przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 3 kwietnia 2012 | opinie
Byłoby śmiesznie, gdybyśmy mogli oglądać ten cyrk z wygodnej loży na widowni. Niestety, siedzimy w samym środku areny, więc jest i śmiesznie, i strasznie.
Światowy system zbankrutował moralnie i materialnie, ale dysponuje jeszcze środkami przymusu ekonomicznego i politycznego. Kurczowe trzymanie się władzy i fałszywych doktryn robi wrażenie chaosu i wygląda groteskowo. Jak generał Jaruzelski, który najpierw bronił socjalizmu jak niepodległości, czyli czołgami, a potem został pierwszym prezydentem kapitalistycznej Polski. Postępowanie Jaruzelskiego zaczyna jednak wyglądać sensownie, gdy uświadomimy sobie, że celem wojny z narodem było zniszczenie pierwszej „Solidarności” – związku zawodowego, który stanowił przeszkodę w podporządkowaniu Polski nowemu systemowi. Prezydent G. Bush nie bez powodu zachęcał Jaruzelskiego do objęcia stanowiska prezydenta, a nowe władze okazują Jaruzelskiemu szacunek.
Rozterki władzy PO sparodiował kabaret. Premier przychodzi na posiedzenie rządu w masce Anonymousa, a w sprawie emerytur rząd postanawia zabezpieczyć swoje oszczędności w bankach szwajcarskich na wypadek szybkiej ewakuacji. Strach przed przyszłością, przede wszystkim przed gniewem ulicy, jest coraz bardziej widoczny.
Jakby nic się nie stało, propaganda nadal osłania władzę hasłami wolnego rynku, demokracji, tolerancji i praw człowieka, chociaż coraz bardziej jest widoczne, że to tylko zasłona dymna. Na „wolnym rynku” uprzywilejowane są potężne ponadnarodowe korporacje. W demokratycznych państwach instytucje finansowe wyznaczają premierów. Pod hasłem „nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji” prześladowani są ludzie przywiązani do religii, jej zasad i tradycyjnego stylu życia. Coraz więcej wiadomo, jak przestrzegane są prawa człowieka w krajach okupowanych – Iraku i Afganistanie. Odkryciem dla polskiej opinii publicznej są informacje o ograniczaniu praw człowieka w demokratycznych Stanach Zjednoczonych (Patriotic Act, ACTA).
Trudno jest określić jednym słowem ten nowy system w taki sposób, aby ująć wszystkie jego istotne cechy, nie przesadzić, a także nie obrazić ludzi w dobrej wierze przywiązanych do swoich idei. Fundamentem nowego porządku świata jest monetaryzm. Ale monetaryzm to tylko teoria makroekonomiczna, podkreślająca rolę podaży pieniądza. Teoria, która w praktyce oznacza podporządkowanie gospodarki bankom, ogranicza pole manewru reprezentacji państw wyłanianej w demokratycznych wyborach i wpływ związków zawodowych. Do lamusa teorii przegranych odłożono możliwość ingerencji państwa w sprawy gospodarcze, równowagę kapitału i pracy, a nawet równowagę popytu z podażą. Każde odstępstwo od monetarnej ortodoksji potępiane jest jako „keynesizm”. Opór społeczny przeciw systemowi zaczął się, gdy ludzie zauważyli, że zakaz interwencji państwa nie obejmuje dokapitalizowania banków i wielkich korporacji z pieniędzy publicznych.
Globalizacja jest naturalnym procesem, który umożliwia systemowi opanowanie całego świata, ale nie stanowi jego istoty. Określenie „neoliberalizm” wywołuje protesty przywiązanych do idei wolności. Jeszcze gorszym pomysłem jest „neokonserwatyzm”, ponieważ obrażają się konserwatyści, którzy widzą zagrożenie dla tradycyjnych wartości. Proponowana nazwa turbokapitalizm jest niezrozumiała dla ludzi nie znających mechanizmu dźwigni finansowych i zmian w prawie, które przekształciły tradycyjny demokratyczny kapitalizm w kapitalizm korporacyjny. Nazwy macdonaldyzacja lub lansowana przez Stefana Adamskiego cocacolonizacja, odnoszą się tylko do sfery kultury.
Andrzej Gwiazda proponuje nazwę friedmanizm – od nazwiska Miltona Friedmana, ideologa i praktyka nowego systemu. Uważam, że to dobry pomysł. Ciekawym polem rozważań są analogie do marksizmu. System w PRL nie był ani komunizmem, ani socjalizmem, ani nawet nie były to rządy jednej partii (w kapitalistycznych Chinach do dzisiaj rządzi partia komunistyczna), ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że fundamentem systemu jest marksizm. Ostatecznie przyjęła się nazwa „realny socjalizm”, z której bardzo szybko wyparował przymiotnik „realny”. Ta niefortunna nazwa, kojarzona z całym złem systemu i bolszewicką okupacją, spowodowała trwałe ograniczenie intelektualne i polityczne. Odwoływanie się do tradycji niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej jest bezskuteczne, ponieważ większość w ogóle nie jest zainteresowana historią Polski, a tym bardziej historią socjalistów zwalczanych przez komunizm. Wysiłki redakcji „Obywatela”, aby polskie tradycje lewicowe przypomnieć, nie przynoszą rezultatu.
Próbowałam namówić znajomych do przeczytania fascynującej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Większość odmówiła – Klein to lewaczka. Nie znalazłam żadnej definicji lewicy i lewactwa. Mogę tylko opierać się na danych empirycznych. Lewica to Miller, Kalisz, Kwaśniewski, liderzy partii wywodzącej się z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. PZPR nie była partią marksistowską, była partią władzy. Marksizm był jedynie przykrywką, dawał legitymację do zwalczania opozycji antysystemowej. Tak zdefiniowana lewica nie miała żadnego problemu z zaakceptowaniem friedmanizmu. Jedyną tradycją głęboko zakorzenioną w PZPR i przeniesioną do SLD jest internacjonalizm, wiodąca idea friedmanizmu.
Zarówno marksiści, jak i antymarksiści zapominają, że dyktatura proletariatu miała być tylko środkiem do centralnego zarządzania gospodarką światową. Friedmaniści próbują ten cel osiągnąć skrajnie prawicowymi metodami, stawiają na egoizm i chciwość. Skutki są podobne jak w komunizmie – niszczenie więzi rodzinnych, sąsiedzkich, wspólnot religijnych, narodowych. Postępuje atomizacja społeczeństwa. Nawet podobnie to wygląda. Samotne jednostki odnajdują namiastkę wspólnoty na masowych imprezach.
Lewakami w Polsce nazywa się opozycję antyfriedmanowską. Ugrupowaniom i instytucjom, które prowadzą walkę z narodową tradycją, kościołem i patriotyzmem, czyli zabezpieczają friedmanizm na polu kultury i tożsamości obywateli, przysługuje zaszczytne miano Nowej Lewicy. Godny odnotowania jest fakt, że marszałkini sejmu, wywodząca się z ruchu Palikota, awansowała z lewaczki na lewicowego polityka.
Napisałam tekst długi i zawiły. Nie moja to wina. Bankructwo friedmanizmu jako ideologii pogłębiło chaos w pojęciach i ideach, który celowo wprowadzono, aby utrwalić dezorientację wynikającą z szokowej transformacji ustroju.
Na koniec chciałam zwrócić uwagę na trudną do pojęcia sytuację PO. Państwo się rozpada, instytucje przestają działać, a władza się umacnia, jest coraz bardziej arogancka. Nie bacząc na koszty społeczne, ale także na materialne wymierne straty, likwidowana jest infrastruktura na prowincji – poczty, szkoły, komunikacja, szpitale, przedszkola, pogotowie ratunkowe i pogotowie energetyczne, sądy, nawet placówki IPN. Skutki są bardzo różne, zawsze niekorzystne dla obywateli. Na przykład ograniczenie punktów, w których można uzyskać prawo jazdy, spowodowało, że centra miast uprzywilejowanych zostały dosłownie zakorkowane samochodami z tablicą „L”. Państwo odwraca się od obywatela i coraz częściej jest postrzegane jako instytucja represyjna. Straszenie państwem opiekuńczym to już bajki o żelaznym wilku.
Zbankrutowała główna idea friedmanizmu, polegająca na likwidacji państw. Sprywatyzowano wszystkie funkcje państwa, nawet prowadzenie wojny, czego drastycznym przykładem są wojny w Iraku i Afganistanie. Modny outsourcing sprowadził rolę państwa do egzekwowania podatków i przekazywania zgromadzonych środków firmom komercyjnym. Bardzo to wygodne dla władzy, która w tym systemie nie ponosi za nic odpowiedzialności. Państwo zostało wydrążone, pozostała atrapa, pusta skorupa. Ta filozofia poniosła spektakularną klęskę w Iraku. Kontraktorzy uciekali z Iraku w popłochu, w kamizelkach kuloodpornych, chociaż z walizkami pełnymi dolarów. Nie można zlikwidować państwa i równocześnie na nim żerować. Te miliardy dolarów nigdy już nie wrócą do budżetu Stanów Zjednoczonych, ponieważ okazało się, że instytucje hojną ręką rozdające korporacjom publiczne pieniądze nie reprezentowały rządu.
To nie utrata instynktu samozachowawczego jest powodem dziwacznego postępowania rządu PO. Rząd znalazł się w pułapce ideologii. Nie może wzmacniać państwa, które ma zlikwidować. Likwidując państwo, władza realizuje swoje główne zadanie, ale traci kontrolę nad sytuacją. Możliwości przerzucania kosztów kontynuowania friedmanizmu na społeczeństwa niebezpiecznie się skurczyły.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 27 marca 2012 | opinie
Wsiadam do busa w Krakowie, wysiadam na prowincji, w miasteczku czy na wsi. Wewnątrz, jeśli jest tłoczono, nie pachnie zbyt zachęcająco, co zrozumiałe, bo ludzie są zmęczeni dniem, sfatygowani Polską, dźwigają torby i reklamówki, są po pracy, albo po dniu szukania pracy, lub po wielu godzinach załatwiania czegoś w urzędach, po wizytach w szpitalach, po kolejkach u doktora, albo wracają z uczelni, z imprezy, z łażenia po galeriach handlowych, z szukania okazji na lepsze życie. Jest w nich strach o przyszłość, wiara, nadzieja i miłość, troski rodzinne, zarzewia chorób, albo spustoszenia chorobą, do tego emocje nasze powszednie i jakiś urywek programu telewizyjnego, tlący się z tyłu głowy, czyjeś słowa i gesty, dotyki, obojętność, tkliwość. Gdy się na tak niewielkim obszarze, gdy bus jest przegrzany, wilgotny, lepki od człowieczeństwa, zgromadzi tyle osób, trudno, żeby pachniało fiołkami. I tak jest w porządku.
W busie gra zwykle Zetka, albo RMF, lub słychać kierowców klnących na siebie przez CB radio. Nie zawsze mogę zdzierżyć te odgłosy, wtedy zakładam słuchawki. A czasem słucham rozmów, czytam, patrzę przez okno na tę naszą III RP na żywo, nie zapośredniczoną przez media, nie poddaną obróbce, nie podawaną mi do wierzenia przez hochsztaplerów i speców od cudzych myśli.
W busie jest dobrze, apolitycznie. Przynajmniej z pozoru, ale to mi wystarcza. Jeśli są tu jacyś katoliccy neoliberałowie, feministki liberalne czy socjały nudne i ponure, ukryta opcja niemiecka, „żydokomuna”, „prawdziwki”, aktywny elektorat PO, PiS, RP czy SLD, to nic o tym nie wiem. Nie ma też znajomych z facebooka, udzielających się w mediach, wykładających na uczelniach, opiniotwórczych, znanych i cytowanych. Ot, widać jakichś ludzi: mają twarze, nie mają nazwisk, a przecież często jest odwrotnie: ludzie mają nazwiska, ale są bez twarzy. Ważne zresztą, że w busie ludzi widać. Jeden pan śpi ciężko rozwalony na siedzeniu, kawał chłopa, z sumiastym ryżym wąsem, z wielkimi, czerwonymi dłońmi, chropowatymi i napuchniętymi. Kobieta w brązowej kurtce i w niebieskich, spłowiałych dżinsach, w rozmywającym się makijażu i z przetłuszczonymi włosami, trzyma na rękach dziecko, różowe, pulchne, w różnokolorowej czapeczce i ze smarkiem u nosa. Młodzi udają, że ich tu nie ma, pilnie stukając w klawiaturę smartfonów, a kolor smartfonów jest czerwony, bo na nich azjatycka krew. Młodzieniec z lekko przygłupią twarzą opowiada coś komuś przez telefon polszczyzną tak połamaną, jakby sto lat i więcej żył pod wszystkimi zaborami na raz i żadna go Siłaczka, żaden doktor Piotr nie spotkał, nie pochylił się nad nim, ani żaden mu wielki pan czy dobra pani nie dali skrzypiec, stypendium i stancji.
Za szybą domy polskie, a to szpetne, a to całkiem ładne, a na bardzo wielu nieodzowny talerz cyfrowego Polsatu lub innego szanownego nadawcy, karmiącego masy podobną sieczką informacyjną i rozrywkową. Bo polska prowincja, którą naiwniacy albo cynicy podejrzewają o jakieś niezwykłe pokłady głęboko skrywanej, nieskażonej polskości, wcale się od miast wiele nie różni swoją popkulturą.
Jadę busem, wstaje pani, narzekająca wcześniej towarzyszce podróży, że musi nieczystości wylewać na drogę. Wysiada, kusa kurtka odsłania zielony, plastikowy pasek u spodni, buty lekko przybrudzone. Co zrobić, że zbrudzone? Marzec polski chlapie z dziur w asfalcie, z chodników nierównych, chlapie błotem i uderza nagle rozjechanym przez samochody odłamkiem chodnika, a chodzić trzeba, wychodzić trzeba za swoim, nie każdy Polak przecież zmieści się do inteligentnego biurowca, do full wypas bryki, którą podjeżdża wprost pod ganek wyczyszczony przez służbę. Nie wszędzie może być tak czysto, jak na ruchomych schodach w „Galerii Krakowskiej”, na których młode dziewczyny pokazują, że jeszcze są zwycięskie i świat przed nimi, choć w zębach już ubytki, bo jednak łatwiej o ciuch z wyprzedaży, niż o regularne wizyty u dentysty… Ale nie o tym, nie o tym była mowa.
Jadę busem do wieczoru na wsi, do księżyca w nocy. Jadę z Krakowa, z ponad dziesięciu lat życia, na wieś, czyli robię wycieczkę w głąb siebie, do kilkunastu lat dzieciństwa i dorastania. To inna wieś, wieczór inny i księżyc inny, inny też ja. I tu najważniejsze. Bo jeśli bliska jest mi wieś, to nie dlatego, że jest ostoją jakichś niezwykłych cnót, szlachetności, pobożności, nieskazitelnej chłopskiej mądrości, polskości a la PiS, jak to sobie wyobraża, albo podaje do wierzenia pewien publicysta, ale dlatego, że stamtąd jestem, że stamtąd są moje pierwsze sny, złudzenia i marzenia, prawdy o ludziach i świecie; bo jeśli bliska jest mi prowincja, to dlatego, że jest częścią prawdy o Polsce, jeszcze jedną jej blizną, historiami złymi i dobrymi. A że bywa szmatława, że ludzie potrafią być chciwi, okrutni, głupi, że znam jak zły szeląg ich przywary, to cóż – to życie, nie ma co go ani zbytnio przeklinać, ani malować sentymentalną pozłotką. Ale póki co jadę busem, niebo gwiaździste nade mną, a dziury w asfalcie i koleiny pode mną, a jedna pani drugiej pani opowiada, że TIR wypadł z drogi, a człowiek się spalił w domu w wiosce obok. Dom był stary, człowiek był stary i samotny, zwęglone życie, zwęglone miejsca. Na szczęście w busie gra Zetka i chwila zasłuchania w plastikową melodię odpędza myśli o zwęglonym skrawku świata i staruszku, który może zadusił się czadem, a może wcześniej ogień objął jego ciało i mężczyzna po raz ostatni w życiu nie był w nocy samotny. A jedna pani drugiej pani opowiada jeszcze, że ksiądz mówił, żeby młodzi chodzili na kursy przedślubne, bo później i tak pewnie wyjadą za granicę i będzie z tym kłopot.
Bus staje. Widać kiosk. W kiosku ta sama kolorowa prasa, co w mieście, tygodniki w większości te same, jedynie słuszne, liberalne lub konserwatywno-liberalne, papierosy, kosmetyki, słodycze, prezerwatywy, napoje te same, a w busie informacje w Zetce te same, co i w mieście. Gdyby pójść do okolicznego spożywczaka, to byłaby w nim ta sama wędlina, co w mieście, a czasem nawet gorsza, najtańsza. I chleb ze spulchniaczami, też taki jak w mieście. A jak sklep i kiosk, to cywilizacja, a jak cywilizacja, to śmieci walające się obok pełnego kosza, stojącego przy wiacie autobusowej. Bo wieś to też śmieci, takie same jak w mieście, tyle że czasem nawet bardziej rzucają się w oczy, gdy wiatr rozwiewa je po polu, rowie melioracyjnym, poboczach. Polska ziemia nie takie rzeczy przyjmowała. Nie wiem, jak patriotyczni publicyści łączą swoją okołoprowincjonalną mitomanię z tym syfem powszednim.
Bus rusza. Jeśli jadę popołudniu, w środku jest więcej młodzieży, ludzi w średnim wieku. A późnym wieczorem bus, który zatrzymuje się na Placu Centralnym, skręca jeszcze pod Hutę im. Sendzimira, gdzie wsiadają, mówiąc umownie, proletariusze, złączeni pod wiatą przystanku autobusowego, zmęczeni, senni, lekko apatyczni. Jest po 22.00, za pół godziny, godzinę będą w domu, a tam już kolacja, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy plus telewizor, albo jeszcze co innego, smutki i radości, które są ich tajemnicą.
Późnym wieczorem w busie rządzą sen i księżyc, jeśli nie ma chmur. A jeśli są ciężkie obłoki, właściwie rządzi ciemność, polska prowincjonalna droga to przecież nie Stadion Narodowy, ba, polska prowincjonalna droga to także nie „Polska w budowie”, to po prostu skrawek lepiej lub gorzej połatanego asfaltu, na którego solidny remont nie ma pieniędzy. Zresztą, niektóre gminy dla oszczędności wyłączają po północy latarnie, a wtedy cywilizacja chowa się w ciemności przed naturą, co sprzyja romantyczności i patrzeniu na miesiączek nasz śliczny, wzniosłe konstelacje gwiezdne, a ze względu na walory estetyczne, skłaniające do głębokich refleksji etycznych, a może i doznań metafizycznych – zdecydowanie wzmaga uroki wiejskiego życia.
Jeśli ktoś jednak nie potrafi się skupić na tych urokach, jeśli nie ma dopłat z Unii, jeśli od księżyca woli dobry telewizor czy po prostu pewną pracę i dobrą płacę, dobrobyt w domu, albo sąsiedzką zazdrość, to wyjeżdża zagranicę z tej wsi polskiej urokliwej, gdzie roboty często nie ma, albo jest kiepsko płatna, bez umowy i za pocałowaniem w rękę, i wysiada z busa na przystanku „praca zagranicą” i tyle go widzieli: ojczyzna, miesiączek, a czasem też rodzina.
Bus staje. Na rynku w małej miejscowości otwarty sklep spożywczy, sieciówka taka jak w mieście. Rynek jest ładny, okolica górzysta, oddycham rześkim powietrzem, patrzę na plecy przygarbionej kobiety, drepczącej kilka kroków przede mną i mamroczącej do siebie najświętsze słowa swojego życia i naprawdę nie jest mi wszystko jedno. Obok przystanku tli się niedogaszony pet, ogieniek świeci nawet jaśniej niż lekko przyblakły księżyc, oswojony z wędrówką, którą znam jeszcze z dzieciństwa i może oglądał ją będę na starość.
Krzysztof Wołodźko
przez Piotr Kuligowski | wtorek 20 marca 2012 | opinie
W ostatnim czasie istotnym elementem debaty publicznej stało się zagadnienie patriotyzmu. Rozprawia o nim wielu – prawicowe serwisy internetowe pełne są deklaracji o „kochaniu Polski”, natomiast strony lewicowe uderzają czytelników artykułami o „patridiotyzmie”. Patriotyzm stopił się nawet z niedawnymi protestami przeciwko porozumieniu ACTA, które wstrząsnęły wieloma polskimi miastami.
I choć ów ruch protestu przekraczał granice widniejące na mapach politycznych, tutejsza jego część różniła się zasadniczo od podobnych wydarzeń w innych częściach Starego Kontynentu. Specyfiki nadawało oczywiście prekursorstwo Polski, która stała się zaczynem ponadnarodowego sprzeciwu. Jednakże mimo owej – niewątpliwie chwalebnej – przytomności obywateli, popadanie w samozachwyt byłoby raczej nieuprawnione. Wszak walki społeczne na podobną, a nawet i większą skalę mają w wielu krajach świata miejsce zawsze, gdy władza szykuje zamach na swobody obywatelskie, prawa pracownicze czy osłony socjalne.
Polacy natomiast, z wielu powodów, biernie przyglądali się dewastowaniu gospodarki przez neoliberałów. Na ulice wyprowadziło ich dopiero widmo ograniczenia przestrzeni rozrywkowej, która jest jedną z ostatnich oaz wolności po niepewnej i stresującej pracy. Zadziałał tu zatem mechanizm podobny do tego, który czyni Marsze Wyzwolenia Konopi wielotysięcznymi pochodami. W porozumieniu ACTA chodzi oczywiście nie tylko o możliwość ściągania plików MP3, ale również np. o „niemarkowe” części zamienne do samochodów. Jednak dla wielu uczestników demonstracji zagadnienia te zdają się być drugorzędnymi. Stąd częste eksploatowanie przy tej okazji analogii do wojennego „Poland – first to fight” czy przeróbek symbolu „Polski walczącej” pozostaje traktować jako nieuprawnione nawiązywanie do tradycji bohaterskiej walki z niemieckim nazizmem.
Polskie protesty przeciwko podpisaniu ACTA miały jednak coś, co łączyło je z państwem podziemnym czasów II wojny światowej. Był to mianowicie kult symboliki narodowej. W oczy wyraźnie rzucał się widok wielu biało-czerwonych flag, a w niektórych miastach (np. Katowicach czy Łodzi) tłum śpiewał „Mazurka Dąbrowskiego”. Potraktowanie symboli państwowych jako elementu antykorporacyjnego i antyrządowego sprzeciwu było polską osobliwością. Trudno bowiem na filmach i fotografiach z podobnych wydarzeń w Amsterdamie, Sztokholmie czy Tallinie, dopatrzyć się choć jednej państwowej flagi.
Ów renesans postaw związanych z przywiązaniem do wspólnoty narodowej, zachodzi przy szokującym pomieszaniu pojęć, dotyczących przede wszystkim postaw lewicowych. Stąd też na dyskusje o patriotyzmie zaprasza się, z jednej strony, przedstawicieli Ruchu Palikota czy „Krytyki Politycznej”, z drugiej zaś – przedstawicieli ONR-u czy Młodzieży Wszechpolskiej. Trudno wyzbyć się wrażenia, że w owym rezerwuarze zdecydowanie brakuje głosu tych, którzy dystansują się zarówno od Marszu Niepodległości, jak i Kolorowej Niepodległej, a jednocześnie stoją w konsekwentnej opozycji do neoliberalnego kapitalizmu.
W Polsce można wyróżnić trzy główne podejścia do kwestii patriotyzmu. Pierwsze, którego erupcji doświadczyliśmy w ostatnim czasie, można określić roboczo jako patriotyzm husarski. Polega on na kulcie przedsięwzięć wielkich i widowiskowych. Luminarze „husarskiego” patriotyzmu lubują się więc w zwycięskich szarżach, bitwach i zawodach sportowych, odczuwają uniesienie przy otwieraniu wielkich obiektów (obojętnie, czy to bazylika, stadion, czy elektrownia atomowa), uwielbiają patetycznie epatować swym deklaratywnym przywiązaniem do historii i tradycji w rocznicę wielkich wydarzeń historycznych, zalewając ulice morzem ludzi i flag.
Grupę drugą można określić – z czym pewnie zgodziliby się sami jej przedstawiciele – jako kosmopolitów. Historycznie stoją oni w jednym szeregu z tą częścią polskiej szlachty i magnaterii, która ponad troskę o wspólne dobro stawiała własne interesy, a w celu realizacji tychże „kleiła się” do dworu monarszego z gorliwością podobną tej, którą wykazują rozmaitej maści „antysystemowi” grantobiorcy, kontestujący mainstream na obszarze wyznaczonym przez tenże mainstream. Kosmopolici zarówno niegdyś, jak i dziś, gardzą ludem – czy to chłopstwem, czy „kibolami” i „moherami”.
I wreszcie grupa trzecia – patrioci „tęczowi”. „Tęczowcy” pozornie stoją w rozkroku między „husarzami” i kosmopolitami, faktycznie jednak zdecydowanie balansują na jednym polu z tymi ostatnimi. Najbardziej bodaj w ostatnim czasie spektakularną emanacją patriotyzmu „tęczowego” był wiec „Kolorowa Niepodległa”, zorganizowany przez „Krytykę Polityczną”. „(Bez)Krytycy” z tego środowiska poszukują historiozoficznego uzasadnienia swego stanowiska w zakresie patriotyzmu w tradycjach Polski jagiellońskiej, a zatem pluralistycznej pod względem narodowościowym i wyznaniowym. Dodając współczesne kryteria, wyliczankę tę trzeba by pewnie uzupełnić także o mniejszości seksualne, kontestatorskie subkultury, transseksualistów itd. Mit Polski jagiellońskiej – jak każdy jemu podobny – pozostaje jednak tylko mitem. Jest to twór szkodliwy i kuszący zarazem. Kuszący do tego stopnia, że pod koniec życia uległ mu nawet Edward Abramowski. Ów przenikliwy myśliciel w swych wizjach niepodległej Polski w zaskakujący sposób abstrahował od pobudek ekonomicznych XIV-wiecznych elit, które stały się faktycznym motorem ekspansji piastowskiego królestwa na wschód.
Wszystkie trzy ujęcia są zatem bardzo wybiórcze i destruktywne dla pamięci historycznej Polaków. Zarówno bowiem patrioci „husarscy”, jak i „tęczowi”, a tym bardziej kosmopolici, zdają się nie zauważać miejscowej specyfiki. Mniej lub bardziej świadomie spychają na margines zapomnienia walki społeczne, toczące się w celu wielowymiarowego wyzwolenia ziem polskich – wyzwolenia spod dyktatu zarówno obcych urzędników, jak i rodzimych kapitalistów.
Paradoksalnie zatem owa walka – roboczo nazywana „narodowowyzwoleńczą, a de facto przepełniona także problematyką ekonomiczną – przyciągała nawet anarchistów. Choćby wspomniany Abramowski nawoływał do bojkotu zaborczych instytucji, tworząc teoretyczne i praktyczne modele oddolnej organizacji społecznej. Odrodzona Polska w jego wizji miała być państwem minimalnym, choć – w przeciwieństwie do koncepcji snutych przez skrajnych liberałów – pozbawionym rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa, stojącego na straży „świętego prawa własności prywatnej”. Przeciwnie – pionier polskiego kooperatyzmu był przekonany, że żadna odgórna instytucja nie stanie na straży bezpieczeństwa, moralności i sprawiedliwości tak efektywnie, jak sami obywatele.
Jeszcze więcej dokonań na polu niepodległościowym ma ruch socjalistyczny, będący w prostej linii spadkobiercą, a później współtwórcą tradycji kościuszkowskiej, bojów listopadowych, emigracyjnych demokratów, niepokojów Wiosny Ludów, styczniowego radykalizmu, strajków z roku 1905, Legionów i wreszcie – pierwszego rządu II RP. To właśnie wyzwoleni z pańskich pęt kosynierzy stanęli do walki o wolność w czasie, gdy szlacheccy konserwatyści zorganizowali Targowicę. To lud Warszawy w 1831 r. manifestował żarliwy patriotyzm, gdy elity powstańcze liczyły na korzystne układy z carem. To emigracyjni socjaliści starali się inspirować czyn zbrojny, gdy obóz monarchistów, z Czartoryskim na czele, spokojnie wyczekiwał na rozwój sytuacji międzynarodowej, by zaistniałą koniunkturę wykorzystać dla własnych celów. To frakcja czerwonych poprowadziła w bój w 1863 r. podległe sobie oddziały, podczas gdy konserwatywny margrabia Aleksander Wielopolski starał się rozbić organizacyjne podziemie. To bojowcy socjalistyczni wysadzali posterunki carskiej policji, gdy lojalistyczni posłowie endecji wchodzili do Dumy. Tego rodzaju przykłady można mnożyć.
W dyskusjach o patriotyzmie brakuje więc tego ujęcia, które ilustrowałby kosynier. Kosynier, wczoraj jeszcze będący chłopem, który przez akt nastawienia kosy na sztorc zrywa z poddańczą przeszłością, domagając się podmiotowości ekonomicznej i politycznej oraz partycypacji w procesie decyzyjnym. Tenże kosynier jest symbolem Polski walczącej – od insurekcji kościuszkowskiej aż po kampanię wrześniową, podczas której czerwoni kosynierzy uczestniczyli w walkach ulicznych w obronie Gdyni. I choć tradycja kosynierska jawi się jako mit młodzieńczych, żarliwych straceńców, to warto mieć na uwadze, że bitewna rzeczywistość była bardziej złożona. Kosynierzy bowiem przemieszczali się dużo szybciej, niż żołnierze wyposażeni w ciężki ekwipunek, a w starciu bezpośrednim zwyczajnie kroili na kawałki wrogów wyposażonych w krótkie bagnety.
Duch kosynierów w 1794 r. krążył nad Warszawą, lecz jego emanacją była nie tyle widowiskowa walka zbrojna, ile raczej aktywność polityczna mieszczan, którzy w kilkudziesięcioosobowych grupach zbierali się pod ratuszem, dyskutując o własnych projektach ustaw i domagając się wpływu na dalsze losy kraju. Wyrażana w ten sposób patriotyczna troska o dobro wspólne nie miała nic wspólnego z ciasnym szowinizmem. Przeciwnie – na stronę insurekcji przechodzili także zamieszkujący stolicę obcokrajowcy, w tym m.in. ponad stu Niemców. Podobnie rzecz miała się z powstaniem listopadowym, podczas którego w bojach powstańczych po jednej stronie występowali Polacy, Żydzi, a nawet Tatarzy.
Patriotyzm kosynierów to oddolny poryw ku lepszemu bytowi, ku powszechnej emancypacji. Patriotyzm ów realizuje się nie poprzez wielkie przedsięwzięcia, ale drobne działania na co dzień. Jego adherentami są zatem osoby blokujące eksmisje czy pikietujące pod siedzibami firm, które łamią prawa pracownicze. Kosynierami były także te dziesiątki tysięcy osób, które skrzyknęły się za pośrednictwem Internetu, by sprzeciwić się porozumieniu ACTA. Szkoda jednak, że w swym wojowniczym uniesieniu część z nich wyeksponowała patriotyzm husarski. W zmaganiach z turbokapitalizmem nie ma bowiem póki co szans na widowiskowe zwycięstwa. Tym bardziej więc wypada docenić bohaterów dnia codziennego. Docenić – i pamiętać, że połowę polskiej flagi zajmuje czerwień.
Piotr Kuligowski
przez Konrad Malec | poniedziałek 19 marca 2012 | nasze rozmowy
Władimir Putin ponownie został prezydentem Rosji – chyba nie zaskoczyło to Pana?
Przemysław Żurawski vel Grajewski: Władimir Putin dzierży realną władzę w Rosji od 1999 r., tzn. od kiedy został wypromowany przez klany czekistowskie i namaszczony przez prezydenta Jelcyna do pełnienia funkcji szefa państwa. W Rosji jest zaś tak, że najpierw zdobywa się władzę, a potem wygrywa „wybory” – tzn. organizuje głosowanie, w którym mieszkańcy Rosji mają przywilej potwierdzenia faktu, iż aktualny car jest najlepszym z możliwych. Źródłem władzy w Rosji nie jest wola wyborców, lecz układ sił w elicie politycznej kraju, ze szczególnym uwzględnieniem postsowieckich służb specjalnych. Jak długo te kręgi będą godziły się na przywództwo Putina, tak długo będzie on „wygrywał wybory”.
Czy ostatnie protesty społeczeństwa rosyjskiego są przejawem faktycznej demokratyzacji kraju?
P. Ż. v G.: Obawiam się, że to zbyt optymistyczne stwierdzenie. Jest pewne napięcie w Rosji, związane z faktem, że po ponad 20 latach od upadku Związku Sowieckiego poziom bytowy ludności w dużych miastach – Moskwie, Petersburgu i kilku innych (bo to one są głównymi ośrodkami sprzeciwu) – jest już na tyle wysoki, że ta ludność zaczyna mieć również inne aspiracje niż zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych. W związku z tym tych ludzi zaczyna obchodzić i oburzać oczywistość przedmiotowego traktowania Rosjan przez Putina i wyłaniania władz państwa na bazie umowy między hersztami politycznymi.
Proszę jednak zwrócić uwagę, że istotną siłą wśród tych demonstrantów wcale nie są demokraci, lecz albo nacjonaliści, albo komuniści. To, że mamy teraz do czynienia z pewnym napięciem politycznym wewnątrz Rosji, nie jest równoznaczne ze zdolnością tego kraju do wytworzenia społeczeństwa obywatelskiego i zaakceptowania wartości demokratycznych. Niewątpliwie możemy zaobserwować w społeczeństwie rosyjskim pewne zmęczenie reżimem Putina, ale to nie jest jeszcze ruch prodemokratyczny.
Czy to znaczy, że Rosja jest niezdolna do demokracji?
P. Ż. v G.: Powiem tak: nie widzę możliwości w przewidywalnej perspektywie czasowej stworzenia tam państwa demokratycznego. Tego oczywiście nie należy interpretować, że Rosjanie są jakoś genetycznie niezdolni do demokracji. Natomiast ich dotychczasowe tradycje i stan świadomości szerokich rzesz społecznych, a także elit, nie wskazują na to, żeby w ciągu, powiedzmy, najbliższych 20, a może nawet 50 lat, stworzono demokratyczne państwo. Tym bardziej, że ten wzorzec demokratyczny, jaki stanowiła Europa Zachodnia, znajduje się obecnie w fatalnej kondycji i moim zdaniem traci zdolność oddziaływania normatywnego, czyli przestaje być atrakcyjnym wzorcem.
Zastanawiam się, co zrobi Putin i jego sprzymierzeńcy wobec tych protestów, które, jak na skalę Rosji, są bardzo silne.
P. Ż. v G.: Dobrze powiedziane: „jak na skalę Rosji”. Nie wydaje mi się, żeby to mogło rzeczywiście zagrozić utrzymaniu obecnej władzy. Putin dysponuje administracyjną możliwością kontrolowania procesu wyborczego. A jak mówił Stalin, nieważne, jak kto głosuje, tylko kto głosy liczy. Nie wydaje mi się również, żeby społeczeństwo rosyjskie było w stanie wyjść na ulice i w ten sposób obronić wynik wyborczy, zresztą czyj? Nie ma żadnego kontrkandydata, który by skupiał głosy całej opozycji. Poza tym trzeba pamiętać, że Rosja w ostatnich miesiącach bodaj pięciokrotnie podniosła pobory w wojsku i wśród przedstawicieli służb siłowych, a zatem niewątpliwie był to krok zmierzający do kupienia ich lojalności. Nie widzę zatem żadnych możliwości przeforsowania woli politycznej innej niż Putina – ewentualne protesty, które zapewne nie będą skuteczne, stłumi.
A jak wygląda obecna polityka Rosji w stosunku do państw należących dawniej do ZSRR oraz tych, które były w sferze jego wpływów?
P. Ż. v G.: Rosja dąży do utrzymania swojej pozycji, a niekiedy do jej odzyskania i wzrostu w kilku obszarach. Jednym z głównych celów polityki rosyjskiej jest niedopuszczenie do wytworzenia się jakichkolwiek struktur współpracy na obszarze dawnego ZSRR bez udziału Rosji. Jako wrogie traktowane są więc takie podmioty jak, zamierający obecnie, GUAM – jednoczący Gruzję, Ukrainę, Azerbejdżan i Mołdawię. Istotne jest również dążenie do podnoszenia historycznych konfliktów między poszczególnymi narodami na tym obszarze, czyli wspieranie waśni np. ukraińsko-rumuńskich, polsko-litewskich, białorusko-polskich czy ukraińsko-polskich oraz utrzymanie stanu niezdolności do współpracy pomiędzy narodami nierosyjskimi dawnego rosyjskiego obszaru imperialnego. Jest to jeden z instrumentów, których celem jest, oczywiście, szerzenie własnych wpływów.
Istotnym instrumentem tych wpływów jest energetyka, cała sieć gazociągów i ropociągów. W tej chwili celem Rosji jest ominięcie państw tranzytowych, czyli Białorusi, Ukrainy i Polski, i uzyskanie zdolności przesyłu energii do głównych odbiorców na Zachodzie, bez konieczności brania pod uwagę interesów obszaru tranzytowego. Białoruś jest w zasadzie już przejęta, jeśli chodzi o sieć Biełtransgazu; ostatnio sfinalizowano budowanie systemu ropociągów BTS2 – łączącego Uneczę w obwodzie briańskim z Ust’-Ługą nad Zatoką Fińską, co pozwoliło ominąć Białoruś. Ukończono też niedawno pierwszą nitkę Gazociągu Północnego, planowane są następne, a w trakcie budowy jest Gazociąg Południowy, co z kolei będzie umożliwiało marginalizację znaczenia Ukrainy jako kraju tranzytowego.
Kolejnym obszarem szerzenia własnych wpływów przez Rosję jest energetyka jądrowa. Mamy budowę rosyjskiej elektrowni jądrowej w Niemanie (dawnej Ragnecie), w Obwodzie Kaliningradzkim i tajemnicze wydarzenia na Litwie z jesieni poprzedniego roku, czyli śmierć dyrektora litewskiej elektrowni jądrowej w Wisaginie Szarunasa Vasiliauskasa, który wypadł za burtę swojego jachtu i utonął bez śladu. Świadków brak. Mamy też uwiąd współpracy polsko-bałtyckiej względem elektrowni właśnie w Wisaginie. Zatem dążenie do dominacji Rosji w zakresie energetycznym jest aż nadto wyraźne.
Celem Rosji jest także maksymalne osłabienie współpracy transatlantyckiej, czyli wypieranie wpływów amerykańskich z naszego regionu. W zasadzie po części się to dokonało za sprawą samych Stanów Zjednoczonych i ich prób skłonienia Rosji do zajęcia zgodnego z interesem amerykańskim stanowiska w Radzie Bezpieczeństwa ONZ odnośnie do problemu irańskiego. Ta gra polityczna ma zatem również pewien wymiar globalny. Rosja dąży do minimalizacji zainteresowania amerykańskiego – instrumentem w tym zakresie jest Iran, a pośrednio Syria jako sojusznik Rosji i Iranu.
No i mamy wreszcie dość duże rosyjskie zbrojenia, które zmuszają nas, po doświadczeniu w Gruzji i w Czeczenii, do liczenia się z możliwością, że ten instrument może być wykorzystany również w jakimś innym kierunku.
Kolejna sprawa, czyli rosyjskie mniejszości narodowe – w tej chwili przede wszystkim Łotwa i Estonia znajdują się pod silną presją przy użyciu tego instrumentu, a celem jest wytworzenie negatywnego obrazu tych państw w opinii publicznej Zachodu na bazie odwoływania się do historii II wojny światowej.
I tu z kolei wkraczamy w politykę historyczną Rosji jako kolejny obszar tworzenia własnego prestiżu i skłócania narodów Europy Środkowej oraz prezentowania siebie przed Zachodem jako głównego stabilizatora tego obszaru.
Wspomniał Pan m.in. o podsycaniu konfliktu polsko-ukraińskiego. Czy ewentualny sojusz polsko-ukraiński mógłby być realnym zagrożeniem dla polityki rosyjskiej?
P. Ż. v G.: Oczywiście. Nie ulega wątpliwości, że imperium rosyjskie powstało dzięki skutecznemu wydzieleniu Ukrainy z Rzeczypospolitej i przejęciu przez Rosję tego kraju. Ewentualne odwrócenie wektora historycznego byłoby śmiertelnym zagrożeniem dla Rosji. Przecież także najnowszy spór polsko-rosyjski rozpalił się po roku 2004 właśnie wskutek udzielenia przez Polskę wydatnej pomocy politycznej ukraińskiej pomarańczowej rewolucji. Stąd późniejszy chłód we wzajemnych relacjach. Sojusz polsko-ukraiński uważam za korzystny dla Polski oraz leżący w interesie Ukrainy, jednak ze względów oczywistych stanowi on śmiertelne zagrożenie dla imperium rosyjskiego i idei jego odtwarzania w jakiejkolwiek formie – twardej lub miękkiej. Rosja zrobi wszystko, żeby temu przeciwdziałać. Ukraina jest w tej chwili, niestety, krajem o wektorze prowschodnim i trudno powiedzieć, czy istnieje tam w ogóle potencjał do zmiany tej sytuacji oraz jak taka zmiana mogłaby się dokonać – raczej nie przy pomocy kartki wyborczej.
A jak obecnie wygląda sytuacja w Gruzji i polityka Rosji względem Gruzji?
P. Ż. v G.: Mam wrażenie, że Gruzja pozostaje jednym z głównych, drugim po Estonii, wrogów Rosji w propagandowym ujęciu rosyjskich mediów. Władza Saakaszwilego w Gruzji jest stosunkowo stabilna. Gruzini czują się mocno zagrożeni przez Rosję i przygotowują się do ewentualnego odparcia kolejnego ataku. Sytuacja na Kaukazie Północnym jest niepewna, co może nieco osłabiać nacisk rosyjski. Niejasna jest dla mnie sytuacja w Abchazji i w Osetii Południowej – w Abchazji doszło ostatnio do zamachu na prezydenta, więc pod znakiem zapytania stoi stabilność tych quasi-państw pod protektoratem rosyjskim, co oczywiście wpływa też na sytuację Gruzji. O sytuacji gruzińskiej rozstrzygnie wola Stanów Zjednoczonych – udzielenia lub nieudzielenia poparcia temu państwu.
Gruzja niestety została pozbawiona wsparcia Polski, i to w sposób bardzo drastyczny. Chodzi o fakt, że w czasie wizyty prezydenta Obamy w Warszawie, na które zaproszono ok. 20 głów państw, wśród nich np. prezydent Kosowa, pominięto prezydenta Gruzji. De facto było to wysłaniem informacji do Moskwy, że Gruzja nie jest tak bliskim sojusznikiem Stanów Zjednoczonych – a to podważa podstawy bezpieczeństwa tego państwa. Jeśli Obama będzie kontynuował politykę „resetu” – co uważam za mało prawdopodobne, bo ta polityka nie przyniosła żadnych korzyści Amerykanom, jednak oficjalnie nie została jeszcze wypowiedziana – to Gruzja zostanie bezbronna i będzie narażona na kolejną inwazję rosyjską, obalenie dotychczasowego rządu i zainstalowanie nowego, powolnego Moskwie. Natomiast jeśli zdoła wytworzyć z USA związki silne na tyle, żeby Amerykanie demonstrowali wolę jej obrony, to Rosja nie ośmieli się wtedy zaatakować.
Tak postrzegam położenie Gruzji, z żalem konstatując zupełny odwrót polityki polskiej, wyrażony szczególnie dwoma gestami. O pierwszym już wspomniałem, drugi miał miejsce jeszcze przed wojną rosyjsko-gruzińską. Chodzi mianowicie o uznanie Kosowa – wbrew prośbie i Gruzji, i Ukrainy, które obawiały się wykorzystania tego przez Rosję jako precedensu. Rząd Donalda Tuska, wbrew stanowisku ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, uznając Kosowo, dał Rosji pewien oręż propagandowy do ręki i zademonstrował lekceważenie interesów Ukrainy i Gruzji w relacjach z Rosją.
Rosja zawsze propagowała dość negatywny obraz zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i zachodniej Europy. Natomiast jeśli chodzi o odbiór Rosji na Zachodzie – odpowiedź była bardziej spolegliwa. Nawet w czasach najwyższych napięć i „zimnej wojny” to, co Rosja robiła na swoim terenie, było traktowane jako jej wewnętrzna sprawa. Czy w takiej sytuacji można mieć nadzieję, że kiedykolwiek państwa znajdujące się w strefie wpływów Rosji będą w stanie samodzielnie funkcjonować, jeżeli nie zainteresują się nimi Stany Zjednoczone lub Europa Zachodnia?
P. Ż. v G.: Myślę, że tak. To zależy od stopnia organizacji tych państw i od stopnia spoistości Rosji, która przecież też nie jest monolitem i nie zawsze będzie w dobrej kondycji. W tej chwili jej kondycja w sensie ekonomicznym wzrasta dzięki wysokim cenom surowców energetycznych, ale to może być ulotne. Wydobycie gazu łupkowego w Stanach Zjednoczonych silnie oddziałuje na ceny gazu na rynkach światowych – już to jest istotnym podważeniem pozycji Rosji. Gdyby w ślad za tym poszedł podobny przełom technologiczny w odniesieniu do ropy naftowej, Rosjanie znaleźliby się w kłopocie i nie byliby w stanie oddziaływać na swoje sąsiedztwo w takiej skali, w jakiej robią to obecnie. Jeśli to by się nałożyło w czasie na pewne ruchy na wzór „kolorowych rewolucji” w krajach ościennych, zaistniałaby szansa na sukces, nawet bez wydatnego poparcia Zachodu.
Ale jest i szansa na takie poparcie, przy czym mam tu na myśli Stany Zjednoczone, a nie Unię Europejską, która zapewne będzie się zajmowała sama sobą. Jej dwa główne państwa, czyli Niemcy i Francja, są wręcz czynnikiem prorosyjskim na naszym obszarze i w tym sensie są nam nieprzyjazne, jeśli chodzi o interesy strategiczne. Przypomnę, że Francuzi sprzedają Rosjanom nowoczesną technologię NATO-wską w postaci okrętów Mistral, a Niemcy podpisali umowę o budowie centrum szkolenia armii rosyjskiej w Mulino pod Nowogrodem Niżnym, a także sprzedali licencję na kolejne centra, będzie to zatem transfer technologii lądowej Bundeswehry do wojsk rosyjskich na szeroką skalę. Austriacy i Włosi z kolei sprzedają Rosjanom lekkie pojazdy opancerzone. Tak masowego transferu zachodniej technologii wojskowej do Rosji ze strony państw europejskich nie było od czasu II wojny światowej. Dlatego kraje między Rosją a starą UE, moim zdaniem, nie mogą liczyć na istotne strategicznie poparcie ze strony UE. Jedynym czynnikiem sprawczym mogą być, jeśli zechcą, Stany Zjednoczone, jednak tu trzeba liczyć na to, że Rosjanie sprowokują Amerykanów, czyli będą uderzali w interesy amerykańskie, zbyt manifestacyjnie popierając Iran czy Syrię.
Czy zbliżenie między Rosją a Niemcami nie powinno być dla nas sygnałem ostrzegawczym? Podobna sytuacja miewała już miejsce w historii i kraje Europy Środkowej bardzo źle na tym wychodziły…
P. Ż. v G.: Obawy są słuszne, tylko co z tego? W jakich mediach można było przeczytać czy usłyszeć o podpisaniu porozumienia między Ministerstwem Obrony Rosji a niemieckim Rheinmetallem w czerwcu w 2011 r. o budowie wspomnianego centrum szkolenia na podstawie technologii Bundeswehry dla Rosjan? W głównym nurcie polskich mediów takiej informacji się nie znajdzie, trzeba szukać w materiałach eksperckich, albo w mediach niszowych. Trudno zatem opinię publiczną przebudzić czymś takim. Myślę, że jedynym państwem, które w tej chwili poważnie traktuje sytuację międzynarodową w naszym regionie, jest Estonia, czyli akurat państwo najmniejsze, które nie jest w stanie na tej sytuacji zaważyć.
Oficjalnie mamy ocieplenie stosunków polsko-rosyjskich. Jak wygląda rzeczywiste reprezentowanie interesów obu krajów ze strony ich rządów?
P. Ż. v G.: Zacznijmy od twardych kwestii materialnych, tzn. od faktu, że Polska płaci najwyższą w Europie cenę za gaz rosyjski, co zresztą ostatnio zostało podniesione przez ministra Mikołaja Budzanowskiego, za co należy mu się pochwała. Polska będzie się w tej sprawie procesować. Od dawna widać wyraźnie sprzeczność interesów Polski i Rosji, ale dopiero obecnie rozpoczynamy jakąś batalię o naprawienie tej sytuacji – po tym, jak de facto przestaliśmy zwalczać rosyjskie instrumenty, które do niej doprowadziły, czyli Gazociąg Północny, porzucając trwające jeszcze wówczas w sprzeciwie Estonię, Litwę czy Szwecję. Wyjście Polski z tego bloku protestujących, niewątpliwie go osłabiło. Nie mogę udowodnić, że gdyby Polska tego nie zrobiła, kraje sprzeciwiające się Rosji odniosłyby triumf, jednak Polska znalazła się w gronie dezerterów.
Kolejna kwestia to relacje natowsko-rosyjskie. W 2009 r. Rosja przeprowadziła potężne manewry „Zapad 2009” i „Ładoga” na terenie od granic Finlandii po granice Polski. Scenariuszem tych manewrów po stronie rosyjskiej było przebijanie wspólnie z Białorusinami korytarza przez Litwę do Królewca i tłumienie polskiego powstania na Grodzieńszczyźnie… Teraz z kolei rozmieszczane są „Iskandery” w Obwodzie Kaliningradzkim. To wszystko oczywiście nie ma bezpośredniego znaczenia militarnego, jednak posiada istotne znaczenie polityczne. W tym rozumieniu, że jest demonstracją ze strony Rosji pod adresem opinii publicznej Polski i państw bałtyckich, z Finlandią włącznie, mającą wykazać, że oto Polska i trzy państwa bałtyckie, będące częścią NATO, są drastycznie lekceważone pod względem interesu ich bezpieczeństwa, a nie wywołuje to żadnych zadrażnień na linii NATO-Rosja poza słownymi deklaracjami, dość łagodnymi, ze strony Sojuszu. Innymi słowy, pozycja Polski i państw bałtyckich w Sojuszu Północnoatlantyckim jest na tyle słaba, że można ją ignorować i prowadzić business as usual, czyli politykę współpracy z NATO, wyciągając od niego koncesje, a jednocześnie demonstrując lekceważenie dla interesów tych krajów. I to się Rosji udaje przy braku sprzeciwu Polski.
Podobne próby były podejmowane w odniesieniu do UE, co się skończyło polskim wetem w stosunku do rosyjskiego embarga na mięso w 2007 r., ale już obecny rząd wycofał się z tej polityki. Rosyjska praktyka różnicowania prawnego starych i nowych państw członkowskich UE, przy założeniu milczącej zgody centrów decyzyjnych Unii, jest, jak sądzę, skuteczna. Szczególnie teraz, gdy centra decyzyjne Unii mają co innego na głowie i wręcz poszukują sponsorów w Chinach czy też właśnie w Rosji, w zakresie ratowania strefy euro.
Wreszcie, Polska złamała ostatnio jedną z zasad, których powinna przestrzegać, a mianowicie, że paszport rosyjski nie powinien być lepszym dokumentem podróżowania niż paszporty ukraiński czy białoruski. Otwarcie się na Obwód Kaliningradzki i stworzenie tam strefy swobodnego podróżowania jest uczynieniem takiego precedensu – obywatele rosyjscy, którzy mieszkają w Obwodzie Kaliningradzkim, będą uprzywilejowani w zakresie podróżowania do strefy Schengen, czyli do Polski i na Litwę, w stosunku do obywateli białoruskich czy ukraińskich. Jest to w sensie politycznym i strategicznym błąd ze strony Polski.
No i jest jeszcze kwestia smoleńska, gdzie oddanie śledztwa władzom rosyjskim było niewątpliwie przesłaniem informacji do wszystkich zainteresowanych stolic w regionie, że Polska nie podejmie samodzielnego dochodzenia w sprawie śmierci swojego prezydenta, ponieważ mogłoby to być źle przyjęte w Moskwie. Tak oficjalnie wypowiedział się i rzecznik rządu, i premier, i ówczesny pełniący obowiązki prezydenta, a dziś prezydent Komorowski. Wyobraźmy sobie teraz, że jesteśmy analitykami w departamencie analiz politycznych w MSZ, np. w Wilnie lub w Tallinie czy w Kijowie, a dyrektor departamentu zadaje nam pytanie: „Czy możemy liczyć na wsparcie Polski w razie jakichś kwestii spornych z Rosją?”. Odpowiedź musiałaby brzmieć: nie. Jeśli Polska nie ośmieliła się wejść w polityczną sytuację konfliktową na tle śmierci swojego prezydenta i kilkudziesięciu członków elit politycznych, to tym bardziej nie uczyni tego w obronie interesów estońskich, ukraińskich czy gruzińskich. A to z kolei usuwa Polskę z listy podmiotów branych pod uwagę w kalkulacjach prowadzonych przez państwa w regionie.
Czy w sytuacji ataku na Polskę ze strony Rosji moglibyśmy liczyć na wsparcie NATO?
P. Ż. v G.: To zależy od sytuacji, w której by do tego doszło, od kontekstu, od kampanii, która by to poprzedzała. Jeśli wyobrazimy sobie sytuację wybuchu wojny jądrowej między Iranem a Izraelem z udziałem Amerykanów, to tak czarny scenariusz oczywiście spowodowałby maksymalną koncentrację Amerykanów na zagadnieniach irańsko-bliskowschodnich, a to mogłoby otworzyć Rosji drogę do działania w naszym regionie.
Nie przypuszczam jednak, żeby Polska była pierwszym krajem na liście rosyjskich celów do zaatakowania. Myślę, że zdolność reakcji NATO zostanie przetestowana raczej w Estonii, na Łotwie lub w Gruzji. Jeśli np. rewolta mniejszości rosyjskiej w Estonii czy na Łotwie z ingerencją rosyjską dla ocalenia „swoich” obywateli nie spotka się z reakcją Zachodu, wówczas będziemy mieli jasność, że NATO się de facto rozpadło. Nie sądzę, aby Rosjanie zrobili cokolwiek bez tego impulsu destabilizacyjnego w obszarze trzecim, czyli bez dużego konfliktu wiążącego Stany Zjednoczone gdzie indziej – w Korei lub w Iranie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 17 marca 2012 r.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 13 marca 2012 | opinie
Likwidacji szkół towarzyszy pominięcie roli tej instytucji jako miejsca publicznego. Szkoły traktuje się jako miejsca wyrwane z lokalnego kontekstu. Miejsca, gdzie po prostu są świadczone usługi dydaktyczne, które bez większych szkód mogą być oferowane gdzie indziej.
Oczywiście nie należy szkół (ani jakichkolwiek publicznych instytucji) traktować jako worka bez dna, lekceważąc realia ekonomiczne. Jednak ów rachunek ekonomiczny powinien być dokonywany – jak to się czyni w kontekście usług społecznych – biorąc pod uwagę nie tylko krótkookresowy efekt, ale także długofalowe oddziaływanie danej decyzji.
Lokal dla lokalnej integracji
Patrzenie na placówki szkolne bez uwzględnienia znaczenia sieci tych placówek dla społeczności lokalnej, oznacza pominięcie jakże ważnej integracyjnej funkcji szkoły. W społeczeństwie polskim, obolałym po latach realnego socjalizmu i terapii szokowej doby transformacji, kapitał społeczny jest na niskim poziomie. Wobec tego w środowisku lokalnym każda instytucja, która ma potencjał budowy tegoż kapitału, jest na wagę złota. W niektórych społecznościach szkoła to jedyna taka instytucja, szczególnie w środowiskach wiejskich, gdzie panuje deficyt innych instytucji kulturalno-integracyjnych, jak domy kultury i biblioteki. Fala likwidacji bibliotek publicznych szczególnie dotknęła właśnie polską wieś. W latach 1989-2009 liczba publicznych bibliotek na terenie całego kraju zmniejszyła się o 1921 placówek, z czego o 1467 na terenach wiejskich.
Funkcje bibliotek i innych placówek publicznych mogłyby przejąć szkoły. Jednak to właśnie również na obszarach wiejskich rozpoczął się proces likwidacji szkół, który dziś obejmuje także większe ośrodki i metropolie. Choć w środowiskach miejskich, zwłaszcza metropolitalnych, publiczna infrastruktura kulturalno-społeczna jest zazwyczaj bardziej kompleksowa, a szkoła stanowi tylko jeden z jej elementów, to i tutaj placówki oświatowe mogą odegrać istotną rolę. Choćby dlatego, że w dużych miastach anomia społeczna jest zazwyczaj znacznie większa niż na wsi. Nie ma już niemal społecznego kapitału rodzinno-sąsiedzkiego, a jednocześnie słabo wykształcił się kapitał stowarzyszeniowo-obywatelski. Ludzie więc w małym stopniu – także z uwagi na przeciążenie pracą i innymi obowiązkami, w których władza ich nie wspiera – uczestniczą w niewielkich środowiskach. A jeśli już to robią, są to zazwyczaj zrzeszenia skupiające osoby o podobnych cechach społeczno-demograficznych. Tworzy się więc tzw. wiążący kapitał społeczny, a niekoniecznie kapitał pomostowy.
Aby osiągnąć ten drugi cel, nieraz przydatne okazują się publiczne instytucje, wśród których prym może wieść właśnie szkoła. Po pierwsze, jest to instytucja powszechna, w której udział jest obligatoryjny. Rodzice, chcąc czy nie chcąc, posyłają tam swoje dzieci. Po drugie, w systemie oświaty uczestniczą dzieci i rodzice z różnych warstw, które na tej płaszczyźnie mogą się poznawać i integrować – choć niestety rozwój szkolnictwa prywatnego, a także procesy segregacyjne w ramach publicznego, nieco ograniczają budowanie kapitału pomostowego między ludźmi. Uczestnicząc z ramienia Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego w Porozumieniu Oświatowym, skierowanym także do rodziców likwidowanych lub zagrożonych likwidacją szkół i przedszkoli, miałem okazję obserwować w praktyce współdziałanie rodziców i ich dyskusje, w których wszyscy funkcjonują na równych prawach, bez względu na status społeczny, a wspólnym mianownikiem ich zaangażowania jest bycie rodzicami oraz to, że placówki, do których uczęszczają ich pociechy, mogą ulec likwidacji.
Spójnie i nowocześnie
Owszem, wiemy z historii, także rodzimej, że łatwiej jest integrować wokół wspólnego wroga lub wspólnego problemu, który zagraża żywotnym interesom jednocześnie wielu grup. Ale czy codzienne funkcjonowanie szkoły – i społeczeństwa w ogóle – nie oznacza wyzwań, z którymi można się mierzyć tylko wspólnymi siłami? Ważne jest, aby sobie to uświadomić i wyartykułować, co niestety nie zawsze się dzieje. Tworzenie sieci społecznych – przy udziale publicznych instytucji, w tym edukacyjnych – bywa drogą do sukcesu w epoce informacyjnej, czego dowodzi przypadek Finlandii.
Gdy w Polsce mowa o potrzebie modernizacji, patrzy się na nią zazwyczaj jednowymiarowo, akcentując technologiczny, a pomijając społeczny aspekt rozwoju. Podobnie też spogląda się na fenomen fiński. Tymczasem sukces tego kraju to tyleż efekt inwestycji w badania i rozwój, co i skutecznego dążenia do spójności społecznej, która pozwala na większe wykorzystanie potencjału ludzi i lepszą cyrkulację zasobów (także intelektualnych) między nimi. Polska opinia publiczna zdają się nie dostrzegać tych zależności, co rzutuje także na sposób patrzenia na edukację – jej cele oraz miejsce w rozwoju społecznym. Słuchając liderów opinii publicznej, można mieć wrażenie, że zasadniczo wszystko jedno, czy będziemy wzorować się na Finlandii, czy na Singapurze, wszak i tu, i tam uczniowie osiągają wysokie wyniki, jeśli chodzi o umiejętności analizowane w badaniach PISA. I tu, i tam następuje też rozwój technologiczny i gospodarczy. I jeśli częściej wspominamy o Finlandii, to głównie dlatego, że jest ona geograficznie i kulturowo bliższa, a w mniejszym stopniu dlatego, że tak bardzo cenimy prospołeczny wymiar i publiczny charakter tamtejszego systemu edukacyjnego.
Ta redukcja w myśleniu o modernizacji, a także o funkcjach szkoły, daje znać o sobie na każdym kroku, zarówno w bieżących utarczkach, jak i w przyszłościowych prognozach. Na przykład w raporcie „Jak będzie zmieniać się edukacja?”, wydanym przez Instytut Obywatelski (think tank Platformy Obywatelskiej), zarysowany obraz edukacji, choć momentami interesujący, pomija wiele zagadnień i problemów, jak nierówność dostępu, segregacja, rozwój osobowości, przygotowanie do życia w społeczeństwie czy materialno-środowiskowe bariery kształcenia. Z opracowania wyłania się obraz szkoły przyszłości jako przestrzeni (nawet niekoniecznie fizycznej), w której uczniowie podłączeni do sieci, będą nabywać i reprodukować kolejne umiejętności potrzebne do życia w cywilizacji cyfrowej. Autorzy nie kryją entuzjazmu wobec tego zjawiska, mnie ona trochę przeraża. Ale najważniejsze, że nie odpowiada ona dającym się przewidzieć realiom, w których dotychczasowe społeczne funkcje szkoły i problemy ich realizacji nie znikną. Wobec tego w antycypowaniu i projektowaniu zmian nie należy ich pomijać.
Grzech jednowymiarowego patrzenia na modernizację szkół udziela się także innym formacjom. Również lewicowym, które mając trudności ze stworzeniem wizji wspólnoty alternatywnej wobec prawicowej, uciekają albo w obronę okraszonego postmodernistyczną retoryką indywidualizmu, albo w technologiczny technokratyzm. Tymczasem prawdziwym wyzwaniem dla środowisk, którym zależy na promodernizacyjnej zmianie społecznej, jest przywrócenie szerokiego definiowania rozwoju – w tym edukacji, z uwzględnieniem wielości funkcji, jakie może i powinna ona pełnić.
Szkoła trój-wymiarowego rozwoju
W debacie publicznej funkcje systemu szkolnego często sprowadza w praktyce do dydaktyki. To rozkład wyników w tym zakresie traktujemy jako miernik, czy zmiany idą ku dobremu. Z pola widzenia znikają dwa inne ważne wymiary edukacji. Pierwszy z nich to socjalizacja i wychowanie. To, jak jest definiowana i praktykowana ta funkcja, w pewnej mierze określa strukturę społeczeństwa, w którym żyjemy. Trzecim, jeszcze bardziej zapomnianym wymiarem publicznej oświaty, jest jej działalność opiekuńczo-pomocowa, na co składają się instrumenty wparcia uczniów. W obu tych obszarach wiele możemy nauczyć się właśnie od Finlandii.
W tym kraju, jeśli chodzi o funkcję wychowawczą, dzieci już na wczesnych etapach praktykują kooperację (w ramach pracy w grupach) oraz wychowywane są w duchu równości i szacunku dla różnorodności. Oprócz tego, owa demokratyczna kultura nie tworzy się – jak ktoś mógłby się obawiać – przez odrzucenie autorytetu. Wręcz przeciwnie – prestiż zawodu nauczyciela, podobnie jak jego przygotowanie do wykonywania tej profesji, poprzedzone selekcją i gruntownym wykształceniem (stale podnoszonym w trakcie pracy), są wysokie i stanowią jeden z filarów sukcesu tamtejszego systemu edukacyjnego.
Przykład fiński jest wart uwagi również w wymiarze pomocowym. Uczniowie szkół rozszerzonych (łączących szkołę podstawową i gimnazjalną) otrzymują w szkole bezpłatny posiłek, a także przybory i podręczniki. Istnieje też możliwość uzyskania dodatkowego wsparcia dla potrzebujących. Ów zgodny z duchem nordyckiego welfare state system uniwersalnego dostępu do posiłków w szkole, w społeczeństwie, gdzie problem niedożywienia nawet bez tego byłby mniejszy niż u nas (choćby ze względu na niższy poziom wykluczenia dochodowego rodzin), pełni funkcje integracyjne i socjalizacyjne. Sprzyja zdrowym nawykom żywieniowym oraz przypomina o tym, że wszystkie dzieci tworzą wspólnotę pod dachem państwa, niezależnie od pochodzenia społecznego i sytuacji rodzinnej. Z kolei równomierny dostęp do przyborów szkolnych i pomocy naukowych wspomaga proces dydaktyczny. Widać zatem, że w fińskim systemie oświaty wymiary dydaktyczny, wychowawczy i opiekuńczy są nie tylko współobecne, ale i tworzą zintegrowaną całość. To właśnie jest najciekawsze w owym modelu i godne naśladowania.
Przykład piękny, ale jak on się ma do polskich bolączek, zwłaszcza w sytuacji, gdy coraz to nowe szkoły mają pójść pod nóż? I nie jest to fiński nóż, którym precyzyjnie można by zreorganizować sieć szkolną, przy minimalizacji społecznych kosztów i według starannie realizowanego planu. Wręcz przeciwnie – likwidacja placówek często zachodzi w sposób nieskoordynowany, niezależnie od sprzeciwu społeczności szkolnych i lokalnych, z pogwałceniem interesów dzieci, zwłaszcza tych najsłabszych, którym najtrudniej będzie zapewnić dojazd, a które i tak mają już wiele problemów z efektywnym uczestnictwem w systemie oświatowym. Dostrzeżenie na przykładzie fińskim owej wielowymiarowości instytucji szkoły może być kluczem zarówno do poszerzenia i wzmocnienia oporu wobec likwidacji placówek, jak i mocniejszego zakwestionowania racji, które mogłyby przemawiać za pochopnymi decyzjami polityków o likwidacji szkół. A może nawet byłby to impuls do zmian w myśleniu o edukacji i zarządzaniu nią na poziomie systemowym, bo to właśnie tu zaczynają się problemy, które następnie spadają na samorządy, a potem na same szkoły. Im bardziej zredukujemy instytucję szkoły do wymiaru czysto dydaktycznego, tym łatwiej będzie daną placówkę „wyrwać” ze społeczności. Im więcej potrzeb publicznych będzie ona zaspokajała, tym większa będzie jej ranga w oczach decydentów, samych adresatów tych potrzeb i opinii publicznej.
To właśnie w kontekście niemocy realizacji tych wszystkich potrzeb perspektywa szeroko zakrojonej likwidacji szkół dopiero napawa grozą. Choćby wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że młodzież z likwidowanych szkół będzie uczyła się z dala od środowiska zamieszkania, co utrudni proces wychowawczo-dydaktyczny, do którego według współczesnej pedagogiki przydatna jest współpraca z pozaszkolnym otoczeniem dziecka i uwzględnienie środowiskowych uwarunkowań indywidualnego rozwoju. Zwłaszcza ma to znaczenie w przypadku dzieci defaworyzowanych, których pochodzenie społeczne i warunki bytowania wymagają kompensacji. Również w ramach programu dożywiania trudniej będzie zapewnić wsparcie dzieciom potrzebującym, skoro rozluźni się komunikacja między daleko położoną od domu szkołą a instytucjami socjalnymi, z których korzysta ich rodzina. Nieotrzymanie wsparcia z kolei skutkuje utrzymywaniem niedożywienia, a to prowadzi do problemów z koncentracją, agresją i ogólnym obniżeniem potencjału rozwojowego, także jeśli chodzi o przyswajanie wiedzy. Po raz kolejny widzimy, jak silnie przenikają się te trzy wymiary edukacji.
Ratować lasy i pielęgnować róże
Dlatego też w oświadczeniu programowym Porozumienia Oświatowego próbowaliśmy obok kluczowej kwestii likwidacji szkół zasygnalizować problemy i postulaty związane np. z wadliwie działającymi programami dożywiania i coraz wyraźniejszą tendencją likwidacji szkolnych stołówek. Podczas spotkań z rodzicami miałem wrażenie, że ten aspekt schodził jednak na dalszy plan. Po części dlatego, że zapewne nie wszystkie dzieci współpracujących z nami rodziców z owego dożywiania korzystały. Ponadto, jak głosi ludowa mądrość, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.
Ale czy na pewno? Nieraz łatwiej ugasić pożar lasu – jakim jest masowa likwidacja szkół – gdy róże są pielęgnowane. Tam, gdzie szkoła stanowi ważny ośrodek życia publicznego lokalnej społeczności oraz zaspokajania potrzeb jej członków, znacznie łatwiej o zbiorową mobilizację, by gasić pożar lasu, zamiast biernego obserwowania, jak zostanie z niego popiół. Skuteczne programy wsparcia mogą okazać się więc – w warunkach wspólnego zagrożenia – korzystne dla całej społeczności szkolnej, nawet tej jej części, która z nich nie korzysta bezpośrednio. Dochodzimy tym samym do dobrze rozumianej w krajach nordyckich konstatacji, że właściwie zorganizowana, systemowa i solidarna pomoc słabszym, opłaca się per saldo wszystkim.
Fińska lekcja z edukacji jest jeszcze do odrobienia. Skandynawowie zrozumieli, że tożsamość lokalną i narodową, a także sam rozwój, można tworzyć przy pomocy instytucji publicznych, otwartych dla wszystkich. U nas, po części ze względów historycznych, wspólnotowość zwykło się budować głównie poza instytucjami, a te ostatnie postrzegano wręcz jako hamulec rozwoju. Może warto to zmienić i na nowo odkryć potencjał publicznych instytucji? Szkoła powinna być jedną z pierwszych pośród nich.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 6 marca 2012 | opinie
Dyskusja tocząca się na temat rządowej decyzji o podwyższeniu wieku emerytalnego znakomicie ilustruje ślepą uliczkę, w jaką zapędzają społeczeństwa zwodnicze teorie gospodarcze. Z matematycznego punktu widzenia, to, co twierdzą zwolennicy reformy, wydaje się dość przekonujące. Rzeczywiście, obecne trendy demograficzne pozwalają przewidywać, iż za kilkadziesiąt lat, przy pozostawieniu obecnego wieku emerytalnego, świadczenia byłyby naprawdę nędzne, zaś dodatkowe kilka lat pracy (i kilka lat mniej wypłacania świadczeń) pozwoliłoby całkiem znacząco podnieść ich wysokość. Jednak przyjęcie przez państwo optyki matematycznej w myśleniu o procesach gospodarczych jest więcej niż błędem – jest samobójstwem.
Ekonomia to nie matematyka. Nie jest też, w swej istocie, nauką o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami, lecz o poprawianiu warunków życia ludzi. W przeciwieństwie do królującej w dyskursie publicznym pseudo-ekonomii, jest optymistyczna i ma do tego pełne prawo. Specyficzny wyróżnik człowieka rozumnego – zdolność do intencjonalnego tworzenia i zmiany zastanych warunków i otoczenia – dał nam wszystko to, co mamy dzisiaj, a czego nie mieli nasi przodkowie jaskiniowcy. Pogodzenie się z utratą przywilejów socjalnych jest czymś zdumiewającym nie samo w sobie, ale jako odzwierciedlenie cywilizacyjnej porażki, której powinno towarzyszyć poczucie ogromnego wstydu. Oto mówimy przeszłym pokoleniom: „Wybaczcie, nie daliśmy rady”. Jakbyśmy zgubili recepturę, zapomnieli, jakie składniki pozwalają rosnąć i pęcznieć dobrobytowi.
Receptura jest jednak dobrze znana. Ostatnie 10 lat dziejów Argentyny to przykład na to, z jak wielkich kłopotów może wybawić całe narody odpowiednia polityka gospodarcza. Po intensywnym spustoszeniu kraju przez (wyznającą jaskiniową ekonomię) finansową oligarchię, stery państwa objęli postępowcy. Postawili oni na rozwój rodzimej produkcji o wysokiej wartości dodanej, wielkie inwestycje w sektorze energetycznym i inne przedsięwzięcia o wysokiej stopie zwrotu. W rezultacie, w latach 2002-2011 PKB kraju wzrosło ze 100 mld dolarów do 450 mld dolarów. Jak twierdzi prezydent kraju, Cristina Kirchner, strategia rozwoju Argentyny jest wzorowana na metodach Franklina D. Roosevelta – prezydenta USA zwalczającego Wielki Kryzys.
Niestety, w Unii Europejskiej przeważa mentalność jaskiniowa, czego dowodzi przykład grecki. Zmuszana do kolejnych dawek kuracji odchudzającej, grecka gospodarka kurczy się z roku na rok coraz bardziej i jest coraz bardziej zadłużona. Pomimo tego, nadal można spotkać się z ocenami, iż takie traktowanie wyjdzie jej na dobre. Przy okazji słyszymy nieuzasadnione porównania funkcji budżetu państwa i budżetów domowych, co nie powinno mieć miejsca. W przeciwieństwie do długów prywatnych, „dług publiczny może być błogosławieństwem” jak napisał Alexander Hamilton – musi być on jednak wykorzystany na cele prorozwojowe. Póki co, kolejne transze „pomocy” dla Grecji są przeznaczane na spłatę długu prywatnym bankom, zaś recesja się pogłębia. Czy to ma sens? Tak… z punktu widzenia instytucji finansowych.
Europejskie instytucje finansowe wykupywane są z kłopotów, podczas gdy handel, produkcja i rolnictwo znajdują się w stagnacji. Tej stagnacji nie widać z pełną ostrością w rocznikach statystycznych, pompowanych wirtualną „wartością” instrumentów finansowych, lecz jest ona niestety mocno odczuwalna na rynkach pracy. Europejski Bank Centralny wyraźnie określił preferencje, oferując 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% i przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?
Działalność instytucji finansowych w sprawie Grecji należy traktować jako sabotaż. Te same instytucje, które przyczyniły się do nabierania długoterminowego długu, grały na upadek greckiej gospodarki. Kontrola środowiska politycznego pozwoliła na przypieczętowanie niewoli finansowej państwa przy zachowaniu pozoru legalności. Ten scenariusz nie powiódł się w maleńkiej Islandii, gdzie społeczeństwo wymusiło na przywódcach odrzucenie dyktatu. Mówiąc brutalnie, politycy nie mieliby gdzie się schować przed gniewem ludu.
Przed rokiem, zatwierdzając Strategiczny Narodowy Plan Industrializacji 2020, prezydent Argentyny Cristina Kirchner stwierdziła: „Wiemy, że wolny rynek nie istnieje”. Jej słowa potwierdza w całości decyzja międzynarodowego zrzeszenia ISDA, zajmującego się kontrolą rynku instrumentów finansowych. W praktyce „wolny rynek” to arbitralna decyzja 15 banków – członków ISDA, decydujących, czy dane spekulacyjne kontrakty są, czy nie są ważne. Innymi słowy: wielkie banki są sędziami we własnej sprawie, decydując, czy muszą respektować własne zobowiązania wobec mniejszych graczy. ISDA, pozapaństwowa struktura władzy, pokazuje, jakie prawo rządzi w świecie spekulantów: prawo silniejszego.
Grecja i cała Europa muszą zedrzeć maskę legalności i „wolnego rynku”, na której spekulanci opierają swe działania. Kwestia wyjścia bądź niewyjścia Grecji ze strefy euro jest mimo wszystko drugorzędna – w obu przypadkach Europa będzie mogła odetchnąć tylko po zastosowaniu regulacji uniemożliwiających spekulacje walutowe na taką skalę, jak dotychczas. Po pierwsze, politycznie, należy ustalić prymat dobrobytu społecznego nad długiem rzeczywistym i rzekomym – to udało się w Islandii i może zostać powtórzone. Po drugie, regulacyjnie, należy zreformować bankowość, oddzielając ją od bańki instrumentów finansowych, a premiować przedsięwzięcia dające w dłuższym okresie poprawę produktywności pracy. Po trzecie, gospodarczo, potrzebne są wielkiej skali inwestycje, również transnarodowe, obejmujące nie tylko infrastrukturę, ale także i przemysł, aby przezwyciężyć strukturalne wady niektórych gospodarek, np. właśnie greckiej, utrwalone po wejściu do strefy euro.
Gdy matematyczne projekcje mówią nam, jak przy dzisiejszych trendach będą za kilka dekad wyglądać gospodarka, czas pracy i emerytury – nie przywiązujmy się do nich zbyt mocno. Trendy są po to, żeby je odwracać, jak pokazał przykład Argentyny.
Krzysztof Mroczkowski
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 28 lutego 2012 | opinie
Powoływanie się na darwinizm społeczny jest ostatnio modne. Większa rybka połykając mniejszą rybkę lepiej trawi, gdy dowie się, że dokonuje naturalnej selekcji, zgodnie z powszechnym prawem natury.
Darwinizm, naukowy fundament panującego porządku świata, jest twórczo rozwijany, tak jak niegdyś marksizm. Ekonomista, który za rządów Busha juniora zasilił banki ogromnymi pieniędzmi z budżetu USA, odkrył, że jeśli drapieżniki są tłuste, to znaczy, że trawa dobrze rośnie, ponieważ drapieżniki są na końcu łańcucha pokarmowego. Tony Goodwyn w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział „Zwierzęta, które przetrwały, niekoniecznie były największe i najsilniejsze, ale najlepiej i najszybciej potrafiły przystosować się do zmieniających się warunków. Podobnie jest w biznesie, który dla mnie jest odbiciem selekcji naturalnej”.
To wyznanie wiary w prawa natury przypomniało mi dyskusje z kolegami przystosowanymi do systemu komunistycznego. Oni twierdzili, że przystosowanie jest dowodem inteligencji, a ja upierałam się, że inteligentny człowiek tym różni się od zwierzęcia, że podejmuje próby zmiany nienormalnych warunków. Doszło do tego, że oskarżyli mnie i mojego męża o nieuczciwość, ponieważ kupiliśmy dobrą lodówkę i szafki kuchenne bez łapówki, a oni musieli łapówki zapłacić.
O kulturze, która podobno odróżnia człowieka od świata zwierząt, nie wspominam, ponieważ nie zgadzam się z obowiązującą definicją kultury. Według tej definicji, człowiek kulturalny podaje rękę kapusiowi, nie wypomina mu starych błędów, rozumie jego potrzebę dostosowania się do warunków panujących w PRL. Spokojnie znosi obelgi, oszczerstwa i kłamstwa, ponieważ szanuje prawo tych, którzy w wyniku selekcji naturalnej mają rację. Co najważniejsze, człowiek kulturalny złego słowa nie powie o gajowych i matołach, którzy stanowią najwyższe ogniwo łańcucha pokarmowego.
Być może odbudowanie świata normalnych ludzi powinno się rozpocząć od obalenia dogmatów darwinizmu społecznego. Nie jest to proste, ponieważ zasady komercji – egoizm, rachunek zysków, pytanie „co mi to daje?” – zdominowały wszystkie relacje między ludźmi. Do tego stopnia, że przestaliśmy to zauważać. Z podziwem słuchałam w audycji Jana Pospieszalskiego wypowiedzi rodzin opiekujących się dziećmi z zespołem Downa. Wszyscy jednym głosem mówili o wielkim szczęściu, jakie spotkało ich rodziny. Nie padły takie słowa jak poświęcenie, obowiązek, ciężka praca, brak czasu dla zdrowych dzieci czy brak pieniędzy. Obawiam się, że ludzie, którzy w podobnej sytuacji nie radzą sobie tak dobrze, mogą wpaść w kompleksy i frustrację.
W czasie, gdy dostęp do studiów za granicą nie był jeszcze łatwy, matka przepytywała syna przed rozmową kwalifikacyjną:
Czy przeprowadzisz staruszkę przez ulicę? Tak. Dobra odpowiedź.
Dlaczego? Bo grozi jej niebezpieczeństwo. Zła odpowiedź. Musisz powiedzieć: bo to jest korzystne dla mojej osobowości, wzbogaci mnie wewnętrznie.
Motywowanie dobrych uczynków potrzebami bliźnich było już wówczas źle widziane.
W uroczej i mądrej książce Andrzeja Szczeklika „Kore” przeczytałam, że ludzi od świata zwierząt odróżnia altruizm. Według słownika, altruista to człowiek stawiający dobro innych ponad własne interesy. A pies? Przykładów altruistycznego postępowania psów znamy bez liku.
Idealizowanie altruizmu też nie ma sensu. Altruistyczna pierwsza „Solidarność” poległa, ponieważ członkowie nie chcieli przyjąć do wiadomości, że ukochany wódz mógłby zdradzić. Skończyło się tak, że większość społeczeństwa i niemal całe elity zaakceptowały zdradę i kłamstwa jako skuteczne narzędzia polityczne. Natomiast zwierzęta nie tolerują zdrady. W więzieniu zdarza się, że człowiek zaprzyjaźni się ze szczurem. Jeśli go zdradzi, więźnia trzeba przenieść do innego więzienia, ponieważ w nocy może stracić oczy.
Nie ma idealnego modelu postaw ludzi, który gwarantowałby rozwój i przetrwanie wspólnoty. Konieczne są współpraca i rywalizacja, bezinteresowna pomoc i dbałość o własne interesy, sprawiedliwa kara i litość dla pokonanych. Wszystko we właściwym czasie i właściwych proporcjach.
Trudno mi znaleźć przekonywujące przykłady w najnowszej historii Polski, więc wrócę do świata zwierząt. Prymitywny darwinizm, zalecany ludziom, nie działa idealnie w świecie zwierząt. W czasie powodzi zwierzęta nie polują, na ostatnich suchych kępach siedzą zgodnie wilki i zające. Zdarzają się przypadki bezinteresownej pomocy między gatunkami w obliczu zagrożenia. Na wąskiej półce skalnej niedźwiedź obrócił się pyskiem do skały, aby wspinacze nie bali się przejść. Lis, któremu kość nabiła się na zęby, podszedł do kobiety prosząc o ratunek. Kobieta zdjęła mu kość i lis pobiegł. Wiedział, że rozejm jest krótkotrwały.
Zdumiewające są przypadki przyjaźni między gatunkami. Żywiołowy szczeniak, już duży, ale bardzo jeszcze dziecinny, pokochał czarnego kota. Liże go, lekko podgryza, bierze między łapy i miętosi na sto sposobów, a kot mruczy ze szczęścia. Kiedy kot ma dość, jakoś to psu komunikuje i zabawa się kończy. Oba zwierzaki chodzą razem na spacer. Pies szaleje z panem przytroczonym na drugim końcu smyczy, a kot statecznie podąża zaroślami wzdłuż drogi. Czasem pies bierze cały łeb kota do pyska, a kot obejmuje łapkami mordę jak u rekina.
Nie wiem, czy na końcu łańcucha pokarmowego jest pies, kot, czy bankier. Prawa silniejszego do nieograniczonego wyzysku słabszych można w ogóle nie uzasadniać. Wystarczy argument przemocy ekonomicznej lub fizycznej.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Agata Młodawska | wtorek 21 lutego 2012 | opinie
– „Kobieto, tu jest trzeci świat. Tu mamy bezrobocie 40%, jak w Kamerunie” – powiedział mój znajomy w Granadzie kilka miesięcy temu. Oficjalnie stopa bezrobocia jest nieco niższa, jednak od jakiegoś czasu Hiszpania zajmuje w tej dziedzinie niechlubną pozycję lidera w Unii Europejskiej. 21,8%, 22, 22,9%… i ciągle rośnie. Jeszcze gorzej te statystyki wyglądają w grupie wiekowej 18-24, gdzie bezrobocie sięga 48%. Warto przy tym zwrócić uwagę na rozbieżności między regionami: stosunkowo niską stopę bezrobocia mają uprzemysłowione regiony północne (Asturia, Galicja, Kantabria); najniższe Kraj Basków oraz region Madrytu. Najwięcej bezrobotnych jest na południu kraju – średnia dla Andaluzji to 31%, przy czym w prowincji Kadyks stopa bezrobocia wynosi 35%.
Nowa reforma prawa pracy ma przezwyciężyć ten alarmujący trend. Deklarowane cele zmian to:
• możliwie najszybsze stworzenie podstaw dla stabilnego zatrudnienia
• ograniczenie podziałów na rynku pracy (na mniej i bardziej chronionych pracowników)
• usprawnienie „wewnętrznej elastyczności firm” w celu „podtrzymania zatrudnienia”
• „unowocześnienie negocjacji zbiorowych”, aby „przybliżyć je do potrzeb przedsiębiorców i pracowników”
• „wspieranie samozatrudnionych oraz małych i średnich przedsiębiorstw”
• „większa elastyczność i zdolność do adaptacji”
• „wzmocnienie mechanizmów kontroli i zapobiegania nadużyciom w przypadku zasiłków dla bezrobotnych oraz walka z nieuzasadnioną nieobecnością w miejscu pracy”
Pomysły rządowe spotkały się z umiarkowanymi pochwałami stowarzyszenia samozatrudnionych oraz z protestami związków zawodowych. Obawy mogły mieć pewne uzasadnienie – minister gospodarki Luis de Guidnos podczas wizyty w Brukseli pozwolił sobie wyrazić pogląd, iż proponowane zmiany mają charakter „skrajnie agresywny”. Oto nadeszła kontrrewolucja – można by westchnąć w tym momencie – żegnaj zapaterowski reżimie! Skończył się wprowadzony przez socjalistów ośmiogodzinny dzień sjesty, piętnasta pensja i ustawowo zagwarantowana szklanka wina, rozdawana niczym mleko w szkołach. Południe wraca do pracy!
W kontrrewolucyjnym entuzjazmie można jednak przeoczyć fakt, że w pewnej mierze Mariano Rajoy kontynuuje politykę cięć zapoczątkowaną jeszcze przez rząd Zapatero (zlikwidowanie zasiłków dla długotrwale bezrobotnych, obcięcie płac pracownikom budżetówki, zamrożenie waloryzacji emerytur), będącą z kolei bierną realizacją zaleceń unijnych. Plany obecnej ekipy również nie są zjawiskiem specyficznie hiszpańskim, lecz odzwierciedleniem trendu ogólnoeuropejskiego. Ponadto dziennik „El Pais” sugeruje, że proponowane zmiany mogą mieć pewien związek ze spotkaniem Mariano Rajoya z Angelą Merkel z 26 stycznia. Gdyby tak rzeczywiście było, to hiszpańskie podziały polityczne okazałyby się kwestią zgoła drugorzędną. Lepiej zatem niezdrową ekscytację partyjnymi rozgrywkami zastąpić uważną lekturą zapisów reformy.
Na początek można wyodrębnić kilka słów kluczowych: „młodzi”, „starsi”, „samozatrudnieni”, „elastyczność” oraz „kształcenie ustawiczne”. Przyjrzyjmy się im z bliska.
„Kształcenie ustawiczne” ma być „prawem pracownika”. Zgodnie z wymogami nowej reformy, każdemu pracownikowi ma przysługiwać 20 godzin urlopu na kształcenie. Może ono może być realizowane przez firmy prywatne, działające na zlecenie rządu. Nie jest to nowe rozwiązanie – jeszcze przed ogłoszeniem tych zmian spacerując ulicami hiszpańskich miast można było dostrzec liczne ogłoszenia firm oferujących najrozmaitsze kursy dla bezrobotnych.
„Młodzi pracownicy” – reforma wprowadza coś w rodzaju dopłat bezpośrednich do młodych pracowników. Za każdą kolejną młodą osobę zatrudnioną na czas nieokreślony, pracodawca otrzyma ulgi – państwo ma opłacić część składek. W pierwszym roku dopłata wynosi 1000 euro, w drugim 1100 euro, w trzecim 1200 euro. W przypadku kobiet stawki mają być wyższe o 100 euro w sektorach, gdzie kobiet jest mało. Małe i średnie przedsiębiorstwa będą mogły również odpisać 3000 euro od podatku za pierwszego zatrudnionego pracownika, jeżeli nie będzie miał on skończonych 30 lat.
Równocześnie, jak donosi „La Vanguardia”, państwo przestanie dopłacać do składek kobiet powracających do pracy po urlopie macierzyńskim.
Elastyczność – ta dotyczy przede wszystkim regulacji wewnętrznych w przedsiębiorstwach. Pracodawcy będą mogli teraz z większą swobodą zamieniać pracowników lokalizacjami i stanowiskami oraz obniżać im wynagrodzenia, jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie pogorszeniu. Podobne prawa przyznano instytucjom państwowym: w nowych warunkach mogą zaadaptować kryteria racjonalności ekonomicznej i elastycznie zwinąć działalność. Będzie można także z większą swobodą zwalniać pracowników – masowe zwolnienia zostają wyłączone z obszaru negocjacji ze związkami zawodowymi. Tym samym odeszła do lamusa dawna metoda uelastyczniania – jak pisze ekonomista Alejandro Mora, negocjacje zbiorowe w 1994 r. wprowadzono, aby poprawić zdolności adaptacyjne przedsiębiorstw do różnych sytuacji. Firmy będą mogły również skracać lub zawieszać dzień pracy w czasach spadku popytu w sposób bardziej uproszczony niż dotychczas. Państwo będzie natomiast przez 240 dni (maksymalnie) odprowadzać połowę składek za pracowników tych przedsiębiorstw ze stażem pracy dłuższym niż rok.
Większej wolności zwalniania towarzyszą zapowiedzi wsparcia działalności prywatnych agencji pracy tymczasowej, tak aby pracownicy i pracodawcy mieli szanse na „bardziej elastyczne dopasowanie swoich oczekiwań”. Trzeba jednak podkreślić, że elastyczność w pewnym obszarze ulega zawężeniu. Od 31 grudnia 2012 r. pracownicy mogą być zatrudniani na kontrakty tymczasowe jedynie przez dwa lata – ten zapis ma zapobiec seryjnemu zatrudnianiu na czas określony. Nowe przepisy mają też zapobiegać nadużyciom – zapowiadane jest wzmocnienie działalność Inspekcji Prawa i Zabezpieczeń Społecznych. Kiedy mowa o konkretach, okazuje się jednak, że kontroli mają podlegać przede wszystkim bezrobotni pobierający zasiłek oraz pracownicy korzystający ze zwolnień…
Według hiszpańskiego ministra pracy, „ekstremalnie agresywna” reforma (wersja dla Brukseli) ma „sięgać do głębi problemów hiszpańskiego rynku pracy” (wersja dla wyborców). Oznaczałoby to, że za główną przyczynę bezrobocia uznał „zbyt sztywny” kodeks pracy. Taki pogląd wzbudził wątpliwości Joana Coscubieli, katalońskiego związkowca, który wyraził je w formie pytań na swoim blogu:
• Jeżeli sztywne prawo pracy jest źródłem hiszpańskiego kryzysu, to dlaczego są tak duże rozbieżności skali bezrobocia między hiszpańskimi regionami: od 10% w Kraju Basków do 32% w Andaluzji?
• Jakim cudem przy tym samym prawie, które obowiązuje obecnie, w latach 1995-2007 w Hiszpanii wciąż rosła ilość zatrudnionych?
• Jak to jest możliwe, że w przemyśle na kontraktach tymczasowych pracuje tylko 15% ogółu zatrudnionych, a w usługach ten wskaźnik jest niemal trzykrotnie większy?
Na koniec Coscubiela wyraża wątpliwość: A może firmy, które konkurują kosztami pracy, nie mają wystarczającej motywacji do wdrażania innowacyjnych strategii rozwoju? Tę myśl można nieco rozwinąć: w nowym modelu przedsiębiorcy otrzymują „dopłaty” do pracowników z grup zagrożonych bezrobociem, zatrudnianych na czas nieokreślony, ale także dostają więcej swobody w ich zwalnianiu, zwłaszcza gdy firmy uzyskają gorsze wyniki. Nie bierze się pod uwagę faktu, że spadek popytu może być konsekwencją nieodpowiednich działań ze strony przedsiębiorcy, z góry zakładając, że firma jest racjonalnym podmiotem, który po usunięciu „barier” w postaci przeszkód prawnych będzie poruszał się ruchem jednostajnie przyspieszonym w kierunku coraz większej racjonalności. W odróżnieniu od pracowników najemnych, pracodawcy nie będą musieli wzmacniać tej przyrodzonej skłonności uczestnicząc w szkoleniach.
Jeżeli uzna się system dopłat i zwolnień podatkowych za rodzaj pomocy od państwa, to należy przyjąć, że małe i średnie firmy stanowić będą, paradoksalnie – w zgodzie z promowaną przez Rajoya, Merkel i innych logiką elastyczności – nowy rodzaj beneficjentów pomocy społecznej, bardziej jakoby godnych zaufania i bardziej racjonalnych niż sam homo oeconomicus, po którym w krajach Południa ślad zaginął. Na próżno Eurostat publikuje statystyki pokazujące, że Hiszpanie pracują więcej niż Anglicy i Niemcy, a Grecy więcej niż Hiszpanie. Peryferiusze wszystkich krajów, nawet gdy pracują więcej, to pracują mniej. Tacy Grecy na przykład – jak pisze Castells, pracują średnio po 42 godziny tygodniowo, obcięli wydatki publiczne do 6% PKB, zmniejszyli minimalne wynagrodzenie do 600 euro, a do 2015 mają zwolnić 150 000 pracowników budżetówki. I co? I nic, prognozy na 2012 r. mówią o wzroście bezrobocia z 21 do 25%, a w 2011 r. dług publiczny wzrósł do 161,7% PKB.
Skuteczne recepty nie działają, można jedynie bezradnie zakrzyknąć: „Arbeit!” – niczym kukiełka Angeli Merkel z francuskiego programu „Les Guignols de ‘info”, w którym niemiecka kanclerz/prawdziwy Prezydent Republiki Francuskiej dopinguje ospałych Francuzów do pracy.
Agata Młodawska
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 14 lutego 2012 | opinie
Sprawy związane ze Smoleńskiem nigdy nie wydawały mi się tematem na felieton dla „Nowego Obywatela”. Przede wszystkim dlatego, że jako pismo i środowisko nie zajmowaliśmy się nigdy tą kwestią w jakiś systematyczny sposób. Do sprawy Smoleńska, owszem, niejednokrotnie nawiązywała Joanna Duda-Gwiazda, przypominam sobie także swój tekst napisany dla uhonorowania tragicznie zmarłego prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, „Księga otwarta w przyszłość”. I pewnie nadal nie poruszałbym tutaj tego tematu, gdyby nie reakcje części lewicowych czytelników na felieton Joanny Gwiazdy, „Węgry naszym sojusznikiem”. Reakcje, mówiąc najoględniej, zacietrzewione.
Co do katastrofy smoleńskiej, przyznam, nie mam takiej pewności jak Joanna Gwiazda, że to zamach. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że była to faktyczna tragedia o daleko idących konsekwencjach i ukazująca w bardzo złym świetle stan naszego państwa. Brak mi, owszem, pewności, że był to zamach, ale nie mam też pewności, że nie był to zamach. Wolałbym zaś nie zdawać się w takich sprawach na stwierdzenia typu „wierzę, że był to zamach” lub „nie wierzę, że był to zamach”, ze względu na ich ograniczoną wartość merytoryczną oraz własną przyrodzoną niechęć do potakiwania tym czy innym osobom lub osobnikom, sugerującym, co powinienem o danej sprawie myśleć.
Stąd, przyznam szczerze, właściwą treścią tego felietonu nie jest sam Smoleńsk, ale garść refleksji wysnutych po reakcjach na tekst działaczki pierwszej „Solidarności”. Reakcjach, które pokazują, jak bardzo sformatowane, żenująco „salonowe” i (zakładam, że nieświadomie) konformistyczne są opinie części lewicy, chlubiącej się swoją tolerancją, otwartością, światłym i nieuprzedzonym oglądem rzeczywistości.
Dezaprobatę wzbudził pogląd Joanny Gwiazdy, jakoby Smoleńsk był zamachem. Owszem, autorka nie do końca jest szczera ze swoimi czytelnikami, przychylnymi i nieprzychylnymi: nie mówi nam, czyim dziełem miałby być zamach: Platformy Obywatelskiej, władz rosyjskich, CIA, Mossadu, fundamentalistów islamskich? A może potencjalni zamachowcy działali wspólnie? Jako osoba publiczna, Joanna Gwiazda musi uważać na słowa: jasne sformułowania w tej kwestii mogłyby skończyć się procesem. Tak czy inaczej, kto stoi za zamachem, tego Pani Joanna nam nie mówi. Jej prawo, bodaj wszyscy unikamy w pewnych okolicznościach formułowania opinii, które narazić nas mogą na zbyt daleko idące kłopoty. Chyba że w ogóle nie mamy własnych opinii, albo skrupulatnie poddajemy się autocenzurze – żeby nie podpaść własnemu środowisku, kolegom i koleżankom z pracy, rodzinie, szefom, sitwom i koteriom. Chyba że mamy takie poglądy, z którymi żyje się nam na ogół lekko, łatwo i przyjemnie, bo co najwyżej niektóre z nich uchodzą za nieszkodliwe dziwactwa lub słabostki. Moja lojalność wobec Kościoła rzymskokatolickiego, jak sądzę, sporej części znajomych lewicowców wydaje się takim właśnie niegroźnym wariactwem. Ale nie o tym tu mowa.
Joanna Gwiazda pozwoliła sobie zatem, z punktu widzenia naszej światłej i tolerancyjnej lewicy, na dwie myślo- i słowozbrodnie. Pierwsza z nich to warunkowe poparcie dla rządu Viktora Orbana. Jak wiadomo z polskich i europejskich mediów, które obiektywizmem popisywały się już niejednokrotnie (m.in. w czasie bombardowań Serbii przez USA), Orban jest faszystą, niebezpiecznym populistą, nienawidzi Romów, z pewnością też Żydów, a najpewniej jeszcze bliższych części lewicy Palestyńczyków. I oczywiście jest skrajnym prawicowcem i krypto-liberałem. Nasi dzielni lewicowcy nie zniosą nigdy takiego typa.
Co prawda, część z nich równocześnie skłonna jest zauważyć pewne pozytywne cechy u Janusza Palikota, przecież też liberała. Ale Palikot jest przynajmniej antyklerykałem i piewcą obyczajowego libertynizmu, co czyni go postacią o wiele bardziej pozytywną od premiera Węgier, który być może troszczy się o Węgry, lecz źle się troszczy. A źle się troszczy, bo nie jest „nasz” i nie lubią go ci, z którymi „my” wolimy się lubić, przynajmniej w sprawach tak fundamentalnych, jak walka z faszyzmem, ksenofobią i nietolerancją. Tak zatem Orban jest faszystą, Gwiazdowie oszołomami, czy może „pojebami”, jak napisał u mnie na Facebooku jeden z lewicowców walczących o tolerancyjną, wolną od (katolickich) uprzedzeń Polskę. A światła polska lewica – nigdy sitwiarska i lokajska – nie zniesie faszyzmu i ciasnoty umysłowej. Pewnie dlatego, że obawia się konkurencji.
Druga z myślo- i słowozbrodni Joanny Gwiazdy to ów fatalny pogląd, że „Smoleńsk to zamach”. Tu już ciemnota i fanatyzm oraz prawactwo Gwiazdowej widoczne są jak na dłoni. Przecież żaden samodzielnie myślący człowiek, znaczy się z definicji każdy lokalny lewicowiec, czy to trockista, czy to „blumsztajnista”, czy to przeciętny, lewomyślny czytelnik przewodników „Krytyki Politycznej”, nie wpadnie na taki pomysł. Pewne poglądy są z definicji „prawicowe”: jak wiadomo, zamach to coś takiego, co się nie przydarza, a jeśli się przydarza, to musi wynikać np. z walki klas, albo żeby choć w „Gazecie Wyborczej” coś o tym było. Ewentualnie gdyby Žižek esej jakiś o zamachu w Smoleńsku napisał… Ale nie napisze, więc jakże to tak, żeby zamach? To tylko Gwiazdowa może wpaść na taki pomysł, zarażona prawackimi miazmatami.
Bo przecież prezydent był śmiesznym pisowskim facecikiem, Katyń to problem prawicy, patriotyzm to anachronizm, a Polska jest passé, w odróżnieniu od – dajmy na to – praw zwierząt i pogadanek o Lacanie. A w „Nowym Obywatelu” wszystko Gwiazdowej wydrukują, bo to przecież też faszyści, socjal-szowiniści trzymający się na ogół polskiego podwórka, gdy lewicowość powinna być zdecydowanie kosmopolityczna i bezpiecznie odległa od pewnych kwestii niewygodnych z punktu widzenia schlebiania sponsorom lewicy. Poza tym nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z faktu, że nawet „nasi prekariusze” mówią po polsku, niektórzy chodzą w niedzielę do kościoła a w dowcipach i przekleństwach używają brzydkiego słowo „pedał”, jak nie przymierzając pewna posłanka Sojuszu Lewicy Demokratycznej… Pech, co zrobić, że nie są bardziej europejscy i politycznie poprawni.
Szyderstwa szyderstwami, ale problem jest poważniejszy. Dotyczy bowiem tego, co można ogólnie zatytułować „lewica a sprawa polska”, czy też „lewica a suwerenność narodowa”. Lokalna lewica unika terminów w rodzaju „polskość”, „polski interes” itp., bo zwykle się boi, że wpadnie w „odchylenie nacjonalistyczne”. Wszak, jak wiadomo, Ala ma kota, a „robotnicy nie mają ojczyzny”. Zresztą, łatwiej dziś w Polsce o Alę i kota niż o robotnika, koszmarnie zatem upraszczając, część lewicy spokojnie może oddawać się walce z faszyzmem, nietolerancją (tą prawicową) i ciemnotą (także prawicową). Tudzież węszyć odstępców od jedynie słusznej doktryny, niezależnie, czy będzie to alterglobalizm, internacjonalizm czy jakiś inny światły „-izm”. A poza tym cieszyć się niepomiernie swoją etyczną i cywilizacyjną wyższością nad prawicowym ciemnogrodem.
Przecież żaden lewicowiec nie może, zgodnie z panującymi kanonami, mówić o patriotyzmie czy suwerenności narodowej. Co tam tradycje polskiej lewicy niepodległościowej, komuna pokazała, kto miał rację w tym sporze, a postkomuniści udowodnili wszem i wobec, że jako lewica „dają radę”… Od Millera przez Olejniczaka po Arłukowicza. I z powrotem. Ponadto każdy lewicowiec, który Gwiazdów nazwie „pojebami” lub z pobłażaniem zakwalifikuje Joannę Gwiazdową do leczenia psychiatrycznego, to człowiek umiaru i wyważonych sądów. Nie jego to wina, że ziemia musi ścierpieć ludzi o poglądach niewyważonych i nieumiarkowanych. A z takimi trzeba krótko: tolerancja tolerancją, ale to, co nam nie pasuje, odpowiednim słowem lub środowiskowym donosem w ziemię wdepczemy…
Czy Joanna Gwiazdowa ma rację, czy jej nie ma w kwestii Smoleńska – nie wiem. Czy Orban jest wrogiem lewicy? To mnie akurat mniej obchodzi, jeśli tylko uda mu się przywrócić społeczeństwu węgierskiemu dobrobyt, szacunek obywateli wobec własnego państwa, jeśli ukróci arogancję i wszechwładzę międzynarodowej finansjery i nie stanie się przy tym kimś w rodzaju Pinocheta czy Jaruzelskiego. A póki co nie grozi mu to. W każdym razie, bliżej mi do Gwiazdowej i Orbana (do nich, nie do „Klubów »Gazety Polskiej«” czy publicystów „Uważam Rze”) niż do śmiesznych uprzedzeń naszych lewicowców, histeryzujących, gdy spostrzegą myśli i działania nie pasujące do ich doktrynerskich wyobrażeń o prawicy i lewicy.
I to właśnie pod adresem tych jednomyślnie lewomyślnych, grzecznie pilnujących kanonu wierzeń światłych a „jedynie słusznych”, oburzonych, gdy im zgrzytnie opinia nie pasująca do zestawu tych wdrukowanych i słusznych poglądów, na straży których stoją różnej maści (drobni) cwaniacy, krzyknę: faszyzm nie przejdzie! Wasz faszyzm, towarzyszki i towarzysze, przyjaciele Wielkiego Brata.
Krzysztof Wołodźko
przez Konrad Malec | wtorek 7 lutego 2012 | nasze rozmowy
Ostatnio w oświacie dzieje się źle. Zamykane są placówki, lekceważone protesty uczniów i rodziców, a jedyne plany rządu to likwidacja kolejnych szkół, pogarszanie warunków pracy nauczycieli oraz spychanie odpowiedzialności na niedofinansowane samorządy lokalne. W tej sytuacji Związek Nauczycielstwa Polskiego przygotował dokument o nazwie „Pakt dla edukacji”. O jego założeniach i sytuacji w szkolnictwie rozmawiamy z Magdaleną Kaszulanis, rzeczniczką prasową ZNP.
***
Czym jest „Pakt dla edukacji”?
Magdalena Kaszulanis: ZNP ogłosił kilka dni temu ponad czterdziestostronicowy dokument o tej nazwie. Zawiera on ok. 50 rekomendacji mających wedle zamierzeń ZNP poprawić stan polskiej oświaty. Te rekomendacje dotyczą szeroko pojętej edukacji – od przedszkola, aż po doktorat. Przedstawiliśmy już „Pakt…” minister edukacji oraz szefowi sejmowej komisji edukacji; zamierzamy go również przesłać do premiera, prezydenta, ministerstwa nauki oraz do wszystkich ugrupowań parlamentarnych. Uważamy bowiem, że ten dokument jest dobrym punktem wyjścia do dyskusji o przyszłości polskiej oświaty.
Jakie propozycje zawiera pakt?
M.K.: Pakt jest opracowany pod kątem czterech głównych obszarów – każdy jest najpierw przez nas zdiagnozowany, a następnie proponujemy konkretne rozwiązania. Pierwszy z nich dotyczy prowadzenia szkół i placówek oświatowych, drugi – sytuacji uczniów i wychowanków; trzeci – pracowników oświaty, czwarty zaś – szkolnictwa wyższego i nauki. Chcemy, aby trzonem polskiej oświaty były publiczne szkoły i przedszkola prowadzone przez samorządy. Proponujemy konkretne rozwiązania – wzmocnienie publicznej edukacji, m.in. poprzez powrócenie zapisu dającego kuratorowi oświaty decydujące zdanie w sprawie likwidacji szkół. Dziś to samorząd decyduje o zamknięciu lub przekazaniu szkoły czy przedszkola innym podmiotom – chcemy, aby to kurator miał wiążącą opinię.
Proponujemy także objęcie przedszkoli subwencją oświatową, co znalazło wyraz w naszej obywatelskiej inicjatywie ustawodawczej. Postulujemy również, aby w każdej szkole była biblioteka, stołówka i gabinet lekarski. Krytycznie odnosimy się do odpłatności za drugi kierunek studiów; uważamy, że kształcenie na poziomie wyższym powinno być bezpłatne.
W dokumencie postulujemy utrzymanie zapisów Karty Nauczyciela – tych, które dotyczą zasad zatrudniania/zwalniania, urlopów i wynagrodzeń.
Istnieje także inna inicjatywa ZNP, zakładająca rzeczywiste podliczenie czasu pracy nauczycieli.
M.K.: W przypadku statusu zawodowego nauczycieli proponujemy, aby doprecyzowano zasady zatrudniania nauczycieli w tych szkołach, gdzie nie obowiązuje Karta Nauczyciela, czyli w szkołach niepublicznych, prywatnych, stowarzyszeniowych. Tam nie ma żadnych zasad i często nauczyciele zatrudniani są „na godziny” przez 10 miesięcy w roku. Właśnie przed chwilą dotarła do mnie informacja o szkole, prowadzonej przez stowarzyszenie z Łomży – nauczyciele są tam zatrudniani na godziny, a stawka wynosi 16 zł za lekcję. Rynek pracy nauczycieli w szkołach, gdzie nie obowiązuje Karta, jest rynkiem bardzo drapieżnym. Dlatego też sugerujemy, aby status zawodowy nauczycieli i zasady ich zatrudniania, były wszędzie precyzyjnie określone, a zapisy te miałyby być wiążące także dla tych szkół, gdzie nie obowiązuje Karta Nauczyciela.
W Pakcie mowa także o decentralizacji szkolnictwa. Chcecie powstrzymać ten proces?
M.K.: Do Związku trafia bardzo wiele spraw dotyczących łamania prawa przez organ prowadzący, jakim jest samorząd. Okazuje się, że nawet jeśli samorząd złamie prawo, to dziś niewiele można z tym zrobić, ponieważ wojewodowie sprawdzają uchwały samorządów jedynie pod względem formalnym – czy daty i procedury się zgadzają – natomiast nie oceniają treści i przedmiotu tych uchwał. Czasem są one podejmowane niezgodnie z prawem. Trafia do nas bardzo wiele takich spraw. Zgłaszaliśmy ten problem premierowi. Dlatego proponujemy, aby więcej spraw było regulowanych przez MEN i kuratorium oświaty.
Czy pakt zawiera jakieś rozwiązania, które ujednoliciłyby poziom nauczania i wyrównały szanse edukacyjne?
M.K.: Proponujemy, aby awans zawodowy był elementem pracy nauczycieli w szkołach niepublicznych i stowarzyszeniowych, ponieważ szkoły te, szukając oszczędności, mogą zatrudniać nauczycieli-stażystów, nie zaś nauczycieli z wyższymi kwalifikacjami i doświadczeniem. Mechanizmem wyrównującym szanse dzieci jest również objęcie przedszkoli subwencją oświatową – w bogatych miastach, gdzie samorządy mają duże dochody, przedszkola istnieją. Natomiast tam, gdzie dochody gmin są mniejsze, przedszkoli nie ma lub są one komercjalizowane czy prywatyzowane.
Czy jest już jakaś reakcja na pakt ze strony rządu albo MEN-u?
M.K.: Przekazaliśmy dokument ministerstwu edukacji; niestety nie mamy na razie żadnej informacji z resortu, ale mamy nadzieję, że będzie okazja do rozmowy nt. Paktu i propozycji w nim zawartych. Poprosiliśmy szefa sejmowej komisji edukacji o zwołanie specjalnego posiedzenia komisji, które byłoby poświęcone rekomendacjom ZNP. Chcielibyśmy w gronie posłów, posłanek, partnerów społecznych i ministerstwa edukacji porozmawiać o tych propozycjach.
Pakt powstał jako odpowiedź ZNP na reformy podejmowane w ciągu ostatnich 10 lat w sektorze edukacji.
M.K.: Chcieliśmy przedstawić kompleksową propozycję zmian w edukacji. Oświata jest nieustannie przedmiotem reform – każdy minister chce reformować, poprawić edukację; nie zawsze te zmiany są na lepsze. Bardzo krytycznie oceniamy zmiany dotyczące nadzoru pedagogicznego, czyli ograniczenie roli kuratora oświaty. Zwracamy także uwagę na problemy z kontrolowaniem jakości kształcenia w szkołach.
Które z wprowadzonych w ostatnich latach w sektorze edukacji zmian uważacie Państwo za najgorsze?
M.K.: Oczywiście oprócz osłabienia pozycji kuratora powołujemy się również na pomysł wprowadzenia gimnazjów. Dziś wydaje się, że likwidacja tych szkół byłaby bardzo trudna i wywołałaby spory chaos. Kiedy gimnazja były wprowadzane, ostrzegaliśmy, że nie można powoływać nowego etapu kształcenia, przenosić uczniów ze szkoły podstawowej i kierować ich do trzyletniego gimnazjum bez zagwarantowania odpowiednich warunków. Tych warunków zabrakło – mam tutaj na myśli m.in. pomoc psychologiczno-pedagogiczną. Gimnazja wymagają od nauczycieli bardzo dużo pracy wychowawczej, dlatego powinni oni otrzymać dodatkowe wsparcie psychologiczno-pedagogiczne. W gimnazjach przez 5 dni w tygodniu powinni być dostępni specjaliści, pomagający uczniom w trudnym okresie dorastania.
Jak inne związki odniosły się do Paktu? Czy miała miejsce jakaś współpraca w tej dziedzinie?
M.K.: Nie dostaliśmy jeszcze odpowiedzi od dwóch pozostałych związków działających w oświacie, czyli Solidarności i Forum Związków Zawodowych, ale liczymy na ich udział w tej dyskusji, nie zamykamy się we własnym gronie. Pakt powstał w wyniku wielu rozmów, debat, w których udział brali związkowcy, specjaliści, pracownicy merytoryczni, akademiccy. Ale nie chcemy ograniczać dyskusji do własnego grona.
Pakt jest dostępny na stronie internetowej ZNP. Czy obywatele, którzy zapoznali się z nim, mają jakieś możliwości, aby wesprzeć Związek w jego postulatach?
M.K.: Zapraszamy do wyrażania swojego zdania – zgłaszania nowych propozycji e-mailowo (znp@znp.edu.pl) albo telefonicznie, dzwoniąc do Zarządu Głównego lub do Okręgów ZNP. Pojawiły się już pierwsze głosy – dzwonią do nas samorządowcy, mają sporo uwag. Chcielibyśmy, żeby ta dyskusja o edukacji, o jej kształcie, roli publicznych szkół, roli samorządów, kuratorów oświaty i MEN, przeniosła się również na poziom komisji wspólnej rządu i samorządu. Chcemy zaproponować, aby z samorządami, które są odpowiedzialne za edukację na swoim terenie, rozmawiać o pakcie w ramach tej komisji.
A czy zwykli obywatele mogliby wywierać jakieś naciski na MEN?
M.K.: Oczywiście można kontaktować się z MEN i przesyłać swoje opinie na temat paktu. Dzisiaj ten nasz kontakt ze zwykłymi obywatelami – uczniami, rodzicami – jest bardzo intensywny. Dotyczy on w mniejszym stopniu Paktu, w większym zaś likwidacji szkół i przedszkoli. Bardzo wiele organizacji lokalnych włącza się w obronę likwidowanych placówek i współpracuje z nauczycielami oraz z ZNP. Tych przykładów mamy bardzo dużo, te kontakty i współpracę bardzo sobie cenimy i zachęcamy zarówno rodziców, jak i nauczycieli do tworzenia takich platform współpracy, porozumienia – do łączenia sił i wyrażania na poziomie lokalnym swoich oczekiwań i dążeń, docierania do osób, które na szczeblu samorządu decydują o szkołach i przedszkolach.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 30 stycznia 2012 r.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 6 lutego 2012 | opinie
Koniec świata nastąpi w 2012 roku! Tak przynajmniej utrzymuje wiele publikacji internetowych, poświęconych ważkim zagadnieniom typu UFO, skarby templariuszy czy tajemnicze znaki odciśnięte w zbożu. Nasz los podobno jest już zapisany w kalendarzu Majów i nic nie możemy na to poradzić.
W realnym świecie również nie ma powodów do wiwatów. Ogólnoeuropejski trend cięć oszczędnościowych sieje nasiona, które wydadzą plon wysokiego bezrobocia, spadku aktywności gospodarczej, a w końcu niepokojów społecznych. Jakie żniwa zbiera tego typu polityka, przekonały się Niemcy w ciągu półtorej dekady po rządach „Kanclerza Głodu”, Heinricha Brüninga (1930-1932). W ciągu dwóch lat, stosując politykę cięć budżetowych i nieinterwencji, Brüning powiększył szeregi bezrobotnych z 3 do 5,5 miliona i przysporzył zwolenników NSDAP (wzrost z 6,4 miliona do niemal 14 milionów głosujących). Podobnie dziś, światowi przywódcy zdają się nie opierać proroctwom Majów i zgodnie pouczają społeczeństwa, że „lepiej to już było”. Nasz los podobno jest już przesądzony przez analityków agencji ratingowych i nic nie możemy na to poradzić.
Chociaż nie wszyscy przywódcy kibicują końcu świata, to jednak panuje wśród nich dość zgodna opinia o nieuchronności wyrzeczeń, jakich muszą ich zdaniem dokonać społeczeństwa. Polski rząd, jak wiadomo, w lot wychwytuje tendencje panujące na coraz bardziej dzikim tzw. Zachodzie. Poruszanie się w równym szeregu z europejskim konsensusem daje poczucie wpływu na kierunek, w jakim zmierza nasz kontynent, a przede wszystkim pozwala zejść z linii strzału potencjalnej krytyki.
Jeżeli jedno słowo najlepiej oddaje istotę polityki obecnego rządu, to jest nim pragmatyzm. Ukierunkowany na zachowanie stabilności władzy państwowej, pragmatyzm często zapomina o celach dobra społecznego, ale i nieraz dobrze im służy. Jest zatrważający, gdy może oznaczać akceptację dla powoli obniżającego się standardu życia całych rzesz obywateli, ale jest też pomocny, gdy za pomocą min i póz zapewnia stabilność waluty. Pragmatyk nieustannie kalkuluje i dostrzega szanse. Zupełnie bezprecedensowe wyrwanie funduszom finansowym dwudziestu kilku miliardów złotych rocznie (OFE), jest tym, co jeden z poprzednich rządów ogłosiłby gigantycznym zwycięstwem w walce z „układem”. Jakże znamienne, iż dokonał tego właśnie rząd pragmatyków (tak w dobrym, jak i złym znaczeniu tego słowa).
Dziś bodźcem dla poczynań rządu jest uzasadniony strach przed atakiem potężnych środowisk finansowych, posiadających wystarczająco dużo pieniężnych „armat”, by wystraszyć obrońców twierdz nawet większych od naszej. Co prawda suwerenne państwo może teoretycznie bronić się przed takim atakiem poprzez kontrole kapitałowe i wymiany, w praktyce jednak środowiska finansowe posiadają tak wielki arsenał niekonwencjonalnych środków nacisku, że na przywództwa polityczne różnych państw pada blady strach i gotowe poddać się bez walki. A przynajmniej do niedawna tak było.
Rośnie bowiem wśród urzędników państwowych administracji wielu państw europejskich presja na ukrócenie bezczelnych poczynań finansjery. Dla wielu osób ze starszego pokolenia państwowców nie do zniesienia jest degradacja znaczenia suwerennego państwa przez aroganckie agencje ratingowe i kartele spekulacyjne. Jest to trend, na który szczególnie warto zwrócić uwagę polskich władz. Cóż może być bardziej pragmatycznego, niż zastopowanie hegemonii finansowej oligarchii, której rezultatem musiałyby być dramatyczne zmiany ustrojowe, cywilizacyjne, społeczne i gospodarcze? Prezydent Sarkozy ogłosił, iż nawet w przypadku nieprzeforsowania przez całą UE mikro-podatku od transakcji finansowych, Republika Francuska wprowadzi to rozwiązanie. Sarkozy’ego wsparła kanclerz Merkel, zaś rywal Sarko w wyborach prezydenckich, François Hollande, zaczął domagać się separacji bankowości tradycyjnej od inwestycyjnej, co równie sprawnie zatopiłoby finansowych piratów.
Warto podkreślić, że te ruchy, wywołane przez patriotyczne środowiska europejskich urzędników, a popierane od Brukseli po Watykan, nie są już rozumiane jako próba „cywilizowania” tzw. rynków finansowych. Ich faktycznym celem, który tak przeraził przywódców Wielkiej Brytanii, jest unicestwienie oligarchii finansowej. Oligarchii zamierzającej dokonać likwidacji tradycyjnie rozumianej państwowości oraz tego, co Niemcy nazywają „prymatem polityki”, a zatem przynajmniej pośredniej kontroli społeczeństwa nad procesami, które go dotyczą. Wpływowy niemiecki eurodeputowany Elmar Brok (CDU) stwierdził, iż „ostatnie obniżki ratingów są atakiem wymierzonym w Europę” oraz że „pewne siły w świecie finansów prowadzą wojnę finansową przeciw Europie na rzecz interesów anglosaskich”. Dodał, że chcą one „zniszczyć eurostrefę, aby na tym zarobić”.
Niezlikwidowanie zagrożenia, jakim jest umacniająca się hegemonia finansjery, to nie tylko działanie nie-pragmatyczne, ale wręcz samobójcze. Stawką nie jest przetrwanie takiego lub innego układu politycznego, lecz uniknięcie chaosu. Bezpieczeństwo publiczne i ochrona prawna własności, nawet bardzo wpływowych osób, w warunkach rozkładu społecznego traci dotychczasową moc. Nie ma się co łudzić, dotyczy to także Polski. Jakiekolwiek próby ustabilizowania sytuacji bez likwidacji ekonomicznych przyczyn niestabilności, są skazane na niepowodzenie. Cybernetyczne programy, powszechnie używane do przewidywania trendów i zagrożeń, będą bezradne w obliczu powstawania nowych zjawisk. Sztuczne konflikty społeczne (jak np. „oszołomy” kontra „zdrajcy”), generowane w etnicznie jednorodnym społeczeństwie, nie przysłonią materialnej degradacji. Ruchy populistyczne zaś szybko wyradzają się, zgodnie z „zasadą Frankensteina”, przeciw swym twórcom.
Dlatego pragmatyzm i żywotne interesy społeczne to w tym przypadku jedno i to samo. Do tej pory polski rząd, ustami ministra Rostowskiego, zapowiadał, iż „przygląda się z boku” debacie na temat podatku od transakcji finansowych. Czas najwyższy zabrać głos i wziąć sprawy w swoje ręce, przy okazji zawstydzając Majów.
Krzysztof Mroczkowski
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 1 lutego 2012 | opinie
Jest coraz ciekawiej. System oparty na globalnej dyktaturze finansów trzeszczy w szwach. Na wszelki wypadek proponuję uchwalenie ustawy o przejmowaniu porzuconego mienia. W Ameryce Łacińskiej robotnicy musieli walczyć z wojskiem, aby wejść do opuszczonych fabryk w celu kontynuowania produkcji.
Możni tego świata wpadli w szaleństwo pacyfikowania Węgier. Chcą usunąć premiera Viktora Orbana i doprowadzić do przegranej rządzącej partii Fidesz. Poważane w świecie finansowym gazety i autorytety wylewają na głowę Orbana kubły pomyj. „The Economist” napisał, że Orban jest bezprzykładnie podły. Zarzuty są mętne i nieistotne. Powodem nie może być nowa konstytucja, w której nic zdrożnego nie ma. Fidesz wprowadził lub ma zamiar wprowadzić podatek liniowy. Jest to flagowy punkt programu twardej prawicy, troszczącej się o dochody bogatych. Pojawiły się okręgi większościowe, co też jest idée fixe prawicy, która nie chce dopuścić do parlamentu poglądów mniejszości. Orban nie jest zatem groźnym socjalistą, przebranym w owczą skórę prawicowca. Inny zarzut to przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu. Korona to nie sierp i młot albo swastyka, nawet nie krzyż czy półksiężyc. Co komu przeszkadza korona?
Między wierszami daje się wyczytać prawdziwe powody ataku. Fidesz chce ograniczyć dochody nowej nomenklatury i możliwości wyprowadzania pieniędzy z kraju. Beneficjenci neoliberalizmu buntują się w imię demokracji i praw człowieka. Jak wiadomo, podstawowym prawem człowieka jest zarabianie pieniędzy na Węgrzech i płacenie podatków na Malcie. Oliwy do ognia dolewa zamiar rozliczenia okresu komunizmu. Partia komunistyczna, po cudownym nawróceniu na socjalizm i demokrację, podnosi larum. Sytuacja przypomina nagonkę na Kaczyńskich. Powinniśmy poprzeć Węgrów w imię suwerenności państw Europy Środkowo-Wschodniej. Mam nadzieję, że przywódcy Węgier nie wybierają się we wspólną podróż samolotem.
Nie mam wątpliwości, że katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach. Nie kolekcjonowałam dowodów zamachu. Pilnie czytałam i słuchałam tego, co mieli nam do powiedzenia funkcjonariusze Polski, Rosji i autorytety uznawane przez media. Od pierwszych chwil po katastrofie opinię publiczną zalewała fala kłamstw, oszczerstw pod adresem ofiar i barbarzyńskie opinie o ludziach przejętych tragedią i pogrążonych w żałobie. Kto ma czyste sumienie, nie plecie byle czego w tak ważnej sprawie, nie niszczy dowodów, nie zaciera śladów, a także nie wpada w panikę, że ktoś publicznie zada proste i oczywiste pytanie: Czy to był zamach?
Jeśli odpuścimy sprawę Smoleńska, nie przetrwa ani naród, ani suwerenne państwo. Gdyby w podobnej katastrofie zginął prezydent Komorowski, miałabym takie samo zdanie. Nic nam nie pomoże naprawa finansów publicznych, koniec światowego kryzysu, ani umocnienie się Unii Europejskiej czy też jej rozpad. Będziemy pariasami, których nikt nie szanuje, każdy może im narzucić swoją wolę i wykorzystać we własnym interesie. Już bojówki niemieckie przyjeżdżają do Polski walczyć 11 listopada z „polskim nazizmem”.
Często słyszę opinię, że Polacy są już zmęczeni wracaniem do sprawy Smoleńska. „Prawdy i tak nie poznamy. Pamięć się zaciera, pojawiają się nowe ważne i trudne problemy, patrzmy w przyszłość”. Kapitulacja przed przemocą nie jest cechą wyróżniającą Polaków. Gdy Europie Zachodniej bezpośrednio zagrażał ZSRR, modne tam było powiedzenie „Lepiej być czerwonym niż martwym”. Jedno nie wyklucza drugiego, ale demokratyczny Zachód zachował wdzięczną pamięć o dobrym wujaszku Stalinie, który pokonał faszyzm i dał schronienie polskim Żydom-komunistom. Oprócz tego, w pamięci pozostały obozy koncentracyjne na terenie Polski. To dlatego nie możemy przebić się do opinii światowej z pamięcią o Katyniu, AK i Powstaniu Warszawskim. Żaden prezydent Stanów Zjednoczonych ani premier Wielkiej Brytanii nie przeprosił narodów Europy Środkowo-Wschodniej za Jałtę.
Stany Zjednoczone nie opuściły w zagrożeniu swoich europejskich sojuszników, którzy dla wygody, ze strachu i dla doraźnych korzyści flirtowali ze Związkiem Radzieckim. Ale Polska nie należy do Europy Zachodniej. O swoją przyszłość musimy zadbać sami. Polska zawsze stwarzała problemy. Nie oddała Niemcom „korytarza”, co wywołało wojnę światową, tak jak Węgry walczyła z komunizmem powodując napięcia międzynarodowe. Powstanie „Solidarności” groziło destabilizacją regionu i demoralizowało robotników na całym świecie. Mało brakowało, aby świat finansów i wielkie korporacje zostały pozbawione premii za upadek komunizmu. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać. Stan wojenny zakończył się kapitulacją przy okrągłym stole. Interwencja Moskwy i Waszyngtonu umożliwiła Jaruzelskiemu objęcie stanowiska prezydenta niepodległej Polski.
Brak reakcji na żądanie rzetelnego wyjaśnienia tragedii w Smoleńsku jest racjonalny. Na nadziei na przedawnienie opierają swoje kalkulacje wszyscy przestępcy, a także nieudolne, totalitarne i autorytarne rządy. Wystarczy dostatecznie długo iść w zaparte, nie reagować na krytykę, uchylać się od odpowiedzialności, a sprawa się przedawni, rozmyje, zobojętnieje. Najpierw jest za wcześnie, żeby cokolwiek sądzić, czegoś się domagać. Więc nic się nie robi, tylko karci pokrzywdzonych za oskarżenia nie dowiedzione przed sądem, oszołomów za spiskowe teorie. Potem jest już za późno.
Taki los spotkał lustrację i wszystkie nawet najbardziej głośne zbrodnie komunistyczne. Niczym zakończył się proces w sprawie Grudnia ‘70. Stos kłamstw i przemilczeń rośnie. Gdy prawdy nie da się już dłużej zakrzyczeć lub przemilczeć, winni stają w pierwszym szeregu jej obrońców. Na przykład Balcerowicz karci Polaków za zadłużenie kraju. Jakiś autorytet współczuł autorom stanu wojennego, że tak długo musieli czekać na wyrok sądu. Ale im się opłaciło. Jeśli w ciągu pięciu lat generał Kiszczak nie wywoła następnego stanu wojennego, nie pójdzie do więzienia.
Teraz oczekuję od Adama Michnika przeproszenia wszystkich, których oskarżał o wyznawanie spiskowych teorii.
Joanna Duda-Gwiazda
przez redakcja | poniedziałek 30 stycznia 2012 | kultura zaangażowana, nasze rozmowy
O ACTA, zagrożeniach związanych z tym porozumieniem i protestach przeciwko niemu rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem, prezesem Fundacji Nowoczesna Polska.
***
Jakim graczom, aktorom politycznym i ekonomicznym zależy na tym, by porozumienie ACTA weszło w życie?
Jarosław Lipszyc: Na wejściu w życie tych porozumień zależy przede wszystkim Stanom Zjednoczonym i ich rodzimym korporacjom, których zyski zależą od stopnia represyjności systemu własności intelektualnej na całym świecie. Wiemy więc, kto będzie beneficjentem tego systemu, ale także kto na nim straci – Polska oczywiście straci. Znacznie ciekawsze jest natomiast pytanie, co robimy dalej po uruchomieniu tej ogromnej energii społecznej.
Co w takim razie jeszcze możemy zrobić jako osoby, które nie zgadzają się na podpisywanie takiego porozumienia?
J.L.: Myślę, że należy najpierw odpowiedzieć, co jest złego w globalnym systemie własności intelektualnej, że wywołuje on takie protesty oraz jak naprawić go tak, aby odpowiadał potrzebom obywateli. Jest to obecnie najważniejsze i podstawowe pytanie. Bo co do tego, że traktat ACTA jest politycznym samobójstwem dla każdego polityka, który będzie chciał go parafować, nikt już nie ma wątpliwości. Mam nadzieję, że polscy politycy też to rozumieją i ACTA trafi tam, gdzie powinno być od samego początku – czyli do kosza. Nie wiadomo tylko, czy politycy i obywatele będą mieli wystarczająco dużo siły, determinacji i odwagi, aby rozpocząć poważną dyskusję na temat systemu własności intelektualnej i wyciągnąć z niej wnioski. Obecne próby podczepiania się pod protesty różnych grup politycznych wskazują na chęć instrumentalnego, a więc niepoważnego, potraktowania tego tematu i nie wróżą dobrze. Osobiście nie mam ochoty brać udziału w cyrku walki o władzę. Chciałbym rozmawiać o ideach.
Jak mógłby Pan ocenić dotychczasowe działania rządu Donalda Tuska w zakresie funkcjonowania Internetu, czy szerzej – społeczeństwa informacyjnego, choćby w kontekście idei „open government”, lansowanej przez ministra Boniego?
J.L.: Idea „otwartego rządu” jest oczywiście niezwykle ważną sferą. Mamy problem reprezentacji, który polega na tym, że klasa polityczna jako taka oderwała się od obywatela i nie reprezentuje jego interesów. Obecne protesty wskazują na to, że co jakiś czas pojawiają się kwestie, których politycy zupełnie nie rozumieją – nie rozumieją też głosu społeczeństwa w tych sprawach. Wypowiedzi polityków, że ludzie protestują bo nie rozumieją o co chodzi, a oni im to wszystko wytłumaczą, to wypowiedzi – krótko mówiąc – aroganckie. Traktuje się obywateli jak dzieci, którym teraz rodzic powie, co jest dobre, a co złe. To nie jest dobry przykład na to, jak powinno się toczyć debatę z obywatelami. Ale tak samo niedobre są dziś głosy polityków opozycji, którzy usiłują wykorzystać medialność tematu do promowania swoich ugrupowań. Nie o to przecież chodzi.
Potrzebujemy nowych mechanizmów, które dadzą obywatelom realne narzędzia wpływania na decyzje polityczne, ponieważ 4-letni cykl wyborczy najwyraźniej przestał pełnić swoją funkcję. Żyjemy w świecie zbyt dynamicznym, aby decyzje można było podejmować raz na 4 lata. I kilka takich narzędzi można sobie wyobrazić. Jednym z nich jest np. obywatelska inicjatywa ustawodawcza, realizowana za pośrednictwem Internetu, która umożliwiłaby obywatelom zbieranie podpisów pod inicjatywami ustawodawczymi. Odpowiednia ilość podpisów zobowiązywałaby Sejm do prac nad tymi problemami i pomysłami. Po drugie, kwestia dostępu do dokumentów – obywatele powinni mieć do nich dostęp identyczny jak urzędnicy. Musimy wdrożyć system, w którym dokumenty krążą w sposób jawny, gdzie nie ma uprzywilejowanych urzędników czy posłów, którzy mają do nich dostęp, z wyjątkiem tych z klauzulą „poufne” czy „tajne”. Dopiero gdy dokumenty i sposoby procedowania będą jawne, obywatele otrzymają wszystkie dane, które umożliwią im nadzorowanie poczynań władzy.
ACTA dotyczą – wydawałoby się słusznych – postulatów konieczności chronienia praw twórców. Jakie regulacje czy rozwiązania dostatecznie by je chroniły, a równocześnie nie wylewały dziecka z kąpielą, czyli nie ograniczały praw obywatelskich?
J.L.: Dyskusja o kwestiach prawa autorskiego i innych praw tzw. własności intelektualnej od 20 lat toczy się głównie w sferze propagandy, a nie faktów. Trzeba więc najpierw rozwiać kilka mitów. Mitem pierwszym jest to, że istnieje jakaś grupa twórców, która jest inna niż obywatele. Każdy obywatel jest twórcą, ponieważ my wszyscy robimy zdjęcia czy piszemy teksty. Publikujemy je na blogach, na Facebooku, Naszej-Klasie, Twitterze, publikujemy je w komentarzach na portalach internetowych – wszyscy jesteśmy twórcami. Nie ma osobnej klasy „twórców”, która byłaby różna od klasy o nazwie „obywatele”. Ministerstwo Kultury spotyka się nie z twórcami, czyli z obywatelami, lecz z przemysłem praw autorskich. To są dwie zupełnie różne grupy. Dopóki nie zrozumiemy tej różnicy – nie zrozumiemy też skutków, które ona rodzi i nie będziemy w stanie poprawnie i sensownie zaprojektować regulacji w kwestii praw autorskich.
Druga, niezmiernie istotna kwestia: wszyscy jesteśmy na raz odbiorcami i nadawcami treści. To oznacza, że prawo autorskie reguluje nie jakiś rynek dóbr kultury, lecz całość procesów komunikacji społecznej. Ponieważ komunikujemy się ze sobą za pośrednictwem mediów, każdy nasz akt komunikacyjny to publikacja regulowana przez prawo autorskie. Ponownie: dopóki nie zrozumiemy, że prawo autorskie nie jest regulacją, która ma funkcjonować na określonym rynku produktów kulturalnych, lecz obejmuje całość procesów komunikacji społecznej, niewiele będziemy w stanie zrobić. Oznacza to, że system który musimy zbudować, powinien umożliwiać nam komunikację.
Weźmy modelowy przykład, o którym lubię mówić: Zosia znajduje w Sieci zdjęcie i wrzuca je na swój blog dlatego, że stanowi ono wiadomość, którą chce zakomunikować swoim bliskim. Nie jest ona twórcą tej wiadomości w sensie prawa autorskiego – ale jest autorem tej wiadomości w tym sensie, że jest to coś, co chce wyrazić i przekazać innym. Dopóki nie stworzymy systemu prawnego, w którym Zosia może to zrobić legalnie – a dzisiaj taki akt komunikacyjny jest nielegalny – dopóty ten system nie będzie działał. Nadajemy i odbieramy komunikaty i bardzo często nie są to komunikaty, których jesteśmy twórcami – w sensie prawno-autorskim. Ale jesteśmy ich autorami w takim sensie, że one nas wyrażają. Jest to modelowy przykład, który może służyć jako papierek lakmusowy, wskazujący, czy system, który stworzyliśmy, jest dobry, działa sensownie i służy społeczeństwu.
Jest oczywiste, że system który mamy dzisiaj, pochodzący z połowy XIX wieku, został wymyślony w zupełnie innych realiach medialnych. Mieliśmy wtedy do czynienia z bardzo niewielką ilością transakcji w sensie ekonomicznym. Autor negocjował z wydawcą warunki, następnie podpisywał umowę i zawierał transakcję. Koszt transakcyjny jest tu bardzo wysoki, nie jest on jednak tak istotny, ponieważ wartość transakcji jest bardzo duża. Dzisiaj, gdy Zosia wykorzystuje zdjęcie, także zawiera transakcję – tyle że jej wartość jest mikroskopijna. Zatem wysiłek, który musiałaby podjąć, aby zalegalizować swoje działanie – skontaktować się z autorem, podpisać z nim na papierze umowę itd. – jest niewspółmiernie wysoki w stosunku do wartości transakcji. Zosia jest więc zmuszona do tego, by złamać prawo z uwagi na bardzo wysokie koszta transakcyjne.
Obserwując aktywność zwykłego obywatela na Facebooku, który w ciągu jednego dnia wrzuca kilkanaście zdjęć, przekleja kawałki tekstów itd. – zrozumiemy, że ta cała aktywność komunikacyjna jest nie do zrealizowania w sposób legalny. To po prostu niemożliwe. W związku z tym jedyny działający system, który można sobie wyobrazić, musiałby spełniać kilka warunków brzegowych. Po pierwsze, musiałby jakoś zalegalizować niekomercyjne użytkowanie utworów. To, które nie ma żadnego znaczenia ekonomicznego i na którym nikt nie zarabia. Jeżeli Zosia chciałaby sprzedawać te zdjęcia, to jest to zupełnie inna sytuacja. Ale Zosia nie chce tego robić – ona chce coś zakomunikować światu. Drugi problem dotyczy tego, iż niesłychanie rozciągnęliśmy ochronę praw autorskich w czasie – aż do 70 lat po śmierci autora. Tymczasem nie ma to żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Z ekonomicznego punktu widzenia czas funkcjonowania na rynku większości utworów jest bardzo krótki, bo wynosi najwyżej kilka lat od momentu pierwszej publikacji. Po trzecie: bardzo wiele utworów korzysta z ochrony automatycznie, chociaż tak naprawdę nikt nie jest zainteresowany, aby je chronić. Należy być może poważnie się więc zastanowić nad powrotem do systemu istniejącego kiedyś, w którym chronione są tylko utwory w jakiś sposób zgłoszone do „ewidencji”. Innymi słowy – chronimy nie wszystko jak leci, lecz to, co faktycznie potrzebuje ochrony. Po czwarte zaś musimy na nowo przemyśleć powinności państwa w sytuacjach, gdy są angażowane publiczne fundusze. Wydaje się logiczne, że utwory stworzone za pieniądze wszystkich podatników powinny być automatycznie wyjęte spod ochrony praw autorskich. Skoro my, obywatele, już za nie zapłaciliśmy, to powinniśmy mieć pełne prawo do korzystania z nich bez żadnych ograniczeń innych niż wynikających z tzw. praw osobistych.
W takim razie na koniec – jaka jest przyszłość porozumienia ACTA? Kilka krajów UE jeszcze go nie podpisało…
J.L.: Mam nadzieję, że to porozumienie jest już politycznie martwe i zostanie odrzucone w procesie ratyfikacyjnym zarówno w Polsce jak i w UE – a tym samym po prostu przestanie istnieć. Ewentualne przyjęcie go będzie oznaczać zabetonowanie istniejącego systemu własności intelektualnej i uniemożliwi nam jakiekolwiek reformy. A dzisiaj widać już, że nie jest to coś, co obywatele są skłonni zaakceptować.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Mateusz Mirys, 23 stycznia 2011 r.
przez Piotr Kuligowski | czwartek 26 stycznia 2012 | opinie
Niedawno przez media przetoczyła się informacja o obniżeniu wiarygodności kredytowej Węgier do poziomu śmieciowego (BB+) przez agencję ratingową Standard&Poor’s. Kilka dni później portale ekonomiczne w alarmującym tonie donosiły o zwiększeniu wpływu tamtejszego rządu na bank centralny. Tragizmu sytuacji u naszych bratanków dopełniły materiały o odbywających się na Węgrzech protestach opozycji, spowodowanych jakoby łamaniem standardów demokratycznych przez rządzącą partię Fidesz. Cały ten zgiełk wzmocnił aplauz części polskiej lewicy. Strzelające korki od szampanów, otwieranych na salonowych kanapach z powodu poważnych tarapatów rządu Viktora Orbána, przypominają jednak salwę na część międzynarodowych instytucji finansowych. Trudno zatem wyzbyć się wrażenia, że beztroski raut skończy się poważną czkawką, a nawet bólem głowy.
Orbán nie jest oczywiście zbyt atrakcyjnym punktem odniesienia dla osób hołdujących wartościom lewicowym, czy szerzej – prospołecznym. Trudno jednak pozbyć się odczucia, że krytyka jego poczynań, dokonywana przez te właśnie środowiska, zdecydowanie chybia celu. Dla lewicy bowiem – co zauważył już Marks – istotne są przede wszystkim realia bytu. Te zaś nie są na Węgrzech doskonałe, ale nie są też tragiczne. Według prognozy Saxo Banku na rok 2012, wskaźniki naddunajskiej gospodarki nie prezentują się najgorzej na tle innych państw Europy Środkowej. Co prawda analitycy wieszczą dość wysoką inflację (4%), ale i relatywnie niewysokie bezrobocie. Jego wskaźnik wynieść ma 10,5%, przy np. 12,5% w Polsce i 13,5% na Słowacji.
Węgrzy nie muszą się specjalnie wstydzić także swej pozycji w innych rankingach. Przykładowo, wskaźnik Giniego, mierzący nierówności społeczne, w ciągu dwóch ostatnich dekad w ich kraju zmalał, podczas gdy choćby w Polsce odnotował wręcz skokowy wzrost. Oto bowiem indeks ów wynosi obecnie u Madziarów 27, co sytuuje ich kraj w pozycji zbliżonej do Szwecji i Finlandii. Kompan od szabli i szklanki wyprzedził nas również o jedną pozycję w rankingu HDI (Human Development Index), mierzącym wskaźnik rozwoju społecznego w oparciu m.in. o wysokość PKB, jakość i dostępność edukacji oraz opieki medycznej czy świadczone usługi socjalne.
Trudno oczywiście twierdzić, że pozytywne na tle sąsiadów makrowskaźniki to efekt kilkunastomiesięcznej polityki. Jednak obecne władze Węgier – za co należy im się niewątpliwie pochwała – dokonały nieliberalnych, acz z całą pewnością sprawiedliwych i słusznych posunięć, stymulujących egalitarny kurs. Należy do nich wprowadzony w 2010 r. podatek obrotowy. Płacą go – w wysokości 1% – firmy handlowe, energetyczne i telekomunikacyjne, które w ciągu 12 miesięcy osiągnęły ponad 2 mln euro obrotu. Regulacja ta przyniosła budżetowi 600 mln euro.
Innym mądrym posunięciem rządu Orbána było wprowadzenie tzw. podatku chipsowego. Obowiązuje on od 1 września 2011 r. i dotyczy produktów zawierających dużą ilość soli, węglowodanów lub kofeiny. Rozwiązanie to ma na celu poprawę nawyków żywieniowych społeczeństwa.
Wreszcie, last but not least, za wielkie osiągnięcie koalicji Fidesz-KDNP należy uznać upaństwowienie systemu emerytalnego. Szef węgierskiego rządu słusznie zauważył, że tylko państwo jest w stanie zapewnić obywatelom godziwe emerytury, a oddawanie gigantycznych pieniędzy milionów ludzi w ręce prywatnych spekulantów, to bezmyślna i osobliwa gra hazardowa. Osobliwa, ponieważ gracze, dążąc do zysków, ryzykują nie swoimi środkami finansowymi.
Naszkicowany obraz polityki ekonomicznej Fideszu byłby, pod względem osiągnięć, całkiem dobry jak na niespełna dwuletnie rządy. Burzą go jednak po prostu głupie posunięcia gabinetu Orbána. Do takich z całą pewnością należy przeforsowanie karania grzywną lub więzieniem osób skazanych za włóczęgostwo. W rozwiązaniu tym można oczywiście dostrzec próbę powściągnięcia wybryków koczowniczych grup romskich (stanowiących, co należy podkreślić, niewielką mniejszość populacji węgierskich Romów), które bywają uciążliwe dla społeczności, do których przybywają. Trudno jednak wyzbyć się wrażenia, że nad ową penalizacją bezdomności ciąży widmo foucaultowskiej metody „nadzorować i karać”, która zastąpić ma szerzej zakrojoną pracę socjalną.
Zrozumiały opór części węgierskich związkowców w czerwcu 2011 r. wzbudziła również polityka socjalna rządu Orbána w zakresie emerytur. Wtedy to parlament przyjął ustawę ograniczającą uprawnienia emerytalne policjantów, strażaków, celników i funkcjonariuszy straży granicznej. Grupom tym odebrano prawo przechodzenia na emeryturę po 25 latach pracy. Trudno wyjaśnić to posunięcie inaczej, niż jako poszukiwanie oszczędności kosztem osób nie zajmujących szczytów drabiny społecznej. Dyskusyjna jest kwestia, czy zrównanie wieku przechodzenia na emeryturę dla wszystkich obywateli nie byłoby aktem sprawiedliwości społecznej. Nawet gdyby jednak tak uznać, nieco bardziej dalekowzroczna władza obwarowałaby takie rozwiązanie systemem umożliwiającym przekwalifikowanie przedstawicielom tych grup zawodowych, w których istotne znaczenie pełni sprawność fizyczna i witalność. Jasne jest bowiem, że 50-letni policjant będzie na patrolu pośmiewiskiem dla potencjalnych przestępców – ale w równie niekomfortowej sytuacji znajdzie się jego rówieśnik np. dźwigający cegły na budowie.
Pod znakiem zapytania prospołeczność rządów koalicji Fidesz-KDNP stawia także usztywnienie kursu franka szwajcarskiego, polegające na odroczeniu spłat rat kapitałowych. Posunięcie to z pozoru wygląda na rozsądne. Oto socjalny rząd pomaga biedakom, których nie było stać na horrendalnie drogie mieszkania i – skuszeni niskim oprocentowaniem kredytów w obcej walucie – dali się nabrać na bankowe sztuczki. Naiwność Węgrów w tej materii przybrała znaczne rozmiary: 60% gospodarstw domowych i firm spłaca obecnie taki właśnie kredyt. Fakty i logika podpowiadają jednak, że ubodzy nie zaciągają kredytów hipotecznych w ogóle. Działanie to przyniesie więc korzyść zarówno rodzinom „na dorobku”, którym niewątpliwie należy się wsparcie, jak i cwaniakom zadłużającym się, by kupować mieszkania i żyć z ich wynajmu. Stąd też rozsądniejszym pomysłem wydawałoby się ustanowienie możliwości wdrażania postępowania upadłościowego konsumentów. Nade wszystko zaś z prywatnymi deweloperami powinno konkurować państwo, budujące tanie mieszkania komunalne.
Lewica ma więc za co krytykować poczynania gabinetu Orbána od strony społecznej. W praktyce jednak jej publicyści wolą, w tonie typowym dla „Gazety Wyborczej”, grzmieć o łamaniu demokracji, wolności słowa i praw człowieka.
Oczywiście nowa konstytucja, która weszła w życie z początkiem tego roku, w wielu kwestiach budzi poważne wątpliwości. Choćby zmiana nazwy państwa z Republiki Węgierskiej na Węgry nasuwa pewne nieprzyjemne skojarzenia z sytuacją Republiki Francuskiej, przemianowanej na Państwo Francuskie przez tamtejszą kolaborancką prawicę w czasie II wojny światowej. Również zapis o ochronie życia poczętego jest wyraźnym, odgórnym przesunięciem wahadła na prawo w niekończącym się sporze pomiędzy liberalnymi i konserwatywnymi zapatrywaniami na kwestie obyczajowe. Są to jednak raczej sprawy drugorzędne. Trudno pochwalać sytuację, w której zgwałcona kobieta zmuszona jest do urodzenia dziecka. Istotniejsze jest jednak zadanie pytania o przyczynę gwałtu, a w szerszej perspektywie – o świadomość seksualną obywateli, dostępność antykoncepcji, osłonę socjalną dla rodzin etc. W pomijaniu tych zagadnień zadziwiająco zgodne są obie strony obyczajowego sporu.
Kuriozalne, że lewica, która tradycyjnie interesowała się przede wszystkim „twardą” ekonomią i socjologią, postulując rozwiązania systemowe i dalekowzroczną politykę społeczną, przeskoczyła obecnie w sferę „wolności formalnych”. Do pomyślenia jest groteskowa sytuacja, w której rząd jakiegoś kraju, zajmując podobną do gabinetu Orbána – a więc co najmniej chwiejną – postawę w sprawach socjalnych, zyskuje poklask lewicy za dodanie do nazwy państwa słowa „Ludowa” czy wpisanie do konstytucji ochrony małżeństw jednopłciowych.
Casus Węgier nie jest jednak li tylko jednym z wielu przykładów na niedołęstwo analityczne polskiej lewicy i jej rozkład ideowy. Ilustruje on bowiem nade wszystko nasilającą się, a bardzo niebezpieczną tendencję w światowej polityce, którą w 2004 r. brytyjski politolog Colin Crouch ochrzcił mianem postdemokracji. W jego ujęciu, termin ten ilustruje sytuację formalnego istnienia fasady demokracji w postaci swobód konstytucyjnych, wyborów parlamentarnych itp., z jednoczesnym przeniesieniem środka ciężkości w procesie decyzyjnym na międzynarodowe instytucje finansowe czy zarządy wielkich korporacji.
Państwa, postrzegane dotąd jako najskuteczniejszy instrument dokonywania dalekosiężnych przemian społecznych, przy rosnącym zadłużeniu zmuszone są działać nie pod dyktando suwerena, czyli ogółu obywateli, ale zgodnie z życzeniem agencji ratingowych, analityków giełdowych i bankierów. Tendencję tę ilustrują nie tylko losy Węgier. W iście postdemokratycznym stylu od władzy został odsunięty Silvio Berlusconi. Skorumpowanego magnata z premierowskiego fotela nie zrzuciła przecież rewolucja, ani masowe protesty czy strajk generalny, lecz giełda i agencje ratingowe, takie jak Standard&Poor’s czy Moody’s.
Globalny kryzys rysuje przed nami całkowitą zmianę perspektywy politycznej. Odtąd skuteczny nie będzie ten gabinet, którego działania spotkają się z aprobatą obywateli, lecz taki, który doprowadzi do zazielenienia giełdowych słupków. Politycy muszą więc zabiegać o dobre notowania w gremiach nie podlegających jakiejkolwiek demokratycznej weryfikacji, acz posiadających władzę większą, niż rząd pojedynczego kraju. Gdyby zaś przyszło im do głowy wychylenie przed szereg z nieco bardziej radykalną wizją, to analitycy Standard&Poor’s szybko temu zaradzą.
Sytuacja taka otwiera pole do poszukiwania filozoficznej, politycznej i instytucjonalnej formuły, która pozwoli na nowo uchwycić procesy decyzyjne w ręce społeczeństwa. Lewica ma ogromny, historyczny i teoretyczny potencjał do wypracowania takowej. Jednak obserwując jej ekscytację losami pogrążających się Węgier, należy mieć wątpliwość, czy wyzwolenie spod jarzma Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bonzów giełdowych i szefów korporacji dokona się pod czerwonym sztandarem.
Piotr Kuligowski
przez redakcja | wtorek 24 stycznia 2012 | nasze rozmowy
W odpowiedzi na zapowiedziane przez Donalda Tuska podniesienie wieku emerytalnego, NSZZ „Solidarność” podjął akcję zbierania podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w tej sprawie. O powodach i działaniach podjętych przez Związek rozmawiamy z Wojciechem Gumułką, rzecznikiem prasowym „Solidarności”.
***
Dlaczego „Solidarność” chce odwoływać się do referendum, skoro o emeryturach mogą zadecydować demokratycznie wybrani posłowie?
Wojciech Gumułka: Ostatecznie o tym, czy referendum zostanie ogłoszone i tak zdecydują posłowie, gdyż dopiero po zebraniu co najmniej 500 tysięcy podpisów wniosek staje się przedmiotem obrad parlamentu, podczas których posłowie mogą odrzucić wniosek obywatelski. Czym innym jest jednak, jeśli grupa posłów podejmuje decyzję, a nawet wnioskuje o przeprowadzenie referendum, a czym innym, gdy za referendum opowiada się tak znacząca część społeczeństwa. Referendum to forma aktywności najbliższa demokracji bezpośredniej. Sprawa dotyczy całego narodu i państwa, więc liczymy, że po pierwsze do referendum dojdzie, a po drugie – że Polacy zechcą się w tej sprawie masowo wypowiedzieć.
Co złego jest w podniesieniu wieku emerytalnego?
W.G.: „Solidarność” opowiada się za tym, aby obywatele mieli możliwość wyboru, jak długo chcą pracować. System emerytalny powinien być skonstruowany tak, aby pozwalać, po pierwsze, na wybór momentu przejścia na emeryturę, po drugie – umożliwiać łączenie przebywania na emeryturze z częściową pracą zawodową. Jesteśmy przeciwni zero-jedynkowej zmianie wieku przechodzenia na emeryturę. Cho
okres przejściowy, zapowiadany przez Donalda Tuska, jest stosunkowo długi, to Polska nie jest przygotowana do takiej zmiany – pod względem rynku pracy czy opieki zdrowotnej nad ludźmi, którzy będą musieli długo pracować. Tych wszystkich elementów zabrakło. Pojawiła się jedynie informacja, że wiek emerytalny zostanie wydłużony. Na tego typu zmianę „Solidarność” się nie zgadza. Chcemy, żeby w tej sprawie głos zabrali obywatele.
Istnieją znaczące różnice między średnią długością życia a liczbą lat przeżytych w zdrowiu. Dla Polski ten drugi wskaźnik oscyluje w okolicy 57 lat. Wydłużenie wieku emerytalnego nie wpłynie też pozytywnie na stopę bezrobocia. Czy te czynniki również są brane przez „Solidarność” pod uwagę?
W.G.: Oczywiście. Rynek pracy jest niedostosowany, brakuje systemu zagospodarowania ludzi, którzy są po pięćdziesiątce, a tym bardziej po sześćdziesiątce, tak, aby w dalszym ciągu mogli się znajdować na rynku pracy. Warto przypomnieć, że program 50+ skończył się porażką – miejsc pracy dla pracowników powyżej 50. roku życia powstało niewiele. Obawiamy się, że podniesienie wieku emerytalnego spowoduje jedynie ucieczkę na świadczenia rentowe lub zwolnienia starszych pracowników i zatrudnianie młodszych na ich miejsce. A z drugiej strony dłuższe zatrudnienie osób starszych negatywnie odbije się na ilości etatów dla ludzi młodych, dopiero wchodzących na rynek.
Jednym z argumentów strony rządowej są spodziewane bardzo niskie świadczenia, będące m.in. efektem poprzedniej reformy emerytalnej.
W.G.: Na pewno istotną rzeczą jest ujednolicenie systemu wnoszenia składki emerytalnej. W tej chwili niektóre formy zatrudnienia są pod tym względem zdecydowanie preferowane, np. samozatrudnienie czy umowy o dzieło. Składki od tych form zatrudnienia są o wiele niższe lub wręcz nie ma ich w ogóle. Zdaniem „Solidarności” znajdują się tutaj spore rezerwy i na pewno system emerytalny mógłby – przy odpowiednich zmianach – zostać solidnie zasilony. Lepszej kondycji systemu emerytalnego sprzyjać będzie też większe zatrudnienie, a tym samym większa ilość pracowników wnoszących składki do systemu. Widzimy tutaj konieczność takich działań rządu, które będą stymulować wzrost zatrudnienia w różnych kategoriach wiekowych.
Czy Solidarność proponuje zmiany na rzecz solidarności międzypokoleniowej, na wzór poprzedniego systemu emerytalnego?
W.G.: Tutaj pojawia się wątek związany z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi i możliwością wyboru formy ubezpieczenia. Nie chcielibyśmy wiązać dyskusji na ten temat z referendum, bo to zamazywałoby problem. W tej chwili chcemy się skoncentrować na tym, aby Polacy mieli możliwość wypowiedzenia się w tak ważnej kwestii, jak wydłużenie wieku emerytalnego. To jest w tej chwili kluczowe. Mamy oczywiście komplet propozycji rozwiązań emerytalnych – takich, jak ujednolicenie sposobu wprowadzania składki do systemu, możliwość godzenia życia na emeryturze z pracą zawodową czy możliwość wyboru momentu przejścia na emeryturę. To są nasze postulaty emerytalne, o których chcemy z rządem rozmawiać. Natomiast referendum to sprawa osobna, mająca łączyć obywateli ponad podziałami związanymi z tym, jaką postać systemu emerytalnego preferują.
Jakie skutki społeczne pociągnie za sobą podwyższenie wieku emerytalnego?
W.G.: Wielu obecnych pracowników planuje zajęcie się sprawami rodzinnymi, jak opieka nad wnukami czy chorymi członkami rodziny. Takie czynności i postawy mają duże znaczenie społeczne, zwłaszcza w sytuacji niewielkiej aktywności władz na tym polu. Wydłużenie wieku emerytalnego spowoduje, że te plany będą musiały ulec zmianie. System opieki zdrowotnej nie jest dostosowany do opieki nad osobami po 60. roku życia – należy dołożyć starań, żeby pracować mogli tylko ci, którym zdrowie naprawdę na to pozwala. Nie chcemy, żeby wszystkich pracowników traktować jedną miarą.
Solidarność planowała współpracę z innymi organizacjami i związkami zawodowymi. Jak obecnie wygląda ta współpraca?
W.G.: Inne związki zawodowe przyłączyły się do akcji i zbierają podpisy – są wśród nich dwie inne duże centrale, OPZZ i Forum Związków Zawodowych, a także kilka związków mniejszych lub branżowych. Zebraliśmy już ponad 700 tysięcy w zaledwie 3-4 tygodnie! Świadczy to, że zachowania obecnych rozwiązań chce znaczna część Polaków.
Gdzie można złożyć podpis lub jak można włączyć się w akcję zbierania podpisów?
W. G.: Podpisy można składać w każdej organizacji zakładowej „Solidarności”, we wszystkich zarządach regionów naszego związku, a także u naszych partnerów – innych związków zawodowych i organizacji pozarządowych. Uruchomiliśmy stronę internetową www.referendumemerytalne.pl – tam także można pobrać wniosek, a po zebraniu podpisów przesłać go do nas.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 20 stycznia 2012 r.
Podpisy można składać także w redakcji „Nowego Obywatela” w Łodzi, ul. Piotrkowska 5.
przez Agata Młodawska | czwartek 19 stycznia 2012 | opinie
Południe Hiszpanii to wymarzone miejsce ucieczek od instytucji i infrastruktury. W położonym kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Almerii Las Negras można się rozkoszować szelestem ręcznie szytych ubrań z pobliskiego sklepu, popijać niezobowiązująco piwo, a wzrok skierować na białe żagle na tle morskiego ciemno-błękitu.
Półtoragodzinna wycieczka w pobliskie góry dostarcza jeszcze mocniejszych wrażeń. W opuszczonej rybackiej wiosce powstała prawdziwa anarchistyczna komuna. Można tu podziwiać domki złożone z kilku głazów i paneli słonecznych, popatrzeć na cień palmy nad ogrodem warzywnym i wrócić motorówką lub pieszo na łono białych domów, ręcznie szytych ubrań i olbrzymich kotów przeciskających się przez wąskie uliczki.
Po wyczerpującej wycieczce proponujemy relaks przy lekturze tekstów o kooperatywie wiejskiej, gdzie, jak napisał portal kapitalizm.org, „udało się zrobić komunizm”. Mieszkańcy Marinaledy (ok. 100 km na wschód od Sewilli) okupowali leżące odłogiem ziemię książęce tak długo, aż oddano im całe 1200 hektarów. Na zajętych terenach uprawia się m.in. karczochy, paprykę i brokuły, każdy mieszkaniec ma zapewnioną pracę w spółdzielni, półdarmowe mieszkania z materiałów dostarczonych przez andaluzyjski samorząd (ściślej mówiąc, trzeba przy ich budowie pracować przez 450 dni, ale kto by traktował wymianę barterowa jako jedną z form obrotu rynkowego) i wynagrodzenie w wysokości 1126 euro miesięcznie.
To tyle, jeżeli chodzi o fakty, ciąg dalszy można sobie bez trudu wyobrazić. Wersja prawicowa: anachroniczny pomysł z „minionej epoki” (z której? – zapytałby dociekliwy czytelnik? Rządów generała Franco?), Marinaleda musi odejść. Wersja lewicowa: olbrzymie zdjęcia burmistrzowskiej arafatki z włodarzem miasta w tle, wskazane śródtytuły ¡No pasarán! względnie ¡El pueblo unido, jamás será vencido! Co wybierasz: patetyczne okrzyki czy paternalistyczne poklepywanie po plecach? Innej drogi nie ma.
Za przykład może posłużyć historia Jerome’a Mintza, amerykańskiego antropologa, który w 1963 r. osiedlił się w miejscowości Casas Viejas. Miejscowym wydawał się sympatycznym, acz nieco dziwnym człowiekiem – zadawał mnóstwo pytań. „Nie wiem”, „Nie było mnie wtedy w domu”, „Nie pamiętam, jak się nazywali” – takie początkowo uzyskiwał odpowiedzi. Rekonstrukcja tragicznych wydarzeń z 1933 roku, kiedy to wojsko dowodzone przez porucznika Rioja spaliło żywcem miejscowych przywódców libertariańsko-komunistycznego powstania, zajęła mu 3 lata. „Grałem wtedy w piłkę w pobliżu…”, „Brat był wśród zatrzymanych”, „Czuć było zapach spalonego mięsa”.
W końcu doszło do wyznania: „Pamiętam to jak dzisiaj. Słuchaj, powiem ci w końcu jak było naprawdę, byłem jednym z przywódców ruchu”. Wszystkie te historie Mintz umieści w wydanej w 1983 książce „The anarchists of Casas Viejas”. Towarzyszyć im będą suche zeznania wojskowych, zaczerpnięte z oficjalnej dokumentacji zdarzeń: („Byliśmy zmęczeni po 48 godzinach marszu, przyszedł rozkaz szybkiego stłumienia zdarzeń”) i odniesienia do sięgającej drugiej połowy XIX wieku historii anarchizmu w nieznającej rewolucji przemysłowej południowej Hiszpanii, „gdzie Bakunin był bardziej popularny niż Marks”.
Zdarzenia z roku 1933 były początkiem tragedii. Wkrótce miała wybuchnąć wojna, wobec której część mieszkańców dokona szybkich wyliczeń opartych o rachunek prawdopodobieństwa. Częste będą efektowne transgresje – miejscowy nauczyciel, zdeklarowany socjalista, krótko po wkroczeniu wojsk Franco nosi koszulę z symbolem Falangi. Część mieszkańców Casas Viejas pójdzie w ślady nauczyciela, część pójdzie za Republiką. Część pójdzie po śmierć, inni zmuszeni zostaną do grzebania zwłok sąsiadów. „Ojciec potem nie mógł jeść przez 8 dni” – wspomina jeden z rozmówców Mintza. Szczegółowa dokumentacja jest pozbawiona patosu i paternalistycznych uwag.
Opis detaliczny do bólu – oceni Rachel Patrick Conover, recenzentka „Cultural Analysis”. Większość zainteresowanych wydarzeniami w regionie nie pokusiła się o rozmowę z mieszkańcami. Ten błąd popełnił m.in. marksistowski historyk Eric Hobsbawm, który w oparciu o niesprawdzone informacje z niezaangażowanego w ruch 70-latka uczynił „charyzmatycznego lidera”, dopasowując fakty do przyjętych uprzednio założeń teoretycznych.
Uczestniczący w wydarzeniach czynnik ludzki jest dla nich zbyt nieprzewidywalny i zbyt kosztowny – wygodniej jest pisać rewolucyjne poematy z daleka od prozy rewolucyjnej rzeczywistości i codziennych „kooperatywowych” sporów o celowość wydania wspólnych pieniędzy na lekarza, z którego nie wszyscy będą korzystali z jednakową częstotliwością. Dobrzy oburzeni to teoretyczni oburzeni – tacy nie kłócą się, nie mają wad, nie mówią brzydko, śpiewają w jednym chórze i dobrze wychodzą na fotografiach w sepii. Lepiej trzymać się od protestujących z daleka, niezależnie od tego, czy okupują szkołę, czy idą w manifestacji. Zrobić zdjęcia z bezpiecznej odległości, przerobić na komiks i umieścić w dymkach frazesy o wzniosłych ideałach. Tak będzie też korzystniej – fakty mówią same za siebie. Po marksiście Hobsbawmie i innych teoretykach ruchów anarchistycznych został rozgłos, po Mintzu skrawki informacji w internecie i 23 kilogramy dokumentacji (obejmującej nagrania, notatki i filmy).
O nieprzystawalności pomysłów Mintza do rzeczywistości świadczyć może próba zmierzenia ich dzisiejszymi kryteriami konkursów dla młodych naukowców. Jako organizatorom, zależy nam na wysokiej jakości produkcji, dlatego też starannie selekcjonujemy rozpoczynających karierę. Mile widziane osoby w wieku do 35 lat, posiadające publikacje w uznanych periodykach naukowych lub autorstwo monografii anglojęzycznej. Projekt nie musi mieć bezpośredniego znaczenia praktycznego, ale mile widziane, jeżeli autor napisze, jakie znaczenie wyniki będą miały dla rozwoju nauki i biznesu, władz lokalnych i rozwoju przedsiębiorczości. Suszyć, skruszyć, zmielić, zważyć, niech pomysły mienią się osobomiesiącami.
Dlatego też z ubolewaniem zmuszeni byliśmy odrzucić wniosek pana Jerome’a Mintza, który nie posiadając publikacji w uznanych periodykach, postanowił zainteresować się problematyką ruchu anarchosyndykalistycznego w Hiszpanii. Zbyt długi był czas realizacji projektu: trzy lata badań w terenie. Autor nie sprecyzował, kiedy uzyska pierwszy wywiad, nie umiał określić, ile czasu zajmie mu zdobycie zaufania mieszkańców Casas Viejas, nie wycenił wartości tego etapu, nie przeliczył na odpowiednią walutę. Przedstawione wyniki badań są niejasne, nie da się na ich podstawie opracować praktycznych wskazówek dla samorządu lokalnego i przedsiębiorców. Zbyt bliskie relacje badacza z obiektem badania grożą utratą obiektywizmu i uzyskaniem niemierzalnych wyników. Klasyfikacja wniosku: niezakwalifikowany do finansowania.
Przeszedł za to projekt opracowujący badania marketingowe dla czterogwiazdkowego hotelu o nazwie „Utopia”, który stoi obecnie w Casas Viejas w miejscu spalonej chaty. Uzasadnienie: projekt w ciekawy i innowacyjny sposób przedstawia projekt zbadania postaw konsumenckich wobec pakietu „weekend w Utopii plus pobyt na polu golfowym”.
Agata Młodawska
przez Karol Trammer | piątek 13 stycznia 2012 | opinie
Media – zajęte informowaniem, że nowy rozkład wszedł życie „zgodnie z planem” i ruch pociągów odbywa się „bez zakłóceń” – zapomniały dodać, iż zmiana rozkładu oznaczała całkowitą likwidację pociągów regionalnych na 257 kilometrach linii kolejowych.
Wieczór 11 grudnia 2011 r., dzień wejścia w życie nowego rozkładu jazdy pociągów. Prowadząca główne wydanie „Wiadomości” TVP Małgorzata Wyszyńska stwierdza: „Może trudno w to uwierzyć, ale tym razem zmiana rozkładu jazdy kolei nie sprawiła praktycznie żadnych problemów”.
Słowa dziennikarki szybko potwierdzili przypadkowi pasażerowie. „Bez problemu”, „żadnych problemów i żadnych zastrzeżeń” – przede wszystkim takie wypowiedzi na temat nowego rozkładu jazdy przebiły się w sondzie „Wiadomości” przeprowadzonej na dworcu Poznań Główny.
Pozytywny obraz zmiany rozkładu jazdy zaprezentowały nie tylko media publiczne. „Chaosu na kolei nie było” i „pasażerowie bez problemów odnaleźli się w nowej kolejowej rzeczywistości” – donosiło Radio Zet, a „Rzeczpospolita” pisała, że przy zmianie rozkładu „nie było chaosu i paniki”, a „sytuację monitorował specjalny zespół powołany przez ministra transportu”.
Bez zakłóceń
To, że przekaz medialny na temat ostatniej zmiany rozkładu jazdy pociągów był wyjątkowo pozytywny, potwierdza Instytut Monitorowania Mediów, który zbadał 494 materiały zawierające frazę „nowy rozkład PKP”, jakie ukazały się w ciągu pierwszych 36 godz. obowiązywania rozkładu jazdy pociągów 2011/2012. Jak wynika z badania instytutu, media – opisując zmianę rozkładu – zasadniczo używały stwierdzeń „bez utrudnień”, „zgodnie z planem” oraz „bez problemów”. Najczęściej – bo aż 176 razy – w analizowanych materiałach medialnych padła fraza „bez zakłóceń”.
Co istotne, stwierdzenia „bez zakłóceń” – które bardzo szybko opanowało media – jako pierwszy użył Sławomir Nowak, minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Nowak – umieszczając w niedzielny poranek na swoim profilu w portalu społecznościowym Twitter wpis „Pierwsze 6 godz. nowego rozkładu jazdy bez zakłóceń” – nadał ton przekazom medialnym.
Jak czytamy w raporcie Instytutu Monitorowania Mediów, „minister Nowak był tego dnia gwiazdą PKP – pojawił się w 40% przekazów na temat zmiany rozkładu jazdy, z czego w 70% przypadków zacytowano jego wypowiedzi właśnie z Twittera”.
Nie odnotowano istotnych utrudnień
Równolegle z dużą skutecznością zadziałały służby prasowe Grupy PKP, które przez cały pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu jazdy regularnie rozsyłały do mediów e-maile informujące o sytuacji na sieci kolejowej.
Z otrzymywanych co 2-3 godz. e-maili dziennikarze „obsługujący” zmianę rozkładu jazdy dowiadywali się, że „dyspozytura Główna Centrum Zarządzania Ruchem Kolejowym nie odnotowała istotnych utrudnień”, „nad sprawnym wprowadzeniem rozkładu jazdy czuwa Zespół Monitorujący Grupy PKP”, a „95% wszystkich pociągów kursujących dzisiaj w Polsce dojechało do celu zgodnie z planem”.
Pierwszego dnia obowiązywania nowego rozkładu jazdy uruchomiono 3113 pociągów pasażerskich. 95-procentowa punktualność oznacza więc, że 156 pociągów dotarło do stacji docelowych z opóźnieniem. Tymczasem z komunikatów rozsyłanych przez służby prasowe Grupy PKP można było dowiedzieć się o zaledwie czterech zakłóceniach w ruchu. Nawiasem mówiąc, w wydawanym przez spółki Grupy PKP tygodniku „Kurier Kolejowy” w tekście „Nowy rozkład jazdy zgodnie z planem” napisano o „pojedynczych incydentach”.
Jednym z pojedynczych incydentów było 70-minutowe opóźnienie pociągu EuroNight „Jan Kiepura” z Amsterdamu. W komunikacie natychmiast jednak zapewniono, że „w Poznaniu pociąg zmniejszył opóźnienie do 40 minut” i dodano jeszcze, iż „opóźnienie to nie ma związku z wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy, ani działaniem kolei na terenie Polski”.
Zgodnie z planem
Poranny wpis ministra Sławomira Nowaka w portalu Twitter oraz komunikaty służb prasowych Grupy PKP naprowadziły dziennikarzy na patrzenie na zmianę rozkładu jazdy poprzez pryzmat opóźnień i innych zakłóceń w ruchu pociągów. W efekcie media – zajęte relacjonowaniem, że nowy rozkład wszedł życie „zgodnie z planem” i ruch pociągów odbywa się „bez zakłóceń” – co najwyżej prześlizgiwały się po temacie zmian w ofercie przewozowej: zmieniającej się sieci połączeń i zmieniających się czasach przejazdu.
Nie sposób więc było dowiedzieć się z mediów, że na wielu trasach wciąż wydłużają się czasy podróżowania koleją. Przykładowo, wraz z wejściem w życie nowego rozkładu czas przejazdu z Przemyśla do Szczecina wydłużył się o ponad dwie godziny (z 14 godz. 23 min. do 16 godz. 27 min.)!
Trudno było w mediach znaleźć informację, że wraz z wejściem nowego rozkładu jazdy do długiej listy kurortów pozbawionych połączenia kolejowego (m.in. Busko-Zdrój, Duszniki-Zdrój, Karpacz, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Mikołajki, Mrągowo, Polanica-Zdrój, Połczyn-Zdrój, Świeradów-Zdrój) dołączyły kolejne dwa miasta: Ciechocinek i Darłowo.
Ostatnia zmiana rozkładu jazdy oznaczała likwidację pociągów regionalnych na 257 km linii kolejowych. To dokładnie jedna czwarta poziomu największej w historii polskiej kolei fali zawieszeń z kwietnia 2000 r., kiedy pociągi wycofano z 1028 km linii kolejowych.
W grudniu 2011 r., wraz z wejściem nowego rozkładu jazdy, pociągi regionalne zniknęły z następujących odcinków: Sławno – Darłowo, Ciechocinek – Aleksandrów Kujawski, Inowrocław – Babiak, Jarocin – Kąkolewo, Leszno – Głogów, Tarnowskie Góry – Zawadzkie i Lwówek Śląski – Zebrzydowa. Ponadto zlikwidowany został ruch na kolejowym przejściu granicznym Czeremcha – Vysokolitovsk na granicy polsko-białoruskiej. Telewizja, radio i prasa wszystko to jednak przemilczały.
Spokojne przejście
Z okazji wejścia w życie nowego rozkładu jazdy media zaserwowały opinii publicznej dzień dobrych wiadomości. Dziennikarze – czerpiąc z komunikatów prasowych Grupy PKP i wpisów ministra w internecie – skupiali się na tym, że kolej kursuje zgodnie z rozkładem jazdy, jednocześnie nie wspominając, że na wielu trasach pociągi jeżdżą coraz wolniej albo… wcale. Niespodziewanie jednym głosem przemówiły różne media: telewizja publiczna („Zmiana rozkładu jazdy kolei nie sprawiła praktycznie żadnych problemów”), często krytyczny wobec rządu dziennik „Rzeczpospolita” („Zmiana rozkładu PKP bez chaosu i opóźnień”), jak i wydawany przez spółki Grupy PKP „Kurier Kolejowy” („Nowy rozkład jazdy zgodnie z planem”).
Tę optymistyczną jednomyślność mediów docenił minister Sławomir Nowak, przekazując dziennikarzom słowa uznania: „Dziękuję mediom za pomoc w informowaniu ludzi o zmianach w rozkładzie jazdy. Spokojne przejście przez zmianę to norma, a nie nadzwyczajna sytuacja” – napisał minister transportu na portalu Twitter, gdy pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu jazdy dobiegał końca.
Karol Trammer
Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 57, styczeń-luty 2012; http://www.zbs.net.pl
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 7 stycznia 2012 | nasze rozmowy
Przełom starego i nowego roku przynosi zwykle optymistyczne wywody polityków i dużych mediów. Wiele mówi się o rozwoju, wzroście PKB, o tym, że Polskę ominął kryzys i „żyje się lepiej, wszystkim”. O kwestiach rzadko przywoływanych w takich opiniach rozmawiamy z prof. dr hab. Stanisławą Golinowską, specjalizującą się m.in. w badaniu biedy i problemów społecznych.
***
Zacznijmy od pytania podstawowego: czym właściwie są bieda, ubóstwo, nędza?
Stanisława Golinowska: W naukowych definicjach ubóstwa (w języku potocznym – biedy) przyjmuje się, że istotą występowania tego zjawiska jest niemożność zaspokojenia potrzeb, które są człowiekowi niezbędne do normalnego życia zarówno w sensie egzystencjalnym i reprodukcyjnym, jak i społecznym. Z ubóstwem w sensie egzystencjalnym – bezpieczeństwa fizycznego przeżycia – mamy do czynienia, gdy ludzie napotykają na problemy z zaspokojeniem odpowiednich racji żywnościowych, nie mają gdzie mieszkać, nie posiadają odpowiedniej odzieży, która chroni np. przed zimnem, nie mają dostępu do leków i pomocy medycznej. Takie ubóstwo w skrajnej postaci nazywamy niekiedy nędzą.
Komponent reprodukcyjny dotyczy braku możliwości rozwoju człowieka i następnie odbudowywania posiadanego potencjału; nie tylko fizycznego, ale także intelektualnego i psychicznego. Do tego potrzebne są głównie rodzina i dostęp do edukacji.
Społeczny komponent ubóstwa jest konsekwencją ograniczeń w zapewnieniu podstawowych potrzeb życiowych oraz ograniczeń indywidualnego rozwoju. Polega na tym, że ludzie biedni nie uczestniczą w życiu społecznym i nie pełnią ról społecznych. Ubóstwo w sensie społecznym nazywane jest wykluczeniem społecznym.
Skąd „obiektywnie” wiemy, że ktoś jest ubogi?
S. G.: GUS (podobnie jak i inne instytucje statystyczne, np. Eurostat) stosuje różne miary ubóstwa. Najpopularniejsze podejście polega na ocenie, na co wystarcza posiadany dochód. Mówimy wtedy o tzw. ubóstwie dochodowym czy inaczej – monetarnym. Aby dokonać tej oceny, trzeba zastosować jakieś kryterium, pozwalające oddzielić ubogich od nieubogich. To dochodowe kryterium nazywamy linią ubóstwa.
I tutaj znów mamy różne podejścia. Należy pamiętać o co najmniej trzech liniach: ubóstwa absolutnego, relatywnego i subiektywnego. W przypadku koncepcji ubóstwa absolutnego dokonujemy pieniężnej wyceny zaspokojenia potrzeb podstawowych – eksperci ustalają normatywnie koszyk potrzebnych produktów i usług. Może to być koszyk dóbr zaspokajających tylko potrzeby przeżycia (egzystencjalne) lub szerzej – koszyk pozwalający na funkcjonowanie w społeczeństwie w sposób zintegrowany (bez wykluczenia). Ten drugi koszyk w polskiej praktyce wyznaczania ubóstwa absolutnego nazywany jest minimum socjalnym.
Koncepcja biedy relatywnej jest odpowiedzią na zależność ubóstwa od przeciętnego i akceptowalnego standardu życia w danym kraju. Uznaje się więc względność ubóstwa oraz wskazuje na nierówności dochodów jako istotny wyznacznik ubóstwa. W statystykach ubóstwa relatywnego przyjmuje się, że biedni są ci, którzy żyją poniżej pewnego zakresu poziomu przeciętnego. Linie ubóstwa relatywnego wyznacza poziom od 40% do 60% przeciętnej (lub mediany) wartości dochodów (lub konsumpcji).
Subiektywne granice ubóstwa powstały jako wynik badań na temat postrzegania własnej sytuacji życiowej respondentów.
Według raportu GUS, opublikowanego pod koniec lipca, ubóstwo w Polsce dotyczy przede wszystkim rencistów, osób słabo wykształconych, rodzin wielodzietnych, a zagrożenie ubóstwem dzieci i młodzieży jest znacznie silniejsze, niż dorosłych.
S. G.: Gdy stosujemy miary dochodowe, to oczywiste jest, że ubogimi są ci wszyscy, którzy nie mają dochodów lub ich dochody są bardzo niskie – poniżej wyznaczonej linii ubóstwa. Dlatego główne grupy cierpiące biedę to po pierwsze – rolnicy utrzymujący się z małych gospodarstw domowych i nie wytwarzający na tyle produktów, aby mieć z tego wystarczający dochód. Obecnie sytuacja dochodowa na wsi przeciętnie się poprawiła, głównie wskutek dopłat z UE do rolnictwa, ale nierówności się pogłębiły i ubóstwo relatywne jest nadal bardzo głębokie.
Po drugie – bezrobotni i ich rodziny, szczególnie w tych miejscach kraju, gdzie chronicznie nie ma pracy (najbardziej dotkliwie w woj. warmińsko-mazurskim) lub zatrudnienie ma charakter głównie sezonowy. Gdy stopa bezrobocia wzrasta, to wzrasta również stopa ubóstwa.
Po trzecie – pracujący z niskim wynagrodzeniem (tzw. working poor). Ten rodzaj ubóstwa wzrasta szczególnie w warunkach elastycznego rynku pracy, gdy różne nowe formy prawne stosunku pracy pozwalają „obejść” wymagania dotyczące płacy minimalnej. W ciągu ostatniej dekady zaczęto w Polsce stosować na masową skalę takie umowy, zwane śmieciowymi, szczególnie wobec osób młodych, wchodzących na rynek pracy. Dzięki temu stopa bezrobocia ma obecnie w Polsce rozmiar „kontrolowany”, ale w statystyce niestabilnych umów o prace osiągnęliśmy pierwsze miejsce w Europie, czego konsekwencją stał się wzrost wskaźnika ubóstwa wśród pracujących.
Po czwarte – osoby utrzymujące się ze świadczeń społecznych, a głównie ze świadczeń pomocy społecznej oraz świadczeń rentowych. Świadczenia te, adresowane w przeważającej mierze do osób z niepełnosprawnością, są relatywnie niskie i jeśli jest to główny dochód całej rodziny, to wszyscy cierpią biedę. Wzrost wskaźników ubóstwa w tej grupie zależy istotnie od działań w obszarze finansów publicznych. Każde cięcie wydatków na świadczenia dla osób z niepełnosprawnością czy z uciążliwymi i przewlekłymi chorobami zwiększa zakres ubóstwa. Alternatywne źródła dochodów dla tych osób są istotnie ograniczone. Wejście na rynek pracy, na którym panuje wysokie bezrobocie, jest dla nich wyjątkowo trudne, a wręcz niemożliwe.
Czy wspomniane grupy to jedyne duże „populacje” ubogich?
S. G.: Na to, kto jest ubogi, można spojrzeć także z punktu widzenia kryteriów demograficznych oraz wykształcenia. W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem większego zagrożenia ubóstwem młodych w porównaniu ze starszymi. Wynika to z trudności młodych ludzi w kwestii wejścia na rynek pracy, czyli z braku dochodów (starsi jeszcze powszechnie mają emerytury) oraz ze spadającymi dochodami po założeniu rodziny. Gdy kobiety-matki nie pracują, to każde kolejne dziecko oznacza pogorszenie sytuacji dochodowej. A aktywność zawodowa kobiet jest w Polsce porównawczo bardzo niska, szczególnie że możliwości godzenia życia rodzinnego i zawodowego są wyjątkowo trudne wskutek niedorozwoju usług opiekuńczych oraz socjalnych funkcji szkoły.
Co do wpływu wykształcenia na stopę ubóstwa, to pamiętajmy o tym, że we wskaźnikach ubóstwa osób z niskimi kwalifikacjami mamy rolników, rencistów i bezrobotnych z miejscowości o najniższych stopach zatrudnienia w kraju. A co do statystycznej zależności, to mimo że wykształcenie wpływa korzystnie na przyszłe warunki bytu, bo zmniejsza zagrożenie biedą, to zależność ta nie jest bezwzględna i warto zwrócić uwagę na niuanse. Z tego, że ubóstwo osób z niskim wykształceniem jest relatywnie wysokie, nie należy wyciągać wniosku, że wyższe wykształcenie gwarantuje dostatek dochodów. Badania z ostatniej dekady pokazują, że wraz ze wzrostem bezrobocia i niestabilności zatrudnienia, zjawisko ubóstwa młodych ludzi nie omija absolwentów wyższych uczelni.
W jednym z wywiadów mówiła Pani w kontekście przeciwdziałania ubóstwu, że konieczne są wyższe wydatki na służbę zdrowia (wzrost składki) i edukację. Jednak obserwujemy raczej tendencje do prywatyzowania tych segmentów życia społecznego. Nazywa Pani konieczność wzrostu nakładów na wspomniane dziedziny „inwestycją w człowieka”. Ktoś powie: „Niechże człowiek sam zatroszczy się o siebie, zrobi to najlepiej”. Jaki system i dlaczego jest Pani zdaniem efektywniejszy? Oparty na prywatyzacji, czy na partycypacji państwa w służbie zdrowie, nauce, edukacji?
S. G.: Wspomnianą tendencję przyzwolenia na prywatyzację takich usług wywołało ograniczenie funkcji opiekuńczych państwa. Ograniczenie wydatków publicznych na edukację i zdrowie uruchomiło żywiołowy proces wypełniania „zwolnionej przestrzeni” przez sektor prywatny.
Mówienie o indywidualnej trosce w przypadku takich dóbr publicznych jak edukacja i zdrowie, posiadających dalekosiężne efekty zewnętrzne dla wzrostu gospodarczego i rozwoju, jest wyrazem zarówno nieodpowiedzialności, jak i niekompetencji. W naukach ekonomicznych od dawna dzielimy dobra na prywatne, publiczne i pożądane (merit goods). Tylko dla dóbr prywatnych najbardziej efektywna alokacja dokonuje się dzięki mechanizmowi rynkowemu. Natomiast w przypadku dóbr publicznych i pożądanych potrzebna jest interwencja, aby rozwijała się ich produkcja. Prywatyzacja usług publicznych nie jest sposobem na ich powszechny i jakościowo wyrównany rozwój. A bez powszechnego dostarczania dobrych jakościowo dóbr nie inwestujemy w kapitał ludzki, m.in. w kształcenie i zdrowie młodego pokolenia. To stanowi poważne zagrożenie rozwoju w dłuższym okresie.
Nakłady na ochronę zdrowia, na edukację i naukę są w Polsce relatywnie i od wielu lat bardzo niskie. W ciągu 20 lat przeżyliśmy dwa okresy poważnego spadku tych nakładów: na początku okresu transformacji oraz na przełomie dekad, czyli w okresie podjęcia czterech reform społecznych, który był jednocześnie okresem poważnego spowolnienia gospodarczego. Wydatki publiczne na ochronę zdrowia były trzymane w ryzach (realnie nie rosły) aż do momentu znaczniejszej emigracji zagranicznej lekarzy i pielęgniarek. Wzrost nakładów na ich wynagrodzenia, aby zatrzymać exodus białego personelu, spowodował poprawę wskaźników w zakresie zdrowotnych wydatków publicznych, ale wskaźnik poprawy nie wynosi nawet jednego punktu procentowego udziału w PKB (wydatki publiczne z około 4,25% PKB w 2003 r. wzrosły do 4,97% PKB w 2009 r.). W analizie całkowitych wydatków warto zwrócić uwagę na niskie nakłady na kształcenie kadr medycznych. W narodowym rachunku zdrowia są one zaliczane do tzw. wydatków związanych ze zdrowiem i nie widać ich w statystyce usług opieki zdrowotnej. Deficyt kadr medycznych stanowi już i będzie stanowić poważne ograniczenie dostępu do opieki zdrowotnej.
Bieda nie jest tematem popularnym w mediach, ani w dyskusjach politycznych, bywa najwyżej przedstawiana jako „populistyczny straszak”.
St. G.: Ubolewam, że problem polskiej biedy jest postrzegany w tak uproszczony sposób. Zwalczanie biedy, polegające głównie na programach dożywiania głodujących dzieci czy na akcjach wysyłania paczek do domów dziecka, co jest indywidualnie bardzo szlachetne, w publicznym wymiarze oceniać należy jako rodzaj reakcji archaicznej, wynikającej z poważnej niekompetencji społecznej zarówno polityków, jak i mediów.Problem ubóstwa w dzisiejszych czasach nie polega tylko na braku dostępu do wielu dóbr konsumpcyjnych. Biednym dzieciom często nie brakuje jedzenia, natomiast spożywają niezdrową żywność i często są otyłe. Również w biednych rodzinach są lodówki, telewizory, komórki, komputery czy nawet samochody. Problem współczesnej biedy w Polsce polega przede wszystkim na nierównościach, czyli na braku realnych szans dobrego rozwoju dla zbyt dużej części populacji i to w znacznej mierze tej młodszej. Takiego rozwoju, który zapewni zdrowie, dobrą edukację od najwcześniejszych lat, pracę i dobrostan rodziny.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 19 grudnia 2011 r.
Warning: Undefined array key "extension" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-content/themes/Divi/epanel/custom_functions.php on line 1479
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 6 stycznia 2012 | opinie
Nigdy nie zapomnę materiału telewizyjnego, przygotowanego przez jedną z wiodących prywatnych stacji, gdy otwarto słynny już peron we Włoszczowej. Szczególnie utkwiła mi w głowie scena, gdy zapytano o zdanie mieszkańców. Dziwnym trafem, jako grupę reprezentatywną wybrano kilku panów zmęczonych życiem, słabo mówiących w ojczystym języku i wyraźnie podlanych alkoholem. Było to jak mrugnięcie okiem do odbiorcy: patrzcie, dla takich osobników marnuje się pieniądze podatnika.
W zmasakrowanym przez bogoojczyźniane deklamacje wierszu „Przesłanie Pana Cogito” poeta zapisał gwałtowne słowa: „niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają”. Przyznam, że do katalogu tych nieprzyjemnych person dodałbym jeszcze – przykładowo – wykonawców i zamawiających wzmiankowany wyżej materiał „informacyjny”. I całe rzesze im podobnych pomagierów, piewców i pożytecznych idiotów w służbie realnego liberalizmu.
To są rzeczy powszechnie znane, ale warto o nich czasem przypomnieć: jeśli chcecie poczytać lub obejrzeć film o losach ofiar transformacji, np. z popegeerowskiej wsi, dostaniecie z reguły w zestawie obskurny sklep, a przed nim paru leniwych i roszczeniowych pijaków, płaczących rzęsiście za Gierkiem (nie wiedzą, że w dobrym tonie jest płakać ewentualnie po Wilczku). Będą to typy budzące politowanie i praktycznie pozbawione cech osobowościowych. Nawet ustawieni na pierwszym planie byli chłoporobotnicy, czyli „pańszczyźniani”, muszą sprawiać wrażenie statystów (uwielbiam, gdy słowo „pańszczyźniani” z uroczą kon-liberalną wyższością wymawiają czytelnicy i epigoni redaktora Ziemkiewicza, każdy jak wiadomo pan z panów i magnat z magnatów).
Bo, w gruncie rzeczy, w porządku ideologicznym i społeczno-ekonomicznym III RP nieudane dzieci transformacji są wyłącznie szarą masą, nawozem pod nowy, wspaniały świat. Gdzie drwa rąbią, wióry lecą, konieczne koszta transformacji, itd., itp.; liczy się ekonomia, elastyczność, e-zdolności, ewentualnie znajomości. Może te ostatnie najbardziej. A jakimi znajomościami może dysponować były pracownik PGR, z organizmem zniszczonym wieloletnią harówką dla Polski Ludowej? Teraz nieszczęsny w wójcie swojej gminy ledwie rozpozna dawnego towarzysza sekretarza, który kocha(ł) tamtą i tę Polskę: miłością trochę może szorstką, w pewnych kręgach nazywaną brzydko pieprzeniem. Jakie znajomości może mieć były szeregowy członek „Solidarności”, dziś pechowo rencista? Pod baldachimem obnoszą proboszcza dawni partyjniacy i lokalni „liderzy opozycji”, on stoi w kościele daleko z tyłu. No i dobrze, przynajmniej jest jak w Ewangelii. Jakie znajomości może mieć szwaczka z Łodzi, zatrudniana „z łaski” na czarno, samotnie wychowująca dwójkę, trójkę dzieci? Pech, ma tylko podniszczone mieszkanie w zabiedzonej kamienicy, a w nim kolorowy telewizor. Na szczęście są jeszcze polskie seriale. Kochamy polskie seriale – to dzisiejsze opium dla ludu.
A właśnie, co do „koniecznych kosztów transformacji”: dziwnym trafem ponieśli je nie architekci owego procesu, lecz rzesze kobiet i mężczyzn (na kogo wypadnie, na tego bęc!). Otóż te rzesze muszą być szare, sformatowane, niezbyt widoczne i nie nazbyt wyraziste, bo gdyby ci ludzie mieli swoje twarze, własne życiorysy, ludzkie przeżycia, aspiracje, tęsknoty, dramaty i namiętności – rozerwaliby linię i melodię transformacyjnej kołysanki; mantry, usypiającej społeczne sumienie. To muszą być „nierobotni popegeerowcy”, zniszczeni ludzie z Włoszczowej, w domyśle śmierdzące lenie i nieroby, życiowe niedojdy i patałachy – zupełnie inny gatunek człowieka, niż biznesmeni o szerokich karkach (mdliło mnie na ich widok w latach 90.), panowie publicyści kręcący nosami na miejską komunikację („Boże, jak tam śmierdzi!” – bo śmierdzi im ta masa człekokształtna, albo polakopodobna, albo nieeuropejska), pretensjonalne damulki od charytatywy-recydywy i synkowie i córuchny beneficjentów transformacji, po rodzicach dziedziczący zwykle pogardę do państwa i zdolność żerowania na nim – da się przecież jeszcze coś wydoić z tej wychudłej krowy mlecznej rasy biało-czerwonej, nazywanej Polską.
I jak ma mnie nie opuszczać moja siostra pogarda, gdy na co dzień i od święta widzę to rozpanoszone towarzystwo, bucowate i zadowolone z siebie, przekonujące (nie tylko) z wiodących gazet i telewizji, że najlepszym remedium na nędzę prywatyzacji jest jeszcze więcej prywatyzacji, że liczy się jedynie osobista korzyść i sukces, albo że lewicowość jest akceptowalna, gdy kolorowa i bez jaj, a Polska to i owszem, ale pod warunkiem, że w pakiecie weźmiesz „Solidarność”, lecz z Akcji Wyborczej, wolny rynek, miłość do Margaret Thatcher i uroczy slogan przyjemniaczków tnących gałąź, na której siedzą: „Donald, gdzie są niskie podatki, koleżko?”. Jak to gdzie są? Tam, gdzie być powinny, czyli w kieszeni bossów, u których robicie za pożytecznych idiotów.
Jak ma mnie opuścić moja siostra pogarda, gdy jedyną odpowiedzią na skrzek rzeczywistości jest bicie w bogoojczyźniane tam-tamy (prędzej niebo spadnie nam na głowę, niż zmienią Polskę na lepsze ronda i ulice Jana Pawła II i „Solidarności”), albo „tout va bien”, wyśpiewywane przez medialnych dandysów za odpowiednio gruby szmal. Jak nie odczuwać pogardy wobec powszechnych praktyk budowania coraz wyższych murów milczenia wokół wszystkiego, co wypada poza obraz Polski, sformatowanej pod interesy oligarchów i polityków?
Przed świętami do furtki zadzwonił mężczyzna w średnim wieku. Zapytał o złom, zostawił wizytówkę: „Zbyszek. Wywóz ZŁOMU, sprzątanie piwnic i strychów”. Wysoki, solidnie zbudowany mężczyzna. Pomyślałem, jak dobrze byłoby opisać jego historię i filozofię życia. Czy zbieraniem złomu zarabia na rodzinę? Na chleb i mleko dla dzieci? Na alkohol i papierosy? Na jedno i drugie? Gdzie mieszka? Ile zarabia? Na co wydaje pieniądze? Czy jeździ na wakacje? Jaki ma zawód wyuczony? Kim jest?
Oczywiście, pana Zbyszka nikt nie zaprosi na galę small biznesu. Podobnie wałbrzyskich biedaszybników. A to przecież tacy właśnie ludzie radzą sobie jak potrafią w polskiej rzeczywistości, wypychani na margines, oficjalnie nieobecni. Bo nie pasują ani do współczesnej propagandy sukcesu, ani do „stylu życia”, wedle którego nawet ubogi absolwent prywatnej uczelni, z taką sobie znajomością języka obcego, powinien starać się o pracę – bo ja wiem – marketingowca, pracownika mediów, handlowca. I w tanim garniturze, oblepiony potem i wymuszoną przebojowością sprzedawać ludziom polisy na życie, albo na godny pogrzeb. I patrzeć z góry na pana Zbyszka, taszczącego z kolegą z czyjejś piwnicy stary, zakamieniony i zardzewiały bojler.
W najgorszym razie taki absolwent prywatnej uczelni może podawać frytki w MacDonaldzie, tam zaczynając karierę od „pucybuta do milionera”. A jeśli pechowo nie zostanie milionerem? To załapie się może na zarobki w okolicach dwóch tysięcy z hakiem i szczęśliwy założy rodzinę. Albo wyjedzie lub zasili szereg „niewidzialnych Polaków”. Wtedy jego dzieci będą dostawać „szlachetną paczkę” na Boże Narodzenie i oglądać w telewizji tłustego Santa Clausa z reklamy wiodącego napoju gazowanego: jowialnego i dobrodusznego jak wszystkie dobrodziejstwa realnego liberalizmu razem wzięte. I będą klaskać w łapki Santa Clausowi, nie wiedząc, że robią to ku czci potwora. Tak to już bywa nie tylko w horrorach. A może któregoś pięknego dnia, gdy już nasz absolwent lekko posiwieje, podejdzie na ulicy do podstarzałego już pana Zbyszka i zapyta, czy nie mógłby mu pomóc pchać wózka ze złomem. Bo PKB, owszem, wciąż rośnie, ale akurat jego nie stać na lekarstwa dla żony, która właśnie ciężko zachorowała, z pewnością wskutek programowego nieróbstwa i objadania się cukierkami, jak to zwykle wedle liberałów chorują ludzie biedni.
Oczywiście, ktoś powie, że całą tę historię wyssałem sobie z palca. Cóż, nie da się ukryć, że prawdziwy jest tylko pan Zbyszek i jego wizytówka w moim portfelu. Bo przecież – w rzeczywistości – PKB rośnie, ten milion, co wyjechał na emigrację zarobkową, to tylko tak dla hecy, rozwarstwienie wcale nie wzrasta, biednych nie widać w galeriach handlowych (a jeśli już to są to pijacy, a każdy pijak to menel i złodziej), ani na zamkniętych osiedlach, a pani zza lady w spożywczaku zawsze jest uśmiechnięta. Któraś już z rzędu pani: bo uśmiech zostaje, zmieniają się tylko jego – że tak to nazwę – nosicielki. Cóż, takie czasy, nic nie poradzimy, że ładny uśmiech ważniejszy dziś od człowieka.
A gdy tak mnie męczy moja siostra pogarda i ten uśmiech realnego liberalizmu, biorę do ręki wizytówkę pana Zbyszka i mimo wszystko raźniej robi mi się na duszy. Bo ta wizytówka jest jak kawałek rzeczywistości, rozsadzający śpiewną transformacyjną kołysankę.
Krzysztof Wołodźko
przez dr Rafał Bakalarczyk | poniedziałek 26 grudnia 2011 | opinie
Dobiega końca Europejski Rok Wolontariatu, ustanowiony przez Radę UE w celu propagowania aktywności obywatelskiej. Fakt ten wydaje się słabo obecny w mediach, co niestety pokazuje, że jeden z celów inicjatywy – podniesienie świadomości na temat znaczenia wolontariatu – nie został osiągnięty.
Pod tym względem wydaje się, że jest gorzej niż w roku poprzednim, który był Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem. Miało wówczas miejsce sporo debat i innych inicjatyw (jak np. publikacja raportu Social Watch: Ubóstwo i Wykluczenie Społeczne 2010), dzięki którym nastąpiła konsolidacja i integracja licznych środowisk działających zarówno w sferze socjalnej, jak i antydyskryminacyjnej. Nie przyniosło to wymiernych efektów politycznych – władze nie zrobiły nawet tak oczywistego kroku, jakim byłoby podniesienie kryteriów dochodowych, uprawniających do pomocy społecznej, nie mówiąc o bardziej dalekosiężnych przewartościowaniach w polityce społecznej. Same raporty, wydane społecznie, choć ciekawe diagnostycznie, również okazały się dość mało konkretne jeśli chodzi o rekomendacje. Zbudowanie płaszczyzny wymiany myśli, informacji i doświadczeń między szerokim wachlarzem środowisk, to jednak duży plus.
Rok wolontariatu nie spotkał się z równym rozgłosem, zwłaszcza wśród środowisk, które możemy określić jako opiniotwórcze. Być może nie jest to wina organizatorów, lecz charakteru samych zjawisk. Obszar biedy w Polsce jest ogromny, a sfera wolontariatu i działalności społecznej – relatywnie skromna. Bieda, choć często ukryta (a także niejako dodatkowo ukrywana przez część mediów głównego nurtu), jednak wychodzi na wierzch i straszy na każdym kroku. Natomiast wolontariat jest często niewidoczny, rozproszony w postaci wysiłków wielu pojedynczych osób. Nierzadko działają one w miejscach, w które niechętnie zaglądają kamery i mikrofony – w hospicjach, ośrodkach pomocowych, domach dziecka, zaniedbanych podwórkach czy mieszkaniach osób starszych lub niepełnosprawnych itp. Zwłaszcza słabo widoczny w przestrzeni publicznej jest tzw. wolontariat długoterminowy, który z punktu widzenia więziotwórczego i rozwojowego ma szczególne znaczenie.
Choć więc Rok Wolontariatu został – sądząc po efektach – nie najlepiej wykorzystany jeśli chodzi o uobecnienie tej tematyki w debacie publicznej, niekoniecznie musi być stracony. Pod auspicjami Departamentu Pożytku Publicznego Ministerstwa Polityki Społecznej ukazał się bowiem ciekawy raport o nazwie „Długofalowa polityka rozwoju wolontariatu w Polsce”.
Już sama nazwa przykuwa uwagę. Zwykliśmy myśleć o wolontariacie jako czymś oddolnym, spontanicznym i zasadniczo dalekim od tego, co polityczne w tradycyjnym sensie. Tytuł raportu sugeruje natomiast, iż wolontariat jest przedmiotem polityki publicznej, z wykorzystaniem jej instrumentów prawnych, informacyjnych i finansowych.
Nie ma sensu szczegółowe omawianie w tym miejscu całego opracowania. Warto natomiast zwrócić uwagę na trzy priorytety operacyjne: 1) rozwój kultury wolontariatu, 2) wzmacnianie organizatorów wolontariatu, 3) wzmacnianie polityk publicznych ukierunkowanych na rozwój wolontariatu. Każdemu z powyższych celów przyporządkowane są bardziej szczegółowe kierunki działań, a całość zwieńczono rekomendacjami.
Najmniej twardym działaniom podlega może pierwszy z celów – podniesienie kultury wolontariatu – choć i tu wyznaczono kierunki dla systemowych poczynań, w dużej mierze w sferze edukacji, zarówno formalnej, jak i niesformalizowanej. Jednocześnie ten cel wydaje się zasadniczy – bowiem kultura wolontariatu i oddolnej działalności społecznej wygląda w Polsce blado na tle innych krajów, jeśli weźmiemy pod uwagę różne wskaźniki. Nie pozostaje to bez związku z szerszymi przemianami systemu politycznego nie tylko w trakcie ostatnich dekad.
Najpierw PRL, już w początkach istnienia, zniszczył wiele społecznych struktur, które krzewiły kulturę działalności obywatelskiej. W dodatku sam skompromitował ideę wolontariatu za pomocą tzw. czynów społecznych. Następnie przyjęta w dobie transformacji, a z pewnymi modyfikacjami istniejąca do dziś ścieżka rozwoju neoliberalnego, raczej nie sprzyjała postawom prospołecznym. Wręcz przeciwnie – premiowała indywidualizm i wyścig po prywatny materialny sukces.
Błędy tego okresu są szczególnie warte uwypuklenia, albowiem ich przypomnienie wskazuje, że przyczyn niskiej aktywizacji społecznej nie możemy szukać tylko w słusznie minionym ustroju. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze jest to, co miało miejsce w okresie realnego kapitalizmu, bowiem ten okres się nie skończył, a na jego dotychczasowych błędach wciąż możemy się czegoś nauczyć. Pamiętajmy przy tym, że okres PRL choć z jednej strony zniszczył wiele struktur, to z drugiej mimowolnie przyczynił się do obudzenia drugoobiegowych struktur solidarności i zaangażowania na rzecz innych. Toteż w momencie wejścia społeczeństwa w okres transformacji istniał pewien potencjał rozwoju kultury wolontariatu i aktywności społecznej, który nie został wykorzystany, o czym świadczy niewielkie zaangażowanie społeczeństwa w tego typu działania.
Widzimy zatem, że skłonność do udziału w wolontariacie nie tylko może być przedmiotem i potencjalnym instrumentem określonej polityki, ale także pośrednim skutkiem wybranego modelu rozwoju społeczno-ekonomicznego. Oczywiście zależność ta zachodzi także w drugą stronę: upowszechnienie wolontariatu jest czynnikiem prorozwojowym. We wspominanym raporcie, stroniącym od ocen polityczno-ideowych, wskazuje się m.in. na jego rolę w procesie integracji społecznej.
Dość oczywisty jest związek wolontariatu z kapitałem społecznym, pozostającym u nas na niskim poziomie wedle rozmaitych kryteriów – zarówno gdy jako miarę przyjmiemy poziom zaufania, jak i jeśli spojrzymy na skalę działalności społecznej. Przypomniały mi się w tym momencie opowieści przyjaciela (którego zresztą poznałem pracując z nim jako wolontariusz), pamiętającego czasy głębokiego PRL. Wspominał o realizacji „czynów społecznych”, do których kierowały go zakłady pracy. Choć przyznawał, że był to „pic na wodę”, podkreślał zarazem, że sprzyjał integracji ludzi, którzy w pozazawodowej scenerii spotykali się, biesiadowali i lepiej poznawali przy tej okazji. Skoro więc nawet tak koślawa forma działalności społecznej, jaką praktykował PRL, przynosiła pozytywne skutki dla integracji społecznej, tym bardziej może je przynieść dobrze zorganizowany wolontariat autentyczny, w którym ludzie wezmą udział dobrowolnie, a same inicjatywy nie będą pozorne, lecz przyniosą faktyczne efekty.
Nawiązując do dygresji na temat „czynów społecznych”, warto przypomnieć o istniejącej w wielu krajach koncepcji i praktyce wolontariatu pracowniczego. O jego stanie i perspektywach w Polsce powstało już kilka opracowań (raporty dostępne są tutaj). Jeśli uznamy, że wolontariat jest jedną z dróg realizacji polityki społecznej, włączenie w to przedsiębiorstw może stać się znaczącym krokiem naprzód – wówczas sektor prywatny również partycypuje w osiąganiu celów publicznych i promowaniu działań społecznych.
Na koniec jeszcze jedna uwaga na temat związków wolontariatu z polityką publiczną. Otóż wolontariat może stanowić instrument kreowania polityczności w najgłębszym sensie. Stymuluje bowiem nieprzymuszone organizowanie się ludzi o różnych, partykularnych światopoglądach wokół konkretnych celów i działań. Tym samym tworzy wspólnotę. Sam, działając od lat w sferze wolontariatu, takie zjawisko mogę potwierdzić. Szczególnie ciepło wspominam współpracę wokół organizowania wolontariatu edukacyjnego dla defaworyzowanych dzieci w parafialnej salce z miejscowymi księżmi, z którymi – gdybyśmy przeszli do spraw ideologicznych – pewnie nie porozumiałbym się w większości spraw. Gdyby tego typu relacje były nawiązywane w szerszej skali, być może byłoby łatwiej o sytuację, w której ludzie mimo podziałów ideowych są w stanie wspólnie debatować i pracować nad rozwiązaniami problemów wspólnoty.
Niebawem rozpocznie się kolejny „rok tematyczny”. Tym razem będzie to Europejski Rok Aktywności Osób Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej 2012 (więcej informacji tutaj). Warto spojrzeć nań także przez pryzmat doświadczeń i refleksji, jakie przyniosły dwa poprzednie lata, a więc z jednej strony przez pryzmat przeciwdziałania wykluczeniu, a z drugiej – właśnie możliwości wykorzystania wolontariatu. Jak pokazują różne badania, osoby starsze są grupą najsłabiej aktywną w sferze wolontariatu i aktywności obywatelskiej. Jednocześnie tkwi w nich duży potencjał, bowiem są to ludzie, którzy dysponują statystycznie większą ilością czasu oraz życiowym doświadczeniem. Upowszechnienie wolontariatu wśród seniorów byłoby znakomitym sposobem na przezwyciężenie ich wykluczenia społecznego, które przejawia się m.in. w osamotnieniu, bierności i poczuciu nieprzydatności. Jednocześnie wkrótce wzrośnie liczba najstarszej podgrupy seniorów, spośród których dużą część czeka ograniczona samodzielność. Wsparcie tych osób, a nieraz także opieka nad nimi, to sfera, w której wolontariat (także ten świadczony przez innych seniorów) może odegrać istotną rolę. Zainteresowanych taką tematyką można odesłać tutaj.
Warto więc na kolejne „lata tematyczne”, ustanowione przez Radę Unii Europejskiej, patrzeć nie w oderwaniu od siebie, lecz jako na powiązany łańcuch doświadczeń, dzięki którym problemy społeczne mogą zostać rozwiązane bardziej kompleksowo i sprawnie.
Rafał Bakalarczyk