,7 euro, bo wraz z oszczędnościami gwałtownie spadł popyt i wzrosło bezrobocie. Zupełnie inną drogą poszła Francja, w której wprowadzono tzw. pakiet pomocy publicznej i to dzięki niemu uniknęła ona tak negatywnych konsekwencji jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania.

Wydarzenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że istnieje potrzeba rozszerzenia kompetencji różnego rodzaju instytucji państwowych sprawujących kontrolę nad sektorem gospodarczo-finansowym, stworzenia zwartych, konkretnych, systemowych programów walki z kryzysem, większego udziału państwa w procesie redystrybucji wytworzonego dochodu oraz wzmocnienie tegoż państwa jako podmiotu polityki społecznej. Rynek nie jest w stanie efektywnie zarządzać ryzykiem oraz samoregulować się, a państwo jest jedynym podmiotem zdolnym przeciwstawić się globalnemu załamaniu poprzez interwencję w sektorze finansowo-bankowym.

dr hab. Rafał Łętocha

Przypisy:

  1. T. Kowalik, Michał Kalecki, kim był, jakim go znałem i podziwiałem [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego i jej znaczenie w teorii ekonomii, red. G. Musiał, Katowice 2006, s. 68.
  2. Informacje biograficzne na temat Kaleckiego na podstawie: J. López, M. Assous, Michał Kalecki, Warszawa 2015;
    K. Chojnacka, Michał Kalecki o relacjach państwo – gospodarka, Kielce 2013.
  3. J. Robinson, Michal Kalecki on the Economics of Capitalism, „Oxford Bulletin of Economics and Statistics” 1977, t. 39,
    nr 1, s. 8–9.
  4. M. Kalecki, Teoria dynamiki gospodarczej, Warszawa 1979, s. 8.
  5. Idem, Trzy drogi do pełnego zatrudnienia [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Koniunktura i zatrudnienie, t. 1, red. J. Osiatyński, Warszawa 1979, s. 350–351.
  6. Idem, Pełne zatrudnienie przez pobudzanie prywatnych inwestycji? [w:] ibidem, s. 383.
  7. R. Woś, Dziecięca choroba liberalizmu, Warszawa 2014, s. 261.
  8. M. Kalecki, Pełne zatrudnienie…, s. 385.
  9. Idem, Teoria zysków [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Dynamika gospodarcza, t. II, red. J. Osiatyński, Warszawa 1980, s. 556.
  10. Idem, Pełne zatrudnienie…, s. 382.
  11. Idem, Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia [w:] idem, Z ostatniej fazy przemian kapitalizmu, Warszawa 1968, s. 22.
  12. Ibidem, s. 24.
  13. J. López, M. Assous, op.cit., s. 241.
  14. Zob. W. Gliwa, Działalność Michała Kaleckiego w charakterze doradcy rządów państw [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego…, op.cit., s. 385–400.
  15. M. Kalecki, Różnice w węzłowych problemach gospodarczych między wysoko rozwiniętą i zacofaną gospodarką kapitalistyczną [w:] idem, Dzieła. Kraje rozwijające się. Studia varia: o ekonomii i ekonomistach, t. 5, red. J. Osiatyński, Warszawa 1985, s. 33–34.
  16. J. López, M. Assous, op.cit., s. 247.
  17. Ibidem, s. 248–249.
  18. M. Kalecki, Ustroje pośrednie [w:] idem, Z ostatniej fazy…, s. 60.

Smok a sprawa polska

Dokonana w 2015 roku zmiana obozu rządzącego sprawiła, że ponownie wypłynęło pytanie o rolę Chin w polskiej polityce. Wiązało się to z kilkoma spektakularnymi wydarzeniami. Wizyta prezydenta Dudy w Państwie Środka w listopadzie 2015 roku, planowana przede wszystkim jako udział w pracach polsko-chińskiego forum gospodarczego oraz grupy współpracy Chiny-Europa Środkowo-Wschodnia, określanej jako 16+1, przekształciła się dynamicznie w spotkanie na najwyższym szczeblu, a jego konsekwencją była czerwcowa podróż do Polski Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga. Na fali daleko idących oficjalnych deklaracji o współpracy pojawiły się na forum publicznym rozważania dotyczące potencjalnie strategicznego charakteru relacji z Chinami. Mogłyby one umożliwić Polsce gospodarczą i polityczną kapitalizację rozwoju dalekowschodniego giganta, a znaczną rolę odgrywałby tu projekt Nowego Jedwabnego Szlaku.

Oczekuje się jednak konkretów, a nie deklaracji, takich jak np. porozumienie o współpracy podpisane w 2011 roku przez prezydenta Komorowskiego, które mimo „strategicznego” charakteru pozostało pustą literą. Jedna z przesłanek wskazujących na to, że kierunek chiński może zostać tym razem potraktowany poważniej, to skomplikowana sytuacja obecnego obozu rządzącego, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, a także wynikające z działań wewnętrznych napięcia w relacjach z Unią Europejską, poszczególnymi jej krajami oraz ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie z zasadniczych przyczyn brak możliwości reorientacji na Rosję, jaka stała się udziałem Węgier Viktora Orbána. Nowy Jedwabny Szlak bywa postrzegany jako szansa realizacji idée fixe „alternatywnej” polskiej polityki zagranicznej: koncepcji Międzymorza. Nie brak też jednak głosów tonujących rozbuchane nadzieje i wskazujących na ogromną nierównowagę stron takiego partnerstwa.

Kolejną niezwykle istotną kwestią staje się potencjalny globalny konflikt na linii Stany Zjednoczone – Chiny, którego narastanie z uwagi na wyrównywanie potencjału współzawodników może doprowadzić wręcz do wojny światowej, i to w nieodległej perspektywie. A jak uczy doświadczenie, wojna światowa jest dla Polski sytuacją bardzo niekomfortową. Nawet jeżeli, jak w przypadku tej z lat 1914–1918, jej skutki strategiczne są w ostatecznym rozrachunku korzystne, kraj leżący na jednej z jej głównych osi płaci ogromne koszty. W tym kontekście narzuca się kwestia Rosji, jej ambicji realizowanych w ostatnich latach oraz skomplikowanych relacji w trójkącie Pekin – Moskwa – Waszyngton, których element z uwagi na fatum geopolityki stanowi Polska.

Relacje z Chinami – rys historyczny

W czasach dawniejszych Chiny, chociaż były centrum cywilizacyjnym i wytwórczym ówczesnego świata, z uwagi na odległość raczej pośrednio oddziaływały na sytuację w Europie Środkowej leżącej poza strategicznymi szlakami handlowymi. Wystarczy wspomnieć czasy imperium mongolskiego i jego rozpad, związany m.in. z zaangażowaniem się chana Kubilaja w utwierdzenie się w Państwie Środka, co spowodowało, że Europa przestała być zagrożona najazdami z Azji. Z kolei jednoznaczna przewaga Chin na Dalekim Wschodzie jeszcze w XVIII wieku sprawiła, że ekspansja terytorialna Rosji w kierunku wschodnim przebiegała bez współzawodnictwa z Pekinem. Upadek państwowości polskiej pod koniec XVIII wieku spowodował, że nasz kraj nie był w żadnej mierze aktorem na scenie „wieku upokorzeń” Chin, ograniczonego umownie latami 1842–1949, co skądinąd może stanowić pewien kapitał na przyszłość. Relacje odrodzonej Rzeczypospolitej zajętej własnymi problemami z Chinami przeżywającymi jeden z największych w historii kryzysów były siłą rzeczy rachityczne. Zmiana przyszła po znalezieniu się obu krajów w obozie komunistycznym po II wojnie światowej i po chińskiej wojnie domowej. Mimo pewnych wspólnych przedsięwzięć, takich jak spółki joint-venture w rodzaju towarzystwa okrętowego Chipolbrok, stosunki te nie były jednak szczególnie bogate w konkrety, m.in. z powodu podległości politycznej Warszawy względem „stolicy światowego proletariatu”, szczególnie do 1956 roku. Pewnym wyjątkiem było tu zajęcie przez premiera Zhou Enlaia negatywnego stanowiska wobec ewentualnej sowieckiej interwencji wojskowej w październiku 1956 roku. Nie pozostało ono bez wpływu na bieg wypadków. Potencjał rozwoju relacji, jaki prawdopodobnie istniał między PRL Władysława Gomułki mającą pewne ambicje pod względem niezależności a ChRL, nie został wyzyskany z uwagi na rozbieżności w dziedzinie polityki zagranicznej. Takie chińskie działania, jak parcie do konfliktu z Indiami, były przez Warszawę oceniane negatywnie. Bardzo istotne znaczenie miał rozbrat między maoistowskimi Chinami a Związkiem Sowieckim, który nastąpił w 1962 roku i spowodował, że Warszawa znalazła się w obozie coraz mocniej skonfliktowanym z Pekinem, co zostało przypieczętowane odwołaniem chińskiego ambasadora z Polski w 1967 roku. Rozpoczęta na początku lat 70. normalizacja stosunków nie spowodowała szczególnej rewolucji. Rozwój stosunków politycznych, a zwłaszcza gospodarczych, nastąpił w latach 80., kiedy to dla ekipy Jaruzelskiego Chiny stanowiły jedno z okien na świat, umożliwiając dzięki dostępowi do deficytowych w kraju dóbr konsumpcyjnych złagodzenie sankcji nałożonych przez Zachód po wprowadzeniu stanu wojennego, a z drugiej – dość chłonny rynek dla polskich produktów przemysłowych (w tym samochodów i maszyn górniczych).

Rok 1989 przyniósł symboliczny zbieg okoliczności: w Polsce 4 czerwca był dniem zwycięstwa opozycji w częściowo wolnych wyborach, w Chinach – krwawego stłumienia demonstracji studentów na placu Tian’anmen. Wizerunek Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce w kolejnej dekadzie był bardzo zły. Kraj ten powszechnie postrzegano jako komunistyczną skamielinę, a uwagę opinii publicznej przyciągały, z pewnym zróżnicowaniem intensywności w zależności od orientacji światopoglądowej, brutalność polityki w Tybecie i niedemokratyczny charakter systemu politycznego, brak swobody działania kościołów chrześcijańskich i rygorystyczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego. Co symptomatyczne, ze schematu tego wyłamywał się z jednej strony obóz postkomunistyczny, nawiązujący do powrotu do ciepłych relacji z lat 80., a z drugiej – kręgi Janusza Korwin-Mikkego, zwracające uwagę na oszałamiające wskaźniki wzrostu gospodarczego i aprobujące rządy bardzo twardej ręki w polityce wewnętrznej. Mimo przywrócenia w 1994 roku wizyt na najwyższym szczeblu państwowym relacje polityczne pozostawały w przeważającej mierze ornamentalne, czego nie zmieniały kolejne szumne komunikaty, oświadczenia czy porozumienia. Jednocześnie w kolejnej dekadzie zmieniał się obraz Chin – nie dawało się nie dostrzegać imponującego rozwoju gospodarczego tego kraju, znaczonego powstawaniem supernowoczesnych metropolii czy napływu wysokiej jakości współczesnej kultury chińskiej. Skutek odnosiły podejmowane przez Chińczyków działania PR-owe, a także doświadczenia z życia codziennego, takie jak wszechobecność towarów z Państwa Środka, wśród których tania masówka uzupełniana była przez produkty wysokiej jakości.

Obecne stosunki gospodarcze charakteryzują się znaczną nierównowagą na niekorzyść Polski. Import około dziesięciokrotnie przewyższa eksport, a o ile ten pierwszy wynosi powyżej 10 proc. całości polskich obrotów na tym polu, drugi to ledwie 1 proc. Chiny są drugim co do ważności eksporterem do naszego kraju, który z kolei na ich rynku w zasadzie się nie liczy. Obok oczywistej dysproporcji między wielkością gospodarek, znaczenie ma tu wynikła z transformacji ustrojowej dezindustrializacja i „umontownienie” Polski, a także niska innowacyjność krajowej gospodarki oraz dominacja kapitału zagranicznego, który zazwyczaj prowadzi w Chinach własne interesy. Znajduje to odzwierciedlenie również na rynku inwestycji – o ile Chińczykom zdarza się nabywać polskie firmy (vide przejęcie cywilnej części Huty Stalowa Wola przez grupę Guangxi LiuGong Machinery), o tyle rachityczny kapitał krajowy nie ma warunków do ekspansji na zasadzie wzajemności, ograniczanej oczywiście różnicą skali, określaną przez niemal 25-krotnie mniejszy nominalny PKB naszego kraju.

Chiny, USA i Pacyfik

Wspomniany powyżej „wiek upokorzeń” oznaczał stopniowy upadek znaczenia państwa chińskiego. W połowie XIX wieku wciąż było gigantem liczącym ponad 412 milionów obywateli (dla porównania: Europa Zachodnia miała ich 166 milionów, Stany Zjednoczone – niecałe 24 miliony) i największą potęgą gospodarczą świata, odpowiadając pod tym względem całej Europie Zachodniej i niemal sześciokrotnie dystansując pod względem wielkości gospodarki Stany Zjednoczone. Jednak dobrowolna izolacja od płynących z zewnątrz prądów i określone cechy cywilizacyjne sprawiły, że Państwo Środka znalazło się w swoistej drzemce. Zostało z niej przebudzone w bardzo nieprzyjemny sposób, gdy okazało się, że nie jest na żadnym polu w stanie skutecznie stawić czoła dynamicznym krajom Zachodu, napędzanym przez niesłychany rozwój nauk ścisłych i rewolucję przemysłową, co przekładało się na skokowy wzrost umiejętności pokonywania odległości oraz poprawę sztuki wojennej. Przewaga techniczna Europejczyków, wyraźna już podczas pierwszej wojny opiumowej, podczas której Brytyjczycy zastosowali parowe okręty i karabiny kapiszonowe, rosła radykalnie wraz z pojawieniem się okrętów żelaznych, szybkostrzelnej broni strzeleckiej i artylerii.

Chiny pozostawały pod kluczowymi względami na poziomie porównywalnym z Europą czasów wojny trzydziestoletniej. Do naporu Europejczyków, w szczególności Brytyjczyków i Francuzów, szybko dołączyły Rosja, Stany Zjednoczone, a pod koniec XIX wieku stary lokalny wróg – zmodernizowana według zachodnich wzorów Japonia. Bezradne, trapione regresem politycznym Chiny, przegrywające mimo usiłowań modernizacyjnych kolejne wojny, traciły kraje znajdujące się wcześniej w orbicie wpływów oraz terytoria własne. Stawały się przedmiotem bezwzględnej eksploatacji o charakterze kolonialnym. Czasem największego upadku były lata 20. i 30. XX wieku, znaczone tragiczną w skutkach inwazją japońską oraz słabością rządu usiłującego pełnić rolę centralną, a faktycznie sprawującego kontrolę tylko nad niektórymi terytoriami, podczas gdy innymi władali warlordowie czy komunistyczni rebelianci.

Odwrócenie koniunktury przyniósł koniec II wojny światowej. Oznaczał on przede wszystkim pokonanie najbardziej dokuczliwej Japonii i upadek znaczenia europejskich mocarstw stricte kolonialnych, który rychło przełożył się na utratę niemal wszystkich posiadłości w Azji Południowo-Wschodniej. Wojna domowa między Kuomintangiem a komunistami Mao Zedonga toczyła się o kontrolę nad całością kraju. Chiny roku 1949 były jednak niewiele liczebniejsze niż 100 lat wcześniej (544 miliony mieszkańców, dla porównania – Stany Zjednoczone liczyły już 150 milionów), a przede wszystkim znajdowały się w stanie upadku gospodarczego. Gospodarka chińska z 1950 roku była sześciokrotnie mniejsza od amerykańskiej.

Okres władzy Mao Zedonga należy oceniać na dwóch płaszczyznach. Jedna to ogólna nieefektywność przyjętego systemu gospodarczego, rozliczne szalone, prowadzące do tragicznych skutków rozwiązania, niszczące znaczną część zgromadzonych przez tysiąclecia zasobów kulturalnych, które składają się na „wielki skok naprzód”, a przede wszystkim niezliczone zbrodnie władzy i ogrom cierpień społeczeństwa. Drugą stanowią: centralizacja polityczna i dokonująca się mimo wszystko w pewnym zakresie modernizacja, czerpiąca z istniejących zdobyczy cywilizacyjnych, wyznaczana przez uprzemysłowienie, rozwój edukacji i opieki zdrowotnej. W aspekcie geostrategicznym oznaczała ona stworzenie pierwszej od stu lat faktycznie efektywnej armii, do której przez pewien czas trafiały najnowocześniejsze wzory sowieckiego sprzętu. Wzrost potęgi Chin został przypieczętowany wejściem w 1964 roku w posiadanie broni nuklearnej.

Moment ten, poprzedzony wspomnianym zerwaniem politycznym z ZSRR, można uznać za cezurę znaczącą odzyskanie przez Chiny statusu samodzielnego aktora w geopolitycznym teatrze. Kraj był skonfliktowany zarówno z USA, jak i z ZSRR. Te pierwsze, po pokonaniu Japonii, wojnie koreańskiej i wycofaniu się z Azji dawnych mocarstw europejskich, stały się dominującym graczem na Pacyfiku i w Azji, wspierającym rząd tajwański roszczący sobie prawa do władzy nad całością terytorium Chin oraz powstrzymującym siły komunistyczne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Z kolei z Sowietami w 1969 roku Chiny stoczyły lokalną wojnę o sporne terytoria graniczne.

Dość szybko okazało się jednak, że autarkia jest nie do utrzymania. Zdecydowanie niewystarczające były zasoby gospodarcze i militarne. Polityka „wielkiego skoku” okazała się opierać na mrzonkach. Braku infrastruktury, wiedzy i kwalifikacji kadr technicznych oraz siły roboczej nie udało się żadną miarą wyeliminować nakazami osiągania globalnych rezultatów, które w istocie prowadziły do dewastacji istniejących zasobów. Drugi aspekt jest ściśle związany z poprzednim – o ile transfer gotowych sowieckich rozwiązań i technologii pozwalał na uruchomienie i utrzymanie produkcji, o tyle już w obliczu słabości nauki i przemysłu ich efektywny rozwój stawał się bardzo poważnym wyzwaniem, nie mówiąc nawet o innowacyjnych opracowaniach samodzielnych. W efekcie potencjał chiński, stosunkowo poważny na przełomie lat 50. i 60., w wyniku starzenia się rozwiązań obniżał się na tle rywali w zastraszającym tempie, a szydercze określenie „Górna Wolta z rakietami” znacznie bardziej pasowało do ChRL niż do Związku Sowieckiego.

Rozwiązaniem dylematu okazało się dla kierownictwa chińskiego postawienie na kartę zachodnią. Okoliczności sprzyjały takiemu biegowi spraw. Zasadniczym rywalem Zachodu pozostawał Związek Sowiecki, dotrzymujący mu kroku w dziedzinie zbrojeń. Na Półwyspie Indochińskim Stany Zjednoczone toczyły wojnę ze – sponsorowanymi przez Moskwę i Pekin – Wietnamem Północnym i ruchami partyzanckimi, a odniesienie rozstrzygającego zwycięstwa stawało się coraz bardziej wątpliwe. W tej sytuacji narzucało się wykorzystanie widocznego konfliktu między komunistycznymi mocarstwami i ocieplenie stosunków z relatywnie słabymi Chinami (mimo wzrostu ludności do 862 milionów w 1972 roku ich gospodarka pozostawała niemal pięciokrotnie mniejsza niż 210-milionowych wtedy Stanów Zjednoczonych). Taki też ruch wykonano. W 1972 roku Richard Nixon odwiedził Pekin, by spotkać się z Mao Zedongiem, co otworzyło drogę do tzw. normalizacji stosunków wzajemnych. Pierwszymi beneficjentami tej polityki byli chiński przemysł zbrojeniowy i armia. Od wczesnych lat 70. z Europy Zachodniej, a później również ze Stanów Zjednoczonych i Izraela, zaczął napływać wąski strumień wyselekcjonowanych systemów i technologii. Z jednej strony pozwalały one Chińczykom pod względem technicznym przekroczyć próg przełomu lat 50. i 60., z drugiej jednak nie wzmacniały ich nadmiernie militarnie.

Zasadniczym przełomem w dziedzinie gospodarczej stało się rozpoczęte w 1978 roku stopniowe, kontrolowane urynkowienie gospodarki (połączone z dekolektywizacją własności rolnej) i otwarcie na inwestycje zagraniczne. Dzięki nadążaniu za rozwojem turbokapitalizmu i wykorzystaniu jego zasady maksymalnej redukcji kosztów (w tym przenoszenia produkcji do krajów o najtańszej sile roboczej) ruch ten rozpoczął przekształcanie Chin w „fabrykę świata”. Zaowocowało to 2,2-krotnym wzrostem PKB Chin do 1989 roku, przy zwiększeniu liczby ludności tylko o 17%. Jednocześnie gospodarka Stanów Zjednoczonych w tym samym roku była już większa od chińskiej tylko 2,8 razy. Wydarzenia na placu Tian’anmen jasno wskazywały, że kierownictwo chińskie nie zamierza dopuścić do ograniczenia swojej władzy politycznej na podobieństwo bankrutujących systemów bloku sowieckiego. Z kolei władzę gospodarczą utrzymywało przez wymuszanie na kapitale zagranicznym tworzenia przedsiębiorstw typu joint-venture.

Ochłodzenie stosunków z Zachodem i sankcje w wielu dziedzinach, w połączeniu z powolną poprawą stosunków ze Związkiem Sowieckim w latach 80., stworzyły nową sytuację, w której Chiny stały się głównym rywalem Stanów Zjednoczonych. Kwestionowały szerzone przez Amerykę, również jako instrument globalnej kontroli, ideały liberalno-demokratyczne oraz powoli zmierzały ku rywalizacji strategicznej. Czemu powoli? Miało to dwie zasadnicze przyczyny. Jedna to strategiczne zalecenie Deng Xiaopinga, które podsumowuje nakaz „nie podnoście głów”. Zgodnie z nimi politykę Chin miały znamionować cierpliwość, zbieranie sił i wyczekiwanie na stosowny moment oraz unikanie prowokowania innych głównych aktorów globalnego teatru. Drugi powód to ograniczone siły wojskowe. Dla rywalizacji na Pacyfiku kluczowe znacznie mają lotnictwo i marynarka wojenna, a na przełomie lat 80. i 90. ich stan nie mógł napawać Chińczyków optymizmem. Amerykanie wprowadzali wtedy pierwsze samoloty stealth, tymczasem podstawowym myśliwcem chińskim była licencyjna wersja MiGa-19 z połowy lat 50. Podobnie archaicznie wyglądało lotnictwo uderzeniowe. W nieco lepszej sytuacji była marynarka wojenna, ale i tu jednostki bazujące na sowieckich rozwiązaniach z lat 50. miały być dopiero uzupełnione przez nowsze, wyposażone w sporej mierze w systemy zachodnie. Chińskie siły zbrojne nie był wtedy w stanie stworzyć zagrożenia konwencjonalnego nawet dla 20-milionowego Tajwanu. Militarne znaczenie Chin opierało się wciąż na orężu nuklearnym, które choć dość mało zaawansowane technicznie i nieliczne w stosunku do arsenałów amerykańskich i sowieckich, stanowiło uzasadnienie mocarstwowego statusu kraju.

Przekroczenie „za wysokich progów” w dziedzinie techniki wojskowej umożliwiła Chinom szeroko zakrojona współpraca z Rosją oraz krajami postsowieckimi, możliwa dzięki normalizacji stosunków, a szczególnie pilna z uwagi na nałożone po 1989 roku sankcje, które zatrzymały dopływ nowszych systemów ze Stanów Zjednoczonych i zachodniej Europy. Zakupy, a następnie podjęcie licencyjnej produkcji systemów rosyjskich, uzupełnione ogromnymi możliwościami korzystania z potencjału intelektualnego obszaru postsowieckiego, a także legalnym i nielegalnym pozyskiwaniem rozwiązań zachodnich, spowodowały radykalną zmianę oblicza chińskich sił zbrojnych. Skokowej modernizacji uległy wszystkie ich gałęzie. Znaczną część wyposażenia lotnictwa stanowią myśliwce Su-27/30 oraz ich chińskie pochodne i wspomniany J-10. Łączna liczba samolotów bojowych chińskiego lotnictwa i marynarki wojennej wynosi około 2200 sztuk, co czyni z Chin drugą pod względem liczebnym potęgę światową. Oznacza to, że kraj posiada około 2/3 stanów amerykańskich, choć lotnictwo USA pozostaje średnio o co najmniej generację bardziej zaawansowane, gdyż dysponuje niezwykle zaawansowanymi systemami uzbrojenia, rozpoznania i dowodzenia, wciąż niedostępnymi dla Chin. Niemniej najnowocześniejsze, liczone w setki maszyny chińskie, są już w stanie podjąć walkę z wersjami konstrukcji wywodzących się z lat 70., stanowiącymi wciąż większość stanów lotnictwa amerykańskiego. To zasadniczy postęp w porównaniu z sytuacją sprzed ćwierćwiecza, gdy takie starcie przypominałoby dla strony amerykańskiej polowanie na kaczki. Podobnie rzecz ma się z flotą Chin. Około 60 niszczycieli oraz fregat nowej generacji wybudowanych od lat 90. lub zakupionych w Rosji, wspieranych przez 40 odpowiadających im pokoleniowo konwencjonalnych oraz 10 nuklearnych okrętów podwodnych, ustępuje co prawda nowoczesnością jednostkom US Navy, wyposażonym w najbardziej zaawansowane na świecie systemy. Stanowią jednak znaczną siłę, której Stany Zjednoczone żadną miarą nie mogą lekceważyć. Istotną zmianą, kluczowym krokiem floty chińskiej na drodze do możliwości pokazania siły na oceanach i dalekich lądach, było wcielenie w 2012 roku przez chińską marynarkę wojenną do służby pierwszego lotniskowca „Liaoning”. Budowana jeszcze za czasów sowieckich jednostka, przejęta przez Ukrainę i odkupiona przez Chiny, oficjalnie w celu przekształcenia w pływający hotel i kasyno, została wykończona do pełnienia funkcji szkolno-bojowych, a na podstawie uzyskanej wiedzy i doświadczeń Chiny budują dwie kolejne.

W aspekcie gospodarczym Chiny do dziś kroczą ścieżką nieprzerwanego rozwoju, którego nie zakłócił w istotnym stopniu nawet kryzys gospodarczy lat 2008–2009. Według szacunków dotyczących 2016 roku przewaga Stanów Zjednoczonych pod względem PKB stopniała do 63%. Następuje przy tym zauważalna zmiana charakteru chińskiej gospodarki. O ile jeszcze przed dekadą marki chińskie praktycznie nie były znane w świecie, o tyle dziś Lenovo, Huwaei czy ZTE są poważnymi graczami. Dokonują się również spektakularne przejęcia przedsiębiorstw zagranicznych – obok nabycia przez Lenovo działu komputerów osobistych IBM można wymienić zakup przez holding Geely firmy Volvo Cars. Obecna polityka gospodarcza zakłada z jednej strony promowanie innowacyjności (np. w zakresie technologii ekologicznych), a z drugiej – zminimalizowanie uzależnienia gospodarki od eksportu przez pobudzanie stosunkowo niewielkiej dotychczas konsumpcji wewnętrznej. Ma temu służyć rozbudowa słabego do tej pory sektora usług, a także rozwój systemów emerytalnych i opieki zdrowotnej. Celem jest utrzymanie wysokiej stopy wzrostu dzięki wykorzystaniu ogromnych rezerw wewnętrznych. Imponująca globalna wartość PKB Chin rozkłada się na ogromną populację, przez co wartość per capita pozostaje względnie niska – w 2015 roku wynosiła 8141 dolarów, przy 56 084 dolarach w Stanach Zjednoczonych (dla porównania – Polska osiąga wskaźnik 12 142 dolarów). Powodzenie tych zamiarów, wraz z luzowaniem restrykcyjnej dotychczas polityki demograficznej (obowiązujące od 1980 roku ustawowe ograniczenie do jednego dziecka na rodzinę zostanie w 2017 roku zastąpione ograniczeniem do dwojga) będzie miało jeden skutek: w ciągu kilkunastu najbliższych lat Chiny staną się pierwszą gospodarką świata, a później wysforują się na pozycję wyraźnego lidera. Zgodnie z szacunkami na rok 2050 ich gospodarka będzie wtedy o połowę większa od amerykańskiej.

Wzrost potęgi na wszystkich polach spowodował przewartościowania w chińskiej polityce. O ile w latach 90. i w kolejnym dziesięcioleciu władze ściśle przestrzegały zasady „niepodnoszenia głów”, ograniczając się do biernego oporu względem amerykańskiego unilateralizmu i nie popierając żadnej interwencji amerykańskiej na świecie, ale też nie ingerując, o tyle początek bieżącej dekady przyniósł zmianę. Jest ona związana z widocznym kryzysem systemu finansowego opartego na dominacji amerykańskiego modelu bankowości i dolarze jako głównej światowej walucie rozliczeniowej – oraz z wyczerpywaniem się sił Stanów Zjednoczonych w wojnach ekspedycyjnych. Nowa generacja polityków, reprezentowana przez Xi Jinpinga i premiera Li Keqianga, sformułowała nowe hasła: „chińskiego marzenia” i „wielkiego renesansu narodu chińskiego”. Zasada bierności i kumulowania sił została explicite odrzucona na rzecz aktywności w polityce zagranicznej. Jako długoterminowy cel tych strategii jawi się odzyskanie przez kraj statusu supermocarstwa, jaki miał on do XIX w.

Wspomniane hasła nie są czczymi deklaracjami. Od początku wieku obserwujemy zdecydowany wzrost aktywności Chin w skali globalnej. Stały się kluczowym graczem w Afryce, gdzie kupują niezbędne dla gospodarki surowce i inwestują w projekty infrastrukturalne i przemysł, udzielają rządom korzystnych pożyczek i rozdzielają pomoc finansową. Działają w Ameryce Południowej, znów kupując surowce (są obecnie największym partnerem handlowym m.in. Brazylii i Wenezueli), ale też przymierzając się do infrastruktury, czego przykładem może być projekt Kanału Nikaraguańskiego, którego rzeczywisty status i perspektywy są jednak wciąż niejasne. Są obecne oczywiście również na bliższych obszarach: w zaprzyjaźnionym niemal od zarania państwowego bytu Pakistanie budują potężny port przeładunkowy w Gwadarze. Kluczowym rejonem jest jednak samo Morze Południowochińskie, na którym od początku bieżącej dekady Chiny często zachowują się prowokacyjnie, wysyłając silne zespoły floty w pobliże Japonii, z którą prowadzą spór o Wyspy Senkaku. Pozostają w aktywnym konflikcie o Wyspy Paracelskie z Wietnamem, Malezją i Filipinami.

Działaniom o charakterze lokalnym towarzyszą inicjatywy mające par excellence wymiar globalny. W połowie 2015 roku utworzono Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), zrzeszający ponad 50 krajów z całego świata, w tym Polskę. To alternatywa wobec Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – z decydującym głosem Pekinu. Juan staje się walutą światową, Chińczycy naciskają na używanie go w rozliczeniach w kontaktach z partnerami handlowymi. Wreszcie w 2013 roku Xi Jinping przedstawił koncepcję Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli sieci korytarzy transportowych (kolejowych, drogowych, przesyłowych) oraz połączeń politycznych i gospodarczych – w tym tworzonych przez ekspansję chińskich instytucji finansowych – między Chinami a Europą, przez które odbywałby się transfer obrotów między tymi obszarami; w 2013 roku wyniosły one 559 miliardów dolarów. Szlak morski miałby przebiegać z Chin przez cieśninę Malakka, Sri Lankę, Ocean Indyjski, Róg Afryki i Kanał Sueski do Morza Śródziemnego. Szlak lądowy wiódłby z Chin przez Kazachstan do Europy. Z Kazachstanu możliwych jest kilka alternatywnych tras: przez Rosję, Białoruś/Ukrainę i Polskę do Niemiec, przez Uzbekistan i/lub Turkmenistan, Iran i Turcję lub Gruzję do Bułgarii bądź na Słowację.

Rosnąca potęga Chin sama w sobie stanowi zagrożenie dla obecnego globalnego hegemona, tym większe w sytuacji jego osłabienia. Stanowi kolejną odsłonę konfliktu mocarstw morskiego i lądowego. Trwa on od skomunikowania świata u zarania ery nowożytnej. Stawką jest dominacja na świecie. Konflikt obejmuje obszary militarny, gospodarczy i polityczny. Jest w sporej mierze niezależny od intencji stron, ponieważ następuje na mocy praw geopolityki i działania politycznej grawitacji. Wzrost jednego z aktorów porywa go z impetem i wywołuje reakcję innych uczestników dramatu.

Polityka amerykańska w dość wyraźny sposób ewoluowała w kwestii chińskiej. Na początku lat 90. nie postrzegano Chin jako zagrożenia, czego widomym znakiem była likwidacja baz na Filipinach. Dekada ta przebiegła pod znakiem nieuznawania czynnika chińskiego w polityce za strategiczne zagrożenie, mimo wyraźnego wsparcia dla Tajwanu podczas kryzysu w latach 1995–1996, który zresztą unaocznił ówczesną bezwzględną supremacją militarną Stanów Zjednoczonych. Koniec lat 90. znamionowało wyraźne odprężenie w relacjach. Zmieniło się to z nastaniem ery George’a W. Busha, kiedy to Chiny zostały uznane za „strategicznego konkurenta” – wcześniej były „strategicznym partnerem”. Za jedną z zasadniczych przyczyn „wojny z terrorem” uznaje się (mające ostrze antychińskie) dążenie Stanów Zjednoczonych do przejęcia kontroli nad leżącymi w regionie Zatoki Perskiej złożami ropy naftowej. Odsłona tej wojny na odcinku afgańskim umożliwiła Amerykanom ustanowienie (za zgodą Rosji) czasowej, jak się okazało, obecności wojskowej w Kirgistanie i w Uzbekistanie. Nastąpiły też dalsze dostawy broni dla Tajwanu. Są one barometrem skomplikowanych relacji amerykańsko-chińsko-tajwańskich: w okresach ochłodzenia stosunków z Pekinem Waszyngton jest wyraźnie bardziej chętny do zawierania umów i ich realizacji, choć nakłada się na to dalekie od pełnego zaufanie do Tajwańczyków, wśród których bój toczą tendencje niezawisłościowe i prochińskie. Rok 2011 przyniósł – w obliczu kryzysu gospodarczego i coraz wyraźniej rosnącej potęgi Chin – oficjalne ogłoszenie przewartościowania amerykańskiej strategii przez zwrot na Pacyfik i przesunięcie na ten obszar zasadniczej uwagi Waszyngtonu oraz większości sił zbrojnych. Ogólnie rzecz biorąc, zadanie amerykańskiej strategii polega na utrzymaniu kontroli nad łańcuchem ograniczającym swobodę wyjścia Chin na oceany, rozciągającym się od Japonii przez Tajwan i Filipiny po Indonezję, oraz nad szlakami komunikacyjnymi na obu wielkich oceanach.

Wspomniany zwrot konweniuje z obawami przed zdominowaniem przez chińską potęgę, dzielonymi przez wszystkie praktycznie kraje szeroko rozumianego regionu. Powtarza się tu scenariusz opisywany przez Raymonda Arona w odniesieniu do Niemiec wilhelmińskich, których rosnąca potęga po zjednoczeniu groziła, z uwagi na potencjał ludnościowy i dynamizm rozwoju, gospodarczym zdominowaniem wszystkich lokalnych aktorów. Chiny stanowią takie zagrożenie dla Japonii – potężnej, lecz pogrążonej w stagnacji gospodarczej, niezwykle słabych militarnie Filipin, tradycyjnie wrogiego im Wietnamu. Budzą niepokój także innej rosnącej potęgi – Indii, z którymi dzielą sporną górską granicę. Wspierają ich tradycyjnego wroga, Pakistan, i dążą do obecności wojskowej oraz politycznej na Oceanie Indyjskim – obok wspomnianego Gwadaru chodzi o obecność i wpływy w Myanmarze, na Sri Lance, a także w Somalii, gdzie od 2009 roku stale operują zespoły okrętów chińskiej marynarki wojennej. Oczywistym przykładem jest Tajwan, którego reintegracja stanowi zasadniczy cel polityki chińskiej.

Taki stan rzeczy prowadzi do zauważalnego ocieplenia stosunków poszczególnych krajów ze Stanami Zjednoczonymi, postrzeganymi jako przeciwwaga dla lokalnego giganta. W ostatnich latach wskutek zgodnych inicjatyw obu stron nastąpiła całkowita normalizacja stosunków amerykańsko-wietnamskich, ukoronowana niedawnym zniesieniem embarga na dostawy broni. Filipiny dążą z amerykańską pomocą do pewnego zwiększenia potencjału obronnego, planowane jest także otwarcie pięciu nowych baz w tym kraju. Zdecydowanemu zacieśnieniu uległy relacje amerykańsko-indyjskie. Stany Zjednoczone stają się coraz ważniejszym dostawcą uzbrojenia dla Indii, wypierając z tego rynku Rosję, choć wcześniej były na nim praktycznie nieobecne. Rozwija się współpraca z Japonią, np. w dziedzinie obrony przeciwrakietowej, którą należy postrzegać jako mającą również tło antychińskie – arsenał nuklearny tego kraju jest znacznie mniej liczny niż amerykański i rosyjski (wynosi, według różnych szacunków, 5–10% każdego z nich, co czyni jego dezaktywację przez tarcze antyrakietowe znacznie bardziej prawdopodobną). Tajwan uzyskuje zgody na dostawę kolejnych transzy uzbrojenia.

Chiny a Rosja

Bardzo ważnym elementem tła relacji chińsko-amerykańskich jest Rosja. Jak wspomniano wcześniej, normalizacja stosunków sowiecko-chińskich postępowała powoli w latach 80. ubiegłego stulecia, czego ukoronowaniem była wizyta Michaiła Gorbaczowa w Pekinie w 1989 roku W jej następstwie w 1991 roku podpisano umowę graniczną, regulującą większość spornych kwestii, usuwającą groźbę konfliktu i pozwalającą obu stronom na zasadnicze zmniejszenie ogromnej dotychczas militaryzacji granicy. Ocieplenie to, dotyczące – po rozpadzie Związku Sowieckiego – Rosji, umożliwiło dzięki transferom sprzętu i technologii w postaci produkcji licencyjnej skokowy rozwój chińskiego potencjału militarnego. Było zbawienne również dla rosyjskiego przemysłu obronnego, który w sytuacji braku zamówień, wynikającego z zapaści gospodarczej, utrzymywał się głównie dzięki sprzedaży do Chin i Indii. Po początkowym uśpieniu relacji politycznych, w 1994 roku rozpoczęła się trwająca do dziś epoka sojuszy i partnerstw o różnym natężeniu (pierwotnie było to partnerstwo „konstruktywne”, później „strategiczne”).

Ogólnie rzecz biorąc, w aspekcie politycznym dla Rosji Chiny stanowią kartę przetargową w relacjach z Zachodem, a w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi – w okresach ochłodzenia Kreml zwraca się ku wschodniemu sąsiadowi, odwraca przy „resetach”. „Strategiczne partnerstwo”, zainicjowane w 1996 roku, stanowiło reakcję na otwarcie drogi państw Europy Środkowo-Wschodniej do NATO wbrew sprzeciwom Rosji. Rok 2001 przyniósł próbę ocieplenia stosunków Moskwy z Waszyngtonem pod hasłem „wojny z terrorem”, co zaowocowało szokującą dla Chin obecnością wojsk amerykańskich w Azji Środkowej, wskutek czego uznały one Rosjan za partnera obrotowego, niegodnego rzeczywistego zaufania. Ponowne zbliżenie chińsko-rosyjskie nastąpiło w 2005 roku z uwagi na brak efektów poprzedniego zwrotu. Rosja nie uzyskała od Stanów Zjednoczonych oczekiwanej carte blanche na obszarze postsowieckim, nastąpiły wręcz „kolorowe rewolucje”; sama z kolei nie wsparła Amerykanów na Bliskim Wschodzie.

W kolejnych latach Rosja, a w szczególności jej daleki wschód, stawała się w coraz większym stopniu zapleczem surowcowym Chin, które finansowały infrastrukturę przesyłową. Pekin dysponuje dzięki temu lądowymi drogami dostaw strategicznych surowców, Rosja ma w relacjach z Zachodem alternatywę polityczną oraz gospodarczą. Pozwala jej to na wzrost poczucia znaczenia oraz na snucie wizji imperialnych, a w perspektywie – grę na sprzecznościach między ośrodkami rywalizującymi o globalną władzę. W rzeczywistości jednak stosunki te są obciążone zasadniczą nierównowagą. Gospodarka chińska jest dziewięciokrotnie większa od rosyjskiej, struktura wymiany handlowej przypomina schemat kolonialny: do Chin wędrują surowce i materiały nieprzetworzone, do Rosji – towary przemysłowe i żywność. Powoli wyczerpuje się atrakcyjność Rosji nawet jako dostawcy technologii wojskowych. Mimo zachowania przez Rosjan pewnych kluczowych atutów, jak niedopuszczenie do przekazania licencji na produkcję silników do samolotów wojskowych, Chińczycy dopracowują się powoli własnych rozwiązań. Zapewne wersje ich zaprezentowanych niedawno samolotów bojowych będą już napędzane jednostkami co najmniej własnej produkcji.

W razie długofalowego powodzenia chińskiego projektu modernizacyjnego Rosji grozi ostateczna wasalizacja. Niemniej, z racji własnego imperializmu i skonfliktowania z Zachodem po kryzysie ukraińskim, jest skazana na Chiny, zatem relacje te powinny być w perspektywie najbliższych lat stabilne. Jednak po stronie Moskwy istnieje potencjał kolejnych wolt. Zachód pozostaje dla Rosji najważniejszym politycznym oraz gospodarczym punktem odniesienia. Realizacja programu Nowego Jedwabnego Szlaku spowoduje ugruntowanie w krajach tego obszaru wpływów gospodarczych Chin, którym Rosja nie jest w stanie wiele przeciwstawić, ponieważ preferuje projekty przede wszystkim polityczne, takie jak, poniekąd wbrew nazwie, Euroazjatycka Unia Gospodarcza.

Powrót do Polski

Nasz kraj sam w sobie jest w globalnej grze pionkiem. Leży jednak w obszarze zderzania się bloków geopolitycznych. Zaostrzanie się rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami z Rosją w tle w oczywisty sposób zwiększa zagrożenia, chociaż niesie też szanse.

Największa z nich wiąże się z projektem lądowej części Nowego Jedwabnego Szlaku, mającego zmniejszyć zależność chińskiego handlu od tras morskich kontrolowanych przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników. Przez Polskę prowadzi najłatwiejsza do realizacji trasa, wykorzystująca istniejące już połączenia. Związana z tym projektem chińska koncepcja dla Europy Środkowej, określona przez grupę 16+1, pokrywa się z historycznymi polskimi wizjami Międzymorza, bo obejmuje kraje wyszehradzkie, bałtyckie i bałkańskie. Wsparcie przez Chiny nadałoby Międzymorzu substancjonalności pozwalającej w razie powodzenia projektu na uzyskanie przez region podmiotowości politycznej, którą należałoby zasadniczo wzmocnić więziami w ramach Europy Bałtyckiej oraz z krajami skandynawskimi i Ukrainą.

Na tej drodze piętrzą się jednak z polskiego punktu widzenia liczne trudności. Zasadniczą jest dysproporcja potencjałów między wszystkimi krajami razem wziętymi a Chinami, a także słabość każdego z nich z osobna, w tym samej Polski. Ich gospodarki są w dużej mierze montowniane, oparte na taniej sile roboczej. Są zapleczami krajów UE i Stanów Zjednoczonych, pozbawionymi marek atrakcyjnych dla rynku Państwa Środka. Choć można mieć pewne nadzieje na ponadnormatywną życzliwość w związku z brakiem udziału Polski i innych krajów regionu w „wieku hańby”, chińskie zaangażowanie na pewno nie oznacza przyniesienia nam książęcego diademu i kontenerów pełnych dóbr. Konieczna będzie twarda walka o interesy, o korzystny dla nas przebieg procesów gospodarczych, tak aby nie oznaczały one kolejnej kolonizacji i wpadnięcia z deszczu pod rynnę. Pojedynkiem Dawida z Goliatem będzie zapewne przekonywanie Pekinu przez Warszawę do takiego ukierunkowania projektów w regionie, aby uwzględniały w jak największym stopniu lokalne interesy, w tym nasze. Problemem będzie oczywiście organizacja stosunków w regionie w taki sposób, by występował jako jedna całość, z największym krajem jako liderem, a nie jako konkurent rywalizujący na własną rękę o cudze względy. Oczywiście należy brać pod uwagę scenariusz również takiej konkurencji i prób maksymalnego wyzyskania własnych atutów. W każdym razie konieczne są skuteczne działania na rzecz siły, konkurencyjności i podmiotowości gospodarczej jako warunków sine qua non pojawienia się jakichkolwiek korzyści.

Istnieją oczywiście związane z czynnikiem chińskim kluczowe zagrożenia i szanse, niezależne od koncepcji Międzymorza. Możliwość oparcia się na Chinach z jednej strony ułatwia Rosji prowadzenie w regionie imperialnej, rewizjonistycznej polityki, z drugiej jednak otwiera krajom naszego regionu możliwość szukania w potężnym Pekinie moderatora ograniczającego rosyjskie zapędy. To ważne szczególnie z uwagi na koncentrację Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku i zmniejszenie możliwości skutecznego działania w Europie Środkowej w razie konfliktów, które prawdopodobnie z upływem czasu będą się pogłębiać. Z drugiej strony, zmiana stosunku sił na niekorzyść Stanów Zjednoczonych będzie zapewne zwiększała ich skłonność do obłaskawiania Rosji, także w regionie. Chwilowo takiego zagrożenia nie widać, jednak trzeba pamiętać o wcześniejszych zwrotach i „resetach” politycznych. Warto również wspomnieć o wyrażonej ostatnio przez Zbigniewa Brzezińskiego opinii na temat końca ery globalnej dominacji i konieczności pokojowego podzielenia się z Chinami oraz Rosją władzą nad światem w celu zachowania przez Waszyngton pozycji seniora nowej Wielkiej Trójki. Może to wskazywać na istnienie w amerykańskiej elicie władzy rozbieżnych opinii, które z kolei mogą przekładać się na wahania wpływów opcji konfrontacyjnej i ugodowej oraz rzutować na sytuację globalną, w szczególności potencjalnie dotkliwie na pograniczach. Wiele wskazuje na to, że ofiarą takich wahań stała się w 2008 roku Gruzja, zachęcona do asertywnej polityki wobec Rosji, a następnie pozbawiona wsparcia w związku z nadchodzącym przesunięciem na szczytach władzy.

Narzuca się wniosek, że Polska jest skazana na prowadzenie wirtuozerskiej polityki, balansującej między Waszyngtonem a Pekinem. W żadnym razie nie można dopuścić do bezalternatywności. W tym kontekście szczególnie niepokojące wydaje się mianowanie wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym za politykę amerykańską i azjatycką byłego pracownika amerykańskich instytucji państwowych, związanego z tym krajem całym przebiegiem kariery. Nominacja ta została, w niezwykły dla ich zwyczajowo aksamitnej dyplomacji, skrytykowana jawnie przez chińskie czynniki oficjalne. W aspekcie jakości polityki zagranicznej nie sposób nie wspomnieć o prowadzącym ją ministrze, którego temperament publicystyczny jest odwrotnie proporcjonalny do osiągnięć. Podobne obawy budzi radykalnie proamerykański zwrot w polityce zamówieniowej Ministerstwa Obrony Narodowej, wykonany w niewiarygodnym wprost stylu, psującym w fatalny sposób stosunki z kluczowym krajem Unii Europejskiej. W sytuacji braku konkretów można obawiać się, że zdecydowane zaangażowanie na kierunku chińskim w 2015 roku stanowiło rodzaj zasłony dymnej dla rzeczywistego zamiaru prowadzenia polityki nawet nie proamerykańskiej, a bezpośrednio amerykańskiej. Oczywiście każda polityka jest podatna na korekty, niemniej wolty czy, co gorsza, pozorowanie zaangażowania na strategicznym kierunku, aby odstąpić od niego dla jakichś minimalnych czy wręcz pozornych korzyści, takich jak rozmieszczenie w kraju symbolicznych sił sojuszniczych, grozi postrzeganiem nas jako partnera zupełnie niepoważnego i niewartego uwagi w przyszłości.

dr Jan Przybylski

Autor w znaczącej mierze jest dłużnikiem dr. Jacka Bartosiaka i dr. Michała Lubiny, z których ustaleń obficie korzystał, a do prac „Pacyfik i Eurazja. O wojnie” oraz „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991–2014” odsyła Czytelników zainteresowanych pogłębionym ujęciem tematu.

 

Kommune Niederkaufungen – jak się żyje w 60-osobowej wspólnocie

Nie chcę już więcej współzawodniczyć, iść przez życie bez więzi z innymi, samemu. Nie chcę już, by moja siła, moje zdrowie i moja energia życiowa były wykorzystywane przez dominujący system. Nie chcę wychowywać się w rodzinie nuklearnej, która służy tylko regeneracji sił potrzebnych do pracy. Nie chcę konsumować i zapominać o wszystkich swoich niespełnionych marzeniach. Chcę to wszystko zmienić teraz i tutaj. Nie chcę czekać na nowe, lepsze społeczeństwo, ale już dziś przyczynić się do jego rozwoju, chcę dziś zacząć żyć – tak brzmi fragment manifestu Kommune Niederkaufungen, napisanego w 1983 roku.

Ponad 30 lat temu zebrała się grupa ludzi, którzy chcieli żyć inaczej. Co wyszło z tego eksperymentu? Jakie wyzwania stawia mu życie i jak wygląda codzienność w komunie, której celem jest sprzeciw wobec realiów kapitalizmu?

Początki

Zaczęło się na początku 1983 roku od 12 osób, które przeprowadziły się z landu Hessen do Hamburga, by poświęcić się założeniu wspólnoty. Szybko zrobiło się z nich 20 osób, z biegiem czasu dołączyło następnych 20 – znajomi znajomych. Grupa napisała manifest, w którym zostały określone główne cele utworzenia wspólnoty. Podstawowa zasada to: Od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb. Pięć kluczowych celów, które nie uległy zmianie aż do dziś, to:

  1. wspólne gospodarowanie zasobami: indywidualne dochody i dobytek idą do wspólnej kasy i każdy może z niej korzystać według własnych potrzeb;
  2. zasada konsensusu, czyli decyzje dotyczące wspólnoty podejmowane są tylko pod warunkiem jednomyślności. Później jednak wprowadzono pewne odstępstwa od tej reguły – w przypadku braku konsensusu po dwumiesięcznych dyskusjach, decyzja może być podjęta pomimo weta trzech członków, dopiero weto czterech osób może zablokować decyzję;
  3. zniesienie struktury rodziny nuklearnej i uznanie prac domowych za obszar działalności o tej samej wartości co praca zarobkowa;
  4. przezwyciężenie nierówności między płciami;
  5. lewicowa orientacja polityczna, np. mieszkańcy angażują się w działania przeciw energii nuklearnej i w kwestię uchodźców.

Prace nabrały tempa. W latach 1984–1986 projekt przyciągnął około 1000 osób, angażujących się na różne sposoby. Rozpoczęto kampanię informacyjną, by znaleźć przyszłych mieszkańców wspólnoty. Stworzono zespoły do poszczególnych zadań, np. weryfikowania ogłoszeń o zakupie nieruchomości. Szukano 100 osób gotowych zainwestować w projekt lub wydawać comiesięczną gazetkę z aktualnościami. Aby usprawnić przygotowania, powstały też wspólnotowe mieszkania. W sumie razem zamieszkiwało około 28 dorosłych i 10 dzieci – testowali wspólne gospodarowanie pieniędzmi i zasadę konsensusu. Ponadto spotykali się w ramach kręgów kobiet i mężczyzn oraz grup terapeutycznych. Pozwoliło to na poznanie się i zbudowanie zaufania zanim powstanie komuna.

W grudniu 1986 roku, po trzech latach starań, zakupiono duży budynek nieopodal Kassel w Hesji. 17 dorosłych z trójką dzieci zamieszkało w budynku za dużym na ich potrzeby w nadziei, że inni się dołączą. Komuna jednak nigdy nie rozrosła się do planowanych stu osób. Od tamtej pory wspólnota zakupiła inne budynki i tereny w okolicy. W pobliżu Kassel powstały też inne wspólnoty.

Warunki życia

Z zewnątrz posiadłość komuny nie różni się zbytnio od „burżujskiego” sąsiedztwa na przedmieściach Kassel, gdzie się znajduje. Wygląda jak kilka budynków mieszkalnych w dobrym stanie. Jest czysto, wszystko wydaje się mieć swoje miejsce, ogród jest zadbany. Różnicę zdradzają tablica ogłoszeń z informacjami politycznymi znajdująca się przed budynkiem, napis-fragment manifestu, który świetnie komponuje się z resztą, trochę wyższy odsetek mężczyzn z długimi brodami i włosami oraz dwie osoby z dredami.

Dziś Kommune Niederkaufungen to 59 dorosłych (31 kobiet i 28 mężczyzn) oraz 20 dzieci i nastolatków. Wiek mieszkańców: od noworodka do 69 lat. Od 2010 roku liczba członków jest mniej więcej stała. Do celów mieszkalnych służy około 2000 metrów kwadratowych. Członkowie są podzieleni na 16 grup mieszkaniowych. Choć zdarza się, że pary i rodziny mieszkają same, przeważnie grupy składają się z osób niemających silniejszych więzi. Na przykład jedno mieszkanie dzieliły dwie kobiety ze swoimi synami i dwóch mężczyzn, choć nikt z dorosłych nie był w związku z inną osobą z lokalu. Nastolatkowie w komunie postanowili wprowadzić się do osobnego mieszkania bez rodziców. Dla jednej z moich rozmówczyń współdzielenie mieszkania jest trudne, ponieważ potrzebuje spokoju i porządku. Waha się, czy poprosić o oddzielne lokum, gdyż mieszkanie razem jest jedną z głównych zasad komuny, a ponadto wspólnota nie ma na to środków.

Mieszkańcy mają do dyspozycji wspólną bibliotekę, garderobę z ubraniami, pomieszczenie, gdzie składowane są rowery, salę komputerową z dostępem do Internetu i drukarką, pralnię z trzema pralkami na całą wspólnotę, warsztat do majsterkowania, pomieszczenie muzyczne, domowe kino i duży pokój wielofunkcyjny. Posiadają również dwa domki letniskowe w pobliżu: można się do nich udać na wakacje.

Wspólnota dysponuje ośmioma samochodami do prywatnego użytku, trzeba je więc rezerwować z wyprzedzeniem. To samochody elektryczne, które służą do przemieszczania się na krótkie dystanse. Jakość jedzenia jest dla mieszkańców bardzo ważna, dlatego albo produkują własne, albo kupują pożywienie najlepszej jakości.

Uśrednione koszty życia wynoszą 900 euro miesięcznie na osobę, włączając w to czynsz w wysokości 114 euro, który wpłacają na osobne konto, by odkładać na inwestycje lub remonty. W koszty wliczone są też składki na emerytury.

Model ekonomiczny i organizacja pracy

Wspólnota jest stabilna finansowo od 30 lat. Działa w niej obecnie kilka przedsiębiorstw i kolektywów zarabiających pieniądze: przedszkole dla dzieci wspólnotowych i tych z okolicy, ośrodek dla osób starszych potrzebujących opieki dziennej, pokazy pojazdów elektrycznych w parku, warsztaty porozumienia bez przemocy i na inne tematy, uprawa warzyw dla abonentów i praca edukacyjna wokół tej kwestii, produkcja nasion, poradnictwo dotyczące dawnych odmian owoców, jak również ich uprawa i przetwarzanie. W ramach wspólnoty istnieje 20-hektarowe gospodarstwo rolne, w którym produkowane są mięso, kiełbasy, ser i inne produkty mleczne. Istnieje tu także ośrodek konferencyjny z 35 miejscami noclegowymi, kuchnia gotująca dla innych przedsiębiorstw we wspólnocie i oferująca usługi cateringowe na zewnątrz, przedsiębiorstwo meblarskie i remontowe. Jednym z ciekawszych przedsiębiorstw jest producent niszczarek do przedmiotów z różnych tworzyw – Fila Maker. Marek ze Słowacji, który założył to przedsiębiorstwo, utożsamia się z ruchem makers [makerzy – kultura będąca rozwinięciem subkulturowego ruchu Do it Yourself, „Zrób to sam”, w kierunku technologicznym – przyp. red.] i jego produkty są dostępne na wolnej licencji. Oprócz sprzedawania niszczarek zarabia również około dwóch tysięcy euro rocznie na przemielonych odpadach i kilka tysięcy euro miesięcznie na filmach pokazujących niszczenie przedmiotów na YouTubie.

Taka różnorodność przedsiębiorstw zapewnia wspólnocie stabilizację oraz pozwala na rozwijanie nowych inicjatyw i dotowanie tych mających mniejsze powodzenie. Zachęca to do podjęcia ryzyka. Ośrodek konferencyjny na początku miał powstać z pobudek ideologicznych, a nie po to, aby dawać duże dochody. Okazało się jednak, że to obszar przynoszący zysk. Jednym z priorytetów wspólnoty jest stworzenie systemu produktów i usług ważnych w życiu codziennym, takich jak rolnictwo i opieka, pomimo że nie są one korzystne finansowo.

Każda grupa ustala samodzielnie, jak chce pracować i określa wspólnie czas pracy. Jedna osoba nie pracuje z powodów zdrowotnych. Niektórzy pracują tylko 20 godzin tygodniowo. Trzy osoby są w wieku emerytalnym, ale nadal pracują, lecz podejmują mniej odpowiedzialne i lżejsze zadania. Kilka osób jest zatrudnionych poza komuną, w takich obszarach jak szkolnictwo, opieka socjalna, ergoterapia. Za pracę uważa się także działalność, która nie przynosi żadnych korzyści materialnych, np. zaangażowanie polityczne, opiekę nad dziećmi, pomoc przy rozwiązywaniu sporów w komunie. W przypadku chęci poświęcenia większej ilości czasu tego typu zajęciom, trzeba omówić to ze współpracownikami z danego kolektywu.

Oprócz pracy w kolektywach lub poza wspólnotą obowiązuje tygodniowy plan sprzątania i gotowania. Każdy jest zobowiązany do sprzątania sali, w której trzy razy dziennie podawane są posiłki. W grupach mieszkaniowych ustala się zasady i plany według oczekiwań mieszkańców.

Wolność, różność, wyrozumiałość

W dokumencie założycielskim Kommune pisze: Asceza nie jest naszym celem i jako grupa nie decydujemy, co jest prawdziwą, a co sztuczną potrzebą.

Są osoby, które dużo pracują i mało wydają, i takie, które robią dokładnie odwrotnie. Uli Barth, 66-letni współzałożyciel, który zajmuje się finansami, zauważył ciekawe zjawisko: co roku stan konta wspólnoty wychodzi na zero. Choć w lipcu 2016 roku dług wynosił 30 tysięcy euro, to przeważnie komunie udaje się go spłacić do końca roku. Niektórzy zaczynają oszczędzać, inni przyzwyczaili się do letniej dziury budżetowej. Oprócz comiesięcznego sprawozdania na temat stanu konta i obwieszczania na tablicy ogłoszeń wydatków wynoszących więcej niż 150 euro oraz wpisywania mniejszych sum do specjalnego zeszytu nie ma żadnego sposobu kontroli finansów. Przykład ten potwierdza zaobserwowaną przez Colina Warda, brytyjskiego teoretyka anarchistycznego, ludzką predyspozycję do spontanicznej samoregulacji w społecznościach bez hierarchii.

Osobom, które mało wydają, czasem trudno jest patrzeć na to, jak inni szastają pieniędzmi. Głównym sposobem radzenia sobie z tym problemem jest postawienie się na miejscu drugiej osoby i zrozumienie jej potrzeby. Często wystarcza poznanie powodu, dla którego ktoś chce wydać większą sumę. David wpisał kiedyś na listę większych wydatków kurs medytacji kosztujący 500 euro. Dwie kobiety zagadnęły go, by dowiedzieć się, czy jest to dla niego ważne. Ostatecznie sam zrezygnował z drugiej części, ponieważ kurs nie spodobał mu się. Choć nie ma kryteriów dotyczących wydatków konsumpcyjnych, mieszkańcy wiedzą, co wypada, a co nie. Takim tabu jest na przykład wyjazd na wakacje samolotem. Kiedyś wydało się dopiero po fakcie, że ktoś wybrał się na Majorkę.

Jedni uważają, że powinno się więcej pracować, a inni wolą mniej konsumować. Akceptowana jest praca w różnym wymiarze, w różnym tempie, z różnym stopniem odpowiedzialności. Istnieją rozmaite definicje pracy czy czasu wolnego. W kolektywach pracowniczych bierze się pod uwagę możliwości każdej jednostki. Pewna osoba pracująca w ośrodku dla starszych miała w czasie pobytu w komunie okresy intensywniejszej transformacji osobistej i potrzebowała więcej czasu na terapię. Wtedy pracowała mniej, około 20 godzin. Teraz jest w stanie pracować 35 godzin tygodniowo. Inna kobieta pracowała kiedyś w tym samym kolektywie 40 godzin tygodniowo, a teraz może tylko 20 ze względu na wiek. Były jednak przypadki przepracowania się w rolnictwie. W jednym z kolektywów, w którym pracowały trzy osoby, członkowie mieli różne wyobrażenia na temat tego, ile powinno się produkować. Na przykład dla jednej osoby miarą było to, ile można wyprodukować na danym obszarze, dla innej ważniejsze było, ile to będzie wymagało pracy.

Oficjalne stanowisko grupy mówi o równym traktowaniu wszystkich, niezależnie od ich możliwości. Każda praca ma taką samą wartość, nawet jeśli pewne obszary działalności są nisko wyceniane przez rynek. Jednak codzienne rozmowy w komunie pokazują, że trudno pozbyć się wartości i nawyków ukształtowanych przez kulturę kapitalistyczną. Zdarza się na przykład, że osoby, które dużo pracują, napomykają przy tych mniej pracujących, że ci ostatni znowu mają wolne. Ale są to pojedyncze przypadki członków, którzy obawiają się, że komuna za mało zarabia. Podkreślane jest również, ile dane przedsiębiorstwo zarabia dla komuny.

Podejmowanie decyzji, czyli wyższa szkoła cierpliwości

Jeśli wspólnota nie może dojść do konsensusu, organizowanych jest sześć specjalnych zebrań w ciągu dwóch miesięcy. Jeśli rozmowy nic nie zmienią, decyzja może być podjęta mimo weta trzech osób, dopiero sprzeciw co najmniej czterech osób ją blokuje. W ten sposób nie daje się zbyt dużej władzy jednostce, ale bierze się pod uwagę mniejszość. Unika się jednak takiej metody podejmowania decyzji i raczej szuka kompromisu. Jeśli wokół konkretnej kwestii zbierze się grupa tematyczna, to zaczyna się wymiana poglądów i argumentów na piśmie. Spisywane są też protokoły z dyskusji. Wiele osób narzeka, że jest za dużo do czytania i że trzeba się zagłębiać w zbyt wiele tematów. Decyzje są poddawane ogólnemu głosowaniu na plenum, co ma służyć poznaniu nastawienia grupy. Jedną z możliwości jest pozostawienie wyboru innym. Trudno sobie bowiem wyrobić zdanie na wszystkie tematy.

Podjęcie ważnej decyzji w ośrodku opieki zajęło cały rok – przykład ten ilustruje, jak wolno zachodzą zmiany. W ostatniej fazie tego procesu zorganizowano trzydniowe obrady, podczas których cała komuna sformułowała razem kilka propozycji, by następnie wspólnie je przegłosować i dopracować szczegóły tych najbardziej popularnych.

Widać różnicę pokoleniową. Młodzi chcą mieć wi-fi i używać komórek, ale starsze pokolenie nie zgadza się na to. W końcu pojawił się kompromis: można mieć połączenie z Internetem we własnym komputerze, ale nie można używać wi-fi ani komórki w pomieszczeniach wspólnych. Młodzi narzekają, że trzeba dużo cierpliwości i samozaparcia, by wprowadzić coś nowego. Zainstalowanie telewizji satelitarnej w jednym z mieszkań skończyło się odejściem jej najgorętszego przeciwnika. Mieszkaniec z szesnastoletnim stażem widzi zmianę, jaka zaszła wraz z przybyciem nowych członków. Pojawiło się bardziej indywidualistyczne podejście, jest mniej chęci dyskutowania zasad wspólnego życia. Rośnie popularność przekonania, że każdy powinien zajmować się własnymi sprawami.

Jest wiele kwestii, które powodują napięcia i trzeba je szczegółowo omówić. Na przykład mieszkańcy mają różne opinie dotyczące tego, ile komuna powinna łożyć na dzieci, które są częściowo pod opieką jednego z rodziców mieszkającego poza komuną.

Życie w grupie wymaga wielu ustępstw i przemyślenia własnych racji. Wydaje się, że to dużo więcej poświęceń niż w „normalnym życiu.” Jednak popatrzmy, jak wiele na co dzień akceptujemy bez świadomości, że to nasza decyzja. Zakładamy, że nie ma alternatywy. Członkowie komuny wybrali podejmowanie decyzji na więcej tematów, niż ma to miejsce w przypadku organizacji hierarchicznej. Jeden ze współzałożycieli zauważył, że reguły ciągle się zmieniają. Trzeba je na nowo ustalać i dyskutować, a i tak decyzje niekoniecznie przekładają się na działania, bo wszystko zależy od nastawienia. Ilu członków, tyle interpretacji zasad i celów komuny.

Model rodziny i życie prywatne

Choć mieszkańcy są blisko siebie na co dzień, nie przekłada się to automatycznie na głębokie przyjaźnie. Przeważnie uważają za przyjaciół tylko kilka osób w komunie i osoby spoza niej. Jedna mieszkanka porównała życie w komunie do klasy szkolnej. Innej przypomina to raczej rodzinę, rodzeństwo.

Relacje między członkami są szczere i pełne szacunku. 29-letni David, od siedmiu lat w komunie, zauważa, że wśród jego znajomych z zewnątrz nie ma zwyczaju dawania każdemu możliwości wypowiedzenia się do końca i nie szuka się kompromisu, który zadowalałby obie strony. Tutaj obowiązuje niepisana zasada, że każdy powinien być wysłuchany. Gdy rozstawał się z byłą partnerką, z którą razem pracowali, inna osoba zaoferowała mediację.

48-letnia pedagog lepiej czuje się w komunie, ponieważ stosunki między płciami są bardziej wyrównane. Na uwagi seksistowskie nie ma tu miejsca. Po doświadczeniach w bardziej tradycyjnych związkach uważa, że komuna ułatwia jej życie z mężem. Nie oczekuje się spełnienia wszystkich potrzeb od jednej osoby, ponieważ łatwo znaleźć kogoś innego do wspólnych przedsięwzięć. Konflikty na temat prac domowych i wydawania pieniędzy są sprawą całej wspólnoty, zamiast kumulować się w związku. Pary niekoniecznie mieszkają razem – w ten sposób unika się udręki życia codziennego, która często niszczy miłość. Pewna 40-latka uwolniła się dzięki komunie od presji posiadania tradycyjnej rodziny – ma 20 nieswoich dzieci.

Dla niektórych zespolenie pracy i życia prywatnego to zaleta tego projektu. W kolektywach pracy jest mniej „fasady” niż w innych miejscach zatrudnienia. W ośrodku opieki nad osobami starszymi współpracownicy spotykają się co rano i mówią, w jakim nastroju i formie są danego dnia. Ponieważ zna się sytuację osobistą współpracowników, łatwiej jest o wyrozumiałość.

Kilka osób ma trudności z odpoczynkiem, ponieważ nie udaje im się oddzielić pracy od reszty życia. Trzydziestoparoletnia kobieta, która mieszka w komunie od siedmiu lat, potrzebuje coraz więcej przerw. Czterdziestokilkuletnia matka z pięcioletnim stażem w komunie, która pracuje z osobami z chorobami starczymi, kładzie się wcześnie spać i nie ma siły na utrzymywanie kontaktów poza komuną, ponieważ w ciągu dnia jest cały czas wśród ludzi. Nie jest pewna, czy atak serca, który przeżyła dwa lata temu, nie był związany z intensywnością, jaką narzuca życie w grupie. Stwierdziła, że zamieszkanie w komunie to zdecydowanie nie jest rozwiązanie dla kogoś, kto szuka sposobu na spokojną starość. W grupie nie jest łatwiej. Pojawiają się inne wyzwania, co wymaga sporo energii. Zadomowienie się zabiera trochę czasu – dla jednej osoby były to aż trzy lata. Ci, którzy odeszli, narzekali, że czuli się przytłoczeni obecnością tak dużej liczby osób. Trudno wspierać innych, gdy ci przechodzą przez ciężkie chwile albo, wiedząc o tym, zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.

Wstąpienie i wystąpienie z komuny

Dyskusje nad przyjęciem do wspólnoty nowych członków trwają tylko dwa tygodnie. Konieczna jest jednomyślność. Możliwe jest też wykluczenie kogoś ze wspólnoty, ale dotychczas nie miało to miejsca. To raczej osoby, które nie mogą się odnaleźć, same odchodzą. Warunkiem rozpoczęcia procesu przystąpienia do grupy jest jednomyślna decyzja o umożliwieniu okresu próbnego, który ma pomóc podjąć ostateczną decyzję. Przed okresem próbnym i po nim każdy wyraża swoje zdanie pisemnie. W tym czasie każda wspólnota mieszkaniowa zaprasza kandydata na jeden wieczór, który jest okazją do głębszego poznania się. Dana osoba powinna się włączyć w prace jednego z obszarów działalności wspólnoty. Kandydat ma równe prawa oprócz prawa weta, ale nie wnosi jeszcze swego dobytku do wspólnych zasobów.

Najważniejszym czynnikiem przy decyzji o przyjęciu jest znalezienie pracy w komunie i umiejętność zintegrowania się z innymi. Mieszkańcy wolą też osoby młode. Jedno weto, nawet z błahego powodu, wystarczy, by nie przyjąć nowej osoby. Jednak pomimo zasady jednomyślności, zdarzały się przypadki, że nie udało się zablokować wstąpienia niektórych osób.

Przystąpienie do komuny to decyzja na całe życie. Oszczędności i dobytek osoby nowo przybyłej zostają ulokowane na wspólnym koncie, z którego pieniądze służą inwestycjom i wypłacaniu „odchodnego”. Nawet jeśli ktoś oddał komunie duże oszczędności i zasoby, przy wystąpieniu otrzyma tylko kilka tysięcy euro na rozpoczęcie nowego etapu w życiu. Uwe tłumaczy, że w ten sposób komuna staje się alternatywą dla niesprawiedliwości systemu kapitalistycznego. Ktoś, kto ma większe oszczędności albo je odziedziczył lub nabył w inny sposób, skorzystał na nierównościach społecznych. Jedna osoba z 28-letnim stażem zrezygnowała z życia w komunie po wiadomości o odziedziczeniu domu rodzinnego, gdyż stałby się on własnością komuny.

Opowiedziano mi o osobach, które wyprowadziły się, ponieważ nie mogły sprostać narzuconym samym sobie wymaganiom aktywnego uczestnictwa we wspólnocie. W dwóch przypadkach członkowie opuścili wspólnotę z powodu choroby lub depresji. Czasem trudno znaleźć sobie miejsce w kolektywach pracy. Innymi powodami było nawiązanie związku z kimś spoza komuny lub trudne rozstania par wewnątrz grupy.

Od 26 lat komuna zajmuje się kwestią planowania emerytur. Co roku są odkładane pieniądze na zabezpieczenie emerytalne. W przypadku wystąpienia z komuny, oddaje się danej osobie zaoszczędzony kapitał, by mogła wpłacić go na swój fundusz emerytalny.

Wspólnota zaczątkiem zmiany siebie i świata

W 2001 roku Kommune napisała, że wspólne życie i działanie są formą sprzeciwienia się „duchowi czasu” i przyzwyczajeniom typowym dla zatomizowanego społeczeństwa. Ta refleksja wydaje się jeszcze bardziej aktualna w obecnych czasach, gdy widzi się niepowodzenia zachodniej lewicy. Niedawno Zygmunt Bauman tłumaczył w wywiadzie dla „El Pais”, jaka jest różnica między wspólnotą a siecią kontaktów i zrywami typu Occupy czy Oburzeni. Uważa on, że atomizacja społeczna, choć nie przeszkadza krótkotrwałej mobilizacji, jaka miała miejsce w ostatnich latach w rożnych częściach świata, w dłuższej perspektywie prowadzi do stagnacji. Prawdziwa zmiana w społeczeństwie wymaga stworzenia wspólnoty i odwagi przynależenia do grup(y). Doświadczenie osób żyjących w komunach i wspólnotach potwierdza, że życie razem wymaga chęci podjęcia ryzyka. To tak jak założenie rodziny, ale z 60 osobami, z których około pięciu zmienia się co roku.

Przynależność do wspólnoty stymuluje do ciągłej pracy nad sobą. Otoczenie wciąż konfrontuje z własnymi nawykami i utartymi ścieżkami. Czasem wychodzą na jaw rzeczy, których nie chce się widzieć. Kobieta po czterdziestce powiedziała, że dzięki komunie stała się bardziej elastyczna, dostaje wiele inspiracji, by wyjść z rutyny, do której ma skłonności. Życie razem i potrzeba omawiania wielu rzeczy z innymi sprawiają, że łatwo jest zatracić siebie. Nie dać się odwieść od swoich racji to także wyzwanie.

Wiele osób nie ma ochoty na konfrontacje i mówienie wprost o problemie. Prowadzi to do narzekania na innych i obmawiania pod ich nieobecność. Jona zauważył, że często narzekanie na kogoś wynika z faktu, że się nie zna tej osoby oraz nie rozumie jej potrzeb i zachowań. Konflikty i niezadowolenie prowadzą do podziałów i zabierają dużo energii. Niektórzy unikają jedzenia przy jednym stole. W małej grupie doszłoby do rozstania, tu można żyć obok siebie. Dochodziło już do rozdzielenia kolektywów pracy lub do odseparowania członków kolektywów z powodu konfliktów.

Od końca 2002 roku we wspólnocie działają grupy terapeutyczne i uczące się porozumienia bez przemocy. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, powoływało się na główne zasady tego porozumienia. Na przykład jedna z osób, która przeszła intensywną psychoterapię w ciągu siedmioletniego pobytu w komunie, zmieniła swoje zachowanie w sytuacjach konfliktowych. Nie obwinia już innych o wszystko, lecz zastanawia się, w jaki sposób przyczyniła się do ich niezadowolenia. Małe scysje w życiu codziennym są okazją, by zgłębić własną psychikę. W sytuacji konfliktu lub weta, inni próbują pomóc danej osobie zrozumieć, jakie wewnętrzne problemy mogła w sobie odkryć. Intensywność życia w grupie daje wiele okazji do skonfrontowania się z mechanizmami własnego zachowania.

Uli podchodzi sceptycznie do terapii grupowych. Mogą być nawet przeszkodą w budowaniu wspólnoty, ponieważ prowadzą do indywidualizacji, zbytniego skupiania się na sobie. Mieszkaniec z 16-letnim stażem w komunie zaobserwował, że pomimo wszystkich metod i specjalistów od relacji między ludźmi jest tutaj wiele konfliktów, które czasem ciągną się od lat.

Według dwóch osób, dyplomowanego pedagoga i byłej pielęgniarki, praca w komunie jest lepszym rozwiązaniem niż zatrudnienie w systemie państwowym, w którym cały czas obcina się etaty i obniża jakość usług. Pomimo wielu niedogodności i trudności w życiu codziennym, doktor nauk rolniczych, która rozwinęła przedsiębiorstwo produkujące warzywa ekologiczne, widzi sens swojego wyboru. Udało jej się osiągnąć coś, co byłoby trudne do stworzenia na wolnym rynku. Woli wprowadzać wymierne zmiany, a nie tylko o nich pisać. Cała Kommune to historia ludzi, którzy o czymś marzyli, czegoś pragnęli – i zabrali się do pracy. I tworzą swoją wizję społeczeństwa już od 30 lat.

Gunter zauważa, że wybranie ścieżki kapitalistycznej dzieje się automatycznie. Zastanawia się, co zrobić, by alternatywne formy organizacji społecznej były taką samą oczywistością. Dla mnie tego typu wspólnoty są okazją, by przejrzeć się w lustrze. Poprzez kontrast można zobaczyć własne przyzwyczajenia, które przyczyniają się do utrwalania nierówności społecznych i degradacji środowiska. Eksperyment ten pokazuje, jaki standard życia można osiągnąć dzięki współpracy i solidarności. Choć dla wielu życie w komunie jest niewyobrażalne, można zainspirować się tym przykładem w życiu codziennym. Oto kilka pomysłów: wspólne używanie pralki lub samochodu, ale za to dobrej jakości; dzielenie opieki nad dziećmi pomiędzy rodziców a osoby bezdzietne; wspólne organizowanie pracy reprodukcyjnej (czynności domowych) i włączenie do łatwych zadań osób bezrobotnych; więcej cierpliwości i pracy nad sobą w konfliktach; mniej Internetu i komórek, za to życie blisko siebie. Nie trzeba od razu zakładać komuny, by postanowić, że chce się innej jakości życia, a potem wykorzystać siłę grupy i samoorganizacji, aby to osiągnąć. Im się udało.

dr Katarzyna Gajewska

Radykałowie po latach

Ruch Occupy nie zmienił jedynie debaty publicznej – on położył fundamenty pod nową erę radykalnych protestów. Pięć lat po jego powstaniu warto przyjrzeć się uważniej temu dziedzictwu.

17 września 2011 roku jedynym stałym mieszkańcem parku Zuccotti na Dolnym Manhattanie był wykonany z brązu pomnik biznesmena, usadowiony na ławce po zachodniej stronie parku. Tak to wyglądało, zanim pojawiły się tysiące demonstrantów, którzy zbudowali obozowiska, by protestować przeciwko „władzy jednego procenta” najbogatszej elity finansowej. Przed 24 września, kiedy kraj obiegł film pokazujący, jak nowojorski policjant traktuje protestujących gazem pieprzowym, zieleniec zyskał nową nazwę – Liberty Plaza Park (Park Wolności) i mieścił już stoisko powitalne, kuchnię, kącik dla dzieci, strefę kultury i sztuki, drużyny gotowych do pomocy medyków i prawników, centrum medialne i bibliotekę.

Wszystko to powstało na fali improwizacji, która jest ważnym komponentem tego rodzaju buntu. Zaczęło się od wykonania przez założycieli prostego gestu, a rozrosło do rozmiarów ruchu, który tworzył protestacyjne obozowiska w całym kraju – i rozwijał się głównie dzięki intuicji, eksperymentom, przypadkom, szczęściu lub nagłej konieczności.

Konieczność ta stała się niebawem paląca, jako że policja szybko zaczęła stosować sankcje wobec rodzącego się ruchu i rozbijać obóz za obozem. W mgnieniu oka państwo zniszczyło większość z materialnych dokonań Occupy, pozostawiając opinii publicznej wrażenie, że ruchowi nie udało się zbudować niczego trwałego ani pożytecznego.

A jednak po pięciu latach mówi się o Occupy jako o ruchu, który wprowadził tematykę nierówności do debaty politycznej – co w konsekwencji pozwoliło na tak bezprecedensowe wydarzenie, jak udział 74-letniego socjalisty w wyścigu o prezydenturę USA, a także zapoczątkowało nową epokę gwałtownych protestów i nieposłuszeństwa obywatelskiego.

Jeśli wydaje się to zatem sporym dziedzictwem jak na ruch, który się właściwie nie rozwinął, to warto przyjrzeć się bliżej, co Occupy stworzyło – i tworzy nadal – i z czym wyszło poza okupowane parki. W rzeczy samej, ruch „zmienił kierunek prowadzonej dyskusji” i upowszechnił ideę 99 proc., która przywróciła politycznej narracji pojęcie klasy społecznej. Jednak tak samo istotne wydaje się, że skutkiem jego powołania jest także powstanie wciąż istniejącej infrastruktury – sieci komunikacji, przestrzeni (w sensie fizycznym) dostępnej dla organizatorów, a także wzorców szkolenia i analizy. Choć tego rodzaju infrastruktura jest często pomijana milczeniem lub niedoceniana, jest jednak kluczowa dla wzrostu ruchu i trwałości jego wpływu społecznego. Pojawiając się na scenie politycznej, gdy amerykańska lewica nie radziła sobie najlepiej, ruch Occupy skleił ponownie struktury, które mogły wspomóc jej rozwój – ale jego najważniejszym dziedzictwem jest to, że położył podwaliny, na których późniejsze ruchy mogły budować i które mogły ulepszać.

Zaczynając od zera

Gdy Occupy pojawiło się znienacka w 2011 roku, nie miało wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o instytucje, partie polityczne, publikacje, sieci komunikacyjne czy przestrzeń spotkań. Antyglobalizacyjne ruchy sięgające kilkunastu lat wstecz oraz wysiłki grup antywojennych działających w połowie pierwszej dekady XXI wieku pozostawiły po sobie tylko niewielkie, rozproszone resztki narzędzi i systemu wsparcia dla buntów społecznych. Grupy organizacji pracowniczych, takich jak Communication Workers for America, United Steelworkers czy National Nurses United, udzieliły poparcia ruchowi, a wielu działaczy związkowych pojawiło się, by zapewnić mu wsparcie materialne. Ale, ogólnie mówiąc, Occupy brakowało odpowiedniej infrastruktury zapewnianej przez lewicę znaczącą politycznie.

Bez takich narzędzi i przestrzeni niezbędnych, żeby budować ruch, Occupy nigdy nie miało wielkiej szansy na przekształcenie się w silną formację polityczną. Nadal jednak stanowiło pozytywną odmianę na tle anemicznych protestów i buntów, do jakich wielu organizatorów przywykło w poprzednich latach. Yotam Marom wspomina poprzednie ruchy socjalistyczne, w które był zaangażowany przed powstaniem Occupy. Twierdzi, że demonstracje publiczne i aktywizm zawsze wydawały się niewielkie, bardzo skromne, wyglądały sztucznie. Zapraszałem na nie swoich znajomych i w duchu modliłem się, by nikt się nie pojawił, ponieważ te spotkania były trochę żenujące. Aż tu pewnego dnia w parku Zuccotti: warunki były w sam raz, pojawili się odpowiedni ludzie w odpowiednim czasie. Trochę szczęścia i to wszystko po prostu się wydarzyło.

Z każdą godziną przybywało nowych osób. Bardzo często nie miały żadnego doświadczenia związanego z aktywizmem. Jak mówi Marom, dobrze działająca organizacja rozpoznałaby wśród nich naturalnych liderów, po czym wdrożyła proces rozwijania u nich umiejętności przywódczych. Tylko że żadne tego typu procedury nie istniały. – Udawaliśmy, że jesteśmy ruchem pozbawionym liderów – skarży się Marom. W rezultacie nowi przywódcy zostali wyłonieni dość przypadkowo i okazało się, że nie można na nich liczyć. Ruch stał się zatem mniej kolektywny i demokratyczny.

Kwestia przywództwa wciąż prześladowała Occupy. Jednak po tym, jak parki opustoszały, ta konkluzja doprowadziła Maroma i garstkę jego znajomych o podobnych poglądach do założenia Wildfire Project – inicjatywy, która miała za zadanie ułatwiać planowanie strategiczne, edukację polityczną i wdrażanie do przywództwa. Działali wspólnie z liderami innych ruchów, które pojawiły się na fali Occupy. Od momentu powstania na początku 2013 roku Wildfire współpracuje z młodą afroamerykańską organizacją wyzwoleńczą Dream Defenders z siedzibą na Florydzie, a także z Fossil Fuel Students Divestment Network, zwalczającą wykluczenie grupą Occupy Our Homes i kilkoma innymi – aby w obliczu kryzysu aktywizmu wyposażyć je w narzędzia i umiejętności przydatne w codziennej pracy.

Wildfire szerzy podstawowe umiejętności, takie jak publiczne przemawianie czy prowadzenie rozmów, narad itp. Ale grupa przyswoiła sobie również wiele lekcji, których wcześniej musieli nauczyć się członkowie Occupy – na przykład tego, żeby nie tłumić konfliktów. – Inne procesy planowania strategicznego oznaczają odłożenie na bok spraw emocjonalnych, politycznych czy interpersonalnych i „zabranie się do roboty” – wyjaśnia Marom. Jednak Wildfire postępuje odwrotnie: Właściwie rzucamy się w konflikty głową naprzód. Staramy się, o ile to tylko możliwe, uczyć ludzi, że można być w konflikcie w produktywny sposób, że konflikt to jeden ze sposobów walki o określenie strategii działania.

Jednocześnie grupa próbuje zwalczyć niechęć do przywództwa, przenikającą wcześniej ruch Occupy. – Ma to wiele wspólnego ze strachem przed wrogiem i poczuciem rezygnacji, które podpowiada nam, że i tak nigdy nie wygramy – mówi działacz. Według niego strach przed powołaniem liderów to szerszy problem lewicy. Uważa, że stanowi on barierę w budowaniu silnego i wpływowego ruchu.

Nowe zasady dla radykałów

Choć Occupy zdecentralizowało system zarządzania, wywalczyło z drugiej strony sprawiedliwy remis dla tych, którzy mieli całkowicie dość polityki rozumianej tradycyjnie. W czasie poprzedzającym wybuch rewolty Tammy Shapiro rozważała całkowite odejście z ruchów oddolnych. Organizacje pozarządowe, które działały ściśle według politycznego scenariusza, uważnie kontrolując każdy aspekt własnego przekazu i rozwoju, wydawały się jej jedynym graczem w mieście. – Odrzucało mnie to, jak bardzo kapitał i zależności finansowe kontrolowały i determinowały zarówno politykę Waszyngtonu, jak i aktywność organizacji pozarządowych – wspomina była działaczka grupy J Street U, młodzieżowej organizacji gromadzącej się wokół kwestii okupacji izraelskiej. Zauważyłam, że nieważne, co by się działo, bogaci ofiarodawcy mają zawsze więcej do powiedzenia niż grupy oddolne.

Natychmiastowy sukces Occupy Wall Street pozwolił Shapiro dostrzec siłę, jaka tkwi w różnych metodach i sposobach organizowania się. Zdecentralizowany przebieg demonstracji, pozostawiający mnóstwo miejsca na eksperymenty grup oddolnych, podsunął jej sposób działania, w którym odnalazła sens. Sprawił też, że ponownie zainteresowała się zajęciami, które planowała porzucić. Zaangażowała się w InterOccupy, grupę stawiającą sobie za cel ułatwianie komunikacji pomiędzy różnymi podgrupami ruchu na terenie całego kraju. Używała w tym celu różnych narzędzi – stron internetowych, mediów społecznościowych i konferencji online – pozwalających członkom ruchu z różnych miast na sprawne komunikowanie się i tworzenie więzi. Biorących udział w telekonferencji dzielono na grupy, które miały w razie potrzeby organizować demonstracje, ustanawiano kolejność wypowiadania się, a nawet prowadzono wirtualne wybory.

Z taką siecią komunikacyjną jako zapleczem InterOccupy mogło z łatwością wysyłać regularnie newslettery informujące odbiorców o wyzwaniach, jakie napotykał ruch, o rozwiązaniach, nad którymi pracował, działaniach, jakie planował, i tak dalej – a wszystko to bez podziałów hierarchicznych. Udowodniło to Shapiro, że „decentralizacja ma potencjał”.

Rok później dostrzegła, że model ten można wcielić w życie w nowy sposób, nawet jeśli wielu z jej rodaków ogłaszało upadek ruchu Occupy. Mamy przecież tę ukrytą sieć – przypomina sobie, że upierała się przy podjęciu tego tematu podczas spotkania na temat stanu ruchu, które odbyło się w październiku 2012 roku. – Nie wierzę, że jest ona martwa. Zajęto się sprawdzeniem, czy instynkt dobrze jej podpowiadał. Paradoksalnie, sieć przydała się natychmiast: Wróciliśmy z Blue Mountain, a następnego dnia uderzył huragan.

Occupy Sandy, sieć pomocowa świadcząca opiekę ofiarom Huraganu Sandy, to drugi akt powrotu ruchu. Udało mu się nie tylko przywrócić do życia sieci komunikacyjne, które stworzył rok wcześniej, ale i osiągnąć taką efektywność działań, że zawstydził podejmowane chaotycznie wysiłki FEMA, Czerwonego Krzyża i innych bardziej tradycyjnych, hierarchicznych organizacji, które nie podołały sprawnym i efektywnym działaniom obliczonym na niesienie ulgi i pomocy ofiarom. Kiedy FEMIE się nie udawało, na miejscu było Occupy Sandy – głosił nagłówek listopadowego wydania „New York Timesa”. – Occupy Sandy udowodniło mnie i wielu innym nowojorczykom, iż działamy w taki sposób, że nasza praca przynosi rezultaty – mówi Shapiro. – Nasz sposób organizacji miał ogromny potencjał, pozwalający uzyskać wymierne efekty.

Jednak próby przekucia potencjału decentralizacji w zaangażowanie ludzi, którzy nie brali udziału w obu wersjach ruchu Occupy, okazały się trudne. – Mieliśmy podstawowe, intuicyjne rozumienie tych procesów – zauważa Shapiro – ale brakowało nam języka i wzorców osobowych. Nie mieliśmy swojej „Rules for Radicals”, napisanej w czasach ruchu społecznego posługującego się internetem i innymi nowoczesnymi technologiami [mowa o książce „Rules for Radicals: A Pragmatic Primer for Realistic Radicals”, napisanej w 1971 roku przez Saula D. Alinsky’ego, a zawierającej rady dla organizujących się oddolnych grup – przyp. tłum.].

Jeśli nie potrafi się jasno zdefiniować kultury organizacyjnej ruchu, trudno jest rozpoznać jego słabości i uporać się z nimi. Aby zmienić ten stan rzeczy, Shapiro i kilkoro podobnie myślących działaczy utworzyło wspólnie „think-make-and-do-thank” [kpina z często używanej nazwy „think tank”, która oznacza „laboratorium myśli”. Proponowana przez działaczy formuła to „laboratorium myśli, tworzenia i działania” – przyp. tłum.] o nazwie Movement Netlab. Jego celem była próba dokładnego określenia, jak różnorodne role uczestnicy mogą odgrywać w jednym masowym, zdecentralizowanym ruchu. Na przykład – ruch potrzebuje trenerów, nauczycieli, twórców swojej wewnętrznej kultury, osób wprowadzających go do głównego nurtu itd. Inny z podjętych projektów dokumentował cykl rozwojowy ruchów społecznych. Netlab stawia hipotezę, że ruchy powstają na fali szczególnych „momentów”: najpierw narasta ogólna wściekłość na trwający kryzys. Potem pojawia się wydarzenie-wyzwalacz, które inicjuje spontaniczną masową odpowiedź, a ta stanowi początek fazy „bohaterskiej” ekspansji i okresu miesiąca miodowego, gdy wszystko wydaje się możliwe. Kiedy to się kończy, ruch przechodzi okres bolesnego kurczenia się, a potem ostatni etap – refleksję i ewolucję. Następnie cykl rozpoczyna się ponownie – miejmy tylko nadzieję, że różnica jest taka, iż ruch tymczasem osiągnął już jakieś namacalne cele i jest lepiej przygotowany do wykorzystania momentu, gdy kolejny raz będzie zwyżkował.

Shapiro i Netlab angażowali się wcześniej w ruch sprawiedliwości klimatycznej, co pozwoliło im wcielić w życie kilka z hipotez na temat tego, jak masowe, zdecentralizowane ruchy potrafią organizować się skutecznie na rzecz wspólnego celu. Na przykład podczas przygotowań do Marszu Klimatycznego w 2014 roku Shapiro stworzyła system komunikacji, który współgrał ze strukturą InterOccupy, zapewniając każdej z ponad 100 „gałęzi” (Praca dla Klimatu, Sztuka dla Klimatu itd.) stronę internetową, grupę na Facebooku i grupę na platformie Google – połączone wspólnym wejściem do sieci, ale odrębne.

To wszystko ułatwiło ludziom wejście w ruch wprost z własnej wspólnoty, której czuli się istotną częścią, i wniesienie do niego swojej tożsamości, zamiast pozostawiania jej przed drzwiami. Co więcej, pozwalało to grupom, których poglądy czasami mogły stać w sprzeczności z założeniami ruchu – np. związkom zawodowym albo grupom walczącym z wydobyciem gazu łupkowego – organizować się w sposób autonomiczny przed uczestnictwem w demonstracjach i marszach dotyczących ich przekonań.

Okupowanie polityki wyborczej

Winnie Wong, która także była zaangażowana w Occupy Sandy, miała inny pomysł na to, jak sprawić, by zdecentralizowane sieci ponownie zadziałały. Widziała, jak skuteczne były w pomocy ofiarom huraganu i zaczęła zastanawiać się, jak by się zachowały, gdyby w grę weszło prowadzenie polityki. – Chciałam wykonywać ruchy taktyczne i strategiczne, chciałam „okupować Partię Demokratyczną”, która – jak sądzę – jest współodpowiedzialna za wiele bardzo szkodliwych praktyk.

Doprowadziło to do powstania grupy People for Bernie [Ludzie dla Berniego, inicjatywa wspierająca lewicowego kandydata na prezydenta Berniego Sandersa – przyp. tłum.], w której ukuto chwytliwe powiedzonko „Feel the Bern” [„poczuj Bernie’go”; gra słów oparta na wyrażeniu idiomatycznym „feel the burn”, czyli „otwórz oczy i dostrzeż swoje kiepskie położenie” – przyp. tłum]. – Organizujemy się w grupy złożone z ośmiu do dziesięciu osób – mówi Wong – i dajemy sobie nawzajem prawo do autonomicznego działania w imieniu kolektywu. Gdy pojawiają się nieporozumienia – co jednak dzieje się bardzo rzadko – dotyczące tego, czy jakaś sprawa jest warta wspierania, są rozwiązywane poprzez szybkie obrady na facebookowym czacie. To właśnie Occupy nauczyło mnie nieeskalowania konfliktów.

Właściwie grupa zawiązała się w 2014 roku pod nazwą „Ready for Warren”. – Jej misja obejmowała budowanie zaplecza wyborczego dla ludzi, którzy identyfikowali się z głównym przesłaniem Occupy Wall Street – dodaje aktywistka – a Elizabeth Warren była naszym wzorem reprezentantki 99 proc. Nie upłynęło wiele czasu i prominentne liberalne organizacje podpięły się pod nawoływanie do wystawienia Warren w prawyborach w 2016 roku przeciwko Hillary Clinton, ostatecznie jednak pomysł ten zarzucono.

W kwietniu 2015 roku Wong mówiła: To my jako pierwsi promowaliśmy Sandersa, na długo zanim inne grupy go wsparły. People for Bernie stworzyli list otwarty z nazwiskami wielu organizatorów demonstracji z parku Zuccotti oraz innych miejsc – ludzi, którzy podpisali się na znak poparcia dla Sandersa jako indywidualni okupujący. Jednocześnie grupa założyła stronę internetową, strukturą zbliżoną do proponowanej przez Tammy Shapiro i InterOccupy, a także ponad pięćdziesiąt grup na Facebooku i Twitterze pod hasłem „Głosuj na Berniego”. – Sprawiło to, że zbudowano wielki, zdecentralizowany namiot, pod którym mogli się schronić i spotkać ludzie z całego kraju. Daliśmy hasła dostępu bardzo wielu członkom – mówi Wong. – Wiedzieliśmy, że nie możemy być jedynymi ludźmi odpowiedzialnymi za tworzenie przesłania. Potrzebowaliśmy innych, by je tworzyli. Potrzebowaliśmy ludzi, którzy rozmawialiby na temat ważnych dla nich kwestii.

Choć na razie nie ma planów, by drogowskaz z napisem „Bernie” zamienić na coś innego, grupa pozostawia sobie przestrzeń na ewentualną zmianę. – Nigdy nie chodziło tylko o zwycięstwo Sandersa w wyborach – mówi działaczka. – Chodziło o stworzenie ruchu.

Co najważniejsze, sieć People for Bernie pozbierała rozrzucone puzzle i szczątki po wcześniejszych protestach – i jest gotowa na ponowne przystąpienie do działania, gdy tylko nadejdzie sprzyjający moment.

Okupować, by obalić

Latem 2016 roku przez USA przetoczyła się nowa fala miasteczek namiotowych. Od Decolonize LA, przez Plac Wolności w Chicago, po nowojorski Plac Abolicji – aktywiści raz jeszcze zgromadzili się, by stworzyć miejsca protestu, tym razem w celu nawoływania do potępienia rasistowskich zachowań stróżów prawa i masowych aresztowań. Protesty te wyewoluowały bezpośrednio z ruchu Black Lives Matter i w niektórych przypadkach wzorowały się na obozowiskach założonych podczas protestów w Ferguson w 2014 roku. Także infrastruktura zbudowana przez Occupy była dla nich istotnym wsparciem.

Spotkania organizacyjne grupy zakładającej Plac Abolicji, położony tylko kilka przecznic od parku Zuccotti, odbywały się w May Day Space, której to przestrzeni schronienia udzielił kościół episkopalny na Brooklynie. Kolektyw prowadzący ten projekt jest w znacznej mierze złożony z Okupujących, którzy aż za dobrze pamiętają, jak ruch zwiądł, gdy zabrakło mu stałego miejsca spotkań. Poprzednio zajmował o wiele większą przestrzeń w dzielnicy Bushwick, dzieląc ją z innymi oddolnymi inicjatywami i grupami. – Naszą misją jest udostępnianie przestrzeni organizacjom walczącym o sprawiedliwość społeczną – mówi Sandra Nurse, weteranka ruchu Occupy i członkini kolektywu May Day. – Przestrzeń jest specjalnie tworzona w taki sposób, by grupy mogły czuć się mile widziane o każdej porze dnia, kiedy tylko potrzebują miejsca na spotkanie. Dzięki istnieniu May Day aktywiści nie muszą już uciekać się do spotkań w przypadkowych miejscach w niedogodnych godzinach, bo tylko takie odpowiadają prowadzącym te przestrzenie, ani też umawiać się w miejscach publicznych, gdzie policja może im przeszkadzać.

Pięć lat temu Occupy Chicago dojmująco cierpiało z powodu braku wspólnej przestrzeni. Masowe aresztowania sprawiły, że nigdy nie założono stałego obozu. Ale już chicagowski Plac Wolności dokonał tego, czego wcześniej nie udało się Occupy Chicago – czyli faktycznie okupował. Organizatorzy z grupy #LetUsBreathe na 41 dni zmienili zaniedbane, puste miejsce w zachodniej części miasta w miasteczko namiotowe. Nawoływali w nim nie tylko do zamknięcia domniemanego „czarnego punktu policyjnego” na Homan Square [ang. police black site – określenie na miejsce o zazwyczaj nieznanej lokalizacji, w którym policja czy inne służby prowadzą tajne działania; przykładem są więzienia CIA: Polska była tu „czarnym punktem” – przyp. tłum.], ale także przewidywali, że Plac Wolności stanie się przestrzenią, która wyobraża świat bez policji, miejscem spotkań społeczności. Po jakimś czasie organizatorzy zakończyli okupację i oddali teren we władanie lokalnych mieszkańców.

Shapiro uważa, że jedną z głównych różnic organizacyjnych pomiędzy ruchami Occupy a Black Lives Matter jest to, że ten drugi celowo włącza w swój obręb ważne organizacje o formalnych strukturach przywództwa. Postępując tak, BLM w dużej mierze unika fetyszyzacji przywództwa lub jego braku, które tak frustrowało Yotama Maroma w parku Zuccotti – a ten fetysz nadal ma się nieźle, bo jak mówi działaczka, ruch nie miał i nadal nie ma tego typu podbudowy i struktury – ponieważ ich nie wypracował. – Jeśli działamy w ramach zdecentralizowanej sieci, to potrzebujemy delegować przywództwo – ale to nadal musi być przywództwo – wyjaśnia.

Lekcje te sprawiły, że lewica jest obecnie w zupełnie innym miejscu, niż była przed pięcioma laty. Yotam Marom mówi: Największym sukcesem Occupy jest to, że ludzie nauczyli się, że mają możliwości. My sami nigdy nie mieliśmy żadnych oczekiwań co do wielkości czy siły ruchu – i przyniosło to katastrofalne skutki. Obecnie nowi działacze wierzą, że ruch ma sens i potencjał, a to zmienia całkowicie metody, jakich używają w działaniu.

Jesse Myerson

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na internetowej stronie amerykańskiego lewicowego miesięcznika „In These Times” 16 października 2016 roku.