przez Remigiusz Okraska | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Gdy ktoś sam się nie szanuje, inni również nie będą go szanowali – głosi ludowe porzekadło. Czyż nie tak dzieje się ze współczesną Polską? Czy szanujemy siebie, w efekcie dając innym podstawy ku temu, żeby i oni nas szanowali? Wątpliwe.
Jeśli naśladujemy innych, to nie w tym, w czym byłoby warto. Kopiujemy wzorce najgorsze, negatywnie zweryfikowane, fascynujemy się błyskotkami, nierzadko wcale nie tanimi w ostatecznym rozrachunku, nawet jeśli wciskano je w ramach promocji i wyprzedaży. Jeśli natomiast postanawiamy być samodzielni, to koniecznie w myśl zasady „na złość babci odmrozimy sobie uszy”. Nie wzorujemy się na rozwiązaniach mądrych i efektywnych, lecz – jak śpiewali rockmani – „chcemy być sobą wreszcie”, nawet gdy oznacza to drogę wprost ku przepaści.
Sporą część niniejszego numeru zajmują teksty wskazujące takie właśnie prawidłowości w polskim życiu zbiorowym. Maciej Pańków analizuje badania, które mówią, że Polacy znajdują się w europejskiej czołówce osób najdłużej pracujących i zarazem najbardziej spolegliwych wobec oczekiwań pracodawców. Oczywiście jednocześnie także w czołówce kiepsko opłacanych, ale to wiemy z autopsji, bez potrzeby śledzenia badań socjologicznych.
Z kolei Konrad Malec, opisując złowieszczy fenomen tzw. zamkniętych osiedli, daje do zrozumienia, że wcale nie doganiamy Europy, bo w tym absurdzie już dawno ją przegoniliśmy. Naszym wzorcem wydaje się Ameryka – i to raczej Łacińska, niż Kanada. Janina Petelczyc wykazuje natomiast, iż popularne w Polsce liberalno-populistyczne wezwania do likwidacji KRUS nijak mają się do tego, jak problem ubezpieczenia społecznego rolników rozwiązały kraje dbające o swoich obywateli. Podobne wnioski płyną z rozważań Rafała Bakalarczyka o rodzimym modelu profilaktyki zdrowotnej, czy może raczej – o jej braku.
Jeszcze gorzej wypada obraz naszego państwa w świetle artykułu Aleksandry Lis, poświęconego unijnej polityce energetycznej i polskiej roli w jej kształtowaniu. Z tekstu wyłania się smutna prawda, iż jesteśmy pionkiem przestawianym przez innych i w interesie innych. W dodatku bez sprzeciwów przyjmujemy taką rolę, choć istnieją rozmaite alternatywy – część z nich wspomina nasz rozmówca, Wacław Czerkawski, w wywiadzie obnażającym mity antywęglowe. Joanna Szalacha natomiast zadaje w tekście o patriotyzmie gospodarczym wymowne pytanie: Czy społeczeństwo polskie zasługuje na takie samo emocjonalne i konsumenckie wsparcie, jak kraje Trzeciego Świata i misie panda?
To oczywiście nie wszystko. Jak wiele razy podkreślaliśmy, czarnowidztwo jest najgorszym doradcą. Pokazujemy zatem, że może być inaczej – czy to w postaci lepszych rozwiązań zagranicznych, czy w formie alternatywnych wizji, czy analizując rodzime pozytywne trendy, czy odwołując się w dziale „Nasze tradycje” do bardzo dobrych polskich wzorców i dokonań sprzed lat.
Ponieważ zaś wkraczamy w okres kampanii wyborczej, nie zabrakło tym razem bardziej doraźnego wątku. Mówi o nim ankieta dotycząca „Polski Solidarnej” – czy mamy na nią szansę, a jeśli tak, to jak można odmienić nasz kraj na lepsze. Pewne jest jedno: kto zgadza się na gorsze traktowanie, będzie traktowany właśnie w ten sposób. Kto nie szanuje siebie, tego nikt nie uszanuje.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nasze rozmowy
W Poznaniu ma ruszyć budowa osiedla kontenerowego dla ubogich. Protestują przeciw temu miejscowi anarchiści. O problemie „gett kontenerowych” rozmawiamy z Katarzyną Czarnotą, aktywistką społeczną i badaczką takich osiedli w Polsce.
Skąd w Polsce problem z osiedlami kontenerowymi? Możesz wskazać genezę i skalę zjawiska?
Katarzyna Czarnota: Kontenery socjalne w przestrzeni polskich miast pojawiły się po raz pierwszy jako obiekty architektury tymczasowej, przeznaczone dla osób, które straciły dotychczasowe mieszkanie w wyniku powodzi w 1997 roku. Według zapewnień urzędników, miały funkcjonować maksymalnie kilka miesięcy.
Co jest przyczyną tego, że do dziś pełnią funkcję mieszkalną?
K.Cz.: Na przestrzeni ostatnich 10 lat struktura budownictwa mieszkaniowego w Polsce uległa znacznej zmianie – w latach 90. budownictwo uspołecznione stanowiło prawie 50% ogółu, a już w roku 2009 tylko 10%. Zmiana ta dokonała się przy jednoczesnym wzroście inwestycji deweloperskich oraz indywidualnych w strukturze mieszkaniowej Polski.
Widoczna staje się dominacja neoliberalnego zarządzania miastem – każda przestrzeń musi na siebie zarabiać. Elementy uznane za nieopłacalne, są eliminowane z centralnej tkanki miejskiej. Następuje proces segregacji przestrzennej i będąca jej skutkiem segregacja społeczna. Głównym czynnikiem podziału jest oczywiście dochód, zamożność. Jednostki mało produktywne i nieużyteczne z punktu widzenia systemu, stają się jego odpadami.
Na podstawie dostępu do danych o zadłużeniu urzędnicy roszczą sobie prawo do ferowania wyroków oraz orzekania kar w postaci zsyłek do kontenerów. Długość takiej kary nie jest nikomu znana.
Termin „getto kontenerowe” nie budzi najlepszych skojarzeń. Jakie, Twoim zdaniem, argumenty przemawiają za nim?
K.Cz.: Oficjalnie kontener jest pomieszczeniem tymczasowym. Gminy jednak nie wywiązują się z obowiązku dostarczenia odpowiedniej ilości mieszkań socjalnych oraz komunalnych. W tej sytuacji jedynymi lokalami, do których można skierować osoby oczekujące na mieszkanie socjalne, stają się kontenery. Zgodnie z ustawodawstwem, umowę z ich mieszkańcami można zawrzeć na rok. W rzeczywistości jednak są one przedłużane w nieskończoność. Problem braku mieszkań rozwiązywany jest więc pod płaszczykiem tymczasowości takiego rozwiązania.
Sądzę, że każdy, kto znalazłby się tam choć na chwilę, nie miałby wątpliwości, czy stosowne jest określenie „getto”. Krajobraz osiedli jest po prostu przerażający… Rzędy grodzonych, blaszanych baraków, w których mieszkają głównie matki z dziećmi oraz osoby starsze – czyli mające zgodnie z polskim ustawodawstwem pierwszeństwo w uzyskaniu mieszkania socjalnego. Estetyka takiego miejsca jest co najmniej wątpliwa. Toteż włodarze miast celowo nie lokują ich w centrum, lecz na obrzeżach, by nie zakłócać sielanki estetycznej i architektonicznej.
Z zewnątrz kontener nie wygląda tak źle. Koszmar zaczyna się po kilku miesiącach mieszkania w nim. Blaszane cienkie ściany kiepsko tłumią hałas, przepuszczają także ciepło. Pleśń – będąca skutkiem wytwarzania się pary wodnej podczas gotowania i oddychania – pokrywa większość powierzchni zazwyczaj po roku użytkowania. Brak fundamentów powoduje powolne rozpadanie się podłogi.
Materiały, z których wykonany jest kontener, wykluczają inną formę ogrzewania niż elektryczne. To natomiast skutkuje horrendalnymi kosztami utrzymania. Płatności za okres zimowy sięgają nawet do 2000 zł. Najczęściej występującymi schorzeniami są choroby układu oddechowego, astma oskrzelowa. Najwięcej zachorowań jest wśród dzieci.
A co z kosztami społecznymi?
K.Cz.: Są o wiele bardziej złożone. Efekt przekazów medialnych tworzy i utrwala negatywny wizerunek mieszkańców gett kontenerowych. Dominuje retoryka kary, mówiąca, że do kontenerów trafią tylko ci, którzy na to zasłużyli nieumiejętnością dostosowania się do normalnego życia. Skutkuje to przyzwoleniem społecznym na tworzenie tego typu projektów, a także stygmatyzuje ich mieszkańców.
Z taką łatką mieszkającego „w puszce” nieroba, alkoholika i biedaka borykają się zarówno dzieci poddawane ciągłemu ostracyzmowi w szkole, jak i osoby dorosłe, które w obawie o utratę pracy często nie przyznają się, gdzie mieszkają – podając inny adres.
Najprawdopodobniej w Poznaniu ruszy budowa osiedla kontenerowego przy ul. Średzkiej. Czy myślisz, że istnieje realna szansa, by ten pomysł zablokować?
K.Cz.: Nie ma realnej szansy na całkowite zablokowanie projektu osiedli kontenerowych, dopóki nie istnieje istotny opór społeczny w tej sprawie. Przy obecnym dyskursie, opartym na retoryce kary, nie sądzę, by takie pospolite ruszenie było możliwe.
Społeczeństwo musi zrozumieć, że zsyłka do kontenerów może w przyszłości dotknąć znacznie szerszą grupę osób. Ludzie nie dopuszczają do siebie myśli, że kontenery stają się nowym standardem mieszkań socjalnych, od którego nie będzie odwrotu.
Kto właściwie jest odpowiedzialny za realizację tego projektu w Poznaniu? Można odnieść wrażenie, że w grę wchodzi tylko dyrektor Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, Jarosław Pucek, ale czy nie jest tak, że włodarze miasta „umyli ręce”?
K.Cz.: Decyzje dotyczące wdrażania w życie projektów osiedli kontenerowych przebiegają często w zamkniętym gronie urzędniczym, z celowym pominięciem partycypacji społecznej. Politycznej odpowiedzialności nie chce wziąć na siebie nikt. Okazuje się, że każdy urzędnik stawia siebie w roli robota – twierdząc, że nie musi znać skutków swojego działania, gdyż tylko wykonuje polecenia… „Głównym pomysłodawcą” rozwoju osiedli kontenerów stało się przyzwolenie ze strony społecznej na tego typu tańsze zastępniki rozwiązania problemu. Osobnym problemem jest też brak analizy już widocznych skutków istnienia takich osiedli.
Poznańska Federacja Anarchistyczna stwierdza, że „budownictwo kontenerowe nie może być traktowane jako mieszkalne zarówno w sensie prawnym, budowlanym, jak też społecznym”. Dlaczego tak jest?
K.Cz.: Kontener jako obiekt architektury tymczasowej pełni doskonale swoją funkcję np. na budowach, ale również wtedy wyłącznie przy stosowaniu się do przepisów BHP, które wyraźnie mówią, iż nie można przebywać wewnątrz pomieszczenia dłużej niż przez kilka godzin dziennie. Powstały także dwie opinie prawne, mówiące, że kontener nie spełnia podstawowych norm budowlanych, a przeznaczenie go na funkcje mieszkalne jest niezgodne z konstytucją.
Czy uważasz, że kontenerowe osiedla staną się w przyszłości stałym elementem miejskiego krajobrazu?
K.Cz.: Efektem starannie budowanego przekazu medialnego jest to, że dziś nie mówimy już o kontenerach w kontekście jednego miasta, lecz w skali ogólnopolskiej. Nie ma wątpliwości co do tego, że pojawia się niebezpieczeństwo ustanowienia nowych standardów mieszkaniowych dla najuboższych warstw społecznych.
Jeśli nie „kontenerowe getta”, to co?
K.Cz.: Konieczna jest zasadnicza zmiana optyki. Problem nie dotyczy tylko „meneli”, którzy za karę są kierowani do „getta”. My też możemy trafić do kontenera. Wystarczy, że budynek, w którym mamy mieszkanie, wykupi jakaś firma i drastycznie podniesie czynsz. Możemy też, choćby wskutek choroby, utracić dotychczasowe źródło dochodów, które pozwalało na regulowanie opłat. A później zostaniemy eksmitowani do kontenera. Społeczeństwo nie może godzić się na nowy, bardzo niski standard mieszkań socjalnych, bo problem potencjalnie dotyczy każdego z nas.
„Budownictwo społeczne” to obowiązek każdej gminy. Potrzebna jest zmiana hierarchii w celach budżetów poszczególnych miast. Jeżeli mówimy o „budownictwie społecznym” i programach, które realnie resocjalizują – jest to praca długotrwała i wymagająca często dużych państwowych dotacji. To z kolei wiąże się z ogólnymi założeniami politycznymi.
W Poznaniu projektami pomocowymi dla „trudnych” osób zajmuje się chociażby Fundacja Barka. Ale przy okazji roku „walki z wykluczeniem i ubóstwem” władze Poznania decydują się na „hurtowe” przesiedlanie do kontenerów zamiast np. na dofinansowanie działań Barki na rzecz resocjalizacji tych lokatorów, którzy rzeczywiście sprawiają trudności.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 25 lipca 2011 r.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 25 lipca 2011 | opinie
Pierwsze, zapamiętane długie oczekiwanie na opóźniony pociąg? To zdaje się mała, wielkopolska stacja Czempiń, mroźna zima może w połowie lat 80. Bodaj dwie godziny spóźnienia pociągu osobowego na trasie Poznań-Wrocław. Niebiesko-żółta jednostka z siedzeniami z brudno-brązowego skaju, oczekiwana tęsknie jak wizyta Gwiazdora (wielkopolski święty Mikołaj). Tyle że wtedy odziedziczony po Prusakach dworzec w Czempiniu miał jeszcze, obok poczekalni, duży, ciepły bufet.
Bufet został skutecznie na początku III RP zdekomunizowany, tj. odcięty od reszty dworca cegłami, szarą zaprawą i przerobiony na magazyny. Ale to nie był koniec skutecznej dekomunizacji: to, co pozostało z dworca, okoliczna młodzież na długie lata upstrzyła obyczajowo-wulgarnymi napisami od podłogi po sufit. Jak kapitalizm, to kapitalizm.
Tak, PKP, Anno Domini 2011 to naprawdę znakomity wehikuł czasu. To chyba wliczone jest w cenę biletu. Czasem te podróże w czasie łączą w sobie w jakiś perwersyjny sposób stare i nowe w arcypolski mix. Ot, środek zimy 2010, Warszawa Centralna, kolosalne opóźnienia, remontowany dworzec w stolicy nadwiślańskiego państwa pozbawiony świetlnych tablic informacyjnych, jeden oblegany punkt informacyjny, z megafonów dobiega jakiś niewyraźny pogłos. Trudno nawet uwierzyć megafonom, tu już nawet alegoria Kaczmarskiego na nic. Ścisk, chaos i dłużyzna opóźnień. Z jednego peronu raz za razem odjeżdżają bliżej niezidentyfikowane pociągi, co jeszcze wzmaga wrażenie pandemonium.
I w tym wszystkim, raptem, wybrzmiewa jasno i wyraźnie słyszany głos, że podróżni międzynarodowego pociągu, przebijającego się przez kraj papieża, Wałęsy i polskiej kiełbasy gdzieś na Zachód, proszeni są na gorącą kawę do „Strefy VIP”. I pomyślałem wtedy, że jednak w Polsce po „Solidarności” wciąż warto wyjeżdżać międzynarodowym pociągiem na Zachód. A jeśli, człowieku, akurat nie jesteś w trakcie takich wojaży, to wcale nie znaczy, żeś podróżnym drugiej kategorii, szarakiem czekającym na swoje InterRegio, czy nawet IC relacji Warszawa-Kraków. Po prostu nie dla wszystkich nastarczyło kawy. I to niczyja wina, że chamstwo wciąż się pcha na dworce, zamiast przesiąść się na jakieś bardziej wygodne środki transportu.
Przy odrobinie wyobraźni można by uznać, że to zaproszenie wybranych na kawę do „Strefy VIP”, ostentacyjnie podane przez megafony tłumowi zdezorientowanych, mocno poirytowanych, zmęczonych pasażerów, to symbol naszej rodzimej odmiany kapitalizmu. Symbol arogancji i nowych podziałów społecznych. Ale komu by się chciało wysilać na takie metafory, gdy marzy tylko, by wsiąść do pociągu byle jakiego.
Tak, a ten pociąg – wracając do czasów dzieciństwa – faktycznie wciąż jakiś byle jaki, lepki, albo przegrzany, albo wyziębiony, albo stoi w polu, a na zewnątrz polskie wiosna, lato, jesień, albo zima, a w środku płacz i zgrzytanie zębów, ucisk i strapienie, arogancka obsługa w WARS-ie, znudzony wszystkim konduktor, skonfundowany zagraniczny turysta, przyglądający się z bliska hiperborejskim porządkom, bo pechowo wsiadł nie do tego pociągu, o którym sądził, że kupił bilet, gdzieś w Toruniu czy Bydgoszczy.
I teraz nad cudzoziemcem złośliwie anty-polskojęzycznym stoi konduktor, i patrzą na siebie, i nic nie rozumieją, no, może oprócz tego, że konduktor wie, że cudzoziemiec jeszcze nie wie, że konduktor już wie, że zaraz wypisze „panu etranżerowi” odpowiednią dopłatę za ten luksus, jakim jest podróż pociągiem z mrugającym w usterce (albo i w rozterce) oświetleniem i zapchanym kibelkiem, bez wody w nieco przybrudzonym kranie, za to z mnóstwem szarych, papierowych ręczniczków na podłodze i kostką mydła przyklejonego do dna umywalki. I ten dyskretny zapach tytoniowego dymu w toalecie, i ten pet w ubikacji. Skąd on tam? „Elementarne, drogi Watsonie”: jesteśmy w Europie, „całkowity zakaz palenia”.
I za to wszystko należy się dopłata. Ale chyba najbardziej za widoki za oknem, za ten krajobraz pełen pól, lasów i łąk, ze słońcem odbijającym się obojętnie od dziesięcioleci w lekko przybrudzonych oknach, roziskrzającym kurz na niesfornych firankach drugiej świeżości.
I tak to się właśnie podróżuje, niby z punktu A do punktu B, a w gruncie rzeczy w przeszłość, brodzi się rzeczką czasu pod prąd, albo – trafniej – wydeptuje torami kolejowymi drogę w drugą stronę, a te tory kolejowe zarastają, rdzewieją, ktoś kradnie podkłady. I gdy zmorzy mnie sen, mijam w onirycznym widzeniu jedną po drugiej pustawe stacje, gdzie już nie uświadczysz bileciku z twardego kartonu, przyrdzewiałe tablice z nazwą przystanków, poniszczone ławki na peronach, zamknięte na cztery spusty toalety, cuchnące latem uryną i lizolem. I nie wiem, w pół uśpieniu, czy to „teraz”, czy „niegdyś”, czy to rok 2011, 1994, 1985, choć tyle się zmieniło przecież i wszystko jest bardziej światowe, anglojęzyczne, a w IC za darmo można dostać kawę i ciasteczko. Ot, peryferyjne, małe radości dla raczkujących jeszcze przedstawicieli cywilizacji zachodnioeuropejskiej.
Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim, że naprawdę lubię podróżować PKP. Lubię przykleić nos do szyby, a wcześniej westchnąć z ulgą: „jedziemy”. I lubię podmiejskie jednostki pełne uczniów. I zadbany dworzec w Lesznie Wielkopolskim, gdzie podają niezłe hamburgery, a toaleta dworcowa jest naprawdę czysta. Ale to wszystko chyba, po trosze, dziwny sentymentalizm środkowoeuropejczyka, dla którego czas i miejsca zawsze wracają do jakiegoś magicznego punktu w przeszłości i nie pojmie tego mędrca „szkiełko i oko”.
przez Tadeusz Markiewicz | czwartek 14 lipca 2011 | opinie
Izraelscy żołnierze to roboty strzelające do wszystkiego, co się rusza. W Gazie nie ma szkół, bo są same więzienia. Wszyscy aktywiści Flotylli Wolności są święci. Oto konflikt izraelsko-palestyński oczami Romana Kurkiewicza.
Kilka dni temu Roman Kurkiewicz zaskoczył wywiadem, jaki ukazał się w „Krytyce Politycznej”. Znany dziennikarz dzieli się w nim przemyśleniami na temat sytuacji Palestyńczyków, polityki Izraela, a także własnymi przeżyciami z tegorocznej Flotylli Wolności.
Gaza?
Rozpoczyna stwierdzeniem, że do Strefy Gazy „nie można dostarczyć podstawowych artykułów gospodarczych”. A przecież Izrael lata temu wypracował skuteczne mechanizmy umożliwiające każdemu przekazanie Palestyńczykom pomocy humanitarnej i towarów konsumpcyjnych. Jeśli nie chcemy tego robić poprzez wsparcie jednego z ponad 120 zatwierdzonych projektów społeczności międzynarodowej, możemy zgłosić się do organizacji pozarządowych (PAH, Oxfam, ANERA, Viva Palestine itd.), które transportują towary do Strefy. Ponadto przez otwarte niedawno przejście graniczne Kerem Shalom, do Gazy codziennie wjeżdżają z Izraela setki ciężarówek z towarami.
Zdaniem Kurkiewicza, mieszkańcy Strefy Gazy żyją w więzieniu. Skoro w więzieniu, to wiadomo – są „pozbawieni jakichkolwiek szans edukacyjnych”. Nieważne, że na zamieszkałym przez 1,5 mln osób terytorium działa ponad 640 szkół i kilka uniwersytetów.
Skąd dramat Gazy? Zdaniem dziennikarza, „stało się tak w wyniku politycznych decyzji rządu Izraela”. I kropka. W czarno-białej narracji brak informacji na temat przejęcia władzy w Strefie przez Hamas. Organizacja ta, uznawana przez Unię Europejską i USA za terrorystyczną, dąży co prawda do wymazania państwa żydowskiego z map, ale widać jest to czynnik zbyt mało istotny, żeby znalazł się w analizach Kurkiewicza.
Idylla Flotylla
W wywiadzie nie brakuje także obserwacji na temat dramatu, jaki rozegrał się w czasie zeszłorocznej akcji Flotylli Wolności. Niestety i one są powierzchowne. Dowiadujemy się m.in., że „sytuacja, w której Izrael uzurpuje sobie prawo do operacji wojskowej na wodach międzynarodowych, jest absolutnym skandalem”. „Absolutny skandal” wyjątkowo nietrafnie charakteryzuje podstawy prawne izraelskiej interwencji. W świetle ONZ-owskiej konwencji Law of the Sea, wody międzynarodowe nie należą do żadnego państwa. Można na nich dokonać kontroli ładunku statku w sytuacji, gdy służby podejrzewają, że na jego pokładzie są terroryści albo broń. Państwo żydowskie od lat korzysta z tego prawa i kontroluje jednostki pływające nieopodal wód Izraela.
– „Tego typu akcja ma kilka celów. Oczywiście głównym jest dowiezienie pomocy humanitarnej” – Kurkiewicz nie ma wątpliwości co do tegorocznych zamiarów organizatorów Flotylli Wolności. Jednak już zeszły rok dobitnie pokazał, że nie o to bynajmniej chodzi. Towary wiezione do Gazy są elementem mającym nagłośnić cel walki politycznej aktywistów. W 2010 r. ponad 2/3 lekarstw transportowanych dla Palestyńczyków było… przeterminowanych już w chwili ładowania ich na pokłady.
I w tym, i w zeszłym roku aktywiści nie chcą słyszeć tureckich i izraelskich propozycji przetransportowania ładunków przez egipski port El-Arisz lub izraelskie przejścia graniczne. Nie chcą, bo gdyby do Gazy płynęli bez ładunków, w warstwie symbolicznej nikogo nie ratowaliby z „humanitarnej opresji”.
Auschwitz na pokładzie
Aby nie było żadnych wątpliwości, Kurkiewicz podkreśla, że wśród pasażerów pierwszej Flotylli „były osoby ocalone z Holokaustu”. Nie rozumiem, co to ma do meritum. Jak to uzasadnia całą akcję? To bardzo osobista i drażliwa dla wielu kwestia, ale moim zdaniem w tym przypadku dziennikarz instrumentalnie wykorzystuje ów fakt.
Holokaust to symbol, który ma nas do sprawy Flotylli konkretnie nastawić. Ma ją chyba uwiarygodnić. Doprawdy nie wiem, czemu. Czy ci, którzy przeżyli Shoah, są nieomylni? Czy reprezentują jakieś zwarte stanowisko, formację polityczną, światopoglądową?
A przecież na pokładzie „statków wolności” był także Erdin Tekir, który odsiedział 3,5 roku w rosyjskim więzieniu za współudział w porwaniu w 1996 r. promu z ponad 200 pasażerami. Tylko co z tego? Czy udział w akcji Flotylli byłego bojownika Szamila Basajewa obala szlachetne pobudki reszty aktywistów? I czy wreszcie sam Tekir nie ma prawa zmienić swych poglądów?
Dlaczego słuszna troska o los Palestyńczyków uprawnia do szkodliwych skrótów myślowych i jednostronnie upraszczanej narracji? Jak spłycanie problematyki konfliktu dwóch związanych węzłem gordyjskim narodów ma przysłużyć się do jego rozwiązania?
Europejska lewica od lat jest najodważniejszym i najbardziej postępowym adwokatem spraw ludzi spychanych na margines. Broni praw mniejszości seksualnych, mniejszości narodowych, ruchów robotniczych i drastycznie rosnącego prekariatu. Walczy o sprawiedliwy świat, wolny od rasizmu i uprzedzeń. Niestety jej spojrzenie na sprawę palestyńską od lat jest bardzo jednostronne. Ze szkodą tak dla Palestyńczyków, jak i Izraelczyków.
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 7 lipca 2011 | opinie
Miała babuleńka Koziołka Matołka, co kazał dziewczyny powsadzać do dołka. Koziołek Matołek – pod rogami pustka, dziewczyny wesołe, on blady jak chusta.
Taką piosenkę, nie przesadnie wyrafinowaną artystycznie i intelektualnie, śpiewałyśmy w obozie internowanych. Na szczęście junta wojskowa była mniej obrażalska od obecnych władz i nie próbowała nas za to zamknąć. Wprawdzie trudno zamknąć kogoś, kto już siedzi, ale WRON-a to potrafiła. Andrzeja aresztowała w obozie internowanych i oskarżyła o obalanie ustroju siłą, za co groziła kara śmierci. Siły do obalania czegokolwiek nie mieliśmy ani wtedy, ani teraz. Wszystkie Koziołki Matołki, historyczne i współczesne, mogą spać spokojnie. Nobliwa pani Sybiraczka powiedziała mi: Zostawcie w spokoju generała, to stary schorowany człowiek. Nie taki schorowany, skoro uczestniczy w pracach BBN. Ale postęp jest. Teraz mamy standardy europejskie i przynajmniej za słowa kara śmierci już nie grozi.
Nauczycielka w szkole podstawowej kazała trzem klasom napisać opowiadanie w odcinkach pod tytułem Diabelski Anioł. Dzieci uruchomiły chorą wyobraźnię, karmioną bajeczkami, grami komputerowymi i filmami akcji. W kolejnych odcinkach pojawiały się coraz bardziej sadystyczne i obrzydliwe sceny. Zacytuję kilka fragmentów:
„Zobaczyła ciało swojego chłopaka bez rąk i z jedną nogą”. „Kolejna ofiara był przywiązana łańcuchami do drzewa. Po całym ciele spływała krew. Głowa człowieka była odrzucona kilka metrów dalej. Wnętrzności były wyjedzone”. Motyw urwanej głowy tak się dzieciom spodobał, że pojawia się w następnym odcinku. „Przywiązali Łukasza sznurkiem i puścili go jako przynętę. Nagle zobaczyli szarpnięcie sznurka, szybko go chwycili i podciągnęli. Zobaczyli sznurek z głową Łukasza i z kłakami potwora”. Łukasz jest kolegą z grupy autorów. Dalej, oprócz krwi i flaków, z ciał wylewają się robaki, które są zjadane. Kto zje robaka, zamienia się w potwora. Potwór wyjada nie tylko wnętrzności, również mózgi. Zabawę przerwała dyrektorka.
Rodzice próbują ograniczać dzieciom dostęp do Internetu, blokują strony z pornografią, ale jest to nieskuteczne, ponieważ dzieci mają telefony komórkowe. Synek znajomych otrzymuje SMS-y: „Czy ty dalej wierzysz w tą głupią Maryśkę?”. Chodzi oczywiście o Marię, matkę Chrystusa.
Wielu jest chętnych do cenzurowania Internetu, ale nie słyszałam, aby ktokolwiek domagał się ograniczenia sadystycznych, okrutnych i obrzydliwych treści w publicznym przekazie, ponieważ wszystkim jest to na rękę. Panuje przekonanie, że im mocniejsze ostrzeżenie, tym lepszy skutek. Obrońcy zwierząt pokazują ich cierpienia, pacyfiści okrucieństwa wojny, kościół wystawia plansze ociekające krwią nienarodzonych, drogówka ofiary wypadku. Trzeba przebić się przez kulturę masową, która jest coraz bardziej brutalna i prymitywna.
Nakręca się spirala coraz mocniejszych środków wyrazu. Natomiast reklamy i większość seriali wypełniają lukrowane obrazki z życia ludzi, którzy nie mają większych kłopotów, albo świetnie sobie z nimi radzą. Wszystko jest umowne: entuzjazm widzów, spontaniczność celebrytów, krew z urwanej nogi. Do mediów przebijają się jeszcze tylko tragiczne historie ludzi okrutnie skrzywdzonych przez los lub władzę.
Trudno sobie wyobrazić dalszą eskalację straszenia i pogróżek w celach wychowawczych. Przypadkowo znalazłam przykład innego podejścia do wychowania dzieci. W wydanym przez IPN albumie „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948” zamieszczono fotokopię wierszowanego listu do syna (str. 123). Oto dwa fragmenty:
„Niby świat kocha i wsze stworzenia
W gołębim sercu – gołąbki zmieszcza
To raptem znowu zmienia się w drania
Motylom życie odbiera – więc gania”.
Jeśli Cię ręka swędzi i oko
Równego sobie szukaj – silnego
Z nim stań do walki. Uda się – a więc głęboko
Miecz wraź swój w niego!
Lecz słabe niszczyć stworzonka – nieduże
Tak robić potrafią przede wszystkim tchórze
Lecz nigdy nie robią tego rycerze”.
Nie trzeba wymyślać niczego nadzwyczajnego. Wystarczy wrócić do starych zasad i metod wychowania, aby świat wrócił do normy. Oczywiście nie jest to takie proste. Kto przyzwyczaił się do stosowania prawa siły, bezkarnego gnębienia słabszych, nie nawróci się na etos rycerski – stawanie do walki z silniejszym, otaczanie opieką wdów, sierot i motylków.
Rządzący chełpią się siłą, ponieważ jest to skuteczna polityka. Nie trzeba silić się na argumenty i wszyscy wiedzą, kto tu rządzi. Wiele razy słyszałam z ust Borusewicza i Tuska: „Trzeba było wygrać wybory”. Na szczęście nie wszyscy obywatele są klientami władzy. W sprawach tak ważnych, jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem, pokrzykiwanie i wyszydzanie nie uciszy oponentów. Również pacyfikowanie kibiców nie daje pożądanego skutku. Władza kompromituje się, zaczyna się bać, ludzie się śmieją.
Nie wiem jak potoczą się losy Europy i świata. Społeczeństwa się buntują, ale chciwości i zadłużania się nikt powstrzymać nie potrafi. Szczytem bezczelności jest oskarżanie narodów Europy, że żyły na kredyt i narobiły długów. Nie przypominam sobie, aby Balcerowicz pytał nas, czy chcemy zadłużania państwa. Chcieliśmy żyć nie na kredyt, lecz z wynagrodzenia za własną pracę.
Zastanawia mnie, czego tak panicznie boją się autorytety, że ostrzegają przed faszyzmem. Co mają na sumieniu tchórze, którzy ze strachu rozum tracą? Czy miłość do zysków korporacji uzasadnia taki poziom emocji, jaki objawia np. Stefan Bratkowski, podobno dziennikarz, nie prezes banku?
przez redakcja | niedziela 3 lipca 2011 | nasze rozmowy
Niedawno w Poznaniu odbył się Kongres Ruchów Miejskich – impreza, w której wzięli udział przedstawiciele kilkudziesięciu środowisk z całego kraju, zatroskani kondycją i przeobrażeniami przestrzeni miejskiej w Polsce. O Kongresie rozmawiamy z Lechem Merglerem, spiritus movens tego przedsięwzięcia.
Jaka jest geneza Kongresu Ruchów Miejskich? Dlaczego akurat Poznań stoi u źródeł tej inicjatywy?
Lech Mergler: Powód generalny to problemy, jakie w ostatnich latach ujawniają się coraz wyraźniej w polskich miastach. Jedną z reakcji na to jest ożywienie się podmiotowej, oddolnej aktywności obywatelskiej mieszkańców miast, najbardziej widoczne w miastach największych, ale nie ograniczające się do nich. Trzeba podkreślić, że chodzi tu przede wszystkim o ruchy i organizacje mieszkańców, a nie np. o działające w miastach organizacje branżowe, eksperckie (urbanistów, architektów, transportowców, ekologów, socjologów miejskich itd.), nie mówiąc o politycznych – w sensie partyjnym lub ideologicznym. Mieszkańców wyróżnia w tym kontekście ich lojalność wobec miejsca, w którym żyją, ich miejsca na świecie – własnego miasta.
Te ożywiające się ruchy i organizacje od kilku lat coraz intensywniej się ze sobą komunikują. W ten sposób ukształtowało się, na przykład, porozumienie „Wspólna przestrzeń”, zorientowane na problemy chaosu przestrzennego w miastach, łączące ludzi z kilku miast.
W Poznaniu, początkowo również na tle konfliktów z władzami i biznesem o przestrzeń miejską, od wiosny 2007 r. tworzył się ogólnomiejski ruch społeczny My-Poznaniacy. Jego emanacją instytucjonalną stało się stowarzyszenie o tej nazwie, zarejestrowane w maju 2008 r. Powołało ono obywatelski komitet wyborczy podczas wyborów samorządowych jesienią 2010 r., który uzyskał blisko 10% poparcia wyborców i… ani jednego mandatu w radzie miasta. Był to największy od lat tego rodzaju sukces oddolnych ruchów obywatelskich w dużych miastach, stąd też jakby naturalnie Kongres odbył się w Poznaniu, zresztą z inicjatywy pozapoznańskiej.
Jakim potrzebom i wyzwaniom ma sprostać Kongres Ruchów Miejskich – czy to coś więcej niż jednorazowa inicjatywa?
L.M.: Ruchy i organizacje miejskie mają w sposób niejako oczywisty charakter lokalny. To znaczy są nakierowane na rozwiązywanie stosunkowo konkretnych problemów w swoich miastach. Tymczasem okazuje się, mówiąc w dużym skrócie, że aby z powodzeniem rozwiązywać problemy w wielu obszarach życia miejskiego, trzeba przekroczyć lokalność. Przyczyny lub okoliczności sprzyjające powstawaniu problemów mają bowiem w dużym stopniu charakter ponadlokalny. Należą do nich decyzje polityczne – albo wręcz całe polityki rządowe – ignorujące lub wręcz szkodliwe dla miast, ich rozwoju i jakości życia mieszkańców. Względnie nietrafne regulacje ustawowe, złe prawo. Jedno z drugim pozostaje w związku.
Jednym z celów strategicznych Kongresu jest zorganizowanie się w celu utworzenia siły zdolnej wywierać presję na polską politykę, aby zaczęła ona dostrzegać problemy i potrzeby miast i sprzyjać ich rozwiązywaniu. Trzeba niestety stwierdzić, że nie tylko partie polityczne zawiodły miasta. Również takie organizacje, jak Związek Miast Polskich czy Unia Metropolii Polskich oraz inne ciała doradcze i konsultacyjne nie były w stanie skutecznie zdefiniować i rozwiązywać wspólnych problemów miejskich. W Polsce trudno zauważyć istnienie jakiejkolwiek polityki miejskiej, tymczasem miasta, zwłaszcza duże, stanowią główny potencjał rozwojowy kraju. My, mieszkańcy zostaliśmy z nimi sami, wydani na pastwę żywiołów rynkowych i gier biznesowych, lokalnych układów i arogancji władz.
Jakie problemy stoją dziś przed polskimi miastami? Czy faktycznie ich stan jest tak tragiczny, jak sugerują dokumenty Kongresu?
L.M.: Część dolegliwości polskich miast to schorzenia wspólne, inne mają specyficzny, lokalny charakter. Kongres siłą rzeczy koncentrował się na opowiedzeniu sobie o tym, co nas łączy, przy jednoczesnym otwarciu na odmienność. Syntetycznie można stwierdzić, że cechy wspólne to niezgodność rozwoju polskich miasta ze standardami rozwoju zrównoważonego.
Kilka problemów mniej ogólnych ma ewidentnie charakter powszechny. To jest przede wszystkim narastający chaos przestrzenny w miastach, związany z nim kryzys transportowy, wynikający z boomu motoryzacyjnego i słabości systemów komunikacji publicznej. Do tego dopisać należy, choć tu zróżnicowanie jest większe, problemy ekologiczne i suburbanizację, prowadzącą do upadku obszarów śródmiejskich. Również bardziej zróżnicowana jest sytuacja, jeśli chodzi o natężenie problemów społecznych w miastach, wynikających ze społecznej, niesprawiedliwej stratyfikacji: wykluczenia z powodu bezdomności, bezrobocia, ubóstwa. Nadciągający kryzys finansów miejskich, który sam w sobie jest problemem, odbije się w pierwszej kolejności właśnie na społecznie i ekonomicznie najsłabszych grupach mieszkańców, uderzy w edukację, pomoc społeczną, komunikację zbiorową, ochronę zdrowia.
Odrębną, acz nie do końca, grupę problemów w miastach stanowią kwestie ograniczonej podmiotowości społecznej, znikomy poziom partycypacji, pozorowane konsultacje, przyjmowanie przez demokrację miejską form „demokracji paternalistycznej”, w ramach której władze zawsze wiedzą lepiej. Określenie na Kongresie lokalnych stosunków miejskich neologizmem „kacykoza” wydaje się znamienne.
Dokumenty Kongresu nie sugerują, że stan polskich miast jest generalnie tragiczny – zapewne niektórych niestety tak, inne się rozwijają, jeszcze inne „zwijają” albo trwają w stagnacji. Chodzi o to, że w tych wszystkich zróżnicowanych sytuacjach istnieje cały szereg wspólnych wzorów odbiegających od standardów rozwoju zrównoważonego – zarówno w miastach jako tako „prosperujących”, jak i zwłaszcza w tych pogrążonych w kryzysie.
Dlaczego to właśnie Łódź stała się miastem, na którego sytuację zwróciliście uwagę w swoim „Liście Solidarności”?
L.M.: Inicjatywa „Listu Solidarności” powstała spontanicznie, nie była przygotowana wcześniej, ale jakoś oddaje ducha Kongresu. Przede wszystkim ducha solidarności i współpracy mieszkańców miast jakby w opozycji wobec „ideologii” powszechnej rywalizacji, którą wyrażają władze miast. Konkurencja jako powszechna i jakoby optymalna zasada regulująca stosunki zbiorowe, daje fory tym podmiotom, które są uprzywilejowane na starcie, i na odwrót. W warunkach konkurencji słabszemu podkłada się nogę, a nie wyciąga do niego rękę z pomocą. Od takiej, bezwzględnej, perspektywy chcieliśmy się odciąć.
Łódź, ale nie tylko (np. Wałbrzych w grupie miast średnich) to wielkie miasto, które na starcie wyścigu miast po sukces w kapitalistycznym rozwoju było z powodów historycznych – wielka monokultura przemysłowa – w gorszej sytuacji niż konkurencja. Dodatkowo procesy globalizacji odbiły się na gospodarce łódzkiej. Zdaniem licznych uczestników Kongresu, te okoliczności nie są uwzględniane w strategiach rozwoju i wyrównywania szans.
Dużo mówiliśmy o bolączkach. Jakie szanse i nadzieje wiąże Pan z naszymi miastami?
L.M.: Podstawowa jest odpowiedź na pytanie, dla kogo jest miasto, czyje i po co ono jest. Wydaje się, że przez szereg lat polskiej transformacji dominowała bardzo jednostronna i w gruncie rzeczy prostacka odpowiedź: miasto jest po to, żeby był „rozwój”, czyli wzrost ilościowy, najprościej mierzony wskaźnikiem PKB. W konsekwencji tego, w mieście liczyło się to i ci, od których ten prosty wzrost brutto zależał: biznes, w tym biznes niskiej jakości i szybkiego zwrotu kapitału (np. handel wielkopowierzchniowy, deweloperzy). Inne potrzeby, inne interesy były im podporządkowane, „wzrost” zaś dotyczył tylko niektórych miejsc, sfer życia i środowisk społecznych, był bardzo selektywny i fasadowy.
Na Kongresie padło żartobliwe hasło: „miasto jest sexy”. Pierwsza zaproponowana teza brzmiała: Miasto istnieje dla mieszkańców, bo stanowi ono podstawowe środowisko ich życia, dlatego mają oni niezbywalne prawo do miasta. Biznes, władza, polityka winny im służyć. Przyjęta została w wersji krótszej, ale jeśli stałaby się coraz częstszą intencjonalną i wiążącą odpowiedzią na pytanie o miejskie pryncypia, to można by mieć nadzieję na nową jakość życia ogółu mieszkańców polskich miast, i to stosunkowo szybko. Polskie miasta staną się „sexy”, jeśli oderwą się od przestarzałych, industrialnych wzorców rozwoju (motoryzacja, rozpełzająca się szeroka zabudowa, gigantomania) oraz niesprawiedliwych, neoliberalnych koncepcji ekonomicznych, eksploatatorskich wobec miast przez komercjalizację i mechaniczną prywatyzację. Miasto jest złożonym systemem i nie ma prostych recept na sukces rozwojowy, zwłaszcza w skomplikowanych czasach. Pewne jest, że nie jest możliwy rozwój kraju bez powodzenia miast.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 3 lipca 2011 r.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 28 czerwca 2011 | opinie
Rodzice dzieci niepełnosprawnych 15 czerwca wyszli na ulicę. Protestowali pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, domagając się podwyższenia świadczenia pielęgnacyjnego do wysokości minimalnej płacy. Może się wydawać, że to protest dotyczący problemu wprawdzie ważnego, ale obejmującego dość wąski krąg osób. Jednak w tych protestach można dopatrzyć się zaczynu czegoś bardziej uniwersalnego – walki o uznanie opieki za pełnoprawną pracę, która wymaga wynagrodzenia.
Co do świadczenia pielęgnacyjnego, w ostatnich latach nastąpiły pozytywne zmiany. Do końca 2009 r. było to świadczenie selektywne, zależne od progu dochodowego, określonego w ustawie o świadczeniach rodzinnych. Wsparcie obejmowało więc tylko najuboższych. Od 2010 r. próg jest zniesiony, dzięki czemu dana osoba niezależnie od dochodu w rodzinie (jeśli zrezygnuje z podjęcia pracy, by oddać się opiece nad niesamodzielnym członkiem rodziny), otrzyma zasiłek w wysokości 520 zł. Choć to pozytywna zmiana, to jednak dla wielu osób niemożliwa jest rezygnacja z pracy i dochodów z niej na rzecz tak skromnego świadczenia.
Zgodnie z duchem polskiego prawa, jest to wciąż zasiłek, a nie wynagrodzenie. Nie uwzględnia się zatem, że opieka stanowi formę zasługi wiążącej się z wysiłkiem analogicznym, a niekiedy przecież znacznie większym, niż w przypadku pracy zawodowej.
Obawy tych, którzy przewidują gigantyczne koszty podniesienia świadczenia pielęgnacyjnego można ostudzić zapewnieniem, że nie wszyscy – nawet gdyby wzrosło ono radykalnie – byliby zainteresowani skorzystaniem z niego. Moja znajoma, opiekująca się dzieckiem (metrykalnie dorosłym mężczyzną) z porażeniem mózgowym, mając środki zapewnia dziecku opiekunkę w godzinach pracy, a sama zajmuje się nim w wolnym czasie. Powiedziała mi, że będzie chciała pracować jak najdłużej, bo całodobowej opieki nie wytrzymałaby psychicznie.
Przed podobnym dylematem stoi wiele osób. Warto, aby społeczeństwo i państwo wyciągnęli praktyczne wnioski z faktu, że opieka w domu nie jest okresem dezaktywizacji. Jeśli członkowie rodziny mają się opiekować niesamodzielnymi krewnymi, państwo musi ich wspierać na różne sposoby. W przeciwnym razie opiekunowie po jakimś czasie będą – wskutek zrozumiałego wypalenia – nie tylko niezdolni do opieki, którą będą musiały przejąć publiczne służby. Gorzej – sami będą jej potrzebowali.
Długofalowe koszty są więc wielokrotnie większe, niż wypłata świadczenia w wysokości płacy minimalnej. Potrzeba jednak trochę wyobraźni. I zrozumienia potrzeb. Wsparcie to nie powinno bowiem mieć charakteru pieniężnego, jak to ma miejsce w kontekście świadczenia pielęgnacyjnego, lecz obejmować także instrumenty rzeczowe i usługowe. Szczególnie ważne w obliczu powyższych problemów byłoby prawne zagwarantowanie opieki zastępczej na czas urlopów wytchnieniowych, gdy stali opiekunowie mogliby na pewien czas wyjechać i odpocząć. Takie rozwiązanie, zdaje się, ma zostać zawarte w przygotowywanej przez posłów PO ustawie pielęgnacyjnej. Oby niebawem ujrzała ona światło dzienne.
Sugerowałbym także modyfikację innego świadczenia na rzecz rodzin z niepełnosprawnymi. Chodzi o dodatek za kształcenie i rehabilitację dziecka niepełnosprawnego – obecnie wynosi on 50-70 zł miesięcznie, zależnie od wieku dziecka. Nie kwota jest tu jednak kluczowa, lecz to, że świadczenie przysługuje jako dodatek do świadczenia rodzinnego, a więc mogą z niego korzystać tylko osoby znajdujące się pod niskim progiem dochodowym. Rodziny, których dochód przekroczy próg choć minimalnie, nie otrzymają wsparcia. Patrzy się zatem na zagadnienie w kategoriach typowo socjalnych, a nie motywacyjnych. Tymczasem instrument ten – gdyby uniezależnić go od kryterium dochodowego – mógłby funkcjonować jako zachęta dla społecznie korzystnych działań i rekompensata indywidualnych kosztów, które im towarzyszą.
Ułatwienie dzieciom niepełnosprawnym edukacji to inwestycja w ich integrację ze społeczeństwem oraz podnoszenie kapitału ludzkiego. To również częściowe odciążenie czasowe opiekujących się nimi rodziców, a tym samym szansa na integrację ze społeczeństwem także dla nich. Polityka społeczna powinna odchodzić wyłącznie od zaspokojenia indywidualnych potrzeb w kierunku działań integracyjnych, a więc rzutujących na strukturę społeczną.
Wracając do postulatów protestujących rodziców, jedna rzecz budzi konfuzję. Otóż świadczenie pielęgnacyjne nie dotyczy tylko sytuacji, gdy rodzice opiekują się niesamodzielnymi dziećmi. Bywa odwrotnie, czasem to dorosłe dzieci muszą sprawować opiekę nad niesamodzielnymi rodzicami. Czy zatem świadczenie pielęgnacyjne miałoby być podniesione dla wszystkich opiekunów? Takie rozwiązanie byłoby bez wątpienia najsprawiedliwsze, ale rodzi ono – w obliczu starzenia się społeczeństwa i wzrostu udziału osób niesamodzielnych ze względu na podeszły wiek – ryzyko bardzo wysokich wydatków budżetowych. Czy nie jest to jednak koszt uzasadniony względami sprawiedliwości? Nie tylko sprawiedliwości redystrybucyjnej, ale i wymiennej, odnoszącej się do konieczności zapłaty za wykonaną pracę.
Wyobraźmy sobie, że tych usług opiekuńczych nie wykonywaliby członkowie rodziny. Wówczas albo osoby najbardziej bezbronne pozostałyby bez opieki, albo musiałoby zająć się tym państwo (i charytatywne organizacje) – a więc instytucje wspólnotowe. Powinniśmy zatem jako wspólnota być wdzięczni opiekunom rodzinnym, że wykonują tę eksploatującą pracę. A wdzięczność powinna znaleźć odzwierciedlenie w systemowym wsparciu dla nich.
Tymczasem przyjęliśmy za oczywisty i naturalny fakt, że świadczenie tych usług leży niemal wyłącznie w obowiązku osób bliskich lub zatrudnionych przez nich (w praktyce najczęściej na czarno) opiekunów pozarodzinnych. Taki system – utrudniający zresztą wprowadzenie i wyegzekwowanie jakichkolwiek standardów opieki – wydaje się kłócić z ideą nowoczesnego dobrobytu, w którym obciążenie ryzykiem socjalnym nie spoczywa wyłącznie na jednostce i jej rodzinie. Przeciwnie, jest częściowo rozłożone także na wspólnotę polityczną. Sytuacja niesamodzielności – na co zwracają polscy badacze zagadnienia, jak dr Barbara Więckowska – powinna być przyporządkowana do takiego katalogu ryzyk socjalnych.
Przemyślenie idei wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi nie jest nieuzasadnionym „roszczeniem”. Przeciwnie. Parafrazując słynną wypowiedź Nelsona Mandeli: Overcoming poverty is not an act of charity. It is an act of justice, chciałoby się rzec, iż wprowadzenie choćby minimalnego wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi to nie akt dobroczynności, lecz wymóg sprawiedliwości.
przez Michał Sobczyk | niedziela 19 czerwca 2011 | nasze rozmowy
Niedawno ulicami Warszawy przeszła dziesiąta, jubileuszowa Parada Równości. O problemach mniejszości seksualnych w Polsce rozmawiamy z Jackiem Adlerem, działaczem środowisk LGBT i redaktorem naczelnym portalu Gaylife.pl.
Spotyka się pogląd, że geje i lesbijki wyolbrzymiają skalę swojej dyskryminacji. Przykładowo, kwestie dziedziczenia przez partnerów mogą oni regulować jak heteroseksualne pary nieformalne, czyli umowami cywilnymi.
Jacek Adler: Możliwość rejestracji związków partnerskich to kwestia absolutnie podstawowa. Mam kontakt z czytelnikami prowadzonego przeze mnie portalu internetowego i wiem, że w praktyce życia codziennego, gdy jeden z partnerów umiera, to drugi bardzo często jest wyrzucany z ich wspólnego mieszkania, gdyż nie ma do niego prawa. Owszem, można sporządzić testament, ale nie każdy to robi, bo to wymaga pewnej zaradności, znajomości prawa, wreszcie – powiedzenia sobie, że jesteśmy śmiertelni, co dla niektórych osób stanowi spory problem psychologiczny. Poza tym polskie prawo nie pozwala do końca swobodnie rozporządzać majątkiem na wypadek śmierci, czego przykładem może być instytucja zachowku. Jest też presja społeczna, sprawiająca, że nie tak łatwo pójść do notariusza i przepisać majątek na partnera.
Jeśli dodać do tego m.in. konieczność upoważnienia partnera na wypadek pobytu w szpitalu, to uregulowanie podstawowych spraw przez pary homoseksualne łączy się z ogromną biurokracją i wymaga dużego samozaparcia, a i tak nie doprowadzi do efektu, który miałby jeden akt w postaci zawarcia związku partnerskiego. Dlatego w praktyce pary homoseksualne są dyskryminowane w porównaniu z małżeństwami.
Poza tym, instytucja związków partnerskich byłaby formą uznania przez państwo, że ci ludzie mają prawo do takiej samej ochrony prawnej, jak wszyscy inni obywatele, i że mogą również liczyć na to, że otoczy ono opieką ich związki. W końcu wszyscy płacimy podatki, mamy takie same obowiązki wobec państwa, powinniśmy mieć zatem równe prawa.
A dyskryminacja na innych polach?
J. A.: Szczególnie ważna jest kwestia nie tyle prawnej, co faktycznej dyskryminacji na poziomie np. zakładu pracy. Ujawnienie orientacji seksualnej, przypadkowe lub świadome, prowadzi do wytykania palcami, mobbingu, różnego rodzaju szykan, czy to ze strony współpracowników, czy pracodawcy. Takim osobom jest potem bardzo trudno funkcjonować w miejscu pracy.
Podobna sytuacja ma miejsce w szkołach, przy czym dzieci są nieraz nawet bardziej okrutne, gdyż mają mniej empatii niż dorośli. Z uwagi na to, że nie mamy w Polsce odpowiedniego systemu edukacji, dziedziczą one brak tolerancji – nie tylko wobec tej mniejszości, mamy bowiem w Polsce kłopoty z wszelką innością – i w ten sposób dyskryminacja przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ludzie różnie reagują na jej przejawy, jednak możemy sobie wyobrazić, jaki może ona mieć wpływ na młodą psychikę. Dlatego bardzo ważnym postulatem środowiska LGBT jest właściwa edukacja, społeczna i seksualna. Bardzo wiele można by dzięki niej zrobić, jednak nie tworzy się takich programów, żeby nie narażać się Kościołowi.
Które postulaty ruchu gejowskiego, poza wprowadzeniem możliwości formalizacji związków partnerskich, są Pana zdaniem zarówno palące, jak i możliwe do realizacji w obecnych realiach kulturowych?
J. A.: Na pewno bardzo ważne i pilne jest wprowadzenie karalności „mowy nienawiści”. W tej chwili mamy w Polsce przepisy artykułów 256 i 257 Kodeksu karnego, które penalizują nawoływanie do nienawiści, poniżanie czy wyzwiska m.in. z powodu rasy, narodowości czy wyznania, natomiast w tym katalogu nie ma orientacji seksualnej. Dlatego jeśli ktoś nawołuje do wrogości wobec gejów czy lesbijek – a organizacje LGBT wiele razy zawiadamiały prokuraturę o takich zachowaniach, nawet ze strony polityków – nie bardzo jest możliwość, żeby prawo na to zareagowało. Wobec takich spraw nie można stosować paragrafów odnoszących się do zniesławienia, bo ono musi dotykać konkretnej osoby. Istnieje zatem konieczność rozszerzenia wspomnianych przepisów.
Karanie za „mowę nienawiści” jest ważne przede wszystkim dlatego, że pozwoliłoby – na tyle, na ile się w ogóle da – wyrugować z debaty publicznej nietolerancyjną wrogość, uniemożliwiając jej rozpowszechnianie. Należy zatem równolegle wychowywać, poprzez edukację seksualną, oraz reagować na wezwania do przemocy, oczywiście nie tylko w stosunku do mniejszości LGBT. Bo jak już wiemy z historii, często od słów do czynów przechodzi się bardzo szybko, a wtedy problem ma nie tylko prześladowana mniejszość, lecz wszyscy. Jeżeli dopuszczamy nienawiść wobec dowolnej grupy, w pewnym momencie rozlewa się ona na całe życie społeczne i żyjemy odtąd w całkiem innym kraju.
A jak dyskryminacja na tle orientacji seksualnej nakłada się na inne wymiary wykluczenia? Geje należą przecież do różnych klas społecznych, grup zawodowych itp.
J. A.: Oczywiście najłatwiej jest tym gejom i lesbijkom, którzy żyją w wielkim mieście i uprawiają wolny zawód albo zajmują wyższe stanowiska. Nawet w Polsce mamy środowiska, zwłaszcza artystyczne czy show-biznesowe, gdzie ta kwestia już nie jest wielkim problemem, ale to przecież w skali kraju bardzo nikły ułamek. Natomiast „masowa” Polska to mniejsze miejscowości, w tym „Polska B” na wschodzie, i tutaj sytuacja jest całkiem inna. W Polsce powiatowej wciąż jeszcze bardzo trudno się ujawnić z najmniejszą nawet innością. Dlatego też bardzo często geje i lesbijki wyjeżdżają z małych miejscowości po ukończeniu szkoły, co tłumaczy, dlaczego w wielkich miastach jest ich znacznie większy odsetek; na prowincji nie zostaje prawie nikt, bo tam nadal ciężko sobie wyobrazić życie jawnego geja. Zresztą trzeba sprawiedliwie powiedzieć, że nawet w krajach dużo bardziej tolerancyjnych, jak Niemcy, które dość dobrze znam, bo mieszkałem tam wiele lat, wciąż jeszcze zauważalna jest różnica między dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami, jeśli chodzi o akceptację dla wszelkiego rodzaju odmienności.
Wydaje się, że najwięcej ogólnej tolerancji jest w zamożnych i egalitarnych krajach socjaldemokratycznych.
J. A.: Tam, gdzie ludzie są bogaci i rozleniwieni, nie ma z nią raczej problemu. Jednak to, że nietolerancja wobec mniejszości seksualnych jest u nas dużo większa niż na Zachodzie, wynika moim zdaniem przede wszystkim z polskiej specyfiki, którą jest ogromny wpływ kościoła katolickiego. Zachodnie społeczeństwa są mocno zeświecczone i bardziej opierają się w swoich zachowaniach o „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe” (jak można ludowym językiem wyrazić kantowski imperatyw kategoryczny), niż sugerują wskazaniami Kościoła. Tam, gdzie zachował on silną pozycję, nietolerancja jest większa. Można tu wskazać Włochy, które nadal są dosyć homofobiczne jak na kraj zachodni, a z drugiej strony tolerancyjną Hiszpanię, też niby kraj katolicki, gdzie jednak znacznie spadły wpływy Kościoła w społeczeństwie.
Jest też inna różnica między Polską a Zachodem: po 45 latach swoistej „zamrażarki kulturowej”, w ramach której wszelka inność miała ograniczone możliwości ekspresji, Polacy nagle zostali wrzuceni na głęboką wodę nieznanych wcześniej postaw i trendów.
J. A.: Nie możemy sobie wiecznie dawać taryfy ulgowej, tłumacząc się dziedzictwem PRL-u. III Rzeczpospolita istnieje już 22 lata, II RP istniała porównywalny czas i jak wiele w niej osiągnięto! Przypomnę, że karalność homoseksualizmu została w wolnej Polsce zniesiona pierwszym jednolitym kodeksem karnym, tzw. Kodeksem Makarewicza z 1932 r. Dla porównania: w Niemczech zniesienie karalności homoseksualizmu miało miejsce dopiero w 1969 r., a więc 37 lat później. Wtedy byliśmy „do przodu”, a teraz minęły dwie dekady i nadal jesteśmy w lesie. Nic się tak naprawdę w Polsce nie zmienia, zresztą nie tylko w sprawie nietolerancji.
I samo z siebie się nie zmieni, jeżeli państwo nie będzie modyfikować programów nauczania, prowadzić aktywnej polityki wspierania inicjatyw promujących tolerancję. To zresztą nie dotyczy tylko kwestii LGBT, ale także np. agresji na stadionach, która też się znikąd nie bierze. Nie ma odpowiednich programów w szkołach, brak należytego wspierania organizacji pozarządowych, np. harcerstwa, które dałyby młodym ludziom atrakcyjne zajęcie, żeby nie musieli się plątać pod blokiem z grupą chuliganów. Jeżeli pod względem otwartości społeczeństwa cokolwiek się zmieniło na lepsze, to dzięki amerykańskim filmom wyświetlanym na komercyjnych kanałach, ale samo państwo kompletnie nic w tym względzie nie zrobiło – i to należy piętnować.
Pisarz Michał Witkowski, sam będący gejem, wyraził kiedyś pogląd, iż więcej w kwestii tolerancji dokonała popkultura niż polityczne manifestacje.
J. A.: Walka polityczna o prawa mniejszości seksualnych bez wątpienia ma sens, gdyż zmieniając przepisy możemy dużo osiągnąć. Jestem prawnikiem z wykształcenia i obserwuję, że nie zawsze doceniamy wychowawczą rolę prawa. Jeżeli można byłoby w urzędzie stanu cywilnego zawrzeć związek partnerski, to urzędnik tego samego państwa, które go udzieliło, nie będzie za chwilę zwalniać z pracy nauczyciela za to, że jest gejem. Państwo ma pewien autorytet i jego postępowanie wpływa na oceny ludzi, którzy je obserwują.
Witkowski ma jednak w pewnym stopniu rację. Wydaje mi się, że w dzisiejszych, „medialnych” czasach, ważne jest, żeby temat mniejszości poruszać np. w telewizji. Rzeczywiście pewne filmy czy celebryci ujawniający orientację seksualną, jak Elton John czy George Michael, wiele zrobili dla wzrostu tolerancji.
A co z politycznym wymiarem ruchu gejowskiego? Choć osoby homoseksualne, rzecz jasna, mają rozmaite poglądy, jest on „odruchowo” lokowany po lewej stronie sceny politycznej, a przynajmniej tak etykietuje go prawica, mająca w Polsce wyłącznie mniej lub bardziej konserwatywny profil.
J. A.: Moim zdaniem, orientacja seksualna nie powinna być w ogóle istotnym kryterium politycznym, bo na dobrą sprawę nie ma z polityką nic wspólnego. Środowisko gejów i lesbijek jest bardzo zróżnicowane pod względem politycznym. Są tacy, którzy mają poglądy liberalne, są ludzie o przekonaniach lewicowych, ale są też tacy, którzy identyfikują się z konserwatywną prawicą. Natomiast jeśli idzie o partie polityczne, rzeczywiście jedynie SLD, a z mniejszych Zieloni, SDPL i Unia Lewicy formułują postulaty walki o równouprawnienie gejów i lesbijek. Natomiast partie centrowe czy konserwatywno-prawicowe odcinają się od wszelkiej walki o tolerancję, tak rozumiejąc swój konserwatyzm. To zresztą kolejna typowo polska specjalność. W Niemczech nawet w Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) istnieje LSU (Lesben und Schwule in der Union) – partyjna podorganizacja, zajmująca się sprawami gejów i lesbijek.
Niechętna postawa partii nie-lewicowych wobec mniejszości LGBT powoduje, że bardzo często geje i lesbijki, którzy/które mają konserwatywne poglądy, zastanawiają się, czy głosować na ugrupowania, które wprawdzie odpowiadają ich preferencjom politycznym, ale jednocześnie prezentują wrogość wobec nich jako członków mniejszości. W rezultacie partie prawicowe czy centrowe poprzez swoją homofobię… wspierają SLD, czyli działają kontrproduktywnie z punktu widzenia własnych celów politycznych.
Mam wrażenie, że homofobia o charakterze politycznym czy ideologicznym jest w Polsce znacznie mniejszym problemem niż zwykłe chamstwo i niechęć wobec odmienności, przybierające nieraz formę przemocy.
J. A.: Zdecydowanie więcej jest „zwykłej” agresji. Z moich obserwacji wynika, że ideologicznie motywowana niechęć zdarza się raczej „na górze”, natomiast „na dole” są co najwyżej mobilizowani ad hoc chuligani, którym ktoś wskazał przeciwnika. Oni jednego dnia mogą bić uczestników Marszu Tolerancji, a drugiego wyrwać babci torebkę na ulicy albo skopać dziecko wracające ze szkoły; jest im zasadniczo wszystko jedno, równie dobrze mogą się tłuc między sobą, czego przykładem są te słynne „ustawki”.
Nawoływanie do przemocy jest ewidentnym przestępstwem, weźmy jednak stwierdzenie, że homoseksualizm jest dewiacją, albo że uświęcony przez Boga jest wyłącznie związek mężczyzny i kobiety. To jeszcze konserwatyzm czy już „mowa nienawiści”?
J. A.: Na pewno należałoby karać za wypowiedzi, które jeżeli byłyby skierowane do pojedynczej osoby, można by je uznać za zniesławienie, pomówienie o jakieś właściwości, np. „pedały to pedofile”. „Dewianci” to oczywiście niemiłe słowo, ale to trochę taki przypadek graniczny, tu już sąd musiałby rozstrzygać na gruncie konkretnej sytuacji.
Wypowiedzi, które z punktu widzenia przeciętnego człowieka można uznać za podburzające, traktowałbym dosyć rygorystycznie. Ale oczywiście nie należy przesadzać, a mam wrażenie, że niektóre organizacje czy działacze LGBT idą w tym wszystkim za daleko. Bardzo mi się nie podoba choćby Robert Biedroń, który np. występował na kontrmanifestacji wobec marszu prawicy z okazji ubiegłorocznego Święta Niepodległości. Nie byłem na żadnej tego typu imprezie, bo uważam, że każdy powinien mieć możliwość publicznie wyrażać swoje poglądy. Jeżeli konserwatyści robią to w sposób pokojowy, podczas legalnej manifestacji, dlaczego miałbym im przeszkadzać? Oczywiście też jestem Polakiem i cieszę się, że 11 listopada Polska odzyskała niepodległość, ale jeżeli uczestnicy marszu mieliby także inne hasła, których nie podzielam, to mają prawo. Walczymy o wolność demonstrowania indywidualnej tożsamości i przekonań, a mielibyśmy się pojawiać na jakiejś kontrmanifestacji, tym bardziej nielegalnej?
Jeżeli poglądy przeciwników równouprawnienia gejów i lesbijek są formułowane w kulturalny sposób – taki, który nie wzywa do przemocy, nie poniża, nie wyszydza, nie pomawia – wtedy nie powinno się w żaden sposób ograniczać ich głoszenia. Powinniśmy też dopuścić więcej satyry. Miałem tutaj konflikt z działaczami Stowarzyszenia Otwarte Forum, które pozwało rysownika „Rzeczypospolitej” za rysunek z kozą [przedstawiał parę gejów i mężczyznę mówiącego do kozy: „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub, zaraz potem my” – przyp. red.]. Napisałem na naszym portalu, że satyra z natury rzeczy jest prześmiewcza, funkcjonuje na szczególnych, wariackich papierach, dlatego nieporozumieniem jest reagowanie na nią na drodze prawnej – lepiej np. kontrrysunkiem.
Jeśli naprawdę chce się działać dla dobra mniejszości seksualnych, trzeba ostrożnie podchodzić do takich interwencji. Nie ma co tworzyć dodatkowych podziałów i terroryzować heteroseksualistów, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprawność polityczna dochodzi nieraz do absurdu – nie można już nic powiedzieć, bo wszystko może zostać odczytane w niewłaściwy sposób.
Chodzi w moim przekonaniu przede wszystkim o to, żeby wyeliminować najgorsze przejawy chuligaństwa oraz to, co może bezpośrednio prowadzić do przemocy; na takie działania natychmiast trzeba reagować. Przy czym policjant z pałką powinien być ostatecznością, wcześniej trzeba edukować, wychowywać kulturą i mediami. U nas jest tylko pałka i policjant, nic więcej.
Moim zdaniem, wiele naszych organizacji zachowuje się zbyt histerycznie, ich działacze czują się tacy prześladowani, że z byle czego od razu robią wielką aferę… Bez przesady, trzeba umieć zachować trochę zimnej krwi. Inna sprawa, że wśród nich są i takie, które w pewnym sensie żyją z podobnych konfliktów, ze stawiania się przy ich okazji w roli obrońców mniejszości. Przecież one otrzymują duże pieniądze od rozmaitych fundacji, typu Fundacja Batorego czy Fundacja im. Róży Luksemburg. Dzięki temu ich aktywiści nie muszą pracować, lecz mogą być, jak to określam, „zawodowymi gejami”.
Nie sposób w tym momencie nie postawić pytania o skuteczność samego ruchu gejowskiego w załatwianiu konkretnych spraw i przekonywaniu społeczeństwa do swoich racji.
J. A.: W mojej ocenie organizacje LGBT nie są zbyt skuteczne. Wielokrotnie je krytykowałem za to, że spoczęły na laurach – zwłaszcza Kampanię Przeciw Homofobii. Ruch uległ, jak to się mówi, „NGO-izacji”, a dawni aktywiści stali się paraurzędnikami: organizacje ubiegają się o dofinansowania z różnych fundacji i dopiero gdy dostają środki na konkretny projekt, zaczynają działać, przede wszystkim dla pieniędzy – po to, by żyć, by dostać honoraria dla koordynatorów projektu, zwrot kosztów itp. Natomiast celowość i skuteczność ich działań jest na dalszym planie. To duży problem, zresztą dotyczy nie tylko LGBT. Między innymi możliwość przekazywania 1% podatku organizacjom pożytku publicznego sprawiła, że ludzie czują się jakby zwolnieni z obywatelskiego obowiązku pomagania innym, a to przecież nie są nawet ich pieniądze, tylko państwa – oni tylko decydują, komu one przypadną.
Generalnie, czytając komentarze w Internecie, mam wrażenie, że organizacje LGBT nie są specjalnie popularne, zwłaszcza te większe. Ludzie też mają poczucie, że jest pewien zastój, że one za mało walczą o konkretne postulaty, a za bardzo zajmują sobą; że mają od wielu lat tych samych działaczy, którzy stworzyli towarzystwo wzajemnej adoracji. Zatem dosyć krytycznie podchodzę do tych organizacji, ale cóż – nie mamy innych.
Brak w Polsce autentycznej debaty na temat praw obywatelskich gejów: merytorycznej wymiany argumentów, w ramach której istnieje przestrzeń do rewizji własnych poglądów czy kompromisu. Zamiast tego mamy okopywanie się na własnych pozycjach najbardziej krzykliwych przedstawicieli ruchu gejowskiego oraz konserwatystów, zniechęcające do tej tematyki większość społeczeństwa. Widzi Pan jakąś drogę przełamania tego impasu?
J. A.: To kwestia odpowiedniego doboru rozmówców. Gdy Rafał Ziemkiewicz, który jest znany z konserwatywnych poglądów, zgodził się udzielić wywiadu dla Gaylife.pl, to jakoś mogliśmy się dogadać. Oczywiście prezentowaliśmy całkowicie inny punkt widzenia, ale staraliśmy się rozmawiać. Przy końcu tej dyskusji pan Ziemkiewicz – z ciężkim sercem i pewnymi zastrzeżeniami – dał się przekonać, że nasze postulaty dotyczące związków partnerskich są uzasadnione.
Na pewno nie powinien uczestniczyć w takich debatach Robert Biedroń – typowy, rozhisteryzowany „zawodowy gej”. Jemu zależy na tym, żeby się przedstawić jako ofiara, żeby dzielić; nie na rozwiązaniu problemu, tylko na pokazaniu się. Tymczasem z obu stron potrzebne są osoby gotowe do konstruktywnego dialogu.
Jeśli źle dobierze się rozmówców, czy to w mediach, czy na jakiejś konferencji, wtedy wiadomo, że do niczego się nie dojdzie. Potrzebna jest zatem przede wszystkim dobra wola organizatora dyskusji, tymczasem stary numer komercyjnych mediów polega na tym, żeby bierze się jakiegoś oszołoma z prawej strony i przeciwstawia go drugiemu, z lewej.
Równie jałowe jest to, co robi m.in. KPH: przekonywanie przekonanych. Na organizowane przez nich konferencje przyjeżdżają zawsze ci sami ludzie, którzy zawsze mówią to samo i zawsze się ze sobą zgadzają. Nie ma to żadnego echa i nic z tego nie wynika. Dobrym pomysłem byłoby natomiast zorganizowanie debaty, która zbierze osoby o bardzo różnych przekonaniach, ale mające pewną kulturę dyskusji – nie fanatyków, którzy nie są w stanie wymieniać poglądów, a jedynie prezentować własne. Ważne, aby o postulatach ruchu gejowskiego rozmawiać merytorycznie, bez odwoływania się do argumentów ideologicznych, bo w ten sposób daleko nie dojdziemy.
Dla nas wszystkich, obojętnie, czy mamy poglądy prawicowe, czy lewicowe, dobro naszego kraju powinno być najważniejsze. Elementem tego dobra w moim rozumieniu jest pewna spójność społeczeństwa, dlatego nie należy tworzyć i pogłębiać podziałów ani dążyć do zniszczenia przeciwnika. Można mieć odmienne poglądy, ale generalnie to jednoczenie społeczeństwa jest prawdziwym patriotyzmem, a nie burdy podczas takiej czy innej parady. Nawet jeśli ktoś taki niesie biało-czerwoną flagę, w rzeczywistości dzieli społeczeństwo, powoduje agresję wewnątrz niego. Dla patrioty prawdziwymi wartościami będą pokój społeczny, harmonijne współżycie oraz tolerancja, jako dobre dla naszego kraju i społeczeństwa.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Michał Sobczyk.
przez Remigiusz Okraska | piątek 17 czerwca 2011 | opinie
Czy niewielka skala emigracji zarobkowej za Odrę to pokłosie pokutującego w polskiej mentalności dowcipu z lat okupacji: „Chcesz umierać na suchoty – jedź do Niemiec na roboty”? Stabilna gospodarka nieliberalna oferuje mało posad dla niewykwalifikowanych pariasów.
Polskie media w ostatnich tygodniach co i rusz wydają westchnienie ni to zdziwienia, ni to ulgi. Okazało się bowiem, że masowym exodusem za Odrę nie poskutkowało niedawne zniesienie w Niemczech barier formalnych dla pracowników-migrantów z Polski. Ponieważ znakomita większość krajowych mediów ma liberalny profil w kwestiach gospodarczych, w ślad za ulgą i zdziwieniem idzie zwyczajowa propagandowa mantra. Przekonują one, że skoro nie ruszyliśmy masowo na podbój niemieckiego rynku pracy, to widocznie nieźle jest na polskim rynku pracy. Mówiąc inaczej: jeśli ktoś naprawdę chce pracować, to w Polsce pracę znajdzie i wyjeżdżać nie musi. Gdyby bowiem pracy nie było, na „bliski Zachód” ruszyłaby fala emigracyjna.
Takie rozumowanie można łatwo podważyć. Po pierwsze, na Wyspy Brytyjskie wielka fala migracji też nie dokonała się w ciągu miesiąca. „Gazeta Wyborcza” właśnie doniosła, że wśród polskich pracodawców czołową pozycję wśród obaw związanych z brakiem wykwalifikowanych pracowników zajmuje wizja ich wyjazdu do Niemiec. Po drugie, skoro mnóstwo ludzi już wyjechało do innych krajów, to siłą rzeczy teraz do Niemiec wyjedzie ich znacznie mniej, bo Polaków w wieku produkcyjnym nie przybyło nagle wielu. W ramach poprzednich fal emigracji zarobkowej wyjechali już ci, którzy zarazem musieli, jak i mogli, nie mając w Polsce ani dobrej lub jakiejkolwiek pracy i perspektyw, ani też takich zobowiązań czy ograniczeń, które trzymałyby ich na miejscu. Po trzecie, swoje robi kwestia językowa. Szczególnie młodsze pokolenie zna przynajmniej podstawy angielskiego, jest z tym językiem – czy za sprawą szkoły, czy popkultury – choć trochę osłuchane, więc kraje anglojęzyczne jawią się jako bardziej „przyjazne” niż te, gdzie trzeba „szprechać”.
Jednak kluczowy jest powód nie tyle logiczny, co faktograficzny. Otóż Niemcy w obliczu niechybnego otwarcia rynku pracy dla Polaków wręcz zachęcali nas do przyjeżdżania za chlebem. Ale zachęcali bardzo konkretne osoby. W marcu jedna ze śląskich agencji pośrednictwa pracy dostała zgłoszenie zapotrzebowania z Akwizgranu (Aachen) od tamtejszej Izby Rzemieślniczej, działającej w porozumieniu z lokalnymi władzami. Na ok. 800 ofert pracy dla Polaków, poszukiwano 120 elektryków i elektromonterów, 117 budowlańców (głównie specjalistow), 92 ślusarzy, 70 mechaników, 20 optyków, 29 cukierników i piekarzy, 22 fryzjerów, 13 mechatroników oraz po kilku specjalistów w około 20 różnych wąskich specjalizacjach. Były to etaty, na które nie znaleziono chętnych w Niemczech i we Francji.
Jak podkreślają analitycy rynku pracy, tego rodzaju zapotrzebowanie nie jest lokalnym przypadkiem. Odzwierciedla ono ogólnoniemieckie tendencje związane z tym, co można określić jako „praca dla Polaków”. Przed kilkoma dniami rozmawiałem z pracownicą prywatnej agencji pośrednictwa zawodowego. Twierdzi ona, że ofert z Niemiec jest dość sporo, ale głównie dla specjalistów, robotników wykwalifikowanych oraz osób znających dobrze j. niemiecki – i że trudno znaleźć chętnych, bo takie osoby mają zwykle niezłą pracę w Polsce i nie są skore do wyjazdów. Niemieckie wyższe pensje nie zrekompensują im wzrostu kosztów życia (np. wynajem mieszkania) i rozłąki z rodziną czy środowiskiem towarzyskim. Ale już np. poszukiwane w Niemczech pielęgniarki, które w Polsce zarabiają mało, przodują w grupie specjalistów, którzy udali się za zachodnią granicę.
Sądzę, że takie, wyraźnie sprofilowane zapotrzebowanie z niemieckiego rynku pracy, nie jest przypadkowe. To raczej pochodna niemieckiego modelu gospodarki – modelu, który nie ma nic wspólnego z tak wychwalanym w Polsce liberalizmem gospodarczym. Z tym samym liberalizmem, który w wielu krajach, z USA i Anglią na czele, destabilizuje posady trwałe i nieźle płatne, za to „tworzy miejsca pracy” dla poniewierających się z miejsca na miejsce wyrobników lokalnych i przyjezdnych, nie mających alternatywy wobec zasuwania „na zmywaku” na niepewnych, krótkich kontraktach, bez gwarancji socjalnych itp. Niemcy są jednym z tych istotnych nie tyle wyjątków, co przykładów, które stanowią ciężki orzech do zgryzienia dla liberałów.
Oczywiście nie ma potrzeby opowiadać bajek, że Niemcy są rajem. Również tam istnieją kiepskie posady dla miejscowych, a jeszcze więcej jest ich dla imigrantów – poczynając od tureckich, osiadłych od kilku dekad gastarbeiterów, a kończąc na Polakach pracujących do niedawna na czarno na budowach jako pomagierzy od najbardziej niewdzięcznej roboty. Dziś nie ma wśród nowoczesnych państw takich enklaw, do których w ogóle nie dotarłby wirus neoliberalizmu i związane z nim pomysły na destabilizowanie ładu społeczno-gospodarczego. Nie ma też potrzeby demonizować liberalnych gospodarek, do których tu Niemcy porównujemy. Wszak nawet Anglia „pothatcherowska” okazała się dla wielu Polaków z byle jakich emigracyjnych posad istnym rajem w porównaniu z pracą w markecie, jako opiekunka do dziecka czy roznosiciel ulotek w Przasnyszu, Wałbrzychu, Krośnie lub Białymstoku. Bo Anglia może być krajem liberalnym, ale jest zarazem krajem zamożnym i cywilizowanym, posiadającym nowoczesne instytucje i debatę publiczną, która nie jest monologiem. My natomiast wśród pożal się boże „elity” i rozmaitych „liderów opinii” mamy głównie nieuków powtarzających bzdury za Balcerowiczem czy wręcz Korwin-Mikkem i do rangi cnoty podnoszących zachłanny egoizm, podlany sosem bądź to etosowo-michnikowego, bądź kruchtowo-bigoteryjnego moralizowania.
Niemcy są natomiast jaskrawym zaprzeczeniem neoliberalnego doktrynerstwa. W kraju tym niemal nigdy nie było liberalizmu gospodarczego, a gdy był – nie kończyło się to najlepiej. Od wielu dekad popularne jest tam myślenie wspólnotowe i przedkładanie dobra zbiorowego ponad indywidualne interesy. Pierwsze znaczące rozwiązania socjalne sięgają czasów Bismarcka i wprowadzonych przezeń zrębów nowoczesnego systemu ubezpieczeń społecznych. Daleki od lewicy, rozumiał on tę prostą prawdę, że w dynamiczny kapitalizmie i społeczeństwie masowym bzdurne są oczekiwania, iż każdy od młodości do śmierci ma być kowalem własnego losu, a jeśli znajdywać jakieś oparcie, to we „wspólnotach naturalnych” i „tradycyjnych więziach społecznych”. W ówczesnych i dzisiejszych realiach wspólnoty te są zbyt słabe, by uporać się z takim zadaniem, a więzi zostały porwane na strzępy. Nieokiełznany kapitalizm rozbija w proch i pył dawne struktury, lojalności, zależności i powiązania, bo stają one na przeszkodzie jego rozwoju.
To, co Bismarck przeczuwał intuicyjnie, doczekało się pogłębionych analiz w niemieckiej myśli socjaldemokratycznej i chadeckiej. W efekcie, Niemcy są jednym z najlepszych przykładów na poparcie tezy, że dobrze pojęta ingerencja państwa w gospodarkę gwarantuje nie tylko zabezpieczenie dobrostanu jednostek i grup, nie tylko ład społeczny i stabilizację, ale także rozwój ekonomiczny. Gdyby natomiast zostawić rynek samemu sobie, nie byłby on żadnym „naturalnym ładem”, jak chcą naiwni konserwatyści, lecz wojną wszystkich ze wszystkimi, a raczej pobojowiskiem po owej wojnie. Bezładne działanie sił rynkowych zaowocowałoby chaosem, który okiełznać mogłaby tyko nieludzka tyrania. Niemcy wiedzą to doskonale, bo to właśnie u nich Wielki Kryzys, spowodowany „swobodną grą sił rynkowych”, zaowocował nędzą i bezrobociem milionów. Nie mając nic do stracenia, za to rozpaczliwie czepiając się każdego pozoru nadziei, poparły one zbrodniczego demagoga i stoczyły się w otchłań hitleryzmu. Czyli systemu, w którym nie było za grosz tak miłej liberałom wolności. Było natomiast stado zastraszonych baranów, prowadzonych na rzeź przez brutalnych i cynicznych rzeźników.
Niemcy wyciągnęli z tego koszmaru wnioski. Powojenna odbudowa kraju dokonywała się nie wedle liberalnych recept, lecz całkowicie wbrew nim. Nie „niewidzialna ręka rynku”, lecz państwowy interwencjonizm na wielką skalę. Nie sielankowe gawędy o „naturalnych wspólnotach”, lecz państwowe wsparcie zarówno owych wspólnot (rodzin czy społeczności lokalnych), jak również bezpośrednia pomoc tym, którzy od owych wspólnot nie mogą lub nie chcą otrzymać żadnej podpory w życiowych zawieruchach. Czy byli to niemieccy ordoliberałowie (a więc tacy specyficzni liberałowie, dla których ład i stabilizacja są ważniejsze niż wolny rynek i zysk), czy niemieccy socjaldemokraci, przy wszystkich różnicach między nimi podzielali wspólne przekonanie, że konieczna jest perspektywa wspólnotowa i wysiłki państwa na rzecz owej wspólnoty. I że wolny rynek oraz mechaniczne zsumowanie jednostkowych wysiłków, to zdecydowanie za mało, aby ich ojczyzna mogła gwarantować obywatelom godne życie.
Dlatego też niemiecki model gospodarczy jest kapitalizmem z ludzką twarzą. Nie chodzi wszak tylko o rozbudowany „socjal” i hojnie finansowaną sferę publiczną. Niemieckie czołowe banki są wciąż poddane rozmaitym formom kontroli ze strony państwa i prowadzą politykę, którą oprócz chęci zysku znamionuje dbałość o interes wspólnoty narodowej. W przedsiębiorstwach istnieją mechanizmy i instytucje gwarantujące pracownikom wpływ na decyzje strategiczne (w ramach całościowej, spójnej koncepcji współzarządzania, Mitbestimmung) – rady zakładowe, rady pracowników, udział w radach nadzorczych przedstawicieli załogi firmy itd. Silne związki zawodowe są powszechnie akceptowaną normą, nie anomalią. Mimo stosunkowej decentralizacji kraju, funkcjonuje wiele mechanizmów, które pozwalają dbać o całość oraz wyrównywać dysproporcje rozwojowe (dość wspomnieć gigantyczny transfer środków do byłej NRD). Nic zatem dziwnego, że choć globalizacja neoliberalna odcisnęła piętno także na naszych zachodnich sąsiadach, to Niemcy znajdują się w czołówce światowych eksporterów oraz producentów znakomitych wyrobów, w dużej części nadal wytwarzanych na miejscu.
Gospodarka niemiecka jest nowoczesna i dynamiczna, dowodząc, że dobrze pomyślane prospołeczne ingerencje państwa nie muszą prowadzić do niewydolności i nieefektywności. Nie jest to oczywiście żadna nowość ani nic zaskakującego. Pisał o tym obszernie przed laty Michel Albert w znakomitej książce „Kapitalizm kontra kapitalizm”, wykazującej na mnóstwie przykładów, iż wyższości społecznej modelu nadreńskiego nie towarzyszą wcale, jak to się często uważa, podwyższone koszty, niekorzystnie oddziałujące na konkurencyjność gospodarki. Z pewnością sprawiedliwość społeczna ma swoją cenę i trzeba ją finansować ze środków państwowych. Ale mylą się ci, którzy sądzą, że wydatki te muszą przynosić gospodarce szkodę. Przeciwnie – […] konkurencyjność i solidarność mogą stanowić bardzo dobraną parę.
Jak wspomniałem, nie ma potrzeby udawać, że Niemcy to raj. Jednak na tle niezwykle burzliwej epoki, w której wiele dotychczasowych pewników postawiono na głowie, są krajem bardzo stabilnym pod względem społecznym i gospodarczym. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy konserwatywno-liberalni doktrynerzy jednym tchem potępiają niemiecki „socjal” i wieszczą związany z nim nieodległy upadek Niemiec, a zarazem straszą podstępnymi knowaniami pogrobowców Hakaty. „Socjal” czy „etatyzm” nie tylko nie doprowadziły Niemców do ruiny, ale sprawiły, że naszym sąsiadem jest zbiorowość silna, spójna, zamożna, pewna siebie, a nierzadko ekspansywna. To ostatnie może budzić w Polsce zaniepokojenie, jednak nie Niemcy są winni.
To my jesteśmy winni, że kolejne polskie rządy nie robiły niemal nic dla wsparcia rozwoju polskich firm i eksportu ich produktów. Że zaniedbano zaplecze badawcze i rozwojowe przemysłu. Że naiwnie wyobrażano sobie, iż przyzwolenie na wyzysk pracowników zaowocuje akumulacją kapitału, spożytkowanego następnie na nowe inwestycje, nie zaś na luksusową konsumpcję prymitywnych dorobkiewiczów. Że zamiast unowocześniać przedsiębiorstwa i czynić je konkurencyjnymi, po prostu sprzedawano je każdemu, kto się nawinął. Że wśród konsumentów nie rozbudzano etosu nabywania polskich produktów, a wśród biznesmenów – uczciwego płacenia podatków w Polsce. Dziś prawicowe lamenty, że przyjdzie Deutsche Bahn i wykupi rozsypujące się PKP, co oznaczać będzie 148 rozbiór Polski, brzmią żenująco i groteskowo w ustach ludzi, którzy przez lata zajadle warczeli na wszystko, co publiczne i co w mądrych krajach jest hojnie wspierane z państwowej kasy.
Nie jest winą Niemców, że my sami nie potrafimy myśleć długofalowo i w perspektywie wspólnotowej. Nie jest też żadnym usprawiedliwieniem to, że Niemcy są państwem od dawien dawna bogatszym i że w przeszłości uczynili nam takie czy inne krzywdy. Żadne historyczne żale nie przesłonią faktu, że Polska w roku 2011 ma niewiele wspólnego z dynamiką rozwojową Niemiec w roku 1967, czyli po 22 latach, które nas dzielą od pokojowego wyjścia z komunizmu, a ich dzieliły wówczas od sromotnie przegranej, niszczycielskiej wojny. Bo też zamiast po 1989 r. nadrabiać dystans, na własne życzenie zwiększaliśmy przepaść między nimi a nami. Czyniliśmy tak, gdy w imię ideologii prywatyzacyjnej sprzedawaliśmy za grosze kolejne zakłady Polleny Henklowi czy Beierdorsfowi, wraz ze sporymi udziałami w rynku. Gdy w imię „wolnego handlu” pozwalaliśmy – gwarantując duże ulgi podatkowe „inwestorom zagranicznym” – lokować Lidle w centrach miast tuż obok „komunistycznego reliktu” Społem. Gdy polskie władze, wierne zasadzie „braku ingerencji w mechanizmy rynkowe”, nawet nie próbowały lobbować za rodzimymi firmami tak, jak władze niemieckie przez lata lobbowały za BASF-em, Bayerem, Oplem, Boschem, MAN-em, Südzuckrem czy Merckiem. Itd.
Tak, jak jałowe jest wypominanie Niemcom zadanych nam krzywd, tak też niczym nie przysłuży się Polsce nawet najbardziej „narodowa” i „suwerennościowa” retoryka, gdy towarzyszą jej zupełnie „nieczułe” postawy wobec własnych obywateli, wypychanych setkami tysięcy na emigrację zarobkową, obojętnie gdzie. W tym samym czasie Niemcy używają retoryki „europejskiej” i „multikulturowej”, ale priorytetem wysiłków państwa jest kondycja wspólnoty narodowej, zaś dopiero później dbałość o „Europę”. Efektem zaś są takie rozwiązania socjalne i ekonomiczne, które sprawiają, że z tamtego kraju mało kto chce i musi wyjeżdżać. Chyba że na państwowej emeryturze wylegiwać się na hiszpańskiej plaży – Polacy będą mieli za to „złotą jesień” z prywatnych OFE, kursując ze starannie wyliczonymi drobniakami między apteką a Biedronką.
Gdy dzisiaj obawiamy się fali emigracji zarobkowej do Niemiec lub gdy z ulgą i zdziwieniem stwierdzamy, że ona nie nastąpiła, a później dowiadujemy się, iż oczekują tam z Polski głównie fachowców, nie zaś przypadkowych wyrobników, to pomyślmy o tym, dlaczego akurat my, nie zaś Niemcy, mamy w ogóle dylematy związane z emigracją zarobkową między tymi krajami. Niemcy mają taki dowcip: „Jedźmy do Polski, nasze samochody już tam są”. Polacy mogliby mieć inny: „Jedźmy do Niemiec, nasze dawne miejsca pracy już tam są”. Bo sami je przecież „wyeksportowaliśmy” za garść świecidełek lub po lekturze zbiorku wolnorynkowych aforyzmów.
przez Konrad Malec | czwartek 9 czerwca 2011 | nasze rozmowy
Największy polski związek zawodowy rozpoczął zbieranie podpisów pod projektem ustawy zakładającej wzrost płacy minimalnej. O akcji, jej postulatach i przebiegu rozmawiamy z Piotrem Dudą, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.
***
Proszę opowiedzieć o założeniach projektu proponowanego przez „Solidarność”.
Piotr Duda: Płaca minimalna to określona przez prawo wysokość wynagrodzenia, poniżej której pracownik zatrudniony w pełnym wymiarze czasu pracy nie może być opłacany. W Polsce wynosi ona w chwili obecnej 1386 zł. Oczywiście brutto – na rękę to trochę ponad 1000 zł.
Teoretycznie o wysokości płacy minimalnej powinny decydować związki zawodowe, organizacje pracodawców i rząd – w ramach Komisji Trójstronnej. Jednak od kilku lat coraz trudniej wypracować kompromis. Czarę goryczy przelała sytuacja z zeszłego roku, gdy związki zawodowe, pracodawcy oraz strona rządowa podpisali porozumienie w sprawie wysokości płacy minimalnej na rok 2011 na poziomie 1408 zł, a Rada Ministrów to porozumienie odrzuciła – mimo że podpisał je wicepremier Waldemar Pawlak – i ustaliła płacę minimalną na poziomie 1386 zł. To był przykład jawnego lekceważenia przez rząd dialogu społecznego. Nie pierwszy zresztą.
Spowodowało to, że zawiązał się Komitet Obywatelski Inicjatywy Ustawodawczej w sprawie podniesienia płacy minimalnej. Nasi eksperci przygotowali projekt ustawy o płacy minimalnej, którego celem jest stopniowe podwyższanie minimalnego wynagrodzenia za pracę, aż do wysokości 50% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, w tempie zgodnym z tempem wzrostu gospodarczego. Mówiąc prościej, wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie ulegała szybszemu zwiększaniu w przypadku wzrostu PKB o co najmniej 3%, natomiast jeśli wzrost gospodarczy będzie niższy lub miał wartość ujemną, minimalne wynagrodzenie pozostanie ustalone według dotychczasowych zasad.
Chodzi nam o to, żeby płaca minimalna nie była uzależniona od „widzimisię” rządu, lecz została ściśle powiązana z PKB.
1386 zł brutto to bardzo mało, jeśli uwzględni się szybko rosnące ceny czy coraz wyższe opłaty. Podwyższenie płacy minimalnej jest konieczne z uwagi na trudną sytuację finansową pracowników o najniższych dochodach. Minimalne wynagrodzenie na obecnym poziomie powoduje, że ci ludzie nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb. Wśród polskich pracowników – pracujących ciężko w pełnym wymiarze czasu pracy – rośnie ubóstwo i wykluczenie społeczne. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, odsetek pracowników żyjących w rodzinach, w których poziom wydatków był niższy od minimum egzystencji, wyniósł w 2010 roku 12%. To przygnębiające informacje.
Podczas spotkań z pracownikami w różnych zakładach w kraju słyszę, że odgórne podniesienie płacy minimalnej jest dla nich jedyną szansą na większe zarobki, bo pracodawcy nie chcą słyszeć o podwyżkach. „Solidarność” nie mogła pozostać głucha na takie apele.
Skąd pomysł właśnie na obywatelską inicjatywę ustawodawczą? Przecież większość tego typu projektów ustaw nie „przeszła” pomyślnie przez sejm. Czemu akurat ta, a nie inna droga do celu?
P.D.: Obywatelska inicjatywa ustawodawcza to najlepsza forma działania dla związku zawodowego, który nie ma reprezentacji w Sejmie. Liczymy na poparcie posłów z różnych partii, ale nie chcemy się wiązać z żadną siłą polityczną. Politycy uaktywniają się przed wyborami, wtedy można na nich liczyć, w innych sytuacjach – już niekoniecznie. Nie chcemy wchodzić w żadne układy, powiązania. Mam w pamięci zdanie Jana Pawła II, że władza przechodzi z rąk do rąk, a ludziom trzeba zawsze pomagać i związki zawodowe muszą o to dbać.
Żeby ustawa trafiła do Sejmu, musimy zebrać 100 000 podpisów poparcia dla projektu. Jestem spokojny, że je zbierzemy. Co stanie się z ustawą w Sejmie – zobaczymy. Sądzę jednak, że pomysł jest na tyle dobry, a inicjatywa na tyle słuszna, że ustawa w takiej czy trochę innej postaci zostanie przyjęta. Przecież posłowie to też ludzie. Muszą widzieć, co dzieje się w kraju. Co powiedzą ciężko pracującym ludziom? Że 1000 zł netto na miesiąc to uczciwe wynagrodzenie? Że za takie pieniądze można przeżyć miesiąc?
Jak na Waszą propozycję zareagowały pozostałe centrale związkowe?
P.D.: Oficjalnie nie zareagowały, nie dotarło do nas żadne oficjalne oświadczenie. Ale z nieoficjalnych informacji wiem, że inicjatywa „Solidarności” spotyka się z bardzo przychylnym przyjęciem wśród związkowców z innych central. Cieszę się, bo starania o poprawę jakości życia najuboższych są ważniejsze niż różnice programowe czy ideowe.
Pracodawcy są przeciw Waszej propozycji, twierdząc, że doprowadzi ona do zmniejszenia zatrudnienia i zastoju gospodarczego. Co „Solidarność” ma im do powiedzenia?
P.D.: Oczywiście, że pracodawcy są przeciwni naszym propozycjom! Gdybyśmy słuchali tego, co mówią, płaca minimalna do dzisiaj nie przekroczyłaby progu 1000 zł brutto.
Oparliśmy się na badaniach dotyczących funkcjonowania płacy minimalnej w Polsce, wykonanych przez prof. Zofię Jacukowicz na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej. Pracodawcy, którzy wzięli udział w anonimowym badaniu, sami przyznawali, że z punktu widzenia kosztów utrzymania płaca minimalna jest za niska. Zgadzali się z tym nawet ci, którzy oceniali, że koszty pracy nie pozwalają im na podwyżki.
Uważam, że jeżeli pracodawca nie jest w stanie zapłacić solidnie pracującemu pracownikowi wynagrodzenia w wysokości płacy minimalnej, albo trochę większego, to nie powinien się w ogóle zabierać za działalność gospodarczą. Jak już mówiłem, podwyższenie płacy minimalnej jest konieczne z uwagi na trudną sytuację finansową pracowników o najniższych dochodach. 1386 zł to nie jest godna zapłata, nie oszukujmy się.
Pracodawcy straszą bezrobociem. Jednak wyniki badań prof. Jacukowicz nie potwierdzają istnienia alternatywy: niskie płace albo bezrobocie. Nie stwierdzono zależności pomiędzy wysokością minimalnego wynagrodzenia ani wysokością płacy przeciętnej a sytuacją na rynku pracy.
Nie martwią nas też skutki finansowe dla budżetu państwa. Podniesienie płacy minimalnej tylko o 10 zł zapewni budżetowi państwa, dzięki odprowadzanym podatkom i składkom, 14,39 mln zł dodatkowych wpływów. Pamiętajmy jednak, że faktyczne wpływy budżetowe będą wyższe, ponieważ obliczenia te oparto tylko na liczbie osób zatrudnionych w podmiotach zatrudniających powyżej 9 osób. Poza tym, przy wzroście minimalnego wynagrodzenia obejmować będzie ono większy procent zatrudnionych. Wzrosną też wpływy budżetowe z podatku VAT.
Ile podpisów udało się już zebrać i do kiedy można je nadsyłać? Jak można się włączyć w zbiórkę podpisów?
P.D.: Mimo że akcja zbierania podpisów trwa dopiero od kilku tygodni, projekt poparło już kilkadziesiąt tysięcy osób. Podpisy zbierane są w Zarządach Regionów NSZZ „Solidarność”, komisjach zakładowych i innych strukturach związku. W wielu miastach ustawiane są stoliki, gdzie również można składać podpisy. Można też wejść na stronę www.placaminimalna.pl i pobrać druk poparcia. Po zebraniu choćby kilku podpisów, trzeba go odesłać do zarządu regionu albo Komisji Krajowej. Na stronie podane są adresy wszystkich zarządów regionów.
A tak na marginesie – słyszałem, że w Państwa redakcji też można złożyć podpis pod projektem ustawy. Bardzo mnie to cieszy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 3 czerwca 2011 r.
Od redakcji „Nowego Obywatela”: Petycję popierającą omawiany powyżej projekt ustawy można podpisać m.in. w siedzibie wydawcy naszego pisma: Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom, Łódź, ul. Więckowskiego 33/126, od poniedziałku do piątku w godzinach 9-16.
przez Konrad Malec | wtorek 31 maja 2011 | nasze rozmowy
Minister Edukacji Narodowej, Katarzyna Hall, przedstawiła propozycje legislacyjne, będące według związkowców furtką do cichej prywatyzacji oświaty. O propozycjach minister i sprzeciwie nauczycieli rozmawiamy z Magdaleną Kaszulanis, rzeczniczką prasową Związku Nauczycielstwa Polskiego.
***
Dlaczego ZNP przyznało czerwoną kartkę Minister Edukacji Narodowej?
Magdalena Kaszulanis: Pani minister otrzymała czerwoną kartkę od nauczycieli i nauczycielek za propozycję nowelizacji Ustawy o systemie oświaty. Daje ona możliwość przekazywania szkół samorządowych fundacjom, stowarzyszeniom i związkom wyznaniowym. Zdaniem ZNP, taki zapis grozi bardzo poważnymi konsekwencjami – demontażem edukacji publicznej oraz prywatyzacją odpowiedzialności za edukację. Przyjęcie tych propozycji przeniesie odpowiedzialność za edukację dzieci na rodziców i organizacje pozarządowe, które miałyby prowadzić szkoły.
Może to dobrze, że rodzicie przejęliby odpowiedzialność za edukację swoich dzieci i mieli większy wpływ na funkcjonowanie szkół?
M. K.: Już dzisiaj, w ramach rad rodziców, mają oni bardzo duże kompetencje i możliwości wpływu na funkcjonowanie placówek szkolnych. Problemem w tym, że niezbyt duża grupa rodziców korzysta z tych rozwiązań. Pytanie powinno więc raczej brzmieć: jak zachęcić rodziców do większego zaangażowania się w życie szkoły? Jak spowodować, by ze szkołą kontaktowali się częściej niż tylko przy okazji wywiadówek? Skoro rodzice nie korzystają z obecnych możliwości, to złym rozwiązaniem jest przekazywanie im tak odpowiedzialnego zadania, jak prowadzenie szkoły, z wszystkimi konsekwencjami aministracyjno-organizacyjnymi. Dlatego szkoły powinny nadal być prowadzone przez jednostki samorządu terytorialnego.
Dobrym przykładem nietrafności pomysłów pani minister jest gmina Lelów w woj. śląskim. Wójt chce oddać lokalnemu stowarzyszeniu wszystkie szkoły. Tyle że nie ma na to chętnych. Dlatego propozycja MEN, dotycząca zlecania realizacji zadań oświatowych innym podmiotom niż samorząd, jest odpowiedzią nie na potrzeby rodziców, lecz na głosy samorządów narzekających na koszty związane z utrzymywaniem szkół i wynagrodzeniami nauczycieli.
Co zmiany zaproponowane przez Katarzynę Hall oznaczają dla szkolnictwa, edukacji i równości w dostępie do niej?
M. K.: Szkoła prowadzona przez stowarzyszenie, fundację czy związek wyznaniowy, może rządzić się swoimi prawami i nie troszczyć o wyrównywanie szans edukacyjnych, jak ma to miejsce dziś. Egalitaryzm obecnego systemu edukacji pokazują wyniki międzynarodowego badania PISA. W kolejnych edycjach nasi uczniowie wypadają coraz lepiej: najwięcej mamy dobrych uczniów. Oznacza to, iż nie ma dużej grupy uczniów bardzo dobrych i bardzo złych, co wskazuje na względne wyrównanie poziomu nauczania.
Wygląda to zatem na pozbywanie się odpowiedzialności przez państwo – zarówno merytorycznej, jak i finansowej.
M. K.: Tak, państwo pozbywa się odpowiedzialności za prowadzenie szkół i kształcenie. To podstawowy obowiązek państwa, realizowany przez samorządy. Subwencja oświatowa po reformach minister Hall będzie trafiać nie do samorządu, ale do organizacji pozarządowych. Mówimy przy tym o ogromnych pieniądzach – chodzi o prawie 40 mld złotych.
Czy organizacje będą mogły potem „odsprzedać” szkołę np. firmie prywatnej?
M.K.: Takiej możliwości nie przewidziano w projekcie ustawy, więc trudno dziś wyrokować, w którą stronę to może się potoczyć w przyszłości. Możemy się jednak spodziewać, że jeśli te organizacje uznają, iż prowadzenie szkoły jest dla nich niekorzystne, np. wiąże się ze zbyt dużymi kosztami, to będą próbowały w jakiś sposób zrezygnować z tego zadania.
Zmiany zaproponowane przez minister edukacji dotkną także nauczycieli. Prawdopodobnie będzie to oznaczało likwidację Karty Nauczyciela.
M.K.: Zdecydowanie jest to sposób na realizację marzenia pani minister o likwidacji Karty Nauczyciela, a przynajmniej tej jej części, która gwarantuje prawa pracownicze. Nie znam żadnej szkoły prowadzonej przez instytucję inną niż samorząd, która zatrudniałaby w oparciu o Kartę Nauczyciela. W szkołach prywatnych i stowarzyszeniowych Karta po prostu nie obowiązuje, a warunki pracy i płacy pedagogów są często o wiele gorsze niż w placówkach samorządowych. Najlepiej obrazuje to przypadek jednej ze śląskich gmin, gdzie stowarzyszenie prowadzące szkoły zatrudnia nauczycieli od września do czerwca, a w wakacje belfrowie rejestrują się w urzędzie pracy jako bezrobotni.
Spotkałem kilka przypadków, gdzie przejęcie szkoły przez rodziców uratowało placówkę przed zamknięciem.
M.K.: Dziś można przejąć małą placówkę, do 70 uczniów. Jeżeli szkoła jest mała, samorząd nie radzi sobie z jej utrzymaniem, a społeczność lokalna ma wolę przejęcia placówki, to takie rozwiązanie ma sens. Ale to może dotyczyć tylko małych szkół.
Czy ZNP widzi konieczność przeprowadzenia zmian w systemie edukacji?
M.K.: Chcemy rozmawiać o awansie zawodowym. Obecny system powoli przestaje działać, ponieważ coraz więcej nauczycieli cieszy się najwyższym stopniem awansu zawodowego. Chcemy pracować nad zmianą struktury wynagrodzenia, nad zwiększeniem udziału płacy zasadniczej w ogólnym wynagrodzeniu i ujednoliceniem dodatków. Dziś – czysto hipotetycznie – może ich być kilkanaście, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
Równie ważne są dla nas rozmowy o sposobie finansowania edukacji, ponieważ dzisiaj, upraszczając, subwencja oświatowa jest przeliczana na liczbę uczniów. Taki model może być problemem w dobie niżu demograficznego – według prognoz GUS, za 10-15 lat liczba uczniów może zmniejszyć się nawet o 1/3. Jeżeli pozostaniemy przy obecnym systemie finansowania, nakłady na prowadzenie szkół zmaleją. Mniej pieniędzy oznacza mniej szkół. Dlatego, naszym zdaniem, już dzisiaj powinno się rozmawiać o tym problemie i szukać rozwiązania.
Czy obywatele mogą jakoś wesprzeć nauczycieli w ich protestach?
M.K.: Już dziś często tak się dzieje, np. w Łodzi, gdzie mieszkańcy – rodzice, uczniowie – wraz ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego intensywnie protestują przeciwko decyzji władz miasta o likwidacji kilkunastu dużych, dobrze funkcjonujących szkół. Połączenie sił wszystkich zainteresowanych istnieniem szkół przynosi efekty.
Podobna sytuacja miała miejsce w Bytomiu, gdzie miasto zamierzało zlikwidować „ekonomik”, dużą, świetnie wyposażoną i odnowioną szkołę, która nie ma problemów z naborem kolejnych roczników uczniów. Podobnie jak w Łodzi, próba likwidacji szkoły zjednoczyła nauczycieli, uczniów i rodziców. Uczniowie zrobili wielką akcję promocyjną, przygotowali bannery, rozwieszali plakaty po całym mieście i organizowali spotkania z młodszymi koleżankami i kolegami, na których opowiadali, jak fantastyczna jest ich szkoła i dlaczego warto wybrać właśnie ją. Jak widać, niektóre decyzje samorządowców uruchamiają obywatelskie postawy wśród uczniów.
Co dalej z „czerwoną kartką”?
M.K.: Na razie premier Donald Tusk na spotkaniu z Prezydium ZG ZNP zapewnił, że rząd nie będzie w pośpiechu wprowadzał nowych przepisów. Przynajmniej w tej kadencji. Będziemy nadal informowali o planach rządu, ale już nie tak intensywnie, jak w czasie ostatnich miesięcy. Ufamy, że słowo premiera ma swoją moc, a co za tym idzie, że rząd nie będzie starał się za wszelką cenę wprowadzać tej ustawy bez konsultacji ze środowiskiem oświatowym.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 26 maja 2011 r.
przez Karol Trammer | wtorek 31 maja 2011 | opinie
Warszawa „odrywa się” od reszty kraju. Wszystko przez to, że w stolicy niemal całkowicie skupia się życie publiczne. Tu swoje siedziby ma przytłaczająca większość urzędów administracji publicznej. Tu zapadają wszystkie ważne decyzje. Stąd media opisują rzeczywistość. Tu Polacy widzą szanse na rozwój swojej kariery.
Choć całkowite skupienie władzy państwowej w jednym mieście może wydawać się nam zupełnie naturalne, to w Europie wcale nie jest to zjawiskiem powszechnym. W kilku krajach zasadą stało się, że władza sądownicza ma siedzibę w innym mieście niż wykonawcza i ustawodawcza. W Czechach trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura generalna mieszczą się w Brnie. Podobnie jest na Słowacji, gdzie trybunał konstytucyjny ma siedzibę poza stolicą kraju, w Koszycach. Również w Niemczech najważniejsze instytucje wymiaru sprawiedliwości – trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura federalna – zlokalizowane są w 300-tysięcznym Karlsruhe, położonym na zachodzie kraju.
Niemcy są europejskim liderem polityki deglomeracji administracji publicznej, czyli rozproszenia jej ośrodków. Nawet rząd nie jest tam skupiony w jednym mieście: część ministerstw mieści się w Berlinie, a pozostałe w dawnej stolicy, Bonn. Co więcej, urzędy administracji centralnej i inne ważne instytucje rozsiane są po całych Niemczech. Przykładowo, prezydium policji federalnej mieści się w Poczdamie, naczelny sąd administracyjny w Lipsku, federalny sąd pracy w Erfurcie, dyrekcja archiwów państwowych w Koblencji, kontrwywiad w Kolonii, główny urząd statystyczny w Wiesbaden, urząd ochrony konsumentów w Brunszwiku, urząd patentowy w Monachium, a federalny urząd pracy – w Norymberdze. Również państwowe media zlokalizowane są poza stolicą: telewizyjny program pierwszy (ARD) ma główną siedzibę w Monachium, a program drugi (ZDF) w Moguncji. W Polsce odpowiedniki wszystkich tych instytucji mieszczą się w Warszawie.
W Niemczech – dzięki rozproszeniu ośrodków władzy – życie administracyjne i polityczne nie skupia się wyłącznie w stolicy. W kraju tym osiągnięto ideał organizacji przestrzennej, polegający na tym, że trudno wskazać, które z największych miast jest najważniejszym i dominującym ośrodkiem – nie tylko w zakresie administracji publicznej. Przykładowo, redakcje największych niemieckich tygodników, „Der Spiegel” oraz „Stern”, mieszczą się w Hamburgu, niemiecką stolicą bankowości jest Frankfurt nad Menem (tu siedzibę ma niemiecki i europejski bank centralny), a matecznikami nauki są niewielkie miasta uniwersyteckie, jak Heidelberg czy Tybinga.
Deglomeracja uznana jest nie tylko w Niemczech. Holandia ma dwie stolice, Amsterdam i Hagę, a część niderlandzkich instytucji centralnych mieści się w jeszcze innych miastach (np. główna siedziba kolei znajduje się w Utrechcie). Stolicą Szwajcarii jest Berno, piąte co do liczby mieszkańców miasto w tym kraju – wielkością zbliżone do Płocka. W Estonii ministerstwo edukacji i badań ulokowano w Tartu, a nie w stołecznym Tallinie.
Dzięki takim zabiegom z dziedziny organizacji przestrzennej, władza wraz z klasą polityczną nie okopują się w jednym mieście i nie zaczynają żyć w oderwaniu od realiów i problemów całego kraju. Rozproszenie ośrodków władzy centralnej zapewnia również bardziej równomierny rozwój. Strategiczne decyzje przestają zapadać odgórnie w jednym mieście, lecz stają się kompromisem między instytucjami rozrzuconymi po różnych regionach. Dzięki deglomeracji niweluje się problem przestrzennej, politycznej oraz ekonomicznej izolacji stolicy od pozostałych obszarów. Jej wymiernym efektem jest rozwój infrastruktury wspomagającej administrację publiczną (hotele, restauracje, poligrafia, zaopatrzenie, doradztwo, informatyka itp.) także poza aglomeracją stołeczną. Wreszcie, za sprawą deglomeracji kładziony jest większy nacisk na sprawne połączenia komunikacyjne między różnymi częściami państwa.
Typowa dla Polski koncentracja administracji państwowej w stolicy wywołuje „wymywanie” aktywności gospodarczej i społecznej z pozostałych regionów kraju. Ambitni i wykształceni uznają, że tylko w Warszawie można znaleźć pracę odpowiednią do ciężko zdobytych kwalifikacji. Prywatne firmy chcą być bliżej miejsc, w których zapadają decyzje gospodarcze, a media jak najbliżej polityków. Do Warszawy centralę przeniósł m.in. koncern komputerowy Optimus z Nowego Sącza. Swoje siedziby ma tam aż siedem z dziesięciu pierwszych firm na liście „Rzeczpospolitej” 500 największych polskich przedsiębiorstw. Kilka lat temu z Poznania do Warszawy przeniósł redakcję tygodnik „Wprost”. W Warszawie mieszczą się redakcje właściwie wszystkich ogólnopolskich dzienników, tygodników oraz stacji telewizyjnych. Nie dziwmy się więc, że media opisują rzeczywistość z punktu widzenia stolicy, a nie pozostałych 378 polskich powiatów.
Karol Trammer
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Tadeusz Markiewicz | poniedziałek 23 maja 2011 | opinie
Na początku kwietnia Biały Dom ogłosił: Barack Obama będzie w 2012 r. starać się o reelekcję. To fajnie, tylko czemu piszę to z takim niesmakiem?
Przeprowadzony niedawno przez „Washington Post” sondaż pokazuje, że pierwszy czarnoskóry prezydent wygraną ma niemal w kieszeni: pokonuje każdego z poważniejszych kandydatów Republikanów. Jeszcze rok temu byłby to dla mnie powód do nieskrywanej radości. Dziś mam mieszane uczucia.
Yes we can’t
W czasie wyborów prezydenckich 2008 r. Barack Obama złożył ponad 500 obietnic wyborczych. Choć to w znacznej mierze kwestia interpretacji, można uznać, że dotrzymał ponad 170 z nich. Trzeba przyznać, że gdyby porównać wynik z polskimi realiami, to bardzo, bardzo dużo. Administracji prezydenta udało się m.in. zrealizować kilkadziesiąt wielomiliardowych programów wspierania najsłabszych obywateli i mniejszości, innowacyjnych przedsiębiorstw czy edukacji. Wzmocniono prawa gejów, Biały Dom otworzył się na świat arabski (choćby poprzez program swoistych amerykańskich domów kultury w metropoliach na Bliskim Wschodzie), rozpoczęto realizację ambitnych programów wspierających rozwój tzw. zielonych technologii.
Niestety, ponad 300 obietnic do tej pory nie zostało zrealizowanych. USA nie wychodzą z kryzysu, Obama nie zdołał przekonać senatorów do zamknięcia więzienia w Guantanamo, w zeszłym roku pod naciskiem Republikanów przedłużył obowiązywanie ulg podatkowych dla najbogatszych, wprowadzonych przez Busha juniora.
Powyższy rachunek pokazuje, że jak dotąd pierwsza kadencja Obamy wniosła wiele pozytywnych regulacji, jednak była przede wszystkim prezydenturą walenia głową w mur. Prezydenturą nie przeforsowanych ustaw oraz tych zrealizowanych tylko połowicznie. Wreszcie, prezydenturą niespełnionych marzeń wszystkich tych Amerykanów, którzy z roku na rok coraz dotkliwiej odczuwali skutki deregulacji rynków finansowych, outsourcingu, offshoringu czy drożejącej żywności.
Czyj prezydent?
Najdobitniej problem bezsilności Obamy można było zaobserwować w czasie ciągnącego się jak brazylijska telenowela procesu przepychania ustawy o powszechnym dostępie do opieki zdrowotnej. Przegłosowana wersja pakietu Demokratów jest oczywiście wielkim dokonaniem solidarnej Ameryki. Zapewnia ona prawo do leczenia tym, których do tej pory nie było na nie stać i kładzie kres dyskryminacyjnym chwytom korporacji ubezpieczeniowych. Mimo to nie ma ona wiele wspólnego z pierwotnym programem Obamy.
Wszystko za sprawą wykreślonego przez republikańskich senatorów (czytaj: lobby ubezpieczeniowe) zapisu o utworzeniu tzw. public option, czyli państwowego ubezpieczyciela, który mógłby konkurować z prywatnymi konglomeratami i obniżać ceny usług medycznych.
USA mają rekordowo wysokie składki ubezpieczeniowe, a w efekcie – jedne z najwyższych na świecie kosztów leczenia. Mimo że do tej pory kraj nie gwarantował żadnych powszechnych usług medycznych, na jednego obywatela przeznaczał ok. dwa razy więcej środków niż np. oferująca państwowy system Kanada. Tę patologię miał pomóc zwalczyć nowy, państwowy gracz. Niestety, tak się nie stanie. Demokraci przegłosowali ze wszech miar słuszne rozwiązanie, które jednak dla podatników będzie nadal niezwykle kosztowne i które de facto gwarantuje korporacjom zachowanie monopolu na rynku zdrowia. Ba, dodatkowo wzbogacą się na zastrzyku gotówki z pakietu Obamy.
Flagowy projekt prezydenta w wersji pozbawionej public option nie obniży kosztów całego systemu lecznictwa. Tym samym nie udowodni Amerykanom, że niektóre „komunistyczne” pomysły Obamy są ekonomicznie racjonalne. Będzie ciężarem dla amerykańskiego budżetu i wielkim sukcesem neoliberalnych doktrynerów, którzy „udowodnią”, że wszelkie państwowe rozwiązania są nieefektywne.
Ustawa zdrowotna w długiej perspektywie okaże się pułapką zastawioną na Biały Dom. Jest także smutnym przykładem tego, co od wielu lat trapi USA. Mam na myśli utratę kontroli obywateli nad własnym państwem oraz bezsilności polityków chcących reformować skorumpowany system. Jest też niestety dowodem słabości samego Baracka Obamy, prezydenta, który zdołał dokonać zaskakująco mało. Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji mógł dokonać więcej?
przez Konrad Malec | wtorek 10 maja 2011 | nasze rozmowy
O walce pracowników o przejęcie Zakładów Azotowych w Puławach rozmawiamy z Rafałem Nowakiem, prezesem spółki pracowniczej, powołanej w tym celu.
Skąd pomysł na wykupienie Zakładów Azotowych przez pracowników?
Rafał Nowak: Pierwszy raz pomyśleliśmy o tym po otrzymaniu do konsultacji rządowego projektu wspierania prywatyzacji obywatelskiej, pod koniec lata 2009 r. Paradoksalnie, pomógł nam kryzys gospodarczy – nie byłoby nas stać na wykup akcji, ale pakiet kontrolny Skarbu Państwa stracił na wartości i z poziomu 1,5 mld zł spadł do 600 mln. Prace nabrały tempa w momencie, gdy dotarły do nas informacje, że ministerstwo szykuje się do ogłoszenia przetargu na akcje. 2 kwietnia 2010 r. powstało międzyzwiązkowe porozumienie na rzecz prywatyzacji obywatelskiej, które od razu szukało wsparcia w społeczności lokalnej i uzyskało uchwały wspierające m.in. od rady miejskiej w Puławach, starostwa powiatowego oraz rady powiatu puławskiego. Te podmioty opowiedziały się przeciwko prywatyzacji oraz zadeklarowały, że jeśli jednak do niej dojdzie, to wspomogą akcjonariat obywatelski.
Jak doszło do założenia spółki pracowniczej?
R. N.: W maju 2010 r. ministerstwo skarbu ogłosiło przetarg na akcje, pomimo naszych protestów i próśb o możliwość przedstawienia własnego pomysłu prywatyzacji pracowniczej. Efekt przyniosło wsparcie lokalnych posłów, dzięki któremu 1 lipca ub. r. odwiedził nas wiceminister skarbu Adam Laszkiewicz, który po spotkaniu z pracownikami, rozmawiał z samorządowcami. Następnego dnia pracownicy z samorządowcami i tutejszymi parlamentarzystami złożyli wizytę wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi. Na koniec skonstatował z zadowoleniem, że tak duży zakład może być pilotażowy w dziedzinie prywatyzacji pracowniczej. Można powiedzieć, że ojcami całego pomysłu byli związkowcy, natomiast akuszerem wiceminister skarbu, który 1 lipca na spotkaniu z nami powiedział, że jeśli chcemy, to nikt nam nie broni zawiązać spółkę i złożyć ofertę.
14 lipca 2010 r. aktem notarialnym zawiązaliśmy spółkę pracowniczą, utworzoną przez 29 akcjonariuszy. Zarząd i rada nadzorcza powstały po konsultacjach społecznych, w uzgodnieniu z organizacjami związkowymi. 22 lipca złożyliśmy wstępną ofertę na zakup pakietu akcji, prowadząc jednocześnie rozmowy w celu pozyskania finansowania zewnętrznego. Udało nam się namówić do współpracy konsorcjum doradcze na zasadzie success fee, czyli jeśli kupilibyśmy akcje, wówczas zapłacimy im premię. W skład konsorcjum wchodzili prawnicy i ekonomiści z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, którzy pomogli nam stworzyć biznesplan i skonstruować wiążącą ofertę. Kłopotem było badanie spółki – żądano od nas zabezpieczenia w wysokości 20 milionów złotych. Zrezygnowaliśmy z badania ze względu koszty, wychodząc z założenia przyjętego przez ministerstwo skarbu, że spółka założona przez pracowników doskonale wie, jaka jest sytuacja firmy i nie musimy jej dodatkowo badać.
Do końca 2010 r. spółka liczyła 619 wspólników i posiadała kapitał 117 tysięcy 800 złotych. Uważamy, że w niesprzyjających warunkach zgromadzenie takiej kwoty stanowi duży sukces. Największą barierą jest prawo, nie sprzyjające akcjonariatowi pracowniczemu. Program rządowy zakładał m.in. szybkie tempo uzupełnienia aktów prawnych, które zdefiniują spółkę aktywności obywatelskiej i pozwolą jednostkom samorządu terytorialnego uczestniczyć w takich przedsięwzięciach. Niestety do dziś nie doczekaliśmy się takich rozwiązań, a ich brak stanowi barierę przy organizowaniu finansowym całego przedsięwzięcia. Ponadto spółka pracownicza, działająca na podstawie ustawy o komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, stoi trochę w sprzeczności z ustawą o obrocie papierów wartościowych. Dawało to pretekst do drobnego szykanowania i utrudniania życia spółce pracowniczej. W tych warunkach uważam zebranie ponad 600 osób do wspólnego i niepewnego przedsięwzięcia ekonomicznego za duży przejaw samoświadomości załogi, a mamy już zgłoszenia kolejnej setki, która chce się włączyć w ten proces.
Wspominał Pan, że rzucano wam kłody pod nogi. Czy mógłby Pan o tym opowiedzieć?
R.N.: Na spotkaniu 1 lipca, minister Leszkiewicz zobowiązał publicznie radę nadzorczą Zakładów Azotowych Puławy, aby była patronem i wspierała politykę informacyjną, pomogła załodze wyjaśnić, czym jest rynek kapitałowy i co niesie za sobą prywatyzacja pracownicza. Do momentu złożenia oferty wstępnej mieliśmy nieograniczony dostęp do publikatorów zakładowych, gdzie mogliśmy prezentować nasze plany i zamiast pracodawcy prowadziliśmy kampanię informacyjną, wyjaśniającą mechanizmy rynku oraz to, dlaczego wybraliśmy formę spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.
W międzyczasie weszła w życie procedura, która zakazywała kontaktów oferenta z pracownikami i zarządem spółki Zakłady Azotowe Puławy. To było kuriozum. Spółka pracownicza, czyli po prostu pracownicy, nie mogli rozmawiać ze swoimi kolegami o ofercie spółki pracowniczej, bo złamalibyśmy procedurę prywatyzacyjną. Doszło do tego, że mając 100 metrów z biura siedziby spółki do siedziby zarządu, wszelkie pisma musiałem wysyłać przez Warszawę.
W tym samym czasie zabrano nam dostęp do zakładowego radiowęzła i tablic informacyjnych.
Wielu „ekspertów” mówi, że prywatyzacja pracownicza nie była przewidziana dla tak dużych przedsiębiorstw.
R.N.: Jakie znaczenie ma skala firmy? Liczy się sam mechanizm. Dość celnie wyraził to dr Gwiazdowski, który powiedział: jeżeli za firmą stoją banki, które gwarantują jej kredyty, to dlaczego tę firmę traktować inaczej niż inny podmiot gospodarczy? My prosiliśmy tylko o to, żeby nie traktować nas inaczej. Nieprawdą było, że wartość naszej oferty była znacznie niższa od ceny rynkowej. W dniu złożenia oferty, czyli 30 listopada, ta oferta była znacznie powyżej ceny giełdowej.
Doszliśmy do wniosku, że skoro mamy płacić potężne pieniądze bankom, to dlaczego nie zapłacić ministrowi Skarbu Państwa. Zaproponowaliśmy, że kupimy Zakłady Azotowe na raty za naszą premię, a za zarządzanie uzyskamy pakiet kontrolny akcji po 10 latach. Przy niektórych „dzikich” prywatyzacjach byle „biznesmen” wziął kredyt i za wartość wyprodukowanego towaru i zapasów po dwóch miesiącach od przejęcia firmy był w stanie spłacić ten kredyt. Natomiast my Skarbowi Państwa będziemy płacić raty z premią za ryzyko. Dlaczego pracownicy nie mogą, za premię za zarządzanie, po iluś latach przejąć Zakładów Azotowych?
„Eksperci” wielokrotnie „flekowali” nas, że Zakłady Azotowe nie będą miały gwarancji rozwoju i pieniędzy na inwestycje. Moglibyśmy trochę zmienić przepisy statutu, aby lekko uprzywilejować akcje większościowego udziałowca. Wówczas de facto pakietem kontrolnym jest 30%, co udowadnia rola Skarbu Państwa np. w Orlenie. To pozwoliłoby nam sprzedać 40% obecnych akcji, a to daje 500-600 mln na inwestycje. Biorąc pod uwagę, że spółka pracownicza maksymalizowałaby dywidendę w celu uzyskania pieniędzy na spłatę raty ministrowi skarbu, to inni inwestorzy mogliby wiele zyskać, a tym samym akcje byłyby bardzo pożądane, a więc łatwe do sprzedania. Podobnego zdania są niezależni eksperci. Podobną kwotę moglibyśmy uzyskać z kredytów. Inwestycje w przemyśle chemicznym są bardzo kosztowne, ale za miliard złotych można wiele zbudować i powiększyć trwały majątek firmy.
W naszej ofercie był przygotowany duży program inwestycyjny. Znowu się kłania to, że pracownicy doskonale wiedzą, czego fabryka potrzebuje. Niestety ministrowi skarbu zabrakło odwagi, aby przynajmniej zacząć z nami negocjacje, które przecież mógł w każdej chwili zerwać. W ich trakcie moglibyśmy uaktualnić naszą ofertę cenową, jeśli minister byłby niezadowolony, albo dostać lepsze gwarancje bankowe. To wszystko jest systemem naczyń połączonych: gdybyśmy byli bardziej zaawansowani w negocjacjach ze Skarbem Państwa, to mielibyśmy umowę kredytową z bankami, które zapewniałyby przynajmniej 2-3 transze, czyli 30% całego zobowiązania.
Widząc, że nasze koncepcje nie zadowalają ministra, zaproponowaliśmy udział rejestrowy, czyli my zarządzamy akcjami, ale formalnym właścicielem pozostaje Skarb Państwa – co roku uwalnia on pewną pulę akcji, którą my spłacamy. W przypadku, gdyby coś nam się nie udawało, minister miałby prawo przejąć akcje z powrotem i ponownie je sprzedać. Nie było ryzyka, że „załatwimy” firmę. Przecież to my w pierwszej kolejności nie chcemy, żeby zakład zbankrutował – chcemy chronić i rozwijać nasze miejsca pracy.
Wydaje się, że ministrowi skarbu, jako reprezentantowi społeczeństwa, powinno zależeć właśnie na sprzedaży firmy pracownikom.
R.N.: Myślę, że to efekt doktrynerstwa. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem: „Związkowiec zdejmuje kufajkę i chce kupić giganta”. To doskonale obrazuje myślenie: jak to, pracownicy, związkowcy w gumofilcach i kufajkach, chcą kupić taką wielką firmę? Cały czas wskazywaliśmy, że w skład naszej spółki pracowniczej wchodzą osoby, które mają doświadczenie w zarządzaniu tym konkretnym zakładem. Jeden z kolegów był przez dwie kadencje członkiem rady nadzorczej z ramienia załogi, inny przez dwie kolejne kadencje był członkiem zarządu. Kolejny kolega pracował najpierw jako specjalista ds. inwestycji, później pełnił obowiązki dyrektorskie, a w międzyczasie był w radzie nadzorczej spółki-córki, czyli zna ład korporacyjny, ma o nim doskonałe pojęcie. Przewodniczącym zakładowej „Solidarności” jest pracownik odpowiadający za politykę społeczną. Koleżanka jest prawniczką, ja jestem ekonomistą, pracuję w pionie energetycznym, jestem starszym specjalistą od taryf i koncesji. Wiceprzewodniczący rady nadzorczej spółki pracowniczej jest stałym członkiem komisji trójstronnej, w zespole do spraw sektora chemicznego. Mamy szeroką wiedzę o tym, co się dzieje w firmie i w branży. Po prostu zabrakło woli politycznej, żeby zaryzykować taki projekt.
Pracownicy wykazali ogromną determinację.
R.N.: Za tą determinacją stoi przykra lekcja – prywatyzacja puławskich zakładów produkcji żelatyny, jednej z najnowocześniejszych tego typu fabryk w Europie. W tej chwili na jej miejscu stoi hipermarket, a drugi jest w budowie. „Inwestor” Grabek zaorał sprawną fabrykę! Dlatego w naszym przypadku tak szybko zareagowały samorządy i stąd olbrzymie poparcie tutejszej społeczności. Zakłady Azotowe są jednym z dwóch pracodawców o tej skali w województwie lubelskim. Patrząc, co się działo z prywatyzacją zakładów w Świdniku, gdzie przyszedł kryzys i były zwolnienia grupowe, padł na nas blady strach. Dane ministerstwa skarbu mówią, że po pełnej prywatyzacji, przeciętnie w ciągu 2-3 lat zwalniane jest 30% załogi. W naszym przypadku to 900-1000 osób.
Gdy ktoś mówi, że to demagogia i straszenie, to daję prosty przykład: przychodzi koncern, który ma własne służby księgowe, inwestycyjne, rozwojowe, badawcze – po co on będzie tu utrzymywał etaty? Będzie dbał o miejsca pracy w macierzystej spółce. Przy sprawnej racjonalizacji można zlikwidować nawet pion handlowy, a tutaj może zostać tylko zakład produkcyjny. Służby remontowe mogą być „lotne”, zwłaszcza jeśli koncern ma inne fabryki produkcyjne w Polsce. Można to tak zaplanować, żeby te ekipy jeździły po Polsce. I w ten sposób bardzo łatwo może dojść do zwolnienia 1000 pracowników.
Jakie związki zawodowe przystąpiły do porozumienia?
R. N.: Wszystkie 6 działających organizacji związkowych w Zakładach Azotowych, tj.: Związek Zawodowy Pracowników Ruchu Ciągłego, Związek Zawodowy Kadra Azoty, którego jestem przedstawicielem i Związek Zawodowy Inżynierów i Techników (te 3 organizacje są zrzeszone w Forum Związków Zawodowych), NSZZ „Solidarność”, Związek Zawodowy Pracowników Zakładów Azotowych Puławy (OPZZ) oraz Społeczny Związek Zawodowy (nie zrzeszony w żadnej federacji).
Na koniec proszę przybliżyć obecną sytuację. Czy pracownicy mają jeszcze szansę na wykup zakładu i co stanie się z Azotami?
R. N.: Obecnie czekamy na decyzję właściciela, czyli MSP. W III kwartale tego roku ma się rozpocząć kolejne podejście do prywatyzacji zakładów WSCh. Biorąc pod uwagę obecną cenę za 1 akcję na GPW, nie należy się spodziewać sukcesów… Obecnie zagrożeniem są unijne regulacje dotyczące redukcji emisji CO2, mogące „położyć” całą branżę, a jeśli się sprawdzą rewelacje prasy o cenie gazu po 500 dolarów za 1000 m3, spowoduje to olbrzymie kłopoty poprzez wzrostów kosztów produkcji. Ledwo wyszliśmy z kryzysu, a szykują się następne problemy. Najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby przeprowadzenie dalszej konsolidacji branży i powrócenie do tematu za 2-3 lata. Pracownicy, realnie rzecz biorąc, mają szansę na współudział w procesie. Możemy być zarządzającymi i do ewentualnego konsorcjum jako jedyni wnieść know-how, bo nikt rozsądny nie wyłoży takiej gotówki przy istniejącym ryzyku. Czeka nas na pewno pracowite lato i jesień. Broni nie składamy, ale nikt nie mówił że będzie łatwo i przyjemnie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 9 maja 2011 r.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 1 maja 2011 | opinie
30 grudnia 1987 r., w dwudziestą rocznicę encykliki „Populorum progressio” Pawła VI, Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Sollicitudo rei socialis”. Z okazji zbiegającego się w jednym dniu Święta Pracy oraz beatyfikacji Jana Pawła II, warto przypomnieć pokrótce treść tego dokumentu, który niejako antycypował upadek komunistycznych reżimów sterowanych z Moskwy, a równocześnie wyraźnie krytykował praktykę i teorię społeczno-gospodarczą globalnego kapitalizmu.
Jan Paweł II, ukazując horyzont ówczesnego świata, który w znacznej mierze wciąż odnosi się do naszych realiów, wskazywał na najbardziej niepokojące zjawiska końca XX wieku. Papieska krytyka rzeczywistości nie ma jedynie charakteru ekonomicznego, ale zawiera głęboki osąd etyczny, a w ostateczności, co nie może dziwić, rys eschatologiczny.
Jako bolączki Jan Paweł II wskazywał m.in. narastanie różnorakich dysproporcji między Północą i Południem. Zwracał przy tym uwagę na pewną umowność tej terminologii i fakt, że drastyczne różnice zachodzą nieraz również w obrębie poszczególnych państw i regionów, niezależnie od ich usytuowania na mapie globalnej. Przegląd różnych dziedzin – jak produkcja i rozdział żywności, higiena, zdrowie i mieszkania, zaopatrzenie w wodę pitną, warunki pracy, zwłaszcza kobiet, długość życia i inne wskaźniki ekonomiczne i społeczne daje w rezultacie niezadowalający obraz ogólny, czy to rozpatrywany sam w sobie, czy w stosunku do odpowiednich danych z krajów najbardziej rozwiniętych.
Jan Paweł II pokazywał, jak na kwestie z pozoru czysto materialne nakładają się kolejne problematy, związane czy to z kulturą, czy z kwestiami politycznymi i ustrojowymi, czy odnoszące się wprost do antropologii człowieka. Są to: analfabetyzm, trudność czy niemożność osiągnięcia poziomu wyższego wykształcenia, niezdolność do uczestnictwa w budowaniu własnego narodu, różne formy wyzysku czy ucisku ekonomicznego, społecznego, politycznego, a także religijnego osoby ludzkiej i jej praw, wszelkiego rodzaju dyskryminacje, zwłaszcza ta najbardziej odrażająca, oparta na różnicy rasowej. Jeśli którąś z tych plag odczuwa się w strefie najbardziej rozwiniętej Północy, to niewątpliwie występują one częściej, są trwalsze i trudniejsze do wykorzenienia w krajach słabiej rozwiniętych i mniej zaawansowanych.
Należy koniecznie – stwierdzał papież – napiętnować istnienie mechanizmów ekonomicznych, finansowych i społecznych, które, chociaż są kierowane wolą ludzi, działają w sposób jakby automatyczny, umacniają stan bogactwa jednych i ubóstwa drugich. Mechanizmy te, uruchomione – w sposób bezpośredni lub pośredni – przez kraje bardziej rozwinięte, sprzyjają – poprzez samo ich funkcjonowanie – interesom tych, którzy nimi manewrują, ale w końcu doprowadzają do zdławienia lub uzależnienia gospodarki krajów słabiej rozwiniętych. Już encyklika Populorum progressio przewidywała, że przy istnieniu takich systemów będzie się mogło powiększać bogactwo bogatych, przy równoczesnym utrwalaniu się nędzy ubogich. Potwierdzeniem tego przewidywania jest pojawienie się tak zwanego Czwartego Świata. Byłoby rzeczą ze wszech miar pożyteczną dziś, w czas beatyfikacji Jana Pawła II, zadać sobie pytanie, czy owe tendencje, które tak go niepokoiły pod koniec lat 80., uległy osłabieniu, czy wzmocnieniu? Czy świat, dotknięty niedawno globalnym kryzysem ekonomicznym jest bezpieczniejszy dla rzesz ludzkich, dla poszczególnych społeczności, narodów i państw? Czy jego struktury globalne gwarantują większą sprawiedliwość i dobrobyt ogółu?
Wizja przedstawiona w encyklice operuje dwoma, bynajmniej niesprzecznymi, pojęciami: globalizm i solidarność. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z odczytaniem problemu globalizacji i jej procesów, zachodzących jako relacje między pierwszym, drugim, trzecim i czwartym światem. Zawsze pozostaje bardzo ścisła współzależność tych światów, która, jeśli nie liczy się z wymogami etycznymi, przynosi tragiczne skutki najsłabszym. Co więcej, owa współzależność, poprzez pewien rodzaj dynamiki wewnętrznej i pod działaniem mechanizmów, których trudno nie uznać za przewrotne, wywołuje negatywne skutki nawet w krajach bogatych. Po drugie, odpowiedzią na globalizację powinna być etyka solidarności: rozwój albo stanie się powszechny we wszystkich częściach świata, albo ulegnie procesowi cofania się również w strefach odznaczających się stałym postępem. Zjawisko to jest szczególnie znamienne dla natury prawdziwego rozwoju: albo uczestniczą w nim wszystkie narody świata, albo nie będzie to prawdziwy rozwój.
Równocześnie papież wskazywał, że na najgłębszym możliwym poziomie Kościół w swojej wizji stosunków społecznych nie opowiada się ani po stronie Zachodu, ani Wschodu. Napięcie między Wschodem i Zachodem nie dotyczy samo w sobie przeciwieństw między dwoma różnymi stopniami rozwoju, ale raczej między dwiema koncepcjami samego rozwoju ludzi i ludów; obydwie są niedoskonałe i wymagają gruntownej korekty. Omawiana przeciwstawność zostaje przeniesiona do tych krajów, przyczyniając się do powiększenia przedziału, który już istnieje na płaszczyźnie ekonomicznej między Północą i Południem i który jest wynikiem dystansu pomiędzy dwoma światami: światem bardziej i światem mniej rozwiniętym. Jest to jedna z racji, dla których społeczna nauka Kościoła jest krytyczna zarówno wobec kapitalizmu, jak i wobec kolektywizmu marksistowskiego. Rozpatrując bowiem rzecz z punktu widzenia rozwoju, trudno nie postawić pytania, jak i na ile oba systemy są zdolne do przemian i odnowy, tak by ułatwić lub popierać prawdziwy i integralny rozwój człowieka i ludów we współczesnym świecie?
Wobec upadku „kolektywizmu marksistowskiego”, zwyciężający na jego gruzach neokapitalizm popadł w swoisty triumfalizm ekonomiczny. Spora część jego wyznawców (w tym neofitów) także tu, w Polsce, wolałaby schować w cień tę niewygodną dla siebie prawdę, że społeczna nauka Kościoła bynajmniej nie pokrywa się z ich doktryną. O ile bowiem Kościół odnosi się z szacunkiem do własności prywatnej i różnorodnych form ludzkiej przedsiębiorczości, o tyle odrzuca również „ekonomicystyczne” traktowanie człowieka i społeczeństw. Ponadto, co w rodzimych, konserwatywno-liberalnych realiach może powodować zarzut dziwacznego „zlewaczenia” nauk Jana Pawła II, na kartach omawianej tu encykliki bardzo mocno podkreśla się etyczną odpowiedzialność człowieka nie tylko na gruncie ekonomii czy polityki oraz stosunków społecznych, ale np. stanowczo podnoszone są zagadnienia związane z szacunkiem dla zasobów naturalnych i środowiska przyrodniczego.
Brak szacunku wobec świata natury i jej delikatnego porządku wiąże się nie tylko z kwestiami ekonomicznymi, ale także z etyczną plagą hiperkonsumpcji: Nadrozwój, polegający na nadmiernej rozporządzalności wszelkiego typu dobrami materialnymi na korzyść niektórych warstw społecznych, łatwo przemienia ludzi w niewolników „posiadania” i natychmiastowego zadowolenia, nie widzących pewnego horyzontu, jak tylko mnożenie dóbr już posiadanych lub stałe zastępowanie ich innymi, jeszcze doskonalszymi. Jest to tak zwana cywilizacja „spożycia” czy konsumizm, który niesie z sobą tyle „odpadków” i „rzeczy do wyrzucenia”. Posiadany przedmiot, zastąpiony innym, doskonalszym, zostaje odrzucany bez uświadomienia sobie jego ewentualnej trwałej wartości dla nas lub dla kogoś uboższego. Wszyscy z bliska obserwujemy smutne skutki tego ślepego poddania się czystej konsumpcji: przede wszystkim jakiś rażący materializm, przy równoczesnym radykalnym nienasyceniu.
Znamienne, że właśnie zagadnienia ekonomiczne i redukcja człowieka do ekonomii, uczynienie z niego jedynie narzędzia przynoszącego utylitarny zysk lub stratę, wydają się dla Jana Pawła II najistotniejszymi. Sprowadzenie człowieka do roli trybu w maszynach ideologii podporządkowanych materialnym aspektom istnienia staje u korzeni nowożytnych problemów społeczeństw, czyniąc łatwiejszym manipulowanie osobami ludzkimi: Rozwój tylko ekonomiczny nie może wyzwolić człowieka, wprost przeciwnie, prowadzi do większego jeszcze zniewolenia. Rozwój, który nie obejmuje wymiarów kulturowych, transcendentnych i religijnych człowieka i społeczeństwa, im bardziej nie uznaje istnienia takich wymiarów i nie dostrzega w nich własnych celów i priorytetów, tym mniejszy ma wkład w prawdziwe wyzwolenie. Istota ludzka jest całkowicie wolna tylko wówczas, gdy jest sobą w pełni swoich praw i obowiązków; to samo trzeba powiedzieć o całym społeczeństwie.
Człowiek, jakim widzi go papież, wyrasta ponad świat, wyrasta ponad dzieła swej pracy, stąd czynienie go jeszcze jednym narzędziem, często gorszym od innych, godzi w samą istotę człowieczeństwa, w godność i suwerenność osoby ludzkiej. Niezależnie od tego, jak dziś w Polsce prawica chce i potrafi interpretować nauczanie Jana Pawła II, nie powinno to przeszkadzać ludziom lewicy czytać je bez uprzedzeń. Korzyścią z lektury może być choćby zrozumienie problemów i sprzeczności tkwiących w samych doktrynach lewicowych i próba ich intelektualnego przepracowania. Nie musimy czytać na kolanach – wystarczy, że będziemy czytać ze zrozumieniem. I krytycznie także wobec siebie.
Ostatecznie trzeba pamiętać, że właściwym horyzontem myślenia papieskiego nie jest żadna świecka doktryna, ale teologia i tradycja Kościoła. W tym fundamentalnym sensie przekaz encykliki „Sollicitudo rei socialis” leży „poza lewicą i prawicą”, choć z pewnością może i powinien być inspiracją dla wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie od ich zapatrywań światopoglądowych, społeczno-ekonomicznych czy politycznych.
przez dr hab. Rafał Łętocha | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Idee ordoliberalizmu nie są u nas zbyt znane i doceniane, choć powstały za zachodnią granicą. Tym bardziej trudno mówić, aby wskazania i osiągnięcia ordoliberałów znajdowały odzwierciedlenie w polskich rozwiązaniach społeczno-gospodarczych.
Z radością należy więc przywitać każdą publikację, która te zagadnienia porusza, a zwłaszcza taką, która usiłuje przybliżyć je szerszemu gronu czytelników. Tak też czynimy z książką Tymoteusza Juszczaka „Ordoliberalizm. Historia niemieckiego cudu gospodarczego”, dając jej swoisty kredyt zaufania ze względu na tematykę.
Ordoliberalizm to nurt społeczno-ekonomiczny, który wykształcił się w latach 30. i 40. w Niemczech. Jego początki sięgają roku 1932, gdy Walter Eucken, Franz Böhm i Hans Grossman-Dörth założyli ośrodek naukowo-badawczy, znany pod nazwą szkoły fryburskiej. Środowisko to swoje zapatrywania na sferę społeczno-gospodarczą wyrażało na łamach rocznika „ORDO” oraz w serii wydawniczej „Ordnung der Wirtschaft”. W sytuacji ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego oraz skrajnej etatyzacji wszystkich sfer życia po przejęciu władzy przez nazistów, ordoliberałowie zaczęli poszukiwać przyczyn tych zjawisk oraz możliwości ich przezwyciężenia.
Doszli do wniosku, iż liberalizm w jego XIX-wiecznym wydaniu nie sprawdził się, a idea laissez faire, laissez passer zawiera w sobie elementy autodestrukcyjne. Wolna gospodarka, oparta na ideach liberalnych, miała zostać zniszczona w wyniku koncentracji władzy politycznej i gospodarczej, za sprawą zastąpienia współzawodnictwa wielu podmiotów przez konkurencję niewielu. Efektem był wielki kryzys gospodarczy, proletaryzacja i pauperyzacja mas, centralizm, zniszczenie rodziny, umasowienie społeczeństwa.
Literatura na ten temat jest w języku polskim ciągle dość uboga. Jednak nie tak skąpa, jak sugeruje autor, gdy wskazuje, iż mamy jedynie dwie całościowe publikacje, mianowicie Ryszarda Skarzyńskiego „Państwo i społeczna gospodarka rynkowa. Główne idee polityczne ordoliberalizmu” oraz Tomasza G. Pszczółkowskiego „Ordoliberalizm. Społeczno-polityczna i gospodarcza doktryna neoliberalizmu w RFN”. Juszczak nie zauważa całego szeregu prac i artykułów w większym lub mniejszym stopniu poruszających problem, o którym mowa. W bibliografii wymienia jeszcze prace Edyty Dworak „Społeczna gospodarka rynkowa w RFN”, Tadeusza Kaczmarka i Piotra Pysza – „Ludwig Erhard i społeczna gospodarka rynkowa” i Urszuli Zagóry-Jonszty „Ordoliberalizm a społeczna gospodarka rynkowa Niemiec. Możliwości jej realizacji w Polsce”. Jednak są one w różnym stopniu przezeń wykorzystane, a w dodatku nie wiedzieć czemu nie zostały zaliczone do omawiających problem w miarę całościowo. Dziwić może też brak książki i artykułów Joanny Czech-Rogosz oraz Piotra Pysza czy licznych artykułów Martina Dahla, Danuty Drabińskiej, Edyty Grabskiej, Jerzego Koperka, Tomasza Przybycińskiego, które ujrzały światło dzienne na łamach pism „Optimum”, „Kwartalnik Historii Polskiej Myśli Ekonomicznej”, „Społeczeństwo i Kościół”, „Annales. Etyka w Życiu Gospodarczym”. Oczywiście lista ta nie jest pełna, chciałem jedynie wskazać, iż autor pomija nowszą literaturę w języku polskim.
Książka Juszczaka składa się ze Wstępu, trzech rozdziałów oraz Zakończenia, a ponadto z Przedmowy prof. Jacka Bartyzela. W rozdziale pierwszym autor przedstawia genezę ordoliberalizmu, konstatując nie bez słuszności, iż jego zrozumienie nie jest możliwe bez zarysowania historii i specyfiki niemieckiego liberalizmu. Juszczak pisze: Ordoliberalizm ze swoim szczególnym naciskiem na silne państwo jako instrument wprowadzający liberalną politykę gospodarczą jest wyraźnie pod wpływem nurtu konserwatywno-liberalnego. Elementy silnej władzy i silnego państwa znajdują odzwierciedlenie w niemieckiej tradycji narodowego liberalizmu […]. Następnie przedstawione zostały sylwetki biograficzne najbardziej wpływowych przedstawicieli ordoliberalizmu: Wilhelma Röpkego, Alexandra Rüstowa, Waltera Euckena, Franza Böhma, Alfreda Müllera-Armacka i Ludwiga Erharda.
Autor poddaje analizie problem, czy zasadne jest używanie pojęcia neoliberalizm pod adresem ordoliberalizmu, a z taką praktyka mamy wciąż do czynienia. Niestety Juszczak nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, w przeciwieństwie do prof. Bartyzela, który w Przedmowie określa takie praktyki jako kardynalny błąd poznawczy i interpretacyjny.
Juszczak z jednej strony wskazuje na konserwatywne podłoże ordoliberalizmu, krytykę podstawowych liberalnych wartości i sposobu ich interpretacji. Z drugiej stwierdza, że przedstawiciele tego środowiska chcieli odnowić i wzmocnić liberalizm poprzez jego krytykę lub że nie dokonali reinterpretacji kluczowej dla liberalizmu kategorii wolności. Zdając sobie sprawę, iż środowisko ordoliberałów było niejednorodne w zapatrywaniach na te kwestie, uważam, że należałoby jednak poczynić jakieś konkluzje, których autor chyba się boi. Tym bardziej, że w akapicie otwierającym kolejny rozdział cytuje Röpkego, który w pracy „Kryzys społeczny czasów obecnych” pisał, iż: Chodzi tu więc o program, który prowadzi walkę na dwóch frontach: z jednej strony przeciwko kolektywizmowi, z drugiej zaś przeciw liberalizmowi, potrzebującemu gruntownej rewizji.
Można odnieść wrażenie, że autor uwypukla antykolektywistyczne ostrze ordoliberalizmu, zaś mniejszą uwagę poświęca antyleseferystycznemu (które nie jest przecież równoważne z antywolnościowym). W ten sposób czytelnik, który dotychczas nic o ordoliberalizmie nie wiedział, może mieć trudności z uchwyceniem tego, co dla niego specyficzne, oryginalne, fundamentalne. Krytyka kolektywizmu, acz niezwykle ciekawa, nie stanowi o wyjątkowości ordoliberalizmu.
Rozdział drugi poświęcono ordoliberalnej diagnozie kryzysowego stanu ówczesnej Europy. Kompetentnie przedstawione zostały poglądy na temat trawiącej ją duchowej choroby oraz będących jej następstwem zwyrodnień społeczno-politycznych i gospodarczych. Relatywizm, nihilizm, sekularyzacja – to wedle ordoliberałów zło, które dotyka świat Zachodu. We wspomnianym rozdziale omówiono krytykę gospodarki leseferystycznej oraz kolektywistycznej, centralnie sterowanej. Ordoliberałowie w zasadzie odrzucali obydwa te modele. Jak słusznie pisze w Przedmowie prof. Jacek Bartyzel, ordoliberalizm nie jest liberalizmem w sensie filozoficznym, religijnym, politycznym czy moralno-obyczajowym.
Ordoliberałowie co prawda akceptowali podstawowe kategorie liberalizmu gospodarczego, jak konkurencja czy wolność gospodarcza, ale były one przez nich reinterpretowane. Nie ma mowy o absolutyzowaniu któregoś z tych czynników – np. uznano, że konkurencja musi mieć wyraźnie zakreślone granice. Wilhelm Röpke stwierdzał nawet, iż nie jest ona układem stosunków zupełnie bezpiecznym pod względem moralno-socjologicznym, stąd trzeba ją dozorować, aby nie zatruła ciała społecznego. Dlatego pewne sfery muszą pozostać wolne od konkurencji: sfera wspólnoty, drobnych codziennych stosunków, państwa itp. Podobnie granice wolności miały być ściśle określone prawem, w przeciwnym razie efektem będą kolejne kryzysy, monopole i oligopole, korzystające z niczym nieograniczonej swobody, a następnie niczym wirusy chorobotwórcze niszczące rynek i konkurencję.
Centralne planowanie i nadmierny interwencjonizm również nie cieszyły się sympatią ordoliberałów. Uważali oni zresztą, że ich powstanie to w dużej mierze skutek rozkładu leseferyzmu, słabości liberalizmu XIX-wiecznego. Stojąc na gruncie zasady pomocniczości, protestowali przeciw przesadnemu zwiększaniu kompetencji państwa, pochłanianiu przez nie mniejszych wspólnot i ich zadań. Można powiedzieć, iż chcąc silnego państwa, wcale nie kładli głównego nacisku na nie, lecz na społeczeństwo. Ich ideałem nie jest „państwo dobrobytu”, ale raczej „społeczeństwo dobrobytu”.
Niektóre stwierdzenia autora wymagają pewnych doprecyzowań czy szerszych wyjaśnień. Czytamy np.: Ordoliberałowie obwiniali interwencjonizm państwowy, czyli „drogę pośrednią”, za kryzys gospodarki wolnorynkowej. Wszystko w porządku, tylko jacy ordoliberałowie, jakie interwencje – skądinąd przecież wiemy, że byli oni zwolennikami pewnego rodzaju interwencji; co z ich konstatacjami, iż to nieograniczona konkurencja niejako zniszczyła samą siebie? Pamiętamy przecież, że Eucken w „Podstawach polityki gospodarczej” pisał, że: Wolny, naturalny ustrój […] nie powstaje po prostu w ten sposób, że polityka gospodarcza pozostawia jego ukształtowanie się biegowi wypadków, ale tylko wtedy, gdy ona o ten ustrój zabiega. Autor podsumowuje ten rozdział równie kontrowersyjnym zdaniem, pisząc, iż ordoliberałowie przeciwstawiali się słabemu państwu. Według nich takimi państwami były niektóre demokracje i państwa kolektywistyczne. Największym zagrożeniem dla nich były dwa totalitaryzmy (które panowały za ich życia), a mianowicie nazizm i komunizm, i głownie przeciw nim skierowana była ich krytyka. W innych zaś miejscach czytamy o ich krytycznym podejściu wobec wszechwładzy państwa. Owszem, autor wcześniej wyjaśnia, dlaczego wedle ordoliberałów państwo totalne jest słabe, jednak mamy tutaj do pewnego stopnia do czynienia z semantycznym chaosem, dezorientującym czytelnika. Lepsze byłoby chyba konsekwentne stosowanie nomenklatury Röpkego, który dzielił państwa na „zdrowe” i „chore”.
W ostatnim rozdziale Juszczak przedstawia konkretne propozycje ordoliberałów odnośnie do ustroju społecznego, politycznego i gospodarczego. Zastanawia się też nad relacjami pomiędzy modelem teoretycznym (ordoliberalizm) a praktyczną próbą jego realizacji (społeczna gospodarka rynkowa). Autor sprawnie prezentuje ordoliberalny program w tych kwestiach. Wyłania się z niego dobry obraz tego, co stanowi jądro i specyfikę ordoliberalizmu jako projektu broniącego wolnej konkurencji, swobody działania gospodarczego, odrzucającego jednak absolutyzację sfery gospodarczej, postulującego patrzenie na nią jako ściśle powiązaną z innymi dziedzinami życia. Czyli programu wolnościowego, ale – jak ujmował to chociażby Böhm – antykapitalistycznego, który nie przyjmuje koncepcji „niewidzialnej ręki rynku”, obwiniając ją o niszczenie wolnej konkurencji poprzez tworzenie monopoli, a zatem dopuszczającego na pewnych warunkach i w niektórych dziedzinach ingerencję państwa w sprawy gospodarcze.
Ordoliberałowie krytykowali prymitywny ekonomizm, będąc dalekimi od oceniania wszystkiego przez pryzmat gospodarki i produktywności. Wedle nich, system gospodarczy miał stanowić jedynie środek do realizacji celów ogólnospołecznych. Jak pisał jeden z przedstawicieli tego środowiska, Alexander Rüstow, ważniejsze od ekonomii są rodzina, gmina, państwo itp. Gospodarka nie może być w związku z tym traktowana jako cel sam w sobie.
Pewien niedosyt pozostawia ostatnia część tego rozdziału. Autor nie pokusił się niestety o próbę rozstrzygnięcia, ile ordoliberalizmu jest w społecznej gospodarce rynkowej. Zagadnienie to ciągle stanowi przedmiot różnorakich kontrowersji. Spór to jednak poniekąd jałowy, ponieważ sami twórcy „niemieckiego cudu gospodarczego” uważali się za ordoliberałów, byli z tym środowiskiem związani już przed wojną. Społeczną gospodarkę rynkową wdrażał w Niemczech Ludwig Erhard od końca lat 40. do roku 1966, kiedy to w nowo powstałym koalicyjnym rządzie SPD i CDU ministrem gospodarki został zafascynowany keynesizmem Karl Schiller.
Dwadzieścia lat pracy Erharda, co podkreśla niemiecki badacz Horst-Friedrich Wünsche, to wzrost gospodarczy, jakiego nigdy wcześniej ani później w tym kraju nie notowano, wysoki stopień stabilności cen, stan pełnego zatrudnienia oraz istotne zwiększenie dochodów obywateli. Mimo iż Niemcy otrzymały w ramach Planu Marshalla prawie trzykrotnie mniej pieniędzy niż Wielka Brytania, to już w 1958 r. udało im się ją prześcignąć, jeżeli chodzi o wartość produkcji przemysłowej, a wkrótce także pod względem PKB, którego tempo wzrostu utrzymywało się w latach 50. na poziomie 8%. Równocześnie w dekadzie 1950-1960 płace realne wzrosły o 75%, a okresowo mieliśmy do czynienia z tendencją spadkową cen.
Mimo wspomnianych i innych mankamentów (np. niestaranna redakcja językowa tekstu), polecam książkę Tymoteusza Juszczaka wszystkim, którzy są zainteresowani taką problematyką. Stanowi ona dobrą pozycję popularyzatorską i może ciekawie wprowadzać w zagadnienia ordoliberalizmu i społecznej gospodarki rynkowej. Warto takie pozycje propagować choćby z tego względu, iż nie ma ich wiele na naszym rynku, a większość prac odnoszących się do takich zagadnień to dzieła napisane hermetycznym, naukowym żargonem, który odstręcza większość osób od lektury. Na tym tle książka Juszczaka bez wątpienia pozytywnie się wyróżnia. Nie jest to z pewnością praca stricte naukowa, ale właśnie kompendium popularyzatorskie.
dr hab. Rafał Łętocha
Tymoteusz Juszczak, Ordoliberalizm. Historia niemieckiego cudu gospodarczego, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2010.
Książkę można nabyć wysyłkowo u wydawcy: Wydawnictwo PROHIBITA, ul. Mickiewicza 16/12A, 01-517 Warszawa, tel. /22/ 4243736, e-mail: wydawnictwo@prohibita.pl, księgarnia internetowa na stronie www.prohibita.pl.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wydawać by się mogło, że nie ma większego sensu publikacja w Polsce takiej książki, jak „Będziemy sądzeni z miłości”. Nic w niej bowiem nie pasuje do rodzimych wzorców katolicyzmu konserwatywno-liberalnego oraz bogoojczyźnianego. Ale jeśli chcecie poczuć ogień życia, koniecznie po nią sięgnijcie.
Opowieść Jima Foresta o życiu Dorothy Day nie jest suchym sprawozdaniem ani biografią o charakterze naukowym. Nie jest też sentymentalną opowiastką „ku pokrzepieniu serc”. Nie jest to wreszcie opowieść hagiograficzna, choć z całą pewnością pisana z wielką empatią i szacunkiem wobec bohaterki. To raczej biografia pełna literackich odniesień, subtelna w oddziaływaniu na uczucia i wyobraźnię czytelnika. Równocześnie, przez pryzmat życia założycielki pisma „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik) poznajemy te bardziej wstydliwe, a miejscami haniebne realia Stanów Zjednoczonych.
Książka pozwala też poznać kobietę, która przeszła na katolicyzm i w pełni poddała się wynikającym z tego rygorom, a równocześnie do końca życia sympatyzowała z mniej lub bardziej radykalną lewicą. Z całą świadomością żyła w ciągłym napięciu będącym konsekwencją tego faktu. A żyła tak zachowując zgodę z własnym sumieniem, traktując jako oczywiste i prawdziwe to, co wielu innym musiało wydawać się kuriozalne.
Przyszła na świat 8 listopada 1897 r., zmarła 29 listopada 1980 r. Zmienne koleje losów jej rodziny spowodowały, że już jako dziecko doświadczyła zarówno względnego dobrobytu, jak i upokorzenia wynikającego z niedostatku. Równocześnie, jak wspominała po latach, wynikająca z biedy konieczność intensywnej pracy fizycznej spowodowała, że nasiąkła filozofią pracy, ciesząc się z jej twórczych aspektów, ale również czerpiąc satysfakcję z ciężkiej i niezbędnej, dobrze wykonanej roboty.
Jej zrozumienie i empatia wobec ludzkiej biedy zaczęły objawiać się stosunkowo wcześnie i miały wymiar zarówno intelektualny, jak i uczuciowy, a ugruntowane były w doświadczeniach życiowych. Zaczęła czytać eseje Jacka Londona poświęcone walce klas, wielkie wrażenie zrobiła na niej powieść Uptona Sinclaira „Grzęzawisko”, zaczęła chodzić na długie wędrówki w kierunku przygnębiającej dzielnicy West Side. Dowiedziała się o istnieniu partii socjalistycznej Eugene Debsa i radykalnego związku zawodowego Industrial Workers of the World.
Doświadczenia te miały wymiar namysłu duchowego: Ludzie religijni uśmiechali się i przymilali do bogatych. […] Nigdy nie widziałam, by ktoś zdjął płaszcz i oddał go ubogiemu. Nie zauważyłam, by ktoś zaprosił na przyjęcie chromych, kalekich lub ślepych. Ta dziecięca przecież konstatacja będzie przez całe życie leżała u fundamentów jej postaw.
Mając szesnaście lat, Dorothy skończyła Waller High School. Dzięki znajomości łaciny i greki znalazła się w trójce uczniów, którzy otrzymali stypendium, co umożliwiło jej podjęcie nauki na uniwersytecie. Studiowała (krótko) na Uniwersytecie Illinois w Urbana, zdecydowała przy tym, że jej źródłem utrzymania będzie praca fizyczna: wiele razy zdzierałam skórę na plecach.
Z całą świadomością wybrała ubóstwo jako wyraz protestu wobec tego, co widziała wokół siebie: Ludzie niepełnosprawni, bez rąk czy nóg, niewidomi, osoby wyniszczone, z których całe człowieczeństwo zostało wyssane przez przemysł; rolnicy zastraszeni, okradzeni i pozostawieni z długami; przygnębione matki, z dziećmi trzymającymi się spódnic, noszonymi na rękach lub w łonach; ludzie schorowani i zniszczeni – wzywała mnie cała ta długa procesja osób potrzebujących. Gdzie się podziali wszyscy święci, którzy chcieliby spróbować zmienić porządek społeczny – nie tylko przewodzić niewolnikom, ale zwalczać niewolnictwo?
Z czasem rosło jej zaangażowanie w życie społeczne i polityczne. Day krótko działała w Partii Socjalistycznej. Jej przyjaciółką była m.in. Rayna Simons, późniejsza studentka moskiewskiego Instytutu Lenina, „szkoły dla rewolucjonistów”. Jednak Dorothy w swoim długim życiu zdecydowanie odżegnywała się od modelu sowieckiego.
W 1916 r. zamieszkała w Nowym Jorku. Każdy etap jej życia wiązał się z poznaniem nowych wymiarów ludzkiej nędzy. Wspaniałe miasto objawiło ciemne oblicze z całą mocą: Bezdomni i bezrobotni włóczyli się po ulicach. Głośny stukot pociągów i metra szarpał nerwy. Z gnijących ruder unosił się „taki smród, jak nigdzie indziej na świecie, i nie można było do niego przywyknąć. […] Nie był to zapach życia, lecz odór grobów”.
Znalazła odpowiednią dla siebie pracę, w redakcji gazety nowojorskich socjalistów, „The Call”. Z całą mocą wybuchła jej pasja reportażystki, a skromne życie niosło w sobie radość i żar, które przelewała na papier. Oddała niemal wszystkie posiadane pieniądze, poruszona opowieściami Elizabeth Gurley Flynn (późniejszej przewodniczącej amerykańskiej Partii Komunistycznej) o przemocy wobec górników strajkujących w Minnesocie. 21 marca 1917 r. z tysiącami Amerykanów na Madison Square Garden śpiewała „Międzynarodówkę”. Pisała: To było święto nadziei. Niebo zstępowało na ziemię.
W roku 1917 Dorothy Day po raz pierwszy trafiła do więzienia, za uczestnictwo w pikiecie sufrażystek przed Białym Domem. Kobiety podjęły strajk głodowy. Trzydziestodniowe doświadczenie więzienia, do którego trafiła niejako na własne życzenie, głęboko zapisało się w jej pamięci i stało częścią tożsamości. Z charakterystyczną dla siebie emfazą pisała: Wiedziałam, że nigdy już nie będę wolna, nie odzyskam wolności, mając świadomość, że na całym świecie za kratami są kobiety i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, zniewoleni, karani, odizolowani i cierpiący za zbrodnie, których wszyscy jesteśmy winni. […] Ludzie sprzedawali się za pracę, za czeki, a jeśli uzyskiwali wystarczająco wysoką pensję, cieszyli się szacunkiem. Jeśli ich oszustwa, kradzież, kłamstwo urastały do kolosalnych rozmiarów i odnieśli sukces, spotykała ich chwała, a nie potępienie.
Równocześnie jej dziecięce pragnienia religijne zyskiwały nowy wymiar. Jim Forest pisze: Tęsknota Dorothy Day za Bogiem często prowadziła ją do kościoła św. Józefa […], w którym czuła się jak w domu i doznawała pocieszenia. Choć niewiele wiedziała o wierze katolickiej, to jednak było jej dobrze w tym miejscu przeznaczonym do modlitwy. W 1919 r. zaczęła pracę w szpitalu Kings County na Brooklynie: Są chorzy, a w szpitalu nie mają dość pielęgniarek, które mogłyby się nimi zająć. […] Ubodzy cierpią. Muszę się nimi zająć. W Kings County poznała swoją pierwszą miłość, pielęgniarza Lionela Moise. Była dziewicą, dotąd panowała nad swoimi seksualnymi pragnieniami. Gdy stała się brzemienną, Moise doradził jej, by usunęła ciążę. Tak zrobiła.
Krótkie małżeństwo „spowodowane odrzuceniem” (cierpiała z powodu Lionela Moise), praca w City News Bureau w Chicago, przeprowadzka do Nowego Orleanu, gdzie została reporterem „The New Orleans Item”, katolicki kościół św. Ludwika – to kolejne, szybko po sobie następujące etapy życia. W Nowym Orleanie współlokatorka, komunistka, w dowód szacunku dla jej przekonań podarowała jej różaniec. Dziwne to było życie, dziwni ludzie otaczali młodą kobietę. Tancerki z nocnych lokali Dzielnicy Francuskiej podbiły jej oko. Doskonały temat na kolejny tekst! Opublikowała pierwszą książkę („The Eleventh Virgin”), klepała biedę, zadawała się z artystyczną bohemą. Poznała następną wielką miłość swego życia, Forstera Batterhama.
Modliła się, przesuwając paciorki różańca podarowanego przez komunistkę. Pisała: Modlę się, ponieważ jestem szczęśliwa, a nie nieszczęśliwa. Zwróciłam się ku Bogu nie w smutku, żalu czy rozpaczy, by uzyskać pocieszenie, by coś otrzymać. 4 marca 1926 r. przyszła na świat jej córka, Theresa. Batterham był przeciw jej rodzicielstwu, ale tym razem Dorothy nie uległa mężczyźnie. Pisała: Żadna istota ludzka nie może otrzymać i zachować w sobie tak wielkiej fali miłości i radości, jaką często czułam po narodzinach mojej córki.
W dramatycznych okolicznościach zdecydowała się rozstać z Batterhamem. 28 grudnia 1927 r. została ochrzczona w Kościele katolickim, powodowana głębokim przekonaniem, którego nie podzielał bodaj nikt z jej radykalnego środowiska. Wspominała: Korzenie [Kościoła katolickiego] sięgały czasów św. Piotra i zamiast chylić się ku upadkowi, cieszył się oddaniem wspólnot w każdym mieście, w którym mieszkałam. […] Jakże wielką siłą napędową jest radość! W przeszłości, kiedy czułam się nieszczęśliwa lub skruszona, zwracałam się ku Bogu, lecz to właśnie radość z urodzenia dziecka sprawiła, że dokonałam ostatecznego wyboru.
Równocześnie głęboko odczuwała, że w życiu społecznym Kościół jako instytucja niejednokrotnie sprzeniewierza się Ewangelii. Cierpiała, że ludzie Kościoła nie bronili dwóch włoskich emigrantów-anarchistów, Nicoli Sacco i Bartolomea Vanzettiego, oskarżonych o rabunek i morderstwo i w wyniku „pomyłki” sądowej skazanych na śmierć. Z goryczą odnotowywała: Oto przeszłam na stronę opozycji, ponieważ Kościół był identyfikowany z własnością, bogactwem, z kapitalizmem, z wszystkimi tymi siłami reakcji. […] tak bardzo pragnęłam połączyć ciało z duchem, ten świat z przyszłym.
Następnie był Wielki Kryzys, Marsz Głodujących na Waszyngton (30 listopada – 8 grudnia 1932 r.), oraz nowa ważna postać w jej życiu, Peter Maurin. Jego marzeniem był chrześcijański, agrarny anarchizm, porządek społeczny w którym łatwiej byłoby ludziom być dobrymi.
1 maja 1933 r. blisko 50 tys. osób odśpiewało na nowojorskim Union Square znienawidzone przez wielu strofy: Wyklęty powstań ludu ziemi… Trzydziestopięcioletnia Dorothy Day stała w tłumie i rozdawała pierwszy numer „Katolickiego Robotnika”. Pisma dla ludzi, którzy tłoczą się w schroniskach, by nie moknąć na deszczu, którzy pukają do wszystkich drzwi w daremnym poszukiwaniu pracy, którzy uważają, że nie ma nadziei na lepszą przyszłość i że ich los jest wszystkim obojętny. Peter Maurin: Chrystus wyrzucił kupców ze świątyni. / Lecz dziś nikt nie śmie / wyrzucić lichwiarzy / ze świątyni. / A nikt nie śmie / wyrzucić lichwiarzy / ze świątyni, / gdyż zaciągnęli oni kredyt / w świątyni… A może i świątynia zaciągnęła kredyty u kupców tego świata?
Jesienią 1933 r. było już oczywiste – stwierdza Forest – że „The Catholic Worker” odpowiadał rzeczywistym potrzebom czytelników. Niewiele tytułów odnotowało tak duży rozwój w pierwszym roku swojego istnienia […]. W ciągu kilku miesięcy liczba egzemplarzy jednego numeru wzrosła z 2500 do 75 000. Czytelnicy mieli poczucie, że są dla redaktorów kimś ważnym, że nie piszą do i dla nich doktrynerzy, ale przyjaciele, znający ich strapienia i nadzieje.
Day z początkiem zimy tamtego roku pisała do czytelników: Ludzie przychodzą do nas, pytają o zimowe ubrania i proszą o pomoc w znalezieniu mieszkań, których właściciele akceptują kwity pomocy społecznej. Smutny koniec 1933 r.: produkcja przemysłowa zmniejszyła się o połowę w porównaniu z rokiem 1929. Ponad trzynaście milionów ludzi straciło pracę. Większość amerykańskich banków upadła, te zaś, które przetrwały, zajmowały się odbieraniem domów, sklepów i gospodarstw tym, którzy nie byli w stanie spłacić kredytów hipotecznych. Jak grzyby po deszczu w całym kraju na każdym wolnym skrawku ziemi wyrastały […] dzielnice nędzy, w których budowano schroniska z puszek, kartonów i kawałków drewna. Nie istniał żaden system opieki społecznej.
Narodziny córki, przejście na katolicyzm, założenie „Katolickiego Robotnika” – to kamienie węgielne w życiu Dorothy. Gazeta stała się zaczynem kolejnych inicjatyw, bardziej praktycznych i wymagających. Zaczęły powstawać domy gościnne; w roku 1936 istniało ich już trzydzieści trzy. Przybywało obowiązków, ludzi, odpowiedzialności i trosk.
Day nie była typem „człowieka dobroczynności”, z takich czy innych względów „uprawiającego miłosierdzie”. Jej podejście do drugiej osoby bywało wręcz szaleńcze. Otrzymała w darze pierścionek z brylantem, który następnie ofiarowała samotnej kobiecie. Któryś z wolontariuszy zaprotestował, że lepiej byłoby sprzedać ten pierścionek i zapłacić za mieszkanie tej kobiety za cały rok. Dorothy odparła, że ta kobieta ma swoją godność i może zrobić z tym pierścionkiem, co będzie chciała. Może go sprzedać i zapłacić czynsz lub wyjechać na wakacje na Wyspy Bahama. Może też cieszyć się noszeniem go na palcu, tak jak kobieta, która przyniosła go do wspólnoty. „Czy wydaje ci się”, spytała Dorothy, „że Bóg stworzył brylanty jedynie dla bogatych?”.
Jednym z największych wyzwań, jakiemu przez lata musiała stawiać czoła Dorothy Day i jej środowisko, było zagadnienie pacyfizmu i nieodpowiadania złem na zło. Wojna domowa w Hiszpanii, II wojna światowa, konflikty zimnowojenne – były czasem próby. Amerykanie nie podzielali, a często nawet nie rozumieli pacyfistycznych przekonań Day: Publikujemy słowa Chrystusa, który jest zawsze z nami, do końca świata. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” […]. Nadal jesteśmy pacyfistami. Naszym manifestem jest »Kazanie na Górze«, co oznacza, że będziemy się starali wprowadzać pokój. Odpowiadając naszym zagorzałym przeciwnikom, nie będziemy brali udziału w zbrojnych konfliktach ani w produkcji broni, nie będziemy kupowali rządowych opasek popierających udział w wojnie ani nie będziemy namawiać innych, by to robili. […] Namawiam naszych przyjaciół i braci, by otaczali opieką chorych i rannych, by uprawiali ziemię i karmili głodnych, aby kontynuowali dzieło miłosierdzia.
Kontrowersyjny pogląd w tej fundamentalnej kwestii niejednokrotnie powodował spadek prenumeraty pisma i wywoływał konflikty z hierarchami Kościoła. Co ważne, Day nigdy nie dążyła do eskalacji konfliktów ze swymi pasterzami, w sytuacjach krytycznych umiała ustąpić. Tylko raz odmówiła posłuszeństwa, gdy w marcu 1951 r. nakazano zmianę nazwy pisma. Przedstawiła obszerną argumentację, w wyniku której urzędnicy kościelni uchylili polecenie.
Lata 50. to w Ameryce czas walki o prawa czarnoskórych. Dorothy Day włączyła się w nią, w 1956 r. postanowiła spędzić Wielki Post w chrześcijańskiej wspólnocie Koinonia w Americus (stan Georgia) w której czarnoskórzy i biali spokojnie żyli razem od 1942 roku, zajmując się pracą na roli i hodowlą zwierząt. Wspólnota ta z początkiem roku zaczęła spotykać się z różnorakimi szykanami, od bojkotu produktów i usług, przez strzały w kierunku jej budynków i domostw, aż po wysadzenie w powietrze sklepiku Koinonii. Ku Klux Klan na jej ziemiach palił krzyże. Reakcje na przybycie Day do Americus były złowrogie: okrzyki „kochanki czarnuchów”, „wstrętne komunistyczne dziwki”, aż po ostrzelanie jej samochodu przy stacji Drogi Krzyżowej…
Druga połowa życia Day to także czas podróży. Z pewnością ważne były dla niej wizyty w Rzymie, m.in. audiencja u Jana XXIII, na którą przybyła jako jedna z pięćdziesięciu „Matek Pokoju”. W 1965 r. przywiozła tam kilkaset egzemplarzy „Katolickiego Robotnika”, specjalnego numeru zatytułowanego „Sobór i bomba”: Właśnie miała zostać otwarta trzecia i ostatnia sesja soboru [watykańskiego drugiego]. Jej plan uwzględniał pracę nad tekstem, którego fragmenty wywołały silny sprzeciw amerykańskiego establishmentu wojskowego. Ostatecznie opublikowano go pod tytułem Gaudium et spes (Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym).
W tym samym 1965 r. Wietnam stał się „ziemią palonych dzieci” (Daniel Berrigan SJ). Dorothy Day doznawała głębokiego poruszenia na myśl, że gdy jednych wojna unicestwiała lub okaleczała, inni żyli bezpiecznie i bogacili się na działaniach wojennych. Ruch Katolickiego Robotnika znów opowiedział się przeciw wojnie, ponownie wzbudzając gniew wielu Amerykanów. Odpowiedź Day była klarowna: Każdy rodzaj pracy, budowa, zwiększanie produkcji żywności, prowadzenie kasy pożyczkowej, praca w fabryce produkującej przedmioty, które zaspakajają ludzkie potrzeby, praca w rzemiośle – wszystko to może być dziełem miłosierdzia, w przeciwieństwie do działań wojennych. Po zakończeniu wojny wietnamskiej wyszło na jaw, że zarówno Day, jak i całym ruchem Katolicki Robotnik skrupulatnie interesuje się FBI. I to już od 1940 r.
Kolejne lata niosły nowe wyzwania, jak wielki strajk, który przyniósł powstanie Krajowego Związku Robotników Rolnych i dał choć na chwilę wielu pracownikom wytchnienie od hegemonii obszarników. Jeszcze jeden pobyt Dorothy w więzieniu. W 1971 r. Day odwiedziła Europę Wschodnią: Polskę, Bułgarię, Węgry, ZSRR. Dla niej, kobiety lewicy i katoliczki, Związek Radziecki był szczególnym wyzwaniem. Opowiadała: życie duchowe trwa nadal, mimo niewyobrażalnego cierpienia. Wizytę w mauzoleum Lenina wspominała następująco: zatrzymałam się, by zrobić znak krzyża i pomodlić się za tego człowieka, który spowodował takie przemiany na świecie.
W swoich ostatnich latach sporo chorowała, przeszła kilka zawałów. Robiła rozrachunek z życiem. Była dla wielu niemal świętą, ale napominała samą siebie: Powinnam się cieszyć, że jestem jedynie starą kobietą, jak dawno temu powiedział pewien mały chłopiec przy obiedzie w domu gościnnym w Rochester. Powiedział on wówczas: „Cały dzień opowiadali, że przyjeżdża Dorothy Day, no i przyjechała – i jest tylko starą kobietą!”.
Wierząca katoliczka może być kobietą lewicy. Logika wiary i logika miłosierdzia, logika idei i najgłębszych pragnień, wierność sumieniu – to znacznie więcej, niż konwenanse obyczajowe i klasowe, takie czy inne lojalności, a nawet uwarunkowania instytucjonalne czy ekonomiczne. Ale ten, kto tego nie pojmuje, powinien szybko odłożyć biografię Dorothy Day na półkę. Niepotrzebnie się zgorszy i niepotrzebnie zasieje w swojej duszy ziarno zwątpienia. Albo rozpali ogień. A to przecież zawsze niebezpieczne.
Krzysztof Wołodźko
Jim Forest, Będziemy sądzeni z miłości. Biografia Dorothy Day, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, przekład Dagmara Waszkiewicz.
______________
W „Obywatelu” nr 44 przeczytać można tekst poświęcony ruchowi Katolicki Robotnik.
przez prof. dr hab. Zofia Chyra-Rolicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Tworzenie spółdzielczej polskiej organizacji kobiecej było procesem długotrwałym, ze względu na warunki polityczne kraju pozbawionego suwerenności, powolny i nierównomierny rozwój ruchu kooperatywnego oraz niewielkie wyrobienie społeczne kobiet wkraczających w sferę publicznej działalności gospodarczej.
***
Przykładem do naśladowania dla polskiej Ligi Kooperatystek (i innych lig narodowych) była organizacja angielskich entuzjastek spółdzielczości. Utworzyło ją w 1883 r. kilka pań z klasy średniej, zainteresowanych zminimalizowaniem kosztów prowadzenia gospodarstwa domowego. Do tego celu znakomicie nadawała się spółdzielczość spożywców, w owym czasie szybko się rozwijająca w większych miastach Wielkiej Brytanii. Tutaj dygresja: brytyjska inicjatywa była jedną z pierwszych organizacji skupiających kobiety do walki o pełnię praw obywatelskich. Otwarty charakter ruchu spółdzielczego, programowo odrzucającego wszelkie formy dyskryminacji, sprawił, że kobiety nie musiały tu dokonywać wyłomu w tradycyjnie ukształtowanych strukturach.
Zaczęto od ogłoszenia w „Co-operatives News”. Gazeta spółdzielcza umożliwiła siedmiu współzałożycielkom Angielskiej Ligi Kooperatystek szerszy rozwój tej organizacji. Na pierwszych jej zebraniach – pisała w 1910 r. przyszła znana pisarka, wówczas stypendystka Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych, Maria Dąbrowska – przedmiotu do dyskusji dostarczały ceny towarów zbyt wygórowane w niektórych spółkach. Liga wpłynęła na ich obniżenie. Zapanowało ogólne ożywienie wśród kobiet. Jęły teraz uczęszczać i na zebrania własnych towarzystw spółdzielczych. Poszczególne filie zakładają od razu tzw. w Anglii „kluby” odzieży, węgla, zapomóg, wycieczek, organizują wykłady dla dzieci, zebrania z praktycznymi odczytami o sztuce gotowania, pielęgnowania chorych itd. […] Jednocześnie podnoszą się głosy za uczestnictwem kobiet w zarządach spółeki. Chociaż organizacja nie podnosiła haseł emancypacyjnych, dzięki konkretnej, efektywnej pracy dostrzeżono zmysł praktyczny kobiet i dojrzałość do szerszej działalności społecznej.
Schemat organizacyjny był bardzo prosty. Filie Ligi, pozostając w ścisłym związku ze spółdzielniami spożywczymi, liczyły od 10 do 70 członkiń. Składały się one na 34 okręgi oraz 5 większych grup, czyli sekcji. Po dwóch dekadach istnienia Angielska Liga Kooperatystek liczyła w 1904 r. 18,6 tys. członkiń i 363 filie. W 1911 r. zrzeszała już ponad 26 tys. kobiet i 521 filii. Podobne organizacje powstały również w Szkocji i Irlandiiii. Corocznie odbywał się wspólny zjazd organizacji angielskiej, szkockiej i irlandzkiej. Najwyższą władzę brytyjskich lig sprawował Kongres zbierający się także corocznie, oraz Komitet Centralny, złożony z 7 członkiń wybieranych na 3-letnią kadencję. Wewnętrzna organizacja Ligi zasadza się na najszerszej stosowanym samorządzie lokalnym, łącznie z obowiązkiem solidarności względnie spraw poruszanych przez centralę. Stosunek między członkami jest najszerzej demokratyczny, w atmosferze czuć swobodę i humor. Przez sprawiedliwe równouprawnienie kobiety, związek spółdzielczy w Anglii pozyskał dla swych interesów olbrzymią siłę. Liga przysparza mu wytrwale członków, otwiera w miastach w dzielnicach upośledzonych i zaniedbanych spółki dla najuboższej ludności, wszelkimi siłami ułatwiając wstęp do nich i wpłatę udziałuiii.
Kooperatystki, wspierając ruch zawodowy, zyskiwały akceptację społeczną i uznanie dla swej działalności. Przyczyniły się do skrócenia dnia pracy we wszystkich niemal placówkach spółdzielczych. Warunki pracy i wynagrodzenia w fabrykach spółdzielczych uważano wówczas w Anglii za wzorowe.
Formy życia społecznego wewnątrz organizacji były bogate: cotygodniowe zebrania w każdej filii, częste odczyty i wykłady, wycieczki służące poszerzaniu horyzontów umysłowych zrzeszonych. Tworzono biblioteki i czytelnie, organizowano kursy dla dorosłych i dzieci, zakładano przytułki dla sierot. Poszczególne sekcje zajmowały się zbieraniem składek dla zaspokojenia miejscowych potrzeb. Obszar wzajemnej pomocy rozszerzano także na instytucje zapomogowo-pożyczkowe, organizując tzw. banki groszowe dla kobiet, młodzieży i ubogich. Kooperatystki próbowały objąć opieką również wychowanie młodzieży, a nawet budownictwo spółdzielcze.
Liga nie zasklepiła się w interesach samej kooperacji, przeciwnie podjęła ogólny sztandar interesów klas pracujących – pisała Dąbrowska. Agituje niezmordowanie przy wyborach do parlamentu, kiedy chodzi o posła przychylnego zefirom ustawodawczym w kierunku ograniczenia godzin pracy, przymusowego wynagrodzenia w razie wypadków, emerytur, ograniczenia lat wyrostków przyjmowanych do fabryki itp. Bojkotuje towary zakładów przemysłowych, gdzie warunki pracy uważa za złe i nieodpowiednie potrzebom robotników. Dalej bojkotuje przedsiębiorców gotowych ubrań i bielizny za powszechnie znany wyzysk szwaczekiv.
Liga stała się doskonałą szkołą obywatelską, terenem solidnej pracy społecznej, wiodącej do faktycznej emancypacji kobiet. Omawiając historię angielskich kooperatystek, sekretarz generalna ALK, Llewelyn Davies, stwierdziła w 1904 r.: Nie tylko uświadomiona przez Ligę jednostka z poczuciem zewnętrznej siły, lecz wprost nowy element pojawia się w życiu publicznym. Pracujące kobiety tworzą największą grupę społeczną. Obecnie cztery miliony kobiet i dziewczyn są wytwórcami bogactwa. […] Wszelako liczniejszym jest zastęp pracownic domowych: mężatek, których robota nie wynagradzana przyczynia się równie bezpośrednio, jak tamtych zarobkujących, do utrzymania rodzin przy życiu. Otóż ta klasa kobiet za pomocą organizacji przychodzi dziś do głosu, wyraża swoje potrzeby i bierze udział w trudach administracji ze stanowiska kobiety i obywatelkiv.
Angielska Liga inspirowała kobiety w innych krajach. W Szwecji w latach 1902-1907 powstało 29 kół kooperatystek przy spółdzielniach i dała się odczuć potrzeba organizacji centralnej, m.in. by umożliwić współpracę z krajowym związkiem spółdzielczym. Kongres założycielski szwedzkiej Ligi odbył się w 1907 r. w atmosferze wielkiego entuzjazmuvi. Naśladowano wzory pracy spółdzielczyń angielskich. Niewątpliwym sukcesem było zwerbowanie wielu nowych członków do spółdzielni i znaczne powiększenie ich kapitału udziałowego. Z innych prac Ligi – odnotowała Maria Orsetti – wymienić należy budzenie zrozumienia konieczności współpracy pomiędzy spółdzielniami spożywców i rolników, zakładanie szkół gospodarstwa domowego, utworzenie funduszu pomocy dla chorych spółdzielców. Również wiele wysiłków poświęciła Liga zaznajomieniu gospodyń z racjonalnym nowoczesnym sposobem prowadzenia prac w gospodarstwie domowymvii. Podobnie było w Norwegii i w monarchii Habsburgów.
***
Pomimo żywego zainteresowania ruchem spółdzielczym na ziemiach polskich, pozostawał on przez długi czas domeną mężczyzn. Dawało się jednak dostrzec zaangażowanie kobiet w spółdzielcze inicjatywy, by wspomnieć w Galicji Zofię Daszyńską-Golińską, Zofię Moraczewską, Henrykę z Habichtów Starzewską i Władysławę Habichtównę, w Wielkopolsce siostry Tułodzieckie, a w Królestwie – Marię Dąbrowską, Marię Orsetti i Wandę Papiewską.
Entuzjastki idei spółdzielczej z uwagą śledziły rozwój ruchu na świecie i wypracowane tam wzory działania. Po I wojnie światowej grono działaczek z różnych krajów nawiązało zerwane kontakty i podczas kongresu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Bazylei w 1921 r. utworzyły Międzynarodową Ligę Kooperatystek. Polskę na Zjeździe reprezentowała Maria Orsetti jako delegatka Związku Spółdzielni Spożywców RP.
W następnych latach żywo zaangażowała się ona w tworzenie organizacji kobiecej, wspomagającej rozwój spółdzielczości w Polsce. Po doświadczeniach pracy oświatowej i społeczno-wychowawczej w Lubelskiej Spółdzielni Spożywców, w 1917 r. przeniosła się do Warszawy, stwarzającej większe możliwości działalności społecznej. W okresie międzywojennym uczestniczyła w kolejnych konferencjach Międzynarodowej Ligi Kooperatystek, wyróżniono ją funkcją członka Komitetu Wykonawczego tej organizacji.
Niedostatkom kobiecej działalności spółdzielczej poświęciła kilka artykułów. W licznych wystąpieniach na zjazdach organizacji spółdzielczych wypowiadała się zdecydowanie w sprawie pełnego równouprawnienia kobiet. Na pracę domową, zawodową i działalność kobiet patrzyła przez pryzmat ich udziału w życiu gospodarczo-społecznym jak na „organizatorki spożycia rodzinnego”. Chciała je widzieć w pełni świadome swych zadań i możliwości ich realizacji. Dlatego też chętnie przywoływała przykłady sukcesów zagranicznych kobiecych organizacji spółdzielczych.
Zjednanie kobiet dla spółdzielczości było jednym z zasadniczych problemów rozwoju tego ruchu w Polsce. Poza szczególnie wyrobionymi jednostkami, rozumiejącymi korzyści płynące z kooperatywy, kobiety nie garnęły się do spółdzielni. Dużą rolę odgrywał fakt, że to na ogół mężczyzna reprezentował rodzinę na zewnątrz domu i podejmował czynności prawne, jak wstąpienie do spółdzielni czy wpłacanie udziałów. Kobiety pozostawały formalnie poza spółdzielniami, choć dokonywały w nich zakupów. Problem ów gnębił wówczas także spółdzielczynie w większości krajów zachodnioeuropejskich.
Szerzenie propagandy spółdzielczości i starania Orsetti wokół stworzenia w niej organizacji kobiecej wspomagał od początku lat 20. Związek Spółdzielni Spożywców RP, udostępniając łamy pisma „Społem”, publikując odpowiednie broszury i udzielając wsparcia organizacyjnego. W wyniku tej współpracy powstało kilka kół kobiecych przy spółdzielniach w Zagłębiu Dąbrowskim (Milowice, Piaski, Sosnowiec) oraz w Łodzi i Pabianicach. W tych środowiskach praca społeczna kobiet miała już pewne tradycje, sięgające czasów żywiołowego rozwoju robotniczej spółdzielczości spożywców w latach I wojny światowej. Zdarzało się nawet, że przedstawicielki tych kół brały udział w zebraniach rad okręgowych ZSS RP.
Okazją do wzmożenia starań o stworzenie organizacji polskich spółdzielczyń stała się podróż sekretarz Międzynarodowej Ligi Kooperatystek, Alice Honory Enfield, do krajów Europy Wschodniej w 1928 r. Miała ona na celu zbadanie możliwości utworzenia w tej części kontynentu kooperatywnych stowarzyszeń kobiecych oraz nawiązanie kontaktów handlowych. Enfield odwiedziła wówczas stolicę Polski, gdzie spotkała się z Marią Orsetti, zamieszkałą w osiedlu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W tym środowisku, skupiającym inteligencję o demokratycznych i lewicowych przekonaniach, zawiązała się kobieca inicjatywa propagująca działania spółdzielcze.
Początki Koła Czynnych Kooperatystek sięgały 1929 r. Duszą inicjatywy była Orsetti, która skupiła początkowo kilka pań i opracowała wzorcowy statutviii. Było to niewielkie, lokalne przedsięwzięcie, realizowane w oparciu o miejscową „Gospodę Spółdzielczą” (kierowaną przez męskie grono) w celu poprawy jej gospodarki. Panie utworzyły komitet sklepowy przy spółdzielni, organizowały konkursy lojalności w zakupach, propagowały zasady racjonalnego gospodarowania i oszczędzania, uczyły rachunkowości domowej. Żoliborskie kooperatystki nawiązały współpracę z Klubem Kobiet Stowarzyszenia Lokatorów WSM „Szklane Domy”, Towarzystwem Kooperacji Pracy i Towarzystwem Reformy Mieszkaniowej. Rozwijano pracę oświatowo-wychowawczą, organizowano pogadanki, dyskusje, pokazy i kursy. W tym środowisku powstała Pierwsza Pralnia Spółdzielcza zorganizowana w formie spółdzielni pracy, utworzono także spółdzielnię pracy służby domowej i biuro pośrednictwa pracy. Podejmowane działania miały bardzo praktyczne cele, zorientowane na pomoc w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Adaptowano do miejscowych warunków wzory działania wypracowane znacznie wcześniej przez angielskie kooperatystki.
Wielki kryzys gospodarczy przełomu lat 20. i 30. zwrócił uwagę szerokich warstw społeczeństwa na różnorodne możliwości oferowane przez spółdzielczość. Poszukiwano sposobów tańszego zaspokajania codziennych potrzeb konsumpcyjnych czy zdobycia mieszkania. Kolejny więc raz entuzjastki idei kooperatywnej zabrały się do dzieła. Jesienią 1930 r. w gorącej atmosferze dyskusji o możliwościach ruchu spółdzielczego i wzmożonej propagandy spółdzielczej, sformułowano program działania zmierzający ku stworzeniu własnej organizacji.
Zalecał on łączyć doświadczone, świadome swej misji kooperatystki w koła samodzielnej organizacji kobiecej lub też w wydziałach społeczno-wychowawczych przy spółdzielniach. Kobiety nie znające jeszcze ideologii spółdzielczej należało agitować i wciągać do spółdzielni w charakterze członkiń i nabywczyń. Pracę społeczno-wychowawczą i kulturalno-oświatową radzono prowadzić tak, aby całokształt zainteresowań i potrzeb gospodarczych oraz kulturalnych kobiety był w możliwie najwyższym stopniu zaspokojony, a przy tym pogłębiona została świadomość spółdzielcza. W istniejących organizacjach spółdzielczych postulowano umożliwienie kobietom widocznego awansu poprzez zwiększanie ich udziału w walnych zgromadzeniach i powoływanie do władz spółdzielni. Nie byłyby to już tylko gospodynie-nabywczynie, utrzymujące swoją lojalnością istnienie spółdzielni, lecz pełnoprawne partnerki, współdecydujące o istotnych sprawach. Przeciwko argumentowi o małym wyrobieniu organizacyjnym i gospodarczym kobiet, wysuwano inny – nie do podważenia – iż są one doświadczonymi gospodyniami, najlepiej zorientowanymi w zakresie i sposobach zaspokajania codziennych potrzeb rodzin. Podkreślano, że niechętne politykierstwu, będą one współdecydować o sprawach spółdzielni kierując się ich dobrem, a nie programem czy taktyką tej czy innej partii.
Najpełniej wykład zadań kobiet w ruchu spółdzielczym zawarła Maria Orsetti w broszurze „Kobieta, której na imię miliony” (1933). Pisała w niej: Aby siły gospodarcze opanować, aby zaprząc je do służby pomyślności ogółu, jednostki wybitne, a nawet genialne, szerokie plany Rooseveltów i trusty mózgowców, same niewiele poradzą, jeśli nie pociągną mas. […] Tym bardziej dotyczy to milionowych rzesz kobiet, które organizują spożycie domowe, a więc rynek wewnętrzny kraju. Zanim wszakże to wielkie poczucie odpowiedzialności społecznej nie dotrze do świadomości milionów kobiet, trzeba, aby początek robiły dziesiątki, setki i tysiące pionierek, szerząc słowem i przykładem idee współdziałania, idee braterstwa w dziedzinie gospodarczej, jako nieodzownego warunku rozwoju pełnego człowieczeństwaix.
Pomimo nasilonej propagandy i niewątpliwych w skali lokalnej sukcesów żoliborskich kooperatystek, tworzenie organizacji kobiecej o szerszym zasięgu okazywało się zbyt trudnym zadaniem. Wprawdzie żoliborskie KCK skupiało w 1933 r. już 96 członkiń, lecz w następnym roku doliczono się w kraju zaledwie 9 podobnych kół (oprócz Warszawy w Łodzi, Nowym Sączu, Sławkowie, Rudzie Pabianickiej, Bolesławcu, Drohobyczu, Siemiatyczach i Milowicach; w sumie 291 członkiń) oraz pewnej ilości grup nieformalnych przy spółdzielniach spożywców. Niezbędne było wsparcie organizacyjne i materialne solidnego mecenasa, jakim był ZSS RP. Kierownictwo Związku, deklarującego neutralność polityczną, obawiało się wówczas rozwoju ruchu łączącego postulaty równouprawnienia kobiet z trudnymi do zaspokojenia potrzebami społecznymi, a zwłaszcza z radykalizmem niektórych działaczek o lewicowych zapatrywaniach.
Czynne kooperatystki (szczególnie Orsetti, Janina Święcicka, Olena Hauboldowa) wytrwale przekonywały władze Związku do swoich racji i ostatecznie o wsparciu kobiecej inicjatywy zadecydowały względy praktyczne, czyli chęć zwiększenia szeregów spółdzielców, których liczba topniała w czasie kryzysu gospodarczego. Święcicka tak wspominała: Związek Spółdzielni Spożywców zmuszony był szukać jak najszerszego oparcia w masach członkowskich. Masy te widział wśród kobiet. Postanowił przeto dopomóc kobietom w powołaniu krajowej organizacji, która połączyłaby samorzutnie powstające koła i pomagałaby w powstaniu nowych. W 1934 r. przeprowadził ze mną rozmowę Józef Dominko […] proponując ze strony Związku pomoc moralną i materialną w zorganizowaniu Ligi Kooperatystekx.
Obie strony starannie przygotowywały się do nowego zadania. Podczas III Konferencji Przewodników Rad Okręgowych Spółdzielni Spożywców „Społem”, 24 marca 1935 r. żywo dyskutowano nad zwiększeniem udziału kobiet wśród spółdzielców i w organach zarządzających. Kooperatystki rozesłały ankietę do terenowych środowisk spółdzielczych z zapytaniem o celowość tworzenia odrębnej organizacji kobiecej. Aby zapewnić jej grono wyrobionych społecznie aktywistek, zorganizowały latem 1935 r. w Drohobyczu kurs przygotowawczy do działalności spółdzielczej dla kobiet.
***
W zjeździe organizacyjnym Ligi Kooperatystek w Polsce, obradującym 24 listopada 1935 r. w sali Towarzystwa Kooperatystów, uczestniczyły 123 delegatki terenowych kół kooperatystek i sekcji kobiecych przy spółdzielniach spożywców z całego kraju. Obrady zaszczycili obecnością przedstawiciele administracji państwowej oraz organizacji wspomagających i współpracujących, jak Związek „Społem” i Bank „Społem”, Związek Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych, Towarzystwo Popierania Kooperacji Pracy.
Maria Orsetti wygłosiła referat programowy, nawołując do szybkiego tworzenia oddziałów nowej organizacji w całym kraju i w różnych dziedzinach spółdzielczości, nie tylko spożywców, lecz również rolniczo-handlowej, mieszkaniowej, wytwórczej. Została ona przewodniczącą tymczasowej Rady nowej organizacji. Funkcję wiceprzewodniczącej powierzono Zofii Bednarczykowej (przedstawicielce Centralnej Organizacji Kół Gospodyń Wiejskich), a sekretarza – Olenie Hauboldowej (nauczycielce Szkoły Spółdzielczej w Warszawie). Ponadto w skład Rady weszły zasłużone w krzewieniu kooperacji: Helena Augsburgowa (przewodnicząca Koła Kooperatystek PPS w Katowicach), Cecylia Bieńkowska (przewodnicząca koła w Lidzie na Wileńszczyźnie), Jadwiga Golińska (przewodnicząca koła w Nowym Sączu), Natalia Lubowiecka (przewodnicząca koła w Łodzi), Wanda Wawrzyńska (przewodnicząca koła w Warszawie), Maria Zalewska (przewodnicząca koła w Radomiu). Pierwszy Zarząd przedstawiał się następująco: Maria Rapacka (żona prezesa ZSS RP) – przewodnicząca, Wanda Radziejowska – zastępczyni, Janina Święcicka (żoliborskie KCK) – sekretarz, Stanisława Perkowska (KCK) i Wanda Pospieszyńska – obie skarbniczki.
Statut LKwP stanowił, iż jej członkiem może być każda kobieta mająca ukończone 18 lat i bezpośrednio lub przez osoby swojej rodziny należąca do jakiejkolwiek spółdzielni. Choć była to organizacja wyłącznie kobieca, wykraczała poza ramy feminizmu, będąc otwarta na współpracę z wieloma innymi środowiskami gospodarczo-społecznymi, a nawet politycznymi. LKwP zamierzała skupić swe starania na krzewieniu kooperacji, przede wszystkim spółdzielczości spożywców, jako użytecznej dla niemal wszystkich gospodarstw domowych. Orsetti od początku nadała organizacji rozmach działania i wprowadziła w międzynarodowe grono kooperatystek. W lutym 1936 r. uczestniczyła w posiedzeniu egzekutywy MLK już jako oficjalna przedstawicielka polskiej Ligi.
Pierwsze lata to okres szybkiego rozwoju kół terenowych oraz współpracy z wieloma organizacjami i stowarzyszeniami o różnym charakterze, zorientowanymi na krzewienie postępu cywilizacyjnego w różnych środowiskach. Liczba kół wzrosła z 80 w 1937 r. do 122 w 1939 r. Odpowiednio zwiększyła się liczebność organizacji – z 2,3 tys. do ok. 3,5 tys. członkiń przed wybuchem wojny. Akcja propagandowo-szkoleniowa miała coraz szerszy zasięg, organizowano setki kursów, odczytów i pokazów, w których uczestniczyło łącznie prawie 30 tys. kobiet. Liga nawiązała wkrótce kontakty aż z 22 organizacjami o różnej klienteli. Oprócz związków spółdzielni różnych branż, wymienić należy tu zwłaszcza prorządowy Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet i Stowarzyszenie Samopomoc Społeczna Kobiet, zainteresowane rozwijaniem przedsiębiorczości kobiecej, a także Związek Pań Domu, Towarzystwo Klubów Kobiet Pracujących, Stowarzyszenie „Rodzina Wojskowa”. Podjęto także współpracę z Centralnym Towarzystwem Organizacji Kółek Rolniczych oraz z organizacjami młodzieżowymi ruchu ludowego (Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej, Związek Młodzieży Wiejskiej RP). Liga angażowała się także w propagowanie nauki oszczędzania, walkę z plagą pijaństwa oraz poprawę na drodze spółdzielczej warunków mieszkaniowych ludzi gorzej sytuowanych.
Powiązana ściśle z ZSS „Społem”, podzielała jego stanowisko ideowe, programowo wyłączając sprawy polityczne ze swej działalności. Jednocześnie, praca oświatowa organizacji miała na celu poszerzanie horyzontów umysłowych członkiń także o znajomość aktualnych problemów życia społecznego. Sposobu pewnej, choć powolnej poprawy bytu szerokich kręgów społeczeństwa upatrywała Liga w ewolucyjnych przekształceniach gospodarki w kierunku jej uspołecznienia poprzez uspółdzielczenie. Miała więc charakter antykapitalistyczny i – w opinii ówczesnych – uchodziła za bardzo postępową, lewicową organizację społeczną. W jej szeregach znalazło się wiele działaczek socjalistycznych. Lewicowe sympatie członkiń Ligi przejawiały się w szukaniu ścisłego kontaktu z ruchem robotniczym i organizacjami robotnic.
Wysiłki działaczek Ligi wiele uczyniły dla propagowania spółdzielczości wśród kobiet. Kooperatystki często pisały na tematy spółdzielcze na łamach „Społem” oraz pism kobiecych i innych, zwłaszcza „Prostej Drogi”, „Pracy Obywatelskiej”, „Pani Domu” i „Kobiety Współczesnej”. W sposób przystępny starały się tłumaczyć korzyści płynące z kooperacji i zachęcały do wstępowania do spółdzielni i tworzenia nowych. Dla kobiet bezskutecznie poszukujących pracy i zwalnianych w pierwszej kolejności, duże znaczenie miało popularyzowanie wzorów spółdzielni pracy i wytwórczych różnych grup zawodowych. Szeroką akcję podjął w tym kierunku Jan Wolski i Towarzystwo Popierania Kooperacji Pracy. Na łamach „Spólnoty”, „Spółdzielczości Pracy” oraz pism kobiecych ukazywały się reportaże ze spółdzielni wytwórczych i usługowych, budzące wiarę we własne możliwości, zachęcające do tworzenia kobiecych spółdzielni. Propaganda spółdzielcza docierała również na wieś, zarówno do ziemiaństwa, jak i kobiet chłopskich. Gościła na łamach „Ziemianki Polskiej”, czasopism ruchu ludowego oraz literatury przeznaczonej dla gospodyń wiejskich.
Wydawano comiesięczny biuletyn wewnętrzny, zamierzano rozwijać działalność wydawniczą, edytując miesięcznik „Spółdzielczyni” przeznaczony dla szerokich kręgów czytelniczek; ostatecznie ukazał się tylko jeden numer – w czerwcu 1939 r., pod redakcją Marii Kleindienstowej (Klonowskiej).
Gdy realna stała się groźba nowej wojny, Liga włączyła się w pacyfistyczne akcje podejmowane przez międzynarodowe kobiece środowisko spółdzielcze. W latach 1938-1939 uczestniczyła w szeroko zakrojonej akcji przygotowywania kobiet do obrony kraju. Obradujący w czerwcu 1939 r. III zjazd organizacji poświęcony był przygotowaniu moralnemu i gospodarczemu kobiet do wojny. Zamierzano rozpocząć szkolenia w gospodarowaniu w warunkach wojennych, zakładano przeszkolenie ok. 5 tys. kobiet traktowanych jako rezerwa kadrowa na wypadek powołania mężczyzn-spółdzielców pod broń. Propagowano tworzenie zapasów żywności w gospodarstwach domowych oraz w spółdzielniach spożywców i rolniczych. Na przeszkodzie szerszej realizacji tych planów stanął wybuch wojny.
***
Władze Generalnego Gubernatorstwa włączyły funkcjonowanie spółdzielczości w swoją gospodarkę wojenną, pozbawiając ją samorządności i bardzo poważnie ograniczając prace oświatowo-kulturalne. Organizacje społeczne z wyjątkiem Rady Głównej Opiekuńczej zostały rozwiązane, nie pozwalano na zakładanie nowych. Niemożliwe więc okazało się wznowienie działalności LKwP jako samodzielnej jednostki.
Znalazła ona oparcie w strukturach „Społem”. W ciągu lat 1940-41 w ramach Wydziału Lustracyjnego utworzono tam autonomiczną Sekcję Kobiecą, która skupiła się na szkoleniu instruktorek do pracy w terenie. W styczniu 1941 r. Wydział zalecił, by w każdym okręgu organizacji, przy radach okręgowych, ustanowiono funkcję instruktorki społecznej dla prowadzenia pracy wśród kobiet. W warunkach wojennych Sekcja Kobieca, kierowana przez Wandę Bogdanowiczową, rozwinęła szeroką akcję szkolenia gospodarczego kobiet, wykraczając daleko poza ramy dozwolone przez okupanta. Pod koniec 1941 r. zorganizowano w Bukowinie Tatrzańskiej pierwszy kurs dla kandydatek na instruktorki. W 1942 r. zorganizowano ogółem 245 różnych kursów dla 6256 uczestniczek, w następnym roku liczba kursów i uczestniczek wzrosła ok. dwukrotnie. Za tą fasadą nierzadko wspierano tajne nauczanie, zbrojny ruch oporu (Bataliony Chłopskie, Armia Krajowa) i prace charytatywne. Przy spółdzielniach zakładano biblioteczki, w 1942 r. aż 197 – pomimo dużych trudności organizacyjnych Instruktorki korzystały z pomocy łączniczek ze spółdzielniami, ich grono tylko w pierwszym półroczu wzrosło z 396 do 1177 osób. W organizowaniu kursów pomagały 372 spółdzielnie. Działalność kobiet wspomagała planowy rozwój sieci spółdzielni spożywców. Wkrótce, w maju 1944 r. okupant zakazał prowadzenia kursów gospodarstwa domowego. Stołeczna centrala zakonspirowanej Ligi funkcjonowała aż do powstania warszawskiego.
***
W okresie powojennym nie udało się rozwinąć działalności LKwP jako samodzielnej organizacji, pomimo próby rejestracji w 1947 r. Kooperatystki odsunięto na dalszy plan. W 1946 r. schorowana Orsetti zrezygnowała z członkostwa w Komitecie Wykonawczym MLK. Wkrótce, w latach 1947-1948 Związek „Społem” (na którym opierała się Liga) został poddany ostrej krytyce politycznej. W spółdzielczości naśladownictwo modelu angielskiego zastąpiło narzucanie wzorów z ZSRR i postępujący centralizm działalności społeczno-gospodarczej.
Przypisy:
i M. Dąbrowska, Znaczenie kobiety w ruchu spółdzielczym, cz. II Angielska Liga Kooperatystek, „Społem” 1910, nr 17.
ii M. Dąbrowska, Kobieta a czyn polski, „Tygodnik Polski” 1913, nr 12.
iii Tamże.
iv M. Dąbrowska, Znaczenie kobiety…, op. cit.
v Tamże.
vi M. Orsetti, Liga Kooperatystek w krajach skandynawskich, „Społem” 1937, nr 17.
vii Tamże.
viii J. Święcicka, O pracy spółdzielczej wśród kobiet w latach 1928-1939, [w:] Wspomnienia działaczy spółdzielczych, t. I, Warszawa 1965.
ix M. Orsetti, Kobieta, której na imię miliony. Rzecz o zadaniach kobiet w ruchu spółdzielczym, Kraków 1933. Broszura ta jest w całości dostępna na portalu Lewicowo.pl, pod adresem: http://lewicowo.pl/varia/viewpub/tid/2/pid/363
x J. Święcicka, O pracy spółdzielczej…, op. cit.
przez dr hab. Rafał Łętocha | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Leszek Gawor nazwał go jednym z najwybitniejszych Polaków ubiegłego stuleciai. Nawet jeśli trochę w tym przesady, to nie ulega wątpliwości, że Młynarski był postacią nietuzinkową. Socjolog, filozof, działacz polityczny i gospodarczy, współtwórca reformy walutowej z 1924 r., światowej klasy ekspert w sprawach finansowych. W dodatku był ekonomistą-samoukiem, co jeszcze lepiej pokazuje format tej postaci.
***
Urodził się 20 listopada 1884 r. w Gniewczynie k. Przeworskaii. Już w gimnazjum w Jarosławiu zetknął się z ruchem narodowym w organizacji Czerwona Róża, kierowanej przez Związek Młodzieży Polskiej (tzw. Zet). Jako organizator nielegalnych obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja, w ostatniej klasie zmuszony został do przerwania nauki, ostatecznie maturę eksternistyczną pozwolono mu zdawać w Sanoku. Następnie studiował na Wydziale Filozoficznym UJ, gdzie kontynuował działalność patriotyczną. W 1903 r. wszedł do „Zetu”, trzy lata później został jego sekretarzem i równocześnie członkiem tajnej Ligi Narodowej.
Od 1907 r. jego drogi z obozem narodowym zaczynają się jednak rozchodzić. Stawał się coraz bardziej krytyczny wobec prorosyjskiej orientacji endeków. W 1908 r. ukończył pracę „Socjologia wobec teorii poznania”, na podstawie której uzyskał stopień doktora filozofii (ówczesne magisterium). W 1909 r. był współorganizatorem i jednym z liderów Związku Niepodległości, grupującego rozłamowców z obozu narodowego. Blisko współpracował również z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”, która powstała w 1909 r. we Lwowie wskutek podziału w tamtejszym „Zecie”. Rok później zaowocowało to powołaniem akademickiej organizacji Legia Niepodległości, utworzonej z połączenia obu grup rozłamowych.
Wydał wówczas, pod pseudonimem Jan Brzoza, pracę „Zagadnienie polityki niepodległości”. Książka stanowiła głos w sporze między narodową demokracją a nurtem niepodległościowym Piłsudskiego. Autor wyszedł od konstatacji o istnieniu dwóch zasadniczych postaw wobec kwestii niepodległości. Obóz narodowy traktuje ją jako swoistą ideę moralną, niepodległościowy zaś jako bezpośredni cel polityczny. Obie postawy są błędne, bowiem brakuje w nich dążeń państwowotwórczych. Naczelną ideą Młynarskiego była zatem potrzeba myślenia w kategoriach państwowości, i to nie tylko przyszłej, ale również realizowanej już w warunkach niewoli. Postulował rozbudowę struktur konspiracyjnego państwa, uważając, że ich wykreowanie musi poprzedzić odzyskanie suwerenności. Nawoływał więc do stworzenia tajnej Konstytucji, Sejmu, rządu z aparatem skarbowym, armii. Ich autorytet należało umacniać tak, aby wszelki partykularyzm był postrzegany jako naganny, żeby ten nadrzędny cel skupiał osoby rozmaitych orientacji ideowych oraz integrował społeczeństwo rozrywane różnymi waśniami. Problem Państwa Polskiego – jak pisał – to problem zwycięskiej wojny o wolność. Problem polskiej państwowości to zagadnienie organizacyjne, rzucone na tło naszego życia narodowegoiii.
W tamtym czasie uczestniczył w formowaniu Polskich Drużyn Strzeleckich – paramilitarnej organizacji powołanej przez „Zarzewie”, której w latach 1913-1914 był prezesem. Jako reprezentant Związku Niepodległości brał udział w naradach zmierzających do powołania Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, której celem była koordynacja działań niepodległościowych w oparciu o Austro-Węgry; w 1912 r. wszedł w skład jej władz.
Po wybuchu I wojny światowej PDS zostały podporządkowane Józefowi Piłsudskiemu, a Młynarski jako szeregowiec wstąpił do Legionów, skąd oddelegowano go do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Z ramienia NKN został wysłany wraz z socjalistą Arturem Hausnerem do USA, aby informować Polonię o celach Legionów oraz zabiegać o pomoc materialną i poparcie.
Po powrocie do Polski podjął pracę jako kierownik Wydziału Spółdzielczości w Ministerstwie Pracy w Królestwie Polskim. Opracował wtedy szkic reformy społecznej, opartej na systemie spółdzielczym, do którego zapałał sympatią jeszcze przed wojną za sprawą Edwarda Abramowskiegoiv. W kwietniu 1923 r. minister skarbu Władysław Grabski powołał Młynarskiego na stanowisko wicedyrektora w Departamencie Kredytowym. Stał się on wówczas współautorem reformy walutowej oraz statutu Banku Polskiego. W sierpniu 1924 r. objął stanowisko wiceprezesa tej instytucji.
W 1929 r. po wygaśnięciu kadencji odszedł z Banku i został członkiem Komitetu Finansowego Ligi Narodów w Genewie. Z jego ramienia pojechał w 1933 r. do Grecji jako ekspert – za doradztwo w czasie tej misji otrzymał od rządu greckiego order Feniksa I klasy. W tym samym roku został wybrany na dwa lata przewodniczącym Komitetu. Międzynarodowa kariera była m.in. pokłosiem pracy „Złoto i banki biletowe” (1928), która przetłumaczona na angielski i japoński przyniosła mu uznanie w środowisku ekonomicznym. W 1937 r., po zmianie Konstytucji Komitetu Finansowego, Młynarski wraz z resztą członków podał się do dymisji, rozpoczął natomiast działalność w Międzynarodowej Izbie Handlowej w Paryżu oraz w Komitecie Złota LN. Pod koniec lat 30. ponownie włączył się w krajowe życie polityczne, zbliżając się do Frontu Morges.
W czasie II wojny światowej Niemcy zaproponowali mu objęcie prezydentury Banku Emisyjnego z siedzibą w Krakowie. Wyraził zgodę dopiero po licznych konsultacjach z polskimi sferami gospodarczymi i społecznymi, uznając, że pomimo okupacji życie gospodarcze powinno zachować ciągłość zapewniającą minimalną stabilizację. Od jego nazwiska pieniądze emitowane przez Bank popularnie nazywane były „młynarkami”. Urząd piastował do końca wojny, lawirując pomiędzy niemieckimi naciskami a polskimi interesami – jego działalność pozytywnie oceniał m.in. Delegat Rządu na Kraj, Cyryl Ratajski. Po wojnie postawiono mu zarzut kolaboracji, jednak dochodzenie zostało szybko umorzone. W lipcu 1945 r. wybrano go czynnym członkiem Wydziału Historyczno-Filozoficznego PAU, objął też wykłady w Krakowskiej Akademii Handlowej i na Wydziale Prawa UJ. W 1951 r. został dyrektorem biblioteki Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Krakowie (powołanej w miejsce KAH) i pozostał na tym stanowisku aż do emerytury w 1961 r.
Po wojnie nadal pisał. Obok problematyki ekonomicznej, w coraz większym stopniu zaczęła interesować go filozofia. Główna praca z tej dziedziny, „Filozofia śmierci”, nie doczekała się jednak druku. Na łamach paryskiej „Kultury” ukazał się natomiast w częściach na przełomie lat 1963 i 1964 jeden z jego ostatnich artykułów, „Szkice literacko-filozoficzne”. Konstatował w nim pogłębiający się kryzys duchowy współczesnego świata, tzw. retrogresję totalistyczną. Polegać miała na nasileniu się form przymusu i powstaniu nowych rodzajów ucisku. Wyrażał też zaniepokojenie zakłócaniem przez człowieka równowagi w świecie przyrodyv. Zmarł 13 kwietnia 1972 r. w Krakowie, pochowany został na Cmentarzu Salwatorskim.
***
Przemyślenia dotyczące spraw społeczno-politycznych i gospodarczych przedstawił w trzech pracach z lat 30.: „Człowiek w dziejach”, „Proporcjonalizm ekonomiczny” i „Totalizm czy demokracja w Polsce”. Jak podkreślał w przedmowie do tej ostatniej: Wszystkie trzy prace stanowią jedną całość i celem ich jest dać społeczeństwu systemat myślenia politycznego, zgodny z tradycją i charakterem umysłowości polskiejvi.
Młynarski wyróżnił w dziejach Europy trzy zasadnicze etapy: starożytność, która kończy się w 313 r. edyktem mediolańskim; średniowiecze zamykające się rewolucją francuską z 1789 r.; czasy nowożytne, trwające do I wojny światowej, która rozpoczyna nową epokę. Na jakiej podstawie dokonał tej niestandardowej periodyzacji?
Punktem wyjścia są relacje między uniwersalizmem a indywidualizmem – pochód dziejowy to dowartościowywanie jednostki jako podmiotu dziejów. Dla nikogo nie jest rzeczą wątpliwą, […] że człowiek był, jest i będzie zarówno podmiotem, jak i przedmiotem dziejów. Co jednak jest zjawiskiem podstawowym: czy człowiek jako twórczy podmiot, czy społeczeństwo, ogarniające go jako jeden z licznych swoich przedmiotów? Przyjęcie pierwszego stanowiska wyzwala indywidualistyczny pogląd na świat. Przyjęcie drugiego rodzi pogląd na świat uniwersalistycznyvii.
Okres starożytny stanowił dla Młynarskiego czas dominacji uniwersalizmu, polegającego na podporządkowaniu jednostki społeczeństwu zorganizowanemu w związek państwowy. […] Człowiek jest czymś znikomym, przejściowym, mizernym punktem na ekranie dziejówviii. Uniwersalizm ten szukał uzasadnienia w religii, sankcjonującej autorytet władców. Konsekwencją była sakralizacja państwa i władzy. Młynarski stwierdza, że to, co w czasach współczesnych określa się mianem totalizmu, to skrajna forma uniwersalizmu antycznego.
Zaczął być on stopniowo przezwyciężany wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa. Emancypuje ono jednostkę, wprowadzając zasadę powszechnej równości ludzi wobec Boga, oraz doprowadza do desakralizacji państwa. Obowiązujący monizm religijno-polityczny zastąpiono dualizmem ewangelicznej zasady „cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie”. Dzięki chrześcijaństwu Niebo zaczęło przede wszystkim opromieniać człowieka jako człowieka, spychając państwo w cień, jako rzecz wtórną, przemijającą, mizerną w obliczu wieczności. Państwo w ten sposób zostało zdegradowane do rzędu instytucji świeckiejix.
Średniowiecze to dla Młynarskiego okres, gdy starożytny system gospodarczy, oparty na niewolnictwie, został zastąpiony przez feudalizm, wprowadzający znaczną decentralizację władzy. Omnipotencja państwa odchodzi w przeszłość, poszerza się sfera indywidualnych uprawnień. Właśnie w okresie feudalizmu należy szukać prapoczątków indywidualizmu. Równie wielką wagę przywiązuje do sporu o uniwersalia. Miał on rewolucyjne konsekwencje praktyczne. Delegacja […] pojęć ogólnych podniosła znaczenie jednostki jako jedynego bytu realnego, czy to w przyrodzie, czy w społeczeństwie. Rzeczą główną, istotną, stało się indywiduum. […] Podobnie w zagadnieniach politycznych, wstrząsających ówczesnym światem, nominaliści podtrzymują autorytet jednostki ludzkiej i przez to osłabiają autorytety wielkich utworów społecznych, jak Kościół i cesarstwox.
Proces kształtowania się indywidualizmu znajduje ukoronowanie w idei równości wobec prawa. Recydywa antycznego totalizmu, jaką był absolutyzm oświecony, nie potrafiła już zatrzymać tego procesu. Rewolucja francuska proklamuje deklarację podstawowych praw człowieka i w tym momencie dopiero, zdaniem Młynarskiego, możemy mówić o końcu średniowiecza.
Czasy nowożytne pozostają pod znakiem dalszego rozwoju indywidualizmu, którego przejawy stanowią kapitalizm i liberalizm. Efektem jest bezprzykładny rozwój gospodarczy i postęp w różnych dziedzinach życia. Jednak rozwój ten nie jest nieprzerwany i bezproblemowy. Już pod koniec XIX w. zasada indywidualizmu zaczęła być podważana. Z jednej strony winowajcą jest wedle Młynarskiego demokracja parlamentarna, która z obywatelskiego systemu reprezentatywnego przeistoczyła się w system działający w imię państwa. Z drugiej zaś kapitalizm, który zaczął zaprzeczać zasadom, na jakich się opierał. Świat kapitalistyczny wychodził teoretycznie z równości szans, ale doprowadzał w praktyce do nierówności tych szans. Pozycja silniejszych stawała się bowiem z natury rzeczy coraz silniejsza i coraz trudniej było wydobywać się na wierzch nowym elementomxi.
Kapitalizm nie zdołał też rozwiązać najistotniejszego problemu współczesności, jakim jest realizacja zasady równości praw do udziału w dochodzie społecznym. Próby takie podejmują totalitaryzmy, ale stanowią lekarstwo gorsze od choroby i nie mają szans powodzenia. Dochód narodowy winien być dzielony proporcjonalnie między wszystkie grupy społeczne, bo w przeciwnym razie równowaga zostanie szybko zachwiana na skutek tego, iż jedni będą zyskiwać kosztem drugich.
Jak istotna jest kwestia proporcjonalizmu w podziale nadwyżki, widać na przykładzie USA: Ameryka cieszyła się przed październikiem 1929 r. stabilizacją poziomu cen i równoczesnym szybkim przyrostem dochodu narodowego. Repartycja odbywała się jednak wadliwie. Praca jako producent usług nie korzystała proporcjonalnie z postępu gospodarczego, ponieważ skala płac i pensji pozostawała w tyle. Natomiast przemysł gromadził tym większe zyski. Pociągnęło to nadpłynność przemysłu, nadmierną zwyżkę kursów akcyz i ogólną grę spekulacyjną. Walcząc z destabilizacją cen akcji i obligacji władze bankowe musiały zastosować środki deflacyjne pomimo względnej stałości poziomu cen towarowych. Skończyło się ogólnym załamaniem równowagi. […] błędna repartycja nadwyżek dochodu społecznego przy stabilizacji poziomu cen stała się w Ameryce jedną z ważniejszych przyczyn ogólnego kryzysuxii.
Proporcjonalizm nie ogranicza się do kwestii redystrybucji dochodu. Stabilizacja bowiem poziomu cen zakłada postulat stałej opłacalności wytwarzania. Ów postulat zakłada z kolei stałość relacji poszczególnych cen. Nie można osiągnąć i utrzymać takiej stałości, jeżeli produkcja dóbr i usług nie rozwija się proporcjonalnie, a więc w tempie równomiernym. Punkt ciężkości leży więc w proporcjonalizmie produkcji i wymiany. Jest to nowa zasada polityki ekonomicznejxiii. Proporcjonalizm wymaga ciągłości postępu, czyli stałych nadwyżek w dochodzie społecznym, w miarę równomiernie dystrybuowanych między świat pracy a kapitał. Dlatego niedopuszczalne jest pozostawienie podziału dochodu dobrej woli czy prywatnej inicjatywie. Konieczna staje się normatywna interwencja państwa, a więc siłą rzeczy propocjonalizm nie jest w stanie współistnieć z „liberalną formą ustroju kapitalistycznego”xiv.
Młynarski doszedł do wniosku, że ani wielkość przedsiębiorstw, ani rola obiegu pieniężnego czy instytucja prywatnej własności środków produkcji nie mogą być uznane za cechy charakterystyczne kapitalizmu, ponieważ są to właściwości wspólne z niektórymi formami z przeszłości. Cechę naprawdę odróżniającą kapitalizm od niewolnictwa czy poddaństwa stanowi dopiero system salariatu: umowa najmu pomiędzy cywilnie równymi przedsiębiorcą i pracownikiem. Jej konsekwencją jest współdziałanie „kapitału żywego” (siły roboczej) oraz „martwego”, czyli środków produkcji, będących w posiadaniu przedsiębiorcy. Proces produkcji ma więc charakter społeczny, jednak jego efekt – już nie.
Kapitał martwy i ukryty za jego plecami przedsiębiorca mają stanowisko uprzywilejowane, ponieważ do nich należy całość owoców produkcji – a robotnik może być skwitowany przy pomocy płacy zarobkowej, której wysokość reguluje się według cen żywności i potrzeb elementarnych robotnika, a nie według tego, jaką wartość zamienną osiągnie suma wytworzonych towarów na rynku. Pozycja prawna robotnika nie różni się zasadniczo od pozycji wydzierżawionej na jakiś czas maszyny, której praca nie stwarza tytułu do udziału w owocach produkcji. Istota kapitalizmu wyraża się w najemnictwie. Istota najemnictwa polega na nierówności praw do owoców produkcjixv.
Cena, a tym samym zysk, stanowią kategorię społeczną, będąc wypadkową gry podaży i popytu, stanu waluty, warunków politycznych. Natomiast podział zysku jest już czymś prywatnym. Młynarski wskazuje na to zjawisko jako jedną ze sprzeczności kapitalizmu. Antynomie, które nawarstwiły się w ustroju kapitalistycznym, są możliwe do rozwiązania jedynie poprzez działania prowadzące do zmiany roli państwa, zależności pomiędzy klasami czy przekształcenia produkcji dla rynku w produkcję służącą zaspokojeniu potrzeb poprzez zmianę organizacji spożycia. Wówczas dopiero może nastąpić współmierność produkcji i spożycia, współmierność ilości dóbr materialnych i potrzeb – a tym samym nastąpi względna stabilizacja wartości zamiennej dóbr i usług w gospodarstwie społecznymxvi.
Jak stwierdza Młynarski, w dążeniu do organizacji spożycia zarysowały się dwa zasadnicze kierunki. Pierwszy to socjalizm, widzący rozwiązanie w upaństwowieniu środków wytwarzania. Drugim jest solidaryzm, pragnący osiągnąć ów cel przez dobrowolną akcję od dołu – akcję wyrażającą się w tworzeniu spółdzielni spożywczychxvii. Pierwsza z metod zostaje przezeń odrzucona jako nieefektywna i szkodliwa. Takich wad i braków nie ma natomiast spółdzielczość spożywcza jako forma uspołecznienia produkcji i spożycia. Jest to forma przedziwnie mądra i prosta w swej konstrukcji teoretycznej, a egzamin życiowy zdała świetnie. Biorąc udział w spółdzielni spożywczej, jednostka ma możność oszczędzać przez wydatkowanie, stwarzać własną produkcję przez organizację spożycia, wreszcie łączyć najemnictwo i prawodawstwo w jednym rękuxviii.
Kreśląc proponowane rozwiązania, Młynarski jawi się też jako zwolennik korporacjonizmu. Jego główną zaletę stanowić miały autonomia, rozwijanie twórczej inicjatywy człowieka, odrzucenie omnipotencji państwa, współodpowiedzialność robotnika i przedsiębiorcy za losy produkcji, stępienie antagonizmów klasowych. Korporacje miałyby konsolidować odrębne grupy społeczne, Młynarski przewidywał istnienie odrębnych związków zawodowych dla pracobiorców oraz dla pracodawców, a obok tego korporacji skupiających wszystkich przedstawicieli danej branży, niezależnie od ich pozycji na rynku pracy. Korporacja posiadałaby autonomię ustawodawczą i być może nawet sądową. Do jej zadań należałoby ustalanie regulaminu fabrycznego, czasu pracy, wypełnianie zadań sądów pracy, planowanie rozmiarów produkcji, wysokości cen, przygotowywanie projektów ustawodawstwa dotyczącego ogólnej polityki gospodarczej, celnej i podatkowej itp.
Zauważał jednak, że korporacjonizm, atakując pewne elementy kapitalizmu, zapomina o najważniejszym: umowie najmu separującej robotnika od efektów wspólnej pracy. Jeśli w tej sferze nie nastąpią radykalne zmiany, to powstanie jedynie lepsza forma kapitalizmu. Koniecznym jest zatem zagwarantowanie udziału robotnika w zyskach przedsiębiorstwa. W takich warunkach umowa najmu nie będzie już tylko środkiem prawnym, który umożliwia dzierżawę siły roboczej, ale tytułem prawnym do udziału w owocach wspólnego procesu wytwarzania – do udziału w zyskach wynikających z koniunktury rynkowej. W miejsce najemnictwa, przy którym istnieje separacja pracy i kapitału przy podziale owoców wspólnej produkcji – powstanie „koalicja pracy i kapitału”xix.
Udział w zyskach nie musi przy tym polegać na dzieleniu ich pomiędzy poszczególnych robotników – kwoty takie byłyby stosunkowo niewielkie. Właściwsze byłoby odprowadzanie zysku przeznaczonego dla robotników do kasy znajdującej się w rękach organizacji robotniczo-społecznej, która będzie mogła go spożytkować wyłącznie na cele przewidziane odpowiednimi przepisami. Z takiego funduszu można byłoby wykupywać zamykane czy bankrutujące przedsiębiorstwa prywatne. Zakładając działanie powyższego urządzenia nie tylko unikamy dewastacji substancji i zabezpieczamy daną okolicę przed wzrostem bezrobocia – ale zarazem zakładamy podwaliny dla tworzenia się nowej formy własności. Będzie to własność wybitnie społeczna…xx.
Jeśli chodzi o administrowanie tego rodzaju funduszem, najwłaściwsze byłyby spółdzielnie spożywców, mające na tym polu doświadczenie. Z teoretycznego punktu widzenia rozwiązanie takie jest idealne, bowiem poprzez obowiązkowy udział w zyskach atakujemy klasową umowę najmu – zaś przez ruch spółdzielczo-spożywczy atakujemy ryzyko rynkowe, które obok umowy najmu stanowi drugą cechę ustroju kapitalistycznegoxxi. W związku z tym należałoby wprowadzić obowiązek przynależności robotników do spółdzielni spożywców. Młynarski wysuwa tutaj analogię z obligatoryjnymi ubezpieczeniami, które w pewnym momencie wprowadziły wszystkie państwa –powszechna spółdzielczość to swoiste ubezpieczenie od wyzysku handlowego i strat na rynku.
Spółdzielnie zachowałyby autonomię gwarantującą ich rozwój, lecz byłyby kontrolowane przez państwo pod kątem ksiąg i praworządności wewnętrznej. Cel ostateczny stanowiłoby, jak to ujął, powstanie Rzeczpospolitej Spółdzielców. Robotnik przestanie być najmitą – zdobędzie bowiem równość prawa do udziału w owocach wspólnej produkcji, dokona się jego wyzwolenie, ponieważ osiągnie równouprawnienie społeczne, obok już dzisiaj posiadanego równouprawnienia pod względem cywilnym i politycznymxxii.
Dzięki temu społeczeństwo klasowe przekształci się w federację społeczną, stąd Młynarski określił swój projekt mianem federalizmu społecznego. Zalety takiego ustroju są jego zdaniem wielostronne: redystrybucja dochodu społecznego wreszcie będzie miała charakter racjonalny i sprawiedliwy, zmaleje też niebezpieczeństwo kryzysów i wahań koniunktury.
Zasadniczą wartość stanowi pogodzenie dwóch zasad politycznych, pozostających w konflikcie: prywatnej inicjatywy oraz etatystycznej interwencji. Dopiero proporcjonalizm sprzymierzony z federalizmem społecznym sprowadza obie zasady do właściwych im zakresów. Obok bowiem własności i przedsiębiorczości społecznej może żyć i rozwijać się własność i przedsiębiorczość prywatna. Zamiast zaś etatyzacji unicestwiającej przedsiębiorczość prywatną, rola państwa ograniczy się do planowania normatywnego, stwarzającego ramy dla równoległych wysiłków obu form własności, zarówno prywatnej, jak społecznejxxiii.
Tak pomyślany system gospodarczy urzeczywistniony miał zostać w państwie nacjokratycznym, zachowującym odpowiednie relacje pomiędzy aparatem państwowym (reprezentującym zasadę uniwersalistyczną) a narodem (wyrazicielem zasady indywidualistycznej). W takim ustroju rola państwa miała zostać zminimalizowana, naród bowiem zajmowałby pozycję nadrzędną, państwo zaś miało stanowić jedynie organ wykonawczy jego woli.
Drugą charakterystyczną cechę stanowić miało pierwszeństwo jednostki nad narodem, jednak mające charakter relatywny, albowiem naród jednocześnie ma nad jednostką prymat moralny. Naród budzi się do życia – pisał Młynarski – jako forma pojęciowa uświadomienia jednostek i sprzęga się jednocześnie z samowiedzą etyczną, z poczuciem obowiązku służenia dobru wspólnemu. I jedno, i drugie jest sprawą duchową, sprawą twórczą osobowości ludzkiej, sprawą indywidualną. Wobec tego zaś również pierwszeństwo interesu narodowego przed interesem jednostki musi wywodzić się z aktu wolnej woli człowieka, z jego decyzji i wyboru, a nie jest czymś danym przez naturę, jako rzecz gotowa, z góry przychodząca i ogarniająca człowiekaxxiv.
Ujęcie takie wydaje się bardzo bliskie personalizmowi chrześcijańskiemu, eksponującemu prymat jednostki wobec społeczeństwa i jednocześnie obowiązki na niej ciążące. Tak rozumiany nacjokratyzm musi zostać dopełniony przez homokrację, zgodnie z którą nie przywilej, majątek lub przynależność do partii czy elity rządzącej powinny stanowić tytuł do większego wpływu na organizowanie, względnie reorganizowanie spraw państwowych – lecz uzdolnienie, kompetencja, polot twórczy, męstwo przekonań i w ogóle charakter człowiekaxxv.
Przypisy:
i L. Gawor, Feliksa Młynarskiego filozofia dziejów [w:] Tenże, Polska myśl historiozoficzna I połowy XX wieku. Analiza wybranych poglądów, Rzeszów 2005, s. 118.
ii Na temat Młynarskiego zob. Z. Landau, Feliks Młynarski, Polski Słownik Biograficzny, t. XXI/1, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1976, ss. 443-446.
iii Jan Brzoza (wł. F. Młynarski), Zagadnienie polityki niepodległości, Kraków 1911, s. 97.
iv F. Młynarski, Wspomnienia, Warszawa 1971, s. 153.
v Idem, Szkice literacko-filozoficzne, „Kultura” (Paryż) 1963 nr 12, 1964 nr 1.
vi Idem, Totalizm czy demokracja w Polsce, http://www.polskietradycje.pl/article.php?artykul=328
vii Idem, Człowiek w dziejach. Jednostka – państwo – naród, Warszawa [1937] (wyd. II), s. 31.
viii Ibid., s. 33.
ix Ibid., s. 54.
x Ibid., s. 74.
xi Ibid., s. 111.
xii Idem, Proporcjonalizm ekonomiczny. Zagadnienie nowego kierunku, Warszawa 1937, s. 23.
xiii Ibid., s. 24.
xiv Ibid., s. 105.
xv Ibid., ss. 126-127.
xvi Ibid., s. 134.
xvii Loc. cit.
xviii Ibid., s. 136.
xix Ibid., ss. 143-144.
xx Ibid., s. 149.
xxi Ibid., s. 151.
xxii F. Młynarski, Proporcjonalizm…, s. 160.
xxiii Ibid., s. 179.
xxiv Idem, Człowiek…, s. 160.
xxv Ibid., s. 168.
przez Leon Wasilewski | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Żydzi nie posiadają własnego terytorium, gdyż – nie mówiąc już o krajach zachodnich – nawet tam, gdzie siedzą w zwartej masie, stanowią mniejszości rozproszone na obszarze rdzennej ludności danych krajów. Nie ma też obecnie jednego ogólnożydowskiego języka. Żydzi zachodnioeuropejscy posługują się językami miejscowymi. Żydzi na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej – o ile chodzi o masy – mówią żargonem niemieckim [tj. jidysz – przyp. red. „Obywatela”], na Bałkanach Żydzi miejscowi mówią żargonem hiszpańskim, w Azji i Afryce rozmaitymi miejscowymi narzeczami. Nawet tam, gdzie masy używają żargonu, klasy wykształcone posługują się językiem większości krajowej. I sam żargon przy zetknięciu się z językiem niemieckim upodabnia doń się bardzo szybko. Co się zaś tyczy języka hebrajskiego, to nie jest on już dzisiaj mową żywą, tylko tym samym, co łacina – językiem martwym, językiem ksiąg liturgicznych, kleru, nauki judaistycznej i w nieznacznej stosunkowo mierze językiem narodowym, pomijając już to, że znany jest prawie wyłącznie mężczyznom.
Brak terytorium i w znacznej mierze języka uszczuplił zakres funkcji narodowych żydostwa, umiejscawiając je w sferze religijnej. Nie ma polskiej, niemieckiej, francuskiej, angielskiej religii – i Polak, Niemiec, Francuz, Anglik, może zmieniać wyznanie zupełnie dowolnie, nie zatracając narodowości, gdy u Żydów zmiana wyznania niemal zawsze oznacza zupełne zerwanie z żydostwem. Najwymowniejszy to dowód, że Żydzi są grupą wyznaniową i że pozbawieni podstawowych cech narodowości – terytorium i języka – tworzą odrębną całość tylko dzięki przynależności do wspólnego wyznania.
Skutkiem zasadniczej odrębności wyznania żydowskiego, Żydzi znajdują się w tym zupełnie wyjątkowym położeniu, że nie mogą nikogo zasymilować, nawet tam, gdzie stanowią większość. Natomiast asymilacja Żydów z ich otoczeniem, pomimo najróżnorodniejszych przeszkód, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych, rozwijać się musi z tej prostej przyczyny, że Żydzi stanowią mniejszość – i to coraz mniejszą – z jednej strony skutkiem emigracji, z drugiej zaś z powodu wzrostu warstw chrześcijańskich tych kategorii, do których należą Żydzi.
Asymiluje się tylko mniejszość i tylko z większością należącą do tej samej klasy społecznej […]. Chłopi zlewają się z otaczającą ich masą chłopską odmiennej narodowości, większość robotnicza pochłania obconarodową mniejszość robotniczą, ogół ziemiaństwa albo burżuazji pochłania i przetrawia dostające się do jego sfery jednostki i całe grupy ziemiańskie i burżuazyjne. Asymilacja Żydów postępuje tą samą drogą. Asymiluje się burżuazja, inteligencja i klasa robotnicza.
Największą przeszkodą asymilowania się Żydów jest – zwłaszcza tam, gdzie mieszkają w zwartych masach – to, co stanowi w gruncie rzeczy istotę Żydów: ich wyznanie. Natomiast inne cechy żydostwa – ekonomiczne i psychiczne – ułatwiają jego asymilację.
U każdego narodu normalnego obok szowinistycznego nacjonalizmu może istnieć i patriotyzm – uczucie zupełnie normalne, szlachetne, wyrastające z całokształtu stosunków danego kraju w jego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. U Żydów patriotyzm jest niemożliwy, o ile chodzi o patriotyzm żydowski. Ludzie pochodzenia żydowskiego mogą być płomiennymi patriotami francuskimi, niemieckimi, polskimi, węgierskimi, tylko Żyd-patriota żydowski jest najzupełniejszą anomalią. Brak mu bowiem tego pierwotnego podłoża patriotyzmu – owej patrii, ojczyzny, gdyż jego ojczyzną faktyczną od szeregu pokoleń nie jest ziemia żydowska.
Utraciwszy własną żydowską ojczyznę w Palestynie, Żyd był tułaczem dopóki nie począł się asymilować z mieszkańcami tych ziem, na których osiadł na stałe. Żyd niezasymilowany może w dalszym ciągu być tułaczem, dla którego obojętne są losy kraju jego czasowego pobytu. Ale w miarę asymilowania się, bodaj najpowierzchowniejszego, najbardziej niezupełnego, poczyna zrastać się z ojczyzną przybraną, nie tylko z jej teraźniejszością, ale i przyszłością i przeszłością.
Sztuczne hamowanie tego procesu, przeciwstawianie patriotyzmowi miejscowemu, patriotyzmowi większości mieszkańców kraju – jakiegoś innego patriotyzmu, nie wyrastającego naturalnie z podłoża całokształtu warunków krajowych, jest dążnością nie tylko reakcyjną, ale najzupełniej jałową.
Taką jałową dążnością jest chęć zastąpienia realnej, terytorialnej ojczyzny, jaką posiada każdy naród, przez fikcję autonomii eksterytorialnej, łączącej wszystkie grupy i jednostki żydowskie w rozproszeniu za pomocą eksterytorialnych, ogólnopaństwowych (jeśli już nie międzypaństwowych) instytucji narodowo-żydowskich.
Ażeby owa eksterytorialna autonomia ogarniała całokształt interesów żydowskich, musiałaby się opierać na odrębności Żydów – nie tylko wyznaniowej i po części językowej, ale i ekonomicznej. Tymczasem, o ile życie wyznaniowe Żydów wyodrębnia się jaskrawo ze stosunków otoczenia nieżydowskiego, o tyle ekonomiczne życie żydowskie jest organiczną częścią ogólnokrajowej gospodarki społecznej, życia ekonomicznego większości mieszkańców kraju.
Ekonomika tak ściśle związana jest z terytorium, że nie da się odeń oderwać w żaden sposób i czynność ekonomiczna poszczególnych odłamów żydostwa zahacza o życie chrześcijańskiej większości kraju co chwila.
Rozwój stosunków nowoczesnych w dobie kapitalizmu rozbija coraz bardziej żydostwo i sprzęga każdy jego odłam z odpowiednim odłamem większości mieszkańców kraju. Żydowska burżuazja żyje z pracy tej samej masy, co i chrześcijańska. Nie ma bowiem fabryk, których produkcja byłaby obliczona wyłącznie na odbiorców-Żydów. Fabrykant żydowski zatrudnia w olbrzymiej większości wypadków robotników-chrześcijan. Chrześcijanie zaopatrują się w potrzebne dla nich towary u kupców żydowskich. Sklepikarz żydowski liczy na tę samą klientelę, co jego chrześcijański konkurent. Żyd i chrześcijanin korzystają z tych samych [środków] komunikacji – kolei, poczt, telegrafów, telefonów, muszą płacić takież same cła i podatki ogólnopaństwowe czy krajowe, ulegają tym samym koniunkturom handlowym i przemysłowym itd. W takich warunkach nawet ściśle oświatowe sprawy żydostwa nie dadzą się zupełnie wyodrębnić (że wspomnę tu chociażby tylko o wykształceniu zawodowym), nie mówiąc już o wszystkim, co ma jakąkolwiek styczność z życiem gospodarczym. […]
Nawet sprowadzona do szczupłych granic ściśle kulturalnych, obejmujących sprawy wyznania, szkolnictwa i filantropii, autonomia eksterytorialna nie da się zupełnie konsekwentnie zastosować wobec organicznego uzależnienia życia żydowskiego od warunków danego terytorium i życia większości jego mieszkańców. […] Wszystko to wskazuje na zupełną jałowość a la longue [na dłuższą metę] dążności żydowsko-nacjonalistycznych, stających w poprzek normalnemu rozwojowi tak samego żydostwa, jak i otaczających je narodów. I na ziemiach dawnej Polski, tak samo jak na Zachodzie, proces asymilacyjny musi się rozwijać i rozwija się z nieubłaganą koniecznością, jakkolwiek tu, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, spotyka się z nadzwyczajnymi trudnościami.
Pierwszą z nich jest ogromna liczebność żywiołu żydowskiego, skutkiem czego zmniejszanie się jego stosunku procentowego do ogółu ludności odbywa się powoli, jakkolwiek nieustannie. Drugą jest skrępowanie polskości i jej wpływów asymilacyjnych skutkiem wtłoczenia jej w formy obcej państwowości. […] Zakazywanie słowników żydowsko-polskich, podręczników języka polskiego w żargonie przed rokiem 1905, obecnie zaś niedopuszczanie Żydów do nauki polskiego w szkołach – oto środki przeciwdziałania polonizacji ze strony rządu rosyjskiego. Są one jednak drobnostką wobec powodowania przez tenże rząd masowej imigracji Żydów spoza Królestwa – tzw. litwaków – na teren tego ostatniego.
Napływ fali litwackiej do Królestwa pociągnął za sobą skutki nadzwyczaj doniosłe. Przede wszystkim wzmógł on liczebność miejscowej ludności żydowskiej, następnie wpłynął na nią ideowo w kierunku nacjonalistycznym, przy czym ten nacjonalizm żydowski zaszczepiany był w formie rosyjskiej. Wywołało to zjawisko nowe w życiu Żydów Królestwa Polskiego – szerzenie się wpływów centralistyczno-rosyjskich w przebraniu nacjonalistyczno-żydowskim, co naturalnie musiało pogłębiać przepaść między Polakami a Żydami, nawet stojącymi na analogicznym stanowisku klasowym, i do pewnego stopnia wpłynąć hamująco na żywiołowy proces asymilacyjny.
Nacjonalizm żydowski bezwarunkowo przyczynił się do zatamowania asymilacji i zaognienia kwestii wzajemnych stosunków obydwu odłamów ludności Królestwa Polskiego. Polskie żywioły nacjonalistyczne wyzyskały bardzo sprytnie nacjonalizm żydowski dla wzniecenia ruchu skierowanego już nie tylko przeciwko „litwakom”, lecz i przeciwko Żydom w ogóle […] Bojkot zwrócił się zrazu przeciwko „litwakom” i nacjonalistom żydowskim, ale rozszerzył się szybko na ogół żydowski i dał się przede wszystkim we znaki Żydom zasymilowanym, Żydom-Polakom.
Jakie będą ekonomiczne skutki obecnego bojkotu, dziś powiedzieć nie możemy. Być może, że w pewnej mierze przyspieszy on wzmaganie się polskiego handlu, zwłaszcza na prowincji. Ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bardzo dużo przedsiębiorstw, wywołanych agitacją bojkotową, nie zaś obiektywnymi potrzebami życia ekonomicznego, nie wytrzyma konkurencji i upadnie. Przedwczesnym byłoby już dziś układać bilans zysków i strat ekonomicznych spowodowanych bojkotem. Natomiast inne, mianowicie polityczne skutki akcji bojkotowej już obecnie dadzą się dokładnie obliczyć.
Pierwszym jest czasowe powstrzymanie normalnego procesu asymilacyjnego, a przynajmniej znaczne jego zahamowanie. Bojkot, zwracający się przeciwko ogółowi żydowskiemu, odpycha od społeczeństwa polskiego żywioły zasymilowane, każe im odczuwać solidarność ogólnożydowską i w ten sposób wzmacnia nacjonalizm żydowski.
Następnie, bojkot wzmocnił siły reakcyjno-ugodowe w społeczeństwie polskim, stawiając na nogi bankrutującą z kretesem Dmowszczyznę i skupiając pod jej kierownictwem całe zastępy, nic z nią wspólnego dotychczas nie mające.
Dalej – utrwalił pozycję rządu rosyjskiego, i to z dwóch stron. Zwolennicy bojkotu uciekają się do pomocy rządowej w swych zakusach antysemickich, jak ograniczenie procentowe Żydów w Towarzystwie Kredytowym Warszawskim, jak wysiedlanie ich ze wsi w Lubelskiem itd. Żydzi, broniąc się przed bojkotem, uciekają się pod obronę policji i władz rządowych, manifestując swoją lojalność.
Heca bojkotowa zaciążyła ogromnie na całym życiu społeczeństwa w zaborze rosyjskim w chwilach tak doniosłych jak doba zaostrzenia się sytuacji międzynarodowej. Szał bojkotowy, wzniecony przez Dmowskiego i jego popleczników po wyborze Jagiełły [Eugeniusz Jagiełło – poseł PPS-Lewica do rosyjskiej IV Dumy, wybrany m.in. dzięki poparciu żydowskich środowisk mieszczańskich jako konkurent kandydata endeckiego – przyp. red. „Obywatela”], odwrócił uwagę społeczeństwa od wszystkich najbardziej palących zagadnień politycznych i skierował ją na jeden punkt – zwalczanie Żydów. Wszystko to dostatecznie wskazuje na szkodliwość bojkotu ze stanowiska polskiego i zwalnia nas od gromadzenia dalszych zarzutów przeciwko niemu – jako zgoła zbytecznych. […]
Bojkot oznacza wtargnięcie pierwiastka sztucznej agitacji do żywiołowego procesu ekonomiczno-społecznego. Wskutek swej sztuczności zamąca on bieg normalny tego procesu, powoduje jego zboczenie i w rezultacie hamuje go, wypacza i zabagnia, szerząc dezorientację w społeczeństwie, narzucając mu metody postępowania wypływające z zupełnie fałszywych przesłanek.
Oto np. wysuwa się bojkot jako rodzaj samoobrony przemysłu i handlu chrześcijańskiego, skazanego niemal na zagładę w razie nieistnienia bojkotu. W rzeczywistości jednak hasło bojkotu, szerzone w Królestwie, nie jest wynikiem słabości przemysłu i handlu chrześcijańskiego, ale raczej jego siły. Bojkot jest jednym ze środków walki rosnącego w potęgę konkurenta, który dąży do bezwzględnej przewagi i pognębienia przeciwnika, grając na pewnych instynktach ogółu.
Niestety, nie posiadamy statystyki wyznaniowej przemysłowców i kupców w Królestwie, ale, wnosząc z głosów zwolenników bojkotu, można by przypuszczać, że przedsiębiorczość żydowska niemal zmonopolizowała tam wszystkie gałęzie wytwórczości i wymiany i że chrześcijanie stawiają na polu handlu i przemysłu dopiero pierwsze kroki, pod ustawiczną groźbą całkowitego wyparcia przez Żydów.
Tymczasem obraz wzajemnego ustosunkowania się przemysłu i handlu chrześcijańskiego z jednej, a żydowskiego z drugiej strony, zestawiony niedawno przez „Tygodnik Ilustrowany” na podstawie „dość biegłej znajomości stosunków” i „brzmienia nazwisk właścicieli firm”, pokazuje nam zgoła co innego. A przecież „Tygodnik Ilustrowany” bynajmniej pismem filosemickim nie jest, co się zaś tyczy opierania się na brzmieniu nazwisk, to – wobec olbrzymiej liczby przemysłowców i kupców chrześcijan o nazwiskach niemieckich – łatwiej zaliczyć chrześcijanina w poczet Żydów niż popaść w błąd przeciwny. Jakżeż się przedstawia wynik badań „Tygodnika Ilustrowanego”?
Oto w dziedzinie przemysłu Królestwa przewagę liczebną posiadają nie Żydzi, lecz chrześcijanie. Żydów-właścicieli przedsiębiorstw jest 4210, chrześcijan 6775, czyli, innymi słowy, Żydzi posiadają w swych rękach tylko 39% ogólnej liczby przedsiębiorstw przemysłowych.
Jeśli przyjrzymy się poszczególnym gałęziom wytwórczości przemysłowej, to zobaczymy, że tylko w trzech działach – przemysłu zwierzęcego (garbarnie, sortownie szczeciny, fabryki szczotek), papierniczo-graficznego (papiernie, fabryki celulozy, introligatornie, fabryki tutek, drukarnie, litografie itp.) i konfekcyjnego – właściciele-Żydzi przeważają. W pierwszym właścicieli-chrześcijan jest 96, Żydów 185; w drugim – chrześcijan 309, Żydów 359, w trzecim chrześcijan 999, Żydów 1045. Jak widzimy, i tu mowy nie ma ani o „monopolu” żydowskim, ani o rozpaczliwym położeniu chrześcijan. Nawet w tych najbardziej „żydowskich” gałęziach przemysłu liczba przedsiębiorstw chrześcijańskich waha się między 1/3 a 1/2, zbliżając się raczej do tej ostatniej.
Należy jednak wziąć i to pod uwagę, że fabryki w tych właśnie działach nie należą do większych. Natomiast jeśli przejdziemy do tych gałęzi przemysłu, które odznaczają się wielkimi rozmiarami fabryk, to zobaczymy, że rola w nich Żydów jest dość skromna.
Tylko w przemyśle włókienniczym właściciele-Żydzi prawie dorównują właścicielom-chrześcijanom (640 wobec 645), ale dość przypomnieć, że taki kolos, jak zakłady żyrardowskie, że takie olbrzymie przedsiębiorstwa jak fabryki Scheiblerowskie w Łodzi, Peltzerów w Częstochowie, Schönów, Dietlów itp. w Zagłębiu są fabrykami „chrześcijańskimi”, aby zrozumieć, że i tu przygniatająca przewaga jest po stronie chrześcijan.
Weźmy teraz górnictwo i hutnictwo: właścicieli-chrześcijan 300, Żydów – 51, a więc sześć razy mniej. Przemysł metalowy: chrześcijan 1216, Żydów 339 – prawie cztery razy mniej. Przemysł mineralny (cement, gips, wapno, cegielnie itd.): chrześcijan 367, Żydów 156, tj. przeszło dwa razy mniej. Nawet w takich gałęziach przemysłu, jak drzewny lub spożywczy, przewaga chrześcijan jest ogromna. W dziedzinie przedsiębiorstw i biur technicznych zakładów chrześcijańskich jest osiem razy więcej niż żydowskich.
Zwróćmy się teraz do handlu. Tu należałoby się spodziewać bezwzględnej przewagi Żydów na każdym polu. Tymczasem i tu łatwowiernych wrogów „monopolu żydowskiego” musi spotkać szereg niespodzianek. Przede wszystkim nie ma zgoła żadnych zmonopolizowanych przez Żydów gałęzi handlu. Nawet w dziale przedsiębiorstw transportowych i ekspedycyjnych obok 123 żydowskich istnieje już 29 chrześcijańskich. Wśród domów agenturowych i handlowych – żydowskich jest 199, chrześcijańskich 52. Na 180 handlów papierniczych i księgarskich – żydowskich jest 103, chrześcijańskich 77. W dziale tak „żydowskim” jak manufaktura i galanteria (odzież, futra, bielizna, kapelusze, czapki, obuwie, przybory podróżne, galanteria skórzana) obok 2797 firm żydowskich widzimy 1613 chrześcijańskich. W dziale artykułów do użytku przemysłu i gospodarstwa, firm chrześcijańskich jest 696, żydowskich 857. Ale na tym dziale już się kończy przewaga żydowska. Artykułami chemiczno-kosmetycznymi handluje 519 chrześcijan obok 220 Żydów, artykułami spożywczymi 1071 chrześcijan wobec 917 Żydów. Z przedsiębiorstw finansowych 503 należy do chrześcijan, 140 do Żydów.
Cyfry te wskazują na coś zupełnie przeciwnego temu, co głoszą propagatorzy bojkotu, posługujący się z reguły argumentami albo demagogicznymi, albo z gruntu fałszywymi.
Jednym z najbardziej rozpowszechnionych fałszów jest zdawkowe tłumaczenie gwałtownego ubytku ludności żydowskiej w Poznańskiem akcją bojkotową społeczeństwa polskiego. Nie bojkot ludności polskiej usuwa Żydów z Poznańskiego (jak zresztą z całego zaboru pruskiego), ale możność znalezienia łatwiejszego i wyższego zarobku w takich wielkich centrach handlowo-przemysłowych, jak Berlin, Frankfurt, Wrocław itd. Wypieranie, jeślibyśmy nawet użyli tego terminu, Żydów zaboru pruskiego w kierunku zachodnim odbywało się zupełnie bezboleśnie w drodze takiegoż samego procesu żywiołowego, jak emigracja z tegoż Poznańskiego i z tych samych Prus Zachodnich Niemców – na stałe, i Polaków – przeważnie na czas pewien. Proces ten nie miał nic wspólnego z akcją bojkotową, był bowiem wynikiem naturalnego rozwoju ekonomicznego kraju, takiego samego rozwoju, jaki odbywa się żywiołowo i w Królestwie, powodując rosnącą emigrację Żydów, tendencyjnie ukrywaną przez antysemitów dla tym większego powodzenia agitacji za pomocą straszaka „zżydzenia” kraju. […]
Czy bojkot trwać będzie, czy też upadnie, emigracja żydowska z Królestwa musi wzrastać, tak samo jak rośnie we wszystkich innych dzielnicach dawnej Rzeczypospolitej skutkiem „przesycenia” kraju żywiołem żydowskim. Położenie mas żydowskich u nas jest analogiczne do położenia proletariatu rolnego. Obydwa te żywioły muszą szukać ratunku przed śmiercią głodową na emigracji, ponieważ w kraju dostatecznego zarobku znaleźć nie mogą. Skutkiem ruchu emigracyjnego – na razie na zachód, głównie do Ameryki, z czasem zaś i na wschód – stale będzie się obniżał stosunek procentowy ludności żydowskiej do ogółu mieszkańców Królestwa, aby kiedyś dojść do normy zachodniogalicyjskiej, później zaś i poznańskiej. […] Im zaś liczniejszą jest emigracja ludności żydowskiej, tym bardziej zmniejsza się zwartość żywiołu żydowskiego pozostającego w kraju, tym słabszym staje się jego opór na żywiołowe oddziaływanie otoczenia – na asymilację.
Oczywiście, w warunkach niewoli politycznej i niedorozwoju ekonomicznego asymilacja spotyka się z przeszkodami, o których już mówiliśmy, i może być ogromnie powolna. W warunkach normalnych jest ona natomiast daleko szybsza. Ponieważ zaś osiągnięcie normalnych warunków politycznego, ekonomicznego i kulturalnego rozwoju każdego kraju musi być celem i zadaniem jego ludności bez różnicy pochodzenia, przeto, walcząc o zdobycie tych warunków normalnych w postaci niepodległości na zewnątrz a wszechstronnego wzmocnienia zasobów ekonomicznych i kulturalnych wewnątrz kraju, żywioły niepodległościowe torują drogę asymilacji tej części Żydów, która na stałe pozostaje w kraju.
Uznawszy asymilację za jedyne wyjście dla Żydów, musimy zwalczać antysemityzm jako objaw tę asymilację utrudniający, wzmacniający natomiast nacjonalizm żydowski.
Heca antysemicka nigdy jeszcze nie przyczyniła się do usunięcia kwestii żydowskiej. Przeciwnie, zaogniała ona stosunki wzajemne, pogłębiała antagonizmy, utrwalała odrębność Żydów, wzmacniała ich spoistość wewnętrzną i w ten sposób hamowała rozwój żywiołowej asymilacji, stawała w poprzek temu naturalnemu procesowi.
Żadna heca antysemicka nie zapobiegła wzrostowi żydostwa tam, gdzie było to uwarunkowane stosunkami naturalnymi. Przecież nigdzie chyba (mam na myśli Europę) antysemityzm nie osiągnął takiego rozwoju, jak w swoim czasie w Wiedniu. A jednak, pomimo zupełnego triumfu antysemityzmu w stolicy Austrii, pomimo że partia antysemicka opanowała ją w zupełności, napływ Żydów do Wiednia rósł i rośnie – i nic temu nie jest w stanie zapobiec, jak nie jest w stanie zapobiec szybkiej asymilacji żydowskich przybyszów z Galicji z Niemcami wiedeńskimi.
Zwalczając antysemityzm, musimy jednak zdawać sobie dokładnie sprawę, kiedy mamy do czynienia z antysemityzmem właściwym, kiedy zaś ze zjawiskami ogłaszanymi za objawy antysemityzmu przez nacjonalistów żydowskich. Nie uznamy tedy za zjawisko szkodliwe kooperatywy [spółdzielni], chociażby ta zrujnowała dziesiątki sklepikarzy żydowskich, tak samo jak nie zaprzestaniemy tworzyć kooperatyw tam, gdzie są one ciosem dla sklepikarzy-chrześcijan. Bo uznajemy kooperatyzm za zjawisko dodatnie i pożądane ze stanowiska interesów całego kraju i ogółu ludności. Nie będziemy traktowali wrogo powstawania sklepów i handlów prowadzonych przez chrześcijan dlatego, że konkurencja ich może zaszkodzić handlowi żydowskiemu. Nie będziemy uważali za zbrodniarzy tych przemysłowców-chrześcijan, którzy pragną wtargnąć w dziedziny stanowiące do pewnego stopnia monopol handlu żydowskiego. Bo są to objawy żywiołowych procesów ekonomicznych, nie dających się ani rozpętać, ani zahamować przez jakieś sympatie albo antypatie.
Te kooperatywy i sklepy chrześcijańskie, które powstają nie z potrzeb naturalnych ludności i kraju, lecz ze sztucznej agitacji, nie dadzą się utrzymać i poupadają. Te zaś przedsiębiorstwa, które mogą mieć zdrowe podstawy, i bez agitacji bojkotowej zjawiłyby się wcześniej czy później, bo są wynikiem potrzeb naturalnych.
Żadna, najbardziej namiętna agitacja bojkotowa nie potrafiła la longue zmuszać konsumenta do płacenia drożej za gorszy towar, jeśli może on otrzymać lepszy taniej. Gdzie rozwijający się handel chrześcijański nie dorówna żydowskiemu jakościowo, skazany jest na zagładę pomimo rozpaczy antysemitów. Gdzie zaś zdoła mu dorównać i przewyższyć go swymi cechami dodatnimi, tam żadne skargi nacjonalistów żydowskich nie pomogą.
***
Reasumując wszystko, cośmy dotychczas powiedzieli, dochodzimy do następujących wniosków:
1. Swoistość i odrębność kwestii żydowskiej na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej spowodowana została zahamowaniem przez carat rosyjski normalnego rozwoju politycznego, ekonomicznego i narodowego tych dzielnic.
2. Pomimo uniemożliwienia przez carat swobodnego rozpraszania się żywiołu żydowskiego po olbrzymich przestworach europejskiego wschodu i po ośrodkach azjatyckich Rosji, oraz pomimo zatamowania przez najazd rozwoju narodowego ludności krajów, w których mieszkają Żydzi polsko-litewsko-białorusko-ukraińscy, asymilacja tych Żydów jest procesem odbywającym się żywiołowo i nie dającym się cofnąć.
3. Utrudniają ten proces: zacofanie ustroju politycznego Rosji, reakcyjny antysemityzm społeczeństwa i nacjonalizm żydowski, będący wypływem niezdrowych stosunków panujących pod caratem.
Z tego wypływa praktyczne zadanie, polegające na walce z całokształtem warunków nadających kwestii żydowskiej u nas cechy swoiste, a z caratem przede wszystkim. Wyjarzmienie wszystkich uciskanych przez carat ludów i krajów i zapewnienie im normalnych warunków rozwoju przyniesie w rezultacie i ziemiom dawnej Rzeczypospolitej rozwiązanie kwestii żydowskiej według tych zasad, które w czyn wcieliła Europa Zachodnia.
—
Powyższy tekst to fragmenty trzech ostatnich rozdziałów broszury Leona Wasilewskiego „Kwestia żydowska na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej”, opublikowanej nakładem „Zjednoczenia” – „pisma poświęconego szerzeniu myśli polskiej wśród młodzieży żydowskiej”, Lwów 1913. Zaznaczono skróty, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, tytuł pochodzi od redakcji „Obywatela”.