przez Michał Sobczyk | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011, Wywiad - kwartalnik
Był Pan aktywistą podziemnej opozycji demokratycznej, w wolnej Polsce jednym z liderów radykalnej pozaparlamentarnej Polskiej Partii Socjalistycznej, a następnie posłem z listy SLD; działał w dwóch centralach związkowych i reprezentował stronę związkową w Komisji Trójstronnej; pełnił funkcję wiceministra polityki społecznej oraz radcy w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego; angażuje się Pan w ruch pozarządowy. To niemal pełna paleta opcji wpływania na rzeczywistość społeczną.
Cezary Miżejewski: Każda z wymienionych form aktywności ma oczywiście zalety i minusy. W działalności w ramach administracji rządowej olbrzymie znaczenie ma to, w jakim miejscu się pracuje i na jakim stanowisku. Paradoksalnie, czasem nie trzeba pełnić wysokiej funkcji, aby mieć wpływ na rzeczywistość. Najlepiej wspominam początek pracy w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, gdzie tworzyliśmy zręby Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (PO KL) oraz forsowaliśmy inne prospołeczne pomysły. Istotnym czynnikiem są relacje personalne. Miałem bardzo dobry kontakt z minister Gęsicką, którą znałem jeszcze z czasów „Solidarności”. Chociaż odczuwaliśmy brak zainteresowania działaniami społecznymi ze strony Ministerstwa Pracy, to pozwalało nam to kształtować rzeczy tak, jak chcieliśmy.
Pewną rolę odgrywa nieraz także przypadek. Gdy budowano PO KL, wychodzono od pewnego systemu wartości, od aksjologii. Zauważyłem, że ktoś napisał o wykluczeniu społecznym ekspertyzę w bardzo modnym duchu myślenia amerykańskiego, osądzającego wykluczonych jako winnych swemu położeniu, bo np. nadużywają alkoholu. Ekspertyza miała stać się podstawą diagnozy PO KL i programowania działań. Na szczęście udało mi się przeformułować tekst, stwierdzając, że wykluczeniu winne jest wadliwe funkcjonowanie państwa, a nie poszczególne osoby. Bo tak naprawdę większość problemów społecznych wynika z pewnej dysfunkcji systemu, a nie z tego, że ktoś sobie danej roli zażyczył. Z tego przekonania wypływały później różne projekty społeczne. Taka jest właśnie rola jednostki w historii: czasami można w pojedynkę zrobić dużo dobrego.
Paradoksalnie, o wiele trudniej było realizować prospołeczne wizje w Ministerstwie Polityki Społecznej na stanowisku sekretarza stanu, ponieważ było więcej uwarunkowań i zależności od innych podmiotów, np. Ministerstwa Finansów. Mam jednak wrażenie, że i tam parę rzeczy udało się „pchnąć”. Kiedy chce się pracować przy tego typu działaniach, trzeba nastawić się na małe kroki. Nie jest tak, że można wszystko przewrócić do góry nogami, zbudować od nowa cały system. Do ustawy o spółdzielniach socjalnych mieliśmy kilka podejść, w różnych konfiguracjach. Początkowo uchwalenie zablokował poseł Adam Szejnfeld z PO, który twierdził – co było oczywistą bzdurą – że po jej wejściu w życie przedsiębiorcy przekształcą firmy w spółdzielnie socjalne i będzie to źródłem powszechnych nadużyć. Na szczęście udało się przekonać premiera Belkę, żeby złożył projekt do następnego Sejmu, a ministra Michałkiewicza z PiS-u, aby zgodził się go przejąć. Te zawirowania poskutkowały ustępstwami. Musieliśmy z pewnych rzeczy zrezygnować, co spowodowało pewną wadliwość przyjętej ustawy.
Na tym jednak nie skończyły się Pańskie zabiegi w tej sprawie.
C. M.: Droga tej ustawy to klasyczny przykład pracy, która nie przynosi „fajerwerków”, natychmiastowych, spektakularnych efektów. Jakiś czas później udało się nam, w ramach Programu Inicjatywy Wspólnotowej EQUAL, zabrać posłów do Włoch i pokazać im, jak funkcjonują spółdzielnie socjalne. Pozwoliło to przełamać pewne bariery. Udało mi się też, ale to już w roli eksperta, podjąć pracę nad nowelizacją owej wadliwej ustawy. Teraz pracujemy nad kolejną zmianą i dopiero kiedy ją wprowadzimy w życie, będzie można powiedzieć, że udało się stworzyć w miarę sensowny model spółdzielczości socjalnej. Mówię o tym wszystkim, aby pokazać, że będąc pierwszym zastępcą ministra i – wydawałoby się – posiadając dzięki temu wszystkie instrumenty w ręku, okazałem się na pewne rzeczy „za krótki”; cel udało się osiągnąć dopiero w roli szeregowego eksperta. Jeżeli się czegoś naprawdę chce, jeżeli wierzy się w to, co się robi, można wiele dokonać. Trzeba się tylko nastawić, że do zmian na lepsze będziemy dochodzić małymi krokami, bo nie da się ukryć, że praca w administracji mocno ogranicza.
Związki zawodowe oferują większą swobodę działania?
C. M.: Jest tam znacznie więcej przestrzeni do kreowania różnych pomysłów, jednak często podąża za tym brak odpowiedzialności za państwo jako całość. Działalność w związkach jest więc sympatyczna, ale dla kogoś, kto patrzy z perspektywy roszczeniowej, nie umiejscawiając żądań w kontekście całego systemu, jakim jest państwo. Praca w administracji nauczyła mnie, że pobudki z natury dobre i słuszne, nie zawsze są tak jednoznaczne i że każdorazowo należy rozpatrywać je na jak najszerszym tle. Łatwo się czegoś domagać; to naturalne, że chcemy coraz więcej zarabiać czy coraz krócej pracować. Jednak odkąd wiem, jak to funkcjonuje „od drugiej strony”, zdaję sobie sprawę, że część roszczeń nie jest sprawiedliwych, patrząc na interes społeczny jako całość.
Zasadniczo jednak w związkach też trzeba nastawiać się na mniejsze pomysły i budować krok po kroku, co jest bardzo trudne. Każda z tych form aktywności ma swoje wady i zalety, przy czym młodym ludziom nie zalecałbym zostawania od razu urzędnikiem, bo kiedy wpadnie się w schematy i procedury, to ciężko się z nich wyswobodzić. Widzę znajomych, którzy duszą się w skostniałej administracji publicznej pod natłokiem papierkowej roboty, mimo że mają szereg dobrych pomysłów. Trzeba umieć zbudować sobie taką pozycję, aby być wysłuchiwanym. Natomiast w związkach zawodowych, jeżeli ktoś się nastawi na myślenie, że „zawsze będzie po stronie dobra”, będzie popierał wszystkie roszczenia, to również nie zajdzie daleko. Bo choć jest to fajne, to naprawdę skuteczna działalność związkowa ma „mrówczy” charakter, niejednokrotnie jest trudna i mało efektowna. Daje natomiast większą satysfakcję, ponieważ zwykle pomaga się konkretnym osobom. W ministerstwie trudniej dostrzec efekty swoich działań. Dopiero teraz, gdy jeżdżę po kraju i widzę np. centra integracji społecznej, spółdzielnie socjalne czy inne instytucje, które powstały dzięki przeforsowanym rozwiązaniom, czuję, że było warto. Bo to przecież nie jest tak, że my cokolwiek nakazaliśmy. Stworzyliśmy jedynie możliwości, które inni wypełnili treścią, a teraz możemy ten system ulepszać.
A jaką przestrzeń dla prospołecznych projektów widzi Pan w sferze polityki partyjnej?
C. M.: Ich realizowanie jest strasznie trudne. W pewnym momencie jako Polska Partia Socjalistyczna mieliśmy nieuzasadnioną wiarę, że podziały historyczne odejdą do lamusa, a życie polityczne zacznie opierać się na programach i wartościach. Okazało się to niemożliwe. To, co u nas nazywa się lewicą, czyli SLD, cały czas spaja wspólnota życiorysów, nie zaś zespół poglądów. W innych formacjach politycznych wygląda to podobnie, dlatego tak ciężko ten podział przełamać.
Osobiście bardzo mile wspominam okres poselski, ale właśnie dlatego, że zostaliśmy „wylani” z klubu SLD i założyliśmy koło parlamentarne PPS-u, co było naszym świadomym zabiegiem. Jako trzyosobowe koło mogliśmy swobodnie „hasać”, czyli zgłaszać różnego rodzaju pomysły. W dużych klubach jest tak, że kierownictwo podejmuje większość kluczowych decyzji, a reszta posłów pełni role statystów. Dlatego uważam, że w naszej małej grupie mieliśmy szansę wykonać kawał fajnej roboty – i udało się to. Walczyliśmy o kwestię dochodu gwarantowanego, powstała ustawa „azbestowa” i szereg innych rzeczy. Zawsze żartowałem, że nasze koło działało prężniej niż znacznie większy klub Unii Pracy, z Ryszardem Bugajem na czele, który wiecznie przeżywał dylematy w rodzaju: „co dalej robić?”. My z tym naszym trzyosobowym kołem zgłaszaliśmy wiele różnych inicjatyw, jednak oczywiście byliśmy za mali, aby przeforsować je wszystkie.
Są dwa pozytywy bycia posłem. Ma się wpływ na różne problemy lokalne, np. poprzez mediację w trakcie strajku. W parlamencie można się też bardzo wiele nauczyć. Miałem szczęście trafić na bardzo dobrą komisję polityki społecznej, gdzie przewodniczącą była Anna Bańkowska, przy której po prostu wstyd było nie wiedzieć czegoś w kwestii, w której chciało się zabrać głos. Inna rzecz, że poziom kompetencji dzisiejszych komisji znacząco się obniżył. Biorę udział w pracach komisji parlamentarnych jako ekspert i często odnoszę wrażenie, że meritum spraw jest zupełnie marginalizowane. Nie ma rzetelnej dyskusji na jakikolwiek temat, posłowie głosują według zaleceń kierownictw partii. Młodzież służy do noszenia teczek, demoralizuje się przy starszych. W ogóle nie ceni się wiedzy merytorycznej. Nasza polityka weszła w okres „pop”, którego istotą jest to, kto ładniej wystąpi, kto się sympatycznie zaprezentuje; nie ocenia się tego, co ktoś ma do powiedzenia. Mam jednak cichą nadzieję, że to się odwróci, że tak jak w teorii Kelles-Krauza o retrospekcji przewrotowej od indywidualizmu do kooperatywizmu, tak samo w polityce wrócimy od pop-polityki do meritum.
Czy poglądy, samoorganizacja i stopień „zradykalizowania” polskiego społeczeństwa dają nadzieję na odbudowę w przyszłości autentycznej lewicy społecznej? Jak dotąd wybory wygrywają niemal wyłącznie ugrupowania „na prawo” nie tylko od lewicy europejskiej, ale nawet od tamtejszej chadecji czy obecnych Torysów.
C. M.: Gdy w sondażach zadaje się pytania dotyczące różnych kwestii społecznych, to wygląda to tak, jakby nie miało być w parlamencie nikogo poza lewicą. Mam wrażenie, że sporo ludzi wyznaje lewicowe wartości, choć rośnie też w siłę grupa reprezentująca poglądy liberalne. Jednak deklaracje wartości prospołecznych nie mają przełożenia na decyzje wyborcze, ponieważ ludziom brak myślenia przyczynowo-skutkowego. Polska lewicowość nie jest intelektualnie pogłębiona, nie przekłada się na zdolność prawidłowego rozpoznawania własnych interesów. Najbardziej istotne jest jednak najgorsze dziedzictwo PRL-u, czyli bierność. Myślenie w kategoriach, że ktoś tam „na górze” powinien za mnie coś zrobić. Tymczasem gdy siłą prawicy jest kapitał, siłą lewicy jest masowość i zaangażowanie. Właśnie na tych fundamentach powstał cały ruch lewicowy, związki zawodowe, partie robotnicze. Natomiast gdy dochodzi u nas do zagrożenia najbardziej żywotnych interesów społeczeństwa, jak w przypadku planów prywatyzacji ochrony zdrowia, niemal wszyscy zgodnie przytakują, że tak nie powinno być, a jednocześnie nikt palcem nie kiwnie, aby to zmienić. To nie jest Francja, gdzie setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice manifestować. To chyba największy problem, przed jakim staje lewica w Polsce: bierność społeczeństwa sprawia, że nie ma siły, która mogłaby wpływać na decyzje polityków. Mimo że społeczeństwo ma naprawdę rozsądne poglądy, brak w nim oparcia dla prospołecznych zmian.
Na fali świeżych wrażeń z jeżdżenia po Polsce w sprawie organizacji pozarządowych, spółdzielczości, szeroko rozumianej ekonomii społecznej, dochodzę do wniosku, że realne zmiany na lepsze nie są kwestią rozwiązań legislacyjnych czy finansowych, lecz tego, czy ludzie zaczną robić coś wspólnie. Bo współcześni Polacy nie potrafią tego robić, nie umieją walczyć o swoje sprawy na żadnym polu. Jeszcze nie widziałem stowarzyszenia, które faktycznie miałoby co najmniej piętnastu członków – tak, jak przewiduje ustawa. „Na papierze” oczywiście jest ich piętnastu, ale naprawdę działa zaledwie kilku. Jest zarząd, który realizując różne projekty utrzymuje się z tego, co nie jest niczym złym, ale złe jest to, że tak działające stowarzyszenie przestaje być organizacją społeczną, a zamienia się w zakład pracy. Pod tym względem Polska jest jednym z najsłabiej zorganizowanych państw w Europie, krajem o najniższym stopniu mobilizacji społecznej.
Tymczasem, paradoksalnie, szeroko rozumiana lewica ignoruje społeczeństwo obywatelskie. Gdyby nie Jerzy Hausner, to SLD byłoby przeciwko ustawie o działalności pożytku publicznego i wolontariacie, uważało ją za niepotrzebną. Wszystkie pozostałe formacje również nie zwracają się w stronę organizacji społecznych. Z drugiej strony powstała niestety maniera apolityczności sektora pozarządowego. Organizacje obywatelskie uchylają się od deklaracji ideowych, praktycznie nie słyszy się, żeby ktoś mówił: jesteśmy lewicowym stowarzyszeniem.
Choć etos Pierwszej „Solidarności” był raczej lewicowo-demokratyczny, z ruchu tego wypączkowały głównie prawicowe inicjatywy, zazwyczaj prowadzące politykę liberalną. Nie powstała silna i trwała formacja socjaldemokratyczna – Unia Pracy została zmarginalizowana przez SLD, nie powiodła się także próba odbudowy PPS-u, w którą się Pan zaangażował.
C. M.: Czynników tej porażki były dziesiątki. Zawsze mówię, że widocznie to my coś schrzaniliśmy. Ale prawdą jest również to, że zwyczajnie na lewicowe myślenie nie było wtedy klimatu. Istotą tego, co się dzieje i co będzie się działo, jest wciąż podział historyczny, oparty na wspólnocie życiorysów. Dawna PZPR utrzymała się dzięki stworzeniu nowej formacji, stosując taktykę „oblężonej twierdzy”, dzieląc społeczeństwo na lewicę, utożsamioną z postkomunistami, oraz nas, czyli „Solidarność”. W 1993 r. popełniliśmy błąd, do którego sam przyłożyłem rękę, wstępując do SLD, aby tam – zgodnie z nurtem promowanym przez Cimoszewicza – budować wizję państwa w oparciu o poglądy, a nie o przeszłość. Jednak w Sojuszu byliśmy ciałem obcym, bo budowaliśmy tożsamość w oparciu o pracowników z organizacji zakładowych „Solidarności” i kiedy przeszliśmy na stronę SLD, zostaliśmy odcięci od naszych korzeni. Nie mogliśmy zbudować nowej bazy, bo nad poglądami i wizją państwa przeważyły podziały motywowane historycznie. W rezultacie zostaliśmy niewielką grupą, robiącą fajne rzeczy, za które nawet nas chwalono, ale nigdy nie przełożyło się to na poparcie wyborcze. Jako poseł SLD i PPS-u wciąż intensywnie współpracowałem z „Solidarnością” w Radomskiem, ale choć na co dzień świetnie się rozumiałem ze związkowcami i pracownikami, to ciężko im było przeskoczyć historyczny podział i zagłosować w wyborach na kandydata SLD. I tak to się niestety potoczyło. Nie chcę nikogo winić za to niepowodzenie. Myślę, że początek był dobrze pomyślany, choć oczywiście pracownicy ciężko to przyjmowali. Jednak z drugiej strony, konotacja lewicowa nie była aż tak zła w sensie myślowym. W latach 1989-92 działy się na lewicy naprawdę dobre rzeczy. Dopiero usiłowanie przełamania podziałów historycznych zakończyło się naszą klęską.
Mówimy o doświadczeniach sprzed niemal 20 lat. Tymczasem nadal podejmowane są próby pociągnięcia SLD w lewo lub dostania się do parlamentu we współpracy z tym ugrupowaniem, by za cenę kompromisu „robić swoje”.
C. M.: Myślę, że charakter obecnej sytuacji jest bardzo dynamiczny. Trzeba pamiętać, że na scenę polityczną wchodzą nowe pokolenia, dla których stare podziały nic nie znaczą. To oni muszą teraz wypracować jakiś pomysł na lewicę, niekoniecznie związany z robotniczym etosem warsztatu pracy. Wyrosło przecież całe pokolenie ludzi, którzy są trochę taką klasą średnią, ale strasznie stłamszoną. Pracowałem z wieloma młodymi osobami, które nieskutecznie namawiałem do zakładania związków zawodowych. A przecież aby się utrzymać, pracują oni po kilkanaście godzin na dobę, mają pozaciągane kredyty, boją się o swoje miejsca pracy, są uciskani na przeróżne sposoby. Lewica z kolei zbyt kurczowo trzyma się tradycyjnych schematów, nie potrafi wyjść naprzeciw oczekiwaniom tych ludzi. Oni czują się klasą średnią, bo chodzą do klubów, są wykształceni, mają samochód, mieszkanie (które będą spłacać do końca życia), ale w istocie są współczesnym proletariatem, do którego trzeba tylko znaleźć klucz. Tutaj wymachiwanie „Solidarnością” czy PZPR-em nie będzie miało znaczenia. Ale to jest wciąż kwestia przyszłości, sformułowania pewnego projektu, który nie może być przeintelektualizowany, oderwany od swego społecznego rdzenia. Dzisiejsza lewica poza-SLD-owska funkcjonuje bowiem w dość hermetycznym kręgu akademicko-artystycznym.
Mówiliśmy o społeczeństwie obywatelskim i partiach lewicowych. Z czego natomiast wynika słabość związków zawodowych, tradycyjnie mocno związanych z projektami emancypacyjnymi i egalitarnymi? Wśród przyczyn wymienia się m.in. zbyt silne zaangażowanie central w politykę (głównie casus „Solidarności”), ich anachroniczną i ociężałą formułę (tu chyba przoduje OPZZ), antyzwiązkową propagandę mediów głównego nurtu oraz zniszczenie naturalnej bazy związków, jaką były wielkie przedsiębiorstwa. Wedle jednych związki są za mało radykalne, innych odstraszają „zadymiarstwem”.
C. M.: Związki są niestety w znacznej mierze traktowane jako przedłużenie siły politycznej i stanowią element wspomnianego podziału: mamy OPZZ po stronie SLD-owskiej i „Solidarność” po stronie PiS-owskiej. Często przynależność do związku oceniana jest przez pryzmat poglądów, a nie interesów pracowniczych – i to jest ich główna słabość. Poza tym, wszyscy patrzą na związki przez pryzmat ich bastionów – starego przemysłu, tradycyjnych branż. Związkom brakuje otwarcia na nowych członków. Proszę zwrócić uwagę, jak wielu jest niezrzeszonych bankowców, handlowców czy ubezpieczeniowców, podobnie było do niedawna z pracownikami super- i hipermarketów. Co więcej, działalności związków ton nadają starzy działacze, przywiązani do schematów, etatów, procedur. Natomiast dziś trzeba być otwartym, tak jak my w Konfederacji Pracy, gdy swego czasu co tydzień jeździliśmy pod OBI, kiedy wyrzucili z pracy naszych chłopaków, którzy założyli związek zawodowy. Trzeba szukać niekonwencjonalnych rozwiązań, stąd idea powołania Konfederacji Pracy była dobrym pomysłem, ponieważ związek ten nie był identyfikowany ani z OPZZ-em, ani z „Solidarnością”. Zalecam więc poszukiwania formacji neutralnych i zupełnie nowe formy działania związkowego. Nie wierzę, że ludzie nie chcą się zrzeszać; to związkowcy nie potrafią znaleźć odpowiedniej drogi do pracowników.
Współpracowałem przez kilka lat ze związkiem zawodowym pielęgniarek, okupowałem Ministerstwo Zdrowia w roku 2000 i pamiętam, jak narodził się bardzo silny, neutralny w sensie politycznym, ale bardzo sprawny związek, który jednak dość szybko uległ pewnemu rozdrobnieniu. Z siły 80 tysięcy zrzeszonych, na której można było zbudować merytoryczne działanie, pozostało dużo mniej, bo ważniejsze okazały się etaty, pokazywanie się w towarzystwie polityków, którzy oczywiście sami o to zabiegali. Aktualnie związek stanowi cień samego siebie sprzed dziesięciu lat. A ja pamiętam, że to była naprawdę potężna siła ludzi, którzy autentycznie działali – prawie nikt nie był tam na etacie, a jednak się kręciło, i to bardzo sprawnie. Wszyscy rozumieli, że istnieje potrzeba rozbudowy zaplecza eksperckiego, jednak struktura, która zaczęła się tam rodzić u góry, szybko skostniała i skończyło się tak, jak się skończyło. Przewodniczącą związku widuję obecnie jedynie w telewizji, w towarzystwie Marka Borowskiego czy innych polityków. Teraz, gdy potrzeba merytorycznych rozstrzygnięć, zarząd związku nie potrafi zagospodarować siły tkwiącej w swoich członkach. Być może trzeba zatem budować wszystko od początku?
Jak na tle wszystkiego, o czym mówiliśmy, wyglądają istniejące strategie i nadzieje środowisk prospołecznych? Jedni nadal wierzą w „zwrot w lewo” SLD, inni w nagły kryzys, który wyprowadzi lud na barykady, jeszcze inni są przekonani, że z neoliberalizmem można wygrać za pomocą publicystyki w „Gazecie Wyborczej” i występów w TVN-ie, są też środowiska, które mozolnie próbują odbudować oddolne inicjatywy w zatomizowanym społeczeństwie. Która z tych dróg, które celowo przedstawiam tu nieco ironicznie, wydaje się Panu najbardziej płodna?
C. M.: Myślę, że każda prowadzi w jakiś sposób do celu. Mogę się podśmiewać z „Krytyki Politycznej” i jej niektórych abstrakcyjnych czy teoretycznych pomysłów, ale rzeczywiście istnieje potrzeba lewicowych naukowców, ponieważ większość tej grupy nie chce oficjalnie utożsamiać się z poglądami lewicowymi. Odwojowanie kulturowe uniwersytetów jest więc ważne, bo ludzie potrzebują autorytetów. Natomiast moją ścieżką jest budowanie samoorganizacji społecznej. Dezaktywizacja, która jest mentalną spuścizną PRL-u, powoduje, że trudno mówić o masowych ruchach społecznych – te mogą mieć miejsce, gdy istnieją przynajmniej zręby jakiejś organizacji. Dlatego lewica powinna zająć się trochę taką „żeromszczyzną”, czyli iść w Polskę i animować rozmaite inicjatywy, a następnie je łączyć w większe całości. To, co robi teraz Piotr Ikonowicz, czyli budowanie federacji lokatorskiej, jest dużo bardziej użyteczne niż pokazywanie się w telewizji z Nową Lewicą. I choć jest mniej zauważalne, to jednak ma większy sens, bo właśnie z takich mikro-inicjatyw wypływają większe fale, które nie muszą się wcale przejawiać w masowych strajkach i demonstracjach, ale także w decyzjach wyborczych i działaniach społecznych.
Nośnikiem lewicowych wartości mogliby się stać również np. spółdzielcy. Nie muszą się z nimi w jakikolwiek sposób politycznie obnosić, po prostu są ważni ze względu na sam charakter działalności. Tego typu różnych grup są w Polsce setki, dlatego uważam, że trzeba się uderzyć w pierś, ruszyć w Polskę i pracować „w terenie”, pamiętając wciąż o szukaniu pomysłów na młodzież, na potencjalnych nowych odbiorców lewicowych ideałów, którzy nie mają nic wspólnego z PRL-em. Można odczuć, że grupa ta mocno potrzebuje kogoś, kto zaproponuje im wartościową ofertę, pomysł na życie. PiS ich odstrasza, brakuje im formacji, do której mogliby się odwołać w sensie ideowym. Oczywiście pojawiają się pewne buntownicze formacje, w rodzaju ruchu Palikota czy Samoobrony, jednak nie potrafią realizować żadnych celów, ponieważ nie posiadają „kośćca” wartości, ani pomysłów.
Jak się ma obecna polska polityka społeczna do ideałów lewicy?
C. M.: Ostatnie lata oceniam bardzo źle. Nawet nie tyle to, że ma miejsce masowy atak liberałów na prawa socjalne i pracownicze, choć oczywiście istnieje takie zjawisko. Największy problem polskiej polityki społecznej stanowi jej bezruch. W dwóch kolejnych rządach kwestiami społecznymi zajmują się politycy trzeciorzędni. To pokazuje, że Ministerstwo Pracy i polityka społeczna stały się nieistotnym elementem szeroko rozumianej polityki. Obecna minister, która oczywiście potrafi pokazać się w mediach, gdzie czegoś tam się domaga, nie przeprowadziła skutecznie bodaj jednego sensownego projektu. Gdy byłem sekretarzem stanu, zdobyliśmy milion złotych na spółdzielczość socjalną, który to milion zwyczajnie „gwizdnęliśmy” z innych pozycji budżetowych i była to dla nas olbrzymia kwota. Dzisiaj Ministerstwo Pracy dysponuje setkami milionów ze środków europejskich, którymi tylko ono może rozporządzać. Mając wreszcie odpowiednie instrumenty, jego pracownicy mogliby zrobić bardzo mnóstwo dobrych rzeczy. Wychowywanie dzieci, opieka nad niepełnosprawnymi, aktywizacja bezrobotnych i wiele innych kwestii społecznych – to działania wieloletnie, które planować i realizować trzeba długofalowo. Tymczasem wydaje się te pieniądze, bo trzeba, bo „Unia każe”, ale nie idzie za tym żaden szerszy plan, spójny politycznie i społecznie. Można różnie oceniać rząd, w którym byłem ministrem, bo miał on swoje cienie, ale budowaliśmy wtedy np. całościowy system świadczeń rodzinnych, powstała spójna koncepcja podwyższenia progów dochodowych. Chcieliśmy stworzyć kompleksową siatkę bezpieczeństwa socjalnego. A teraz nikt się nawet nad tym nie zastanawia. Funkcjonuje grupa Michała Boniego, z której diagnozami mogę się zgadzać lub nie, ale nawet to myślenie perspektywiczne nie przekłada się na żadne działanie ministerstw. Są jak gdyby równoległe rzeczywistości, więc wygląda to tak, jakby Boni tworzył strategie, które mają wyłącznie wymiar propagandowy. A w zmieniającym się świecie trzeba szybko reagować, polityka społeczna musi cały czas ewoluować.
System pomocy społecznej wymaga głębokiej reformy, m.in. za pomocą środków europejskich. Zaczęliśmy to robić, rzucając ośrodki pomocy społecznej na głęboką wodę, zmuszając je, aby nauczyły się myśleć nieco inaczej. W wyniku tego w wielu miejscach Polski powstała masa świetnych inicjatyw, takich jak np. budowanie wspólnej przestrzeni lokalnej na Śląsku. Szczególnie wartościowe jest wspólne uczenie się tego, że mieszkamy w jakiejś przestrzeni, że ma ona swoją historię, że jest fajna, że możemy coś razem zrobić. I później nagle się okazuje, że nie trzeba wcale wielkich pieniędzy na pomalowanie klatki, że mieszkańcy sami to robią, a następnie wspólnie dbają, aby nikt ich wysiłku nie zniszczył. W Bielsku-Białej zrealizowano projekt, który połączył biedną i bogatą dzielnicę w jednym działaniu. Okazało się, że można coś takiego zrobić i że nie musi to być program dla biednych czy dla bogatych, lecz dla społeczności jako takiej. Ruszyliśmy więc pewne rzeczy, ale wymagają one ciągłego „podkręcania”, budowania nowych rozwiązań prawnych, konstruowania instrumentów. A tego wciąż brakuje.
Znamienne, że Ministerstwo Rozwoju Regionalnego na swojej stronie internetowej chełpi się tym ile, a nie na co wydało pieniądze. I tak jest też w polityce społecznej. Jest kryzys i trzeba oszczędzać, więc minister Rostowski tnie ulgi rodzinne, podczas gdy jesteśmy w czołówce krajów o najwyższym poziomie ubóstwa wśród dzieci. Z jednej strony mówimy o starzeniu się społeczeństwa, a z drugiej nie dbamy o rodziny. Skąd się mają brać płacący składki za 20 lat? Nie stwarzamy kobietom bezpieczeństwa i wsparcia, aby podjęły decyzję o założeniu rodziny. Przecież nie jest to tylko kwestia biologiczna, ale przede wszystkim społeczna. Przy czym nawet najwyższe becikowe nie skłoni do macierzyństwa – trzeba zbudować usługi społeczne, takie jak żłobek, przedszkole, pomoc opiekunki środowiskowej czy pielęgniarki. Na przykład ponad 10% mieszkańców Warszawy to osoby nie zameldowane w stolicy i pochodzące z innych miejscowości, nie mają więc tutaj rodziców czy dziadków, którzy mogliby pomóc w wychowywaniu dziecka.
W teorii, tzw. ekonomia społeczna, którą się Pan zajmuje, wydaje się łączyć dwa kanoniczne elementy myśli lewicowej: odgórne wsparcie przez instytucje publiczne, z oddolnym, demokratycznym charakterem takich inicjatyw. U początku takich przedsięwzięć jak spółdzielczość socjalna docierały do nas sygnały, że na polskim gruncie ta piękna idea niekoniecznie materializuje się w równie pięknej postaci.
C. M.: Wynikało to z różnych uwarunkowań, o których mówiłem wcześniej. Obecnie funkcjonuje ok. 260 takich spółdzielni, wśród których widziałem bardzo wiele naprawdę rzetelnie pracujących i wyrabiających nadwyżkę finansową, choć nie jest to oczywiście większość. Cały czas jednak wierzę, że jeżeli zbudujemy spójny system infrastrukturalny, to ich wydajność się poprawi. Bo dla mnie ekonomia społeczna to nie tylko kolejne przedsiębiorstwa dające pracę wykluczonym społecznie, ale także to, co nazywam „solidarnością zamiast wyzysku”, czyli że ludzie wspólnie pracują na siebie, że zupełnie inaczej myślą o pracy.
Po trudnym początku widać, że zmiany wprowadzone w 2009 r. zaczynają przynosić rezultaty. Wciąż jednak istnieją urzędy pracy, które nie rozumieją idei ekonomii społecznej, dlatego też nagradzamy dyrektorów, którzy potrafią wyjść naprzeciw nowym, coraz bardziej wysublimowanym pomysłom. Chcemy budować system usług w oparciu o sektor ekonomii społecznej. Na czym polega włoski fenomen rozwoju tego sektora? Nie na dotacjach, nie na preferencjach podatkowych, lecz na rzetelnej współpracy z samorządami, które zlecają prace spółdzielniom socjalnym. Ekonomia społeczna jest również pewnym sposobem odtwarzania społeczności i wspólnot lokalnych. W swojej istocie nie jest zatem pomysłem ekonomicznym, a właśnie społecznym.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 5 listopada 2010 r.
przez prof. dr hab. Tadeusz Kowalik | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
O tym, że sprawiedliwość społeczna to tylko intuicja, pisał… prezes Trybunału Konstytucyjnego, oceniając zapisy ustawy zasadniczej, w której znajduje się wyjątkowo dużo gwarancji składających się na ową sprawiedliwość!i Leszek Balcerowicz i jego akolici przyzwyczaili publicystów do uporczywego ujmowania tego pojęcia w cudzysłów. A jeśli ktoś odważy się podnieść kwestię łagodzenia nadmiernych nierówności, zaraz zostanie ofuknięty jako dinozaur PRL, co ma wynikać z „zawiści i pogardy” dla wiedzy, inicjatywy i przedsiębiorczości.
Temat modny, lecz nie w Polsce
Podejmując tematykę sprawiedliwości społecznej, z trudem można się uwolnić od myśli o straszliwym prowincjonalizmie naszego środowiska ekonomicznego, a może i ogółu nauk społecznych. Znani uczeni brytyjscy, A. B. Atkinson i John Micklewright, w decydującym okresie przemian systemowych zarzucili ekonomistom krajów postkomunistycznych obojętność wobec problematyki podziału dochodu narodowegoii. I tak już pozostało.
W Polsce milczeniem lub gołosłownym odrzuceniem pokrywa się nawet najważniejsze światowe wydarzenia i debaty. Za przykład najjaskrawszy może służyć przyznanie w 1998 r. Amartyi K. Senowi Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii za badania nad nierównościami, biedą i głodem. Fakt ten za skandal uznała „Gazeta Bankowa” piórem Ryszarda Legutki, dla Henryki Bochniarz był to dowód „upolitycznienia Komitetu Noblowskiego”, a dla publicysty „Gazety Wyborczej” – kolejny argument na rzecz zniesienia nagrody.
Tymczasem na Zachodzie obserwujemy erupcję badań i debat na ten temat. Znane wydawnictwo opublikowało dwa opasłe tomy tekstów, w tym kilku noblistów, pod tytułem „Sprawiedliwość ekonomiczna”iii. Redaktorzy i autorzy wyraźnie obejmują przymiotnikiem „ekonomiczny” również treści społeczne. Przez wielu naszych ekonomistów uważane byłoby to za oczywisty błąd, ponieważ sprawiedliwość czy problemy socjalne mają się znajdować poza sferą gospodarki i ekonomii.
W 1994 r., po ponad trzydziestu latach od wydania oryginału, ukazał się polski przekład głównego dzieła Johna Rawlsa pt. „Teoria sprawiedliwości”iv. W świecie wywołało lawinę literatury filozoficznej, socjologicznej, politologicznej, prawniczej i ekonomicznej. U nas – pozostało poza zainteresowaniem ekonomistów.
Liberałowie o równości szans
Nie sposób zaprzeczyć, że pojęcie sprawiedliwości społecznej jest wieloznaczne. Jednak gdy wiemy, że odsetek dzieci żyjących poniżej progu ubóstwa wynosi ok. 25% w USA i poniżej 3% w Szwecji (2000), to nie musimy się odwoływać do teorii, by stwierdzić, który kraj bardziej respektuje elementarne zasady sprawiedliwości. Jednocześnie pojęcie to nie jest już tylko intuicyjne. Wobec ogromu literatury nawiązującej do dzieła Rawlsa, nie do utrzymania jest pogląd, że brak nam teorii; przeciwnie, jest ich wiele.
Nieprawdą jest też, że problematyka sprawiedliwości społecznej nie jest mierzalna. Twierdzenie takie wynika z pojęciowego ograniczenia się do mierzalności bezpośredniej. Tymczasem w ekonomii i socjologii istnieje długa tradycja mierzenia zjawisk i procesów w sposób pośredni. Na ogół nie mierzy się bezpośrednio ani dobrobytu społecznego, ani rozwoju (nie wzrostu) gospodarczego, choć w odniesieniu do obu są i takie próby. Szereg wskaźników pozwala jednak na mierzenie pośrednie. Analogicznie, jeśli przyjąć, że sprawiedliwość społeczna realizuje się wskutek usuwania barier dla ekonomicznego, społecznego, politycznego i intelektualnego potencjału każdej jednostki – głównie przez zmniejszanie nierówności dochodowych i majątkowych, ale także np. w dostępie do stanowisk w różnych sferach życia społecznego – to pojęcie, o którym mówimy, nabiera treści uchwytnych i będących od dawna przedmiotem badań. Dodajmy, że w ostatnich dwóch dekadach nawet takie zjawiska jak wolność czy demokracja zostały poddane procedurom mierzenia.
Chyba najłatwiej o zgodę w tym, że sprawiedliwość społeczna ma zapewnić równość szans. Spór toczy się o to, jak ją rozumieć. Znaczna część dawnych liberałów i obecni neoliberałowie wychodzą z założenia, że rynek „merytokratycznie” dzieli produkty i usługi, zgodnie z wkładem, a więc sprawiedliwie. Celem jest więc tylko zagwarantowanie równości wobec prawa. Na taki redukcjonizm nie godzili się socjaliści, a później socjaldemokraci. Novum polega na tym, że współcześnie dołączyli do nich, a często ich zastąpili, coraz liczniejsi myśliciele liberalni. Obecnie jednym i drugim chodzi o rzeczywistą równość szans, która wymaga braku rażących nierówności dochodowych oraz znaczącego marginesu wykluczonych.
Chodzi więc o taki rozdział zasobów materialnych, który pozwala na kształcenie i samokształcenie, umożliwia pracę przynajmniej w przybliżeniu zgodną z umiejętnościami i zainteresowaniami, zapewnia godziwą płacę, możliwość uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym. John E. Roemerv i wielu innych teoretyków sprawiedliwości społecznej wprowadzają pojęcie „wyrównywanie pola gry” na szeroko pojętym „rynku” (także społecznym i politycznym). Państwo musi więc brać na siebie obowiązek organizowania gospodarki w taki sposób, by zatrudnienie mieli wszyscy zdolni i chętni do pracy. Masowe bezrobocie nie daje się pogodzić ze sprawiedliwością społeczną.
To dobra okazja, by raz jeszcze (robił to wielokrotnie Andrzej Walicki) wyjaśnić różnicę między tym, co u nas uchodzi za myśl liberalną, a zachodnią myślą liberalną. Nie jest bowiem prawdą, że postulat sprawiedliwości społecznej został bez reszty zaanektowany przez społeczną lewicę (włączając chrześcijańską). Więcej nawet: teorię sprawiedliwości społecznej tworzyli raczej myśliciele liberalni, traktujący koncepcje egalitarne jako „realną utopię”, ideał, do którego należy dążyć, co oznacza przede wszystkim odrzucenie kapitalizmu wolnorynkowego.
Oto na przykład pisał Bruce Ackerman: Ustrój oparty na zasadach laissez-faire z jednej strony akceptuje ogromną koncentrację dziedzicznego bogactwa, a z drugiej dopuszcza istnienie klasy niewykształconej, pozbawionej wszelkiego majątku. Taka systematyczna wadliwa dystrybucja bogactwa zamienia w farsę ideał równego uczestnictwa politycznego. Spójna jest również z wszelkimi przejawami zawodności rynku: tworzeniem karteli, degradacją środowiska, powszechnym nadużywaniem ignorancji konsumentów. Żaden myślący liberał /…/ nie będzie z radością przyglądał się tak jawnym niesprawiedliwościomvi. W innym miejscu autor ten podkreślał, że dla współczesnego liberalizmu prawo własności nie jest największą świętością. Ustąpić musi ono takim wznioślejszym wartościom jak umożliwienie obywatelom rozwoju osobowości w warunkach swobody i równościvii.
Demokracja właścicielska
Niektórzy teoretycy liberalizmu podkreślali, że kapitalistyczna własność powstała z naruszeniem elementarnych praw. Tak uważał np. jeden z najważniejszych myślicieli tego nurtu, John Stuart Mill. W swym głównym dziele ekonomicznym pisał: Społeczne urządzenia współczesnej Europy zaczęły się od podziału własności będącego rezultatem podboju i gwałtu, a nie sprawiedliwego podziału lub nabycia przez skrzętność […]. System ten ciągle nosi wiele istotnych cech owych początków. Prawa własności nigdy nie zostały skonfrontowane z zasadami, na których opiera się usprawiedliwienie prywatnej własności. Uczyniły one własnością rzeczy, które nigdy nie powinny nią być, także stworzyły własność absolutną w przypadkach, gdy istnieć powinna tylko własność ograniczona. Nie zachowały one przyzwoitej równowagi między jednostkami ludzkimi /…/; celowo wymusiły nierówności i uniemożliwiły przyzwoity start w wyścigu wszystkichviii.
Mill dowodził, że socjaliści okazaliby się zbędni, gdyby prawo sprzyjało upowszechnieniu bogactwa, a nie jego koncentracji. Dzieło Rawlsa, powszechnie uważanego za myśliciela liberalnegoix, można uznać za próbę naprawienia tego historycznego błędu. Już w samej koncepcji ogólnej postulowanego ustroju autor podkreśla postulat równego podziału bogactwa, a więc i własności: Wszelkie pierwotne dobra społeczne – wolność i szanse, dochód i bogactwo, a także to, co stanowi podstawy poczucia własnej wartości – mają być rozdzielone równo, chyba że nierówna dystrybucja któregokolwiek z tych dóbr bądź wszystkich jest z korzyścią dla najmniej uprzywilejowanychx.
Chyba jednak najdobitniej sformułował to w przedmowie do polskiego wydania swego dzieła: W państwie opiekuńczym chodzi o to, by nikt nie spadł poniżej określonego, godziwego poziomu życia i aby wszystkim zapewnić ochronę w razie wypadku czy niepowodzenia, na przykład zasiłek dla bezrobotnych i opiekę zdrowotną […]. Taki system może dopuszczać wielkie i dziedziczne nierówności w zakresie rozdziału bogactwa, które są nie do pogodzenia z autentyczną wartością wolności politycznych […], jak również wielkie różnice dochodu, naruszające zasadę dyferencji. Choć czyni się pewien wysiłek, by zapewnić autentyczną równość szans, jest on przy takich różnicach w zakresie dochodu, i w konsekwencji – wpływu politycznego, niewystarczający albo nieskuteczny. W przeciwieństwie do tego w demokracji właścicielskiej celem jest urzeczywistnienie przez cały czas idei społeczeństwa jako sprawiedliwego systemu kooperacji obywateli, jako wolnych i równych osób. Tak więc instytucje podstawowe od początku muszą działać tak, by środki produkcji trafiały w ręce szerokiej rzeszy obywateli – tak aby w pełni uczestniczyli oni w społecznej kooperacji – a nie tylko w ręce nielicznych.
Przypomnijmy też, że przystępując do definicji swej koncepcji ogólnej, Rawls zastrzega, iż nierówności społeczne i ekonomiczne mają być tak ułożone […] aby były z największą korzyścią dla najbardziej upośledzonych – nie z korzyścią w ogóle, lecz z największą korzyścią. Chodzi, jak sądzę, o dawanie więcej tym, którzy nie ze swojej winy cierpią niedostatek lub narażeni są na bariery uniemożliwiające korzystanie z autentycznie równych szans (ulubiony zwrot Rawlsa). Na przykład należy dawać więcej środków na edukację dzieciom ze slumsów, ponieważ inaczej odziedziczą slumsowy status. Podobnie jak czynią to rodzice, wysyłając na korepetycje dziecko mniej zdolne, ponieważ utalentowane da sobie samo radę. Dopiero wówczas, gdy osiągną one w przygotowaniu do życia mniej więcej równy poziom i jako dorosłe będą mogły odpowiadać za siebie, można je traktować (np. w testamencie) jednakowoxi. Ten nurt myśli wymaga przypomnienia, gdyż we współczesnej Polsce dominuje aroganckie wołanie nowobogackich o prawo do przeciwstawnej nierówności: o prawo do nieograniczonego bogactwa.
Wbrew częstej opinii, w dziele Rawlsa znajdujemy całkiem konkretnie zarysowany obraz organizacji państwa zapewniającego sprawiedliwość społeczną. Jednym z jego zadań miałoby być stopniowe i ciągłe korygowanie podziału bogactwa i zapobieganie koncentracji władzy, godzącej w wolność polityczną i równość szansxii. Ostatecznym celem jest system, w którym ziemia i kapitał są w posiadaniu, niekoniecznie równym, ale szerokich rzesz, nie zaś małej grupy kontrolującej większość zasobów.
Kontynuacja myśli Milla i Rawlsa znalazła swój najpełniejszy wyraz w pracach Josepha Stiglitza. Sformułował on wiele postulatów, które brzmią jak ostra krytyka polskiej transformacji. Tylko tytułem przykładu zacytuję ten z nich, który jeszcze po rozpoczęciu wielkiego skoku na rynek, w maju 1990 r. pozostawał niespóźnioną sugestią. Dotyczył dopiero projektowanej na wielką skalę prywatyzacji sektora publicznego: gospodarki krajów posocjalistycznych są w wyjątkowej sytuacji, mając możliwość stworzenia takiej równości własności bogactwa, która nieosiągalna być może w innych gospodarkach rynkowych. Często formułowany cel „kapitalizmu ludowego” może rzeczywiście znajdować się w zasięgu ręki, w sposób, który w innych krajach jest trudny do pomyślenia z uwagi na istniejącą koncentrację własności. Kraje posocjalistyczne nie powinny utracić okazji dokonania reform, które są osiągalnexiii.
Sprawiedliwość = stabilność = efektywność
Czy sprawiedliwość społeczna kosztuje? Dotykamy tu czegoś, co uważam za największe osiągnięcie w dziedzinie teorii ekonomii czasu powojennego, choć w Polsce notorycznie przemilczane.
Przez wiele dziesięcioleci sądzono, że wzrost gospodarczy (przynajmniej w fazie uprzemysłowienia) nieuchronnie powoduje wzrost nierówności dochodowych. Za teoretyczne uogólnienie uchodziła tu rozprawa Simona Kuznetsaxiv, której autor wyrażał jedynie nadzieję, że na wysokim stopniu rozwoju powstaną warunki do łagodzenia nierówności. Jeszcze w latach 70. Arthur Okun, jeden z bliskich doradców prezydentów Kennedy’ego i Johnsona, działający zresztą na rzecz zmniejszenia nierówności, opublikował książkę, której tytuł sugeruje nieuchronny konflikt pomiędzy równością i efektywnością. Brzmiał on „Equality and Efficiency: The Big Tradeoff” (w wolnym tłumaczeniu: „Ile równości, ile efektywności?”). Tradeoff oznacza tu: jeśli chcesz więcej pierwszego, to zapłacisz zmniejszeniem drugiego, i odwrotnie.
Pod wpływem realiów, głównie tzw. tygrysów wschodnioazjatyckich, dokonała się radykalna zmiana poglądów. Fakty i dane statystyczne dowodnie świadczyły, że najwyższą dynamikę wykazywały kraje o najmniejszych nierównościach dochodowych. Kropkę nad „i” postawił Stiglitz, wówczas główny ekonomista Banku Światowego (1997-2000), ogłaszając, że doświadczenie wschodnioazjatyckie skłoniło go do odrzucenia prawa Kuznetsa.
Przykłady dwóch krajów przywoływane są jako dowód, że wielkie i rosnące nierówności mogą iść w parze z bardzo wysoką stopą wzrostu. Prawdziwego skoku modernizacyjnego dokonała w ciągu zaledwie kilkunastu lat Irlandia. Z kraju o średnim poziomie PKB wysunęła się na czoło państw UE pod względem wysokości dochodu narodowego w przeliczeniu na mieszkańca (wyprzedza ją tylko Luksemburg). Powstaje jednak pytanie, czy stworzyła ona społeczeństwo stabilne, zdolne do długotrwałego rozwoju. Głębia zapaści jej gospodarki w czasie obecnego kryzysu ma wiele wspólnego z faktem, że spadek udziału płac w dochodach ludności (a więc i kurczenie się popytu krajowego) był tu bodaj najsilniejszy wśród krajów UE (może poza Polską). Drugim krajem są Chiny, szczycące się najwyższą na świecie stopą wzrostu gospodarki – średnio ok. 10% na przestrzeni ostatnich 30 lat. Tylko w pierwszej dekadzie marszu do kapitalizmu szybko ograniczały ubóstwo, obecnie zaś nierówności dochodowe osiągnęły tam poziom najbardziej nieegalitarnych krajów Ameryki Południowej.
Mit demontażu państwa opiekuńczego
W Polsce powszechnie uważa się, że na Zachodzie państwo opiekuńcze przechodzi lub przeszło do historii. Opinię taką ukształtowali, mocno wspomagani przez media, polscy konserwatywni liberałowie (tych niekonserwatywnych, wywodzących się nie od Hayeka i Friedmana, lecz od Milla, w Polsce prawie nie ma). Jednak najbardziej przyczynili się do tego korespondenci zagraniczni głównych organów prasowych, od lat wieszczący śmierć państwa opiekuńczego, modelu szwedzkiego czy społecznej gospodarki rynkowej w Niemczech. Taka systematyczna negacja istnienia państwa opiekuńczego na Zachodzie odgrywa oczywistą rolę instrumentalną. Wsparta wtłaczaną do głów koniecznością „reformy” finansów publicznych, ma zachęcać władze do dalszego demontażu socjalnych funkcji państwa, jako czegoś oczywistego.
W tym kontekście szczególnie ważne stają się doświadczenia krajów nordyckich. Przede wszystkim okazało się, że wejście do Unii Europejskiej nie zmieniło zasadniczo charakteru ich ustroju społeczno-ekonomicznego. Wbrew często powtarzanym opiniom o negatywnym wpływie wysokiego poziomu wydatków socjalnych i uprawnień pracowniczych, czynniki te nie przeszkodziły ich sukcesowi gospodarczemu. Niejako na marginesie problemu konkurencyjności USA i UE, dwaj austriaccy uczeni, Karl Aiginger i Michael Landesman, wysuwają wręcz ostrożne przypuszczenie, że w krajach tych rodzi się „przyszły model europejski”, charakteryzujący się wysokim stopniem opieki i szerokim zabezpieczeniem społecznym, lecz również inwestowaniem w nowe technologie i ich upowszechnianiexv.
Nie jest to niemożliwe, ponieważ państwo opiekuńcze się obroniłoxvi. Potwierdzenie tego faktu nietrudno znaleźć w danych statystycznych oraz monografiach specjalistówxvii. „Uporczywość” utrzymywania się państwa opiekuńczego wypływa m.in. z głęboko zakorzenionego przywiązania społeczeństw do jego instytucji. Nawet w Niemczech po reformach Schrödera-Hartza udział wydatków socjalnych w PKB wynosi obecnie 26%, o 9 punktów procentowych więcej niż w USA, a tylko o jeden punkt mniej niż w Szwecjixviii.
Wiemy dziś, że jedną z głównych przyczyn obecnego kryzysu światowego jest wadliwy podział dochodu narodowego; wskazuje na to wielu znanych ekonomistów (m.in. Paul Krugman, Robert Reich, Joseph Stiglitz). W USA w latach 1978-2007 godzinowe płace 80% pracowników (z wyłączeniem menedżerów wszystkich szczebli) – nie wzrosły. To ten fakt sprawia, że zanika tamże klasa średniaxix. Zrodziło to wielkie problemy popytu krajowego, na tym podłożu powstała pokusa szukania środków zastępczych w postaci kolosalnego zadłużenia, m.in. osławione kredyty hipoteczne dla uboższych (subprime).
Nie jest wolna od tych problemów Unia Europejska. Ostatnio coraz częściej padają pod adresem Niemiec oskarżenia, że windując do niebotycznych wysokości eksport przy trzymaniu w ryzach płac krajowych, dezorganizują Euroland. Uważa się, że kraj ten ponosi częściową winę za kryzys Grecjixx. Choroba ta trawi również gospodarkę Polski. Szczycimy się, że w czasie transformacji już prawie dwukrotnie wzrósł PKB. O tyle też mniej więcej wzrosła wydajność pracy. Wszelako płace realne pozostawały daleko w tyle i odzyskały poziom sprzed transformacji dopiero w okolicach 2000 r. Były spychane w dół przez wysokie bezrobocie przy braku skutecznej działalności defensywnej związków zawodowych, zwłaszcza „Solidarności”, złamanej przez rozciągnięcie parasola ochronnego nad „planem Balcerowicza”. Niskie zaś płace jako narzędzie konkurencyjności nie zachęcały przedsiębiorców do postępu technicznego. Niskie płace to także ograniczony popyt, a więc i marne perspektywy zyskowności inwestycji. Są zatem antywzrostowe i antyzatrudnieniowe.
Nowy ład społeczno-ekonomiczny
Polska w 1989 r. miała przed sobą wiele możliwych ścieżek rozwoju. Niestety, wybrano wcielanie w życie czystej doktryny rynku. Społeczne konsekwencje obranego modelu transformacji znalazły wyraz w następujących cechach. Po pierwsze, Polska doświadczyła najwyższej w tak długim czasie stopy bezrobocia pośród krajów Unii Europejskiej oraz w Europie Środkowej. Już w pierwszej połowie lat 90. zarejestrowane bezrobocie osiągnęło u nas poziom 16%, a w szczytowym momencie – 20%. Po chwilowej poprawie sytuacji w wyniku wstąpienia do UE, znów doświadczamy wysokiego bezrobocia z tendencją do jego wzrostu. Istnieje też bezrobocie ukryte, ponieważ spora część bezrobotnych nie widzi sensu rejestrowania się, gdy tylko nieznaczna część z nich ma prawo do zasiłku. W żadnym kraju UE bezrobocie wśród młodzieży nie przekroczyło 40%. W Polsce zaś przed wejściem do Wspólnoty wynosiło 43%, a obecnie znów zmierza w kierunku tego niechlubnego rekordu. Jest to jeden z wielu symptomów świadczących, że elity władzy przyzwyczaiły się do wysokiego bezrobocia. Proponowane obecnie środki nie zapowiadają na najbliższe lata nawet zahamowania wzrostu tej prawdziwej klęski społecznej o wielorakich konsekwencjach. Bezpośrednim skutkiem zaniedbań stała się emigracja zarobkowa o skali największej w czasie pokoju. Tylko cynizm lub niewiedza mogłyby skłaniać do obrony tezy, że korzyści z tego masowego i wymuszonego exodusu przewyższają straty.
Po drugie, transformacji towarzyszy bardzo wysoki poziom ubóstwa, znacznie większy niż w innych krajach Europy Środkowej. Przykładem najbardziej jaskrawym był następujący fakt: w dziesięcioleciu poprzedzającym przystąpienie Polski do Unii, nasz PKB wzrósł o ponad 1/3, a w tym samym czasie liczba osób żyjących poniżej (biologicznego) minimum egzystencji zwiększyła się niemal trzykrotnie, przekraczając 4 miliony osób. Niedawno UE wytknęła Polsce najwyższy we Wspólnocie odsetek dzieci żyjących poniżej linii ubóstwa, wynoszący 26%. Przed recesją lat 2008-2009 sytuacja się poprawiła, ale znów mamy objawy narastania tej patologii. Bezpośrednią przyczyną jest jeden z najniższych w Unii udziałów w PKB wydatków na zabezpieczenie społeczne, a zwłaszcza najniższy udział świadczeń dla dzieci, dla bezrobotnych, na pomoc mieszkaniową i inną pomoc socjalnąxxi. Najniższy jest także udział wydatków na aktywną politykę walki z bezrobociem.
Po trzecie, Polskę charakteryzują jedne z najwyższych w Europie nierówności dochodowych, istnienie dużego bieguna ubogich, a także dużych fortun powstałych na styku sfery publicznej i prywatnej. Według Stanisławy Golinowskiejxxii, mamy najwyższy po Portugalii wskaźnik nierówności dochodowych (Giniego) w UE, a porównania z innymi krajami Europy Środkowej brzmią wręcz niewiarygodnie. Wskaźnik ten w Czechach, na Słowacji i w Słowenii jest ciągle jeszcze niższy niż w Polsce przed transformacją, a tylko nierówności Węgier osiągnęły ówczesny ich poziom w naszym krajuxxiii. Nie jest więc zasadny często podnoszony argument, że nasze rozpiętości dochodowe są uwarunkowane potrzebami wydajności.
To nie wszystkie cechy nowego ładu społeczno-ekonomicznego. Należałoby jeszcze wymienić zwłaszcza ubóstwo wśród rolników, zapaść budownictwa mieszkaniowego dla osób gorzej sytuowanych, systematyczne ograniczanie i zachwianie stabilności państwa opiekuńczego, przewagę XIX-wiecznych stosunków pracy w nowo powstałym sektorze prywatnym, wreszcie zjawisko korupcji i klientelizmu, objawiające się ze szczególną siłą w procesach prywatyzacji.
Te właśnie fakty, zjawiska i procesy traktuję jako osobliwości konstytuujące system, który będzie nam towarzyszyć przez wiele, wiele lat. Owe cechy systemowe oznaczają daleko idące konsekwencje, w tym czysto ekonomiczne – mają fatalny wpływ na innowacyjność i dynamikę polskiej gospodarki.
To nie jest kraj dla zwykłych ludzi
Powyższe wywody prowadzą do wniosku, że nowy ład społeczny zawodzi zarówno jako promotor modernizacji, jak i twórca podstaw dobrobytu społecznego. Jest więc jawnym zaprzeczeniem podstawowych zasad Konstytucji. Wskazywał na to słusznie były rzecznik praw obywatelskich, Tadeusz Zieliński: Sfera ubóstwa w naszym kraju znowu się drastycznie zwiększyła […]. W świetle tych ponurych statystyk [GUS-u] nie ma już wątpliwości, że Trzecia Rzeczpospolita nie jest państwem sprawiedliwości społecznej. Jest to stan niezgodny z ustrojową zasadą wyrażoną w art. 2 konstytucji. W Polsce współczesnej nie jest realizowana idea wolności „od lęku i niedostatku”, do której ponad pół wieku temu odwołało się Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych, uchwalając Powszechną Deklarację Praw Człowiekaxxiv [podkr. T.K.].
Nie chodzi jednak o samo tylko ubóstwo. Wyżej przedstawiłem listę niechlubnych polskich rekordów. Jest to oczywisty wynik działań i zaniechań kolejnych władz. Chodzi tu zarówno o kierunkowe decyzje ustrojowe, jak i o cały splot tysięcy publicznych i prywatnych decyzji. Zaprzeczeniem polityki pełnego zatrudnienia jest masowe i permanentne bezrobocie. Znikoma część bezrobotnych otrzymuje zabezpieczenie z tego tytułu. Nie zapewniono faktycznej wolności tworzenia związków zawodowych w sektorze prywatnym. „Planowe” niedobory w budżecie państwa w licznych wypadkach uniemożliwiają wywiązywanie się z konstytucyjnego i ustawowego obowiązku pomocy materialnej osobom żyjącym w biedzie. Wprowadzany w 1999 r. system emerytalny nawet w elementarnym stopniu nie spełnia kryterium solidarności międzygrupowej i międzypokoleniowej. Dokonane i projektowane reformy nie zapewniają równego dostępu do usług zdrowotnych i edukacyjnych.
Rodzi się zatem fundamentalne pytanie: jaki kapitalizm chcemy mieć w Polsce? Wiąże się z nim wiele innych. Czy wobec braku realizacji zasad sprawiedliwości społecznej RP jest krajem demokratycznym, czy też państwem rządzonym przez oligarchię polityczno-gospodarczą. Czy można stworzyć państwo prawa, ignorując równocześnie postanowienia ustawy zasadniczej w podstawowych kwestiach społeczno-ekonomicznych? Czy można w dobrej wierze głosić zasady etyki w gospodarowaniu, które miałyby obowiązywać poszczególne firmy i jednostki, nie odnosząc się do rażącej sprzeczności pomiędzy konstytucyjnymi zobowiązaniami i politycznymi czynami? Czy można mieć nadzieję, że da się ograniczyć korupcję, klientelizm w mikroskali, nie podejmując wysiłku zmierzającego do uzdrowienia zasadniczych kierunków działalności gospodarczej państwa w makroskali?
Odważne spojrzenie prawdzie w oczy powinno skłonić do porzucenia wzorów anglosaskich i wejścia na lepszą trajektorię rozwoju. Nasza obecność w zróżnicowanej systemowo UE (np. brytyjski ład wolnorynkowy versus socjaldemokratyczny ład krajów nordyckich) zachęca do naśladowania wzorów najlepszych. Konstytucja RP stwarza prawne podstawy do takich dążeń. Deklaruje ona oparcie naszego ustroju na zasadach „społecznej gospodarki rynkowej” i zawiera ich szczegółową eksplikację. Miejsce naczelne zajmuje zasada dążenia do społecznej sprawiedliwości (art. 2), ta zaś ma być realizowana m.in. przez udział związków zawodowych i innych organizacji w procesie decyzyjnym (art. 12). Inne artykuły omawiają liczne uprawnienia pracownicze. Społeczno-ekonomiczna część ustawy zasadniczej stanowi logicznie przemyślaną całość, a wśród konstytucji europejskich wyróżnia się szczegółowością zapisów.
Niezależnie od tego, czy w najbliższych latach realny jest zasadniczy zwrot w polityce kształtowania ładu społecznego, aktualne pozostają dwa ważne zadania. Po pierwsze, w procedurach bieżącego kształtowania prawa, a zwłaszcza w orzeczeniach kontrolnych, powinna być obecna świadomość niezgodności realiów z założeniami Konstytucji. Powinno to skłaniać do znacznie szerszego niż dotąd udziału reprezentacji zainteresowanych grup społecznych, nie tylko w postaci niezależnych ekspertyz, lecz także w formie otwartych debat. Stałyby się one, być może, początkiem społecznego ruchu obrony Konstytucji jako rzeczywistej podstawy ustrojowej również w sferze społeczno-ekonomicznej.
Po drugie, ogromnie ważne jest kształtowanie wyobraźni społeczno-ekonomicznej w duchu legalistycznego naprawiania porządku społecznego. Już kilkanaście lat temu Jacek Kuroń przestrzegałxxv: Kiedy duże grupy społeczne mają poczucie, że zostały wypchnięte poza społeczeństwo, że pozbawiono je szansy udziału w normalnym życiu, że odebrano im możliwość spełnienia swych aspiracji, to zaczynają się buntować przeciwko takim porządkom i mogą je zniszczyć. Obecność zasady społecznej sprawiedliwości w procesie kształtowania prawa oraz dyskursie publicznym może zapobiec ślepym siłom społecznym.
W artykułach 188 i 191 Konstytucja zawiera postanowienia umożliwiające Trybunałowi Konstytucyjnemu zakwestionowanie zgodności z Konstytucją celów lub działalności partii politycznych, co implicite musi się odnosić także do rządzących ugrupowań politycznych. Drugi z przywołanych artykułów upoważnia związki zawodowe do występowania z odpowiednimi wnioskami do Trybunału. Enuncjacje przywódców związkowychxxvi świadczą o tym, że dostrzegają oni wymienione wyżej wady systemowe. Może się więc zdarzyć, że związki zawodowe właśnie w Trybunale Konstytucyjnym upomną się o elementarne prawa świata pracy. Wniosek taki dobrze wpisywałby się we wspomniany ruch obrony Konstytucji. Trudno sobie wyobrazić, by w takiej sytuacji Trybunał mógł kontynuować swą praktykę odwoływania się do Konstytucji w sprawach mniej ważnych, czasem nawet drugorzędnych, milczeniem pomijając ułomności ustrojowe o znaczeniu tak kluczowym dla całego społeczeństwa.
prof. dr hab. Tadeusz Kowalik
Powyższy tekst jest zmienioną wersją referatu wygłoszonego w Trybunale Konstytucyjnym w dniu 9 marca br. i opublikowanego (w minimalnym nakładzie) w: Trybunał Konstytucyjny, Podstawowe założenia Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 2010.
i Marek Safjan, Sprawiedliwość społeczna – intuicja czy teoria?, „Rzeczpospolita”, 19.04.1999.
iiA. B. Atkinson, J. Micklewright, Economic Transformation in Eastern Europe and the Distribution of Income, Cambridge 1992.
iiiEconomic justice, t. 1 i 2, red. G. Brosio, H. M. Hochman, Cheltenham, UK – Northampton, USA 1998.
ivJ. Rawls, Teoria sprawiedliwości, przeł. M. Panufnik, J. Pasek, A. Romaniuk, Warszawa 1971 i 1994.
vJ. E. Roemer i in., Equality and responsibility, „Boston Review” nr 2/1995.
viB. Ackerman, Przyszłość rewolucji liberalnej, Warszawa 1996, s. 15.
viiIbidem, ss. 94-95.
viiiJ. S. Mill, Zasady ekonomii politycznej, t. 1, Warszawa 1966, s. 334.
ixJ. Rawls, op.cit., s. 414.
xIbidem, s. 414.
xiJ. E. Roemer, op.cit.
xiiJ. Rawls, op. cit., ss. 379-381.
xiiiJ. Stiglitz, Whither Socialism, Wicksell Lectures, ksero, Sztokholm 1990, s. 62.
xivS. Kuznets, Economic growth and income inequality, „American Economic Review” t. 45/1, 1955.
xvK. Aiginger, M. Landesman, Competitive economic performance: USA versus EU, Wiedeń 2002.
xviDodajmy, że w rankingu Transparency International z 2003 r. pięć krajów nordyckich znalazło się w pierwszej dziesiątce najmniej zarażonych korupcją, chociaż są państwami największymi z punktu widzenia zakresu dochodów i wydatków sektora publicznego. Przeczy to popularnemu przekonaniu, że dążenie do państwa minimalnego jest najpewniejszą drogą do redukcji tej patologii.
xviiZob. np. P. H. Lindert, Growing Public. Social Spending and Economic Growth since the Eighteenth Century, Cambridge 2004.
xviiiC. Brooks, J. Manza, Why Welfare States Persist. The Importance of Public Opinion in Democracies, Chicago 2007.
xixP. Krugman, America revels in a replay of the Gilded Age, „The Times” 2610.2002.
xxH. Flassbeck, Germany and the Euro. Anatomy of a Misunderstanding, Economist online debate, 1 kwietnia 2010 r.
xxiK. Hagemejer, Polityka celów, środków i miar, „Dialog” nr 3-4/2009, ss. 24-25.
xxiiS. Golinowska, Diversity and Communality in European Social Policies. The Forging of a European Social Model, s. 22; polska wersja streszczenia książki, Fundacja F. Eberta, Warszawa 2008.
xxiiiJ. Przychodzeń, W. Przychodzeń, Szara strefa a nierówności dochodowe w gospodarkach posocjalistycznych, „Master of Business Administration” nr 2 (97)/2009.
xxivT. Zieliński, Więcej biedy – mniej wolności, „Przegląd” z 24.01.2000.
xxvJ. Kuroń, Wykluczeni, wyróżnieni, niewidzialni, „Magazyn Gazety Wyborczej” 22.07.1997.
xxviPatrz np. A. Radzikowski, Związki w świecie konfliktów, „Przegląd Socjalistyczny” nr 1/2010.
przez prof. Leszek K. Gilejko | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Krytyczna ocena władzy politycznej przesłania na razie konflikt w sferze ekonomicznej. Staje się on jednak coraz bardziej wyrazisty.
Struktura społeczna charakteryzuje stan danego społeczeństwa, stanowi jego swoistą legitymację, zespół cech tożsamościowych, a jednocześnie jest elementem i czynnikiem sprawczym dynamiki społecznej. Zlokalizowane są w niej najważniejsze źródła konfliktów społecznych. Ich charakter i formy są zdeterminowane właśnie typem struktury społecznej.
Oto krótkie ujęcie definicyjne: klasy według Maxa Webera, tworzą […] ci, którzy na wolnym rynku mają podobne szanse życiowe i możliwości, zdaniem Karola Marksa podziały społeczne są wynikiem własności środków produkcji, bardziej ogólnie są to różnice między subpopulacjami w zakresie ich dostępu do wartościowych zasobówi. Hasło encyklopedyczne mówi, że Struktury klasowe tworzone są przez nierówny, konfliktogenny rozkład bogactwa, władzy i wiedzy w makrosystemie społecznymii.
Powszechnie uważa się, że podstawą struktury społecznej i kształtowania się jej klasowego charakteru jest wykonywany zawód oraz jego status finansowy i prestiż. Zawód i stanowisko w zawodzie stały się podstawą do upowszechnienia kolejnej kategorii stratyfikacyjnej – grup społeczno-zawodowych.
Strukturę społeczno-zawodową zaczęto uznawać za realny obraz społecznego zróżnicowania, hierarchii i podziałów. Mówi się o nowym kształcie struktury społecznej, który można określić jako struktura klasowo-warstwowa, jeśli jej najważniejszym, a jednocześnie najbardziej dynamicznym segmentem są grupy społeczno-zawodowe. Żywotność zachowały przekonania, że w każdym społeczeństwie należy wyodrębnić klasę rządzącą, posiadającą najwięcej kapitału i władzy.
W badaniach struktury społecznej analiza poziomu nierówności, głównie dochodowych, występuje powszechnie i zawsze towarzyszy jej badanie rozmiarów i trwałości ubóstwa. Pojawiło się pojęcie podklasy, grupy „zmarginalizowanej” lub „wykluczonej” z życia, jakie prowadzi reszta społeczeństwa. W analizach struktury społecznej ważne miejsce zajmuje także płeć, co wynika m.in. z utrwalania się podziału na zawody męskie i kobiece, z których te drugie są na ogół niżej płatne. Międzynarodowe badania porównawcze (z 1995 r.) ujawniły, że suma miesięcznych zarobków (praca główna i dodatkowa) pracującej kobiety wynosiła w Polsce tylko niecałe 57% zarobków mężczyznyiii. Co więcej, znacznie więcej kobiet niż mężczyzn jest bezrobotnych.
Zmiany występujące we współczesnych społeczeństwach powodują, że struktura społeczna jest dynamiczna. Do niedawna szczególnie silny wpływ na jej kształt miało powstawanie nowych zawodów i zmiany w ich rynkowych szansach, a przede wszystkim powstawanie nowej klasy średniej. Jednocześnie nasilały się procesy polaryzacji, szczególnie w krajach przechodzących transformację ustrojową.
Powracająca klasa
Jednym z najważniejszych skutków transformacji w Polsce są właśnie zmiany struktury społecznej. Charakterystyczne są tutaj przynajmniej trzy procesy. Pierwszy to rozwój nowych klas i zmiany w obrębie tych uformowanych jeszcze w systemie gospodarki upaństwowionej i władzy autorytarnej. Drugi – pojawianie się nowych mechanizmów strukturotwórczych i wzrost ich znaczenia. Trzeci, najbardziej wyrazisty, to zwiększanie się zróżnicowania społeczeństwa (i jego utrwalenie), przejawiające się przede wszystkim w rozroście sfery ubóstwa.
Jednym ze szczególnie istotnych procesów jest odtworzenie i rozwój klasy przedsiębiorców, właścicieli czy kapitalistów, określanych mianem „powracającej klasy”iv. Dokonuje się on różnymi drogami, z których dwie są najbardziej znaczące i charakterystyczne. Pierwszą wyznacza nomenklaturowa przeszłość części elity biznesu i innych członków górnych warstw powracającej klasy. W formacji nomenklaturowej, obok prominentnych członków Partii, uczestniczyli dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych i osoby pełniące funkcje kierownicze na szczeblach władzy niższych niż centralny. Po ponad dwóch dekadach transformacji trzeba podkreślić, że z „renty władzy” korzystała nie tylko „stara nomenklatura” realnego socjalizmu, ale także kolejne ekipy związane ze zmieniającymi się rządami, nazywane „nową nomenklaturą”. Wynika to w dużej mierze z tego, że państwo sprawuje bezpośredni nadzór lub jest właścicielem czy współwłaścicielem wielu przedsiębiorstw w różnych branżach oraz z istnienia rozbudowanej sieci agencji rządowych i podobnych instytucji.
Tak zresztą renta władzy jako czynnik strukturotwórczy postrzegana jest przez opinię publiczną. Wszystkie badania jednego z najważniejszych procesów transformacji, jakim jest prywatyzacja gospodarki, wskazują, że większość społeczeństwa uważa, iż jego beneficjentami są ludzie ze „starej” i „nowej” nomenklatury, którzy wraz z „kombinatorami” tworzą grupę „wygranych”. Analizy wykazują, że oba rodzaje nomenklatury mają największy udział w tworzeniu „świata biznesu”v.
Na drugim miejscu rankingowej listy członków „powracającej klasy” znaleźli się profesjonaliści, zwłaszcza z inteligencji technicznej. W drugiej połowie lat 90. napływ inteligentów stał się bardziej intensywny. W 2002 r. wśród właścicieli firm było ich 16,9%, z czego wynika, że pochodzenie inteligenckie było kategorią kilkakrotnie nadreprezentatywną wśród ludzi biznesuvi. Robotnicy również uczestniczyli w tworzeniu nowej klasy, ale nadreprezentowani byli przede wszystkim w grupie „przegranych”, w tym w sferze ubóstwa.
Drugą formą rekrutacji do klasy kapitalistów była klasyczna droga biznesowa, której jeden z kanałów stanowiła prywatyzacja założycielska. Elity biznesu to ci, którzy dysponowali kapitałem lub uczestniczyli w procesie prywatyzacji, w której „inwestorem strategicznym” lub założycielem był kapitał zagraniczny. Ta grupa stworzyła listę najbogatszych Polaków, powiększała ją i uzupełniała „zwolnione miejsca”.
Procesy te oznaczały jednocześnie, że następuje zmiana czynników strukturotwórczych. Obok zasobów władzy, która stanowiła w przeszłości główny czynnik zróżnicowania społecznego oraz usytuowania na listach zawodów, pojawiła się władza ekonomiczna, jej zasoby, własność i kontrola. Powstawaniu nowej klasy towarzyszy rewolucja dochodowa: Polska ma najbardziej nierównomierny podział ze względu na niezmiernie niską koncentrację niskich dochodów przy wysokiej (na poziomie wyższym niż kraje bogatsze od Polski) koncentracji dochodów wysokich. Inaczej mówiąc, na tle innych krajów Europy Środkowej Polska realizuje najbardziej elitarny model podziału dochodówvii.
Proces prywatyzacji, udział w nim kapitału zagranicznego i powstanie nowej drabiny dochodowej, związane zwłaszcza z sektorem bankowo-ubezpieczeniowym, a przede wszystkim wyodrębnienie się klasy menedżerów – wszystko to sprawiło, że czynnik władzy ekonomicznej stał się szczególnie ważny w procesach strukturotwórczych. Członkowie elity menedżerskiej stawali się także właścicielami akcji kapitałowych czy w inny sposób uczestniczyli w zyskach dużych spółek, ale przede wszystkim wyróżniali się zakresem posiadanej władzy i uzyskiwanymi dochodami. Zasadna jest ocena, że w drugiej połowie lat 90. największe znaczenie dla osiągania wysokich dochodów miało pełnienie funkcji kierowniczej i posiadanie wyższego wykształcenia.
Posiadanie stało się też podstawowym czynnikiem podziału klasy chłopskiej. Stosunkowo szybko uformowała się grupa agrobiznesu, do której należeli zamożni chłopi, zwłaszcza młodzi, lub dyrektorzy i kierownicy upadających PGR-ów. Badający podkreślali: Kształtująca się w środowisku wiejskim struktura ma charakter dualny. Na jednym biegunie znajduje się grupa rolników-producentów, która będzie obejmowała właścicieli około 600 tys. silnych ekonomicznie gospodarstw rolnych, w których będzie się skupiać produkcja żywności […]. Drugi biegun stanowić będą ci, którzy rozluźnią związki z rolnictwem, będą czerpać środki utrzymania z innych źródeł – emerytur, rent, zasiłków, pracy poza rolnictwemviii.
Procesy zmian strukturalnych w klasie chłopskiej przebiegają inaczej niż w klasie robotniczej, przy czym większość rolników ocenia się jako przegranych: Rolnicy, których gospodarstwa spełniają kryteria rynkowe, stanowią jedną czwartą, najwyżej jedną trzecią tej klasy, reszta zaś to osoby wegetujące w specyficznym sektorze socjalnym, być może stanowią największy odłam polskiej podklasyix. Sytuacja wsi poprawiła się nieco po przyjęciu Polski do Unii Europejskiej. Dopłaty do rolnictwa wpłynęły na złagodzenie jej pauperyzacji.
Pęknięta struktura
Autorzy opracowania „Pęknięta struktura społeczeństwa polskiego” stwierdzają: W europejskiej tradycji socjologicznej klasy społeczne definiuje się w odniesieniu do stosunków kontroli nad produkcją i dystrybucją dóbr oraz usług, a także kwalifikacji i możliwości osiągania pożądanych wartości. Dodają, że z tego powodu strukturę klasową w Polsce powinno się ujmować dynamicznie oraz że jej model musi odzwierciedlać specyfikę transformacjix. Wychodząc z tego założenia, proponują następujący schemat kategorii klasowych w naszym społeczeństwie:
-
przedsiębiorcy (posiadający własną firmę i zatrudniający siłę roboczą),
-
menedżerowie (wyższe kadry kierownicze w zakładach produkcyjnych i usługowych oraz wyższe kadry administracji państwowej),
-
eksperci („górne warstwy inteligencji”),
-
kierownicy (bezpośredni kontrolerzy procesu pracy),
-
samodzielni (kategoria pracujących na własny rachunek),
-
wykonawczy pracownicy umysłowi (wysiłek mentalny, funkcje usługowe),
-
wykwalifikowani pracownicy fizyczni (przede wszystkim robotnicy fabryczni),
-
niewykwalifikowani pracownicy fizyczni (przyuczeni, proste prace fizyczne),
-
rolnicy (kategoria bardzo zróżnicowana pod względem kwalifikacji i zamożności).
Poszerzają swoje zasoby przedsiębiorcy, właściciele największych pakietów akcji kapitałowych, elity menedżerskie i polityczne. Dorównują im specjaliści, zwłaszcza pracujący w instytucjach i zawodach, które aktualnie mają najwyższą pozycję rynkową. Niewątpliwie ukształtował się szczyt koncentracji kapitału i władzy, złożony z grup nawzajem się przenikających. Jak podkreśla Stanisława Golinowska: tworzy się nowa klasa wyższa obejmująca dysponentów wielkiego i średniego kapitału, menedżerów, także przedsiębiorstw państwowych, oraz elity administracyjne. Gromadzi ona bogactwo i przejmuje władzęxi.
Drugim segmentem jest klasa robotnicza, która w toku transformacji podlegała procesom zmniejszenia liczebności, a przede wszystkim wzrostu wewnętrznego zróżnicowania wskutek prywatyzacji i restrukturyzacji. Jej trzon, ukształtowany w toku kolejnych faz industrializacji, czyli tzw. wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, do której dołączyli zatrudnieni w dwóch sektorach usługowych, energetyce i transporcie kolejowym, pozostaje grupą ilościowo znaczącą. W 2002 r. było to jeszcze 22,4% ogółu aktywnych zawodowo. W ujęciach statystycznych wyróżniano ich jako robotników wykwalifikowanych. Według innej klasyfikacji, pod koniec lat 90. udział tej kategorii (obejmującej oprócz robotników przemysłowych także m.in. rzemieślników i operatorów urządzeń mechanicznych) w zatrudnieniu szacowano na 36,2%.
Obok miejsca zatrudnienia – w kluczowych branżach przemysłu, dużych przedsiębiorstwach – dla wielkoprzemysłowej klasy robotniczej charakterystyczne jest nadal silne skoncentrowanie przestrzenne. Jest też ona bardziej zorganizowana niż inne grupy. W dalszym ciągu cechują ją aktywne zachowania, głównie kontestacyjne, dotyczące nie tylko podstawowych interesów ekonomicznych, ale także interesów ogólnospołecznych.
Klasa robotnicza, choć odegrała najważniejszą rolę w pierwszej fazie transformacji, stała się jej największym przegranym. Znalazło to wyraz przede wszystkim w grupowych zwolnieniach i wzroście bezrobocia, w degradacji okręgów przemysłowych i transferze z podstawowego do peryferyjnego rynku pracy. Wielu robotników objęła sfera ubóstwa lub „życia na granicy”, znaczna część tej klasy pozbawiona jest reprezentacji.
Trzecią klasą są niewątpliwie menedżerowie, zwłaszcza ci, którzy pełnią funkcje kierownicze, zarządzają spółkami akcyjnymi, ale nie należą do ścisłej czołówki elity menedżerskiej. Są to członkowie zarządów spółek, dyrektorzy przedsiębiorstw i instytucji działających w sferze usług. W 2002 r. dyrektorzy przedsiębiorstw zatrudniających ponad pięciuset pracowników, wraz z wyższymi kadrami w administracji państwowej nie należący do elity władzy, stanowili 2,4% ogółu zatrudnionych, a w 1998 r. traktowani ogólnie jako kierownicy – 6,25%.
Nową klasę średnią tworzą też specjaliści, nazywani też profesjonalistami, których cechą wyróżniającą jest posiadanie wyższego wykształcenia. Jest to grupa szybko się zwiększająca. W 2002 r. inteligencja nietechniczna i techniczna stanowiła 8,6% ogółu aktywnych zawodowo, a obecnie jej udział wzrósł do 18,1%. Jest zróżnicowana i nie posiada jeszcze dużych zasobów ekonomicznych; nazywana bywa „klasą na dorobku”. Profesjonalistów wyróżniają przede wszystkim posiadane kwalifikacje. Można też odnotować pewne zbiorowe zachowania: strajki i demonstracje nauczycieli, lekarzy, pracowników sądownictwa, a także udział w wyborach, rozstrzygający o ich wyniku.
Klasą pozostają chłopi, właściciele gospodarstw rolnych, wśród których najważniejszą grupą są posiadający gospodarstwa średniej wielkości (do 20 ha), zdolne do produkcji towarowej. Przedsiębiorcy rolni – polscy farmerzy – należą raczej do klasy przedsiębiorców. Na początku obecnej dekady stanowili 5,9% właścicieli gospodarstw, jednak te należące do nich zajmowały aż 40,5% użytków rolnych. Klasa chłopska zmniejszyła się z 23,5% do 12,2%, pozostaje jednak stosunkowo liczną grupą.
We współczesnych dyskusjach pojawiła się kategoria „klas usługowych”, wyróżniających się tym, że ich członkowie są na ogół zatrudnieni na podstawie stałej, długookresowej umowy o pracę. O polskiej klasie usługowej nie można tego powiedzieć, zwłaszcza w odniesieniu do jej znaczącego segmentu – pracowników handlu i usług. Pracując w supermarketach, a nawet w usługach finansowych, nie mają ustabilizowanego zatrudnienia. Są to przy tym, łącznie z pracownikami administracji, zawody najbardziej sfeminizowane – działa tu więc dyskryminujący czynnik płci. W 2002 r. wśród najniższego szczebla pracowników administracji kobiety stanowiły 87,8%. Podobnie wyglądała sytuacja w grupie pracowników handlu i usług. Z badań wynika, że największą grupę firm z załogami w pełni kobiecymi stanowiły firmy prowadzące działalność usługową i handlową, a także w zakresie administracji i ubezpieczeńxii.
Jeśli pod pojęciem klasy usługowej rozumieć pracowników handlu i usług oraz urzędników nie pełniących funkcji kierowniczych, to jest to coraz bardziej znaczący segment polskiego społeczeństwa. Jednak w przeciwieństwie do innych grup obecnych na podstawowym rynku pracy, nie zachowuje cech klasy w rozumieniu europejskiej tradycji socjologicznej.
Relacje między klasami
W przeszłości główną osią konfliktu były relacje między „światem władzy” i „światem pracy”. Mimo zmian, jakie dokonały się w Polsce, powróciło krytyczne postrzeganie władzy. Z wielu badań wynika, że postrzeganie struktury społecznej w kategoriach „my” i „oni” ma charakter nieomal ogólnospołeczny. Na liście „oni” nie są lokowani tylko, jak w przeszłości, członkowie elity władzy, lecz również beneficjenci transformacji. Przyczyną tego jest nie tylko frustracja przegranych i poczucie zagrożenia, ale autentyczna polaryzacja.
W społeczeństwie przeważa pogląd, że struktura społeczna jest nie tylko bardzo zróżnicowana, ale ma wyraźną tendencję do dalszej dychotomizacji. Ostry podział na bogatych i biednych, wygranych i przegranych, utrwalił się w świadomości społecznej. Osąd, że dochody są w Polsce zbyt zróżnicowane, wyraża 91% przedstawicieli „warstwy inteligencji”, 93% właścicieli firm, 94,3% robotników. Większość też uważa, że rząd powinien działać na rzecz zmniejszania ich rozpiętości itp.16
W latach 90. jedną stroną w konfliktach społecznych było zwykle państwo, rzadziej władze samorządowe, drugą – różne grupy pracownicze, w pewnym okresie chłopi. Klasyczny konflikt klasowy, wynikający z podziału zasobów ekonomicznych, władzy i kontroli, był jakby utajony. Ostatnio jednak zarysował się wyraźniej. Przyczyną jest wzrost znaczenia tradycyjnego zróżnicowania w procesie pracy i na rynkach pracy, a przede wszystkim krzepnięcie sektora prywatnego oraz „urynkowienie” całej sfery ekonomicznej. W sektorze publicznym, w przedsiębiorstwach państwowych i spółkach skarbu państwa pojawiły się i zaostrzyły konflikty między zarządami i dyrekcjami a pracownikami. Świadczą o tym napięcia w przynajmniej trzech branżach: górnictwie, hutnictwie i energetyce. Konfrontacje miały miejsce także w transporcie publicznym, zwłaszcza w spółkach grupy PKP. W tych ostatnich stroną często pozostają władze państwowe, choć stopniowo ich miejsce zajmują zarządy nowych spółek kolejowych i zarząd grupy. Z badań wynika, że coraz częściej ujawniają się różnice interesów między zarządem, menedżerami i pracownikami. Już nie tylko urzędnicy państwowi czy klasa polityczna, ale właśnie menedżerowie są postrzegani jako odrębna grupa interesu, a w szerszym kontekście jako klasa społeczna. Konflikt ten ma więc znamiona konfliktu między kapitałem a pracą. Zawiera też silny ładunek emocjonalny – menedżerowie, a zwłaszcza ich górne warstwy, to ludzie bogaci.
Juliusz Gardawski stwierdza na podstawie badań prowadzonych w sektorze prywatnym: wzajemne oceny pracodawców i pracowników, powstawanie dystansów, świadomość różnicy interesów, poczucie wyzysku […] nie są wyraziste, ale mają dynamiczny charakter. Oceny te ewoluują w kierunku relacji konfliktowych, opartych nie tylko na świadomości różnicy interesów, ale rysującego się coraz bardziej społecznego antagonizmu […]. Z rozmów z pracownikami wynikało, że obserwują oni uważnie swoich pracodawców i mają poczucie, że [sami] są nadmiernie eksploatowani, a ich praca jest źródłem bogactwa właścicieli firm; widzą szybko rosnący dystans między sobą a właścicielami firmxiii.
Z badań zespołu Gardawskiego wynika, że na liście grup, między którymi występują konflikty, znaleźli się „rządzący i rządzeni”, a następnie „bogaci i biedni” oraz właściciele przedsiębiorstw i ci, którzy na nich pracują. W odpowiedzi na pytanie o konflikt między pracownikami i właścicielami, nieco ponad 34% pracujących Polaków, w tym robotnicy, potwierdza jego występowanie. Większość wybiera odpowiedź „zdecydowanie nie i raczej nie” (56,3% badanych robotników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych)xiv, a na pytanie o konflikt między bogatymi a biednymi twierdząco odpowiedziało 60% wyższej kadry kierowniczej, 64% pracodawców, 67,6% robotników wykwalifikowanych, 56,6% niewykwalifikowanychxv.
Respondenci, którzy potwierdzali istnienie silnego konfliktu między bogatymi i biednymi, częściej dostrzegali też różnice interesów między właścicielami prywatnych przedsiębiorstw a tymi, którzy w nich pracują – przy czym znacznie mniej osób stwierdzało istnienie takiego konfliktu w przedsiębiorstwach zagranicznych. W badaniach „Polacy pracujący 2007” tylko 29,6% badanych robotników potwierdzało występowanie tam konfliktu między kapitałem a pracąxvi. Z badań przeprowadzonych pod kierownictwem Marii Jarosz w połowie lat 90. wynikało, że pracownicy spółek oceniali, iż zagraniczny właściciel pozytywnie wpływa na kondycję firmy i położenie zatrudnionychxvii. Podstawą tej oceny była wówczas zmiana czynników określających pozycję pracownika w spółce. Wymieniano je w następującej kolejności: umiejętności, wykształcenie, pracowitość.
Bardzo istotne znaczenie dla oceny stosunków społecznych w przedsiębiorstwach sprywatyzowanych z udziałem kapitału zagranicznego miały pakiety i zobowiązania socjalne nowych właścicieli. Dotyczyły przede wszystkim stabilizacji zatrudnienia na okres sześciu i więcej lat oraz podwyżek płac. Według zapewnień obu stron (związkowców i przedstawicieli zarządu), postanowienia pakietów były przez pracodawców ściśle przestrzegane i nie powstawały na tym tle żadne spory. Natomiast związkowcy wyrażali obawy załóg i związków zawodowych po wygaśnięciu pakietów, co w praktyce oznaczać będzie przede wszystkim wygaśnięcie gwarancji utrzymania miejsc pracyxviii. Z czasem okresy gwarancyjne skracano, ale przy zwalnianiu pracowników najczęściej stosowano formułę „dobrowolnego odejścia” za cenę rekompensaty finansowej (odprawy, środki na przekwalifikowanie itp.).
Ogólnie w spółkach sprywatyzowanych z udziałem kapitału zagranicznego stosunki pracy były raczej uregulowane. Z kolei w przedsiębiorstwach należących do wielkich międzynarodowych koncernów obowiązywały zasady przyjmowane w megaskali, choć poziom płac w Polsce na ogół był niższy niż w macierzystych krajach korporacji. Odmienne stosunki pracy panują w tzw. handlu wielkopowierzchniowym. Umowy krótkoterminowe należą do repertuaru działań zarządów, a częste zmiany organizacyjno-własnościowe zaostrzają poczucie zagrożenia utratą pracy.
W sektorze prywatnym, zwłaszcza w małych i średnich przedsiębiorstwach, związki zawodowe zaznaczają swoje istnienie tylko śladowo. Pracownicy czują się bezbronni, a stale występująca presja trudnej sytuacji na rynku pracy powoduje wyciszenie konfliktów. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z utajonym napięciem, które będzie się ujawniało wraz ze zmianami w składzie załóg pracowniczych i zaostrzaniem „niezbywalnych cech gospodarki rynkowej”, wyrażających się w koniunkturalnych wahaniach, kryzysach i recesjach.
Warto wspomnieć, że blisko 40% polskich przedsiębiorców z połowy lat 90. jeszcze kilka lat wcześniej było robotnikami. Fakt ten może wpływać osłabiająco na ewentualne napięcia na tle klasowym – pisze Andrzej Rychardxix.
Konflikty przyszłości
Oceniając współczesne społeczeństwa i gospodarki wchodzące w fazę postfordyzmu, podkreśla się, że jednym z przejawów tego procesu jest przemieszczanie się konfliktów ze sfery produkcji do sfery usług, a innym – nasilanie się napięć nazywanych przez Ralfa Dahrendorfa „konfliktem poklasowym”. Jego podstawą jest wykluczenie i marginalizacja, powstanie podklasy oraz nowy typ anomii społecznej.
Wykluczenie powoduje, że ludzie nie mają swego miejsca w społeczeństwie, więc nie czują się ograniczeni jego prawamixx. Pisząc o perspektywach tego typu konfliktów, Dahrendorf stwierdza: społeczeństwo, akceptując trwałe istnienie grup, które nie mają z nim żadnego związku, samo naraża się na niebezpieczeństwoxxi. Związki między istnieniem podklasy a rozmiarami sfery ubóstwa oraz stałym zagrożeniem znalezienia się w tym obszarze przez członków klas średnich, zauważa wielu obserwatorów. Ich zdaniem, konflikt poklasowy będzie się upowszechniał, chociaż: Stosunki między większością a podklasą nie należą do gatunku takich, jakie mogłyby wywołać jakiekolwiek zorganizowane konflikty na miarę tych pomiędzy burżuazją a klasą pracującąxxii. Mogą one jednak przyjmować bardzo ostrą, agresywną postać, czego przykładem są „płonące dzielnice” w miastach Europy Zachodniej.
O wiele bardziej prawdopodobne jest natężenie konfliktów w sferze usług, w tym takich, jak edukacja czy ochrona zdrowia. W tym przypadku ich źródłem są czynniki statusowe, obecność na podstawowym, uregulowanym rynku pracy, a także zagrożenie bezrobociem. Konflikt ten mogą wzmacniać procesy komercjalizacji i prywatyzacji usług publicznych oraz ograniczenia praw socjalnych. Może to powodować wzajemne oddziaływanie dwóch pól konfliktogennych – konfliktów wynikających z marginalizacji i ubóstwa oraz ograniczania i obrony praw socjalnych, w tym poziomu regulacji rynku pracy.
Będziemy mieć zatem do czynienia z utrzymaniem się tradycyjnego konfliktu klasowego, rozwojem nowych konfliktów w sferze usług oraz z „poklasowym konfliktem”, generowanym przez rozległą i na razie trwałą sferę ubóstwa. Wynika z tego wniosek ogólniejszy, że potransformacyjna struktura społeczna nie straciła właściwości klasowych, lecz stworzyła ich nowe pola, mające źródła i naturę systemową.
Niezależnie od cech charakterystycznych naszej drogi do kapitalizmu, „Polska rynkowa” staje się coraz bardziej powszechna, a podział na pracujących i właścicieli jest już postrzegany jako prawie tak samo ważny jak sprzeczność między „rządzącymi” i „rządzonymi” czy tradycyjny konflikt „my” i „oni”. Krytyczna ocena władzy „zasłania” na razie konflikt w sferze ekonomicznej, ale staje się on coraz bardziej wyrazisty.
prof. Leszek K. Gilejko
Powyższy tekst stanowi zmienioną na potrzeby „Obywatela” wersję rozdziału książki „Polacy równi i równiejsi. Klasy i warstwy we współczesnym społeczeństwie polskim”, red. Maria Jarosz, Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa 2010.
Przypisy:
i J.H. Turner, Socjologia. Podstawowe pojęcia i ich zastosowanie, Poznań 1998, s. 256.
iiW. Wesołowski, K. M. Słomczyński, Klasy i warstwy społeczne [w:] Encyklopedia socjologii, t. 2, Warszawa 1999, s. 26.
iiiT. Kowalik, Polska transformacja, Warszawa 2009, s. 214.
ivJ. Gardawski, Powracająca klasa. Sektor prywatny w III Rzeczypospolitej, Warszawa 2001, s. 48.
vH. Domański, Struktura społeczna, Warszawa 2004, s. 221.
viH. Domański, Polska klasa średnia, Wrocław 2002, s. 85.
viiT. Kowalik, Dystrybucyjna sprawiedliwość w transformacji polskiej [w:] T. Kowalik (red.), Nierówni i równiejsi, Warszawa 2002, s. 54.
viiiH. Podedworna, Stare i nowe klasy w strukturze społecznej polskiej wsi [w:] L. Gilejko (red.), Studia nad zmianami w strukturze społeczeństwa polskiego (lata dziewięćdziesiąte), Warszawa 2001, s. 198.
ixJ. Gardawski, Uwagi o strukturze klasowej społeczeństwa polskiego [w:] L. Gilejko (red.), Studia nad zmianami..., s. 50.
xK. M. Słomczyński, K. Janicka, Pęknięta struktura społeczeństwa polskiego [w:] M. Jarosz (red.), Polska. Ale jaka?, Warszawa 2005, s. 163.
xiS. Golinowska, Raport społeczny 2005, Warszawa 2005, s. 213.
xiiG. Firlit-Fesnak, Wykształcenie i kwalifikacje zawodowe a dyskryminacja kobiet w polskim świecie pracy [w:] G. Firlit-Fesnak (red.), Wykształcenie i kwalifikacje kobiet a ich sytuacja na rynku pracy, Warszawa 2008, s. 35.
xiiiJ. Gardawski, Powracająca klasa…, s. 149.
xivTamże, ss. 126-127.
xvTamże.
xviJ. Gardawski, Polacy pracujący a kryzys fordyzmu, Warszawa 2009, s. 126.
xviiM. Jarosz, M. Kozak, Zagraniczni właściciele polskich przedsiębiorstw [w:] M. Jarosz (red.), Kapitał zagraniczny w prywatyzacji, Warszawa 1996, s. 338.
xviii J. Wratny, M. Bednarski, Wpływ prywatyzacji na zbiorowe stosunki pracy. Aspekty prawne i społeczno-ekonomiczne, Warszawa 2005.
xix A. Rychard, Rozproszona Polska. Wstępna próba bilansu socjologicznego [w:] H. Domański, A. Rychard, P. Śpiewak, Polska jedna czy wiele?, Warszawa 2005, s. 117.
xxR. Dahrendorf, Nowoczesny konflikt społeczny. Esej o polityce wolności, Warszawa 1993, s. 255.
xxiTamże, s. 257.
xxiiTamże, s. 256.
przez Michał Sobczyk | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011, Wywiad - kwartalnik
W swoich publikacjach i wystąpieniach bardzo mocno krytykuje Pan współczesny system ekonomiczny, nazywany neoliberalizmem. Dlaczego?
Włodzimierz Bojarski: Można wobec niego wysunąć wiele zarzutów, ale jeden jest kluczowy. Neoliberalizm to system, który odrzuca postulat bezpośredniej sprawiedliwości społecznej, ponieważ postuluje maksimum zysku dla osób posiadających energię, pomysły, umiejętności, talenty i zasoby, którymi mogą gospodarować i je pomnażać. Tyle że za podstawę racjonalności działania uznaje się w tym nurcie niemal wyłącznie operacje na wartościach rynkowych. Nie mówi się przy tym o żadnych innych wartościach, czy to społecznych, czy ekologicznych. Jedyne, co interesuje teoretyków i praktyków neoliberalizmu, to wartości rynkowe i maksymalna swoboda dla kadr zarządzających kapitałem, bez oglądania się na skutki dla społeczeństwa czy środowiska naturalnego.
Prowadzi to do naruszania podstawowych praw ludzkich i obywatelskich. Takie podejście powoduje również odchodzenie, na coraz większą skalę, od ustawodawstwa związanego z ochroną pracy i środowiska. Tym samym długookresowa równowaga społeczna i ekologiczna jest całkowicie lekceważona. Prowadzi to do bardzo szybko narastających konfliktów, co jest sytuacją niezwykle groźną.
Zdaniem części ekonomistów, niedawny kryzys światowy stanowi dowód na to, że w dłuższej perspektywie neoliberalizm nie jest systemem stabilnym i efektywnym nawet w sferze czysto gospodarczej.
W. B.: Wspomniane zasady neoliberalizmu dają szczególnie fatalne skutki w połączeniu z tworzonym równocześnie nowym systemem własności akcyjnej, oderwanej od określonego właściciela. Wielkie przedsiębiorstwa i korporacje są w znacznej mierze własnością masy dość anonimowych akcjonariuszy, którzy wymuszają na ich menedżerach osiąganie wysokich zysków. Ponieważ są oni rozliczani w wąskich przedziałach czasowych, na podstawie niemal doraźnych wyników ekonomicznych, w systemie tym gubiona jest dłuższa perspektywa czasowa. Jest to zasadnicza różnica w stosunku do np. kapitalizmu zachodnioniemieckiego z początku XX wieku, „kapitalizmu wielkich rodzin”, które dbały o rozwój przedsiębiorstwa w znacznie dłuższej perspektywie czasowej. Nawet jeśli te przedsiębiorstwa niejednokrotnie lekceważyły interes społeczny, to nie lekceważyły interesu narodowego, gdyż były mocno związane z określonym państwem, na terenie którego funkcjonowały. Dzisiaj ideologia neoliberalna stymuluje odrywanie się własności od państwa i konkretnych właścicieli. Najczęściej akcjonariusze nie znają się na gospodarce, a nawet nie znają realiów przedsiębiorstwa, którego są formalnymi współposiadaczami. W orbicie ich zainteresowań znajduje się wyłącznie zysk, z pominięciem skutków społecznych i ekologicznych oraz norm kulturowych, obywatelskich i państwowych. Zwłaszcza, że mowa tu w dużej mierze o przedsiębiorstwach ponadnarodowych, działających ponad granicami.
W kontekście liberalizacji handlu międzynarodowego, zgodnej z zaleceniami ideologii neoliberalnej, mówi się o tzw. wyścigu na dno: kolejne państwa obniżają standardy socjalne czy płace, aby nie przegrać na światowym rynku z krajami tańszymi. Jak przerwać to błędne koło i kto mógłby tego dokonać: instytucje międzynarodowe, takie jak Unia Europejska, państwa narodowe, a może masowe ruchy nacisku na władze?
W. B.: Wyszczególniłbym dwa obszary zagadnień. Pierwszy z nich można opisać następująco: w warunkach globalnej łączności transportowej i telekomunikacyjnej utrzymanie względnie kontrolowanej, jako tako wyizolowanej gospodarki krajowej, jest pewnym anachronizmem i na dłuższą metę niemożliwe. A jeżeli nie jest do utrzymania, to z konieczności następuje bardzo powolne wyrównywanie poziomu życia i konsumpcji pomiędzy różnymi strefami geograficznymi i kulturowymi. Świat zachodni zmuszony został stawić czoła bardzo ostrej konkurencji krajów Dalekiego Wschodu oraz częściowo Afryki, gdzie produkcja jest znacznie tańsza. Ten proces pewnego spadku dobrobytu w krajach wysoko rozwiniętych na rzecz krajów „na dorobku”, daleki zresztą od zakończenia, oceniam pozytywnie. Znaczna część wysokiego standardu materialnego Zachodu pochodzi bowiem nie z wysokojakościowej produkcji, lecz z dziedzictwa dwóch czy trzech stuleci wyzysku kolonialnego właśnie tych krajów. Zresztą eksploatacja wielu państw Trzeciego Świata, np. zawłaszczanie ich zasobów naturalnych, trwa do dziś.
Co do drugiej kwestii – rozwiązywania tej spirali nacisku – to przywołam refleksje Josepha Stiglitza, wielkiego uczonego i działacza Banku Światowego, zaangażowanego przez lata w krzewienie neoliberalizmu. Z czasem stał się on czołowym krytykiem propagowanej wcześniej idei i w swoich najnowszych publikacjach proponuje poddanie światowego systemu finansowego zasadom uczciwości i kontroli społecznej. Ta kwestia mogła być podjęta i rozwiązana już dawno, bo próbowano to uczynić po pierwszym światowym kryzysie w latach 30., gdy istniały uzasadnione podstawy, by sądzić, iż został on celowo wywołany przez system finansowo-bankowy. Na długo przed obecnym kryzysem, ekonomista James Tobin, laureat nagrody Nobla, jako jeden z pierwszych uczonych dał prostą receptę – wprowadzenie podatku od spekulacyjnych obrotów giełdowych i finansowych, tzw. podatku Tobina. Opodatkowane byłyby wpływy z przenoszenia fikcyjnych kwot z konta na konto – operowania pieniędzmi, których zapewne nikt nie miał w rękach i które najprawdopodobniej nie miały nigdy żadnego realnego pokrycia. W rzeczywistości, w kosztach produkcji i w cenach wyrobów bardzo wysoki udział stanowią koszty kapitału i jego oprocentowanie. Zamiast obniżać płace i świadczenia socjalne, trzeba zredukować koszty kapitału w sprawiedliwym systemie finansowym. Oczywiście, wielki kapitał broni się za pomocą wszelkich środków przed wprowadzeniem takich zmian. Mimo tego, m.in. na Węgrzech wprowadzono opodatkowanie rozliczeń bankowych.
Klub Rzymski w 2009 r. przyjął tzw. Deklarację amsterdamską, w której czytamy: „Zadaniem banków i biznesu finansowego nie jest dominacja, lecz świadczenie usług dla społeczeństwa”. Od ponad stulecia, czyli od czasów Leona XIII, podobne twierdzenia są głoszone w encyklikach papieskich. Teraz w dalszej części Deklaracji czytamy: „Transakcje wewnątrz sektora bankowego trzeba uznać za przejaw przestępczości zorganizowanej”. Uważam, że jest to niewątpliwie słuszny kierunek. Nie wiem, czy tego typu transakcje powinny być zakazane, ale jestem absolutnym zwolennikiem podatku Tobina – o konieczności jego wprowadzenia wielokrotnie już mówili i pisali kompetentni ludzie.
W ideologicznych uzasadnieniach neoliberalizmu często można spotkać się z twierdzeniem, że z zamożnością jest jak z poziomem wody – gdy się podniesie bogatym, to automatycznie podniesie się też biednym. Jest ono pozbawione jakiegokolwiek empirycznego potwierdzenia i trzeba być krańcowo bezkrytycznym, żeby je przyjąć. Niemniej posługiwano się nim przez wiele lat, a nawet i dziś. Tymczasem tragicznym skutkiem podejścia neoliberalnego w biznesie jest destrukcja społeczeństwa, zarówno w krajach ubogich, jak i bogatych, gwałtowne rozwarstwienie i ogromny wzrost ubóstwa, co w dalszej perspektywie prowadzi do narastania patologii społecznych. W wyniku tego np. w Stanach Zjednoczonych na więziennictwo i policję wydaje się więcej niż na oświatę i kilka innych służb społecznych. Nędza narasta tak szybko, że w USA jest już około 30 milionów ludzi, którzy w zakresie elementarnej opieki społecznej znajdują się w sytuacji gorszej niż mieszkańcy niektórych krajów afrykańskich.
Równocześnie skompromitowała się gołosłowna idea całkowicie wolnego rynku, który zapewnić miał samoregulację oraz stabilność i równowagę rozwoju gospodarczego. Okazało się, że nic takiego nie następuje, a kapitalizm neoliberalny niszczy sam siebie oraz strukturę gospodarczą. Monopolizacja, która gwałtownie rozwija się w systemie neoliberalnym, niszczy ogromne obszary drobnej i średniej wytwórczości. Koniec końców upadają także więksi gracze, ponieważ nie są w stanie wytrzymać, często nieuczciwej, konkurencji. W tym systemie w ogóle trudno mówić o uczciwej konkurencji. Zamiast zasad uczciwości, obowiązują w nim reguły prawa, i tylko o tyle, o ile są egzekwowane, gdyż system neoliberalny dopuszcza omijanie rygorów prawa w ramach różnych ekwiwalentów na rzecz rozmaitych instytucji oraz ich pracowników. Zmienia się ustalenia, normy, zarządzenia po to, żeby pójść na rękę temu czy innemu koncernowi, co także pogłębia destrukcję życia gospodarczego, społecznego i ekologicznego.
Jednym z głównych założeń ideologii neoliberalnej jest przekonanie o szkodliwości jakichkolwiek ingerencji państwa w życie gospodarcze.
W. B.: Wolny rynek jest nie do pomyślenia bez jakiegoś organizatora swojego funkcjonowania, nasuwa się więc pytanie, kto jak nie państwo miałby go zorganizować? Jeżeli rynek nie będzie zorganizowany, to przyjdzie jakaś banda łupieska i zagrabi to, co jest. Z dużym opóźnieniem, dopiero w ostatnich latach zaczyna się mówić o nowej ekonomii instytucjonalnej, czyli takim nurcie myślenia, który dostrzega, że nie może być mowy o nowoczesnym rynku i nowoczesnej gospodarce bez sprawnych instytucji państwowych. Przykładowo, jeżeli rynek ma być w miarę stabilny, z pewną perspektywą rozwoju, i jeżeli ma być na nim możliwa uczciwa konkurencja, to nie można wpuścić na niego rekinów, tzn. supermonopolistów, którzy by zawładnęli znaczną jego częścią. Istnieje zatem potrzeba ochrony rynku od strony utrzymania wolnej konkurencji poprzez kontrolę jakości towarów, jawności cen i operacji oraz gwarantowanie skuteczności egzekucji porozumień handlowych. Jeżeli za ważnością umowy nie będzie stało silne prawo i sprawny aparat egzekucji, to umowy przestaną obowiązywać, bowiem im mniejsza jest jego sprawność, tym te umowy stają się mniej wiarygodne. Niedostateczna sprawność tego aparatu powoduje gwałtowny wzrost kosztów transakcji i ryzyka, np. niespodziewane bankructwa.
Powstaje cały nurt ekonomii, który dostrzega i uzasadnia potrzebę istnienia silnego państwa i zbioru instytucji niezbędnych, aby gospodarka rynkowa mogła się prawidłowo rozwijać. Jeżeli uwzględnić dodatkowo, że ma to być społeczna gospodarka rynkowa, potrzebne są kolejne instytucje, które będą dbały o zapewnienie pewnych norm, związanych np. z ustawodawstwem pracy i ochroną pracowników. Po jakimś czasie wielcy przedsiębiorcy dostrzegli też wreszcie, że potrzebni są im wykwalifikowani pracownicy. Ich kształceniem zajmują się jednak marginalnie, dlatego pojawia się kwestia sektorów publicznych, które zadbają o edukację przyszłych pracowników, ale także o służbę zdrowia, system socjalny i emerytury dla ludzi, którzy pracują. Ten aspekt społecznej gospodarki rynkowej poszerza zadania państwa o cały kompleks instytucji, które będą służyły w równym stopniu przedsiębiorcom oraz ogółowi społeczeństwa. Do tej samej kategorii należy także zaliczyć instytucje związane z gospodarką i ochroną środowiska. Przedsiębiorcy nie są w stanie funkcjonować poza środowiskiem naturalnym.
Potrzebny jest zatem odpowiedni system prawny i instytucjonalny, który będzie ustalał, sprawdzał i egzekwował wszelkiego rodzaju normy.
Mówimy o państwie jako organizatorze i kontrolerze życia gospodarczego, tymczasem w swoich publikacjach podkreśla Pan również jego pozytywną rolę w stymulowaniu procesów rozwojowych oraz jako gospodarza dóbr publicznych, którymi tylko ono może na szeroką skalę zarządzać w interesie społecznym. To nie jest pogląd modny w dzisiejszych czasach.
W. B.: Od zarania dziejów państwo było właścicielem przestrzeni, nadawało własność. Sprawa dóbr państwowych jest w dalszym ciągu ważna i aktualna. Dotyczyła ona tradycyjnie takich sektorów, jak kopalnictwo, w szczególności głębinowe, gospodarka leśna, drogownictwo oraz gospodarka wodna. Poza tym kolej, żegluga oraz, od czasów rewolucji francuskiej zabezpieczenia socjalne, a od czasów Hindenburga – zabezpieczenia emerytalne. Do przemysłu wydobywczego z czasem dołączył przemysł zbrojeniowy i strategiczny oraz rozwojowy i technologiczny, w następnych latach rurociągi gazu i ropy naftowej, elektrownie i sieci przesyłowe. Pierwsza bitwa o Elektrownię Warszawską – przejęcie jej przez państwo od zagranicznego właściciela – miała miejsce w okresie międzywojennym i trwała prawie 20 lat. Już wtedy panowało bowiem przeświadczenie, że elektroenergetyka i gazownictwo stanowią część najważniejszej infrastruktury państwowej. W większości krajów świata są to właśnie sektory państwowe. Do tego dochodzi system naftowy, państwowa służba zdrowia, państwowy system edukacji i państwowe wojsko, policja, straż pożarna oraz służby ochrony środowiska.
Dałoby się tę własność państwową podzielić na trzy sektory: produkcyjny (wytwórczy), infrastrukturalny oraz usługowy. Częściowa prywatyzacja tego ostatniego jest dopuszczalna i w ostatnich latach fragmentarycznie się sprawdza. W zakresie usług publicznych dochodzi do rozwiązań cząstkowych na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego, a więc pewnego rodzaju uelastycznienia, a nie zmian systemowych. Prywatne podmioty przejmują realizację części usług przynależnych państwu – powstaje np. szkoła prywatna, korzystająca z tych samych środków publicznych, które państwo kierowałoby do szkoły publicznej. Ono samo odpowiada jednak nadal za cały system edukacji – i nie można go zwolnić z tej odpowiedzialności.
Można również częściowo dopuścić, co również się zdarza, by małe, marginalne obiekty, np. elektrownie wodne czy wiatrowe, włączały się do wielkich państwowych systemów energetycznych – mogą funkcjonować prywatnie, co nie zmienia zasady odpowiedzialności państwa za ciągłość zasilania wszystkich obywateli. Funkcję taką może pełnić również miejska sieć energetyczna, w całości lub częściowo będąca własnością komunalną, której do tej pory nie wyszczególniłem, traktując ją jako część własności państwa. Odpowiedzialność za niektóre podsystemy komunikacyjne czy energetyczne również mogą przejąć zarządy miast czy gmin – co nie jest bardzo złe, jeżeli jest to proces możliwie naturalny i nie budzi wątpliwości oraz trudności technicznych czy rozliczeniowych. Nie można jednak powiedzieć tego samego w kwestii systemu kolejowego. Podział sieci kolejowej i wydzielenie jej w formie kolei regionalnych tak komplikuje systemy ruchowe czy rozliczeniowe, że trzeba uznać to rozwiązanie za zupełnie nieudane. Dzielenie dużych, publicznych systemów infrastrukturalnych rzadko kiedy jest wskazane. Za dany system musi być odpowiedzialne jednolite kierownictwo publiczne.
Krytyka państwa w duchu doktryny neoliberalnej trafia w Polsce na podatny grunt. Pamięć o realnym socjalizmie, który nie był efektywny, a z drugiej strony obecne niesprawne funkcjonowanie wielu instytucji publicznych utwierdza ludzi w przekonaniu, że państwo nie powinno brać odpowiedzialności za realizację różnych celów.
W. B.: Sąd o nieefektywności systemu socjalistycznego jest częściowo przesadzony. Powiem rzecz niepopularną, ale porównanie efektywności gospodarowania z okresu gierkowskiego z okresem pogierkowskim czy z okresem po roku 1990, wypada na korzyść poprzedniego systemu. Można już było wtedy mówić o dość dużym usamodzielnieniu przedsiębiorstw, były próby otwierania ich na rynek zachodni, na konkurencję zewnętrzną; planowanie gospodarcze było procesem otwartym i doskonalonym. Ilość inwestycji zrealizowanych w ciągu dziesięciolecia gierkowskiego w porównaniu z długiem, który w tym czasie został zaciągnięty, jest imponująca i zupełnie niewyobrażalna w obecnej rzeczywistości. Tamten dług w porównaniu z dzisiejszym, o którym stale się mówi jako o długu gierkowskim, był stosunkowo niewielki i stanowi około 10% obecnego zadłużenia Polski. Ponadto tamten dług w dużym stopniu miał pokrycie w nowoczesnych maszynach, urządzeniach i uruchomionych w kraju liniach technologicznych. Oczywiście, już wtedy panowało olbrzymie marnotrawstwo, ale kiedy się to wszystko bilansuje, to okazuje się, że w obecnym systemie, w którym nie chcemy mówić o marnotrawstwie, jest ono wielokrotnie większe, a inwestycje – daleko bardziej skromne. W okresie gierkowskim do wielu szkół trafili lekarz i stomatolog, a dzisiaj mówi się, że państwa nie stać, aby zapewnić swoim obywatelom elementarną opiekę medyczną w ośrodkach zdrowia…
Bardzo udane przykłady funkcjonowania sektora publicznego możemy odnaleźć w okresie międzywojennym, kiedy to polskie przedsiębiorstwa państwowe nieźle dawały sobie radę nawet w czasie kryzysu światowego. Rozwój i uprzemysłowienie dokonywały się wówczas bez zaciągania wielkich długów zagranicznych. Wybudowano Gdynię z jej wielkim portem, linie kolejowe, zaporę w Rożnowie, linię energetyczną Rożnów – Warszawa i wiele innych inwestycji państwowych, które dynamizowały gospodarkę, dając możliwość rozwoju także firmom prywatnym.
Na podobnych zasadach dokonała się odbudowa krajów zachodnich po ostatniej wojnie, kiedy nie obowiązywał żaden neoliberalizm, lecz wszędzie stosowana była państwowa gospodarka planowa. Zarówno we Francji, jak i w Niemczech państwo zachowywało szeroki udział majątkowy w przemyśle, infrastrukturze i instytucjach, o których poprzednio mówiłem, oraz utrzymało szeroki zakres ingerencji regulacyjnych za pośrednictwem rozbudowanych organów publicznych. Takie zespolenie tworzyło wolny rynek w formule, która nie dopuszczała do powstawania monopoli i stwarzała realną konkurencję. Poskutkowało to tzw. cudem odbudowy Niemieckiej Republiki Federalnej.
Do dziś trochę się to zmieniło, ale w dalszym ciągu państwa zachodnie zachowują wiele olbrzymich, strategicznych przedsiębiorstw. W większości krajów europejskich systemy energetyczne, gazownicze, naftowe, kolejowe, lotnicze i inne pozostają w rękach państwowych. Tymczasem u nas np. Warszawa oddała wszystkie swoje elektrociepłownie szwedzkiemu państwowemu koncernowi energetycznemu, a sieci elektroenergetyczne – koncernowi niemieckiemu. Teraz zamierza sprzedać swoją sieć ciepłowniczą. To wrogie rozbiory naszej stolicy! Nauczyli nas myśleć, że jeśli coś jest państwowe, to musi być nieefektywne, a nie zastanawiamy się, czemu efektywne jest szwedzkie i państwowe czy niemieckie i państwowe.
A co z systemami usług publicznych, jak służba zdrowia czy szkolnictwo wyższe? Istnieje w Polsce presja w kierunku ich prywatyzacji, uzasadnianej tym, że nie działają efektywnie.
W. B.: Zapewnianie części usług publicznych, związanych z komunikacją lokalną, edukacją czy opieką zdrowotną należy do zakresu obowiązków władz komunalnych. Dlatego efektywność ich dostarczania zależy w znacznej mierze od funduszy lokalnych oraz racjonalności, odpowiedzialności i kompetencji władz miejscowych. Nadzór państwowy nad działaniem władz samorządowych jest ograniczony. Nie jest przy tym powiedziane, że nasilanie funkcji kontrolnych poprawiłoby jakość zarządzania. Nad złą jakością usług publicznych ciążą przede wszystkim ograniczenia finansowe oraz koterie ugrupowań partyjnych na poziomie samorządu lokalnego. Podstawowym kierunkiem zmian na lepsze byłoby odpartyjnienie tego poziomu administracji i zastosowanie jednakowych, bezwzględnych kryteriów kwalifikacyjnych w stosunku do personelu. Innym problemem jest niedocenianie usług publicznych, wynikające z tego, że osoby związane z nomenklaturą rządową i administracyjną radzą sobie znakomicie nie korzystając z nich lub korzystając w niewielkim tylko stopniu.
Jedną z możliwych dróg poprawy jakości niektórych usług publicznych jest ich uspołecznienie. Znam piękną inicjatywę w Grudziądzu, częściowo realizowaną także w Wielkopolsce, polegającą na tym, żeby zakład wodociągów i kanalizacji stał się częściowo własnością zatrudnionych tam pracowników, a częściowo własnością użytkowników sieci. Inaczej mówiąc, idzie o to, aby wspomniane przedsiębiorstwo zamiast sprzedawać udziały anonimowemu właścicielowi, wydało akcje i rozprowadziło je wśród załogi i mieszkańców. Jest to bardzo ładna idea, gdzieniegdzie już sprawdzona, choć w większości miast dominuje prymitywna tendencja do prywatyzacji.
Wróćmy na chwilę do przeszłości. Współpracował Pan z „Solidarnością” od jej powstania, reprezentował ją przy Okrągłym Stole. Obecnie rzadko przywołuje się wymiar społeczno-ekonomiczny ówczesnego Związku, wspominając go głównie jako ruch patriotyczny i antykomunistyczny. Jak Pan wyobrażał sobie odejście od realnego socjalizmu i jakie były pod tym względem oczekiwania społeczne?
W. B.: W drugiej połowie lat 80. w kilku zespołach rządowych i społecznych prowadzone były zaawansowane prace związane z przygotowaniem transformacji. Uczestniczyłem jako ekspert w części z nich, ponieważ prowadziłem wtedy Zakład Kompleksowych Problemów Energetyki Polskiej Akademii Nauk, obejmujący szeroki sektor paliw, górnictwa, gazownictwa, ropy naftowej i energetyki, eksportu, importu… Przy Okrągłym Stole z ramienia „Solidarności” byłem członkiem trzech podzespołów – ekonomicznego, górniczego i ochrony środowiska. Proces transformacji rysował się wtedy jako stopniowe otwieranie gospodarki na rynek i wymianę międzynarodową oraz poszerzanie udziału załóg w zarządzaniu i zyskach przedsiębiorstw. Celem było stworzenie Rzeczpospolitej Samorządnej w aspektach samorządu terytorialnego, politycznego i gospodarczego. Kierunkiem domyślnym było stworzenie uspołecznionej gospodarki rynkowej z zachowaniem własności państwa w obszarach o strategicznym znaczeniu. Sprawa prywatyzacji była traktowana jako proces wtórny, dopełniający transformację partycypacyjną i samorządową. Podkreślę, że partycypacja owa miała obejmować również udział we własności. Chodziło o to, żeby uwłaszczyć ogół społeczeństwa, zgodnie z hasłem: „Tyle wolności, ile własności”.
Kierunek transformacji samorządowej został w ramach ustaleń Okrągłego Stołu zaakceptowany. Mówiło się przy nim m.in. o konieczności powołania Agencji Majątku Narodowego jako państwowej i społecznej instytucji kontrolnej, która dokona inwentaryzacji majątku narodowego na stan z roku 1989 i będzie następnie nadzorowała proces prywatyzacji oraz weźmie odpowiedzialność za uwłaszczenie obywateli.
Jak się zatem stało, że ton transformacji zaczęli nadawać ludzie pokroju Leszka Balcerowicza, a nie specjaliści bardziej prospołeczni?
W. B.: Po czerwcowych wyborach w 1989 r., już w lipcu, sierpniu i wrześniu w Brukseli i Warszawie toczyły się poufne, a praktycznie tajne rozmowy reprezentantów „Solidarności” z przedstawicielami światowego kapitału i z młodymi adeptami amerykańskiej szkoły neoliberalnej – Jeffreyem Sachsem, Jackiem Rostowskim (obecnym ministrem finansów), Stanisławem Gomułką. Z polskiej strony była delegacja pod przewodnictwem znanego i cenionego prof. Witolda Trzeciakowskiego. Podczas tych rozmów uzgodniono w sposób zakulisowy całkowite odrzucenie programu „Solidarności”, przyjętego przy Okrągłym Stole.
Program uspołecznienia polskiej gospodarki uznano za nieefektywny, nieracjonalny i nieobiecujący. W zamian przyjęto założenia, które później zostały sformułowane jako tzw. Konsensus Waszyngtoński, określający zbiór warunków gospodarczych, nakładanych na poszczególne kraje, które chciały współpracować z Bankiem Światowym i innymi międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Wymagano pełnego otwarcia kraju na wymianę finansową i gospodarczą oraz zminimalizowania wszelkich krajowych ograniczeń i interwencji państwa w sferze ekonomicznej. Te warunki zostały przyjęte i były następnie realizowane. Kolejnym z nich była prywatyzacja majątku narodowego i ograniczanie wydatków z budżetu, żeby stworzyć warunki do jak najpełniejszej minimalizacji roli państwa w gospodarce i w życiu publicznym.
Wszystkie te warunki zostały przyjęte potajemnie, o czym do dziś się nie mówi. Podkreśla się natomiast fałszywie, że państwo realizuje zasady uzgodnione przy Okrągłym Stole, które po paru latach zostały zapisane w Konstytucji z 1997 r. Czytamy tam, że obowiązuje sprawiedliwość społeczna, że państwo jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, że podstawę ustroju gospodarczego stanowi społeczna gospodarka rynkowa, oparta na solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych… Podsumowując, z jednej strony były ustalenia Okrągłego Stołu i ich zapisy w Konstytucji, a poza tą propagandową fasadą realizowano reguły Konsensusu Waszyngtońskiego, otwarcia i wyprzedaży gospodarki na nie do końca przejrzystych zasadach finansowo-prawnych. Nasze projekty powołania Agencji Majątku Narodowego czy systemu samorządowych organów państwa nie zostały nawet rozpatrzone.
Mówiąc o zawiedzionych nadziejach na prospołeczną transformację dochodzimy do pytania o istnienie swojego rodzaju „złotego środka” między kapitalizmem a komunizmem. Rozmaite „trzecie drogi” są zazwyczaj przedmiotem kpin neoliberałów („trzecią drogą do Trzeciego Świata”), natomiast Pan wypowiada się bardzo pozytywnie o licznych modelach pośrednich.
W. B.: Społeczna gospodarka rynkowa zrodziła się jako koncepcja ustrojowa w okresie międzywojennym. Wypromowana została w krajach skandynawskich, a realizowana była m.in. w Polsce. Po II wojnie światowej została najpełniej opracowana i rozwinięta w odbudowujących się Niemczech. W krajach północnej Europy, które nie poddały się naciskowi globalizacji, modele te funkcjonują do dziś i bardzo dobrze radzą sobie w warunkach światowej konkurencji. Finlandia z kraju zacofanego stała się państwem niemalże wzorcowym, osiągając nieprawdopodobny wręcz rozwój społeczny i gospodarczy. A osiągnęła to właśnie dzięki konsekwentnemu realizowaniu modelu społecznej gospodarki rynkowej w bardzo trudnych warunkach olbrzymiej konkurencji. W Niemczech poddano się w dużym stopniu ideologii globalistycznego i neoliberalnego gospodarowania w latach 80. Kiedy nastąpił regres po załamaniu się światowego sytemu finansowego i ekonomicznego, wielu uczonych, myślicieli i działaczy gospodarczych odwróciło się od ideologii neoliberalnej i w krajach Europy Zachodniej na różne sposoby zwiększa się obecnie skalę interwencjonizmu państwowego. W państwach tych sfera usług socjalnych w znacznej mierze została przez świat pracy obroniona, nie podlegając takiej redukcji jak choćby w Polsce.
Wydaje się zatem, że mamy podstawy do tego, by sądzić, iż społeczna gospodarka rynkowa stanowi dobrze sprawdzony model na nasze czasy. Jest to wariant, który zapewnia długookresowy rozwój gospodarczy oraz równowagę społeczną – stara się on bowiem zmniejszać różnice majątkowe i dochodowe oraz utrzymać szeroki zakres sfery socjalnej, dbając jednocześnie o środowisko naturalne. Jest to kierunek budowy społecznej, zrównoważonej i trwałej gospodarki oraz społeczeństwa obywatelskiego.
Mówił Pan o odwrocie od koncepcji neoliberalnych na Zachodzie. W Polsce nic takiego niestety nie nastąpiło, nie tylko w ekonomii, ale i w polityce – dominujące obecnie ugrupowania wywodzą się ze środowisk, które najmocniej forsowały neoliberalny model transformacji. Jakie mogą być konsekwencje utrzymania tego błędnego kursu i czy jest w ogóle jakiś sposób, aby go zmienić? A może system sam dokona korekty, ze wszystkimi tego skutkami?
W. B: W tej kwestii jestem względnym pesymistą. Mamy obecnie do czynienia z narastaniem przejawów coraz bardziej drastycznych konfliktów w ramach gospodarki oraz pomiędzy gospodarką a społeczeństwem. Istnieje wprawdzie w Polsce Komisja Trójstronna, ale z wielkim trudem dochodzi tam do jakichkolwiek uzgodnień, przy czym często po kilku miesiącach okazuje się, iż rząd całkowicie je lekceważy i łamie. Niestety, jest to w tej chwili jedyna platforma dialogu między światem pracy a światem kapitału – nie mamy przecież w Sejmie partii robotniczej, a jedynie partię liberalną, która sama siebie nazywa lewicową, nie mając w istocie żadnego programu społecznego. Nie ma także prawdziwej partii ludowej, chłopskiej, która by reprezentowała interesy polskiego rolnictwa rodzinnego. W zamian mamy, mówiąc z przesadą, partię obszarników i urzędników gminnych, w której prawdziwi rolnicy mają mało albo prawie nic do powiedzenia. Poza tym partia rządząca dąży do zdobycia władzy totalnej oraz są jakieś ugrupowania mniej lub bardziej satelitarne, które de facto – przy różnicy haseł – reprezentują tę samą, dominującą opcję liberalną. Również partia wyraźnie opozycyjna, choć odwołuje się do idei solidaryzmu społecznego, w praktyce też jest w znacznym stopniu liberalna gospodarczo. W efekcie mamy bardzo jednostronny system polityczny, pozostawiający znaczną część społeczeństwa bez głosu i bez reprezentacji.
W dodatku, jak się szacuje, odsetek osób funkcjonujących jako obywatele – czy to w partiach politycznych, czy w organizacjach społecznych – wynosi ok. 10% ogółu mieszkańców Polski. Ile zatem „procentowo” jest demokracji w naszym kraju? Wszystko to prowadzi do bardzo niejasnej przyszłości, ponieważ reszta społeczeństwa jest oszukiwana, zagubiona i skutecznie rozbita; na dodatek utrudnia się jej samoorganizację i partycypację. Jedynym wyjściem z obecnej sytuacji jest porozumienie społeczne i budowa społecznej, zrównoważonej gospodarki rynkowej – akceptowana i przyjmowana, również przez Unię Europejską, która jednak póki co dąży, wbrew deklaracjom, do centralizacji władzy i zarządzania w interesie kapitału.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 12 listopada 2010 r.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Jak pamiętacie, przed kwartałem świętowaliśmy 10-lecie istnienia „Obywatela”. Tymczasem narodził się „Nowy Obywatel”, którego właśnie trzymacie w rękach. Pewien etap w dziejach naszej gazety uznaliśmy za zamknięty.
Zaczynaliśmy jako pismo w młodzieńczy sposób buntownicze. Jedną z głównych idei, które nam wówczas przyświecały, było stworzenie swoistego Hyde Parku, gdzie swobodnie mogłyby się wypowiadać osoby z przeróżnych środowisk określanych jako radykalne czy – jak mówi elegancki język mainstreamu – oszołomskie. Taki profil czasopisma miał swoje zalety, miał też jednak wady. Głównymi z nich były nieporozumienia interpretacyjne oraz to, że główne wątki naszego przekazu ginęły wśród tekstów efektownych, lecz niekoniecznie kluczowych.
Z biegiem lat pojawili się w redakcji i wśród współpracowników ludzie nowi, zaś część założycieli „Obywatela” pożegnała się z nami z różnorakich przyczyn. Również redakcyjni „weterani” są dziś inni niż ongiś – mieliśmy wiele czasu, żeby przemyśleć swoje poglądy, ustalić priorytety wśród naszych postulatów, skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Wszystkie te zmiany chcemy zaakcentować nowym tytułem. Umarł „Obywatel”, niech żyje „Nowy Obywatel”.
Zmiana nie jest totalna, nie proklamujemy rewolucji. Główną wartością, jeszcze mocniej akcentowaną, pozostanie opcja prospołeczna. Nasze czasopismo będzie krytyczne wobec liberalizmu gospodarczego i sceptyczne w stosunku do jego obyczajowych pochodnych. Będzie wskazywało na takie zalety sfery publicznej i działań zbiorowych (w wydaniu instytucjonalnym i oddolnym), które są w Polsce niemodne i wściekle atakowane zarówno przez dogmatyków z obozów Balcerowicza i Korwin-Mikkego, jak i przez te środowiska jakoby prospołeczne, które w imię interesów dowolnie zdefiniowanych mniejszości gotowe obrazić się na większość, a raczej ją nieustannie obrażać.
Stałe pozostanie również to, co dla wielu było główną zaletą, dla innych zaś wadą niemożliwą do ścierpienia, mianowicie różnorodność autorów i inspiracji ideowych. Drugorzędną kwestią jest dla nas, czy osoba promująca prospołeczne rozwiązania gospodarcze i dotyczące sfery publicznej, a przy tym akceptująca demokrację i aktywność obywatelską, przychodzi z lewa, czy z prawa, czy media przykleiły jej taką, czy inną łatkę, czy inspiruje się socjalizmem, czy katolicyzmem. Tego rodzaju postawa jest szczególnie ważna właśnie teraz i właśnie tutaj – w Polsce, czyli kraju, gdzie wszelka myśl i praktyka prospołeczna są wyszydzane i marginalizowane. Sekciarskie podziały i kultywowanie „czystości ideologicznej” to zajęcie wielu jednostek i grup. Nas stać na więcej.
Z takim przeświadczeniem zapraszamy do lektury „Nowego Obywatela” – który, jak widzicie, zyskał także nową oprawę graficzną. Wśród wielu tekstów wartych uwagi, polecam szczególnie te najbliższe wyżej wspomnianemu duchowi. Prof. Tadeusz Kowalik, chyba najwybitniejszy polski lewicowy ekonomista, przypomina m.in., że ośmieszana dzisiaj idea sprawiedliwości społecznej została stworzona i teoretycznie uzasadniona przez myślicieli zaliczanych do nurtu liberalnego. Prof. Włodzimierz Bojarski, kojarzony ze środowiskami narodowej prawicy, przekonuje, że zadłużenie z czasów Gierka miało przynajmniej częściowy sens ekonomiczny, inaczej niż znacznie większe zadłużenie obecne. Barbara Fedyszak-Radziejowska, etykietowana przez media establishmentu jako intelektualistka „pisowska”, wyjaśnia, że dbałości o obywateli zamieszkujących prowincję nauczyła polskich decydentów Unia Europejska.
Ta jedność w różnorodności i przełamywanie schematów – nie sprowadzające się jednak do epatowania fajerwerkami intelektualnymi – będą, mam nadzieję, znakiem firmowym „Nowego Obywatela”.
Remigiusz Okraska
PS Prosimy o nieutożsamianie „Nowego Obywatela” z Instytutem Spraw Obywatelskich, stworzonym przed laty w środowisku związanym z naszym pismem i wielokrotnie promowanym na jego łamach. Nasi ex-koledzy i koleżanki uznali niedawno, że bardziej opłaca się realizowanie biurokratycznych pasji za milionowe dotacje niż edycja radykalnego czasopisma. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że dla liderów ISO dobro wspólne oznacza w praktyce dobro bardzo wąskiego kręgu rodzinno-towarzyskiego, oraz że są wśród nich osoby przekonane – co raczyły nam oznajmić – iż w Polsce bezrobocie dotyczy tylko tych, którzy są „bierni” i „nie dość mobilni”.
przez admin | czwartek 27 stycznia 2011 | nasze rozmowy
Aby zachęcić Polaków do oszczędzania na emerytury, rząd planuje wprowadzenie ulgi podatkowej dla wpłacających do specjalnych programów prowadzonych przez OFE, fundusze inwestycyjne, ubezpieczycieli i banki. Kto ma szanse skorzystać z tych programów? Odpowiada dr Krzysztof Hagemejer z Międzynarodowego Biura Pracy w Genewie.
***
Ile osób może skorzystać z rządowego programu?
Dr Krzysztof Hagemejer:
Nie potrafię powiedzieć, ile osób skorzysta z podatkowych zachęt do
dobrowolnych, dodatkowych składek do otwartych funduszy emerytalnych.
Przypuszczam, że niewiele. Zależy to od wielu czynników, np. czy ulga
będzie procentowa, czy kwotowa w stosunku do wielkości podatku. Ta
pierwsza jest potencjalnie korzystniejsza dla osób o niższych dochodach. Jednak taki mechanizm będzie działał skutecznie w stosunku do tych, których dochody są na tyle wysokie, że mogą cokolwiek odkładać.
W stosunku do nich w pewnych warunkach ulga podatkowa będzie zachętą do
wybrania takiej formy oszczędzania, ale trzeba pamiętać, że nie
zwiększy to zbytnio całkowitych oszczędności tych ludzi, zmieni się
tylko ich forma. Ustalenie potencjalnej liczby osób wymagałoby
spojrzenia na dane dotyczące struktury dochodów i oszczędności
gospodarstw domowych, w połączeniu ze strukturą opodatkowania oraz
przeprowadzenia mikrosymulacji pozwalającej oszacować efekty. Nie
słyszałem, żeby ktoś obecnie robił takie analizy, choć są w Polsce
specjaliści, dane i modele symulacyjne niezbędne do tego.
Czy osoby korzystające z tej metody oszczędzania rzeczywiście odczują
finansowo dodatkowe źródło dochodu „na stare lata”?
K.H.: Zmniejszą swoje inne oszczędności, a więc efekt nie będzie wielki.
Poza tym, te parę punktów procentowych składki nie daje dużych kwot w
prywatnym systemie o zdefiniowanej składce – wszystko jedno,
czy odbywa się to dobrowolnie, czy nie.
Problem moim zdaniem jest zupełnie inny. Po pierwsze, duża część osób
zamożniejszych, wobec których ma być skierowana ulga, jest zwolniona
z płacenia składki obowiązkowej od dochodów powyżej 2,5 przeciętnych
wynagrodzeń rocznie. To nielogiczne: jeśli tak troszczymy się o ich
przyszłe emerytury, to dlaczego nie mają – obowiązkowo lub
dobrowolnie – płacić składek od całego dochodu?
Po drugie, nowy system emerytalny daje każdemu, kto pracuje tyle samo
lat i przechodzi w takim samym wieku na emeryturę, tę samą stopę
zastąpienia. Czyli emerytura stanowi taki sam odsetek dochodów z
pracy osiągniętych w ciągu całego życia, niezależnie od tego, czy ten
dochód był w przeszłości niski, czy wysoki. Stopy zastąpienia będą
generalnie niskie. W porównaniu z poprzednim systemem będą dużo
niższe niż obecnie dla ludzi o niższych dochodach, a wyższe niż
obecnie dla tych z wysokim dochodami. Taka jest logika tej reformy.
Niskie stopy zastąpienia dla ludzi z wysokimi dochodami nie są aż takim
problem, bo mają oni oszczędności w innej formie, które pozwolą
uzupełnić emeryturę. Natomiast osoby o niskich dochodach otrzymają
emerytury nie wystarczające, by utrzymać się powyżej granicy ubóstwa.
Dlaczego więc mechanizm podatkowy ma wspierać tych o wyższych
dochodach (ulgi), kosztem mniej zamożnych?
Ze względu na ulgi może nie być dość pieniędzy na minimalne emerytury i
pomoc społeczną dla tych, których emerytury są niewystarczające.
Dobrze jest stymulować oszczędzanie na starość, ale nie poprzez
system podatkowy. Jego należałoby użyć raczej do skorygowania reformy
z punktu widzenia zdolności systemu do skutecznego przeciwdziałania
ubóstwu na starość. Najlepiej to uczynić wprowadzając bazową
emeryturę „obywatelską” dla wszystkich powyżej 65. roku
życia, wypłacaną w tej samej kwocie wszystkim mieszkańcom kraju i
finansowaną z podatków. A przynajmniej zagwarantować większe środki
na pomoc społeczną dla osób starszych.
W jaki sposób należy zmienić system podatkowy, aby takie „obywatelskie”
emerytury bazowe mogły zaistnieć?
K.H.: Jedyna zmiana w systemie podatkowym, która zresztą powinna być
wprowadzona niezależnie od tego, czy wprowadza się emerytury
obywatelskie, czy nie, to zwiększenie kwoty wolnej od podatku. W
porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej, w Polsce niskie
dochody są wysoko opodatkowane, gdyż kwota wolna od podatku jest
bardzo niska. System podatkowy powinien być skonstruowany tak, by
świadczenia społeczne na poziomie minimalnym, włączając w to
najniższą emeryturę czy zasiłek dla bezrobotnych, były opodatkowane
zdecydowanie niżej niż obecnie lub w ogóle zwolnione z podatku, jeśli
są jedynym dochodem.
Środki na bazową emeryturę powszechną czy „obywatelską” będą
pochodziły po pierwsze ze zmniejszających się w przyszłości
(relatywnie – w stosunku do PKB) wydatków na emerytury z ZUS-u,
ze względu na obniżające się stopniowo świadczenia. Po drugie stąd,
że wprowadzenie bazowej powszechnej emerytury wyeliminuje dopłaty z
budżetu państwa do emerytury minimalnej, jak i część świadczeń z
pomocy społecznej dla osób starszych. Po trzecie wreszcie, emerytura
bazowa obejmie automatycznie też rolników, a więc nie będzie już
potrzeby dotowania KRUS.
Emerytura bazowa powinna być wprowadzana stopniowo, w miarę jak obniżają się
świadczenia wypłacane z systemu składkowego. Wiek uprawniający w
przyszłości do takiej emerytury bazowej powinien być też znacznie
wyższy od obecnego wieku emerytalnego. Dla sfinansowania w 2035 roku
emerytury bazowej, wypłacanej wszystkim mieszkańcom w wieku 70. lat i
więcej, w wysokości odpowiadającej (w proporcji do przeciętnych
dochodów) ekwiwalentowi obecnej minimalnej emerytury, należałoby
sfinansować wydatki w wysokości nieco ponad 4% PKB.
Tymczasem prognozy Komisji Europejskiej, opublikowane w 2009 roku, przewidują,
że wydatki na obecny składkowy system emerytalny będą wówczas niższe
niż obecnie o 2,3% PKB. Nawet zakładając, że uda się skutecznie
zwiększyć aktywność zawodową wśród osób starszych i podwyższyć wiek
przechodzenia na emeryturę, to trudno zaakceptować, abyśmy za 25 lat
wydawali na emerytury mniej niż obecnie, jeśli udział osób starszych
w społeczeństwie będzie wówczas większy o 70%.
Dodatkowo, według moich szacunków, nieuwzględniony w tych prognozach koszt
obniżania świadczeń w postaci dopłat z budżetu do minimalnej
emerytury oraz pomocy społecznej dla osób starszych, to kolejne 2%
PKB. Dotacja do KRUS to kolejny 1% PKB. W sumie więc po wprowadzeniu
powszechnej bazowej emerytury przyszły całkowity koszt publicznego
systemu emerytalnego nie byłby o wiele wyższy niż obecny i
prognozowany na przyszłość. Natomiast skuteczność zreformowanego
systemu w przeciwdziałaniu ubóstwu wśród osób starszych znacznie by
wzrosła.
Na jakich rozwiązaniach, istniejących w innych państwach, moglibyśmy
wzorować reformę naszego systemu emerytalnego?
K.H.: Dobry system emerytalny jest zawsze wynikiem pewnej umowy społecznej
w ramach danego społeczeństwa. Określa ona wiek przechodzenia na
emeryturę, gwarantowany przez państwo poziom życia przyszłych
emerytów, stopień redystrybucji wewnątrzpokoleniowej (tzn. do jakiego
stopnia gwarantujemy ową stopę zastąpienia wyższą dla osób o niższych
dochodach), zakres solidarności międzypokoleniowej w finansowaniu
emerytur. Nie można tego „zaimportować” z innego kraju.
W Polsce dawna umowa społeczna została zanegowana. Zmniejszyło się
społeczne poparcie dla redystrybucji wewnątrzpokoleniowej i
solidarności międzypokoleniowej. Reforma z 1999 r. odzwierciedla tę
zmianę nastawienia. Problem w tym, że choć reforma z 1999 r. wychodzi
naprzeciw niechęci do redystrybucji i solidarności
międzypokoleniowej, to zawiera inne istotne zmiany, których ludzie
albo nie byli świadomi (dużo niższe świadczenia), albo nigdy ich nie
zaakceptowali (dużo wyższy wiek przechodzenia na emeryturę, żeby
otrzymać w miarę przyzwoite uposażenie). Potrzebna jest prawdziwa
debata, nie wśród ekspertów, ale z udziałem przedstawicieli różnych
grup społecznych – tylko tą drogą może powstać system cieszący
się powszechną akceptacją.
Oczywiście nie przeszkadza to w uczeniu się rozwiązań organizacyjnych w innych
krajach. Na przykład, niezależnie od wyników obecnej dyskusji o
zmianie proporcji pomiędzy składką wędrującą do ZUS i do OFE, z ZUS
będzie pochodzić większość naszej emerytury. System nie będzie nigdy
funkcjonował prawidłowo, jeśli ZUS nie stanie się instytucją zaufania
publicznego. Niewiele w tej sprawie zrobiono, a zrobić można wiele. I
to nie sam ZUS jest za to odpowiedzialny, lecz rząd i partnerzy
społeczni, czyli przedstawiciele tych, którzy finansują system. Tutaj
na przykład przyjrzałbym się uważnie, jak funkcjonuje szwedzki
odpowiednik ZUS-u. System zbliżony do polskiego, ale sposób, w jaki
funkcjonuje, jest jakościowo bardzo różny.
Czy widzi Pan szansę, by w najbliższych latach przeprowadzono reformę
emerytalną w duchu prospołecznym?
K.H.: Problem polega na tym, że w debacie nie uczestniczą wszyscy, o
których interesy chodzi. Bardzo silnie reprezentowane są w niej
interesy sektora usług finansowych, dla którego czym większa prywatna
część systemu, tym lepiej. Zadziwiające jest to, że organizacje
pracodawców popierają wąskie interesy tego sektora, zapominając, że
ich głównym zmartwieniem powinno być to, czy płacone przez
pracodawców składki są wykorzystane jak najlepiej, tzn. skutkują jak
najwyższymi i bezpiecznymi emeryturami.
Ostatnio doszły też do głosu krotko- i średnioterminowe interesy państwa. W
imię obniżenia deficytu i długu publicznego w krótkim okresie oraz
sprostania kryteriom przystąpienia do strefy euro, rząd popiera
radykalne obniżenie części składki płynącej do OFE. Ciekawe, bo w
latach 1997-98, gdy dyskutowana była reforma skali przyszłego
deficytu, wynikającego z reformy, wśród jej zwolenników dominowało
przekonanie, że są to koszty zmiany systemu, warte poniesienia,
zwłaszcza że przyniosą obniżenie wydatków państwa i deficytu w
dłuższym horyzoncie czasowym. Ekonomiści nazywają to zjawisko
„niespójnością decyzji w czasie” – time inconsistency.
Związki zawodowe w tej dyskusji prawie nie istnieją i niewiele mają do
powiedzenia. Podobnie ugrupowania, które nazywają się lewicowymi, czy
też takie, które chciały tworzyć społeczną gospodarkę rynkową albo
deklarowały ambicje kształtowania polityki społecznej. Dopóki to się
nie zmieni, nie przewiduję, by to, co ukształtowano w 1999 roku,
uległo zasadniczej zmianie. Choć z pewnością muszą prędzej czy
później przyjść decyzje dotyczące podwyższenia wieku emerytalnego, bo
tego wymaga logika nowego systemu niezależnie od tego, jak wiele w
nim z ZUS, a jak wiele z OFE.
Po wprowadzeniu reformy w 1999 r., opublikowałem artykuł „Reforma
dla naszych dzieci”. Kończył się konkluzją, że dopiero nasze
wnuki ten system zmienią, gdy przejdzie na emeryturę pokolenie,
którego świadczenia pochodzić będą w większości z nowego systemu (a wiec ci, którzy zaczynali pracę i płacenie składek w latach 90.). Okaże się że następne pokolenie musi w tej czy innej formie wesprzeć swoich rodziców, by wyciągnąć ich z ubóstwa. To może zmienić nastawienie do redystrybucji wewnątrzpokoleniowej i solidarności międzypokoleniowej. Lepiej jednak dla wszystkich byłoby, gdyby nastąpiło to wcześniej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 25 stycznia 2011 r.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 25 stycznia 2011 | opinie
Na złość babci – tj. USA i prawicy – wiele osób z lewicy gotowych jest odmrozić sobie uszy. To znaczy wielbić Rosję.
Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Państwowy koncern naftowy w średnio znaczącym kraju Ameryki Południowej (nazwijmy go X) zamierza kupić udziały w rafinerii sąsiedniego, jeszcze mniejszego kraju (Y). W ten sposób chce zmniejszyć zależność od dostaw ropy bezpośrednio z USA. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych podejmuje w odpowiedzi działania mające na celu zablokowanie dostaw amerykańskiej ropy do rafinerii w kraju Y. Zamierza zdestabilizować jej funkcjonowanie, żeby zniechęcić koncern z kraju X do zakupu tak niepewnego przedsiębiorstwa. Wiceprezydent USA czyni tak, aby oba kraje utrzymać w zależności od swego państwa.
Idźmy w naszej historyjce dalej. Oto informacje o całej operacji wydostają się z zacisznych gabinetów Białego Domu. Huczą o niej media w kraju X. Jaka jest reakcja opinii publicznej? Pomińmy liberałów, dla których biznes jest biznes, a suwerenność to przeżytek. Zostawmy też proamerykańską prawicę. Co robi latynoska lewica?
Jej media małe i duże, papierowe i elektroniczne, nie posiadają się ze złości. Setki artykułów i komentarzy wyrażają oburzenie wobec działań władz USA. Dużo mówi się o suwerenności, drobiazgowo przypomina kolonializm oraz zbrodnie z czasów, gdy Biały Dom popierał wojskowe junty i krwawych dyktatorów ciemiężących lud. Palone są kukły z podobizną wiceprezydenta USA, lewicowo-populistyczni politycy krzyczą „Yankee go home!”, a wtórują im wielotysięczne tłumy. Lider protestujących, zaproszony do popularnego programu telewizyjnego – prowadzi go señora Monica Oyeynick, wnuczka imigranta z Moraw – oświadcza kilkumilionowej widowni: „Jestem antyamerykański i jestem z tego dumny”.
Czy to zdarzyło się naprawdę, pytasz mnie od rana – śpiewał Muniek Staszczyk w piosence o rzeźniku-kanibalu. Owszem, zdarzyło. Za kraj X podstaw Polskę, za Y – Litwę. Za USA – Rosję, za proamerykańskie junty wojskowe – zależne od ZSRR reżimy policyjno-wojskowe w demoludach. Wiceprezydent USA to wicepremier Rosji, Igor Sieczin. Miejsce i czas akcji: litewska rafineria Możejki, którą chciał kupić PKN Orlen latem 2006 r. od skonfliktowanego z Kremlem właściciela rosyjskiego koncernu Jukos. Wówczas to Sieczin miał polecić wstrzymanie dostaw ropy do owej fabryki, jako pretekst podając awarię ropociągu. Planowano też wstrzymać dostawy ropy na Litwę drogą morską, jednak władze tego kraju podobno zagroziły odwetem w postaci blokady trasy kolejowej z Rosji do Kaliningradu. W taki sposób zamierzano zniechęcić Orlen do sfinalizowania transakcji. Ot, kolejny epizod w traktowaniu przez Rosję surowców energetycznych jako bata na kraje znajdujące się do niedawna w jej strefie wpływów.
Ostatecznie Orlen kupił Możejki, a całą sprawę znamy z przecieków ujawnionych przez WikiLeaks. To samo WikiLeaks, które na całym świecie środowiska krytyczne wobec establishmentu uznały za świetne źródło informacji o knowaniach rządu USA. Za oazę na pustyni korporacyjnych mediów. Za głos wolności, zwalczany zaciekle przez możnych tego świata. Czy polska lewica – wzorem Latynosów – zaprotestowała przeciwko działaniom Rosji, czy oburzyła się na ingerencję w nasze sprawy, na aktywność zmierzającą do ograniczenia suwerenności dwóch niewielkich krajów? Czy sprawom rozgrywającym się w Polsce i na sąsiedniej Litwie poświęciła choć procent uwagi dedykowanej np. sankcjom ekonomicznym USA wobec odległej Kuby? Skądże, w ogóle jej to nie interesuje, a tym bardziej nie skłania do protestów. Spróbuj o tym napomknąć w lewicowym towarzystwie – natychmiast otrzymasz łatkę rusofoba, który zaczadzony prawicową propagandą wszędzie węszy kremlowskie spiski. Jak wiadomo, kremlowskich spisków nie ma – są tylko spiski CIA.
Nie mówię tu bynajmniej o „lewicy” postkomunistycznej. O nie, od tych pań i panów nie oczekuję niczego innego niż tego, co oni sami lub ich poprzednicy robili całe życie. To znaczy lizania wschodnich butów. Ten typ tak ma. Przed wojną brał z Kremla pieniądze, po wojnie brał stamtąd rozkazy, a pieniądze raczej wysyłał. To nieodłączna część jego tożsamości – nie zawsze nabywana chętnie, czasem wymuszona realiami ustrojowymi i geopolitycznymi, ale zawsze bazująca na niskich pobudkach. Oni już tacy po prostu są i nie zmienią się do śmierci – szkoda zachodu na roztrząsanie oczywistości. Sęk w tym, że w Polsce bardzo nasilone są postawy serwilistyczne wobec Rosji również w tej części lewicy, która z PZPR-em czy PRL-em nie miała wiele wspólnego, a nawet mieć nie mogła, bo jest na to zbyt młoda.
Ta lewica – rozmaite grupki młodzieżowe, gazety, portale internetowe, pojedyncze osoby – jest w najlepszym razie obojętna na wszystko, co robi Rosja, zazwyczaj jednak jej przychylna. Za to bardzo niechętna wobec tego, co określa mianem rusofobii, czyli wszelkiego krytycyzmu wobec poczynań kremlowskich władz. Nie mówię tu o krytyce prawicowej wizji „antyrosyjskości”, co byłoby zrozumiałe. Ona nie dopuszcza żadnej krytyki poczynań Rosji, a wręcz jest filokremlowska. Krytycyzm wobec naszego wschodniego sąsiada to dla niej synonim prawicowości czy wręcz interesownych powiązań z USA, a raczej z CIA.
Co gorsza, tego rodzaju trend narasta. Gdy kilkanaście lat temu stawiałem pierwsze kroki w środowiskach radykalnej lewicy, nie było tam żadnych prorosyjskich sentymentów i złudzeń. Nawet osoby odwołujące się do idealizowanych sowieckich doświadczeń – do „dobrego” Lenina w kontrze do „złego” Stalina – potępiały nie tylko współczesny rosyjski ultraliberalizm, ale również zamordyzm i ekspansjonizm tamtejszej władzy. Na organizowanej przez trockistów katowickiej imprezie „Guevariada” (nazwa od „Che” Guevary) anarchista Marek Kurzyniec opowiadał o widzianych osobiście okrucieństwach i zbrodniach wobec Czeczenów, a rosyjski związkowiec przedstawiał tragiczne położenie strajkujących górników, ofiar rządowych represji – i nikt nie bredził, że są rusofobami czy agentami CIA. Protestom przeciwko imperializmowi amerykańskiemu i łamaniu praw człowieka w krajach Zachodu, towarzyszyły równie ostre formy sprzeciwu wobec tego, co wyprawia Rosja. Dziś nie pozostał po tym niemal ślad – chyba jedynie polscy anarchiści (szczególnie poznańscy) nie zaczęli idealizować jednego reżimu w opozycji do drugiego.
Gdyby lewicę rusofilską zapytać o inspiracje ustrojowe i polityczne, wskazałaby głównie kraje Ameryki Południowej: Chávez, Morales, Chiapas, w najgorszym razie castrowska Kuba, w najlepszym zaś Brazylia ex-prezydenta Luli. Antyamerykanizm, walka z neokolonializmem, guerille i obywatelskie ruchy protestu, sprzeciw wobec szwadronów śmierci i wojskowych junt, regionalne bloki mające pomóc słabym krajom przezwyciężyć jankeską hegemonię. Ci sami ludzie, którzy są tak uczuleni na regionalną dominację Stanów Zjednoczonych i ich ingerencje w krajach Latynoameryki, nie dopuszczają myśli, że zasada podejrzliwości i krytycyzmu powinna dotyczyć wszelkich analogicznych sytuacji na całym globie. Rosja – wbrew doświadczeniom historii, jej obecnej polityce zagranicznej i realiom wewnętrznym – traktowana jest przez nich zgoła inaczej, niż USA. Nie tylko z wielką wyrozumiałością, ale wręcz jako podmiot, którego należy bronić za wszelką cenę, jakąkolwiek jego krytykę traktując w kategoriach fobii, histerii czy sprzedajności.
Jest to oczywiście sprzeczne z całą historią polskiej lewicy niekomunistycznej, większościowej aż do około roku 1944. Czy to PPS, czy pomniejsze środowiska polskiej lewicy były zawsze krytyczne wobec rosyjskiego despotyzmu i wszelkich ingerencji Kremla w życie innych krajów i narodów. Miało to uzasadnienie w ekspansywnej polityce rosyjskiej w regionie – czy były to rozbiory Polski, czy wielowiekowe tłumienie dążeń emancypacyjnych grup etnicznych i narodów wchodzących w skład wschodniego imperium. Miało też uzasadnienie w polityce wewnętrznej Rosji, opierającej się na knucie, nahajce i tajnej policji. Co więcej, nie chodziło tylko o rosyjskie władze. Choć znaczna część polskiej lewicy starannie rozróżniała między Rosjanami a ich władzą, tych pierwszych traktując jako „współbraci w ucisku i niewoli”, nierzadkie były też głosy krytyczne wobec mentalności tamtejszego społeczeństwa, które zamordystyczne rządy wielbiło i legitymizowało, niekoniecznie tęskniąc do lewicowych ideałów, jak wolność, ludowładztwo i równość w stosunkach między krajami.
Niechęć i podejrzliwość lewicy wobec władz Rosji nie uległa zmianie w międzywojniu, gdy carat zastąpiony został Komitetem Centralnym. Doświadczenia PRL-u trudno uznać za skłaniające do zmiany takiego stanowiska. Nawet jeśli odrzucimy dość dziecinną prawicową wizję historii, w której jest miejsce tylko na sowiecki zamordyzm, nie ma natomiast na takie czynniki sprawcze powstania PRL, jak wcześniejsza wojna rozpętana przez nazistów czy wypięcie się na nas w Jałcie przez zachodnich sojuszników, to w zgodzie z historycznymi ideałami lewicy PRL jest nie do obrony. Państwo policyjne, brak podstawowych swobód obywatelskich, tłumienie protestów przy pomocy czołgów, uzależnienie polityczne i ekonomiczne od ZSRR – trudno uznać za zgodne z etosem lewicy.
Nawet gdyby – co mocno dyskusyjne – potraktować siermiężny realsocjalistyczny socjal jako realizację lewicowych projektów, to przecież nie samym socjalem lewica żyje. Przykładowo, argentyński peronizm, który znacznie poszerzył zakres świadczeń socjalnych, lewica przeważnie traktuje jako quasi-faszyzm, w najlepszym razie udzielając mu bardzo krytycznego poparcia. A przecież Peron nie jeździł – inaczej niż Bierut do Moskwy – po wytyczne do Waszyngtonu.
Zostawmy jednak przeszłość. Można by dzisiejszą sympatię wobec Rosji zrozumieć, gdyby stała za nią jakaś obietnica. Ot, na przykład prospołeczny projekt ustrojowy. Tymczasem Rosja jest od niego odległa nie mniej niż Stany Zjednoczone, a wręcz znacznie bardziej. Niski podatek liniowy stymuluje, już wcześniej spore, rozwarstwienie społeczeństwa. Zwykły, dość dziki kapitalizm, świadczenia społeczne relatywnie niższe niż w dowolnym kraju Zachodu, władza umywająca ręce od cywilizowania stosunków pracy. Co z tego, że nieco wyższy niż gdzie indziej jest udział własności państwowej, skoro w żadnej mierze nie służy ona społeczeństwu, lecz garstce oligarchów? Gdy Norwegia ze sprzedaży ropy i gazu tworzy swoisty państwowy fundusz emerytalny dla ogółu obywateli oraz finansuje rozległą nowoczesną sferę publiczną, to rosyjskie surowce finansują tamtejszy militaryzm oraz futra kochanek wąskiej kliki „biznesmenów” z KGB rodem.
Szkoda nawet wspominać o masakrach w Czeczenii. Albo o brutalnych represjach wobec wszelkiej opozycji – nie tylko tej prozachodniej i ultraliberalnej, ale o pacyfikowaniu działalności wielu grup lewicowych, o brutalnym rozbijaniu protestów obywatelskich, o „nieznanych sprawcach” bijących i mordujących aktywistów społecznych czy ekologicznych. Gdyby podobne rzeczy działy się w Polsce, cała ta filorosyjska lewica, która dziś organizuje „kampanie solidarności” z każdym zatrzymanym na kilka godzin przez policję po demonstracji i z każdą ofiarą 400-złotowej grzywny, uznałaby, że żyje w państwie totalitarnym, albo… nie istniałaby w ogóle, bo resorty siłowe skutecznie wybiłyby jej to z głowy.
Jest jeszcze jedna domniemana przyczyna, a raczej alibi dla prorosyjskości młodej, niepostkomunistycznej lewicy. To domorosłe analizy geopolityczne, które znajdują w Rosji przeciwwagę dla światowej hegemonii USA. Jednak wspomniana koncepcja jest zarówno jałowa, jak i szkodliwa. Jałowa dlatego, że współczesna Rosja nie jest zdolna konkurować z USA w globalnym układzie sił. Gdyby szukać tego rodzaju przeciwwagi, wyrachowanie podpowiadałoby raczej Pekin niż Moskwę. Jednak – na szczęście – Chiny nie są na lewicy modne, a wręcz można je krytykować bez ryzyka oskarżeń o bycie agentem CIA lub sinofobem. Szkodliwa zaś dlatego, iż „stawka na Rosję”, nawet gdyby była realna, w naszej części kontynentu oznaczać będzie jedynie tyle, że „zapośredniczoną” – z racji odległości – uległość wobec Waszyngtonu zastąpi bezpośrednia i wymiernie dotkliwa zależność od Kremla.
Czym zatem to wszystko wyjaśnić? Oprócz naiwności wchodzi w grę czynnik, do którego owa „lewica na lewo od SLD” za nic w świecie się nie przyzna, bo przyznałaby się do własnej słabości. A polega ona na zapaści intelektualnej, przejawiającej się w nieumiejętności zaproponowania alternatywy programowej. W efekcie, lewica ta staje się lewicą reaktywną. Nie pyta i nie myśli o tym, co jest dobre i słuszne, nie rozstrzyga spraw z punktu widzenia historycznego etosu swojej formacji. Obserwuje jedynie, co robi i głosi prawica – i zajmuje stanowisko dokładnie odwrotne. Ponieważ polska prawica jest krytyczna wobec Rosji, bezmyślna lewica uważa, że jej obowiązkiem i wyznacznikiem lewicowości jest bezkrytyczna filorosyjskość. Gdy lewica latynoamerykańska zastanawia się, co jest dobre dla jej społeczeństw, nasza lewica potrafi jedynie myśleć, jak zrobić prawicy na złość.
I robi, tyle że przy okazji stawia na głowie cały swój system wartości. Nawet jeśli prawica popełnia w ramach filoamerykanizmu grzech akceptacji wielu wątpliwych poczynań USA, to lewica czyni to samo, akceptując haniebne poczynania Rosji, mimowolnie składając hołd wartościom owej prawicy. Pozostaje jedynie przypomnieć słowa lewicowca George’a Orwella z jego felietonu dedykowanego lewicowym filosowieckim dziennikarzom i intelektualistom brytyjskim: Nie wyobrażajcie sobie, że przez całe lata można uprawiać służalczą propagandę na rzecz radzieckiego lub też jakiegokolwiek innego reżimu, a potem powrócić nagle do intelektualnej przyzwoitości. Raz się skurwisz – kurwą zostaniesz.
przez Konrad Malec | czwartek 20 stycznia 2011 | opinie
Reakcje
na propozycję podniesienia płacy minimalnej pokazują, że rodzimy
biznes chciałby w Polsce nie drugiej Japonii, lecz Chin.
NSZZ
„Solidarność” przygotowuje obywatelski projekt ustawy
podnoszącej płacę minimalną. Pomysł związkowców polega na stałym
powiązaniu najniższych zarobków ze średnim wynagrodzeniem: miałyby
one wynosić połowę tej wartości. Rząd powinien się ucieszyć, w końcu
chce ograniczyć liczbę urzędników, a takie rozwiązanie pozwoli
zaoszczędzić na etatach osób odpowiedzialnych za coroczne negocjacje,
kończące się zawsze tym samym – jękami pracodawców, zmuszonych
podnieść robotnikom pensje o kilkadziesiąt złotych. Pracodawcy
oczywiście są przeciw.
Przekonują,
że na takiej zmianie stracą… najsłabiej uposażeni, jako że jej
konsekwencją będą podwyżki cen produktów i usług: „Będziemy
musieli więcej zapłacić robotnikom przy taśmie, więc wy więcej
zapłacicie za chleb i salceson”. Podobne argumenty najczęściej
wysuwają szefowie firm spożywczych, którzy chyba wiedzą, co mówią.
Ceny żywności już teraz są wysokie, dlatego ich ewentualne podwyżki
faktycznie najbardziej odbiją się na najmniej zarabiających, w tym na
pracownikach branży spożywczej. Jedynie przez przeoczenie nie
wspomniano, jaki udział mają pensje piekarzy czy mleczarzy w
finalnych cenach produktów, jakie natomiast ma w nich zysk
przedsiębiorców.
Pracodawcy
występują też w obronie trwale bezrobotnych, w końcu wyższe koszty
pracy oznaczają koniec ich marzeń o zatrudnieniu. Wreszcie, powoduje
nimi poczucie odpowiedzialności za kruche finanse państwa, na które
związki zawodowe chcą dokonać zamachu. Wszak wysokość wielu świadczeń
płynących z budżetu jest powiązana z płacą minimalną. Po tym
argumencie zapewne rząd, wzywający do zaciskania pasa, jeszcze raz
porachuje stosowne słupki i zdecyduje się podnieść VAT o kolejny
procent, aby ratować społeczeństwo.
Żeby
pokazać, jak bardzo nierozważne jest ustawowe podnoszenie najniższych
pensji, sięga się po autorytety ekonomiczne. Dr Zbigniew Markowski z
Gdańskiego Klubu Biznesu zauważa, że wzrost płacy minimalnej to
czysty populizm, a w gospodarce nie wydarzyło się nic, co by
wymuszało tak drastyczne kroki. Niewątpliwie ma rację! Więcej:
sytuacja aż się prosi, by niewykwalifikowanym robolom, co to do
szkoły mieli pod górkę, dokręcić śrubę – bezrobocie rośnie,
dlatego ci, którzy jeszcze mają gdzie tyrać, powinni okazywać
bezgraniczną wdzięczność, że pracodawca-biedaczek przymiera głodem,
aby ich utrzymać.
Ilekroć
słucham takich uczonych wywodów, ogarnia mnie pokusa przeprowadzenia
eksperymentu socjologicznego, polegającego na przeniesieniu
ekonomisty z wygodnego fotela za biurkiem np. do zamiatania ulic, za
najniższe wynagrodzenie. Ponieważ to eksperyment naukowy, stawiam
hipotezę: nastąpiłaby zasadnicza zmiana w myśleniu badanego naukowca.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za chwilę zostanę oskarżony o
stalinowskie zapędy. Uprzedzając atak odpowiem, iż obiekt
eksperymentu zostałby przydzielony do średnio ciężkiej pracy
fizycznej (bądź co bądź nie mówimy o przerzucaniu łopatą węgla na
furmankę), którą wykonywałby w standardowym, zgodnym z przepisami
wymiarze (podczas gdy wielu pracowników fizycznych pracuje po 10-12
godzin dziennie, 6 dni w tygodniu). Nie dokonalibyśmy konfiskaty
majątku (jedynie zablokowali na czas eksperymentu konto
oszczędnościowe, by możliwie dokładnie oddać warunki funkcjonowania
fizoli),
nie odebralibyśmy rodziny ani przyjaciół, nie zakazali bywania w
modnych klubach czy wypadów do kina.
Koszty
pracy w Polsce należą do najniższych w UE, ale dla większości
ekonomistów i biznesmenów ciągle są za wysokie. Cóż, by móc dogonić
azjatyckie potęgi, sugeruję obniżenie pensji polskich pracowników do
równowartości kilku rupii czy juanów, zniesienie powszechnego
obowiązku edukacyjnego, systemu emerytalnego, ubezpieczeń zdrowotnych
i kilku innych komunistycznych fanaberii. Logika ekonomiczna jest
bowiem nieubłagana: to, że przyjęcie propozycji „Solidarności”
doprowadzi do podwyżek, bezrobocia i nędzy jest równie oczywiste jak
to, że Szwecja, Niemcy czy Francja są w istocie wyspami nędzy pośród
luksusów, w które opływa przeciętny mieszkaniec Indii czy Chin.
Konrad
Malec
przez dr Rafał Bakalarczyk | poniedziałek 17 stycznia 2011 | opinie
Po fatalnym roku 2010, którego smutną puentą był paraliż kolei, trudno o optymizm w kwestii funkcjonowania państwa. Tym bardziej cieszą choćby pojedyncze zmiany na lepsze.
Za taką można uznać – przy pewnych zastrzeżeniach co do rozwiązań szczegółowych – zainicjowaną przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej tzw. ustawę żłobkową, czyli o opiece nad dziećmi do lat 3, którą Sejm przyjął 5 stycznia. Infrastruktura żłobkowa stanowi bowiem przykład ciągu paradoksów, jakie przez całe ostatnie półwiecze towarzyszyły przemianom społeczeństwa i państwa polskiego.
„Zdrowe” korzenie?
Podstawowa zmiana wprowadzana przez ustawę to utrata przez żłobki statusu zakładów opieki zdrowotnej i wyciągnięcie ich spod pieczy Ministerstwa Zdrowia. Dotychczasowe zapisy miały swój rodowód jeszcze w czasach wczesnego PRL-u (podobne rozwiązania wprowadzono wówczas w wielu ościennych „demoludach”). Władze ludowe jak diabeł święconej wody unikały kategoryzowania różnych zagadnień jako kwestii społecznych, stąd prawdopodobnie chęć połączenia żłobków z problematyką zdrowotną. Jak wynika z badań Danuty Graniewskiej z początku lat 70., matki na ogół pozytywnie wypowiadały się na temat opieki lekarskiej, choć nie brakowało również wypowiedzi negatywnych na temat żłobków, a powodowanych często zachorowalnością dziecka1. Bywały więc przypadki, że żłobki jako instytucje odpowiedzialne za zdrowie – paradoksalnie – sprzyjały rozprzestrzenianiu się chorób (do dziś zresztą jest to bolączką opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem). Jednakże przyporządkowanie żłobków resortowi zdrowia okazało się naprawdę zgubne dopiero po transformacji. Żłobki funkcjonujące jako zakłady opieki zdrowotnej do czasu wprowadzenia obecnej ustawy musiały spełniać bardzo wyśrubowane kryteria. Prowadziło to do wzrostu kosztów ich prowadzenia i zakładania, a także uciążliwości proceduralnych, co w efekcie spowodowało dramatycznie niską podaż tego typu placówek.
Obecna ustawa nie tylko wyciąga żłobki spod kurateli Ministerstwa Zdrowia, ale także zmienia kryteria, które trzeba spełnić, by założyć i prowadzić żłobek, np. opiekunowie nie muszą już posiadać uprawnień pielęgniarskich. Ponadto, mają być do żłobków wprowadzane elementy przygotowujące dzieci do edukacji przedszkolnej. Jest to krok w dobrym kierunku, choć szczegółowe rozwiązania określi rozporządzenie. Sprawa standardów nie jest do końca określona. Miejmy nadzieję, że łagodzenie kryteriów zostanie zrobione „z głową”.
Chichot ze żłobków
O ile powyższe informacje mówiły nieco o ideologii poprzedniego systemu, o tyle to, co działo się z infrastrukturą opieki nad małym dzieckiem po 1989 r. mówi sporo o ideologii systemu, który zaczęto wprowadzać po przełomie. Jego ważnym wyznacznikiem było stopniowe wycofywanie się państwa ze świadczenia wielu usług publicznych i przerzucanie odpowiedzialności i kosztów na samych obywateli. Zmiany w dostępności opieki żłobkowej i przedszkolnej doskonale to ilustrują. Cofnijmy się jednak najpierw do roku 1980 i słynnych 21 postulatów sierpniowych. Siedemnasty z nich mówił o tym, by zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących. Chichot historii polega na tym, że gdy nominalni reprezentanci „Solidarności” doszli do władzy, dostępność opieki żłobkowej i przedszkolnej zamiast rosnąć, zaczęła spadać. I to gwałtownie. Liczba żłobków w 1989 r. wynosiła 1553, w 1995 – 591, a w 2002 – zaledwie 382. W ostatnich latach spadek został zahamowany i w 2008 r. liczba ta wyniosła 392 – strasznie mało nawet w porównaniu z siermiężnymi latami osiemdziesiątymi.
Rezultatem owej tendencji jest to, że zaledwie 2% dzieci do lat 3 było do niedawna objętych opieką instytucjonalną. Oczywiście część osób nie korzysta z usług opiekuńczych z wyboru, gdyż np. samodzielnie lub dzięki pomocy ze strony dziadków mogą zapewnić dziecku opiekę w pierwszej fazie jego życia. Jednak z pewnością nie dotyczy to całych 98%, ponadto coraz silniej ujawniają się tendencje odchodzenia od rodzin wielopokoleniowych i w ogóle tradycyjnego modelu rodziny, dlatego zwiększone wsparcie publiczne tak czy inaczej będzie musiało wkroczyć. Dla porównania, według tego samego źródła2 na Węgrzech wskaźnik ten wyniósł 9%, na Litwie 19%, we Francji 25%, a w Holandii – 29%, nie mówiąc już o krajach o silnie zinstytucjonalizowanej opiece nad dzieckiem, jak Norwegia (61%), Szwecja (66%) i Dania (83%).
Choć można dyskutować, czy zawsze kontakt z instytucją już od kolebki jest dla dziecka optymalny, warto tworzyć instytucje na wypadek sytuacji, gdy taka potrzeba faktycznie zaistnieje.
Społeczny rozwój od publicznej kolebki
Brak odpowiedniego publicznego wsparcia w zakresie opieki nad dzieckiem ma katastrofalne skutki, wykraczające nawet poza niezaspokojenie potrzeb opiekuńczych. Część kobiet, chcących mieć dzieci, może bowiem się na to nie zdecydować, a to grozi osłabieniem potencjału demograficznego i problemami społecznymi. Już teraz – mimo silnej w kulturze pozycji macierzyństwa – mamy bardzo niski wskaźnik dzietności, znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Z drugiej strony część kobiet, które mimo wszystko urodzą, może mieć dodatkowe trudności z powrotem na rynek pracy. Niski na tle krajów UE wskaźnik aktywności zawodowej kobiet również stanowi pewną barierę rozwoju. Pamiętajmy przy tym, że sformalizowana opieka nad dzieckiem może generować nowe miejsca pracy i to dla osób w trudnej sytuacji pod tym względem, jak kobiety w wieku 50+.
Ustawa zakłada, że obok żłobków będą mogły powstawać inne instytucje opieki, jak klubiki dziecięce, gdzie opieka będzie sprawowana do 5 godzin dziennie (takie placówki, które łatwiej założyć i prowadzić, mogą być przydatne zwłaszcza na obszarach wiejskich, gdzie też zapotrzebowanie na opiekę w większym wymiarze godzin jest mniejsze), opiekunowie rodzinni, a także legalnie pracujące nianie, za które ZUS będzie płacił składki na ubezpieczenie, co ma prowadzić do choćby częściowego wyprowadzenia z szarej strefy osób wykonujących tę profesję.
Widać więc wyraźnie, że znaczenie tej ustawy jest pierwszoplanowe z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa jako całości, oraz dla jego słabszych członków. Można tu wręcz mówić o rewolucyjnej zmianie, przy czym wiele jej szczegółów i skutków jest jeszcze niedookreślonych. Na dobry początek zapowiada ona jednak pomyślne trendy.
Rafał Bakalarczyk
Przypisy:
1. D. Graniewska, Żłobki i przedszkola w PRL, Wydawnictwo Związkowe CRZZ, Warszawa 1971.
2. EURYDICE, Wczesna edukacja i opieka nad dzieckiem w Europie: zmniejszanie nierówności społecznych i kulturowych, Warszawa 2009.
przez administrator | piątek 14 stycznia 2011 | nasze rozmowy
O zmianach w zasadach zatrudniania osób niepełnosprawnych rozmawiamy z Moniką Bugajewską-Tykarską, wiceprezes zarządu Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.
***
Czemu służą zmiany w prawie regulującym zatrudnianie niepełnosprawnych, obowiązujące od 1 stycznia 2011 r.?
Monika Bugajewska-Tykarska:
Z punktu widzenia rządu zmiany mają poprawić sytuację finansową
Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który przy
dotychczasowym sposobie finansowania zbankrutowałby w ciągu roku.
Zmiany mają zapewnić bardziej optymalne wykorzystywanie środków. Z
punktu widzenia pracodawców wygląda to jednak zupełnie inaczej.
Sytuacja PFRON jest zła i wszyscy uważają, że trzeba wprowadzić jakiś
„pakiet ratunkowy”, a potem usiąść do pracy nad
regulacjami ustawowymi.
Niestety, wykorzystując złą sytuację w PFRON, rząd wprowadza zmiany stopniowo
zmniejszające dofinansowanie miejsc pracy dla niepełnosprawnych. Od 1
stycznia stopniowo będzie zmniejszane dofinansowanie do wynagrodzeń
osób niepełnosprawnych w stopniu lekkim, w zamian za zwiększenie
dofinansowania wypłat osób ze znacznym stopniem niepełnosprawności.
Tyle że takich osób jest niewiele na rynku pracy. W rezultacie więcej
pieniędzy zostanie w budżecie państwa, za cenę faktycznej pomocy
niepełnosprawnym. Najpierw trzeba wdrożyć edukację osób ze znacznym
stopniem niepełnosprawności, by w ogóle miały szansę wejść na rynek
pracy, a dopiero później postarać się, by pracodawcy chcieli te osoby
zatrudniać.
Zmiany ograniczają się do zmniejszenia środków finansowych?
M.B.-T.:
To jest ich główny punkt. Oprócz tego są zmiany związane z
wykorzystywaniem środków, które pracodawcy odprowadzają na Fundusz.
Trzeba je będzie wykorzystać w ciągu roku – do tej pory nie
było takich ograniczeń.
Dotychczas nie było także określonej liczby osób zatrudnionych z danym stopniem
niepełnosprawności niezbędnej, aby otrzymać ulgi podatkowe. Teraz
zostało to doprecyzowane: ulgi będą otrzymywać tylko firmy o bardzo
wysokiej koncentracji zatrudnienia osób niepełnosprawnych. To
wyklucza większość firm, bo wymagany jest wśród personelu udział
niepełnosprawnych na poziomie ponad 50% ogółu zatrudnionych. Zakładów
pracy spełniających te kryteria jest w Polsce tylko kilkanaście.
Jak rząd argumentował wprowadzane zmiany?
M.B.-T.:
Przypominał różne nieprawidłowości związane z przyznawaniem dużych
ulg. To trochę tak, jakby złapać jednego złodzieja, a następnie na
wszelki wypadek obciąć ręce połowie społeczeństwa. Na pewno trzeba
uszczelnić system, zadbać o sprawiedliwy podział środków, ale nie
można ich obniżać. Tymczasem kwota stanowiąca podstawę do obliczania
wysokości dofinansowania została zamrożona w grudniu 2009 i będzie
obowiązywała w latach 2011-2012. Zlikwidowano również dofinansowanie
do emerytów o lekkim stopniu niepełnosprawności.
Nie bez znaczenia jest czas pracy. Osoby niepełnosprawne w stopniu
umiarkowanym obowiązywał 7-godzinny czas pracy. Jeżeli chciały go
przedłużyć o godzinę, musiały posiadać stosowne orzeczenie lekarskie.
Wprowadzone zmiany odwracają sytuację: obligatoryjny jest 8-godzinny
czas pracy, o którego skrócenie trzeba się starać u lekarza.
Argumentem uzasadniającym tę zmianę było przekonanie o tym, że
pracodawcy, którzy oferują zmianowy czas pracy, nie chcą zatrudniać
osób z umiarkowanym i znacznym stopniem niepełnosprawności, bo jeśli
większość pracuje 8 godzin, a część tylko 7, to może stanowić duży
problem organizacyjny. Rzekomo lekarze boją się wydawać zgody na
zwiększenie czasu pracy, żeby potem nikt ich nie oskarżył o
pogorszenie stanu zdrowia osoby niepełnosprawnej.
Pracodawcy orzekli, że jeżeli rzeczywiście sytuacja jest ciężka, to wprowadźmy
zmiany, ale poprzedzone dłuższym vacatio legis, które pozwoli pracodawcom na zapoznanie się z ustawą i dostosowanie
do nowych zasad. Usłyszeli w odpowiedzi, że pieniądze są potrzebne już, a nie za chwilę.
W pewnych obszarach zaproponowano okresy przejściowe.
M.B.-T.:
Są trzy etapy zmian: od stycznia 2012 do czerwca 2012, od lipca 2012
do grudnia 2012, i od stycznia 2013. Mimo tego, zmiany napawają
lękiem. Już kiedyś postawiono za cel zlikwidowanie chronionego rynku
pracy, uznanego przez rządzących za zbędny. Zmiany, o których
mówimy, doprowadzą do tego celu. Rząd mówi, że gdy były wprowadzane
ostatnie zmiany, to pracodawcy również straszyli, że będą zwalniać, a
nic takiego się nie stało, wręcz przeciwnie – zatrudnienie
niepełnosprawnych wzrosło. Ale zwiększyło się głównie dlatego, że
przedtem otwarty rynek pracy nie miał dofinansowania do
niepełnosprawnych pracowników, a teraz ma. Natomiast nie wzrosło ono
na tyle, byśmy mogli mówić sukcesie. Zwiększyło się natomiast na
tyle, że PFRON sobie z tym nie radzi. Podsumowując, błąd tkwi gdzieś
w systemie, nie zaś w dofinansowaniu.
Jak zmiany wpłyną na sytuację osób niepełnosprawnych?
M.B.-T.:
Myślę, że zatrudnienie osób z umiarkowanym i znacznym stopniem
niepełnosprawności nie wzrośnie. Jeżeli Zakłady Pracy Chronionej
(ZPCh) nie będą już chciały posiadać tego statusu, czyli przejdą na
otwarty rynek pracy, to zostawią tylko najbardziej wydajnych
pracowników. Senat obiecał, że po pół roku od wejścia ustawy w życie
sprawdzi, jak się zmieniło zatrudnienie osób niepełnosprawnych i
ewentualnie zaproponuje korektę. Miejmy nadzieje, że rzeczywiście tak
będzie i że wówczas da się jeszcze coś zmienić – na razie
zmusza się pracodawców do rezygnacji ze statusu ZPCh… I cały czas
mówi, że ZPCh i Zakłady Aktywności Zawodowej sobie doskonale poradzą.
W Polsce brak wiedzy, że prowadzenie ZPCh polega jednocześnie na rehabilitacji
niepełnosprawnych i na zarabianiu. Jeżeli ktoś straci status ZPCh,
nie będzie zatrudniał dotychczasowej liczby osób niepełnosprawnych,
bo i po co? Ze strony rządowej usłyszeliśmy, że pracodawcy traktują
osoby niepełnosprawne nie jak ludzi, tylko jak etaty, które przynoszą
pieniądze. To nie jest prawda, po prostu musimy osiągać zyski, bo w
przeciwnym razie zamkniemy firmę.
Według danych rządu, 80% środków z PFRON-u wędruje do firm ochroniarskich,
zatrudniających osoby o znikomym stopniu niepełnosprawności, na
kiepskich posadach. Reforma ma służyć alokacji środków np. do
ośrodków aktywizacji zawodowej.
M.B.-T.:
Nie mam danych potwierdzających lub zaprzeczających tym rewelacjom.
Nie wydaje mi się jednak, aby procent środków odprowadzanych do
tychże firm był aż tak wysoki. Wiadomo jednak, że istnieją firmy
ochroniarskie, które zatrudniają osoby z lekkim stopniem
niepełnosprawności, i że niejednokrotnie są to osoby młode, które
dopiero pracując w nich uzyskały taki stopień. To chyba nie jest wina
pracodawców, tylko orzecznictwa. My jako POPON już dawno mówiliśmy,
że istnieje tutaj wiele niespójności między ZUS a NFZ. Nie ma
jednoznacznych kryteriów co do przyznawania poszczególnych stopni
niepełnosprawności, co skutkuje możliwością wielu nadużyć, za które
płacą wszyscy podatnicy. Zasłanianie się firmami ochroniarskimi nie
jest w porządku. Myślę, że gdyby system orzecznictwa był bardziej
szczelny, możliwe byłyby duże oszczędności, a pracodawcy nie mieliby
problemu, jak dostosować się do kolejnych zmian.
Co według Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych jest najważniejsze z
prawnego punktu widzenia?
M.B.-T.:
Stabilizacja prawa. Chcielibyśmy wręcz zapisów, że dany przepis nie
może ulec zmianie np. przez 5 lat. Gdy firma podpisuje kontrakty
wieloletnie, to kalkuluje ceny. Oglądamy kampanie społeczne
nakłaniające do zatrudnienia niepełnosprawnych, ale pracodawcy
pytają, czemu co chwila zmienia się prawo w tym zakresie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 11 grudnia 2010 r.
przez Michał Sobczyk | czwartek 13 stycznia 2011 | opinie
Moje lewicowe serce raduje się z astronomicznych zarobków czołowych
piłkarzy. Smuci zaś na wieść o podwyżkach dla lekarzy ratujących ludziom
życie.
Rozgrywki toczące się na stadionach Madrytu czy Londynu, coraz silniej zglobalizowane i skomercjalizowane, są mi od lat doskonale obojętne. Obce jest mi jednak święte oburzenie na rzekomo niemoralną wysokość gaży ich głównych bohaterów. Nic mi do tego, ile decydują się płacić współczesnym gladiatorom właściciele klubów czy reklamodawcy. Jeśli tylko futboliści uczciwie płacą podatki, wzrost ich bogactwa nie odbywa się ze szkodą dla żadnej grupy społecznej. Gdy ma postać transferu środków od firm bukmacherskich, koncernów telekomunikacyjnych czy arabskich szejków na konta chłopaków z górniczego Knurowa, ubogich przedmieść Marsylii czy zniszczonego wojną Sarajewa (by wspomnieć parę rzeczywistych przykładów z ostatnich lat) – zyskuje wręcz charakter pożądanej redystrybucji.
Mimo wszystkich zmian, piłka nożna pozostaje jedną z najbardziej demokratycznych dziedzin gospodarki, gdzie awans społeczny jest częsty, a najwyższe szczyty osiągane wyłącznie dzięki sumiennej pracy. Co więcej, spełnia funkcję antycykliczną, jako że piłkarze rzadko są „ciułaczami”, a jeśli inwestują, to raczej w realną gospodarkę. A zatem kupujcie sobie kolejne auta, rodzicom – lepsze mieszkania, a kochankom – biżuterię, drogie (dosłownie!) gwiazdy. Dla dobra wspólnego!
Uważam jednocześnie, że lekarze zatrudnieni w sektorze publicznym nie powinni zarabiać szczególnie dużo. Owszem, zbyt niskie płace oznaczają zagrożenie korupcją oraz „wysysanie” medyków przez sektor prywatny czy placówki zagraniczne. Jednak powyżej pewnego progu, zapewniającego komfort własny i rodziny, wysokość płac ma kluczowe znaczenie wyłącznie dla jednostek zdemoralizowanych, a takie należy ze służb publicznych eliminować, zamiast do nich przyciągać. Nie chcę, by moje ubezpieczenie zdrowotne trafiało do kieszeni osób, którym tzw. godność nie pozwala, dajmy na to, operować za mniej niż dziesięciokrotność średniej krajowej. No i co będzie, jeśli w kluczowym momencie spóźni się przelew?
Powyższe rozważania to więcej niż spekulacje. Pokazał to niedawny przykład oddziału chirurgii zielonogórskiego Szpitala Wojewódzkiego, który w bieżącym miesiącu będzie przyjmował tylko najpilniejsze przypadki. Dotychczasowi specjaliści, zarabiający kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, odmówili bowiem przedłużenia kontraktów. Nieoficjalnie wiadomo, iż zażądali co najmniej 25 tys. zł, uzasadniając to faktem, że „w Barcelonie zarabia się dużo więcej”. Media milczą, czy w skład ich żądań wchodzi również podniesienie najwyższej stawki podatku dochodowego do 47% oraz płacy minimalnej do 738,5 euro, jak ma to miejsce w Hiszpanii. Dyrekcja placówki się nie ugięła i wiele wskazuje na to, że medycy przejadą się na swojej zachłanności. Problem ogólny jednak pozostaje.
Jeśli o mnie chodzi, niech lekarze zarabiają jak w Szwecji. Tylko niech najpierw sprawny sektor publiczny (a więc także nakłady na leczenie) oraz skala korupcji osiągną u nas porównywalny poziom, a oni sami zaczną równie uczciwie płacić równie wysokie podatki. Skoro już teraz chcą zarabiać jak w Barcelonie, proponuję nauczyć się grać w piłkę.
przez admin | wtorek 11 stycznia 2011 | nasze rozmowy
O proponowanych przez rząd zmianach w systemie szkolnictwa wyższego,
sytuacji naukowców i przyszłości nauczania akademickiego rozmawiamy z
dr. inż. Januszem Rakiem, prezesem Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego.
***
W listopadzie mieliśmy pierwszą w dziejach Polski pikietę pracowników akademickich. Kilka dni później protestowali studenci. Co się dzieje ze szkolnictwem wyższym?
Janusz Rak: Głównym celem protestu pracowników nauki było zwrócenie uwagi opinii publicznej na problemy środowiska akademickiego, na istotne zaniedbania ze strony rządu i Sejmu, które nie finansują szkolnictwa wyższego i nauki w wystarczającym stopniu. Czarę goryczy przepełniła przygotowana nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym, która narusza prawa pracownicze oraz stawia nierealne wymagania co do okresu robienia habilitacji. Pewne grupy zawodowe nauczycieli akademickich w szkolnictwie wyższym mają być zatrudniane na czas określony, dopóki nie zdobędą habilitacji. Łączy się to z wieloma utrudnieniami, takimi jak np. brak zdolności kredytowej. Kolejnym problemem, z jakim będą musieli borykać się akademicy, jest to, że mogą zostać zwolnieni z pracy na uczelni nawet po jednej negatywnej ocenie, bez szansy na poprawę swego dorobku naukowego (obecnie do zwolnienia konieczne są dwie). Oceny wystawiają komisje, ale kryteria nie zawsze są jasne, co daje sposobność rozgrywkom o charakterze personalnym. Ocenę negatywną można otrzymać za zbyt małe osiągnięcia naukowe lub dydaktyczne w ciągu roku, które mogą wynikać np. z przygotowywania dużej publikacji książkowej, co jest bardzo czasochłonne.
Co więcej, od kilku lat maleją nakłady na szkolnictwo wyższe. W 2005 r. były one na poziomie 0,99% PKB, a w roku 2010 spadły do 0,88% PKB. Pieniędzy z dotacji stacjonarnej starcza właściwie tylko na wynagrodzenia, ubożeje przez to wyposażenie i obniża się konkurencyjność szkolnictwa publicznego, nie mówiąc już o środkach na badania. Nakłady na badania i rozwój w Polsce stanowią zaledwie 0,64% PKB państwa, podczas gdy w krajach „starej” Unii jest to poziom 1,83%, a do końca 2020 r. ma on wynieść 3% – w ten sposób Unia Europejska pragnie odrobić dystans wobec Stanów Zjednoczonych oraz do gospodarczych potęg Azji Wschodniej. To część wyścigu cywilizacyjnego, w którym Europa nie może zostać w tyle. Obecnie polska nauka i szkolnictwo wyższe znajdują się w ogonie, jeśli chodzi o finansowanie. Skutkuje to relatywnie niskimi płacami oraz obniżeniem się statusu społecznego pracowników uczelni, którzy mają ograniczone możliwości rozwoju. Jest to szczególnie widoczne w naukach technicznych, które wymagają znacznie większej ilości środków na finansowanie badań, wyjazdów, materiałów i sprzętu.
Mówi się także o pogorszeniu statusu zawodowego nauczycieli akademickich.
J. R.: Dopiero niedawno wydano akty wykonawcze do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, uchwalonej pięć lat temu, a już teraz robi się gruntowną zmianę wielu zapisów. Pogorszy to stabilizację zawodową nauczycieli akademickich, szczególnie tych, którzy nie mają wysokiego stopnia naukowego – dotyczy to ograniczenia zatrudniania na podstawie mianowania w zasadzie tylko do grupy profesorów tytularnych. Nie będzie już tak, jak przed wojną, że akademik był urzędnikiem państwowym. Obecnie stajemy się zwykłymi pracownikami o uprawnieniach mocno ograniczonych paragrafami kodeksu pracy.
W krajach Unii Europejskiej nie ma tego typu rozwiązań w zakresie modelu kariery naukowej. Nie znam kraju, w którym byłby przymus robienia habilitacji. Do tej pory zapisy w statutach uczelni były o wiele bardziej elastyczne, co pozwalało pracownikom planować karierę i rozwój w różnym przedziale czasowym. Na uczelniach technicznych dochodzenie do habilitacji zajmowało średnio 15 lat. Natomiast rządowy projekt nowelizacji ustawy obliguje doktorów zatrudnionych na stanowisku adiunkta do zdobycia stopnia naukowego doktora habilitowanego w ciągu ośmiu lat. Ten wymóg ma obowiązywać również w stosunku do adiunktów już pracujących, którzy zostali zatrudnieni na innych zasadach, niż te zawarte w nowelizacji. Oznacza to, że w przypadku tej ustawy prawo działa wstecz, a ci, którzy nie zrealizują swoich planów naukowych w terminie 8 lat lub którym okres ten już upłynął, będą musieli odejść. Jest to naruszenie praw nabytych. Obligatoryjna habilitacja, przy skróceniu okresu jej realizacji do 8 lat, może w perspektywie zagrozić szkolnictwu wyższemu luką kadrową. Bo jeśli zwolni się tych doktorów, którzy nie zrobili habilitacji, to kto będzie kształcił studentów za 7-8 lat?
W szkolnictwie wyższym zmiany ustawowe robi się „w locie”, nie zapewniając gwarancji wzrostu wydatków na badania czy na dydaktykę, by pensje były godziwe i dawały życiową stabilizację. W perspektywie, życie młodych naukowców ma być wypełnione badaniami i dydaktyką, bez pozostawienia im czasu na sprawy prywatne. W innych krajach Unii Europejskiej doktoranci mają samodzielność badawczą, gwarantowaną tzw. Europejską Kartą Naukowca, dzięki czemu mogą skoncentrować się na robieniu konkretnych rzeczy, np. dla gospodarki, a nie na pisaniu kolejnych publikacji i zbieraniu niezbędnych do habilitacji „punkcików”. Przyczyniają się tym samym do rozwoju kraju, a nie wyłącznie do rozbudowywania swojego dorobku, niezbędnego do zdobycia kolejnego szczebla w karierze naukowej.
Przepisy nowelizacji są w wielu miejscach niejasne. Istnieje np. zapis, który stanowi, że można zostać zatrudnionym na stanowisku profesora nie mając habilitacji, jeśli kierowało się zespołami badawczymi za granicą przez minimum 5 lat. Upokarza to rodzimych naukowców, którzy koncentrują się na pracy we własnej uczelni. Z drugiej strony, obciążenie dydaktyczne związane z liczbą studentów wzrosło od lat 90. pięciokrotnie. Kadra, która zaczynała wtedy pracę naukową, musiała przyjąć ciężar tego boomu edukacyjnego na siebie, kosztem np. wyjazdów zagranicznych na staże czy pracy badawczej. A dziś to właśnie im grożą zwolnienia, bo nie zdążyli wypracować stopnia gwarantującego bezpieczny etat. Nauczanie w szkolnictwie wyższym nie daje możliwości zdobywania kolejnych tytułów, co skutkuje z jednej strony taką właśnie niesprawiedliwością wobec tych, którzy spełniają się w przekazywaniu wiedzy i doświadczeń innym, a z drugiej sukcesywnym obniżaniem poziomu dydaktyki. W naukowej karierze liczą się bowiem jedynie publikacje, wydawnictwa i monografie.
To nie pierwsze negatywne zmiany w systemie akademickim, jednak do tej pory akademicy nie wychodzili na ulice.
J. R.: Społeczność akademicka jest przyzwyczajona do debaty, do rzeczowej rozmowy i do tego, że w trakcie wymiany zdań druga strona powinna wysłuchiwać argumentów strony przeciwnej. Stan niezadowolenia i frustracji środowiska, który przełożył się na publiczną formę protestu, wywołała sukcesywnie spadająca od 2006 r. wysokość nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę, liczona udziałem w PKB. Płace nauczycieli akademickich w relacji do średniego wynagrodzenia w gospodarce zaczęły maleć, co poskutkowało poszukiwaniami zarobku poza uczelnią, a to z kolej spowodowało opóźnienia w rozwoju naukowym oraz obniżenie poziomu dydaktyki. Uważam, że nauczyciel akademicki, który chce skutecznie działać i być profesjonalistą w swoim zawodzie, powinien mieć środki na badania, powinien prowadzić dydaktykę oraz funkcjonować w swoim podstawowym miejscu pracy. Mobilność naukowców, rozumiana jako zmiana miejsca zatrudnienia, nie może być obligatoryjna.
Szkolnictwo wyższe powinno przede wszystkim kształcić oraz stwarzać warunki do aplikowania wyników badań nie tylko środowisku naukowemu, ale także studentom i gospodarce. Obecnie zajęć dydaktycznych oraz badań naukowych nie da się – ze względu na niedostatek środków finansowych – prowadzić tak, jak byśmy chcieli, co wpływa drastycznie na jakość kształcenia. Gdy zgłaszaliśmy wnioski o zwiększenie finansowania, spotykały się one z odmową.
Chciałbym podkreślić, że pani minister Barbara Kudrycka najpierw przygotowała projekt reformy szkolnictwa wyższego, a dopiero później, 17 września, powołała forum ekspertów, które ma za zadanie opracować strategię rozwoju tego szkolnictwa. W moim odczuciu, konsultacje prowadzone przez resort na etapie przygotowania nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, były w dużym stopniu pozorowane. Na wysłuchaniu publicznym 9 listopada 2010 r. pojawiło się ponad 100 osób, z czego większość miała zastrzeżenia. Również studenci zgłaszali wątpliwości wobec ministerialnych rozwiązań.
Czy są jakieś zalety planowanej reformy?
J. R.: Niektóre proponowane rozwiązania są rzeczywiście potrzebne, np. Krajowe Ramy Kwalifikacyjne czy nakierowanie na innowacyjność oraz promowanie i wdrażanie nowych technologii w gospodarce. Jednak nasuwa się w tym momencie pytanie, skąd wziąć te technologie, skoro na badania wciąż nie wygospodarowano odpowiedniej ilości środków, a wręcz tnie się nakłady. Studentom zabiera się np. dostęp do studiowania drugiego, nieodpłatnego kierunku studiów, co obniża ich konkurencyjność na rynku pracy.
A co ze studiami odpłatnymi? Badania socjologiczne pokazują, że na studiach dziennych większość studiujących pochodzi z rodzin dość dobrze sytuowanych, natomiast niestacjonarne wybierają mniej zamożni.
J. R.: Osoby z biedniejszych rodzin zmuszone są rozpoczynać pracę zawodową, żeby nie być na utrzymaniu rodziców, gdyż stypendia są bardzo skromne. Nie znam dokładnych rozwiązań co do zmian w ich przyznawaniu, ale wiem, że więcej środków ma być przeznaczanych według kryterium dochodowego na pomoc o charakterze socjalnym, a mniej w charakterze nagrody za wyniki w nauce. Tak czy inaczej, dane statystyczne wskazują, że maleje dostępność stypendiów.
Czy sensowna nie byłaby zatem taka zmiana, która zamiast bezpłatnych dziennych i płatnych niestacjonarnych wprowadzałaby odpłatność zależną od stopnia zamożności?
J. R.: W przypadku kierunków technicznych student nie jest w stanie pokryć pełnych kosztów kształcenia, które wynoszą kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Mówi się, że uczelnie niepubliczne utrzymują się z kształcenia odpłatnego, ale dotyczy to zwykle uczelni wyspecjalizowanych w kierunkach społecznych, ekonomicznych czy humanistycznych, które nie wymagają dużych środków na sprzęt, wyposażenie i aparaturę.
Od kilkunastu lat mamy do czynienia z inflacją nauczania, również na poziomie wyższym.
J. R.: Również mam takie wrażenie. Jakość kształcenia obniża się, a proponowane przez ministerstwo rozwiązania nie będą sprzyjały jej wzrostowi. Ukierunkowanie działań nauczycieli akademickich w stronę zdeprecjonowania znaczenia dydaktyki, nie daje perspektyw rozwoju nauczania na poziomie wyższym. Do tej pory istniało stanowisko docenta, które pani minister chce zlikwidować. Docent był dydaktykiem i to właśnie za dorobek dydaktyczny mógł awansować, również finansowo. Moim zdaniem, na uczelniach na pierwszym miejscu powinna stać dydaktyka, a dopiero później badania. Niewątpliwie należy wymagać rozwoju naukowego, ale istnieje również potrzeba, by wykładowcy mieli lepszy kontakt z przemysłem, z gospodarką, oraz by te elementy wiedzy, które zdobywają jako doświadczenie praktyczne w kontakcie z otoczeniem gospodarczym, mogli przekazywać studentom, przygotowując ich do zawodu. W wyniku błędów popełnionych na etapie prywatyzacji przedsiębiorstw nie ma takich mechanizmów, które by ukierunkowały podmioty gospodarcze na współpracę z uczelniami, bo z reguły kupują one gotowe rozwiązania w macierzystym kraju, skąd pochodzi kapitał właścicielski. W Polsce jest zbyt mało rodzimej myśli technicznej, a przecież w obecnych czasach to na transferze technologii zarabia się najlepiej. Sporadyczne są przypadki sprzedaży opracowań naukowych czy know how. W sektor badań naukowych (B+R) najpierw trzeba zainwestować, by później czerpać profity. W wyniku zaniedbań stajemy się zapleczem usługowym dla Europy, dostarczamy taniej siły roboczej.
Co roku mamy więcej magistrów, ale nie ma dla nich pracy zgodnej z ich kwalifikacjami.
J. R.: Na rynku pracy jest coraz więcej osób mających za wysokie kwalifikacje w stosunku do potrzeb. Poza tym występuje nadmiar kadry w zawodach, dla której nie ma pracy odpowiadającej wyuczonym specjalnościom. Pomijam już to, że wielu wykształconych ludzi wyjeżdża za granicę, bo w kraju nie ma miejsc pracy. Warto też przypomnieć, że spójny system edukacji młodzieży obejmuje zarówno oświatę, jak i szkolnictwo wyższe. Jeszcze za czasów ministra Giertycha nauczyciele w oświacie zmobilizowali się i rozpoczęli akcje protestacyjne, co zaowocowało wzrostem kwoty bazowej dla nauczycieli, która wynosi obecnie ponad 2440 zł, podczas gdy dla pracowników szkolnictwa wyższego zaledwie 1873 zł. Nie można przyzwalać na tak pogłębiające się nierówności. Oświata i szkolnictwo wyższe winny być jednością.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 7 stycznia 2011 r.
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 10 stycznia 2011 | opinie
Neoliberalizm miał być najwyższym stadium rozwoju ludzkości. Proroctwo o końcu historii nie potwierdziło się. Teraz finansiści wykańczają system, który sami stworzyli.
Siła wielkich korporacji, fasadowa demokracja i osłabienie państw narodowych wydawały się gwarantem trwałości. Przymus ekonomiczny skutecznie tłumił odruchy buntu, co wyzwoliło niepohamowaną chciwość. Rządy pieniądza doprowadziły do kryzysu. Historia chichocze. Sprawdza się proroctwo I sekretarza PZPR, W. Gomułki, który twierdził, że burżuazja doprowadziła do upadku ustrój burżuazyjny, a rządy klasy robotniczej zostaną obalone przez robotników.
Historia nie wykazuje żadnych objawów wyczerpania. Agresorzy straszą, wybuchają konflikty graniczne i terytorialne, toczą się wojny ekonomiczne, surowcowe, plemienne i religijne. Nawet można odnieść wrażenie, że Historia szykuje nam powtórki. Władcy na Kremlu stosują te same wypróbowane chwyty, na które Zachodnia Europa i USA tak samo się nabierają.
Rosja dąży do odtworzenia swojego imperium, ale ideologia marksistowska odradza się nie w Rosji, tylko w Ameryce Łacińskiej. Jan Paweł II zlikwidował teologię wyzwolenia. „Solidarność” też została pokonana. Korporacjom nie zagraża już ani Chrystus z karabinem, ani związek zawodowy ostentacyjnie wyrzekający się przemocy. Tym razem sprawa jest poważniejsza.
Jedynie w polskich szkołach udało się zakończyć Historię. Nie tylko nie ma na nią czasu, ale, co gorsze, nie można jej uczyć. Prawda nie istnieje, fakty się nie liczą. Są tylko różne narracje. Narracje autorytetów są obowiązujące. Narracje osób „kontrowersyjnych” – podejrzane. Historię piszą zwycięzcy, przykrawając ją do potrzeb rządzących.
Słyszałam wypowiedź jakiegoś rządowego guru, że dzieci więcej nauczą się z opowieści rodziców i dziadków, niż od nauczyciela. Jeden chłopiec dowie się, że jego dziadek był partyzantem, drugi, że walczył z bandami. Chłopcy sami ustalą, który był bardziej bohaterski. Historia już przyznała rację temu z UB. Prawda bez sprawiedliwości rodzi frustrację i agresję.
Próba pisania historii bez faktów nie w pełni się powiodła. Następną linią obrony jest – „nie osądzajmy”. Nie należy osądzać Wałęsy, Jaruzelskiego, Kiszczaka, Michnika, Balcerowicza, Orszulika. Wszyscy byli realistami i skutecznymi politykami. Osądzanie drugiej strony też nie jest wskazane, ponieważ nie można powiedzieć, o co walczyła. Język zdecydowanie złagodniał. Oszołoma nazywa się teraz „kontrowersyjnym”.
Nie tylko nauczanie historii, cała szkoła jest zagrożona. Propozycja nowej reformy zmierza w tym samym kierunku, co wszystkie inne projekty rządu. Celem są oszczędności, zrzucenie odpowiedzialności z władzy centralnej i zachowanie posad dla swoich. Aby przekonać opinię publiczną, że nauczycielom trzeba dołożyć obowiązków i obniżyć zarobki, posłużono się kłamstwem. Według MEN nauczyciel dyplomowany zarabia 4502 zł. Podstawowe wynagrodzenie wynosi 2799 zł. Do tego dochodzi obligatoryjny dodatek za staż oraz uznaniowe dodatki przyznawane przez dyrektora i gminę. Sprawdziłam konkretny przykład. Wynagrodzenie nauczyciela o najwyższych kwalifikacjach, z długim stażem, dobrze ocenianego przez dyrektora i gminę, wynosi 3795,04 zł brutto. Skąd się wzięło 4502 zł?
Od tej pory za nauczycielskie pensje będą odpowiadać samorządy. Subwencja oświatowa pokrywa tylko 40 do 60% kosztów funkcjonowania szkół. Negocjacje pensji będą oznaczać głównie jej zmniejszenie oraz podnoszenie pensum. Kuratoria zostaną zlikwidowane. W województwach powstaną departamenty i regionalne ośrodki jakości edukacji, w powiatach Centra Rozwoju Szkoły. O awansie nauczycieli będą decydować dyrektor i rodzice, a audyt szkół będzie zlecany firmom zewnętrznym. W każdej szkole zostanie powołany moderator, organizator i mentor. Już teraz biurokracja – wdrażanie procedur, pisanie planów i sprawozdań – pochłania ogromną ilość czasu nauczycieli i dyrektorów. Po reformie uczenie i wychowanie będzie zbędnym dodatkiem do obowiązków.
Reformy PO to majstersztyk. Pod pozorem większej samodzielności nauczyciele tracą oparcie w służbach resortu, a równocześnie popadają w zależność od rodziców, dyrektorów, radnych gminy, urzędników województwa i całej sfory ekspertów, kontrolerów jakości edukacji i specjalistów od audytów. System będzie droższy, ale to już nie jest zmartwienie ministerstwa. Szkoła musi wygospodarować pieniądze na zewnętrznych ekspertów.
Niektórzy podejrzewają szatański plan ogłupiania polskiej młodzieży. Przypuszczam, że przyczyny są prozaiczne. Rząd cały czas kombinuje, jak pozbyć się obowiązków nudnych, żmudnych i ryzykownych politycznie.
Nie przesadzajmy z oskarżaniem szkoły o ogłupianie młodzieży. To nie jest wina szkoły, że maluchy nie chcą słuchać bajeczek. Chcą oglądać pościgi, wrzaski, wybuchy i szaleć. Od nauczycieli wymaga się, żeby dzieci się nie nudziły, żeby wiedza była przekazywana w formie łatwej i atrakcyjnej.
Masowa kultura i masowa informacja produkują w głowach kartoflankę. Zalewają nas nieistotne informacje, powierzchowne opinie, agresywne reklamy i zwyczajne brednie. Ambitniejsi podejrzewają, że nie mogą zrozumieć świata, ponieważ za mało wiedzą, za wolno się poruszają, są za mało aktywni. Jeszcze szybciej przełączają kanały w telewizorze, strony w Internecie, odbierają i wysyłają setki maili i SMS-ów. Mniej ambitni rezygnują, oglądają atrakcyjne programy i czekają, aż los się do nich uśmiechnie, wygrają samochód albo casting.
Przeczytałam w „Rzeczpospolitej”, że mózg naszego gatunku kurczy się. Uczeni nie wiedzą, dlaczego; pocieszają się, że chociaż mózg jest mniejszy, sprawniej działa. Pesymiści obawiają się, że już w nieodległej przyszłości ludzie nie będą w stanie zrozumieć tekstu, sformułować wypowiedzi, liczyć. Nastąpią rządy idiokracji.
Obawiam się, że to proroctwo się spełnia. Nie można bezkarnie atakować mózgu chaotycznymi bodźcami i zaniechać używania go do myślenia.
Joanna Duda-Gwiazda
przez administrator | czwartek 6 stycznia 2011 | kultura zaangażowana, nasze rozmowy
Z nowym rokiem przestają obowiązywać autorskie prawa majątkowe spadkobierców twórców zmarłych 70 lat temu. O znaczeniu tego wydarzenia i wadze domeny publicznej rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem, prezesem Fundacji Nowoczesna Polska.
***
W tym roku do domeny publicznej przechodzą m.in. działa Berenta, Boznańskiej czy Bułhakowa. Oznacza to m.in., że ich dzieła można reprodukować bez płacenia tantiem spadkobiercom. Jakie ma to znaczenie dla obywateli?
Jarosław Lipszyc: To są tylko przykłady kilku najbardziej znanych osób. Do domeny publicznej przechodzą tysiące utworów twórców, o których nigdy nie słyszeliśmy. Autorów fotografii, pocztówek, filmów, nagrań archiwalnych czy nawet zdjęć rodzinnych, na których często bazują historycy. One nie są ważne dla każdego, ale nie pozostają bez znaczenia dla osób, które zajmują się jakimś tematem, np. historią lokalną, usiłujących publikować różne pamiątki związane z miejscem, wydarzeniem, organizacją czy człowiekiem. Dla tych osób są to rzeczy niezwykle istotne.
Często skupiamy się na najbardziej znanych nazwiskach. Rzadziej pamiętamy o tych tysiącach, które również zmarły w 1940 r. – ich dorobek nie trafi na pierwsze strony gazet, ale to dzieła nierzadko bardzo istotne dla miejsc, w których żyli.
W Polsce majątkowe prawa autorskie obowiązują przez 70 lat od śmierci autora. Zdarza się, że spadkobiercy nie wyrażają zgody na publikację ważnych utworów. Jakie znaczenie dla polskiej kultury ma tak długi okres obowiązywania materialnych praw autorskich?
J.L.: Ten okres jest wręcz absurdalnie długi, co ma negatywny i niszczący wpływ na rozwój kultury. Wśród „staroci” niewiele jest dzieł mających potencjał komercyjny, natomiast na obecnych regulacjach cierpi cała ta twórczość, która nie będzie się sprzedawać w wielkich nakładach. Bardzo często jest tak, że twórcy, którzy chcieliby wykorzystywać jakieś dzieło, np. wystawić w teatrze, spotykają się z odmową, bo ktoś pilnuje go jak przysłowiowy pies ogrodnika. Tak jest np. w przypadku spadkobierców Jamesa Joyce’a, którzy w sposób bardzo restrykcyjny podchodzą do jego dzieł i nie udzielają zgody na publikowanie jakiegoś tłumaczenia, pomimo że w danym kraju jest uznawane za lepsze i ciekawsze, wnoszące więcej do kultury. Już teraz miłośnicy „Ulissesa” cieszą się na 1 stycznia 2012 r., kiedy działa Joyce’a przejdą do domeny publicznej i restrykcyjna polityka spadkobierców się skończy.
Ale to tylko jeden z aspektów. Wiele utworów nie jest wykorzystywanych, bo byłoby to za drogie. Zostałyby one udostępnione współczesnym odbiorcom, gdyby trafiły do domeny publicznej. Mogłyby być zamieszczone w bibliotekach cyfrowych. Dla takich utworów domena publiczna jest szansą na drugie życie, na nowych odbiorców, komentatorów, na inspirowanie kolejnych pokoleń.
Bardzo często utwory nie są wykorzystywane nie dlatego, że ktoś tego chce, ale ponieważ nie ma pomysłu, co w tej sytuacji zrobić. Według polskich regulacji, posiadacz praw autorskich nie ma prawa się ich zrzec, z przeniesieniem do domeny publicznej.
Mówimy cały czas o majątkowych prawach autorskich, bo osobiste są wieczne. One oczywiście nie są problemem, wręcz przeciwnie, chronią Kochanowskiego, Mickiewicza czy Norwida i mówią tyle, że nikt nie ma prawa podpisać się pod ich utworem i powiedzieć, że to jego dzieło. Chronią prawo do rozpoznania autorstwa czy integralności dzieła, by nikt nie zmieniał „Trenów” Kochanowskiemu. To fundamentalne zasady transmisji kulturowych, których należy się trzymać.
W jaki sposób Fundacja Nowoczesna Polska stara się upowszechnić domenę publiczną?
J.L.: FNP i Koalicja Otwartej Edukacji działają na rzecz ochrony domeny publicznej. Postulujemy, by ci, którzy chcą się zrzec praw autorskich i przenieść dzieło do domeny publicznej, dając możliwość skorzystania z niego innym, mogli to zrobić.
Proponujemy też, by utwory tworzone przez urzędników państwowych w ramach ich pracy, znajdowały się w domenie publicznej. Na przykład jeśli strażacy czy policjanci robią zdjęcia w ramach obowiązków służbowych, to te fotografie powinny trafiać do domeny publicznej. Tak jest np. w USA, więc czemu nie miałoby tak samo być w Polsce? W wielu krajach świata zasoby edukacyjne, które są finansowane ze środków publicznych, zostają opublikowane na zasadach umożliwiających ich dalsze wykorzystanie, w domenie publicznej lub na jednej z wolnych licencji. Wolne licencje są działaniem prawnym, które umożliwia każdemu dalsze wykorzystanie działa. Choć to nie to samo, co domena publiczna, to ich efekt jest podobny – ludzie mają prawo do wykorzystania tych zasobów w dowolny sposób.
Dążymy też do dyskusji nad długością okresu obowiązywania majątkowych praw publicznych. Uważamy, że ten czas jest obecnie zbyt długi. Zgodnie twierdzą to różne środowiska, w tym wielu twórców, zwłaszcza ci, którzy muszą wykorzystywać cudze utwory. Tak długi „okres ochronny” nie służy założonym celom. Jego intencją jest wspieranie rozwoju twórczości, wspieranie mechanizmów, które pozwalają autorom uzyskać wynagrodzenia za wykonaną pracę, jednak 70 lat po śmierci autora takie uzasadnienie nie ma żadnej racji bytu. Konwencja Berneńska mówi o minimum 50 latach. Polska jest jej stroną, więc warto się zastanowić, czy nie powrócić do tego minimum.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 4 stycznia 2011 r.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 3 stycznia 2011 | opinie
Podwyżki podatków – w tym VAT-u – nie stoją w sprzeczności z doktryną liberalizmu gospodarczego. Są jej perwersyjną kwintesencją.
Pewien popularny zespół muzyczny śpiewa, że „Nic nie boli tak, jak życie”. Nas owo życie zaboli już w najbliższych dniach, za sprawą podwyżki stawek podatku VAT na żywność, odzież, paliwo, część usług, książki itp. Sprawa była wielokrotnie komentowana w mediach, więc o szczegółach podwyżki pisać nie chcę. Wspomnieć warto jedynie o tym, że najbardziej uderzy ona w niezamożnych. Większość Polaków to, wedle wszelkich sondaży, osoby, które nie posiadają oszczędności ani aktywów generujących istotne dodatkowe dochody, przeznaczający niemal całe zarobki na finansowanie bieżących potrzeb konsumpcyjnych. Będą teraz płacili więcej za niemal każdy towar bądź usługę. Będą więc biedniejsi.
Nie jest to informacja bez znaczenia w całej, większej niż podwyżka VAT-u, układance. Wśród wielu komentarzy krytycznych wobec tej decyzji, znaczną część zajmują opinie, które rozliczają rząd PO – partii deklaratywnie liberalnej gospodarczo – ze „zdrady ideałów”. W uproszczeniu, ich treść sprowadza się do stwierdzenia: „Jako liberałowie powinniście obniżać podatki, wy zaś je podwyższyliście”. Takie opinie to przejaw liberalizmu „romantycznego”.
Każda ideologia ma co najmniej dwa warianty. Pierwszy to sielankowa wizja, której wprowadzenie w życie zwiastować ma początek nowej, lepszej epoki dla wszystkich, co najwyżej z wyjątkiem grup uznanych za wrogie („nie zasłużyli” na „lepszy świat”). Nie godzi się ona na kompromisy, a rzeczywistość postrzega przez pryzmat teoretycznych deklaracji. Każda ideologia, nawet najbardziej zbrodnicza, miała swoich „romantyków”, którzy krytykowali realny reżim za „zdradę ideałów”, a przynajmniej za częściowe odejście od pryncypiów, drobiazgowo wyliczając, że w tej i tej kwestii „nie tak przecież miało być”. Nazizm miał swoich „romantyków” w postaci braci Strasserów, którzy zarzucali Führerowi, że poszedł na kompromis z wielkim „plutokratycznym” kapitałem, a „aryjskim” robotnikom nie dał tyle, ile obiecywał. „Romantykami” komunizmu byli Trocki oraz „starzy bolszewicy” zamordowani w ramach czystek, zarzucający Stalinowi, że odszedł od „dziedzictwa Lenina”, zdradził sprawę Światowej Rewolucji, lekceważył rady robotnicze (sowiety) itd. Dziesiątki lat po upadku III Rzeszy i ZSRR ukazują się strasserowskie i trockistowskie gazetki, których autorzy przekonują, że „prawdziwego” nazizmu i komunizmu nie było nigdy (lub jedynie bardzo krótko), były tylko „błędy i wypaczenia”, które nie przekreślają „wspaniałości” samej doktryny i konieczności dążeń do jej „autentycznej” realizacji.
Z tego względu wszelkie nurty polityczne należy oceniać nie wedle deklaracji, lecz z punktu widzenia realnych wcieleń. Nawet te, które są mi bliskie, oceniam właśnie tak – program socjalistyczny czy socjaldemokratyczny jest dla mnie znacznie mniej ważny, niż jego realne wcielenia, np. w krajach skandynawskich, z ich ogromnymi zdobyczami, ale także słabościami, „wypaczeniami”, nierozwiązanymi problemami i niedotrzymanymi obietnicami. To nie praktycy są źli – to w samej ideologii coś było nie tak: czegoś nie wzięto pod uwagę, coś pochopnie zlekceważono, coś obiecano na wyrost.
Swoich „romantyków” ma też liberalizm gospodarczy. Gdy liberalni realiści podnoszą podatki, czytelnicy „Najwyższego Czasu!” pomstują na ich zaprzaństwo, nazywają łże-liberałami lub pseudoliberałami. Dokładnie tak, jak bracia Strasserowie i Trocki chłostali Hitlera i Stalina bezpłodnym słowem. Pragmatycy jednak niczego nie zdradzili. Widać to w kontekście podwyżki VAT-u doskonale, gdy przypomnimy sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu postrzegano orędowników leseferyzmu. Otóż gdy sięgniemy po stare, kanoniczne teksty programowe czy publicystyczne nie tylko socjalistów, ale także np. chadeków, wówczas dowiemy się, że liberalizm, który dziś stroi się w piórka idealistycznej walki z „uciskiem podatkowym” czy „wszechwładzą państwa”, traktowano po prostu jako doktrynę i ruch służące obronie przywilejów warstw posiadających. Takie było i jest sedno praktyki liberalizmu gospodarczego.
Podatki, owszem, chciano obniżać, ale głównie tym, którzy mieli najwięcej do stracenia na prospołecznym systemie fiskalnym. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że liberalne stronnictwa polityczne kiedykolwiek poważnie przejmowały się stawkami podatkowymi takich „prywatnych przedsiębiorców”, jak sklepikarz czy szewc. „Pazerność rządu” zwalczana jest przez nich wtedy, gdy państwo sięga do kieszeni największych firm, wielkich biznesowych „rodów” i grup interesu. Wrzask liberałów-realistów słychać wtedy, gdy pojawia się ryzyko podwyższenia górnych stawek podatku dochodowego. Milczą zaś oni lub jedynie półgębkiem – dla uwiarygodnienia się – protestują, gdy rosną stawki najniższe. Ile razy słyszeliście z ich ust propozycję, żeby np. znacznie obniżyć podatek dochodowy nie bogatym, lecz najuboższym? Tzw. kwoty wolne od opodatkowania były zwiększane w większości krajów europejskich nie przez liberałów, lecz przez formacje socjaldemokratyczne lub chadeckie. Uznawały one, że jeśli ktoś nie powinien płacić podatków, to ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, nie zaś ci, którzy ulgi podatkowe wykorzystują w teorii na „nowe inwestycje” i „tworzenie miejsc pracy”, zaś w praktyce na nowe jachty, większe wille i coraz bardziej egzotyczne wojaże.
Kolejnym mitem związanym z liberalizmem jest przekonanie, że dąży on do okiełznania tego, co Jankesi nazywają Big Government, czyli wielkim rządem. W rzeczywistości liberalni pragmatycy nigdy w dziejach nie „zmniejszyli” znacząco żadnego państwa. Realny liberalizm nie polega na ograniczaniu funkcji państwa i istotnym zmniejszaniu wydatków budżetowych. Jego celem jest jedynie zmiana kierunków działań państwa – tak, aby mniej wydawało ono na zaspokajanie potrzeb szerokich rzesz społecznych, zaś więcej środków i wysiłków poświęcało temu, co zwiększy profity bogatej garstki. Propaganda mówiąca o „zmniejszaniu marnotrawstwa” czy o „odebraniu biurokratom władzy nad obywatelami” to lep na łatwowiernych. W praktyce zmniejsza się budżetowe dotacje do szkół czy szpitali, aby więcej środków przeznaczyć na wspieranie wielkiego biznesu – czy to wprost, np. za pomocą dotacji do bankrutujących banków, czy pośrednio, prowadząc militarne podboje, aby przemysłowa oligarchia miała zapewnione tanie surowce i nowe rynki zbytu. Tam, gdzie przeciętny obywatel zostaje pozbawiony wsparcia – sam musi walczyć jako konsument z nadużyciami biznesu, jako pracownik z łamaniem przepisów lub nie ma ochrony ze strony niedofinansowanej policji – tam całe zastępy urzędników czekają na byle skinienie możnowładców, którym trzeba zbudować infrastrukturę niezbędną do prowadzenia biznesu, powołać specjalne strefy ekonomiczne, zmienić przepisy tak, aby nie przeszkadzały w zarabianiu forsy itd., itp.
Państwa nie jest wcale mniej – jest go tyle samo, a bywa, że nawet więcej. Tyle że nie dla nas, szaraczków, lecz dla nich, „inwestorów”, „prywatnych przedsiębiorców”, „biznesmenów roku” etc. Gdy liberalni pragmatycy zajmują się „upraszczaniem przepisów”, to można być pewnym, że ułatwią zatruwanie środowiska, usuwanie lokatorów z cennych lokalizacji lub dewastację zabytków, nie zaś zaskarżanie koncernów farmaceutycznych za zniszczenie naszego zdrowia lub „dewelopera” i prawnika, którzy wywłaszczyli nas z ziemi, na której stanie centrum handlowe. Nawet takie ikony liberalizmu gospodarczego, jak Reagan czy Thatcher, nie dokonały znaczącego ograniczenia funkcji i wydatków państwa. Pieniądze zaoszczędzone na zasiłkach dla bezrobotnych czy dotacjach do publicznego szkolnictwa trafiły do budowniczych autostrad czy prywatnego sektora militarnego. Środki, których nie otrzymały „nierentowne kopalnie”, wpłynęły na konta koncernów zajmujących się poszukiwaniami gazu na Morzu Północnym.
To samo dotyczy nie tylko ogółu podatników, ale nawet tej warstwy, którą liberałowie często wycierają sobie gęby, mianowicie drobnych firm prywatnych. Jeśli porównać budżetowe wsparcie dla wielkich korporacji z tym, co otrzymują niewielkie firemki, albo jeśli zestawić wysokość ulg podatkowych dla „magnatów przemysłowych” z tym, co zostaje w kieszeniach właściciela sklepu, apteki czy punktu naprawy parasoli, to liberalny czar pryska nawet z punktu widzenia „prywatnych przedsiębiorców”. To samo widać jeszcze lepiej, gdy rozmaite liberalne rządy upraszczają procedury np. eksploatacji ropy naftowej czy sprzedaży prądu, za to śrubują normy dla produkcji tradycyjnych wyrobów spożywczych. Na tych pierwszych biznesach zarabiają od pokoleń te same rody najbogatszych, zaś te drugie to konkurencja dla koncernów spożywczych. Gdyby przyjrzeć się np. lobbingowi na rzecz rozwiązań sanitarnych dla sektora spożywczego czy ferm hodowlanych, wówczas okaże się, że znakomita większość „socjalizmu”, czyli regulacji prawnych, jest pochodną nacisków wielkiego prywatnego biznesu, który wykańcza drobną konkurencję i zdrowie konsumentów, nie zaś knowań „lewaków” czy „biurokratów”. Nic zatem dziwnego, że np. w USA realne dochody klasy średniej spadały – zamiast rosnąć – w czasach rządów Reagana czy obu Bushów. Wzrosła za to liczba miliarderów i ubogich.
To, że liberalni pragmatycy nie rozmontowali nigdy i nigdzie „wielkiego rządu”, wynika w dużej mierze właśnie z tego, że ów rząd i jego budżet są nader przydatnymi narzędziami wspierania finansowej oligarchii. Wynika też jednak z tego, że pragmatycy nie są tak naiwni i kiepsko wykształceni, jak romantycy. Ci ostatni, co uderza przy bliższym zetknięciu się z takimi środowiskami, niezwykle rzadko dysponują choć podstawową wiedzą o procesach społecznych. To nie przypadek, że wśród zagorzałych propagandystów i wyznawców „prawdziwego liberalizmu” niemal nie uświadczy się socjologów, adeptów polityki społecznej czy planistów przestrzennych, lecz dominują tam ekonomiści-teoretycy (bo już nie ekonomiści badający realne ustroje i rozwiązania oraz ich skutki) lub absolwenci filozofii, politologii czy historii idei. Nie wiedzą oni tego, co wiedzą liberalni pragmatycy lub ich doradcy – że nowoczesne społeczeństwo nie może mieć oparcia w książkowym modelu „państwa minimum”. Tylko czytelnicy „Najwyższego Czasu!” mogą sobie roić, że masowe społeczeństwo, nie bazujące już na – dawno rozbitych przez dynamiczny kapitalizm – „naturalnych wspólnotach”, można ponownie oprzeć na rodzinach, kręgach sąsiedzkich, filantropii i dobrowolności. Upadek nowoczesnego państwa nie zaowocowałby sielanką spod znaku szczęśliwych wielodzietnych rodzin, opiekujących się rodzicami na starość i zgodnie żyjących wraz z innymi w przyjaznych społecznościach. Przyniósłby natomiast bezlitosną walkę wszystkich ze wszystkimi, w której to walce byłyby miliony ofiar, z łajzowatymi UPR-owskimi teoretykami na czele. Z tego też względu nawet Thatcher czy Reagan nie rozmontowali całkowicie pomocowych struktur państwa, lecz przenieśli część ich budżetów do kieszeni biznesu, czego skutkiem nie był bynajmniej renesans rodzin i „odpowiedzialnego polegania na własnych siłach”, lecz eskalacja patologii społecznych i wzrost liczebności „podklasy”.
Podwyżki VAT-u doskonale wpisują się w realny liberalizm. Państwo nowoczesne jest ze swej natury państwem kosztownym – może być nieco tańsze, lecz całkiem tanie nie będzie nigdy. Można je finansować dwojako – albo z wyższego obciążenia podatkowego bogatych, albo z podniesienia „haraczu”, który płacą wszyscy, w tym najubożsi. Gdy rządzą liberałowie, czyli stronnictwo dbające o interesy bogatszych warstw społecznych, wybiera się to drugie rozwiązanie. Wybór liberałów nie oznacza zatem zmniejszania podatków, a wręcz może oznaczać – co właśnie widzimy – ich podwyższanie. Wzrost stawek VAT-u nie jest zdradą ideałów liberalizmu gospodarczego. Jest ich konsekwencją.
Remigiusz Okraska
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 31 grudnia 2010 | opinie
Rok „Obywatela” i jego czytelników toczy się nieco innymi kolejami, niźli rok konsumentów pierwszych stron gazet, zaprzyjaźnionych z władzą telewizji, popularnych serwisów informacyjnych.
W „Obywatelu” przez ten rok czytaliście inne teksty aniżeli „jedynie słuszne”, którymi raczą swoich odbiorców sformatowane na jedno kopyto tygodniki opinii. I sami wiecie najlepiej, co z tego, co przeczytaliście, przemyśleliście, w czym współuczestniczyliście – było dla Was ważne i najważniejsze.
Koniec roku 2010, przed nami nowy czas do wypełnienia. Sami też wiecie najlepiej, co w Waszym życiu osobistym, zawodowym, co w społecznych zaangażowaniach było dobre, porządnie zrobione. Może to, czym żyliście, nie było godne okładek kolorowych pism. Pewnie nie zapraszano Was do telewizji śniadaniowych, gdyście pracowali, marzyli, snuli plany. Może skrzętnie podsumowujecie swój rok 2010, a może jak gdyby nigdy nic idziecie dalej, bo już gonią następne terminy, plany, zadania. Czytacie „Obywatela”, jesteście obywatelami, działacie; nie siedzicie z założonymi rękoma czekając, aż ktoś za Was uczyni świat nieco innym, nieco lepszym.
Czego Wam wszystkim życzyć? Przecież jesteśmy tak różni. Różne doświadczenia życiowe, przebogate światopoglądy, koncepcje polityczne, społeczne i gospodarcze. A jednak razem czytamy „Obywatela”, razem go współtworzymy. Dlaczego? I tu odpowiedzi będą rozmaite. Anarchiści, etatyści, lewacy, prawicowcy, wierni różnych wyznań chrześcijańskich i religii, agnostycy, ateiści, społecznicy, naukowcy, działacze polityczni, studenci, matki, żony, a pewnie i kochanki, przykładni ojcowie i niebieskie ptaki, entuzjaści i malkontenci, miłośnicy piw z niszowych browarów, niuchacze tabaki i palacze fajki, feministki i „męskie szowinistyczne świnie”, domatorzy i wagabundy, biznesmeni i urzędnicy państwowi, lekkoduchy-artyści i zwykli zjadacze chleba – wszyscy mieliśmy w mijającym roku swoje powody, by sięgać po „Obywatela”, by go wspierać.
Jesteśmy obywatelami. Szukamy sposobów, motywów, ludzi wespół z którymi zrealizujemy idee i koncepcje znane nam z „Obywatela”. Tak, czas obywateli płynie inaczej niż czas mainstreamowych mediów, rządząc się często innymi prawami. Nie znaczy to, że sprawy Polski są dla nas nieistotne. Inna jest perspektywa, nierzadko poruszają nas inne zagadnienia. Ale przecież tutaj żyje większość z nas, a pozostali – wracają myślami.
Ideą naczelną „Obywatela” jest dobro wspólne. Tworzymy zatem, często się nie znając, pewien rodzaj wspólnoty. „Obywatel”, w mniejszym lub większym stopniu, jest częścią naszej tożsamości, albo przynajmniej źródłem wiedzy, które uznajemy za rzetelne, warte poznania. A przecież – różnimy się. Nawet jeśli większość z nas uznaje się za ludzi lewicy, to przecież nie maszerujemy w karnym szeregu, w rytm i pod dyktando werbli. Jesteśmy raczej partyzantami wielkiej, niekończącej się konspiracji obywatelskiej. I obyśmy chcieli, mogli walczyć dalej: niekoniecznie na plażach, lądowiskach, polach i ulicach, na wzgórzach… I co najistotniejsze: obyśmy nigdy się nie poddali.
Tego Wam wszystkim w 2011 roku szczerze życzę: sił, zdrowia, szczęścia i okazji do obywatelskiego knucia i konspirowania… Więcej obywatela w obywatelach, obywatele! Więcej „Obywatela”!
Krzysztof Wołodźko
przez dr Piotr Stankiewicz | wtorek 14 grudnia 2010 | opinie
Tocząca się w Polsce debata wokół żywności genetycznie modyfikowanej pomija fundamentalne kwestie wpływu biotechnologii rolniczej na kierunek rozwoju polskiego rolnictwa i obszarów wiejskich. W efekcie kluczowe decyzje zapadają za zamkniętymi drzwiami, poza demokratyczną debatą publiczną.
Od ponad pięciu lat trwa w Polsce spór o uprawę roślin genetycznie modyfikowanych (tzw. GMO) i wykorzystywanie biotechnologii w produkcji żywności. Jego odzwierciedleniem jest wciąż niejednoznaczny stan prawny, skutkujący prowizorycznością i tymczasowością rozwiązań. W Sejmie od kilku lat trwają prace nad kolejnym już rządowym projektem ustawy o GMO. Podobnie Unia Europejska wciąż szuka wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się po zniesieniu w 2004 r. – w wyniku presji ze strony USA i Światowej Organizacji Handlu – tzw. moratorium na uprawę roślin genetycznie modyfikowanych. Wciąż nie jest przesądzone, czy państwa członkowskie powinny mieć prawo do samodzielnego decydowania o dopuszczalności upraw GMO na swoim terytorium.
Debacie o GMO ton nadają z jednej strony ekolodzy, z drugiej zaś osoby związane z przemysłem biotechnologicznym (zazwyczaj współpracujący z nim naukowcy). Dyskusje koncentrują się wokół jednego aspektu: potencjalnej szkodliwości dla zdrowia ludzkiego oraz środowiska. Ekolodzy i przeciwnicy GMO uważają, że mogą one powodować poważne konsekwencje zdrowotne i ekologiczne, podczas gdy ich zwolennicy twierdzą, że nie stanowią one zagrożenia.
Ta niekończąca się od lat dyskusja posiłkuje się pojawiającymi się co rusz nowymi wynikami badań, jednak sama w sobie wydaje się przypominać ślepą uliczkę. Biotechnologia należy do technologii obarczonych sporym potencjałem ryzyka, w przypadku których po prostu nie możemy z góry ustalić, czy są bezpieczne, czy nie.
Rozstrzygnięcie ex ante kwestii szkodliwości GMO przy pomocy badań naukowych wydaje się więc mało prawdopodobne. W tym kontekście spór o genetycznie modyfikowaną żywność w swoim obecnym kształcie jest w dużym stopniu sporem jałowym, a co gorsza, odwraca uwagę od innych problemów związanych z rozwojem biotechnologii.
Koncentrując się na próbach rozstrzygnięcia kwestii szkodliwości upraw i konsumpcji GMO, dominujący nurt debaty zupełnie pomija o wiele bardziej fundamentalne kwestie, dotyczące kierunku rozwoju polskiej wsi, pożądanego kształtu rolnictwa oraz wykorzystania tradycyjnych zasobów naszego kraju. Te problemy pozostają całkowicie nieobecne nie tylko w debacie publicznej, lecz także przy podejmowaniu decyzji politycznych i stanowieniu prawa.
Rewolucja tylnymi drzwiami
Jak podkreślają sami zwolennicy biotechnologii, jest to rewolucyjna technologia produkcji, otwierająca zupełnie nowe horyzonty przed rolnictwem: dzięki zastosowaniu odpowiednich modyfikacji, np. wprowadzeniu do genotypu rośliny genów odporności na szkodniki, pozwala produkować taniej, wydajniej, łatwiej i szybciej. Biotechnologia pozwala zbierać plony kilka razy do roku z tej samej uprawy, kilkakrotnie przyspieszyć wzrost zwierząt, uprawiać na nieurodzajnych glebach.
W tym kontekście biotechnologia rolnicza stanowi kolejny krok w rozwoju określonego modelu rolnictwa, typowego dla krajów Europy Zachodniej: uprzemysłowionego, wysokowydajnego, intensywnego, wielkoobszarowego, wyspecjalizowanego i stechnicyzowanego. Powstają w związku z tym pytania, czy łączące się ze stosowaniem biotechnologii rozwiązania są adekwatne do charakteru polskiego rolnictwa, które przecież zdecydowanie różni się od zachodniego – jest wyjątkowo rozdrobnione, ekstensywne, oparte na tradycyjnych, rodzinnych gospodarstwach rolnych. Jakie nieoczekiwane zmiany może przynieść zastosowanie technologii dopasowanej do innego typu gospodarki rolnej? Czy skutkiem będzie szybkie i bezproblemowe upodobnienie się polskiego rolnictwa do zachodniego, zgodnie z wzorem dominującym od lat 90. w transformacji polskiej gospodarki? A jeśli tak, to czy tego właśnie chcemy jako społeczeństwo? Podejmując decyzję o wykorzystywaniu biotechnologii w Polsce należy być świadomym, że jednocześnie podejmuje się decyzję o dalszym kierunku rozwoju polskiej wsi. W debacie publicznej o GMO nie powinno więc brakować namysłu nad tym, czy taka rewolucja w produkcji rolnej jest właściwa, pożądana, zgodna z celami rozwoju społecznego i wizją Polski.
Warto przywołać klasyczne ekonomiczne pojęcie „zależności od ścieżki”. Zastosowanie nowej, rewolucyjnej technologii produkcji może wprawdzie pchnąć polską wieś na nowe tory, ale jednocześnie zamknąć przed nią alternatywy rozwojowe, wynikające ze specyfiki naszego kraju; to właśnie owo rozdrobnione, ekstensywne rolnictwo, określane przez wykazujących syndromy myślenia postkolonialnego publicystów jako „zacofane”, może być też traktowane jako swoisty atut Polski. Warto pamiętać, że tak idealizowane kraje Europy Zachodniej patrzą dziś z zazdrością na naszą wieś, dostrzegając w niej to, co u siebie same zniszczyły w wyniku industrializacji rolnictwa i co bezskutecznie próbują odtworzyć, wspierając rolnictwo „ekologiczne”, „naturalne” itp. Być może warto zrobić użytek z „renty zapóźnienia” Polski i zamiast tylko próbować nadganiać i ślepo naśladować mityczny Zachód, uczyć się na jego błędach.
Daleki jestem od potępiania zachodniego modelu rozwoju rolnictwa, czy też apelowania o zachowanie polskiej wsi w niezmienionym kształcie; dyskutując o GMO trzeba jednak mieć na uwadze, że gra toczy się nie tylko o ewentualną szkodliwość genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy, lecz także o kierunek rozwoju Polski. Nie ma jednej, z góry ustalonej i pozbawionej alternatywy ścieżki modernizacji, jednego kierunku rozwoju. Wybór „zacofanie czy nowoczesność” jest fałszywym dylematem. Rzecz nie w tym, czy polskie tradycyjne rolnictwo może się oprzeć zmianom, lecz czy można zaprojektować taki model rozwoju polskiej wsi, który będzie potrafił wykorzystać jej niedostrzegany potencjał; taki, w którym będzie miejsce zarówno na rodzinne gospodarstwa, jak i na intensywną produkcję rolną na dużą skalę. Wybór GMO zamyka możliwość alternatywnego zaprojektowania rozwoju i przesądza o podążaniu w stronę zachodniego modelu rolnictwa.
Eksperci od wszystkiego?
W dyskusji skoncentrowanej na kwestii szkodliwości GMO nie ma miejsca na postawienie powyższych problemów. W efekcie najważniejsze decyzje zapadają niejako mimochodem, z dala od demokratycznej debaty publicznej. Sprzyja temu postrzeganie GMO jako problemu „eksperckiego”, którym powinni zajmować się wyspecjalizowani naukowcy, zasiadający w fachowych komisjach, rządowych i parlamentarnych ciałach doradczych, instytutach badawczych itp. Problem jednak w tym, że w większości hołdują oni bardzo uproszczonemu sposobowi widzenia kwestii modernizacji, rozwoju i postępu. Z ich licznych wypowiedzi w obronie GMO przebija wyobrażenie postępu, którego nie da się zatrzymać, na którego kierunek nie mamy żadnego wpływu. Zgodnie z tym sposobem myślenia istnieje jedna ścieżka rozwoju, którą albo podążamy, albo zostajemy z tyłu. W ustach bezkrytycznych popleczników biotechnologii debata o GMO rysuje się jako spór cywilizacyjny dotyczący tego, czy będziemy się rozwijać jako kraj, czy pogłębiać nasze „zacofanie”.
Nie trzeba dodawać, że rozwój jest tutaj rozumiany jako bezwiedne naśladowanie Zachodu, a o żadnych alternatywach i podążaniu własną drogą nie może być mowy. Trudno obwiniać bioinżynierów czy ekspertów od chemii o mało wyrafinowane postrzeganie procesów społeczno-ekonomicznych. Nie można od nich oczekiwać, by znali się na wszystkim. Niestety jednak w sytuacji, gdy debata o GMO jest skoncentrowana na kwestii zagrożeń dla zdrowia i środowiska, a przez to zdominowana przez ekologów z jednej strony, a biotechnologów z drugiej, nie ma w niej miejsca na głosy autorytetów i ekspertów z dziedziny nauk społecznych czy ekonomii. Samozwańczy rzecznicy postępu, najlepiej znający się na mitochondriach i cytoplazmie, stają się jednocześnie tymi, którzy poza wszelką demokratyczną kontrolą współdecydują o tym, jak ma wyglądać kierunek rozwoju naszego kraju.
przez dr Rafał Bakalarczyk | czwartek 9 grudnia 2010 | opinie
Polityka prorodzinna ma być jednym z głównych obszarów zainteresowania nowo powstającej formacji Polska Jest Najważniejsza. Choć realia polskiego systemu politycznego raczej oduczyły wiary, że za deklaracjami będzie szła praktyka, sama ta zapowiedź jednak cieszy. Zwłaszcza, że liderka PJN właśnie zaangażowaniem w sprawy polityki rodzinnej zaskarbiła sobie sympatię wielu osób, także z odległych politycznie środowisk.
Kiedy więc z jej ust słyszymy, że właśnie ta sfera ma stanowić priorytet, brzmi to mimo wszystko dość autentycznie. Również obiecująco brzmią jej słowa, że polityka rodzinna powinna zostać wyprowadzona z wąsko rozumianej pomocy społecznej, a stać się kompleksowa i powiązana z wieloma innymi obszarami polityki społecznej, w tym z kwestią demograficzną. Również ta perspektywa w przypadku Joanny Kluzik-Rostkowskiej wydaje się czymś więcej niż doraźnie sklecone hasło, bowiem projekt programu polityki rodzinnej, który pod jej przewodnictwem stworzyło Prawo i Sprawiedliwość u schyłku swych rządów, zawierał kompleksowe rozwiązania, atrakcyjne nie tylko dla centrowego, ale także lewicowego odbiorcy.
Dobry program, ale nie zrealizowany
Z tym postępowym i pro-socjalnym programem był jednak jeden, zasadniczy problem. Mianowicie: w bardzo ograniczonym stopniu został wówczas zrealizowany. I do dziś jest zagadką, czy opracowanie go było głównie chwytem marketingowym mającym na finiszu uprawomocnić ówczesne rządy jako mimo wszystko „solidarne”, by móc następnie krytykować z tych pozycji kolejną władzę, czy też stała za tym autentyczna wola realizacji programu, co uniemożliwił wynik wyborów w 2007 r.
Nawet jednak pozostawiając kwestię intencji nierozstrzygniętą, nie zmienia to faktu, że programu niemal w ogóle nie zrealizowano, więc Kluzik-Rostkowska nie do końca jeszcze może sobie go wpisać w poczet praktycznych sukcesów. Natomiast faktyczną spuścizną w zakresie polityki rodzinnej jaką zostawiło po sobie PiS z koalicjantami, było przywrócenie zlikwidowanego przez SLD Funduszu Alimentacyjnego, wprowadzenie „becikowego” (to akurat wbrew PiS, a z inicjatywy LPR, która uzyskała w tej sprawie taktyczne poparcie PO) oraz istotne zwiększenie prorodzinnej ulgi w systemie podatkowym. Wcześniej miała ona marginalny wymiar, zaś pod koniec rządów PiS wzrosła kilkukrotnie, co uczyniło ją bardziej znaczącym instrumentem polityki rodzinnej, zarówno z perspektywy adresatów świadczeń, jak i budżetu. W ostatnim czasie pojawiła się próba jej likwidacji ze strony PO, ale na skutek nieprzychylnej reakcji opinii publicznej, do niczego takiego nie doszło. Duch myślenia Rostkowskiej w tej kwestii zwyciężył z duchem myślenia Rostowskiego.
Najubożsi nie odetchną z ulgą
Czy jednak wobec zachowania wspomnianego instrumentu można odetchnąć z (nomen omen) ulgą? Nie do końca, bowiem świadczenie to w obecnym kształcie prawnym i wysokości może budzić zastrzeżenia nie tylko ze względu na obciążenia budżetowe, ale także ze względów sprawiedliwościowych. Okazuje się, że osoby nie płacące podatku dochodowego lub osiągające minimalne dochody nie mogą sobie wspomnianej ulgi odliczyć, bo nie mają od czego. Wychodzi więc na to, że korzyści z istnienia tego instrumentu omijają najuboższe i najbardziej potrzebujące grupy, na co publicznie zwracała uwagę m.in. śp. Izabela Jaruga-Nowacka. Oczywiście sam fakt, że klasa średnia otrzymuje wsparcie od państwa nie jest problemem. Może to wszak sprzyjać decyzjom prokreacyjnym, zwłaszcza w grupach, które mają duże szanse na wychowanie w godnych warunkach dzieci, pozytywnie wpływając na strukturę demograficzną. Poza tym w tradycji polityki socjaldemokratycznej ważnym elementem było objęcie prawem do świadczeń społecznych także klasy średniej, co miało zapewnić trwałość instytucjom dobrobytu. Tyle że w klasycznej polityce socjaldemokratycznej świadczenia przysługiwały zarówno klasie średniej, jak i warstwom uboższym, a nie przy wyłączeniu tych ostatnich, jak to de facto dzieje się w przypadku ulgi prorodzinnej. Już podczas głosowań w sprawie zmian Joanna Kluzik-Rostkowska miała tego świadomość i opowiadała się m.in. za zmniejszeniem wysokości ulgi, co uczyniłoby ją bardziej inkluzyjną. Niestety, przeważyło wówczas stanowisko LPR i Prawicy RP.
Świadczenia nie tylko pieniężne
Ważniejsza jednak niż ulgi podatkowe i pieniężne świadczenia socjalne – nawet gdyby działały bardziej racjonalnie i sprawiedliwie niż obecnie – jest obecność świadczeń uniwersalnych, ale o charakterze usługowym, czyli np. żłobków, przedszkoli, poradni itp. Są one ważne nie tylko dlatego, że poprawiają jakość życia poszczególnych rodzin, ale też dlatego, że zwiększają spójność i integrację społeczną. Pamiętajmy, że nie chodzi wyłącznie o walkę z czysto materialnie ujmowanym ubóstwem, ale z szerszą kategorią wykluczenia społecznego, którego niskie dochody są zazwyczaj, choć nie zawsze, częścią składową. W programie Kluzik-Rostkowskiej i ten typ świadczeń znalazł poczesne miejsce. Co jednak ważniejsze, także stronie rządowej udzieliło się dążenie w kierunku upowszechniania edukacji i opieki przedszkolnej, w tym także na poziomie żłobka (vide: projekt Jolanty Fedak). Wydaje się, że pod tym względem Kluzik-Rostkowska jako liderka nowego ugrupowania, które może przekształcić się w partię, wkracza w inny kontekst niż to było jeszcze parę lat temu. Mało osób jest świadomych tej zmiany, gdyż działania w tej sferze rozgrywają się jakby na marginesie zasadniczych frontów walki politycznej. Wyzwaniem dla PJN, oprócz wejścia w merytoryczny spór z rządem wokół formuły wsparcia rodzin, powinno być odzyskanie tej sfery dla demokratycznej debaty publicznej i jej awansowanie w hierarchii priorytetów.
Przenieść do rangi priorytetu
Przywykliśmy, że dyskusja w tej materii toczy się raczej w komisjach sejmowych i w gabinetach ministerialnych, a nie w ramach otwartej debaty publicznej. Ale czy należy się na to godzić? Czy warunki życia polskich rodzin nie są właśnie kwestią, która w pierwszej kolejności powinna być poddana dyskusji? Niestety, dwie dekady III RP nie wytworzyły pozytywnej tradycji w tym względzie. Jedyna partia, która kwestię rodzin miała w swojej nazwie, czyli LPR, doprowadziła zaledwie do dość dyskusyjnego „becikowego”, zaś w politycznej retoryce troskę o rodzinę sprowadzała do obsesyjnej walki z rzekomo wszechobecną homo-propagandą. Inne zaś partie, w tym nominalnie chadeckie i socjaldemokratyczne, sprawę polityki rodzinnej marginalizowały, zarówno w politycznej debacie, jak i praktyce rządzenia.
Czy PJN pomoże odmienić ten polityczny obyczaj? Oby. Na razie mój optymizm jest raczej stonowany. Nie tylko dlatego, że sondaże dają wspomnianej formacji niewielkie poparcie (czasem wszak bycie „języczkiem u wagi” daje duże pole manewru w definiowaniu języka debaty publicznej), ale także dlatego, że na ugrupowanie to składa się nie tylko Kluzik-Rostkowska i osoby do niej ideowo podobne, ale także amorficzny zbiór PiS-owskich dysydentów, których łączy raczej stosunek do swojego niedawnego prezesa (lub raczej stosunek prezesa do nich), niż wspólny światopogląd. I nie chodzi tylko o podnoszony medialnie odmienny stosunek do in vitro, ale przede wszystkim o wizję polityki społeczno-gospodarczej. Na razie nie przesądzajmy jednak fiaska. Jeśli udałoby się przyspieszyć „przesuwanie” polityki społecznej w kierunku tego, co zawarte było we wspomnianym, zupełnie przyzwoitym programie polityki rodzinnej zaproponowanym przez PiS, byłby to spory sukces. Jeśli choć trochę udałoby się zmienić akcenty w debacie publicznej w kierunku większej obecności tematyki społecznej, byłby to sukces może skromniejszy i mniej wymierny – ale i o niego niewątpliwie warto zabiegać.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 1 grudnia 2010 | opinie
Okazuje się, że nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”.
Na kartach wydanej w 1913 r. książki „Kultura a natura” Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) tak pisał: W czasie niewoli jedną z sił najpotężniejszych, podtrzymujących tętno serca narodu, była miłość ojczystej ziemi. Miłości tej dawała głos nasza wielka poezja. U żadnego chyba narodu nie znalazła poezja tak głębokich i wzruszających tonów dla wyrażenia miłości oblicza ziemi rodzinnej, jak u nas. Z chwilą odzyskania wolności postanowiliśmy oblicze to uczcić przez ochronę jego ukochanych rysów. To było piękne i leżało na linii narodowej tradycji, wiązało przeszłość z przyszłością.
Tyle Pawlikowski, „prawnik, ekonomista, badacz i popularyzator twórczości Juliusza Słowackiego, polityk i społecznik”. Taternik, który jako pierwszy wszedł na Mnicha, współtwórca Ligi Ochrony Przyrody, Kawaler Orderu Polonia Restituta. Pokażcie mi polityka, który dziś tak mówi. Więcej: pokażcie mi dziś polityka, który tak czyni. „Najgorętsi patrioci” boją się dziś „eko-terrorystów” i ekologicznym terroryzmem jest dla nich cokolwiek więcej, niż podlewanie kwiatków na balkonie. Ale nie o tej kwestii chcę tu pisać.
W lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej” czytam: „Na górskim szlaku stanęła willa. Wybudują kolejne?”… Mowa o potężnym, zagrodzonym budynku mieszkalnym, z racji swej okazałości – bo przecież nie wpisanej w krajobraz urody – nazwanym willą, jaki stanął na Łysej Polanie, „jednym z najładniejszych miejsc w Parku Krajobrazowym Beskidu Małego”. Budynek powstał m.in. dlatego, że „w tym miejscu stał już kiedyś dom, tyle że była to drewniana chałupa pasująca do krajobrazu”. Nie ma drewnianej chałupy, ale że mamy postęp i dobrobyt, oraz coraz świętsze prawo (prywatnej) własności, to jest „willa”. Kłopotliwa, bo psuje widok.
Tyle że piękny widok to naprawdę nie jest żadna wartość. Przecież nawet poeta pisał w wierszu „Sylogizm prostacki”: Za darmo/ nie dostaniesz nic ładnego/ zachód słońca jest za darmo/ a więc nie jest piękny/ ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta/ trzeba zapłacić za wódkę/ ergo/ klozet w tancbudzie jest piękny/ a zachód słońca nie/ a ja wam powiem że bujda/ widziałem zachód słońca/ i wychodek w nocnym lokalu/ nie znajduję specjalnej różnicy. Sarkazm Bursy okazał się nadspodziewanie proroczy w III RP, mam więcej niż pewność, że przybyło nam zwolenników prostackich sylogizmów. I prostackich obyczajów. Nie mówię tu jedynie o nieumiejętności jedzenia nożem i widelcem.
Zresztą, kto by się przejmował ładnymi widokami, integralnością krajobrazów, relacją kultury i natury itp. eko-terrorystycznymi zagadnieniami i cnotami. Jak cię stać, to będziesz miał ładne widoki, a jak nie, to kup sobie pocztówkę, albo ustaw tapetę z zachodem słońca na wyświetlaczu komórki. Jeśli chcesz być człowiekiem nowoczesnym i Europejczykiem, to naprawdę, nie myśl za bardzo o tym spłachciu ziemi, nazywanym przyrodą (polską)… Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno? „Włosi i Francuzi chronią swoje górskie krajobrazy. Obowiązujące tam tzw. prawo górskie reguluje nie tylko sprawy związane z narciarstwem, ale dotyczy również projektowanych budynków” – czytamy w cytowanym artykule. To samo dotyczy wielu innych państw europejskich. A póki co gmina Wilkowice czeka na plan zagospodarowania przestrzennego.
Cóż, widać nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”. Widać i w świecie cenią tak staromodne wartości jak „miłość ziemi ojczystej”. Nam pozostaje szpetota polska. Bo nie tylko na dworcu w Kutnie bywa tak brudno i brzydko, że pękają oczy… Albo zaraz pękną. Bo wolność szpetotą się mierzy.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 28 listopada 2010 | opinie
Uczeni europeiści utożsamiają społeczeństwo obywatelskie z organizacjami pozarządowymi i wolontariatem. Nic innego się nie liczy, nawet związki zawodowe.
Ciekawa jestem, czym były, zdaniem uczonych: bojkot angielskich towarów w Indiach, polskie państwo podziemne albo Pierwsza „Solidarność”. Odwoływanie się do historii jest niemodne, ale komercjalizacja i unifikacja jeszcze nie zdołały wyplenić bezinteresownej działalności dla wspólnego dobra. Niepoprawni Polacy wbrew regułom i teoriom nadal robią, co chcą, nie rejestrowani i nie kontrolowani. Działa sieć klubów „Gazety Polskiej”, obywatele bronią represjonowanych dziennikarzy i historyków, promują niepoprawne politycznie książki, organizują demonstracje, spotkania dyskusyjne i prelekcje, zbierają podpisy pod listami otwartymi i wnioskami o referendum, wspierają się w potrzebie, wymieniają poglądy i informacje.
Elity zamknięte w akademickich i politycznych gettach o tej działalności niewiele wiedzą, bo media są ślepe, a władza głucha. Jeśli coś dociera do opinii publicznej to w atmosferze skandalu, przedstawiane jako działanie anarchizujące życie publiczne i co najmniej nacjonalistyczne. Wystarczy przypomnieć reakcję na spontaniczną demonstrację patriotyzmu po tragedii smoleńskiej. Śledztwo obywatelskie jest potępiane i wyszydzane jako teorie spiskowe, a prośba do Amerykanów o wszczęcie śledztwa międzynarodowego to, zdaniem rządzących, zamach na autorytet i suwerenność polskiego państwa.
Oderwane od życia definicje i teorie uczonych można by bagatelizować, gdyby nie ich czytelny cel propagandowy. Rozwinięte społeczeństwo obywatelskie przedstawiane jest jako najwyższe stadium społecznego rozwoju, ponieważ ani władzy, ani systemowi neoliberalnemu organizacje pozarządowe nie zagrażają. Większość z nich nie jest niezależna. Wystarczy system finansowania i przydzielania lokali, aby promować grzecznych i eliminować krnąbrnych. Niektóre organizacje są wprost finansowane przez korporacje albo przez instytucje zewnętrzne.
Podręczniki zalecają, aby organizacje pozarządowe nie zajmowały się polityką i nie molestowały rządu. Ich zadaniem jest regulowanie stosunków między obywatelami. Idealnie byłoby, gdyby całe społeczeństwo zorganizowało się w celach charytatywnych, ponieważ państwo mogłoby pozbyć się obowiązków uciążliwych i obciążających budżet. Wzorcowe organizacje walczą z homofobią, ksenofobią, szowinizmem, nietolerancją, rasizmem, nacjonalizmem, antysemityzmem, faszyzmem, antyfeminizmem. Więcej grzechów nie pamiętam.
Teoretycznie mamy demokrację, ale politykę obywatele powinni pozostawić profesjonalistom, czyli zawodowym politykom. Od kontrolowania rządu jest opozycja parlamentarna. Pojęcie opozycji pozaparlamentarnej nie istnieje. Mamy tylko jedną partię opozycyjną atakowaną przez pozostałe tak, jakby była partią rządzącą. Kto miał wątpliwości, powinien przyjrzeć się koalicjom zawieranym w samorządach w celu odsunięcia PiS-u od podejmowania decyzji. Krytykowanie partii rządzącej jest z definicji niemożliwe, ponieważ jej jedynym celem jest obsadzanie stanowisk swoimi ludźmi. Partia bezideowa może składać obietnice, wycofywać lub zwyczajnie kłamać, byle skutecznie. PO jest wewnętrznie pusta, to atrapa. Nie da się krytykować plastikowej laleczki z pozytywką powtarzającą: zgoda, miłość, szczęście. Barbie jest najśliczniejsza.
Politycy zajmują się sobą, na politykę nie mają czasu. Nie mają też pola manewru. Prowadzenie polityki w interesie narodu jest potępione jako nacjonalizm. Po wprowadzeniu neoliberalnych zasad i wejściu Polski do UE gospodarka znikła z pola widzenia. Politykę gospodarczą zastąpiła makroekonomia realizowana przez instytucje finansowe. Polityka zagraniczna jest zbędna, ponieważ żyjemy wśród przyjaciół. Polityka obronna to anachronizm, wystarczy wyszkolenie kolejnych zmian na misje zagraniczne.
Świeżym pomysłem na łatanie dziury w budżecie jest sięganie do kasy prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych i państwowych lasów. Jaki jest kolor partii, która garnie kasę i prawą, i lewą ręką? Miałam nadzieję, że odpowiedź znajdę w Parlamencie Europejskim. PO i PSL są w bloku partii ludowych razem z chadekami. Kluby poselskie PE mają egzotyczne nazwy i opisane są tak mętnie, że nasze rodzime kameleony doskonale do nich pasują. Zorientowałam się tylko, że ludowa arka Noego maszeruje w pierwszym szeregu globalistów.
Ostatnio prezydent podkreślił przywiązanie do tradycji „okrągłego stołu”. Udekorował głównych aktorów Orderem Orła Białego, a generała Jaruzelskiego zaprosił na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. III RP wróciła do korzeni pod hasłem „nie wracajmy do historii, zgodnie maszerujmy do przodu”. Jeśli generał Jaruzelski to nie jest tył, lecz przód, to trzeba odkopać powielacze i co kto tam jeszcze ma zadołowane.
Nawet nie próbuję zgadnąć, co łączy europejskie kluby socjalistyczne. Bardzo możliwe, że tylko niechęć do Kościoła katolickiego i homofobów. Polską lewicę charakteryzuje szacunek dla elit PRL z agenturą na czele i zaufanie do Rosji, spadkobierczyni ojczyzny proletariatu.
Dziennikarz telewizyjny wyraził taką oto opinię: po opuszczeniu PiS-u przez posłów cywilizowanych, partia stoczy się na pozycje skrajnej prawicy, czyli Smoleńsk. Trzymając się tego języka i tej linii podziału PO stoczyła się na pozycje skrajnej lewicy powierzając śledztwo Rosji. Nie wróżę przyszłości tej polityce. Społeczeństwo obywatelskie prowadzi własne śledztwo. Chowanie głowy w piasek wobec światowego kryzysu ideologii neoliberalnej też długo już nie potrwa.